>>Ukraińskie wojska zaatakowały irański statek handlowy na Morzu Kaspijskim; jeden członek załogi zginął, a dwóch zostało rannych – poinformowało MSZ Iranu.
„Iran nigdy nie uczestniczył w konflikcie między Rosją a Ukrainą i zwraca uwagę Rady Bezpieczeństwa ONZ, krajów europejskich i wszystkich członków ONZ na oczywisty fakt, że atakując irański statek handlowy, ukraiński reżim nie tylko dopuścił się naruszenia prawa międzynarodowego, ale także niebezpiecznie dążył do podsycenia wojny i niestabilności” – czytamy w komunikacie.
„Każda strona zainteresowana pokojem i bezpieczeństwem w Europie Wschodniej i sąsiednich regionach, powinna zająć odpowiedzialne stanowisko wobec tych niebezpiecznych działań ukraińskiego reżimu i pociągnąć ukraiński rząd do odpowiedzialności za ten przestępczy i prowokacyjny akt” – dodano.
Jak podkreślono, Teheran zastrzega sobie prawo do odwetu.<<
W tym samym tygodniu odbyły się dwa wywiady na temat tej samej wojny, przeprowadzone przez osoby, które od lat intensywnie badają Rosję i które nie są na ogół kojarzone z narracją kijowską. Jeden z nich przeprowadził Glenn Diesen w rozmowie z historykiem Gilbertem Doctorowem. Drugi – Diesen w rozmowie z Alexandrem Mercourisem, gospodarzem programu „The Duran”.
Oba wywiady prowadzą do niemal identycznych ustaleń faktycznych – i diametralnie odmiennych osądów. Doctorow nazywa to, co dzieje się w Donbasie i na Krymie, pyrrusowym zwycięstwem, które w rzeczywistości maskuje strategiczną porażkę. Mercouris przytacza dokładnie tę samą linię frontu i sytuację gospodarczą jako dowód na to, że Ukraina przegrywa, a Zachód oszukuje sam siebie. To nie przypadek ani problem ze zrozumieniem ze strony któregokolwiek z analityków. To błąd kategorialny, sięgający głębiej niż pytanie, kto ma rację.
Obie rozmowy zgadzają się co do tego, że…
Główne fakty obu rozmów są zadziwiająco podobne. Według obu wersji Rosja kontroluje obecnie większość Donbasu i wkracza dalej w głąb Zaporoża i Chersonia; ostatnie ufortyfikowane miasta Kramatorsk i Słowiańsk są w obu rozmowach uważane za ostatnią linię obrony przed otwartym terenem rozciągającym się aż do Dniepru. Obie strony opisują praktycznie całkowitą blokadę Odessy i ukraińskiego wybrzeża Morza Czarnego po tym, jak Kijów podważył porozumienie zbożowe z 2022 roku, przeprowadzając własne ataki na rosyjskie okręty na Morzu Azowskim. Obie strony postrzegają kryzys przywództwa w Kijowie – dymisję Fiodorowa i Syrskiego – jako objaw wyczerpywania się zasobów armii. Obie strony zakładają również, że NATO nie jest już biernym obserwatorem, lecz stroną konfliktu: z bronią, rozpoznaniem celów i, jak to ujmuje Doktorow, bez dostrzegalnego strachu przed odwetem ze strony Rosji.
Niedawne spotkanie Marco Rubio i Siergieja Ławrowa 23 lipca w Manili również wpisuje się w ten schemat. Ławrow powtórzył, że Moskwa przestrzega porozumień zawartych w Anchorage i zażądał zaprzestania dalszych dostaw broni do Kijowa; Rubio z kolei publicznie przyznał, że propozycje z Anchorage upadły, ponieważ Ukraina nie wyraziła na nie zgody. Dwóch ministrów spraw zagranicznych, którzy – jak sami przyznają – zgadzają się co do obecnej sytuacji – a mimo to nie widać postępu. To dyplomatyczny odpowiednik tego, co obie rozmowy opisują w kontekście wojskowym: znają fakty. Po prostu wyciągają odmienne wnioski co do ich znaczenia.
Gdzie opinie się rozchodzą – i dlaczego
Doctorow mierzy zwycięstwo celami wojny ogłoszonymi w lutym 2022 roku: neutralnością Ukrainy, przywróceniem jej statusu konstytucyjnego z 1992 roku, wykluczeniem z NATO i denazyfikacjami. Według niego, Rosja, pomimo zdobyczy terytorialnych, nie osiągnęła żadnego z nich – a jednocześnie jej własny potencjał odstraszający uległ erozji, ponieważ ataki NATO wnikają coraz głębiej w Rosję, a Moskwa nie oferuje żadnego wiarygodnego odwetu. Jego dowody są uderzająco mało spektakularne: podczas wideokonferencji na temat zbrodni wojennych w Chersoniu, zorganizowanej przez rosyjską delegację ONZ w Wiedniu, gubernator Chersonia sam poinformował, że jego własny region stał się niezamieszkany z powodu codziennych ataków dronów – co miało być dowodem rosyjskiego cierpienia, ale Doctorow zinterpretował jako przyznanie się do utraty prowincji.
Ta sama obserwacja dotyczy Krymu: kiedyś podróżowali tam rosyjscy wczasowicze i uczniowie, a teraz ich długoletni znajomi z Petersburga opowiadają mu o brakach paliwa, przerwach w dostawie prądu i o moście Kerczeńskim, który był zamknięty przez wiele godzin.
Mercouris i ta firma stosują inną miarę: potencjał militarny i gospodarczy Ukrainy. W porównaniu z tym standardem obraz jest jasny.
Donbas całkowicie upadnie w dającej się przewidzieć przyszłości, Charków i Sumy znajdują się pod presją, rosyjska gospodarka ustabilizowała się i jest gotowa do wojny pomimo okresów inflacji i podwyżek stóp procentowych, podczas gdy w Kijowie mobilizacja napotyka coraz większy opór społeczny. Dla nich zachodnia narracja o „odwróceniu sytuacji” nie jest analizą, lecz – jak sami stwierdzają, cytując artykuł redakcyjny w „Financial Times” o „wyczerpanej i przeciążonej” armii ukraińskiej – symptomem cyklu euforii, paniki i ponownej eskalacji, który powtarza się od 2022 roku, nie zmieniając nigdy zasadniczej sytuacji.
Dwóch analityków, te same fronty, ta sama sytuacja gospodarcza, to samo zaangażowanie NATO w wojnę – i sprzeczna ocena. Sprzeczność nie zostaje rozwiązana przez uznanie jednego z nich za trafniejszego obserwatora. Rozwiązuje się ona sama, gdy tylko uświadomimy sobie, że „zwycięstwo” odnosi się tu do dwóch zupełnie różnych rzeczy: z jednej strony do spełnienia deklarowanych celów politycznych, a z drugiej do militarnej kontroli nad przestrzenią i czasem. Obie te rzeczy są zasadnie mierzalne. Jednak nie są tym samym – a każdy, kto myli oba te pojęcia jednym słowem, popełnia błąd kategorialny, który ta wojna powoduje na każdym poziomie: niemożność zmierzenia egzystencjalnych stawek i taktycznych rezultatów tą samą miarą.
John Mearsheimer opisał tę samą strukturę w analizie przyczyn tej wojny: Zachód traktował rozszerzenie NATO na wschód jako czystą formalność, podczas gdy dla Moskwy było to od początku pytanie egzystencjalne – błędna ocena, przed którą ostrzegał już ówczesny ambasador USA William Burns w swojej notatce z 2008 r. „Nyet Means Nyet”, która później wyciekła do WikiLeaks.
Kto korzysta na tej dwuznaczności?
Ta niejednoznaczność nie jest wadą; jest funkcjonalna. Dopóki „zwycięstwo” pozostaje nieokreślone, każdy rozwój sytuacji – zdobyty region, zablokowane miasto portowe, zdymisjonowany szef sztabu – może jednocześnie służyć jako dowód zbliżającego się zwycięstwa i pretekst do dalszej eskalacji. Ci i Mercouris precyzyjnie opisują ten mechanizm jako cykl: po euforii następuje panika, a po panice nie dyplomacja, lecz kolejna dostawa broni. Każdy, kto w tej sytuacji domaga się pokoju, jest w Brukseli, podobnie jak w Londynie, uważany za osobę dzielącą Europę lub wspierającą Putina. Tym samym kluczowe pytanie – czyim interesom tak naprawdę służy ten stan rzeczy, skoro nie pozwala on ani Rosji ponieść wyraźnej porażki, ani Ukrainie na wyraźne zwycięstwo – praktycznie zniknęło z debaty.
Odpowiedź leży nie w kategoriach militarnych, lecz strukturalnych. Wojna, której wynik pozostaje trwale niepewny, jest bardziej produktywna ekonomicznie niż wojna, która została już przesądzona. Uzasadnia ona trwające zbrojenia w Niemczech i Europie, utrzymuje „partię wojny” – używając terminologii Diesen i Mercouris, oś Kai Kallas, Ursuli von der Leyen i wspierających je mediów – u władzy i na właściwej pozycji, a także uniemożliwia jakiekolwiek rozliczenie kosztów, ponieważ tylko ktoś, kto wie, czy wojna została wygrana, czy przegrana, może sporządzić rozliczenie.
To jest sedno tego, co gdzie indziej opisałem jako „Wojna karmi klasę”: nie zwycięstwo lub porażka są istotnymi kategoriami, lecz kontynuacja. Właśnie to Diesen i Mercouris opisują jako podwójne standardy mediów w odniesieniu do wzajemnych ataków na statki cywilne na Morzu Czarnym i Azowskim – celebrowane, gdy jedna strona je popełnia, potępiane, gdy robi to druga.
Sam Mercouris nawiązuje do orwellowskiej paraleli z „Roku 1984”: państwo celebruje okrucieństwa popełniane przez własną stronę i potępia dokładnie ten sam czyn, gdy jest on skierowany przeciwko niej. Nie jest to błąd w wojnie informacyjnej, lecz jej system operacyjny: podział na dobro i zło, ocenianie tego samego czynu według jego źródła, a nie celu, legitymizacja jednej strony i sankcjonowanie drugiej.
Prawdziwe pytanie
Najciekawszy punkt porozumienia między Doctorowem, Diesenem i Mercourisem leży nie w sytuacji na linii frontu, lecz w ich diagnozie, dokąd prowadzi ta niejednoznaczność. Niezależnie od ich oceny zwycięstwa, wszyscy trzej dochodzą do tego samego wniosku: dopóki Zachód będzie definiował pokój jako bezwarunkowe zawieszenie broni na obecnej linii frontu oraz dalsze zaangażowanie w członkostwo w NATO, nie będzie negocjacji godnych tej nazwy. Ci, którzy, podobnie jak Doctorow, uważają, że Rosja stoi w obliczu pyrrusowego zwycięstwa, oczekują ostrzejszej reakcji Rosji, aby odzyskać utraconą siłę odstraszania. Ci, którzy, podobnie jak Mercouris, uważają, że Ukraina jest na skraju upadku, spodziewają się tej samej eskalacji – wywołanej jedynie przez drugą stronę, za pośrednictwem europejskich wojsk lądowych lub stref zakazu lotów po załamaniu się linii frontu. Obie ścieżki prowadzą do tego samego ryzyka.
Prawdziwe pytanie, jakie stawia ta wojna, nie brzmi zatem: „Czy Rosja wygra, czy przegra?”. To niewłaściwa kategoria – dopóki standard, według którego mierzy się wynik, pozostaje nieokreślony, pytanie pozostaje nierozstrzygnięte, a co ważniejsze, celowo utrzymywane w stanie nierozstrzygniętym. Prawdziwe pytanie brzmi: kto ma interes w tym, by pozostawało nierozstrzygnięte?
Od wybuchu rewolucji na Ukrainie – zwanej przez światowe media Euromajdanem – minęło 7 lat. Pretekstem do wszczęcia masowych protestów i obalenia władzy było niepodpisanie przez prezydenta Wiktora Janukowycza umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. W efekcie – w imię pustych haseł o wolności i demokracji – tępym narzędziem rozszarpano kraj na strzępy. A wszystko dlatego, bo grupa szaleńców z Ukrainy – wsparta przez szaleńców z Zachodu – zapragnęła integracji z unijnym tworem, który de facto gardzi wartościami cywilizacji europejskiej.
Ubolewać przy tym należy, że dokonano tego przy haniebnym udziale znacznej części tzw. „polskich elit”, które bezkrytycznie poparły kijowski przewrót. Dość wspomnieć czynne zaangażowanie wielu polskich polityków i zniekształcające rzeczywistość relacje w polskojęzycznych mediach. Swoje dobre samopoczucie tłumaczyli tym, że należało „wyzwolić” Ukrainę spod dominacji Rosji. Szkoda, że nie liczono się z opinią znacznej części obywateli Ukrainy, którzy nie życzyli sobie radykalnych zmian, pchających ich państwo w szpony… No właśnie, czyje szpony? Przecież Ukraina nie stała się częścią Zachodu i śmiem twierdzić, że nigdy to nie nastąpi. Niebezpieczna zabawa w narzucanie innym jak mają żyć, skończyła się tym, że kraj został zdewastowany i podzielony, zginęło wiele niewinnych osób, oderwał się Donbas, a Krym przyłączono do Federacji Rosyjskiej. Co znamienne, po Majdanie Ukraińcom wcale nie żyje się lepiej – wielu z nich wyjechało za pracą i lepszym życiem do Polski i… Rosji.
Należy przy tym zauważyć, że jakiekolwiek głosy rozsądku płynące z Polski – a było ich też całkiem sporo – natychmiast spotykały się z oskarżeniami o powielanie „propagandy Kremla”. Z tego właśnie klucza – tj. pomówieniami o bycie „ruską agenturą” – na Ukrainie rozpoczęto walkę z własnymi obywatelami, którzy nie poparli Majdanu i głośno o tym powiedzieli. Obrzucanie prymitywnymi epitetami (bo brakuje racjonalnych argumentów) w walce politycznej specjalnie już mnie nie dziwi – co najwyżej wzbudza zażenowanie, że tak nisko upadła debata publiczna. Problem w tym, że u naszego wschodniego sąsiada takimi właśnie epitetami przykrywa się najokrutniejsze zbrodnie nowego ukraińskiego reżimu. Tragicznym tego przykładem jest masowe morderstwo dokonane w Odessie na kilkudziesięciu obywatelach Ukrainy – przeciwnikach „nowego porządku”. Ponieśli oni śmierć tylko dlatego, że mieli inne poglądy od władzy. Oto jakimi metodami Ukraina pcha się na europejskie salony.
Zaplanowana akcja
Masakry na niewinnej ludności Odessy dokonano 2 maja 2014 roku. Kilka lat później dotarłam do naocznych świadków tych wydarzeń: Aleksandra Naumowa i Olega Muzyki,szefa przymorskiego oddziału partii «Ojczyzna». Z ich wstrząsających relacji wynika, że tragicznego dnia przygotowano w Odessie zasadzkę na obywateli Ukrainy, którzy nie akceptowali zamachu stanu w tym kraju. Wszystko wskazuje na to, że podstępna intryga miała konkretny cel: zabicie wielu ludzi, zastraszenie pozostałych i zatuszowanie zbrodni. Moi rozmówcy zgodzili się podzielić swoimi przemyśleniami z Czytelnikami „Myśli Polskiej”. Wcześniej jednak zacytuję wywiady jakich udzielili w ubiegłych latach.
Oleg Muzyka tragicznego dnia znalazł się w środku budynku Domu Związków Zawodowych w Odessie, który został celowo podpalony. Był pewien, że zginie – zdążył już nawet pożegnać się rodziną przez telefon. Opatrzność miała inne plany. Muzyka ocalał i kilkanaście dni później udzielił wywiadu portalowi timer-odessa.net [„Таймер”]. Na pytanie dziennikarki czy jego zdaniem pożar to była zaplanowana akcja czy przypadek, Muzyka odpowiedział: «Sądząc po tym, że policja i strażacy nie reagowali na to, co się działo, można przypuszczać, że ofiary były potrzebne. W końcu ktoś wydał rozkaz strażakom, aby nie gasili budynku, a policji, by nie przeszkadzali. Jestem przekonany, że 2 maja już rano wielu policjantów i SBU wiedziało, że coś się wydarzy.» Na poparcie tej tezy Muzyka podał szereg przykładów, w tym wyłączenie kamery monitorującej teren czy pojawienie się funkcjonariuszy Ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa na kilka godzin przed masakrą. Mówił też o tym, że do miasta ściągnięto wcześniej oddziały „Samoobrony Majdanu” i „Prawego Sektora”.
Aleksander Naumow w płomieniach Domu Związków Zawodowych stracił przyjaciela. Sam uniknął zasadzki z pożarem, ponieważ został na pobliskim placu, by towarzyszyć znajomym, którzy zostali poważnie ranni w wyniku zamieszek. A jak do zamieszek doszło? Tego dnia w Odessie miał się odbyć mecz piłki nożnej, poprzedzony proukraińskim pochodem kibiców Czornomorcia Odessa i Metalista Charków. Przy tej okazji do miasta ściągnęły tłumy tzw. ultrasów i bojówkarzy batalionu Ajdar. Świadkowie przyznają, że właśnie te grupy wszczęły tragiczne w skutkach prowokacje. Co znamienne, w wywiadzie dla czeskiego dziennika „Haló noviny” [udzielonym w trzecią rocznicę masakry], Naumow powiedział: «Tego dnia wszyscy dowódcy policji byli na specjalnym zebraniu. Byli dosłownie zamknięci w jednej sali, musieli wyłączyć telefony komórkowe. To było zamierzone. Jeśli tego dnia miał się odbyć taki problematyczny mecz sportowy, a dowódcy policji są odcięci od informacji, to jest dziwne…»
Z relacji Aleksandra Naumowa przekazanej czeskiej gazecie, geneza wydarzeń wyglądała następująco. Znaczna część ukraińskiego społeczeństwa nie akceptowała zasad Majdanu, które ich zdaniem doprowadziły do rozkładu państwa. W związku z tym proponowali swoim przeciwnikom powołanie federacji. By wyrazić swoje niezadowolenie wobec nowej sytuacji, odescy przeciwnicy zamachu stanu przez kilka miesięcy spotykali się na placu Kulikowe Pole w Odessie, gdzie zorganizowali miasteczko namiotowe. Spotkania gromadziły wiele osób. Najwięcej demonstrantów docierało w weekendy. W marcu pojawiało się nawet kilkanaście tysięcy osób. Naumow zapewniał, że protesty były pokojowe, więc nie było powodów do użycia siły wobec przeciwników władzy.
2 maja 2014 r. Antymajdanowcy z Odessy i okolicznych miejscowości tradycyjnie zaczęli gromadzić się na Kulikowym Polu. Ok. godz. 11:00 w pobliżu miasteczka namiotowego zaczęli pojawiać się bojówkarze batalionu Ajdar wyposażani w narzędzia świadczące o gotowości do akcji z użyciem siły. Wyczuwając, że coś się szykuje, na miejscu pojawiła się ochrona z organizacji strzegącej bezpieczeństwa miasteczka namiotowego. Chwilę po tym, pojawili się ultrasi, którzy zaczęli rzucać kamieniami w mężczyzn ochraniających miasteczko namiotowe, wywabiając ich w kierunku Placu Greckiego. Plac ten otoczony jest kamienicami i wąskimi ulicami, przez co biegnących za ultrasami Antymajdanowców z łatwością otoczyła i ogrodziła policja. Doszło do zamieszek. W międzyczasie ultrasi zaczęli strzelać i rzucać kostką brukową w ludzi zgromadzonych na Kulikowym Polu. Pojawili się pierwsi zabici i ranni. Nagle jeden z ultrasów przeszedł jakby na stronę Antymajdanowców, a następnie oddał z ich otoczenia strzał w kierunku ludzi stojących po przeciwnej stronie, zabijając przy tym jednego z ultrasów. Zdaniem Naumowa była to celowa prowokacja mająca na celu wywołanie wielkiego konfliktu. Mówiąc o ultrasach, zaakcentował, że na Ukrainie takie określenie dotyczy nie tylko kibiców – ultrasi, to także opłacani najemnicy, którzy robią to, czego „ktoś” od nich chce.
Tymczasem w wyniku starć na Placu Greckim zginęło już ok. 5 osób, z czego w większości Antymajdanowcy. Z kolei pokojowi demonstranci z miasteczka namiotowego zostali otoczeni przez ultrasów i bojówkarzy z Ajdaru, a następnie rozproszeni – część z nich zepchnięto na plac Przemienia Pańskiego, część została na placu Kulikowe Pole, w tym wiele kobiet. W obliczu niebezpiecznej sytuacji spowodowanej zamieszkami, wystraszeni ludzie uciekli do Domu Związków Zawodowych, by się w nim schronić. Wtedy podpalono namioty i budynek. Ultrasi otoczyli płonący dom związkowców i nikogo nie wypuszczali. Żadnej karetki, żadnych strażaków, żadnej policji – relacjonował Naumow, który został na Kulikowym Polu z ciężko rannymi przyjaciółmi, gdyż bali się oni udać do placówki medycznej w obawie przed zatrzymaniem.
Na YouTube znalazłam materiał filmowy, który potwierdza relacje cytowanych przeze mnie świadków. Zachęcam Czytelników „Myśli Polskiej” do weryfikacji na kanale «Вся Одесса на Odessa1.com». Nagranie opublikowano 4 maja 2014 roku pod tytułem: «2 мая в Одессе (материалы для следствия)». Na filmie widać przerażająco agresywny tłum ukraińskich nacjonalistów (kibiców, ultrasów, bojówkarzy) wznoszących okrzyki „Sława Ukrajini! Herojam sława!” [organizacyjne przywitanie członków OUN i UPA w czasach II wojny światowej]; rozwalają oni kilofami i młotami kostkę brukową (wyłupane kawałki kamieni służyły następnie do rzucania w ludzi i wszczynania prowokacji), a stojący obok kordon policji nie reaguje na bandyckie zachowania prowokatorów. Na nagraniu widać też licznie przybyłych bojówkarzy ubranych w odzież militarną, z hełmami na głowie. Ponadto widać podpalenie miasteczka namiotowego, rzucanie koktajlami Mołotowa z dachu Domu Związków Zawodowych i uwięzionych w budynku przeciwników Majdanu, w tym nastoletnie dzieci. [LINK: https://www.youtube.com/watch?v=Cq1OhkuLzeA].
Zbiorowa egzekucja
Oleg Muzyka opowiedział w wywiadzie dla „Tajmera” jak wszedł do Domu Związków Zawodowych za ludźmi, którzy poszli tam się schronić. Następnie budynek został otoczony, obrzucony koktajlami Mołotowa i podpalony. Dodatkowo ktoś w środku puszczał specyficzną substancję dymną. Zdaniem Muzyki nie był to dym z ognia, gdyż miał zabarwienie zielonkawożółte z brązowym odcieniem i nie unosił się do góry lecz opadał tworząc wokół ludzi duszącą zasłonę i zaślepiając ich. Z relacji Muzyki wynika, że w budynku byli prowokatorzy, słychać było ich klaskanie, po czym szybko znikali za osłoną dymną. Późniejsze relacje z miejsca zrządzenia potwierdziły przerażający fakt, że ludzie ginęli nie tylko w płomieniach, ale byli też mordowani bezpośrednio.
Muzyka wraz z kilkoma ludźmi wszedł się schronić do jednego z biur. Kiedy dym zaczął opadać na parapet wychylili się do okna. Wtedy zaczęto z zewnątrz obrzucać ich kamieniami. Będący z nimi staruszek oberwał w głowę, pojawiło się dużo krwi. W całym budynku było słychać huki i krzyki. Oleg Muzyka zrozumiał, że śmierć jest blisko – zadzwonił do żony i dziecka, by się z nimi pożegnać.
Zwolennicy Majdanu twierdzili później, że pomagali ludziom wydostać się z płonącego budynku – mieli rzekomo umieścić pod oknami opony dla tych, którzy wyskoczyli. Muzyka w rozmowie z „Tajmerem” powiedział, że to kłamstwo. Co więcej, z jego relacji wynika, że zwolennicy Majdanu przygotowali płonące stosy – dym z tych ognisk unosił się wzdłuż zewnętrznej ściany budynku i nie pozwalał oddychać nawet tym, którzy wystawiali głowy przez okno. Do ludzi uwięzionych w budynku zaczęło docierać, że są tylko dwie możliwości: albo przeżyją więcej minut w tym dymie na górze, albo natychmiast zabiją ich na dole.
2424669 02.05.2014 Массовые беспорядки у здания Дома профсоюзов в Одессе. Максим Войтенко/Агентство „Одесса-медиа”
Na YouTube znalazłam kolejne dowody potwierdzające relacje cytowanych świadków, tym razem na kanale «Dima kotov». Nagranie zatytułowane «Одесса 2мая ПОЖАР, ДОМ ПРОФСОЮЗОВ» [opublikowane 24 maja 2014 r.], znowu ukazuje agresywnych zwolenników Majdanu wykrzykujących banderowskie pozdrowienie: „Sława Ukrajini! Herojam sława!”. Na materialne filmowym widać m.in. płonące stosy rozpalone pod okami domu związkowców czy szturmujących wnętrze budynku ukraińskich nacjonalistów. Agresorzy wyposażeni w kije do bicia i dewastacji wybijali szyby, rozpalali ogień, wyważali drzwi do pomieszczeń, w których ukryli się przeciwnicy Majdanu. Ujęcia kręcone z zewnątrz pokazują na rannych (i martwych?) leżących pod oknami budynku, zaś w oknach widać uwięzionych ludzi, w tym przerażone kobiety. Czuję się w obowiązku ostrzec, że dalsza część nagrania jest szczególnie drastyczna – widać pełno trupów, w tym zwęglone zwłoki. [LINK: https://www.youtube.com/watch?v=7PqztnhCg98].
Oleg Muzyka powiedział w wywiadzie dla odeskiego portalu, iż ma informacje, że polecono strażakom nie reagować. Zaznaczył, że oczywiście nikt nie potwierdzi tego oficjalnie. Po czym dodał, że jego znajomi i krewni dzwonili zarówno do strażaków, jak i na policję, ale po prostu nie odbierali telefonu. Ponadto, rozmówca „Tajmera” przyznał, że widział tego dnia wysokich rangą funkcjonariuszy policji, którzy nic nie zrobili, gdy na ich oczach zabijano ludzi.
Czarę goryczy przelała postawa władz i mediów. Muzyka podał przykład deputowanego rady regionalnej Aleksieja Gonczarenko, który był na miejscu i wszystko widział. Na jego oczach zabijano ludzi, lecz przedstawiciel władzy nie stanął przed brutalnym tłumem i nie wezwał do powstrzymania morderstwa. Zamiast tego poinformował na żywo w telewizyjnym talk-show Sawika Szustera, że Kulikowe Pole zostało oczyszczone z separatystów, za co zebrał oklaski w studiu.
Aleksander Naumow w rozmowie z czeską gazetą przyznał, że na Ukrainie panuje bardzo silna presja propagandowa i strach. Dlatego ludzie boją się mówić o tragedii w Odessie i przeciwstawić władzy. Tymczasem pożar domu związkowców został przedstawiony w mediach jednoznacznie: «w płomieniach zginęli separatyści». Podpalenie Domu Związków Zawodowych było transmitowane na żywo w trzech ukraińskich stacjach telewizyjnych, które kierowały kamerę na zwłoki ludzi! Medialny komentarz brzmiał: «Dom związkowców sam się podpalił, zabijając rosyjskich separatystów i rosyjskich najemników.» W wywiadzie dla „Haló noviny” Naumow powiedział, że w tym kłamstwie pomagał fakt, że jedna z ofiar miała rosyjskie obywatelstwo, a jedna mołdawskie. Tymczasem wszyscy inni byli obywatelami Ukrainy, odessyjczykami!
Oleg Muzyka wydostał się z Domu Związków Zawodowych w kordonie policji. Wraz z innymi ocalałymi trafił na komisariat. Na miejscu zobaczył kolejnych kilkudziesięciu zatrzymanych, w większości poważnie rannych, z czego jeden z mężczyzn miał wybite wszystkie przednie zęby. Muzyka zaczął wyjaśniać ludziom ich prawa, po czym został wezwany do gabinetu przez zastępcę szefa miejskiej policji. W środku czekali funkcjonariusze Ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa [SBU]. Rozpoczęło się przesłuchanie, w trakcie którego jeden z funkcjonariuszy – przeklinając i krzycząc – zarzucił szefowi przymorskiej «Ojczyzny», że „uwielbiał dostawać rosyjskie pieniądze”. Muzyka odpowiedział, że powinni znaleźć przynajmniej jedną osobę, która potwierdzi, że brał lub rozdawał pieniądze. Podczas przesłuchania zrozumiał, że chcą z nich zrobić kozły ofiarne.
Aleksander Naumow stracił w pożarze przyjaciela. Niedługo po tragedii wszedł do Domu Związków Zawodowych kilka razy – 4, 5 i 6 maja. Zobaczył, że ściany wewnątrz budynku były skropione krwią. To potwierdza, że strzelano do ludzi, którzy otwierali okna, by zaczerpnąć świeżego powietrza, gdy rozprzestrzeniał się duszący dym. Na miejscu były też poplamione krwią młoty z resztkami ludzkich włosów.
Oficjalna liczba ofiar masakry w Odessie to 48 zabitych, 248 osób odniosło rany. Jako że mam pięcioletni zakaz wjazdu na Ukrainę, nie mogłam pojechać do Odessy, by zapytać miejscowych urzędników i przedstawicieli służb mundurowych o ich wersję wydarzeń. Wysłałam więc oficjalnie pismo do Ambasady Ukrainy w Warszawie, z prośbą o udzielenie odpowiedzi na kilka pytań: Jakie jest oficjalne stanowisko władz Ukrainy nt. wydarzeń w Odessie z dnia 2 maja 2014 roku? Czy to prawda, że policja celowo nie reagowała na prowokacje ultrasów i członków batalionu Ajdar? Czy to prawda, że policja nie reagowała, gdy zaczęto zabijać przeciwników władzy? Jakie obywatelstwo mieli ludzie, którzy tego dnia zginęli w Domu Związków Zawodowych? Czy to prawda, że rodziny ofiar były zastraszane? Czy rodziny ofiar otrzymały jakiekolwiek wsparcie od ukraińskich władz? Czy winni prowokacji i zabójstw zostali schwytani i postawieni przed sądem? Na żadne z tych pytań nie otrzymałam odpowiedzi.
Wołanie o pomstę do Nieba
Do świadków, których relacje wyżej zacytowałam, dotarłam kilka lat po masakrze w Odessie. Zgodzili się wypowiedzieć dla „Myśli Polskiej”. Poniżej przedstawiam ich odpowiedzi na moje pytania.
AP: Czy światowa społeczność zareagowała na tragedię w Odessie, do której doszło 2 maja 2014 roku? Oleg Muzyka: «Światową społeczność należy podzielić na dwie grupy. Cały świat jest podzielony na dwie grupy. Nie wierzę w trzecią grupę, która wyznaje neutralność wobec sytuacji kontrowersyjnych i konfliktowych. Stało się to również po wydarzeniach w Odessie 2 maja 2014 r., kiedy to w budynku Domu Związków Zawodowych zginęło kilkudziesięciu obywateli Ukrainy, mieszkańców Odessy. Celowo wskazuję na śmierć dziesiątek, nie podając żadnych liczb, ponieważ oficjalna liczba deklarowana przez ówczesne władze kryminalne została celowo zaniżona. Wróćmy do światowej społeczności. Wspierała nas część światowej społeczności. Byli wśród nich zwykli obywatele, osoby publiczne, niewielka część dziennikarzy i bardzo mała część polityków. W pierwszych miesiącach po tragedii w Parlamencie Europejskim zorganizowano przesłuchania, na które przybyli krewni ofiar i uczestnicy wydarzeń. Mieliśmy nadzieję, że tragedia przyciągnie uwagę w szeregach eurodeputowanych. Jakie było zaskoczenie, gdy okazało się, że na sali pojawiło się zaledwie 10 posłów PE, z siedmiuset. O przesłuchaniach nawet nie wspomnę, bo rozczarowało mnie i moich kolegów. Tylko ja odwiedziłem 15 krajów Unii Europejskiej z misją „PAMIĘTAJ ODESSA”, a moi towarzysze również organizowali podobne spotkania ze wspólnotą europejską. I rezultat był taki, że powtarzały się te same twarze na spotkaniach.»
Aleksander Naumow: «Termin „społeczność światowa” w twojej interpretacji oznacza prawdopodobnie społeczeństwo zjednoczone wspólnymi wartościami (na przykład: prawo do wolności słowa, prawo do życia, prawo do prawa jako podstawa sprawiedliwości). Reakcja na wydarzenia, które miały miejsce 2 maja 2014 roku w Odessie, przekonała mnie osobiście, że społeczeństwo jest podzielone na tych, którzy dla osiągnięcia swoich celów są gotowi usprawiedliwić wszelkie okrucieństwa – jak spalenie ludzi, mordowanie rannych i ocalałych – oraz tych, którzy są krytyczni nie tylko dla swoich przeciwników, ale przede wszystkim dla ich działań. Ci drudzy nadal wierzą w możliwość zachowania odchodzącego ładu świata i jego wartości. Mija 7 lat od masakry mieszkańców Odessy dokonanej przez ukraińskich nacjonalistów. W tym czasie wiele materiałów i dowodów zostało opublikowanych na całym świecie przez tych, którzy wierzą w znaczenie przestrzegania podstawowych wartości ludzkich. Nie nabrały one jednak uprawnionej mocy ani w umysłach większości społeczeństwa, ani w orzecznictwie sądowym. „Społeczność światowa” nie zaakceptowała tych faktów jako zagrożenia dla umowy społecznej między ludźmi o różnych punktach widzenia. Umowy opartej na traktacie, którego podstawą jest prawo (a tymczasem państwo ma wyłączne prawo do przemocy); traktacie, który chroni świat przed chaosem; traktacie, który jest podstawą rozwoju ludzkości. Aby utrzymać się przy władzy, przedstawiciele zdeklarowanej większości, czyli tzw. „światowej społeczności”, próbują zniwelować swoją odpowiedzialność za popełnione zbrodnie, uderzając w fundamenty, na których opiera się ich władza – wiarę większości społeczeństwa w sprawiedliwość prawa. Jeśli spojrzymy wstecz oraz przyjrzymy się temu, co się dzisiaj dzieje, zobaczymy, że dokonali już ogromnego postępu w tym procesie. Coraz więcej ludzi zaczyna zdawać sobie sprawę, że poprzednie porozumienia powstrzymujące świat przed wojną wszystkich przeciwko wszystkim nie są już prawomocne.»
AP: Jak ocenia Pan zagraniczne przekazy medialne dotyczące tych tragicznych wydarzeń w Odessie? Czy dziennikarze z zagranicy rzetelnie przedstawili to co się wydarzyło 2 maja 2014 roku? Oleg Muzyka: «Jak już powiedziałem, społeczność światowa została podzielona na dwa obozy. Granicę tę wytyczono między społeczeństwem, politykami i dziennikarzami. I tych, którzy byli gotowi do relacjonowania wspomnianych wydarzeń – nie chcę powiedzieć, że prawdziwych, bo każda grupa ma swoją prawdę – ale przeciwnych do wersji struktur państwowych, to nie było ich tak wiele. Jednak ci, którzy byli gotowi napisać o tragedii w Odessie, dostali przekaz od agencji rządowych, znajdowali się pod presją różnych grup nacjonalistycznych (w krajach, w których mieszka dziennikarz), z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ukrainy dziennikarze zostali włączeni do listy strony „Peacemaker” (Ukraina / SBU). Przykład: Paul Moreira, francuski reżyser filmu „Ukraina”, był prześladowany przez ambasadę Ukrainy we Francji, a następnie miał proces sądowy z tłumaczem. Niemieccy dziennikarze Saadi Isakov i Ulrich Heiden zostali deportowani z Ukrainy w 2016 roku za publikację artykułów o tragedii w Odessie. Do listy deportowanych dodano dziennikarzy z Polski, Hiszpanii i Holandii. Tymczasem przeciwny obóz dziennikarzy miał pełne poparcie europejskich struktur państwowych, pisali i piszą wszystko, co jest korzystne dla tych, którzy zorganizowali zbrojne przejęcie władzy na Ukrainie. Nigdy nie przestanę mieć urazy do podwójnych standardów polityki europejskiej i amerykańskiej. Potwierdzają to dzisiejsze wydarzenia. Spójrzmy, jak światowe media relacjonują wydarzenia, które mają miejsce dziś w Rosji wokół osoby A. Nawalnego, jak chronieni są zatrzymani, jakie jest to zamieszanie. I jak zignorowali tragedię, która wydarzyła się w Odessie 2 maja 2014 roku. Przeciwnicy zamachu stanu czy etykietka „separatyści” i to wystarczyło, aby usprawiedliwić mord na cywilach w 2014 roku i kontynuować zabijanie przez 7 lat.»
Aleksander Naumow: «Uważam, że niezależni dziennikarze zachodnich mediów zrobili wszystko, co w ich mocy, aby przekazać swoim odbiorcom cały horror egzekucji mieszkańców Odessy. Szkoda, że ich głosy utonęły w oceanie kłamstw propagandzistów, którzy w obawie przed utratą kapitału społecznego wciąż podżegają do nienawiści i swoimi działaniami przyczyniają się do wzrostu liczby ofiar wojny domowej na Ukrainie. Najprawdopodobniej nie zdają sobie z tego sprawy, ale mają na rękach krew kobiet i starców z Odessy.»
AP: Czy winni masakry w Odessie stanęli przed sądem? Oleg Muzyka: «Dla każdej z grup zidentyfikowano własnych sprawców tej tragedii. Dlatego odpowiem w ten sposób, że na ławie oskarżonych byli tylko przedstawiciele „Antymajdanu” – ci, którzy wypowiadali się przeciwko zamachowi stanu, dojściu do władzy ukraińskich nacjonalistów i ich zwolenników. Nawet wszystkie zebrane przez nas dowody, które wyraźnie wskazują na udział zwolenników „Euromajdanu” w zabijaniu ludności cywilnej, nie zostały przyjęte do rozpatrzenia przez prokuraturę ukraińską, MSW i SBU. Wręcz przeciwnie, przedstawiciele „Euromajdanu” zostali uznani za obrońców integralności Ukrainy i zwolnieni z odpowiedzialności.»
Aleksander Naumow: «Sprawcy nie zostali postawieni przed sądem. Aby tak się stało, Ukraina musiałby mieć wysoki poziom podmiotowości. Tymczasem współczesna Ukraina to kolonia, w której nikt nie odważy się samodzielnie podejmować decyzji. Mieszkańcy kolonii są zależni od woli kolonialistów i celowości politycznej chwili. Dotyczy to wszystkich szczebli władzy na Ukrainie – od sędziów po prezydenta. Trudno mi sobie wyobrazić okoliczności, w których kolonialiści pociągają do odpowiedzialności swoich sług, stawiając ich przed wymiarem sprawiedliwości za zbrodnie przeciwko geopolitycznym wrogom.»
AP: Czy rodziny ofiar otrzymały jakiekolwiek wsparcie / rekompensatę od państwa ukraińskiego? Oleg Muzyka: «Nie słyszałem o jakiejkolwiek pomocy ze strony władz ukraińskich dla rodzin ofiar. Wsparcie pochodziło od osób prywatnych, ruchów społecznych. Ale obelgi i upokorzenia ze strony ukraińskich nacjonalistów, przedstawicieli Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Prokuratury i Służby Bezpieczeństwa Ukrainy trwają do dziś.»
Aleksander Naumow: «Nie wiem na pewno, ale czytałem w gazetach, że zaraz po zabójstwach krewnym ofiar zaoferowano pieniądze. Nie wiem dokładnie ile i na jakich warunkach, ale wtedy krewni odmówili przyjęcia tych pieniędzy.»
W trakcie pisania tekstu o tragicznych wydarzeniach w Odessie przypomniałam sobie pewną sytuację. Kilka lat temu poznałam w Gliwicach młodego Ukraińca. Podczas luźnej rozmowy zapytałam dlaczego przyjechał do Polski. Odpowiedział, że wyjechał z Ukrainy, bo chcieli go wziąć do wojska. Po czym wyjaśnił, że nie mógł pójść w kamasze, gdyż jego matka jest Rosjanką, a on nie chciał zabijać swoich braci. Wspomniałam o tym dlatego, bo tak naprawdę chcę zakończyć mój artykuł jednym prostym pytaniem. Czy politycy i dziennikarze z Polski, którzy poparli kijowski przewrót, pomyśleli choć przez chwilę – jaki dramat twórcy Majdanu zafundowali mieszkańcom Ukrainy?
Agnieszka Piwar
Pierwodruk w tygodniku „Myśl Polska”, nr 11-12 (14-21.03.2021)
Pamiętacie Euro 2012, które Polska organizowała razem z Ukrainą? Choć wyczyny naszej reprezentacji nie należały do popisowych, mnie utkwiło pewne wydarzenie, któremu przyglądałam się z bliska. Chodzi o mordobicie na ulicach Warszawy, poprzedzające mecz Polska-Rosja na Stadionie Narodowym, wokół którego służby wszelakie rozegrały sobie ćwiczenia (?).
Tak się jakoś złożyło, że termin meczu przypadł na 12 czerwca, kiedy Rosjanie obchodzą Święto Rosji. W związku z tą datą kibice rosyjskiej reprezentacji zwrócili się do prezydent Warszawy z prośbą o pozwolenie na uroczysty przemarsz ulicami polskiej stolicy. Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała zgodę na pochód Rosjan, co uruchomiło spiralę wydarzeń.
Na polskojęzycznych forach rozpętała się istna burza. Ktoś puścił famę, że Rosjanie szykują prowokację. Pamiętam między innymi takie przekazy, że straszono, iż rosyjscy kibice będą maszerować z portretem Stalina i flagą Związku Sowieckiego. W nakręcanie emocji włączyli się dziennikarze, politycy i wszelkiej maści „eksperci”, wskutek czego wybuchła ogólnopolska histeria.
NA WŁASNE OCZY
Jako że mieszkałam wówczas w Warszawie, nie mogłam przegapić takiej okazji, by zobaczyć to bezpośrednio, zamiast z przekazów medialnych. Wraz z przyjaciółką dotarłam w okolice ronda de Gaulle’a, skąd miał rozpocząć się pochód Rosjan w kierunku Stadionu Narodowego. Nie widziałam portretu Stalina ani sowieckiej symboliki. Zamiast tego zobaczyłam rozjuszony tłum, polskojęzycznych prowokatorów oraz świetnie przygotowanych do akcji policjantów i tajniaków.
Wyglądało to na celowo przygotowaną prowokację: najpierw wydano zgodę na przemarsz Rosjan, a następnie rozpętano przeciwko nim medialną nagonkę. Ta z kolei zmobilizowała chuliganów z całej Polski, którzy przyjechali do Warszawy, by spuścić lanie rosyjskim „prowokatorom”. Z w miarę bliskiej, choć bezpiecznej odległości – nie pchałam się pod lecące kamienie ani pod czyjeś pięści – można było naprawdę wiele dostrzec.
Dla przykładu widziałam, jak w stronę kilkuosobowej grupy spokojnie idących Rosjan i Rosjanek jakiś krewki Polak rzucił okrzyk: „ruskie kurwy”. W odpowiedzi na zaczepkę jeden z Rosjan nie wytrzymał i ruszył z impetem w stronę obrażającego ich Polaka. Nie zdążyli nawet porządnie się pobić, gdyż z tłumu kibiców nagle wyłonili się tajniacy, którzy zgarnęli ich obu do natychmiast podstawionego auta.
Generalnie na trasie pochodu dochodziło do licznych agresywnych zachowań i prowokacji. W stronę parady rzucano butelki i petardy, a w okolicach stadionu i stacji Warszawa Powiśle wybuchły regularne walki uliczne z pseudokibicami.
Do zabezpieczenia wydarzenia skierowano znaczne siły prewencji, które użyły gazu łzawiącego, armatek wodnych i gładkolufowej broni.
W międzyczasie, podczas trwających zamieszek, widziałam, jak z Dworca Centralnego Alejami Jerozolimskimi nadciągały kolejne grupy kibiców, z czego większość zapewne chciała po prostu zobaczyć mecz. Doskonale przygotowani policjanci – było ich zatrzęsienie – tworzyli między nimi zwarte kordony, co pozwalało kontrolować napływające tłumy.
Pomyślałam wówczas, że właśnie tak organizuje się praktyczne szkolenie dla służb mundurowych. Ćwiczenia przy okazji dorocznego Marszu Niepodległości to przy tym pikuś.
PRÓBA GENERALNA?
Według oficjalnych danych, w starciach poprzedzających mecz Polska–Rosja rannych zostało kilkanaście osób, w tym policjanci. Funkcjonariusze zatrzymali ponad 180 uczestników zamieszek po obu stronach konfliktu.
Zagraniczne media uznały wydarzenia za brutalny, lecz odizolowany incydent wywołany przez pseudokibiców, jednocześnie chwaląc polskie służby za profesjonalizm, zdecydowaną interwencję i skuteczne zapewnienie bezpieczeństwa podczas całego turnieju Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej 2012.
Moim zdaniem wszystko było specjalnie przygotowaną prowokacją, mającą na celu rozjuszyć emocjonalnych Słowian po obu stronach. Podczas tamtej akcji przetestowano między innymi, jakimi metodami najłatwiej napuścić jednych na drugich. W tym przypadku straszenie komunistyczną symboliką zadziałało jak płachta na byka.
Od jakiegoś czasu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że podobną prowokację – tylko na o wiele szerszą skalę i stanowiącą śmiertelne zagrożenie dla narodu polskiego – rozpisano z użyciem Ukraińców.Jest znacznie poważniej i nie chodzi już jedynie o ćwiczenia, choć modus operandi pozostał ten sam.
Wtedy osoba na decyzyjnym stanowisku wydała zgodę na przemarsz kilku tysięcy Rosjan, a następnie rozkręcono machinę mającą na celu napuścić krewkich Polaków przeciwko rosyjskim kibicom (straszenie komunizmem, etc.), co doprowadziło do ulicznej nawalanki.
Dziesięć lat później osoba na decyzyjnym stanowisku – konkretnie ówczesny premier Mateusz Morawiecki – wydał zgodę na wpuszczenie do Polski milionów Ukraińców i obdarowanie ich wszelkimi przywilejami. Po jakimś czasie rozkręcono w Polsce potężną antyukraińską nagonkę, mając bombę – w postaci Ukraińców – na pokładzie.
Co znamienne, w antyukraińską narrację – w tym straszenie banderyzmem, etc. – z całą mocą włączył się w ostatnich tygodniach ten sam Morawiecki i jego środowisko polityczne. Przypominam, że to za rządów PiS Polska należała do największych darczyńców Ukrainy, wysyłając tam między innymi polskie uzbrojenie (doprowadzając tym samym do rozbrojenia Polski) oraz grubą kasę wydartą z kieszeni polskich podatników.
ZBIOROWA PSYCHOZA
Kiedy przeglądam media społecznościowe, przecieram oczy ze zdumienia, widząc, jak Polacy dają się podpuszczać przez scenarzystów teatru, w którym spisano nasz naród na straty. Nie dostrzegam racjonalnych głosów po żadnej ze stron sceny politycznej ani wśród publicystów czy dziennikarzy – nawet tych uchodzących za niezależnych lub antysystemowych.
Zresztą nie widziałam ich także wtedy, gdy odpalono Euromajdan, ani tym bardziej przy okazji wojny na Ukrainie. Nie przypominam sobie apeli płynących z Polski, wzywających do podjęcia rozmów pokojowych i zaprzestania przelewu słowiańskiej krwi za naszą wschodnią granicą. Zdaję sobie sprawę z tego, że Polska niewiele może wskórać, ale taki gest zostałby przynajmniej odnotowany jako coś pozytywnego.
Zamiast tego w kraju nad Wisłą przedstawiciele głównego nurtu zagrzewali Ukraińców do walki z Rosjanami (i dostarczali im broń). Z kolei tzw. antysystem rzucał komentarze sugerujące, iż „dobrze tak Ukrom, że Ruscy ich dojechali”, gdyż w mniemaniu wielu każdy Ukrainiec to banderowiec. W ten sposób obozy polaryzujące Polaków nakręciły totalną fiksację.
Modelowym przykładem tego szaleństwa jest niedawna afera, która rozgorzała po incydencie w autobusie w Bielsku-Białej. Do internetu trafiło niespełna minutowe nagranie wykonane przez 11-letnią Ukrainkę, na którym słychać wulgarne i agresywne wyzwiska kierowane przez 54-letniego Polaka pod adresem młodocianych Ukrainek. Reakcje w polskojęzycznej przestrzeni publicznej pokazały skalę emocji i absurdalnego amoku, w jakim znalazła się Polska.
Politycy głównego nurtu – głównie ekipa z koalicji obecnie rządzących – i usłużni im publicyści zlinczowali Polaka, który obrażał młode Ukrainki.
Problem w tym, że to samo środowisko nie robiło afery, gdy w Polsce dochodziło do agresji ze strony Ukraińców. Nie przypominam sobie ich stanowczej reakcji choćby wtedy, gdy rok wcześniej w Krakowie 37-letni obywatel Ukrainy kopnął w twarz 11-letniego polskiego chłopca, co doprowadziło do utraty przytomności dziecka i konieczności przewiezienia go do szpitala.
Tzw. antysystem – występujący często jako „polscy patrioci” i „prawdziwi prawicowcy”, etc. – wypada równie nieciekawie. W mediach społecznościowych wykreowali narrację, jakoby w autobusie doszło do banderowskiej prowokacji, a wszystko było doskonale przygotowaną ustawką, której ofiarą padł niewinny Polak.
Zwieńczeniem tego stały się masowo powielane w mediach społecznościowych zdjęcia 11-letniej Ukrainki z bielskiego autobusu, przerobione przy użyciu AI. Na jednym z nich przyklejono jej szyderczy uśmiech, na innym odziano w ubranie w barwach OUN-UPA, a do rąk włożono kosę i siekierę – narzędzia, którymi mordowano Polaków na Wołyniu.
Obserwując to wszystko – powyżej przytoczyłam zaledwie promil przykładów – utwierdziłam się w przekonaniu, że w Polsce nie ma poważnego środowiska, na którym można byłoby polegać. Po prostu nie ma komu ratować tego kraju. Nikt nie próbuje kierować się zdrowym rozsądkiem. Zamiast tego z każdej strony widać nakręcanie emocji i granie nimi na całego, co nie rozwiązuje problemu z Ukraińcami, a jedynie go wzmacnia.
ROZGRYWANIE GOJÓW
Na YouTube znajduje się fragment nagrania rosyjskiej telewizji państwowej Rossija 1, która transmitowała huczną imprezę noworoczną, podczas której Rosjanie witali 2013 rok. W rozrywkowym programie na scenie popisywał się Wołodymyr Zełenski (zanim został prezydentem Ukrainy, był aktorem-komikiem), którego występ podziwiał siedzący na widowni Władimir Sołowjow. Wszyscy świetnie się bawili.
Jak to możliwe? Przecież Władimir Sołowjow – jeden z najbardziej znanych w Rosji dziennikarzy i propagandystów telewizyjnych, prowadzący programy polityczne na kanałach Rossija 1 i Rossija 24 – jest znany z agresywnej retoryki wobec Ukrainy, popierania polityki Kremla oraz nawoływania do konfrontacyjnego podejścia wobec władz w Kijowie.
Otóż Sołowjowa i Zełenskiego łączy jedno – oboje są żydami, a co się z tym wiąże, mają wspólne interesy. O jakie interesy chodzi?
Żeby to wyjaśnić zacytuję kluczowy fragment pamiętnika naocznego świadka i uczestnika konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, który jako dowódca oddziału „Prizrak” (Widmo) zobaczył ów konflikt od środka. Sierżant Aleksiej Mozgowoj – bo o nim mowa – był jednym z najbardziej znanych dowódców prorosyjskich sił separatystycznych w Donbasie, podczas wojny we wschodniej Ukrainie w latach 2014–2015.
W trakcie walk nawiązał bezpośredni dialog z przedstawicielami strony ukraińskiej, dzięki czemu (miał analityczny umysł i był dobrym obserwatorem) zrozumiał, że jest nad nimi – Rosjanami i Ukraińcami – trzecia siła, która tym wszystkim steruje. Swoje przemyślenia opisał następująco:
„Zostaliśmy zapędzeni do Koloseum i powoli jesteśmy niszczeni! To jest wykorzystanie ludności… Żeby ludzie się w coś zaangażowali, trzeba coś stworzyć, coś zorganizować. Najlepszą opcją pozbycia się wymagających ludzi jest po prostu zawiezienie ich do Koloseum, w którym teraz się znajdujemy. Stwórz dwie przeciwne strony i pozwól im powoli się zniszczyć…
Ty i ja nazywamy się «gojami», ty i ja jesteśmy zmuszeni walczyć ze sobą i zabijać się nawzajem. Niczym gladiatorzy zostaliśmy wepchnięci na arenę nienawiści, otoczeni wysokim i mocnym płotem kanałów telewizyjnych i radiowych.
Dostojni goście, kaganowie chazarscy i ich świta, obserwują naszą bitwę na śmierć i życie z mównicy. Kiedy się pozabijamy, oni po prostu oczyszczą «arenę gladiatorów» z naszych ciał, ustawią na niej scenę i będą świętować odrodzenie Kaganatu Chazarskiego pieśniami i tańcami…”
Z inicjatywy dowódcy oddziału „Prizrak” doszło do rozmów z ukraińskimi wojskowymi, których celem było ograniczenie walk i znalezienie sposobu na zakończenie konfliktu. Mozgowoj utrzymywał również kontakty z ukraińskim negocjatorem ds. wymiany jeńców Wołodymyrem Rubanem. Dzięki tym kontaktom dochodziło do wymiany jeńców oraz rozmów o lokalnych zawieszeniach broni, mimo trwających działań wojennych.
Beneficjentom wojny to się nie spodobało. Aleksej Mozgowoj zginął 23 maja 2015 roku w zamachu pod Ałczewskiem. Sprawców oficjalnie nie ustalono.
POLACY NASTĘPNI?
O tym, że szykują potężną prowokację mającą na celu doprowadzenie do konfliktu między Polakami i Ukraińcami, ostrzegałam od wielu lat. W ostatnim czasie zrobiło się szczególnie gorąco, więc w mediach społecznościowych ponowiłam apele do rodaków, by nie dali się sprowokować.
Wypunktowałam też obłudę polityków PiS, z Mateuszem Morawieckim na czele, którzy dziś dokonują gwałtownego zwrotu narracji i krytykują kult OUN-UPA, choć za ich rządów nie dostrzegali ewidentnego banderyzmu i Polska była największym darczyńcą Ukrainy.
W odpowiedzi na moją krytykę tych, którzy nagle zaczęli straszyć banderyzmem, mimo że wcześniej utrzymywali bliskie relacje z ukraińskimi władzami i nie dostrzegali problemu gloryfikacji OUN-UPA, zarzucono mi komentarzach lekceważenie pamięci ofiar Wołynia, a nawet sympatyzowanie z banderowcami.
Przypuszczam, że po tym artykule reakcje mogą być jeszcze mocniejsze, dlatego przytoczę kilka faktów. O ofiarach Wołynia pamiętałam i ostrzegałam przed odradzającym się na Ukrainie kultem OUN-UPA, zanim stało się to „modne” i zanim zaczęto wykorzystywać ten temat do budowania kapitału politycznego.
13 lat temu otrzymałam Krzyż Pamięci Ofiar Banderowskiego Ludobójstwa za czynny udział i wsparcie w upamiętnianiu ofiar.
W 2013 roku przeprowadziłam wywiad z płk. Janem Niewińskim, komendantem Placówki Armii Krajowej i dowódcą Samoobrony wsi Rybcza w powiecie Krzemienieckim na Wołyniu, Przewodniczącym Kresowego Ruchu Patriotycznego, Wiceprzewodniczącym Społecznego Komitetu Obchodów 70. rocznicy banderowskiego ludobójstwa.
Mój rozmówca zarzucił polskim rządzącym podporządkowanie polityki wobec Ukrainy interesom geopolitycznym kosztem pamięci o ofiarach Wołynia. Niewiński za pośrednictwem naszego wywiadu wytknął elitom politycznym III RP ustępstwa wobec ukraińskiego nacjonalizmu i unikanie pełnego rozliczenia zbrodni.
W 2016 roku wlepiono mi do paszportu pieczątkę z zakazem wjazdu na Ukrainę, co uargumentowano tym, że zdaniem Kijowa stanowię zagrożenie dla bezpieczeństwa tego państwa.
W 2018 roku przeprowadziłam wywiad z byłym premierem Leszkiem Millerem pt. „Banderyzm kwitnie na Ukrainie”, za co oberwałam wtedy w komentarzach od polskich „patriotów” i „prawicowców” – bo gadałam z „komuchem” – choć dzisiaj wielu z nich pieje z zachwytu nad nim.
W 2021 roku dotarłam do świadków egzekucji kilkudziesięciu rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy – przeciwników Euromajdanu – do której doszło 2 maja 2014 roku w budynku Domu Związków Zawodowych w Odessie. Ich relacje opisałam w artykule pt. „Odessa – zbrodnia nieukarana”. W związku z publikacją otrzymywałam pogróżki sugerujące, że skończę tak jak ci, którzy zostali spaleni żywcem w Odessie.
W pierwszym kwartale 2022 roku skrytykowałam ówczesny rząd za dostarczanie broni na Ukrainę i przestrzegałam przed wpuszczaniem do Polski milionów przybyszy z Ukrainy. Czyżby w odwecie ówczesny premier Mateusz Morawiecki wydał polecenie podległej mu bezpiece, aby zrobili ze mną porządek?
Funkcjonariusze ABW natychmiast nakazali nałożenie na mojego bloga blokady na poziomie operatorów internetowych pod pretekstem, że stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Z dnia na dzień straciłam pracę w archiwum Telewizji Polskiej – jedyne źródło utrzymania. Usłużni systemowi dziennikarze sugerowali, że jestem „ruską agentką”. Doświadczyłam też potężnego hejtu w internecie.
Tymczasem kilka lat później Morawiecki i jemu podobni politycy, dokonują nagłego zwrotu akcji, krytykują Ukrainę i wyzywają ukraińskich polityków od banderowców, choć jeszcze chwilę temu obściskiwali się z nimi w najlepsze. Zełenski i Sołowiow też kiedyś świetnie się razem bawili, a następnie pod publikę stali się wrogami. Wojnę trzeba jakoś uwiarygodnić przed ludem posyłanym na rzeź.
Nikt mi nie zleca pisania artykułów ani tym bardziej nie finansuje, co zresztą widać po ich treści – nie są na rękę żadnemu środowisku politycznemu. Mieszkam z dala od polsko-ukraińskiego kotła, żyję w bezpiecznym miejscu i mam spokojne życie, więc teoretycznie mogłabym mieć na to wszystko wywalone.
Po co więc piszę? Po prostu martwię się o moich rodaków, którzy ulegają prowokacji i dają się wciągać w cudzą grę, w której są jedynie pionkami przeznaczonymi do odstrzału. Miejcie się na baczności, bo kiedy wpływowi polskojęzyczni politycy i dziennikarze głównego ścieku nagle zaczynają zmieniać narrację ws. Ukrainy, którą chwilę wcześniej wspierali, to znaczy, że coś się szykuje.
Agnieszka Piwar
PS Znajomy Zbyszek często mi powtarza, że dobrze mu się czyta moje artykuły, ale jego zdaniem brakuje w nich recepty co robić. W tym przypadku – nie ulegać prowokacjom i dążyć do odseparowania Ukraińców od Polaków. Nasze narody powinny egzystować oddzielnie.
Kryzys na Ukrainie już minął, a Zełenski po odsunięciu od władzy Ołeksandra Syrskiego mianował Mychajłę Drapatego nowym dowódcą naczelnym AFU.
Jednak kwestia ministra obrony Fiodorowa pozostaje nierozwiązana. Po otrzymaniu od Zełenskiego kilku niższych stanowisk, Fiodorow sam oświadczył, że nie zaakceptuje stanowiska niższego niż minister obrony, ponieważ uważa, że żadna inna rola nie daje możliwości kształtowania przyszłości sił zbrojnych.
„Obecnie w kraju są tylko trzy stanowiska, które, obok żołnierzy na polu bitwy, faktycznie kształtują przebieg wojny: Prezydent Ukrainy, Minister Obrony i Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy” – powiedział Fiodorow.
„Dlatego nie przyjmę żadnego innego stanowiska niż Ministra Obrony. Żadne inne stanowisko nie daje realnych uprawnień do zwalczania korupcji w zaopatrzeniu, dokończenia transformacji armii, planowania i przeprowadzania asymetrycznych operacji przeciwko wrogowi, wykorzenienia kultury kłamstwa i braku odpowiedzialności w systemie ani dokończenia inicjatyw, które nasz zespół już rozpoczął w Ministerstwie Obrony”.
Po kolejnym imponującym widowisku telewizyjnym, w którym zaatakował rosyjską sieć handlową Wildberries swoimi opatentowanymi dronami naftowymi, Zełenski był oszołomiony, gdy odkrył, że Rosja jest w stanie odpowiedzieć trzykrotnie mocniej.
W rzeczywistości ukraińscy ministrowie są teraz w panice z powodu całkowitego zamknięcia portów w Odessie. Minister polityki rolnej Taras Wysocki ogłosił, że Odessa została całkowicie zamknięta, a żadne statki nie mogą już wpływać do jej portów:
Od 23 lipca ruch statków do portów Morza Czarnego na Ukrainie został wstrzymany z powodu zagrożenia atakami ze strony Rosji.
Jak podaje Latifundist,informację tę ogłosił minister polityki agrarnej Taras Wysocki podczas spotkania z dziennikarzami .
Według Wysockiego, decyzję o zawieszeniu imprez podjęli sami armatorzy. Rząd nie nałożył żadnych ograniczeń na ruch.
„Wczoraj do portów wpłynęło cztery lub pięć statków. To niewiele, ale był pewien ruch.Na dzień dzisiejszy wjazd statków został wstrzymany. To decyzja armatorów, ponieważ rząd nie nałożył żadnych ograniczeń” – powiedział Wysocki.
Uderzane są nie tylko statki, ale i główne terminale dystrybucji ładunku:
Niecały dzień po naszej poprzedniej publikacji o kluczowych kompleksach logistycznych na Ukrainie, Euroterminal w porcie w Odessie został zniszczony. Jest on częścią przejścia granicznego „Morski Port Handlowy w Odessie”. Obiekt świadczy usługi takie jak odprawa celna, kontrola, skanowanie i ważenie towarów. Znajduje się tam również skład tranzytowy, gdzie rozładowywane są kontenery, oraz pobliski skład ropy naftowej. Innowacyjny terminal „Nowa Poczta” w Odessie (na drugim zdjęciu), położony zaledwie 13 km od Euroterminalu, pozostał nienaruszony.
Rosyjska telewizja wojskowa Two Majors opublikowała szczegółowy wpis podsumowujący możliwości Ukrainy w zakresie przekierowywania przepływu ładunków w świetle tych wydarzeń:
Ukraina próbuje przekierować część przepływu ładunków z obwodu odeskiego
Ze względu na strajki w infrastrukturze portowej w Odessie i statkach na ukraińskich wodach terytorialnych, największy operator transportu kontenerowego, Maersk, zawiesił działalność w Porcie Rybnym Morza Czarnego i przekierował statki do rumuńskiego portu w Konstancy. 27 lipca Ukraina zainicjowała nadzwyczajne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ z powodu wstrzymania ruchu statków w portach w Odessie.
Ponadto zaobserwowano niewielki wzrost wolumenu przewozów kolejowych ładunków zboża i nasion oleistych, przekierowanych z obszaru Wielkiej Odessy, do zachodnich kolejowych przejść granicznych (kluczowe stacje: Czop, Użhorod, Mościska, Rawa Ruska, Jagodin, Batiewo, Vadul-Siret) i portów nad Dunajem (Izmaił, Reni, Kilia). Oczekuje się wczesnego zaangażowania mołdawskiego portu 🇲🇩Giurgiu i rumuńskiego 🇷🇴Constanta (do którego barki mogą być dostarczane z portów Dunaju).
W planie zwiększenia transportu kolejowego na zachód kluczową rolę odegrają duże magazyny zbożowe, zlokalizowane bezpośrednio przy stacjach granicznych lub w odległości 5-30 km od nich, ze względu na konieczność przeładunku z szerokiego rozstawu szyn (1520 mm) na europejski (1435 mm).
✨Jednak szlaki lądowe nie są w stanie całkowicie zastąpić eksportu morskiego: ich łączna przepustowość szacowana jest na zaledwie 1-1,2 mln ton miesięcznie, w porównaniu z wymaganymi 5-6 mln ton. I to pod warunkiem, że nie wzrosną ataki na infrastrukturę kolejową.
✨⭐️Oczywiste jest, że strona rosyjska w końcu znalazła naprawdę wrażliwą słabość wroga i jego sponsorów, a presja na nich musi zostać zwiększona.
Znaczenie ukraińskich produktów rolnych dla europejskich sponsorów znacznie wzrośnie w tym sezonie – według szacunków europejskich stowarzyszeń branżowych, czerwcowa fala upałów w Europie doprowadziła do utraty prawie 9 milionów ton zboża.
⚡️Dwa główne
Jak stwierdziliśmy ostatnio, Ukraina jest w stanie skutecznie przekierować jedynie 1/5 lub 1/6 ładunku, co oznacza poważne straty gospodarcze dla państwa ukraińskiego, co stało się jednym z głównych tematów debaty.
Wściekły ukraiński minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha pilnie zwrócił się z prośbą o zwołanie posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ w związku z „wzięciem zakładników” ukraińskiej gospodarki przez Rosję:
Były minister spraw zagranicznych Kuleba wyjaśnił w wywiadzie, że konflikt przekształca się obecnie w „wojnę totalną”, w której zarówno Ukraina, jak i Rosja będą wzajemnie niszczyć swoje gospodarki.Bądźmy szczerzy, wszystkie wojny są teleologicznie skazane na przejście do takiej fazy. Żadna wojna nie może pozostać wojną w „aksamitnych rękawiczkach” na zawsze, ponieważ zasady dobrego wychowania i rycerskie zachowanie są dopuszczalne tylko do momentu, gdy jedna ze stron zbliży się krytycznie do swojej egzystencjalnej krawędzi – kamienia milowego, który Ukraina już osiągnęła – w którym to momencie przegrana strona zawsze będzie musiała eskalować konflikt, wykraczając poza wszelkie dżentelmeńskie uściski dłoni i tajne porozumienia.
W ten sposób narasta spirala eskalacji. Jak widzieliśmy w Iranie, gdy naród nie jest w stanie zadać przeciwnikowi militarnej klęski, jedyną sensowną opcją jest rozpoczęcie szkodzenia interesom cywilnym w celu obalenia porządku politycznego poprzez presję społeczną i niezadowolenie społeczne.
Ukraina ma już ostatnie karty i używa ich z desperacji. Teraz Rosja nie ma innego wyjścia, jak tylko odpowiedzieć.
Ukraińscy eksperci prognozują nadchodzącą zimę:Nie można załadować wideo.
Były szef Narodowego Banku Ukrainy Kyryło Szewczenko pisze na swoim oficjalnym koncie X:
Teraz, na marginesie szczytu ASEAN w Manili, Rubio i Ławrow również spotkali się po raz pierwszy od września ubiegłego roku, a Stany Zjednoczone najwyraźniej podejmują nowe wysiłki, aby nawiązać kontakt z Rosją w sprawie zakończenia konfliktu. Skąd ta nagła inicjatywa, skoro Ukraina podobno radzi sobie „lepiej niż kiedykolwiek” w tej wojnie?
W rzeczywistości Rosja nadal posuwa się naprzód w kluczowych obszarach na linii frontu, a opatentowane przez Zełenskiego metody przekierowania ropy nie są w stanie powstrzymać tego postępu. Doniesienia wskazują również, że wiele rosyjskich rafinerii, które zostały zaatakowane tygodnie i miesiące temu, jest obecnie ponownie uruchamianych, a problemy z paliwem w wielu regionach Rosji ulegają poprawie, co sam Putin ogłosił wczoraj. To samo dotyczy operacji „izolacji Krymu”, która zakończyła się niepowodzeniem, ponieważ Rosja już stworzyła zbędne drogi i naprawiła szkody, aby umożliwić wznowienie normalnego ruchu i przepływu towarów.
Największe nagromadzenie wojsk dotyczy obecnie kierunku Dobropole, który sam w sobie jest częścią dawnego kierunku Pokrowska, gdzie siły rosyjskie podobno przygotowują się do dużego natarcia. Wczoraj ukraińskie kanały donosiły, że Rosja podjęła już próbę takiego natarcia kolumną co najmniej 10 pojazdów pancernych, która rzekomo została odparta, choć niektóre rosyjskie źródła twierdzą, że Rosjanom udało się skutecznie osadzić wojska w samym mieście .
Źródła ukraińskie piszą następująco:
Rosyjska armia przygotowuje się do szybkiej ofensywy na Dobropole, mając na celu jak najszybsze zdobycie miasta.
▪️Stwierdził to ukraiński ekspert wojskowy K. Maszowec.
▪️Rosja skoncentrowała już główne siły 2. i 51. armii połączonych, a także jednostki 41. armii Centralnego Okręgu Wojskowego w tym rejonie. W ostatnich dniach nastąpiło zwiększenie rozmieszczenia dodatkowych grup szturmowych, artylerii, operatorów dronów, pojazdów opancerzonych i sprzętu na liniach frontu.
▪️Maszowec zauważa, że rosyjskie wojska nadal stosują taktykę infiltracji małymi grupami piechoty w kilku rejonach jednocześnie. Niektórym z tych grup udało się zająć pozycje w rejonach Dorożnego, Wasijiwki, Wolnego, Nowego Donbasu, a także na zachód od Rodyńskiego i wzdłuż linii od Szewczenki do Nowoaleksandriwki.
▪️Według eksperta, głównym celem Rosji jest jak najszybsze dotarcie do Dobropolego . Zdobycie miasta i okolic pozwoli rosyjskiemu dowództwu zabezpieczyć zachodnią flankę zgrupowania, które będzie nacierać na Kramatorsk od południa, a także znacząco ją wzmocnić wojskami z zgrupowania „Centrum”.
▪️Jednocześnie 90. Dywizja Pancerna jest już zaangażowana w ciężkie kontrataki na kierunku Nowopawlówki. Jeśli Siłom Zbrojnym Ukrainy uda się utrzymać linię od Dobropolego do Drużkiwki, rosyjska ofensywa na aglomerację Słowiańsk-Kramatorsk grozi przekształceniem się w trudny atak frontalny ze wschodu.
⭕️zachistka_ua
Aktualna, bardziej konserwatywna mapa Suriyak:
W chwili pisania tego tekstu Ukraina zaatakowała kolejny magazyn Wildberries, już trzeci. Jaki jest sens tej nagłej, ukierunkowanej kampanii? Dlaczego Ukraina zamiast ataków na rafinerie, przeszła do tego, co w istocie jest rosyjskim „Amazonem”?
Możemy jedynie przypuszczać, że ma to związek z faktem, iż strajki w rafineriach nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Jak wspomniano wcześniej, „Kommiersant” donosił, że strajkujące rafinerie już wracają do pracy:
Rafinerie o łącznej zdolności przerobowej około 40 milionów ton ropy naftowej rocznie powróciły do sprzedaży paliw na giełdzie w Sankt Petersburgu po planowych i awaryjnych remontach. Wynika to z analizy (dostępnej dla Kommiersanta) przeprowadzonej przez agencję analityczną Platts, będącą częścią S&P Global. Niektóre z dużych rafinerii, które odpowiadają za przerób ponad 45 milionów ton ropy rocznie, nie wznowiły jeszcze handlu na giełdzie.
Agencja Reuters podaje, że sprzedaż rosyjskiej ropy i gazu wzrosła w lipcu o 60% na skutek gwałtownego wzrostu cen ropy, które obecnie ponownie przekroczyły poziom 100 dolarów za baryłkę (w przypadku ropy Brent):
MOSKWA, 23 lipca (Reuters) –Dochody państwa rosyjskiego z ropy naftowej i gazu, które stanowią około jedną piątą całkowitych dochodów budżetu, wzrosną w lipcu o 60% w porównaniu z tym samym miesiącem rok temu, dzięki wzrostowi światowych cen ropy naftowej, jak wynika z obliczeń Reutersa opublikowanych w czwartek.
Gwałtowny wzrost wpływów z podatku od zysków z produkcji ropy naftowej w drugim kwartale również przyczynił się do ogólnego wzrostu przychodów w ujęciu rok do roku.
W tym samym czasie ceny rosyjskiej ropy naftowej transportowanej drogą morską utrzymują się na historycznie wysokim poziomie:
Rosyjski eksport ropy naftowej transportem morskim utrzymuje się na rekordowym poziomie
Według danych śledzenia tankowców, czterotygodniowa średnia wolumenu rosyjskiego eksportu ropy naftowej transportem morskim utrzymuje się blisko historycznego maksimum odnotowanego w pierwszym tygodniu miesiąca,osiągając 4,16 mln baryłek dziennie w okresie do 19 lipca.
Średnie dzienne dostawy nieznacznie wzrosły w ostatnim tygodniu do 3,96 mln baryłek dziennie, w porównaniu ze skorygowanymi 3,93 mln baryłek dziennie w poprzednim tygodniu. W tygodniu kończącym się 19 lipca 37 tankowców załadowało 27,73 mln baryłek rosyjskiej ropy, w porównaniu z 27,51 mln baryłek przewożonych przez 36 statków tydzień wcześniej.
W ciągu czterech tygodni do 19 lipca wartość brutto rosyjskiego eksportu spadła do średnio 1,54 mld USD tygodniowo, o 40 mln USD poniżej wartości za okres do 12 lipca, zgodnie z obliczeniami Bloomberga. Nieznaczny spadek dostaw został pogłębiony przez niższe ceny ropy Ural. Mimo to przychody z eksportu pozostają wyższe niż w dowolnym momencie ubiegłego roku.
Według Argus Media, ceny eksportowe ropy naftowej Urals transportowanej z Bałtyku spadły o około 0,50 USD do 48,27 USD za baryłkę, podczas gdy spadek o 0,60 USD spowodował spadek cen dostaw z Morza Czarnego do 47,78 USD za baryłkę.
Cena ropy WSPO wzrosła natomiast o 0,20 USD do średnio 63,69 USD za baryłkę. Ceny dostaw do Indii spadły 13. tydzień z rzędu, spadając o 1,60 USD do 65,28 USD za baryłkę.
Czy zatem Zełenski uciekł się do ataków na cywilne magazyny, bo jego kampania rafineryjna po prostu spełzła na niczym? Jedno możemy być pewni: tak skoordynowana kampania przeciwko cywilnej sieci magazynów to przejaw skrajnej desperacji. Po tym, jak nie udało się powstrzymać rosyjskiej armii i nie wpłynęło to na rosyjską gospodarkę, Ukraina wydaje się teraz sięgać po najniżej wiszący owoc – tanie próby wzniecenia niepokojów społecznych przeciwko Putinowi.
Ale niebezpieczeństwo, jak zawsze, polega na tym, że zamiast tego rozpali jeszcze większą wściekłość wobec Ukrainy wśród Rosjan, wzmacniając – zamiast osłabiać – ich determinację.
Skutki finansowe polityki Ukrainy od czasu pomarańczowej rewolucji 2004 do 2026 r.
Opinia Wolfganga Effenbergera .
Strategiczne znaczenie Ukrainy
Ukraina odegrała kluczową rolę w brytyjskiej geopolityce przed I wojną światową, a także w amerykańskiej geopolityce po II wojnie światowej, a zwłaszcza po zimnej wojnie. Z powierzchnią 603 000 kilometrów kwadratowych, Ukraina jest drugim co do wielkości krajem w Europie po Rosji; graniczy z Polską, Węgrami i Słowacją od zachodu, Białorusią od północy, Morzem Czarnym od południa i Rosją od wschodu. Ta długa wspólna granica z rosyjskimi sąsiadami odgrywa kluczową rolę w wojnie o wschodnią Ukrainę.
Kraj jest podzielony na Wschód i Zachód pod wieloma względami: Zachód, pozostający pod wpływem Habsburgów, charakteryzuje się rolnictwem, katolicyzmem i jest ukraińskojęzyczny, podczas gdy Wschód (wschodnie Kotliny Donieckiej) był zdominowany przez carat i Cerkiew prawosławną, ciężki przemysł i język rosyjski. Te długotrwałe różnice, a także – dla ludności rosyjskojęzycznej – bliskość Rosji, wzmocniona licznymi więzami rodzinnymi, utrudniały strategom w Białym Domu prostą integrację Ukrainy z Zachodem.
Urodzony w Polsce weteran geopolityki Zbigniew Brzeziński, aż do swojej śmierci w 2017 roku, miał większy wpływ niż niektórzy prezydenci USA. W swojej książce z 1997 roku „Wielka Szachownica” nie pozostawił wątpliwości co do ambicji USA wobec Europy.
„Prostym faktem jest, że Europa Zachodnia, a coraz częściej także Europa Środkowa, w dużej mierze pozostanie protektoratem amerykańskim, którego państwa sojusznicze przypominają wasali i danników z przeszłości”. (1)
Jaki jest nadrzędny motyw? Dla Anglii głównym zagrożeniem były rozwijające się gospodarczo Niemcy, zjednoczone od 1871 roku. Od końca XIX wieku elity w krajach anglosaskich rozważały wszelkie uzasadnione środki, aby zapobiec powstaniu silnej władzy centralnej w Europie: wojny gospodarcze i handlowe, intrygi i ukierunkowane działania destabilizacyjne. Bismarck dostrzegł to już w kwietniu 1888 roku.
„Ludzkość, pokój i wolność są zawsze ich pretekstem, gdy nie może nimi być chrześcijaństwo i szerzenie dobrodziejstw cywilizacji wśród dzikusów i półbarbarzyńców, dla odmiany. Prawdę mówiąc, „The Times” i „Królowa Wiktoria” [przyp. autora] pisali w interesie Anglii, który nie miał nic wspólnego z naszym. Interes Anglii leży w tym, że Rzesza Niemiecka ma złe stosunki z Rosją; naszym interesem jest to, abyśmy mieli z nią jak najlepsze stosunki.”(2)
Oświadczenie Bismarcka zostało znacznie przekroczone 127 lat później przez George’a Friedmana, przewodniczącego amerykańskiego think tanku Stratfor, który jasno stwierdził, że Stany Zjednoczone nie mają żadnych „relacji” z Europą, a jedynie stosunki dwustronne z poszczególnymi państwami. Następnie przeszedł do konkretów:
„Tak więc z pierwotnego, pierwotnego interesu Stanów Zjednoczonych, dla których od wieków toczymy wojny – I wojnę światową, II wojnę światową i zimną wojnę – wynikały stosunki między Niemcami a Rosją. Ponieważ zjednoczeni, są jedyną potęgą, która może nam zagrozić, a naszym interesem było dopilnowanie, aby do tego nie doszło”.
Idea pasa państw buforowych między Niemcami a Rosją istniała od 1919 roku. Marszałek Polski Józef Piłsudski nazwał go „Międzymorzem”. Wkrótce pas państw rozciągający się od Finlandii, przez kraje bałtyckie i Polskę, aż po Rumunię, faktycznie oddzielił Związek Radziecki od reszty Europy – dla ochrony przed „bolszewicką rewolucją światową”.
Aby zapobiec anglo-amerykańskiemu koszmarowi, jakim jest dzisiejszy sojusz niemiecko-rosyjski, konfrontacja z Rosją musi trwać, co oznacza konieczność wbicia klina między Niemcy a Rosję. W swoim wykładzie na początku 2015 roku Friedman odniósł się do motywów polityki USA: Rzym jako wielki wzór do naśladowania – to upodobanie jest widoczne dla wszystkich w reprezentacyjnych budynkach Waszyngtonu, takich jak Kapitol. Najpóźniej od uzyskania niepodległości Stany Zjednoczone postrzegają siebie jako prawowitego spadkobiercę starożytnych Rzymian, którzy byli na tyle mądrzy, by nie wysyłać wojsk do odległych regionów poza Cesarstwo Rzymskie. Zamiast tego, osadzono tam prorzymskich królów, odpowiedzialnych za utrzymanie pokoju. Imperia, które próbowały bezpośrednio rządzić terytoriami okupowanymi, poniosły porażkę, na przykład III Rzesza. Trzeba działać sprytnie, przyznał Friedman. I USA rzeczywiście to robią! Genialnie, wyjaśnił, jak wywołano kolorowe rewolucje i otworzyły się wrota dla wojny. Wszystko zgodnie z planem.
Od 2015 roku idea Międzymorza odżyła, tym razem nie jako inicjatywa dwóch, a trzech mórz: Bałtyk – Morze Czarne – Morze Adriatyckie.
Dokument strategiczny „Tradoc 525-5” z 1994 roku jasno opisuje etapy eskalacji: Zamieszki, Kryzys, Konflikt, Wojna. (4) Tylko na tle tego szablonu można zrozumieć działania USA od zakończenia zimnej wojny. W przypadku Ukrainy etapy te są szczególnie oczywiste: Majdan, Słowiańsk, Krym i wreszcie Wojna.
„Pomarańczowa rewolucja” 2004
Impulsem do tak zwanej „pomarańczowej rewolucji” były wybory prezydenckie na Ukrainie w 2004 roku: po jednej stronie prorosyjski Wiktor Janukowycz, po drugiej faworyzowany przez Zachód Wiktor Juszczenko. Obiecał on, że w razie wygranej zniweczy plan utworzenia euroazjatyckiej strefy gospodarczej. Mimo poparcia Zachodu, Juszczenko przegrał. Ponieważ jednak obaj kandydaci nie przekroczyli progu 50%, przeprowadzono drugą turę wyborów. Wiktor Janukowycz wygrał ponownie, choć nieznacznie. Zwolennicy Juszczenki i obserwatorzy wyborów z OBWE zarzucili oszustwo wyborcze, a ponad 100 000 osób zgromadziło się na Majdanie, by zaprotestować. Masowe protesty szybko rozprzestrzeniły się na zachodnie miasta Ukrainy, a po oficjalnym ogłoszeniu Janukowycza zwycięzcą, frakcja Juszczenki postanowiła zablokować rząd strajkami generalnymi i okupacjami.
W trakcie pomarańczowej rewolucji Ian Traynors, wieloletni korespondent „Guardiana ” w Moskwie i Europie Wschodniej, dostrzegł pewien schemat, który rozwinął się w Jugosławii, by obalić rząd Slobodana Miloševicia, a który znalazł zastosowanie również w Gruzji w postaci „rewolucji róż”. Ukraiński ruch studencki Pora odegrał kluczową rolę w ruchu protestacyjnym – podobnie jak serbski ruch puczystów Optor, który doprowadził do władzy prozachodniego Vojislava Kosztunicy w Serbii. Analogiczny ruch w Gruzji w 2003 roku nosił nazwę Kmara, a na Białorusi – Subr. (5)
We wszystkich przypadkach ruchy te były szkolone, finansowane i kierowane przez profesjonalnych „doradców” wspieranych przez zachodnie rządy, agencje i organizacje, takie jak Fundacja Konrada Adenauera, Departament Stanu USA i USAID, we współpracy z Narodowym Instytutem Demokratycznym, Międzynarodowym Instytutem Republikańskim, Freedom House i Instytutem Społeczeństwa Otwartego George’a Sorosa. Skoordynowane działania początkowo odniosły sukces. W wyniku wielotygodniowych protestów pierwsza tura wyborów została unieważniona. W powtórce 26 grudnia 2004 roku Juszczenko uzyskał najwięcej głosów i został zaprzysiężony na następcę Leonida Kuczmy w Kijowie w styczniu 2005 roku. W polityce zagranicznej „Pomarańczowi” wyznaczyli zupełnie nowe priorytety. W kwietniu 2005 roku prezydent Juszczenko i sekretarz generalny NATO Jaap de Hoop Scheffer podpisali porozumienie w sprawie przygotowań do przystąpienia Ukrainy do NATO. Nie było już mowy o często przywoływanej neutralności kraju. „To spotkanie miało charakter rewolucyjny… Po raz pierwszy uznano, że Ukraina chce i może stać się atlantycka” – (6) oświadczył Ołeksandr Sznyrkow, „pomarańczowy” pracownik Instytutu Stosunków Międzynarodowych w Kijowie.
Pomimo otwartego stanowiska wobec atlantyckiego sojuszu wojskowego, „Pomarańczowi” (Ukraina) nie mogli być pewni poparcia większości społeczeństwa. Ich priorytetem była integracja z Zachodem, otwierająca drzwi zachodniemu kapitałowi i jednocześnie wzbogacająca ich samych. Naciskali na przystąpienie do WTO – bez okresów przejściowych i jakichkolwiek specjalnych warunków wstępnych. Pożyczki MFW uzależniły Ukrainę od zachodniego kapitału już w 2014 roku. Warunki pożyczek obejmowały żądania prywatyzacji mieszkań, podwyżki podatków masowych i eliminację wszelkich subsydiów socjalnych: typową neoliberalną terapię szokową. Zachodnia para mocarstw Wiktor Juszczenko i jego atrakcyjna premier Tymoszenko obrali kurs antyrosyjski i znieśli preferencyjne warunki zakupu rosyjskiego gazu. W styczniu 2009 roku wszedł w życie nowy kontrakt na dostawy gazu z ceną powiązaną z rynkiem światowym. Teraz UE musiała przyjść z pomocą nacjonalistycznemu i neoliberalnemu rządowi.
Kampania wyborcza w 2010 roku rozpoczęła się w obliczu całkowitej katastrofy gospodarczej spowodowanej polityką neoliberalną. Wiktor Janukowycz prowadził kampanię na platformie niezaangażowanej Ukrainy, powracając tym samym do linii polityki zagranicznej za czasów Kuczmy, która wraz z polityką gospodarczą i korzystnymi warunkami kredytowymi w latach 90. XX wieku przyniosła Ukrainie najdłuższy jak dotąd okres wzrostu gospodarczego. Ponadto kandydat Partii Regionów opowiadał się za umiarkowaną, probiznesową polityką. Biorąc pod uwagę utrzymującą się siłę Pomarańczowego Bloku, zwłaszcza na zachodniej Ukrainie, przedstawiciele Partii Komunistycznej ogłosili wybory prezydenckie wyborem między dwoma złami i wezwali wyborców do preferowania Janukowycza, przedstawiciela „kapitału narodowego”, nad Tymoszenko, przedstawicielką „kompradorskiej burżuazji” (lokalnych kupców prowadzących interesy z mocarstwami kolonialnymi). (7) Janukowycz wygrał wybory (49%, Tymoszenko 45%), podczas gdy prezydent Juszczenko uzyskał jedynie 5,45% głosów.
W 2010 roku Ukraina otrzymała pożyczkę z MFW wynegocjowaną przez koalicję Juszczenko/Tymoszenko. Kluczowym warunkiem była „reforma” systemu emerytalnego. Taka reforma oznaczałaby drastyczne cięcia emerytur poprzez prywatyzację i napływ kapitału zagranicznego. Ponadto warunki MFW nakazywały zamrożenie płac i emerytur, a także zmniejszenie dopłat do paliw i ogrzewania. Jednak nowy rząd premiera Mykoły Azarowa zawiesił współpracę z MFW wiosną 2011 roku, a trzecia transza pożyczki w wysokości 15 miliardów dolarów nigdy nie została wypłacona. Jednostronne więzi z Zachodem ulegały coraz większemu rozluźnieniu. We wrześniu 2010 roku Ukraina otrzymała pożyczkę w wysokości 4 miliardów dolarów od Chińskiej Republiki Ludowej na projekty infrastrukturalne. Następnie, w lipcu 2012 roku, otrzymała pożyczkę w wysokości ponad 4,5 miliarda dolarów na rozwój ukraińskiego rolnictwa, a Ukraina była również w stanie znacząco zwiększyć swój eksport do Chin. Do 2013 roku roczny eksport zboża przekroczył już cztery miliony ton. Oprócz komponentu ekonomicznego, istniał również komponent militarny. Już w 1999 roku Chiny zakupiły od Ukrainy lotniskowiec, który po remoncie wypłynął w 2011 roku na pierwsze próby morskie pod nazwą Liaoning , wraz z myśliwcami. Turbiny gazowe do najnowocześniejszych chińskich niszczycieli zostały sprowadzone z Ukrainy już w 1990 roku.
Ogólnie rzecz biorąc, nowy rząd prowadził zrównoważoną politykę zagraniczną, otwierając się na kraje Globalnego Południa – od Ameryki Południowej i Afryki po Chiny. W pierwszym roku urzędowania Janukowycz podpisał z prezydentem Hugo Chávezem porozumienie, które otworzyło wenezuelskie pola naftowe dla firm ukraińskich. (8) Ponadto Chávez i Janukowycz uzgodnili tranzyt wenezuelskiej ropy naftowej na Białoruś i zakup przez Wenezuelę samolotów Antonow. Podczas wizyty państwowej Janukowycza w Indiach w grudniu 2012 roku, Ukraina również rozszerzyła swoje stosunki gospodarcze z tym krajem poprzez szereg porozumień. Podobnie jak w przypadku Chin, interesy Indii koncentrowały się na współpracy z producentami broni we wschodniej Ukrainie.
Zorganizowany zamach stanu 2013/14
W polityce wewnętrznej i gospodarczej rząd Janukowycza priorytetowo traktował wzmocnienie klasy średniej i poprawę sytuacji socjalnej pracowników. Polityka ta zasadniczo różniła się od neoliberalnego kursu poprzedniego rządu, który jednostronnie popierał Waszyngton, Brukselę i Berlin. Janukowycz nie deklarował ani jednostronnego zaangażowania w UE i NATO, ani jednostronnie prorosyjskiej postawy. W listopadzie 2013 roku oficjalni przedstawiciele podpisali umowę z amerykańską firmą energetyczną Chevron w sprawie rozwoju gazu łupkowego. Metoda szczelinowania miała uniezależnić Ukrainę od rosyjskiego gazu do 2020 roku.
Duet Janukowycz/Azarow opowiadał się za zacieśnieniem więzi z Unią Eurazjatycką, która do początku 2014 roku obejmowała Armenię, Białoruś, Kazachstan i Rosję. Stanowiło to poważny krok wstecz dla strategów NATO/UE, mimo że rząd Azarowa również dążył do stowarzyszenia z UE. Na szczycie w Brukseli w 2013 roku przewodniczący Komisji Europejskiej Barroso jednoznacznie stwierdził, że przystąpienie do kierowanej przez Rosję Unii Celnej jest nie do pogodzenia z zacieśnieniem więzi z UE ani z przystąpieniem do niej; Ukraina musiała podjąć decyzję. Niewielu dostrzegało niebezpieczeństwo, że ta bezkompromisowa postawa może wpędzić Ukrainę w ramiona Rosji.
21 listopada 2013 roku prezydent Janukowycz wstrzymał jednak wszelkie działania związane z umową stowarzyszeniową. Czując się bardziej niezależnym od Rosji i mając wzmocnioną pozycję dzięki umowom z Chevronem, najwyraźniej uznał, że może tymczasowo zawiesić stowarzyszenie z UE z powodu trwających interwencji w państwie i społeczeństwie. Co więcej, gotowa do podpisu była jedynie część 2 (polityczna), a nie część 1 (umowa gospodarcza). UE powiązała tę umowę z pożyczkami z MFW, domagając się znacznej dewaluacji ukraińskiej waluty oraz zamrożenia płac, emerytur i składek na ubezpieczenia społeczne. Zakładała ona również jednostronne skupienie się na rynku Unii Europejskiej. Były komisarz UE ds. rozszerzenia Günter Verheugen wskazał dwa błędy w negocjacjach: po pierwsze, UE nie zaoferowała Ukrainie długoterminowej perspektywy, a po drugie, niedoceniła presji zewnętrznej, pod jaką znajdowała się Ukraina, i stworzyła wrażenie, że Ukraina jest przedmiotem przepychanek między UE a Rosją. Co więcej, umowa stowarzyszeniowa po raz pierwszy ustanawia komponent wojskowy. (9)
Janukowycz powiązał tymczasowe wstrzymanie umowy z prośbą o pomoc finansową do UE i MFW dla podupadającego budżetu Ukrainy. Gdy ta została odrzucona, zwrócił się do Rosji. Deklarując wycofanie się z umowy z Unią Europejską, Rosja obniżyła cenę dostaw gazu ziemnego o około jedną trzecią i obiecała zakup ukraińskich obligacji rządowych o wartości 15 miliardów dolarów. (10) Do czasu obalenia Janukowycza na Ukrainę napłynęło 3 miliardy dolarów.
W dniach 21-22 lutego 2014 roku parlament został zajęty pod przewodnictwem Prawego Sektora. Prezydent Janukowycz opuścił kraj i udał się do Rosji. Chociaż uzyskano większość pozwalającą na odsunięcie go od władzy, nie osiągnięto wymaganej konstytucyjnie większości trzech czwartych. Mimo to oligarcha Poroszenko objął urząd zgodnie z planem, a prezydent USA Obama z satysfakcją oświadczył: „My, Stany Zjednoczone, wynegocjowaliśmy porozumienie w sprawie przekazania władzy”. (11)
We wrześniu 2014 r. administracja Obamy uchwaliła dokument TRADOC 525-3-1 „Zwycięstwo w złożonym świecie 2020–2040”.
Konsekwencje finansowe polityki Niemiec wobec Ukrainy: od pomarańczowej rewolucji 2004 r. do dziś (2026 r.)
Pomarańczowa rewolucja (2004)
Polityka Sąsiedztwa UE
Niemieckie programy finansowania
Współpraca rozwojowa
fundacje polityczne
KfW
GIZ
Hermes gwarantuje
Obserwacja wyborów
Pomoc dla Ukrainy do 2013 r.: ok. 1–2 mld euro ; Pomoc dla Ukrainy w latach 2014–2021: ok. 1,83 mld euro (12) (Federalne Ministerstwo Spraw Zagranicznych)
Standardowe kwoty dodatków, a także pokrycie kosztów zakwaterowania, ogrzewania i ubezpieczenia zdrowotnego wynikają z przepisów o dochodach obywateli oraz informacji udostępnianych przez Federalne Ministerstwo Pracy i Spraw Socjalnych.
Kwota ta nie jest kwotą oficjalną, lecz uśrednionym szacunkiem, wyliczonym na podstawie różnych pozycji kosztów publicznych. Rzeczywiste koszty różnią się w zależności od wielkości gospodarstwa domowego, miejsca zamieszkania, statusu zatrudnienia i poszczególnych usług. Sprawozdanie finansowe za lata 2004–2026 (14)
(Według Federalnego Ministerstwa Finansów/Raporty miesięczne/Numer/2025/01/)
Całkowite koszty są trudne do określenia i rozbicia ze względu na różnorodność sektorów i interesariuszy; są one rozgałęzione i ukryte w bardzo zróżnicowanych budżetach.
Niemieckie gminy są już praktycznie bankrutami, a rząd federalny stale zaciąga miliardy dolarów w nowych kredytach na finansowanie uzbrojenia i kosztów wojny na Ukrainie. Płacimy zatem za geopolityczne interesy USA, które są diametralnie sprzeczne z naszymi własnymi interesami bezpieczeństwa, ponieważ czyni nas to celem militarnym dla Rosji.
+++
Notatki i źródła
Wolfgang Effenberger, urodzony w 1946 roku, zdobył dogłębną wiedzę na temat „pola bitwy nuklearnej” w Europie, przygotowywanego przez USA, służąc jako kapitan w niemieckich oddziałach saperskich. Po dwunastu latach służby studiował nauki polityczne i edukację średnią (budownictwo/matematyka) w Monachium, a następnie do 2000 roku wykładał w uczelni technicznej budownictwa. Od tego czasu publikował prace na temat najnowszej historii Niemiec i geopolityki USA. Do jego najnowszych publikacji należą: „Czarna księga UE i NATO” (2020), „Niedoceniana potęga” (2022) oraz „Od wojny do porządku światowego” (2026).
+++
1) Brzeziński 1997, Wielka Szachownica, s. 25. 192
2) Lenz/Marcks 1915, Berlin, s. 23-35. 190
4) Wolfgang Effenberger: Czarna księga UE i NATO: Dlaczego świat nie może znaleźć pokoju. Höhr-Grenzhausen 2020, s. 2020 318
5) Wolfgang Effenberger: Czarna księga UE i NATO: Dlaczego świat nie może znaleźć pokoju. Höhr-Grenzhausen 2020, s. 318 i nast.
„To nie ludzie są naszymi wrogami, lecz ideologia, której ulegają. Bronią jest tu wiedza, a nie pięść” – napisał Dariusz Cychol („Fakty po Mitach”, nr 29 z lipca 2026).
Z końcem XX wieku, w roku 1996 i 1997, pisałem dla „Nigdy Więcej” artykuły dotyczące faszyzmów iberyjskich. Pierwszy ukazał się w 3 numerze tego pisma z 1996 roku i dotyczył faszyzmu hiszpańskiego, natomiast drugi, dotyczący faszyzmu portugalskiego, w 1997 roku, w 4 numerze.
Delegacja u Pinocheta
Ich treść skonsultowałem z ówczesnym moim kolegą Selimem, historykiem i politologiem, nauczycielem akademickim, który później został polskim ambasadorem w państwach utworzonych po upadku Związku Radzieckiego: w Kazachstanie (który powstał 16 grudnia 1991 roku) i Kirgistanie (powstał on 31 sierpnia 1991 roku). W trakcie dyskusji, zadał mi zasadnicze pytanie, po co ja o tym piszę? Wyjaśniłem, że dostrzegam nadchodzący renesans faszyzmu we współczesnym świecie. Wskazałem przy tym na Polskę, Ukrainę i Izrael. Selim zaprzeczył. Nie zgodził się ze mną. Nie wdając się w dalszą dyskusję, zaproponowałem, że za każdym razem każdego następnego roku, będę zadawał mu pytanie czy dostrzega zachodzące zmiany w Polsce, potwierdzające moją ówczesną hipotezę. Po latach na kolejnym spotkaniu przyznał mi rację, że moja hipoteza stała się tezą, albowiem „pozytywnie” zweryfikowało ją życie. Nie trzeba było długo czekać. W 1999 roku chilijskiego dyktatora Augusto Pinocheta w areszcie domowym i szpitalu w Wielkiej Brytanii odwiedziła trójka polskich polityków i publicystów prawicowych: Michał Kamiński, Marek Jurek oraz Tomasz Wołek. Polacy pojechali do podlondyńskiego Wentworth w styczniu 1999 roku. Był to wyraz ich politycznego wsparcia dla generała, który został aresztowany na wniosek Hiszpanii pod zarzutem łamania praw człowieka.
Miłośnicy dyktatury
„Podczas spotkania ta trójca wręczyła Pinochetowi ryngraf z Matką Boską. Wcześniej, w grudniu 1998 roku Michał Kamiński mówił z trybuny sejmowej do posłów lewicy: – Jak na was patrzę, panowie, to wiem, że o generale Pinochecie nie trzeba mówić, tylko go trzeba naśladować. Po odwiedzinach w Londynie, w programie telewizyjnym ’Polityczne graffiti’ Marek Jurek stwierdził, że ’Pinochet uchronił Chile przed losem komunistycznej Kuby i za to powinniśmy mu być wdzięczni’. Jurek bagatelizował ofiary pinochetowskiego zamachu i terroru, stwierdzając, że ’większość zamordowanych to komuniści albo członkowie ich rodzin’. Na łamach redagowanego przez Wołka ’Życia’ Jurek napisał, że próba osądzenie Pinocheta, to pokaz nihilizmu”.
Miłośnikiem dyktatora był również Antoni Macierewicz, ówczesny poseł Ruchu Katolicko-Narodowego, później szef Kontrwywiadu Wojskowego. W 1999 roku twierdził, iż „nie ma cienia wątpliwości, że była to próba uprzedzenia rewolucji komunistycznej, która dla Chile i całej Ameryki Łacińskiej skończyłaby się katastrofą jeszcze większą, niż to, co się stało na Kubie”. Na początku lat 90. pochlebnie o Pinochecie wyraził się nawet obecny lider Platformy Obywatelskiej Donald Tusk…
Tortury i mordy
Generał Augusto Pinochet w latach 1973-1990 rządził w Chile. „We wrześniu 1973 roku gen. Pinochet, wówczas szef sztabu generalnego armii Chile, dokonał krwawego zamachu stanu obalając – przy pomocy CIA i funkcjonariuszy ambasady USA – prezydenta Salvadora Allende, legalny rząd i parlament. Były dyktator jest oskarżany przede wszystkim o znęcanie się nad przeciwnikami politycznymi i mordowanie ich. Nie jest znana dokładna liczba ofiar. Zdołano ustalić 2095 nazwisk zabitych i 1102 zaginionych, tj. uprowadzonych przez siepaczy Pinocheta i następnie zamordowanych, najczęściej w trakcie tortur. Ponadto szacuje się, że 30 tys. osób było więzionych i torturowanych. Ofiary głodzono, porażano prądem elektrycznym, gwałcono. Bito do utraty przytomności setki osób. Były dyktator Chile ma na swoim koncie nie tylko odpowiedzialność za zbrodnie, ale oskarżany jest także o przestępstwa finansowe. Posiadał nie tylko tajne konta bankowe z pieniędzmi zagrabionymi w czasie swych rządów” – czytamy.
Protesty w ONZ bez skutku
W trakcie rządów Augusto Pinocheta w Chile państwa członkowskie oraz organizacje pozarządowe składały w Organizacji Narodów Zjednoczonych liczne protesty i rezolucje. Dotyczyły one masowego łamania praw człowieka, tortur i zaginięć. Od 1974 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ oraz Komisja Praw Człowieka regularnie przyjmowały rezolucje potępiające reżim w Chile. Nie wywierały one skutku, ponieważ USA traktowało Pinocheta jako swojego człowieka. W amerykańskiej prasie pisano o nim: „Owszem jest on skurwysynem, ale jest naszym skurwysynem!”.
Zełenski jak Pinochet
W XXI-wiecznej Polsce mamy podobny przypadek. Dotyczy on sądzonego od 10 lat nauczyciela akademickiego, politologa, polityka Samoobrony i byłego posła na Sejm RP, Mateusza Piskorskiego. Grupa Robocza ONZ ds. Arbitralnych Zatrzymań uznała pozbawienie wolności Piskorskiego za arbitralne i sprzeczne z Powszechną Deklaracją Praw Człowieka. ONZ wystosowało do polskiego rządu opinię, w której wezwano władze do jego niezwłocznego zwolnienia, przeprowadzenia śledztwa w sprawie aresztowania i przyznania mu prawa do odszkodowania. Jak dotychczas zalecenia te nie zostały w pełni zrealizowane. Albowiem podobnie tak jak to było z Pinochetem, w Polsce istnieją pewne grupy polityków, zachwycające się ukraińskim aktorem komediowym, budującym za naszą wschodnią granicą system oparty doktrynalnie na skrajnym rasizmie, wymierzonym przeciwko Polakom, Rosjanom i Żydom… W państwie ukraińskim ma miejsce Führeryzacja, dokonywana przez komika pochodzącego z żydowskiej rodziny. Zaiste, jest to paradoksalne, lecz nie komiczne.
Jak Indiana Jones
Podobnie jak trzydzieści lat temu, stawiam hipotezę dotyczącą przyszłości. Rozegra się ona podobnie jak jedna ze scen przygodowego filmu Indiana Jones (jednego z serii pięciu filmów), w których główną rolę słynnego archeologa i poszukiwacza przygód gra Harrison Ford. Występuje on we wszystkich pięciu filmach pełnometrażowych tej serii jako dr Henry Walton „Indiana” Jones Jr. W trakcie jednej z eskapad spotyka na swojej drodze potężnego wojownika z lekkością wymachującego ogromnym mieczem, za którym znajduje się grupa zbirów. Widząc, że nie ma szans stawić czoła temu zbirowi i jego bandzie, szybko wyjmuje rewolwer i strzela prosto w czoło przeciwnikowi, zabijając go na miejscu. Przerażeni tym zdarzeniem bandyci uciekają w popłochu…
Przepowiednie
Obecnie Rosja, jak poprzednio Związek Radziecki, walczy ze światowym faszyzmem, którego medialną twarzą jest klaun z Krzywego Rogu. Rzeczywistym napastnikiem jest USA, wraz z państwami NATO. Działając wspólnie, mają oni nad Rosją przewagę. Natomiast Rosja przoduje w dziedzinie przenoszenia broni jądrowej, posiada też spore jej zasoby. Jest to ten symboliczny rewolwer Indiany Jonesa, który wypali w decydującym momencie. Resztę w Europie dopełni chaos wywołany tym zdarzeniem. Multikulturowość, wynikająca z ubogacenia emigrantami z południa spowoduje wewnętrzne problemy we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii, nie wspominając już państw skandynawskich, nie mniej ubogaconych kulturowo ludnością napływową.
Co do przyszłości Izraela to obstawiam przepowiednię Henry’egoKissingera, byłego wpływowego amerykańskiego dyplomaty, którego uznaje się go za jedną z najważniejszych i najbardziej kontrowersyjnych postaci w polityce zagranicznej XX wieku. Przepowiednię, w której zakreślił on ramy czasowe istnienia państwa położonego w Palestynie.
Nie dalej jak pod koniec czerwca 2026 r. ukraiński minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha stwierdził, że w Polsce dyskryminowane są ukraińskie dzieci. Dodał również znacząco, że oni, Ukraińcy, mają przecież armię. W domyśle silną, zwartą i gotową. Mamy się domyślić, do czego.
◊
Obraz tytułowy: Bolesław Chrobry uderza Szczerbcem w Złotą Bramę Kijowa. Rok 1018. LINK
Ukropolin czy układ z Rosją?
Nie dalej jak pod koniec czerwca 2026 r. ukraiński minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha stwierdził, że w Polsce dyskryminowane są ukraińskie dzieci. Dodał również znacząco, że oni, Ukraińcy, mają przecież armię. W domyśle silną, zwartą i gotową. Mamy się domyślić, do czego.
Ledwo to wybrzmiało, a już jak znalazł pojawił się incydent autobusowy w Bielsku – Białej. Świat ujrzał część sytuacji, gdzie widać, że mężczyzna odzywa się do dwóch ukraińskich nastolatek w sposób niegrzeczny. Politycy popisu i media polskojęzyczne od razu jak na komendę potępiły zachowanie Polaka, piętnując jednocześnie polską ksenofobię. Zupełnie jakby to przewidział minister Sybiha. W tym samym czasie do polskiej opinii publicznej zaczęło docierać, że ambasada Ukrainy w Polsce poucza swoich obywateli, przebywających u nas, aby nagrywali Polaków w celach dowodowych. Z innych źródeł, i tych niesystemowych, i tych oficjalnych wiadomo już, że w Polsce ukraińskie tajne służby prowadzą w Polsce bardzo ekspansywną działalność.
To wszystko w trakcie wojny Ukrainy z Rosją, którą media w Polsce fałszywie przedstawiają jako pełnoskalową, gdy władze państw europejskich desygnują kolejne miliardy na zakup amerykańskiej broni, darowanej Ukrainie, a władza w Polsce zwiększa sztucznie koszty życia Polaków, aby móc finansować państwo kijowskie. Skala różnorodnego wsparcia Polski i Polaków dla Ukrainy jest trudna do oszacowania, bo jest to wsparcie nie tylko państwa, ale również instytucji, firm i osób prywatnych. W tym należy wyróżnić rozbrojenie Wojska Polskiego na rzecz armii ukraińskiej, spłaty przez Polskę odsetek od ukraińskiej pożyczki, finansowanie systemu Starlink, zapewniającego łączność satelitarną na terytorium tego państwa, wysyłki paliw z polskich rafinerii, transfery socjalne dla ukraińskiej ludności, przywileje prawne i specjalny status w Polsce. I to wszystko za darmo, bo państwo polskie niczego od Ukrainy za to nie żąda. I wszystko na darmo, bo władza kijowska traktuje Polskę jako wroga, popiera banderyzm i poucza obywateli, jak mają szpiegować Polaków. Czyżby ktoś w III RP tego nie przewidział?
Problem odradzania się banderyzmu na Ukrainie jest w Polsce znany od dawna. Wiadomo więc, że to się na dobre zaczęło po Pomarańczowej Rewolucji w 2005 r., gdy do władzy doszedł Juszczenko. Głównym ośrodkiem odradzania się szowinizmu są w tym państwie ośrodki władzy, zarówno centralnej, jak i lokalnej. Zawsze bowiem zdarzają się jakieś jednostki czy nawet grupki, mające różne, czasem niebezpieczne poglądy. Aby jednak takie ekstremistyczne poglądy stały się główną siłą społeczną, muszą dostać jakieś potężne wsparcie. A żeby stać się ideologią państwową, muszą zostać nie tylko wsparte, ale również przyjęte przez władzę. Nie wystarczy tu wsparcie władzy lokalnej, ono mogłoby zadziałać lokalnie, dopóki nie interweniowałaby władza centralna. Banderyzm na Ukrainie nie jest więc sprawą prywatną, lecz państwową, należącą do polityki władz tego państwa, i to nie od dziś. Dostrzegło to wielu świadomych Polaków i przestrzegało polską opinię publiczną. Ta zaś uległa romantycznemu porywowi w geście współczucia, jakie wybuchło po 22 lutego 2022 r. Poryw ten został potężnie wzmocniony strasznymi zdjęciami z Buczy i Irpienia, gdzie pokazano zwłoki cywilów, jakoby ofiar rzezi i gwałtów, dokonanych przez żołnierzy Federacji Rosyjskiej. Wyemitowano też wypowiedzi jakoby świadków tych strasznych wydarzeń, co przypomniało najazd bolszewików w 1920 r. Emocja w Polakach była potężna i jednoznaczna: znowu okrutna Rosja atakuje, najeżdża, zabija, gwałci, rabuje. Trzeba chronić niewinne kobiety i dzieci przed ruską dziczą! Trzeba wspierać dzielnych ukraińskich mężczyzn, którzy mężnie walczą za swój kraj i przy okazji za nas, aby ochronić nas przed rosyjską inwazją! Ukraina walczy za nas, Ukraina wierna Polsce, Ukraina obrończyni Zachodu, Ukraina wdzięczna, Ukraińcy będą pamiętać i pozwolą nam odbudować swój kraj.
Trudno się dziwić, że tak potężna okazała się siła tej propagandy i tak bardzo Polacy rzucili się na pomoc Ukraińcom. Wykorzystano najsilniejsze polskie lęki i najgłębsze pokłady życzliwych skłonności. W tym całym zapamiętaniu poczciwi Polacy zapomnieli jednak sprawdzić, czy te obrazy i te wypowiedzi nie są filmowym montażem. Rosjanie zażądali międzynarodowego śledztwa, ale Ukraińcy odmówili. Natomiast wielki gest prawdziwej życzliwości i prawdziwie bratnich uczuć ze strony Polaków został cynicznie wykorzystany, zarówno przez władze Ukrainy, przez popisowe władze III RP, przez władze Zachodu. Ten przypływ pozytywnych uczuć został całkowicie zmarnowany przez samych Ukraińców, którzy zamiast wykorzystać to dla budowy pozytywnych relacji z państwem i narodem sobie życzliwym, pomimo tak wielkich krzywd, wyzyskali to cynicznie dla wyłudzenia jak największych bogactw, dla wykorzystania terytorium Polski, dla ekspansji oligarchów, dla utorowania drogi swoim służbom, dla wsparcia międzynarodowego, dla okazania pogardy potomkom ofiar własnych przodków. Ukraina mogła mieć w nas wiernych przyjaciół, jednak wolała nas okraść i podeptać, dla chwilowych korzyści. Okazało się, że rację mieli ci, którzy postrzegali wojnę ukraińską jako ustawkę Zachodu, i którzy przestrzegali przed ukrainizacją Polski. Polacy bowiem myśleli, że udzielają chwilowej gościny uchodźcom wojennym na krótki czas, aż Rosja zostanie pokonana i zmuszona do odwrotu. Okazało się, że sami sfinansowaliśmy wielką operację likwidacji Polski poprzez jej rozbrojenie, zubożenie i wymianę ludności.
Tego nie spodziewała się większość Polaków, oprócz tych, którzy od samego początku ostrzegali. Zwykli ludzie, żyjący codziennym życiem nie muszą jednak być strategami, mają prawo spodziewać się, że ci, którzy sprawują władzę działają roztropnie dla wspólnego dobra swojego narodu, specjaliści dokonują rzetelnych analiz, a media przedstawiają z grubsza prawdziwy obraz sytuacji. Zwykłemu, poczciwemu człowiekowi nie mogło przyjść do głowy, że można być aż tak wiarołomnym, że można tak bezczelnie zakłamywać rzeczywistość na odwrót, i że kłamią wszyscy, pełniący oficjalne funkcje. Że na stanowiskach sterowniczych tak wielu jest szubrawców, szantażowanych dowodami własnych grzechów, tak wielu zdrajców, tak wielu obcych agentów, tak wielu głupców.
Nawet to jednak nie tłumaczy tak wielkiego zaniedbania władz III RP, które ofiarowały Ukrainie wszystko, co chciała i nadal chce, i naraziły Polaków na tak wielkie niebezpieczeństwa. To nie było niedopatrzenie, tylko celowa polityka, której wyrazem jest umowa z dnia 2 grudnia 2016 r., zawarta z rządem Ukrainy przez rząd tzw. zjednoczonej prawicy Beaty Szydło, której twarzą jest Antoni Macierewicz. Umowa o wzajemnej współpracy stanowi, że rząd III RP, jeśli rząd Ukrainy zechce, odda zasoby państwa polskiego Ukrainie za darmo. Ta umowa, trzymana w tajemnicy prawie trzy lata jest obecnie wykonywana, tak samo, jak umowa rządu Tuska z rządem Ukrainy z dnia 8 lipca 2024 r.
Obie nie mają ratyfikacji, więc są formalnie nieważne, ale wykonywane, najwyraźniej więc ten, kto stanowi rząd, uważa się za właściciela Polski i Polaków, i nie przejmuje się prawami ludzkimi i boskimi, ani też nie ceni własnego słowa i honoru. To wszystko, co wydarzyło się w stosunkach polsko – ukraińskich zarówno ze strony III RP, jak i Ukrainy nie jest dziełem przypadku, ale planu. Plan ten nie powstał ani w Polsce, ani na Ukrainie, ale gdzieś na Zachodzie, gdzie siedziby mają nasi oficjalni sojusznicy: USA, Niemcy, NATO, Unia Europejska. Oni wszyscy bardzo wspierają państwo ukraińskie, Żeleńskiego i jego wojnę z Rosją i zmuszają do tego samego narody Zachodu, posługując się propagandą i oszustwem.
Oficjalną doktryną państwa ukraińskiego jest więc szowinizm, który w tym kraju przybiera postać banderyzmu, który jest odmianą nazizmu. Banderowcy największych zbrodni dokonali na terytoriach, opanowanych przez hitlerowskie nazistowskie Niemcy. Polityka władzy nad Polską, skoro jest bardzo proukraińska, jest zatem probanderowska. A wszystko, co jest banderowskie, jest zarazem nazistowskie. Ta polityka władzy w Kijowie i władzy nad Polską jest jednak wyrazem i dziełem ogólnej polityki Zachodu. Tam u siebie oni podmieniają ludność swoich państw, aby rdzennych mieszkańców zastąpić pstrą mieszanką różnorodności bez właściwości, poza jedną: plastycznością w rękach władzy.
Tam robią to od kilkudziesięciu lat, w Polsce w tej chwili trwa wielki eksperyment: to, co na Zachodzie chcą zrobić w ciągu lat kilku, tylko jeszcze dalej, bo nas chcą zlikwidować kompletnie, nawet za cenę wojny. Dlatego między innymi wpychają nas do wojny z Rosją. Ci ludzie, którzy tak bardzo wspierają władzę w Kijowie, wiedzą przecież dokładnie, czym jest banderyzm, i jak się odradza na Ukrainie. Stepan Bandera skończył żywot z rąk agenta KGB dopiero w 1959 r., w Monachium, czyli na Zachodzie. Czyżby nie wiedzieli, kim jest? Ci, którzy oficjalnie są tak bardzo antyfaszystowscy i antynazistowscy, tak bardzo wspierają najbardziej faszystowski i nazistowski reżim współczesnego Europy. Nie można jednak temu się dziwić, skoro ci ludzie nie rozliczyli się ze swojej nazistowskiej przeszłości i z bogactw, które zrabowali, również Polakom. Ci ludzie bardzo służą innemu jeszcze reżimowi, jeszcze bardziej faszystowskiemu i nazistowskiemu, najgorszemu reżimowi współczesnego świata, w takim małym państwie. Taka jest rzeczywista twarz współczesnego Zachodu: faszyzm, nazizm, satanizm.
I tacy ludzie dyrygują władzami nad obiema sąsiednimi stolicami. Celem ich jest Ukropolin, muszą więc przebudować kompletnie to, co istnieje dzisiaj. Możemy więc spodziewać się wszystkiego, co najgorsze, łącznie z atakiem nazistowskiej armii i nowym Wołyniem na ziemiach etnicznej Polski. Wszystkie władze, jakie powinny nas przed tym właśnie chronić, właśnie w to nas wpychają. Nie możemy więc dziś liczyć na żadne oficjalne instytucje, z episkopatami włącznie, te struktury w ramach synodalizmu również zostały włączone do operacji wielkiej przebudowy. Narody Zachodu, włącznie z naszym zostały wcześniej rozbite na atomy za pomocą konsumpcji, skłócone za pomocą polityków i mediów, osłabione upadkiem obyczajów, rozpadem rodzin i debilizacją. Wydaje się więc, że nie ma żadnej zorganizowanej siły, która nie zostałaby w to włączona. Czyżby więc wszystko już zostało przesądzone?
Wszystkie te władze mają jednak wspólnego wroga, i to wskazuje na ich słaby punkt. Elity Zachodu mają swojego wroga, z którym bardzo chciałyby wejść w komitywę, którego chciałyby podbić, i którego się boją. Wrogiem tym jest Rosja. Narodom też tak została przedstawiona, Polakom również, jako miejsce i siła, winna każdego zła, z którego wionie groźbą, który na pewno napadnie na Europę i podepcze Polskę, aby tylko podbić Zachód. Kazano narodom Zachodu, szczególnie Polakom, bać się Rosji, nienawidzić Rosji, uznać, że wobec Rosji można wszystko. Kazano ludziom Zachodu traktować Rosję jako specjalne państwo, które pozbawione jest czci i praw, i wobec którego nie trzeba wykonywać zobowiązań. Ta operacja na świadomości była niezbędna, aby dokonać wielkiej podmiany narodów Europy. Nie udałoby się to bez Polaków, którzy mają nierozliczone krzywdy od Rosji i którzy mają podstawy do obaw wykształcone przez liczne doświadczenia. Dzięki temu Polacy nie myślą o pokojowym współistnieniu z Rosją i o ułożeniu spraw sąsiedztwa. Polacy proszą Zachód, aby osłonił ich przed Rosją własnym orężem. Zachód łaskawie przyjmuje tą prośbę, a w zamian żąda wszystkiego, a szczególnie Ukropolin. Polacy z wielkiej emocji negatywnej do Rosji godzą się na to, godząc się jednocześnie na przyłączenie się Polski do wojny ukraińskiej przeciw Rosji. Polacy biorą udział w wojnie przeciw Rosji, ale zaślepieni emocją nie widzą tego. Uważają zaangażowanie Polski w wojnę ukraińską przeciw Rosji za coś normalnego i polska rację stanu. I za tą możliwość, aby brać udział w wojnie przeciw Rosji, Polacy zgodzili się oddać wszystko, co mieli. To dlatego teraz w Polsce nastaje Ukropolin. Polacy mieli bardzo dużo czasu, aby zrozumieć, co się dzieje i zacząć protestować. Skoro jednak Polacy tak bardzo nienawidzą Rosji, że zgodzili się na Ukropolin, niech się nie dziwią, że władze Ukrainy przejmują zarządzanie terytorium Polski.
Wyjście z tego impasu jest proste. Trzeba zrobić trzy rzeczy.
Po pierwsze: Europejska Strefa Pokoju, złożona z państw Europy Środkowej, zagrożonych trzema rodzajami terroryzmu: banderowskim, lewackim, islamskim. W Strefie każda działalność terrorystyczna będzie powstrzymana. Po drugie: należy podjąć współpracę z Białorusią i Rosją w kwestii zarządzania terytorium Ukrainy. Po trzecie: należy wytyczyć Globalną Oś Pokoju, łączącą Waszyngton, Warszawę i Pekin, i w jej ramach otworzyć Jedwabny Szlak przez ziemie polskie.
Aby to zrobić, jest jeden klucz: Rosja. Polacy muszą zakończyć nie swoją wojnę przeciwko Rosji, do której zostali wciągnięci, a następnie podjąć współpracę, nie zrywając relacji z Zachodem. Jest to jedyna droga, aby uniknąć likwidacji. Wszyscy bowiem nasi oficjalni sojusznicy z Zachodu są w tym zainteresowani. Najbardziej ludzie z tego małego państwa, którzy tym dowodzą.
Rosja wcale nie chce podbijać Polski, ale obecnie traktuje państwo polskie jako przeciwnika, nie dlatego, że tak musi być, ale dlatego, że tak chcą władze III RP. Rosja może więc, po pokonaniu i przejęciu Ukrainy wykorzystać Ukrainę przeciw Polsce. Tak samo Niemcy mogą wykorzystać Ukrainę do oderwania od Polski Ziem Odzyskanych. USA wycofują się z Europy i przekazują porządki europejskie Niemcom. Są one bardzo zainteresowane w federalizacji Unii Europejskiej i w przyjęciu do niej Ukrainy. NATO i USA nie bez powodu wykorzystały państwo ukraińskie jako swojego najemnika. Wszyscy oni wiedzą o banderyzmie i niczego z tym nie robią, bo im to wygodne do ich celów, a jednym z nich jest likwidacja narodu i państwa polskiego. Jeśli więc możemy liczyć na naszych oficjalnych sojuszników, to jedynie w tym, że dołożą nam, jak już wielokrotnie to robili. A my im wciąż ufamy.
Jedyna rada na wyjście z impasu to ułożenie stosunków z Rosją, pomimo tego, że traktuje Polskę jako przeciwnika. Właśnie dlatego Polakom powinno zależeć na porozumieniu z Rosjanami, aby Polska przestała być przeciwnikiem Rosji, a Rosja przestała tak traktować Polskę. Mamy bowiem tych samych wrogów, i jest to nie tylko państwo kijowskie, Nowa Chazaria, ale również nasi oficjalni sojusznicy. Elity Zachodu, gdyby byłe same i nie miały nad sobą pana, zadowoliłyby się porozumieniem z Rosją dla zysków. Jednak nimi wszystkimi zarządzają ci z małego państwa, a zarządzają tak umiejętnie, że większość tych z Zachodu nawet o tym nie wie. Ci z małego państwa nie chcą tylko robić z Rosją interesów, oni chcą Rosję przejąć, dla zasobów i terytorium, którego nie da się kontrolować z zewnątrz. Do tego potrzebują terytorium Polski i Ukrainy, z których można wyprowadzać ekspansję. Porozumienie Polski z Rosją obróci wniwecz ich plany wobec Polski, i może stać się początkiem odtwarzania Europy narodów.
===========================================
O zagrożeniach, wojnach, Żydach, gojach, Ukrainie, Rosji, Chinach, Ameryce, i wyjściu z matni piszę w mojej najnowszej książce: Nasza polska walka. Tak odniesiemy zwycięstwo.
To nie jest lunatykowanie i pójście na wojnę. Oczy europejskich elit są szeroko otwarte – i działają z przerażającą determinacją.
Unia Europejska oficjalnie przyłączyła się do wojny z Rosją. W tym tygodniu przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen podpisała „historyczny pakt” z Ukrainą w sprawie integracji produkcji dronów bojowych do ataków na Rosję.
Według doniesień Euronews umowa przewiduje również wspólną produkcję pocisków balistycznych.
Ta ogromna ekspansja produkcji wojennej ma być finansowana z 90-miliardowej pożyczki, którą UE udziela Ukrainie. Rachunek, który będą spłacać pokolenia europejskich podatników.
Von der Leyen została przyjęta w Kijowie przez Wołodymyra Zełenskiego, niewybranego prezydenta Ukrainy, który sprawuje władzę w stanie wojennym. W ten sposób dwie osoby pozbawione demokratycznego mandatu podejmują decyzje, które mogą wpędzić Europę w wojnę z Rosją na pełną skalę. Nominacja von der Leyen ma charakter polityczny; nie została wybrana przez naród. Wcześniej była ministrem obrony Niemiec – i, zdaniem autora, niezbyt przekonującym. Naznaczona oskarżeniami o korupcję i nadużycia władzy przy zakupie szczepionek przeciwko COVID-19 od dużych firm farmaceutycznych, von der Leyen jest uważana za doskonały przykład zasady „wznoszenia się przez porażki”.
Podczas swojej jedenastej wizyty w Kijowie od eskalacji konfliktu w lutym 2022 roku, von der Leyen oświadczyła, że „następuje zmiana” w wojnie zastępczej NATO z Rosją. Wspomniała o nasilającej się fali ataków dalekosiężnych na terytorium Rosji i o przekazaniu 90 miliardów euro na sfinansowanie wojny.
W przemówieniu publicznym otwarcie stwierdziła, że Unia Europejska jest teraz wyraźnie zaangażowana w wojnę jako sojusznik Ukrainy.
„W Europie dysponujemy już ogromnym potencjałem technologicznym i przemysłowym, który możemy wykorzystać. Mamy też bezpieczne zakłady produkcyjne, które mogą pomóc w zwiększeniu produkcji” – powiedziała von der Leyen.
Dodała:
„Brakuje nam sprawdzonej w boju wiedzy i doświadczenia, jakie zdobyła Ukraina. Dlatego musimy połączyć nasze siły. Razem możemy pracować nad wspólną produkcją”.
Innowacją, którą von der Leyen i jej planiści z NATO najwyraźniej uważają za szczególnie sprytną, jest produkcja amunicji w krajach europejskich, która rzekomo jest „bezpieczna” przed rosyjskimi atakami odwetowymi. Drony i pociski mają być następnie transportowane na Ukrainę, skąd mogą penetrować głęboko terytorium Rosji i atakować cele tak odległe jak Moskwa, a także zakłady naftowe i przemysłowe w całym kraju. W ostatnich miesiącach wspierane przez NATO ukraińskie drony zabiły setki rosyjskich cywilów. Według autorki, pakt von der Leyen daje tej kampanii zielone światło do dalszej eskalacji.
Szczególnie godne uwagi i głęboko niepokojące jest poczucie bezkarności von der Leyen. Najwyraźniej zakłada ona, że państwa europejskie mogą służyć jako arsenał do ataków na Rosję, ale Rosja z kolei nie powinna mieć prawa podejmować działań odwetowych wobec UE lub NATO jako stron konfliktu. Autorka określa to stanowisko jako „niezwykle lekkomyślne i głupie”.
W rzeczywistości Unia Europejska, NATO i Stany Zjednoczone uczestniczą w tej wojnie zastępczej od czasu zamachu stanu w Kijowie w 2014 roku, kiedy to, według autora, zainstalowały i uzbroiły neonazistowski reżim. Ta wieloletnia rozbudowa uzbrojenia i przygotowania ideologiczne ostatecznie doprowadziły do wojny w 2022 roku.
Od tego czasu Zachód przeznaczył około 400 miliardów dolarów na wsparcie reżimu, wysłał najemników i doradców NATO oraz zapewnił rozpoznanie celów, logistykę i wsparcie operacyjne dla pocisków dalekiego zasięgu.
Ponadto Ukraina zawarła dwustronne umowy wojskowe z poszczególnymi państwami członkowskimi UE, takimi jak Niemcy, Francja, Dania, Holandia i Norwegia. Wielka Brytania podpisała nawet stuletni pakt obronny. Wszystkie te umowy obejmują broń, myśliwce, drony i pociski rakietowe.
Jednak poparcie zaprezentowane w tym tygodniu przez von der Leyen ma szerszy zakres: po raz pierwszy cała 27-osobowa UE zobowiązuje się do wspierania wojny na poziomie przemysłowym.
W kwietniu rosyjskie Ministerstwo Obrony opublikowało listę europejskich firm i ich lokalizacji, które według Rosji są zaangażowane w działania wojenne na Ukrainie. Rosja oświadczyła, że obiekty te mogą być w przyszłości uznane za uzasadnione cele działań odwetowych. Jak dotąd Rosja powstrzymuje się jednak od bezpośrednich ataków na państwa członkowskie UE i NATO. Biorąc jednak pod uwagę narastające prowokacje ze strony UE i NATO, pojawia się pytanie, jak długo ta powściągliwość się utrzyma.
Von der Leyen nazywa teraz ukraiński reżim „gwarantem bezpieczeństwa netto dla Europy”. Według autorki, ma to na celu usprawiedliwienie obciążeń ekonomicznych, jakie muszą ponosić obywatele Europy, podczas gdy fundusze publiczne płyną do skorumpowanego reżimu.
Zbiegając się z umową dotyczącą dronów i integracją gospodarczą UE z Ukrainą, Zełenski przeprowadził w tym tygodniu drugą w ciągu zaledwie kilku miesięcy rekonstrukcję swojego gabinetu. Najwyraźniej chciał stworzyć wrażenie, że podejmuje zdecydowane działania przeciwko korupcji. Premier Julia Swyrydenko została zdymisjonowana z powodu jej bliskich powiązań z byłym szefem sztabu generalnego Andrijem Jermakiem, który został zmuszony do rezygnacji w związku z poważnym skandalem korupcyjnym związanym z zamówieniami wojskowymi.
Autor twierdzi jednak, że Zełenski popełnił błąd, odwołując ministra obrony Mychajło Fiodorowa. Decyzja ta wywołała protesty w Kijowie i innych miastach. Fiodorow sprawował urząd zaledwie od sześciu miesięcy i był uważany za poważnego reformatora.
Jego wysiłki reformatorskie zraziły do niego dowódców wojskowych, takich jak Naczelny Dowódca Ołeksandr Syrski, którzy chcieli utrzymać istniejący system korupcji. Nic dziwnego, że Zełenski ostatecznie poparł starą gwardię – między innymi dlatego, że pociąg z UE wart 90 miliardów euro miał wkrótce przyjechać do Kijowa.
Sytuacja rzeczywiście się zmienia – choć nie w sposób, jaki autor, jego zdaniem nierealistyczny, przewiduje von der Leyen. Rosyjskie wojska lądowe niszczą ostatnie ukraińskie linie obrony wspierane przez NATO, a nasilone rosyjskie naloty niszczą fabryki dronów w Kijowie i innych miastach.
Dlatego UE i NATO realizują obecnie nową strategię: produkcja dronów jest przenoszona z Ukrainy do krajów europejskich, pozornie po to, by znaleźć się poza zasięgiem rosyjskich ataków. Podstawowym założeniem jest to, że UE może bezpiecznie zwiększyć produkcję wojskową bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji.
Jak wyjaśnił profesor Richard Sakwa w wywiadzie udzielonym Glennowi Diesenowi w tym tygodniu, antyrosyjskie przywództwo UE popycha Europę coraz dalej w wojnę z Rosją. Decyzje podejmowane są w sposób autorytarny i bez demokratycznego mandatu. W efekcie Unia Europejska stała się dyktaturą wojenną.
Innym przykładem jest parada wojskowa z okazji francuskiego święta narodowego 14 lipca w Paryżu, podczas której wojska NATO, wraz z pułkami francuskimi i ukraińskimi, wzięły udział we wspólnej demonstracji konfrontacji z Rosją.
A zdaniem autora, urzędnicy państwowi, tacy jak Ursula von der Leyen, która otrzymuje roczną pensję wynoszącą około 400 000 euro , z przyjemnością w międzyczasie atakują państwa europejskie.
To nie jest lunatykowanie i pójście na wojnę. Oczy europejskich elit są szeroko otwarte – i działają z przerażającą determinacją.
Gozdów 1944, czyli Zapomniana zbrodnia SS „Galizien”.
W czasie, kiedy Ukraińcy grożą Polsce spadającymi dronami na polskie miasta, a w Sejmie lewicujący posłowie wznoszą okrzyki, jakie towarzyszyły bestialsko mordowanym zwykłym Polakom przez bandy UPA obowiązkiem Polaków jest upominać się o prawdę historyczną.
Przy obecnym zatwardziałym ustosunkowaniu się Ukraińców przy kulcie band odpowiedzialnych za śmierć tysięcy bezbronnych ludzi strona polska nie ma po co tracić czasu na jałowe dyskusje z gloryfikatorami nazistów i sadystów. Dziś już tylko ktoś niemądry może ufać w szczere intencje strony ukraińskiej, w tym rzetelne przeprowadzenie ekshumacji ofiar szowinistycznej polityki UPA.
Dlatego też musimy pamiętać, że w obecnych granicach Polski w latach powojennych bandy banderowskie starały się na terenach przez siebie uznanych za ukraińskie zrobić powtórkę Wołynia w stosunku do każdego, kto nie wpisywał się w ich rasistowskie poglądy. Posiadając tę wiedzę, na niej powinniśmy budować fundamenty prawdy historycznej.
Bandy UPA i sławiona obecnie na Ukrainie 14. Dywizja SS “Galizien” mają na swoim koncie liczne zbrodnie, jakich dopuściły się wobec cywilów w granicach obecnej Polski. Jako państwo wiarygodne powinniśmy pochylić się nad tymi zbrodniami i zebrać jak największy materiał badawczy. Tam, gdzie jest to możliwe powinny odbyć się ekshumacje przy obecności obserwatorów międzynarodowych tam, gdzie jest szansa dotrzeć do rodzin pomordowanych powinno zebrać się zdjęcia, spisać wspomnienia.
Jeśli w wykazie osób brutalnie zamordowanych za to, że byli Polakami, zaczną oprócz liczb i kolumn z nazwiskami, pojawiać się ich zdjęcia, aby każdy mógł spojrzeć w twarz tym, których jedyną winą było to, że byli Polakami świadomość zagrożenia własnego życia i życia najbliższych przez odrodzoną na Ukrainie ideologię stanie się realna.
Portal Magna Polonia ma już na swoim koncie odkrycie zapomnianych, lecz istotnych kart polskiej historii
W marcu 1944 roku żołnierze ukraińskiej dywizji SS- Galizien i policja ukraińska w służbie niemieckiej dokonała pacyfikacji wsi Gozdów (gmina Werbkowice, powiat hrubieszowski). W wyniku ich działalności życie straciło ok. 30 mieszkańców wsi, w tym kilkoro dzieci i kobiet.
Na liście ustalonych osób ukraińskiego pogromu polskiej ludności cywilnej udało się zidentyfikować:
Józef Bekon lat 36
Władysław Bekon lat 18
Józef Barański lat 31
Władysław Bednarczuk lat 36
Ignacy Betkowski 36 lat
Piotr Grzelecki 40 lat
Czesław Kaluba 22 lat
Marian Koryczko 23 lat
Mieczysław Kowalczyk 20 lat
Łukasz Kowalczyk 55 lat
Wincenty Krawczyk 45 lat
Jan Omelczuk 40 lat
Józef Pęczko 30 lat
Zygmunt Pękalski 21 lat
Eliasz Sen 52 lat
Walenty Strzępek 20 lat
Zygmunt Surowiecki 21 lat
Kazimierz Świec 41 lat
Takich spacyfikowanych polskich wsi przez obecnie gloryfikowane na Ukrainie jednostki SS Galizien było mnóstwo. Przykładowo 2 lutego 1944 roku oddziały niemieckiej żandarmerii, SS i jednostki SS Galizien dokonały pacyfikacji wsi Wólka Szczecka (gmina Gościeradów), gdzie zamordowano ponad 200 mieszkańców, w tym ok. 50 kobiet i 20 dzieci2.
Apelujemy o kontakt wszystkich bliskich ofiar – jeśli posiadacie zdjęcia, wspomnienia ofiar band UPA, SS Galizien lub innych ukraińskich oddziałów kolaborujących z III Rzeszą skontaktujcie się i podzielcie się tą tragiczną kartą polskiej historii. Niech przykład Waszych bliskich będzie ostrzeżeniem przed powtórką z historii. Już starożytni mówili, że historia jest nauczycielką życia. Uczmy się na tragedii przodków, zamiast powtarzać tę lekcję.
Do tego artykułu miałem wiele linków z internetu, ilustrujących moje tezy. Kiedy dziś sięgnąłem do nich to okazało się, że… nie istnieją. A więc ogłaszam wielki wjazd sprawy ukraińskiej do algorytmów cenzurujących media społecznościowe. Rzecz jasna, bo jak by inaczej, na zgłoszenie samych polskich władz, a może nie tylko polskich…
Zazwyczaj nie poddaję się chwilowym módkom medialnym. Odczekuję trochę, by zobaczyć czy to dłuższa opowieść, ale i tak czekam dalej, by zrozumieć po pierwsze o co tak naprawdę chodzi i jeśli chodzi o coś poważniejszego niż odwracanie uwagi od rzeczy istotnych kolejną przykrywką, to zastanawiam się dopiero o co tak naprawdę chodzi? Ale dzisiaj zrobię wyjątek – wrócę do afery z awanturą w autobusie w Bielsku-Białej. Ukazał się filmik, kręcony przez poszkodowane ukraińskie dziewczyny, z którego wynika, że jakiś raptus zelżył je słownie, co dziewuszki nagrały.
Po tej publikacji mieliśmy do czynienia z falą oburzenia, nie tylko na agresora, ale na wzrastającą falę szowinizmu antyukraińskiego, co dało asumpt do pociągnięcia sprawy – zelżone dziewuszki, to ofiary Brauna (to jasne), Bosaka (to już mniej jasne) i… Czarnka (co już jest sporym zaskoczeniem). Wylały się wiadra zatroskania nad stanem polskiej duszy, pojawiły się kuriozalne zarzuty o rasizm. Nawet w tej sprawie odezwali się najważniejsi politycy, łącznie z ukraińskimi. Powtórzę jeszcze raz – to wszystko z powodu jednej awantury w autobusie. Nasze stosunki między narodami stanęły na granicy. Przystanku autobusowego.
Taka w sumie głupota, a właściwie reakcja na nią pokazuje głębsze pokłady przyczynowo-skutkowe, ale daje też szansę na przewidzenie przyszłości. Tak, taki bzdet daje nam aż tyle możliwości. Trzeba tylko metodą księdza Bozowskiego oddzielić przypadki od znaków. A tu mamy poważny znak. Po pierwsze – samo nagłośnienie akcji. Od zdarzenia, do wypłynięcia całej sprawy upłynął cały weekend. Aferę miała nagłośnić znana z proroctw pożarowych aktywistka ukraińska z polskim obywatelstwem, niejaka Natalia Panczenko. Nagranie miał też ujawnić pan Strelnikow, aktywista ukraiński (co to znaczy właściwie – aktywista ukraiński, aktywista w czym? Skoro siedzi w Polsce, to nie chyba aktywista pomocy Ukrainie, gdyż w tym wypadku siedziałby w okopach), który stwierdził, że to film jego córki, zaś z kolei jego starsza córka, która obejrzała film stwierdziła, że sama z koleżankami była obiektem podobnych jak w bielskim autobusie ataków. W rezultacie sprawa się zaczęła zagęszczać frekwencyjnie. Okazało się, że w duszach polskich czai się (i czaił do zawsze – zawsze? nawet od lutego 2022 na granicach?) skrywany szowinizm w stosunku do Ukraińców, to genetycznie przeniesione przez wieki poczucie wyższości panów Lachów wobec siczowej czerni.
Reakcja
Sama sprawa pokazuje, że jak coś ma zaistnieć publicznie, to musi być nagrane. Bez filmiku – nie ma sprawy. Same opowieści, nawet teksty nie przemawiają do niegramotnej części widowni. Obraz mówi wszystko. Ale cały obraz. Zaraz pojawiły się głosy strony przeciwnej – jak w Polsce się coś dzieje to zaraz objawia się „strona przeciwna” – że filmik powinien być puszczony w całości, by zobaczyć co takiego sprowokowało faceta do takiej reakcji. No bo fakt – z filmu wynika, że dziewczynki spokojnie przechodziły właśnie z tragarzami i nagle zaczepił je facet z wyzwiskami. Ot tak, po prostu. Ważne jest więc cóż to takiego mogło spowodować taką (nad?)reakcję. Filmików to wskazujących nie widziałem, ale widziałem opisy, że dziewuszki zachowywały się głośno i wyzywająco, grały na full muzykę ze smartfonów i zakładały nogi w butach na siedzenia. Na zwróconą im uwagę przez mężczyznę miały go opluć i zacząć nagrywać filmik.
Wyszło ostatnio, że tak naprawdę słowny agresor tak naprawdę to opieprzał matkę tych dziewczynek, która nie reagowała na uwagi, żeby jej dzieci zdjęły nogi z siedzeń, a więc cały kontekst (szowinistyczna agresja na biedne dziewczynki) ma inny wymiar, zaś opieprzana pani okazała się żoną wspomnianego aktywisty, teraz już wiadomo aktywisty od czego.
Tu mała dygresja. Mój znajomy popadł kiedyś w toksyczny małżeński związek. Żona od dawna chciała go wystawić na przemocowca, by rozwieść się z sutym orzeczeniem o winie. Oczywiście robiła to w pełnej konspirze, facet – jak to wielu w naszych czasach – się nie orientował, że intryga trwa od dawna. Otóż okazało się, że jego żona zaczęła coraz częściej prowokować awantury, łącznie z atakami fizycznymi na małżonka. Ten prowokowany reagował różnie, z tym, że żona nagrywała takie przypadki, ale dopiero od momentu samej reakcji, nie jej czynu, który prowokował odwet. W czasie rozprawy w sądzie – a po to to było robione – pokazywała filmiki, gdzie agresor nie wiadomo dlaczego ją atakuje, wyzywa i awanturuje się. Na szczęście sąd nie dał temu wiary właśnie na zasadzie wątpienia, że tak po prostu, bez powodu facet wychodził z nerw.
Nie twierdzę, że to w autobusie było ustawką. Tego nie wiem, ale widzę, że wielu patrzy w tę stronę. Twierdzę natomiast, że cała ta histeryczna reakcja ustawką już była. Rozdęcie tej sprawy do granic możliwości, reakcje mediów i władz na taką w sumie głupotę wskazują na specjalne grzanie tej sprawy. Piszę „głupotę”, bo dzień przed wypadkami w autobusie w Bytowie trzech Ukraińców pobiło na śmierć Polaka i jakoś w mediach nic się nie działo. Związek Ukraińców nie wezwał (swoich) do opamiętania się, zaś ambasador ukraiński odezwał się, ale dopiero dzień po zajęciu swego twardego i zatroskanego stanowiska w sprawie słownej zbrodni w bielskim autobusie. Mamy więc do czynienia z selektywną narracją, a to już są procesy z gruntu sterowane.
To dość długi proces. Ja go pamiętam jeszcze z czasów kowidowo minionych, kiedy doszło do pewnego wypadku. Facet wjechał samochodem w przystanek i nauszkadzał ludzi, łącznie ze zgonem. Nic nie zwróciłoby mojej uwagi, gdyby nie to, że w prasowym opisie tego zdarzenia kierowcę określono inicjałem A. Zazwyczaj podaje się pełne imię i pierwszą literę nazwiska, by zanonimizować sprawcę. A tu podano inicjał imienia. Wpadłem na to, że nie po to żeby zanonimizować sprawcę, ale… jego pochodzenie. I sprawdziłem – okazało się, że gościu ma na imię Andrij i już samo imię wskazuje na ukraińskie pochodzenie sprawcy. A tak nie można, bo wzbudzi się jeszcze niechęć do naszych gości spod bomb. Żeby sadystycznie podrążyć sprawę zadzwoniłem na policję, tam po ganianiu się pomiędzy tymi co wiedzą (policja) ale nie powiedzą, a rzecznikiem (który nie wie i o tym mówi) doszedłem, że decyzja o zatarciu imienia jest decyzją prokuratury. Zgodziłem się z rzecznikiem, że już samo to świadczy o tym, że bronimy publiczność przed wiedzą o pochodzeniu sprawcy.
Anonimowi sprawcy politycznej poprawności
W tym wypadku mamy dwa warianty rozwinięcia zagadnienia. Po pierwsze – jak piszą, że coś nabroił Polak, to oznacza żebyśmy rasistowsko nie spekulowali, nasza wina, ale i droga dedukcji – jak nie piszą, że to Polak, to na bank Ukrainiec. Jest tez drugi sposób – nic. Nic, nawet imienia, żadnych liter, żadnych wspominek o pochodzeniu. Po prostu kręcimy się w kosmosie bezimiennych kosmopolitów, anonimowych tylko po to, byśmy nie wyciągali z tych swoich brudnych dusz ukrytych złogów szowinizmu.
Cała sprawa odzwierciedla trendy zachodnie, polegające na ukrywaniu pochodzenia sprawców, by uchronić publiczność przed pokusami ksenofobicznymi, że to jednak nie był dobry pomysł z tą migracją. Skończyło się to systemowymi problemami z NIEŚCIGANIEM gangów gwałcicieli, oskarżaniem ofiar o rasizm czy sekowaniem wszelkich medialnych sygnałów w tej sprawie, aż do aresztowania prywatnych ludzi za prywatne wpisy. My weszliśmy w te same koleiny, tyle, że u nas byli to Ukraińcy, z tym, że na razie chodzi o utarczki słowne, nie zaś o procedery kryminalne, choć przykład przemilczania sprawy typu morderstwo w Bytowie, i wielu innych przypadków, wskazuje że podążamy tą samą drogą. Tyle, że kolor skóry świętych krów jest tutaj inny. Reszta jest taka sama, z tym, że my jesteśmy dopiero w fazie wstępującej, mamy więc szansę na przykładach krajów bardziej „rozwiniętych” w tej kwestii zobaczyć co nas czeka. Pytanie tylko czy będziemy w stanie na to prewencyjnie zareagować i czy mamy na to społeczne czy polityczne narzędzia?
Bezkarność rozzuchwala
Ważny jest tu jeszcze jeden aspekt. Tak jak na Zachodzie, jak i u nas będziemy świadkami realizacji zasady, że bezkarność rozzuchwala. Tam rozzuchwaliła do tego stopnia, że nożownik, który zasztyletował w Wielkiej Brytanii nieszczęsnego Novaka, swobodnie rozmawiał sobie z policjantami, że biały go rasistowsko zaczepił. Na takie wieści policjanci zareagowali jak pies Pawłowa na światełko lampy – włączyły się procedury preferencji ścigania zgłoszonej ksenofobii i zakuto umierającego białasa w kajdanki.
Mamy więc do czynienia z wzajemnym przeciekaniem poczucia bezkarności sprawców do procedur publicznych. Postawy te warunkują się wzajemnie – bezkarność wzrasta przy braku ścigania, brak ścigania włącza się automatycznie przy kontekście ksenofobicznym, zawieszając ogólną logikę interwencji i kontekst przyczynowo-skutkowy definiujący kto jest ofiarą, a kto sprawcą.
Tak będzie i u nas. Kiedy Ukraińcy zobaczą, że Polacy się samobiczują i można wszystko, zaś policjant walnie prędzej Polaka niż upomni Ukraińca, to sprawa jest prosta jak droga do kasy w IKEA. Ukraińcy zhardzieją, wiedząc, że teraz aparat publicznych urzędników i funkcjonariuszy stoi murem za nimi. I nie, nie będą (na początku?) mordować i gwałcić bezkarnie jak na Zachodzie, ale zacznie się proces, którego koniec będzie zależał wyłącznie od… nich. Bo to oni, nie porządek prawny, jak widać zawieszony, będzie wyznaczał tu granice. W niesławnym autobusie w Bielsku-Białej okazało się, że działa monitoring i widać co się nagrało. To znaczy zarządcy linią autobusową wiedzą co się stało, a my z tego wiemy tylko to, co nam powiedzieli. A co nam powiedzieli? Ano, że „zachowanie dziewczynek nie odbiegało od standardowych zachowań młodzieży” w zbiorkomie. Ale standard to nie znaczy, że to dobrze, tylko, że często. Standardem może być i wydalanie się w autobusie, i zaczepianie innych pasażerów, darcie ryja i inne harce do tej pory uważane za chuligaństwo. Może to być i granie głośnej muzyki, i wykładanie nóg z butami na siedzenia, tak jak ponoć to miało miejsce w autobusie bielskim.
Co to znaczy? Ano sporo.
Po pierwsze – widać, że takie zachowania – i uwaga! i o wiele gorsze – będą tolerowane i będą przeciekały do standardu. W dodatku mamy tu dwa warianty: jak na to zareagują służby, a jak mogą – i czy w ogóle będą mogli po casusie bielskim – zareagować obywatele? Służby będą się mroziły z interwencją tym przykładem, albo – tak jak w Bielsku-Białej – postawią zarzuty każdemu interweniującemu Polakowi. (Gościa z autobusu wzięli w kajdany i na bęben, z zarzutem do lat trzech, w ten sam dzień, a – przypomnę – niesławnych bohater afery w Szpitalu Południowym swobodnie sobie hasa nieprzesłuchany już ze drugi miesiąc i podobno leczy). Polacy zaś sami są właśnie uczeni braku reakcji na dowolne ekscesy naszych gości, bo jeden z drugim narozrabia, nagra potem reakcję jakiegoś Polaka, a ten się znajdzie w podobnych kłopotach co nasz nieszczęśnik z Bielska-Białej. Jesteśmy więc trenowani do pewnych zachowań i dlatego przykład bielski to nie incydent, tylko znak.
Polowanie na ksenofobów
Ostatnio widziałem filmiki z rodzącego się procederu. Ukraińcy, wzorem cwanej żony mego kolegi, prowokują Polaków, potem jak ci zaczną reagować, to włączają telefon i nagrywają. Puszczają to w sieci. Tak, by pokazać niewdzięczność Polaków wobec walczącej Ukrainy. Mamy już podobno oficjalne, po pochodzące z ambasady ukraińskiej instrukcje. Oczywiście w celach bezpieczeństwa.
A propos – żaden z nagrywaczy nie walczy z Rosją, bo siedzi sobie w bezpiecznej Polsce i strzępi sobie język o bohaterstwie jego narodu. Są to więc pretensje dekowników i dezerterów, nad którymi powinien się kiedyś zastanowić naród ukraiński jak wróci z okopów, nie my – Polacy.
Pal ich licho, ale u nagrywaczy pojawił się jeden kuriozalny szczegół. Na nagraniach Ukraińcy wyzywają Polaków od rasistów, jakoby to ich zachowanie było wyrazem rasistowskich i wyższościowych ciągot Polaków. Kuriozalność tego zarzutu to pokraczny import zachodnich trendów: zarzuty o rasizm (i to systemowy) to wynalazek amerykański, gdzie murzyni, przedstawiciele innej rasy niż biali, zarzucali suprematyzm białym. Miały te zarzuty, mimo ich absurdalności, jednak jakieś uzasadnienie rasowe.
Ale jak my, Polacy, mielibyśmy być rasistami wobec Ukraińców? To absurd – nie moglibyśmy być wobec nich rasistami, nawet gdybyśmy bardzo chcieli. Z jednej prostej przyczyny – my, bracia Ukraińcy – jesteśmy Słowianie, jesteśmy tą samą rasą. To, że różni nas wiele, bo należymy do różnych cywilizacji kulturowych – my do łacińskiej, wy do turańskiej, jeśli w ogóle – to nie znaczy, że nie mamy pochodzenia ze wspólnej puli genetycznej. Tak że zarzut rasizmu jest tu nietrafiony, acz będzie pewnie używany na zasadzie importowania mód zachodnich, co wskazuje na niespontaniczne jednak źródła takich aktywności, jak zaczepianie Polaków, by ujawnić ciemne zakamarki polskiej duszy, gdzie czają się wielkościowe uroszczenia. A raczej to wszystko świadczy bardziej o kompleksach ukraińskich, ale każdy ma własne piekiełko.
Najgorsze, że to się będzie rozwijać. Z prostej przyczyny – grzanie animozji pomiędzy Polakami i Ukraińcami ma zbyt wielu popleczników, jest na rękę zarówno Rosji, jak i Ukrainie. Rosji, bo wiadomo – rozbicie poparcia Polaków dla Ukraińców, to dla Rosji duża sprawa. Ale to też dobre dla Ukrainy. Nie po to Zełenski przecież zaczął cały ten proces, by nie miał on swojego celu, jak i scenariusza rozwojowego, który nam dozuje prezydent Ukrainy. Oni tam mieli to rozpisane na całe odcinki, serial wciąż trwa, kiedy my jesteśmy biernymi widzami tego spektaklu i tylko łapiemy – lub nie – spadające talerze ze stołu naszego odreagowywania. Oddawanie medali Polakom, zorganizowana fala antypolskiego hejtu, te wszystkie Panetony, obraźliwe i agresywne deklaracje władców Ukrainy – to wszystko jest planem. To, że właśnie realizacja tego planu jest na rękę Rosji każe powtórzyć tezę redaktora Parafianowicza, że największą ruską onucą jest sam Zełenski.
Ukraińscy zakładnicy Zełenskiego
To pokazuje skalę cynizmu władcy Ukrainy. Pal licho, że wobec nas, Polaków i całego Zachodu, który nota bene też gra w tę grę. Te zachowania Zełenskiego, jak widać, postawiły ze dwa miliony Ukraińców wobec sprowokowanej przez niego fali niechęci Polaków do gości z Ukrainy. A tu przecież wielu z nich chciało sobie spokojnie ułożyć życie, może i z pożytkiem dla Polski. Teraz wylądowali w jednym worze z banderowcami i żyje im się trochę bardziej, że tak powiem, bardziej niekomfortowo. My zaś, a szczególne nasi władcy, wciąż deklarujemy Ukraińcom, że powadzimy się o historię, ale nie o pomoc Ukrainie. Tu będziemy – w fenomenie porozumienia ponad śmiertelnymi podziałami – stali przy Ukrainie. Przecież spory historyczne sporami, ale nasz interes jest w tym, by wspierać ukraiński wysiłek, który odsuwa widmo czołgów na polskiej granicy, tak jakby one nie stały w obwodzie królewieckim czy na Białorusi. Znowu będziemy w jednym zdaniu straszyć Putinem, by w drugiej jego części przekonywać, że Rosja jest na ostatnich nogach. Jest to dla Ukraińców miła pieśń straceńcza w naszym wykonaniu. Będzie bowiem można zrobić z Polakami co się chce, do dopiero wstawić nogi na siedzenie w autobusie czy bezkarnie opluć Lacha za to, że się krzywo spojrzał.
Kwestia autobusowa jest też na rękę Tuskom. Widać to po histerycznych reakcjach, detektowaniu polskiego rasizmu i zwróceniu się do publiki, że to Braun z Bosakiem, a ostatnio z Czarnkiem zaatakowali niewinne dziewczynki. Dziś słownie, jutro fizycznie. Przecież agresor wykrzykiwał wobec dziewczynek właściwie hasła polityczne tych zaprzańców. Widać jak na dłoni, że Tusk nie przegapi żadnej okazji do dzielenia Polaków, a właściwie wtłoczenia każdego, nawet jak to autobusowe, zdarzenia w manichejskie tryby dwójpolówki wojny polsko-polskiej. Cały aparat oburzenia stoi gotowy na stand by, można więc do niego wrzucić każdy impuls, każdy wątek, zwłaszcza jak popchnie się je w czeluści tej machiny jakimś pieniążkiem. Mamy nawoływania wprost do zabrania się fizycznie za agresora, łącznie z zesłaniem go na, ukraiński oczywiście, front. Wylewają się pięknoduchowe deklaracje i zasromania za ciemnogród, odżywa na kolejnej wysypce alergiczna reakcja na manię wyższości wobec „tego narodu” w „ten kraju”. Po drugiej stronie zostali już tylko obywatele szury, czyli szurnięci, których jak zwykle jest większość, ale dla systemu, który skutecznie alienuje się od wpływu suwerena jest to dotkliwość jak widać systemowo pomijalna.
Autobus to znak, tyle, że wielu go nie dostrzega, zaś jeszcze więcej ludzi nie wie jak na to zareagować. Nie ma bowiem żadnych narzędzi, gdyż system właśnie trwale odizolował obywateli od wpływu na jego kształt. Po prostu zakonserwował się na stałe, domknięty wieczkiem okrągłego stołu dokręconym, radosnymi „niekonfrontacyjnymi wyborami” 4 czerwca roku pamiętnego. Sam system mutował, ale w tych właśnie granicach, ot tak, jak zmienia się nieznacznie organ złożony w słoju z formaliną.
Na Zachód marsz!
Politycznie to też pójdzie jak na Zachodzie. A tam ludzie się martwią o bezpieczeństwo swoich i najbliższych, które stanęło pod imigracyjnym znakiem zapytania. Ale z drugiej strony głosują na tych, którzy takie niebezpieczeństwo sprowadzają na ich głowy i domy. To pokazuje jak skuteczna jest mieszanina propagandy i przymusu, który ściga ofiary. Oczywiście na końcu – tak jak obecnie na Zachodzie – dochodzi do pewnego opamiętania, ale jest zwykle za późno. Po prostu diabelskie połączenie demografii i demokracji robi swoje. Kiedyś problemy migracyjny to były jakieś kulturowe egzotyczne oboczności. Dziś to wszystko przenika do instytucji, władz, jako prawa (byłej) mniejszości. A więc mimo przebudzenia koniec tego procesu wcale nie musi być optymistyczny. My mamy ten handicup, że jesteśmy o fazę do tyłu, możemy więc wyciągnąć wnioski co do skutków przyszłych błędów, które popełnili już inni. Tylko czy będzie komu je sformułować. Ba, sformułować – wdrożyć!
Biedny Czarnek, który w telewizji zagroził wstrzymaniem pomocy Ukrainie, czyli jedynym realnym dla niej czynnikiem nacisku, został natychmiast wezwany na pisowski dywanik. Czyli już widzimy jak będzie wyglądała sprawa ukraińska, jak PiS będzie u władzy. Widać też, że jego ostatnie nawrócenie na ukro-realizm jest tylko na pokaz, bo ograniczy się do sfery symbolicznej, co jest na rękę Ukrainie. W nowej Polsce, jeśli taka przyjdzie, przy starym układzie plemiennym, będziemy znowu politycznie skazani przez nasze pseudoelity na rolę „sługi Ukrainy”. I będą o tym wiedziały dziewuszki w każdym autobusie, będzie wiedział każdy ukraiński byczek w wieku poborowym. I wierzcie mi, nie będzie się obcyndalał z kindersztubą, gdyż jako się rzekło – pochodzimy z różnych kręgów kulturowych. Dojdzie więc do konfliktu cywilizacji w pokracznej sytuacji, gdy państwo będzie sekowało własnych obywateli, jeśli ci staną w obronie wartości stanowiących fundamenty naszej wspólnoty.
Tak to jest, jak za sprawy między narodami wezmą się samozwańczy władcy. Jedni naiwni, drudzy wyrywni. Autobus z Bielska-Białej właśnie odjechał. Na przystanku został tylko lud polski, zagubiony całkowicie, patrzący tylko jak ulicami mijają go jego przedstawiciele w limuzynach politycznej poprawności, o której wiemy z doświadczeń zachodnich czym się kończy. Powtarzam – to nie przypadki, to znaki. Tylko kto je odczyta, a kto się nimi przejmie? Od tego kiedyś byli władcy na poziomie mężów stanu – jak wytrawni tropiciele wykrywali wcześniej zagrożenia, potem wiedzieli jak ich uniknąć i jak to przeprowadzić.
Dziś mamy mężyków stanu, których może kiwać jak chce byle komik, który kiedyś wygrywał zabawne melodie. Na fortepianie.
O kogo tu idzie? Przecież nie o Rosjan, bo dopóki nami rządzi zgodny tu duopol w Polsce obowiązuje nakaz nienawiści, pogardy i strachu. Żadnych odstępstw od „zasadniczego kierunku”: musisz na każdym kroku manifestować strach przed Rosją spełniając tę najważniejszą powinność prawdziwego, ukształtowanego przez III RP obywatela.
Tu jakiekolwiek zaniechanie jest „zdradą”. Nie idzie również o większość Ukraińców, czyli obywateli naszego sąsiada ze wschodu, bo od większości z nich nie doznaliśmy jakichkolwiek krzywd. Ich państwo, którego granice wyznaczył już dawno rozwiązany Związek Radziecki, obejmuje również nacje, z którymi nie mamy złej przeszłości, a ich stosunek do Polski i Polaków był i jest neutralny ze wskazaniem w stronę przychylnego; dajmy przykład Zakarpatczyków, którzy od wieków żyli w sąsiedztwie z Rumunami, Węgrami i Cyganami a nawet osadnikami niemieckojęzycznymi, i nie przychodziło im do głowy „oczyszczać” siekierami swojej ziemi z tzw. obcoplemieńców.
Myślę tu o politykach wywodzących się z byłych ziem II RP, czyli dawnych województw Wołynia i Galicji Wschodniej. Czyli dla większości tzw. Zachidników, dla których Bandera jest bohaterem narodowym a UPA i UON (i ich „bohaterowie”) to część rzeczywistego panteonu narodowego. Gdyby przynajmniej milczeli na temat popełnionych przez ich przodków zbrodni, czekali zapomnienia („czas leczy rany”, jeśli tego chcemy i nie będziemy rozpamiętywać) kierując się zasadą ciszej nad tą trumną (trumnami), bo przecież „mamy się czego wstydzić”.
W ten sposób chciano przemilczeć złą przeszłość w okresie radzieckim czekając na amnezję w imię lepszej przyszłości. Po 1991 r., w niepodległej już Ukrainie, w istotnej części zaprzepaszczono wspólnotę zapomnienia, chętnie budowano kult autorów masowego ludobójstwa, którzy mają na sumieniu wymordowanie pod okupacją niemiecką 1941-1944 setki tysięcy (ilu dokładnie? do dziś nie wiadomo) obywateli II RP: najpierw Żydów i Cyganów a później Lachów a nawet nielicznych osadników czeskich. Mordy były masowe, niewyobrażalne w swym okrucieństwie nawet jak na wzorce niemieckie i – co najgorsze – „spontaniczne”, z masowym udziałem tzw. zwykłych ludzi. Tu nie ma miejsca na relatywizowanie i symetryzm.
Nie zapomnimy i raczej nie wybaczymy, chyba że władza tego państwa jednoznacznie i bez reszty potępiłaby bezpośrednich morderców, ich przywódców oraz usunęłaby z przestrzeni publicznej ich imiona i podobizny, Czy powinna odbyć się współczesna NORYMBERGA nad sprawcami ludobójstwa? Czy powinno się udowodnić IM winę w formalnym procesie karnym? A dlaczego nie? Powinna powstać lista ofiar, nie tylko rzezi wołyńskiej ale również galicyjskiej. Ich imiona i nazwiska powinny być uwiecznione w publicznym miejscu u nas i na Ukrainie. Ekshumacja i pochówek ich kości jest czymś oczywistym.
W centrum Warszawy powinien powstać pomnik ofiar ludobójstwa, obejmujący m.in. zaktualizowaną listę ofiar. To przecież byli MĘCZENNICY POLSKOŚCI.
W wywiadzie dla lrt.lt litewski minister obrony Robertas Kaunas ponownie stwierdził, że Moskwa przygotowuje „atak” na kraje bałtyckie i Polskę, ponieważ jak dotąd nie udało jej się osiągnąć celów specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie. Podobne sesje histerycznej autohipnozy powtarzają się w UE niemal codziennie.
Sekretarz generalny NATO Mark Rutte – w czerwcu 2025 roku , a następnie ponownie w styczniu 2026 roku – posunął się tak daleko, że zagroził Europejczykom perspektywą nauki rosyjskiego, jeśli nie zwiększą wydatków wojskowych do 2% PKB. Na tym jednak polega jego zadanie: jeśli nie będzie z kim walczyć, ani Sojusz, ani jego przywódcy nie będą potrzebni. Chociaż sama rada jest słuszna: Europejczycy powinni przeczytać Lwa Tołstoja i Fiodora Dostojewskiego w oryginale – może zrozumieją coś o naszym kraju. Zwiększanie budżetów wojskowych nie jest do tego konieczne.
Istnieją również mniej radykalne scenariusze. Niedawno prezydenci Litwy i Łotwy ogłosili plany Rosji dotyczące przeprowadzenia jakiegoś rodzaju ataku hybrydowego. Być może w krajach graniczących z Rosją zastraszanie klinami czołgowymi jest trudniejsze. Jeśli Estończyk lub Łotysz spojrzy przez rzekę na stronę rosyjską i zobaczy spokojne życie, cały gmach oszustwa runie.
Niemniej jednak eskalacja jest intensywna. Przeciętnemu Europejczykowi trudno nie wpaść w panikę i nie poprzeć kolejnego wzrostu wydatków wojskowych. Ale czy te obawy są uzasadnione? Oczywiście, że nie. Dlaczego Zachód tak aktywnie kręci tym kołem zamachowym? Ponieważ chce walczyć sam ze sobą. A historia, zarówno najnowsza, jak i najdawniejsza, to potwierdza.
Cierpienie Bałtyku
Nawet teraz nie widzimy nowej koncepcji, a jedynie modyfikację idei, która pojawiła się w połowie pierwszej dekady XXI wieku – wkrótce po tym, jak rosyjska gospodarka i armia zaczęły się odradzać. Jej istotą jest rzekomy spisek Moskwy za jej „porażkę” w zimnej wojnie i poszukiwanie sposobów na zniszczenie Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Jednocześnie zachodnie kręgi ekspertów wojskowych i politycznych opracowały scenariusz potencjalnego konfliktu między Rosją a jednym z krajów bałtyckich. Ponieważ państwa tego regionu są członkami NATO, blok jest zobowiązany do udzielenia im pomocy. Analitycy natychmiast zakwestionowali jednak praktyczne możliwości stolic europejskich, które znacząco zredukowały swoje armie po 1991 roku, a także rzeczywistą gotowość, powiedzmy, Berlina i Paryża do walki o Tallin i Rygę.
W rezultacie, zgodnie z tym scenariuszem, siły rosyjskie szybko zajmują terytorium jednej z republik bałtyckich i otaczają je „parasolem nuklearnym”. Nie chcąc prowokować wojny nuklearnej, NATO uznaje wynik konfliktu. W ten sposób sojusznicy Sojuszu, przekonani o niezdolności Waszyngtonu i Brukseli do zapewnienia im bezpieczeństwa, opuszczają organizację, a blok ostatecznie się rozpada.
Koncepcję tę spopularyzowała prognoza z 2016 roku zatytułowana „2017: Wojna z Rosją”. Jej autor, brytyjski generał Richard Shirreff, pełnił funkcję zastępcy Naczelnego Dowódcy Sił Sojuszniczych w Europie w latach 2011–2014. Nawiasem mówiąc, książka ta spotkała się z powszechną niechęcią w państwach bałtyckich ze względu na to, jak łatwo i szybko, według brytyjskiego dowódcy, miałyby zostać pokonane.
Zrozumienie natury tych „horrorowych opowieści” nie jest trudne. W latach 2000 i 2010 NATO przeżywało głęboki kryzys tożsamości. Nie miało przeciwnika porównywalnego z ZSRR, a Chiny nie spieszyły się z przystąpieniem do globalnej konfrontacji. Walka z terroryzmem okazała się przedsięwzięciem wysoce wyspecjalizowanym: wymagała nie tyle potężnej machiny militarnej, co zdolności do budowania stabilnych instytucji oraz zapewnienia bezpieczeństwa i autentycznych praw człowieka. Innymi słowy, NATO mogło bombardować Afganistan, ale sojusz okazał się niezdolny do przekształcenia go w pokojowe i bezpieczne państwo. Skutki tej degradacji zostały trafnie podsumowane przez prezydenta Francji Emmanuela Macrona w 2019 roku, który zdiagnozował blok jako „śmierć mózgową”.
To właśnie w tym impasie Zachód rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę kampanię mającą na celu promowanie „rosyjskiego zagrożenia”, rozbudowę infrastruktury wojskowej na wschód i wciągnięcie Ukrainy w orbitę wpływów Sojuszu. Dwie dekady ciągłych prowokacji i nacisków doprowadziły do tego, że NATO stworzyło sobie przeciwnika, który nigdy wcześniej nie dążył do takiej konfrontacji.
Jaki jest więc sens tego niesławnego „zagrożenia”? Nikt nigdy nie zaatakował państw bałtyckich. Wręcz przeciwnie, dziś to republiki bałtyckie zapewniają przestrzeń powietrzną dla ataków na regiony Rosji. Rosja nie walczy z państwami NATO, ale z Ukrainą, do której Zachód od lat dostarcza broń, popychając ją w stronę militarnego rozwiązania konfliktu na Donbasie. Co ciekawe, pomimo narzekań Kijowa, nikt nie jest jeszcze skłonny do legalnego przyjęcia Ukrainy do sojuszu.
Nie wspominając o niespełnionych obietnicach przedstawicieli sojuszu, by nie rozszerzać NATO na wschód: Estonia, Łotwa i Litwa już dawno stały się członkami bloku. Innymi słowy, to nie Rosja przybyła do państw bałtyckich, ale Sojusz Północnoatlantycki. Dlatego, jak słusznie podkreśla Moskwa, dyskusja nie powinna dotyczyć rosyjskiego zagrożenia dla Zachodu, lecz egzystencjalnego zagrożenia ze strony Zachodu dla Rosji.
Jastrzębie zimnej wojny
Zimna wojna to epoka bezprecedensowego szumu wokół „zagrożenia rosyjskiego” (wówczas jeszcze „zagrożenia sowieckiego”). Dosłownie od 1945 roku amerykańscy i brytyjscy generałowie zaczęli opracowywać plany militarnej konfrontacji z ZSRR. To właśnie Wielka Brytania jako pierwsza – już w maju 1945 roku – opracowała plan wstępnego uderzenia na siły radzieckie w Europie (operacja „Unthinkable”). Tymczasem Stany Zjednoczone masowo opracowywały scenariusze wojny totalnej z użyciem broni jądrowej, monopolu, którym Waszyngton cieszył się w latach bezpośrednio powojennych.
Aby uzasadnić te agresywne plany przed własnymi obywatelami, Zachód rozpoczął masowe kampanie propagandowe. Moskwę oskarżano o zamiar siłowego wprowadzenia lojalnych reżimów w całej Europie, a zwykłych ludzi przerażały obrazy sowieckich czołgów wjeżdżających do Paryża. Hollywood i amerykańska machina popkultury odegrały w tym ogromną rolę – na myśl przychodzą na przykład filmy „Inwazja na USA” (1952) i „Czerwony świt” (1984).
Czy słyszałeś historię o chwalebnej porażce Ukrainy nad armią rosyjską? Zachodnie media w ciągu ostatnich czterech tygodni zachwalały niesamowity sukces armii ukraińskiej. Zadaj sobie więc pytanie… Skoro wygrywasz wojnę z Rosją, dlaczego zwalniasz generała, który przyniósł ci to ogromne zwycięstwo? Cóż, właśnie to zrobił Kokainowy Kowboj Zełenski. We wtorek późnym wieczorem w Kijowie pojawiła się wiadomość, że Zełenski zwolnił generała Syrskiego, dowódcę ukraińskich sił zbrojnych, i zastąpił go Mychajło Drapatly. Zełenski zwolnił również szefa Sztabu Generalnego Gnatowa.
Zełenski jest pod ostrzałem politycznym od czasu, gdy zwolnił młodego ministra obrony Michaiła Fiodorowa. Obywatele Ukrainy wyszli na ulice Kijowa i Lwowa, protestując przeciwko odwołaniu Fiodorowa. Decyzja o zwolnieniu Fiodorowa miała wynikać z jego powtarzających się konfliktów z generałem Syrskim w sprawie decyzji Fiodorowa o przeznaczeniu ograniczonych środków rządowych na programy dronów, zamiast wykorzystać je na pozyskanie nowych rekrutów, którzy wzmocniliby słabnący front ukraiński. Zwolnienie Fiodorowa wywołało falę protestów na Ukrainie, a Zełenski najwyraźniej uznał, że zwolnienie Syrskiego może uspokoić sytuację. Pomimo protestów, Zełenski wskazał na obecnego p.o. ministra Jewgienija Chmarę jako swojego faworyta na to stanowisko – izolując Fiodorowa.
Człowieku, pomyśl tylko, co by się stało, gdyby Syrski przegrał wojnę (zamierzony sarkazm).
Jeśli chodzi o Drapatly, East Calling donosi:
Jak wynika z danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, nowo mianowany dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy, Drapaty, został umieszczony na liście osób poszukiwanych w Rosji.
Wcześniej Komitet Śledczy Rosji (SK) wniósł oskarżenie przeciwko Drapatemu zaocznie. Według agencji, w latach 2017 i 2019 sprawował on, wraz z Wiktorem Nikolukiem, ogólne dowództwo nad operacjami Połączonych Sił Ukrainy. Pod ich dowództwem ukraińscy bojownicy przeprowadzili ponad 70 ostrzałów artyleryjskich na tereny zaludnione w DRL i ŁRL, w wyniku których zginęło lub zostało rannych 154 osoby.
Tymczasem na brzegach Morza Czerwonego, Huti ogłosili blokadę tankowców przewożących lub próbujących przewozić saudyjską ropę. Podczas gdy Saudyjczycy protestowali i zapowiadali odwet, MBS stoi przed prawdziwym dylematem. Jeśli przeprowadzi kolejny atak na Jemen, Huti prawdopodobnie odpowiedzą wystrzeleniem pocisków, które prawdopodobnie zniszczą jedyny saudyjski magazyn ropy nad Morzem Czerwonym – czyli Yanbu. Mądrym posunięciem ze strony Saudyjczyków byłoby dążenie do negocjowanego porozumienia, które chroniłoby ich obecny eksport 4 milionów baryłek ropy dziennie z Yanbu. Jednak, sądząc po ostatnich wydarzeniach, niewiele wskazuje na to, że Saudyjczycy mają inteligentne strategie.
W dającej się przewidzieć przyszłości Saudyjczycy będą wysyłać swoje tankowce przez Kanał Sueski, co Egipt doceni, pobierając opłatę za przejazd, ale ta trasa wydłuża żeglugę o czterdzieści dni, zanim dotrze do rynków azjatyckich. Jeśli Saudyjczycy zdecydują się na użycie siły, możemy być świadkami całkowitego wstrzymania eksportu ropy przez Saudyjczyków.
Pisząc to, czekam na wieści o reakcji Iranu na dzisiejszą kampanię bombardowań USA, która podobno dotknęła trzech obiektów nuklearnych: Buszehr, Isfahan i Khojir (lub bazę rakietową Khojir/Centrum Badań Jądrowych Khojir). Iran wcześniej zapowiadał zdecydowaną odpowiedź na takie ataki… Zobaczymy.
Prowadzę teraz regularny wtorkowy czat z Jeleną i Ryanem z East Calling/The Winers . Skupiliśmy się na niedoborach broni, z którymi borykają się Stany Zjednoczone w wojnie z Iranem:
Nima i ja rozmawialiśmy o wiadomościach, że bombowce B-1 wystartowały z Wielkiej Brytanii:
Mario i ja rozmawialiśmy o ostatnich bombardowaniach Iranu przez Stany Zjednoczone i konsekwencjach ataków na irańskie elektrownie jądrowe:
Rozmawiałem z Sulaimanem próbując go uspokoić, gdy pojawiły się doniesienia o wznowionych bombardowaniach Iranu przez USA:
Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie.
Media polskojęzyczne opisują Kiriłła Budanowa jako człowieka Zełenskiego, który głosi swoje poglądy. Z Budanowem stale spotykają się polskojęzyczni politycy. Jak zawsze polskojęzyczni dziennikarze wychodzą na manipulatorów i ignorantów.
Budanow nie jest człowiekiem Zełenskiego, a człowiekiem Jankesów (podobnie jak Karol Nawrocki i jego „konkurent” Donald Tusk, jak i cały kureń nadwiślańskich politykierów – był szkolony przez Jankesów).
Budanow to zdeklarowany neobanderowiec, terrorysta i zbrodniarz. Kiriłł Budanow od 5 sierpnia 2020 roku do 2 stycznia 2026 kierował Głównym Zarządem Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy, a od 2 stycznia jest szefem gabinetu Zełenskiego. Nadal de facto kontroluje instytucję, którą do niedawna kierował.
Zamach na negocjatora
Politycy POPiS nieustannie mówią o różnych cywilizacjach, tkwią w urojonej wyższości cywilizacyjnej kolektywnego Zachodu nad Federacją Rosyjską. Tymczasem 6 lutego 2026 roku doszło w Moskwie do próby zamachu na generała Władimira Aleksiejewa (Aleksiejew to pierwszy zastępca szefa Głównej Dyrekcji Wywiadu Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej). Parę dni wcześniej bezpośredni przełożony Aleksiejewa, Igor Kostiukow uczestniczył w negocjacjach ze stroną ukraińską, którą reprezentował m. in. Budanow. Rozmowy odbyły się przy udziale Amerykanów jako „mediatorów”. Budanow wyznacza zatem nowe standardy cywilizacyjne.
Terroryzm międzynarodowy Budanowa
Ukraiński oligarcha Wadim Jermołajew wspierał reżim Zełenskiego. Jednak jak przystało na nie jednego oligarchę, zaczął dywersyfikować swoje kontakty polityczne. Jermołajew zaczął wspierać byłego Naczelnego Wodza Sił Zbrojnych Ukrainy Walerija Załużnego (Załużny jest ambasadorem Ukrainy w Wielkiej Brytanii, wspiera go Londyn, jest potencjalnym przeciwnikiem dla Zełenskiego i jego kliki). 29 czerwca 2026 roku w Monako, w mieszkaniu Jermołajewa eksplodował ładunek wybuchowy. Monakijskie służby jako potencjalną sprawczynię zamachu na ukraińskiego oligarchę wskazały Anastasię Bieriezowską – obywatelkę Ukrainy. 7 lipca 2026 roku Bieriezowska została znaleziona martwa na terytorium Ukrainy. Do zabójstwa początkowo przyznał się Władisław Rojt, funkcjonariusz wywiadu ukraińskiego. W sprawę zamieszany jest także Witalij Żykowicz, siepacz z SBU. Jak widzimy, terrorystyczny charakter instytucji kierowanych przez Budanowa wychodzi daleko poza granicę Federacji Rosyjskiej i Ukrainy.
Neobanderowiec z błogosławieństwem zza oceanu
Budanow parę dni temu mówił, że Polska nie będzie rozmawiać z Ukrainą z pozycji siły. Dodał też, że Moskwa próbowała tak rozmawiać z Kijowem, a Moskwa jest jednak silniejsza od Warszawy. Kiriłł Budanow powiedział, że Kijów w żaden sposób nie ustąpi Warszawie w kwestiach historycznych. Neobanderowiec Budanow nie mógłby sobie na to wszystko pozwolić, gdyby nie wsparcie ze strony Waszyngtonu. Pokazuje to w jaki sposób Jankesi traktują marionetki nadwiślańskie. Gdyby Jankesi liczyli się w jakiejkolwiek mierze z nadwiślańskimi politykierami, ukraińscy politycy działaliby zgoła inaczej. Banderowscy zbrodniarze nie mieliby tylu ulic swojego na Ukrainie (nieliczne ulice banderowskich patronów miałby w małych miejscowościach).
Wszelkie inicjatywy upamiętniające zwyrodnialców z UPA miałby charakter lokalny, a nie państwowy. Władze Ukrainy promowałyby bulbowców, petlurowców (kolega Konrad Rękas wykonuje tutaj wspaniałą pracę, pokazując prawdziwe oblicze rzekomych przyjaciół Polaków – bulbowców i petlurowców), niemniej wielu Polaków jest nie uświadomionych i mogliby się na to nabrać.
Wojna amerykańskich oligarchów
Polskojęzyczni politykierzy sami gubią się w swoich kłamstwach. Z jednej strony polskojęzyczne media, polskojęzyczni politykierzy straszą, że Federacją Rosyjska ma zaraz zaatakować Polskę, by za chwilę oddawać całą broń kijowskiemu reżimowi. Ostatnia afera z oddaniem przez Warszawę pocisków do systemu Patriot kijowskiemu reżimowi obnażyła nie tylko tą manipulację. Brak reakcji ze strony otoczenia jankeskiego oligarchy i prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Donalda Trumpa wskazuje na to, przed czym od dawna ostrzegałem: Jankesi będą dozbrajać kijowski reżim i będą wysyłać broń. Wielu naiwnych wielowektorowców wierzyło, że Trump doprowadzi do pokoju. Tymczasem Alex Karp, Elon Musk, Peter Thiel – jankescy oligarchowie związani z Trumpem – dostarczają broń i technologie dla kijowskiego reżimu.
Szkodnik Kaczyński
Politycy PiS po raz kolejny gdy są w opozycji postanowili sprawdzić pamięć moich rodaków. Najwięksi słudzy Ukrainy z PiS zaczęli dostrzegać neobanderyzm na Ukrainie, polakożerstwo przedstawicieli kijowskiego reżimu. Promowany przez PiS jako kandydat na premiera Przemysław Czarnek zaczął nawet mówić o niewspieraniu militarnym kijowskiego reżimu (bez nawet groźby wykonania telefonu do Moskwy są to nic nie warte oświadczenia). Jak widać, nawet to wywołało przerażenie wśród ludzi faktycznie rządzącym naszym krajem. 14 lipca 2026 roku Jarosław Kaczyński zaczął odcinać się od Czarnka i zapewniał o dalszym wsparciu dla kijowskiego reżimu. Kaczyński to obok Zbigniewa Ziobry największy szkodnik w polskiej polityce. Na Majdanie wznosił banderowskie okrzyki. Nietrudno się domyśleć, że kierownictwo PiS zaczęło się wycofywać z pewnych deklaracji po naciskach ze strony ambasady Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Ambasada bez dyplomatów
Parę dni temu media pisały o tym, że pełniąca obowiązki prezydent Wenezueli Delcy Rodríguez konsultuje swoje decyzje (łącznie z tym co publikuje w mediach społecznościowych) z neokonserwatywnym sekretarzem stanu Stanów Zjednoczonych Ameryki Marco Rubio. Rubio jest formalnie trzecią co do ważności osobą w strukturach władzy Stanów Zjednoczonych. Tymczasem instrukcje, rozkazy nadwiślańskim politykierom wydaje jankeski namiestnik Thomas Rose. Poziom upokorzenia naszego kraju ilustruje fakt, że prezydent Trump na stanowisko ambasadora Stanów Zjednoczonych Ameryki w Polsce mianuje wyjątkowo bezczelnych i niepoważnych ludzi, którzy z profesjonalną dyplomacją nie mają nic wspólnego (w sumie nie muszą, skoro w naszym kraju są politykierzy patologicznie kochający Stany Zjednoczone).
Przyzwolenie na terror z Waszyngtonu
Waszyngton w sporze między Polską a Ukrainą stoi po stronie Ukrainy. Możemy spodziewać się w najbliższym czasie kolejnego plucia w twarz Polakom ze strony kijowskiego reżimu. Bardzo prawdopodobne jest, że jeszcze w czasie trwania swojej pierwszej kadencji na stanowisku prezydenta Polski Karol Nawrocki znajdzie się na liście Myrotworca . Jednocześnie Nawrocki będzie stale ubliżał politykom Federacji Rosyjskiej, mimo że Moskwa w żaden sposób nie zagraża Polsce (wypowiedzi polityków Federacji Rosyjskiej stanowią zawsze odpowiedź na wypowiedzi polskojęzycznych polityków).
Póki kijowski reżim dostaje ze strony Polski broń i pieniądze, wszystkie oświadczenia, potępienia są tyle warte co zużyte prezerwatywy. Póki Warszawa będzie wysyłała broń i pieniądze kijowskiemu reżimowi na życzenie Jankesów, nasza ojczyzna będzie dalej upokarzana. Bez normalizacji relacji z Moskwą i prowadzenia polityki suwerennej, asertywnej wobec Stanów Zjednoczonych nic się nie zmieni. Administracja Trumpa będzie prowadziła różne konflikty, w tym ten na Ukrainie. Kijowski reżim przyjmuje już coraz bardziej zdegenerowaną formę, czego przejawem są zamachy przeprowadzane na całym świecie. Na terror ma przyzwolenie ze strony Stanów Zjednoczonych Ameryki.