W Polsce rusza pilotażowy program rehabilitacji dla zdemobilizowanych ukraińskich weteranów. W pierwszym etapie ma do nas przyjechać 30 osób, podzielonych na trzy grupy. Uczestnicy będą przez kilka tygodni korzystać z rehabilitacji fizycznej oraz programu rekonwalescencji. Projekt ma jednak wykraczać poza samą pomoc medyczną — jego organizatorzy chcą, aby weterani przebywali wśród mieszkańców i nawiązywali kontakty z lokalną społecznością.
Rusza ściąganie ukraińskich weteranów do Polski. Program ma być realizowany w Górowie Iławeckim w województwie warmińsko-mazurskim. Do dyspozycji uczestników mają zostać wykorzystane zaplecze miejscowego szpitala oraz infrastruktura uzdrowiskowa.
Projekt został zorganizowany przez polskiego socjologa i prezesa Fundacji Stocznia Jakuba Wygnańskiego oraz Związek Ukraińców w Polsce. Pierwsza grupa ma zostać wyłoniona we współpracy z partnerami z Winnicy. Organizatorzy nie zakończyli jeszcze prac nad szczegółowymi kryteriami kwalifikacji — mają one uwzględniać przede wszystkim to, czy zakres oferowanej rehabilitacji odpowiada indywidualnym potrzebom konkretnego weterana.
W praktyce oznacza to, że nie chodzi o masowy program obejmujący tysiące osób, lecz o stosunkowo niewielki projekt pilotażowy. Jeżeli okaże się skuteczny, może jednak stanowić podstawę do jego dalszego rozwijania.
Jednym z bardziej charakterystycznych elementów programu jest założenie, że rehabilitacja nie powinna kończyć się na sali zabiegowej. Ukraińscy weterani mają mieszkać w lokalnej społeczności i mieć możliwość bezpośredniego kontaktu z jej mieszkańcami. Według organizatorów ma to być element szerszego procesu powrotu do normalnego funkcjonowania po zakończeniu służby wojskowej. W praktyce oznaczać ma to osiedlanie tych weteranów w Polsce.
Wybór Górowa Iławeckiego nie jest przypadkowy. Według informacji przedstawionych przez Censor.NET ponad 10% mieszkańców miejscowości stanowią potomkowie Ukraińców przesiedlonych w ramach akcji „Wisła”. Organizatorzy uznali więc, że właśnie tam łatwiej będzie stworzyć środowisko sprzyjające „kontaktom polsko-ukraińskim”, cokolwiek ma to w tych okolicznościach znaczyć.
To interesujący aspekt projektu, ponieważ pokazuje, że organizatorzy traktują rehabilitację również jako element inżynierii społecznej – wtłaczania do Polski ukraińskich weteranów z PTSD, celem sprawdzenia, jakie będą tego efekty.
Wokół informacji o programie mogą pojawiać się pytania dotyczące jego kosztów. Z opisu projektu wynika, że zasadnicza część pieniędzy nie pochodzi z polskiego budżetu państwa. Pół miliona złotych na ten cel zgromadziła „Polska Rada Biznesu”, korzystając z „indywidualnych wpłat swoich członków”. Środki mają zostać przeznaczone m.in. na transport, zakwaterowanie, wyżywienie oraz samą rehabilitację. Rzekomo zebrano je w ciągu zaledwie jednego weekendu.
Jest to dość podejrzane, zwłaszcza, że w inicjatywę włączył się Związek Ukraińców w Polsce. Ten z kolei jest już futrowany z pieniędzy budżetowych.
To szczególnie ważne dlatego, że w polskim społeczeństwie narasta zmęczenie częścią polityki związanej z wojną oraz sporami polsko-ukraińskimi. Kolejna próba forsowania dziwnych projektów czysto osiedleńczych jest bardzo niemile widziana przez Polaków. Zwłaszcza, że tym razem chodzi stricte o osoby wracające z frontu, obeznane z używaniem broni oraz wojennym okrucieństwem. Takie osoby stanowią łakomy kąsek dla organizacji przestępczych.
Co ciekawe, pod oryginalnym materiałem Censor.NET pojawiły się komentarze Ukraińców, w których krytyka tego programu wielokrotnie przeradza się w atak na Polaków jako naród.
Z punktu widzenia humanitarnego trudno kwestionować sens pomocy ludziom, którzy zostali poszkodowani podczas wojny. Z punktu widzenia polskich interesów, osiedlanie u nas ukraińskich weteranów stanowi poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego. Niestety, rząd warszawski ma ten problem w wiadomym miejscu.
Ukraińska klinika BioTexCom, działająca w obszarze wspomaganego rozrodu i macierzyństwa zastępczego, zapowiedziała organizację konferencji w Warszawie. Wydarzenie ma odbyć się 12 i 13 września 2026 roku. Z informacji zamieszczonych w formularzu rejestracyjnym wynika, że jednym z głównych tematów spotkania ma być macierzyństwo zastępcze, a także procedury in vitro.
Ukraina promuje w Polsce handel ludźmi. BioTexCom prowadzi na Ukrainie programy surogacyjne i kieruje swoją ofertę również do klientów zagranicznych, w tym polskojęzycznych. Według informacji dotyczących warszawskiego wydarzenia uczestnicy mogą uzyskać informacje m.in. na temat programów wykorzystujących własne komórki jajowe lub komórki dawczyni.
Sama klinika przedstawia się jako centrum medycyny reprodukcyjnej działające w Kijowie. W jej ofercie znajdują się m.in. zapłodnienie in vitro, dawstwo komórek jajowych oraz programy macierzyństwa zastępczego. Firma prowadzi również działalność marketingową skierowaną do klientów z innych państw.
Skala działalności BioTexCom widoczna jest w jej oficjalnym cenniku. Klinika oferuje trzy podstawowe warianty programów surogacyjnych: Standard za 39,9 tys. euro, Standard Plus za 49,9 tys. euro oraz VIP za 64,9 tys. euro.Tyle dokładnie kosztuje dziś zakup dziecka w ramach ukraińskiego handlu ludźmi.
Według informacji publikowanych przez firmę poszczególne pakiety różnią się m.in. liczbą prób oraz deklarowanym czasem oczekiwania na dopasowanie surogatki. W przypadku programu VIP ma on wynosić do około czterech miesięcy, natomiast w programie Standard nawet do roku. BioTexCom informuje również, że w cenę programu wliczone są określone procedury medyczne, prowadzenie ciąży oraz pomoc prawna.
Klinika podaje, że wynagrodzenie surogatki jest uwzględnione w cenie programu i może wynosić około 20 tys. euro. Są to jednak dane deklarowane przez samego usługodawcę.
Organizacja konferencji w Warszawie jest szczególnie interesująca z punktu widzenia polskiego prawa. Polska nie ustanowiła instytucji macierzyństwa zastępczego. Kluczowe znaczenie ma art. 61 par. 9 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, zgodnie z którym matką dziecka jest kobieta, która je urodziła.
Również Komisja Kodyfikacyjna Prawa Rodzinnego w dokumencie z 2025 roku wskazała, że polskie prawo rodzinne nie przewiduje macierzyństwa zastępczego jako sposobu ustalenia pochodzenia dziecka. Jednocześnie poszczególne przypadki dotyczące dzieci urodzonych w wyniku surogacji za granicą wymagają indywidualnej oceny, przede wszystkim z uwzględnieniem dobra dziecka. Co więcej, kodeks karny zabrania handlu ludźmi w każdej postaci.
Niestety, nie oznacza to, że samo zorganizowanie konferencji poświęconej surogacji w Polsce będzie automatycznie uznawane za przestępstwo. Od 2022 roku w Polsce Ukraińcom można bardzo dużo i każda krytyka ich poczynań związana jest z oskarżeniami o rosyjską działalność agenturalną. To właśnie dlatego surogacja wkracza do nas z Ukrainy, nie z Zachodu.
Ukraina od lat należy do państw, w których rozwinął się transgraniczny rynek usług związanych z tzw. „macierzyństwem zastępczym” (przyjemna nazwa dla starego, dobrego handlu ludźmi). BioTexCom otwarcie oferuje komercyjne programy skierowane do zagranicznych klientów.
Według informacji samej kliniki jej programy surogacyjne nadal funkcjonują pomimo trwającej wojny. Firma deklaruje również stosowanie procedur bezpieczeństwa związanych z sytuacją wojenną. BioTexCom podaje, że od początku wojny w jej programach urodziło się ponad tysiąc dzieci. Są to jednak dane pochodzące od samej firmy i nie stanowią niezależnego audytu jej działalności.
Klinika wskazuje ponadto, że część zagranicznych klientów dociera na Ukrainę przez państwa sąsiednie, w tym Polskę. Polska może więc pełnić zarówno funkcję rynku, na którym prowadzone są działania informacyjne i marketingowe, jak i kraju tranzytowego dla osób korzystających z ukraińskich usług handlu dziećmi.
Warszawska konferencja pokazuje tym samym szerszy problem transgranicznego charakteru rynku surogacji. Z jednej strony funkcjonują państwa, w których określone formy macierzyństwa zastępczego są prawnie dopuszczone i komercjalizowane, z drugiej zaś państwa, takie jak Polska, które nie wprowadziły tej instytucji do prawa rodzinnego.
Samo wydarzenie w Warszawie nie oznacza zatem zmiany polskiego prawa. Pokazuje jednak, że firmy działające w branży handlu ludźmi coraz aktywniej docierają ze swoją ofertą do polskojęzycznych odbiorców.
Ze swojej strony obiecujemy zająć się sprawą konferencji i spróbować złożyć zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w postaci promocji handlu dziećmi.
Wołodymyr Zełenski, wykorzystując ukraiński nacjonalizm do doraźnych celów politycznych, jest jak dziecko bawiące się zapałkami w stodole pełnej suchego siana.
Przedziwna to sprawa. Ukraiński Żyd z Krzywego Rogu, gdzie do tradycji UPA podchodzono z daleko posuniętą rezerwą, dzisiaj stał się czołowym czcicielem tradycji nacjonalistycznej. Prezydent Ukrainy sprowadził do kraju szczątki ojców OUN, nadając dotychczasowemu kultowi rangę niemal państwową.
Na Ukrainie spoczęli już Andrij Melnyk i Jewhen Konowalec. Tylko czekać, aż z Monachium przyleci do ojczyzny sam Stepan Bandera, zajmując należne mu miejsce w panteonie narodowym.
Jeżeli wierzyć ekspertom, Zełenski – sam będąc potomkiem Żydów, a więc pierwszych ofiar dziarskich rezunów – chwyta się ideologii nacjonalizmu niczym tonący brzytwy. Restauracja pamięci zbrodniarzy i polakożerców to nie tylko ukłon w stronę coraz liczniejszego elektoratu, ale „ucieczka do przodu” od zarzutów korupcyjnych czy rozliczeń po wojnie, w myśl starej jak świat zasady „żołnierze stanęli na wysokości zadania, ale wszystko zepsuli ci na górze”.
Sytuacja prezydenta Ukrainy wydaje się nie do pozazdroszczenia. Jego partia Sługa Narodu może liczyć obecnie na zaledwie 17-procentowe poparcie. Zełenski już dawno stracił posągowy urok obrońcy ojczyzny na rzecz generałów Załużnego i Budianowa. Aktor-polityk gra obecnie rolę nacjonalisty, ponieważ mu się to opłaca. Nadając elitarnej jednostce komandosów imię „Bohaterów UPA” Zełenski zbiera przede wszystkim punkty w armii, obłaskawiając potencjalnych sojuszników rywali. Natomiast celowo wywołanym konfliktem z Polską przykrywa kolejne afery korupcyjne i niepopularne decyzje personalne, jak dymisję szefa MON Michajło Fedorowa, oraz konsoliduje stronników.
Odziedziczony anty-polonizm Jednak wykorzystując ukraiński nacjonalizm w tak cyniczny sposób, Zełenski igra z mrocznymi i potężnymi siłami. Jest jak dziecko bawiące się zapałkami w stodole pełnej suchego siana. I nie chodzi nawet o historyczny dług polskiej krwi wsiąkłej w wołyńską ziemię, ale cały testament polityczny ruchu, który miał swoje cele, kierunki i metody działań.
Po pierwsze, oprócz nienawiści do Sowietów i Rosji, ukraiński nacjonalizm ufundowano na odrzuceniu wszystkiego co polskie. Wołyń nie wziął się znikąd. Nie stanowił wyjątku od reguły, nie wynikał z nagłego zbiorowego opętania. Demony wypuszczone w 1943 roku, hodowane były w czarno-czerwonych sercach na długo zanim krwawe sotnie dokonały pierwszej rzezi.
Konowalec, Szuchewycz, Bandera czy Melnyk z perspektywy władz II Rzeczpospolitej byli zwykłymi terrorystami, dla których idea ukraińskiej niepodległości usprawiedliwiała sabotaż, dywersję oraz zabójstwa polityczne. To właśnie Polska, nie ZSRS, była głównym teatrem ich działań. Melnyk za udział w zamachach spędził kilka lat w polskim więzieniu, Szuchewycz trafił do Berezy Kartuskiej, a Konowalec został zmuszony do emigracji. Co więcej, za równie groźnego przeciwnika nacjonaliści uznawali współplemieńców dążących do normalizacji relacji z Polakami. Ich ofiarami padali zarówno przedstawiciele polskiego aparatu władzy, jak i Ukraińcy współpracujący z Warszawą.
Znamiennie jawi się pod tym względem zabójstwo ministra Bronisława Pierackiego z 15 czerwca 1934. Siedzący w Berlinie OUN-owcy podjęli decyzję o zamachu w momencie, gdy polski rząd zaczął dogadywać się z umiarkowanymi przedstawicielami ukraińskiej mniejszości, zagrażając radykalnej polityce nacjonalistów. Nawet jeżeli część z nich ostatecznie odrzuciła idee czystki etnicznej (tzw. melnykowcy), w żaden sposób nie zmniejszyło to ich wrogiego nastawienia wobec naszego kraju. Ta część dziedzictwa ukraińskiego nacjonalizmu pozostaje silna do dziś.
Kierunek – Berlin Organizacja Wojskowa Ukrainy (UWO), protoplasta UPA, od początku swojej działalności brała pieniądze na swoją wywrotową działalność od Niemców. Nacjonaliści szpiegowali w Polsce dla Abwehry, przywódcy sympatyzowali z oficerami niemieckiego wywiadu, a część z nich – jak Melnyk – działała jako bezpośredni agenci Berlina. Ukraińscy nacjonaliści służyli w formacjach pomocniczych Wehrmachtu, bo potem tworzyć i szkolić oddziały UPA.
Od Niemców przejęli ideologię rasy i krwi, czyli przekonanie, że nie będzie niepodległej Ukrainy bez ludobójstwa innych narodowości. Od ideologów narodowego socjalizmu zapożyczyli również kult siły i przemocy, dążenie do czystości etnicznej, terror polityczny, w końcu – tak bulwersujące nas dzisiaj – wzorce faszystowskiej organizacji i symboliki. Niestety, od Niemców nauczyli się również, jak przeprowadzać eksterminację całych grup społecznych.
Powtarzającym mantrę „historię zostawmy historykom” spieszę wyjaśnić, że powrót „banderowców” i „melnykowców” na sztandary ma nie tylko znaczenie moralne, ale jest wyrazem aktualnych zmian politycznych. Kijów ostatecznie daje do zrozumienia, że porzuca koncepcję jagiellońską, czyli marzenie i silnym sojuszu państw Europy Środkowo-Wschodniej. Kijów nie wierzy już w Warszawę (jeżeli kiedykolwiek tak było), lecz coraz chętniej spogląda na Berlin. Dzisiaj rozumieją to w Polsce nawet najwięksi zwolennicy federacjonizmu, stąd tak zaskakująca zmiana w podejściu do Ukrainy niektórych formacji politycznych.
Kanclerz Friedrich Merz, w kwietniu br. podkreślił, że więzi ukraińsko-niemieckie są dziś „silniejsze niż kiedykolwiek”, a jego rząd sfinansuje Ukrainie dostawy kilkuset pocisków do systemów obrony powietrznej Patriot. Zaledwie miesiąc później wybuchło całe zamieszanie związane z nadaniem przez Zełenskiego jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA”, co doprowadziło z kolei do bezprecedensowego pogorszenia relacji z Warszawą.
Dzisiaj w tzw. koalicji chętnych nie ma już miejsca dla przedstawiciela Polski, podobnie jak nie ma miejsca dla polskich kontrahentów w kolejce do odbudowy tego państwa. To Merz, nie Tusk obiecuje Kijowowi miejsce w UE, proponując jakieś alternatywne ścieżki akcesji dla „strategicznego partnera”. Mimo początkowego sceptycyzmu, Niemcy wyrosły z czasem na największego europejskiego dostawcę pomocy dla Ukrainy, oraz stanowią największe zaplecze demograficzne tego państwa. Według oficjalnych statystyk, w Niemczech przebywa ok. 1,29–1,35 miliona Ukraińców, zaś w Polsce – niecały milion. Ze swoim potencjałem rolniczym, transportowym i zbrojeniowym Kijów wyrasta na potężnego rywala, co w przypadku zacieśniania sojuszu z Berlinem jeszcze pogorszy naszą sytuację.
Z perspektywy wschodniego sąsiada jest to polityka pozornie racjonalna i skuteczna. Na dłuższą metę może jednak okazać się katastrofalna. Ponownie z pomocą przychodzi nam historia.
Chomyszyn miał rację
Gorączka nacjonalizmu trawi organizm duchowy narodu, odbiera rozsądek i rozumną wszechstronną orientację, utwierdza upór i nie dozwala uzdrowić narodu. …Przywódcy i rzekomi patrioci narodowi tak dalece opanowali i zahipnotyzowali naród, że niejedna zdrowa myśl, rada i przestroga nie znajdują zrozumienia. Na odwrót, uważa się ją za szkodliwą dla „sprawy narodowej”. Jest to najstraszniejszy symptom nieuleczalnej choroby… – diagnozował błogosławiony biskup Grzegorz Chomyszyn.
Stanisławowski hierarcha przewidywał, że oprócz oczywistych krzywd moralnych, nacjonalizm na dłuższą metę przyniesie Ukraińcom więcej szkód niż pożytku.
I rzeczywiście, testament OUN-owców można w zasadzie określić jednym słowem – porażka. Konowalec zginął w zamachu przeprowadzonym przez sowieckiego funkcjonariusza NKWD w 1938 roku. Bandera podobnie – został zastrzelony w swoim monachijskim mieszkaniu w 1959 r. Melnyk miał więcej szczęścia i dożył 74 lat, choć podobnie jak Bandera trafił na krótko do niemieckiego obozu koncentracyjnego. Za swojego życia nie doczekali niepodległej Ukrainy, która od samego początku bardziej nawiązuje do tradycji Ukraińskiej Republiki Ludowej (1917–1921) niż marzenia o „czystej” etnicznie, wolnej od wpływów Wschodu i Zachodu potędze.
Czerwono-czarna Ukraina postawiła na Hitlera i razem nim poszła na dno, zaciągając dodatkowo krwawy dług, który do dzisiaj domaga się sprawiedliwości. Co więcej, niemiecki przywódca nie dopuszczał myśli o jakimkolwiek niepodległym państwie ukraińskim. Kiedy w 1941 roku nacjonaliści z OUN-B ogłosili we Lwowie Akt Odrodzenia Państwa Ukraińskiego, naziści natychmiast go odrzucili, a przywódców (w tym Stepana Banderę) aresztowali i osadzili w obozach koncentracyjnych.
Niemcy głęboko pogardzali Ukraińcami. Dla nich byli po prostu Słowianami, kolejnymi podludźmi, untermenschami, których rolą jest niewolniczo służyć rasie panów. Ukraina była traktowana przez Rzeszę wyłącznie jako kolonia surowcowa i żywnościowa (Reichskommissariat Ukraine), a miejscowa ludność była głodzona i masowo wywożona na przymusowe roboty w głąb Niemiec.
Nie chcę, broń Boże powiedzieć, że dzisiejsza RFN w podobny sposób traktuje obywateli Ukrainy. Należy jednak mieć świadomość, że pogarda niemieckich elit wobec krajów Europy Środkowo-Wschodniej ma bogatą tradycję. Grając do jednej bramki z Berlinem, a jednocześnie antagonizując Polskę, Ukraina może ostatecznie skończyć jak jeden wielki rynek zbytu i montownia niemieckiego przemysłu, zwłaszcza w sytuacji coraz większego uniezależniania się naszego kraju.
Co więcej, Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej z Banderą na sztandarach. W Brukseli nie ma miejsca na współpracowników Hitlera, tak samo jak nie było go dla księdza Tiso czy chorwackich Ustaszy. Akcesja będzie wymagać prawdziwej „denazyfikacji” kraju, co przy konsekwentnym rozbudzaniu nacjonalistycznych nastrojów będzie coraz trudniejsze.
W końcu, każda gloryfikacja ukraińskich zbrodniarzy spotka się z gwałtowną odpowiedzią Polski. Światowa opinia publiczna zacznie poznawać, że bohaterowie Zełenskiego et concortes masowo i w bestialski sposób mordowali bezbronne dzieci, kobiety i starców. A dzisiejsze władze poprzez zamilczanie głosu ofiar, przy jednoczesnym stawianiu pomników katom, kontynuują dziedzictwo tej straszliwej zbrodni.
W ostatnich miesiącach nikt nie dał putinowskiej propagandzie lepszych narzędzi niż sam Zełenski. Kiedy wyjdzie, że mit współczesnego państwa jest fundowany na kulcie zbrodniarzy wojennych, uzależniona od czerwono-czarnej kroplówki Ukraina może zostać z problemem sama. Słabemu, wyludnionemu, pozbawionemu znaczenia i żyjącemu z zagranicznej pomocy kadłubowemu państwu pozostaną tylko złote pomniki „ojców narodu”.
19 sierpnia 2026 roku ukraińskie organy antykorupcyjne rozpoczęły zakrojoną na szeroką skalę operację specjalną, która ponownie skierowała uwagę na najbliższe otoczenie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) oraz Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna (SAP) poinformowały o działaniach mających na celu ujawnienie organizacji przestępczej. Według oficjalnego komunikatu grupa działała pod kierownictwem obecnego i byłego deputowanego do Rady Najwyższej, a w jej struktury zaangażowani mieli być wysocy rangą urzędnicy Biura Prezydenta Ukrainy.
Przeszukania objęły między innymi rezydencję Iryny Mudry, zastępczyni szefa kancelarii prezydenta odpowiedzialnej za sprawy prawne i reformę wymiaru sprawiedliwości. Wcześniej Mudra pełniła funkcję wiceminister sprawiedliwości. Śledczy przeszukali także posesje deputowanego Wadyma Stolara, który w przeszłości był związany z partią Platforma Opozycyjna – Za Życie, zdelegalizowaną po pełnoskalowej inwazji Rosji w 2022 roku. Operacja o kryptonimie Forest Gump stanowi kolejny etap szerokich działań antykorupcyjnych.
Według doniesień ukraińskich mediów śledztwo koncentruje się na schematach prania pieniędzy i nielegalnych przepływach finansowych. W jednej z wersji ujawnionych przez organy antykorupcyjne grupa miała zajmować się legalizacją środków pochodzących z wcześniejszych spraw, w tym związanych z sektorem energetycznym – konkretnie 150 milionów hrywien przeznaczonych na kaucję w poprzedniej aferze. Prezydent Zełenski zareagował szybko, wydając dekret o odwołaniu Iryny Mudry ze stanowiska. Sam nie skomentował publicznie szczegółów operacji.
Ważny kontekst: według oficjalnych oświadczeń NABU i SAP Wołodymyr Zełenski nie figuruje jako podejrzany w tych postępowaniach. Organy wielokrotnie podkreślały, że prezydent nie jest przedmiotem ich dochodzeń – zarówno w sprawie Midas, jak i w najnowszej operacji. Formalnie nie postawiono mu żadnych zarzutów.
Jednocześnie fakty dotyczące jego najbliższego otoczenia wyglądają inaczej i budzą uzasadnione pytania. Ta sprawa nie jest odosobniona, lecz stanowi kontynuację głośnej operacji Midas z listopada 2025 roku. Wówczas ujawniono schemat wymuszania łapówek w państwowej spółce Enerhoatom. Szacowana wartość procederu wyniosła co najmniej 100 milionów dolarów. W centrum uwagi znalazł się biznesmen Tymur Mindicz – wieloletni partner biznesowy Zełenskiego i współwłaściciel studia Kwartał 95. Mindicz wyjechał do Izraela, unikając zatrzymania.
Kolejną kluczową postacią był Andrij Jermak, długoletni szef Biura Prezydenta. W maju 2026 roku postawiono mu zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej i legalizacji około 460 milionów hrywien poprzez budowę luksusowego kompleksu Dynastia pod Kijowem. Śledczy podejrzewali, że środki mogły pochodzić z nielegalnych mechanizmów w Enerhoatomie. Jermak zaprzeczał zarzutom.
Pojawiły się też doniesienia o nagraniach, w których pada zdrobnienie Wowa w kontekście budowy luksusowych rezydencji.
NABU i SAP oficjalnie zaprzeczyły, by prezydent był w jakikolwiek sposób objęty śledztwem. Krytycy wskazują jednak, że przy tak bliskich i długotrwałych powiązaniach z osobami objętymi zarzutami trudno mówić o pełnej izolacji od problemu. Zwolennicy podkreślają, że niezależne organy antykorupcyjne działają, a sam prezydent publicznie deklaruje wsparcie dla walki z korupcją i szybko odwołuje osoby objęte podejrzeniami.
Korupcja w Ukrainie nie jest nowym zjawiskiem. W warunkach wojny nabiera szczególnego wymiaru – środki przeznaczone na obronność i odbudowę stają się atrakcyjnym celem. Zachodni partnerzy wielokrotnie podkreślali konieczność skutecznej walki z tym problemem. NABU i SAP, utworzone z pomocą międzynarodową, mają działać niezależnie. Ich ostatnie działania pokazują, że instytucje te zachowują zdolność do podejmowania kroków nawet wobec osób z najbliższego otoczenia prezydenta.
Polityczne konsekwencje są już widoczne. Spadek notowań Zełenskiego zbiegł się z serią skandali. Dodatkowym czynnikiem stała się dymisja popularnego ministra obrony Mychajła Fedorowa, który publicznie wezwał do przeprowadzenia wyborów nawet w czasie wojny. Przeszukania zbiegły się z głosowaniem w parlamencie nad nowym kandydatem na to stanowisko.
Międzynarodowa opinia publiczna obserwuje te wydarzenia z uwagą. Dla partnerów zachodnich niezależność NABU i SAP jest jednym z warunków dalszego wsparcia. Ukraina, ubiegając się o członkostwo w Unii Europejskiej, musi wykazać postępy w reformach. Każda kolejna afera utrudnia ten proces.
Z drugiej strony działania służb antykorupcyjnych można uznać za pozytywny sygnał. Pokazują one, że mimo wojny instytucje państwa funkcjonują i są w stanie badać nawet najtrudniejsze sprawy. Operacja z sierpnia 2026 roku, choć wciąż na wczesnym etapie, potwierdza, że system antykorupcyjny nie został całkowicie zablokowany.
Przyszłość wskaże, jak głęboko sięgają powiązania ujawnione w najnowszym śledztwie. Ukraina stoi przed wyzwaniem, by jednocześnie prowadzić wojnę obronną i budować transparentne państwo. Najnowsza afera – wraz z całą serią poprzednich spraw dotyczących najbliższego kręgu władzy – pokazuje, jak trudne jest to zadanie. Formalny brak zarzutów wobec samego prezydenta nie zamyka dyskusji o odpowiedzialności politycznej i o tym, dlaczego kolejne nazwiska z jego otoczenia pojawiają się w aktach spraw korupcyjnych.
Ukraina po raz kolejny nie zestrzeliła ani jednego pocisku balistycznego ani hipersonicznego wystrzelonego przez rosyjskie siły zbrojne podczas ataku w nocy 16 sierpnia. Poinformowała o tym ukraińska gazeta „Strana”, powołując się na służbę prasową Sił Powietrznych Ukrainy. Dlaczego Kijów pozwala na kontynuację ataków, co oferują mu sojusznicy i czy nadchodząca zima może być ostatnią zimą w Kijowie?Redaktorzy strony internetowej TASS
Rakiety i drony zaatakowały zakłady przemysłu zbrojeniowego, składy amunicji, paliw i smarów, tymczasowe miejsca rozmieszczenia jednostek ukraińskich i zagranicznych najemników, centra logistyczne, infrastrukturę ukraińskiego portu morskiego oraz zakłady paliwowe i energetyczne.
Z powodu niedoboru pocisków przechwytujących, Siły Zbrojne Ukrainy, wbrew dotychczasowej praktyce, zaprzestały publikowania danych o rosyjskich pociskach wystrzelonych w kierunku Ukrainy, jak donosi Bloomberg. Posłanka Rady Najwyższej Anna Skorochod stwierdziła, że wynika to z „katastrofalnej sytuacji” w kraju, zauważając, że zamiast zająć się problemem, dowództwo wojskowe po prostu zaprzestało informowania opinii publicznej.
„Zełenski nadal przerzuca odpowiedzialność na Zachód, obwiniając partnerów za niedobór rakiet” – napisała była rzeczniczka prasowa Zełenskiego, Julia Mendel, w X. „Tymczasem jego rząd nie przygotował kraju na trudności związane z eskalacją i zbliżającą się katastrofą tej zimy. <…> Zamiast tego kontynuuje eskalację wojny, żąda pieniędzy i nie oferuje żadnych perspektyw. Jego osobista odpowiedzialność za opłakany stan Ukrainy jest oczywista”.
Patriot nie pomoże
Według „The Washington Post” jedynym ukraińskim systemem obrony powietrznej zdolnym do przechwytywania pocisków jest amerykański system Patriot .
Jednak, jak podaje gazeta, Rosja zmodernizowała swoje środki uderzeniowe i podczas gdy w sierpniu 2025 roku Ukraina rzekomo przechwyciła 37% hipersonicznych pocisków rakietowych Kinżał i Iskander, we wrześniu [2025 md] wskaźnik ten spadł do 6%.
Według ekspertów, Patriot nie jest wyspecjalizowanym systemem przeciwrakietowym. Ekspert wojskowy Michaił Chodarenok powiedział agencji TASS, że system posiada zdolności do obrony przeciwrakietowej niestrategicznej, ale nie gwarantuje to 100% skuteczności przechwytywania.
Analityk wojskowy Igor Korotczenko, redaktor naczelny magazynu „National Defense”, zauważył, że wyrzutnie Patriot strzelają w ograniczonym zakresie, w przeciwieństwie do pionowych wyrzutni rakietowych rosyjskich systemów S-300 i S-400 .
Magazyn Military Watch (MWM) zwrócił uwagę na wysoki koszt pocisków Patriot: cena za sztukę sięga 4 milionów dolarów. MWM, powołując się na źródła zagraniczne, przytoczył przykład , w którym podczas jednej próby zestrzelenia Kinżału amerykański system bezskutecznie wystrzelił 32 pociski przechwytujące o łącznym koszcie około 96 milionów dolarów.
Bez rakiet
Wołodymyr Zełenski wielokrotnie apelował do Stanów Zjednoczonych o zwiększenie dostaw pocisków przechwytujących dla systemu obrony powietrznej Patriot, skarżąc się , że „kraje partnerskie” zaczęły „wstrzymywać” produkcję amunicji do systemów obrony powietrznej. Gazeta „Guardian” zauważyła , że Ukraina jest zobowiązana do produkcji pocisków dla amerykańskiego systemu obrony powietrznej na poziomie trzy do czterech razy wyższym niż światowa średnia roczna.
W sierpniu 2025 roku CNN, powołując się na źródła, poinformowało , że Pentagon otrzymał prawo do uzupełniania własnych zapasów broni bronią produkowaną dla Ukrainy. Pociski Patriot znalazły się w kategorii „czerwonej”, co oznaczało, że same Stany Zjednoczone borykały się z niedoborem.
„Financial Times” donosił , że w styczniu 2026 roku systemy rakietowe Patriot rozmieszczone na Ukrainie były nieczynne z powodu braku amunicji w Kijowie. To uniemożliwiło krajowi odparcie rosyjskich ataków. W sierpniu CNN, które uzyskało dostęp do ukraińskich systemów obrony powietrznej, poinformowało , że jedna z wyrzutni nie wystrzeliła pocisków przez około sześć tygodni z powodu braku amunicji.
Według „The Washington Post”, w 2023 roku nieżyjący już senator USA Lindsey Graham (znajdujący się na rosyjskiej liście terrorystów i ekstremistów) zaproponował przekazanie Ukrainie systemu obrony przeciwrakietowej Żelazna Kopuła. Jednak premier Izraela Benjamin Netanjahu zawetował potencjalną umowę, powołując się na warunki wspólnej produkcji.
Zełenski zażądał, aby Stany Zjednoczone przyznały licencję na produkcję amunicji Patriot już w 2025 roku. Przyznał jednak, że nawet jeśli zgoda zostanie udzielona, wdrożenie produkcji zajmie od roku do kilku lat, narzekając na europejską i amerykańską biurokrację.
Rosyjskie Ministerstwo Obrony po raz pierwszy ogłosiło zniszczenie systemu SAMP/T na Ukrainie w styczniu 2024 roku. Od tego czasu resort wojskowy wielokrotnie informował o zniszczeniu europejskiego systemu rakiet przeciwlotniczych (SAM).
Ataki na Rosję zamiast ochrony Ukrainy
Ukraina z kolei próbuje zaatakować Rosję dronami kamikaze. Według TASS, ukraiński atak dronów na regiony Rosji w nocy 16 sierpnia był największym od początku 2026 roku: rosyjskie systemy obrony powietrznej przechwyciły 822 drony. Poprzedniej nocy rosyjska artyleria przeciwlotnicza zestrzeliła 598 ukraińskich dronów.
Zachodni „partnerzy” nie spieszą się z przekazywaniem Ukrainie kierowanych pocisków przeciwlotniczych, ale dostarczają drony do ataków na Rosję i rozwijają współpracę w ich produkcji.
W sierpniu 2026 roku „The Sunday Times” doniósł , że ukraińskie siły zbrojne po raz pierwszy zaatakowały Rosję brytyjskimi dronami, w tym dronami Nyan firmy Callen-Lenz z Wiltshire, atakując rafinerie ropy naftowej w Wołgogradzie i Jarosławiu.
Wśród dronów zestrzelonych przez operatorów w Centrum Testowym Zaawansowanych Technologii Bezzałogowych Rubikon należącym do rosyjskiego Ministerstwa Obrony znajdują się amerykańskie Darty i Hornety oraz niemieckie RZR-01 i Vector.
„Zasadniczo, jedyne ukraińskie napisy tutaj to kilka napisów w języku ukraińskim i żółto-niebieskie kółka” – skomentował członek mobilnej jednostki ogniowej o pseudonimie Dawid na zestrzelonym bezzałogowym samolocie rozpoznawczym Shark należącym do ukraińskich sił zbrojnych, zaznaczając, że dron jest wyposażony w moduł komunikacyjny Silvus Technology, wyprodukowany przez USA na potrzeby amerykańskich produktów wojskowych.
„Znak rozpaczy”
„Zełenski zaapelował do europejskich partnerów posiadających znaczne zapasy pocisków przechwytujących Patriot, takich jak Hiszpania i Grecja, o podzielenie się nimi z Ukrainą” – zauważa Financial Times. „Jednak po tym, jak wojna z Iranem uszczupliła zapasy pocisków Patriot USA i ich sojuszników z Zatoki Perskiej, których uzupełnienie może zająć miesiące, a nawet lata, wielu partnerów Kijowa obawia się, że mogą zostać bez wystarczającej liczby pocisków”.
Dziennik „Washington Post”, powołując się na źródła , poinformował , że na początku 2026 roku administracja prezydenta USA Donalda Trumpa próbowała przekonać kilka krajów europejskich do wysłania rakiet dla amerykańskich systemów obrony powietrznej na Ukrainę, ale odmówiły one, obawiając się osłabienia własnej obrony.
„Te pociski mają chronić polskie niebo” – odpowiedział były minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak w wywiadzie dla radia RMF24 na pytanie o możliwość przekazania Ukrainie polskich pocisków Patriot. Co więcej, według portalu Wirtualna Polska, powołującego się na źródła w polskim Ministerstwie Obrony Narodowej, MON jest zirytowany sposobem, w jaki Zełenski prosi Warszawę o pociski – obliczając stan zapasów Patriotów w Polsce i uznając, że Polska „może obsłużyć dużą partię [pocisków]”.
„Prośby Zełenskiego o pomoc są oznaką desperacji. Cały świat zmaga się z poważnym niedoborem pocisków przeciwlotniczych. Ani Europejczycy, ani Stany Zjednoczone nie mają ich wystarczająco dużo” – napisała gazeta Die Welt. W artykule zauważono, że sytuacja Kijowa przed zimą jest tak „niepewna”, że kraj bije na alarm na wszystkich szczeblach.
„Narastające problemy systemowe, rosnąca presja na froncie i paraliż zaplecza – od deficytu budżetowego po rozpadający się aparat administracyjny – nieubłaganie skracają wiosnę” – powiedział Władimir Kostyriew, zastępca szefa redakcji TASS Near Abroad. „Nadchodząca zima może okazać się ostatnią kroplą, która ostatecznie przeleje czarę goryczy w Kijowie”.
„The Economist” bije na alarm w związku z rosyjskimi atakami na infrastrukturę Ukrainy w następstwie niewypowiedzianej wojny z siecią Wildberries. Donosi, że gospodarka Ukrainy stoi w obliczu bezprecedensowych strat w wyniku nieustającej i systematycznie wyniszczającej kampanii rosyjskiej:
Prawdopodobnie, aby nie zdusić resztek nadziei zwolenników Ukrainy, artykuł najpierw wymienia długą listę skutecznych, głębokich ataków, jakie Ukraina przeprowadziła przeciwko Rosji, i wynikających z nich konsekwencji gospodarczych.
Autorzy przyznają jednak, że Rosja odpowiedziała, a Ukraina jest o wiele bardziej podatna na tę wzajemną, spalonej ziemi, wymianę ciosów:
Ale duszenie działa teraz w obie strony, a Ukraina jest bardziej podatna. Porty w Odessie, gospodarcze centrum kraju, jako pierwsze odczuły presję. Zagrożone na początku wojny, porty głębinowe zostały ponownie otwarte najpierw dzięki umowie zbożowej z Turcją, a następnie dzięki chronionemu korytarzowi dla Ukrainy w 2023 roku. Rosja nadal atakowała infrastrukturę portową, ale przewoźnicy tolerowali ryzyko, przeładowując 210 milionów ton w ciągu kolejnych trzech lat. Rachunek zmienił się w połowie lipca, gdy Rosja sama zaczęła polować na statki. 19 lipca pociski manewrujące trafiły i zatopiły turecki statek towarowy, gdy wypływał z Czarnomorska, jednego z trzech dużych portów w regionie. Zginęło dziesięć osób. Od tego czasu każdy statek wpływający do Odessy lub wypływający z niej był celem ataku. Kilka statków nadal odważa się na atak, ale porty są martwe pod względem komercyjnym.
Trudno o gorszy moment, skoro wciąż brakuje 50 milionów ton zbiorów. Alternatywy nie są atrakcyjne. „Jeden statek o ładowności 100 000 ton to równowartość 5000 ciężarówek, 5000 kierowców i 5000 procedur granicznych” – mówi Dmytro Barinow, prezes stowarzyszenia Ukrport. Sytuacja jest gorsza niż w 2022 roku, jak twierdzi, kiedy porty nad Dunajem zrekompensowały część strat. Teraz niski poziom wody w rzece i rosyjskie ataki utrudniają korzystanie z tej trasy.
Co ciekawe, autorzy „The Economist” następnie obalają „przesadzone” twierdzenia Ukrainy na temat szkód gospodarczych wyrządzonych Rosji w wyniku ataków Ukrainy, twierdząc, że rzeczywiste szkody stanowią 1/10 strat przynoszonych przez Ukrainę:
Obie strony zawyżają statystyki. Ukraiński sztab generalny twierdzi, że od sierpnia 2025 roku spowodował on straty w rosyjskim przemyśle rafineryjnym o wartości 13,5 mld dolarów. Siergiej Wakulenko z think tanku Carnegie Endowment szacuje, że rzeczywiste, bezpośrednie straty dla przedsiębiorstw stanowią około jedną dziesiątą tej kwoty, a straty te ledwo dotknęły dochodów państwa. „Uderzenia bolą, ale nie tam, gdzie i w terminie, jakie deklaruje Ukraina” – mówi.
The Economist przewiduje, że sytuacja będzie się tylko pogarszać, jeśli Rosja będzie kontynuować tę nową kampanię, gdyż sezon zasiewów zbóż ozimych na Ukrainie może zostać całkowicie odwołany, podsumowując wymianę zdań jasnymi obrazami:
„To tak, jakbyśmy grali z Brazylijczykami w otwartą piłkę nożną” – żałuje jeden z byłych wysokich rangą urzędników.„Strzeliliśmy trzy gole i świętujemy, ale oni strzelili 13”.
Artykuł kończy się ostrzeżeniem, że dalsze rosyjskie ataki mogą spowodować masowy exodus z Kijowa, przyznając, że obecnie najważniejszym planem jest po prostu przetrwanie do przyszłej wiosny, co nie brzmi zbyt obiecująco ani pocieszająco:
„Kolega opowiadał mi, że wczoraj mieli duże spotkanie pod nazwą „Akcje Jesienne” dotyczące planów na przyszłość” – mówi. „Dziś ma już nową nazwę: „Przetrwać do kwietnia”.
Ale najważniejszy aspekt, który artykuł celowo ukrywa, to fakt, że wojna całkowicie obróciła się przeciwko Ukrainie. „The Economist” i inne zachodnie publikacje chytrze przedstawiają najnowszy kryzys jako związany ze zużyciem rakiet Patriot na Ukrainie, a naturalnym rozwiązaniem jest dalsze zaangażowanie i inwestycje Zachodu w celu uzupełnienia zapasów tych niezwykle pożądanych pocisków przechwytujących; to rodzaj celowo fałszywej dialektyki.
CNN ubolewa nad ukraińską wyrzutnią rakiet Patriot, która leży porzucona gdzieś na polu, ponieważ nie ma w niej żadnych pocisków do wystrzelenia — wideo poniżej:
To celowe wprowadzenie w błąd, mające na celu ukrycie faktu, że Ukraina rozpada się praktycznie pod każdym możliwym do zmierzenia względem wymiaru. Tworząc fałszywy dylemat, a następnie sztucznie go rozwiązując, mogą przeformułować katastrofalną sytuację Ukrainy, przedstawiając ją jako opartą na jednym, drobnym problemie, który można rozwiązać. A rozwiązaniem tego problemu okazuje się coś, co sprytnie dąży do dalszego wciągnięcia zubożałych krajów zachodnich w konflikt, szczególnie w czasie, gdy zainteresowanie i poparcie polityczne drastycznie maleją.
To całkowicie przyćmiewa brutalną rzeczywistość: Ukraina wykrwawia się pod każdym możliwym do zmierzenia wskaźnikiem i nie ma jednego, uniwersalnego rozwiązania. Oszustwo z Patriotami to sprytne wprowadzenie w błąd, mające na celu utrwalenie narracji, że Ukraina wciąż wygrywa lub „odwraca bieg wydarzeń”, a Rosja jest o krok od porażki, o ile Ukraina będzie mogła zostać zaopatrzona w kolejne pociski.
Nic bardziej mylnego – nawet gdy Ukraina miała mnóstwo Patriotów, niewiele one pomogły w powstrzymaniu rosyjskich ataków balistycznych, a do tej pory nie ma żadnych dowodów na to, że choć jeden Iskander został przechwycony przez te systemy.
Z drugiej strony, niemiecka publikacja wraz z Euromaidan Press ujawniły, że Rosja zestrzeliwuje praktycznie każdą ukraińską rakietę Flamingo:
Rosja zestrzeliwuje większość najlepszych ukraińskich pocisków manewrujących dalekiego zasięgu tak szybko, jak tylko Ukraina jest w stanie je wystrzelić. Tylko jeden lub dwa z pocisków Fire Point FP-5 Flamingo o wartości 500 000 dolarów trafiły w cel w ostatnich tygodniach.
Oznacza to, że rosyjska obrona powietrzna na razie działa. To, czy będzie działać nadal, jest kluczowym pytaniem dla ukraińskich planistów ataku.
Co ciekawe, wysoki wskaźnik powodzenia przypisują rosyjskim samolotom A-50U AWAC, które obecnie regularnie patrolują trasy Flamingo i mogą wykrywać je z dużej odległości, a następnie przekazywać rozwiązania ogniowe odpowiednim jednostkom naziemnym.
Co prawda, 15 sierpnia Ukrainie udało się zaatakować ważne przedsiębiorstwo Roskosmosu w Samarze w Rosji, rzekomo dwoma pociskami Flamingo, które w jakiś sposób ominęły systemy obronne. To właśnie w rosyjskiej fabryce Sojuza produkowane są rakiety, które wynoszą na orbitę rosyjskie satelity „Rassvet”, będące odpowiednikami Starlinka.
Wróg publikuje zdjęcia satelitarne przedstawiające skutki uderzenia dwóch pocisków FP-5 „Flamingo” w jeden z warsztatów firmy Rocket Space Corporation „Progress” w Samarze 15 sierpnia.
Można oszacować rozmiar jednego z kraterów.
Przypomnijmy, że Rocket Space Corporation „Progress” to wiodące rosyjskie przedsiębiorstwo rakietowo-kosmiczne, produkujące rakiety nośne „Sojuz”, w tym te używane do wystrzeliwaniana orbitę satelitarnych urządzeń internetowych „Biuro-1440”, które obecnie budzą poważne obawy Ukrainy. Dlatego jest prawdopodobne, że wróg będzie nadal atakował to przedsiębiorstwo, próbując uniemożliwić Rosji opracowanie odpowiednika amerykańskiego systemu Starlink, a także znacząco osłabić cały przemysł kosmiczny. Ochrona tak unikalnego zasobu powinna być najwyższym priorytetem.
Ale kompleks jest ogromny i szkody raczej nie będą miały większego wpływu:
Te ogromne hale przemysłowe mają sufity pokryte masywnymi metalowymi pomostami i innymi różnego rodzaju konstrukcjami. Takie ataki zazwyczaj po prostu wybijają dziurę w dachu i, jak widać na jednym ze zdjęć powyżej, gdzie widoczna jest kratownica pomostów, nie przenikają nawet do podłogi warsztatu.
Niska prędkość pocisków nie zapewnia im wystarczającej siły kinetycznej, by to zrobić — tylko takie rzeczy jak rosyjskie hipersoniczne Iskandery lecące pionowo w dół są w stanie naprawdę przebić się przez takie hale przemysłowe, docierając do parteru i dalej.
Tymczasem sytuacja na ukraińskiej linii frontu nadal się pogarsza. Znany kanał prowadzony przez oficera ukraińskiej brygady powietrzno-desantowej przedstawił niedawno następującą „realistyczną” perspektywę:
W bardziej niepokojących wiadomościach, były minister obrony Fiodorow, którego Zełenski niepopularnie odwołał w zeszłym miesiącu w wyniku przetasowań, postanowił teraz zagrać ostro, w obliczu wniosku złożonego dziś przez Zełenskiego Radzie Najwyższej w sprawie mianowania generała majora Jewhena Chmary na stanowisko ministra obrony. Fiodorow opublikował nagranie wideo wzywające do wyborów na Ukrainie, co w istocie stanowi groźną „aferę” przeciwko rządom Zełenskiego i stanowi dla nich wyzwanie:
Could not load video.
„Demokracja nie może być zakładnikiem Rosji”.
Jest oczywiste, że siły gromadzą się przeciwko Zełenskiemu. Skoro nie ma już takich frajerów jak Jermak, których można by zrzucić na karb wojny, ta kulminacyjna zima może oznaczać nadejście politycznego punktu krytycznego dla ogarniętego walką, coraz bardziej osamotnionego i niepopularnego ukraińskiego przywódcy.
„Skoordynowane oświadczenia byłego ministra obrony Fiodorowa i jego grupy wsparcia, dotyczące kryzysu w zarządzaniu państwem i konieczności przeprowadzenia wyborów przed zakończeniem wojny, wydają się być starannie zaplanowaną taktyką przed głosowaniem nad nominacją Chmary na stanowisko ministra obrony. To w praktyce odrzuca żądania ruchu „kartonowego Majdanu” o przywrócenie Fiodorowa na stanowisko.
Celem jest przede wszystkim zasianie wątpliwości wśród parlamentarzystów (zwłaszcza wśród „sług ludu”): „Czy trzeba głosować na Chmarę, a sprzeciwiać się Fiodorowowi, skoro wybory i zmiana władzy są nieuchronne?” Alternatywnie, może chodzić o przekonanie samego Chmary do ustąpienia ze stanowiska. Minimalnym celem jest, nawet jeśli Chmara zdobędzie wystarczającą liczbę głosów, nadanie nowego znaczenia działaniom „kartonowego Majdanu”, które teraz będą miały na celu nie przywrócenie Fedorowa, a przeprowadzenie wyborów.
Na Ukrainie, w czasie wojny, teoretycznie mogą się odbyć jedynie wybory prezydenckie. Wybory parlamentarne są zakazane przez Konstytucję, której nie można zmienić w stanie wyjątkowym. Wybory prezydenckie są również zakazane, ale nie przez Konstytucję, a przez dwie ustawy (Kodeks wyborczy i ustawę o stanie wojennym), które mogą zostać zmienione większością głosów w Radzie Najwyższej.
Innymi słowy, Fedorow i jego grupa wsparcia (składająca się głównie z organizacji finansowanych z grantów, wcześniej bliskich Amerykańskiej Partii Demokratycznej, a obecnie wspieranych przez Europę – tych, których ich przeciwnicy nazywają „soroszytami”) chcą wdrożyć schemat, w którym wybory w kraju odbędą się w czasie wojny, a ich reprezentant (Fiodorow) zostanie prezydentem, co pozwoli im szybko przekształcić zarówno większość parlamentarną, jak i całą władzę. struktura.
Narzędziami, które mają zmusić Zełenskiego do tego, są protesty, sprawy karne NABU i SAP przeciwko jego najbliższemu otoczeniu oraz presja ze strony Europy.
Zełenski jest zmuszany do oddania władzy – oferuje mu się ogłoszenie wyborów, przegranie ich (na co wskazują wszystkie sondaże) i opuszczenie urzędu. Całkiem możliwe, że pociągnie to za sobą postępowanie karne. I z pewnością doprowadzi to do upadku całej jego grupy ekonomicznej i politycznej („Rodziny”). To zdecydowanie nie jest przyszłość, jaką Zełenski sobie wyobraża. Dlatego prawdopodobnie będzie próbował stawić opór. Może na przykład nakazać SBU zaatakowanie NABU/SAP i ich grupy wsparcia (taki scenariusz jest dyskutowany nawet w kręgach finansowanych z grantów).
Kolejne pytanie brzmi, czy Europa będzie wywierać presję i jak dużą. To kluczowa kwestia, ponieważ Zełenski może wytrzymać protesty, a nawet kolejne sprawy karne przeciwko Jermakowi i jego współpracownikom, ale jeśli Europejczycy (którzy obecnie finansują Ukrainę) będą wywierać presję bezpośrednio, o wiele trudniej będzie się jej oprzeć. W zeszłym roku, podczas próby przejęcia kontroli nad NABU i SAP przez Administrację Prezydenta, taka presja była wywierana. Nie była ona jednak tak silna w odniesieniu do rezygnacji Fiodorowa. Nie wiadomo też jeszcze, czy Europa będzie nalegać na wybory.
Po trzecie, sondaże pokazują, że Fiodorow nie jest jedynym kandydatem z szansą na zwycięstwo. Załużny cieszy się wyższym poparciem, a Budanow tylko nieznacznie niższym. Czy obaj będą po cichu przyglądać się, jak Fiodorow dochodzi do władzy? Czy też w pełni zaangażują się w walkę, zaciekle sprzeciwiając się byłemu ministrowi? Wszystko to może dodać element radykalnej nieprzewidywalności do procesu „przywracania procesów demokratycznych”.
Po czwarte, temat „Ukraina potrzebuje wyborów” zacznie zyskiwać na popularności w kraju, co może gwałtownie zaostrzyć publiczną dyskusję na temat „nielegalności” Zełenskiego. Nawiasem mówiąc, to właśnie stale powtarza się w Rosji, domagając się przeprowadzenia wyborów prezydenckich na Ukrainie, aby mieć „legalną głowę państwa”, z którą można prowadzić negocjacje. A jeśli wybory odbędą się w czasie wojny, to formalnie żądanie Kremla zostanie spełnione. Oczywiście Fiodorow raczej nie złagodzi pozycji negocjacyjnej w porównaniu z Zełenskim. Bardziej prawdopodobne jest odwrotne – jego grupa wsparcia często wzywa do zaostrzenia mobilizacji, obniżenia wieku poboru, zaostrzenia walki z „uciekinierami” i „piątą kolumną” itd. Jednak każdy z pozostałych „realnych” kandydatów mógłby ostrożnie (nie osobiście, ale w swojej grupie wsparcia) zacząć promować ideę, że „Zełenski był przeszkodą w osiągnięciu pokoju, ponieważ Putin nie chciał z nim rozmawiać o niczym. Jeśli zostanę prezydentem, będę mógł wynegocjować normalne warunki zakończenia wojny”. I niewykluczone, że takie stanowisko mogłoby okazać się bardziej popularne niż różne warianty „walki do gorzkiego końca”.
Historyk prof. Jacek Bartyzel stanowczo skomentował słowa prezydenta Karola Nawrockiego o rzekomym wspólnym zwycięstwie Polaków i Ukraińców nad bolszewikami w 1920 roku. Zarzucił mu „fałsz historyczny” i „polityczny prezentyzm”.
Profesor Jacek Bartyzel odniósł się do słów prezydenta Karola Nawrockiego, który stwierdził w piątek, że w Bitwie Warszawskiej bolszewików pokonało Wojsko Polskie „wspólnie z Ukraińcami”. Swoją opinię profesor zamieścił we wpisie na Facebooku, cytowanym przez portal PCh24.pl. Według niego wypowiedź Nawrockiego „jest zadziwiająca i mówiąc delikatnie rozmija się w istotnych punktach z prawdą historyczną w imię doraźnego politycznego prezentyzmu”.
„Po pierwsze, stwierdzenie, iż bolszewików odparły wspólnie Wojsko Polskie i siły ukraińskie jest w najlepszym grubą przesadą, bo oczywiście po stronie polskiej faktycznie istniały jakieś oddziały uznające zwierzchnictwo tzw. Ukraińskiej Republiki Ludowej, z Petlurą jako jej przywódcą, ale stanowiły one mało znaczący militarnie margines i o niewielkiej wartości bojowej, a sama URL i Petlura byli ignorowani przez większość Ukraińców” – zaznaczył.
Profesor uznał za „groteskowe” przedstawianie roli Ukraińców jako równorzędnej z Polakami w Bitwie Warszawskiej. Porównał to do propagandowego eksponowania przez władze PRL rzekomego udziału „pułków smoleńskich” w bitwie pod Grunwaldem – zabiegu służącego gloryfikacji Armii Czerwonej jako spadkobierczyni tych oddziałów.
Zdaniem prof. Bartyzela, jeśli już mówić o sojusznikach w 1920 roku, to w pierwszej kolejności należałoby wspomnieć Białorusinów i białych Rosjan. Profesor odniósł się także do sposobu, w jaki Nawrocki interpretował historię – jako „narrację historiozoficzną opartą o fałszywe analogie”.
„Ta narracja jednak, mówiąc popularnie, kupy się nie trzyma. Już same podane przez prezydenta Nawrockiego dwa przykłady triumfu oręża polskiego: Orsza i Kłuszyn w jednym ciągu z Warszawą 1920 zupełnie do siebie nie pasują (…)” – napisał profesor, tłumacząc, że Bitwa pod Orszą była wynikiem rywalizacji litewsko-moskiewskiej, a nie rosyjskiego imperializmu. Dowodził nią zresztą Konstanty Ostrogski – prawosławny Rusin, którego trudno jednoznacznie utożsamiać z dzisiejszymi Ukraińcami czy Rosjanami.
Z kolei zwycięstwo hetmana Żółkiewskiego pod Kłuszynem, jak podkreślił Bartyzel, trudno traktować jako przykład obrony przed imperializmem, gdyż było to działanie zaczepne, które zakończyło się okupacją Kremla przez wojska polskie. „Jest raczej symbolem «imperializmu polskiego» – czego zresztą, broń Boże, nie powinniśmy się wstydzić, wprost przeciwnie, powinniśmy się tym chlubić, że byliśmy do ekspansji zdolni” – zaznaczył profesor.
Na zakończenie wyjaśnił, że bolszewicki atak na Polskę w 1920 roku nie miał nic wspólnego z tradycyjnym rosyjskim imperializmem.
„Lenin to nie Katarzyna II, a Trocki to nie Suworow czy Paskiewicz. Na czele Komitetu Rewolucyjnego w Białymstoku stali rdzenni Polacy: Marchlewski i litewski szlachcic Dzierżyński.
To nie imperializm rosyjski stał w 1920 roku pod Warszawą, lecz armia czerwonego Antychrysta, niosąca groźbę zniszczenia każdemu narodowi, tak polskiemu, jak rosyjskiemu i jakiemukolwiek innemu w imię obłąkanej utopii komunizmu. To nie Rosja nam i światu wtedy zagroziła, lecz upiór ideologii wymyślonej zresztą przez europejskiego, niemieckojęzycznego Żyda” – podsumował.
Udział w walkach jednostek ukraińskich sformowanych w Polsce miał wymiar jedynie symboliczny. Obie dywizje ukraińskie nie były przygotowane do walki, a o ich użyciu zdecydowano przede wszystkim ze względów propagandowych.
Kolejna rocznica „Cudu nad Wisłą” , a także wyprawy kijowskiej i wojny polsko-bolszewickiej stały się okazją dla obecnych władz w Kijowie do akcentowania ukraińsko-polskiego braterstwa broni. Realizowana przez nie kampania informacyjna ma przekonać, że tak dobrych i wiernych sojuszników jak Ukraińcy Petlury Polacy nie mieli. Tymczasem prawda jest bardziej złożona. Wyprawa kijowska skończyła się niepowodzeniem, bo właśnie „ukraińscy sojusznicy” całkowicie zawiedli. W szeregach bolszewików było też więcej Ukraińców niż w szeregach armii Petlury, która w znacznej mierze była tworem cokolwiek sztucznym. W wielu przypadkach biła się dzielnie, ale nie odegrała większej roli.
Podjęta przez Piłsudskiego wyprawa kijowska miała na celu wyparcie bolszewików z części Ukrainy wraz z Kijowem i osadzenie w jej stolicy rządu przyjaznego Polsce. Rząd ten miał uznać wschodnią granicę Polski, a także stworzyć państwo będące jej sojusznikiem we wszystkich sferach. Naczelnik państwa liczył, że stanie się ono jednym z buforów oddzielających Polskę od bolszewickiej Rosji. Wyprawa kijowska miała odbyć się pod hasłem „Za naszą i waszą wolność”. Józef Piłsudski liczył, że po błyskotliwych zwycięstwach militarnych, Ukraińcy przejmą inicjatywę z rąk polskich i Polacy będą mogli się wycofać. By plan ten zafunkcjonował, stojący na czele wojsk ukraińskich Symon Petlura musiał zostać poparty przez społeczeństwo ukraińskie. Piłsudski liczył, że tak się stanie. W swojej odezwie z 26 kwietnia 1920 r. skierowanej „Do wszystkich mieszkańców Ukrainy” pisał m.in.: „Wierzę, że naród ukraiński wytęży wszystkie siły, aby z pomocą Rzeczypospolitej Polskiej wywalczyć wolność i zapewnić żyznym ziemiom swej ojczyzny szczęście i dobrobyt, którym cieszyć się będzie po powrocie do pracy i pokoju”.
Rzeczywistość pokazała, że wiara Piłsudskiego w Ukraińców była cokolwiek naiwna, a nadzieje na ich poparcie złudne. Piłsudski, stawiając na Ukraińców, działał jako polityk, jako wódz naczelny wiedział, że przeciwnik czyli bolszewicy gros swoich sił gromadzą na Białorusi i z niej wyprowadzą ofensywę w kierunku Warszawy.
Sformowane w Polsce
Piłsudski musiał też liczyć się z faktem, że wyprawa kijowska zostanie potraktowana przez Ukraińców jako próba osadzenia w Kijowie kolejnego marionetkowego rządu przywiezionego w teczce. Wojska Petlury nie walczyły z bolszewikami na Ukrainie, ale zostały sformowane w Polsce. W lutym 1920 r. z polecenia Piłsudskiego została utworzona Ekspozytura d.s. Ukraińskich zajmująca się tworzeniem wojska ukraińskiego. Jej pracami kierował zaufany współpracownik Piłsudskiego kapitan Juliusz Ulrych. Z ramienia Oddziału II Sztabu Generalnego nad tworzeniem armii ukraińskiej czuwał kapitan Wiktor Czarnocki, który jednak nie wykazywał entuzjazmu do całego przedsięwzięcia. Obowiązki oficera łącznikowego przy Naczelnym Dowództwie Wojska Polskiego pełnił gen. Aleksander Osiecki
Nabór do ukraińskich oddziałów prowadzono w obozie internowanych w Łańcucie, który przemianowano na Ukraińską Stanicę Zbiorczą. Do tworzonej jednostki werbowano głównie jeńców. Niewielki odsetek stanowili ochotnicy z okolic Kamieńca Podolskiego. Ze względu na epidemię tyfusu ośrodek mobilizacyjny przeniesiono do Brześcia.
Dywizja Żelazna
W rejonie Kamieńca Podolskiego, znajdującego się pod polską kontrolą, formowano też 4 Strzelecką Brygadę. W powiatach jampolskim i mohylewskim powstało również kilka jednostek, z których później utworzono Samodzielną Strzelecką Brygadę, która w trakcie polskiej ofensywy została przemianowana na 3 Dywizję Żelazną.
Polacy na wyposażenie sił ukraińskich przekazali od lutego do listopada 1920 r. : 30 tys. karabinów, 298 karabinów maszynowych, 38 dział polowych, 6 ciężkich, 1 tys. pistoletów, 40 tys. mundurów, 29 tys. kompletów bielizny, 2 tys. namiotów i 17 samochodów. Ponadto sporo uzbrojenia przekazała petlurowcom 6 Armia Polska.
Z ilości przekazanego Ukraińcom sprzętu można by wnosić, że ich siły liczyły kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Tymczasem nic z tych rzeczy. W wyprawie kijowskiej brało udział 60 tys. żołnierzy polskich i około 6 tys. żołnierzy i oficerów ukraińskich. Dane podawane przez historyków są rozbieżne. Z. Karpus pisze o 556 oficerach i 3348 szeregowcach. L. Wyszczelski szacuje siły ukraińskie na 4,5 tys. bagnetów, 2 tys. szabli. K. Grunberk i Bolesław Sprengel szacują zaś siły petlurowców na 795 oficerów i 5234 żołnierzy. Wydaje się, że można przyjąć, że w sumie Ukraińcy stanowili około 10 proc. sił polskich, które ruszyły na wyprawę. Ukraińcy byli podzieleni na dwie dywizje, chociaż dywizjami byli tylko z nazwy. Pod względem potencjału bojowego ukraińskie „dywizje” miały siłę pułków. Były one za słabe do prowadzenia samodzielnych działań i zostały operacyjnie podporządkowane armiom polskim. 6 Dywizja Strzelecka trafiła do 2 Armii. Została wzmocniona batalionem 1 Dywizji Piechoty Legionów. Wspólnie z poborowymi 1 DP Legionów i 15 DP miała wziąć udział w ataku na Kijów. Na wyznaczonym jej odcinku bolszewicy bardzo szybko się wycofali i dotarła do Kijowa bez walki. 9 maja 1920 r. dywizja wzięła udział w uroczystej defiladzie wojsk polskich na Kreszczatyku.
Ze względów propagandowych
Druga ukraińska jednostka, czyli 2 Dywizja Strzelecka brała udział w operacjach w rejonie Mohylowa Podolskiego. Nie toczyła tam jednak zaciętych bojów, bolszewicy nie stawiali bowiem większego oporu, wycofując się bez walki. Ukształtowanie terenu, jary i liczne koryta dopływów Dniestru utrudniały pościg za bolszewikami.
W sumie trzeba się zgodzić z Sebastianem Szajdakiem, który w swojej pracy twierdził m.in.: „Udział w walkach jednostek ukraińskich sformowanych w Polsce miał wymiar jedynie symboliczny. Obie dywizje ukraińskie nie były przygotowane do walki, a o ich użyciu zdecydowano przede wszystkim ze względów propagandowych. Zadbano przy tym , aby w trakcie wykonywania powierzonych im zadań ich siła nie została zbytnio naruszona. Jednostki ukraińskie otrzymały więc zadania o drugorzędnym znaczeniu, a sąsiadujące z nimi dywizje polskie otrzymały rozkazy udzielenia natychmiastowej pomocy Ukraińcom w razie wplątania się tych ostatnich w poważniejsze walki. Miało to uchronić dywizje ukraińskie przed nadmiernymi stratami. Ich kadrowy charakter przedstawiał dla strony polskiej większą wartość niż siła militarna. W oparciu o nie i uzupełnienie rekrutami z Ukrainy planowano utworzenie nowych pełnoetatowych dywizji ukraińskich. Miały one przejąć kontrolę nad zdobytym terytorium i zastąpić oddziały polskie”.
Nie było rekruta
9 maja Petlura wydał zarządzenie o poborze rekruta do armii ukraińskiej i powołał biura werbunkowe, nie ogłaszając jednocześnie mobilizacji. Liczył na zaciąg ochotniczy. Ten jednak nie przyniósł efektów. Mobilizacja powszechna też pewnie nic by nie dała, bo Petlura nie dysponował aparatem, który byłby w stanie ją przeprowadzić.
Polakom na początku wyprawy kijowskiej poddali się żołnierze z 2 i 3 brygady Strzelców Siczowych, nie chcąc podzielić losu1 brygady, która została rozbita pod Koziatynem. W sumie „siczowcy” , którzy złożyli broń, tworzyli stosunkowo pokaźną grupę liczącą 11500 ludzi. Wśród nich było sporo wyszkolonych żołnierzy, a zwłaszcza doświadczonych oficerów. Piłsudski chciał, by zasilili oni szeregi wojsk Petlury, ale strona ukraińska nieufnie podchodziła do tego pomysłu. Obawiała się przeniesienia do swojej armii ducha i idei bolszewickich. Ostatecznie zgodzono się na indywidualną akcję werbunkową, z której jednak „strzelcy siczowi” nie chcieli korzystać świadomie wybierając internowanie. Spośród 2400 jeńców z I Brygady akces do petlurowców zgłosiło tylko 330.
Wojsko czy banda?
Zaplecze werbunkowe dla armii Petlury mogły stanowić antybolszewickie oddziały partyzanckie. Niektóre z nich, jak grupa gen. Omelianowycza-Pawłenki były dość liczne. Składała się ona z 4 tys. ludzi. Sęk w tym, że w opinii II Oddziału dowództwa 6 Armii ugrupowanie to bardziej przypominało bandę, a nie regularne wojsko. Według oficera polskiego wywiadu, który sporządzał opinię, aby tę grupę przekształcić w regularne wojsko, należałoby większość jej szeregowców zdemobilizować ze względu na ich wysokie zdemoralizowanie. Na koncie tej grupy oprócz około 50 bitew i potyczek, były też liczne pogromy Żydów, rabunki i inne ekscesy
W grupie nie obowiązywały żadne regulaminy. Dowódca przypominał raczej herszta zbójów niż generała. Cała dyscyplina w oddziale opierała się na jego autorytecie i bezwzględnym egzekwowaniu posłuszeństwa. Grupa nie miała sztabu, była niejednolicie umundurowana i uzbrojona. Formalnie składała się z trzech dywizji piechoty i konnej brygady. Jej wartość bojową dodatkowo obniżał brak amunicji i nieufność, a nawet wrogość wobec Polaków i wizji sojuszu z Polską. Według gen. Krajowskiego dowódcy 18 DP tylko kawaleria oddziału nadawała się do natychmiastowego użycia na froncie. Polski generał wystawił jej wysoką ocenę. Polacy zdecydowali się na dostarczenie grupie gen. Omelianowycza-Pawłenki dostaw niezbędnego zaopatrzenia.
Oczekiwania na wyrost
Nie rozwiązywało to jednak sprawy. Strona polska domagała się od Petlury wystawienia w szybkim czasie 6 dywizji odpowiadających etatom polskim. Petlura w czasie od 6 tygodni do 3 miesięcy miał wystawić 60 tys. żołnierzy. Żołnierze ukraińscy mieli zastąpić polskich, którzy mieli zostać przerzuceni na Front Zachodni na Białoruś.
Sformowanie 6 dywizji było w krótkim czasie nierealne. I to nie tylko z braku ochotników do walki z bolszewikami, ale także braku broni, czego Piłsudski w ogóle nie wziął pod uwagę. Liczył on zapewne, że broń dla Ukraińców zdobędzie się na wrogu, przejmując jego magazyny. Tym można tłumaczyć jego rozkazy nakazujące, by wojsko poruszało się z „szybkością nadzwyczajną, bez względu na zmęczenie koni i ludzi”. Piechota przebywała dziennie do czterdziestu kilometrów, a jazda nawet do osiemdziesięciu. Wykorzystano też kolumny pancerno-samochodowe. Bolszewicy zrobili jednak Piłsudskiemu niespodziankę i odstępowali bez walki, nie dając się okrążyć i zniszczyć, zachowując zdolność bojowa. Piłsudski miał trudności z rozszyfrowaniem planów i rozmieszczeniem sił przeciwnika.
Realizując jego rozkazy, żołnierze polscy często atakowali próżnię. Założenia operacji opierające się na tezie, że Ukraina zawsze była dla Rosji zapleczem żywnościowym, dlatego bolszewicy bez walki jej nie oddadzą i będą jej bronić do upadłego, okazały się fałszywe. Piłsudski się pomylił. O ówczesnym nastroju Piłsudskiego świadczy najlepiej jego list do Sosnkowskiego, w którym pisał: „Te bestie zamiast bronić Kijowa, uciekają stamtąd; również uciekają i cofają się z południa ściągają ku Czerkasom i Kremieńczugowi”. List ten Piłsudski wysłał swojemu przyjacielowi 6 maja 1920 r. nie wiedząc, że w tym samym dniu na północ od Jekaterynosławia Dniepr przekraczały już oddziały 1 Armii Konnej – czerwona, kozacka formacja, na czele której stał kozacki watażka, typu sienkiewiczowskiego Bohuna, cieszący się dużym autorytetem wśród kozackiej braci. Miał on stopień starszego wachmistrza i nie był nawet oficerem, ale miał do dyspozycji „mózg”, kierujący działaniem formacji w postaci sztabu., Kierowali nimi były carski pułkownik Nikołaj Szczołkow i były podpułkownik Sztabu Generalnego Leonid Klujew.
„Konarmia” wchodzi do gry
Formacja ta byłą zaprawiona w bojach. To ona rozbiła m.in. wojska Wrangla nad Donem i Denikina pod Woroneżem. Siła „Konarmii” polegała nie tylko na tym, że jej żołnierze byli kozakami, walczącymi bezwzględnie i zdolnymi, co doskonale opisał Izaak Babel, do największych okrucieństw. Była to formacja na wskroś, jak na owe czasy, nowoczesna. Liczyła 30 tys. ludzi, z których konnica stanowiła tylko połowę. Dysponowała dużą ilością karabinów maszynowych i artylerii. W jej skład wchodziły też dywizjony samochodów pancernych, dywizjon czołgów, 4 pociągi pancerne i 3 eskadry lotnicze. „Konarmia” miała 30 radiostacji, więcej niż cała armia polska. Umożliwiało to jej sztabowi stałe utrzymywanie łączności z jednostkami i dowodzenie nimi w ruchu, który był jej największym atutem.
Nadzieje na dozbrojenie armii ukraińskiej przy pomocy broni zdobytej na bolszewikach niestety się nie sprawdziły. Najwięcej broni, co jest swoistym paradoksem, zdobyto na ukraińskich strzelcach siczowych. Po ich rozbrojeniu Polacy przekazali petlurowcom 7 tys. karabinów, 171 karabinów maszynowych i 43 armaty. Okazało się jednak, że większość sprzętu była niesprawna, bo chytrzy siczowcy przed złożeniem broni ją uszkadzali.
Mimo poważnych trudności, kosztem własnych zapasów, Polacy, wykonując dyrektywę Piłsudskiego, starali się przekazywać jednostkom Petlury broń i wszelkie zaopatrzenie. Uderzenie „Konarmii” i kontrofensywa bolszewicka przekreśliła wszystkie plany związane z wyprawę kijowską. Polacy i armia Petlury zaczęły odwrót. Do momentu odwrotu ta ostatnia zwiększyła swoje szeregi do około 20 tys. Tylko 10 tys. z nich służyło jednak w linii. Reszta znajdowała się taborach nadmiernie zdaniem historyków rozbudowanych, a także w jednostkach zapasowych. Choć zwiększyła ona znacząco swoje szeregi w porównaniu z okresem, gdy razem z Polakami wkraczała na Ukrainę, to jednak jej siły były znacząco mniejsze od samej tylko kozackiej „Konarmii”, w której służyli bracia petlurowców znad Donu. Nie byli to zaś jedyni Ukraińcy walczący w szeregach bolszewików. Ci na całej zadnieprzańskiej Ukrainie mieli sporo zwolenników, których pozyskiwali w czasie kampanii propagandowych, w trakcie której wzywali Ukraińców do walki z „bandami Piłsudskiego i polską soldateską”.
A więc, do broni!
Propaganda bolszewicka znajdowała niestety też posłuch po drugiej stronie Dniepru na terenach, na których miał panować Petlura. Zwrócił się on z dramatycznym apelem do swoich rodaków, kończącym się sowami: ”Jeśli nie chcecie pozostać niewolnikami, musicie i wy zabrać głos i czynami dowieść, żeście dojrzeli do wolności i życia samodzielnego. A wiec do broni!”. Jego wezwanie zostało zignorowane przez Ukraińców. Uaktywnili się też ukraińscy komuniści, kierowani przez Komitet Centralny Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy. 1700 żołnierzy z 5 Chersońskiej Dywizji tworzonej przez Petlurę i złożonej przede wszystkim ze strzelców siczowych do niej przyjętych, zdezerterowało i przeszło na Pokucie, gdzie wybuchło antypolskie powstanie.
Generalnie jednak większość sił należących do armii Petlury biła się z bolszewikami, wspomagając siły polskie w walkach odwrotowych. 6 DS. dowodzona przez płk Marka Bezruczkę cofała się razem z oddziałami polskimi, tocząc ciężkie walki. Kilkakrotnie bolszewicy usiłowali ją rozbić, ale mimo dużych strat udawało jej się utrzymać wyznaczone pozycje. Kryzys w jej szeregach nastąpił w nocy z 19 na 20 lipca, kiedy bolszewicy wdarli się między dywizję ukraińską i polską 7 DP. Groźba otoczenia zmusiła Bezruczkę do wydania rozkazu opuszczania zajmowanych pozycji. W trakcie jego wykonywania jedną z brygad dywizji ogarnęła panika i znad Styru wycofała się na linię Stochodu. Dywizja została wycofana do obwodu, by zregenerowała siły. Na dzień 1 sierpnia 1920 r. liczyła 2 tys. żołnierzy, ale w linii walczyło tylko około 500 z nich. Czterystu było piechurami, 100 kawalerzystami. Na ich wyposażeniu były 4 działa i 24 karabiny maszynowe. Realnie dywizja przedstawiała wartość bojową batalionu. Po przejściu na drugą stronę Bugu, dywizja brała udział w walkach z nacierającymi bolszewikami, ponosząc duże straty. Na dzień 14 sierpnia posiadała 300 bagnetów, wliczając w to sztab i 70 spieszonych kawalerzystów, dla których zabrakło już koni. Cztery armaty z braku koni ciągnęły woły.
Macanie wypadami
Następnie dywizja brała udział w obronie Zamościa, co było jej ostatnim zadaniem. Wchodziła ona w skład kombinowanych sił, które w ostatnim momencie wzmocniły dwa pociągi pancerne i 31 pp z 10 DP pod dowództwem kpt. Mikołaja Bołtucia, liczący 2300 żołnierzy. To im, a nie żołnierzom Bezruczki przypadło główne zadanie w trzydniowej obronie miasta. Dowódca „Konarmii” zrezygnował z jego frontalnego ataku. Macał je nagłymi wypadami, szukając słabych punktów obrony.
Na odcinku południowym wojskami ukraińskimi dowodził gen. Omelianowycz- Pawłenko. Starał się on cofać z nimi tak, by nie dopuścić do ich rozbicia przez bolszewików. Po osiągnięciu linii Zbrucza wojska Omelianowycza-Pawłenki obsadziły ją od Husiatyna aż do ujścia tej rzeki do Dniestru.
Na linii Strypy
W następnych dniach oddziały ukraińskie cofnęły się na linię Strypy, którą z powodzeniem bronili, przeprowadzając liczne kontrataki. Gdy północne skrzydło wojsk musiało się cofnąć, by bronić Lwowa, Ukraińcy zaczęli cofać się w stronę Dniestru, bo groziło im okrążenie. Otrzymała ona rozkaz obsadzenia linii Dniestru od Zaleszczyk do Żurawna. Następnie po bitwie warszawskiej zaczęły się one szykować do generalnej kontrofensywy.
W połowie września cała armia po uzupełnieniu strat liczyła 17 500 żołnierzy, ale w linii tylko 6400. Na ich wyposażeniu było 49 armat i 300 karabinów maszynowych. Z różnym powodzeniem brała udział w walkach aż do października 1920 r. , kiedy to Polska i bolszewicka Rosja podpisały zawieszenie broni.
Udział wojsk ukraińskich w wyprawie kijowskiej i wojnie z bolszewikami można oceniać różnie. Liczby same mówią za siebie. Jednostki ukraińskie były nieliczne i wielkiego strategicznego znaczenia nie miały. Walczyły dzielnie, ale było ich zbyt mało, by mogły zmienić bieg wojny.
Granica między zachodnią pomocą zbrojeniową dla Ukrainy a coraz bardziej bezpośrednim zaangażowaniem w wojnę z Rosją zaciera się. Według ostatnich doniesień, Ukraina używa obecnie brytyjskich dronów do ataków głęboko na terytorium Rosji – w tym na rafinerie ropy naftowej i inne obiekty o strategicznym znaczeniu.
Według „The Times” , powołującego się na ukraińskie źródła wojskowe, brytyjskie drony są używane do takich operacji od kilku miesięcy. Wśród celów znalazły się podobno obiekty w Wołgogradzie i Jarosławiu, a także w aglomeracji moskiewskiej .
To nadaje brytyjskiemu wsparciu dla Kijowa nowy wymiar.
Do tej pory Londyn mógł przedstawiać swoje dostawy broni przede wszystkim jako wsparcie dla ukraińskiej obrony. Jednak gdy brytyjskie drony szturmowe atakują rafinerie ropy naftowej, centra logistyczne i inne strategiczne cele setki kilometrów w głąb Rosji, to rozróżnienie staje się coraz trudniejsze.
Brytyjska broń przeciwko rosyjskiej infrastrukturze
Według doniesień, wśród wykorzystywanych systemów znajduje się odrzutowy dron Nyan . Został on opracowany przez brytyjską firmę Callen-Lenz, która obecnie jest częścią BAE Systems. System został zaprojektowany specjalnie do operacji dalekiego zasięgu w silnie bronionej przestrzeni powietrznej.
Doniesiono, że dron Nyan został użyty w ataku na Biełgorod i inne miejsca. Brytyjskie drony były również używane w atakach na rafinerie w Wołgogradzie i Jarosławiu, choć konkretny model użyty w każdym z tych przypadków nie jest publicznie znany.
Strategiczny wybór celów jest szczególnie istotny.
Od miesięcy Ukraina systematycznie próbuje wywierać presję na rosyjską infrastrukturę naftową i energetyczną. Rafinerie, magazyny paliw i obiekty logistyczne odgrywają w tym procesie ogromną rolę, ponieważ mogą one wpłynąć zarówno na rosyjską gospodarkę, jak i zaopatrzenie sił zbrojnych.
Po ataku z 31 lipca przerób w rafinerii w Wołgogradzie musiał zostać tymczasowo wstrzymany. 6 sierpnia uszkodzone zostały również zbiorniki magazynowe w rafinerii w Jarosławiu. Oznacza to, że ataki nie są już wymierzone wyłącznie w cele wojskowe znajdujące się bezpośrednio za linią frontu.
Chodzi o strategiczny atak na infrastrukturę ekonomiczną i energetyczną Rosji w głębi kraju .
Londyn nie tylko realizuje swoje cele – rozwija się także współpraca wojskowo-przemysłowa.
Równocześnie Wielka Brytania i Ukraina znacząco rozszerzają współpracę w zakresie rozwoju i produkcji dronów. Londyn i Kijów pogłębiły współpracę w zakresie przemysłu obronnego w 2026 roku. Wielka Brytania wspiera nie tylko dostawy gotowych systemów, ale także wspólne programy rozwoju i produkcji. ( GOV.UK )
To zmienia charakter zachodniego wsparcia. Dostawy broni stają się coraz bardziej wspólną infrastrukturą wojskowo-przemysłową , łączącą ukraińskie doświadczenie bojowe z zachodnią technologią. Oznacza to, że Ukraina wnosi wiedzę zdobytą w rzeczywistych warunkach bojowych, a zachodnie firmy zapewniają moce produkcyjne, technologię i finansowanie. Rezultatem jest broń, która jest następnie używana przeciwko Rosji.
Moskwa mówi teraz o brytyjskim współudziale.
Na reakcję Rosji nie trzeba było więc długo czekać.
Po ujawnieniu ataków, ambasada rosyjska w Londynie oświadczyła, że Wielka Brytania staje się coraz bardziej „wspólnikiem i współodpowiedzialną stroną” w ukraińskich atakach na terytorium Rosji. Moskwa oskarża Londyn o celową eskalację konfliktu i zapowiada możliwe konsekwencje. ( Agencja Anadolu )
Gdzie kończy się wsparcie militarne, a gdzie zaczyna się faktyczny udział w wojnie?
Kiedy państwo NATO dostarcza broń, której ukraińscy żołnierze używają do walki z wojskami rosyjskimi na terytorium Ukrainy, nadal można to jednoznacznie zakwalifikować jako wsparcie ukraińskiej obrony. Jednak gdy broń z tego państwa NATO jest celowo używana przeciwko strategicznej infrastrukturze głęboko w Rosji, próg polityczny i militarny ulega zmianie.
Czerwone linie są przesuwane kawałek po kawałku.
Dokładnie ten schemat towarzyszy wojnie na Ukrainie od lat. To, co początkowo zostało wykluczone, później zostało dozwolone: ciężkie czołgi bojowe, pociski dalekiego zasięgu, zachodnie myśliwce, a w końcu ataki z użyciem zachodniej broni na cele w Rosji. Teraz wydaje się, że rozpoczął się kolejny etap: brytyjskie drony szturmowe latają nad rosyjskimi rafineriami i strategiczną infrastrukturą.
Każdy pojedynczy krok jest przedstawiany jako ograniczony środek. Jednak razem wzięte, prowadzi to do rozwoju sytuacji, w której państwa NATO coraz bardziej integrują się z ukraińskim potencjałem wojskowym. Wielka Brytania należy do państw, które posunęły się w tym względzie szczególnie daleko.
I w tym tkwi prawdziwe znaczenie tej wiadomości: nie pojedynczy brytyjski dron jest decydujący, ale raczej pytanie o to, jak daleko Londyn jest gotów posunąć granicę między dostawcą broni a pośrednim uczestnikiem wojny. Ponieważ z każdym atakiem zachodniej broni głęboko na terytorium Rosji rośnie ryzyko, że Moskwa ostatecznie uzna nie tylko Kijów, ale i państwa stojące za tą bronią za prawowitych uczestników konfliktu.
Brytyjskie drony nad Rosją nie są więc tylko kolejnym epizodem wojny dronów.
Są kolejnym sygnałem, że wojna między Rosją a Ukrainą może stopniowo przerodzić się w coraz bardziej bezpośrednią konfrontację militarną między Rosją a państwami NATO.
Wiceminister spraw zagranicznych Rosji Gieorgij Borisenko, w swoim wystąpieniu pod koniec lipca, ponownie zwrócił uwagę na twierdzenia z ubiegłego lata, że Ukraina jest odpowiedzialna za terroryzm w całej Afryce. Według niego, ukraińscy szkoleniowcy dronów szkolą grupy zbrojne w Mali, Libii i Sudanie. Pierwszy kraj jest jednym z najważniejszych sojuszników Rosji na kontynencie; de facto niezależna wschodnia część drugiego kraju zapewnia most powietrzny do Sudanu przez Niger; a trzeci nadal planuje gościć długo odkładaną rosyjską bazę morską.
„Neo-reaganowska doktryna Trumpa ogranicza rosyjskie wpływy na całym świecie”, a Afryka jest priorytetowym teatrem działań dla USA, ponieważ Rosja odniosła tam swoje najbardziej imponujące sukcesy strategiczne w ostatnich latach. „Nowo odkryta atrakcyjność Rosji dla krajów afrykańskich jest w zasadzie dość łatwa do wytłumaczenia”, ponieważ wspiera ona swoich partnerów w zakresie „bezpieczeństwa demokratycznego”. Odnosi się to do szerokiego wachlarza taktyk i strategii przeciwdziałania wojnie hybrydowej, mających na celu obronę narodowego modelu demokracji danego państwa przed zagrożeniami zewnętrznymi.
Republika Środkowoafrykańska stała się poligonem doświadczalnym dla tej polityki, która następnie została przeniesiona do Mali, de facto niepodległej wschodniej części Libii, oraz do Sudanu – w tym drugim przypadku, po tym jak Rosja, jak donoszą źródła, zmieniła swoje poparcie dla rządu, zamiast wspierać rebeliantów. Znaczenie Mali polega na byciu rdzeniem sojuszu Sahelu, który wyparł wpływy francuskie z regionu, podczas gdy Libia zapewnia Rosji bazę w południowej części Morza Śródziemnego, a Sudanowi – bazę nad Morzem Czerwonym.
Pozycja Rosji we wszystkich trzech krajach znalazła się pod presją: z powodu niedawnego kryzysu w Mali, w którym Ukraina i Francja wskrzeszają model syryjski; z powodu dyplomacji prowadzonej pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych, a obecnie Pakistanu, mającej na celu rozwiązanie wojny domowej w Libii na korzyść Zachodu; oraz z powodu dominującego wpływu „islamskiego NATO” w Sudanie.
Rolą Ukrainy jest pomoc w zmianie reżimu i osłabienie dwóch pozostałych partnerów Rosji do tego stopnia, aby zgodzili się na zasadę quid pro quo: opuścili Moskwę, a w zamian Kijów porzucił rebeliantów.
Niewątpliwie wspierana przez Zachód Ukraina stanowi poważne zagrożenie dla interesów Rosji w Afryce, ale sytuacja nie jest jeszcze krytyczna. Rząd Mali pozostaje nieugięty, generał Chalifa Haftar i jego wpływowy syn oficjalnie nadal są bliskimi partnerami Rosji, podobnie jak generał Abd al-Fattah al-Burhan.
Niemniej jednak nie można wykluczyć eskalacji kryzysu w Mali, a bliscy partnerzy Rosji we wschodniej Libii i Sudanie mogliby teoretycznie przejść na Zachód kosztem Rosji, tak jak kiedyś zrobił to prezydent Egiptu Sadat.
Rozwiązania te polegają na dalszym wzmacnianiu potencjału militarnego malijskich sił zbrojnych w granicach, na jakie Rosja może sobie pozwolić dzięki trwającej operacji specjalnej, a także na znalezieniu sposobów, dzięki którym będzie mogła okazać się niezastąpiona dla dwóch pozostałych partnerów afrykańskich, aby nie opuścili Rosji, czego pragnie Zachód.
Pozostaje pytanie, jaką formę przybierze druga propozycja. Możliwe jest jednak połączenie wsparcia w obszarze „bezpieczeństwa demokratycznego”, modernizacji infrastruktury energetycznej i kompleksowych programów szkoleniowych.
Podsumowując, Borisenko nie przesadzał, twierdząc, że Ukraina otworzyła „drugi front” przeciwko Rosji w Afryce. Jest to jednak wciąż porównywalnie lepsze rozwiązanie niż „drugi front”, który Kijów podobno planował wcześniej otworzyć w Gruzji, Białorusi i/lub Naddniestrzu.
Te fronty wciąż jednak mogą zostać aktywowane. Na razie wszystko wydaje się możliwe do opanowania. Zagrożenia dla interesów Rosji w Afryce są poważniejsze, ale wciąż nie wymknęły się spod kontroli – a niepowodzenia Rosji w tym regionie wciąż można przezwyciężyć.
Wygląda to „katastrofalnie” – zauważył niemiecki korespondent telewizyjny Ibrahim Nabar.
BERLIN, 17 sierpnia. /TASS/. Ukraińskie Siły Zbrojne zaprzestały publikowania pełnych statystyk dotyczących nalotów, ponieważ wydają się one „katastrofalne” – powiedział Ibrahim Nabar, korespondent niemieckiej stacji telewizyjnej Die Welt.
„Ukraińskie Siły Powietrzne ogłosiły kilka dni temu, że nie będą już publikować statystyk dotyczących zestrzelonych i niezestrzelonych samolotów, po prostu dlatego, że te statystyki wyglądają teraz katastrofalnie, a to, oczywiście, przeraża ludzi” – powiedział Nabar w stacji telewizyjnej.
Dodał, że wielu Ukraińców jest zmęczonych wojną.
Bloomberg informował wcześniej , że Ukraina zaprzestała publikowania danych o liczbie wykrytych rosyjskich pocisków wystrzelonych w kierunku celów Sił Zbrojnych Ukrainy. Według agencji, decyzja ta zapadła po niedawnym ataku rosyjskim, podczas którego, według doniesień medialnych, ukraińska obrona przeciwlotnicza nie przechwyciła ani jednego pocisku.
Później Jurij Ignat, szef służby prasowej Sił Powietrznych Ukrainy, potwierdził, że ukraińskie wojsko nie będzie regularnie publikować danych o rosyjskich pociskach wystrzelonych w kierunku celów na Ukrainie, ale obiecał udostępnić „dane podsumowujące” w tej sprawie.
„Futurystyczna” fabryka pocisków kalibru 155 mm w Teksasie nie wyprodukowała ani jednego egzemplarza – ogromna porażka amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego
FOTO: Była sekretarz armii Christine Wormuth podczas otwarcia fabryki broni artyleryjskiej firmy General Dynamics.
Organizacja ProPublica opublikowała sensacyjny raport krążący w mediach, a dotyczący szeroko reklamowanej nowej fabryki General Dynamics w Mesquite w Teksasie, która miała znacznie zwiększyć amerykańską produkcję kluczowych pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm przeznaczonych dla Ukrainy i innych krajów.propublica.org/article/general-dynamics-artillery-factory-failed
Jak zapewne pamiętacie, pisaliśmy o tej fabryce już kilkakrotnie, nawet w 2024 roku, powołując się wówczas na artykuł z „New York Timesa”, w którym ogłoszono, że zakład ten podwoi produkcję w USA i pomoże osiągnąć cel 100 tys. pocisków miesięcznie do 2025 roku:
Tutaj, w pierwszym nowym wielkim zakładzie zbrojeniowym Pentagonu wybudowanym po rosyjskiej inwazji na Ukrainę, tureccy pracownicy w pomarańczowych kaskach rozpakowują drewniane skrzynie z nadrukowaną nazwą Repkon – firmy z branży obronnej z siedzibą w Stambule – oraz montują roboty i tokarki sterowane komputerowo.
Wkrótce fabryka będzie produkować około 30 000 stalowych łusek miesięcznie do haubic kalibru 155 milimetrów, które stały się kluczowe dla wysiłków wojennych Kijowa.
Na wstępie ważna informacja: Stany Zjednoczone nigdy nawet w najmniejszym stopniu nie zbliżyły się do swoich celów na rok 2025. Niedawny raport Inspektoratu Generalnego Departamentu Obrony wykazał, że Stany Zjednoczone wciąż mają trudności z wyprodukowaniem zaledwie 36 000 pocisków, co stanowi najwyższą liczbę odnotowaną w ciągu ostatnich dwóch lat.
Przypomnijmy, że kiedy Rosja produkowała – według zachodnich szacunków – od 250 000 do 350 000 pocisków miesięcznie, wspierający Ukrainę obiecywali nam, że niepokonany amerykański kompleks militarno-przemysłowy z łatwością dogoni Rosjan, którzy mieli pozostać w tyle. Wygląda na to, że Stany Zjednoczone są fizycznie niezdolne do odwrócenia trendu swojego oczywistego upadku przemysłowego.
W cytowanym powyżej artykule „Military Times”zwrócono uwagę, że Stany Zjednoczone po prostu nie są w stanie pozyskać wystarczającej ilości metalu na pociski:
Produkcja pocisków wymaga przede wszystkim wykonania łusek w zakładzie obróbki metali, a następnie napełnienia ich materiałem wybuchowym, co odbywa się w innym zakładzie. Oznacza to, że „produkcja metalowych elementów do pocisków stanowi czynnik powstrzymujący osiągnięcie celu 100 000 sztuk miesięcznie w przypadku pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm” – zauważono w raporcie.
Wojsko nie było w stanie uzyskać wystarczającej liczby elementów metalowych, aby zwiększyć produkcję pocisków. W szczególności „zakład należący do wykonawcy i przez niego zarządzany w Mesquite w Teksasie nie był w stanie wyprodukować żadnych elementów metalowych do pocisków zgodnych ze specyfikacjami umownymi” – czytamy w raporcie.
Teraz jednak ujawnione przez ProPublica informacje przedstawiają obraz jeszcze bardziej bulwersujący. Tak bardzo chwalony zakład General Dynamics, uważany za najbardziej zaawansowany w swoim rodzaju i wyposażony w najnowocześniejszą, w pełni zautomatyzowaną linię produkcyjną z Turcji, poniósł klęskę.
Jesteście zaskoczeni?
Przeanalizujmy szczegółowo tę porażkę.
Na początek krótkie podsumowanie najważniejszych punktów:
Amerykańska firma General Dynamics zmarnowała pół miliarda dolarów na produkcję pocisków dla Ukrainy, nie dostarczając ani jednego z nich.
Zakład w Teksasie wydał 533 miliony dolarów na niesprawdzone tureckie maszyny zrobotyzowane, mając nadzieję na zautomatyzowanie procesu.
Jednak roboty regularnie się zapalały, uderzały w inne urządzenia i upuszczały obrabiane elementy stalowe. Każdej nocy trzeba było uderzać młotem w gigantyczne prasy, aby je uruchomić.
W 2025 roku armia amerykańska zamknęła dwie linie produkcyjne, ale nigdy nie zmusiła firmy General Dynamics do zwrotu ani jednego centa.
Od momentu zamknięcia odpowiedzialny za to oddział General Dynamics otrzymał nowe kontrakty o wartości 2,5 miliarda dolarów.
Reportaż ProPublica to przezabawny wgląd w absurdalny świat podupadającego amerykańskiego kompleksu militarno-przemysłowego.
Artykuł zaczyna się mocnym akcentem, zwracając uwagę na częste pożary wybuchające na stanowiskach „zaawansowanej robotyki” w tym futurystycznym zakładzie:
Robot w płomieniach. Kolejny raz.
Było to latem 2024 roku i, według czterech byłych pracowników, najnowocześniejsze roboty w rozgrzanej fabryce artylerii General Dynamics niedaleko Dallas zapalały się z niepokojącą częstotliwością. Sytuacja nie była idealna, biorąc pod uwagę, że zakład miał produkować pilnie potrzebne pociski artyleryjskie dla Ukrainy. Roboty – gigantyczne metalowe ramiona z chwytakami zamiast dłoni – pokrywały się olejem, który następnie – co nie było przypadkiem – zapalał się, gdy przenosiły one bloki stali rozgrzane do 1 800 stopni do i z maszyny, z której okresowo buchały słupy ognia. Tamtego lata pożar stopił przewody jednego z robotów, unieruchamiając go na tydzień.
Następnie szczegółowo opisują spektakularne i różnorodne sposoby, w jakie maszyny regularnie ulegały awariom i ulegały samozniszczeniu, zgodnie z relacjami byłych pracowników zakładu, z których 36 udzieliło wywiadów organizacji ProPublica w ramach jej dogłębnego śledztwa:
Zamiast wydajnie i racjonalnie produkować pociski, kosztowne maszyny wciąż ulegały awariom w dziwaczny sposób. Ramiona robotów poruszały się w sposób niekontrolowany, uderzając w precyzyjnie skalibrowane urządzenia, a czasami nieoczekiwanie upuszczały kawałki stali z wysokości półtora metra. Urządzenie będące symbolem fabryki, zaprojektowane do precyzyjnego rozciągania stali na pociski artyleryjskie, często niszczyło ją nieodwracalnie. Były też gigantyczne prasy, które aby działały prawidłowo, wymagały regularnego uderzania młotem, a mimo to psuły kształt niemal wszystkich pocisków.
„Nie mieliśmy ustandaryzowanych procedur” – stwierdził Quantel White, były pracownik. „Byliśmy po prostu grupą mężczyzn, którzy każdego wieczoru na zmianę uderzali młotem w maszynę”. Robotnikom wydawało się, że także budynki fabryki są skazane na zawalenie się; gryzący dym unosił się w temperaturze 38 stopni nad fundamentami, które wydawały się zapadać się w ziemię.
Szokujący efekt końcowy: po licznych przerwach w pracy fabryka warta pół miliarda dolarów nie zdołała wyprodukować ani jednego nadającego się do użytku pojemnika.
Sytuacja nigdy się nie poprawiła. Armia amerykańska, która finansowała fabrykę, nakazała w sierpniu 2025 r. wstrzymanie prac na dwóch z trzech linii produkcyjnych. W tym momencie firma General Dynamics nie dotrzymała już ośmiu terminów. Prace na trzeciej linii produkcyjnej były kontynuowane, ale zgodnie z lipcowym raportem inspektora generalnego Departamentu Obrony zakład nigdy nie wyprodukował ani jednej nadającej się do użytku łuski.
Jak to możliwe, że sytuacja tak bardzo się pogorszyła, że doszło do takiego stanu rzeczy? – Jak to możliwe?
Pamiętacie zapewne, że w artykule z 2024 roku wyśmiewałem Stany Zjednoczone za importowanie niesprawdzonych tureckich maszyn i robotników, podczas gdy one same szydziły z Rosji za wykorzystywanie niemieckich, austriackich i japońskich maszyn CNC do obróbki metali i produkcji pocisków. Najwyraźniej moja kpina była w pełni zasłużona, ponieważ tak ambitny projekt był ewidentnie zbyt kosztowny, by mogło go zrealizować skostniałe i podupadające imperium.
Czytając ten tekst, można odnieść wrażenie, że całe to „przedstawienie” było swego rodzaju operacją potemkinowską, mającą na celu zaimponowanie zdesperowanym politykom poszukującym przewagi wyborczej. Podczas „triumfalnej” ceremonii otwarcia zakładu robotnicy byli zszokowani, gdy zamiast prawdziwych pocisków artyleryjskich zobaczyli fałszywe, ułożone tak, by wyglądały, jakby właśnie zeszły z linii produkcyjnej.
Jednak nie wszystko było tak świetne, jak się wydawało. Pociski artyleryjskie pokazane owego dnia w zakładzie zostały tam dostarczone z zewnątrz – poinformowało trzech byłych pracowników w rozmowie z ProPublica. Jeden z pracowników wziął jeden z nich do ręki i ze zdziwieniem odkrył, że była to atrapa, najprawdopodobniej wykonana z tworzywa sztucznego.
Firma General Dynamics nie zdołała przeprowadzić testu pierwszego prototypu, przewidzianego w programie – sprawdzianu, który miał wykazać zdolność zakładu do produkcji pocisków zgodnych ze specyfikacjami wojska. Zakład miał wkrótce rozpocząć produkcję pocisków, ale maszyny ledwo działały.
Zupełnie jak w komediach z lat ’80.
To niewiarygodne: również tureckie urządzenia szybko ulegały deformacji i wkrótce stwierdzono, że zostały wyprodukowane z „chińskiej stali”.
Jak wynika z wywiadów przeprowadzonych z 12 byłymi pracownikami fabryki, wkrótce problemy zaczęły pojawiać się dosłownie z każdej strony. Przede wszystkim przegrzane ramiona robotów nieustannie uderzały o wszystko dookoła. Rozbijały się o maszyny sterowane numerycznie, tłukąc szyby i wyginając drzwi. Przewracały pojemniki. Uderzały o ogrodzenia zabezpieczające. Pracownicy mówili o ramionach „poza kontrolą” i zaczęli nazywać jedno z nich „Johnny 5”, na wzór czującego robota wojskowego z filmu z lat 80.
Nawet najprostszy sprzęt psuł się z niemal komiczną regularnością – opowiadali sześciu pracowników. Przenośniki taśmowe się psuły. Zautomatyzowane wózki się gubiły. Bramki bezpieczeństwa, zaprojektowane tak, by zatrzymywać maszyny w momencie zbliżania się pracowników, nie działały. Pękła rura, rozpryskując wodę aż pod sufit. Niektóre elementy maszyn firmy Repkon uległy odkształceniu, a jeden z pracowników odkrył, że zostały one wykonane z chińskiej stali, co mogło stanowić naruszenie przepisów federalnych. (Wojsko oświadczyło, że nie posiada dowodów na takie naruszenia).
Aby w to uwierzyć, trzeba przeczytać ten niezwykły artykuł w całości: zawiera on nawet zdjęcia łusek zdeformowanych przez nieprzewidywalne tureckie maszyny, które – choć zostały zaprojektowane do ich wygładzania – nadawały im kształty spiralne, podobne do tych, które wychodzą z Mr. Frosty’ego.[Mr. Frosty (lub Mr. Softee) to ogólna nazwa maszyn do produkcji lodów, które wydobywają się z dyszy w kształcie spirali].
Artykuł kończy się wyjaśnieniem, że po tych porażkach, amunicja konwencjonalna schodzi na dalszy plan, ponieważ dla krótkowzrocznego kompleksu militarno-przemysłowego modne są obecnie różne rakiety, takie jak Patriot:
Stany Zjednoczone są wciąż dalekie od spełnienia obietnicy i osiągnięcia produkcji 100 000 pocisków miesięcznie – stwierdził w czerwcu w rozmowie z ProPublica były urzędnik wojskowy, choć inne inwestycje mające na celu zwiększenie produkcji pocisków kalibru 155 mm okazały się skuteczniejsze. Ukraina nadal potrzebuje tych pocisków – stwierdził urzędnik – ale uwaga ponownie się przesunęła. Na Bliskim Wschodzie administracja Trumpa szybko zużyła inne rodzaje amunicji podczas wojny z Iranem. Urzędnicy Trumpa domagają się teraz zwiększenia produkcji w tych sektorach, i to jak najszybciej.
„Amunicja konwencjonalna zeszła na dalszy plan” – stwierdził urzędnik. „Teraz mówi się wyłącznie o pociskach przechwytujących i rakietach”.
Ci, którzy uważają, że artyleria nadal odgrywa ogromną rolę we współczesnych konfliktach, dojdą do wniosku, że ta porażka jest niezwykle niekorzystna dla Ukrainy, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Rosja i Korea Północna nie mają żadnych problemów z produkcją na skalę przemysłową wszystkiego, co jest potrzebne do działania artylerii.
Najgorsze jest jednak to, że niektóre europejskie fabryki amunicji zaopatrujące Ukrainę niedawno spłonęły w „tajemniczych okolicznościach”. Wczoraj we włoskiej firmie KNDS doszło do potężnej eksplozji w zakładzie położonym niedaleko Rzymu
Wybuch w fabryce amunicji pod Rzymem. W czwartek po południu w zakładzie Knds Ammo Italy (dawniej Simmel Difesa) w Colleferro, na przedmieściach Rzymu, wybuchł pożar, po którym nastąpił potężny wybuch. Wybuch, odczuwalny z odległości wielu kilometrów, dotknął dział zajmujący się prasowaniem prochu strzelniczego. Zakład produkuje amunicję średnio- i wielkokalibrową przeznaczoną do obrony lądowej i morskiej, a także paliwa stałe do pojazdów lotniczych i kosmicznych.
Uważa się, że wybuch został spowodowany pożarem w zakładzie „przetwarzania i prasowania prochu strzelniczego” na terenie fabryki.
W tym samym tygodniu doszło do wybuchu w bułgarskiej firmie EMCO, która, jak się twierdzi, od początku wojny dostarcza Ukrainie pociski kalibru 155 mm:
W Bułgarii doszło do wybuchu w magazynie amunicji. Według lokalnych mediów najpierw zapaliła się ciężarówka znajdująca się w magazynie, a następnie płomienie rozprzestrzeniły się, powodując wybuch amunicji. Prawdopodobnie chodzi o magazyn należący do firmy EMCO, specjalizującej się w produkcji i eksporcie broni oraz amunicji. Asortyment produktów EMCO obejmuje pociski artyleryjskie w kalibrach od 120 do 152 mm, pociski przeciwpancerne, broń palną, naboje i miny. Firma dostarcza broń na Ukrainę od 2014 roku, a po rozpoczęciu „operacji specjalnej” stała się jednym z największych dostawców amunicji kalibru radzieckiego dla reżimu w Kijowie.
Jest oczywiste, że wpływ Rosji lub jej sojuszników nie ogranicza się wyłącznie do Ukrainy. Kilka dodatkowych wyjaśnień na temat tego, co produkowały fabryki mamy z rosyjskiego kanału RVoenkor:
Dwie fabryki, które w tym tygodniu zapaliły się i eksplodowały w Europie, są powiązane z dostawami broni na Ukrainę:
▪ Chodzi o KNDS we Włoszech i EMCO w Bułgarii: obie firmy zajmują się bronią i amunicją dostarczaną na Ukrainę.
▪ EMCO produkuje amunicję zgodną ze standardami radzieckimi: pociski artyleryjskie kalibru 122 i 152 mm, rakiety do wieloprowadnicowego systemu rakietowego „Grad”, miny moździerzowe kalibru 60, 82 i 120 mm oraz pociski do granatników.
▪ Ponadto EMCO zajmuje się naprawą i modernizacją lekkich pojazdów opancerzonych.
▪ Włoski oddział KNDS produkuje amunicję, w tym amunicję NATO kalibru 155 mm, dla armii europejskich oraz na potrzeby Ukrainy.
▪ Holding dostarcza również ukraińskim siłom zbrojnym samobieżne haubice CAESAR i PzH 2000, czołgi Leopard 1/2, systemy przeciwlotnicze Gepard oraz pojazdy opancerzone AMX-10 RC.
▪ KNDS Ukraina działa w Kijowie, świadcząc usługi konserwacji i naprawy sprzętu zachodniego, a także lokalizując produkcję amunicji na Ukrainie.
Wygląda na to, że przyszłość Ukrainy powoli idzie z dymem albo jest niszczona przez tureckie roboty niskiej jakości. Wiele osób zadaje sobie pytanie, na ile znaczące są te niepowodzenia w artylerii, biorąc pod uwagę, że wielu uważa, iż Ukraina opiera się obecnie wyłącznie na atakach za pomocą dronów FPV. Prawda jest taka, że wojnę rzadko przegrywa się z powodu jednego czynnika, ale raczej z powodu serii niepowodzeń na wielu frontach, które w sumie tworzą sytuację niemożliwą do zniesienia. Rosja wywiera obecnie presję na każdym możliwym froncie hybrydowym, tworząc w kadłubie ukraińskiego “parowca” tak wiele „szczelin”, że państwo to nie będzie w stanie ich wszystkich uszczelnić.
Jest oczywiste, że Zachód nie jest już w stanie w żaden sposób sprostać wyzwaniom współczesnego konfliktu zbrojnego. Główna broń operacyjna Ukrainy na polu bitwy, drony FPV, pochodzi głównie z Chin, a ich komponenty są montowane w tajnych warsztatach.
Jeśli Rosja nadal będzie znajdować sposoby na przeciwdziałanie dronom FPV, tak jak w przypadku niedawno wprowadzonego systemu „Arena”, niedostatki przemysłowe Zachodu w zakresie dostaw kluczowych systemów uzbrojenia dla Ukrainy staną się znacznie bardziej dotkliwe.
Wykraczając poza temat Ukrainy, niepowodzenie nowej fabryki General Dynamics pokazuje, jak bardzo Stany Zjednoczone stały się podatne na wszelkie przyszłe „zagrożenia ze strony Chin”. W świetle ostatnich doniesień o stratach materialnych poniesionych przez Stany Zjednoczone w Iranie, w tym utraty 25% całej floty dronów MQ-9 Reaper, jasne jest, że o wyniku przyszłych wojen zadecyduje przede wszystkim zdolność przemysłowa do uzupełniania ciągłych strat.
Powinno to być sygnałem alarmowym, ale na tym etapie problemów tego rodzaju było już tak wiele, że jasne jest, iż znacznie przekroczyliśmy granicę tego rodzaju błahostek. Nie możemy nie przypomnieć cytatu dotyczącego upadku Rzymu, przytoczonego w poprzednim artykule. Być może w przyszłości o Stanach Zjednoczonych powie się: nikt nie zauważył upadku, dopóki pewnego dnia fabryki nie były już w stanie produkować nawet najbardziej podstawowych dóbr.
Systematyczne ataki Rosji na obwód odeski, które skutecznie przekształciły Ukrainę w państwo śródlądowe, stanowią jak dotąd najistotniejszy przykład konsekwentnych prób Putina, aby deeskalować konflikt poprzez eskalację, w odpowiedzi na narastające, wspierane przez Zachód, ukraińskie ataki w głębi Federacji Rosyjskiej. Ten (choć spóźniony) rozwój sytuacji rozbudził na nowo nadzieje zwolenników Rosji w kraju i za granicą, że końcowym efektem konfliktu na Ukrainie może być powrót obwodu odeskiego do Rosji.
Miasto Odessa, zbudowane przez naród rosyjski, stało się jednym z klejnotów koronnych imperium. Ma zatem dla Rosjan znaczną wartość emocjonalną, a dalsze administrowanie nim przez Ukrainę jest uważane przez rosyjskich patriotów za bezprawne. Niemniej jednak już w grudniu 2023 roku wyjaśniono: „Przypomnienie Putina, że Odessa jest miastem rosyjskim, nie oznacza, że jest ona celem ataku Kremla”. Niezaprzeczalnym faktem jest, że Rosja nie podjęła dotychczas żadnej próby odzyskania obwodu odeskiego podczas operacji specjalnej.
Tej obiektywnej obserwacji nie należy naiwnie błędnie interpretować ani złośliwie przekręcać, sugerując, że zwrot obwodu odeskiego nie służy interesom Rosji. Oznacza to po prostu, że Władimir Putin ewidentnie niczego takiego nie autoryzował. Powodów tego można się jedynie domyślać. Dał jednak do zrozumienia pod koniec ubiegłego miesiąca, grzecznie odrzucając prośbę anonimowego laureata nagrody, aby – jak to ujął – ‚jeszcze odważniej’ przystąpił do operacji specjalnej.
Słowa Putina: „Tutaj, podobnie jak w gospodarce, istnieją ryzyka, które mogą doprowadzić do większych strat na polu bitwy. Dlatego będziemy ostrożnie podchodzić do tych działań, jednocześnie zdecydowanie i konsekwentnie dążąc do osiągnięcia celów, które kraj sobie wyznaczył. Osiągniemy je”.
Z tego można wnioskować, że Putin rozumie ogromne ryzyko, jakie może nieść ze sobą operacja odeska, a także potencjalnie ogromne straty w ludziach po stronie rosyjskiej. Stąd jego niechęć do dania zielonego światła.
Odessa
Ta ocena jest aktualna, pomimo jego czerwcowego oświadczenia złożonego dziennikarzowi, że głównym celem pozostaje ostateczne wyzwolenie Donbasu i Noworosji. Podczas gdy wielu zwolenników Rosji w kraju i za granicą interpretowało jego wzmiankę o Noworosji jako odnoszącą się do regionu historycznego, w tym Odessy, Putin wielokrotnie używał terminu Noworosja w odniesieniu do obwodów chersońskiego i zaporoskiego. Stało się to obecnie jego ulubionym skrótem myślowym, gdy mówi o tych dwóch regionach. Każda inna interpretacja jest pobożnym życzeniem.
Po wyjaśnieniu, co Putin ma na myśli, mówiąc o Noworosji, i po udowodnieniu, że jego niechęć do autoryzacji działań przeciwko Odessie wynika z obaw o straty po stronie rosyjskiej, nadszedł czas, aby rozważyć najbardziej realistyczny scenariusz dla Odessy.
Ponieważ jest mało prawdopodobne, aby region powrócił do Rosji bez ‚czarnego łabędzia’, w najlepszym scenariuszu po zakończeniu konfliktu stacjonować tam będą zaufane, niezachodnie siły pokojowe, które będą monitorować działalność portów w regionie i egzekwować demilitaryzację morską.
Puste półki w kijowskich supermarketach
Interes Rosji nie leży w utrzymaniu faktycznego statusu Ukrainy bez dostępu do morza na czas nieokreślony i utrzymaniu jej statusu państwa upadłego, lecz w zapobieganiu importowi broni drogą morską i użyciu dronów bazujących na morzu. Powojenna odbudowa gospodarcza Ukrainy, leżąca w interesie Rosji, o ile zagrożenia bezpieczeństwa będą utrzymywane pod kontrolą, wymaga wznowienia działalności portów komercyjnych.
Ponieważ Rosja nie może bezpośrednio zagwarantować dalszej demilitaryzacji samego regionu odeskiego, będzie potrzebowała zaufanych, niezachodnich sił pokojowych. Rosja może wkrótce złożyć stosowną propozycję.
Pierwsza rocznica rozpoczęcia specjalnej operacji wojskowej Rosji na Ukrainie – gdzie od 2014 roku trwa wojna – skłania do pewnych przemyśleń i podsumowań. Znawcy tematu nie pozostawiają wątpliwości. Konflikt za naszą wschodnią granicą rozgrywa się w interesie i z inicjatywy mocarstwa zza Oceanu. Tymczasem warto zagłębić temat zaangażowania Żydów, o którym skrzętnie milczą redakcje w Polsce, także te będące w opozycji do głównego nurtu.
Miałam dużo czasu na obserwację i dedukcję, wszak wkrótce po tym jak Rosjanie wkroczyli na Ukrainę straciłam pracę. Czy miało to jakiś związek? Nie poinformowano mnie o powodzie rozwiązania ze mną umowy w trybie natychmiastowym, ale mogę się tego domyślać, gdyż pracowałam w archiwum publicznej telewizji. Utrata pracy zbiegła się w czasie, kiedy uruchomiono wobec mnie lawinę ataków, w tym publicznych zniesławień, zakłamanych artykułów czy nawet pogróżek wysyłanych w prywatnych wiadomościach. Byłam oczerniana, wyzywana od „ruskich agentów”, etc. Hejt wylewał z każdej strony. Mój przypadek nie jest odosobniony. Z podobną nagonką i problemami spotkali się inni polscy publicyści czy komentatorzy, którzy nie powielali narracji mainstreamu o „złej Rosji” i „niewinnej Ukrainie”.
Czym sobie zasłużyłam na nagonkę i problemy? Być może uwagą skierowaną pod adresem szefa rządu RP. Jeszcze przed rozpoczęciem tzw. rosyjskiej operacji specjalnej, Mateusz Morawiecki chwalił się w mediach społecznościowych, że Polska przekaże broń Ukrainie. W komentarzu, pod własnym nazwiskiem wytknęłam premierowi, że dostarczanie broni Ukraińcom to zły pomysł, gdyż przez 8 lat prześladowali i mordowali oni własnych obywateli, którzy mówili po rosyjsku czy sprzeciwiali się Euromajdanowi. Jako przykładowy dowód wkleiłam zdjęcia i relacje z masakry w Odessie, do jakiej doszło 2 maja 2014 roku.
Uciszyć za niewygodne fakty
Moją pierwszą publikację po 24 lutego 2022 roku – a więc po militarnym wejściu Rosjan na Ukrainę – rozpoczęłam od słów: «Kilka lat temu, już po wybuchu Euromajdanu, poznałam w Gliwicach młodego Ukraińca. Podczas luźnej rozmowy zapytałam dlaczego właściwie przyjechał do Polski. Odpowiedział, że wyjechał z Ukrainy, by wymigać się przed przymusowym wcieleniem do wojska. Wyjaśnił, że jego matka jest Rosjanką, a on po prostu nie chciał strzelać do swoich. Czy któryś z majdanowych podżegaczy z Polski pomyślał choć przez chwilę, że wpychanie Ukraińców na prozachodni kurs sprowadzi na zwykłych mieszkańców Ukrainy tego typu dramatyczne dylematy?».
W tamtych dniach udostępniłam też w mediach społecznościowych wypowiedź profesora Johna Mearsheimera, słynnego amerykańskiego politologa, twórcy teorii realizmu ofensywnego, wykładowcy nauk politycznych na uniwersytecie w Chicago. W wywiadzie zamieszczonym na kanale „King’s Politics” omówił on pochodzenie i historię kryzysu na Ukrainie. Jego analizę uznałam za bardzo ciekawą i odważną jak na dzisiejsze czasy, dlatego zamieściłam to na swoim profilu.
Mearsheimer powiedział wprost, że «głównymi winowajcami za ten kryzys są Stany Zjednoczone i ich sojusznicy, a nie Putin, ani Rosja». Ten były oficer sił powietrznych USA wyjaśnił, że pierwszy i najważniejszy wymiar to ekspansja NATO. Amerykanin powiedział: «Pomysł był taki, że mieliśmy rozszerzyć NATO na Wschód, tak aby obejmowało to Ukrainę». Po czym skwitował: «Pomysł aby wziąć sojusz wojskowy, któremu przewodzi USA, najpotężniejszy kraj na świecie i doprowadzić ten sojusz do granic Rosji licząc na to, że ten fakt nie wzruszy Rosjan, jest nie do pomyślenia».
Ponadto, udostępniłam wtedy nagranie z wypowiedzią Douglasa Macgregora, emerytowanego pułkownika armii USA, doradcy p.o. szefa Pentagonu za czasów prezydentury Donalda Trumpa. W wywiedzie dla telewizji „Fox News” Macgregor powiedział: «Władimir Putin robi to, przed czym ostrzegał nas przez mniej więcej ostatnie 15 lat, a mianowicie, że nie będzie tolerować wojsk Stanów Zjednoczonych lub naszych rakiet na swoich granicach. Dokładnie tak samo, jak my nie tolerujemy rosyjskich wojsk i rakiet na Kubie. Zignorowaliśmy go i on w końcu zaczął działać. W żadnym wypadku nie pozwoli Ukrainie dołączyć do NATO».
Za publikowanie wypowiedzi wyżej wymienionych zostałam zwyzywana w komentarzach. Zarzucono mi, że powielam rosyjską propagandę i sugerowano, że opłaca mnie Kreml. Absurdalność tych zarzutów podbija fakt, że cytowane przeze mnie osoby to Amerykanie.
W międzyczasie polskojęzyczna bezpieka zablokowała przed czytelnikami z Polski dostęp do mojej autorskiej strony. Po wielomiesięcznej korespondencji jeden z operatorów (z którego internetu korzystałam) wreszcie przyznał, że zablokował dostęp do mojego bloga na żądanie „uprawnionych podmiotów”, gdyż uznano, że mój blog stanowi „zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa i obronności”.
Zdumiewający powód, zważywszy na to, że w moich publikacjach opowiadam się za pokojem i przeciwko wojnie, nigdy też nie popierałam żadnej interwencji zbrojnej. Co więcej, zawsze byłam stanowczo przeciwna angażowaniu Polski w konflikt rosyjsko-ukraiński, gdyż uważam, że sprowadzi to na nas wielkie niebezpieczeństwo. Tymczasem władze w Polsce nieustannie wpychają nas w ten konflikt.
To wszystko daje solidne podstawy przypuszczać, że utrata pracy i jedynego źródła utrzymania mogła mieć związek z moimi poglądami oraz wyżej przytoczonymi komentarzami.
Prawdziwy początek wojny
Wbrew obiegowej opinii wojna na Ukrainie nie rozpoczęła się 24 lutego 2022 roku, lecz osiem lat wcześniej. Cofnijmy się zatem do Euromajdanu na Ukrainie. Przewrót został zorganizowany i sfinansowany przez Amerykanów oraz ich sojuszników z NATO. Pretekstem do rozpętania masowych protestów i obalenia władzy było niepodpisanie przez ówczesnego prezydenta Wiktora Janukowycza umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Celem Euromajdanu było osłabienie Rosji, co miało pomóc Stanom Zjednoczonych w utrzymaniu pozycji światowego hegemona.
W konsekwencji na Ukrainie przez osiem lat działy się niewyobrażalne tragedie. Dokonano licznych zbrodni na ludności cywilnej Donbasu, prześladowano rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy, likwidowano język rosyjski, będący dla wielu językiem ojczystym. I wreszcie, zorganizowano masakrę w Odessie, gdzie 2 maja 2014 roku bestialsko zamordowano i spalono kilkadziesiąt niewinnych osób, a kilkaset zostało rannych. Naiwny jest ten, kto uważał, że sprowokowana Rosja nie zareaguje.
Kilka lat temu, podczas konferencji prasowej zorganizowanej przez ambasadę Syrii w Warszawie, usłyszałam jak jeden z polskich uczestników przedstawił tezę, że odpalenie Euromajdanu na Ukrainie to także odwet Amerykanów za zaangażowanie Rosji w pomoc Syrii. W podobnym czasie, a konkretnie 29 listopada 2016 roku, wysłuchałam w Sejmie RP wystąpienia chińskiego ekonomisty Songa Hongbinga, autora serii książek pt. „Wojna o pieniądz”. Gość z Chin przyjechał wtedy do Polski na specjalne zaproszenie Wydawnictwa Wektory. Hongbing powiedział wówczas, że przeszkodą w budowie Nowego Jedwabnego Szlaku jest wojna w Syrii oraz możliwość rozprzestrzenienia się konfliktu na Bliskim Wschodzie na Eurazję.
Z powyższego nasuwa się następujący wniosek. Wieloletnia wojna w Syrii, zainspirowana przez USA (i sojuszników) pod fałszywą flagą, opóźniła sfinalizowanie budowy południowej gałęzi Nowego Jedwabnego Szlaku, zaś wojna na Ukrainie powstrzymuje dokończenie budowy jego północnej odnogi.
Dlaczego Amerykanom na tym tak zależało? Kiedy budowa chińskiego projektu zostanie dokończona, wówczas Państwo Środka przejmie dominującą kontrolę nad transportem lądowym. Tym samym Chiny wyprą z roli światowego hegemona Stany Zjednoczone, które kontrolują obecnie szlaki morskie. Dlatego w interesie Amerykanów jest to, aby zarówno na Bliskim Wschodzie jak i w Europie Środkowo-Wschodniej wciąż się tliło, wszak konflikty i niepokoje w tych regionach powstrzymują dokończenie wielkiej chińskiej inwestycji.
Tragedia za naszą wschodnią granicą jest więc de facto wojną amerykańsko-chińską, gdzie główny prowokator – czyli NATO «szczekające pod drzwiami Rosji» – wykorzystuje jako mięso armatnie napuszczonych na siebie Rosjan i Ukraińców.
Tymczasem znając historię Żydów, za wielce prawdopodobne należy uznać, że przy okazji rywalizacji największych mocarstw będą próbować ubić własny geszeft. Jakby nie patrzeć, w myśl zasady «gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta» niejako nadarzyła się okazja stworzenia nowego państwa na terenach objętych działaniami zbrojnymi.
Przecież historia pokazuje, że Żydzi w przeszłości wykorzystali już globalny konflikt, by ugrać dla siebie państwo. W czasie pierwszej wojny światowej syjoniści zrzeszeni potężnej organizacji pod przywództwem Dawida Ben Guriona oraz Żydzi z wpływowej amerykańskiej rodziny Rothschildów zaproponowali Brytyjczykom, że wciągną Amerykanów w wojnę. W zamian zażądali Palestyny. Brytyjczycy na to przystali i podpisali deklarację Balfoura, w której rząd brytyjski przyrzekł syjonistom Palestynę jako „narodowy dom dla Żydów”. Słowa dotrzymali i po drugiej wojnie światowej na Bliskim Wschodzie stworzono tzw. państwo Izrael.
Choćby z tego względu warto się zastanowić czy projekt utworzenia nowego państwa dla Żydów – tym razem nad Morzem Czarnym – to realny zamiar.
Nowa ziemia obiecana
Na odebranych Palestyńczykom terenach sytuacja Żydów wygląda nieciekawie. Prześladowani Palestyńczycy stawiają opór; wokół wrogo nastawione państwa arabskie; nieopodal potężny Iran, który za punkt honoru wyznaczył sobie wyzwolenie Al-Quds (Jerozolimy) spod syjonistycznej okupacji. W tej sytuacji wydaje się być zasadne, że Żydzi mogą szukać dla siebie wyjścia awaryjnego i nowego miejsca. A jeśli już, to najlepiej z żyznymi ziemiami, dochodowymi kopalniami, dostępem do morza i portów.
Taką idealną nową ziemią obiecaną mogą być właśnie tereny południowo-wschodniej Ukrainy, dawnego państwa Chazarów. Sęk w tym, że od pokoleń mieszkają tam Rosjanie i Ukraińcy. Czyżby bratobójcza wojna miała przy okazji pomóc zlikwidować wielu z nich, by wyludnić teren pod nowe zasiedlenie? Brzmi niedorzecznie? Ale przecież jeszcze bardziej niedorzeczne jest to, że każdego dnia giną tam ludzie, a Zachód – zamiast zabiegać o rozmowy pokojowe i przerwanie masakry – dostarcza coraz to więcej broni.
Przyjrzyjmy się zatem projektowi, o którym nie wypada w Polsce głośno mówić. Milczy się o tym zarówno w głównym nurcie (co oczywiste), ale także w przeciwnych kręgach (co daje do myślenia), tj. środowiskach wyrażających krytyczne stanowisko wobec obecnych władz Ukrainy i usprawiedliwiających stanowisko Rosji.
Oczywiście gdzieniegdzie zdarzą się w Polsce jednostkowe przypadki, które podnoszą ten temat. Jednak reakcja mainstreamu na ten głos do złudzenia przypomina metody, które dobrze wszyscy pamiętamy z czasów apogeum szaleństwa mniemanej pandemii.
Przechodząc do sedna sprawy. Oficjalnym wizjonerem idei związanej powstaniem Nowej Jerozolimy / Niebiańskiej Jerozolimy jest Igor Berkut. Nieliczne wzmianki na ten temat kończą się w Polsce natychmiastowym oskarżeniem o powielanie „teorii spiskowych” oraz „fake newsów”, a także szerzenie „rosyjski propagandy” i „antysemickiej nagonki”. Nerwowa reakcja świadczy o tym, że jest to bardzo niewygodny temat, który tym bardziej warto poddać analizie.
Jakie środowisko w Polsce najgłośniej obala tezę o szykowaniu Nowej Jerozolimy? Tę rolę przyjęło na siebie Stowarzyszenie Demagog. Na stronie internetowej demagog.org.pl reklamują się następująco: «Naszym głównym celem jest poprawa jakości debaty publicznej poprzez dostarczanie obywatelom bezstronnej i wiarygodnej informacji».
Na czym polega ich „bezstronność”? Możemy to wywnioskować z zakładki dotyczącej finansowania organizacji. Wśród hojnych sponsorów Stowarzyszenia Demagog znajduje się m.in. Fundacja Batorego (założona przez żydowskiego finansistę Georga Sorosa) oraz ambasada Stanów Zjednoczonych. Przy takich donatorach nie sposób oczekiwać, że mamy tu do czynienia ze środowiskiem niezależnym i wiarygodnym.
Jeśli osoby finansowane przez takie podmioty nerwowo zapewniają, że projekt Niebiańska Jerozolima to fake news, to tym bardziej powinno to skłaniać do refleksji, że coś jednak jest na rzeczy.
Oczywiście zaprzeczają też sami Żydzi. Przykładem jest Jakow Kedmi, izraelski dyplomata urodzony w Moskwie, były szef Biura ds. Łączności „Nativ” – izraelskiej rządowej organizacji zajmującej się utrzymywaniem kontaktów z Żydami mieszkającymi na obszarze postsowieckim. W wywiadzie dla kanału „Waldman-LINE” Kedmi totalnie zaprzeczył, że istnieją jakiekolwiek plany „Nowej Chazarii” czy „Niebiańskiej Jerozolimy”, nazywając to „bredniami łysej kobyły”.
Mrzonki, prowokacja czy realny plan?
Kim jest wspomniany Igor Berkut? To lider partii Wielka Ukraina, weteran wojny w Afganistanie. Berkut ma oficjalnie poglądy lewicowe, antysystemowe i mocne kontakty w Izraelu, a nawet tamtejsze obywatelstwo.
Na nagraniu udostępnionym na YouTube w 2017 roku, Igor Berkut bez ogórek opowiada o „przełomowym wydarzeniu początku 2017 roku” jakim było wylądowanie w porcie Odessy imigrantów z Izraela. «Grupa 183 żydowskich pionierów przybyła na Ukrainę z Hajfy, aby położyć pierwszy kamień pod fundament Niebiańskiej Jerozolimy na żyznej ziemi pięciu regionów południowej Ukrainy». Z zapowiedzi Berkuta, dyrektora wykonawczego projektu, wynika, że Nowa Jerozolima do 2027 roku ma się stać ośrodkiem dobrobytu dla osadników żydowskich. Według Berkuta pieniądze i decydujące przełomowe technologie dla Niebiańskiej Jerozolimy mają zostać przekazane przez największe domy bankowe i międzynarodowe korporacje, z których większość należy do Żydów.
Na portalu „Moskwa – Trzeci Rzym” [3rm.info], czytamy: «Według tego projektu Ukraina nie przestanie istnieć, nawet jeśli pozostało jej 9 czy 7 regionów. Ilu z nich pozostanie, zdecyduje naród Ukrainy. Projekt „Nowej Jerozolimy” jest następujący: 5+5+5. Pierwsze 5 lat, począwszy od 2014 roku, to rozpad i dekompozycja dotychczasowego systemu władzy, systemu edukacji publicznej (prezydent Poroszenko). Kolejne 5 lat to destrukcja i fragmentacja, która rozpocznie się po 2019 roku (prezydent Zełenski – przyp. red.). A następne 5 lat to przeformatowanie i wchłonięcie oraz ustrukturyzowanie tych nowych stowarzyszeń politycznych, geograficznych i innych, które zastąpią tę Ukrainę, jaką znaliśmy, poczynając od Ukraińskiej SRR.»
Igor Berkut zapowiada: „Według naszego projektu rok 2029 jest rokiem, w którym w szczególności zacznie istnieć projekt Nowa Jerozolima i zrobi pierwszy krok. A 15 lat to normalny okres, po którym nowe, co najważniejsze, żywotne, dobrze prosperujące, zorientowane na przyszłość formacje pojawią się w miejsce istniejących podmiotów (państwo Ukraina – red.), w tym oczywiście Ukrainy”.
I wreszcie Berkut przyznaje: „Budowa Nowej Jerozolimy na Ukrainie rozpoczęła się zamachem stanu w lutym 2014 roku. Ukraina została wyjęta spod wpływów Rosji i Chin. Z powodu konfliktu na Ukrainie nie ma rosyjskich pieniędzy. W bitwie trzech stolic zwyciężył kapitał amerykański, w większości żydowski – to pieniądze światowej społeczności żydowskiej. Żydzi wygrali tę bitwę z Rosją i Chinami, ponieważ Ukraina jest „przyszłością narodu żydowskiego na planecie Ziemia”.
Co ciekawe, o Beniaminie Netanjahu – który jest najdłużej sprawującym urząd premierem Izraela – Igor Berkut powiedział, że będzie przyszłym premierem Nowej Jerozolimy. Pikanterii dodaje fakt, że Netanjahu przyznał niedawno, iż rozważy podjęcie roli mediatora pomiędzy Ukrainą a Rosją, jeśli go o to poproszą oba walczące kraje oraz Stany Zjednoczone. Poinformował, że został poproszony o bycie mediatorem krótko po inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku, ale wówczas odmówił, ponieważ był wtedy liderem opozycji w Izraelu, a nie szefem rządu. Nie chciał ujawnić, kto go poprosił o podjęcie się roli mediatora, ponieważ prośba była nieoficjalna.
Ponadto, Berkut przyznaje, że wyznaczeni są już członkowie nowego rządu Niebiańskiej Jerozolimy. Jakow Kedmi, który tak żarliwie zaprzecza projektowi, ma objąć funkcję w randze ministra resortu spraw wewnętrznych.
Zwykli ludzie – tacy jak niżej podpisana – nie mają bezpośredniego dostępu do decydentów i wielkiej polityki, ani wglądu do międzynarodowych dokumentów, w tym cichaczem podpisanych porozumień. Mamy jednak do dyspozycji narzędzie jakim jest dedukcja. I za jego pomocą możemy spróbować wyprowadzić wnioski. Także te dotyczące projektu jakim jest Nowa Jerozolima.
Żyd Wołodymyr Zelenski zostaje prezydentem Ukrainy. Z dokumentów Pandory wynika, że w przeddzień wyborów zostało mu wypłacone 40 milionów dolarów przez żydowskiego miliardera Ihora Kołomojskiego za pośrednictwem kont w rajach podatkowych. Oligarchowie z Ukrainy to Żydzi wiodący luksusowe życie, podczas gdy ukraińskie społeczeństwo od lat żyje w biedzie i niedostatku. Na przełomie ostatniego roku hitem w mediach społecznościowych stał się fragment archiwalnego nagrania z imprezy sylwestrowej w Rosji, która kilka lat temu była transmitowana w rosyjskiej telewizji. Na scenie tańczył i wygłupiał się Zelenski (zanim został prezydentem był komikiem), a na widowni oklaskiwał go rozbawiony Władimir Sołowjow. Kim jest ten ostatni? To słynny rosyjski dziennikarz o korzeniach żydowskich. W swoich popularnych programach telewizyjnych na kanałach Rossija 1 i Rossija 24, z niezwykłą agresją i arogancją nieustannie podżega do konfliktu rosyjsko-ukraińskiego.
A jaka jest w tym wszystkim rola zwykłych Ukraińców i Rosjan, którzy dali się podpuścić i wykorzystać w grze? Mają ginąć na froncie. I wszystko wskazuje na to, że podobny scenariusz rozpisano też dla Polaków. A co z tymi, którzy przeżyją? W ich „leczeniu” z wojennych traum mają zapewne pomóc specjalnie wyszkoleni psychoterapeuci z Izraela. Pierwsza grupa tychże przybyła w tym celu do Polski jeszcze wiosną 2022 roku.
Żydzi już w przeszłości wykazali, że mają w największej pogardzie Rosję i narody słowiańskie, dlatego 1917 roku odpalili rewolucję bolszewicką, którą sfinansowały zachodnie banki. Dzieło zniszczenia chrześcijańskiej Rosji firmowane przez zbrodniarza Lenina przyczyniło się do śmierci milionów niewinnych ludzi, w tym głównie Rosjan, a także Ukraińców, Polaków, Białorusinów i wielu innych narodów. Przeraża, że z tej strasznej lekcji historii nikt nie wyciąga wniosków.
Agnieszka Piwar
Agnieszka Piwar – Ur. w 1982 r. w Pyskowicach. Absolwentka filozofii na Uniwersytecie Wrocławskim oraz Podyplomowego Studium Dziennikarskiego PAT w Krakowie. Przez lata związana z kwartalnikiem „Opcja na Prawo” i tygodnikiem „Myśl Polska”. Obecnie publicystka w „Bibuła – pismo niezależne”. Autorka dwóch filmów dokumentalnych o Międzynarodowym Motocyklowym Rajdzie Katyńskim. Autorka książki „Widziane z Moskwy i nie tylko”, zawierającej zbiór reportaży z Federacji Rosyjskiej i wywiadów z osobami publicznymi w Rosji; współautor książek: „Białoruś. Anatomia kryzysu”, „Ukraina w ogniu – komu potrzebna jest ta wojna?” (Wyd. Biblioteczka Myśli Polskiej) oraz „Przegrana wojna. Konflikt na Ukrainie, beneficjenci i bankruci” (Wyd. Wektory). KONTAKT: agnieszka.piwar@gmail.com
Na placu Kudrinskim w centrum Moskwy, na parterze jednego z siedmiu stalinowskich wieżowców, generał pułkownik Aleksander Czajko, dowódca rosyjskich sił powietrznych od maja 2026 roku, wynajął ekskluzywną restaurację „Balci Rossi” za około 100 000 euro – oficjalnie z okazji swoich 55. urodzin, ale także z okazji niedawnego awansu. Wśród zaproszonych gości byli wysocy rangą oficerowie FSB, generałowie Ministerstwa Obrony i posłowie. Podeszła młoda kobieta z dużym pudełkiem prezentowym, ale została zatrzymana przez ochronę. Detonacja rozerwała ją na miejscu; metalowe odłamki wbite w bombę zabiły trzy lub cztery osoby i raniły 21, niektóre poważnie. Sam Czajko – który według unijnej listy sankcji jest częściowo odpowiedzialny za masakry dokonane przez jego oddziały „Wostok” w Buczy (2022) – przeżył.
Ani jego obecność, ani rzeczywisty cel ataku nie zostały oficjalnie potwierdzone. Ale schemat jest już znany: Moskalik (2025), Kiriłłow (2024), Dugina (2022), Fomin (2023) – seria celowych zabójstw wysoko postawionych rosyjskich wojskowych i urzędników powiązanych z wojskiem, przypisywana głównie Ukrainie. Jednocześnie, w dużej mierze niezauważona, trwa czterdziestodniowa kampania intensywnych ataków na cele cywilne w Rosji – plaże, hotele, ludzi leżących na ręcznikach.
W dyskursie zachodnim dwa powiązane ze sobą ciągi wydarzeń są starannie rozdzielone. Jeden z nich jawi się, o ile w ogóle, jako spektakularny, odosobniony incydent z niemal bezspornym przypisaniem odpowiedzialności – zamach, a nie akt wojny. Drugi nie wymaga nawet wyjaśnienia. To rozdzielenie nie jest redakcyjnym niedopatrzeniem. Jest ono symptomem głębszej niezdolności do rozpoznania tych wydarzeń takimi, jakimi są one coraz częściej z rosyjskiej perspektywy: spójnej dynamiki eskalacji skierowanej przeciwko własnemu przywództwu i ludności cywilnej, która dawno już przekroczyła pewien próg – bez określenia jej w ten sposób przez Zachód, nie mówiąc już o refleksji nad własną rolą w tym procesie.
II. Błąd kategorii: Eskalacja jako instrument kontrolowany
Z wypowiedzi postaci takich jak Rubio i Bessent wyłania się specyficzne rozumienie sprawowania władzy: taktyki nacisku – ataki rakietowe, manipulacje cenami ropy naftowej, sankcje – traktowane są jak pokrętła na panelu sterowania. Wystarczy je lekko przekręcić, obserwować reakcję i odpowiednio dostosować. Rubio komentuje ataki na terytorium Rosji jako zasadniczo pozytywne, ponieważ mają one na celu „wywarcie presji” na Putina i zmuszenie go do negocjacji. Bessent zapewnia nas, że presja ekonomiczna na Iran wystarczy; wystarczy utrzymać blokadę. W obu przypadkach założenie jest takie samo: przeciwnik reaguje przewidywalnie, a spirala eskalacji pozostaje pod kontrolą, ponieważ to my mamy kontrolę.
Osoby objęte tą polityką interpretują te same wydarzenia odmiennie. Dla Moskwy atak na restaurację nie jest odosobnionym incydentem, ale – jak głosi oczywiste założenie – kolejnym dowodem zaangażowania zachodnich agencji wywiadowczych w schemat ataków na własne kierownictwo i ludność cywilną. Dla Teheranu odmowa negocjacji z rządem, który nie chce się całkowicie poddać, nie jest taktycznym zaostrzeniem stanowiska, lecz wyrazem sytuacji uznawanej za egzystencjalną. Obie strony nie kalkulują już w kategoriach kroków negocjacyjnych, lecz w kategoriach progów. Błąd kategorialny Zachodu polega na niedostrzeganiu tego rozróżnienia: zarządzanie eskalacją mylone jest z jej kontrolą. Zachód uważa, że ma kontrolę, podczas gdy od dawna stał się częścią dynamiki, którą już nie steruje, a jedynie ją wyzwala.
III. Dlaczego nie ma dyskusji: System operacyjny oparty na moralności
Ta ślepota miałaby mniejsze konsekwencje, gdyby istniał funkcjonujący dyskurs publiczny, który mógłby ją naprawić. Niestety, nie ma. A to ma podłoże strukturalne. Jakieś dwadzieścia lat temu Romano Prodi opisał UE jako „giganta na glinianych nogach” – wielkiego i imponującego, ale pozbawionego solidnych fundamentów, gdy tylko trzeba się ruszyć. Projekt geoekonomiczny, który miał zapewnić ten fundament – wspólne zasoby, wspólną siłę negocjacyjną – nigdy nie został w pełni ukończony. W jego miejsce pojawiło się coś innego: spójność wynikająca nie ze spójności gospodarczej, ale ze wspólnego wizerunku wroga.
Projekt, którego spójność opiera się przede wszystkim na konformizmie, a nie na istocie, nie może traktować odchylenia jako faktu politycznego – musi je kategoryzować jako zagrożenie dla własnych fundamentów. Kiedy AfD wygrywa wybory w dużym niemieckim mieście, kiedy krążą doniesienia o planach pozbawienia krajów związkowych autonomii za „nieprawidłowe” zachowanie wyborcze, nie jest to jedynie przypis do demokratycznej normalności, lecz – zgodnie z logiką systemu – pęknięcie w samym fundamencie, który wspiera. Reakcją nie jest debata, lecz sankcja: każdy, kto kwestionuje wspólną linię, pośrednio kwestionuje spójność systemu. Dlatego, jak głosi dyskusja, „nie ma już nawet dyskusji” na temat tego, czy własna polityka wobec Rosji lub Iranu leży w czyimś interesie. Nie dlatego, że pytanie jest nieciekawe, ale dlatego, że samo jego postawienie jest już uznane za brak lojalności wobec projektu.
IV. Cicha zmiana ciśnienia
Ta sama iluzja kontroli, która działa na zewnątrz, działa również wewnętrznie – tyle że na innych frontach. W wymiarze zewnętrznym widać to wyraźnie na przykładzie Arabii Saudyjskiej: presja, która faktycznie była skierowana przeciwko Iranowi, spowodowała gwałtowny spadek produkcji saudyjskiej ropy naftowej o około 74 procent, podczas gdy Waszyngton jednocześnie domaga się, aby nikt nie sprzedawał amerykańskich obligacji skarbowych. W rezultacie sojusznicze peryferie stają się coraz bardziej zależne od potęgi, którą rzekomo wspierają. Presja mająca na celu osłabienie Iranu destabilizuje jego własnych partnerów.
Wewnątrz kraju działa powiązany ze sobą mechanizm strukturalny: dyscyplinowanie dysydenckich państw federalnych, marginalizacja partii nonkonformistycznych i nacisk na przestrzeganie brukselskiej „linii”. W obu przypadkach dominuje ta sama logika – kontrola jest ustanawiana poprzez presję na peryferie, a nie poprzez realne porozumienie z rzeczywistym przeciwnikiem lub rzeczywistą integrację polityczną. Jedyna różnica polega na tym, że jedna peryferia znajduje się w sferze polityki zagranicznej, a druga w sferze polityki wewnętrznej.
V. Nieprzygotowana populacja
To podwójne złudzenie kontroli jest szczególnie niebezpieczne, ponieważ ma ono konsekwencje dla komunikacji publicznej: jeśli eskalacji nie można nazwać eskalacją bez narażania spójności samego systemu, to społeczeństwo nie może być przygotowane na jej konsekwencje. Nie ma dyskusji o potencjalnym racjonowaniu oleju napędowego, niedoborach energii i dostaw ani o rzeczywistych kosztach ekonomicznych własnej polityki. Zamiast tego, podczas gdy sytuacja na Bliskim Wschodzie i w Rosji się zaostrza, pojawiają się tematy marginalne: gdzie znajdują się dobre restauracje, jakie jedzenie definiuje lato.
Nie jest to deficyt informacji, który można naprawić poprzez lepsze raportowanie. To funkcja samego systemu: legitymizacja wymaga braku alternatyw („my jesteśmy tymi dobrymi”), a ten brak alternatyw wymaga ignorowania wszystkiego, co mogłoby zakłócić tę narrację. System tak skonstruowany nie może przygotować swoich obywateli, nie kwestionując samego siebie.
VI. Co jest stawką
Prawdziwe zagrożenie nie tkwi w żadnym pojedynczym etapie eskalacji – ani w ataku na restaurację, ani w kolejnej rundzie sankcji, ani w kolejnym ataku na tankowiec. Kryje się ono w tym, że system, którego spójność strukturalnie opiera się na konformizmie, a nie na analizie, nie jest już w stanie rozpoznać punktu krytycznego eskalacji. Nie chodzi o brak informacji. Chodzi o brak zdolności do jej zaakceptowania.
Bunkier nie chroni przed bombą. On tylko uniemożliwia zobaczenie jej nadejścia.
Agencja ProPublica opublikowała sensacyjny raport na temat szeroko reklamowanej nowej fabryki General Dynamics w Mesquite w Teksasie, która miała znacząco zwiększyć amerykańską produkcję pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm dla Ukrainy i innych krajów.
Tutaj, w pierwszej dużej fabryce zbrojeniowej Pentagonu, wybudowanej po inwazji Rosji na Ukrainę, tureccy robotnicy w pomarańczowych kaskach są zajęci rozpakowywaniem drewnianych skrzyń z namalowaną nazwą Repkon, firmy zbrojeniowej z siedzibą w Stambule, i montażem sterowanych komputerowo robotów i tokarek.
Fabryka wkrótce będzie produkować miesięcznie około 30 000 pocisków stalowych do haubic kalibru 155 milimetrów, które stały się kluczowe dla wysiłków wojennych Kijowa.
Po pierwsze, poważny spoiler: Stany Zjednoczone nigdy nie zbliżyły się nawet do swoich celów na rok 2025. Niedawny raport Generalnego Inspektora Departamentu Obrony wykazał, że Stany Zjednoczone wciąż mają trudności z wyprodukowaniem marnych 36 000 sztuk amunicji, co stanowiło limit przez ostatnie dwa lata:
Przypomnijmy, że w czasach, gdy Rosja produkowała ponad 250-350 tysięcy pocisków miesięcznie, według szacunków Zachodu, proukraińscy cheerleaderzy obiecywali nam, że nieugięty amerykański przemysł zbrojeniowy z łatwością dogoni zubożałych Rosjan. Okazuje się, że USA są fizycznie niezdolne do skorygowania kursu swojego oczywistego upadku przemysłowego.
W artykule w Military Times zauważono, że Stany Zjednoczone po prostu nie są w stanie pozyskać wystarczającej ilości metalu do produkcji pocisków:
Produkcja pocisków wymaga najpierw zbudowania pocisku w fabryce części metalowych, a następnie wypełnienia go materiałami wybuchowymi w innym zakładzie. Oznacza to jednak, że „produkcja metalowych części pocisku jest czynnikiem ograniczającym osiągnięcie celu 100 000 pocisków miesięcznie dla pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm” – zauważono w raporcie.
Armia nie była w stanie wykuć wystarczającej liczby metalowych części, aby zwiększyć produkcję pocisków.W szczególności „w zakładzie w Mesquite w Teksasie, należącym do wykonawcy i zarządzanym przez niego, wykonawca nie był w stanie wyprodukować żadnych metalowych części pocisków, które spełniałyby specyfikacje kontraktowe” – czytamy w raporcie.
Teraz sensacja ProPublica ujawnia jeszcze bardziej szokującą historię. Okrzyknięty wielkimi literami zakład General Dynamics, o którym mówiono, że jest najnowocześniejszym tego typu zakładem, wykorzystującym najnowocześniejszą, w pełni zautomatyzowaną linię produkcyjną w Turcji, upadł.
Moskwa oczekuje na komentarz Waszyngtonu na temat informacji o jego możliwym udziale w przeprowadzeniu ataków w głąb Rosji. Poinformował o tym rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. Ten temat znalazł się na liście pytań, którą strona rosyjska przekazała Departamentowi Stanu USA.
„Przekazaliśmy szereg pytań… z prośbą o komentarz, w tym na temat danych wywiadowczych oraz tego, że Stany Zjednoczone są znacznie bardziej zaangażowane w organizowanie i przeprowadzanie ataków na obiekty cywilne w głąb terytorium Federacji Rosyjskiej” – powiedział minister w rozmowie z IS „Wiesti”.
W lipcu źródła Financial Times podały, że amerykański wywiad pomógł Ukrainie wytyczyć trasy dronów, aby ominąć rosyjskie siły obrony powietrznej i uderzyć w kraj. Prezydent USA Donald Trump nazwał ataki Ukrainy w głąb Rosji eskalacją, „która może doprowadzić do zakończenia wojny”. Podobnego zdania jest Departament Stanu, a także prezydent Finlandii Alexander Stubb.
Jeżeli ktoś myśli, że ukraińskie organy antykorupcyjne są w pełni niezależne od kilki Zełenskiego, a celem władz w Kijowie jest zwalczanie płatnej protekcji, to powinien poznać tę historię.
Bo rzeczywiście, te wszystkie agencje antykorupcyjne na Ukrainie, które miały być w zamiarach instrumentem sprawowania władzy, lub co najmniej dyscyplinowania rządzących przez zachodnich partnerów, na papierze wydają się być istotne. Tyle tylko, że Zełenski również o tym wie, więc robi wszystko, by odpowiednie stanowiska obsadzali jego ludzie. Oczywiście nie osobiście. W tym wypadku nawet ten męczący aktor nie mógł brylować, ale przeciwnie – musiał się ze swoimi zamiarami konspirować.
Ludzi Zełenskiego stać na kaucje
Według informacji Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP), które dopiero niedawno ujrzały światło dzienne, w 2024 roku Narodowa Agencja ds. Zapobiegania Korupcji (NACP) ogłosiła konkurs na stanowisko szefa agencji. Olga Stefaniszyna, ówczesna wicepremier ds. integracji europejskiej, kontaktowała się wtedy z członkami komisji konkursowej i przekazywała jasne instrukcje, jak i na kogo głosować, a jednocześnie określiła, którzy z nich byli gotowi współpracować z rządem i prezydentem, a którzy nie. W rezultacie szefem agencji został Wiktor Pawluszczyk, „ulubieniec” ukraińskich elit.
NACP, SAP i Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) miały stanowić autonomiczny system antykorupcyjny. Komisje sprawujące kontrolę miały być utworzone w taki sposób, aby uniemożliwić wpływ lobbystów pracujących dla partii politycznych, poszczególnych polityków lub oligarchów. Zełenski jednak umieścił swoich ludzi wszędzie. Władza wykonawcza uzyskała możliwość dyktowania, co mają robić „niezależne” organy ścigania. Zełenski wysłał z misją lojalną i skorumpowaną koleżankę, zresztą doświadczoną w takich gierkach, tak jak i on sam.
Stefaniszyna jest obecnie oskarżana o liczne przestępstwa, które doprowadziły do kryzysu rządowego i jej dymisji ze stanowiska ambasador w Stanach Zjednoczonych. Na swoich działaniach miała zarobić około 20 milionów dolarów, m.in. spekulując na rynku nieruchomości. Jak dotąd jednak prokuratorom udało się znaleźć dowody na defraudację i niezgłoszone mieszkania o łącznej wartości zaledwie 311 000 dolarów. Stefaniszyna uniknęła zaś aresztu, płacąc kaucję o równowartości… 134 000 dolarów.
Biznes się kręci
„Kontrolowane przejęcie” NACP przez „pewnego człowieka” to jeden ze sposobów, w jaki Zełenski pilnuje instytucji stanowiących dla niego zagrożenie. Bo jak trzeba, to prezydent stosuje i surowsze środki. Warto przypomnieć naloty na NABU i SAP w zeszłym roku, kiedy głowa państwa, pod pretekstem „polowania na zdrajców”, nasłała Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) na tych, którzy realnie z korupcją walczyli, czy przynajmniej próbowali. Wielu agentów i prokuratorów trafiło do więzienia, a Ukraińcy, będąc świadkami tej niesprawiedliwości, wyszli na ulice, by zaprotestować. Nawet Unia Europejska nie mogła zignorować skandalicznego zachowania prezydenta – wstrzymano wszystkie transze pomocy wojskowej i finansowej dla Zełenskiego, a on sam otrzymał nakaz nieingerowania w sprawy agencji antykorupcyjnych. Ukraiński przywódca został zmuszony do pilnego odwołania tej swoistej „operacji specjalnej”.
Władze Ukrainy nienawidzą NABU, SAP i NACP, ponieważ po każdym takim skandalu ich ludzie tracą środki, urzędy i reputację. Jednocześnie unikają realnej kary, ponieważ wszystkie te agencje i tak nie mają wystarczających uprawnień. Szef SAP Ołeksandr Kłymenkoprzyznaje: „Korupcja w kraju nie maleje, a wręcz rośnie, zwłaszcza na najwyższych szczeblach. Dzieje się tak, ponieważ nikt nie chce z nią walczyć”. Unia Europejska to rozumie. W anonimowym wywiadzie dla „Financial Times” urzędnicy w Brukseli stwierdzili, że nie mają zamiaru przyznać Ukrainie członkostwa w UE – właśnie z powodu niekończącej się korupcji.
Ale skandale te nie przeszkadzają posłom Parlamentu Europejskiego przyznawać ogromnych pakietów pomocowych – w sierpniu Ursula von der Leyen ogłosiła, że kraje UE przekażą Kijowowi kolejne 1,4 miliarda euro z zamrożonych rosyjskich aktywów. Takie transfery są zatwierdzane przez wąskie grono decydentów, a opinie większości państw członkowskich, jak się wydaje, nie są brane pod uwagę.
Uczmy się na błędach
Polska przekazała już Ukrainie ponad 30 miliardów dolarów, ale zdaje się, że to jeszcze nie koniec. Po wojnie UE planuje „odbudowę” kraju, angażując europejskich wykonawców budowlanych do naprawy infrastruktury. Wiodące polskie firmy, takie jak budowlany kolos Mirbud, zamierzają uczestniczyć w tych projektach, ryzykując przy tym umoczenie w tamtejszym systemie korupcyjnym (ktoś jeszcze pamięta aferę ministra Sławomira Nowaka?). Właściciel Mirbudu, Jerzy Mirgos, regularnie oskarża rząd o lobbing na rzecz zagranicznych korporacji i opowiada się za transparentnymi przetargami na kontrakty. Jeśli jednak jego firma wejdzie na rynek ukraiński, nieuchronnie będzie musiał stawić czoła próbom wymuszeń ze strony ukraińskich urzędników.
Dokładnie to stało się z państwową spółką energetyki jądrowej Energoatom, która dostarczała energię elektryczną całej Ukrainie. Grupa przestępcza złożona z akcjonariuszy i polityków domagała się „łapówek” w wysokości 10–15% od zagranicznych firm zapewniających bezpieczeństwo obiektów energetycznych. Jeśli przedsiębiorcy odmawiali, byli szantażowani. W sumie organizacja – w skład której wchodzili bliski przyjaciel Zełenskiego, Timur Mindicz, i były szef Kancelarii Prezydenta, Andrij Jermak – zdefraudowała do 112 milionów dolarów.
Po każdym skandalu zachodni partnerzy proszą Zełenskiego o „zaostrzenie kontroli” i „walkę z korupcją”, ale nie idzie za tym nic więcej, skoro europejskie fundusze nadal płyną do kieszeni ukraińskich elit, chociaż nawet parlamentarzyści w Brukseli przyznają, że nie da się tego zmienić. Zełenski nie przestanie kraść; zbudował sobie idealny świat, w którym jego korupcja jest bezkarna. Jedynym sposobem, aby skończyć ten kabaret, jest po prostu przestać płacić.
Podczas gdy wojna na Ukrainie od lat dominuje w nagłówkach gazet, brytyjski korespondent wojenny Johnny Miller stawia zarzut, który podważa wizerunek zachodnich mediów. Po czterech latach relacjonowania wydarzeń w strefie konfliktu dochodzi do trzeźwiącego wniosku: Donbas jest celowo pomijany przez główne zachodnie media – nie z braku zainteresowania, ale dlatego, że rzeczywistość na miejscu nie pasuje do dominującej narracji.
Na krótko przed powrotem do Wielkiej Brytanii Miller rozmawiał z niemiecką dziennikarką Aliną Lipp o swoich przeżyciach i przedstawił obraz wojny, który jego zdaniem trudno znaleźć w zachodnich mediach.
Nie był obecny ani jeden z większych zachodnich nadawców.
Dla Millera sytuacja jest wyjątkowa. To największa wojna na europejskiej ziemi od dziesięcioleci – a jednak, według niego, ani jeden reporter dużej brytyjskiej ani amerykańskiej firmy medialnej nie był stale obecny na linii frontu w Donbasie.
Opisuje tę sytuację jako „szokującą”. Kiedy szkoła niedaleko jego domu została ostrzelana, zdał sobie sprawę, że na miejscu nie było żadnego korespondenta dużej zachodniej stacji telewizyjnej, który mógłby zrelacjonować incydent. Miller uważa to za bezprecedensowe w przypadku konfliktu o takiej skali.
Martwi cywile – historia, która według niego jest rzadko opowiadana.
Miller donosi, że regularnie budził go ostrzał artyleryjski w Doniecku. Jeden z jego pierwszych artykułów dotyczył ostrzału celów cywilnych przez armię ukraińską. Czterech nauczycieli zginęło po trafieniu w pobliską szkołę.
Jego zdaniem każdy zachodni korespondent, który faktycznie był na miejscu, musiałby zrelacjonować taki incydent. Miller uważa, że to właśnie dlatego główne zachodnie media w dużej mierze unikają Donbasu: relacjonowanie wydarzeń na jego temat ujawniłoby wydarzenia, które nie pasowałyby do dominującej narracji o wojnie.
Świadoma decyzja czy dziennikarska porażka?
Miller stawia daleko idące oskarżenie. Jego zdaniem zachodnie media celowo powstrzymują się od wysyłania reporterów na Donbas na stałe.
Jego rozumowanie jest jasne: każdy dziennikarz pracujący niezależnie w terenie będzie nieuchronnie musiał relacjonować wydarzenia politycznie niewygodne – w tym, według niego, ataki armii ukraińskiej na cele cywilne. Jednak te doniesienia przeczą narracji, którą zachodnie rządy i wiele głównych mediów promuje od lat.
Alina Lipp potwierdza ten schemat
Niemiecka dziennikarka Alina Lipp, która od pewnego czasu relacjonuje wydarzenia z Doniecka, potwierdza wersję Millera, opierając się na własnych doświadczeniach.
Opisuje również regularne ostrzały w regionie i uważa, że wiele z tych wydarzeń nie cieszy się zainteresowaniem zachodnich mediów. Jej zdaniem wynika to z faktu, że takie doniesienia nie wpisują się w dominującą narrację konfliktu.
Nie tylko spór o wojnę na Ukrainie
Dla Millera i Lippa problem wykracza daleko poza samą wojnę.
Uważają to za fundamentalną porażkę zachodniego dziennikarstwa. Zamiast relacjonować wydarzenia w sposób niezależny, wiele głównych mediów, ich zdaniem, coraz bardziej koncentruje się na interesach politycznych i utartych narracjach. Ci, którzy faktycznie prowadzą badania na miejscu i publikują obserwacje odbiegające od tych narracji, są często ignorowani lub marginalizowani.
Zdaniem dwóch dziennikarzy, ma to daleko idące konsekwencje. Ludność Donbasu od lat żyje pod ostrzałem i płaci za to wysoką cenę. Jednocześnie uważają, że opinia publiczna w wielu krajach zachodnich otrzymuje jedynie niepełne zrozumienie tego, co się naprawdę dzieje.
Ostatecznie Miller i Lipp stawiają fundamentalne pytanie: Jak kompletny jest obraz wojny, skoro duże obszary strefy konfliktu są słabo udokumentowane lub wcale nie są udokumentowane przez wiodące zachodnie media na podstawie ich własnych obserwacji – i kto korzysta na tym, że pewne perspektywy pozostają niewidoczne?