MODLITWA ZA OJCZYZNĘ. Ks. Piotr Skarga, TJ

MODLITWA ZA OJCZYZNĘ

Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, chwałę przynosiła Imieniowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

Wszechmogący wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swych pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie.

Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.

Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

Spuścizna po papieżu Franciszku – ocena teologiczna

Spuścizna po papieżu Franciszku – ocena teologiczna

Franciszek z jednym ze swoich najbliższych współpracowników, prefektem Dykasterii ds. Biskupów kard. Robertem Prevostem, obecnie papieżem Leonem XIV

Po dwunastu latach pontyfikatu naznaczonego śmiałymi gestami i głębokimi reformami, Franciszek pozostawił po sobie spuściznę teologiczną pełną kontrastów.

Od stuleci żaden papież nie wzbudził tak mocnego wśród samych biskupów – kilku kardynałów posunęło się nawet do publicznego skierowania do niego dubiów. Równocześnie cieszył się on stałym poparciem najbardziej postępowych środowisk w Kościele. Jego pontyfikat nie pozostawił nikogo obojętnym.

Warto więc wskazać na najważniejsze aspekty tego pontyfikatu, aby wyjaśnić jego strukturę i wewnętrzną logikę. Przeprowadzając tę analizę, postaramy się zrozumieć nie tylko teologiczne motywy, jakimi kierował się Franciszek inicjując swoje reformy, ale też całościową wizję, która nadała kształt jego inicjatywom i wycisnęła trwałe znamię na historii Kościoła.

Przed Franciszkiem: społeczno-polityczna teologia Jorge Bergoglia

Pierwszy jezuita na tronie Piotrowym i zarazem pierwszy papież pochodzący z kontynentu amerykańskiego, kard. Jerzy Mariusz (Jorge Mario) Bergoglio – który po swym wyborze przyjął imię Franciszek – w wieczór swojej elekcji przedstawił się jako pochodzący z „krańców Ziemi”. Już samo to sformułowanie sygnalizowało przełom: po raz pierwszy od wieków Kościołem miał rządzić papież niepochodzący ze Starego Kontynentu, historycznej kolebki, z której pochodzili wszyscy poprzedni wikariusze Chrystusa.

Pochodzenie i formacja

Osobowość Jerzego Bergoglia, którego rodzice byli pochodzenia włoskiego – ojciec nawet urodził się na Półwyspie Apenińskim – w wielkim stopniu została ukształtowana przez losy jego rodziny. Jako dziecko imigrantów przez całe życie przejawiał szczególną wrażliwość na kwestię migracji: postrzegał ją jako źródło ubogacenia dla krajów docelowych i podkreślał obowiązek bezwarunkowej gościnności. Jego osobiste doświadczenie podsycało również pewien krytyczny dystans wobec Europy, którą postrzegał jako zmęczoną, starzejącą się i niekiedy zasklepioną w sobie.

W wieku 22 lat wstąpił do Towarzystwa Jezusowego i jedenaście lat później – w grudniu 1969 r. – otrzymał święcenia kapłańskie, po czym szybko zaczął piąć się po szczeblach kariery duchownej, zostając najpierw mistrzem nowicjatu, a następnie prowincjałem. Był to okres poważnych napięć politycznych w Argentynie. W wyniku zamachu stanu z 24 marca 1976 r. kraj znalazł się pod rządami junty wojskowej. W tej niezwykle skomplikowanej sytuacji politycznej Kościół w Ameryce Łacińskiej doświadczył głębokiego wstrząsu pod wpływem cieszącej się wówczas największą popularnością teologii wyzwolenia1.

Jerzy Bergoglio nie wspierał czynnie tego ruchu, opartego na ideach marksistowskich i optującego za rewolucyjnym przewrotem, a ponadto formalnie potępionego przez Rzym. Niemniej jednak przyszły papież Franciszek zbliżył się do bardziej umiarkowanego jego nurtu, znanego jako „teologia ludu”, który w poważnym stopniu ukształtował zarówno jego myślenie, jak i podejście duszpasterskie.

„Teologia ludu”: wsłuchiwanie się w głos mądrości

W encyklice Fratelli tutti Franciszek zwraca uwagę na pokusę instrumentalizacji pojęcia „lud”: „W ostatnich latach określenie «populizm» lub «populistyczny» wtargnęło do mediów i języka ogólnego. W ten sposób traci ono wartość, jaką mogłoby mieć, i staje się jednym z biegunów podzielonego społeczeństwa”2. „Próba usunięcia tej kategorii z języka może doprowadzić do wyeliminowania samego słowa demokracja («rządy ludu»)”3.

Dla Franciszka lud nie jest ani anonimową masą, ani rzeczywistością bezpośrednią. Wyjaśnia to w sposób następujący: „Przynależność do ludu to przynależność do wspólnej tożsamości, na którą składają się więzi społeczne i kulturowe. I nie jest to coś automatycznego, ale wręcz przeciwnie: jest to powolny, trudny proces… ku wspólnemu projektowi”4.

Czyni więc rozróżnienie między prawdziwymi przywódcami ludowymi, potrafiącymi poznać serce ludu i wyrazić jego aspiracje, a przywódcami demagogicznymi, wykorzystującymi kultury zbiorowe w celu zdobycia władzy5. To rozróżnienie pozwala dostrzec kluczową zasadę interpretacyjną jego pontyfikatu: Kościół musi towarzyszyć ludziom, a nie nimi manipulować.

Właśnie w taki kontekst koncepcyjny wpisuje się „teologia ludu”. Kładzie ona nacisk na słuchanie wspólnot, zwłaszcza najuboższych, które traktuje jako loci teologiczne, tj. przestrzenie, w których przemawia i działa Bóg6: teolog musi wsłuchiwać się w mądrość ludu, która wedle Jerzego Bergoglia odzwierciedla mądrość Bożą, i to nawet gdy te społeczności nie zostały jeszcze zewangelizowane. Porównuje te kultury do ewangelicznych „kamieni oczekiwania”, obfitujących w przeczucia religijne i moralne oraz niosących już obecnie, zwłaszcza w swojej poezji i mitach, zapowiedź Ducha7.

W jego opinii mądrość kultur tubylczych powinna odgrywać w ewangelizacji rolę porównywalną do tej, jaką filozofia grecka odegrała w szerzeniu Ewangelii na kontynencie europejskim… Istnieje jednak znacząca różnica: filozofia grecka dostarczała głównie narzędzi intelektualnych do wyrażania i obrony wiary, podczas gdy kultury tubylcze mają oferować elementy natury bezpośrednio religijnej, wyrażając światopogląd zasadniczo naturalistyczny i immanentystyczny8.

Wyłania się z tego program duszpasterski:

  • Traktowanie religijności ludowej nie jako przesądu, który należy korygować, ale jako autentycznego wyrazu wiary, któremu należy towarzyszyć i który zasługuje na refleksję teologiczną.
  • Zakorzenianie Ewangelii w lokalnych tradycjach poprzez inkulturację, z jednoczesnym poszanowaniem ich bogactwa i oryginalności.
  • Nadawanie znaczenia peryferiom, nie tylko geograficznym, ale również egzystencjalnym, aby rozpoznać działanie Ducha.

Tak więc podczas kryzysu ekonomicznego w Argentynie z 2001 r. arcybiskup Buenos Aires spotkał się z „nowymi ubogimi” i wykluczonymi, aby wspólnie z nimi i poprzez nich zaangażować się w proces rozeznania. Ta praktyka konsultacji zainspirowała później jego wizję drogi synodalnej na skalę globalną.

„Mit ludu”: zbiorowy uczestnik historii

Te lata ukształtowały w Jerzym Bergogliu głębokie przekonanie: lud nie jest jedynie bytem socjologicznym czy też politycznym, ale uczestnikiem historii, nosicielem duchowego powołania – i to bytem zasadniczo niewinnym. Z tego powodu mówi o „świętym wiernym ludzie Bożym”, posiadającym przyrodzone prawo do trzech podstawowych rzeczy: ziemi, schronienia i pracy.

Ta wizja czerpie inspirację z myśli niemieckiego filozofa Rudolfa Kuscha, którego Franciszek często cytował:

Rodolfo Kusch […] uświadomił mi pewną rzecz: słowo «lud» nie jest słowem logicznym. To słowo mityczne. […] Aby zrozumieć lud, trzeba wniknąć w jego ducha, jego serce, jego pracę, jego historię i mit jego tradycji. […] Lud nie należy do kategorii logicznej, ale raczej mitycznej.9

Innymi słowy lud nie jest jedynie sumą jednostek. Jest żywą rzeczywistością, obdarzoną zbiorową duszą i niosącą w sobie niewinność. Pogląd ten wyjaśnia sympatię Franciszka dla „ruchów ludowych”, w których widzi on nadzieję na bardziej sprawiedliwą przyszłość. Wyobraża sobie nawet proces polityczny, który wykraczałby poza zwykłe ramy demokracji przedstawicielskiej, dając głos i władzę wykluczonym, nosicielom nadziei na prawdziwą zmianę.

W obliczu tej marginalizacji ludu Franciszek potępia systemy ekonomiczne, które żywią się wojną i zniszczeniem: „ekonomię, która zabija”10 – by posłużyć się jego znanym sformułowaniem. Z tego powodu postrzega obecną globalizację jako „toczącą się w różnych miejscach trzecią wojnę światową”11, będącą konsekwencją dehumanizującej logiki ekonomicznej.

Ta wizja ludu, jego praw i misji historycznej stanowi fundament myśli Franciszka. Wyjaśnia jego zaangażowanie w inkulturację, troskę o peryferia oraz krytykę struktur ekonomicznych, które potępia jako niesprawiedliwe. Aby jednak przeobrazić tę wizję w uniwersalny projekt duszpasterski, konieczna była centralna zasada teologiczna: miłosierdzie – siła napędowa reformy Kościoła oraz klucz do jego własnej wizji jedności.

Miłosierdzie: siła napędowa duszpasterskiej i doktrynalnej reformy Kościoła

Rdzeń pontyfikatu Franciszka stanowi pewne słowo, stanowiące klucz do jego interpretacji: miłosierdzie. Równocześnie stanowi ono centrum jego teologii, siłę napędową jego reform oraz element spajający jego najważniejsze inicjatywy.

Kluczowe znaczenie tego pojęcia zostało potwierdzone już w adhortacji z 2013 r. Evangelii gaudium, określonej przez Franciszka mianem „programowej”12. Przedstawił w niej swój projekt „misyjnego przeobrażenia Kościoła”13, czyli głębokiej przemiany nie tylko jego struktur, ale również miejsca w świecie oraz sposobu postrzegania przez niego swojej misji. „Sercem Ewangelii”14, jak wyjaśnia, jest miłosierdzie, które św. Tomasz z Akwinu określał jako „największą ze wszystkich cnót, jeżeli chodzi o działanie zewnętrzne”15.

Ta wizja zostanie w pełni rozwinięta podczas Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia16. W bulli Misericordiæ vultus Franciszek przedstawia jej ogólne ramy, wyraźnie łącząc ją z II Soborem Watykańskim, którego 50. rocznicę uczcił wybierając na inaugurację jubileuszu dzień 8 grudnia.

Czerpanie ze źródeł soborowych: okrojone miłosierdzie

W swojej bulli Franciszek cytuje dwa kluczowe przemówienia wygłoszone podczas Vaticanum II: otwierające obrady przemówienie Jana XXIII, który wzywał sobór do „posługiwania się raczej lekarstwem miłosierdzia aniżeli orężem surowości”17, oraz końcowe przemówienie Pawła VI, który widział w przypowieści o dobrym Samarytaninie „paradygmat duchowości soboru”.

Łącząc w ten sposób miłosierdzie z II Soborem Watykańskim, Franciszek nadaje mu szczególny charakter, dogłębnie związany z soborowym otwarciem na świat:

  • Przedstawia Chrystusa przede wszystkim jako znak miłości i współczucia Ojca – troszczącego się o ubogich, chorych i wykluczonych… Zapomina jednak ukazać Go jako Prawdę i Światłość świata, leczącego przede wszystkim poprzez wylewanie balsamu objawionej prawdy na rany zadane przez ignorancję i odrzucenie Boga. W istocie pierwszym przejawem miłosierdzia przyniesionym przez Słowo Wcielone jest właśnie zbawcze światło.
  • Ponadto w Misericordiæ vultus czytamy, że Bóg „daje całego siebie, zawsze, za darmo i nie prosząc o nic w zamian”18. Brakuje tu jednak zasadniczego aspektu: odpowiedzi, której Bóg oczekuje od człowieka. Już św. Augustyn przypominał: „Bóg stworzył nas bez naszego udziału, nie chce nas jednak zbawić bez niego”19.
  • I wreszcie nieszczęścia, na które zwraca uwagę Franciszek, są przede wszystkim materialne: ubóstwo, korupcja, przestępczość20. Rany porządku nadprzyrodzonego – grzech jako odrzucenie Boga – są ukazywane w sposób znacznie mniej wyraźny. W ten sposób miłosierdzie skupia się na leczeniu nieszczęść doczesnych, nie wspominając o uzdrowieniu dusz.

Te różne pominięcia w nieunikniony sposób prowadzą do głębokiej redefinicji misji Kościoła: w konsekwencji tego okrojonego miłosierdzia jesteśmy świadkami jego „misyjnego przeobrażenia”.

Redefiniowana misja: od zbawienia dusz do ludzkiego postępu

W Evangelii gaudium Franciszek kładzie nacisk na „autentyczne i pełne znaczenie misji ewangelizacyjnej21: „Wszyscy chrześcijanie […] są wezwani, by troszczyć się o budowę lepszego świata”22. To sformułowanie wyraża istotne przesunięcie akcentu w teologii. Głównym elementem misji Kościoła nie jest już wieczne zbawienie dusz, ale przeobrażanie struktur społecznych i politycznych. Roman Amerio pisał o „chrześcijaństwie ubocznym”: podejściu duszpasterskim oderwanym od porządku nadprzyrodzonego i skupionym wyłącznie na potrzebach antropologicznych i społecznych.

Franciszek wyjaśnia, że Kościół musi promować integralność osoby ludzkiej w wymiarze ekonomicznym, społecznym i kulturowym. Pasterze są powołani do interweniowania we wszystkich sprawach dotyczących życia ludzkiego23, troszcząc się przede wszystkim o najuboższych24. W ten sposób Kościół staje się wiarygodny w oczach świata, dzięki zaangażowaniu w działania na rzecz pokoju, ochrony środowiska i obrony praw człowieka25.

Należy brać pod uwagę nie tylko potrzeby jednostek, ale również społeczeństw, gdyż „pokój opiera się nie tylko na poszanowaniu praw człowieka, ale również na poszanowaniu praw ludów”26. Pojawia się więc potrzeba ponownego rozważenia „w pierwszym rzędzie tego, co dotyczy ładu społecznego i realizacji dobra wspólnego”27, ponieważ „nierównowaga stanowi korzeń społecznych chorób”28.

Chociaż pewna rola Kościoła w stosunku do porządku doczesnego jest całkowicie uzasadniona, tu została ograniczona do wpływu czysto naturalnego, bez jakiegokolwiek wymiaru transcendentnego. Nie rezygnując wyraźnie ze swojej misji uświęcania, Kościół soborowy przypisuje sobie cel właściwy państwu. To stopniowe przesunięcie akcentu zmienia dogłębnie jego priorytety oraz postawę wobec świata. W sposób zgoła nieoczekiwany jest odnawiany sojusz Kościoła i państwa. Alians ten nie ma jednak nic wspólnego z dawnym sojuszem w ramach Christianitas, opartym na harmonii dwóch mieczy; obecnie jego zasadę i fundament stanowi właśnie sekularyzm.

Franciszek rozszerza jeszcze tę wizję, umieszczając ją pod sztandarem ekumenizmu: „Miłosierdzie ma charakter przekraczający granice Kościoła. Łączy nas ono z judaizmem i z islamem, które uważają miłosierdzie za jeden z najistotniejszych przymiotów Boga”29. W ten sposób miłosierdzie staje się zasadą powszechnej jedności, wykraczającej poza samą wiarę chrześcijańską. Tak właśnie dokonuje się „przeobrażenie misyjne”: od tej pory „miłosierny” Kościół nie lituje się już nad duszami przebywającymi „w mroku śmierci” ani nie stara się głosić im wcielonej Prawdy, Jezusa Chrystusa. Miłosierdzie Franciszka ma inny cel: „Niech ten Rok Jubileuszowy, przeżyty w miłosierdziu, ułatwi spotkanie z tymi religiami oraz z innymi szlachetnymi tradycjami religijnymi; niech sprawi, że staniemy się bardziej otwarci na dialog, aby poznać się lepiej i wzajemnie zrozumieć […]”30.

Nowa mistyka towarzysząca reformie

Dobrze podsumował tę dynamikę bliski doradca papieża, kard. Oskar Rodríguez Maradiaga31. Podczas wykładu zatytułowanego Kościół miłosierdzia z papieżem Franciszkiem wyjaśnił, że co prawda II Sobór Watykański zainicjował reformy instytucjonalne, jednak były one niewystarczające bez przemiany duchowej:

Każda zmiana w Kościele wymaga w ostatecznym rozrachunku odnowy motywacji. Instytucjonalna i funkcjonalna odnowa Kościoła wymaga odnowy jego wymiaru mistycznego. Źródłem tej mistyki, wiatrem, który popycha żagle Kościoła w kierunku otwartego morza głębokiej i całkowitej odnowy, jest miłosierdzie.

Ta nowa mistyka znajduje wyraz w konkretnych gestach. Przykładowo Synod o rodzinie utorował drogę bardziej elastycznemu stanowisku wobec osób rozwiedzionych, które zawarły kolejne związki. Według Maradiagi: „Rzeczywistość rozpadających się i ponownie tworzonych rodzin nie stanowi przeszkody dla pełnego uczestnictwa w życiu Kościoła. Sakramentalna Komunia nie jest jedyną drogą […]; każdy rozwiedziony chrześcijanin, który zawarł kolejny związek, może być pełnoprawnym chrześcijaninem, a jego dom może stać się miejscem świadczącym o miłości Boga”.

Kardynał Walter Kasper już w 2014 r. stawiał pytanie: „Jak Kościół może być znakiem nierozerwalnej więzi między wiernością a miłosierdziem w swojej pracy duszpasterskiej skierowanej do osób rozwiedzionych, które zawarły kolejne związki?”32 Te refleksje uwidaczniają głęboką zmianę: doktryna nie jest już postrzegana jako coś stałego, ale jako coś, co może być interpretowane stosownie do okoliczności – w imię miłosierdzia. Sam Franciszek wyraził to obrazowo: doktryna nie powinna być wykorzystywana jako „kamienie do rzucania w innych”.

Konkretny przykład: Fiducia supplicans

Przykładem tej logiki jest deklaracja Fiducia supplicans z 18 grudnia 2023 r., zezwalająca na pozaobrzędowe błogosławienie par homoseksualnych w imię otwartości i miłosierdzia. Nie jest to bynajmniej gest odosobniony. Już jako kardynał Franciszek bronił idei prawnego uregulowania związków partnerskich osób tej samej płci.

Tutaj idzie o krok dalej: miłosierdzie usuwa przeszkody doktrynalne, które mogłyby stać na przeszkodzie integracji jednostek z inkluzywnym Kościołem. Rozumiane w ten sposób miłosierdzie działa jako zasada rozkładająca, eliminująca stopniowo każdy normatywny wymiar doktryny moralnej lub dogmatycznej. Przygotowuje grunt pod horyzontalną, ziemską jedność, skupioną nie na objawionej prawdzie, ale na powszechnym braterstwie.

Franciszek czyni miłosierdzie nową duchową siłą napędową Kościoła. Uznając ludy za teologiczny locus oraz za zbiorowego uczestnika historii, proponuje zasadę duszpasterską, która pozwala na ich zjednoczenie bez narzucania im transcendentnej prawdy. Ta dynamika prowadzi w naturalny sposób do trzeciego z głównych filarów jego pontyfikatu: powszechnego braterstwa, ostatecznego celu projektu Franciszka.

Powszechne braterstwo: ostateczny cel pontyfikatu

Choć temat powszechnego braterstwa pojawił się później niż inne (takie jak ekologia czy synodalność), to w istocie stanowi on logiczne zwieńczenie myśli i działań papieża Franciszka. Można postrzegać tę ideę nawet jako syntezę jego całego pontyfikatu:

  • „Teologia ludu” stanowi jej podstawę przez podkreślenie, że wszystkie ludy są autentycznymi nosicielami misji duchowej.
  • Miłosierdzie pełni rolę siły napędowej – „energii duszpasterskiej”, która umożliwia włączenie wszystkich oraz przezwyciężenie oporu.
  • Powszechne braterstwo jest ostatecznym celem całego projektu.

Ta idea braterstwa pojawia się w różnych tekstach, przemówieniach oraz gestach, najpełniej została jednak wyrażona w encyklice Fratelli tutti z 3 października 2020 r. Aby zrozumieć jej znaczenie, trzeba powrócić do kluczowego wydarzenia: podpisania w 2019 r. Deklaracji z Abu Zabi. Dokument ten rzuca światło nie tylko na wspomnianą encyklikę, ale również na szerszą wizję Franciszka.

Abu Zabi: akt fundacyjny

4 lutego 2019 r. Franciszek udał się do Abu Zabi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, gdzie razem z wielkim imamem Al-Azharr Ahmadem Al-Tayyebem podpisał Dokument o ludzkim braterstwie. Dla pokoju światowego i współistnienia. Wydarzenie to jest historyczne z kilku względów: po raz pierwszy papież odwiedził Półwysep Arabski; podpisanie dokumentu miało miejsce w obecności przedstawicieli wielu religii, podczas publicznej uroczystości relacjonowanej przez media; sam dokument nie jest jedynie deklaracją intencji, ale tekstem wyrażającym zobowiązanie teologiczne obu stron.

Dokument ten stwierdza m.in., że: „Pluralizm i różnorodność religii, koloru skóry, płci, rasy i języka są wyrazem mądrej woli Bożej, z jaką Bóg stworzył istoty ludzkie”33. Sformułowanie to wykracza poza zwykłą tolerancję religijną: przedstawia różnorodność religii jako element Bożego planu. Ten ustęp wywołał spore kontrowersje. Zgodnie z tradycyjną doktryną katolicką, choć Bóg dopuszcza zło lub błąd, nigdy ich jednak nie pragnie. Twierdzenie, że różnorodność religii jest zgodna z wolą Bożą, sugerowałoby istnienie wielu uprawnionych dróg do Niego, podważając tym samym wyjątkowość zbawczą Chrystusa i Kościoła.

Po podpisaniu wspomnianego dokumentu, w Abu Zabi rozpoczęto realizację projektu architektonicznego Domu Rodziny Abrahamowej, który obejmuje trzy sąsiadujące ze sobą miejsca kultu: kościół, synagogę i meczet. Ten kompleks ma stanowić widzialny symbol ludzkiego braterstwa, o którym wspomina dokument podpisany przez Franciszka i Ahmada Al-Tayyeba, umożliwiając pokojowe współistnienie religii we wspólnej przestrzeni. Stanowi to ilustrację koncepcji jedności zbudowanej nie na objawionej prawdzie, ale na wzajemnym szacunku i współpracy: wszystkie religie znajdują się na jednym poziomie jako różne drogi prowadzące do tego samego, ludzkiego ideału.

Dla Franciszka dokument z Abu Zabi stanowi kamień węgielny. Przyznaje to zresztą we Fratelli tutti, przedstawiając go jako bezpośrednie źródło inspiracji dla swojej encykliki i stwierdzając, że pragnął rozwinąć wizje, o których rozmawiał z wielkim imamem. Nadaje to wydarzeniu z 2019 r. wybitne znaczenie doktrynalne i duszpasterskie.

System wielościenny i inkluzywność

We Fratelli tutti Franciszek opisuje braterstwo, które powinno obejmować całe społeczeństwo, a nawet całą ludzkość. Jego celem jest zbudowanie „przyjaźni społecznej, która nikogo nie wyklucza, oraz braterstwa otwartego na wszystkich”34 w ramach „kultury spotkania”35 i „dialogu kulturowego”36. W tej wizji Kościół nie jawi się już jako jedyne źródło ludzkiego braterstwa, ale oddaje się w służbę projektowi wspólnemu dla wszystkich kultur i religii: projektowi pokoju, sprawiedliwości i solidarności.

Franciszek kładzie szczególny nacisk na los imigrantów, których traktowanie postrzega jako decydujący sprawdzian dla współczesnych społeczeństw: „Imigranci […] są błogosławieństwem, bogactwem i nowym darem, który zachęca dane społeczeństwo do rozwoju”37. Stąd potrzeba przeciwstawiania się pokusie „tworzenia kultury murów, wznoszenia murów, murów w sercu, murów na ziemi, aby uniemożliwić to spotkanie z innymi kulturami, z innymi ludźmi”38. Nie mury, ale mosty; nie granice, ale otwartość.

Aby zilustrować swoją wizję, Franciszek posługuje się metaforą wielościanu, której użył już w Evangelii gaudium: „Nie jest to ani sfera globalna, która prowadzi do rozpłynięcia się, ani odizolowana cząstkowość, skazująca człowieka na bycie jałowym. […] Modelem jest wielościan, odzwierciedlający zbieg wszystkich jego elementów, które zachowują w nim oryginalność”39. Metafora ta przeciwstawia kuli – która spłaszcza różnice, wymuszając jednolitość – wielościan, który pozwala na zachowanie różnorodności w harmonijnej całości. Jest to metafora silnie przemawiająca do wyobraźni: każda religia, każda kultura zachowuje swoją własną tożsamość, równocześnie stanowiąc element wspólnej konstrukcji.

Jak jednak można nie dostrzegać kruchości takiego braterstwa? Jeśli dążenie do jedności nie opiera się na wiążącej wszystkich transcendentnej prawdzie, może opierać się wyłącznie na czysto politycznej woli współistnienia. Jakież kruche jest braterstwo, które marzy o pokoju społecznym, odrzucając równocześnie jedność w prawdzie!

Choć to powszechne braterstwo jest przedstawiane jako ideał moralny i społeczny, należy zauważyć, że owa „nie wykluczająca nikogo przyjaźń społeczna” w praktyce wyklucza Boga i – choć „otwarta na wszystkich” – w praktyce jest zamknięta na Chrystusa. Nie pozwala się już Chrystusowi zaoferować ludzkości transcendentnego braterstwa, które jednoczy ich z Bogiem poprzez przebóstwienie. Zostaje On zredukowany do poziomu jednego z wielu wzorów otwartości i humanitaryzmu… Nie jest już jedynym Zbawicielem, stanowiącym centrum historii.

Nowe cele Kościoła

Tak więc nowa koncepcja braterstwa ma daleko idące konsekwencje dla misji Kościoła. Do tej pory Kościół postrzegał siebie jako arkę zbawienia, gromadzącą narody i prowadzącą je do objawionej prawdy oraz życia nadprzyrodzonego. W wizji Franciszka jedność nie jest osiągana poprzez nawrócenie i uświęcenie, ale poprzez współpracę i dialog. Kościół staje się mediatorem, jednym z uczestników globalnego procesu zbratania. Jego wyjątkowa misja zostaje wchłonięta przez wspólny projekt, rzekomo szerszy i bardziej uniwersalny, który wskazuje nowe cele.

Kiedy Franciszek oświadcza, że „wszyscy się ocalimy albo nikt się nie ocali”40, nie mówi o zbawieniu wiecznym, ale o walce z ubóstwem, niesprawiedliwością i nierównościami społecznymi. Słowo „zbawienie” (ocalenie) zostaje zatem zredukowane do ziemskiego, immanentnego znaczenia, skupionego na warunkach doczesnego życia. Jednak włączenie wszystkich bez wyjątku wyznań może zostać osiągnięte jedynie poprzez neutralizację przesłania Ewangelii.

Jest to widoczne w sferze polityki: Franciszek apeluje o stworzenie silniejszych i lepiej zorganizowanych instytucji międzynarodowych oraz rządu światowego, zdolnego zmierzyć się z powszechnymi wyzwaniami41. Powszechne braterstwo staje się zatem fundamentem nowego porządku światowego, opartego na prawach człowieka i globalnej solidarności, którego Franciszek jest zarówno prorokiem, jak i rzecznikiem.

Jednak braterstwo to nie jest jedynie abstrakcja; przybiera ono konkretną formę w określonych obszarach, przede wszystkim w sferze ekologii. W Laudato si Franciszek rozwija koncepcję „wspólnego domu”: Ziemia jest przedstawiana jako powszechne dobro należące do całej ludzkości, tak więc ochrona środowiska staje się tym uprzywilejowanym obszarem, na którym braterstwo może być praktykowane w sposób namacalny. Troszcząc się o planetę, ludzie troszczą się również o sobie nawzajem. W ten sposób kryzys ekologiczny jawi się jako sposobność do budowania globalnej solidarności, przekraczającej granice i podziały. Ta konwergencja prowadzi do kolejnego etapu naszej analizy: ekologii integralnej, którą Franciszek przedstawia jako zasadniczy aspekt powszechnego braterstwa oraz misji Kościoła w świecie.

Ekologia integralna: konkretny wyraz powszechnego braterstwa

Ekologia jest jednym z głównych tematów pontyfikatu Franciszka. W uporządkowany sposób został on zaprezentowany w encyklice Laudato si, ogłoszonej 18 czerwca 2015 r. – i stanowi część szerszej wizji, którą papież nazywa „ekologią integralną”.

Pojęcie to nie ogranicza się do ochrony przyrody, ale obejmuje również społeczne, ekonomiczne i kulturowe aspekty życia ludzkiego. Ekologia integralna jest przedstawiana jako globalna odpowiedź na obecny kryzys oraz jako konkretna sfera, w której może się urzeczywistniać powszechne braterstwo. W tym sensie stanowi ona praktyczną implementację projektu nakreślonego we Fratelli tutti oraz Deklaracji z Abu Zabi.

W obliczu powszechnego kryzysu – ekologia wykraczająca poza przyrodę

Franciszek rozpoczyna od przygnębiającej obserwacji: współczesny świat przechodzi głęboki kryzys. Postęp naukowy i wzrost gospodarczy, zamiast zapewnić autentyczny dobrobyt, spowodowały poważne nierówności. Technologia i finanse zdominowały politykę, a dążenie do jak najszybszego zysku ma pierwszeństwo przed sprawiedliwością społeczną i szacunkiem dla stworzenia42.

W Laudato si papież odmalowuje obraz świata, w którym rozwojowi materialnemu nie towarzyszy postęp moralny. Skutkami tego są szybkie wyczerpywanie się zasobów naturalnych, powszechne zanieczyszczenie środowiska, wymieranie gatunków roślin i zwierząt, a przede wszystkim pogłębiające się nierówności między bogatymi a biednymi43.

W ocenie Franciszka ten kryzys ma wymiar globalny: dotyka zarówno planetę, jak i społeczeństwa ludzkie. Mamy do czynienia z degradacją zarówno środowiska, jak i życia społecznego, co papież streszcza w słowach: „Wszystko jest ze sobą połączone”44. Kryzys ekologiczny i kryzys społeczny stanowią dwie konsekwencje tego samego nieuporządkowania. Rozwiązaniem jest więc ekologia integralna.

W klasycznym sensie termin „ekologia” zasadniczo dotyczy badania relacji między istotami żywymi a środowiskiem. Franciszek akceptuje tę definicję, jednak dodaje aspekt specyficznie ludzki: ekologia integralna obejmuje sposób, w jaki ludzie organizują swoje życie, miasta, ekonomię, kulturę oraz stosunki społeczne45.

Tak więc kwestia ekologiczna nie ogranicza się do ochrony lasów i oceanów. Dotyczy również planowania przestrzennego, warunków pracy, wykorzystania technologii oraz – bardziej ogólnie – wszystkich aspektów naszego życia zbiorowego. Obejmuje politykę, socjologię, ekonomię, kulturę oraz ekologię w sensie ściśle naukowym. Franciszek stara się przedstawić globalną i holistyczną wizję ludzkości w jej środowisku46.

Ten projekt przypomina niektóre współczesne filozofie, takie jak pozytywizm Augusta Comte’a, który traktował socjologię jako zwieńczenie wszystkich nauk. Również dla Franciszka ekologia integralna jawi się jako zwieńczenie powszechnej refleksji nad kondycją ludzką i miejscem ludzkości w świecie.

Opcja na rzecz ubogich i globalne zarządzanie

U podstaw Laudato si leży zasadniczy nakaz: ochrona ubogich. Franciszek podkreśla ścisły związek między degradacją środowiska a niesprawiedliwością społeczną. Pierwszymi ofiarami degradacji środowiska są bowiem najsłabsze populacje – żyjące w regionach nadmiernie eksploatowanych, zanieczyszczonych lub narażonych na klęski żywiołowe. Papież mówi nawet o „długu ekologicznym” narodów bogatych wobec krajów uboższych47.

Dług ten nie wynika jedynie z grabieży zasobów naturalnych, ale również ze społecznych i ekonomicznych skutków globalizacji. Pojawiają się więc dwa priorytety: preferencyjna opcja na rzecz ubogich – zasada wywodząca się z nauczania społecznego Kościoła – rozszerzona do wymiaru globalnego48 oraz gruntowna analiza modeli rozwoju, mająca na celu ograniczenie zużycia energii nieodnawialnej oraz promowanie bardziej oszczędnego stylu życia.

Franciszek apeluje zatem o znaczące ograniczenie eksploatacji zasobów naturalnych49, aby uratować planetę dla przyszłych pokoleń. Ekologicznej retoryce towarzyszy więc dyskurs moralny i społeczny o sprawiedliwości i solidarności.

Papież wyraża przekonanie, że aby te zmiany stały się możliwe, potrzebne są struktury zdolne do egzekwowania decyzji w skali globalnej. Wspomina o „silniejszych i sprawnie zorganizowanych instytucjach międzynarodowych” wyposażonych w rzeczywistą władzę regulacyjną i sankcyjną50.

Ta idea wykracza poza samą jedynie współpracę między państwami. Jej realizacja wymaga istnienia globalnego systemu zarządzania, zdolnego do koordynowania działań, ustalania wspólnych standardów oraz egzekwowania przestrzegania zasad przez podmioty gospodarcze. Franciszek opowiada się zatem za ściślejszą integracją polityczną, w ramach której państwa zrzekają się części swojej suwerenności na rzecz organizacji międzynarodowych.

Ten kierunek jest zgodny z jego wizją powszechnego braterstwa, w ramach której dążył on, na poziomie politycznym, do stworzenia struktur globalnych. W praktyce ekologia staje się areną, na której może być budowane i realizowane braterstwo: kryzys ekologiczny jest wykorzystywany jako narzędzie służące do promowania globalnej jedności. W ten sposób ochrona planety staje się zarówno pretekstem, jak i siłą napędową dla projektu integracji społecznej i politycznej na skalę powszechną.

Ekologia integralna nie ogranicza się zatem do ochrony przyrody, ale staje się narzędziem służącym budowaniu globalnej jedności. Mobilizując sumienia wokół wspólnej sprawy – ochrony planety – umożliwia zbliżenie ludów, kultur i religii, które w innym przypadku nie miałyby wspólnej płaszczyzny porozumienia. Z tej perspektywy ekologia stanowi konkretny wyraz powszechnego braterstwa. Oferuje projekt jednoczący, zdolny połączyć razem cały rodzaj ludzki we wspólnym działaniu.

Ekologiczne nawrócenie: nowa duchowość

Franciszek nie ogranicza się jednak do proponowania środków technicznych czy też politycznych. Apeluje również o autentyczne „ekologiczne nawrócenie”. To nawrócenie oznacza wewnętrzną przemianę, zmianę sposobu myślenia i przyzwyczajeń51. Przekłada się to na świadomość naszej współzależności ze wszystkimi istotami żywymi, akceptację surowego i szanującego środowisko stylu życia, a także uczestnictwo w ekologicznym obywatelstwie, które zobowiązuje każdą jednostkę do wspólnego wysiłku.

W Laudato si Franciszek przedstawia podejście ekologiczne jako intensywne doświadczenie duchowe. Troska o przyrodę staje się aktem miłości i miłosierdzia, sposobem na obcowanie ze stworzeniem i jednoczenie się z innymi ludźmi52. Ta duchowość w znacznej mierze opiera się na naturalistycznym spojrzeniu na człowieka. Celem jest już nie tyle wzniesienie duszy do Boga, co poczucie więzi z Ziemią i innymi stworzeniami. Ta postawa znajduje kulminację w obrazie „wspólnego domu” oraz pewnych symbolicznych gestach, takich jak posługiwanie się językiem św. Franciszka z Asyżu i pisanie o „naszej siostrze Ziemi” lub o „Matce Ziemi”53.

Ta duchowość jest jednak bardzo niebezpieczna: kładąc nacisk na naturę i immanencję, popada ona w formę ukrytego panteizmu, w którym Bóg stapia się ze stworzeniem. Synod o Amazonii i epizod z Pachamamą dobrze ilustrują to zagrożenie, dając początek ceremoniom co najmniej dwuznacznym, jeśli nie wprost bałwochwalczym.

W ostatecznym rozrachunku to „ekologiczne nawrócenie” nie ogranicza się do zmiany stylu życia: proponuje nową formę duchowości, a nawet nową wizję świata. Człowiek nie jest już postrzegany przede wszystkim jako stworzenie powołane do wznoszenia się ku swemu Stwórcy, ale jako jeden z wielu elementów większej całości, jaką jest natura. Komunia z Bogiem zostaje zastąpiona doświadczaną w immanencji horyzontalną komunią ze stworzeniem, a misja Kościoła – utożsamiona z zachowaniem doczesnej równowagi.

Jednak redefiniowawszy cel Kościoła (powszechne braterstwo) oraz jego pole działania (ekologię integralną), Franciszek musi jeszcze zaproponować metodę realizacji tego projektu w samym Kościele. Tę rolę odgrywa synodalność, dążąca do przeobrażenia jego struktury, dostosowując go do nowej misji oraz wyzwań ekologicznych.

Synodalność: nowa metoda dla Kościoła

Synodalność jest jedną z najważniejszych koncepcji pontyfikatu Franciszka. Była ona promowana stopniowo, ostatecznie stając się rdzeniem szeroko zakrojonego procesu o zasięgu globalnym. Dla papieża nie jest to jedynie dostosowanie instytucjonalne, ale głęboka zmiana eklezjologiczna: nowy sposób myślenia o Kościele i życia w nim.

Termin „synodalność” dosłownie znaczy ‘kroczenie razem’ (sýn-hodós), jednak u Franciszka nabiera o wiele szerszego znaczenia. Kluczowym tekstem jest tu mowa z okazji 50. rocznicy powołania Synodu Biskupów, wygłoszona przez papieża 17 października 2015 r.: nakreślił on w niej swoją koncepcję Kościoła synodalnego oraz wewnętrznej redystrybucji władzy.

Krytyka klerykalizmu: wskazanie wroga

Aby wprowadzić swoją reformę, Franciszek wskazuje wroga, z którym należy się zmierzyć: klerykalizm. Przedstawia go jako chorobę, która niszczy Kościół i utrudnia wiernym udział w jego życiu54. Niewątpliwie odnosi się przy tym do pewnych realnych nadużyć: kastowej dumy, odczuwanej przez duchowieństwo pokusy do dominacji oraz braku autentycznej miłości duszpasterskiej.

Jednak jego krytyka sięga dalej. Potępiając klerykalizm w sposób ogólny, Franciszek kwestionuje samo wykonywanie świętej władzy ustanowionej przez Chrystusa.  W ten sposób termin „klerykalizm” staje się bronią retoryczną, która uzasadnia redefiniowanie władzy w Kościele: walka z tym złem legitymizuje przekazywanie władzy świeckim i reorganizację hierarchii.

Paradoksalnie, papież – często oskarżany o autorytaryzm – występuje przeciwko tyranii duchownych, aby zaprowadzić bardziej otwarty system rządów.

„Wszyscy, wszyscy, wszyscy”: inkluzywność jako zasada

To ulubione wyrażenie Franciszka wielokrotnie pojawia się w późniejszych latach jego pontyfikatu. Wyraża ono niecierpliwe żądanie całkowitej integracji: nikt nie może być wykluczony z życia Kościoła! Ani osoby rozwiedzione, które zawarły ponowne związki, ani osoby w znajdujące się w „sytuacjach nieregularnych”, ani nawet ludzie żyjący w okolicznościach obiektywnie sprzecznych z zasadami moralnymi… Kościół zawsze musi być otwartym domem Ojca55.

To naleganie jest zgodne z wcześniej omówioną koncepcją miłosierdzia; rozumiane jako bezwarunkowa otwartość, staje się ono nadrzędną zasadą duszpasterstwa. Synodalność jest niczym innym jak tylko instytucjonalnym wyrazem tej logiki, dążącej do utworzenia struktur ucieleśniających taką inkluzywność. Slogan „Wszyscy, wszyscy, wszyscy” nie jest więc jedynie emocjonalnym apelem – stanowi program reformy, który wymaga redefiniowania kryteriów przynależności do Kościoła.

Pobożność ludowa i „teologia ludu”

Synodalność opiera się również na uznaniu roli pobożności ludowej, który to temat już poruszyliśmy, pisząc o „teologii ludu”. Franciszek w spontanicznych przejawach religijności wiernych widzi znak obecności Ducha. W systemie synodalnym ta pobożność ludowa nie jest już jedynie tolerowana, ale staje się prawomocnym źródłem rozeznania. Lud Boży jest wzywany do wyrażania zbiorowej mądrości, niezależnej od hierarchii56.

Wizja ta pociąga za sobą istotną zmianę. Sam Franciszek posługuje się metaforą piramidy: w tradycyjnym Kościele hierarchia znajduje się na szczycie i prowadzi wiernych; w Kościele synodalnym piramida jest odwrócona: lud zostaje wyniesiony na szczyt, a hierarchia oddana w jego służbę. To odwrócenie jest przedstawiane jako konkretne zastosowanie „współodpowiedzialności” i „uczestnictwa”, postulowanych przez II Sobór Watykański.

Relokacja władzy

Synodalność nie jest jednak jedynie metaforą, ale pociąga za sobą rzeczywistą reorganizację władzy w Kościele. Franciszek wprowadza ją w życie, odnosząc ją do każdej z trzech władz: nauczania, rządzenia i uświęcania.

Władza nauczania

W ujęciu tradycyjnym władza nauczania należy do biskupów pozostających w jedności z papieżem. W ramach swojej reformy Franciszek odwołuje się do formuły nadużytej już przez II Sobór Watykański, wedle której lud Boży jest „nieomylny we wierze”.

Pierwotnie to sformułowanie oznaczało, że wierni uczestniczą w nieomylności Kościoła poprzez przylgnięcie do otrzymanego nauczania. Pod wpływem soboru ta idea została jednak rozszerzona: lud jest obecnie postrzegany jako nosiciel żywej wiary, nawet jeśli nie potrafi precyzyjnie wyrazić jej słowami. Władza nie spoczywa już jedynie na szczycie; znajduje się również u podstaw. Zgodnie z tym poglądem hierarchia nie jest już wyłącznym arbitrem w kwestii doktryny; musi również starać się słuchać i interpretować to, co Duch przekazuje poprzez głos ludu.

Władza rządzenia

Również sposób sprawowania władzy w Kościele jest redefiniowany. Franciszek promuje pojęcie „współodpowiedzialności”, zgodnie z którym władza powinna być współdzielona przez hierarchię oraz wiernych. Ta współodpowiedzialność jest niekiedy opisywana jako „zróżnicowana”, aby wskazać na pewną różnicę między wyświęconymi sługami Kościoła a świeckimi, jednak w praktyce prowadzi to do prawdziwej redystrybucji funkcji57.

Konkretnym przejawem tego procesu jest mianowanie kobiet oraz świeckich na stanowiska kierownicze w dykasteriach Kurii Rzymskiej. Tak właśnie stało się w przypadku Dykasterii ds. Instytutów Życia Konsekrowanego, na której czele została postawiona kobieta – coś, co w tradycyjnej organizacji [kościelnej] byłoby nie do pomyślenia.

Władza święceń i uświęcania

I wreszcie przedmiotem rewizji stał się sakrament święceń. Franciszek podkreśla fundamentalną równość wszystkich ochrzczonych, posuwając się do relatywizacji kapłaństwa urzędowego w odniesieniu do powszechnego kapłaństwa wiernych.

Synodalność postuluje więc podział pewnych świętych funkcji między duchowieństwo a świeckich: niektóre czynności lub decyzje, dotąd zastrzeżone dla duchownych, obecnie mogą być wykonywane przez upoważnionych do tego wiernych. Ten proces prowadzi do zatarcia różnic między nimi, tworząc strukturę horyzontalną, w której wszyscy uczestniczą w dziele uświęcania dusz.

Kościół spłaszczony i horyzontalny

W konsekwencji połączenia tych trzech procesów synodalność prowadzi do radykalnego przeobrażenia. Tradycyjny Kościół posiadał strukturę hierarchiczną: Chrystus powierzył swoją władzę apostołom oraz ich następcom, którzy kierowali powierzoną sobie owczarnią. W Kościele synodalnym ta struktura jest odwrócona i spłaszczona. Władza nie pochodzi już z góry, ale z dołu. Papież i biskupi stają się jedynie koordynatorami czy też moderatorami zbiorowego procesu.

To przeobrażenie idealnie wpisuje się w wizję powszechnego braterstwa: społeczności nie wykluczającej nikogo, w której wszyscy uczestniczą na równi w życiu wspólnotowym, a także horyzontalnego zarządzania opartego na globalnej solidarności, bez hierarchii i wertykalności. Synodalność jawi się więc jako religijne ucieleśnienie omówionych wcześniej zasad, jako skuteczna metoda wdrażania papieskiego projektu w Kościele.

Podsumowanie: kontrowersyjna spuścizna i przyszły dylemat

Po śmierci Franciszka jego spuścizna była oceniana bardzo różnie: z jednej strony mamy do czynienia z entuzjazmem środowisk postępowych, uznających go za autentycznego reformatora, z drugiej natomiast – zaniepokojeniem (a w niektórych przypadkach nawet otwartym sprzeciwem) tych, którzy w jego inicjatywach widzą zerwanie z Tradycją.

Paradoksalnie pomimo tych różnic w ocenie należy stwierdzić, że papież Franciszek był zagorzałym orędownikiem jedności. Wszystkie jego działania były ukierunkowane na ten właśnie cel: zbliżanie ludzi, zbliżanie narodów oraz integrację peryferii.

Pontyfikat o imponującej spójności

W praktyce to dążenie do jedności wyrażało się na dwóch uzupełniających się wzajemnie poziomach: w Kościele – poprzez synodalność jako narzędzie jednoczenia i transformacji oraz w świecie – poprzez ekologię integralną, konkretną przestrzeń umożliwiającą jednoczenie rodzaju ludzkiego.

Jednak poszukiwana jedność nie była jednością, która tradycyjnie stanowi znamię Kościoła – opartą na objawionej prawdzie i przynależności do Mistycznego Ciała Chrystusa. W wizji Franciszka jedność jest osiągana przede wszystkim w historii, na płaszczyźnie horyzontalnej, dzięki współpracy i dialogowi: widzimy, jak Kościół reorganizuje się, aby uczestniczyć w szerokim projekcie światowego braterstwa. Jedność nie jest już rzeczywistością doświadczaną dzięki przylgnięciu do wspólnej prawdy, ale zwieńczeniem drogi, którą należy przebyć razem, pomimo różnorodności wierzeń czy praktyk.

Objawiona prawda nie jest więc już fundamentem jedności, ale jedynie jednym z elementów służących realizacji szerszego, uniwersalnego projektu. Franciszek nie stara się zatem przekonywać poprzez głoszenie uniwersalnej prawdy, ale jednoczyć poprzez działanie – poprzez wspólne projekty oraz symboliczne gesty: przyjmowanie migrantów, ochronę środowiska, walkę z ubóstwem i wykluczeniem – a także popierając wewnętrzną reformę Kościoła.

Niniejsza analiza teologiczna pozwala wyraźnie dostrzec niezwykłą spójność wewnętrzną pontyfikatu Franciszka, opartego na pięciu głównych filarach. Są nimi:

  1. „teologia ludu” – źródło koncepcyjne;
  2. miłosierdzie – siła napędowa w sferze duszpasterskiej i doktrynalnej;
  3. powszechne braterstwo – cel ostateczny;
  4. ekologia integralna – konkretne pole działania;
  5. synodalność – metoda wewnętrznej transformacji Kościoła.

Wspomniana spójność sprawia, że ten system jest niezwykle solidny i bardzo trudno go zakwestionować.

Przyszłość: zerwanie czy ciągłość?

Franciszek nie stworzył tego projektu ex nihilo, a jedynie rozwinął i poszerzył wytyczne zawarte już w dokumentach II Soboru Watykańskiego. Jego pontyfikat stanowi próbę realizacji wizji nakreślonych przez Lumen gentium i Gaudium et spes. Można powiedzieć, że Franciszkowi udało się w pełni wykorzystać ukryty potencjał soboru: w tym sensie spuścizna po nim wpisuje się w ciągłość, która daleko wykracza poza jego osobę. Powrót do bardziej tradycyjnej koncepcji Kościoła wymagałby (od współczesnej hierarchii – przyp. red. WTK) czegoś więcej niż tylko skorygowania pojedynczych elementów – oznaczałby konieczność rozpatrzenia całego systemu od samych jego podstaw.

Siła projektu Franciszka leży właśnie w jego spójności i głębokim zakorzenieniu w myśli soboru. Wyprowadzenie Kościoła z obecnego impasu nie będzie więc łatwe. Wydaje się jasne, że w obliczu takiego dziedzictwa papież Leon XIV stoi obecnie przed rozstrzygającym wyborem:

  • kontynuować proces zapoczątkowany przez sobór i rozwinięty przez Franciszka, innymi słowy: nadal reformować Kościół w duchu synodalności i promować powszechne braterstwo, aby zjednoczyć ludzkość w pokoju i sprawiedliwości, w służbie „wspólnego domu”,

albo

  • powrócić do misji Kościoła postrzeganego jako arka zbawienia, przekazywać objawioną prawdę i prowadzić rodzaj ludzki do Trójcy Przenajświętszej poprzez Jezusa Chrystusa – co wymagałoby zerwania ze spuścizną po Franciszku oraz z fundamentalną orientacją samego soboru.

Zasługą pontyfikatu Franciszka jest uświadomienie konieczności dokonania tego wyboru. Przyszłość pokaże, czy spuścizna po nim zostanie przez jego następcę utrwalona i pogłębiona, czy też ponownie rozpatrzona i skorygowana – wraz z jej szkodliwymi zasadami; w żadnym razie nie wolno jej ignorować.

Menzingen, 4 października 2025
we wspomnienie św. Franciszka z Asyżu

Źródło

Zobacz też

Przypisy

  • 1Różne nurty teologii wyzwolenia, które pojawiły się w latach 70. XX wieku, mają swoje źródło w Radzie Biskupów Ameryki Łacińskiej (CELAM) w Medellin. Pragnąc doprowadzić do radykalnych przemian społecznych, propagowały one zwłaszcza reinterpretację Pisma św. – przede wszystkim Ewangelii – w świetle socjologii marksistowskiej.
  • 2„Doszło do tego, że próbuje się klasyfikować wszystkie jednostki, grupy, społeczeństwa i rządy w oparciu o podział dwubiegunowy: «populistyczny» lub «niepopulistyczny»”. Fratelii tutti, par. 156. Wszystkie cytaty z encykliki Fratelii tutti za: https://www.vatican.va/content/francesco/pl/encyclicals/documents/papa-francesco_20201003_enciclica-fratelli-tutti.html
  • 3Fratelli tutti, par. 157.
  • 4Ibidem, par. 158.
  • 5Por. Fratelli tutti, par. 159.
  • 6Locus (l.mn. loci, łac. ‘miejsce’) to uznane przez Kościół źródło, z którego teologowie czerpią elementy Objawienia, aby rozwijać teologię. Za loci są uznawane Pismo św., Tradycja i liturgia.
  • 7W Laudato si (par. 145) Franciszek stwierdza, że zniknięcie tubylczej kultury ma większe znaczenie od wymarcia gatunków roślin lub zwierząt, ponieważ oznacza zniszczenie wyjątkowego wyrazu Mądrości Bożej ucieleśnionej w historii ludzkiej.
  • 8To znaczy zakładający, że najważniejsze jest to, co jest nam dane w przeżyciu wewnętrznym, a więc subiektywne – przyp. red. WTK.
  • 9Politique et société, wywiad-rzeka z socjologiem Dominikiem Woltonem, opublikowany w 2017 r. Mamy tu do czynienia z klasycznym modernizmem, jednak o rozszerzonym zakresie: logiczną transpozycją danych z indywidualnego doświadczenia na doświadczenie i kulturę całego narodu. W ten sposób „religijność” staje się fundamentem „religii” – choć oczekiwać należałoby raczej czegoś odwrotnego.
  • 10Evangelii gaudium, par. 53. Cytaty z Evangelii gaudium za: https://www.vatican.va/content/francesco/pl/apost_exhortations/documents/papa-francesco_esortazione-ap_20131124_evangelii-gaudium.html
  • 11Homilia wygłoszona w Redipuglia 13 września 2014.
  • 12Evangelii gaudium, par. 25.
  • 13Ibidem, rozdz. 1.
  • 14Ibidem, rozdz. 3.
  • 15Ibidem, par. 37.
  • 16Od 8 grudnia 2015 do 20 listopada 2016.
  • 17Gaude Mater Ecclesia, przemówienie otwierające II Sobór Watykański, 11 października 1962.
  • 18Misericordiæ vultus, par. 14. Cytaty z Misericordiæ vultus za: https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/franciszek_i/bulle/misericordiae-or_11042015
  • 19List 169, par. 15.
  • 20Por. Misericordiæ vultus, par. 19.
  • 21Evangelii gaudium, par. 176.
  • 22Ibidem, par. 183.
  • 23Ibidem, par. 187.
  • 24Ibidem, par. 190.
  • 25Ibidem, par. 65.
  • 26Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauczania społecznego Kościoła par. 157, w Evangelii gaudium par. 190.
  • 27Jan Paweł II, adhortacja posynodalna Ecclesia in America, 22 stycznia 1999, par, 27; w Evangelii gaudium par. 182.
  • 28Evangelii gaudium, par. 202.
  • 29Misericordiæ vultus, par. 23.
  • 30Ibidem.
  • 31Arcybiskup Tegucigalpy (stolicy Hondurasu) w latach 1993–2023, od 2001 r. kardynał.
  • 32Kard. Walter Kasper, L’Évangile de la famille, Les éditions du Cerf, Paris 2014, s. 55.
  • 33https://www.vatican.va/content/francesco/pl/travels/2019/outside/documents/papa-francesco_20190204_documento-fratellanza-umana.html
  • 34Fratelli tutti, par. 94.
  • 35Ibidem, par. 30.
  • 36Ibidem, par. 136.
  • 37Ibidem, par. 135.
  • 38Ibidem, par. 27.
  • 39Evangelii gaudium, par. par. 235–236.
  • 40Fratelli tutti, par. 137.
  • 41Ibidem, par. par. 172–175.
  • 42Por. Laudato si, par. par. 18, 54, 56.
  • 43Ibidem, par. 20–22, 48. Cytaty z Laudato si za: https://www.vatican.va/content/francesco/pl/encyclicals/documents/papa-francesco_20150524_enciclica-laudato-si.html
  • 44Ibidem, par. par. 70, 91, 117.
  • 45Ibidem, par. par. 137–139.
  • 46Ibidem, par. par. 141–142.
  • 47Ibidem, par. par. 48–52.
  • 48Ibidem, par. 158.
  • 49Ibidem, par. 192.
  • 50Ibidem, par. 175.
  • 51Ibidem, par. par. 216–220.
  • 52Ibidem, par. par. 233–242.
  • 53Ibidem, par. 1.
  • 54Evangelii gaudium, par. 102.
  • 55Ibidem, par. 47.
  • 56Ibidem, par. par. 122–126.
  • 57Ibidem, par. 32.

Jak czytać Pismo Święte

Zawsze Wierni nr 1/2026 (242) czyli : piusx/zawsze_wierni

ks. Piotr Dzierżak FSSPX

Od Redakcji

Drodzy czytelnicy, Pismo Święte wraz z jego właściwym rozumieniem stanowić powinno dla każdego katolika zagadnienie kluczowe. Jest tak pomimo tego, że – w przeciwieństwie do protestantów – nie ograniczamy zakresu Bożego Objawienia (zakończonego wraz ze śmiercią św. Jana Apostoła) jedynie do słowa spisanego w księgach biblijnych. Pamiętamy bowiem o Tradycji, a więc o przekazie ustnym. Mimo to powodów, dla których, właśnie jako katolicy, powinniśmy bardzo zabiegać o poznanie treści Pism i odpowiedniej ich wykładni, wymienić można wiele; ograniczmy się tym razem tylko do tych dwu najistotniejszych.

Po pierwsze sam Kościół katolicki od początku swego istnienia otaczał Pismo Święte wielką czcią, czyniąc je skarbnicą teologicznej mądrości oraz źródłem formuł liturgicznych, a tym samym podstawą dla chrześcijańskiego życia.

W rzeczywistości Kościół, będąc Mistycznym Ciałem Chrystusa – czyli Słowa Wcielonego – zawsze żyje (nieustanną modlitwą), oddycha (świętą liturgią), myśli (formułami teologicznymi), mówi (aktami Magisterium)… a wszystko to poprzez słowa Pisma, rzec można: Słowa jakby wcielonego w ludzki język i alfabet.

Stąd nie było nigdy świętego, nawet najmniejszego prostaczka, który by ksiąg świętych nie starał się gorliwie poznawać i zrozumieć.

Jest jednak jeszcze i drugi powód: otóż wiele spośród historycznych herezji zapoczątkowanych zostało przez fałszywe i jednostronne interpretacje tekstów biblijnych. Zapewne też nie było i nie ma takiego błędu doktrynalnego, którego nie dałoby się „uzasadnić” przez odniesienie do Biblii. To z kolei pokazuje wagę właściwej interpretacji tej księgi.

Przez wieki Pismo Święte w świecie chrześcijańskim było jedną z najczęściej czytanych ksiąg, biblijnej tematyki również dotyczyły kazania i dzieła sztuki sakralnej – w rezultacie powszechnie znano opisane w nim postacie i historie. Nasza święta księga cieszyła się taką estymą, że dysponujący lepszą pamięcią, a przede wszystkim wykształceniem, potrafili nawet cytować większe partie tekstu. Dziś, pomimo wielości przekładów, Biblia wcale nie jest zbyt dobrze znana, a już na pewno nie jest dobrze rozumiana – na co niewątpliwie wpłynął upadek homiletyki spowodowany brakiem dobrego wykształcenia teologicznego u większości kapłanów uformowanych w ramach novus ordo. W praktyce duchowej wielu współczesnych katolików natchnione przez Boga Pisma ustępują popularności książkom dotyczącym rozmaitych objawień prywatnych, których prawdziwość jest nierzadko wątpliwa, a przy tym prawie zawsze trudna do weryfikacji. Stanowi to pewnego rodzaju paradoks, zresztą niejedyny. Inny polega na tym, że propagandzie modernizmu zasadniczo udało się wtłoczyć katolikom do głowy czysto protestanckie przekonanie o łatwości interpretowania Pisma Świętego, podczas gdy każdy znający nieco realia wie, że jest dokładnie odwrotnie – tekst natchniony jest trudny i tajemniczy. Kryje w sobie wiele zagadek, nie będąc przeznaczonym do prywatnego roztrząsania.

Rodzi to zresztą trzeci paradoks: z powodu ewidentnego deficytu dobrych, ortodoksyjnych i teologicznie głębokich komentarzy można zaobserwować – i to nawet pośród tradycyjnych katolików – tendencję do sięgania po dzieła współczesnych, niestety nominalnie tylko katolickich, biblistów. A te są niestety w wysokim stopniu nasiąknięte modernizmem…

Odpowiadając na powyżej opisane paradoksy i wynikające z nich potrzeby, oddajemy w ręce Czytelników pierwszy w historii czasopisma „Zawsze Wierni” numer niemal w całości poświęcony zagadnieniu Pisma Świętego, licząc na życzliwe przyjęcie, a przede wszystkim na liczne owoce duchowe.

Objawienia Najświętszej Maryi Panny w Quito – dla naszego Czasu.

ks. Karol Stehlin FSSPX, Zawsze Wierni nr 1/2001 (38)

W kazaniu abp. Lefebvre, wygłoszonym z okazji święceń biskupich 30 czerwca 1988 roku, znajduje się następujący fragment:

Niedawno jeden z naszych kapłanów, przeor naszego przeoratu w Bogocie w Kolumbii przyniósł mi książkę o objawieniach Matki Bożej Dobrego Zdarzenia (Nuestra Senora del Buen Suceso), której kościół znajduje się w Quito, w stolicy Ekwadoru; a jest to naprawdę wielki kościół. Wkrótce po Soborze Trydenckim, a więc przed wieloma stuleciami, pewnej zakonnicy klasztoru w Quito objawiała się Najświętsza Maryja Dziewica, która do niej przemawiała. Objawienia te zostały zachowane na piśmie i uznane przez Rzym. Dlatego zbudowano Najświętszej Maryi Dziewicy z Quito wspaniały kościół, a historycy mówią na ten temat, co następuje: kiedy figura Najświętszej Dziewicy była już prawie gotowa, a rzeźbiarz zamierzał stworzyć jej oblicze, stwierdził, że oblicze to w cudowny sposób było już gotowe. Cudowna postać Najświętszej Maryi Dziewicy była tam przez wiernych Ekwadoru czczona z wielką pobożnością. I ta Najświętsza Dziewica z Quito przepowiedziała owej zakonnicy wiele rzeczy mających się zdarzyć w XX wieku, a przy tym powiedziała wyraźnie: w XIX wieku i przez większą część XX wieku w Kościele świętym będą się coraz bardziej rozpowszechniały błędne nauki i pogrążą Kościół w katastrofalnej, absolutnie katastrofalnej sytuacji. Ani się obejrzymy, jak zanikną obyczaje, a wiara wygaśnie. I – wybaczcie, że kontynuuję teraz informację o tym objawieniu, ale mówi ono o pewnym prałacie, który zdecydowanie przeciwstawi się temu zalewowi apostazji, temu zalewowi bezbożności i zachowa kapłaństwo, kształcąc dobrych kapłanów. Możecie to interpretować, jak chcecie, ja tego nie zrobię. Ja w każdym razie byłem zaskoczony, kiedy przeczytałem te linijki, nie mogę zaprzeczyć.

Poniższy artykuł ma za cel przedstawienie całej historii tych objawień. Po raz kolejny przekonujemy się, jaką wielką rolę Pan Bóg powierzył Matce Najświętszej w czasach ostatecznych, a zwłaszcza w okresie aktualnego kryzysu w Kościele. Ta, która jak troskliwa matka, już dawno zapowiedziała to, co się dzieje dziś w Kościele i na świecie, z całą pewnością i teraz nie pozostaje bezczynna, pomaga wiernym katolikom wytrwać w dobrej drodze – a na końcu ona położy kres zalewowi modernizmu.

Źródła historyczne

Matka Najświętsza objawiła się kilkakrotnie przełożonej sióstr Niepokalanego Poczęcia w Quito (stolica Ekwadoru), M. Mariannie Franciszce de Jesús Torres y Berriochoa (1563–1635). źródła historyczne o tych objawieniach dotarły do nas w następujący sposób: z powodu tak niezwykłych wydarzeń kierownik duchowny oraz biskup Quito wymagali od niej w imię posłuszeństwa spisania autobiografii. Tekst ten został aprobowany przez biskupa Piotra de Oviedo, dziesiątego biskupa ordynariusza Quito. Po jej śmierci, kierownik duchowy i spowiednik o. Michał Romero OFM napisał jej biografię. Dokumenty te razem z życiorysami wszystkich innych sióstr założycielek klasztoru w Ekwadorze zachowane są w wielkim tomie pt. El Cuadernon. Na podstawie tego źródła o. Manueal Souza Pereira, prowincjał Ojców Franciszkanów w Quito, napisał w 1790 roku książkę pt. Cudowny żywot Matki Marianny de Jesús Torres, hiszpańskiej zakonnicy i jednej z założycielek Królewskiego Klasztoru Niepokalanego Poczęcia w mieście św. Franciszka de Quito.

Dzieło to przetłumaczyła na język angielski w 1988 r. Marianna Teresa Horvat, która wydała książkę na temat objawień Matki Bożej1.

Wizjonerka: Marianna de Jesús Torres

Marianna Franciszka urodziła się w Hiszpanii 1563 roku jako pierwsze dziecko gorliwej katolickiej rodziny. Z powodu jej głębokiej pobożności, została dopuszczona do I Komunii już 8 grudnia 1572, kiedy miała zaledwie 9 lat2. Podczas Komunii Marianna otrzymała łaskę powołania oraz wewnętrzną pewność, że będzie przeznaczona na misje.

W 1577 roku opuściła Hiszpanię razem z ciotką, matką Marią de Jesús Taboada i czterema innymi zakonnicami, aby założyć klasztor w stolicy Ekwadoru. Rozpoczęła tam swe życie zakonne, które płynęło wedle ówczesnych zwyczajów w atmosferze surowych umartwień. Matki założycielki były zachwycone „doskonałym przestrzeganiem reguł zakonnych i praktyką cnót” młodej nowicjuszki, inne siostry jednak okazywały zazdrość, prześladowały ją i rozsiewały oszczerstwa.

Dwukrotnie zmarła i powróciła do życia. Po śmierci pierwszej przełożonej w 1593 roku, została wybrana na przeoryszę. Było to w chwili, kiedy w Quito wybuchła rewolucja, której skutki miały dotknąć również zakony. Właśnie wówczas pewna zakonnica, zwana La Capitana, z pomocą niektórych duchownych zawiązała spisek przeciw przełożonej i razem z innymi siostrami domagała się złagodzenia reguły i zwolnienia od kierownictwa duchowego Ojców Franciszkanów, uważanych za bardzo gorliwych i surowych zakonników.

W tej trudnej sytuacji matka Marianna uciekła się do modlitwy. Wówczas Matka Boża ukazała się jej po raz pierwszy i powiedziała: „Jestem María del Buen Suceso, Królowa nieba i ziemi. Przyszłam, aby pocieszyć twoje udręczone serce! Szatan próbuje zniszczyć to Boże dzieło, posługując się Moimi niewiernymi córkami, lecz nie osiągnie celu, bo Ja jestem Królową zwycięstwa i Matką Dobrego Zdarzenia, i pod tym tytułem pragnę być znana dla zachowania Mego klasztoru i jego mieszkańców”.

Wkrótce po tej wizji wspólnota wybrała nową przełożoną, pod której rządami reguła zakonna została złagodzona; ścisłe milczenie zanikło. S. Marianna próbowała przekonać nową przełożoną o niebezpieczeństwach płynących z takiego postępowania, co ściągnęło na nią gniew pozostałych sióstr. Po raz kolejny dotknęły ją oszczerstwa i kłamstwa, a co gorsza, wikariusz generalny zgodził się na wysłanie jej do więzienia pod zarzutem nieposłuszeństwa. Dobre siostry, które ogromnie cierpiały z powodu tak rażącej niesprawiedliwości, również zostały uwięzione; było ich razem 25.

W ciągu następnych pięciu lat s. Marianna, która trzykrotnie została uwięziona na dłuższy czas, otrzymała wiele szczególnych łask, miała też wizje Matki Bożej, która pokazała jej przyszłość klasztoru oraz Ekwadoru. Kazała też wykonać figurę Matki Bożej Dobrego Zdarzenia i umieścić ją na tronie przełożonej zakonu na znak, że to ona jest Panią klasztoru: „W mojej prawej ręce umieść pastorał oraz klucze jako symbol mojej władzy oraz znak, że klasztor jest moją własnością”.

Na koniec matka przełożona zrozumiała niewłaściwość swojego postępowania wobec sióstr założycielek, uwolniła je i zrezygnowała ze swego urzędu. Wówczas biskup Quito kazał przeprowadzić przesłuchanie w sprawie oskarżeń przeciwko siostrom. Kiedy okazało się, że został wprowadzony w błąd przez oszczerstwa, kazał aresztować główną odpowiedzialną za zamęt – siostrę La Capitanę. Ta nie przyznała się jednak do winy, odmówiła przyjęcia pokarmu i poczęła bluźnić. Wtedy matka Marianna poprosiła biskupa o pozwolenie na przeniesienie zbuntowanej siostry do infirmerii klasztornej, gdzie sama opiekowała się nią, pomimo że w zamian doświadczała jedynie przekleństw i zniewag. Obawiając się o życie wieczne tej siostry, matka Marianna gorąco prosiła Pana Jezusa o uratowanie jej duszy. Zrozumiała wtedy, że jej prośba będzie wysłuchana, jeśli zgodzi się na przeżywanie duchowo pięciu lat kar piekielnych. Od razu wyraziła na to zgodę, a krótko później La Capitana nawróciła się, odbyła spowiedź generalną i stała się wzorem pokory i pobożności do końca życia. Zmarła rok po śmierci matki Marianny.

Tymczasem m. Marianna musiała wypełnić obietnicę: podczas pięciu lat czuła się jak potępiona i odrzucona przez Boga, którego tak bardzo umiłowała; przeżywała duchowo męki dusz potępionych.

Wizja profanacji Sakramentów świętych

20 stycznia 1610 roku Matka Boża objawiła się jej znowu i powiedziała między innymi: „Wiedz, że od końca XIX, a szczególnie w XX wieku namiętności wybuchną i dojdzie do zupełnego zepsucia obyczajów, bo Szatan prawie całkowicie panował będzie przez masońskie sekty. Aby do tego doprowadzić, skupią się one szczególnie na dzieciach. Biada dzieciom w owych czasach! 
Trudno będzie przyjąć sakramenty chrztu i bierzmowania. Wykorzystując osoby posiadające władzę, diabeł starać się będzie zniszczyć sakrament spowiedzi (…) To samo będzie z Komunią świętą. Niestety! Jak bardzo zasmuca Mnie, że muszę ci wyjawić tak liczne i okropne świętokradztwa – tak publiczne jak i tajne – popełnione z powodu profanacji Najświętszej Eucharystii! W czasach tych wrogowie Chrystusa, zachęcani przez diabła, często kraść będą z kościołów konsekrowane Hostie, aby bezcześcić Postacie Eucharystyczne. Mój Najświętszy Syn widzi samego siebie rzuconego na ziemię i zdeptanego przez nieczyste nogi”. Dalej mówi Matka Najświętsza o lekceważeniu sakramentu ostatniego namaszczenia, przez co wiele dusz pozbawionych będzie pocieszenia i łask w decydującej chwili śmierci. „Sakrament małżeństwa, symbolizujący związek Chrystusa ze swoim Kościołem, będzie przedmiotem ataków i profanacji w najściślejszym znaczeniu tego słowa. Masoneria, która będzie wówczas sprawować rządy, zaprowadzi niesprawiedliwe prawa mające na celu zniszczenie tego sakramentu, a przez to ułatwi każdemu życie w stanie grzechu, oraz spowoduje wzrost liczby dzieci urodzonych w nielegalnych związkach, nie włączonych do Kościoła. Duch chrześcijański szybko upadnie, drogocenne światło Wiary zgaszone będzie do tego stopnia, że nastąpi prawie całkowite zepsucie obyczajów. Skutki zeświecczonego wychowania będą się nawarstwiać, powodując m. in. niedostatek powołań kapłańskich i zakonnych.

Sakrament kapłaństwa będzie ośmieszany, lżony i wzgardzony. Diabeł prześladować będzie szafarzy Pana w każdy możliwy sposób. Będzie działać z okrutną i subtelną przebiegłością, odwodząc ich od ducha powołania i aby uwodząc wielu. Owi zdeprawowani kapłani, którzy zgorszą chrześcijański lud, wzbudzą nienawiść złych chrześcijan oraz wrogów Rzymskiego, Katolickiego i Apostolskiego Kościoła, którzy zwrócą się przeciwko wszystkim kapłanom. Ten pozorny tryumf Szatana przyniesie ogromne cierpienia dobrym pasterzom Kościoła.

Poza tym, w owych nieszczęśliwych czasach, nastąpi niepohamowany zalew nieczystości, która popychając resztę ludzi do grzechu, pociągnie niezliczone lekkomyślne dusze na wieczne potępienie. Nie będzie można znaleźć niewinności w dzieciach, ani skromności u niewiast. W owych chwilach największej potrzeby Kościoła, ci, którzy mają mówić, będą milczeć!”. Na koniec Matka Boża ponownie nakazała wykonać figury ku Jej czci.

Cudowna figura Matki Bożej del Buen Suceso

Zaraz po tym objawieniu matka Marianna prosiła biskupa Quito, aby jak najprędzej ustosunkował się do próśb Najświętszej Maryi Panny. Po otrzymaniu jego zgody, powierzyła wykonanie artyście Francisco del Castillo, który nie tylko był doświadczonym rzeźbiarzem, ale także człowiekiem wielkiej cnoty połączonej z głęboką pobożnością maryjną. Kiedy praca dobiegła do końca, zadecydował, że będzie musiał pojechać do Europy, aby znaleźć najlepsze farby do malowania twarzy Madonny. Obiecał powrócić do Quito przed 16 stycznia 1611 roku i ukończyć dzieło. Jednak w nocy przed jego przyjazdem twarz figury została w cudowny sposób pomalowana. Kiedy siostry przyszły wcześnie rankiem na jutrznię, kaplica wypełniona była niebieskim światłem, otaczającym posąg. Kiedy artysta przybył następnego ranka do klasztoru, aby ukończyć pracę, zawołał zaskoczony: „Co widzę? Ta wspaniała rzeźba – to nie moje dzieło. To jest dzieło anielskie, bo coś tak wspaniałego nie mogłoby być stworzone tu na ziemi przez ręce śmiertelnika. Żaden rzeźbiarz, choćby nie wiadomo jak uzdolniony, nie mógł stworzyć takiej doskonałości i nieziemskiej piękności”. Rzeźbiarz potwierdził pod przysięgą autentyczność cudu. Pod spisanym przez niego oświadczeniem widnieje również podpis biskupa Quito, który wkrótce kazał przygotować się przez nowennę na uroczystą intronizację. 2 lutego 1611 roku poświęcił uroczyście cudowną figurę pod wezwaniem Matki Bożej Dobrego Zdarzenia. Rzeźba wniesiona została w uroczystej procesji na wyższy chór kościoła klasztornego na specjalnie przygotowanym tronie. Co roku przenoszona jest w procesji z chóru do głównego ołtarza podczas nowenny poprzedzającej święto Matki Bożej Dobrego Zdarzenia 2 lutego. W ostatnich latach posąg wystawiany jest dla wiernych także podczas miesiąca maryjnego (tj. w maju) i podczas miesiąca Różańca świętego (w
październiku).

Główne objawienie: zgaśnięcie wiecznej lampki i jego znaczenie

Resztę życia matka Marianna spędziła na wewnętrznych i zewnętrznych umartwieniach i ofiarach: chciała stać się ofiarą dla XX wieku, jak o to prosiła ją Matka Najświętsza.

Najważniejsze objawienie siostra Marianna miała o poranku 2 lutego 1634 roku, kiedy to podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem nagle zgasła paląca się przed ołtarzem wieczna lampka. Kiedy siostra Marianna próbowała ją zapalić ponownie, Matka Boża objawiła się jej i powiedziała:

„Przygotuj twoją duszę, aby coraz więcej oczyszczona mogła wstąpić w pełnię radości twojego Pana. O, gdyby śmiertelnicy, a szczególnie pobożne dusze poznały, czym jest niebo, co to jest posiadanie Boga, jakże inaczej żyłyby i nie odmawiałyby żadnej ofiary, aby Go posiadać.

Zgaśnięcie lampki klasztornej, które zobaczyłaś, ma wiele znaczeń:

Po pierwsze, przy końcu XIX wieku i podczas dużej części wieku XX powstanie zamęt w tym kraju, będącym wtedy wolną republiką. Wtedy cenne światło wiary zgaśnie w duszach z powodu prawie całkowitego zepsucia obyczajów. Podczas tego okresu będą wielkie fizyczne i moralne klęski, publiczne i prywatne. Niewielka grupa ludzi, która zachowa skarb wiary i cnoty, będzie doznawała okrutnych i niewymownych cierpień oraz przedłużonego męczeństwa. Aby wyzwolić ludzi z niewoli tych herezji, ci, których Mój Najświętszy Syn powołał do wykonania odnowy, potrzebują wielkiej siły woli, wytrwałości, odwagi i ufności w Bogu. Nadejdzie taki moment, kiedy wszystko wydawać się będzie stracone, a wszelkie wysiłki – nadaremne; stanie się tak dlatego, by poddać próbie wiarę i ufność sprawiedliwych, nastąpi wtedy szczęśliwy początek całkowitego odrodzenia.

Po drugie, Moje zgromadzenia opustoszeją, zatopione w otchłani oceanu goryczy i wydawać się będzie, że utoną one w tych różnych wodach nieszczęścia. Ileż prawdziwych powołań zostanie straconych przez nieumiejętne formowanie i brak duchowego kierownictwa!

Trzeci powód, dla którego lampka zgasła, to atmosfera tych czasów, przepełniona duchem nieczystości, jak ohydna powódź, która zaleje ulice, place i miejsca publiczne, do tego stopnia, że prawie już nie będzie na świecie dziewiczej duszy.

Czwartą przyczyną jest to, iż po infiltracji we wszystkich warstwach społecznych, masońskie sekty będą z wielką przebiegłością szerzyć swoje błędy w rodzinach, przede wszystkim po to, by zepsuć dzieci. W tych nieszczęśliwych czasach zło uderzy w dziecięcą niewinność, a w ten sposób powołana kapłańskie będą zaprzepaszczone. Jednak i wtedy będą zgromadzenia zakonne, które podtrzymują Kościół, oraz święci kapłani – ukryte i piękne dusze, którzy będą pracować z energią i bezinteresownym zapałem dla zbawienia dusz. Przeciw nim bezbożni będą toczyć okrutną wojnę, obrzucając ich oszczerstwami, obelgami i nękając, próbując zniechęcić do wypełniania ich obowiązków. Lecz oni, jak solidne kolumny, nie poddadzą się i stawią czoło temu wszystkiemu w duchu pokory i ofiary, w którego będą uzbrojeni mocą nieskończonych zasług Mojego Najświętszego Syna, miłującym ich w najbardziej wewnętrznych głębiach Jego Najświętszego i Najczulszego Serca. Jak bardzo Kościół będzie cierpieć w owej ciemnej nocy! Zabraknie prałata i ojca, który czuwałby z miłością, łagodnością, siłą i przezornością, a wielu utraci ducha Bożego, wystawiając swoją duszę na wielkie niebezpieczeństwo.

Módl się usilnie, wołaj niestrudzenie i płacz nieustannie gorzkimi łzami, w skrytości serca błagając naszego Ojca Niebieskiego, aby z miłości do Eucharystycznego Serca mojego Najświętszego Syna, dla Jego Najdroższej Krwi wylanej z taką hojnością oraz głębokiej goryczy i bólu Jego Męki i śmierci ulitował się nad Swoimi sługami i położył kres tym straszliwym czasom, oraz aby zesłał Kościołowi prałata, który odnowi ducha jego kapłanów.

Tego ukochanego syna, którego Mój Boski Syn i Ja otoczymy szczególną miłością i napełnimy wieloma łaskami: pokory serca, poddania się Bożym natchnieniom, siły, aby mógł bronić praw Kościoła. Damy mu czułe i współczujące serce, którym ogarnie jakby drugi Chrystus wielkich i maluczkich, nie gardząc najbardziej nieszczęśliwymi, którzy będą prosić go o światło i radę w ich zwątpieniach i trudnościach. W jego ręce złożone będą wymiary, by wszystko czynione było zgodnie z wagą i miarą, ku chwale Bożej.

Przed przybyciem tego prałata i ojca, wiele serc osób poświęconych Bogu w stanie kapłańskim i zakonnym wpadnie w oziębłość (…) Popełnione zostaną wszystkie rodzaje zbrodni pociągając za sobą wszelki rodzaj kary: zaraza, głód, konflikty społeczne wewnętrzne i zewnętrzne, apostazja, to wszystko przyczyni się do zatraty licznych dusz. Aby rozproszyć te czarne chmury, przeszkadzające Kościołowi cieszyć się jasnym dniem wolności, wybuchnie straszliwa wojna, w której popłynie krew swoich i obcych, kapłanów i zakonników. Noc ta będzie straszna do tego stopnia, że ludzie będą myśleć, iż zło zatryumfowało.

Wtedy wybije Moja godzina: zdetronizuję pysznego, przeklętego szatana, zetrę go pod moimi stopami i zrzucę w przepaść piekielną. W ten sposób Kościół oraz ten kraj uwolniony zostanie na końcu od jego okrutnej tyranii.

Piąty powód, dla którego zgasła lampa w klasztorze jest taki, że wpływowe osoby z obojętnością patrzeć będą na uciskany Kościół, prześladowaną cnotę i
tryumfującego szatana, nie używając zgodnie z wolą Boga swoich wpływów w celu walki ze złem lub odnowy wiary. I tak ludzie będą stopniowo obojętnieć na żądania Boga, zaakceptują ducha zła i pozwolą się zmieść wszelkim rodzajom występku i grzechu.

Moja droga córko, gdyby przyszło ci żyć w tych okropnych czasach, umarłabyś z bólu widząc, że dokonuje się to, co ci objawiłam. Jednak miłość Mojego Najświętszego Syna i Moja do tej ziemi jest tak wielka, iż chcemy, aby od tej chwili twoje ofiary i dobre uczynki przyczyniły się do skrócenia czasu trwania tej strasznej katastrofy”.

Objawienie Najświętszego Serca Pana Jezusa o kryzysie w Kościele

W ostatnich dziesięciu miesiącach życia matki Marianny, która coraz częściej chorowała i cierpiała, Matka Boża objawiła się jej jeszcze kilkakrotnie. Matka Marianna była wzorem dla całej wspólnoty, ofiarowała wszystkie swoje udręki za Kościół, szczególnie w XX wieku. Pewnego dnia otrzymała łaskę wizji Najświętszego Serca Pana Jezusa, otoczonego małymi, przeszywającymi cierniami, które raniły Je okrutnie. Pan Jezus wytłumaczył jej ich znaczenie: „Rozumiej, że one [ciernie] oznaczają ciężkie i powszednie grzechy moich kapłanów i zakonników, których wyzwalam od świata i wprowadzam do klasztorów. To ich niewdzięczność i obojętność tak okrutnie rani Moje Serce.

Nadchodzą czasy, gdy [Moja] nauka będzie powszechnie znana uczonym i nieuczonym. Będzie się pisać wiele książek na tematy religijne, lecz praktykować te nauki i cnoty będzie niewiele dusz, święci będą rzadkością. Dlatego moi kapłani i zakonnicy popadną w zupełną obojętność. Ich oziębłość zgasi ogień Bożej miłości, w ten sposób ranią Moje Miłujące Serce tymi małymi cierniami, które widzisz. …

Wiedz także, że Boska Sprawiedliwość ześle straszne kary na całe narody, nie tylko za grzechy ludzi, ale także szczególnie za grzechy kapłanów i osób zakonnych – gdyż ci ostatni powołani są, przez doskonałość swego stanu, aby stali się solą ziemi, mistrzami prawdy, powstrzymującymi Boży gniew. Porzucając swą powierzoną przez Boga misję, poniżają siebie do tego stopnia, że w oczach Boga powiększają oni jeszcze surowość kar”.

Ostatnie objawienie Matki Bożej Dobrego Zdarzenia

Po raz ostatni Matka Boża objawiła się m. Marianie 8 grudnia 1634 roku, zapowiadając jej bliską śmierć. Ponownie z naciskiem mówiła o tym, jak ważne są spowiedź i Komunia święta, a także o ciężkiej odpowiedzialności kapłanów. Przepowiedziała różne wydarzenia, które mają mieć miejsce w XIX wieku. Mówiła również o roli klasztorów, w których zachowuje się czystość i umartwienie: „Oczyszczą one atmosferę skażoną przez tych, którzy oddają się najbardziej ohydnym grzechom i namiętnościom”. Na prośbę m. Marianny, aby jej imię pozostało nieznane, Matka Boża odpowiedziała, że dopiero po trzech stuleciach tajemniczego milczenia objawienia te oraz jej imię zostaną ponownie odkryte. Na koniec ostrzegała, że nabożeństwo do Niej „będzie zwłaszcza w XX wieku owocować cudownie w sferze duchowej i doczesnej, ponieważ jest wolą Boga, aby zachować ten Mój tytuł oraz twoje życie dla owego wieku, kiedy zepsucie obyczajów będzie prawie powszechne, a cenne światło wiary niemal zgaśnie”.

16 stycznia 1635 matka Marianna zmarła po przyjęciu ostatnich sakramentów. W 1906 r., podczas remontu klasztoru, została otwarta trumna, w której znaleziono jej nienaruszone ciało. Ω

O kościele w Quito, w którym miało miejsce objawienia Matki Bożej Dobrego Zdarzenia czytaj też na stronie www.ourladyofgoodsuccess.com, gdzie znajduje się m.in. sporo dużych zdjęć świątyni i innych ciekawych materiałów (strona w języku angielskim).

Przypisy

↑Our Lady of Good Success – prophecies for our times, wydawnictwo TIA, Box 23135, Los Angeles CA 90023, USA, I wydanie 1999 r.

↑Do początku XX wieku dzieci otrzymywały I Komunię dopiero od 12 roku życia, albo nawet później. Św. Pius X zadecydował, aby dopuścić dzieci do pierwszej Komunii od chwili osiągnięcia rozumu, jeśli znają postawy katechizmu, szczególnie dot. przyjęcia sakramentów spowiedzi i Komunii św.

Quito(1610-1634): Objawienia Matki Bożej Dobrego Zdarzenia. Na nasze czasy.

https://gloria.tv/MEDALIK ŚW. BENEDYKTA

Kiedy artysta przybył następnego ranka do klasztoru, aby ukończyć pracę, zawołał zaskoczony: „Co widzę? Ta wspaniała rzeźba – to nie moje dzieło. To jest dzieło anielskie, bo coś tak wspaniałego nie mogłoby być stworzone tu na ziemi przez ręce śmiertelnika. Żaden rzeźbiarz, choćby nie wiadomo jak uzdolniony, nie mógł stworzyć takiej doskonałości i nieziemskiej piękności”. Rzeźbiarz potwierdził pod przysięgą autentyczność cudu.
Objawienie Matki Bożej w Quito (1610-1634)

==============================
Mariana Francisca de Jesús Torres Berriochoa


Źródła historyczne
Matka Najświętsza objawiła się kilkakrotnie przełożonej sióstr Niepokalanego Poczęcia w Quito (stolica Ekwadoru), M. Mariannie Franciszce de Jesús Torres y Berriochoa (1563–1635). źródła historyczne o tych objawieniach dotarły do nas w następujący sposób: Z powodu tak niezwykłych wydarzeń kierownik duchowny oraz biskup Quito wymagali od niej w imię posłuszeństwa spisania autobiografii. Tekst ten został aprobowany przez biskupa Piotra de Oviedo, dziesiątego biskupa ordynariusza Quito.

Po jej śmierci, kierownik duchowy i spowiednik o. Michał Romero OFM napisał jej biografię. Dokumenty te razem z życiorysami wszystkich innych sióstr założycielek klasztoru w Ekwadorze zachowane są w wielkim tomie pt. El Cuadernon. Na podstawie tego źródła o. Manueal Souza Pereira, prowincjał Ojców Franciszkanów w Quito, napisał w 1790 roku książkę pt. Cudowny żywot Matki Marianny de Jesús Torres, hiszpańskiej zakonnicy i jednej z założycielek Królewskiego Klasztoru Niepokalanego Poczęcia w mieście św. Franciszka de Quito. (Jej ciało dotrwało do dziś nienaruszone).
Dzieło to przetłumaczyła na język angielski w 1988 r. Marianna Teresa Horvat, która wydała książkę na temat objawień Matki Bożej (Our Lady of Good Success – prophecies for our times, wydawnictwo TIA, Box 23135, Los Angeles CA 90023, USA, I wydanie 1999 r.)

Wizjonerka: Marianna de Jesús Torres

=======================
Marianna Franciszka urodziła się w Hiszpanii 1563 roku jako pierwsze dziecko gorliwej katolickiej rodziny. Z powodu jej głębokiej pobożności, została dopuszczona do I Komunii już 8 grudnia 1572, kiedy miała zaledwie 9 lat (Do początku XX wieku dzieci otrzymywały I Komunię dopiero od 12 roku życia, albo nawet później. Św. Pius X zadecydował, aby dopuścić dzieci do pierwszej Komunii od chwili osiągnięcia rozumu, jeśli znają postawy katechizmu, szczególnie dot. przyjęcia sakramentów spowiedzi i Komunii św.). Podczas Komunii Marianna otrzymała łaskę powołania oraz wewnętrzną pewność, że będzie przeznaczona na misje.

W 1577 roku opuściła Hiszpanię razem z ciotką, matką Marią de Jesús Taboada i czterema innymi zakonnicami, aby założyć klasztor w stolicy Ekwadoru. Rozpoczęła tam swe życie zakonne, które płynęło wedle ówczesnych zwyczajów w atmosferze surowych umartwień. Matki założycielki były zachwycone „doskonałym przestrzeganiem reguł zakonnych i praktyką cnót” młodej nowicjuszki, inne siostry jednak okazywały zazdrość, prześladowały ją i rozsiewały oszczerstwa. Dwukrotnie zmarła i powróciła do życia. Po śmierci pierwszej przełożonej w 1593 roku, została wybrana na przeoryszę. Było to w chwili, kiedy w Quito wybuchła rewolucja, której skutki miały dotknąć również zakony. Właśnie wówczas pewna zakonnica, zwana La Capitana, z pomocą niektórych duchownych zawiązała spisek przeciw przełożonej i razem z innymi siostrami domagała się złagodzenia reguły i zwolnienia od kierownictwa duchowego Ojców Franciszkanów, uważanych za bardzo gorliwych i surowych zakonników.

W tej trudnej sytuacji matka Marianna uciekła się do modlitwy. Wówczas Matka Boża ukazała się jej po raz pierwszy i powiedziała: „Jestem María del Buen Suceso, Królowa nieba i ziemi. Przyszłam, aby pocieszyć twoje udręczone serce! Szatan próbuje zniszczyć to Boże dzieło, posługując się Moimi niewiernymi córkami, lecz nie osiągnie celu, bo Ja jestem Królową zwycięstwa i Matką Dobrego Zdarzenia, i pod tym tytułem pragnę być znana dla zachowania Mego klasztoru i jego mieszkańców”.

Wkrótce po tej wizji wspólnota wybrała nową przełożoną, pod której rządami reguła zakonna została złagodzona; ścisłe milczenie zanikło. S. Marianna próbowała przekonać nową przełożoną o niebezpieczeństwach płynących z takiego postępowania, co ściągnęło na nią gniew pozostałych sióstr. Po raz kolejny dotknęły ją oszczerstwa i kłamstwa, a co gorsza, wikariusz generalny zgodził się na wysłanie jej do więzienia pod zarzutem nieposłuszeństwa. Dobre siostry, które ogromnie cierpiały z powodu tak rażącej niesprawiedliwości, również zostały uwięzione; było ich razem 25.

W ciągu następnych pięciu lat s. Marianna, która trzykrotnie została uwięziona na dłuższy czas, otrzymała wiele szczególnych łask, miała też wizje Matki Bożej, która pokazała jej przyszłość klasztoru oraz Ekwadoru. Kazała też wykonać figurę Matki Bożej Dobrego Zdarzenia i umieścić ją na tronie przełożonej zakonu na znak, że to ona jest Panią klasztoru: „W mojej prawej ręce umieść pastorał oraz klucze jako symbol mojej władzy oraz znak, że klasztor jest moją własnością”.

Na koniec matka przełożona zrozumiała niewłaściwość swojego postępowania wobec sióstr założycielek, uwolniła je i zrezygnowała ze swego urzędu. Wówczas biskup Quito kazał przeprowadzić przesłuchanie w sprawie oskarżeń przeciwko siostrom. Kiedy okazało się, że został wprowadzony w błąd przez oszczerstwa, kazał aresztować główną odpowiedzialną za zamęt – siostrę La Capitanę. Ta nie przyznała się jednak do winy, odmówiła przyjęcia pokarmu i poczęła bluźnić. Wtedy matka Marianna poprosiła biskupa o pozwolenie na przeniesienie zbuntowanej siostry do infirmerii klasztornej, gdzie sama opiekowała się nią, pomimo że w zamian doświadczała jedynie przekleństw i zniewag. Obawiając się o życie wieczne tej siostry, matka Marianna gorąco prosiła Pana Jezusa o uratowanie jej duszy. Zrozumiała wtedy, że jej prośba będzie wysłuchana, jeśli zgodzi się na przeżywanie duchowo pięciu lat kar piekielnych. Od razu wyraziła na to zgodę, a krótko później La Capitana nawróciła się, odbyła spowiedź generalną i stała się wzorem pokory i pobożności do końca życia. Zmarła rok po śmierci matki Marianny.
Tymczasem m. Marianna musiała wypełnić obietnicę:
podczas pięciu lat czuła się jak potępiona i odrzucona przez Boga, którego tak bardzo umiłowała; przeżywała duchowo męki dusz potępionych.

Wizja profanacji Sakramentów świętych

20 stycznia 1610 roku Matka Boża objawiła się jej znowu i powiedziała między innymi: „Wiedz, że od końca XIX, a szczególnie w XX wieku namiętności wybuchną i dojdzie do zupełnego zepsucia obyczajów, bo Szatan prawie całkowicie panował będzie przez masońskie sekty. Aby do tego doprowadzić, skupią się one szczególnie na dzieciach. Biada dzieciom w owych czasach! Trudno będzie przyjąć sakramenty chrztu i bierzmowania. Wykorzystując osoby posiadające władzę, diabeł starać się będzie zniszczyć sakrament spowiedzi (…) To samo będzie z Komunią świętą. Niestety! Jak bardzo zasmuca Mnie, że muszę ci wyjawić tak liczne i okropne świętokradztwa – tak publiczne jak i tajne – popełnione z powodu profanacji Najświętszej Eucharystii! W czasach tych wrogowie Chrystusa, zachęcani przez diabła, często kraść będą z kościołów konsekrowane Hostie, aby bezcześcić Postacie Eucharystyczne. Mój Najświętszy Syn widzi samego siebie rzuconego na ziemię i zdeptanego przez nieczyste nogi”.

Dalej mówi Matka Najświętsza o lekceważeniu Sakramentu ostatniego namaszczenia, przez co wiele dusz pozbawionych będzie pocieszenia i łask w decydującej chwili śmierci. „Sakrament małżeństwa, symbolizujący związek Chrystusa ze swoim Kościołem, będzie przedmiotem ataków i profanacji w najściślejszym znaczeniu tego słowa. Masoneria, która będzie wówczas sprawować rządy, zaprowadzi niesprawiedliwe prawa mające na celu zniszczenie tego sakramentu, a przez to ułatwi każdemu życie w stanie grzechu, oraz spowoduje wzrost liczby dzieci urodzonych w nielegalnych związkach, nie włączonych do Kościoła. Duch chrześcijański szybko upadnie, drogocenne światło Wiary zgaszone będzie do tego stopnia, że nastąpi prawie całkowite zepsucie obyczajów. Skutki zeświecczonego wychowania będą się nawarstwiać, powodując m. in. niedostatek powołań kapłańskich i zakonnych.

Sakrament kapłaństwa będzie ośmieszany, lżony i wzgardzony. Diabeł prześladować będzie szafarzy Pana w każdy możliwy sposób. Będzie działać z okrutną i subtelną przebiegłością, odwodząc ich od ducha powołania i aby uwodząc wielu. Owi zdeprawowani kapłani, którzy zgorszą chrześcijański lud, wzbudzą nienawiść złych chrześcijan oraz wrogów Rzymskiego, Katolickiego i Apostolskiego Kościoła, którzy zwrócą się przeciwko wszystkim kapłanom. Ten pozorny tryumf Szatana przyniesie ogromne cierpienia dobrym pasterzom Kościoła.

Poza tym, w owych nieszczęśliwych czasach, nastąpi niepohamowany zalew nieczystości, która popychając resztę ludzi do grzechu, pociągnie niezliczone lekkomyślne dusze na wieczne potępienie. Nie będzie można znaleźć niewinności w dzieciach, ani skromności u niewiast. W owych chwilach największej potrzeby Kościoła, ci, którzy mają mówić, będą milczeć!”.
Na koniec Matka Boża ponownie nakazała wykonać figury ku Jej czci.


Cudowna figura Matki Bożej del Buen Suceso
Zaraz po tym objawieniu matka Marianna prosiła biskupa Quito, aby jak najprędzej ustosunkował się do próśb Najświętszej Maryi Panny. Po otrzymaniu jego zgody, powierzyła wykonanie artyście Francisco del Castillo, który nie tylko był doświadczonym rzeźbiarzem, ale także człowiekiem wielkiej cnoty połączonej z głęboką pobożnością maryjną. Kiedy praca dobiegła do końca, zadecydował, że będzie musiał pojechać do Europy, aby znaleźć najlepsze farby do malowania twarzy Madonny. Obiecał powrócić do Quito przed 16 stycznia 1611 roku i ukończyć dzieło.

Jednak w nocy przed jego przyjazdem twarz figury została w cudowny sposób pomalowana. Kiedy siostry przyszły wcześnie rankiem na jutrznię, kaplica wypełniona była niebieskim światłem, otaczającym posąg. Kiedy artysta przybył następnego ranka do klasztoru, aby ukończyć pracę, zawołał zaskoczony: „Co widzę? Ta wspaniała rzeźba – to nie moje dzieło. To jest dzieło anielskie, bo coś tak wspaniałego nie mogłoby być stworzone tu na ziemi przez ręce śmiertelnika. Żaden rzeźbiarz, choćby nie wiadomo jak uzdolniony, nie mógł stworzyć takiej doskonałości i nieziemskiej piękności”. Rzeźbiarz potwierdził pod przysięgą autentyczność cudu.

Pod spisanym przez niego oświadczeniem widnieje również podpis biskupa Quito, który wkrótce kazał przygotować się przez nowennę na uroczystą intronizację. 2 lutego 1611 roku poświęcił uroczyście cudowną figurę pod wezwaniem Matki Bożej Dobrego Zdarzenia. Rzeźba wniesiona została w uroczystej procesji na wyższy chór kościoła klasztornego na specjalnie przygotowanym tronie. Co roku przenoszona jest w procesji z chóru do głównego ołtarza podczas nowenny poprzedzającej święto Matki Bożej Dobrego Zdarzenia 2 lutego. W ostatnich latach posąg wystawiany jest dla wiernych także podczas miesiąca maryjnego (tj. w maju) i podczas miesiąca Różańca świętego (w październiku)

Główne objawienie: zgaśnięcie wiecznej lampki i jego znaczenie
Resztę życia matka Marianna spędziła na wewnętrznych i zewnętrznych umartwieniach i ofiarach: chciała stać się ofiarą dla XX wieku, jak o to prosiła ją Matka Najświętsza.
Najważniejsze objawienie siostra Marianna miała o poranku 2 lutego 1634 roku, kiedy to podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem nagle zgasła paląca się przed ołtarzem wieczna lampka. Kiedy siostra Marianna próbowała ją zapalić ponownie, Matka Boża objawiła się jej i powiedziała:
„Przygotuj twoją duszę, aby coraz więcej oczyszczona mogła wstąpić w pełnię radości twojego Pana. O, gdyby śmiertelnicy, a szczególnie pobożne dusze poznały, czym jest niebo, co to jest posiadanie Boga, jakże inaczej żyłyby i nie odmawiałyby żadnej ofiary, aby Go posiadać.

Zgaśnięcie lampki klasztornej, które zobaczyłaś, ma wiele znaczeń:

Po pierwsze
, przy końcu XIX wieku i podczas dużej części wieku XX powstanie zamęt w tym kraju, będącym wtedy wolną republiką. Wtedy cenne światło wiary zgaśnie w duszach z powodu prawie całkowitego zepsucia obyczajów. Podczas tego okresu będą wielkie fizyczne i moralne klęski, publiczne i prywatne. Niewielka grupa ludzi, która zachowa skarb wiary i cnoty, będzie doznawała okrutnych i niewymownych cierpień oraz przedłużonego męczeństwa. Aby wyzwolić ludzi z niewoli tych herezji, ci, których Mój Najświętszy Syn powołał do wykonania odnowy, potrzebują wielkiej siły woli, wytrwałości, odwagi i ufności w Bogu. Nadejdzie taki moment, kiedy wszystko wydawać się będzie stracone, a wszelkie wysiłki – nadaremne; stanie się tak dlatego, by poddać próbie wiarę i ufność sprawiedliwych, nastąpi wtedy szczęśliwy początek całkowitego odrodzenia.

Po drugie, Moje zgromadzenia opustoszeją, zatopione w otchłani oceanu goryczy i wydawać się będzie, że utoną one w tych różnych wodach nieszczęścia. Ileż prawdziwych powołań zostanie straconych przez nieumiejętne formowanie i brak duchowego kierownictwa!

Trzeci powód, dla którego lampka zgasła, to atmosfera tych czasów, przepełniona duchem nieczystości, jak ohydna powódź, która zaleje ulice, place i miejsca publiczne, do tego stopnia, że prawie już nie będzie na świecie dziewiczej duszy.

Czwartą przyczyną jest to, iż po infiltracji we wszystkich warstwach społecznych, masońskie sekty będą z wielką przebiegłością szerzyć swoje błędy w rodzinach, przede wszystkim po to, by zepsuć dzieci. W tych nieszczęśliwych czasach zło uderzy w dziecięcą niewinność, a w ten sposób powołana kapłańskie będą zaprzepaszczone. Jednak i wtedy będą zgromadzenia zakonne, które podtrzymują Kościół, oraz święci kapłani – ukryte i piękne dusze, którzy będą pracować z energią i bezinteresownym zapałem dla zbawienia dusz. Przeciw nim bezbożni będą toczyć okrutną wojnę, obrzucając ich oszczerstwami, obelgami i nękając, próbując zniechęcić do wypełniania ich obowiązków. Lecz oni, jak solidne kolumny, nie poddadzą się i stawią czoło temu wszystkiemu w duchu pokory i ofiary, w którego będą uzbrojeni mocą nieskończonych zasług Mojego Najświętszego Syna, miłującym ich w najbardziej wewnętrznych głębiach Jego Najświętszego i Najczulszego Serca. Jak bardzo Kościół będzie cierpieć w owej ciemnej nocy! Zabraknie prałata i ojca, który czuwałby z miłością, łagodnością, siłą i przezornością, a wielu utraci ducha Bożego, wystawiając swoją duszę na wielkie niebezpieczeństwo.
Módl się usilnie, wołaj niestrudzenie i płacz nieustannie gorzkimi łzami, w skrytości serca błagając naszego Ojca Niebieskiego, aby z miłości do Eucharystycznego Serca mojego Najświętszego Syna, dla Jego Najdroższej Krwi wylanej z taką hojnością oraz głębokiej goryczy i bólu Jego Męki i śmierci ulitował się nad Swoimi sługami i położył kres tym straszliwym czasom, oraz aby zesłał Kościołowi prałata, który odnowi ducha jego kapłanów.
Tego ukochanego syna, którego Mój Boski Syn i Ja otoczymy szczególną miłością i napełnimy wieloma łaskami: pokory serca, poddania się Bożym natchnieniom, siły, aby mógł bronić praw Kościoła. Damy mu czułe i współczujące serce, którym ogarnie jakby drugi Chrystus wielkich i maluczkich, nie gardząc najbardziej nieszczęśliwymi, którzy będą prosić go o światło i radę w ich zwątpieniach i trudnościach. W jego ręce złożone będą wymiary, by wszystko czynione było zgodnie z wagą i miarą, ku chwale Bożej.
Przed przybyciem tego prałata i ojca, wiele serc osób poświęconych Bogu w stanie kapłańskim i zakonnym wpadnie w oziębłość (…) Popełnione zostaną wszystkie rodzaje zbrodni pociągając za sobą wszelki rodzaj kary: zaraza, głód, konflikty społeczne wewnętrzne i zewnętrzne, apostazja, to wszystko przyczyni się do zatraty licznych dusz. Aby rozproszyć te czarne chmury, przeszkadzające Kościołowi cieszyć się jasnym dniem wolności, wybuchnie straszliwa wojna, w której popłynie krew swoich i obcych, kapłanów i zakonników. Noc ta będzie straszna do tego stopnia, że ludzie będą myśleć, iż zło zatryumfowało.
Wtedy wybije Moja godzina: zdetronizuję pysznego, przeklętego szatana, zetrę go pod moimi stopami i zrzucę w przepaść piekielną. W ten sposób Kościół oraz ten kraj uwolniony zostanie na końcu od jego okrutnej tyranii.

Piąty powód
, dla którego zgasła lampa w klasztorze jest taki, że wpływowe osoby z obojętnością patrzeć będą na uciskany Kościół, prześladowaną cnotę i tryumfującego szatana, nie używając zgodnie z wolą Boga swoich wpływów w celu walki ze złem lub odnowy wiary. I tak ludzie będą stopniowo obojętnieć na żądania Boga, zaakceptują ducha zła i pozwolą się zmieść wszelkim rodzajom występku i grzechu.
Moja droga córko, gdyby przyszło ci żyć w tych okropnych czasach, umarłabyś z bólu widząc, że dokonuje się to, co ci objawiłam. Jednak miłość Mojego Najświętszego Syna i Moja do tej ziemi jest tak wielka, iż chcemy, aby od tej chwili twoje ofiary i dobre uczynki przyczyniły się do skrócenia czasu trwania tej strasznej katastrofy”.

Objawienie Najświętszego Serca Pana Jezusa o kryzysie w Kościele
W ostatnich dziesięciu miesiącach życia matki Marianny, która coraz częściej chorowała i cierpiała, Matka Boża objawiła się jej jeszcze kilkakrotnie. Matka Marianna była wzorem dla całej wspólnoty, ofiarowała wszystkie swoje udręki za Kościół, szczególnie w XX wieku. Pewnego dnia otrzymała łaskę wizji Najświętszego Serca Pana Jezusa, otoczonego małymi, przeszywającymi cierniami, które raniły Je okrutnie. Pan Jezus wytłumaczył jej ich znaczenie: „Rozumiej, że one [ciernie] oznaczają ciężkie i powszednie grzechy moich kapłanów i zakonników, których wyzwalam od świata i wprowadzam do klasztorów. To ich niewdzięczność i obojętność tak okrutnie rani Moje Serce.
Nadchodzą czasy, gdy [Moja] nauka będzie powszechnie znana uczonym i nieuczonym. Będzie się pisać wiele książek na tematy religijne, lecz praktykować te nauki i cnoty będzie niewiele dusz, święci będą rzadkością. Dlatego moi kapłani i zakonnicy popadną w zupełną obojętność. Ich oziębłość zgasi ogień Bożej miłości, w ten sposób ranią Moje Miłujące Serce tymi małymi cierniami, które widzisz. …
Wiedz także, że Boska Sprawiedliwość ześle straszne kary na całe narody, nie tylko za grzechy ludzi, ale także szczególnie za grzechy kapłanów i osób zakonnych – gdyż ci ostatni powołani są, przez doskonałość swego stanu, aby stali się solą ziemi, mistrzami prawdy, powstrzymującymi Boży gniew. Porzucając swą powierzoną przez Boga misję, poniżają siebie do tego stopnia, że w oczach Boga powiększają oni jeszcze surowość kar”.
Ostatnie objawienie Matki Bożej Dobrego Zdarzenia
Po raz ostatni Matka Boża objawiła się m. Marianie 8 grudnia 1634 roku, zapowiadając jej bliską śmierć. Ponownie z naciskiem mówiła o tym, jak ważne są spowiedź i Komunia święta, a także o ciężkiej odpowiedzialności kapłanów. Przepowiedziała różne wydarzenia, które mają mieć miejsce w XIX wieku. Mówiła również o roli klasztorów, w których zachowuje się czystość i umartwienie: „Oczyszczą one atmosferę skażoną przez tych, którzy oddają się najbardziej ohydnym grzechom i namiętnościom”. Na prośbę m. Marianny, aby jej imię pozostało nieznane, Matka Boża odpowiedziała, że dopiero po trzech stuleciach tajemniczego milczenia objawienia te oraz jej imię zostaną ponownie odkryte. Na koniec ostrzegała, że nabożeństwo do Niej „będzie zwłaszcza w XX wieku owocować cudownie w sferze duchowej i doczesnej, ponieważ jest wolą Boga, aby zachować ten Mój tytuł oraz twoje życie dla owego wieku, kiedy zepsucie obyczajów będzie prawie powszechne, a cenne światło wiary niemal zgaśnie”.

16 stycznia 1635 matka Marianna zmarła po przyjęciu ostatnich sakramentów. W 1906 r., podczas remontu klasztoru, została otwarta trumna, w której znaleziono jej nienaruszone ciało.
Źródło: znalezione w necie…
O kościele w Quito, w którym miało miejsce objawienia Matki Bożej Dobrego Zdarzenia czytaj też na stronie: www.ourladyofgoodsuccess.com
O objawieniu w Quito mówi też książka: Tajemnice napomnienia i triumf Dwóch Serc – Jezusa i Maryi – Kelly Bowring str. 17-20 (książka posiada imprimatur arcybiskupa i nihil obstat ojca prowincjała)

Za: duchprawdy.com/quito.htm

Objawienie Matki Bożej w Quito (1610-1634) – ku przemyśleniu!!!

MEDALIK ŚW. BENEDYKTA

,,Obawiając się o życie wieczne tej siostry, matka Marianna gorąco prosiła Pana Jezusa o uratowanie jej duszy. Zrozumiała wtedy, że jej prośba będzie wysłuchana, jeśli zgodzi się na przeżywanie duchowo pięciu lat kar piekielnych. Od razu wyraziła na to zgodę, a krótko później La Capitana nawróciła się, odbyła spowiedź generalną i stała się wzorem pokory i pobożności do końca życia. Zmarła rok po śmierci matki Marianny.
Tymczasem m. Marianna musiała wypełnić obietnicę:
podczas pięciu lat czuła się jak potępiona i odrzucona przez Boga, którego tak bardzo umiłowała; przeżywała duchowo męki dusz potępionych.”

Maryja: W chwilach najgorszego zamętu, kiedy ludziom będzie się wydawało, że zło triumfuje, wtedy wybije Moja godzina. Quito.

Objawienia Matki Bożej w Quito w 16/17 wieku Mariannie Berriochoa – za XX wiek.

W chwilach najgorszego zamętu, kiedy ludziom będzie się wydawało, że zło triumfuje, wtedy wybije Moja godzina: zdetronizuję pysznego, przeklętego szatana, zetrę go pod moimi stopami i zrzucę w przepaść piekielną. W ten sposób Kościół uwolniony zostanie na końcu od jego okrutnej tyranii.

https://www.przymierzezmaryja.pl/cierpienia-matki-marianny,6084,a.html


Na przełomie XV i XVI wieku żyła w Quito, w Ekwadorze pewna zakonnica hiszpańska, której mało znane, ale niezwykłe życie ma związek z naszymi czasami. Matka Marianna Jesus Torres y Berriochoa była mniszką koncepcjonistką, która zdecydowała się wziąć na swoje ramiona niewyobrażalne cierpienia, by zadośćuczynić za grzechy XX wieku.



Pewnego dnia 1582 roku młoda zakonnica modliła się przed Najświętszym Sakramentem w kaplicy klasztoru sióstr koncepcjonistek w mieście Quito. Nagle usłyszała przerażający grzmot. Po chwili prawie w całej kaplicy zapadły ciemności. Tylko główny ołtarz pozostał oświetlony. Siostra ujrzała otwarte tabernakulum i wyłaniającego się z niego ukrzyżowanego Pana Jezusa. Obok Zbawiciela stali, jak na Golgocie: Najświętsza Maryja Panna, św. Jan Ewangelista i św. Maria Magdalena. Pan Jezus bardzo cierpiał.

Zakonnica usłyszała głos: – To jest kara dla XX wieku. Wówczas jej oczom ukazały się trzy miecze, unoszące się nad głową Zbawiciela z napisem na pierwszym z nich: „Będą karać herezje”, na drugim – „Będą karać bluźnierstwa” i na trzecim – „Będą karać grzechy nieczystości”. Potem Matka Boża zwróciła się do młodej mniszki tymi słowami: – Moja córko, czy chcesz poświęcić się za ludzi, którzy dopuszczą się tych grzechów w XX wieku?

Tak, jestem gotowa – odpowiedziała. I w tym samym momencie trzy miecze przebiły jej serce. Siostra Marianna padła martwa, doznając wcześniej ogromnej męki…

* * *


Przełożona zakonu, a także inne mniszki zaniepokojone nieobecnością siostry Marianny zaczęły jej szukać. Odnalazły ją, a właściwie jej zimne ciało w kaplicy. Siostry przeniosły je do celi, położyły na łóżku i natychmiast wezwały lekarza Don Sancho oraz braci franciszkanów, którzy w sposób szczególny byli związani z klasztorem. Lekarz potwierdził zgon młodziutkiej koncepcjonistki. Siostry rozpoczęły przygotowania do pogrzebu. Do drzwi klasztoru zaczęli dobijać się liczni mieszkańcy Quito, którzy po raz ostatni chcieli ujrzeć ciało ich ukochanej dobrodziejki. Siostra Marianna, mimo młodego wieku, słynęła bowiem już wtedy z niezwykłej świętości, dobroci oraz cudów.

Tymczasem, po przebiciu serca trzema mieczami, Marianna znalazła się przed obliczem Boskim. Bóg, nie znajdując w całym jej życiu żadnej niegodziwości, zwrócił się do niej tymi słowami: – Przyjdź do Mnie ukochana córko i odbierz wieniec, który ci przygotowałem u zarania świata.



Jednocześnie, w tym samym czasie na ziemi trwały modlitwy sióstr, ojców franciszkanów oraz zwykłych ludzi, którzy zawodzili z powodu śmierci młodziutkiej mniszki. Wzdychając i płacząc, prosili Boga, aby przywrócił do życia ich „ukochanego anioła” i obrończynię przed siłami zła.

Chcąc się przychylić do tych modlitw płynących z ziemi, Chrystus przedstawił Mariannie dwie korony: jedną niebywałej piękności i drugą – z lilii przeplataną cierniami. Następnie kazał jej dokonać wyboru, przypominając, że ta pierwsza oznacza, iż pozostanie już na zawsze w chwale niebieskiej, a druga – że wróci na ziemię, by na nowo cierpieć. Siostra Marianna poprosiła Pana Jezusa, by to On dokonał za nią wyboru. Zbawiciel jednak odmówił. Wtedy przemówiła Matka Boża: – Opuściłam chwałę niebieską i wróciłam na ziemię, by chronić moje dzieci. Chcę, żebyś mnie naśladowała i wróciła na ziemię, bo twoja obecność tam jest niezbędna dla dobra mojego zakonu.

Matka Boża przepowiedziała również, że jeśli zabraknie osób, które tak jak ona poświęcą się dla zadośćuczynienia za grzechy XX wieku, wówczas Quito spotka straszna tragedia. Słysząc to, pokorna dziewica zgodziła się wrócić na ziemię i stała się ofiarą przebłagalną za grzechy herezji, bezbożności i nieczystości naszych czasów. 

Zatem Bóg wrócił zakonnicę mieszkańcom Quito…
 

* * *


W nocy 17 września 1588 r. Marianna otrzymała stygmaty. Po tym zdarzeniu straszliwe chorowała i przez pięć miesięcy nie ruszała się z łóżka. W tym czasie kusił ją szatan, który wmawiał jej, że wszystko, co robi, nie ma sensu, że jej życie to jedno wielkie oszustwo. Krążył wokół jej łóżka, przybierając postać ohydnego węża, którego widziała już wcześniej podczas burzy, jaka się rozpętała na oceanie, gdy płynęła na statku z Hiszpanii do Ekwadoru. Pewnej nocy, nie mogąc już udźwignąć tej męki, zwróciła się o pomoc do Matki Bożej, by jej ulżyła w cierpieniu. Przez krótką chwilę mogła odetchnąć, podziwiając Piękną Panią… 

W Wielką Sobotę 1589 r. – po straszliwych mękach, jakie siostra Marianna przechodziła w Wielki Piątek, gdy Bóg ukazał jej wizję herezji i nadużyć, które miały drążyć Kościół w naszych czasach – siostry ponownie wystawiły jej ciało w trumnie, przekonane, że odeszła do Pana. Jednak już następnego ranka siostra Marianna z woli Bożej znowu powróciła do życia, by dalej móc cierpieć dla Niego.
 

* * *


Życie mniszki pełne było niezwykłych wizji i zdarzeń. W 1589 r. została matką przełożoną klasztoru. Ale i tutaj borykała się z wieloma trudnościami.


2 lutego 1594 r. matka Marianna, modląc się długo w kaplicy chóralnej, ujrzała Piękną Panią, która kazała się tytułować Matką Bożą Dobrego Zdarzenia. Na lewej ręce trzymała Dzieciątko Jezus, a w prawej – pastorał wykonany z próby złota niespotykanej na ziemi. Matka Boża Dobrego Zdarzenia (Nuestra Seńora del Buen Suceso) wielokrotnie ukazywała się siostrze Mariannie, przepowiadając, że klasztor poświęcony Jej Niepokalanemu Poczęciu będzie chciał zniszczyć za wszelką cenę szatan, ale mu się to nie uda. Przepowiedziała bunty sióstr i wiele nieszczęść XX wieku, a także gwałtowną śmierć katolickiego prezydenta Ekwadoru, który miał poświęcić kraj Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Pocieszała Mariannę, mówiąc jej, jak bardzo podobają się Panu Jezusowi cierpienia znoszone za grzechy XX wieku i zapewniała ją, że nigdy nie straci odwagi.

Matka Boża miała powiedzieć, że w XIX wieku Ekwadorem będzie rządził prawdziwie chrześcijański prezydent i że zginie on śmiercią męczeńską na tym samym placu, gdzie znajduje się klasztor koncepcjonistek. Prezydent miał poświęcić republikę Ekwadoru Najświętszemu Sercu Jej Syna i dzięki temu poświęceniu przez wiele lat w kraju miała być zachowana wiara.

Przepowiednia Matki Bożej sprawdziła się co do joty. W 1859 r. prezydentem Ekwadoru został Gabriel Garcia Moreno. Człowiek niezwykle odważny, błyskotliwy i szczerze kochający Boga. W ciągu kilku lat swojego urzędowania wprowadził ważne reformy, które podniosły ten kraj pod każdym względem: moralnym, edukacyjnym, gospodarczym. Dokonał również publicznego aktu poświęcenia Ekwadoru Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. W czasie drugiej kadencji prezydent Moreno brał udział w procesji, która szła ulicami Quito w Wielki Piątek. Niósł ogromny drewniany krzyż. Wówczas to loża masońska podjęła decyzję o zamordowaniu katolickiego prezydenta. Gabriel Garcia Moreno zginął 6 sierpnia 1875 r., gdy wracał z Mszy św. do pałacu prezydenckiego. Zabójcy dopadli go na placu centralnym, gdzie znajduje się klasztor koncepcjonistek. Zanim wydał ostatnie tchnienie, zanurzył palec w swojej krwi i napisał na ziemi: „Dios no muere!” – „Bóg nie umiera!”. W tym samym czasie na obrazie z wizerunkiem Matki Bożej Dobrego Zdarzenia, znajdującym się w katedrze w Quito, pojawiły się łzy.

Matka Boża Dobrego Zdarzenia wielokrotnie ukazywała się siostrze Mariannie i przepowiadała dzieje XIX oraz XX wieku. Mówiła o bolesnym zepsuciu obyczajów, zniszczeniu niewinności dzieci i cnotliwości kobiet, panowaniu masońskich praw, o profanacjach, bluźnierstwach, o kryzysie Kościoła i duchowieństwa, jednocześnie zapowiadając, że w chwilach najgorszego zamętu, kiedy ludziom będzie się wydawało, że zło triumfuje, wtedy wybije Moja godzina: zdetronizuję pysznego, przeklętego szatana, zetrę go pod moimi stopami i zrzucę w przepaść piekielną. W ten sposób Kościół oraz ten kraj uwolniony zostanie na końcu od jego okrutnej tyranii.

Powiedziała także siostrze Mariannie, że dopiero po trzech wiekach od jej śmierci objawienia te będą na nowo odkryte, a nabożeństwo do Niej, zwłaszcza w XX wieku będzie cudownie owocować w sferze duchowej i doczesnej, kiedy zepsucie obyczajów będzie prawie powszechne, a cenne światło wiary niemal zgaśnie.

Matka Marianna po przeżyciu pięciu lat straszliwych mąk dla wyzwolenia duszy zbuntowanej zakonnicy, które znosiła z anielskim posłuszeństwem, zmarła opatrzona świętymi sakramentami w 1635 r.

W 1906 r. podczas remontu klasztoru odnaleziono trumnę z jej ciałem, które było nienaruszone.
Agnieszka Stelmach
Artykuł z PzM 51 marzec/kwiecień 2010

Miracle: Our Lady Predicts the Horrors of the 21st Century

Miracle: Our Lady Predicts the Horrors of the 21st Century

americaneedsfatima/miracle-prophecies-of-our-lady-of-good-success

Today, the Feast of Our Lady of Good Success, I want to share something that struck me to the core.

Because this week’s video isn’t just “interesting.”

No — it’s prophetic. Urgent. And very personal.

For this episode, I explored the remarkable revelations given by Our Lady of Good Success to Mother Mariana de Jesus Torres, a Conceptionist nun in Quito, Ecuador, during the late 1500s and early 1600s.

Her body remains incorrupt to this day, and her writings received approval from the bishop of Quito.

To watch the Prophecy Our Lady Gave for Our Times, click this link:

miracle-prophecies-of-our-lady-of-good-success

What Our Lady told her will take your breath away — because it describes our century with a precision that’s impossible to ignore.

Just listen to a few of the warnings Our Lady gave Mother Mariana:

  • the corruption of children,
  • a flood of impurity overtaking the streets,
  • the devastation of family life and marriage,
  • Holy Communion received less and less,
  • public and hidden sacrileges,
  • Catholic schools being undermined,
  • assaults against the priesthood,
  • heresies spreading through society like wildfire.

My friend… we recognize every single one of these signs!

To watch the Prophecy Our Lady Gave for Our Times, click this link:https://americaneedsfatima.org/video/miracle-prophecies-of-our-lady-of-good-success

And yet — this prophecy is not meant to make us despair.

It’s meant to wake us up, strengthen our souls, and remind us that Our Lady knows exactly what we’re living through.

She revealed them to prepare us—and to remind us that God will never abandon His Church, even when everything seems lost, as it often does today.

Something about these prophecies reminds me of Our Lady’s message at Fatima: pray, make reparation, defend the Church and stay close to Mary.

„Innocence will scarcely be found in children or modesty in women.”

A mysterious prophecy made several centuries ago predicted the entire crisis of the 21st century. All of the rampant impurity and the attacks on marriage and children’s innocence that you see all around you are described in detail in this prophecy. It is nothing short of miraculous! Keep watching, and I will tell you all about it….
========================================

After you watch the video, we invite you to become a Child of Mary. By joining this group of devotees to Our Lady, you financially assist us in spreading Our Lady’s Fatima message and helping save souls. To say thank you, we will send you a beautiful lapel pin, Holy Mass will be offered for you every day, your name will be displayed on the Child of Mary Recognition Plaque, and you will receive a bi-monthly subscription to Crusade Magazine.

Krótka opowieść o Antychryście. Władimir Sołowiow.

Krótka opowieść o Antychryście

Władimir Sołowiow

[Przypominam ten genialny tekst sprzed wieku. U mnie był już umieszczony wiele lat temu. Sądzę, że wielu obecnych Czytelników dorosło, tak fizycznie, jak duchowo, do tej antycypacji. Mirosław Dakowski  ]

[Władimir Sołowiow był wielkim myślicielem i filozofem końca XIX wieku w Rosji. „Tri rozgowora” z lat 1899-1900 były zwieńczeniem jego poszukiwań duchowych, zakończonych chyba  konwersją na katolicyzm.

A w Rozmowie trzeciej – mieści się prorocza perełka „Krótka opowieść o Antychryście”. Umieszczam tu jej skrót. Według „Wyboru pism” wydanych przez „W drodze”, Poznań 1988. MD]

             Europa w dwudziestym pierwszym wieku sta­nowi związek mniej lub więcej demokratycznych państw – ­europejskie stany zjednoczone. Rozwój kultury zewnętrznej, nieco zahamowany wskutek mongolskiego najazdu i walki wyzwoleńczej, nabrał znowu żywego tempa. Natomiast sprawy za­przątające wewnętrzną świadomość – problem życia i śmier­ci, ostatecznego losu świata i człowieka – dodatkowo powi­kłane w wyniku nowych badań i odkryć fizjologicznych i psy­chologicznych, pozostają nadal nie rozwiązane. Następuje tylko jeden doniosły fakt negatywny: ostateczny upadek teore­tycznego materializmu. Wyobrażenie o świecie jako systemie tańczących atomów i o życiu jako rezultacie mechanicznego nagromadzenia najdrobniejszych zmian substancji – takie wyobrażenie nie mogło już zadowolić ani jednego myślącego umysłu. Ludzkość na zawsze wyrosła z tych filozoficznych po­wijaków.

Z drugiej strony wszakże staje się jasne, że wyrosła ona również z dziecięcej zdolności do naiwnej, spontanicznej wiary. Takich pojęć, jak Bóg, który stworzył świat z nicze­go, itp., przestają uczyć już nawet w szkołach elementarnych. Wypracowany został pewien ogólny podwyższony poziom wy­obrażeń o tych sprawach, poniżej którego nie może zejść ża­den dogmatyzm. I kiedy ludzie myślący w swojej ogromnej większości pozostają zupełnie niewierzący, to nieliczni wie­rzący stają się wszyscy z konieczności również – myślący­mi, spełniając zalecenie apostoła: bądźcie dziećmi w sercu, ale nie w umyśle.

            Był w owym czasie pośród nielicznych wierzących spirytuali­stów pewien człowiek niezwykły – wielu nazywało go nad­człowiekiem – równie daleki od dziecięctwa umysłu, jak i serca. Dzięki swojej genialności już w wieku trzydziestu trzech lat zasłynął on szeroko jako wielki myśliciel, pisarz i działacz społeczny. Doświadczając w sobie samym ogromnej siły ducha, był niezmiennie przekonanym spirytualistą, a jasny umysł ukazywał mu zawsze prawdę, w którą należy wierzyć: dobro, Boga, Mesjasza. I wierzył w to, ale kochał tylko sie­bie samego. Wierzył w Boga, ale w głębi duszy mimo woli i instynktownie dawał pierwszeństwo przed Nim – sobie. Wierzył w Dobro, ale wszechwidzące Oko Wieczności wiedziało, że człowiek ten pokłoni się złej mocy, skoro go ona tylko spró­buje przekupić – nie ułudą uczuć i niskich namiętności, na­wet nie subtelną przynętą władzy, lecz jedynie poprzez bezgra­niczną miłość własną. Zresztą ta miłość własna nie była ani nieświadomym odruchem, ani szaleńczym uroszczeniem.

Poza wyjątkową genialnością, urodą i szlachetnością również naj­wyższe znamiona wstrzemięźliwości, bezinteresowności i czyn­nej filantropii dostatecznie usprawiedliwiały, jak się zdawało, ogromną miłość własną tego wielkiego spirytualisty, ascety i filantropa. I czy można go winić za to, że tak hojnie Bożymi darami uposażony, ujrzał w nich szczególne znaki wyjątkowej dla siebie przychylności z góry i widział w sobie kogoś dru­giego po Bogu, jedynego w swoim rodzaju syna Bożego? Jed­nym słowem, uznał siebie za tego, kim w rzeczywistości był Chrystus. Ale ta świadomość swojej najwyższej godności ufor­mowała się w nim nie jako jego moralny obowiązek wobec Boga i świata, lecz jako jego prawo i poczucie pierwszeństwa przed innymi, a głównie przed Chrystusem.

Początkowo nie czuł nawet do Jezusa wrogości. Uznawał Jego mesjańską rolę i godność, ale tak naprawdę to widział w Nim tylko swojego największego poprzednika – czyn moralny Chrystusa i Jego absolutna jedyność były dla tego zamroczonego miłością wła­sną umysłu niezrozumiałe. Rozumował on tak: „Chrystus przyszedł przede mną; ja jestem drugi; ale przecież to, co w porządku czasowym jest późniejsze, w istocie jest pierwsze. Przychodzę jako ostatni, u kresu dziejów, właśnie dlatego że jestem doskonałym, ostatecznym zbawicielem. Ów Chrystus jest moim zwiastunem. Jego misją było poprzedzenie i przygo­towanie mojego przyjścia”. I w tej myśli wielki człowiek dwu­dziestego pierwszego wieku odnosił do siebie to wszystko, co powiedziano w Ewangelii o drugim przyjściu, tłumacząc to przyjście nie jako powrót tegoż Chrystusa, lecz jako zastąpienie poprzedniego Chrystusa ostatecznym, to znaczy nim samym.

            W tym stadium „człowiek przyszłości” niewiele jeszcze przeja­wia cech charakterystycznych i oryginalnych. Przecież w po­dobny sposób patrzał na swój stosunek do Chrystusa na przy­kład Mahomet – mąż prawy, którego nie można obwiniać o jakąkolwiek złą intencję. Wynosząc siebie ponad Chrystusa, człowiek ów uzasadnia to jeszcze takim rozumowaniem: „Chrystus, głosząc i urzeczywist­niając w swoim życiu dobro moralne, naprawiał ludzkość, ja zaś jestem powołany do tego, aby być dobroczyńcą tej czę­ściowo naprawionej, częściowo nie naprawionej ludzkości. Ja dam wszystkim ludziom wszystko, co im potrzebne. Chrystus jako moralista dzielił ludzi na dobrych i złych, ja połączę ich za pomocą dóbr jednakowo potrzebnych dobrym i złym. Będę prawdziwym przedstawicielem tego Boga, który każe świecić swemu słońcu nad dobrymi i złymi, który spuszcza rosę na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Chrystus przyniósł miecz, ja przyniosę pokój. On groził ziemi strasznym sądem ostatecz­nym – ale przecież ostatecznym sędzią będę ja, a sąd mój bę­dzie nie sądem prawdy tylko, lecz sądem łaski. Będzie i pra­wda w moim sądzie, ale nie prawda odpłacająca, lecz prawda rozdzielająca. Wszystkich wyróżnię i każdemu dam według jego potrzeb”.

            I w takim oto nastroju ducha oczekuje on jakiegoś wyraź­nego Bożego wezwania do dzieła ponownego zbawienia ludz­kości, jakiegoś widomego i zadziwiającego świadectwa, że jest on starszym synem, umiłowanym pierworodnym Boga. Czeka i karmi swoją jaźń świadomością swych nadludzkich cnót i ta­lentów – przecież jak było powiedziane, jest to człowiek o nienagannej moralności i niezwykłym geniuszu.

            Wyczekuje dumny mąż sprawiedliwy najwyższej sankcji, aby rozpocząć zbawianie ludzkości – i nic może się doczekać. Mi­nęło mu już trzydzieści lat, przechodzą jeszcze trzy lata. I oto błyska w jego głowie i przenika go do szpiku kości gorącym dreszczem myśl: „A jeśli?… A nuż to nie ja, tylko ten… Gali­lejczyk… A nuż nie jest On mym zwiastunem, lecz prawdzi­wym, pierwszym i ostatnim? Ale przecież w takim razie powi­nien być żyw… Gdzież On jest? A jeśli przyjdzie do mnie… teraz, tutaj… Co Mu powiem? Przecież będę musiał oddać Mu pokłon jak ostatni głupi chrześcijanin, jak jakiś rosyjski mużyk mamrotać bez sensu: Panie Jezusie Chryste, zmiłuj się nade mną grzesznym, albo niczym polska baba paść krzyżem. Ja, świetlany geniusz, nadczłowiek. Nie, nigdy!” 

I w tym momen­cie w miejsce poprzedniego rozumnego, chłodnego szacunku dla Boga i Chrystusa rodzi się i rośnie w jego sercu najpierw jakaś zgroza, a potem kłująca i całe jego jestestwo ściskająca i dławiąca zazdrość oraz wściekła, pełna pasji nienawiść. „Ja, ja, a nie On! Nie ma Go wśród żywych, nie ma i nie bę­dzie. Nie zmartwychwstał, nie, nie, nie! Zgnił, zgnił w grobie, zgnił jak ostatnia…”

I z pianą na ustach, konwulsyjnymi sko­kami wybiega z domu, z ogrodu, i w głuchą, ciemną noc bieg­nie skalistą ścieżką… Pasja cichnie w nim i zastępuje ją głucha i ciężka jak te skały, mroczna jak ta noc rozpacz. Zatrzymuje się nad stromym urwiskiem i słyszy daleko w dole niewyraźny szum płynącego po kamieniach potoku. Nieznośny żal ściska jego serce. Nagle coś się w nim porusza. „Wezwać Go – za­pytać, co mam robić?” I wśród mroku ukazuje mu się pełen łagodnego smutku obraz. „On się nade mną lituje… Nie, nigdy! Nie zmartwychwstał, nie zmartwychwstał!” I rzuca się z urwiska. Ale coś sprężystego, jakby słup wodny, utrzymuje go w powietrzu, czuje wstrząs, jakby rażony prądem elektrycz­nym, i jakaś siła odrzuca go wstecz. Na moment traci świado­mość, a kiedy ją odzyskuje, klęczy w odległości kilku kroków od urwiska. Przed nim rysuje się jakaś promieniejąca fosfory­cznym zamglonym światłem postać, której dwoje oczu nieznoś­nym ostrym blaskiem przenika jego duszę…

            A on widzi tych dwoje przenikliwych oczu i słyszy ni to w sobie, ni to z zewnątrz jakiś dziwny głos – głuchy, wręcz zdławiony, a zarazem wyraźny, metaliczny i całkowicie bezdu­szny, jakby pochodził z fonografu. I głos ten mówi mu: „Synu mój umiłowany, w tobie całe moje upodobanie. Czemuś nie wybrał mnie? Dlaczego czciłeś tamtego, nędznego, i jego ojca? Jam bóg i ojciec twój. A tamten, ukrzyżowany nędzarz, jest obcy mnie i tobie. Nie mam innego syna prócz ciebie. Tyś jedyny, jednorodzony, równy mnie. Miłuję cię i niczego od ciebie nie żądam. I tak jesteś piękny, wielki, potężny. Czyń swoje dzieło w imię twoje, nie moje. Nie żywię ku tobie za­zdrości. Miłuję cię. Niczego od ciebie nie potrzebuję. Tamten, którego uważałeś za boga, żądał od swego syna posłuszeństwa, i to posłuszeństwa bez granic… aż do śmierci krzyżowej – a kiedy był on na krzyżu, nie przyszedł mu z pomocą. Ja niczego od ciebie nie żądam, a pomogę ci. Dla ciebie samego, dla twej własnej wolności i wyższości i gwoli mojej czystej, bezinteresownej ku tobie miłości – pomogę ci. Przyjmij du­cha mojego. Jak dawniej duch mój płodził cię w Pięknie, tak teraz płodzi cię w mocy”. Przy tych słowach tajemniczej po­staci usta nadczłowieka mimo woli rozchyliły się, dwoje prze­nikliwych oczu przybliżyło się tuż do jego twarzy i poczuł, jak ostry, lodowaty strumień wszedł weń i napełnił całe jego jeste­stwo. Jednocześnie poczuł w sobie niezwykłą moc, rześkość, lekkość i zapał. W tejże chwili jaśniejące oblicze i dwoje oczu nagle znikło, coś uniosło nadczłowieka ponad ziemię i zaraz opuściło go w jego ogrodzie, u drzwi domu.

            Następnego dnia nie tylko osoby odwiedzające wielkiego człowieka, ale nawet jego słudzy byli zdumieni jego osobli­wym, natchnionym jakimś wyglądem. Jeszcze bardziej by się wszakże zdumieli, gdyby mogli widzieć, z jaką nadnaturalną szybkością i łatwością pisał on, zamknąwszy się w swoim ga­binecie, swe znakomite dzieło pod tytułem „Otwarta droga do powszechnego pokoju i pomyślności”.

Poprzednie utwory i poczynania społeczne nadczłowieka znajdowały surowych krytyków, którzy zresztą byli w większo­ści ludźmi szczególnie religijnymi i dlatego pozbawionymi wszelkiego autorytetu – mówię przecież o czasie przyjścia Antychrysta – tak że niewielu tylko ich słuchało, kiedy wska­zywali oni we wszystkim, co pisał i mówił „człowiek przyszłości”, znamiona zupełnie wyjątkowej, stężonej ambicji i pychy przy braku prawdziwej prostoty, szczerości i ciepła uczuć.

            Ale swoim nowym dziełem zjednuje on sobie nawet niektó­rych spośród swoich dawnych krytyków i przeciwników. Utwór ten, napisany po wydarzeniu na urwisku, ujawnia w nim nie­spotykaną dotąd siłę geniuszu. Jest to coś wszechogarniającego i godzącego wszystkie sprzeczności. Łączą się tu szlachetny szacunek dla dawnych tradycji i symbolów z szerokim i śmia­łym radykalizmem społeczno-politycznych postulatów i wska­zań, nieograniczona wolność myśli z najgłębszym zrozumie­niem dla wszelkiej mistyki, absolutny indywidualizm z gorącym oddaniem dobru wspólnemu, najwznioślejszy idealizm zasad przewodnich z pełną życiową konkretnością praktycznych roz­wiązań. Wszystko to zaś jest połączone i powiązane ze sobą w sposób tak genialnie mistrzowski, że każdy jednostronny myśliciel czy działacz łatwo widzi i przyjmuje całość pod swoim indywidualnym aktualnym kątem widzenia, nie poświę­cając niczego dla samej prawdy, nie wznosząc się dla niej ponad swoje ja, ani trochę nie rezygnując w istocie rzeczy ze swojej jednostronności, w niczym nie korygując błędności swoich poglądów i dążeń, niczym nie uzupełniając ich braków.

            To zadziwiające dzieło zostaje natychmiast przełożone na języ­ki wszystkich oświeconych i niektórych nieoświeconych naro­dów. Tysiące pism we wszystkich częściach świata przez cały rok pełne są reklam wydawniczych i zachwytów krytyki. Tanie edycje z portretami autora rozchodzą się w milionach egzem­plarzy i cały kulturalny świat – a w owym czasie znaczy to niemal tyle co cała kula ziemska – pełen jest sławy tego niezrównanego, wielkiego, jedynego! Nikt nie ma wobec tego dzie­ła zastrzeżeń, każdemu bowiem wydaje się ono objawieniem ca­łości prawdy. Wszystkiemu, co przeszłe, jest w nim oddana tak pełna sprawiedliwość, wszystko bieżące ocenione tak obiektyw­nie i wszechstronnie, a świetlana przyszłość tak sugestywnie i namacalnie zbliżona do teraźniejszości, że każdy mówi: „Oto jest to właśnie, co nam potrzebne; oto ideał, który nie jest utopią, oto zamysł, który nie jest chimerą„. I wspaniały pisarz nie tylko wszystkich fascynuje, ale jest każdemu przyjemny, tak że spełniają się słowa Chrystusa: „Ja przyszedłem w imie­niu Ojca mego, a nie przyjęliście mnie; przyjdzie kto inny w imieniu swoim i tego przyjmiecie”.. Przecież aby zo­stać przyjętym, trzeba być przyjemnym.

            Co prawda niektórzy pobożni ludzie, gorąco chwaląc tę książkę, próbują nieśmiało pytać, dlaczego nie ma w niej ani jednej wzmianki o Chrystusie, ale inni chrześcijanie od razu na to odpowiadają: ,,I chwała Bogu! Dość już w ubiegłych wie­kach rozmaici niepowołani, a żarliwi apologeci zbanalizowali wszystko, co święte, i teraz naprawdę religijny pisarz musi być bardzo ostrożny. Skoro treść dzieła jest przeniknięta prawdzi­wie chrześcijańskim duchem czynnej miłości i wszechogarniają­cej życzliwości, to czegóż jeszcze więcej chcecie?” I wszyscy się z tym zgadzają.

            Wkrótce po pojawieniu się „Otwartej drogi”, która uczyniła swego autora najbardziej popularnym ze wszyst­kich ludzi, jacy kiedykolwiek żyli na świecie, miało się odbyć w Berlinie międzynarodowe zgromadzenie założycielskie zwią­zku państw europejskich. Związek ten, ustanowiony po sze­regu zewnętrznych i domowych wojen, które były związane z wyzwoleniem od jarzma mongolskiego i poważnie zmieniły mapę Europy, narażony był na niebezpieczeństwo konfliktów – już nie między narodami, ale między politycznymi i społe­cznymi partiami. Koryfeusze wspólnej polityki europejskiej, należący do potężnego bractwa masońskiego, odczuwali brak wspólnej władzy wykonawczej. Osiągnięta z takim trudem jed­ność europejska mogła się lada chwila ponownie rozpaść. W radzie związkowej, czyli światowym zarządzie (Comité per­manent universel), nie było zgody, ponieważ nie wszystkie miejsca udało się obsadzić prawdziwymi, wtajemniczonymi w sprawę masonami. Niezależni członkowie zarządu zawierali między sobą odrębne porozumienia i cała sytuacja groziła nową wojną. Wówczas „wtajemniczeni” postanowili utworzył jednoosobową władzę wykonawczą z dostatecznym zakresem pełnomocnictw. Głównym kandydatem był tajny członek bra­ctwa – „człowiek przyszłości”. Był on jedyną osobą o wielkiej wszechświatowej sławie. Będąc z zawodu wyszkolonym artyle­rzystą, a z pozycji społecznej wielkim kapitalistą, miał wszę­dzie przyjacielskie powiązania z kręgami finansowymi i woj­skowymi.

            W innej, mniej oświeconej epoce przemawiałaby przeciwko niemu okoliczność, że pochodzenie jego okryte było głębokim mrokiem niejasności. Jego matka, kobieta raczej lżejszych obyczajów, była doskonale znana obu ziemskim pół­kulom, ale dość wiele różnych osób miało jednakowy powód uważać się za jego ojców. Okoliczności te naturalnie nie mogły mieć żadnego znaczenia dla wieku tak postępowego, że aż wy­padło mu być ostatnim. „Człowiek przyszłości” niemal jedno­myślnie został wybrany dożywotnim prezydentem Europejskich Stanów Zjednoczonych. A kiedy pojawił się na trybunie w ca­łym blasku swojej nadludzkiej młodej urody i siły i w na­tchnionych pięknych słowach przedstawił swój uniwersalny program, zafascynowane i urzeczone zgromadzenie w porywie entuzjazmu bez głosowania postanowiło okazać mu najwyższą cześć, wybierając go imperatorem rzymskim.

            Kongres zakoń­czył się wśród powszechnego uniesienia, a wielki wybraniec wydał manifest zaczynający się od słów: „Narody świata! Po­kój mój daję wam!”, a kończący się tak: „Narody świata! Spełniły się obietnice! Wieczny powszechny pokój nastał. Wszelka próba jego zakłócenia spotka się natychmiast z bez­względnym i skutecznym przeciwdziałaniem. Odtąd bowiem jest na ziemi jedna centralna władza, silniejsza od wszystkich pozostałych władz, każdej z osobna i razem wziętych. Ta wszechpotężna, nad wszystkim górująca władza należy do mnie, pełnomocnego wybrańca Europy, imperatora wszystkich jej sił. Prawo międzynarodowe ma wreszcie brakującą mu dotychczas sankcję. I odtąd żadne państwo nie odważy się powie­dzieć: wojna, kiedy ja mówię: pokój. Narody świata – pokój wam!” 

Manifest ten miał pożądany skutek. Wszędzie poza Eu­ropą, szczególnie w Ameryce, powstały silne partie imperiali­styczne, które zmusiły swoje państwa, aby te na różnych wa­runkach przyłączyły się do Europejskich Stanów Zjednoczonych pod zwierzchnią władzą rzymskiego imperatora. Pozostawały jeszcze niezawisłe plemiona i ich naczelnicy gdzieś tam w Azji i Afryce. Imperator na czele niewielkiej, ale doborowej armii, złożonej z rosyjskich, niemieckich, polskich, węgierskich i tu­reckich pułków, urządza wojenną przechadzkę od wschodniej Azji po Maroko i bez większego przelewu krwi podporządko­wuje sobie niesfornych. We wszystkich krajach tych dwóch części świata ustanawia swoich namiestników spośród wykształ­conych po europejsku i oddanych sobie tamtejszych wielmo­żów. We wszystkich krajach pogańskich zwyciężona i urze­czona ludność ogłasza go najwyższym bogiem.

            W ciągu jed­nego roku powstaje monarchia wszechświatowa we właściwym i ścisłym znaczeniu tego słowa. Korzenie wojny zostają ze szczętem wyrwane. Powszechna Liga Pokoju zbiera się po raz ostatni i ogłosiwszy entuzjastyczny panegiryk na cześć wiel­kiego Anioła Pokoju rozwiązuje się, uznając się za niepotrzeb­ną. W nowym roku swojego panowania rzymski i wszechświa­towy imperator wydaje nowy manifest: „Narody świata! Obie­całem wam pokój i dałem go wam. Ale nie ma uroku pokój bez dobrobytu. Komu w czas pokoju grozi nieszczęście nędzy, temu i pokój nie daje radości. Przyjdźcież do mnie teraz wszy­scy, którzy cierpicie głód i chłód, a ja was nasycę i ogrzeję„.

A potem ogłasza prostą i powszechną reformę społeczną, któ­rej projekt był już zarysowany w jego dziele i już tam zachwy­cił wszystkie szlachetne i trzeźwe umysły. Teraz dzięki sku­pieniu w swoich rękach światowych finansów i kolosalnych majątków rolnych może on zrealizować tę reformę zgodnie z życzeniem ubogich, a bez namacalnej krzywdy dla bogatych. Każdy zaczyna otrzymywać według swoich zdolności, a każda zdolność według swego trudu i zasług.

            Nowy władca ziemi był przede wszystkim litościwym filan­tropem – i nie tylko filantropem, lecz także filozofem. Sam będąc wegetarianinem, zakazał wiwisekcji, wprowadził surowy nadzór nad rzeźniami i popierał na wszelkie sposoby towarzystwa opieki nad zwierzętami. Ważniejsze od tych szcze­gółów było trwałe ustanowienie w całym świecie najbardziej podstawowej równości: była to równość powszechnej sy­tości. Dokonało się to w drugim roku jego panowania. Pro­blem socjalno-ekonomiczny został ostatecznie rozwiązany.

            Kiedy wszakże sytość jest pierwszym pragnieniem głodnych, to sytym chce się jeszcze czegoś innego. Nawet syte zwie­rzęta pragną zazwyczaj nie tylko spać, ale i bawić się. Tym bardziej społeczeństwo ludzkie, które zawsze post panem żą­dało circenses.

            Imperator-nadczłowiek rozumie, co potrzebne jest jego ma­som. W owym czasie przybywa do niego do Rzymu z Dale­kiego Wschodu wielki cudotwórca, spowity w gęsty obłok oso­bliwych zdarzeń i przedziwnych legend. Według pogłosek, sze­rzących się wśród neo-buddystów, jest on boskiej proweniencji: ma pochodzić od boga słońca Sun i jakiejś rzecznej nimfy.

            Cudotwórca ten, imieniem Apolloniusz, człowiek niewątpli­wie genialny, pół-Azjata i pół-Europejczyk, biskup katolicki in partibus infidelium, w zadziwiający sposób łączy w sobie zdolność operowania najnowszymi wnioskami i technicznymi zastosowaniami zachodniej nauki ze znajomością i umiejętno­ścią posługiwania się tym wszystkim, co jest rzeczywiście go­dne uwagi i znaczące w tradycyjnej mistyce Wschodu. Rezul­taty takiego połączenia są zdumiewające. Apolloniusz dochodzi między innymi do pół naukowej, pół-magicznej sztuki przycią­gania i kierowania według swojej woli elektryczności atmosfe­rycznej i wśród ludzi mówi się, że sprowadza on ogień z nieba. Zresztą, podniecając fantazję tłumu rozmaitymi, przedziwnymi sztukami, nie nadużywa on do czasu swojej mocy dla jakichś szczególnych celów.

            Otóż człowiek ten przychodzi do wielkiego imperatora, składa mu pokłon jak prawdziwemu Synowi Bożemu, oświad­cza, że w tajemnych księgach Wschodu znalazł wyraźne przepo­wiednie o nim, Imperatorze, jako o ostatecznym zbawicielu i sędzim wszechświata, i oddaje mu na służbę siebie i całą swoją sztukę. Urzeczony nim Imperator przyjmuje go jak dar z góry zesłany i ozdobiwszy wspaniałymi tytułami już się z nim nie rozłącza.

I oto narody świata, obsypane przez swego władcę dobrodziejstwami, oprócz powszechnego pokoju, oprócz po­wszechnej sytości zyskują jeszcze możliwość ciągłego radowania się najrozmaitszymi i najbardziej nieoczekiwanymi cudami i znakami. Dobiegł końca trzeci rok panowania nadczłowieka.

            Po szczęśliwym rozwiązaniu problemu politycznego i społe­cznego pojawiła się kwestia religijna. Podniósł ją sam Impera­tor – najpierw w odniesieniu do chrześcijaństwa. W owym czasie chrześcijaństwo znajdowało się w takiej oto sytuacji: Przy bardzo znacznym ilościowym spadku swego stanu po­siadania – na całej kuli ziemskiej pozostało nie więcej niż czterdzieści pięć milionów chrześcijan – podniosło się ono i wzmocniło moralnie, zyskując na jakości, to co traciło na ilości. Ludzi, nie związanych z chrześcijaństwem żadną więzią duchową, nie zaliczano już do chrześcijan. Poszczególne wyz­nania skurczyły się dość równomiernie, tak że zachował się między nimi w przybliżeniu poprzedni stosunek ilościowy. Co się zaś tyczy wzajemnych uczuć, to wprawdzie dawna wrogość nie ustąpiła miejsca całkowitemu pojednaniu, ale jednak zna­cznie się złagodziła, a sprzeczności utraciły swoją dawniejszą ostrość. Papiestwo już dawno było wygnane z Rzymu i po dłuższej tułaczce znalazło schronienie w Petersburgu – pod warunkiem, że będzie się powstrzymywać od propagandy tu­taj i wewnątrz kraju. W Rosji uległo ono znacznemu upro­szczeniu. Nie zmieniając w istotny sposób koniecznego składu swoich kolegiów i oficjów, musiało uduchowić charakter ich działalności, a także zredukować do minimum swój pompaty­czny rytuał i ceremoniał. Różne dziwne i gorszące zwyczaje, chociaż formalnie nie zniesione, same z siebie wyszły z uży­cia. We wszystkich innych krajach, zwłaszcza w Ameryce Północnej, hierarchia katolicka miała jeszcze wielu przedsta­wicieli o silnej woli, niezmożonej energii i niezależnej pozycji, którzy mocniej niż poprzednio zwarli szeregi Kościoła kato­lickiego i podtrzymywali jego międzynarodowe, kosmopolity­czne znaczenie.

            Co się tyczy protestantyzmu, na którego czele nadal stały Niemcy – zwłaszcza po ponownym zjedno­czeniu znacznej części Kościoła anglikańskiego z katolickim – to oczyścił się on ze swych skrajnych tendencji negatyw­nych, których stronnicy otwarcie przeszli w szeregi ludzi re­ligijnie indyferentnych i niewierzących. W Kościele ewange­lickim pozostali tylko szczerze wierzący. Na ich czele stały osoby, u których rozległa wiedza łączyła się z głęboką reli­gijnością i coraz usilniejszym dążeniem do tego, aby odrodzić w sobie obraz dawnego, autentycznego chrześcijaństwa.

Ro­syjskie prawosławie po zmianie oficjalnej sytuacji Cerkwi wskutek wydarzeń politycznych straciło wprawdzie wiele milio­nów swoich pozornych, nominalnych wyznawców, ale za to doznało radości zjednoczenia z najlepszą częścią starowierców, a nawet z licznymi sekciarzami o nastawieniu pozytywno reli­gijnym. Ta odnowiona Cerkiew, nie wzrastając liczebnie, po­częła rosnąć w siłę ducha, którą wykazała szczególnie w swojej wewnętrznej walce z rozplenionymi w narodzie i społeczeństwie skrajnymi sektami, nie pozbawionymi elementów demonicz­nych i satanicznych.

            W ciągu pierwszych dwóch lat nowego panowania wszyscy chrześcijanie, przestraszeni i zmęczeni ciągiem nie dawnych rewolucji i wojen, odnosili się do nowego władcy i jego pokojo­wych reform po części z życzliwym wyczekiwaniem, po części ze zdecydowaną sympatią, a nawet gorącym entuzjazmem. Ale w trzecim roku, z chwilą pojawienia się Wielkiego Maga, u wie­lu prawosławnych, katolików i ewangelików poczęło się rodzić poważne zaniepokojenie i niechęć. Poczęto uważniej czytać i żywo komentować teksty ewangeliczne i apostolskie mówiące o księciu tego świata i o Antychryście. Po pewnych oznakach imperator domyślił się nadciągającej burzy i postanowił co ry­chlej rzecz wyjaśnić. W początkach czwartego roku panowania wydaje manifest do wszystkich swoich wiernych chrześcijan bez różnicy wyznania, zapraszając ich, aby wybrali lub wy­znaczyli swoich pełnomocnych przedstawicieli na sobór po­wszechny, który odbędzie się pod jego przewodnictwem. Re­zydencja została w tym czasie przeniesiona z Rzymu do Je­rozolimy. Palestyna stanowiła wtedy autonomiczną prowincję, zasiedloną i zarządzaną głównie przez Żydów. Jerozolima była niezależna i stała się miastem imperialnym. Chrześcijańskie świątynie pozostały nietknięte, ale na całej rozległej terasie Haram asz-Szarif, od Birkat Isra’il i dzisiejszych koszar z jed­nej strony po meczet al-Aqsa i „stajnie Salomona” z drugiej, wzniesiono jedną ogromną budowlę, mieszczącą w sobie ­oprócz dwóch starych niewielkich meczetów – obszerną świą­tynię „imperialną” dla jedności wszystkich kultów oraz dwa wspaniałe pałace imperatorskie z bibliotekami, muzeami i od­dzielnymi pomieszczeniami do prób i ćwiczeń magicznych. W tej pół-świątyni, pół-rezydencji miał być czternastego września otwarty sobór powszechny. Ponieważ wyznanie ewangelickie nie ma we właściwym sensie tego słowa stanu ka­płańskiego, przeto katoliccy i prawosławni hierarchowie zgod­nie z życzeniem imperatora, aby nadać przedstawicielstwu wszystkich gałęzi chrześcijaństwa jakiś jednorodny charakter, postanowili dopuścić do udziału w soborze pewną liczbę swo­ich świeckich wiernych, znanych z pobożności i oddania spra­wie Kościoła. Skoro zaś dopuszczeni zostali świeccy, to nie można było wykluczyć niższego duchowieństwa – zakonnego i nie-zakonnego. Tym sposobem ogólna liczba uczestników so­boru przekraczała trzy tysiące osób, a około pół miliona chrze­ścijańskich pielgrzymów wypełniło Jerozolimę i całą Palestynę.

            Wśród ojców soborowych wyróżniało się szczególnie trzech. Po pierwsze, papież Piotr II, zgodnie z prawem stojący na czele katolickiej części członków soboru. Jego poprzednik umarł w drodze na sobór i zebrane w Damaszku konklawe jednogłośnie wybrało kardynała Szymona Barioniniego [Zitalianizowana forma imienia św. Piotra Apostoła – Szymon Bar Jona] który przyjął imię Piotr. Był to człowiek prostego pochodze­nia, z prowincji neapolitańskiej, a zasłynął jako kaznodzie­ja z karmelitańskiego zakonu, mający znaczne zasługi w walce z pewną rozpowszechnioną w Petersburgu i jego okolicach sektą sataniczną, która zwodziła nie tylko prawosławnych, ale i katolików. Mianowany arcybiskupem mohylewskim, a póź­niej także kardynałem, był on z góry przewidziany na stolec papieski. Był człowiekiem pięćdziesięcioletnim, średniego wzrostu i krzepkiej budowy, z przystojną twarzą, garbatym no­sem i gęstymi brwiami. Cechowały go gorące serce i energia, mówił z żarem, zamaszyście przy tym gestykulując, i bardziej słuchaczy porywał, niż przekonywał. Do władcy świata nowy papież żywił nieufność i niechęć, zwłaszcza od chwili, kiedy jego nieżyjący poprzednik, wyjeżdżając na sobór, uległ nalega­niom imperatora i mianował kardynałem kanclerza imperium i wielkiego światowego maga, egzotycznego biskupa Apoloniu­sza, którego Piotr uważał za wątpliwego katolika, a niewątpli­wego oszusta.

            Rzeczywistym, choć nieoficjalnym przywódcą prawosławnych był Starzec Jan, bardzo znany wśród rosyj­skiego ludu. Chociaż oficjalnie uważany za biskupa „w sta­nie spoczynku„, nie mieszkał jednak w żadnym klasztorze, lecz stale wędrował w różnych kierunkach. Krążyły o nim roz­maite legendy. Niektórzy zapewniali, że jest to zmartwych­wstały Fiodor Kuźmicz, czyli imperator Aleksander I, uro­dzony przed około trzema wiekami … Inni posuwali się dalej i twierdzili, iż jest to prawdziwy starzec Jan, tzn. apostoł Jan Teolog, który nigdy nie umarł, a w ostatnich czasach pojawił się otwarcie. On sam nie mówił nic o swoim pochodzeniu ani o swojej młodości. Obecnie był to bardzo wiekowy, ale rześki staruszek z żółknącą, a nawet zieleniejącą bielą kędzio­rów i brody, wysokiego wzrostu i szczupłej postaci, ale z peł­nymi i lekko różowawymi policzkami, żywymi, błyszczącymi oczami i wzruszająco dobrym wyrazem twarzy i głosem; przy­odziany był zawsze w habit i płaszcz zakonny.     

            Na czele ewan­gelickich uczestników soboru stał najbardziej uczony niemiecki teolog, profesor Ernst Pauli – niewielkiego wzrostu chudy staruszek z ogromnym czołem, spiczastym nosem i gładko wygolonym podbródkiem. Jego oczy odznaczały się jakimś szczególnym, srogo-dobrodusznym spojrzeniem. Co chwilę za­cierał on ręce, kręcił głową, unosił groźnie brwi i wydymał wargi; błyskając przy tym oczami, ponuro wydawał z siebie urywane dźwięki: So! nun! ja! so also! Ubrany był uroczyście – w biały halsztuk i długi pastorski surdut z jakimiś znacz­kami orderowymi.

            Otwarcie soboru było imponujące. Dwie trzecie ogromnej świątyni poświęconej „jedności wszystkich kultów” były zapeł­nione ławami i innymi siedzeniami dla członków soboru, jedna trzecia była zajęta przez wysokie podium, gdzie oprócz tronu imperatora i drugiego – niżej, dla wielkiego maga, a zarazem kardynała i kanclerza imperium – znajdowały się z tyłu fo­tele dla ministrów, dworzan i sekretarzy dworu, a z boku dłu­gie rzędy krzeseł o nie znanym przeznaczeniu. Na chórze umieszczono orkiestry, a na sąsiadującym ze świątynią placu ustawiono dwa pułki gwardyjskie i baterię armat dla oddania salw honorowych.

Ojcowie soborowi odprawili już swoje nabo­żeństwa w różnych kościołach i otwarcie obrad miało mieć charakter całkowicie świecki. Kiedy wszedł imperator z wiel­kim magiem i orkiestra zagrała „marsza zjednoczonej ludzkości”, będącego międzynarodowym hymnem imperium, wszyscy uczestnicy soboru powstali z miejsc i machając kapeluszami, po trzykroć głośno zakrzyknęli: Vivat! Uraa! Hoch! Imperator, stojąc obok tronu, wyciągnął rękę gestem majestatycznej łas­kawości i przemówił głosem o dźwięcznym i przyjemnym brzmieniu: „Chrześcijanie wszystkich kierunków! Umiłowani moi poddani i bracia! Od początku mego panowania, któremu Najwyższy błogosławił takimi wspaniałymi, pięknymi sukcesa­mi, ani razu nie miałem powodu być z was niezadowolonym; zawsze spełnialiście swój obowiązek wobec wiary i sumienia. Ale to mi nie wystarcza. Moja szczera miłość do was, umiło­wani bracia, domaga się wzajemności. Pragnę, abyście nie z poczucia obowiązku, lecz powodowani serdeczną miłością uz­nali mnie za swojego prawdziwego wodza w każdym dziele po­dejmowanym dla dobra ludzkości. Ponadto oprócz tego, co czynię dla wszystkich, chciałbym okazać wam jakąś szczególną łaskę. Chrześcijanie, czym mógłbym was uszczęśliwić? Co dać wam nie jako moim poddanym, lecz jako współwyznawcom, braciom moim? Chrześcijanie! Powiedzcie mi, co jest dla was najdroższego w chrześcijaństwie, abym mógł ku temu skiero­wać swoje wysiłki„.

Przerwał i czekał. W świątyni dał się sły­szeć głuchy szmer. To uczestnicy soboru szeptali między sobą. Papież Piotr, gorączkowo gestykulując, tłumaczył coś swojemu otoczeniu. Profesor Pauli kręcił głową i z rozdrażnieniem cmo­kał wargami. Starzec Jan, pochyliwszy się nad wschodnim bis­kupem i kapucynem, po cichu ich o czymś przekonywał.

Od­czekawszy kilka minut, imperator zwrócił się do soboru tym samym serdecznym tonem, w którym jednak dźwięczała ledwie uchwytna nutka ironii: „Najmilsi chrześcijanie – powiedział. – Rozumiem, jak trudna jest dla was jedna prosta odpo­wiedź. Pragnę i w tym wam pomóc. Na nieszczęście, od tak niepamiętnych czasów rozpadliście się na różne odłamy i frak­cje, że być może nie macie nawet jednego wspólnego przed­miotu pragnień. Ale skoro nie możecie pogodzić się między sobą, to mam nadzieję, że ja pogodzę wszystkie wasze stronni­ctwa, okazując im wszystkim jednakową miłość i jednakową gotowość ku temu, by zadośćuczynić autentycznemu prag­nieniu każdego z nich. Najmilsi chrześcijanie! Wiem, że dla wielu i nie najpośledniejszych spośród was najdroższy w chrze­ścijaństwie jest ten autorytet duchowy, jakiego udziela ono swoim prawowitym przedstawicielom – oczywiście nie dla ich własnej korzyści, lecz dla wspólnego dobra, ponieważ na autorytecie tym opiera się należyty porządek duchowy i ko­nieczna wszystkim dyscyplina moralna. Najmilsi bracia katoli­cy! O, jakże rozumiem wasze spojrzenie i jakże chciałbym oprzeć swoje imperium na autorytecie waszego duchowego przywódcy! Abyście nie myśleli, że to pochlebstwo i czcze sło­wa, uroczyście ogłaszam moją samowładną wolę: najwyższy bi­skup wszystkich katolików, papież rzymski, zostaje od tej chwili przywrócony na swój stolec w Rzymie ze wszystkimi prawami i przywilejami tej godności i urzędu, jakie kiedy­kolwiek były mu nadane przez naszych poprzedników, poczy­nając od cesarza Konstantyna Wielkiego. Od was zaś, bracia katolicy, chcę za to tylko szczerego, z serca płynącego uznania we mnie waszego jedynego obrońcy i orędownika. Kto z was w swoim sumieniu i odczuciu uznaje mnie za takiego, niechaj przyjdzie tu do mnie”. I wskazał puste miejsca na podium. Na te słowa prawie wszyscy książęta Kościoła katolickiego, kardy­nałowie i biskupi, większa część wiernych świeckich i ponad połowa zakonników z radosnymi okrzykami: Gratias agimus! Domine! salvum tac magnum imperatorem, wyszli na podium i złożywszy niski ukłon w stronę imperatora, zajęli wolne fote­le.

Lecz na dole, pośrodku świątyni, wyprostowany i nieru­chomy jak marmurowy posąg, siedział na swoim miejscu pa­pież Piotr II. Wszyscy, którzy go poprzednio otaczali, byli na podium. Ale pozostała na dole, przerzedzona gromadka mni­chów i ludzi świeckich przysunęła się ku niemu; tworząc ciasny pierścień, z którego dochodził powściągany szept: Non praeva­lebunt, non praevalebunt portae inferni.

            Spojrzawszy ze zdziwieniem na nieruchomego papieża, im­perator przemówił znowu – podniesionym głosem: „Najmil­si bracia! Wiem, że są wśród was również tacy, dla których w chrześcijaństwie najdroższa jest jego święta tradycja, stare symbole, dawne pieśni i modlitwy, ikony i rytuał służby Bożej. Bo i w rzeczy samej: cóż może być dla religijnej duszy droższe od tego? Wiedzcie zatem, umiłowani, że w dniu dzisiej­szym podpisałem statut i przeznaczyłem sowite środki dla po­wszechnego muzeum archeologii chrześcijańskiej w znakomitym mieście naszego imperium, Konstantynopolu, w celu zbierania, badania i przechowywania wszelkich zabytków przeszłości Koś­cioła, zwłaszcza wschodniego. Was zaś proszę, abyście jutro wy­brali spośród siebie komisję, która omówi ze mną kroki, jakie należy podjąć dla ewentualnego zbliżenia współczesnego spo­sobu życia, zwyczajów i obyczajów, do tradycji i przepisów świętego Kościoła prawosławnego. Bracia prawosławni! Komu miła jest ta moja wola, kto z głębi serca może nazwać mnie swoim prawdziwym władcą i panem, niechaj przyjdzie tutaj„.

I znaczna część hierarchów Wschodu i Północy, połowa byłych starowierców i przeszło połowa prawosławnych księży, mnichów i świeckich z radosnymi okrzykami wyszła na podium, spogląda­jąc zezem na katolików, którzy tam dumnie zasiedli. Ale starzec Jan nie ruszał się i głośno wzdychał. I kiedy tłum wokół niego mocno się przerzedził, powstał ze swojej ławy i przesiadł się bliżej papieża Piotra i jego gromadki. Za nim pospieszyła też reszta prawosławnych, którzy nie poszli na podium.

            I znowu przemówił imperator: „Wiadomo mi, najmilsi chrześcijanie, również o takich spośród was, którzy najbardziej cenią w chrześcijaństwie osobiste przekonanie o prawdzie i wolne badania nad Pismem. Jak ja na tę sprawę patrzę ­nad tym nie ma potrzeby się rozwodzić. Wiecie, być może, iż jeszcze we wczesnej młodości napisałem duże dzieło z zakresu krytyki biblijnej, które wznieciło w owym czasie pewną sensa­cję i dało początek mojej popularności. I oto w tych dniach – przypuszczalnie pamiętając o tym – uniwersytet w Tybin­dze zwraca się do mnie z prośbą, abym przyjął od niego tytuł doktora teologii honoris causa. Kazałem odpowiedzieć, że z zadowoleniem i wdzięcznością przyjmuję. A dzisiaj, jedno­cześnie z erekcją muzeum chrześcijańskiej archeologii, podpi­sałem akt założenia światowego instytutu dla wolnych badań nad Pismem Świętym we wszelkich możliwych aspektach i we wszystkich możliwych kierunkach oraz dla studiów z dziedziny wszystkich nauk pomocniczych – z rocznym budżetem w wy­sokości półtora miliona marek. Komu z was miła taka moja skłonność i kto może czystym sercem uznać mnie za swojego najwyższego wodza, proszę tutaj, do nowego doktora teolo­gii”. I piękne usta wielkiego człowieka nieznacznie skrzywił ja­kiś dziwny uśmiech.

            Przeszło połowa uczonych teologów ru­szyła ku podium, aczkolwiek z pewnym ociąganiem i waha­niem. Wszyscy oglądali się na profesora Pauli, który jakby wrośnięty w swoją ławę, spuścił nisko głowę, zgarbił się i sku­lił. Uczeni teolodzy, którzy wyszli na podium, byli wyraźnie zażenowani, a jeden z nich machnął nagle ręką i zeskoczywszy wprost na dół z ominięciem schodów, utykając, pobiegł ku profesorowi Pauli i pozostałej przy nim mniejszości.

Ten pod­niósł głowę, wstał z jakimś nieokreślonym ruchem, przeszedł wraz ze swymi współwyznawcami wzdłuż opustoszałych ław i przysiadł się bliżej do starca Jana i papieża Piotra.

            Znaczna większość soboru, w tym prawie wszyscy hierarcho­wie Wschodu i Zachodu, znajdowała się na podium. Na dole pozostały tylko trzy skupione razem grupki ludzi, zbite w krąg wokół starca Jana, papieża Piotra i profesora Pauli. Smutnym tonem zwrócił się do nich imperator: „Cóż jeszcze mogę dla was uczynić? Dziwni ludzie! Czego ode mnie chce­cie? Nie wiem. Powiedzcie mi więc sami – wy, chrześcijanie, porzuceni przez większość swoich braci i przywódców, potę­pieni w „odczuciu ludu: co jest dla was najdroższe w chrześci­jaństwie?”

W tym momencie podniósł się, niczym biała świe­ca, starzec Jan i odrzekł łagodnie: „Miłościwy panie! Najdroż­szy jest dla nas w chrześcijaństwie sam Chrystus – On sam i wszystko, co od Niego, wiemy bowiem, że w Nim zamiesz­kuje cieleśnie cała pełnia Bóstwa. Ale i od ciebie, panie, go­towi jesteśmy przyjąć wszelkie dobro, jeśli tylko w szczodrej twej dłoni rozpoznamy świętą dłoń Chrystusa. I na pytanie twoje, co możesz dla nas uczynić, taka jest oto nasza prosta odpowiedź:wyznaj tutaj, teraz, przed nami Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który przyszedł w cielesnej postaci, zmartwych­wstał i ponownie przyjdzie – wyznaj Go, a my z miłością przyjmiemy cię jako prawdziwego zwiastuna Jego drugiego przyjścia w chwale”.

Umilkł i utkwił spojrzenie w obliczu im­peratora. Z tym działo się coś niedobrego. W jego duszy roz­pętała się taka sama piekielna burza jak tamta, którą przeżył w ową decydującą noc. Stracił zupełnie wewnętrzną równo­wagę i wszystkie swoje myśli skoncentrował na tym, aby nie utracić również zewnętrznego panowania nad sobą i nie zdra­dzić się przed czasem. Czynił nadludzkie wysiłki, by się nie rzucić z dzikim krzykiem na starca Jana i nie wpić się w niego zębami. Nagle usłyszał znany nieziemski głos: „Milcz i nic się nie bój”. Milczał. Tylko zmartwiała i pociemniała jego twarz cała się wykrzywiła, a z oczu tryskały iskry. Tymczasem pod­czas przemówienia starca Jana Wielki Mag, który siedział szczel­nie otulony w swoją ogromną trójbarwną opończę skrywającą kardynalską purpurę, jakby dokonywał pod nią jakichś manipu­lacji; jego oczy błyszczały skupieniem, a wargi poruszały się. Wtem przez otwarte okna świątyni dała się ujrzeć nadciągająca ogromna czarna chmura i zaraz wszystko pociemniało. Starzec Jan nie spuszczał zdumionych i przerażonych oczu z oblicza milczącego imperatora. Nagle cofnął się ze zgrozą, odwrócił do tyłu i krzyknął zdławionym głosem: „Dzieci, to Antychryst!” W tej chwili jednocześnie z ogłuszającym hukiem grzmotu w świątyni rozbłysła ogromna kulista błyskawica i okryła sobą starca. Na moment wszystko zamarło, a kiedy ogłuszeni chrześ­cijanie przyszli do siebie, starzec Jan leżał martwy.

          Imperator, blady, ale spokojny, zwrócił się do zgromadze­nia: „Widzieliście Sąd Boży. Nie chciałem niczyjej śmierci, ale Ojciec Mój niebieski mści się za swego umiłowanego Syna. Sprawa załatwiona. Któż będzie stawał przeciw Najwyższemu? Sekretarze! zapiszcie: Sobór powszechny wszystkich chrześci­jan, po porażeniu ogniem z nieba obłąkanego przeciwnika Bos­kiego majestatu, jednogłośnie uznał wszechpotężnego impera­tora Rzymu i całego świata za swego najwyższego władcę i pa­na”.

Nagle w świątyni rozległo się jednogłośne i wyraźne słowo: Contradicitur. Papież Piotr II wstał i z twarzą oblaną szkarła­tem, cały trzęsąc się z gniewu, wzniósł swój pastorał – w stronę imperatora: „Naszym jedynym Panem jest Jezus Chrystus, Syn Boga żywego. A kim jesteś ty – słyszałeś. Precz od nas, Kai­nie bratobójco! Precz, naczynie diabelskie! Mocą Chrystusową ja, sługa sług Bożych, na zawsze wypędzam cię, nikczemnego psa, z zagrody Pańskiej i oddaję w ręce ojcu twemu, Szatano­wi! Anatema, anatema, anatema!” 

W czasie kiedy on mówił, wielki mag poruszał się niespokojnie pod swoją opończą; naraz głośniej od ostatniej anatemy zagrzmiał piorun i ostatni papież padł bez życia. „Tak oto z ręki Ojca Mego zginą wszyscy Moi wrogowie” – powiedział imperator. Pereant, pereant! – za­krzyknęli drżący książęta Kościoła, on zaś odwrócił się i wspar­ty na ramieniu wielkiego maga, ruszył ku drzwiom za podium; za nim wyszedł cały tłum jego zwolenników.

            W świątyni pozostało dwoje zwłok i zbita gromada półży­wych ze zgrozy chrześcijan. Jedyną osobą, która zachowała zimną krew, był profesor Pauli. Ogólne przerażenie jakby obudziło w nim wszystkie siły ducha. Zmienił się też zewnę­trznie: przybrał wygląd majestatyczny i natchniony. Zdecy­dowanym krokiem wszedł na podium i usiadłszy na jednym z opuszczonych miejsc sekretarzy dworu, wziął arkusz papieru i zaczął coś na nim pisać. Kiedy skończył, wstał i donośnym głosem odczytał: „Ku chwale jedynego Zbawiciela naszego, Jezusa Chrystusa. Sobór powszechny Kościołów Bożych; ze­brany w Jerozolimie – wobec tego, że wielce błogosławiony brat nasz Jan, głowa chrześcijaństwa wschodniego, zdemasko­wał wielkiego zwodziciela i nieprzyjaciela Boga jako prawdzi­wego Antychrysta, którego zapowiedziało słowo Boże, a naj­świętobliwszy ojciec nasz Piotr, głowa chrześcijaństwa zachod­niego, zgodnie z duchem i literą prawa wykluczył go na zawsze, z Kościoła Bożego – u zwłok tych dwóch zabitych za prawdę świadków Chrystusa postanawia niniejszym: przerwać wszelkie obcowanie z wyklętym i jego obrzydliwą zgrają i odszedłszy na pustynię oczekiwać niechybnego przyjścia prawdziwego Pana naszego, Jezusa Chrystusa”. Obecnych ogarnął zapał i odez­wały się głośne okrzyki: Adveniat! Adveniat cito! Komm, Herr Jesu, Komm! Przyjdź, Panie Jezu!

            Profesor Pauli dopisał jeszcze parę słów i przeczytał: „Przy­jąwszy jednogłośnie ten pierwszy i ostatni akt ostatniego so­boru powszechnego, podpisujemy go swymi imionami”­ i zapraszająco skinął na zebranych. Wszyscy wchodzili spiesz­nie na podwyższenie i podpisywali się. Ostatni podpis, złożony dużym, gotyckim pismem, brzmiał: Duorum defunctorwn te­sfium locum fenens Ernst Pauli. „A teraz pójdźmy z naszą arką ostatniego Przymierza!” – powiedział profesor Pauli, wskazu­jąc na dwóch zmarłych. Ciała wzięto na nosze. Powoli, przy śpiewie łacińskich, niemieckich i cerkiewno-słowiańskich hym­nów chrześcijanie skierowali się ku wyjściu z Haram asz-Sza­rit. Tutaj zatrzymał ich wysłany przez imperatora sekretarz dworu w towarzystwie oficera z plutonem gwardii. Żołnierze stanęli u wejścia, a sekretarz dworu odczytał z podwyższenia: „Rozkaz Jego Boskiej Mości: dla pouczenia ludu chrześcijań­skiego i uchronienia go przed niegodziwymi ludźmi, siejącymi zamęt i zgorszenie, uznajemy za właściwe trupy dwóch bunto­wników, zabitych przez ogień niebieski, wystawić na widok pu­bliczny na ulicy Chrześcijan (Harit an-Nassara), u wejścia do głównej świątyni tej religii, zwanej kościołem Grobu Pań­skiego albo Zmartwychwstania, aby wszyscy mogli się przeko­nać o ich rzeczywistej śmierci. Trwającym zaś w uporze ich po­plecznikom, złośliwie odrzucającym wszystkie nasze dobro­dziejstwa i bezrozumnie zamykającym oczy na jawne znaki samego bóstwa, zostaje dzięki naszemu miłosierdziu i za sprawą naszego wstawiennictwa u ojca niebieskiego darowana kara śmierci, przez ogień z nieba, na jaką zasłużyli, i dana zu­pełna wolność, a jedynie zakazuje się im – dla ogólnego do­bra – zamieszkiwać w miastach i innych osiedlach, aby nie wprowadzali zamętu i pokus w serca niewinnych i prostodusz­nych ludzi swymi złośliwymi kłamstwami„. Kiedy skończył, ośmiu żołnierzy na znak oficera podeszło do noszy z ciałami.

            „Niech się spełni, co jest napisane!” – powiedział profesor Pauli i chrześcijanie trzymający nosze w milczeniu oddali je żołnierzom, którzy oddalili się przez północno-zachodnią bra­mę – Chrześcijanie zaś, wyszedłszy bramą północno- wschod­nią i mijając Górę Oliwną, śpiesznie udali się z miasta w kie­runku Jerycha drogą, z której uprzednio żandarmi i dwa kawa­leryjskie pułki usunęły tłumy ludu. Na pustynnych wzgórzach w okolicy Jerycha postanowiono przeczekać kilka dni. Następ­nego ranka przybyli z Jerozolimy znajomi chrześcijańscy piel­grzymi i opowiedzieli, co się działo na Syjonie.

            Otóż po dwor­skim obiedzie wszystkich członków soboru zaproszono do ogro­mnej sali tronowej (wokół przypuszczalnego miejsca Salomo­nowego tronu) i Imperator, zwracając się do przedstawicieli hierarchii katolickiej, oznajmił im, że dobro Kościoła w sposób oczywisty wymaga od nich niezwłocznego wybrania godnego następcy apostoła Piotra, że z uwagi na okoliczności czasu wy­bór powinien się odbyć w sposób uproszczony, że obecność jego, imperatora, jako wodza i przedstawiciela całego świata chrześcijańskiego, z nawiązką wyrówna kanoniczne uchybienia i że on w imieniu wszystkich chrześcijan proponuje świętemu kolegium, wybranie jego umiłowanego przyjaciela i brata Apo­loniusza, aby ich ścisły związek umocnił i uczynił nierozerwalną jedność Kościoła i państwa dla dobra obojga.

            Święte kolegium udało się do osobnego pokoju celem odbycia konklawe i po półtorej godzinie powróciło stamtąd z nowym papieżem Apolo­niuszem. W czasie, kiedy odbywał się wybór, Imperator dobrot­liwie, mądrze i elokwentnie przekonywał przedstawicieli ewan­gelickich i prawosławnych, że w obliczu nowej, wielkiej ery dziejów chrześcijaństwa trzeba skończyć z dawnymi sporami, ręcząc swoim słowem, że Apoloniusz potrafi raz na zawsze zlikwidować wszystkie znane w historii nadużycia władzy pa­pieskiej. Przekonani tym wywodem, przedstawiciele prawosła­wia i protestantyzmu sporządzili akt zjednoczenia Kościołów i kiedy Apoloniusz z kardynałami ukazał się w komnacie wśród radosnych okrzyków całego zgromadzenia, grecki archijerej i pastor ewangelicki wręczyli mu swój dokument. Accipio et ap­probo et laetificatur cor meum – powiedział Apoloniusz, pod­pisując go. „Jestem równie szczerym prawosławnym i szcze­rym ewangelikiem, jak jestem szczerym katolikiem” – dodał i przyjaźnie ucałował, Greka i Niemca. Następnie podszedł do Imperatora, który go objął i długo trzymał w swoich objęciach.

            W tym czasie poczęły latać po pałacu i świątyni we wszyst­kich kierunkach jakieś świetlne punkty, które rosły i zamie­niały się w jaśniejące kształty dziwnych istot. Z góry posypały się niespotykane na ziemi kwiaty, napełniając powietrze nie­znanym zapachem. Gdzieś w górze rozległy się cudowne, wprost do duszy płynące i chwytające za serce dźwięki nie sły­szanych dotąd instrumentów, a anielskie głosy niewidzialnych śpiewaków sławiły nowych władców nieba i ziemi.

W pewnej chwili rozległ się straszny podziemny harmider w północno-za­chodnim kącie środkowego pałacu pod qubbat al-arwah, tzn. kopułą dusz, gdzie wedle muzułmańskich podań znajdowało się wejście do piekła. Kiedy zebrani na skinienie imperatora ruszyli w tamtą stronę, wszyscy usłyszeli wyraźnie niezliczone głosy, ostre i przenikliwe – ni to dziecięce, ni diabelskie – wołające: „Przyszła pora, wypuśćcie nas, zbawcy, zbawcy!” Ale kiedy Apoloniusz, przypadłszy do skały, trzykroć zawołał coś na dół w nie znanym języku, głosy umilkły i podziemny zgiełk ustał. Tymczasem niezmierzony tłum otoczył ze wszyst­kich stron Haram asz-Szarif. Z nastaniem nocy imperator wy­szedł wraz z nowym papieżem na wschodni ganek, wzniecając „burzę uniesienia”. Kłaniał się uprzejmie na wszystkie strony, podczas gdy Apoloniusz brał nieprzerwanie z dużych koszów, przynoszonych mu przez kardynałów-diakonów, i rzucał w po­wietrze zapalające się od dotknięcia jego dłoni wspaniałe rzym­skie świece, race i ogniste fontanny – to fosforyzująco-perli­ste, to jasno-tęczowe – a wszystko to, dotykając ziemi, za­mieniało się w niezliczone różnobarwne kartki z całkowitym i absolutnym odpuszczeniem wszystkich grzechów dawnych, obecnych i przyszłych … Owacje tłumu przeszły wszelkie grani­ce. Co prawda niektórzy twierdzili, jakoby widzieli na własne oczy, jak indulgencje te przemieniały się w obrzydliwe żaby i węże. Tym niemniej ogromna większość była rozentuzjazmo­wana, a ludowe uroczystości trwały jeszcze przez kilka dni, przy czym nowy papież-cudotwórca dokonywał rzeczy tak przedziwnych i nieprawdopodobnych, że opowiadanie o nich byłoby zupełnie niepotrzebne.

            W tym samym czasie u stóp pustynnych wzgórz Jerycha chrześcijanie oddawali się postowi i modlitwie. Wieczorem czwartego dnia, kiedy zapadł zmrok, profesor Pauli z dziewię­cioma towarzyszami na osłach i z wozem przedostali się ukrad­kiem do Jerozolimy, bocznymi uliczkami obok Haram asz­-Szarif wyjechali na Harit an-Nassara’i podeszli ku wejściu do kościoła Zmartwychwstania, gdzie na bruku leżały ciała pa­pieża Piotra i starca Jana. Na ulicy było w tym czasie pusto, całe miasto poszło do Haram asz-Szarif. Żołnierze trzymający straż spali głębokim snem. Przybysze stwierdzili, że ciała są nietknięte rozkładem, a nawet nie zesztywniały i nie stały się cięższe. Złożyli je na nosze i owinąwszy przyniesionymi ze sobą płaszczami, tą samą okrężną drogą wrócili do swoich. Ale ledwie opuścili nosze na ziemię, w zmarłych wstąpił duch ży­cia. Poruszyli się, próbując zrzucić z siebie okrywające ich pła­szcze.

            Wszyscy z radosnymi okrzykami jęli im pomagać i po chwili obaj stanęli na nogi, cali i zdrowi. I przemówił ożyły starzec Jan: „A więc, dziateczki, jednak nie rozstaliśmy się. A oto co wam teraz powiem: czas spełnić ostatnią modlitwę Chrystusa, w której prosił, aby uczniowie Jego byli jedno, jak On sam jest jedno z Ojcem. Zatem dla tej Chrystusowej jed­ności uczcijmy, dzieci, umiłowanego brata naszego Piotra. Nie­chaj na koniec pasie owce Chrystusowe. Pójdź, bracie!” I ob­jął Piotra.

W tej chwili podszedł profesor Pauli: Tu es Petrus! – powiedział, zwracając się do papieża. – Jetzt ist es ja grundlich erwiesen und ausser jedem Zweifel gesetzt. I mocno uścisnął jego dłoń swoją prawicą, lewą zaś rękę podał starcowi Janowi ze słowami: So also, Väterchen, nun sind wir ja eins in Christo. Tak dokonało się zjednoczenie Kościołów wśród ciemnej nocy, na wysokim i ustronnym miejscu. Ale nocna cie­mność rozświetliła się nagle jasnym blaskiem i wielki znak ukazał się na niebie: Niewiasta obleczona w słońce, księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. Zjawisko trwało przez pewien czas nieruchomo, a potem z wol­na poczęło się przesuwać ku południowi.. Papież Piotr wzniósł swój pastorał i zawołał: „Oto nasz sztandar! Pójdźmy za nim”. I poszedł w kierunku zjawy, a za nim obaj starcy i cała gromada chrześcijan – ku Bożej górze Synaj… (Tutaj czytający przerwał…)

            …Kiedy duchowi przywódcy i przedstawiciele chrześcijaństwa odeszli na Pusty­nię Arabską, gdzie ze wszystkich stron schodziły się do nich tłumy wiernych wyznawców prawdy, nowy papież bez przesz­kód demoralizował swoimi cudami i dziwami wszystkich pozo­stałych, powierzchownych chrześcijan, którzy się na Antychry­ście nie poznali. Oznajmił on, że mocą swoich kluczy otwarł wrota między światem ziemskim a pozagrobowym – i rzeczy­wiście: obcowanie żywych z umarłymi oraz ludzi z demonami stało się czymś zwykłym i rozwinęły się nowe, niespotykane rodzaje mistycznej rozwiązłości i demonolatrii.

            Ale zaledwie imperator poczuł się mocnym na gruncie reli­gijnym i wskutek usilnych zachęt tajemniczego „ojcowskiego” głosu ogłosił siebie jedynym prawdziwym ucieleśnieniem Naj­wyższego Bóstwa Wszechświata, przyszła na niego nowa bieda – ze strony, z której nikt się jej nie spodziewał: zbuntowali się Żydzi. Naród ów, którego liczebność doszła w owym czasie do trzydziestu milionów, miał pewien swój udział w przygoto­waniu i umocnieniu światowych sukcesów nadczłowieka. Kiedy ten przeniósł się do Jerozolimy, skrycie podsycając w środo­wisku żydowskim pogłoski o tym, że jego głównym zadaniem jest ustanowienie światowego panowania Izraela, Żydzi uznali go za Mesjasza i ich entuzjastyczne oddanie dla niego nie miało granic.

I nagle powstali przeciw niemu, pałając gniewem i zemstą. Zwrot ten, niewątpliwie zapowiedziany już i w Piś­mie, i w Tradycji, został przedstawiony przez ojca Pansofija być może w sposób zbyt uproszczony i nadmiernie realistycz­ny. Rzecz w tym, iż Żydzi, uważający imperatora za pełnego, czystej krwi Izraelitę, odkryli przypadkiem, że nawet nie jest on obrzezany. Tego samego dnia cała Jerozolima, a następ­nego cała Palestyna stanęły w ogniu powstania. Bezgraniczne i gorące oddanie dla zbawcy Izraela, obiecanego Mesjasza, za­mieniło się w równie bezgraniczną i równie gorącą nienawiść do perfidnego oszusta, zuchwałego samozwańca. Wszyscy Ży­dzi powstali jak jeden mąż i nieprzyjaciele ich ujrzeli ze zdu­mieniem, że dusza Izraela w swojej głębi żyje nie wyracho­waniem i żądzą Mamony, lecz mocą serdecznego uczucia ­nadzieją i gniewem swojej odwiecznej mesjańskiej wiary. Im­perator, nie spodziewający się w tej chwili takiego wybuchu, stracił panowanie nad sobą i wydał dekret skazujący na śmierć wszystkich krnąbrnych Żydów i chrześcijan. Wiele tysięcy i dziesiątków tysięcy tych, którzy nie zdążyli się uzbroić, bezli­tośnie wymordowano. Wkrótce jednak milionowa armia Ży­dów zawładnęła Jerozolimą i osaczyła Antychrysta w Haram asz-Szarif. Miał on przy sobie tylko część gwardii, która nie mogła skutecznie stawić czoła masie nieprzyjaciela. Przy po­mocy czarodziejskiego kunsztu swojego papieża zdołał jednak przedostać się przez szeregi oblegających i wkrótce pojawił się znowu w Syrii z nieprzebranym wojskiem złożonym z różno­plemiennych pogan. Żydzi wyszli mu na spotkanie, mając nie­wielką szansę zwycięstwa. Ledwie jednak poczęły się do siebie zbliżać przednie straże obu armii, nastąpiło trzęsienie ziemi o niebywałej sile. Pod Morzem Martwym, wokół którego sta­nęły wojska imperium, otwarł się krater ogromnego wulkanu i ogniste strumienie, złączywszy się w jedno morze płomieni, pochłonęły i samego imperatora, i wszystkie jego niezliczone pułki, i nieodłącznie towarzyszącego mu papieża Apoloniusza, któremu na niewiele się zdała cała jego magia ..

            Tymczasem Żydzi uciekali do Jerozolimy, z lękiem i drżeniem prosząc o ratunek Boga Izraela. Kiedy święte miasto ukazało się już ich oczom, wielka błyskawica rozdarła niebo od wschodu do zachodu i ujrzeli Chrystusa, zstępującego ku nim w królewskiej szacie i z ranami od gwoździ na rozpostartych rękach … W tym samym czasie od Synaju zmierzał ku Syjonowi tłum chrześcijan, na którego czele szli Piotr, Jan i Paweł, a z różnych stron nad­chodziły jeszcze inne rozradowane tłumy: byli to wszyscy uś­mierceni przez Antychrysta Żydzi i chrześcijanie. Ożyli i zapa­nowali z Chrystusem na tysiąc lat ….

             Na tym ojciec Pansofij zamierzał skończyć swoją opowieść, która miała za temat nie powszechną katastrofę kosmosu, lecz tylko epilog naszego procesu historycznego, który zawiera w sobie pojawienie się, triumf i upadek Antychrysta.

POLITYK: I pan sądzi, że epilog ten jest tak bliski?

P. Z.: No, wiele będzie jeszcze na scenie gadaniny i krzątaniny…

DEforma26. Kompas na Brukselę. Niszczący eksperyment na uczniach.

Niszczący eksperyment na uczniach – oto cel rządu Tuska

Hanna Dobrowolska


wpolityce/niszczacy-eksperyment-na-uczniach-oto-cel-rzadu-tuska

„Reforma26.Kompas jutra” jest szkodliwym eksperymentem realizowanym na dzieciach i młodzieży w celu przeprowadzenia transformacji oświaty, a następnie – poprzez nią – dokonania fundamentalnych zmian społecznych.

Inżynieria społeczna

Pora nazwać rzeczy po imieniu i adekwatnie do niszczycielskich zamiarów Barbary Nowackiej, jako „oświatowego ramienia” rządu Tuska.

Określenie eksperyment jest w pełni zasadne, gdyż zmiany zaproponowane przez MEN nie zostały poprzedzone żadnymi badaniami, pilotażami ani analizami ich skutków. Można się domyślać, dlaczego. Ujawniłyby bowiem faktyczny cel władzy. Streszcza go pokrótce zastosowany w podstawie programowej zwrot – „tworzenie tożsamości”.

Coś nam to przypomina? Skojarzenie z totalitarnymi modelami społecznymi o rodowodzie komunistycznym jest jak najbardziej zasadne. Wszystkie „sektory” społeczne – w tym edukacja, szkolnictwo wyższe, rodzina, polityka społeczna, kwestie pracownicze, środowisko – w rządzie Tuska trafiły w ręce gorliwych neomarksistowskich funkcjonariuszy.

Trudno nie zauważyć, że w oświacie lewicowa obręcz zaciska się coraz szczelniej. B. Nowacka zaproponowała właśnie model podstawy programowej „Reformy26.Kompas Jutra”, który znacznie wykracza poza funkcję kształcenia, dotychczas – kluczową. Zmieniono w istocie rzecz najważniejszą, a mianowicie to, czym ma być szkoła.

Główne cele

Podstawa programowa „Reformy26.Kompas Jutra” jest obszernym zbiorem celów i metod kształtowania postaw i przekonań uczniów i temu służy, a nie przekazywaniu wiedzy i dobremu wychowaniu, jak było przez wieki. 

Dlatego tak niewiele w niej konkretów, czyli treści nauczania, a tak wiele wykazów wszelkich kompetencji i „sprawczości” ucznia oraz uściśleń co do sposobów ich wypracowania, ograniczających autonomię nauczyciela. Wprawdzie weto Prezydenta do ustawy Prawo oświatowe zahamowało proces zmiany całego aparatu pojęciowego systemu oświaty, co było planem MEN, ale lektura obecnej wersji projektu wskazuje jasno, że B. Nowacka zastosowała metodę „obejścia”, nie rezygnując z zasadniczego celu. Usunięto powszechnie oprotestowane „efekty kształcenia”, świadczące jednoznacznie o skrajnie pragmatycznym podejściu do  edukacji, przywrócono pojęcie „treści kształcenia”, ale nie zmieniono zawartości podstawy. Nieco bardziej zawiłą drogą lewica dąży w tym samym kierunku.

Szkoła nie ma już uczyć! Jej pierwszym zadaniem jest formatowanie młodego unijczyka najniższej klasy, czyli „o kompetencjach podstawowych na poziomie podstawowym”, według wzorców narzuconych poprzez tzw. Profil absolwenta [przyjęty przez MEN w 2024 r.]. 

Drugim nie mniej istotnym zadaniem „nowej szkoły” jest ingerowanie w prawa rodzicielskie i uzależnianie każdego ucznia od wsparcia aparatu państwa. Temu służy psychologizacja szkoły i edukacja włączająca. Celowo połączono w jednej inkluzywnej klasie „neuroróżnorodne” osobowości, dodając falę imigrantów nieznających języka polskiego i nie wymagając od nich tej umiejętności. Połączono, a teraz proponuje się im iluzję wsparcia przez rzesze specjalistów. Ingerowaniu w życie rodzinne będzie służyć za chwilę – od 1 kwietnia 2026r. – nowy obowiązek nałożony na nauczycieli: stosowania oceny funkcjonalnej w odniesieniu do każdego ucznia. Kwestionariusz tej oceny brutalnie prześwietla życie rodzinne, łamie Konstytucję i powinien się spotkać z odmową wyrażenia zgody na ocenę funkcjonalną wszystkich rodziców.

Odpolszczanie polskich uczniów i systemowe zawłaszczanie ich przez Europejski Obszar Edukacji jest realizowane rozmaitymi sposobami. Obserwujemy politykę wynarodowienia, relatywizowanie wiedzy, kształtowanie postaw bezkrytycznie akceptujących UE, formatowanie w kierunku ulegania presji klimatycznej, zachęcanie do tranzycji płciowej.

Opowieści B. Nowackiej o sprawczości i nowoczesnym podejściu do edukacji nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i stanowią zasłonę dymną dla faktycznych zamiarów rządu Tuska. Dąży on do dokonania transformacji oświaty i zmiany funkcji szkoły z uczącej na opiekuńczo-terapeutyczną w założeniu, a faktycznie na  formatująco-opresyjną.

Uczeń bez wiedzy

W 2024 zabrano uczniom 20% wiedzy; obecna podstawa programowa idzie w tym samym kierunku i utrwala schemat: im mniej, tym lepiej. Zabór treści nauczania postępuje.

Na przykładzie języka polskiego widać to szczególnie jaskrawo – „Panu Tadeuszowi” ukradziono podczas tzw. uszczuplenia podstawy w 2024 r. połowę ksiąg, a według obecnej propozycji epopeja narodowa ma być reprezentowana jedynie przez „Inwokację”.

Do klasy 6 włącznie zlikwidowano całkowicie kanon lektur. W klasach 7-8 pozostawiono 3 dłuższe teksty. Reszta zależy od widzimisię nauczyciela i ucznia, co ma w teorii Nowackiej zachęcić do „praktyk lekturowych”. Lewicowa logika ujawnia się tu z całą mocą. Na dodatek w ramach ostatnich korekt – już po grudniowym wecie Prezydenta – niczym skalpelem usunięto kilkakrotnie wyraz „obowiązkowy” w odniesieniu do lektur. Przypadek?

Z brakiem obowiązkowości wiąże się utrzymanie fatalnych pomysłów MEN dotyczących radykalnego ograniczenia zadawania prac domowych i zakazu ich oceniania wprowadzonych na wiosnę 2024 r. Nawet druzgocące dla MEN badanie przeprowadzone na zamówienie ministerstwa przez IBE i upublicznione jesienią 2025 r. niczego nie zmieniło. Słyszymy o możliwych korektach rozporządzenia od jesieni 2026r., gdy tymczasem uczniowie kolejny rok nie robią już niczego poza szkołą. Radykalnie spadła ich samodzielność, samokontrola, motywacja do podejmowania wysiłku, poczucie sensu nauki. Alarmują od wielu miesięcy nauczyciele, dyrektorzy szkół oraz rodzice, napotykając na ścianę milczenia B. Nowackiej.

Tragiczne skutki

Innym niezwykle istotnym przykładem kradzieży wiedzy polskim uczniom jest wprowadzenie do kl. 6 przedmiotu przyroda przy jednoczesnej likwidacji biologii oraz geografii. To celowe działanie na szkodę uczniów. I to ponowne, gdyż już raz rząd Tuska wprowadził identyczne rozwiązanie. Po przywróceniu nauczania przedmiotowego przez minister Annę Zalewską obiektywne wyniki PISA wykazały podniesienie się kompetencji polskich uczniów w zakresie przedmiotów przyrodniczych i geografii na tle innych państw.

Pożeglowaliśmy widocznie za wysoko w międzynarodowych rankingach, zdaniem unijnych zarządców, stąd determinacja, by pomimo sprzeciwów wielu tysięcy nauczycieli przyrodników i geografów forsować to fatalne rozwiązanie. Grozi ono – tak stało się np. w USA – spadkiem kompetencji przyrodniczych o ok. 30%, czyli zapaścią kształcenia w dziedzinach wielu nauk i docelowo – upadkiem licznych zawodów.

Podobne przykłady można przywołać z zakresu innych przedmiotów – historii, matematyki, fizyki, a nawet – nauczania języka angielskiego.

Destrukcja w nauczaniu początkowym jest szczególnie groźna – demontowane są podwaliny edukacji. Odwołuję tu do znakomitych Admonicji kierowanych do Instytutu Badań Edukacyjnych i MEN autorstwa zespołów kierowanych przez znawczynię tematu – Dorotę Dziamską dyrektor Pracowni Pedagogicznej im. prof. Ryszarda Więckowskiego.

Za uczniem bez wiedzy zza zasłony dymnej wyłania się uczeń bez tożsamości narodowej [celowo rugowanej z programów nauczania od 2024r. z niespotykaną zajadłością], bez rozsądku [z fikcyjnym poczuciem sprawczości, oderwany od rzeczywistości ], bez zdrowia [gdyż wmówiono mu wszelkie problemy psychiczne, rozchwiano tożsamość płciową, wskazano drogę tranzycji i roz-seksualizowano] i bez rodziny, wobec której wciąż nastawiany jest negatywnie, podejrzliwie i kierowany pod skrzydła opiekuńczego państwa z jego aparatem psychologów, pedagogów, terapeutów i urzędników oraz policji. Donoszenie na najbliższych w celu wymuszenia swoich domniemanych praw, tak popularne w innych krajach unijnych, staje się coraz bardziej powszechne także nad Wisłą.

Fikcyjne konsultacje

21 stycznia MEN podał do wiadomości publicznej, iż zarządza 7-dniowe [!!!] konsultacje publiczne omawianych tu nowych podstaw programowych dla przedszkoli i szkół podstawowych. Zamiast obowiązujących 21 dni – wg Rządowego Centrum Legislacji – „publika” ma tydzień na zajęcie stanowiska wobec zmodyfikowanych podstaw. Zgodnie z prawem termin może ulec wprawdzie skróceniu, jednakże wymaga ono szczegółowego uzasadnienia (§ 129 Regulaminu). Uzasadnienie B. Nowackiej nie jest bynajmniej szczegółowe i brzmi w swej konkluzji następująco:

Skrócenie terminu konsultacji projektu rozporządzenia jest niezbędne aby możliwe było wdrożenie zmian zgodnie z założonym harmonogramem, tj. sukcesywnie począwszy od 1 września 2026.

Oznacza to ni mniej ni więcej, że fikcja tygodniowych konsultacji ma umożliwić realizację wcześniejszego planu bez oglądania się na wnioski z przesyłanych opinii.

Jest to pokaz niebywałej buty! Być może wkrótce B. Nowacka wyznaczy na przykład jeden dzień na konsultacje, oczywiście w ramach demokratyzacji życia publicznego w Polsce. Potwierdza się w całej rozciągłości wynik ankiety przeprowadzonej w grudniu przez Koalicję na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły wśród ponad 2 tysięcy respondentów. Na jedno z pytań 95 % respondentów odpowiedziało, iż: „Konsultacje publiczne są pozorowane, tzw. reforma już jest postanowiona, a brak powszechnych konsultacji społecznych w tak ważnej sprawie budzi sprzeciw”.

Dalej w uzasadnieniu do skrócenia terminu przez B. Nowacką czytamy:

W wyniku zawetowana tej ustawy przez Prezydenta RP konieczne stało się opracowanie nowego projektu rozporządzenia, w którym uwzględniono niezbędne zmiany, w tym również zmiany wynikające z uwag zgłoszonych do poprzedniej wersji projektu.

Tymczasem żadne istotne zmiany zgłoszone przez wiele opiniujących podmiotów do poprzedniej wersji projektu nie zostały uwzględnione!

Teraz podstawy programowe zostały poddane wizerunkowemu liftingowi, choć zarazem wyostrzono [a nie usunięto – jak sugerowały choćby opinie środowiska KROPS] pewne szczegóły np. dodając wskazanie edukacji włączającej w kl.1-3 i usuwając obowiązkowość w zakresie lektur.

Opiniowane podstawy programowe zmieniają funkcję i charakter szkoły. Zapoczątkowują proces transformacji edukacji w kierunku tworzenia w szkole i poprzez szkołę społeczeństwa inkluzywnego. Kształcenie ustępuje miejsca sterowanej zmianie społecznej. Zamiar wejścia na drogę transformacji nie został przez władze społeczeństwu ujawniony i nie mają one w tej sprawie społecznego przyzwolenia. – opiniowała Koalicja w grudniu i dziś podtrzymuje swoje stanowisko.

Ankieta KROPS

97% respondentów niezależnej ankiety KROPS domaga się wstrzymania zmian w edukacji i szerokiej debaty społecznej na ten temat. To głos wyborców, którzy oczekują zdecydowanych działań od polityków, szczególnie tych deklarujących sprzeciw wobec polityki rządu Tuska.

Zaskarżenie do Trybunału Konstytucyjnego kilku szkodliwych i bezprawnych rozporządzeń, doniesienie do prokuratury wobec podejmowania świadomych działań na szkodę uczniów oraz łamania prawa przez funkcjonariuszy państwowych, czyli władze resortu, formalny wniosek o dymisję minister B. Nowackiej [podobny został podpisany internetowo przez 70 tysięcy Polaków] – są możliwe i konieczne. Podobnie oczekiwane są interpelacje i zapytania poselskie np. w kwestiach związanych z zagranicznym finansowaniem szkodliwego projektu edukacji włączającej, z brakiem podręczników do nowego przedmiotu przyroda i szkoleń dla kompletnie nieprzygotowanych nauczycieli, z brakiem realnych możliwości realizacji wielu wymagań nowej podstawy programowej z powodu niedoinwestowania szkół, w tym szczególnie pracowni. Potrzebna jest wielka kampania informacyjna w szkołach i w mediach związania z obroną zagrożonych praw uczniów i rodziców, w tym z prawem uczniów do nauki i rodziców – do wychowania zgodnie z własnymi przekonaniami oraz prawem do nauki dziecka z dysfunkcjami w przyjaznej i dostępnej szkole specjalistycznej.

Te i wiele innych możliwości ma Prezydent oraz posłowie i senatorowie oraz ich zaplecze polityczne, by pokazać swoją niezgodę na plan niszczenia polskiej szkoły i przeprowadzić skuteczny kontratak.

Ze względu na opisany cel: „transformacji edukacji w kierunku tworzenia w szkole i poprzez szkołę społeczeństwa inkluzywnego” – całość projektu Reforma26 ma charakter systemowej destrukcji obecnego systemu oświaty i jednoczesnej budowy na tych zgliszczach „ nowego porządku szkoły”, trawestując popularne określenie. To nie teoria spiskowa. To fakty.

DEformie26. Kompas na Brukselę” należy przeciwstawić zjednoczony powszechny opór społeczeństwa i polityków opozycji, jeśli faktycznie chcą nią być w oczach  wyborców.

Arcybiskup JÓZEF TEODOROWICZ: Niechaj wodze spierają się i swarzą. To jest Cud nad Wisłą.

[przypominam, bo ważne TERAZ; 24 wrzesień 2024 md]

Niechaj wodze spierają się i swarzą. To jest Cud nad Wisłą.

…Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna…

[Wstęp do książki płk. Franciszka Arciszewskiego „CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Veritas, Londyn, 1957]

[ Ze zbioru kazań pt. NA PRZEŁOMIE, stronica  251. Nakład Księgarni Świętego Wojciecha. Poznań  – Warszawa – Wilno ‹- Lublin, rok 1923. ]   

[Jesteśmy dumni, że wiek temu mieliśmy TAKICH arcybiskupów i TAKICH żołnierzy. By się TERAZ przydali.. MD]

Wyciąg z kazania ks. arcybiskupa JÓZEFA TEODOROWICZA wypowiedzianego w katedrze warszawskiej w 1920 r., podczas nabożeństwa dziękczynnego za oswobodzenie stolicy i kraju od najazdu bolszewickiego.

===============

Ciężkie były zmagania się Izraela z Amalekitaini; bitwa rozgorzała wielka. Po jednej i drugiej stronie równy zapał ożywiał żołnierzy i wodzów. Nikt nie mógł rozróżnić, nikt rozpatrzyć, na która stronę przechyli się szala zwycięstwa. A wtedy Mojżesz odszedł, ażeby z dala od wrzawy i zgiełku bitwy do Pana się modlić. I wznosił obie dłonie w błagalnej modlitwie i jął zaklinać Boga, ażeby błogosławił orężowi Izraela. W tej samej chwili szyki wroga zachwiały się i cofać poczęły, a Izrael następował na nie. Lecz wysoko wyciągnione w górę ręce Mojżesza w zemdleniu poczęły opadać. Jak gdyby na dany znak, gdy osłabła modlitwa, wróg w lot poprawił trudne swoje położenie i odwrócił się, ścigany, jak gdyby czując słabość w Izraelu. I znowu losy bitwy poczęły być dla ludu wybranego wątpliwe. Jak fala zawrócona w biegu, odbita od twardej skały, tak duch Izraela cofał się i słabnął. A wtedy Mojżesz wznosił znów dłonie ku Panu i, o dziwo, Izrael na nowo poczynał brać górę. Az się spostrzegli i opatrzyli Mojżesza towarzysze, i wzięli jego ręce w swoje dłonie, i trz mali je wyciągnięte ku niebu. i juz szczęście wojenne trwale było przy Izraelu. I trzymali dłonie Mojżeszowe tak długo, aż ostatecznie zatryumƒował lud wybrany i w surmę zwycięstwa uderzył. (Ks. Wyjścia XVII,  8-16) 

Patrzcie, jak w tym wizerunku sprzęgają się i wzajem wspomagają: duch męstwa żołnierza i duch modlitwy. Bitwa ta rozgrywała się niezawodnie podług wszelkich praw znanej ówczesnej strategii. Losy przegranej, czy zwycięstwa ważyć się zdawały tylko podług rachunku ludzkiego, tj. gorszych czy lepszych planów strategicznych, większej czy mniejszej liczby żołnierzy, większej czy mniejszej sprawności wodzów.

I każdy historyk wojenny mógł śmiało uczniom wykładać, gdzie i w której chwili i dlaczego losy bitwy przechyliły się na tę, czy na tamta stronę.  A jednak i plany wojenne, i męstwo żołnierza, i zdolności dowódców nie rozegrały tej walki. Wszystko to, co bitwie stanowi, było narzędziem tylko w ręku niewidzialnego Wodza, który podług miary i wagi układa sam swój plan bitwy.

Nie miesza się On cudownie w zastępy walczących, nie zsyła Aniołów swych z nieba, by hufce mdlejące zasilały, bierze jednak w swe ręce to, co się wymyka z wszelkich i najlepszych obliczeń rycerskich dowódców i czego nie dosięgnie ni zapał, ni bohaterstwo żołnierzy; bierze On w swe ręce to, co się wydaje czystym przypadkiem albo jakimś niedopatrzeniem czy nie-doliczeniem, i wciąga to w swój rachunek, w swój plan, i albo daje przegrana albo też darzy zwycięstwem. 

Ten obraz żywo mi staje przed oczyma, kiedy dziś wespół z wami wspominam przed Bogiem ciężkie dni oblężenia Warszawy. Wasze wielkie wysiłki i ofiary, złożone w obronie stolicy przed straszliwym wrogiem, ale tez i wasze gorące po świątyniach modlitwy, wasze nowenny, wasze spowiedzi i wasze Komunie św., na intencję wybawienia Polski przyjmowane.

Niechaj wodze spierają się i swarzą, niech długo i uczenie rozprawiają, jaki to plan strategiczny do zwycięstwa dopomógł. Będziemy im wierzyli na słowo i słuszność im przyznamy. Ale cokolwiek wypowiedzą, nigdy nas o jednym nie przekonają, by plan, choćby najmędrszy, sam przez się dokonał zwycięstwa.

Jeżeli w każdej bitwie, nawet najlepiej przygotowanej, przy doborze wodzów i żołnierza, przy planach genialnych, jeszcze zwycięstwo -waha się niepewne, jeszcze zależnym jest od gry przypadków, a raczej od woli Bożej, to cóż dopiero mówić tutaj? – Tu, pod Warszawą, taka była pewność przegranej, że wróg telegramami światu oznajmił na dzień naprzód jej zajęcie. Sam zas wódz francuski, który tyle zasług niespożytych położył około obrony naszej stolicy, gdy go nuncjusz zapytał w przededniu bitwy. czy liczy na zwycięstwo – odpowiedział znacząco: „Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna“. Istotnie modlitwy pomogły. Nie ujęły zasługi wodzom, ni chwały męstwu żołnierzy; nie ujęły tez wartości ofiarom i wysiłkom całego społeczeństwa; ale modły bitwę rozegrały, modły cud nad Wisłą sprowadziły.

Dlatego cokolwiek mówić czy pisać się będzie o bitwie pod Warszawą, wiara powszechna nazwie ją cudem nad Wisła, i jako cud przejdzie ona do historii.

Zupełnie podobny to cud do cudu pod Częstochową. Dzieje pisać o nim będą i takimiż złotymi upamiętnią, go w sercu narodu głoskami, jak pisały i wspominały obronę Częstochowy. Tu i tam czerń zalała Polskę, tu i tam od zdobycia jednego grodu losy Polski zawisły; tu i tam boje i zwycięstwo uwieńczone zostały cudem Pańskim. W niczym cud pod Częstochową nie obniży wartości męstwa broniących grodu żołnierzy; ni jednego nie uszczknie lauru ze skroni Kordeckiego. Bóg, czyniąc cuda, nie przytłacza i nie niszczy chlubnych wysiłków swojego stworzenia;  owszem, tam, gdzie i największe ofiary przed przemagającą siłą ustąpić musza, cudem je wspiera  zi cudami bohaterstwo wieńczy. Pycha to tylko, bałwochwaląca siebie, zdolna jest tak wysoko się wynieść, iż Bogu samemu urąga, dumnie w przechwałkach wołając: O cudach nam mówicie, cuda nam głosicie?  Zali to nie ramię nasze ocaliło Warszawę? zali to nie  geniusz wodzów ja zbawił? 

Tylko tym, co się mienia bogami na ziemi, wydaje się Bóg i Jego moc i Jego łaska jakąś konkurencją niepożądaną, która z zasług ich odziera. Nie za sługi Pańskie, ale za wcielone bóstwa uważają się ci, którzy ze śmiesznej i zuchwalej nadętości tak mówią.

Veni, vidi, Deus vicit” – Przyszedłem, zobaczyłem, Bóg zwyciężył – powiedział Sobieski pod Wiedniem.  Pytam się was, czy te słowa pokory i wiary umniejszyły w czymkolwiek lub obniżyły bohaterstwo króla i wodza? czy uszczknęły co z wawrzynów, jakie potomność i historia włożyły na skroń jego?

Nic,  zaiste, raczej mu ich przymnożyły: bo przepoiły jego  bohaterstwo wdziękiem niezwykłym, ze tak kornie o sobie trzymał, a nie nadymał się pysznie i nie  wynosił. Rzuciły te słowa na czoło królewskie aureolę, utkaną z promieni wiary, które Jana III pasują na chrześcijańskiego rycerza.

Można więc śmiało powiedzieć, ze te piękne i korne słowa wieńczą i zdobią jego skronie jeszcze wdzięczniej, niż samo męstwo. W słowach jego tkwi prawdziwa filozofia ducha wojen, w których Bóg, rozrządzający losem narodów, przegraną lub zwycięstwem dla swoich posługuje się  celów. Tkwi w nich obraz i symbol takich zwycięstw, które, jak zwycięstwo pod Warszawą, tylko w sposób nadprzyrodzony wyjaśnić i wytłumaczyć można.  Deus vicit! – powtarzamy za naszym zwycięskim królem, kiedy dzisiaj wspominamy o naszych przejściach strasznych i wielkim zmiłowaniu Bożym.  Deus vicit – Bóg zwyciężył! – zawołamy tym wszystkim, którzy by ludzkiej mocy czy zręczności wyłącznie przypisywać chcieli zwycięstwo i wiązać je nie z nadziemska pomocą Bożą, ale tylko z wojennymi planami. 

Cóż tu mówić dużo o planach, skoro przejścia do Warszawy dla wroga, jak się pokazało później, podobne były do nici pajęczej, którą trochę silniejszy napór albo trochę słabsza obrona każdej chwili mogły przerwać? Nie plan strategiczny rozstrzygał o ocaleniu Warszawy, skoro pozostawiał punktu obrony niezabezpieczone. Plan to inny ocalenie przyniósł. Plan ten skreślony był ręką Bożą a tworzył go i wykonywał  Duch Pański. Czego nie zdołał ni zabezpieczyć ni przewidzieć plan ludzki, to zabezpieczył i przewidział plan Boży. Gdy za słaba była obrona na przedmościu warszawskim i wróg już począł zwycięsko napierać, wtedy, jak spod ziemi dobywa Duch Boży serca bohaterskie… Kiedy szeregi wojsk poczynają się łamać, coƒać i pierzchać, wtedy Wódz Niebieski odkomenderowywa poruszeniem wewnętrznym kapelana Skorupkę i ten pierzchających zawraca, a śmiercią męczeńską zwycięstwo zabezpiecza. Bóg  to jeden do warunków, do potrzeb, do chwili odnajdywał i wydobywał serca, poddawał im szczęśliwe  natchnienia, uzbrajał męstwem bohaterskim i przez  nie swoje przeprowadzał plany.

To, co jest najsłabszą stroną w planie strategicznym człowieka, to właśnie stanie się najsilniejszym w planie nadprzyrodzonym, Bożym… Bóg, który bohaterów wzbudził, który ich przewidział i wybrał, na właściwym miejscu- postawił  i w chwili stosownej użył, czyż nie wsławia w nich  imienia swojego? czyż przez nich chwały swej nie rozgłasza?  A jak jedni papierowe plany, Bożej przeciwstawiają mocy, tak znowu inni twierdza, że zwycięstwo pod Warszawa było łatwe, bo wróg był wyczerpany.  Wyczerpany? On przecież gonił, duchem zwycięskim  ożywiony, naszego żołnierza aż pod Warszawę. Taka gonitwa wyczerpywała wojsko nasze, ale nie jego siły.  Poczucie tryumƒu i zwycięstwa jest i w najsłabszej armii zadatkiem potęgi, podobnie jak poczucie przegranej jest i w najpotężniejszej zadatkiem jej słabości i rozgromu. I gdyby naprawdę wróg czuł się słabym, toć właśnie tutaj skupiłby wszystkie swe siły, ażeby ostatecznym uderzeniem zwycięstwo sobie zapewnić.  Czy jednak czuł on naprawdę niemoc swoja? Czyżby rozgłaszał światu swoje zwycięstwo jako dokonane, i narażał tak siebie na ośmieszenie i poniżenie, gdyby zwycięstwa tego nie był sam pewien? A czyżby rozdzielał armie swoje najniepotrzebniej i jedne oddziały wysyłał ku Niemcom, a drugie ku Warszawie, gdyby co do obliczeń swoich nie był upewniony? Zapewne w takim rozdzieleniu sił był olbrzymi błąd strategiczny, który tylko oczywistemu zaślepieniu przypisać można.

Był to błąd podobny do tego jaki popełnił Absalon, ścigając wojsko Dawida. Zamiast uderzyć na oddziały jerozolimskie cała siłą, jak mu radził Ahitophel, poszedł on raczej za złą radą Chuzy i ociągał się, pewien, iż stanie się to, co ma Chuza zapowiadał:  „Przypadniemy nań a okryjemy go, jako zwykła rosa  padać na ziemię, a nie zostawimy z mężów, którzy  z nim są, ani jednego” (Por. II Król. XVII, 12)

Tak samo myślał wróg o grodzie naszym; sądził on, że może swobodnie dzielić wojska, bo i tak stolica Polski, jak dojrzały owoc z drzewa, na pewno mu się dostanie. Bóg dopuścił, że nieprzyjaciel upoił się pycha i pewnością siebie i zaślepił się.

Mówił mi jeden z generałów: ,,Pod Warszawa Bog zdziałał cud”.

Pomijam już wszystko inne, ale podobnie szalony plan, jak rozdzielenie sił wojennych przez bolszewików w pochodzie na Warszawę, tylko jakiemuś szczególniejszemu zaślepieniu przez Boga przypisać się musi.  Myśmy zaś wówczas, patrząc na to, mogli powtarzać za Prorokiem: Wypuścicie z piersi waszych okrzyk wojenny, a mimo to zniszczeni będziecie. Wnijdźcie w narady, a one będą rozerwane i unicestwione. Dawajcie jakie chcecie rozporządzenia, a one się staną bez skutku, albowiem Bóg jest z nami. (por. Iz. VIII,  9-10). Prawdziwie, kiedy się rozejrzymy w całym planie i dziele, wołamy z Prorokiem: „Oto Bóg Zbawiciel  mój… moc moja i chwała moja Pan, bo stał się wybawieniem“ (Iz. XII, 2).

Nie z nas to, o Panie, nagle wystrzelił promień nadziei. Z nas było tylko przygnębienie, z nas mówiło zrozpaczenie, kiedyśmy hordy dzikie pod Warszawa ujrzeli. Z nas szły tylko cienie, które chmura czarnej nocy przysłaniały oczy nasze. Ty to pośród ciemności rozpaliłeś światło, Ty w zwątpieniu wskrzesiłeś nadzieję, Ty w omdlałej naszej duszy rozpaliłeś płomień  życia, miłości i bohaterstwa. Bohaterstwo zatętniło w skroniach naszego polskiego żołnierza, a ono dziełem było rak Twoich. Ty je spuściłeś z niebios na jego rozmodloną przed ołtarzami Twymi duszę. Bo żołnierz w rozsypce, który od tygodni całych miał tylko jedno na myśli – ucieczkę, żołnierz wyczerpany na ciele i na  duchu, żołnierz zwątpiały, który wierzył święcie  w przegrana, a zrozpaczył o zwycięstwie, taki żołnierz  tylko od Ciebie, tylko z serca Twojego mógł zaczerpnąć  nowej wiary, nowej ufności i nowego zapału. Czym on był wówczas sam przez się, 0 tym świadczył ten oddział, który w chwili poczynającej się bitwy, wbrew zakazom, cofnął się z pola, oddając na pastwę wroga losy ostatecznej rozegranej. Oto czym był wówczas żołnierz sam z siebie, lecz w lwa się przemienił, gdyś Ty, o Panie, tchnął weń moc Twoją. «  A kiedyś nas tak przemądrze wspierał i wspomagał, nie spuszczałeś jednocześnie i wroga. z oczu.  – Nas oświecałeś, o Panie, a wroga naszego zaślepiałeś; w nas wskrzeszałeś ufność i wiarę, a jemu zatwardnieć dałeś w wyniosłości i pysze; z nas dobywałeś płomień bohaterstwa i wysiłki najszczytniejsze,  kiedy tymczasem u wroga pewność zwycięstwa wywoływała lekceważenie i nieopatrzność.

Teraz już rozumiemy, teraz już wiemy, teraz już czytamy plany Twoje, o Panie. Dziełami Twymi przemawiasz do nas tak, jak przemawiałeś do Izraela przez Izajasza Proroka, który o Tobie i w Twoim imieniu powiedział: Znam Ja me plany, którem powziął względem was – to plany na pokój, a nie na nieszczęście; aby wam przyszłość tworzyć i dać nadzieję (Jer. XXIX, 1,1).

 -Jak zaś sama obrona Warszawy, tak i moralne jej skutki świadczą o zmiłowaniu Bożym i o dziele Bożym. Bóg przez swój cud pod Warszawa dał nam odpowiedź wymowną na nasze trwożne pytania, które rozpacz ciskała na usta. Patrząc na zwycięskie hordy, następujące na stolicę, pytaliśmy: Dlaczego dopuściłeś to wszystko na nas, Panie? Bóg odpowiada: Jam was  na to nawiedził, ażeby mój lud poznał Imię moje;  dlatego pozna on w ten dzień, iż to Ja jestem, który  mu mówię.: otom tu jest (por. Iz. LII, 6).

Poznaliśmy Imię Pańskie w dzień wskrzeszenia Polski, ale dusze nasze wkrótce odbieżały od Jego świętego imienia, i pilno nam było imię własne wywyższać i wynosić. I Bóg dopuszcza na nas straszne nawiedzenie i ratuje nas z niego cudem swoim, ażebyśmy przez nowe przeżycie poznali, iż to On  prawdziwie jest pośród nas. W odpowiedzi zaś swojej cudzie swoim Bóg nam ukazał przyszłość naszą.

Pod Warszawą zrozumieliśmy: albo ogarnąć się damy hordom i nawale od Wschodu, a wtedy utracimy i byt nasz i duszę naszą, lub tez staniemy przeciw niej, ażeby wybawić siebie, a murem ochronnym stać się dla świata.

Przez cud swój pod Warszawą Bóg powiązał przyszłość naszą z przeszłością. Powiązał i sprzągł myśl swoją względem nas z dnia wczorajszego dniem dzisiejszym i jutrzejszym. I odzywa się do nas Bóg, jak się odzywał do Izraela przez Izajasza Proroka:  Narodzie, oczy twoje patrzą na Mistrza twego, i usłyszą  uszy twoje słowa napominającego: Ta jest droga,  chodźcie po niej, a nie ustępujcie ani na prawo, ani  na lewo (por. Iz. XXX, 20-21).

Cud pod Warszawą był też pochodnią, rozpaloną przez Boga, w której blasku ujrzały narody przeznaczenie Polski. Na co to – pytały – i dla jakich to celów Polska powstała i pośród nas stanęła? Na to odpowiada Bóg przez cud pod Warszawa – by murem ochronnym wam była, tarczą waszą i puklerzem waszym.

Bo ani wiedziały, ani się domyśliwały nawet narody, jak wielkie ma Polska dla nich znaczenie i przeznaczenie.  Oprócz wiernej sojuszniczki Francji, wszystkie inne państwa zostawiły nas w chwili oblężenia pod Warszawą własnemu losowi. Były pośród nich i takie nawet, które utrudniały dowóz broni i amunicji do stolicy. Inne z uśmiechem sceptycznym na ustach wołały, wzruszając ramionami: Już przepadli, już zginęli! Ze szpalt zaś prasy narodów, nawet z nami  sprzymierzonych, dolatywały nas nieraz docinki: Dobrze im tak, zasłużyli na ten los.

Gdyśmy walczyli o byt nasz, ludy i narody patrzyły na nasze zmagania tak, jak się wpatruje widz z galerii w jakieś cyrkowe widowisko.

Nigdy nie uwidocznił się żywiej brak wszelkiej myśli politycznej w Europie, jak w tej pamiętnej chwili.  Bo ci, którzy nam płacili obojętnością lekkomyślną, nie byli zdolni zadrżeć chociażby o swoje własne bezpieczeństwo. Jakżeż to więc chcemy, ażeby ludy te, państwa i narody wniknąć miały, pojąć i zrozumieć naszą misję dziejową -względem nich?

Dopiero gdy się rozległ po Europie i świecie okrzyk, iż Warszawa jest wolna, dreszcz przeszedł po wszystkich. Dopiero wtedy jęły się pytać narody: A cóż by to z nami się stało, gdyby Warszawa była padła, a dziki huragan przewalił się po niej i biegł, ażeby potem nam nieść zniszczenie?  Dopiero wtedy z piersi narodów dobył się okrzyk:  W zwycięstwie Warszawy jest zwycięstwo nasze, a wolność Polski poręcza i nam wolność.

Cud pod Warszawą był dopełnieniem cudu wskrzeszenia Polski. Powstanie narodu związał Bóg z wytrwałością jego w znoszeniu cierpień niewoli; ale cud nad Wisła wywołały nasze nowe przeniewierstwa.

Wskrzeszenie Polski było nowym tworem Bożym; ochrona zaś jej była dziełem zbawienia. Kiedy Polska stanęła pośród narodów, Bóg jeszcze nie wypisał na jej czole jej przeznaczeń. Ani ona sama nie wiedziała, czy ma powrócić do dawnych tradycji przeszłości, ani świat jej dawnego posłannictwa ku obronie świata od  Wschodu nie pamiętał.

Cudem pod Warszawą Bóg głoskami krwawymi, ale chwalebnymi, posłannictwo Polski na drogach jej nowych zapisał.  W dziele wskrzeszenia Polski Bóg posługuje się narodami, ażeby wespół z Nim, w myśl Jego, współdziałały ku jej powstaniu. Lecz w cudzie nad Wisłą, Bóg chce szczególniej stwierdzić, ze jednak On sam przede wszystkim dzierży naród nasz w ręce i kiedy chce, dopuszcza nań karę, a kiedy zechce, wybawia go.

Bóg łaskę zwycięstwa i cud pod Warszawą dał nam przez ręce Tej, która Polski jest Królowa. Mówił mi kapłan, pracujący w szpitalu wojskowym, iż żołnierze rosyjscy zapewniali go i opisywali, jak pod Warszawa widzieli Najświętsza Pannę, okrywającą swym płaszczem Polski stolicę. I z różnych innych stron szły podobne świadectwa; zupełnie jak pod Częstochową. I właśnie dzień 15 sierpnia dzień poświęcony czci Matki Boskiej, a dzień ostatni wielkiej nowenny narodowej, był dniem pamiętnym zwycięstwa. Na ten dzień wróg zapowiadał był swój tryumf; w tym dniu miał odbyć swój wjazd do stolicy sam naznaczył tę właśnie datę na upokorzenie i na rozgromienie nasze.

I to właśnie w tym dniu stało się coś zgoła nieprzewidzianego, niespodziewanego. Dzień 15 sierpnia, obwołany w biuletynach całego świata – jeszcze przed czasem jako dzień zajęcia Warszawy, obraca się dla pysznego wroga w klęskę, a dla nas w chwałę i zwycięstwo. „Haec dies, quam fecit Dominus, Alleluja.  (Ps. CXVII, 24)

To jest prawdziwy dzień Najświętszej  Panny – dzień Jej zmiłowania i dzień Jej opieki –  dzień cudu nad Polska. Chce Ona w nim przed narodem całym zaświadczyć, że będzie tym Polsce, czym  była w całej przeszłości: Panią jej i Obronicielką. Jak ongi nad murami Częstochowy, tak dziś rozbłysnąć zapragnęła nad Warszawą, ażeby przez ten nowy cud wycisnąć w sercu nowej Polski miłość swoją.  Cud pod Częstochowa prowadził króla i naród do ślubów świętych, złożonych przed ołtarzem Maryi w archikatedrze Lwowskiej i do obwołania Jej Królową Polskiej Korony.

Niechajże cud pod Warszawą zdziała to samo. Niechaj zwiąże naród cały w jedno bractwo wdzięcznych czcicieli Maryi. I niechaj bractwo to podejmie się dopełnienia zaciągnionych, a jeszcze nie wykonanych ślubów.

Jezus przed Sanhedrynem – Joseph Lemann

=============================

Jezus przed Sanhedrynem – Czy skazanie Chrystusa było legalne?

Jezus przed Sanhedrynem autorstwa Josepha Lemanna to rzetelna rekonstrukcja najbardziej kontrowersyjnego procesu w dziejach ludzkości. Autor, będący ekspertem w zakresie tradycji żydowskiej i prawa mojżeszowego, podejmuje się zadania udowodnienia, że wyrok śmierci wydany na Jezusa z Nazaretu był wynikiem serii rażących naruszeń procedur prawnych.

Książka ta nie jest jedynie literackim opisem męki, ale chłodną, merytoryczną analizą opartą na źródłach takich jak Talmud, pisma Józefa Flawiusza oraz teksty Ewangelii.

Jakie błędy prawne popełnił Sanhedryn podczas procesu Jezusa?

Analiza prawna w Jezus przed Sanhedrynem wykazuje, że zgromadzenie, które skazało Chrystusa, złamało niemal wszystkie zasady zawarte w Misznie (traktat Sanhedryn). Joseph Lemann punktuje m.in.:

  • Nocny tryb procesowy: Prawo żydowskie kategorycznie zabraniało prowadzenia procesów karnych w nocy.
  • Brak obrońcy: Oskarżony o przestępstwo zagrożone karą śmierci musiał mieć wyznaczonego rzecznika.
  • Wymuszone samooskarżenie: Prawo zabraniało skazywania kogokolwiek wyłącznie na podstawie jego własnych słów („nikt nie może uczynić siebie niegodziwym”).
  • Zasada jednomyślności: Paradoksalnie, według ówczesnych przepisów, jeśli wszyscy sędziowie od razu głosowali za winą (bez ani jednego głosu sprzeciwu), oskarżony powinien zostać uniewinniony, gdyż sugerowało to spisek sędziów.

Kim był Joseph Lemann i dlaczego jego analiza jest unikalna?

Joseph Lemann (1836–1915) to postać wyjątkowa – francuski Żyd, który przyjął chrzest i został wybitnym teologiem. Jego unikalna perspektywa pozwala mu patrzeć na proces Jezusa „od wewnątrz” systemu prawnego Izraela.

Lemann nie pisze z pozycji oskarżyciela, lecz badacza, który demaskuje mechanizmy manipulacji, gdzie interes władzy i strach przed zmianą wzięły górę nad literą prawa. Dzięki temu książka Jezus przed Sanhedrynem stanowi pomost między historią a teologią, wyjaśniając napięcie między Prawem a Objawieniem.

Dla kogo jest ta lektura?

Jezus przed Sanhedrynem to pozycja niezbędna dla:

  1. Studentów teologii i prawa: Szukających konkretnych argumentów dotyczących legalności historycznych procesów.
  2. Osób wierzących: Pragnących pogłębić zrozumienie Męki Pańskiej przez pryzmat faktów historycznych, a nie tylko emocji.
  3. Sceptyków i historyków: Zainteresowanych strukturą społeczną i polityczną Jerozolimy w I wieku.

Opinia Kuratora: Dlaczego warto mieć tę książkę w 2026 roku?

W dobie „fake newsów” i powierzchownych opinii, dzieło Josepha Lemanna imponuje rygorem badawczym. Choć książka liczy 125 stron, jej gęstość informacyjna jest ogromna. Oprawa miękka sprawia, że jest to poręczne narzędzie do studiowania.

Zwracamy uwagę na fakt, że wydawnictwo AA zdecydowało się na wznowienie tego tekstu w 2026 roku, co świadczy o jego niesłabnącej aktualności. To lektura, która zmusza do refleksji nad tym, jak łatwo sprawiedliwość może stać się narzędziem polityki, jeśli zabraknie moralnego kompasu.

Grok o książkach księdza Josepha Lémanna

książki Josepha Lémanna (1836-1915), «Les Juifs dans la Révolution française» – «Żydzi w rewolucji francuskiej» – Paryż, rok 1889.

Wyszukiwanie w Internecie, 33 wyniki

Joseph Lémann (1836–1915) był francuskim księdzem katolickim, pochodzącym z judaizmu. Urodził się 18 lutego 1836 r. w Lyonie w zamożnej rodzinie żydowskiej aszkenazyjskiej jako Édouard Lehmann. Miał brata bliźniaka Achille’a (późniejszego Augustina Lémanna), który również został księdzem katolickim.

Obaj bracia w wieku 18 lat (ok. 1854 r.) przeszli na katolicyzm, a w wieku 24 lat zostali wyświęceni na kapłanów. Joseph przyjął imię Joseph Lémann (czasem pisane Lehmann). Byli znani w XIX-wiecznej Francji jako prominentni konwertyci z judaizmu → stali się symbolem dla części katolickich środowisk, a nawet byli faworyzowani przez papieża Piusa IX.

Najważniejsze książki Josepha Lémanna

Najbardziej znane dzieła to cykl poświęcony roli Żydów w historii nowożytnej Francji (zwłaszcza w kontekście rewolucji francuskiej) oraz tematy mesjańskie i konwersyjne. Oto najważniejsze tytuły:

  • L’Entrée des Israélites dans la société française (1886)
    → pierwsza część „tryptyku”, opisująca proces emancypacji Żydów we Francji
  • Les Juifs dans la Révolution française (Paryż 1889)
    Pełny tytuł: Les Juifs dans la Révolution française – La prépondérance juive, ses origines (1789-1791)
    → to właśnie ta książka, o którą pytasz
    Wydana nakładem Librairie Victor Lecoffre, ok. 360 stron (w zależności od wydania 274–362 ss.)
  • Późniejsze prace, m.in.:
    • Histoire complète de l’idée messianique chez le peuple d’Israël
    • Jésus devant le sanhédrin (ang. Jesus before the Sanhedrim)
    • La Cause des restes d’Israël (wspólnie z bratem Augustinem – postulatum na Soborze Watykańskim I o modlitwę za Żydów)

O książce «Les Juifs dans la Révolution française» (1889)

To kontynuacja wcześniejszej książki o „wejściu Izraelitów do społeczeństwa francuskiego”. Lémann opisuje tu przede wszystkim lata 1789–1791, czyli okres, w którym stopniowo uchwalano równouprawnienie Żydów we Francji (decydujące głosowanie w Zgromadzeniu Ustawodawczym 27 września 1791 r.).

Główne tezy według autora (bardzo subiektywne i dziś uznawane za kontrowersyjne / antysemickie):

  • Żydzi aktywnie dążyli do uzyskania pełnych praw obywatelskich i wywierali silny, zorganizowany nacisk na deputowanych
  • Istniała pewna „prépondérance juive” (przewaga / przemożny wpływ żydowski) już na wczesnym etapie rewolucji
  • Autor przytacza wiele ówczesnych dokumentów, listów, petycji, protokołów Zgromadzenia – twierdzi, że odkrył „nieznane dotąd źródła”
  • Widzi w tym procesie początek sekularyzacji i „odrzucenia Chrystusa” przez Francję („córkę Kościoła”)
  • Łączy emancypację Żydów z szerszym ruchem antykatolickim i masońskim (wpływy kabalistyczne, Martinez Paschalis itp.)

Ton książki jest mocno tendencyjny – Lémann pisze z pozycji ultramontańskiego, tradycjonalistycznego katolicyzmu końca XIX w. Dziś jest często cytowana w kręgach tradycjonalistycznych, narodowo-katolickich i antysemickich, a jednocześnie bardzo krytykowana jako klasyczny przykład XIX-wiecznego „antysemityzmu katolickiego”.

Dostępność dzisiaj

  • Pełny tekst z 1889 r. jest w domenie publicznej i można go znaleźć w PDF np. na archive.org, theologica.fr czy gallica.bnf.fr (czasem pod tytułem La Prépondérance juive)
  • Współczesne reprinty ukazują się nakładem wydawnictw tradycjonalistycznych: L’Æncre, Éditions Saint-Rémi, ACRF, Avalon itp. (ostatnie wydania ok. 2010–2021)

Jeśli chcesz konkretny fragment, streszczenie któregoś rozdziału albo porównanie z innymi źródłami historycznymi o emancypacji Żydów w 1791 r. – daj znać, mogę rozwinąć.

======================

Czy któraś z książek Josepha Lémanna została wydana po polsku?Tak, jedna z nich ukazała się w polskim tłumaczeniu:

  • Jezus przed Sanhedrynem (oryg. Jésus devant le sanhédrin)
    → wydana po polsku przez Wydawnictwo AA (Kraków)
    → planowane / zapowiedziane wydanie na 2026 rok (miękka oprawa, cena ok. 19–25 zł w przedsprzedaży w księgarniach typu TaniaKsiazka.pl, Znak.com.pl, Matras, DobreKsiazki.pl itp.)
    → książka jest już widoczna w zapowiedziach i przedsprzedażach w polskich księgarniach internetowych (stan na początek 2026)

Pozostałe najważniejsze dzieła Lémanna (Les Juifs dans la Révolution française, L’Entrée des Israélites…, Histoire complète de l’idée messianique itp.) nie doczekały się dotychczas pełnego polskiego tłumaczenia ani oficjalnego wydania książkowego w Polsce.

Czasem pojawiają się fragmenty lub cytaty w publikacjach katolicko-tradycjonalistycznych, ale nie ma kompletnych wydań.Jeśli interesuje Cię konkretna książka (np. czy ktoś robił amatorskie tłumaczenie „Żydów w rewolucji francuskiej” w PDF-ach na forach), mogę spróbować poszukać głębiej.

=================================

To, co dziś pijemy: Piekielny koktajl liberalizmu. O bliźniakach – Żydach Lémann.

To, co dziś pijemy: Piekielny koktajl liberalizmu.

Date: 1 febbraio 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/to-co-dzis-pijemy-piekielny-koktajl-liberalizmu

Fragment książki Josepha Lémanna (1836-1915), «Les Juifs dans la Révolution française» – «Żydzi w rewolucji francuskiej» – Paryż, rok 1889.

=====================================================

Od samego początku Rewolucja stała się trucicielką, ale robiła to ze znawstwem, zręcznie – imitując, a nawet prześcigając w skuteczności mieszanki Agrypiny i Lokusty.

Cofnijmy się na chwilę myślami do pogańskiego Rzymu: Lokusta to słynna trucicielka z czasów cesarzy. Najpierw na polecenie Agrypiny otrzymała zlecenie zabicia cesarza Klaudiusza. Następnie wezwano ją na naradę; poproszono ją o otrucie go w inteligentny sposób! – Zbyt szybka trucizna mogłaby uczynić morderstwo Klaudiusza oczywistym; zbyt powolna – dałaby mu czas na uświadomienie sobie tego i zabezpieczenie praw Brytanika, jego syna. Lokusta rozumie to i realizuje wyrafinowaną truciznę, która zakłóci umysł i powoli wygasi życie. Eunuch zmusza nieszczęsnego cesarza do wypicia trucizny, umieszczając ją w grzybie, którym ten delektuje się z zachwytem: umiera całkowicie oszołomiony!

Rok później Lokusta pozbywa się kłopotliwego Brytanika, który przeszkadzał Neronowi. Tym razem nie poproszono jej o powolną, nieśmiałą, sekretną truciznę, taką jak ta, którą starannie przygotowała dla Klaudiusza, ale o aktywny, szybki, piorunujący jad. Brytanik pada martwy przy cesarskim stole.

Lokusta miała swoich adeptów, a Neron pozwolił jej szkolić uczniów i prowadzić szkołę trucicielstwa. Historia i malarstwo przedstawiają ją testującą swe jady na nieszczęsnych niewolnikach, z których niektórzy wiją się u jej stóp, a inni popadają w szaleństwo.

Wróćmy jednak do teraźniejszości…

Kto by przypuszczał, że Lokusta może zostać prześcignięta? – Otóż tego złowrogiego postępu dokonała Rewolucja.

Od czasu pojawienia się na świecie chrześcijaństwa wszystko przybrało wyższą, bardziej uduchowioną formę: również zło, również trucicielstwo. Dusze i obyczaje – tak jak kiedyś zatruwano ciała – są dziś zatruwane z użyciem sprytu! – Czyż nie mówi się w wiekach chrześcijańskich o „truciźnie herezji”, „truciźnie błędu” ? – Cień Lokusty z pewnością unosił się już nad zgromadzeniami manicheizmu, arianizmu, kalwinizmu i wolterianizmu, ale w roku 1789, Rewolucja – z myślą o porządku intelektualnym i społecznym – inspirując się trucicielką i pragnąc ją prześcignąć – opracowała coś, czego poszukiwano w odniesieniu do trucizn: coś, co zakłóciłoby rozum i powoli wygasiło życie narodów chrześcijańskich. Co to takiego?

Liberalizm.

Aby zdołać zakłócić rozsądek narodu takiego jak Francja i powoli wygasić jego życie, potrzebny jest napój, który jest jednocześnie trucizną, eliksirem miłosnym i narkotykiem:

– trucizna zabija;

– eliksir miłosny odurza;

– narkotyk usypia.

Wszystkie te oddziaływania razem są niezbędne do pokonania silnej struktury narodu chrześcijańskiego.

Chodzi o to, aby zabić w niej ideały chrześcijańskie, odurzyć dusze szlachetne i uśpić uczciwych ludzi: a wszystko to – jednocześnie. Liberalizm okaże się tą właśnie wyrafinowaną mieszanką – tymże straszliwym napojem. Gdybyśmy rozdzielili go na części, znajdziemy w nim trzy elementy: truciznę, eliksir miłosny i narkotyk.

Trucizna przede wszystkim: podobnie jak na polach spotyka się rośliny trujące, tak i w sferze intelektualnej napotyka się złe doktryny i zgubne opinie. Bez względu na to, jak usilnie Kościół stara się je wykorzenić, pojawiają się one z łatwością i wytrwałością chwastów. Na przykład: zaprzeczenie grzechu pierworodnego; wszechmoc rozumu, którego trybunałowi wszystko winno podlegać; samowystarczalność sił ludzkich do osiągnięcia celu oraz samowystarczalność sił społecznych do kierowania narodami. Owe toksyczne produkty uboczne minionych stuleci, filozofia XVIII wieku w znacznym stopniu uwydatniła i rozprzestrzeniła. Wszystko, co Rewolucja będzie musiała zrobić, to schylić się, aby je zabrać. Będą one stanowić pierwszy element jej straszliwej mikstury.

Oprócz trucizny – filtr miłości: w skarbcu ludzkich języków znajdują się słowa, które mają moc pobudzania, odurzania, zniewalania: są to magiczne słowa „wolność”, »braterstwo«, „równość”. Ewangelia oczyściła owe słowa, objaśniła je i osadzając w nich boski ferment, wzbogaciła je tak bardzo, że wyrażają one nowe idee. Dopóki pozostawały one złączone z Ewangelią, przenikały świat i działały w nim w sposób, który był tym bardziej niezawodny i zbawienny, im bardziej był łagodny, zrównoważony i pełen szacunku. Ale oto w XVIII wieku filozofia przejęła owe słowa i zaczęła je interpretować. Natychmiast straciły swój boski ferment i zamieniły się w “eliksir miłości”. Zgromadzenie Narodowe, w słynną noc 4 sierpnia 1789 roku – która stanie się przypadkiem bezprecedensowego odurzenia w historii narodów – doświadczy działania tegoż “filtra”. W ten sposób, słowa, o których mowa, staną się drugim elementem uwodzicielskiego i śmiercionośnego napoju, który przygotuje Rewolucję.

Wreszcie, jako trzeci element pojawia się narkotyk. Spośród wszystkich uczuć, jakimi obdarzone jest ludzkie serce, jest jedno, które, gdy kieruje się prawdą, wyróżnia się wielką szlachetnością, ale – gdy inspirowane jest wyłącznie samym sobą – staje się wyjątkowo niebezpieczne: jest to uczucie tolerancji, pobłażania. Kiedy kieruje się prawdą, tolerancja przekłada się na współczucie dla ludzi, odmawiając akceptacji ich błędów: oznacza to współczucie dla osoby i potępienie błędu; taki jest sens tolerancji katolickiej. Gdy zaś tolerancja inspiruje się jedynie sobą – błądząc w rozmiękczeniu przekonań lub kierując się fałszywą i przesadną wrażliwością – staje się pobłażliwa zarówno wobec błędów, jak i osób, usprawiedliwiając wszystko lekkomyślnie: zarówno akty słabości, jak i błędne doktryny. Kościół, ów sentyment, zawsze mądrze podporządkowywał prawdzie. Natomiast filozofia XVIII wieku oderwała go od niej. To właśnie wtedy w społeczeństwie pojawiają się następujące maksymy: „Tolerancja jest matką pokoju” – „Tylko tolerancja może powstrzymać krew płynącą z jednego końca Europy na drugi” – „Gdyby Bóg tego chciał, wszyscy ludzie wyznawaliby tę samą religię, tak jak kierują się tymi samymi instynktami moralnymi: dlatego bądźcie tolerancyjni”. Ten oto system tolerancji, promowany i rozpowszechniany, ma stanowić opium – narkotyk, którego potrzebuje Rewolucja. Użyje go do uśpienia wszystkich sporów religijnych, a jeszcze lepiej – do uśpienia, gdyby to było możliwe, samych religii. Mnóstwo uczciwych, dobrych ludzi nie będzie prosiło o nic więcej, jak tylko o to, by pogrążyć się w odrętwieniu, zasnąć i pozostać neutralnymi – nie zważając na rygor teologiczny. Oto trzeci element napoju Rewolucji!

I tak:

Wszechmoc rozumu, którego trybunałowi wszystko winno się podporządkować; samowystarczalność sił ludzkich do realizacji celów, samowystarczalność sił społecznych do kierowania narodami (trucizna).

Górnolotne hasła: “wolność, równość, braterstwo” (filtr miłości).

Uczucia wzajemnej tolerancji nie tylko dla ludzi, ale także dla doktryn (narkotyk).

Taki jest perfidny napój, który, jak za czasów Lokusty, ma przytępić rozum i stopniowo zgasić życie. Niektórzy będą odurzeni, inni senni, a na dłuższą metę – wielu przepadnie. Ta mieszanka otrzyma później swoją znamienną nazwę: liberalizm.

======================================================

Oto, kim był Joseph Lémann – autor tekstu zamieszczonego powyżej:

Dwaj żydowscy bliźniacy odkrywają Chrystusa

Édouard i Achille Lémann (ochrzczeni jako Joseph i Augustin) byli braćmi bliźniakami. Osieroceni w młodym wieku, dorastali pod opieką ciotek i wujów w zamożnej, arystokratycznej rodzinie żydowskiej w Lyonie. 29 kwietnia 1854 roku, z własnej inicjatywy zostali ochrzczeni w Kościele Katolickim w wieku osiemnastu lat,.

Niedyskrecja położyła gwałtowny kres ich spokojowi. W środę 13 września 1854 r. katolicka kobieta, która widziała dwóch braci modlących się żarliwie w Notre-Dame de Fourvière i przyjmujących tam komunię, wspomniała o tym jednej z ich ciotek. Nieświadomie zdradziła ich sekret.

Ciotka poinformowała wuja, będącego ich opiekunem (Moïse Levy), który tego samego wieczoru, pilnie wezwał do siebie całą swoją rodzinę, rabina synagogi i wielu prominentnych członków społeczności żydowskiej Lyonu.

Około szóstej wieczorem rabin i cała rodzina zebrali się na miejscu. Dwaj bracia niczego nie podejrzewali. Józef wrócił do domu jako pierwszy. Jego opiekun, który stał w drzwiach, natychmiast zapytał go: “Édouard, czy to prawda, że jesteś katolikiem?” – Ten odważnie odpowiedział: „Tak, jestem nim”.

Dwaj bracia zostali postawieni przed radą rodzinną. Nie ukrywali faktu, że zostali ochrzczeni przez opata Reuila, ale potwierdzili, że to oni sami dobrowolnie poprosili o łaskę chrztu.

Rabin próbował zachwiać ich wiarą. Współczuł im, synom Izraela, że odważyli się wyrzec religii swoich ojców, aby stać się uczniami “uwodziciela” słusznie skazanego przez Sanhedryn na mękę krzyżową… Nazwał sakrament Eucharystii śmiesznym i absurdalnym. Dwaj nowi chrześcijanie odpowiedzieli potrójnym potwierdzeniem swojej wiary w Chrystusa, w Jego Niepokalaną Matkę i w Eucharystię.

Bicie i groźby

Po niepowodzeniu rabina, wujowie (było ich pięciu) próbowali przekonać swoich siostrzeńców. Argumentowali, że jeśli nie wyrzekną się chrztu, zerwą ze swoją rasą i zhańbią swoją rodzinę, która zawsze pozostawała niezłomnie oddana synagodze. Przypomnieli o ciężkich wyrzeczeniach, jakie ponieśli, aby zapewnić im doskonałe wykształcenie i staranne szkolenie w Imperial Lycée. Ich słowom towarzyszyły łzy i rozdzierające serce szlochy ciotek.

Dwaj bracia byli poruszeni, ale pozostali niewzruszeni: “Jesteśmy chrześcijanami! Pozostaniemy chrześcijanami!”

Przemoc była jedynym sposobem na przekonanie tak upartych ludzi. Wujek, który wziął na siebie odzyskanie ich siłą, chwycił Józefa, powalił go na ziemię i chwytając za gardło, dusił go, mówiąc: “Poddaj się! Poddaj się!” Tymczasem inny wuj, uzbrojony w żelazny pręt, mocno trzymał za ramię Augustina. W salonie panowała śmiertelna cisza, przerywana szlochami ciotek. Józef nie chciał się poddać. Szamotał się w bolesnym uścisku. Jego język prawie całkowicie wysunął się z ust. Dyszał żałośnie…

Augustin, słysząc charczenie brata, poczuł się tak, jakby zaatakowała go nadludzka siła. Przewrócił wuja, który trzymał go mocno za ramię, uwolnił się z jego uścisku, podbiegł do dużego okna wychodzącego na ulicę, otworzył je i krzyknął na cały głos: “Morderca! Morderca!”

Dwaj bracia zostali uratowani: w pobliżu znajdował się posterunek żołnierzy. Zaalarmowani krzykami cierpienia, pośpieszyli z pomocą. Dwaj bracia wyjaśnili komisarzowi policji, że ich wujowie, dowiedziawszy się, że są katolikami, chcieli, aby się tego wyrzekli i że tylko dzięki jego interwencji uniknęli scen skrajnej przemocy, które zagrażały ich życiu.

Była ósma wieczorem. Tłum wyraźnie opowiadał się po stronie dwóch chrześcijan. Komisarz potwierdził prawdziwość zeznań braci i sporządził raport. Postanowił tymczasowo usunąć dwóch nawróconych z ich rodziny.

Zostali oni przyjęci przez sąsiednich chrześcijan. Opat Reuil, który został natychmiast poinformowany, przyszedł im pogratulować; odważnie bronili swojej wiary.

Następnego dnia gazety w Lyonie donosiły o scenie przemocy, która miała miejsce dzień wcześniej. Całe miasto dowiedziało się o nawróceniu dwóch młodych braci Lémann, które do tej pory było starannie ukrywane.

List do gazet

14 września wujowie braci otworzyli gazety, aby dowiedzieć się, że prasa podchwyciła incydent, w którym nie odegrali zbyt honorowej roli. Znaleźli się w złej sytuacji. Musieli się z niej wydostać. Rodzina Lémann była bogata, liczna i potężna. Rozpowszechniano najbardziej wymyślne plotki, aby usprawiedliwić gwałtowny sprzeciw wobec dwóch nowo nawróconych. Twierdzono, że młodzi Lemannowie, stając się katolikami, ulegli presji moralnej sprytnie zorganizowanej przez duchowieństwo, które chciało przejąć ich fortunę. Zasadniczo konwersja była tylko kwestią pieniędzy.

To ohydne oszczerstwo, wymierzone konkretnie w opata Reuila, natychmiast dotarło do uszu obu braci. Oburzyło ich to i aby natychmiast je obalić, napisali bardzo godny list, w którym wyjaśnili powody swojego nawrócenia. List został wysłany do gazet z prośbą o opublikowanie.

Jest to dokument mający pierwszorzędną wartość:

==================================

Panie Dyrektorze.

Czujemy się zobowiązani do przerwania milczenia, które postanowiliśmy zachować. Gazety wystarczająco dużo pisały o niefortunnym incydencie, który nas ujawnił. Gdybyśmy byli jedynymi zaangażowanymi, osąd, który mógł zostać wydany w sprawie naszej konwersji na katolicyzm, nie martwiłby nas zbytnio; ponieważ nasze sumienie należy do nas, nie uznajemy niczyjego prawa do zaglądania w nie. Ponieważ jednak pewna część opinii publicznej rozpowszechnia złośliwe insynuacje na temat duchowieństwa, naszym obowiązkiem jest wytknięcie ich i oświecenie opinii rozsądnych ludzi.

W naszym nawróceniu wszystko było dziełem Boga. Od dzieciństwa widok katolickich ceremonii wywierał na nas tak głębokie wrażenie, że żałowaliśmy, iż nie jesteśmy chrześcijanami. Kiedy wysłano nas do liceum, żal ten był jeszcze większy; z jednej strony widzieliśmy kilku Izraelitów, a z drugiej dużą liczbę chrześcijańskich dzieci. Uderzyła nas ta różnica. Kiedy szli na Mszę i słyszeliśmy pieśni przy akompaniamencie organów, wstydziliśmy się, że zostaliśmy zredukowani do gromadzenia się w zwykłej klasie, aby symulować ćwiczenia bezsensownego kultu.

Ale to, co wstrząsnęło nami jeszcze bardziej, to miłość i oddanie księży i sióstr zakonnych, którzy poświęcili się służbie chorym, oddanie, które porównaliśmy z chłodem i obojętnością tych, którzy otaczali nas gdzie indziej. W rzeczywistości jeden z nas doświadczył tego podczas zagrażającej życiu choroby. Katolicyzm pociągał nas oraz bardziej. Nie odważyliśmy się jednak podjąć decyzji; nadal chcieliśmy studiować. W miarę postępów w zajęciach stawaliśmy się coraz bardziej świadomi fałszywej pozycji, w jakiej nas stawiano. Otwierała się przed nami historia i nie mogliśmy nie zdawać sobie sprawy z obecnego stanu narodu żydowskiego w porównaniu z jego przeszłością.

Trudności, których rozstrzygnięcia nasz rabin nigdy nam nie podał, piętrzyły się w naszych głowach. Klasyczne studium dzieł Bossueta, Fénelona i Massillona przygotowało nasze serca na przyjęcie łaski miłosiernego Boga. Następnie spojrzeliśmy na Pismo Święte. Od samego początku zdawaliśmy sobie sprawę, że nie możemy podążać sami; poszliśmy znaleźć świętego kapłana. Każdego dnia, gdy wychodziliśmy, udzielał nam instrukcji, rozwiewając nasze wątpliwości, wyjaśniając nam proroctwa i pomagając nam zrozumieć powiązania między Starym i Nowym Prawem.

Powiedzieliśmy więc sobie między sobą: “Jeśli Mesjasz przyszedł, to jest nim Jezus Chrystus i musimy zostać chrześcijanami. Jeśli nie przyszedł, nie możemy pozostawać Żydami, ponieważ czas obietnicy minął, a nasze księgi skłamały”.

Testowano nas przez ponad rok. Po dopuszczeniu do matury błagaliśmy o chrzest, nie było nas w szkole od dobrego miesiąca.

Naszej prośbie nie można było odmówić, zostaliśmy chrześcijanami i staliśmy się szczęśliwi.

Nie damy się zmusić do wyrzeczenia się naszej wiary; jesteśmy zdecydowani umrzeć wcześniej.

Wydaje nam się, że osiemnaście lat to wystarczający powód, by odróżnić prawdę od fałszu. Poza tym Żydzi poprosili o wolność sumienia i kultu, więc jak by to wyglądało, gdyby nam odmówili.

S. – Szanowny Panie, prosimy o bezstronność i zamieszczenie tego listu w następnym numerze.

Proszę przyjąć, Szanowny Panie, wyrazy naszego najwyższego szacunku.

Podpisano: Édouard LÉMANN

Achille LÉMANN [1]

Obaj bracia Lémann zostali wyświęceni na księży w roku 1860. Augustin został profesorem na Uniwersytecie Katolickim w Lyonie, a Joseph napisał kilka prac historycznych (w tym «L’Entrée des Israélites dans la société française» – «Wejście Izraelitów do społeczeństwa francuskiego» archive.org/details/lentredesisrali ).

Każdego roku, aż do śmierci, 13 września, wracali na róg Quai Saint-Antoine i Rue des Célestins, naprzeciwko starego domu ich opiekuna, aby publicznie odmówić Credo i podziękować Jezusowi za to, że dał im wiarę katolicką oraz odwagę, by oprzeć się presji ze strony rodziny.

Z książki: Les frères Lémann, P. Théotime de Saint Just (Paryż, 1937)

[1] – Le Courrier de Lyon, codzienna gazeta polityczna i literacka, niedziela, 17 września 1854 r.

INFO: dominicainsavrille.fr/le-cocktail-infernal-du-liberalisme

dominicainsavrille.fr/augustin-et-joseph-lemann-1836-1915-et-1836-1909

Niemcy w kryzysie. Gigant – Bosch – zwalnia 20 tys. pracowników

Niemcy w kryzysie. Gigant zwalnia 20 tys. pracowników

Niemiecki gigant przemysłowy Bosch potwierdza masowe zwolnienia po gwałtownym spadku zysków. W tle rosnące bezrobocie, kryzys motoryzacji i narastająca presja na rząd w Berlinie. Niemcy stają przed pytaniem o przyszłość swojej pozycji gospodarczej w Europie.

2026-02-01, polskieradio/niemcy-w-kryzysie-gigant-zwalnia-20-tys-pracownikow

Bosch potwierdza zwolnienia. „Zyski spadły niemal dwukrotnie”

Koncern Bosch oficjalnie potwierdził plan redukcji 20 tysięcy miejsc pracy na świecie. Decyzja zapadła po tym, jak zyski firmy w ubiegłym roku spadły niemal o 50 proc., co dobitnie pokazuje skalę problemów, z jakimi mierzy się niemiecki sektor przemysłowy. – Rzeczywistość gospodarcza znajduje także odzwierciedlenie w naszych wynikach – przyznał prezes Boscha Stefan Hartung. Jak dodał, rok 2026 będzie dla spółki „trudny, a w niektórych obszarach wręcz bolesny”. Bosch pozostaje jednym z kluczowych dostawców części dla branży motoryzacyjnej, która obecnie przeżywa głębokie załamanie.

Bezrobocie w Niemczech najwyższe od 12 lat

Problemy Boscha zbiegają się z niepokojącymi danymi makroekonomicznymi. Według oficjalnych statystyk opublikowanych w piątek, stopa bezrobocia w Niemczech wzrosła do 6,6 proc., osiągając najwyższy poziom od dwunastu lat. W styczniu liczba osób pozostających bez pracy przekroczyła trzy miliony. Dane te dodatkowo wzmacniają obawy o kondycję największej gospodarki Europy i podnoszą presję na decydentów politycznych w Berlinie.

Decyzja Boscha wpisuje się w szerszy kryzys niemieckiej motoryzacji – sektora, który przez dekady był filarem krajowej produkcji i eksportu. Branża od miesięcy notuje masowe redukcje zatrudnienia.

Z raportu EY wynika, że tylko w 2024 roku w Niemczech zlikwidowano ponad 50 tysięcy miejsc pracy w sektorze motoryzacyjnym. Spadające zamówienia, wysokie koszty energii oraz niepewność regulacyjna skutecznie hamują nowe inwestycje.

Presja polityczna i obawy o przyszłość konkurencyjności

Kryzys w motoryzacji stał się poważnym testem dla niemieckiego rządu oraz całej Unii Europejskiej. Branża, niegdyś uznawana za klejnot w koronie niemieckiej gospodarki, znajduje się pod silną presją wynikającą z polityki elektromobilności, wysokich cen energii oraz coraz agresywniejszej konkurencji ze strony producentów z Chin.

Eksperci ostrzegają, że wraz ze słabnięciem dostawców ryzyko przesuwa się z chwilowego spadku zysków w stronę trwałej utraty konkurencyjności. Rosnąca fala zwolnień i wstrzymywanie inwestycji sprawiają, że rząd kanclerza Friedricha Merza znajduje się pod rosnącą presją ze strony związków zawodowych i liderów przemysłu, by zrewidować niemiecką strategię przemysłową. W Niemczech – i coraz częściej w całej Europie – narastają wątpliwości, czy kraj zdoła utrzymać swoją pozycję jednej z kluczowych potęg gospodarczych świata.

Zawód: Ekspert od wszystkiego. MEM-y VII.

———————————————————-

————————————————————

———————————————————————

————————————————–

——————————————–

————————————————

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Korupcja na Ukrainie żąda wsparcia zewnętrznego. MEM-y VI.

——————————————————————

———————————

————————————————————–

——————————————–

——————————————

—————————————————-

——————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Tusk dyżuruje na SOR jako położnik. MEM-y V.

———————————————

—————————————————

—————————————————–

———————————-

——————————————————————–

———————————————————-

———————————————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Chirurżka i otolaryngolożka. MEM-y IV

————————————————–

———————————–

{„remix_data”:[],”remix_entry_point”:”challenges”,”source_tags”:[„local”],”origin”:”unknown”,”total_draw_time”:0,”total_draw_actions”:0,”layers_used”:0,”brushes_used”:0,”photos_added”:0,”total_editor_actions”:{},”tools_used”:{„selection”:2,”transform”:2},”is_sticker”:false,”edited_since_last_sticker_save”:true,”containsFTESticker”:false}

———————————-

—————————-

—————————————————–

—————————————————————

————————————————————————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano