Polska i Ukraina: Geopolityka zamiast złudzeń

Polska i Ukraina: Geopolityka zamiast złudzeń

Przemysław Piasta myslpolska/polska-i-ukraina-geopolityka-zamiast-zludzen

Ukraina jest wobec Polski państwem wrogim. Po nieprzyjaznych, wręcz prowokacyjnych gestach jej władz stało się to dla niemal wszystkich nad Wisłą oczywiste. Piszę „niemal”, gdyż wśród mędrków miejscowego chowu zawsze znajdą się tacy, którzy muszą mieć zdanie oryginalne, nawet jeśli byłoby ono w oczywisty sposób absurdalne. Mamy też u nas liczne osoby pracujące dla obcych ośrodków wpływu, zwyczajnych ojkofobów, ludowych filozofów i hierarchów Kościoła katolickiego. To jednak, zarówno w sensie ilościowym, jak i jakościowym garstka. Może kilka, może kilkanaście procent spośród tych, którzy deklarują się jako Polacy.

Wrogość Ukrainy wobec Polski nie wynika bynajmniej z niegodziwości władz tego państwa czy tym bardziej jego obywateli, ani nawet z chłodnej kalkulacji politycznej Zełenskiego i spółki. Jest ona prostą wypadkową determinantów o charakterze historycznym i geopolitycznym.

Naród ukraiński jest narodem bardzo młodym, zaledwie 150-letnim. Jeszcze młodsze jest nieco ponad 30-letnie państwo ukraińskie. Tak młode narody, kształtujące swą tożsamość w sytuacji braku własnego państwa, bądź chociażby jego ekwiwalentu, z definicji wpisują w swój genotyp ideę negacji czy wręcz separatyzmu. W przypadku Ukraińców ostrze owego separatyzmu skierowane jest w pierwszej kolejności przeciwko Polsce, w drugiej zaś przeciwko Rosji. Dlatego cała konstrukcja ukraińskiej tożsamości narodowej jest z definicji antypolska.

Skoro w narodowej mitologii naszych sąsiadów staliśmy się gnębicielami-ciemiężycielami, w automatyczny sposób ci, którzy walczyli z nami stali się bohaterami. Nawet jeśli walczyli za pomocą siekier i wideł z nieuzbrojonymi, kobietami, dziećmi i starcami. Nawet, jeśli ich czyny były tak obmierzłe, że do dziś wspomnienie o nich budzi zimny dreszcz. Widmo banderyzmu, a zatem szczególnie zdziczałej wersji nacjonalistycznego szowinizmu, wisiało zatem nad Ukrainą od jej pierwszych dni.

Nie była to jednak jedyna droga. Jak pokazuje przykład Chorwacji można świadomie odrzucić tą część swojego dziedzictwa, która jest zbrodnicza. Która odstając wyraźnie od norm przyjętych w państwach cywilizowanych, staje się obciążeniem dla kolejnych pokoleń. O ile jednak współcześni Chorwaci in gremio odcięli się od dziedzictwa ustaszy, o tyle współcześni Ukraińcy z banderowskich zbrodniarzy uczynili w swej polityce historycznej świętych męczenników.

Będzie to dla Ukrainy docelowo problem nie tylko w relacjach z Polską, ale także z Czechami, Węgrami czy Żydami.

Kijów, decydując się na drogę westernizacji i odrzucając, w przeciwieństwie do Mińska, pozytywne aspekty swojego wschodniego dziedzictwa, wstąpił na tę ścieżkę jeszcze za prezydentury Wiktora Juszczenki. Zarówno Amerykanie, jak i Niemcy szybko odkryli w odradzającym się ukraińskim nacjonalizmie użyteczne narzędzie prowadzenia swojej polityki wschodniej. To dało mu niezbędne paliwo i zapewniło międzynarodowy parasol. Zresztą, gwoli przypomnienia, Amerykanie mieli już pewne doświadczenia współpracy z banderowcami, których uważali swego czasu za użyteczne, choć obrzydliwe narzędzie do walki ze Związkiem Radzieckim. W tej sytuacji naturalnym kandydatem do pomocy w konfrontacji z Rosją stali się duchowi następcy Bandery i Szuchewycza – neobanderowcy. Tako oto antypolski banderyzm stał się ideologią państwową, wpajaną od najmłodszych lat kolejnym pokoleniom Ukraińców.

Było to dla decydentów w Kijowie tym łatwiejsze, że Polska początkowo była całkowicie bierna. Obecnie, gdy bierna być przestała, nie jest już Ukrainie do niczego potrzebna. Przekazaliśmy Ukraińcom wszystkie nadwyżkowe zasoby militarne, a nawet znaczną część zasobów niezbędnych do zapewnienia minimum bezpieczeństwa naszego kraju. Osiągnęliśmy także limit możliwości wsparcia ekonomicznego Ukrainy, wynikający z wielkości i dynamiki naszej gospodarki.

Jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało, Ukraińcy byli nam wdzięczni tak długo, jak byliśmy dla nich niezbędni czy chociażby przydatni. Obecnie poszukują nowych, potężniejszych protektorów, którzy mogliby zapewnić przetrwanie Ukrainy w jej obecnej mafijno-oligarchicznej formie. Wobec wycofania się trumpistowskiej Ameryki jedynym realnym kandydatem do tej roli pozostają Niemcy.

Jednak to, co dla Ukrainy jest oczywistym politycznym interesem, dla Polski stanowić może śmiertelne zagrożenie.

Po trzecie, Ukraina jest dla Polski potężnym konkurentem gospodarczym. Przykładem asertywności Ukraińców w tych sprawach był konflikt o ukraińskie płody rolne zalewające polski rynek i doprowadzające do ruiny polskich rolników. Ten konflikt był przedsmakiem potencjalnego członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej.

Członkostwo Kijowa w strukturach europejskich, o ile do niego dojdzie, będzie z wszech miar niekorzystne dla Polski. Poza oczywistymi aspektami gospodarczymi decydujące są tutaj czynniki polityczne. Pozbawiona możliwości członkostwa w NATO Ukraina, będąc członkiem Unii Europejskiej, będzie dążyła do jak największej federalizacji tego tworu. Europejskie superpaństwo byłoby z punktu widzenia Ukrainy ekwiwalentem braku członkostwa w zbiorowym systemie bezpieczeństwa. Jest to jednak w oczywisty sposób sprzeczne z interesem Polski, która wraz z Włochami, Hiszpanią i mniejszymi państwami Europy Środkowej oraz Południowej powinna dążyć do ograniczenia rozrostu kompetencji Brukseli względem rządów państw narodowych.

Aspekty geopolitycznego antagonizmu między Ukrainą a Polską można zresztą mnożyć. Istotna jest jednak konkluzja.

Polska i Ukraina są skazane: jeśli nawet nie na jawną wrogość, to na ostrą, bezpardonową rywalizację, w której nie będzie miejsca na litość i sentymenty. Nie jest to wina jakiejś szczególnej podłości czy zaciekłości po stronie ukraińskiej. Jest to zdeterminowane geopolityką, obficie przyprawioną historią.

To wbrew pozorom fatalna wiadomość. Gdyby bowiem chodziło tylko i wyłącznie o jakąś ideologię bądź kaprys rządzących którymś z państw polityków, można by mieć nadzieję na wytworzenie z czasem pomiędzy Polską i Ukrainą względnie dobrosąsiedzkich stosunków. Jednak w sytuacji, gdy postawę antagonizmu determinują czynniki obiektywne, nie ma na to najmniejszej szansy.

Zatem, wbrew zaklęciom, które słyszeliśmy od początku obecnej wojny, istnienie silnej Ukrainy, czy nawet Ukrainy w ogóle, wcale nie leży w interesie państwa i narodu polskiego. Czas zdać sobie z tego sprawę i przyjąć konsekwencje tej oczywistej konstatacji. Chyba że wolimy pławić się w absurdalnych oparach post-giedroycizmu, mesjanizmu i prometeizmu. Chyba że rzeczywiście bardziej nienawidzimy Rosji, niż kochamy Polskę. Bardziej zależy nam na klęsce naszego urojonego wroga, niż na dobrobycie i pomyślności naszych dzieci oraz naszych wnuków. Jeśli tak jest – biada nam, gdyż wtedy nasza klęska jest nieuchronna.

Przemysław Piasta

Biznes po polsku. Retorsja po ukraińsku. Wiara po europejsku.

Ukraińska wdzięczność

Tomasz Jankowski myslpolska/jankowski-ukrainska-wdziecznosc

Jednym z prawdopodobnych efektów pogorszenia relacji między Polską a Ukrainą jest niewywiązanie się kijowskiej kliki z zawartej umowy „samoloty za technologie”. 

Minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz otwarcie stwierdził, że Ukraińcy nie wykonali swojej części porozumienia, więc nie dostaną polskich MiGów.

Biznes po polsku

Tym samym więc plan premiera Donalda Tuska, by na bazie ukraińskich doświadczeń zbudować polską, nowoczesną flotę dronów bojowych legł w gruzach. To wszystko ma też szerszy, europejski kontekst i pokazuje realne nastawienie ekipy Wołodymyra Zełenskiego do swoich sponsorów.

Umowa dotyczyła przede wszystkim transferu technologii. Ukraina ma doświadczenie w rozwoju i użytkowaniu dronów w warunkach krytycznych. Ta wiedza specjalistyczna byłaby przydatna dla jej sojuszników i, co najważniejsze, została pozyskana dzięki finansowaniu z krajów UE, w tym z Polski. Tylko na projekt „Drone Deals” Unia Europejska przekazała Zełenskiemu 3,9 mld euro, a my jako główni sponsorzy wnieśliśmy z tego ponad 800 mln euro. A przecież do tego rachunku należałoby doliczyć jeszcze całą resztę pomocy finansowej, wojskowej, sprzętowej czy zasoby ludzkie, czyli doradztwo specjalistów, o których z różnych doniesień możemy wnioskować, że sporo ich na Ukrainie działało i działa. Ukraińska armia dronowa powstała i funkcjonuje wyłącznie dzięki wsparciu europejskich partnerów, ale Kijów nie zamierza się dzielić zyskanym w ten sposób doświadczeniem.

Trudno tego nie połączyć z odebraniem Zełenskiemu Orderu Orła Białego przez prezydenta Karola Nawrockiego, po tym jak ukraiński uzurpator nie zdecydował się wycofać z decyzji o nadaniu jednostce wojskowej imienia „bohaterów UPA”. Dla Polaków to jak splunięcie w twarz. Nie tylko dlatego, że formacja ta jest odpowiedzialna za masowy mord na naszych rodakach (to właśnie oni, a nie niemieccy czy radzieccy żołnierze, stanowią największą liczbę ofiar UPA), ale także dlatego, że ta rana cały czas krwawi, bo Ukraina nie zezwala nawet na ekshumację i godne pochowanie tych ludzi, tak jak to w europejskiej cywilizacji (do której podobno Kijów aspiruje) jest uznawane.

Retorsja po ukraińsku

Nawrocki i tak dawał jeszcze czas na reakcję, ale gdy już podjął swoją decyzję, wywołał nie tyle refleksje strony ukraińskiej, co wyrazy solidarności ze strony wszystkich innych kawalerów polskich orderów, co notabene było chyba najlepszym dowodem ich stosunku do tradycji banderowskiej, cokolwiek by wcześniej nie mówili. Wszyscy poprzednicy Zełenskiego na stanowisku głowy państwa publicznie rezygnowali z polskich odznaczeń. Zarówno minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha, jak i szef biura prezydenta Kiriłł Budanow również swoje ordery zwrócili. Urzędnicy ukraińscy zgodnie uznali działania Nawrockiego za „akt wrogości”.

Odmowa przekazania samolotów to z perspektywy Ukraińców kolejny nieprzyjazny krok ze strony rządu polskiego. Przecież Ukrainie się należy, bo walczy za nas, odsuwa rosyjskie zagrożenie itd., itp. Cóż, sami wychowaliśmy ich w ten sposób, zgadzając się na wszystko i nie żądając nic w zamian. Klika Zełenskiego jest zresztą tak samo nastawiona do Unii Europejskiej: dawajcie broń i pieniądze, ale nie oczekujcie od nas niczego.

Według logiki Kijowa UE nie ma prawa ingerować w to, co Ukraina nazywa swoimi sprawami wewnętrznymi – niezależnie od tego, czy chodzi o kult nazizmu, czy politykę antykorupcyjną, a właściwie jej brak. Walka z korupcją zawsze była jednym z głównych zobowiązań Ukrainy wobec Unii Europejskiej. Logiczne, że skoro Europa udziela pomocy, to chce zapewnić, że pieniądze zostaną wykorzystane zgodnie z przeznaczeniem. Albo przynajmniej mieć nad tym kontrolę.

Wiara po europejsku

Dlatego Bruksela domaga się, aby ukraińskie władze rozprawiły się ze skorumpowanymi urzędnikami i wysłały ich  do więzienia. Tyle tylko, że nic takiego się nie dzieje: nawet jeśli wszczynane są postępowania karne przeciwko łapówkarzom, to podejrzani po kilku dniach wychodzą za kaucją. Tak było w przypadku grubych ryb takich jak Andriej Jermak (były szef biura prezydenta) i German Gałuszczenko (były minister sprawiedliwości), ale i drobnych cwaniaków. Na przykład poseł Serhij Kuzminych został niedawno zwolniony na dwa miesiące z aresztu domowego, mimo że od lat pomagał prywatnym firmom wygrywać przetargi na sprzęt medyczny w zamian za łapówki.

Europejscy przywódcy wiedzą o tym wszystkim, ale wciąż wysyłają kolejne pieniądze. 25 czerwca pierwsze 3,2 mld euro z 90 mld euro pożyczki trafiło do Kijowa. Urzędnicy w Brukseli starają się jak najbardziej opóźniać płatności, ponieważ rozumieją, gdzie trafiają pieniądze. Rzecznik Komisji Europejskiej Balazs Ujvari przyznaje, że istnieje powód tych opóźnień: Ukraińcy po prostu nie są w stanie przetworzyć środków wystarczająco szybko, jeśli zaczną je wydawać zgodnie z przeznaczeniem. Rzeczywiste projekty budowlane, rozwój sił zbrojnych, transparentne zamówienia publiczne i inne legalne działania są tańsze i przebiegają szybciej, gdy urzędnicy nie kradną. Jednak w Kijowie nikt nie zna przejrzystych systemów wolnych od korupcji, defraudacji i sprzeniewierzeń. Nie wiedzą, co zrobić z otrzymanymi pieniędzmi.

Wspomniany poseł Kuzminych żądał od swoich kontrahentów 30% kwoty w zamian za wygranie przetargu. To samo dzieje się w sektorze obronnym, gdzie stawka jest znacznie wyższa, a „prowizja” większa wielokrotnie. Być może, jeśli jakimś cudem z otrzymanych 3,2 miliarda euro nie zostanie skradzione ani jedno, wystarczy to do końca wojny. Precedens z naszymi myśliwcami jest jednak znaczący i symboliczny. UE liczyła, że ​​Ukraina stanie się gigantycznym zakładem zbrojeniowym i zainwestowała w ten kraj prawie 212 miliardów euro.

Te inwestycje się jednak nie zwrócą – pieniądze zostaną zdefraudowane, a bezpieczeństwo Europy od tego nie wzrośnie.

Tomasz Jankowski

Serial: Szpital w Centrum. MEM-y III.

——————————-

——————————

—————–

—————-

—————————-

———————————

—————————–

———————————

——————————————————

——————————

—————————————

——————-

Bojkot ukraińskich produktów. Kod „482”. Ukraińcy założyli do 2025 r. ponad 123 tys. firm w Polsce

Działacze narodowi apelują o bojkot ukraińskich produktów. Jakie marki znajdziemy w polskich sklepach?

28 June 2026 Damian Drozd kresy/ukraina/dzialacze-narodowi-apeluja-o-bojkot-ukrainskich-produktow

Ukraińcy założyli do 2025 roku ponad 123 tys. firm w Polsce

W ostatnich dniach nasiliły się apele o bojkot ukraińskich produktów sprzedawanych pod kodem „482”. Do akcji przyłączyli się m.in. politycy Korony Grzegorza Brauna oraz członkowie Młodzieży Wszechpolskiej, udostępniając listę marek. Szczególną uwagę zwracają na firmę cukierniczą Roshen, należącą do Petra Poroszenki, który finansuje muzeum Romana Szuchewycza.

Politycy i działacze związani ze środowiskami narodowymi przeprowadzili kampanię internetową, wzywając do unikania ukraińskich marek w sklepach. Ma to związek z ostatnią decyzją Wołodymyra Zełenskiego, który nazwał jedną z ukraińskich jednostek honorowym imieniem „Bohaterów UPA”, a także do działaniami części ukraińskich przedsiębiorców promujących narracje neobanderowskie.

Konrad Niżnik, członek rady naczelnej Konfederacji Korony Polskiej zaapelował o bojkot firmy Roshen, należącej do Petra Poroszenki – byłego prezydenta Ukrainy publicznie wychwalającego Romana Szuchewycza i Stepana Banderę, odpowiedzialnych za rzeź wołyńską.

Dwa lata temu Poroszenko oświadczył, że jego fundacja sfinansuje odbudowę muzeum Romana Szuchewycza, które zostało zniszczone w wyniku rosyjskiego ataku. Były prezydent domagał się również nadania nazw ulic w Kijowie im. Szuchewycza i Bandery.

„Nie kupujemy Roshen. Jest to firma ukraińska, której właścicielem jest «król czekolady» Poroszenko, który był prezydentem Ukrainy, a który aktywnie wspiera nazistowską politykę historyczną Ukrainy. Między innymi chce współfinansować odbudowanie muzeum Szuchewycza we Lwowie. Jeśli kupujecie te cukierki, to tak, jakbyście wspierali morderców Polaków” – oświadczył polityk Korony.

https://www.facebook.com/plugins/video.php?height=476&href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2Freel%2F1702990334236803%2F&show_text=true&width=267&t=0

Artykuły Roshen są dostępne w wielu polskich dyskontach, m.in. w Biedronce. Korporacja zajmuje 27. miejsce na liście największych producentów słodyczy na świecie.

W tym roku firma weszła również w segment lodów. Na polskim rynku oznaczałoby to rywalizację z markami takimi jak Grycan czy Koral.

Te firmy promują banderyzm

Poza firmą Roshen, w Polsce działalność prowadzą również ukraińskie sieci gastronomiczne, w których w sposób bezpośredni pojawiają się odniesienia do postaci i symboliki związanej z OUN-UPA oraz Romanem Szuchewyczem.

Dotyczy to m.in. restauracji Rebernia w Łodzi, należącej do ukraińskiego holdingu !FEST.

Holding to także właściciel „Kryjówki” (Kryjivka), znanego lwowskiego banderowskiego lokalu otwartego w 2007 roku. Jej wnętrze ma przypominać bunkier Ukraińskiej Powstańczej Armii, na ścianach znajdują się m.in. zdjęcia bojowników UPA, plakaty propagandowe, broń z epoki, a obsługa często nosiła stroje stylizowane na upowskie (obecnie zwykle są to koszulki z logo „UPA”).

Ponadto w swoich materiałach promocyjnych firma nie tylko posługuje się symboliką banderowską, ale też promuje „kata Polaków”, głównodowodzącego OUN-UPA Romana Szuchewycza, odpowiedzialnego za ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

Wśród innych marek należących do !FEST na polskim rynku działa również sieć „Pijana Wiśnia”, oferująca lwowskie nalewki.

Zobacz: „Promuje banderyzm” – Młodzież Wszechpolska przyznała się do akcji wymierzonej w ukraińską firmę promującej UPA i Szuchewycza

Marletto, ukraińska firma, która zwolniła wszystkich polskich pracowników z kaliskiego zakładu

Wśród innych dużych graczy na polskim rynku znajduje się marka Marletto, produkująca wyroby dla sieci Biedronka. Choć nazwa producenta została usunięta z części opakowań, z kodów kreskowych wynika, że produkcja nadal odbywa się na Ukrainie.

Warto zauważyć, że w przypadku polskich i zagranicznych producentów nazwy nadal widnieją na opakowaniach produktów, zniknęła tylko nazwa ukraińskiej firmy. Biedronka cytowana przez „Wiadomości Handlowe” podała, że „to efekt decyzji biznesowych i ochrony informacji handlowych”.

Za sporą część produkcji odpowiada ukraińska spółka Three Bears (Trzy Niedźwiedzie) z Berdyczowa. O przedsiębiorstwie zrobiło się głośno w 2023 roku, gdy przejęła polską grupę Nordis wraz z zakładem mrożonek Calfrost w Kaliszu. Rok po zakupie nowi właściciele zamknęli fabrykę i zwolnili 54 osoby. Później nieruchomość wystawiono na sprzedaż za połowę pierwotnej ceny.

Późniejsze zniknięcie nazwy Marletto z opakowań może oznaczać chęć uniknięcia afery związanej ze zwolnieniem Polaków. Na kontraktach z Biedronką firma zarabia w Polsce kilkadziesiąt milionów złotych rocznie.

„Ukraińskie produkty? Nie, dziękuję!” – apel Młodzieży Wszechpolskiej

„Ostatnio głośno o relacjach Polski z Ukrainą. Oprócz zwracania polskich odznaczeń państwowych, Ukraińcy zaczęli również bojkotować polskie produkty. Zachęcamy do zrobienia tego samego, ale w inną stronę” – powiedział Piotr Płociniczak, prezes okręgu wielkopolskiego MW i Radny Gminy Lipno.

Działacz narodowy udał się do jednego z największych polskich dyskontów, Biedronki, wskazując na liczne sprzedawane ukraińskie produkty, m.in. Roshen, słodycze Konti, keczupy Chumak – keczupy, przetwory Nizhyn, a także alkohole od takich firm jak Hlibny Dar, Shustov, Nemiroff, Khortytsa czy Morosha.

Płociniczak przypomniał, że produkty pochodzące z Ukrainy są oznaczone kodem „482”.

Pozostałe ukraińskie marki w Polsce

Na polskim rynku funkcjonuje szeroka grupa ukraińskich marek spożywczych i napojowych. Oprócz najbardziej rozpoznawalnych, są to również:

  • Obolon – ukraiński producent piwa, napojów bezalkoholowych oraz wody mineralnej, jeden z największych browarów w kraju eksportujących swoje wyroby na rynki zagraniczne.
  • Chernihivske – marka piwa należąca do koncernu Carlsberg Ukraine.
  • Sandora – producent soków i napojów owocowych oraz warzywnych, znany z szerokiej oferty soków i nektarów.
  • Jaffa – marka napojów owocowych, soków i nektarów.
  • Torchin – producent sosów, majonezów, ketchupów oraz przypraw i dań gotowych.
  • Tulczynka – marka specjalizująca się w produktach mlecznych i tłuszczach roślinnych, w tym margarynach i wyrobach do smarowania.
  • Morshynska – producent wody mineralnej i napojów funkcjonalnych.
  • Miwina – marka żywności instant, przede wszystkim makaronów błyskawicznych oraz zup i dań szybkiego przygotowania.
    Yaro – producent batonów energetycznych, przekąsek i produktów typu „fit”.
  • Valesto – marka produktów spożywczych, w tym wyrobów przetworzonych i artykułów spożywczych codziennego użytku.
  • MaxfoodKonserwa – producent konserw mięsnych i rybnych oraz innych przetworów w puszkach.
  • Złote Zerno – marka związana z produktami zbożowymi, mąkami oraz artykułami spożywczymi opartymi na zbożach.
    Ukrain Spirit – marka obejmująca wyroby alkoholowe, głównie wódkę i inne mocne alkohole.
  • W sektorze kosmetycznym i chemicznym działają m.in. Green Pharm Cosmetic oraz inne marki higieniczne obecne w drogeriach.

Ukraińskie marki są także widoczne w branży odzieżowej i modowej. W segmencie masowym funkcjonują m.in. Ocean, Vovk, One By One oraz Duna. W segmencie designerskim i premium obecne są takie marki jak Sleeper, Bevza, Anna October, Poustovit, Kulakovsky, Ruslan Baginskiy, DZHUS (Irina Dzhus), Ksenia Schnaider, Vita Kin, Gepur, Must Have, Paskal, TTSWTRS, Bazhane, Balykina, KEL, Havry, Priority oraz Grains de Verre.

W sektorze przemysłowym i budowlanym obecne są m.in. Dnipro-M oraz inne firmy działające w Polsce w obszarze narzędzi i materiałów budowlanych.

Ukraińskie sklepy

W Polsce działają również ukraińskie sieci handlowe. Do takich należą m.in. Best Market i Best Beer (ok. 22 sklepy w Polsce), Foodex Express oraz Foodex24, a także sklepy Ukraiński Smak.

Pierwsze placówki Foodex Express firmy Best Market otworzono w Polsce w zeszłym roku. Przedsiębiorstwo zapowiedziało wówczas budowę ogólnopolskiej sieci handlowej. Miała być to ukraińska odpowiedź na popularną w polskich miastach Żabkę. W całym kraju sieć Best Market posiada łącznie ponad 30 lokalizacji.

Pozostając w segmencie spożywczym, w kwietniu 2025 roku Fozzy Group, jeden z największych graczy na Ukraińskim rynku spożywczym, także rozpoczął swoją działalność w Polsce. Firma działa w naszym kraju jako franczyzobiorca. Funkcjonuje pod marką jednej z istniejących polskich sieci handlowych. Na koniec czerwca 2025 roku Fozzy Group posiadał 840 sklepów działających pod markami Silpo, Fora, Thrash!, Fozzy, Le Silpo, Favore i Foodpod.

W marcu 2025 roku ukraiński Focus Estate Fund zakupił trzy centra handlowe w Sosnowcu, Rudzie Śląskiej i Rybniku. Firma posiada już kilka galerii w Polsce i zapowiada w przyszłości kolejne przejęcia. Focus Estate Fund zarządza już m.in. centrami handlowymi w Płocku, Nowym Sączu, Legnicy, Sandomierzu i Bartoszycach.

W 2024 roku międzynarodowe biuro ukraińskiej firmy farmaceutycznej Farmak zakończyło przejęcie polskiej firmy farmaceutycznej Symphar, stając się jej 100 proc. właścicielem.

W tym samym czasie pisaliśmy, że firma Ursus, która ogłosiła upadłość w 2021 roku, została sprzedana ukraińskiej spółce M.I. CROW zajmującej się produkcją sprzętu transportowego.

Czytaj: Ursus sprzedany. Trafił w ręce ukraińskiego biznesmena oskarżanego o powiązania z Rosją

Ukraińcy założyli do 2025 roku ponad 123 tys. firm w Polsce

Od 2022 roku do 2024 roku nastąpił ogromny wzrost nowo powstałych ukraińskich firm na terenie naszego kraju. Według danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego, w tym czasie zarejestrowano ponad 44,5 tysiąca ukraińskich przedsiębiorstw. W samym 2023 roku powstało 28,6 tysiąca jednoosobowych działalności gospodarczych, czyli 80 proc. więcej niż w roku poprzednim.

Do 2025 roku Ukraińcy zarejestrowali prawie 110 tys. jednoosobowych działalności gospodarczych oraz 14,5 tys. spółek z kapitałem ukraińskim. Najwięcej jednoosobowych działalności gospodarczych prowadzonych przez obywateli Ukrainy działa w sektorze budownictwa.

W przypadku bezpośredniego handlu z Ukrainą – w 2025 roku eksport wyniósł ok. 56,9–57 mld zł, podczas gdy import ok. 19,7 mld zł. Polska jest 2. największym importerem towarów z Ukrainy w UE.

Kod 482. MEM-y VIII.

—————————————–

———————————-

——————-

——————————-

—————————-

———————————

—————————-

———————————

——————-

————————–

Dlaczego Polska i Ukraina są skazane na wrogość?

Dlaczego Polska i Ukraina są skazane na wrogość?

5.07.2026 wolnemedia/dlaczego-polska-i-ukraina-sa-skazane-na-wrogosc

Jeszcze nie tak dawno nasza elitka infantylno-agenturalna i „eksperci” nauczali o federacji czy konfederacji polsko-ukraińskiej, a ci którzy pukali się w czoło, uchodzili za „ruskie onuce”. Byłem zaliczany do tej kategorii, ponieważ od samego początku uważałem to za nonsens. Więcej, od początku uważałem, że Polska i Ukraina skazane są na wrogość. W 2023 roku napisałem na ten temat artykuł naukowy pt. „Niemcy, Rosja, Ukraina i kwestia polska”, który wtedy był „bluźnierstwem”. Nie zmieniłem zdania o jotę, a dziś mam wrażenie, że cały PiS mówi cytatami z tego tekstu. Dlaczego Polska i Ukraina są skazane na wrogość?

Po pierwsze ze względu na tożsamość Ukrainy. Fryderyk Engels określiłby ten lud mianem „narodu niehistorycznego”, który nigdy nie posiadał własnego państwa i nie miał politycznej tożsamości, nie posiadał elit, historii i własnych bohaterów. Naród ten rodzi się na naszych oczach w tempie przyśpieszonym i sztucznym. Anglosasi określają taki proces mianem nation-building, czyli sztucznej budowy narodu. Pośpiech w budowaniu jego tożsamości powoduje, że może ona powstać tylko na negacji, wrogości i nienawiści na tle historycznym. Stąd „Bohaterowie UPA”, Stepan Bandera, Andrij Melnyk etc. – cały panteon ludobójców i zbrodniarzy, którzy nienawidzili Polaków, Rosjan, Żydów i Czechów.

Polacy to dawne „pany”; Rosjanie to nieco późniejsze „pany”; Czesi to brakująca ukraińska burżuazja, czyli „wyzyskiwacze”. O Żydach i ich karczmach i kantorkach nawet nie wspomnę. Gdyby naród ukraiński rodził się przez stulecie, to znalazłby własnych bohaterów pozytywnych. Skoro takich nie ma, to buduje tożsamość na teoretykach i praktykach nienawiści. Dlatego Kijów nie chce być naszym przyjacielem, gdyż straciłby prawomocność własnego istnienia, której istotą jest bunt wobec „panów” dawnych i dawniejszych.

Po drugie Polska nie ma Ukrainie zbyt wiele do zaoferowania. Całą broń już głupio i darmo oddaliśmy. Skarb państwa mamy pusty i zatykany za pomocą pożyczek, więc przelewy do Kijowa siłą rzeczy z rzeki przemieniły się w strumyk. Polska nie posiada potencjału politycznego, ekonomicznego i militarnego, aby stać się gwarantem istnienia Ukrainy wobec Rosji. Potencjał taki posiadają Stany Zjednoczone, ale Donald Trump uważa tę wojnę za problem, jest zbyt daleko i nie chce już dawać darmo broni. W tej sytuacji pozostają państwa europejskie. Wielka Brytania jest cyniczna i chętnie rzuca swoich aliantów do wojny, ale sama swoich żołnierzy nie wyśle. W dodatku jest skąpa.

Zostają zatem Niemcy, którym wciąż marzy się Mitteleuropa, której Ukraina miałaby być wschodnią flanką. Niemcy wciąż nie mają armii, lecz mają potencjał ekonomiczny i pieniądze. Poza tym Moskwa zawsze się z nimi liczy. Dlatego są jedynym realnym sojusznikiem Kijowa. Potencjał Berlina jest kilka razy większy niż Warszawy, a poza tym napisana na nowo banderowska historia Ukrainy uczyniła z nich sojusznika (którym w praktyce nigdy nie były). Aby przypodobać się Niemcom, Kijów już wcześniej uderzał w Polskę, jawnie wspierał przed wyborami KO przeciw PiS. Słowem, za pomocą Ukrainy Niemcy biorą nas w obcęgi od wschodu i zachodu, zmuszając do posłuszeństwa.

Po trzecie Ukraina koniecznie chce wejść do NATO i Unii Europejskiej. Już dziś można powiedzieć, że do NATO na pewno nie wejdzie, gdyż dla Władymira Putina wpisana do konstytucji Ukrainy wieczysta neutralność tego państwa jest warunkiem sine qua non podpisania pokoju. Przecież wojna wybuchła w reakcji na publicznie ogłoszony przez Wołodymyra Zełenskiego zamiar akcesji do Paktu Północnoatlantyckiego, wraz z równie publicznie wygłoszoną nadzieją, że NATO pomoże jego państwu w odzyskaniu Krymu i Donbasu. Amerykanie wiedzą, że bez spełnienia tego postulatu pokoju nie będzie, więc nie chcą słyszeć o akcesji i własnym zobowiązaniu do obrony tego państwa. W tej sytuacji pozostaje tylko nadzieja na wejście do Unii Europejskiej.

Siergiej Ławrow wielokrotnie deklarował, że Federacja Rosyjska nie ma nic przeciwko temu. Przyzwolenie potwierdził Putin, a poparł je Trump (gdyż obydwaj źle UE życzą i liczą na powiększenie panującego w niej chaosu i złodziejstwa). W tej sytuacji Ukrainie pozostaje tylko akcesja do Unii Europejskiej. Czy UE daje gwarancje bezpieczeństwa? Istniejąca nie. Ale gdyby przyjąć francusko-niemiecki plan federalizacji UE, ze zniesieniem prawa weta narodowego, wspólną polityką zagraniczną i obronną, a docelowo z armią europejską? W takiej sytuacji będąc „w Europie” w konflikcie z Rosją, można odwołać się o pomoc do Brukseli i do armii unijnej. O ile z punktu widzenia Kijowa poparcie federalizacji UE jest całkowicie racjonalne, to dla interesów Polski byłoby to zabójcze, gdyż oznaczałoby likwidację suwerennych państw i zastąpienie ich unijnym super-państwem. A tego nie chcemy!

Po czwarte interesy ekonomiczne Polski i Ukrainy w Unii Europejskiej są dramatycznie sprzeczne. Dla polskiego rolnictwa byłby to Armagedon, gdyż musiałoby konkurować z latyfundiami na czarnoziemach, gdzie pracownikom płaci się groszowe pensje. W dodatku automatycznie zostalibyśmy zapewne tzw. płatnikiem netto. Dostawalibyśmy mniej funduszy europejskich, gdy te szłyby na „odbudowę” Ukrainy, czyli na złote klozety kumpli Wołodymyra Zełenskiego. Wpuszczenie przez Warszawę Ukrainy do UE byłoby samobójstwem, na który KOPiS oczywiście jest gotowy (nie łudźmy się co do weta w tej sprawie, gdyby PiS był przy władzy). Każde nasze sprzeciwy w celu obrony polskich interesów ekonomicznych natychmiast zderzyłyby się ze skrajnie roszczeniową i bezczelną postawą rządu w Kijowie.

I na koniec pytanie: dlaczego skoro ja to wszystko wiedziałem już w 2023 roku, to nie wiedzieli tego Jarosław Kaczyński i Przemysław Czarnek aż do czerwca 2026 roku? Albo nie wiedzieli, albo udawali, że nie wiedzą, gdyż realizowali polecenia z Departamentu Stanu. Jeśli nie wiedzieli, to nie nadają się na polityków rządzących krajem. Jeśli wiedzieli, ale realizowali zagraniczne wytyczne, to znaczy że nie nadają się na polityków rządzących Polską.

Autorstwo: Adam Wielomski Źródło: NCzas.info

Braun: Idziemy po udział we władzy, żeby skończyć z eksterytorialnością i obcym władztwem

NASZ WYWIAD. Braun: Idziemy po udział we władzy, żeby skończyć z eksterytorialnością i obcym władztwem

5.07.2026 nczas/braun-idziemy-po-udzial-we-wladzy-zeby-skonczyc-z-eksterytorialnoscia-i-obcym-wladztwem

NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. Foto: PAP
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. Foto: PAP

„Idziemy po udział we władzy, aby skończyć z eksterytorialnością i obcym władztwem” – przekonuje Grzegorz Braun w rozmowie z Markiem Skalskim. Zdaniem lidera Korony w Polsce istnieją enklawy wyłączone spod faktycznej jurysdykcji państwa polskiego. To „obce lotniskowce w naszym akwenie”, takie jak Auschwitz-Birkenau czy POLIN w Warszawie. Razem z polskim delegatem do eurokołchozu zastanawiamy się także, co może skłonić mieszkańców dużych, postępowych miast – skazanych przez PiS na straty – do buntu i de facto powrotu do normalności.

Marek Skalski: Dzień dobry. Gdy rozmawiamy, jesteś w…

Grzegorz Braun: …Strasburgu. Przypominam, że tutaj w ramach, że tak powiem, ogólnego absurdu i aberracji systemowej raz w miesiącu cały ten interes przeprowadzany jest z Brukseli do Strasburga. Jadą kontenery, jadą lawety, samochody z szoferami, jadą asystenci z papierami i przylatują na dość, między nami mówiąc, prowincjonalne lotnisko strasburskie. Trudno się tu dostać i trudno wydostać. Przylatują CEP-y, MEP-y, czyli członkowie europarlamentu. Dlaczego? Dlatego że Republika Francuska też coś musi z tego mieć, musi zarobić. Wyobraźcie sobie firmę, która raz w miesiącu czy na tydzień przenosi swoją siedzibę, np. samo tylko skromne biuro zarządu do sąsiedniego województwa. To jest właśnie esencja eurokołchozu, to jest jego prawdziwa natura. Tu nie chodzi o jakikolwiek zdrowy rachunek strat, zysków, korzyści. Tu chodzi o ideologię, a tam, gdzie chodzi o różne oszukancze doktryny, pieniądze nie grają roli.

MS: Miałem taki epizod w swoim życiu zawodowym: pracowałem w koncernie górniczo-hutniczym KGHM. Oni mają centralę w Zagłębiu Miedziowym w Lubinie. W pewnym momencie ktoś uznał, zupełnie słusznie, że to jest koncern międzynarodowy, piąty co do wielkości producent miedzi na świecie, więc centrala powinna być w Warszawie. Oczywiście się nie udało, bo tradycja, bo Zagłębie Miedziowe, bo nie wolno, bo związki zawodowe… Ostatecznie utworzyli tylko małe biuro w Warszawie. Koszta oczywiście razy dwa, bo wiadomo – trzeba wszystko duplikować. Pieniądze nieważne…

GB: Wiesz, po namyśle może lepiej byłoby przeprowadzić na jakiś czas stolicę do Lubina, odchudzić, skrócić i wyrzucić, zredukować liczne resorty, agent, przeprowadzić cięcia budżetowe i kadrowe w administracji, która nam się mnoży, a jak się mnoży, to się sroży, prawda? To znaczy szuka sobie zajęcia, więc znajduje różne pomysły na to, jakby gnębić, nękać i uciskać obywatela. Tymczasem w Warszawie administracyjne śródmieście ogrodzić płotem z blachy falistej… Dam im fotowoltaikę, niech się ogrzewają, ale odłączyć prąd z sieci. My tymczasem przenieśmy się do Lubina i stamtąd może Polskę odwołujemy…

MS: Były pomysły, chyba w latach 90., żeby przenosić stolicę do Łodzi.

GB: Bo Warszawa była wtedy zrujnowana. Tak ją odbudowali, że zwęzili ulice ze względów ideologicznych po to, żeby np. w perspektywie marszałkowskiej nie było widać kościoła Zbawiciela – tam podobno sam Bierut przesuwał makietę MDM-u.

MS: Teraz widać, jak towarzysz (S)Trzaskowski, bo tak go chyba trzeba nazywać, kontynuuje te tradycje zwężania ulic. Nawet ci eurokołchoznicy warszawscy mają go już serdecznie dość. Ale, uwaga, nie odważył się wywiesić tęczowych flag, co pokazuje, że jednak jakiś delikatny niepokój jest.

GB: Chociaż, jak wykryłeś poprzez dziennikarskie śledztwo, rozesłał flagi do urzędów dzielnicowych. Słyszę, że np. mieszkańcy w rejonie ulicy Waszyngtona, która ma być zwężana, organizują się, są pikiety, manifestacje. Może jednak ten krakowski moment krytyczny i momentum dziejowe w Warszawie zadziała? Życzmy sobie, żeby się naród obudził. Jeżeli się nie budzi i nie ucieka z krzykiem na hasło Zielonego Ładu, paktu migracyjnego, ukrainizacji, covidy-zacji, to może obudzi go prześladowanie bezpośrednie, kiedy władza uniemożliwi po prostu zatrzymanie się własnym autem pod własnym domem. Bo w niektórych miejscach to ma być uniemożliwione, nawet nie utrudnione, tylko uniemożliwione. Może to otworzy oczy nawet tej warszawskiej, uśmiechniętej wspólnocie, wcześniej zadowolonych z życia eurofederastów, sodomitów zawodowych, etatowych. Może im to tak dopiecze, że zdecydują się zrzucić jarzmo Rafała „Planeta Płonie”-Trzaskowskiego.

MS: Całkiem niedawno prezydent Poznania pan Jaśkowiak dostał prezent w postaci tortu na twarzy…

GB: Tego akurat nie popieram. Niemniej liczę na to, że jakaś fala przez Polskę ruszy i zmiecie tych euro-sowieciarzy. Wydaje mi się, że osobiście Jaśkowiak i inni są na liście sygnatariuszy takiego haniebnego listu. Był to manifest prezydentów dużych miast w Polsce, że oni chętnie przyjmą migrantów, że oni są otwarci… Nie pamiętam, czy to było za drugiej, czy jeszcze za pierwszej okupacji PiS-u, ale oni w ramach walki wewnętrznej właśnie tak zamanifestowali. To była publiczna manifestacja, jakby to powiedzieć, sprzeciwu władzy samorządowej wobec władzy rządowej. Cokolwiek, w którymkolwiek układzie myślimy o władzy jednej i drugiej, to jednak nie chcemy rozwalania państwa, a to była manifestacja, można powiedzieć bojkot władzy centralnej przez władze samorządowe. Podsumowując, nie popieram ciskania tortami w prezydentów, bo jedna rzecz to jest osoba, a druga rzecz to jest urząd.

MS: Oczywiście też tego nie pochwalam. Zwracam jednak uwagę, że ten społeczny sprzeciw manifestuje się w różnych formach, czasami rzeczywiście nieprzyjemnych wobec osób sprawujących zaszczytne funkcje. Nie jest tak, że ludzie nie widzą, co się dzieje i nie będą reagować na wierchuszkę, która żyje w złotej klatce, na wysokiej wieży, na zamku…

GB: Tak, to jest reakcja na bierność, zaniechanie, także zresztą poprzedniego układu władzy, obozu zjednoczonej Łże-Prawicy. Ten obóz po prostu oddał walkowerem te wszystkie miasta. Oni nawet nie próbowali nawiązać walki. Kiedy był wakat w Gdańsku, wówczas premier Morawiecki z nadania PiS-u, a całkiem niedawno jeszcze doradca Tuska, nawet nie wysłał zarządcy komisarycznego do Trójmiasta… Jeśli nawet z góry się godził z przegraną w wyborach uzupełniających, mógł przynajmniej wysłać kogoś, kto by siedział przez ładnych paręnaście tygodni w papierach miasta Gdańska i ten układ gdański, też niemiecki, jakoś przetrzepał. Łże-Patrioci z góry frakturują duże miasta jako stracone i de facto eksterytorialne względem jurysdykcji państwa polskiego. To samo z rozległymi terytoriami, obcymi lotniskowcami w naszym akwenie, takimi jak Auschwitz-Birkenau czy POLIN w Warszawie. One już w ogóle są wyjęte spod jurysdykcji państwa polskiego.

MS: One są sprytnie zarządzane. Tam i państwo finansuje, i miasto, i jeszcze taka czy inna fundacja…

GB: Partnerstwo publiczno-prywatne, to znaczy Polak płaci, a Żydzi skorzystają i zarządzą. Dla Żydów zastrzeżone decyzje i programowe, i kadrowe, a dla nas dożywotni psi obowiązek łożenia na tę antypolską propagandę. Tu wspomnę, że idziemy – nie bójmy się tego słowa i nie owijajmy w bawełnę – po udział we władzy, żeby z tym skończyć, żeby skończyć z eksterytorialnością, żeby skończyć z obcym władztwem i w makro i w mikroskali na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej.

MS: Muzeum POLIN – dodam na marginesie – zajmuje się tępieniem swobody wypowiedzi w Polsce, zgłaszając filmy publikowane przez „NCz!” na platformach internetowych. W Muzeum POLIN działa specjalna komórka, która się tym zajmuje. To kuriozum, że instytucja muzealna angażuje się w ograniczanie wolności słowa w Polsce. Kończąc wątek PiS-u, który poddał walkowerem chociażby Warszawę, warto przypomnieć, że gdy Rada Warszawy uchwaliła strefę czystego transportu, partia Jarosława Kaczyńskiego miała swojego wojewodę. Mógł on powstrzymać tę uchwałę, choćby badając jej legalność. Nie zrobiono tego.

GB: Ale nie zrobiono tego, bo to były czasy, w których niektórzy z PiS chwalili się, że są autorami Zielonego Ładu Europejskiego, a Jarosław Kaczyński budował taką myśl, że temu nie można się przeciwstawić, bo gdybyśmy się przeciwstawili, to byśmy się postawili poza nawiasem – w domyśle – zdrowej demokracji eurokołchozowej.

Takie są tego konsekwencje…

Kowid a Ukraina, czyli apokaliptyczne paralele

Kowid a Ukraina, czyli apokaliptyczne paralele

Apoka

4 lipca, wpis nr 1415 dziennikzarazy/kowid-a-ukraina-czyli-apokaliptyczne-paralele

Publicystycznie uruchomiłem się w zasadzie dzięki kowidowi, albo też i przez kowida. Ale to był tylko impuls, iskra, która oświetliła zacienione fragmenty rzeczywistości, pozwoliła zobaczyć mnie, ale i całej świadomej społeczności wyrzutków denialistycznych, w jakim to świecie żyjemy. Po takim fleszu ciężko jest wrócić do starych ustawień – nie da się odzobaczyć raz ujrzanej istoty świata. Ale kowid już odszedł – zajął jego miejsce inny substytut strachu – wojna. Lecz mechanizmy pozostały te same, tyle, że intensywność bodźcowania ludzi strachem zwiększa się, powodując zaistnienie dwóch sprzecznych, lecz przemożnych biegunów ludzkich motywacji – strachu i obojętności. Wielu ląduje przyklejonych do jednego z tych biegunów, ale większość buja się jak opiłki metalu przy zmieniających się polaryzacjach magnesu. Stąd te pozory ruchu – jest nerwowo.

Jeźdźcy Apokalipsy

Stymulowanie strachem, któremu jesteśmy poddani powoduje zatem dwa zmienne ale sprzeczne stany – boimy się, lecz przy przeciążeniu strachem obojętniejemy na te bodźce. A to powoduje, że czasami nie rozróżniamy sygnałów – jesteśmy postrachani czymś nieistniejącym, zaś z drugiej strony możemy przyjąć postawę obojętności wobec realnych zagrożeń. Żyjemy w świecie drugiego jeźdźca Apokalipsy – przeżyliśmy (nie wszyscy) galop jeźdźca Zaraza, dziś jesteśmy wsadzani na siodło jeźdźca Wojna, za nami podążają pozostałe w kolejności: jeździec Głód i Śmierć.

Dziś spróbujemy przyjrzeć się im obu, by poszukać podobieństw, a są one nie tylko intelektualnie ciekawe, ale wskazują na pewną linię zdarzeń i narracji, której jesteśmy poddani. Widać bowiem pewien ciąg postępujący pomiędzy kowidem, a narracją wojenną. Tę ostatnią będę chciał pokazać na przykładzie zmiany, a właściwie przyspieszonej ewolucji naszego stosunku do wojny ukraińskiej. Nie chcę tu wskazywać na Ukrainę jako zarazę, broń Boże, chcę tylko wskazać na podobne procesy, zwłaszcza – jeśli są takie podobieństwa – to domknięcie tematu kowidowego wskazuje nam na prawdopodobne scenariusze domknięcia sprawy Ukrainy. Wydaje się to naciągane, ale tylko z pozoru. Bo zobaczmy:

W przypadku kowida mieliśmy do czynienia z bezwarunkowym narracyjnym namagnesowaniem całej światowej społeczności zagrożeniem pandemicznym, zaś każdy, kto powątpiewał, nawet prywatnie, w pewniki kowidowe był ostracyzmowany. Nie trudno zobaczyć dzisiejsze paralele pomiędzy ówczesnymi antyszczepionkowymi szurami a dzisiejszymi wojennymi onucami. Sanitarystyczny entuzjazm zrozumienia konieczności to przecież wypisz-wymaluj ta sama społeczna figura, jaką widzieliśmy w przypadku wojny i stosunku do Ukrainy. W obu przypadkach odstępstwa od głównego nurtu były nieliczne, karane natychmiast, przy pełnym zrozumieniu „odpowiedzialnej większości”.

Co ciekawe w przypadku kowida można było zauważyć powolną ewolucję, zmiękczanie kiedyś twardych stanowisk. Szury kowidowe zaczęły wyciągać jakieś nieprawomyślne badania, dowody, pojawili się jacyś eksperci, którzy zaludnili nisze mediów społecznościowych. Front sanitarystyczny zaczął topnieć coraz szybciej, zwłaszcza, że i bez dowodów brak logiki dnia codziennego i szastanie się od ściany do ściany władz sprzyjały temu trendowi. Szala społecznego przekonania zaczęła się powoli podnosić z akceptowania sanitaryzmu do jakiegoś poziomu równowagi. Doszliśmy już wtedy do policzalnych poziomów postaw społecznych względem oficjalnej narracji, czego wyrazem był ledwo 50-procentowy udział w szczepieniach i to pierwszej dawki oraz wyraźnej zapaści dalszych serii.

Ukraina w miejsce kowida

Tak samo było z Ukrainą – wcześniej złego słowa nie można było powiedzieć, bo i jak – oni tam walczą, uwidocznił się humanitarny, wcale nie rządowy, solidaryzm na poziomie ludzkim, a więc podstawowym. Ale w to wszystko wdała się zaraz polityka: polska łatwowierna i ukraińska – na początku proszalna (uwaga – nigdy wdzięczna), później zaskakująco wyższościowa i posłannicza. Okazało się, że Ukraina walczy za nas, co dla Polaków jest od razu weryfikowalną ściemą: nikt tu nam, Polakom, nie będzie świecił w oczy prometeizmem. My mamy, kochani Ukraińcy, za sobą ze sto lat bycia Chrystusem narodów, cierpieliśmy za cały świat, wadziliśmy się z królami i papieżami. I robiliśmy to kompletnie w pustkę, za darmoszkę, nie tak jak teraz wy – wyciągając rękę po zapłatę za realizację swojego posłannictwa. Tak że nie z nami te numery.

Ważne jest, że społeczność za kowida przeszła od zawierzenia do trudnego obudzenia się w prawdzie. Tak samo mamy z Ukrainą. Ważne jest też, że pokowidowe resentymenty są bardziej zaawansowane, można więc na ich podstawie przewidzieć co się stanie społecznie z tzw. sprawą ukraińską. Cóż się stało z ludźmi po kowidzie? Ano – poszło to w różne strony: jedni, przebudzeni, już nie zapomną, ale tych, jak to na świecie, jest nie tak dużo, choć – co optymistyczne, ich grono wzrosło, bo kowid był nie tylko testem na inteligencję, ale też i budzikiem, który dał szansę tym, co byli gotowi się wybudzić. Potrzebowali tylko wstrząśnięcia, którym był kowidowy reset. Ale to nie jest większość – większość poszła w zapomnienie. Powód tego aktu jest prosty – wielu z nas pogrzeszyło konformizmem, a to ciężki temat do powracania i przypominania sobie jak łatwo nam narażać integralność naszej tożsamości pod byle ciśnieniem. Dla wielu, zauważcie, temat kowida jest wyparty, albo wypierany, jak okres błędów młodości, z których nie narodził się dorosły człowiek, ale tylko jego gorzka świadomość własnych ograniczeń i słabości.

To samo z tematem ukraińskim, widać już pierwsze jaskółki – nuworyszowski zapał kiedyś bezwzględnych ukrainofili, którzy się nagle nawrócili na ukrainofobów, nadrabiając gorliwością swe przewiny, kiedy ścigali innych wtedy wątpiących za onucyzm. Tu też mamy wyparcie własnych, dziś niespecjalnie modnych, postaw. Co ciekawe, te postawy mają swoje odzwierciedlenie w polityce i to nie dlatego, że idą z dołu do góry. Nie. U nas polityka, a właściwie postpolityka działają odwrotnie: sfera polityczna ogląda społeczeństwo przez lupę badań i łowi trendy. Jedne, korzystne dla którejś z wybranych przez partie grup politycznych konsumentów, wzmacnia, inne osłabia lub atakuje.

Strach spaja POPiS

I popatrzmy – za kowida mieliśmy w tak manichejsko dwubiegunowej Polsce cud pandemicznego porozumienia ponad podziałami. Ba, nawet się licytowano – kto bardziej. Dwa wojujące obozy ścigały się w oskarżeniach o procent krwi na rękach, co w przypadku rządzącego w pandemii PiS-u było słabym jednak uzasadnieniem, dziś czasami przywoływanym, dla tego, że wstydliwy dziś zamordyzm był wynikiem reakcji na to, że Tusk dyszał nad uchem publiczności wskazując, że Kaczyński za mało się stara, z czego ludzie umierają po szpitalach i domach, zaś niezaszczepione tabuny dzieci szwendają się po świecie zakażając śmiertelnie niewinnych staruszków – podstawową grupę wyborców bezkompromisowych monopolistów na patriotyzm.

Czyż nie to samo mamy z wojną i Ukrainą? Wojna zastała nas w rozkroku zmiany władzy, ale w tej kwestii nic się nie zmieniło. Jak za kowida – zgoda ponad podziałami. Ba tam zgoda! Znowu – licytacja kto bardziej spoleruje Ukrainie. Padały przecież zarzuty w obie strony, licytowano się przecież z kim bardziej przytula się Zełenski – z pisowskim Dudą, czy pełowskim Tuskiem. Tu mamy jednak sporą różnicę – w przypadku Ukrainy z tego dyszla wyprzągł się ostatnio PiS. Z opisywaną tu nadgorliwością niegdysiejszego grzesznika w temacie. Ten żenujący powrót do prawdy syna marnotrawnego to jednak wyłom. Widać, że PiS chyba jednak poczytał prawdziwe badania, z których od dawna wynikało, że Polacy mają coraz bardziej dość tego cyrku ze służeniem Ukrainie i wyciągnięto z tego wnioski. Po prostu Kaczyński dopisał Ukrainę do całej listy zjadanych żab, czyli walenia głupa, że tematy, z którymi walczy PiS, to wcale nie PiS sprokurował. Obok wszystkich tym kamieni milowych, klimatycznych szaleństw, nadskakiwania Unii, co do których PiS udaje, że to nie on (tylko kto?) pojawił się po prostu bezwstydnie wątek ukraiński. Nastąpiło tu przełożenie wajchy, czego dowodem są wielkie dylematy redaktora telewizji Republika, pana Sakiewicza, który teraz biedaczek nie tyle musi połknąć żabę swoich wcześniejszych bezwzględnie egzekwowanych fascynacji Ukrainą, ale musi połknąć medal, który za swoją działalność otrzymał od Ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa. Redaktor najpewniej pierwszy by go zwrócił do Kijowa, ale taki akt ujawniłby publicznie tego rodzaju casus pascudeus.

Ukraina dzieli

Tak jak politycznie temat kowida do dziś jest trzymany przez wojujące plemiona jako temat, do którego się nie wraca, tak kwestia Ukrainy podzieliła dwa bloki, do tej pory złączone cichym, acz ostentacyjnym porozumieniem. Co każe nam zwrócić się ku mediom i popatrzeć jak funkcjonowały w obu przypadkach. Za czasów kowidowych dęły przecież w jedną dudę – licytowanie się na sanitaryzm. Po uznaniu dogmatu pandemicznego pozostał już tylko wyścig kto bardziej się stara. A wyścig ten odbył się po bieżni strachu. To samo było w przypadku Ukrainy – też straszono na wyścigi jak to bardzo nam grozi Putin i jakąż to tarczą przed tym zagrożeniem jest Ukraina. Obecna wolta PiS medialnie objawia się na rozwarstwieniu w tym momencie. W optyce PiS-u Ukraina nas chroni dalej, Putin jest nawet jeszcze gorszy niż był, ale jedno jest pewne – w kwestii wdzięczności Ukraińcy okazali się przykrą niespodzianką. A więc konflikt z Ukrainą jest sprowadzany przez PiS tylko do wymiaru symbolicznego. Cała reszta się popisowo zgadza.

Ale Tuskowi nawet to nie wystarcza – atakuje PiS, a właściwie Kaczyńskiego zastępczego, czyli prezydenta, za to, że swymi działaniami o głupie symbole naraził nasze stosunki z Ukraińcami. Tak jakby nasze stosunki z Ukrainą nie polegały jedynie na jednostronnym przepływie świadczeń od strony „sług Ukrainy”. No bo co możemy stracić, co nam może Ukraina zabrać? No, wizerunek, ale to nie kwestia działań Ukrainy, tylko bezradności w budowaniu narracyjnej odporności polskich władz, która jest zerowa.

Co, nie dadzą nam zarobić na kontraktach przy odbudowie? Ale z tym jest już po zabawie od dawna, lata przed kompromitująca konferencją w Gdańsku. Od dawna nasza rola miała się skończyć w tym obszarze na prostym podwykonawstwie i logistyce. I dobrze, bo na tyle nas stać. Zarobimy, ale – jak nam zapłacą. Bo przy budowie polskich autostrad zarobiły zagraniczne koncerny, zaś niekoniecznie polscy podwykonawcy. Ukraina może nam też narobić kuku w sensie politycznym, ale tylko przez dealowanie się z Niemcami, co czyniła i czyni od dawna, przy zerowej reakcji każdej z wymieniających się ekip władców Polski. Może więc nam Ukraina naskoczyć, zaś tam gdzie może nam narobić kłopotów i tak jesteśmy bezradni. Nie mamy więc w tej wymianie żadnej równowagi – my możemy Ukrainie zaszkodzić w zamian bardziej. Tylko czy będziemy chcieli? Tu akurat – znowu – wszystkie plemiona są zgodne: o pamięć możemy się spierać (to PiS), ale wspieramy i wspierać będziemy we wszystkim innym (tu wszystkie partie mainstreamu).

Putin dobry na wszystko, Duda zły

Elementem łączącym obie epoki – kowidową i wojenno-ukraińską – jest element putinowski. Putin był i jest dobry na wszystko. Należy przypomnieć putinowską, a właściwie onucową narrację w pandemii. Szło to jakoś tak – Putin chce osłabić Polskę głównie poprzez osłabienie jej kapitału ludzkiego, który ma wyniszczyć śmiertelny wirus. Każdy więc kto powątpiewa w kowidowe dogmaty to świadomy lub naiwny poplecznik Kremla. Mieliśmy więc po stronie pandemicznych kontestatorów szaloną mieszaninę dogmatycznego foliarstwa połączoną ze stymulowanym przez Kreml szkodzeniem kondycji narodowej w postaci uśmiercania antypandemiczną dezynwolturą.

Reuctio at Putinum w przypadku wojny było już oczywistością. Tu nie trzeba było nic naciągać – Putin dybie i już. Tak jak w przypadku kowida licytowano się kto bardziej, tak przy wojnie ukraińskiej zaczęto naprzemiennie wyławiać ruskich szpiegów po każdej z plemiennych stron. Do tego doszła już wyższa faza onucyzmu, czyli mniej lub bardziej świadomi poplecznicy sprawy putinowskiej, których nie tylko tropiono, ale i eliminowano pałą ostracyzmu, i to w wykonaniu obu medialnych obozów. I dziś w sprawie Ukrainy (z wyjątkiem wątku symbolicznego w przypadku mediów pisowskich) narracyjne instrumenty nastrojone są wysoko i grają w jednej orkiestrze. Pała onucyzmu jest wyciągana przez oba plemiona za każdym razem kiedy ktoś wychodzi z nowej bańki symbolicznych niesnasek. Każdy kto zająknie się na temat skutków dla Polski ukraińskiej akcesji do Unii, powątpiewa w zbawczą rolę Ukrainy w nowej architekturze bezpieczeństwa w naszym regionie jest natychmiast medialnie i politycznie odziewany w ruskie onuce i wyganiany – nie wiadomo dlaczego – akurat na Białoruś. Toczka w toczkę (ups, rusycyzm, wydało się…), tak samo było za kowida – wtedy każdy wyrywny z badaniami w ręku, który kwestionował pandemiczne dogmaty był chrzczony onucą i – znowu – wyganiany na Białoruś, do zbiegłego sędziego Szmydta.

Ciekawą figurą, która spina te dwie epoki była postać prezydenta Dudy. W przypadku pandemii prezydent lawirował, choć jednak przeprowadzenie wyborów w trakcie śmiertelnej pandemii samo z siebie dowodziło narracyjnych tylko wymiarów zarazy. W przypadku wątku ukraińskiego mieliśmy do czynienia z już chorobliwą fascynacją. Myślę, że polegającą na kalkulacji, by w drugiej, czyli ostatnie kadencji, Duda wybudował się „na temacie” międzynarodowo. Jednak świat nie uznaje za wysokie kompetencji politycznych akwizytorów spraw obcych, jakim stał się prezydent Duda. Trzeba sobie przypomnieć, że w ten sam sposób chciał zrobić karierę prezydent Kwaśniewski, z takim samym skutkiem. Teraz, po całym załamaniu się oficjalnej fascynacji narodowej sprawą ukraińską Duda jest w tak smutnej pozycji, że aż byłoby mi szkoda, jeśli bym kiedykolwiek miał żałować jakiegoś polityka. Jest to jednak upostaciowienie pozycji i sytuacji Polski, której nie stać na realizacje nawet błędnej polityki racji stanu, gdyż jej państwo polskie nie posiada. Jedyne co ma, to robienie na złość plemieniu przeciwnemu, nawet kosztem pozycji Polski oraz prywatyzacja racji stanu w formułę indywidualnych karier.

Szury jako brat syna marnotrawnego

I na koniec my – szury. Tak, gdyż nie tylko narracyjnie, ale i indywidualnie i zbiorowo foliarze kowidowi w dniu 24 lutego 2022 roku zostali zapisani do onuc putinowskich. Przypomniała mi o tym mała dyskusja na profilu u pewnego klimatysty, który pewnie z powodu spadku zainteresowania publiki klimatyzmem, zabrał się za geopolityczne wynurzenia. Tam wypomniano mi, że z Ukrainą nie mam racji, gdyż byłem… przeciwny dogmatom pandemicznym. Jestem więc, tak jak i całe rzesze mych pobratymców w foliarstwie, na wieki wykluczony z dyskursu, jako wierzący w płaskość ziemi i skuteczność egzorcyzmów za pomocą salcesonu. W obu przypadkach – kowida i Ukrainy – my, czyli ci, którzy od początku stali przy trudnej prawdzie, ganiani przez większość, z radością – i za kowida, i teraz – widzimy powroty synów marnotrawnych. Uśmiechamy się tylko pod wąsem z tego ich zaangażowania, jakby chcieli odpokutować swe – dzisiaj źle oceniane – uczynki z przeszłości swego zaczadzenia. I tylko szczególnie odporni z nas – szurów – są w stanie tolerować pouczanie nas przez nowo nawróconych, że wszystko było jasne od początku. To zabawne, kiedy taki „nowy w klasie” z wypiekami na twarzy powtarza jako swoje prawdy, za które już parę lat temu garbowano nam skórę. Ale cóż – taka jest poetyka ojca syna marnotrawnego. Za to sytuacja brata syna marnotrawnego jest wciąż biblijnie najtrudniejsza.

Obie te epoki – kowidowa i wojenna –, następujące po sobie są rozdziałami tej samej książki. Akcja się rozwija, zbliżamy się do zakończenia. Obawiam się, że nie dowiemy się kto zabił. Za rozdziałami Zaraza i Wojna widać już cień kolejnych jeźdźców Apokalipsy: Głodu i Śmierci. Wciąż jest nam czytana ta księga, ale to nie my obracamy te kartki. Nawet nie wiadomo czy możemy to zatrzymać. 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Ukraina puszcza Polsce bąki w nos

Ukraina puszcza Polsce bąki w nos

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    5 lipca 2026 michalkiewicz

Kto panu służy wiernie, ten mu za to pierdnie” – powiada ludowe przysłowie. I rzeczywiście, to prawda, zwłaszcza gdy pan ma niedostatki w zakresie kindersztuby. Ale tłumaczenie obecnego stanu stosunków ukraińsko-polskich tylko brakami w zakresie kindersztuby byłoby ślizganiem się po powierzchni zjawisk – chociaż nie da się ukryć, że w przypisywaniu Ukraińcom pewnej dzikości obyczajów niepodobna przesadzić. Ilustruje to choćby realistyczna scena uczty z filmu „Ogniem i mieczem” według powieści Henryka Sienkiewicza. Podczas tej uczty podpici kozaccy pułkownicy proponują swoim gościom poprzerzynanie gardeł, by im „prosta strawa kozacka” łatwiej przez gardło przechodziła. Dotknięty tymi niewybrednymi żartami wojewoda Kisiel, który dopiero co wręczył Bohdanowi Chmielnickiemu hetmańską buławę, pyta świeżo kreowanego hetmana, czy zaprosił ich na ucztę, czy na zniewagi. Ale – jak pamiętamy – wojewoda Kisiel sam był sobie winien – bo zachowywał się naiwnie, niczym dzisiaj Naczelnik Państwa, co to jeszcze niedawno wydawał na Majdanie kabotyńskie okrzyki „Sława Ukraini!” i „Herojam sława!” – a dzisiaj ogłasza, że odda order Jarosława Mądrego.

Tymczasem Jeremi Wiśniowiecki radził inaczej – że klemencję można okazać zwyciężonym, to wtedy – kto wie? – może nawet będą wdzięczni, natomiast w przeciwnym razie tylko się ich rozzuchwali. Dotychczasowe postępowanie – bo trudno nazwać to „polityką”, jako że polityce powinien przyświecać jakiś cel – władz warszawskich wobec Ukrainy było po prostu głupie i polegało na łaszeniu się do Ukraińców, a przede wszystkim – na futrowaniu tamtejszych oligarchów, czym się tylko dało. Oligarchowie zaś, z prezydentem Zełeńskim, który też jest przecież wynalazkiem oligarchy Igora Kołomojskiego, na czele, dopuszczali polskich lizusów do konfidencji, aż do proklamowania w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. Z tą chwilą Polska przestała być potrzebna zarówno Niemcom, które wróciły do polityki Cesarstwa Niemieckiego z roku 1917, kiedy to utworzyły Ukraińską Republikę Ludową, by szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków – jak i Ukraińcom, którzy marzą o następstwach tego strategicznego partnerstwa, jakich nie udało się im uzyskać za Adolfa Hitlera. Teraz Hitler już nie żyje, więc jest szansa, że te następstwa się pojawią. W tej sytuacji Kijów odrzucił wszelkie pozory kurtuazji wobec Polski i pokazał swoją prawdziwą naturę.

Właśnie prezydent Zeńłeński ogłosił, że wyda specjalny dekret o stworzeniu ukraińskiego panteonu, w którym Ukraińcy umieszczą takich herojów, jakich im się tylko będzie podobało – bo nikt – jak oznajmił prezydent Zełeński – nie będzie Ukraińcom dyktował, jaką mają pisać sobie historię, ani – jakich herojów mają kochać i czcić. Tymczasem Polacy nieśmiało popiskiwali, że niektórych herojów nie uznają, podczas gdy Ukraińcy akurat w nich sobie upodobali, akurat im stawiają pomniki i akurat ich nazwiskami nazywają ulice. Myślę, że zdania nie zmienią, bo każdy lubi co innego; jedni na przykład lubią szampana, a inni – jak im nogi śmierdzą. W związku z tym niedawni słudzy Ukrainy czują się dzisiaj zawiedzeni. Ale sami są sobie winni, bo głupota powinna być ukarana.

Tego domaga się rządząca światem zasada przyczynowości, według której określone przyczyny muszą rodzić określone skutki. No i właśnie ich doświadczamy – nie tylko banda idiotów, która Ukraińcom udostępniała za darmo zasoby całego państwa – ale również – wszyscy obywatele. Oni też ponoszą część winy, że durniów wysunęli do władzy, chociaż nieznaczna mniejszość, która doświadczała wyzwisk, że „ruskie onuce” i tak dalej – ostrzegała przed następstwami głupoty, między innymi w postaci konfliktu narodowościowego, który lekkomyślny naród polski sobie zafundował, a który prędzej, czy później i raczej prędzej, niż później – się objawi, może nawet w straszliwej postaci kolejnej „wołynki”.

Warto dodać, że prezydent Zełeński ogłosił swoją decyzję w sprawie „panteonu” następnego dnia po zakończeniu w Gdańsku konferencji, która teoretycznie była poświęcona „odbudowie Ukrainy” – ale sądząc na podstawie zawartych tam umów – znaczna ich część nie dotyczy żadnej „odbudowy”, tylko „wspierania wysiłku wojennego”, to znaczy – futrowania Ukrainy dostawami i pieniędzmi, z których – jak się szacuje – 30 procent jest rozkradane przez oligarchów, którzy dzięki temu wykupują sobie w Polsce przedsiębiorstwa. Obywatel Tusk Donald mało jaja nie zniósł, żeby zaprezentować to jako jeszcze jeden wielki sukces – chociaż – w odróżnieniu od Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje – prezydent Zełeński z nim chyba akurat niczym się nie dzielił, słusznie uważając, że tak czy owak zrobi on wszystko, co mu Reichsfuhrerin każe.

Podobnie z kawalerami ukraińskich orderów ze stajni Naczelnika Państwa, panem Błaszczakiem i innymi sojuźnikami Kijowa, chociaż im stosowne pouczenia chyba wydawali Amerykanie – i to cała różnica. Jeśli tedy wierzyć komunikatom z Gdańska, Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje przekazała Ukrainie 10 mld euro. Kto tę sumę pokryje? Teoretycznie ma być ona pokryta z ruskich reparacji, ale to zwykłe dzielenie skóry na niedźwiedziu, bo prawdopodobieństwo, że Rosja wypłaci Ukrainie jakieś reparacje, równa się zeru. Zatem mamy dwie możliwości: albo Unia wyłoży tę forsę ze składek unijnych bantustanów, albo – co jest najbardziej prawdopodobne – z pożyczki, którą zaciągnie Komisja Europejska na refundację wydatków poniesionych przez firmy na „odbudowę Ukrainy”. Krótko mówiąc – unijne bantustany tak czy owak same będą musiały zapłacić za radosny przywilej „odbudowy Ukrainy”, czyli – futrowania tamtejszych oligarchów, którzy każdą forsę przytulą.

Tymczasem nasz nieszczęśliwy kraj dodatkowo wstrząsany jest aferą szpitalną. Teoretycznie powinna uderzać ona w Volksdeutsche Partei, a w szczególności – w prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego – ale właśnie dlatego mamy do czynienia z totalną mobilizacją całej rządowej koalicji i aparatu propagandowego, żeby sprawę nie tyle może zamieść pod dywan – bo to już niemożliwe – ale żeby poukręcać łeb każdemu wątkowi śledztwa, bo każdy z nich może w każdej chwili eksplodować sprawami odpryskowymi, więc odpowiedni nadzór nad śledztwem nabiera zasadniczej wagi.

Nic tedy dziwnego, że obywatel Żurek Waldemar z całym stadem prokuratorów, dwoi się i troi, żeby wykazać, iż „sygnaliści”, to typy o zerowej wiarygodności, podczas gdy najbardziej wiarygodny jest obywatel Trzaskowski Rafał – oczywiście jeśli nie liczyć Wielce Czcigodnego obywatela Giertycha Romana, chociaż – o ile mi wiadomo – nie przeprowadził on jeszcze drobnej operacji chirurgicznej, która otworzyłaby mu drogę do powiększenia grona autorytetów moralnych.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Policja złożyła już ponad 20 wniosków o ukaranie obrońców życia. ABOTAK…

Policjanci złożyli już ponad 20 wniosków o ukaranie obrońców życia.

W kilkunastu sprawach sądy wydały już skandaliczne wyroki nakazowe (czyli zaoczne, jak sądy kapturowe – bez jakiejkolwiek możliwości obrony).

==========================

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Piszę do Pana z wielkim ciężarem na sercu. Mam złe wiadomości i powiem wprost: już dawno nie było tak źle jak teraz.

W Warszawie machina państwowa ruszyła przeciwko bezbronnym dzieciom i tym, którzy stają w ich obronie. Warszawska policja realizuje bezwzględne, polityczne zlecenie na obrońców życia, przekraczając przy tym granice bezprawia.

Mowa o nielegalnej, krwawej katowni aborcyjnej ABOTAK, którą feministki otworzyły w Warszawie, tuż pod oknami Sejmu, śmiejąc się wszystkim prosto w twarz.

Właśnie mija 17. miesiąc naszej nieustannej blokady tego miejsca – to już blisko półtora roku. Wolontariusze Fundacji Życie i Rodzina trwają tam nieustannie – organizując protesty, pikiety i Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji. Nie odpuszczamy ani na krok.

I właśnie dlatego uderzono w nas z wielką siłą.

Policja jako prywatna ochrona aborterek? Chyba tak, skoro zamiast ścigać przestępców, funkcjonariusze postawili sobie za punkt honoru przegonienie nas z Wiejskiej. Służby, które powinny chronić obywateli, zachowują się jak prywatna agencja ochroniarska tej rzeźni.

Feministki Aborcyjnego Dream Teamu – nieformalnej grupy polskojęzycznych aborterek finansowanej z zagranicznych funduszy – mają na swoim koncie porażające podłości:

  • Aborcję selektywną na bliźniaku,
  • Zaopatrywanie szpitali w sprzęt do aborcji próżniowej,
  • Instruktaże zabijania dzieci tabletkami – celowo kierowane do nastoletnich matek,
  • Przemyt nielegalnych środków poronnych na teren Polski przy pomocy francuskich europosłanek.

Środowisko Abotaku to bezwzględna siatka biznesowa nastawiona na depopulację i zabijanie polskich dzieci. Ostatnio te zdemoralizowane kobiety straciły grunt pod nogami – zagraniczny sponsor odciął im fundusze, a Facebook zablokował ich profile. A zatem nawet wielki biznes aborcyjny zauważył, że Polacy mają dość aborcyjnego barbarzyństwa.

Niestety, w tym samym momencie aborterki zyskały nowego, potężnego sojusznika – władzę i policję.

FESTIWAL ABSURDALNYCH ZARZUTÓW I NĘKANIA

Funkcjonariusze są obecni niemal na każdej naszej modlitwie. Czy myśli Pan, że wchodzą do środka, by powstrzymać zabijanie? Ależ skąd. Specjalnie patrzą w drugą stronę, gdy agresywni lewaccy bojówkarze plują na nas, krzyczą i próbują zakłócać modlitwę.

W zamian policjanci polują na… nas. Szukają jakichkolwiek haków na działaczy Fundacji.

Machina ruszyła. Policjanci złożyli już ponad 20 wniosków o ukaranie obrońców życia. W kilkunastu sprawach sądy wydały już skandaliczne wyroki nakazowe (czyli zaoczne, jak sądy kapturowe – bez jakiejkolwiek możliwości obrony).

Za co chcą skazywać ludzi? Za pokazywanie prawdy o aborcji, za Publiczny Różaniec, który w policyjnych protokołach nazywa się burzeniem spokoju i zakłócaniem porządku, za używanie legalnego nagłośnienia na zgłoszonych zgromadzeniach. To, co lewicowym aktywistom uchodzi na sucho, dla katolika i obrońcy życia staje się podstawą do ciągania po sądach.

To legalnie działająca klinika” – powtarzają policjanci, legitymując modlących się ludzi. Stosują celową politykę zastraszania. Naszych wolontariuszy wzywa się na komisariaty, nakazuje składać długie zeznania i zmusza do ciągłych przyjazdów do sądów. W ten sposób realizowana jest zaplanowana taktyka zmęczenia proliferów. Chcą nas zastraszyć, zniszczyć psychicznie, finansowo i zasiać paraliżujący lęk przed wyrokami z Kodeksu Karnego.

Pomóż nam, wpłać:

Wspieram

Gdy jesienią 2024 roku gruchnęła wiadomość, że w Warszawie ma powstać placówka śmierci, wiedzieliśmy, że nie możemy milczeć. Przez kolejne miesiące próbowano oswoić Polaków z myślą, że sto metrów od parlamentu będzie się masowo zabijało dzieci. 8 marca 2025 roku, gdy tylko otworzyli Abotak, Fundacja Życie i Rodzina ruszyła do natychmiastowego oblężenia.

Trwamy na posterunku do dziś. Ale koszty tej walki drastycznie wzrosły.

Jedno postępowanie – od przesłuchania na komendzie, przez pisanie pism procesowych, aż po wielomiesięczne (które mogą się przerodzić w wieloletnie) batalie sądowe – to koszt od 7 000 do 9 000 złotych.

Prawnicy Fundacji złożyli skuteczne odwołania od zaocznych wyroków, ale teraz musimy stawiać się w sądach karnych i walczyć o sprawiedliwość.

Bez Pańskiego pilnego wsparcia finansowego, koszty procesowe nas zmiażdżą, a Wolontariusze Fundacji zostaną sami na placu boju. Nie mogę na to pozwolić. Muszę obronić młodych działaczy przed tym przedziwnym sojuszem policji i lobby aborcyjnego.

Proszę Pana o pilną darowiznę już dziś. Proszę o pomoc nie dla siebie, ale by opłacić obronę prawną dla tych, którzy ryzykują własną wolnością, by ratować bezbronne dzieci. Poświęcają swój spokój, narażają się i… właśnie TERAZ potrzebują pomocy.

Koszty obrony prawnej w sprawach związanych z akcją „Stop ABOTAK” wyniosą finalnie kilkadziesiąt tysięcy złotych. W najbliższych dniach przede mną pierwsza duża faktura do zapłacenia: na niemal 16 tysięcy złotych.

Pomóż nam, wpłać:

Wspieram

Proszę o wsparcie.

Bardzo proszę o wpłatę – w wysokości, jaką uzna Pan za właściwą – może to być 50, 100, 150 złotych lub inna kwota, która jest dla Pana możliwa.

Dane do wpłaty:

Fundacja Życie i Rodzina

Numer konta:

47 1160 2202 0000 0004 7838 2230

Kod SWIFT dla przelewów transgranicznych: BIGBPLPW

Blik/płatności kartami/szybkie przelewy online:

www.RatujZycie.pl/wesprzyj

tytułem: STOP ABOTAK

Dziękuję Panu z góry na reakcję na moją prośbę. Nie mam kogo innego, aby prosić – muszę zwracać się wprost właśnie do Pana i to niniejszym czynię.

Nasza siła w jedności i odwadze.

Z wyrazami szacunku,

Kaja Godek
Kaja Godek

Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Proszę pomyśleć, jak czuje się wolontariusz, który przyszedł pod Abotak modlić się i protestować przeciw zabijaniu dzieci. I nagle skończył w sądzie. Tym dobrym ludziom naprawdę potrzebna jest pomoc. Dlatego proszę usilnie, by nie odkładał Pan decyzji o wsparciu.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

Unia już gotowa do wojny. MEM-y IV.

——————————–

————————————

————————–

—————————————–

————————————–

—————————————————

—————————————————————–

—————————————

—————————————-

———————————————————

Nie stać nas na tę wojnę

Nie stać nas na tę wojnę

prof. Witold Modzelewski

Ostry konflikt polityczny – w tym zwracanie orderów oraz walka na wrogie oświadczenia w relacjach Warszawa-Kijów – jest faktem, którego już nie da się wyciszyć lub zagłuszyć.

Podobnym językiem mówią do nas (czasami) tylko politycy Izraela, bo przecież im wiadomo, że „antysemityzm wyssaliśmy z mlekiem matki”, a my „rewanżujemy się” infantylnym tłumaczeniem ich dlaczego mogą nami pomiatać. Również na „froncie ukraińskim” słyszymy z „naszej” strony głosy dystansujące się od tego konfliktu, zwłaszcza usprawiedliwiające działania prezydenta… Zełenskiego (ponoć nie mógł odmówić wojskowym uczczenia „bohaterów UPA”. Jeżeli takich bohaterów ma armia ukraińska i prezydent tego kraju i musi zgodzić się na jej dyktat, to chyba mamy się czego bać w przyszłości, gdy owa armia wyjdzie z tej wojny zwycięsko).

Część proukraińskich polityków przedstawia się w roli… „arbitra” w konflikcie między dwoma prezydentami – tylko pogratulować (braku) instynktu politycznego. Lecz to gadanie tylko radykalizuje nastroje po obu stronach: oni, czyli politycy ukraińscy, traktują to jako wyraz naszej słabości, my – jako prowokację lub głupotę. Tu już nie ma i nie będzie stanów pośrednich: stosunek do UPA (nie tylko jej „bohaterów”) jest dziś najważniejszą granicą podziału („kto pierwszy nas rozpoznał, kto wrogów, kto przyjaciół”) – tu rozpoznawalność jest jednoznaczna. Jeżeli potomkowie owych „bohaterów UPA” poprosiliby o przebaczenie, potępili zbrodnie i zbrodniarzy i uczcili pamięć ich ofiar, może byłaby szansa na budowę czegoś na przyszłość. Ale nic takiego się nie stanie.

Ukraińcy oraz ich „sługi” w naszym kraju tłumaczą, że idzie tu nie o „bohaterów UPA”, którzy mordowali kobiety i dzieci na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, lecz o tych, którzy „walczyli z Sowietami” w latach 1944-1945. Pozwolę sobie przypomnieć, że w tym czasie Polska była członkiem koalicji antyhitlerowskiej i walczyła na wszystkich frontach II wojny światowej przeciwko Niemcom i ich kolaborantom, w tym przeciwko UPA, która była po stronie naszego wspólnego wroga, którym byli Niemcy. Wszystkim rusofobom oraz „sługom narodu ukraińskiego” przypomnę, kto był członkiem owej koalicji; jej liderzy tworzyli „Wielką Trójkę”, czyli USA, Wielka Brytania i ZSRR. Wtedy my i UPA byliśmy po dwóch przeciwnych stronach frontu, który wyznaczał granicę dobra i zła.

Władze w Kijowie nie przejmują się naszym oburzeniem, bo wiedzą, że dalej za darmo i bezwarunkowo będziemy wspierać „walczącą Ukrainę”. Przecież strategicznym celem naszej polityki jest całkowite zwycięstwo armii, która ma na sztandarach „bohaterów UPA”.

Może jednak przy okazji odpowiedzielibyśmy (sobie) na pytanie, czy nas stać na tę szczodrość? Czy koszt tego zwycięstwa będzie przerzucony na kolejne pokolenia, czy też zredukujemy bieżące wydatki? Na co? Może zmniejszymy o połowę wydatki na 800 plus lub na naukę czy kulturę? Że o służbie zdrowia nie wspomnę.

prof. Witold Modzelewski

Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2026)

Przerywanie ciąży? A nie lepiej jest donosić? MEM-y III.

————————————

————————————

——————————————-

——————————————

———————————–

——————-

—————————————

——————————————–

————————————————-

————————————————-

ZUS naprawdę. MEM-y II.

————————————-

———————————————

————————————–

—————————————————-

———————

—————————

————————————-

———————————————————————

—————————————————

———————————————————

Polska ruletka. MEM-y I.

———————————————–

—————————————————-

——————————-

——————————————————

—————————–

————————————————————

—————————————————

————————————————

——————————————-

———————————————————-

—————————————————–

Nowa nadzieja starych kiejkutów

Nowa nadzieja starych kiejkutów

Artykuł    tygodnik „Najwyższy Czas!”    4 lipca 2026

Od dawna twierdzę, mówię i piszę, że Konfederacja – najpierw ta pod nazwą „Wolność i Niepodległość” – jeszcze z Januszem Korwinem-Mikke i Grzegorzem Braunem, którzy wkrótce zostali po kolei z niej wyciśnięci – była rodzajem wypadku przy pracy. W niemieckiej BND po prostu ktoś zaspał, wskutek czego Niemcy nie podkręcili tubylczych starych kiejkutów, żeby podjęli jakieś środki zaradcze – i w ten sposób na tubylczej scenie politycznej pojawiła się formacja, która nie miała prawa się pojawić – bo przecież wiadomo, że na tubylczej scenie politycznej mogą być tylko formacje zatwierdzone, to znaczy takie, które gwarantują, że bez względu na to, która z nich wygra wybory – będą one wygrane.

Tak właśnie uważał klasyk demokracji Józef Stalin, według którego jeszcze ważniejsze od tego, kto liczy głosy, jest zaproponowanie „suwerenom”, komplementowanym przez Umiłowanych Przywódców, że stanowią „sól ziemi czarnej”, prawidłowej alternatywy na „święto demokracji”, jakim są wybory. A kiedy alternatywa jest prawidłowa? A wtedy, kiedy bez względu na to, kto wybory wygra – będą one wygrane. Oczywiście demokracja – jak to demokracja – niesie ze sobą rozmaite niespodzianki, które od reżyserów sceny politycznej wymagają szybkiego reagowania. Zazwyczaj przybiera ono postać tworzenia na użytek wyborów ugrupowań jednorazowego użytku, które uwodzą „suwerenów”, co to myślą, że z tą demokracją, to wszystko naprawdę – no a kiedy już jest po wszystkim, sytuacja wraca do normy. Czasami taka formacja, pomyślana jako partia jednorazowego użytku, nie realizuje scenariusza napisanego przez reżysera politycznej sceny.

Tak było np. z „Samoobroną” pana Andrzeja Leppera. Doszło nawet do tego, że Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, po zgryzotach z panem Kazimierzem Marcinkiewiczem, którego w końcu przytłoczył nadmiar szczęścia, musiał objąć stolec premiera rządu koalicyjnego, z udziałem nie tylko ”Samoobrony”, ale i Ligi Polskich Rodzin, na czele której stanął obecnie zażywający sławy Wielce Czcigodnego obrońcy praworządności obywatel Giertych Roman. Nawiasem mówiąc, obywatela Giertycha Romana wystrugał z banana przewielebny Ojciec Dyrektor Tadeusz Rydzyk, który z krzykliwego herszta niewielkiej grupki pretensjonalnie nazwanej „Młodzieżą Wszechpolską”, uczynił z niego tak zwanego „poważnego polityka”, co to został nawet wicepremierem i ministrem edukacji, przeciwko czemu protestował nie tylko S(r)alon („Giertych do wora, wór do jeziora!”), ale również bezcenny Izrael. Skończyło się to – jak pamiętamy – kompromitacją. Naczelnik Państwa wykombinował sobie, że pana Andrzeja przyłapie na gorącym uczynku przyjęcia łapówki i w ten sposób go wyeliminuje z życia politycznego – chociaż „Samoobrona” miała nadal zostać w koalicji, jako mięsko armatnie dla Naczelnika. Sam bym w tę naiwną kombinację nie uwierzył, gdybym o niej nie przeczytał w wywiadzie, jakiego Naczelnik Państwa udzielił „Naszemu Dziennikowi”. Miało być tak, że pan Andrzej „odda się” do dyspozycji pro9kuratury, ale „Samoobrona” pozostanie w koalicji, jak gdyby nigdy-nic. Oczywiście nic z tej intrygi nie wyszło, bo pan minister Kamiński wprawdzie prowokację przygotował, – ale pana Andrzeja ktoś życzliwy w porę ostrzegł i do przyjęcia łapówki w zamian za „odrolnienie” działki na Mazurach nie doszło. Kto to był – do dzisiaj nie wiadomo, ale bo też pan Andrzej – podobnie jak Kukuniek – nie na darmo kolekcjonował doktoraty honoris causa uczelni białoruskich i ukraińskich. Na tych doktoratach nie było oczywiście napisane, że nadały je odnośne razwiedki – ale po co pisać takie rzeczy, kiedy i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi?

Zresztą na swoim odcinku działał Judenrat, rozpętując „seksaferę” z udziałem „knurów”, co to uwzięli się na szlachetną panią Anetę. Dopiero jak testy DNA wykluczyły autorstwo „knurów”, a pani Aneta wyraziła przypuszczenie, że ojcem córeczki może być anonimowy mężczyzna, któremu oddała się w okolicach dworca kolejowego w Piotrkowie Trybunalskim, Juderat włączył surdynę. W rezultacie została tylko „afera gruntowa” i tak rozpoczął się rozpad rządowej koalicji, której gwóźdź do trumny wbił pan Janusz Kaczmarek, podobno znajomy prezydenta Lecha Kaczyńskiego z Gdańska, który został ministrem spraw wewnętrznych na miejsce Ludwika Dorna i w tym charakterze miał on być „biczem Bożym” na „układ”. Kiedy jednak został przyłapany, jak o północy na 40 piętrze warszawskiego hotelu „Marriott” składał meldunek sytuacyjny swojemu prawdziwemu zwierzchnikowi w osobie pana Ryszarda Krauzego, zrobiło się już tak śmiesznie, że nie było innego wyjścia, jak podać rząd Naczelnika Państwa do dymisji. Wielce Czcigodny Giertych

to przeżył, że pojawiły się wątpliwości, czy zachował poczucie rzeczywistości – bo na oczach całego naszego nieszczęśliwego kraju zaczął lansować pana Kaczmarka na przyszłego premiera. W rezultacie w roku 2007 wybory wygrała Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Zbiegło się to w czasie z pierwszym „resetem” amerykańskiego prezydenta Obamy, który 17 września 2009 roku z aktywnej polityki w naszym zakątku Europy – a tę polityczną próżnię wypełnili ówcześni strategiczni partnerzy: Niemcy i Rosja. I kiedy w katastrofie smoleńskiej zginął prezydent Kaczyński, a kraj początkowo pogrążył się w takiej żałobie, że nawet resortowa „Stokrotka” dostała takich spazmów, że aż musiała ją utulać sama pani Jolanta Kwaśniewska. Długo to nie trwało, bo „były w partii siły, co kres tej orgii położyły”. Kiedy żałobnicy znowu zebrali się na Krakowskim Przedmieściu, by odprawiać swoje sabaty, pewien kuchcik, niejaki Dominik Taras, „skrzyknął” grupę „silnych ludzi” ze złotymi łańcuchami z tombaku na byczych karczychach, którzy zebranym tam starszym paniom proponowali, by „pokazały cycki”, a w końcu pogasili znicze własnym ciepłym moczem.

Ukoronowaniem była dziwaczna ceremonia „przeniesienia krzyża” do kościoła św. Anny, po czym obchodzone były już tylko „miesięcznice” z udziałem policji, która – w zależności od etapu – raz nie dopuszcza malkontentów, a innym razem – dopuszcza. Wspominam o akcji pana Tarasa, bo bardzo się ona spodobała Judenratowi „Gazety Wyborczej”, która pisała o „ożywczym powiewie”, jaki wraz z „silnymi ludźmi” pojawił się na Krakowskim Przedmieściu. Stanowisko Judenratu było zaś podyktowane tym, że właśnie okrzepła koordynacja polityki historycznej niemieckiej i żydowskiej.

Celem polityki niemieckiej jest stopniowe zdejmowanie z Niemiec odpowiedzialności za ekscesy II wojny światowej, zaś celem polityki żydowskiej jest zagwarantowanie możliwości obcinania kuponów od holokaustu, bo wymaga wskazania nieubłaganym palcem winowajcy zastępczego, na którego została wytypowana Polska. W tej sytuacji jest oczywiste, że żadnej tubylczej, mniej wartościowej martyrologii, propagować nie można, bez względu na to, czy ma to być katastrofa smoleńska, czy – na przykład – ludobójstwo wołyńskie. Toteż po szczycie NATO w Lizbonie 20 listopada 2010 roku, na którym proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, nawet na Zamku Królewskim podpisana została w sierpniu 2012 roku przez abpa Józefa Michalika i patriarchę Moskwy i Wszechrusi Cyryla, deklaracja o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. Kiedy jednak prezydent Obama zresetował swój poprzedni reset, wykładając 5 mld dolarów na urządzenie na Ukrainie „Majdanu”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z rosyjskiej części Europy, wszyscy – oczywiście z wyjątkiem osób zaliczonych przez karny S(r)alon do grona „ruskich onuc” – zaczęli ćwierkać z całkiem innego klucza i śpiewać inne piosenki.

Drugi „reset” prezydenta Obamy w roku 2014 oznaczał bowiem, że Ameryka wraca – i to wejściem smoka – do aktywnej polityki w naszym zakątku Europy. W związku z tym pojawiła się konieczność dokonania podmianki na pozycji lidera politycznej sceny naszego bantustanu. Dopóki byliśmy pod kuratelą strategicznych partnerów, tzn. Niemiec i Rosji, naturalne było, że liderem jest Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Kiedy jednak znowu przeszliśmy pod kuratelę amerykańską, to już nie.

Toteż trzej kelnerzy podjudzeni przez pana Marka Falentę uknuli straszliwy spisek przeciwko III RP, podsłuchując szczere rozmowy w warszawskiej knajpie „Pod Pluskwami” i w innych modnych miejscach. W tej sposób opinia publiczna zapoznała się z opinią pana ministra-pułkownika Bartłomieja Sienkiewicza, że Polska to „chuj, dupa i kamieni kupa”. Skoro takie rzeczy mówi sam minister spraw wewnętrznych, to chyba nie wypada się spierać. W rezultacie wybory prezydenckie w roku 2015 wygrał pan Andrzej Duda, a parlamentarne – PiS, w imieniu którego Naczelnik Państwa na premiera rządu wyznaczył panią Beatę Szydło.

W tak zwanym międzyczasie, stare kiejkuty widząc, że przechodzimy – i to na dobre – pod kuratelę amerykańską, podjęły staranie, by Amerykanie wciągnęli ich na listę tzw. „naszych sukinsynów”. W tym celu 18 czerwca 2015 roku urządzili międzynarodową konferencję naukową „Most” w 25 rocznicę uruchomienia pierwszego transportu rosyjskich Żydów do Izraela. Pretekstem były kombatanckie wspominki, ale tak naprawdę chodziło o wpisanie na tę listę. Dlatego konferencja była „międzynarodowa”, co oznaczało tylko tyle, że oprócz przedstawicieli najważniejszych ubeckich dynastii z Polski, uczestniczyli w niej ważni ubecy z Izraela, którzy mieli wobec Amerykanów żyrować obecność polskich ubeków na tej liście. Amerykanie chyba się wahali; a warto w ogóle was wciągać? Pokażcie no, co potraficie. Starym kiejkutom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, Uwinęli się i zaraz powstała partia polityczna „Nowoczesna” z p;anem Ryszardem Petru na fasadzie. I zanim pan Ryszard zdążył otworzyć usta, by powiedzieć, jak zamierza Polakom przychylać nieba, to już naród obdarzył Nowoczesną 11 procentami zaufania. Wyjaśnić ten fenomen można chyba tylko tak, że konfidenci dostali rozkaz: w prawo zwrot! Do pana Ryszarda marsz!” – i jest partia i 11 procent zaufania.

A wspominam o tym wszystkim, bo właśnie pan Ryszard Petru ogłosił, że zakłada nową partię. Która z angielska ma się nazywać „Konfederacja light”. Ma to być partia nader „wolnościowa”, ale jednocześnie – „proeuropejska”. Znaczy się – tyle wolności na ile pozwoli Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje no i niemiecki kanclerz. Bo Ordnung muss sein! Okazuje się, że stare kiejkuty już rozpisały role: obywatel Żurek Waldemar ze swoimi siepaczami z prokuratury i nienawistnych sądów będzie z Konfederacją, albo nawet z obydwiema Konfederacjami robił porządek na swoim odcinku, podczas gdy stare kiejkuty – na swoim. W tej sytuacji wybory w roku 2027 powinny być wygrane i to bez względu na to, kto formalnie je wygra. Bo przecież ktoś musi – no nie?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Mispercepcja w stosunkach polsko-ukraińskich

Mispercepcja w stosunkach polsko-ukraińskich

Błędne postrzeganie, nazywane mispercepcją, jest jednym z kluczowych, choć nie zawsze uświadamianych uwarunkowań, destabilizujących stosunki międzynarodowe.

Komplikacje w stosunkach polsko-ukraińskich pokazują, jak liczne zakłócenia poznawcze, spowodowane błędami percepcyjnymi, konfliktami pamięci i świadomie kreowanymi „politykami historycznymi” oraz asymetryczną strukturą relacji między państwami mogą zatrząść nie tylko komunikacją dyplomatyczną, ale i zachwiać podstawami wzajemnego zrozumienia.

W klasycznej monografii Roberta Jervisa, amerykańskiego badacza w zakresie psychologii stosunków międzynarodowych („Perception and Misperception in International Politics”, 1976, 2017), pokazano, jak decydenci państwa „filtrują” swoje postrzeganie innych przez własne doświadczenia historyczne, doznania, uprzedzenia i nastawienia oraz potrzeby polityczne. Na kształtowanie wzajemnych wizerunków, będących rezultatem percepcji, wpływa wiele czynników, w tym indoktrynacja, nauczanie historii i procesy wychowawcze oraz nabywane w  procesie socjalizacji opinie i sądy wartościujące, często o zabarwieniu negatywnym (np. stereotypy czy mity).

Niemałą rolę odgrywa megalomania narodowa i przecenianie swojego wpływu na innych, przekonanie o wyższości czy wyjątkowości. Ważne jest też „lustrzane odbicie” w oczach partnera, zwłaszcza gdy strony nie szczędzą wobec siebie obłudnych pochwał i komplementów.  Jervis podkreślał „zwrotną” rolę postrzegania, tj. konieczność uwzględniania w swojej aktywności poznawczej percepcji innych, „jak oni nas postrzegają”.

Przekonanie o wyjątkowości oraz niezdolność do samooceny, a zwłaszcza rozpoznania i przyznania się do błędów, utrudnia nie tylko diagnozę swojego położenia w kontekście innych uczestników, ale także uniemożliwia zbudowanie trwałej strategii, odpornej na doraźne zakłócenia. Brak krytycznej refleksji oraz nadmierna pewność siebie powodują, że polityczni decydenci są ciągle zaskakiwani niepożądanymi i niespodziewanymi zachowaniami innych, co wywołuje dyskomfort psychiczny i dysonans poznawczy.

Racjonalna spójność poznawcza powoduje, że decydenci dopasowują informacje do już istniejących przekonań i postrzegają je w sposób, którego się spodziewają. A zatem to, co ma być podstawą racjonalności, czyli zdolność przeciwstawiania się fałszywym przesłankom decyzji, zostaje stłamszone przez wcześniej ustanowiony dogmat. Jest to tzw. błąd konfirmacji. Decydenci tak dobierają informacje i nadają im takie znaczenia, aby potwierdzić własne przekonania. Nie są zdolni do ich  rewizji ani tym bardziej odrzucenia.

Miłe złego początki

Powyższe obserwacje śmiało można odnieść do współczesnych relacji polsko-ukraińskich. Wszystko zaczęło się od entuzjastycznego, acz fatalnego w skutkach przyjęcia przez rząd Hanny Suchockiej założenia o „strategicznym partnerstwie” Polski z Ukrainą.

W deklaracji prezydentów Polski i Ukrainy o partnerstwie strategicznym z 25 czerwca 1996 roku obdarzono kredytem zaufania państwo niedojrzałe pod względem ustrojowym i niestabilne w sensie uznania jego podmiotowości prawno-międzynarodowej. Jego długotrwałe spory z Rosją o schedę poradziecką były tego przykładem. Obecnie zapomina się także o tym, że Ukraina należała do najbardziej zsowietyzowanych republik radzieckich, stąd kultura polityczna nowego państwa, pozbawionego na dodatek własnej tożsamości narodowej, daleko odbiegała od standardów przyjmowanych przez Polskę.

Wiarę w możliwość zbudowania przez obywateli Ukrainy normalnego państwa oparto na traktacie o dobrym sąsiedztwie i współpracy z 18 maja 1992 roku, który obie strony wykorzystały raczej do zademonstrowania swojej suwerenności przed Moskwą, a nie źródło realnych zobowiązań. Świadczy o tym lekceważący stosunek do wielu kwestii, choćby w odniesieniu do ochrony polskiej mniejszości narodowej czy opieki nad polskimi cmentarzami na Ukrainie. Błędem okazała się także ideologizacja przez polskie rządy relacji z Kijowem, oparta na fałszywie i wybiórczo interpretowanej doktrynie Giedroycia-Mieroszewskiego, będącej mieszanką rusofobii i neoprometeizmu. Inaczej mówiąc, powrócono do dawno skompromitowanych założeń, które nie wróżyły polityce wschodniej nic dobrego.

Mimo mody i nobilitacji „studiów wschodnich”, nie wyciągnięto żadnych wniosków z historii, które powinny uwzględniać nie tylko odpowiedzi na pytania o tragiczne obciążenia w stosunkach wzajemnych, ale i dlaczego do nich doszło. Zrozumienie istoty zła ukraińskiego szowinizmu ograniczało się do wąskich kręgów badaczy i komentatorów. Nikt nie upominał się u włodarzy państwa ukraińskiego rozliczeń z haniebną przeszłością, co oznaczało w istocie sprzyjanie postępującym procesom banderyzacji. Ośrodki analityczne, zamiast  podsuwać decydentom dowody narastającego kultu zbrodniczych formacji, same ulegały aberracjom poznawczym i  fałszywej ideologizacji.

Dwa czynniki przesądziły o oddalaniu się wzajemnych percepcji i oczekiwań względem siebie. Po pierwsze, tuż za wschodnią granicą ukształtowało się w ciągu kilku dekad państwo oligarchiczne, autorytarne, oparte na kleptokracji i narastającej recydywie nacjonalistycznej. Generowana przez Zachód bezwarunkowa pomoc dla walczącej z Rosją Ukrainy, z dużym udziałem bezkrytycznego wsparcia ze strony Polski, spowodowała zaskakujący efekt.  Państwo oczekujące pomocy od innych stało się nagle bezczelnym graczem, pretendującym do narzucania się ze swoimi roszczeniami i pretensjami. Jego przywódcy z prezydentem na czele uznali, że  mimo braku atutów własnych, mogą dyktować zachowania innym, w tym „strategicznym partnerom”, takim jak Polska.

Po drugie, polscy politycy, angażując się emocjonalnie we wsparcie dla Ukrainy, zaczęli przeceniać stopień, w jakim ich gesty i zachowania są rozumiane przez stronę ukraińską. Okazało się, że niezwykła pomoc nie tylko nie jest należycie doceniana, ale traktowana  w kategoriach cynicznych i instrumentalnych, bez żadnych zobowiązań politycznych. Ukraina bowiem dokonuje wyborów, zgodnych przede wszystkim z własną logiką „preferowania i równoważenia” interesów i partnerów z Unii Europejskiej. Na tym tle widać pilną potrzebę uczenia się polskich decydentów twardej postawy transakcyjnej i – paradoksalnie – wzorowania się na sojuszniku amerykańskim.

Lepiej późno niż wcale?

Gdy zostały przekroczone w sferze symbolicznej „granice wytrzymałości”,  podjęto próbę rewizji załganej historii i  zakwestionowania fałszywej polityki Ukrainy. Decyzję „orderową” prezydenta Karola Nawrockiego należy zatem odczytywać nie jako niepotrzebny i nieprzemyślany incydent, lecz jako godną uwagi próbę odwrócenia negatywnych trendów w zachowaniu rządzących wobec reżimu kijowskiego. Potrzebny jest zdecydowany kontrapunkt wobec narastającego ukraińskiego lobbingu i wpływów w sferze informacyjnej. Nastaje czas weryfikacji wielu decyzji z przeszłości, dotyczących także ogromnej diaspory ukraińskiej w Polsce.

Przez ponad trzy dekady polscy politycy różnych orientacji błędnie odczytywali sygnały płynące z Kijowa. Przyjmowali za dobrą monetę wszelkie deklaracje, choć ze strony polityków ukraińskich nie było woli rzetelnego i uczciwego rozliczenia się z „grzechami” z przeszłości. Sprawę rzezi wołyńskiej skwapliwie przykrywano zbrodnią katyńską, doprowadzając ostatecznie do zażegnania sporu z Rosją, ale zapominając o konieczności podobnego rozwiązania z Ukrainą.

Strona ukraińska umiejętnie odwracała uwagę od spraw drażliwych, podsycając polskie pretensje i wrogość wobec Rosji. W rezultacie, przekonani o sile w ramach instytucjonalnego Zachodu (NATO i UE), polscy decydenci dołączyli gremialnie do jego krucjaty antyrosyjskiej, widząc w niej okazję do  historycznego odegrania się i „ukarania” Rosji.

Bez specjalnego zaproszenia ze strony Kijowa, polscy politycy zaangażowali się gorliwie w przyciąganie Ukrainy na stronę Zachodu. Przypisywanie sobie roli „adwokata” miało nobilitować Polskę, ale w rezultacie po stronie ukraińskiej rodziło poczucie pewnego zażenowania, a po stronie rosyjskiej poczucie „dylematu bezpieczeństwa”. Nie przewidziano, że afiliowanie Ukrainy, a zwłaszcza jej uzbrajanie przez Zachód zostanie odczytane przez Rosję jako zasadniczo wrogie i agresywne, co siłą rzeczy zmusi ją do zdecydowanej reakcji. Zignorowano podstawowe reguły odstraszania, stawiając na konfrontację, niemal na granicy konfliktu nuklearnego. Skutki tego okazały się fatalne, nie tylko dla samej Ukrainy, ale i dla wszystkich jej popleczników.

Na przykładzie takiej polityki widać, jak emocje stają się czynnikiem  napędowym nie tylko przekonań, ale także decyzji i działań. Ograniczenia poznawcze, uprzedzenia oraz – jak w przypadku prezydenta Ukrainy – dziwactwa osobowości, sprawiają, że decydentom  trudno jest poddać się autodiagnozie, czemu bynajmniej nie sprzyjają ani usłużni doradcy, ani żyjące z manipulacji politycznej media masowe.

Decyzja prezydenta Nawrockiego pokazuje, że wola jednego polityka może przełamać cały ciąg determinizmów, składających się na błędne postrzeganie. Wszystkie argumenty na rzecz przerwania nieracjonalnej, a nawet szkodliwej  polityki wobec Ukrainy nie miały takiej siły przebicia, jak to jedno spektakularne posunięcie. Ten przypadek decyzyjny zasługuje na pogłębione badania z zakresu psychologii politycznej, aby wykazać, że mimo dogmatyzacji dotychczasowej polityki, z istotnym udziałem czynnika zewnętrznego, można skutecznie przywracać zdolność rozumienia interesu narodowego i demonstrować odwagę artykułowania sprzeciwu wobec jego błędnego postrzegania.

Tama pękła

To, co się teraz dzieje w sferze publicznej, jest dopiero początkiem czekających nas przewartościowań. Najbardziej niepokojące jest to, że dzisiejsze pseudoelity, gremialnie zblatowane z banderyzmem, nie są w stanie  odrzucić błędnych wizerunków Ukrainy. Przestraszone  narastającym oporem opinii społecznej będą dążyć do połowicznych rozwiązań trudnych kwestii w relacjach z Ukrainą w postaci „zgniłych” kompromisów i bałamutnej narracji. Najgorszym zjawiskiem, jakie może nas czekać, jest pogrążenie się w niemocy, degrengoladzie i paraliżu procesów decyzyjnych oraz  skoncentrowaniu się na utarczkach między obozem prezydenckim a rządem, zamiast wspólnej inicjatywności i racjonalizacji decyzji. Widać wyraźnie, że jedynie wymiana decydentów u steru władzy państwowej może doprowadzić do jakiegoś przełomu i radykalnej rewizji polityki wschodniej. Podstawowym kryterium naboru do nowych sił politycznych powinna być lojalność wobec państwa polskiego oraz promocja osób gotowych i zdolnych do wzięcia odpowiedzialności za wyprowadzenie Polski z potężnego impasu.

Otwarcie nowej perspektywy dla stosunków Polski z Ukrainą wymaga od rządzących diagnozy błędów w postrzeganiu wzajemnym oraz odrzucenia ideologicznych dogmatów o „naszej wojnie” oraz wyolbrzymianej roli  reżimu ukraińskiego w „obronie Polski i Europy przed Rosją”. Potrzebny jest rzetelny bilans  poniesionych kosztów pomocy państwu ukraińskiemu i Ukraińcom w Polsce. Przyjmując jako narzędzie poznawcze tzw. teorię perspektywy, warto zastanowić się, czy nadziei na zyski materialne i polityczne nie przekreśli widmo rysujących się potężnych strat oraz ryzyko dalszego antagonizowania stosunków wzajemnych. Może warto  skorzystać w tej sprawie z doświadczeń amerykańskich i niezależnie od trafności ocen służb wywiadowczych USA, poddać  każde wyzwanie  „ocenie zagrożeń”.

Na razie rządzący wraz z opozycją znajdują się w stanie dezorientacji. Dyskusja skupia się wokół słuszności decyzji „orderowej” i jej konsekwencji, a nie wokół sposobów zerwania z dotychczasowym kursem serwilizmu wobec Kijowa. Sprawa nie jest jednak beznadziejna. Dzięki zdrowej części opozycji, także pozaparlamentarnej, Polskę stać na taką mobilizację, aby mogła samodzielnie kontrolować wszelkie posunięcia wobec sąsiedzkiego środowiska i decydować o swoim losie. Trzeba zerwać z wizerunkiem „państwa frajerskiego” w odbiorze ukraińskich polityków i nauczyć się asertywności. Wrogość wobec Rosji, a subordynacja wobec atlantydów nie mogą usprawiedliwiać ślepoty poznawczej w sprawach Ukrainy!

Co należy robić

Należy przywrócić  racjonalne i realistyczne myślenie w kategoriach regionalnej równowagi. Wojna pokazała, że w sytuacji pata sytuacyjnego, to Ukraina, a nie Rosja chce rozdawać karty i ustawiać sąsiednie państwa, zwłaszcza Polskę, w pozycji podporządkowania. Gotowość do zastąpienia baz amerykańskich wojskami ukraińskimi, zgłaszana przez prezydenta Zełenskiego, trąci nie tylko groteską. Pokazuje, jak megalomania i butne poczucie wyjątkowości, przy wzmożeniu nacjonalistycznym, psuje perspektywy poznawcze decydentów.

Nadchodzi czas, aby polscy politycy uwierzyli we własne możliwości oddziaływań dyplomatycznych. Kolejny raz dają nam przykład Węgry, które także z nowym premierem Péterem Magyarem potrafią przeciwstawiać się presjom i szantażom strony ukraińskiej. Potrzebne jest nowe i wnikliwe rozpoznanie motywów i intencji   władz  Ukrainy oraz racjonalizacja stanowiska wobec Rosji z uwzględnieniem wszystkich zmian, jakie zachodzą w środowisku geopolitycznym.

Zamiast moralizmu, trzeba zacząć kierować się realizmem politycznym. Zamiast altruizmu, wszelkie kalkulacje należy oprzeć na dobrze pojętym egoizmie, na prymacie szacunku dla własnych obywateli i interesów narodu. Wobec Ukrainy należy przyjąć regułę ograniczonego zaufania, a w stronę Rosji wysłać sygnał o gotowości do przywrócenia komunikacji dyplomatycznej. Należy skończyć z pasywnością i ciemięstwem, gdyż za dzisiejsze błędy naiwnych polityków będą płacić wysoką cenę kolejne pokolenia.

Od rządzących w Polsce należy oczekiwać zerwania z polityką, która doprowadziła do fatalnych błędów, odkrywanych obecnie w przestrzeni publicznej. Mniemanie o skuteczności osobistej poszczególnych polityków należy wreszcie skorelować i zweryfikować z powszechnym postrzeganiem w społeczeństwie. Warto pamiętać, że w ostatecznym rozrachunku prawda zawsze leży po stronie społecznych odczuć, a nie po stronie błądzących jak w mgle oficjeli i sprzedajnego komentariatu. Pokazały to wielokrotnie rozmaite wydarzenia historyczne, od najbardziej wzniosłych decyzji o zrywach powstańczych, po ocenę zachowań wyborczych „przypadkowego” społeczeństwa. Im dłużej będzie trwać uparte uzasadnianie przy pomocy masowych mediów ugruntowanej i zdogmatyzowanej pozycji rządzących, tym większe będą napięcia i straty wizerunkowe. Dysonans poznawczy ostatecznie może sprowokować konfrontację między rządzącymi a społeczeństwem. Widać wyraźnie, że w Polsce mamy do czynienia z narastającym kryzysem zaufania do władz. Mimo licznych dowodów na ewidentnie antypolską politykę Ukrainy, siły polityczne głównego nurtu uparcie odrzucają informacje, które podważają ich dotychczasowe przekonania. Takie „antyuczenie się”  przeważnie ma fatalne następstwa.

Interesy, tylko interesy

Kryzys dyplomatyczny w stosunkach polsko-ukraińskich powinien uświadomić obu stronom błędy prowadzonych dotąd „polityk historycznych”, traktowanych jako narzędzia legitymizacji wewnętrznej władz. Reprodukcja wrogich narracji moralnych prowadzi prostą drogą do skonfliktowania społeczeństw. Selektywne eksponowanie cierpienia własnej wspólnoty oraz relatywizowanie win innych tworzy fałszywą perspektywę „równoważenia pamięci”.  Zamiast podgrzewania napiętej atmosfery, należy przystąpić do wyciszania sporów symbolicznych. Może warto uruchomić wąskie forum dialogu na poziomie najwyższej dyplomacji, celem nazwania rzeczy po imieniu, zmniejszenia dystansu i uzgodnienia pryncypiów, których broni każda ze stron. Połączenie wysiłków środowisk prezydenta i rządu zdejmie w wokandy  spór o to, kto ma w nim większą rację.

Oddzielenie od siebie sfery merytorycznej współpracy z Ukrainą od spraw emocjonalnych, skoncentrowanie się na diagnozie interesów (ich zgodności, rozbieżności i sprzeczności), wreszcie na możliwych wariantach rozwiązań istniejących problemów, bez niepotrzebnej propagandy i tromtadracji, pozwoli wypracować aideologiczną metodologię układania się na zasadzie kompromisu i obopólnych korzyści. Nie ma innej drogi do uspokojenia rozhuśtanych emocji.

Obecnie wszystkie badania opinii publicznej po każdej ze stron pokazują wyraźną polaryzację i wzrost negatywnych wskaźników wzajemnych nastawień. W tym kontekście można ludziom zarzucać emocjonalne wzmożenie i uproszczenia poznawcze, ale nie da się zaprzeczyć, że to na rządzących po obu stronach spoczywa główna odpowiedzialność za przywrócenie pewnej równowagi nastrojów. Oby tylko nie kosztem relatywizacji własnych narracji, na przykład przychylania się do ambiwalentnej oceny UPA czy zgody na ukraińską wersję o współodpowiedzialności  za zbrodnie na Polakach.

Wydaje się, że w sensie operacyjnym Polska dysponuje wieloma dźwigniami wpływu i nacisku na władze w Kijowie, aby przywrócić właściwe proporcje w uznawaniu wzajemnych racji. Trzeba przede wszystkim wyprowadzić kijowski reżim z błędu, że Polska nie ma żadnego trwałego „długu moralnego”, aby ponosić długofalowe koszty ekonomiczne wojny, która jest wynikiem szalonych kalkulacji geopolitycznych Zachodu i „biznesowego” myślenia oligarchów ukraińskich. Potrzebna jest nowa legitymizacja współpracy i odbudowa zaufania, czego po polskiej stronie może obecnie  dokonać jedynie administracja prezydencka.

Prof. Stanisław Bieleń

Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2026)