Czemu w zasadzie ma służyć pamięć historyczna narodu? Czy upamiętnieniu pewnych kluczowych w naszej historii wydarzeń, oddaniu hołdu ofiarom, kształtowaniu tożsamości?
Po części wszystkie te odpowiedzi są trafne. Jednak, jak pokazuje praktyka, bardzo często huczne obchody ważnych rocznic służą też bieżącej polityce. I wtedy pojawia się wątpliwość – czy w tym wszystkim rzeczywiście chodzi tylko o wzniosłe cele?
Zbliżająca się kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego jest dobrą okazją dla zobrazowania tego zjawiska. Piszemy o tym od lat, podkreślając, że obchody tej rocznicy są całkowicie oderwane od realiów historycznych, mitologia i tzw. polityka historyczna są w tym przypadku dominujące. Kiedy słyszę już na tydzień przed rocznicą pewnego profesora, który zamiast przekazywania nam wiedzy raczy nas co roku hurrapatriotyczną nowomową i przekonuje, że „chcieliśmy być wolni”, i dlatego powstanie było słuszne, nieuchronne i w sumie zwycięskie, to ogarnia człowieka bezsilna złość. Tyle wylanego atramentu, tyle dyskusji, tyle krytycznych publikacji – a ten co roku swoje! 200 tys. ludzi zapłaciło najwyższą cenę za błędy i tromtadrację ludzi odpowiedzialnych za wybuch powstania, a dla nich największa klęska w dziejach narodu polskiego jest okazją do popisów w mediach.
No dobrze, a co z rocznicą wołyńską? Czy tu też możemy mówić o niebezpieczeństwie instrumentalizacji tej pamięci? Dzisiaj mówienie o Wołyniu stało się modne, nikt się już nie boi. To chyba dobrze – ktoś powie? Niby tak, ale czasami odnosi się wrażenie, że rocznica wołyńska jest dobrą okazją do okazania swoich emocji w odniesieniu do współczesnej Ukrainy. Bo w dzisiejszej Polsce już się Ukrainy nie lubi, a nawet się jej obawia. W tym przypadku mamy jednak do czynienia ze zdrowym odruchem tej części Polaków, którzy instynktownie przeciwstawili się nachalnej propagandzie przekonującej nas, że Ukrainę należy kochać z Rosji nienawidzić.
O politycznych korzyściach wynikających z podsycania emocji historycznych, ale służących współczesnym celom – wiedzą także rodzimi Słudzy Ukrainy. Dlatego emocje wołyńskie są dla nich przykrą niespodzianką i budzą wściekłość. Różne lewackie i nie tylko lewackie ośrodki grzmią – dlaczego Polacy nie emocjonują się Katyniem, Operacją Polską czy Obławą Augustowską, tylko Wołyniem? Powinni o tym wiedzieć dlaczego, ale nie chcą przyjąć tego do wiadomości. Przez wiele lat Katyń i inne zbrodnie sowieckie służyły im do kreowania obrazu Rosji jako odwiecznego i nieubłaganego wroga, ofiary były na drugim planie, na pierwszym były cele polityczne. Ale to się wyczerpało, bo ileż można. Poza tym sprawa Wołynia uświadomiła sporej części Polaków, że mamy do czynienia ze strony ukraińskiej nie tylko z próbą przemilczenia i zrelatywizowania tego ludobójstwa, ale w dodatku z bezczelną gloryfikacją jego sprawców. W przypadku Katynia sprawców wskazano, ofiary uczczono, cmentarze zbudowano. W przypadku Wołynia do tego bardzo daleko.
I na koniec taka refleksja – nie da się do końca wypreparować tragicznych rocznic polskiej historii z kontekstu politycznego. Ważne jest to, by zachować proporcje, pilnować, by polityka całkowicie nie przesłoniła nam pamięci.
Stanisław Michalkiewicz „Magazyn Polonia” 30 lipca 2026 michalkiewicz
Wprawdzie gdy piszę ten felieton, świat jeszcze nie może odetchnąć z ulgą, bo wprawdzie spotkanie „ostatniej szansy” Mateusza Morawieckiego z Naczelnikiem Państwa Jarosławem Kaczyńskim nie doprowadziło do porozumienia – ale termin ultimatum upływa dopiero o północy z czwartku na piątek, więc świat na razie wstrzymuje oddech – ale nie całkiem, bo za to na Ukrainie wszystko już się wyjaśniło. Pewne światło na tę sprawę rzucają ostatnie publikacje, których autorzy dają do zrozumienia, o co naprawdę chodziło w tamtejszych zagadkowych roszadach nie tylko na szczytach demokratycznego rządu, ale i niezwyciężonej armii.
Na pozór wyglądało to tak, że prezydent Zełeński, który najwyraźniej wziął sobie do serca wezwanie militarystów: „korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny”, wyrzuca z rządowej pirogi krokodylom na pożarcie kolejnych murzyńskich chłopców i dziewczęta, z panią Swirydenko na czele, ale żeby zrozumieć nie tyle sam mechanizm, co personalny klucz, musimy przypomnieć tak zwane tło. A tło polega na tym, że Ukraina dostała ostatnio sporo pieniędzy; najpierw 90 mld euro, a potem – jeszcze 70 mld – więc nic dziwnego, że na tym tle mogło dojść do nieporozumień w klubie gangsterów. Nie tyle może zaraz „gangsterów”, bo nie wiadomo, czy na Ukrainie są w ogóle jeszcze jacyś gangsterowie, czy już wszyscy przeprowadzili się do naszego nieszczęśliwego kraju – tylko tamtejszych oligarchów – ile który sobie z tego sprywatyzuje.
Wskazywałyby na to wspomniane publikacje, jakoby zdymisjonowany minister obrony, pan Fedorow, w którego obronie odbywają się uliczne demonstracje, sprzeciwiał się korupcji w niezwyciężonej armii i w ogóle. Toteż został spuszczony z wodą, a pełniący obowiązki ministra obrony pan Chmara, podobnie jak nowy dowódca niezwyciężonej armii już niczemu się nie sprzeciwiają. No bo czemu tu się sprzeciwiać, jak wszelkie nieporozumienia między oligarchy zostały już wyjaśnione? Toteż wszyscy teraz skupiamy się na obmyślaniu sposobów, jakby tu dojść do ostatecznego zwycięstwa, którego nie może doczekać się również Książę-Małżonek. Książę-Małżonek, najwyraźniej opierając się na informacjach podsuwanych mu przez ukraiński Sztab Generalny – bo przecież chyba nie od naszych – pożal się Boże – „dyplomatołków”, wyjaśnia, o co chodzi.
Gdyby – powiada – Ukraina wojnę przegrała, to już następnego dnia zimny ruski czekista Putin z Medyki runąłby żelaznym wojskiem na Europę Zachodnią, a najpierw – na nasz nieszczęśliwy kraj – i co my byśmy wtedy zrobili? W swoim czasie wyjaśnił to pan minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz.
Wtedy my, chwycilibyśmy za plecaki ucieczkowe i rzucilibyśmy się do ucieczki na pozycje, które z góry sobie upatrzyli Nasi Umiłowani Przywódcy – bo chyba każdy rozumie, że tylko oni mogliby nam wszystkim przygotować „mieszkań wiele”. Gdzie? To jest właśnie największa tajemnica państwowa, na którą pewne światło rzuca deklaracja Mieczysława Moczara jeszcze z lat 40-tych ubiegłego stulecia. Wyjaśnił on, że „dla nas, partyjniaków” prawdziwą ojczyzną jest Związek Radziecki, a granice – dzisiaj na Łabie, a jutro – kto wie – może na Gibraltarze? Musimy przy tym pamiętać, że Związek Radziecki ma to do siebie, iż zmienia położenie; raz stolicę ma w Moskwie, a innym razem – w Brukseli – a poza tym wszystko się zgadza – zwłaszcza, że „partyjniacy” po staremu u nas rządzą i dzielą. „My tutaj rządzim i my dzielim; bez nas by wszystko diabli wzięli” – deklaruje Towarzysz Szmaciak w nieśmiertelnym poemacie Janusza Szpotańskiego.
Aliści jedną rzecz trzeba w tym wszystkich wziąć pod uwagę, że uciekać na z góry upatrzone pozycje nie mogą przecież wszyscy obywatele. Szanse powodzenia taka ucieczka ma w przypadku obywateli zdrowych, natomiast obywatele chorzy tylko by opóźniali marsz ku ostatecznemu zwycięstwu. I dopiero na tym tle możemy ocenić skuteczność narodowej strategii, którą kolejne rządy sprytnie ukrywają pod pozorami niedołęstwa. To niedołęstwo doprowadziło już do objawów załamania w systemie ochrony zdrowia, którego skutkiem jest tak długi czas oczekiwania na procedury lecznicze, że obywatel cierpiący na jakieś dolegliwości nie będzie mógł się ich doczekać.
A jak nie doczeka, to co z ni będzie? Ano – zwyczajnie umrze i w ten sposób III Rzeczpospolita odniesie co najmniej dwie oczywiste korzyści. Po pierwsze, takiego nieboszczyka nie trzeba będzie już leczyć, tylko skieruje się go do prosektorium, a tam – jak pamiętamy z piosenki popularnej za moich czasów w środowisku studentów akademii medycznych – „w prosektorium trup na trupie; każdy student grzebie w kościach, bo to już nie boli gościa!” Jak go nie boli, to chyba oczywiste, że nie ma co wydawać pieniędzy na jego leczenie.
Ale to nie jest największa oszczędność. Wyobraźmy sobie tylko, że leczenie przyniosło rezultaty i że taki, jeden z drugim obywatel znowu powrócił do wegetacji. Toż to prawdziwa studnia bez dna! Nie tylko trzeba by mu wypłacać jakieś zasiłki, ale Bóg jeden wie, jak długo trzeba by mu wypłacać emeryturę. Tymczasem wystarczy tylko doprowadzić do sytuacji, że na wizytę u doktora trzeba czekać latami. Takiej wizyty może doczekać tylko obywatel o końskim zdrowiu, podczas gdy obarczony dolegliwościami – nie doczeka.
Oczywiście o takich rzeczach nie tylko nie wolno, ale w ogóle nie trzeba głos o mówić. Głośno można i trzeba mówić o przejściowych trudnościach, które – dzięki staraniom Partii i Rządu – tylko patrzeć, jak szczęśliwie pokonamy – a tymczasem czas oczekiwania na wizytę u doktora nie tylko się wydłuża, ale w dodatku – mogą się wyczerpać „limity” – a na to już nikt nic nie może poradzić, bo to jest rodzaj dopustu Boskiego.
I tak to, skrywając tę niezwykle skuteczną strategię depopulacyjną pod pozorami nieudolności urzędników od szczebla najwyższego do najniższego i niewydolności „systemu” za który przecież nikt żadnej odpowiedzialności ponosić nie może, można doprowadzić nie tylko do niebywałej poprawy poziomu zdrowotności społeczeństwa, a przede wszystkim – do oszczędności na zbędnych – jak się okazuje – wydatkach, dzięki czemu uzyskane w ten sposób nadwyżki będzie można przekazać na Ukrainę i tym samym oddalić przerażającą wizję, która najwyraźniej musi spędzać sen z powiek Księciu-Małżonku, że aż zwierzył się ze swoich udręk panu redaktorowi Kraśce.
Jednak w naszym fachu nie ma strachu i dopóki nasze losy złożymy w wypróbowane ręce pani Jol;anty Sobierańskiej-Grendy, co to w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra zdrowia oraz w wypróbowane ręce pana Andrzeja Domańskiego, co to potrafi wycisnąć forsę nawet z kamienia, a przede wszystkim – w ręce obywatela Tuska Donalda, który już wiele razy pokazał, iż powinność swej służby Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje rozumie, to możemy być pewni, że o co, jak o co – ale o ostateczne zwycięstwo zadbać potrafimy. A podczas wojny – jak to podczas wojny – ofiary muszą być, więc w ogóle nie ma o czym mówić.
Hucznie zapowiedziane przez Wołodymyra Zełenskiego „otwarcie archiwów SBU” oraz „przyspieszenie wydawania zezwoleń na ekshumacje” moim zdaniem jest wielką ukraińską blagą. Wbrew radującym się ukrainofilskim komentatorom i politykom ja widzę potężne zagrożenie. Moim zdaniem jest to element walki propagandowej mającej na celu zrzucenie części odpowiedzialności za okrutne mordy w latach 1939-1947 z Ukrainy.
Dokumentacja z czasów radzieckich jest formalnie dostępna dla badaczy już od 2015 roku. Uważam, że ukraińskie archiwa są starannie „przejrzane”. Znawca tematu zbrodni ukraińskich prof. Edward Prus uważał, że interesujące dokumenty znajdują się w archiwach rosyjskich, a nie ukraińskich. Można by uznać, że hucznie ogłoszona deklaracja Zełenskiego to wyważanie otwartych drzwi. Obawiam się jednak, że idzie coś znacznie niebezpieczniejszego. Moim zdaniem chodzi o negację liczby pomordowanych przez Ukraińców Polaków.
Moim zdaniem strona ukraińska będzie na podstawie „otwartych archiwów” znacznie umniejszać skalę zbrodni z lat 1939-1947. Za chwilę usłyszymy, że ofiar było znacznie mniej niż uznaje to polska i rosyjska strona. Usłyszymy zapewne komunikat, że było tylko 50 000, albo nawet 30 000 pomordowanych. Do tego dojdzie bajdurzenie, że część to „sowieckie prowokacje” i „komunistyczne kłamstwa”.
Współczesna Ukraina jest banderowska. Po 2022 roku społeczne poparcie dla symboliki zbrodniczej i antypolskiej UPA na Ukrainie sięgnęło w pewnym momencie aż 80 procent. Akceptacja ukraińskiego szowinizmu oraz postaci takich jak Dmytro Doncow, Stepan Bandera, Roman Szuchewycz, Jewhen Konowalec, Andrzej Szeptycki, Andrij Melnyk czy Taras Bulba jest na całej Ukrainie powszechne. Wraz z heroizacją tych postaci i formacji, naturalnym procesem jest negacja ich zbrodni.
Wołodymyr Zełenski nie musi już udawać wielkiego przyjaciela Polski. Zamanifestował to bezczelnie odsyłając prezydentowi Polski Karolowi Nawrockiemu Order Orła Białego. Dostał wszystko co mógł dostać. Polacy będą przez długie lata spłacać długi zaciągnięte w instytucjach międzynarodowych, na rzecz walczącej z Rosją Ukrainy. Dodajmy – państwa jawnie czczącego ludzi, którzy przeprowadzali czystki etniczne! Ukrainofilskie lobby w naszym kraju będzie dbać o interes Kijowa niezależnie do stosunku władz ukraińskich do narodu polskiego.
Zełenski zresztą zadaje sobie sprawę, że jest w Polsce powszechnie nielubiany. Sondaż był przeprowadzony przez United Surveys by IBRIS dla Wirtualnej Polski pokazał, że 75,8% ankietowanych Polaków ma negatywną opinię o przywódcy Ukrainy.
Akceptują jego bezczelność i roszczeniową postawę tylko „elity” polityczne, dziennikarskie i kościelne w naszym kraju. Co jest tego powodem wszyscy się domyślamy. Czas fałszywej przyjaźni się skończył. W odróżnieniu od Kolegi Mateusza Piskorskiego ja uważam, Wołodymyra Zełenskiego mimo jego pochodzenia i tradycji rodzinnych za ukraińskiego szowinistę. Nawet jeśli w przeszłości nim nie był i traktował temat instrumentalnie, to się nim stał.
Dla każdego, kto zna „Dziesięcioro przykazań ukraińskiego nacjonalisty”Stepana Łenkawskiego było to od początku oczywiste. Ukraiński nacjonalizm z samej swojej definicji jest antypolski i uznaje Polaków jako wrogów a w najlepszym wypadku konkurentów. Jedno z przykazań tego pokrętnego dekalogu mówi, że „podstępem będziesz przyjmował wrogów”. Wielu naszych rodaków nabrało się i uwierzyło, że szowinistyczna Ukraina jest już przeszłością.
O sprawie ukraińskiej porozmawiamy z prof. Włodzimierzem Osadczym na wrześniowym IV Zjeździe Klubów Myśli Polskiej w Kościerzynie.
Już tylko głupcy nie dostrzegają, że środowiska antyeuropejskie w coraz bardziej bezczelny sposób dążą do przekształcenia Eurokołchozu w jedno zamordystyczne państwo.
Proces ten jednak, w stosunku do Polski, przebiega w sposób o wiele bardziej drastyczny.
Unia okupuje Polskę w sposób bardziej radykalny niż inne kraje Europy. Polska jest nie tylko eksploatowana ponad miarę, ale w przeciwieństwie do innych państw podlega długoterminowemu planowi całkowitego zniszczenia. Nie chodzi tylko o anihilację ostatnich resztek państwowość tzw. III RP, ale o jak najszybsze wynarodowienie i depopulację, o zagarnięcie własności czyli mamy do czynienia z klasycznym rozbiorem.
„Okazja ujawnia złodzieja”
Wielu współczesnych komentatorów, spoza głównego ścieku, dywaguje o możliwej utracie niepodległości i o rozbiorze Polski, czyli o czymś, co już się wydarzyło albo jest w trakcie realizacji. Do składu „koalicji chętnych” weszli nie tylko Niemcy i ponadnarodowe korporacje, ale dołączają również inni – Ukraińcy. Większego upadku, od czasu pierwszych rozbiorów, polska historia nie odnotowała.
Piszę te słowa, aby choć na chwilę przekierować uwagę z rzeczy sztucznych lub błahych na najważniejsze.
Przypomnę: PRL była kolonią przemysłową w ramach kompleksu totalitarno-militarnego ZSRR. W 1989 r. została przemianowana na zasób kolonialny Zachodu, a przy zaangażowaniu ludzi pozbawionych politycznej wyobraźni, skażonych antynarodową ideologią – stan katastrofy jeszcze się pogłębił.
Aktualny etap okupacji polega na jawnym wywłaszczaniu, przejmowania terenów i “aktywów” oraz eksterminacji „polskich Indian”.
Ktokolwiek mówi o odzyskaniu niepodległości jest oskarżany o sprzyjanie Rosji lub o próbę wyprowadzenia Polaków z unijnej klatki, co notabene powinno być przecież celem polskiej polityki zagranicznej. Stanowisko, że można zreformować coś, co ma przegniły fundament jest absurdem. Dodatkowo dochodzą represje za patriotyzm nazywany “antysemityzmem” i “mową nienawiści”.
Podobnie było za czasów pierwszej komuny. Wszyscy, którzy wyrażali niezadowolenie z podległości Moskwie oskarżani byli o “godzenie w sojusze”, o sprzyjanie “zachodnim imperialistom” oraz o “antysocjalistyczne poglądy”.
Dobitny przykład realizacji strategii rozbiorowej – parcelacja polskiej logistyki i dystrybucji
Kto kontroluje logistykę, terminale i przepływy towarów, ten przejmuje realną część kontroli gospodarczej. Polska nie może zostać tylko korytarzem tranzytowym i rynkiem dla cudzych operatorów, a ku temu zmierza polityka Tuska.
Do kontekstu należy dorzucić nową regulację, czekającą na podpis Karola Nawrockiego, przyznającą specjalne uprawnienia banderowcom w Polsce.
“ (…) Chodzi o artykuł 11, dotyczący tak zwanej przesyłki niejawnie nadzorowanej. Zapis dopuszcza, by obce służby mogły samodzielnie prowadzić działania operacyjne na terytorium Rzeczypospolitej. Poseł Jarosław Zieliński mówi wprost, że to oznacza możliwość prowadzenia operacji przez SBU na terenie naszego kraju”. – pisze Paweł Usiądek na X
Sytuacja w sektorze energetycznym rzeczywiście zaczyna już grozić całemu kontynentowi katastrofą gospodarczą. Wymaga to natychmiastowej reakcji.
Reakcję poprzedzać musi jednak pojawienie się świadomości społecznej problemu. Na naszych łamach o wadze bezpieczeństwa energetycznego pisze od lat Andrzej Szczęśniak. W oparciu o jego opracowania Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna rozpoczęła kampanię informacyjną pod hasłem „Z grubej rury!”.
Gazowy szok
Zaczęło się już wkrótce po rozpoczęciu obecnej fazy wojny na Ukrainie od wstrzymania importu gazu. Przypomnijmy, że Polska (wówczas pod rządami Prawa i Sprawiedliwości) była jednym z pierwszych krajów ochoczo i przedterminowo wprowadzających zakaz importu tego surowca z Rosji. W 2022 roku ceny gazu ziemnego na giełdach energetycznych w Unii Europejskiej poszybowały w górę aż o 136%. Zużycie gazu dla celów przemysłowych zmniejszyło się w latach 2021-2023 o 18%. Największe cięcia zużycia gazu przypadły na najbardziej energochłonne branże – przemysł drzewny (spadek o 27%), chemiczny, szklany, hutniczy oraz papierniczy.
Spadek mocy niemieckiej lokomotywy
Niektórzy cieszą się z powodu spowolnienia niemieckiej gospodarki, uznawanej przez lata za motor napędowy wzrostu ekonomicznego Europy. Nie bardzo jest z czego. Otóż, jak powszechnie wiadomo, Polska jest w dużym stopniu montownią, uzależnioną od kondycji przemysłu naszych zachodnich sąsiadów.
Statystyki pokazujące sytuację niemieckiego biznesu są zaś naprawdę zatrważające: Przez cztery lata, od lutego 2022 roku do marca roku bieżącego, poziom produkcji w branżach energochłonnych (chemia, metalurgia, produkcja szkła i papieru) spadł o 15,2%. Mimo znacznego uzwiązkowienia tych sektorów, niemieckie firmy musiały w ramach zwolnień grupowych zlikwidować 53 tysiące miejsc pracy, co oznacza spadek zatrudnienia w nich o 6,3%. Kryzys dotknął również boleśnie niemieckie społeczeństwo. Niemcy na jedno gospodarstwo domowe musieli w tych latach wydawać od 800 do 2500 euro więcej niż dotychczas na energię. Cena kilowatogodziny energii wzrosła dla odbiorców indywidualnych w drugiej połowie 2025 roku do rekordowych 0,387 euro.
We Włoszech najmocniejszy cios otrzymali najbiedniejsi
Równie źle jest we Włoszech. W kraju tym 56% energii elektrycznej pochodzi z elektrowni napędzanych turbinami gazowymi. Ceny detaliczne prądu wzrosły tam w porównaniu z sierpniem 2020 roku o 112%. Wiosną 2022 roku sam wzrost cen paliw doprowadził do zwiększenia inflacji rok do roku o 30%. Dla przeciętnego gospodarstwa domowego roczne wydatki na rachunki za prąd zwiększyły się o 1400 euro. Najbardziej podwyżki odczuli najubożsi, u których wydatki na ten cel zwiększyły się o 50% w porównaniu z 2020 rokiem. Włoski rząd zaczął szukać alternatywnych źródeł dostaw i zdecydował się na zwiększenie importu gazu skroplonego. W 2024 roku 45% zapotrzebowania Włoch na LNG pokrywały dostawy z Kataru. Nietrudno się domyślić, z jak wielkim wiąże się to ryzykiem, biorąc pod uwagę wojnę w Zatoce Perskiej i zamknięcie żeglugi przez Cieśninę Ormuz.
Węgry i Słowacja pozostały przy imporcie z Rosji
Budapeszt i Bratysława zdecydowały się na pozostawienie lekko tylko zmodyfikowanej struktury importu surowców energetycznych. Węgrzy zdążyli podpisać nową, mającą obowiązywać przez 15 lat umowę z rosyjskim Gazpromem. Oznacza to, że w dalszym ciągu około 70% dostaw gazu nad Dunaj pochodzi z Rosji. 46% energii elektrycznej na Węgrzech generowane jest przez elektrownię atomową w Paks, do której paliwo dostarcza rosyjski Rosatom (ta sama spółka odpowiada za rozbudowę elektrowni). Poprzedni rząd słowacki zapowiadał redukcję importu surowców rosyjskich, ale – mimo podjętych w tej sprawie działań – udało się jedynie zmniejszyć jego udziały z 85% w 2021 roku do 50% w roku 2023. Słowacy również importują paliwo atomowe z Rosji, bo działa u nich w dalszym ciągu elektrownia jądrowa Mochovce. W 2021 roku energetyka jądrowa pokrywała 52% zapotrzebowania na energię elektryczną, zaś w 2023 roku, po otwarciu nowego bloku wspomnianej elektrowni, już 65%.
Bałtyckie samobójstwo
O republikach bałtyckich, których kondycja gospodarcza podobna jest do demograficznej, czyli krytyczna – trudno nawet wspominać. Odcięły się one energetycznie od Rosji od razu, w pierwszych miesiącach 2022 roku. Litwini byli tak gorliwi, że jako pierwsi w Unii Europejskiej wprowadzili całkowity zakaz importu rosyjskiego gazu skroplonego. Znajdujące się i tak w fatalnej kondycji gospodarki tych niewielkich krajów strzeliły sobie zatem dodatkowo w kolano.
Polska zapaść
Przejdźmy jednak do sytuacji naszego kraju. Formalnie zrezygnowaliśmy z rosyjskiego gazu pod koniec 2022 roku, gdy przestał obowiązywać nasz poprzedni kontrakt na dostawy wieloletnie z Gazpromem. Nasz system energetyczny opiera się jednak przede wszystkim na węglu. Nasze własne kopalnie w większości przypadków zamknięto, a pozostałe mają być, pod naciskiem unijnej polityki klimatycznej, wygaszone niebawem. Uderzyły w nas w tej sytuacji wahania cen na światowym rynku węgla. W 2022 roku generacja węglowa zabezpieczała nam aż 72% energii elektrycznej. W 2025 roku udało się ten odsetek zmniejszyć do 52,8% (kosztowało to ogromne pieniądze zainwestowane w odnawialne źródła energii), ale w dalszym ciągu nasza energetyka pozostaje w największym stopniu w Europie oparta właśnie na węglu kamiennym i brunatnym. [No i trzeba do węgla powrócić !! MD]
Rząd Mateusza Morawieckiego wprowadził całkowity zakaz istotnego w naszej strukturze zaopatrzenia importu węgla z Rosji już w kwietniu 2022 roku, czyli wcześniej niż cała reszta Unii Europejskiej, stosująca w tej kwestii okres przejściowy. W efekcie z naszego rynku zniknęły wysokokaloryczne gatunki węgla. Ich zamienniki, importowane drogą morską z dalekich krajów, kosztowały natomiast znacznie więcej. Ceny dla odbiorców indywidualnych od sierpnia 2021 roku do sierpnia 2022 roku poszybowały w górę o 157%. W rezultacie średnie gospodarstwo domowe płaci obecnie za energię i ogrzewanie o 3950 złotych więcej niż przed embargiem. W przypadku najuboższych gospodarstw wzrost oznacza obciążenie większe o 34% od dotychczasowych kosztów. W 2022 roku Polska zapłaciła za surowce energetyczne z importu rekordową kwotę 41 mld euro, podczas gdy, dla porównania, w roku 2021 kwota ta wyniosła 21,3 mld euro. Za megawatogodzinę energii zapłacić musieliśmy w szczycie cenowym prawie 1200 złotych.
Jednocześnie uzależniliśmy się od dostaw z okolic Zatoki Perskiej, lekceważąc dotychczas głoszone hasło o konieczności dywersyfikacji źródeł dostaw. Już w 2024 roku 38% importowanego przez nas LNG pochodziło z Kataru, zaś w 2025 roku 47% ropy trafiającej do polskich rafinerii sprowadziliśmy z Arabii Saudyjskiej.
Pechowa cieśnina
Bieg wydarzeń, a dokładniej amerykańsko-izraelska agresja na Iran, spowodowały, że cała Europa znalazła się w sytuacji zwiększonego ryzyka odcięcia dostaw z Zatoki Perskiej. W miejsce rosyjskiego gazu sprowadzanego rurociągami zaczęliśmy bowiem importować głownie gaz skroplony drogą morską. 20% światowego handlu LNG odbywa się tymczasem przez Cieśninę Ormuz. 8% wszystkich dostaw do Unii Europejskiej pochodzi na przykład z Kataru (w przypadku Włoch to 45% wszystkich dostaw gazu).
W warunkach niestabilnych dostaw i braku kontraktów długoterminowych kraje UE coraz częściej zmuszone są do zakupów spotowych gazu na giełdach. Tam jednak konkurować muszą z importerami azjatyckimi, znacznie silniejszymi ekonomiczne. Do tego mamy gigantyczne wahania cen na giełdach surowcowych; w krótkiej perspektywie ceny mogą wzrastać nawet o 40%.
Środki doraźnie zaradcze
W tej sytuacji poszczególne kraje UE zmuszone zostały do poświęcania ogromnych środków na subsydiowanie cen energii i programy wsparcia skierowane do obywateli oraz biznesu. Według danych OECD tylko w latach 2021-2023 łączne środki wsparcia firm i osób fizycznych z budżetu państwa wyniosły 3,5% PKB we Francji i 2,2% PKB w Hiszpanii. W Niemczech wskaźnik ten osiągnął 2,2% PKB, ale cały uruchomiony przez rząd federalny w Berlinie pakiet pomocowy to już 5% PKB. Nie zapobiegło to procesowi dalszej deindustrializacji. Kolejne firmy ogłaszają przeniesienie produkcji do krajów o niższych cenach energii, przede wszystkim do Azji, ale też do Stanów Zjednoczonych.
Ogólnoeuropejska iluzja i kontynentalne rozwiązanie
Skończyła się mantra o dywersyfikacji dostaw surowców energetycznych w Europie. Zastąpiła ją forsowana wbrew własnym interesom derusyfikacja. Nietrudno było przewidzieć, że uzależnienie od dostaw ropy i gazu z krajów Zatoki Perskiej może skończyć się fatalnie. Wystarczyło przeanalizować zapowiedzi Teheranu dotyczące Cieśniny Ormuz, a nawet przypomnieć sobie jej blokadę z lat 1980., z okresu wojny irańsko-irackiej. Nigdy nie był to region stabilny, szczególnie w ostatnich latach.
Formacje opozycyjne w krajach europejskich próbują organizować się wspólnie na rzecz energetycznego i ekonomicznego ocalenia Europy. Niedawno poseł do Bundestagu z Alternatywy dla Niemiec Steffen Kotré zapowiedział powołanie ogólnoeuropejskiej grupy polityków, ekspertów i przedsiębiorców, która ma wspólnie apelować o przywrócenie zdrowego rozsądku w polityce energetycznej. Z Polski zaproszenie do niej otrzymał poseł do Parlamentu Europejskiego Grzegorz Braun.
Ruch na rzecz ocalenia ekonomicznego Starego Kontynentu musi być nie tylko inicjatywą polityczną ponad podziałami. Musi także zjednoczyć przedsiębiorców i przemysłowców zagrożonych bankructwem ze wszystkich krajów UE. Może takie silne lobby zdoła powstrzymać szaleństwo, zanim będzie za późno.
Coraz większa świadomość historyczna i polityczna moich rodaków co do zbrodni ukraińskich szowinistów, a także fakt, że coraz więcej Polaków jest świadomych, że kijowski neobanderowski reżim stanowi śmiertelne zagrożenie dla naszej ojczyzny, wywołuje panikę w mediach polskojęzycznych.
Polskojęzyczne media, grantojedy Sorosa w ostatnim czasie wprost piszą, że trzeba mówić więcej o zbrodniach sowieckich na Polakach. Od kilku lat, żeby przykryć rocznicę ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, promuje się pamięć o Obławie Augustowskiej. [Nie „promuje się” lecz z uporem PRZYPOMINA. M. Dakowski]
Nowy kierunek na zbrodnie komunistyczne
Obława Augustowska z całą pewnością była zbrodnią, niemniej skala i okoliczności są nieporównywalne z działaniami ideowych poprzedników Kiriłła Budanowa czy Walerija Załużnego. Wielu naiwnych patriotów daje się niestety nabrać na działania ośrodków polskojęzycznych. Od kilku tygodni jankeski oligarcha i prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald Trump bredzi o zagrożeniu komunistycznym. [Przecież ono jest – w kolorze zielonym tym razem. MD]
Możemy się zatem spodziewać, że temat prawdziwych i urojonych zbrodni sowieckich na Polakach będzie eksponowany zarówno przez sorosowych grantojedów, jak i ludzi wspieranych przez obecną administrację Stanów Zjednoczonych. Z całą pewnością wiele uwagi zostanie poświęcone Josifowi Stalinowi.
Pakt polsko-radziecki
Propaganda w Polsce eksponuje przywódcę ZSRR jako człowieka nienawidzącego Polski i Polaków. Eksponuje się, jakoby Stalin z racji tego, że w 1920 roku nie zdobył Lwowa, pałał jakimiś kompleksami i żądzą zemsty wobec Polski i Polaków. Jest to myślenie oderwane od faktów i rzeczywistości. Za rządów Stalina doszło do normalizacji stosunków polsko-sowieckich. Ignoranci z PiS ubóstwiają Józefa Piłsudskiego i sanację. Tymczasem za czasów rządów Piłsudskiego doszło do podpisania 25 lipca 1932 roku paktu o nieagresji z ZSRR rządzonym już wówczas przez Stalina.
Motywy Operacji Polskiej
Eksponowana w naszej ojczyźnie jest Operacja Polska przeprowadzana przez NKWD w latach 1937-1938. Wiele osób zapomina, że podobne akcje dotyczyły także innych narodów. Była min. Operacja Grecka, Operacja Łotewska, Operacja Niemiecka. Warto dodać, że Stalin miał określone plany co do Polski i czystka ta miała także na celu pozbycie się komunistycznych dogmatyków, którzy nie byliby zainteresowani istnieniem Polski, a chcieliby, żeby nasza ojczyzna stała się częścią ZSRR jako kolejna republika.
17 września
Na wydarzenia z 17 września 1939 roku przyjmuję polski punkt widzenia. Niemniej trzeba zwrócić uwagę na pewne fakty. 12 września 1939 roku na konferencji w Abbeville Francja i Wielka Brytania spisały naszą ojczyznę na straty i stało się jasne, że nie będzie ofensywy francuskiej. To skłoniło Stalina do wywiązania się z umowy z III Rzeszą. Państwo polskie było wtedy w ruinie, a sanacyjni dygnitarze pędzili limuzynami do granicy z Rumunią, wierząc, że zagranicą nadal będą mieć wpływy i będą rządzić Polakami (szybko Anglicy i Francuzi wymienili jedne marionetki na inne).
Brak porównania do Niemców i Ukraińców
Stalin przyłączył ziemie wschodniej Polski do ZSRR. Jednak trudno, żeby było inaczej, skoro w granicach sprzed 1 września 1939 roku Polacy stanowili niecałe 70%, a na terenach będących pod kontrolą ZSRR po 17 września 1939 roku odsetek moich rodaków był jeszcze niższy. Na terenach pod kontrolą Związku Radzieckiego mogła funkcjonować polska kultura, literatura (oczywiście pod warunkiem nie krytykowania ideologii panującej w ZSRR). Represje były wymierzone w niechętne ZSRR polskie grupy społeczne, w przeciwieństwie do terenów pod kontrolą Niemiec, nie było zagrożone biologiczne przetrwanie narodu polskiego. Kierownictwo ZSRR dokonywało zbrodni na Polakach, jednak nie miało to charakteru ludobójczej eksterminacji, jak to robili Niemcy, a w szczególności ich ukraińscy kolaboranci.
Ludobójstwo: zasadnicza różnica
Zygmunta Berlinga uważam za polskiego patriotę, który wyzwolił polskie ziemie z rąk Niemców i ich ukraińskich kolaborantów. Berling, podobnie jak wielu innych oficerów, był realistą i zgodził się podjąć współpracę z ZSRR. Katyń to oczywiście zbrodnia sowiecka. Niemniej polscy oficerowie zginęli tam z przyczyn ideologicznych. Oczywiście będę potępiał każdą zbrodnię na Polakach, niemniej wszelkie zbrodnie, jakie miały miejsce na Polakach dokonywane przez państwo ze stolicą w Moskwie lub Petersburgu miały charakter ideologiczny i polityczny. Bolszewicy, Rosjanie nigdy nie planowali dokonać ludobójstwa na naszym narodzie, w przeciwieństwie do Niemców i ich ukraińskich kolaborantów.
Komu przeszkadzał Sikorski?
W kwestii śmierci generała Władysława Sikorskiego – Naczelnego Wodza i premiera, na Gibraltarze 4 lipca 1943 roku mam pewną hipotezę. Zawsze przy tego typu zdarzeniach patrzę kto zyskuje. Zyskała jedynie Wielka Brytania. Mogła dalej mamić i wykorzystywać naiwnych Polaków. Wiele na to wskazuje, że Sikorski zdał sobie sprawę z okoliczności międzynarodowych i w tamtym czasie zdecydował się na bezpośredni sojusz z Iosifem Stalinem.
Miejsce Sikorskiego zajął Stanisław Mikołajczyk, który na początku był brytyjską, a potem amerykańską marionetką. Na temat poziomu oderwania od rzeczywistości tego człowieka świadczy fakt, że uznawał, że powstanie warszawskie będzie stanowiło atut w rozmowach ze Stalinem. Kolejni politycy rezydujący w Londynie byli coraz bardziej oderwani od rzeczywistości.
Granice Stalina
Polacy w obliczu sowieckiej agresji 17 września 1939 roku stawiali opór. Inaczej postąpili Rumuni, którzy w czerwcu 1940 roku oddali bez walki ZSRR Besarabię i Północną Bukowinę. Część terenów przyłączonych do ZSRR wróciło do Polski, podczas gdy granica z Rumunią nie uległa zmianie. Anglosasi po II wojnie światowej chcieli, żeby Wrocław i Szczecin pozostał przy Niemcach. Z drugiej strony nic nie oferowali Polakom na wschodzie, ponieważ w przypadku potencjalnego konfliktu z ZSRR zbrodniarze z UPA byliby im potrzebni. Z drugiej strony silna Polska nigdy nie była na rękę Anglosasom. Czy komuś się to podoba, czy nie – współczesne granice naszej ojczyzny (nie idealne, ale dobre) zawdzięczamy Stalinowi.
Czerwony banderowiec
Stalin był otwarty co do wschodnich granic naszej ojczyzny. Niestety generał Władysław Sikorski w grudniu 1941 roku zastosował znaną od wielu lat praktykę polityczną wśród naszych przywódców, czyli wszystko albo nic – i nie negocjował wschodniej granicy Polski ze Stalinem, bojąc się wziąć odpowiedzialność na siebie. O tym, że Stalin nie miał jasno ułożonej granicy wschodniej świadczy fakt, że powstał lwowski okręg PPR.
Uważam, że miasta takie jak Grodno i Lwów mogły być po wojnie w granicach naszej ojczyzny, niestety PPR była opanowana w dużej mierze przez elementy niepolskie i nie myślące po polsku. Potężny był lobbing na rzecz przyłączania tych ziem do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej forsowany przez czerwonego banderowca, jakim był Nikita Chruszczow.
Bez procesów antykościelnych
Stalinizm w Polsce nie przybrał formy bardziej zbrodniczej niż w innych demoludach. W przeciwieństwie do innych demoludów, w naszej ojczyźnie nie było procesów pokazowych opozycji wewnątrz partii rządzącej. W Czechosłowacji skazano na śmierć Rudolfa Slánskiego (sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Czechosłowacji ), na Węgrzech odbył się proces László Rajka (jeden z liderów Węgierskiej Partii Komunistycznej). Władysław Gomułka i jego współpracownicy byli więzieni, jednak procesów pokazowych z powodu nacisków Stalina nie zorganizowano. W naszej ojczyźnie nie dokonano także procesów politycznych głowy kościoła w przeciwieństwie do Węgier.
Anglosascy manipulatorzy
Josif Stalin był z całą pewnością geniuszem politycznym, psychopatą i zbrodniarzem. W swojej polityce nie kierował się uprzedzeniami względem Polski i Polaków, a dążył do budowy imperium. W jego planach nasza ojczyzna miała być zwasalizowana, ale nigdy nie miała stać się częścią ZSRR i Stalin zawsze dostrzegał odrębność narodową i ideologiczną Polaków od innych narodów i państw. Najwięksi wrogowie Polaków, którzy od wieków wykorzystują naiwnych Polaków do swoich celów będą chcieli po raz kolejny odgrzać kwestię prawdziwych i urojonych zbrodni sowieckich. Administracja Stanów Zjednoczonych Ameryki otwarcie wspiera kijowski reżim.
Jankesi muszą jakoś wykorzystać po raz kolejny naiwnych Polaków do swoich celów używając do tego antykomunizmu. Nie ma znaczenia czy będzie to robił Departament Stanu i czy grantoejedy od Muska czy Sorosa. Nie dajmy się wykorzystać po raz kolejny do realizacji interesów obcych.
Główne, centralne obchody 83. rocznicy Zbrodni Wołyńskiej (Narodowy Dzień Pamięci o Polakach – Ofiarach Ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA), które odbyły się w sobotę, 11 lipca 2026 roku, zostały przykryte przez błahy, banalny niedzielny incydent z 12 lipca 2026 roku. Incydent z udziałem młodych Ukrainek, podczas kursu autobusu komunikacji miejskiej w Bielsku-Białej.
Temat ten przesadnie został wykorzystany jako sensacja dnia we wszystkich mediach głównego nurtu, tak jak gdyby to było lądowanie pierwszego człowieka na Marsie. Jesteśmy średniej wielkości krajem w Europie, w którym we wszystkich polskich miastach, w sumie, dziennie mają miejsce dziesiątki tysięcy kursów autobusowych. Codziennie też mają miejsce o wiele poważniejsze zdarzenia, które w najlepszym przypadku stanowią temat dla regionalnych mediów.
Przyzwyczajenia
Zaistniała sytuacja skłania do refleksji, zważywszy całokształt, jednostronnie przedstawiany na podstawie bardzo krótkiego filmu, którego autorką jest poszkodowana młoda Ukrainka. Polska ubogacona jest paroma milionami gości zza wschodniej granicy, którym wmówiono, że jesteśmy ich sługami, że walczą za nas z Rosją itp., itd. Spowodowało to u przebywających w Polsce Ukraińców, poczucie wyższości wobec Polaków, wzmocnione banderowską ideologią, która przyczyniła się na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej do brutalnego, bestialskiego wymordowania setek tysięcy ludzi – dzieci, kobiet i starców, w większości Polaków. Do tak okrutnych, nieludzkich działań, że budziły one zgrozę nawet u przyzwyczajonych do masowych mordów niemieckich żołnierzy.
W co gra amerykańska propaganda?
W dniu 17 lipca 2024 roku, Радіо Свобода Україна (Radio Wolna Ukraina), finansowane przez rząd USA, opublikowało filmНасилля над українськими дітьми у Польщі: матері розповідають деталі (Przemoc wobec ukraińskich dzieci w Polsce: matki opowiadają szczegóły). Zadziwiające jest to, że przedstawianej w tym filmie sprawie nadano już stosowny bieg prawny przewidziany w polskim prawie. Sprawa już się toczyła! Natomiast Ukraińcy medialnie „szukali sprawiedliwości” w tym propagandowym amerykańskim medium, przekuwając szczerą, z duszy płynącą polską gościnność, w festiwal „polskiej nienawiści”. W tym stanie rzeczy, eksploatowanie tego tematu, w ten sposób, jak to zrobiono przez Radio Liberty o zasięgu międzynarodowym, rodzi pytanie: czemu to ma służyć? W co gra amerykańska propaganda? Szerzej na ten temat napisałem w moim felietonie dwa lata temu.
Obywatelskie ordery dla czcicieli Bandery
Wskazałem też w nim na artykuł napisany przez amerykańską publicystkę Anne Applebaum, prywatnie żonę ministra Radosława Sikorskiego, przedstawiający w pozytywnym świetle ukraiński nacjonalizm. Napisany przez publicystkę… będącą pierwszą osobą na liście przyznających Obywatelski Order Przyszłości Wołodymyrowi Zełenskiemu oraz narodowi ukraińskiemu. W ramach wsparcia banderowskiej Ukrainy. W związku z odebraniem Zełenskiemu przez prezydenta Karola Nawrockiego Orderu Orła Białego za gloryfikowanie UPA, poprzez nadanie jednej z jednostek ukraińskich sił zbrojnych imienia „Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii”. Oczywiście, że nie zabrakło tam też najważniejszych przedstawicieli „Gazety Wyborczej” z Adamem Michnikiem na czele. Zdumiewająca jest fascynacja tych środowisk renesansem faszyzmu na Ukrainie.
Ukraińcy domagają się pokazowych procesów
W grudniu 2025 roku za sytuację „absolutnie nie do przyjęcia” uznał szef MSZ Ukrainy Andrij Sybiha przypadki nękania Ukraińców. Sybiha zaapelował do Polski o ukaranie osób przejawiających agresywną postawę wobec jego rodaków. „W naszym wspólnym interesie leży zapobieganie takiej niechęci i reagowanie na nią. Jako minister spraw zagranicznych Ukrainy nalegam na sprawiedliwą karę dla tych, którzy pozwalają sobie na ksenofobiczne postawy przeciwko Ukraińcom zarówno w Polsce, jak i w innych państwach. Ukraińcy zdecydowanie na to nie zasłużyli” – czytamy w oświadczeniu. Ukraiński minister wyraził nadzieję, że „kilka demonstracyjnych przypadków odpowiedzialności za takie działania” będzie wystarczającym sygnałem, że nie ma miejsca na takie zachowania w europejskim społeczeństwie. Dodał, że ukraiński pion konsularny będzie śledzić wszystkie takie przypadki i reagować „szybko i zasadniczo”. „Nie będziemy tego tolerować” – podkreślił.
Przemyśl do Ukrainy?
Innymi słowy, czy to oznacza, że Andrij Sybiha domaga się od polskich władz nadzwyczajnego traktowania Ukraińców w Polsce. Odejścia od zasady, że wszyscy wobec prawa są równi. Co oznacza jego żądanie tych „kilku demonstracyjnych przypadków odpowiedzialności za takie działania”? I groźba „nie będziemy tego tolerować”? Co oznacza ta jego przestroga? Może szanowny minister Sybiha będzie łaskawy rozwinąć tę myśl? Wyjaśnić nam, Polakom, czym on jako oficjalny czynnik rządowy Ukrainy, nam grozi. Ergo, czym, jakimi konsekwencjami straszy nas Ukraina. Wypowie nam wojnę? Ukraina wyśle do Polski Brygadę Szturmową „Azow”?
O tym co lęgnie się w głowach Ukraińców mówi rzecznik Prawego Sektora Andrij Tarasenko. Lider banderowców oznajmia: „ludobójstwo na Wołyniu to brednia. Sprawiedliwość nakazywałaby, aby Przemyśl i kilkanaście powiatów wróciły do Ukrainy”. – mówi Andrij Tarasenko, rzecznik radykalnej organizacji Prawy Sektor, najmocniej zaangażowanej w walki z milicją wokół Majdanu.
Złote Widły Propagandy
W wypowiedziach polityków nie ma przypadków. Po zaleceniach płynących bezpośrednio z ust ambasadora Ukrainy w Polsce Wasyla Bodnara omówionych w filmieWysyp nagrań z udziałem Polaków! To zalecenia ambasady Ukrainy rodzi się podejrzenie co do tego, czy incydent z udziałem młodych Ukrainek, podczas kursu autobusu komunikacji miejskiej w Bielsku-Białej to zwyczajny przypadek, czy też zaplanowana prowokacja, będąca odpowiedzią na polityczne zapotrzebowanie. Po incydencie w Bielsku-Białej, rozbawiło mnie zachowanie stryja-konfidenta, który jak sam przyznał w rozmowie z pewnym Rosjaninem (biorąc go za Ukraińca), jest też Ukraińcem. Otóż był on widziany z lokalną, znaną prostytutką, która przy pomocy telefonu nagrywała treść zainscenizowanej przez stryja-konfidenta rozmowy z innymi ludźmi. W jakim celu? Trudno powiedzieć.
Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu propagandowemu ze Wschodu, oraz wszystkim tym, których celem jest metodyczna dyfamacja Polski i Polaków, proponuję aby filmowcy – amatorzy zorganizowali konkurs Złote Widły Propagandy.
Mateusz Morawiecki w telewizji Republika próbował odcinać się od swoich decyzji w czasie Wielkiej Histerii.
Próbował zwalić winę za wszelkie absurdalne decyzje – w tym zamykanie cmentarzy – na kierownictwo PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Twierdził też, że sprzeciwiał się przymusowi szprycowania Polaków.
– Polityka covidowa. Czyj to był pomysł? – zapytał prowadzący program.
Morawiecki odpowiedział bez wahania.
– To był w ogromnym stopniu pomysł całego kierownictwa PiS. Główne rzeczy były tam omawiane. A na rządowym zespole zarządzania kryzysowego oczywiście był pan prezes – powiedział były premier.
– Miał bardzo radykalne, antycovidowe stanowisko, wszyscy o tym wiedzą – twierdził Morawiecki.
– Kiedy była kwestia, jak pan pamięta może, czy szczepienia [chodzi o szprycowanie nieprzebadanym wówczas preparatem, błędnie nazywanym „szczepionką” – red. nczas] mają być obowiązkowe, to rada medyczna rzuciła papierami, ponieważ ja się na to nie zgodziłem, osobiście się na to nie zgodziłem, żeby szczepienia dla wszystkich były obowiązkowe. A pani Anna Kwiecień zaproponowała wysłuchanie publiczne w sprawie tej ustawy, która wiadomo, jak była wtedy nazywana. I dzięki temu wysłuchaniu, dzięki działaniom pani poseł Anny Kwiecień i moim w dużym stopniu nie doszło do tego, że te szczepienia były obowiązkowe – przekonywał Mateusz Morawiecki.
Twierdził też, że była „taka grupa” w kierownictwie „bardzo mocno do tego dążąca”.
– Ale ja nie ujawniam tych szczegółów. Chyba, że moi adwersarze polityczni się posuną… – mówił, na co przerwał prowadzący program.
– A tak z ciekawości, np. decyzja o zamykaniu cmentarzy, decyzja o zamykaniu lasów. Kto rekomendował albo kto wprowadzał? Bo ja przyjmuję tę pańską narrację, że Konfederacja zaczęła rosnąć po przegranych chociaż wygranych przez was wyborach w 2023 roku. Niemniej jednak Konfederacja bazowała i bazuje dziś na tym, że „PiS się wtedy myliło, Morawiecki się mylił, a myśmy mieli rację”. I można było inaczej z tą gospodarką działać… – mówił prowadzący, na co próbował wtrącić się były premier.
– No chwila, chwila. Dwie rzeczy tutaj… – wtrącił.
– … ale skoro sami zainteresowani tak mówią, to chyba wiedzą, co mówią? – dokończył prowadzący rozmowę pracownik sakiewiczówki.
– Ale oczywiście, ja z całą pewnością nie jestem żadnym ulubieńcem tamtych formacji, ja niczego takiego nie powiedziałem. Ja tylko powiedziałem, że wiem, jak się zwycięża z Donaldem Tuskiem, bo do tego doprowadziłem i wiem, jak się rządzi. Bo wystarczy popatrzeć sobie na wskaźniki produktywności, eksportu, deficytu budżetowego, długu publicznego, różne parametry wzrostu dochodu Polaków, wzrostu pensji Polaków. A to jest najważniejsze – wyliczał Morawiecki.
Należy zaznaczyć, że dochody i pensje rosły przede wszystkim urzędnikom i partyjniakom. Uczciwie pracujący Polacy mieli coraz gorszą sytuację.
– W związku z tym mogę powiedzieć: Tak, tamte decyzje zapadały w ścisłym kierownictwie: Kierownictwie rządu, kierownictwie politycznym. I wiemy doskonale, kto wówczas kolektywnie podejmował decyzje – zapewnił Morawiecki.
Tak więc prościej mówiąc, „co złego, to nie my, tylko Kaczyński”.
„Morawiecki odcinający się od polityki covidowej, od rady medycznej, którą sam powołał, i od absurdalnych zakazów, które sam wdrażał, to kolejny, osiągalny tylko dla nielicznych poziom hipokryzji” – skomentował na X Marek Tucholski.
Zaznaczył, że wierzy, iż „nie tylko on w PiS-ie chciał zamordyzmu, że Jarosław Kaczyński i kierownictwo PiS-u również”.
„Ale to on podejmował decyzje, które kosztowały Polaków pieniądze, zdrowie, a nierzadko także życie” – podsumował Marek Tucholski.
Naród polski i mieszkańcy Ukrainy mają sprzeczne interesy w najistotniejszych sprawach. Nie ma sensu na siłę wyszukiwać dzisiaj spraw i kwestii, które nas mają na siłę ze sobą lepić. Takie próby były wielokrotnie w historii podejmowane i zawsze kończyły się fiaskiem.
Dzisiaj w pełni widzimy klęskę bezczelnie promowanej przez dziesięciolecia polityki giedroyciowskiej. Nie mamy żadnego interesu w tym, by próbować odbrązawiać postacie takie jak Symon Petlura czy Tarasa Borowca -„Bulby”. Skandaliczne jest promowanie pomysłów mówiących o wspólnym państwie polsko-ukraińskim.
Sprzeczność cywilizacyjna
Zdecydowanie nie jestem bezkrytycznym stronnikiem Feliksa Konecznego. Trzeba jednak przyznać, że opisując turanizm wyodrębnił w nim cechy, które dzisiaj znakomicie pasują do współczesnej Ukrainy. [Nie, kolego. Na Ukrainie jest wg. Konecznego, mieszanka cywilizacyj, co daje stan a-cywilizacyjny, to delirium magnum(wielkie obłąkanie). MD]
A jak wiemy stawiał je jako przeciwne cywilizacji zachodniej, nazywanej przez niego łacińską. Nie ma wątpliwości, że są one przeciwne również cywilizacji postłacińskiej.
Turanizm to militaryzm organizacji społecznej, własność prywatna – oligarchiczność, lokalizm religijny, brak pojęcia narodowości w zachodnim znaczeniu i skoncentrowanie polityki wokół wokół osoby wodza. Prof. Feliks Koneczny widział turanizm głównie w Rosji. Nie miał wtedy przykładu współczesnej Ukrainy. Moim zdaniem Rosja wytworzyła unikalną swoją suwerenną cywilizację (państwa-kontynentu) w które pozostały elementy turanizmu, ale jest jednak w swoich cechach suwerenna. Ukraina to podręcznikowa kwintesencja turanizmu.
Polska mimo ogromnych zmian, które przyszły jest dalej w kręgu cywilizacji post-łacińskiej wywodzącej się w prostej linii od cywilizacja łacińskiej, która wywodzi się z trzech głównych źródeł: tradycji prawa rzymskiego, filozofii greckiej i tradycji chrześcijańskiej. Koneczny zdecydowanie twierdził, że “nie można być cywilizowanym na dwa sposoby”. Podkreślał że: „Każda cywilizacja dąży do ekspansji” i „gdziekolwiek spotkają się ze sobą dwie cywilizacje, muszą ze sobą walczyć”. Myślę, że dzisiaj niekoniecznie muszą ze sobą walczyć, jednak jeśli jedna cywilizacja rozpycha się w kraju należącym do innej cywilizacji prowadzi to wprost do konfliktu.
Sprzeczność historyczna
Nie chcę odwoływać się do pra-ukraińców czyli do bandyterki hajdamackiej w XVIII wieku. Współczesne państwo ukraińskie odwołuje się do tradycji Mykoły Michnowskiego i Dmytro Doncowa. Polityka historyczna Ukrainy wyrasta z wojny polsko-ukraińskiej 1918-1919, terrorystycznych ugrupowań ukraińskich w dwudziestoleciu międzywojennym, kolaboranckich formacji okresu niemieckiej okupacji i tak zwanej powojennej ukraińskiej partyzantki. Współczesny patriotyzm kreowany przez Kijów wyrasta z historii Ukraińskiej Armii Halickiej (UHA), Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO), Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) i chłopów ukraińskich, którzy w bestialski sposób mordowali masowo Polaków i nie tylko Polaków w latach 1939-1947.
Praktycznie cała historia ukraińskiego szowinizmu, który kształtuje dzisiejszą politykę historyczną Kijowa wyrasta z walki z Rosją i Polską. Nas interesuje to drugie zagadnienie, ponieważ jest dla nas zupełnie nieakceptowalne i sprzeczne z naszym interesem narodowym.
Nie ma możliwości pogodzenia się z tym, że nasz sąsiad czci tych, którzy w okrutny sposób wymordowali polskie dzieci, kobiety, starców i mężczyzn i zagarnęli nasze majątki. Że buduje swoją tożsamość na polskich trupach.
Sprzeczność gospodarcza
Polska i Ukraina mają zupełnie sprzeczne interesy w segmentach takich jak rolnictwo, przemysł ciężki w tym hutniczy i wydobywczy. Zatrzymajmy się tylko przy pierwszym aspekcie czyli dotyczącym naszego rolnictwa. Polski Instytut Spraw Międzynarodowych wskazuje, że nawet teraz, mimo wojny, Ukraina pozostaje konkurencyjnym producentem rolnym ze względu na korzystne warunki glebowe i klimatyczne oraz nastawione na eksport wielkoobszarowe gospodarstwa o niskich kosztach produkcji.
Polskim rolnikom powinno zależeć na tym, by Ukraina pozostała poza Unią Europejską. Były ukraiński wiceminister gospodarki, a dzisiaj stały przedstawiciel Ukrainy przy Unii Europejskiej Taras Kaczka w 2023 roku powiedział, że na rynek UE trafia prawie 60 proc. eksportu z Ukrainy. Pomimo zawirowań w sektorze rolnym i na granicach eksport do UE wzrósł o 1,34 mld dol., czyli o 5,9 proc. Trzeba pamiętać , że towary ukraińskie miały i po części mają w zasadzie bezcłowy dostęp do rynku unijnego i Ukraina może eksportować produkty rolno-spożywcze do wielu krajów Unii Europejskiej. Taka konkurencja jest zabójczą ekonomicznie dla polskich producentów żywności – cukru, drobiu czy miodu.
Sprzeczność geopolityczna
Polska i Ukraina mają zupełnie odmienne interesy względem Federacji Rosyjskiej. Polska w odróżnieniu od Ukrainy nie ma z Rosją żadnych problemów dotyczących ludności i terytoriów. Nie mamy również interesu w tym, by wchodzić w konflikt między tymi dwoma państwami. Polska nie powinna iść na konfrontacje z żadnym z globalnych graczy. Polska powinna mieć jak najlepsze stosunki z Federacją Rosyjską, Chińską Republiką Ludową i Stanami Zjednoczonymi.
W interesie Polski był i jest pokój z sąsiadami i spokój w naszym regionie. Polsce powinno zależeć na tym, by największe państwo globu a jednocześnie nasz sąsiad miał stabilne i przewidywalne rządy. To gwarantuje nam możliwości eksportowo-importowe, ograniczenie emigracji i zminimalizowanie działań grup przestępczych na terenie Polski.
W interesie Ukrainy jest destabilizacja Rosji i umiędzynarodowienie konfliktu. To daje większe pole manewru Ukrainie w wojnie z Rosją. W interesie Ukraińców jest by ich wojna stała się naszą wojną, co przyznał nawet skrajnie proukraiński były prezydent Polski Andrzej Duda. W interesie Ukrainy jest również skonfliktować nas z stronnikami i partnerami Federacji Rosyjskiej czyli Białorusią, Chinami, Iranem, Koreą Północną i szerzej państwami BRICS+
Dodatkowym niebezpieczeństwem dla narodu polskiego jest rosnąca pozycja nacjonałów w Niemczech. Możemy założyć Alternatywa dla Niemiec z dużym prawdopodobieństwem rządzić tym krajem. Na razie działacze AfD nie przejawiają publicznie skłonności rewizjonistycznych i antypolskich. Nie wykazują na razie również tendencji proukraińskich. Być może władze tego stronnictwa wyrzekły się antypolonizmu. Istnieje jednak w tej formacji niewielki nurt sentymentalistyczno-rewizjonistyczny. Nie możemy całkowicie wykluczyć, że przyszłościowo będzie on rósł w siłę. Pamiętajmy, że zgodnie z endecką wykładnią najgorszym i najniebezpieczniejszym scenariuszem dla Polski zawsze jest polityczny i militarny sojusz niemiecko-ukraiński.
Sprzeczność celów
Nasze położenie przez wieki było przekleństwem, zresztą w znacznej mierze z nieroztropności i ciągotek insurekcyjnych naszego narodu. Zamiast miejsca kolejnych insurekcyjnych ruchawek i byciem terenem zgniotu powinniśmy stać się Złotą Klamrą. Miejscem spotkań Wschodu i Zachodu. To u nas ze względu na położenie powinny odbywać się rozmowy, negocjacje, handel. Jesteśmy doskonałym miejscem gdzie ubijać intratne interesy z pożytkiem dla naszego narodu mogłyby mocarstwa – Federacja Rosyjska, Chińska Republika Ludowa, Stany Zjednoczone, Indie.
W interesie narodu polskiego jest by nasz kraj stał się stabilnym terenem transportowym i przeładunkowym. Polska potrzebuje dobrych relacji z Federacją Rosyjską by eksportować tam nasze produkty rolne i importować tania ropę naftową i gaz ziemny. To jest konieczne dla rozwoju gospodarczego, a przez to cywilizacyjnego naszego narodu.
W interesie Ukrainy jest jak najgłębsze poróżnienie władz polskich i rosyjskich. Ukraina czerpie nieprzerwanie korzyści z naszego budżetu – drenując nasze kieszenie. Jest to możliwe tylko w sytuacji jeśli Polska jest skonfliktowana z Rosją, a społeczeństwo wierzy w nieuchronny konflikt miedzy miedzy Polską a Rosją. W interesie Kijowa jest więc promowanie teorii o tym, że Rosja chce napaść na Polskę i prowadzić jawną wojnę z państwami NATO.
Co dalej? Jak układać stosunki polsko-ukraińskie? Polska powinna nakreślić minimum programowe względem Ukrainy.
1. Pełnoskalowe i bezwarunkowe umożliwienie ekshumacji na terenie całej i przeniesienia wszystkich szczątków Polaków do ojczyzny.
2. Potępienie banderyzmu i zbrodniczych działań Ukraińców w latach 1939-1947 przez władze państwowe na Ukrainie i przez Ukraiński Kościół Greckokatolicki.
3. Delegalizacja na ternie Ukrainy organizacji banderowskich i neonazistowskich. Zakaz używania symboliki III Rzeszy i formacji kolaboranckich.
3. Likwidacja pomników i innych miejsc upamiętniających Doncowa, Melnyka, Banderę, Szuchewicza, Konowalca, Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Ukraińskiej Powstańczej Armii czy 14. Dywizji Grenadierów SS „Galizien” itd.
4. Utworzenie Muzeum Ofiar Polskich Kresów we Lwowie i budowa w Kijowie Pomnika Zgładzonych Polaków przez Ukraińców. Wprowadzenie do szkół na terenie Ukrainy specjalnego programu historycznego mówiącego o zbrodniach ukraińskich szowinistów.
5. Zakończenie płacenia za Starlinki i wycofanie się z absurdalnej „pożyczki” 90 000 000 000 euro.
6. Wypracowanie umowy międzypaństwowej zachęcającej przyszłościowo przybywających w Polsce Ukraińców do powrotu do swojej ojczyzny.
7. Podpisanie umowy zapewniającej w przyszłości realne odszkodowania dla rodzin pomordowanych i ranionych przez Ukraińców w latach 1939-1947. Zwrot polskich walorów muzealnych – w tym historycznego zbioru Ossolineum.
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 26 lipca 2026 michalkiewicz
„Dziś moja moc się przesili; dziś poznam, czym najwyższy, czylim tylko dumny” – będzie mógł za mickiewiczowskim Konradem z III części „Dziadów” powtórzyć w najbliższy czwartek Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński. Akurat we czwartek upływa bowiem termin ultimatum, jakie Naczelnik przedstawił swojej trzódce, która zaczęła mu się rozbisurmaniać w stowarzyszeniach. Pierwsze takie stowarzyszenie pod nazwą „Rozwój Plus” założył były premier rządu „dobrej zmiany” czyli Mateusz Morawiecki – oczywiście Wielce Czcigodny. Według mojej ulubionej teorii spiskowej, Wielce Czcigodny Mateusz Morawiecki przystąpił w ten sposób do trzeciej części swego zadania, które wyznaczyli mu jego mocodawcy w naszym nieszczęśliwym kraju.
Pierwsza część zadania polegała na przeniknięciu ze struktur Volksdeutsche Partei do struktur Prawa i Sprawiedliwości. Bo trzeba nam pamiętać, że Mateusz Morawiecki, po przepoczwarzeniu się z historyka na finansistę i bankstera, w tym charakterze był doradcą doskonałym obywatela Tuska. I Naczelnik Państwa w korcu maku musiał znaleźć akurat jego. Nie tylko znaleźć, ale w dodatku uczynić wicepremierem w rządzie Beaty Szydło, utworzonym jesienią 2015 roku. Jak zatem widzimy, pierwszą część zadania Mateusz Morawiecki wykonał. W roku 2017, kiedy to prezydent Andrzej Duda dopuścił się felonii przeciwko swemu wynalazcy, czyli Naczelnikowi Państwa, po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią z Berlina wetując PiS-owskie ustawy sądowe, osłabiony tą zdradą Naczelnik Państwa musiał pójść na jeszcze głębszy kompromis i pod koniec 2017 roku przeprowadził głęboką rekonstrukcję rządu. Polegała ona przede wszystkim na spuszczeniu z wodą pani Szydło do luksusowego przytułku dla „byłych ludzi”, czyli – Parlamentu Europejskiego – a mianowaniu na miejsce premiera właśnie Mateusza Morawieckiego. Dodatkowym elementem głębokiej rekonstrukcji było też spuszczenie z wodą Antoniego Macierewicza, który naraził się nie tylko autorytetom moralnym ze stajni Judenratu pana red. Michnika, ale również – starym kiejkutom, no i naszej niezwyciężonej armii.
Wtedy Wielce Czcigodny Mateusz Morawiecki przystąpił do realizacji drugiej części swego zadania, polegającej na podpisywaniu w imieniu Polski wszystkiego, co mu Niemcy, czy to bezpośrednio, czy za pośrednictwem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, podsunęli do podpisania. No a teraz przystąpił do realizacji części trzeciej, polegającej na neutralizacji PiS.
Do stowarzyszenia „Rozwój Plus” przystąpiło około 40 parlamentarzystów PiS – a w każdym razie – tylu podpisało się pod „listem otwartym” do Naczelnika Państwa, tłumacząc mu, że nie zrezygnują z członkostwa w tym stowarzyszeniu, oczywiście „dla dobra Polski”. Naczelnik Państwa bowiem, kiedy tylko okazało się, że stare kiejkuty lansują partię „Unia Centrum” z panią Pauliną Hening-Kloską na fasadzie – ale i z panem Michałem Kobosko oraz wyciągniętym z naftaliny panem Januszem Onyszkiewiczem w tle, zorientował się, że żarty się skończyły i postawił swojej trzódce wspomniane ultimatum – że mają zlikwidować wszystkie stowarzyszenia. Pan Jacek Sasin z frakcji „maślarzy” natychmiast swoje stowarzyszenie zlikwidował, ale Mateusz Morawiecki swojego ani myśli likwidować. Przeciwnie – niezależnie od wspomnianego listu otwartego – zaplanował na 31 lipca ostentacyjnego „grilla”.
Wyznawcy Naczelnika Państwa, który uchodzi wśród nich za wirtuoza intrygi uważają, iż to tylko taka ustawka, która ma zwrócić uwagę opinii publicznej na PiS, którego notowań nie zwiększyła nominacja pana Przemysława Czarnka na kandydata na przyszłego premiera. Intryga miałaby polegać na tym, że teraz zamarkują rozłam, a na pół roku przed przyszłorocznymi wyborami rozłamowcy morawieccy „zleją się” z kaczyńską Macierzą i będzie gites tenteges. Inni jednak uważają, że to nie żadna ustawka, tylko operacja serio.
Obawiam się, że tym razem może nie być żadnej ustawki. Chodzi o to, że po proklamowaniu w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, Niemcy postanowiły zlikwidować w naszym bantustanie PiS-owski listek figowy. Dotychczas bowiem był on użyteczny, bo pozwalał Naczelnikowi Państwa uwodzić patriotycznie zorientowaną część opinii publicznej, dzięki czemu można było stopniowo podporządkowywać nasz nieszczęśliwy kraj Niemcom pod osłoną tromtadrackiej retoryki. Teraz jednak, gdy Niemcy przyjęły linię polityczną Cesarstwa Niemieckiego z 1917 roku i uczyniły sobie w Europie Wschodniej strategicznego partnera z Ukrainy, by za jej pośrednictwem szachować Rosję i utrzymywać w ryzach Polaków, ten listek figowy przestał być już potrzebny.
Polski patriotyzm ma się odtąd manifestować w postaci posłuszeństwa wobec Ukrainy. Widać to nie tylko na podstawie dyrektyw dla policji, prokuratury i niezawisłych sądów, które odtąd mają okrutnie karać wszelkie zbrodnie „z nienawiści”, to znaczy – wszelkie czyny skierowane przeciw Ukraińcom – ale również na podstawie skwapliwości, z jaką nasi Umiłowani Przywódcy rzucili się na ochłap, który przygotował dla nich prezydent Zełeński w postaci obiecanki, że „otworzy” archiwa SBU i służby Wywiadu Zagranicznego Ukrainy dotyczące „tragicznych wydarzeń na Wołyniu” i pozwoli na ekshumacje. Nie mogą się tedy prezydenta Zełeńskiego nachwalić, jednocześnie powtarzając mantrę, że „polska racja stanu” polega na służeniu narodowi ukraińskiemu. W tej sytuacji model sceny politycznej, zaprojektowany na przełomie lat 80-tych i 90-tych w Magdalence jest już passe – co może otworzyć drogę do jej pożytecznej przebudowy – chociaż niekoniecznie. Oto w dniach ostatnich niemiecki kanclerz Merz ofuknął amerykańskiego prezydenta Trumpa za intencję interwencji w niemieckie wybory. Chodzi o amerykańską inicjatywę wspierania w Europie wolności słowa i wolności wyznania. Z drugiej jednak strony
amerykański ambasador w Warszawie, pan Tomasz Róża deklaruje, że „nie wyobraża sobie” żadnego polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej. Co prawda pan Róża swoją deklarację złożył znacznie wcześniej, zanim prezydent Trump zapowiedział wspieranie w Europie wolności słowa i wyznania, które tak wzburzyło niemieckiego kanclerza, więc być może wkrótce zacznie on ćwierkać z innego klucza – ale to wszystko wydaje się widłami na wodzie pisane. Na razie mamy do czynienia z pogłębiającym się strategicznym partnerstwem niemiecko-ukraińskim, które sprawia, że ani Niemcom, ani Ukrainie Polska nie jest już do niczego potrzebna, więc trzeba odpowiednio do tego ukształtować tubylczą scenę polityczną – i właśnie na naszych oczach to się odbywa.
Stanisław Michalkiewicz
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).