Upadłość FTX. Sam Bankman-Fried prowadził pralnię dolarów, które z USA wędrowały na Ukrainę a potem do Demokratów

UpadłośćFTX. Sam Bankman-Fried prowadził pralnię dolarów, które z USA wędrowały na Ukrainę a potem do Demokratów

[Jednak rzecz jest warta „krótkiej serii”, jak z ckm.. Dlatego daję ten trzeci artykuł. MD]

https://strefainwestorow.pl/artykuly/bitcoin/20221115/teorie-spiskowe-wokol-upadlosci-ftx-czy-sam-bankman-fried-prowadzil

Czy pieniądze amerykańskich podatników darowane Ukrainie wracały poprzez FTX na konta Demokratów i Joe Bidena?

Upadek FTX jest dla wielu bardzo bolesny. Tak naprawdę, jeszcze nie wiadomo, jak skończy się ta historia. Jednak wiadomo na pewno, że mnożą się teorie spiskowe dotyczące bankructwa tej jednej z trzech największych krypto-giełd.

Czy zwolennik Demokratów Sam Bankman-Fried…

Ne da się ukryć, że wiele faktów i osób daje się połączyć ze sobą w mniej lub bardziej wyraźny i sensowny sposób. Otóż Sam Bankman Fried nie ukrywał wcale faktu, że sympatyzuje z Partią Demokratyczną i że jest jej donatorem. Ale to nie koniec – jego matka Barbara Fried, znany naukowiec, jest współzałożycielką fundacji Mind the Gap, która przekazywała środki na kampanię Joe Bidena i Demokratów.

Partnerka Bankmana-Frieda, Caroline Ellison – czyli szefowa zależnej od FTX spółki Alameda Research – jest córką Glenna Ellisona, ważnej persony z MIT. Ten zna się z Garym Genslerem, obecnym szefem amerykańskiego nadzoru finansowego SEC, który w dość bezbolesny sposób udzielił pozwolenia na funkcjonowanie FTX.

Sieć połączeń FTX z Partią Demokratyczną i SEC

Zobacz także: Kim są Sam Bankman-Fried CEO FTX oraz Caroline Ellison CEO Alameda Research – sprawcy największego skandalu w historii kryptowalut

…używał FTX jako pralni?

Ale to jeszcze nie koniec. Na portalach lubujących się w teoriach spiskowych można znaleźć teksty zapewniające, iż autorzy mają dostęp do wiarygodnych źródeł, które zapewniają, że miliardy dolarów podarowane Ukrainie przez rząd federalny USA i jego agendy wróciły do Partii Demokratycznej i Joe Bidena właśnie dzięki FTX.

Zwolennicy tej teorii wskazują, że swego czasu pojawiła się informacja, iż ukraiński rząd zebrał 42 mln USD pod postacią różnych kryptowalut. Tydzień później pojawiła się informacja o wejściu FTX na Ukrainę i nawiązaniu kooperacji z ukraińskim ministerstwem finansów.

Obraz

Twitter pełen jest zdjęć Bankmana-Frieda z politykami. Na przykład z Maxine Waters, wpływową członkinią Partii Demokratycznej, która obecnie lobbuje mocno na rzecz uregulowania rynku cryptos.

Obraz

No i jest jeszcze motyw współpracy FTX z World Economic Forum – czyli organizacją organizującą co roku szczyt w Davos, której lider Klaus Schwab jest zwolennikiem „wielkiego resetu”. Gabriel Bankman-Fried, brat założyciela FTX, pracował dla WEF… Co ciekawe, WEF usunęło z sieci wszystkie strony i podstrony, na których widniało powiązanie z FTX…

Obraz

===============================================

mail:

FTX: Gigant kryptowalutowy – partner WEF – upadłość… Dochodzenie, czy miały miejsce “działania przestępcze”. Sprawiedliwość społeczna oraz programy klimatyczne.

FTX: Gigant kryptowalutowy – partner WEF – upadłość… Dochodzenie, czy miały miejsce “działania przestępcze”. Sprawiedliwość społeczna oraz programy klimatyczne.

Date: 15 novembre 2022Author: Uczta Baltazara https://babylonianempire.wordpress.com/2022/11/15/ftx-gigant-kryptowalutowy-partner-wef-oglosil-upadlosc/

Mający siedzibę na Bahamach, gigant giełd kryptowalutowych FTX ogłosił upadłość – przechodząc od wyceny wynoszącej 32 miliardy dolarów do bankructwa w ciągu dwóch tygodni, po tym jak oszukańczo zainwestował depozyty pięciu milionów inwestorów. Prezes firmy, Sam Bankman Fried (znany również jako SBF) (osobnik z tzw. korzeniami) zrezygnował z pełnienia tej funkcji po tym, jak firma złożyła wniosek o upadłość na podstawie amerykańskiego Chapter 11, który pozwala firmom na restrukturyzację zadłużenia po złożeniu wniosku o upadłość. W tym samym czasie Bahamas Securities Commission zamroziła aktywa firmy, podczas gdy rywal FTX – firmaBinance,ostrzegła, że upadek kryptowalutowego giganta może spowodować efekt domina, wywołujący kryzys w świecie walut cyfrowych podobny do kryzysu finansowego z roku 2008.

https://en.wikipedia.org/wiki/Sam_Bankman-Fried https://en.wikipedia.org/wiki/FTX_(company) https://en.wikipedia.org/wiki/Binance

Na liście inwestorów, którzy uwierzyli w FTX, znajdują się nie tylko entuzjaści kryptowalut, ale także serce światowego kapitalizmu, w tym Blackrock – największa i najpotężniejsza firma inwestycyjna na świecie z siedzibą w Nowym Jorku, która m.in. ma udziały w największych włoskich firmach i bankach, w tym Unicredit, Intesa San Paolo, Telecom Italia, Atlantia i Generali, i która zarabia 14 miliardów dolarów rocznie. Wszystko to nabiera jeszcze większego znaczenia, gdy weźmiemy pod uwagę, że Bankman-Fried wyrobił sobie również pozycję w Waszyngtonie i na Wall Street, także za sprawą znaczących darowizn na rzecz Partii Demokratycznej – jedynie na wybory śródterminowe przeznaczył 40 milionów dolarów https://www.forbes.com/sites/mattdurot/2022/11/08/ahead-of-his-crypto-firms-cash-crunch-billionaire-sam-bankman-fried-spent-tens-of-millions-on-politics/?sh=397acb9fdb79 – oraz że firma widnieje na liście partnerów Światowego Forum Ekonomicznego.

Sam Bankman Fried sfinansował też niedawno kampanię na rzecz zakupu broni dla Ukrainy. Obecnie przebywa na Bahamach wraz ze współzałożycielem FTX – Garym Wangiem oraz dyrektorem technicznym Nishadem Singhem, a wszyscy trzej znajdują się pod nadzorem lokalnych władz, które prowadzą dochodzenie, czy miały miejsce “działania przestępcze”.

Według CoinTelegraph, trzech byłych dyrektorów FTX szuka podobno sposobu na «przeniesienie się» do Dubaju, ale plan ucieczki jest obecnie mało realny ze względu na ścisły nadzór władz. https://cointelegraph.com/news/sam-bankman-fried-is-under-supervision-in-bahamas-looking-to-flee-to-dubai

Bankructwo firmy FTX jest skutkiem pożyczenia ponad połowy środków zebranych od klientów, spółce zależnej Alameda Research, która wykorzystała je do finansowania ryzykownych zakładów. https://en.wikipedia.org/wiki/Alameda_Research

Uściślając, z łącznej kwoty 16 miliardów zebranych, firma Sama Bankmana Frieda pożyczyła 10 miliardów Alamedzie – tworząc grunt pod implozję giełdy kryptowalutowej. Wszystko wyszło na jaw na początku listopada, kiedy Coinbase https://en.wikipedia.org/wiki/Coinbase – jedna z najbardziej wiarygodnych platform internetowych wymiany kryptowalut – opublikowała raport wskazujący, że Alameda Research napompowała swój bilans miliardami dolarów w niepłynnych cyfrowych tokenach wyemitowanych przez FTX. (Tokeny możemy zdefiniować jako informacje cyfrowe stanowiące pewną formę prawa: prawo własności aktywów, dostęp do usługi, odbiór płatności i tak dalej.) https://www.coinbase.com/it/institutional/research-insights/research/weekly-market-commentary/fallout-from-ftx-november-11-2022

Ujawnienie, które skłoniło Binance – największą na świecie platformę handlu kryptowalutami i rywala FTX, do pozbycia się tokenów, wywołując lawinę żądań klientów firmy, chcących odzyskać swoje środki. Po przeprowadzeniu dochodzenia okazało się, że płynne aktywa przedsiębiorstwa – tj. te aktywa finansowe, które gwarantują ich natychmiastową wymienialność na gotówkę poprzez wydanie polecenia płatności – stanowiły jedynie 10 % wszystkich aktywów, a pozostałą część stanowiły inwestycje w zakresie kapitału podwyższonego ryzyka pozbawione płynności (venture capital).

Początkowo, konkurencyjna chińska firma Binance zaproponowała uratowanie amerykańskiej spółki przed upadkiem, ale gdy zobaczyła bilanse pokazujące dziurę na poziomie ośmiu miliardów dolarów, szybko wycofała propozycję przejęcia. Sam Banked Fried – po publicznych przeprosinach – zrezygnował z funkcji CEO, pozostawiając stanowisko Johnowi J. Rayowi III, specjaliście od postępowań upadłościowych. Firma FTX, będąca w bliskich relacjach z globalnymi elitami finansowymi, takimi jak WEF, podążała za dyktatem kapitalizmu interesariuszy, zgodnie z którym korporacje nie są zainteresowane wyłącznie zyskiem, ale także szerszym zadaniem działania dla “dobra” całego społeczeństwa, wytyczając i wskazując drogę naprzód wyznaczoną przez międzynarodową plutokrację.

Również dlatego 30-letni prezes FTX działał w zgodzie z głównymi wyrazicielami owego nowego podejścia ekonomicznego, szukając ich życzliwości, poprzez zaangażowanie w takie przedsięwzięcia globalnego kapitalizmu, jak sprawiedliwość społeczna oraz programy klimatyczne, które wpisują się w parametry ESG (Environmental, social, and corporate governance) – czyli modelu ewaluacji ekonomiczno-finansowej wspieranego przez wielkie światowe instytucje i wiele funduszy inwestycyjnych, w tymBlackrock. Jednakże, po bankructwie firmy, WEF  zdjęło stronę poświęconą współpracy z byłym już gigantem kryptowalutowym. https://www.weforum.org/organizations/ftx

Według Changpeng Zhao – CEO Binance, na przestrzeni najbliższych tygodni możliwe jest bankructwo innych firm, co może wciągnąć bilionowy rynek aktywów cyfrowych w kryzys podobny do tego, którego doświadczył sektor finansowy w roku 2008. Zhao ostrzegł, że rzeczywisty wpływ bankructwa firmy musi dopiero zostać zmierzony.  ‘Wraz z upadkiem FTX zobaczymy efekty kaskadowe’ – stwierdził. Pod koniec swojego wystąpienia na konferencji w Indonezji, Zhao wyraził jednak pewność siebie: według niego, prędzej czy później sektor kryptowalut “odbuduje się” i zrobi to “samodzielnie”.

Na podstawie: https://www.lindipendente.online/2022/11/14/ftx-il-colosso-delle-criptovalute-partner-del-wef-ha-dichiarato-fallimento/

Upadek giełdy kryptowalut FTX. Jak „demokraci” spokojnie prali dolary na Ukrainie

Upadek giełdy kryptowalut FTX. Jak „demokraci” spokojnie prali dolary na Ukrainie.

Media: Umarło kryptomarzenie

https://www.tvp.info/64570606/media-spektakularny-koniec-gieldy-kryptowalut-ftx-jak-upadek-lehman-brothers-umarlo-krypto-marzenie

17.11.2022

Bankructwo trzeciej największej giełdy kryptowalut, FTX, wywołało w tej branży „efekt Lehman Brothers”, banku inwestycyjnego, którego upadek w 2008 r. zapoczątkował krach światowego systemu finansowego – uważają eksperci cytowani przez serwis CNN Business. Umarło kryptomarzenie – pisze portal Axios.

„Świat kryptowalut widział już wcześniej duże straty finansowe i zobaczy je ponownie, jest to bowiem środowisko, w którym roi się od piramid finansowych i oszustów, (…) ale FTX ma znacznie większe znaczenie dla ekosystemu kryptowalut, niż sugerowałby sam rozmiar firmy” – podkreśla Axios.

Gdy krążyły plotki, że założony przez ikonę branży Sama Bankman-Frieda FTX nie jest w stanie zaspokoić swoich wierzycieli, masowa wyprzedaż aktywów przez użytkowników platformy przyspieszyła zarówno upadek firmy, jak i dodatkowy krach cen niektórych z największych na świecie kryptowalut.

Sam Bitcoin stracił 25 proc. swojej wartości w ciągu kilku dni i w poniedziałek jego cena wynosiła 16,5 tys. dolarów według portalu CoinDesk. Rok temu wynosiła 60 tys. dolarów, a analitycy cytowani przez CNN uważają, że może ona spaść poniżej 10 tys. dolarów.

Ether, druga najcenniejsza kryptowaluta na świecie, nie radzi sobie lepiej. Według danych CoinDesk w poniedziałek notowano ją na poziomie około 1230 dolarów, po spadku o ponad 20 proc. w ciągu ostatniego tygodnia.

Solana jest w trakcie „całkowitego upadku[itp., itd… —- md]

========================

https://www.thegatewaypundit.com/2022/11/breaking-exclusive-tens-billions-transferred-ukraine-using-ftx-crypto-currency-laundered-back-democrats-us/

Tens of Billions of US Dollars Were Transferred to Ukraine and then Using FTX Crypto Currency the Funds Were Laundered Back to Democrats in US

By Joe Hoft November 12, 2022

Did you ever wonder where all those billions of dollars were going in Ukraine?  Did you ever wonder why anyone was trusting the elites in US politics like the Bidens with billions in funds going to Ukraine? 

Today it turns out that these were excellent questions.  

We have information that the tens of billions of dollars going to Ukraine were actually laundered back to the US to corrupt Democrats and elites using FTX cryptocurrency.  Now the money is gone and FTX is bankrupt. 

As reported earlier, the FTX crypto company gave at least $40 million to Democrat candidates and causes in the midterms.

Sam Bankman-Fried is Biden’s second biggest donor.

FTX also happens to be related to Ukraine. 

The far-left Washington Post reported on March 3 that Ukraine was dealing in crypto.

The Ukrainian government has gathered more than $42 million in cryptocurrency donations since Saturday, plus digital artwork including a limited edition worth roughly $200,000, according to blockchain analytics firm Elliptic. The challenge is how the country cashes in on these assets to fund its war needs.

Amid the Russian invasion of Ukraine, the CEO of FTX, Sam Bankman Fried has come forward to help a crypto donation project. He humbly announced that FTX will be supporting the Ukrainian Ministry of Finance and other communities in collecting crypto donations for the country. The Ukrainian government has received over $60 million in crypto donations from all over the world.

FTX’s CEO, Sam Bankman Fried highlighted that the war in Ukraine has been dragging on. The country is in full need of humanitarian help […bla, bla…]

Nikt [z postępaków] nie obwinia Ukrainy, a oni otwarcie kłamią. To jest bardziej niszczycielskie niż pocisk.

Nikt nie obwinia Ukrainy, a oni otwarcie kłamią. To jest bardziej niszczycielskie niż pocisk.

[Nawet] Biden stanowczo odpowiada na insynuacje Zełenskiego

https://nczas.com/2022/11/17/biden-stanowczo-odpowiada-na-insynuacje-zelenskiego/

„Nie o tym świadczą dowody” – powiedział prezydent USA Joe Biden, zapytany po powrocie ze szczytu G20 w Indonezji o słowa prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, że „eksplozji w Polsce nie spowodowała ukraińska rakieta”. Wypowiedź amerykańskiego przywódcy cytuje w czwartek agencja Reutera.

Zełenski powiedział w środę, powołując się na dane uzyskane od ukraińskich dowódców wojskowych, że „nie ma wątpliwości, że to była nie nasza rakieta, albo nie nasze uderzenie rakietowe”. Dodał, że Ukraina powinna otrzymać dostęp do miejsca wybuchu.

Jego wypowiedź dotyczyła wtorkowej eksplozji na terenie województwa lubelskiego, w której zginęły dwie osoby. Jak poinformował we wtorek prezydent Andrzej Duda, „absolutnie nic nie wskazuje, że zdarzenie w Przewodowie był to intencjonalny atak na Polskę” i najprawdopodobniej był to nieszczęśliwy wypadek.

„Nie mamy żadnych dowodów, że rakieta została wystrzelona przez Rosję, jest wysokie prawdopodobieństwo, że była to rakieta ukraińskiej obrony” – powiedział prezydent.

Ukraina domaga się niezwłocznego dostępu do miejsca wybuchu rakiety w Polsce dla ukraińskich specjalistów – oświadczył sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony (RBNiO) Ukrainy Ołeksij Daniłow.

„To się robi śmieszne. Ukraińcy niszczą [nasze] zaufanie do nich. Nikt nie obwinia Ukrainy, a oni otwarcie kłamią. To jest bardziej niszczycielskie niż pocisk” – miał powiedzieć ukraińskiemu korespondentowi FT jeden z dyplomatów kraju NATO.

ŹRÓDŁO

===============================

Zełenski idzie w zaparte: Nie mam wątpliwości, że to nie nasz pocisk

17 listopada !!https://nczas.com/2022/11/17/zelenski-idzie-w-zaparte-nie-mam-watpliwosci-ze-to-nie-nasz-pocisk/

============================

prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zamieścił na Twitterze następujący wpis: RF zabija wszędzie tam, gdzie może dotrzeć. Dzisiaj dotarła do Polski. Ten atak na bezpieczeństwo zbiorowe w regionie euroatlantyckim jest eskalacją. Zginęli ludzie. Moje kondolencje dla polskich braci i sióstr! Ukraina zawsze z wami. Należy powstrzymać terror RF.  Solidarność to nasza siła!

Poseł Sławomir Nitras zdecydowanie równiejszy wobec prawa od „gnojów” i „bandy psycholi”, których zaatakował.

Poseł Sławomir Nitras zdecydowanie równiejszy wobec prawa od „gnojów” i „bandy psycholi”., których zaatakował.

Od:Kinga Małecka-Prybyło <pomagam@stopaborcji.pl>

www.stopaborcji.pl
Szanowny Panie,   sąd umorzył właśnie postępowanie wobec posła Sławomira Nitrasa, który w 2018 roku zaatakował nas w trakcie ulicznej akcji informacyjnej na temat aborcji, ubliżając naszym wolontariuszom i uderzając jednego z naszych działaczy. W opinii sądu, szkodliwość społeczna takiego czynu jest znikoma, w związku z czym Nitras nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności.   Niemal w tym samym czasie zapadło 5 kolejnych wyroków skazujących na naszego wolontariusza Adama, który został skazany za ostrzeganie przed skutkami aborcji i deprawacji dzieci w przestrzeni publicznej. Przeciwko Adamowi toczy się obecnie aż 40 procesów sądowych jednocześnie!
Media informują właśnie o tym, że sąd uniewinnił posła Sławomira Nitrasa, który w 2018 roku zaatakował nas w trakcie ulicznej akcji informacyjnej na temat aborcji. Nitras podszedł do naszych działaczy na ulicy i zaczął im ubliżać, nazywając ich „gnojami” i „bandą psycholi”. Zaczął także uderzać jednego z naszych wolontariuszy. Sprawa toczyła się 4 lata i aby w ogóle pociągnąć posła do odpowiedzialności trzeba było uchylenia jego immunitetu przez Sejm Teraz sąd stwierdził, że poseł Nitras faktycznie dopuścił się publicznego znieważenia naszego wolontariusza oraz naruszenia jego nietykalności. Jednocześnie ten sam sąd uznał, że stopień szkodliwości społecznej tego czynu jest znikomy, w związku z czym umorzył sprawę i puścił Nitrasa wolno….   Tymczasem 40 procesów sądowych jednocześnie ma nasz wolontariusz Adam, który koordynuje działania naszej Fundacji na Śląsku. Jest prześladowany za głoszenie prawdy o aborcji i ostrzeganie przed działalnością tzw. „edukatorów seksualnych”. Proszę zobaczyć co spotkało go w ostatnim czasie:   – 17 października 2022: wyrok 1 170 zł grzywny, kosztów i opłat,
– 18 października 2022: wyrok 2 610 zł grzywny, kosztów i opłat,
– 19 października 2022: wyrok 2 320 zł grzywny, kosztów i opłat,
– 26 października 2022: wyrok 1 000 zł grzywny, kosztów i opłat,
– 7 listopada 2022: wyrok 380 zł grzywny, kosztów i opłat.   W sumie tylko przez ostatni miesiąc Adam usłyszał 5 wyroków na łączną kwotę ponad 7 400 zł grzywny i kosztów sądowych. Kilkadziesiąt kolejnych procesów ma Jan, jeden z kierowców naszych furgonetek. Kilkanaście spraw toczy się przeciwko Mariuszowi Dzierżawskiemu, założycielowi naszej Fundacji. W sumie przeciwko nam toczy się obecnie ok. 150 procesów sądowych.   Funkcjonariusze policji, którzy kierują kolejne akty oskarżenia przeciwko naszym wolontariuszom, a także sędziowie, którzy skazują naszych działaczy, całkowicie ignorują postanowienia Sądu Najwyższego. Zarzuty, wysuwane przeciwko nam, dotyczą najczęściej rzekomego „wywołania zgorszenia w miejscu publicznym” poprzez zorganizowane ulicznej akcji informacyjnej, wywieszenie wielkoformatowego billboardu lub przejazd furgonetką  oklejoną dużymi plakatami. Najwyższy organ wymiaru sprawiedliwości w Polsce już 4 razy wypowiedział się w sprawie działań naszej Fundacji, za każdym razem potwierdzając, że to co robimy jest w pełni zgodne z prawem i nie stanowi żadnego „zgorszenia”. Mundurowi i sędziowie nie przyjmują tego jednak do wiadomości.  Orzeczenia Sądu Najwyższego na temat naszej Fundacji są lekceważone, a do sądów bez przerwy trafiają kolejne akty oskarżenia dotyczące wywoływania przez nas rzekomego „zgorszenia”. Kolejne wyroki na naszych wolontariuszy zapadają z dokładnie tych samych paragrafów, z których uniewinnił ich Sąd Najwyższy!  Powyższe przykłady to nie wszystko. Z różnego rodzaju lekceważeniem prawa spotykamy się niemal na każdym kroku.  W ostatnim czasie wyroki sądu dwóch instancji zignorował prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Podlegający mu funkcjonariusze straży miejskiej usiłowali utrudnić nam organizację legalnego zgromadzenia publicznego, w trakcie którego informowaliśmy mieszkańców stolicy o powiązaniach Trzaskowskiego ze środowiskiem aktywistów LGBT i „edukatorów seksualnych”, w którym doszło do brutalnego gwałtu z użyciem przemocy. Pomimo faktu, że dwukrotnie wygraliśmy z Trzaskowskim w sądzie, który potwierdził nasze prawo do organizacji akcji, umundurowanie funkcjonariusze ustawili metalowe zapory na ulicy i blokowali wjazd naszej furgonetki na miejsce zgromadzenia. Zwolennicy aborcji i deprawacji seksualnej dzieci czują się w dzisiejszej Polsce bezkarni. Nic dziwnego, że na ulicach bez przerwy dochodzi do kolejnych napadów na naszych wolontariuszy, dynamicznie rozwija się handel nielegalnymi pigułkami poronnymi, a deprawacja dzieci i młodzieży nabiera tempa. Gdy nasi wolontariusze wzywani są na kolejne przesłuchania i rozprawy, liderzy zorganizowanych grup przestępczych pośredniczący w handlu tabletkami aborcyjnymi publicznie chwalą się pomocnictwem w zamordowaniu kolejnych tysięcy polskich dzieci. Nielegalne pigułki reklamują nie tylko w mediach i na otwartych spotkaniach, ale także np. w Sejmie, gdzie jakiś czas temu jedna z czołowych aktywistek aborcyjnych zareklamowała numer kontaktowy do zamawiania tabletek z głównej mównicy. Praktyczna bezkarność dla aborcjonistów i deprawatorów skutkuje też tym, że wzmagają się podżegania do nienawiści wobec naszych wolontariuszy. Na rozmaitych stronach, kanałach i grupach dyskusyjnych pojawia się coraz więcej komentarzy zachęcających do napadów na naszych działaczy, palenia naszych furgonetek i organizacji zamachów na nasze biuro.
Nie zamierzamy ugiąć się przed tymi prześladowaniami. W najbliższym czasie zamierzamy zorganizować kolejne akcje informacyjne, aby dotrzeć do Polaków z prawdą o aborcji i deprawacji dzieci. Planujemy przeprowadzenie działań m.in. w: Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, Gdańsku, Szczecinie, Koszalinie, Toruniu, Lublinie, Elblągu, Radomiu, Słupsku, Łomży i Łodzi. Chcemy też budować nasze struktury w miejscowościach, w których do tej pory nie byliśmy obecni. Potrzebujemy na ten cel ok. 14 000 zł. Zasięg naszych akcji będzie zależał od zaangażowania naszych wolontariuszy i wsparcia Darczyńców.
Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o przekazanie 35 zł, 70 zł, 140 zł, lub dowolnej innej kwoty, aby umożliwić organizację kolejnych, niezależnych akcji informacyjnych, w ramach których dotrzemy do Polaków z prawdą o aborcji i ostrzeżemy nasze społeczeństwo przed deprawatorami seksualnymi czyhającymi na dzieci.  

Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Naruszanie nietykalności, wyzwiska, obelgi, utrudnianie przeprowadzenia legalnego zgromadzenia – to zdaniem sądu nieszkodliwe wybryki, za które nie powinno się karać. Tymczasem pokazywanie prawdy o aborcji – to wedle wielu sądów poważne wykroczenie, za które sypią się grzywny na wiele tysięcy złotych. Pomimo tych prześladowań, kar finansowych, trudności i ograniczeń, nie zamierzamy się poddać i zaprzestać naszych akcji. Musimy głosić prawdę, gdyż tylko w ten sposób kształtujemy świadomość i sumienia Polaków, przez co ratujemy dzieci przed aborcją i deprawacją. Gdy jesteśmy atakowani ze wszystkich stron, szczególnie ważna jest pomoc naszych Darczyńców, dlatego raz jeszcze proszę Pana o wsparcie.
Serdecznie Pana pozdrawiam,
PS: Do powodzenia naszych akcji w sposób szczególny przyczyniają się Patroni naszej Fundacji, czyli osoby regularnie wspierające nas finansowo. Więcej o naszym programie patronackim w linku.
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków stronazycia.pl

Nie ma amnestii dla covidowych zbrodniarzy!

Nie ma amnestii dla covidowych zbrodniarzy!

https://pch24.pl/nie-ma-amnestii-dla-covidowych-zbrodniarzy-opinia/

(il. A. Bednarski)

Słyszał ktoś o covidzie? Ostatnio jakby przestał być modny. Zamieciono go pod dywan. Oczywiście nie bez powodu. Bo ci, którzy używali wirusa do represjonowania ludzi, gnębienia rodzin, zamykania biznesów i szerzenia nieszczęść poprzez paraliż opieki zdrowotnej, chcą w ten sposób uniknąć odpowiedzialności…

Co kraj, to obyczaj. Na przykład u nas chiński wirus nagle, gdy wybuchła wojna na Ukrainie, przepadł jak przysłowiowy kamień w wodę. Minister Niedzielski wprawdzie co jakiś czas opowiada jeszcze o swoich falach i o szczepieniach, ale w zasadzie nikt go już nie słucha. Nikt już nie straszy. Ale nikt też poważnie nie mówi o konsekwencjach dla tych, co straszyli.

Covid przestał być potrzebny. Po prostu zrobił swoje. Wystarczyły dwa lata, by zachwiać porządkiem świata, jaki znaliśmy; by przetestować, że ludzie dostosują się do każdej głupoty lansowanej przez władzę, a opór – tak jak w Kanadzie – zostanie zduszony bez przelewu krwi.

W kontekście aktualnych wyborów w Stanach Zjednoczonych, widać jak na dłoni jeszcze jeden „sukces” tego chwilowego bożka o imieniu Covid. Bez niego nikomu by nawet do głowy nie przyszło, by na masową skalę wprowadzać głosowania kopertowe, z czego korzysta się teraz nagminnie, by majstrować przy wynikach wyborów, a czego nauczono się w wyścigu prezydenckim z 2020 roku.

W imię Covida zachwiano systemem politycznym (anulowano demokrację) jedynego mocarstwa, które – gdyby przez dłuższy czas miało silnych konserwatywnych przywódców – mogłoby powstrzymywać kolejne fale Rewolucji w skali globalnej. W sposób mistrzowski (bo nie do udowodnienia) ukradziono wybory 2020 i właśnie trwa rozkradanie kolejnych. Bez większości w obu izbach Republikanie nie zdołają wprowadzić zapowiadanej przez siebie (i dokonanej w części konserwatywnych stanów) reformy systemu wyborczego. Bez reformy – w 2024 roku znów czekają nas „cuda nad urnami”.

I proszę sobie wyobrazić, że w takiej atmosferze (jeszcze przed wyborami) nagle ukazuje się na łamach liberalnego „The Atlantic” artykuł wyrażający podskórny niepokój amerykańskich covidystów. Tekst nosi tytuł… Ogłośmy pandemiczną amnestię (Let’s Declare a Pandemic Amnesty). Autorka, Emily Oster, przytacza historyjkę, jak to jechała z rodziną na rowerach, zakładając maski, gdy tylko widzieli innych rowerzystów, a jej 4-letni syn nagle wrzasnął na inną dziewczynkę: DYSTANS SPOŁECZNY!

Te środki ostrożności były całkowicie błędne – konstatuje autorka. Podobnie jak długi lockdown szkół. Ale jak na liberalny mainstream przystało, stawia ona diagnozę, ale myli się co do leczenia. Dalej, zamiast uderzyć się w pierś, że ignorując ustalenia naukowe szerzyła (jako medium) propagandę strachu, to zaczyna się tłumaczyć w najgłupszy sposób: przecież nie wiedzieliśmy. Dezinformacja była i pozostaje ogromnym problemem. Ale większość błędów popełniali ludzie, którzy gorliwie pracowali dla dobra społeczeństwa – czytamy.

Tu autorka miesza ze sobą dwie rzeczy. Z jednej strony ludzi, którzy faktycznie wiedzy nie mieli i dlatego mogli tak czy inaczej reagować (na początku tzw. pandemii, bo potem każdy, kto chciał – wiedział), a z drugiej tych, którzy doskonale wiedzieli, co się dzieje i co robią: oszustów (lekarze), propagandystów (dziennikarze) i tyranów (politycy). Dla tych drugich amnestii być nie może.

Ale to pokazuje, jaki jest inny powód, dla którego amerykańskie wybory są tak obecnie tak skrzętnie fałszowane w kluczowych stanach. Przecież politycy republikańscy jasno zapowiadali, że „wsiądą na tyłek” najwyższemu kapłanowi Covida w USA – dr. Fauciemu i jego świcie. Dlatego jeszcze przed wyborami musiały paść te słowa: Musimy odłożyć te walki na bok i ogłosić amnestię pandemiczną. Tak apelowała Emily Oster z „The Atlantic” i słowa te podziałały zapewne, jak miód na serce każdego pandemicznego zamordysty. A w Ameryce było ich niemało, począwszy od Joe Bidena i jego administracji, poprzez wszechwładne koncerny medialne, aż do nieodpowiedzialnych gubernatorów, którzy w imię „agendy” niszczyli oddane ich pieczy społeczności.

Różnica jest tylko taka, że tam się przynajmniej o tym mówi. U nas zamiata się pod dywan. Tam mówią o tym politycy (i nie są to politycy niszowi z kilkuprocentowym poparciem), bo tam naród ma jeszcze swoją reprezentację. I właśnie to lewica w USA chce obecnie zniszczyć. Ta lewica jest gorsza niż najgorszy Jankes, gdyż z całego serca nienawidzi wszystkiego, co amerykańskie i dąży do tego, by Amerykanie (jeden naród pod Bogiem) zostali we własnym kraju zmarginalizowani albo ośmieszeni, tak jak uczyniono z Polakami w Polsce, gdzie kolejne rządy nawet nie próbują się tłumaczyć, dlaczego zdradzają interes narodowy dla realizacji woli unijnych i globalistycznych elit. Tam przynajmniej toczy się dialog, a sami liberałowie dostrzegli potrzebę „amnestii”, by ratować swoje „cztery litery”. U nas polskojęzyczne elity do niedawna jeszcze ośmielały się odgrzewać „pandemiczną” retorykę, a o słowach publicznej, wybrzmiewającej krytyki, zdaje się, że możemy pomarzyć.

W każdym razie zaraz po ukazaniu się tego kuriozalnego artykułu ludzkie serca zawrzały, a z gardeł dobywał się jeden głos: NIE MA AMNESTII!W internecie mnożyły się listy „osiągnięć” zamordystów covidowych, którzy obecnie chcieliby grubej kreski. Odzywali się kongresmeni, lokalni politycy, znani dziennikarze i działacze oraz popularni w sieci w sieci komentatorzy. Jednemu zgodnemu „nie” towarzyszył wysyp osobistych historii, w których ludzie dzielili się zdjęciami swoich bliskich, których pozabijały obostrzenia „pandemiczne”. Zamknęli twój kościół. Zamknęli twoje szkoły. Zabrali ci pracę. Kazali ci nosić maskę, która nie działa. Zmusili cię do odwołania rodzinnych uroczystości i pogrzebów. A teraz chcą, żebyś po prostu o tym zapomniał. NIE – komentował Jim Jordan, reprezentant Ohio w Kongresie, który obecnie zyskał reelekcję, dewastując demokratyczną oponentkę z przewagą prawie 40 procent i mając szansę na zastąpienie Nancy Pelosi na stanowisku spikera Izby Reprezentantów.

Na Twitterze ktoś napisał: Prześladowcy zawsze szukają „miłosierdzia”, gdy tracą władzę. Pamiętajcie, że jest to emocjonalna manipulacja, a w wielu przypadkach nadużycia były fizyczne z powodu przymusowych zastrzyków. To są źli ludzie. Nie ma pojednania bez zadośćuczynienia wszystkim tym, których skrzywdzili.

To nie jest czas na przebaczenie, to jest czas na sprawiedliwość. Wycofujący się rakiem, którzy mówią o przebaczeniu, zapominają o dwóch poprzedzających je krokach: prawdziwej pokucie i odpowiedzialności – dodała z europejskiej perspektywy konserwatywna dziennikarka Eva Vlaardingerbroek z Holandii.

Jeszcze kto inny – tym razem z Australii – zamieścił nagranie, na którym widać, jak policjant dusi wątłą młodą dziewczynę, a ta, gdy udaje jej się coś powiedzieć, pyta „za co”, po czym dziwi się, że za… „brak maseczki”. [w oryg. MD

Nie, drodzy pandemiści, to nie były pojedyczne wybryki, nad którymi możemy przejść do porządku dziennego, ponieważ „na końcu wszyscy i tak jesteśmy jedną rodziną”. To była zorganizowana działalność przestępcza na poziomie ponadnarodowym i państwowym – propagowana przez media – której skutkiem były miliony złamanych ludzkich losów (tych, których wyrzucono z pracy za niepoddanie się eksperymentowi „wyszczepiania” choćby w Austrii; rodzin, które odcięto od utrzymania, zamykając biznes, gdziekolwiek pod słońcem), a także liczne ofiary śmiertelne (w Polsce GUS doliczył się 200 tysięcy osób, które zginęły „nadmiarowo”, a w krajach, w których istnieje jeszcze jakieś w miarę cywilizowane raportowanie publiczne, jak USA czy Wielka Brytania, oficjalnie zgłoszono dziesiątki tysięcy zgonów po tzw. „szczepionkach”). To można wybaczyć po chrześcijańsku, ale trzeba również ukarać osoby odpowiedzialne. Natomiast zapomnieć – jak chcieliby covidowi zamordyści – nie wolno.

Filip Obara

Kraków przyznał nagrodę ukraińskiej pisarce gloryfikującej Szuchewycza i wspierającej banderowską interpretację Rzezi Wołyńskiej

listopad 15, 2022 https://wprawo.pl/krakow-przyznal-nagrode-ukrainskiej-pisarce-gloryfikujacej-szuchewycza-i-wspierajacej-banderowska-interpretacje-rzezi-wolynskiej/

W sobotę (12.11.2022) Rada Miasta Krakowa poinformowała, że tegoroczna nagroda im. Stanisława Vincenza, przyznawana przez władze Krakowa za wybitne osiągnięcia w popularyzacji kultury Europy Środkowo-Wschodniej, trafi do ukraińskiej pisarki, poetki i eseistki Oksany Zabużko. Uroczyste wręczenie nagrody odbędzie się 22 listopada podczas sesji otwierającej tegoroczny kongres Open Eyes Economy Summit. – To wyraz uznania dla ogromnej pracy na rzecz uświadamiania światu specyfiki historycznej, kulturowej i egzystencjalnej Ukrainy, a także dorobku literackiego przybliżającego wrażliwość naszego makroregionu – czytamy w uzasadnieniu.

Nagroda im. Stanisława Vincenza to wyróżnienie, którego tradycja sięga 2005 roku. Fundatorami wyróżnienia byli: w latach 2005–2007 Instytut Studiów Wschodnich, w latach 2008–2010 Prezydent Miasta Krakowa, a od 2011 roku nagroda przyznawana jest przez Radę Miasta Krakowa. Kandydatów do nagrody zgłaszają członkowie Kapituły Nagrody. Skład Kapituły ustala Przewodniczący Rady Miasta Krakowa.

W tym roku laureata wybierali: Rafał Komarewicz – Przewodniczący Rady Miasta Krakowa, Robert Piaskowski – Pełnomocnik Prezydenta Miasta Krakowa ds. Kultury, Katarzyna Olesiak – Dyrektor Wydziału Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Jacek Purchla – Prezes Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa, Csaba Kiss – politolog węgierski, działacz kulturalny, Krzysztof Czyżewski – Prezes Fundacji „Pogranicze”, Jerzy Hausner – Przewodniczący Rady Programowej Open Eyes Economy Summit, oraz laureaci poprzednich edycji nagrody: Jarosław Hrycak i Wojciech Ornat.

Nagrodzona w tym roku pisarka Oksana Zabużko to urodzona w 1960 roku doktor filozofii, która wykładała filologię ukraińską na uniwersytetach w USA. Jej książka „Badania terenowe nad ukraińskim seksem”, wydana w 1996 roku, została przetłumaczona na kilkanaście języków i przyniosła pisarce światowy rozgłos i popularność. Książki i artykuły Zabużko zostały przetłumaczone na wiele języków – w tym: polski, angielski, francuski, niemiecki, czeski, węgierski, chorwacki, bułgarski, rosyjski i perski. W Polsce ukazały się powieści „Badania terenowe nad ukraińskim seksem” (2003) i „Muzeum porzuconych sekretów” (2012), zbiór opowiadań „Siostro, siostro” (2007), wywiad rzeka „Ukraiński palimpsest. Oksana Zabużko w rozmowie z Izą Chruślińską” (2013) oraz „Planeta Piołun” (2022).

W związku z uhonorowaniem Zabużko przez władze Krakowa wicedyrektor Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego, Łukasz Adamski, przypomniał, że pisarka „jest admiratorką „geniuszu” Romana Szuchewycza i zwolenniczką radykalnej banderowskiej interpelacji Rzezi Wołyńskiej, za co ją wielokrotnie krytykował prof. Grzegorz Motyka”.

O banderowskich fascynacjach Zabużko napisał też prezes Ruchu Narodowego Lublin, Piotr Zduńczyk. Przypomniał, że pisarka krytykowała film „Wołyń”, a polska dumę narodową uważa za karykaturę rosyjskiego imperializmu. – Ludzie rozsiewający kłamstwo wołyńskie i kultywujące zbrodniarzy odpowiedzialnych za ludobójstwo powinni mieć zakaz wjazdu do naszego kraju – napisał Zduńczyk.

Czy są granice polskiej tolerancji dla ukraińskiej gloryfikacji banderyzmu? Jeśli nagrodę od władz polskiego miasta otrzymuje Ukrainka, która jest admiratorką dowódcy UPA odpowiedzialnego za bestialskie wymordowanie Polaków, to znaczy, że takich granic nie ma. Czy w ramach solidarności z Ukrainą walcząca z Rosją mamy zapomnieć o Wołyniu i zgodzić się na gloryfikację zbrodniarzy? To jest oburzające i niemoralne. To jest chore!

Źródło informacji i cytatów: krakow.pl, Twitter

Z Bożej łaski Król Polski… Henryk Walezy. WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (5).

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (5)

Z Bożej łaski Król Polski…

Po prawie dwa miesiące trwającej podróży, z końcem stycznia 1574 roku, stanął wreszcie francuski książę Henryk u granic Sarmacji, aby przyjąwszy w Krakowie na swoje skronie monarszą koronę stać się z Bożej łaski Królem Polski, Wielkim Księciem Litewskim, Księciem Ziem: Krakowskiej, Sandomierskiej, Sieradzkiej, Łęczyckiej i Kujawskiej, Dziedzicznym Władcą Rusi, Prus, Mazowsza, Żmudzi, Chełmna, Elbląga, Pomorza, Inflant, Kijowa, Wołynia, Podlasia oraz Księciem Andegawenii, Burbonii, Owernii, Hrabią La Marche, Forez, Quercy, Rouergue, Montfort.

Nowy władca przybył do Krakowa już po zakończeniu obrzędów pogrzebowych swego poprzednika – Zygmunta Augusta, choć owe uroczystości były nadzwyczaj rozciągnięte w czasie i gdyby tylko chciał, chociaż cokolwiek się pospieszyć, to byłby jeszcze zdążył wziąć w nich udział. Chociaż może byłoby to niezgodne z polskim obyczajem i tradycją? Tak czy inaczej, Henryk zwlekał, oddając się podczas podróży rozrywkom, często mocno nieprzyzwoitym, a nawet wręcz plugawym.

Pełen nie tylko dostojeństwa, lecz także niebywałego wprost przepychu i okazałości kondukt pogrzebowy zmarłego monarchy wyruszył z Tykocina w dniu 10 września 1573 roku, a do katedry na Wawelu dotarł dopiero 11 lutego roku następnego.

Przed trumną króla szli najpierwsi dostojnicy państwa, w odwróconej precedencji, niosąc insygnia jego władzy: przodem miecz, który dzierżył miecznik koronny pan Andrzej Zborowski; potem jabłko, które piastował pan Piotr Zborowski, wojewoda sandomierski; za nim berło trzymane przez pana Jana Firleja wojewodę krakowskiego, następnie zaś dostojnie kroczył pan kasztelan krakowski, Sebastian Mielecki, trzymając koronę; a tuż przed samą trumną księżniczka Anna Jagiellonka w asyście kilkudziesięciu żałobników.

Po egzekwiach, gdy ostatniego Jagiellona opuszczono do grobu, zamknęła się pewna epoka. Co miała przynieść ta, której początek dawał francuski książę?

* * *

Gdy Henryk Walezy zjawił się wreszcie w stolicy, panowie, którzy się tutaj wcześniej na pogrzeb z całej Korony, Litwy i Rusi zjechali, z ciekawością i podnieceniem wielkim czekali, iżby ujrzeć nowego władcę i godnie go przywitać. Zrzucili zatem szaty żałobne i pysznie się przyodziali w wykwintne ubiory, suto ozdobione złotem, srebrem oraz cennymi kamieniami. Starając się jeden przez drugiego, by wyglądać jak najlepiej, jak najdostojniej, jak najbogaciej i jak najokazalej.

Biskupi odziani byli w purpurę, fiolety i złoto, senatorowie świeccy zaś suknie mieli na ogół karmazynowe, niekiedy karminowe, na ludziach rycerskich lśniły ponadto świeżo wyszmelcowane zbroje, zaś insza szlachta i pomniejsi dostojnicy, prześcigając się w przepychu, poubierali się w szaty, na które użyto też i przeróżnych materii – płócien flamandzkich, sukien frygijskich i attalijskich, kitajek, brokatów, altembasów, złotogłowi, jedwabi, atłasów, aksamitów – wzorzystych i gładkich, błyszczących i matowych, ciężkich i lejących i inszych, które by można jeszcze długo wymieniać.

Urodziwe rumaki pełnej krwi polskiej i arabskiej, takoż przystrojone były równie przepięknie, jak jeźdźcy, którzy ich dosiadali. A ponad nimi, niczym gęsty bór sosnowy, wznosiły się proste, długie drzewca zwieńczone różnobarwnymi proporcami.

Nie mniej wspaniale prezentowały się i oddziały szlachty tatarskiej i kozaków – ludzi wojennych, którzy stawili się na uroczystości z oddalonych wschodnich stepów.

Tłumy mieszczan krakowskich, a i z dalszych miast także, z osad i wsi lud przybyły również czynili wysiłki, by się jak najgodniej odziać. Najbogatsi mieszczanie zaś starali się naśladować ubiorem senatorów, tak że cudzoziemiec, nieznający miejscowych obyczajów, na pierwszy rzut oka miałby problem, aby ich rozróżnić. Na uroczystość szykowały się także senat krakowskiej wszechnicy, kapituły kościelne, bractwa i cechy.

Zamek wawelski równie godnie przyozdobiono, nie bacząc na koszta. Na ścianach zewnętrznych gmachów, na murach, na basztach porozwieszano chorągwie z godłami Polski, Litwy i herbem Walezjusza, proporce, płaty bogatych materii najróżniejszych barw i wzorów, drogę zaś, którą miał przybyć galijski książę, wytyczono szpalerami z jedwabi haftowanych złotem i srebrem.

17 lutego Henryk stanął w Balicach, gdzie wytchnął nieco i przenocował, następnego dnia zaś ruszył ku Krakowowi. Po obu stronach trasy jego przejazdu było mrowie ludzi, często stojących, mimo lutego mrozu, przez wiele godzin w jednym miejscu, byle tylko móc nowego pana dojrzeć. Niektórzy powłazili na drzewa, insi na dachy domostw, albo wspięli się na ośnieżone zbocza przydrożnych pagórków, ryzykując, że poślizgnąwszy się, nogi połamią.

Orszak otwierał zacny oddział husarii, za nimi francuska drużyna, która przybyła do Polski wraz z królem Henrykiem. Potem – wedle pierwszeństwa szli dostojnicy duchowni. I tak na czele dwustu towarzyszy husarskich jechał w powozie, przed którym niesiono krzyż, ksiądz arcybiskup gnieźnieński, mając za współtowarzyszy panów biskupów płockiego i poznańskiego.

Za nimi podążał, także w otoczeniu pocztów zbrojnych, ksiądz arcybiskup lwowski razem z kamienieckim. Dalej – biskup krakowski z dwustu zbrojnymi, przyodzianymi na modłę włoską w stroje aksamitne, zdobne srebrnymi sznurami, wyszywane złotem, a podbijane kunami. Na ostatku ciągnęli panowie biskupi kujawski i chełmski.

Kolejną grupę stanowili polscy dostojnicy świeccy. Prowadził ją, jako pierwszy dostojnik w królestwie, w otoczeniu dworu, pan kasztelan krakowski, za nim jechał pan wojewoda krakowski, trzecim z kolei był pan wojewoda sandomierski, potem poznański, a za nimi pomniejsi wielmoże, wojewodowie i kasztelanowie koronni.

Grupę następną stanowili panowie litewscy, którym przewodził wojewoda wileński Mikołaj Radziwiłł Rudy. Byli też panowie z Inflant i Żmudzi. Wojewodowie zaś pomorski i malborski wyróżniali się śród reszty wielmożów tym, iż odziani byli wedle niemieckiej mody, co się bynajmniej ni ludowi, ni kozakom nie podobało.

Pochód nie posuwał się nazbyt szparko, zdarzały się bowiem dość częste postoje, a podczas nich przemowy, czołobitności a powitania. Oracje przedstawicieli mieszkańców Łobzowa, Bronowic, Kazimierza, Kleparza, Krakowa, a i różnych też stanów…

A gdy już Henryk, kierując się od miasta Kleparza, przez Bramę Floriańską o pierwszej w nocy wstąpił w obręb stołecznych murów Krakowa, puszkarze zaczęli taką kanonadę na jego cześć, że aż ziemia drżała. Król-elekt wyglądał pysznie! Przyodziany był w atłasową szubę czarnej barwy podbitą rysiami, a jechał na białym koniu w asystencji Gaskończyków i Szwajcarów, którzy wystrojeni byli w złoto-zielone mundury. Rajcy zaś krakowscy nad głową księcia Henryka nieśli rozłożony wspaniały baldachim ze złotogłowiu szyty i kamieniami zdobiony, które w blasku pochodni się skrzyły.

A wszędzie tłumy, tłumy, tłumy, a choć noc była zimowa i głucha, to od świateł w oknach, od pochodni, od beczek z płonącą smołą i okowitą, widniej było niźli w długi dzień czerwcowy…

* * *

18 lutego rozpoczęły się uroczystości koronacyjne. Elekt w symbolicznym pogrzebie symbolicznie pochował swego poprzednika, by zająć jego miejsce, potem spowiadał się, pościł, rozdawał jałmużnę, aż do najważniejszego dnia, dnia samej koronacji.

Nadeszła niedziela 21 lutego 1574 roku, najdonioślejszy dzień w dotychczasowym życiu Henryka, kiedy to do jego komnaty sypialnej przybył prymas, jako Interrex1, by budząc księcia, powołać go do objęcia najwyższego urzędu w państwie. Gdy królewicz podniósł się z pościeli, przyodziano go w szaty jakby kapłańskie – specjalne pończochy, buty, humerał, albę, tunicellę, dalmatykę, ornat, kapę, zwaną cappa magna i mitrę, czyli czapkę książęcą czerwoną, na której krzyż był wyszyty nicią złotą i drogimi kamieniami…

Potem zaś, w katedrze wawelskiej, do której przybył w asyście biskupów krakowskiego i kujawskiego, zaczęto przygotowywać go do właściwego obrzędu koronacji, który przypominał nieco konsekrację biskupią.

Kiedy panowie złożyli insygnia królewskie na wielkim ołtarzu, elekt zasiadł na przeznaczonym dlań sedilium i wysłuchał kazania, potem zaś ukląkł i położywszy dłoń na Ewangelii, poprzysiągł być władcą sprawiedliwym, obrońcą wiary i Królestwa.

Gdy obecni w katedrze okrzykami wyrazili swoją akceptację, że są mu radzi, tym samym zgadzając się, iżby był ich królem, biskupi pomazali króla świętymi olejami, wylewając mu je najsampierw na głowę, potem namaszczając mu ręce aż po łokcie a na ostatku ramiona i plecy. Wreszcie zaś przekazali Henrykowi insygnia jego władzy monarszej, wręczając miecz, nakładając na głowę koronę, podając mu sceptrum, czyli berło i na końcu globus cruciger, czyli jabłko zwieńczone krzyżem, albowiem król nie rządził w swoim imieniu, lecz z Bożej łaski, w imię Pana Jezusa, o czym miał nigdy nie zapominać.

Po skończonej mszy koronacyjnej Henryk zasiadł na majestacie, czyli na monarszym tronie, zaś w kościele rozległ się gromki śpiew ambrozjańskiego hymnu radości i wdzięczności dla Pana Boga:

Te Deum laudamus te Dominum confitemur.

Te aeternum Patrem omnis terra veneratur.

Ciebie Boga chwalimy i Ciebie Boga sławimy.

Tobie Przedwiecznemu Ojcu, wszytka ziemia cześć oddaje.

I toczyły się uroczystości koronacyjne, aż do samego ich końca, przepisanym tradycją i prawem obrzędem… A potem zabawy i turnieje, ciągnące się przez kolejne dnie, wciągały Henryka w swój wir, tak iż nie myślał o codzienności, szarej powszedniości, o tym, że trzeba będzie podjąć trud władania największym w Europie krajem, gdzie poddani wyznają nie tylko wiarę rzymską, ale i grecką, a i protestanckich nowinkarzy – kalwinów, arian i braci czeskich nie brakuje, bliżej zaś niemieckich granic lutry siedzą, na wschodzie zaś uszlachcone muślimy2, nie wspominając o żydach po całym kraju rozsianych, swoimi rządzących się prawami, że to już nie będzie czas beztroski…

Na razie jednak Henryk o tym nie myślał… Jego dzień radosny a płochy wciąż jeszcze trwał…

* * *

Księżniczka Anna Jagiellonka w swojej komnatce klęczała przed krucyfiksem, pracowicie przebierając paciorki różańca. Modliła się w intencji młodego króla, którego polscy i litewscy panowie przeznaczyli jej na męża. Biła się z myślami, co też jej czynić wypada. Wszak mogłaby być mu matką, a teoretycznie, przy niejednokrotnie bardzo wczesnych zamążpójściach monarszych córek tamtej epoki, może nawet i babką, wszak była starsza od Henryka aż o 28 lat!… On liczył sobie lat 23, a ona 51… Zdawała sobie też sprawę i z tego, iż charakter miała trudny, a urodę – delikatnie mówiąc – mocno wątpliwą. Przed innymi mogła udawać, że jest inaczej, lecz nie przed samą sobą…

Prosiła tedy Pana Jezusa i Jego Najświętszą Matkę o jakieś rozwiązanie tej niełatwej kwestii, bo sama z siebie ani nie była władna niczego uczynić, ani nawet nie wiedziała jak. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że w imię wyższych celów i dla miłości Ojczyzny nie będzie mogła nie zgodzić się na to małżeństwo… Mój Boże, małżeństwo!

Rozległo się kołatanie do drzwi.

Dwórka Anny uchyliła je najpierw ostrożnie, a potem rozwarła na całą szerokość, składając głęboki ukłon przed osobą, która stała za progiem i jednocześnie oznajmiając:

– Król! Król Henryk…

– Niech wstąpi, radam go widzieć – powiedziała Anna, dźwigając się z klęczek.

Henryk wszedł, rozejrzał się po komnacie, unikając jednak wzroku Jagiellonki.

– Jakże zdrowie? – spytał.

– Bogu dziękować, dopisuje, Najjaśniejszy Panie.

– To i dobrze… i nam dopisuje…

– To i za to Bogu niech będą dzięki – odparła księżniczka.

– Nie bywasz, pani, na dworze?

– Mam żałobę po bracie…

– No tak… Lecz przecie le roi est mort, vive le roi!

– Rzeczywiście. My wyrażamy to innymi nieco słowy: Augustus mortuus est, habemus novum Augustum… Lecz żałoba w sercu pozostaje… Przecie to dla mnie nie król, a brat, ta sama krew…

– Taaak… A powiadają, że za życia wilkiem na siebie zerkaliście?…

– Jak to w rodzinie…

– Tym bardziej radzi byśmy byli widywać cię, pani, śród ludzi. Zamykanie się w samotni duszy nie uleczy… A teraz pozwól, pani, że cię pożegnamy.

Henryk pospiesznie wyszedł, a towarzyszący mu dworzanie za nim. Anna spojrzała na Ukrzyżowanego i łzy zaszkliły się jej w kącikach oczu…

* * *

Krakowski zamek powoli zaczynał przypominać zamtuz3. Król nie zaprzątał sobie zbytnio głowy sprawami państwa, wolał ucztować, raczyć się winem i zażywać uciech z ladacznicami i… cherubinkami. Nie wystarczały mu już te, które przywiózł ze sobą z Francji, zapragnął jeszcze i tutejszego mięsa, toteż sprowadzano mu co najprzystojniejsze miejscowe kobiety lekkich obyczajów. Co poniektórzy twierdzili, że i miejscowym młodym, ładnym chłopcom także nie przepuszczał, chociaż starał się to utrzymywać w tajemnicy. Bo król ów to kolczyk w uchu, pachnidła, dłonie miękkie w nadgarstkach, co bardziej niewieście by pasowało, a nie monarsze, mężowi wojennemu.

Henryk nie mógł się odnaleźć w Polsce. Ciężko mu było już nawet nie przyjąć, ale nawet i zrozumieć miejscową tradycję i obyczaj. Choćby owe dość częste i regularne kąpiele nobilów… którzy jak nie mieli dostępu do wanny, to choćby i w beczce, ale jednak regularnie się kąpali, zamiast wylewać na siebie flakony pachnideł, mających przytłumić niemiły odór niemytych ciał. Albo sekretne komnaty, zwane wychodkami, bo tam to, a nie na stopniach klatek schodowych czy do kominków, a jak bardzo przycisnęło to i do szuflad mebli w komnatach, dawało się ulgę pęcherzowi, czy opróżniało kiszkę stolcową.

Albo zachowanie przy stole, gdzie na ten przykład widelca używało się nie tylko do jedzenia spaghetti jak w cywilizowanym świecie, ale i mięsa, a i innych potraw też! Cóż za barbarzyństwo, wszak po to były łyżki, noże i palce! No i ta rozrzutność, to niesłychane bogactwo, te dumne miasta, ale nędzne wsie. Nie! Wszystko owo było zbyt trudne dla Henryka, który nie wyobrażał sobie, że w tym barbarzyńskim kraju, śród tak nieucywilizowanych ludzi przyjdzie mu żyć aż do końca dni… A myśl ta była dlań nie tylko nieznośna, lecz i przerażająca. Zatem znów zaczadzał głowę winem i rozpustą, by myśl tę zagłuszyć…

I tak płynął dzień za dniem… w tęsknocie za słodką Francją…

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

1„Międzykról” – gdzie indziej zwany regentem. W Polsce zwyczajowo urząd ten piastowali prymasi.

2Muzułmanie.

3Zamtuz – dom publiczny.

Internet obiegają nagrania, ukazujące ludzi, którzy nagle upadają na ziemię i dostają drgawek. Czemu meRdia są na to ślepe?

Internet obiegają nagrania, ukazujące ludzi, którzy nagle upadają na ziemię i dostają drgawek. Czemu meRdia są na to ślepe?

Zygmunt Bronislaw Polatynskihttps://gloria.tv/post/k9cJTScEsgey1xcWpfKyr7RuP

Długo zastanawiałem się, czy podjąć ten temat. Jednakże skala zjawiska, o którym dziś napiszę, jest tak duża i występuje praktycznie na całym globie, że nie mogłem tego tematu nie podjąć. Tak więc, jest coś, co teraz się dzieje na świecie. Coś bardzo dziwnego, wręcz przerażającego. To zjawisko zostało uchwycone przez kamery w różnych miejscach globu.

Początkowo myślałem, że jest to odosobniony przypadek, jednakże z czasem natrafiałem na kolejne dowody, świadczące o tym, że jest to zjawisko coraz bardziej powszechne. Dowody na to, że to samo dzieje się z różnymi osobami, w różnych miejscach w różnym czasie. I w takiej sytuacji nie można, nie zadać pytania: „co się dzieje”? Mówię o nagraniach, ukazujących ludzi, którzy dosłownie wpadają w jakieś napady, upadają na ziemię, dostają drgawek, a nawet kręcą się dookoła siebie wymachując nogami i rękami.

Jest wiele hipotez próbujących wyjaśnić to zjawisko, o którym w mediach „głównego nurtu” jest cisza, panuje pełna zmowa milczenia. Ciekawe dlaczego? Niemniej jednak nie ulega wątpliwości, że poziom zdrowia u człowieka maleje, odporność jest systematycznie niszczona (jak chociażby za pomocą tych tak zwanych „szczepień” na COVID-19), ludzki organizm jest systematycznie podtruwany, czy to po przez produkty spożywcze, czy promieniowanie (na przykład 5G).Efektem tego jest to, że wielu ludzi (w tym ogromna część osób młodych i zdrowych) traci życie, ot tak nagle. Popularne w ostatnim czasie stało się powiedzenie: „nagła śmierć”. Zaiste jest i to, że owa „nagła śmierć”, weszła do masowego obiegu zaraz po przeprowadzeniu kilku fal tych tak zwanych „szczepień” na COVID-19. Ale zapewne to przypadek, koegzystencja czasowa, taki sobie „mało ważny” szczególik. Prawda?

NIKT, podkreślam to: NIKT, tak naprawdę nie wie, co „oni” wstrzyknęli ludziom, którzy zdecydowali się poddać tak zwanemu „szczepieniu” na COVID-19. Każdy kto stwierdza, że zna pełen skład tak zwanego „szczepienia” na COVID-19, po prostu KŁAMIE. Każdy kto stwierdza, że to tak zwane „szczepienie” na COVID-19 jest w pełni przebadane i bezpieczne, także KŁAMIE.

Zatem, jedna z hipotez próbujących wyjaśniających zjawisko drgawek i konwulsji, które „nawiedzają” ludzi z całego globu, stwierdza, że to kolejny „efekt uboczny”, tych tak zwanych „szczepień” na COVID-19.

Jest też hipoteza „aktywności paranormalnej”. Mam tutaj na myśli jakieś„opętanie”. Część z przypadków, o których tutaj dziś piszę, może mieć i zapewne ma podłoże „duchowe”. Spójrzcie na kadry, [niestety – w artykule brak tych odnośników. MD] na których osoba spogląda przez ramię, jak gdyby „coś” za nią stało, następnie następuje „atak”, a później paraliż całego ciała: Ci ludzie spadają na ziemię z otwartymi szeroko oczami, otwartymi szeroko ustami, dostają drgawek, pełzają, wpadają w różnego rodzaju konwulsje i wreszcie Następuje sam paraliż.

W każdym z przypadków przebieg jest praktycznie identyczny, zatem można wnioskować iż mamy tutaj do czynienia z jednym i tym samym napadem, to znaczy na tym samym tle i z tego samego powodu. Nietypowe ruchy, wskazują jednoznacznie, że coś jest „nie tak” z mózgiem danej osoby. Zaznaczam, że wielu niezależnych ekspertów ostrzegało i alarmowało, iż te tak zwane „szczepionki” na COVID-19, mogą destrukcyjnie wpływać na działanie ludzkiego mózgu, ludzkiego układu nerwowego. I wiecie co… To smutne, to bardzo smutne, że media „głównego nurtu” zajmują się praniem mózgów i nastawianiem jednych przeciwko drugim, zamiast podjąć tak ważne tematy. Tematy od których zależy życie tysięcy a może i nawet milionów ludzi.

Jedno jest pewne, otóż „coś” się zaczyna dziać, a media „głównego nurtu” nabrały wody w usta i zapanowała pełna zmowa milczenia. Natomiast my, osoby przebudzone, jesteśmy świadkami pewnego rodzaju „upadku i załamania”, jakie zaczyna dosięgać coraz większą liczbę ludzi a to dopiero początek. Dlatego bądźcie czujni, ostrożni, nie dajcie się zabić, nie dajcie się zastraszyć.

Prawdziwe zło nie jest spektakularne. Kwity śmierci. Z podpisami.

Kwity śmierci. Z podpisami. Prawdziwe zło nie jest spektakularne.

Jerzy Karwelis 14 listopada, dzień 987.

Wpis nr 976

Wersja audio wpisu

Zastanawiające jest to poszukiwanie jakiejś specjalnej wielkości, grozy, gdy spotykamy się ze złem. To powszechne przekonanie. Że takiemu Hitlerowi to jucha leciała z paszczy, miał ze dwa metry, zaś Stalin to śmierdział siarką i świecił w ciemności. Że wielkie zło to wielka rzecz, trzęsie się ziemia w posadach. A ja pamiętam jeden fragment z książki już nie pomnę z kogo, jak jakiś nieszczęśnik w czasach czystki lat trzydziestych dostał u Sowietów dożywocie, gdy siedział na więziennym kiblu, bo wpadła do niego trojka, która dawała w 30 minut wyrok dożywotniej katorgi. On się żalił, że kiedyś za cara jak taki jak on jechał choćby na 10 lat Sybiru to ogłaszano to na placu pełnym ludzi, werble tarabaniły, lud wypatrywał skazańca. A tu kibel i wyrok na kartce wielkości kwitu na mydło.

Prawdziwe zło nie jest spektakularne. Nie staje w świetle kamer na scenie. Takie pokazy to jarmarczna buda dla naiwnych. Wielkie zło nie jest wielkie, jest trywialne jak twarz urzędnika z zarękawkami. Dlatego jest przemożne. Nie ma tu żadnych fajerwerków, spektakularnych stosów trupów, jęczących ofiar. Jest ciche i skrupulatne jak nakręcona maszynka.

Takie właśnie, jak na dzisiejszym  przykładzie. Decyzjami administracyjnymi na szczeblu poniżająco niskim, bez hałasu wprowadzano takie rozporządzenia, ba – nawet nie nakazy, tylko rekomendacje, czyli zalecenia (jakby się ktoś nie miał tego i tak posłuchać), że za nimi szły tysiące ofiar. Nie na stosach, ale w cichości, po domach, albo na kowidowych umieralniach. Nawet doszliśmy do tego, że procedury zostały wdrożone na podstawie „stanowiska”. Bo hekatomby ofiar nie przynoszą ustawy czy dekrety, tylko codzienna pragmatyka urzędniczego prawa.  

Aby zobaczyć ten mechanizm trzeba najpierw z urządzenia zła zdjąć obudowę strachu. To ona ukrywała przed wszystkimi mechanizm, czyniła z niego czarną skrzynkę śmierci: na wejściu spanikowany tłum postrachanych, na wyjściu ofiary. W środku – skomplikowana aparatura, głównie jednak symulująca jakieś pozorne procesy. Tak naprawdę: parę sprężynek skorumpowanej nauki, pragnienia władzy i wpływów, „kasa-misiu-kasa” i – co najważniejsze – podłączenie do decyzyjności.

Wyłączono wszelkie ostrożnościowe hamulce ustrojowe, które kiedyś wyglądały na pięknoduchostwo, a okazały się kluczowe w chwili próby. Kluczowe, gdy ich zabrakło. I jak się ten szlam odsieje to można trafić na malutkie trybiki, które tak naprawdę poruszały tym mechanizmem tak, że na wyjściu pojawiły się trupy. I nie było żadnych werbli, żadnych wielkich przemówień, nawet spektakularnych ofiar. Wszystko odbyło się po cichu, po domach. 

Teraz mam przed sobą taki trybik. Dało się go wyciągnąć i opisać dzięki takim właśnie grzebaluchom. Łatwo napiętnować widowiskowe zło, bo je właśnie widać. Nawet to i dla prawdziwego zła lepiej, bo ludzie skupiają się na fajerwerkach zła w wydaniu jarmarcznym. Nie widzą więc zła prawdziwego, powszedniego, przyzwyczajając się do niego. Nie widzą nawet potwora, bo nie widzą jego ofiar. Ale cisi poszukiwacze istoty rzeczy, ci z diabełkiem wątpliwości na ramieniu, nie ustają i i tak wynajdą prawdziwy sens ukryty pod powierzchnią medialnych zjawisk.

A więc do rzeczy. Leży przede mną instrukcja dotycząca procedur „leczenia” przez teleporady. Znajduje się tam passus o tym, że dzwoniących odsyła się na test, jak jest pozytywny to paracetamol i witamina C (broń Boże nie D3), jeżeli antybiotyk to dopiero po 14 dniach (pkt.11). Ja sobie zapamiętałem tę frazę, gdy dzwoniłem z kowidem do mojego lekarza pierwszego kont(r)aktu. Powtarzała się wtedy mantra: na wirusa antybiotyków nie zapisuje się. Ja, że kto wie przez słuchawkę czy nie mam zapalenia płuc, a wtedy antybiotyk jak najszybciej, a dostawałem mantrę: „na wirusa, nie zapisuje się”.

A gdybym miał, nie osłuchany z powodu bojkotu pacjentów ze strony służby zdrowia, zapalenie płuc to wszedłbym w lejek, w który weszły tysiące, a wyszli nieliczni. Niezdiagnozowane zapalenie płuc, przenoszone, stan ostry, telefon po kosmitów, wyjazd do szpitala na umieralnie respiratorowe, które – jak wiadomo – tak się nadają do „leczenia” zapalenia płuc, jak termofor do respirowania. I tak bym sczezł.

Z powodu jednego fragmentu jednej instrukcji.

Do tego nauki mówią, że większość infekcji wirusowych przechodzi w infekcje bakteryjne, a te – jak chyba wie nauka – leczy się antybiotykami. I takie cudo, o szerokim spektrum działania można było przecież zapisać przez telefon. No, ale po 14 dniach, to było dosłownie umarłemu kadzidło. No, bo co by się stało, jak by taki niedosłuchany przez telefon nie miał zapalenia płuc i dostałby antybiotyk? Zabiłoby go to? No nie, bo (jeszcze, ale jesteśmy w procesie z przechodzeniem wszystkiego na mRNA) antybiotyki nie zabijają. No, to by sobie wziął „na darmo”, ale by przeżył. Z kolei taki chory z nieodkrytym przez telefon zapaleniem płuc to by przeżył, gdyby na wszelki telefoniczny przypadek zapisałoby mu się antybiotyk. To jak wygląda mój, amatorski, acz oparty na logice, wywód z badania relacji korzyści do ryzyka? Jak on się ma do „wirusa nie leczy się antybiotykami”, acz po 14 dniach to i owszem.

To jest tak jak by ktoś przyjechał do warsztatu samochodowego z zepsutym samochodem. Tak naprawdę szwankował poważnie silnik i wymagałby wymiany np. wału. Ale jednocześnie mechanik upierałby się, by zmierzyć przed otwarciem klapy ciśnienie w oponach i jeśli wypadałoby za niskie (a miał ci on na to kompletnie niemiarodajny miernik) to nie naprawiałby silnika, tylko dął w oponkę. Czy samochód byłby naprawiony? No nie? Czy wyjechałby z warsztatu?… Tak, ale tylko na złom.  

Wtedy, przez telefon z lekarzem ledwo tylko zobaczyłem ten trybik i go nawet przegapiłem. Przeleciał mi przed oczyma. Ale dziś widzę go w całej rozciągłości. Ma rozmiary kilku akapitów i tyle. Żadnych fajerwerków, tak jakbyś siedział na kiblu i usłyszał od beztwarzych ludzi w kitlach, że właśnie rzucają monetą twojego życia. I jesteś w tej celi sam, tak jak w kwarantannowym mieszkaniu. I maszyna rusza w koło, kotłują się losy twoje i innych, wypadasz albo jednym otworem, i idziesz dalej, albo innym – łapiesz zapalenie płuc zjeżdżasz niżej i tam na kowidowych korytarzach rozdwaja się twoja droga: do  piachu, albo twój system immunologiczny się obroni.

A więc zło prawdziwe ucieka w anonimowość sprawców. Tak działa system. Ale tu, jak się dalej poskrobie i złuszczy farbę z trybiku, to widać pieczęć jego autorów. Szkoda byłoby pominąć tę listę, trzeba łapać zło do razu, kiedy ma jeszcze imię.

Konsultant krajowy w dziedzinie medycyny rodzinnej – dr hab. Agnieszka Mastalerz-Migas
Konsultant krajowy w dziedzinie chorób zakaźnych – prof. dr hab. Andrzej Horban
Konsultant krajowy w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii – prof. dr hab. Radosław Owczuk
Członkowie Rady Medycznej:

Wyżej wymienieni oraz:
Prof. dr hab. Piotr Czauderna
Prof. dr hab. Robert Flisiak
Prof. dr hab. Tomasz Laskus
Prof. dr hab. Bartosz Łoza
Prof. dr hab. Magdalena Marczyńska
Dr hab. Iwona Paradowska-Stankiewicz
Prof. dr hab. Miłosz Parczewski
Prof. dr hab. Małgorzata Pawłowska
Prof. dr hab. Anna Piekarska
Prof. dr hab. Krzysztof Pyrć
Prof. dr hab. Krzysztof Simon
Dr n. med. Konstanty Szułdrzyński
Prof. dr hab. Krzysztof Tomasiewicz
Prof. dr hab. Jacek Wysocki
Dr n. med. Artur Zaczyński

Oto lista autorów wspomnianej instrukcji. Ku pamięci tych, którzy odeszli, a żyjącym ku przestrodze. By na drodze swojego życia nie widzieli tylko podsuwanego im zła spektakularnego, ale to prawdziwe, które ma twarz lekarza z sąsiedztwa, urzędniczki zza biurka, wygadanego eksperta z telewizji, zaś pisane jest nie wielkimi odezwami, nie jest wykrzykiwane w spektakularnych przemówieniach. Ma rozmiary świstka na mydło, zaś pisane jest językiem rozporządzeń o wydzieleniu pasa drogowego.

Jesteśmy więc świadkami narodzin potwora jeszcze większego niż ten herbertowski, którego istnienie poznawało się po ofiarach. Dziś trzeba dobre wyostrzyć słuch i wzrok, by znaleźć te ofiary, wyłowić je rozsypane pojedynczo, choć układające się w stosy, kiedy ten przeklęty diabełek rozumnego wyciągania bezkompromisowych wniosków znowu zacznie się domagać swego. Braku zgody na zło.

Policja: „Na podstawie uzyskanych informacji istnieje duże prawdopodobieństwo, że Jacek Międlar będzie stwarzał w sposób oczywisty bezpośrednie zagrożenie dla życia lub zdrowia ludzkiego”

Michalkiewicz o zatrzymaniu Międlara: „Na tej samej zasadzie Niemcy deportowali ludzi do obozów koncentracyjnych”.

https://nczas.com/2022/11/15/michalkiewicz-o-zatrzymaniu-miedlara-na-tej-samej-zasadzie-niemcy-deportowali-ludzi-do-obozow-koncentracyjnych-video/

W rozmowie Tomasza Sommera i Stanisława Michalkiewicza poruszony został m.in. temat zatrzymania Jacka Międlara. W ocenie Michalkiewicza zastosowano „faszystowskie prawo”.

Sommer ujawnił fragment pisma, które otrzymał od prawnika Jacka Międlara. Dotyczy ono wydarzeń z 11 listopada.

„Przyczyna zatrzymania osoby: Na podstawie uzyskanych informacji istnieje duże prawdopodobieństwo, że Jacek Międlar będzie stwarzał w sposób oczywisty bezpośrednie zagrożenie dla życia lub zdrowia ludzkiego, a także dla mienia, nawołując w trakcie Marszu Niepodległości 2022 pod hasłem: »Polak w Polsce gospodarzem« w dniu 11.11.2022 we Wrocławiu do nienawiści na tle różnic narodowościowych, mających na celu wzbudzenie niechęci i braku akceptacji wobec obywateli Ukrainy, co ma chociażby potwierdzenie w publicznym nawoływaniu w sieci Internet na portalu Facebook na profilu o nazwie Jacek Międlar oraz wprawo.pl, a także w prowadzonym postępowaniu przygotowawczym” – napisano w dokumencie.

Michalkiewicz stwierdził, że gdzieś czytał, że „Ośrodek monitorowania rasizmu i ksenofobii wydał policji rozkaz, żeby pana Międlara zakuła w kajdany”. – Z tego wyciągam wniosek, że państwo nasze jest parcelowane nie tylko między zwyczajne gangi, ale również między gangi takie, które żyją ze sporządzania donosów. To jest bardzo niepokojące – dodał.

Sommer podkreślił natomiast, że „niepokojące jest to, że człowieka się zatrzymuje, przewidując jego przestępstwo, do którego nie doszło”.

– To jest faszystowskie prawo pochodzące chyba z tego okresu, kiedy pobożny poseł Gowin był ministrem sprawiedliwości. I to on jest twórcą obozu koncentracyjnego w Gostyninie i prawdopodobnie on jest pomysłodawcą tego prawa, bo dokładnie na tej samej zasadzie, że „wzbudzają zagrożenie”, Niemcy deportowali ludzi do obozów koncentracyjnych Michalkiewicz.

– Do niedawna byłoby to niezgodne z Kodeksem postępowania karnego, bo zatrzymanie itd., kucie w kajdany to są czynności, które się podejmuje w ramach wszczętego już postępowania. A postępowanie karne wszczyna się w momencie, kiedy istnieje uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa. A tutaj nawet ci gliniarze nie mówią, że podejrzewali, że Jacek Międlar jakieś przestępstwo popełnił, tylko „przypuszczali, że nie jest wykluczone, że jak go nie zatrzymają, to on popełni” – wskazał.

– Niestety w IV Rzeszy, tak samo jak w III, muszą obowiązywać faszystowskie prawa i niestety naczelnik państwa to firmuje – skwitował Michalkiewicz.

Agenci zrównoważonego rozwoju [ONZ, Agenda 2030] chcę wymusić szybszą depopulację. Depopulacyjne tornado nadejdzie?

Agenci zrównoważonego rozwoju [ONZ, Agenda 2030] chcę wymusić szybszą depopulację. Twierdzą, że następuje za wolno. Depopulacyjne tornado nadejdzie?

Agnieszka Stelmach https://pch24.pl/depopulacyjne-tornado-nadejdzie-agenci-zrownowazonego-rozwoju-twierdza-ze-za-wolno/

Wzrost liczby ludności utrudnia osiągnięcie celów zrównoważonego rozwoju. Trzeba w jeszcze większym stopniu regulować[znaczy: zmniejszać md]płodność.

===============================

Organizacja Narodów Zjednoczonych opublikowała nowe prognozy dotyczące globalnych, regionalnych i krajowych zmian populacji do 2100 roku. Opracowanie sugeruje, że jeszcze w tym stuleciu liczba ludności świata po osiągnięciu szczytu zacznie spadać. ONZ podaje także, że w ciągu ostatnich 70 lat o ponad połowę zmniejszył się współczynnik dzietności. Jednak zdaniem ekspertów od wdrażania Agendy 2030 na rzecz zrównoważonego rozwoju, proces ten postępuje i tak zbyt wolno i należy go przyspieszyć.

World Population Prospects 2022 przygotowany został przez Wydział Ludności Narodów Zjednoczonych (UNPD) na 11 lipca, czyli Światowy Dzień Ludności. Od ostatniego raportu w sprawie demografii upłynęły 3 lata. Najnowszy dokument wskazuje, że do lat 80. obecnego wieku pojawi się na świecie kolejne 2,4 miliarda ludzi. Do 2030 roku ma być nas 8,5 miliarda, a w 2050 r. – 9,7 mld, by ostatecznie, u końca naszego stulecia osiągnąć poziom 10,4 miliarda. Wedle prognoz, po osiągnięciu tego szczytu, liczba ludności na świecie zacznie spadać.

Współczynniki dzietności mają nadal spadać w miejscach o największej liczbie urodzeń i nieznacznie rosnąć w krajach o niskiej dzietności.

Scenariusz dotyczący niskiej płodności zakłada, że ​​co druga kobieta na świecie będzie miała o jedno dziecko mniej niż przewidywano w wariancie średnim. Z kolei scenariusz wysokiej płodności zakłada, że ​​co druga kobieta będzie miała jeszcze jedno dziecko. Scenariusz stałej płodności przewiduje utrzymanie się wskaźnika na obecnym poziomie.

Globalny wskaźnik wynosi obecnie około 2,3 dziecka na kobietę, ale ma spaść do połowy wieku do poziomu 2,1 dzięki tak zwanym: edukacji, opiece zdrowotnej i równouprawnieniu płci.

Na utrzymujący się wzrost populacji ma mieć wpływ wydłużenie życia coraz większej liczby ludności. Chociaż średnia długość życia spadała w okresie COVID-19 z 72,8 lat w 2019 r. do 71 lat w 2021 r. Oczekuje się jednak, że średnia długość życia ponownie wydłuży się i osiągnie 77 lat w 2050 r.

Największy przyrost ludności odnotuje Afryka Subsaharyjska (ponad połowę przewidywanego globalnego wzrostu populacji do 2050 r.). Region ten będzie najbardziej zaludnionym na świecie pod koniec lat 60. obecnego stulecia. W dalszej kolejności są: Azja Wschodnia i Południowo-Wschodnia oraz Azja Środkowa i Południowa. Ponad połowa globalnego wzrostu liczby ludności do 2050 r. przypadnie na kilka państw: Demokratyczną Republikę Konga, Egipt, Etiopię, Indie, Nigerię, Pakistan, Filipiny i Tanzanię. Indie mają wyprzedzić Chiny pod względem liczby ludności już w przyszłym roku.

Zdaniem analityków ONZ, populacja kilku regionów zacznie spadać przed 2100 r., a 61 krajów odnotuje ubytek liczby ludności o co najmniej 1 procent do 2050 r. W niektórych krajach, takich jak: Bułgaria, Łotwa, Litwa, Serbia i Ukraina spadek liczby ludności będzie jeszcze bardziej drastyczny wskutek emigracji.

Populacja liczonych łącznie Ameryki Północnej i Europy skurczy się z 1,13 miliarda w 2038 r. do 1 miliarda w 2100 r. ONZ przekonuje, że nie oznacza to załamania, ponieważ region Europy i Ameryki Północnej nadal ma jeden z najwyższych odsetków osób w wieku 25–64 lata, co jest najbardziej korzystne dla gospodarki.

Na całym świecie w 2018 roku po raz pierwszy liczba osób w wieku 65 lat i starszych przewyższała liczbę dzieci poniżej piątego roku życia, ale oznacza to, że wciąż jest znacznie więcej młodych osób na utrzymaniu niż starszych. Świat będzie się starzeć, a odsetek osób w wieku 65 lat lub starszych wzrośnie z 10 procent dzisiaj do 16 proc. w 2050 r. Chociaż istnieje większa niepewność, przewiduje się, że ostatecznie osoby w tym wieku będą stanowić jedną czwartą populacji świata do 2100 r.

Wzrost liczby ludności utrudnia osiągnięcie celów zrównoważonego rozwoju. Trzeba w jeszcze większym stopniu regulować płodność

ONZ ostrzega, że szybki wzrost liczby ludności na świecie – mimo spadku płodności o połowę – utrudnia osiągnięcie celów zrównoważonego rozwoju i należy coś zrobić z problemem wczesnego rodzenia dzieci przez nastolatki, na które ma przypadać 10 procent wszystkich dzieci na świecie.

46 najszybciej zaludniających się krajów należy do grupy najbardziej zubożałych i „najbardziej narażonych na zmiany klimatu”. Jednocześnie rzekomo znacznie przyczyniają się one do negatywnego wpływu ludzi na środowisko. Dlatego ONZ postuluje konieczność regulacji płodności, by zmniejszyć presję ekologiczną i umożliwić rozwój gospodarczy.

Chociaż w raporcie przyznano, że tempo wzrostu światowej populacji zwalnia i w 2020 r. po raz pierwszy od 1950 r. spadło poniżej 1 proc. rocznie, to jednak dwie trzecie przewidywanego wzrostu światowej populacji do 2050 r. będzie napędzane przez dynamikę z przeszłości.

Dlatego też rządy chcące ograniczyć dzietność nie miałyby większego wpływu na tempo wzrostu od teraz do połowy stulecia. Niemniej jednak, zasugerowano że gdyby skumulowany efekt niższej płodności utrzymał się przez kilka dziesięcioleci, może być bardziej znaczącym ograniczeniem globalnego wzrostu populacji w drugiej połowie wieku.

ONZ stwierdza, że „szybki wzrost populacji jest zarówno przyczyną, jak i konsekwencją powolnego postępu w rozwoju. Utrzymująca się wysoka dzietność i szybki wzrost populacji stanowią wyzwania dla osiągnięcia zrównoważonego rozwoju. Na przykład konieczność kształcenia coraz większej liczby dzieci i młodzieży ogranicza środki na rzecz poprawy jakości edukacji. Jednocześnie w miarę osiągania Celów Zrównoważonego Rozwoju (SDGs), szczególnie tych związanych ze zdrowiem, edukacją i gender, prawdopodobnie nastąpi przyspieszenie transformacji w kierunku niższej dzietności w krajach z utrzymującymi się wysokimi wskaźnikami dzietności”.

W wielu państwach w ostatnich dziesięcioleciach płodność znacznie spadła. Obecnie dwie trzecie światowej populacji mieszka na obszarach, w których wskaźnik dzietności jest niższy niż 2,1 urodzeń na kobietę, czyli utrzymuje się na poziomie wymaganym dla „zerowego wzrostu” na dłuższą metę dla populacji o niskiej śmiertelności.

Uporządkowana migracja remedium na ubytek liczby mieszkańców w niektórych państwach

Populacje 61 krajów mają skurczyć się o 1 procent lub więcej w latach 2022–2050 ze względu na utrzymujący się niski poziom płodności, a w niektórych przypadkach podwyższony wskaźnik migracji.

Międzynarodowa migracja oczywiście ma istotny wpływ na trendy demograficzne w niektórych krajach. W ciągu najbliższych kilku dekad migracja będzie jedynym motorem wzrostu liczby ludności w krajach o wysokich dochodach.

ONZ wskazuje, że „wszystkie państwa, niezależnie od tego, czy doświadczają napływów netto, czy odpływów migrantów, powinny podjąć kroki ułatwiające uporządkowaną, bezpieczną, regularną i odpowiedzialną migrację, zgodnie z celem SDG [zrównoważonego rozwoju – przyp. red.] 10.7”.

Raport wskazuje ponadto, że „pandemia COVID-19 wpłynęła na wszystkie trzy elementy zmiany populacji”, to jest globalną średnią długość życia, która spadła do 71 lat w 2021 r., w porównaniu z 72,8 w 2019 r., na obniżoną płodność oraz migracje.

W styczniu 2022 r. Narodowe Biuro Statystyczne Chin podało, że piąty rok z rzędu wskaźnik urodzeń w tym kraju spadł. W 2021 r. urodziło się 10,6 mln dzieci, w porównaniu z 12 mln rok wcześniej. I stało się tak, mimo uchylania przez rząd uciążliwej „polityki jednego dziecka”. Pekin zezwolił od 2021 r. na posiadanie do trojga dzieci.

Jednak wiele Chinek twierdzi, że ​​nie stać je na posiadanie więcej niż jednego dziecka. Populacja Chin może wkrótce zacząć się kurczyć, podobnie jak populacja Japonii.

W Ameryce Łacińskiej i na Karaibach, w Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej, Europie i Ameryce Północnej, Australii i Nowej Zelandii wskaźnik dzietności (TFR) utrzymuje się poniżej poziomu zastępowalności pokoleń (około 2,1 dziecka na kobietę) w 2020 r. Z kolei populacja Afryki Subsaharyjskiej wzrośnie sześciokrotnie w tym stuleciu (wskaźnik TFR wynosi 4,72, w porównaniu z 5,88 dwie dekady temu).

W Nigerii dzieci i młodzież stanowią połowę populacji, podczas gdy na przykład w małych miasteczkach Korei Południowej szkoły podstawowe są zamykane z powodu braku uczniów. Do 2050 roku Etiopia i Demokratyczna Republika Konga (DRK) znajdą się w pierwszej dziesiątce najludniejszych krajów świata, dołączając do Brazylii i Indii. I to te kraje mają najszybciej rozwijać się pod względem ekonomicznym. Sytuacja demograficzna i rozwojowa niektórych państw może jednak ulec zmianie wskutek toczonych wojen.

Aby złagodzić ekonomiczne skutki starzenia się populacji w Europie, czy innych regionach ekonomiści wskazują cztery opcje: podniesienie wieku emerytalnego, obniżenie świadczeń, zmuszenie większej liczby osób do pracy lub zwiększenie imigracji młodych ludzi, by utrzymywali nierentowne systemy emerytalne.

W przypadku Europy „uporządkowana migracja” ma odegrać kluczową rolę. Bez migracji populacja Europy miałaby skurczyć się z około 521 milionów do około 482 milionów do połowy wieku.

Mniej ludzi i mniej zamożnych konsumentów, „by nie wywierać presji na środowisko”.

Sposobem zaś na ograniczenie „presji ludności na zasoby naturalne” jest utrzymanie na dłuższą metę jak najmniejszej liczby zamożnych konsumentów.

Warto zauważyć, że propagatorzy zrównoważonego rozwoju, jak np. prof. Jeffrey Sachs wielokrotnie przy okazji swoich wykładów na temat celów Agendy 2030 wskazywali na rzekomy wielki problem wzrostu liczby ludności w krajach Afryki Subsaharyjskiej. Jednak ludność ta jest bardzo uboga, a jej konsumpcja znikoma w porównaniu chociażby z przeciętnym mieszkańcem Zachodu.

Według raportu Center for Global Development w Waszyngtonie, do końca pierwszego tygodnia stycznia 2022 r. przeciętny mieszkaniec Stanów Zjednoczonych miał przekroczyć roczną emisję dwutlenku węgla równoważną obywatelom w 22 krajach o niskich dochodach. Ale to przede wszystkim od tych ubogich mieszkańców wymaga się stosowania środków kontroli urodzeń.

Od czasu pojawienia się książki „Bomba populacyjna” w 1968 r. autorstwa Paula i Anne Ehrlich antynatalistyczne podejście osób odpowiedzialnych za globalne strategie rozwoju nie zmieniło się. I chociaż mają oni powód do zadowolenia – wszak w ciągu ostatnich 70 lat współczynniki dzietności spadły na całym świecie łącznie o połowę – wciąż przekonują, że jeśli jeszcze bardziej nie ograniczy się płodności, to grozi nam katastrofa.

Dlatego postulują dalsze „wzmacnianie pozycji kobiet” i „zwiększanie kosztów wychowywania dzieci” oraz zapewnienie wszystkim osobom: kobietom i mężczyznom „nowoczesnej antykoncepcji”, która obejmuje aborcję i sterylizację.

Tom Bollyky, dyrektor Globalnego Programu Zdrowia przypomina, że płodność, wielkość populacji w wieku produkcyjnym mają istotne konsekwencje na poziomie krajowym i globalnym. Wpływają na „czynniki napędzające zmiany klimatyczne, wywołują presję na środowisko, produkcję żywności, wszystko, od wielkości siły roboczej, potęgi militarnej, przez wzrost gospodarczy, po rentowność systemów opieki zdrowotnej i opieki społecznej”.

I przez ostatnie 70 lat rozumienie tego, jak demografia będzie kształtować przyszłość, było w dużej mierze napędzane przez prognozy ONZ dotyczące populacji. Niektóre z nich Bollyky zakwestionował jednak, sugerując, że współczynniki dzietności będą znacznie niższe niż prognozy ONZ i spadną znacznie szybciej w Afryce Subsaharyjskiej. To z kolei będzie miało poważne konsekwencje społeczne i ekonomiczne dla całego świata.

Demografia, istotny czynnik geopolityki

Z kolei prof. Chris Murray, dyrektor Institute for Health Metrics and Evaluation na Uniwersytecie w Waszyngtonie twierdzi, że wykształcenie kobiet i dostęp do usług w zakresie „zdrowia reprodukcyjnego” (aborcja, sterylizacja, antykoncepcja) wyjaśniają większość wszystkich wzorców płodności. Kombinacja tych dwóch składników de facto ma daleko idące konsekwencje w postaci szybszego starzenia się społeczeństwa, konieczności zapewnienia opieki nad osobami starszymi i mniejszej podstawy opodatkowania. W tej sytuacji nie jest możliwe podtrzymanie wzrostu gospodarczego. Nowe pokolenie ekonomistów ze Stanforda pisze o tym; że „młodsi ludzie są często motorem innowacji”, bo kupują dobra konsumpcyjne trwałego użytku, pożyczają pieniądze i zwiększają wydatki konsumenckie, a starsi w większości stanowią problem.

Profesor dodaje, że populacja ma kolosalne znaczenie jako czynnik geopolityczny. Przykładowo, biorąc pod uwagę transformację taką jak w Chinach, gdzie populacja osób w wieku produkcyjnym spadnie o 50 procent lub więcej w tym stuleciu, wzrost gospodarczy musi wyhamować, co z kolei odbije się na zmianie w rankingu największych gospodarek świata. – Chiny osiągnęły lub są blisko osiągnięcia szczytu pod względem potęgi geopolitycznej i te siły demograficzne mogą naprawdę prowadzić do spadku. A kraj taki jak Nigeria może bardzo poprawić swoją pozycję geopolityczną w ciągu tego stulecia – wskazuje.

Zdaniem profesora, tak naprawdę od zmian demograficznych, zwłaszcza od spadku liczby ludności w poszczególnych krajach, zależy to, jak będzie wyglądał świat i z jakimi wyzwaniami będzie się mierzył.

Wielki problem będą mieć: Rosja, państwa w Azji Środkowej, Europie Wschodniej, dla których kwestie demograficzne są kwestiami bezpieczeństwa. Chcąc uchronić się przed negatywnymi skutkami geopolitycznymi, niektóre kraje np. Japonia czy Singapur stawiają na zachęty dla kobiet, by chciały rodzić więcej dzieci. Inne wybierają migrację np. Australia, Nowa Zelandia, Kanada, USA.

Jeszcze inne kraje wywierają ogromną presję na kobiety, by rodziły więcej dzieci, ograniczając ich dostęp do „niektórych usług w zakresie zdrowia reprodukcyjnego”. W ocenie prof. Murraya, ta ostatnia opcja jest wielce niebezpieczna, bo stanowi zagrożenie dla „praw reprodukcyjnych” kobiet.

Zmiany demograficzne jednym z pięciu megatrendów kształtujących przyszłość

Dr Natalia Kanem z UNFPA zaznaczyła niedawno, że „Sekretarz Generalny ONZ, Antonio Guterres zidentyfikował zmiany demograficzne wraz ze zmianami klimatycznymi i innymi rzeczami, jako jeden z pięciu megatrendów, które będą kształtować wspólną przyszłość”.

Podkreśliła, że celem ONZ jest oczywiście „promowanie pokoju i zrównoważonego rozwoju, zwłaszcza poprzez usługi reprodukcyjne i seksualne”. Organizacja Narodów Zjednoczonych jest wręcz zdeterminowana, aby nie zmieniać strategii dotyczącej ograniczenia liczby ludności na świecie, chociaż niskie współczynniki dzietności zapoczątkowały łańcuch wydarzeń gospodarczych. Mniejsza liczba młodych ludzi prowadzi do mniejszej siły roboczej, co odbija się na wpływach z podatków, emerytur i składek na opiekę zdrowotną. Gospodarka z niedoborem siły roboczej doświadcza wyższych kosztów pracy, jest mniej wydajna. W rezultacie w danym kraju spada standard życia.

W 2016 r. czyli rok po przyjęciu Agendy 2030, Guy J. Abel, Bilal Barakat, Samir KC oraz Wolfgang Lutz w artykule naukowym: Meeting the Sustainable Development Goals leads to lower world population growth pisali, że „osiągnięcie celów zrównoważonego rozwoju prowadzi do niższego wzrostu liczby ludności na świecie”.

„Przyszłość wzrostu liczby ludności na świecie ma znaczenie dla przyszłego dobrobytu ludzi i interakcji ze środowiskiem naturalnym. Pokazujemy, w jakim stopniu wzrost liczby ludności na świecie można ograniczyć poprzez pełne wdrożenie celów zrównoważonego rozwoju (SDG), których cele zdrowotne i edukacyjne mają bezpośrednie i pośrednie konsekwencje dla przyszłych trendów umieralności i płodności” – czytamy.

Autorzy szczegółowo odnieśli się oni do konkretnych celów i zadań zapisanych w programie Agendy 2030, których wdrażanie jest monitorowane za pośrednictwem specjalnych wskaźników.

Prognozowali, że „w oparciu o wielowymiarowy model dynamiki populacji” dzięki wdrożeniu konkretnych celów uda się osiągnąć wielkość populacji między 8,2 a 8,7 miliarda w 2100 roku.

„Niektóre z tych celów, jeśli zostaną faktycznie zrealizowane, w szczególności w dziedzinie zdrowia reprodukcyjnego i edukacji kobiet, będą miały silny bezpośredni i pośredni wpływ na przyszłe trendy populacji, głównie w kierunku jej niższego wzrostu” – zaznaczyli.

Agenda 2030 na rzecz zrównoważonego rozwoju, zatwierdzona przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w obecności większości głów państw we wrześniu 2015 r., obejmuje 17 celów i 169 zadań szczegółowych. „W przeciwieństwie do poprzednich Milenijnych Celów Rozwoju (MCR), które zostały ustalone w 2000 r. wraz z docelowym rokiem 2015, SDG odnoszą się nie tylko do krajów rozwijających się, ale zamiast tego do wszystkich krajów na świecie i obejmują wymiar środowiskowy oprócz wymiaru społecznego oraz gospodarczego (…) Trendy demograficzne nie są wyraźnie wymienione w SDGs, ale kilka z celów SDGs jest bezpośrednio lub pośrednio związanych z przyszłymi trendami demograficznymi. Cele SDG dotyczące śmiertelności dzieci, śmiertelności matek, przyczyn zgonów i zdrowia reprodukcyjnego można przełożyć mniej lub bardziej bezpośrednio na przyszłą śmiertelność i ścieżki płodności” – wskazano.

Autorzy opracowania zaznaczyli, że „główną ideą jest to, że wdrożenie SDGs pomoże przyspieszyć proces transformacji demograficznej, który w innym wypadku przebiegałby wolniej”. Po 2030 r. rozwój populacji miałby przebiegać w bardziej uporządkowany sposób.

Prezentując dane najnowszego raportu ONZ dotyczącego prognoz ludnościowych Sekretarz Generalny ONZ Antonio Guterres apelował dość enigmatycznie, by zastanowić się w kontekście „naszej wspólnej odpowiedzialności za planetę” (…), „gdzie wciąż nie wywiązujemy się z naszych zobowiązań”.

Sekretarz nawiązał do kwestii koncentracji w przyszłych dziesięcioleciach ponad połowy światowej populacji w ośmiu krajach: Demokratycznej Republice Konga, Egipcie, Etiopii, Indiach, Nigerii, Pakistanie, Filipinach i Tanzanii.

ONZ długo nie zmieni sposobu postrzegania globalnej populacji. Zrobią to jednak niektóre państwa, borykające się z problemem szybko starzejących się społeczeństw i zabiegające o utrzymanie globalnej pozycji. W najbliższych dziesięcioleciach czynnik demograficzny odegra bardzo ważną rolę w gospodarce światowej i w kwestii bezpieczeństwa.

Agnieszka Stelmach

Opętanie Ojca Surin. Jansenizm: Konwulsjoniści z cmentarza św. Medarda.

Opętanie Ojca Surin

Andrzej Sarwa UDRĘCZENI PRZEZ DEMONY; opowieści o szatańskim zniewoleniu

Jan Józef Surin S.J., urodził się w roku 1600 w Bordeaux. W roku 1616 wstąpił do zakonu jezuitów, gdzie ukończył studia teologiczne. Następnie, w roku 1628, został wyświęcony na kapłana. 17 grudnia 1634 roku, w kilka miesięcy po wykonaniu wyroku śmierci na księdzu Grandier (a zatem - nie był zamieszany w sprawę tego występnego duchownego!), skierowano go do egzorcyzmowania opętanych urszulanek w Loudun. Z powierzonego mu zadania wywiązał się nadzwyczaj sumiennie. Widząc jednak, iż jego wysiłki nie przynoszą spodziewanego rezultatu, po kilku miesiącach bezowocnych prób uwolnienia opętanych spod władzy demonów, ofiarował się Bogu jako ofiara zastępcza owego opętania, prosząc by demony opuściły ciała zakonnic, a weszły w niego. Jego prośby zostały wysłuchane i tak też się stało.
Ojciec Surin był przekonany, że jego ciało i wyobraźnia podlegają jakiejś obcej woli. Stan opętania świątobliwego kapłana utrzymywał się nieustannie od tego czasu do roku 1658, a więc przez ponad dwadzieścia lat.
Przez pewien okres - uznany przez władze zakonne za umysłowo chorego - przebywał w odosobnieniu. W tym też właśnie czasie powstały jego głębokie dzieła ascetyczne, które są najlepszym dowodem na to, iż Ojciec Surin był całkowicie zdrowy psychicznie i że stan, któremu podlegał był rzeczywistym, a nie urojonym opętaniem (poseją). Dopiero na trzy lata przed śmiercią został uwolniony spod władzy demonów. Potworne udręczenie ustąpiło miejsca niewyobrażalnej wprost radości. Umarł w Bordeaux 22. kwietnia 1665 roku. Napisał wiele dzieł i rozpraw, w tym i na temat opętania w Loudun. Nas interesować będzie, jak sam określał swój stan i co odczuwał, znajdując się we władaniu demonów. (Encyklopedia Kościelna... przez X. Michała Nowodworskiego, Warszawa 1904, t. XXVII, s. 147.).
A oto słowa Ojca Surin:
''Zdawało się, że cała moja istota, wszystkie władze mojej duszy i członki ciała, z niewypowiedzianą gwałtownością wydzierały się ku Panu Bogu mojemu, którego uznawałem jako najwyższe moje szczęście, jako dobro nieskończone, jako jedyny przedmiot mojego istnienia. Ale jednocześnie czułem, że jakaś siła, mimo mojego oporu, gwałtem mnie odrywa i trzyma z dala od Niego tak dalece, iż stworzony na to, aby żyć, widziałem się i czułem pozbawiony Tego, który jest Żywotem; stworzony dla prawdy i światła, widziałem się stanowczo odpychanym od światłości i prawdy. Stworzony dla miłości, byłem bez miłości i odepchnięty od niej. Stworzony dla dobra, byłem pogrążony w otchłani zła. Trwogę, rozpacz, która przenikała mnie w tym niewymownym ścisku serca, mógłbym chyba przyrównać do stanu lecącej strzały, z wielką mocą wypuszczonej ku pewnemu celowi, a nieustannie od niego odpychanej nieprzepartą siłą: koniecznie dążyć musi naprzód, a ciągle coś ją odpycha wstecz.'' (Ks. L.G. de Ségur: Piekło..., s. 32.).

Konwulsjoniści z cmentarza św. Medarda

Przypadki, bądź to sporadycznych, bądź epidemicznie występujących, konwulsji, wywoływanych albo przyczynami naturalnymi, albo pozanaturalnymi o charakterze szatańskim, są odnotowywane od najgłębszego średniowiecza poczynając.
Najgłośniejsze z konwulsji są te, związane z jansenizmem, kultem diakona Parisa i cmentarzem św. Medarda w Paryżu.
Na wstępie kilka słów wyjaśnienia. Oto w XVII wieku powstała błędna nauka o łasce Bożej, która zyskała licznych zwolenników zwanych - od nazwiska autora heretyckiego dzieła - jansenistami. Przeciw jansenistom i ich błędom ostro wystąpił Rzym, ostatecznie potępiając ich bullą papieską Unigenitus (z 8.09.1713 r.).
Janseniści wszakże nie dali za wygraną i postanowili apelować od decyzji papieża do przyszłego Soboru Powszechnego. Jednocześnie wciąż szerzyli swoją naukę, którą w pewnym okresie wsparli rzekomymi cudami, które jakoby się miały dziać - jako potwierdzenie z nieba - tego czego uczyli.
Tak więc, czego nie mogli dokonać przy użyciu innych środków, postanowili przeprowadzić za pomocą rzekomych cudów zmarłego w Paryżu w roku 1726 diakona Franciszka de Paris, który swoim pełnym umartwień i prowadzeniem działalności dobroczynnej życiem zyskał duży rozgłos w stolicy Francji. Rozpuszczono wieści, że przy grobie owego diakona, pogrzebanego na cmentarzu św. Medarda, dochodzi do licznych cudownych uzdrowień. Sprawiło to, że na grób de Parisa wyruszyły tysiące pielgrzymów.
Zaczęto wówczas, wobec licznych świadków, dochodzić do zachwytów i ekstaz, objawiających się straszliwymi konwulsjami i wykręcaniem członków ciała. 
Na wieść o tym król Ludwik XV zakazał wstępu na rzeczony cmentarz. Wtedy czciciele zmarłego diakona, ze swymi praktykami przenieśli się do prywatnych domów, gdzie grób ''świętego'' zastępowała przyniesiona z niego garść ziemi.
Nie ma absolutnie żadnych podstaw i możliwości, by zaprzeczyć realności konwulsji, ponieważ ich świadkami było tysiące ludzi i to zarówno jansenistów (zwolenników konwulsjonizmu), jak i katolików (upatrujących w konwulsjoniźmie działań diabelskich). Ludzie ci mogli doskonale kontrolować się nawzajem. Tedy - bezwzględnie wykluczyć trzeba oszustwo.
Franciszek de Paris był diakonem, wyznawcą jansenizmu, który należał do stronnictwa apelantów (odwołujących się od bulli Unigenitus do Soboru Powszechnego). Żył, srodze umartwiając swe ciało, i słynąc z dobroczynności. Umierając oświadczył, że umiera jako jansenista. W glorii sławy świętego, przez swoich współwyznawców, został 1 maja 1727 roku pochowany na wspomnianym cmentarzu św. Medarda w Paryżu. 
O rzekomych cudach, których komisja kościelna nie uznała za prawdziwe, już wspomniałem wcześniej.
W lipcu 1731 roku zdarzył się pierwszy wypadek konwulsji na grobie ''świętego'' u niejakiej Amalii Pivert. W sierpniu podlega jej pewna głuchoniema kobieta z Wersalu, oraz ksiądz Bescherrant.
Z czasem konwulsje tak się rozpowszechniają, że ulegają im tysiące ludzi. Konwulsje owe są przyczyną wielkich cierpień tych, którzy im ulegli.
Konwulsjonistom się zdaje, że przynosi im ulgę, gdy się ich... bije po żołądkach, ściska ciała i traktuje kopniakami. Zadanie tegoż ''przynoszenia ulgi'' przypadło ludziom nazwanym wspomożycielami. Wspomożyciele owi, zwykle mężczyźni, bili swe ofiary pięścią, niekiedy po dwunastu kładli się na desce, gniotącej ciało konwulsjonisty. Później z tego zwykłego wspomagania, wynikł drugi jego rodzaj - wspomaganie zabójcze, dokonywane poprzez uderzanie ofiary sztabą żelaza lub drągiem drewnianym.
Władza - zarówno świecka, jak i duchowna (z wyjątkiem biskupów sprzyjających jansenizmowi) - rozpoczęła ostrą walkę z konwulsjonistami, zabraniając im występowania publicznie.
Mimo to, zjawisko nie tylko, że nie ustępuje, ale nawet się wzmaga. Zgromadzeni po prywatnych domach janseniści doświadczają konwulsji, popadają w ekstazy, przemawiają nieznanymi językami, prorokują. Mimo fizycznego znęcania się przez ''wspomożycieli'' nad ich ciałami, nie doznają najmniejszych nawet urazów! Na ciałach niektórych pojawiają się stygmaty Męki Jezusa i zjawisko konania. Ta epidemia trwa aż do wybuchu Rewolucji Francuskiej w 1789 roku. Potem o niej już nie słychać.
Co sądzić o tych dziwnych wydarzeniach?
Wykluczając oszustwo (bo było niemożliwe na tak wielką skalę) musimy przypuścić, że konwulsje na cmentarzu św. Medarda, z towarzyszącymi im zwykle objawami, miały w istocie początek pozanaturalny. Nie możemy jednak przypisać ich pochodzenia ani działaniu Boga, ani dobrych aniołów, a jedynie szatana, bowiem w samych konwulsjach, w postępowaniu konwulsjonistów ich przemowach daje się zauważyć cechy diabelskie. 
Np. niejaki brat Augustyn, kładł się na stole i twierdząc, że jest ''Barankiem bez zmazy'' kazał sobie oddawać cześć boską. Inny z konwulsjonistów, ks. Vaillant, ogłosił się wcieleniem proroka Eliasza. Ba! dzięki działalności ''braci wspomagających'' dwanaście dziewcząt konwulsjonistek zaszło w ciążę, a prorocy konwulsjoniści w swych przemowach namawiali matki, by te same oddawały im córki, bo to podoba się Bogu.
Dalej. Cóż może mieć wspólnego z dziełem bożym (jak o konwulsjonizmie mówili janseniści) tzw. wielkie wspomaganie, zwłaszcza wspomaganie zabójcze? Niesłychanie brutalne katowanie ludzi znajdujących się w transie? Do okrucieństwa dodajmy rozpacz (nieomylny znak działania Szatana!). Widziano jak jedna z konwulsjonistek, rozorawszy sobie twarz paznokciami, usiłowała popełnić samobójstwo. W czasie zaś przemów i obrzędów konwulsjonistycznych dopuszczano się wielu bluźnierstw i świętokradztw.
Np. jedna z kobiet konwulsjonistek odprawiała mszę, do której służyli jej księża. Inna także odprawiała mszę, z godnością i powagą, w nikomu nieznanym języku. Jeszcze inna także odprawiała mszę, ale na leżąco, wijąc się i rzucając w sposób nieprzyzwoity tak, że musiano przytrzymywać jej ubranie, aby nie zostały odsłonięte intymne części ciała.
Co się tyczy pozanaturalnych objawów konwulsjonizmu, to słuszna jest ocena jednego z teologów, że są one przejawem działania Szatana. Dowody? Wdowa Thévenet wznosiła się od czasu do czasu na siedem lub osiem stóp nad ziemię, aż do sufitu. A unosząc się pociągała za sobą na trzy stopy od ziemi dwie inne osoby, które całym swoim ciężarem wisiały u jej nóg. Wypadek jeszcze bardziej dziwny - podczas gdy wspomniana wdowa podnosiła głowę do góry, jej spódnice i bielizna zwijały się jakby własną siłą ponad jej głową. 
Istotnym będzie zaznaczenie faktu, iż konwulsje wybuchały właśnie w chwili, kiedy dana osoba dotykała grobu diakona Parisa, a bezzwłocznie ustępowały, skoro ją tylko od grobu odsuwano. 
Nadzwyczajność bywała jeszcze bardziej widoczna, kiedy relikwie rzekomego świętego przykładano do ciał dzieci, lub dorosłych którzy nie byli tego świadomi, albo pogrążeni w głębokim śnie, a natychmiast po owym przyłożeniu relikwii następowały gwałtowne konwulsje. W momencie, gdy relikwie usuwano, natychmiast konwulsje ustawały.
Niezliczone są jeszcze bardzo okrutne doświadczenia, którym poddano dziewczęta konwulsjonistki. Niejaką Nisettę bito w głowę drągiem drewnianym. Czterech mężczyzn waliło z całej mocy pięściami w głowę Małgorzatę-Katarzynę Turpin. Tęż samą bito w twarz, plecy, boki i brzuch kawałem drewna tak grubym, że z trudem można było unieść oburącz. Takich ciosów zadawano jej nieraz aż do dwóch tysięcy (!). I tu rzecz znamienna: uderzenia owe nigdy nie pozostawiały najmniejszego nawet śladu zranienia!!! (Słownik apologetyczny..., t. II, s. 305 – 316.).
Opisane powyżej zdarzenia, jako dziejące się niezbyt dawno, i to w obecności tysięcy świadków, nie dadzą się skwitować pogardliwym wzruszeniem ramion i ''naukowym'' stwierdzeniem: zabobon.
=====================

UDRĘCZENI PRZEZ DEMONY

opowieści o szatańskim zniewoleniu

z różnych autorów zebrał, ale i własnym piórem opisał i do druku podał

Andrzej Sarwa

* * *

Książka niniejsza jest dostępna w wersjach papierowej:

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

Wydawnictwo Armoryka Marta Elżbieta Sarwa

w postaci e-booka:

https://virtualo.pl/ebook/udreczeni-przez-demony-opowiesci-o-szatanskim-zniewoleniu-i5686/

i audiobooka:

https://virtualo.pl/audiobook/udreczeni-przez-demony-opowiesci-o-szatanskim-zniewoleniu-i795/
	

To Putin destabilizuje Polskę…

Putin destabilizuje Polskę

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  15 listopada 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5283

Na Ukrainie Putinowi idzie, jak z kamienia, a szczerze mówiąc – nie idzie mu wcale, z czego szef ukraińskiej razwiedki wnioskuje, a nasze niezależne media posłusznie powtarzają, że nie doczeka on końca wojny. Wszystko to być może, zwłaszcza gdy wojna przeciągnie się na lata – tylko czy z Ukrainy jeszcze coś wtedy zostanie?

Jak widzimy, wszystko ma swoje plusy dodatnie i ujemne, bo jakże tu się nie cieszyć, że Putin nie doczeka końca wojny, ale z drugiej strony… Najwyraźniej takie myśli muszą docierać również do głowy pana ministra Błaszczaka, który właśnie ogłosił kolejne strategiczne posunięcie – że mianowicie postawi płot wzdłuż granicy z Obwodem Królewieckim. Ale i ten pomysł, chociaż oczywiście znakomity, ma swoją ciemną stronę. Chodzi o to, że – jak donoszą wojskowi specjaliści – Obwód Królewiecki praktycznie został pozbawiony wojska, a to, które tam jest, to niedobitki wylizujące rany zadane im na Ukrainie. W tej sytuacji nasza niezwyciężona armia mogłaby zająć ten Obwód z marszu, co z pewnością przyczyniłoby się do dalszego pognębienia Putina. Czy jednak postawienie płotu na granicy nie utrudni marszu na Kaliningrad? Co na to pan generał Skrzypczak, albo pan generał Polko, którzy sprawy wojskowe mają w małych paluszkach? Pan minister Błaszczak jest cywilem, a cywile – wiadomo: często popadają w uniesienie, podczas gdy generałowie w nic takiego nie popadają, a jeżeli już – to w tak zwany „szał bojowy”.

Czy jednak szał bojowy właściwy jest tylko osobom wojskowym? Przecież pan minister Błaszczak, chociaż cywil, od pewnego czasu sprawia wrażenie, jakby też pozostawał pod wpływem szału bojowego. Przyjmuje to postać zakupów broni, co jest oczywiście korzystne, chociaż z drugiej strony rodzi pytania, skąd nasz nieszczęśliwy kraj weźmie na to pieniądze? Zgodnie z ustawą o obronie Ojczyzny mają się one brać ze sprzedaży obligacji emitowanych przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Żeby jednak były one kupowane przez lichwiarską międzynarodówkę, muszą być coraz wyżej oprocentowane; 9 procent i więcej, bo przecież nikt w tej sprawie nie powiedział ostatniego słowa. Z pozoru wydawałoby się to trochę ryzykowne, zwłaszcza gdy sobie pomyślimy, że te obligacje trzeba będzie wykupić i zapłacić te procenty, ale w tym bojowym szale jest metoda.

Rzecz w tym, że takiego zadłużonego kraju nikomu nie opłaci się najeżdżać ani okupować, bo czyż wtedy lichwiarska międzynarodówka nie skierowałaby swoich roszczeń do okupanta? Skoro my to wiemy, to tym bardziej musi to wiedzieć zimny ruski czekista Putin, więc z bezsilnej złości obgryza palce, od czego może mu się tam wdać gangrena, no a wtedy informacje szefa ukraińskiej razwiedki mogą okazać się prorocze.

Toteż Putin już nie zajmuje jakichś nowych ukraińskich terytoriów, tylko bombardiruje Ukrainę balistycznymi kartaczami, tym razem nie celując już specjalnie w przedszkola i żłobki, tylko w infrastrukturę energetyczną, a powiadają, że wkrótce również w kolejową. Ponieważ NATO jest zdeterminowane osłabiać Rosję do ostatniego Ukraińca, to w tym szaleństwie Putina też może być metoda. Gdyby tak okupował Ukrainę, to on musiałby ją odbudowywać z gruzów, a jeśli przezornie się przed okupacją powstrzyma, to nie ma rady; Ukrainę będą musiały podnosić z gruzów państwa NATO, co z pewnością ekonomicznie je wycieńczy i w ten sposób Rosja będzie mogła przywrócić stan chwiejnej równowagi. Nie ma co, nieźle to sobie zimny ruski czekista wykombinował i chyba zaczyna sobie to uświadamiać nawet pan premier Morawiecki, bo pojawiły się fałszywe pogłoski, że ukraińscy uchodźcy przestaną dostawać socjal, tylko będą musieli na siebie zarabiać.

Ale na tym nie koniec chytrości zimnego ruskiego czekisty. Chociaż na Ukrainie idzie mu jak z kamienia, to uknuty przezeń plan destabilizacji Polski rozwija się w tempie zaiste stachanowskim. Jak wiadomo, w Sejmie aż się roi od ruskich agentów, których zainstalował tam Putin, kupując od pana Marka Falenty materiały z afery podsłuchowej. Tak w każdym razie uważał pan generał Dukaczewski, który, jako szef starych kiejkutów, coś tam przecież musi wiedzieć. Ale pan generał Dukaczewski tak uważał, bo „mały świadek koronny” powiedział, iż pan Falenta materiały podsłuchowe sprzedał. Tymczasem pan Falenta właśnie „przerwał milczenie”, oznajmiając, że on nic nikomu nie sprzedawał, a wspomniane materiały pozyskał, korzystając z pomocy pierwszorzędnych fachowców z ABW i że stało się to za wiedzą i zgodą Naczelnika Państwa, a nawet pana Andrzeja Dudy, który potem został prezydentem naszego bantustanu.

Zawsze coś takiego podejrzewałem, ale naiwnie myślałem, że pierwszorzędnych fachowców nasłali Amerykanie. Tymczasem po co mieliby to robić w sytuacji, gdy zgodnie z moją ulubioną teorią spiskową, CIA ma w Polsce na swoje usługi bezpieczniaków, którzy się do niej przewerbowali jeszcze w ramach transformacji ustrojowej w zamian za gwarancje zachowania pozycji społecznej w nowych warunkach ustrojowych i zachowania wszystkiego, co sobie jeszcze za komuny, a i potem też, nakradli? Zatem powoli zbliżamy się do wyjaśnienia mechanizmu podmianki na pozycji lidera politycznej sceny w roku 2015, natomiast największymi smakowitościami, prawdziwym mięchem, będziemy mogli delektować się już wkrótce. Właśnie pan premier Morawiecki oznajmił, że w ciągu dwóch tygodni ma być gotowa ustawa w sprawie sejmowej komisji śledczej. Tymczasem pan Falenta, indagowany przez ciekawskich oświadczył, że wyjaśnienie sprawy 600 tys. euro łapówki, o której wzięcie „mały świadek koronny” posądził pana Michała Tuska, zachowuje sobie właśnie na komisję śledczą.

Co tu ukrywać; kampania do przyszłorocznych wyborów może rozpocząć się jeszcze przed Bożym Narodzeniem, a chociaż będziemy oszczędzać energię elektryczną i w ogóle, to czyż nie rozgrzeje nas to wszystko, czego się przy tej okazji nasłuchamy? A destabilizacja będzie w związku z tym postępować, aż miło tym bardziej, że nawet w obozie „dobrej zmiany” właśnie obserwujemy zwiastuny nadchodzącej burzy. Oto pan premier Morawiecki, najwyraźniej zniecierpliwiony sypaniem mu piasku w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów przez pana ministra Ziobrę, postanowił napuścić na niego pana Mariana Banasia, który w nieukrywaną przyjemnością odsłoni wszystkie wstydliwe zakątki Funduszu Sprawiedliwości. Jak wy mi tak, to ja wam tak – ale przecież pan minister Ziobro, chociaż może tak wygląda, to też nie jest dzieckiem i w odwecie może pana premiera Morawieckiego też przyprawić o bóle głowy, bo – jak powiada zimny ruski czekista Putin, co to właśnie destabilizuje Polskę – nikt nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Walka o JOWy była ostatnią (a może jedyną), podjętą po transformacji ustrojowej, próbą wyłaniania patriotycznej elity politycznej.

POCHWAŁA LOGIKI

W 10. rocznicę śmierci śp. Jerzego Przystawy.

Walka o JOWy była ostatnią (a może jedyną), podjętą po transformacji ustrojowej próbą stworzenia mechanizmu wyłaniania patriotycznej elity politycznej, kierującej się interesem państwa i dobrem wspólnym jego obywateli.

Tomasz MIANOWICZ 3 listopada 2022 r.

Mirek Dakowski i Staszek Sauć przywieźli z Bonn miłe informacje o Panu, m.in. o tym, że wyrażał Pan chęć nawiązania ze mną kontaktu. Bardzo mnie ta wiadomość ucieszyła, gdyż znając z Kultury Pańską publicystykę miałem cichą nadzieję, że może istotnie uda nam się kiedyś spotkać i połączyć nasze skromne siły”.

Tak zaczynał się pierwszy list Jerzego Przystawy do mnie, datowany „2.10.92”. Owszem, wyrażona w liście nadzieja spełniła się. Odwiedził mnie w Monachium, w towarzystwie Krystyny Chmieleńskiej, mniej więcej rok później. Trudności w kontaktach osobistych były m.in. wynikiem faktu, że nie akceptując sytuacji powstałej na skutek ustaleń z „Magdalenki” i umów „okrągłostołowych”, do 1996 roku utrzymywałem status uchodźcy politycznego. Posługiwałem się titre de voyage, wydanym w oparciu o Konwencję Genewską, który ważny był na wszystkie kraje świata, z wyjątkiem Polski.

Nietaktem byłoby jednak zajmowanie się tutaj samym sobą. Również pisząc o Jurku, będę się starał uniknąć wątków, którymi zajmowały się już osoby bardziej ode mnie kompetentne i których głos ma większą wagę od mego.

We wspomnianym liście autor pisał, że przyszły kształt stosunków polsko-niemieckich uważa za podstawowy dla naszej narodowej egzystencji i w związku z tym założył we Wrocławiu Stowarzyszenie Inicjatyw Polsko-Niemieckich. W jednym z kolejnych listów podkreślał, że szuka kontaktów poza establishmentem (niemieckim). A to niespodzianka! – pomyślałem. Fizyk z Polski, nieznający – jak sam pisał – ani Niemiec, ani języka niemieckiego – szuka kontaktów, aby sprawy stosunków z naszym zachodnim sąsiadem nie pozostały „w rękach facetów, którzy na tę kwestię patrzą przez pryzmat interesów indywidualnych bądź grupowych”. Przez dziesięciolecia zachowaniem Polaków wobec Niemiec – także na emigracji, czyli w Wolnym Świecie – rządził „kompleks niemiecki” (by użyć określenia, jakim posłużył się Józef Mackiewicz w „Zwycięstwie prowokacji”). Kontaktów z konserwatywnymi siłami politycznymi w RFN unikano niczym diabeł święconej wody. Jeszcze w latach 1980-tych, gdy w Niemczech uczestniczyłem w spotkaniach lub konferencjach o jednoznacznie antykomunistycznym i antysowieckim charakterze, byłem z reguły ich jedynym polskim uczestnikiem. Lewica imprez tego typu nie organizowała, zaś zdecydowana większość niemieckich intelektualistów co najmniej sympatyzowała z zaangażowaną w Ostpolitik SPD, o ile nie była członkami tej partii, zaś „zieloni” byli wyraźnie zainfekowani marksizmem.

Nie trzeba było zatem przekonywać mnie do SIPN; starałem się z Monachium wesprzeć Stowarzyszenie. Ostrzegałem jednak równocześnie jego twórcę, że niemiecki establishment polityczny nie będzie zainteresowany współpracą z grupami czy strukturami niezależnymi, nawet jeśli proponują one dyskusję na tematy podstawowe dla stosunków między obu państwami i społeczeństwami. Niemcy już wówczas wybierali polskich partnerów według własnych interesów politycznych. „Obraz polski w RFN tworzą głównie pp. Bartoszewski i Szczypiorski” – pisałem – (mogłem był dorzucić jeszcze 2 lub trzy nazwiska osób o poglądach zbliżonych do obu wymienionych prominentów, ale nie więcej); to oni są obecni w najbardziej prestiżowych mediach, utrzymują kontakty z niemiecką elitą kulturalną, są bywalcami salonów politycznych w Berlinie i – co również nie bez znaczenia – często mogą się cieszyć z różnych nagród i apanaży. Okazało się jednak, że moje ostrzeżenia były zbyteczne. Konsulat RFN we Wrocławiu traktował SIPN z „ostentacyjnym lekceważeniem” – pisał Przystawa.

W 1993 roku związana z SPD Fundacja Friedricha Eberta zobowiązała się do sponsorowania organizowanej przez SIPN w Książu konferencji, poświęconej problemom ekologicznym. Przygotowania trwały już pół roku, gdy fundacja nagle – trzy tygodnie przed rozpoczęciem konferencji! – poinformowała organizatorów, że wycofuje się ze sponsorowania imprezy. Ta wiadomość nie oburzyła mnie tylko dlatego, że po 10 latach pobytu w Niemczech znałem już podobne sytuacje: niepodziewane wycofanie obiecanych funduszów, wstrzymanie publikacji przyjętego już do druku materiału, ba, zdarzały się przypadki zablokowania nominacji profesorskich (najczęściej na wydziałach historycznych), gdy nagle okazywało się, że kandydat w jakimś wcześniejszym artykule naruszył zasadę ideologicznej poprawności.

Takie były początki.

Berlin już od lat 1990-tych tworzył w Polsce swoich „partnerów” i dysponuje obecnie potężnym ugrupowaniem, gotowym przejąć „ster rządów”. Jak sądzę, nastąpi to prędzej czy później; prędzej – jeśli Niemcy zdecydują się zastąpić Tuska bardziej popularnym kandydatem, np. Trzaskowskim. Prezydent Warszawy był w tym roku gościem Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, a to o czymś świadczy.

Pomiędzy początkiem lat 1990-tych a chwilą obecną miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie, istotne dla periodyzacji najnowszej historii politycznej, lecz ważne również w kontekście mojej współpracy z Jerzym Przystawą. Otóż w Roku Pańskim 2000 Unia Europejska obłożyła sankcjami Austrię, ponieważ utworzony tam w wyniku demokratycznych wyborów rząd z udziałem Freiheitliche Partei Österreich FPÖ (czyli Wolnościowej Partii Austrii) nie odpowiadał ideologicznym preferencjom Berlina-Brukseli. Sankcje wprowadzono z naruszeniem tzw. „prawa europejskiego”, ale dla niniejszych uwag jest to sprawa drugorzędna.

Ważniejszy jest fakt, że ta decyzja zapoczątkowała nowy etap niemieckiej polityki: współdecydowania o tym, które siły polityczne mogę wchodzić do rządów w państwach członkowskich UE (ten wątek powinien nas obecnie żywo interesować).

Szwajcarskie Stowarzyszenie Mut zur Ethik (Mut – to po niemiecku odwaga, zaś słowa Ethik tłumaczyć nie trzeba) zareagowało na ogłoszenie sankcji przeciwko Austrii zwołaniem dwóch niejako ponadplanowych konferencji, poświęconych temu zagadnieniu. Współorganizatorem były francuskie Les états généraux de la souveraineténationale, a wśród referentów – ich przewodniczący profesor Jean-Paul Bled, którego niedługo potem przeniesiono z paryskiej Sorbony na prowincjonalny uniwersytet w Strasburgu. Oprócz niego m.in. Władimir Bukowski – mówił o sowietyzacji Unii Europejskiej, niemiecki prawnik profesor Karl-Albrecht Schachtschneider o erozji demokracji i praw podstawowych w UE, zaś francuski historyk Christophe Réveillard o mniej znanych aspektach działalności Jeana Monneta, jako rzekomego „ojca” integracji europejskiej. Referat wygłosił również Karmenu Mifsud Bonnici – były socjaldemokratyczny premier Malty, która długo opierała się włączeniu do UE i dzięki temu uzyskała najwięcej derogacji w zakresie przymusu stosowania prawa unijnego. Miałem okazję przedstawić kilka uwag dotyczących dezinformacji, rozpowszechnianej przez media w związku z sytuacją w Austrii, ale na tym „polski udział” w konferencji się skończył.

Ze stowarzyszeniem współpracowałem już od kilku lat. Jego siedzibą był Zurych, a działaczami – oprócz Szwajcarów – Niemcy (po części emigranci, którzy opuścili RFN z powodu systematycznego ograniczania wolności obywatelskich i ideologicznej presji, wywieranej na nauczycieli, naukowców czy też niezależnych dziennikarzy) i Austriacy. Mut zur Ethik było organizacją o profilu konserwatywnym, występując w obronie suwerenności narodowej, prawa międzynarodowego, wolności słowa a przeciwko eutanazji, ułatwianiu dostępu do narkotyków, liberalizacji przepisów zezwalających na spędzanie płodu. Po roku 2000 stowarzyszenie otworzyło się na współpracę z przedstawicielami lewicy, tymi, którzy w europeizmie, globalizmie, neoliberalnym modelu gospodarczym i w militarnym interwencjonizmie dostrzegli zagrożenie dla socjalnej gospodarki rynkowej, czy też zasady pokojowego rozwiązywania konfliktów międzynarodowych.

Coroczne kongresy Mut zur Ethik odbywały się we wrześniu w Feldkirchu w austriackim Voralbergu, korzystając z życzliwości lokalnego wikariusza generalnego dra Elmara Fischera (w roku 2005 został biskupem diecezji Feldkirch). Miały one charakter międzynarodowy, brali w nich udział naukowcy, publicyści i działacze polityczni z Europy, ze Stanów Zjednoczonych, z Izraela, Palestyny, a nawet z kilku krajów afrykańskich.

Chociaż stowarzyszenia Mut zur Ethik w żadnym wypadku nie można uznać za organizację niemieckiej prawicy, nawet wśród słuchaczy wykładów brakowało Polaków. Stąd też mój pomysł, aby doprowadzić do kontaktu pomiędzy zuryskim stowarzyszeniem a ruchem na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, którego twórcą i spiritus movens był Jerzy Przystawa. Na dorocznym kongresie, we wrześniu pamiętnego 2000 roku, Jurek wygłosił w Feldkirchu referat How a Post-Communist Society Can Contribute to the Future. Materiały konferencji ukazywały się później drukiem.

Na następne kongresy organizowane przez Mut zur Ethik przyjeżdżała już większa reprezentacja ruchu JOW. Spośród nich odeszli tymczasem ks. Jan Kurdybelski („kapelan JOWu”), zasłużony „woJOWnik” Jerzy Gieysztor z Wrocławia, czy Janusz Sanocki, były burmistrz Nysy; jako publicysta obdarzony – podobnie jak Jerzy Przystawa – zdolnością logicznej argumentacji i zdrowym sceptycyzmem wobec treści propagowanych przez mass-madia. Przyjeżdżała do Feldkirchu też młoda generacja: córka Jurka – Agnieszka , zaś Januszowi Sanockiemu towarzyszyły córki. Z kontaktów, które tam nawiązano, warto wspomnieć współpracę z Peterem Bachmaierem (dziś professor emeritus), który w St. Pölten kierował filią austriackiego Instytutu Europy Wschodniej. Ten kontakt zaowocował opublikowaniem artykułu Krystyny Chmieleńskiej i Jerzego Przystawy na temat wpływu „europeizmu” na system szkolnictwa w Polsce. Tekst ten ukazał się w 2005 roku w tomie Der kulturelle Umbruch in Ostmitteleuropa, którego redaktorami byli Peter Bachmaier i jego słowacka współpracowniczka Beata Blehova.

Problemom edukacji w Polsce, a zwłaszcza trudnej sytuacji nauczycieli szkolnych i akademickich, profesor Przystawa poświęcił osobną publikację – „Nauka jak niepodległość” (Wrocław 1999). Uprzednio trzykrotnie odmówił przyjęcia nominacji profesorskiej, aby zwrócić w ten sposób uwagę na katastrofalną sytuację nauki w Polsce oraz położenie nauczycieli szkolnych i akademickich.

Jednak – z perspektywy historycznej – najważniejszym obszarem działalności Jurka był bez wątpienia Ruch Obywatelski na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych – JOW. Swego czasu sprawa systemu wyborczego istniała w przestrzeni publicznej , była tematem debat, a na temat ordynacji większościowej wypowiadali się czołowi aktorzy polskiej sceny politycznej (co ciekawe – pozytywnie; jako zwolennicy JOW deklarowali się przecież zarówno Jarosław Kaczyński, jak i Donald Tusk). Owa popularność tematu była zasługą Jerzego Przystawy, który wkładając ogromne kwantum energii, czasu, pracy a nierzadko również własne pieniądze, forsował kampanię na rzecz JOW, w zmianie ordynacji wyborczej widząc warunek konieczny uzdrowienia sytuacji politycznej w Polsce; tylko brytyjski model wyborów prowadzi do odpowiedzialności posła wobec wyborców, a nie wobec przewodniczącego czy sekretarza generalnego partii.

Chodziło więc o nic innego jak o demokratyzację systemu wyborczego. Prawo wyborcze tylko formalnie jest częścią prawa powszechnego, materialnie – ma rangę prawa konstytucyjnego. To ono decyduje o kształcie państwa i stosunku pomiędzy rządzącymi a rządzonymi. Jurek odszedł zbyt wcześniej, aby doczekać orzeczenia włoskiego trybunału konstytucyjnego z grudnia 2013 roku. Corte Costituzionale zdefiniował wówczas warunki, które muszą być spełnione, aby wybory uznać za demokratyczne: głos oddany przez wyborcę na konkretnego kandydata musi być bezpośrednio zaliczony na korzyść tego ostatniego i decydujący o tym, kto wejdzie do parlamentu (orzeczenie to przemilczały mass media poza Włochami). W wypadku głosowania na listy partyjne warunek ten spełniony nie jest.

Nie będę tutaj zachwalał większościowej ordynacji wyborczej, bowiem najlepsze argumenty na rzecz jej wprowadzenia można znaleźć w tekstach Jerzego Przystawy. Wskażę tylko na pragmatyczny wymiar zagadnienia: Gdyby nie system JOW Zjednoczone Królestwo nie opuściłoby Unii Europejskiej, czyli nie zdołałoby odzyskać suwerenności państwowej, ponieważ nie doszłoby do referendum w sprawie Brexitu. Posłowie – niezależnie od przynależności partyjnej – w tej sprawie musieli reprezentować opinię wyborców. Partia konserwatywna sama z siebie doprowadziła niedawno do ustąpienia Borisa Johnsona, gdyż stracił poparcie wyborców.

Dokładnym odwróceniem tych demokratycznych mechanizmów jest sytuacja w Niemczech: (pseudo)proporcjonalna ordynacja, w połączeniu z 5-procentowym progiem wyborczym i z (sprzeczną z ustawą zasadniczą) dyscypliną partyjną, prowadzą do tego, że wpływ obywateli na polityczne decyzje rządu jest w efekcie teoretyczny. Minister spraw zagranicznych RFN Kinkel, tak komentował kiedyś niekorzystny dla własnej partii wynik wyborów: „Musimy lepiej wytłumaczyć naszą politykę wyborcom”. W leninizmie partia potrzebowała „pasów transmisyjnych”, aby przekazać swą wolę masom.

Argumenty, które Przystawa formułował dla poparcia zmiany ordynacji wyborczej, odznaczają się żelazną logiką. „Tym, co w tej sprawie zaskakuje, jest praktycznie brak jakiegokolwiek odzewu na wysiłki Jerzego” – pisał jego kolega po fachu, doktor fizyki Krzysztof J. Rapcewicz, we wstępie do wydanej w 1999 roku książki „transATLANTIC” (jest zbiór tekstów Jurka, publikowanych w 1998 roku w „Tygodniku Nowojorskim”). Równocześnie Rapcewicz wyjaśniał przyczyny tego stanu rzeczy, pisząc o „oczywistej logice” wywodów Przystawy:

Inteligencja polska nie wypełniła swego obowiązku analizy wydarzeń, ponieważ logika tych wywodów prowadziła ją tam, dokąd nie chciała iść.

I dalej:

Źródło tych postaw jest to samo: niechęć do przemyślenia wysuwanych argumentów jest wynikiem konfliktu pomiędzy oczekiwaniami i konkluzją, jaka z tych argumentów wynika.

Dla mnie walka o JOWy była ostatnią (a może jedyną), podjętą po transformacji ustrojowej próbą stworzenia mechanizmu wyłaniania patriotycznej elity politycznej, kierującej się interesem państwa i dobrem wspólnym jego obywateli. Nie sądzę, abym raz jeszcze mógł być świadkiem podobnych wysiłków. Obawiam się, że Polska znajduje się na drodze prowadzącej do kolejnej katastrofy narodowej (o ile stanu wieloletniej zimnej wojny domowej pomiędzy partiami walczącymi o władzę, już teraz nie należy uznać za katastrofę).

Kończę zatem tym smutnym akcentem, który jednak pasuje do nastroju dzisiejszego dnia. 10 lat temu odszedł Jerzy Przystawa.

Monachium, 3 listopada 2022 r.

Tomasz MIANOWICZ

Satanizm zajmuje naczelne warstwy najbardziej ekskluzywnych stowarzyszeń: Rothschildo – Syjonistów oraz sieci pedofilów.

https://gloria.tv/post/vauQwZNoZuCM3uHo4LwdVVRQC

Zygmunt Bronislaw Polatynski

Wiele osób uzna to za coś kontrowersyjnego, ja jednak nie bawię się w jakieś „niuanse”, nie interesuje mnie „poprawność polityczna”, czy inne tego typu „wytrychy” do oficjalnego cenzurowania obiegu informacji i wolnej myśli. To też napiszę wprost, że od lat ideologia LGBT, jest wstępem do usankcjonowania prawnego pedofilii. Brzmi to szokująco? Cóż, to jest szokujące, ale niestety prawdziwe. Naszą cywilizacją sterują ludzie, którzy wyznają czysty [? brudny raczej… MD] satanizm.

Leonardo Da Vinci powiedział: „nic tak nie wzmacnia autorytetu władzy jak milczenie”. Ja milczeć nie będę, prawda sama się w dzisiejszych czasach nie obroni, należy jej dopomóc. Wszystko rozpoczyna się od pojedynczego źdźbła trawy, a tym źdźbłem jest dostęp do informacji, do wiedzy. To z kolei umożliwia przebudzenie, zyskanie świadomości o otaczającym nas świecie Na szczycie hierarchii systemu współczesnej globalnej władzy, umiejscowiony jest satanizm. Złączony jest on z globalną siecią o strukturze pierścieni zawartych w kolejnych pierścieniach, w których satanizm zajmuje naczelne warstwy największych i najbardziej ekskluzywnych tajnych stowarzyszeń, Rothschildo – Syjonistów, oraz sieci pedofilów. Wszystko to funkcjonuje jako jednolita struktura.

Dlaczego mowa jest o sieci pedofilów? Odpowiedź jest taka sama jak na pytanie, dlaczego na przestrzeni tysięcy lat sataniści poświęcili na ofiary tak wiele dzieci, które rozumiemy także pod pojęciem „młodych dziewic”. Lucyfer i wszelkie przejawy jego „sług”, pożądają energii dzieci bardziej niż czegokolwiek innego. Dlatego też dzieci stają się powodem obsesyjnego wykorzystywania seksualnego na całym świecie i to w niewyobrażalnej skali. Dlatego też niewiarygodna liczba ludzi u władzy jest zarówno satanistami, jak i pedofilami. Spójrzcie tylko na „PLANdemię” COVID-19. To wszystko co wyrabiało się dookoła niej, jest zaiste diaboliczne, a ten kto tego nie dostrzega, jest chyba ślepy. Oby jednak czym prędzej się przebudził, dla swojego dobra. Demon pochłania energię dzieci w chwili, gdy są one uśmiercane, a także wtedy, gdy są one wykorzystywane seksualnie przez pedofilów opętanych przez demona.
Wiem, że trudno to pojąć i przykro mi, że to ja wam to przekazuję, ale Hollywood to zinstytucjonalizowany krąg pedofilów. Wykorzystują dzieci dla swoich własnych chorych duchowych przekonań, jeśli w ogóle można je tak nazwać. Sam nie do końca to rozumiem, ale zabierają tym dzieciakom energię i ucztują w ich krwi. I im bardziej niewinne dziecko tym bardziej jest przerażone i tym więcej kumuluje energii.
Co to znaczy? Zbierają krew dzieci i j
edzą ich mięso, ponieważ myślą, że daje im to jakąś siłę życiową. Jeśli dziecko cierpiało psychicznie i fizycznie w momencie śmierci, to daje im dodatkową siłę życiową. Nie rozumiem, dlaczego to robią. Większość z nas ma kompas moralny, który prowadzi nas przez życie, prawda? Ci ludzie tego nie mają, a jeśli tak, to wskazuje on w przeciwnym kierunku.”Mel Gibson.
Stosunek płciowy w zakresie: „opętany pedofil a dziecko”, umożliwia także opętanie danego dziecka. W ten sposób dzieci z „wyselekcjonowanych rodów”, są już opętane we wczesnym wieku i jest to jedna z przyczyn tego, że pedofilia i kazirodztwo są normą w tych środowiskach. Te „linie genealogiczne” czynią to od tak dawna, że pragnienie seksu z dziećmi jest już bardzo zakodowane w ich DNA/RNA [wątpię. MD] . Pedofilia stała się także pewnego rodzaju zabezpieczeniem dla tych „wyselekcjonowanych rodów”.

Otóż każdy, kto nie wywodzi się z tych „wyselekcjonowanych rodów”, ale dla nich „pracuje”, musi być również poddany pewnego rodzaju szantażowi, gdyby kiedyś opamiętał się i chciał opuścić struktury „globalnej władzy” lub pisząc inaczej: „globalnego kręgu pedofilów”. Tego typu sytuacje się przecież zdarzają. Wówczas zaczyna działać zasada: „monetarna i seksualna korupcja, która jest wykorzystywana do uzyskania władzy nad mężczyznami zajmującymi wysokie stanowiska”. Zatem uratować się od tego szaleństwa może tylko ten, kto nie dopuścił się pedofilii i dlatego też „oni” nie mają na niego „haków”. Istnieje jednak inne zagrożenie, otóż, jeżeli taka osoba odejdzie i będzie chciała wyjawić to, co wie, wówczas może czekać ją śmierć (nie z przyczyn naturalnych).

Na koniec chciałbym zauważyć jeszcze pewną zależność, otóż jakże często za pewne „skandaliczne” decyzje, obwiniamy tego czy tamtego polityka, taką czy inną „kukiełkę”, ale zapominamy o „sile” , która stoi „za tronem”. Musimy zrozumieć, że nie mamy do czynienia z aktorami, którzy zostali „kupieni” oraz „wypromowani” na zajmowane stanowiska, ale z prastarymi rodami, które od wieków pociągają za sznurki.

===================

mail:

W neo-PRL-u taki szantażowany starzec – pedofil plącze się na szczytach sejmu… Zrobi oczywiście wszystko, co mu każą. Filmiki ma ukrainiec- burdel-tata.

Lewackie „Klimaschutz über alles”. Utopia anty-energetyczna, anty-gospodarcza. W stronę „klimatycznego” komunizmu. Przypominam, żebyście kiedyś nie mówili: „Ojej, nie wiedziałem”

Lewackie „Klimaschutz über alles”. Utopia anty-energetyczna, anty-gospodarcza. W stronę „klimatycznego” komunizmu.

[Przypominam, żebyście nie mówili: „Ojej, nie wiedziałem”. MD]

Tomasz Mysłek https://nczas.com/2021/11/05/anty-energetyczna-anty-gospodarcza-w-strone-klimatycznego-komunizmu/

W związku z szaleńczą „klimatyczną”, czyli anty-energetyczną i anty-gospodarczą polityką władz Unii Europejskiej (coraz bardziej lewacko-komunistycznych), również w Niemczech, podobnie jak w Polsce, w ostatnich miesiącach podrożało niemal wszystko. Oprócz postępującej drożyzny towarów, usług i inflacji, niemieckie sklepy, firmy i konsumentów prześladują także duże opóźnienia w dostawach i inne problemy.

9 października aż 38 dostawców gazu ziemnego ogłosiło, że cena tego surowca dla konsumentów w Niemczech, w tym dla firm i gospodarstw domowych, wzrośnie w ostatnim kwartale br. o średnio 13 procent.

W pierwszym półroczu 2021 r. przeciętne niemieckie gospodarstwo domowe musiało zapłacić za prąd i gaz łącznie już o 4,7 proc. więcej, niż w drugim półroczu 2020 r. Natomiast ceny produktów energetycznych w Niemczech (jak informował dziennik „Die Welt”) były we wrześniu br. aż o 14,3 proc. wyższe, niż rok wcześniej. Szczególnie dużo wzrosły ceny oleju opałowego (aż o 76,5 proc.) i paliw do samochodów (o 28,4 proc.). A cena benzyny na wielu stacjach w Saksonii i innych landach wynosiła 17 października już nawet 1,779 euro za litr (tj. ok. 8,14 zł). Ceny detaliczne gazu ziemnego wzrosły przez ten rok o 5,7 proc., ceny energii elektrycznej o 6,6 proc., a żywności średnio o 4,9 proc. (ale np. ceny warzyw aż o 9,2 proc.). Z kolei koszty ogrzewania w Niemczech wzrosły we wrześniu br. aż o 33 proc. w porównaniu z wrześniem 2020 r. (!). W związku z tym jedna z kilkunastu bardzo „postępowych” i „demokratycznych” posłanek SPD do parlamentu UE, tj. Katarina Barley, poradziła niemieckim konsumentom, żeby w swoich mieszkaniach przykręcili ogrzewanie i nosili ciepłe swetry. Sehr schön und demokratisch!

Rosnące na rynkach świata i Europy od miesięcy hurtowe ceny węgla i gazu skutkują ponoć również tym, że w wielu niemieckich magazynach i elektrowniach już od kilku tygodni gazu i węgla brakuje i nie jest pewne, czy tych nośników energii wystarczy na całą nadchodzącą zimę. Należy jednak pamiętać, że w Niemczech aż około 75 proc. końcowej, detalicznej ceny energii elektrycznej i kosztów ogrzewania domów nie jest pochodną samych kosztów surowców i kosztów wytworzenia tej energii, ale przede wszystkim efektem licznych podatków, tzw. opłat sieciowych i innych oraz różnych przymusowych dopłat. A więc skutkiem niemieckiego i unijnego socjalizmu!

Ciągle rosnące koszty i ceny energii i paliw, a także liczne inne „zielone”, „klimatyczne”, finansowo-podatkowe i biurokratyczne wymagania władz UE i władz krajowych, powodują więc rosnącą drożyznę towarów i usług i coraz większą inflację. Jak podał oficjalnie niemiecki GUS (14 października), w sumie inflacja w Niemczech wyniosła we wrześniu br. już 4,1 proc. rocznie – tj. najwięcej od prawie 28 lat. A to przecież zapewne nie koniec jej postępów i wzrostów. Tym bardziej, że ceny w niemieckich hurtowniach były we wrześniu br. już o 13,2 proc. wyższe, niż w tym samym okresie roku 2020. Tak wysokiej inflacji w niemieckim handlu hurtowym nie było ponoć od roku 1974. Z kolei, jak podawał monachijski instytut ekonomiczny Ifo, aż 74 proc. ankietowanych niemieckich sklepów detalicznych skarżyło się we wrześniu br. na coraz większe problemy i opóźnienia z dostawami towarów. W przypadku sklepów budowlanych na zaległości i opóźnienia w dostawach narzekało aż 98 proc. tych placówek handlowych, a np. wśród ankietowanych sklepów z meblami 94 proc. Natomiast w dziedzinie sklepów spożywczych te zaległości i opóźnienia dotknęły „tylko” 47 proc. z nich.

Co na to wykonawcze władze UE?

Co w reakcji na tę skandaliczną drożyznę podstawowych dóbr i usług i ciągle rosnącą inflację (także w Polsce, Rumunii, Italii, socjalistycznej Republice Francuskiej i pozostałych krajach euro-kołchozu) proponują wykonawcze władze UE? Czyli brukselska Komisja UE (zwana przez lewicowych polityków i lewicowe media „Komisją Europejską”), w tym niezwykle „zielone” i „postępowe” komisarki, ich rzeczniczki i inne urzędniczki? Ano, proponują – jak to zwykle wszelkiego rodzaju euro-socjaliści i komuniści płci obojga – „dopłaty do rachunków za gaz i prąd dla najuboższych” oraz „dopłaty dla firm najbardziej dotkniętych podwyżkami” (chodzi oczywiście o dopłaty na koszt ogółu podatników, w tym tych ubogich). Ponadto, zamiast pożądanej przez cały przemysł i ogół konsumentów całkowitej likwidacji czy choćby znacznej redukcji przymusowo-złodziejskich unijnych opłat za dozwolone emisje dwutlenku węgla czy np. wielkiej redukcji podatków w branży energetycznej, postulują jakiś zagadkowy „system specjalnych bonów energetycznych” (który miałby być finansowany ze środków pochodzących z unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji gazów, czyli tzw. ETS). Ponadto postulują jakiś system „dotacji w ramach dozwolonej pomocy publicznej” dla firm i „na dłuższą metę być może także wspólne zakupy gazu przez kraje UE”. Komisarka UE do spraw energii Kadri Simson zapowiedziała (13 października), że jej urzędnicy już „pracują” nad systemem wspólnych zamówień gazu przez państwa UE oraz nad planem „koordynacji zmagazynowanych rezerw gazu” we wszystkich krajach UE. Ale zaraz czujnie dodała: musimy mieć jednak pewność, że nadal będziemy mogli realizować nasz Europejski Zielony Ład (..) i nasze cele klimatyczne (!).

Sehr dumm und demokratisch!

Tego samego 13 października komisarze UE przedstawili – obok powyższych „propozycji” – także swoją opinię, że „przejście na energię czystą jest najlepszym zabezpieczeniem przed skokami cen w przyszłości, więc to przejście należy przyspieszyć”. W związku z tym zapowiedzieli „dalsze wspieranie inwestycji w energię odnawialną i w energetyczną efektywność”. Widać więc wyraźnie, że przy tym ich całym neo-sowieckim „centralnym planowaniu” i „koordynowaniu” polityki energetycznej i innej we wszystkich 27 państwach UE, ci brukselscy i inni euro-komuniści nadal twardo obstają przy swoim ideologiczno-absurdalnym i niezwykle kosztownym (dla ludzi i firm) „Zielonym Ładzie”. Czyli przy systemie centralistyczno-socjalistycznym, który chcą zaprowadzić w niemal całej Europie. Furchtbar!

Co proponują kierownicy niemieckich partii?

Tymczasem w reakcji na te „klimatyczno”-energetyczne szaleństwa i plany (tysięcy polityków i urzędników UE i Niemiec) oraz na wielkie problemy przez nich wywołane, już nawet (nieduża) część lewicowej elity Niemiec wyraziła publicznie swoje silne zaniepokojenie postępującymi deficytami i rekordowo wysokimi cenami energii, paliw oraz związanymi z tym licznymi problemami. Np. jeden z liderów pokomunistycznej partii Lewica (Die Linke), Dietmar Bartsch, opowiedział się nawet za czasowym obniżeniem podatków i ceł na benzynę i olej napędowy. Z kolei np. w zbiorowym liście, podpisanym przez kilkudziesięciu niemieckich i innych „europejskich” publicystów i dziennikarzy, w tym m.in. przez byłego naczelnego redaktora opiniotwórczego tygodnika „Die Zeit” Theo Sommera, wezwali oni władze Republiki Federalnej, żeby – wbrew swoim wciąż obowiązującym planom (z roku 2011 i 2012) – nie rezygnowały jednak z dalszej i wieloletniej produkcji energii atomowej. Według sygnatariuszy listu, całkowite odejście od energii atomowej przyczyniłoby się bowiem nie tylko do zwiększenia problemów gospodarczych i socjalnych, ale także do znacznego zwiększenia krajowej emisji dwutlenku węgla. A także do znacznego opóźnienia osiągnięcia unijnych i niemiecko-rządowych „celów klimatycznych”. Bo energię jądrową w Niemczech, w razie jej braku, mogą zastąpić jedynie paliwa kopalne, a to by oznaczało „dodatkowe 60 mln ton dwutlenku węgla” rocznie. Wskutek tego emisja tego (złowrogiego) gazu wzrosłaby wówczas w Niemczech co najmniej o 5 proc. – alarmują mocno zatroskani (głównie o „klimat”) pismacy lewicy (wg welt.de).

A co proponują kierownicy pięciu parlamentarnych niemieckich partii (licząc z dwoma partiami chadeków), które chcą w Niemczech rządzić (zapewne już za 1-2 miesiące) w już nowym partyjno-powyborczym układzie? Wydaje się, że na razie w palącej kwestii ww. drożyzny, inflacji, braków węgla i gazu itp. problemów nic istotnego i nic mądrego nie proponują. Choć rozmowy zwycięskiej w wyborach (26 września) lewicowej SPD z euro-komunistycznymi Zielonymi i demo-liberałami z FDP na temat utworzenia nowego rządu trwają już od 11 października, to na razie (tj. do 18 października włącznie) partie te, jak podawała niemiecka prasa, osiągnęły „wstępne porozumienie” głównie w sprawie tzw. płacy minimalnej – czyli w sprawie stałego priorytetu (stałego hopla) lewicy. Ponoć ta płaca ma zostać podniesiona aż ok. 25 proc. – z obecnych 9,60 euro brutto za godzinę pracy do 12 euro za godzinę (!). I to już w pierwszym roku ich partyjnych rządów. W skali miesiąca ma to dać niemieckim „minimalnym” podwyżkę aż o ponad 290 euro brutto, a ich „płaca minimalna” ma wynieść w sumie już ok. 1980 euro miesięcznie i ma być drugą najwyższą w całym euro-socjalistycznym kołchozie (po Luksemburgu). Wunderbar!

Należy przy tym pamiętać, że w dość licznych sektorach niemieckiej gospodarki, jak np. w przemyśle motoryzacyjnym, obowiązują jeszcze wyższe (niż 9,60 euro/godz.) „płace minimalne”. Wyższe, bo ustalane na podstawie branżowych tzw. układów zbiorowych (kierownictw firm ze związkami zawodowymi i radami pracowników). A nie zanosi się przecież na obniżenie jakichkolwiek podatków i opłat obciążających niemieckie przedsiębiorstwa przemysłowe i handlowe. Zanosi się więc na to, że w razie kilkuletnich wspólnych rządów ww. dwóch partii lewicy i demo-liberalnej FDP w znacznej części branż niemieckie produkty i niemiecka gospodarka utracą na rynkach świata swoją dotychczasową (jako taką) cenową atrakcyjność i konkurencyjność. Pytanie tylko – kiedy utracą? Może już w drugim czy trzecim kwartale przyszłego roku?Sehr schlimm!

Z przecieków do krytycznej prasy (jak tygodnik „Junge Freiheit”) wynika, że już nie Deutschland über alles, jak dawniej, ale lewackie „Klimaschutz über alles („ochrona klimatu nade wszystko”) stało się dewizą i naczelnym priorytetem większości niemieckich polityków. Podobno „liberałowie” z FDP zgodzili się już wstępnie i warunkowo na: powszechny przymus instalowania solarów na wszelkich dachach w Niemczech, na przyspieszenie całkowitej rezygnacji Niemiec z węgla kamiennego i węgla brunatnego w energetyce i ciepłownictwie oraz na zbudowanie wiatraków („farm wiatrowych”) na łącznej powierzchni aż 2 procent całego lądowego terytorium Niemiec (!). Czy tych zwariowanych i już niemal zbrodniczych szaleńców, lewaków i euro-komunistów z partii Zieloni, SPD i innych – w tym także tych z euro-komunistycznej Brukseli i Paryża – już nikt i nic w naszej Europie nie powstrzyma?

Generał KGB Traktor [to imię] Gałkin alias Jego Świątobliwość Metropolita Ilja o Fatimie.

Generał KGB Traktor [to imię] Gałkin alias Jego Świątobliwość Metropolita Ilja o Fatimie.

Vladimir Volkoff, „Gość Papieża”.Wyd. Dębogóra 2005

[rok 1978, początek września. Pierwsze dni pontyfikatu Papieża Jana Pawła I. md]

=========================

[Raport dla Jego Świątobliwości Ilji od podwładnego, kapłana, kapitana KGB]:

Prace budowlane bazyliki w Fatimie rozpoczęto w roku 1928. 13 października 1930 roku Kościół katolicki ustami biskupa Leirii uznał objawienia Matki Bożej. 13 października 1942 papież Pius XII ukoronował „Najświętszą Marię Pannę z Fatimy” królową Portugalii i świata.  Oddawanie czci Najświętszej Marii Pannie z Fatimy było odtąd oficjalne i spowodowało liczne pielgrzymki, dochodzące czasami do liczby dwóch milionów osób rocznie.

Są to inne pielgrzymki niż te do Lourdes, mniej ważny bowiem jest w nich aspekt „uzdrawiania chorych”, stąd  młode małżeństwa udają się często do Fatimy, aby tam prosić o błogosławieństwo dla swojego szczęścia.  W odróżnieniu od Lourdes przesłanie z Fatimy nie zawiera żadnych udziwnień teologicznych. Matka Boża prosi przede wszystkim o modlitwy – głównie w formie różańca, bardzo rozpowszechnionego u rzymskich katolików – a osobiste poświęcenia mają na celu zbawienie  grzeszników.

Arcybiskup podrapał się w czubek nosa.

  ,,Udziwnienia teologiczne?” Wiem, co ten Jurij chce przez to powiedzieć. Nie było mowy o Niepokalanym Poczęciu. Tak, ta Matka Boża zachowuje się w sposób doskonale prawosławny.  Różaniec? Oni mają różaniec, my modlitwę Jezusową. Technika  zaś jest ta sama”.  Anioł z wizji początkowych miał podobno nauczyć dzieci modlitwy, która szła w tym samym kierunku. „Proszę o łaskę dla tych, którzy  nie wierzą, którzy nie wielbią, którzy nie mają nadziei i nie kochają”. . .  ,,Cóż, komunia świętych. U nich to dogmat z odwracalnością  zasług, u nas to wiara. Czyli podobnie”. 

I podał im komunię pod dwiema postaciami…  „A to. .. to naprawdę zaskakujące. Dlaczego pod dwiema postaciami? Wiem, że robią to czasami od drugiego Soboru Watykańskiego i że robili to zawsze w rytach wschodnich, ale żeby wtedy, w środku Portugalii, schodził anioł z nieba, aby ustanowić nie dyskryminującą nikogo komunię… Tylko księża przyjmowali wtedy komunię pod dwiema postaciami. Może anioł też był prawosławny?”.

Przesłania fatimskie mają trzy części, tak zwane „tajemnice”, gdyż ich wyjawienie nie było równoczesne. 

Pierwsza tajemnica. Chodzi o wizję piekła, podobną do „oceanu ognia„. Pastuszkowie podobno widzieli „zanurzone w tym ogniu demony i dusze, jakby głownie, przejrzyste i czarne, albo brązowe o ludzkich kształtach. Płynęły w ogniu, podtrzymywane przez płomienie, które unosiły się same wraz z chmurami dymu, opadając na wszystkie strony, podobne do iskier w czasie wielkich pożarów, jakby nieważkie. Krzyczały i jęczały z boleści i beznadziei, które to krzyki przerażały, powodowały drżenie i strach… Demony miały straszne, odpychające postacie nieznanych zwierząt i były jak rozpalone czarne węgle.

Temat nie był dobry do śmiechu, ale arcybiskup uśmiechnął się mimo wszystko.  „Nie wiem, co myśleć o tej wizji, ale rozpoznaję tu rękę mojego Jurija, nie oszczędził mi ani jednej iskry, ani jednego jęku. Na pewno zainspiruje go to do niedzielnego kazania”. 

Druga tajemnica. Poza proroctwami na temat końca pierwszej wojny światowej i początku drugiej (o ile nie nastąpi zbiorowa skrucha). .. 

Proroctwa zrealizowane”. 

…Najświętsza Maria Panna z Fatimy chce poświęcenia Rosji jej przeczystemu sercu (kult rzymskokatolicki pochodzący z XVII wieku i wprowadzony przez świętego Jana Eudesa).

Jeżeli moje prośby zostaną wysłuchane – powiedziała Matka Boża 13 lipca l9l7 roku –  Rosja się nawróci i nastanie pokój. Jeżeli nie, rozniesie swoje błędy na cały świat”.

Ilja wstał podekscytowany.  ,,Rosja?”.  Poczuł gryzące wyrzuty sumienia.  ,,Zapomniałem, że Najświętsza Maria Panna zajmowała się Rosją -jak mogłem !”.  Odwrócił się w stronę małej przedziurawionej ikony przedstawiającej Marię. To była naiwna litografia bez żadnej wartości artystycznej. Odbarwione tło było żółtawe, Maria miała koronę bardzo zdobioną, żółtą, a pod koroną czerwony welon opadał na suknię  tego samego koloru. Twarz miała miłą z maleńkimi usteczkami i poważnym spojrzeniem. Na lewym ręku trzymała Dziecię, które w rękach dzierżyło papirus. Prawą ręką nieśmiało wskazywała swojego syna. Kolano dziecka, a w konsekwencji i pierś Marii, do której przyciskała Dziecię, przedziurawione było jakimś gwoździem wbitym w ikonę jakieś pięćdziesiąt lat wcześniej. i  „Biedni ludzie! – pomyślał llja po raz kolejny – Nadal  krzyżują Naszego Pana”. 

Potem wrócił do tekstu. Najświętsza Maria Panna zajęła się Rosją i to zajęła się nią w najtragiczniejszym momencie jej historii. Czymże były jarzmo tatarskie i okres niepokojów w porównaniu z rewolucją? Zajęła się Rosją w momencie, kiedy kraj miał się pogrążyć w piekle szatańskich prześladowań ze wszystkimi pokusami, jakie tego typu prześladowania ze sobą niosą.

„Rzeczywiście, to piekło, które widzieli pastuszkowie, czy to  nie nasze przyszłe męczeństwo? Ale dlaczego dowiedzieli się o tym mali Portugalczycy, dzieci, które z pewnością nigdy nawet nie słyszały o Rosji? A jeżeli naprawdę była to Matka Boża, dlaczego przemówiła do Portugalczyków? Czy nie lepiej było do Rosjan? Tak, pewnie wiara trochę u nas osłabła. Może staliśmy się zbyt światowi, rytualistyczni, racjonalni, może nazbyt zatopieni byliśmy w wirach rewolucji, by usłyszeć takie przesłanie, podczas gdy trójka pastuszków, analfabetów….  Ale jednak to  dziwne. l9l7 rok, brzeg Atlantyku, trójka pastuszków, a Matka Boska mówi im o Rosji! I mówi im, że Rosja ‹‹rozniesie swoje grzechy po świecie››.

Zastanówmy się”.  Chodził dookoła celi.  Załóżmy, że pastuszków zbytnio oczarował rzymski Kościół katolicki, albo nawet załóżmy, że to katolicy mają rację, a my, prawosławni, po prostu się mylimy. Czy w jednym albo drugim przypadku istnieje jakiekolwiek prawdopodobieństwo, że Maria,  wspominając rosyjskie „błędy”, miała na myśli schizmę? Schizmę, w którą weszliśmy, idąc za Grekami, schizmę, którą nie przejmowała się przez tysiąc lat, i w „rozprzestrzenianiu” po świecie nie braliśmy żadnego udziału.

I nagle miałaby powiedzieć: ‹‹Trzeba, żeby Rosja poddała się papieżowi, bo jeśli nie,  to. . .?››. Wiem, że tak właśnie wierzy ten angielski student, które-  go Wiera teraz oprawia, ale to absurd. Jedyne błędy, które Rosja rzeczywiście próbowała „roznieść na cały świat”, to błędy polityczne, których powodem był ateizm, a w który wpadła dlatego,  że zafascynowała się zachodnimi myślicielami: Rousseau, Babeufem, Heglem, Marksem. . . I prawdą jest, że wystarczyłoby, by wróciła do chrześcijaństwa, aby pokój, choćby czasowo, został zaprowadzony. I to trójka pastuszków z Portugalii dostaje misję, by o tym powiadomić świat?”.

Należy dodać, że ta prośba jest potwierdzona inną wizją, wizją z 1929 roku, w trakcie której Matka Boska objawiła się Łucji, najstarszej z trójki pastuszków, która została karmelitanką w Tuy w Hiszpanii, i miała jej powiedzieć: „Nadszedł moment, w którym Bóg prosi Ojca Świętego, aby w połączeniu z wszystkimi biskupami świata poświęcił  Rosję mojemu niepokalanemu sercu, obiecując ją uratować”.  

Poświęcenia tego nigdy nie dokonano. 13 października 1942 roku, w 25 rocznicę ostatniego objawienia, papież poprosił tylko, by Najświętsza Maria Panna obdarowała pokojem ,,ludy podzielone przez błędy i niezgodę” i aby sprowadziła je „do jedynej owczarni Chrystusa, do jedynego i prawdziwego pasterza”. Nie wymienił Rosji.

7 lipca 1952 roku  papież poszedł o krok dalej. Napisał „do ludów Rosji” list apostolski, w którym mówi: ,,Poświęcamy, w szczególny sposób, wszystkie narody Rosji niepokalanemu sercu Dziewicy Maryi”.

Wyraźnie jednak mowa jest o narodach Rosji, a nie o samej Rosji i że „wszyscy biskupi świata” wcale nie biorą w tym udziału i że to zdarzenie nie jest nawet uroczyste.  Do dzisiaj to formalne poświęcenie, o które prosiła (według słów siostry Łucji) Matka Boska papieża, nadal nie miało miejsca.

Jego Wielebność usiadł i jeszcze raz odczytał ten ustęp.  Że poświęcenie nie miało jeszcze miejsca, dziwne nie było. Od pewnego czasu Watykan targował się ze Związkiem Radzieckim. Sam Ilja uczestniczył w tajnych negocjacjach, które zaprowadziły prawosławnych obserwatorów na Sobór Watykański II, w zamian za zaniechanie ponownego potępienia komunizmu.

Pomiędzy Dziewicą Maryja, która mogła poczekać, a Ostpolítik, która była sprawą aktualną, Stolica Apostolska, wraz z jej zobowiązaniami na  świecie, zdecydowała się zająć tym, co pilniejsze. Prawdę powiedziawszy, generał-arcybiskup nie był człowiekiem na odpowiednim miejscu, by oburzać się, że niebo ma układy z ziemią.

Wyrażenie „narody Rosji” mogło być wybiegiem. Chcieli poświęcić narody, ale nie świętą Rosję z jej własnym przeznaczeniem. Może też chodziło o oddzielenie tych „poświęconych” narodów od Rosji, która poświęcona nie była, i aby sprowadzić je powoli „do jedynej owczarni Chrystusa, do jedynego i prawdziwego pasterza”, co byłoby trudniejsze, niż gdyby Rosja biorąca swoją istotę z prawosławia znajdowała się już pod ochronnym płaszczem Serca Maryi.

Ilji wydawało się jednak, że najważniejsza formuła, najwięcej mówiąca, która łatwo mogła ujść niezauważona, była taka: „W połączeniu z wszystkimi biskupami świata. .. Ojciec Święty  w połączeniu z wszystkimi biskupami świata.., W połączeniu.  Wszyscy biskupi świata. Wszyscy biskupi..”      

Ilja spuścił oczy na wielobarwną ikonę, oznakę władzy, wiszącą na jego szerokiej piersi.  Znów zabrał się do czytania.

Trzecia tajemnica. Trzecia tajemnica nie została jeszcze wyjawiona.  Była zapisana na kartce papieru z zeszytu szkolnego, na której Łucja zapisała tekst 9 stycznia 1944 roku swoim regularnym pismem, pełnym prawdopodobnie błędów ortograficznych. Kartka ta znajduje się w kopercie, którą w rękach miał Wielebny da Silva, biskup Leirii, który to później włożył ją w drugą, zalakowaną kopertę. Po jego śmierci kopertę tę przekazano kardynałowi Lizbony. Jego Wielebność Venancio, zastępca da Silvy, miał okazję zobaczyć przez prześwit, że wiadomość zapisana była na kartce o marginesach trzy czwarte centymetra.  Siostra Łucja prosiła, aby sekret został wyjawiony światu albo po jej śmierci albo w roku 1960 (data podana bez wyjaśnienia przez Matkę Bożą, kiedy przemawiała do Łucji).

Watykan zabrał kopertę w roku  1957. Papież Pius XII, nie otwierając jej, prawdopodobnie schował ją w sejfie. Papież Jan XXIII dowiedział się o niej, dołączył do niej notę, która została włożona do jednej z dwóch kopert i zdecydował się, by minął rok 1960 bez wyjawiania sekretu.

Takie podał powody: l. Siostra  Łucja żyje nadal. 2. Watykan zna już zawartość pisma. 3. Mimo że Kościół uznaje objawienia fatimskie, nie chce brać odpowiedzialności za  prawdziwość słów, które, jak mówią pastuszkowie, miała wypowiedzieć Matka Boska.

W tych okolicznościach jest prawdopodobne, że trzecia tajemnica fatimska pozostanie sekretem na zawsze.

Z tego, co wiadomo, siostra Łucja żyje nadal. Obecny papież Paweł VI złożył jej nawet wizytę.  Ilja powoli złożył kartki.  Wynikało z nich coś, o czym miał ochotę napisać.  Jako że w celi nie miał nic do pisania (nie dowierzał temu, co  mnisi nazywają „myślami”, a co ich oddala od Boga) poszedł do  swojego biura. Całkowity kontrast. Bogate meble z brzozy karelskiej. Brokatowe zasłony i firany. Ikony na złotych blachach, a nad nimi czerwone lampki.  Usiadł przy biurku i zaczął pisać:

1. Święta dziewica z Fatimy:

– Nie mówi o niepokalanym poczęciu. 

– Daje komunię pod dwiema postaciami.

– Uznaje komunie świętych.

– Niepokoi się o Rosję w momencie najstraszniejszym w historii  tego kraju. 

– Chce uczestnictwa wszystkich biskupów w poświęceniu Rosji jej Sercu – a ani Kościół prawosławny, ani katolicki nigdy nie podawały w wątpliwość swoich święceń biskupich. 

2. Papiestwo:

Nie wykonuje woli Świętej Dziewicy wyrażonej w drugiej tajemnicy

– Odmawia wyjawienia trzeciej.

3. Dlaczego?

Wrócił do swojej celi, ukląkł, długo się modlił, w końcu wstał i powiedział głośno

– Muszę pojechać do Fatimy.       

Los Europy, gdyby Polacy byli na Kremlu jesienią 1920. A mogli.

Polacy na Kremlu 1920

Piotr Zychowicz, Pakt Piłsudski – Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium. Wyd. Rebis, 2015

Rozdz.. I

Potężna armia inwazyjna marszałka Michaiła Tuchaczewskiego zo­stała rozniesiona w puch. Bolszewicy w popłochu uciekali na wschód. Drogę ich odwrotu znaczyły końskie i ludzkie trupy, porzucony sprzęt wojskowy i rozbite furmanki. Wiatr rozwiewał po polach banknoty z rozbitych kas pułkowych i propagandowe ulotki zapowiadające ry­chły podbój świata.

Pierwsze lanie czerwoni dostali 15 sierpnia 1920 roku na przed­polach Warszawy. Cios ostateczny armia Rzeczypospolitej zadała im w wielkiej bitwie nad Niemnem. Wojska Józefa Piłsudskiego doścignęły uciekającego nieprzyjaciela i z marszu, z pełnym impetem uderzyły na sowieckie dywizje. Był 28 sierpnia 1920 roku. Cały front Armii Czer­wonej poszedł ostatecznie w rozsypkę.

Na Kremlu wybuchła panika. Reżim bolszewicki został bowiem wzięty w nieubłaganie zaciskają­ce się kleszcze. Z zachodu nacierali Polacy, a na froncie południowym pod biało -niebiesko-czerwonymi sztandarami do przodu szła biała ar­mia rosyjskiego generała Piotra Wrangla zwanego Czarnym Baronem. W tej rozpaczliwej dla rewolucji sytuacji Włodzimierz Lenin wystąpił wobec Warszawy z ofertą zawarcia natychmiastowego zawieszenia broni.

Naczelnik Państwa Józef Piłsudski stanął przed dylematem. Mógł podpisać rozejm i pozwolić, aby wojna polsko-bolszewicka zakończyła się bez rozstrzygnięcia. Albo wykorzystać do końca zwycięstwo pod Warszawą. Czyli pójść na Moskwę, aby w kolebce urwać łeb czerwonej bestii. Po krótkim wahaniu wybrał drugie rozwiązanie. Rozkaz był krót­ki: „Do ataku!”. Polskie wojska ruszyły z kopyta, rozbijając grupki so­wieckich maruderów, które ocalały z pogromu armii Tuchaczewskiego.

Tempo polskiej ofensywy było zawrotne. 5 września wyzwolona zo­stała Lida, 8 września Mińsk, a 12 września Orsza i Mohylew. Wkracza­jące oddziały wszędzie były entuzjastycznie witane przez miejscowych Polaków. 15 września polskie wojska stanęły w Bramie Smoleńskiej, osiągając przedrozbiorową granicę Rzeczpospolitej z 1772 roku. Naród ogarnęła euforia, spełniały się najśmielsze marzenia pokoleń Polaków. W kościołach Poznania, Warszawy, Wilna, Lwowa, Mińska i Kijowa bito w dzwony.

Po krótkim odpoczynku i podciągnięciu odwodów Józef Piłsudski wydał rozkaz, który przeszedł do historii jako „dyrektywa moskiew­ska„. Nakazywał on podjęcie marszu na bolszewicką stolicę. Naczelnik Państwa wszedł na szlak, którym w 1610 roku podążał hetman Stani­sław Żółkiewski i jego husaria. Cofnął wskazówki zegara do czasów największej świetności oręża i politycznej potęgi Rzeczypospolitej.

Smoleńsk padł po krótkim oblężeniu. Załoga miasta wyrżnęła swo­ich komisarzy politycznych i przeszła na stronę Polaków. Na ulice, aby powitać wyzwolicieli, wyległy wiwatujące dumy, pod kopyta ułańskich koni sypały się naręcza kwiatów. Na budynkach pojawiły się obok sie­bie flagi biało-czerwone i rosyjskie trójkolorowe. Zerwane z masztów czerwone szmaty walały się w rynsztokach. .

Marszałek Piłsudski, który triumfalnie wjechał do miasta, wydał uroczystą odezwę do narodu rosyjskiego:

Bracia Moskale!

Wojska Rzeczypospolitej Polskiej na rozkaz mój ruszyły naprzód, wstę­pując głęboko na ziemie Rosji. Ludności ziem tych czynię wiadomem, że wojska polskie usuną bolszewików z terenów przez naród rosyjski zamiesz­kanych. Usuną naszego wspólnego wroga, który niósł wam gwałt, rozbój i grabieże. Wojska polskie pozostaną w Rosji przez czas potrzebny po to, by władzę na ziemiach tych mógł objąć prawy rząd rosyjski.

Z chwilą, gdy rząd narodowy Rosji powoła do życia władze państwo­we zdolne uchronić kraj ten przed nawrotem azjatyckiego bolszewizmu, a wolny naród sam o losach swoich stanowić będzie mocen – żołnierz polski powróci w granice Rzeczypospolitej Polskiej, spełniwszy szczytne zadanie walki o wolność ludów.

Razem z wojskami polskiemi wracają na ziemie rosyjskie szeregi wa­lecznych jej synów pod wodzą premiera Borisa Sawinkowa i generała Borisa Piermikina. Szeregi, które w Rzeczypospolitej Polskiej znalazły schronienie i pomoc w najcięższych dniach próby dla ludu rosyjskiego.

Wierzę, że naród rosyjski wytęży wszystkie siły, by z pomocą Rzeczy­pospolitej Polskiej wywalczyć wolność własną i zapewnić żyznym ziemiom swej ojczyzny szczęście i dobrobyt, któremi cieszyć się będzie po powrocie do pracy i pokoju.

Józef Piłsudski

Wódz Naczelny Wojsk Polskich

20 września 1920 r., kwatera główna w Smoleńsku

Do Smoleńska u boku Polaków wkroczyła wspomniana przez Na­czelnika Państwa rosyjska 3. Armia. Była to stworzona w Polsce antybol­szewicka formacja zbrojna. W Smoleńsku proklamowano zaś powstanie nowego, demokratycznego rządu Rosji, na czele którego stanął przybyły z Warszawy przywódca eserowców Boris Sawinkow.

Choć na początku kampanii armia Piermikina liczyła zaledwie 20 ty­sięcy bagnetów i szabel, z każdym dniem ofensywy powiększała swoje stany. Na jej stronę przechodziły całe oddziały Armii Czerwonej, maso­wo garnęli się do niej nowi rekruci. Polacy i ich rosyjscy sojusznicy nie marnowali bowiem czasu. 4 października wyzwolili Wiaźmę, a 10 paź­dziernika Możajsk. Dzień później stanęli na przedpolach Moskwy.

Aż do tego miejsca Polacy i Rosjanie niemal nie natrafili na opór. Armia Czerwona po klęskach pod Warszawą i nad Niemnem była w sta­nie rozkładu. Morale padło, dowódcy stracili głowę, żołnierze nie mieli broni, amunicji, a nawet butów i mundurów. Duża część jednostek Ar­mii Czerwonej zaangażowana była na Syberii i w innych częściach kraju ogarniętych pożogą gwałtownych chłopskich i kozackich powstań. Na Kaukazie do walki zerwali się Gruzini, Azerowie i Ormianie.

Krytyczna dla bolszewików sytuacja wytworzyła się również na Rusi. Wojska polskiego Frontu Południowego i walcząca u ich boku armia atamana Symona Petlury wyzwoliły Kijów i przekroczyły Dniepr. Na­stępnie w rejonie Czerkasów połączyły się z kontrrewolucyjną armią Wrangla. Po krótkim przegrupowaniu potężne polsko-rosyjsko-ukraiń­skie siły zaczęły nacierać w kierunku Moskwy. Wątły reżim bolszewi­cki zaczął trzeszczeć w szwach.

Towarzysze! – krzyczał histerycznie Lenin na wielkim wiecu zwołanym w Moskwie. – Nasza święta sprawa, sprawa światowej rewolucji proleta­riatu, znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie! Ważą się losy ko­munizmu! Ważą się losy klasy robotniczej! Polscy imperialiści zbliżają się do naszej stolicy. Wszystkie siły do obrony Moskwy! Wszystkie siły dla frontu zachodniego! Zwycięstwo albo śmierć!

Bolszewicy przeprowadzili totalną mobilizację. Wyciągnęli z biur działaczy partyjnych, urzędników, a nawet czekistów. A z fabryk za­ufanych robotników. Rozdali im karabiny i utworzyli naprędce sztur­mowe formacje, które miały opanować panikę szerzącą się w szeregach Armii Czerwonej.

Większość posiłków, które Lew Trocki próbował ściągnąć z odle­głych części Rosji, utknęła po drodze. Drogi i linie kolejowe zosta­ły zablokowane przez chłopskich rebeliantów – „zielonych” – którzy na wieść o postępach polskiej ofensywy zdwoili siły w walce ze zniena­widzonym reżimem. Bolszewikom we znaki dawała się również ope­rująca na wschodniej Rusi armia anarchistycznego watażki Nestora Machny.

Ludność Rosji nie ukrywała wrogiego stosunku do czerwonych. Kraj ogarnęła fala strajków, głodni ludzie wychodzili na ulice. Rozpo­częły się ataki na pojedynczych żołnierzy i akty sabotażu. Zapłonęły komitety partyjne i siedziby Czeki. Tłumy rozbijały więzienia i łagry. Rosjanie mieli dość krwawego terroru i nędzy, które zafundował im Lenin.

Wszystko to utrudniało Sowietom przygotowania do rozstrzygającej bitwy o Moskwę. Dowodzący wojskami inwazyjnymi Józef Piłsudski ściągał tymczasem posiłki i dokonywał przegrupowania. U boku Po­laków znalazły się liczne formacje sojusznicze: rosyjska armia generała Piermikina, brygada Kozaków dońskich Aleksandra Salnikowa, dywizja Kozaków kubańskich esauła Wadima Jakowlewa i złożona z antykomu­nistycznych idealistów wielonarodowa armia legendarnego zagończyka generała Stanisława Bułak-Bałachowicza.

Polacy dysponowali nowoczesnym uzbrojeniem pochodzącym ze świeżych amerykańskich i francuskich dostaw. Morale stało wysoko. Wojsko Polskie było uskrzydlone zawrotnymi sukcesami ostatnich ty­godni. Żołnierze zdawali sobie sprawę, że biorą udział w wydarzeniach, które dla ich państwa i narodu mają charakter epokowy. Chodziło bowiem nie tylko o wygranie kampanii. Gra toczyła się o wykucie imperium.

Żołnierze! – napisał Józef Piłsudski w odezwie do wojska – Wybiła dzie­jowa godzina. Jesteście spadkobiercami dzielnych rycerzy Rzeczypospo­litej Obojga Narodów, którzy trzy wieki temu, rozbiwszy hufce Moskali, zatknęli polską chorągiew na kremlowskich wieżach. Tak jak oni wtedy, tak i wy teraz piszecie historię. Cała Rzeczpospolita patrzy na was z po­dziwem i nadzieją. Śmierć bolszewickiej zarazie! Niech żyje wielka Polska!

Do wielkiej bitwy – którą Edgar Vincent D’Abernon nazwał póź­niej trzecią najważniejszą batalią w dziejach świata – doszło 6 listopada 1920 roku. Gdy Polacy ruszyli do natarcia, przywitał ich grad pocisków artyleryjskich i gęsty ogień kulomiotów. W pierwszej sowieckiej linii stanęły elitarne jednostki fanatycznych komunistów. Wiedzieli bowiem, że gra toczy się nie tylko o przetrwanie rewolucji, ale również o ich życie. Jasne było, że po okrucieństwach, jakich dokonywali w Polsce, pardonu nikt im dawać nie będzie.

Polaków ten zdecydowany opór zaskoczył. Ich natarcie straciło im­pet, aż w końcu ugrzęzło. Był to przełomowy moment bitwy, kiedy wydawało się, że czerwoni zdołają się obronić. Wówczas jednak doszło do wydarzenia, które złośliwa opozycyjna prasa warszawska nazwała później „Cudem pod Moskwą”. Otóż kawaleria generała Bułak-Bała­chowicza pod osłoną nocy przekradła się między sowieckimi dywizjami i teraz jak grom z jasnego nieba spadła na bolszewickie tyły.

Malowniczy wschodni jeźdźcy jakby żywcem wyjęci z kart Trylogii Sienkiewicza z groźnym okrzykiem bojowym zaczęli rąbać szablami przerażonych bolszewików. Ten nagły atak wywołał panikę, która szyb­ko ogarnęła całe sowieckie linie. Dywizja za dywizją czerwonoarmiści zaczęli rzucać broń i rozbiegać się na wszystkie strony.

Widząc, co się dzieje, polskie dowództwo rzuciło piechotę do fron­talnego natarcia. Polacy wdarli się między nieprzyjacielskie pozycje. Komunistyczne oddziały złożone z Łotyszy, Węgrów, czekistów i człon­ków partii bolszewickiej zostały wycięte w pień. A następnie polscy wyzwoliciele na karkach niedobitków wpadli na ulice czerwonej stolicy.

W mieście rozegrały się sceny mrożące krew w żyłach. Zdobywcy, wsparci przez tłumy moskwian, polowali na komunistów. Doszło do linczów na bolszewickich katach, których wywlekano z komitetów par­tyjnych i mieszkań. Załoga Łubianki została rozerwana na strzępy przez rozwścieczonych bliskich ofiar czerwonego terroru. Po ulicach walały się porzucone dokumenty, legitymacje partyjne i mundury. Komuniści starali się wmieszać w tłum i ocalić życie.

Zgromadzeni na Kremlu członkowie Rady Komisarzy Ludowych do końca nie zdawali sobie sprawy z katastrofy. Dowiedzieli się o niej, dopiero gdy przez okno sali plenarnej wpadł pocisk artyleryjski. Ko­misarze z wrzaskiem pospadali z krzeseł, posypały się na nich ostre jak brzytwa odłamki szkła i kawałki cegieł.

Tak oto swoje przybycie zaanonsował oddział zagończyków z Wiel­kiego Księstwa Litewskiego dowodzony przez rotmistrza Jerzego Dąmb­rowskiego „Łupaszkę”. To jego żołnierze podtoczyli na plac Czerwony zdobyczne działo i oddali strzał w stronę Kremla. Oni też wysiekli ochronę budynku i wdarli się do środka.

Włodzimierz Lenin próbował – w przebraniu kobiety – wymknąć się tylnym wyjściem. Drogę zagrodził mu młody ułan, który dojrzawszy wąsy i brodę pod babską chustą, wzniósł ramię do ciosu. Słońce błys­nęło na klindze szabli. Polak celował w szyję, chcąc zrąbać czerep, ale nie trafił. Cios poszedł w powietrze. Lenin, zanim dosięgła go szabla, padł bowiem trupem. Jak ustalili później w trakcie sekcji zwłok wybitni rosyjscy lekarze, ze strachu dostał silnego ataku serca.

Tym młodym kawalerzystą był litewski ziemianin Józef Mackiewicz. Wówczas osiemnastoletni ochotnik, a w przyszłości najwybitniejszy polski prozaik. Kilka miesięcy po zdobyciu Moskwy w rodzinnym Wilnie Józef Piłsudski za ten bohaterski czyn udekorował go krzyżem Virtuti Militari.

Lwa Trockiego Polacy znaleźli ukrytego w kremlowskiej latrynie. Wywleczony za uszy na plac Czerwony został – ku uciesze gawiedzi ­powieszony na najbliższym drzewie. Obok niego zawisnęli inni komu­niści: Nikołaj Bucharin, Gieorgij Cziczerin i Karol Radek. Ten sam los spotkał zdrajców Feliksa Dzierżyńskiego, Juliana Marchlewskiego, Józefa Unszlichta i Feliksa Kona, członków Polskiego Komitetu Re­wolucyjnego, który w imieniu Kremla miał rządzić ujarzmioną Polską. Z całego tego towarzystwa jedynie „Krwawy Feliks” przyjął śmierć z godnością i nie błagał o litość.

Na wieść o upadku Moskwy kapitulowały dywizje Armii Czerwonej walczące na południu przeciwko Polakom, Ukraińcom i armii Wran­gla. Komisarz polityczny tego frontu, Józef Stalin, włożył sobie w usta niemiecki pistolet Walther i nacisnął spust. Kula przeszła przez kark, druzgocząc kręgi szyjne. Gdy do sowieckiej kwatery wdarli się polscy żołnierze, zobaczyli sowieckiego dygnitarza leżącego na ziemi z dziurą w tyle czaszki. Pistolet jeszcze dymił.

To był koniec komunizmu. Ludobójczego systemu, który przez trzy lata zgładził setki tysięcy ludzi. Była to więc choroba gwałtowna, ale ­na szczęście dla Rosji, Polski i całego świata – krótka.

Nad Kremlem tymczasem pierwszy raz od 1612 roku załopotał pol­ski sztandar. A wkrótce na placu Czerwonym Józef Piłsudski, premier Boris Sawinkow i generał Piotr Wrangel przyjmowali wielką polsko­ -rosyjską defiladę zwycięstwa nad bolszewikami. Tłumy mieszkańców miasta wiwatowały na widok ułanów w rogatywkach jadących strzemię w strzemię z kirasjerami z moskiewskiego pułku lejbgwardii.

Obietnica Józefa Piłsudskiego o szybkim opuszczeniu przez Woj­sko Polskie terenu Rosji niestety nie została dotrzymana. Ale nikt o to do Polaków nie miał pretensji. Mimo pokonania bolszewików sytuacja Rosji – która została ogłoszona republiką parlamentarną – była bowiem krytyczna. Nowe władze nie były zdolne zapanować nad licznymi bun­tami i powstaniami.

Opór nowej władzy stawiała bolszewicka partyzantka, „zieloni” oraz plemiona Dalekiego Wschodu. Gospodarka spustoszonego przez woj­nę domową kraju była w stanie katastrofalnym. Co gorsza lewicowy premier Sawinkow ustawicznie darł koty z prawicowym prezydentem Wranglem. Sami Rosjanie poprosili więc Polaków, aby zostali i pomogli im w posprzątaniu bałaganu, który pozostał po bolszewikach.

Słaba, uzależniona od Polski Rosja podpisała z Rzecząpospolitą trak­tat o ostatecznym przebiegu granic. Wrangel, choć nie był zachwycony takim obrotem spraw, nie miał wyboru i musiał uznać utworzone przez Józefa Piłsudskiego imperium. W jego skład weszły Polska, Ukraina, Wielkie Księstwo Litewskie, Łotwa i Estonia. Kraje te zostały połączo­ne więzami federacji. Finlandia, Rumunia, Gruzja, Armenia i Azerbej­dżan stały się zaś częścią polskiej strefy wpływów. Ów potężny blok rozciągał się na olbrzymiej przestrzeni między Zatoką Fińską a Mo­rzem Kaspijskim.

Federacja Piłsudskiego stanowiła barierę przeciwko rewizjonistycz­nym apetytom Rosji i Niemiec. Uznawszy fakty dokonane, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i Francja porzuciły swoją rosyjską so­juszniczkę i zawarły z Polską umowę o sojuszu wojskowym i wymianie handlowej. Tak oto Rzeczpospolita wróciła na swoje miejsce, które na sto pięćdziesiąt lat odebrała jej Rosja. Było to miejsce hegemona Europy Wschodniej. Choć od opisywanych wydarzeń minęło dziewięćdziesiąt pięć lat, nie zmieniło się to do dziś.

Warszawa szybko zdetronizowała Paryż i stała się kulturalną stolicą Europy. Powstały w niej wspaniałe sale koncertowe, muzea i galerie.

Z całego kontynentu do polskiej stolicy zjeżdżali poszukujący szczęścia i szczodrych mecenasów artyści. Do tej ostatniej roli idealnie nadawali się bajecznie bogaci magnaci Litwy i Rusi, których włości rozciąga­ły się na szerokich przestrzeniach wschodu. Jednym z nich był książę Janusz Radziwiłł.

Pewnego razu, 1 września 1939 roku, książę siedział w salonie swo­jego warszawskiego pałacu, popijał kawę i stawiał porannego pasjansa. Przyjemną chwilę przerwał mu kamerdyner, który zaanonsował przy­bycie ubogiego zagranicznego malarza. Książę raczył przyjąć gościa, przybył on bowiem z polecenia jednego z radziwiłłowskich przyjaciół.

Interesant przedstawiał sobą żałosny widok. Stanął przed księciem w wymiętym pocerowanym garniturze i dziurawych butach. Mówił łamaną polszczyzną, był wyraźnie zdenerwowany i speszony. Jego głos przechodził momentami w skrzek, zdecydowanie zbyt mocno gesty­kulował. Malarz spoglądał na arystokratę pokornym, psim wzrokiem.

Pod pachą miał teczkę ze swoimi pracami. Obrazy były słabe i nie spodobały się wyraźnie znudzonemu księciu. Kierowany litością kupił jednak dwa za pięćdziesiąt złotych. Kazał malarza nakarmić w kuch­ni i wypuścić czarnymi schodami. Wzruszony artysta na pożegnanie długo czapkował arystokracie.

Jeszcze tego samego dnia książę Radziwiłł spotkał się na raucie w Polskim Towarzystwie Kolonialnym (Polska kupiła akurat od Wiel­kiej Brytanii Ugandę) ze swoim przyjacielem.

– No i jakże ci się spodobał ten nasz niemiecki malarz? – spytał przyjaciel. – Prawda, że pocieszny?

– Mówiąc szczerze, mój drogi, jakoś nie przypadł mi do gustu – od­parł książę Janusz Radziwiłł, zastanawiając się nad dobraniem właściwej sałatki do śledzia. – Ale to, zdaje się, nie jest Niemiec, tylko Austriak.

– Czy to nie wszystko jedno?

– Rzeczywiście, wszystko jedno. Straszny jednak z niego gaduła. I antysemita.

„Green” Greta Thunberg Turns Left… and Red. [To dyktat „kapitału”].

„Green” Greta Thunberg Turns Left… and Red

by John Horvat II https://www.tfp.org/greta-thunberg-turns-leftand-red/

When climate activist Greta Thunberg appeared on the scene some years ago, the media celebrated her as a child hero intent on saving the earth’s environment. She scolded world elites for depriving her of her childhood, an act that made her an overnight sensation. Time Magazine selected her as its Person of the Year. Now, as the 19-year-old Swedish activist matures into adulthood, she is showing her true colors. And the color is red, not green.

At a recent book launching in London, Greta shocked some observers by targeting the West’s “oppressive” capitalist system as the cause of all climatic ills. The move is surprising since she has always made generous use of this oppressive system to spread her alarmist message. Indeed, Greta has no problem using the capitalist marketing system as a platform for promoting her new book. She also sees no harm in sacrificing plenty of trees the publishing industry needs to print up books for a mass audience.

However, what surprises many is that this strange darling of the greens would align herself so clearly with Marxist ideas. Part of her effectiveness was her ability to display a naïve childlike attitude that psychologically disarmed those who heard her. She seemed immune to leftist propaganda and incapable of a hidden agenda.

Coming Out Red

As she grows up in her bitterness, the poster child of the eco-movement comes out of the red closet. Her embracing of the left proves that climate activism taken to its final consequences will always lead to anti-Western communist ideology. The various doctrines of the left all eventually merge into one. Catholic thinker and man of action, Prof. Plinio Corrêa de Oliveira, likens this to a thousand individual fires that come together to form the unity of a single forest fire. So also, the ecological cause melds into the Marxist pot.

Thus, “exploitation” of the earth seamlessly becomes synonymous with economic oppression. Greta is now calling for “system-wide transformation.” She rails against “those in power,” which she identifies as the cause of climate breakdown. All these things are part of “the exploitation of people and the planet.” She imagines the system as having “roots in racist, oppressive extractivism (sic!)” that only desires to “maximize short-term profits for a few.”

Greta now minces no words, calling for the overthrow of the whole capitalist system that is “a system defined by colonialism, imperialism, oppression and genocide by the so-called global North to accumulate wealth that still shapes our current world order.”

No Marxist attack is complete without a tirade against the opposition, which she instantly labels as “fascist movements offering easy, false solutions and scapegoats to complex problems.”

All these attacks are read straight from the Marxist script.

A Book Greta Did Not Write

The broadside against capitalism did not get in the way of the business of selling her book. The de-growth activist appeared at London’s prestigious Royal Festival Hall in late October to launch her 464-page manifesto, The Climate Book: The Facts and Solutions. The liberal establishment pulled out all the stops to welcome this book that desires the West’s destruction. Amazon’s algorithms are already hard at work turning this full-color tome into a bestseller. Penguin Press is drumming up publicity as it releases it in the U.K. and worldwide. Americans will have to wait for the official U.S. release on February 14, 2023.

The hullaballoo is all about a work that Greta did not write entirely. Following sound marketing practice, her name is attached to the work. She merely stitches together a compilation of essays from 100 leftist “experts,” which make up most of the title’s content.

Scattered inside its pages are well-known leftists like writer Naomi Klein, World Health Organization chief Tedros Adhanom Ghebreyesus, eco-writer Bill McKibben and French economist Thomas Piketty. However, for the most part, the diverse collection is a who-is-not-who of obscure scientists, novelists, indigenous leaders and other “experts” that make up the closed eco-world of activists peddling their tired narrative of doom. Most people will not recognize the “experts” or follow their pseudo-science.

Finding Merit

The new book does have some merits. It shows that while the leftist experts manifest themselves differently, they all come together to promote a single cause. The book also documents Greta’s transformation from a climate change campaigner to an anti-capitalistic, anti-everything leftist militant.

The launching makes it clear that Greta is a creature of the media, supported by the liberal establishment that she hates. The carbon-heavy production of the work shows how activists break their own rules when it comes to advancing their revolution.

The shame, however, is that it is a waste of good trees…