Słoweński minister zdrowia Janez Poklukar ogłosił całkowite zaprzestanie stosowania szczepionki wektorowej Johnson & Johnson COVID-19 w tym kraju po tym, jak potwierdzono, że dwudziestoletnia dziewczyna zmarła po szczepieniu.
„Zaproponujemy szczepienie tą szczepionką tylko na wyraźną prośbę i z podpisem osoby” – powiedział Poklukar na konferencji prasowej, nie wykluczając możliwości podjęcia podobnej decyzji w sprawie szczepionki AstraZeneca ze względu na skutki uboczne.
Przyczyna śmierci dwudziestoletniej Katyi z Lublany, która zmarła pod koniec września, jest niewątpliwie związana ze szczepieniem przeciwko COVID-19, a konkretnie szczepionką wektorową firmy Johnson & Johnson, potwierdzoną przez specjalną komisję lekarską utworzoną zaraz po tragicznym incydencie.
Decyzja wszystkich pięciu członków komisji była jednomyślna i była oczekiwana przez słoweńskie społeczeństwo, zszokowane śmiercią młodej dziewczyny, która nie miała chorób współistniejących.
Młoda Słowenka zmarła w szpitalu pod koniec września, niecałe dwa tygodnie po szczepieniu, z powodu zakrzepu krwi i krwotoku mózgowego. Po zbadaniu dokumentacji komisja stwierdziła, że jej leczenie szpitalne po nagłej hospitalizacji było prawidłowe i zrobiono wszystko, aby ją uratować.
To druga potwierdzona śmierć w tym kraju w wyniku krzepnięcia krwi i krwawienia w mózgu. Wiosną tego roku z powodu komplikacji po szczepieniu firmy Johnson & Johnson zmarła żona słoweńskiego dyplomaty.
Znane czasopismo kardiologów „Circulation” przekazuje, że podanie szczepionek COVID 19 firmy Pfizer i Moderna zwiększa ryzyko zawału serca u szczepionych od 28 do 97 lat zwiększyło się ponad dwukrotnie.
Wnioski z badania: „Wnioskujemy. że szczepionka mRNA radykalnie nasila stan zapalny śródbłonka i naciek limfocytów T w mięśniu sercowym i może być odpowiedzialna za obserwowany wzrost zakrzepicy, kardiomiopatii i innych zdarzeń naczyniowych po szczepieniu”.
Dr. Vernon Coleman (Wielka Brytania) był zszokowany raportem . Opisał badanie jako dowód, że zastrzyk Covid jest „mordercą”. Darren Smith, redaktor wielokrotnie nagradzanego The Light Paper, przesłał mu przedstawiony powyżej artykuł z czasopisma medycznego Circulation, który dowodzi, że „eksperyment ze strzykawkami Covid-19 musi zostać dzisiaj przerwany”.
Uważa on, że „każdy lekarz lub pielęgniarka, który poda jedno ze szczepień mRNA Covid, straci licencję w odpowiednim czasie i zostanie aresztowany. To jest „dzwon pogrzebowy dla szczepienia Covid-19 mRNA”.
Znane czasopismo kardiologów „Circulation” przekazuje, że podanie szczepionek COVID 19 firmy Pfizer i Moderna zwiększa ryzyko zawału serca u szczepionych od 28 do 97 lat zwiększyło się ponad dwukrotnie.
Magazyn renomowanego American Heart Association „Circulation” opublikował właśnie badanie (streszczenie) dotyczące skutków ubocznych szczepionki MRNA Covid na serce . W tym celu zastosowano test sercowy PLUS {GD Biosciences, Inc, lrvine, CA), który tworzy wynik do przewidywania 5-letniego ryzyka nowego ostrego zespołu wieńcowego {ACS).
Magazyn „Circulation” jest cenioną gazetą. Ma 71 lat, w ankiecie została uznana za wiodący magazyn na świecie w kategorii serca i układu sercowo-naczyniowego. Możliwe było oparcie się na grupie testowej prawie 600 pacjentów, u których wynik (ryzyko zawału serca) był mierzony co trzy do sześciu dni.
Po podaniu szczepionek mRNA COVID 19 firm Moderna i Pfizer, u większości pacjentów zaobserwowano dramatyczne zmiany w punktacji PULSU.
Ogólnie badania wykazały, że po szczepieniach 5-letnie ryzyko zawalu serca (ACS) wzrosło z 11 % do 25%, czyli ponad dwukrotnie.
„To jest Polin”. Oświadczenie niejakiego DUDY, pracującego jako prezydent, z okazji Chanuki .
Szokujące przemówienie prezydenta Dudy po zapaleniu świec chanukowych w Pałacu Prezydenckim
W środę (1.12.2021) w Pałacu Prezydenckim odbyła się uroczystość zapalenia świec chanukowych.
– To jest Polin – oświadczył prezydent Duda składając społeczności żydowskiej życzenia z okazji Chanuki. W uroczystości udział wzięli rabini pod przewodnictwem Michaela Schudricha oraz ministrowie w KPRP: Paweł Szrot, Wojciech Kolarski i Jakub Kumoch.
– Dziękuję, że panowie rabini, jako przedstawiciele społeczności żydowskiej w Rzeczypospolitej, ale także poza jej granicami, są dzisiaj z nami po raz kolejny w tym chanukowym czasie, w czasie Święta Świateł, by zapalić tu chanukowe świece, by wygłosić słowa błogosławieństwa, by się modlić. Ale dziękuję także za osobiste, niezwykłe przeżycie, jakie wiąże się z dzisiejszą panów obecnością tutaj w 15. rocznicę pierwszej Chanuki w Pałacu Prezydenckim w historii Rzeczypospolitej Polskiej, gdy na zaproszenie pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego przybyła tu społeczność żydowska po to właśnie, by wraz z Prezydentem Rzeczypospolitej, jego małżonką i współpracownikami dzielić chanukową radość, radość Święta Świateł, radość tej wyjątkowej łaski, jaką Pan Bóg obdarzył swój lud wybrany – powiedział PAD.
W przemówieniu prezydent Duda podkreślił, że społeczność żydowska to „element współtworzący dzisiejszą Rzeczpospolitą także w jej wymiarach kulturowych” oraz, że „po tym tysiącu lat trudno powiedzieć, ile każdy z nas ma w sobie krwi żydowskiej, bo ona po prostu jest, płynie w żyłach”.
– Rola społeczności żydowskiej na przestrzeni tysiąca lat była dla Polski bardzo ważna, chcę to z całą mocą podkreślić. To jest Polin, to jest miejsce dla nas wszystkich, ukształtowane historycznie, umocowane kulturowo, w którym chcemy nadal razem żyć, w tolerancji, we wzajemnym zrozumieniu i szacunku. Jako Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej chcę to z całą mocą podkreślić, życząc jeszcze raz wesołej Chanuki – powiedział PAD. Tekst całego przemówienia TUTAJ.
A więc stało się. Wszystkim, którzy twierdzą, że „tu jest Polska, a nie Polin”, prezydent Duda publicznie wyjaśnił, że „to jest Polin”. Już nie tylko Rzeczpospolita Przyjaciół, ale po prostu Polin.
Nic dziwnego, że Polacy nie mogą przeprowadzić ekshumacji w Jedwabnem, która pozwoliłaby ostatecznie zdemaskować żydowskie kłamstwo. Rabin Schudrich doprowadził do jej wstrzymania, a teraz zapala chanukowe świece w Pałacu Prezydenckim, bo „to jest Polin”. Prezydent Duda celebruje żydowskie święto i opowiada o żydowskiej krwi, bo „to jest Polin”. Walka z antysemityzmem jest priorytetem, bo „to jest Polin”.
Jako odtrutkę polecamy książkę Jacka Międlara pt. „Polska w cieniu żydostwa. Wielcy Polacy o Żydach”, z której dowiecie się jak naprawdę wyglądały relacje polsko-żydowskie na przestrzeni wieków. Żydzi nie raz próbowali zamienić Polskę w Polin, ale im się nie udało.
Tym razem ten numer też nie przejdzie. Wbrew temu, co twierdzi prezydent Duda, tu jest Polska, a nie Polin.
Panie PAD ! …„ każdy z nas ma w sobie krwi żydowskiej”
Tu nie o rasę chodzi, zresztą nie jesteśmy rasistami, to niektórzy Niemcy i niektórzy Żydzi wyznają rasizm – hipotezę anty-naukową.
Naukowcy – demografowie w Izraelu dostali zgodę władz na oświadczenie, że t.zw. Aszkenazim są rasowo Chazarami. To było takie plemię w pierwszych wiekach po narodzeniu Chrystusa, wojujące i rabujące słabszych na północ od Morza Czerwonego, które przyjęło judaizm.
Chodzi o agresję obcej, wrogiej nam cywilizacji, która za „bliźniego” ma tylko „swojego”. Tu jest Polska, a nie Polin, proszę pana.
Dokumenty są przyjmowane od poniedziałku do piątku, od 9.00 do 12.00. Obecnie wyjazdy na Białoruś są bardzo popularne, dlatego też trzeba przygotować się na stanie w kolejce.
Ludzie jadą do pracy, by odpocząć od tutejszych szykan szprycowych, a także – ponieważ wyjazdy turystyczne do Egiptu, Turcji, czy podobne – są o wiele tańsze. [podobno można znaleźć nawet dwa razy tańsze].
Mój rozmówca – informator nie mógł się dowiedzieć jaka jest proporcja tych przyczyn. Podobno można też załatwić przez internet…
Ul. Wiertnicza 58, Warszawa 02-952, tel. 22 742 07 10 fax. 22 842 43 41
Sporo zamieszania w świecie skoków narciarskich wywołuje kwestia koronawirusa. Adam Małysz postanowił się do niej odnieść.
Dwa weekendy Pucharu Świata w skokach narciarskich za nami i podczas obu dużo mówiło się nie tylko o sporcie, ale także o sprawach związanych z koronawirusem. Dwukrotnie namieszał on bowiem w środowisku skoczków.
Najpierw, w Niżnym Tagile, pozytywny wynik testu na koronawirusa otrzymali Klemens Murańka i Decker Dean. Obaj musieli poddać się izolacji – w przypadku Murańki trwała ona dłużej. A ostatnio, w Ruce, Ryoyu Kobayashi najpierw wygrał sobotni konkurs, a później nie został dopuszczony do niedzielnego podejścia – właśnie ze względu na pozytywny test.
W przypadku Japończyka sprawa nie jest jednoznaczna. Oficjalny test dał wynik pozytywny, a kolejne, robione już przez zawodnika, były ujemne. Wszystko wskazuje jednak na to, że Ryoyu będzie musiał się izolować w Finlandii przez 10 dni i opuści konkursy w Wiśle. W mediach społecznościowych nie ukrywa swojego rozgoryczenia zaistniałą sytuacją.
Do koronawirusowego zamieszania odniósł się Adam Małysz.
Ciężka sytuacja dla Japończyków, ale myślę, że nie tylko dla nich, bo widzimy, że gdzieś ten cały system związany z koronawirusem nie do końca funkcjonuje. Byliśmy zapewniani przed sezonem zimowym, że jeżeli się zaszczepimy, nie będzie testów, musimy normalnie zacząć funkcjonować. Wszystko wróciło z powrotem – przyznał na antenie TVN.
FIS tylko odrobinę złagodził COVID-owe przepisy. W poprzednim sezonie jeśli skoczek z danej reprezentacji otrzymywał pozytywny wynik testu, cała kadra trafiała na kwarantannę. Teraz jeśli jeden zawodnik z zespołu otrzyma wynik dodatni, pozostali mogą zostać dopuszczeni do konkursu – jeśli oczywiście ich wyniki są negatywne.
Niepokojąco rośnie liczba zgonów z powodu problemów z sercem u piłkarzy grających w FIFA. Trend ten utrzymuje się od początku roku i nic nie wskazuje na jego zatrzymanie.
Wzrost liczby zgonów wśród sportowców
Według izraelskich mediów „Real-Time News” w bieżącym roku nastąpił aż pięciokrotny wzrost ilości zgonów wśród graczy FIFA. Nie jest to 24, 30, czy nawet 75 sportowców. Od grudnia ubiegłego roku odnotowano aż 183 przypadków nagłych upadków i utraty przytomności z powodów sercowo – naczyniowych wśród piłkarzy oraz ich trenerów. Aż 108 osób spośród nich zmarło.
Jest to niepokojące, a wręcz alarmujące zjawisko, bowiem śmierć sportowca z przyczyn nie mających związku z kontuzją dotąd zdarzała się niezwykle rzadko. Teraz nagle pojawił się istny wysyp takich przypadków i istnieją uzasadnione obawy, że ich wspólnym mianownikiem jest niedawne przyjęcie preparatu przeciwko covid.
Dziennikarze „Real-Time News” przeprowadzili śledztwo, którego efektem jest lista sportowców, którzy zmarli lub odnieśli obrażenia w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Według zebranych danych większość z tego grona to mężczyźni, na liście znajduje się zaledwie 15 kobiet. Zdecydowanie dominują osoby w przedziale wiekowym od 17 do 40 lat. Starszych sportowców jest tam tylko 21, z czego 5-iu między 42-45 rokiem życia, kolejnych 6-iu w przedziale 46-49 lat, 7-iu powyżej 50 roku życia ale przed 60-tką i 3 ostatnich najstarszych w przedziale wiekowym od 60 do 64 lat.
Z 23 nastolatków na tejże liście w wieku 12-17 lat zmarło aż 16-tu.
Przyczyny zgonów
Z zebranych danych wynika, że aż w 80-iu przypadkach zawodnicy nagle zasłabli i upadli w trakcie gry, wyścigu lub treningu, albo też bezpośrednio po zakończeniu aktywności. W zdecydowanej większości przypadków stwierdzono zgon z powodów zapaści układu sercowo – naczyniowego z zapaleniem mięśnia sercowego, osierdzia, zawałem bądź zatrzymaniem akcji serca. Druga najczęściej zgłaszana przyczyna to powstałe zakrzepy we krwi.
Jak zaznaczają dziennikarze, którzy sporządzili to zestawienie, z ostatecznej wersji listy usunięto dodatkowe kilkadziesiąt przypadków z uwagi na niepełne dane. Usunięte zostały także z niej osoby, u których już wcześniej istniały dowody na czynniki ryzyka w postaci chorób serca bądź cukrzycy.
Porównanie względem lat ubiegłych
Aby uzyskać bardziej rzetelne i wiarygodne zestawienie dokonano porównania liczb względem analogicznych przypadków lat ubiegłych. Dla SCD, czyli nagłego zgonu sercowego ilość ta wzrosła kolosalnie, podobnie dla SUD tj nagłego niewyjaśnionego zgonu. Według danych z lat ubiegłych ryzyko SCD wynosiło średnio 1:50000, przy czym wahało się w przedziale od 1:30000 do 1:80000. Ponieważ w stowarzyszeniu FIFA zarejestrowanych było w 2000 roku 242 tysiące sportowców, 6 lat później 265 tysięcy i nie zmieniało się to znacząco w kolejnych latach, uzyskany wynik powinien oscylować wokół 5-iu zgonów w ciągu roku. Jak pokazują dane bieżące za 2021 rok liczba zgonów SCD/SUD jest wielokrotnie wyższa. Odnotowano bowiem ich aż 21 na każde 50 tysięcy osób.
Wzrostu ilości zdarzeń w postaci nagłych zgonów sportowców nie można nie kojarzyć z rozpoczętą blisko rok temu akcją masowego wyszczepiania populacji preparatami genowymi zwanymi szczepionkami. Związek ten potwierdza, lub przynajmniej zdaje się go sugerować, lawinowy wzrost ilości analogicznych przypadków w grupach pozasportowych u osób, które przyjęły wspomniane preparaty na covid.
W trybie natychmiastowym, dyscyplinarnie zwolniony został z pełnionej funkcji kapelan oddziału psychiatrycznego Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Jego postawa okazała się „nie do przyjęcia” dla miejscowej kurii archidiecezjalnej.
Dyrektor placówki medycznej Marcin Jędrychowski poprosił krakowską kurię o wyznaczenie nowego kapelana dla Oddziału Klinicznego Psychiatrii Dorosłych, Dzieci i Młodzieży. Szefostwo placówki zarzuciło księdzu zniechęcanie pacjentów do przyjmowania zastrzyków przeciwko covid-19. W rozmowie z dyrekcją duchowny potwierdził, że taki fakt miał rzeczywiście miejsce.
„Według relacji pacjentów, przekazanych pracownikom szpitala, ksiądz miał twierdzić, że szczepionki sąszkodliwe, zawierają chipy, mają zredukować liczbę ludności na świecie i są elementem spiskumasońskiego” – relacjonuje portal gosc.pl.
Dziennikarze zwrócili się w tej sprawie do rzecznika krakowskiej kurii księdza Łukasza Michalczewskiego. Odparł on, że Zgromadzenie Księży Misjonarzy, do którego należy zdymisjonowany kapelan, zdecyduje o dalszym postępowaniu wobec byłego kapelana.
– Archidiecezja Krakowska systematycznie włącza się w promowanie szczepień, dlatego taka postawa jest dla nas nie do przyjęcia – skomentował sytuację rzecznik. Wspomniał, że lokalny Kościół współorganizował wraz z wojewodą szczepienia na terenie poszczególnych parafii.
– Współpracując z władzami szpitala, zostanie wyznaczony odpowiedni kapelan, dla dobra pacjentów – zapewnił ksiądz Michalczewski.
KOMENTARZ BIBUŁY: Zdaje się, że Metropolitą Krakowskim jest abp Marek Jędraszewski, ukazywany jako „konserwatywny” hierarcha. Nie wiemy na czym tenże konserwatyzm ma polegać, bo na pewno nie na ochronie życie nienarodzonych, wszak wszystkie „szczepionki przeciwko Covid-19” zostały stworzone na bazie komórek zabitych dzieci. Również, nie na ochronie zdrowia i życia osób przyjmujących te niebezpieczne preparaty, gdyż przed niczym nie chronią (ARR wynosiło początkowo 1% – zamiast propagandowych RRR „95%”, a teraz jakieś 0.03% – z tym że dalej nie wiadomo przed czym mają chronić…), nie chronią przed „transmisją wirusa” (jeśli takowy w ogóle istnieje) i jedynie dają poczucie złudnego idiotycznego bezpieczeństwa. Za to spowodowały setki tysięcy zgonów, miliony osób ma poszczepienne objawy, a nieznana jeszcze liczba (wszyscy zaszczepieni?) będą borykać się w przyszłości z chorobami autoimmunologicznymi.
Ale kogo to wszystko obchodzi, liczy się propaganda, budowa Nowego Światowego Porządku, zrobienie rewolucji światowej (reset), no i oczywiście wielki zysk dla możnych tego świata. Do tego wszystkiego przyłączył się obecny administrator Watykanu, który przyjęcie tych szaleńczych preparatów uważa za „akt miłosierdzia”.
Jesteśmy w pełni przekonani, że i poprzedni Metropolici ostatnich kilkudziesięciu lat, włącznie z późniejszym jakże świętym Janem Pawłem II – też zwanym „konserwatywnym” – również stręczyliby te preparaty, bo pasuje to do ich patologicznej wizji „miłosierdzia”.
W obliczu kryzysu musimy wykorzystać Adwent dla przygotowania się na próby, które nas czekają – Abp Viganò
„Szukaj, mówi, sługi Twego, bo nie zapomniałem Twoich przykazań [Ps 118:176]. Przyjdź więc, Panie Jezu, szukać Twego sługi, szukać Twych zmęczonych owiec; przyjdź, Pasterzu, szukać, jak Józef szukał owiec [Rdz 37,14]. Twoje owce błądziły, gdy Ty się zatrzymywałeś, gdy Ty byłeś w górach. Zostaw dziewięćdziesiąt dziewięć owiec Twoich, a przyjdź szukać tej, która się zabłąkała [Mt 18,12 i nast.] Przyjdźcie bez psów, przyjdźcie bez złoczyńców, przyjdźcie bez najemnika, który nie wie, jak przejść przez drzwi [J 10,1-7]. Przyjdź bez pomocnika, bez posłańca. Od dawna czekam na Twoje przyjście. Wiem bowiem, że przyjdziesz, bo nie zapomniałem Twoich przykazań [Ps 118″176]. Przyjdź nie z rózgą, lecz z miłością i w duchu łagodności [1 Kor 4,21].” Święty Ambroży, Expositio Psalmi CXVIII, 22, 28.[1]
Święty czas Adwentu jest instytucją starożytną, a wzmianki o nim znajdujemy już od około V wieku, jako o momencie Roku Liturgicznego przeznaczonym na przygotowanie uroczystości Narodzenia Pana naszego Jezusa Chrystusa secundum carnem. Istotnie, Adwent wyznacza początek Roku Liturgicznego, pozwalając nam wykorzystać tę okazję, by ze świętymi postanowieniami podążać za głosem Kościoła.
Dyscyplina pokuty i postu w czasie Wielkiego Postu, przygotowująca do Wielkanocy, jest z pewnością pochodzenia apostolskiego, podczas gdy ta w expectatione Domini pochodzi od tej pierwszej i jest przez nią inspirowana, stając się z biegiem wieków mniej sztywna, aż do wstrzemięźliwości tylko w niektóre dni tygodnia. „To prawda, że święty Piotr Damian, w jedenastym wieku, nadal przypuszczał, że post adwentowy trwa czterdzieści dni, i że święty Ludwik, dwa wieki później, nadal przestrzegał go w tej mierze, ale być może ten święty król praktykował go w ten sposób z powodu szczególnej pobożności.”[2] Słabość współczesnych pokoleń skłoniła matczyną mądrość Kościoła do złagodzenia rygorystycznych dyscyplin dawnych czasów, nie przeszkadzając w ich dobrowolnym praktykowaniu, ale być może obecna sytuacja skłania nas do uznania za stosowne – właśnie dlatego, że nie są narzucone – praktykowania zwyczajów naszych przodków w posłuszeństwie kościelnemu nakazowi.
Liturgia okresu Adwentu zawdzięcza Św. Grzegorzowi Wielkiemu nie tylko teksty oficjum i Mszy, ale także same kompozycje monodii liturgicznej (cantus planus). Starożytna tropa Sanctissimus namque, która wprowadza Introit Ad te levavi z pierwszej niedzieli Adwentu, przypomina o natchnieniu Świętego Papieża przez Ducha Świętego, który ukazał się w postaci gołębicy.[3] Początkowe sześć tygodni, a następnie pięć, skrócono do czterech między końcem IX w. a początkiem X w., co oznacza, że obecny sposób praktykowania ma co najmniej tysiąc lat. Kościół ambrozjański nadal utrzymuje sześć tygodni, w sumie czterdzieści dwa dni, wzorując się na Wielkim Poście.
Wśród pierwszych autorów homilii na temat Adwentu znajduje się Św. Ambroży, Doktor i Ojciec Kościoła. Właśnie modlitwą, którą znajdujemy w Komentarzu do Psalmu 118, chciałbym rozpocząć to rozważanie. Incipit tej modlitwy brzmi: Quaere, inquit, servum tuum. Jak sami widzicie [przyp. 1, poniżej], cały tekst jest poprzetykany cytatami z Pisma Świętego: nie po to, aby popisać się znajomością Biblii, którą Święty Biskup Mediolanu z pewnością posiadał, ale z powodu tego zrozumienia Słowa Bożego, które jest owocem intymnej i żywotnej dla duszy wytrwałości, tak jak powietrze jest niezbędne do oddychania. Ambroży mówił i pisał używając słów świętego Autora nie po to, by plagiatować mądrość Bożą, ale dlatego, że uczynił je tak bardzo własnymi i powtarzał je po kolei niemal bezwiednie.
Kiedy sięgamy do pism Świętych, możemy czuć się, jako ludzie świeccy, w pewien sposób zdezorientowani lub zagubieni; ale jeśli mamy łaskę zjednoczenia się z modlitwą liturgiczną poprzez uczestnictwo we Mszy Świętej i odmawianie Boskiego Oficjum w tradycyjnej formie, zauważamy, że to głos samego Kościoła towarzyszy nam w tej medytacji nad Pismem Świętym, już od Zaproszenia na Jutrznię. Dotyczy to również liturgii adwentowej: Regem venturum Dominum, venite adoremus, śpiew pierwszej modlitwy, intonowanej w środku nocy w oczekiwaniu na wschód prawdziwego, niezwyciężonego Słońca. Po tym uroczystym wezwaniu do adoracji Boskiego Króla następuje początek księgi proroka Izajasza, brzmiący jak surowe upomnienie dla Jego ludu:
2 Niebiosa, słuchajcie, ziemio, nadstaw uszu, bo Pan przemawia: «Wykarmiłem i wychowałem synów, lecz oni wystąpili przeciw Mnie.
3 Wół rozpoznaje swego pana i osioł żłób swego właściciela, Izrael na niczym się nie zna, lud mój niczego nie rozumie».
4 Biada ci, narodzie grzeszny, ludu obciążony nieprawością, plemię zbójeckie, dzieci wyrodne! Opuścili Pana, wzgardzili Świętym Izraela, odwrócili się wstecz.
5 Gdzie was jeszcze uderzyć, skoro mnożycie przestępstwa? Cała głowa chora, całe serce osłabłe;
6 od stopy nogi do szczytu głowy nie ma w nim części nietkniętej: rany i sińce i opuchnięte pręgi, nie opatrzone ani przewiązane, ni złagodzone oliwą[2].
Objawienie proroka ukazuje oburzenie Pana na niewierność Jego ludu, uporczywie buntującego się przeciwko Jego świętemu Prawu. Jednak dosłownemu, czyli historycznemu[4] sensowi fragmentu Izajasza dotyczącego Żydów towarzyszy sens moralny, czyli dotyczący tego, co my mamy czynić. To do nas zatem zwraca się Majestat Boga: „Bo Pan przemówił” (tamże, 2), aby nas jeszcze raz upomnieć, ukazać nam nasze zdrady, pobudzić do nawrócenia.
Tak więc, gdy prosimy Pana, aby nas wybawił de ore leonis et de profundo lacu, uświadamiamy sobie, jak mało zasługujemy na Boże Miłosierdzie, jak niegodni jesteśmy Jego litości i jak bardzo zasługujemy na Jego kary. Deus, qui culpa offenderis, pœnitentia placaris... Do prostytucji – jak je nazywa Pismo Święte – w które popadli Żydzi, dołączyły się teraz nowe i o wiele gorsze prostytucje, nie ze strony ludu, któremu obiecano Mesjasza, ale ludu, który narodził się z Jego boku, Mistycznego Ciała samego Odkupiciela; a dokładnie z tego rodzaju, który nazywa się katolikami, ale który przez swoją niewierność hańbi Oblubienicę Baranka, jako członkowie zarówno uczącego się, jak i nauczającego Kościoła.
Nowy Izrael okazał się nie mniej buntowniczy niż stary, a nowy rzymski Sanhedryn jest nie mniej winny niż ci, którzy uczynili złotego cielca i ofiarowali go dla adoracji Żydów. Jeśli więc prorok grozi straszliwymi plagami tym, którzy byli nieposłuszni Panu, nie widząc nadchodzącego Mesjasza, to o ileż większe muszą być słowa proroka „czasów ostatecznych” w świetle buntu ludzkości odkupionej krwią tego Boskiego Mesjasza, ludzkości, która mogła zobaczyć wypełnienie się proroctw i Wcielenie Drugiej Osoby Trójcy Przenajświętszej?
W dramatycznym kryzysie, który od sześćdziesięciu lat dotyka Kościół Chrystusowy, a który dziś objawia się w całej swej powadze, pusillus grex [mała trzódka] prosi swego Pana o ratunek dla zbłąkanej ludzkości, gdy zepsucie i apostazja przeniknęły nawet do świętego przybytku i aż do najwyższego Tronu. A jest to pusillus [małe], ponieważ większość tych, którzy zostali odrodzeni w chrzcie i w ten sposób zasłużyli na miano „synów Bożych”, codziennie zaprzecza obietnicom tego chrztu, pod przewodnictwem najemników i fałszywych pasterzy.
Pomyślmy, jak wielu wiernych zostało wychowanych w całkowitej ignorancji podstaw wiary, mimo że uczęszczali na katechezę, jest przesiąkniętych heretyckimi doktrynami filozoficznymi i teologicznymi, przekonanych, że wszystkie religie są równoważne; że człowiek nie jest zraniony grzechem pierworodnym, lecz z natury dobry. Że państwo musi ignorować prawdziwą religię i tolerować błąd; że misją Kościoła nie jest wieczne zbawienie dusz i ich nawrócenie do Chrystusa, lecz ochrona środowiska i bezkrytyczne przyjmowanie imigrantów. Pomyślcie o tych, którzy, choć spełniają swój niedzielny obowiązek, nie wiedzą, że Ciało, Krew, Dusza i Bóstwo naszego Pana są zawarte w Hostii świętej, i myślą, że jest ona tylko symbolem. Pomyślcie o tych, którzy są przekonani, że skrucha wobec samych siebie wystarcza, by przystąpić do Komunii, nie pamiętając o mękach, jakie wiszą nad tymi, którzy niegodnie przyjmują Ciało i Krew Pańską. Pomyślcie o kapłanach, zakonnikach, wszystkich siostrach i mnichach, którzy wierzą, że Sobór przyniósł powiew odnowy w Kościele, lub sprzyjał znajomości Pisma Świętego, lub umożliwił świeckim zrozumienie liturgii, do tej pory ignorowanej przez masy i zazdrośnie strzeżonej przez kastę sztywnych i nietolerancyjnych eklezjastów. Pomyślmy o tych, którzy widzieli w nim niezniszczalną latarnię morską przeciw ciemnościom świata, solidną i nie do zdobycia twierdzę w obliczu napaści „nowoczesnej” mentalności, szerzącej się niemoralności, twierdzę obrony życia od jego poczęcia do naturalnego końca.
Wreszcie, pomyślcie o nieposkromionej satysfakcji wrogów Chrystusa, gdy widzą, jak Jego Kościół pada przed światem, przed ideologiami śmierci, bałwochwalstwem państwa, władzy, pieniędzy, mitami fałszywej nauki; Kościół skłonny zaprzeczyć swemu chwalebnemu dziedzictwu, zafałszować wiarę i moralność, których nauczył go nasz Pan, zepsuć liturgię, by zadowolić heretyków i sekciarzy. Nawet najdziksze fantazje najgorszego masona nie mogły mieć nadziei na spełnienie się okrzyku Voltaire’a: Écrasez l’infame! [Zmiażdżyć ohydę!]
W Adwencie znajdujemy się symbolicznie u bram świątyni, podobnie jak w Środę Popielcową w okresie Wielkiego Postu, i z daleka obserwujemy to, co dzieje się na ołtarzu. Tutaj narodziny Króla Izraela, a tam Jego Męka, Śmierć i Zmartwychwstanie. Zrozummy jako poszczególni wierni i jako część Kościoła, że musimy dokonać rewizji naszych sumień, zanim zostaniemy dopuszczeni do świętego miejsca. Możemy zbliżyć się do oddania czci Królowi królów, Panu panów tylko wtedy, gdy zrozumiemy, z jednej strony, nieskończone Dobro, które zostało nam ofiarowane w żłóbku, a z drugiej strony, naszą absolutną niegodność, której koniecznie musi towarzyszyć przerażenie naszymi grzechami, ból z powodu nieskończonego obrażenia Boga i pragnienie naprawienia wyrządzonego zła poprzez pokutę i dobre uczynki.
Musimy ponadto zrozumieć, że jako żyjący członkowie Kościoła ponosimy również zbiorową odpowiedzialność za winy innych wiernych i naszych Pasterzy; a jako obywatele ponosimy odpowiedzialność za publiczne winy rządzących. Jeśli bowiem Świętych obcowanie pozwala na wspólnotę z oczyszczającymi się duszami i zasługami błogosławionych dusz w niebie, tym bardziej powinniśmy równoważyć „obcowanie złych”, które sprawia, że skutki ich złych czynów spadają na bliźnich, a zwłaszcza na ludzi, którzy są nieprzyjaciółmi Boga.
„Przyjdźcie do mnie, ci, których dręczy atak groźnych wilków” – woła św. Ambroży. „Przyjdźcie do mnie, ci, którzy zostali wygnani z raju i których rany już dawno przeniknęły trucizny węża, ci, którzy w górach błądzili z dala od Twoich stad”.
Zaczynamy sobie uświadamiać, że jesteśmy oblegani przez wilki drapieżne: przez tych, którzy sieją błąd, przez tych, którzy psują moralność, przez tych, którzy szerzą śmierć i rozpacz, przez tych, którzy chcą nas zabić w duszy, zanim jeszcze zabiją nas w ciele. Zrozumieliśmy, jak płytcy, niemądrzy i dumni byliśmy, pozwalając się zwieść fałszywym obietnicom świata, ciała i diabła. Jak nieprawdziwe były słowa tych, którzy od czasu wygnania naszych Pierwszych Rodziców wciąż powtarzają te same pokusy, wykorzystują nasze słabości, naszą dumę i nasze wady, aby nas upodlić i pociągnąć za sobą do piekła. Zapomnieliśmy, że zostaliśmy wyrzuceni z ziemskiego raju, że nosimy ślady jadowitego żądła węża, że zgrzeszyliśmy porzucając bezpieczne pastwisko prawdziwej Wiary, aby dać się uwieść światu, ciału, diabłu.
Gdybyśmy bowiem żyli świadomi naszego grzechu pierworodnego – który jest także winą zbiorową i dziedziczną – oraz wszelkiego zła, które popełniamy i na które pozwalamy; gdybyśmy rozważali naszą niezdolność do zbawienia się, z wyjątkiem nadprzyrodzonej pomocy, której Bóg udziela nam przez łaskę; gdybyśmy przekonywali samych siebie, że wiele z naszych czynów jest poważnymi wykroczeniami przeciwko Majestatowi Boga i że zasługujemy na to, by zostać zmieceni z powierzchni ziemi w sposób o wiele gorszy niż to, co spotkało mieszkańców Sodomy i Gomory, wtedy nie potrzebowalibyśmy nawet Dobrego Pasterza, by przyszedł nas szukać, porzucając dziewięćdziesiąt dziewięć owiec bezpiecznie w górach, gdzie „nie mogą ich zaatakować wygłodniałe wilki”.
Święty biskup dodaje: „Przyjdźcie bez psów, przyjdźcie bez złoczyńców, przyjdźcie bez najemnika, który nie wie, jak przejść przez drzwi. Przyjdźcie bez pomocnika, bez posłańca”, ponieważ psy, złoczyńcy i najemnicy przemijają, przeznaczeni są na zgubę, do rozproszenia się pod wpływem tchnienia, które wychodzi z ust Boga, nawet jeśli w tej chwili wydaje się, że świat należy do nich. „Przyjdź więc i szukaj owiec swoich, nie przez sługi, nie przez najemników, ale przez Ciebie osobiście”.
Niewierni słudzy zachęcają nas, byśmy byli „odporni” i „inkluzywni”, byśmy słuchali „krzyku Matki Ziemi”[5], byśmy poddali się szczepieniu surowicą sporządzoną z abortowanych płodów; najemnicy, „cujus non sunt oves propriæ” (…) rozpraszają nas, porzucają, nie odpędzają wściekłych wilków i nie karzą złych, lecz raczej ich zachęcają.
Dlaczego więc Pan powinien przyjść? Dlaczego możemy Go prosić: „Przyjdź osobiście”? Św. Ambroży odpowiada w modlitwie, cytując psalmistę: „Nie zapomniałem bowiem Twoich przykazań” (Ps 118:176). Nasze posłuszeństwo woli Bożej znajduje doskonały odpowiednik – i boski przykład – w posłuszeństwie odwiecznego Syna Ojca z całej wieczności, który zgodził się wcielić, cierpieć i umrzeć dla naszego zbawienia: „Potem rzekłem: Oto przychodzę: w księdze napisano o mnie: abym spełniał wolę Twoją, Boże” (Hbr 10,7). Pan przychodzi w posłuszeństwie Ojcu, a my musimy oczekiwać na Jego przyjście, będąc posłuszni woli Trójcy Świętej, „bo nie zapomniałem przykazań Twoich.”
Powodem, dla którego możemy być pewni, że Pan przyjdzie po nas, wybawiając nas od napaści wilków i podstępnego wpływu złoczyńców i płatnych zabójców, jest to, że nie możemy zapomnieć o tym, co nam nakazał; nie możemy zająć Jego miejsca, decydując, co jest dobre, a co złe; nie wolno nam iść za tłumem w przepaść dla ludzkiego szacunku, z powodu tchórzostwa lub współudziału, ale pozostać jak dziewięćdziesiąt dziewięć owiec na bezpiecznych pastwiskach Kościoła świętego, „bo wilki drapieżne nie mogą ich zaatakować, dopóki są w górach”, bliżej Boga, będąc oderwanymi od rzeczy ziemskich.
Ponadto musimy zachować świętą pokorę, uznając się za grzeszników: „chodźcie i szukajcie jednej owcy, która zbłądziła”, bo „Ty sam jesteś w stanie zawrócić zbłąkaną owcę i nie zasmucisz tych, od których się odłączyła”, to znaczy katolików wszystkich czasów, którzy pozostali wierni, bezpieczni od wilków na wysokich pastwiskach. „I oni też będą się radować z powrotu grzesznika”.
Św. Ambroży kontynuuje swoją modlitwę bardzo głębokim i wymownym wyrażeniem: „Przyjmij mnie w ciele, które upadło w Adamie. Przyjmij mnie nie od Sary, ale od Maryi, abym był nie tylko dziewicą nietkniętą, ale dziewicą odporną, dzięki działaniu łaski, na wszelką zmazę grzechu.” W Świętej Maryi, Sancta Virgo virginum, znajdujemy Pośredniczkę wszystkich łask; w Niej, najczystszym stworzeniu, wcieliło się Odwieczne Słowo Boże, z Niej narodził się dla świata Zbawiciel; przez Nią zostaliśmy przedstawieni Jej Boskiemu Synowi, a dzięki Jego zasługom możemy być przyjęci „w ciele, które upadło w Adamie”, na mocy Łaski, która przywraca nas do przyjaźni z Bogiem. Bardzo to trafna inspiracja do medytacji, gdy przygotowujemy się do świętego Narodzenia Pańskiego.
Ale jest jeszcze jedno bardzo ważne rozważanie, które św. Ambroży pozostawia na koniec swojej oracji: „Prowadźcie mnie przez Krzyż, który daje zbawienie wędrowcom, w którym jedynie jest odpoczynek dla strudzonych, w którym jedynie wszyscy, którzy umarli, będą żyć”. Wszystko obraca się wokół Krzyża Chrystusa, wznosi się on w czasie i wieczności jako znak sprzeciwu, przez który pamiętamy, że jest on narzędziem Odkupienia, zbawienia dla błądzących, odpoczynku dla zmęczonych, życia dla umierających.
XIV-wieczna miniatura Pacino di Buonaguida [6] przedstawia bardzo rzadki i wysoce symboliczny obraz: Pana wspinającego się na krzyż po drabinie – scala virtutum – dla podkreślenia gotowości Jego ofiary i „paradoksu” Jego dwoistej natury. W XVII-wiecznej ikonografii znajdujemy powtarzający się obraz Dzieciątka Jezus śpiącego na krzyżu[7], co stanowi wyraźną aluzję do Bożej miłości i ofiary Chrystusa. Boże Narodzenie i Wielkanoc są ze sobą nierozerwalnie związane; dlatego też, przygotowując się do Narodzin Zbawiciela, musimy zawsze kontemplować centralne miejsce i prawdziwy punkt oparcia, jakim jest Krzyż, na którym spoczywa Dzieciątko Jezus i na który wstępuje, po mistycznej drabinie, Niepokalany Baranek. To właśnie tam musimy dotrzeć, ponieważ tylko na Krzyżu, w pogoni za Panem, odnajdujemy zbawienie: „I rzekł do wszystkich: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (Łk 9, 23).
„Veni, ut facias salutem in terris, in coelo gaudium„: „Przyjdź i dokonaj zbawienia na ziemi, radości w Niebie”. Niech to będzie nasze wezwanie w świętym czasie Adwentu, aby przygotować się duchowo na próby, które nas czekają.
+Carlo Maria Viganó, Arcybiskup
I Niedziela Adwentu
tłum. Sławomir Soja
Przypisy
[1] “Quaere, inquit, servum tuum, quoniam mandata tua non sum oblitus. Veni ergo, Domine Jesu, quaere servum tuum, quaere lassam ovem tuam; veni, pastor, quaere sicut oves Joseph. Erravit ovis tua, dum tu moraris, dum tu versaris in montibus. Dimitte nonaginta novem oves tuas, et veni unam ovem quaerere quae erravit. Veni sine canibus, veni sine malis operariis, veni sine mercenario, qui per januam introire non noverit. Veni sine adjutore, sine nuntio, jam dudum te expecto venturum; scio enim venturum, quoniam mandata tua non sum oblitus. Veni non cum virga, sed cum caritate spirituque mansuetudinis.” – Święty Ambroży, Expositio Psalmi CXVIII, 22, 28.
[2] Dom Prosper Guéranger, L’Anno liturgico, I. Avvento – Natale – Quaresima – Passione, trad. it. P. Graziani, Alba, 1959, s. 21-26.
[3] „Sanctissimus namque Gregorius cum preces effunderet ad Dominum ut musicum donum ei desuper in carminibus dedisset, tunc descendit Spiritus Sanctus super eum, in specie columbæ, et illustravit cor ejus, et sic demum exortus est canere, ita dicendo: Ad te levavi...”. Tropa do Introitu I Niedzieli Adwentu – por. https://gregobase.selapa.net/chant.php?id=4654.
[4] Littera gesta docet, quid credas allegoria, moralis quid agas, quo tendas anagogia (List uczy tego, co się stało, alegoria tego, w co trzeba wierzyć, morał tego, co trzeba czynić, anagogia celu, do którego trzeba dążyć) – Nicola di Lyra, Postilla in Gal., 4, 3.
No, jak walnął ten Omikron to sobie wszyscy przypomnieli nagle o Afryce. A ja o niej pamiętałem już od początku, nawet wpis zrobiłem, w lutym. Frapowało mnie to, że, jak się obawiałem na początku pandemii to w takim kraju, ze słabiutką opieką zdrowotną, biednym, przeludnionym, to taki koronawirus to będzie pewnie szedł jak ogień po słomie. A tu nic. Mówiono o wszystkim tylko nie o Afryce, aż ciężko było znaleźć materiały. Ale nie mówiono prawie w ogóle nie dlatego, że my taki kontynent to olewamy. Gdzież tam! Jakby tam szła pandemia i kosiła wszystko, to by się tam wszystkie telewizyjne stacje przeniosły. Nie było nic, bo na kontynencie o takim pandemicznym potencjale nic się nie działo. A więc nuda, a po drugie – cicho, bo jeszcze jakiś gamoń wyjdzie i się zapyta. Jak to, to w Afryce zaszczepionej na 6-7% nie ma trupów zalegających w pustyni i w puszczy? Jak to, Afryka, taka biedna i zacofana ma 3% udziału zgonów na świecie a taka Europa, och i ach, to ma tego udziału 29%?
A więc cicho było, no może jakieś podśmiechujki, że tam jakiś dyktatorek jeden z drugim negował koronę i sam się przekręcił, rzadziej, że jeden z nich otrzymał pozytywne testy kowdiowe z oleju silnikowego i papai. A w Europie i USA to kowid szalał, a tu, jak miał czerwony dywan epidemiologiczny – nic. Aż zjawił się on – omikron. Właściwie to nie wiadomo czy on taki zaraz afrykański. Znany jest od co najmniej 6 miesięcy, odczekał swoje i wyskoczył jak szczepionka z konopii jak się deltopanika skończyła i trzeba było znaleźć pretekst do Trzeciego Zaszczepienia oraz poddania akcji eliksirowej dzieci lat 5-11, które nagle „zaczęły” chorować. Jeszcze nie na naszego wirusa O, ale się jeszcze zobaczy. Jak pisałem – wszyscy się pozamykali przed afrykańskim koleżką. Nikt go nie zbadał poważnie czy jest gorszy czy lżejszy od dotychczasowych (tu są różne opinie, oczywiście oprócz Big Farmy, która gnoja rozczytała tak, że chyba tylko z przyzwoitości odczekuje sto dni na mordującą Afrykanina szczepionkę).
Ale zacząłem się pochylać nad niewątpliwym fenomenem Afryki. Czemu tam tak jest? Wpadła mi w ręce ciekawa mapka, co naprowadziło mnie na ślad pewnego zjawiska – dość niskiej zapadalności i śmiertelności w krajach, które z wirusem nie walczyły (jedne bo nie chciały, np. Szwecja, a inne bo były za biedne na takie poczynania). Drugie to kwestia leczenia, zwłaszcza w przypadku krajów, które zastosowały najpierw leczenie, np. iwermektyną i szło im dobrze, zaś strzeliły do góry, jak zaczęły akcję szczepienną. Zobaczmy na Afrykę:
Mamy tutaj mapkę i wykres śmiertelności kowidowej w krajach używających iwermektyny w leczeniu (kolor niebieski) i jej nie używających (kolor brązowy), które zamiast leczyć postanowiły się poszczepić. Ale może to fenomen jedynie afrykański? Popatrzmy na Indie:
Ciekawy proces pokazuje Japonia, tam najpierw zaczęto się szczepić i to skromnie, potem leczyć iwermektyną, która jest oficjalnie zalecana przez lekarzy do leczenia kowida. Ale widocznie my mamy jakieś inne organizmy, bo:
Środowiska koronaentuzjastów próbują tłumaczyć tę Afrykę kilkoma przyczynami, jak brzmią szczególnie głupio, to przypisują je bajaniom kowidowych foliarzy. Zróbmy więc przegląd, bo zaraz się znowu pojawią te argumenty, jak Afryka wypłynie jako temat. Po pierwsze – umierają mniej bo tam ciepło jest. Coś na rzeczy jest, ale to ta sama wysokość geograficzna co wiele krajów Azji, a tam to idzie gorzej. Dzwonią ale nie wiedzą, w którym kościele. Takie tezy to dalekie echa sprawdzonej teorii zbawiennego wpływu witaminy D na kowida, której korzystne wytwarzanie stymuluje słońce. No, świeci tam jak nic, ale i tak samo i winnych krajach, nie koniecznie afrykańskich. Należy domniemywać, że oni tam na Czarnym Lądzie po prostu więcej przebywają na świeżym powietrzu, raczej trudno sobie wyobrazić ścisłą afrykańską kwarantannę, ze szczelnie zamkniętymi podwójnymi oknami, a więc hulają po polu i nabywają odporności. Inaczej niż nasi biali, co to ją przez półtora roku zabawy w zamykamy-otwieramy, maseczkujemy i dystansujemy – bezpowrotnie potracili.
Drugi argument to taki, że tam mniej gęsto jest, mniej niż w Europie czy Azji. No, rzeczywiście do Azji nie ma lotów, bo tam zamieszkuje ponad 60% ludności Ziemi, ale Afryka jest na miejscu drugim ze swoimi 13,3%. Po za tym ludność zbiera się w Afryce głównie dużych ośrodkach miejskich i nie ma mowy o tym, że niski procent gęstości zaludnienia zapobiega transmisji wirusa.
Trzeci argument, my favorite, to taki, że tam „wsiech nie usmotrisz”, znaczy się kto by ich tam policzył, tych zakażonych (testy!), no i czy zmarli na kowida i ilu. Czyli, że pewnie pomarli tylko my nie wiemy albo oni ukrywają. Tiaaaa… Ukrywają. W dzisiejszych czasach, gdy w pogoni za religią Covid-Zero i humanistycznym „ani jednej łzy” kamery wypatrzą ci kichającą babkę w piwnicy. No, ale jak za dawnych czasów umierali na jakąś zarazę w Afryce to świat liczył, a tu teraz zaniemógł ze statystykami?
Ja uważam, że fenomen Afryki zostanie wykorzystany do rozwoju akcji szczepiennej. Ja już o tym pisałem, że jak to, żyli sobie w tej niewyjaśnionej enklawie, nie szczepili na urągowisko świata, ukrywali się w ciemności (bo nikt w tamtą stronę nie świecił, bo widoki były nieprawomyślne), to teraz uczyńmy ich winnymi tej fali (szczepień, dodajmy). A jest co szczepić, jak tam mamy potencjał 93% niezaszczepionych (żadną!) dawką. Nawet sobie obejrzałem nasze realia.
Dołączymy do krajów rozdających nadmiarowo zakupione szczepionki (no, te na Alfę, to się już i tak zepsuły i trzeba odnowić wersją delta-omikron). A rozdaliśmy tego ostatnio 4.000.000 pączków za 630 milionów złotych. Kierunek dotychczas azjatycki (Wietnam, Uzbekistan) zamienia się powoli na… afrykański (Egipt, Kenia). Tak to głupotę panicznej rozrzutności będziemy pokrywać sentymentalnym humanizmem niesienia szczepionkowej nowiny pod palmowe strzechy.
No pewnie, lepiej to (?) niż wylać do zlewu. Ale na ileż to skutecznych terapii np. onkologicznych taka kasa by wystarczyła, co? Panowie z Rady Medycznej?
Byłam kiedyś fanką serialu “Dr House”. Tytułowy jego bohater powtarzał zawsze “wszyscy kłamią”. Przypomniało mi się to, gdy przeczytałam o nowym wariancie wirusa COVID nazwanym “omikron”. Wykryto go jakoby w Botswanie 11 listopada 2021. Od razu wybuchła histeria i oto chodziło. Izrael i Japonia zamknęły granice, a wiele państw wstrzymało loty do Południowej Afryki. Tymczasem na blogu PolskaWLiczbach {TUTAJ(link is external)} mogliśmy przeczytać:
“Przede wszystkim należy zacząć od tego, że 24 listopada RPA poprosiło głównych “dostarczycieli” szczepionek o zawieszenie dostaw. Jednym z głównych powodów dla jakich kierował się tą decyzją rząd RPA jest brak chętnych do przyjęcia tych eksperymentalnych substancji. (…) Teraz przyjrzyjmy się “koincydencji czasowej”. 24 listopada 2021 r.: Republika Południowej Afryki mówi Pfizerowi, że nie chce więcej dostaw szczepionki. 26 listopada 2021: WHO twierdzi, że wariant Omicron został wykryty w południowej części Afryki 24 listopada 2021 roku. 26 listopada 2021 Rządy zakazują lotów z RPA.”.
Jerzy Karwelis dodał do tego {TUTAJ(link is external)}:
“Aż zjawił się on – omikron. Właściwie to nie wiadomo czy on taki zaraz afrykański. Znany jest od co najmniej 6 miesięcy, odczekał swoje i wyskoczył jak szczepionka z konopii jak się deltopanika skończyła i trzeba było znaleźć pretekst do Trzeciego Zaszczepienia oraz poddania akcji eliksirowej dzieci lat 5-11, które nagle „zaczęły” chorować.”.
Zacytuję jeszcze dzisiejszy [1.12.2021] twitt Piotra Wielguckiego {TUTAJ(link is external)}:
“”Omicron” jest wyjątkowo zaraźliwy,zamykamy granice. “Omicron” nie jest wyjątkowo zaraźliwy, zamykanie granic to histeria. Potrzebujemy 100 dni na nową szczepionkę. Obecne szczepionki działają na “Omicron”. Wszystko to ustalili wirusolodzy i eksperci zaledwie w 48h. 9:49 AM · 1 gru 2021″.
No cóż, ludzie coraz mniej boją się wirusa i mają dość sanitaryzmu. W dodatku działanie szczepionek budzi coraz więcej wątpliwości. Dziś na blogu PolskaWliczbach {TUTAJ(link is external)} ukazał się tekst “Korelacja śmiertelności do stopnia wyszczepienia w Niemczech”. Czytamy w nim:
“Korelacja między nadmierną śmiertelnością w landach związkowych a ich wskaźnikiem zaszczepienia ważona względną liczbą mieszkańców landu wynosi 0,31. Liczba ta jest zaskakująco wysoka i byłaby ujemna, gdyby szczepienia miały zmniejszyć śmiertelność.
W rozpatrywanym okresie (od 36. tygodnia do 40. tygodnia 2021 r.) obowiązują następujące zasady: Im wyższy wskaźnik szczepień, tym większa nadmierna śmiertelność. (…) Liczba zgonów z powodu Covid zgłoszonych przez RKI w rozważanym okresie konsekwentnie stanowi jedynie stosunkowo niewielką część śmiertelności i przede wszystkim nie może wyjaśnić krytycznych faktów: 1. Im wyższy wskaźnik szczepień, wyższa nadmierna śmiertelność. Pełne szczepienie zwiększa prawdopodobieństwo zgonu.
Oczywiście możliwe są bardziej pośrednie wyjaśnienia: 2. Im wyższy odsetek osób starszych, tym wyższy wskaźnik szczepień i nadmierna śmiertelność. W związku z tym wskaźniki szczepień i nadmierna śmiertelność również są ze sobą skorelowane. (Jednak to wyjaśnienie nie jest zbyt prawdopodobne, ponieważ odsetek osób starszych zmieniłby się wówczas znacząco między rokiem 2016-2020 z jednej strony a 2021 z drugiej strony). a te ostatnie prowadzą do zwiększonej liczby zgonów.”.elig https://www.ekspedyt.org/2021/12/01/wszyscy-klamia-czyli-wariant-omikron/
Przecież oni robią sobie z nas jaja! OMICRON to ufoludek z komedii włoskiej z 1963 roku!
Jeszcze ten Omicron dobrze nie zadziałał, a już wrzeszczą o szczepieniu!
Szacowna mędrczyni, pani prof. Szuter-Ciesielska już obliczyła, że „Omicron wydaje się bardziej zakaźny, nawet 500 razy” i wynik swych obliczeń podała do wiadomości publicznej (https://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/nowy-wariant-covid-19-omicron-co-o-nim-wiadomo-koronawirus-w-polsce/6ecl2cl). Jednak użytym przez siebie wyrażeniem „wydaje się” odebrała nadzieję tym wszystkim, którzy liczyli, że poda choć jedno źródło, które pozwoliło jej wydalić z siebie obliczenia na tak zawrotnym poziomie analizy matematycznej (z dokładnością do 500). Bo chyba nie były to doświadczenia własne, skoro wirus przebywa na razie w Afryce, a pani profesor w Warszawie.
Niewiele ostrożniej wypowiada się inny ekspert, też ozdobiony uniwersyteckim laurem nieomylności, który w podobnie naukowy sposób stwierdza, iż na razie „nie wiemy, czy będzie bardziej zakaźny, czy będzie cięższy, czy też łagodniejszy”. O pięciuset razach pani profesor nie wspomina, choć równie wysoki jest u niego poziom wnikliwości naukowej, gdy stwierdza, że “miejscem narodzenia wirusa jest Afryka” “gdzie jest on obecny “od pewnego czasu”. A mnie uczono na moich seminariach, prowadzonych wszakże przez profesorów z dawnego, być może bardziej przepojonego pokorą pokolenia, że jak się nie ma nic pewnego do powiedzenia, to najlepiej siedzieć cicho. (link)
Porzuciłem więc polski świat naukawy i w poszukiwaniu wirusa Omicron udałem się za granicę. Tu z kolei grasuje sławetny think tank obsługujący WHO, który informuje mnie, iż “wstępne dowody wskazują na zwiększone ryzyko ponownego zakażenia tym wariantem” u osób, które już miały Covid-19:.(jakie wstępne dowody? gdzie one? gdzie badania? wiarygodne obliczenia? laboratoria? Zamiast tego znów mgła czczej gadaniny i straszenia). I dalej: „zgodnie z praktyką nazywania wariantów na litery greckiego alfabetu, nazwano nowy wariant Omicron”. https://www.who.int/news/item/31-05-2021-who-announces-simple-easy-to-say-labels-for-sars-cov-2-variants-of-interest-and-concern
Plakat włoskiej komedii s-f “Omicron” z 1963 r
Myśl tę rozwija słownik Merriam Webster, dodając w odniesieniu do oświadczenia Światowej Organizacji Zdrowia, że wariant COVID-19 „został nazwany Omicron, po 15. literze alfabetu greckiego. Światowa Organizacja Zdrowia używa greckich liter do nazwania wariantów, ponieważ nazwy te są łatwiejsze do przekazania niż oznaczenia naukowe, takie jak B.1.617.2. Według W.H.O., 13. i 14. grecka litera (nu i xi) zostały pominięte, ponieważ “nu” brzmi jak “nowy”, a “xi” jest również powszechnym nazwiskiem”. https://www.merriam-webster.com/dictionary/omicron
Wiedziony wrodzonym krytycyzmem i czując szwindel w tym nagłym zatroskaniu WHO, aby przeskoczyć literę 13 i 14 alfabetu greckiego i przypadkiem nie urazić tych, którzy noszą popularne (w Chinach) nazwisko xi, po prostu kliknąłem słowo Omicron na You Tube. I nie zawiodłem się. Zaraz wyskoczyła mi włoska komedia s-f z 1963 r. pt. „Omicron” w reżyserii Ugo Gregorettiego z gwiazdą kina lat 60. Renatem Salvadori. A teraz posłuchajcie, o czym jest ten film! Omicron to przybysz z kosmosu, kierowany w swej misji przez centralę obcych na planecie Ultra. Misja jego polega na tym, by dostawać się do wnętrza ciał ludzkich przez ukłucie przypominające akupunkturę i w ten sposób poznawać i zmieniać obyczaje człowieka, przed planowaną inwazją.
W filmie nie brakuje symboliki masońskiej, tych trójkątów, piramid etc., doczekał się też w następnych latach całkiem licznych sequeli, również posługujących się imieniem Omicron, w tym audycji radiowych, gier itp. więc przypadków raczej tu nie ma. Rzućcie okiem na ten bardziej prawdopodobny, niż afrykańskie sawanny, matecznik wirusa Omicron, zanim nie zniknie z kanałów publicznych. https://www.youtube.com/watch?v=8r2RHj8cxgc
Czekamy, aż za miesiąc-dwa, w kolejnej odsłonie tego naukawego teatru, pojawią się kolejne wcielenia Omicrona noszące równie malownicze i zakorzenione w grece nazwy: Kubuś Puchatek, Pszczółka Maja czy Kapitan Sowa. I jak z równą powagą pochyla się nad nimi, żonglując kolejnymi wskaźnikami zaraźliwości od 500 wzwyż, kolejne grono polskich mędrców, z tym poważniejszymi minami, im większy jest humbug, w którym uczestniczą.
W czwartek (25.11.2021) Instytut Pileckiego upamiętnił Jana Maletkę, który zginął za to, że podał wodę Żydom przywiezionym do Treblinki. W miejscu jego śmierci, na terenie byłej stacji kolejowej we wsi Treblinka, odsłonięto kamień z tablicą z napisami po polsku i angielsku: „Pamięci Jana Maletki zamordowanego przez Niemców 20 sierpnia 1942 roku za pomoc Żydom. Pamięci Żydów zamordowanych w niemieckim nazistowskim obozie zagłady w Treblince”.
Maletka miał 21 lat. Pochodził z Mińska Mazowieckiego. Decyzją niemieckich władz okupacyjnych został skierowany do Małkini, gdzie pracował jako robotnik kolejowy. Wraz z nim do tej pracy skierowano jego 22-letniego brata Stanisława i 20-letniego kolegę Remigiusza Pawłowicza. Mieszkali w wagonach pracowniczych przy żwirowni w Treblince.
20 sierpnia 1942 roku wszyscy trzej pracowali na stacji w Treblince, gdy ok. 10 rano przybył pociąg z transportem Żydów. Mężczyźni ruszyli w kierunku wagonów z wiadrem wody. Jeden z wartowników zaczął do nich strzelać. Maletka zginął na miejscu, jego bratu i koledze udało się uciec.
– Wiemy, że tuż przed swoją śmiercią Jan Maletka szykował się do ślubu. Chciał otworzyć nowy etap swojego życia. Wraz ze swoim bratem i przyjacielem wielokrotnie widzieli Żydów duszących się w bydlęcych wagonach. Pomagali im wielokrotnie. Tym razem w Jana wycelował niemiecki funkcjonariusz – mówiła podczas uroczystości wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego prof. Magdalena Gawin.
– To jest pamięć o człowieku, który za to, że był przyzwoity, musiał zginąć. (…) Na pytanie dlaczego to robią, podobno Jan miał powiedzieć przyszłej teściowej: „Jak się słyszy ten straszny krzyk, nie można być obojętnym” – mówiła Zofia Łopacka, bratanica Jana Maletki
W uroczystości, oprócz księży katolickich i duchownego ewangelicko-augsburskiego, wziął też udział rabin Yehoshua Ellis, który w imieniu społeczności żydowskiej odmówił modlitwę za zmarłych. Wszyscy zebrani uczcili minutą ciszy Jana Maletkę oraz wszystkie ofiary obozu zagłady Treblinka II i obozu pracy Treblinka I, a także inne ofiary niemieckiego okupanta.
Maletka został upamiętniony w ramach prowadzonej przez Instytut Pileckiego akcji „Zawołani po imieniu”. To projekt poświęcony Polakom zamordowanym za niesienie pomocy Żydom w czasie okupacji niemieckiej. Celem projektu jest „przywrócenie pamięci o ludziach, których imiona i nazwiska zbyt długo pozostawały niewypowiedziane, a którzy wykazali się odwagą, empatią, a także zwykłą ludzką solidarnością”.
Upamiętnienie Jana Maletki nie spodobało się Żydom z loży B’nai B’rith. 29 listopada 2021 roku w „Gazecie Wyborczej” pojawił się ohydny atak na Polskę i Polaków sygnowany przez byłego prezesa loży Andrzeja Friedmana i obecnego prezesa Sergiusza Kowalskiego.
– Polska polityka historyczna sięgnęła granic obrzydliwości. Tym razem w wykonaniu wiceministry kultury Magdaleny Gawin, która odsłoniła w Treblince – uwaga, w Treblince! – pomnik Polaków ratujących Żydów. Magdalenie Gawin, jej szefowi Piotrowi Glińskiemu oraz nadszefowi obojga pragniemy przypomnieć, że w obozie zagłady w Treblince zagazowano nas ok. 900 tys., a udział Polaków na rampie polegał głównie na sprzedawaniu wody za dolary, złoto i brylanty – czytamy w tym paszkwilu.
– Zanim Polska zacznie stawiać pomniki dla Polaków na cmentarzach żydowskich, musi sobie przypomnieć o Żydach zamordowanych przy udziale Polaków. Byli, oczywiście, Polacy sprawiedliwi wśród narodów, którzy zapłacili życiem za pomoc Żydom. Zasługują na wieczną pamięć i uznanie za odwagę i piękny czyn – ale nie na tamtej rampie! – piszą Friedman i Kowalski.
– Jak nisko upadły polskie władze w swej nędznej próbie zaspokojenia apetytów wyborców pragnących uwierzyć w tę heroiczną fantazję. Część naszych przyjaciół i krewnych przeżyła Auschwitz. Nikt nie przeżył Treblinki – napisali członkowie loży B’nai B’rith.
Niemcy zastrzelili Polaka za podanie wody Żydom wiezionym na śmierć. Według Żydów upamiętnienie tego Polaka jest „obrzydliwością”. Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić to żydowskie postępowanie.
Źródło informacji: Instytut Pileckiego, Twitter, TVP Info, Gazeta Wyborcza
[Umieszczam tę wiadomość z ogromnym bólem: Z Andrzejem Friedmanem przed czterema dekadami przyjaźniliśmy się i ufali sobie. M. inn. wspólnie szmuglowaliśmy „anti-sowietczinu” do Sowietów. Potem został dobrym lekarzem, neurologiem, —————
A później, niespodzianie, prezesem B’nai B’rith.. I tu widzimy smutny KONIEC EWOLUCJI. Mirosław Dakowski]
Deklaracja czeskich lekarzy – wbrew wszystkiemu co się ogłasza,
[a już na pewno twierdzeniom dr T. Karaudy – zachęcającemu do zmuszania do ……]
– ….i innych lekarzy sprzyjających władzy w każdym kraju.
Oświadczenie lekarzy o nacisku na szczepienie
Jesteśmy w punkcie zwrotnym. Właśnie teraz decyduje się przyszłość nas, przyszłość naszych dzieci i przyszłość całego narodu.
Problem medyczny jest obecnie wykorzystywany do realizacji celów politycznych i ekonomicznych przy jednoczesnym ograniczaniu wolności i dyskryminacji jednej grupy ludzi. Ludzie trafiają do szpitali z powodu nieumiejętnego podejmowania decyzji, relacjonowania półprawd i kłamstw, wprowadzania często nielogicznych – aż do irracjonalnych - środków, represji i nieuzasadnionych przywilejów zaszczepionych. Politycy, z pomocą niektórych ekspertów, stawiają ludzi przeciwko ludziom, dzieci przeciwko dzieciom, polaryzują społeczeństwo.
Niestety jednostronne i bezkrytyczne relacje w mediach odgrywają kluczową rolę w obecnej ponurej sytuacji.
Jesteśmy zwykłymi lekarzami, którzy spędzili wiele miesięcy na leczeniu swoich pacjentów z przekonaniem, że sytuacja wokół COVID-19 uspokoi się i zostanie rozwiązana po dyskusji ekspertów w sposób zgodny i odpowiedzialny, przy jak najmniejszej możliwej utracie życia, zdrowia, psychiki i funkcjonowania społeczeństwa. W rzeczywistości jednak jesteśmy świadkami rosnącego rozprzestrzeniania się strachu i beznadziejności, do którego prowadzi nasza organizacja zawodowa ČLK, kierowana przez prezesa dr. Kubkem. Nie można już wyrażać wyraźnego sprzeciwu wobec kierownictwa CLK i zwracać się do opinii publicznej Z opublikowanych danych jasno wynika, że szczepienia nie mają wpływu na tworzenie zbiorowej odporności. Musi być jasne, przed czym szczepienie może ochronić i gdzie zawodzi. Komu jednoznacznie zaleca się szczepienie i dla których jest nie tylko niepotrzebne, ale i potencjalnie ryzykowne.
Szczepionki rozprzestrzeniają infekcję, więc nikt nie może być emocjonalnie szantażowany ani zmuszany do szczepienia w celu ochrony sąsiadów. Znamy profil ryzyka pacjenta, u którego szczepienie jest w stanie zapobiec ciężkiemu przebiegowi choroby. Jednocześnie wiemy, że pacjenci, którzy przeszli infekcję w przeszłości, nie wypełniają szpitali, więc szczepienie przynosi im minimalne korzyści. Jeżeli państwo twierdzi, że epidemia zagraża funkcjonowaniu szpitali, a jednocześnie nie stara się zapobiec rozprzestrzenianiu się zakażenia przez zaszczepionych, dopuszcza się umyślnego rozprzestrzeniania się epidemii.
U zdecydowanej większości zdrowych dzieci i młodych ludzi Covid-19 ma łagodny przebieg, ale już po szczepieniu mają poważne skutki uboczne, takie jak zapalenie mięśnia sercowego, zapalenie osierdzia, ryzyko udaru i inne problemy neurologiczne lub zaburzenia krzepnięcia krwi. Gwałtowny wzrost podejrzanych zgonów w związku ze szczepieniami w latach 2020-2021 został odnotowany w rządowym USA systemie VAERS (Vaccine Adverse Event Reporting System).
To, co już widać, może jednak nadal być tylko wierzchołkiem góry lodowej. Nic nie wiadomo o możliwych długoterminowych skutkach ubocznych spowodowanych krótkim stosowaniem tych szczepionek genetycznych. Na przykład utajone zapalenie mięśnia sercowego może z czasem powodować kardiomiopatię rozstrzeniową i niewydolność serca. W medycynie zawsze obowiązywała zasada ostrożności, primum non nocere.
Zamiast rozpoczynać poważną profesjonalną dyskusję na ten temat, przez usta wakcynologów dziecięcych krąży bajka o 100% bezpieczeństwie szczepień dzieci i młodzieży.
Czy naprawdę odpowiedzialny lekarz może w takiej sytuacji zalecić dzieciom szczepienia?
Rozdział 5, art. 5 Konwencji o prawach człowieka i biomedycynie stanowi, że wszelkie działania w zakresie ochrony zdrowia mogą być prowadzone tylko pod warunkiem, że osoba zainteresowana wyraziła dobrowolną i świadomą zgodę. Mimo to rada dyrektorów ČLK wywiera presję na wprowadzenie obowiązkowych szczepień szczepionkowych, których testy zostaną zakończone dopiero w 2023 r. Jesteśmy zatem świadkami transformacji z zasady apolitycznej organizacji zawodowej w całkowicie nieujawniony cel polityczny, m.in. którego nie ma mandatu. Organizacja zawodowa, która ma bronić interesów chorych, stała się organizacją, która stanowczo i ślepo promuje jedną wąską linię poglądów, niezależnie od opinii przeciwnika i dyskusji naukowej. Każdy, kto wyraża nieco inne zdanie, zostaje zhańbiony lub uznany za dezinformatora. Aby wesprzeć i rozpowszechnić swoją opinię, prezydent Kubek korzysta z czasopisma ČLK Tempus medicorum, którego jest również redaktorem naczelnym. Nie zapewnia w nim wyważonej przestrzeni dla szeregu różnych opinii eksperckich, przeciwnie, publikuje teksty zwolenników szczepień i artykuły przyjaznych jej dziennikarzy, hańbiących ludzi o odmiennych opiniach. Taka akumulacja władzy jest nie tylko niedopuszczalna w środowisku medycznym.
Ministerstwo Zdrowia, przy wsparciu CLK, wywiera ogromną presję na wszystkich niezaszczepionych, w tym tych, którzy przeszli chorobę i często mają stale wysokie miana przeciwciał. Jednak nie ma na to medycznego uzasadnienia. Jednocześnie nie podkreśla możliwości leczenia i potrzeby wczesnej opieki i terapii na linii podstawowej, takich jak skuteczne zapobieganie pogorszeniu stanu pacjenta i przeciążeniu, poprzez wprowadzenie skutecznej triady [informacji?? md] pacjentów, w tym korzystanie z oksymetrów w domu do oceny przejście do potencjalnie poważnych warunków. Zamiast tego lekarze pierwszego kontaktu są przytłoczeni ilością niepotrzebnej biurokracji.
Nie zgadzamy się z zaleceniem Zarządu ČLK odnośnie obowiązkowych szczepień ogólnokrajowych oraz grup zawodowych. Niniejszym wyrażamy szacunek tym lekarzom z Zarządu CLK, którzy wstrzymali się od głosu w tej sprawie. Wyraźnie nie zgadzamy się ze szczepieniem dzieci ze względu na przeważające ryzyko nad korzyściami i nieznane długoterminowe skutki uboczne. Dystansujemy się od procedury i opinii ČLK!
Wróćmy do ars medicinae, sztuki uzdrawiania, która jest połączeniem medycyny opartej na wiedzy naukowej, doświadczeniu i empatii lekarza oraz prawie pacjenta do decydowania o swoim zdrowiu. My, lekarze, jesteśmy tu dla wszystkich, którzy potrzebują naszej pomocy.
Przywróćmy zaufanie, szacunek, tolerancję i przyzwoitość do relacji lekarz-pacjent.
Górny, Lisicki, Kratiuk: Czy Kościół w Polsce zgodzi się na nowe limity wiernych w kościołach?
Gospodarz programu „Ja, Katolik. Extra” Krystian Kratiuk, redaktor naczelny PCh24.pl, jak co tydzień zaproponował rozmówcom kilka gorących tematów dotyczących Kościoła polskiego i powszechnego. Wraz z Grzegorzem Górnym i Pawłem Lisickim sporo czasu w ramach najnowszej audycji poświęcił zaostrzonemu ostatnio reżimowi sanitarnemu wobec katolików.
Pierwsza kwestia podjęta przez uczestników programu dotyczyła ewentualnych skutków wprowadzonego przez rząd formalnego ograniczenia dopuszczalnego limitu wiernych w kościołach do 50 procent oraz spodziewanych reakcji naszego duchowieństwa na tę restrykcję.
– Trudno wypowiadać mi się za biskupów i za księdza arcybiskupa Gądeckiego, ale jeżeli miałby być konsekwentny i potwierdzić to, o czym ostatnio mówił, to jednak powinien zaprotestować przeciwko temu obostrzeniu – zauważył pisarz i publicysta Grzegorz Górny. Zwrócił on też uwagę, że decyzja polskich władz nie zapadła w próżni. Podobne obostrzenia obserwujemy bowiem także w kolejnych krajach Europy. Co ciekawe, zarówno w tych, w których rządzi prawica, jak i tych, w których stery władzy trzyma lewica.
Gość audycji „Ja, katolik. Extra” zwrócił uwagę, że jednym z państw obłożonych najbardziej surowymi rygorami sanitarnymi są Węgry Viktora Orbana, gdzie pracodawcy zobowiązani zostali do zmuszania zatrudnionych przez siebie osób do szczepień pod groźbami wysłania na bezpłatny urlop bądź nawet zwolnienia. W Austrii nałożono powszechny obowiązek przyjęcia zastrzyków a niechętni pozbawieni są elementarnych swobód. Na Łotwie niezaszczepieni wierni nie mogą wejść do kościołów zaś duchowni – pełnić funkcji kapłańskich.
– Sam jestem ciekaw, jak to będzie wyglądać w Polsce. Do tej pory władze wydają się trwać w rozkroku. Nie ma tak radykalnego reżimu sanitarnego jak w innych krajach i tak dużego nacisku na władze Kościoła. Tym niemniej obostrzenia obowiązujące od 1 grudnia będą wymagały jakiegoś zdania polskich biskupów – ocenił Grzegorz Górny.
Z kolei Paweł Lisicki, pisarz i redaktor uważa, iż nowe rozporządzenie dotyczące limitu 50 procent wiernych w kościołach jest praktycznie niemożliwe do spełnienia, podobnie jak inne tego rodzaju ograniczenia.
– Bardzo chwalę ministra zdrowia i pana Mateusza Morawieckiego, że wydają kolejne rozporządzenia, które na szczęście są niewykonalne. To „doskonały” sposób uprawiania polskiej polityki: Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek– ironizował szef redakcji tygodnika „Do Rzeczy”. Uczestnik internetowej debaty docenił postawę naszego społeczeństwa, bardzo opornie traktującego wszelkie totalitarystyczne zapędy władz administracyjnych.
– Na tle kompletnego szaleństwa, które ogarnęło sporą część Europy, w tym również tę naszą, to jest wielki polski sukces. No, może w mniejszym stopniu obydwu panów, o których wspomniałem, a przede wszystkim sukcesem polskiego społeczeństwa konserwatywnego, katolickiego – stwierdził.
–Gdyby nie nastroje panujące w tych grupach, zdecydowanie niechętne przymusowi i które mogłyby pociągać za sobą straty polityczne dla pana premiera i pana ministra zdrowia, to oni działaliby całkiem inaczej. Nie byłoby mowy o 50 procentach w kościele, tylko kilka osób bądź kilkanaście. Albo też znaleźlibyśmy się na tej samej drodze co takie państwa jak Austria. To przypadek skrajny, bo nie tylko nie można tam normalnie funkcjonować, ale od lutego przygotowany jest pełen nakaz szczepień, co skutkowałoby karami grzywien w stosunku do osób, które szczepić by się nie chciały, i karą więzienia, co jest absolutnym horrorem. W środku Europy powstaje reżim sanitarny na pełną skalę a ludzie, którzy się do niego nie zastosują, będą karani więzieniem – podkreślił Paweł Lisicki.
Redaktor naczelny „Do Rzeczy” wyraził nadzieję, że Polska nie podda się presji, jakiej poddane zostały poszczególne kraje. Wszystko bowiem wskazuje na to, że nasza katolicka, konserwatywna tożsamość chroni nas jak dotychczas przed obraniem modnego dzisiaj kursu na zamordyzm.
Redaktor Krystian Kratiuk zachęcił także swych gości do podzielenia się refleksjami na takie tematy jak rzekomy antysemityzm świętej siostry Faustyny oraz świętego Maksymiliana Kolbe, a także uczelniane postępowanie wszczęte przez KUL z powodu prowokacyjnych wypowiedzi księdza profesora Alfreda Wierzbickiego.
The Most Striking Fact in Robert F. Kennedy, Jr.’s New Book
I just got my copy of RFK Jr.’s . Flipping through the first couple of chapters, one thing really stood out — that Fauci dispenses some $7 billion in research grants to “public health” researchers all over the world. He has held that position for 30 years.
This means that for thirty years there has been one-man monopoly control over virtually all public health-related “peer review.” This proves in spades what a clownish, lying, incompetent, corrupt stooge [wybrałbym: „pachołek” md] Fauci is when he responds to criticism with statements like “everyone I know agrees with me on this.”
Yeah, everyone who works for him and is paid by him, or wishes to work for him and be paid by him (with taxpayers’ money). This means that “public health” peer review is a joke and a fraud. No other profession in the world would be taken seriously if one single government bureaucrat was effectively in charge of all the professional publications in the entire field.
And what Fauci doesn’t control through government funding, other government bureaucrats at NIH and elsewhere do. They are Fauci wannabes in this corrupt, stinking, fraudulent field of “public” health.
No wonder Dr. Scott Atlas, a real doctor and medical researcher, was so shocked at the immense incompetence he was exposed to while serving on President Trump’s COVID task force and sitting through meetings with dopey Fauci and that goofy scarf woman. He told Tucker Carlson that the two of them seemed 100% detached from and unaware of the relevant science and did nothing but repeat leftist lockdown/masking/you-must-obey/jab-every-child/shut-down-all-the-schools-and-churches talking points without even discussing any scientific basis for any of it.
Czy można pozbawiać wolności bez wyroku Sądu? Śmierć grasuje na „kwarantannie”.
Nie wiem , jak się do tej sprawy skutecznie zabrać: Nie chcę być postrzegany jako Kasandra, czy histeryk. Podaję więc tylko cztery przypadki. Może jakaś organizacja, np. Ordo iuris, się tym głębiej zainteresuje, z zawiadomieniem prokuratury włącznie?
Wniosek ogólny: MUSIMY TWORZYĆ Grupy Oporu – „Władza” ewidentnie JEST PRZECIW LUDZIOM!
Mirosław Dakowski
===================
W dniu 2021-12-01 dostałem ten list:
W czwartek i piątek siedziałam w jednym pokoju w pracy z koleżanką, która jest chora/ zaszczepiona dwiema dawkami AstraZeneka/Wyszedł jej test pozytywny.
No i jestem na kwarantannie od dziś 1.XII do 6.XII /w.g, sanepidu mam zwolnienie chorobowe płatne tylko 80 %. / Jestem całkowicie zdrowa.
W IV b.r. też siedziałam na kwarantannie . Syn miał pozytywny wynik a oboje byliśmy zupełnie zdrowi. Syn nie pojechał do pracy we Francji. Chyba teraz złoże sprawę do Sądu.
Mail:
Nie znam nikogo co zmarł na Covid, znam kilka osób zmarłych po 2 drugiej dawce szprycy.
Druga koleżanka z pracy – w pełni zaszprycowana – ale już z covidem.
Trzecia koleżanka z pracy po drugiej dawce szprycy na zwolnieniu chorobowym od początku IX do 3 XII b.r./ wcześniej nigdy nie chorowała/ .
Czwarta też w pełni zaszprycowana miała lekki udar w IV lub V b.r. Nie połączyła tych dolegliwości ze szprycą i chyba już jest po trzeciej dawce. Znajoma po szczypawkach na zwolnieniu chorobowym od V b.r. do tej pory. Jednak wie po czym. Starsza Pani do tej pory sprawna i zdrowa. Po szczypawkach musi korzystać z usług opiekuńczych. Jej lekarze nie zaprzeczają, że jej problemy zdrowotne mają korzenie w szczypawkach.
===========================================
Czy można w Polsce pozbawiać wolności bez wyroku Sądu?
Był chory na COVID. Leczył się amantadyną. „Przeszedłem chorobę łagodnie”
Dziennikarz Jan Pospieszalski zachorował na Covid-19. W felietonie dla „Do Rzeczy” opisał swoje leczenie. Zaznaczył, że jest w grupie ryzyka 65+ i nie jest zaszczepiony.
„Jestem w wieku 65+ i nie przyjąłem szczepienia przeciw COVID-19, co sytuuje mnie w grupie ryzyka” – opisuje Pospieszalski.
„Rozpocząłem kurację amantadyną, cały czas biorąc antybiotyk i zwiększone dawki witamin: C, D3, K2 i cynku” – dodał.
Przypomnijmy, że publicysta prowadził program „Warto Rozmawiać” w TVP. Program zniknął z anteny, ponieważ prowadzący krytykował rządową strategię walki z koronawiruem.
Po publikacji w „Do Rzeczy” media zaczęły się rozpisywać i cytować fragment felietonu, że Pospieszalski „dotkliwie odczuł zjadliwe działanie wirusa”.
Pospieszalski komentuje
– Informacje o mojej śmierci, czy ciężkim przebiegu Covid-19, są przesadzone. Być może są osoby co moje zejście na Covid przywitałyby z satysfakcją. Muszę ich rozczarować. Dzięki metodzie dr Bodnara przeszedłem chorobę bardzo łagodnie i wracam do pełni sił. Dzięki wszystkim za troskę – napisał Jan Pospieszalski w środę na Twitterze.
W lutym 2021 roku rozpoczęło się polskie badanie nad skutecznością amantadyny w leczeniu Covid-19. Docelowo w badaniu „TITAN” ma wziąć udział 500 osób.
Mogłoby się wydawać, że w czasie pandemii nie powinno być problemu, aby przebadać założoną ilość pacjentów nawet w kilka tygodni. Niestety tak się nie dzieje i badanie posuwa się do przodu zastanawiająco wolno.
Według najnowszych danych na 1 grudnia 2021 roku, w badaniu łącznie wzięło udział 94 pacjentów.
Dr Włodzimierz Bodnar jako jeden z pierwszych lekarzy w Polsce i na świecie nie zgodził się z polityką nieleczenia COVID-19. Wiele osób korzysta ze schematu leczenia przygotowanego przez lekarza z Przemyśla. Nawet w powiecie tarnogórskim jest przynajmniej jeden lekarz, który leczy chorych przy pomocy amantadyny.
Dr Bodnar zawsze podkreśla, że najważniejsze w leczeniu jest przebadanie pacjenta. Jak mówi, choroba Covid-19 daje ciężkie powikłania, które nieleczone mogą doprowadzić do zgonu. Dlatego leczenie przy pomocy amantadyny musi być ukierunkowane również na inne choroby, które mogły się rozwinąć w trakcie infekcji.
Tymczasem w Polsce na kwarantannie przebywa setki tysięcy osób. Bardzo często bez odpowiedniego leczenia. Można się domyślać skąd bierze się ogromna liczba nadmiarowych zgonów.
Szpital wypisuje chorych z covidem do domu. Pacjentka zmarła po kilku godzinach
Kiedy karetka zabierała panią Annę Kałużniak-Hauser do szpitala, jej bliscy liczyli się z wieloma scenariuszami. Ale nie z tym, co ich spotkało. – Przywieźli nam mamę konającą, z infekcją płuc i covidem. Pozbyli się pacjenta, żeby im nie zszedł w szpitalu – mówi Interii Joanna Hauser-Mirowska, córka pani Anny i zarzuca piotrkowskiej placówce wypis mamy w agonalnym stanie, bez słowa wyjaśnienia.
Pani Anna Kałużniak-Hauser od lat chorowała na POChP (przewlekła obturacyjna choroba płuc). Każda infekcja była dla niej walką o oddech. Kiedy we wtorek 16 listopada czuła, że mimo leczenia antybiotykiem oddycha jej się coraz ciężej, jej bliscy zadzwonili po pogotowie.
– Zrobili mamie test, wynik wyszedł niejednoznaczny, ale załoga karetki od razu powiedziała, że to z pewnością COVID-19 i że zabierają mamę do szpitala przy Rakowskiej – mówi Joanna Hauser-Mirowska, córka pani Anny.
71-latka trafiła do Samodzielnego Szpitala Wojewódzkiego im. Mikołaja Kopernika w Piotrkowie Trybunalskim, prosto do izolatorium.
Rozpoznanie: Infekcja SARS-Cov-2
– Dzwoniłam do pielęgniarki z pytaniem co z mamą, ta otworzyła drzwi do izolatki, w której mama czekała na wynik testu i powiedziała: „Dzwoni córka, chce jej pani coś powiedzieć?” Mama odpowiedziała: „Nie jest źle, jest ok”. I to były jej ostatnie słowa, które słyszałam – opowiada Interii Joanna Hauser-Mirowska.
Bo od tego momentu pani Anna nie odbierała już telefonów od rodziny. Bliscy kobiety byli przerażeni, że z mamą jest coraz gorzej.
– Ciągle dzwoniłam do lekarza prowadzącego. Dla nich stan mamy był zawsze taki sam. Ani lepiej, ani gorzej. Ani razu od środy nie było z ich strony mowy, że mama jest nieprzytomna, że nie ma z nią kontaktu. Tylko: „bez zmian” – opowiada pani Joanna.
Przełom nastąpił w poniedziałek 22 listopada. Rano na telefonie pani Joanny wyświetlił się szpital.
– W pierwszej chwili nogi się pode mną ugięły, bo spodziewałam się najgorszego. Ale lekarz prowadzący zaczyna mi tłumaczyć, że dziś mamę wypisują. My się tak ucieszyliśmy, bo jeśli wypisują to znaczy, że jest lepiej, że się mamie poprawiło. Ugotowałam jeszcze dla niej rosół, żeby się po szpitalu wzmocniła – wspomina córka pacjentki.
Bliscy pani Anny podkreślają, że byli przekonani, że stan mamy jest przynajmniej stabilny. Nie spodziewali się najgorszego.
– Nikt nam nie powiedział, że jest tak źle. Jedyne o czym wspomniał doktor to, że mama jest „otępiała”. Pomyślałam sobie, że może jest słaba, zmęczona tym całym pobytem, albo może nie chce z nimi rozmawiać, dlatego milczy. Jeszcze do niego powiedziałam, że może „strzeliła” przysłowiowego focha. Ale jak oni mi ją przywieźli i zobaczyłam, jak to faktycznie wygląda, to już wiedziałam, że to nie był foch – mówi Joanna Hauser-Mirowska.
„Przywieźli nam umierającą mamę, przepisując jej tabletki i dalszą izolację”
Rodzina twierdzi, że pani Anna wróciła do domu w stanie agonalnym.
– Była bez żadnego kontaktu. Nie mówiła, błądziła gdzieś wzrokiem, nie wydawała z siebie żadnego dźwięku. Ona umierała. Przywieźli nam ją konającą. Położyli na łóżku i zostawili. Jak ja jej próbowałam dać jeść czy pić, małą łyżeczką wlewałam jej wodę do jednego kącika ust, a drugim wylatywało. Mówię: „Mamo, ale połykaj”. Ona już nie miała odruchu połykania – opowiada pani Joanna. Rodzina zmarłej podkreśla, że w karcie pacjentki wpisano, że była nieszczepiona, chociaż przyjęła dwie dawki szczepionki.
W zaleceniach ze szpitala rodzina czyta, że mama z racji zapalenia płuc wywołanego przez SARS-Cov-2 ma być w izolacji do piątku 25 listopada. Na pierwszej stronie wypisu odnajdują też informacje, że mama ma cukrzycę, na którą, jak twierdzi rodzina, nigdy nie chorowała. Nie widzą za to żadnej wzmianki o POChP, z którym zmagała się od lat. Ale szczególnie zaskakuje ich wynik saturacji na poziomie 98,5 proc.
– Mama ze swoim POChP w najlepszych dniach miała saturację maksymalnie 90 proc. To wygląda, jakby lekarz pacjentki na oczy nie widział, albo wpisał wyniki badań innego pacjenta. Jak patrzymy na kartę informacyjną, to jawi się obraz całkiem wydolnej oddechowo kobiety, nie ma tam słowa o tym, że mama jest stanie ciężkim. A w tym samym czasie leżała bez kontaktu na łóżku, a my nie wiedzieliśmy, jak jej pomóc. Baliśmy się, że ona cierpi i się męczy. Nie mogliśmy jej podać żadnych leków, bo te zapisane przez lekarza w wypisie były w formie… tabletek, a mama nawet wody przełknąć nie mogła – dodaje Joanna Hauser-Mirowska.
Czas zgonu: 22:00
Pani Anna końca izolacji nie doczekała. Wieczorem w dniu wypisu zmarła.
– Mam bardzo duży żal o to, że wypisali mamę w takim stanie. Ja sobie zdaję sprawę, że mama wcześniej czy później przy jej postępującej chorobie by zmarła. Ale człowieka nie traktuje się jak worka ziemniaków. Z covidem, infekcją, przywieziona, żeby tylko nie umarła w szpitalu – mówi Joanna Hauser-Mirowska, córka pani Anny.
Pani Joanna nie może też zrozumieć, dlaczego skoro przez kilka dni nie można było odwiedzać mamy w szpitalu z powodu COVID-19, nagle z tym samym koronawirusem przywieziono ją do domu.
– Przecież to jest napędzanie w dalszym ciągu tej pandemii. Czwarta fala, nowy wariant, a moją mamę z covidem wypisali i przywieźli nam do domu. Przecież ja się mogłam zarazić, pomimo tego, że jestem szczepiona, mogłam nie mieć objawów i roznieść to dalej. Kwarantanny, zgodnie z prawem, nie mam – mówi Joanna Hauser-Mirowska, córka pani Anny.
„Nie można zaskakiwać rodziny takim stanem pacjenta”
O komentarz pytamy doktor Bożenę Janicką z Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia. Lekarka zastrzega, że nie zna szczegółów sprawy, ale od razu rzuca jej się w oczy jedna podstawowa kwestia.
– To są takie sytuacje, w których co do postępowania podejmuje się najtrudniejsze decyzje i nie ma żadnych standardów. Z jednej strony wiemy, że w przypadku widma śmierci podłączenie osoby wiekowej, z wielochorobowością pod respirator niczego nie zmieni, a wręcz pogorszy, z drugiej strony, jeśli jest to osoba w miarę wydolna, to dlaczego ma ona leżeć w szpitalu – mówi doktor Bożena Janicka, prezes Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia. I dodaje: – W polskim społeczeństwie od jakiegoś czasu dominuje pogląd, że jak człowiek umiera, to odchodzi w szpitalu. A ja uważam, że w szpitalu powinno się być wtedy, kiedy szpital może coś zadziałać. Jeżeli mamy osobę, której już pomóc nie zdołamy, to wtedy trzeba ją wypisać – podkreśla dr Janicka.
Doktor Janicka zaznacza jednak, że rodzina pacjenta musi wiedzieć w jakim stanie jest on wypisywany do domu. Nie powinno być to niespodzianką, że liczymy na powrót członka rodziny w dobrej formie, a on wraca w agonii.
[—-]
– Załoga karetki, która przyjechała stwierdzić zgon, powiedziała nam, że jeżdżą po całym województwie łódzkim i to jest czwarty ich przypadek, kiedy jadą stwierdzić zgon do pacjenta wypisanego kilka godzin wcześniej z tego szpitala – mówi Joanna Hauser-Mirowska. I dodaje: – Nie chcę, by inni przeżywali to co my. Bo nie wiem, jak lekarz prowadzący moją mamę, ale ja od poniedziałku 22 listopada nie sypiam zbyt dobrze, nie mogąc się z tym wszystkim pogodzić.
W piątek poprosiliśmy Samodzielny Szpital Wojewódzki im. Mikołaja Kopernika w Piotrkowie Trybunalskim o ustosunkowanie się do zarzutów rodziny. Mimo kilkukrotnych przypomnień, do czasu publikacji odpowiedź placówki nie nadeszła.
Ludzie nie szczepcie się – to kłamstwo i trucizna.
Moja teściowa zaszczepiona całkowicie, a teraz dwa tygodnie walki o jej zdrowie i życie w szpitalu covidowym na oddziale monitorowanym. Pojawiły się padaczki i różne dodatkowe objawy, których nigdy nie miała. Uff wróciła do domu ale wczoraj nagle zemdlała.
Wczoraj też odwieźli do szpitala mojego ojca, zaszczepiony pfizerem. Nagłe kłopoty z krążeniem i ciśnieniem. Przy pobieraniu wymazu protest ojca, wiec obsada z karetki stwierdziła, żeby dał spokój, bo jeżdżą do zaszczepionych. W szpitalu stwierdzono COVID i że to są sercowe powikłania. Jest podłączony wenflonem tętniczym.
Zrozumcie, to wszystko w TV i mediach to ściema. Polegajcie tylko na swoim doświadczeniu i swoich obserwacjach. U mnie w rodzinie są zaszczepieni i niezaszczepieni. TYLKO zaszczepieni wylądowali w szpitalu covidowym i przechodzili ciężko chorobę. W rodzinie mojej żony zmarł nagle na serce przy stole jej zaszczepiony 50-letni kuzyn.
Tak jak kiedyś dawałem świadectwo z onkologii przechodząc ciężko raka, by ludzie się nie poddawali ale też badali, tak dziś czuję się zobowiązany ostrzec przed tym piramidalnym oszustwem.
Nic co słyszę w mediach i od oszalałych lekarzy czy profesorów nie pokrywa się z rzeczywistością a oprócz rodziny mam 3 tys. zadłużonych klientów i wiem np. o szpitalu gdzie nagle zachorowało 5 zaszczepionych pielęgniarek i już jedna umarła. Co powiedziano pozostałym? Że to przez to, że pierwsze dawki dla służby zdrowia miały mniej mRNA (sic!) i by się doszczepiły.
Przestrzegam, nie bierzcie trzeciej dawki, nie wiadomo co to za syf, a nie uchroni przed niczym.
Tomek Parol – z otwartą przyłbicą😑
To napisał dziś na Facebooku Tomasz Parol – bloger Łażący Łazarz
„Polska zamyka nowo wybudowaną węglową elektrownię w Ostrołęce, zanim jeszcze zaczęła ona pracę, i przerabia ją na elektrownię gazową. Gaz ma być z rurociągu Baltic Pipe, chyba że ten gazociąg nie powstanie (akurat gdy to piszę, budowę wstrzymano ze względu na ochronę mających pechowo siedliska na drodze zaplanowanej rury polnych myszy), wtedy będziemy w niej palić gazem rosyjskim z Nordstreamu, kupowanym od Niemiec” – pisze Rafał Ziemkiewicz w swojej najnowszej książce. Zapraszamy do lektury dłuższego fragmentu!
Szwindel klimatyczny jest jednym z największych oszustw, jakie kiedykolwiek wymyślono, i prawdopodobnie będzie w przyszłych podręcznikach konkurować z histerią wokół COVID-19 o pozycję symbolicznego końca Zachodu i systemu demokracji liberalnej – w podobny sposób, w jaki o miano końca średniowiecza rywalizują daty upadku Konstantynopola, odkrycia Ameryki i wystąpienia Marcina Lutra.
Nie wiem, kto pierwszy wpadł na ten genialny pomysł, że można – dosłownie – wypłukiwać złoto z powietrza, opodatkować je i uczynić gaz obecny w nim od zawsze postrachem ludzkości, uzasadniającym nakładanie jej kolejnych jarzm. W osiemnastowiecznej angielszczyźnie funkcjonował wprawdzie idiom „to trade the air” jako określenie wyjątkowo bezczelnego oszustwa – ale używający go uważali zapewne „handlowanie powietrzem” za tak oczywisty absurd, że do głowy by im nie przyszło, iż za kilkaset lat stanie się ono największym biznesem świata.
W ogóle nie będę się tu zajmował problemem, czy teoria, jakoby sztuczna emisja dwutlenku węgla powodowała globalne ocieplenie, które doprowadzi do katastrofy ludzkości, podobnie jak miała doprowadzić do niej dziura ozonowa, ma solidne naukowe podstawy, czy jest humbugiem, wygenerowanym dzięki korupcji i konformizmowi środowisk naukowych, tak jak generowano kiedyś odpowiednio wspartym „zamówieniem społecznym” naukowe teorie o wyższości jednych ras nad drugimi.
Po profesorach ekonomii udowadniających na zlecenie banków, że piramida długów nigdy nie runie, profesorach medycyny jawnie utrzymywanych przez koncerny Big Pharma, po całych profesorskich konferencjach i instytutach utrzymywanych przez koncerny żywnościowe, żeby udowadniały, że cukier jest zdrowy i im więcej się go je od dziecka, tym lepiej, a już gazowane napoje z izoglukozą to samo najlepsze – zwyczajnie nie umiem wykrzesać z siebie wiary, że wbijane nam w głowę klimatyczne dogmaty są tylko przypadkiem zbieżne z interesami największych magnatów tego świata i nikt wcale nie fałszował żadnych danych ani ich nie „fryzował”, ani nie wpływał na proces dochodzenia naukowców do prawdy, nagradzając grantami i innymi beneficjami tych badaczy i te ośrodki, które stawały po stronie „słuszności”, a cenzurując i wyciszając opornych.
Jak każdego człowieka sceptycznego wobec rosnących zysków i potęgi szwindlarzy od handlu powietrzem, łatwo zarzucić mnie świętymi tekstami klimatyzmu, liczbami, nazwami renomowanych ośrodków i nazwiskami autorytetów nawzajem zaświadczających o swoim autorytecie. Nie będę zanudzał siebie i czytelników przegryzaniem się przez to wszystko, tym bardziej że nie warto. Dobrze, na użytek naszej rozmowy zgódźmy się z góry na wszystko. Powiedzmy, że Ziemia się ociepla jak nigdy dotąd, i to nie wskutek zmian aktywności słonecznej, nie wskutek jakichś swoich wewnętrznych przemian (co wiemy tak naprawdę o wnętrzu tej kuli, na której siedzimy?), nie wskutek innych gazów cieplarnianych, z parą wodną na czele, tylko właśnie wskutek CO2, odpowiadającego ponoć za aż kilka procent „efektu cieplarnianego”, i to nie CO2 ze źródeł naturalnych, wybuchów wulkanów, planktonu morskiego – nie, o ociepleniu decyduje tylko ten CO2, który powstał w wyniku spalania różnych paliw przez człowieka.
A teraz, dla świętego spokoju przyjąwszy to założenie, zobaczmy, czy motywowane paniką klimatyczną i walką z CO2 działania rzeczywiście skutkują zmniejszeniem globalnej emisji tego gazu – a jeśli nie, to jakie są ich skutki.
Dzięki wszystkim zastosowanym dotąd środkom, podpisanym konwencjom, wyznaczonym limitom emisji, wycofywaniu starych, „wysokoemisyjnych” technologii dla zastąpienia ich nowymi, „niskoemisyjnymi” i innym przedsięwzięciom udało się uzyskać „spowolnienie wzrostu” globalnej emisji. To znaczy nadal światowa gospodarka, rozwijając się, produkuje więcej energii ze spalania, ale ten wzrost jest coraz mniejszy. Pierwsze realne zmniejszenie emisji miało miejsce w roku 2020, ale to akurat nie jest skutek jakichś „antyemisyjnych” działań, tylko paniki koronawirusowej i spowodowanych nią lockdownów.
Nie może być inaczej, skoro klimat jest globalny, a wysiłki lokalne. Największym emitentem dwutlenku węgla są Chiny – od prawie jednej trzeciej do niemal połowy całej światowej emisji (zależy, czy wierzymy w oficjalne dane chińskie, czy w zachodnie szacunki). Oprę się na źródle, które podaje, że emisja chińska to 10 gigaton rocznie (bo to ładna, okrągła liczba, a w końcu chodzi tu tylko o proporcje). Drugie w tej konkurencji Stany Zjednoczone wytwarzają o połowę mniej, 5 gigaton rocznie. Potem są Indie – znowu o połowę mniej od Ameryki, 2,5 gigatony, potem Rosja i Japonia, obie z ponad tysiącem, i dopiero na miejscu szóstym największa gospodarka Unii Europejskiej, Niemcy, z 0,8 gigatony. Cała Unia Europejska, według innego źródła, wytwarza 10 procent emisji światowej.
Jeśli emisja CO2 jest problemem, to logika nakazuje szukać rozwiązania tego problemu wśród tych, którzy emitują najwięcej. Ale Chiny wszelkie porozumienia klimatyczne mają gdzieś i nawet nie udają, że są gotowe jakkolwiek uczestniczyć w „ratowaniu klimatu”. Przepraszam – od czasu do czasu udają, ale ogranicza się to do zapewnienia, że kiedyś, gdy będzie to możliwe, zmniejszą swoją emisję (padła kiedyś nawet w miarę konkretna data: 2060), ale na razie będą ją zwiększać, ponieważ co roku oddają do użytku po kilkanaście nowych elektrowni węglowych, nie licząc innych nowych źródeł emisji.
Nawet samych tych elektrowni nie wiadomo dokładnie, ile budują, bo Chińczycy są narodem skrytym, ale podobno w różnych fazach realizacji mają około trzystu inwestycji. W samym tylko roku 2020 uruchomili, wedle informacji Agencji Reutera, tradycyjne elektrownie o mocy trzy razy większej niż cała reszta świata (prawie 40 gigawatów).
Nie do końca można o to mieć pretensje do Chińczyków, oni przecież tego prądu nie jedzą – zużywają go na produkcję konsumowaną przez Zachód. Bo ograniczanie emisji wykazywane na papierze przez kraje przodujące w klimatycznych porozumieniach polega głównie na jej przesuwaniu, wraz z produkcją, właśnie do Chin i innych krajów tańszej siły roboczej. Można zresztą sądzić, że gdyby to wyprowadzanie produkcji nie było dla koncernów korzystne, nigdy by nie pozwoliły one swoim rządom szaleć z jakimiś „celami klimatycznymi”.
Przykład typowy, szczególnie smakowity, z ostatnich chwil przed drukiem tej książki: „Wall Street Journal” opublikował raport o „ekologicznych” panelach fotowoltaicznych, których upowszechnienie ma ochłodzić klimat poprzez zmniejszenie emisji dwutlenku węgla. Mniejsza już o to, że fotowoltaika wytwarza też bardzo dużo ciepła (z tego samego raportu wynika, że gdyby zrealizowano wielki projekt wyłożenia panelami słonecznymi Sahary, pokrycie tylko 10 procent jej powierzchni podniosłoby lokalnie temperaturę o 1,5 stopnia). [Tu p. Rafał naczytał się bzdur: Wystarczy 1% Sahary, by zaspokoić potrzeby energetyczne Europy. MD] Do jej wytwarzania potrzebne są tak zwane monokrzemy, których 75 procent światowej produkcji wytwarza się właśnie w Chinach. A dlatego w Chinach, że przetworzenie wielokrzemów w monokrzemy wymaga dużej ilości energii, która właśnie w Chinach jest najtańsza, dzięki elektrowniom węglowym i odmowie płacenia za jakiekolwiek limity emisji. Mówiąc krótko, nawet politycznie poprawny „Wall Street Journal” przyznaje, że promowanie fotowoltaiki w skali globalnej emisję „gazu cieplarnianego” zwiększa, a nie zmniejsza.
USA do czasów Baracka Obamy również w „ratowaniu klimatu” nie uczestniczyły, potem obiecały, że będą uczestniczyć, następnie Trump oficjalnie to odwołał, teraz Joe Biden zapowiedział, że jednak będą, i jedną z pierwszych decyzji wstrzymał pracę nad budową rurociągu z Kanady, który miał zasilać ropą naftową z północy rafinerie i terminale portowe na południu. Chyba jednak była to decyzja dotycząca polityki wewnętrznej, bo jednocześnie leciwy prezydent dał zielone światło na dokończenie innego wielkiego rurociągu, który Trump starał się zablokować: wiodącego z Rosji do Niemiec gazowego Nordstream 2 – co też nie wynikało ze stosunku USA do klimatu, tylko ze zmiany polityki wobec Europy i decyzji oparcia jej o bismarckowską oś Berlin – Moskwa.
Indie, Rosja i szereg innych wielkich emitentów też albo odmawiają, albo pozorują dobrą wolę, obiecując redukowanie emisji w przyszłości, ale na razie je pod wpływem różnych konieczności zwiększając.
Jedynie owa dziesięcioprocentowa Unia Europejska zapałała gorącym entuzjazmem do przestawiania energetyki na nowe, „ekologiczne” tory. W kolejnych coraz ostrzejszych planach narzucanych państwom członkowskim doszła nawet do zapowiedzi „zrównoważenia emisji” w roku 2035. Z tym że najbardziej popychające ku temu i najwięcej emitujące Niemcy na razie też stawiają kolejne elektrownie węglowe. Pod budowę jednej z nich – nawiasem mówiąc, na węgiel brunatny, a więc ten ekologicznie najbrudniejszy – wycięła nawet starożytny las Hambach, tym samym zmniejszając europejską powierzchnię absorbującej zabójczy CO2 zieleni.
Ale za to Polska zamyka nowo wybudowaną węglową elektrownię w Ostrołęce, zanim jeszcze zaczęła ona pracę, i przerabia ją na elektrownię gazową. Gaz ma być z rurociągu Baltic Pipe, chyba że ten gazociąg nie powstanie (akurat gdy to piszę, budowę wstrzymano ze względu na ochronę mających pechowo siedliska na drodze zaplanowanej rury polnych myszy), wtedy będziemy w niej palić gazem rosyjskim z Nordstreamu, kupowanym od Niemiec. Zamykamy też, na mocy podpisanego przez premiera Morawieckiego porozumienia o europejskim „zielonym ładzie energetycznym”, nasze kopalnie.
Był plan, żeby zbudować elektrownię atomową. Jeśli wytwarzanie CO2 jest złe, to właściwie ludzkość nie ma innego ruchu niż elektrownie atomowe – to jedyny bezpieczny sposób wytworzenia naprawdę dużych ilości energii bez spalania [musiał czytać jakiegoś Wiecha, bo akurat jest nieprawda. MD] . Niestety, plan budowy w Polsce elektrowni atomowych, wedle nieoficjalnych sygnałów, bardzo się nie podoba Niemcom, więc pewnie zostanie przez Unię Europejską wstrzymany.
Żeby nie przedłużać tematu – ciekawym polecam książkę Jakuba Wiecha „Energiewende. Nowe niemieckie imperium”, w której autor, analityk portalu Defence24.pl, wyjaśnia – wedle noty wydawcy albo jego samego – „jak Berlin zaprojektował i wdrożył misterną machinę polityczno-gospodarczą, która pod maską ochrony środowiska pomaga budować nowe niemieckie imperium w Europie”. To streszczenie doskonale odpowiada zawartości książki i zarazem wyjaśnia, skąd się bierze szczególne wzmożenie Unii, która ze swoimi 10 procentami i tak klimatu nie uratuje, nawet gdyby w ogóle zamknęła na klucz wszystkie gospodarki i jeszcze pozwoliła swoim obywatelom oddychać tylko co drugi raz.
Niemcy mają w takich „Energieschwindel” wprawę – przypomnijmy sobie choćby wspólną walutę euro i jej „kryteria zbieżności”, które nakazywały wszystkim uczestnikom projektu utrzymywać deficyt budżetu poniżej 3 procent PKB, wszyscy cięli więc budżety i narażali się na różne niewygody, by warunek ten spełnić, Niemcy zaś przez wiele lat mieli deficyt większy, bo inwestowali w rozwój przemysłu (zarazem pouczając nas przez swoje fundacje, doradców i wykupione polskojęzyczne media, że przemysł trzeba zamykać, bo to przeżytek) – i co im kto mógł zrobić? Tak samo zresztą i Polacy mają wprawę w głupim poświęcaniu się „za wolność naszą i waszą”, czy raczej w tym wypadku „za klimat nasz i wasz”. Nasz udział w światowej emisji jest tak mały, że tutejsi klimatyści musieli ukuć niezwykle wymyślne hasło: „Polska należy do grupy dwudziestu krajów, które razem odpowiadają za 78 procent światowej emisji CO2!”.
Mówiąc obrazowo: pośród ogromnych, zionących dwutlenkiem węgla kominów my mamy skromniutki piecyk i właściciele owych wielkich kominów właśnie nam ten nasz piecyk każą dla ratowania planety zgasić. Jeśli chcemy ciepłego posiłku, będziemy go musieli kupić od nich.
Spyta ktoś, czy może nasza stosunkowo skromna emisja – 0,3 gigatony, dwa i pół raza mniej od Niemiec, dwudzieste pierwsze miejsce na świecie – nie wynika z tego, że jesteśmy krajem stosunkowo małym, ale przez nasze węglowe uzależnienie wytwarzamy nieprzeciętnie dużo dwutlenku węgla w przeliczeniu na głowę mieszkańca? Nic podobnego, pod tym względem jesteśmy dokładnie pośrodku unijnej stawki, daleko za jej najsilniejszymi gospodarkami. Nawiasem mówiąc, pod względem emisji per capita absolutnymi liderami są bogate państwa Zatoki Perskiej – Katar, Emiraty i Arabia Saudyjska. Nie sądzę, żeby któryś z prezydentów i premierów Zachodu odważył się na spotkaniu z przywódcami tych krajów zasugerować, żeby zakazały używania klimatyzacji. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego nie wywiesza się tam tęczowych banerów na ambasadach i nie poucza, że karanie śmiercią za homoseksualizm to obyczaj wykluczający z grona krajów cywilizowanych.
Na otarcie łez dostaniemy za nasze klimatyczne wyrzeczenia kilkaset miliardów, na poczet kilku bilionów, które będziemy musieli wydać na zakup od unijnych potęg „ekologicznych” ich technologii. Fundusze Unii Europejskiej, jak wiele razy mówiłem, to nic innego niż promocyjny kredyt bankowy. Jeśli ktoś wierzy, że bank zachęcający do wzięcia kredytu jakimiś upustami czy nawet gotówkowym bonusem daje mu pieniądze, bo go kocha, uważany jest za idiotę. A jeśli ktoś wierzy, że kraje zachodniej Europy dają nam via Bruksela pieniądze za nic, tak z czystej sympatii, to należy do wciąż, niestety, statystycznej większości rodaków.
Porównanie do kredytu, muszę się nad tym na chwilę zatrzymać, jest o tyle zawodne, że banki z reguły nie zmieniają jednostronnie umowy w trakcie jej trwania, a Unia Europejska to właśnie robi. Jeśli trwać przy tej metaforze, wygląda to tak, że wzięliśmy kredyt na budowę domu, rozpisany na wiele lat, spłacamy go zgodnie z umową, w ogóle trzymamy się tej umowy, a tymczasem do naszego domu przychodzą goście z banku i mówią: umowa jest nieważna, bo tak uznaliśmy w naszym dziale kontroli. Zbudowaliście ten dom za nasze pieniądze, więc my tu rządzimy. Należy natychmiast zdjąć ze ścian wszystkie krzyże i święte obrazki, zamiast obecnego ogrzewania musicie założyć nasze, po wyznaczonej przez nas cenie, pies won na podwórko, a córka nie idzie na studia, tylko do technikum pszczelarskiego.
Co najgorsze, taka bezczelność wierzyciela spotyka się w Polsce z ekstatycznym zachwytem liberalistokratycznych elit, podchwytujących argument, że było nie było, dom zbudowaliśmy za europejskie pieniądze, więc powinniśmy być wdzięczni i pokornie słuchać – a do wspomnianej statystycznej większości ten argument wydaje się przemawiać. No cóż, wszystko staje się bardziej zrozumiałe, jeśli uświadomimy sobie szczegóły „zielonego” rachunku: stracimy miliardy, dostaniemy paręset milionów, ale miliardy zapłacą pozbawione głosu „masy”, a miliony trafią do warstw wyższych, do „elit”.
Wracając do dwutlenku węgla i klimatyzmu, podniesionego ostatnio do roli religii panującej zachodnich liberalnych demokracji, warto zadać pytanie, dlaczego akurat węgiel znalazł się na celowniku jej zelotów, skoro wedle samych klimatystów spalanie go jest źródłem zaledwie 6 procent światowej emisji CO2, podczas gdy ropy naftowej – 34 procent, a gazu – 20 procent? Odpowiedź jest analogiczna do odpowiedzi na pytanie, dlaczego żeby ograniczyć emisję, nie postuluje się budowania elektrowni jądrowych, tylko przejście na spalanie wodoru: bo ci, którzy wykreowali tę histerię, mają akurat do opchnięcia technologię wodorową, a nie atomową.
Nawiasem mówiąc: spalanie wodoru nie wytwarza wprawdzie CO2, ale jego produkcja owszem. Konkretnie – według danych oficjalnie przedstawionych na szczycie klimatycznym w Katowicach w roku 2018 przez naukowców z krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej – wyprodukowanie 1 kilograma wodoru powoduje wytworzenie 6–8 kilogramów (zależnie od stosowanej technologii) dwutlenku węgla.
W optyce „europejskiego zielonego ładu” najgorszy jest akurat węgiel (oczywiście z wyjątkiem węgla brunatnego spod wyciętego lasu Hambach), bo Polska ma wciąż wielkie rezerwy tego surowca i mogłaby swoją niezależność oprzeć właśnie na nim. Wolno podejrzewać, że gdyby istniało coś takiego jak złoża wodoru i Polska miałaby trzecie co do wielkości jego złoża na świecie, Niemcy zaś do opchnięcia technologie węglowe, to prorocy klimatyzmu ogłosiliby, że złem najgorszym jest wodór, więc dla ratowania planety Polacy muszą swój wodór zatkać korkiem i kupować od sąsiadów węgiel. Najlepiej ten spod wyciętego lasu Hambach.
Pamiętają jeszcze Państwo nasze rozważanie, co właściwie jest ekologiczne i dlaczego raz ekologiczna jest papierowa torba, bo co prawda na bezdurno wycięto przetwarzające dwutlenek węgla w tlen drzewo, ale za to jest biodegradowalna, a raz sztuczne futro, bo co prawda nie rozłoży się przez dziesięć tysięcy lat, a jego wyprodukowanie uwolniło do atmosfery mnóstwo chemicznych trucizn, lecz za to nie zabito na nie zwierzęcia, choć gdyby to zwierzę zabito na buty albo pasek, to to by już było dopuszczalne? Otóż walka z emisją CO2, a tym samym „klimatyczną zagładą”, na której uniknięcie mamy już od czterdziestu lat tylko dziewięć lat, rządzi się identyczną logiką.
Dajmy na to – rolnictwo. Wedle świętych ksiąg „nauki o klimacie” rolnictwo odpowiada za kilka procent emisji CO2 (z czego dużą część stanowi „spalanie biomasy”, które przecież zadekretowano swego czasu jako ekologiczne). Dużo mniej niż energetyka, dużo mniej niż transport, dużo mniej niż na przykład zajmująca w tej konkurencji czwarte miejsce po spalaniu ropy, gazu i węgla produkcja betonu i, ogólnie, budownictwo (4 procent światowej emisji). Tymczasem nigdy nie słyszałem, żeby poruszeni perspektywą klimatycznej zagłady politycy, działacze i tak zwani liderzy opinii mieli coś przeciwko budowaniu z betonu i gotowi byli przenieść swoje piękne biura do chatek z trzciny. A te kilka procent emisji z rolnictwa ściąga na nie regularnie ataki fanatycznych wegan w rodzaju naszej europoseł Spurek.
Otóż dzięki temu, że moda na weganizm doznała w pewnym momencie wielkiego sponsorskiego wzmocnienia, zupełnie zniknęła obawa przed tak zwanym GMO, czyli żywnością genetycznie modyfikowaną. Tak jak „zagłada klimatyczna” praktycznie uwolniła koncerny od krytyki za zatruwanie środowiska chemikaliami, które w przyrodzie same z siebie nie występują, bo „ekologia” sprowadzona została wyłącznie do rytuałów walki z dwutlenkiem węgla, tak z kolei walka z hodowlą zwierząt uwolniła koncerny żywnościowe od ataków na stosowane przez nie technologie uprawy roślin. No bo co kryje się pod hasłem „go vegan!” lansowanym przez panią pobierającą – nie wymawiając – miesięczne diety, za które przeciętny rolnik przeżyłby z rodziną z pięć lat? Kryje się: jedz soję, w takiej czy innej przemysłowej formie. A czy jest na świecie jakaś inna soja niż genetycznie zmodyfikowana? Pewnie jeszcze jest, ale na pewno nie w ilościach przemysłowych.
Czy Państwo wiedzą, o co chodzi z tym GMO? Obiekcje wobec genetycznego modyfikowania żywności dość skutecznie ośmieszono, nagłaśniając ludzi, którzy straszyli, że kto takie zmutowane geny zje, ten sam zacznie być mutantem, jak w tanich horrorach SF z najniższej półki (ten sam mechanizm wykorzystują teraz z powodzeniem politycy i koncerny Big Pharma do ośmieszania obiekcji wobec szczepionek).
Tymczasem istota sprawy leży zupełnie w czymś innym. Upowszechnienie się GMO oznacza, że całe rolnictwo zostanie zmonopolizowane przez kilku największych producentów „materiału siewnego”. Ziarno roślin modyfikowanych, przypomnę, nie nadaje się do zasiania i po zebraniu plonów po ziarno na nowy zasiew trzeba zwrócić się do producenta. Z kolei rozległe plantacje roślin modyfikowanych same z siebie niszczą ewentualne rośliny niemodyfikowane, uprawiane w sąsiedztwie, bo pszczoły i inne owady, nie odróżniając, przenoszą na nie zombizowane pyłki. Kładzie to kres rolnictwu, jakie znaliśmy od wieków, i całkowicie uzależnia farmerów oraz całe państwa od producentów GMO.