Na Zachodzie przedstawia się to tak, jakby Zachód musiał bronić Tajwanu przed złymi Chinami, które rzekomo są gotowe do aneksji Tajwanu siłą, jeśli zajdzie taka potrzeba. Jednak żadne państwo zachodnie nie uznało Tajwanu, a cały Zachód oficjalnie popiera politykę Jednych Chin, która definiuje Tajwan jako część Chin.
Anti-Spiegel 16 maj 2026
W obliczu ponownego zdominowania nagłówków gazet po szczycie USA-Chiny, po odmowie prezydenta Trumpa zajęcia się kwestią Tajwanu w Chinach i późniejszym unieważnieniu przez niego wcześniej uzgodnionych umów zbrojeniowych o wartości 14 miliardów dolarów, warto przypomnieć tło sporu.
Zachodnie media i politycy propagują narrację, że Tajwan, rzekomo zachodnia demokracja zasługująca na ochronę, musi być chroniony przed złowrogimi Chinami, które rzekomo dążą do jego aneksji. Z tego powodu Stany Zjednoczone intensywnie zbroiły Tajwan w ciągu ostatnich kilku dekad, NATO pracuje nad rozszerzeniem swoich operacji na Pacyfik, a nawet niemieckie siły zbrojne wysyłają w ten region okręty wojenne, aby zademonstrować swój sprzeciw wobec Chin.
Problem polega na tym, że działania Zachodu wobec Tajwanu w żaden sposób nie są zgodne z międzynarodowymi zobowiązaniami prawnymi, które Zachód oficjalnie uznaje. Oficjalnie Zachód popiera politykę jednych Chin, która głosi, że istnieje tylko jedno państwo chińskie – Chińska Republika Ludowa, do której należą Hongkong i Tajwan. Żadne państwo zachodnie nie uznało Tajwanu na mocy dyplomacji, co po raz kolejny dobitnie pokazuje absurdalność polityki Zachodu.
Dlatego chciałbym skorzystać z okazji i przypomnieć tło konfliktu.
Tło
W XIX wieku Chiny były słabe i częściowo pod rządami zachodnich mocarstw kolonialnych. Nawet Niemcy miały w Chinach niewielką kolonię. Wielka Brytania toczyła w XIX wieku dwie wojny, których celem było otwarcie chińskiego rynku na opium, produkowane przez Brytyjską Kompanię Wschodnio-indyjską w ramach jej monopolu produkcyjnego w Bengalu.
Były to wojny wywoływane i podżegane przez kupców – dziś nazwalibyśmy ich korporacjami – w celu maksymalizacji zysków ze sprzedaży narkotyków. Już wtedy chwytliwym hasłem, którym brytyjska opinia publiczna zyskiwała poparcie dla wojen, było hasło, że należy chronić „wolność handlu”, wolność, której złowrogie Chiny sprzeciwiały się, zakazując importu narkotyków.
W Chinach ten okres i upokorzenia, jakich kraj doznał, są pamiętane do dziś. Niezliczeni Chińczycy padli ofiarą uzależnienia od opium, które stało się powszechną epidemią po tym, jak Londyn wymusił otwarcie chińskiego rynku na ten narkotyk.
W rezultacie w Chinach narastał opór przeciwko słabej dynastii cesarskiej. Siły napędowe tego ruchu pochodziły jednak z zagranicy, a także od wykształconych na Zachodzie intelektualistów z terytoriów kolonialnych, takich jak Hongkong, Kanton i Szanghaj, którzy skierowali ruch w pożądanym kierunku. W następstwie tzw. rewolucji Xinhai i późniejszej wymuszonej abdykacji sześcioletniego następcy tronu, Puyi, Imperium Chińskie upadło w 1911 roku, a 1 stycznia 1912 roku proklamowano Republikę Chińską, której tymczasowa konstytucja ustanowiła Chiny jako republikę wzorowaną na Stanach Zjednoczonych.
Jednak Republika Chińska wkrótce istniała tylko z nazwy, ponieważ po śmierci jej prezydenta, wysokiego rangą oficera wojskowego, w 1916 roku Chiny rozpadły się na terytoria kontrolowane przez regionalnych watażków. Wybuchła chińska wojna domowa, a w latach 30. XX wieku nastąpiła inwazja japońska. Wojna domowa ostatecznie zakończyła się dopiero w 1949 roku, gdy Czang Kaj-szek został zmuszony do wycofania się na wyspę Tajwan. Chociaż jego państwo było surową dyktaturą i obejmowało jedynie niewielką wyspę, Tajwan nadal nazywał się „Republiką Chińską” i był uznawany na arenie międzynarodowej za jedyne państwo chińskie. Chińska Republika Ludowa, proklamowana przez Mao Zedonga na kontynencie, była wówczas w dużej mierze odizolowana.
Chiny, Tajwan i ONZ
Ponieważ Chiny zostały uznane za zwycięskie mocarstwo w II wojnie światowej, gdy powstawała ONZ, Republika Chińska (niewielka wyspa Tajwan) otrzymała chińskie miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, podczas gdy znacznie większa Chińska Republika Ludowa nie była nawet członkiem ONZ.
Zmieniło się to dopiero w 1971 roku, kiedy Stany Zjednoczone, pod wodzą prezydenta Nixona, rozpoczęły zbliżenie z Chinami, licząc na pozyskanie ich jako przeciwnika Związku Radzieckiego w zimnej wojnie. W lipcu 1971 roku doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Nixona, Henry Kissinger, odwiedził Pekin, przygotowując tym samym wizytę państwową Nixona w 1972 roku. Mao Zedong zażądał międzynarodowego uznania Chin, a w październiku 1971 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło rezolucję nr 2758, której kluczowy fragment brzmi:
„Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych […] postanawia przywrócić wszystkie prawa Chińskiej Republice Ludowej i uznać przedstawicieli jej rządu za jedynych prawowitych przedstawicieli Chin w Organizacji Narodów Zjednoczonych, a tym samym usunąć przedstawicieli Czang Kaj-szeka z miejsca, które niesłusznie zajmują w Organizacji Narodów Zjednoczonych i wszystkich jej organizacjach”.
W ten sposób Chińska Republika Ludowa stała się również członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ, a Tajwan został wykluczony z ONZ.
Polityka Jednych Chin
Chińska Republika Ludowa realizuje politykę Jednych Chin, zgodnie z którą istnieją tylko jedne Chiny, a mianowicie Chińska Republika Ludowa, obejmująca również Hongkong i Tajwan. Chiny wymagają zatem, aby wszystkie państwa pragnące nawiązać stosunki dyplomatyczne z Chińską Republiką Ludową uznały tę przesłankę, tak jak uczyniła to ONZ w rezolucji Zgromadzenia Ogólnego nr 2758. Oznacza to, że każde państwo – w tym wszystkie państwa zachodnie – musi oficjalnie uznać tę politykę.
Nawiasem mówiąc, z tego właśnie powodu tajwańscy politycy nie składają wizyt państwowych na wysokim szczeblu w UE. Ponieważ na Tajwanie nie ma ambasad ani konsulatów europejskich, nie mogą oni nawet otrzymać wiz wjazdowych. Muszą się o nie ubiegać w konsulacie w Chinach.
Ale Stany Zjednoczone oczywiście nie chcą rezygnować ze swojego „lotniskowca” Tajwanu, dlatego w 1979 roku uchwaliły ustawę o stosunkach z Tajwanem, wyrażając poparcie dla „dalszego demokratycznego rozwoju Tajwanu”. Zawarta w niej deklaracja USA, która w razie potrzeby wyposażyłaby Tajwan w broń obronną, od tamtej pory trwale nadwyrężyła stosunki między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Stany Zjednoczone stworzyły w ten sposób potencjalny punkt zapalny, który mogą wykorzystać i w razie potrzeby eskalować konflikt przeciwko Chinom.
Widzieliśmy precedens na Ukrainie, gdzie pomimo protestów Rosji Stany Zjednoczone naciskały na członkostwo Ukrainy w NATO, dopóki Rosja nie widziała innego wyjścia, jak tylko uniemożliwić to militarnie. Podobnie Stany Zjednoczone mogłyby w każdej chwili przekroczyć wszystkie chińskie „czerwone linie” w odniesieniu do Tajwanu i tym samym sprowokować chińską interwencję wojskową, która mogłaby doprowadzić do poważnej wojny.
Według zachodnich mediów i polityków, w takim przypadku winne byłyby oczywiście Chiny, które prowadzą „nieuzasadnioną, agresywną wojnę przeciwko Tajwanowi”.
Stany Zjednoczone igrają z ogniem.
Stany Zjednoczone w ostatnich latach igrały tam z ogniem. Podczas gdy kraje europejskie, ze względu na oficjalnie uznaną politykę jednych Chin, nie wysyłają na Tajwan delegacji wysokiego szczebla ani nie przyjmują tajwańskich przedstawicieli w UE, wysocy rangą politycy amerykańscy praktycznie ustawiali się w kolejce, aby odwiedzić Tajwan za rządów Bidena. Na przykład prowokacyjna wizyta Nancy Pelosi na Tajwanie w 2022 roku pozostaje niezapomniana.
Tajwan jest coraz bardziej zbrojony przez Stany Zjednoczone, co Chiny naturalnie postrzegają jako prowokację. Stany Zjednoczone raczej nie zaryzykowałyby wojny z Chinami o Tajwan, a ustawa o stosunkach z Tajwanem nie przewiduje interwencji wojskowej USA. Jednak, podobnie jak w przypadku Ukrainy i Rosji, Stany Zjednoczone mogłyby naciskać na rząd Tajwanu, by ten prowokował Chiny, składając Tajwanowi wszelkiego rodzaju obietnice.
Fakt, że Stany Zjednoczone jednocześnie depczą politykę jednych Chin, do której, jak twierdzą, są zobowiązane we wszystkich oficjalnych deklaracjach, po raz kolejny dowodzi hipokryzji amerykańskiej polityki.
A UE nie jest w tym o wiele lepsza, o czym świadczy antychińska polityka Brukseli, przyjęta pod presją USA i uzasadniana w wielu oświadczeniach przez wysokich rangą urzędników UE powoływaniem się na chińską politykę wobec Tajwanu.
Ten przykład po raz kolejny ilustruje hipokryzję polityki Zachodu pod przewodnictwem USA, który swoją polityką wobec Tajwanu narusza prawo międzynarodowe, ignorując w istocie rezolucję ONZ nr 2758.
Zachód powinien podjąć decyzję: albo oficjalnie zdystansować się od polityki jednych Chin i uznać Tajwan, co również stanowiłoby jawne naruszenie prawa międzynarodowego i na co Chiny prawdopodobnie zareagowałyby bardzo ostro, albo ostatecznie poprzeć politykę jednych Chin i – podobnie jak w przypadku Hongkongu – poprzeć pokojowe zjednoczenie Chin i Tajwanu w ramach zasady „jeden kraj, dwa systemy”.
Wtedy jednak USA straciłyby swój „lotniskowiec”, Tajwan, czego oczywiście nie chcą. USA prowadzą politykę globalną, w której mogą wykorzystywać swoje wpływy do wywoływania kryzysów w dowolnym regionie świata, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba w walce z geopolitycznymi lub gospodarczymi rywalami. Tajwan nie jest tu wyjątkiem.
Można analizować wizytę Donalda Trumpa w Chinach jako znaczące wydarzenie dyplomatyczne transmitowane przez światowe media. Ale można też uważać, że była starannie wyreżyserowanym spektaklem politycznym, którego prawdziwym celem nie było ujawnienie rzeczywistych ustaleń między mocarstwami, lecz stworzenie narracji możliwej do zaakceptowania przez społeczeństwa. Kamery miały pokazać historię. Rzeczywista historia powstawała jednak poza obiektywem.
Współczesna geopolityka rzadko, jeżeli w ogóle, rozgrywa się publicznie. Najważniejsze decyzje nie zapadają podczas konferencji prasowych, uroczystych bankietów czy spacerów po pałacowych ogrodach. Są efektem wieloletnich analiz i negocjacji prowadzonych przez wąskie, zawodowe elity państwowe, wojskowe, finansowe i wywiadowcze. Media otrzymują końcowy spektakl — symboliczną inscenizację decyzji podjętych wcześniej. Społeczeństwa mają odnieść wrażenie uczestnictwa w wielkiej polityce.
W rzeczywistości uczestniczą głównie w procesie psychologicznego oswajania zmian. Trump doskonale rozumie logikę medialnej epoki. Wie również, że amerykańska świadomość polityczna przez dziesięciolecia była budowana wokół przekonania o naturalnej i trwałej hegemonii Stanów Zjednoczonych. Tymczasem świat wszedł w okres głębokiej transformacji. Waszyngton nie posiada już siły pozwalającej samodzielnie organizować globalny porządek tak jak po zakończeniu zimnej wojny. Nie można jednak powiedzieć tego wprost społeczeństwu wychowanemu w poczuciu imperialnej wyjątkowości. Dlatego potrzebna jest nowa opowieść. Nie o utracie dominacji,
lecz o odpowiedzialnym dopuszczeniu Chin do współzarządzania światem — w imię stabilności, pokoju i uniknięcia globalnego chaosu. W tym sensie wizyta Trumpa w Pekinie przypominała bardziej rytuał przekazania części odpowiedzialności za światowy porządek niż klasyczne spotkanie dwóch rywalizujących państw. Imperia bardzo rzadko ogłaszają własny schyłek. Znacznie częściej tworzą ceremonie przejścia, które mają nadać zmianie pozór ciągłości i kontroli. Społeczeństwa nie mogą odnieść wrażenia chaosu — muszą uwierzyć, że nowy układ został świadomie wybrany przez odpowiedzialnych przywódców.
To właśnie dlatego polityka wielkich mocarstw tak często przypomina teatr. Jednocześnie jest faktem, ze społeczeństwa epoki medialnej coraz rzadziej oczekują rzeczywistego uczestnictwa w procesach władzy. Znacznie bardziej potrzebują emocjonalnych obrazów podtrzymujących poczucie sensu, ciągłości i stabilności świata. Dlatego współczesna geopolityka oprócz decyzji politycznych, musi produkować również widzialne rytuały mające uspokajać zbiorową świadomość. Uściski dłoni, spacery po ogrodach, ceremonialne rozmowy i starannie wyreżyserowane kadry stają się częścią procesu zarządzania społeczną percepcją rzeczywistości. W epoce globalnych mediów imperia nie komunikują już wyłącznie siły — dbają także o psychologiczne poczucie porządku.
Nie oznacza to jednak końca rywalizacji. Stabilność między mocarstwami może trwać bardzo długo, jeśli główne elity uznają ją za korzystną. Część XIX wieku opierała się na podobnej równowadze. Również okres zimnej wojny, mimo lokalnych konfliktów, był w istocie próbą zarządzania napięciem między wielkimi centrami siły.
Dzisiejszy układ amerykańsko-chiński może więc przetrwać dziesięciolecia. Ale może również rozpaść się stosunkowo szybko.
Wystarczy pojawienie się bardziej agresywnych elit, nowych ambicji ideologicznych albo głębokiego kryzysu gospodarczego, by dotychczasowy kompromis został uznany za oznakę słabości. Historia wielokrotnie pokazywała, że kolejne pokolenia przywódców często niszczą ostrożny dorobek poprzedników, próbując odzyskać „utraconą wielkość”.
Dla Polski całe to widowisko może mieć również bardzo praktyczne znaczenie. Przez lata każda próba otwartego szukania współpracy gospodarczej z Chinami groziła oskarżeniami o „zdradę Zachodu” albo działanie przeciw interesom Stanów Zjednoczonych. Tymczasem jeśli sam amerykański hegemon zaczyna publicznie budować narrację partnerstwa i stabilizacji z Pekinem, wówczas także państwa zależne od amerykańskiego parasola politycznego otrzymują ograniczoną przestrzeń do bardziej pragmatycznej polityki. Mówiąc brutalnie: skoro Chiny stają się partnerem naszego politycznego seniora, to również wasale dostają częściowo uchyloną furtkę do „jedwabnego szlaku”.
Nie oznacza to pełnej samodzielności ani strategicznej niezależności. Oznacza jednak możliwość prowadzenia bardziej elastycznej gry gospodarczej bez natychmiastowego ryzyka politycznej stygmatyzacji. Dla państw średnich i peryferyjnych takie przesunięcia w globalnej narracji często mają większe znaczenie niż oficjalne traktaty.
Symboliczny charakter całej wizyty doskonale oddała scena związana ze zwiedzaniem ogrodów przy siedzibie Komunistycznej Partii Chin. Trump najwyraźniej oczekiwał potwierdzenia, że został potraktowany wyjątkowo — jako partner szczególny, wyróżniony wobec innych światowych liderów. Xi Jinping odpowiedział jednak z chłodnym, niemal konfucjańskim spokojem, że rzadko zwiedzają je głowy innych państw, ale dodał, że Władimir Putin zwiedzał te ogrody wielokrotnie.
Była to odpowiedź krótka, elegancka i bardzo chińska. Bez otwartego upokorzenia, ale również bez pozostawienia złudzeń. W kilku słowach Xi pokazał różnicę między cywilizacją myślącą w rytmie wielowiekowej ciągłości państwa a politykiem funkcjonującym w logice medialnego spektaklu i krótkiego cyklu wyborczego.
Dla Zachodu polityka coraz częściej staje się obrazem. Dla Chin pozostaje długim procesem historycznym. Właśnie dlatego obrazy z Pekinu należy analizować ostrożnie. Media widzą czerwone dywany, uściski dłoni i ceremonialne spacery. Prawdziwa geopolityka ukrywa się jednak w subtelnych gestach, pół-zdaniach i symbolach, które dla masowego odbiorcy pozostają niemal niewidoczne. W świecie schyłku hegemonii najważniejsze decyzje rzadko są ogłaszane. Najpierw są negocjowane w ciszy gabinetów, a dopiero później inscenizowane przed kamerami jako nowa opowieść o świecie.
Autorstwo: Zbigniew Jacniacki Źródło: WolneMedia.net
Pekiński cyrk dobiegł końca, a rozmowy Donalda Trumpa z Xi Jinpingiem nie przyniosły nic poza przyjemnymi sesjami zdjęciowymi i dyplomacją performatywną, nie przynosząc żadnych konkretnych rezultatów.
Po dwudniowym spotkaniu Trumpa z Xi Jinpingiem nie wydano wspólnego komunikatu. Zamiast tego pozostały nam jedynie oświadczenia obu administracji. Analiza tych dwóch oświadczeń ujawnia ich znaczne różnice, które są równie oczywiste, jak ich wzajemne nakładanie się. Porównanie deklarowanych przez obie strony rozmów ujawnia, co tak naprawdę wydarzyło się na szczycie.
Różnice między tymi dwoma relacjami są wyraźne i strategicznie przemyślane. Oto dokładna lista tego, na co położył nacisk Biały Dom, a co chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych całkowicie pominęło lub wspomniało jedynie w bardzo niejasnych słowach:
Wojna z Iranem i broń nuklearna – pominięte przez Chiny
To jest luka o największych konsekwencjach. Oświadczenie Białego Domu wyraźnie stwierdza:
Obie strony zgodziły się, że Cieśnina Ormuz musi pozostać otwarta, aby zapewnić swobodny przepływ energii. Prezydent Xi wyraźnie zaznaczył również, że Chiny sprzeciwiają się militaryzacji cieśniny i wszelkim próbom pobierania opłat za jej użytkowanie, i wyraził zainteresowanie zakupem większej ilości amerykańskiej ropy, aby zmniejszyć przyszłe uzależnienie Chin od cieśniny. Oba kraje zgodziły się, że Iran nigdy nie może posiadać broni jądrowej. PBS
Jednakże chińskie sprawozdanie stwierdzało jedynie, że „obie strony rozmawiały o konflikcie na Bliskim Wschodzie”, bez dalszych szczegółów – nie wspominając o Cieśninie Ormuz, o opłatach za przejazd, o irańskim programie nuklearnym i nie potwierdzając żadnego wspólnego stanowiska w tych kwestiach. YouTube
Ta luka jest ogromna. Biały Dom twierdzi, że Chiny zgodziły się, że Iran nigdy nie powinien posiadać broni jądrowej i sprzeciwiały się irańskiemu systemowi opłat drogowych. Biały Dom przedstawia to jako znaczące chińskie ustępstwa, których Pekin najwyraźniej nie chciał publicznie uznać. Jednak według wiarygodnego źródła mającego dostęp do rozmów, Xi Jinping stanowczo odrzucił żądanie Trumpa, aby Chiny wywarły presję na Iran i pomogły w otwarciu Cieśniny Ormuz.
Fentanyl — pominięty przez Chiny
W oświadczeniu Białego Domu wyraźnie wspomniano, że obie strony omawiały „ograniczenie napływu prekursorów fentanylu do Stanów Zjednoczonych” – co było od dawna żądaniem Waszyngtonu, aby Chiny ograniczyły eksport prekursorów chemicznych używanych do produkcji fentanylu. Chińskie oświadczenie w ogóle nie wspominało o fentanylu, co jest zgodne z długoletnim stanowiskiem Pekinu, że zrobił już wystarczająco dużo i nie uważa tej kwestii za problem dwustronny. Komo News
Zakupy produktów rolnych – pominięte przez Chiny
Biały Dom oświadczył, że obaj prezydenci rozmawiali o „zwiększeniu zakupów amerykańskich produktów rolnych przez Chiny”. Chińskie sprawozdanie mówiło jednak jedynie ogólnie o wzajemnych korzyściach płynących z handlu, nie formułując żadnych konkretnych zobowiązań dotyczących zakupów rolnych. YouTube
Dostęp do rynku dla firm amerykańskich – przedstawiony zupełnie inaczej
Biały Dom opisał spotkanie jako rozmowy o „zwiększeniu dostępu amerykańskich firm do rynku w Chinach i zwiększeniu chińskich inwestycji w amerykański przemysł”. Chińskie stanowisko przedstawiało zupełnie inną wersję – Chiny miały „jeszcze bardziej otworzyć swoje drzwi”, ale na własnych warunkach, a nie w odpowiedzi na amerykańskie żądania dostępu do rynku.
Delegacja ekonomiczna — różne traktowanie
Biały Dom oświadczył, że „w części spotkania uczestniczyli dyrektorzy wielu największych amerykańskich firm”, przedstawiając to jako istotne zaangażowanie gospodarcze. Chińskie źródło odnotowało jednak, że Trump „poprosił każdego z towarzyszących mu liderów biznesowych o przedstawienie się prezydentowi Xi” – sugerując tym samym uprzejmą rundę przedstawień, a nie poważne rozmowy gospodarcze. YouTube
Tajwan — problem odbicia lustrzanego
Najbardziej rzucająca się w oczy asymetria biegnie w przeciwnym kierunku w kwestii Tajwanu. Oświadczenie Białego Domu w ogóle nie wspomniało o Tajwanie, podczas gdy Chiny zbudowały całą swoją narrację wokół ostrzeżenia Xi dotyczącego Tajwanu. Trump odmówił odpowiedzi na pytanie reportera, czy on i Xi w ogóle rozmawiali o Tajwanie. Rubio powiedział w wywiadzie dla NBC News, że Stany Zjednoczone „nie zwrócą się do Chin o pomoc w Iranie” – oświadczenie to implicite przeczy wizerunkowi Białego Domu dotyczącemu współpracy Chin w tej sprawie. (The National Desk, Breitbart)
Wniosek
Obie strony wydały oświadczenia, w których podsumowano omawiane przez Trumpa i Xi tematy, ale ich wzajemne pokrywanie się jest ograniczone. Największe różnice dotyczą Iranu – gdzie Stany Zjednoczone deklarują konkretne chińskie zobowiązania, których Chiny odmawiają potwierdzenia – oraz Tajwanu, gdzie Chiny wydały wyraźne ostrzeżenia, o których Stany Zjednoczone nawet nie wspomniały. NPR
Ten schemat to klasyczna dyplomacja: każda ze stron publikowała wersję wydarzeń, która służyła jej wewnętrznym potrzebom politycznym i wzmacniała jej pozycję negocjacyjną. Chiny chciały pokazać światu, że Xi Jinping wydał surowe ostrzeżenia dotyczące Tajwanu. Waszyngton chciał pokazać światu, że Chiny zgodziły się, że Iran nigdy nie powinien posiadać broni jądrowej i że Chiny odrzuciły irański system opłat drogowych. To, czy te rzekome ustępstwa są prawdziwe, czy tylko deklarowane, sprawia, że różnice między narracjami są tak wymowne.
Ramy strategiczne
Xi rozpoczął od dalekosiężnej oceny filozoficznej: „Transformacja, jakiej nie widziano od stulecia, przyspiesza na całym świecie, a sytuacja międzynarodowa jest płynna i burzliwa”. Następnie zadał Trumpowi trzy pytania: Czy Chiny i Stany Zjednoczone zdołają pokonać pułapkę Tukidydesa i ustanowić nowy paradygmat relacji między mocarstwami? Czy możemy wspólnie stawić czoła globalnym wyzwaniom i zapewnić światu większą stabilność? Czy możemy wspólnie budować świetlaną przyszłość dla naszych stosunków dwustronnych? (Wikipedia)
Xi Jinping oświadczył, że obaj przywódcy „uzgodnili nową wizję budowania konstruktywnych, strategicznie stabilnych relacji między Chinami a Stanami Zjednoczonymi”, definiując ją precyzyjnie w następujący sposób: „Konstruktywna stabilność strategiczna oznacza pozytywną stabilność, której głównym filarem jest współpraca, zdrową stabilność z konkurencją w rozsądnych granicach, trwałą stabilność z możliwymi do opanowania różnicami oraz trwałą stabilność z przewidywalnym pokojem”. Ramy te „zapewnią strategiczne wytyczne dla relacji chińsko-amerykańskich na najbliższe trzy lata i dłużej”. Podkreślił: „Budowanie konstruktywnych, strategicznie stabilnych relacji między Chinami a Stanami Zjednoczonymi to nie slogan. Oznacza to podejmowanie działań w tym samym kierunku”. (Wikipedia)
Handel i gospodarka
Xi oświadczył: „Relacje gospodarcze i handlowe Chin i Stanów Zjednoczonych są korzystne dla obu stron i przynoszą korzyści obu stronom. W przypadku różnic i tarć konsultacje na równych warunkach są jedynym właściwym wyborem”. Stwierdził, że zespoły ds. gospodarki i handlu osiągnęły „ogólnie zrównoważone i pozytywne rezultaty” w rozmowach przygotowawczych przeprowadzonych poprzedniego dnia i zadeklarował: „Chiny będą nadal otwierać swoje drzwi. Amerykańskie firmy są głęboko zintegrowane z chińską polityką reform i otwarcia”. Wikipedia
Kanały komunikacji wojskowej i dyplomatycznej
Xi wezwał obie strony do „lepszego wykorzystania kanałów komunikacji w sferze politycznej, dyplomatycznej i wojskowej” oraz do „rozszerzenia wymiany i współpracy w takich obszarach jak gospodarka i handel, zdrowie, rolnictwo, turystyka, stosunki międzyludzkie i egzekwowanie prawa”. Wikipedia
Tajwan — najsilniejszy język deklaracji
Xi Jinping stwierdził jednoznacznie: „Kwestia Tajwanu jest najważniejszą kwestią w stosunkach między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Jeśli zostanie ona właściwie potraktowana, stosunki dwustronne jako całość pozostaną stabilne. W przeciwnym razie oba kraje będą doświadczać starć, a nawet konfliktów, co narazi całe stosunki na poważne niebezpieczeństwo. „Niepodległość Tajwanu” i pokój po drugiej stronie Cieśniny Tajwańskiej są tak nie do pogodzenia jak ogień i woda. Utrzymanie pokoju i stabilności w Cieśninie Tajwańskiej jest najważniejszym wspólnym mianownikiem Chin i Stanów Zjednoczonych. Strona amerykańska musi zachować szczególną ostrożność w podejściu do kwestii Tajwanu”. (Wikipedia)
Kwestie międzynarodowe
W oświadczeniu stwierdzono, że obaj prezydenci „wymienili poglądy na ważne kwestie międzynarodowe i regionalne, takie jak sytuacja na Bliskim Wschodzie, kryzys na Ukrainie i sytuacja na Półwyspie Koreańskim”, nie podając jednak dalszych szczegółów na te tematy w oficjalnym chińskim wydaniu. Wikipedia
APEC i G20
Obaj prezydenci zgodzili się wspierać się nawzajem w pomyślnej organizacji tegorocznego szczytu gospodarczego APEC i szczytu G20. Wikipedia
Ostateczna ocena Wang Yi — 15 maja
Minister spraw zagranicznych Wang Yi powiedział mediom państwowym: „To było ważne spotkanie, podczas którego obaj przywódcy przeprowadzili dogłębne rozmowy i osiągnęli znaczące rezultaty”, nazywając je „historycznym spotkaniem”. Szczególnie podkreślił postęp w kwestiach handlowych i gospodarczych. Chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych potwierdziło również, że prezydent Xi Jinping odwiedzi Stany Zjednoczone jesienią tego roku na zaproszenie prezydenta Donalda Trumpa.
Jeśli chodzi o Iran, Chiny i Rosja pracują za kulisami – wykorzystując Pakistan jako pośrednika – nad nową architekturą bezpieczeństwa dla Zatoki Perskiej. Obecnie starają się przekonać Arabię Saudyjską i Katar do faktycznego zerwania więzi wojskowych ze Stanami Zjednoczonymi i przystąpienia do strategicznego porozumienia, które byłoby gwarantowane przez Rosję i Chiny. Jeśli Arabia Saudyjska i Katar nadal będą zabraniać Stanom Zjednoczonym wykorzystywania swoich baz i przestrzeni powietrznej do nowych ataków na Iran, Stany Zjednoczone mogą zostać zmuszone do odwołania planowanych ataków.
Wywiad USA nakazuje inspekcję 120 laboratoriów biologicznych finansowanych przez rząd USA za granicą
Dyrektor amerykańskiego wywiadu zapowiedział inspekcję ponad 120 laboratoriów biologicznych w ponad 30 krajach, finansowanych przez rząd USA od dziesięcioleci. Ponad 40 z tych laboratoriów znajduje się na Ukrainie. Dlaczego niemieckie media nie poinformowały o tym?[ a polskie?? md]
Anti-Spiegel 15 maj 2026
Są tematy, o których niemieckie media po prostu nie chcą mówić, tematy, które trzyma się w tajemnicy przed niemiecką opinią publiczną. Jednym z nich są laboratoria broni biologicznej, finansowane i prowadzone przez USA na całym świecie. Od czasu pandemii COVID-19 wszyscy wiemy, czym jest „wzmocnienie funkcji” (badania nad tym, jak sprawić, by patogeny, które są nieszkodliwe dla ludzi, stały się niebezpieczne dla ludzi). Badania te zostały zakazane w USA ze względu na ich niebezpieczny charakter, ale amerykańscy naukowcy mieli wyraźne pozwolenie na prowadzenie ich w laboratoriach za granicą.
Dokładnie to wydarzyło się na przykład w Wuhan, gdzie amerykański badacz Peter Daszak badał, jak sprawić, by koronawirusy przenosiły się z nietoperzy na ludzi. Badania te, nawiasem mówiąc, były finansowane przez rząd USA. Wszystko to jest teraz bezdyskusyjne i każdy może teraz zadać sobie pytanie, czy to był zbieg okoliczności, że wybuchła tam epidemia COVID-19.
Ale odbiorcy głównych niemieckich mediów nic o tym nie wiedzą, ponieważ milczą na ten temat, podobnie jak milczą na temat ponad 40 amerykańskich biolaboratoriów na Ukrainie, gdzie prowadzono badania nad niebezpiecznymi patogenami, takimi jak Ebola i inne.
To, że USA były bardzo aktywne w rozwijaniu niebezpiecznych patogenów, czyli broni biologicznej, szczególnie na Ukrainie, nie podlega dyskusji. Chronologię wraz z dowodami znajdziesz na końcu artykułu.
Dyrektor Wywiadu Narodowego zapowiedziała inspekcję ponad 120 laboratoriów biologicznych w ponad 30 krajach, finansowanych przez rząd USA od dziesięcioleci. Ponad 40 z tych laboratoriów znajduje się na Ukrainie. Uzasadniła inspekcję, stwierdzając, że niektóre z laboratoriów były finansowane przez Pentagon i że prowadzone tam badania budzą „poważne obawy etyczne, finansowe i dotyczące bezpieczeństwa”. Inspekcja pozwoli również ustalić, jakie patogeny są badane w tych laboratoriach.
Mówiąc wprost: Waszyngton najwyraźniej nie wie, jakie badania są prowadzone w tych laboratoriach – a raczej nie chce wiedzieć, bo to pozwoliłoby udawać głupka w razie wypadku. To dobrze znana strategia wywiadowcza, na którą istnieje nawet termin techniczny: „wiarygodne zaprzeczenie”.
11 maja, cztery dni temu, „New York Post” poinformował o przeglądzie laboratoriów biologicznych, a Tulsi Gabbard ani jej agencje wywiadowcze nie zaprzeczyły temu, co oznacza, że doniesienia są prawdziwe, zwłaszcza że gazeta zacytowała fragment stosownego oświadczenia.
Mimo to amerykańskie media głównego nurtu o tym nie poinformowały. I oczywiście niemieckie media również, ponieważ tradycyjnie utrzymują temat amerykańskich laboratoriów broni biologicznej w całkowitej tajemnicy przed czytelnikami. I robią to od lat, ponieważ Niemcy nie powinni wiedzieć wszystkiego.
Tłumaczę teraz artykuł TASS o planowanym śledztwie amerykańskich agencji wywiadowczych, a następnie chronologię publikacji na temat amerykańskich laboratoriów broni biologicznej na Ukrainie i w innych krajach.
Początek tłumaczenia
Stany Zjednoczone rozpoczęły inspekcję biolaboratoriów: Czy dżina da się zamknąć z powrotem w butelce?
Andriej Surżański o obawach Białego Domu dotyczących laboratoriów w krajach sąsiadujących z Rosją i o tym, czy obawy te doprowadzą do podjęcia konkretnych kroków w kierunku ich zamknięcia.
12 maja dyrektor wywiadu USA, Tulsi Gabbard, ogłosiła rozpoczęcie inspekcji ponad 120 biolaboratoriów w ponad 30 krajach, finansowanych od dziesięcioleci przez amerykańskich podatników. Według Gabbard ponad 40 z tych laboratoriów znajduje się również na Ukrainie. „Pandemia COVID-19 ujawniła katastrofalne konsekwencje, jakie badania nad niebezpiecznymi patogenami w biolaboratoriach mogą mieć dla całego świata” – podkreśliła Gabbard. Urzędnicy administracji Trumpa wielokrotnie twierdzili wcześniej, że koronawirus pochodzi z chińskiego biolaboratorium, którego pracownicy eksperymentowali z wysoce niebezpiecznymi patogenami. Chiński rząd temu zaprzecza. Wypowiedź dyrektora wywiadu miała miejsce na krótko przed wizytą Trumpa w Chinach. Zbieg okoliczności? Wszystko jest możliwe.
Nie tylko kwestie etyczne
Warto zauważyć, że Gabbard złożyła swoje oświadczenie nie podczas przesłuchania w Kongresie ani konferencji prasowej, ale specjalnie dla konserwatywnej gazety „New York Post”. Choć gazeta ta uważana jest za tabloid, jest faworytem prezydenta USA Donalda Trumpa. To dość nietypowy format ukierunkowanego rozpowszechniania informacji. Co więcej, nowojorska gazeta nie jest znana z relacjonowania tak poważnych tematów, jak laboratoria biologiczne, patogeny czy broń biologiczna.
Według artykułu w „New York Post”, misją Narodowej Agencji Wywiadowczej jest „lokalizowanie laboratoriów, identyfikacja zawartych w nich patogenów i ustalenie prowadzonych tam badań”. Według gazety, niektóre z laboratoriów otrzymały finansowanie w ramach programu Pentagonu, realizowanego po zakończeniu zimnej wojny, mającego na celu eliminację broni masowego rażenia. W artykule stwierdzono, że prowadzone tam badania kliniczne „wzbudzają poważne obawy etyczne, finansowe i dotyczące bezpieczeństwa”.
W marcu 2022 roku, gdy Gabbard była jeszcze osobą prywatną, wezwała do natychmiastowego zamknięcia 25–30 finansowanych przez USA biolaboratoriów na Ukrainie i zniszczenia patogenów. Spotkało się to z krytyką wielu amerykańskich neokonserwatystów, w tym byłego republikańskiego senatora Mitta Romneya. Romney oskarżył Gabbard o „papkowanie rosyjskiej propagandy”. Tym razem Dyrektor Wywiadu Narodowego wyjaśnił, odnosząc się do około 40 laboratoriów na Ukrainie, które mają zostać poddane przeglądowi, że są one „narażone na kompromitację (tj. wyciek danych) w wyniku wojny rosyjsko-ukraińskiej”.
Przypomnijmy: w grudniu 2022 roku, przy okazji 9. Konferencji Przeglądowej Państw Stron Konwencji o Broni Biologicznej w Genewie, rosyjskie Ministerstwo Obrony przedstawiło przekonujące dowody na to, że Ukraina, przy wsparciu USA, prowadziła badania nad komponentami broni biologicznej. Badania koncentrowały się na patogenach wywołujących szczególnie niebezpieczne i istotne gospodarczo zakażenia.
Chociaż Gabbard nie wymienił żadnych innych krajów poza Ukrainą, minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow stwierdził w tym samym roku, że finansowane przez USA laboratoria biologiczne istnieją w Armenii, Kazachstanie i krajach Azji Środkowej. Moskwa następnie omawiała tę kwestię z sąsiadami, zarówno dwustronnie, jak i w ramach Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ).
Praca nad błędami z przeszłości
The New York Post przypomina, że administracja Bidena stanowczo zaprzeczyła istnieniu amerykańskich laboratoriów biologicznych na Ukrainie, określając takie twierdzenia jako chińską i rosyjską propagandę. Według gazety, zaprzeczenia te były częścią strategii „odporności informacyjnej”, mającej na celu wpływanie na opinię publiczną oraz „łagodzenie i przeciwdziałanie szkodliwym wpływom zagranicznym”, jednocześnie bagatelizując powiązania USA z tymi badaniami. Jednak podczas przesłuchania w Kongresie ówczesna zastępca sekretarza stanu Victoria Nuland musiała przyznać, że na Ukrainie rzeczywiście istnieją ośrodki badań biologicznych, ale podkreśliła, że są to ośrodki badawcze, a nie laboratoria broni biologicznej. W tamtym czasie Amerykanie byli głęboko zaniepokojeni, że laboratoria te mogą wpaść w ręce rosyjskiego wojska.
W maju ubiegłego roku prezydent USA Trump podpisał rozporządzenie wykonawcze zakazujące rządowego finansowania badań nad ulepszaniem patogenów w Chinach, Iranie i innych krajach bez odpowiedniego nadzoru. W rozporządzeniu stwierdzono: „Niebezpieczne badania nad wzmocnieniem funkcji wektorów biologicznych i patogenów mogą poważnie zagrozić życiu obywateli amerykańskich”.
Krytycy argumentowali, że słaby nadzór nad finansowaniem, które często trafia do odbiorców za pośrednictwem amerykańskich agencji, uniemożliwia poznanie potencjalnie niebezpiecznych eksperymentów. Według Departamentu Obrony USA, Stany Zjednoczone sfinansowały badania nad patogenami za granicą kwotą 1,4 miliarda dolarów w latach 2014–2023. Biuro Generalnego Inspektora Departamentu Obrony nie było jednak w stanie określić, w jakim stopniu fundusze te zostały wykorzystane na badania nad potencjalnymi patogenami pandemicznymi.
Tego samego dnia, w którym opublikowano oświadczenie Gabbard, Sekretarz Obrony USA Pete Hegseth opublikował podobny komentarz w tej sprawie w „Newsweeku”. „Poprzednia administracja finansowała niebezpieczne, zwiększające wirulencję badania i laboratoria biologiczne za granicą z pieniędzy amerykańskich podatników i celowo ukrywała to przed amerykańskim narodem” – powiedział, kontynuując: „Ujawnienie tych informacji pokazuje, jak źle nadzorowano tę pracę. Pod kierownictwem prezydenta Trumpa, dyrektor Wywiadu Narodowego Tulsi Gabbard i cały gabinet naprawiają te historyczne błędy i przywracają sprawiedliwość naszym żołnierzom i tym, których chronią. Era kłamstw i zdrady dobiegła końca”.
Oczywiste jest, że oświadczenia Gabbard i Hegsetha dotyczące laboratoriów biologicznych były skoordynowanym działaniem. Pytanie brzmi: jaki był ich cel? Ciekawe jest również rozważenie ich docelowego odbiorcy: amerykańskiej opinii publicznej czy krajów zagranicznych? O ile wiadomo, reakcja w samych Stanach Zjednoczonych była niewielka. A media głównego nurtu w dużej mierze zignorowały raport „New York Post”. To dość nietypowe, że media powołują się na konkurencję, zwłaszcza tabloidy.
Czy Stany Zjednoczone mogą oskarżyć Zełenskiego?
Leonid Słucki, przewodniczący Komisji Spraw Międzynarodowych Dumy Państwowej i lider Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji (LDPR), skomentował oświadczenie Gabbard, sugerując, że USA mogą oskarżyć Ukrainę o produkcję broni biologicznej. „Reżim Zełenskiego będzie musiał nieuchronnie odpowiedzieć nie tylko za korupcję na szeroką skalę – sprawa karna Jermaka-Mindicza liczy już 40 tomów – ale także za przestępcze utworzenie na terytorium Ukrainy poligonu doświadczalnego do produkcji śmiercionośnej broni biologicznej” – napisał Słucki na swoim kanale Max.
Deputowany przypomniał, że Duma Państwowa i Rada Federacji przeprowadziły w latach 2022/23 parlamentarne śledztwo, w którym uczestniczyło wielu rosyjskich i zagranicznych ekspertów. Jednym z ustaleń komisji było stwierdzenie, że na Ukrainie pod przykrywką „działalności biologicznej i medycznej” realizowane są projekty wojskowo-przemysłowe, co stanowi naruszenie Konwencji o zakazie broni biologicznej.
Eksperci uważają, że wyniki śledztwa Gabbard mogą mieć poważne konsekwencje nie tylko dla polityki zagranicznej USA, ale także dla międzynarodowej współpracy naukowej. Jeśli finansowanie zagranicznych ośrodków badawczych w dziedzinie biotechnologii zostanie znacząco ograniczone, państwa sojusznicze, w których znajdują się takie ośrodki, mogą zostać poddane surowszym kontrolom i przepisom.
Jeff Singer, starszy pracownik naukowy w Cato Institute, uważa, że ogłoszenie Gabbard o wszczęciu śledztwa jest aktualne i uzasadnione. „Jeśli rząd dotuje laboratoria za granicą pieniędzmi podatników, ma obowiązek zapewnić, że badania te nie wyrządzą nam szkody” – powiedział magazynowi „Newsweek”.
Są jednak również głosy sprzeciwu, twierdzące, że śledztwo opiera się na zakrojonej na szeroką skalę kampanii dezinformacyjnej prowadzonej przez Rosję i Chiny. Nawet zakładając, że administracja Trumpa zamierza wykorzystać tę kwestię jako dodatkowy argument przeciwko Zełenskiemu, aby zmusić go do zaakceptowania warunków porozumienia w sprawie rozwiązania konfliktu, Waszyngton z pewnością zdaje sobie sprawę, że prowadzenie laboratoriów biologicznych na Ukrainie to niebezpieczna gra z ogniem. Te same względy najwyraźniej miały decydujący wpływ na decyzję Białego Domu o ewentualnym zaopatrzeniu reżimu w Kijowie w pociski manewrujące Tomahawk.
Aleksiej Szabłya, ekspert ds. analizy chemicznej i dyrektor techniczny Holdingu Jużpolimetal, uważa, że problem leży w tym, że finansowane przez Pentagon laboratoria biologiczne na całym świecie wymknęły się spod kontroli USA. „Znaczna część projektów tych laboratoriów biologicznych jest objęta programem redukcji zagrożeń Departamentu Obrony USA, którego celem była kontrola nad utylizacją komponentów broni masowego rażenia po zimnej wojnie. W tych laboratoriach prowadzono badania nad bronią biologiczną i prawdopodobnie nadal się one odbywają. Kontrola USA nad tymi badaniami jest tak słaba, że stały się one w rzeczywistości głównym źródłem zagrożeń, do zwalczania których zostały powołane. Przyznał to nawet dyrektor Narodowej Służby Wywiadowczej USA” – powiedział ekspert agencji TASS.
Zakładając laboratoria biologiczne na Ukrainie, Amerykanie najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy z zagrożenia, jakie stwarzają. A powstrzymanie tego zagrożenia będzie trudne.
Koniec tłumaczenia
Chronologia publikacji
Zgodnie z obietnicą, przedstawiamy chronologię publikacji z ostatnich lat na temat amerykańskich badań nad bronią biologiczną.
Już na początku marca 2022 roku rosyjskie Ministerstwo Obrony opublikowało dokumenty dowodzące, że Ukraina pośpiesznie zniszczyła niebezpieczne patogeny po rozpoczęciu rosyjskiej operacji wojskowej. Tymczasem Zachód zaprzeczył istnieniu tych patogenów na Ukrainie. Również na początku marca rosyjskie Ministerstwo Obrony opublikowało szczegółowe informacje na temat badanych patogenów i wskazało zaangażowane w nie amerykańskie organizacje.
To, co na początku marca 2022 roku uznano za „rosyjską propagandę”, zostało pośrednio potwierdzone pod przysięgą przez zastępcę sekretarza stanu USA, Nuland, kilka dni później podczas przesłuchania przed Kongresem USA, ale zachodnie media nie uznały tego za warte uwagi.
Podobnie fakt, że WHO zaledwie kilka dni później wezwała Kijów do zniszczenia „wysoce niebezpiecznych patogenów” – patogenów, których, według zachodnich mediów i polityków, Kijów rzekomo nawet nie posiadał – nie został uznany za wystarczająco interesujący, aby zachodnie media mogły o tym informować. W rezultacie mało kto na Zachodzie o tym wie, podczas gdy rosyjskie media relacjonowały to szczegółowo.
Pod koniec marca 2022 roku rosyjskie Ministerstwo Obrony opublikowało dalsze szczegóły i dokumenty dotyczące amerykańskiego programu broni biologicznej na Ukrainie, ujawniając między innymi, że w jego finansowaniu brała udział nowojorska firma Rosemont Seneca. Stali czytelnicy „Anti-Spiegla” rozpoznają tę firmę, ponieważ odegrała ona znaczącą rolę na Ukrainie w innym kontekście. Nawiasem mówiąc, firma należy do Huntera Bidena, syna prezydenta USA.
Pod koniec marca 2022 roku rosyjskie Ministerstwo Obrony ujawniło dalsze szczegóły i dokumenty dotyczące amerykańskiego programu broni biologicznej na Ukrainie, ujawniając między innymi, że w jego finansowanie zaangażowana była nowojorska firma Rosemont Seneca. Wkrótce potem ujawniono, że amerykańscy specjaliści na Ukrainie również przeprowadzili testy na ludziach. Dalsze szczegóły opublikowano w połowie kwietnia i na początku maja 2022 roku. Ponadto, były prezydent USA George W. Bush, choć niechętnie, przyznał się w połowie maja do istnienia amerykańskich programów broni biologicznej zainicjowanych za jego rządów na Ukrainie.
Na początku czerwca 2022 roku w Moskwie odbyła się konferencja poświęcona programom broni biologicznej Pentagonu na Ukrainie, na której zebrano publicznie znane fakty. Uczestniczyłem w niej również ja. O tym informowałem w dwóch artykułach
Zaledwie kilka dni później Pentagon przyznał się do finansowania 46 laboratoriów biologicznych na Ukrainie, twierdząc, że służyło to wyłącznie celom zdrowotnym. Szczegóły, w tym link do oświadczenia Pentagonu, można znaleźć tutaj: web.archive.org/web
W połowie czerwca 2022 roku rosyjskie Ministerstwo Obrony opublikowało liczne informacje na temat amerykańskich programów broni biologicznej i badanych patogenów, a na początku lipca pojawiły się kolejne szczegóły.
Na początku sierpnia 2022 roku rosyjskie Ministerstwo Obrony ogłosiło, że uznaje COVID-19 za amerykańską broń biologiczną, a na początku września opublikowano dalsze szczegóły dotyczące amerykańskich programów broni biologicznej na Ukrainie.
We wrześniu 2022 roku Rosja zwołała specjalne spotkanie państw-stron Konwencji o Broni Biologicznej, przedstawiła im swoje ustalenia i zadała 20 pytań Stanom Zjednoczonym i Ukrainie, na które nie mogły lub nie chciały odpowiedzieć. Rosyjskie Ministerstwo Obrony opublikowało dalsze szczegóły w grudniu. Pod koniec stycznia 2023 roku rosyjskie Ministerstwo Obrony dodało dalsze szczegóły.
Na początku marca 2023 roku rosyjskie Ministerstwo Obrony po raz pierwszy skomentowało szczepionki mRNA, a na początku kwietnia 2023 roku opublikowało dalsze szczegóły dotyczące tych niebezpiecznych szczepionek.
Na początku maja 2023 roku rosyjskie Ministerstwo Obrony opublikowało dalsze szczegóły dotyczące badań Pentagonu nad ptakami wędrownymi na Ukrainie, które mogą być wykorzystywane do rozprzestrzeniania chorób zakaźnych. Dalsze szczegóły opublikowano pod koniec maja 2023 r.
Pod koniec maja 2023 r. rosyjskie Ministerstwo Obrony opublikowało dalsze informacje na temat badań Pentagonu nad ptakami wędrownymi na Ukrainie, które – jak twierdziło – mogą być wykorzystywane do rozprzestrzeniania chorób zakaźnych. W czerwcu 2023 r. rosyjskie Ministerstwo Obrony rozpoczęło doniesienia o roli Billa Gatesa oraz o badaniach nad komarami i kleszczami w kontekście amerykańskich programów broni biologicznej, publikując dalsze informacje w lipcu 2023 r.
W sierpniu 2023 r. rosyjskie Ministerstwo Obrony wzmocniło oskarżenia, że Stany Zjednoczone stworzyły COVID-19 i przygotowały pandemię. Ministerstwo ostrzegło, że Stany Zjednoczone najwyraźniej już przygotowują się na nową pandemię, aczkolwiek z o wiele groźniejszymi patogenami.
Na początku września i października 2023 r. rosyjskie Ministerstwo Obrony ponownie skupiło się na doniesieniach o tym, jak Stany Zjednoczone ukrywają swoje programy i unikają międzynarodowych inspekcji.
W sierpniu 2024 r. rosyjskie Ministerstwo Obrony wskazało, że Pentagon przekazał środki na badania nad bronią biologiczną innym departamentom, aby zatrzeć ślady.
Dokładne śledztwo w sprawie tego, jak Waszyngton wykorzystał wojnę w Iranie, aby zastąpić Nord Stream, zaoszczędzić dolara i uzyskać pełną kontrolę nad światowymi rezerwami energii od Arktyki po Ocean Indyjski. Richard Medhurst relacjonuje:
Kuszące jest przekonanie, że amerykańska machina wojenna dobiegła końca. Z militarnego punktu widzenia Iran rzeczywiście zadał Stanom Zjednoczonym największe upokorzenie w historii nowożytnej – o którym obszernie pisałem.
Ale za kulisami Waszyngton po cichu i w tajemnicy rozpoczął zbrojny nalot na światowe rezerwy ropy naftowej i gazu. Wszystkie.
W ciągu zaledwie 90 dni USA przeprowadziły energetyczną błyskawiczną wojnę, do której przygotowywano się od dziesięcioleci:
Setki ataków na rosyjskie tankowce i rafinerie
Przerwanie dostaw jednej trzeciej ropy naftowej i LNG do Chin
Zdobycie największych na świecie złóż ropy naftowej
Ustanowienie globalnej blokady morskiej od Arktyki do Oceanu Indyjskiego
W tym procesie porwano i zamordowano dwie głowy państw. Jesteśmy świadkami transformacji Stanów Zjednoczonych z imperium w bezprawne państwo pirackie i narodzin tego, co nazywam dolarem petrogasowym lub dolarem LNG .
Chronologia tej kampanii mówi sama za siebie:
Celem jest chaos
W przeszłości Stany Zjednoczone były bardzo wrażliwe na kryzysy naftowe. Zamknięcie Cieśniny Ormuz byłoby katastrofą, ponieważ USA nie byłyby w stanie wyprodukować wystarczającej ilości ropy, aby zaspokoić popyt.
Obecnie jednak są największym producentem ropy naftowej, gazu i produktów rafineryjnych na świecie, a także wiodącym eksporterem skroplonego gazu ziemnego (LNG).
Wielu wciąż wierzy w starą mantrę, że wysokie ceny ropy naftowej szkodzą USA, ale prawda jest odwrotna. Po raz pierwszy w czasie globalnego niedoboru dolar nie traci na wartości, a złoto rośnie – wręcz przeciwnie. Wysokie ceny energii nie stanowią już zagrożenia dla Wall Street – są celem ataku.
To nie przypadek, że Stany Zjednoczone stały się wiodącym światowym eksporterem LNG po wojnie na Ukrainie. Korzyści były wielorakie: Stany Zjednoczone przekształciły się z dostawcy pokrywającego zaledwie 9% europejskiego zapotrzebowania na energię w wiodące źródło węgla, ropy naftowej i LNG w Europie.
Import ropy naftowej, węgla i skroplonego gazu ziemnego z USA do UE (2021–2025) Źródło: UE/Eurostat
Kiedy Condoleezza Rice czy Joe Biden mówili, że Europa powinna „polegać” na USA w kwestii energii i obiecywali „położyć kres” projektowi Nord Stream, mówili to dosłownie. Poprzez sankcje wobec Moskwy i zniszczenie gazociągów Nord Stream, Stany Zjednoczone nie tylko zaszkodziły Rosji – uczyniły z Europy stałego klienta USA, zapewniły sobie długoterminowe zyski i wzmocniły dolara petrogazowego.
Stany Zjednoczone są rozdzielone dwoma oceanami, co sprawia, że dostawy gazu są droższe. Nikt nigdy nie kupiłby amerykańskiego LNG, gdyby tani rosyjski gaz był dostępny tuż obok. Dlatego Stany Zjednoczone wyeliminowały konkurencję.
Nie tylko kosztem Rosji, ale także przejmując w tym procesie połowę katarskiego udziału w rynku LNG:
Zakończ projekt w Europie
Stany Zjednoczone osiągnęły już jednak pełnię swoich możliwości eksportowych. Choć posiadają gaz, nie są w stanie dostarczać go wystarczająco szybko, aby obsłużyć stworzony przez siebie rynek. Waszyngton zdał sobie sprawę, że nie musi budować dodatkowej infrastruktury, aby wygrać. Wystarczyło po prostu wyeliminować konkurencję – ponownie.
Po USA, Katar i Australia są największymi dostawcami skroplonego gazu ziemnego (LNG) na świecie i największymi konkurentami Ameryki.
Tak jak Waszyngton wykorzystał wojnę na Ukrainie, sankcje i ataki na gazociąg Nord Stream jako pretekst do wycofania Rosji z Europy, tak samo wykorzystał wojnę z Iranem jako pretekst do zniszczenia pozycji Kataru jako globalnego gracza na rynku LNG.
Zmuszając Dohę do ogłoszenia stanu siły wyższej 4 marca, w pierwszym tygodniu wojny , a następnie przeprowadzając ataki odwetowe na Ras Laffan 18 marca, Waszyngton zamknął największe na świecie pole gazowe, paraliżując w ten sposób Iran i odsuwając Katar od władzy za jednym zamachem.
Twierdzenie, że Izrael przeprowadził ten konkretny atak bez poinformowania Waszyngtonu, jest niemożliwe zarówno politycznie, jak i logistycznie – a podejrzenia te stają się jeszcze bardziej podejrzane, gdy weźmiemy pod uwagę próby Benjamina Netanjahu i Donalda Trumpa, aby oddalić Biały Dom od tej sprawy tak bardzo, jak to możliwe.
Niezależnie od tego, nie ma wątpliwości, że to Stany Zjednoczone i Izrael sprowokowały ten konflikt. W tym momencie spędzili już trzy tygodnie wspinając się po drabinie eskalacji, bombardując Iran bez przerwy i testując jego reakcje.
Co więcej, Teheran jasno i jednoznacznie dał do zrozumienia (już 12 marca), że wszelkie ataki na irańską infrastrukturę energetyczną spotkają się z zasadą „oko za oko”.
Paraliżując katarską produkcję LNG – nawet jeśli tylko częściowo – Waszyngton zabił trzy ptaki jednym kamieniem:
Katar zmuszony był zerwać korzystne długoterminowe kontrakty z Chinami i Europą, co zmusiło ich do kupowania gazu ze Stanów Zjednoczonych.
Ceny LNG gwałtownie wzrosły, ale tylko w Europie i Azji (w Ameryce nie wzrosły, co zostanie wykazane w dalszej części badania).
Stany Zjednoczone kreowały się na wiarygodnego dostawcę energii w niestabilnym świecie.
Tydzień później, dzięki astronomicznemu zbiegowi okoliczności – Australia, drugi co do wielkości dostawca LNG na świecie, została nawiedzona przez cyklon. To sparaliżowało połowę jej hubów LNG. Nie było to tak katastrofalne jak w Katarze, ale fatalny moment – lub świetny, jeśli sprzedajesz amerykański LNG.
W ciągu zaledwie dziewięciu dni dwaj najwięksi konkurenci Stanów Zjednoczonych odpadli z wyścigu, co spowodowało gwałtowny wzrost cen LNG i umocnienie dolara LNG.
A w kolejnym posunięciu wykonanym z nieprawdopodobnym wyczuciem czasu, w dniu, w którym dostawy LNG do Kataru (18 marca) zostały przerwane, Unia Europejska zakazała rosyjskiego gazu spot.
Jak sama nazwa wskazuje, jest to gaz kupowany na rynku spot, czyli w małych ilościach lub bez kontraktu – co może być przydatne w takich momentach, jak te, gdy dostawcy z Kataru i Australii zawiodą. To ponownie zmusiłoby nabywców do zwrócenia się w ramiona Stanów Zjednoczonych.
Data wprowadzenia tego zakazu była znana publicznie już kilka miesięcy wcześniej.
Basen Lewantyński
Basen Lewantyński to jedno z największych złóż gazu na świecie, położone u wybrzeży Syrii, Palestyny i Libanu. Zdobycie tego terytorium przez USA i Izrael zbiegło się idealnie z wojną z Iranem i szerszym zawłaszczeniem globalnych zasobów energetycznych przez Waszyngton. USA i Izrael planują wykorzystać to do połączenia Europy ze śródziemnomorskim szlakiem dostaw energii – symetrycznego zamiennika gazociągu Nord Stream, który USA skutecznie zablokowały.
Basen Lewantyński, położony tuż u progu Europy, mógłby całkowicie zastąpić rosyjski gaz rurociągowy – cel wyraźnie określony przez Ursulę von der Leyen, przewodniczącą Komisji Europejskiej. Pozwoliłoby to Waszyngtonowi kontynuować sprzedaż LNG drogą morską po zawyżonych cenach, a jednocześnie zapewnić sobie ogromne drugie źródło dochodów.
W tym kontekście amerykańska firma Chevron podpisała w grudniu kontrakt gazowy z Izraelem o wartości 35 miliardów dolarów, do którego przygotowania poczyniła już prawie dwa lata przed ludobójstwem w Strefie Gazy.
Wszystko poszło jak w zegarku: najpierw zawieszenie broni w Strefie Gazy w październiku, potem Rada Pokoju i w końcu umowa gazowa Chevron.
Chevron miał sformalizować umowy i przejąć finansowanie, natomiast „Rada Pokoju” miała pełnić rolę fasady organizacji humanitarnej.
Organ ten został powołany do życia przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, aby prawnie uzasadnić kolonialny plan Waszyngtonu – plan, na którego przyjęcie, z niewyjaśnionych przyczyn, zezwoliły Chiny i Rosja.
Bliższe przyjrzenie się Rezolucji 2803 ujawnia, że „ woda, prąd i ścieki ” są wspomniane tylko pobieżnie. Słowa „energia” i „gaz” nie pojawiają się ani razu.
Jednakże podczas pierwszego szczytu Rady Pokoju platformy wiertnicze ropy naftowej i gazu niespodziewanie pojawiły się w reklamach korporacyjnych „Nowej Gazy”.
Przynęta i podstęp: odbudowa Gazy zgodnie z rezolucją ONZ nr 2803 (po lewej) okazuje się grabieżą gazu i ropy przez „Radę Pokoju” (po prawej)
Ta jaskrawa wiadomość, w połączeniu z momentem zawarcia izraelskiej umowy gazowej – i faktem, że w tym rejonie działa tylko Chevron – prowadzi nas do jedynego logicznego wniosku: Izrael i Chevron zamierzają splądrować złoża gazu Marynarki Wojennej w Strefie Gazy.
W październiku 2023 roku ostrzegałem, że w tej wojnie nie chodzi o zakładników ani o Hamas, ale o grabież zasobów Gazy.
Nie zmarnowano ani chwili. W chwili, gdy Waszyngton i Chevron byli gotowi do działania, wojna została odłożona na bok i nagle pojawiło się pytanie o „zawieszenie broni”.
Syria była kolejnym elementem domina, który upadł. Ledwo Chevron podpisał w grudniu kontrakt z Izraelem, a firma rozpoczęła eksploatację syryjskich złóż ropy naftowej i gazu – specjalny przedstawiciel USA Tom Barrack spotkał się z nowymi, powiązanymi z Al-Kaidą przywódcami, którym Waszyngton pomógł przejąć władzę w Damaszku.
W lutym 2026 r. umowa została sfinalizowana, a Stany Zjednoczone mogły wreszcie zacząć eksploatować zagraniczne bogactwa kraju.
Amerykański wysłannik Tom Barrack podczas przemówienia wygłoszonego na ceremonii podpisania umowy między Chevronem a rządem Jolaniego.
Przed wojną Syria była całkowicie samowystarczalna pod względem ropy naftowej i gazu. Dziś ta suwerenność została utracona.
Syryjczykom przydziela się tylko kilka godzin prądu dziennie i są zmuszeni sprowadzać całą potrzebną im energię z Turcji – państwa, które przyczyniło się do ich własnej destrukcji – podczas gdy Chevron pompuje bogactwo Syrii bezpośrednio do Europy.
Ale błyskawiczna wojna Chevronu na tym się nie skończyła.
Podczas gdy umowa z Syrią była jeszcze w trakcie finalizacji, Chevron podpisał kolejny kontrakt gazowy z Grecją jeszcze w tym samym miesiącu, a kolejny z Cyprem w kwietniu. Wszystko było ze sobą powiązane.
Waszyngton stworzył amerykańską linię ratunkową biegnącą z Lewantu przez Cypr do Grecji. Gaz, rurociągi i umowy dzierżawy były już gotowe – nie wspominając o dodatkowym rynku LNG przez Egipt.
Północny korytarz gazowy z Rosji upadł, a na jego miejscu amerykańska firma zbudowała nowy – niemal idealnie symetryczny – korytarz. To był ostatni gwóźdź do trumny Nord Streamu.
Arteria śródziemnomorska: Jak gazociąg EastMed Poseidon i rozwój Basenu Lewantyńskiego zastąpiły Nord Stream jako najważniejszy korytarz energetyczny Europy.
Wartość całego zagłębia przekracza pół biliona dolarów – przekraczając łączne zyski BP, Shell, Chevron, ExxonMobil i Total Energies z całej wojny na Ukrainie. Te niewykorzystane rezerwy zostały zamrożone przez izraelskie wojsko, które w rzeczywistości działa jako prywatni najemnicy amerykańskiej gospodarki.
To nie przypadek, że wszystkie porty wzdłuż tego wybrzeża zostały zniszczone, z wyjątkiem izraelskiego. Blokując Strefę Gazy i paraliżując porty w Bejrucie i Syrii, uniemożliwili mieszkańcom Lewantu dostęp do własnego dziedzictwa – jednocześnie pozostawiając otwarte drzwi dla Chevronu, aby firma mogła czerpać zyski.
Po wyeliminowaniu Kataru i Iranu oraz zabezpieczeniu Morza Śródziemnego, Marynarka Wojenna USA po drugiej stronie globu torowała Chevronowi drogę do przejęcia największych pól naftowych na świecie.
Chińskie rezerwy ropy naftowej i gazu w centrum uwagi
Jednak kontrolowanie Europy i osłabianie Rosji to dopiero początek. Prawdziwym celem są Chiny.
Chiny są zbyt duże i zbyt konkurencyjne, by Stany Zjednoczone mogły je zniszczyć. Celem Waszyngtonu jest natomiast kontrolowanie kraju.
Odcinając Pekin od głównych źródeł energii, Stany Zjednoczone dążą do wymuszenia całkowitego uzależnienia od amerykańskiej energii. To stwarza niezbędne wpływy, aby zapewnić przetrwanie dolara, jednocześnie podważając państwa BRICS, Inicjatywę Pasa i Szlaku (BRI) oraz wielobiegunowość.
Chiny pozyskują około jednej trzeciej swojej ropy naftowej z Wenezueli, Rosji i Iranu łącznie – partnerstw, które uważają za strategicznie ważne. Stany Zjednoczone coraz częściej atakują wszystkie te trzy kraje w ciągu ostatnich 90 dni.
Strategiczne rezerwy ropy naftowej Chin: całkowita objętość (2025 r.) (Źródło: GAC China / Kpler i Vortexa)
Wenezuela (Operacja „Południowa Włócznia”)
Blokada rozpoczęła się we wrześniu 2025 roku, kiedy flota amerykańska została wysłana na Karaiby pod pretekstem „zwalczania narkotyków”. Pod dowództwem Dowództwa Południowego (USSOUTHCOM) Waszyngton umieścił te okręty bezpośrednio na granicach Wenezueli, skutecznie okrążając kraj.
W grudniu flota ujawniła swój prawdziwy cel, otwarcie rabując wenezuelską ropę. Kulminacją tej kampanii w styczniu było porwanie prezydenta Nicolasa Maduro i przejęcie największych na świecie rezerw ropy naftowej.
Marynarka Wojenna USA stacjonowała swoje okręty u wybrzeży Wenezueli, gdzie pozostają do dziś. To ona decyduje, które tankowce mogą wpływać i wypływać z portu, a oczywiście są to głównie tankowce Chevron.
Tymczasem rząd USA – po zmuszeniu lokalnej administracji do podporządkowania się siłą – uczynił tę kradzież oficjalną, przyznając swoim firmom w Departamencie Skarbu zwolnienia i ogólne licencje, tak jakby był właścicielem praw do ropy.
Kilka dni później Trump chwalił się (a jakżeby inaczej, na szczycie Rady Pokoju), że Stany Zjednoczone kontrolują obecnie 62 procent światowych zasobów ropy naftowej. To przejęcie osiągnęło dwa kluczowe cele dla państwa pirackiego: po pierwsze, natychmiast odcięło Chiny od kluczowego partnera energetycznego, a po drugie, zapewniło drugie strategiczne rezerwy ropy, aby przeciwdziałać chaosowi, jaki Waszyngton zamierzał rozpętać w Rosji i Iranie.
Rosja (Operacja Arctic Sentry)
W ostatnich miesiącach siły USA i NATO dosłownie polowały na rosyjskie statki z ropą i gazem na całym świecie, od Morza Śródziemnego po Morze Czarne, Morze Bałtyckie, Karaiby, Arktykę, północny Atlantyk i Ocean Indyjski.
Rosja dostarcza 17 procent całkowitego importu ropy naftowej do Chin. Część z niej jest transportowana rurociągami, ale większość drogą morską. Dotyczy to również ważnej mieszanki „Ural”, od której zależne są niezależne chińskie rafinerie „czajniczków”.
Ponieważ towary te pochodzą z zachodnich portów rosyjskich nad Morzem Bałtyckim, są one szczególnie narażone ze względu na bliskość NATO.
Stany Zjednoczone wiedziały, że Chiny natychmiast zwrócą się do Rosji o uzupełnienie strat ropy w Wenezueli – aby temu zapobiec, Waszyngton przerzucił kluczowe grupy bojowe z Karaibów na Arktykę i Atlantyk. Właśnie z tego powodu NATO po cichu rozpoczęło w lutym operację „Arctic Sentry”, nie próbując nawet ukryć jej prawdziwego celu:
„Zainteresowanie Chin Arktyką również rośnie, ponieważ Pekin zabiega o dostęp do surowców energetycznych, kluczowych minerałów i szlaków żeglugowych. Co więcej, zacieśniona współpraca między Rosją a Chinami ma strategiczne i operacyjne implikacje dla pozycji NATO w zakresie odstraszania i obrony w regionie”. – Raport NATO o bezpieczeństwie w Arktyce
Mówiąc wprost, jest to embargo na ropę i gaz. NATO otwarcie przyznaje, że jego celem jest odcięcie Pekinowi „dostępu do energii i kluczowych surowców mineralnych” oraz zakłócenie rosnącej wymiany handlowej z Rosją. Żadna z tych kwestii nie ma charakteru bezpieczeństwa. Są to kwestie geostrategiczne i ekonomiczne.
To wyjaśnia, dlaczego Trump jest tak bardzo zainteresowany Grenlandią i Kanadą, i dlaczego Królewska Marynarka Wojenna wysłała grupę uderzeniową lotniskowców na korytarz Grenlandia- Islandia-Wielka Brytania (GIUK) w zeszłym miesiącu – i ponownie w tym tygodniu. Celem jest osaczenie rosyjskich tankowców na Morzu Bałtyckim i w Arktyce, zanim jeszcze zdążą wypłynąć.
Korytarz Grenlandia–Islandia–Wielka Brytania (GIUK): Brama do koła podbiegunowego.
Cieśnina ta stanowiła kluczowe wąskie gardło od czasów zimnej wojny; niegdyś była jedyną drogą, jaką rosyjskie okręty podwodne mogły dotrzeć do Atlantyku. NATO powraca tam teraz z innym celem: zakłóceniem handlu wzdłuż Przejścia Północno-Wschodniego (NSR), najważniejszego rosyjskiego skrótu do Azji – i w oczekiwaniu na przyszłą Transpolarną Drogę Morską (TSR).
Media określiły wystrzelenie „Arctic Sentry” jako dyplomatyczne „wyjście” mające na celu „zmniejszenie napięć” między USA a Grenlandią. Misja ta najwyraźniej nie miała na celu „deeskalacji” czegokolwiek, lecz była raczej koniem trojańskim, mającym na celu rozmieszczenie wojsk NATO w celu wyegzekwowania blokady – z udziałem wielu zachodnich marynarek wojennych, w tym Francji, Szwecji, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, które aktywnie wspierają Waszyngton w grabieży rosyjskiej ropy.
Kiedy w marcu po raz pierwszy przedstawiłem swoją teorię „państwa pirackiego”, atak dotyczył wówczas tylko rosyjskich tankowców. Jednak w toku śledztwa ataki te rozszerzyły się ze statków na rafinerie i centra eksportowe.
To wzmacnia główny argument, że jesteśmy świadkami wojny energetycznej.
Tylko w marcu sparaliżowano około 40 procent rosyjskiego eksportu ropy naftowej drogą morską – było to najpoważniejsze zaburzenie logistyczne w historii nowożytnej Rosji.
W momencie publikacji tego artykułu wyniki za kwiecień są niezaprzeczalne: był to najsurowszy miesiąc w historii, zmuszający Rosję do ograniczenia produkcji ropy naftowej o 300 tys.– 400 tys. baryłek dziennie – była to największa redukcja produkcji od 6 lat.
Najnowszy raport OPEC potwierdza , że Rosja wydobywa o 400 000 baryłek dziennie mniej niż wynosi jej oficjalny limit, co pokazuje, że ataki te mają znaczący wpływ na sytuację na miejscu.
A do tego dochodzą straty i porwania na morzu.
Marcowy Blitz: Skoordynowane ataki na trzy główne rosyjskie centra eksportowe i pięć strategicznych rafinerii.
W ciągu czterech lat wojny na Ukrainie rosyjska infrastruktura energetyczna nigdy nie została tak mocno i dotkliwie dotknięta. Chociaż kampania rozpoczęła się jesienią 2025 roku, blitzkrieg przeciwko rosyjskim dostawom energii nabrał rozpędu dopiero po tym, jak Waszyngton zapewnił sobie kontrolę nad Wenezuelą i rozpoczął wojnę z Iranem.
Dokładnie zaplanowany czas i globalna skala tego manewru okrążającego pokazują, że państwo pirackie czekało z decydującym atakiem do momentu zabezpieczenia własnych rezerw strategicznych – osiągając w ten sposób dwa cele naraz: zakłócając dostawy z Chin i konsolidując rynek globalny.
Iran eksportuje około 60 procent swojej produkcji ropy naftowej i, podobnie jak Rosja i Wenezuela, dostarcza większość do Chin po obniżonej cenie. Iran pokrywa 11 procent chińskiego importu ropy naftowej drogą morską. Ponieważ dostawy z Wenezueli i Rosji były sabotowane przez Stany Zjednoczone, stabilne dostawy z Iranu stały się jeszcze ważniejsze – a Pekin odpowiednio zwiększył swój import.
Ponieważ Cieśnina Ormuz znajduje się pod kontrolą Iranu, dostawy te powinny być priorytetem, biorąc pod uwagę strategiczne partnerstwo Chin. Jednak natura wojny nieuchronnie prowadzi do chaosu, a eksperymentalny system poboru opłat w Teheranie – podobnie jak cała infrastruktura – jest systematycznie atakowany przez agresję USA i Izraela, co skutkuje opóźnieniami.
Zatapiając statek IRIS Dena ponad 3200 km od Zatoki Perskiej, państwo pirackie zasygnalizowało swoje zamiary wszystkim statkom na Globalnym Południu – niezależnie od tego, czy są uzbrojone, czy nie, czy znajdują się na obszarze działań wojennych, czy poza nim. Niestety, samo obliczenie kosztów ładunku w juanach nie wystarczy, gdy państwo pirackie jest u naszych drzwi, bezlitośnie plądrując i zatapiając statki.
Stany Zjednoczone nie mają zamiaru deeskalacji sytuacji. Nawet podczas „zawieszenia broni” sekretarz obrony Pete Hegseth wyraźnie oświadczył, że Waszyngton nie opuści tych wód – niezależnie od zawieszenia broni – potwierdzając to, przed czym ostrzegałem: że Stany Zjednoczone zastosują swój model arktyczno-wenezuelski wobec Iranu.
Atak USA i Izraela, a także przerwanie dostaw LNG z Kataru spowodowały, że import LNG do Chin spadł do najniższego poziomu od 8 lat.
Dane chińskiego rządu (GACC) pokazują, że całkowity import gazu ziemnego spadł o 16,3 procent od lutego do marca – czyli o 10 procent w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.
Przy stuprocentowym wykorzystaniu przepustowości rurociągów spadek ten jest praktycznie pewny z powodu globalnej blokady nałożonej przez Stany Zjednoczone. Jest to najwyraźniejszy jak dotąd wskaźnik tego, że wojny i blokady Waszyngtonu ograniczają dostawy do Chin.
Rosja i Iran mają największe na świecie potwierdzone złoża gazu ziemnego, ale ich zdolność do zrekompensowania deficytu Chin jest fizycznie ograniczona.
Iran zużywa 94 procent produkowanego przez siebie gazu, a pozostały potencjał eksportowy tego kraju ucierpiał już na skutek ostatnich ataków.
Co więcej, Rosja już teraz w pełni wykorzystuje swoje najważniejsze gazociągi i ropociągi do Chin (Siła Syberii i WSTO). Ukończenie budowy Siły Syberii 2 jest wciąż odległe o lata, a Rosji brakuje floty tankowców – niezależnie od tego, czy są one zdolne do operowania w Arktyce, czy nie – aby pomóc Chinom zrekompensować te straty na morzu.
Nawet gdyby te statki były dostępne, intensywność ataków wspieranych przez USA spowodowała gwałtowny wzrost składek ubezpieczeniowych dla rosyjskich tankowców, co praktycznie przekreśliło sens kupowania ropy po obniżonej cenie.
Na razie oznacza to, że wszyscy trzej strategiczni dostawcy chińskiej ropy naftowej są aktywnie blokowani lub atakowani przez Stany Zjednoczone.
Koszt tych ataków jest jeszcze wyższy, jeśli weźmiemy pod uwagę następujące czynniki:
„Czajniki” przeznaczone do oleju ciężkiego
Chińskie rafinerie typu „czajniczek” zaprojektowano specjalnie w celu przetwarzania kwaśnej ropy naftowej dostarczanej z Wenezueli, rozbijając ciężki, lepki osad i przekształcając go w olej napędowy, który napędza chiński przemysł zaawansowanych technologii.
Choć oleje rosyjskie i irańskie różnią się pod względem chemicznym i są łatwiejsze w rafinacji, Chiny otrzymywały je po tak korzystnych cenach, że opłacało się je przetwarzać „w czajniczkach”.
Tani olej
Nie tylko fizyczne i techniczne możliwości czajników sprawiły, że były one idealnym wyborem do produkcji tych mieszanek olejowych: to również ich cena. Mieszanki te były dostarczane do Chin z rabatem lub, w przypadku Wenezueli, jako forma spłaty długu. Uzyskanie identycznych mieszanek w tej samej konkurencyjnej cenie jest praktycznie niemożliwe.
Po pierwsze, Waszyngton usuwa ciężki „szlam”, do przetwarzania którego specjalnie zaprojektowano rafinerie.
Po drugie, eliminując tanie rosyjskie i irańskie alternatywy, uniemożliwiają finansowo nawet uruchomienie rafinerii. To wywołuje kaskadowy efekt sabotażu wymierzony w chińską gospodarkę, z czego Stany Zjednoczone niewątpliwie doskonale zdają sobie sprawę.
Choć Chiny mogą odbudować się w perspektywie długoterminowej, a ich zużycie energii jest zdywersyfikowane, sama energia słoneczna i węgiel nie są w stanie w pełni wykorzystać potencjału bazy przemysłowej kraju. Nawet przy ogromnych rezerwach, nie da się ich w dłuższej perspektywie porównać ze skutkami ataku państwa pirackiego na trzech najważniejszych partnerów energetycznych Chin w ciągu 90 dni.
Większość rządów uznałaby zachowanie Waszyngtonu za akt wojny lub, w najlepszym razie, za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego – i mieliby rację.
Skierowany do Zatoki Meksykańskiej
Co gorsza, Stany Zjednoczone przekierowały skonfiskowaną wenezuelską ropę naftową do własnych rafinerii w Zatoce Meksykańskiej. Zapewnia to Waszyngtonowi szereg korzyści:
Te rafinerie są zaprojektowane do przetwarzania ciężkiego oleju opałowego – tak jak chińskie czajniki. Dostarczając wenezuelską ropę, działają z maksymalną wydajnością, zwiększając udział Waszyngtonu w globalnym rynku oleju napędowego i jego marże zysku.
Wykorzystując kradzioną ropę ciężką w kraju, Stany Zjednoczone mogą eksportować własną lekką ropę łupkową do Europy i Azji po rekordowych cenach, jak w czasie wojny.
Kuba
Oprócz izolowania Chin od Wenezueli, USA wykorzystują kontrolę nad największymi polami naftowymi świata, aby otoczyć Kubę i zagrozić temu państwu zmianą reżimu.
Połowa kubańskiej sieci energetycznej była zależna od tej ropy. Natychmiast po porwaniu Maduro, Waszyngton odciął Hawanę, pogrążając kraj w ciemności i zaostrzając trwającą 60 lat blokadę tego karaibskiego państwa. To kolejny dowód na to, że zdobycie wenezuelskiej ropy nie było jedynie wynikiem korporacyjnej chciwości, ale strategicznych, geopolitycznych celów.
Chociaż Stany Zjednoczone „zezwoliły” jednemu rosyjskiemu tankowcowi na dotarcie do Hawany i przyznały 30-dniowy okres karencji na irańską i rosyjską ropę, tych środków nie należy błędnie interpretować jako oznaki deeskalacji. Są one jedynie wentylami bezpieczeństwa, mającymi na celu stabilizację rynków globalnych, podczas gdy Waszyngton dopełnia wrogiego przejęcia.
Transformacja w potęgę morską
Stany Zjednoczone przechodzą obecnie radykalną transformację, stając się potęgą morską. Znajduje to odzwierciedlenie nie tylko w strategii militarnej kraju, ale również w gruntownej przebudowie światowego rynku energetycznego.
Nazwanie tego globalną blokadą to nie tylko figura retoryczna. Geograficznie obejmuje ona połowę globu – od Grenlandii, przez Wenezuelę, po Iran – i ma jeden cel: zakłócić transport paliw.
Ta blokada jest tak jednorodna, że często dosłownie te same statki i załogi przeskakują z jednego obszaru operacyjnego do drugiego. Armada ta jest dowodzona przez USS Gerald R. Ford , ale obejmuje również USS Iwo Jima oraz niszczyciele Churchill i Spruance . Działa jako pojedyncza, mobilna siła.
W razie potrzeby jej dowództwo jest po prostu automatycznie zatwierdzane i przerzucane między USSOUTHCOM, USEUCOM i USCENTCOM. Na przykład Ford brał udział w inwazji na Wenezuelę i ataku na Iran bezpośrednio po zakończeniu misji w Arktyce.
Sieć wymuszeń morskich
Nie tylko armia USA dysponuje globalną flotą. Podczas gdy większość rosyjskiego lub norweskiego gazu jest transportowana rurociągami, amerykański skroplony gaz ziemny (LNG) jest transportowany drogą morską. To sprawia, że jest on mobilny – i drogi, dlatego Europa i Azja nie kupiłyby go, gdyby nie były do tego zmuszone.
Po fizycznym wyeliminowaniu konkurencji, Europa i Azja są zmuszone do licytowania zawyżonych cen amerykańskiego LNG na rynku spot. Aby zobrazować, jak zacięta jest konkurencja w tym biznesie: można obserwować, jak tankowce LNG zatrzymują się w połowie rejsu i zmieniają kurs w czasie rzeczywistym, aby przyciągnąć najwyższego oferenta. Wygrywa ten, kto zapłaci najwięcej.
Plan działań na rzecz gospodarki morskiej (MAP)
Dokument ten został opublikowany przez Biały Dom w lutym 2026 roku – zbiegając się z innymi ważnymi wydarzeniami tej blitzkriegu. Jest to zarys polityki strategicznej, określający transformację Ameryki w potęgę morską.
Nosi on tytuł „Plan działań morskich” (MAP) i jest w istocie kontynuacją dokumentu z 2025 r. zatytułowanego „ PRZYWRÓCENIE DOMINACJI MORSKIEJ AMERYKI ” – na wypadek gdyby to nie było dla kogoś jasne.
Program MAP zasadniczo zmusza wszystkich prowadzących interesy ze Stanami Zjednoczonymi do przejścia na statki zbudowane w USA. Cel ten wywodzi się z ustawy „Ships for America Act of 2025” (s. 1541) , która ustanawia jasne ramy prawne dla rewitalizacji floty USA. („Flota” obejmuje nie tylko okręty wojenne, ale także tankowce LNG i tankowce – co podkreśla strategiczne znaczenie, jakie Stany Zjednoczone przywiązują do tych aktywów).
Stanowi ona, że coraz większa część ładunków strategicznych musi być ostatecznie transportowana statkami zbudowanymi w USA. Dotyczy to całej floty statków handlowych LNG – absurdalnej liczby statków, biorąc pod uwagę, że USA są już największym eksporterem na świecie i tym samym umacniają swoją kontrolę nad rynkiem.
Dotyczy to również każdego ładunku wwożonego do kraju, w tym ropy naftowej. Około 40 procent ropy rafinowanej w USA pochodzi z zagranicy – Stany Zjednoczone po raz kolejny wykorzystują swoją pozycję wiodącego operatora rafinerii na świecie, aby wycisnąć z planety jak najwięcej i wygenerować dodatkowy zysk.
Ci, którzy nie inwestują w amerykańską stocznię marynarki wojennej, są zmuszeni płacić podatki. Tak czy inaczej, muszą coś dać Wujkowi Samowi.
Ta transformacja w potęgę morską jest tak intensywna, że w tym tygodniu Trump natychmiast zdymisjonował swojego sekretarza marynarki wojennej, Johna Phelana. Co go za przewinienie? Nie budował floty wystarczająco szybko.
Stany Zjednoczone są ewidentnie pewne swojej pozycji geostrategicznej i dążą do całkowitej dominacji na rynku energetycznym na świecie – i wykorzystują to, aby podwoić, a nawet potroić swoje źródła dochodów w nadchodzących latach, jeśli nie dekadach (pomyślmy jeszcze raz o „wielowarstwowych zyskach”).
Transformacja ma charakter zarówno ekonomiczny, jak i militarny. I, jak to zwykle bywa w Wall Street, Stany Zjednoczone dokończą tę transformację w kierunku potęgi morskiej, przerzucając rachunek na kogoś innego.
Wymuszenie
W końcu Trump ogłosił coś, co w istocie sprowadza się do usługi ochroniarskiej: zaoferował ochronę statków przez Marynarkę Wojenną USA za „bardzo rozsądną cenę”. To dodało monopolowi kolejny poziom wymuszenia.
Nie ma potrzeby wskazywać na ironię tej sytuacji: jedynym realnym zagrożeniem dla wolności żeglugi na pełnym morzu jest właśnie siła, która oferuje jej „ochronę”.
Bardzo często Stany Zjednoczone nie konfiskują nawet ładunku tych statków, lecz po prostu je zatapiają. Jeśli jednak już do nich wejdą, dosłownie wykorzystują lub sprzedają ładunek jako łup – niczym piraci – i uzasadniają sprzedaż w amerykańskim systemie prawnym, powołując się na sankcje nałożone przez Urząd Kontroli Aktywów Zagranicznych (OFAC).
Jednak żaden z tych statków nigdy nie wpłynął do USA ani na ich wody terytorialne. Co więcej, sankcje USA są bezwartościowe poza granicami USA, a nawet nielegalne w świetle prawa międzynarodowego, jak wyjaśniła Alena Douhan, Specjalna Sprawozdawczyni ONZ ds. negatywnych skutków jednostronnych środków przymusu, w 2021 roku.
Wszystkie te czynniki łącznie zapewniają Waszyngtonowi zróżnicowane źródła dochodów i pełną kontrolę nad dostawami energii i łańcuchem produkcyjnym w każdym punkcie. Poprzez piractwo, sfabrykowane sankcje i dominującą pozycję rynkową, Stany Zjednoczone szantażują planetę, aby zapłaciła za tę samą flotę, która je atakuje – to transformacja od „opartego na zasadach porządku międzynarodowego” imperium do bezprawnego państwa pirackiego.
[Trump powiedział na wiecu na Florydzie 2 maja: „Przejęliśmy statek, przejęliśmy ładunek, przejęliśmy ropę. To bardzo dochodowy biznes. Kto by pomyślał, że zrobimy coś takiego? Jesteśmy jak piraci. Trochę jak piraci. Ale nie bawimy się w gierki.”]
Zmiana strategiczna
Petrodolar przeszedł do historii. Został po cichu zastąpiony przez znacznie groźniejszego następcę: dolara petrogazowego – akurat wtedy, gdy wszyscy myśleli, że USA chyli się ku upadkowi.
Wszystko, czego doświadczamy dzisiaj, jest wynikiem dziesięcioleci planowania Waszyngtonu i Wall Street.
Trump wyłożył elementy układanki na stół, ale jak dotąd nikt nie jest w stanie złożyć jej w całość.
„Doktryna Donroe’a” jest powszechnie źle rozumiana. Wielu uważa, że jest to jedynie odświeżona wersja doktryny Monroe’a lub po prostu chodzi o kontrolę nad półkulą zachodnią. Ale to nieprawda. Chodzi o przekształcenie półkuli zachodniej w coś innego. Celem jest przeniesienie rynku do Ameryki i przeniesienie globalnego korytarza energetycznego na półkulę zachodnią.
Plany te nie powstały wyłącznie za sprawą Trumpa ani nie powstały z dnia na dzień. Są dziełem administracji Busha i neokonserwatystów takich jak Dick Cheney.
W 2001 roku, pełniąc funkcję wiceprezydenta, Cheney odbył 40 tajnych spotkań z gigantami energetycznymi, aby nakreślić strategię Ameryki na XXI wiek. Biały Dom walczył aż do Sądu Najwyższego, próbując utrzymać te spotkania w tajemnicy.
Jeśli wyobrażasz sobie podejrzane spotkanie dyrektorów, to jesteś w błędzie: szefowie dosłownie wszystkich największych firm naftowych zasiedli w jednym pokoju z Cheneyem i jego doradcami.
Projekt, który wyłonił się z tych tajnych spotkań, był dokumentem strategicznym zwanym „Narodową Polityką Energetyczną” (NEP). Już 25 lat temu Biały Dom wiedział, że zabezpieczenie wenezuelskich rezerw ropy naftowej jest kluczem do „dywersyfikacji” dostaw ropy z USA.
„Postępowy rozwój złóż tzw. ciężkiej ropy naftowej na półkuli zachodniej jest ważnym czynnikiem, który obiecuje znaczną poprawę światowych rezerw ropy naftowej i dywersyfikację produkcji ropy naftowej.” —Polityka Energetyczna Narodu, 2001
Zwiększenie produkcji na półkuli zachodniej i w samych Stanach Zjednoczonych jest centralnym filarem NEP-u. Dokument traktuje import ropy naftowej z krajów nielubianych przez USA niemal jak zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego.
„…coraz bardziej zależna od zagranicznych dostawców. Jeśli utrzymamy obecny kurs, za 20 lat Ameryka będzie importować prawie dwie na trzy baryłki ropy naftowej – sytuacja, która doprowadzi do rosnącej zależności od mocarstw zagranicznych, które nie zawsze mają na sercu interesy Ameryki”. – Narodowa Polityka Energetyczna, 2001
„Zagrożenie”, które USA wyeliminują poprzez kradzież ropy lub jej wysadzenie w powietrze, uniemożliwiając innym jej wykorzystanie.
Ten plan nie był dziełem przypadkowych polityków. To był rząd wielkich koncernów naftowych w każdym calu: Cheney właśnie odszedł z Halliburton; fortuna rodziny Bushów została zbudowana na teksańskim przemyśle naftowym; a Condoleezza Rice zasiadała w zarządzie Chevronu przez dekadę – tak, tego samego Chevronu, który w 90 dni pochłonął bogactwo Wenezueli, Syrii i Palestyny. (Chevron nawet nazwał tankowiec jej imieniem, SS Condoleezza Rice).
W 2003 roku Cheney i Bush najechali Irak, aby zdobyć ropę. Stany Zjednoczone próbowały ukryć tę kradzież pod płaszczykiem „demokracji”. Wtedy Waszyngton dosłownie potrzebował ropy – ale dziś Stany Zjednoczone są dominującym producentem, a Trump nie przejmuje zasobów Wenezueli, aby przetrwać niedobór.
Niemniej jednak nadrzędny cel pozostaje ten sam: konsolidacja strategicznej rezerwy rezerwowej. Porzucając teatr działań „budowania narodu”, armia amerykańska przekształciła się w czystą piracką siłę, aby zapewnić, że półkula zachodnia stanie się jedynym korytarzem energetycznym na świecie.
Półkula zachodnia: nowy Bliski Wschód
Uczynienie zachodniej półkuli stolicą ropy naftowej i gazu rozwiąże wiele problemów petrodolara.
W przeszłości petrodolar był zbyt zależny od wydarzeń politycznych na Bliskim Wschodzie. Jednak dzięki tej strategii Stany Zjednoczone kontrolują cały proces, nie musząc polegać na pośrednikach na Bliskim Wschodzie, czy to Izraelu, państwach Zatoki Perskiej, czy też faktycznych amerykańskich bazach wojskowych.
Czy chodzi o kryzysy naftowe, zamknięcie Cieśniny Ormuz czy konflikt w Palestynie – nic z tych wydarzeń nie jest już w stanie zachwiać stabilnością dolara, ponieważ cały proces – od wydobycia po rafinację – jest teraz realizowany lokalnie na półkuli zachodniej przez firmy amerykańskie.
Współczesny globalny kapitalistyczny porządek finansowy został ustanowiony w Bretton Woods w 1944 roku. Dolar był powiązany ze złotem aż do lat 70. XX wieku, kiedy to został oddzielony i nieoficjalnie powiązany z ropą naftową z Zatoki Perskiej.
Dziś jesteśmy świadkami kolejnej rewolucji dolara na tę samą skalę, ale powiązanej z czymś o wiele potężniejszym: amerykańską produkcją gazu i ropy naftowej, a także rezerwami, które USA przejmują w wyniku wojny i piractwa, tworząc w ten sposób dolara petro-gazowego.
Dolar LNG
Dolar LNG, czyli dolar petrogasu, jest silniejszy nie tylko dlatego, że jest bezpiecznie ukryty w Zatoce Meksykańskiej. Jak sama nazwa wskazuje, to właśnie dodatek LNG/gazu ziemnego sprawia, że jest on bardziej zróżnicowany i stabilny.
Za pośrednictwem LNG Stany Zjednoczone uzależniły przetrwanie Europy od dolara, a zamknięty rynek, który powstał po 2022 r., to właśnie to, co uczyniło Waszyngton największym eksporterem na świecie.
A teraz, po wojnie z Iranem – niezależnie od tego, czy postrzegamy ją jako celową, czy po prostu wygodny efekt uboczny – faktem jest, że Stany Zjednoczone zdobędą jeszcze większy udział w światowym rynku LNG.
Stany Zjednoczone zajmują już tak dominującą pozycję na rynku gazu ziemnego, że ceny dla konsumentów w Ameryce prawie nie ulegają wahaniom, gdy wybuchają wojny – ale cena tego samego gazu w Europie i Azji gwałtownie rośnie i kosztuje konsumentów fortunę.
Jak pokazuje grafika, nie ma „globalnego” kryzysu energetycznego. Kryzys ogranicza się do konkurentów Ameryki.
Nawet jeśli ceny ropy wzrosną, Stany Zjednoczone unikną najgorszych skutków. Jako czołowi producenci i operatorzy rafinerii, amerykańscy giganci energetyczni tak naprawdę nie mogą stracić. Po prostu podnoszą ceny ropy i zgarniają wyższe zyski. Co najważniejsze, zyski te są generowane w dolarach amerykańskich i pozostają w gospodarce USA.
Ci giganci generują obecnie najwyższe zyski w historii – a wyceny ich akcji są rekordowo wysokie. Obecna wojna w Iranie jest w zasadzie ich najbardziej dochodowym okresem jak dotąd.
Po raz pierwszy od II wojny światowej Stany Zjednoczone sprzedają niemal więcej ropy naftowej niż importują. I, jak można się było spodziewać, ich głównymi odbiorcami (czytaj: ofiarami) są Europa i Azja.
Kolejny bezprecedensowy rekord padł w marcu, kiedy liczba transakcji SWIFT w dolarach amerykańskich osiągnęła rekordowy poziom 51,1% , w porównaniu z 49,25% w lutym. To potwierdza, że świat jest fizycznie zmuszony do powrotu do dolara, aby płacić za jedyną energię, która wciąż jest dostępna na rynku.
Tradycyjni analitycy rynku naftowego i paliwowego nie dostrzegają strategicznej wartości tego, co się obecnie dzieje. Wierzą, że świat zaczyna się i kończy na wyborach parlamentarnych i niezadowolonych Amerykanach płacących podwójnie za dystrybutory.
To nie jest tak, jak myślą dyrektorzy z Wall Street. Jedyną „lekcją”, jaką wyciągnęli po wojnie w Iraku i 2008 roku, było to, że mogą sobie pozwolić na wszystko i nikt ich nie powstrzyma. To aroganccy drapieżcy.
Ogólnie rzecz biorąc, strategia USA zapewnia, że wszyscy
jest zmuszony kupować amerykańskie produkty, ponieważ Wujek Sam sparaliżował innych dostawców
jest zmuszony płacić w dolarach amerykańskich, co osłabia jego własną walutę.
jest zmuszony płacić ceny wojenne, co sprawia, że cała sytuacja jest jeszcze gorsza.
Co prowadzi do najbardziej śmiercionośnego punktu:
Deindustrializacja
Podnosząc ceny ropy naftowej i gazu w Europie i Azji, Stany Zjednoczone zmuszają firmy do wyboru między zamknięciem swoich operacji a przeniesieniem ich do Ameryki.
Proces ten został zapoczątkowany na Ukrainie, paraliżując wiele europejskich gałęzi przemysłu – od niemieckiego przemysłu stalowego po francuski szklarski – i będzie się tylko nasilać, jeśli Stany Zjednoczone dokończą wrogie przejęcie. W rzeczywistości ta strategia pożera zarówno przyjaciół, jak i wrogów, a Wall Street nie ma z tym problemu.
Ten exodus przemysłowy prowadzi również do masowej ucieczki kapitału. Wraz z fizycznym przenoszeniem fabryk i aktywów z Europy i Azji do USA, każda firma wycofuje swój kapitał – gotówkę, akcje, pożyczki – ze swojego kraju macierzystego i inwestuje go w amerykańską gospodarkę.
Przesuwa to ciężar światowej gospodarki w stronę Ameryki, co jeszcze bardziej wzmacnia dolara petrogasowego.
Według danych Departamentu Skarbu USA (TIC) fizyczna ilość dolarów napływających do kraju nie tylko wzrosła, ale wręcz drastycznie wzrosła równocześnie z rozszerzaniem się konfliktów energetycznych.
Między styczniem a lutym 2026 roku napływ kapitału netto do Stanów Zjednoczonych całkowicie się odwrócił. W styczniu kapitał opuścił USA z deficytem w wysokości 25 miliardów dolarów.
Ale miesiąc później, w lutym, pieniądze zaczęły napływać do USA – a nie wypływać z tego kraju – z nadwyżką w wysokości 184,5 miliarda dolarów – u szczytu chaosu, jaki USA wywołały w Rosji i na Bliskim Wschodzie.
To wahania rzędu 209,5 miliarda dolarów w ciągu jednego miesiąca – coś bezprecedensowego.
Jeszcze bardziej wymowny jest fakt, że większość tego kapitału pochodzi od prywatnych inwestorów zagranicznych, a nie od rządów państw czy banków centralnych.
Tylko w lutym napływ kapitału prywatnego netto osiągnął 166,5 miliarda dolarów. Oznacza to, że ludzie proaktywnie decydują się na lokowanie pieniędzy w USA, ponieważ pirackie państwo powoduje tak wielki chaos wszędzie indziej, że wydaje się to jedyną bezpieczną inwestycją.
Ta rekordowa wielkość kapitału prywatnego dzieli się na dwa strumienie:
Połowa z nich jest przeznaczana na zakup amerykańskiej ropy naftowej i gazu po cenach wojennych. Według amerykańskiego Biura Analiz Ekonomicznych (BEA), całkowity eksport USA wzrósł o 4,2% w lutym 2026 roku, osiągając rekordowy poziom 314,8 miliarda dolarów. Wzrost ten był napędzany niemal wyłącznie przez towary i materiały przetworzone, a sam eksport gazu ziemnego wzrósł o 1,3 miliarda dolarów w ciągu jednego miesiąca, ponieważ partnerzy starali się zastąpić zakłócone dostawy z Bliskiego Wschodu i Rosji.
Druga połowa jest inwestowana w obligacje rządowe, co świadczy o wyraźnym zaufaniu, jakim ludzie darzą dolara – nawet gdy Stany Zjednoczone ograniczają globalne dostawy energii. To dodatkowo ilustruje, jak bardzo Waszyngton jest odizolowany od chaosu, jaki spuszcza na wszystkich innych.
Firmy nie pakują walizek i nie przeprowadzają się każdego dnia – więc gdy już znajdą się w Stanach Zjednoczonych, jest bardzo mało prawdopodobne, że przeniosą się tam na dłużej. Ten kapitał pozostaje w gospodarce USA, a firmy te będą prowadzić działalność wyłącznie w dolarach – co dodatkowo wzmocni dolara.
W rzeczywistości Stany Zjednoczone nie tylko przesuwają korytarz energetyczny planety na półkulę zachodnią, ale także swoją bazę przemysłową. Jedno naturalnie prowadzi do drugiego; działa to jak efekt domina, wzmacniając dolara petrogazowego.
Podsumowując, strategia ta jest dość makiaweliczna i rozwija się kaskadowo.
Po pierwsze, Stany Zjednoczone eliminują swoją zależność od innych, produkując tyle ropy i gazu, że są w stanie przetrwać burzę. Innymi słowy, mogą wszczynać wojny po drugiej stronie globu, nie odczuwając ich skutków.
Następnie bezpośrednio lub pośrednio zniszczą infrastrukturę wszystkich pozostałych państw (np. Nord Stream, Ras Laffan), zmuszając je do kupowania energii ze Stanów Zjednoczonych.
Kiedy ktoś próbuje sprzedać własną ropę i gaz, aby obejść sankcje Waszyngtonu, ładunek zostaje skradziony w trakcie transportu. To podnosi ceny na świecie i daje Stanom Zjednoczonym całkowity monopol na rynku.
Kiedy energia staje się nieopłacalna gdziekolwiek indziej, amerykańska baza przemysłowa automatycznie staje się najbardziej konkurencyjna, zmuszając najsilniejsze firmy zagraniczne do przeniesienia się do Ameryki, podczas gdy reszta wymiera.
Wszystkie te mechanizmy wzmacniają walutę amerykańską i zmuszają świat do prowadzenia interesów na wzór Waszyngtonu, sięgając głęboko do kieszeni.
W przeszłości Stany Zjednoczone obalały rządy, aby zdobyć ropę; dziś wykorzystują do tego celu własną ropę.
W wojnie na Ukrainie Stany Zjednoczone nie musiały przejmować kontroli nad rosyjskimi złożami ropy i gazu u źródła. Poprzez sankcje, sabotaż i piractwo udało im się wykluczyć Rosję z [zachodniego] rynku i zmusić gigantów przemysłowych do przeniesienia się do Ameryki. Jeśli to była próba, plan się powiódł, a Stany Zjednoczone obecnie go rozwijają i rozszerzają na skalę globalną.
Typowym przykładem jest dziwny los Kataru. ExxonMobil i QatarEnergy – partnerzy w rafinerii Ras Laffan, która została zamknięta w marcu – dokładnie wiedzieli, kiedy muszą wycofać swoje chipy z Bliskiego Wschodu i przenieść je do USA.
22 kwietnia firma świętowała swoją pierwszą dostawę LNG z Golden Pass w Teksasie, gdzie Katar posiada 70-procentowy pakiet większościowy. Można śmiało powiedzieć, że przy tych wojennych cenach firma wielokrotnie odzyska wszystko, co straciła w Zatoce Perskiej – a wszystko to, działając bezpiecznie w ramach amerykańskiego systemu gospodarczego.
Co oznacza „dolar petrogazowy” dla Globalnego Południa?
Po atakach na gazociąg Nord Stream w 2022 roku i sankcjach wobec Rosji, z konieczności zaczęła rozwijać się wielobiegunowość. Rosja zwróciła się na wschód i sprzedawała ropę i gaz w rublach; obserwowaliśmy, jak gospodarki, systemy płatnicze (Mir, Szitab) i systemy bankowe (CIPS, SPFS, SEPAM) zostały połączone między Moskwą, Teheranem, Caracas i Pekinem .
W tym sensie Iran pobiera obecnie opłatę za bezpieczne przejście przez Cieśninę Ormuz, której cena jest ustalana w alternatywnych walutach, takich jak juan.
Z geopolitycznego punktu widzenia wszystkie te kroki są słuszne. Ale aby dedolaryzacja zadziałała, handel musi być fizycznie możliwy. Nie można pozwolić państwu pirackiemu atakować przewożony ładunek ani wysadzać w powietrze własnych zasobów naturalnych.
Strategia USA zmieniła się z jednostronnych sankcji na fizyczną wojnę oblężniczą. Waszyngton nie tylko wyklucza kraje z rynków zachodnich, ale wręcz fizycznie uniemożliwia im handel między sobą.
To oblężenie nie ogranicza się do piractwa morskiego; to również blokada rywalizujących korytarzy handlowych. Obalając rząd w Damaszku i niszcząc syryjskie porty Latakia i Tartus, Stany Zjednoczone zabiły kilka ptaków jednym kamieniem:
Zapewnili Chevronowi dostęp do lewantyńskiego basenu gazowego.
Zlikwidowali jedyne propalestyńskie państwo arabskie i
Fizycznie odcięli Nowy Jedwabny Szlak od Morza Śródziemnego, co szkodzi zarówno Chinom, jak i globalnemu Południu.
W ostatnich tygodniach iracki ruch oporu zdołał wyprzeć okupację NATO po ponad dwóch dekadach. Ma to kluczowe znaczenie dla Inicjatywy Pasa i Szlaku, ponieważ iracka linia kolejowa miała bezpośrednio połączyć Azję z Morzem Śródziemnym. Jednak pomimo postępów Iraku, wyzwanie jest dalekie od zakończenia.
Likwidacja baz lotniczych jest kluczowa, ale to nie wystarczy. Ruch oporu musi zdać sobie sprawę, że Waszyngton odchodzi od modelu okupacji lądowej w kierunku modelu globalnego piractwa i blokady morskiej.
W miarę jak Stany Zjednoczone coraz częściej polegają na nalotach, blokadach i zdalnie sterowanym chaosie, bazy lotnicze tracą na znaczeniu. Gdy bitwa przenosi się na wodę, strategia oporu musi się odpowiednio zmienić.
Co Iran musi zrobić, aby wygrać
Z czysto teoretycznego punktu widzenia Iran, Rosja i Chiny wciąż mają kilka możliwości strategicznych:
Rozwój alternatywnych źródeł paliwa, których nie da się fizycznie przejąć ani sabotować.
Próba zneutralizowania Marynarki Wojennej USA na obszarach jej działań (choć, jak widzieliśmy, blokada ma teraz charakter globalny).
Pokonać państwo pirackie jego własną bronią – rafineriami i tankowcami.
Zgodnie z trzeźwymi obliczeniami teorii gier, ostatnia opcja jest najskuteczniejszym posunięciem, ale też tym, które najprawdopodobniej wywoła III wojnę światową.
Przyjmujemy za pewnik, że wrogie działania przeciwko kontynentalnym Stanom Zjednoczonym automatycznie wyznaczają czerwoną linię. To sięga sedna głębokiej asymetrii strategicznej: jak to możliwe, że Waszyngton może podpalać rafinerie i atakować głowy państw, nie odczuwając jednocześnie strachu przed odwetem?
Z jakiegoś powodu Rosji, Chinom i Iranowi nie udało się stworzyć i utrzymać wiarygodnej siły odstraszającej przed agresją Zachodu.
Nie chodzi tu o ropę naftową ani walutę, ale o suwerenność. Arsenały nuklearne Chin i Rosji stają się praktycznie bezużyteczne z powodu bezczynności, co samo w sobie jest niezwykłym paradoksem.
Od początku tej wojny Oś Oporu walczyła znacznie ponad swoje możliwości. Choć zniszczyła majątek wart miliardy, Marynarka Wojenna USA już teraz zmierza w kierunku modelu całkowitej blokady morskiej.
Zniszczenie stacji radarowej lub pasa startowego jest zwycięstwem taktycznym, ale nie powstrzyma blokady morskiej Cieśniny Ormuz.
Waszyngton nie chce już, by obecne szlaki handlowe istniały, a tym bardziej funkcjonowały. Podważa je, aby przesunąć korytarz energetyczny planety na półkulę zachodnią – i tym samym określić morskie szlaki handlowe i politykę energetyczną na nadchodzące stulecie.
Lód jeszcze nie stopniał, a USA już blokują transpolarny szlak arktyczny.
Dla państwa pirackiego, które obiecało „spuszczać śmierć i zniszczenie z nieba przez cały dzień”, żaden koszt nie jest zbyt wysoki, aby realizować te cele – i właśnie dlatego Iran nie powinien lekceważyć potencjału przemocy ze strony Ameryki.
Zatem klęska militarna i klęska gospodarcza to nie to samo. Dopóki Iran i kraje Globalnego Południa będą kontynuować walkę z USA na własnym terytorium, nigdy nie pokonają państwa pirackiego.
Cała doktryna militarna USA opiera się na zasadzie nieprowadzenia wojny na terytorium kraju w celu ochrony narodu amerykańskiego i bazy przemysłowej. Ta sama logika leży u podstaw relokacji korytarza energetycznego.
Stany Zjednoczone przenoszą światowy kapitał ropy naftowej i gazu na półkulę zachodnią z tego samego powodu, dla którego prowadzą wojny na Bliskim Wschodzie: aby chronić siłę napędową imperium pomiędzy dwoma oceanami.
Upokorzenie Stanów Zjednoczonych tysiące mil od ich bazy przemysłowej miało już miejsce – w Wietnamie, Afganistanie, a teraz w Iranie – a jednak imperium wciąż istnieje, gotowe do kolejnej grabieży. Dopóki Wall Street będzie się czuło nietykalne, amerykański imperializm będzie trwał.
Jak widać w filmie dokumentalnym
„Pochodzenie dolara Petrogas i państwa pirackiego” autorstwa dziennikarza Richarda Medhursta.
Rodzina Trumpów znacząco zwiększyła inwestycje w branżach promowanych przez Biały Dom, w tym w produkcję dronów, kryptowaluty, sztuczną inteligencję, energię jądrową i budownictwo.
Eric Trump i Donald Trump Jr. zainwestowali niedawno w American Ventures, spółkę zależną Dominari Holdings, która zbudowała sieć o wartości 1,04 miliarda dolarów, ukierunkowaną na amerykańskie firmy z branż sponsorowanych przez Biały Dom, takich jak kryptowaluty, sztuczna inteligencja i drony, o czym donosił Financial Times 8 maja.
Według dokumentów rządowych bracia Trump łącznie posiadają około 12 procent udziałów w Dominari, a Dominari z kolei ma 90 procent udziałów w American Ventures.
Amerykańska firma dronowa wspierana przez synów Trumpa stara się czerpać zyski z wojny USA i Izraela z Iranem — Amerykańska firma dronowa wspierana przez Erica Trumpa i Donalda Trumpa Jr. sprzedaje sprzęt państwom Zatoki Perskiej, które polegają na amerykańskim wsparciu wojskowym w związku z amerykańsko-izraelską wojną z Iranem. Współzałożyciel Brett Velicovich powiedział Associated Press, że firma przeprowadza demonstracje w całym regionie, aby zaprezentować systemy obrony dronów zaprojektowane do przeciwdziałania irańskim atakom. „Nasz zespół obecnie przeprowadza liczne demonstracje naszych dronów przechwytujących na Bliskim Wschodzie” — powiedział Velicovich w wymianie wiadomości tekstowych. „Mamy niesamowitą technologię, która może ratować życie”. Według Associated Press odmówił podania nazw krajów lub dalszych szczegółów. Były prawnik Białego Domu specjalizujący się w etyce Richard Painter powiedział, że kraje czuły presję, aby kupować od synów prezydenta, aby zapewnić sobie wsparcie USA, opisując to jako pierwszy raz, kiedy pierwsza rodzina prezydenta mogła bezpośrednio skorzystać z wojny rozpoczętej bez zgody Kongresu.
Według doniesień, instrumenty finansowe i inwestycyjne przyciągały fundusze od ultrabogatych rodzin i zamożnych osób, a następnie przekazywały je małym spółkom publicznym i przedsiębiorstwom prywatnym działającym w branżach promowanych przez Biały Dom Trumpa.
[filmiki – w oryginale. md]
Tłumaczenie „X” : Synowie Trumpa nabywają udziały w kazachskiej spółce górniczej, która zdobyła kontrakt w USA o wartości 1,6 miliarda dolarów
Rzecznicy obu synów Trumpa oświadczyli, że byli oni „pasywnymi inwestorami niemającymi żadnej roli operacyjnej w American Ventures”, natomiast rzecznik Donalda Trumpa Jr. zaprzeczył jakimkolwiek związkom między jego inwestycjami a interesami mającymi wpływ na politykę rządu USA.
American Ventures sfinansowało firmy z różnych branż promowanych przez Biały Dom Trumpa, w tym produkcję dronów, kryptowaluty, sztuczną inteligencję, energię jądrową i budownictwo.
SYNOWIE TRUMPA WSPIERAJĄ OFENSYWĘ INWESTYCYJNĄ W WARTOŚCI 1 MILIARDA DOLARÓW Eric Trump i Donald Trump Jr. zainwestowali w pojazdy powiązane z funduszem wojennym o wartości 1 miliarda dolarów zgromadzonym przez Dominari Holdings, według FT. Kapitał ten jest skierowany na sztuczną inteligencję, drony i inne amerykańskie branże wspierane przez Biały Dom. „American Ventures zmienia kierunek, w którym zmierza”.
Firma zainwestowała również w kontrakt o wartości 1,5 miliarda dolarów, w który zaangażowane są JFB Construction i XTend, firma specjalizująca się w autonomicznej robotyce obronnej opartej na sztucznej inteligencji. XTend ogłosił później, że otrzymał kontrakt o wartości 1,7 miliona dolarów od izraelskiego Ministerstwa Obrony.
Kilka przedsiębiorstw powiązanych z Dominari znalazło również silniejszą pozycję w sektorze wojskowym i dronów, w tym firmy związane kontraktami z Pentagonem i Siłami Powietrznymi USA.
W marcu Bloomberg poinformował , że American Ventures posiada udziały w firmach zajmujących się dronami o łącznej wartości niemal 750 milionów dolarów, co zbiegło się z ogłoszeniem Pentagonu, że zainwestuje około 1 miliarda dolarów w technologię dronów w ciągu najbliższych dwóch lat.
Raport ujawnił, że wszystkie trzy firmy produkujące drony powiązane z Trumpem ubiegają się o kontrakty rządowe.
W zeszłym roku firma XTend ogłosiła, że otrzymała wielomilionowy kontrakt z Pentagonem na drony szturmowe. Spółki zależne Powerus sprzedają produkty rządowi USA, a Unusual Machines otrzymała kontrakt na silniki od 101. Dywizji Powietrznodesantowej Armii Stanów Zjednoczonych.
Raport Responsible Statecraft wskazał, że inwestycje braci Trump w drony wpisują się w szerszy schemat wykorzystywania wojny do spekulacji, w ramach którego wykonawcy zamówień obronnych dążą do zwiększenia wpływów politycznych i wyższych budżetów Pentagonu.
Ben Freeman z Instytutu Quincy’ego powiedział: „Z roku na rok firmy współpracujące z Pentagonem otrzymują coraz więcej pieniędzy od podatników, a część z nich wykorzystują, aby przekonać Kongres, by przyznał im jeszcze więcej pieniędzy w kolejnym roku”.
Szlak spekulacji wojennych wykracza poza kontrakty obronne. Niedawny raport Anti-Corruption Data Collective wykazał, że ponad połowa „niepewnych” zakładów na działania militarne w Polymarket zakończyła się sukcesem, co sugeruje powszechność handlu informacjami poufnymi w USA i Izraelu.
Donald Trump Jr. jest starszym konsultantem w Polymarket, a jego firma zainwestowała miliony w platformę.
Wyniki rozmów USA – Chiny, już na wstępie pokazują dominację Pekinu. Strona amerykańska zaakceptowała suwerenność Chin w sprawach wewnętrznych, a zwłaszcza w globalnym handlu. Wycofała się z sankcji, obiecując w kolejnym spotkaniu we wrześniu w Waszyngtonie, szczegółowo uzgodnić stanowiska, zwłaszcza dotyczące amerykańskiego importu z Chin strategicznych pierwiastków ziem rzadkich, niezbędnych w wysoko-technologicznej militarnej produkcji. Ale nie gospodarka & handel były prawdziwym sukcesem Pekinu. Po raz pierwszy w bilateralnych rozmowach Waszyngton nie napomknął nawet o „niezależności” Tajwanu. Takie posunięcie rozprzestrzeniło polityczne wstrząsy tektoniczne nie tylko w Tajpej, ale w pozostałych krajach regionu. Od Seulu, poprzez Tokio, aż do Manili, zrozumiano, że USA nie zamierzają bronić regionu przed chińską dominacja. Zresztą sam fakt usunięcia amerykańskich systemów obrony powietrznej & przeniesienie ich do Izraela było dość wymownym posunięciem ostatnich tygodni.Mało tego, katastrofalna klęska USA w wojnie z Iranem, pozbawiła „sojuszników” Ameryki ostatniego cienia nadziei na wsparcie przez amerykańskie „supermocarstwo”. Dotyczy to także Brukseli i jej Środkowo-Europejskich kolonii, takich jak Polska, w planowanym gorączkowo konflikcie kinetycznym z Rosją. Jedynym sukcesem Trumpa w Pekinie była wspólne stanowisko dotyczące jak najszybszego otwarcia cieśniny Ormuz. Wyniki rozmów były też korzystne dla Polski, która zaczyna doświadczać transferu wysoko-technologicznych tajwańskich (prywatnych) fabryk na swe terytorium. Po rozmowach transfer ten zapewne nabierze tempa.Ogólnie rozmowy wykazały niezbicie, że Ameryka upada szybciej niż przewidywano. Trump zaakceptował już gorzką prawdę, że nie jest „Imperatorem Świata”. Z drugiej jednak strony niepokojące objawy rozpadu systemu administracji, każą mieć wątpliwości, czy ma on w ogóle jakąkolwiek władzę w USA?Coraz bardziej zdesperowana semicka oligarchia finansowa w USA, zaczyna podejmować coraz niebezpieczniejsze kroki. De facto, to Oligarchia, bezpośrednio za pomocą służb specjalnych (CIA, etc.) zaczyna „ręczne sterowanie” Ameryką. Najnowszy tego przykład stanowi nalot CIA na biuro Tulsi Gabbart, odpowiedniczki polskiego ministra spraw wewnętrznych. CIA, podległa jej agencja konfiskuje z jej biura dokumenty kompromitujące autentycznych władców Ameryki. To tak, jakby Biuro Ochrony Rządu dokonało napadu na lokale MSW w Warszawie. Z powyższych powodów nie jest pewne, czy & jakie uzgodnienia z Pekinu zostaną de facto zrealizowane.Mało tego, Oligarchia jest tak zdesperowana (wg. Alex Krainer), że planuje rozpętanie kolejnych wojen. Na pierwszym miejscu znajduje się UE, które zamierza poświęcić na ołtarzu „projektu zniszczenia Rosji”. Przy tym Oligarchowie są zupełnie obojętni, kto wygra wojnę. Przykład Ukrainy jest tu jaskrawie widoczny. Została ona doszczętnie zniszczona jako państwo & społeczeństwo. Oligarchom nie przeszkadza, by Rosja zamieniła Europę w garść popiołu, byle by przy tym została osłabiona. Według Krainera, szatańska nienawiść do rodzaju ludzkiego, jest u Oligarchów tak wielka, że cieszą się z jak największych ofiar wojen, sztucznie powodowanych klęsk (covid, trzęsienia ziemi, anomalie pogodowe, itd.).
Czas pokaże jak zareagują na próbę otwarcia cieśniny Ormuz. Trump może nie mieć nic do powiedzenia w obliczu Netanyahu & Globalnych Oligarchów.
Zobaczymy również, czy gorączkowo przygotowywana „pandemia”, na statkach wycieczkowych, rozprzestrzeni się po świecie?
Z rozmowy z Pepe Escobarem w programie Andrew Napolitano „Judging Freedom” wyłania się niezwykły obraz globalnej zmiany władzy. Podczas gdy Donald Trump spotyka się w Pekinie z dyplomatycznie chłodnym przyjęciem, Escobar mówi o historycznym punkcie zwrotnym: Chiny, Rosja i Iran od dawna koordynują swoje strategie na najwyższych szczeblach – podczas gdy, według niego, Waszyngton nadal myśli w kategoriach starych struktur władzy. Wywiad przeradza się w bezkompromisową analizę upadku dominacji Zachodu, przekształceń Eurazji i Białego Domu, który najwyraźniej przybył do Pekinu bez żadnej realnej strategii.
Trump w Pekinie: Moment upokorzenia
Według Escobara, nawet pierwsze minuty przybycia Donalda Trumpa do Pekinu były symbolicznym pokazem siły ze strony Chin. Prezydent Xi Jinping nie powitał Trumpa na lotnisku; powitał go jedynie urzędnik. Dla Chin nie był to przypadek, lecz celowy sygnał. Escobar opisuje chińską dyplomację jako mistrza symboliki i protokołu – i właśnie w ten sposób Pekin zademonstrował prezydentowi USA swoją nową pozycję w porządku światowym.
Bezpośrednie porównanie z poprzednimi gośćmi państwowymi było szczególnie uderzające. Na przykład, kiedy Kim Dzong Un odwiedził Chiny, został osobiście przyjęty przez Xi Jinpinga i eskortowany przez Pekin w dużej kolumnie. Nawet Władimir Putin został przyjęty na najwyższym szczeblu. Trump natomiast stał wyraźnie poirytowany na płycie lotniska – obraz, który według Escobara został natychmiast zrozumiany w Chinach.
Później Xi rzeczywiście okazywał wielką uprzejmość, zwłaszcza podczas bankietu państwowego w Wielkiej Hali Ludowej. Jednak Escobar nie zinterpretował tego jako przejaw uległości, lecz raczej jako wyraz tysiącletniej chińskiej dyplomacji: uprzejmej, opanowanej, a jednocześnie absolutnej dominacji. Delegacja amerykańska, jak twierdził, była nią wręcz „zahipnotyzowana”.
Przesłanie Xi Jinpinga: Porządek świata ulega zmianie
Wypowiedzi Xi Jinpinga podczas rozmów były szczególnie wybuchowe. Xi mówił o „transformacji, jakiej nie widziano od stulecia”, która przyspieszała na całym świecie. Dla Escobara było to niczym innym, jak tylko otwartym opisem końca zdominowanego przez Zachód porządku świata.
Xi stwierdził również, że sytuacja międzynarodowa jest „płynna i burzliwa”. Escobar interpretuje to jako dyplomatycznie elegancką krytykę wojen Waszyngtonu i chaotycznej polityki zagranicznej – zwłaszcza wojny z Iranem. Podczas gdy Chiny myślą strategicznie, argumentuje, amerykańskie imperium działa jedynie taktycznie i krótkoterminowo.
Szczególnie istotne było nowe określenie przyszłych relacji między Chinami a Stanami Zjednoczonymi, zaproponowane przez Xi Jinpinga: „konstruktywna stabilność strategiczna”. Escobar opisuje tę formułę jako prawdziwą istotę szczytu. Chiny chcą konkurować z USA – ale w jasno określonych granicach i w oparciu o wzajemną stabilność. Jednak zdaniem Escobara, Waszyngton strukturalnie nie jest już do tego zdolny.
Opisuje Stany Zjednoczone jako „imperium chaosu”: destrukcyjne zamiast konstruktywne, taktyczne zamiast strategiczne, destabilizujące zamiast stabilizujące. Właśnie dlatego Pekin wątpi, czy administracja Trumpa w ogóle jest w stanie zrozumieć tę chińską wizję.
Prawdziwa misja Trumpa: wywieranie presji na Iran
Głównym powodem podróży Trumpa do Chin nie były interesy handlowe ani dyplomatyczne. Prawdziwym celem było wywarcie presji na Xi Jinpinga, aby ten wywarł presję na Iran. Waszyngton miał nadzieję, że Chiny zmuszą Teheran do zaakceptowania amerykańskich żądań – żądań, które Escobar otwarcie określił jako „kapitulację”.
Właśnie w tym miejscu Waszyngton nie zrozumiał geopolitycznej rzeczywistości. Relacje między Chinami, Rosją i Iranem od dawna stanowią niezwykle złożoną oś strategiczną. Wskazuje on na liczne spotkania czołowych polityków Iranu, Rosji i Chin. Minister spraw zagranicznych Abbas Aragczi niedawno odwiedził Moskwę i Pekin, gdzie odbył rozmowy z Wang Yi i Siergiejem Ławrowem.
Escobar opisuje je jako powiązane partnerstwa strategiczne, których celem jest integracja Eurazji i budowa nowego porządku międzynarodowego – czyli coś zupełnie przeciwnego do tego, do czego dąży Waszyngton.
Tajwan nie jest głównym problemem – jest nim Japonia.
Jedno z najbardziej zaskakujących oświadczeń Escobara dotyczy Tajwanu. Chociaż Xi Jinping jednoznacznie dał Trumpowi do zrozumienia, że Tajwan jest wewnętrzną sprawą Chin i stanowi absolutną czerwoną linię, zdaniem Escobara Tajwan wcale nie jest największym zmartwieniem samego Pekinu.
Z rozmów z chińskim menedżerem ds. mediów, Li Bo z niezależnej platformy analitycznej Guancha, dowiedział się, że Chiny są szczególnie zaniepokojone remilitaryzacją Japonii. Podczas gdy zachodnie media skupiają się niemal wyłącznie na Tajwanie, Escobar twierdzi, że Pekin z największym zaniepokojeniem obserwuje rozwój sytuacji militarnej w Tokio.
Pamięć historyczna o japońskiej okupacji Chin i Azji Południowo-Wschodniej jest głęboko zakorzeniona. Chińskie elity postrzegają obecną militaryzację Japonii jako potencjalnie znacznie bardziej niebezpieczną niż amerykańskie dostawy broni na Tajwan. Nawet ewentualny amerykański pakiet zbrojeniowy o wartości ponad jedenastu miliardów dolarów dla Tajwanu jest postrzegany w Pekinie ze względnym spokojem.
Iran nie potrzebuje bomby atomowej
Escobar jest szczególnie jasny w kwestii sytuacji militarnej Iranu. Chociaż Chiny i Rosja nie są zainteresowane posiadaniem przez Iran broni jądrowej, Pekin w pełni rozumie irańskie stanowisko.
Według Escobara Iran już udowodnił, że współczesne wojny rozstrzyga się inaczej: za pomocą dronów, pocisków balistycznych i potencjału asymetrycznego. Właśnie dlatego Teheran nie potrzebuje broni jądrowej.
Jednocześnie Escobar ostrzega, że jeśli ataki amerykańsko-izraelskie będą kontynuowane, stanowisko Iranu może ulec zmianie. W systemie irańskim istnieją siły, które mogą domagać się ponownej oceny strategii nuklearnej.
Amerykańscy dyrektorzy generalni jako delegacja składająca hołd
Jeden z najbardziej uderzających momentów wywiadu dotyczy delegacji biznesowej Trumpa. Prezydentowi w Chinach towarzyszyło szesnastu prezesów – korporacji o łącznej kapitalizacji rynkowej przekraczającej dziesięć bilionów dolarów. Wśród nich byli tacy giganci jak Elon Musk, Tim Cook i Jensen Huang.
Escobar przytacza historyczne porównanie: w przeszłości delegacje podróżowały do Chin, aby złożyć hołd cesarzowi. Dziś najpotężniejsze zachodnie firmy technologiczne przyjeżdżają do Pekinu, ponieważ są zależne od chińskich rynków, chińskich łańcuchów produkcyjnych, a przede wszystkim od chińskich pierwiastków ziem rzadkich.
Chiny mają teraz przewagę. Znaczna część zachodniej gospodarki high-tech nie mogłaby funkcjonować bez chińskich surowców i potencjału przemysłowego. Właśnie dlatego rozmowy o sankcjach i pierwiastkach ziem rzadkich toczyły się za zamkniętymi drzwiami.
BRICS w kryzysie
Pomimo swojej geopolitycznej siły, Escobar opisuje sojusz BRICS zaskakująco krytycznie. Spotkanie ministrów spraw zagranicznych BRICS odbyło się w New Delhi w tym samym czasie, co szczyt Trump-Xi. Jednak zdaniem Escobara, wewnętrzne sprzeczności w sojuszu stały się ogromne.
Iran i Indie są w stanie napięcia z powodu relacji indyjsko-izraelskich. Zjednoczone Emiraty Arabskie są skutecznie nastawione przeciwko Iranowi. Escobar posuwa się nawet do stwierdzenia, że BRICS jest obecnie „w głębokiej śpiączce”.
Niemniej jednak Rosja pozostaje kluczowym mediatorem w tym bloku. Przede wszystkim Siergiej Ławrow musi teraz podjąć próbę pogodzenia konfliktów wewnętrznych.
Prawdziwa przyszłość Chin: sztuczna inteligencja i Nowy Jedwabny Szlak
Podczas gdy Zachód obsesyjnie skupia się na Trumpie, Chiny, według Escobara, są już zajęte zupełnie innymi sprawami. Biznesmeni w Szanghaju ledwo zauważyli wizytę Trumpa. Znacznie ważniejszy jest nowy pięcioletni plan Chin.
Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że Chiny planują do 2030 roku bezpośrednio zintegrować około 70 procent swojej gospodarki ze sztuczną inteligencją. Jednak, w przeciwieństwie do Zachodu, Chiny, według Escobara, dążą do otwartego, inkluzywnego modelu sztucznej inteligencji, który ma przynieść korzyści całemu społeczeństwu.
Jednocześnie Inicjatywa Pasa i Szlaku – Nowy Jedwabny Szlak – pozostaje centralnym projektem polityki zagranicznej Pekinu. Chiny myślą długoterminowo, globalnie i w kategoriach infrastruktury, podczas gdy Waszyngton, zdaniem Escobara, wciąż tkwi w wojnach i sankcjach.
„Szach-mat Iranowi” – nawet neokonserwatyści przyznają się do porażki
Pod koniec rozmowy Escobar odwołuje się do artykułu znanego neokonserwatysty Roberta Kagana, który otwarcie mówi o strategicznej porażce USA i Izraela w starciu z Iranem. Dla Escobara ma to ogromne znaczenie.
Kiedy nawet architekci amerykańskiej polityki interwencjonistycznej przyznają, że Waszyngton stracił kontrolę nad konsekwencjami własnej wojny, pokazuje to, jak głęboka jest już zmiana geopolityczna. Escobar ostrzega jednak również, że takie artykuły mogą być próbą popchnięcia Netanjahu i Trumpa w stronę nowej eskalacji.
Według Escobara, sam Iran wychodzi z konfliktu silniejszy niż na początku wojny. Jedność wewnętrzna wzrosła, dowództwo wojskowe wyciągnęło wnioski ze swoich błędów, a strategiczna koordynacja z Rosją i Chinami jest bliższa niż kiedykolwiek.
Wniosek
Analiza Pepe Escobara maluje obraz świata w okresie transformacji: Chiny prezentują się jako cierpliwe, strategicznie nastawione supermocarstwo z tysiącletnią tradycją dyplomatyczną. Rosja i Iran, wraz z Pekinem, tworzą coraz ściślej skoordynowany trójkąt geopolityczny.
Z drugiej strony, Stany Zjednoczone jawi się w tym obrazie jako coraz bardziej izolowane, taktyczne i kierujące się krótkoterminowymi interesami.
Zdaniem Escobara prawdziwym szokiem wizyty w Pekinie nie był protokół dyplomatyczny, ale uświadomienie sobie, że Waszyngton nie może już decydować o tym, jak ma wyglądać porządek globalny, a jedynie na niego reagować.
Jeszcze zanim Trump wysiadł ze swojego prezydenckiego samolotu w Pekinie, Chińczycy wysłali subtelne, ale jasne sygnały, że postrzegają Trumpa jako przywódcę drugiej kategorii i że stosunki z nim pozostają chłodne.
Po pierwsze, gazeta „China Daily” zbagatelizowała zbliżające się spotkanie Xi z Trumpem, publikując zamiast tego nagłówek o rozmowach Xi z przywódcą Tadżykistanu. Spotkanie z Trumpem zostało przyćmione w artykule na marginesie zatytułowanym „Xi nawiguje relacje amerykańsko-chińskie w obliczu globalnej niepewności”.
Po drugie, do 12 maja 2026 r. strony internetowe CCTV i XINHUA nie opublikowały żadnych informacji na temat zbliżającego się spotkania z Trumpem.
Po trzecie, przed przybyciem Trumpa chińska ambasada w Waszyngtonie opublikowała listę czterech „czerwonych linii”, których „Waszyngton nie powinien kwestionować”. Są to:
– Kwestia Tajwanu,
– Demokracja i prawa człowieka w Chinach,
– System polityczny,
– Prawo Pekinu do rozwoju.
Chiński komunikat do Trumpa: Chiny nie zaakceptują żadnej krytyki ze strony Trumpa ani jego delegacji w tych kwestiach. Odniesienie się do któregokolwiek z tych punktów będzie uznane za obrazę Chin.
Po czwarte, po przylocie do Pekinu samolot Trumpa powitali wicepremier Chin (lub, według niektórych doniesień, wiceprezydent) i inni wysoko postawieni chińscy urzędnicy – ale nie sam prezydent Xi Jinping. Obecni byli również przedstawiciele dyplomacji USA i Chin oraz kompania honorowa. To była ta sama grupa, która powitała Trumpa podczas jego pierwszej podróży do Chin w listopadzie 2017 roku.
Dla porównania, Xi Jinping osobiście powitał Putina po jego przybyciu, zamiast pozostawić przyjęcie urzędnikom niższego szczebla. Doniesienia o wizytach państwowych Putina w 2024 roku i innych wizytach wskazują, że Xi przyjął go z pełnymi honorami – na przykład podczas oficjalnej ceremonii powitalnej lub przyjęcia w Wielkiej Hali Ludowej – i spotkał się z nim osobiście po jego przybyciu do Pekinu.
Xi Jinping powiedział następujące słowa w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu na pierwszym spotkaniu obu delegacji:
▪️ Podstawą relacji między Chinami i USA powinny być wzajemne korzyści.
▪️ Konfrontacja doprowadzi do wzajemnej szkody – musimy być partnerami, a nie rywalami.
▪️ Chiny i USA powinny przezwyciężyć „pułapkę Tukidydesa” i zbudować nowy paradygmat relacji.
„Pułapka Tukidydesa” to koncepcja polityczna, zgodnie z którą rosnąca potęga zagraża państwu zajmującemu dominującą pozycję, czyniąc konflikt zbrojny między nimi niemal nieuniknionym. Jest ona często używana do opisu relacji między Chinami a Stanami Zjednoczonymi.
Odnosząc się do kwestii Tajwanu, Xi stwierdził:
„Niewłaściwe podejście do kwestii Tajwanu może doprowadzić do konfliktu między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Pokój w Cieśninie Tajwańskiej jest kluczowym czynnikiem w stosunkach między Chinami a Stanami Zjednoczonymi”.
Jednym z tematów prawdopodobnie omawianych prywatnie, poza kamerami, są sankcje. Tuż przed wyjazdem prezydenta Trumpa do Pekinu, 11 maja 2026 roku, Biuro Kontroli Aktywów Zagranicznych (OFAC) Departamentu Skarbu USA ogłosiło sankcje wobec 12 osób i firm (3 osoby i 9 firm) za ułatwianie sprzedaży irańskiej ropy naftowej i jej dostaw do Chin.
Wcześniej, 24 kwietnia 2026 roku, Stany Zjednoczone nałożyły sankcje na pięć głównych chińskich rafinerii teapot – w tym Hengli Petrochemical (Dalian) Refining Co. oraz mniejszych producentów z Szantungu i Hebei – za rzekomy zakup irańskiej ropy naftowej o wartości miliardów dolarów. To spowodowało pierwsze w historii Chin zastosowanie tzw. „zasad blokujących” (komunikat nr 21 z 2 maja), które zabraniają chińskim firmom przestrzegania amerykańskich sankcji.
Następnie, 8 maja 2026 r., administracja Trumpa ogłosiła dodatkowe sankcje przeciwko chińskim firmom – w tym firmom satelitarnym i technologicznym, takim jak MizarVision i Chang Guang – oskarżonym o wspieranie irańskich działań wojskowych i wywiadowczych.
Jestem pewien, że prezydent Xi odniesie się do tych środków bezpośrednio do Trumpa podczas zaplanowanego w piątek prywatnego spotkania. Choć Trump i jego zespół ds. bezpieczeństwa narodowego mieli nadzieję, że te kroki skłonią Chiny do złagodzenia wsparcia dla Iranu, nadzieje te zostaną rozwiane, a Chiny będą twierdzić, że takie środki są sprzeczne z przyjaźnią. Pozostaje pytanie, czy Trump zniesie te sankcje.
Amerykański lotniskowiec nie budzi już takiego strachu jak kiedyś; dziś emanuje wrażliwością [na ataki np. dronów md] .
Chociaż wojna w Iranie była w dużej mierze postrzegana przez pryzmat konwencjonalnej sztuki wojennej Zachodu, płynące z niej lekcje są dalekie od konwencjonalnych. W rzeczywistości są buntownicze, bulwersujące, odmieniające dotychczasowe strategie..
Powojenne podejście Zachodu (zwłaszcza w kontekście zimnej wojny) opierało się na zdolności do finansowego pokonania każdego przeciwnika militarnego poprzez pozyskanie wysoce zaawansowanych, zaawansowanych technologicznie i drogich samolotów załogowych oraz amunicji. Dominacja w przestrzeni powietrznej i silne uzależnienie od bombardowań z powietrza – czyli wojny powietrznej – stanowiły doktrynalny cel ostateczny.
Przewaga finansowa (oraz domniemana innowacyjność technologiczna) uznawana była za decydujący element w konfrontacji z ZSRR.
Podobnie, w wojnie morskiej impulsem było inwestowanie w coraz większe lotniskowce i związane z tym okręty wsparcia.
Podczas walk lądowych podczas operacji Pustynna Burza w Iraku nacisk położono na czołgi, które siłą „przebijały się” przez linie obronne wroga – podejście to zostało zarzucone na Ukrainie po tym, jak w XXI wieku upowszechniła się frontalna „wojna pozycyjna” z wykorzystaniem dronów.
Dążenie do przewagi finansowej sprzyjało zarówno amerykańskiemu kompleksowi militarno-przemysłowemu, jak i – wraz z hegemonią dolara amerykańskiego – wyjątkowej przewadze Ameryki, polegającej na możliwości efektywnego „drukowania” dodatkowych kosztów w zamian za zaawansowaną przewagę.
Następnie nadeszła wojna z Iranem w 2026 r., której asymetryczny model wywrócił do góry nogami konwencjonalne doktryny.
Zamiast dążyć do dominacji w przestrzeni powietrznej, Iran nie dążył do uzyskania przewagi w powietrzu, lecz do dominacji w tej przestrzeni za pomocą zaawansowanych pocisków rakietowych.
Zamiast naziemnej infrastruktury wojskowej, arsenały rakietowe, wyrzutnie i duża część produkcji rakietowej były rozproszone na rozległych obszarach geograficznych Iranu i ukryte głęboko pod ziemią w miastach rakietowych i pasmach górskich.
Decydującą transformacją podejścia asymetrycznego było jednak pojawienie się łatwo dostępnych i niedrogich komponentów technologicznych. Podczas gdy Zachód wydawał miliony dolarów na każdy pocisk przechwytujący, Iran i jego sojusznicy wydali na niego zaledwie setki.
W ten sposób utracono korzyści płynące z hegemonii dolara, które stały się obciążeniem – wysokie koszty amerykańskiej amunicji i jej wyrafinowana konstrukcja doprowadziły do skostnienia łańcuchów dostaw, długich cykli produkcyjnych i minimalnych zapasów broni.
Nawet domniemana wyższość technologiczna amerykańskiej broni jest obecnie przewyższana przez „garażowe” i „warsztatowe” rozwiązania wykorzystujące tanie komponenty technologiczne. Generują one innowacje, które są następnie wdrażane i rozwijane przez „władze wojskowe” po nieformalnych testach.
Tendencja ta jest szczególnie widoczna w armii rosyjskiej, gdzie początkowo testowano technologię „garażową”, a następnie wdrażano ją w strukturach wojskowych. Dotyczy to zarówno sprzętu technicznego, jak i internetowych innowacji w zakresie sztucznej inteligencji.
Podobnie innowacja Hezbollahu w postaci dronów naprowadzanych światłowodami zmieniła sytuację na froncie wschodnim, powodując ciężkie straty w izraelskich czołgach i żołnierzach. Do tego stopnia, że Siły Obronne Izraela mogą być zmuszone do wycofania się z południa.
Podobnie asymetria i innowacje na morzu wywracają do góry nogami tradycyjne uzależnienie Zachodu od dużych, ciężkich okrętów wojennych i lotniskowców. Te ostatnie stały się „białymi słoniami” w wojnie w Zatoce Perskiej, ponieważ roje dronów i zagrożenie ze strony pocisków przeciwokrętowych zmuszają je do operowania tak daleko od irańskiego wybrzeża, że ich myśliwce bazujące na lotniskowcach są ograniczone w swoich możliwościach ataku przez konieczność uzupełniania paliwa w powietrzu nad obszarem docelowym.
Sam widok prawdziwego „roju” kilkudziesięciu uzbrojonych motorówek zbliżających się do nieporęcznego, konwencjonalnego okrętu wojennego podkreśla jego podatność na ataki. Iran zresztą i tak posiada inną broń przeciwokrętową.
Krótko mówiąc: amerykański lotniskowiec nie budzi już takiego strachu jak kiedyś; dziś emanuje wrażliwością.
Nowa strategia wojny morskiej Iranu obejmuje również krążące, szybkie drony podwodne (lub torpedy), które mogą pozostawać w gotowości do czterech dni i są wyposażone w sztuczną inteligencję. Drony te mogą być wystrzeliwane z podwodnych tuneli biegnących pod powierzchnią Cieśniny Ormuz.
Trzeba przyznać, że irańska innowacja była planowana i rozwijana przez długi czas. Jej skuteczność została udowodniona w konflikcie z Izraelem i USA. Iran przetrwał izraelskie i amerykańskie naloty dywanowe (choć z dużymi zniszczeniami i stratami), a mimo to nadal kontroluje Cieśninę Ormuz, posiada duże zapasy rakiet i zniszczył lub unieruchomił amerykańskie bazy wojskowe w Zatoce Perskiej.
To jest lekcja wyciągnięta z wojny w Iranie. Ale ważniejszym punktem strategicznym jest to, że pokazała ona, iż zachodni „styl prowadzenia wojny” został zastąpiony tanią, innowacyjną technologią i starannym, asymetrycznym planowaniem.
Nie ma wątpliwości, że zachodni model może powodować ogromne zniszczenia, jednak jego brak chirurgicznej precyzji okazuje się mało skuteczny w dobie mediów masowych i fotografii robionych smartfonami, dokumentujących ofiary cywilne, zniszczenia i cierpienie.
Po drugie, Zachód pozostaje ociężałym gigantem, który nie zrozumiał – nie mówiąc już o przewidywaniu – nowej, asymetrycznej wojny. Innowacyjność została stłumiona przez koncentrację kompleksu militarno-przemysłowego w kilku biurokratycznych monopolach.
Zachodni styl prowadzenia wojny to model, który nie sprawdza się w walce z wysoce wyrafinowanym, asymetrycznym przeciwnikiem.
Ale inni z pewnością wyciągnęli wnioski z wojny w Iranie. Rosja jest jedną z nich; Chiny drugą. Więcej będzie ich naśladować. Zachód może spodziewać się, że te wnioski ujawnią się również w innych formach, w trakcie jego kolejnych wojen.
Europejskie elity mogą wkrótce odkryć, że ich poparcie dla ukraińskich ataków dronów głęboko na terytorium Rosji może wywołać inną (kinetyczną) reakcję. Wydano ostrzeżenia. Czy zostaną one wzięte pod uwagę?
Zagorzały syjonista i czołowy myśliciel neokonserwatywnych amerykańskich podżegaczy wojennych w niezwykle realistycznym artykule w amerykańskim magazynie politycznym określił USA jako papierowego tygrysa, który nie potrafi ani odwrócić, ani kontrolować konsekwencji swojej porażki z Iranem.
Obraz symboliczny
Autorstwa Rainera Ruppa
Po raz drugi w ciągu zaledwie kilku miesięcy neokonserwatywny myśliciel Robert Kagan opublikował miażdżącą krytykę wojny prezydenta Trumpa z Iranem. W swoim najnowszym artykule, opublikowanym 10 maja w „The Atlantic” , amerykańskim magazynie politycznym, Kagan argumentuje, że krótka wojna z Iranem stanowi najgorszą klęskę militarną w historii USA – a pod kilkoma kluczowymi względami przewyższa nawet wojnę w Wietnamie. Twierdzi, że wcześniejsze konflikty o suboptymalnych rezultatach lub wyraźnych porażkach zostały ostatecznie złagodzone przez ich późniejsze umiejscowienie z dala od centralnych aren globalnej rywalizacji mocarstw. Przedstawia różnicę między tymi konfliktami a porażką USA z Iranem w następujący sposób:
„Obecna konfrontacja z Iranem ma zupełnie inny charakter. Szkód nie da się naprawić ani zignorować. Nie będzie powrotu do status quo ante, nie będzie ostatecznego amerykańskiego triumfu, który cofnąłby lub zniwelowałby wyrządzone szkody. Cieśnina Ormuz nie będzie już „otwarta” jak kiedyś”.
Kontrolując ten szlak, Iran dzierży klucz do całego regionu i tym samym staje się kluczowym graczem na arenie międzynarodowej. Rola Chin i Rosji jako sojuszników Iranu ulega wzmocnieniu; rola Stanów Zjednoczonych ulega znacznemu osłabieniu. Daleko mu do demonstracji amerykańskiej siły, jak wielokrotnie twierdzili zwolennicy wojny, konflikt ujawnił, że Ameryka jest zawodna i niezdolna do dokończenia tego, co zaczęła. To wywoła reakcję łańcuchową na całym świecie, ponieważ zarówno przyjaciele, jak i wrogowie przygotowują się na porażkę Ameryki.
Jednak już w następnym akapicie swojego artykułu w „Atlantic” Kagan popełnia poważne błędy. Przedstawia całą serię danych dotyczących strat Iranu, powołując się na mocno podkoloryzowane „oficjalne” dane Pentagonu dotyczące irańskich strat wojskowych, które są po prostu śmiesznie niedokładne. Irański minister spraw zagranicznych Araghchi przedstawił niedawno własną ocenę, która z pewnością jest również podkoloryzowana w przeciwnym kierunku, ale mimo to wydaje się znacznie bardziej wiarygodna niż pobożne życzenia Pentagonu.
Kagan następnie rekompensuje błędy liczbowe realistyczną i poprawną oceną historyczną panicznego wycofania się Trumpa po zbombardowaniu irańskich obiektów naftowych:
Punkt zwrotny nastąpił 18 marca, kiedy Izrael zbombardował irańskie złoże gazu Południowy Pars, a Iran odpowiedział atakiem na przemysłowe miasto Ras Laffan w Katarze, największy na świecie zakład eksportu gazu ziemnego, powodując szkody w jego zdolnościach produkcyjnych, których naprawa zajmie lata. Trump odpowiedział, wprowadzając moratorium na dalsze ataki na irańskie zakłady energetyczne, a następnie ogłaszając zawieszenie broni, mimo że Iran nie poczynił żadnych ustępstw.
Kagan trafnie identyfikuje beznadziejną sytuację Trumpa: Nawet gdyby Trump próbował uderzyć z pełną siłą, aby ratować reputację nadszarpniętej prestiżem armii USA, mogłoby to skończyć się jedynie katastrofą. Nawet gdyby Trump chciał zbombardować Iran w ramach strategii wyjścia – aby zademonstrować swój wizerunek „silnego człowieka” i ukryć wycofanie – nie mógłby tego zrobić bez ryzyka tej katastrofy. Jeśli to nie jest szach-mat, to jest bardzo blisko.
Następnie Kagan przedstawia, jak w praktyce będzie wyglądała porażka USA i słusznie zauważa, że po zakończeniu wojny Iran nie będzie miał żadnej motywacji, aby oddać kontrolę nad Cieśniną Ormuz:
Porażka Stanów Zjednoczonych jest zatem nie tylko możliwa, ale i prawdopodobna. Oto, jak to wygląda: Iran zachowuje kontrolę nad Cieśniną Ormuz. Powszechne założenie, że cieśnina będzie otwarta dla wszystkich, tak czy inaczej, po zakończeniu kryzysu, jest bezpodstawne. Iran nie jest zainteresowany powrotem do status quo ante. Ludzie (w USA) mówią o rozłamie między twardogłowymi a umiarkowanymi w Teheranie, ale nawet umiarkowani muszą zdać sobie sprawę, że Iran nie może sobie pozwolić na oddanie kontroli nad cieśniną, niezależnie od tego, jak atrakcyjna byłaby oferowana umowa.
Z drugiej strony, Teheran musi zadać sobie pytanie, jak wiarygodna jest umowa z Trumpem. Praktycznie chwalił się, że skopiował japoński atak z zaskoczenia na Pearl Harbor, autoryzując zabójstwo irańskich przywódców w trakcie negocjacji. Irańczycy nie mogą być pewni, że Trump nie zaatakuje ponownie w ciągu kilku miesięcy od zawarcia umowy. Wiedzą również, że Izraelczycy mogą zaatakować ponownie, ponieważ nigdy nie czują się ograniczeni w działaniu, gdy ich interesy są zagrożone.
Kagan słusznie zauważa, że Iran będzie odtąd na stałe nakładać cła na przepływanie przez cieśninę, a większość krajów będzie zmuszona podporządkować się irańskim nakazom. W końcu przekonali się na własne oczy, że Marynarka Wojenna USA nie była w stanie w żaden sposób zmienić sytuacji. Możliwość blokowania lub kontrolowania żeglugi przez cieśninę jest bardziej bezpośrednia i skuteczna niż teoretyczny potencjał irańskiego programu nuklearnego. Ta siła nacisku pozwala rządzącym w Teheranie zmusić inne państwa do zniesienia sankcji i normalizacji stosunków – lub poniesienia konsekwencji. A następnie czołowy syjonista, Kagan, ostrzega:
„Izrael znajdzie się w jeszcze większej izolacji niż kiedykolwiek, w miarę jak Iran będzie się bogacił, dozbrajał i zachowywał swoje możliwości nuklearnej przyszłości. Izrael może nawet nie być w stanie działać przeciwko irańskim sojusznikom (w Strefie Gazy i Libanie): w świecie, w którym Iran wywiera wpływ na zaopatrzenie energetyczne tak wielu krajów, Izrael może napotkać ogromną presję międzynarodową, by nie prowokować Teheranu, czy to w Libanie, Strefie Gazy, czy gdziekolwiek indziej ” – ubolewa Kagan.
Ostatni z wymienionych powyżej punktów jest szczególnie wymowny: Kagan skarży się, że Izrael jest niesprawiedliwie „wywierany nacisków”, aby nie kontynuował swojej ludobójczej polityki w Strefie Gazy i Libanie, ponieważ Iran stałby się wówczas zbyt potężny.
Kagan kończy swój artykuł ostrym potępieniem amerykańskiej porażki w starciu z „drugorzędnym mocarstwem” Iranem:
Amerykańska porażka w Zatoce Perskiej będzie miała również szersze, globalne reperkusje. Cały świat widzi, że zaledwie kilka tygodni wojny z drugorzędnym mocarstwem doprowadziło do redukcji amerykańskich zapasów broni do niebezpiecznie niskiego poziomu, bez perspektyw na szybkie rozwiązanie. Rodzące się w związku z tym pytania o gotowość Ameryki do kolejnego poważnego konfliktu mogą, ale nie muszą, skłonić Xi Jinpinga do ataku na Tajwan, a Władimira Putina do eskalacji agresji wobec Europy. Sojusznicy Ameryki w Azji Wschodniej i Europie muszą jednak rozważyć możliwość przetrwania Ameryki w przyszłych konfliktach.
Globalna adaptacja do post-amerykańskiego porządku świata gwałtownie przyspiesza. Niegdyś dominująca pozycja Ameryki w Zatoce Perskiej to dopiero pierwsza z wielu strat, jakie czekają Waszyngton. Pytanie postawione przez Kagana w artykule dotyczącym amerykańskiej „gotowości do wojny” już dawno doczekało się odpowiedzi: gotowość USA do walki z prawdziwymi mocarstwami światowymi, takimi jak Rosja czy Chiny, stwierdził 11 maja komentator wydarzeń geopolitycznych, piszący pod pseudonimem „Simplicius”, na swoim kanale Substack. Amerykańskie zapasy broni wyczerpałyby się w ciągu kilku dni, a nie ma bazy przemysłowej, która pozwoliłaby na produkcję kolejnych. To już nie jest kwestia otwarta, lecz jasny i jednoznaczny fakt.
Niemniej jednak pozostaje pytanie: jaki jest prawdziwy cel polemiki Kagana w „The Atlantic” ? Dlaczego maluje on tak ponury obraz upadku amerykańskiej hegemonii na Bliskim Wschodzie, do którego – jak twierdzi – przyczynił się prezydent Trump? W przeciwieństwie do poprzednich komentarzy, nie przedstawia żadnych rozwiązań, alternatyw ani własnych propozycji. Czy Kagan rzeczywiście czuje się zagubiony w obliczu chaosu, czy też za tym artykułem w „The Atlantic” kryje się inny, bardziej złowrogi motyw ?
Simplicius oferuje odpowiedź na to pytanie. Według niego Kagan najwyraźniej potępia trwającą wojnę, aby zdystansować się od największej katastrofy całego pokolenia. Chce opuścić tonący okręt w odpowiednim czasie, aby ocalić jak najwięcej wiarygodności w przyszłych ocenach historycznych. Dałoby to jemu i jego neokonserwatywnym podżegaczom wojennym – jak wynika z obliczeń – drugą szansę za kilka lat. Następnie, za pięć do dziesięciu lat, podczas kolejnego kryzysu, mogliby powiedzieć w telewizji:
„Byliśmy przeciwni katastrofalnej wojnie z Iranem, walczymy o pokój! Ale tym razem jest inaczej! Ameryka musi chronić swoje interesy i zbombardować ten okropny kraj «XXX» (jakkolwiek się nazywa).”
Szanghajskie przedsiębiorstwa nie są specjalnie zachwycone przybyciem Cesarza Barbarzyństwa.
SZANGHAJ – Chińska potęga wciąż porusza się jak superszybki pojazd elektryczny. Atmosfera jest elektryzująca. Podczas biznesowego lunchu w słynnej kantońskiej restauracji, wizyta Trumpa w Chinach przynajmniej kieruje rozmowę w stronę czegoś bardziej namacalnego: kontrastujących ścieżek przyszłych pokoleń z Zachodu na Wschód.
Szanghajski biznes nie jest pod wrażeniem przybycia Cesarza Barbarzyństwa. Choć na tym prawdopodobnie najważniejszym spotkaniu dyplomatycznym roku wojny 2026 mogą paść wszystkie możliwe geopolityczne zmienne – z potencjalnymi decyzjami handlowymi i dotyczącymi bezpieczeństwa, które wpłyną na całe Globalne Południe.
Zacznijmy od typowych amerykańskich zmartwień. Trump, mistrz sztuki całkowitego braku empatii, przynajmniej głośno ujawnił całą grę: „Nie myślę o sytuacji finansowej Amerykanów. Nie myślę o nikim”.
A jednak to robi. Boi się, że po wyborach parlamentarnych stanie się grubym, kulawym kaczątkiem. Dlatego będzie naciskał na Pekin, by kupował więcej soi – by zadowolić swoją bazę na Środkowym Zachodzie – i więcej samolotów Boeinga. Będzie namawiał Pekin do eksportu pierwiastków ziem rzadkich – by zadowolić kompleks militarno-przemysłowy.
I oczywiście będzie wywierał maksymalną presję na Xi, aby skłonić Teheran do otwarcia Cieśniny Ormuz, co doprowadziłoby do spadku cen ropy, ograniczenia inflacji i obniżenia stóp procentowych przez Fed.
Nie ma żadnych kart, którymi mógłby przeforsować ten program. W wojnie technologicznej jego maksymalna presja doprowadziła jedynie do tego, że Chiny spektakularnie i wielokrotnie omijały dostawców z USA. W wojnie handlowej Chiny znacząco zdywersyfikowały swój eksport, a nawet osiągnęły rekordową nadwyżkę handlową.
Iran jest oczywiście kluczowy – nie tylko dlatego, że ujawnia całemu światu gigantyczne słabości strukturalne tego „niezbędnego państwa”. Co zrobi Trump? Zagrozi Xi, ponieważ Iran korzysta z chińskiego systemu satelitarnego BeiDou, który w efekcie zamienił całą Azję Zachodnią w przejrzystą szklarnię dla irańskich pocisków balistycznych?
Iran nigdy nie stracił swojego korytarza naftowego na rzecz Chin, gdy pojawił się cesarz barbarzyństwa z „blokadą”. Przepływ ropy trwa nadal – poprzez sieć tankowców-widmo na irańskich i pakistańskich wodach terytorialnych, przeładunki statek-statek, ukryte ładunki, a teraz także chińskie rafinerie, którym Pekin nakazał ponieść ryzyko sankcji.
To nie tylko bitwa na skalę talasokratyczną [panowanie na morzu md] , ale także bitwa lądowa w Eurazji – wzdłuż euroazjatyckiego korytarza kolejowego, z jego dwukierunkowymi pociągami między Xi’anem a Teheranem. Choć kolej może jeszcze nie osiągnąć wolumenu eksportu morskiego, strategicznie jest to absolutnie kluczowe i wyraźnie pokazuje, że presja morska to coś zupełnie innego niż gospodarcze duszenie się na lądzie.
„Genialny” amerykański pomysł zdławienia chińskiego łańcucha dostaw ropy naftowej – od Wenezueli po Ormuz – a dodatkowo nałożenia sankcji na chińskie rafinerie „czajniczków” doprowadził jedynie do tego, że Chiny stały się, obok Rosji, jednym z najważniejszych realnych mediatorów w czasie stale łamanego zawieszenia broni.
Cała gra o Hormuz, w którą Iran zagrał perfekcyjnie, miała jedynie minimalny wpływ na chiński import – podobnie jak ograniczenie eksportu Nvidii H100 i H200 w celu „kontroli” chińskiej sztucznej inteligencji praktycznie nie miało żadnego wpływu. W końcu Chiny skutecznie ignorują Nvidię. Model DeepSeek V4 wykorzystuje układy scalone pochodzące z lokalnych źródeł. A H200 i tak nie jest sprzedawany w Chinach.
Xi nie musi nawet mówić Trumpowi osobiście, że Pekin nie miałby żadnego problemu z rozpętaniem wojny gospodarczej na szeroką skalę, jeśli Waszyngton nadal będzie próbował prowadzić wojnę finansową, zamykając instytucje finansowe stojące za rafineriami „czajniczków”.
Tajwan to nie jedyna karta, która pozostała w grze. Tajwan nie jest nawet kartą. Dla Pekinu Tajwan jest kwestią bezpieczeństwa wewnętrznego. Wszystko inne to propaganda. Pekin mógłby spróbować przekonać Trumpa do cofnięcia sprzedaży broni Tajwanowi za 11 miliardów dolarów, w tym niszczycieli wyposażonych w system Aegis, myśliwców F-35, nieefektywnych pocisków Patriot i samolotów wczesnego ostrzegania E-2D Hawkeye. Ale nawet to jest sprawą drugorzędną.
Co więc pozostaje po całym – teraz już ograniczonym – przepychu i widowisku? W najlepszym razie obecny, skrajnie niepewny status quo.
Chiński plan wojny technologicznej
Krótko mówiąc: celem Trumpa jest zmuszenie Xi do wywarcia nacisku dyplomatycznego na Iran, aby ten przyjął barbarzyńskie warunki zakończenia wojny. To jest absolutnie wykluczone pod każdym względem.
Nawet gdyby tak się stało, Trump mógłby w zamian zaoferować „stabilne” stosunki handlowe między USA a Chinami, przedłużenie embarg handlowych i ustępstwa w zakresie kontroli technologii. Xi nie jest tym w najmniejszym stopniu zachwycony – tak jak nie wie, zgodnie z maksymą Ławrowa, że USA „nie potrafią zawierać umów”.
Poważnie nadszarpnięta marka BRICS może nawet nie odegrać roli w rozmowach. Chiny odniosą się do swoich poważnych wyzwań wewnętrznych osobno podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych w Indiach, które odbywa się niemal równocześnie ze szczytem Trump-Xi w Pekinie.
Xi może również podejrzewać, że prawdziwi zwolennicy Trumpa – feudalizm technologiczny, wielkie banki i różni przedstawiciele Zionism Inc. – rozpętali już stopniową, systemową wojnę światową, która ma trwać od teraz do około 2040 roku, wymierzoną w niezbędną globalną infrastrukturę, handel i energię, aby zniszczyć stary porządek i wprowadzić prawdziwy Wielki Reset na znacznie bardziej opłacalnych warunkach.
Stoi to w bezpośredniej, brutalnej sprzeczności z oficjalną polityką Chin, której celem jest budowanie wspólnoty ze wspólną przyszłością dla ludzkości. Xi nie odstąpi ani na jotę od tej polityki – swojej polityki – tylko po to, by zaspokoić przerośnięte ego patologicznego, psychopatycznego narcyza.
Xi skupia się już na 141-stronicowym pięcioletnim planie przedstawionym w marcu, w którym sztuczna inteligencja jest wspominana ponad 50 razy; w którym zakłada się, że do 2027 r. udział sztucznej inteligencji w chińskiej gospodarce będzie sięgał 70% ; a także zobowiązano się do stworzenia sieci komunikacji kwantowej między Ziemią a kosmosem, harmonogramu syntezy jądrowej oraz interfejsów mózg-komputer.
Pięcioletni plan przedstawia również „nadzwyczajne środki” mające na celu zapewnienie samowystarczalności w zakresie pierwiastków ziem rzadkich i półprzewodników – tzn. w zakresie łańcucha dostaw, bez którego armia amerykańska po prostu by zginęła.
Chiński plan zakłada wdrożenie sztucznej inteligencji w całej gospodarce, robotykę jako podstawę przemysłu, infrastrukturę kosmiczną, komputery kwantowe i całkowite wzmocnienie dominacji Chin w dziedzinie przetwarzania pierwiastków ziem rzadkich.
Nazwijmy to de facto chińskim planem wojennym – na poziomie priorytetów bezpieczeństwa narodowego – w bezpośredniej konfrontacji z USA. Wiara, że Trump może to wszystko zmienić za pomocą sterty pustych obietnic, jest naiwna.
Historia wyda wyrok. Już teraz wiadomo, że próba utrzymania globalnej dominacji poprzez zdławienie rosnącego supermocarstwa Chin poprzez „blokadę” irańskich portów i Cieśniny Ormuz, przy jednoczesnym podpaleniu całej Azji Zachodniej i zrujnowaniu własnej gospodarki, prawdopodobnie należy do trzech największych błędów popełnionych przez głęboko zaślepione, głębokie państwo USA.
W poruszającym wywiadzie, znany amerykański geostrateg John Mearsheimer analizuje dramatyczną eskalację konfliktu między Iranem, Izraelem a Stanami Zjednoczonymi – i maluje obraz, który trudno uznać za bardziej ponury. Podczas gdy Waszyngton i Tel Awiw publicznie mówią o „zwycięstwie”, Mearsheimer stwierdza bez ogródek: USA i Izrael przegrywają wojnę, Iran „panuje nad sytuacją”, a NATO może w efekcie upaść w wyniku kryzysu. Wywiad ukazuje obraz porządku światowego, który jednocześnie rozpada się na Bliskim Wschodzie, w Europie i na globalnych rynkach energii.
Rozwój sytuacji wojskowej wskazuje, że izraelski system obronny jest pod ogromną presją. Raporty wskazują, że około 80% irańskich pocisków trafia w swoje cele, podczas gdy nie ma dowodów na to, że Teheranowi kończą się zapasy. Sytuacja ta coraz bardziej przypomina wojnę z zeszłego roku, kiedy sam Izrael był na skraju wyczerpania swojego arsenału rakietowego.
Sytuacja strategiczna wokół Cieśniny Ormuz jest szczególnie krytyczna. Mearsheimer argumentuje, że Iran kontroluje obecnie to kluczowe globalne wąskie gardło energetyczne i nie ma racjonalnego powodu, by się go wyzbywać. Gdyby Stany Zjednoczone i Izrael wykorzystały zawieszenie broni do dozbrojenia, a następnie ponownie zaatakowały, byłby to strategiczny błąd z perspektywy Iranu. Właśnie dlatego Mearsheimer nie wierzy w prostą deeskalację.
W centrum jego analizy znajduje się Donald Trump. Mearsheimer oczekuje, że Trump spróbuje przedstawić dwuczęściową narrację: po pierwsze, ogłosi „zwycięstwo” lub stwierdzi, że zwycięstwo jest bliskie. Po drugie, jednocześnie ogłosi koniec bezpośredniego zaangażowania w wojnę. Mearsheimer uważa jednak, że właśnie ta narracja o zwycięstwie jest nieprzekonująca.
Przed wybuchem wojny Waszyngton i Tel Awiw sformułowały pięć głównych celów: zmianę reżimu w Iranie, zakończenie irańskiego programu nuklearnego, zniszczenie irańskiego arsenału rakietowego, zakończenie wspierania Hamasu, Hezbollahu i Huti-ch oraz ogólne osłabienie państwa irańskiego. Żaden z tych celów nie został osiągnięty – i żaden nie jest bliski realizacji. Zamiast tego rząd USA próbuje obecnie retrospektywnie określić nowe cele wojny, takie jak zniszczenie irańskich sił powietrznych lub marynarki wojennej, mimo że przed wojną nie odegrały one praktycznie żadnej roli.
Podczas wywiadu pojawiły się doniesienia o nowych irańskich atakach rakietowych na Izrael. Jednocześnie irańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych odrzuciło twierdzenie Trumpa, że Teheran zwrócił się o zawieszenie broni. Dla Mearsheimera był to właśnie dowód na rozpad amerykańskiej narracji o zwycięstwie. Stwierdził: „Przegrywamy wojnę”. Chociaż oficjalnie wojna nie została jeszcze przegrana, nikt nie potrafił wiarygodnie wyjaśnić, w jaki sposób Stany Zjednoczone i Izrael zamierzają odwrócić bieg wydarzeń.
Mearsheimer uważa możliwość amerykańskiego rozmieszczenia wojsk lądowych za szczególnie alarmującą. Oddziały 82. Dywizji Powietrznodesantowej, piechoty morskiej i sił specjalnych są już w regionie. Gdyby Waszyngton faktycznie rozmieścił wojska lądowe na terytorium Iranu, Mearsheimer uważa, że sytuacja „z absolutnie fatalnej stałaby się znacznie gorsza”. Iran jasno dał już do zrozumienia, że będzie walczył nie tylko z wojskami amerykańskimi, ale także atakował państwa Zatoki Perskiej, które wspierają USA.
Spowodowałoby to rozprzestrzenienie się konfliktu daleko poza Iran i Izrael. Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska i inne państwa Zatoki Perskiej mogłyby zostać bezpośrednio zaatakowane. Jednocześnie wiarygodność amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa uległaby załamaniu. Mearsheimer otwarcie kwestionuje, czy Stany Zjednoczone są jeszcze w stanie skutecznie chronić swoich sojuszników.
Jednocześnie postrzega NATO w kryzysie egzystencjalnym. Trump otwarcie grozi wycofaniem się USA z sojuszu po tym, jak państwa europejskie odmówiły podjęcia działań militarnych przeciwko Iranowi. Trump próbuje teraz zrzucić winę na Europę za niepowodzenia na Bliskim Wschodzie. Określa on pomysł, że europejskie siły morskie mogłyby odegrać kluczową rolę w militarnym otwarciu Cieśniny Ormuz, jako „argument niepoważny”. Nawet sama Marynarka Wojenna USA nie może tego zagwarantować.
Mearsheimer idzie jeszcze dalej: NATO, jako funkcjonujący sojusz wojskowy, jest praktycznie martwe. Relacje transatlantyckie są zatrute, a Europa musi zacząć strategicznie dystansować się od Stanów Zjednoczonych. Zamiast nadal polegać na Waszyngtonie, Europejczycy powinni poprawić swoje relacje z Chinami i Rosją. Rosja nie stanowi zagrożenia dla Europy, argumentuje – wręcz przeciwnie, zależność od Stanów Zjednoczonych sama stała się zagrożeniem.
Jednocześnie ostrzega przed globalnym wstrząsem gospodarczym. Wysokie ceny ropy naftowej, zakłócenia w łańcuchach dostaw i zniszczona infrastruktura w Zatoce Perskiej mogą wywołać globalny kryzys. Kraje takie jak Korea Południowa już teraz racjonują paliwo, Wietnam zmaga się z niedoborami dostaw, a globalne rolnictwo znajduje się pod presją z powodu zakłóceń w dostawach nawozów z regionu Zatoki Perskiej.
To, co czyni to szczególnie niebezpiecznym, to fakt, że niszczona jest nie tylko infrastruktura naftowa. Niszczone są również huty aluminium, stalownie, zakłady odsalania wody i inne obiekty o kluczowym znaczeniu gospodarczym w regionie Zatoki Perskiej. Konsekwencje ekonomiczne mogą trwać latami.
Mearsheimer kończy, opisując sytuację globalną za pomocą drastycznego obrazu: świat zmierza w kierunku góry lodowej. Trump najwyraźniej ma nadzieję uniknąć zderzenia poprzez retoryczną deklarację zwycięstwa i częściowe wycofanie. Jednak według Mearsheimera jest to niezwykle mało prawdopodobne. Wojna będzie się dalej eskalować, a USA nie mają już praktycznie żadnych realnych opcji. Inwazja lądowa byłaby katastrofalna w skutkach, a wycofanie się bez masowych ustępstw wobec Iranu jest praktycznie niemożliwe.
Jego wniosek jest jednoznaczny: Iran ma strategicznie silniejszą pozycję. Stany Zjednoczone i Izrael są coraz bardziej uwikłane w konflikt, którego nie mogą ani jednoznacznie wygrać, ani łatwo z niego uciec. I to, zdaniem Mearsheimera, stanowi największe zagrożenie dla porządku globalnego w nadchodzących miesiącach.
W szczerym wywiadzie były pułkownik USA i doradca Pentagonu Douglas Macgregor analizuje dramatyczną eskalację konfliktu między USA, Izraelem i Iranem. Wywiad został zainspirowany doniesieniami o możliwym rozmieszczeniu na Bliskim Wschodzie nowej amerykańskiej broni hipersonicznej „Dark Eagle”.
Macgregor maluje ponury obraz: Stany Zjednoczone znajdują się w pułapce strategicznej, prezydent Donald Trump działa z coraz większą desperacją, a Iran jest teraz w stanie sam dyktować eskalację.
Broń hipersoniczna jako ostateczność?
W centrum dyskusji znajduje się tzw. pocisk rakietowy „Dark Eagle” – pierwsza oficjalnie rozmieszczona broń hipersoniczna armii USA. Według doniesień, Centralne Dowództwo USA (CENTCOM) zwróciło się z prośbą o rozmieszczenie tego systemu na Bliskim Wschodzie w celu potencjalnego użycia przeciwko Iranowi. Broń ma osiągać prędkość przekraczającą Mach 5 i została specjalnie zaprojektowana do niszczenia głęboko ufortyfikowanych celów, takich jak podziemne centra dowodzenia czy obiekty nuklearne.
Macgregor podchodzi jednak do tego sceptycznie. Nikt nie jest w stanie jednoznacznie stwierdzić, jak skuteczna jest ta broń w rzeczywistych warunkach bojowych. Wiele wysoko ocenianych systemów pokazało już swoje ograniczenia w wojnie na Ukrainie – zarówno po stronie Zachodu, jak i Rosji. Dopiero w praktyce okaże się, czy broń rzeczywiście spełnia obietnice planistów wojskowych.
Następnie Macgregor przytacza historyczne porównanie, które uderza niczym polityczny grom z jasnego nieba. Trump, jak twierdzi, zachowuje się podobnie do Adolfa Hitlera w ostatnim roku II wojny światowej: przywódcy desperacko szukającego cudownej broni, aby w jakiś sposób uratować pogarszającą się sytuację. Hitler, jak twierdzi, polegał na tak zwanej broni „srebrnej kuli” – rewolucyjnych systemach, które teoretycznie mogłyby mieć ogromny wpływ, ale pojawiły się o wiele za późno, by zmienić bieg wojny. I właśnie to, jak twierdzi, obserwujemy teraz ponownie.
Macgregor stawia kluczowe pytania: Ile takich pocisków hipersonicznych faktycznie istnieje? Jak szybko można je wyprodukować? Jak długo można utrzymać intensywne użytkowanie? Jego wniosek jest jasny: nawet ta broń nie zmusi irańskich przywódców do kapitulacji.
„Dlaczego Irańczycy nadal mieliby wierzyć USA?”
Krytyka wiarygodności Waszyngtonu przez Macgregora jest szczególnie miażdżąca. Otwarcie kwestionuje on, dlaczego jakikolwiek rozsądny rząd miałby nadal negocjować z USA. Argumentuje, że Stany Zjednoczone systematycznie niszczyły porozumienia międzynarodowe i łamały własne zobowiązania w ostatnich latach.
Jako przykład podaje traktat INF dotyczący pocisków rakietowych średniego zasięgu – jedno z najważniejszych porozumień o kontroli zbrojeń zimnej wojny. To porozumienie kiedyś uratowało Europę przed masową eskalacją nuklearną, ponieważ obie strony zgodziły się całkowicie wyeliminować całą kategorię niebezpiecznej broni. Jednak Waszyngton „lekkomyślnie odrzucił” ten traktat.
Według Macgregora praktycznie wszystkie dotychczasowe mechanizmy kontroli i monitorowania zostały zniszczone. Nikt nie wie dokładnie, jaką bronią dysponuje druga strona. Właśnie z tego powodu, argumentuje, Irańczycy nie mają motywacji, by ufać amerykańskim obietnicom. Dla Teheranu najlepszym scenariuszem jest po prostu to, że USA się poddają i opuszczą region.
Iran grozi całkowitą eskalacją
W dalszej części wywiadu omawiane są doniesienia, że armia amerykańska rozważa konkretne opcje ataku na Iran. Według doniesień medialnych obejmują one ukierunkowane ataki na irańską infrastrukturę, operacje lądowe mające na celu kontrolę Cieśniny Ormuz, a nawet operacje specjalne mające na celu przejęcie irańskiego uranu.
Jednocześnie irańscy urzędnicy jednoznacznie dali do zrozumienia, że wznowienie wojny będzie prowadzone bez żadnych ograniczeń. Wspomnieli o możliwych atakach na infrastrukturę energetyczną państw Zatoki Perskiej, zamknięciu cieśniny Bab al-Mandab oraz aktach sabotażu wymierzonych w kable podmorskie i systemy komunikacyjne w regionie.
Macgregor stawia centralne pytanie strategiczne w następujący sposób: Kto ma władzę, by zaostrzyć konflikt? Jego odpowiedź: Nie Waszyngton, ale Teheran. Iran jest teraz w stanie sam decydować o tempie i intensywności eskalacji.
Ostrzeżenie Putina dla Trumpa
Na szczególną uwagę zasługuje ocena rozmowy telefonicznej między Władimirem Putinem a Trumpem dokonana przez Macgregora. Choć nie zna on treści rozmowy, podejrzewa, że Putin jasno dał Trumpowi do zrozumienia, że Iran uznałby nowy atak za zagrożenie egzystencjalne. W takim przypadku Teheran „zareagowałby z całych sił”.
Iran nie ma już motywacji, by reagować w sposób umiarkowany ani ufać amerykańskim zapewnieniom. Dlatego Putin prawdopodobnie odradzał powrót do wojny i zamiast tego sugerował poszukiwanie alternatywnego rozwiązania. Rosja i Chiny mogłyby pełnić rolę gwarantów takich porozumień.
„Irańczycy mają teraz inicjatywę strategiczną”
Macgregor argumentuje, że Stany Zjednoczone znajdują się w niekorzystnej sytuacji strukturalnej. Amerykańskie siły zbrojne operują tysiące kilometrów od kraju. Każda linia zaopatrzeniowa jest długa, droga i podatna na ataki. Jednocześnie sprzęt i personel są coraz bardziej wyczerpywane.
Wskazuje na obciążenie amerykańskich sił morskich w Zatoce Perskiej. Nawet grupy lotniskowców są narażone na ogromne zużycie. Żołnierze i marynarze są wyczerpani fizycznie i psychicznie, a jednocześnie coraz więcej systemów wymaga intensywnej konserwacji.
Macgregor interpretuje zatem dyskusję na temat użycia eksperymentalnej broni hipersonicznej jako przejaw narastającej desperacji w Białym Domu. Trump gorączkowo szuka sposobu, by zmusić Iran do uległości. Uważa jednak, że to po prostu nie zadziała.
„To jest wojna Izraela”
Wypowiedzi Macgregora stają się szczególnie wybuchowe, gdy odnosi się do roli Izraela. Twierdzi on, że wojna z Iranem jest w rzeczywistości prowadzona w celu realizacji interesów Izraela. Izrael, jak twierdzi, od lat dąży do zniszczenia Iranu – a ostatecznie o to właśnie chodzi w tym konflikcie.
Macgregor uważa jednak, że Izrael mógł przesadzić. Sytuacja militarna i geopolityczna rozwija się inaczej niż oczekiwano. Jednocześnie sugeruje, że Trump jest coraz bardziej sfrustrowany informacjami, które otrzymał w okresie poprzedzającym wojnę.
W wywiadzie wspomniano również o wypowiedziach Trumpa, w których polecił Benjaminowi Netanjahu przeprowadzać ataki w Libanie bardziej „chirurgicznie” i powodować mniejsze zniszczenia, ponieważ zaszkodziłoby to Izraelowi na arenie międzynarodowej. Macgregor pozostaje jednak sceptyczny. Sama retoryka nic nie znaczy – kluczowe są konkretne zmiany polityczne.
„Netanjahu kontroluje siły zbrojne USA”
Ton wywiadu pod koniec staje się jeszcze mroczniejszy. Macgregor reaguje niemal z rezygnacją, mając nadzieję, że Trump w końcu uwolni się spod wpływów Izraela. Jeśli Izrael poprze Netanjahu, mówi, to teraz jest idealny moment, ponieważ Netanjahu de facto przejął kontrolę nad amerykańskimi siłami zbrojnymi.
Macgregor przytacza jako dowód przeszłe sytuacje, w których amerykańscy politycy natychmiast konsultowali się z Netanjahu. Dopóki ta sytuacja pozostanie zasadniczo niezmieniona, nie spodziewa się pozytywnego rozwoju relacji między Waszyngtonem a Tel Awiwem.
Żądanie wycofania się z Zatoki Perskiej
Rozwiązanie Macgregora brzmi radykalnie: Stany Zjednoczone powinny zaprzestać wszelkich działań wojskowych przeciwko Iranowi, wycofać swoje wojska z regionu i w pełni otworzyć Zatokę Perską. Jednocześnie Waszyngton powinien zaakceptować międzynarodową mediację w celu znalezienia innego sposobu postępowania z Teheranem.
W przeciwnym razie wojna grozi niekontrolowaną eskalacją – z ogromnymi konsekwencjami dla dostaw energii, handlu międzynarodowego i globalnego porządku bezpieczeństwa. Macgregor jest przekonany: Zachód nie docenia Iranu, przecenia własne możliwości i niebezpiecznie zbliża się do katastrofy strategicznej.
Donald Trump kompletnie nie wie, jak zakończyć wojnę z Iranem. Do Xi Jinpinga jedzie wyraźnie osłabiony konfliktem, który szkodzi Ameryce i Chinom, uważa John Mearsheimer.
Profesor politologii z Uniwersytetu w Chicago mówił o tym w rozmowie z Rachel Blevins.
Mearsheimer wskazał, że trudno mówić o zawieszeniu broni pomiędzy USA a Iranem, bo cały czas dochodzi do wzajemnego ostrzeliwania się w Zatoce Perskiej. Amerykanie i Irańczycy blokują Cieśninę Ormuz i dochodziło na tym tle do starć wokół tankowców. Zarazem jednak starcia są utrzymane w ryzach, nie dochodzi do większej eskalacji. Ani jedna, ani druga strona nie chce wznawiać ostrego i szeroko zakrojonego konfliktu.
Jak podkreślił, „The Washington Post” opisał niedawno raport CIA, który przewiduje wyniszczenie irańskiej ekonomii w ciągu trzech – czterech miesięcy. Krach ekonomiczny nie oznacza jednak, że Iran się podda.
– Uważam, że Iran się nie podda. Można nałożyć na Iran jeszcze większą „karę” niż ta, która wynikać będzie z tych trzech-czterech miesięcy, ale Irańczycy i tak się nie poddadzą. Moim zdaniem dane historyczne są w tej kwestii jasne: społeczności w czasie wojny mogą brać na siebie bardzo duże obciążenia – podkreślił. – Co więcej, Irańczycy mierzą się z egzystencjalnym zagrożeniem.
Walczą z dwoma ludobójczymi państwami, USA i Izraelem, które są zdeterminowane, by zniszczyć Iran, zrujnować go, uczynić go drugą Syrią. Biorąc pod uwagę, że Iran bardzo chce przetrwać, nie podda się. Dlatego [konflikt] będzie trwać dłużej, niż te trzy-cztery miesiące – ocenił.
Część amerykańskich strategów uważa, że sama blokada Cieśniny Ormuz nie wystarczy i konieczny będzie powrót do szeroko zakrojonych bombardowań. Dopiero taka kombinacja – nacisk ekonomiczny i bombardowania – miałaby przynieść zmianę w Iranie i zmusić rząd tego kraju do kapitulacji. Problem z zastosowaniem wyłącznie środka ekonomicznego polega też na tym, powiedział Mearsheimer, że rzecz szkodzi również Amerykanom.
Donald Trump jest pod rosnącą presją, by wycofać się z wojny. Może prowadzić go to do decyzji o ponownej eskalacji militarnej. Tyle, że wcześniejsze bombardowania nie przyniosły wcale zakładanych efektów, dlatego można wątpić, czy ponowna akcja tego rodzaju cokolwiek zmieni. Nawet kombinacja blokady ekonomicznej i bombardowań nie przeważy: Irańczycy zrobią wszystko, by przetrwać i nie poddadzą się.
Zdaniem politologa marne są też szanse na wypracowanie jakiegoś konstruktywnego porozumienia. Wynika to przede wszystkim z dużej rozległości tematów do ustalenia. To zarówno program nuklearny Iranu, jak i odniesienie tego państwa do różnych bojówek – Hamasu, Hezbollahu, Huti-ch.
To także kontrola nad cieśniną Ormuz. – Trudno sobie wyobrazić, by Stany Zjednoczone i Iran mogły dojść do porozumienia w tych sprawach w najbliższym czasie – powiedział. Jak dodał, trzeba też uwzględnić Izraelczyków, którzy chcą kontynuować wojnę i jeszcze bardziej wyniszczyć Iran, dlatego będą dążyć do zerwania negocjacji amerykańsko-irańskich
Według Mearsheimera trwająca wojna w Iranie osłabia też pozycję Donalda Trumpa wobec Xi Jinpinga. Kiedy prezydent USA uda się do Pekinu, Xi będzie mógł mu przypomnieć o amerykańskiej odpowiedzialności za wojnę, która prowokuje poważne trudności ekonomiczne w wielu krajach świata, w tym w Chinach i w USA. Chiński szef państwa będzie naciskał na Trumpa, by ten zakończył wojnę w Iranie; problem w tym, że Trump nie wie, jak ma to zrobić. Ze względu na nowe uwikłanie USA w wojnę z Iranem oraz utrzymujące się uwikłanie w wojnę na Ukrainie, Trump będzie zdaniem politologa bardzo oględny wobec Xi Jinpinga. Ostatnim, czego potrzebuje dziś Waszyngton, to wybuch konfliktu w Azji.
”Netanjahu odejdzie, ale państwo (Izrael) umrze wraz z nim” (Haaretz)
„Zwycięstwo ma tysiąc ojców, ale porażka jest sierotą”. – John Keats
„To niesprawiedliwa rzecz w wojnie: zwycięstwo przypisują sobie wszyscy, porażkę przypisują tylko jednemu” – Tacyt
————————————–
Zwycięstwo jednoczy, ale porażka dzieli.
Teraz Izraelczycy i Amerykanie zaczynają oskarżać się nawzajem o to, że wierzyli, że łatwo będzie obalić irański reżim, a tym samym odsunąć na bok regionalne mocarstwo, którego samo istnienie było uciążliwe zarówno dla Waszyngtonu, jak i Tel Awiwu. Joe Kent, były amerykański dyrektor antyterrorystyczny, który niedawno zrezygnował z rządu Trumpa twierdzi, że jeszcze przed wybuchem wojny w Iranie amerykańska społeczność wywiadowcza była zgodna, że Republika islamska nie opracowuje broni jądrowej i że – w przypadku konfliktu – Cieśnina Ormuz zostanie zamknięta. Ponadto argumentował, że atakowanie i zabijanie irańskich przywódców nie doprowadzi do zmiany reżimu, ale raczej do jego wzmocnienia. Dlaczego więc Donald miałby decydować się na atak?
Najpopularniejszą odpowiedzią jest to, że Netanjahu przekonał go, a raczej szantażował, zmuszając go do zrobienia kroku, którego prezydent tak naprawdę nie chciał zrobić. W Izraelu ta odpowiedź jest teraz otwarcie kwestionowana. Znacząca izraelska gazeta Israel Hayom – w tłumaczeniu Israel Today – należąca do miliardera Miriam Adelson, naturalizowanej Amerykanki, kwestionuje tę tezę, a dziennikarz, który napisał artykuł, twierdzi, że „raporty opublikowane między innymi przez New York Times i Washington Post, twierdząc, że Netanjahu wciągnął Trumpa i Stany Zjednoczone w wojnę, częściowo twierdzące, że reżim może zostać obalony, są ewidentnie błędne.” Rozmowy, które przeprowadziłam, wskazują, że przynajmniej niektórzy wyżsi urzędnicy administracji Trumpa i sam Trump byli tymi, którzy wierzyli, że reżim może zostać obalony, podczas gdy izraelski zespół przedstawił znacznie ostrożniejszą ocenę sprawy.”
Tak więc teoria pochodząca z Tel Awiwu, ale także z USA, biorąc pod uwagę szczególne stanowisko redaktora gazety, który jest przynajmniej rzecznikiem lobby syjonistycznego, jest taka, że idea tarana, który zniszczyłby wolę Iranu, by się oprzeć, zrodziła się w tej przerażającej mieszance chrześcijańskich syjonistów i amatorów wojskowych, którymi Donald się otoczył. Krótko mówiąc, Amerykanie oskarżają Izrael, A Izrael oskarża Amerykanów. I tutaj nie jest tak ważne, aby zrozumieć, kto ma rację — jeśli rzeczywiście jest jakiś powód, aby znaleźć w tym szaleństwie. Budzi się kontrowersja, która sama w sobie zdradza poczucie porażki. Jeśli zwycięstwo ma wielu ojców, porażka jest sierotą, a bohaterowie chcą za wszelką cenę zaprzeczyć przypisywanej sobie winie. Sam fakt, że ta kontrowersja się pojawia, jest wyraźnym dowodem na to, że gęsta, gorzka chmura porażki gromadzi się nad głowami osób odpowiedzialnych za całkowicie nieuzasadnioną agresję na Iran, a teraz wszyscy próbują obwiniać innych.
W końcu oba rządy spowodowały tak głośną katastrofę i naraziły się na fiasko o tak epokowych rozmiarach, że naturalne jest, aby starać się nie być postrzeganym jako odpowiedzialny. Wojna w Iranie skutecznie oznacza upadek jednobiegunowej mocy USA, z którą ściśle związany był urojony projekt Wielkiego Izraela. Teraz te sny okazały się koszmarem i wyznaczają koniec pewnej epoki, ale nie pozostawiają miejsca na przyszłość. Z jednego powodu: przyszłość jest teraz gdzie indziej. Od połowy 2026 roku Izrael prowadzi znaczącą, przyspieszającą i kontrowersyjną działalność inwestycyjną w nieruchomości na Cyprze, podczas gdy jego inwestycje w Argentynie koncentrują się w dużej mierze na strategicznych partnerstwach technologicznych, rolniczych i energetycznych, a nie na masowych przejęciach nieruchomości mieszkalnych.
Opozycja na Cyprze ostrzegła niedawno, że Izrael ustanawia „enklawę” w tym kraju wyspiarskim UE, poprzez rosnące przejęcia nieruchomości przez izraelskich inwestorów. Ostrzeżenie spowodowało burzę dyplomatyczną, zarówno cypryjscy, jak i Izraelscy urzędnicy potępili ostrzeżenie opozycji jako „antysemickie.” „Izraelscy nabywcy kupują znaczące działki i strategiczne aktywa gospodarcze” – powiedział w czerwcu rzecznik Postępowej Partii Ludzi Pracy (AKEL) Stefanos Stefanou. „Budują syjonistyczne szkoły, synagogi, zamknięte Enklawy … Izrael przygotowuje sobie Podwórko Na Cyprze, a to nie może nie wywołać dla nas alarmu.” „Izraelskie gazety mówią o ukierunkowanej polityce ekspansji Izraela na Cypr” – powiedział. „Nie mówimy tego z ksenofobii czy antysemityzmu” – dodał, podkreślając, że „Izrael nas okupuje.” Zauważył, że Izrael kupił duże ilości ziemi i tworzy zamknięte społeczności, głównie w Larnace i Limassol. „To nie są tylko domy wakacyjne. Są to osady we wszystkim oprócz nazwy.” Konkretne obszary są kupowane masowo” – powiedział Stephanou. Doprowadziło to do „zamkniętych obszarów prawie niedostępnych dla nikogo innego niż obywatele Izraela.” Ostrzegł: „w pewnym momencie odkryjemy, że nasza własna ziemia nie należy do nas”, dodając, że Cypr staje się „enklawą satelicką” dla Izraela. Te przejęcia gruntów są przeprowadzane w ramach tak zwanej „Złotej wizy”, systemu pobytowego po inwestycji, który umożliwia obywatelom spoza UE nabycie miejsca zamieszkania poprzez inwestowanie w nieruchomości. Cypr wydał tysiące takich wiz z niewielkim nadzorem. Inne kraje UE, w tym Hiszpania, ograniczyły sprzedaż gruntów obywatelom spoza UE. Cypryjskie media, w tym Politis i Cyprus Mail, opublikowały niedawno raporty śledcze na temat tych zamkniętych społeczności i nacisków politycznych, aby rozprawić się z nadużywaniem złotej wizy, szczególnie przez AKEL. W latach 2021-2025 Izraelczycy kupili ponad 1400 nieruchomości w Larnace, ponad 1100 w Limassol i ponad 1200 w Pafos – często zlokalizowanych w pobliżu portów, kurortów i strategicznych miejsc, takich jak bazy wojskowe. W sumie od 2021 roku na południowym Cyprze zakupiono prawie 4000 Nieruchomości powiązanych z Izraelem. „Izraelczycy mają tendencję do kupowania dużych działek, w których znajdują się uzdrowiska i kurorty – zamknięte społeczności, że tak powiem. Pyla stała się ich nieoficjalnym centrum – powiedział niedawno Cyprus Mail konsultant ds. nieruchomości Loizos Loizou. W latach 2018-2025 Liczba Izraelczyków mieszkających na Cyprze wzrosła z 6500 do około 15 000. Izraelska gazeta Haaretz niedawno poinformowała, że izraelska Agencja Wywiadowcza Mossadu działała na Cyprze i wykorzystywała ją do „operacji w kryjówce.” Ynet zauważył również, jak Izraelczycy „szturmowali” rynek nieruchomości na Cyprze. Hebrajskie media monitorowały rosnący trend nabywania ziemi przez Izrael na Cyprze w ciągu ostatnich kilku lat. Haaretz poinformował w sierpniu 2023 roku, że Izraelczycy kupują „wszystko w zasięgu wzroku” w tym kraju wyspiarskim, nazywając go „drugim Izraelem”.” Podczas niedawnej wojny z Iranem dziesiątki Izraelczyków dotarło na Cypr łodziami, aby uciec przed uderzeniami rakiet balistycznych. Ostrzeżenia cypryjskiej opozycji wywołały wrzawę.
Ambasador Izraela na Cyprze Oren Anolik powiedział: „z głębokim niepokojem obserwujemy i potępiamy pojawienie się nietypowej antysemickiej retoryki w publicznym dyskursie Cypru – retoryki, która pod pozorem „politycznej troski” ożywia mroczne wzorce z przeszłości: zbiorową winę, teorie spiskowe i zawoalowane kozły ofiarne.”
Politycy z niektórych centrowych partii Cypru również potępili komentarze Stephanou. Rząd cypryjski nie wydał oficjalnego komentarza w tej sprawie. Jednak Urzędnik z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Cypru powiedział Cyprus Mail, że Nikozja „monitoruje dyskurs” i rozważa parlamentarną debatę na temat mowy nienawiści przed sierpniową przerwą.
AKEL odrzucił oskarżenie o antysemityzm, mówiąc ,że” sprzeciwia się wszelkim formom mizantropii ” i że jego krytyka dotyczy polityki rządu, a nie tożsamości żydowskiej. Stefanou oskarżył ambasadora Izraela o „próbę wywołania nieuzasadnionej debaty.” Na Cyprze znajduje się baza Akrotiri, główny obiekt Armii Brytyjskiej używany przez Izrael do misji rozpoznawczych nad Gazą. Izrael i Cypr zintensyfikowały w ostatnich latach współpracę wojskową w ramach wspólnej deklaracji podpisanej w 2017 roku. Przeprowadziły także kilka wspólnych ćwiczeń wojskowych i morskich. Cypr utrzymuje również bliskie więzi obronne z USA.
Izraelski dziennik Haaretz, jedna z najważniejszych i najbardziej szanowanych publikacji Izraela, opublikował 1 maja 2026 roku artykuł, po którym wszyscy zaniemówili. Felietonistka Carolina Landsmann bez ogródek zatytułowała go: „Netanjahu odejdzie, ale państwo umrze wraz z nim.” Czy państwo syjonistyczne osiągnęło swój koniec? W jasny i bezpośredni sposób dziennikarka stwierdza, że Netanjahu ostatecznie wycofa się z polityki (krążą pogłoski o umowie, która pozwoli mu odejść bez pójścia do więzienia), ale szkody, które już wyrządził krajowi, są tak wielkie, że państwo Izrael, jakie znamy, nie przetrwa.
To nie jest zewnętrzna krytyka. Pochodzi od kogoś z Izraela, piszącego w izraelskiej gazecie, oświadczającego, że cały projekt się skończył. Jej zdaniem Netanjahu całkowicie rozebrał fundamenty kraju. Społeczeństwo izraelskie jest rozdrobnione, bardziej podzielone niż kiedykolwiek i nie ma sposobu, aby je odbudować. Armia, niegdyś duma wszystkich, jest zmęczona, wyczerpana i pozbawiona dawnej siły. Izrael nie ma już przyjaciół na świecie: kiedyś uznawany jako silna demokracja, teraz jest postrzegany jako kraj, który generuje nienawiść na całym świecie z powodu swoich działań. A najgorsze, mówi Landsmann, jest to, że naprawienie tego wszystkiego nie jest już możliwe. To jak niemożliwy sen, miraż.
Dlaczego? Ponieważ najważniejsze instytucje w kraju — sądownictwo, media i Parlament (Kneset) – zostały zniszczone. Nie funkcjonują już tak, jak powinny; są niezrównoważone, kontrolowane przez jedną stronę i straciły równowagę. Nie ma odwrotu. Autorka wyjaśnia, że nie ma już znaczenia, czy odbywają się wybory, czy powstają nowe partie, czy zmienia się skład parlamentu. Wszystko to jest stratą czasu; obrażenia są zbyt głębokie, a punkt bez powrotu już minął.
Netanjahu nie tylko rządził, ale Izrael stał się jego krajem. Jego koniec będzie końcem Państwa. Zabił je. To nie pochodzi od wroga Izraela. Oświadczenie pochodzi od wybitnego głosu w samym Izraelu. To tak, jakby kraj otwarcie przyznał, że marzenie, które sprzedawał od dziesięcioleci — o byciu niezwyciężonym, stabilnym i wiecznym — rozpada się od wewnątrz. Netanjahu odchodzi, ale państwo, którego tak zaciekle bronił, on pójdzie z nim. Artykuł jest brutalną i uczciwą autopsją tego, co wydarzyło się w ostatnich latach. I diagnozuje tak, jak patrzy świat. Nie ma co już tego ukrywać: Projekt Syjonistyczny dobiegł końca.
Rekordowa Hasbara
Izrael przeznacza 730 milionów dolarów na zniszczenie ludobójstwa, ale nie wierzę, że to wystarczy. Izrael zwiększył swój budżet propagandowy dziesięciokrotnie, osiągając 730 milionów dolarów. To nie tylko kwestia wizerunku, ale strategicznego przetrwania. Z budżetem propagandowym, który wzrósł dziesięciokrotnie w ciągu mniej niż dwóch lat, Izrael przyznaje – poprzez liczby – że jego globalna reputacja, ze względu na Gazę i otwarte fronty na Bliskim Wschodzie, spadła do poziomów, których nie widziano od czasu jej powstania.
Zgodnie z przyjętą w marcu ustawą budżetową państwo żydowskie przeznaczyło 730 milionów dolarów na krajową Dyrekcję Dyplomacji Publicznej (Hasbara). Liczba ta stanowi dramatyczny wzrost w stosunku do zeszłorocznych 150 milionów dolarów, co z kolei było już dwudziestokrotnie wyższe niż wydatki sprzed 2023 roku. Największa część środków przeznaczona jest na cyfryzację. Rząd Izraela przeznaczył 50 milionów dolarów na masową kampanię reklamową na platformach społecznościowych (Meta, Google, X). Do tego dochodzi około 40 milionów dolarów na przyjęcie setek zagranicznych delegacji: nie tylko polityków i duchownych, ale także influencerów, Rektorów Uniwersytetów i liderów społeczności. Celem jest zbudowanie sieci ambasadorów, wolontariuszy gotowych do rozpowszechniania izraelskiej narracji w swoich krajach.
Ale najbardziej zaskakującym posunięciem jest miesięczny kontrakt o wartości 1,5 miliona dolarów podpisany z firmą powiązaną z Bradem Parscale, byłym strategiem cyfrowym Donalda Trumpa. Firma – ta sama, która otrzymała już 9 milionów dolarów na poprzednią kampanię – wykorzysta narzędzia sztucznej inteligencji do kształtowania globalnej opinii publicznej, mikro-kierowania do niezdecydowanych wyborców i wzmacniania nastrojów proizraelskich. Obecnie to algorytmiczna broń na służbie hasbary. Jak wspomniano wcześniej, utworzono scentralizowane centrum monitorowania, które śledzi setki gazet i tysiące codziennych wzmianek o Izraelu. Ale Middle East Eye dodaje niepokojący szczegół: sala prasowa nie tylko obserwuje, ale interweniuje w czasie rzeczywistym, koordynując zaprzeczenia, kontrnarracje i powodzie wyrównanych komentarzy. Wojna hybrydowa pod każdym względem, ale dotyczy instytucjonalnej komunikacji państwa sprzymierzonego z Zachodem. Te kolosalne wydatki są uzasadnione upadkiem wizerunku Izraela, obecnie poświadczonego przez najbardziej autorytatywne instytuty wyborcze.
Pew Research Center (kwiecień 2026) potwierdza, że 60% Amerykanów ma niekorzystną opinię o Izraelu, ze szczytem 80% wśród Demokratów. Nawet wśród Republikanów poniżej 50 roku życia większość (57%) wyraża negatywną opinię. A upadek nie oszczędza amerykańskich Żydów: wsparcie spadło poniżej dwóch trzecich.
Ale najbardziej niepokojąca liczba dla Tel Awiwu pochodzi z raportu Instytutu Studiów nad bezpieczeństwem narodowym (INSS), który mówi o „izolacji dyplomatycznej i publicznej bezprecedensowej od narodzin państwa. Ten sam think tank alarmuje o „pełzającym bojkocie gospodarczym”: firmy, uniwersytety i organizacje społeczeństwa obywatelskiego coraz bardziej niechętnie nawiązują stosunki z Izraelem, co zagraża sercu jego gospodarki intensywnie wykorzystującej technologię. Upadek poparcia, porażka Izraela.
ak więc, podczas gdy sondaże sygnalizują załamanie poparcia, odpowiedzią Tel Awiwu nie jest zmiana polityki w Gazie i gdzie indziej, ale operacja na dużą skalę mająca na celu zmianę postrzegania USA i globalnej opinii publicznej, przekształcając świat w prawdziwe propagandowe pole bitwy. Pytanie, które zadaje wielu analityków, brzmi: czy nawet maszyna propagandowa o wartości 730 milionów dolarów może odwrócić tak głęboki trend.
Ponieważ problem Izraela jest teraz strukturalny: Zachodnia opinia publiczna, a zwłaszcza amerykańska opinia publiczna, ponownie rozważa swój sojusz z państwem oskarżonym o ludobójstwo i podżeganie do wojny. Temat, który jeszcze kilka lat temu był uważany za tabu, ale który dziś stał się głównym nurtem w debacie politycznej.
Dyrektor Narodowej Służby Wywiadowczej, Tulsi Gabbard, prowadzi obecnie śledztwo w sprawie ponad 120 laboratoriów biologicznych za granicą, finansowanych od dziesięcioleci z pieniędzy amerykańskich podatników.
Weryfikator faktów zawstydzony: Tulsi Gabbard potwierdza istnienie gigantycznej sieci finansowanych przez USA biolaboratoriów – w tym ponad 40 laboratoriów na Ukrainie
uncut-news.ch
Wielki „spisek” ostatnich lat ujawnia się obecnie na żywo na oczach opinii publicznej. Przez lata ludzie byli zniesławiani, cenzurowani i nazywani „rosyjskimi propagandzistami” lub „teoretykami spiskowymi”, jeśli wskazywali na finansowane przez USA laboratoria biologiczne za granicą. Weryfikatorzy faktów, główne media i zachodnie rządy wielokrotnie uznawały takie twierdzenia za dezinformację.
Teraz jednak sama szefowa amerykańskiego wywiadu, Tulsi Gabbard, potwierdziła, że Waszyngton sfinansował ponad 120 laboratoriów biologicznych w ponad 30 krajach – w tym ponad 40 na Ukrainie.
To, co przez lata uważano za „teorię spiskową”, nagle stało się przedmiotem oficjalnego śledztwa rządu USA.
Prawdziwym skandalem nie jest samo istnienie tych laboratoriów. Większym skandalem jest systematyczne oszukiwanie opinii publicznej. Podczas gdy krytycy zostali publicznie zdyskredytowani, ówczesna zastępca sekretarza stanu USA, Victoria Nuland, przyznała przed Senatem USA już w 2022 roku, że na Ukrainie istnieją ośrodki badań biologicznych, których kontrola nad nimi stanowiłaby zagrożenie w przypadku wojny. Mimo to zachodnie media i osoby weryfikujące fakty nadal twierdziły, że takie ostrzeżenia to „rosyjska dezinformacja”.
Gabbard otwarcie stwierdza, że jej agencja bada, jakie patogeny są obecne w tych laboratoriach, jakie badania są tam prowadzone i czy przeprowadzano tzw. eksperymenty „wzmocnienia funkcji” – czyli badania, w których wirusy mogą stać się bardziej niebezpieczne lub zaraźliwe.
Nagle coś, co wcześniej było agresywnie zaprzeczane, okazuje się rzeczywistością.
Szczególnie alarmujące jest to, że według raportu, ponad 1,4 miliarda dolarów amerykańskich napłynęło na odpowiednie badania poza Stanami Zjednoczonymi w latach 2014–2023. Jednocześnie nawet amerykańskie organy regulacyjne najwyraźniej nie były w stanie ustalić, które potencjalnie pandemiczne patogeny były faktycznie przedmiotem badań.
Historia niepokojąco przypomina debatę wokół laboratorium w Wuhan. Tam również teoria o wypadku laboratoryjnym była początkowo tematem tabu. Każdy, kto zadawał pytania, był usuwany z mediów społecznościowych lub publicznie oczerniany. Dopiero po latach władze Zachodu przyznały, że nie można w żaden sposób wykluczyć laboratoryjnego pochodzenia zdarzenia. Teraz ten sam schemat powtarza się w przypadku zagranicznych laboratoriów biologicznych.
Prawdziwym sednem problemu nie są same badania, ale wzajemne oddziaływanie tajemnicy, kampanii medialnych i politycznej kontroli debaty publicznej. Krytyczne głosy nie zostały odrzucone, lecz moralnie odrzucone. Każdy, kto wypowiadał się na temat laboratoriów biologicznych, był nazywany „agentem Moskwy”. Nawet politycy tacy jak Tulsi Gabbard zostali publicznie oczernieni jako zdrajcy przez senatorów USA po tym, jak ostrzegali przed niezabezpieczonymi ośrodkami biologicznymi na Ukrainie.
Dziś ta sama kobieta oficjalnie bada te same struktury.
Szczególnie alarmujące są zarzuty, że administracja Bidena aktywnie próbowała „kształtować” postrzeganie opinii publicznej, aby zminimalizować powiązania USA z laboratoriami. Według raportu, działania te były częścią strategii „odporności informacyjnej”, czyli kontroli narracji publicznej.
Innymi słowy, uwaga skupia się nie tylko na samych badaniach, ale także na kwestii tego, czy rządy i media wspólnie próbowały zatuszować krytyczne informacje.
Ta sprawa po raz kolejny pokazuje, jak szybko termin „teoria spiskowa” jest dziś wykorzystywany jako narzędzie polityczne. To, co wczoraj rzekomo zostało „obalone”, jutro nagle zostaje oficjalnie potwierdzone. Te same instytucje, które zniesławiły krytyków, teraz przedstawiają się jako głosiciele oświecenia.
Dla wielu obserwatorów to właśnie jest prawdziwy przypadek naruszenia zaufania: nie chodzi tylko o potencjalnie ryzykowne badania, ale o uświadomienie sobie, że rządy, media i osoby weryfikujące fakty były najwyraźniej gotowe aktywnie bagatelizować niewygodne informacje tak długo, jak były one politycznie niepożądane.
[MD: Zmieniam tytuł.Przecież USA to agresor, nie mediator…]
===========================
Larry C. Johnson
Przypomnij sobie zwrot: „architektura bezpieczeństwa”. Termin „architektura bezpieczeństwa Zatoki Perskiej” został użyty przez prezydenta Putina i chińskiego ministra spraw zagranicznych Wang Yi podczas rozmów z irańskim ministrem spraw zagranicznych podczas jego wizyty w Rosji 27 kwietnia oraz w Pekinie w dniach 5–6 maja 2026 r. Termin ten odnosi się do wielostronnych, regionalnych ram długoterminowej stabilności w Zatoce Perskiej i szerzej na Bliskim Wschodzie.
Termin „architektura bezpieczeństwa” w Zatoce Perskiej nie jest nowym terminem dyplomatycznym wymyślonym na potrzeby tych wizyt. Rosja proponuje „architekturę bezpieczeństwa zbiorowego w Zatoce” co najmniej od 2019 roku, a minister spraw zagranicznych Ławrow po raz ostatni powtórzył tę propozycję 28 lutego 2026 roku, w dniu rozpoczęcia wojny. Chiny poparły proponowaną przez Rosję koncepcję bezpieczeństwa zbiorowego, która zastąpiłaby amerykański parasol obronny w Zatoce Perskiej i zapewniłaby Rosji pozycję silnego gracza obok – lub zamiast – Stanów Zjednoczonych.
Podczas spotkania z prezydentem Putinem minister spraw zagranicznych Aragczi oświadczył, że Iran „popiera stworzenie nowej, powojennej architektury regionalnej, która umożliwi koordynację rozwoju i bezpieczeństwa”. Na kolejnym spotkaniu chiński minister spraw zagranicznych Wang Yi oświadczył, że Pekin „popiera stworzenie regionalnej architektury pokoju i bezpieczeństwa, w której kraje regionu będą wspólnie uczestniczyć, chronić wspólne interesy i osiągać wspólny rozwój”. (S&P Global)
Wang Yi nazwał także wojnę USA i Izraela przeciwko Iranowi „nielegalną” i sformułował trzy zasadnicze stanowiska Chin: poparcie dla wszystkich uzasadnionych żądań Iranu, poparcie dla wycofania amerykańskich baz wojskowych z całego regionu Zatoki Perskiej oraz aktywne uczestnictwo w kształtowaniu porządku powojennego.
Termin „architektura bezpieczeństwa” to dyplomatyczny kod oznaczający fundamentalną restrukturyzację kwestii tego, kto gwarantuje bezpieczeństwo w Zatoce Perskiej i na jakich warunkach – a kto jest wykluczony.
Koncepcja ta składa się z kilku konkretnych elementów:
Po pierwsze, wycofanie sił zbrojnych USA. Głównym żądaniem – podzielanym w równym stopniu przez Iran, Rosję i Chiny – jest wycofanie przez Stany Zjednoczone swoich baz wojskowych, grup uderzeniowych lotniskowców i gwarancji bezpieczeństwa z regionu Zatoki Perskiej. Dotyczyłoby to baz w Bahrajnie (siedzibie Piątej Floty USA), Katarze, Kuwejcie, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Arabii Saudyjskiej.
Po drugie, zastąpienie jej ramami regionalnymi. Proponowana koalicja zrzeszałaby państwa Zatoki Perskiej, Rosję, Chiny i inne zainteresowane strony w ramach wielostronnego porozumienia, przy czym Rosja dostrzegałaby swoją przewagę w tym, że w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych utrzymuje dobre relacje ze wszystkimi stronami – w tym z Iranem.
Po trzecie, Iran jako prawowita potęga regionalna. Araghchi powiedział irańskim mediom, że „nasi chińscy przyjaciele uważają, że Iran po wojnie różni się od Iranu sprzed wojny. Jego pozycja międzynarodowa poprawiła się, a Iran zademonstrował swoje możliwości i siłę. Dlatego na horyzoncie rysuje się nowa era współpracy między Iranem a innymi krajami”. W ten sposób architektura formalnie legitymizuje dominującą rolę Iranu w bezpieczeństwie Zatoki Perskiej, zamiast traktować go jako zagrożenie, które należy powstrzymać. (ING THINK)
Po czwarte, administracja Cieśniną Ormuz. PGSA i system zezwoleń tranzytowych opisany przez Iran stanowią de facto pierwszy konkretny instytucjonalny przejaw tej architektury – Iran tym samym ustanawiając suwerenną władzę administracyjną nad najpoważniejszym wąskim gardłem świata.
Po piąte, powiązanie z szerszym porządkiem wielobiegunowym. Trójkąt Rosja-Iran-Chiny stał się siłą napędową tego, co jego zwolennicy nazywają „integracją euroazjatycką i wielobiegunowością”, a architektura bezpieczeństwa Zatoki Perskiej stanowi mikrokosmos nowego porządku globalnego, który Chiny promują na poziomie makro.
Ta koncepcja doprowadziłaby do faktycznego rozpadu architektury bezpieczeństwa w Zatoce Perskiej, budowanej przez dekady poprzez dwustronne umowy obronne, bazy wojskowe i obecność lotniskowców. Państwa Zatoki Perskiej stoją przed trudnym dylematem strategicznym: nie mogą sobie pozwolić na zerwanie więzi ze Stanami Zjednoczonymi, ale nie mogą też utrzymywać struktury sojuszniczej, która narażałaby ich bezpieczeństwo na decyzje podejmowane poza ich granicami. (IFPRI)
Wiele państw Zatoki Perskiej jest zaniepokojonych konfliktem i wątpi w wiarygodność Stanów Zjednoczonych jako gwaranta, choć równie mocno niepokoją się rosnącymi wpływami Izraela w regionie po atakach na Katar we wrześniu 2025 r. (Wisfarmer)
Krótko mówiąc, „architektura bezpieczeństwa” to uprzejme określenie wyparcia amerykańskiej potęgi z Zatoki Perskiej i zastąpienia jej wielostronnymi strukturami, w których Iran, Rosja i Chiny są równoprawnymi – lub dominującymi – aktorami. Można argumentować, że jest to prawdopodobnie najważniejsza ambicja geopolityczna, jaka wyłoniła się z tego konfliktu.
Dziś otrzymałem kolejne dowody na to, że rosyjsko-chińska wizja nowej architektury bezpieczeństwa jest realna i może nabierać rozpędu. W rozmowie z nowym znajomym, mającym dobre kontakty z pakistańską agencją wywiadowczą (ISI), poinformował mnie on, że bardzo wysoki rangą funkcjonariusz ISI – jego osobisty przyjaciel – powiedział mu na początku tego tygodnia, że Arabia Saudyjska i Katar zamierzają zerwać więzi bezpieczeństwa ze Stanami Zjednoczonymi. Podobno chcą znaleźć się pod parasolem bezpieczeństwa oferowanym przez Rosję i Chiny. Jeśli to prawda, oznaczałoby to dalszą erozję hegemonii USA.
W wywiadzie „ONI WYZNACZYLI ZA MNIE NAGRODĘ – Prof. Seyed Marandi o wojnie z Iranem” irański politolog Seyed Mohammad Marandi omawia niebezpieczeństwo nowej wojny między USA, Izraelem i Iranem, rolę syjonizmu w amerykańskiej polityce zagranicznej, strategiczną kontrolę nad Cieśniną Ormuz oraz osobiste groźby śmierci pod jego adresem. Wywiad przedstawia obraz regionu, który, zdaniem Marandiego, jedynie pozornie żyje w zawieszeniu broni, podczas gdy za kulisami trwają już przygotowania do kolejnej eskalacji.
Od początku jasno daje do zrozumienia, że uważa nowy atak USA i Izraela na Iran za nie tylko możliwy, ale wręcz prawdopodobny. Stany Zjednoczone w ostatnich tygodniach masowo przerzuciły sprzęt wojskowy do regionu Zatoki Perskiej. Duże ilości żołnierzy i sprzętu zostały przerzucone do Kuwejtu, Bahrajnu i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jednocześnie liczne myśliwce stacjonują w Katarze, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Według Marandiego istnieją mocne dowody na to, że Waszyngton przygotowuje zarówno wojnę powietrzną na dużą skalę, jak i potencjalne operacje lądowe.
Szczególnie niepokojące jest to, że decyzje te nie były podejmowane racjonalnie. Błąd zachodnich analityków, jak twierdził, polegał na logicznym postrzeganiu sytuacji. Ludzie wokół Donalda Trumpa nie byli jednak racjonalni, twierdził Marandi. Prawdziwą siłą napędową eskalacji, jak twierdził, był syjonizm i wpływ izraelskiego lobby na politykę amerykańską. Nawet Trump, jak twierdził Marandi, wiedział, że wojna z Iranem nie leży w interesie USA, a mimo to był nieustannie popychany w tym kierunku.
Marandi powołuje się na wypowiedzi byłego wysokiego rangą oficera amerykańskiego wywiadu Joe Kenta, który oświadczył, że Iran nie stanowi zagrożenia nuklearnego, a prawdziwą siłą napędową eskalacji jest agenda syjonistyczna. W ciągu ostatnich kilku miesięcy nic się w tej kwestii nie zmieniło. Siły, które rozpoczęły wojnę, pozostają aktywne i bynajmniej nie straciły swoich wpływów.
Irański profesor opisuje Trumpa jako politycznie nieprzewidywalnego. Prezydent USA regularnie zmienia swoje stanowisko w ciągu kilku godzin. Dlatego uważa, że poważna analiza poszczególnych wypowiedzi Trumpa nie ma sensu. Podczas gdy zachodnie media interpretują każdą nową wypowiedź jako sygnał strategiczny, on postrzega ją raczej jako impulsywną i sprzeczną komunikację.
Marandi jest szczególnie krytyczny wobec reakcji Zachodu na retorykę Trumpa dotyczącą Iranu. Kiedy Trump mówi otwarcie o „unicestwieniu” lub „powrocie Iranu do epoki kamienia łupanego”, nie spotyka się to z oburzeniem ze strony zachodnich mediów ani potępieniem ze strony parlamentów europejskich. Świadczy to bardziej o kulturze politycznej Zachodu niż o samym Trumpie.
Centralnym pytaniem w dyskusji jest, dlaczego zawieszenie broni po 39-dniowej wojnie między Iranem a USA/Izraelem coraz bardziej się rozpada. Według Marandiego, Iran wielokrotnie oferował Waszyngtonowi możliwość deeskalacji. Po początkowej 12-dniowej wojnie, Stany Zjednoczone zażądały zawieszenia broni, ponieważ ich strategia „bezwarunkowej kapitulacji” zawiodła. Później USA przeprowadziły kolejny atak z użyciem ogromnej siły ognia, tym razem wykorzystując cały region Zatoki Perskiej jako bazę wojskową. Pomimo tej eskalacji, po 39 dniach Waszyngton został ostatecznie zmuszony do zaakceptowania irańskiego dziesięciopunktowego planu jako podstawy dalszych negocjacji.
Marandi opisuje późniejsze zawieszenie broni jako złożone porozumienie regionalne, obejmujące również Gazę i Liban. Iran zgodził się ponownie zezwolić statkom z niektórych państw Zatoki Perskiej na przepływanie przez Cieśninę Ormuz. Przejście to było wcześniej zablokowane wyłącznie dla krajów aktywnie uczestniczących w amerykańskiej koalicji wojskowej – w tym Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Bahrajnu, Kuwejtu, Kataru i Arabii Saudyjskiej. Z drugiej strony, statki chińskie, rosyjskie, pakistańskie i indyjskie nigdy nie zostały objęte zakazem.
Jednak premier Izraela Benjamin Netanjahu celowo sabotował to porozumienie. Krótko po rozpoczęciu zawieszenia broni Izrael ponownie zbombardował Liban i próbował zniweczyć regionalne porozumienie. Jednocześnie Stany Zjednoczone nałożyły blokadę na irańskie porty – posunięcie, które Marandi określa jako jawne naruszenie zawieszenia broni i akt wojny.
Marandi obszernie omawia strategiczne znaczenie Cieśniny Ormuz. Wojna fundamentalnie zmieniła stanowisko Iranu. Przez dekady Teheran nie zabiegał o trwałą kontrolę nad cieśniną. Dopiero wykorzystanie Zatoki Perskiej jako bazy wypadowej do ataków na Iran zmieniło tę politykę. Z perspektywy Teheranu region ten nigdy więcej nie może być wykorzystywany jako platforma militarna przeciwko Iranowi. Dlatego Iran zamierza w przyszłości sprawować trwałą kontrolę nad bezpieczeństwem Cieśniny Ormuz.
Marandi obwinia za to przede wszystkim Zjednoczone Emiraty Arabskie. Twierdzi, że Emiraty nawiązały szczególnie bliskie stosunki z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi i aktywnie dążyły do eskalacji konfliktu. Według Marandiego, myśliwce Mirage – samoloty, których same Stany Zjednoczone nie posiadają – były używane w atakach na cele irańskie podczas wojny. Dlatego Iran zakłada, że Emiraty brały bezpośredni udział w atakach.
Pośrednio oskarża prezydenta Emiratów Mohammeda bin Zayeda o narażanie własnego kraju na niebezpieczeństwo poprzez bliskie powiązania z Izraelem. Emiraty są obecnie centrum wpływów Izraela w regionie Zatoki Perskiej. Struktury Mossadu mają tam silną pozycję, izraelscy żołnierze regularnie operują w kraju, a polityka Emiratów jest coraz bardziej zgodna z interesami Izraela – zarówno w Zatoce Perskiej, jak i w Afryce Północnej i na Rogu Afryki.
Jednocześnie Marandi podkreśla, że Iran historycznie nie był agresywną potęgą regionalną. Od około 300 lat Iran nie prowadził agresywnej wojny przeciwko sąsiednim państwom. Zamiast tego sam był wielokrotnie celem wojen – szczególnie podczas wojny iracko-irańskiej, kiedy Saddam Husajn zaatakował Iran przy wsparciu państw zachodnich i monarchii Zatoki Perskiej. Marandi przypomina, że w tamtym czasie przeciwko Iranowi użyto broni chemicznej, a on sam przeżył dwa ataki gazem bojowym.
Profesor oskarża państwa Zatoki Perskiej o powtarzanie tych samych błędów pomimo wcześniejszych pojednań. Podczas wojny w Syrii Katar, Arabia Saudyjska i inne państwa wspierały ugrupowania ekstremistyczne, takie jak ISIS i Al-Kaida. Teraz te same państwa ponownie udostępniły swoje terytoria do ataków na Iran. Z perspektywy Iranu uczyniło to z nich strony konfliktu.
Rozmowa przybiera szczególnie burzliwy obrót, gdy Marandi ujawnia, że podczas wojny publicznie wyznaczono nagrodę za jego głowę. Zweryfikowane konto na X/Twitterze zebrało milion dolarów na jego porwanie. Pomimo licznych skarg, platforma początkowo odmówiła usunięcia wezwania do działania. Wyjaśnia, że podczas wojny żył w izolacji, aby uniknąć narażenia innych na niebezpieczeństwo w razie ataku.
Marandi wyjaśnia, że Zachód systematycznie ukrywa prawdziwe przyczyny konfliktu. Ani prawa człowieka, ani terroryzm, ani irański program nuklearny nie są prawdziwym powodem nacisków na Iran. Prawdziwym sednem konfliktu jest wsparcie Iranu dla Palestyńczyków i jego sprzeciw wobec zniszczenia Palestyny. Według Marandiego, Zachód w rzeczywistości wspiera „zagładę” Palestyńczyków.
Program nuklearny to jedynie pretekst. Od dziesięcioleci izraelscy politycy twierdzą, że Iran jest o krok od zbudowania bomby atomowej. Jednocześnie CIA, międzynarodowe agencje energii jądrowej, a nawet amerykańskie służby wywiadowcze wielokrotnie twierdziły, że Iran nie pracuje nad bronią jądrową. Marandi powołuje się na oświadczenia Joe Kenta i Tulsi Gabbard, którzy publicznie zadeklarowali, że Iran nie pracuje nad bronią jądrową.
Iran postrzega zatem swój program nuklearny jako suwerenne prawo. Rewolucja islamska była ostatecznie projektem niepodległości narodowej – decyzje powinny być podejmowane w Teheranie, a nie w Waszyngtonie. Według Marandiego, Zachód musi to w końcu zaakceptować.
Pod koniec wywiadu Marandi ostrzega przed dramatycznymi konsekwencjami ekonomicznymi nowej wojny. Szkody dla światowej gospodarki są już ogromne. Koszty dla USA i gospodarki światowej sięgają już bilionów. Jeśli konflikt się zaostrzy, zagrożeniem nie będzie zwykła recesja, lecz depresja gorsza niż ta z lat 30. XX wieku. Szczególnie dotknięte zostałyby dostawy energii, petrochemia, rynki LNG i globalne łańcuchy dostaw.
Marandi jest zatem przekonany, że nowa wojna nie wzmocni ani USA, ani Izraela. Spowoduje jedynie jeszcze większe zniszczenia, załamanie gospodarcze i głębszy globalny kryzys.