W niedawnym wywiadzie z analitykiem geopolitycznym Brianem Berleticiem, byłym żołnierzem piechoty morskiej USA, autorem i gospodarzem kanału „The New Atlas”, ujawniono, że eskalacja na Bliskim Wschodzie jest częścią długoterminowego, strukturalnego planu strategicznego USA.
Berletic, który ostrzegał na miesiące przed wyborami w 2024 r. przed kontynuacją wojen – niezależnie od tego, kto wygra wybory – wyjaśnia, dlaczego wojna z Iranem pod rządami Trumpa nie jest przypadkiem, lecz przemyślanym krokiem na drodze do konfrontacji z Rosją i Chinami.
Rozmowa ujawnia, że USA nie tylko walczą o hegemonię na Bliskim Wschodzie, ale również próbują stłumić rodzący się wielobiegunowy porządek świata za pomocą blokad energetycznych i wojen zastępczych.
Strukturalna strategia USA zamiast polityki prezydenckiej
Brian Berletic zaczyna od jasnej analizy amerykańskiej polityki zagranicznej: nie jest ona zależna od poszczególnych prezydentów, ale od strukturalnej rzeczywistości, kontrolowanej od dziesięcioleci przez wielkie interesy korporacyjne i finansowe.
Interesy te nastawione są na nieograniczony wzrost zysków i władzy i po prostu nie mogą zaakceptować świata wielobiegunowego – z równymi ośrodkami władzy.
Berletic powołuje się na artykuł Brookingsa zatytułowany „Which Path to Persia” („Która droga do Persji”), opublikowany w 2009 r., w którym opisano strategię walki z Iranem rozdział po rozdziale: od ery Busha, przez Obamę i Bidena, aż po administrację Trumpa w 2025 r., każdy krok został wdrożony z najwyższą dokładnością.
Celem nigdy nie była pojedyncza droga, lecz raczej kombinacja kilku opcji – sankcji, wojen zastępczych, sabotażu i ataków bezpośrednich – mająca na celu osłabienie i obalenie Iranu.
Syria jako klucz – korytarz powietrzny do Iranu
Kluczowym elementem był upadek Syrii pod koniec ery Bidena.
Berletic wyjaśnia, jak USA i Izrael celowo zniszczyły zintegrowane systemy obrony powietrznej Syrii, aby stworzyć „korytarz powietrzny” umożliwiający ataki na Iran – dokładnie tak, jak postulowano w artykule Brookingsa.
Atak na irański konsulat w Damaszku był jedynie próbą. Po otwarciu korytarza, prawdziwa eskalacja miała się rozpocząć w 2025 roku.
Izrael świadomie pełni rolę „jednorazowego pełnomocnika”: wywołuje konflikt, przyjmuje na siebie pierwszą falę odwetu i bierze na siebie publiczną winę.
Sam Trump obwinia Izrael za ataki na irańskie obiekty energetyczne – to dokładnie ta sama taktyka, którą opisano w dokumencie z 2009 r. w rozdziale „Leave it to Bibi”.
Od Arabskiej Wiosny do wojny przeciw Iranowi
Wojna z Iranem nie jest odosobnionym wydarzeniem, ale kolejnym kamieniem w łańcuchu, który rozpoczął się wraz z „arabską wiosną” w 2011 roku.
Berletic przypomina, że John McCain i Lindsey Graham otwarcie wówczas stwierdzili: „Dziś świat arabski, jutro Iran, ostatecznym celem Moskwa i Pekin”.
„Arabska Wiosna” nie była spontanicznym powstaniem, lecz operacją USA, przygotowywaną przez lata w celu przekształcenia świata arabskiego w front przeciwko Iranowi.
Równolegle ukazał się dokument RAND „Extending Russia” (2019), w którym dokładnie opisano działania podejmowane obecnie przeciwko Rosji: sabotowanie eksportu energii, wykorzystywanie Ukrainy jako narzędzia wojny zastępczej, destabilizowanie peryferii i wiązanie Rosji z Syrią – aż do upadku Syrii i otwarcia drogi do Iranu.
Prawdziwy cel: Chiny
Prawdziwym celem strategicznym są Chiny.
Berletic podkreśla: Chiny są o krok od tego, by w ciągu maksymalnie pięciu lat nieodwracalnie wyprzedzić Stany Zjednoczone pod względem niezależności energetycznej i ogólnej kondycji gospodarki.
Pekin dokładnie to przewidział i poczynił ogromne przygotowania: Inicjatywa Pasa i Szlaku w zakresie połączeń lądowych, elektrownie przetwarzające węgiel na paliwo płynne, rurociągi z Rosji, masowa rozbudowa energetyki jądrowej i odnawialnych źródeł energii.
Stany Zjednoczone wiedzą, że mogą powstrzymać ten rozwój sytuacji jedynie w krótkim czasie.
Dlatego właśnie przeprowadzono atak na Iran: nie tylko po to, by obalić Teheran, ale także po to, by całkowicie odciąć Chiny od dostaw energii z Bliskiego Wschodu.
Globalna blokada energetyczna
Berletic opisuje postępującą globalną blokadę ropy naftowej:
Ataki na irańską produkcję, Katar, Kuwejt, Arabię Saudyjską; porwanie prezydenta Wenezueli i wstrzymanie dostaw do Chin; kontrolowane przez CIA ataki dronów na rosyjskie zakłady energetyczne i tankowce; sabotaż projektów Pasa i Szlaku w Mjanmie i Pakistanie.
Nawet jeśli tankowcom uda się przepłynąć przez Cieśninę Ormuz, produkcja i tak zostanie zmniejszona o połowę lub do zera.
Stany Zjednoczone udają „niekontrolowaną eskalację”, systematycznie odcinając jednocześnie Chiny od ostatnich źródeł energii.
Otwarta blokada stanowiłaby wojnę w świetle prawa międzynarodowego; wydaje się to „naturalne”. Jednocześnie wycofują jednostki morskie z regionu Azji i Pacyfiku, aby zatrzymać statki w Zatoce Perskiej – kolejny krok w kierunku uduszenia Chin.
Granice wojskowe USA
Amerykański przemysł zbrojeniowy osiąga granice swoich możliwości.
Berletic wskazuje na niedobory pocisków Patriot, radarów THAAD (kilka z 13 na świecie zostało już zniszczonych) i amunicji precyzyjnej, o których wiadomo od lat.
Iran wystrzeliwuje dziennie 20–30 rakiet – celowo, aby stworzyć luki w obronie powietrznej.
USS Ford już musiał zostać oddany do naprawy; samoloty i okręty osiągają granice swoich możliwości konserwacyjnych.
Stany Zjednoczone nie mogą jednocześnie walczyć z Iranem, Rosją i toczyć poważnej wojny z Chinami.
Próbują więc rozwiązać „dwa problemy jedną wojną”: destabilizując Iran i jednocześnie blokując eksport energii do regionu.
Dyplomacja jako spektakl
Według Berletica dyplomacja jest jedynie pretekstem.
Praca Brookingsa poświęca cały rozdział „opcji dyplomatycznej” – nie po to, by zapobiec wojnie, ale po to, by oszukać świat i wmówić mu, że Stany Zjednoczone próbowały, a winę ponosi Iran.
Niespodziewane ataki w trakcie negocjacji, eskalacja kontroli poprzez argument „Izrael to zrobił” i późniejsze groźby służą jedynie podtrzymaniu narracji i zachowaniu dominacji.
Rosja i Chiny przejrzały grę i nie idą na żadne ustępstwa – po prostu kupują sobie czas.
Niebezpieczna eskalacja
Drabina eskalacji jest niebezpiecznie wysoka.
USA już atakują infrastrukturę cywilną, wodociągi, elektrownie, a nawet elektrownię jądrową w Bushehr.
Berletic ostrzega: Jeśli Iran nie upadnie, Izrael może użyć broni jądrowej jako „jednorazowego środka zastępczego” – Trump po prostu napisałby na Twitterze: „Ostrzegałem ich”.
Najbardziej niebezpieczne jest zdesperowane imperium.
Jednocześnie widoczna jest odporność Iranu: kraj ten przetrwał już osiem lat wojny z Irakiem, dziesięciolecia sankcji i obecnie codziennie radzi sobie całkiem nieźle.
Z drugiej strony Stany Zjednoczone zużywają amunicję, która w rzeczywistości była zarezerwowana dla Chin – osłabiając w ten sposób własną globalną siłę uderzeniową.
Polityczne linie podziału i kontrreakcje
Berletic dostrzega również podziały polityczne i społeczne.
Rezygnacja Joe Kenta nie jest wyrazem prawdziwego oporu, lecz próbą ograniczenia szkód: zrzuca całą winę na Izrael, by wybielić rząd USA.
System amerykański został zaprojektowany tak, aby oddzielić krytykę od reszty i kontynuować realizację programu.
Po stronie irańskiej załamanie gospodarcze zagraża 93 milionom ludzi – jednak Teheran odpowiada ukierunkowanymi atakami: atakami na pola gazowe w Katarze i Arabii Saudyjskiej oraz na rafinerie nad Morzem Czerwonym.
Cel: wywarcie maksymalnej presji na państwa Zatoki Perskiej i osłabienie pozycji USA.
Berletic wątpi, czy państwa arabskie będą w stanie się wyzwolić – są one przecież także „państwami zdobytymi”.
Wnioski: Globalna wojna przeciwko wielobiegunowości
Ostateczny wniosek pozostaje ten sam: USA prowadzą globalną wojnę przeciwko wielobiegunowości.
Wenezuela, Kuba, Iran, Rosja, Chiny – wszystko w ramach jednej kampanii.
Elity mają niewiele do stracenia; inni ponoszą koszty: ludność cywilna, rosnące ceny, zniszczona gospodarka.
Berletic kończy apelem o działanie: Świat wielobiegunowy musi powstawać szybciej, niż jest niszczony.
Ludzie muszą zdać sobie sprawę, że ich systemy polityczne są celowo zaprojektowane jako narzędzia kontroli.
Ostatnia myśl
Wojna z Iranem nie jest konfliktem regionalnym, lecz możliwym zwiastunem szerszej konfrontacji z Rosją i Chinami.
Berletic uważa, że nie jest to prognoza oparta na intuicji, lecz na analizie dokumentów strategicznych i wydarzeń geopolitycznych.
Otwarte pozostaje pytanie: nie czy USA poniosą porażkę, ale jaką cenę zapłaci do tego czasu świat.
W rozmowie generał Leon Komornicki ostro krytykuje działania USA i Izraela wobec Iranu, nazywając je „awanturnictwem polityczno-wojskowym”.
Jego zdaniem Trump odszedł od wcześniejszej strategii równowagi sił i doprowadził do destabilizacji kluczowego regionu świata. Generał podkreśla, że bombardowania nie złamią Iranu, a wręcz wzmocnią społeczeństwo i pogłębią konflikty.
Ostrzega też, że skutki tej wojny uderzą w Europę, wzmocnią Rosję i osłabią Zachód.
Dla Polaków Stany Zjednoczone Ameryki są przodownikiem cywilizacji zachodniej a nie schizmą od katolickich zasad, które kiedyś ufundowały Zachód. Obowiązująca w Polsce optyka patrzenia na przechodzi do porządku dziennego nad reformacją oraz Oświeceniem, które zdefiniowały USA jako państwo protestanckich emigrantów.
Liczni autorzy poza Feliksem Konecznym [on zdecydowanie odróżnia. MD] nie odróżniają cywilizacji łacińskiej od cywilizacji zachodniej (np. Emmanuel Todd, czy Kevin MacDonald). Perspektywę Konecznego wyznaczało doświadczenie bliższego obcowania z Rosją i Niemcami niż z Anglosasami. Dzisiejszą perspektywę wyznacza upadek katolicyzmu na Zachodzie. Teza niniejszego artykułu jest taka, że Zachód jest schizmą od katolickości a przeciwne przekonanie skutkiem post-oświeceniowej, głównie amerykańskiej kultury, która najchętniej wymazałaby katolicyzm z historii, zostawiając w niej najwyżej pogański Rzym i Grecję. O ile bowiem republikański oraz imperialny Rzym znajduje swoje odzwierciedlenie w ustroju politycznym (a nawet w neoklasycznej architekturze USA) o tyle nie znajdziemy tam znaczących wpływów katolickich. Wydarzenia polityczne ostatnich dekad pozwalają na uświadomienie sobie tych faktów a tym samym korektę stereotypu.
Inwigilacja Logosu
Wyciek dokumentu z biura FBI w Richmond w 2023 roku ujawnił, że służby specjalne USA traktują przedstawicieli katolicyzmu jako zagrożenie. FBI sugerowała powiązania między „radykalno – tradycyjnymi katolikami” (RTC) a grupami ekstremistycznymi. Dokument został udostępniony ponad 1000 pracownikom FBI w całym kraju przed jego publicznym ujawnieniem. W opracowaniu i przeglądzie dokumentu uczestniczyły biura terenowe w Buffalo, Milwaukee, Louisville i Portland. Dochodzenie Komisji Sądownictwa Izby Reprezentantów z lipca 2025 roku wykazało, że w sprawę zaangażowana była również kwatera główna FBI w Waszyngtonie. FBI opierało się na definicjach skrajnie lewicowych organizacji (np. Southern Poverty Law Center), uznając za podejrzane takie postawy jak „odrzucenie Soboru Watykańskiego II”, „przywiązanie do tradycyjnych wartości rodzinnych” czy „niechęć do nowoczesności”. Inwigilacja rozszerzyła się również na kontakty międzynarodowe, w tym współpracę z biurem FBI w Londynie w celu monitorowania tradycjonalistów za granicą.
Obecnie FBI pod nowym kierownictwem Kasha Patela ujawniła dodatkowe 1300 stron dokumentów, których administracja Bidena-Wraya wcześniej nie chciała udostępnić Kongresowi. Udokumentowano przypadki śledzenia wiernych katolików (np. nauczycielki Christine Crowder) w ramach programów nadzoru lotniczego, mimo braku jakichkolwiek powiązań kryminalnych. Inwigilacja ta nie ustała, lecz uległa profesjonalizacji. Środowiska przywiązane do Mszy łacińskiej i klasycznej metafizyki są postrzegane jako „podatne na wpływy zagraniczne” (głównie rosyjskie lub chińskie), ponieważ odrzucają antropocentryczną i progresywną wizję współczesnego Zachodu. Autorzy tacy jak amerykański tomista Edward Feser są monitorowani przez algorytmy jako promotorzy „sztywnego myślenia”, które może prowadzić do oporu wobec globalnych zmian strukturalnych.
W 2024 roku nastąpiła semantyczna zamiana pojęć. Samodzielność informacyjna została zdefiniowana jako „podatność na wrogą dezinformację”. Jeśli jednostka używa logiki do podważenia oficjalnych narracji, jest to niebezpieczną „radykalizacją”. Dzięki temu liberalna demokracja może stosować cenzurę algorytmiczną i inwigilację (jak wspomniane akcje FBI wobec tradycjonalistów), twierdząc, że robi to w celu „ochrony instytucji demokratycznych”. Służby amerykańskie (FBI, NSA) traktują zatem tradycyjne wzorce myślenia jako zagrożenie, którą należy objąć kontrolą informacyjną i wywiadowczą.
Wspólny interes imperiów
Opozycja wobec obcej Stanom Zjednoczonych tradycji łacińskiej nie będzie zaskakująca jeśli popatrzy się na to, co działo się w Kościele katolickim przed II Soborem Watykańskim. Józef Mackiewicz w swojej analizie „Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy” zdiagnozował wektor ataku ze Wschodu. Watykan pod wpływem Jana XXIII i Pawła VI, poprzez Ostpolitik kardynała Casarolego, zaczął układać się z Moskwą. Mackiewicz jako zdeklarowany antykomunista, widział w tym zdradę. Dokumenty z archiwum Mitrochina potwierdziły, że agenci bloku wschodniego infiltrowali Sobór, by zablokować potępienie komunizmu. Rzeczywiście II Sobór Watykański jest jedynym soborem w historii, który nie potępił żadnego błędu, oszczędzając mordującą miliony ideologię komunistyczną. W 2026 roku warto wreszcie dostrzec drugi wektor – ten, który płynął z Waszyngtonu.
KGB i CIA miały w czasie Soboru wspólny interes. KGB dążyło do neutralizacji przeciwnika. Natomiast CIA potrzebowała Kościoła, który zaakceptuje liberalizm i laickość. Oba imperia były zainteresowane wprowadzeniem ekumenizmu i dialogu w miejsce przedsoborowej struktury. Dlatego w czasie gdy SB inwigilowała polskie parafie, zachodnie fundacje i służby formatowały elity katolickie, między innymi środowisko „Znaku”, czy „Tygodnika Powszechnego” w Polsce. Promowano w tym celu katolicyzm otwarty Jacquesa Maritaina i Johna Courtney’a Murray’a. Odtajnione przez Kasha Patela dokumenty FBI pokazują zatem, iż dzisiejsze inwigilowanie tradycjonalistów w USA ma swój precedens we wcześniejszych operacjach.
Mackiewicz myślał, że ucieczka w stronę Zachodu jest ucieczką ku wolności. Tak jak Koneczny nie dostrzegał, że Zachód buduje własny, bardziej subtelny system, oparty na długu i kontroli informacyjnej a nie na gułagu. Polscy patrioci od dekad zaczadzeni zagrożeniem ze Wschodu przeoczyli, że przemiany Kościoła nie były procesem wyłącznie religijnym. Waszyngton aktywnie finansował i promował tych teologów oraz te nurty, które osłabiały tradycyjne struktury na rzecz elastycznego modelu religii demokratycznej, łatwiejszej do wkomponowania w strukturę interesów współczesnego establishmentu. Podejrzenie, że USA maczały ręce w obradach Soboru Watykańskiego II jest nie tylko uzasadnione cybernetycznie, ale znajduje coraz silniejsze oparcie w badaniach historycznych. CIA nie musiało przekupywać 2500 biskupów. Wystarczyło wzmacniać sygnały kryzysu modernistycznego, zgodnie z amerykańskim celem. Jeśli przyjmiemy, że USA po 1945 roku budowały masońską republikę przeciwko blokowi komunistycznemu, to Vaticanum Secundum oraz ruch ekumeniczny były dla nich najważniejszym odcinkiem frontu ideologicznego.
Teologia pod nadzorem CIA
Przed 1958 rokiem Kościół pod Piusem XII posiadał własny autorytet, którego CIA nie mogła wymienić. Wierni słuchali bowiem Rzymu a nie Waszyngtonu. Dla architektów amerykańskiej potęgi taki Kościół był problemem, który należało rozwiązać. Finansowanie powstałej w 1948 roku Światowej Rady Kościołów (WCC) oraz wpływanie na europejskie elity teologiczne miało wypromować służący pacyfikacji doktrynalnej ekumenizm. Jeśli katolicyzm stałby się jedną z wielu religii, to straciłby swoją zdolność sterowniczą i tym samym łatwo poddawałby się instrumentalizacji.
A USA potrzebowały szerokiego frontu religijnego przeciw ZSRR. Aby go zbudować, trzeba była namówić hierarchów Kościoła do rezygnacji z wyłączności zbawienia, czyli z katolickiego dogmatu: extra Ecclesiam nulla salus. CIA wspierała zatem progresywnych teologów z Europy Zachodniej, którzy głosili konieczność „otwarcia na świat”. Belgia, Holandia, Niemcy i Francja po 1945 roku były pod całkowitą kontrolą wywiadowczą i finansową USA w związku z realizacją planu Marshalla. CIA wiedziała, że jeśli Rzym zaakceptuje amerykański model rozdziału Kościoła od państwa (laickość), to USA staną się nowym autorytetem moralnym świata, co zresztą potwierdził Paweł VI przemawiając na forum ONZ. Wspieranie tzw. „nowej teologii” (nouvelle théologie) przez amerykańskie fundacje i stypendia pozwalało na wykształcenie kadr soborowych, które były mentalnie sformatowane pod zachodni liberalizm.
W latach 50. XX wieku CIA, pod kierownictwem Allena Dullesa, przekazywała ogromne kwoty na wsparcie prozachodnich ruchów katolickich. Wywiadowcze fundusze płynęły do organizacji powiązanych z Akcją Katolicką i polityków chadeckich, aby zapobiec dojściu komunistów do władzy. CIA przekazywała licznym biskupom i księżom darowizny na ich ulubione organizacje charytatywne, przy czym hierarchowie często nie znali prawdziwego źródła pochodzenia pieniędzy. Postać Johna Courtney’a Murray’a, głównego architekta deklaracji Dignitatis Humanae o wolności religijnej na II SW jest najlepiej udokumentowanym przykładem styku teologii z interesami Waszyngtonu. Murray był wspierany przez potężne postacie amerykańskiego establishmentu, jak Henry Luce (wydawca magazynów „Time” i „Life”), który uważał, że katolicyzm musi zostać zmodernizowany, aby stać się ideologicznym wsparciem dla amerykańskiej hegemonii. USA promowały zatem murrayowską wizję laickości państwa zabójczą dla tradycyjnej koncepcji państwa katolickiego a formującej Kościół na modłę amerykańskiego liberalizmu.
Operacja „polski papież”
Spektakularnym sukcesem tych działań okazał się Karol Wojtyła. Przyjaźń z Anną Teresą Tymieniecką, tłumaczką opus magnum Wojtyły „Osoba i czyn”, była kanałem transmisyjnym, przez który amerykański establishment rozmiękczał tomistyczny fundament przyszłego papieża. Mąż Tymienieckiej, Hendrik Houthakker – profesor Harvardu i doradca ekonomiczny prezydentów USA Nixona i Forda oraz Zbigniew Brzeziński – doradca do spraw bezpieczeństwa w Białym Domu byli łącznikami z samym jądrem deep state. Będący ewenementem wykład Wojtyły na Harvardzie w 1976 roku był de facto jego prezentacją dla amerykańskich elit. To tam Houthakker i ludzie powiązani z Radą Stosunków Zagranicznych (CFR), oraz niedawno powstałą Komisją Trójstronną Davida Rockefellera, mogli ocenić, czy Wojtyła jest przydatny w ramach ich strategii. Wyjazd ten był pilnie obserwowany przez służby. USA szukały kogoś, kto mógłby rozbić blok wschodni od środka. Kogoś kto nie byłby sztywnym konserwatystą, lecz kimś rozumiejącym prądy nowoczesności.
Zbigniew Brzeziński, wówczas doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Jimmy’ego Cartera i współzałożyciel Komisji Trójstronnej, odegrał kluczową rolę. Po wyborze w 1978 roku Jan Paweł II faktycznie skierował do Brzezińskiego słowa podziękowania (według relacji Brzezińskiego i świadków). Jan Paweł II, mimo swoich (zapewne dobrych) intencji, stał się głównym promotorem autorytetu ONZ i struktur międzynarodowych. Jego przemówienia w ONZ o „rodzinie narodów” były wygłaszane w tym samym czasie, gdy finansiści z Wall Street przygotowywali plan drenażu tychże narodów w ramach rządu światowego (o rządzie światowym jest zresztą mowa w konstytucji soborowej Gaudium et spes).
Jan Paweł II ostatecznie przypieczętował soborowy ekumenizm w Asyżu w 1986 roku. Jeśli papież modli się z szamanami, to znaczy, że prawda katolicka nie ma znaczenia, stając się narzędziem władzy politycznej.
Opisany powyżej mechanizm sterowania stał się tematem twórczości Vladimira Volkoffa. Oficer francuskiego wywiadu (SDECE) w swoich powieściach, takich jak Montaż, Werbunek czy Gość papieża, pokazuje, że najskuteczniejsza nie jest władza, która używa łatwo identyfikowalnej siły, lecz ta, która operuje trudnym do wykrycia miękkim wpływem. Według Volkoffa celem dezinformacji nie jest proste kłamstwo, lecz takie przekształcenie obrazu świata w głowie przeciwnika, by zaczął on pragnąć tego, co jest korzystne dla agresora. Dlatego służby nie tyle niszczą instytucje, co podmieniają od środka ich parametry. Agentem nie jest ten, kto nosi legitymację CIA czy KGB, ale ten, kto powiela narzuconą mu siatkę pojęciową (np. „ekumenizm”, „dialog”, „inkluzję”), myśląc, że to są jego własne poglądy. To jest sterowanie informacyjne w czystej postaci: nie proste kłamstwo, ale budowanie fałszywego obrazu rzeczywistości przy użyciu prawdziwych elementów.
Jan Paweł II dostarczył prawdy, dobra i miłości, które były autentyczne, ale zostały wmontowane w szerszy projekt polityczny. Świętość czy autorytet papieża stały się idealną osłoną dla procesu, którego wierni mogliby nie zaakceptować, gdyby podano im go wprost. Tym sposobem amerykański establishment nie podbił Kościoła siłą, lecz uwiódł go obietnicą wpływu na świat.
Kto się boi katolicyzmu?
Państwo które inwigiluje Kościół i steruje jego przekazem nie realizuje wzorca łacińskiego lecz protestancką zasadę „cuius regio eius religio”. Do tego samego skutku prowadzi również model bizantyjski (prawosławny), polegający na niewykonalnej próbie utożsamienia państwa z Kościołem. Kościelnego autorytetu solidarności nie da się połączyć w jedno z państwowym autorytetem sankcji. W odróżnieniu od przymusu państwowego przynależność do Kościoła jest dobrowolna. Katolicyzm jest zatem „libertariański” w tym sensie, że nie narzuca nikomu wiary, dysponując tylko oddziaływaniem kulturowym, czyli tak zwaną „miękką siłą”.
Narosłe przez wieki nieporozumienia zapoznają, że autorytet solidarności nie wyklucza się procedurami weryfikacji spójności systemu. Historyczna inkwizycja kościelna (w odróżnieniu od jej państwowych mutacji, jak inkwizycja hiszpańska) nie była narzędziem przymusu wobec niewiernych, lecz wewnętrznym protokołem sprawdzającym, czy ci, którzy dobrowolnie przyjęli katolicki Logos, nadal pozostają mu wierni. Podobnie Państwo Kościelne, będące polityczną osłoną dla politycznej niezależności papieża, nie było tożsame z samym Kościołem jako depozytariuszem Prawdy. W modelu łacińskim przymus (sankcja) pojawia się dopiero tam, gdzie kończy się dobrowolność wyznania, a zaczyna domena świeckiego porządku, który ma wypływać z katolickich zasad, nie będąc jednak przez nie same zastępowanym.
Skoro katolicyzm steruje się autorytetem solidarności, to jedyną możliwą relacją do państwa jest przyjęcie wspólnego celu, czyli dobrowolnym uznaniu przez państwo wiary Kościoła. Model łaciński polega zatem na informacyjnym podporządkowaniu państwa Kościołowi. Państwo ma ten sam cel co Kościół (w zależności od przyjętej perspektywy: chwałę Bożą lub zbawienie dusz). Różnica leży w używanych środkach, które w państwie są świeckiej a w Kościele sakralnej (nadprzyrodzonej) natury. Tę właśnie decydującą o łacińskim charakterze cywilizacji zasadę wyrażają słowa Jezusa Chrystusa: „oddajcie Bogu, co boskie a cesarzowi, co cesarskie”.
Wbrew temu co się często sądzi oraz pisze państwo katolickie jest państwem wyznaniowym i tym różni się od świeckiego państwa protestanckiego. Autonomia świeckiego państwa logicznie musi oznaczać używanie religii, jako ideologicznego narzędzia władzy świeckiej, gdyż niemożliwa jest władza „neutralna światopoglądowo”, czyli obojętna wobec własnych celów. Taki właśnie podporządkowany charakter religii jest zasadą ustroju USA. Dotychczasowy brak twardej egzekucji tego podporządkowania odpowiada za powszechne mylenie ustroju Ameryki z zasadami łacińskiego Zachodu.
USA jako wróg cywilizacji łacińskiej
W ustroju liberalnym religiami zarządza się w ramach logiki rynkowej, zgodnie z pomysłem jego fundatora Johna Locka. Angielski myśliciel słusznie wykluczył z niego katolików i Żydów, uznając, że obie konfesje są zagrożeniem dla demokratycznego porządku. FBI daje tylko temu świadectwo inwigilując ludzi za czytanie Arystotelesa, czy chodzenie na Mszę trydencką. Gdy słabnie sterowanie informacyjne, czyli gdy ludzie przestają wierzyć, system musi przejść na sterowanie energetyczne (przymus, inwigilację itd.). Upadek narracyjny i przejście do sterowania energetycznego falsyfikuje mit demokratyczny, sprowadzając go do mechanizmu obsady stanowisk. Liberalna demokracja kończy się systemem procedur chroniących elity przed własnym społeczeństwem, pokazując tym samym opresyjny charakter władzy państwowej autonomicznej wobec religijnych zasad.
W demokracji wyborcy nie posiadają u polityków znaczącego autorytetu epistemicznego (N wie lepiej, więc słucham go jako eksperta). Żaden polityk nie uważa, że lud wie lepiej niż on, jak zarządzać państwem. Dziedziną w której polityk uznaje głos wyborców jest jedynie selekcja wskazanego uprzednio wyborcy personelu. Tylko tu wyborca jest autorytetem deontycznym (N ma prawo rozkazywać, więc słucham go jako szefa) i może wskazać poprzez swój głos, kto zajmie fotel. Ponieważ autorytet jest relacją trójczłonową (N posiada autorytet wobec O w dziedzinie D) poza aktem wyborczym relacja autorytetu przestaje istnieć. Polityk po wyborach przestaje uznawać wyborcę za kogoś, kogo powinien słuchać, ponieważ dziedzina, w której wyborca miał głos, została zamknięta w momencie ogłoszenia wyników. Przez resztę czasu władza jest autonomiczna i to ona wbrew mitowi demokratycznemu steruje wyborcą poprzez propagandę.
Sytuacja nie odbiega od przedstawionej przez Bolesława Prusa w powieści „Faraon”. Jeśli kontroluje się to, co ludzie wierzą, to kontroluje się ich strach i posłuszeństwo. Młody władca Ramzes chce władzy ale przegrywa, ponieważ kapłani kontrolują energię (pieniądz) oraz informację. Skarbiec jest pusty, a państwo zadłużone u Fenicjan. Powieściowi Fenicjanie pełnią rolę dzisiejszych funduszy inwestycyjnych i globalnych korporacji. Nie interesuje ich dobro Egiptu, lecz stopa zwrotu i przejmowanie fizycznych aktywów państwa. Zmagazynowane w Labiryncie zyski zabezpieczone są skomplikowaną procedurą i psychologicznymi sztuczkami, niczym współczesny system finansowy, z którego przeciętny człowiek rozumie dokładnie tyle, co egipscy chłopi z zaćmienia Słońca.
Jeśli władza ludu ogranicza się do obsady stanowisk, wyborca wybiera zarządcę Labiryntu, ale nie ma żadnego wpływu na to, jak Labirynt jest zbudowany. Politycy niczym arcykapłan Herhor z powieści Prusa zaciekle walczą o kontrolę nad informacją, produkując jej coraz dziwniejsze odsłony. Chcą by moment, w którym uznają autorytet ludu, był maksymalnie przez nich kontrolowany. To sprawia, że liberalna demokracja jest w istocie oligarchią legitymizowaną rytualnie przez wybory. Jednak gdy dług USA sięga 120% PKB a lotniskowce US Navy tracą swoją dotychczasową nietykalność, oligarchia władzy staje się bardziej brutalna. Skoro lud w przypływie desperacji mógłby zwolnić cały zarząd, dyrekcja musi zadbać o to, by lud nie miał dostępu do rzetelnych danych. W szczególności do odzyskania „łacińskiego libertarianizmu”, czyli uznania, że nad państwem musi stać obiektywny Logos, którego nie da się ani przegłosować, ani zadłużyć.
Irańczycy pokazali, że Trump znacznie niedocenił ich możliwości. Trump wzywa teraz inne kraje – z niewielkim powodzeniem – do wysłania swoich okrętów wojennych w celu utrzymania Cieśniny Ormuz, ponieważ zadanie to jest zbyt duże dla Marynarki Wojennej USA. Próbuje też zawrzeć z Putinem i Modim porozumienia w sprawie zniesienia sankcji na rosyjską ropę w zamian za dostawy tej ropy do Europy, a nie do Azji.
Trump lub jego doradcy opracowali plan zajęcia wyspy Kharg, co bardziej przypomina misję samobójczą.
Irańczycy trzymają się mocno na jednym froncie, ale zdają się chwiać na innym, nie zdając sobie z tego sprawy. Nie jestem przekonany, czy Irańczycy w pełni rozumieją sytuację. Na przykład Mohsen Rezaee, były dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, a obecnie członek Rady Doraźnej, powiedział, że „obecność USA w Zatoce Perskiej przez ostatnie 50 lat była główną przyczyną braku bezpieczeństwa”. Stwierdził, że zakończenie wojny wymaga „wycofania się USA z Zatoki Perskiej”.
Moim zdaniem generał Rezaee źle rozumie sytuację. To nie sama obecność Amerykanów jest przyczyną braku bezpieczeństwa. Powodem jest to, że amerykańskie bazy służą Izraelowi. Co więcej, prawdziwą przyczyną braku bezpieczeństwa dla wszystkich państw muzułmańskich jest syjonistyczny plan Wielkiego Izraela. Kiedyś definiowany jako „od Nilu do Eufratu”, Wielki Izrael został ostatnio zdefiniowany jako „od Nilu do Pakistanu”.
Generał zdaje się nie rozumieć, że wycofanie się USA z Zatoki Perskiej nie zniweczy syjonistycznego planu Wielkiego Izraela. Iran powinien domagać się odrzucenia tego syjonistycznego planu.
Nawet prezydent Iranu Masud Pezeshkian nie rozumie sytuacji. Twierdzi, że „jedynym sposobem na zakończenie tej wojny” jest uznanie praw Iranu, wypłacenie mu reparacji i udzielenie solidnych gwarancji na wypadek przyszłej agresji. Jest w całkowitym błędzie. Wojnę mogliby wstrzymać jedynie irańscy urzędnicy, którzy nie rozumieją sytuacji, ale jedynym sposobem na jej prawdziwe zakończenie byłoby porzucenie przez Izrael syjonistycznego planu Wielkiego Izraela. A Izrael tego nie zrobi.
Irański minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi odrzucił rozmowy o negocjacjach pokojowych. Stwierdził, że Trump już dwukrotnie oszukał i zaskoczył Iran w trakcie negocjacji i że Iran nie popełni tego błędu ponownie.
W rzeczywistości Iran popełnia jeszcze większy błąd. Syjonistyczny plan Wielkiego Izraela jest nie do pogodzenia z istnieniem muzułmańskiego Iranu (ani Turcji i Arabii Saudyjskiej). Jeśli ten plan nie zostanie porzucony, Iran nie będzie miał innego wyboru, jak walczyć aż do upadku własnego lub Izraela. Fakt, że Iran nigdy nie przejął inicjatywy, nigdy nie wykorzystał swojej przewagi strategicznej, lecz czekał i praktycznie sam się prowokował, sugeruje, że Iran nie rozumie tego planu.
Amerykanie, Europejczycy i media też tego nie rozumieją. Prawdziwa przyczyna wojny jest po prostu ignorowana. Jeśli Iran nie stanie się mądrzejszy, ryzykuje, że zostanie wciągnięty w kolejną bezsensowną umowę.
The US Navy aircraft carrier USS Gerald R. Ford departs Souda Bay on the island of Crete on February 26, 2026.Costas Metaxakis/AFP/Getty Images/File
The USS Gerald R. Ford aircraft carrier is moving away from operations tied to the Iran war and sailing to the US Navy’s base in Crete for repairs after a fire broke out in the ship’s laundry area last week, a US official said.
The movement of the Navy’s most advanced aircraft carrier comes as military operations against Iran are still in full swing, particularly as the US is seeking ways to reduce Iran’s threat to shipping in the Strait of Hormuz. The carrier has served as a ready platform for American fighter jets to participate in the campaign.
The fire on March 12 was not combat-related, the US military said at the time. Two sailors received medical treatment for non-life-threatening injuries and were in stable condition.
The US official said the Ford, which was sailing in the Red Sea, would be at Souda Bay in Crete “for a brief period to conduct repairs,” which would determine what can be fixed immediately and what may need to be fixed when the ship goes back to its home port after its deployment. The other ships within the Ford Carrier Strike Group are remaining where they are in the region and not joining the Ford at Souda Bay.
USNI News first reported that the Ford was heading to Souda Bay for repairs.
The Pentagon declined to comment for this story.
Chairman of the Joint Chiefs of Staff Gen. Dan Caine said Friday that the Pentagon was aware of the fire on board the Ford.
“We’re thinking about the crew there who were injured in the fire,” Caine said during a Pentagon press briefing. “We believe and hope that everyone will be OK and we’re grateful for that.”
The Ford — the Navy’s most advanced aircraft carrier — has been deployed for months, first to the Caribbean as part of the US military’s buildup in the region amid heightened tensions with Venezuela. In February, President Donald Trump said he was sending the carrier strike group to the Middle East in a move to apply more pressure on Iran.
The strike group entered the Mediterranean Sea in late February. The USS Abraham Lincoln Carrier Strike Group has also been deployed in the region.
The Ford could break a record for the longest carrier deployment post-Vietnam if it remains deployed through mid-April, according to USNI News. It left for deployment to the Caribbean on June 24, 2025, according to US Southern Command.
The fire last week followed reports of consistent plumbing issues aboard the carrier, though the Navy said those issues had no impact on the carrier’s operations.
The New York Times reported this week that it took more than 30 hours to put out the fire, and that 600 crew members lost their beds. The US official said, however, that the entire effort in responding to the fire took 30 hours — putting out the fire, cleaning up water damage or other substances used to put out the fire, and ensuring there were no flare-ups — not that the fire itself burned for 30 hours.
The official also said that slightly more than 100 beds were damaged in the fire, as some sleeping areas are adjacent to the laundry area. But they acknowledged roughly 600 sailors total were displaced from their sleeping areas or bunks. Displacement could happen because their bed specifically was impacted — beds are sometimes shared by service members who are on opposite shifts — or because the entire space is deemed uninhabitable because of smoke or water damage to some of the beds.
The Ford strike group consists of the carrier and its carrier air wing, as well as Arleigh Burke-class guided missile destroyers the USS Mahan, USS Bainbridge, and the USS Winston S. Churchill.
Świat w chaosie według Raya Dario. Lekcje dla Donalda Trumpa
Dziobaty
Ray Dalio jest miliarderem i założycielem największego funduszu hedgingowego na świecie — Bridgewater Associates... Dario ostrzega, przed wielkim chaosem na świecie i rozpadem powojenny porządku globalnego. W najnowszym eseju „Koniec Pax Americana” z 13 marca 2026 roku, na platformie LinkedIn przekonuje, że świat wszedł w fazę „wielkiego nieporządku”, w której dominują konflikty mocarstw, chaos gospodarczy i zasada siły zamiast reguł. Pisze o tym Fortune z 16 marca 2026.
W sporo starszym poście umieszczonym na LinkedIn w 2023 roku, Ray Dalio napisał w że jest apolityczny, ale uważa się za „silnego, ponadpartyjnego umiarkowanego.” Argumentował, że walka o przyszłość USA nie toczy się między Republikanami a Demokratami, lecz między umiarkowanymi a ekstremistami... Rzeczywiście, Dario do żadnej amerykańskiej partii nie należy, ale jak na dobrego biznesmana przystało, kieruje się zdrowym rozsądkiem sponsorując „jedynych posłusznych linii partii” polityków… Jest to o tyle ważne, że finansista Ray Dario, wielokrotnie wypowiadał się na temat polityki gospodarczej i społecznej prezydenta Donalda Trumpa… Czy uważa Trumpa za ekstremistę?
W ostatnim tekście oraz powiązanych ostatnich publikacjach z 2026 roku Dario analizuje koncepcję „Wielkiego Cyklu” — modelu opisującego wzloty i upadki imperiów. Jego zdaniem znajdujemy się obecnie w „Szóstej Fazie”, przypominającej lata 30. XX w. Wówczas kryzysy zadłużeniowe, protekcjonizm, nacjonalizm i ekstremizmy polityczne doprowadziły do II wojny Światowej … Dalio podkreśla, że wielkie konflikty często zaczynają się od napięć ekonomicznych – wojen handlowych, zamrażania aktywów, sankcji i embarg. Dziś obserwujemy „wojny kapitałowe”, w których restrykcje finansowe stają się pierwszą linią starcia. Najgroźniejszym punktem zapalnym pozostaje rywalizacja USA–Chiny o Tajwan, dochodzi wojna o atom i ropę naftową z Iranem; w cieniu pozostaje wojna Rosji z Ukrainą — są to konflikty, które mają zarówno militarny, jak i finansowy wymiar i które powodują rosnącą polaryzację między mocarstwami.
Dalio wcześniej ostrzegał przed kryzysem finansowym w 2008 r.; teraz apeluje o ostrożność. W jego ocenie w czasach geopolitycznego starcia i wysokiego zadłużenia największym zagrożeniem dla majątku jest inflacja oraz utrata zaufania do instytucji. Dlatego zamiast polegać wyłącznie na walutach fiducjarnych czy cyfrowych aktywach, rekomenduje realne zabezpieczenie kapitału… Standard złota został w USA zawieszony w USA w 1971 r. – w obliczu narastającej niestabilności dolara Dalio zaleca redukcję zadłużenia oraz zwiększenie udziału złota w portfelu. Jego zdaniem wojny i kryzysy są finansowane przez dodruk pieniądza i wzrost długu publicznego, co prowadzi do osłabienia walut i obligacji. Złoto jako zasób trwały i ograniczony; ma według niego chronić wartość majątku w czasach inflacji i kryzysów systemowych… Warto jednak wiedzieć, że chociaż w 2024 roku oficjalne rezerwy złota w Stanach Zjednoczonych były prawie 4 x większe niż w Chinach, w tym samym roku Chiny wyprodukowały około 380 ton metrycznych złota, a USA około 160 ton. Produkcja złota w USA od 2017 roku systematycznie spada.
Bridgewater Dario jest również sceptyczny wobec kryptowalut. Uważa, że mogą one zwiększać kontrolę państw nad przepływem pieniędzy i ograniczać prywatność użytkowników – w jego ocenie cyfrowe eksperymenty monetarne nie dają takiej trwałości jak fizyczne aktywa…. Donald Trump w pełni przyjął Bitcoina i kryptowaluty, co jest zwrotem w stosunku do jego pierwszej kadencji … Obecnie wyraźnie identyfikuje się jako „Crypto President” i chce uczynić USA „światową stolicą kryptowalut” i centralnym elementem swojej platformy gospodarczej….
Dario zgadza się z Trumpem że chce on osłabić i odsunąć świat od dolara, bo jako waluta fiat zawsze będzie gospodarce dodawać minusy…. Świat się podzielił; Trump zapewnia, że zachodnia półkula jest strefą amerykańską i reindustrializacja USA jest jej dużą częścią. Według Trumpa wszystkie jego ruchy są częścią tego planu… Globalizm jest praktycznie martwy, ale to nie oznacza zniknięcia handlu, lecz w przyszłości selektywne umowy handlowe i ochronne … Klasa średnia ma problemy od około 1980 roku, a globalizm przynosił największe korzyści 1-5% elitom… Chiny z mapy świata nie znikną i pozostaną największym wrogiem Stanów Zjednoczonych, mając za plecami Rosję i Iran… Europa przestaje być sojusznikiem.
Dalio opisał USA jako zmierzające pod rządami Trumpa w stronę autokracji w stylu lat 30. Wskazuje na wzmożoną interwencję państwa administracji w sektorze prywatnym — na przykład przejmowanie udziałów w prywatnych firmach takich jak Intel — jako dowód na „silne autokratyczne przywództwo” mające przejąć kontrolę nad gospodarką.
Początkowo Dalio postrzegał politykę pro-biznesową i obniżki podatków Trumpa jako stymulujące wzrost; później ostrzegał, że korzyści te mogą zostać zniwelowane przez „szkodliwe skutki” populistycznych i protekcjonistycznych agend. Wyraźnie ostrzegł, że droga gospodarcza Trumpa może prowadzić do „czegoś gorszego niż recesja”, jeśli nie będzie odpowiednio zarządzana.
Dalio postrzega politykę zagraniczną Trumpa „America First” jako znak końca powojennego porządku światowego opartego na zasadach po II wojnie światowej… czy sugeruje zalety nowej „żelaznej kurtyny”? … Wyraził głębokie zaniepokojenie, że styl polityki Trumpa pogłębia wewnętrzne podziały.. . Ocenił ryzyko ” wojny domowej” jako wysokie ze względu na te spolaryzowane warunki… Kto jeszcze przyczynia się do polaryzacji warunków w walce o władzę, Dalio nie wspomina.
Dalio uważa cła Trumpa za „pragmatyczne” w budowaniu samowystarczalności wewnętrznej w nieprzyjaznym klimacie globalnym… nazwał je też wysoce zakłócającymi globalny system produkcyjny… Dario jednocześnie „zapala świeczkę i gasi ogarek”. Komu zapala, komu gasi, zależy od kursów giełdowych.
Dalio utrzymuje, że nie ocenia Trumpa moralnie, lecz jedynie opisuje „zależności przyczynowo-skutkowe” jego polityki oparte na cyklach historycznych… Właściwie – jak Dalio ocenia Trumpa? … W swojej ostatniej publikacji napisał –„Teraz jest jasne, że Donald Trump i jego wyborcy reformują rząd i kraj, niczym korporacyjny rajder prowadzący wrogie przejęcie nieefektywnej firmy”.
Jako gracz który zawsze gra na zwiększenie swoich akcji na giełdzie, Ray Dario na pewno wie co mówi.
⚡️ Zapiszcie to w historii… Iran jako pierwszy kraj na świecie trafił F-35. ⚡️ Zapiszcie to w historii… Iran jako pierwszy kraj upokorzył Amerykę w Cieśninie Ormuz, czyniąc ją bezradną i zmuszoną do szukania pomocy. ⚡️ Zapiszcie to w historii… Iran jako pierwszy kraj sprawił, że Żelazna Kopuła okazała się jedynie dziurawą bańką. ⚡️ Zapiszcie to w historii… Iran jako pierwszy kraj zniszczył większość amerykańskich baz wojskowych w regionie. ⚡️ Zapiszcie to w historii… zdobył szacunek świata za obronę ziemi, nauki i geografii.
= Oto supermocarstwo na Ziemi w regionie Bliskiego Wschodu. #wojna_z_Iranem #Tel_Awiw_płonie
USA kontra BRICS: Globalna walka o władzę, której nikt nie może ignorować – to tytuł wywiadu, którego znany analityk geopolityki Pepe Escobar udzielił sędziemu Andrew Napolitano 18 marca 2026 r. w programie Judging Freedom.
W obliczu gwałtownej eskalacji na Bliskim Wschodzie Escobar analizuje wybuchową sytuację i jej dalekosiężne konsekwencje dla porządku światowego.
Konflikt między USA a sojuszem BRICS osiągnął nowy, niebezpieczny poziom. Podczas gdy Zachód, na czele z USA i Izraelem, podejmuje działania militarne przeciwko Iranowi, wielobiegunowy projekt BRICS rozpada się od wewnątrz.
Escobar kreśli ponury obraz: atak na irańską cywilną infrastrukturę energetyczną oznacza przejście do wojny totalnej, która może wtrącić światową gospodarkę w otchłań.
Ostateczna eskalacja: atak na South Parks
Escobar stanowczo podkreśla, że ostatnie wydarzenia stanowią punkt, z którego nie ma powrotu.
Izrael – wspierany i pod presją Arabii Saudyjskiej, Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich – wspólnie z USA zbombardował rafinerię na złożu gazu South Pars, największym na świecie złożu gazu. Złoże to jest współdzielone przez Iran i Katar (North Dome).
Atak nie był wymierzony w cele wojskowe, lecz w cywilną infrastrukturę energetyczną. Escobar interpretuje to jako próbę gospodarczego i politycznego upadku państwa irańskiego.
Iran zareagował natychmiast, wydając nakaz ewakuacji licznych obiektów energetycznych w Zatoce Perskiej i grożąc odwetem: atakiem objęte mają zostać rafinerie w Arabii Saudyjskiej (np. Samref i Jubail), pole gazowe Al-Hosn w Emiratach Arabskich, kompleks petrochemiczny Mesaieed (powiązany z Chevronem) oraz rafinerie Ras Laffan (fazy 1 i 2) w Katarze – w tym największy na świecie terminal eksportowy gazu.
Escobar cytuje irańskie źródła: „Jesteśmy gotowi na wojnę totalną”.
Ceny ropy naftowej już wcześniej przekraczały 150 dolarów za baryłkę; eksperci spodziewają się cen na poziomie 200 dolarów lub więcej.
Escobar twierdził, że USA i Izrael ignorują globalne konsekwencje gospodarcze. Ich cel: zniszczenie wszystkich struktur oporu w Iranie.
Poprzednie próby, takie jak zamachy (np. na ajatollaha Chameneiego) lub bombardowania, nie powiodły się z powodu zdecentralizowanej irańskiej „strategii mozaikowej”, która nie naruszała podziemnych baz rakietowych i dronów. [Ani 31 niezależnych (w razie napaści) dowódców okręgów wojskowych md]
Aby zapewnić ciągłość, mianowano nowych przywódców, takich jak Saeed Jalili (były szef programu nuklearnego).
Bez drogi powrotnej: Cena wojny totalnej
Escobar ostrzega: To już nie jest ograniczony konflikt.
Iran od dawna domagał się wycofania wszystkich amerykańskich baz wojskowych z Azji Zachodniej, reparacji i rozwiązania problemu Libanu jako warunków zawieszenia broni.
Negocjacje zakończyły się fiaskiem; specjalny wysłannik USA Steve Witkoff wysyłał SMS-y do irańskiego ministra spraw zagranicznych, ale bezskutecznie.
Trump wydaje się być „poza rozsądkiem” i „całkowicie kontrolowany” przez „logikę psychozabójcy”, a jego siłą napędową jest rozpacz po nieudanych planach.
Gospodarka światowa stoi w obliczu katastrofy: wojna energetyczna w Zatoce Perskiej zniszczyłaby łańcuchy dostaw, spowodowałaby gwałtowny wzrost inflacji i wzrost cen benzyny w USA do 150 dolarów za galon.
Cieśnina Ormuz: Iran wprowadza nowe zasady
Iran nie blokuje cieśniny Ormuz całkowicie, a wręcz ją reorganizuje.
Escobar opisuje system „poboru opłat”: tankowce płacą w petrojuanach (nie dolarach), kontaktują się z irańskimi władzami i płyną blisko irańskich wód terytorialnych.
Pakistański tankowiec (Karaczi) niedawno dokonał tego pomyślnie – zapłata w Petro-Yuan, cło na rzecz Iranu, trasa wzdłuż granicy irańskiej.
Mogłoby to potencjalnie przynieść Iranowi 70 miliardów dolarów rocznie i jeszcze bardziej zmarginalizować dolara amerykańskiego.
BRICS w kryzysie: zdrada i upadek
Istota tytułu: Konflikt USA kontra BRICS.
Escobar, który sam pochodzi z kraju BRICS, uważa, że sojusz jest „w głębokiej śpiączce”.
Indie pod rządami Modiego „zdradziły wszystkie ścieżki” dla BRICS:
Modi uległ naciskom Trumpa i zmniejszył import rosyjskiej ropy, powracając później do pierwotnego planu – ale teraz Rosja nie przyznaje żadnych zniżek, jedynie ceny spot.
48 godzin przed „uderzeniem dekapitacyjnym” przeciwko Iranowi (28 lutego 2026 r.) Modi odwiedził Izrael, nazywając go „ojczyzną”, a Indie „ojczyzną” – otwartym sojuszem z „Syndykatem Osi”.
Powody: transakcje zbrojeniowe z Izraelem, ideologiczna bliskość suprematyzmu hinduistycznego i syjonizmu, interesy finansowe indyjskich elit.
Escobar: „Jeśli to nie jest zdrada, to co nią jest?”
Arabia Saudyjska i Emiraty (członkowie BRICS) podburzyły Trumpa przeciwko Iranowi – należy je wykluczyć.
BRICS mógłby przetrwać bez Indii, najlepiej poprzez zawieszenie lub upomnienie (np. ze strony Ławrowa). Jednak uprzejmość (zwłaszcza ze strony Rosji) temu zapobiega.
BRICS jako nadzieja na wielobiegunowy porządek świata jest „martwy” – przynajmniej do następnego szczytu w Indiach.
Perspektywy: Świat na krawędzi
Escobar podsumowuje pesymistycznie: Nikt nie śpi tej nocy.
Konflikt grozi zniszczeniem światowych zasobów energii, dalszym osłabieniem dolara i rozpadem BRICS.
Iran jest przygotowany na asymetryczne, zmasowane ataki na amerykańsko-izraelskie bastiony. USA stawiają wszystko na zmianę reżimu – ale Iran trzyma się mocno.
Wywiad ten pokazuje, że konflikt pomiędzy USA i BRICS nie jest już abstrakcyjną koncepcją.
Objawia się to bombami na polach gazowych, gwałtownym wzrostem cen i zrywaniem sojuszy.
Wizja wielobiegunowa umiera – albo wyłania się na nowo z chaosu.
Następne godziny i dni zadecydują, czy świat pogrąży się w niekontrolowanej wojnie energetycznej i gospodarczej.
Paraliż strukturalny. Starannie zaprogramowany. Nie do zatrzymania. Już w toku.
Atak na irańskie pole gazowe Południowy Pars – największe na świecie – stanowi ostateczną eskalację.
Neokaligula, w swoim typowym tchórzliwym i pyskatym „prawdopodobnie społecznym” trybie, desperacko próbuje zrzucić winę na kult śmierci w Azji Zachodniej i uwolnić się od wszelkiej odpowiedzialności: twierdzi, że Izrael zaatakował Południowy Pars „z gniewu” i że USA „nic nie wiedziały o tym konkretnym ataku”. Katar „w żaden sposób nie był w to zamieszany”. Iran zaatakował katarski gaz ziemny w odwecie „opierając się na fałszywych informacjach wywiadowczych”.
To wszystko? Czy mamy po prostu dalej tańczyć?
Raczej nie. Przeciwnie, kult śmierci otwarcie wykorzystał syjonistyczne media w USA, aby przedstawić całą sprawę jako wspólną operację – wciągnąć imperium chaosu i grabieży jeszcze głębiej w aroganckie bagno; wpędzić je w totalną wojnę energetyczną o niszczycielskich konsekwencjach; i całkowicie nastawić petromonarchiczne państwa Zatoki Perskiej przeciwko Iranowi (które już wcześniej podjęły działania przeciwko Iranowi, zwłaszcza Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Katar).
NeoKaligula może się chwalić, ile chce. Ale oczywiste jest, że operacja o takiej wrażliwości i skali – jako sposób wywierania presji na Teheran – wymaga głębokiego zaangażowania ze strony CENTCOM-u i aprobaty prezydenta.
Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada zatem, że Waszyngton po raz kolejny traci kontrolę nad własną polityką zagraniczną – jeśli kiedykolwiek ją miał.
Wszyscy zaangażowani w konflikt aktorzy, których niezdolność do czytania szachownicy została wielokrotnie udowodniona, najwyraźniej wierzyli, że Teheran ugnie się po ataku na jego krytyczną infrastrukturę energetyczną.
Jak można było przewidzieć, reakcja Iranu była dokładnie odwrotna: ostra eskalacja. Lista celów kontrataku została natychmiast opublikowana i ma być ściśle przestrzegana, począwszy od katarskiej rafinerii Ras Laffan.
Obserwuj obiekty LNG
Można by sądzić, że NeoKaligula próbuje zdystansować się od niekontrolowanego, całkowicie zdesperowanego kultu śmierci, potencjalnie oferując Teheranowi drogę ucieczki, a jednocześnie przyznając, że zniszczenie Południowego Parsu miałoby katastrofalne skutki, jednocześnie zobowiązując się do „masowego zniszczenia” Południowego Parsu (nie należy oczekiwać spójności umysłu od szalonego, megalomańskiego, narcystycznego gangstera).
W tragedii w South Pars stawką są instalacje LNG („pociągi”).
„Pociąg” składa się z komponentów do przetwarzania, oczyszczania i konwersji gazu ziemnego na LNG. Nazwa ta wynika z faktu, że urządzenia – zwłaszcza systemy sprężarek – są zorganizowane sekwencyjnie w celu przemysłowego przetwarzania i skraplania gazu ziemnego.
Projekt Qatar 2 w dużej rafinerii Ras Laffan był koordynowany przez Chiyoda i Technip, japońsko-brytyjskie joint venture. To samo dotyczy obiektów 4 i 5, które należą do największych instalacji LNG na świecie.
Obiekty te są obsługiwane przez Qatar Gas, ExxonMobil, Shell i ConocoPhillips. W rzeczywistości są to obiekty powiązane z Ameryką i Zachodem – a zatem, z irańskiej perspektywy, legalne cele.
Na świecie jest tylko 14 takich obiektów – i nie będzie przesadą stwierdzenie, że zachodnia „cywilizacja” jest od nich zależna. Wymiana jednego z nich zajmuje od 10 do 15 lat. Wszystkie 14 obiektów znajduje się w zasięgu irańskich pocisków balistycznych i hipersonicznych. Przynajmniej jeden z nich został podpalony podczas irańskiego kontrataku. Sytuacja jest więc tak poważna.
Pierwsza wojna totalna z udziałem zaawansowanych technologii w Azji Zachodniej
Eskalacja konfliktu w Południowym Parsie była nieunikniona po tym, jak nowe zasady ustanowione przez Iran w Cieśninie Ormuz rozwścieczyły syndykat Epsteina.
To nie potencjał militarny irańskich dronów i pocisków, a raczej panika zachodnich ubezpieczycieli skutecznie zablokowała drogę. Później Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) ogłosił, że droga jest otwarta dla Chin, dla innych państw negocjujących – takich jak Bangladesz – oraz dla państw Zatoki Perskiej, które wydaliłyby ambasadorów USA.
W końcu wprowadzono nowe zasady. Działają one następująco:
Jeśli Twój ładunek został sprzedany w Petroyuan, możesz mieć prawo do bezpłatnego przewozu.
Musisz zapłacić opłatę.
Dopiero wtedy możesz przejść – wzdłuż irańskich wód w pobliżu wyspy Keshm, a nie środkiem drogi.
Irański minister spraw zagranicznych Araghchi jasno i jednoznacznie stwierdził: „Po wojnie opracujemy nowe mechanizmy dla Cieśniny Ormuz. Nie pozwolimy naszym wrogom korzystać z tego szlaku wodnego”. Cokolwiek się stanie dalej, Cieśnina Ormuz będzie odtąd miała stały punkt kontrolny pod irańską kontrolą.
Profesor Fouad Azadi, którego miałem przyjemność spotkać w Iranie lata temu, stwierdził już, że w przyszłości statki będą musiały płacić 10% cło. Mogłoby to generować do 73 miliardów dolarów rocznie – wystarczająco dużo, aby zrekompensować szkody wojenne i sankcje USA.
Iran jest już w trakcie czegoś, co można w zasadzie określić jako pierwszą w Azji Zachodniej totalną wojnę z udziałem zaawansowanych technologii.
Jak wyjaśniają irańscy analitycy, strategicznie oznacza to mnóstwo nowych koncepcji.
Po pierwsze, „Wielkie Ograniczenie”, realizowane za pomocą wysoce precyzyjnej strategii wyniszczania. Cel przesunął się z Sił Obronnych Izraela (IDF) na zniszczenie izraelskiej infrastruktury cywilnej.
Następnie mamy „łamacza tarcz o prędkości 16 Machów” – z technologicznie najlepszymi modelami Khorramshahr-4 i Fattah-2, które osiągają prędkość 16 Machów (5,5 km/s).
Oznacza to, że podczas gdy wróg wciąż próbuje obliczyć trajektorię przechwycenia, głowica już uderzyła. Prowadzi to do „paradoksu obrony o sumie zerowej”: Izrael wydaje miliony na obronę – praktycznie bez szans na sukces, podczas gdy Iran osiąga trafienia przy stosunkowo niewielkim wysiłku.
Następnie przedstawiono „doktrynę czterech organów witalnych”.
9-milionowa populacja Izraela jest zależna od zaledwie dwóch głównych portów głębinowych. Dlatego Teheran w ramach swojej strategii paraliżu strukturalnego koncentruje się na czterech newralgicznych punktach:
Uduszenie hydrologiczne: atak na 85% zasobów wody pitnej poprzez pięć zakładów odsalania
Protokół Blackout: Atak na elektrownię Orot Rabin
Blokada żywnościowa: Atak na porty w Hajfie i Aszdodzie (importujące 85% pszenicy)
Dekapitacja energetyczna: Atak na rafinerie w Hajfie
Paraliż strukturalny. Starannie zaprogramowany. Nie do zatrzymania. Już w toku.
… prawo międzynarodowe jako zamknięty i wiążący system prawny nie istnieje, a wręcz nigdy nie istniało. Wreszcie prawda wychodzi na jaw. Prawda, która z niezrozumiałych już powodów była przez pewien czas utrzymywana w tajemnicy, ukrywana i głośno zaprzeczana. Prawo międzynarodowe? Strach na wróble, nicość – w najlepszym razie usprawiedliwienie arbitralnych działań zwycięzców, choć nawet to nie jest już konieczne. Siła wyższa nie musi się usprawiedliwiać. Gdzie byśmy skończyli, gdybyśmy to zrobili, a raczej skąd się wzięliśmy? Źródło.
Nie płaczmy za demokracją. Mieliśmy zaledwie jej pozory, a teraz i te nam zabrano. Czy ktoś wymyślił jakiś działający system polityczny, gdzie rządzi naprawdę rozsądek, a celem jest dobro człowieka oraz jego środowiska? Wszystko, co nam przychodzi do głowy to więcej kontroli. Właśnie to otrzymujemy, więc nie ma się czym przejmować. Prawda?
Może dodajmy nowe kadry kontrolerów, kontrolujących już tych, co właśnie kontrolują? To brzmi jak obsesja kontrolowania wszystkich i wszystkiego. Może jednak demokracja bezpośrednia? Działa od lat w Szwajcarii i globalistom udało się także i ją przechytrzyć.
Nie mam gotowej recepty na bolączki naszego świata. Może ktoś z 8 miliardów ludzi poda jakieś rozsądne rozwiązanie?
W geopolityce zawsze działała jedna jedyna reguła: ten ma rację, kto może ją poprzeć dominującą siłą. Ta reguła połączona z indoktrynacją sfery politycznej najważniejszych państw pozwoliła osiągnąć dodatkową przewagę. Wczorajszy atak Izraela na rafinerię South Pars w Bandar Kangan nad Zatoką Perską – jeśli wierzyć Trumpowi, a ja mu nie wierzę – nastąpił wbrew woli pechowego kandydata do pokojowej nagrody Nobla.
Wiemy przecież, że zarówno amerykańskie samoloty wojskowe, jak i rakiety, kontrolowane są przez Pentagon. I istnieje możliwość blokady także na odległość. A kto by tam blokował najważniejszego sojusznika, szczególnie kiedy ten posiada haki Epsteina na ważnych polityków w Waszyngtonie? Takie są więzi przyjaźni i tak działa polityka. Ten, kto kupił wyspę Little Saint James w archipelagu Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych (wyspę Epsteina), posiada – jak to zwykł mówić Trump – odpowiednie karty made in Israel.
Gra Trumpa w wielowymiarowe szachy.
No właśnie, jakie karty ma teraz Trump? Ma największą armię świata i wsparcie Estonii w walce o wolność dla tankowców w Cieśninie Ormuz. Ma największy na świecie lotniskowiec z zepsutą kanalizacją, spaloną pralnią i niedoborem 600 koi dla załogi. Wygląda na to, że znalazł się chętny na zakup tego okrętu-miasta.
Krążą niepotwierdzone pogłoski, że razem z premierem Netanjahu zginął także radykalny Minister Bezpieczeństwa Izraela Itamar Ben-Gvir.
Izraelski minister bezpieczeństwa narodowego Itamar Ben Gvir opublikował film przedstawiający platformę egzekucyjną przygotowaną specjalnie do wieszania Palestyńczyków. Źródło: Telegram 18.03.2026 r. 20:38.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Fałszywa narracja, którą chcą nam sprzedać: Larry Johnson ujawnia propagandę w wojnie z Iranem
W niezwykle aktualnym i brutalnie szczerym wywiadzie z podcasterem Dannym Davisem, były analityk CIA i ekspert ds. Bliskiego Wschodu Larry Johnson bezlitośnie obalił oficjalną retorykę zwycięstwa rządu USA i jego sojuszników.
Podczas gdy rzecznik Pentagonu Pete Hegseth i prezydent Trump mówią o „rozbitej” armii irańskiej i rychłym zwycięstwie, Johnson maluje zupełnie inny obraz: Iran jest bardziej odporny niż kiedykolwiek, zachodnie systemy obrony powietrznej są na skraju wyczerpania, gospodarka już teraz cierpi – a USA ryzykują strategiczną katastrofę.
Johnson, współpracownik Sonar21.com i wieloletni ekspert w dziedzinie regionu, bezpośrednio porównuje obecną propagandę do błędnych kalkulacji z początku wojny na Ukrainie w 2022 roku. Wtedy, przez tygodnie, twierdzono, że Rosja jest „skończona” i nie ma już pocisków rakietowych. Dziś dokładnie ta sama narracja jest tworzona na temat Iranu – i jest ona równie nieprawdziwa.
Irańska ofensywa rakietowa: liczby mówią co innego
Podczas gdy Hegseth ogłosił prasie, że irańskie możliwości „nadal maleją”, a jego własne „rosną”, wykres codziennych irańskich ataków rakietowych i dronów pokazuje dokładnie odwrotną sytuację. Po początkowym spadku w pierwszych kilku dniach (kiedy Iran celowo używał starszych, 10-15-letnich modeli, aby „wyprzedzić” zachodnie systemy obrony powietrznej), liczba ataków systematycznie rośnie od 7.-8. dnia. Iran ponownie wystrzeliwuje więcej pocisków dziennie – a są to systemy nowocześniejsze, precyzyjniejsze i potężniejsze.
Powód: amerykańskie i izraelskie systemy obronne są wyczerpane. Johnson oblicza: Całkowita produkcja pocisków THAAD od początku masowej produkcji wynosi zaledwie 900 sztuk. Ponieważ do wystrzelenia jednego pocisku balistycznego zazwyczaj potrzebne są dwa pociski THAAD, wystarcza to na maksymalnie 450 wystrzeleń. Iran wystrzelił już ponad 1000 pocisków balistycznych – samo to teoretycznie uczyniłoby THAAD bezużytecznym.
Sytuacja nie jest lepsza w przypadku pocisku PAC-3 (Patriot): do końca 2025 roku wyprodukowano maksymalnie 4620 egzemplarzy. Co najmniej 1000 z nich trafiło na Ukrainę, a pozostałe wykorzystano w poprzednich misjach. W najlepszym razie pozostało 2620 pocisków – wystarczająco dużo, aby zniszczyć około 1000 celów balistycznych. Po tym okresie produkcja zostaje wstrzymana.
Johnson potwierdza z własnego źródła, że amerykańska baza w regionie Zatoki Perskiej całkowicie wyczerpała zapasy pocisków PAC-3 w zeszłym tygodniu. Co więcej, wskaźnik skuteczności przechwytywania jest niższy niż 10-20%. To wyjaśnia, dlaczego coraz więcej irańskich pocisków dociera do celu.
Podziemna twierdza: dlaczego USA „nic nie widzą”
Zachód twierdzi, że „zniszczył wszystkie wyrzutnie”. Johnson śmieje się: najnowocześniejsze irańskie pociski wystrzeliwane są z kilometrowych podziemnych silosów i systemów tuneli. Obiekty są tak głębokie, że satelity nie są w stanie ich wykryć. To gra „Whac-a-Mole” na skalę przemysłową: wyrzutnia pojawia się, odpala i znika. USA niszczą puste otwory.
Jednocześnie staje się jasne: Iran nigdy nie miał klasycznej marynarki wojennej ani sił powietrznych w zachodnim rozumieniu – i nie potrzebował ich. Zamiast tego Teheran opiera się na śmiercionośnej straży przybrzeżnej z małymi łodziami, dronami morskimi i przede wszystkim arsenałem rakietowym. Ten arsenał pozostaje nietknięty.
Zestrzelenie F-35 – nieudany SEAD
Krótko przed emisją Pentagon potwierdził, że samolot F-35 został trafiony nad Iranem i zmuszony do awaryjnego lądowania. Johnson postrzega to jako ostateczny dowód na to, że system tłumienia obrony powietrznej wroga (SEAD) zawiódł. Stany Zjednoczone nadal wykonują niemal wyłącznie loty z oddaleniem poza irańską przestrzeń powietrzną. Twierdzenie, że można „latać gdziekolwiek, nie będąc ostrzelanym”, jest po prostu kłamstwem.
Izraelski atak na Północny Pars – eskalacja i samozniszczenie gospodarcze
Izrael zaatakował złoże gazu Północny Pars w Zatoce Perskiej – wspólny projekt irańsko-katarski, który dostarcza również energię elektryczną do Iraku.
Stracono 31 000 megawatogodzin, a Katar i Irak są wściekłe. Iran zapowiedział natychmiastowy odwet. Johnson postrzega to jako punkt zwrotny: Teheran wypowiedział „wojnę totalną” i chce wypędzić USA z Zatoki Perskiej. Albo Waszyngton zniszczy Iran (co jest niemożliwe bez katastrofy humanitarnej), albo musi się wycofać.
Konsekwencje ekonomiczne są już dramatyczne: indeks Dow Jones stracił 10% od początku wojny (z ponad 50 000 do 45 000 punktów). Ceny benzyny rosną o 8–10 centów co dwa do trzech dni – na Florydzie już o całego dolara za galon. Tankowanie 20-galonowego zbiornika kosztuje o 20 dolarów więcej. Przy cotygodniowym tankowaniu daje to dodatkowe 1000 dolarów rocznie – zagrożenie dla źródeł utrzymania milionów obywateli USA, którzy żyją od wypłaty do wypłaty.
Olej napędowy jest o 2 dolary droższy, co podnosi ceny wszystkich surowców. Do tego dochodzi utrata 20–25% światowych mocy produkcyjnych skroplonego gazu ziemnego (LNG) (Katar + Izrael). 35% światowych nawozów bazuje na gazie ziemnym – ceny rosną o 25–50%. Półkula północna zmaga się z kryzysem plonów.
Johnson ostrzega: To nie jest problem krótkoterminowy, ale początek globalnej niestabilności.
Trump, Hegseth i łańcuch kłamstw
Trump twierdził na portalu Truth Social, że Izrael zaatakował pole gazowe „z gniewu” – mimo że Stany Zjednoczone koordynują każdy lot za pośrednictwem Centrum Operacji Połączonych Powietrznych (CAOC) w Al-Udeid. Johnson: „Trump kłamie i wie, że kłamie”.
Później Trump zagroził nawet zniszczeniem całego złoża South Pars, jeśli Iran zaatakuje Katar – mimo że Katar jest bliskim sojusznikiem, a Irak jest zależny od tego gazu. Czysta niekonsekwencja.
Konferencja prasowa Hegsetha jest wyśmiewana przez Johnsona jako „reklama zaburzeń erekcji” („Jutro będziemy więksi!”). Generał Keith Kellogg twierdzi, że Cieśnina Ormuz jest „otwarta, wystarczy odwaga”. Johnson ripostuje sucho: „Gdyby żaba miała skrzydła, nie uderzyłaby się w nią, skacząc po niej”. Cieśnina jest całkowicie osłonięta irańskimi pociskami i bateriami nadbrzeżnymi – nawet zajęcie Wyspy Kharg („Wyspy Węża”) byłoby samobójstwem. Chiny i Rosja mogą przez nią przepłynąć, ale statki amerykańskie i izraelskie nie.
Brian Hook (były specjalny wysłannik) porównuje wojnę z Iranem do „sukcesów” Izraela w walce z Hamasem i Hezbollahem. Johnson to demaskuje: Hamas wciąż istnieje po 2,5 roku, Hezbollah zniszczył wczoraj siedem czołgów Merkava i nadal ostrzeliwuje rakietami. Pomysł „demilitaryzacji” Iranu zakłada 4-milionową armię i kosztuje 2 biliony dolarów – nie do pomyślenia.
Tulsi Gabbard i oszustwo „nadchodzącego ataku nuklearnego”
Joe Kent zrezygnował ze stanowiska zastępcy dyrektora Wywiadu Narodowego, ponieważ nie dostrzegał „bezpośredniego zagrożenia nuklearnego” i uważał, że Stany Zjednoczone zostały „wciągnięte” w wojnę przez Izrael i media. Podczas przesłuchania dyrektor Departamentu Wywiadu Narodowego, Tulsi Gabbard, nie potwierdziła, że amerykańskie agencje wywiadowcze dostrzegły takie zagrożenie.
Johnson nazywa to „hańbą” i „politycznym oszustwem”. Zadaniem dyrektora wywiadu narodowego jest przedstawienie właśnie takiej oceny – a nie unikanie jej.
Nadużycia religijne i bankructwo moralne
Pod koniec wywiadu Davis pokazuje przemówienie Pete’a Hegsetha, który zwraca się do swojego 13-letniego syna: „Zginęli za ciebie, żeby twoje pokolenie nie musiało doświadczyć nuklearnego Iranu”. Johnson i Davis, obaj pobożni chrześcijanie, są zbulwersowani. Jezus jest tu wykorzystywany jako podżegacz wojenny.
Johnson: „Jezus kocha również Irańczyków”.
Zamiast tego chrześcijanie powinni modlić się, aby osoby odpowiedzialne za tę sytuację opamiętały się – również z powodu 170 irańskich dziewcząt zabitych w atakach.
Wniosek: Polityka autodestrukcyjna
Larry Johnson wydaje druzgocący werdykt: Stany Zjednoczone pogrążyły się w wojnie, której nie mogą wygrać ani militarnie, ani gospodarczo. Osłabiają własną obronę powietrzną, ryzykują konflikty z Chinami lub Rosją bez amunicji i niszczą globalną gospodarkę.
Iran utrzymuje swoją pozycję – dzięki tunelom, rakietom i woli wyparcia USA z regionu. Narracja „my wygrywamy, oni upadają” jest właśnie tym: narracją.
Rzeczywistość jest przyspieszającą katastrofą, która już teraz dotyka każdego Amerykanina w postaci wyższych cen i spadających cen akcji.
Ci, którzy chcą usłyszeć prawdę, nie muszą słuchać komunikatów prasowych Pentagonu – ale analityków takich jak Larry Johnson, którzy odmawiają przyjęcia oficjalnego kłamstwa.
Wojna z Iranem jeszcze się nie skończyła. Dopiero się zaczęła.
168 zamordowanych irańskich uczennic z Minab może za sobą pociągnąć do grobu Donalda Trumpa, przynajmniej w politycznym rozumieniu tego pojęcia.
Choć Amerykanie próbowali na różne sposoby tej zbrodni zaprzeczyć, to jednak nawet w Stanach Zjednoczonych mało kto ma wątpliwości co do sprawstwa.
Nic o tym nie wiem, ale to Iran jest winny
Formalnie struktury państwa prowadzą śledztwo, ale na tyle ślamazarnie, że za podobną pracę wzięli się dziennikarze. Specjaliści z BBC Verify, CNN i Deutsche Welle przeanalizowali zdjęcia satelitarne i dane geolokalizacyjne. Potwierdzili, że w szkołę jednocześnie uderzyły trzy pociski Tomahawk. I choć jednocześnie dziennikarze „New York Timesa” i Reutersa wskazali na niedaleko znajdującą się bazę Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, to fakt posiadania „nieaktualnych” danych niewiele już wizerunkowo pomoże.
Bo Donald Trump szedł w zaparte i posuwał się do coraz to bardziej absurdalnych tez. Według jednej z nich, Irańczycy mieli Tomahawka… kupić na wolnym rynku i dokonać ataku na własnych obywateli. Zapewne po to, by teraz Trumpa i jego administrację skompromitować.
Przeciwnicy polityczni natychmiast podchwycili te wymysły prezydenta. Lider większości w Senacie Chuck Schumernazwał wypowiedzi Trumpa „niezwykle idiotycznymi”, dodając: „Mówi wszystko, co mu przyjdzie do głowy, niezależnie od tego, jaka jest prawda”.
W obliczu lawiny krytyki Trump zdał sobie sprawę, że jego improwizowane uwagi tylko dolewają oliwy do ognia. Nowa strategia obronna Białego Domu polega na całkowitym ignorowaniu problemu, a prezydent zdaje się mówić „nic o tym nie wiem”. Pentagon prawdopodobnie dokładnie wie, kto jest odpowiedzialny za zbrodnię w Minab, ale dowództwo wojskowe nadal ukrywa się za wewnętrznym dochodzeniem. Przyznanie się do jednej z największych zbrodni wojennych w historii nowożytnej poważnie podważyłoby casus belli USA przeciwko Iranowi. Zwłaszcza co do narracji Waszyngtonu o „reżimie terrorystycznym” i rzekomym pragnieniu ajatollahów, by zaatakować Amerykę.
Wielopoziomowa wpadka wizerunkowa
W rezultacie administracja próbuje zmienić temat. Sekretarz Wojny Pete Hegseth ucieka się do teatralnych konferencji prasowych, gdzie oskarża media o stronnicze relacjonowanie wojny. Podczas niedawnego briefingu skarżył się, że stacje takie jak CNN, Fox News i MSNBC ignorują heroizm amerykańskich pilotów i złożoność tankowania w powietrzu. Hegseth wyraźnie tęskni za medialnym środowiskiem z czasów inwazji na Irak w 2003 roku, kiedy to w amerykańskim społeczeństwie dominował silny konsensus prowojenny.
To się jednak „ne vrati”.
Bo choć rząd może wpływać na relacje telewizyjne, nie jest w stanie kontrolować mediów społecznościowych. Internet jest zalewany zdjęciami i filmami przedstawiającymi ofiary śmiertelne w Iranie, cierpienie ludności cywilnej i masowe pogrzeby 168 uczennic. Z drugiej strony viralowe nagrania pokazują ludzi urządzających przyjęcia i świętujących wesela w piwnicach i na parkingach podziemnych Tel Awiwu. Ten jaskrawy kontrast uderza także w wizerunek Izraela, znowu uchodzącego za agresora.
Nie śpi także opozycja. Demokraci aktywnie wykorzystują śmierć uczennic w wewnętrznych walkach politycznych, skutecznie łącząc tragedię z wybuchem „nielegalnej wojny”. Zbrodnie wojenne na Bliskim Wschodzie w połączeniu z masowymi deportacjami i zabójstwami lewicowych aktywistów w Minneapolis, szybko stają się podstawą do uruchomienia procedury impeachmentu prezydenta. Przynajmniej retorycznie.
Ameryka jest sama?
Trump pochopnie rozpoczął działania militarne przeciwko Teheranowi, nie doceniając potencjału militarnego Iranu i jedności jego przywództwa politycznego. Podobnie jak Stany Zjednoczone, Islamska Republika Iranu opiera się na zakorzenionych instytucjach. Usunięcie najwyższego przywódcy nie zburzyło struktury dowodzenia w kraju, pozostawiając Waszyngton w kropce, bo bez planu awaryjnego. Nikt w Białym Domu nie potrafi już określić celów tej wojny.
A przecież przed konfliktem administracja Trumpa przygotowywała się do wizyty w Chinach 1 kwietnia. Stratedzy mogli założyć, że Stany Zjednoczone skutecznie odetną Pekin od wenezuelskiej i irańskiej ropy naftowej, kontrolując jednocześnie linie dostaw z państw Zatoki Perskiej. Prezydent wyobrażał sobie, że będzie dyktował warunki kapitulacji Xi Jinpingowi w trwającej wojnie handlowej, ale już wiadomo, że te plany całkowicie wzięły w łeb. Może dlatego wizyta została „przełożona”.
Ameryka została z tą wojną sama sobie i próbuje się nią podzielić. Apele o ochronę Cieśniny Ormuz skierował Waszyngton i do europejskich członków NATO i do… Chińczyków. Od Trumpa odwraca się także Turcja, gdzie demonstracyjnie składano hołd ofiarom ataku na szkołę i rozprawiano o tym kto następny. Do tego wszystkiego doszła jeszcze… oscarowa gala, gdzie było wyjątkowo dużo filmów irańskich, jeden z nich zatytułowany To był tylko wypadek.
Stawiając opór nielegalnemu atakowi Izraela i Stanów Zjednoczonych na swój kraj, Irańczycy doprowadzili do ujawnienia się „papierowego tygrysa”. W ciągu kilku dni udowodnili, że wyrafinowana i droga broń Pentagonu nie nadaje się do ich wysoce ekonomicznego stylu prowadzenia wojny. Zdestabilizowali globalny rynek ropy naftowej, który gwarantuje dolara amerykańskiego. Wreszcie, przedstawili nową koncepcję, nad którą zastanawiają się wszyscy przeciwnicy dominacji anglosaskiej. Skłoniła ona już Chiny do całkowitej rewizji planów obronnych w przypadku ataku USA na Tajwan.
Sieć Voltaire | Paryż (Francja)
Wojna z Iranem jest inna niż wszystkie. Po raz pierwszy nie ma znaczenia, które cele zostaną zniszczone. Bohaterowie koncentrują się na ekonomicznych konsekwencjach swoich działań. To doświadczenie rewolucjonizuje sposób prowadzenia wojny i skłoniło już Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą do rewizji planów bojowych.
Dron Shahed kosztuje około 35 000 dolarów. Aby mu przeciwdziałać, Stany Zjednoczone musiałyby wystrzelić dwa pociski Patriot, każdy kosztujący 3,3 miliona dolarów. Jeśli pozwolą dronowi Shahed trafić w cel – jakikolwiek – będzie to oznaczać, że nie są w stanie obronić siebie ani swoich sojuszników. Wystrzeliwując drona, Iran prawie na pewno zmusi Stany Zjednoczone do wydania 6,6 miliona dolarów, czyli około 188 razy więcej niż wynosi irańska inwestycja.
Stany Zjednoczone posiadają system antydronowy Merops, ale znajduje się on dopiero w fazie testów na Ukrainie od półtora roku. Systemy te są również rozmieszczone wzdłuż granic Polski i Rumunii. Pentagon zdecydował się na odsłonięcie wschodniej granicy NATO, aby wprowadzić Merops do Zatoki Perskiej.
„Otrzymaliśmy konkretną prośbę ze strony Stanów Zjednoczonych o pomoc w ochronie” przed irańskimi systemami dronów – powiedział 12 marca niewybrany ponownie prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. Ukraińscy oficerowie natychmiast udali się do Zatoki Perskiej.
Co więcej, Stany Zjednoczone od lat eksperymentują z laserami przeciw-dronowymi. To bardzo ekonomiczne rozwiązanie, ale na razie nie wiadomo, jak ta broń mogłaby zostać wykorzystana, nie mówiąc już o masowej produkcji. Upłynie wiele lat, zanim Pentagon użyje jej na polu bitwy.
Co więcej, zapasy rakiet Patriot kurczą się na naszych oczach. Nawet jeśli Pentagon utrzymuje dostępne zapasy w tajemnicy, wszystkie inne możliwości sprowadzenia Patriotów na Bliski Wschód są ujawniane. Wiadomo jedynie, że amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy może produkować nie więcej niż 700 jednostek rocznie, podczas gdy Iran wystrzelił już kilka tysięcy pocisków Shahed.
Tutaj skupiamy się wyłącznie na misjach niszczenia dronów Shahed. Obrona Stanów Zjednoczonych i Izraela przed pociskami dalekiego zasięgu to nie tylko problem finansowy, ale i krótkoterminowy: wyczerpywanie się zapasów pocisków przechwytujących THAAD, których tygodniowo można produkować zaledwie około dziesięciu [ 1 ] .
W każdym razie Stany Zjednoczone oficjalnie wydały 5,6 miliarda dolarów na amunicję w ciągu pierwszych dwóch dni nielegalnej wojny z Iranem [ 2 ] . Kwota ta wzrosła do 11,3 miliarda dolarów zgodnie z oświadczeniem Pentagonu dla Kongresu z 10 marca. W przypadku 1444 zabitych Irańczyków odpowiada to kosztowi około 8 milionów dolarów na ludzkie życie od 12 marca, zgodnie z danymi irańskiego Ministerstwa Zdrowia [ 3 ] . Najdroższa wojna w historii.
Dla porównania, Irańczycy doświadczyli dwóch poważnych traum: I wojny światowej – w której w Iranie zginęło więcej ludzi niż w Niemczech i Francji razem wziętych – która pochłonęła około 6 milionów ofiar. Wojna narzucona im przez Irak pochłonęła co najmniej 500 000 ofiar. Zrozumiałe jest zatem, że obecne kilkaset ofiar nie powali tego kraju na kolana.
Kolejną irańską innowacją jest odwet Teheranu na sąsiadach. Opierając się na prawie międzynarodowym i oświadczeniach przywódców Izraela i USA, Iran zaatakował amerykańskie bazy wojskowe w Zatoce Perskiej i Lewancie. Nie mam tu na myśli ataków libańskiego Hezbollahu (Partii Boga) i irackiej Saraya Awliya al-Dam (Brygady Krwawych Strażników), a jedynie ataki irańskie.
Iran z niepokojem przypomniał Zachodowi o rezolucji 3314 (XXIX) z 14 grudnia 1974 r. [ 4 ] . Przyjęta przez Zgromadzenie Ogólne ONZ bez głosowania, wyjaśnia ona pojęcie agresji, o którym mowa w Karcie San Francisco. Prasa międzynarodowa, zdominowana przez Anglosasów, przekonała się, że prawo międzynarodowe zabrania wjazdu na terytorium obce. Na tej podstawie Zgromadzenie Ogólne ONZ potępiło rosyjską specjalną operację wojskową na Ukrainie. Iran ożywił ten zapomniany tekst.
Tekst ten upoważnia do użycia siły w celu wsparcia „ludów podległych reżimom kolonialnym lub rasistowskim”, podobnie jak ma to miejsce w przypadku rosyjskiej pomocy dla republik Donbasu (artykuł 7). Zakazuje on nie tylko agresji na Iran ze strony Izraela i Stanów Zjednoczonych, ale także udziału w takiej agresji państw trzecich, na terenie których znajdują się bazy wojskowe Izraela lub USA (artykuł 3). Wynika z tego, że Iran ma prawo do odwetu na terytoriach państw Zatoki Perskiej i Lewantu.
Widzimy, że państwa te są zaniepokojone reakcją Iranu i że ich gospodarki są sparaliżowane. Państwa te, głównie te w Zatoce Perskiej, są znaczącymi producentami ropy naftowej. Dlatego starają się uwolnić od Izraela i Stanów Zjednoczonych, które wcześniej zapewniały im bezpieczeństwo, a teraz ponoszą odpowiedzialność za ich nieszczęście. Gdyby ich pragnienie niepodległości skłoniło je do sprzedaży ropy nie w dolarach amerykańskich, ale w innych walutach, wartość dolara gwałtownie spadłaby. W rzeczywistości wartość ta nie jest gwarantowana przez PKB Stanów Zjednoczonych, ale przez międzynarodowy rynek węglowodorów.
Kiedy prezydent Nicolás Maduro został porwany, podkreślaliśmy, że Stany Zjednoczone nie dążyły do przejęcia znacznych rezerw ropy naftowej tego kraju, lecz do przywrócenia handlu ropą opartego na dolarze. To, co odniosło sukces w Wenezueli, może zakończyć się porażką na Bliskim Wschodzie i oznaczać początek końca Stanów Zjednoczonych.
To, co dzieje się obecnie na Bliskim Wschodzie, nagle staje się inspiracją dla wszystkich krajów, które narzekają na dominację Stanów Zjednoczonych, począwszy od Chin.
Pekin przygotowuje się do konfliktu ze Stanami Zjednoczonymi i Japonią o swój region Tajwanu. Należy pamiętać, że Chiny nie zamierzają okupować tej wyspy, ale uważają każdą próbę przyznania jej niepodległości za akt agresji [ 5 ] . Z perspektywy Chin Czang Kaj-szek nie miał prawa do secesji, a Tajwan pozostaje regionem chińskim. Kuomintang, partia następcza Czang Kaj-szeka, zgodziła się, a jedynie bardzo mała Demokratyczna Partia Postępowa (DPP) prezydenta Lai Ching-te dąży do niepodległości. Ta kwestia pojawia się tylko dlatego, że Stany Zjednoczone ją podnoszą.
Pekin właśnie zdał sobie sprawę, że prawo międzynarodowe zezwala na odwet przeciwko amerykańskim bazom wojskowym w regionie Azji i Pacyfiku w przypadku agresji ze strony USA. W jednej chwili Armia Ludowo-Wyzwoleńcza zrewidowała wszystkie swoje plany [5]. Nie skierowała już pocisków w stronę Tajwanu, lecz w stronę 24 amerykańskich baz wojskowych w regionie.
Wszystkie państwa, w których znajdują się amerykańskie bazy wojskowe i przewidują problemy, z jakimi borykają się obecnie państwa Zatoki Perskiej i Lewantu, podążają za tym trendem. Nie ma wątpliwości, że wkrótce zakwestionują obecność tych baz.
Abstrahując od konfliktu irańskiego, wydaje się obecnie, że irański model oporu narzuca się wszystkim, którzy spodziewają się konfliktu militarnego z Waszyngtonem, i że rewolucjonizuje on nasze pojmowanie równowagi sił.
Ważne jest, aby zrozumieć, że Stany Zjednoczone dały się zmanipulować własnej propagandzie. Były przekonane, że wydarzenia po upadku banku Ayandeh spowodowały ponad 40 000 ofiar, wszystkie przypisywane Gwardii Rewolucyjnej. To oczywiście całkowita nieprawda. Większość ofiar była wynikiem ataków ISIS i paniki wywołanej przez snajperów na dachach, w wyniku której zginęli zarówno protestujący, jak i policjanci. Rzeczywista liczba ofiar jest co najmniej sześciokrotnie niższa.
Przekonywali również samych siebie, że wszyscy ci demonstranci byli „antyrządowi”, zakładając, że ci, którzy domagali się zwrotu aktywów bankowych, byli z konieczności przeciwni ajatollahowi Aliemu Chameneiemu. W ten sposób wrzucili do jednego worka protestujących ekonomicznie, przeciwników religijnego totalitaryzmu i tych, którzy chcieli być rządzeni na wzór zachodni. Teraz odkrywają, że można dać się zrujnować systemowi bankowemu, żywić urazę do mułłów, fascynować się około czterdziestoma zachodnimi kanałami telewizyjnymi nadającymi amerykańskie seriale w języku perskim, a mimo to bronić swojego kraju.
Ta błędna kalkulacja, porównywalna z tą, która w 1979 r. doprowadziła do rezygnacji i ucieczki szacha Rezy Pahlawiego oraz do zorganizowania powrotu imama Ruhollaha Chomeiniego z Francji, obecnie prowadzi ich do klęski militarnej, a nawet do ich upadku.
Przez lata unijni urzędnicy przekonywali, że gaz ziemny to bezpieczny pomost między węglową przeszłością a odnawialną przyszłością. Wystarczyła jedna salwa irańskich rakiet, by ten most runął. Atak na Ras Laffan w Katarze – największy obiekt skraplania gazu na świecie – nie jest tylko kolejnym epizodem bliskowschodniego konfliktu. To brutalny rachunek wystawiony Europie za dekadę energetycznego szaleństwa.
18 marca 2026 r. irańskie pociski uderzyły w kompleks Ras Laffan Industrial City. QatarEnergy potwierdziła „rozległe uszkodzenia”. Wybuchły pożary, instalację ewakuowano, produkcję LNG wstrzymano. To nie był pierwszy atak – już 2 marca drony irańskie zmusiły Katar do zawieszenia eksportu. Ale marcowy uderzenie rakietowe to już zupełnie inna skala zniszczeń. Ras Laffan odpowiada za około 20% światowej produkcji skroplonego gazu ziemnego. Jego główni odbiorcy to Europa i Azja. Trudno o bardziej czuły punkt całej globalnej energetyki.
Tło konfliktu jest złożone. Pod koniec lutego 2026 r. Izrael zaatakował irańskie pole gazowe South Pars – to samo, które Iran współdzieli z Katarem. Teheran odpowiedział uderzeniami na infrastrukturę Zatoki Perskiej. Prezydent Trump zagroził publicznie, że jeśli Iran ponownie zaatakuje Ras Laffan, Stany Zjednoczone zniszczą całe South Pars. Jednocześnie powstrzymał Izrael przed dalszymi nalotami na irańskie instalacje naftowe. Katar wydalił irańskich dyplomatów. Arabia Saudyjska zgłosiła ataki na własne rafinerie. Region płonie – i to dosłownie.
Skutki dla rynków energii są natychmiastowe i dotkliwe. Ceny ropy Brent od początku konfliktu wzrosły o ponad 20 dolarów, oscylując między 92 a 103 dolarami za baryłkę. Gaz ziemny w Europie – notowany na giełdzie TTF – drożeje w tempie, którego analitycy HSBC nie przewidywali nawet w czarnych scenariuszach. Wzrosty sięgają 40% powyżej prognoz na cały 2026 rok. Cieśnina Ormuz jest częściowo zablokowana. Europejskie elektrownie gazowe, które miały być filarem transformacji energetycznej, stoją przed widmem przestojów. Niemcy, Holandia, Polska – kraje, które w ostatnich latach postawiły na import LNG jako alternatywę dla rosyjskiego gazu – mogą wkrótce zmierzyć się z poważnymi problemami z dostawami energii.
I tu dochodzimy do sedna. Przez ostatnie kilkanaście lat Komisja Europejska budowała Zielony Ład na fundamencie, który okazał się piaskiem. Gaz miał być paliwem przejściowym – czystszym od węgla, tańszym od atomu, łatwiejszym do wdrożenia niż OZE w skali przemysłowej. Po 2022 roku, gdy Rosja zakręciła kurek, Bruksela z entuzjazmem zastąpiła rosyjskie dostawy katarskim i amerykańskim LNG. Nikt nie zadał głośno pytania: co się stanie, gdy Bliski Wschód stanie się areną kolejnej wojny? Teraz pytanie zadaje sama rzeczywistość – i odpowiada na nie płonącym kompleksem w Katarze.
Zielony Ład nie był tylko programem klimatycznym. Był projektem politycznym opartym na założeniu, że świat pozostanie w miarę stabilny, a handel energią będzie funkcjonował wedle reguł wolnego rynku. Geopolityka to założenie właśnie skasowała. Europa uzależniła się najpierw od Rosji, potem od Zatoki Perskiej, i za każdym razem płaci cenę tej naiwności. System handlu emisjami ETS, nakładany na europejski przemysł i energetykę jak kaftan bezpieczeństwa, w obliczu kryzysu okazuje się narzędziem autodestrukcji. Włochy i Niemcy już żądają jego zawieszenia. Debaty w Parlamencie Europejskim i Radzie UE z 19–20 marca mogą przynieść decyzje, które jeszcze miesiąc temu byłyby nie do pomyślenia.
Osiem państw – Hiszpania, Holandia, Dania i inne – ostrzega przed krokiem wstecz w polityce klimatycznej. Ale gdy obywatele stają przed perspektywą blackoutów i rachunków za energię, które pożerają połowę pensji, ideologiczne zobowiązania klimatyczne szybko tracą na wadze. Węgiel, przez lata przedstawiany w Brukseli niemal jako substancja toksyczna, nagle wraca na salony jako gwarancja bezpieczeństwa energetycznego.
Dla Polski to moment, który może zmienić krajową politykę energetyczną. Spółki węglowe notowane na GPW – LW Bogdanka i Jastrzębska Spółka Węglowa – znalazły się w zupełnie nowej sytuacji rynkowej. Rosnące ceny węgla energetycznego i koksowego, połączone z możliwym zawieszeniem lub ograniczeniem ETS, oznaczają wyższe marże i odbudowę pozycji sektora, który jeszcze niedawno był skazywany na likwidację. Bogdanka dostarcza węgiel do elektrowni, które teraz mogą być jedyną realną rezerwą mocy. JSW produkuje koks dla hutnictwa, które w warunkach kryzysu energetycznego może wrócić do sprawdzonych technologii. Polskie bloki gazowe o łącznej mocy około 3000 MW mogą stanąć z braku surowca. Kopalnie, które jeszcze rok temu zasypywano pod presją unijnych regulacji, nagle okazują się aktywem strategicznym.
Nie należy jednak popadać w euforię. Powrót do węgla to rozwiązanie doraźne, nie strategiczne. Polska potrzebuje energetyki jądrowej, rozbudowy OZE i uniezależnienia się od jakichkolwiek zewnętrznych dostaw paliw – niezależnie czy płyną z Rosji, Kataru czy Stanów Zjednoczonych. Kryzys pokazuje tylko, że droga do tej niezależności była blokowana przez regulacje, które bardziej służyły interesom politycznym niż realnym potrzebom bezpieczeństwa.
Atak na Ras Laffan to nie lokalny incydent. To zwierciadło, w którym Europa powinna przejrzeć się bez retuszu. Obraz jest nieprzyjemny: kontynent, który przez lata mylił pobożne życzenia z polityką energetyczną, stoi teraz przed konsekwencjami własnych decyzji. Komisja Europejska ma szansę wyciągnąć wnioski. Pytanie, czy ideologia okaże się silniejsza niż rzeczywistość.
Sprzed chwili: Elektrownie gazowe w całej Europie i Azji wkrótce staną po tym jak Iran zaatakował największy na świecie obiekt skraplania gazu LNG Ras Laffan w Katarze. 20% światowego udziału. Głównie eksport do 🇪🇺 i Azji. Ceny ropy i gazu szaleją. 1⃣ Na gazie oparto Zielony Ład… pic.twitter.com/dkKTnyEHqt
Życie wyborcy Donalda Trumpa przypomina codzienność uzależnionego od heroiny: przeżywasz regularne napady przerażenia i śmiertelnego zagrożenia, których ostatecznym rezultatem jest – w najlepszym razie – powrót do normalności – pisze Christopher Caldwell na łamach brytyjskiego konserwatywnego tygodnika „The Spectator”.
„Rok temu, cła wprowadzone w Dzień Wyzwolenia, niemal doprowadziły do paraliżu amerykańskiej gospodarki, zanim Chiny łaskawie odpuściły sobie tę sprawę. Potem pojawiła się jeszcze bardziej lekkomyślna decyzja o przyłączeniu się do Izraela w bombardowaniu irańskiej instalacji jądrowej w Fordow” – wymienia publicysta.
Caldwell przekonuje, że wraz atakiem na Iran z 28 lutego, szczęście w końcu opuściło Donalda Trumpa. Jego niefrasobliwe decyzja skończyła się dla wszystkich fatalnie: polityk wciągnął Stany Zjednoczone w kolejną długą wojnę na Bliskim Wschodzie, doprowadził do kryzysu paliwowego na całym świecie i spowodował globalny wzrost nastrojów antyamerykańskich. Do tego potężnie zachwiał zaufaniem sojuszników z NATO.
Co najbardziej istotne, decyzję o zaatakowaniu Iranu Trump zdradził oczekiwania swojego własnego żelaznego elektoratu. Influencerzy, którzy uważani byli dotychczas za rzeczników trumpizmu – Joe Rogan, Tucker Carlson, Megyn Kelly, Candace Owens – zareagowali na inwazję z niedowierzaniem. W konsekwencji „Trump może bawić się prezydenturą przez następne trzy lata (o ile nie dojdzie do impeachmentu), ale wzajemny szacunek między nim a jego ruchem został zerwany, a jego rewolucja zasadniczo dobiegła końca” – ocenia publicysta.
Caldwell sugeruje, że spadek notowań Trumpa wynika przede wszystkim z jego charakteru; przekonaniu o własnej nieomylności, czy absolutnej niewrażliwości na nawet najmniejszą krytykę. Charyzmatyczna aura prezydenta USA z jednej strony pozwoliła wygrać wybory, ale w dłuższej perspektywie – doprowadziła do szeregu katastrofalnych decyzji. Brytyjski autor sugeruje, że w ten sposób na naszych oczach objawia się słabość amerykańskiego systemu prezydenckiego, którego pierwotny charakter przywróciła „kontrrewolucja” MAGA.
Paradoksalnie – tłumaczy publicysta – trumpizm był ruchem na rzecz demokracji. Donald Trump szedł do wyborów z hasłem rozprawienia się z „głębokim państwem” (ang.deep state), rozumianym jako nieformalna władza ukryta w sieci powiązań pomiędzy władzami uniwersyteckimi, liderami opinii, tajnymi służbami, organizacjami pozarządowymi czy instytucjami finansowymi. Ponowny wybór Donalda Trumpa oznaczał powrót do pierwotnej wersji systemu pomyślanego przez Ojców Założycieli, gdzie decyzji prezydenta nie ogranicza silne „społeczeństwo obywatelskie” ze swoimi instytucjami.
„Właśnie dlatego przed 1788 rokiem nikt nie odważył się wprowadzić systemu prezydenckiego na wzór amerykański i właśnie dlatego postępowcy ograniczyli uprawnienia prezydenta poprzez stworzenie „głębokiego państwa”. Bez tego istnieją w rzeczywistości tylko dwa zabezpieczenia przed samowolną władzą wykonawczą. Po pierwsze, społeczeństwo musi wybrać osobę o nienagannym charakterze i oddanej sprawie publicznej, a po drugie, osoba ta musi przestrzegać konstytucji” – podkreśla Caldwell.
Zdaniem autora, Amerykanie nie spodziewali się, że wady charakteru Trumpa mogą stanowić dla nich zagrożenie w sferze polityki zagranicznej. Dzisiaj politykę Stanów Zjednoczonych wobec Iranu kształtuje na dobrą sprawę zięć Trumpa, Jared Kushner blisko związany z premierem Izraela, oraz jego przyjaciel z branży nieruchomości, Steve Witkoff. Żaden z nich nie został zatwierdzony przez Senat, jak to jest wymagane w przypadku czołowych dyplomatów i członków gabinetu, a Kushner nie opublikował nawet oświadczenia majątkowego.
„Nie można winić Netanjahu za to, że wykorzystał tę sytuację – prawdopodobnie jego kraj już nigdy nie będzie miał do czynienia z tak łatwowiernym prezydentem” – podkreśla Caldwell. Choć Trump niejednokrotnie wykazał się zaskakująca umiejętnością wychodzenia z sytuacji kryzysowych, to – zdaniem publicysty – „nie pozwoli to jego ruchowi przetrwać”. Prezydent USA wydaje się bowiem kompletnie ignorować sygnały płynące z wnętrza własnego elektoratu.
„Trump realizuje obecnie politykę tych samych ekspertów z think tanków i propagatorów demokracji, z którymi obiecał walczyć. Wygląda na to, że minęło już wiele miesięcy, odkąd ludzie, w imieniu których prowadził kampanię, choćby przemknęli mu przez głowę” – konkluduje Caldwell.