Krótka opowieść o Antychryście. Władimir Sołowiow.

Krótka opowieść o Antychryście

Władimir Sołowiow

[Przypominam ten genialny tekst sprzed wieku. U mnie był już umieszczony wiele lat temu. Sądzę, że wielu obecnych Czytelników dorosło, tak fizycznie, jak duchowo, do tej antycypacji. Mirosław Dakowski  ]

[Władimir Sołowiow był wielkim myślicielem i filozofem końca XIX wieku w Rosji. „Tri rozgowora” z lat 1899-1900 były zwieńczeniem jego poszukiwań duchowych, zakończonych chyba  konwersją na katolicyzm.

A w Rozmowie trzeciej – mieści się prorocza perełka „Krótka opowieść o Antychryście”. Umieszczam tu jej skrót. Według „Wyboru pism” wydanych przez „W drodze”, Poznań 1988. MD]

             Europa w dwudziestym pierwszym wieku sta­nowi związek mniej lub więcej demokratycznych państw – ­europejskie stany zjednoczone. Rozwój kultury zewnętrznej, nieco zahamowany wskutek mongolskiego najazdu i walki wyzwoleńczej, nabrał znowu żywego tempa. Natomiast sprawy za­przątające wewnętrzną świadomość – problem życia i śmier­ci, ostatecznego losu świata i człowieka – dodatkowo powi­kłane w wyniku nowych badań i odkryć fizjologicznych i psy­chologicznych, pozostają nadal nie rozwiązane. Następuje tylko jeden doniosły fakt negatywny: ostateczny upadek teore­tycznego materializmu. Wyobrażenie o świecie jako systemie tańczących atomów i o życiu jako rezultacie mechanicznego nagromadzenia najdrobniejszych zmian substancji – takie wyobrażenie nie mogło już zadowolić ani jednego myślącego umysłu. Ludzkość na zawsze wyrosła z tych filozoficznych po­wijaków.

Z drugiej strony wszakże staje się jasne, że wyrosła ona również z dziecięcej zdolności do naiwnej, spontanicznej wiary. Takich pojęć, jak Bóg, który stworzył świat z nicze­go, itp., przestają uczyć już nawet w szkołach elementarnych. Wypracowany został pewien ogólny podwyższony poziom wy­obrażeń o tych sprawach, poniżej którego nie może zejść ża­den dogmatyzm. I kiedy ludzie myślący w swojej ogromnej większości pozostają zupełnie niewierzący, to nieliczni wie­rzący stają się wszyscy z konieczności również – myślący­mi, spełniając zalecenie apostoła: bądźcie dziećmi w sercu, ale nie w umyśle.

            Był w owym czasie pośród nielicznych wierzących spirytuali­stów pewien człowiek niezwykły – wielu nazywało go nad­człowiekiem – równie daleki od dziecięctwa umysłu, jak i serca. Dzięki swojej genialności już w wieku trzydziestu trzech lat zasłynął on szeroko jako wielki myśliciel, pisarz i działacz społeczny. Doświadczając w sobie samym ogromnej siły ducha, był niezmiennie przekonanym spirytualistą, a jasny umysł ukazywał mu zawsze prawdę, w którą należy wierzyć: dobro, Boga, Mesjasza. I wierzył w to, ale kochał tylko sie­bie samego. Wierzył w Boga, ale w głębi duszy mimo woli i instynktownie dawał pierwszeństwo przed Nim – sobie. Wierzył w Dobro, ale wszechwidzące Oko Wieczności wiedziało, że człowiek ten pokłoni się złej mocy, skoro go ona tylko spró­buje przekupić – nie ułudą uczuć i niskich namiętności, na­wet nie subtelną przynętą władzy, lecz jedynie poprzez bezgra­niczną miłość własną. Zresztą ta miłość własna nie była ani nieświadomym odruchem, ani szaleńczym uroszczeniem.

Poza wyjątkową genialnością, urodą i szlachetnością również naj­wyższe znamiona wstrzemięźliwości, bezinteresowności i czyn­nej filantropii dostatecznie usprawiedliwiały, jak się zdawało, ogromną miłość własną tego wielkiego spirytualisty, ascety i filantropa. I czy można go winić za to, że tak hojnie Bożymi darami uposażony, ujrzał w nich szczególne znaki wyjątkowej dla siebie przychylności z góry i widział w sobie kogoś dru­giego po Bogu, jedynego w swoim rodzaju syna Bożego? Jed­nym słowem, uznał siebie za tego, kim w rzeczywistości był Chrystus. Ale ta świadomość swojej najwyższej godności ufor­mowała się w nim nie jako jego moralny obowiązek wobec Boga i świata, lecz jako jego prawo i poczucie pierwszeństwa przed innymi, a głównie przed Chrystusem.

Początkowo nie czuł nawet do Jezusa wrogości. Uznawał Jego mesjańską rolę i godność, ale tak naprawdę to widział w Nim tylko swojego największego poprzednika – czyn moralny Chrystusa i Jego absolutna jedyność były dla tego zamroczonego miłością wła­sną umysłu niezrozumiałe. Rozumował on tak: „Chrystus przyszedł przede mną; ja jestem drugi; ale przecież to, co w porządku czasowym jest późniejsze, w istocie jest pierwsze. Przychodzę jako ostatni, u kresu dziejów, właśnie dlatego że jestem doskonałym, ostatecznym zbawicielem. Ów Chrystus jest moim zwiastunem. Jego misją było poprzedzenie i przygo­towanie mojego przyjścia”. I w tej myśli wielki człowiek dwu­dziestego pierwszego wieku odnosił do siebie to wszystko, co powiedziano w Ewangelii o drugim przyjściu, tłumacząc to przyjście nie jako powrót tegoż Chrystusa, lecz jako zastąpienie poprzedniego Chrystusa ostatecznym, to znaczy nim samym.

            W tym stadium „człowiek przyszłości” niewiele jeszcze przeja­wia cech charakterystycznych i oryginalnych. Przecież w po­dobny sposób patrzał na swój stosunek do Chrystusa na przy­kład Mahomet – mąż prawy, którego nie można obwiniać o jakąkolwiek złą intencję. Wynosząc siebie ponad Chrystusa, człowiek ów uzasadnia to jeszcze takim rozumowaniem: „Chrystus, głosząc i urzeczywist­niając w swoim życiu dobro moralne, naprawiał ludzkość, ja zaś jestem powołany do tego, aby być dobroczyńcą tej czę­ściowo naprawionej, częściowo nie naprawionej ludzkości. Ja dam wszystkim ludziom wszystko, co im potrzebne. Chrystus jako moralista dzielił ludzi na dobrych i złych, ja połączę ich za pomocą dóbr jednakowo potrzebnych dobrym i złym. Będę prawdziwym przedstawicielem tego Boga, który każe świecić swemu słońcu nad dobrymi i złymi, który spuszcza rosę na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Chrystus przyniósł miecz, ja przyniosę pokój. On groził ziemi strasznym sądem ostatecz­nym – ale przecież ostatecznym sędzią będę ja, a sąd mój bę­dzie nie sądem prawdy tylko, lecz sądem łaski. Będzie i pra­wda w moim sądzie, ale nie prawda odpłacająca, lecz prawda rozdzielająca. Wszystkich wyróżnię i każdemu dam według jego potrzeb”.

            I w takim oto nastroju ducha oczekuje on jakiegoś wyraź­nego Bożego wezwania do dzieła ponownego zbawienia ludz­kości, jakiegoś widomego i zadziwiającego świadectwa, że jest on starszym synem, umiłowanym pierworodnym Boga. Czeka i karmi swoją jaźń świadomością swych nadludzkich cnót i ta­lentów – przecież jak było powiedziane, jest to człowiek o nienagannej moralności i niezwykłym geniuszu.

            Wyczekuje dumny mąż sprawiedliwy najwyższej sankcji, aby rozpocząć zbawianie ludzkości – i nic może się doczekać. Mi­nęło mu już trzydzieści lat, przechodzą jeszcze trzy lata. I oto błyska w jego głowie i przenika go do szpiku kości gorącym dreszczem myśl: „A jeśli?… A nuż to nie ja, tylko ten… Gali­lejczyk… A nuż nie jest On mym zwiastunem, lecz prawdzi­wym, pierwszym i ostatnim? Ale przecież w takim razie powi­nien być żyw… Gdzież On jest? A jeśli przyjdzie do mnie… teraz, tutaj… Co Mu powiem? Przecież będę musiał oddać Mu pokłon jak ostatni głupi chrześcijanin, jak jakiś rosyjski mużyk mamrotać bez sensu: Panie Jezusie Chryste, zmiłuj się nade mną grzesznym, albo niczym polska baba paść krzyżem. Ja, świetlany geniusz, nadczłowiek. Nie, nigdy!” 

I w tym momen­cie w miejsce poprzedniego rozumnego, chłodnego szacunku dla Boga i Chrystusa rodzi się i rośnie w jego sercu najpierw jakaś zgroza, a potem kłująca i całe jego jestestwo ściskająca i dławiąca zazdrość oraz wściekła, pełna pasji nienawiść. „Ja, ja, a nie On! Nie ma Go wśród żywych, nie ma i nie bę­dzie. Nie zmartwychwstał, nie, nie, nie! Zgnił, zgnił w grobie, zgnił jak ostatnia…”

I z pianą na ustach, konwulsyjnymi sko­kami wybiega z domu, z ogrodu, i w głuchą, ciemną noc bieg­nie skalistą ścieżką… Pasja cichnie w nim i zastępuje ją głucha i ciężka jak te skały, mroczna jak ta noc rozpacz. Zatrzymuje się nad stromym urwiskiem i słyszy daleko w dole niewyraźny szum płynącego po kamieniach potoku. Nieznośny żal ściska jego serce. Nagle coś się w nim porusza. „Wezwać Go – za­pytać, co mam robić?” I wśród mroku ukazuje mu się pełen łagodnego smutku obraz. „On się nade mną lituje… Nie, nigdy! Nie zmartwychwstał, nie zmartwychwstał!” I rzuca się z urwiska. Ale coś sprężystego, jakby słup wodny, utrzymuje go w powietrzu, czuje wstrząs, jakby rażony prądem elektrycz­nym, i jakaś siła odrzuca go wstecz. Na moment traci świado­mość, a kiedy ją odzyskuje, klęczy w odległości kilku kroków od urwiska. Przed nim rysuje się jakaś promieniejąca fosfory­cznym zamglonym światłem postać, której dwoje oczu nieznoś­nym ostrym blaskiem przenika jego duszę…

            A on widzi tych dwoje przenikliwych oczu i słyszy ni to w sobie, ni to z zewnątrz jakiś dziwny głos – głuchy, wręcz zdławiony, a zarazem wyraźny, metaliczny i całkowicie bezdu­szny, jakby pochodził z fonografu. I głos ten mówi mu: „Synu mój umiłowany, w tobie całe moje upodobanie. Czemuś nie wybrał mnie? Dlaczego czciłeś tamtego, nędznego, i jego ojca? Jam bóg i ojciec twój. A tamten, ukrzyżowany nędzarz, jest obcy mnie i tobie. Nie mam innego syna prócz ciebie. Tyś jedyny, jednorodzony, równy mnie. Miłuję cię i niczego od ciebie nie żądam. I tak jesteś piękny, wielki, potężny. Czyń swoje dzieło w imię twoje, nie moje. Nie żywię ku tobie za­zdrości. Miłuję cię. Niczego od ciebie nie potrzebuję. Tamten, którego uważałeś za boga, żądał od swego syna posłuszeństwa, i to posłuszeństwa bez granic… aż do śmierci krzyżowej – a kiedy był on na krzyżu, nie przyszedł mu z pomocą. Ja niczego od ciebie nie żądam, a pomogę ci. Dla ciebie samego, dla twej własnej wolności i wyższości i gwoli mojej czystej, bezinteresownej ku tobie miłości – pomogę ci. Przyjmij du­cha mojego. Jak dawniej duch mój płodził cię w Pięknie, tak teraz płodzi cię w mocy”. Przy tych słowach tajemniczej po­staci usta nadczłowieka mimo woli rozchyliły się, dwoje prze­nikliwych oczu przybliżyło się tuż do jego twarzy i poczuł, jak ostry, lodowaty strumień wszedł weń i napełnił całe jego jeste­stwo. Jednocześnie poczuł w sobie niezwykłą moc, rześkość, lekkość i zapał. W tejże chwili jaśniejące oblicze i dwoje oczu nagle znikło, coś uniosło nadczłowieka ponad ziemię i zaraz opuściło go w jego ogrodzie, u drzwi domu.

            Następnego dnia nie tylko osoby odwiedzające wielkiego człowieka, ale nawet jego słudzy byli zdumieni jego osobli­wym, natchnionym jakimś wyglądem. Jeszcze bardziej by się wszakże zdumieli, gdyby mogli widzieć, z jaką nadnaturalną szybkością i łatwością pisał on, zamknąwszy się w swoim ga­binecie, swe znakomite dzieło pod tytułem „Otwarta droga do powszechnego pokoju i pomyślności”.

Poprzednie utwory i poczynania społeczne nadczłowieka znajdowały surowych krytyków, którzy zresztą byli w większo­ści ludźmi szczególnie religijnymi i dlatego pozbawionymi wszelkiego autorytetu – mówię przecież o czasie przyjścia Antychrysta – tak że niewielu tylko ich słuchało, kiedy wska­zywali oni we wszystkim, co pisał i mówił „człowiek przyszłości”, znamiona zupełnie wyjątkowej, stężonej ambicji i pychy przy braku prawdziwej prostoty, szczerości i ciepła uczuć.

            Ale swoim nowym dziełem zjednuje on sobie nawet niektó­rych spośród swoich dawnych krytyków i przeciwników. Utwór ten, napisany po wydarzeniu na urwisku, ujawnia w nim nie­spotykaną dotąd siłę geniuszu. Jest to coś wszechogarniającego i godzącego wszystkie sprzeczności. Łączą się tu szlachetny szacunek dla dawnych tradycji i symbolów z szerokim i śmia­łym radykalizmem społeczno-politycznych postulatów i wska­zań, nieograniczona wolność myśli z najgłębszym zrozumie­niem dla wszelkiej mistyki, absolutny indywidualizm z gorącym oddaniem dobru wspólnemu, najwznioślejszy idealizm zasad przewodnich z pełną życiową konkretnością praktycznych roz­wiązań. Wszystko to zaś jest połączone i powiązane ze sobą w sposób tak genialnie mistrzowski, że każdy jednostronny myśliciel czy działacz łatwo widzi i przyjmuje całość pod swoim indywidualnym aktualnym kątem widzenia, nie poświę­cając niczego dla samej prawdy, nie wznosząc się dla niej ponad swoje ja, ani trochę nie rezygnując w istocie rzeczy ze swojej jednostronności, w niczym nie korygując błędności swoich poglądów i dążeń, niczym nie uzupełniając ich braków.

            To zadziwiające dzieło zostaje natychmiast przełożone na języ­ki wszystkich oświeconych i niektórych nieoświeconych naro­dów. Tysiące pism we wszystkich częściach świata przez cały rok pełne są reklam wydawniczych i zachwytów krytyki. Tanie edycje z portretami autora rozchodzą się w milionach egzem­plarzy i cały kulturalny świat – a w owym czasie znaczy to niemal tyle co cała kula ziemska – pełen jest sławy tego niezrównanego, wielkiego, jedynego! Nikt nie ma wobec tego dzie­ła zastrzeżeń, każdemu bowiem wydaje się ono objawieniem ca­łości prawdy. Wszystkiemu, co przeszłe, jest w nim oddana tak pełna sprawiedliwość, wszystko bieżące ocenione tak obiektyw­nie i wszechstronnie, a świetlana przyszłość tak sugestywnie i namacalnie zbliżona do teraźniejszości, że każdy mówi: „Oto jest to właśnie, co nam potrzebne; oto ideał, który nie jest utopią, oto zamysł, który nie jest chimerą„. I wspaniały pisarz nie tylko wszystkich fascynuje, ale jest każdemu przyjemny, tak że spełniają się słowa Chrystusa: „Ja przyszedłem w imie­niu Ojca mego, a nie przyjęliście mnie; przyjdzie kto inny w imieniu swoim i tego przyjmiecie”.. Przecież aby zo­stać przyjętym, trzeba być przyjemnym.

            Co prawda niektórzy pobożni ludzie, gorąco chwaląc tę książkę, próbują nieśmiało pytać, dlaczego nie ma w niej ani jednej wzmianki o Chrystusie, ale inni chrześcijanie od razu na to odpowiadają: ,,I chwała Bogu! Dość już w ubiegłych wie­kach rozmaici niepowołani, a żarliwi apologeci zbanalizowali wszystko, co święte, i teraz naprawdę religijny pisarz musi być bardzo ostrożny. Skoro treść dzieła jest przeniknięta prawdzi­wie chrześcijańskim duchem czynnej miłości i wszechogarniają­cej życzliwości, to czegóż jeszcze więcej chcecie?” I wszyscy się z tym zgadzają.

            Wkrótce po pojawieniu się „Otwartej drogi”, która uczyniła swego autora najbardziej popularnym ze wszyst­kich ludzi, jacy kiedykolwiek żyli na świecie, miało się odbyć w Berlinie międzynarodowe zgromadzenie założycielskie zwią­zku państw europejskich. Związek ten, ustanowiony po sze­regu zewnętrznych i domowych wojen, które były związane z wyzwoleniem od jarzma mongolskiego i poważnie zmieniły mapę Europy, narażony był na niebezpieczeństwo konfliktów – już nie między narodami, ale między politycznymi i społe­cznymi partiami. Koryfeusze wspólnej polityki europejskiej, należący do potężnego bractwa masońskiego, odczuwali brak wspólnej władzy wykonawczej. Osiągnięta z takim trudem jed­ność europejska mogła się lada chwila ponownie rozpaść. W radzie związkowej, czyli światowym zarządzie (Comité per­manent universel), nie było zgody, ponieważ nie wszystkie miejsca udało się obsadzić prawdziwymi, wtajemniczonymi w sprawę masonami. Niezależni członkowie zarządu zawierali między sobą odrębne porozumienia i cała sytuacja groziła nową wojną. Wówczas „wtajemniczeni” postanowili utworzył jednoosobową władzę wykonawczą z dostatecznym zakresem pełnomocnictw. Głównym kandydatem był tajny członek bra­ctwa – „człowiek przyszłości”. Był on jedyną osobą o wielkiej wszechświatowej sławie. Będąc z zawodu wyszkolonym artyle­rzystą, a z pozycji społecznej wielkim kapitalistą, miał wszę­dzie przyjacielskie powiązania z kręgami finansowymi i woj­skowymi.

            W innej, mniej oświeconej epoce przemawiałaby przeciwko niemu okoliczność, że pochodzenie jego okryte było głębokim mrokiem niejasności. Jego matka, kobieta raczej lżejszych obyczajów, była doskonale znana obu ziemskim pół­kulom, ale dość wiele różnych osób miało jednakowy powód uważać się za jego ojców. Okoliczności te naturalnie nie mogły mieć żadnego znaczenia dla wieku tak postępowego, że aż wy­padło mu być ostatnim. „Człowiek przyszłości” niemal jedno­myślnie został wybrany dożywotnim prezydentem Europejskich Stanów Zjednoczonych. A kiedy pojawił się na trybunie w ca­łym blasku swojej nadludzkiej młodej urody i siły i w na­tchnionych pięknych słowach przedstawił swój uniwersalny program, zafascynowane i urzeczone zgromadzenie w porywie entuzjazmu bez głosowania postanowiło okazać mu najwyższą cześć, wybierając go imperatorem rzymskim.

            Kongres zakoń­czył się wśród powszechnego uniesienia, a wielki wybraniec wydał manifest zaczynający się od słów: „Narody świata! Po­kój mój daję wam!”, a kończący się tak: „Narody świata! Spełniły się obietnice! Wieczny powszechny pokój nastał. Wszelka próba jego zakłócenia spotka się natychmiast z bez­względnym i skutecznym przeciwdziałaniem. Odtąd bowiem jest na ziemi jedna centralna władza, silniejsza od wszystkich pozostałych władz, każdej z osobna i razem wziętych. Ta wszechpotężna, nad wszystkim górująca władza należy do mnie, pełnomocnego wybrańca Europy, imperatora wszystkich jej sił. Prawo międzynarodowe ma wreszcie brakującą mu dotychczas sankcję. I odtąd żadne państwo nie odważy się powie­dzieć: wojna, kiedy ja mówię: pokój. Narody świata – pokój wam!” 

Manifest ten miał pożądany skutek. Wszędzie poza Eu­ropą, szczególnie w Ameryce, powstały silne partie imperiali­styczne, które zmusiły swoje państwa, aby te na różnych wa­runkach przyłączyły się do Europejskich Stanów Zjednoczonych pod zwierzchnią władzą rzymskiego imperatora. Pozostawały jeszcze niezawisłe plemiona i ich naczelnicy gdzieś tam w Azji i Afryce. Imperator na czele niewielkiej, ale doborowej armii, złożonej z rosyjskich, niemieckich, polskich, węgierskich i tu­reckich pułków, urządza wojenną przechadzkę od wschodniej Azji po Maroko i bez większego przelewu krwi podporządko­wuje sobie niesfornych. We wszystkich krajach tych dwóch części świata ustanawia swoich namiestników spośród wykształ­conych po europejsku i oddanych sobie tamtejszych wielmo­żów. We wszystkich krajach pogańskich zwyciężona i urze­czona ludność ogłasza go najwyższym bogiem.

            W ciągu jed­nego roku powstaje monarchia wszechświatowa we właściwym i ścisłym znaczeniu tego słowa. Korzenie wojny zostają ze szczętem wyrwane. Powszechna Liga Pokoju zbiera się po raz ostatni i ogłosiwszy entuzjastyczny panegiryk na cześć wiel­kiego Anioła Pokoju rozwiązuje się, uznając się za niepotrzeb­ną. W nowym roku swojego panowania rzymski i wszechświa­towy imperator wydaje nowy manifest: „Narody świata! Obie­całem wam pokój i dałem go wam. Ale nie ma uroku pokój bez dobrobytu. Komu w czas pokoju grozi nieszczęście nędzy, temu i pokój nie daje radości. Przyjdźcież do mnie teraz wszy­scy, którzy cierpicie głód i chłód, a ja was nasycę i ogrzeję„.

A potem ogłasza prostą i powszechną reformę społeczną, któ­rej projekt był już zarysowany w jego dziele i już tam zachwy­cił wszystkie szlachetne i trzeźwe umysły. Teraz dzięki sku­pieniu w swoich rękach światowych finansów i kolosalnych majątków rolnych może on zrealizować tę reformę zgodnie z życzeniem ubogich, a bez namacalnej krzywdy dla bogatych. Każdy zaczyna otrzymywać według swoich zdolności, a każda zdolność według swego trudu i zasług.

            Nowy władca ziemi był przede wszystkim litościwym filan­tropem – i nie tylko filantropem, lecz także filozofem. Sam będąc wegetarianinem, zakazał wiwisekcji, wprowadził surowy nadzór nad rzeźniami i popierał na wszelkie sposoby towarzystwa opieki nad zwierzętami. Ważniejsze od tych szcze­gółów było trwałe ustanowienie w całym świecie najbardziej podstawowej równości: była to równość powszechnej sy­tości. Dokonało się to w drugim roku jego panowania. Pro­blem socjalno-ekonomiczny został ostatecznie rozwiązany.

            Kiedy wszakże sytość jest pierwszym pragnieniem głodnych, to sytym chce się jeszcze czegoś innego. Nawet syte zwie­rzęta pragną zazwyczaj nie tylko spać, ale i bawić się. Tym bardziej społeczeństwo ludzkie, które zawsze post panem żą­dało circenses.

            Imperator-nadczłowiek rozumie, co potrzebne jest jego ma­som. W owym czasie przybywa do niego do Rzymu z Dale­kiego Wschodu wielki cudotwórca, spowity w gęsty obłok oso­bliwych zdarzeń i przedziwnych legend. Według pogłosek, sze­rzących się wśród neo-buddystów, jest on boskiej proweniencji: ma pochodzić od boga słońca Sun i jakiejś rzecznej nimfy.

            Cudotwórca ten, imieniem Apolloniusz, człowiek niewątpli­wie genialny, pół-Azjata i pół-Europejczyk, biskup katolicki in partibus infidelium, w zadziwiający sposób łączy w sobie zdolność operowania najnowszymi wnioskami i technicznymi zastosowaniami zachodniej nauki ze znajomością i umiejętno­ścią posługiwania się tym wszystkim, co jest rzeczywiście go­dne uwagi i znaczące w tradycyjnej mistyce Wschodu. Rezul­taty takiego połączenia są zdumiewające. Apolloniusz dochodzi między innymi do pół naukowej, pół-magicznej sztuki przycią­gania i kierowania według swojej woli elektryczności atmosfe­rycznej i wśród ludzi mówi się, że sprowadza on ogień z nieba. Zresztą, podniecając fantazję tłumu rozmaitymi, przedziwnymi sztukami, nie nadużywa on do czasu swojej mocy dla jakichś szczególnych celów.

            Otóż człowiek ten przychodzi do wielkiego imperatora, składa mu pokłon jak prawdziwemu Synowi Bożemu, oświad­cza, że w tajemnych księgach Wschodu znalazł wyraźne przepo­wiednie o nim, Imperatorze, jako o ostatecznym zbawicielu i sędzim wszechświata, i oddaje mu na służbę siebie i całą swoją sztukę. Urzeczony nim Imperator przyjmuje go jak dar z góry zesłany i ozdobiwszy wspaniałymi tytułami już się z nim nie rozłącza.

I oto narody świata, obsypane przez swego władcę dobrodziejstwami, oprócz powszechnego pokoju, oprócz po­wszechnej sytości zyskują jeszcze możliwość ciągłego radowania się najrozmaitszymi i najbardziej nieoczekiwanymi cudami i znakami. Dobiegł końca trzeci rok panowania nadczłowieka.

            Po szczęśliwym rozwiązaniu problemu politycznego i społe­cznego pojawiła się kwestia religijna. Podniósł ją sam Impera­tor – najpierw w odniesieniu do chrześcijaństwa. W owym czasie chrześcijaństwo znajdowało się w takiej oto sytuacji: Przy bardzo znacznym ilościowym spadku swego stanu po­siadania – na całej kuli ziemskiej pozostało nie więcej niż czterdzieści pięć milionów chrześcijan – podniosło się ono i wzmocniło moralnie, zyskując na jakości, to co traciło na ilości. Ludzi, nie związanych z chrześcijaństwem żadną więzią duchową, nie zaliczano już do chrześcijan. Poszczególne wyz­nania skurczyły się dość równomiernie, tak że zachował się między nimi w przybliżeniu poprzedni stosunek ilościowy. Co się zaś tyczy wzajemnych uczuć, to wprawdzie dawna wrogość nie ustąpiła miejsca całkowitemu pojednaniu, ale jednak zna­cznie się złagodziła, a sprzeczności utraciły swoją dawniejszą ostrość. Papiestwo już dawno było wygnane z Rzymu i po dłuższej tułaczce znalazło schronienie w Petersburgu – pod warunkiem, że będzie się powstrzymywać od propagandy tu­taj i wewnątrz kraju. W Rosji uległo ono znacznemu upro­szczeniu. Nie zmieniając w istotny sposób koniecznego składu swoich kolegiów i oficjów, musiało uduchowić charakter ich działalności, a także zredukować do minimum swój pompaty­czny rytuał i ceremoniał. Różne dziwne i gorszące zwyczaje, chociaż formalnie nie zniesione, same z siebie wyszły z uży­cia. We wszystkich innych krajach, zwłaszcza w Ameryce Północnej, hierarchia katolicka miała jeszcze wielu przedsta­wicieli o silnej woli, niezmożonej energii i niezależnej pozycji, którzy mocniej niż poprzednio zwarli szeregi Kościoła kato­lickiego i podtrzymywali jego międzynarodowe, kosmopolity­czne znaczenie.

            Co się tyczy protestantyzmu, na którego czele nadal stały Niemcy – zwłaszcza po ponownym zjedno­czeniu znacznej części Kościoła anglikańskiego z katolickim – to oczyścił się on ze swych skrajnych tendencji negatyw­nych, których stronnicy otwarcie przeszli w szeregi ludzi re­ligijnie indyferentnych i niewierzących. W Kościele ewange­lickim pozostali tylko szczerze wierzący. Na ich czele stały osoby, u których rozległa wiedza łączyła się z głęboką reli­gijnością i coraz usilniejszym dążeniem do tego, aby odrodzić w sobie obraz dawnego, autentycznego chrześcijaństwa.

Ro­syjskie prawosławie po zmianie oficjalnej sytuacji Cerkwi wskutek wydarzeń politycznych straciło wprawdzie wiele milio­nów swoich pozornych, nominalnych wyznawców, ale za to doznało radości zjednoczenia z najlepszą częścią starowierców, a nawet z licznymi sekciarzami o nastawieniu pozytywno reli­gijnym. Ta odnowiona Cerkiew, nie wzrastając liczebnie, po­częła rosnąć w siłę ducha, którą wykazała szczególnie w swojej wewnętrznej walce z rozplenionymi w narodzie i społeczeństwie skrajnymi sektami, nie pozbawionymi elementów demonicz­nych i satanicznych.

            W ciągu pierwszych dwóch lat nowego panowania wszyscy chrześcijanie, przestraszeni i zmęczeni ciągiem nie dawnych rewolucji i wojen, odnosili się do nowego władcy i jego pokojo­wych reform po części z życzliwym wyczekiwaniem, po części ze zdecydowaną sympatią, a nawet gorącym entuzjazmem. Ale w trzecim roku, z chwilą pojawienia się Wielkiego Maga, u wie­lu prawosławnych, katolików i ewangelików poczęło się rodzić poważne zaniepokojenie i niechęć. Poczęto uważniej czytać i żywo komentować teksty ewangeliczne i apostolskie mówiące o księciu tego świata i o Antychryście. Po pewnych oznakach imperator domyślił się nadciągającej burzy i postanowił co ry­chlej rzecz wyjaśnić. W początkach czwartego roku panowania wydaje manifest do wszystkich swoich wiernych chrześcijan bez różnicy wyznania, zapraszając ich, aby wybrali lub wy­znaczyli swoich pełnomocnych przedstawicieli na sobór po­wszechny, który odbędzie się pod jego przewodnictwem. Re­zydencja została w tym czasie przeniesiona z Rzymu do Je­rozolimy. Palestyna stanowiła wtedy autonomiczną prowincję, zasiedloną i zarządzaną głównie przez Żydów. Jerozolima była niezależna i stała się miastem imperialnym. Chrześcijańskie świątynie pozostały nietknięte, ale na całej rozległej terasie Haram asz-Szarif, od Birkat Isra’il i dzisiejszych koszar z jed­nej strony po meczet al-Aqsa i „stajnie Salomona” z drugiej, wzniesiono jedną ogromną budowlę, mieszczącą w sobie ­oprócz dwóch starych niewielkich meczetów – obszerną świą­tynię „imperialną” dla jedności wszystkich kultów oraz dwa wspaniałe pałace imperatorskie z bibliotekami, muzeami i od­dzielnymi pomieszczeniami do prób i ćwiczeń magicznych. W tej pół-świątyni, pół-rezydencji miał być czternastego września otwarty sobór powszechny. Ponieważ wyznanie ewangelickie nie ma we właściwym sensie tego słowa stanu ka­płańskiego, przeto katoliccy i prawosławni hierarchowie zgod­nie z życzeniem imperatora, aby nadać przedstawicielstwu wszystkich gałęzi chrześcijaństwa jakiś jednorodny charakter, postanowili dopuścić do udziału w soborze pewną liczbę swo­ich świeckich wiernych, znanych z pobożności i oddania spra­wie Kościoła. Skoro zaś dopuszczeni zostali świeccy, to nie można było wykluczyć niższego duchowieństwa – zakonnego i nie-zakonnego. Tym sposobem ogólna liczba uczestników so­boru przekraczała trzy tysiące osób, a około pół miliona chrze­ścijańskich pielgrzymów wypełniło Jerozolimę i całą Palestynę.

            Wśród ojców soborowych wyróżniało się szczególnie trzech. Po pierwsze, papież Piotr II, zgodnie z prawem stojący na czele katolickiej części członków soboru. Jego poprzednik umarł w drodze na sobór i zebrane w Damaszku konklawe jednogłośnie wybrało kardynała Szymona Barioniniego [Zitalianizowana forma imienia św. Piotra Apostoła – Szymon Bar Jona] który przyjął imię Piotr. Był to człowiek prostego pochodze­nia, z prowincji neapolitańskiej, a zasłynął jako kaznodzie­ja z karmelitańskiego zakonu, mający znaczne zasługi w walce z pewną rozpowszechnioną w Petersburgu i jego okolicach sektą sataniczną, która zwodziła nie tylko prawosławnych, ale i katolików. Mianowany arcybiskupem mohylewskim, a póź­niej także kardynałem, był on z góry przewidziany na stolec papieski. Był człowiekiem pięćdziesięcioletnim, średniego wzrostu i krzepkiej budowy, z przystojną twarzą, garbatym no­sem i gęstymi brwiami. Cechowały go gorące serce i energia, mówił z żarem, zamaszyście przy tym gestykulując, i bardziej słuchaczy porywał, niż przekonywał. Do władcy świata nowy papież żywił nieufność i niechęć, zwłaszcza od chwili, kiedy jego nieżyjący poprzednik, wyjeżdżając na sobór, uległ nalega­niom imperatora i mianował kardynałem kanclerza imperium i wielkiego światowego maga, egzotycznego biskupa Apoloniu­sza, którego Piotr uważał za wątpliwego katolika, a niewątpli­wego oszusta.

            Rzeczywistym, choć nieoficjalnym przywódcą prawosławnych był Starzec Jan, bardzo znany wśród rosyj­skiego ludu. Chociaż oficjalnie uważany za biskupa „w sta­nie spoczynku„, nie mieszkał jednak w żadnym klasztorze, lecz stale wędrował w różnych kierunkach. Krążyły o nim roz­maite legendy. Niektórzy zapewniali, że jest to zmartwych­wstały Fiodor Kuźmicz, czyli imperator Aleksander I, uro­dzony przed około trzema wiekami … Inni posuwali się dalej i twierdzili, iż jest to prawdziwy starzec Jan, tzn. apostoł Jan Teolog, który nigdy nie umarł, a w ostatnich czasach pojawił się otwarcie. On sam nie mówił nic o swoim pochodzeniu ani o swojej młodości. Obecnie był to bardzo wiekowy, ale rześki staruszek z żółknącą, a nawet zieleniejącą bielą kędzio­rów i brody, wysokiego wzrostu i szczupłej postaci, ale z peł­nymi i lekko różowawymi policzkami, żywymi, błyszczącymi oczami i wzruszająco dobrym wyrazem twarzy i głosem; przy­odziany był zawsze w habit i płaszcz zakonny.     

            Na czele ewan­gelickich uczestników soboru stał najbardziej uczony niemiecki teolog, profesor Ernst Pauli – niewielkiego wzrostu chudy staruszek z ogromnym czołem, spiczastym nosem i gładko wygolonym podbródkiem. Jego oczy odznaczały się jakimś szczególnym, srogo-dobrodusznym spojrzeniem. Co chwilę za­cierał on ręce, kręcił głową, unosił groźnie brwi i wydymał wargi; błyskając przy tym oczami, ponuro wydawał z siebie urywane dźwięki: So! nun! ja! so also! Ubrany był uroczyście – w biały halsztuk i długi pastorski surdut z jakimiś znacz­kami orderowymi.

            Otwarcie soboru było imponujące. Dwie trzecie ogromnej świątyni poświęconej „jedności wszystkich kultów” były zapeł­nione ławami i innymi siedzeniami dla członków soboru, jedna trzecia była zajęta przez wysokie podium, gdzie oprócz tronu imperatora i drugiego – niżej, dla wielkiego maga, a zarazem kardynała i kanclerza imperium – znajdowały się z tyłu fo­tele dla ministrów, dworzan i sekretarzy dworu, a z boku dłu­gie rzędy krzeseł o nie znanym przeznaczeniu. Na chórze umieszczono orkiestry, a na sąsiadującym ze świątynią placu ustawiono dwa pułki gwardyjskie i baterię armat dla oddania salw honorowych.

Ojcowie soborowi odprawili już swoje nabo­żeństwa w różnych kościołach i otwarcie obrad miało mieć charakter całkowicie świecki. Kiedy wszedł imperator z wiel­kim magiem i orkiestra zagrała „marsza zjednoczonej ludzkości”, będącego międzynarodowym hymnem imperium, wszyscy uczestnicy soboru powstali z miejsc i machając kapeluszami, po trzykroć głośno zakrzyknęli: Vivat! Uraa! Hoch! Imperator, stojąc obok tronu, wyciągnął rękę gestem majestatycznej łas­kawości i przemówił głosem o dźwięcznym i przyjemnym brzmieniu: „Chrześcijanie wszystkich kierunków! Umiłowani moi poddani i bracia! Od początku mego panowania, któremu Najwyższy błogosławił takimi wspaniałymi, pięknymi sukcesa­mi, ani razu nie miałem powodu być z was niezadowolonym; zawsze spełnialiście swój obowiązek wobec wiary i sumienia. Ale to mi nie wystarcza. Moja szczera miłość do was, umiło­wani bracia, domaga się wzajemności. Pragnę, abyście nie z poczucia obowiązku, lecz powodowani serdeczną miłością uz­nali mnie za swojego prawdziwego wodza w każdym dziele po­dejmowanym dla dobra ludzkości. Ponadto oprócz tego, co czynię dla wszystkich, chciałbym okazać wam jakąś szczególną łaskę. Chrześcijanie, czym mógłbym was uszczęśliwić? Co dać wam nie jako moim poddanym, lecz jako współwyznawcom, braciom moim? Chrześcijanie! Powiedzcie mi, co jest dla was najdroższego w chrześcijaństwie, abym mógł ku temu skiero­wać swoje wysiłki„.

Przerwał i czekał. W świątyni dał się sły­szeć głuchy szmer. To uczestnicy soboru szeptali między sobą. Papież Piotr, gorączkowo gestykulując, tłumaczył coś swojemu otoczeniu. Profesor Pauli kręcił głową i z rozdrażnieniem cmo­kał wargami. Starzec Jan, pochyliwszy się nad wschodnim bis­kupem i kapucynem, po cichu ich o czymś przekonywał.

Od­czekawszy kilka minut, imperator zwrócił się do soboru tym samym serdecznym tonem, w którym jednak dźwięczała ledwie uchwytna nutka ironii: „Najmilsi chrześcijanie – powiedział. – Rozumiem, jak trudna jest dla was jedna prosta odpo­wiedź. Pragnę i w tym wam pomóc. Na nieszczęście, od tak niepamiętnych czasów rozpadliście się na różne odłamy i frak­cje, że być może nie macie nawet jednego wspólnego przed­miotu pragnień. Ale skoro nie możecie pogodzić się między sobą, to mam nadzieję, że ja pogodzę wszystkie wasze stronni­ctwa, okazując im wszystkim jednakową miłość i jednakową gotowość ku temu, by zadośćuczynić autentycznemu prag­nieniu każdego z nich. Najmilsi chrześcijanie! Wiem, że dla wielu i nie najpośledniejszych spośród was najdroższy w chrze­ścijaństwie jest ten autorytet duchowy, jakiego udziela ono swoim prawowitym przedstawicielom – oczywiście nie dla ich własnej korzyści, lecz dla wspólnego dobra, ponieważ na autorytecie tym opiera się należyty porządek duchowy i ko­nieczna wszystkim dyscyplina moralna. Najmilsi bracia katoli­cy! O, jakże rozumiem wasze spojrzenie i jakże chciałbym oprzeć swoje imperium na autorytecie waszego duchowego przywódcy! Abyście nie myśleli, że to pochlebstwo i czcze sło­wa, uroczyście ogłaszam moją samowładną wolę: najwyższy bi­skup wszystkich katolików, papież rzymski, zostaje od tej chwili przywrócony na swój stolec w Rzymie ze wszystkimi prawami i przywilejami tej godności i urzędu, jakie kiedy­kolwiek były mu nadane przez naszych poprzedników, poczy­nając od cesarza Konstantyna Wielkiego. Od was zaś, bracia katolicy, chcę za to tylko szczerego, z serca płynącego uznania we mnie waszego jedynego obrońcy i orędownika. Kto z was w swoim sumieniu i odczuciu uznaje mnie za takiego, niechaj przyjdzie tu do mnie”. I wskazał puste miejsca na podium. Na te słowa prawie wszyscy książęta Kościoła katolickiego, kardy­nałowie i biskupi, większa część wiernych świeckich i ponad połowa zakonników z radosnymi okrzykami: Gratias agimus! Domine! salvum tac magnum imperatorem, wyszli na podium i złożywszy niski ukłon w stronę imperatora, zajęli wolne fote­le.

Lecz na dole, pośrodku świątyni, wyprostowany i nieru­chomy jak marmurowy posąg, siedział na swoim miejscu pa­pież Piotr II. Wszyscy, którzy go poprzednio otaczali, byli na podium. Ale pozostała na dole, przerzedzona gromadka mni­chów i ludzi świeckich przysunęła się ku niemu; tworząc ciasny pierścień, z którego dochodził powściągany szept: Non praeva­lebunt, non praevalebunt portae inferni.

            Spojrzawszy ze zdziwieniem na nieruchomego papieża, im­perator przemówił znowu – podniesionym głosem: „Najmil­si bracia! Wiem, że są wśród was również tacy, dla których w chrześcijaństwie najdroższa jest jego święta tradycja, stare symbole, dawne pieśni i modlitwy, ikony i rytuał służby Bożej. Bo i w rzeczy samej: cóż może być dla religijnej duszy droższe od tego? Wiedzcie zatem, umiłowani, że w dniu dzisiej­szym podpisałem statut i przeznaczyłem sowite środki dla po­wszechnego muzeum archeologii chrześcijańskiej w znakomitym mieście naszego imperium, Konstantynopolu, w celu zbierania, badania i przechowywania wszelkich zabytków przeszłości Koś­cioła, zwłaszcza wschodniego. Was zaś proszę, abyście jutro wy­brali spośród siebie komisję, która omówi ze mną kroki, jakie należy podjąć dla ewentualnego zbliżenia współczesnego spo­sobu życia, zwyczajów i obyczajów, do tradycji i przepisów świętego Kościoła prawosławnego. Bracia prawosławni! Komu miła jest ta moja wola, kto z głębi serca może nazwać mnie swoim prawdziwym władcą i panem, niechaj przyjdzie tutaj„.

I znaczna część hierarchów Wschodu i Północy, połowa byłych starowierców i przeszło połowa prawosławnych księży, mnichów i świeckich z radosnymi okrzykami wyszła na podium, spogląda­jąc zezem na katolików, którzy tam dumnie zasiedli. Ale starzec Jan nie ruszał się i głośno wzdychał. I kiedy tłum wokół niego mocno się przerzedził, powstał ze swojej ławy i przesiadł się bliżej papieża Piotra i jego gromadki. Za nim pospieszyła też reszta prawosławnych, którzy nie poszli na podium.

            I znowu przemówił imperator: „Wiadomo mi, najmilsi chrześcijanie, również o takich spośród was, którzy najbardziej cenią w chrześcijaństwie osobiste przekonanie o prawdzie i wolne badania nad Pismem. Jak ja na tę sprawę patrzę ­nad tym nie ma potrzeby się rozwodzić. Wiecie, być może, iż jeszcze we wczesnej młodości napisałem duże dzieło z zakresu krytyki biblijnej, które wznieciło w owym czasie pewną sensa­cję i dało początek mojej popularności. I oto w tych dniach – przypuszczalnie pamiętając o tym – uniwersytet w Tybin­dze zwraca się do mnie z prośbą, abym przyjął od niego tytuł doktora teologii honoris causa. Kazałem odpowiedzieć, że z zadowoleniem i wdzięcznością przyjmuję. A dzisiaj, jedno­cześnie z erekcją muzeum chrześcijańskiej archeologii, podpi­sałem akt założenia światowego instytutu dla wolnych badań nad Pismem Świętym we wszelkich możliwych aspektach i we wszystkich możliwych kierunkach oraz dla studiów z dziedziny wszystkich nauk pomocniczych – z rocznym budżetem w wy­sokości półtora miliona marek. Komu z was miła taka moja skłonność i kto może czystym sercem uznać mnie za swojego najwyższego wodza, proszę tutaj, do nowego doktora teolo­gii”. I piękne usta wielkiego człowieka nieznacznie skrzywił ja­kiś dziwny uśmiech.

            Przeszło połowa uczonych teologów ru­szyła ku podium, aczkolwiek z pewnym ociąganiem i waha­niem. Wszyscy oglądali się na profesora Pauli, który jakby wrośnięty w swoją ławę, spuścił nisko głowę, zgarbił się i sku­lił. Uczeni teolodzy, którzy wyszli na podium, byli wyraźnie zażenowani, a jeden z nich machnął nagle ręką i zeskoczywszy wprost na dół z ominięciem schodów, utykając, pobiegł ku profesorowi Pauli i pozostałej przy nim mniejszości.

Ten pod­niósł głowę, wstał z jakimś nieokreślonym ruchem, przeszedł wraz ze swymi współwyznawcami wzdłuż opustoszałych ław i przysiadł się bliżej do starca Jana i papieża Piotra.

            Znaczna większość soboru, w tym prawie wszyscy hierarcho­wie Wschodu i Zachodu, znajdowała się na podium. Na dole pozostały tylko trzy skupione razem grupki ludzi, zbite w krąg wokół starca Jana, papieża Piotra i profesora Pauli. Smutnym tonem zwrócił się do nich imperator: „Cóż jeszcze mogę dla was uczynić? Dziwni ludzie! Czego ode mnie chce­cie? Nie wiem. Powiedzcie mi więc sami – wy, chrześcijanie, porzuceni przez większość swoich braci i przywódców, potę­pieni w „odczuciu ludu: co jest dla was najdroższe w chrześci­jaństwie?”

W tym momencie podniósł się, niczym biała świe­ca, starzec Jan i odrzekł łagodnie: „Miłościwy panie! Najdroż­szy jest dla nas w chrześcijaństwie sam Chrystus – On sam i wszystko, co od Niego, wiemy bowiem, że w Nim zamiesz­kuje cieleśnie cała pełnia Bóstwa. Ale i od ciebie, panie, go­towi jesteśmy przyjąć wszelkie dobro, jeśli tylko w szczodrej twej dłoni rozpoznamy świętą dłoń Chrystusa. I na pytanie twoje, co możesz dla nas uczynić, taka jest oto nasza prosta odpowiedź:wyznaj tutaj, teraz, przed nami Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który przyszedł w cielesnej postaci, zmartwych­wstał i ponownie przyjdzie – wyznaj Go, a my z miłością przyjmiemy cię jako prawdziwego zwiastuna Jego drugiego przyjścia w chwale”.

Umilkł i utkwił spojrzenie w obliczu im­peratora. Z tym działo się coś niedobrego. W jego duszy roz­pętała się taka sama piekielna burza jak tamta, którą przeżył w ową decydującą noc. Stracił zupełnie wewnętrzną równo­wagę i wszystkie swoje myśli skoncentrował na tym, aby nie utracić również zewnętrznego panowania nad sobą i nie zdra­dzić się przed czasem. Czynił nadludzkie wysiłki, by się nie rzucić z dzikim krzykiem na starca Jana i nie wpić się w niego zębami. Nagle usłyszał znany nieziemski głos: „Milcz i nic się nie bój”. Milczał. Tylko zmartwiała i pociemniała jego twarz cała się wykrzywiła, a z oczu tryskały iskry. Tymczasem pod­czas przemówienia starca Jana Wielki Mag, który siedział szczel­nie otulony w swoją ogromną trójbarwną opończę skrywającą kardynalską purpurę, jakby dokonywał pod nią jakichś manipu­lacji; jego oczy błyszczały skupieniem, a wargi poruszały się. Wtem przez otwarte okna świątyni dała się ujrzeć nadciągająca ogromna czarna chmura i zaraz wszystko pociemniało. Starzec Jan nie spuszczał zdumionych i przerażonych oczu z oblicza milczącego imperatora. Nagle cofnął się ze zgrozą, odwrócił do tyłu i krzyknął zdławionym głosem: „Dzieci, to Antychryst!” W tej chwili jednocześnie z ogłuszającym hukiem grzmotu w świątyni rozbłysła ogromna kulista błyskawica i okryła sobą starca. Na moment wszystko zamarło, a kiedy ogłuszeni chrześ­cijanie przyszli do siebie, starzec Jan leżał martwy.

          Imperator, blady, ale spokojny, zwrócił się do zgromadze­nia: „Widzieliście Sąd Boży. Nie chciałem niczyjej śmierci, ale Ojciec Mój niebieski mści się za swego umiłowanego Syna. Sprawa załatwiona. Któż będzie stawał przeciw Najwyższemu? Sekretarze! zapiszcie: Sobór powszechny wszystkich chrześci­jan, po porażeniu ogniem z nieba obłąkanego przeciwnika Bos­kiego majestatu, jednogłośnie uznał wszechpotężnego impera­tora Rzymu i całego świata za swego najwyższego władcę i pa­na”.

Nagle w świątyni rozległo się jednogłośne i wyraźne słowo: Contradicitur. Papież Piotr II wstał i z twarzą oblaną szkarła­tem, cały trzęsąc się z gniewu, wzniósł swój pastorał – w stronę imperatora: „Naszym jedynym Panem jest Jezus Chrystus, Syn Boga żywego. A kim jesteś ty – słyszałeś. Precz od nas, Kai­nie bratobójco! Precz, naczynie diabelskie! Mocą Chrystusową ja, sługa sług Bożych, na zawsze wypędzam cię, nikczemnego psa, z zagrody Pańskiej i oddaję w ręce ojcu twemu, Szatano­wi! Anatema, anatema, anatema!” 

W czasie kiedy on mówił, wielki mag poruszał się niespokojnie pod swoją opończą; naraz głośniej od ostatniej anatemy zagrzmiał piorun i ostatni papież padł bez życia. „Tak oto z ręki Ojca Mego zginą wszyscy Moi wrogowie” – powiedział imperator. Pereant, pereant! – za­krzyknęli drżący książęta Kościoła, on zaś odwrócił się i wspar­ty na ramieniu wielkiego maga, ruszył ku drzwiom za podium; za nim wyszedł cały tłum jego zwolenników.

            W świątyni pozostało dwoje zwłok i zbita gromada półży­wych ze zgrozy chrześcijan. Jedyną osobą, która zachowała zimną krew, był profesor Pauli. Ogólne przerażenie jakby obudziło w nim wszystkie siły ducha. Zmienił się też zewnę­trznie: przybrał wygląd majestatyczny i natchniony. Zdecy­dowanym krokiem wszedł na podium i usiadłszy na jednym z opuszczonych miejsc sekretarzy dworu, wziął arkusz papieru i zaczął coś na nim pisać. Kiedy skończył, wstał i donośnym głosem odczytał: „Ku chwale jedynego Zbawiciela naszego, Jezusa Chrystusa. Sobór powszechny Kościołów Bożych; ze­brany w Jerozolimie – wobec tego, że wielce błogosławiony brat nasz Jan, głowa chrześcijaństwa wschodniego, zdemasko­wał wielkiego zwodziciela i nieprzyjaciela Boga jako prawdzi­wego Antychrysta, którego zapowiedziało słowo Boże, a naj­świętobliwszy ojciec nasz Piotr, głowa chrześcijaństwa zachod­niego, zgodnie z duchem i literą prawa wykluczył go na zawsze, z Kościoła Bożego – u zwłok tych dwóch zabitych za prawdę świadków Chrystusa postanawia niniejszym: przerwać wszelkie obcowanie z wyklętym i jego obrzydliwą zgrają i odszedłszy na pustynię oczekiwać niechybnego przyjścia prawdziwego Pana naszego, Jezusa Chrystusa”. Obecnych ogarnął zapał i odez­wały się głośne okrzyki: Adveniat! Adveniat cito! Komm, Herr Jesu, Komm! Przyjdź, Panie Jezu!

            Profesor Pauli dopisał jeszcze parę słów i przeczytał: „Przy­jąwszy jednogłośnie ten pierwszy i ostatni akt ostatniego so­boru powszechnego, podpisujemy go swymi imionami”­ i zapraszająco skinął na zebranych. Wszyscy wchodzili spiesz­nie na podwyższenie i podpisywali się. Ostatni podpis, złożony dużym, gotyckim pismem, brzmiał: Duorum defunctorwn te­sfium locum fenens Ernst Pauli. „A teraz pójdźmy z naszą arką ostatniego Przymierza!” – powiedział profesor Pauli, wskazu­jąc na dwóch zmarłych. Ciała wzięto na nosze. Powoli, przy śpiewie łacińskich, niemieckich i cerkiewno-słowiańskich hym­nów chrześcijanie skierowali się ku wyjściu z Haram asz-Sza­rit. Tutaj zatrzymał ich wysłany przez imperatora sekretarz dworu w towarzystwie oficera z plutonem gwardii. Żołnierze stanęli u wejścia, a sekretarz dworu odczytał z podwyższenia: „Rozkaz Jego Boskiej Mości: dla pouczenia ludu chrześcijań­skiego i uchronienia go przed niegodziwymi ludźmi, siejącymi zamęt i zgorszenie, uznajemy za właściwe trupy dwóch bunto­wników, zabitych przez ogień niebieski, wystawić na widok pu­bliczny na ulicy Chrześcijan (Harit an-Nassara), u wejścia do głównej świątyni tej religii, zwanej kościołem Grobu Pań­skiego albo Zmartwychwstania, aby wszyscy mogli się przeko­nać o ich rzeczywistej śmierci. Trwającym zaś w uporze ich po­plecznikom, złośliwie odrzucającym wszystkie nasze dobro­dziejstwa i bezrozumnie zamykającym oczy na jawne znaki samego bóstwa, zostaje dzięki naszemu miłosierdziu i za sprawą naszego wstawiennictwa u ojca niebieskiego darowana kara śmierci, przez ogień z nieba, na jaką zasłużyli, i dana zu­pełna wolność, a jedynie zakazuje się im – dla ogólnego do­bra – zamieszkiwać w miastach i innych osiedlach, aby nie wprowadzali zamętu i pokus w serca niewinnych i prostodusz­nych ludzi swymi złośliwymi kłamstwami„. Kiedy skończył, ośmiu żołnierzy na znak oficera podeszło do noszy z ciałami.

            „Niech się spełni, co jest napisane!” – powiedział profesor Pauli i chrześcijanie trzymający nosze w milczeniu oddali je żołnierzom, którzy oddalili się przez północno-zachodnią bra­mę – Chrześcijanie zaś, wyszedłszy bramą północno- wschod­nią i mijając Górę Oliwną, śpiesznie udali się z miasta w kie­runku Jerycha drogą, z której uprzednio żandarmi i dwa kawa­leryjskie pułki usunęły tłumy ludu. Na pustynnych wzgórzach w okolicy Jerycha postanowiono przeczekać kilka dni. Następ­nego ranka przybyli z Jerozolimy znajomi chrześcijańscy piel­grzymi i opowiedzieli, co się działo na Syjonie.

            Otóż po dwor­skim obiedzie wszystkich członków soboru zaproszono do ogro­mnej sali tronowej (wokół przypuszczalnego miejsca Salomo­nowego tronu) i Imperator, zwracając się do przedstawicieli hierarchii katolickiej, oznajmił im, że dobro Kościoła w sposób oczywisty wymaga od nich niezwłocznego wybrania godnego następcy apostoła Piotra, że z uwagi na okoliczności czasu wy­bór powinien się odbyć w sposób uproszczony, że obecność jego, imperatora, jako wodza i przedstawiciela całego świata chrześcijańskiego, z nawiązką wyrówna kanoniczne uchybienia i że on w imieniu wszystkich chrześcijan proponuje świętemu kolegium, wybranie jego umiłowanego przyjaciela i brata Apo­loniusza, aby ich ścisły związek umocnił i uczynił nierozerwalną jedność Kościoła i państwa dla dobra obojga.

            Święte kolegium udało się do osobnego pokoju celem odbycia konklawe i po półtorej godzinie powróciło stamtąd z nowym papieżem Apolo­niuszem. W czasie, kiedy odbywał się wybór, Imperator dobrot­liwie, mądrze i elokwentnie przekonywał przedstawicieli ewan­gelickich i prawosławnych, że w obliczu nowej, wielkiej ery dziejów chrześcijaństwa trzeba skończyć z dawnymi sporami, ręcząc swoim słowem, że Apoloniusz potrafi raz na zawsze zlikwidować wszystkie znane w historii nadużycia władzy pa­pieskiej. Przekonani tym wywodem, przedstawiciele prawosła­wia i protestantyzmu sporządzili akt zjednoczenia Kościołów i kiedy Apoloniusz z kardynałami ukazał się w komnacie wśród radosnych okrzyków całego zgromadzenia, grecki archijerej i pastor ewangelicki wręczyli mu swój dokument. Accipio et ap­probo et laetificatur cor meum – powiedział Apoloniusz, pod­pisując go. „Jestem równie szczerym prawosławnym i szcze­rym ewangelikiem, jak jestem szczerym katolikiem” – dodał i przyjaźnie ucałował, Greka i Niemca. Następnie podszedł do Imperatora, który go objął i długo trzymał w swoich objęciach.

            W tym czasie poczęły latać po pałacu i świątyni we wszyst­kich kierunkach jakieś świetlne punkty, które rosły i zamie­niały się w jaśniejące kształty dziwnych istot. Z góry posypały się niespotykane na ziemi kwiaty, napełniając powietrze nie­znanym zapachem. Gdzieś w górze rozległy się cudowne, wprost do duszy płynące i chwytające za serce dźwięki nie sły­szanych dotąd instrumentów, a anielskie głosy niewidzialnych śpiewaków sławiły nowych władców nieba i ziemi.

W pewnej chwili rozległ się straszny podziemny harmider w północno-za­chodnim kącie środkowego pałacu pod qubbat al-arwah, tzn. kopułą dusz, gdzie wedle muzułmańskich podań znajdowało się wejście do piekła. Kiedy zebrani na skinienie imperatora ruszyli w tamtą stronę, wszyscy usłyszeli wyraźnie niezliczone głosy, ostre i przenikliwe – ni to dziecięce, ni diabelskie – wołające: „Przyszła pora, wypuśćcie nas, zbawcy, zbawcy!” Ale kiedy Apoloniusz, przypadłszy do skały, trzykroć zawołał coś na dół w nie znanym języku, głosy umilkły i podziemny zgiełk ustał. Tymczasem niezmierzony tłum otoczył ze wszyst­kich stron Haram asz-Szarif. Z nastaniem nocy imperator wy­szedł wraz z nowym papieżem na wschodni ganek, wzniecając „burzę uniesienia”. Kłaniał się uprzejmie na wszystkie strony, podczas gdy Apoloniusz brał nieprzerwanie z dużych koszów, przynoszonych mu przez kardynałów-diakonów, i rzucał w po­wietrze zapalające się od dotknięcia jego dłoni wspaniałe rzym­skie świece, race i ogniste fontanny – to fosforyzująco-perli­ste, to jasno-tęczowe – a wszystko to, dotykając ziemi, za­mieniało się w niezliczone różnobarwne kartki z całkowitym i absolutnym odpuszczeniem wszystkich grzechów dawnych, obecnych i przyszłych … Owacje tłumu przeszły wszelkie grani­ce. Co prawda niektórzy twierdzili, jakoby widzieli na własne oczy, jak indulgencje te przemieniały się w obrzydliwe żaby i węże. Tym niemniej ogromna większość była rozentuzjazmo­wana, a ludowe uroczystości trwały jeszcze przez kilka dni, przy czym nowy papież-cudotwórca dokonywał rzeczy tak przedziwnych i nieprawdopodobnych, że opowiadanie o nich byłoby zupełnie niepotrzebne.

            W tym samym czasie u stóp pustynnych wzgórz Jerycha chrześcijanie oddawali się postowi i modlitwie. Wieczorem czwartego dnia, kiedy zapadł zmrok, profesor Pauli z dziewię­cioma towarzyszami na osłach i z wozem przedostali się ukrad­kiem do Jerozolimy, bocznymi uliczkami obok Haram asz­-Szarif wyjechali na Harit an-Nassara’i podeszli ku wejściu do kościoła Zmartwychwstania, gdzie na bruku leżały ciała pa­pieża Piotra i starca Jana. Na ulicy było w tym czasie pusto, całe miasto poszło do Haram asz-Szarif. Żołnierze trzymający straż spali głębokim snem. Przybysze stwierdzili, że ciała są nietknięte rozkładem, a nawet nie zesztywniały i nie stały się cięższe. Złożyli je na nosze i owinąwszy przyniesionymi ze sobą płaszczami, tą samą okrężną drogą wrócili do swoich. Ale ledwie opuścili nosze na ziemię, w zmarłych wstąpił duch ży­cia. Poruszyli się, próbując zrzucić z siebie okrywające ich pła­szcze.

            Wszyscy z radosnymi okrzykami jęli im pomagać i po chwili obaj stanęli na nogi, cali i zdrowi. I przemówił ożyły starzec Jan: „A więc, dziateczki, jednak nie rozstaliśmy się. A oto co wam teraz powiem: czas spełnić ostatnią modlitwę Chrystusa, w której prosił, aby uczniowie Jego byli jedno, jak On sam jest jedno z Ojcem. Zatem dla tej Chrystusowej jed­ności uczcijmy, dzieci, umiłowanego brata naszego Piotra. Nie­chaj na koniec pasie owce Chrystusowe. Pójdź, bracie!” I ob­jął Piotra.

W tej chwili podszedł profesor Pauli: Tu es Petrus! – powiedział, zwracając się do papieża. – Jetzt ist es ja grundlich erwiesen und ausser jedem Zweifel gesetzt. I mocno uścisnął jego dłoń swoją prawicą, lewą zaś rękę podał starcowi Janowi ze słowami: So also, Väterchen, nun sind wir ja eins in Christo. Tak dokonało się zjednoczenie Kościołów wśród ciemnej nocy, na wysokim i ustronnym miejscu. Ale nocna cie­mność rozświetliła się nagle jasnym blaskiem i wielki znak ukazał się na niebie: Niewiasta obleczona w słońce, księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. Zjawisko trwało przez pewien czas nieruchomo, a potem z wol­na poczęło się przesuwać ku południowi.. Papież Piotr wzniósł swój pastorał i zawołał: „Oto nasz sztandar! Pójdźmy za nim”. I poszedł w kierunku zjawy, a za nim obaj starcy i cała gromada chrześcijan – ku Bożej górze Synaj… (Tutaj czytający przerwał…)

            …Kiedy duchowi przywódcy i przedstawiciele chrześcijaństwa odeszli na Pusty­nię Arabską, gdzie ze wszystkich stron schodziły się do nich tłumy wiernych wyznawców prawdy, nowy papież bez przesz­kód demoralizował swoimi cudami i dziwami wszystkich pozo­stałych, powierzchownych chrześcijan, którzy się na Antychry­ście nie poznali. Oznajmił on, że mocą swoich kluczy otwarł wrota między światem ziemskim a pozagrobowym – i rzeczy­wiście: obcowanie żywych z umarłymi oraz ludzi z demonami stało się czymś zwykłym i rozwinęły się nowe, niespotykane rodzaje mistycznej rozwiązłości i demonolatrii.

            Ale zaledwie imperator poczuł się mocnym na gruncie reli­gijnym i wskutek usilnych zachęt tajemniczego „ojcowskiego” głosu ogłosił siebie jedynym prawdziwym ucieleśnieniem Naj­wyższego Bóstwa Wszechświata, przyszła na niego nowa bieda – ze strony, z której nikt się jej nie spodziewał: zbuntowali się Żydzi. Naród ów, którego liczebność doszła w owym czasie do trzydziestu milionów, miał pewien swój udział w przygoto­waniu i umocnieniu światowych sukcesów nadczłowieka. Kiedy ten przeniósł się do Jerozolimy, skrycie podsycając w środo­wisku żydowskim pogłoski o tym, że jego głównym zadaniem jest ustanowienie światowego panowania Izraela, Żydzi uznali go za Mesjasza i ich entuzjastyczne oddanie dla niego nie miało granic.

I nagle powstali przeciw niemu, pałając gniewem i zemstą. Zwrot ten, niewątpliwie zapowiedziany już i w Piś­mie, i w Tradycji, został przedstawiony przez ojca Pansofija być może w sposób zbyt uproszczony i nadmiernie realistycz­ny. Rzecz w tym, iż Żydzi, uważający imperatora za pełnego, czystej krwi Izraelitę, odkryli przypadkiem, że nawet nie jest on obrzezany. Tego samego dnia cała Jerozolima, a następ­nego cała Palestyna stanęły w ogniu powstania. Bezgraniczne i gorące oddanie dla zbawcy Izraela, obiecanego Mesjasza, za­mieniło się w równie bezgraniczną i równie gorącą nienawiść do perfidnego oszusta, zuchwałego samozwańca. Wszyscy Ży­dzi powstali jak jeden mąż i nieprzyjaciele ich ujrzeli ze zdu­mieniem, że dusza Izraela w swojej głębi żyje nie wyracho­waniem i żądzą Mamony, lecz mocą serdecznego uczucia ­nadzieją i gniewem swojej odwiecznej mesjańskiej wiary. Im­perator, nie spodziewający się w tej chwili takiego wybuchu, stracił panowanie nad sobą i wydał dekret skazujący na śmierć wszystkich krnąbrnych Żydów i chrześcijan. Wiele tysięcy i dziesiątków tysięcy tych, którzy nie zdążyli się uzbroić, bezli­tośnie wymordowano. Wkrótce jednak milionowa armia Ży­dów zawładnęła Jerozolimą i osaczyła Antychrysta w Haram asz-Szarif. Miał on przy sobie tylko część gwardii, która nie mogła skutecznie stawić czoła masie nieprzyjaciela. Przy po­mocy czarodziejskiego kunsztu swojego papieża zdołał jednak przedostać się przez szeregi oblegających i wkrótce pojawił się znowu w Syrii z nieprzebranym wojskiem złożonym z różno­plemiennych pogan. Żydzi wyszli mu na spotkanie, mając nie­wielką szansę zwycięstwa. Ledwie jednak poczęły się do siebie zbliżać przednie straże obu armii, nastąpiło trzęsienie ziemi o niebywałej sile. Pod Morzem Martwym, wokół którego sta­nęły wojska imperium, otwarł się krater ogromnego wulkanu i ogniste strumienie, złączywszy się w jedno morze płomieni, pochłonęły i samego imperatora, i wszystkie jego niezliczone pułki, i nieodłącznie towarzyszącego mu papieża Apoloniusza, któremu na niewiele się zdała cała jego magia ..

            Tymczasem Żydzi uciekali do Jerozolimy, z lękiem i drżeniem prosząc o ratunek Boga Izraela. Kiedy święte miasto ukazało się już ich oczom, wielka błyskawica rozdarła niebo od wschodu do zachodu i ujrzeli Chrystusa, zstępującego ku nim w królewskiej szacie i z ranami od gwoździ na rozpostartych rękach … W tym samym czasie od Synaju zmierzał ku Syjonowi tłum chrześcijan, na którego czele szli Piotr, Jan i Paweł, a z różnych stron nad­chodziły jeszcze inne rozradowane tłumy: byli to wszyscy uś­mierceni przez Antychrysta Żydzi i chrześcijanie. Ożyli i zapa­nowali z Chrystusem na tysiąc lat ….

             Na tym ojciec Pansofij zamierzał skończyć swoją opowieść, która miała za temat nie powszechną katastrofę kosmosu, lecz tylko epilog naszego procesu historycznego, który zawiera w sobie pojawienie się, triumf i upadek Antychrysta.

POLITYK: I pan sądzi, że epilog ten jest tak bliski?

P. Z.: No, wiele będzie jeszcze na scenie gadaniny i krzątaniny…

DEforma26. Kompas na Brukselę. Niszczący eksperyment na uczniach.

Niszczący eksperyment na uczniach – oto cel rządu Tuska

Hanna Dobrowolska


wpolityce/niszczacy-eksperyment-na-uczniach-oto-cel-rzadu-tuska

„Reforma26.Kompas jutra” jest szkodliwym eksperymentem realizowanym na dzieciach i młodzieży w celu przeprowadzenia transformacji oświaty, a następnie – poprzez nią – dokonania fundamentalnych zmian społecznych.

Inżynieria społeczna

Pora nazwać rzeczy po imieniu i adekwatnie do niszczycielskich zamiarów Barbary Nowackiej, jako „oświatowego ramienia” rządu Tuska.

Określenie eksperyment jest w pełni zasadne, gdyż zmiany zaproponowane przez MEN nie zostały poprzedzone żadnymi badaniami, pilotażami ani analizami ich skutków. Można się domyślać, dlaczego. Ujawniłyby bowiem faktyczny cel władzy. Streszcza go pokrótce zastosowany w podstawie programowej zwrot – „tworzenie tożsamości”.

Coś nam to przypomina? Skojarzenie z totalitarnymi modelami społecznymi o rodowodzie komunistycznym jest jak najbardziej zasadne. Wszystkie „sektory” społeczne – w tym edukacja, szkolnictwo wyższe, rodzina, polityka społeczna, kwestie pracownicze, środowisko – w rządzie Tuska trafiły w ręce gorliwych neomarksistowskich funkcjonariuszy.

Trudno nie zauważyć, że w oświacie lewicowa obręcz zaciska się coraz szczelniej. B. Nowacka zaproponowała właśnie model podstawy programowej „Reformy26.Kompas Jutra”, który znacznie wykracza poza funkcję kształcenia, dotychczas – kluczową. Zmieniono w istocie rzecz najważniejszą, a mianowicie to, czym ma być szkoła.

Główne cele

Podstawa programowa „Reformy26.Kompas Jutra” jest obszernym zbiorem celów i metod kształtowania postaw i przekonań uczniów i temu służy, a nie przekazywaniu wiedzy i dobremu wychowaniu, jak było przez wieki. 

Dlatego tak niewiele w niej konkretów, czyli treści nauczania, a tak wiele wykazów wszelkich kompetencji i „sprawczości” ucznia oraz uściśleń co do sposobów ich wypracowania, ograniczających autonomię nauczyciela. Wprawdzie weto Prezydenta do ustawy Prawo oświatowe zahamowało proces zmiany całego aparatu pojęciowego systemu oświaty, co było planem MEN, ale lektura obecnej wersji projektu wskazuje jasno, że B. Nowacka zastosowała metodę „obejścia”, nie rezygnując z zasadniczego celu. Usunięto powszechnie oprotestowane „efekty kształcenia”, świadczące jednoznacznie o skrajnie pragmatycznym podejściu do  edukacji, przywrócono pojęcie „treści kształcenia”, ale nie zmieniono zawartości podstawy. Nieco bardziej zawiłą drogą lewica dąży w tym samym kierunku.

Szkoła nie ma już uczyć! Jej pierwszym zadaniem jest formatowanie młodego unijczyka najniższej klasy, czyli „o kompetencjach podstawowych na poziomie podstawowym”, według wzorców narzuconych poprzez tzw. Profil absolwenta [przyjęty przez MEN w 2024 r.]. 

Drugim nie mniej istotnym zadaniem „nowej szkoły” jest ingerowanie w prawa rodzicielskie i uzależnianie każdego ucznia od wsparcia aparatu państwa. Temu służy psychologizacja szkoły i edukacja włączająca. Celowo połączono w jednej inkluzywnej klasie „neuroróżnorodne” osobowości, dodając falę imigrantów nieznających języka polskiego i nie wymagając od nich tej umiejętności. Połączono, a teraz proponuje się im iluzję wsparcia przez rzesze specjalistów. Ingerowaniu w życie rodzinne będzie służyć za chwilę – od 1 kwietnia 2026r. – nowy obowiązek nałożony na nauczycieli: stosowania oceny funkcjonalnej w odniesieniu do każdego ucznia. Kwestionariusz tej oceny brutalnie prześwietla życie rodzinne, łamie Konstytucję i powinien się spotkać z odmową wyrażenia zgody na ocenę funkcjonalną wszystkich rodziców.

Odpolszczanie polskich uczniów i systemowe zawłaszczanie ich przez Europejski Obszar Edukacji jest realizowane rozmaitymi sposobami. Obserwujemy politykę wynarodowienia, relatywizowanie wiedzy, kształtowanie postaw bezkrytycznie akceptujących UE, formatowanie w kierunku ulegania presji klimatycznej, zachęcanie do tranzycji płciowej.

Opowieści B. Nowackiej o sprawczości i nowoczesnym podejściu do edukacji nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i stanowią zasłonę dymną dla faktycznych zamiarów rządu Tuska. Dąży on do dokonania transformacji oświaty i zmiany funkcji szkoły z uczącej na opiekuńczo-terapeutyczną w założeniu, a faktycznie na  formatująco-opresyjną.

Uczeń bez wiedzy

W 2024 zabrano uczniom 20% wiedzy; obecna podstawa programowa idzie w tym samym kierunku i utrwala schemat: im mniej, tym lepiej. Zabór treści nauczania postępuje.

Na przykładzie języka polskiego widać to szczególnie jaskrawo – „Panu Tadeuszowi” ukradziono podczas tzw. uszczuplenia podstawy w 2024 r. połowę ksiąg, a według obecnej propozycji epopeja narodowa ma być reprezentowana jedynie przez „Inwokację”.

Do klasy 6 włącznie zlikwidowano całkowicie kanon lektur. W klasach 7-8 pozostawiono 3 dłuższe teksty. Reszta zależy od widzimisię nauczyciela i ucznia, co ma w teorii Nowackiej zachęcić do „praktyk lekturowych”. Lewicowa logika ujawnia się tu z całą mocą. Na dodatek w ramach ostatnich korekt – już po grudniowym wecie Prezydenta – niczym skalpelem usunięto kilkakrotnie wyraz „obowiązkowy” w odniesieniu do lektur. Przypadek?

Z brakiem obowiązkowości wiąże się utrzymanie fatalnych pomysłów MEN dotyczących radykalnego ograniczenia zadawania prac domowych i zakazu ich oceniania wprowadzonych na wiosnę 2024 r. Nawet druzgocące dla MEN badanie przeprowadzone na zamówienie ministerstwa przez IBE i upublicznione jesienią 2025 r. niczego nie zmieniło. Słyszymy o możliwych korektach rozporządzenia od jesieni 2026r., gdy tymczasem uczniowie kolejny rok nie robią już niczego poza szkołą. Radykalnie spadła ich samodzielność, samokontrola, motywacja do podejmowania wysiłku, poczucie sensu nauki. Alarmują od wielu miesięcy nauczyciele, dyrektorzy szkół oraz rodzice, napotykając na ścianę milczenia B. Nowackiej.

Tragiczne skutki

Innym niezwykle istotnym przykładem kradzieży wiedzy polskim uczniom jest wprowadzenie do kl. 6 przedmiotu przyroda przy jednoczesnej likwidacji biologii oraz geografii. To celowe działanie na szkodę uczniów. I to ponowne, gdyż już raz rząd Tuska wprowadził identyczne rozwiązanie. Po przywróceniu nauczania przedmiotowego przez minister Annę Zalewską obiektywne wyniki PISA wykazały podniesienie się kompetencji polskich uczniów w zakresie przedmiotów przyrodniczych i geografii na tle innych państw.

Pożeglowaliśmy widocznie za wysoko w międzynarodowych rankingach, zdaniem unijnych zarządców, stąd determinacja, by pomimo sprzeciwów wielu tysięcy nauczycieli przyrodników i geografów forsować to fatalne rozwiązanie. Grozi ono – tak stało się np. w USA – spadkiem kompetencji przyrodniczych o ok. 30%, czyli zapaścią kształcenia w dziedzinach wielu nauk i docelowo – upadkiem licznych zawodów.

Podobne przykłady można przywołać z zakresu innych przedmiotów – historii, matematyki, fizyki, a nawet – nauczania języka angielskiego.

Destrukcja w nauczaniu początkowym jest szczególnie groźna – demontowane są podwaliny edukacji. Odwołuję tu do znakomitych Admonicji kierowanych do Instytutu Badań Edukacyjnych i MEN autorstwa zespołów kierowanych przez znawczynię tematu – Dorotę Dziamską dyrektor Pracowni Pedagogicznej im. prof. Ryszarda Więckowskiego.

Za uczniem bez wiedzy zza zasłony dymnej wyłania się uczeń bez tożsamości narodowej [celowo rugowanej z programów nauczania od 2024r. z niespotykaną zajadłością], bez rozsądku [z fikcyjnym poczuciem sprawczości, oderwany od rzeczywistości ], bez zdrowia [gdyż wmówiono mu wszelkie problemy psychiczne, rozchwiano tożsamość płciową, wskazano drogę tranzycji i roz-seksualizowano] i bez rodziny, wobec której wciąż nastawiany jest negatywnie, podejrzliwie i kierowany pod skrzydła opiekuńczego państwa z jego aparatem psychologów, pedagogów, terapeutów i urzędników oraz policji. Donoszenie na najbliższych w celu wymuszenia swoich domniemanych praw, tak popularne w innych krajach unijnych, staje się coraz bardziej powszechne także nad Wisłą.

Fikcyjne konsultacje

21 stycznia MEN podał do wiadomości publicznej, iż zarządza 7-dniowe [!!!] konsultacje publiczne omawianych tu nowych podstaw programowych dla przedszkoli i szkół podstawowych. Zamiast obowiązujących 21 dni – wg Rządowego Centrum Legislacji – „publika” ma tydzień na zajęcie stanowiska wobec zmodyfikowanych podstaw. Zgodnie z prawem termin może ulec wprawdzie skróceniu, jednakże wymaga ono szczegółowego uzasadnienia (§ 129 Regulaminu). Uzasadnienie B. Nowackiej nie jest bynajmniej szczegółowe i brzmi w swej konkluzji następująco:

Skrócenie terminu konsultacji projektu rozporządzenia jest niezbędne aby możliwe było wdrożenie zmian zgodnie z założonym harmonogramem, tj. sukcesywnie począwszy od 1 września 2026.

Oznacza to ni mniej ni więcej, że fikcja tygodniowych konsultacji ma umożliwić realizację wcześniejszego planu bez oglądania się na wnioski z przesyłanych opinii.

Jest to pokaz niebywałej buty! Być może wkrótce B. Nowacka wyznaczy na przykład jeden dzień na konsultacje, oczywiście w ramach demokratyzacji życia publicznego w Polsce. Potwierdza się w całej rozciągłości wynik ankiety przeprowadzonej w grudniu przez Koalicję na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły wśród ponad 2 tysięcy respondentów. Na jedno z pytań 95 % respondentów odpowiedziało, iż: „Konsultacje publiczne są pozorowane, tzw. reforma już jest postanowiona, a brak powszechnych konsultacji społecznych w tak ważnej sprawie budzi sprzeciw”.

Dalej w uzasadnieniu do skrócenia terminu przez B. Nowacką czytamy:

W wyniku zawetowana tej ustawy przez Prezydenta RP konieczne stało się opracowanie nowego projektu rozporządzenia, w którym uwzględniono niezbędne zmiany, w tym również zmiany wynikające z uwag zgłoszonych do poprzedniej wersji projektu.

Tymczasem żadne istotne zmiany zgłoszone przez wiele opiniujących podmiotów do poprzedniej wersji projektu nie zostały uwzględnione!

Teraz podstawy programowe zostały poddane wizerunkowemu liftingowi, choć zarazem wyostrzono [a nie usunięto – jak sugerowały choćby opinie środowiska KROPS] pewne szczegóły np. dodając wskazanie edukacji włączającej w kl.1-3 i usuwając obowiązkowość w zakresie lektur.

Opiniowane podstawy programowe zmieniają funkcję i charakter szkoły. Zapoczątkowują proces transformacji edukacji w kierunku tworzenia w szkole i poprzez szkołę społeczeństwa inkluzywnego. Kształcenie ustępuje miejsca sterowanej zmianie społecznej. Zamiar wejścia na drogę transformacji nie został przez władze społeczeństwu ujawniony i nie mają one w tej sprawie społecznego przyzwolenia. – opiniowała Koalicja w grudniu i dziś podtrzymuje swoje stanowisko.

Ankieta KROPS

97% respondentów niezależnej ankiety KROPS domaga się wstrzymania zmian w edukacji i szerokiej debaty społecznej na ten temat. To głos wyborców, którzy oczekują zdecydowanych działań od polityków, szczególnie tych deklarujących sprzeciw wobec polityki rządu Tuska.

Zaskarżenie do Trybunału Konstytucyjnego kilku szkodliwych i bezprawnych rozporządzeń, doniesienie do prokuratury wobec podejmowania świadomych działań na szkodę uczniów oraz łamania prawa przez funkcjonariuszy państwowych, czyli władze resortu, formalny wniosek o dymisję minister B. Nowackiej [podobny został podpisany internetowo przez 70 tysięcy Polaków] – są możliwe i konieczne. Podobnie oczekiwane są interpelacje i zapytania poselskie np. w kwestiach związanych z zagranicznym finansowaniem szkodliwego projektu edukacji włączającej, z brakiem podręczników do nowego przedmiotu przyroda i szkoleń dla kompletnie nieprzygotowanych nauczycieli, z brakiem realnych możliwości realizacji wielu wymagań nowej podstawy programowej z powodu niedoinwestowania szkół, w tym szczególnie pracowni. Potrzebna jest wielka kampania informacyjna w szkołach i w mediach związania z obroną zagrożonych praw uczniów i rodziców, w tym z prawem uczniów do nauki i rodziców – do wychowania zgodnie z własnymi przekonaniami oraz prawem do nauki dziecka z dysfunkcjami w przyjaznej i dostępnej szkole specjalistycznej.

Te i wiele innych możliwości ma Prezydent oraz posłowie i senatorowie oraz ich zaplecze polityczne, by pokazać swoją niezgodę na plan niszczenia polskiej szkoły i przeprowadzić skuteczny kontratak.

Ze względu na opisany cel: „transformacji edukacji w kierunku tworzenia w szkole i poprzez szkołę społeczeństwa inkluzywnego” – całość projektu Reforma26 ma charakter systemowej destrukcji obecnego systemu oświaty i jednoczesnej budowy na tych zgliszczach „ nowego porządku szkoły”, trawestując popularne określenie. To nie teoria spiskowa. To fakty.

DEformie26. Kompas na Brukselę” należy przeciwstawić zjednoczony powszechny opór społeczeństwa i polityków opozycji, jeśli faktycznie chcą nią być w oczach  wyborców.

Arcybiskup JÓZEF TEODOROWICZ: Niechaj wodze spierają się i swarzą. To jest Cud nad Wisłą.

[przypominam, bo ważne TERAZ; 24 wrzesień 2024 md]

Niechaj wodze spierają się i swarzą. To jest Cud nad Wisłą.

…Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna…

[Wstęp do książki płk. Franciszka Arciszewskiego „CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Veritas, Londyn, 1957]

[ Ze zbioru kazań pt. NA PRZEŁOMIE, stronica  251. Nakład Księgarni Świętego Wojciecha. Poznań  – Warszawa – Wilno ‹- Lublin, rok 1923. ]   

[Jesteśmy dumni, że wiek temu mieliśmy TAKICH arcybiskupów i TAKICH żołnierzy. By się TERAZ przydali.. MD]

Wyciąg z kazania ks. arcybiskupa JÓZEFA TEODOROWICZA wypowiedzianego w katedrze warszawskiej w 1920 r., podczas nabożeństwa dziękczynnego za oswobodzenie stolicy i kraju od najazdu bolszewickiego.

===============

Ciężkie były zmagania się Izraela z Amalekitaini; bitwa rozgorzała wielka. Po jednej i drugiej stronie równy zapał ożywiał żołnierzy i wodzów. Nikt nie mógł rozróżnić, nikt rozpatrzyć, na która stronę przechyli się szala zwycięstwa. A wtedy Mojżesz odszedł, ażeby z dala od wrzawy i zgiełku bitwy do Pana się modlić. I wznosił obie dłonie w błagalnej modlitwie i jął zaklinać Boga, ażeby błogosławił orężowi Izraela. W tej samej chwili szyki wroga zachwiały się i cofać poczęły, a Izrael następował na nie. Lecz wysoko wyciągnione w górę ręce Mojżesza w zemdleniu poczęły opadać. Jak gdyby na dany znak, gdy osłabła modlitwa, wróg w lot poprawił trudne swoje położenie i odwrócił się, ścigany, jak gdyby czując słabość w Izraelu. I znowu losy bitwy poczęły być dla ludu wybranego wątpliwe. Jak fala zawrócona w biegu, odbita od twardej skały, tak duch Izraela cofał się i słabnął. A wtedy Mojżesz wznosił znów dłonie ku Panu i, o dziwo, Izrael na nowo poczynał brać górę. Az się spostrzegli i opatrzyli Mojżesza towarzysze, i wzięli jego ręce w swoje dłonie, i trz mali je wyciągnięte ku niebu. i juz szczęście wojenne trwale było przy Izraelu. I trzymali dłonie Mojżeszowe tak długo, aż ostatecznie zatryumƒował lud wybrany i w surmę zwycięstwa uderzył. (Ks. Wyjścia XVII,  8-16) 

Patrzcie, jak w tym wizerunku sprzęgają się i wzajem wspomagają: duch męstwa żołnierza i duch modlitwy. Bitwa ta rozgrywała się niezawodnie podług wszelkich praw znanej ówczesnej strategii. Losy przegranej, czy zwycięstwa ważyć się zdawały tylko podług rachunku ludzkiego, tj. gorszych czy lepszych planów strategicznych, większej czy mniejszej liczby żołnierzy, większej czy mniejszej sprawności wodzów.

I każdy historyk wojenny mógł śmiało uczniom wykładać, gdzie i w której chwili i dlaczego losy bitwy przechyliły się na tę, czy na tamta stronę.  A jednak i plany wojenne, i męstwo żołnierza, i zdolności dowódców nie rozegrały tej walki. Wszystko to, co bitwie stanowi, było narzędziem tylko w ręku niewidzialnego Wodza, który podług miary i wagi układa sam swój plan bitwy.

Nie miesza się On cudownie w zastępy walczących, nie zsyła Aniołów swych z nieba, by hufce mdlejące zasilały, bierze jednak w swe ręce to, co się wymyka z wszelkich i najlepszych obliczeń rycerskich dowódców i czego nie dosięgnie ni zapał, ni bohaterstwo żołnierzy; bierze On w swe ręce to, co się wydaje czystym przypadkiem albo jakimś niedopatrzeniem czy nie-doliczeniem, i wciąga to w swój rachunek, w swój plan, i albo daje przegrana albo też darzy zwycięstwem. 

Ten obraz żywo mi staje przed oczyma, kiedy dziś wespół z wami wspominam przed Bogiem ciężkie dni oblężenia Warszawy. Wasze wielkie wysiłki i ofiary, złożone w obronie stolicy przed straszliwym wrogiem, ale tez i wasze gorące po świątyniach modlitwy, wasze nowenny, wasze spowiedzi i wasze Komunie św., na intencję wybawienia Polski przyjmowane.

Niechaj wodze spierają się i swarzą, niech długo i uczenie rozprawiają, jaki to plan strategiczny do zwycięstwa dopomógł. Będziemy im wierzyli na słowo i słuszność im przyznamy. Ale cokolwiek wypowiedzą, nigdy nas o jednym nie przekonają, by plan, choćby najmędrszy, sam przez się dokonał zwycięstwa.

Jeżeli w każdej bitwie, nawet najlepiej przygotowanej, przy doborze wodzów i żołnierza, przy planach genialnych, jeszcze zwycięstwo -waha się niepewne, jeszcze zależnym jest od gry przypadków, a raczej od woli Bożej, to cóż dopiero mówić tutaj? – Tu, pod Warszawą, taka była pewność przegranej, że wróg telegramami światu oznajmił na dzień naprzód jej zajęcie. Sam zas wódz francuski, który tyle zasług niespożytych położył około obrony naszej stolicy, gdy go nuncjusz zapytał w przededniu bitwy. czy liczy na zwycięstwo – odpowiedział znacząco: „Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna“. Istotnie modlitwy pomogły. Nie ujęły zasługi wodzom, ni chwały męstwu żołnierzy; nie ujęły tez wartości ofiarom i wysiłkom całego społeczeństwa; ale modły bitwę rozegrały, modły cud nad Wisłą sprowadziły.

Dlatego cokolwiek mówić czy pisać się będzie o bitwie pod Warszawą, wiara powszechna nazwie ją cudem nad Wisła, i jako cud przejdzie ona do historii.

Zupełnie podobny to cud do cudu pod Częstochową. Dzieje pisać o nim będą i takimiż złotymi upamiętnią, go w sercu narodu głoskami, jak pisały i wspominały obronę Częstochowy. Tu i tam czerń zalała Polskę, tu i tam od zdobycia jednego grodu losy Polski zawisły; tu i tam boje i zwycięstwo uwieńczone zostały cudem Pańskim. W niczym cud pod Częstochową nie obniży wartości męstwa broniących grodu żołnierzy; ni jednego nie uszczknie lauru ze skroni Kordeckiego. Bóg, czyniąc cuda, nie przytłacza i nie niszczy chlubnych wysiłków swojego stworzenia;  owszem, tam, gdzie i największe ofiary przed przemagającą siłą ustąpić musza, cudem je wspiera  zi cudami bohaterstwo wieńczy. Pycha to tylko, bałwochwaląca siebie, zdolna jest tak wysoko się wynieść, iż Bogu samemu urąga, dumnie w przechwałkach wołając: O cudach nam mówicie, cuda nam głosicie?  Zali to nie ramię nasze ocaliło Warszawę? zali to nie  geniusz wodzów ja zbawił? 

Tylko tym, co się mienia bogami na ziemi, wydaje się Bóg i Jego moc i Jego łaska jakąś konkurencją niepożądaną, która z zasług ich odziera. Nie za sługi Pańskie, ale za wcielone bóstwa uważają się ci, którzy ze śmiesznej i zuchwalej nadętości tak mówią.

Veni, vidi, Deus vicit” – Przyszedłem, zobaczyłem, Bóg zwyciężył – powiedział Sobieski pod Wiedniem.  Pytam się was, czy te słowa pokory i wiary umniejszyły w czymkolwiek lub obniżyły bohaterstwo króla i wodza? czy uszczknęły co z wawrzynów, jakie potomność i historia włożyły na skroń jego?

Nic,  zaiste, raczej mu ich przymnożyły: bo przepoiły jego  bohaterstwo wdziękiem niezwykłym, ze tak kornie o sobie trzymał, a nie nadymał się pysznie i nie  wynosił. Rzuciły te słowa na czoło królewskie aureolę, utkaną z promieni wiary, które Jana III pasują na chrześcijańskiego rycerza.

Można więc śmiało powiedzieć, ze te piękne i korne słowa wieńczą i zdobią jego skronie jeszcze wdzięczniej, niż samo męstwo. W słowach jego tkwi prawdziwa filozofia ducha wojen, w których Bóg, rozrządzający losem narodów, przegraną lub zwycięstwem dla swoich posługuje się  celów. Tkwi w nich obraz i symbol takich zwycięstw, które, jak zwycięstwo pod Warszawą, tylko w sposób nadprzyrodzony wyjaśnić i wytłumaczyć można.  Deus vicit! – powtarzamy za naszym zwycięskim królem, kiedy dzisiaj wspominamy o naszych przejściach strasznych i wielkim zmiłowaniu Bożym.  Deus vicit – Bóg zwyciężył! – zawołamy tym wszystkim, którzy by ludzkiej mocy czy zręczności wyłącznie przypisywać chcieli zwycięstwo i wiązać je nie z nadziemska pomocą Bożą, ale tylko z wojennymi planami. 

Cóż tu mówić dużo o planach, skoro przejścia do Warszawy dla wroga, jak się pokazało później, podobne były do nici pajęczej, którą trochę silniejszy napór albo trochę słabsza obrona każdej chwili mogły przerwać? Nie plan strategiczny rozstrzygał o ocaleniu Warszawy, skoro pozostawiał punktu obrony niezabezpieczone. Plan to inny ocalenie przyniósł. Plan ten skreślony był ręką Bożą a tworzył go i wykonywał  Duch Pański. Czego nie zdołał ni zabezpieczyć ni przewidzieć plan ludzki, to zabezpieczył i przewidział plan Boży. Gdy za słaba była obrona na przedmościu warszawskim i wróg już począł zwycięsko napierać, wtedy, jak spod ziemi dobywa Duch Boży serca bohaterskie… Kiedy szeregi wojsk poczynają się łamać, coƒać i pierzchać, wtedy Wódz Niebieski odkomenderowywa poruszeniem wewnętrznym kapelana Skorupkę i ten pierzchających zawraca, a śmiercią męczeńską zwycięstwo zabezpiecza. Bóg  to jeden do warunków, do potrzeb, do chwili odnajdywał i wydobywał serca, poddawał im szczęśliwe  natchnienia, uzbrajał męstwem bohaterskim i przez  nie swoje przeprowadzał plany.

To, co jest najsłabszą stroną w planie strategicznym człowieka, to właśnie stanie się najsilniejszym w planie nadprzyrodzonym, Bożym… Bóg, który bohaterów wzbudził, który ich przewidział i wybrał, na właściwym miejscu- postawił  i w chwili stosownej użył, czyż nie wsławia w nich  imienia swojego? czyż przez nich chwały swej nie rozgłasza?  A jak jedni papierowe plany, Bożej przeciwstawiają mocy, tak znowu inni twierdza, że zwycięstwo pod Warszawa było łatwe, bo wróg był wyczerpany.  Wyczerpany? On przecież gonił, duchem zwycięskim  ożywiony, naszego żołnierza aż pod Warszawę. Taka gonitwa wyczerpywała wojsko nasze, ale nie jego siły.  Poczucie tryumƒu i zwycięstwa jest i w najsłabszej armii zadatkiem potęgi, podobnie jak poczucie przegranej jest i w najpotężniejszej zadatkiem jej słabości i rozgromu. I gdyby naprawdę wróg czuł się słabym, toć właśnie tutaj skupiłby wszystkie swe siły, ażeby ostatecznym uderzeniem zwycięstwo sobie zapewnić.  Czy jednak czuł on naprawdę niemoc swoja? Czyżby rozgłaszał światu swoje zwycięstwo jako dokonane, i narażał tak siebie na ośmieszenie i poniżenie, gdyby zwycięstwa tego nie był sam pewien? A czyżby rozdzielał armie swoje najniepotrzebniej i jedne oddziały wysyłał ku Niemcom, a drugie ku Warszawie, gdyby co do obliczeń swoich nie był upewniony? Zapewne w takim rozdzieleniu sił był olbrzymi błąd strategiczny, który tylko oczywistemu zaślepieniu przypisać można.

Był to błąd podobny do tego jaki popełnił Absalon, ścigając wojsko Dawida. Zamiast uderzyć na oddziały jerozolimskie cała siłą, jak mu radził Ahitophel, poszedł on raczej za złą radą Chuzy i ociągał się, pewien, iż stanie się to, co ma Chuza zapowiadał:  „Przypadniemy nań a okryjemy go, jako zwykła rosa  padać na ziemię, a nie zostawimy z mężów, którzy  z nim są, ani jednego” (Por. II Król. XVII, 12)

Tak samo myślał wróg o grodzie naszym; sądził on, że może swobodnie dzielić wojska, bo i tak stolica Polski, jak dojrzały owoc z drzewa, na pewno mu się dostanie. Bóg dopuścił, że nieprzyjaciel upoił się pycha i pewnością siebie i zaślepił się.

Mówił mi jeden z generałów: ,,Pod Warszawa Bog zdziałał cud”.

Pomijam już wszystko inne, ale podobnie szalony plan, jak rozdzielenie sił wojennych przez bolszewików w pochodzie na Warszawę, tylko jakiemuś szczególniejszemu zaślepieniu przez Boga przypisać się musi.  Myśmy zaś wówczas, patrząc na to, mogli powtarzać za Prorokiem: Wypuścicie z piersi waszych okrzyk wojenny, a mimo to zniszczeni będziecie. Wnijdźcie w narady, a one będą rozerwane i unicestwione. Dawajcie jakie chcecie rozporządzenia, a one się staną bez skutku, albowiem Bóg jest z nami. (por. Iz. VIII,  9-10). Prawdziwie, kiedy się rozejrzymy w całym planie i dziele, wołamy z Prorokiem: „Oto Bóg Zbawiciel  mój… moc moja i chwała moja Pan, bo stał się wybawieniem“ (Iz. XII, 2).

Nie z nas to, o Panie, nagle wystrzelił promień nadziei. Z nas było tylko przygnębienie, z nas mówiło zrozpaczenie, kiedyśmy hordy dzikie pod Warszawa ujrzeli. Z nas szły tylko cienie, które chmura czarnej nocy przysłaniały oczy nasze. Ty to pośród ciemności rozpaliłeś światło, Ty w zwątpieniu wskrzesiłeś nadzieję, Ty w omdlałej naszej duszy rozpaliłeś płomień  życia, miłości i bohaterstwa. Bohaterstwo zatętniło w skroniach naszego polskiego żołnierza, a ono dziełem było rak Twoich. Ty je spuściłeś z niebios na jego rozmodloną przed ołtarzami Twymi duszę. Bo żołnierz w rozsypce, który od tygodni całych miał tylko jedno na myśli – ucieczkę, żołnierz wyczerpany na ciele i na  duchu, żołnierz zwątpiały, który wierzył święcie  w przegrana, a zrozpaczył o zwycięstwie, taki żołnierz  tylko od Ciebie, tylko z serca Twojego mógł zaczerpnąć  nowej wiary, nowej ufności i nowego zapału. Czym on był wówczas sam przez się, 0 tym świadczył ten oddział, który w chwili poczynającej się bitwy, wbrew zakazom, cofnął się z pola, oddając na pastwę wroga losy ostatecznej rozegranej. Oto czym był wówczas żołnierz sam z siebie, lecz w lwa się przemienił, gdyś Ty, o Panie, tchnął weń moc Twoją. «  A kiedyś nas tak przemądrze wspierał i wspomagał, nie spuszczałeś jednocześnie i wroga. z oczu.  – Nas oświecałeś, o Panie, a wroga naszego zaślepiałeś; w nas wskrzeszałeś ufność i wiarę, a jemu zatwardnieć dałeś w wyniosłości i pysze; z nas dobywałeś płomień bohaterstwa i wysiłki najszczytniejsze,  kiedy tymczasem u wroga pewność zwycięstwa wywoływała lekceważenie i nieopatrzność.

Teraz już rozumiemy, teraz już wiemy, teraz już czytamy plany Twoje, o Panie. Dziełami Twymi przemawiasz do nas tak, jak przemawiałeś do Izraela przez Izajasza Proroka, który o Tobie i w Twoim imieniu powiedział: Znam Ja me plany, którem powziął względem was – to plany na pokój, a nie na nieszczęście; aby wam przyszłość tworzyć i dać nadzieję (Jer. XXIX, 1,1).

 -Jak zaś sama obrona Warszawy, tak i moralne jej skutki świadczą o zmiłowaniu Bożym i o dziele Bożym. Bóg przez swój cud pod Warszawa dał nam odpowiedź wymowną na nasze trwożne pytania, które rozpacz ciskała na usta. Patrząc na zwycięskie hordy, następujące na stolicę, pytaliśmy: Dlaczego dopuściłeś to wszystko na nas, Panie? Bóg odpowiada: Jam was  na to nawiedził, ażeby mój lud poznał Imię moje;  dlatego pozna on w ten dzień, iż to Ja jestem, który  mu mówię.: otom tu jest (por. Iz. LII, 6).

Poznaliśmy Imię Pańskie w dzień wskrzeszenia Polski, ale dusze nasze wkrótce odbieżały od Jego świętego imienia, i pilno nam było imię własne wywyższać i wynosić. I Bóg dopuszcza na nas straszne nawiedzenie i ratuje nas z niego cudem swoim, ażebyśmy przez nowe przeżycie poznali, iż to On  prawdziwie jest pośród nas. W odpowiedzi zaś swojej cudzie swoim Bóg nam ukazał przyszłość naszą.

Pod Warszawą zrozumieliśmy: albo ogarnąć się damy hordom i nawale od Wschodu, a wtedy utracimy i byt nasz i duszę naszą, lub tez staniemy przeciw niej, ażeby wybawić siebie, a murem ochronnym stać się dla świata.

Przez cud swój pod Warszawą Bóg powiązał przyszłość naszą z przeszłością. Powiązał i sprzągł myśl swoją względem nas z dnia wczorajszego dniem dzisiejszym i jutrzejszym. I odzywa się do nas Bóg, jak się odzywał do Izraela przez Izajasza Proroka:  Narodzie, oczy twoje patrzą na Mistrza twego, i usłyszą  uszy twoje słowa napominającego: Ta jest droga,  chodźcie po niej, a nie ustępujcie ani na prawo, ani  na lewo (por. Iz. XXX, 20-21).

Cud pod Warszawą był też pochodnią, rozpaloną przez Boga, w której blasku ujrzały narody przeznaczenie Polski. Na co to – pytały – i dla jakich to celów Polska powstała i pośród nas stanęła? Na to odpowiada Bóg przez cud pod Warszawa – by murem ochronnym wam była, tarczą waszą i puklerzem waszym.

Bo ani wiedziały, ani się domyśliwały nawet narody, jak wielkie ma Polska dla nich znaczenie i przeznaczenie.  Oprócz wiernej sojuszniczki Francji, wszystkie inne państwa zostawiły nas w chwili oblężenia pod Warszawą własnemu losowi. Były pośród nich i takie nawet, które utrudniały dowóz broni i amunicji do stolicy. Inne z uśmiechem sceptycznym na ustach wołały, wzruszając ramionami: Już przepadli, już zginęli! Ze szpalt zaś prasy narodów, nawet z nami  sprzymierzonych, dolatywały nas nieraz docinki: Dobrze im tak, zasłużyli na ten los.

Gdyśmy walczyli o byt nasz, ludy i narody patrzyły na nasze zmagania tak, jak się wpatruje widz z galerii w jakieś cyrkowe widowisko.

Nigdy nie uwidocznił się żywiej brak wszelkiej myśli politycznej w Europie, jak w tej pamiętnej chwili.  Bo ci, którzy nam płacili obojętnością lekkomyślną, nie byli zdolni zadrżeć chociażby o swoje własne bezpieczeństwo. Jakżeż to więc chcemy, ażeby ludy te, państwa i narody wniknąć miały, pojąć i zrozumieć naszą misję dziejową -względem nich?

Dopiero gdy się rozległ po Europie i świecie okrzyk, iż Warszawa jest wolna, dreszcz przeszedł po wszystkich. Dopiero wtedy jęły się pytać narody: A cóż by to z nami się stało, gdyby Warszawa była padła, a dziki huragan przewalił się po niej i biegł, ażeby potem nam nieść zniszczenie?  Dopiero wtedy z piersi narodów dobył się okrzyk:  W zwycięstwie Warszawy jest zwycięstwo nasze, a wolność Polski poręcza i nam wolność.

Cud pod Warszawą był dopełnieniem cudu wskrzeszenia Polski. Powstanie narodu związał Bóg z wytrwałością jego w znoszeniu cierpień niewoli; ale cud nad Wisła wywołały nasze nowe przeniewierstwa.

Wskrzeszenie Polski było nowym tworem Bożym; ochrona zaś jej była dziełem zbawienia. Kiedy Polska stanęła pośród narodów, Bóg jeszcze nie wypisał na jej czole jej przeznaczeń. Ani ona sama nie wiedziała, czy ma powrócić do dawnych tradycji przeszłości, ani świat jej dawnego posłannictwa ku obronie świata od  Wschodu nie pamiętał.

Cudem pod Warszawą Bóg głoskami krwawymi, ale chwalebnymi, posłannictwo Polski na drogach jej nowych zapisał.  W dziele wskrzeszenia Polski Bóg posługuje się narodami, ażeby wespół z Nim, w myśl Jego, współdziałały ku jej powstaniu. Lecz w cudzie nad Wisłą, Bóg chce szczególniej stwierdzić, ze jednak On sam przede wszystkim dzierży naród nasz w ręce i kiedy chce, dopuszcza nań karę, a kiedy zechce, wybawia go.

Bóg łaskę zwycięstwa i cud pod Warszawą dał nam przez ręce Tej, która Polski jest Królowa. Mówił mi kapłan, pracujący w szpitalu wojskowym, iż żołnierze rosyjscy zapewniali go i opisywali, jak pod Warszawa widzieli Najświętsza Pannę, okrywającą swym płaszczem Polski stolicę. I z różnych innych stron szły podobne świadectwa; zupełnie jak pod Częstochową. I właśnie dzień 15 sierpnia dzień poświęcony czci Matki Boskiej, a dzień ostatni wielkiej nowenny narodowej, był dniem pamiętnym zwycięstwa. Na ten dzień wróg zapowiadał był swój tryumf; w tym dniu miał odbyć swój wjazd do stolicy sam naznaczył tę właśnie datę na upokorzenie i na rozgromienie nasze.

I to właśnie w tym dniu stało się coś zgoła nieprzewidzianego, niespodziewanego. Dzień 15 sierpnia, obwołany w biuletynach całego świata – jeszcze przed czasem jako dzień zajęcia Warszawy, obraca się dla pysznego wroga w klęskę, a dla nas w chwałę i zwycięstwo. „Haec dies, quam fecit Dominus, Alleluja.  (Ps. CXVII, 24)

To jest prawdziwy dzień Najświętszej  Panny – dzień Jej zmiłowania i dzień Jej opieki –  dzień cudu nad Polska. Chce Ona w nim przed narodem całym zaświadczyć, że będzie tym Polsce, czym  była w całej przeszłości: Panią jej i Obronicielką. Jak ongi nad murami Częstochowy, tak dziś rozbłysnąć zapragnęła nad Warszawą, ażeby przez ten nowy cud wycisnąć w sercu nowej Polski miłość swoją.  Cud pod Częstochowa prowadził króla i naród do ślubów świętych, złożonych przed ołtarzem Maryi w archikatedrze Lwowskiej i do obwołania Jej Królową Polskiej Korony.

Niechajże cud pod Warszawą zdziała to samo. Niechaj zwiąże naród cały w jedno bractwo wdzięcznych czcicieli Maryi. I niechaj bractwo to podejmie się dopełnienia zaciągnionych, a jeszcze nie wykonanych ślubów.

Jezus przed Sanhedrynem – Joseph Lemann

=============================

Jezus przed Sanhedrynem – Czy skazanie Chrystusa było legalne?

Jezus przed Sanhedrynem autorstwa Josepha Lemanna to rzetelna rekonstrukcja najbardziej kontrowersyjnego procesu w dziejach ludzkości. Autor, będący ekspertem w zakresie tradycji żydowskiej i prawa mojżeszowego, podejmuje się zadania udowodnienia, że wyrok śmierci wydany na Jezusa z Nazaretu był wynikiem serii rażących naruszeń procedur prawnych.

Książka ta nie jest jedynie literackim opisem męki, ale chłodną, merytoryczną analizą opartą na źródłach takich jak Talmud, pisma Józefa Flawiusza oraz teksty Ewangelii.

Jakie błędy prawne popełnił Sanhedryn podczas procesu Jezusa?

Analiza prawna w Jezus przed Sanhedrynem wykazuje, że zgromadzenie, które skazało Chrystusa, złamało niemal wszystkie zasady zawarte w Misznie (traktat Sanhedryn). Joseph Lemann punktuje m.in.:

  • Nocny tryb procesowy: Prawo żydowskie kategorycznie zabraniało prowadzenia procesów karnych w nocy.
  • Brak obrońcy: Oskarżony o przestępstwo zagrożone karą śmierci musiał mieć wyznaczonego rzecznika.
  • Wymuszone samooskarżenie: Prawo zabraniało skazywania kogokolwiek wyłącznie na podstawie jego własnych słów („nikt nie może uczynić siebie niegodziwym”).
  • Zasada jednomyślności: Paradoksalnie, według ówczesnych przepisów, jeśli wszyscy sędziowie od razu głosowali za winą (bez ani jednego głosu sprzeciwu), oskarżony powinien zostać uniewinniony, gdyż sugerowało to spisek sędziów.

Kim był Joseph Lemann i dlaczego jego analiza jest unikalna?

Joseph Lemann (1836–1915) to postać wyjątkowa – francuski Żyd, który przyjął chrzest i został wybitnym teologiem. Jego unikalna perspektywa pozwala mu patrzeć na proces Jezusa „od wewnątrz” systemu prawnego Izraela.

Lemann nie pisze z pozycji oskarżyciela, lecz badacza, który demaskuje mechanizmy manipulacji, gdzie interes władzy i strach przed zmianą wzięły górę nad literą prawa. Dzięki temu książka Jezus przed Sanhedrynem stanowi pomost między historią a teologią, wyjaśniając napięcie między Prawem a Objawieniem.

Dla kogo jest ta lektura?

Jezus przed Sanhedrynem to pozycja niezbędna dla:

  1. Studentów teologii i prawa: Szukających konkretnych argumentów dotyczących legalności historycznych procesów.
  2. Osób wierzących: Pragnących pogłębić zrozumienie Męki Pańskiej przez pryzmat faktów historycznych, a nie tylko emocji.
  3. Sceptyków i historyków: Zainteresowanych strukturą społeczną i polityczną Jerozolimy w I wieku.

Opinia Kuratora: Dlaczego warto mieć tę książkę w 2026 roku?

W dobie „fake newsów” i powierzchownych opinii, dzieło Josepha Lemanna imponuje rygorem badawczym. Choć książka liczy 125 stron, jej gęstość informacyjna jest ogromna. Oprawa miękka sprawia, że jest to poręczne narzędzie do studiowania.

Zwracamy uwagę na fakt, że wydawnictwo AA zdecydowało się na wznowienie tego tekstu w 2026 roku, co świadczy o jego niesłabnącej aktualności. To lektura, która zmusza do refleksji nad tym, jak łatwo sprawiedliwość może stać się narzędziem polityki, jeśli zabraknie moralnego kompasu.

Grok o książkach księdza Josepha Lémanna

książki Josepha Lémanna (1836-1915), «Les Juifs dans la Révolution française» – «Żydzi w rewolucji francuskiej» – Paryż, rok 1889.

Wyszukiwanie w Internecie, 33 wyniki

Joseph Lémann (1836–1915) był francuskim księdzem katolickim, pochodzącym z judaizmu. Urodził się 18 lutego 1836 r. w Lyonie w zamożnej rodzinie żydowskiej aszkenazyjskiej jako Édouard Lehmann. Miał brata bliźniaka Achille’a (późniejszego Augustina Lémanna), który również został księdzem katolickim.

Obaj bracia w wieku 18 lat (ok. 1854 r.) przeszli na katolicyzm, a w wieku 24 lat zostali wyświęceni na kapłanów. Joseph przyjął imię Joseph Lémann (czasem pisane Lehmann). Byli znani w XIX-wiecznej Francji jako prominentni konwertyci z judaizmu → stali się symbolem dla części katolickich środowisk, a nawet byli faworyzowani przez papieża Piusa IX.

Najważniejsze książki Josepha Lémanna

Najbardziej znane dzieła to cykl poświęcony roli Żydów w historii nowożytnej Francji (zwłaszcza w kontekście rewolucji francuskiej) oraz tematy mesjańskie i konwersyjne. Oto najważniejsze tytuły:

  • L’Entrée des Israélites dans la société française (1886)
    → pierwsza część „tryptyku”, opisująca proces emancypacji Żydów we Francji
  • Les Juifs dans la Révolution française (Paryż 1889)
    Pełny tytuł: Les Juifs dans la Révolution française – La prépondérance juive, ses origines (1789-1791)
    → to właśnie ta książka, o którą pytasz
    Wydana nakładem Librairie Victor Lecoffre, ok. 360 stron (w zależności od wydania 274–362 ss.)
  • Późniejsze prace, m.in.:
    • Histoire complète de l’idée messianique chez le peuple d’Israël
    • Jésus devant le sanhédrin (ang. Jesus before the Sanhedrim)
    • La Cause des restes d’Israël (wspólnie z bratem Augustinem – postulatum na Soborze Watykańskim I o modlitwę za Żydów)

O książce «Les Juifs dans la Révolution française» (1889)

To kontynuacja wcześniejszej książki o „wejściu Izraelitów do społeczeństwa francuskiego”. Lémann opisuje tu przede wszystkim lata 1789–1791, czyli okres, w którym stopniowo uchwalano równouprawnienie Żydów we Francji (decydujące głosowanie w Zgromadzeniu Ustawodawczym 27 września 1791 r.).

Główne tezy według autora (bardzo subiektywne i dziś uznawane za kontrowersyjne / antysemickie):

  • Żydzi aktywnie dążyli do uzyskania pełnych praw obywatelskich i wywierali silny, zorganizowany nacisk na deputowanych
  • Istniała pewna „prépondérance juive” (przewaga / przemożny wpływ żydowski) już na wczesnym etapie rewolucji
  • Autor przytacza wiele ówczesnych dokumentów, listów, petycji, protokołów Zgromadzenia – twierdzi, że odkrył „nieznane dotąd źródła”
  • Widzi w tym procesie początek sekularyzacji i „odrzucenia Chrystusa” przez Francję („córkę Kościoła”)
  • Łączy emancypację Żydów z szerszym ruchem antykatolickim i masońskim (wpływy kabalistyczne, Martinez Paschalis itp.)

Ton książki jest mocno tendencyjny – Lémann pisze z pozycji ultramontańskiego, tradycjonalistycznego katolicyzmu końca XIX w. Dziś jest często cytowana w kręgach tradycjonalistycznych, narodowo-katolickich i antysemickich, a jednocześnie bardzo krytykowana jako klasyczny przykład XIX-wiecznego „antysemityzmu katolickiego”.

Dostępność dzisiaj

  • Pełny tekst z 1889 r. jest w domenie publicznej i można go znaleźć w PDF np. na archive.org, theologica.fr czy gallica.bnf.fr (czasem pod tytułem La Prépondérance juive)
  • Współczesne reprinty ukazują się nakładem wydawnictw tradycjonalistycznych: L’Æncre, Éditions Saint-Rémi, ACRF, Avalon itp. (ostatnie wydania ok. 2010–2021)

Jeśli chcesz konkretny fragment, streszczenie któregoś rozdziału albo porównanie z innymi źródłami historycznymi o emancypacji Żydów w 1791 r. – daj znać, mogę rozwinąć.

======================

Czy któraś z książek Josepha Lémanna została wydana po polsku?Tak, jedna z nich ukazała się w polskim tłumaczeniu:

  • Jezus przed Sanhedrynem (oryg. Jésus devant le sanhédrin)
    → wydana po polsku przez Wydawnictwo AA (Kraków)
    → planowane / zapowiedziane wydanie na 2026 rok (miękka oprawa, cena ok. 19–25 zł w przedsprzedaży w księgarniach typu TaniaKsiazka.pl, Znak.com.pl, Matras, DobreKsiazki.pl itp.)
    → książka jest już widoczna w zapowiedziach i przedsprzedażach w polskich księgarniach internetowych (stan na początek 2026)

Pozostałe najważniejsze dzieła Lémanna (Les Juifs dans la Révolution française, L’Entrée des Israélites…, Histoire complète de l’idée messianique itp.) nie doczekały się dotychczas pełnego polskiego tłumaczenia ani oficjalnego wydania książkowego w Polsce.

Czasem pojawiają się fragmenty lub cytaty w publikacjach katolicko-tradycjonalistycznych, ale nie ma kompletnych wydań.Jeśli interesuje Cię konkretna książka (np. czy ktoś robił amatorskie tłumaczenie „Żydów w rewolucji francuskiej” w PDF-ach na forach), mogę spróbować poszukać głębiej.

=================================

To, co dziś pijemy: Piekielny koktajl liberalizmu. O bliźniakach – Żydach Lémann.

To, co dziś pijemy: Piekielny koktajl liberalizmu.

Date: 1 febbraio 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/to-co-dzis-pijemy-piekielny-koktajl-liberalizmu

Fragment książki Josepha Lémanna (1836-1915), «Les Juifs dans la Révolution française» – «Żydzi w rewolucji francuskiej» – Paryż, rok 1889.

=====================================================

Od samego początku Rewolucja stała się trucicielką, ale robiła to ze znawstwem, zręcznie – imitując, a nawet prześcigając w skuteczności mieszanki Agrypiny i Lokusty.

Cofnijmy się na chwilę myślami do pogańskiego Rzymu: Lokusta to słynna trucicielka z czasów cesarzy. Najpierw na polecenie Agrypiny otrzymała zlecenie zabicia cesarza Klaudiusza. Następnie wezwano ją na naradę; poproszono ją o otrucie go w inteligentny sposób! – Zbyt szybka trucizna mogłaby uczynić morderstwo Klaudiusza oczywistym; zbyt powolna – dałaby mu czas na uświadomienie sobie tego i zabezpieczenie praw Brytanika, jego syna. Lokusta rozumie to i realizuje wyrafinowaną truciznę, która zakłóci umysł i powoli wygasi życie. Eunuch zmusza nieszczęsnego cesarza do wypicia trucizny, umieszczając ją w grzybie, którym ten delektuje się z zachwytem: umiera całkowicie oszołomiony!

Rok później Lokusta pozbywa się kłopotliwego Brytanika, który przeszkadzał Neronowi. Tym razem nie poproszono jej o powolną, nieśmiałą, sekretną truciznę, taką jak ta, którą starannie przygotowała dla Klaudiusza, ale o aktywny, szybki, piorunujący jad. Brytanik pada martwy przy cesarskim stole.

Lokusta miała swoich adeptów, a Neron pozwolił jej szkolić uczniów i prowadzić szkołę trucicielstwa. Historia i malarstwo przedstawiają ją testującą swe jady na nieszczęsnych niewolnikach, z których niektórzy wiją się u jej stóp, a inni popadają w szaleństwo.

Wróćmy jednak do teraźniejszości…

Kto by przypuszczał, że Lokusta może zostać prześcignięta? – Otóż tego złowrogiego postępu dokonała Rewolucja.

Od czasu pojawienia się na świecie chrześcijaństwa wszystko przybrało wyższą, bardziej uduchowioną formę: również zło, również trucicielstwo. Dusze i obyczaje – tak jak kiedyś zatruwano ciała – są dziś zatruwane z użyciem sprytu! – Czyż nie mówi się w wiekach chrześcijańskich o „truciźnie herezji”, „truciźnie błędu” ? – Cień Lokusty z pewnością unosił się już nad zgromadzeniami manicheizmu, arianizmu, kalwinizmu i wolterianizmu, ale w roku 1789, Rewolucja – z myślą o porządku intelektualnym i społecznym – inspirując się trucicielką i pragnąc ją prześcignąć – opracowała coś, czego poszukiwano w odniesieniu do trucizn: coś, co zakłóciłoby rozum i powoli wygasiło życie narodów chrześcijańskich. Co to takiego?

Liberalizm.

Aby zdołać zakłócić rozsądek narodu takiego jak Francja i powoli wygasić jego życie, potrzebny jest napój, który jest jednocześnie trucizną, eliksirem miłosnym i narkotykiem:

– trucizna zabija;

– eliksir miłosny odurza;

– narkotyk usypia.

Wszystkie te oddziaływania razem są niezbędne do pokonania silnej struktury narodu chrześcijańskiego.

Chodzi o to, aby zabić w niej ideały chrześcijańskie, odurzyć dusze szlachetne i uśpić uczciwych ludzi: a wszystko to – jednocześnie. Liberalizm okaże się tą właśnie wyrafinowaną mieszanką – tymże straszliwym napojem. Gdybyśmy rozdzielili go na części, znajdziemy w nim trzy elementy: truciznę, eliksir miłosny i narkotyk.

Trucizna przede wszystkim: podobnie jak na polach spotyka się rośliny trujące, tak i w sferze intelektualnej napotyka się złe doktryny i zgubne opinie. Bez względu na to, jak usilnie Kościół stara się je wykorzenić, pojawiają się one z łatwością i wytrwałością chwastów. Na przykład: zaprzeczenie grzechu pierworodnego; wszechmoc rozumu, którego trybunałowi wszystko winno podlegać; samowystarczalność sił ludzkich do osiągnięcia celu oraz samowystarczalność sił społecznych do kierowania narodami. Owe toksyczne produkty uboczne minionych stuleci, filozofia XVIII wieku w znacznym stopniu uwydatniła i rozprzestrzeniła. Wszystko, co Rewolucja będzie musiała zrobić, to schylić się, aby je zabrać. Będą one stanowić pierwszy element jej straszliwej mikstury.

Oprócz trucizny – filtr miłości: w skarbcu ludzkich języków znajdują się słowa, które mają moc pobudzania, odurzania, zniewalania: są to magiczne słowa „wolność”, »braterstwo«, „równość”. Ewangelia oczyściła owe słowa, objaśniła je i osadzając w nich boski ferment, wzbogaciła je tak bardzo, że wyrażają one nowe idee. Dopóki pozostawały one złączone z Ewangelią, przenikały świat i działały w nim w sposób, który był tym bardziej niezawodny i zbawienny, im bardziej był łagodny, zrównoważony i pełen szacunku. Ale oto w XVIII wieku filozofia przejęła owe słowa i zaczęła je interpretować. Natychmiast straciły swój boski ferment i zamieniły się w “eliksir miłości”. Zgromadzenie Narodowe, w słynną noc 4 sierpnia 1789 roku – która stanie się przypadkiem bezprecedensowego odurzenia w historii narodów – doświadczy działania tegoż “filtra”. W ten sposób, słowa, o których mowa, staną się drugim elementem uwodzicielskiego i śmiercionośnego napoju, który przygotuje Rewolucję.

Wreszcie, jako trzeci element pojawia się narkotyk. Spośród wszystkich uczuć, jakimi obdarzone jest ludzkie serce, jest jedno, które, gdy kieruje się prawdą, wyróżnia się wielką szlachetnością, ale – gdy inspirowane jest wyłącznie samym sobą – staje się wyjątkowo niebezpieczne: jest to uczucie tolerancji, pobłażania. Kiedy kieruje się prawdą, tolerancja przekłada się na współczucie dla ludzi, odmawiając akceptacji ich błędów: oznacza to współczucie dla osoby i potępienie błędu; taki jest sens tolerancji katolickiej. Gdy zaś tolerancja inspiruje się jedynie sobą – błądząc w rozmiękczeniu przekonań lub kierując się fałszywą i przesadną wrażliwością – staje się pobłażliwa zarówno wobec błędów, jak i osób, usprawiedliwiając wszystko lekkomyślnie: zarówno akty słabości, jak i błędne doktryny. Kościół, ów sentyment, zawsze mądrze podporządkowywał prawdzie. Natomiast filozofia XVIII wieku oderwała go od niej. To właśnie wtedy w społeczeństwie pojawiają się następujące maksymy: „Tolerancja jest matką pokoju” – „Tylko tolerancja może powstrzymać krew płynącą z jednego końca Europy na drugi” – „Gdyby Bóg tego chciał, wszyscy ludzie wyznawaliby tę samą religię, tak jak kierują się tymi samymi instynktami moralnymi: dlatego bądźcie tolerancyjni”. Ten oto system tolerancji, promowany i rozpowszechniany, ma stanowić opium – narkotyk, którego potrzebuje Rewolucja. Użyje go do uśpienia wszystkich sporów religijnych, a jeszcze lepiej – do uśpienia, gdyby to było możliwe, samych religii. Mnóstwo uczciwych, dobrych ludzi nie będzie prosiło o nic więcej, jak tylko o to, by pogrążyć się w odrętwieniu, zasnąć i pozostać neutralnymi – nie zważając na rygor teologiczny. Oto trzeci element napoju Rewolucji!

I tak:

Wszechmoc rozumu, którego trybunałowi wszystko winno się podporządkować; samowystarczalność sił ludzkich do realizacji celów, samowystarczalność sił społecznych do kierowania narodami (trucizna).

Górnolotne hasła: “wolność, równość, braterstwo” (filtr miłości).

Uczucia wzajemnej tolerancji nie tylko dla ludzi, ale także dla doktryn (narkotyk).

Taki jest perfidny napój, który, jak za czasów Lokusty, ma przytępić rozum i stopniowo zgasić życie. Niektórzy będą odurzeni, inni senni, a na dłuższą metę – wielu przepadnie. Ta mieszanka otrzyma później swoją znamienną nazwę: liberalizm.

======================================================

Oto, kim był Joseph Lémann – autor tekstu zamieszczonego powyżej:

Dwaj żydowscy bliźniacy odkrywają Chrystusa

Édouard i Achille Lémann (ochrzczeni jako Joseph i Augustin) byli braćmi bliźniakami. Osieroceni w młodym wieku, dorastali pod opieką ciotek i wujów w zamożnej, arystokratycznej rodzinie żydowskiej w Lyonie. 29 kwietnia 1854 roku, z własnej inicjatywy zostali ochrzczeni w Kościele Katolickim w wieku osiemnastu lat,.

Niedyskrecja położyła gwałtowny kres ich spokojowi. W środę 13 września 1854 r. katolicka kobieta, która widziała dwóch braci modlących się żarliwie w Notre-Dame de Fourvière i przyjmujących tam komunię, wspomniała o tym jednej z ich ciotek. Nieświadomie zdradziła ich sekret.

Ciotka poinformowała wuja, będącego ich opiekunem (Moïse Levy), który tego samego wieczoru, pilnie wezwał do siebie całą swoją rodzinę, rabina synagogi i wielu prominentnych członków społeczności żydowskiej Lyonu.

Około szóstej wieczorem rabin i cała rodzina zebrali się na miejscu. Dwaj bracia niczego nie podejrzewali. Józef wrócił do domu jako pierwszy. Jego opiekun, który stał w drzwiach, natychmiast zapytał go: “Édouard, czy to prawda, że jesteś katolikiem?” – Ten odważnie odpowiedział: „Tak, jestem nim”.

Dwaj bracia zostali postawieni przed radą rodzinną. Nie ukrywali faktu, że zostali ochrzczeni przez opata Reuila, ale potwierdzili, że to oni sami dobrowolnie poprosili o łaskę chrztu.

Rabin próbował zachwiać ich wiarą. Współczuł im, synom Izraela, że odważyli się wyrzec religii swoich ojców, aby stać się uczniami “uwodziciela” słusznie skazanego przez Sanhedryn na mękę krzyżową… Nazwał sakrament Eucharystii śmiesznym i absurdalnym. Dwaj nowi chrześcijanie odpowiedzieli potrójnym potwierdzeniem swojej wiary w Chrystusa, w Jego Niepokalaną Matkę i w Eucharystię.

Bicie i groźby

Po niepowodzeniu rabina, wujowie (było ich pięciu) próbowali przekonać swoich siostrzeńców. Argumentowali, że jeśli nie wyrzekną się chrztu, zerwą ze swoją rasą i zhańbią swoją rodzinę, która zawsze pozostawała niezłomnie oddana synagodze. Przypomnieli o ciężkich wyrzeczeniach, jakie ponieśli, aby zapewnić im doskonałe wykształcenie i staranne szkolenie w Imperial Lycée. Ich słowom towarzyszyły łzy i rozdzierające serce szlochy ciotek.

Dwaj bracia byli poruszeni, ale pozostali niewzruszeni: “Jesteśmy chrześcijanami! Pozostaniemy chrześcijanami!”

Przemoc była jedynym sposobem na przekonanie tak upartych ludzi. Wujek, który wziął na siebie odzyskanie ich siłą, chwycił Józefa, powalił go na ziemię i chwytając za gardło, dusił go, mówiąc: “Poddaj się! Poddaj się!” Tymczasem inny wuj, uzbrojony w żelazny pręt, mocno trzymał za ramię Augustina. W salonie panowała śmiertelna cisza, przerywana szlochami ciotek. Józef nie chciał się poddać. Szamotał się w bolesnym uścisku. Jego język prawie całkowicie wysunął się z ust. Dyszał żałośnie…

Augustin, słysząc charczenie brata, poczuł się tak, jakby zaatakowała go nadludzka siła. Przewrócił wuja, który trzymał go mocno za ramię, uwolnił się z jego uścisku, podbiegł do dużego okna wychodzącego na ulicę, otworzył je i krzyknął na cały głos: “Morderca! Morderca!”

Dwaj bracia zostali uratowani: w pobliżu znajdował się posterunek żołnierzy. Zaalarmowani krzykami cierpienia, pośpieszyli z pomocą. Dwaj bracia wyjaśnili komisarzowi policji, że ich wujowie, dowiedziawszy się, że są katolikami, chcieli, aby się tego wyrzekli i że tylko dzięki jego interwencji uniknęli scen skrajnej przemocy, które zagrażały ich życiu.

Była ósma wieczorem. Tłum wyraźnie opowiadał się po stronie dwóch chrześcijan. Komisarz potwierdził prawdziwość zeznań braci i sporządził raport. Postanowił tymczasowo usunąć dwóch nawróconych z ich rodziny.

Zostali oni przyjęci przez sąsiednich chrześcijan. Opat Reuil, który został natychmiast poinformowany, przyszedł im pogratulować; odważnie bronili swojej wiary.

Następnego dnia gazety w Lyonie donosiły o scenie przemocy, która miała miejsce dzień wcześniej. Całe miasto dowiedziało się o nawróceniu dwóch młodych braci Lémann, które do tej pory było starannie ukrywane.

List do gazet

14 września wujowie braci otworzyli gazety, aby dowiedzieć się, że prasa podchwyciła incydent, w którym nie odegrali zbyt honorowej roli. Znaleźli się w złej sytuacji. Musieli się z niej wydostać. Rodzina Lémann była bogata, liczna i potężna. Rozpowszechniano najbardziej wymyślne plotki, aby usprawiedliwić gwałtowny sprzeciw wobec dwóch nowo nawróconych. Twierdzono, że młodzi Lemannowie, stając się katolikami, ulegli presji moralnej sprytnie zorganizowanej przez duchowieństwo, które chciało przejąć ich fortunę. Zasadniczo konwersja była tylko kwestią pieniędzy.

To ohydne oszczerstwo, wymierzone konkretnie w opata Reuila, natychmiast dotarło do uszu obu braci. Oburzyło ich to i aby natychmiast je obalić, napisali bardzo godny list, w którym wyjaśnili powody swojego nawrócenia. List został wysłany do gazet z prośbą o opublikowanie.

Jest to dokument mający pierwszorzędną wartość:

==================================

Panie Dyrektorze.

Czujemy się zobowiązani do przerwania milczenia, które postanowiliśmy zachować. Gazety wystarczająco dużo pisały o niefortunnym incydencie, który nas ujawnił. Gdybyśmy byli jedynymi zaangażowanymi, osąd, który mógł zostać wydany w sprawie naszej konwersji na katolicyzm, nie martwiłby nas zbytnio; ponieważ nasze sumienie należy do nas, nie uznajemy niczyjego prawa do zaglądania w nie. Ponieważ jednak pewna część opinii publicznej rozpowszechnia złośliwe insynuacje na temat duchowieństwa, naszym obowiązkiem jest wytknięcie ich i oświecenie opinii rozsądnych ludzi.

W naszym nawróceniu wszystko było dziełem Boga. Od dzieciństwa widok katolickich ceremonii wywierał na nas tak głębokie wrażenie, że żałowaliśmy, iż nie jesteśmy chrześcijanami. Kiedy wysłano nas do liceum, żal ten był jeszcze większy; z jednej strony widzieliśmy kilku Izraelitów, a z drugiej dużą liczbę chrześcijańskich dzieci. Uderzyła nas ta różnica. Kiedy szli na Mszę i słyszeliśmy pieśni przy akompaniamencie organów, wstydziliśmy się, że zostaliśmy zredukowani do gromadzenia się w zwykłej klasie, aby symulować ćwiczenia bezsensownego kultu.

Ale to, co wstrząsnęło nami jeszcze bardziej, to miłość i oddanie księży i sióstr zakonnych, którzy poświęcili się służbie chorym, oddanie, które porównaliśmy z chłodem i obojętnością tych, którzy otaczali nas gdzie indziej. W rzeczywistości jeden z nas doświadczył tego podczas zagrażającej życiu choroby. Katolicyzm pociągał nas oraz bardziej. Nie odważyliśmy się jednak podjąć decyzji; nadal chcieliśmy studiować. W miarę postępów w zajęciach stawaliśmy się coraz bardziej świadomi fałszywej pozycji, w jakiej nas stawiano. Otwierała się przed nami historia i nie mogliśmy nie zdawać sobie sprawy z obecnego stanu narodu żydowskiego w porównaniu z jego przeszłością.

Trudności, których rozstrzygnięcia nasz rabin nigdy nam nie podał, piętrzyły się w naszych głowach. Klasyczne studium dzieł Bossueta, Fénelona i Massillona przygotowało nasze serca na przyjęcie łaski miłosiernego Boga. Następnie spojrzeliśmy na Pismo Święte. Od samego początku zdawaliśmy sobie sprawę, że nie możemy podążać sami; poszliśmy znaleźć świętego kapłana. Każdego dnia, gdy wychodziliśmy, udzielał nam instrukcji, rozwiewając nasze wątpliwości, wyjaśniając nam proroctwa i pomagając nam zrozumieć powiązania między Starym i Nowym Prawem.

Powiedzieliśmy więc sobie między sobą: “Jeśli Mesjasz przyszedł, to jest nim Jezus Chrystus i musimy zostać chrześcijanami. Jeśli nie przyszedł, nie możemy pozostawać Żydami, ponieważ czas obietnicy minął, a nasze księgi skłamały”.

Testowano nas przez ponad rok. Po dopuszczeniu do matury błagaliśmy o chrzest, nie było nas w szkole od dobrego miesiąca.

Naszej prośbie nie można było odmówić, zostaliśmy chrześcijanami i staliśmy się szczęśliwi.

Nie damy się zmusić do wyrzeczenia się naszej wiary; jesteśmy zdecydowani umrzeć wcześniej.

Wydaje nam się, że osiemnaście lat to wystarczający powód, by odróżnić prawdę od fałszu. Poza tym Żydzi poprosili o wolność sumienia i kultu, więc jak by to wyglądało, gdyby nam odmówili.

S. – Szanowny Panie, prosimy o bezstronność i zamieszczenie tego listu w następnym numerze.

Proszę przyjąć, Szanowny Panie, wyrazy naszego najwyższego szacunku.

Podpisano: Édouard LÉMANN

Achille LÉMANN [1]

Obaj bracia Lémann zostali wyświęceni na księży w roku 1860. Augustin został profesorem na Uniwersytecie Katolickim w Lyonie, a Joseph napisał kilka prac historycznych (w tym «L’Entrée des Israélites dans la société française» – «Wejście Izraelitów do społeczeństwa francuskiego» archive.org/details/lentredesisrali ).

Każdego roku, aż do śmierci, 13 września, wracali na róg Quai Saint-Antoine i Rue des Célestins, naprzeciwko starego domu ich opiekuna, aby publicznie odmówić Credo i podziękować Jezusowi za to, że dał im wiarę katolicką oraz odwagę, by oprzeć się presji ze strony rodziny.

Z książki: Les frères Lémann, P. Théotime de Saint Just (Paryż, 1937)

[1] – Le Courrier de Lyon, codzienna gazeta polityczna i literacka, niedziela, 17 września 1854 r.

INFO: dominicainsavrille.fr/le-cocktail-infernal-du-liberalisme

dominicainsavrille.fr/augustin-et-joseph-lemann-1836-1915-et-1836-1909

Niemcy w kryzysie. Gigant – Bosch – zwalnia 20 tys. pracowników

Niemcy w kryzysie. Gigant zwalnia 20 tys. pracowników

Niemiecki gigant przemysłowy Bosch potwierdza masowe zwolnienia po gwałtownym spadku zysków. W tle rosnące bezrobocie, kryzys motoryzacji i narastająca presja na rząd w Berlinie. Niemcy stają przed pytaniem o przyszłość swojej pozycji gospodarczej w Europie.

2026-02-01, polskieradio/niemcy-w-kryzysie-gigant-zwalnia-20-tys-pracownikow

Bosch potwierdza zwolnienia. „Zyski spadły niemal dwukrotnie”

Koncern Bosch oficjalnie potwierdził plan redukcji 20 tysięcy miejsc pracy na świecie. Decyzja zapadła po tym, jak zyski firmy w ubiegłym roku spadły niemal o 50 proc., co dobitnie pokazuje skalę problemów, z jakimi mierzy się niemiecki sektor przemysłowy. – Rzeczywistość gospodarcza znajduje także odzwierciedlenie w naszych wynikach – przyznał prezes Boscha Stefan Hartung. Jak dodał, rok 2026 będzie dla spółki „trudny, a w niektórych obszarach wręcz bolesny”. Bosch pozostaje jednym z kluczowych dostawców części dla branży motoryzacyjnej, która obecnie przeżywa głębokie załamanie.

Bezrobocie w Niemczech najwyższe od 12 lat

Problemy Boscha zbiegają się z niepokojącymi danymi makroekonomicznymi. Według oficjalnych statystyk opublikowanych w piątek, stopa bezrobocia w Niemczech wzrosła do 6,6 proc., osiągając najwyższy poziom od dwunastu lat. W styczniu liczba osób pozostających bez pracy przekroczyła trzy miliony. Dane te dodatkowo wzmacniają obawy o kondycję największej gospodarki Europy i podnoszą presję na decydentów politycznych w Berlinie.

Decyzja Boscha wpisuje się w szerszy kryzys niemieckiej motoryzacji – sektora, który przez dekady był filarem krajowej produkcji i eksportu. Branża od miesięcy notuje masowe redukcje zatrudnienia.

Z raportu EY wynika, że tylko w 2024 roku w Niemczech zlikwidowano ponad 50 tysięcy miejsc pracy w sektorze motoryzacyjnym. Spadające zamówienia, wysokie koszty energii oraz niepewność regulacyjna skutecznie hamują nowe inwestycje.

Presja polityczna i obawy o przyszłość konkurencyjności

Kryzys w motoryzacji stał się poważnym testem dla niemieckiego rządu oraz całej Unii Europejskiej. Branża, niegdyś uznawana za klejnot w koronie niemieckiej gospodarki, znajduje się pod silną presją wynikającą z polityki elektromobilności, wysokich cen energii oraz coraz agresywniejszej konkurencji ze strony producentów z Chin.

Eksperci ostrzegają, że wraz ze słabnięciem dostawców ryzyko przesuwa się z chwilowego spadku zysków w stronę trwałej utraty konkurencyjności. Rosnąca fala zwolnień i wstrzymywanie inwestycji sprawiają, że rząd kanclerza Friedricha Merza znajduje się pod rosnącą presją ze strony związków zawodowych i liderów przemysłu, by zrewidować niemiecką strategię przemysłową. W Niemczech – i coraz częściej w całej Europie – narastają wątpliwości, czy kraj zdoła utrzymać swoją pozycję jednej z kluczowych potęg gospodarczych świata.

Zawód: Ekspert od wszystkiego. MEM-y VII.

———————————————————-

————————————————————

———————————————————————

————————————————–

——————————————–

————————————————

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Korupcja na Ukrainie żąda wsparcia zewnętrznego. MEM-y VI.

——————————————————————

———————————

————————————————————–

——————————————–

——————————————

—————————————————-

——————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Tusk dyżuruje na SOR jako położnik. MEM-y V.

———————————————

—————————————————

—————————————————–

———————————-

——————————————————————–

———————————————————-

———————————————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Chirurżka i otolaryngolożka. MEM-y IV

————————————————–

———————————–

{„remix_data”:[],”remix_entry_point”:”challenges”,”source_tags”:[„local”],”origin”:”unknown”,”total_draw_time”:0,”total_draw_actions”:0,”layers_used”:0,”brushes_used”:0,”photos_added”:0,”total_editor_actions”:{},”tools_used”:{„selection”:2,”transform”:2},”is_sticker”:false,”edited_since_last_sticker_save”:true,”containsFTESticker”:false}

———————————-

—————————-

—————————————————–

—————————————————————

————————————————————————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Pozwólcie mówić Żukowskiej !! MEM-y III

———————————————-

———————————————————————-

——————————————-

—————————————–

—————————————

——————————————————–

——————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Ukrainofilia jako funkcja wykorzenienia

Ukrainofilia jako funkcja wykorzenienia

Jacek Tomczak konserwatyzm.pl/tomczak

Czemu liberalny mainstream wspiera asymetryczne relacje Polski z innymi krajami? Czemu toleruje w innych narodach to, co w Polakach wypalałby ogniem? Czemu używa tak infantylnej argumentacji? – czyli o poczuciu własnej wyższości moralnej, wykorzenieniu i zapatrzeniu w “Europę” jako fundamentach światopoglądu środowisk lewicowo-liberalnych.

24 lutego 2022 roku Joanna Szczepkowska mogłaby ogłosić: “Proszę państwa, dziś w liberalnym mainstreamie skończył się >>onucyzm<<„.

Przeróżne autorytety (nie)moralne rozpoczęły własne śledztwa w poszukiwaniu “ruskich onuc” – tą przedziwną pogoń za własnym ogonem, groteskową, choć przedstawianą zawsze bardzo poważnie walkę ze swoim cieniem. Tak, ci sami ludzie, którzy jeszcze niedawno straszyli “rusofobią” i ostrzegali, że “Kaczyński prowadzi nas do wojny z Rosją” nagle sami zaczęli do niej prowadzić – a właściwie to nie z Rosją, bo stosunek do Rosji (ale też Ukrainy) to w tym przypadku tylko funkcja podejścia do Polski, a dokładniej polskości. Niebawem do tego przejdę.

Podstawowym przejawem samodzielności myślenia jest jego ewolucyjność, czyli modyfikowanie przekonań adekwatnie do zmieniających się okoliczności, nowych faktów. Nie myślą samodzielnie ludzie zasklepieni – bo tacy nie myślą w ogóle, jeśli jakieś procesy w ich głowach następują, mają na celu wyłącznie racjonalizację niezmiennych przekonań. Nie myślą samodzielnie ludzie zewnątrzsterowni – bo “myślą” tak, jak ktoś im podpowiada.

PRAKTYKA ASYMETRYCZNOŚCI: “RESET”

Liberalny mainstream pełnił rolę dostarczyciela ideologicznych uzasadnień dla polityki “resetu” z Rosją prowadzonej przez rząd Donalda Tuska w trakcie jego dwóch pierwszych kadencji.

Przejawów budowania aberracyjnie asymetrycznej relacji Polski z Rosją przez rząd Tuska jest aż nadto – przy czym sam premier jakby uwewnętrznił domniemane oczekiwania prezydenta Władimira Putina i wychodził naprzeciw nie wyartykułowanym przez niego wprost oczekiwaniom.

Rzecz jasna, najgłośniejsze przejawy uległości to oddanie śledztwa ws. tragedii w Smoleńsku Rosjanom, a wcześniej – korespondencją między obydwoma przywódcami, w której adresatem lojalności Tuska był przywódca Rosji, nie zaś prezydent Polski. Tych wyrazów polityki “resetu” było jednak multum – Tusk odmówił budowania tarczy antyrakietowej, jego ludzie podpisali umowę SKW z FSB, oznaczającą zobowiązanie do wydawania sobie “agentów” (co w tym przypadku wprost godziło w postanowienia Sojuszu Północnoatlantyckiego), dokonali zatrzymania czeczeńskiego przywódcy Zakajewa, którego dwa inne europejskie państwa nie chciały wydać Rosji, restaurowali na dużą skalę radzieckie pomniki, dokonali uwięzienia kibica Legii Warszawa Wojciecha Brauna pod fałszywym oskarżeniem przemocy wobec rosyjskich kibiców bezpośrednio na polecenie Putina.

Co oczywiste, tylko głucha cisza może pojawić się po zadaniu pytania: “A co my z tego mieliśmy?”. Zresztą, to w ogóle pytanie, którego autor może liczyć się z formułowanym w oparach gęstej i szkodliwej, niczym smog moralistyki potępieniem liberalnego mainstreamu.

Nieszczęście polskiej debaty publicznej polega na tym, że zarządzana przez PiS TVP za najbardziej obciążające Tuska zdarzenie uznała spacer z prezydentem Putinem na sopockim molo i padnięcie w jego ramiona w Smoleńsku (co z ludzkiego punktu widzenia jest zrozumiałe), co dostarczyło drugiej stronie asumptu do trywializacji charakteru opisywanej tu uległości.

Trudniej też wiarygodnie dowodzić, że nawet nie tyle uległość, co wspieranie żywiołów dla Polski szkodliwych wpisane jest w DNA liberalnego mainstreamu. Nadmienię tu, że to ostatnie tym różni się od uległości, że oznacza odrzucenie kategorii “my”, przyjęcie zewnętrznej perspektywy na własny naród – a wynika nie ze słabości charakteru (jak uległość), lecz z połączenia nihilizmu z fascynacją.

Nie miejsce tu, by rozwodzić się nad uzasadnieniami piruetu dokonanego przez liberalny mainstream. Oszczędźmy nieszczęśników, którzy biadolą, że “nie wiedzieli, jaka naprawdę jest Rosja”, zostawmy tych wszystkich powtarzających, że “przecież cała Europa tak robiła”, tak jakby nie mogli choć raz swojej niesamodzielności, swojego zamiłowania do kopiowania się pozbyć, nie zaś traktować jako argumentu, który ich w jakikolwiek sposób usprawiedliwia. Napiszę tylko, że nie mogąc uwierzyć w poziom płytkości, infantylizmu i zwyczajnej nieprawdziwości uzasadnień przedstawianych przez ludzi zazwyczaj wykształconych i inteligentnych zacząłem szukać ich genezy.

PRAKTYKA ASYMETRYCZNOŚCI: UKRAINOFILIA

Z tą samą gorliwością, z jaką liberalny mainstream wspomagał “reset”, zaczął w ostatnich latach tropić “ruskich agentów”, “ruskie onuce” i każde działanie sprzyjające “ruskiemu interesowi” (jak choćby dopominanie się o godne pochowanie i upamiętnienie ofiar rzezi wołyńskiej). Z równą nieustępliwością retoryki i z równie porażającą jej płytkością – dodajmy. Nazwanie kogoś “ruskim agentem” okazało się być zwolnieniem samego siebie z podjęcia jakiegokolwiek wysiłku intelektualnego. Ot, taki krypto-antysemityzm, w tamach którego nowa wersja: “Przecież to Żyd” ma zastępować jakąkolwiek argumentację.

Oczywiście, obnażanie absurdalności wielkiej części zarzutów o “sprzyjanie rosyjskiemu interesowi” jest wejściem w ślepą uliczkę zbudowaną przez formułujących takie oskarżenia. Oni sami często po prostu operują retorycznymi szabelkami służącymi do osiągnięcia konkretnego celu, jak choćby zaszantażowanie każdego kto nie wystarczająco aprobatywnie podchodzi do pomysłów Unii Europejskiej.

Z równie dużą uległością, jak ta cechująca kilkanaście lat temu politykę wobec Rosji liberalny mainstream zaczął podchodzić do relacji z Ukrainą. To pewien paradoks, że podobne analogie są względnie rzadko kreślone przez publicystów, gdyż krytycy “resetu” w wielkiej części wspierali ślepo ukrainofilską politykę rządu PiS i prezydenta Andrzeja Dudy.

W relacjach Polski z Ukrainą mamy do czynienia dwuwymiarową asymetrycznością, analogiczną do tej charakteryzującej nasze stosunki z Rosją w trakcie “resetu”. Czyli – po pierwsze – dużo dajemy, nie otrzymując w zamian niemal nic, ale też – po drugie – znajdujemy się w sytuacji znacznie gorszej niż inne kraje budujące taką relację. Jeśli chodzi o punkt drugi, to jego treść zgrabnie streszczona została w pewnym memie: “przyjmiecie kilka milionów Ukraińców, a w zamian my przejmiemy majątki rosyjskich oligarchów”.

Intersujące wydaje się diagnozowanie czegoś w rodzaju “odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego” u byłego premiera Leszka Millera. Bardzo charakterystyczne jest zastępowanie polemiki z wygłaszanymi przez niego poglądami w kwestii relacji polsko-ukraińskich wskazywaniem jak takie poglądy rzekomo świadczą o nim samym i jego domniemanej metamorfozie.

POGLĄDY MAJĄ SIĘ PODOBAĆ

Jeśli ktoś nawet nie tyle przeszedł metamorfozę, co wykonał piruet to krytycy Leszka Millera – on sam uważa w tej kwestii, jak się wydaje, to samo co uważał zawsze.

Krytycy jego wypowiedzi traktują poglądy polityczne, jak ubrania nabyte w butiku – a zarazem modne żakiety skończyć mogą w mgnieniu oka obok pogardzanych przez nich swetrów z bazaru, jeśli tylko dyktatorzy mody wskażą inny przedmiot podziwu. Taki stosunek do poglądów zdaje się tłumaczyć infantylizm i płytkość argumentów przez nich formułowanych – wszak skoro poglądy to kwestia estetyki i lokowania społecznego, skoro służą one roztaczaniu nad sobą aureoli, to logika rozumowania pełni tylko funkcję służebną i jest drugorzędna.

Wcześniej chęć pokazania się w roli najświatlejszych synów swojej epoki zaspokajało ukazywanie współpracy z Rosją jako antidotum na relikt przeszłości, czyli antyrosyjskie demony, a także powtarzanie haseł o “ucywilizowaniu” i “demokratyzacji” Rosji. Te ostatnie miały one nastąpić wskutek uznania dla dobrej woli liberalnego mainstreamu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – przecież każdy specjalista w zakresie geopolityki wie, że politycy w rodzaju Władimira Putina na uśmiech odpowiadają uśmiechem jeszcze serdeczniejszym, a Rosjanie o niczym innym nie marzą, jak o demokracji na wzór zachodni.

Aktualnie ukazanie się w aureoli człowieka światłego i formułującego poglądy, które głosić “wypada” wymaga okazywania bezwarunkowego i nie zadającego pytań entuzjazmu wobec Ukrainy i Ukraińców.

DREWNIANE SZABLE UKRAINOFILI

O jakie owoce intelektualnej wirtuozerii konkretnie chodzi? Dodajmy, że na ich podaniu rozmówcy zazwyczaj się kończy – wszak bardziej inteligentni przedstawiciele liberalnego mainstreamu nie nadają logice szczególnego znaczenia, zaś ci mniej inteligentni, choćby nie wiadomo jak się wysilili, nie są w stanie wiarygodnie obronić aksjomatów swojego środowiska. Weźmy pierwsze z brzegu przykłady.

Tyleż popularny, co natrętnie powtarzany jest pogląd, że “Ukraińcy walczą za nas”. To trochę tak, jakby powiedzieć, że Polacy w trakcie II wojny światowej my walczyliśmy za Ukraińców, przeszkadzając siłom niemieckim, chcącym z jak największym impetem uderzyć na Związek Radziecki. Oczywiście, formułujący taki pogląd będą uzasadniać, że przecież to skrót myślowy – rzec w tym, że ich narracja tak pęka od różnych skrótów myślowych, niedopowiedzeń, sugestii, ogólników, że w ich gąszczu sam Sherlock Holmes nie odnalazłby prawdy ani logiki.

Teza o “Ukraińcach walczących za nas” zakłada, rzecz jasna, że borykający się z olbrzymimi problemami w walce z armią ukraińską i nie mogący jej pokonać już niemal 4 lata przywódca Rosji zechce zaatakować kraje NATO. Putinowi można zarzucać zło, kłamstwa, cynizm – mało kto jednak uważa go za szaleńca.

Rzecz jasna, mówiąc, że ktoś o coś bądź za kogoś walczy, musimy odwołać się do intencji tego, o kim mówimy. Jakież byłoby zdziwienie Ukraińców, gdyby dowiedzieli się, że walczą za Polaków – i ciekawe czy ich wola walki by znacząco nie osłabła.

Podziw wzbudzać może ilość połączeń neuronalnych w mózgach bezrefleksyjnych ukrainofilii – posługują się oni tym rodzajem logiki, jakiego geniusz by nie wymyślił. Z tezy, iż “Ukraińcy walczą za nas” wyprowadzają twierdzenie o konieczności utrzymania przywilejów socjalnych dla mieszkających w Polsce Ukraińców. To jasne, że Ukraińców trzeba trzymać w Polsce, skoro mają być pożyteczni dla walczącej Ukrainy – czy nie?

To jasne tak jak to, że walka o pamięć po bestialsko zakatowanych w trakcie rzezi wołyńskiej Polakach jest działaniem przeciw polskiemu interesowi, wszak bycie wrogiem UPA oznacza bycie wrogiem Ukrainy, zaś bycie wrogiem Ukrainy to bycie przyjacielem Rosji, zaś bycie przyjacielem Rosji to bycie wrogiem Polski. Czy coś jeszcze jest niejasne?

Może to, że ci “antyfaszystowscy” detektywi, ci inwazyjni tropiciele “antysemityzmu” w narodzie polskim, ci samozwańczy prokuratorzy formułujący akty oskarżenia przeciw Żołnierzom Niezłomnym za zbrodnie powstałe w wyobraźni oskarżycieli, ci powielający w tysiącu różnych wersji pogląd Donalda Tuska, że “polskość to nienormalność”, ci propagatorzy wszelkich traktatów uznających wyższość prawa europejskiego nad prawem polskim zaczęli używać kategorii “polskiego interesu”. Klasyk Włodzimierz Lenin twierdził, że “kapitaliści wyprodukują sznury, na których ich powiesimy”. Czyżby środowisko immanentnie polonosceptyczne znalazło kolejne przebranie, tym razem biało-czerwone? To urocze, że “polski interes” zaczął być ważny akurat wtedy, gdy chodzi o interes ukraiński. Zresztą, tak jak i patriotyzm okazał się być istotny, gdy trzeba było wypomnieć prawicy, że go zawłaszcza.

Ukrainofilia jest czymś zupełnie innym od zwykłego życzenia Ukraińcom zwycięstwa w wojnie z Rosją. Jednym z najistotniejszych jej przejawów jest aprobatywne wypowiadanie się na temat akcesu Ukrainy do Unii Europejskiej bądź NATO.

To symptomatyczny przejaw myślenia życzeniowego, któremu nie przeszkadza ani skrajnie wysoki poziom korupcji na Ukrainie, ani konflikt interesów ukraińskich przedsiębiorstw rolniczych z polskimi rolnikami, ani oczywiście państwowe czczenie ludobójczego banderyzmu. Nie przeszkadza kolaboracja z III Rzeszą ukraińskich bohaterów narodowych, nie przeszkadza antypolski, ale też przecież antyżydowski szowinizm, którego spadkobiercami czuje się bardzo wielu Ukraińców. Nie przeszkadza to wszystko, czego nigdy w Polsce nie było, a czego liche namiastki skłonny był liberalny mainstream podnosić do rangi oznak niebezpiecznego nacjonalizmu, którego widmo krąży nad naszym krajem. Nie przeszkadza to, co uczyniłoby z wytworów wyobraźni rozmaitych Grossów, Grabowskich i Engelking prace historyczne, gdyby było przedmiotem ich opisów.

Czemu nie przeszkadza? I czemu argumentacja przedstawicieli mainstreamu jest tak bardzo infantylna, tak bardzo opierająca się logice i tak łatwa do podważenia dla każdego, komu zdarza się pomyśleć choćby kilka razy dziennie?

LOGIKA NA USŁUGACH UTRWALONYCH PRZEKONAŃ

Częściowe wyjaśnienie przedstawiłem wcześniej, pisząc o tym, że “poglądy mają się podobać”. Zaznaczam, że odrzucam te przeważnie najszybciej pojawiające się wyjaśnienia: dotyczące zdrady, bądź głupoty. Nie twierdzę, że są całkowicie fałszywe, lecz źródło cząstkowo wyżej przedstawionej argumentacji tkwi głębiej. Spróbujmy to rozwinąć.

Stosunek do Rosji i Ukrainy, stosunek do nacjonalizmu to tylko pochodne podstawowych, utrwalonych zwłaszcza na poziomie podświadomości przekonań przedstawicieli mainstreamu. Mogą być one zmienne, tak jak drużyna piłkarska ma w różnych sezonach inne składy, wciąż jednak reprezentując to samo miasto, tą samą tradycję, tych samych kibiców.

Noblista Daniel Kahnemann opisywał w “Pułapkach myślenia” dwa systemy stojące za ludzkimi reakcjami i podejmowanymi przez nas wyborami. System pierwszy tworzą odruchy, intuicja. Na System drugi składa się analiza, refleksja, dłuższe procesy myślowe. System 1 powoduje, że reagujemy w powtarzalny sposób na określone informacje, często sami nie zdając sobie sprawy czemu odbieramy je tak a nie inaczej.

Otóż, uważam, że kolejność występowania wyżej wskazanych dwóch rodzajów percepcji można odwrócić – nie mówię oczywiście o prostym przestawieniu, raczej o zmianie relacji między tym co irracjonalne, a tym co logiczne (lub przywdziewające logicznie brzmiącą formę).

O ile faktycznie zazwyczaj reagujemy odruchowo, zaś następnie poddajemy sytuację czy pogląd analizie (a czasem w ogóle nie poddajemy), o tyle – jak uważam – występuje także u ludzi mechanizm prowadzący do opartego o logikę i przywdzianego w pozory racjonalności reagowania, którego źródłem są błąkające się w przestrzeni nie całkiem świadomej, a zarazem silnie zakorzenione przekonania. Taki klucz do analizy genezy twierdzeń formułowanych przez liberalny mainstream wydaje mi się właściwy.

Dodajmy, że wspomniana wcześniej przeze mnie zewnątrz-sterowność przyjmuje w tym przypadku inny wymiar niż ten opisany na wstępie – kierownicą staje się już nie inny człowiek bądź środowisko, lecz podświadomość lub rzadko odwiedzane obszary świadomości.

TRZY FUNDAMENTY MAINSTREAMOWEGO MYŚLENIA

Jakie są te tkwiące w podświadomości przekonania, przekonania, które tworzą światopogląd i wpływają na wygłaszane opinie, nawet gdy człowiek rzadko artykułuje je expressis verbis?

Po pierwsze, to przekonanie o własnej wyższości moralnej. Poglądy wygłaszane przez mainstream nie są po prostu jeszcze jednymi opiniami w danej kwestii – to poglądy “dobrych ludzi”.

Immanuel Kant odróżniał “moralnego polityka” od “politycznego moralisty”. Wydaje się, że środowisko, o którym tu piszę myli etyczne postępowanie z zamiłowaniem do pouczającej “ciemny lud” moralistyki. Różnica między jednym a drugim nie jest kosmetyczna – o ile w pierwszym przypadku mamy do czynienia z podporządkowaniem się zasadom, o tyle w przypadku drugim można mówić o stawianiu się ponad wszystkimi innymi i ich natrętnym strofowaniu.

Pomoc Ukraińcom niewątpliwie wynikała z dobrych serc Polaków – prostej, ale i doniosłej reakcji na ludzkie cierpienie, odruchu obrony atakowanego. Jednocześnie figura “dobrego człowieka” tak samo nie jest tym, czym jest dobro, jak moralizowanie nie jest moralnością. Nie pomaga się po to, by mówić o pomaganiu, nie czyni się dobra, by pokazywać, że inni są źli. Dobro to nie nalepienie sobie serduszka.

Co istotne, dobro musi umieć iść pod prąd. Czy ukrainofilia w środowiskach “dobrych ludzi” jest sprzeciwem czy środowiskowym konformizmem? Czy wstawianie flagi ukraińskiej na portalach społecznościowych koło swojego zdjęcia nie jest tym samym czym dodawanie tęczy? Ta potrzeba epatowania zawsze woła o weryfikację autentyczności tego, czym się epatuje.

Po drugie, na myślenie mainstreamu wpływa silne wykorzenienie, czyli zewnętrzny stosunek do swojego kraju, swojego narodu.

By wytłumaczyć o co mi chodzi poczynię krótką dygresję. Brytyjski filozof Roger Scruton, opisując modele adaptacji imigrantów do społeczeństwa odróżnił akulturację i agregację. Pierwsza oznacza zachowanie wspólnej dla wszystkich kultury kraju przyjmującego przybyszów, druga natomiast jest swoistym dodawaniem do siebie kultur, tworzeniem ich mozaiki, pieczeniem ciasta, do którego następnie dodaje się keczupu. Różne kultury jednocześnie może opisywać antropolog kultury – rzecz w tym, że człowiek żyjący w społeczeństwie nie jest antropologiem i potrzebuje jednego kodu kulturowego, tak jak kierowca musi stosować się do jednych przepisów ruchu drogowego, by nie spowodować wypadku.

Otóż, mainstream przyjmuje perspektywę antropologa kultury, który decyduje o przyszłości konkretnego społeczeństwa. Wykorzenienie jest czym wręcz w rodzaju zaburzenia – nieumiejętnością przynależności, niezdolnością do współodczuwania z własnym narodem. Spróbujmy u kogoś z mainstreamu wywołać wrażliwość na los tysięcy Polaków zakatowanych na Wołyniu. Tak, ta wrażliwość jedzie po torach ułożonych przez ideologię.

Rozmawiałem z pewnym ukrainofilem, który porównał majora Józefa Kurasia, czyli “Ognia” do Stefana Bandery. Przejęcie wywołał we mnie nawet nie symetryzm pozwalający porównywać człowieka, który starał się restaurować niepodległe państwo polskie, tworząc instancyjne sądy, niekiedy wydające wyroki śmierci z rzezimieszkiem, który “wyroki” wydawał, bo taką miał zachciankę. Przejęcie wywołał brak odruchu: “Przecież ten człowiek walczył za mnie, walczył, bym mógł żyć w niepodległej Polsce”. Mój rozmówca był historykiem, w dodatku źle wykształconym – nie odczuwał polskości jako czegoś, w czym tkwi.

Po trzecie, mainstream kieruje się zapatrzeniem w “Europę” (cudzysłów wynika z faktu, iż jest to Europa wyobrażona), estetyzując ją jednocześnie, postrzegając jako symbol klasy i stylu. Ileż to razy słyszeliśmy argument: “W całej Europie tak robią” jako zarazem wykrzyknik i kropkę, jako aspirujący do rozstrzygnięcia wszelkich wątpliwości.

Zapatrzenie w “Europę” wydaje się znacznie trafniej oddawać właściwości mainstreamu niż pojęcie “mentalności postkolonialnej”, tak często używane przez rozmaitych publicystów. Dlaczego? Mainstream jest wpatrzony w “Europę”, natomiast niekoniecznie czuje w głębi tą niechęć i tą zazdrość do tych, którym podlega, jaka składa się na “mentalność postkolonialną”.

Istotną konsekwencją światopoglądu mainstreamu jest niechęć do państwa jednonarodowego – postrzega się jako źródło nacjonalizmu, niechęci wobec innych narodów i próbuje zmienić na wiele różnych sposobów. Co ważne, tak jak mainstreamowi niekoniecznie przeszkadza nacjonalizm, byle nie był polski, tak nie widzi zagrożenia w imigracji islamistów, mimo iż nieporównywalnie bardziej łagodną religię, czyli katolicyzm skłonny jest obwiniać za zacofanie i nienawiść.

Mainstream zachowuje się, jak Świadkowie Jehowy życia politycznego – ciągle straszy  “odżyciem demonów polskiego nacjonalizmu”. Oczywiście, chodzi o patriotyczną aktywizację większej liczby Polaków. Byłoby to problemem tak potężnym, o znaczeniu tak fundamentalnym, że każdego można uniewinnić, byle do tego nie dopuścić.

Jacek Tomczak

Kultura i edukacja. Bezpieczeństwo tożsamościowe – kongres KINGS

Kultura i edukacja. Bezpieczeństwo tożsamościowe – kongres KINGS

Autor: AlterCabrio, 1 lutego 2026

−∗−

Kultura i edukacja. Bezpieczeństwo tożsamościowe

BONUS:

Braun zablokowany? KINGS – Dokąd zmierza Polska?

KINGS czyli nowa nadzieja dla Polski!

Bezpieczni czy zależni?! Polska i Polacy w stanie zagrożenia!

A o kim zapomniałem ? MEM-y II

——————————-

———————————————-

———————————————-

————————————

——————————

———————————-

————————

———————————–

————————————

———————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Wreszcie synagoga w Kielcach !! MEM-y I

Screenshot

————————————

—————————————————–

————————————————-

Screenshot

—————————————————

——————————–

—————

——————————————————–

———————————————–

———————————–

——————————————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Hiszpańska lewaczka przyznała, że chodzi o podmianę populacji.

Montero przyznała, że chodzi o podmianę populacji.

„Natychmiast wyłączyć Hiszpanię z Schengen”

dorzeczy.pl//hiszpania-w-schengen-montero-przyznala-podmiana-populacji

Irene Montero / Nielegalni imigranci płyną do Europy
Irene Montero / Nielegalni imigranci płyną do Europy Źródło: X / Bruno Topola, PAP/ EPA

Czy wobec nieskrywanego już planu podmiany populacji w Europie, co przyznała Irene Montero, Hiszpania powinna należeć do strefy Schengen?

Polityk skrajnie lewicowej, proimigracyjnej partii Podemos Irene Montero przemawiała w sobotę na wiecu w Saragossie, zorganizowanym w związku z wyborami regionalnymi w Aragonii, które odbędą się 8 lutego.

Socjalistyczno-komunistyczny rząd Hiszpanii postanowił zalegalizować pobyt w tym kraju 500 tysięcy nielegalnych imigrantów. Montero przekonywała, że kolejnym krokiem powinno być nadaniem im hiszpańskiego obywatelstwa i zmiana prawa tak, aby mogli uczestniczyć w wyborach.

Masowa migracja. Irene Montero z Podemos wprost o podmianie populacji

– Oby teoria podmiany populacji się ziściła! Mam nadzieję, że uda nam się pozbyć z tego kraju faszystów i rasistów za pomocą migrantów i ciężko pracujących ludzi – powiedziała Montero, cytowana przez dziennik „El Mundo”. W swoim wystąpieniu mocno skrytykowała partie prawicowe, w tym Vox i jej lidera Santiago Abascala, określając ich retorykę jako „rasistowską” i „anty-migracyjną”.

„Natychmiast wyłączyć Hiszpanię ze strefy Schengen”

„Dokładnie taki jest cel lewicy i liberałów rządzących UE. Po to przepchnęli pakt migracyjny. Jak najwięcej nowych, importowanych spoza Europy obywateli – to dla nich nadzieja na dodatkowe głosy w wyborach i utrzymanie władzy” – skomentował parlamentarzysta PiS Paweł Jabłoński.

„Podemos to zdaje się Wasi sojusznicy w Europie partia Razem, Adrianie Zandberg? Również popieracie realizację «teorii wielkiej podmiany«?” – zapytał poseł Kacper Płażyński, także z PiS.

„Natychmiast wyłączyć Hiszpanię ze strefy Schengen!” – wezwał Piotr Czak Żukowski z Ruchu Narodowego. „Nadanie obywatelstwa hordom nielegalnych imigrantów z Afryki jest zagrożeniem dla całej Europy”. – podkreślił działacz Konfederacji.

Przypomnijmy, że Schengen obejmuje obecnie 29 państw. Na obszarze strefy zniesiono kontrole graniczne na granicach wewnętrznych. Z uwagi na masowe ściąganie imigrantów przez rządy niektórych państw, na części granic kontrole zaczęły być przywracane.