„Dwużydzian Polaka”

[https://www.wykop.pl/wpis/40180001/andrzej-niemojewski-stworzyl-pojecie-dwuzydzian-po/ Oryginalny artykuł można se chyba wyguglować? A skutki - obejrzeć w realu. MD]

Andrzej Niemojewski stworzył pojęcie „dwużydzian Polaka” na określenie efektu asymilacji.
W sławnym artykule pt. „Dwużydzian Polaka" deliberował nad porażką programu asymilacji:

Na gruncie drwin wytworzyło się duchowe współżycie Żydów i Polaków, Żyd powiedział Polakowi: Nie mogę z tobą nic wspólnie kochać, czcić, uwielbiać, nad niczym wspólnie cierpieć i do niczego wspólnie dążyć — ale możemy wspólnie drwić ze wszystkiego. Wydrwię ci twego Boga, twą Ojczyznę, twą tradycję i twe Ideały, twe pragnienia i twe wysiłki i obaj będziemy wyżsi ponad to wszystko.

Zeszedł się żydowski kpiarz z polskim kpem i zaczęli ze wszystkiego kpić. I wytworzyło się środowisko, w którym żadna wielka idea, żaden wielki czyn nie mógł dojrzeć. Albowiem żydowski ’odczynnik' rozkładał skutecznie na drwiny wszelkie przejawy woli. (...)

Tak sformułowała rzecz sfera, myśląca kategoriami politycznymi. Przypatrzmy się z kolei jak rzecz ujęto w sferze myślenia kategoriami przyrodniczymi. (…)

W pewnym kółku ludzi, należących do polskiego świata naukowego, zastanawiano się nad wpływami destrukcyjnymi żydostwa. I oto jeden z nich, sięgając po porównanie do chemii, powiedział, że filosemitę można by określić jako ’dwużydzian Polaka'. Na wzór 'dwusiarczanu potasu'. (...) Połączenie czadu psychiki żydowskiej z kruszcem i duszy polskiej, zwłaszcza kruchym, sprawia , że w owym smutnym typie Polaka, Żydom oddanego — na jedną cząsteczkę polską przypadają dwie cząsteczki żydowskie. Asymilacja nie wytworzyła typu, w którym dałoby się powiedzieć, że to jest ’dwupolan żyda', to znaczy, by w Żydzie asymilowanym dwie cząsteczki przypadały na jedną cząsteczkę żydowską. Polskość nie jest kwasem rozkładającym kruszec żydowski; natomiast takim kwasem jest żydowskość i polski kruszec rozkłada. Dlatego Żyd asymilowany będzie w ostateczności brał zawsze stronę żydostwa. I dlatego filosemita przestanie być czułym na sprawy polskie, lecz będzie zawsze nadwrażliwy na sprawy, żydowskie." [5]
[5] za: F. Koneczny, Cywilizacja żydowska, Wydawnictwo Antyk - Marcin Dybowski, Warszawa 1995, reprint z 1934.

Czy naród polski rzeczywiście jest w znaczącej liczbie narodem idiotów, popierającym na własną szkodę zdrajców, nieudaczników u władzy?

WG, mail. 5 czerwiec 2022

Szanowny Panie Profesorze

Przypomina mi się sytuacja, którą Pan opisał jakiś czas wstecz. Chodziło o nałożoną na Pana karę przez „straż”  za opalanie domu drewnem. 

===================

W tym kontekście takie moje przemyślenia.

No to mamy już kolejny wynalazek władzy Polski, w odróżnieniu od polskiej władzy, polegający na tym że zbieraj chrust a potem zapłacisz karę za palenie drewnem.

Czyli po 500+, 300+ mamy chrust+.

Już widzę kolegę mieszkającego w bloku na dziesiątym piętrze opalającego mieszkanie chrustem !?

Chociaż precedens już był, za PRL-u w Toruniu w środku ostrej zimy eksplodowała kotłownia ciepłowni miejskiej. Częściowo problem ratowały dwa podciągnięte parowozy, które ogrzewały część osiedla. Niestety nie wszędzie dało się podłączyć ogrzewanie i ówczesna spółdzielnia zgodziła się na ogrzewanie za pomocą tzw. krystków z rurą wystawioną przez okno. Usuwano szyby, w ich miejsce wstawiano arkusz blachy z otworem na rurę dymną.

Zastanawiam się jak się przygotować na nadciągający armagedon grzewczy. Mieszkam wprawdzie w domku jednorodzinnym, ale ogrzewanie mam gazowe, chrustem w tym kociołku nie napalę. Z drugiej strony wiek i kiepski stan zdrowia raczej nie pozwoli mi na zbieranie chrustu a do lasu daleko.

Pocieszam się tym, że w wolno stojącym garażu mam taki stary krystek, od biedy w razie „W” można to podłączyć do komina w jednym pokoju i jakoś przetrwać zimę? 

Na posesji jest sporo drzew, jako OPAŁ WYSTARCZYŁOBY MOŻE NA ZIMĘ? Mam nadzieję, że syn pewnie by dopomógł przy ścince.

No i jeszcze przerobić samochód na holzgas.

Na koniec pytanie, może Pan Profesor ma na to odpowiedź.

Czy naród polski rzeczywiście jest w znaczącej liczbie narodem idiotów, popierającym na własną szkodę zdrajców, nieudaczników u władzy?

Kilka faktów i osiągnięć „władzy Polski”:

1. skłócić Polskę z wszystkimi państwami dookoła,

2. nie dogadać się z Rosją na dostawę nośników energii (Ukraina mimo wojny ponoć nadal korzysta z rosyjskiego gazu) – Węgry potrafiły,

3. narazić Polskę na absurdalne kary (praworządność, Turów),

4. wybudować kilkuset kilometrowy rurociąg (Baltic Pipe) i nie podpisać umowy na dostawę gazu?

5. rozpocząć budowę elektrowni Ostrołęka, wydać 1,5 mld złotych i rozebrać to kosztem kolejnych 800 mln zł,

6. zamiar wybudowania lotniska za cholera wie jakie pieniądze i po co? W czasach mojej młodości krążyło takie powiedzonko „mamo, ja wariat, kup mi lotnisko”,

7. roztrwonienie setek miliardów złotych na przekupywanie wyborców, 500+, 300+, wszelakie tarcze oraz dotacje do Ukrainy,

8. rozbrojenie Polski  poprzez darmową wysyłkę uzbrojenia na Ukrainę,

9. zakup za miliardy setek tysięcy „szczepionek”, zabijające Polaków lub powodujące trwały rozstrój zdrowia,

10. no i wyszedł dekalog, w sumie jeszcze wiele innych niedoważonych pomysłów tj. elektrownie atomowe itd.

Kiedyś Feliks Koneczny ukuł taki termin ” dwużydzian Polaka”, może to jakoś, chociaż w części tłumaczy występujące zjawiska. [ To Andrzej Niemojewski stworzył pojęcie „dwużydzian Polaka” na określenie efektu asymilacji. Koneczny tylko go cytował. MD]

A Esterkę też mamy!

W tle mamy jeszcze Deep State , Wall Street i City of London, pewnie tam są te lejce?

Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia  WG

Niemieckie ludobójstwo Polaków w Lasach Piaśnickich

Niemieckie ludobójstwo Polaków w Lasach Piaśnickich

http://kresywekrwi.blogspot.com/2022/06/niemieckie-ludobojstwo-polakow-w-lasach.html?m=0

 Lasy Piaśnickie, straszliwe miejsce kaźni czternastu tysięcy Polaków, bestialsko wymordowanych przez Niemców pomiędzy październikiem 1939, a kwietniem 1940 roku. Nawet dziś po 82 latach od tamtych porażających wydarzeń, miejsce to robi na człowieku nadal porażające wrażenie. Gdy przybyliśmy tu trzeciego maja przed południem, zastała nas głucha, przeszywająca na wskroś cisza. W lesie tym nie słychać bowiem nawet śpiewu ptaków, tak, jakby ich kolejne pokolenia, w jakiś niepojęty dla nas sposób, przekazywały sobie w genach informację o tej straszliwej tragedii, jaka wydarzyła się tutaj ponad osiem dekad temu, by poprzez całkowite milczenie na tym miejscu kaźni tysięcy niewinnych ludzi, nie zakłócać miejsca ich wiecznego spoczynku i oddać hołd brzmieniem absolutnej ciszy.  Rzadko można też spotkać tutaj jakieś wycieczki, choć gdy po godzinie opuszczaliśmy to sanktuarium polskiej pamięci, pojawiła się niewielka grupa motocyklistów z przewodnikiem, oszołomiona, co widać było po ich twarzach widokiem miejsca, które zastali. Poza tym, z wyjątkiem niewielkich grupek ludzi, pojawiających się tam od czasu, do czasu, jakby zupełnym przypadkiem na drodze ich wędrówek, nie uświadczysz tam żadnych, zorganizowanych grup zwiedzających, a już na pewno jakichkolwiek szkolnych wycieczek, których obecność w tym miejscu, jednej z największych tragedii polskiego narodu, winna być obowiązkowym i najważniejszym etapem edukacji młodego pokolenia naszych dzieci i naszej młodzieży. Nic takiego jednak się nie dzieje. Katyń odmieniany jest przez wszystkie przypadki, przy każdej nadarzającej się okazji, ale o tragedii ponad czternastu tysięcy Polaków, którzy kres swojej ziemskiej pielgrzymki znaleźli w Lasach Piaśnickich, wie tylko niewielu, choć to tutaj, dziesięć kilometrów od Wejherowa, w masowych egzekucjach, strzałami w tył głowy, bestialsko wymordowano kwiat polskiej inteligencji, a potem jeszcze więcej, eksterminowano w podobnych egzekucjach na terenie całej okupowanej Polski i obozach koncentracyjnych zarządzanych przez naród panów. A dziś wmawia się ludziom, że niemal całą polską inteligencję, to wymordowali tylko ruskie w Katyniu, Charkowie i Miednoje, w których to miejscach zginęła jedynie jej niewielka część. O Piaśnicy natomiast nie wspomina się ani słowem. O zagładzie Polaków dokonanej przez Niemców, dosłownie przebąkuje się ledwie półgębkiem i niechętnie, bo nie można w tym przypadku pojechać po ruskich, jako po rzekomym, największym złu świata, tak jak czyni się to w przypadku Katynia, choć sprawcami ludobójstwa polskich oficerów, był tam zupełnie ktoś inny, mający na sobie jedynie sowieckie mundury i udający Rosjan, choć nimi nie byli. A po drugie, przecież nie wypada dziś przypominać Niemcom, jakimi bestiami byli ich przodkowie, bo to przecież nie po europejsku.
 Tragedia Polaków masowo eksterminowanych przez Niemców w lasach Piaśnickich, zaczęła się na samym początku wojny, pochłaniając tysiące, najlepszych synów i córek, a także małych polskich dzieci, a sygnałem do jej rozpoczęcia, było przemówienie gaulaitera tzw. wolnego miasta Gdańska – Alberta Foerstera, wygłoszone 12 października 1939 na wiecu w Wejherowie, którego treść otwarcie wzywała Niemców do generalnej i ostatecznej rozprawy z polskim żywiołem. A oto jego treść:  

Wszystko co polskie, musi być wytępione. Ja wiem, że są jeszcze tacy, którzy myślą, że będzie tu jeszcze Polska. Przed tym myśmy się już zabezpieczyli i polska inteligencja przeszkadzać nam już nie będzie. Znajduje się ona tam, gdzie jest jej miejsce. Już moich podwładnych odpowiednio pouczyłem, aby na tych terenach, nigdy nie dopuścili do powstania. Możecie być pewni, że Polacy, którzy po swoich dwudziestu latach gospodarki, zostawili tutaj tylko brud i gnój, nigdy już nie wrócą. Zrobiliśmy tu porządek w ciągu kilku godzin. Polacy nie potrafią żyć i gospodarować. Dlatego my musimy być panami, a oni naszymi parobkami. Musimy tych zawszonych Polaków wytępić od kołyski. Rodacy, w wasze ręce oddaję Polaków.

Z przemówienia Alberta Foerstera, Gauleitera NSDAP – 12 października 1939 r. w Wejherowie

Miesiąc później Albert Foerster powtórzył to przemówienie, niemal słowo w słowo na wiecu w Bydgoszczy, dodając do nich tylko to, że:

„Kto należy do narodu polskiego, musi zniknąć. Najzaszczytniejszym dla nas zadaniem jest uczynienie wszystkiego, aby każdy przejaw polskości zginął bez reszty” 

 

Dziś genetyczni potomkowie kata Pomorza, pouczają Polaków, jak winna wyglądać tzw. ,,demokracja” i przestrzeganie praw człowieka w naszym kraju. To swoiste szyderstwo historii. 

 Główny monument mauzoleum polskich ofiar niemieckiego ludobójstwa w lasach Piaśnickich, koło Wejherowa

Trzy z trzydziestu pięciu ogromnych masowych grobów, w których spoczywa ponad czternaście tysięcy Polaków, bestialsko wymordowanych przez Niemców, pomiędzy październikiem 1939, a końcem kwietnia 1940 roku.

Masowe egzekucje w Piaśnicy rozpoczęły się pod koniec października 1939 i były kontynuowane do początków kwietnia 1940. Stanowiły element tzw. akcji „Inteligencja”, a ich wykonawcami byli funkcjonariusze SS oraz członkowie paramilitarnego Selbstschutzu. Historycy oceniają, że ofiarą ludobójstwa dokonanego w lasach piaśnickich padło od 12 tys. do 14 tys. ludzi. W gronie ofiar znaleźli się liczni przedstawiciele polskiej inteligencji z Pomorza Gdańskiego, a także osoby narodowości polskiej, czeskiej i niemieckiej przywiezione z głębi Rzeszy. Piaśnica stanowi największe, po KL Stutthof, miejsce kaźni ludności polskiej na Pomorzu w okresie II wojny światowej. Nazywana jest czasem „pomorskim Katyniem” lub „Kaszubską Golgotą”. 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Zbrodnia_w_Pia%C5%9Bnicy

Przejmujący monument ku czci polskich dzieci, wymordowanych przez Niemców w Lasach Piaśnickich

Ziemio, bądź matką prochom bohaterów, poległych za twoją wolność

 

Monument upamiętniający polskich duchownych, których 350 zamordowano w Lesie Piaśnickim

Kaplica Mauzoleum Piaśnickiego. Na jej zewnętrznych drewnianych ścianach umieszczono kilka tysięcy nazwisk polskich ofiar, niemieckiego bestialstwa

Na jednym z pomników ofiar piaśnickiego ludobójstwa, złożyliśmy wiązankę biało – czerwonych kwiatów, w czasie naszej wizyty w tym pomorskim Katyniu – 3 maja

Główny pomnik ofiar niemieckiego ludobójstwa w Lasach Piaśnickich wzniesiony w 1955 roku

Jacek Boki – 4 Czerwiec 2022 r.

Czego jeszcze nie wiemy o zbrodni w Lasach Piaśnickich?

https://naszahistoria.pl/czego-jeszcze-nie-wiemy-o-zbrodni-w-lasach-piasnickich/ar/10763848

Pomorski Katyń. Zbrodnia w Lasach Piaśnickich

https://przystanekhistoria.pl/pa2/teksty/64932,Pomorski-Katyn-Zbrodnia-w-Lasach-Piasnickich.html

Prowadzenie tego bloga to moja pasja ale także wielogodzinna praca. Jeśli uważasz, że to co robię ma sens to możesz wesprzeć mnie w tym co robię, za co serca już teraz dziękuję.PKO BP SA Numer konta: 44 1020 1752 0000 0402 0095 7431 Autor: OstatniaPlacówka o 13:26:00Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w usłudze TwitterUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest Etykiety: Niemieckie ludobójstwo Polaków

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

https://www.blogger.com/comment/frame/8457506755585546015?po=5827505647227256240&hl=pl&blogspotRpcToken=2556714#%7B%22color%22%3A%22rgb(47%2C%2047%2C%2047)%22%2C%22backgroundColor%22%3A%22rgb(255%2C%20255%2C%20255)%22%2C%22unvisitedLinkColor%22%3A%22rgb(150%2C%2034%2C%2016)%22%2C%22fontFamily%22%3A%22Arial%2C%20Tahoma%2C%20Helvetica%2C%20FreeSans%2C%20sans-serif%22%7D Starszy post

Ukraińcy, ustawa 447 i „macice”

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5190 4 czerwca 2022

Wprawdzie pan prezydent Andrzej Duda podczas swojej ostatniej pielgrzymki do Kijowa trochę spuścił z tonu, w porównaniu do przemówienia z 3 maja, kiedy zapowiedział zlikwidowanie granicy między Polską i Ukrainą, bo powiedział, że ta granica powinna „łączyć”, a nie „dzielić” – ale jeśli ma „łączyć”, cokolwiek by to miało znaczyć, to musi jednak istnieć. Ale granice formalnie istnieją również w Unii Europejskiej, a nawet w poszczególnych państwach członkowskich, na przykład, jako granice między landami w Niemczech, więc istnienie granicy o niczym jeszcze nie przesądza, zwłaszcza w świetle złożonej w Kijowie deklaracji pana prezydenta, że „nic” nie rozłączy Polski z Ukrainą.

Bardzo to podobne do stypulacji małżeńskiej: „dopóki śmierć nas nie rozłączy”, więc możliwe, że stosowne decyzje gdzieś już zapadły, tylko Nasi Umiłowani Przywódcy jeszcze nie wiedzą, jak powinni nas o tym powiadomić. Bardzo możliwe, że zakomunikują nam to w postaci deklaracji, że oto rozpoczynamy w ten sposób realizację programu jagiellońskiego, co oczywiście będzie wymagało od nas rozmaitych poświęceń. Jakie one będą – tego jeszcze nie wiemy, bo wiele zależy od rozwoju sytuacji na Ukrainie. Jak wiadomo Stany Zjednoczone, na czele pozostałych 40 państw od nich zależnych, wojują tam z Rosją do ostatniego Ukraińca.

Wprawdzie ostateczne zwycięstwo jest zatwierdzone ponad wszelką wątpliwość, ale rozmaici eksperci, między innym pan red. Wyrwał twierdzą, że Ukraina może tę wojnę przegrać. Jeszcze nie wiadomo, co to konkretnie znaczy tym bardziej, że jeśli nawet przegra, to „i tak” wygra – podobnie, jak to było z panem Tadeuszem Mazowieckim podczas wyborów prezydenckich w 1990 roku. Jak pamiętamy, miał on „i tak” wygrać, to znaczy – taki był rozkaz – ale stało się inaczej.

Na razie jest tak, że Polska wysyła na Ukrainę broń i amunicję, zgodnie z zadaniami wyznaczonymi naszemu bantustanowi na niedawnej konferencji w Ramstein, a Ukraina wysyła nam swoich obywateli, których wkrótce będzie u nas 4 miliony, to znaczy – tych, którzy mają status „uchodźców”. Jeśli tedy Ukraina na razie przegra, chociaż w ogóle to na pewno zwycięży, to liczba ukraińskich obywateli w Polsce może gwałtownie wzrosnąć. Jeśli będą chcieli pozostać w naszym nieszczęśliwym kraju, to trzeba będzie jakoś ich status uregulować, żeby nie czuli się „wykluczeni” lub, nie daj Boże – „stygmatyzowani”. Wtedy granica między Polską i Ukrainą straci wszelkie znaczenie, bo Ukraina po prostu przeniesie się do nas.

W tej sytuacji warto zapytać o status obywateli tubylczych – czy zgodnie z deklaracją pana Łukasza Jasiny, rzecznika MSZ, „Polska”, a więc również jej obywatele, będą „sługami narodu ukraińskiego”, czy też ta sytuacja zostanie uregulowana jakoś inaczej. To nie jest wykluczone, bo nie zapominajmy, iż wiszą nad nami również roszczenia żydowskie, których realizacji będą pilnowały Stany Zjednoczone na podstawie ustawy 447. Realizacja tych roszczeń jeszcze bardziej skomplikowałaby sytuację ludności tubylczej, bo musiałaby ona wtedy służyć dwu panom, a to – jak pamiętamy z Pisma Świętego – nie może być udanym eksperymentem. Być może jakieś rozwiązanie przyniósłby kompromis – że mianowicie w dni parzyste będziemy sługami narodu ukraińskiego, a w dni nieparzyste – żydowskiego, albo odwrotnie – bo wtedy trzeba by jakoś rozwiązać problem sobót – na przykład tak, żeby w jednym tygodniu Żydom służyli Polacy, a w tygodniu następnym – Ukraińcy – bo skoro cieszyliby się oni równouprawnieniem, to sprawiedliwe byłoby również symetryczne rozłożenie obowiązków – również tych służbowych.

Jak widzimy, mimo mnóstwa problemów do rozwiązania, jakich nastręczy nam wojna na Ukrainie, może jakoś sobie z nimi poradzimy. W tej sytuacji warto zatrzymać się nad deklaracją Donalda Tuska, którą wygłosił podczas swego tournee, by promować Volksdeutsche Partei. Donald Tusk pozostaje w opozycji do Zjednoczonej Prawicy, która tworzy rząd „dobrej zmiany”. Rząd ten nie stawia już żadnych granic swej rozrzutności w nadziei, że większość obywateli nie skapuje, iż przekupuje ich on ich własnymi pieniędzmi i będzie na Zjednoczoną Prawicę głosować. Donald Tusk na to liczyć nie może, bo – po pierwsze – to Zjednoczona Prawica wpadła na pomysł, by dzielić się z obywatelami okruszkami ze stołu pańskiego, podczas gdy obóz zdrady i zaprzaństwa w okresie dobrego fartu zżerał wszystko sam. Po drugie – bo jest w opozycji, więc nie może głosić tego samego programu, chociaż – jak pamiętamy – podczas kampanii wyborczej w roku 2020, Volksdeutsche Partei wzięła udział w licytacji, kto wyda więcej pieniędzy. Teraz jednak przelicytować Naczelnika Państwa niepodobna, więc Donald Tusk postanowił wrócić do ideałów głoszonych we Francji na przełomie wieku XIX i XX, to znaczy – „gryźć proboszcza”, czyli dokonać rozdziału Kościoła od państwa. Taki właśnie był podówczas program „obrońców republiki” (Verteidiger der Republik), w które to piórka najwyraźniej stroi się dzisiaj Donald Tusk. Za rządów Waldeck-Rousseau uzależniono legalizację zakonów od państwowego pozwolenia, a za czasów Combes’a, nawiasem mówiąc – byłego księdza, a tacy są najgorsi – przeprowadzony został „rozdział Kościoła od państwa”. Polegał on na rabunku własności Kościoła katolickiego m.in. w postaci 10 tysięcy szkół, które – oczywiście w imię „wolności” i „postępu” – zostały zlikwidowane, tysiące księży i zakonnic zostało z Francji praktycznie wygnanych, a w końcu rząd przejął na własność wszystkie należące do Kościoła nieruchomości. Combes nakazał też inwentaryzację przedmiotów kultu religijnego (monstrancje, kielichy itp), którą opinia katolicka uznała za wstęp do konfiskaty. Doprowadziło to do rozruchów, w których przeciwko demonstrantom rząd wysyłał wojsko. Wojsko jednak raczej sympatyzowało z demonstrantami, zwłaszcza kiedy wybuchła afera generała Andre, który, jako minister wojny w rządzie Combes’a podzielił oficerów na dwie grupy: grupę przeznaczonych do awansów, których fiszki trzymał w pudle z napisem „Korynt” i pozostałych, których fiszki trzymane były w pudle „Kartagina”. Podział nastąpił według kryterium wyznaniowego; katolicy trafiali do „Kartaginy”, podczas gdy ateiści – do „Koryntu”. Do „Kartaginy” można było trafić np. za obecność w kościele podczas Pierwszej Komunii syna. Wtedy taki oficer zostawał „klerokanalią”, albo „klerokaraluchem” – no i miał przechlapane. Wprawdzie deputowany, który aferę ujawnił, zmarł w niejasnych okolicznościach, ale Combes musiał podać się do dymisji. Bardzo możliwe, że Donald Tusk pociągnie za sobą emerytowanych ubowców i kobiety z „macicami”, a może nawet – gwoli podlizania się elektoratowi – sam zostanie kobietą, też będzie wszystkich epatował „macicą” i zostanie premierem – ale co z tego przyjdzie obywatelom?

Bankowa głowa. Morawiecki inflacji się nie boi !

Zabezpieczył oszczędności przed inflacją w ubiegłym roku.

4 czerwca 2022 https://nczas.com/2022/06/04/bankowa-glowa-morawiecki-zabezpieczyl-oszczednosci-przed-inflacja-w-ubieglym-roku/

Pod koniec maja na stronie Sejmu opublikowano oświadczenia majątkowe szefa pisowskiego rządu – Mateusza Morawieckiego. Można by z niego wywnioskować, że premier spodziewał się inflacji.

Mateusz Morawiecki to jednak bankowiec-fachowiec. Niemal wszystkie swoje gotówkowe oszczędności zainwestował jeszcze w 2021 roku w obligacje skarbowe o wartości 4,6 mln złotych.

Jeśli weźmiemy pod uwagę najbardziej optymistyczny scenariusz, zakładający, że szef pisowskiego rządu kupił czteroletnie obligacje antyinflacyjne w lipcu, to w tym roku dostanie oprocentowanie na poziomie nawet 13,15 proc.

Co prawda to lekko poniżej aktualnego wskaźnika inflacji, który jest na poziomie 13,9 proc., ale to już tylko ułamki procenta i z pewnością większość kapitału została oszczędzona przed inflacyjnymi zębami. Trzymając pieniądze w gotówce czy w banku straty byłyby dużo większe.

Jeśli Morawiecki widząc dokąd zmierzają rządy PiS-u i sytuacja międzynarodowa przewidywał nadejście inflacji, to szkoda, że najpierw zatroszczył się o swoje oszczędności, a nie o oszczędności obywateli.

O komentarz do sprawy w TVN24 poproszono Michała Dworczyka.

Miliony Polaków kupują obligacje. Pani próbuje sugerować, że premier zachował się nieetycznie. Ja nic na ten temat nie wiem, więc proponuję nie formułować tego typu oskarżeń, które nie mają żadnej podstawy w rzeczywistości – powiedział w piątek Michał Dworczyk, pytany w tej kwestii o reporterkę TVN24.

– Czy jak pani ma oszczędności, to trzyma je pani w śwince skarbonce? Inni obywatele, również politycy, lokują swoje oszczędności na różny sposób – dodał.

Źródło: NCzas, TVN24

Fakty są już bez znaczenia. Zanik dziennikarstwa

Ambasador Rosji w Polsce Siergiej Andriejew pełni misję w Warszawie już od prawie ośmiu lat. Zdążył już zatem znakomicie poznać nie tylko język polski, ale również miejscowy klimat polityczny oraz kulturę dziennikarską, a właściwie jej brak.

https://www.bibula.com/?p=134419

Zawiedzione oczekiwania sensacji

1 czerwca rosyjski ambasador zwołał w budynku ambasady konferencję prasową. Zdarzenie to dość wyjątkowe, bo przez ostatnie lata tego rodzaju spotkania z mediami odbywał stosunkowo rzadko. Jak sam zaznaczył na wstępie, zazwyczaj z polskimi dziennikarzami rozmawiał w warunkach nadzwyczajnych. Ostatnio, w 23 marca tego roku przed siedzibą polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie wezwano go, by poinformować o wydaleniu pod niejasnymi zarzutami 45 rosyjskich dyplomatów. Później dziennikarze biernie rejestrowali napad na ambasadora Andriejewa 9 maja na warszawskim Cmentarzu-Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich, gdzie na ich oczach rozjuszony tłum najprawdopodobniej opłaconych, ukraińskich aktywistów dokonał publicznie przestępstwa – agresji na szefa placówki dyplomatycznej.

Dlatego, gdy rosyjski dyplomata zaprosił polskich dziennikarzy na konferencję prasową, wielu z nich przekonanych było o tym, że stanie się coś wyjątkowego. Niektórzy dywagowali już na temat możliwego zerwania stosunków dyplomatycznych lub obniżenia ich rangi. Napięcie opadło już na początku spotkania z mediami. Ambasador Andriejew stwierdził, że zamierza po prostu w normalnych, spokojnych warunkach porozmawiać z polskimi dziennikarzami.

O Ukrainie konsekwentnie

Ambasador Andriejew w zwięzły sposób przedstawił stanowisko Moskwy w sprawie trwającej operacji wojskowej na Ukrainie. Powtórzył jakie są jej cele, podkreślił, że Europa – w tym i Polska – okazały się wiernie realizować interesy Stanów Zjednoczonych, nie dbając przy tym o swoje własne. Na pytanie kiedy skończy się zbrojna faza operacji odpowiedział wyraźnie, że wtedy, gdy zrealizowane zostaną jej, nakreślone na samym początku cele.

W zasadzie Siergiej Andriejew nie powiedział na temat konfliktu na Ukrainie nic nowego. Powtórzył argumenty, racje i uzasadnienia wielokrotnie podawane przez stronę rosyjską. Nic dziwnego, jako dyplomata nie zajmuje się przecież publicystyką, ani prognozowaniem politycznym, lecz prezentowaniem oficjalnego stanowiska swego kraju.

Stosunków realnych brak

Oczywiście, odniósł się również do stosunków polsko-rosyjskich, a właściwie ich braku. Gdy jeden z dziennikarzy zapytał o ostatnie wypowiedzi sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaja Patruszewa (błędnie przy tym wymawiając jego nazwisko) na temat rzekomych planów władz polskich zmierzających do podporządkowania Ukrainy Zachodniej, ambasador podkreślił, że nie musi tu chodzić o aneksję tych obszarów, ale być może po prostu o rozszerzenie strefy wpływów politycznych, gospodarczych i innych. Przypomnieć warto, że część polskiej klasy politycznej wcale nie ukrywa, że dąży do stworzenia bliżej nieokreślonej unii między dwoma państwami.

Ale to nie tylko wydarzenia po 24 lutego są jedynym źródłem problemów w relacjach polsko-rosyjskich. Od przewrotu w Kijowie w 2014 roku stosunki obu państw ulegają stopniowemu zamrażaniu. Od tego czasu, jak przypomniał ambasador, w praktyce nie było spotkań na szczeblu ministerialnym (nie licząc rozmów na forum organizacji międzynarodowych, których oba kraje są członkami). „Stosunki są najgorsze w historii” – podsumował Siergiej Andriejew. Kontaktów obu stron praktycznie nie ma, chyba że w sprawach czysto technicznych. Polskie władze sugerują polskim firmom wycofanie się z rynku rosyjskiego. W efekcie wygaszana jest współpraca gospodarcza. Polski minister kultury mówi o wykreśleniu rosyjskiej kultury z polskiej przestrzeni publicznej. Zamiera więc jakakolwiek współpraca w dziedzinie kultury i sztuki.

Stosunki formalne

Wciąż jednak w Warszawie działa rosyjska placówka dyplomatyczna. Choć wielu w Polsce oczekiwałoby, żeby to Moskwa zerwała relacje z Polską, nic takiego się nie dzieje. Strona polska utrudnia życie dyplomatom rosyjskim, ucieka się do drobnych złośliwości. Warszawska prokuratura zablokowała konta bankowe ambasady. Powód? Rzekome śledztwo w sprawie finansowania przez rosyjską dyplomację „terroryzmu”. Ambasador poprzestał na tym przykładzie, choć wiemy, że tego rodzaju małostkowych utrudnień jest dużo więcej.

Na pytanie polskich dziennikarzy głównego nurtu o dalszy sens pełnienia swej misji w tych warunkach, przy braku kontaktów ze stroną polską, Andriejew odpowiedział lakonicznie, że tego rodzaju decyzje nie zależą od niego. Można to chyba zrozumieć jako zapowiedź, że w Moskwie nikt nie zamierza zrywać relacji dyplomatycznych. O to właśnie stara się strona polska, jak dotąd bezskutecznie. Próbuje wymusić na rosyjskim MSZ decyzje, by zdjąć z siebie samej odpowiedzialność za taką, brzemienną przecież w skutkach dla krajów ze sobą sąsiadujących decyzję.

Ambasador Andriejew czuje się, mimo wszystko, w Polsce bezpiecznie. I to nie tylko ze względu na kordony policji otaczające ambasadę. Jedynym przejawem agresji wobec niego był napad zorganizowany 9 maja, przy czym nie przez Polaków, lecz obywateli Ukrainy. Ale po tym incydencie, jak poinformował, do ambasady przyszło wiele maili i telefonów, w których zwykli Polacy wyrażali ubolewanie i wstydzili się, że doszło do takich wydarzeń w ich kraju. Atmosfery wrogości zatem nie ma. Znów wbrew oczekiwaniom klasy politycznej, podobnie jak wielu zgromadzonych na konferencji dziennikarzy.

Zanik dziennikarstwa

Po konferencji prasowej ambasadora Andriejewa pojawia się jednak refleksja równie przygnębiająca, jak stan stosunków polsko-rosyjskich. Choć nie nowa. Chodzi o poziom polskich dziennikarzy. O łamanie przez nich wszystkich możliwych standardów. O całkowity brak zrozumienia roli społecznej mediów, podstawowych umiejętności i znajomości warsztatu dziennikarskiego.

Na konferencji pojawili się przedstawiciele kilku mediów głównego nurtu, w tym TVN24 i Onet. Ich pytania były z reguły nie tyle prowokacyjne, co infantylne. Po przedstawieniu przez ambasadora argumentacji i stanowiska Federacji Rosyjskiej w sprawie Ukrainy zaczęli najzwyczajniej w świecie cytować bez żadnego skrępowania teorie, oświadczenia i wypowiedzi ukraińskich polityków i służb specjalnych. Na przykład, o rzekomym blokowaniu przez Rosjan eksportu zboża przez ukraińskie porty. W pokonferencyjnych publikacjach przeczytaliśmy jeszcze o  rewelacjach byłego ministra spraw wewnętrznych Ukrainy Arsena Awakowa na temat rzekomych ćwiczeń strzelniczych na Ukraińcach prowadzonych przez rosyjskich snajperów. I wiele innych, całkowicie bezkrytycznie przyjmowanych.

Wreszcie, padły pytania stanowiące szczyt zdziecinnienia. Jeden z dziennikarzy zapytał ambasadora kiedy ten ostatni raz rozmawiał z prezydentem Władimirem Putinem. Nie wiadomo skąd wpadł mu do głowy pomysł, że głowa państwa utrzymuje bezpośredni kontakt z ambasadorami swojego kraju zagranicą. Na grzeczną odpowiedź ambasadora, że na ten temat wypowiadał się ostatnio szef resortu spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, który informował, że prezydent pracuje w normalnym trybie, padło pytanie uzupełniające. Dziennikarz dopytywał się czy prawdą jest, że rosyjski przywódca… jest śmiertelnie chory. Skąd taka teoria spiskowa? Jej źródłem ma być Służba Bezpieczeństwa Ukrainy, która podobne sensacje kolportuje w europejskich mediach. Siergiej Andriejew odpowiedział w jedyny możliwy sposób: pytaniem retorycznym o poziom wiarygodności SBU.

A na koniec padło jeszcze pytanie, jak Rosjanie mogą żyć bez pewnej znanej amerykańskiej sieci fast food i równie znanego, amerykańskiego słodkiego napoju. W odpowiedzi ambasador Andriejew oświadczył, że obchodzą się bez nich z korzyścią dla swojego zdrowia. A Rosja? Rosja ma wszystko i jest w stanie spokojnie funkcjonować bez tzw. Zachodu. Szczególnie, jak przypomniał, w warunkach obecnej mobilizacji społecznej.

A polscy dziennikarze najwyraźniej nie są w stanie funkcjonować bez ordynarnej propagandy. W mediach po konferencji nie pojawiły się rzetelne relacje, lecz krzyczące tytuły o tym, że ambasador „kłamie”, że jego wypowiedzi to „kuriozalne kłamstwa”, że uprawia „propagandę”. To tylko pierwsze z brzegu, wybrane cytaty. Wszystkie one padają w relacjach z konferencji prasowej, czyli nie stanowią publicystycznych komentarzy. Granice pomiędzy gatunkami, coś, czego uczą studentów na pierwszym roku studiów, są ich autorom kompletnie nieznane. Dziennikarstwo w Polsce osiągnęło poziom analogiczny do stanu stosunków polsko-rosyjskich. Poziom dna.

Mateusz Piskorski Za: Mysl Polska – myslpolska.info (2-06-2022) | https://myslpolska.info/2022/06/02/fakty-sa-juz-bez-znaczenia/

Wesprzyj naszą działalność [BIBUŁY md]

Szaleństwo władzy. Polityk PiS: „Warto trochę pomarznąć”.

https://nczas.com/2022/06/03/szalenstwo-wladzy-polityk-pis-warto-troche-pomarznac/
Władza już wie, że z opałem na sezon jesienno-zimowy będzie krucho. Polityk PiS Zbigniew Gryglas przekonuje jednak, że… warto marznąć.

W ostatnim czasie koszty ogrzewania domu czy mieszkania rosną w szalonym tempie.

Ogrzewanie gazem, do czego przez lata zachęcano w ramach postawy „eko” i tworzono preferencyjne prawo, już jest co najmniej dwukrotnie droższe niż jeszcze kilka miesięcy temu.

Ceny węgla osiągnęły kosmiczną cenę i sięgają 3 tys. zł za tonę.

Sytuacja jest dynamiczna i nie można wykluczyć, że w sezonie jesienno-zimowym opał będzie tak drogi, że wiele rodzin nie będzie na niego stać.

Zbigniew Gryglas, poseł z ramienia PiS-u w poprzedniej kadencji, następnie wiceminister aktywów państwowych u Jacka Sasina, a ostatnio członek rady nadzorczej Polskiej Grupy Energetycznej, przekonuje jednak, że marznąć warto.

Nawet gdybyśmy musieli trochę pomarznąć – to warto. To cena wolności”– napisał Gryglas na Twitterze, sugerując, że to cena, jaką ponosimy za uniezależnienie się od rosyjskich surowców energetycznych.

[A dalsze pierdułki, przepychanki – w oryginale. U mnie nie warto. Szkoda kalorii. MD]

Węgiel za drogi, zbierajcie chrust. Nie ma z czego śmiać.

[Kiedy tych kurwów i złodziei sprawiedliwość dopadnie?]

Leśnik potwierdza: To już się dzieje

W Nadleśnictwie Celestynów koło Warszawy około 100 osób rozpoczęło już pozyskiwanie gałęzi, jako opału na najbliższą zimę. W związku wysokimi cenami węgla leśnicy spodziewają się dużego zainteresowania takim działaniem. – W dwa dni ciężkiej pracy, przeciętnie sprawna fizycznie osoba może zebrać opał na miesiąc, a kosztuje to grosze – ocenia Krzysztof Kiełczyński, leśnik z Celestynowa

https://wiadomosci.wp.pl/wegiel-drogi-wiec-zbierajcie-chrust-lesnik-potwierdza-to-juz-sie-dzieje-6775849383868992a

W lesie koło Celestynowa pod Warszawą już działają zbieracze chrustu i gałęzi. Możliwe, że poszli za radą wiceministra klimatu Edwarda Siarki. Ten ogłosił niedawno, że w związku z wojną w Ukrainie i zawirowaniami na rynku węgla Lasy Państwowe ułatwią zbieranie opału, metodą „samopozyskiwania drewna„. W lesie nie udało nam się spotkać zbieraczy, ale o ich działalności świadczą zebrane już liczne kupki gałęzi.

– Koszty życia rosną i już ostatniej zimy mieliśmy więcej próśb o zezwolenie na tzw. samodzielny wyrób drewna opałowego. Wcześniej po wyrębie lasu większość krzywych gałęzi z czubków drzew zostawialiśmy do zgnicia, aby użyźniać ściółkę. Nie było zainteresowania, niektóre firmy przerabiały to na zrębki – mówi Wirtualnej Polsce Krzysztof Kiełczyński, inżynier nadzoru w Nadleśnictwie Celestynów.

– Jeśli tona węgla opałowego kosztuje ponad 2 tys. zł, to samodzielne pozyskanie opału z lasu od razu staje się bardziej popularne. Gałęzie pozyskuje już około 100 osób, tak szacuję po informacjach od leśników. Spodziewam się, że chętnych będzie dużo więcej, może 200, nawet 250. Jesteśmy gotowi na to większe zainteresowanie. W trudnych czasach ma to sens, niech ludzie korzystają z zasobów lasów – dodaje leśnik.

Pieniądze leżą na mchu. Tam 5, tu 10 zł

Krzysztof Kiełczyński oprowadza po sektorach lasu pod Celestynowem, gdzie wydano już zezwolenia za zbieranie opału. Już z leśnej drogi widać w zasięgu wzroku przygotowane do wywiezienia stosy okrzesanych drągów. Poszukiwane są te o średnicy zbliżonej do 7 cm. Przy drogach zebrano także bale drewna opałowego. Leśnik wyjaśnia, że to, co widać, raczej na pewno zostało już sprzedane. To też efekt drogiego węgla.

Taki stos, jaki tu widać wyceniłbym na 10 zł, tamten na 5 zł. Wystarczą na przepalanie w piecu przez tydzień. Już jesienią można sobie podgrzewać wodę w domu. Sosna szybko daje energię, do ogrzewania lepsze jest drewno liściaste np. brzoza czy dąb – wskazuje leśnik.

Podkreśla, że zebrane stosy są mierzone i wyceniane na miejscu przez leśniczego. Można je zabrać po wniesieniu opłaty. Metr sześcienny gałęzi sosnowych kosztuje około 50 zł. Ale lepsze do palenia jest drewno liściaste i stąd też inna cena. Wałki liściaste lepszego sortu będą kosztować około 100 zł za metr sześcienny.

Las wita was. Potrzebne mocne nogi, krzepkie ręce i siekiera

Aby pozyskiwać opał w lesie, potrzebna jest zgoda lokalnego leśniczego, inaczej grozi mandat. Trzeba będzie napisać maila – instruują leśnicy. Pracownik Lasów Państwowych wskaże miejsce, w którym można zbierać gałęzie i chrust. Nie można samodzielnie wycinać drzew. Należy zbierać i okrzesywać gałęzie, które już leżą na ziemi. Zbieracz podpisuje również oświadczenie, że zapoznał się z zasadami bezpieczeństwa w leśnictwie.

Potrzebna jest ostra siekiera, roboczy strój, kalosze, odstraszacz na komary, kleszcze i  meszki. – To dość ciężka fizyczna praca. Trzeba będzie się nachodzić, namachać siekierą. Sądzę, że przeciętnie sprawna fizycznie może w dwa dni zebrać opał na miesiąc. Chyba że trafi się jakiś trudniejszy teren, podmokły las, z daleka od drogi. Wówczas jest ciężej – opowiada Krzysztof Kiełczyński. Dodaje, że jak na razie nie było potrzeby wprowadzania limitów ilości pozyskania opału. Można wywieźć tyle, ile kto zdoła zebrać.

Węgiel za drogi, zbierajcie chrust. Nie ma z czego śmiać

Przypomnijmy, że samodzielne zbieranie opału w lasach „reklamuje” ostatnio Ministerstwo Klimatu i Środowiska. To reakcja urzędników na panikę zakupową, drożejący lub niedostępny węgiel. Rząd szuka surowca na całym świecie, aby zasypać niedobory po wprowadzeniu embarga na rosyjski węgiel.

„Posiadam dom, w którym ogrzewanie mam na węgiel ekogroszek. W poprzednim roku za tonę płaciłem 550 zł i na opał miesięcznie w sezonie mi wychodziło 400 zł. Dziś tona ekogroszku kosztuje 3 tys. zł, a i tak nie można go dostać. Miesięcznie mój koszt ogrzewania będzie wynosił 2,1 tys. zł. Do tego kredyt wzrósł już o 1,4 tys. zł, drożeje paliwo i pozostałe środki do życia, co razem daje mi około 5 tys. zł, które teraz zabiera mi inflacja. Zarabiam 6 tys. zł i co na to rząd?” – pisze do Wirtualnej Polski jeden z czytelników.

26 maja na wniosek minister klimatu i środowiska Anny Moskwy, szef Lasów Państwowych Józef Kubica przygotował wytyczne dotyczące pozyskiwania surowca drzewnego do celów opałowych. „Leśnicy dokonają oceny zapotrzebowania społeczności lokalnych, przeznaczając wybrane fragmenty lasu po zabiegach gospodarczych do pozyskiwania drewna na zasadach samowyrobu” – czytamy w wytycznych.

Zbieranie gałęzi i chrustu stało się już motywem memów i ironicznych komentarzy w mediach społecznościowych. Sami leśnicy zauważają, że nie ma w tym nic śmiesznego.

Tomasz Molga, dziennikarz Wirtualnej Polski

==================================

mail od Pani:

Bardzo dobry sposób pozyskiwania opału zwłaszcza dla schorowanych emerytek. Już widzę, jak 70 -letnie damy zawijają kiece,  zakładają gumofilce i uzbrojone w siekiery udają się rączym truchtem do lasu, żeby sobie uzbierać opał na zimę. 

Kiedy tych kurwów i złodziei sprawiedliwość dopadnie? 

Pozdrawiam 

D.K. 

Groźna jak socjalizm

Izabela Brodacka 4 czerwiec 2022

Po wielkich dramatycznych światowych wydarzeniach pytamy zdumieni „jak to się stało?”. Prawie nigdy nie zadajemy sobie w odpowiednim momencie pytania „jak to się dzieje?”.

Zastanawiamy  się na przykład jak to możliwe że w Niemczech kraju, który wydał Kanta, Bacha I Beethovena doszedł do władzy Hitler, zakompleksiony kurdupel który w trakcie przemówień łapał się w kroku jak zsikany przedszkolak. Jak to możliwe, że niemieckie Putzfrau doznawały w trakcie tych przemówień ekstatycznych uniesień zamiast pokładać się ze śmiechu. Dowodzą tego filmy Leni Riefenstahl świetnej reżyserki i fotografki, która mając powyżej siedemdziesiątki ukończyła kurs nurkowania i zajęła się fotografią podwodną. Zmarła w wieku 101 lat co nie jest wprawdzie  jej zasługą ale świadczy o silnej woli życia. Jak taka osoba mogła z przekonaniem popierać Hitlera i hitleryzm?. Jak to możliwe, że skazywani kolejno na śmierć akolici Stalina składali w ostatnim słowie samokrytykę i domagali się surowego wyroku?. Komu chcieli się w ostatnich chwilach życia przypodobać, towarzyszom partyjnym, zbrodniarzowi który  bawił się ich przerażeniem? W stosunku do kogo czy czego chcieli być lojalni?

Obecnie pokutuje przeświadczenie, że jeżeli ktoś popierał hitleryzm czy stalinizm musiał być idiotą albo świnią. Tertium non datur. (trzeciej możliwości nie ma). 

Widzę to inaczej. Nie potrafimy jako społeczeństwo rozpoznawać wczesnych stadiów niebezpiecznych chorób ludzkości. Takich  choćby jak totalitaryzm. Nie dostrzegamy nielogiczności i sprzeczności propagandy. Usuwamy niewygodne fakty ze świadomości. Zaczynamy bronić naszych prześladowców.  Czy jest to coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego w skali całego społeczeństwa? 

Podobnie jak trudno zrozumieć  dlaczego (zanim stało się za późno) zwykli ludzie nie dostrzegli w Hitlerze groźnego popaprańca, psychopaty i socjopaty trudno również zrozumieć jak zwykli rozsądni na pozór ludzie mogli uwierzyć, że noszenie na twarzy wilgotnej szmaty zwanej maseczką może uchronić ich przed zarażeniem . Dlaczego nie widzą idiotyzmu w fakcie odwołania pandemii po wpuszczeniu do kraju kilku milionów uciekinierów z kraju dotkniętego wojną, których nikt nie testował ani nie badał, podczas gdy kilka dni wcześniej nie można było dostać się bez testu do szpitala ani podróżować za granicę?. 

Dlaczego po doświadczeniu skutków terapii szokowej Balcerowicza nadal istnieją ludzie którzy twierdzą, że „Balcerowicz uratował nas przed losem Białorusi”. Dodajmy, że nigdy na Białorusi nie byli?.

Dlaczego wierzą w globalne ocieplenie gdy w maju pad śnieg i zamarzają im kwiatki w ogródku?.

Zauważmy, że  ideologiczne zaślepienie w oczach większości  traktowane jest  jako zaleta, a nie wada osobowości. Powszechnie uważa się, że usprawiedliwione są czyny popełniane z pobudek ideowych natomiast człowieka kompromituje zwykły oportunizm.

Przyznam, że wręcz przeciwnie, najbardziej boję się ideologów. Nie ma moim zdaniem nic gorszego niż ideowy komunista. Pamiętam pewnego komunistycznego prominenta, który przechwalał się, że otrzymane w czasie podróży zagranicznych reklamowe długopisy odnosi do KC bo jest uczciwym komunistą. Wprawdzie  w tamtych czasach długopis zwany „piórem kulkowym” był w Polsce cenną nowością, ale odnoszenie reklamówek do KC nawet wtedy było idiotyzmem. Temu samemu uczciwemu komuniście, przewodniczącemu PKPG ( Państwowa Komisja Planowania Gospodarczego) nie przeszkadzała rabunkowa komunistyczna gospodarka, nie przeszkadzały transporty wszelkich dóbr jadące przez całą dobę pociągami do  ZSRR, nie przeszkadzała nędza społeczeństwa, cenzura i morderstwa bezpieki. Ideologia usprawiedliwiała to wszystko jako przewidziane przez Lenina zaostrzenie walki klasowej. Lenin zapomniał jednak napisać w swych dziełach o długopisach więc nasz uczciwy komunista sam musiał podjąć w tej kwestii tak ważną i odpowiedzialną decyzję. 

Każdy nawet słuszny pogląd staje się moim zdaniem niebezpieczny gdy staje się ideologią. Większość z nas lubi zwierzęta i przyrodę, a w każdym razie wolałaby żyć w czystym środowisku, chodzić na wycieczki po niezaśmieconych   górach i zbierać grzyby w lasach gdzie nie poniewierają się  butelki i zużyte pampersy. Wolelibyśmy nie zatruwać się pestycydami i antybiotykami zawartymi w żywności i fekaliami trafiającymi do sieci wodociągowej z rzek. Do ekologii rozumianej jako troska o środowisko człowieka opartej o rzetelne badania naukowe  można było społeczeństwo przekonać ,a wielu z nas podejmowało proekologiczne działania bez przymusu i zachęcania przez specjalne organizacje. W Tatrach do dziś dnia funkcjonuje instytucja wolontariuszy którzy w zamian za lokum w jednej z tatrzańskich leśniczówek sprzątają góry, malują szlaki i naprawiają drogowskazy. Wśród nich jest wielu emerytów. Proponuję wpisać hasło: „Tatrzański Park Narodowy, wolontariat” żeby się wszystkiego dowiedzieć i z tej możliwości skorzystać. W Tatrach Słowackich gdy mieszkaliśmy po kolebach ( całkowicie nielegalnie ale nie było nas stać na schronisko) schodząc po zakupy na przykład do Smokowca braliśmy od tolerującego naszą obecność chatara  ogromne plastikowe wory i wypełnialiśmy je zebranymi na szlaku  papierkami i butelkami. Obecnie gdy zbieram śmiecie w podwarszawskich lasach czuję się niekomfortowo gdyż ludzie patrzą na mnie jak na ormowca. Jak na kogoś kto zupełnie dobrowolnie i dla czystej satysfakcji dołączył do grona ich prześladowców.

Trosce o środowisko początkowo najbardziej zaszkodzili ekolodzy głębocy, którzy propagowali ochronę „wszystkich istot żywych” w tym zapewne pasożytów i bakterii. W następnej kolejności do wrogości wobec ekologii przyczynili się cwaniacy, którzy z ekologii uczynili sobie sposób na życie. Beneficjenci wszelkich grantów, konsumenci darmowych cateringów podczas konferencji i spotkań. Wreszcie terroryści ekologiczni szantażujący przedsiębiorców wstrzymaniem ich inwestycji. Kamieniem do trumny ochrony środowiska stała się lewacka ekologiczna ideologia UE równie dla nas groźna jak socjalizm.

In chrust we trust

„Nawet gdybyśmy musieli trochę pomarznąć to warto. To cena wolności” twierdzi poseł z PiS

Źródło: internet

Polacy nadal nie rozumieją co ich czeka tej zimy, mimo, że pewne oznaki już się pojawiają. Nie jest wcale przesadą obawiać się o to, że ludzie będą zamarzali w domach. Politycy parti rządzącej mają najwyraźniej tego świadomość, że bardzo wielu Polaków nie będzie stać na ogrzewanie swoich domów ze względu na wywindowane ceny paliw. PiS pozwolił już nawet zbierać chrust co nazwano prześmiewczo programem Chrust+

Socjalizm zawsze kończy się tak samo – hiperinflacją, pauperyzacją, zrównaniem wszystkich do poziomu gruntu. Doprowadziło to w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku do sytuacji gdy statystyczny Polak zarabiał miesięcznie równowartość około 7 dolarów. To jest właśnie kierunek w jakim podążamy.

Większość Polaków jeszcze nie jest świadoma nadchodzącej apokalipsy węglowo-prądowo-gazowo-pelletowo-drewanianej. Praktycznie każde z tych paliw kosztuje w 2022 roku wielokrotnie drożej niż w 2021 roku o tej porze. Co więcej, wszystkie te paliwa stosowane do ogrzewania domów, nadal rosną. Lasy Państwowe udostępnią plebsowi chrust do zbierania. 

Trochę zastanawia ta wysoka cena, bo aż 300 zł za kubik, za to co ktoś sobie sam nazbiera i będzie musiał przetransportować. Można odnieść wrażenie, że jest tu próba dodatkowego oskubania najbiedniejszych. Rok temu metr drzewa kominkowego kosztował 250 zł a teraz rząd chce 300 zł za stertę patyków. Jeśli to nie otrzeźwi Polaków to muszą już sobie szykować narrację aby się przekonywać, że co prawda jest głodno i chłodno ale wojny jeszcze nie ma.

W telewizji już teraz można zobaczyć porady w stylu – Jak jeździć ekologicznie samochodem przy paliwie za 8 zł za litr? – więc być może wkrótce pojawią się porady w stylu – Jak nie zamarznąć grzejąc się świeczkami lub Jak jeść mniej aby nie umrzeć z głodu. To już nawet nie jest śmieszne, bo przecież wiadomo, że tak właśnie będzie.

Można już się nawet domyślić rządowej narracji gdy będzie naprawdę źle. Warto zamarzać, bo jest wolność. Zastosują to samo co zwykle, czyli fałszywe równanie wedle którego koszmarne ceny wszystkiego są sposobem na uniknięcie konfrontacji militarnej z Rosją. Płacisz krocie za paliwo? Ale ruskie bomby nie spadają. Płacisz 3500 zł za tonę węgla? Ale ruskie rakiety nie lecą. Płacisz 1000 zł za kubik drewna, ale przynajmniej nie atakują nas Kalibrami. Gaz kosztuje kilkukrotnie więcej niż zwykle, ale przynajmniej nie ma wojny. A może właśnie to jest już wojna, prowadzona przeciwko Polakom? 

WIODĄCA ROLA PARTII

https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/wiodaca-rola-partii,p1328774393 2022- 06-03 Sławomir M. Kozak

Zadałem sobie właśnie pytanie, jak nam Polakom, minęło ostatnie dwudziestolecie? Rzeczą naturalną dla tropiciela dramatu 11 września 2001 r. w USA i wynikających z niego konsekwencji dla reszty świata, był powrót myślami do ówczesnej decyzji rządu polskiego nakazującej naszemu wojsku solidarne wsparcie sojuszników w walce z afgańskimi talibami. Dziś, mało kto już pamięta, że decyzję tę, na wniosek Rady Ministrów, podjął ówczesny prezydent RP, Aleksander Kwaśniewski, co było ponurym chichotem historii, zważywszy na jego polityczny rodowód, zrośnięty z wcześniejszym o dwie dekady, okupantem Afganistanu. W jej efekcie, od 2002 do 2021 r., jak podaje Wikipedia, „polski kontyngent wojskowy przywracał bezpieczeństwo i odbudowywał Afganistan”. A ja się wówczas obawiałem, że to była zła decyzja. To nie ja miałem jednak rację, skoro wszystkie kolejne rządy, wszelkich partii, przez dwie dziesiątki lat nie poddały jej w wątpliwość. Ani SLD, PSL, UP, Samoobrona, LPR, PO, ani nawet Prawo i Sprawiedliwość, nie zanegowały naszego udziału w wojnie niesprawiedliwej, bo jedyną prawą i sprawiedliwą, jak sądziłem, może być tylko wojna obronna. Małej byłem wiary w wiodącą rolę partii.

WIODĄCA ROLA PARTII

Wpadły mi oto w ręce zapiski, które czyniłem na gorąco, po konferencji z marca 2007 r., pt. „Bezpieczna i szczęśliwa rodzina”. To z kolei, zaledwie 15 lat temu.

„W ubiegłym tygodniu, miała w Polsce miejsce konferencja ogólnopolska, dotycząca rozwoju rodziny. W otwarciu udział brał Premier i Marszałek Sejmu. Premier otwierał konferencję mając za plecami tablicę z logo Prawa i Sprawiedliwości, przy którym widniał napis ‘Dotrzymujemy słowa’. Pod tym napisem pysznił się znaczek z napisem ‘Bezpieczna i szczęśliwa rodzina’.  Premier powiedział, że w naszym kraju, a przede wszystkim w Europie, trwa spór. Spór o rodzinę. Powiedział również, że chcemy podtrzymać rodzinę w jej tradycyjnych funkcjach. Bardzo mnie to ucieszyło, bo pomyślałem, że wreszcie zacznie się coś dziać w tej materii. Bo skoro Premier osobiście wypowiedział te słowa, to znaczy, że odwrotu nie ma.

W chwilę później jednak moja nadzieja wystawiona została na ciężką próbę, bo usłyszałem, że jest to kwestia rozwoju typu kultury, w którym żyjemy, a to mi zabrzmiało, jak wstęp do uchylenia małej furtki, po której przekroczeniu można będzie odrobinę zboczyć z głównej ścieżki. Bo przecież byłem przekonany, że określenie typu kultury, w którym żyjemy, mamy już od dawna za sobą. I są w nim zawarte zdecydowanie, i w sposób dogmatyczny, elementy jego rozwoju. Między innymi, właśnie poprzez wspieranie i rozwój rodziny. Starałem się zagłuszyć wątpliwości, bo pomyślałem, że Premier ma przecież prawo tłumaczyć wszystkim ‘ab ovo’ i wkrótce będzie już tylko lepiej.

Jednak po kilku zaledwie sekundach miałem się przekonać, że coś z tą furtką jest na rzeczy, dowiedziałem się bowiem, iż jest to kwestia trudna – państwo, władza ma na to wpływ dalece ograniczony.  Moja nadzieja i wiara w dobre chęci rządu legły z trzaskiem u mych stóp! Bo skoro władza ma na to wpływ ograniczony, to kto wesprze rodziny polskie? Może znowu wybór padnie na Kościół, ale przecież Kościół Polski miał, o czym zapewniano mnie i moich Rodaków, powołując się na autorytet Papieża Polaka, ewangelizować Europę po naszym do niej triumfalnym ‘wejściu’. Na razie w walce o dusze ‘Europejczyków’ prowadzi Francja, która już zasługuje na miano islamskiej awangardy w Europie. Jak więc nasz Kościół podoła? 

Ale – myślę sobie – może jeszcze nie wszystko stracone? Może Premier ma jakąś wskazówkę? I doczekałem się. Z ust szefa rządu usłyszałem deklarację, może nie tej wagi, co podpisywana właśnie w Berlinie, ale jednak deklarację. Premier powiedział: Chcemy aby polskie państwo, które dotąd tego nie czyniło, zaczęło prowadzić politykę prorodzinną, zaczęło czynnie podtrzymywać polską rodzinę, we wszystkich jej pozytywnych funkcjach, także tej (…) dotyczącej przekazywania życia i wychowania dzieci. Człowiek, okazuje się, uczy się do późnej starości. Byłem święcie dotąd przekonany, że przekazywanie życia i wychowanie dzieci są funkcjami dla rodziny podstawowymi. Okazuje się, że są zaledwie pozytywnymi. Nie dowiedziałem się, jakie są negatywne funkcje rodziny, bo w tej kwestii nie padło już ani jedno słowo. A szkoda …

Że jakieś jednak są, to pewne, bo wkrótce smutek zadźwięczał w kolejnym zdaniu, a furteczka rozwarła się z hukiem na oścież, gdyż: podjęliśmy w tej sprawie wstępne decyzje, niełatwe, bo polityka prorodzinna musi być wpisana w realia, w realia życia państwa, także w realia ekonomiczne. Wkrótce Premier zakończył wystąpienie i oddalił się z konferencji dla innych, ważnych spraw. Myślę, że udał się pożegnać polski kontyngent odlatujący właśnie do Afganistanu lecz mogę się mylić, bo tamtej transmisji już nie miałem okazji obejrzeć. Wszystkie media podały, że w owej grupie są również żołnierze mający za sobą doświadczenie w innych misjach. To dobrze, to znaczy, że jakaś ich część wróci, jeśli oczywiście, obok wyszkolenia będzie im towarzyszyło szczęście. Czy będzie im towarzyszył Bóg? Tego nie wiem, dlatego piszę tylko o szczęściu. Bo jeśli kilku z nich zabraknie tego szczęścia, to parę rodzin trudno będzie podtrzymać (…) w jej tradycyjnych funkcjach. Bo dotrzymujemy słowa. Tylko komu? Szkoda, że polityka prorodzinna wpisana być musi w takie realia ekonomiczne, które każą żołnierzom Wojska Polskiego zabijać za pieniądze w obcym kraju. Lub, dać się dla nich zabić”.

Dziś, po zakończeniu misji afgańskiej, wiemy, że nie wróciło z niej do kraju 43 naszych żołnierzy, a 200 odniosło rany. Przypomnę też urywki polskiego tekstu, przygotowanego na uroczystość wspomnianej tu deklaracji berlińskiej (aktu unijnego z okazji 50. rocznicy podpisania traktatów rzymskich, ustanawiających Wspólnotę Europejską), którą zresztą skrytykował wówczas papież Benedykt XVI, za brak w niej odwołania do chrześcijaństwa.

My, obywatele Unii Europejskiej, jesteśmy zjednoczeni – ku naszej radości (w oryginalnym, niemieckim języku dokumentu, słowo „radość” określono mianem „szczęścia” – przyp. smk). (…) W Unii Europejskiej urzeczywistniamy nasze wspólne ideały: centralnym punktem odniesienia dla naszych wartości jest człowiek. Jego godność jest nienaruszalna. Jego prawa są niezbywalne. (…) Pragniemy pokoju i wolności,  demokracji i praworządności, wzajemnego szacunku i wzajemnej odpowiedzialności, dobrobytu i bezpieczeństwa, tolerancji i zaangażowania, sprawiedliwości i solidarności. (…) Opowiadamy się za pokojowym rozwiązywaniem konfliktów na świecie, aby ludzie nie byli ofiarami wojen, terroryzmu i przemocy. Unia Europejska chce wspierać w świecie wolność i rozwój. Chcemy przeciwstawiać się biedzie, głodowi i chorobom. W działaniach tych pragniemy nadal odgrywać wiodącą rolę”.

Chyba nadal pozostałem człowiekiem małej wiary. Wątpię bowiem, czy udało się nam zrealizować cokolwiek z tego, co deklarowaliśmy. Może tyle tylko, że przez wszystkie lata, w kontekście innej z prezydenckich decyzji sprzed dwóch dekad, pozostajemy wierni pragnieniu „odgrywania wiodącej roli”.

Felieton ukazał się w 22 wydaniu Warszawskiej Gazety

O „kamieniach milowych” Krajowego Planu Odbudowy: Unia Europejska napisała „pod te pieniądze” program, jak zmienić życie społeczne w Polsce.

Unia Europejska sobie napisała „pod te pieniądze” program, jak zmienić życie społeczne w Polsce.

To być może największy skandal, jakiego dopuścił się ten rząd.

2 czerwca 2022 https://pch24.pl/lukasz-warzecha-o-kamieniach-milowych-krajowego-planu-odbudowy-to-byc-moze-najwiekszy-skandal-jakiego-dopuscil-sie-ten-rzad/

Redaktor Łukasz Warzecha ujawnił bulwersujące i niezwykle kosztowne dla Polaków zapisy Krajowego Planu Odbudowy. W najbliższych latach słono zapłacimy w kolejnych podatkach i opłatach za miliardy, które napłyną do kasy państwa z Unii Europejskiej.

W programie Łukasza Karpiela „Prawy Prosty. Plus” publicysta „Do Rzeczy” namawiał do uważnego przyjrzenia się zapisom Krajowego Planu Odbudowy. – Pierwsze nieporozumienie w kwestii KPO to przekonanie, że jest to fundusz mający służyć odbudowaniu się gospodarek po covidzie. Otóż nie, to jest fundusz, który w rzeczywistości ma wyznaczone 4 obszary tematyczne, ściśle podporządkowane pewnym ideologicznym upodobaniom UE, w tym zwłaszcza dotyczącym Zielonego Ładu i w ogóle „zazielenianiu Europy”zauważył Łukasz Warzecha. Nieprawdą jest więc, że 150 miliardów euro, w dużej mierze pozyskiwane przez Polskę w formie pożyczek, trafi do przedsiębiorców, których biznesy zostały zagrożone w okresie kolejnych lockdownów.

Ponadto pieniądze z tzw. funduszu odbudowy trafią do każdego z państw pod pewnymi indywidualnymi, wyznaczonymi osobno warunkami, nazwanymi „kamieniami milowymi”. Wbrew dotychczasowym rządowym przekazom, w odniesieniu do Polski nie chodzi jedynie o kwestie związane z reformą sądownictwa.

To są rzeczy, od których włosy stają na głowie. Powiem o kilku. Mamy na przykład warunek całkowitego „ozusowania” wszystkich umów cywilno-prawnych. Dlaczego, nie wiadomo. Uzasadnienie, które podaje plan dla Polski jest takie, że to rozwiązanie ma zmniejszyć „fragmentację rynku pracy” – wyjaśniał publicysta.

– Potem mamy cały zestaw kwestii uderzających w normalny, tradycyjny transport. One mają być spełnione nie w ciągu 10 – 20 lat, tylko najdalej czterech, pięciu. To jest np. nałożenie opłat za przejazd wszystkimi nowymi autostradami i ekspresówkami; wprowadzenie specjalnego podatku obciążającego dodatkowo rejestrowane samochody spalinowe; wprowadzenie obowiązkowo we wszystkich miastach powyżej 100 tysięcy mieszkańców stref niskoemisyjnego transportu [miało to pozostać w kompetencjach samorządów]; (…) Ma zostać wprowadzony specjalny podatek od posiadania samochodów spalinowych – wyliczał Łukasz Warzecha.

To jest horror, o którym rządzący nam nic nie powiedzieli. W ogóle nie powiedzieli, na co my się godzimy za te 100 miliardów, nie licząc kredytów. Dzisiaj wychodzi pan minister Dworczyk i pytany mówi: „no tak my się tam musieliśmy na pewne rzeczy zgodzić żeby dostać te pieniądze” – relacjonował rozmówca Łukasza Karpiela.

Czekam teraz, czy będzie taki moment, w którym rządzący zaczną być pytani w mediach głównego nurtu – może nie tych prorządowych, ale może „te drugie” się na to zabiorą – co tam tak naprawdę jest. Okazuje się, że warunki, na które się zgodziliśmy, prowadzą do głębokiej przebudowy polskiego życia społecznego w różnych dziedzinach, również bardzo dotykających zwykłych ludzi. A to miało być zawsze w naszej [Polski – red.] kompetencji. Teraz się okazuje, że Unia Europejska sobie napisała „pod te pieniądze” program, jak zmienić życie społeczne w Polsce. I ten program będzie za przyzwoleniem rządu Morawieckiego realizować – powiedział gość programu „Prawy Prosty. Plus”.

Co wiesz o Dża… Dżadżłydża Dżendżedżowska? Roland Garros: Pierwsza w finale była Jadwiga Jędrzejowska.

https://www.polsatsport.pl/wiadomosc/2022-06-03/roland-garros-pierwsza-w-finale-byla-jadwiga-jedrzejowska/?ref=slider_dyscyplina

Pierwszą Polką w finale French Open była Jadwiga Jędrzejowska

Roland Garros: Pierwsza w finale była Jadwiga Jędrzejowska

W 1939 roku Jadwiga Jędrzejowska jako pierwsza z Polek wystąpiła w finale wielkoszlemowego dziś turnieju tenisowego French Open. Po 81 latach jej wyczyn powtórzyła, a nawet poszła krok dalej, Iga Świątek. W sobotę 21-latka z Raszyna zagra o drugi singlowy tytuł w Paryżu.

Polski tenis miał zawodniczkę w światowej czołówce na długo przed sukcesami Agnieszki Radwańskiej czy Świątek. Była nią Jędrzejowska, która urodziła się w Krakowie 15 października 1912 roku. Przyszła na świat tak blisko kortów AZS, że śmiało miała prawo napisać w swych wspomnieniach: „Urodziłam się na korcie, niemal z piłką tenisową i rakietą w ręku”.

Najpierw podawała piłki zawodnikom, marząc o grze na korcie, a potem rywalizowała z najlepszymi na świecie, także z koronowanymi głowami na kortach w Nicei i w innych obleganych zagranicznych kurortach.

Apogeum kariery Jędrzejowskiej przypadło na lata międzywojenne. W 1935 roku triumfowała w mikście w mistrzostwach Włoch, a jej partnerem był słynny Australijczyk Harry Hopman, którego imię nosiły do niedawna nieoficjalne mistrzostwa świata drużyn mieszanych rozgrywane na przełomie roku w Perth.

W 1937 r. była bliska triumfu w prestiżowym turnieju na wimbledońskiej trawie, gdzie w finale przegrała z Angielką Dorothy Edith Round 2:6, 6:2, 5:7, prowadząc w trzecim secie 4:2 i 30:15. W nagrodę za grę w decydującym spotkaniu otrzymała wówczas bon towarowy wartości 3,5 funta i plakietkę The All England Lawn Tennis and Croquet Club z napisem „runner-up” (finalistka). To nie była era open tenisa i nie walczono o nagrody pieniężne.

To osiągnięcie długo uchodziło za największy sukces w historii polskiego tenisa, później dołączył do niej wicemistrzostwem świata Wojciech Fibak, który w finale turnieju masters w Houston w 1976 roku przegrał z Hiszpanem Manuelem Orantesem.

Po finale Wimbledonu Jędrzejowską zauważono w świecie tenisa. W tym samym 1937 roku była też finalistką mistrzostw USA, przegrywając na kortach Forest Hills mecz o tytuł z filigranową Chilijką Anitą Lizane 4:6, 2:6.

Trzeci wielkoszlemowy finał zaliczyła właśnie w Paryżu dwa lata później – uległa w nim Francuzce Simone Mathieu 3:6, 6:8 (tie-breaka jeszcze wtedy nie rozgrywano).

W międzyczasie otrzymała ofertę przejścia na zawodowstwo, do tzw. cyrku Tildena. Odrzuciła ją, bowiem marzyła o zwycięstwie na wimbledońskiej trawie, a gdyby straciła status amatora, byłoby to niemożliwe.

Jak się wkrótce okazało, szansę tę odebrała jej II wojna światowa. Przez sześć lat okupacji nie wzięła rakiety do rąk, choć najpierw w wyjeździe z kraju chcieli jej pomóc Amerykanie, a w 1941 roku król Szwecji Gustaw V, jej partner z kortów na Riwierze, wystosował do władz okupacyjnych pismo, proponując Jędrzejowskiej azyl w swym kraju, zachowującym neutralność. Tenisistka jednak nie skorzystała z tej możliwości.

Wyjazd do Rzeszy proponowali też Niemcy. „Szkoda, by taki talent się marnował” – argumentowali, ale odrzuciła i tę propozycję, oświadczając stanowczo, że skończyła z tenisem. Musiała, bo bała się, że w innym przypadku Niemcy wymusiliby na niej występy w swoich „brunatnych” barwach, a trzeba pamiętać, że Polakom grać w tenisa zakazali.

W Anglii i USA nazywano ją „Jed” lub „Ja-ja”, ze względu na zbyt trudne do wymówienia dla Anglosasów nazwisko. Amerykanie zwrócili na nią uwagę nie tylko ze względu na klasę sportową i sprawiające kłopoty nazwisko, ale i radosne oblicze oraz uśmiech. Po jednym z turniejów w prasie napisano: „Musiała dopiero przyjechać mała Polka, żeby pokazać naszym tenisistkom, iż można przegrywać z uśmiechem”.

Przed 1939 rokiem klasyfikowano ją w pierwszej piątce tenisistek świata. Gdyby nie wojna, osiągnęłaby znacznie więcej. Gdy po kilku latach przerwy po raz pierwszy wyszła na kort, mizerna i wycieńczona, z trudem trzymała się na nogach, a wcześniej słynęła z silnej ręki i mocnych uderzeń, wykonywanych rakietą najcięższą z wszystkich używanych przez kobiety.

Mimo to w kraju i tak długo była bezkonkurencyjna. 22 razy zdobyła tytuł mistrzyni Polski w grze pojedynczej, pierwszy raz w 1929 roku, a ostatni w 1964. W 1938 roku tytuł otrzymała bez gry… „w uznaniu zasług i wysokiego poziomu”.

Po wojnie mieszkała w Katowicach i przez wiele lat reprezentowała barwy Baildonu. Na kortach tego klubu w 1968 roku zakończyła karierę, a później pracowała tam z tenisową młodzieżą. Starsi bywalcy wspominają niezwykłe zagrania dawnej mistrzyni, kiedy piłka spadała zaraz za siatką i… wypadała poza kort.

Korty przy ulicy Astrów, zbudowane w 1927 roku jako polska odpowiedź na niemieckie organizacje sportowe w Katowicach, na których trenowała i grała, nosiły imię Jadwigi Jędrzejowskiej do 2013 roku, kiedy zostały… zburzone. Nie pomogły protesty mieszkańców miasta i działania Społecznego Komitetu Obrony Kortów. Obiekt nigdy nie był wpisany do rejestru zabytków, dlatego konserwator zabytków także nie mógł zablokować decyzji prywatnego właściciela działki.

– Dla niej liczył się tylko tenis. Po zakończeniu kariery grywała dla przyjemności na kortach Baildonu i wtedy nawet taki amator jak ja mógł się z nią zmierzyć. Zresztą grywała także debla, po prostu nie potrafiła sobie odmówić bycia na korcie – wspominał przed laty zmarły w 2018 roku znany katowicki dziennikarz radiowy Roman Paszkowski, pasjonat tenisa.

Była skupiona wyłącznie na tym sporcie.

– Zupełnie nie uprawiała innych dyscyplin. Pamiętam taką historię, kiedy główną nagrodą turnieju był rower. Oczywiście wygrała i go dostała. Wtedy publiczność zaczęła się domagać, by wykonała rundę honorową. Nic z tego nie wyszło, bo… nie potrafiła jeździć na rowerze – dodał Paszkowski.

Jędrzejowska dwukrotnie (1936-37) wygrała plebiscyt „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca Polski. Zmarła 28 lutego 1980 roku w Katowicach. Pochowana jest na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

W 2012 roku, niespełna cztery miesiące przed setną rocznicą urodzin znakomitej polskiej tenisistki, wspomnienia o niej odżyły w Londynie dzięki Agnieszce Radwańskiej, która dotarła do finału Wimbledonu.

Na konferencji prasowej jedna z angielskich dziennikarek, łamiąc sobie język pytała: Co wiesz o Dża… Dżadżwydża Dżendżedżowska? Czy coś o niej słyszałaś w dzieciństwie?

– Myślę, że chodzi o Jadwigę Jędrzejowską – odpowiedziała z uśmiechem polska tenisistka.

Po ośmiu latach, blisko kolejnej rocznicy urodzin Jędrzejowskiej, do jej sukcesów, tym razem w stolicy Francji, nawiązała 19-letnia wtedy Świątek, która zdobyła dla siebie i Polski pierwszy wielkoszlemowy tytuł w singlu. W sobotę powalczy o powtórzenie tego triumfu – w finale jej rywalką będzie Amerykanka Cori Gauff.

Może pomógłby Grabski? Z uporem ponawiana propozycja.

Jerzy Przystawa Wrocław, 25 maja 2007

Trwa, a nawet się zaostrza, kolejny strajk lekarzy, zdenerwowany premier bez ogródek sygnalizuje wzięcie zbuntowanych konowałów w kamasze, a do strajku już szykują się nauczyciele. Tymi ostatnimi premier przejmuje się mniej, bo zamknięcie szkół, na krócej czy dłużej, jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a na polskich nauczycieli za granicą nikt specjalnie nie czeka, nie mają więc w zanadrzu jakichś super argumentów, których władza musiałaby się obawiać. Pozostaje jednak faktem, że tych dwu najważniejszych sektorów życia społecznego – edukacji i opieki zdrowotnej – przez 18 lat zreformować się nie udało, pomimo wszystkich niesłychanych osiągnięć ekonomicznych i politycznych kolejnych ekip reformatorskich. Nie pomógł nawet geniusz polskiego cudotwórcy, Leszka Balcerowicza, a prof. Zyta Gilowska skromnie pozostaje w cieniu i nawet nie zabiera głosu w tych finansowych utarczkach. 

Wiemy wszyscy, że największym polskim ekonomistą, finansistą i reformatorem był i jest Leszek Balcerowicz. Dowodzą tego nie tylko hołdownicze listy wypisywane przez polskich inteligentów, ale i deszcz doktoratów honorowych i najróżniejszych nagród międzynarodowych. Nie jest jednak na 100% pewnym, że ta opinia przetrwa przez pokolenia, tym bardziej, że – jak wspomnieliśmy – nawet i on nie potrafił uchronić służby zdrowia i systemu oświatowego przed zapaścią. Nie brakuje i dzisiaj głosów i opinii ludzi mu nieżyczliwych, którzy podważają zarówno jego dorobek naukowy, jak i ekonomiczne, i polityczne osiągnięcia. Natomiast ekonomistą i politykiem polskim, którego pozycja w opinii publicznej pozostaje od 80 lat niepodważalna był prof. Władysław Grabski, dwukrotny premier i minister skarbu w kolejnych rządach i nawet sam Leszek Balcerowicz z uznaniem wypowiada się o nim na swojej stronie internetowej!

Jak z problemem lekarzy i nauczycieli poradziłby sobie Władysław Grabski? Przede wszystkim zwróćmy uwagę, że według oficjalnych wypowiedzi premiera, jego ekipa sprawuje rządy w okresie, który rządzący uważają za najlepszy w historii Polski, kiedy gospodarka polska kwitnie i dynamicznie się rozwija. Dzisiaj jest świetnie, a jutro będzie jeszcze lepiej. Czasy Władysława Grabskiego to kompletne przeciwieństwo: to czasy w historii Państwa Polskiego chyba najtrudniejsze. Trwa wojna polsko-bolszewicka, Sowieci już zbliżają się do Wisły, Polska nie ma nawet swojej waluty, szaleje inflacja. Za polskim premierem i ministrem skarbu nie stoi żaden Bank Światowy i miliardy dolarów gotowe w każdej chwili wejść na polski rynek. W takim czasie zostać polskim premierem i ministrem skarbu to wielkie wyzwanie, które wymaga nie tylko umiejętności i wiedzy, ale także fizycznej odwagi, a może nawet bohaterstwa! 

O zasługach Władysława Grabskiego napisano wiele i można o nich łatwo przeczytać w Internecie: o reformie walutowej, o utworzeniu polskiego banku emisyjnego, o reformie podatków, o zduszeniu inflacji, o ustabilizowaniu budżetu. Były to reformy Władysława Grabskiego – nie podpowiadał mu ich żaden Soros czy Sachs, przeciwnie, to Grabski był wzorem dla reformatorów finansów w innych krajach europejskich. Są jednak takie reformy Grabskiego, o których jakoś się nigdzie nie pisze i nie wspomina, a zasługują jak najbardziej na uwagę. Szczególnie dzisiaj, wobec problemów płacowych nauczycieli i lekarzy.

Z wypowiedzi rzeczników strajkujących lekarzy i nauczycieli dowiadujemy się, co ich boli – nie to, że jedni i drudzy zarabiają daleko mniej, niż sięgają ich aspiracje, ale przede wszystkim RELACJA ich zarobków do zarobków innych grup zawodowych w Polsce. Tę relację uważają za krzywdzącą, niesprawiedliwą, czują się poniżeni i lekceważeni.

9 października 1923 roku weszła w życie Ustawa o uposażeniu funkcjonarjuszów państwowych i wojska (Dz. U. R. P. Nr. 116 z r. 1923, poz. 924, str. 1389). Genialność tej ustawy polega na jej prostocie:  Wszyscy funkcjonariusze, a więc ludzie opłacani z budżetu państwa, podzieleni zostali na 16 grup uposażenia i ustawa ustalała tabelę, w której każdej z tych grup przyporządkowano odpowiednią ilość punktów. W ten sposób Ustawa porządkowała relacje uposażeń od grupy I (2600 pkt) – w której był tylko Marszałek – Naczelnik Państwa, po grupę XVI, odpowiadającą najniższej płacy (od 130 do 190). Profesorowie zwyczajni należeli do grupy IV (od 1400 do 1800), razem z Komendantem Głównym Policji, generałami brygady, dyrektorami departamentów, wojewodami. Nauczyciel o pełnych kwalifikacjach i stażu mógł awansować do grupy V (od 1100 do 1600) razem z nadinspektorami PP, pułkownikami WP czy wicewojewodami. Początkujący nauczyciel z cenzusem akademickim zaczynał od grupy VIII (od 480) razem z porucznikami WP, podkomisarzami PP, referendarzami Kancelarii Prezesa Rady Ministrów itp. Zawodowy policjant – posterunkowy, zaczynał od grupy XIII (210) razem z wojskowym podmajstrzym i zawodowym żandarmem. W grupie XVI uposażenie zaczynało się od 130 pkt. Aktualne uposażenie określano mnożąc podaną liczbę punktów przez ogólnopolską mnożną, którą co miesiąca ustalał minister finansów. 

Na podstawie tych danych widzimy, że relacja uposażenia profesora uniwersytetu do najwyższej pensji w państwie wynosiła 9:13, a więc wynosiła 70% uposażenia Marszałka Polski. Stosunek pensji najwyżej opłacanego nauczyciela (z 27 letnim stażem) była jak 8 : 13, a więc ok. 60% najwyższego uposażenia. Nauczyciel na pierwszej posadzie otrzymywał ok. jedną piątą pensji Naczelnika Państwa, ale jedną trzecią uposażenia wojewody, natomiast pensja ta była 2,3 raza wyższa od pensji posterunkowego czy zawodowego żołnierza jednej z najniższych rang. 

Ta tabela uposażeń miała swoje głębokie konsekwencje. Przede wszystkim w dziedzinie oświaty i wychowania. Pod tym względem II Rzeczpospolita stanęła na wyżynie niewyobrażalnej i w ciągu 20 lat swego istnienia dokonała wyczynu, jakiego trudno szukać gdzie indziej: wykształciła pokolenie młodzieży zarówno patriotycznej, jak i o wysokich kwalifikacjach zawodowych. Zbudowała korpus nauczycielski, z którego mogliśmy wszyscy być dumni. Należę do pokolenia, które miało szczęście przejść przez szkoły, w których uczuli jeszcze nauczyciele wykształceni przed wojną. Kiedy po studiach sam wróciłem do szkoły – moi nauczyciele już odchodzili. Profesja, która była dumą Rzeczypospolitej zamieniała się systematycznie w najbardziej sfrustrowaną i najniżej opłacaną warstwę zawodową, z której każdy przytomny i do czegokolwiek nadający się człowiek – uciekał gdzie się dało! I tak to trwa do dziś. 

 Powstaje pytanie: dlaczego nikt, przez tyle lat, nie chce nawet słyszeć o tych rozwiązaniach naszych przodków? Dlaczego nie popularyzują ich i nie mówią o nich związki nauczycielskie, dlaczego nie toczy się dyskusja? W 1999 roku opublikowałem książeczkę pt. Nauka jak Niepodległość (SPES, Wrocław, 1999), w której zadałem sobie trud przedrukowania Ustawy z 1923 roku: nikt się nią nie zainteresował, żadna Solidarność nauczycielska, żaden ZNP, żadna grupa profesorska, lamentująca nad niskimi uposażeniami pracowników naukowych?  

Wysuwano, owszem, argument następujący: nie można płacić profesorom tak, jak wojewodom i dyrektorom departamentów, bo wojewodów jest mało, a profesorów dużo. Nie rozumiem jednak – skoro to ma być argument – co stoi na przeszkodzie, żeby wojewodom i dyrektorom departamentów płacić tak, jak profesorom?

A co do tego mają moje ulubione okręgi jednomandatowe? Wszystko. II Rzeczpospolita czerpała swoje kadry z najlepszych uniwersytetów i najlepszych szkół, jakie w owych czasach istniały. Jej kadry przeszły chrzest bojowy i swoje stanowiska zdobywały wiedzą, a także krwią i blizną. Kadry III Rzeczypospolitej wyrosły z instytutów marksizmu-leninizmu, a profesorowie tych instytutów pozakładali prywatne wyższe szkoły, w których swoje mądrości ekonomiczno-politologiczne przekazują niezorientowanej polskiej młodzieży. 18 minionych lat dowiodło, że bez reformy prawa wyborczego nie zmienimy tego stanu rzeczy. 

Zostaniemy oligarchami?

Stanisław Michalkiewicz 2 czerwca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5189

Wśród niezliczonych zbrodni wojennych, jakich na Ukrainie dopuszcza się Putin (sama Ukraina prowadzi 14 tysięcy śledztw, znacznie więcej, niż wynoszą jej straty w ludziach, bo Rosjanie strzelają tam przeważnie do cywilów, a szczególnie uwzięli się na dzieci), jest rabunek nie tylko lodówek, czy muszli klozetowych, ale również bardziej wartościowych rzeczy, jak np. zapasy zboża, które jest wywożone do Rosji.

To oczywiście bardzo nieładnie, bo nawet typowe dla ustroju socjalistycznego, przejściowe trudności w zaopatrzeniu ludności w podstawowe artykuły, nie mogą przecież być żadnym usprawiedliwieniem. Chociaż nieładnie, to jednak inspirująco, bo oto słyszymy, że państwa miłujące pokój zaczynają wkraczać na tę samą drogę. Wprawdzie żadne z nich, nawet nasz nieszczęśliwy kraj, który zresztą niedługo zostanie pewnie przyłączony do Ukrainy, jak nie jako łup wojenny, to jako rekompensata za utracone tereny na wschód od Dniepru, nie wypowiedziało Rosji wojny, ale to nikogo nie powstrzymuje przed nakładaniem „sankcji” nie tylko na Federację Rosyjską, ale nawet na jej obywateli. Pozorem uzasadnienia legalności rabunku ich mienia jest okoliczność, że są oni „oligarchami”.

Ale „oligarchowie” są również na Ukrainie i właśnie jeden z nich, Rinat Achmetow, zamierza procesować się z Putinem o odszkodowanie za zniszczone zakłady metalurgiczne „Azowstal” w Marioupolu. Ten Rinat Achmetow jest miliarderem, więc starczy mu forsy nie tylko na cały pułk adwokatów, ale również na niezawisłych sędziów, więc tylko patrzeć, jak wygra proces i uzyska korzystny wyrok zaoczny. Jednak on jest „oligarchą” ukraińskim, więc chociaż nawet nie jest Żydem, jak np. wynalazca prezydenta Żełeńskieego, Igor Kołomojski, więc w odróżnieniu od „oligarchów” rosyjskich, jego majątek jest pod międzynarodową ochroną.

Ten przypadek pokazuje, że z „oligarchami” jest tak, jak z sukinsynami. Jak wiadomo, dzielą sie oni na dwie grupy; tak zwanych „naszych sukinsynów” i na sukinsynów jakichś takich nie naszych. Naszych sukinsynów hołubimy i nawet stawiamy ich na czele rozmaitych zaprzyjaźnionych nieszczęśliwych krajów w charakterze Umiłowanych Przywódców, podczas gdy sukinsynów jakichś takich nie naszych, tępimy, skazując ich nawet na karę śmierci przez powieszenie. Ten podział nie jest jednak sztywny, bo dotychczasowy, wieloletni nasz sukinsyn, w jednej chwili może zostać sukinsynem jakimś takim nie naszym, a wtedy marny jego los. Tak właśnie było z Saddamem Husajnejm . Dopóki wojował z Iranem, był sukinsynem naszym, a potem, kiedy zaczął wojować z Kuwejtem, trafił do tej długiej grupy i w końcu dosięgnęła go surowa ręka sprawiedliwości ludowej za pośrednictwem niezawisłego irackiego sądu. Podobna sytuacja przytrafiła się afrykańskiemu mężowi stanu, znanemu jako Józef Desire Mobutu Sese Seko Kuku Mgbendu wa za Banga. Władał on przez kilkadziesiąt lat Zairem jako nasz sukinsyn. Zdarzyło się jednak, że w prowincji Katanga pojawił się jegomość zwany Wawrzyńcem Kabilą, który amerykańskim koncernom górniczym zaoferował znacznie korzystniejsze warunki koncesji na wydobycie tamtejszych, bajecznych bogactw mineralnych. I co się okazało? Okazało się, że Józef Desire Mobutu – i tak dalej – w jednej chwili przestał być naszym sukinsynem i nie tylko został sukinsynem jakimś takim nie naszym, ale w dodatku okazało się, że „łamie prawa człowieka”. W rezultacie umarł w Maroku, a rządy w charakterze naszego sukinsyna objął Kabila, który założył dynastię, więc po jego śmierci w wyniku zamachu, nowym Umiłowanym Przywódcą został jego syn Józef, który, ma się rozumieć, korzystne warunki koncesji dla amerykańskich koncernów utrzymał.

Wróćmy jednak z tych egzotycznych stron na teren naszego nieszczęśliwego kraju, Najwyraźniej pozazdrościwszy innym krajom miłującym pokój, a pewnie i wysłuchawszy zachęty Naszego Najważniejszego Sojusznika, Nasi Umiłowani Przywódcy z rządu „dobrej zmianywpadli na pomysł zmiany konstytucji w taki sposób, by można było konfiskować nie tylko mienie Federacji Rosyjskiej, z którą formalnie nie jesteśmy w stanie wojny, ale nawet majątki obywateli tego państwa, których w tym celu trzeba by awansować do rangi „oligarchów”, będących w dodatku sukinsynami jakimiś takimi nie naszymi. Umiłowani Przywódcy z obozu zdrady i zaprzaństwa tłumaczyli im, że w tym celu nie trzeba wcale zmieniać konstytucji, bo wystarczy, żeby na podstawie dotychczasowej wprowadzić rewolucyjną praktykę i wszystko będzie gites tenteges, podobnie jak w innych, miłujących pokój krajach, które „konfiskują” ruskie majątki, chociaż też nie są z Rosją w stanie wojny.

Ale bo też, zgodnie z odpowiedzią, której w swoim czasie udzieliło swemu słuchaczowi Radio Erewań, obecnie nie ma żadnych „wojen”, tylko albo „operacje pokojowe”, albo „misje stabilizacyjne”, albo „walki o pokój”, a ostatecznie – „operacje specjalne”. Dlatego państwa miłujące pokój mogą brać w nich udział bez obawy poobcierania sobie puszku pierwotnej niewinności.

Oczywiście przyczyną takiej rewolucyjnej praktyki, funkcjonującej na bazie opisanej wyżej rewolucyjnej teorii, jest umiłowanie pokoju i praworządności, ale tak naprawdę chodzi również o to, że państwa miłujące pokój przeżywają trudności finansowe. Spowodowane są one zarówno przez uprawianie polityki przekupywania obywateli ich własnymi pieniędzmi, aktywizmem epidemicznym, który nakazuje zamykanie całych gałęzi gospodarki, jak i wojną, jaką Rosja prowadzi na Ukrainie z NATO i państwami uzależnionymi od Stanów Zjednoczonych, czyli państwami należącymi do „wolnego świata”. W dodatku, niezależnie od wydatków związanych z tą wojną, a ściślej – „operacją specjalną”, do jakich podczas konferencji w Ramstein zobowiązał ich amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin, trzeba będzie tak czy owak Ukrainę „odbudowywać”. Do tego pomysłu odniósł się entuzjastycznie podczas swojej pielgrzymki do Kijowa pan prezydent Andrzej Duda, ale w porywie entuzjazmu nie pomyślał, że pociąga to za sobą konsekwencje finansowe. Toteż pan premier Morawiecki, który musi znaleźć dla pomysłów pana prezydenta sposoby finansowania, bo w przeciwnym razie pan prezydent przestanie go popierać w konflikcie z ministrem Ziobrą.

Świadom nadciągającej katastrofy finansowej państwa, wykombinował sobie, by finansować odbudowę Ukrainy ze skonfiskowanego mienia Federacji Rosyjskiej i oczywiście – tamtejszych „oligarchów”. Nie ma w tym nic dziwnego, bo już Alexis de Tocqueville zauważył że nie ma takiego okrucieństwa, ani takiej niesprawiedliwości, jakiej nie dopuściłby się rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy. Gdyby zatem z konstytucją jednak nie wyszło – a chyba nie wyszło – rząd „dobrej zmiany” już kombinuje nad stworzeniem pozorów legalności dla konfiskowania samochodów obywateli posadzonych o wykroczenia drogowe. W ten sposób zostaną oni zrównani z „oligarchami”, ale jakimiś takimi nie naszymi.

Ponad połowa Polaków „chce zwiększenia inflacji”

Kategoria: Archiwum, Polecane, WażneAutor: CzarnaLimuzyna, 2 czerwca 2022

Taką tezę postawił na Twitterze Tomasz Sommer w reakcji na żart o dzielnej postawie Olaków gotowych jeszcze drożej płacić za benzynę w geście solidarności z Ukrainą. Myślę, że redaktor Sommer ma rację. Olaków dzielnie wspierają przybysze ze wschodu, z których “ponad jedna czwarta chce pozostać w Polsce nawet w przypadku zakończenia wojny“. Oznaczać to będzie dodruk kolejnych miliardów.

Tymczasem “rząd” PiS zmniejszył inflację do 13,9 proc. w maju. Napisałem „zmniejszył”? Wszystko jedno. W zależności od zapotrzebowania można pisać i tak i tak. Każdy zwiększony procent inflacji zmniejsza prawdopodobieństwo trafienia w atomowy guzik przez Putina. Tak twierdzą Dworczykowie, kategoria partyjna dzieląca się swoją wysublimowaną refleksją z ciemnym ludem. Teoria warta “nobla” albo “skobla”.

A jak na to zapatruje się prezes Kaczyński? Jak to zwykle bywa w takiej chwili, w chwili trudnej, która w telewizyjnym skrócie jest przekształcana w “wielką”, prezes po raz kolejny sięga do… szamba, lecz wcale nie głęboko, bo po Kujdę, który zawsze jest w pobliżu. Kujda twoja mać – ktoś podobno powiedział – dlaczego to robisz? Prezes uśmiechnął się tajemniczo i powiedział: ufam. W taki oto sposób współpracownik SB, Kujda został przywrócony do łask i przydzielony do specjalisty Sasina. Prawda, że to urocze? W przypadku PiS prawda zawsze wybija na wierzch.

Na innych frontach stabilnie. Degeneraci zapowiadają  na jesieni przymusowe odosobnienia i przymusowe hospitalizacje. Nowa polityka historyczna oficjalnie włącza żydowską i ukraińską interpretację najnowszych dziejów Polin w obowiązujący parytet.  Najnowszą zdobyczą propagandy jest teoria jakoby 200 tys. niechorujących na covid Polaków zmarło z  winy własnej i nieprzymuszonej woli, a niejednokrotnie uczynili to złośliwie i wbrew ministrowi Niedzielskiemu. Jak widać odwlekany termin Norymbergi 2,0 spowodował kolejne szyderstwo ze strony sprawców. Ich bezkarność powinna być codziennym wyrzutem sumienia dla wszystkich normalnych ludzi.

Na poziomie moralnym jest to swołocz nie mająca żadnych hamulców. “Pandemia” ukazała ich prawdziwe oblicze. Nie ma granicy, której by nie przekroczyli- na rozkaz lub za pieniądze. Boją się jedynie Wielkiego Brata, jadowitego szeptu z Budki Suflera, ujawnienia filmów z ukraińskiego burdelu.

Czas – największy wróg Ukrainy. Z kłamstwem jak z każdą tandetą – bywa, że dobrze się sprzedaje, ale zawsze: krótko.

Czas – największy wróg Ukrainy – Prof. Bogusław Paź

https://www.bibula.com/?p=134391

Z kłamstwem jak z każdą tandetą – bywa, że dobrze się sprzedaje, ale zawsze: krótko.

Zalewani przez tygodnie kłamstwami ukraińskiej propagandy wojennej, która chwilami przybierała wręcz groteskowe rozmiary (Cyganie kradnący czołgi Rosjanom, zabici „na śmierć” i zmartwychwstali obrońcy Wyspy Węży etc), dopiero od paru dni mamy możliwość – to, co Niemcy, Brytyjczycy czy Francuzi mają od ponad trzech miesięcy – zyskać w polskich mediach w miarę rzetelny wgląd w to, co dzieje się za wschodnią granicą.

Obraz tej rzeczywiści radykalnie odbiega od tego, jaki serwowali nam różni propagandziści. – Ukraina tę wojnę przegrywa na każdym polu: od pola walki, poprzez propagandę wewnętrzną, po propagandę skierowaną na Zachód. We Francji nikogo sytuacja Ukrainy nie interesuje, takoż samo jest we Włoszech, Niemczech, w Skandynawii. USA są zaangażowane w konflikt, ale jedynie na planie geostrategicznej walki z Rosją, której stawką są wpływy na Bliskim i Środkowym Wschodzie, na Pacyfiku i Oceanie Indyjskim. Ukraina, podobnie jak Polska, jest tu jedynie środkiem – instrumentem w prowadzonej przez Amerykanów globalnej polityce: jeśli wy, tj. Rosjanie, pozwolicie na zbyt wiele Iranowi, Syrii, Afganistanowi etc., to my uzbroimy odpowiednio dobrą bronią Ukraińców. Jeśli, nie – Ukraina od nas już niczego nie dostanie.

Czas

W tej wojnie największym wrogiem Ukrainy, obok Rosji, jest czas. To jego upływ sprawia, że zachodnia opinia publiczna – głupia jak zawsze straciła już zainteresowanie najazdem Rosji na Ukrainę. Dla przeciętnego Johna, Jacquesa czy Hansa aktualne komunikaty z wojny w Donbasie nie różnią się niczym od tych, jakie słyszał przez ostatnie siedem lat. A ponieważ wcześniej akceptowano to, co działo się w Donbasie, więc dlaczego ktoś miałby we Francji czy Włoszech umierać za „samostijnu Ukrainu”? – Nie ma takiej opcji! Zapomina się, że Zachód ma tylko dwóch głównych świętych: święty spokój i dobrobyt. Nic innego nikogo tam nie interesuje.

Ukraina – strategiczny bufor Rosji

Putin od początku, jak zawsze w dziejach Rosji było, prowadzi wojnę na swoich zasadach. Gdyby zechciał użyć całego arsenału broni konwencjonalnej, to – choćby z całej wschodniej Ukrainy znów były jedynie step. Nie robi tego, gdyż ta jest mu potrzebna do tego, aby ją kontrolować i mieć w odwodzie jako rezerwuar żywności i obszar ekspansji – politycznej i gospodarczej. Nade wszystko jest buforem oddzielający od NATO. Putin dlatego wysłał słabo wyszkolonych żołnierzy ze słabym sprzętem wojennym, aby nie tylko dokonać „rozpoznania w boju”, ale działania na Ukrainie rozciągnąć w czasie.

Czas II

Ten, tj. czas daje Putinowi potężne atuty: nade wszystko potężne perturbacje na rynkach finansowych, giełdach nośników energii i żywności. Już teraz otwarcie się mówi o naciskach Zachodu na Ukrainę, aby przyjęła warunki Rosji, gdyż ta wojna Zachód kosztuje zbyt wiele. Putin dąży do tego, aby to nie jego armie, ale rządy Niemiec, Węgier, Francji nakłoniły Kijów do przyjęcia warunków Moskwy. I zaczyna mu się to udawać – wcześniej niż można było się tego spodziewać. Moim zdaniem, jedynie kwestią czasu jest to, kiedy Zełeński i Ukraina zostaną przez Zachód pozostawieni i skazani na warunki, jakie postawi im Kreml. Putin o tym wie i wcale się nie spieszy z realizowaniem swoich celów na Ukrainie – nie musi. Ba! – czekanie mu się bardziej opłaca, niż jakaś gwałtowna intensyfikacja działań wojennych.

Pełne działania wojenne

Te w pewnym momencie nastąpią, przyspieszą i się zintensyfikują, ale dopiero wtedy, gdy będzie wiadomo, że na Zachodzie Putin osiągnął swoje – odwrócenie się rządów od Kijowa spowodowane chęcią powrotu do ładu ekonomiczno-politycznego sprzed wybuchu wojny. W Niemczech o konieczności tego powrotu mówi się otwarcie od tygodni, choć zarazem deklaruje się tam rezygnację z ropy rosyjskiej – teraz.

Przyszłość Ukrainy

Przewiduję następujący przebieg nowych działań wojennych: po pierwsze, możliwie szerokie zajęcie terenów w Donbasie i ogólnie: na wschodniej Ukrainie, z Charkowem włącznie. Po drugie, zajęcie (możliwie) całego wybrzeża Morza Czarnego. Odebranie Ukrainie uprzemysłowionych terenów na jej wschodzie, połączone z odcięciem jej od morza, którym eksportuje 98% zboża i innych towarów, sprawi, że Ukraina będzie skazana na gospodarczą wegetację i ostatecznych upadek.

Po trzecie, konsekwencja drugiego, myślę, że jednym z najważniejszych celów na wybrzeżu jest Odessa, której znaczenie dla Rosji i Rosjan da się porównać jedynie do St. Petersburga. Ponieważ Rosja uważa to miasto za historycznie swoje i etnicznie za rosyjskie (to drugie w dużej mierze jest prawdą), nie sądzę, aby armia rosyjska zdecydowała się na tradycyjny ostrzał artyleryjski czy naloty bombowe przy jego zdobywaniu.

Przejęcie wybrzeża, którego już teraz sporą część już Rosja anektowała, nie tylko spowoduje ogromne problemy gospodarce, ale i psychologiczny efekt: Ukraina stanie się krajem lądowym, który do niedawna miał wybrzeża dwóch mórz (wybrzeże Morzą Azowskiego już zajęte od miesięcy). Może się okazać, że Ukraińcy Morze Czarne będą oglądać tylko z plaż Rumunii czy Bułgarii.

Po czwarte, jeśli nastąpi w wystarczającym – z perspektywy Putina – stopniu aneksja wschodnich i południowych granic Ukrainy, uważam za możliwy zmasowany atak z lądu i nieba – na Kijów.

Po piąte, uważam, że Ukraina nie ma szans nawet na to, co zaproponował H. Kissinger – tj. nigdy nie odzyska zajętych terenów i wszystko wskazuje na to, że w dalszej perspektywie straci drugie tyle. Po szóste, uważam też za możliwy taki scenariusz, że Putin może brać pod uwagę za jakiś czas podpisanie z Ukrainą, aby za parę lat znów uderzyć i zająć tyle terytorium, ile się da – czyli jak to zrobił wcześniej po zajęciu Krymu. Będzie to możliwe tym bardziej, że Chiny za parę lat niemal na pewno zaatakują Tajwan (to rząd już teraz ogłasza), a wtedy cała gospodarka, zwł. obszar high tech, będzie w stanie całkowitego chaosu i kryzysu.

Przyszłość Polski – Ukrainpol, import korupcji i ekonomiczna zapaść

Ukraina, która już przed wybuchem wojny była ekonomicznym bankrutem z ogromną, jedną z największych na świecie korupcją, po zakończeniu wojny – bez Donbasu i z brakiem lub ograniczonym dostępem do morza będzie – jak najuboższe kraje Afryki – funkcjonować przez dziesiątki lat głownie dzięki pomocy zagranicznej oraz przysłanym z zagranicy pieniądzom przez jej obywateli. (Przed wojną było tego grubo ponad 10%).

Jeśli chodzi o tę pomoc z zagranicy, to ogromna część będzie – jak teraz – pochodzić bezpośrednio z Polski! Innymi słowy, po zakończeniu wojny będziemy skazani na wieloletnie ponoszenie ogromnych kosztów odbudowy i utrzymania w ekonomicznym bycie Ukrainy. Giedroyciowe oszołomstwo z Magdalenki, które panuje w rządzie i opozycji, będzie miało okazję wdrożyć plan budowy Ukrainpolu, co zapowiedzieli dwa miesiące temu: Kosiniak-Kamysz, Gowin i przedstawiciele Lewicy. Oznacza to ponoszenie przez nas niewyobrażalnych kosztów, które już teraz przedstawiciel rządu określił na 20% naszego budżetu rocznie. Zepchnie nas to do poziomu Wenezueli. Z nami jednak może być gorzej, gdyż Wenezuela ma ropę i niepodległość – a my ani jednego, ani drugiego.

Prof. Bogusław Paź

Za: Mysl Polska – myslpolska.info (2-06-2022) | https://myslpolska.info/2022/06/02/czas-najwiekszy-wrog-ukrainy/

Wesprzyj naszą działalność

Zbrodniarze czują się bezkarni: Po decyzji o zakazie importu węgla z Rosji będziemy go sprowadzać z Kolumbii, USA, Australii, RPA i Indonezji.

Do Polski ma dotrzeć osiem statków. W nich ponad 700 tys. ton węgla

Oprac.: Aleksandra Wieczorek 2 czerwca

Po decyzji o zakazie importu węgla z Rosji będziemy go sprowadzać z Kolumbii, USA, Australii, RPA i Indonezji. „Spółka PGE Paliwa czeka na osiem statków z ponad 700 tys. ton węgla” – przekazała w czwartek na Twitterze minister klimatu Anna Moskwa.

https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-do-polski-ma-dotrzec-osiem-statkow-w-nich-ponad-700-tys-ton-,nId,6066798#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

Po decyzji o zakazie importu węgla z Rosji będziemy go sprowadzać z Kolumbii, USA, Australii, RPA i Indonezji. „Spółka PGE Paliwa czeka na osiem statków z ponad 700 tys. ton węgla” – przekazała w czwartek na Twitterze minister klimatu Anna Moskwa.
Kolumbia, USA, Australia, RPA, Indonezja to kierunki importu węgla. Spółka PGE Paliwa oczekuje na osiem statków z ponad 700 tys. ton. W Porcie Gdańsk trwa rozładunek węgla z Kolumbii” – poinformowała na Twitterze szefowa resortu klimatu i środowiska.

===================

mail: Jak sie czyta takie info to aż krew zalewa normalnie myślącego człowieka gdzie sens i logika że we własnym kraju węgla wydobywać już nie można !….kurwa! co ONI z nami wyprawiają!!!???… Czy jest szansa jeszcze na powrót do normalności? …..szczerze w to wątpię patrząc na te wszystkie zmiany i dokąd to zmierza…..[—-] A najgorsze że  będąc w tej ciemnej dupie jesteśmy zmuszeni jakoś się w niej urządzać….