Pośród popularnych tzw. teorii spiskowych (z których wiele po trzech miesiącach staje się faktem), znajdujemy także tę o „Niebiańskiej Jerozolimie”. Koncepcja ta mówi, że politycy z Izraela, a także wpływowe na świecie lobby żydowskie, uznali, iż na dłuższą metę otoczonego przez wrogie państwa islamskie Państwa Izraela nie sposób utrzymać. Szczególnie przy spadku potęgi Stanów Zjednoczonych. W tej sytuacji „wiadome kręgi” miały podjąć decyzję o stworzeniu na Ukrainie państwa „zapasowego”, do którego będą mogli wyemigrować uchodzący z upadającego Izraela Żydzi. To miałoby też tłumaczyć poparcie przez państwa zachodnie Ukrainy w wojnie przeciwko Rosji: miałoby nie chodzić o poparcie dla Kijowa, lecz o dolewanie benzyny do toczącej się wojny tak, aby wyginęło jak najwięcej Ukraińców, a jeszcze więcej na trwale wyemigrowało. W ten sposób miałoby powstać wolne miejsce dla „zapasowego Izraela”.
Patrząc na tę koncepcję racjonalnie, rzeczywiście jest to teoria spiskowa i to zaliczająca się do takich, które nie wydają się być realizowalne i autentyczne. Nie oznacza to jednak, że przesłanki, na których powstała, są zmyślone. Raczej chodzi o znaczącą nadinterpretację i wyciągnięcie z realnych przesłanek zbyt radykalnych wniosków.
Przesłanką, na której opiera się idea Niebiańskiej Jerozolimy, jest znaczący wpływ w Kijowie polityków pochodzenia żydowskiego, a także finansowych oligarchów. Pośród polityków tworzących obecną elitę rządzącą i mających takie korzenie, których potwierdzenie znajduje się w poważnych źródłach (a nie w fejkach w Internecie), można wyliczyć: Wołodymyra Zełenskiego (prezydenta); Witalija Kliczko (mera Kijowa); Ołeksija Reznikowa (ministra obrony i wicepremiera, 2021–2023); Andrija Jermaka (byłego szefa Biura Prezydenta, 2020–2025); Irynę Mudrę (wicedyrektorkę Biura Prezydenta). Prawdopodobnie żydowskie korzenie ma także była premier Julia Tymoszenko, ale sprawę bagatelizuje i nie chce na ten temat nic mówić. W tym kontekście często pojawia się także Kyrylo Budanov (szef Biura Prezydenta Ukrainy), ale jest to prawdopodobnie plotka wynikła z jego filosemityzmu, którego wyrazem jest trzymana w gabinecie menora i udział w obchodzeniu Chanuki.
Rzeczywiście liczba znaczących politycznie osób mających żydowskie korzenie jest w tej elicie znaczna. Na niekorzyść teorii Niebiańskiej Jerozolimy przemawia fakt, że żadna z tych osób nie jest zaangażowana w propagowanie syjonizmu. Zwykle odwołują się do ukraińskiego nacjonalizmu czy neonazistowskiej symboliki (banderyzm).
Racjonalny rdzeń teorii o Niebiańskiej Jerozolimie tutaj wydaje się mieć swoje źródło: przeciętny Polak nie potrafi zrozumieć, dlaczego mający duże wpływy polityczne w Kijowie Żydzi popierają banderyzm, sprowadzają do Kijowa prochy nazistów z OUN i UPA, gdy w czasie wojny Żydzi – obok Polaków, Rosjan i Czechów – byli masowo i bestialsko mordowani przez banderowców? Teoria spisku wyjaśnia to, czego nie możemy racjonalnie zrozumieć i wytłumaczyć. Tyle że takie wytłumaczenie może istnieć, lecz z powodu zbyt małej wiedzy o polityce ukraińskiej znaczące elementy układanki nie docierają do Polski.
Emmanuel Todd w głośnej książce „Klęska Zachodu” (wyd. pol. 2025) zamieszcza mapę Ukrainy z podziałem na obwody i wyliczeniem, ilu z każdego z nich pochodzi znaczących polityków i oligarchów. Z zestawienia wynikają ciekawe obserwacje: z południowej rosyjskojęzycznej części kraju (zwanej przez Rosjan Noworosją) nie pochodzi praktycznie nikt i ta część państwa nie ma żadnego wpływu na politykę.
Zdecydowana większość elit politycznych pochodzi z części środkowej, czyli z Kijowa i okolic. Kijów z przyległościami sprawuje bezpośrednią władzę polityczną. Większość oligarchów (często także o żydowskich korzeniach) pochodzi z rosyjskojęzycznej Ukrainy wschodniej. To jest najsilniejsze lobby polityczne.
Z dawnej Galicji Wschodniej, czyli ziem byłej II RP (Lwów i okolice) nie rekrutuje się praktycznie nikt spośród członków elity politycznej i biznesowej.
Emmanuel Todd interpretuje te dane (moim zdaniem słusznie) następująco: wykorzystując zamieszanie po upadku Związku Radzieckiego, lokalna i peryferyjna dotąd elita polityczna Kijowa uzmysłowiła sobie, że oddzielając się od Rosji i konstytuując suwerenne państwo, uzyskuje dziejową szansę sprawowania władzy nie w samorządach, ale w państwie. Stąd hasło suwerennej Ukrainy.
Pomysł finansowo poparli oligarchowie, którzy jak ognia bali się Putina i możliwości rozciągnięcia przezeń swojej kontroli nad nowo powstałym państwie. Dlaczego? Bo widzieli rozgonienie nieposłusznych Kremlowi rosyjskich oligarchów. Putin kojarzył im się z porządkiem i końcem bezkarnego rozkradania ukraińskiej gospodarki (i zapewne było to skojarzenie zasadne). Dlatego oligarchowie zaczęli finansować polityków z Kijowa.
Dla tych ostatnich największym problemem był brak doktryny, ideologii czy choćby idei, dlaczego Ukraina miałaby być państwem oddzielnym od Rosji – idei nośnej społecznie, aby Ukraińcy zaakceptowali, że są oddzielnym narodem, a nie jakimś lokalno-etnicznym separatyzmem od imperium, w skład którego wchodzili przez setki lat. Potrzebowali ideologii uzasadniającej masom odpadnięcie od „Świętej Rusi”, ideologii na tyle nośnej, aby w razie czego Ukraińcy byli gotowi bić się zbrojnie o własne państwo.
I tutaj z odsieczą przyszli neobanderowcy ze Lwowa i okolic, ponieważ oni taką ideologię posiadali. Mieli historię, symbole, tradycję i całe uzasadnienie dla ukraińskiego separatyzmu. W ten sposób powstała dziwna konstrukcja: bezideowa ekipa polityczna z Kijowa (z licznymi osobami pochodzenia żydowskiego) zaczerpnęła od zachodniej części kraju szowinistyczną ideologię banderyzmu, oczyściła ją z elementów antysemickich, a całą operację wsparli oligarchowie biznesowi z rosyjskojęzycznej Ukrainy wschodniej, bojący się ukrócenia swojej „złotej wolności” przez Putina.
I oto cała konstrukcja staje się zrozumiała bez mitu Niebiańskiej Jerozolimy, który jest zdecydowanie na wyrost, acz przesłanki, z którego wyrasta, są rzeczywiste.
„Zerkało Niedieli” sprawdziło, ile ukraińskie siły bezpieczeństwa zarabiają na call center.
Jak podaje znany ukraiński tygodnik „Зеркало недели”, kwota ta wynosi ponad 24 miliony dolarów miesięcznie w zamian za m.in. ochronę przed przeszukaniami.
Na Ukrainie działa około 2000 fałszywych call center, a siły bezpieczeństwa zarabiają ponad 24 miliony dolarów miesięcznie, chroniąc połowę z nich, według ukraińskiej publikacji „Zerkało Niedieli”.
Według jego źródeł, ponad 1000 call center płaci miesięczną „opłatę abonamentową”, która gwarantuje im ochronę i pozwala uniknąć przeszukań. Środki są rozdzielane między agencje, w tym przedstawicieli Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, Głównego Zarządu Wywiadowczego, Policji Narodowej, Prokuratury, Służby Monitoringu Finansowego i Państwowej Straży Granicznej.
W publikacji zauważono, że miesięczna opłata za każde call center [centrum kontaktów z klientami] wynosiła wcześniej ponad 20 000 dolarów. 3000 dolarów z każdej płatności było przeznaczone dla prokuratorów. Jednak po objęciu stanowiska prokuratora generalnego przez Ruslana Krawczenkę miesięczna opłata za call center wzrosła do 24 000 dolarów, a udział prokuratorów do ponad 7000 dolarów. W ten sposób, za kadencji Krawczenki, miesięczne płatności na rzecz organów ścigania wzrosły z 20 milionów dolarów do ponad 24 milionów dolarów.
4 września Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy ogłosiło nową operację o nazwie „Kartagina”, mającą na celu wykrycie organizacji przestępczej kierowanej przez zastępcę naczelnika wydziału Prokuratury Generalnej. Według śledczych, organizacja zajmowała się ochroną fałszywych call center i praniem pieniędzy.
Przeszukania przeprowadzono w biurach Prokuratora Generalnego, jego pierwszego zastępcy i innych pracowników.
Donald Trump twierdzi, że problemem wojny na Ukrainie jest nienawiść między Zełenskim a Putinem.
[Spalenie żywcem kilkudziesięciu Rosjan, bombardowanie ludności w Donbasie, zabijanie cywilów – to pestka, to się nie liczy. Najważniejsza jest „nienawiść”. Zapewne z powodu źle dobranego krawata – admin]
Wysłał więc Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera najpierw do Moskwy, a potem do Kijowa z pomysłem na pokój. Wysłannicy wylądowali w Rosji w sobotę. Jutro mają odwiedzić Zełenskiego. Na czas wizyty ogłoszono tymczasowe wstrzymanie ataków.
Z perspektywy Waszyngtonu wygląda to jak kolejna próba zakończenia konfliktu. Z Moskwy widać to inaczej. Trump chce zdjąć Ukrainę z biurka, ponieważ ma drugi, wciąż niezamknięty front: Iran. I właśnie dlatego Putin może stawiać warunki, zamiast je przyjmować.
Wojna z Iranem, rozpoczęta uderzeniami USA i Izraela pod koniec lutego, na miesiące zepchnęła Ukrainę na drugi plan. Te same osoby, które dziś jeżdżą do Putina i Zełenskiego — Witkoff i Kushner — prowadziły rozmowy wokół cieśniny Ormuz i zawieszenia broni z Teheranem. Amunicja, systemy Patriot i uwaga Białego Domu trafiły wtedy głównie na Bliski Wschód. Ukraińskie rozmowy zamarzły.
Amerykańskie służby raportowały później, że Putin odczytał to jako osłabienie Trumpa. Skoro Waszyngton jest związany Iranem, Moskwa może czekać i podbijać stawkę w Ukrainie. Szef CIA John Ratcliffe jeździł do Moskwy między innymi po to, by ostrzec Kreml, aby nie liczył zbyt mocno na rozproszenie uwagi Amerykanów. Sam fakt, że taki komunikat trzeba było dostarczyć osobiście, pokazuje, jak Kreml interpretuje sytuację.
Trump od początku traktuje wojnę w Ukrainie jako spadek po Joe Bidenie. Obiecywał szybkie zamknięcie tematu, czego nie zrobił. Teraz wraca do niego w momencie, gdy Iran nadal uszczupla jego kapitał polityczny, a Stany chcą od Rosji przynajmniej częściowego odcięcia Teheranu od wsparcia i handlu.
Dla Putina to nie jest prośba o pokój. To sygnał, że Waszyngton potrzebuje porządku w Europie, aby opanować sytuację na Bliskim Wschodzie.
Dlatego rosyjskie warunki nie łagodnieją. Kreml wciąż mówi o Donbasie, neutralności Ukrainy, ograniczeniu jej armii, sankcjach oraz pisemnej deklaracji Zachodu, że NATO nie przesunie się dalej na wschód. Źródła zbliżone do Moskwy przed tym weekendem mówiły wprost: oczekiwania są niskie, a Putin zgodzi się tylko na własnych warunkach, gdyż uważa, że ma przewagę.
Opowieść o osobistej nienawiści dwóch prezydentów jest wygodna. Pozwala Trumpowi przedstawić impas jako problem charakterów, a nie rozkładu sił. Nienawiść naprawdę istnieje i utrudnia bezpośrednie rozmowy. Jednak wojna nie stoi w miejscu od lat dlatego, że dwaj przywódcy się nie lubią. Trwa, bo Moskwa chce ziemi i określonego statusu Ukrainy, a Kijów tego nie oddaje. Wysłannicy mogą przywieźć propozycję, ale nie zmienią faktu, że to Trump bardziej zależy na wygaszeniu tematu.
Produkcja mniej zaawansowanych Patriotów w Ukrainie wpisuje się w ten obraz. Waszyngton nie chce oddawać najnowszej technologii, ale chce pokazać Kijowowi gest. Dla Moskwy nie jest to argument do ustępstw. To potwierdzenie, że Amerykanie szukają tańszego sposobu na wycofanie się z linii frontu.
Jeśli w ten weekend nie pojawi się nic poza kolejnym konstruktywnym komunikatem, logika Kremla tylko się wzmocni. Trump potrzebuje zamknięcia ukraińskiego frontu bardziej niż Putin potrzebuje amerykańskiej zgody. W takiej konfiguracji warunki dyktuje ten, kto może poczekać. A poczekać może Moskwa.
Komentarze 2 to “Misja Trumpa w Moskwie i Kijowie. Dlaczego to Putin dyktuje warunki?”
Быдлошевский Л.З. said 2026-09-05 (Sobota) @ 22:05:06 https://www.youtube.com/embed/1NnQMZ1Dghk?version=3&rel=1&showsearch=0&showinfo=1&iv_load_policy=1&fs=1&hl=pl&autohide=2&wmode=transparent 13 minut. Константин Сивков – pułkownik i bardzo mądry człowiek dzisiaj powiedział że Banderowiec Буданов ocenił miesięczne straty jego armii na 30 000 Banderowca w miesiąc a Putin rzekł że 12 000 Banderowca na miesiąc i wszystko się zgadza Putin ocenił tylko zabitych a Буданов zabitych i rannych niezdolnych do walki…Dobry rok temu wyczytałem w „Nowinach Rzeszowskich” że jest ponad 100 000 Banderowców bez ręki, nogi, a nawet bez dwóch rąk i bez dwóch nog. Glupi prezydent miasta z dumą opowiadał że Polska tym ludziom oczywiście że za darmo daje protezy i ich leczy…Jak to glupia Polska… 🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦
Быдлошевский Л.З. said 2026-09-05 (Sobota) @ 22:23:15 https://www.youtube.com/embed/eZ6S0NPaRmc?version=3&rel=1&showsearch=0&showinfo=1&iv_load_policy=1&fs=1&hl=pl&autohide=2&wmode=transparent 14 minut.
W Moskwie się odbywają rozmowy z Putinem i dwoma Amerykancami a już są dobre filmy z tego spotkania i komentarz dziennikarza…
Sergey Naryszkin, szef rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego, SVR, jest jednym z najlepiej poinformowanych ludzi na świecie.
SANKT PETERSBURG, 4 września. /TASS/.
Ryzyko konfliktu na dużą skalę w całej przestrzeni euroazjatyckiej jest całkiem realne, a to budzi poważne zaniepokojenie, powiedział dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego (SVR) Siergiej Naryshkin na 22. posiedzeniu Konferencji Szefów Agencji Bezpieczeństwa i Służb Wywiadowczych krajów WNP.
Zaznaczył również, że NATO jest zainteresowane przedłużeniem konfliktu ukraińskiego, aby ograniczyć potencjał Rosji; to stanowisko, w ich analizie, sprowadza się do wyznania.
TASS zebrał kluczowe oświadczenia szefa SVR.
Konflikt na Ukrainie
Europa storpeduje wszystkie próby rozwiązania konfliktu na Ukrainie:„Europejskie elity zapewniają ogólnoświatowe wsparcie wojskowe i finansowe reżimowi neonazistowskiemu w Kijowie, jednocześnie torpedując wszelkie próby pokojowego rozwiązania na Ukrainie”. Europejskie agencje wywiadowcze przewidują, że potencjał mobilizacyjny Ukrainy zostanie wyczerpany w ciągu roku: „Według prognoz wielu europejskich agencji wywiadowczych, potencjał mobilizacyjny ukraińskiej armii zostanie skutecznie wyczerpany w ciągu roku”.
Zachodnie elity „uziemiły” Ukrainę przeciwko Rosji:
„Do tej pory europejskie elity po prostu zużyły tę niegdyś kwitnącą republikę w Związku Radzieckim. Zużyli ją przeciwko Rosji. „Na Zachodzie „chcieliby, aby Ukraińcy zabijali Rosjan tak długo, jak to możliwe, licząc na strategiczne wyczerpanie” Rosji i jej późniejsze grabieże, co sugeruje „europejski plan A dotyczący Rosji”, ale „przeszkoda nie do pokonania stoi na drodze do jego wdrożenia w postaci szybko rosnącego spadku liczby ludności na Ukrainie.
„Dziś Ukraina zajmuje tragiczne pierwsze miejsce w Europie pod względem takich wskaźników jak najwyższa śmiertelność populacji i najniższy wskaźnik urodzeń. Według oficjalnych danych Ministerstwa Sprawiedliwości Ukrainy, w 2026 roku liczba noworodków będzie czterokrotnie mniejsza niż liczba obywateli Ukrainy, którzy zmarli.
Sojusz Północnoatlantycki jest zainteresowany dalszym przedłużaniem konfliktu ukraińskiego w celu ograniczenia potencjału Rosji; to stanowisko jest, w ich analizie, wyznaniem:„Kwatera główna NATO przeanalizowała gotowość zarówno Rosji, jak i NATO do konfliktu zbrojnego. Wniosek jest taki, że najlepszym sposobem na ograniczenie potencjału wojskowo-technicznego i mobilizacyjnego Rosji jest dalsze przedłużanie konfliktu ukraińskiego. To zdanie brzmi jak wyznanie.
„Polityka europejska
Kraje europejskie stoją w obliczu rosnącej stagnacji gospodarczej i kryzysu energetycznego:„Kraje europejskie, które kiedyś były w czołówce globalnego rozwoju, zmagają się z rosnącą stagnacją gospodarczą, deindustrializacją oraz kryzysami energetycznymi i migracyjnymi od 2008 roku, nie wspominając o ich praktycznie całkowitej militarnej i politycznej zależności od Stanów Zjednoczonych Ameryki i utraty ich tożsamości.
„Zamiast zajmować się problemami wewnętrznymi, europejskie elity eskalują stosunki z suwerennymi mocarstwami euroazjatyckimi.
„Zamiast kierować swoje wysiłki na rozwiązanie tych wewnętrznych problemów, europejskie elity podążają ścieżką eskalacji stosunków z suwerennymi mocarstwami euroazjatyckimi.
„Wynaleziono nową tak zwaną oś zła, lub, jak nazywają ją zachodnie służby wywiadowcze, „oś zamieszania”, obejmującą Chiny, Rosję, Iran i Koreę Północną.Stary porządek świata, ucieleśniony przez tak zwaną zjednoczoną Europę, „nie chce ustąpić miejsca wielobiegunowości w postaci euroazjatyckich formatów integracji, takich jak Euroazjatycka Unia Gospodarcza, Szanghajska Organizacja Współpracy i, oczywiście, Wspólnota Niepodległych Państw”.
Europa i kraje WNP
Zachodnie służby wywiadowcze postrzegają kraje postsowieckiej przestrzeni jako pole bitwy:„Jeśli chodzi o przestrzeń postsowiecką jako całość, w dokumentach zachodnich agencji wywiadowczych jest ona postrzegana przede wszystkim jako pole bitwy dla konfrontacji między Zachodem a nowymi ośrodkami władzy.”„Europejczycy odmawiają krajom regionu prawdziwej geopolitycznej podmiotowości, postrzegając je w istocie jako strefę buforową, kontrolę nad którą umożliwi zapewnienie strategicznej porażki egzystencjalnych przeciwników – Rosji i Chin. „Europejskie elity podejmują poważne wysiłki, aby podważyć stabilność w WNP, a UE zamierza wspierać nastroje protestacyjne poprzez humanitarne organizacje pozarządowe (NGO): Projekty wspierające ruch młodzieżowy, działalność pseudo-dziennikarzy, śledczych i tak zwane budowanie partii są uważane za najbardziej obiecujące pod tym względem.
„Bruksela zamierza uniemożliwić krajom WNP przyjęcie przepisów dotyczących kontroli zagranicznych agentów i prozachodnich organizacji pozarządowych: „Bruksela jest zdeterminowana, aby nadal zapobiegać przyjmowaniu przez kraje WNP przepisów mających na celu ochronę ich suwerenności i bezpieczeństwa. Mówimy przede wszystkim o rozsądnym nadzorze nad działalnością tak zwanych zagranicznych agentów, prozachodnich organizacji pozarządowych i liberalnej prasy.
„Ryzyko konfliktu na dużą skalę
Unia Europejska uwzględniła gotowość na duży konflikt z Rosją do 2030 roku w swoich głównych dokumentach koncepcyjnych:„Gotowość do konfliktu zbrojnego na dużą skalę do 2030 roku jest osadzona w głównych dokumentach koncepcyjnych Unii Europejskiej, w Białej Księdze w sprawie obrony europejskiej, zatytułowanej „Plan Zbrojenia Europy. Gotowość do 2030 roku.
„Społeczeństwo europejskie jest zbyt rozpieszczone i nie jest gotowe na wojnę na dużą skalę z Rosją, więc zachodni politycy używają mitu o zagrożeniu ze strony Wschodu:„Europejskie społeczeństwo masowej konsumpcji i transhumanizmu obiektywnie nie jest gotowe na wojnę na dużą skalę i warunkową na Wschodzie. Jest zbyt rozpieszczone i zboczone. Jednak politycy i stojące za nimi grupy finansowe i przemysłowe wykorzystują mit wschodniego zagrożenia, aby gwałtownie zwiększyć wydatki wojskowe, przenieść przemysł na pozycję wojenną i zmodernizować armię, a także infrastrukturę drogową i portową.
„Ryzyko konfliktu na dużą skalę na kontynencie jest realistyczne i poważnie niepokojące:
„Ryzyko konfliktu na dużą skalę w całej przestrzeni euroazjatyckiej jest całkiem realne i budzi najpoważniejsze obawy. Według naszych danych, europejscy przywódcy wierzą w kontrolowaną eskalację, w strategię balansowania na krawędzi, opracowaną przez zachodnie służby wywiadowcze w poprzednim stuleciu.
„Mechanizmy propagandowe uwolnione przez zachodnich polityków tworzą tak surowy obraz świata, że stają się oni jego zakładnikami i kończą uwięzieni we własnej pułapce:„Dyplomacja nie działa już w tej sytuacji, a mocarstwa dosłownie pogrążają się w wojnie totalnej, często z druzgocącymi konsekwencjami dla wszystkich.
Musimy zapobiec takiemu rozwojowi wydarzeń. Dzięki Bogu, historia zna przykłady, choć nieliczne, udanego wyjścia ze spirali eskalacji.
Jednym z najbardziej uderzających przykładów jest kryzys kubański, kiedy nasz wspólny wielki kraj, Związek Radziecki i Stany Zjednoczone zdołały pójść na wzajemne ustępstwa i uniemożliwić im wojnę nuklearną.”
Na Ukrainie nadal widoczne są oznaki wewnętrznych niepokojów. Ostatni z nich miał miejsce wczoraj, kiedy doszło do strzelaniny między dwoma aparatami bezpieczeństwa SBU i GUR, w wyniku której wielu funkcjonariuszy zostało postrzelonych i rannych.
Poniższy film pokazuje początkowe momenty, ale mówi się, że strzelanina trwała później jeszcze przez wiele godzin:
Could not load video.
Wszystko najwyraźniej zaczęło się od zatrzymania przez SBU dowódcy „legionu rosyjskiego”, należącego do podgrupy GUR. Ta relacja zawiera szczegółowy opis, dla zainteresowanych szczegółami wydarzeń:
Gdy dwie najważniejsze ukraińskie agencje wywiadowcze uciekają się do otwartej wymiany ognia, staje się to namacalnym znakiem zbliżających się wydarzeń, w których kraj stopniowo pogrąża się w otchłani.
Wraz z nadejściem Ukrainy, Europa z impetem podsyca kolejne hybrydowe prowokacje przeciwko Rosji, próbując zachwiać jej równowagi i odwrócić jej uwagę od wszelkich możliwych działań. Wczoraj Norwegia przejęła rosyjski statek badawczy w pobliżu Svalbardu, podczas gdy w Niemczech rosyjska panika jest nadal podsycana za pomocą sztucznych narracji:
W Niemczech w ciągu ostatnich 24 godzin doszło do trzech podejrzanych incydentów:
— dwóch podejrzewanych aktów sabotażu przeciwko infrastrukturze energetycznej w Brandenburgii i Bergheim
— oraz eksplozji w pobliżu dworca kolejowego w Augsburgu.
* 1 września, około godziny 8:00 rano, odkryto uszkodzenie linii wysokiego napięcia w podstacji w Brandenburgii, a także ponad 20 domowej roboty, rakietopodobnych urządzeń pirotechnicznych, które najwyraźniej miały spowodować zwarcie.
* 1 września, około godziny 20:00, doszło do zwarcia w podstacji w Bergheim. Funkcjonariusze organów ścigania, którzy przybyli na miejsce zdarzenia, znaleźli 6 podobnych urządzeń do odpalania ładunków pirotechnicznych.
* 2 września, około godziny 3:15 rano, w pobliżu dworca kolejowego w Augsburgu doszło do eksplozji nieznanego obiektu. 18-letni mężczyzna i 17-letnia kobieta, oboje obywatele Ukrainy, zostali lekko ranni.
Chociaż związek między dwoma atakami na stacje elektroenergetyczne jest niemal pewny, eksplozję w Augsburgu uważa się obecnie za odrębną ze względu na czas, sposób i miejsce zdarzenia. Niemiecka policja wszczęła śledztwo w sprawie podejrzenia zagranicznego sabotażu i utworzenia organizacji terrorystycznej.
Pożar wybuchł w nocy w fabrykach WB Electronics. To firma produkująca części zamienne do dronów używanych przez polską i ukraińską armię. Według nieoficjalnych informacji, monitoring zarejestrował zamaskowanego mężczyznę na terenie zakładu. Służby specjalne nie wykluczają podpalenia. Na miejscu pracuje Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. „Traktujemy sprawę niezwykle poważnie” – powiedział rzecznik koordynatora służb specjalnych.
Tymczasem w Danii władze odkryły domniemane rosyjskie plany sabotażu duńskich firm wojskowych powiązanych z pomocą dla Ukrainy. Rosyjskie agencje wywiadowcze podobno próbowały zatrudnić lokalnych „pełnomocników” do tego zadania:
Intrygujący nowy francuski film „Jupiter” zgłębia to, co dzieje się, gdy Europa staje w obliczu groźby wojny nuklearnej: z podziemnego bunkra pod Pałacem Elizejskim nowo wybrany prezydent Francji musi stawić czoła szybko eskalującemu kryzysowi z Rosją. Film, który ukazał się w czasie, gdy wojna na Ukrainie zmienia europejski porządek bezpieczeństwa, idzie o krok dalej, wyobrażając sobie rozszerzenie ochrony nuklearnej na Ukrainę.
Jak widać, Europa z impetem podsyca panikę i sianie paniki, aby wywołać swego rodzaju polityczną falę sprzeciwu wobec Rosji. Nie działa to jednak zbyt dobrze, ponieważ elity europejskie roztrwoniły większość swojego kapitału politycznego, a ich otępiali obywatele cierpią z powodu poważnego zmęczenia ukraińską propagandą.
Media głównego nurtu powtarzają te same stare, nudne hasła:
Z pewnością Rosja miałaby interes w sabotowaniu zagranicznych firm wojskowych zaopatrujących Ukrainę. W końcu są one współwinne ukraińskich ataków terrorystycznych na rosyjską ludność cywilną, nie wspominając o atakach w ogóle, co można by łatwo uznać za równoznaczne z uznaniem tych krajów europejskich za strony wojny.
Poza tym jednak Rosja prawdopodobnie nie będzie miała wiele czasu do stracenia na nieistotnych Europejczyków, skoro jej własna kampania wojskowa na Ukrainie znów nabiera tempa.
Dziś rano podobno ogłoszono zdobycie kilku wiosek nad kotłem w obwodzie charkowskim:
Jak poinformowało Ministerstwo Obrony, armia rosyjska wyzwoliła wsie Wasiljewka, Błagodatne i Dowżanka w obwodzie charkowskim.
Te osady znajdują się właśnie tutaj, co oznaczałoby, że cały kocioł na północ od tego obszaru zostałby zamknięty, co skutkowałoby zdobyciem znacznego terytorium wzdłuż granicy:
Kilku wybitnych kartografów kwestionowało tę informację, a przynajmniej zakres całkowitego zamknięcia kotła, ale wkrótce przekonamy się, czy to prawda. Tak czy inaczej, prawdopodobnie zapowiada to upadek tego obszaru w niedalekiej przyszłości, ponieważ siły rosyjskie wyraźnie tu nacierają.
Ukraińskie kanały telewizyjne nadal narzekają na fatalną sytuację na froncie. Słynna Brygada Szybkiego Reagowania Rubiża Ukrainy pisze uroczyście:
Tymczasem oficjalny kanał ukraińskiego oficera informuje, że dla AFU na froncie zaczęły się poważne braki paliwa:
Po letniej kampanii chwalenia się zniszczeniem rosyjskiej logistyki na Krymie poprzez atakowanie rosyjskich ciężarówek dostawczych, Ukraina sama stoi teraz przed koniecznością rozliczenia się z własnego systemu transportowego. Rosyjska grupa dronów opublikowała nowe nagranie pokazujące atak na dziesiątki ukraińskich przewoźników, które daje wgląd w to, jak odwróciły się role:
Kompilacja ataków z użyciem drona FPV „Geran-4” i amunicji krążącej „Lancet” przeprowadzonych przez operatorów 50. Samodzielnej Brygady Bezzałogowych Systemów „Wariag” Rosji na ukraińskie ciężarówki transportowe.
Could not load video.
Najnowsze doniesienia donoszą, że Kijów został zaatakowany przez pierwszy w historii atak FPV. Wcześniej odległość była zbyt duża, aby FPV mogły dotrzeć do stolicy, ale teraz większe rosyjskie drony-matki zaczęły zrzucać FPV bezpośrednio nad miastem:
Film prezentujący nowsze rosyjskie bomby ślizgowe UMPK wspomagane rakietowo, które teraz latają dalej niż kiedykolwiek:
Could not load video.
Przypomnijmy, że w niedawnym raporcie wspomnieliśmy o najnowszych komentarzach Putina, który stwierdził, że ukraińska kampania przeciwko rosyjskim rafineriom dobiega końca, ponieważ na masową skalę zaczynają być wprowadzane nowe środki zaradcze.
Could not load video.
Dziś niektóre z nich zostały po raz pierwszy dostrzeżone, ponieważ opublikowano zdjęcia przedstawiające rodzaje konstrukcji obronnych, jakie powstają obecnie wokół rosyjskich baz paliwowych — kliknij, aby powiększyć:
Film przedstawia budowę takiego obronnego zadaszenia:
Could not load video.
W nowym oświadczeniu Putin twierdzi, że do naprawy pozostało zaledwie 10% uszkodzonych rafinerii, co – jeśli mamy go dobrze zrozumieć – oznaczałoby, że praktycznie wszystko zostało już naprawione:
Could not load video.
Putin w końcu bezpośrednio odpowiedział na pogłoski o mobilizacji, stwierdzając, że „ na chwilę obecną nie ma takiego scenariusza , który wymagałby mobilizacji”:
Could not load video.
Z kolei Zełenskiemu czas ucieka, a główne media coraz bardziej zwracają się przeciwko niemu:
W najnowszym artykule w „Foreign Policy” napisano, że poważna „wahanie nastrojów” w kraju ostatecznie odwróciło całe poparcie społeczne od niegdyś lubianego Zełenskiego:
Ale teraz, po ponad siedmiu latach urzędowania, czterech i pół roku wojny z Rosją i serii skandali z udziałem jego ekipy kierowniczej i bliskich przyjaciół,Zełenski najwyraźniej stracił poparcie polityczne kraju. Sondaż opublikowany na początku sierpnia wskazuje na znaczną zmianę nastrojów wśród Ukraińców, sugerując, że wielu z nich straciło zaufanie do Zełenskiego i przy najbliższej okazji odsunęłoby go od władzy.
Pojawiły się doniesienia, że rosyjska fabryka Alabuga, w której produkowany jest dron Geran, poczyniła tak ogromne i bezprecedensowe postępy, że wkrótce będzie w stanie produkować aż 11 000 Geranów miesięcznie, podczas gdy obecne szacunki wskazują na ok. 5000 sztuk miesięcznie.
Na razie jedyne, co pozostaje Ukrainie, to błagać Europę o więcej pieniędzy na nadchodzącą zimę, która przyniesie bezprecedensowe rosyjskie ataki. Przypomnijmy, że Putin właśnie zapowiedział nową kampanię przeciwko infrastrukturze energetycznej, która jeszcze się nie rozpoczęła.
Już niedługo zobaczymy, ile jeszcze cierpienia może znieść Ukraina.
Rada Stosunków Zagranicznych w istocie domaga się odsunięcia Zełenskiego od władzy.
Chociaż niemieckie media ignorują otwarty konflikt między Zełenskim a jego zachodnimi zwolennikami, jest to fakt. Teraz artykuł w „Foreign Policy” ujawnia, że Zełenski może zostać zamordowany.
Anti-Spiegel 4 wrzesień 2026
Od miesięcy relacjonuję spór między Zełenskim a UE i wygląda na to, że niezadowolenie z Zełenskiego narasta również w USA. Przyczyn jest wiele.
Chociaż UE kilka miesięcy temu zdecydowała się na zaciągnięcie 90 miliardów euro pożyczki dla Ukrainy, opóźnia wypłaty pilnie potrzebnej Kijowowi pożyczki, ponieważ w zamian domaga się zmian w prawie 20 ukraińskich ustawach. Zmiany te pozwoliłyby UE przejąć kontrolę nad ukraińskimi służbami bezpieczeństwa i organami ścigania – a w efekcie kontrolę nad krajem. Zełenski jednak jak dotąd odmawia podporządkowania się, co stanowi pierwszy poważny punkt sporny.
Drugim punktem spornym jest nominacja Fiodorowa, byłego ministra obrony, którego Zełenski zwolnił półtora miesiąca temu wbrew woli Zachodu, ponieważ stał się zbyt potężny i zbyt popularny, a tym samym stanowił zagrożenie dla władzy Zełenskiego. Ta decyzja personalna rozgniewała również Stany Zjednoczone, dokąd Fiodorow demonstracyjnie poleciał kilka dni temu po objęciu stanowiska doradczego we włoskim Ministerstwie Obrony. Oba te wydarzenia pokazują, że Europejczycy i Amerykanie demonstracyjnie chronią Fiodorowa, który teraz bezpośrednio i otwarcie atakuje Zełenskiego, publicznie oskarżając go o korupcję i domagając się nowych wyborów.
Toczy się gra o wysoką stawkę, w której UE wstrzymuje pilnie potrzebne fundusze Zełenskiemu, podczas gdy Zełenski liczy na to, że UE ostatecznie je uwolni, ponieważ chce kontynuować wojnę z Rosją i zapobiec upadkowi Ukrainy z powodu braku funduszy. Zełenski najwyraźniej uważa, że ma przewagę, mimo że to on prosi o pomoc.
Zachód wciąż jednak ma asa w rękawie: może w każdej chwili odsunąć Zełenskiego od władzy, na przykład poprzez oskarżenia o korupcję (lub inne sztuczki i intrygi). Wydaje się to teraz realną możliwością, ponieważ w „Foreign Policy”, gazecie wpływowego think tanku Council in Foreign Relations, ukazał się artykuł, który jest wyraźnie krytyczny wobec Zełenskiego i kończy się wezwaniem do jego obalenia.
Opinia publiczna staje się niechętna Zełenskiemu z powodu obaw o korupcję i lat wojny.
Przez większość jego prezydentury, a zwłaszcza od czasu rozpoczęcia przez Rosję wojny na pełną skalę, ukraińscy wyborcy jednoczyli się wokół Wołodymyra Zełenskiego jako filaru odporności i jedności narodu. I nie bez powodu: był skutecznym przywódcą w czasie wojny i pomógł zmobilizować demokratyczny świat w imieniu Ukrainy.
Ale teraz, po ponad siedmiu latach urzędowania, czterech i pół roku wojny z Rosją i serii skandali z udziałem jego ekipy kierowniczej i bliskich przyjaciół, Zełenski najwyraźniej stracił poparcie polityczne kraju. Sondaż opublikowany na początku sierpnia wskazuje na znaczną zmianę nastrojów wśród Ukraińców, sugerując, że wielu z nich straciło zaufanie do Zełenskiego i przy najbliższej okazji odsunęłoby go od władzy.
Ta zmiana w opinii publicznej prawdopodobnie nasili się w obliczu nowego skandalu z udziałem bliskiego otoczenia prezydenta. Niestety, Zełenski prawie nie skomentował domniemanych nadużyć swoich najbliższych powierników. Twierdzi, że nie jest objęty śledztwem agencji antykorupcyjnych, co jest twierdzeniem mylącym, ponieważ ukraińska konstytucja zabrania takim instytucjom prowadzenia śledztw lub ścigania urzędującego prezydenta.
Ten brak moralnego kompasu jest tym bardziej szokujący, biorąc pod uwagę wzniosłe obietnice, jakie Zełenski złożył podczas kampanii wyborczej w 2019 roku, gwarantując postawienie w stan oskarżenia i skazanie skorumpowanych urzędników w ciągu kilku miesięcy od objęcia urzędu. Mimo to ponad tuzin deputowanych z jego partii, liczni ministrowie i pracownicy jego administracji prezydenckiej zostali oskarżeni lub postawieni w stan oskarżenia o korupcję i nielegalne wzbogacenie.
Najnowsze sondaże przeprowadzone przez ukraiński instytut sondażowy SOCIS pokazują, że Ukraińcy postrzegają obecnie korupcję jako problem poważniejszy niż sama wojna, częściowo dlatego, że łączą losy Ukrainy na polu bitwy z korupcją na najwyższych szczeblach władzy. Aż 90% Ukraińców uważa, że korupcja osiągnęła wysoki lub ekstremalnie wysoki poziom. Najbardziej wyraźnym i znaczącym wskaźnikiem tej zmiany jest jednak fakt, że prawie 57% Ukraińców obwinia Zełenskiego za powszechną korupcję, co stanowi prawie dwukrotność wyniku podobnego sondażu SOCIS przeprowadzonego w kwietniu 2025 roku. Sondaż SOCIS przewiduje również, że w drugiej turze wyborów trzech różnych rywali pokona go miażdżącą przewagą około 2 do 1.
Spadek popularności Zełenskiego jest w dużej mierze wynikiem jego własnej filozofii rządzenia, opartej na rządach niewielkiej grupy urzędników cenionych za osobistą lojalność. Przez lata Zełenski chwalił i bronił tego wysoce scentralizowanego systemu rządzenia, w którym praktycznie wszystkie decyzje zapadają w gabinecie prezydenta. W grudniu 2023 roku zasłynął stwierdzeniem, że krajem rządzi zespół pięciu lub sześciu kluczowych menedżerów. Taka centralizacja, choć niekonstytucyjna, była od dawna akceptowana przez społeczeństwo jako konieczna w obliczu stanu wyjątkowego.
Jednak w ciągu ostatniego roku liczne skandale w bliskim otoczeniu Zełenskiego podważyły zaufanie publiczne, a jego system rządów, oparty na bliskich zaufanych i menedżerach, legł w gruzach. Czterech czołowych menedżerów Zełenskiego jest oskarżonych o nielegalne działania.
Andrij Smirnow, były wiceszef Administracji Prezydenta, został oskarżony przed Najwyższym Sądem Antykorupcyjnym o nielegalne wzbogacenie i pranie pieniędzy. W styczniu Rostisław Szurma, były wiceszef ds. ekonomicznych w Administracji Prezydenta, otrzymał wezwanie pod zarzutem udziału w wielomilionowym oszustwie związanym z dotowanymi przez państwo „zielonymi taryfami” generowanymi przez elektrownie słoneczne jego brata. Obecnie mieszka w Niemczech i nie wrócił na Ukrainę.
Oleg Tatarow, wiceszef Administracji Prezydenta i prawdopodobnie najbardziej wpływowy doradca Zełenskiego, prawdopodobnie skorzystał na przeniesieniu sprawy o korupcję przeciwko niemu z niezależnego Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) do Prokuratury Generalnej, która znajduje się w rękach zwolenników Zełenskiego.
No i oczywiście mamy jeszcze niesławną sprawę Andrieja Jermaka, byłego szefa sztabu Zełenskiego, który w maju został oskarżony przez NABU i Specjalną Prokuraturę Antykorupcyjną (SAP) o pranie pieniędzy. Jest on oskarżony o przynależność do grupy, która prała nielegalne środki i wykorzystywała część z nich do finansowania budowy luksusowych nieruchomości. Obecnie przebywa na wolności za kaucją.
19 sierpnia Irina Mudraja została zdymisjonowana ze stanowiska wiceszefa Administracji Prezydenta. Stało się to po dochodzeniu prowadzonym przez NABU w ramach „Operacji Forrest Gump” w sprawie domniemanego prania pieniędzy na kwotę 3,3 miliona dolarów, które rzekomo zostały przetworzone przez bank państwowy w celu zapewnienia kaucji byłemu ministrowi.
Działania Mudraji mają dalekosiężne konsekwencje, ponieważ najwyraźniej sięgają wyższych szczebli hierarchii. Śledczy przedstawili dowody w postaci rozmów telefonicznych, w których zeznała, że ułatwiła nielegalne pozyskanie pieniędzy na kaucję na polecenie swojego „szefa”. Wielu ukraińskich dziennikarzy podejrzewa, że wspomnianym przez nią „szefem” jest prawdopodobnie Kirył Budanow, szef administracji prezydenckiej, który rzekomo zainicjował działania mające na celu pozyskanie pieniędzy na kaucję na polecenie prezydenta Zełenskiego.
Co więcej, Timur Mindicz, kluczowy partner biznesowy w firmie producenckiej Zełenskiego, zajmującej się produkcją filmową i telewizyjną, oraz wspólnik Serhija Szefira, jest uwikłany w poważny skandal korupcyjny. Po objęciu urzędu prezydenta Zełenski powierzył Szefirowi zarządzanie częścią swoich aktywów. Przechwycone rozmowy i akty oskarżenia ukraińskiej agencji antykorupcyjnej sugerują, że Mindicz należał do organizacji przestępczej, w skład której rzekomo wchodzili były minister sprawiedliwości i energetyki, były wicepremier oraz szef sztabu Zełenskiego. Grupa ta jest oskarżona o wymuszenia, czerpanie korzyści z faworyzowania państwa oraz defraudację dochodów z instytucji państwowych. Przechwycone rozmowy wskazują również, że Rustem Umerow, niedawno mianowany przez prezydenta szefem ukraińskiego wywiadu zagranicznego, mógł promować prywatne interesy Mindicza.
Kiedy wybuchła afera Mindicza, rząd Zełenskiego najwyraźniej wykorzystał Prokuraturę Generalną i Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) do wszczęcia kilkunastu śledztw przeciwko agentom NABU i aresztowania kilku osób pod zarzutem zdrady i współpracy z wrogiem. Niektóre z tych zarzutów dotyczyły śledczego Wiktora Husarowa i wysokiego rangą urzędnika ds. walki z korupcją Rusłana Mahamedrasulowa, którzy obaj prowadzili śledztwo w kręgu przyjaciół, zaufanych i doradców Zełenskiego. Ataki te, postrzegane przez niektórych jako próba zdyskredytowania agencji antykorupcyjnych, zbiegły się z inicjatywami legislacyjnymi biura i partii Zełenskiego, mającymi na celu położyć kres niezależności NABU i SAP.
Po tygodniu masowych protestów i nacisków ze strony zachodnich darczyńców Zełenski ustąpił. Zarzuty zdrady wobec Husarowa zostały ostatecznie wycofane, a Mahamedrasulow został zwolniony z aresztu. Większość aktywistów antykorupcyjnych uważa jego zarzuty za bezpodstawne.
Spadająca popularność Zełenskiego była również wynikiem jego nieprzewidywalnej polityki kadrowej. Pierwszy poważny cios dla popularności Zełenskiego nastąpił w lutym 2024 roku wraz z dymisją generała Walerija Załużnego, popularnego i odnoszącego sukcesy naczelnego dowódcy ukraińskich sił zbrojnych. Następnie zdymisjonowano Dmytro Kulebę, jego ministra spraw zagranicznych, a ostatnio, w połowie lipca, po zaledwie sześciu miesiącach urzędowania, ministra obrony Michaiła Fiodorowa, który odegrał kluczową rolę w cyfryzacji Ukrainy i przejściu na wojnę wspieraną sztuczną inteligencją i dronami. Wszyscy zdymisjonowani urzędnicy cieszyli się wysokim zaufaniem społecznym i powszechną popularnością na Ukrainie.
Częste dymisje kluczowych urzędników również osłabiły poparcie dla Zełenskiego. Podczas jego prezydentury ośmiu ministrów obrony i siedmiu ministrów gospodarki. Nieco lepiej radzili sobie premierzy; było ich w sumie pięciu, z czego trzej działali cicho i ulegle wobec Zełenskiego i jego najbliższych współpracowników.
W przeszłości Zełenski odzyskiwał siły po spadkach poparcia, na przykład po dymisji Załużnego i publicznym konflikcie w Białym Domu z prezydentem USA Donaldem Trumpem i wiceprezydentem J.D. Vance’em. Jednak od zeszłego lata niezadowolenie społeczne z oskarżeń o korupcję wobec bliskiego otoczenia Zełenskiego i niedawnej dymisji Fiodorowa umocniło rozczarowanie społeczeństwa.
Ukraińscy wyborcy z pewnością rozumieją, że przeprowadzenie wyborów w trakcie wojny z ciągłymi rosyjskimi atakami na miasta i cele cywilne byłoby trudne. Istnieją ważne powody, dla których ukraińska konstytucja przekłada wszystkie wybory w czasie wojny. Prawie dwie trzecie Ukraińców objętych sondażem SOCIS popiera szybkie przeprowadzenie nowych wyborów w przypadku osiągnięcia wynegocjowanego zawieszenia broni lub porozumienia pokojowego.
Choć Zełenski cieszy się dużym poparciem, reprezentowanym przez ponad 20 procent wyborców, niewielu wyborców innych kandydatów poparłoby go, gdyby ich przeciwnik nie zakwalifikował się do drugiej tury wyborów. Nic więc dziwnego, że sondaż SOCIS przewiduje obecnie, że Zełenski przegra w drugiej turze z Zalużnym (34% do 66%), Fiodorowem (36% do 64%) i Budanowem (38% do 62%).
Jakie są konsekwencje spadku popularności Zełenskiego w drugiej turze wyborów?
Chociaż sondaż SOCIS pokazuje, że 55 procent Ukraińców uważa Zełenskiego za wodza nieskutecznego, społeczeństwo wykazuje silną jedność i rozumie, że musi nadal wspierać Zełenskiego jako głównodowodzącego narodu w czasie wojny, nawet jeśli nie akceptuje jego polityki wewnętrznej i stylu rządzenia.
Jednak nie wszystko w ukraińskiej kampanii wojskowej zależy od Zełenskiego i państwa. Odporność i innowacyjność narodu ukraińskiego odegrały kluczową rolę w odwróceniu losów wojny na polu bitwy. Społeczeństwo obywatelskie odpowiedziało na początkowe wezwanie do mobilizacji i nadało nowy impuls oporowi kraju. Ta niewielka grupa, głównie aktywiści organizacji pozarządowych, początkowo wyszkoliła tysiące bojowników w operacjach dronów, tworząc w ten sposób rynek dla dronów wojskowych, finansowanych najpierw poprzez crowdfunding, a później przez państwo.
Jednocześnie wysoki poziom niepopularności Zełenskiego stwarza ryzyko. Niezadowolenie z jego przywództwa może obniżyć morale w walkach. Co więcej, Ukraina zmaga się już z poważnym problemem odmowy służby wojskowej ze względu na przekonania. Rosnący cynizm społeczeństwa wobec osób sprawujących władzę może zaostrzyć ten problem. Równie niepokojący jest wzrost liczby ataków na cele cywilne. Nadchodząca zima wystawi na próbę morale Ukrainy, ponieważ Rosja, w obliczu braku systemów obrony przeciwrakietowej, ma poważnie zakłócić dostawy energii elektrycznej i ciepła na Ukrainę. Ciągłe przerwy w dostawie prądu i rosnące zniszczenia infrastruktury cywilnej wymagają obywatelskiej odwagi i przywództwa, które – jak w przeszłości – mogą zainspirować społeczeństwo do wytrwałości. Nie jest jasne, jak długo Zełenski będzie w stanie pełnić tę rolę i jak skutecznie.
Istnieją dwa możliwe rozwiązania tego problemu. Pierwsze, czyli przeprowadzenie wyborów w czasie wojny, cieszy się niewielkim poparciem wśród ludności ukraińskiej, jest niezwykle skomplikowane logistycznie i obecnie nielegalne. Drugie podejście zakłada gruntowną reformę systemu rządzenia poprzez ograniczenie wpływu prezydenta na politykę wewnętrzną, utworzenie rządu jedności narodowej i umożliwienie dostępu do kompetentnych i nieskorumpowanych urzędników z konkurencyjnych partii, a także do licznych kompetentnych urzędników, których Zełenski zdymisjonował, ponieważ uważał ich za potencjalnych konkurentów.
Niestety, nic nie wskazuje na to, że Zełenski jest zdolny do podjęcia takiego kroku. Zawsze miał absolutne zaufanie do swoich decyzji i otaczał się grupą lojalnych zwolenników, którzy rzadko kwestionują jego osądy. Era scentralizowanych rządów niewielkiej grupy kolesiów dawno minęła, a zachodni przywódcy i jego własny naród powinni przy każdej okazji namawiać go do podjęcia działań w celu zapewnienia jedności narodowej i skutecznego rządzenia. Ponieważ jego polityczna przyszłość legła w gruzach nadszedł czas, aby spróbował czegoś nowego. Ukraina w stanie wojny żąda przynajmniej tego.
Niedawny incydent z dronem na lotnisku w Lipsku oraz podjęte w jego następstwie drastyczne kroki dyplomatyczne rodzą pytania, które w relacjach medialnych prawie nie znajdują miejsca. Kto podda w wątpliwość oficjalną wersję wydarzeń, szybko natrafia na poważne nieścisłości. Przy bliższym przyjrzeniu się okazuje się, że znaczna część obywateli Niemiec podziela zupełnie inne obawy: wiele wskazuje na celową inscenizację (‚false flag’), mającą na celu dalsze nadszarpnięcie wizerunku Rosji w świadomości społecznej.
Wojna poznawcza zamiast wyjaśnienia
Pojawia się wrażenie, że incydent jest celowo wykorzystywany do wzmocnienia często powielanego obrazu Rosji jako wroga. Taktyka ciągłego powtarzania jest dobrze znanym narzędziem wojny poznawczej. Służy to stłumieniu wątpliwości w początkach i napiętnowaniu każdego, kto nie akceptuje bezkrytycznie stanowiska rządzącej klasy politycznej i ugruntowanego krajobrazu medialnego, jako dysydenta.
Do dziś aktorzy polityczni nie przedstawili żadnych twardych dowodów na to, że dron został faktycznie zainstalowany przez siły rosyjskie. Cała komunikacja cierpi na ogromny brak przejrzystości. Fakt, że te oskarżenia polityczne pojawiają się na długo przed zakończeniem transparentnych śledztw, jest obecnie przedmiotem zainteresowania uznanych mediów. Na przykład gazeta nd.aktuell wyraźnie wskazuje: „Federalny Urząd Policji Kryminalnej (BKA) nie znalazł wystarczających dowodów po incydencie z dronem na lotnisku Lipsk/Halle. Niemniej jednak agencja twierdzi obecnie, że stoi za tym Rosja”.
Nawet analiza Tagesschau wskazuje, że publiczne przypisywanie ataków konkretnemu państwu jest działaniem czysto politycznym, co do którego w najbliższej przyszłości nie będzie pewności prawnej. W tym kontekście ARD wyraźnie ostrzega: „Jeśli publicznie przedstawione dowody nie będą przekonujące, może to otworzyć drogę do krytyki zarówno w Niemczech, jak i za granicą”.
Cienki lód, po którym stąpa niemiecki rząd, był widoczny jeszcze przed postawieniem oficjalnych oskarżeń: sam minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt otwarcie przyznał, że Rosja ‚bardzo, bardzo utrudnia’ śledczym zebranie dowodów. Skoro dowody są tak niekompletne, odkrycie rzekomo rosyjskich komponentów absolutnie niczego nie dowodzi. Takie komponenty są łatwo dostępne na rynku globalnym. Idealnie nadają się do celowego umieszczania na miejscu zbrodni, aby manipulacyjnie skierować podejrzenia w określonym kierunku.
Kto tak naprawdę zainstalował drona
Kluczowe pytanie brzmi: kto ma rzeczywisty interes w tym incydencie? To ci, którzy chcą jeszcze bardziej zdyskredytować Rosję i wyolbrzymić jej wizerunek jako wroga na Zachodzie.
Konsekwencje tego incydentu są poważne i podążają za wyraźnym schematem: zamknięcie Konsulatu Generalnego w Bonn, zamknięcie Domu Rosyjskiego i wydalenie rosyjskich pracowników opierają się na szeregu poszlak, które z trudem wytrzymują prawną i logiczną analizę.
Z perspektywy wielu bezstronnych obserwatorów jest to złośliwa gra, która celowo napędza dyplomatyczną spiralę eskalacji. Dla czujnego obywatela polityka ta stanowi ostateczny dowód: obecne działania rządu niemieckiego w sposób nieodpowiedzialny zagrażają bezpieczeństwu i życiu ludzi w Niemczech i w całej Europie.
ZB: Powyższe sprawy zostały omówione przez Agnieszkę Wolską w 33-minutowym wywiadzie przeprowadzonym przez Piotra Szlachtowicza. A. Wolska uzupełnia powyższe dane, przypominając m.in. że do lipskiej prowokacji dopisywane są inne wydarzenia mające miejsce w ostatnich dniach:
Czy przedstawione niemieckie akcje dotyczą też nas, Polaków? – Tak, dotyczą. Donaldowi Tuskowi nadarza się okazja do tego, by prężyć muskuły. Podpiął pożary w dwóch zakładach, w Lublinie i Skarżysku-Kamiennej, do niemieckich działań i gra na ważną personę: „Jestem cały czas w kontakcie z przywódcami z naszego regionu – powiedział na konferencji prasowej. – Najbliższe tygodnie, miesiące będą krytyczne. Będą one bardzo dużym wyzwaniem dla wszystkich państw w tej części Europy ze względu na rosyjskie plany dotyczące zwiększenia eskalacji i destabilizacji”. Zanim cokolwiek ustalono, zna już Tusk wyniki.
We wrześniu odbędą się w Polsce manewry wojsk: Brytyjczycy i Francuzi przećwiczą przerzut 1,5 tysiąca żołnierzy w naszym kraju. Ukraina wyraźnie słabnie, więc czeka nas dalsza eskalacja. „Ukraina tej wojny nie wygra – mówi amerykański dyplomata. – Nie rozumiem więc, dlaczego Europejczycy nie zastanawiają się nad tym, co będą robić, gdy wojna się zakończy”. Amerykanin ostrzega nas przed następną wielką falą uchodźczą. W sumie nie zapowiada się dobrze, gdy Tusk idzie na totalne zwarcie.
Jeśli ktoś chce ustalić, która strona wygra wojnę, może porównać, ocenić i przeanalizować niezliczone czynniki. Zachód prowadzi wojnę z Rosją. Ukraina jest jedynie platformą; Europa Zachodnia to miejsce spotkań dla NATO, UE i Stanów Zjednoczonych.
Rosja mierzy się zatem z następującymi frakcjami:
Ukraina jako platforma
całe NATO
cała UE
Stany Zjednoczone
Pod względem militarnym Rosja konkuruje z 41 państwami , które udzielają Ukrainie bezpośredniego wsparcia militarnego – jest to sytuacja bezprecedensowa w historii świata. Co więcej, Europa nie wierzy, że jest już w stanie wojny z Rosją, co można zasadnie kwestionować . Europa zakłada, że wojna wybuchnie dopiero za kilka lat. Dlatego wierzy, że Rosja cierpliwie poczeka, aż Europa będzie gotowa do wojny.
Rosyjski postęp
Pod względem militarnym Rosja udowodniła, że jest siłą, z którą należy się liczyć w starciu z tym potężnym przeciwnikiem. Mam na myśli raporty z frontu , które dostarczają informacji faktycznych, a nie propagandowych. Faktem jest, że front ukraiński się załamuje, a postęp wojsk rosyjskich stał się stabilny i przyspiesza od kilku tygodni. Ostatnie ufortyfikowane miasta, takie jak Kramatorsk i Słowiańsk, są stopniowo okrążane przez Rosjan. Obrona powietrzna Ukrainy praktycznie zanikłła, co umożliwiło Rosjanom bezpośrednie bombardowanie frontu z powietrza.
Drugi front – Rosja jako cel ataków terrorystycznych – służy jako miara upadku Rosji w oczach Zachodu. Faktem jest, że te ataki – takie jak te na Wildberries i Ozon – oraz na rosyjską infrastrukturę energetyczną rzeczywiście destrukcyjnie wpływają na życie w Rosji, ale w żaden sposób nie wpływają na przebieg konfliktu. Co więcej, w wyniku ataków na Rosję w ostatnich tygodniach Ukraina została odcięta od morza. Port w Odessie jest nieczynny, co oznacza, że Ukraina straciła jedyny skuteczny szlak eksportu pszenicy. Z powodu braku szlaku handlowego przez Morze Czarne Ukraina straciła ponad 70% swojej infrastruktury eksportowej.
Różnica w traktowaniu żołnierzy przez Rosję i Ukrainę jest oczywista – i szokująco drastyczna. W Rosji nikt, kto nie chce walczyć, nie jest wysyłany na front. Każdego miesiąca mnóstwo młodych mężczyzn zgłasza się na ochotnika do służby na froncie. Na Ukrainie młodzi mężczyźni są dosłownie ścigani na ulicach, w kawiarniach, klubach sportowych i szkołach, a po krótkim obozie szkoleniowym wysyłani są na front, by tam umrzeć. Teraz Ukraina idzie o krok dalej i wkrótce na front zostaną wysłane kobiety. Scott Ritter wkrótce o tym napisze.
Armia rosyjska robi wszystko, co możliwe, aby pomóc rannym żołnierzom. Po Ukrainie krążą doniesienia, że ranni ukraińscy żołnierze otrzymują pomoc medyczną tylko wtedy, gdy sami za nią zapłacą. Co więcej, pojawiają się doniesienia, że polegli ukraińscy żołnierze są chowani w masowych mogiłach przez własnych obywateli – z jednej strony, aby umożliwić oficerom dalsze pobieranie żołdu poległych żołnierzy (na Ukrainie żołd wypłacają dowódcy), a z drugiej strony, aby uniknąć konieczności wypłacania rent wdowich osobom pogrążonym w żałobie. Wydaje się, że to rzeczywistość, o której nikt na Zachodzie nie mówi. Nie oznacza to, że służba na froncie nie jest druzgocąca dla rosyjskich żołnierzy – jest dla wszystkich. Faktem jest jednak, że rosyjscy żołnierze są bardziej zmotywowani, co jest warunkiem koniecznym do zwycięstwa. Wiedzą, że ich dowództwo wojskowe i społeczeństwo robią wszystko, co w ich mocy, aby ich chronić.
Trudno powiedzieć, jak daleko Rosja posunie się na zachód. Odsyłam do moich komentarzy w artykule „ Letni pokój umarł ”, gdzie omawialiśmy „rozwiązanie maksymalne”, w którym pozostałby jedynie resztka Ukrainy, a Polska, Węgry i Rumunia odzyskałyby swoje dawne terytoria.
Sankcje wobec Rosji weszły w życie już w 2014 roku. Od tego momentu Rosja podjęła pierwsze kroki w kierunku rozwoju sektora rolnego. Rosja stała się nie tylko samowystarczalna, ale także jednym z największych eksporterów rolnych na świecie. W 2025 roku Rosja eksportowała produkty rolne o wartości 41,6 miliarda dolarów do 170 krajów , będąc światowym liderem w dziedzinie pszenicy.
W lutym 2022 roku Rosja została zasypana gradem sankcji, których celem było postawienie kraju na kolana w jak najkrótszym czasie. Plan ten zakończył się całkowitą porażką, a Rosja nie tylko przetrwała tę wojnę gospodarczą, ale także zdołała znacząco zwiększyć swoją produkcję. Europa – a w szczególności Niemcy – musiała patrzeć, jak sankcje szkodzą Europie, a w szczególności Niemcom; Niemcy jako centrum przemysłowe w swojej poprzedniej formie należą już do przeszłości.
Dla Rosji było to balansowanie na granicy: z jednej strony utrzymanie rozkwitu rosyjskiego sektora prywatnego, a z drugiej stopniowe przechodzenie w kierunku gospodarki wojennej. Jednym z największych wyzwań w tym procesie było zapobieżenie wymknięciu się inflacji wywołanej zachodnimi sankcjami.
Elwira Nabiulina, prezes Rosyjskiego Banku Centralnego, utrzymywała – i nadal utrzymuje – główną stopę procentową znacznie powyżej stopy inflacji, ku wielkiemu niezadowoleniu rosyjskich sektorów inwestycyjnych. Rosja jest jedynym krajem uprzemysłowionym na świecie, który może sobie pozwolić na taki system stóp procentowych i go utrzymać, ponieważ relacja długu do PKB Federacji Rosyjskiej jest kilkakrotnie niższa niż w krajach zachodnich, których po prostu nie stać na wyższe stopy procentowe. Prezydent Putin ufa szefowi swojego banku centralnego – i słusznie.
Elvira Nabiullina — inteligentna i konsekwentna
Obecnie główna stopa procentowa Banku Rosji wynosi 14%, a Rezerwy Federalnej od 3,50 do 3,75%. Rentowność 10-letnich amerykańskich obligacji skarbowych wynosi obecnie 4,7%, a eksperci w Stanach Zjednoczonych obawiają się załamania rynku obligacji, jeśli rentowność 10-letnich obligacji wzrośnie powyżej 5,5-6%.
Efekt interwencji „Twist” zainicjowanej przez Scotta Bessenta – polegającej na sprzedaży krótkoterminowych amerykańskich papierów wartościowych i kupnie długoterminowych obligacji – osłabł już po 24 godzinach. Całkowita wartość interwencji wynosi około 28 miliardów dolarów. Wartość rynku obligacji amerykańskich wynosi około 31 bilionów. To 31 000 miliardów. To kropla w morzu, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że długoterminowe obligacje amerykańskie – 10-letnie lub dłuższe – stanowią zaledwie około 20% wszystkich obligacji amerykańskich.
Scott Bessent – zdesperowany
Obecnie rząd USA płaci odsetki w wysokości około 3,35% od swojego długu wynoszącego 40 bilionów dolarów – czyli 1,340 biliona dolarów, co stanowi dobre 25% wpływów podatkowych wynoszących 5,235 biliona dolarów (dane z 2025 roku). To już katastrofa. Jeśli stopy procentowe wzrosną jeszcze bardziej – a tak się stanie – załamanie jest bliskie.
Jest jeszcze jeden interesujący rozwój sytuacji. Podczas ostatniego poważnego kryzysu finansowego w 2008 roku istniała ożywiona komunikacja i koordynacja między USA a Europą. Tym razem nic na to nie wskazuje. Większość krajów – w tym zachodnich – wyprzedaje amerykańskie obligacje na rynku, aby ratować własną skórę; każdy dba o siebie: mało prawdopodobne, żebyśmy już zobaczyli jakąkolwiek koordynację czy lojalność. Zamiast tego Amerykanie próbują wywrzeć presję na kraje posiadające duże ilości amerykańskich obligacji skarbowych – Japonię, Wielką Brytanię, Chiny itd. – aby nie sprzedawały swoich aktywów. To się nie uda, ponieważ Japonia i Wielka Brytania muszą je sprzedać, aby chronić swoje rynki, a Chiny sprzedają amerykańskie obligacje skarbowe od 2013 roku, przyspieszając tempo od 2018 roku.
Jak poważna jest sytuacja dla USA, można dostrzec w cytacie Trumpa z 21 sierpnia 2026 r., kiedy to odnosząc się do krajów wyprzedających amerykańskie obligacje, powiedział dosłownie:
Trump chce rozwiązać wszystkie problemy siłą – nawet wbrew przyjaciołom
„Ostateczną interwencją jest nasza armia. I jeśli będziemy musieli jej użyć, zrobimy to”
Trump nie sprecyzował, jak ani przeciwko komu użyje siły militarnej w odpowiedzi na sprzedaż obligacji. W tym kontekście nie ma to znaczenia; to stwierdzenie pokazuje jedynie, jak bardzo zdenerwowani są Amerykanie. Jeśli amerykański rynek obligacji się załamie, Amerykanie pociągną za sobą cały świat zachodni.
Sankcje chronią Rosję przed ryzykiem związanym z rynkami zachodnimi. W konsekwencji opisany powyżej kryzys dotknąłby Rosję co najwyżej peryferyjnie.
Produkcja broni
W przeciwieństwie do Europy, Rosja już przeszła transformację w kierunku gospodarki wojennej. Ta transformacja była dla Rosji znacznie łatwiejsza niż dla USA i ich wasali w NATO, ponieważ wszyscy główni dostawcy uzbrojenia pozostają pod kontrolą państwa rosyjskiego. NATO ogranicza się do wielkich deklaracji i przeznaczania dużych sum pieniędzy. Mam tu na myśli wypowiedź Marka Ruttego z konferencji prasowej z kanclerzem Niemiec Friedrichem Merzem, która odbyła się 21 maja 2025 roku w Brukseli. Rutte stwierdził tam:
Nawet Mark Rutte potrafi być szczery.
„Oni [Rosjanie] produkują obecnie w ciągu trzech miesięcy amunicję w ilości, jaką całe NATO produkuje w ciągu roku”.
Rosji udało się znacząco zwiększyć produkcję uzbrojenia w ubiegłym roku, co prawdopodobnie jeszcze bardziej pogłębiło dystans dzielący ją od NATO.
Podstawowy problem amerykańskiej produkcji broni leży w strukturze własnościowej przemysłu zbrojeniowego. Amerykańskiemu kompleksowi wojskowo-przemysłowemu nie zależy na masowej produkcji wydajnych, wysokiej jakości systemów uzbrojenia, lecz na zarabianiu dużych pieniędzy. Cały świat odczuł tego konsekwencje w trwającym konflikcie na Bliskim Wschodzie. W ciągu 40 dni wojny z Iranem Amerykanie zużyli od 50% do 80% swoich całkowitych zapasów, w zależności od rodzaju amunicji. Uzupełnienie tego niedoboru zajmie im od dwóch do ośmiu lat. To znak, że Zachód jako całość nie jest w żaden sposób przygotowany do skutecznego prowadzenia długotrwałego konfliktu zbrojnego.
Rosja jest samowystarczalna
Jedną z największych zalet Rosji jest jej samowystarczalność. Energia : W 2024 roku Rosja wyprodukowała 60,3 biliarda BTU energii pierwotnej, zużywając jedynie 34,3 biliarda BTU. Jeśli chodzi o żywność, Rosja ma następujące wskaźniki samowystarczalności :
Ziarna: 152,4%
Olej roślinny: 260,2%
Ryby: 125,4%
Cukier: 107,1%
Rosja cieszy się zatem bardzo wysokim stopniem strategicznej samowystarczalności.
Niemniej jednak Rosja jest również uzależniona od importu, zwłaszcza z Chin. Ponieważ jednak Rosja ściśle współpracuje z Chinami i istnieje między nimi prawdziwy sojusz, nie ma powodu do obaw. Ważne jest, aby Rosja była całkowicie niezależna od Kolektywnego Zachodu.
Jeśli chodzi o samowystarczalność i potencjał militarny, perspektywy dla Zachodu są ponure. Wbrew przeciwnym twierdzeniom, Zachód jako całość jest zależny od źródeł energii z Rosji i Bliskiego Wschodu, a także od pierwiastków ziem rzadkich z Chin, jeśli chodzi o towary niezbędne do prowadzenia wojny; nie są to warunki niezbędne do przetrwania długotrwałego konfliktu.
Społeczeństwo
Ostatecznie jednak wszelkie argumenty militarne i ekonomiczne mają decydujące znaczenie w konflikcie tylko wtedy, gdy połączy się je z najważniejszym czynnikiem: gotowością ludzi zaangażowanych w konflikt do rzeczywistej obrony swojego kraju, do walki i oddania życia.
Rosja
Aby to zrobić, ludzie muszą wiedzieć, o co walczą: Rosjanie o tym wiedzą, a Zachód, z jego niepohamowaną nienawiścią do ich kraju, odegrał w tym kluczową rolę. Walczą o zjednoczoną, silną, bezpieczną, odporną i suwerenną ojczyznę.
W Rosji można usłyszeć wiele różnych opinii na temat przebiegu wojny, w tym bardzo sceptyczne dotyczące intensywności i skali konfliktu — zobacz na przykład Karaganowa, który twierdzi, że Niemcy, między innymi, straciły strach przed rosyjskim potencjałem militarnym i opowiada się za atakiem nuklearnym na Europę jako środkiem odstraszającym ( doktryna Karaganowa ). Strategia prezydenta Putina jest z pewnością publicznie dyskutowana i krytykowana. Putin, który skłania się ku deeskalacji, nie tylko uzyskał poparcie Dumy — a zatem i społeczeństwa — dla swojego planu działania kilka dni temu, ale deputowani Dumy poparli również bardziej zdecydowane podejście z „większą odwagą”, nawet jeśli oznacza to większą liczbę ofiar śmiertelnych.
Ta dyskusja toczy się na oczach opinii publicznej i stanowi potwierdzenie żywotności dyskursu publicznego w Rosji. Taka dyskusja o strategii wojennej może się odbyć tylko w zjednoczonym kraju. Celem jest to, co jednoczy ludzi.
Na pierwszy rzut oka nie wydaje się to niczym wielkim. Jego znaczenie staje się jasne, gdy spojrzymy na sytuację przeciwników.
Zachód
Głównym składnikiem zachodniej strategii jest nienawiść: nienawiść do Putina, do Rosji, do Rosjan, do wszystkiego, co rosyjskie, w tym do rosyjskiej kultury. Na pierwszy rzut oka jest to prymitywna i łatwa do wdrożenia strategia, którą naziści już stosowali. Jednak nienawiść nie podważa wroga, lecz tych, którzy sieją to uczucie – zachodniego społeczeństwa. Nie da się stale przeciwstawiać czemuś, jeśli samemu nie wie się, co się reprezentuje. I to jest problem, z którym borykają się zachodnie społeczeństwa. Jednocześnie jest to sekret sukcesu Rosjan – ten, który doprowadzi ich do zwycięstwa. W tym konflikcie zwycięzcą będzie ten, kto oprócz twardych czynników omówionych powyżej, wykaże się wytrwałością. A tę można rozwinąć tylko wtedy, gdy z przekonaniem opowiada się za czymś.
Jednocząca siła, która rośnie w Rosji, nie jest widoczna na Zachodzie. Ludziom przepełnionym nienawiścią brakuje energii, by ją pielęgnować. Nienawiść jest z natury destrukcyjna i pozbawiona pozytywnej energii. Śledząc zachodnie media, można dostrzec, że przywódcy omawianych krajów nie robią nic, aby poprawić życie swoich obywateli. Ogromne sumy przeznaczane są na walkę z Rosją, podczas gdy wydatki na edukację i usługi socjalne są drastycznie cięte. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że rządzącym na Zachodzie nie zależy na dobru obywateli.
Na dodatek: To tajemnica poliszynela, że celem Zachodu zawsze było rozbicie Rosji. Plany te mają 200 lat, a mimo to są dziś bardzo aktualne — zobacz artykuł René Zittlaua z czerwca 2023 r. „ Planowany podział Rosji ”. Skorzystałyby na tym ogromne konglomeraty (takie jak Blackrock ), ale nie ludzie na Zachodzie ani populacje tych sztucznych „państw następczych” Rosji, które zgodnie z istniejącymi planami byłyby nieopłacalne. Grupy stojące za tymi planami wzbudzają nienawiść do największego kraju świata wśród ludności Zachodu. Oczekuje się, że miliony zachodnich Europejczyków oddają życie za tę sprawę. Jak trudno jest to przekazać, dowodzi fakt, że na przykład w Niemczech tylko 0,17 % badanej populacji w wieku poborowym byłoby chętnych do służby w Bundeswehrze.
Wniosek
Aby wygrać długotrwały konflikt, potrzeba wielu czynników. Oprócz czystej siły militarnej, ważną rolę odgrywają czynniki ekonomiczne i niezależność od handlu międzynarodowego. Kluczowe jest jednak to, by naród poparł swój rząd i był gotów podążać tą drogą.
W każdym z tych punktów przewagę ma Rosja. Pozostaje mieć nadzieję, że decydenci na Zachodzie w porę to dostrzegą; tylko wtedy uda się zapobiec bezprecedensowemu w historii rozlewowi krwi.
Już wielokrotnie powoływałem się na Gilberta Doctorowa, którego opinie bardzo cenię, mimo tego, że nie ze wszystkimi się zgadzam. Zawsze zazdroszczę mu, gdy pisze w czasie swoich pobytów w Rosji, że był na koncertach orkiestry Teatru Marijskiego w Petersburgu pod dyrekcją Giergiewa. To dla mnie obecnie światowy dyrygent numer jeden. Niestety nie mam okazji pójść na jego koncert.
Ale nie o muzyce tu chciałem! Doctorow jest zwolennikiem twardej odpowiedzi Rosji na natowskie prowokacje, na coraz bardziej otwarte i bezczelniejsze włączanie się niektórych państw zachodnich w wojnę na Ukrainie. Ja nie jestem pewny, czy byłaby to (w chwili obecnej!) właściwa droga. Czas gra bez wątpienia na korzyść Rosji. Owszem, ukraińskie, a właściwie natowskie ataki na rosyjską infrastrukturę są dla Rosji bolesne, ale nie są aż na tyle groźne i bolesne, by ryzykować światową wojnę nuklearną. Owszem, zgadzam się z twierdzeniem, że podkopują one wizerunek groźnego rosyjskiego niedźwiedzia, ale to nie zmienia faktu, że ten niedźwiedź nadal jest w stanie w ciągu kilku godzin (to nie przesada!!!!) zamienić całą Europę od Atlantyku do Bugu w obszar radioaktywny.
Ale Doctorow wysunął akurat szalenie interesującą tezę, według której Rosja być może zamierza obecnie upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: zakończyć wojnę na Ukrainie i równocześnie zdestabilizować Europę.
Obecne zmasowane rosyjskie ataki coraz szybciej zamieniają ukraińskie miasta w obszary nie nadające się do życia. Na razie jest jeszcze ciepło, jeszcze handel i ludzie mają zapasy, jeszcze funkcjonują resztki infrastruktury, ale gdy się oziębi, to miliony mieszkańców miast ruszą na zachód.
A w Europie szykuje się kryzys energetyczny, brak gazu i paliw, horrendalny wzrost cen żywności i cała masa rzeczy, od których włos jeży się na głowie. Już widzę radość, z jaką ci uchodźcy zostaną powitani!
Czy ten scenariusz się spełni? Nie wiadomo. Поживём – увидим, jak mawiali starożytni Rosjanie, czyli pożyjemy – zobaczymy…
W końcu poznaliśmy odpowiedź na pytanie, jaki będzie kolejny wielki wyczyn Zełenskiego. Z pewnością doprowadzi on do eskalacji konfliktu do ostatecznego etapu.
Na wstępie przypomnijmy, że zaledwie półtora tygodnia temu informowaliśmy, że Ukraina rozpoczyna nową, masową kampanię terrorystyczną przeciwko rosyjskim lotniskom cywilnym:
Wczoraj wieczorem Rosja przypuściła kolejny zakrojony na szeroką skalę atak na Kijów, wymierzony w różne przedsiębiorstwa obronne, a także w duży magazyn ukraińskich towarów supermarketowych, który najwyraźniej spłonął doszczętnie:
Jedno staje się teraz absolutnie pewne: wizyta dyrektora CIA w Moskwie najwyraźniej miała z tym coś wspólnego. Jego wizyta mogła mieć wiele przyczyn, ale teraz pozostaje nam założyć, że to był główny, ostateczny powód: przekazanie Rosji ostatecznego ostrzeżenia: „Jeśli nie zaprzestaniecie wykańczania ukraińskiej infrastruktury, nowa, bezprecedensowa kampania terrorystyczna przeciwko waszym lotniskom odetnie wszystkie połączenia z waszymi kluczowymi miastami”.
Pozostaje tylko pytanie, czy CIA jest w to zamieszana , czy też rzeczywiście ostrzegała Rosję przed zamiarami Ukrainy. Cóż, to może być w końcu pytanie raczej akademickie i niepotrzebne.
Pierwsza wizyta urzędującego szefa CIA w Rosji od 2022 r., zapowiadająca rozpoczęcie nowej, dużej ofensywy przeciwko rosyjskim lotniskom, z pewnością nie powinna być traktowana jako „zbieg okoliczności”.
Nie ma takich zbiegów okoliczności.
Rosji wysłano ostatnie ostrzeżenie i teraz rozpoczyna się nowa faza konfliktu.
40-dniowa operacja specjalna Zełenskiego zakończyła się niepowodzeniem i jedynym wyjściem, jakie mu pozostało, było doprowadzenie do jeszcze większego „dyskomfortu” dla rosyjskich cywilów.
Putin ze swojej strony, podczas dzisiejszej konferencji prasowej szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy w Biszkeku, wystosował już groźbę wobec Ukrainy, stwierdzając, że zezwolił na „masową” nową kampanię ataków na ukraińską infrastrukturę energetyczną.
Putin: „W odpowiedzi na ciągłe ataki reżimu w Kijowie na infrastrukturę cywilną i kompleks paliwowo-energetyczny… …Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej otrzymały instrukcje przygotowania i przeprowadzenia masowych ataków na ukraińskie obiekty energetyczne”
Putina zapytano także konkretnie o zagrożenie, jakie niesie ze sobą nowe lotnisko. Odpowiedział, że Rosja „znajdzie odpowiedź”, po czym dodał:
„To deklaracja terroryzmu państwowego. Kijów domaga się wznowienia negocjacji, spotkań twarzą w twarz – ale my nie negocjujemy z terrorystami” – Putin o najnowszym oświadczeniu Zełenskiego zagrażającym cywilnemu ruchowi lotniczemu w Rosji
Jednym z innych wymownych elementów tej sagi jest pozornie skoordynowany charakter nowej inicjatywy Niemiec, mającej na celu przygotowanie własnej eskalacji działań przeciwko Rosji w związku z operacją pod fałszywą flagą na lotnisku.
Wydaje się zbyt naciągane, aby uznać to za „zbieg okoliczności”, że Rosja jest wrabiana w atak na niemieckie lotniska dronami z ładunkami wybuchowymi zaledwie kilka dni przed ogłoszeniem przez Ukrainę masowej operacji mającej na celu zamknięcie rosyjskich lotnisk. Istnieją wyraźne oznaki zorganizowanej kampanii, która jest niczym innym jak fazą 2.0 ukraińsko-zachodniego planu podsycania społeczno-politycznego sprzeciwu w Rosji i wzniecenia powstania przeciwko Putinowi.
Jak zwykle jednak Ukraina prawdopodobnie poniesie największe koszty i ból tego planu, po tym jak Rosja odpowie w sposób odwetowy. Jedyna różnica polega na tym, że ukraińskie lotniska już dawno zawiesiły działalność, co oznacza, że reakcja musi mieć charakter asymetryczny – stąd sugestie Putina o konieczności znalezienia jakiejś odpowiedzi.
Jedno jest pewne: poprzednia Faza 1.0 zakończyła się niepowodzeniem, a teraz Ukraina jest stawiana na kolana, ponieważ Putin jest coraz częściej zmuszany do „zdejmowania rękawiczek”.
Jednym z powodów, dla których Ukraina nie ma innego wyjścia, jak tylko eskalować konflikt, jest to, że jej poprzednia kampania strajków stawała się coraz mniej skuteczna z powodów, które Putin wyjaśnił.
Krótko mówiąc, rosyjskie rafinerie zaczęły się zabezpieczać na różne sposoby, między innymi stawiając duże siatki przeciwdronowe i metalowe konstrukcje na najbardziej wrażliwych odcinkach. To zjawisko będzie się rozwijać do tego stopnia, że ukraińskie ataki staną się praktycznie bezużyteczne, a jedynie dalsza eskalacja zapewni Zełenskiemu niezbędny zastrzyk dopaminy.
Ostatecznie RWA miała rację co do swojego stanowiska:
Im bliżej końca będzie Ukraina, tym bardziej drastyczne będą działania terrorystyczne.
Najgroźniejsze w tym wszystkim jest to, że Rosja może w pewnym momencie poczuć, że te eskalacje nadchodzą nie z Kijowa, ale z Londynu i innych miejsc. Dlatego Putin został dziś zapytany, czy Wielka Brytania może paść ofiarą rosyjskiego odwetu:
Could not load video.
Właśnie dlatego zorganizowano ostatnio skoordynowaną kampanię mającą na celu wywołanie eskalacji napięć między Rosją a Europą – elity pociągające za sznurki chcą, aby Rosja została zmuszona do ataku na Europę, tak aby NATO było „zmuszone” do jednomyślnej odpowiedzi, co stanowiłoby ostatnią, desperacką nadzieję:
Że Rosja będzie coraz częściej zmuszona rozważać atak na „chronione tyły” Ukrainy, którymi jest Europa, po tym jak zniszczy praktycznie wszystko, co ma jakąkolwiek wartość na samej Ukrainie.
Rosja stoi w obliczu fundamentalnej asymetrii, próbując zmusić Ukrainę do uległości poprzez nasilenie nalotów na centra handlowe, elektrownie, porty i inną infrastrukturę. Kijów może liczyć na bezpieczne zaplecze poza swoimi granicami – swoich europejskich sąsiadów – w zakresie odporności gospodarczej i logistyki wojskowej.
Kreml, którego rafinerie, porty i przemysł zbrojeniowy są również atakowane przez ukraińskie rakiety i drony, nie ma takiego wsparcia. Uderzenia w zmilitaryzowaną gospodarkę Rosji przekładają się bezpośrednio na ograniczenie zdolności kraju do prowadzenia wojny.
Ta asymetryczna sytuacja geopolityczna w znacznym stopniu niweluje przewagę Rosji w sile ognia. Stała się również głównym powodem, dla którego – jak twierdzą zachodni urzędnicy – rosyjska kampania sabotażu, hakowania i innych operacji hybrydowych, mających na celu zastraszenie europejskich przywódców i wyborców, jest coraz bardziej powszechna.
To jest obecnie ostatni element tej wojny: przekształcenie jej z czysto ukraińskiej walki zastępczej w walkę z bezpośrednim udziałem Europy.
Rosja raczej nie da się nabrać, ponieważ udowodniła, że potrafi przeciwstawić się wszystkiemu, co zaserwuje Zachód, mimo że często jest gotowa do wyrządzenia poważnych szkód. Ale szkody te są naprawialne, a Putin prawdopodobnie będzie liczył na to, że Rosja poradzi sobie z każdą niemiłą niespodzianką, prowadząc jednocześnie zdyscyplinowaną kampanię przeciwko ukraińskiemu wrogowi.
Mimo to, zawsze zdarzają się nieprzewidziane niespodzianki i czarne łabędzie: Ukraina może zaatakować elektrownię jądrową, sam Kreml lub przeprowadzić inny wyjątkowo brutalny atak, który mógłby zmusić Putina do działania. Pamiętajmy jednak, że Rosja już ucierpiała w wyniku ataków terrorystycznych Crocus, w których zginęło prawie 200 cywilów i które miały wyraźny ślad po ukraińskich i zachodnich wywiadach. Trudno wyobrazić sobie atak gorszy niż ten, który w nieobliczalny sposób zmusiłby Putina do działania.
Ale nigdy nie wiadomo.
Wszystko, co możemy powiedzieć, to że w chwili, gdy Ukraina stoi w obliczu najtrudniejszej chwili, należy spodziewać się kolejnych nieprzyjemnych niespodzianek, niczym z „puszki Pandory”, które spadną na Rosję.
„Bij Ukraińca – wzrost nastrojów antyukraińskich w Polsce” – już sam tytuł napawał strachem. Grozą powiało także w zapowiedzi programu: „Relacje polsko-ukraińskie ulegają wyraźnemu pogorszeniu na tle rosnącej niechęci i incydentów wymierzonych w Ukraińców. Agresja przybiera postać nasilającej się mowy nienawiści w internecie i przestrzeni publicznej, a także bezpośrednich ataków werbalnych oraz napaści fizycznych. W audycji postawimy pytanie o potencjalne wykorzystanie tych napięć w rosyjskich operacjach wpływu. Były prezes Fundacji Solidarności Międzynarodowej Rafał Dzięciołowski przedstawi zagrożenia dla obu krajów i możliwości naprawy relacji”.
Gdy Radio Wnet wyemitowało program, to okazało się, że to dzień pamięci ofiar zbrodni na Wołyniu, że to tuż po tym, gdy we Wrocławiu 18-letni Ukrainiec wszedł za 30-letnią Polką do klatki schodowej i dźgnął ją nożem, a kobieta w stanie krytycznym walczy o życie i że to dokładnie rok po tym, gdy niejaka Natalia Panczenko trafnie (i skutecznie) przewidziała plagi, jakie spadną na Polaków, gdy będą sprzeciwiać się Ukraińcom.
Bohater programu przemówił: „Rozwija się zdziczenie Polaków (…) „Zdziczały kraj bandytów, którzy dokonują samosądów”. Na koniec, łypiąc spode łba bandyckimi ślepiami zapytał lub raczej podsunął pomysł na „naprawę relacji polsko-ukraińskich”: „Dlaczego rząd polski nie weźmie tego za mordę?”. I chyba nie trzeba wyjaśniać, że przez „tego” miał na myśli nas, Polaków. A co do nienawistnych ślepiów, to trudno było odpędzić wrażenie, że takimi ślepiami łypał ukraiński rezun, gdy zarzynał Polaka.
Wyliczając krzywdy, jakie spotykają Ukraińców i złorzecząc na „polskich nienawistników”, ani słowem nie wspomniał, że „zdziczeni” ugościli w lutym 2022 roku milion jego ziomków, że do dziś zapewniają nierobom wikt i opierunek i że wydali na to kilkanaście miliardów złotych. Nie wspomniał też o tym zaproszony do programu wolontariusz Igor Tracz, bo opowiadając o niesionej Ukrainie pomocy ani słowem nie powiedział, kto ją „niesie” i kto za nią płaci. Podsumowując: uchodzące za tubę prawicowych patriotów radio, doszlusowało do akcji polowania na Polaków i przyłączyło się do ataku na „brunatną, szowinistyczną, przepełnioną nienawiścią do gości polską prawicę”.
Co to za jeden? Sam o sobie mówi: „Od zawsze zajmowałem się Polakami na Wschodzie”. My dodajmy, że jego nazwisko pojawia się, też od zawsze, we władzach wszystkich fundacji zajmujących się „pomocą Polakom na Wschodzie” i że na jego przykładzie prześledzić można, jak fundacje te, zamiast zajmować się Polakami na Wschodzie, zajmują się Ukraińcami na Ukrainie. A jeśli już „zajmują się” Polakami, to tak, jak on w Radiu Wnet.
O Dzięciołowski Radio Wnet pisze: „to były prezes Fundacji Solidarności Międzynarodowej”. Przyjrzyjmy się zatem tej fundacji. Przypomnijmy, kto ją założył i czym się zajmowała. A to było tak: Za „Pierwszego Tuska” ministrem sprawa zagranicznych zostaje Radek Sikorski. Na tym stanowisku wykazuje wielką aktywność, ale nie w sprawach dotyczących polskiego interesu narodowego i niekoniecznie najpilniejszych. Na zastępcę dobiera sobie Krzysztofa Stanowskiego, wcześniej wiceministra Edukacji Narodowej, współorganizatora przewrotu ideologicznego w szkolnictwie, etatowego propagatora i rzecznika wdrożenia w programach szkolnych ideologii „społeczeństwa otwartego”.
Radek przydziela Stanowskiemu nadzór nad tzw. pomocą rozwojową, ale – jak się później okazało – chodziło mu o reorganizację dystrybucji takiej pomocy, poprzez wyprowadzenie przeznaczonych na nią publicznych pieniędzy poza MSZ. A to wyglądało tak: Stanowski tworzy Fundację Solidarności Międzynarodowej, odchodzi z MSZ i zostaje prezesem zarządu fundacji, która „obsługuje” dystrybucję pieniędzy. Takiej machinacji kibicuje „Gazeta Wyborcza” i to dzięki niej dowiedzieliśmy się, o co w tym wszystkim chodziło: Podstawowym działaniem Fundacji będzie wspieranie organizacji pozarządowych poprzez finansowe granty […] Fundację powołano mając na uwadze ograniczenia instytucjonalne administracji rządowej przy realizowaniu projektów pomocowych, aby dzielić się solidarnie tym, co mamy – doświadczeniem skutecznej transformacji.
W skład Rady Fundacji wchodzą Marek Borowski, Henryka Krzywonos, ks. Kazimierz Sowa i Henryk Wujec. Taki egzotyczny skład Rady nie był żadną osobliwością, bo nikogo nie dziwiło, że promocją „praw człowieka” i ich eksportem zajmuje się ferajna Michnika. W zarządzie fundacji Radek umieszcza swego rzecznika prasowego Marcina Wojciechowskiego, dziennikarza „Gazety Wyborczej”, autora filmów poświęconych dziejom Żydów polskich na Wschodzie jak również zakłamanych artykułów opisujących relacje polsko-ukraińskie, w tym rzezie na Wołyniu.
Według tego samego schematu, Stanowski dokonuje selekcji kadr dla nowo powstałej fundacji. W wywiadzie dla „Polityki” wygaduje się: „Doradztwo na Wschodzie to sprawa delikatna, także pod względem etnicznym i historycznym. Ale mamy swoje sposoby, aby dobrać właściwych ludzi do tej pracy. Już na etapie zgłoszenia patrzę, jak ktoś pisze na przykład o Ukrainie. Czy ‘sąsiedzi’, czy ‘Kresy’. Jeśli ‘Kresy’ to wiadomo, że nie ma go tam po co wysyłać. Tylko sprowokuje konflikty”.
Wśród form działalności Fundacji, czyli „Spółki Stanowski & Sikorski” jest „ a także udzielanie kredytów i pożyczek. Do odbiorców tego wsparcia i tych pożyczek wyznaczono opozycjonistów na Ukraina oraz na Białorusi (a nawet w Kazachstan).
Jednak dopiero lektura statusu Fundacji pozwala zrozumieć, po co ją powołano i że celem nie była sama pomoc, a skierowanie przeznaczonych na nią w budżecie MSZ środków na konto Fundacji Stanowskiego. Odpowiednie zapisy statutu czynią z niego organ decyzyjny w zakresie dystrybucji pieniędzy: „W przypadku państw niedemokratycznych lub o niestabilnej sytuacji politycznej” ich rozdział będzie się odbywał „bez konieczności organizowania przetargów publicznych”. A zatem Stanowski sam decydował, komu i za ile udzielić pożyczki. A jeśli konkurs był organizowany, to „ze względu na szczególne warunki polityczne w krajach, do których adresowane są wybrane projekty (a w szczególności – bezpieczeństwo beneficjentów i realizatorów projektów) zarząd Fundacji może zdecydować o niezamieszczaniu szczegółowych informacji na temat wybranych projektów”.
Nie trzeba dodawać, że takim „niedemokratycznym” krajem była wówczas Ukraina jęcząca pod jarzmem Wiktora Janukowycza. Pytany o to w Sejmie, Stanowski oświadczył: „”. Tylko w pierwszym roku działalności Spółka Stanowski & Sikorski „dofinansowała” w takim utajnionym trybie kilkadziesiąt projektów na łączną kwotę 22 mln zł.
Gdy stery Fundacji, a konkretnie jej fundusze przejmuje Rafał Dzięciołowski, szczyci się: „Opracowałem i wdrożyłem sprawny system pomocy humanitarnej, obejmujący analizę potrzeb, proces zakupowy i logistykę oraz dystrybucję na terenie Ukrainy”. Informuje też z dumą, że zorganizował ponad 50 konwojów humanitarnych do 120 hromad z obszarów wschodniej i centralnej części Ukrainy oraz zapowiada kontynuowanie pomocy „nawet na większą skalę”.
Dzięciołowski zajmuje się też Polakami na Wschodzie. Zasiada we władzach Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, która w swym statucie ma zapis „Niesienie pomocy i wspieranie Polaków zamieszkałych w krajach byłego ZSRR”, ale zajmuje się wyłącznie pomocą Ukraińcom, i to nie tylko tymi na Wschodzie, ale i tym koczującymi w Polsce. Prowadzi zbiórkę pieniędzy „na rzecz ofiar wojny w Ukrainie, dla potrzebujących przebywających zarówno po polskiej jak i ukraińskiej stronie granicy, uchodźców przebywających w Polsce oraz osób w potrzebie, które przebywają w Ukrainie”. Tak więc, zamiast Polakom na Wschodzie, pomaga ciemiężycielom Polaków na Wschodzie. Nic też dziwnego, że tamtejsi Polacy pytają, czy nie powinna nosić nazwę „Fundacja Nękania Polaków na Wschodzie”.
Ale to nie wszystko – na swojej witrynie internetowej szczyci się: „Przy dystrybucji pomocy korzystamy z rozgałęzionej sieci kontaktów z organizacjami polskiej mniejszości narodowej, polskimi szkółkami i parafiami rzymskokatolickimi”. Tak, więc, zamiast służyć Polakom na Wschodzie przerabia tamtejszych Polaków na sługi narodu ukraińskiego.
Przez władze fundacji „pomagającej Polakom na Wschodzie” przewijają się rotacyjnie osobnicy, których łączy jedno: Nie są Polakami. Przyjrzyjmy się bliżej Elizie Dzwonkiewicz. To była konsul generalny RP we Lwowie, „Nie mogę już dłużej milczeć. Z miłości do własnej Ojczyzny. Nie mogę udawać, że nie widzę tych hańbiących Polskę działań na granicy polsko-ukraińskiej. Przepraszam Was, drodzy ukraińscy Przyjaciele. To, co się dzieje, nie może być dziełem moich rodaków. Hańba i wstyd” – takimi pogardliwymi słowami wyzwała tych, którzy protestowali przeciw zalewaniu Polski ukraińskim zbożem.
Gdy Ukraina zablokowała tranzyt pociągów jadących do Polski z Chin, ta sama Dzwonkiewicz milczała. Gdy z okazji rocznicy śmierci Romana Szuchewycza ulicami Lwowa przeszedł marsz ku czci składającej się z ukraińskich ochotników dywizji SS Galizien, która spaliła żywcem tysiąc kobiet i dzieci w Hucie Pieniackiej, też milczała. Dlaczego na placówkę wymagającą najwyższych kompetencji, wysłano dyletantkę? Bo posiadła podstawową kwalifikację – jest Ukrainką. No i wcześniej pracowała w Ośrodku KARTA, wówczas gdy przejęli go Ukraińcy i niszczyli zdeponowane tam archiwa dokumentujące zbrodnie UPA na Polakach.
Rafał Dzięciołowski nie poprzestał na „pomocy” Polakom na Ukrainie. Zabrał się też za Polaków na Litwie. Wziął czynny udział w bitwie z polskością na Litwie wytoczonej przez sitwę wyznającą doktrynę, że przeszkodą w budowaniu dobrych relacji z sąsiadami na Wschodzie są tamtejsi Polacy i liderzy organizacji zrzeszających Polaków. Sekundowała mu ambasador RP w Wilnie Urszula Doroszewska. Nawiasem mówiąc, zadanie takie nikt nie mógł wykonać lepiej niż była aktywistka KOR i współpracowniczka Kuronia, zwolennika depolonizacji Kresów przekształcenia tamtejszych Polaków w grupy folklorystyczne i autora słów: „Ja Polak ze Lwowa dumny jestem z tego, że Lwów jest miastem ukraińskim”.
W antypolskiej akcji brała udział Maria Przełomiec, sekretarz Rady inkryminowanej fundacji, która określiła lidera Polaków na Litwie mianem „łobuza”, a równocześnie chełpiła się „przyjaźnią” z hołubionym przez Geremka i Michnika największym antypolskim draniem Vytautasem Landsbergisem, pogromcą polskich samorządów na Litwie i autorem polityki dyskryminacji Polaków. Nawiasem mówiąc Radek Sikorski, którego zasługi na polu pomocy Polakom na Wschodzie są nie do przecenienia, nadał Przełomiec odznakę Bene Merito („za działalność wzmacniającą znaczenie Polski na arenie międzynarodowej”), a odznaczeniem „Zasłużony dla kultury polskiej” wyróżnił ministra kultury Litwy, mimo że ten popierał rugowanie języka polskiego ze szkół.
Wszyscy, zamiast wspierania rodaków na Wileńszczyźnie, kolaborowali z litewskimi nacjonalistami. Nieprzychylne dla polskich szkół projekty uzgadniali (za plecami Polaków) z władzami Litwy. Nie protestowali, gdy mer Wilna odrzucił pomysł, by w wileńskiej katedrze mogła być odprawiana msza w j. polskim. Tolerowali politykę historyczną Litwy o „zbrodniach polskich okupantów”. Akceptowali judaizowanie pamięci zbrodni na Polakach w Ponarach. Uznawali reprezentację Polaków na Litwie za „ruską agenturę”.
Doszło do tego, że organizacje Polaków na Litwie zwróciły się do Andrzeja Dudy z apelem o odwołanie Dzięciołowskiego z Narodowej Rady Rozwoju. W apelu pisali o haniebnych atakach Dzięciołowskiego na polskie organizacje i ich liderów, o jego nieskrywanie wrogiej i nienawistnej postawie wobec Polaków na Wileńszczyźnie i w ogóle na Kresach, z pełną premedytacją wykonującego działania o charakterze rozbijackim. W apelu widnieje zdanie: „Urzędnik kilku centralnych fundacji, na eksponowanych stanowiskach w centralnych fundacjach w Polsce, które z definicji powinny wspierać Kresy i Kresowiaków, ma na swoim koncie kilka co najmniej wysoce niestosownych, a wręcz hańbiących dokonań w rozdzielaniu publicznych środków finansowych na projekty polonijne”.
Lidera Związku Polaków na Litwie zaatakował także Mikołaj Falkowski, dziś prezes Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, a wówczas prezes Fundacji Wolność i Demokracja/WiD, która podobnie jak wszystkie wcześniej wymienione ma we władzach Dzięciołowskiego i ma w statucie zapis: Organizacja pozarządowa działająca w obszarze pomoc Polakom i polskim mediom na Wschodzie i niesienie pomocy oraz wspieranie Polaków zamieszkałych w krajach byłego ZSRR. Tymczasem zajmuje się wyłącznie pomocą dla Ukraińców, tych na Ukrainie i tych koczujących w Polsce. Na swojej internetowej witrynie epatuje: wyekspediowaniem 100 TIR-ów z pomocą humanitarną dla Ukrainy; ewakuacją 7,2 tys. ukraińskich rodzin z kompleksowym wsparciem rzeczowym i finansowym; pomocą dla kilkunastu ukraińskich szpitali wojskowych. A fundacja ma z czego „wspomagać”, bo płynie do niej rzeka rządowych pieniędzy, tylko w latach 2017-21 otrzymała 64 mln dotacji.
Członkiem Rady programowej WiD jest oczywiście nasz dobry znajomy Rafał Dzięciołowski. Z innych osób związanych z fundacją wymienićtrzeba Roberta Czyżewskiego. Ten wprost chwali się ukraiński pochodzeniem. To wnuk ministra spraw wewnętrznych Ukraińskiej Republiki Ludowej. Poza chwaleniem się ukraińskimi korzeniami, Czyżewski w wywiadzie dla „Monitora Wołyńskiego” (dwujęzycznego pisma finansowanego przez WiD a redagowanego przez Ukraińców) ogłosił: „Może my, Polacy, powinniśmy zgrzytnąć zębami, niech im ten Bandera stoi, skoro się uparli. Bandera, człowiek, który walczył o wolną Ukrainę, zabijał polskich polityków. Przykro nam, Polakom? No przykro, ale w ostateczności nie on bezpośrednio mordował, ale wydawał rozkazy tak jak Hitler […] Jak się Ukraińcy uparli stawić mu pomniki, to może my powinniśmy odpuścić. Może niech przez polskie gardło przejdzie, że ten cel ukraiński jednak był słuszny. Strona polska również nie jest bez winy, bo reakcja polska była brutalna i również naznaczona akcjami o charakterze zbrodni wojennych”.
Wróćmy do Fundacji Solidarności Międzynarodowej. Znamienny jest skład jej władz: Władysław Teofil Bartoszewski – sekretarz stanu w MSZ (odpowiada za relacje z diasporą żydowską), którego ściga sąd za zdefraudowanie kilkunastu milionów złotych; Marcin Bosacki – były dziennikarz „Gazety Wyborczej” i przewodniczący Polsko-Ukraińskiej Grupy Parlamentarnej; Aleksandra Uznańska-Wiśniewska – wiceprzewodnicząca Polsko-Tajskiej Grupy Parlamentarnej (co zrozumiałe, z uwagi na jej korzenie etniczne) oraz członkini sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Granicą (co mniej zrozumiałe, bo Polonii w Tajlandii nie ma, chyba że za taką uznamy seksturystów, czego pokłosiem jest zresztą ona sama), też wiceprzewodnicząca Polsko-Ukraińskiej Grupy Parlamentarnej (i jako jedyna w Sejmie nie poparła uchwalenia 11 lipca Dniem Pamięci o ofiarach rzezi wołyńskiej). Prezeską Zarządu jest Justyna Janiszewska, która współpracowała z Fundacją Batorego i działa w zarządzie koalicji 55 organizacji pozarządowych zarejestrowanym pod nazwą Grupa Zagranica, sponsorowanych przez Fundację Batorego (czyli Sorosa) i Fundację Adenauera.
Rafała Dzięciołowskiego w Wikipedii nie ma, ale media piszą o nim: Dziennikarz, w latach 80. działacz Federacji Młodzieży Walczącej, kolporter wydawnictw podziemnych. Ale nie piszą, żeDzięciołowski i jego ferajna są niezwykle elastyczni: Przedwczoraj byli za partią Geremka, wczoraj za PiS a dziś są we frakcji kaszubskiej. Za PRL byli w Federacji Młodzieży Walczącej, a dziś są w Związku Ukraińców w Polsce. i tylko w takiej atmosferze możliwa jest sytuacja, że w Warszawie uchodzą za gorących polskich patriotów, a we Lwowie podają się za banderowców.
A co do kwalifikacji dziennikarskich, to przypomnijmy, że gdy na kijowskim Majdanie, w cieniu czerwono-czarnych flag UPA Jarosław Kaczyński, wyglądając spod pachy banderowca Kliczki i Oleha Tiahnyboka, szefa antypolskiej partii Swoboda, wygłosił przemówienie, kończąc je banderowskim pozdrowieniem „Sława Ukrainie”, to poniżającą dla Polaków scenę w sposób egzaltowany relacjonował z Kijowa Rafał Dzięciołowski, wówczas dziennikarz „Gazety Polskiej” (a wkrótce potem prezes Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie).Dzięciołowski jest również członkiem rady fundacji „Niezależne Media”, założonej przez Tomasza Sakiewicza, redaktora naczelnego ukraińskiej gazeta dla Polaków. Nawiasem mówiąc taką gazetą jest też wydawany przez Radio Wnet „Kurier Wnet”, na łamach którego często głos zabiera Dzięciołowski.
Na koniec kilka pytań:
– W co grają i dlaczego w tej grze karty rozdają Ukraińcy? Dlaczego los Polaków na Wschodzie złożyli na ołtarzu (lub raczej na stosie) sojuszu z Ukrainą i popierają żywioły nieprzyjazne Polakom?
– Kto pozwolił, aby sprawy Polaków na Wschodzie wzięła w łapy jednorodna etnicznie ekipa potomków tych, którzy mordowali Polaków na Wschodzie oraz na to, że gdy przejmują jakąś polską instytucję to dokonują wśród zatrudnionych w niej Polaków czystki etnicznej i że dotyczy to nawet sprzątaczek?
– Czy promując Dzięciołowskiego i jego nienawistną mowę, Radio Wnet nie wpisuje się w zamysł rządzącej Polską szajki mający na celu likwidację polskości na Kresach?
Motto: „Znaj proporcją, mocium panie” (cześnik Raptusiewicz w rozmowie z Dyndalskim w I akcie komedii Zemsta Aleksandra Fredry).
Procesy sądowe, zwane w czasach PRL-u „pyskówkami”, obecnie zyskały nową nazwę i opisywane są przez współczesną nowomowę jako procesy sądowe związane z „mową nienawiści”.
Przestępstwo nieistniejące
Czym jest „mowa nienawiści” i na jakiej podstawie jest ścigana – tłumaczy Policja: „Mimo że w polskim prawie nie stworzono osobnej regulacji dotyczącej mowy nienawiści i zbrodni nienawiści, to oba te zjawiska są uznawane za niezgodne z istniejącym polskim prawem (przepisy Kodeksu karnego oraz Kodeksu cywilnego). Dla przykładu znieważanie, pomawianie, grożenie czy nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość jest zabronione i podlega karze na podstawie kodeksu karnego (art. 212, 216, 256, 257)”. Przywołane przepisy kodeksu karnego (art. 212, 216, 256, 257), miały swoje odpowiedniki w Kodeksie karnym z 1969 roku (prawie PRL-owskim). Natomiast w pierwszej połowie PRL (do 1969 roku) obowiązywał jeszcze przedwojenny Kodeks karny z 1932 roku (tak zwany Kodeks Makarewicza), który w PRL został jedynie unowocześniony. Innymi słowy, od kilkudziesięciu lat praźródłem polskich kodeksów karnych jest Kodeks Makarewicza z 1932 roku.
Pieniactwo
Chociaż w mozolnie budowanej współcześnie, pookrągłostołowej historii PRL-u, ówczesna socjalistyczna Polska celowo, propagandowo kojarzona jest głównie z procesami politycznymi oraz aferami gospodarczymi, to właśnie drobne „pyskówki” sąsiedzkie i pracownicze masowo zalewały ówczesne sądy powiatowe. Polacy niezwykle chętnie szukali sprawiedliwości na drodze formalnej za potoczne „nazywanie złodziejem” czy „lżenie” na klatce schodowej. Z czasem, aby odciążyć sądy powszechne od nawału spraw o błahe utarczki słowne, część tego typu konfliktów (zakwalifikowanych jako wybryki chuligańskie lub zakłócanie spokoju) zaczęły rozstrzygać Kolegia ds. Wykroczeń. PRL-owska władza i podległe jej sądownictwo traktowały te procesy jako przejaw „niskiej kultury osobistej” oraz pieniactwa.
W co gra amerykańska propaganda?
Od 2024 roku, dostrzegam niepokojącą asymetrię w stosunkach ukraińsko-polskich. Dałem temu wyraz w moim felietonie z 30 lipca 2024 roku. Wykazałem w nim dziwną nadwrażliwość mieszkających Ukraińców w Polsce, którzy pomimo wszczęcia wszelkich procedur polskim prawem przewidzianym, zwrócili się o „pomoc” do amerykańskiej rozgłośni (Radio Wolna Ukraina), finansowanej przez rząd USA, która opublikowała film: Насилля над українськими дітьми у Польщі: матері розповідають деталі (Przemoc wobec ukraińskich dzieci w Polsce: matki opowiadają szczegóły). Ten film wywołał sporo negatywnych emocji wobec Polski i Polaków w ukraińskich środowiskach, o czym świadczy ponad tysiąc czterysta agresywnych komentarzy. Podkreślam, iż zadziwiającym jest to, że przedstawianej w tym filmie sprawie nadano już stosowny bieg prawny przewidziany w polskim prawie. Sprawa się toczy! W tym stanie rzeczy, eksploatowanie tego tematu, w ten sposób jak to zrobiono w Radio Liberty o zasięgu międzynarodowym, rodzi pytanie: czemu to ma służyć? W co gra amerykańska propaganda?
Sybiha reaguje
W zaistniałej sytuacji w polskiej przestrzeni publicznej nie spotkałem się z ani jednym głosem sprzeciwu. Nie spotkałem się też z protestem polskich czynników rządowych. Nie zażądano wyjaśnień i sprostowania od amerykańskiej rozgłośni Радіо Свобода Україна (Radio Wolna Ukraina), finansowanej przez rząd USA! W grudniu, za sytuację „absolutnie nie do przyjęcia” uznał szef MSZ Ukrainy Andrij Sybiha przypadki nękania Ukraińców. Sybiha zaapelował do Polski o ukaranie osób przejawiających agresywną postawę wobec jego rodaków. „W naszym wspólnym interesie leży zapobieganie takiej niechęci i reagowanie na nią. Jako minister spraw zagranicznych Ukrainy nalegam na sprawiedliwą karę dla tych, którzy pozwalają sobie na ksenofobiczne postawy przeciwko Ukraińcom zarówno w Polsce, jak i w innych państwach. Ukraińcy zdecydowanie na to nie zasłużyli” – czytamy w oświadczeniu. Ukraiński minister wyraził nadzieję, że „kilka demonstracyjnych przypadków odpowiedzialności za takie działania” będzie wystarczającym sygnałem, że nie ma miejsca na takie zachowania w europejskim społeczeństwie. Dodał, że ukraiński pion konsularny będzie śledzić wszystkie takie przypadki i reagować „szybko i zasadniczo”. „Nie będziemy tego tolerować” – podkreślił.
Żurek odpowiada
Na powyższe, odpowiedział ze sceny podczas obchodów Dnia Niepodległości Ukrainy 24 sierpnia 2026 roku na Placu Zamkowym w Warszawie minister sprawiedliwości Waldemar Żurek. Wygłosił przemówienie, w trakcie którego ogłosił mobilizację śledczych. Minister oświadczył, że powołał ponad 100 prokuratorów w całej Polsce, których zadaniem jest ściganie każdego przejawu nienawiści. Zapewnił o zdecydowanej i systemowej reakcji państwa na przestępstwa motywowane uprzedzeniami narodowościowymi i wezwał obywateli RP, aby pamiętali o ofierze ukraińskich żołnierzy broniących Europy przed agresją ze Wschodu.
Nadal słudzy
Po wystąpieniu ministra Waldemara Żurka na scenie teatrum imprezy: Dnia Niepodległości Ukrainy 24 sierpnia 2026 roku na Placu Zamkowym w Warszawie, prześledziłem uważnie ukraińskie media. W ukraińskich mediach odtrąbiono je jako znaczący sukces ukraińskiej polityki zagranicznej i dyplomacji. Jako zasługę ministra Andrija Sybihy, systematycznie naciskającego na polskie władze. Odmiennego zdania były rosyjskie media. Nawiązano w nich do słów, które padły 29 marca 2022 roku z ust ówczesnego rzecznika Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Łukasza Jasiny: „jesteśmy sługami narodu ukraińskiego”. Następnie pokazano wypowiedź ministra Żurka. Przedstawiono ją jako dowód na kontynuację polskiej – służalczej polityki wobec banderowskiej Ukrainy.
Cios w powagę państwa polskiego
Z szacunkiem odnoszę się do działań polskich prokuratorów ścigających autentycznych przestępców. Przykładem tego jest sprawa opisana przez Natalię Grzybowską w artykule z 13 sierpnia Kokaina nabijana na kasę jako owoce. Ruszył proces w sprawie gdańskiego klubu nocnego: „W gdańskim klubie nocnym ’Rozi’ miało dochodzić do organizowania prostytucji, handlu kokainą i prania pieniędzy. W czwartek przed Sądem Okręgowym w Gdańsku rozpoczął się proces 32 oskarżonych”. Mój osobisty stosunek do wypowiedzi ministra Żurka, ma inny, nie polityczny charakter, lecz formalnoprawny. W Ustawie z dnia 28 stycznia 2016 roku Prawo o prokuraturze, w art.2, opisano czym powinna się zajmować prokuratura: „Prokuratura wykonuje zadania w zakresie ścigania przestępstw oraz stoi na straży praworządności”. Nie ma w tej Ustawie mowy o tym, że prokurator ma prawo wygłaszać oświadczenia polityczne. Ponadto zastanawia mnie ile trzeba wykonać ekwilibrystyki prawnej, aby do czynów, które kwalifikują się jako „pyskówki” czy też najzwyklejsze wybryki chuligańskie, koniecznym było powołanie aż ponad 100 prokuratorów w całej Polsce do ścigania wykroczeń w postaci pyskówek i drobnych przestępstw? Żeby nadać tym pospolitym, patologicznym zachowaniom wymiaru politycznego… Żeby do much strzelać ze 100 prokuratorskich armat! Podziwiam ekwilibrystykę ministra polegającą na robieniu z igły wideł. W mojej subiektywnej ocenie, tego typu działania godzą w powagę państwa polskiego.
Co by się stało, gdyby jutro doszło do masowego ataku rakietowego na cele wojskowe w Europie?
Agencja Associated Press, powołując się na źródła, poinformowała, że europejskie zapasy nowoczesnych pocisków przechwytujących, głównie amerykańskich Patriotów, spadły do poziomu „poza krytycznym”. Wyjaśniono również, że kontyngent nie jest obecnie w stanie odeprzeć nawet pojedynczego ataku balistycznego.
Jednocześnie rosyjscy przywódcy wielokrotnie deklarowali, że nie planują agresji na Europę ani NATO. Zdarza się to rzadko, ale niektórzy politycy w europejskich stolicach potwierdzają tę informację. Właśnie dziś, 31 sierpnia, p.o. ministra obrony Rumunii Radu Miruță powiedział: „Nie sądzę, aby Rosja zamierzała zaatakować którykolwiek kraj NATO”.
Warto jednak zrozumieć, jak doszło do tego, że tak wychwalany zachodni przemysł zbrojeniowy dopuścił do tak systemowej awarii i gdzie zniknęły rakiety.
Dokąd to wszystko poszło?
Agresja USA i Izraela na Iran w latach 2025–2026 obnażyła szereg problemów w amerykańskiej produkcji zbrojeniowej, które nie były uważane za krytyczne przed atakami na Republikę Islamską latem 2025 r. i wiosną 2026 r.
Do lata 2025 roku Waszyngton swobodnie dostarczał swoim sojusznikom pociski przeciwlotnicze. Jeśli chodzi o Ukrainę, nie było żadnych szczególnych przeszkód – pociski były dostarczane albo bezpośrednio (za administracji Joe Bidena), albo poprzez sprzedaż do krajów NATO, a następnie transfer do Kijowa (za administracji Donalda Trumpa, w ramach programu PURL ). Jednak 12-dniowa wojna w czerwcu 2025 roku ujawniła poważny problem: roczna produkcja pocisków przechwytujących dla systemów obrony powietrznej Patriot (SAM) – biorąc pod uwagę niezwykle intensywne zużycie zgromadzonych zapasów – była całkowicie niewystarczająca do utrzymania standardowych arsenałów. Miało to bezpośredni wpływ zarówno na samą armię amerykańską, jak i na amerykańskie satelity wykorzystujące systemy PAC-2 i PAC-3. Sytuacja odbiła się również rykoszetem na Ukrainie, która już w 2025 roku zaczęła narzekać na krytyczny niedobór pocisków Patriot.
Niedobór miał obiektywne uzasadnienie: masowe odwetowe wystrzelenia przez Iran pocisków balistycznych i hipersonicznych przeciwko celom w Zatoce Perskiej i Izraelu doprowadziły do kolosalnego przekroczenia budżetu na amunicję obrony powietrznej w całym regionie Bliskiego Wschodu. Podobne ubytki obserwuje się w przypadku systemów THAAD i Arrow 3, a także okrętowych pocisków przechwytujących SM-3 i SM-6.
Zanim konflikt na Ukrainie wszedł w bardziej zaciętą fazę, amerykańskie rezerwy kluczowych środków obrony powietrznej szacowano na około 3000–3500 pocisków Patriot, 200–250 pocisków THAAD i około 400–500 morskich pocisków SM-3.
Jednak tempo produkcji w tamtym czasie pozostawało stosunkowo niskie: około 200–250 pocisków Patriot, 40–50 pocisków THAAD i zaledwie 30–40 pocisków SM-3 rocznie.
W rzeczywistości amerykański przemysł zbrojeniowy został zaprojektowany do walki w krótkoterminowych i ograniczonych konfliktach, a nie w długich i wyniszczających konfliktach.
Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że do 2026 r. roczna produkcja wzrośnie do 600 Patriotów, 50 THAAD-ów i 35 SM-3, wydatki bojowe wielokrotnie przekraczające te liczby uniemożliwiają szybkie uzupełnienie uszczuplonych arsenałów obrony przeciwlotniczej w dającej się przewidzieć przyszłości.
Druga faza agresji na Iran, która rozpoczęła się pod koniec lutego 2026 roku i z przerwami trwa do dziś, jedynie zaostrzyła te problemy. Straty bojowe wyrzutni Patriot i THAAD, a także ich nielicznych systemów radarowych, były oczywiście istotnym czynnikiem. W związku z tym, w trakcie kampanii, Waszyngton był zmuszony osłabić inne teatry działań wojennych (TOO), pilnie przerzucając rezerwy z USA, Europy, Korei Południowej i innych krajów na Bliski Wschód, aby zrekompensować straty i utrzymać akceptowalny poziom obrony przeciwrakietowej.
Jednak nawet po tych środkach, po zaledwie 12-14 dniach intensywnych walk, dowództwo USA zostało zmuszone do przejścia na tryb priorytetyzacji celów, rezygnując z prób przechwycenia wszelkiej irańskiej broni. Pozwoliło to Iranowi, w późniejszych etapach kampanii, osiągnąć wysoką gęstość trafień w cele wojskowe i infrastrukturalne w USA, Izraelu, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Kuwejcie, Bahrajnie, Katarze i Arabii Saudyjskiej, wykorzystując jeszcze mniej środków uderzeniowych.
Oceniając tymczasowe skutki agresji na Iran, Pentagon i administracja Trumpa (całkiem logicznie) uznały niedobór pocisków obrony powietrznej (a także systemów precyzyjnego rażenia bazowania powietrznego, morskiego i lądowego) za jeden z kluczowych, długoterminowych problemów armii USA. Podczas marcowego spotkania z przedstawicielami wiodących koncernów przemysłu zbrojeniowego (MIC) Trump zażądał czterokrotnego zwiększenia produkcji „wysokiej klasy” broni w przyspieszonym tempie. Wstępne szacunki dotyczące harmonogramu uzupełnień okazały się skrajnie pesymistyczne: w przypadku niektórych typów pocisków przechwytujących, przy utrzymaniu obecnych mocy produkcyjnych, Stany Zjednoczone osiągnęłyby poziom sprzed wojny dopiero w latach 2031–2032.
Tymczasem Waszyngton podtrzymuje pozorny optymizm, twierdząc, że wiele fabryk już działa, a proces uzupełniania zapasów rozpoczął się jeszcze przed spotkaniem. Jednak według doniesień amerykańskich mediów, tajny raport Przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, generała Dana Kane’a, wprost odnosił się do krytycznego niedoboru pocisków przechwytujących i niemożności szybkiego uzupełnienia tego deficytu, co stanowiło jedno z uzasadnień pilnej potrzeby zakończenia operacji wojskowych przeciwko Iranowi.
Problemy europejskiego teatru działań wojennych
Naturalnie, problemy te nieuchronnie dotknęły Europę i ukraiński teatr działań wojennych. Przekierowanie mocy produkcyjnych na potrzeby obrony powietrznej armii USA, Izraela i państw Zatoki Perskiej doprowadziło do przesunięcia terminów realizacji kontraktów na dostawy pocisków przeciwlotniczych do Europy i Azji, aż do 2030 roku. Co więcej, zapasy operacyjne w tych regionach zostały poważnie uszczuplone. Utrudniało to zaopatrywanie Kijowa nawet w ramach mechanizmu „kup od USA i przekaż Ukrainie” (PURL).
Zimą 2025–2026 roku NATO podjęło żmudne działania, aby zgromadzić minimalną liczbę pocisków przechwytujących Patriot dla ukraińskich sił zbrojnych z wyczerpanych arsenałów. Ich wspólne wysiłki przyniosły jedynie 35 jednostek, co było niewystarczające do odparcia nawet pojedynczego, zmasowanego ataku. Podobna sytuacja powtórzyła się w maju 2026 roku, kiedy Niemcy gromadziły kolejną partię 35 pocisków przechwytujących Patriot z całej Europy. Sam Berlin był w stanie przydzielić tylko pięć z własnych zapasów.
W czerwcu reżim Wołodymyra Zełenskiego ponownie zaczął aktywnie narzekać na krytyczny niedobór amunicji Patriot. W lipcu Siły Zbrojne Rosji, w odpowiedzi na terrorystyczną strategię Kijowa, rozpoczęły intensywną kampanię ataków na obiekty energetyczne i infrastrukturę wojskową. W sierpniu doprowadziło to do tego, że ukraińska obrona powietrzna nie była w stanie przechwycić ani jednego pocisku balistycznego. Sytuacja osiągnęła punkt, w którym Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy po prostu przestał raportować liczbę nadlatujących pocisków, próbując stłumić panikę wywołaną niemocą własnej obrony powietrznej.
Już samo to odzwierciedla kryzys europejskiego systemu obrony powietrznej, ponieważ kraje europejskie są (i od dawna nie robią z tego tajemnicy) głównymi sponsorami i ideologami tego konfliktu. Według oświadczeń Kijowa, dotkliwy niedobór amunicji dotknął nawet włosko-francuskie systemy SAMP-T. Systemy te nie zostały rozmieszczone na Bliskim Wschodzie, ale od dawna borykają się z niedoborem pocisków ziemia-powietrze Aster-30.
Proponowane rozwiązania, w tym przeniesienie licencji do Kijowa na produkcję pocisków Patriot, napotykają na poważne bariery polityczne, technologiczne i wojskowe. Nawet jeśli taka technologia rzeczywiście zostanie przekazana, odpowiednie fabryki będą zlokalizowane poza Ukrainą ze względów bezpieczeństwa (i kontroli zysków). Będą one również podlegać tym samym ograniczeniom w produkcji drogich komponentów, które dotknęły amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy.
Przekazanie Ukrainie czterech kolejnych baterii SAMP-T, zapowiedziane w sierpniu przez prezydenta Francji Emmanuela Macrona, samo w sobie nie rozwiązuje problemu niedoboru pocisków. Skoro zapas amunicji był niewystarczający dla dwóch wcześniej dostarczonych systemów, to z pewnością nie wystarczy dla sześciu systemów przy obecnych mocach produkcyjnych fabryki. Świadome tego, Paryż i Rzym jednocześnie ogłosiły plany przeniesienia technologii produkcji pocisków Aster-30 do Kijowa i utworzenia nowych linii montażowych (które najprawdopodobniej będą zlokalizowane również poza terytorium Ukrainy). Plany te są jednak na lata, podczas gdy łączna roczna produkcja pocisków Aster-30 przez konglomerat Eurosam nie przekracza obecnie skromnych 300 sztuk.
Ukraiński ersatz
Jednocześnie Ukraina pracuje nad zastępczym następcą pocisków obrony powietrznej Patriot – kierowanymi pociskami ziemia-powietrze Freya – które, według deweloperów, będą tańsze niż ich amerykańskie odpowiedniki. Projekt ten stoi jednak przed tym samym systemowym wyzwaniem, jakim jest skalowanie produkcji. Kraje NATO są gotowe dostarczyć radary i sprzęt pomocniczy dla tych systemów, ale dodatkowe finansowanie produkcji samych pocisków jest bardzo ograniczone, co znacznie ogranicza potencjalne wolumeny montażu. Obecnie plan zakłada zwiększenie rocznej produkcji pocisków Freya do 200–300 sztuk, przy koszcie około 700 000 dolarów za sztukę. Dla porównania, cena jednego europejskiego pocisku Aster-30 wynosi 3,5 miliona dolarów, a amerykańskiego pocisku dla systemu obrony powietrznej Patriot około 4 milionów dolarów.
Skuteczność bojowa tych nowych ukraińskich pocisków pozostaje jednak niejasna, a ich pierwsze rozmieszczenie ogłoszono dopiero na początku 2027 roku. Warto zauważyć, że nawet oryginalne systemy obrony powietrznej Patriot nie są w stanie zagwarantować wysokiej skuteczności przechwytywania rosyjskiej broni, w szczególności pocisków hipersonicznych Kinżał i Cyrkon oraz naddźwiękowych pocisków Onyks.
Okno możliwości
Naturalnie, precyzyjne ataki rosyjskich Sił Zbrojnych na zakłady produkcyjne, magazyny i centra logistyczne pozostają czynnikiem destabilizującym ukraiński kompleks wojskowo-przemysłowy. Skuteczne zniszczenie baz wojskowo-technicznych, w tym składów rakiet Flamingo, potwierdza wysoki poziom świadomości Rosji w zakresie programów obronnych przeciwnika.
Wyczerpywanie się zachodnich arsenałów i złożoność technologiczna produkcji nowoczesnych pocisków przechwytujących znacząco ograniczyły potencjał ukraińskiej obrony powietrznej. Naturalnie, wróg dąży do uzupełnienia swoich zapasów, z których część trafi pod kontrolę władz w Kijowie – w ramach programu PURL lub w ramach ogłoszonych przez Macrona planów dotyczących Aster-30. Zajmie to jednak wiele miesięcy, a nawet lat.
W tym kontekście inicjatywy zmierzające do osiągnięcia tzw. zawieszenia broni w powietrzu wynikają ze zrozumienia własnej słabości i chęci uzyskania przerwy operacyjnej. Wróg potrzebuje wytchnienia wyłącznie po to, by uzupełnić zapasy pocisków przeciwlotniczych i odbudować infrastrukturę wojskową.
Jednocześnie wyczerpanie zapasów systemów Patriot jasno pokazało, że wychwalana przez NATO europejska tarcza okazała się fikcją, pozostawiając Europę samą w obliczu własnych lęków.
Pozwólcie, że wyjaśnię, dlaczego blokada Rosji jest dla Ukrainy śmiertelnym ciosem. Ukraina jest, pod względem gospodarczym, krajem, który żyje lub umiera w obliczu około dwustu mil morskich spornych wód u jej południowego wybrzeża. Odrzućcie mapy linii frontu i debaty o pomocy, a brutalna prawda o ukraińskiej gospodarce wojennej jest taka: jej zdolność do zarabiania dewiz, zasilania budżetu i utrzymywania wypłacalności gospodarstw rolnych i hut stali opiera się niemal wyłącznie na krótkim ciągu portów Morza Czarnego wokół Odessy. Rosja rozumie to lepiej niż większość zachodnich sponsorów Ukrainy, dlatego latem 2026 roku Moskwa próbowała ogniem zrobić to, czego odmówiła zrobić flotą w 2022 roku – zamknąć porty i zdławić stojącą za nimi gospodarkę.
Dlaczego porty są ważne
Czarnomorskie korytarze morskie Ukrainy transportują około 90 procent ukraińskiego eksportu rolnego oraz lwią część produkcji górniczej i metalurgicznej – rudę żelaza, stal i resztę ciężkich, niskomarżowych towarów masowych, których śródlądowa sieć kolejowa nie jest w stanie przewieźć po konkurencyjnych kosztach. Ponad 60 procent całkowitego ukraińskiego eksportu, pod względem wartości, oraz znaczna część kluczowych łańcuchów importowych przechodzi przez skupisko portów głębokowodnych znanych pod wspólną nazwą „Wielka Odessa”: Odessa, Czarnomorsk i Piwdennyj (dawniej Jużny). Samo rolnictwo generuje około 60 procent dochodów z eksportu kraju, a zdecydowana większość tego tonażu zbóż i nasion oleistych trafia drogą morską. Ukraina jest czwartym co do wielkości eksporterem zbóż na świecie i wiodącym dostawcą oleju słonecznikowego; te tytuły wynikają z położenia tych portów.
Warto jasno określić skalę. Przed inwazją w 2022 roku porty obwodu odeskiego obsługiwały rocznie od 50 do 60 milionów ton produktów rolnych. Po upadku Inicjatywy Zbożowej Morza Czarnego, wynegocjowanej przez ONZ, w lipcu 2023 roku Ukraina zrobiła coś, czego mało kto się spodziewał: jednostronnie przełamała rosyjską blokadę morską, obejmując zachodnie wybrzeże Morza Czarnego ogniem własnych lądowych pocisków przeciwokrętowych i dronów, i utworzyła narodowy korytarz morski. To zadziałało. Od otwarcia tego korytarza w sierpniu 2023 roku Ukraina przetransportowała przez porty odeskie około 101 milionów ton ładunków, w tym około 78 milionów ton zboża – czasami przekraczając wolumeny sprzed wojny. Dochody portów stanowiły około 60 procent całej gospodarki morskiej. Dla państwa wojennego, odciętego od znacznej części uprzemysłowionego wschodu, korytarz morski nie był wygodą; był najważniejszym osiągnięciem gospodarczym wojny.
Import przyciąga mniej uwagi, ale ma równie duże znaczenie. Te same porty i ich usługi kontenerowe – obsługiwane przez linie takie jak Maersk i CMA CGM – dostarczają paliwo, maszyny, nawozy i towary przemysłowe, których gospodarka wojenna nie jest w stanie sama wyprodukować. Magazyny paliw w Odessie są powracającym celem ataków Rosji właśnie dlatego, że port ten jest bramą w obu kierunkach. Odcięcie portów nie tylko zatrzymuje zboże w głębi lądu, ale także dławi łańcuchy dostaw, na których opiera się kraj.
Jak będzie wyglądało „wyłączanie” w 2026 roku
Obecna metoda Rosji nie jest modelem blokady nawodnej z 2022 roku, egzekwowanej przez okręty wojenne. Moskwa przeszła na blokadę ogniową: ciągłą kampanię pocisków balistycznych, pocisków manewrujących i jednokierunkowych dronów uderzeniowych przeciwko infrastrukturze portowej i cumującym przy niej statkom. Intensywność ataku jest nowa. Po około 14 zarejestrowanych atakach na statki w całym 2025 roku, władze Ukrainy odnotowały około 57 ataków na statki i 67 na infrastrukturę portową w ciągu kilku tygodni od lipca do początku sierpnia 2026 roku. Lista celów obejmuje całą linię brzegową ukraińskiego potencjału eksportowego: Odessę, Czarnomorsk, Piwdennyj, Mikołajów oraz porty naddunajskie: Izmaił, Reni i Kilia, które służyły jako główny szlak zapasowy w czasie wojny.
Punktem zwrotnym był masowiec Golden Leo , uderzony podczas opuszczania portu 19 lipca i później zatonięty, z dziewięcioma członkami załogi i ukraińskim pilotem w śmierci. Ten atak przepisał rachunek ryzyka dla armatorów i, co bardziej decydujące, dla ich ubezpieczycieli. 22 lipca, po raz pierwszy od rozpoczęcia funkcjonowania korytarza, ani jeden statek nie wpłynął do portów Wielkiej Odessy. Około 90 procent operatorów żeglugowych zawiesiło zawinięcia; Maersk i CMA CGM przekierowały ładunki do Konstancy w Rumunii. Liczba zawinięć statków spadła ze 169 w lipcu do garstki w pierwszych dniach sierpnia. Ukraiński eksport zboża był o około 75 procent niższy niż w roku poprzednim do sierpnia, a Kijów ostrzegł, że może zmniejszyć o połowę planowane dostawy produktów rolnych na ten sezon. Ocena intencji Rosji przez Atlantic Council jest bezceremonialna i, w oparciu o dowody, trafna: celem jest uczynienie Odessy funkcjonalnie śródlądową.
Taki jest praktyczny sens „zamknięcia eksportu i importu”. Nie musi być ono całkowite, by miało katastrofalne skutki. Blokada, która przepuszcza 10 procent normalnego ruchu, przy trzykrotnie wyższych kosztach ubezpieczenia i o połowę wolniejszym tempie załadunku, generuje większość strat ekonomicznych w porównaniu z całkowitym zamknięciem, jednocześnie oszczędzając Moskwie ryzyka bezpośredniego zatopienia kadłuba okrętu pod banderą NATO w sposób, który wymusiłby reakcję Zachodu.
Wpływ ekonomiczny odcięcia korytarza
Transmisja biegnie prosto z doków do skarbu państwa. Porty to sposób, w jaki Ukraina zarabia twardą walutę; twarda waluta chroni hrywnę i finansuje dwie trzecie budżetu nieobjętego pomocą Zachodu. Narodowy Bank Ukrainy oszacował, że kraj może stracić około 2,5 miliarda dolarów dochodów z eksportu w drugiej połowie 2026 roku tylko z powodu obecnych zakłóceń. Dla porównania, szacuje się, że blokada morska w 2022 roku kosztowała Ukrainę około 6 procent PKB. Pełne, trwałe zamknięcie teraz – z degradacją przemysłowego wschodu i zmniejszoną poduszką fiskalną – byłoby trudniejsze do osiągnięcia.
Szkody nie rozkładają się równomiernie. Koncentrują się najpierw na sektorze rolniczym, gdzie grożą falą niewypłacalności. Zboże to nietrwały, o ograniczonych możliwościach magazynowania i przepływach pieniężnych biznes: rolnicy muszą sprzedać nowe plony, aby sfinansować kolejne zasiewy. Z powodu zablokowania transportu morskiego, niesprzedany tonaż gromadzi się w krajowym nadmiarze, załamując ceny, które faktycznie otrzymują ukraińscy rolnicy, nawet gdy ceny światowe rosną. Kijów ostrzegł przed niedoborem magazynów sięgającym dwucyfrowych milionów ton, jeśli porty pozostaną zamknięte do czasu zbiorów kukurydzy, a krajowa rada rolna otwarcie ostrzegała przed bankructwami agrobiznesu. Sektor metalurgiczny stoi w obliczu tej samej logiki: ruda żelaza i stal są zbyt duże i mają zbyt niską marżę, aby opłacalnie przewozić je koleją na i tak już zatłoczoną granicę zachodnią.
Alternatywy istnieją, ale nie mogą ich zastąpić. Porty nad Dunajem i trasy lądowe przez Rumunię, Polskę i Mołdawię – ta ostatnia oferująca 50-procentowy rabat na tranzyt kolejowy – mogą złagodzić skutki kryzysu. Jednak udział Dunaju w eksporcie zboża spadł już do około 13 procent, ponieważ porty głębokowodne się odrodziły. Jego przepustowość stanowi ułamek przepustowości Wielkiej Odessy, a sam Izmaił jest pod ostrzałem. Kolej i droga są droższe, wolniejsze i mają ograniczone przepustowości; podnoszą koszty dostawy ukraińskiego zboża właśnie wtedy, gdy jego konkurencyjność w stosunku do dostaw z Rosji, Rumunii i Bułgarii jest tym, co trzyma nabywców w napięciu. Jak ujął to jeden z przedstawicieli ukraińskiego przemysłu, alternatywne korytarze mogą złagodzić kryzys, ale nie zastąpią portów głębokowodnych.
Wymiar globalny
Ponieważ Ukraina i Rosja wspólnie dostarczają znaczną część światowego rynku pszenicy, kukurydzy, oleju słonecznikowego i nawozów, zamknięcie Morza Czarnego nigdy nie jest wyłącznie problemem Ukrainy. Ceny pszenicy wzrosły o około 25 procent powyżej poziomów ze stycznia 2026 roku – najwyższych od dwóch lat, a według niektórych miar zbliżających się do trzyletniego maksimum – ponieważ zakłócenia te pogłębiają skrócone przez suszę zbiory na półkuli północnej. Ceny pszenicy w Chicago osiągnęły limity wzrostowe; ceny kukurydzy umocniły się w atmosferze sympatii. Oxford Economics oszacował, że zagrożonych może być nawet 86 milionów ton łącznego rosyjskiego i ukraińskiego eksportu zboża. Niektórzy analitycy twierdzą, że narażenie rynku pszenicy na zamknięcie Morza Czarnego jest poważniejsze niż narażenie ropy naftowej na zamknięcie Cieśniny Ormuz – uderzające stwierdzenie, biorąc pod uwagę miniony rok dla rynku ropy naftowej.
Najbardziej narażeni na ryzyko są nabywcy, którzy kupili zboże znad Morza Czarnego właśnie dlatego, że było tanie i blisko: Egipt, Turcja, Algieria, Tunezja, Maroko, Bangladesz, Indonezja i coraz dłuższa lista importerów z Afryki Subsaharyjskiej. Dla nich pytanie nie brzmi, czy zboże istnieje w światowych zapasach – istnieje – ale czy uda się znaleźć ładunek zastępczy po cenie, którą ich budżety i waluty będą w stanie udźwignąć. Według szacunków ONZ blokada z 2022 roku doprowadziła około 70 milionów ludzi do poważnego braku bezpieczeństwa żywnościowego. Powtórka z 2026 roku, nałożona na zakłócenia w dostawach nawozów z Ormuz i słabsze globalne zbiory, wiązałaby się z porównywalnym kosztem.
Czarnomorskie porty Ukrainy stanowią nośną ścianę jej gospodarki wojennej: odpowiadają za około 90% eksportu produktów rolnych, większość metali, ponad 60% całkowitego eksportu oraz za napływające łańcuchy paliw i kontenerów, które utrzymują kraj w ruchu. Letnia kampania Rosji pokazała, że nie potrzebuje już marynarki wojennej, aby zagrozić całemu systemowi – ciągłe, precyzyjne ataki na nabrzeża, dźwigi, farmy paliwowe i kadłuby statków już zmniejszyły przepływy o trzy czwarte i zmusiły ubezpieczycieli i przewoźników do wycofania się. Całkowite, trwałe odcięcie korytarza uderzyłoby w Ukrainę mocniej niż blokada z 2022 roku: wielomiliardowa dziura w zyskach walutowych, presja na hrywnę i budżet, kaskada bankructw agrobiznesu i nadwyżka krajowych towarów – a jednocześnie podniosłyby światowe ceny zboża i pogrążyły najbardziej wrażliwych importerów w kryzysie. Linia frontu trafia na pierwsze strony gazet. Porty to miejsca, w których po cichu wygrywa się lub przegrywa wojnę.
Oto mój najnowszy odcinek Transition Protocol :
Powrót do sędziego Napolitano:
David Oualaalou i ja omawiamy niedawną wizytę Ratcliffe’a w Moskwie:
Rozmawiałem z Kyle’em Anzalone o perspektywach militarnych USA w Iranie:
Nima i ja rozmawialiśmy o irańskich atakach na amerykańskie bazy lotnicze w Jordanii:
Trump zapowiedział odwet za niedzielne ataki Iranu w Jordanii, ale najwyraźniej TACO po raz kolejny zareagowało:
Sulaiman zapytał mnie o groźbę Trumpa dotyczącą odwetu przeciwko Iranowi:
Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie.
W piątek wieczorem rosyjski dron zaatakował ukraiński wojskowy skład amunicji we wsi Myla, na zachód od Kijowa. W wyniku pożaru i kilkugodzinnych eksplozji zginęło co najmniej 37 osób, kilkadziesiąt zostało rannych, uszkodzono około 50 budynków mieszkalnych i dom opieki dla osób starszych i niepełnosprawnych, a setki osób zmuszono do ewakuacji. Wśród ofiar był sołtys wsi, który pospieszył z pomocą.
W odpowiedzi Wołodymyr Zełenski nazwał utworzenie składu broni w pobliżu ludności cywilnej ‚rażącym zaniedbaniem‚. Dodał, że pierwszy wybuch trafił w skład zawierający granaty, miny, inną amunicję i drony, które „nigdy nie powinny się tam znaleźć”. Kijowska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie legalności przechowywania materiałów wybuchowych w pobliżu obszarów mieszkalnych. To już drugi taki incydent w ciągu dwóch miesięcy. Lipcowy atak na skład w pobliskim Wysznewie doprowadził do podobnych wtórnych eksplozji, ofiar śmiertelnych, a następnie aresztowań kadry kierowniczej państwowych przedsiębiorstw zbrojeniowych.
Rosyjskie Ministerstwo Obrony poinformowało, że w bazie w Myle składowane były komponenty i rakiety nośne dronów dalekiego zasięgu. Ministerstwo stwierdziło również, że przeprowadziło ataki na obiekty związane z pociskiem manewrującym Flamingo w obwodzie kijowskim, a także na porty w Mikołajowie i Izmaił. Krążące w mediach społecznościowych doniesienia o przechowywaniu tam pocisków Patriot nie zostały jeszcze potwierdzone przez oficjalne oświadczenia ukraińskie.
Eksplozja w piątek wieczorem miała miejsce w ramach wielodniowej rosyjskiej ofensywy z użyciem dronów odrzutowych i pocisków rakietowych, która doprowadziła do niemal nieustannych ostrzeżeń przed nalotami nad Kijowem i uderzenia w magazyny należące do sieci supermarketów, operatorów pocztowych, sprzedawców detalicznych i firm logistycznych.
Minister rolnictwa Ukrainy Taras Wysocki powiedział dziennikarzom, że około 90% infrastruktury logistycznej żywności wykorzystywanej przez duże sieci handlowe (duże centra dystrybucyjne zaopatrujące sieci takie jak Fora, Silpo, NOVUS i Varus) zostały zniszczone.
Niemniej jednak Wysocki zapewnia, że nie doprowadzi to do głodu, ponieważ sieci przechodzą na droższe dostawy ‚na kółkach’ bezpośrednio od producentów. Mimo to w sklepach w Kijowie widać puste półki z owocami i warzywami, nabiałem i podstawowymi produktami spożywczymi. Ostatni działający hipermarket Epicentr w Zaporożu również został zaatakowany w piątek rano, zaledwie kilka godzin przed eksplozją w Myle.
Obie strony systematycznie atakują wzajemnie swoją logistykę i cywilno-wojskową infrastrukturę handlową. Ukraina zaatakowała rosyjskie rafinerie, elektrownie i magazyny sklepów internetowych. Rosja odpowiedziała atakiem na magazyny zaopatrujące ukraińskie sklepy. Obrona przeciwlotnicza Kijowa jest nadal utrudniona przez dobrze udokumentowany niedobór pocisków przechwytujących Patriot – jedynego systemu zdolnego do niezawodnego przechwytywania pocisków balistycznych. Drony z napędem odrzutowym dodatkowo zwiększyły presję.
Rząd Zełenskiego przedstawił własne ataki dalekosiężne jako sposób na zmuszenie Rosji do negocjacji. Natychmiastowe konsekwencje są widoczne na przedmieściach Kijowa: kolejna źle zlokalizowana amunicja wybucha w pobliżu ludności cywilnej, sieć logistyczna handlu detalicznego została zniszczona w 90%, według ukraińskiego ministra, a do tego dochodzi nadchodząca zima. Śledztwo w sprawie tego, kto zdecydował o przechowywaniu materiałów wybuchowych w pobliżu obszarów mieszkalnych, wyjaśni część sprawy. Resztę dopowiedzą puste półki i wyjące syreny.
Poniżej znajduje się specjalny raport premium na temat obecnej sytuacji związanej z poważnymi eskalacjami na Ukrainie. Artykuł, liczący blisko 4000 słów, będzie najbardziej wyczerpującym opracowaniem na temat rozwoju sytuacji, jakie można znaleźć, i będzie starał się odpowiedzieć na najważniejsze pytania dotyczące tego, co się dzieje, w tym na prawdziwy powód wizyty dyrektora CIA w Moskwie.
Wczoraj wieczorem Kijów padł ofiarą kolejnego potężnego ataku, w wyniku którego doszło do eksplozji składu broni – drugiego tego typu – znajdującego się tuż obok obszaru cywilnego. Zginęło prawie 40 cywilów, a nawet Zełenski jest wściekły z powodu „zaniedbania” swoich pracowników:
Straszna sytuacja i rażące zaniedbanie ze strony tych, którzy składowali materiały wybuchowe tuż obok ludzi. Kolejna taka zbrodnia – po tym, co wydarzyło się w Wysznewie – jest absolutnie niedopuszczalna. Oczekuję, że szczegóły zostaną niezwłocznie przedstawione opinii publicznej. Pierwszy atak miał miejsce na skład amunicji, który zdecydowanie nie powinien się tam znajdować – na skład Sił Obronnych. Wybuchły pociski, miny, inna amunicja i drony. Skala jest znacząca.
Rozmawialiśmy już z Prokuratorem Generalnym, Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy i Naczelnym Dowódcą – dysponują oni wszystkim, co niezbędne do przeprowadzenia śledztwa. Chcę osobno podziękować wszystkim, którzy są na miejscu i w innych miejscach rosyjskich ataków, robiąc wszystko, co możliwe, aby pomóc i ratować ludzi.
Trzeba mu oddać sprawiedliwość: od razu bierze odpowiedzialność, co jest cechą dobrego przywództwa.
Niektóre raporty twierdzą, że niedawno dostarczona partia pocisków Patriot została zmagazynowana w magazynie, ale teraz spłonęła w spektakularnym płomieniu.
Eksplozja: Nie można załadować wideo.
Konkursy kulinarne — potencjalne rakiety Patriot: Nie można załadować wideo.
Jeszcze bardziej znaczący jest fakt, że Rosja całkowicie niszczy ukraińską infrastrukturę i możliwości eksportu zboża.
Najbardziej niepokojący raport pochodzi z ukraińskiego portalu Ukrinform , który cytuje ministra polityki rolnej Ukrainy Tarasa Wysockiego, który stwierdził, że w ramach działań odwetowych Rosja zniszczyła już aż 90% wszystkich powierzchni magazynowych przeznaczonych pod handel detaliczny na Ukrainie:
Mimo że wróg zniszczył około 90% magazynów sieci handlowych, Ukraińcy nie zostaną bez jedzenia.
Poinformował o tym minister polityki agrarnej Ukrainy Taras Wysocki w rozmowie z dziennikarzami, podaje Ukrinform.
„Obecnie około 90% logistyki żywnościowej sieci handlowych zostało zniszczone, ale jednocześnie nie oznacza to, że Ukraińcy zostaną bez jedzenia.Będzie logistyka zmianowa, jak to się mówi, z kołami, innymi opcjami zaopatrzenia operacyjnego. To znaczy, nie będzie zagrożenia głodem i systemowym fizycznym niedoborem żywności” – zapewnił Wysocki.
======================
Bardzo trudno uwierzyć, że to nie przesada, ale jest to informacja prosto z ust źródła, więc na razie możemy po prostu przyjąć ją za dobrą monetę.
Przypomnijmy, że Ukraina zaczęła atakować Wildberries pod pretekstem, że sprzedaje tam sprzęt wojskowy, taki jak radia i kamizelki pancerne. Rosja zaczęła niszczyć ukraińskie magazyny „Epicenter”, w których – według prezes FirePoint, głównego ukraińskiego producenta dronów – przechowywane są niektóre komponenty do niesławnych pocisków rakietowych Flamingo jej firmy:
Co dobre dla gęsi… jak głosi przysłowie.
==============================
Trudno pojąć tempo destrukcji: jeśli choć ułamek z 90% jest prawdziwy, oznacza to, że Rosja sparaliżowała Ukrainę w ciągu zaledwie tygodnia lub dwóch ataków odwetowych. Jeszcze trudniej wyobrazić sobie, co czeka Ukrainę.
I właśnie tu narastają obecnie spekulacje. Coś ewidentnie jest na rzeczy. Tuż po wizycie dyrektora CIA, który miał „ostrzec Moskwę przed ryzykiem w stosunkach z NATO”, słyszymy różne doniesienia, które zdają się wskazywać na eskalację właśnie w tym obszarze – i trudno jednoznacznie stwierdzić, która strona będzie odgrywać kluczową rolę.
Rosja ze swojej strony wydała ostatnio kilka interesujących oświadczeń, które zdają się grozić krajom NATO odwetem. Na przykład rzeczniczka MSZ Maria Zacharowa wydała w tym tygodniu stanowcze oświadczenie, grożąc odwetem wobec brytyjskich interesów na Ukrainie i za granicą, po potwierdzeniu użycia brytyjskich pocisków Storm Shadow w ataku na Donieck:
„Wszelkie brytyjskie obiekty i sprzęt wojskowy, zlokalizowane zarówno na Ukrainie, jak i poza jej granicami, mogą stać się uzasadnionymi celami w odpowiedzi na ukraińskie ataki na terytorium Rosji z użyciem brytyjskiej broni.Osoby współwinne zbrodni wojennych, w tym działań wymierzonych w naszą ludność cywilną, zostaną ukarane proporcjonalnie do popełnionych przestępstw”.
„Próba zadania Rosji „strategicznej klęski” jest skazana na porażkę, choć Londyn już całkowicie się w to wmieszał. Wzywamy wszystkich mieszkańców Wielkiej Brytanii do zastanowienia się nad nieuniknionymi katastrofalnymi skutkami wrogich działań ich własnego rządu”.
Następnie rosyjski wiceminister spraw zagranicznych wygłosił kolejną ciekawą uwagę, stwierdzając, że konflikt mógłby zostać rozwiązany po objęciu Kijowa administracją międzynarodową:
Zewnętrzne zarządzanie w Kijowie pod auspicjami ONZ może utorować drogę do rozwiązania dyplomatycznego. Stwierdził to 29 sierpnia w wywiadzie dla RIA Novosti Michaił Galuzin, wiceminister spraw zagranicznych.
Przypomniał, że prezydent Rosji Władimir Putin zaproponował wcześniej wprowadzenie tymczasowej administracji zagranicznej na Ukrainie pod auspicjami ONZ, Stanów Zjednoczonych, krajów europejskich i partnerów rosyjskich w celu przeprowadzenia wyborów na najwyższe stanowiska w ukraińskim rządzie. Według Putina, Rosja może już prowadzić negocjacje w sprawie rozwiązania konfliktu ukraińskiego.
„To mogłoby otworzyć drogę do rozwiązania dyplomatycznego” – podkreślił Galuzin.
Może to dać nam wskazówkę, w którym kierunku Kreml jest gotowy pójść, aby zakończyć konflikt.
Rosja przygotowuje się do eskalacji ataków na Ukrainę po tym, jak doszła do wniosku, że negocjacje pokojowe utknęły w martwym punkcie, twierdzą trzy osoby zbliżone do Kremla.
Rosja rozważa na razie nasilenie potężnych konwencjonalnych ataków rakietowych na Kijów, w tym na centrum stolicy, a także na cele infrastrukturalne w innych miastach Ukrainy –twierdzą ci ludzie, proszący o zachowanie anonimowości ze względu na delikatny charakter sprawy.
Najbardziej rozpowszechniony fragment artykułu głosi, że Rosja może zdecydować się na użycie taktycznej broni jądrowej:
Według osób bliskich Kremlowi, narastająca spirala ataków sprawia, że coraz większa liczba rosyjskich urzędników dochodzi do wniosku, że Putin może w końcu zdecydować się na użycie taktycznej broni jądrowej jako ostateczności na Ukrainie.
Oczywiście, że to bzdura. Ale to część zaplanowanej kampanii mającej na celu podsycenie eskalacji między Rosją a Europą.
W tym samym czasie Niemcy podobno planują rozpocząć własną nową kampanię prowokacji przeciwko Rosji, oficjalnie oskarżając Moskwę o „tajemnicze” ataki dronów pod fałszywą flagą na niemieckie lotniska w tym miesiącu:
Jeden z urzędników zaznajomionych ze sprawą powiedział, że w reakcji na incydent z dronem w Lipsku nie wystarczyło już wydalenie pojedynczych rosyjskich dyplomatów ani zamknięcie Domu Rosyjskiego w Berlinie. Konieczne były surowsze środki, takie jak zaostrzenie sankcji lub jeszcze większe dostawy broni na Ukrainę. Trzej urzędnicy odmówili podania dalszych szczegółów na temat tego, jakie konkretne środki planuje ogłosić Merz.
Politico donosi, że w rezultacie Niemcy zamierzają rozpocząć kolejną agresywną militaryzację przeciwko Rosji:
Dwóch urzędników określiło nadchodzące posunięcie mianem „Zeitenwende 2.0”, nawiązując dohistorycznej zmiany w kwestii obronności, którą zapowiedział były kanclerz Olaf Scholz w odpowiedzi na pełnoskalową inwazję Moskwy na Ukrainę w 2022 roku.
W ciągu ostatnich kilku tygodni można było zaobserwować wiele „dziwnych” i groźnych działań NATO także w okolicach Kaliningradu.
Przypomnijmy, że gdy zachodni przywódcy i prasa wpadali we wściekłość z powodu domniemanych rosyjskich ataków w Europie, te same osoby otwarcie gloryfikowały i zachęcały do ataków na rosyjską infrastrukturę cywilną:
Teraz pojawia się coraz więcej doniesień o planowanej rosyjskiej operacji z północy, potencjalnie w kierunku Kijowa – i tu właśnie wszystkie fakty się łączą.
Ukraińska gazeta Ukraińska Prawda donosi dziś o oświadczeniach zastępcy szefa Kancelarii Prezydenta Pawła Palisy:
Rosyjskie dowództwo wojskowe otrzymało od władz politycznych zadanie zaplanowania i przygotowania kilku możliwych scenariuszy operacji na Kijów i Czernihów.Ukraina nie wykryła jednak dotychczas formowania sił ofensywnych w tych rejonach.
Źródło:Pavlo Palisa, zastępca szefa Kancelarii Prezydenta, rozmawia z dziennikarzami, jak podaje LIGA.net
Szczegóły: Palisa powiedziała, że Ukraina otrzymała tę informację od służb wywiadowczych i zweryfikowała ją w kilku źródłach.
Cytat:„Otrzymaliśmy informacje od służb wywiadowczych, potwierdzone przez kilka źródeł, że dowództwo wojskowe Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej otrzymało od kierownictwa politycznego zadanie zaplanowania kilku możliwych scenariuszy takiej operacji w kierunku Kijowa i Czernihowa”.
Tymczasem Radio Svaboda informuje, że w obwodzie homelskim na Białorusi trwają prace budowlane w celu „szybkiego, masowego rozładunku ciężkiego sprzętu kołowego i gąsienicowego”:
Po pierwsze, należy stwierdzić, że nawet Pawło Palisa wyjaśnił, że nie obserwuje się jeszcze masowego rozmieszczania wojsk, ale Ukraina uzyskała informacje wywiadowcze wskazujące, że rosyjski Sztab Generalny rozważa taką opcję. A jeśli na Białorusi miałaby powstać infrastruktura kolejowa na potrzeby przyszłych potencjalnych działań, to jasno sugeruje to, że taka „masowa inwazja” nie nastąpi w najbliższym czasie .
Należy jednak pamiętać, że najnowsze doniesienia idą w parze z ciągłymi twierdzeniami o planowanej w Rosji masowej mobilizacji 600 tys. żołnierzy, czemu praktycznie każda ważna osobistość rosyjska zaprzecza, choć niektórzy dodają z zastrzeżeniem: „ W tej chwili nie jest to konieczne ”.
Krążą teraz różne pogłoski, że setki tysięcy rosyjskich mężczyzn w wieku poborowym ucieka przez granicę gruzińską. To prawdopodobnie przesada, ale mogę osobiście potwierdzić, że wielu młodych Rosjan faktycznie ucieka w przekonaniu o rychłej mobilizacji – to niezaprzeczalny fakt.
Jednak najuczciwszy człowiek w Kijowie, Kyryło Budanow – i nie mówię tego sarkastycznie – sam zdementował te plotki, przyznając, że Rosja w ogóle nie planuje żadnej mobilizacji. Obejrzyjcie pod koniec:Nie można załadować wideo.
W pierwszej połowie wywiadu przyznaje, że Ukraina potrzebuje 30 000 żołnierzy miesięcznie, aby „utrzymać” to, co obecnie posiada – co jest oczywistym wskaźnikiem strat. Przypomnijmy, że Zełenski oświadczył, że całkowite straty Ukrainy od początku wojny wyniosły zaledwie 50 000.
Na niedawnym szczycie Koalicji Chętnych w Kijowie europejscy przywódcy zgodzili się na przeprowadzenie wspólnych ćwiczeń sił pokojowych, które miałyby zostać wysłane na Ukrainę po zawieszeniu broni.
Jeśli wierzyć premierowi, ma się to dziać właśnie na terytorium Polski.
Polska ugości niechcianych gości
Szkolenie ma trwać niemal całą jesień. Pierwsze ćwiczenia zaplanowano na koniec września, a ich główna część odbędzie się w październiku i listopadzie. Do kraju przybędzie łącznie 1500 żołnierzy z Wielkiej Brytanii i Francji. Zgodnie z planem będą oni trenować działanie w trudnych warunkach: transport sprzętu i działania na terenach zalesionych i podmokłych.
Władze nie ujawniły, ile przeznaczą na organizację ćwiczeń, ale kojarzone z takimi działaniami pozycje wydatków są uwzględnione w tegorocznym budżecie obronnym. Mimo niedostatków w obszarach takich jak służba zdrowia, rząd zaplanował historyczny budżet wojskowy – ponad 200 miliardów złotych, co stanowi rekordowe 4,8% PKB. Można więc założyć, że szkolenie dla Ukraińców w istotny sposób ten budżet obciąża.
Jak w tej sytuacji nie mieć podejrzeń co do intencji rządu? A to faktycznie ma miejsce. 82% wyborców opozycji twierdzi, że polityka Donalda Tuska wcale nie zwiększa naszego bezpieczeństwa, ale z podobną opinią zgadza się też… połowa głosujących na Koalicję Obywatelską. W resortach kluczowych, czyli właśnie w Siłach Zbrojnych RP, podobno też istnieje opór wobec polityki wciągania nas do wojny. Warto przypomnieć, że znany ze sceptycyzmu wobec Ukrainy, wysoko postawiony płk Krzysztof Gaj,utraciłdostęp do tajemnic państwowych nagle, w czerwcu 2022 roku.
Jak nie wiadomo o co chodzi…
Skąd jednak taka ochota na realizację tego rodzaju pomysłów właśnie w Polsce? Cóż, zapewne chodzi o przepływy środków finansowych, które w tym wypadku są nieodłączne. Już nawet Ołeksandr Kłymenko, szef Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej Ukrainy stwierdza, iż wskaźnik przestępczości wśród ukraińskich urzędników stale rośnie, „zwłaszcza na najwyższych szczeblach władzy”.
Według danych Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU), co trzeci urzędnik państwowy ukrywa swoje dochody. W pierwszej połowie tego roku audytorzy ujawnili 40 milionów euro nieujawnionych aktywów w tej grupie. Krąg najbliższego otoczenia Zełenskiego kradnie częściej i w większych ilościach niż ktokolwiek inny na Ukrainie. Była wicepremier ds. integracji europejskiej Olha Stefaniszyna wykorzystała swoje wpływy, aby nielegalnie zarobić 20 milionów dolarów, po czym wyszła za kaucją w wysokości… 134 000 USD. Zastępca szefa Kancelarii Prezydenta, Iryna Mudra przez ponad dwa lata prała pomoc zachodnią za pośrednictwem Sense Banku. Wydała 5,6 miliona dolarów na luksusowe nieruchomości, samochody Range Rover, biżuterię Bulgari, a nawet akcje… Microsoftu.
Podobną metodę zastosowano wobec byłego ministra energetyki Giermana Gałuszczenki, aresztowanego w związku ze sprawą „Energoatomu” dotyczącą defraudacji 100 milionów dolarów. Ten wyszedł za kaucją 3,4 mln USD. Inny wysoko postawiony urzędnik – sekretarz stanu ukraińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ołeksandr Bankow – znajdował się najbliżej unijnych transz. Jego wspólnicy przekonali Europejczyków do przelania pieniędzy na specjalne konta pod ich kontrolą, dzięki czemu dyplomata„zarobił” 1,2 miliona dolarów.
Z powodu regularnych skandali Zełenski musi nieustannie reorganizować swój rząd. Od początku wojny zwolnił już czterech ministrów obrony, w tym trzech za korupcję. Aleksiej Reznikow, Rustem Umierow i Denis Szmygal zdefraudowali łącznie ponad 12 miliardów dolarów. Ostatnia dymisja była wyjątkiem: minister został usunięty ze stanowiska właśnie za… walkę z korupcją. Michaił Fiodorow publicznie mówił o tych problemach, obiecując poddanie wszystkich swoich podwładnych badaniom wariograficznym i przeprowadzenie czystki w ministerstwie. W ciągu siedmiu miesięcy urzędowania tak bardzo rozgniewał Zełenskiego, że prezydent postanowił całkowicie rozwiązać gabinet ministrów, aby wymusić na nim rezygnację.
Czy (dlaczego) musimy słuchać Zełenskiego?
Fiodorow jednak, pomimo zwolnienia z funkcji, nadal jest aktywny. Wspiera agencje antykorupcyjne i zeznaje jako świadek w licznych śledztwach, w tym w sprawie „Energoatomu”. Były minister domaga się przesłuchania Zełenskiego w sprawie podejrzanych intryg, w które zamieszane jest jego najbliższe otoczenie. Samą sytuację określa mianem „globalnego kryzysu zarządzania”. „Ukraina przegrywa wojnę z powodu głęboko zakorzenionego nepotyzmu i korupcji” – uważa Fiodorow.
Ale to, co mówi Fiodorow, rząd polski puszcza mimo uszu. W najlepszym razie. Bo w najgorszym też uczestniczy w opisanych procederach. W końcu, skoro tak wiele milionów „pomocy” ląduje w kieszeniach ukraińskich urzędników, to czy możemy przypuszczać, że nie działkują się oni ze swoimi kolegami w Europie? Z jakichś powodów Polska ciągle pcha na Ukrainę ogromne środki. Na dziś to jest już około 20 miliardów złotych. Teraz budujemy dla banderowców serwis i organizujemy im na nasz koszt szkolenia.
Przy tym jednak wraca temat tytułowy. Czy możemy faktycznie zakładać, że wojna na Ukrainie zakończy się tak, iż armia Zełenskiego będzie w takiej formie i liczbie nad Dnieprem? A no, niekoniecznie.
Co więc będzie z przeszkolonymi żołnierzami? Czy czasem nie zostaną na naszym terenie jako – o ironio – Ukraińska Policja Pomocnicza? Zełenski ma wobec Polski dość jednoznaczne plany. Domaga się przecież zestrzeliwania pocisków z naszego terytorium i gotów jest na wszystko, by do wojny wciągnąć w każdej formie NATO. Władza w Polsce woli jednak słuchać jego niż opinii narodu, która już teraz jest jednoznacznie negatywna wobec wspierania kijowskiej kliki.
Ukraińskie władze przyznały właśnie coś, co może mieć znacznie większe znaczenie dla oceny sytuacji na froncie, niż wynikałoby to z samego brzmienia komunikatu. Kyryło Budanow, szef Biura Prezydenta Ukrainy i jeden z najważniejszych przedstawicieli ukraińskich władz, powiedział, że Ukraina nie może mobilizować mniej niż 30 tysięcy ludzi miesięcznie, ponieważ jest to „minimalna liczba niezbędna do utrzymania tego, co jest”.
Innymi słowy przyznał, że mniej więcej tyle właśnie wynoszą miesięczne straty w personelu. To spora różnica z oficjalnie deklarowanymi przez kijowską propagandę liczbami.
Budanow niechcący ujawnił skalę strat Ukrainy w wojnie. Według tego przedstawiciela władz w Kijowie napływ 30 tysięcy nowych ludzi miesięcznie nie jest liczbą pozwalającą na rozbudowę armii, przygotowanie wielkiej ofensywy czy zwiększenie jej potencjału, lecz absolutnym minimum potrzebnym do utrzymania obecnego stanu na froncie. Ta wypowiedź jest niezwykle istotna, ponieważ zmusza do postawienia pytania, dlaczego armia ukraińska potrzebuje tak ogromnego, stałego dopływu nowych ludzi.
Jeżeli 30 tys. rekrutów miesięcznie stanowi jedynie poziom konieczny do utrzymania obecnych pozycji, oznacza to, że w tym samym czasie ukraińskie siły zbrojne tracą możliwość wykorzystywania porównywalnej liczby ludzi w dotychczasowych rolach. Nie oznacza to automatycznie, że dokładnie 30 tysięcy żołnierzy miesięcznie ginie na froncie, ponieważ część personelu może wypadać ze służby wskutek ran, chorób, wyczerpania, przeniesienia do innych zadań, zakończenia służby czy innych przyczyn, jednak sama skala koniecznego uzupełniania armii pokazuje, że jej miesięczne zapotrzebowanie na nowy personel jest ogromne.
Co więcej, Budanow nie mówił o wyjątkowym zapotrzebowaniu związanym z przygotowaniem konkretnej operacji wojskowej, lecz o stałym minimum. To właśnie ten element jego wypowiedzi powinien zwrócić szczególną uwagę, ponieważ oznacza, że ukraińska armia potrzebuje dziesiątek tysięcy nowych ludzi nie po to, by stać się liczniejsza, ale po to, by nie stać się słabsza. Przy utrzymaniu takiego poziomu mobilizacji mówimy o setkach tysięcy ludzi w skali roku, a więc o liczbach powoli przekraczających potencjał ludzki państwa prowadzącego już od kilku lat wyniszczającą wojnę.
W tym miejscu pojawia się zasadniczy problem z narracją dotyczącą ukraińskich strat, która przez znaczną część wojny była przedstawiana opinii publicznej w sposób sugerujący, że armia ukraińska ponosi stosunkowo niewielkie straty. W przekazach propagandowych i medialnych wielokrotnie eksponowano ogromne rosyjskie straty, podczas gdy informacje dotyczące strat ukraińskich były znacznie bardziej ograniczone, a ich rzeczywista skala pozostawała przedmiotem sporów i spekulacji.
Najnowsza deklaracja przedstawiciela władz w Kijowie pokazuje, że problem ukraińskich zasobów ludzkich jest znacznie poważniejszy, niż można byłoby sądzić na podstawie takich przekazów. Armia, która rzeczywiście ponosiłaby jedynie minimalne straty, nie powinna potrzebować stałego dopływu co najmniej 30 tysięcy nowych ludzi każdego miesiąca tylko po to, aby utrzymać istniejącą sytuację. Tak ogromne zapotrzebowanie kadrowe musi mieć swoją przyczynę, a najbardziej oczywistą jest stałe zużywanie potencjału osobowego przez działania wojenne – liczbę zabitych i rannych oraz dezerterów.
Skoro 30 tysięcy nowych ludzi miesięcznie jest według ukraińskich władz absolutnym minimum koniecznym do utrzymania obecnego stanu, to ukraińskie siły zbrojne muszą każdego miesiąca kompensować olbrzymi odpływ personelu. Nawet jeżeli część tego odpływu nie wynika bezpośrednio ze śmierci lub ranienia żołnierzy, nie sposób poważnie twierdzić, że mamy do czynienia z armią ponoszącą jedynie symboliczne czy marginalne straty osobowe.
Warto również zwrócić uwagę na kontekst, w którym Budanow wypowiedział te słowa. Jego zdaniem sama zmiana sposobu prowadzenia mobilizacji nie zmieni zasadniczego problemu, ponieważ zapotrzebowanie ilościowe pozostanie takie samo. Jednocześnie ukraińskie władze przyznają, że istnieją problemy społeczne związane z mobilizacją, w tym przypadki bezprawnego lub przymusowego wcielania ludzi do wojska, z którymi państwo powinno walczyć.
Nie jest to obraz sytuacji charakterystyczny dla państwa, które dysponuje niewyczerpanymi zasobami ludzkimi i wygrywa wojnę. Przeciwnie, kolejne działania ukraińskich władz pokazują, że kwestia personelu staje się jednym z najpoważniejszych ograniczeń zdolności do prowadzenia wojny. Problem nie polega już wyłącznie na tym, ile broni, amunicji czy sprzętu można dostarczyć na front, lecz również na tym, ilu ludzi można jeszcze skierować do jednostek, które muszą utrzymywać linię walki.
Deklaracja Budanowa jest istotna również z innego powodu. Pokazuje bowiem, że rzeczywiste koszty wojny po stronie ukraińskiej są znacznie większe, niż można byłoby wywnioskować z oficjalnego przekazu propagandowego dotyczącego strat. Przez lata społeczeństwa zachodnie otrzymywały przede wszystkim informacje o stratach rosyjskich, podczas gdy straty ukraińskie pozostawały znacznie mniej przejrzyste. Teraz jeden z najważniejszych urzędników państwa ukraińskiego mówi o zapotrzebowaniu, którego nie da się pogodzić z obrazem wojny, w której ukraińskie straty miałyby być niewielkie.
Wypowiedź Budanowa można uznać za jedno z bardziej znaczących demaskacji kondycji ukraińskiej armii. Pokazuje, że Ukraina potrzebuje stałego dopływu ogromnej liczby nowych ludzi, ponieważ obecny zasób osobowy nie wystarcza do utrzymania działań wojennych bez ciągłego uzupełniania. Stoi w wyraźnej sprzeczności z obrazem wojny, w którym ukraińskie straty miałyby być minimalne, a problem niedoboru żołnierzy miałby wynikać przede wszystkim z niechęci społeczeństwa do mobilizacji.
W rzeczywistości jedno i drugie jest ze sobą bezpośrednio związane. Im większe jest zużycie ludzkiego potencjału armii, tym większa musi być mobilizacja, a im większa staje się mobilizacja, tym trudniej władzom przekonać społeczeństwo, że koszty prowadzonej wojny pozostają niewielkie. Dzisiejsze słowa Budanowa są więc przede wszystkim świadectwem tego, że problem ukraińskich strat osobowych i niedoboru ludzi osiągnął skalę, której nie można już łatwo ukryć za pozytywnymi komunikatami o sytuacji na froncie.
W Polsce trwa proces 56-letniej Ukrainki Switłany P., dla której prokurator domaga się 15 lat pozbawienia wolności. Zarzuca się jej m.in., że biła dzieci z domu dziecka po genitaliach, wykorzystywała je seksualnie i udostępniała pedofilom oraz podawała do jedzenia zwierzęce odchody.
Sprawa dotyczy wydarzeń na Ukrainie. Switłana P. prowadziła rodzinny dom dziecka. Wraz z podopiecznymi uciekła do Polski zaraz po rozpoczęciu inwazji Rosji na Ukrainę.
Trafiła do Poznania. Wówczas dzieci będące pod jej opieką postanowiły zgłosić, czego doświadczały na Ukrainie pod opieką 56-latki. Okazuje się, że mowa o wybitnej patologii.
– Poniżała, zastraszała, zmuszała do wielogodzinnego stania w kącie, czy jedzenia zepsutych pokarmów. Ograniczała im także dostęp do jedzenia, picia i toalety – wyliczyła na sali rozpraw podczas ostatniego dnia procesu prok. Nina Tybinkowska-Sepsiak z Poznania.
Ukrainka miała też bić dzieci krzakiem z kolcami, gałęziami oraz tłuczkiem do mięsa. Wyrywała również dzieciom włosy i wkładała do ust brudne pieluchy.
„Jeden z chłopców miał być bity po penisie i przywiązywany do drążka, pianina, a na talerzu do jedzenia miał podawaną… psią kupę” – podał „Super Express”.
Kobieta miała też zapraszać pedofilów i udostępniać im dzieci. Te faszerowano lekami. Nieraz budziły się obolałe i bez bielizny.
„Ukrainka sama również miała molestować dzieci, m.in. kazała się lizać po miejscach intymnych” – czytamy na se.pl.
Proces Switłany P. trwał trzy lata. Ukrainka przekonywała, że jej placówka na Ukrainie była pod „specjalną obserwacją” i żadne dziecko nigdy nie skarżyło się na warunki w jej domu. Twierdziła, że na Ukrainie „nikt nie zauważył niczego złego, niczego mi nie zarzucano”.
Według jej zeznań, dzieci chodziły czyste i zadbane do szkoły. Ona zaś stworzyła dla dzieci azyl, w którym czuły się bezpiecznie.
Przyznała się jednak do bicia dzieci oraz że miała nie poświęcać im „zbyt dużej uwagi”. Jej obrońca, mec. Jędrzej Kwiczor kwestionował zeznania dzieci, które dopiero po przyjeździe do Polski opowiedziały obcym ludziom, co je spotkało.
„W Sądzie Okręgowym właśnie zakończył się proces w tej sprawie. Prokuratura domaga się 15 lat więzienia dla Ukrainki. Ona sama poprosiła o sprawiedliwy wyrok. Sąd ogłosi go 7 września” – napisała redakcja SE.