Błąd bazy danych WordPressa: [Duplicate entry '8388607' for key 'wp_visitors_stat.id'] INSERT INTO `wp_visitors_stat` (`time`, `ip`) VALUES ('1792224544', '216.73.216.90')
Dwa dni temu, 5 października, zarówno „Wall Street Journal”, jak i „New York Times” poinformowały, że „zagrożenie irańskim atakiem dronów skłoniło Stany Zjednoczone do wycofania bombowców z brytyjskiej bazy” (> LINK )
Nagłówek *NYT* brzmiał: „Możliwy atak irańskiego drona doprowadził do wycofania amerykańskich samolotów z brytyjskiej bazy lotniczej” (> LINK )
Jak podaje *NY Times*, potrzebę przeniesienia bombowców z bazy uznano za tak pilną, że część samolotów wraz z załogami już wystartowała, a samoloty-cysterny były wciąż wysyłane w celu wsparcia ich lotu do Stanów Zjednoczonych.
Dziennik *NY Times* informuje także o „pośpiesznej ewakuacji 85 domów, robocie do usuwania bomb, który przeszukiwał furgonetki w poszukiwaniu materiałów wybuchowych i naradzie w sprawie bezpieczeństwa narodowego zwołanej przez premiera Burnhama”.
Myśliwce amerykańskich sił powietrznych w odległej Wielkiej Brytanii nie są bezpieczne przed atakami ze strony Iranu. *NY Times* donosi również, że „Izrael ostrzegł Niemcy, że amerykańskie bazy w Europie są narażone na zwiększone ryzyko ataków ze strony Iranu”.
Dziennik *Wall Street Journal* pisze, że zaplanowany atak był częścią szerszego irańskiego spisku, mającego na celu zaatakowanie samolotu i zabicie amerykańskich pilotów w bazie RAF Fairford.
„The New York Times” określił to jako „podejrzewany” lub możliwy atak. Wiceprezydent USA J.D. Vance zbagatelizował incydent, stwierdzając, że Pentagon przerzucił bombowce „wyłącznie w ramach środków ostrożności, aby chronić naszych obywateli”. Niemniej jednak Vance wykorzystał domniemany atak do propagandy przeciwko Iranowi, oskarżając ten kraj o „robienie tego, co państwo irańskie robi od 49 lat: przeprowadzanie aktów terroryzmu przeciwko Stanom Zjednoczonym i wielu innym narodom”. Vance przeinacza fakty. To Stany Zjednoczone od dziesięcioleci atakują Iran, zarówno militarnie, jak i gospodarczo, poprzez sankcje.
Waszyngton po raz pierwszy nałożył sankcje na Iran w 1979 roku – 47 lat temu – kiedy Irańczycy obalili marionetkowego amerykańskiego władcę i odzyskali samostanowienie. Utracili je 19 sierpnia 1953 roku, kiedy CIA i MI6 zorganizowały zamach stanu, w którym demokratycznie wybrany premier Iranu Mohammed Mossadeg został obalony, a jego miejsce zajął generał Fazlollah Zahedi, a Reza Pahlawi został przywrócony na stanowisko szacha.
Dwadzieścia sześć lat później Irańczycy odzyskali samostanowienie wraz z rewolucją z 1979 roku. 14 listopada 1979 roku prezydent Jimmy Carter odpowiedział na irańską rewolucję, podpisując dekret wykonawczy nr 12170, który zamroził 12 miliardów dolarów irańskich aktywów państwowych i depozytów bankowych w Stanach Zjednoczonych. Sankcja ta została następnie poparta zakazem importu i embargiem handlowym, co zapoczątkowało kolejne dekady sankcji wobec Iranu.
Iran nie zbombardował ani jednego amerykańskiego szpitala, szkoły ani osiedla mieszkaniowego, ani nie zamordował amerykańskich polityków, personelu wojskowego ani naukowców.
Waszyngton i Izrael natomiast działały jak terroryści, dokonując masakry irańskich kobiet, dzieci, personelu medycznego, naukowców i wysoko postawionych irańskich przywódców.
Panie Vance, proszę podać nam kilka faktów dotyczących irańskich „aktów terroryzmu przeciwko Stanom Zjednoczonym i wielu innym ludziom”. Fakt, że agresja Waszyngtonu na Iran musi być usprawiedliwiana kłamstwami, dowodzi, że ta agresja jest nieuzasadniona. Waszyngton nie chroni USA przed „irańską bronią jądrową”. Waszyngton wykorzystuje amerykańską krew i pieniądze, by realizować syjonistyczny plan „Wielkiego Izraela”.
A, Panie Vance: Jeśli amerykańskie samoloty nie są bezpieczne przed irańskimi atakami dronów w Wielkiej Brytanii, jak Waszyngton może utrzymać kontrolę nad Cieśniną Ormuz, jak twierdzą Centralne Dowództwo USA i Sekretarz Skarbu? Jeśli amerykańskie samoloty nie są bezpieczne w dalekiej Wielkiej Brytanii, jak mogą być bezpieczne w Zatoce Perskiej?
„Jeśli potrafisz pokonać strategicznego wroga bez angażowania amerykańskich żołnierzy, oznacza to, że osiągnąłeś szczyt profesjonalizmu” – generał Keith Kellogg. https://en.wikipedia.org/wiki/Keith_Kellogg
Hipoteza
Zakładając, że za działaniami Stanów Zjednoczonych na wszystkich frontach kryje się jakaś logika i że istnieje nadrzędna strategia, jak mogłaby ona wyglądać?
Mroczną, ale prawdopodobną hipotezą jest to, że obecna strategia amerykańska polega na „ukrainizacji” Europy po to, by gdy zabraknie Ukraińców, można było uzupełnić ich szeregami Europejczyków. Nie chodzi o to, by kopiować wszystkie środki zastosowane na Ukrainie. Chodzi o osiągnięcie tego samego rezultatu: obszaru tak ubogiego, tak ściśle kontrolowanego i tak odizolowanego od Rosji za pomocą propagandy, że można go wykorzystać jako materiał na linię frontu.
Na Ukrainie osiągnięto to dzięki terapii szokowej MFW, deindustrializacji oraz długotrwałej kampanii, która przekształciła kraj w projekt antyrosyjski. W Europie narzędzia są inne: szok energetyczny, utrata tanich rosyjskich surowców, napór fiskalny, zbrojenia NATO oraz ten sam rodzaj wojny informacyjnej. Aby wszystko to zadziałało, muszą wzrosnąć bezrobocie i desperacja i należy także sprowokować lub sfabrykować jakąś formę ataku ze strony Rosji.
Przygotowania te nie ograniczają się do frontu konwencjonalnego. Jeśli pójść tą samą ścieżką wystarczająco daleko, prowadzi ona do domeny nuklearnej: tj. Europy na tyle zdesperowanej, by doprowadzić do eskalacji, oraz Stanów Zjednoczonych, które mogą pozostać poza zasięgiem jej konsekwencji. W konfrontacjach nuklearnych, podobnie jak w szachach, celem często nie jest doprowadzenie partii do końca, ale postawienie przeciwnika w sytuacji zugzwangu: pozycji, w której każdy możliwy ruch pogarsza sytuację.
Ola Tunander en.wikipedia.org/wiki/Ola_Tunander w pracy „Od horyzontalnej eskalacji Stanów Zjednoczonych do rosyjskiej dominacji w eskalacji”opisuje, w jaki sposób Stany Zjednoczone osiągnęły dominację w eskalacji pod koniec zimnej wojny dzięki przewadze technologicznej w zakresie okrętów podwodnych klasy atak. Grożąc radzieckim okrętom podwodnym, które przewoziły radzieckie pociski nuklearne służące do odwetu, Waszyngton podważył wiarygodność radzieckiej zdolności do drugiego uderzenia – czyli zdolności do odwetu po amerykańskim pierwszym uderzeniu. Głównym problemem dla przywódców radzieckich była doktryna MAD (Mutual Assured Destruction – gwarantowane wzajemne zniszczenie): zasada, zgodnie z którą żadna ze stron nie przeprowadzi pierwszego uderzenia nuklearnego, ponieważ druga strona nadal będzie w stanie zniszczyć ją w odwecie. Gdy zdolność do drugiego uderzenia została podana w wątpliwość, logika MAD zaczęła się rozpadać, a Związek Radziecki został zmuszony do ustąpienia.
Z punktu widzenia czołowych zachodnich strategów wojskowych upadek Związku Radzieckiego i rozwiązanie Układu Warszawskiego stanowiły prawdziwe zwycięstwo militarne. Klasa polityczna w większości interpretowała rok 1991 jako koniec walki ideologicznej, ale ci, którzy postrzegali go jako triumf militarny, nigdy nie porzucili założenia, że zwycięzca zachowuje prawo do dyktowania warunków. Przywrócenie przez Putina rosyjskiej suwerenności zostało zatem odebrane jako naruszenie tego przywileju.
Dzisiaj stosunki uległy odwróceniu. Rosja nadrobiła zaległości w dziedzinie okrętów podwodnych i wprowadziła do służby pociski hipersoniczne – „Awangard”, „Cyrkon”, „Kinzhal” i „Oresznik” – które poruszają się z ekstremalną prędkością i manewrują w locie, co sprawia, że ich przechwycenie przez obecne systemy obronne USA i NATO jest niezwykle trudne. Przewaga w zakresie eskalacji przeszła na stronę rosyjską. Każdy ruch, który niesie ze sobą ryzyko eskalacji pionowej, wiąże się obecnie z większą niepewnością dla Waszyngtonu niż dla Moskwy.
Właśnie dlatego opracowano nową strategię. Ponieważ Stany Zjednoczone nie mogą już ryzykować samodzielnego eskalowania konfliktu, przenoszą konfrontację – przy zachowaniu pewnego stopnia przekonywującej negacji ja chodzi o odpowiedzialność – na podmiot działający w ich imieniu: Europę dysponującą bronią jądrową lub korzystającą z programu wspólnego dostępu do broni jądrowej, doprowadzoną do skrajnej desperacji. Taka desperacja mogłaby pojawić się po tym, jak rosyjskie pociski hipersoniczne zniszczą kluczowe europejskie fabryki zbrojeniowe, po tym, jak dziesiątki tysięcy europejskich żołnierzy zginie na Ukrainie, oraz po tym, jak siły rosyjskie zbliżą się do Kijowa, a nawet do granicy z Polską.
W takim momencie to Europa stałaby się stroną mającą najsilniejszy bezpośredni motyw do eskalacji, podczas gdy Stany Zjednoczone zachowałyby zarówno dystans, jak i możliwość zrzucenia z siebie odpowiedzialności. Europie brakuje konwencjonalnych zasobów wojskowych, by samodzielnie przeprowadzić jakąkolwiek decydującą eskalację; oceny przedstawicieli NATO i europejskich służb wywiadowczych wskazują, że poważna gotowość konwencjonalna do przeciwstawienia się Rosji jest mało prawdopodobna przed początkiem lub połową lat trzydziestych XXI wieku.
W obliczu takiej konwencjonalnej bezsilności broń jądrowa może wydawać się jedynym dostępnym „szybkim rozwiązaniem”. Mantra, że groźby nuklearne Putina to „blef”, obniża barierę psychologiczną wobec eskalacji, co mogłoby skłonić Moskwę do użycia broni jądrowej w celu przywrócenia wiarygodności swojego potencjału odstraszającego.
Ta logika jest zgodna z tym, co wykazał Tunander na temat historycznej rzeczywistości amerykańskiego „parasola nuklearnego”. Nie oznaczało to, że Stany Zjednoczone były gotowe do przeprowadzenia ataku na terytorium Rosji w celu ocalenia swoich sojuszników z NATO, ryzykując tym samym zniszczenie amerykańskich miast. Amerykańska taktyczna broń jądrowa miała być używana w Europie, przeciwko siłom na terytorium europejskim, właśnie po to, by ograniczyć zasięg ewentualnej wymiany nuklearnej do konkretnego obszaru geograficznego.
Wraz z zanikiem Układu Warszawskiego jako dogodnego zestawu celów oraz utratą przez Stany Zjednoczone przewagi w eskalacji konfliktu, parasol ten praktycznie przestał istnieć. W przypadku poważnej konfrontacji, Stany Zjednoczone miałyby wszelkie powody, by przerzucić zarówno walkę, jak i ryzyko nuklearne na Europejczyków.
Strategia ta ma na celu postawienie Rosji w sytuacji, w której jedyną alternatywą jest strategiczne wycofanie się lub zniszczenie Europy w roli proxy – zniszczenie, które nastąpiłoby z powodu szkód, jakie europejska broń jądrowa wyrządziłaby na terytorium Rosji i jej siłom, podczas gdy terytorium Stanów Zjednoczonych pozostałoby poza zasięgiem. Można by racjonalnie oczekiwać, że Rosja ustąpi pod taką presją. Jednak metoda ta zwielokrotnia ryzyko przypadkowej wojny jądrowej.
Stawia to również Rosję przed poważnym dylematem. Siergiej Karaganow od kilku lat otwarcie opowiada się za ograniczonym atakiem nuklearnym na cele europejskie, aby przywrócić strach przed bronią jądrową wśród europejskich elit i społeczeństw, a tym samym zmusić je do wycofania poparcia dla wojny. Jednak każdy ograniczony atak nuklearny na Europę sam w sobie obniżyłby próg użycia broni jądrowej przez Europę przeciwko Rosji lub groziłby wywołaniem natychmiastowego kontrataku.
Rosja stanęłaby zatem przed wyborem, który nie ma optymalnego rozwiązania: albo tolerować stopniowe tworzenie się zdesperowanego, uzbrojonego w broń jądrową frontu europejskiego, albo działać wcześnie i tym samym ryzykować właśnie tę eskalację, której stara się zapobiec – ale przeciwko przeciwnikowi, który jest wciąż nieco słabszy niż stałby się, gdyby Rosja powstrzymała się od uderzenia.
Wydaje się, że Amerykanie liczą na to, że ten dylemat da się wykorzystać. Stopniowo zwiększając presję – utrzymując Rosję w sytuacji „zugzwangu”, nie dopuszczając jednak do otwartej strategicznej wymiany nuklearnej – Stany Zjednoczone mają nadzieję zmusić Moskwę do ustąpienia, zamiast ponoszenia kosztów szerszej wojny. Im bardziej Europa jest pozycjonowana jako front nuklearny, którym można poświęcić, tym ostrzejszy staje się ten dylemat. Celem może być wymuszenie przyznania się do porażki, które wielu na Zachodzie nadal uważa za należne po roku 1991. Praktycznym skutkiem jest postawienie całego kontynentu europejskiego – oraz rosyjskiego procesu decyzyjnego – na czułym progu.
Poniżej przedstawiono analizę motywacji stojących za tą niezwykle niebezpieczną (i psychopatyczną) strategią oraz posunięć ekonomicznych, politycznych i militarnych, które wydają się mieć na celu stworzenie właśnie takich warunków.
Motyw: przesadne ambicje imperialne
Co mogłoby skłonić mocarstwo do rozważenia tak radykalnego porzucenia i zdrady własnych sojuszników? – Odpowiedzią jest stan systemu, który nie jest już w stanie utrzymać się na dotychczasowych zasadach, przy czym jego kierownictwo zdaje sobie sprawę z konsekwencji jego upadku.
Nie jest to „Wielki Plan” opracowany w zadymionym pokoju przez garstkę spiskowców. Jest to raczej wynik podążania ścieżką najmniejszego oporu wewnątrz zagrożonej sieci władzy. Jak wykazały akta Epsteina, pewne środowisko społeczne może zachować swoje tajemnice nie poprzez formalną konspirację, ale poprzez współdzieloną podatność na zagrożenia i wspólny interes. Gdy kariery, aktywa i zobowiązania prawne są powiązane z tym samym systemem, racjonalnym wyborem dla każdego z uczestników jest ochrona owego systemu za wszelką cenę. Rezultat jest nie do odróżnienia od jakiegoś wielkiego planu, ale znacznie trudniejszy do obalenia.
Przez dziesięciolecia zachodni rdzeń ekonomiczny utrzymywał się dzięki finansjalizacji i systematycznemu przenoszeniu produkcji za granicę. Moce produkcyjne przenoszono do krajów o niskich płacach, podczas gdy gospodarki metropolitalne skupiały się na czerpaniu zysków z rent, inflacji aktywów oraz recyklingu globalnych oszczędności poprzez system dolara. Niemal całkowita zapaść z roku2008 ujawniła, jak blisko przepaści znalazła się ta struktura. Jak wykazał Michael Hudson w książce „Killing the Host”,uratowano banki, pozostawiając przy tym podłoże zadłużenia w nienaruszonym stanie. Zerowe stopy procentowe i kolejne rundy luzowania ilościowego nie przywróciły zdolności produkcyjnych; spowodowały one natomiast powstanie jeszcze większych baniek na rynkach akcji, obligacji i nieruchomości. Lata pandemii Covid powtórzyły ten schemat na większą skalę. Problemy strukturalne pozostają nierozwiązane. To, co zostało skonstruowane, to system jeszcze bardziej zadłużony i kruchy.
Ale stare instrumenty kontroli zewnętrznej zaczęły zawodzić. Klasyczny model Economic Hit Man (ekonomiczny zabójca),oparty na zadłużeniu, prywatyzacji i politycznej uległości, nie sprawdza się już w przypadku państw, które dysponują rozwiązaniami alternatywnymi. Sankcje, które miały zredukować rosyjską gospodarkę do stanu ruiny i zamienić rubla w „gruz”, nie osiągnęły żadnego z tych celów. Iran również przetrwał. Postęp technologiczny Chin w większości kluczowych dziedzin zmiótł założenie o trwałej przewadze Zachodu. Podmioty z Afryki i innych krajów Globalnego Południa coraz częściej zwracają się ku nowym partnerom. Od dawna utrzymywana zdolność do utrzymywania słabszych regionów w stanie trwałego zacofania powoli zanika.
Jednocześnie osoby na szczytach władzy wiedzą, że mają krew na rękach – i że prawdziwy upadek systemu mógłby w końcu pociągnąć je do odpowiedzialności. Rzecznicy chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych wyrazili tę kwestię z szokującą bezpośredniością. W sierpniu 2022 roku Zhao Lijian upublicznił mem, który w praktyce oskarżał Stany Zjednoczone o przeprowadzenie ataków z 11 września jako operacji pod fałszywą flagą – działania kryminalnego najcięższego kalibru, którego celem było zmobilizowanie krajowego i międzynarodowego poparcia dla serii wojen i zbrodni wojennych, które nastąpiły później.
Podobnie rzecznik chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Wang Wenbin wezwał społeczność międzynarodową do zbadania zbrodni wojennych popełnionych przez Stany Zjednoczone i pociągnięcia winnych do odpowiedzialności, dodając, że sprawiedliwość może się opóźnić, ale nie zostanie wstrzymana. Lista przestępstw jest długa: sfabrykowane opowieści o okrucieństwach wykorzystywane do pozyskania poparcia dla wojny (zeznania dotyczące inkubatorów w Kuwejcie przygotowane przez agencję Hill & Knowlton, zarzuty o gwałty po zażyciu Viagry pod adresem Libii, dossier na temat broni masowego rażenia w Iraku), długa seria operacji mających na celu zmianę reżimu oraz formalne mechanizmy prawne, takie jak amerykańska ustawa o ochronie członków sił zbrojnych (American Service-Members’ Protection Act) – powszechnie znana jako „Hague Invasion Act” – mająca na celu ochronę personelu amerykańskiego i sojuszniczego przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym. Zgodnie z zasadami ustanowionymi w Norymberdze planowanie i rozpoczęcie wojny agresywnej stanowiło najwyższą zbrodnię międzynarodową. Elita, która od dziesięcioleci działała w warunkach niemal całkowitej bezkarności, rozumie, co prawdziwy upadek systemu mógłby oznaczać dla jej własnego bezpieczeństwa. Walka o hegemonię ma charakter egzystencjalny dla tych, którzy kierują systemem. Gdy nie pozostaną już żadne bezpieczniejsze opcje, zastosują oni każdy środek, który ma choćby najmniejsze szanse powodzenia.
Kanibalizacja wasali
Bezpieczeństwo Europy od dawna stanowi dla Stanów Zjednoczonych spory koszt. Przez dziesięciolecia oba podmioty tworzyły jeden imperialny szczyt: historyczne jądro systemu pozostawało kulturowo i instytucjonalnie europejskie, podczas gdy siła militarna i struktura dowodzenia finansowego stopniowo koncentrowały się w Stanach Zjednoczonych. Przez dziesięciolecia Ameryka odgrywała rolę silniejszego partnera, który jednak nadal okazywał szacunek cywilizacji europejskiej. Niedawny spektakularny występ sekretarza generalnego NATO Marka Rutte, który nazwał Trumpa „tatą”, pokazuje, jak bardzo zmieniły się te relacje – i w którą stronę obecnie płynie ów szacunek.
Obecnie, układ ten ulega rozpadowi. W Waszyngtonie władzę przejęły siły bardziej nacjonalistyczne, mniej romantycznie nastawione do Europy. Kontynent europejski nie jest już traktowany jako równorzędny partner na szczycie porządku opartego na zasadach, ale jako zasób, z którego można czerpać: ekonomicznie wydrenowany, politycznie podporządkowany i militarnie przygotowany jako teatr działań, który poniesie koszty upadku imperium.
Stany Zjednoczone poczyniły znaczne inwestycje w zwiększenie krajowej produkcji energii, aby przetrwać zbliżające się zakłócenia — lub całkowite załamanie — eksportu energii z Zatoki Perskiej. Przygotowały się na obecny konflikt, który same wywołały, zgodnie ze strategią nakreśloną w dokumencie z 2009 roku pt. „Which Path to Persia?” („Którą drogą do Persji?”), opracowanym przez Brookings Institution — think tank skupiający przedstawicieli sektora wojskowo-przemysłowego. Jednocześnie, udając, że dążą do rozwiązania konfliktu, nieustannie podejmują nowe kroki w celu jego eskalacji, między innymi wykorzystując Izrael jako narzędzie.
Europa jest obecnie uzależniona od energii amerykańskiej. Niezależnie od tego, czy dojdzie do wojny na pełną skalę w Zatoce Perskiej, czy też do długotrwałego zamknięcia Cieśniny Ormuz (a potencjalnie także Morza Czerwonego), skutki dla Europy będą takie same. Gdy kryzys się pogłębi, Amerykanie będą mogli powiedzieć: „Przykro nam, chłopcy, ale teraz potrzebujemy całej energii dla siebie”. Wynikający z tego szok energetyczny mógłby przyspieszyć „ukrainizację” Europy – a prawdopodobnie także Japonii, Filipin i Korei Południowej – zamieniając je w bardziej zdesperowane i łatwiejsze do kontrolowania aktywa na pierwszej linii frontu przeciwko wschodniej flance Rosji oraz przeciwko Chinom.
Nie trzeba być geniuszem, żeby zrozumieć, jaki związek ma z tym wysadzenie gazociągu „Nord Stream”. Biden wyraźnie stwierdził, że gazociąg zostanie wysadzony, jeśli Rosja zaatakuje Ukrainę, a Blinken i Nuland otwarcie świętowali, gdy to się stało. Szwecja, Dania i Niemcy uznały swoje śledztwa za tajne, powołując się na bezpieczeństwo narodowe i poufność wstępnych dochodzeń. W praktyce oznaczało to, że wyniki tych dochodzeń nigdy nigdy nie mają zostać ujawnione Rosji – ani żadnej innej zainteresowanej stronie.
Stany Zjednoczone od lat robią dokładnie to, przed czym ostrzegała grupa ich najbardziej doświadczonych obserwatorów geostrategicznych, twierdząc, że doprowadzi to do rosyjskiej interwencji zbrojnej na Ukrainie. W roku 2008, ówczesny ambasador w Moskwie William Burns (późniejszy dyrektor CIA) wysłał depeszę, której temat brzmiał: „Nyet oznacza Nyet”. Napisał, że przystąpienie Ukrainy do NATO stanowiło „najważniejszą z wszystkich czerwonych linii dla rosyjskiej elity (nie tylko Putina)”, i dodał, że Rosja była szczególnie zaniepokojona tym, iż głębokie podziały wewnątrz Ukrainy dotyczące członkostwa w NATO „mogą doprowadzić do poważnego rozłamu, połączonego z przemocą lub, w najgorszym przypadku, do wojny domowej. W takiej sytuacji Rosja musiałaby podjąć decyzję o interwencji – a jest to decyzja, przed którą Rosja nie chce stanąć”. Dziesięć lat wcześniej George Kennan, twórca strategii powstrzymywania, powiedział „New York Timesowi”, że rozszerzenie NATO było „najbardziej fatalnym błędem amerykańskiej polityki w całej erze po zimnej wojnie” oraz „początkiem nowej zimnej wojny”. Stephen Cohen i John Mearsheimer od lat wystosowywali to samo ostrzeżenie: popchnięcie Ukrainy w kierunku NATO i Zachodu zmusi Rosję do reakcji militarnej. Ostrzeżenia były jasne, powtarzane i ignorowane. Polityka ta była kontynuowana.
Dlaczego europejskie elity postępują wbrew interesom swoich krajów
Prawie wszyscy analitycy z mediów alternatywnych są zdumieni widokiem europejskich polityków zachowujących się tak, jakby ich kraje nie miały żadnych własnych interesów. Rosja nie jest jedynie konwencjonalnym supermocarstwem wojskowym – zajmującym drugie miejsce po Stanach Zjednoczonych w niezależnych rankingach, takich jak Global Firepower Index, i wielokrotnie opisywanym przez samego Naczelnego Dowódcę Sił Sojuszniczych NATO, generała Christophera Cavoli, jako kraj dysponujący potężnym potencjałem w wielu dziedzinach, na który wojna na Ukrainie nie ma większego wpływu. Jest to również potęga nuklearna pierwszej klasy.
Długoterminowe bezpieczeństwo i przetrwanie gospodarcze Europy zależą od dostępu do rosyjskiej energii i surowców; jest to coś, co niemieccy przemysłowcy i wielu bardziej trzeźwo myślących polityków rozumie od dawna. To, że obecne kierownictwo Europy wydaje się niezdolne do uznania tej podstawowej rzeczywistości, nieustannie zadziwia obserwatorów spoza głównego nurtu.
Według doświadczonego korespondenta wojennego Patrika Baaba, zarówno elity europejskie, jak i ukraińskie potrzebują trwającego konfliktu, by zabezpieczyć własne przetrwanie polityczne i realizację swych ambicji. Przywódcy z Europy Zachodniej, którzy kierowali swoje kraje ku wojnie i jej finansowym konsekwencjom, nie mogą przyznać się do porażki bez utraty władzy, dlatego też eskalują konflikt jeszcze bardziej. Dodaje on, że niektóre elity niemieckie kierują się również utrzymującą się chęcią zemsty za historyczne porażki, takie jak Stalingrad. Jest to z pewnością ważna część wyjaśnienia. Trudno jednak uwierzyć, że takie autodestrukcyjne zachowanie nie wynika również ze świadomej amerykańskiej manipulacji europejską polityką. Argumenty przemawiające za systematycznym wpływem Stanów Zjednoczonych na europejski proces decyzyjny są silniejsze, niż większość grzecznych dyskusji politycznych jest gotowa przyznać.
Pułkownik Lawrence Wilkerson (były szef sztabu Colina Powella) opisuje, w jaki sposób Stany Zjednoczone systematycznie wymuszały polityczne posłuszeństwo Europy i rozszerzenie NATO poprzez skoordynowane operacje wywierania wpływu. Po zakończeniu zimnej wojny, Waszyngton uznał, że każde państwo europejskie – niezależnie od wielkości, stopnia demokratyzacji czy woli społeczeństwa – powinno przystąpić do NATO. W przypadku krajów, które wolały zachować neutralność lub których społeczeństwa sprzeciwiały się członkostwu, Stany Zjednoczone prowadziły kampanie wzorowane na „kolorowych rewolucjach”. Obejmowały one działania sieci organizacji pozarządowych, organizacji quasi-rządowych, agencji rządowych oraz głośne wizyty amerykańskich senatorów i posłów, które celowo wspierały pro-natowskie mniejszości polityczne („tyrania mniejszości”) zamiast opinii większości. Dzięki temu udało się wciągnąć do sojuszu takie kraje jak Czarnogóra i Albania.
Wilkerson dodaje, że CIA, USAID i powiązane instytucje zostały wykorzystane do kształtowania Europy po zakończeniu zimnej wojny – szkoląc i promując przywódców posłusznych, a jednocześnie odsuwając na bok tych, którzy nie pasowali do pożądanego profilu. Przypomina, jak nieustannie identyfikowano i wybierano polityków, których „potrzebowaliśmy”, skreślając pozostałych z listy. Zadanie to realizowały zespoły krajowe i ambasadorzy w terenie, kierowani czasem przez Departament Stanu, a czasem przez CIA.
Ten schemat wywierania wpływu nie jest nowy. Jak wyjaśnił pułkownik L. Fletcher Prouty – który przez lata koordynował wsparcie wojskowe dla tajnych operacji CIA – w swojej książce „The Secret Team” na temat Programu Pomocy Wojskowej:
«Istotnym aspektem Programu Pomocy Wojskowej jest to, że wprowadził on pewne nowe definicje roli i odpowiedzialności sił zbrojnych kraju. Początkowo definicje te wydawały się całkiem trafne i sprawiały, że Program Pomocy Wojskowej nabrał większego znaczenia dla Amerykanów. Jednak wraz z upływem lat, gdy działania w ramach MAP stały się rutyną, a te wcześniejsze doktryny weszły na stałe do „języka wojskowego” obu zaangażowanych stron – Stanów Zjednoczonych i kraju przyjmującego – zaczęły one powodować subtelne zmiany w roli amerykańskich sił zbrojnych. Doprowadziło to do bardzo wyrafinowanej formy bezpośredniej interwencji w sprawy wewnętrzne czterdziestu krajów przyjmujących, a w niektórych przypadkach skutkowało bezpośrednio oddzieleniem sił zbrojnych danego kraju od kontroli politycznej poprzez praktyki, które zostaną wyjaśnione. W tym sensie rozbudowane deklaracje misji programów wzajemnego bezpieczeństwa stanowią dopracowaną przykrywkę. Program pomocy wojskowej staje się środkiem, dzięki któremu [Tajny Zespół] może, ilekroć wykryje lub podejrzewa „inspirowaną przez komunistów wywrotową rebelię”, zwiększać swoją rolę w siłach zbrojnych i organizacjach politycznych kraju przyjmującego, aż do momentu, gdy problem przerodzi się w wybuch otwartej wrogości. W ten sposób „strażak” staje się człowiekiem, który podpala, a nie tym, który gasi pożary».
Przez „tajny zespół” Prouty miał na myśli nieformalną sieć wysokich rangą funkcjonariuszy CIA, personelu wojskowych operacji specjalnych oraz ich sojuszników w władzy wykonawczej i sektorze prywatnym, która działała przy ograniczonym nadzorze i wykorzystywała oficjalne programy, takie jak pomoc wojskowa, jako narzędzia tajnych interwencji. To, co opisał w odniesieniu do Trzeciego Świata w okresie zimnej wojny, ma wyraźne odpowiedniki na arenie europejskiej po zakończeniu zimnej wojny: stopniową integrację krajowych sił zbrojnych ze strukturami NATO, ciągły przepływ pomocy wojskowej i szkoleń oraz stopniowe uniezależnianie tych sił od wyłącznie krajowej kontroli politycznej – a wszystko to pod przykrywką wzajemnego bezpieczeństwa oraz „odstraszania”.
Aby uniemożliwić dojście do władzy politykom, których Waszyngton nie popierał, stosowano brutalne metody. Od sieci Gladio typu „stay-behind”, które stworzyły tajne struktury zarówno w krajach NATO, jak i w krajach neutralnych, i dopuściły się aktów terroryzmu, które pomogły utrzymać pod kontrolą wszelkie rzeczywiste wpływy lewicy lub sił suwerennych, po nierozwiązane lub podejrzanie zsynchronizowane zabójstwa takich postaci jak Aldo Moro, Olof Palme https://en.wikipedia.org/wiki/Olof_Palme oraz Alfred Herrhausenhttps://en.wikipedia.org/wiki/Alfred_Herrhausen – przywódców, którzy zagrażali istniejącemu porządkowi atlantyckiemu lub dążyli do bardziej niezależnych rozwiązań gospodarczych oraz tych dotyczących bezpieczeństwa; schemat ten polega na selektywnym wywieraniu presji i eliminacji. (https://babylonianempire.wordpress.com/?s=Aldo+Moro)
Do tego dochodzi potwierdzona inwigilacja Angeli Merkel i innych europejskich przywódców przez NSA, a także cichsze, ale uporczywe kształtowanie kadry poprzez masowe programy propagandowe oraz elitarne programy społecznościowe, takie jak „Young Global Leaders” Światowego Forum Ekonomicznego, które umieściły postacie o poglądach atlantystycznych w kluczowych ministerstwach, bankach centralnych i instytucjach UE na całym kontynencie. (https://babylonianempire.wordpress.com/?s=young+global+leaders) Gdy spojrzy się na te instrumenty w połączeniu z długą historią sprzeciwu Stanów Zjednoczonych wobec prawdziwej europejskiej neutralności, wyłania się obraz nieustannych wysiłków mających na celu zapewnienie, by europejskie elity polityczne pozostawały strukturalnie posłuszne Waszyngtonowi, także gdy w sposób oczywisty szkodzi to materialnym interesom ich własnych społeczeństw.
Ten sam schemat, który przygotował Ukrainę do całkowitej mobilizacji, jest obecnie stosowany w Europie, tyle że na większą skalę i z większym wyrafinowaniem. Na Ukrainie proces ten przebiegał w przyspieszonym tempie: zniszczenie przemysłu w Donbasie, zerwanie powiązań energetycznych i handlowych z Rosją, systematyczne zubożanie znacznej części społeczeństwa oraz utrzymywanie permanentnego stanu egzystencjalnego zagrożenia. Równolegle z materialną dewastacją toczyła się kompleksowa czystka informacyjna i polityczna. Partie opozycyjne, które opowiadały się za jakąkolwiek formą normalizacji stosunków z Rosją, zostały zawieszone, a później zakazane. Ograniczono lub wyeliminowano media rosyjskojęzyczne. Ludność została odcięta od narracji strony przeciwnej. Rosjan systematycznie dehumanizowano, tak aby idea negocjacji z nimi, a nawet uznania ich człowieczeństwa, stała się politycznie toksyczna.
Europa poddawana jest powolniejszym, ale strukturalnie identycznym działaniom. Zniszczenie gazociągu „Nord Stream”, wymuszone odcięcie od rosyjskiej energii i surowców, wynikająca z tego de-industrializacja (najbardziej widoczna w niemieckim przemyśle chemicznym i motoryzacyjnym), gwałtowny wzrost cen energii oraz stopniowa erozja płac realnych tworzą te same warunki materialne: rosnące bezrobocie, obniżający się standard życia oraz narastające poczucie, że przyszłość została unicestwiona. Jednocześnie potężna kampania propagandowa sprawiła, że Rosja i Rosjanie zostali pozbawieni człowieczeństwa. Pierwsze strony tabloidów (jak udokumentowano w analizach nagłówków szwedzkiego „Expressen”) przedstawiają nieustanny strumień demonizacji. Rosyjscy sportowcy, w tym zawodnicy niepełnosprawni, rosyjskie osobistości świata kultury, a nawet rosyjskie koty na wystawach, zostały poddane zbiorowej karze. Rosyjskie media państwowe zostały zakazane w całej Unii Europejskiej, tak aby obywatele nie mogli usłyszeć argumentów drugiej strony. Partie polityczne lub głosy wzywające do negocjacji lub normalizacji stosunków są marginalizowane, poddawane dochodzeniom lub traktowane jako zagrożenie dla bezpieczeństwa – ta sama logika, która doprowadziła Ukrainę do zakazania jedenastu partii opozycyjnych w pierwszych tygodniach rosyjskiej inwazji.
Ci, którzy podważają tę narrację, ponoszą konkretne konsekwencje zawodowe i osobiste. Jacques Baud, doświadczony analityk szwajcarskich służb wywiadowczych mieszkający w Brukseli, został objęty sankcjami UE w grudniu 2025 roku: bez procesu zamrożono jego aktywa i nałożono ograniczenia w podróżowaniu za przestępstwo polegające na przedstawianiu analiz sprzecznych z oficjalną linią. W Szwecji badaczka stosunków międzynarodowych Frida Stranne została poddana długotrwałej kampanii oczerniania, która sprawiła, że stała się niemal pariasem dla mediów i kręgów politycznych. W Norwegii profesor Glenn Diesen od lat boryka się z systematycznym oczernianiem, kampaniami medialnymi przedstawiającymi go jako rosyjskiego propagandystę, naciskami na jego uczelnię, by go zwolnić, oraz powtarzającymi się próbami odwołania jego publicznych wystąpień. Przesłanie jest jednoznaczne: odejście od zatwierdzonego sposobu przedstawiania sytuacji nie jest prawowitą różnicą zdań, lecz formą nielojalności.
Gdy wystarczająca liczba Europejczyków doświadczy tej samej kombinacji rozpaczy ekonomicznej, izolacji informacyjnej i sfabrykowanego zagrożenia zewnętrznego, z jaką borykali się Ukraińcy, próg polityczny pozwalający wysłać europejskich mężczyzn do „młynka mięsnego” drastycznie się obniży.
Wojna nuklearna prowadzona przez pośredników
Co więcej, ten wpływ na europejski proces decyzyjny można wykorzystać do stworzenia właśnie takiej sytuacji, która została zarysowana wcześniej: Europy wyposażonej w broń jądrową, którą można ustawić jako front jednorazowego użytku w konfrontacji z Rosją, podczas gdy Stany Zjednoczone zachowują zarówno dystans geograficzny, jak i pewną dozę wiarygodnego wyparcia się odpowiedzialności za tę sytuację.
W skrajnej wersji tej logiki, państwa europejskie – czy to poprzez amerykańskie bomby jądrowe, do zrzucania których szkoleni są europejscy piloci w ramach porozumień NATO o wspólnym wykorzystaniu broni jądrowej, czy też poprzez jakąś formę zdolności krajowej lub wspólnej europejskiej – stają się stronami, które efektywnie przekraczają próg jądrowy. Uderzenie przeprowadzone z terytorium krajów skandynawskich lub Niemiec w kierunku Sankt Petersburga lub Moskwy niemal na pewno wywołałoby rosyjską reakcję skierowaną przeciwko krajom, które je przeprowadziły. Nie zmusiłoby to jednak automatycznie Rosji do uderzenia na terytorium Stanów Zjednoczonych, ponieważ groziłoby to wzajemną zagładą tego, co pozostało z cywilizacji przemysłowej, w tym samej Rosji.
Przyjmuje się zatem, że Rosję można zmusić do strategicznego odwrotu – lub do ograniczonej wymiany nuklearnej ograniczonej do Europy – bez konieczności, by Stany Zjednoczone ponosiły odpowiedzialność za zainicjowanie zagrożenia. Oznaczałoby to jawniejsze potwierdzenie porażki, które wielu przedstawicieli zachodnich kręgów bezpieczeństwa nadal uważa za konieczne po roku 1991. Dopiero wtedy, zgodnie z tym tokiem rozumowania, Stany Zjednoczone mogłyby w pełni skupić się na szerszej rozgrywce z Chinami.
Czy w ten sposób kontrolowany wynik jest rzeczywiście możliwy do osiągnięcia po przekroczeniu progu nuklearnego, to już inna kwestia. Praktycznym skutkiem tej strategii jest jednak postawienie kontynentu europejskiego na progu wojny, podczas gdy terytorium Stanów Zjednoczonych pozostaje na razie spokojnym tyłem.
Podobny scenariusz przedstawia profesor Ola Tunanders w swoim artykule „Jak zakończy się wojna na Ukrainie?”:
Scenariusz C: „Wojna będzie trwała, a ataki rakietowe doprowadzą do użycia broni jądrowej. Rosyjskie rakiety „Awangard” i „Oresznik”, wyposażone w uzbrojenie konwencjonalne, prawdopodobnie zniszczą europejskie bazy wojskowe oraz część infrastruktury cywilnej. Brytyjczycy i Francuzi mogą poczuć się zmuszeni do odpowiedzi z użyciem broni jądrowej. Rosja również zareaguje wówczas użyciem broni jądrowej. Brytyjskie i amerykańskie struktury wojskowe w Europie zostaną w znacznej mierze zniszczone. Zginą setki tysięcy ludzi. Straty rosyjskie również będą znaczne, podczas gdy Stany Zjednoczone, podobnie jak Chiny, będą starały się uniknąć wciągnięcia w wojnę. Dojdzie do rozłamu między Stanami Zjednoczonymi a Europą, a NATO może ulec rozpadowi. Cele wojskowe i infrastruktura, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, zostaną zniszczone. Norwegia wyjdzie z tego lepiej, ale zależy to od kierunku wiatru”.
Jeśli cofniemy się w czasie i przyjrzymy się amerykańskim planom na wypadek wojny nuklearnej z czasów zimnej wojny, okaże się, że nie jest to wcale niemożliwe. Zależy to jedynie od tego, jakie siły sprawują władzę w Stanach Zjednoczonych, a ja zdecydowanie uważam, że wszystko wskazuje na to, iż zmierzają one w kierunku jeszcze bardziej skrajnego reżimu. Dobrobyt Ameryki zależy od możliwości czerpania wartości dodanej z reszty świata. Dolar jako waluta rezerwowa, przewaga technologiczna, genialna propaganda i siły zbrojne były narzędziami służącymi do utrzymania tego systemu. Narzędzia te tracą obecnie swoją skuteczność, między innymi z powodu krajów BRICS – jednak muszą one nadal podtrzymywać system, jeśli Ameryka chce uniknąć załamania gospodarczego i politycznego. Wojna ta ma charakter egzystencjalny dla wszystkich stron.
Drabina eskalacji
Czy Amerykanie przygotowują grunt pod takiego rodzaju scenariusz? – Wiele rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydają się nie mieć sensu, zaczyna robić się całkiem logiczne, jeśli założymy, że tak właśnie jest.
Wydaje się więc, że odpowiedź brzmi: tak. To, czego jesteśmy świadkami, nie jest serią niepowiązanych ze sobą improwizacji, lecz starannie zaplanowaną eskalacją, w której każda „czerwona linia” została przesunięta do przodu, gdy stało się jasne, że Rosja nie zareaguje totalnym odwetem wcześniej przedstawianym jako powód powściągliwości.
W pierwszych miesiącach wojny zachodni przywódcy mówili wyłącznie o pomocy humanitarnej i ograniczonym sprzęcie obronnym. Sam Biden oświadczył w marcu 2022 roku, że dostarczenie myśliwców – nie mówiąc już o amerykańskich pilotach czy załogach – oznaczałoby „III wojnę światową”. Ta granica została przekroczona. Dostarczono samoloty F-16. Zachodnie systemy dalekiego zasięgu (ATACMS, Storm Shadow i ich odpowiedniki) są obecnie rutynowo wystrzeliwane z terytorium Ukrainy w głąb Rosji. Ukraińskie drony uderzyły w bazy lotnicze, w których stacjonują strategiczne bombowce zdolne do przenoszenia broni jądrowej, położone tysiące kilometrów od linii frontu – operacja ta wymagała tak zaawansowanej logistyki, że trudno zignorować twierdzenia o wsparciu wywiadowczym i technicznym ze strony Zachodu. Udokumentowano, że brytyjskie sieci wywiadu wojskowego planują i szkolą tajne ukraińskie oddziały partyzanckie i sabotażowe do ataków na rosyjskie cele. Pociski i drony, które lądują na terytorium Polski lub Rumunii, są w pierwszej kolejności przypisywane Rosji – niezależnie od późniejszych ustaleń technicznych. Zniszczenie gazociągu Nord Stream zostało natychmiast przedstawione jako działanie Rosji. Równolegle z tą eskalacją militarną toczy się systematyczna kwarantanna kultury i sportu wszystkiego, co rosyjskie, dopełniająca przygotowanie psychologiczne poprzez uczynienie przeciwnika totalnie „innym”.
Wcześniej każdy z tych kroków uznawano za nie do pomyślenia. Jednak po jego wykonaniu stawał się nowym punktem odniesienia. Efekt polityczny ma charakter kumulacyjny: europejska opinia publiczna i jej przywódcy zostali przyzwyczajeni do postrzegania jako coś normalnego tego, co jeszcze kilka lat temu uznano by za zaangażowanie bezpośrednie.
Widać już kolejne szczeble tej drabiny. W ramach Koalicji Chętnych trwa otwarta dyskusja na temat obecności europejskich żołnierzy na terytorium Ukrainy – przedstawianej jako „siły zapewniające bezpieczeństwo” po zawieszeniu działań wojennych – pomimo rosyjskich oświadczeń, że siły takie będą traktowane jako uzasadnione cele. Ogromne programy zbrojeniowe, otwarcie uzasadniane koniecznością przygotowania się do intensywnego konfliktu z Rosją w ciągu kilku lat, tworzą własną logikę strategiczną: dają Moskwie racjonalną motywację do prewencyjnego uderzenia na europejskie fabryki zbrojeniowe i centra logistyczne. Udany rosyjski atak tego rodzaju dostarczyłby z kolei rządom europejskim kapitału politycznego niezbędnego do stłumienia pozostałej opozycji i przyspieszenia bezpośredniego zaangażowania. Po stronie rosyjskiej głosy wzywające do ograniczonego użycia broni jądrowej przeciwko celom europejskim w celu wzbudzenia strachu nie są już ograniczone do marginesu.
To właśnie w takim kontekście operacyjnym Stany Zjednoczone są w stanie kontrolować eskalację. Koszty — konwencjonalne straty oraz, jeśli sytuacja będzie się nasilać, ograniczona wymiana nuklearna — będą ponoszone przez Europę. Terytorium Stanów Zjednoczonych pozostaje bezpieczną przystanią. Ta sama logika, która niegdyś pozwalała obliczyć „akceptowalne straty” rzędu setek milionów ofiar w europejskiej wymianie nuklearnej w czasach zimnej wojny, znajduje obecnie swój współczesny wyraz w odpowiednio skalibrowanym poziomie ryzyka proxy eskalacji.
„Ukrainizacja” Europy to stopniowa transformacja kontynentu w główne pole bitwy konfliktu, którego strategicznym celem jest wyczerpanie dwóch rywali Ameryki przy jednoczesnym zachowaniu rdzenia amerykańskiej potęgi.
Sama Europa otwiera drzwi dla broni jądrowej w sposób, który jeszcze kilka lat temu byłby politycznie nie do pomyślenia. Ukraińscy przywódcy, w tym prezydent Zełenski, wielokrotnie przedstawiali ten wybór jako dylemat zero-jedynkowy: albo członkostwo w NATO z wiarygodnymi gwarancjami bezpieczeństwa, albo przywrócenie potencjału jądrowego. Opinia publiczna na Ukrainie uległa odpowiedniej zmianie; sondaże wskazują obecnie na znaczne poparcie dla broni jądrowej jako preferowanej alternatywy wobec niepewnych zobowiązań Zachodu. W Niemczech tabu uległo pęknięciu. Generałowie, byli ministrowie spraw zagranicznych i czołowi politycy otwarcie dyskutowali o potrzebie posiadania przez Niemcy taktycznej broni jądrowej lub europejskiego środka odstraszania niezależnego od Stanów Zjednoczonych. Chociaż rząd nadal odrzuca pomysł posiadania własnej bomby jądrowej, trwają rozmowy z Francją na temat „odstraszania wyprzedzającego” — w tym ewentualnego tymczasowego rozmieszczenia francuskich samolotów zdolnych do przenoszenia broni jądrowej na terytorium sojuszników. W Szwecji minister obrony oświadczył, że w czasie wojny na terytorium Szwecji można by zaakceptować obecność broni jądrowej, a rząd potwierdził wstępne rozmowy z Francją i Wielką Brytanią na temat współpracy w dziedzinie broni jądrowej.
Umowy o współpracy w dziedzinie obronności podpisane przez Szwecję i Finlandię ze Stanami Zjednoczonymi celowo pozostawiają tę kwestię otwartą: nie zawierają one jednoznacznego zakazu w czasie pokoju, który uniemożliwiałby wprowadzenie amerykańskiej broni jądrowej w sytuacji kryzysowej lub w czasie wojny. Szwecja uczestniczyła już w ćwiczeniach jądrowych NATO „Steadfast Noon”. Na całym kontynencie dyskusja przesunęła się od całkowitego odrzucenia do planowania na wypadek sytuacji kryzysowych. W praktyce oznacza to przygotowanie terytorium Europy, uzyskanie europejskiej zgody politycznej oraz dostosowanie europejskich systemów przenoszenia do pełnienia roli w kontekście broni jądrowej – a jest to właśnie ta rola, która jest niezbędna, jeśli Stany Zjednoczone zamierzają ograniczyć ewentualną ograniczoną wymianę uderzeń jądrowych do teatru działań wojennych w Europie i na razie uchronić terytorium Stanów Zjednoczonych przed zagładą jądrową.
Interpretacja ta zyskuje na znaczeniu w świetle faktu, że podsekretarz obrony ds. polityki Elbridge Colby nadzoruje obecnie tajny przegląd strategii jądrowej, który celowo kładzie większy nacisk na taktyczną broń jądrową krótkiego zasięgu przeznaczoną do konfliktów regionalnych z Rosją lub Chinami. Zamiast opierać się przede wszystkim na groźbie masowego odwetu strategicznego, przegląd ten ma na celu poszerzenie „przestrzeni decyzyjnej” prezydenta o bardziej wiarygodne systemy o mniejszej mocy, które mogłyby zostać użyte przeciwko konkretnym celom wojskowym bez automatycznego wywołania totalnej wojny jądrowej. Urzędnicy zaznajomieni z tymi pracami opisują je jako wzmocnienie rozszerzonego odstraszania i zarządzania eskalacją w cieniu zagrożenia nuklearnego – czyli właśnie tego rodzaju wyważonych możliwości operacyjnych na poziomie teatru działań wojennych, które uczyniłyby bardziej prawdopodobne wysyłanie sygnałów nuklearnych za pośrednictwem terytorium Europy, przy jednoczesnym zachowaniu terytorium Stanów Zjednoczonych jako strategicznej bazy tyłowej.
Definiowanie zwycięstwa
W tym świetle dawne kalkulacje z czasów zimnej wojny dotyczące „wygrania” konfliktu nuklearnego nabierają nowego, mrożącego krew w żyłach znaczenia. Wspomniane oceny z lat 70-tych, znane z oświadczenia Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, zgodnie z którym Ameryka mogłaby stracić dwieście milionów ludzi, a mimo to dysponować populacją większą niż w czasach wojny secesyjnej, były zimnymi, wyrachowanymi analizami mającymi na celu zapewnienie przetrwania elity rządzącej i kluczowych instytucji władzy, nawet gdyby ogromna liczba zwykłych ludzi zginęła.
Prawdziwym miernikiem zwycięstwa było przetrwanie struktur dowodzenia, protokołów sukcesji, wzmocnionych bunkrów dowódczych, powietrznych stanowisk dowodzenia oraz wystarczających zasobów przemysłowych i finansowych (rezerwy walutowe, kadry kluczowych pracowników), aby utrzymać funkcjonujący amerykański aparat państwowy na szczycie systemu globalnego.
Programy zapewnienia ciągłości działania rządu (COG), takie jak Mount Weather, Raven Rock, bunkier kongresowy w Greenbrier, mobilne konwoje dowodzenia oraz rozmieszczone z wyprzedzeniem zespoły wsparcia sukcesorów, stworzone w celu ochrony urzędu prezydenta, Krajowego Dowództwa, zdolności Rezerwy Federalnej do ponownego emisji waluty oraz łańcucha dowodzenia, który pozwala na kontynuację czerpania wartości w warunkach post-apokaliptycznych. Ta sama logika, która w latach 70-tych i 80-tych tolerowała „akceptowalne straty” w skali cywilizacyjnej, znajduje obecnie swoje odzwierciedlenie w wyważonym ryzyku eskalacji konfliktu zastępczego w Europie.
Jeśli terytorium krajów skandynawskich, Niemiec lub jakiegokolwiek innego państwa europejskiego stanie się bazą wypadową dla ataków, które sprowokują rosyjski odwet, kontynentalna część Stanów Zjednoczonych, chroniona odległością i doktryną wzajemnego zagwarantowanego zniszczenia (MAD), zachowa swoją władzę, dominację energetyczną oraz pozycję pozwalającą dyktować warunki Europie rozerwanej na strzępy oraz krwawiącej Rosji.
Te same siły, które zainwestowały w niezależność energetyczną Stanów Zjednoczonych, odcięły Europie bezpośrednie źródło zaopatrzenia w energię z Rosji i utrzymały opcję proxy-eskalacji nuklearnej, rozumieją, że prawdziwą strategiczną porażką dla Ameryki byłaby utrata zdolności do dyktowania warunków globalnego wydobycia surowców. Ograniczona wymiana nuklearna, ograniczona głównie do terytoriów Europy i Rosji, po której nastąpiłaby odbudowa pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych na warunkach wyprzedaży po zaniżonych cenach, wpisuje się w ten schemat.
Gdy Europa i Rosja wyniszczą się nawzajem w konwencjonalnej wojnie na wyczerpanie lub w ograniczonej wymianie nuklearnej, pozostawiając kontynent w ruinie, jego przemysł dostępny za grosze, a pozostałą przy życiu ludność w desperacji, Stany Zjednoczone będą wreszcie mogły zdecydowanie skierować swoją uwagę na swojego jedynego prawdziwego równego sobie konkurenta: Chiny.
Amerykańscy stratedzy wojskowi od dawna twierdzą, że prawdziwym zagrożeniem egzystencjalnym nie jest Moskwa, lecz Pekin. Oficjalna doktryna w coraz większym stopniu to odzwierciedla: Strategia Obrony Narodowej z 2026 r. nadaje priorytet obronie terytorium kraju oraz powstrzymywaniu Chin w regionie Indo-Pacyfiku.
Krwawiąca Rosja nie będzie w stanie skutecznie wspierać Chin; a Stany Zjednoczone, które czerpały nadwyżkę wartości z upadku Europy, mają nadzieję, że będą w stanie stawić czoła Pekinowi z pozycji względnej siły – czy to poprzez gospodarcze dławienie, czy też starannie wyważony konflikt na Pacyfiku, który ponownie ma na celu oszczędzenie terytorium Stanów Zjednoczonych od działań wojennych. Ta sama logika, która raz pozwalała obliczyć dopuszczalne straty w europejskiej wymianie nuklearnej, stanowi teraz podstawę planowania działań w regionie Indo-Pacyfiku: zwycięstwo definiuje się nie przez przetrwanie ludności, ani nawet formalnych sojuszników, ale przez utrzymującą się zdolność systemu amerykańskiego do dyktowania warunków globalnego czerpania korzyści kosztem swojego głównego rywala.
Cui Bono?
Większość ludzi uznaje działania Ameryki pod rządami neokonserwatystów za czyste szaleństwo, ale jak nauczył nas Michael Parenti:
„Stwierdzenie, że polityka George’a Busha nie jest skuteczna, jest opinią bezsensowną. Nie jest to opinia zdefiniowana politycznie. Trzeba zadać pytanie: skuteczna dla kogo? – Cui bono?
Kiedy myślisz, że ci, którzy tobą rządzą, którzy rządzą bogactwem, którzy kontrolują rynki, siłę roboczą i zasoby społeczeństwa, ustalają płace i kontrolują rynek mediów – kiedy myślisz, że są głupi, to ty jesteś głupi. Rozumiesz? OK!
Jeśli wiesz to i nie wiesz nic więcej, wiesz więcej niż gdybyś wiedział wszystko inne, ale nie wiedział tego. Kiedy rządzący wydają się pędzić na oślep ku katastrofie, zapytaj: komu to służy!”
Ostatecznie, najsilniejszym motywem stojącym za całą tą strategią może być ten najprostszy i najbardziej prywatny. Sieci, które były motorem porządku ustanowionego po zakończeniu zimnej wojny, wiedzą, że prawdziwy upadek systemu nie tylko położyłby kres ich geopolitycznej dominacji – ale także ujawniłby ich prawdziwe oblicze. Nie dałoby się już dłużej ukrywać licznych nielegalnych wojen, fałszywych pretekstów, grabieży gospodarczej i celowego poświęcania sojuszników. Chińscy urzędnicy zaczęli już publicznie wymieniać te zbrodnie; inni pójdą w ich ślady, jeśli zawiedzie mechanizm ochronny systemu.
Dla tych, którzy od dziesięcioleci żyją ponad prawem, „ukrainizacja” Europy i świadome ryzyko eskalacji konfliktu nuklearnego są aktami samozachowawczymi. Lepiej doprowadzić kontynent do desperacji i wymusić konfrontację, która utrzyma system przy życiu, niż stawić czoła dniu, w którym “muzyka ucichnie” i nastąpi ostateczne rozliczenie.
Strategia ta może zatem polegać nie tyle na zapewnieniu trwałej hegemonii amerykańskiej, co na odłożeniu w czasie momentu, w którym sprawiedliwość w końcu dopadnie tych, którzy traktowali inne kraje jak dobra jednorazowego użytku.
Wojna z Iranem staje się coraz bardziej katastrofą militarną dla USA. Według najnowszych raportów, rosną również straty w lotnictwie wojskowym.
Zaktualizowany raport Congressional Research Service (CRS) z 5 października 2026 r. wymienia co najmniej 81 amerykańskich samolotów wojskowych – zarządzanych i bezzałogowych – które zostały uszkodzone lub utracone w wojnie z Iranem od rozpoczęcia operacji Epic Fury 28 lutego 2026 r. Liczba ta jest prawie dwukrotnie wyższa niż w raporcie CRS z maja (42 samoloty) . Raport zatytułowany „Straty bojowe samolotów USA w operacji Epic Fury: Rozważania dla Kongresu” (IN12692) opiera się na informacjach z Pentagonu, Centralnego Dowództwa USA (CENTCOM), Inspektora Generalnego Pentagonu oraz doniesieniach medialnych.
Autorzy wyraźnie podkreślają, że liczba ta może ulec zmianie i że niektóre uszkodzone maszyny powróciły do służby.
Szczegółowe zestawienie strat
Zdecydowanie największą część stanowią systemy bezzałogowe:
45 dronów MQ-9 Reaper (znacznie więcej niż 24 wymienione w raporcie z maja)
3 drony MQ-1
1 MQ-4C Triton
Do załogowych statków powietrznych i śmigłowców zalicza się:
12 F-15E Strike Eagle
7 KC-135 Stratotanker
2 A-10 Thunderbolt II
2 MC-130J Commando II
1 F-35A Lightning II
1 E-3 Sentry (AWACS)
1 HH-60W Jolly Green II
1 AH-64 Apache
4 AH-6 Małe Ptaki
1 MH-60 Sea Hawk
Do przyczyn zaliczają się irańskie ataki na bazy USA i państw partnerskich, zestrzelenia przez irańską obronę powietrzną, ostrzał ze strony własnych sił, wypadki, a w odosobnionych przypadkach celowe niszczenie podczas operacji ratunkowych.
Ważne indywidualne incydenty
Do najpoważniejszych incydentów należą trzy myśliwce F-15E, zestrzelone nad Kuwejtem przez kuwejcką obronę powietrzną w ogniu własnym 2 marca 2026 roku ; sześciu członków załogi zdołało się bezpiecznie katapultować. Kolejny myśliwiec F-15E został utracony nad Iranem 5 kwietnia.
Osiem innych samolotów F-15E uległo niewielkim uszkodzeniom podczas irańskiego ataku rakietowego na bazę lotniczą Muwaffaq Salti w Jordanii 9-10 września, a następnie powróciło do służby. Samolot KC-135 rozbił się w zachodnim Iraku 12 marca, w wyniku czego zginęła cała sześcioosobowa załoga; inny samolot-cysterna awaryjnie lądował.
Samolot E-3 Sentry został poważnie uszkodzony podczas ataku na bazę lotniczą Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej. Dwa MC-130J zostały celowo zniszczone podczas akcji ratunkowej. ( Gulf News , Military Times , NDTV )
Koszty i wpływ na zdolność operacyjną
Biuro Budżetowe Kongresu (CBO) oszacowało koszt strat w sprzęcie do 1 sierpnia na kwotę od 1,9 do 3,3 miliarda dolarów, w zależności od tego, czy i czym zostaną wymienione systemy. Inne obliczenia, oparte na kosztach jednostkowych, oszacowały koszt wymiany znacznej części maszyn na około 5,1 miliarda dolarów.
Same straty samolotów MQ -9 zmniejszyły flotę operacyjną do około 135 samolotów, według wcześniejszych raportów (wymagane co najmniej 189). Raport CRS ostrzega, że straty w starzejących się, wymagających systemach, takich jak tankowce KC-135 i drony Reaper, mogą stworzyć luki w wydajności w innych obszarach działalności i nadwyrężyć zdolności produkcyjne.
CENTCOM szacuje obecnie całkowity koszt wojny z Iranem na około 43,6 miliarda dolarów (stan na początek września), z czego znaczną część stanowią koszty amunicji i godzin lotu. Raport CRS stanowi jedno z najbardziej kompleksowych, publicznie dostępnych zestawień strat powietrznych USA.
Podkreśla podatność systemów bezzałogowych na ataki nowoczesnych systemów obrony powietrznej oraz wysokie koszty intensywnych operacji powietrznych w dłuższym okresie. Rzeczywiste kwoty mogą być wyższe, ponieważ nie uwzględniają one w pełni informacji niejawnych.
Konflikt o Cieśninę Ormuz wciąż odrywa się od rzeczywistości, o czym ostrzegaliśmy ostatnio. Wygląda na to, że teraz nikt nie może się zgodzić co do tego, co tak naprawdę dzieje się z ropą ani kto „wygrywa”.
Wiele źródeł donosi, że przepływ ropy powrócił do poziomu sprzed wojny, co naturalnie doprowadziło komentatorów do triumfalnych wniosków, że Iran przegrał wojnę lub jest w trakcie jej przegrywania:
Analitycy twierdzą, że eksport ropy naftowej z Bliskiego Wschodu powrócił do poziomu sprzed wojny, ponieważ najwięksi producenci ropy w regionie zwiększają dostawy za pośrednictwem alternatywnych rurociągów, portów i transferów między statkami, aby sprostać zakłóceniom spowodowanym konfliktem z Iranem.
Goldman Sachs szacuje, że eksport ropy naftowej z Zatoki Perskiej osiągnął 19 milionów baryłek dziennie w ciągu ostatniego tygodnia, do poniedziałku. Ropa naftowa stanowiła prawie 90% ożywienia w całym eksporcie ropy naftowej z regionu we wrześniu, napędzanego zwiększonymi dostawami przez cieśninę Ormuz. Zdolność Iranu do blokowania przepływu ropy przez cieśninę Ormuz załamuje się, a kraj ten nie jest w stanie przesyłać własnej ropy tą drogą wodną od czasu przywrócenia blokady morskiej przez USA w lipcu, donosi „The Wall Street Journal”.
Należy przyznać, że powyższy artykuł ma już prawie tydzień, a sytuacja zmienia się codziennie. W ciągu ostatnich kilku dni pojawiły się nowe doniesienia o atakach Iranu na kolejne statki, co po raz kolejny wywróciło dotychczasowe poglądy do góry nogami:
W powyższym tekście napisano, że po krótkim „odrodzeniu” eksportu ropy naftowej Iran ponownie zaczął atakować statki:
DUBAJ — Nowa fala ataków na statki w Cieśninie Ormuz zagraża ożywieniu eksportu ropy naftowej z Bliskiego Wschodu— w momencie, gdy producenci z Zatoki Perskiej zdołali przywrócić dostawy ropy do poziomu sprzed wojny.
Szybki wzrost dostaw w ostatnich tygodniach był napędzany przez amerykańską ochronę morską, wspomaganą wcześniejszymi falami ataków, które zniszczyły irańskie radary i systemy łączności wzdłuż spornej cieśniny. Zjednoczone Emiraty Arabskie i inni producenci stworzyli rozbudowany system przewozów wahadłowych, w ramach którego tankowce ładują ropę naftową w Zatoce Perskiej, opuszczają Ormuz i przeładowują ją na statki oczekujące poza szlakiem wodnym.
Jednak po kilku dniach bez zgłaszania ataków na statki pod koniec ubiegłego miesiąca, brytyjska Służba Operacji Handlowych Morskich (MBTC), która jest powiązana z Królewską Marynarką Wojenną, zgłosiła siedem ataków na jednostki pływające na tym szlaku wodnym od 28 września. W niedzielę poinformowano o kolejnym ataku, ale nie podano, kiedy doszło do incydentu.
Iran wydaje się mieć możliwość wstrzymania, a przynajmniej znacznego ograniczenia, tych tranzytów w dowolnym momencie. Jeśli tranzyty się udają, wydaje się, że dzieje się tak jedynie dzięki dorozumianemu, choć być może tajnemu, zezwoleniu Iranu. Dlaczego Iran miałby udzielać takich zezwoleń? Krążą pogłoski, że Iran zawarł specjalne umowy z niektórymi krajami, które płacą „pod stołem” za zezwolenie na tranzyt, nawet szlakiem omańskim.
Stany Zjednoczone potajemnie zatwierdziły porozumienie finansowe i morskie między Katarem a Iranem, na mocy któregoTeheranowi zapłacono miliardy dolarów w zamian za swobodny przepływ katarskich tankowcówi statków przez Cieśninę Ormuz – potwierdzają to trzej dyplomaci.
Teraz może to być rozwinięcie tej samej gry:
Powodem takich gierek jest to, że ostatecznie przynoszą one korzyści obu stronom: Trump może chwalić się „zwycięstwem” przed swoją publicznością w kraju, podczas gdy Iran otrzymuje pomoc gospodarczą i nadal może rościć sobie prawo do kontroli nad Ormuz, biorąc pod uwagę, że „tajne” nocne transfery USA są w zasadzie nie do podważenia. Kiedy konflikt osiąga etap strategicznego impasu, logiczne jest, że obie strony zawierają tajne umowy dla zachowania ciągłości. Mówią w zasadzie: „Słuchajcie, żadna z nas nie ma siły, by całkowicie wyeliminować drugą z gry i żadna z nas nie może publicznie się wycofać ani poddać. Dlatego naszą jedyną opcją jest zawarcie umów, które będą korzystne dla obu stron”.
Jeden z badaczy trafnie zauważył zachodzące obecnie zmiany, pisząc, że nawet jeśli przepływy ropy naftowej sprzed wojny zostaną przywrócone, niewiele to zmieni, jeśli stawki frachtowe za ropę naftową pozostaną na niemożliwym do utrzymania poziomie:
Można by czerpać 100% przedwojennego wydobycia ropy z Zatoki Perskiej, a to nie miałoby najmniejszego znaczenia dla ceny ropy, ponieważ dopóki statki będą regularnie trafiane, koszty transportu ropy będą astronomiczne.
Stawki frachtowe za ropę naftową wynosiły kiedyś 2-3% kosztu dostawy, obecnie zbliżają się do 30%.
To po prostu nie do utrzymania dla branży i będzie nadal rosło wraz ze wzrostem tempa i skuteczności irańskich ataków na żeglugę. Iran nie traci kontroli nad Cieśniną, wręcz przeciwnie, osłabia swoją kontrolę. Nadal ma wystarczające możliwości, aby w razie potrzeby wzmocnić tę kontrolę, co widzieliśmy w tym tygodniu po dużym wzroście liczby ataków i spadku eksportu w porównaniu z poprzednim tygodniem.Co to oznacza w przyszłości? Nic dobrego. Marynarka Wojenna USA wciąż jest zbyt przerażona irańskimi możliwościami zwalczania okrętów, aby umieszczać niszczyciele w pobliżu Cieśniny, a bez fizycznej eskorty morskiej Iran będzie nadal odnosił wystarczające sukcesy w tych atakach, aby utrzymać astronomicznie wysokie stawki frachtowe, a jak zwykle, koszt ten zostanie przerzucony na konsumenta.Będzie gorzej, zanim się poprawi. Nie zdziwiłbym się, gdyby cena Brentu jutro przekroczyła 103 dolary, chyba że administracja zafunduje nam sporą dawkę manipulacji na rynku niedzielnym.
Eksport ropy naftowej z Bliskiego Wschodu odbił, podsycając twierdzenia, że Stany Zjednoczone wygrywają wojnę z Iranem. Cieśnina Ormuz pozostaje jednak zdradliwa, Teheran nie jest ani o krok bliżej zaakceptowania warunków Waszyngtonu, a koszty konfliktu stale rosną po obu stronach.
Twierdzi, że ceny pozostają znacznie wyższe niż przed wojną, ponieważ większość przesyłu powrotnego pochodzi teraz z droższych tras objazdowych:
Jednak większość wzrostu eksportu pochodzi nie z cieśniny, ale z alternatywnych, okrężnych tras przez Morze Czerwone, Morze Śródziemne (przez Kanał Sueski) i Morze Arabskie. Te alternatywne trasy są dłuższe i droższe niż ta, którą zastępują: „The Wall Street Journal” donosi, że koszt transportu tankowca z ropą z Bliskiego Wschodu do Chin gwałtownie wzrósł z 7 dolarów za baryłkę przed wojną do 35 dolarów za baryłkę obecnie.
Prawdą jest, jak sam wspomina, że Iran ponosi straty gospodarcze z powodu blokady dostaw ropy naftowej przez Stany Zjednoczone w znacznym stopniu. NYT donosi o oświadczeniach szefa irańskich służb bezpieczeństwa Mohsena Rezaeia na temat pogarszającej się sytuacji gospodarczej:
Włączenie artykułu z „New York Timesa” służy jedynie do skontrastowania obu stron, pokazując, jak przesadne zachodnie doniesienia potrafią kreować pesymizm, gdy go nie ma. Powyższy nagłówek zdaje się sugerować, że Iran pogrąża się w terminalnym kryzysie. W rzeczywistości spotkanie przedstawicieli przemysłu i gospodarki, o którym mowa w artykule, któremu przewodniczył Mohsen Rezaei, było w większości pobieżne i miało na celu wzmocnienie różnych reakcji gospodarczych. Zachodnie media gorączkowo trzymały się jedynego, mimochodem powiedzianego przez Rezaei stwierdzenia o „trudnościach”, wyolbrzymiając je. Oto autentyczna treść oświadczenia ze spotkania, wydanego przez oficjalne irańskie media :
W innej części spotkania, Mohsen Rezaei, sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, odnosząc się do szczególnej sytuacji kraju, podkreślił znaczenie synergii i wsparcia ze strony wszystkich agencji dla kierownictwa wykonawczego kraju. Wyrażając wdzięczność za działania rządu i prezydenta,określił obecną sytuację jako jeden z najtrudniejszych okresów dla kraju.
Sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, odnosząc się do przebiegu negocjacji, podkreślił powagę tej drogi, mówiąc, że w sferze gospodarczej SNSC jest gotowa udzielić wszelkiego niezbędnego wsparcia i współpracy w celu posunięcia spraw do przodu i pomocy w zarządzaniu sytuacją gospodarczą kraju.
Cóż, oczywiście, to trudny okres – kraj toczy wojnę z najpotężniejszym sojuszem militarnym w historii ludzkości, na litość boską. Jak inaczej można to opisać? Ale czy to oznacza, że Iran jest degradowany do poziomu kapitulacji? Ani trochę: Iran może i z łatwością przetrwa Stany Zjednoczone.
Rezerwy ropy naftowej w krajach zachodnich wyczerpują się z powodu konfliktu z Iranem.
▪️Rezerwy ropy naftowej w krajach zachodnich zostały niemal całkowicie wyczerpane na tle konfliktu z Iranem, według Russella Hardy’ego, dyrektora generalnego największego niezależnego tradera ropy naftowej, Vitol. ➖ „Na Zachodzie nie ma już rezerw, które można sprzedać. Sprzedaliśmy wszystko, co mieliśmy” – cytuje go Bloomberg. ▪️Według Hardy’ego sytuacja z produktami naftowymi pozostaje szczególnie napięta, a niedobór rezerw może się utrzymywać w miarę zbliżania się zimy. ▪️Amin Nasser, dyrektor generalny Saudi Aramco, stwierdził również, że globalny „bufor” ropy naftowej stał się krytycznie cienki: rezerwy komercyjne wynoszą mniej niż 6 miliardów baryłek, a ze względu na ograniczenia techniczne i logistyczne praktycznie dostępne jest mniej niż 10% tej objętości. ▪️Wiosną JPMorgan ostrzegał, że jeśli zakłócenia będą się utrzymywać, poziom 7,6 miliarda baryłek stanie się strefą napięć operacyjnych, a 6,8 miliarda baryłek będzie minimalną ilością potrzebną do normalnego funkcjonowania rurociągów, magazynów i rafinerii. ▪️W tym kontekście ryzyko kolejnej eskalacji utrzymuje się: negocjacje między Stanami Zjednoczonymi a Iranem pozostają w impasie, a Donald Trump zasugerował możliwość wznowienia ataków na dużą skalę w przypadku braku porozumienia.
FT podaje, że kapitanowie statków otrzymują obecnie horrendalnie wysokie stawki za przepływanie przez cieśninę:
Przypomnijmy, że Stany Zjednoczone angażują obecnie około 30% swoich sił morskich do pilnowania cieśniny, którą Iran całkowicie przejmie, gdy tylko Stany Zjednoczone ją opuszczą. Oznacza to, że aby utrzymać taki status quo „blokady Iranu”, Stany Zjednoczone muszą w zasadzie na czas nieokreślony zablokować połowę swojej floty w tym jednym sektorze świata , nadmiernie osłabiając swoje możliwości projekcji siły na całym świecie.
Teraz Trump próbuje zrzucić winę za swoje megalomańskie niepowodzenia w Ormuz na Ukrainę:
Jednocześnie wciąż grożąc całkowitą zagładą Iranu… a nawet Los Angeles:
Could not load video.
Could not load video.
Oczywiście to wszystko blef — ten marny papierowy tygrys nie jest w stanie nic zrobić Iranowi, chyba że użyje broni nuklearnej, co oczywiście nie nastąpi, poza może 1% szansą na jej użycie przeciwko Pickaxe Mountain.
Trump nadal niszczy flotę, rzekomo wysyłając lotniskowiec USS Roosevelt do Iranu w ramach kolejnej rzekomej rozbudowy sił zbrojnych, która nie przyniesie większych efektów.
W obliczu tej niepowodzeń, NYT opublikował ciekawy artykuł, który po raz kolejny podkreśla historyczne rozliczenie, jakiego doświadcza porządek zachodni:
Zapowiada, że geografia „powróciła ze zdwojoną siłą”, po tym jak uśpiony świat globalizacji uśpił się w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa:
Geografia powraca ze zdwojoną siłą.
„Myśląc o gospodarce globalnej czy współczesnej, często zapominamy o podstawowej kwestii, jaką jest logistyka” – powiedziała Shannon O’Neil, starsza wiceprezes ds. studiów i przewodnicząca Rady Stosunków Zagranicznych im. Maurice’a R. Greenberga. „Wciąż trzeba coś załatwić”.
A co najważniejszego wynieśli autorzy o otępiałych mózgach? Dominacja geograficzna góruje nad wypasionymi gadżetami technologicznymi:
Kraje i grupy zbrojne, które nie są w stanie równać się z potęgą militarną, technologiczną i ekonomiczną Stanów Zjednoczonych, w pewnym stopniu trzymają światową gospodarkę jako zakładnika, po prostu ze względu na swoje położenie na mapie.
Dalej ogłaszają, że powojenny porządek globalny stał się podporządkowany siłom geograficznym i realiom:
Powojenny porządek globalny uległ załamaniu.
Geografia zawsze była potężną siłą w sprawach międzynarodowych. W V wieku p.n.e. Sparta wykorzystała kontrolę nad cieśniną Dardanele, aby odciąć Ateny od dostaw zboża podczas wojny peloponeskiej.
Jednakże za naszego życia, odkąd w latach 90. XX wieku globalizacja nabrała tempa, technologia często przyćmiewa geografię.
Jednakże ten porządek międzynarodowy opierał się na wizji wzajemnie korzystnej współpracy globalnej i systemie zasad i praw, który ulega erozji.
Ponownie – zwróć uwagę na ostatnie zdanie: „System zasad i praw ulega erozji”. Kto tej erozji dopuścił się? Kto dopuszcza się jawnego piractwa, kradnąc i niszcząc statki po arbitralnym pozbawieniu ich polis ubezpieczeniowych i oznaczeniu jako „cieni” wyrzutków? Wygląda na to, że redakcja „New York Timesa” nie jest zainteresowana tą wiedzą.
Dobra wiadomość jest taka, że przynajmniej zaczynają po cichu akceptować fakt, że era nieograniczonego globalizmu dobiegła końca:
„Myślę, że to w pewnym sensie sygnał, jak bardzo odeszliśmy od paradygmatu globalizacji, że nawet elementy geograficzne stają się bronią” – powiedział Fishman, były dyplomata. „I myślę, że to będzie stały trend”.
Jednak to przyznanie zawiera w sobie kłamstwo: dopiero teraz, gdy Globalne Południe zaczęło stosować przeciwko sobie zasady Zachodu, można uznać to za koniec pewnej ery prawa i porządku:
Zagrożenie to stawia pod znakiem zapytania otwarty dostęp do światowych dróg wodnych, co od zakończenia II wojny światowej jest uznawane za oczywistość.Stany Zjednoczone były zasadniczo egzekutorem wolnej żeglugi, ale ich gotowość do pozostania w tej roli osłabła, podczas gdy inne mocarstwa ośmieliły się to kwestionować.
Czy Stany Zjednoczone były „egzekutorem wolności żeglugi”? Dla siebie i swoich sojuszników – być może. Dla wszystkich innych, wykorzystywały te same realia geograficzne, aby utrudniać, blokować i brać w niewolę gospodarki wszystkich pozostałych przeciwników.
Zatem Zachód nie musi się teraz zmagać z jakąś odradzającą się siłą „geografii”, lecz z arbitralnymi przywilejami Zachodu, które uległy demokratyzacji w wyniku lat drapieżnych oszustw i nadużyć w zakresie uczciwości i wolności na rynkach globalnych.
Za każdym razem, gdy Zachód zostaje zmuszony do skosztowania własnego lekarstwa, ogłasza się to jako moment „końca pewnej ery” lub wielkie odkrycie jakiejś wewnętrznej, nowej, globalnej rzeczywistości. Okazuje się jednak, że wrzaski, które tak wstrząsnęły „New York Timesem”, to nie szlochające okrzyki narodzin geografii, która się odradza, lecz po prostu ponure, przedśmiertne konwulsje Starego Imperializmu.
Iran zacieśnia kontrolę nad Cieśniną Ormuz. Według informacji ujawnionych w niedawnym wywiadzie z geopolitycznym analitykiem Pepe Escobarem, irańska Najwyższa Rada Bezpieczeństwa Narodowego podjęła dwie daleko idące decyzje: ostatnia kontr-propozycja prezydenta USA Donalda Trumpa została całkowicie odrzucona, a opłaty za przejazd przez Cieśninę Ormuz będą odtąd pobierane wyłącznie w rialach irańskich.
Informacje pochodzą z rozmowy Escobara z prowadzącym, który twierdzi, że ma bezpośrednie kontakty z władzami Iranu i Pakistanu. Escobar wyjaśnia na początku, że kanał ma bezpośredni dostęp do najwyższych rangą urzędników obu rządów i otrzymuje od nich poufne informacje.
Każdy, kto chce przejechać przez Hormus, powinien kupić Rial.
Pierwsza decyzja bezpośrednio dotyczy kontroli gospodarczej nad Cieśniną Ormuz.
Do tej pory Iran akceptował płatności w juanach chińskich, między innymi, za opłaty tranzytowe. Rozmawiano również o walucie rosyjskiej i kryptowalutach. To się teraz skończy.
Z wywiadu wynika, że irańska Rada Bezpieczeństwa Narodowego postanowiła, że w przyszłości będzie akceptować „tylko walutę irańską”. Oznacza to, że każdy, kto chce przekroczyć Cieśninę Ormuz, będzie musiał najpierw kupić irańskie riale na targu, a następnie zapłacić nimi wymaganą opłatę tranzytową.
Ekonomiczna intencja stojąca za tym działaniem została otwarcie opisana w rozmowie: Wymuszony popyt na rial ma na celu wsparcie irańskiej waluty, a jednocześnie wprowadzenie twardej waluty obcej do irańskiej gospodarki.
Transakcje przez Chiny zamiast przez Zachód
Druga część planu ma jeszcze większy zasięg.
Według źródeł, płatności mają być przetwarzane za pośrednictwem chińskiej infrastruktury finansowej. Mowa tu konkretnie o chińskim systemie płatności transgranicznych CIPS.
Escobar wyjaśnia, że Iran chce całkowicie zerwać z zachodnim systemem płatności i zamiast tego działać za pośrednictwem chińskiego systemu. Yuan mógłby na przykład zostać przeliczony na riale za pośrednictwem CIPS.
Uczyniłoby to Cieśninę Ormuz nie tylko instrumentem irańskiej polityki energetycznej i bezpieczeństwa, ale w coraz większym stopniu również instrumentem polityki monetarnej. Iran wykorzystałby swoją kontrolę geograficzną nad jednym z najważniejszych szlaków energetycznych świata, aby stworzyć międzynarodowy popyt na własną walutę, jednocześnie omijając zachodnie kanały finansowe.
Trump otrzymuje kategoryczne „nie” od Teheranu
Druga decyzja Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego bezpośrednio dotyczy negocjacji z Waszyngtonem.
Trump wysłał kontrpropozycję do Teheranu za pośrednictwem Kataru. Według źródła, oferta ta została „kategorycznie” odrzucona przez irańską Radę Bezpieczeństwa Narodowego zaledwie kilka godzin przed emisją .
Wyraźnie odmówił podania szczegółów dotyczących dokładnej treści amerykańskiej kontroferty. Stwierdził jednak, że został poinformowany, iż Iran nie zaakceptował ani jednego jej elementu.
„Nic z kontrpropozycji nie zostało przyjęte. Ani trochę” – ujawniono w rozmowie. Według osób zaangażowanych w rozmowę, irańska odpowiedź została przekazana przez ministra spraw zagranicznych Abbasa Araghchiego ministrowi spraw zagranicznych Pakistanu Ishaqowi Darowi, który następnie poinformował o tym Steve’a Witkoffa.
Wiadomość z Teheranu: Iran zamierza nadal wyłącznie przestrzegać już uzgodnionych zasad i ostatnio sformułowanych warunków.
Trzy warunki otwarcia Ormuzu
W rozmowie wspomniano o trzech kluczowych warunkach ze strony Iranu:
Amerykańska blokada morska musi zostać zniesiona, sankcje zniesione, a Iran musi otrzymać co najmniej dwanaście miliardów dolarów. Jeśli te warunki zostaną spełnione, Iran, według rozmówców, będzie gotowy ponownie otworzyć Cieśninę Ormuz w ciągu siedmiu dni.
Nie oznaczałoby to jednak całkowitego powrotu do poprzedniej sytuacji. Iran wyraźnie podtrzymuje zamiar pobierania opłat tranzytowych w przyszłości. Nazwa tej opłaty nie ma znaczenia dla Teheranu. Stanowisko Iranu zostało jednoznacznie wyrażone w wywiadzie:
„Możesz to nazywać jak chcesz, ale przepłynięcie Cieśniny Ormuz będzie ciężką próbą”.
Nazywaj to jak chcesz – za przejazd przez Hormus pobierana będzie opłata.
Kanał dyplomatyczny jest zablokowany.
Escobar wyciąga z tego daleko idący wniosek: kanał dyplomatyczny między Waszyngtonem a Teheranem jest na razie praktycznie martwy.
Jego rozmówca tylko częściowo się z tym nie zgadza. Pakistan kontynuuje rozmowy z zaangażowanymi stronami i wspólnie z innymi podmiotami stara się znaleźć rozwiązanie. Jednak amerykańska kontrpropozycja została całkowicie odrzucona.
Jednocześnie w wywiadzie opisano Iran jako kraj przygotowany militarnie na dalszą eskalację.
Według źródeł irańskich Teheran dysponuje potencjałem wojskowym, który nie został jeszcze wykorzystany ani publicznie zademonstrowany. Gdyby Izrael podjął kolejną akcję militarną, odpowiedź, według tych źródeł, będzie znacznie ostrzejsza niż dotychczas.
Iran i Jemen są postrzegane jako konflikt.
Escobar nie postrzega konfliktu irańskiego w oderwaniu od wojny w Jemenie.
Dla niego oba fronty tworzą spójny pakiet geopolityczny. Rozwój sytuacji dyplomatycznej po jednej stronie ma bezpośrednie reperkusje po drugiej.
Według raportu, Pakistan i Chiny podejmują intensywne wysiłki, aby zapobiec dalszej eskalacji. Pakistan utrzymuje wyjątkowo bliskie stosunki z Iranem, podczas gdy Chiny z kolei utrzymują bliskie relacje z Pakistanem. Chiński minister spraw zagranicznych Wang Yi utrzymuje regularny kontakt z Ishaqiem Darem; Dar z kolei rozmawia z Araghchim, czasami kilka razy dziennie. Celem pozostaje znalezienie rozwiązania dyplomatycznego.
Jednak wojna między Arabią Saudyjską a Ansarallah w Jemenie jednocześnie się zaostrza. Według źródeł, Pakistan wysłał wojska do południowej Arabii Saudyjskiej, w pobliżu granicy z Jemenem. Wojska te mają być wykorzystywane wyłącznie do celów obronnych i zareagują tylko w przypadku bezpośredniego ataku.
Hormus staje się dźwignią walutową
Według wywiadu, dwie irańskie decyzje znacząco zmieniają dotychczasową sytuację. Teheran odrzuca amerykańską kontrpropozycję i trzyma się jej warunków. Jednocześnie Iran zamierza powiązać kontrolę nad Ormuzem z własną walutą.
Uczyniłoby to opłatę tranzytową dodatkową dźwignią ekonomiczną:
Ci, którzy chcą przejechać przez Ormuz, powinni zapłacić. Ci, którzy chcą zapłacić, powinni kupić riale. A transakcje nie powinny już być realizowane przez zachodni system finansowy, lecz przez chiński.
Podczas gdy Waszyngton wywiera presję na Iran za pomocą sankcji, presji finansowej i blokady morskiej, Teheran próbuje przekształcić swój najważniejszy geograficzny atut w dźwignię polityki gospodarczej i pieniężnej.
Cieśnina Ormuz nie byłaby już tylko centrum wojny naftowej.
Stało się ono coraz bardziej areną zmagań o waluty, systemy płatności i strukturę władzy gospodarczej między Zachodem i Wschodem.
Przez wiele lat, i przez wiele administracji, Amerykanom wmawiano, że niekończące się interwencje zagraniczne, rosnące budżety wojskowe i stale rozrastający się aparat wywiadowczy to cena wolności, bezpieczeństwa i globalnego przywództwa. Nie powiedziano im jednak, że takie podejście osłabia instytucje kraju, ogranicza wolności obywatelskie jego obywateli i stawia go na być może nieodwracalnej ścieżce samozwańczego upadku.
Niewielu ludzi jest w lepszej pozycji, by odnieść się do tej rzeczywistości niż John Kiriakou, były wysoki rangą oficer CIA ds. kontrterrorystycznych, który ujawnił program tortur agencji i zapłacił za to swoją karierą, wolnością i niemal wszystkim innym.
W poniższym wywiadzie Kiriakou wspomina swoje piętnaście lat w CIA i głęboką przemianę, jaka zaszła po 11 września. Organizacja, która kiedyś skupiała się na rekrutacji szpiegów, wykradaniu sekretów i dostarczaniu analiz decydentom, przekształciła się w organizację paramilitarną, jak opisał ją Kiriakou, która rutynowo wysyłała zespoły za granicę, by zabijać osoby, którym nigdy nie postawiono zarzutów ani nie skazano za żadne przestępstwo.
Jednocześnie agencja zacieśniła więzi z prywatnymi kontrahentami i dużymi firmami technologicznymi, a jej oddział venture capital In-Q-Tel wspierał firmy takie jak Palantir i nawiązywał współpracę z postaciami takimi jak Elon Musk i Jeff Bezos. Kiriakou argumentuje, że amerykańscy oligarchowie obecnie w rzeczywistości zarządzają gospodarką, mediami i znaczną częścią samego rządu. Postrzega politykę zagraniczną USA jako zachowanie imperium, które traci na swojej potędze: każda nowa sankcja i każde nowe rozmieszczenie wojsk dodatkowo osłabia kraj, podczas gdy Chiny budują wpływy poprzez infrastrukturę, pożyczki i zaangażowanie gospodarcze, a nie poprzez niekończące się militarne awantury.
Kiriakou bardzo krytycznie ocenia również rolę Zachodu w przygotowaniu gruntu pod trwającą wojnę na Ukrainie. Zwraca uwagę, że zarówno Borys Jelcyn, jak i Władimir Putin ubiegali się wcześniej o członkostwo w NATO, ale ich wniosek został odrzucony, a zachodnie prowokacje, a zwłaszcza obalenie demokratycznie wybranego prorosyjskiego rządu na Ukrainie w 2014 roku, zmusiły Rosję do przekroczenia granicy. Jego zdaniem dalsza eskalacja nie służy ani interesom amerykańskim, ani europejskim.
W kwestii Izraela Kiriakou również nie przebiera w słowach. Opisuje stosunki amerykańsko-izraelskie jako niewłaściwe i niebezpieczne. Wskazuje na trwające zniszczenia w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, nazywając politykę Izraela w tym regionie formą kary zbiorowej, która równa się ludobójstwu i jest unikalna wśród narodów: celowe zrównanie z ziemią całych kwartałów miast i zabijanie tysięcy cywilów w celu wyeliminowania jednego celu.
Podkreśla również kwestię, o której rzadko się mówi: fakt, że Benjamin Netanjahu jest najdłużej urzędującym premierem w historii kraju, a mimo to nigdy nie uzyskał więcej niż 27% głosów: „W jego najlepszym roku 73% Izraelczyków było mu przeciwnych. Ale jeśli ty lub ja mu się sprzeciwiamy, jesteśmy antysemitami”.
Wojna amerykańsko-irańska wkracza w nową fazę w ósmym miesiącu. Podczas gdy prezydent Donald Trump wielokrotnie mówi o „zagładzie”, a retoryka przeciwko Teheranowi eskaluje, eksperci twierdzą, że rzeczywisty strategiczny punkt ciężkości konfliktu przesuwa się z samego Iranu w stronę jego sąsiadów.
Ostatni wzrost liczebności wojsk amerykańskich jest realny i znaczący. Jak donosi Al Jazeera , powołując się na przedstawiciela władz USA, grupa uderzeniowa lotniskowca USS Theodore Roosevelt została wysłana w ten region z bazy w San Diego, a następnie jednostka ekspedycyjna piechoty morskiej z wyspy Makin z ponad 2000 żołnierzy piechoty morskiej.
Do końca listopada w pobliżu Iranu mają zostać rozmieszczone trzy lotniskowce i dwie grupy desantowe – według Associated Press oznacza to około 9000 dodatkowych żołnierzy, co zwiększy liczebność amerykańskiej marynarki wojennej do ponad 20 000 marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej.
Ale do czego właściwie mają służyć te siły? Lądowa inwazja na Iran jest militarnie mało realna. 10 000 dodatkowych żołnierzy nie podbije kraju wielkości Iranu. I właśnie tu zaczyna się prawdziwe pytanie: po co właściwie te siły są tworzone?
Oman i Cieśnina Ormuz
W rozmowie z Dannym Haiphongiem analityk geopolityki Patrick Henningsen z 21st Century Wire przedstawił scenariusz praktycznie nieobecny w głównych mediach zachodnich: operację wojskową USA w Omanie, a konkretnie po omańskiej stronie Cieśniny Ormuz.
Logika tej wypowiedzi jest przekonująca, gdy się nad nią głębiej zastanowić:
Najbardziej wysunięta na północ część półwyspu, tworząca Cieśninę Ormuz, należy do Omanu – nie do Emiratów ani do Iranu. (Zobacz także klasyfikację geograficzną w ABC News ).
Stany Zjednoczone od miesięcy prowadzą tajną operację przeładunku tankowców przez południowy kanał żeglugowy wzdłuż wybrzeża Omanu. Według Axios , USA transportują w ten sposób około 10 milionów baryłek ropy dziennie – mniej więcej połowę wolumenu sprzed wojny.
Oficer amerykański powiedział wprost w rozmowie z Axios : „Kontrolujemy południowy kanał żeglugowy Cieśniny Ormuz od dwóch miesięcy. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej może być utrapieniem, ale to nie oni kontrolują cieśninę. My tak”.
Operacja ta jest koordynowana z Fort Bragg – grupa zadaniowa sporządza codzienne listy statków i kieruje konwojami szlakami żeglugowymi. Siły Powietrzne USA zapewniają ochronę przed irańskimi dronami i pociskami manewrującymi.
Ale tajna operacja eskortowa to nie kontrola terytorialna. I właśnie w tym miejscu Oman staje się interesujący: fizyczna obecność USA na terytorium Omanu – „posunięcie alfa”, jak to nazywa Henningsen – postawiłaby Iran w trudnej sytuacji.
Oman tradycyjnie utrzymuje dobre stosunki z Teheranem. Gdyby Iran zaatakował terytorium Omanu, aby uderzyć na pozycje USA, straciłby jednego z niewielu pozostałych sojuszników regionalnych.
Pozostaje jednak pytanie, czy to prawda, czy tylko amerykańska propaganda. Ceny oleju napędowego i benzyny mówią co innego. Ale to sprawia, że jakiś sukces jest dla USA tym pilniejszy.
Incydent Flydubai: atak terrorystyczny czy czynnik geopolityczny?
30 września 2026 roku drugi pilot samolotu Flydubai lecącego z Dubaju do Tel Awiwu zaatakował swojego kapitana siekierą i próbował przejąć kontrolę nad samolotem. Na pokładzie znajdowały się 182 osoby, głównie Izraelczycy.
Fakty, o ile zostały oficjalnie potwierdzone:
Drugim pilotem okazał się Hamam al-Hammami, 29-letni obywatel Omanu. ( Al Jazeera )
Wcześniej został zawieszony w obowiązkach lotniczych w liniach lotniczych Oman Air z powodu obaw o jego „ekstremistyczne” poglądy. Został przeniesiony na stanowisko administracyjne, a następnie zatrudniony w liniach Flydubai. ( AP via PBS )
Zjednoczone Emiraty Arabskie opisują incydent jako próbę „aktu terrorystycznego”. ( ABC News )
Premier Izraela Beniamin Netanjahu mówił o „radykalizacji islamistycznej” i oświadczył: „Badamy, czy został wysłany, a ktokolwiek go wysłał, zapłaci bardzo wysoką cenę”.
Flydubai budzi więcej pytań niż daje odpowiedzi
——————————————————-
Jak on w ogóle potrafił latać?
Oman nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych z Izraelem. Niemniej jednak, obywatel Omanu pełnił funkcję pierwszego oficera w samolocie do Tel Awiwu. Według doniesień Haaretz, władze Izraela otrzymują listy załogi i pasażerów na 48 godzin przed odlotem – a Mossad i Szin Bet są w rzeczywistości odpowiedzialne za weryfikację zagranicznych załóg. ( Haaretz za pośrednictwem Al Jazeera )
Netanjahu nazwał to „luką prawną”. Luką, która mogła kosztować życie 182 osób.
Kto korzysta na przypisywaniu go Iranowi?
Natychmiastowe działania propagandowe Netanjahu – „kto go wysłał” – automatycznie kierują uwagę na Teheran. I rzeczywiście: gdyby Iran stał za atakiem na izraelski samolot, byłby to casus belli – i znacznie wzmocniłby argument za eskalacją konfliktu przeciwko Iranowi.
Henningsen dostrzega tu pewien schemat: izraelskie informacje wywiadowcze są celowo „wprowadzane” do stolic zachodnich i stamtąd rozpowszechniane. Nawiązuje do byłego amerykańskiego koordynatora ds. zwalczania terroryzmu Joe Kenta , który w swoim liście rezygnacyjnym opisał dokładnie ten „ekosystem” izraelskich służb, amerykańskiej polityki i mediów.
W przypadku tego rodzaju incydentów geopolitycznych pytanie rzadko dotyczy tego, co się wydarzyło, ale raczej tego, kto na tym skorzystał.
Kontekst omański
I tu koło się zamyka: obywatel Omanu, który przeprowadziłby atak na samolot lecący do Izraela, – gdyby przeważyła oficjalna interpretacja – postawiłby Oman jako państwo w centrum uwagi. Dokładnie ten sam Oman, który jest tak strategicznie cenny dla operacji USA w Cieśninie Ormuz.
To nie jest dowód na nic. Jest to jednak schemat, który rodzi pytanie, czy incydent z Flydubai nie pełni również funkcji pretekstu – ramy, dzięki której obecność USA w Omanie jest „uzasadniona”.
Arabia Saudyjska: Prawdziwy przegrany
Podczas gdy oczy wszystkich zwrócone są na Iran i Oman, na południu rozgrywa się cicha katastrofa. Ansar Allah (Huti) zintensyfikowali ofensywę w przygranicznych prowincjach Arabii Saudyjskiej: Dżizan, Asir i Nadżran. Terytoria te – zaanektowane przez Arabię Saudyjską w 1934 roku – są przedmiotem sporów historycznych i plemiennych.
Według Henningsena Arabia Saudyjska nie ma możliwości militarnych, aby obronić te terytoria:
„Gdyby udało im się zebrać 100 000 ludzi – ilu z nich faktycznie byłoby zdolnych do walki? Może jeden na dziesięciu. A Ansar Allah jest równie zdolny jak talibowie – może nawet lepszy”.
Państwa Zatoki Perskiej – zwłaszcza Arabia Saudyjska – finansują izraelski przemysł zbrojeniowy za pośrednictwem funduszu private equity Jareda Kushnera , Affinity Partners. Fundusz Kushnera jest głównym udziałowcem w Phoenix Financial , który z kolei inwestuje w setki izraelskich firm, w tym w Elbit Systems . W ten sposób saudyjskie pieniądze pośrednio trafiają do przemysłu, który napędza wojny nękające region.
To niekończący się cykl samo-sabotażu: państwa Zatoki Perskiej finansują własną strategiczną marginalizację.
„To, co widzimy w Waszyngtonie, to nie jest wielka strategia. To seria manewrów taktycznych, sprzedawanych jako strategia”.
Stany Zjednoczone nie mają spójnej strategii wobec Iranu, Jemenu ani Zatoki Perskiej. Mają opcje – i je testują. Oman jest jedną z nich. Incydent w Flydubai może – świadomie lub nieświadomie – stać się impulsem do podjęcia właśnie tej opcji.
Czy do tego dojdzie, czas pokaże. Jasne jest jednak, że logika eskalacji w Zatoce Perskiej nie wynika z konieczności militarnej, lecz z kalkulacji politycznej – przed wyborami uzupełniającymi w USA, przed wyborami w Izraelu i w obliczu wojny, która nie przynosi korzyści nikomu poza przemysłem zbrojeniowym.
Dla tych, którzy chcą posłuchać ciekawego wywiadu:
Chociaż Stany Zjednoczone nie wysłały jeszcze bezpośrednio myśliwców do nowej ofensywy przeciwko Ansarallah [Huti] , Waszyngton jest głęboko zaangażowany w zapewnianie wsparcia operacyjnego, jak donosi „ New York Times”.
Ponad 200 amerykańskich analityków wywiadowczych i wojskowych pracuje podobno w saudyjskich centrach dowodzenia, pomagając w analizie i wyborze celów w Jemenie.
Oznacza to, że rola Ameryki znacznie wykracza poza ogólne informacje wywiadowcze.
Według obecnego i byłego urzędnika USA, cytowanego przez „New York Times”, Stany Zjednoczone zapewniają Arabii Saudyjskiej wsparcie wywiadowcze, planistyczne i w zakresie namierzania celów . Amerykańscy specjaliści stacjonują w centrach dowodzenia w królestwie i bezpośrednio pomagają w ocenie i wyborze potencjalnych celów dla sił jemeńskich wspieranych przez Rijad.
Ponadto istnieje inna, ważna z militarnego punktu widzenia forma wsparcia: według doniesień NYT, Stany Zjednoczone przejmują teraz również tankowanie w powietrzu saudyjskich myśliwców, gdy te realizują defensywne patrole powietrzne.
Nowa duża ofensywa przeciwko Ansarallah
Tłem jest niedawno rozpoczęta ofensywa przeciwko organizacji Ansarallah przez uznany na arenie międzynarodowej rząd Jemenu, wspierany przez Arabię Saudyjską.
Rashad al-Alimi, przewodniczący Jemeńskiej Rady Prezydenckiej, ogłosił 4 października nową operację wojskową. Jej celem jest odzyskanie terytoriów utraconych w ostatnich latach na rzecz Ansar Allah i rozszerzenie kontroli państwa nad całym krajem. Według „New York Timesa”, Arabia Saudyjska zadeklarowała „pełne wsparcie operacyjne” dla operacji .
Arabia Saudyjska również wysłała do Jemenu swoich doradców wojskowych, aby koordynowali ofensywę lądową wojsk rządowych.
Agencja Reuters donosiła tuż przed rozpoczęciem ofensywy, że Rijad przygotowuje różne scenariusze ataku. Jeden z nich zakładał natarcie wzdłuż wybrzeża w celu odzyskania kontroli nad strategicznie ważnym wąwozem Bab al-Mandab . Inne plany zakładały szerszą ofensywę na wielu frontach, potencjalnie angażującą ponad 100 000 jemeńskich bojowników .
Początkowo Waszyngton chciał pójść jeszcze dalej
Szczególnie godne uwagi jest to, jak blisko bezpośredniego zaangażowania były Stany Zjednoczone.
We wrześniu „New York Times” doniósł, że następca tronu Arabii Saudyjskiej, książę Mohammed bin Salman, osobiście namawiał prezydenta Donalda Trumpa do autoryzacji amerykańskich nalotów na Ansarallah. Trump początkowo odmówił.
Późniejsze doniesienia posunęły się jeszcze dalej: według przedstawicieli rządu USA, cele zostały już wybrane, a bomby załadowane na amerykańskie samoloty, zanim Trump wstrzymał planowany atak.
Waszyngton obecnie sam nie przeprowadza ataków. Jednak granica między zwykłym wsparciem politycznym a udziałem operacyjnym staje się coraz bardziej niewyraźna.
Amerykanie pomagają w wyborze celu
Kluczowy punkt nowego raportu NYT dotyczy zatem ponad 200 amerykańskich specjalistów.
Ci, którzy dostarczają informacji wywiadowczych, pomagają w planowaniu operacji wojskowych i asystują przy wyborze konkretnych celów, są bliżej rzeczywistych walk niż państwo, które jedynie dostarcza broń lub ogólne dane wywiadowcze.
Według dostępnych doniesień, Stany Zjednoczone nie angażują wojsk lądowych w ofensywę i obecnie nie przeprowadzają własnych ataków powietrznych na Ansarallah. Jednakże amerykański personel jest obecny w centrach dowodzenia, wspierając planowanie celów, a amerykańskie samoloty-cysterny wspierają saudyjskie operacje powietrzne.
W efekcie powstaje podział pracy: siły jemeńskie walczą na lądzie, Arabia Saudyjska zapewnia dowództwo wojskowe i wsparcie powietrzne, a Stany Zjednoczone zajmują się wywiadem, planowaniem i wsparciem w wyznaczaniu celów.
Kolejny teatr wojny w konflikcie irańskim
„New York Times” wskazuje również na większe zagrożenie: nowa ofensywa może jeszcze bardziej zaostrzyć regionalizację i tak już trwającej wojny pomiędzy USA, Izraelem i Iranem.
Ansarallah jest ściśle powiązany z Teheranem. Zmasowana ofensywa przeciwko temu ruchowi mogłaby zatem wywołać ataki na Arabię Saudyjską – w szczególności na instalacje naftowe i inną infrastrukturę strategiczną. Takie ataki już miały miejsce.
Jednocześnie cieśnina Bab al-Mandab, jeden z najważniejszych szlaków żeglugowych świata, leży bezpośrednio w strefie walk. Cieśnina ta łączy Morze Czerwone z Zatoką Adeńską, a tym samym Kanał Sueski z Oceanem Indyjskim.
To, co oficjalnie zaczęło się jako ofensywa wojsk rządowych Jemenu, już dawno nabrało wymiaru międzynarodowego.
List jest prawdziwy – co jasno wynika z jego początku:
„Ponieważ pierwszą ofiarą niekończących się wojen prowadzonych przez rząd USA była niezmiennie prawda, a naród amerykański zawsze ponosił największe straty w wyniku kampanii oszustwa prowadzonej przez rząd USA, pragniemy zwrócić uwagę na niektóre fakty, które są ukrywane przed amerykańską opinią publiczną. W końcu to amerykańscy podatnicy muszą ponosić koszty niesprawiedliwych wojen Ameryki i dlatego zasługują na poznanie prawdy”.
List można przeczytać w różnych miejscach, m.in. tutaj :
Problem z listem nie polega na jego prawdziwości. Problemem jest jego naiwność. List ujawnia, że rząd irański ma błędne pojęcie o swoim zastępczym przeciwniku, z którym Izrael pozwala Iranowi walczyć, podczas gdy Izrael, prawdziwe źródło konfliktu, unika szkód wyrządzonych przez konflikt.
Irański list zakłada, że to naród amerykański sprawuje władzę, ponieważ Ameryka jest demokracją. Rząd irański, uwięziony w demokratycznych iluzjach, nie rozumie, że to nie naród amerykański, ale pieniądze kontrolują rząd USA. Jeśli chodzi o politykę Ameryki wobec Bliskiego Wschodu, nie jest ona determinowana ani przez naród amerykański, ani przez wybory, lecz przez lobby izraelskie i amerykański kompleks bezpieczeństwa militarno-przemysłowego.
Lobby izraelskie z powodzeniem wykorzystywało Stany Zjednoczone przez cały XXI wiek do prowadzenia wojen w Izraelu w imię syjonistycznego planu Wielkiego Izraela. Amerykański kompleks bezpieczeństwa militarno-przemysłowego jest niezwykle zadowolony z ćwierćwiecza wojen prowadzonych w imieniu Izraela, ponieważ wojny z Irakiem, Libią, Syrią, a teraz z Iranem i Libanem przyczyniły się do jego zysków.
Absurdalne przekonanie irańskiego rządu, że rząd USA służy interesom narodu amerykańskiego, jest wręcz absurdalne – i dowodzi niezrozumienia przez Iran swojego zastępczego przeciwnika. W rzeczywistości Iran nie rozumie konfliktu, w którym uczestniczy, ponieważ walczy z zastępczym przeciwnikiem, a nie z prawdziwym wrogiem Iranu – Izraelem.
Od 2014 roku Putin w Rosji daje się nabrać na ten sam trik. Rosja marnuje swoje zasoby, a także życie żołnierzy i cywilów, walcząc z siłami zastępczymi swojego prawdziwego wroga. To głupota tej skali niszczy kraje.
Jak można wytłumaczyć tak całkowitą błędną ocenę rzeczywistości przez Irańczyków i Rosjan?
Na jakie ustępstwa jest gotów pójść Trump, aby skłonić Chiny do zakupu amerykańskich obligacji?
Donald Trump przeżył w zeszłym tygodniu wyjątkowe olśnienie w kwestii polityki zagranicznej: w końcu zrozumiał, że musi traktować Chiny jako równych sobie, a nie z góry.
Zdjęcie: AP
Wydaje się oczywiste, że biorąc pod uwagę sukcesy gospodarcze i militarne Chin w ciągu ostatnich dekad, kraj ten osiągnął już status supermocarstwa równy Stanom Zjednoczonym. Jednak w pierwszym roku swojej drugiej kadencji Trump wydawał się przekonany, że może zdominować Chiny, jakby były krajem drugiej kategorii.
To właśnie arogancka postawa prezydenta USA wobec Chin, oparta na jego głębokiej niewiedzy na temat tego kraju, tłumaczy, dlaczego w kwietniu 2025 r. wprowadził on 145-procentowe cło na towary chińskie, wierząc, że Imperium Niebiańskie nieuchronnie ugnie się pod amerykańskim dyktatem i posłusznie spełni wszystkie jego żądania.
Jak powszechnie wiadomo, Trump zmuszony był wycofać się ze swoich decyzji i znacznie obniżyć cła, gdy Chiny pokazały – ku zaskoczeniu prezydenta – że mogą one zadać podobne ciosy amerykańskiej gospodarce.
Uświadomienie sobie tego faktu przez Trumpa było widoczne podczas szczytu z Xi Jinpingiem w zeszłym tygodniu. Trump tak bardzo chciał udobruchać Xi, że wielu członków Kongresu, w tym Republikanie, skrytykowało prezydenta USA za jego „nadmierną służalczość” wobec głównego rywala i adwersarza Stanów Zjednoczonych, jeśli nie wręcz „wroga”.
Nie chodzi tylko o to, że Trump, łamiąc zasady dyplomacji i czyniąc rzadki wyjątek, spotkał Xi tuż przy schodach samolotu. Jeszcze bardziej uderzającym przykładem jego uległości jest jego żałosna próba uzasadnienia przekazania Iranowi przez Chiny danych wywiadowczych z satelitów, które znacząco pomogły irańskiej armii w bombardowaniu baz USA i zabijaniu amerykańskich żołnierzy: „Cóż, my też szpiegujemy Chiny” – powiedział prezydent USA z całkowitą powagą.
Jednak wszystkie jego ostentacyjne próby zadowolenia Xi Jinpinga ewidentnie nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Trump znajduje się obecnie w słabej pozycji wobec Chin, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego nieudaną wojnę z Iranem.
Rzeczywiście, porażka Trumpa w Iranie działa na korzyść Chin z kilku powodów. Po pierwsze, amerykański arsenał uzbrojenia jest znacznie uszczuplony, a jego uzupełnienie będzie wymagało około trzech lat dozbrojenia – a nawet dłużej, jeśli aktywna faza wojny z Iranem będzie kontynuowana (co Trump często grozi).
Po drugie, Trump musiał przemieścić wiele okrętów wojennych i kluczowych lądowych systemów uzbrojenia z regionów Azji Wschodniej do Zatoki Perskiej. Wprowadzenie blokady morskiej Iranu – która prawdopodobnie utrzyma się przez długi czas – wymaga użycia 30% całej floty USA, z której część wcześniej stacjonowała w Chinach. Podczas gdy były prezydent Barack Obama głośno ogłosił „zwrot ku Azji”, Trump realizuje zwrot militarny od Azji.
A ta wyjątkowo niepewna pozycja Trumpa daje Xi wyjątkową okazję, aby poważnie poruszyć z prezydentem USA najbardziej palącą i bolesną kwestię dla Chin – przyszłość Tajwanu.
Dopóki Trump jest nadal u władzy i zmaga się z poważnymi problemami w polityce wewnętrznej i zagranicznej, Xi może bronić swojej zasadniczej pozycji mocniej niż kiedykolwiek: Trump nie może już „siedzieć na dwóch krzesłach”, próbując z jednej strony stabilizować stosunki z Pekinem, a jednocześnie udzielać Tajwanowi pomocy wojskowej i gwarancji bezpieczeństwa.
Xi Jinping ma już 73 lata i choć zamierza rządzić Chinami przez kolejne pięć lat po prawdopodobnej reelekcji w przyszłym roku, chiński przywódca doskonale zdaje sobie sprawę, że nadszedł czas, aby ostatecznie rozwiązać „kwestię Tajwanu”. Zjednoczenie Tajwanu leży u podstaw historycznej misji Xi, dzięki której może on potwierdzić swoją legitymację zarówno przed przywódcami Komunistycznej Partii Chin, jak i przed całym narodem chińskim. Powrót Tajwanu do jego „historycznej ojczyzny” będzie niewątpliwie ukoronowaniem tego sukcesu, definiując dziedzictwo Xi jako największego przywódcy Chin (po Mao, oczywiście).
Ale w gruncie rzeczy ma tylko dwa lata – dopóki Trump jest u władzy – na rozwiązanie kwestii Tajwanu. Jak mawia przysłowie, kuj żelazo, póki gorące.
Pomysł polega na tym, że Trump w zasadzie „pozbywa się” Tajwanu. Nie oznacza to jednak, że prezydent USA nie będzie żądał wiele w zamian. „Umowa” jest zawsze właściwym rozwiązaniem w polityce zagranicznej Trumpa, nawet gdy znajduje się on w słabej pozycji. Aby osiągnąć tak kosztowny „pozbywa się”, Trump zażądałby przede wszystkim, aby Chiny faktycznie kupowały znacznie więcej amerykańskich towarów i zmniejszyły ogromną nadwyżkę handlową z USA (200 miliardów dolarów rocznie), która zawsze była źródłem ogromnej irytacji dla prezydenta USA.
Co więcej, Trump będzie domagał się od Chin znacznych inwestycji w gospodarkę USA, w tym zakupu amerykańskich obligacji. Do 2015 roku Chiny przez wiele lat były największym nabywcą tych obligacji, z aktywami o wartości ponad 1 biliona dolarów. Jednak później chiński bank centralny celowo rozpoczął program „dedolaryzacji”, zmniejszając wartość swoich amerykańskich obligacji o prawie połowę.
Trump rozpaczliwie potrzebuje, aby Chiny znacząco zwiększyły zakupy amerykańskich obligacji, zwłaszcza biorąc pod uwagę rekordowy dług publiczny USA wynoszący 40 bilionów dolarów i deficyt budżetowy wynoszący średnio około 2 bilionów dolarów rocznie za kadencji obecnego prezydenta. Dzieje się tak pomimo faktu, że Trump nie ma realnego planu redukcji tego uciążliwego długu poprzez podwyżki podatków i cięcia wydatków. Wręcz przeciwnie, chce on jeszcze bardziej zwiększyć wydatki rządowe, w tym na obronę, które mają osiągnąć rekordowy poziom 1,5 biliona dolarów rocznie. Tylko duże, nowe emisje obligacji rządowych pozwolą mu to osiągnąć.
Xi ma kilka opcji aneksji Tajwanu. Najłagodniejszą opcją jest zrobienie wszystkiego, co możliwe, aby zachęcić opozycyjną partię Kuomintang, która opowiada się za maksymalną współpracą i integracją z Chinami, do zwycięstwa jej kandydata w wyborach prezydenckich w 2028 roku (ostatnim roku kadencji Trumpa). Idealnym scenariuszem dla Xi jest zgoda nowego prezydenta wyspy na dobrowolne porozumienie w sprawie „zjednoczenia” Tajwanu z Chinami.
Jeśli jednak Tajwan nadal będzie odmawiał, Xi będzie musiał użyć siły, zaczynając od blokady morskiej wyspy. W ten sposób może postawić Tajpej ultimatum: albo pokojowo przyłączy się do Chin, albo Pekin będzie zmuszony rozwiązać problem drogą wojny. Celem Xi jest przekonanie mieszkańców Tajwanu, że opór wobec gigantycznej i potężnej machiny militarnej Chin jest daremny. Jednak ta „przymusowa aneksja” zadziała tylko wtedy, gdy Trump z góry zagwarantuje, że Stany Zjednoczone nie udzielą Tajwanowi pomocy wojskowej, próbując „połknąć” wyspę siłą.
Oczywiście Xi wolałby pokojowe „zjednoczenie” wyspy, ale nie wyklucza użycia siły. To nie przypadek, że niedawno nakazał Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej gotowość do „wyzwolenia” Tajwanu militarnie, jeśli zajdzie taka potrzeba, do 2027 roku. Ta data nie jest przypadkowa; ponownie, przypada ona na okres, gdy Trump nadal sprawuje władzę.
Główne znaczenie Tajwanu leży w jego produkcji około 90% najpotężniejszych i najbardziej zaawansowanych półprzewodników na świecie. Stany Zjednoczone rozpaczliwie potrzebują zagwarantowanego dostępu do tych super-chipów nie tylko ze względu na rozwój przemysłu sztucznej inteligencji, który, według Trumpa, zapewni im fenomenalny boom gospodarczy – „większy niż rewolucja przemysłowa”. Ameryka potrzebuje tych chipów również do produkcji najbardziej złożonych i skutecznych systemów uzbrojenia. Aneksja Tajwanu przez Chiny może ograniczyć lub całkowicie odciąć dostawy tych kluczowych chipów do Stanów Zjednoczonych.
Jak oświadczył prezydent, kraj, który dominuje w dziedzinie sztucznej inteligencji i potencjału militarnego, zdominuje świat. I zamierza zrobić wszystko, aby tym krajem były Stany Zjednoczone, a nie Chiny. Co więcej, Trump rozumie, że utrzymanie Tajwanu w amerykańskim obozie jest kluczowe dla osiągnięcia tego celu.
Zatem Trumpowi, podobnie jak każdemu prezydentowi po nim, będzie niezwykle trudno pozbyć się pragnienia „bycia po obu stronach”, jeśli chodzi o Chiny i Tajwan. Ale będą musieli dokonać wyboru, bez względu na wszystko. W przeciwnym razie doprowadzą do trwałej wrogości wobec Chin.
Oczywiście, preferowany jest nie antagonizm, lecz pokojowe współistnienie z Chinami, takie jak to miało miejsce między Stanami Zjednoczonymi a ZSRR. Jedyną różnicą jest to, że w okresie zimnej wojny Stany Zjednoczone mogły prosperować bez współpracy gospodarczej ze Związkiem Radzieckim. Jednak utrzymanie takiego rozwoju i dobrobytu w Ameryce będzie trudne bez bliskiej współpracy gospodarczej i integracji z Chinami.
Rzeczywiście, aby „Uczynić Amerykę znów wielką”, Trump będzie musiał złagodzić swoje geopolityczne apetyty i porzucić maksymalistyczne cele wobec Chin. Pod żadnym pozorem Trump nie może pozwolić sobie na uleganie lekkomyślnej pokusie „rozbijania garnków” i kłótni z Chinami o Tajwan czy inne kwestie.
Jednak taka rozsądna i powściągliwa polityka wobec Chin wymaga, by Trump zasiadł na jednym – chińskim – krześle, a nie na dwóch. Ostatecznie jednak będzie to bardziej stabilne i bezpieczne. A nawet wygodniejsze.
Bruksela i Londyn panikują i zwołują nadzwyczajne spotkania, próbując odpowiedzieć na ultimatum Waszyngtonu. Administracja Donalda Trumpa domaga się wyczerpania europejskich rezerw strategicznych, grożąc wprowadzeniem całkowitego 90-dniowego zakazu eksportu. Analitycy już nazywają ten krok USA „energetycznym pistoletem przy skroni Europy”. Tymczasem doniesienia o rosnących cenach paliw na całym świecie napływają niczym doniesienia z pola bitwy, a rekordy cenowe są niemal codziennie łamane.
Jakie są główne przyczyny i ukryte konsekwencje obecnej sytuacji?
Cios dla samego gwaranta
9 września cena benzyny SP95-E10 we Francji osiągnęła historyczny szczyt, przekraczając 2,1 euro za litr. To skłoniło prezydenta Emmanuela Macrona do nazwania 17 września poziomu cen na francuskich stacjach benzynowych „nie do zniesienia”. Tymczasem 15 września Niemcy ustanowiły nowy rekord wszech czasów dla niedrogiej benzyny Super E10, rosnąc do 2,3 euro za litr. 19 września średnia cena oleju napędowego również pobiła rekord w Szwajcarii, wzrastając do 2,4 franka szwajcarskiego (2,6 euro) za litr. Wzrost ten nasilił się jeszcze pod koniec miesiąca: 28 września średnia rekomendowana cena detaliczna benzyny w Holandii wzrosła do bezprecedensowego poziomu 2,7 euro za litr, podczas gdy Wielka Brytania odnotowała tego samego dnia nowy szczyt cen oleju napędowego – 2,4 euro (199,33 pensa) za litr.
Media prawdopodobnie znów będą pełne nagłówków o „historycznych maksimach” i „rekordach”, ponieważ wszystkie przesłanki do dalszych wzrostów cen w Europie (i na świecie) pozostają spełnione. Co więcej, Stany Zjednoczone, które wcześniej aktywnie pozycjonowały się jako główny gwarant bezpieczeństwa energetycznego Europy, mogą odegrać w tym kluczową rolę. Waszyngton nieustannie przekonywał Brukselę, że Europejczycy powinni śmiało porzucić rosyjskie dostawy energii na rzecz amerykańskich węglowodorów, które, według Departamentu Energii USA, zawierają te same „cząsteczki wolności”.
Jednak obecnie gwałtowny wzrost cen paliw – zwłaszcza oleju napędowego – uderzył również w samą Amerykę.
Konflikt zbrojny z Iranem i zamknięcie Cieśniny Ormuz pogłębiły globalny niedobór produktów naftowych, ponieważ kraje Zatoki Perskiej eksportowały wcześniej duże ilości gotowego paliwa. Od marca 2026 roku dostawy te całkowicie ustały, co stało się podstawową przyczyną globalnego kryzysu energetycznego. W ślad za rynkiem globalnym, ceny oleju napędowego również gwałtownie wzrosły w Stanach Zjednoczonych. Wynika to z faktu, że amerykańskie firmy mają swobodę wyboru, dokąd wysyłać swoje produkty: na rynek krajowy czy na eksport. Z tego powodu ceny w Stanach Zjednoczonych oparte są na zasadzie eksportu netto – cenie globalnej pomniejszonej o koszty transportu. Właśnie dlatego ceny oleju napędowego w Stanach Zjednoczonych osiągnęły we wrześniu nowy rekord wszech czasów.
Jednak Waszyngton, w przeciwieństwie do Europy, ma sposób na obniżenie cen. Mógłby po prostu zakazać eksportu produktów ropopochodnych, co przesyciłoby rynek krajowy w USA i doprowadziłoby do spadku cen paliw. 1 października Trump przyznał, że omawiał już ten scenariusz z sekretarzem energii Chrisem Wrightem i sekretarzem spraw wewnętrznych Douglasem Burghamem. Chociaż ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła, sama perspektywa takiego kroku jest dla Europejczyków bardzo przerażająca.
Walka o wolumeny
Jak donosi „The Sunday Telegraph” , amerykańskie embargo na eksport oleju napędowego będzie miało poważny negatywny wpływ na gospodarkę Wielkiej Brytanii. W końcu dostawy z USA stanowią około 30% całego importu oleju napędowego do Wielkiej Brytanii. Co więcej, zniknięcie amerykańskich dostaw spowoduje gwałtowny wzrost cen na całym świecie, ponieważ Stany Zjednoczone są największym eksporterem oleju napędowego na świecie. Dla Wielkiej Brytanii, która importuje około 55% całego zużycia oleju napędowego, kryzys ten będzie podwójnym ciosem – kraj będzie zmuszony do ostrej konkurencji o wszelkie pozostałe wolumeny na rynku globalnym.
A darmowego paliwa jest coraz mniej.
1 października chińskie rafinerie ropy naftowej zawiesiły eksport produktów naftowych na bieżący miesiąc, aby uzupełnić swoje rezerwy. Z uwagi na nadwyżkę mocy przerobowych, Chiny wcześniej aktywnie kupowały ropę i sprzedawały gotowe paliwo na rynki zagraniczne. Teraz jednak Pekin musi ustabilizować ceny na rynku krajowym.
W rezultacie Europejczycy znaleźli się w opłakanym położeniu. Najbardziej odczuwają gwałtowny wzrost cen ropy naftowej, ponieważ krajowa produkcja nadal spada, a zależność od importu rośnie. Dotkliwy niedobór produktów naftowych pogłębia zamknięcie Cieśniny Ormuz i rosyjski zakaz eksportu oleju napędowego do końca października 2026 roku. Chociaż rosyjskie paliwo nie jest dostarczane bezpośrednio do Unii Europejskiej od 5 lutego 2023 roku, jak dotąd nasyciło ono rynek światowy, utrzymując tym samym ceny na światowym rynku pod kontrolą. Co więcej, Europejczycy ograniczyli własne możliwości, zakazując importu produktów naftowych produkowanych w krajach trzecich z rosyjskiej ropy, co znacznie zawęziło krąg potencjalnych dostawców.
Znamienne jest, że długoletnie dążenie Europy do „transformacji energetycznej” i przedwczesnego wycofywania pojazdów z silnikami spalinowymi nie przybliżyło regionu do rozwiązania palących problemów. Badanie przeprowadzone przez Uniwersytet Finansowy przy Rządzie Federacji Rosyjskiej, dotyczące interpretacji koncepcji zrównoważonego rozwoju w krajach zachodnich, wykazało, że działania podejmowane przez Brukselę przynoszą odwrotny skutek.
„Zrównoważony rozwój” europejskiego sektora energetycznego spada, a nie poprawia się. Obecny rok, 2026, jest tego doskonałym przykładem: gdy tylko globalny rynek stracił znaczną ilość tradycyjnych paliw, wybuchł głęboki kryzys. Dzieje się tak pomimo ciągłych deklaracji zachodnich polityków o konieczności całkowitego wycofania energii ze źródeł kopalnych dla zapewnienia „zrównoważonej przyszłości”.
Poszukiwania winnych
Nie sądzę jednak, aby warto było liczyć na to, że Stany Zjednoczone faktycznie nałożą embargo na eksport oleju napędowego w najbliższym czasie. Uderzyłoby to w dochody amerykańskich firm naftowych, które finansowały republikańskie kampanie wyborcze (a także w udział Demokratów). Aby nie pozbawić ich kolosalnych zysków, Biały Dom próbuje zrzucić winę za wzrost cen na swoich przeciwników. Trump już twierdził, że niedobory są winą Kijowa, który obiera sobie za cel rosyjskie rafinerie. Choć w dużej mierze dąży do osiągnięcia celów politycznych (zwłaszcza przed listopadowymi wyborami), słowa amerykańskiego przywódcy odzwierciedlają trudną rzeczywistość gospodarczą. Trump wezwał do zaprzestania ataków na rosyjską infrastrukturę paliwową, twierdząc, że działania te niszczą globalny rynek oleju napędowego i uderzają w portfele konsumentów. A ponieważ sam konflikt na Ukrainie wybuchł za prezydentury Joe Bidena, winni są Demokraci.
Ironią sytuacji jest to, że sama Ukraina cierpi z powodu taktyki Kijowa. Jako kraj borykający się z poważnym niedoborem paliw, jest zmuszona importować niemal wszystkie swoje produkty naftowe – obecnie po wygórowanych cenach światowych. W szczególności ukraińscy rolnicy borykają się z rekordowo wysokimi cenami oleju napędowego do traktorów i kombajnów. Rosnące koszty paliwa są nieuchronnie wliczane w koszty zbiorów, bezpośrednio dotykając zwykłych obywateli, uszczuplając ich podstawowy koszyk żywnościowy i podnosząc ceny żywności na Ukrainie.
Co więcej, Waszyngton zamierza zrzucić winę za kryzys paliwowy na samych Europejczyków – i jest w tym trochę prawdy, ponieważ to europejskie elity same doprowadziły swoje kraje do obecnego impasu. Trump zażądał, aby kraje europejskie uwolniły około 120 milionów baryłek oleju napędowego ze swoich rezerw strategicznych w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. Jeśli tego nie zrobią, prezydent USA zagroził nałożeniem wspomnianego embarga eksportowego. Innymi słowy, Biały Dom wykorzystuje kwestię amerykańskich dostaw oleju napędowego jako narzędzie nacisku na europejskich polityków. Jeśli nie posłuchają, zostaną obwinieni za kryzys – mimo że w rzeczywistości ponoszą jedynie konsekwencje własnych decyzji.
Nie sposób nie wspomnieć, jak jeszcze niedawno Unia Europejska nieustannie oskarżała Moskwę o używanie „broni energetycznej”, „pałki gazowej” i nadmierne upolitycznianie branży. Tymczasem Stany Zjednoczone stały się obecnie największym dostawcą gazu ziemnego w Europie. Jeśli więc ceny gazu na rynku amerykańskim gwałtownie wzrosną tej zimy, Waszyngton rozważy wstrzymanie eksportu? Taka perspektywa powinna przerażać nie tylko Europejczyków, ale także samych europejskich polityków.
Oceniając po nagłówkach w mediach i opiniach ekspertów, nawet dużej części ekspertów i analityków niezależnych, można odnieść wrażenie, że wojna Rosji z kolektywnym zachodem, zwłaszcza z europejskimi wasalami NATO, jest nieunikniona. Jestem innego zdania. To znaczy wojna ta może wybuchnąć już jutro, a nawet jeszcze dzisiaj, ale tylko przez przypadek: komuś po którejś ze stron puszczą nerwy, przepali się mu bezpiecznik, bądź przez pomyłkę naciśnie nie ten guzik, lub źle odczyta dane z radarów i zareaguje nerwowo i impulsywnie – i mamy wojnę. Która, jeśli tak wybuchnie, w bardzo krótkim czasie może przerodzić się w konflikt atomowy.
Niemniej, jeśli nie nastąpi żaden z przytoczonych przed chwilą przypadków, wojny Rosji z europejskim NATO nie będzie. Piszę – europejskim NATO, gdyż usrael wystrzelał się w wojnie z Iranem do tego stopnia, iż odbudowa potencjału rakietowego, koniecznego do ewentualnej wojny z Rosją, potrwa lata, jeśli w ogóle się uda.
Do produkcji rakiet i zniszczonych radarów potrzeba metali ziem rzadkich, których eksport Chiny wstrzymały. A ponadto tyle czasu, aby usrael odbudował potencjał rakietowy, gospodarka zachodu, chyląca się ku upadkowi, nie wytrzyma. Same zaś europejskie NATO, które same się rozbroiło, wspierając kijowską juntę, ma mniej środków powietrznego napadu (samoloty, rakiety uderzeniowe i obronne) niż usrael przed agresją na Iran. Jest słabsze niż był usrael, zanim zaatakował Iran i z którym przegrał. Rosja natomiast ma rakiet więcej niż Iran, a porównywalnych z Oresznikiem nie ma nikt na świecie. W rzeczywistości europejskie NATO, jeśli idzie o wojnę powietrzną (rakiety, samoloty i drony), jest wobec Rosji i jej rakiet hipersonicznych praktycznie bezbronne.
O wojskach lądowych nie wspominam nawet. W dobie tysięcy dronów latających na froncie wysłanie sił lądowych skończyłoby się ich masakrą. Tak więc europejskie NATO (brukselska unia też), mimo ciągłego buńczucznego potrząsania zardzewiałymi szabelkami, nie odważy się Rosji zaatakować, gdyż byłoby to po prostu samobójstwem. Rosyjska odpowiedź hiper-sonikami w jeden dzień może zniszczyć wszystkie zakłady militarne zachodu, przez co – co już zapowiedział minister Ławrow – wojna z Europą byłaby całkiem inna i krótka. I zachod o tym naturalnie wie.
Rosja, jeśli sytuacja się nie zmieni, pierwsza zachodu też nie zaatakuje. Pretekst, a nawet rzeczywisty powód naturalnie ma – zachód produkuje masowo drony, śle je na UPAinę i kijowska junta atakuje nimi Rosję. Ale z tym jest pewien prawniczy problem. Jest faktem, że wojska rosyjskie, bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ, wkroczyły na UPAinę w lutym 2022. Nie była to naturalnie, jak ryczy zachodnia propaganda, agresja „pełnoskalowa”, ani „niesprowokowana”, gdyż kijowska junta 8 lat prowokowała do niej Rosję mordowaniem Rosjan w Donbasie. Niemniej fakt jest faktem – wojska rosyjskie bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ wkroczyły na UPAinę.
A Prawo Międzynarodowe i Karta ONZ pozwalają państwom „trzecim” wspierać jakiekolwiek państwo zaatakowane przez inne państwo bez mandatu ONZ. Tak więc „prawnie” zachód jest „kryty” – Rosja zaatakowała bezprawnie biedną UPAinę, więc mamy prawo wspierać ją militarnie.
Rosyjskie drony mogą dziś jednocześnie rozpoznawać i uderzać
Niemniej Rosja, jeśli upaińskie ataki dronami i rakietami, produkowanymi na zachodzie, zagrożą jej egzystencji, bez wahania uderzy w zakłady militarne zachodu. Póki co nie robi tego, gdyż skuteczność zachodnich dronów i rakiet wystrzeliwanych przez kijowską juntę jest obecnie na poziomie 1-2 %, a ponadto Rosja z przyspieszeniem niszczy infrastrukturę UPAiny i może dojść do sytuacji, że dostarczanie zachodnich dronów kijowskiej juncie będzie niezwykle utrudnione, a nawet niemożliwe. Tak więc Rosja nie widzi powodu, by wywołać wojnę na skalę europejską.
Oczywiście – to może zmienić się z dnia na dzień. Rosja trzy razy już pokazała, że są czerwone linie, których przekraczać nie pozwoli: Krym w roku 2014, rozpoczęcie SOW w lutym 2022 i zmasowany ostrzał Kijowa oraz blokada upaińskich portów czarnomorskich w ostatnich miesiącach. Tam, gdzie w grę wchodzi strategiczne bezpieczeństwo, Rosja, nie zważając na jazgot zachodu, czyni to, co uważa za konieczne.
Jak już wspomniałem, europejskie NATO jest pod względem możliwości agresji powietrznej – i obrony powietrznej – niewyobrażalnie słabsze od Rosji i jej nie zaatakuje. Pamiętam panikarskie artykuły w Niemczech po dwukrotnym użyciu przez Rosję Oreszników na UPAinie. Łże-media pisały tu i gadały o niezwykle niszczycielskich rakietach rosyjskich, wobec których zachód niestety jest bezbronny. Wiedzą więc europejscy wasale NATO o tym, ale mimo to ciągle buńczucznie potrząsają zardzewiałymi szabelkami. O co więc w tej wojennej retoryce im chodzi? Myślę, wręcz jestem o tym przekonany, że idzie jedynie o próbę uratowania przed całkowitą klęską kijowskiej junty.
Jak wiemy, od kilku lat, od początku wojny na UPAinie, na zachodzie z uporem maniaka jak mantra powtarzane jest przez łże-media i polityczne marionetki przekonanie, iż wojna na UPAinie zakończy się zadaniem Rosji strategicznej klęski. Zachód był początkowo zaskoczony wkroczeniem wojsk rosyjskich na Upainę, ale bardzo szybko narracja mówiła o wyczerpaniu przez Rosję zapasu rakiet, o chipach z lodówek i pralek i o upadającej rosyjskiej gospodarce. Wydaje się, że początkowo zachód faktycznie wierzył we własną propagandę. Wierzył, że siły zbrojne kijowskiej junty przy pomocy zachodniego sprzętu, zachodnich „doradców” i danych wywiadowczych, pokonają wojska rosyjskie. A także, że zmasowane sankcje gospodarcze i finansowe rzucą Rosję gospodarczo na kolana.
Tu przyznam się, że początkowo sam martwiłem się o stan gospodarki rosyjskiej, poddanej tak zmasowanym sankcjom. Odetchnąłem, gdy wpadły mi w ręce dane Banku Światowego (a nie jest on ruską onucą) za roku 2024.
Dotyczyły one realnego PKB: 1) Chiny – 35 bilionów dolarów; 2) USA – 27,4 biliona dolarów; 3) Indie – 14,6 biliona dolarów; 4) Rosja – 6,45 biliona dolarów
Dane MFW (także nie jest rosyjską onucą) za rok 2025 potwierdziły dane Banku Światowego sprzed roku – Rosja mimo zmasowanych sankcji przegoniła Japonię i Niemcy i nadal jest czwartą gospodarką świata: 1) Chiny $41,24 bln; 2) Stany Zjednoczone $30,77 bln; 3) Indie $17,26 bln; 4) Rosja $7,24 bln; 5) Japonia $7,01 bln; 6) Niemcy $6,18 bln
.Jak widzimy, sankcje przyniosły skutek odwrotny od zamierzonego, zachód nie rzucił Rosji gospodarczo na kolana, sam sobie w kolano strzelił, odcinając się od tanich paliw i rosyjskiego rynku i coraz bardziej pogrąża się w gospodarczym zaniku. Jeśli dołożymy do tego stan zadłużenia i problemy społeczne (we Francji akurat zmasowane zadymy o szkoły, a w Niemczech we wschodnich Landach wyborcze klęski partii rządzących), to widzimy chylenie się zachodu w jego obecnym kształcie ku upadkowi.
Gęsty dym nad Kijowem po jednym z rosyjskich ataków, zdjęcie z 28 września 2026 r.
O wdeptaniu Rosji w ziemię już nawet najbardziej sprzedajne marionetki tu nie myślą i nie mówią. A sytuacja na froncie, a zwłaszcza niszczenie przez Rosję wszelkiej upaińskiej infrastruktury, mimo militarnego wsparcia przez zachód pokazały, że i militarnie NATO przegrało na UPAinie z Rosją sromotnie. Zamiast strategicznej klęski Rosji szykuje się strategiczna klęska kijowskiej junty. I do tego sprzedajne europejskie marionetki polityczne nie chcą dopuścić, gdyż byłaby to i dla nich strategiczna klęska polityczna i wizerunkowa. Musieliby odpowiedzieć opozycji, dlaczego wtopili w UPAinę biliony i wspierali ją nawet wtedy, gdy gołym okiem było widać, że przegra. I dlaczego wojenną retoryką i różnymi prowokacjami przypisywanymi Rosji narażali bezpieczeństwo własnych obywateli. I dlaczego nakładali kolejne sankcje, które zamiast niszczyć gospodarkę Rosji niszczyły ich własną gospodarkę.
Widząc nadchodzącą klęskę kijowskiej junty zachodnie pętaki rozpętały więc histerię wobec „złej” Rosji, kopią ją po kostkach oskarżeniami o ataki dronowe i wojnę hybrydową, straszą operacją blokady Kaliningradu, blokadami morskimi, piractwem morskim i dalszymi sankcjami tylko po to, aby obrzydzić Rosji życie i tak ją znękać nagonką i oskarżeniami o wszelkie zło tego świata, by Rosja wreszcie, nim padnie kijowska junta, zgodziła się na negocjacje i wstrzymanie ostrzału UPAiny. Mogliby wtedy próbować przedstawiać uratowanie kijowskiej junty przed upadkiem jako strategiczną klęskę zadaną Rosji. Wszak kijowskiej junty Rosja nie pokonała, choć chciała.
Dodatkowo, bo i to jest ważne, chcą zachodnie pętaki osiągnąć dopuszczenie ich do pertraktacji jako jednej z ważnych, decydujących o pokoju stron. Już od kilku lat nikt poważny na świecie nie bierze politycznych marionetek z Berlina, Londynu i Paryża na serio i na poważnie. Kiedyś byli szanowani, obecnie nikt na świecie z nimi się nie liczy. I stąd chcą jako siła polityczna decydować o losie UPAiny na równi z Rosją.
A tak, na marginesie, ostatnio w urzędzie kanclerza Niemiec, podczas konferencji prasowej, prezydent Kazachstanu Tokajew zagrał Niemcom na nosie. Zapytany o jego opinię o prezydencie Putinie, w obecności najemnika BlackRock Merza, wściekłego wroga prezydenta Putina, powiedział co następuje (przytaczam fragment, przetłumaczony przeze mnie na język polski):
Jestem bardzo wdzięczny prezydentowi Putinowi za to, że z wielkim zrozumieniem podszedł do mojego osobistego stanowiska, jako że my – jako głowy państw – opowiadamy się za zakończeniem wojny na terytorium Ukrainy. Utrzymuję z prezydentem Putinem bardzo dobre relacje. Uważam go za wybitną postać polityczną. Dzisiaj również z przekonaniem stwierdzam, że postrzegam prezydenta Putina jako męża stanu i polityka odpowiedniego do pełnienia tej roli. Być może brzmi to dla Państwa nieco osobliwie, ale moim zdaniem dotyczy to zarówno Azji Środkowej – w tym Kazachstanu – jak i Europy oraz całego świata. Znam go bardzo dobrze; posiada on cechy charakteru niezbędne do pełnienia funkcji głowy państwa tak ogromnego kraju, o złożonej historii i specyficznym rozumieniu celów strategicznych, przed którymi ten kraj stoi.
Merz był naturalnie wściekły, ale co miał zrobić – potrzebuje na gwałt kazachskiej ropy i musiał milczeć. Ale to właśnie pokazuje, że z zachodem nie liczy się nikt, nawet taki Kazachstan.
Tak więc uważam, że jeśli nie dojdzie przez przypadek do wojny Rosji z zachodem, świadomie nie wywoła jej nikt. Zachód jest za słaby i za cienki militarnie i gospodarczo. Rosja zaś jej cele osiągnie bez bezpośredniego ataku na zachodnich wasali NATO. Wystarczy, że doprowadzi do sytuacji, w której zachód nie będzie w stanie lub nie będzie mógł (np. pod naciskiem rosnącej w siłę opozycji) dalej finansowo i materiałowo wspierać kijowską juntę. A taka sytuacja wydaje się być coraz bliżej. Bez wsparcia zaś przez zachodnich sponsorów kijowska junta nie przetrwa nawet kilku dni.
Martwi mnie tylko sytuacja w Polsce, w której siły neobanderowskie, antypolskie, mają coraz większe wpływy. Gdy padnie kijowska junta, a padnie, i to chyba już tej zimy, w Polsce zaroi się od uciekinierów z UPAiny, a Polacy zostaną wydani na pastwę wściekłych z poniesionej klęski neobanderowców z Azowa. Mordów na Polakach, jak ostatnio w Jarosławiu, będzie znacznie więcej. I nikt Polaków bronić nie będzie. Ani Rosja, ani NATO, ani Bruksela…
Jesteśmy na drodze do kolejnej wojny . Trump mógł (i powinien) ogłosić zwycięstwo i po prostu odejść od Iranu, ale to postawiłoby go w roli „przegranego” (perspektywy, której nie może tolerować). Po drugie, z jakiegoś powodu jest on w niewoli Netanjahu i Izraela.
Tucker Carlson w sierpniu 2024 roku zwrócił się bezpośrednio do Trumpa: „Nie wygrasz tej wojny [z Iranem]. Przegrasz ją, a to zniszczy twoją prezydenturę. Co więcej, Netanjahu i syjonistyczna klasa darczyńców cię nie lubią. Nienawidzą cię”. „Wiem” – to była jedyna odpowiedź Trumpa. To było wtedy.
Z przemówienia Trumpa w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, w którym stwierdził, że Iran musi albo skapitulować po wyborach uzupełniających w USA, po których grozi on ultimatum, albo będzie musiał zdecydować, czy „szybko unicestwić” Iran. Wszyscy, którzy to usłyszeli, odebrali to jako groźbę użycia broni jądrowej. I rzeczywiście, od tego czasu Trump wielokrotnie nawiązywał do tej groźby unicestwienia, używając tego czy innego synonimu – stale podkreślając, wraz ze swoimi bliskimi współpracownikami, powtarzające się żądanie, aby Iran nigdy nie posiadał broni jądrowej.
Jednocześnie Netanjahu twierdzi, że Izrael dysponuje nowymi informacjami wywiadowczymi, które wprost wskazują na to, że Iran podejmuje konkretne kroki w kierunku posiadania broni jądrowej (choć izraelska społeczność ds. bezpieczeństwa i obrony twierdzi, że nie ma takich dowodów ). „Próbują opracować broń jądrową i środki umożliwiające jej dostarczenie do każdego miasta w USA” – powtórzył Netanjahu w tym tygodniu w wywiadzie dla CBS .
Sedno sprawy polega na tym, że Trump pragnie zwycięstwa nad Iranem i nie potrafi znaleźć „cudownego środka”, który by go pokonał. Narracja wojenna przed wyborami do Kongresu zmieniła się zatem, podkreślając, że irańska władza nad Ormuzem została złamana ( Bloomberg „potwierdza”, że rzeczywiście wróciliśmy do poziomu bliskiego przedwojennemu przepływowi ropy naftowej z Bliskiego Wschodu) i że amerykańskie oblężenie finansowe doprowadzi Iran do bankructwa w ciągu dwóch tygodni – twierdzi sekretarz skarbu Bessent.
Na początku tego tygodnia wybuchła szeroko zakrojona kampania propagandowa, mająca na celu przekonanie ludzi, że Cieśnina Ormuz jest praktycznie otwarta. Jak pisze Philip Pilkington :
„»80% otwarcia« to hasło reklamowe Javiera Blasa z Bloomberga… [to] wyglądało jak najnowsza medialna operacja nadwyżki ropy naftowej: ropa kosztuje blisko lub powyżej 100 dolarów za baryłkę, a mimo to przepływ przez Cieśninę powrócił do poziomu sprzed wojny. Nazwijmy to Nadwyżką Ropy 2.0”.
Pilkington opisuje , jak przeprowadził dogłębne badania, aby ustalić, skąd „wzięła się narracja o nadwyżce ropy naftowej 2.0” —
„Zadałem serię kluczowych pytań. Jakie jest źródło tych danych? … Jak zostały zinterpretowane? Jak [one] mają się do weryfikowalnych faktów? Co reakcja zarówno rynku kontraktów terminowych na ropę naftową – skupiającego jednych z najlepiej poinformowanych analityków rynku naftowego na świecie – jak i rządu USA mówi nam o wiarygodności raportu? … Głównym twierdzeniem jest to, że przewoźnicy znaleźli ukryty sposób transportu ropy przez Cieśninę Ormuz… Głównym źródłem była Kpler, wysoko ceniona… firma analityczna… często nazywana „Bloombergiem rynków fizycznych”.
„Wykres Kplera mówi nam, że od początku września przez Cieśninę Ormuz przepływa ogromna ilość ropy… [To] wydawało się dziwne… Kiedy zagłębimy się w źródła danych i metodologię Kplera, znajdziemy poważne powody do obaw. W normalnych czasach dane Kplera wydają się wiarygodne… Jednak sam Kpler przyznaje, że nie da się przeprowadzić [swoich standardowych procedur weryfikacji] w przypadku statków… próbujących transportować ropę w sposób ukryty. Zamiast tego [Kpler] twierdzi, że do liczenia statków przepływających przez Cieśninę wykorzystuje zdjęcia satelitarne. Wysokiej rozdzielczości zdjęcia satelitarne aktywnych stref konfliktu to gorący towar geopolityczny… [Jednak] kiedy to zbadałem, odkryłem, że Kpler nie podaje, skąd pochodzą te zdjęcia… Starsi pracownicy firmy [również powiedzieli], że używają tych zdjęć do wykrywania flot cieni, „gdy jest to dozwolone”… co sugeruje, że nie mają pełnej kontroli nad dostarczanymi danymi…”.
Pilkington uważa jednak, że ta nowa kampania propagandy wojennej wydaje się znacznie mniej skuteczna – „Narracja o nadwyżce ropy naftowej 2.0 po prostu nie sprawdziła się tak dobrze, jak pierwsza wersja”. Zauważa, że w lipcu, gdy czołowi komentatorzy prowadzili „narrację o nadwyżce ropy naftowej”, ceny ropy spadły o 30 dolarów za baryłkę; tym razem spadły tylko o 10 dolarów. Co istotne, osoby zorientowane w sytuacji były znacznie bardziej sceptyczne.
Biorąc pod uwagę wyraźne dowody na niemal codzienne irańskie ataki rakietowe i dronowe na statki naruszające irańskie przepisy, zarówno w cieśninie Ormuz, jak i w całym Zatoce Perskiej, nie jest to zaskakujące.
Wojna propagandowa jest zresztą raczej dodatkiem do „wojny w połowie kadencji”, a nie do wojny z Iranem, którą Trump ustawił wokół kwestii nuklearnej. Kwestia otwarcia Ormuzu ma wywrzeć psychologiczny wpływ na obawy amerykańskich wyborców dotyczące cen oleju napędowego i inflacji w okresie poprzedzającym wybory.
Trump wyraźnie zapowiedział, że zaatakuje Iran (jeśli ten nie skapituluje) po wyborach uzupełniających. Jednak w tym kontekście sam wynik wyborów uzupełniających staje się kwestią sporną: jeśli Trumpowi pójdzie lepiej niż oczekiwano, prawdopodobnie potraktuje wynik wyborów jako potwierdzenie jego twardego stanowiska w sprawie wojny z Iranem. Ale jeśli Trumpowi pójdzie gorzej – tj. jeśli Republikanie przegrają zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie – czy nie mógłby wtedy zdecydować się na „podwojenie stawki”?
Podwoić wysiłki, aby osiągnąć co? Jest mało prawdopodobne, aby wznowienie bombardowań na wzór wcześniejszej fazy wojny doprowadziło do kapitulacji Iranu. Ale użycie broni jądrowej dotyka najczulszych punktów i kwestii moralnych. Niemniej jednak, Colby Elbridge, Podsekretarz Stanu ds. Polityki Obronnej, pracuje nad nowelizacją amerykańskich protokołów dotyczących „użycia broni jądrowej”, aby zezwolić na użycie taktycznej broni jądrowej jako „pomostu” do „Wielkiej Wojny”.
Jednym ze sposobów obejścia tej publicznej wrażliwości byłoby, gdyby Izrael jako pierwszy użył broni jądrowej przeciwko celom irańskim – najprawdopodobniej wystrzelonej z okrętów podwodnych dostarczonych przez Niemcy. Jednak nawet gdyby izraelskie pociski Tomahawk z głowicami jądrowymi zostały wystrzelone z okrętów podwodnych, te ostatnie – ze względu na konieczność wynurzenia się w celu odpalenia – prawdopodobnie naraziłyby okręty i pociski na irańskie działania wyprzedzające. Niewątpliwie obserwują to obserwatorzy satelitarni.
A co z Iranem? Dlaczego Iran miałby czekać, aż Izrael i Stany Zjednoczone będą w pełni gotowe na eskalację po wyborach uzupełniających? Czy Iran czekałby w nadziei, że wybory uzupełniające doprowadzą do zmiany paradygmatu politycznego w USA? A może Iran mógłby uprzedzić plany ataku USA i Izraela?
Jeśli dojdzie do kolejnej fazy wojny — co teraz wydaje się nieuniknione — rozprzestrzeni się ona szerzej i głębiej niż poprzednie rundy wojny, zmieniając zarówno geografię polityczną Azji Zachodniej, jak i prawdopodobnie również stanowisko Rosji i Chin wobec Stanów Zjednoczonych.
Były analityk CIA Larry Johnson uważa obecnie, że bezpośrednia konfrontacja militarna między Rosją a kilkoma europejskimi państwami NATO jest realną możliwością. W obszernej rozmowie z byłym oficerem USA Stanisławem „Stasem” Krapiwnikiem, Johnson oszacował prawdopodobieństwo bezpośredniej wymiany ognia między Rosją a państwami europejskimi w ciągu najbliższych sześciu do siedmiu miesięcy na około 70 procent.
\W jego ocenie nie dotyczy to całej Europy. Johnson wymienia Niemcy, Wielką Brytanię, Francję i Polskę jako kraje szczególnie narażone lub potencjalnie zaangażowane. Nie uważa on jednak, że Włochy i część Europy Południowej są koniecznie zaangażowane w taką wojnę.
„Oni naprawdę wierzą, że potrafią walczyć”.
Punktem wyjścia rozmowy jest coraz bardziej agresywna retoryka między Rosją a Zachodem. Johnson relacjonuje rozmowy z kilkoma byłymi i czynnymi rosyjskimi wojskowymi. Mówi, że szczególnie uderzyło go stwierdzenie, które usłyszał podczas wywiadu z dziennikarzem Pepe Escobarem: strona rosyjska poważnie myśli teraz o tym, że w końcu będzie musiała wypowiedzieć wojnę Europie.
Według Johnsona, problem nie polega na tym, że Rosja chce zaatakować Europę. Moskwa uważa raczej, że rozwój sytuacji politycznej i militarnej w Europie może ostatecznie nie pozostawić innego wyjścia.
Krapivnik ze swojej strony donosi o byłych oficerach radzieckich i rosyjskich, którzy pomimo mobilizacji początkowo nie zostali powołani do służby. Powiedziano im, że ich czas „jeszcze nie nadszedł”. Jego zdaniem sugeruje to, że część rosyjskiego aparatu obronnego bierze pod uwagę możliwość znacznie większej wojny od co najmniej 2023 roku i może rezerwować w tym celu doświadczonych, starszych oficerów.
Johnson dostrzega również niebezpieczny błąd w ocenie sytuacji w europejskim kierownictwie. Zapytany, czy europejscy politycy rzeczywiście spodziewają się wojny, czy też jedynie chcą doprowadzić się na skraj katastrofy, odpowiada:
„Myślę, że mamy tu jedną z tych szalonych sytuacji, w których przywódcy naprawdę wierzą, że mogą walczyć”.
Kluczowe pytanie pozostaje w dużej mierze bez odpowiedzi: Jakich środków powinna użyć Europa, aby prowadzić długotrwałą wojnę konwencjonalną z Rosją?
Johnson: Sama siła gospodarcza Europy nie rozstrzygnie wojny
Johnson uważa, że częste porównywanie europejskiego i rosyjskiego produktu krajowego brutto jest mylące. Chociaż europejska produkcja gospodarcza może być na papierze znacznie wyższa, w czasie wojny kluczowe znaczenie mają dostawy energii, surowce, moce produkcyjne przemysłu oraz możliwość szybkiej wymiany zużytej broni i amunicji.
Rosja posiada własne zasoby ropy naftowej, gazu i uranu, a także żywność i surowce do produkcji materiałów wybuchowych i amunicji artyleryjskiej. Europa natomiast jest uzależniona od importu kilku z tych kluczowych zasobów.
Johnson wskazuje konkretnie na rosyjską produkcję amunicji. Twierdzi, że Rosja może teraz wyprodukować więcej pocisków artyleryjskich w ciągu trzech miesięcy niż USA i NATO razem wzięte w ciągu roku.
Niezależnie od dokładnej liczby, Johnson koncentruje się zatem na fundamentalnym problemie: w wojnie konwencjonalnej na dużą skalę decydującym czynnikiem nie jest wyłącznie liczba systemów uzbrojenia dostępnych na początku. Liczy się to, jak szybko można wymienić zniszczone systemy i uzupełnić zużytą amunicję. Właśnie w tym widzi on przewagę Rosji nad Europą.
W wywiadzie jako przykład podano rosyjską produkcję artyleryjską. Na początku wojny na Ukrainie w 2022 roku wynosiła ona około 450 000 pocisków rocznie, a później wzrosła do około 4,2–4,5 miliona pocisków rocznie. Dodano również dostawy z Korei Północnej. Johnson i Krapivnik porównują to z trudnościami, z jakimi borykają się państwa zachodnie w szybkim zwiększaniu własnej produkcji amunicji.
Wojna na Ukrainie może wkroczyć w decydującą fazę.
Obie strony nie spodziewają się nagłego załamania frontu ukraińskiego. Spodziewają się raczej stopniowego procesu: poszczególne odcinki frontu mogą ulec zniszczeniu, podczas gdy Rosja będzie stale zwiększać presję militarną.
Krapiwnik opisuje ukraińskie kontrofensywy jako w dużej mierze motywowane politycznie, argumentując, że Kijów rozmieścił na nie rezerwy strategiczne. Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja militarna na froncie pogarsza się na niekorzyść Ukrainy.
Johnson idzie jeszcze dalej, sugerując, że wojna może już wkraczać w fazę końcową. Ta faza może być jednak szczególnie niebezpieczna. Historycznie rzecz biorąc, liczba ofiar często gwałtownie rośnie wraz z końcem wojny.
Z wywiadu wynika, że Moskwa coraz bardziej nieufnie podchodzi do nowych porozumień o zawieszeniu broni.
Johnson relacjonuje informacje ze szczytu Donalda Trumpa i Władimira Putina w Anchorage. Według niego Putin był gotowy w dużej mierze zamrozić linię frontu w Zaporożu i Chersoniu. Jednak Stany Zjednoczone nie wdrożyły wynikających z tego porozumień. Johnson konkluduje, że możliwość zawarcia podobnego porozumienia jest obecnie praktycznie niemożliwa.
Krapivnik mówi, że wielu rosyjskich żołnierzy obawiało się kompromisu politycznego. Z ich perspektywy konflikt powinien teraz rozstrzygnąć się na polu bitwy.
Energia może stać się piętą achillesową Europy
Kolejnym kluczowym czynnikiem dla Johnsona jest zaopatrzenie w energię.
Rosja posiada własne rezerwy ropy naftowej i gazu, Europa jest silnie uzależniona od dostaw zewnętrznych. Poważna wojna natychmiast przekształciłaby tę zależność w problem strategiczny.
W związku z tym rozważana jest również możliwość wprowadzenia przez USA zakazu eksportu oleju napędowego. Chociaż Johnson uważa taki krok za mało prawdopodobny, wskazuje, że w szczególności Wielka Brytania, a także inni partnerzy USA, odczuliby jego skutki.
Łączy to kwestię militarną z ekonomiczną: w razie wojny Europa musiałaby nie tylko dostarczać żołnierzy, broń i amunicję, ale także utrzymywać w ekstremalnych warunkach swój przemysł, logistykę i zaopatrzenie energetyczne.
Ryzyko eskalacji nuklearnej
Scenariusz Johnsona staje się jeszcze bardziej niebezpieczny ze względu na aspekt nuklearny.
Dyskusja spekuluje, że amerykański atak nuklearny na Iran mógłby wywołać masową reakcję międzynarodową. Johnson uważa, że w takim przypadku Rosja mogłaby zaostrzyć swoje stanowisko wobec obiektów NATO w Europie.
Wspomniano tu szczególnie o systemach Aegis Ashore w Polsce i Rumunii. Johnson argumentuje, że Moskwa mogłaby uznać takie instalacje za bezpośrednie zagrożenie w przypadku drastycznej eskalacji i stwierdzić konieczność ich unieszkodliwienia.
Jednocześnie Johnson uważa, że pierwsze w historii użycie broni jądrowej w obecnym konflikcie mogłoby zachęcić inne państwa do tworzenia własnych arsenałów nuklearnych. Wśród wymienionych krajów znajdują się Turcja, Arabia Saudyjska, Brazylia i Meksyk. Logika stojąca za tym założeniem jest taka, że państwa mogłyby wywnioskować z odmiennego podejścia Waszyngtonu do Iranu i Korei Północnej, posiadającej broń jądrową, że jedynie ich własne środki odstraszania nuklearnego mogą skutecznie chronić przed atakiem.
Johnson: Europa nie przemyślała wojny do końca.
Ostatecznie ostrzeżenie Johnsona sprowadza się do jednego centralnego punktu: nie wątpi on, że Europa dysponuje ogromnymi zasobami gospodarczymi. Wątpi natomiast, czy jej przywódcy polityczni zrozumieli, co w praktyce oznaczałaby bezpośrednia wojna z Rosją.
Na pytanie, jak europejscy decydenci w ogóle wyobrażają sobie taką wojnę, Johnson odpowiada zwięźle:
„Nie przemyśleli tego do końca”.
Zamiast tego argument ten opiera się na danych makroekonomicznych: całkowita produkcja gospodarcza Europy jest znacznie większa niż Rosji. Pomija się jednak fakt, że według Johnsona Rosja posiada sprawdzony w boju przemysł zbrojeniowy, a także własne zasoby energetyczne i surowcowe.
Jego prognoza jest więc wyjątkowo ponura: szacuje on na 70-procentowe prawdopodobieństwo, że Rosja i niektóre kraje europejskie będą ze sobą bezpośrednio walczyć w ciągu najbliższych sześciu, siedmiu miesięcy.
Nie jest to potwierdzona prognoza wywiadowcza ani oficjalna ocena Moskwy ani żadnego europejskiego rządu. To osobista analiza Johnsona. Jednak sam fakt, że takie ramy czasowe są obecnie otwarcie omawiane w kręgach wojskowych i geopolitycznych, pokazuje, jak daleko posunęła się debata: od pytania o możliwość dalszej eskalacji wojny na Ukrainie, w kierunku pytania o to, czy wojna zastępcza mogłaby przekształcić się w bezpośrednią wojnę między Rosją a europejskimi państwami NATO.
W czasie największej oglądalności faktycznie byliśmy świadkami widowiska – a właściwie podwójnego oszustwa: ponownej emisji 9/11 na kanale „FlyDubai”.
30 września – termin potencjalnego irańskiego ataku militarnego przeciwko blokadzie morskiej Trumpa – minął. Iran trzymał się swojej linii – nie używając broni przeciwko (tak odległej) „blokującej” Marynarce Wojennej USA. Ale przedstawienie musi trwać. Jako plan B dostaliśmy widowisko w prime-time – a właściwie podwójną fałszywkę: remake 11 września na FlyDubai.
Ten żałosny wyczyn nigdy nie był „atakiem terrorystycznym”; była to przeciętnie zaaranżowana operacja psychologiczna Mossadu z wieloma mało prawdopodobnymi statystami, w tym hydraulikiem, który przejął kontrolę nad samolotem, bo zobaczył go w telewizji.
Manipulantami byli członkowie kultu śmierci w Azji Zachodniej, same Zjednoczone Emiraty Arabskie i Waszyngton. Oficjalna wersja wydarzeń jest przeznaczona dla osób z IQ poniżej 50: „Dżihadystyczny” drugi pilot – wygodnie z Omanu, jak nakazuje demonizacja – próbuje rozbić samolot pełen syjonistów. Przysłowiowi bohaterscy pasażerowie – w tym hydraulicy – obezwładniają go gołymi rękami.
Kult śmierci robi wszystko, by uwolnić Emiraty od wszelkiej odpowiedzialności. W centrum uwagi jest omański „terrorysta”.
Cóż za idealna trójca: muzułmanie są i zawsze będą terrorystami; kult śmierci zawsze jest ofiarą; Arabia Saudyjska musi wydać „terrorystę” kultowi śmierci.
Więc dla drugiego pilota przemycenie noża na pokład jednej z najbardziej monitorowanych tras lotniczych na świecie, przez niezwykle bezpieczne lotnisko w Dubaju, było dziecinnie proste. A co z faktem, że siły powietrzne sekty śmierci nie były w stanie zapobiec lądowaniu samolotu w Tabuk?
Ponieważ od początku plan zakładał lądowanie w Tabuk. To największa saudyjska baza lotnicza na północnym zachodzie i położona najbliżej Izraela; sekta śmierci od lat starała się o dostęp do niej. Teraz w końcu mogli skorzystać z pełnego pakietu: dostępu do saudyjskiej przestrzeni powietrznej, uprzywilejowanych informacji wywiadowczych i wielu innych – dzięki połączonym naciskom ze strony Abu Zabi i Waszyngtonu.
W Transition Protocol odkryliśmy, że gdy przywódca kultu śmierci „potajemnie” poleciał do Abu Zabi, aby spotkać się dwustronnie z przywódcą ZEA MbZ, mógł spotkać się także z przedstawicielami kilku państw arabskich, w tym Kataru, Omanu, Libii i Maroka.
Saudyjczycy stanowczo zaprzeczyli, jakoby byli częścią tego pakietu. Jordania zrobiła to samo. Oman pojawia się jedynie w źródle izraelskim. Nie ma oficjalnego potwierdzenia ze strony Kataru, Omanu, Maroka ani Libii.
Teheran zareagował z ogromnym gniewem i ostrzegł przed „bardzo niebezpiecznymi konsekwencjami”. Determinacja Iranu jest jasna: chce powstrzymać Chihuahua przed wykolejeniem fundamentalnego procesu ograniczania wpływów USA i Izraela w Azji Zachodniej do absolutnego minimum.
Islamabad ze swojej strony nadal realizuje syzyfowe zadanie czynienia minimalnych postępów w mediacjach między Arabią Saudyjską i Ansarallah oraz między USA i Iranem.
Katar rzeczywiście przekazał odpowiedź USA irańskiemu ministrowi spraw zagranicznych Abbasowi Araghchi w Dosze w zeszły wtorek. Spór wydaje się dotyczyć bardziej kolejności odpowiedzi niż jej poszczególnych elementów. Tekst, w obecnej formie, jest swego rodzaju rozszerzoną wersją niesławnego, martwego porozumienia – znanego również jako Ramy Islamabadu. Nikt nie zakłada, że ten martwy wóz znów się podniesie.
Rosja, Iran, Jemen: Zniszczmy tych drani bezlitośnie.
Przejdźmy teraz do sedna sprawy: Jemenu. I do skali zniszczeń, jakie radykałowie z Sany są gotowi zadać Rijadowi. Zniszczenie infrastruktury naftowej to zbyt prosta sprawa – to zaledwie pierwszy strzał. Jemen szaleje z wściekłości. I nie cofną się przed niczym.
Już teraz jesteśmy świadkami zdumiewającego starcia między Domem Saudów, Marynarką Wojenną USA u wybrzeży Persji i NATO w Kraju 404: wszyscy zostaną bezlitośnie zmiażdżeni. Rosja i Iran jeszcze nawet nie zaczęły. A już na pewno nie Jemen.
Siergiej Karaganow powtórzył to publicznie na początku tego tygodnia: rosyjska Stawka w końcu podjęła brzemienną w skutki decyzję o wybawieniu kijowskich neonazistów z opresji. Podczas prywatnego, dwugodzinnego spotkania w hotelu Wałdaj pod Moskwą [400 km… md] , Wielki Mistrz Siergiej Ławrow, całkowicie rozluźniony, potwierdził, że Rosja jest gotowa do wojny w Europie. I tak, stanie się to szybko. Bez wahania.
Ansarallah i jemeńskie siły zbrojne czekają na zbiegnięcie się trzech czynników: nieuniknionego nadejścia „godziny zero” w całej Azji Zachodniej; gwałtownego wzrostu i wrzenia konfliktów wewnątrz rodziny królewskiej i plemiennych w Arabii Saudyjskiej; oraz na to, aż wszystkie elementy układanki wskoczą na swoje miejsce, tak aby nadchodząca jemeńska burza mogła spaść na Arabię Saudyjską.
Obecnie Rijad nie uznaje żadnych ataków ze strony Jemenu, podczas gdy Sana codziennie ogłasza liczbę saudyjskich nalotów na Jemen, jak w zegarku – ataki na targowiska, gospodarstwa rolne, domy, mosty, zakłady wodociągowe i sieci telekomunikacyjne: przysłowiowy scenariusz syndykatu Epsteina.
Iran ze swojej strony podniósł stawkę i zaatakował Bu Hasa, należące do ADNOC na południowy zachód od Abu Zabi. Jest to jedno z największych złóż ropy naftowej i gazu ziemnego na lądzie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, które zasila strategiczny rurociąg Habshan-Fujairah, jedyny szlak eksportowy Zjednoczonych Emiratów Arabskich omijający Cieśninę Ormuz.
Obwodnica Arabii Saudyjskiej, rurociąg Wschód-Zachód, została zaatakowana trzy tygodnie temu i ponownie zbombardowana przez Jemen w Abqaiq na początku tego tygodnia.
Uderzenie w ADNOC i Abqaiq niemal jednocześnie może spowodować wycofanie z rynku nawet 13 milionów baryłek ropy dziennie.
Nie sposób przecenić faktu, że Iran i Jemen to transakcja wiązana. To właśnie ta transakcja ma znaczenie – i żadna drobna operacja pod fałszywą flagą, związana z atakiem z 11 września, tego nie zmieni.
Rosyjska prokuratura wszczęła postępowanie karne przeciwko otoczeniu Bidena za kradzież i finansowanie terroryzmu. To zwycięstwo. Ale dopiero pierwsze.
Ta amerykańska hydra u władzy, która od momentu powstania USA specjalizuje się w terroryzmie i prowokacjach, ma wiele głów, ale nie będzie chciała pozwolić, by skrzywdzono nawet taką – złą i już nieużywaną. Dlaczego? Odpowiedź – poniżej.
Doszło do bezprecedensowego wydarzenia. Rosyjska Komisja Śledcza (SK) wszczęła postępowanie karne przeciwko otoczeniu byłego prezydenta USA Joe Bidena za „bezprawne zajęcie” środków finansowych założyciela kanału telewizyjnego Tsargrad, Konstantina Malofiejewa, na kontach w USA oraz wykorzystanie ich do finansowania Sił Zbrojnych Ukrainy.
W ramach śledztwa ustalane są wszystkie okoliczności zdarzenia oraz konkretni urzędnicy władz USA, którzy są zamieszani w podejmowanie tych nielegalnych decyzji, naruszających prawa obywateli Rosji i zasady własności prywatnej – czytamy w oświadczeniu oficjalnej rzeczniczki rosyjskiej Komisji Śledczej Svetłany Petrenko.
Komentując tę sprawę na swoim kanale w Telegramie, Konstantin Malofiejew nazwał decyzję Służby Śledczej „bezprecedensowym wydarzeniem” i przypomniał, że grupa Joe Bidena i prokuratora generalnego Merricka Garlanda ukradła jego „pieniądze, legalnie zainwestowane w Stanach – jeszcze przed wprowadzeniem jakichkolwiek sankcji”.
Według niego Biden i Garland w latach 2021–2024 stworzyli „zorganizowaną grupę przestępczą zajmującą się kradzieżą rosyjskiego mienia państwowego i majątku naszych obywateli”. A nawet w jego przypadku (jako osoby objętej szerokim zakresem sankcji, z czego Malofiejew jest dumny) USA Biden i spółka nie mieli do tego prawa. Okradli go z 10 mln dolarów, z czego 5,4 mln „przekazano ukraińskim terrorystom”, a resztę najwyraźniej włożyli do własnych kieszeni.
Majątek Bidena, jak wskazał Malofiejew, szacuje się na te same 10 mln dolarów – o 2 mln więcej niż przed objęciem prezydentury: w ten sposób „zgromadził swój »dodatek do emerytury«”, finansując przy tym „terrorystów zabijających Rosjan”.
Założyciel Tsargrada ma nadzieję, że atak Służby Śledczej na Bidena i jego liczne portfele to „tylko pierwszy krok”, że „za nami pójdą inni poszkodowani, i to nie tylko z Rosji”, a sąd „nie będzie się wahał przed zastosowaniem… podwojenia kary umownej za każdy tydzień opóźnienia w wypłatach”.
Sytuacja związana z Bidenem i finansowaniem przez USA Ukrainy, która prowadzi wojnę z Rosją przy użyciu jawnie terrorystycznych metod, to tylko niewielka część ogromnego obrazu tego, jak Amerykanie, kierując się własnym interesem i bez względu na wszystko, wykorzystują terroryzm do osiągania celów polityki zagranicznej, a nawet wewnętrznej. Oto tylko kilka przykładów.
„Mozaika terrorystyczna”
Operacja „Cyklon”, Afganistan, lata 1979–1989. Żeby walczyć z ZSRR, CIA finansowała, uzbrajała i szkoliła islamistów, którzy później stworzyli trzon „Al-Kaidy”* (organizacja uznana za terrorystyczną i zakazana w Rosji). W celach geopolitycznych amerykańska agencja wywiadowcza postawiła na terroryzm i mroczny fanatyzm, żeby pokrzyżować modernizację Afganistanu prowadzoną przy pomocy ZSRR – a efekty tego są widoczne.
To właśnie CIA stworzyła Osamę bin Ladena, który później jeszcze nie raz przysłużył się Amerykanom. Jego zabicie w 2011 roku przez amerykańskie siły specjalne w Pakistanie było sfingowane.
Tajny program „Drewno platana” (2012 r.).
Przewidywał dostawy broni i szkolenie bojowników we współpracy z krajami sąsiadującymi z Syrią, które liczyły na to, że przejmą część jej terytorium i umieszczą swoich ludzi w Damaszku. Przez ten program, o którego istnieniu dowiedziano się w 2015 roku, przeszły tysiące terrorystów. Podobno z powodu słabej kontroli i skomplikowanej sytuacji na miejscu znaczna część broni trafiła do najniebezpieczniejszych ugrupowań terrorystycznych, w tym do oddziałów „Al-Kaidy” w regionie. Chociaż na przykład ISIS (obie grupy są zakazane w Rosji) nie miało z tym żadnych problemów: dzięki sfingowanemu przekazaniu arsenałów w rozbitym przez USA Iraku ci bandyci zostali uzbrojeni po zęby, bo oczekiwano od nich obalenia reżimu Baszara al-Asada podczas ekspansji w Syrii.
Afera „Iran-Contras” (koniec lat 80.). Finansowanie antyrządowych terrorystów w Nikaragui z pominięciem Kongresu USA poprzez tajne dostawy broni do Iranu, co stanowiło naruszenie sankcji.
Operacja „Gladio” (w Europie Zachodniej i Południowej po II wojnie światowej). Tworzenie tajnych struktur terrorystycznych, po pierwsze do walki z siłami lewicowymi – poprzez ich dyskredytowanie atakami terrorystycznymi, które w rzeczywistości organizowały służby specjalne NATO pod kontrolą CIA – tzw. strategia napięcia – oraz, po drugie, prowadzenia wojny dywersyjno-partyzanckiej w razie sfabrykowanej „inwazji” krajów Układu Warszawskiego.
To tylko mały wycinek tego, co było i nadal jest. Rola CIA w wojnie w Wietnamie, jej udział w przemytach narkotyków, terroryzmie na Północnym Kaukazie, przewożeniu najbardziej zagorzałych islamistów – z którymi USA oficjalnie „walczą” i których rzekomo „pokonują” – na pokładach samolotów wojskowych z jednego regionu do drugiego, o czym od czasu do czasu wyciekają informacje, – to po prostu tematy niewyczerpane.
A do tego jeszcze szkolą
USA nie tylko finansują, współpracują i wykorzystują w swoich interesach różne ugrupowania terrorystyczne na całym świecie, ale też… szkolą ich przywódców, budują im kariery i „biografie”. Tą terrorystyczną „West Point” jest osławione więzienie w Guantanamo na Kubie (USA dzierżawią ten teren na czas nieokreślony), otwarte głównie w tym celu w 2002 roku, z dala od obcych oczu. W tym czasie przeszło przez nią około 800 obiecujących zbirów, a 15 z nich przebywa tam obecnie. Liczba „kadetów” może wzrosnąć w każdej chwili.
Guantanamo to zarządzany przez CIA „elitarny uniwersytet” międzynarodowego terroryzmu, którego „dyplom” otwiera przed jego posiadaczami – z wyjątkiem tych, którzy odpadli – naprawdę nieograniczone możliwości. Gwarantuje uznanie – jako ofiar i „męczenników” – ze strony międzynarodowej społeczności terrorystycznej, a także „zatrudnienie” na najwyższym szczeblu w dowolnym kraju na świecie. I oczywiście „sukcesy” na tej płaszczyźnie, bo byli „wykładowcy” i „mentorzy” bacznie obserwują i pomagają, jak tylko mogą, w „karierze” swoich podopiecznych.
Sekret „sukcesu” polega na tym, że CIA gra jednocześnie zarówno po stronie „dobrych”, jak i „złych” chłopaków. Bo w Guantanamo doskonale poznało mocne i słabe strony swoich podopiecznych. Zna ich psychologię, wie, czym kieruje się zagruntowany tam w okrucieństwie bandyta, a więc wie też, jak najskuteczniej skłonić go do tego czy innego „wyczynu”. A przy tym – w idealnym przypadku – tak, żeby on sam niczego nie podejrzewał.
Kiedy terroryści są gotowi do dalszego udziału w tej wspólnej grze, wypuszczają ich na wolność. Albo po prostu uwalniają. Albo przekazują do krajów trzecich – z taką samą perspektywą. Albo przenoszą ich do więzień, z których łatwiej „po cichu” wydostać się na wolność, bo nie skupiają na sobie takiej międzynarodowej uwagi jak Guantanamo.
Bardzo wymowne jest to, że Guantanamo opustoszało już w 2011 roku. Do „arabskiej wiosny” potrzebni byli przywódcy! Nie dziwmy się więc, że w szeregach rebeliantów, którzy zniszczyli Libię, znalazło się około 300 „podopiecznych” Guantanamo, którzy zostali wypuszczeni na wolność.
Podobny obraz sytuacji można było zaobserwować w Syrii, Iraku, Afganistanie i Jemenie. Do aktywnej działalności terrorystycznej powróciło około połowy wszystkich osób przetrzymywanych w różnych latach w tym więzieniu. To wcale nie znaczy, że ci, którzy tego jeszcze nie zrobili, „naprawili się”. Najprawdopodobniej ich czas jeszcze nie nadszedł i jeszcze będą mieli coś do powiedzenia.
Samo CIA w roli terrorystów
Główna agencja wywiadowcza USA, powtórzmy, wcale nie ograniczała się do współpracy z terrorystami i wykorzystywania ich. Sama występowała w roli terrorystów, obalało – albo próbowało obalić – zagraniczne rządy poprzez zabijanie przywódców innych krajów, a nawet wywoływało wojny domowe, zabijało tysiące Amerykanów – za granicą i we własnym kraju, do czego wykorzystywano najróżniejsze źródła finansowania, w tym pochodzące z przestępczej działalności, jak w przypadku Bidena i spółki. Jeśli chodzi o ofiary spośród nie-Amerykanów, to liczba ta sięgała już milionów. Przykładów jest mnóstwo.
Najemnicy z CIA obalili w 1954 roku prezydenta Gwatemali Jacobo Arbenza, który próbował przeprowadzić głęboką reformę rolną i znacjonalizować ziemie północnoamerykańskiej firmy United Fruit Company, wypłacając sprawiedliwe odszkodowania. Co doprowadziło do… dziesięcioleci terroru wojskowego i wojny domowej, która pochłonęła życie około 140 tysięcy osób.
Krwawa rodzina Somozy w Nikaragui, obrzydliwy dominikański dyktator Rafael Trujillo, generał Augusto Pinochet, który pogrążył Chile w krwi, który przy aktywnym wsparciu Waszyngtonu obalił i zabił prezydenta Salvadora Allende oraz wielu jego zwolenników – to pierwsze, co przychodzi na myśl, gdy wspomina się o „sukinsynach” z USA na półkuli zachodniej. CIA ma tu swoje łapy wszędzie.
A kiedy te metody nie działały, do akcji wkraczał Pentagon. Większość krajów Ameryki Łacińskiej (Meksyk, Panama, Wenezuela, Grenada itp.) padły ofiarą ataków USA, i to nie raz. Jedynie Kuba zdołała się raz obronić – z pomocą Związku Radzieckiego.
USA zawsze traktowały Amerykę Łacińską jak swoje „podwórko” i nie cofały się przed niczym, by utrzymać tam porządek półkolonialny. W Afryce też CIA nigdy nie gardziła kontaktami z największymi łajdakami. Stała ona między innymi za morderstwem w 1961 roku byłego premiera Konga Patrisa Lumumby, na którego wcześniej wielokrotnie próbowano dokonać zamachu.
Bliski Wschód też nie był wyjątkiem. „Arabska wiosna” (lata 2010–2011) to dzieło USA (Izrael też miał w tym swój udział). Cel – pogrążenie krajów arabskich w chaosie poprzez destabilizację i podsycanie w nich konfliktów wewnętrznych w interesie USA i Izraela. Po co? Żeby łowić ryby w mętnej wodzie, sprawić kłopoty Europie, wzmocnić dolara oraz rolę USA jako gwaranta bezpieczeństwa i bastionu stabilności.
W trakcie „arabskiej wiosny” – w wyniku protestów, ich stłumienia i wojen domowych – w regionie zginęło, według różnych szacunków, od pół miliona do ponad miliona osób (Syria, Libia, Jemen, Tunezja itp.), a jeszcze kilka milionów zostało rannych, miliony stały się uchodźcami. Straty gospodarcze wyniosły aż 800 mld dolarów. Gdyby ostatecznie nie utrzymał się Egipt, gdzie działania islamistów koordynowali najemnicy z CIA, na Bliskim Wschodzie wybuchłaby straszna katastrofa. Ludność tego kraju wynosiła wtedy około 100 mln osób, a teraz – 120 mln.
Niestety, dla CIA czas jakby się zatrzymał. W połowie ubiegłego wieku w Indonezji, według różnych danych, agencja ta miała na koncie od 500 tysięcy do 4 milionów ofiar śmiertelnych – komunistów, sympatyków, związkowców i Chińczyków. Zostały one brutalnie zlikwidowane przez lokalnych protegowanych Amerykanów – islamistów i wojskowych. Od tamtej pory CIA, która powstała w 1947 roku, nie zaczęła działać czyściej.
CIA przeciwko… Amerykanom
Ale to jeszcze nie wszystko. Można – i trzeba! – wskazać trzy przypadki, szczegółowo opisane zresztą przez Tsargrad, kiedy to CIA próbowała zabić Amerykanów.
Po pierwsze, chodzi o zabójstwo prezydenta USA Johna Kennedy’ego w 1963 roku w Teksasie. Potem z rąk amerykańskich służb specjalnych, działających metodami terrorystycznymi, zginęły jeszcze dziesiątki, jeśli nie setki niepożądanych świadków.
Po drugie, masakra w 1978 roku w Gujanie, gdzie w wyniku operacji specjalnej CIA brutalnie zamordowano tysiąc Amerykanów, w tym prawie 300 dzieci oraz kongresmana Leo Ryana. Celem było udaremnienie wyjazdu do ZSRR członków wspólnoty kaznodziei Jima Jonesa „Świątynia Narodów”, którzy wcześniej uciekli do tego kraju ze Stanów Zjednoczonych.
Po trzecie, przypisywana poplecznikom bin Ladena prowokacja z 11 września 2001 roku w Nowym Jorku i Waszyngtonie, kiedy zginęło trzy razy więcej Amerykanów niż w Gujanie. To pozwoliło USA pogrzebać prawo międzynarodowe, zapobiec krachowi giełdowemu, zaostrzyć kontrolę w kraju i spróbować przekształcić cały świat na swój obraz, wkraczając do innych krajów. Tutaj zaangażowały się wszystkie amerykańskie służby specjalne.
No i co z tego?
Jak widać, finansowanie terroryzmu, w tym ze środków uzyskanych w sposób przestępczy, to długoletnia tradycja w USA, które powstały dzięki prowokacji i w ciągu 250 lat swojego istnienia stały się nieosiągalnym „mistrzem świata” w wywoływaniu wojen – dużych i małych, zewnętrznych i wewnętrznych.
Trudno sobie wyobrazić, żeby USA były w stanie przełamać się, przestać być terrorystami i pomagać terrorystom tylko z obawy przed zagranicznymi sądami. Powstrzyma je tylko siła, tylko strach przed odwetem – i właśnie nad tym Rosja musi popracować, zakasując rękawy.
Postępowanie sądowe w Rosji przeciwko byłemu prezydentowi, którego nawet w samych USA wielu – i to całkiem słusznie – uważa za oszusta, to oczywiście świetna sprawa, ale tylko jako pierwszy krok. Trzeba kontynuować tę linię, bo „byli” nie zajmują się bieżącą polityką USA, a ta też jest terrorystyczna (Wenezuela, Iran itp.).
Nie ma więc powodu do euforii. Trzeba być gotowym na to, że przełomowa decyzja rosyjskiej prokuratury wywoła w USA wściekłą złość, bo dla nich Biden to jednak „swój”, a Rosja – wróg.
Gdy rok 2026 dobiega końca, całą Europę ogarnia panika. Coraz bardziej zaczyna być jasne, że Amerykanie mają zamiar pozostawić ich samym sobie w walce z Rosjanami – a co gorsza, między sobą.
Jeśli chodzi o walkę z Rosjanami, rzeczywistość jest prosta: nawet gdyby kilka zdeterminowanych państw europejskich podjęło jutro poważne działania w celu zgromadzenia niezbędnych sił zbrojnych i sprzętu na potrzeby wojny o wysokiej intensywności w XXI wieku, nie byłyby w stanie w ciągu pięciu lat wystawić, wyposażyć i rozmieścić armii liczącej nawet 100 000 żołnierzy gotowych do walki – liczba ta zostałaby całkowicie pochłonięta w wojnie, do której są zupełnie nieodpowiednio przygotowane pod względem doświadczenia, wyszkolenia, taktyki, uzbrojenia i logistyki.
Nawet gdyby udało im się zmobilizować barwną, wielonarodową bandę liczącą 100 000 ludzi, nie byliby w stanie rozmieścić i zaopatrzyć takiej armii w taki sposób, aby mogła ona cokolwiek zdziałać.
Z Kaliningradu i Białorusi Rosjanie mogą zaatakować dowolny cel na Ukrainie, dużą część Polski i Rumunii, a nawet cele położone głęboko na terytorium Niemiec.
Armia europejska nie miałaby prawa zgromadzić się w pobliżu sił rosyjskich. Każda taka próba zakończyłaby się druzgocącą klęską.
Jeśli chodzi o europejskie siły powietrzne: to jest to czysta iluzja.
Rzekomo potężne Siły Powietrzne USA zrobiły, co mogły, wystrzeliwując w kierunku Iranu kilka tysięcy pocisków manewrujących dalekiego zasięgu – ze znikomym skutkiem strategicznym. Iran nie został znacząco rozbrojony. W rzeczywistości kraj ten wydaje się być dziś silniejszy niż na początku wojny.
Ani Europejczycy osobno, ani Europejczycy i Amerykanie razem wzięci nie mogliby dokonać żadnego skutecznego ataku na Rosję; w takiej próbie straciliby masę samolotów.
Co więcej, Stany Zjednoczone nie dysponują żadnym znaczącym potencjałem średniego zasięgu porównywalnym z tym, jaki zademonstrowały Rosja i Iran. I nie będą go posiadać w dającej się przewidzieć przyszłości.
Obrona powietrzna USA okazała się jakościowo żenująca, a nawet gdyby była skuteczna, to ilościowo niewystarczająca.
Wojna na taką skalę pochłania ogromne ilości uzbrojenia. Ci, którzy uważnie obserwowali sytuację, dowiedzieli się, że – wbrew oczekiwaniom zdecydowanej większości – amerykański arsenał ręcznie robionej „broni butikowej”, której nie da się produkować masowo, nie tylko nie sprawdził się w różnych zastosowaniach; co więcej, połączenie wojen na Ukrainie i w Iranie zredukowało amerykańskie zapasy do poziomu bliskiego kryzysowi.
Co więcej, Marynarka Wojenna USA została wyparta z Morza Czerwonego przez Jemeńczyków.
Musisz się nad tym naprawdę zastanowić.
Zostali dosłownie odparci pod ostrzałem i z pustymi magazynkami. Dwie grupy lotniskowców w rzędzie. Niewiarygodne.
To niewątpliwie jedno z najbardziej szokujących wydarzeń ostatnich lat wojny na tej planecie. Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych – jak sama przyznaje – była „straumatyzowana” tym doświadczeniem; kilku oficerów określiło je jako najzaciętszą bitwę morską stoczoną przez Stany Zjednoczone od czasów II wojny światowej.
Przeciwko Jemeńczykom.
Powtórzę jeszcze raz: musisz się nad tym naprawdę zastanowić.
Bo wkrótce potem ktoś, gdzieś, postanowił: „Cóż, ci Huti to twardy orzech do zgryzienia. Spróbujmy zamiast tego z Irańczykami. Oni i tak potrafią tylko tkać dywany”.
W tej właśnie chwili gdzieś na spokojnych, głębokich wodach Morza Arabskiego, co najmniej 1000 km od wybrzeża Iranu, czają się dwie grupy lotniskowców.
Potwory czyhają bliżej.
Z tej pozycji nie mogą i nie dokonają niczego decydującego. Pozostają po prostu w ukryciu i czekają na zastąpienie.
Zatopienie okrętu wojennego Marynarki Wojennej USA przez od dawna demonizowanych i wyśmiewanych Irańczyków byłoby absolutnie niedopuszczalnym rezultatem tej wojny. Należy tego uniknąć za wszelką cenę.
Z wielu złożonych powodów, zakorzenionych w specyficznej amerykańskiej psychice, Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych jest uważana za niekwestionowanego władcę mórz. Utrata amerykańskiego okrętu wojennego na rzecz narodu postrzeganego od początku jako gorszy byłaby odczuwana jako nieznośne upokorzenie. Dlatego lepiej jest się ukryć, przynajmniej na początku, i później budować narrację zwycięstwa.
Uważni obserwatorzy zdają sobie sprawę, że globalna gotowość Stanów Zjednoczonych do prowadzenia poważnej wojny gdziekolwiek jest już podważona i nie da się jej przywrócić w perspektywie średnioterminowej – prawdopodobnie nawet w ciągu dekady.
Wyczerpali całą amunicję. USA, NATO i Izrael zdołały zaprzepaścić rezultaty pięciu dekad rozwoju i produkcji broni – i wszystko poszło na marne.
Sprzęt wojenny z XX wieku, którym wciąż dysponują, po prostu nie nadaje się do realiów wojny XXI wieku. Co więcej, brakuje im wszystkiego, co niezbędne, by choćby w przybliżeniu prowadzić poważną wojnę.
Jak nieustannie powtarzam: nie ma już „łatwych” wojen.
Cóż, wyobrażam sobie, że Europejczycy właśnie oblewają się zimnym potem. Imperium szybko się wycofuje i wkrótce nieodwracalnie straci zdolność do egzekwowania zasad, granic i posłuszeństwa wobec „dobra wspólnego”.
Historia uczy nas, że w takim scenariuszu Europa nie zjednoczy się harmonijnie. Sytuacja może stać się niewygodna.
Stany Zjednoczone od dziesięcioleci budują swoją obecność wojskową wokół Chin. Teraz uznany waszyngtoński think tank Defense Priorities wzywa do radykalnej zmiany kursu: wycofania się z pierwszego łańcucha wysp, wycofania dziesiątek tysięcy żołnierzy, ograniczenia zobowiązań sojuszniczych – i nieprowadzenia wojny z Chinami o Tajwan.
Nie jest to jeszcze oficjalna polityka rządu USA. Ale sam fakt, że uznany think tank w Waszyngtonie publicznie dyskutuje o tak daleko idącym wycofaniu, pokazuje, że strategiczna debata w USA ulega zmianie.
W nowej analizie „Defense Priorities” wzywa się do gruntownej restrukturyzacji amerykańskiego porządku wojskowego w Azji. Stany Zjednoczone powinny porzucić trwającą od dziesięcioleci koncentrację na tzw. pierwszym łańcuchu wysp – Japonii, Korei Południowej, Tajwanie i Filipinach – i przesunąć swoje siły jeszcze dalej, w kierunku drugiego łańcucha wysp.
Oznaczałoby to ogromną redukcję. Według analizy, w Azji stacjonuje obecnie około 90 000 żołnierzy amerykańskich , z czego około 55 000 w samej Japonii. Priorytety Obrony planują wycofać większość sił lądowych i piechoty morskiej z regionu, a także znacząco zredukować liczebność sił powietrznych i marynarki wojennej.
Propozycja dla Japonii jest szczególnie drastyczna: obecność USA ma zostać początkowo zredukowana do około 5000 żołnierzy . Do 2035 roku stałe stacjonowanie ma zostać w dużej mierze zakończone i zastąpione ograniczonymi, rotacyjnymi rozmieszczeniami.
Nawet trwające dekady amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa są przedmiotem debaty. Autorzy postulują wygaśnięcie wzajemnych sojuszy obronnych z Japonią, Koreą Południową, Filipinami i Australią lub zastąpienie ich znacznie bardziej ograniczonymi partnerstwami w zakresie bezpieczeństwa.
Tajwan jest jeszcze bardziej wybuchowy.
Waszyngton powinien położyć kres swojej obecnej strategicznej niejednoznaczności i wyraźnie oświadczyć, że Stany Zjednoczone nie będą interweniować militarnie w wojnie o Tajwan . Amerykańscy doradcy wojskowi ds. Tajwanu również powinni zostać wycofani. Autorzy argumentują, że obecna polityka niepotrzebnie naraża Stany Zjednoczone na ryzyko bezpośredniej wojny z Chinami.
Zamiast utrzymywać obecność bezpośrednio u wybrzeży Chin, pozostałe siły amerykańskie powinny skoncentrować się bardziej na Guam, Palau, Mikronezji i Wyspach Marshalla . Według autorów, byłyby tam mniej narażone na ataki, a jednocześnie mogłyby zabezpieczyć ważne szlaki handlowe.
Transformacja ma rozpocząć się szybko. Wstępne wycofanie sił – szczególnie z Korei Południowej – a także zmiany w polityce wobec Tajwanu mogą nastąpić w ciągu kilku lat. Większość nowej strategii ma zostać ukończona do 2030 roku , a pełna transformacja – do 2035 roku .
Artykuł podważa zatem podstawowe założenie amerykańskiej polityki wobec Azji: że więcej baz, żołnierzy, rakiet i zobowiązań sojuszniczych automatycznie przekłada się na większe bezpieczeństwo.
Organizacja Defense Priorities twierdzi coś wręcz przeciwnego. Im bliżej Chin stacjonują amerykańskie siły zbrojne i im bardziej kompleksowe stają się regionalne gwarancje bezpieczeństwa Waszyngtonu, tym większe ryzyko wciągnięcia USA w wojnę z innym mocarstwem nuklearnym.
To nie jest jeszcze nowa strategia Waszyngtonu. Obecna polityka obronna USA nadal opiera się na silnej obecności w regionie Indo-Pacyfiku. Ale godna uwagi jest jeszcze inna kwestia:
W Waszyngtonie toczy się obecnie otwarta dyskusja na temat tego, czy amerykańska dominacja wzdłuż chińskiego wybrzeża leży nadal w interesie USA – i czy Ameryka byłaby bezpieczniejsza, gdyby wycofała znaczną część swojej obecności wojskowej, budowanej przez dziesięciolecia.
Gdyby ten sposób myślenia się utrzymał, nie oznaczałoby to jedynie przegrupowania wojsk. Stanowiłoby to odejście od centralnego filaru amerykańskiego porządku powojennego w Azji.
Podstawowa analiza zakłada w istocie nieinterwencję na Tajwanie, stopniowe wycofywanie sojuszów obronnych, znaczną redukcję liczebności wojsk i ponowne rozmieszczenie ich na drugim archipelagu; większość zmian ma zostać wprowadzona do 2030 r., a wszystkie do 2035 r.
Rządy, które stwarzają więcej problemów niż rozwiązują, nie zasługują na przetrwanie.
Rozważmy te ostatnie nagłówki: (1) „Nowy Jork wraca do autobusów gazowych po tym, jak boleśnie przekonał się, że wersje elektryczne mają poważne problemy”, (2) „Jako były szef MI6, wiem, że polityka klimatyczna Wielkiej Brytanii naraża nas na niebezpieczeństwo ze strony naszych wrogów” i (3) „Hiszpania: 74% podejrzanych o przestępstwa seksualne w Kraju Basków to obcokrajowcy”.
Pochodzą z trzech różnych krajów zachodnich i dotyczą trzech zupełnie różnych kwestii – transportu publicznego, bezpieczeństwa narodowego i przestępczości z użyciem przemocy – jednak każdy z tych raportów pokazuje prawdziwe konsekwencje niepowodzeń rządu:
(1) Aby osiągnąć zerową emisję netto CO₂, Nowy Jork zainwestował w autobusy elektryczne, które są zbyt drogie i całkowicie zawodne dla potrzeb miasta. (2) Były szef brytyjskiego wywiadu jest w końcu gotowy publicznie przyznać, że urojeniowa obsesja jego kraju na punkcie „zmiany klimatu” zniszczyła zdolność Wielkiej Brytanii do samowystarczalności przemysłowej i energetycznej oraz uczyniła byłe supermocarstwo zależnym od zagranicznych przeciwników w kwestii przyszłego przetrwania. (3) Chociaż obcokrajowcy stanowią zaledwie 10% populacji Kraju Basków, odpowiadają za 74% aresztowań za gwałt, 73% aresztowań za zabójstwo, 95% aresztowań za jazdę pod wpływem alkoholu, 80% aresztowań za kradzież i 78% aresztowań za brutalny rozbój.
Uderzający w tych doniesieniach jest ich czynnik „Oczywiście!”. Zwykły, rozsądny człowiek bez trudu przewidziałby awarię miejskiej floty autobusów elektrycznych, przeniesienie kluczowych gałęzi przemysłu kraju za granicę czy politykę otwartych granic, która praktycznie zaprasza zagraniczną inwazję. Mimo to burmistrzowie, gubernatorzy i premierzy realizowali te katastrofalne programy, podczas gdy szefowie agencji wywiadowczych i miliony urzędników państwowych albo popierali ich szkodliwe decyzje, albo haniebnie milczeli.
Środkowy artykuł odnosi się do transkrypcji przemówienia, które sir Richard Dearlove wygłosił w zeszłym tygodniu przed Fundacją Polityki Globalnego Ocieplenia w Londynie. Było to dobre przemówienie na ważny temat, a Dearlove zasługuje na uznanie za zajęcie stanowiska, które przeciwstawia się silnej fali „politycznie poprawnej” zachodniej ortodoksji. Wygłosił je jednak z wygodnej pozycji quasi-emeryta, który miał niewiele do stracenia poza kilkoma honorowymi stanowiskami w zarządzie. Gdzie był jego głos, kiedy mógł faktycznie coś zrobić z samobójczą polityką energetyczną Wielkiej Brytanii?
W swoim przemówieniu Dearlove wyjaśnił, jak doświadczenia z czasów zimnej wojny nauczyły go, że „potencjał wojenny kraju tkwi w jego przemyśle, że naszym najsłabszym ogniwem są dostawy paliw… i że nasza baza przemysłowa może zostać odbudowana i naprawiona”. Jednak dziś „niewiele przemysłu pozostało, które można chronić, i nie możemy odbudować nieistniejących gałęzi przemysłu, zlokalizowanych pod obcymi jurysdykcjami, poza naszym zasięgiem”. Dearlove podsumował, że Wielka Brytania „musi odbudować strategiczne gałęzie przemysłu, których potrzebujemy, aby móc bronić naszej wyspiarskiej fortecy i być niezawodnym sojusznikiem przyjaznych demokracji na całym świecie”.
To absolutnie prawdziwe stwierdzenia. Robotnicy na całym Zachodzie wysuwają te argumenty od pięćdziesięciu lat. Gdyby MI6 kierował zwykły Brytyjczyk z niewielkimi formalnymi kwalifikacjami, osoba ta krzyczałaby przekleństwa i biła na alarm na długo przed zamknięciem przez Wielką Brytanię ostatnich kopalń węgla i hut stali. Czy to nie powinno zawstydzać brytyjskich „elity rządzących”? A jeśli nie, to czy te „elity rządzące” nie powinny być uważane za zagrożenie dla dobrobytu i bezpieczeństwa publicznego?
Długo wyczekiwane sygnały ostrzegawcze po zakończeniu kariery przypominają mi pożegnalne przemówienie prezydenta Eisenhowera z 1961 roku, w którym ostrzegał Amerykanów przed rosnącymi zagrożeniami ze strony rozwijającego się „kompleksu wojskowo-przemysłowego”. Choć określenie to jest nadal używane sześćdziesiąt pięć lat później, byłoby wspaniale, gdyby były Naczelny Dowódca Sił Sojuszniczych i pięciogwiazdkowy generał wykorzystał swoje dwie kadencje jako prezydent Stanów Zjednoczonych, aby zająć się tym problemem, zanim wymknął się spod kontroli. Eisenhower niewątpliwie miał doświadczenie, by dostrzec jego destrukcyjny potencjał wyraźniej niż większość, ale postanowił nakreślić zagrożenie, odchodząc z urzędu, i pozostawić jego rozwiązanie innym. Niektórzy historycy uważają, że w zamachu na prezydenta Kennedy’ego brały udział elementy kompleksu wojskowo-przemysłowego, a jeśli to prawda, brak reakcji Eisenhowera w odpowiednim czasie miał niezwykle dalekosiężne konsekwencje, w tym śmierć jego następcy.
Pokolenia Amerykanów urodzone po prezydenturze Eisenhowera oddały mu wielkie uznanie za to, że dostrzegł, iż symbiotyczna relacja między Wielkim Rządem a Wielkim Biznesem przeradza się w niekonstytucyjną i antyamerykańską oligarchię, którą dziś znamy jako „stałą biurokrację”, „klasę rządzącą” lub „głębokie państwo”. Gdyby amerykański generał, który został prezydentem, zneutralizował Państwo Głębokie w pierwszej dekadzie po II wojnie światowej, być może nie musielibyśmy doświadczać najgorszych rozdziałów najnowszej historii Ameryki, w tym wojny w Wietnamie, dewaluacji dolara amerykańskiego, cichego zamachu stanu FBI przeciwko prezydentowi Nixonowi, pięćdziesięciu lat oszustwa związanego z „globalnym ociepleniem”, sześćdziesięciu lat masowej imigracji z krajów Trzeciego Świata, niszczącej przemysł krwawej łaźni NAFTA, przystąpienia Chin do WTO, islamistycznych ataków terrorystycznych z 11 września, globalnej wojny z terroryzmem, przejęcia opieki zdrowotnej przez rząd w ramach ustawy Obamacare, oszustwa związanego ze zmową z Rosją, wojny informacyjnej COVID przeciwko Karcie Praw, licznych sfałszowanych wyborów rozstrzygniętych przez nielegalnych wyborców i oszustw związanych z głosowaniem korespondencyjnym, kilku prób zamachu na prezydenta Trumpa, morderstwa Charliego Kirka, inspirowanej lewicą przemocy wobec konserwatystów i stworzonej przez Demokratów paniki opartej na sztucznej inteligencji, która ma miejsce obecnie. Stawianie diagnozy bez podejmowania konkretnych kroków w celu ich rozwiązania prowadzi do przewrotnego zjawiska: im gorsze stają się nierozwiązane problemy, tym bardziej dalekowzroczna wydaje się osoba, która przed nimi ostrzegała.
Pod koniec swojego przemówienia były szef brytyjskiego wywiadu argumentował, że rząd, którego był integralną częścią, poniósł spektakularną porażkę: „Pierwszym obowiązkiem każdego rządu jest bezpieczeństwo narodu. Jednak kolejne rządy o tym zapomniały i Wielka Brytania jest teraz uwięziona w pułapce energetycznej, którą sami stworzyliśmy. Podobnie jak w przypadku odbudowy naszych sił zbrojnych, wydobycie się z niej i przywrócenie nam bezpiecznej pozycji będzie wymagało znacznego wysiłku ze strony całego kraju. Zadanie jest pilne”.
To niewątpliwie prawda. Pytanie brzmi, dlaczego tak wiele kolejnych rządów w Wielkiej Brytanii i na całym Zachodzie zdradziło własnych obywateli i znacznie zmniejszyło bezpieczeństwo swoich krajów. Ponieważ zwykli obywatele nigdy nie zleciliby swoich miejsc pracy w przemyśle i produkcji wrogim państwom, takim jak komunistyczne Chiny. Zwykli obywatele nie spiskowaliby z międzynarodowymi gangami handlu ludźmi, aby sprowadzić do kraju dziesiątki milionów nie-asymilujących się nielegalnych imigrantów. Zwykli obywatele nie uchwaliliby przepisów dotyczących „zielonej energii”, które utrudniają rolnikom uprawę żywności, a firmom płacenie rachunków. Zwykli obywatele nie nakazaliby, aby zawodne pojazdy elektryczne zastępowały silniki spalinowe, podczas gdy sieci energetyczne załamują się z powodu niedostatecznej energii wiatrowej i słonecznej. Tego rodzaju polityka jest tak ewidentnie głupia i samobójcza, że tylko nasza akademicko uzdolniona „klasa rządząca” mogłaby ją usprawiedliwić.
Czy to oznacza, że nasi biurokraci są zbyt głupi, by zagwarantować bezpieczeństwo naszych narodów – co Dearlove słusznie uważa za nadrzędny obowiązek rządu? A może ta autodestrukcyjna polityka narodowa dowodzi, że zachodnie biurokracje prowadzą wojnę z obywatelami Zachodu? Z pewnością zachodnie rządy zawodzą swoich obywateli. Pozostaje tylko pytanie, czy ich porażka wynika z połączenia niekompetencji i arogancji, czy ze zdrady i złośliwości.
Podczas gdy obywatele Zachodu zastanawiają się nad tym pytaniem, szybko biorą sprawy w swoje ręce. Hiszpanie w Ceucie niszczą państwowe kwatery wybudowane dla zagranicznych osadników. Brytyjska wioska zagłosowała za secesją ze Zjednoczonego Królestwa po tym, jak rząd ogłosił plany umieszczenia w sąsiedztwie armii zagranicznych imigrantów. Ceną za zdradę rządu może wkrótce być upadek stolicy Zachodu.
Samo rozpoznanie problemów nie wystarczy. Rządy, które stwarzają więcej problemów niż rozwiązują, nie zasługują na to, by pozostać u władzy.