W chrześcijańskiej demonologii szatan rzadko działa wprost. Znacznie częściej pozostaje reżyserem – ukrytym, ale konsekwentnym. Jak uczy Kościół, zło nie jest jedynie brakiem dobra. Jest realną rzeczywistością, która swój szczyt osiąga w osobie szatana – bytu absolutnie zbuntowanego przeciwko Bogu. W czerwcu 2026 roku ten „reżyser” przygotowuje w Gdańsku spektakl wyjątkowo zuchwały. Zaplanowanie Mystic Festivalu dokładnie na dni Uroczystości Bożego Ciała nie jest przypadkiem. To publiczne i demonstracyjne wypowiedzenie słów Non serviam! (Nie będę służył!) w twarz Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie.
Teologia buntu: Walka o służbę człowiekowi
Teologia katolicka uczy, że upadek aniołów był wynikiem pychy. Według niektórych teorii bunt wybuchł, gdy Bóg ujawnił aniołom, że ich przeznaczeniem jest służba Synowi Bożemu, który przyjmie kruchą, ludzką naturę. Słowa „Nie będę służył!” odnosiły się właśnie do Wcielonego Boga – Jezusa Chrystusa.
Dlatego uderzenie w Boże Ciało – święto upamiętniające realną obecność Chrystusa pod postacią chleba – jest dla środowisk satanistycznych celem priorytetowym. W tym samym czasie, gdy wierni wychodzą na ulice, by oddać cześć Bogu, inna część przestrzeni publicznej zostaje zajęta przez wydarzenie, które celebruje bunt, chaos i negację porządku stworzenia.
To nie jest zwykły koncert muzyczny. To ideologiczna próba zdominowania przestrzeni publicznej przez ducha pychy, który nienawidzi Chrystusowego człowieczeństwa.
Pułapka bałwochwalstwa: Magia nie działa, ale grzech zabija
Często słyszymy argument: „To tylko teatr, te symbole nie mają mocy”.
Kościół odpowiada jasno: magia nie ma realnej mocy sprawczej – gdyby ją miała, świat dawno ległby w gruzach. Kościół potępia jednak praktyki okultystyczne nie dlatego, że „działają” jak fizyczna siła, ale dlatego, że ten, kto się nimi zajmuje, grzeszy.
Świadome uczestnictwo w wydarzeniu, które drwi z Boga i profanuje święte znaki, jest aktem bałwochwalstwa. Człowiek nie jest zagrożony „urokiem” rzuconym ze sceny, ale własną decyzją o odwróceniu się od Stwórcy.
I właśnie tu kryje się największe zagrożenie: organizatorzy Mystic Festivalu przekonują młodych ludzi, że to niewinna rozrywka, podczas gdy w rzeczywistości zastawiają na nich pułapkę – zachęcają do wejścia w przestrzeń, która oswaja bunt wobec Boga i ośmiesza wiarę.
Lekcja z Kansas: Milczenie to zło
Największym zwycięstwem szatana jest albo przekonanie ludzi, że nie istnieje, albo przypisywanie mu zbyt dużej mocy, co rodzi paraliżujący strach. Jak zauważają eksperci z TFP (Tradition, Family and Property), oba te podejścia prowadzą do bierności.
W stanie Kansas w Stanach Zjednoczonych (marzec 2025) katolicy odrzucili oba te błędy. Nie bali się demonicznych rytuałów, ale też nie zlekceważyli ich jako „nieistotnych”.
Dzięki mobilizacji 95 000 osób podpisujących petycję pokazali, że publiczne zło wymaga publicznego sprzeciwu. Skutecznie wywarli presję na władze, przypominając, że „milczenie w obliczu zła to zło”.
Jeśli obok bluźnierstwa w Gdańsku przejdziemy obojętnie, damy sygnał, że nasze wyznanie wiary jest jedynie prywatnym sentymentem, a nie publiczną prawdą.
Doświadczenie z Kansas pokazuje, że także dziś nie jesteśmy bezsilni.
Odpowiedź wiernych: rozeznanie, sprzeciw i wynagrodzenie
Zasięg działania złego jest ograniczony – szatan ma „chęć szkodzenia wielką, a moc minimalną”. Jego jedynym realnym narzędziem jest nasza zgoda na grzech. Dlatego nasza odpowiedź na czerwiec 2026 musi być konkretna:
Rozeznanie zagrożeń: Nie dajmy się uśpić narracji o „artystycznej prowokacji”. Bluźnierstwo to obiektywne zło moralne, które rani duszę uczestnika.
Sprzeciw: Petycja do władz Gdańska. Mamy prawo i obowiązek powiedzieć jasno: nie ma zgody na profanację świętości w przestrzeni publicznej. To nasz obowiązek wynikający z miłości do Boga.
Wynagrodzenie: Naszą odpowiedzią na szał buntu nie może być jedynie gniew, ale przede wszystkim wierność. Każdy krok w procesji Bożego Ciała, każda modlitwa i adoracja niech stają się aktem wynagrodzenia za zniewagi wobec Boga.
Obrona Sacrum w Gdańsku to nie walka z muzyką. To walka o to, czy Bóg ma jeszcze prawo być obecny w naszym życiu publicznym bez szyderstwa i pogardy. Nie bójmy się – w towarzystwie Naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa demony nie mają ostatniego słowa.
Ale to od nas zależy, czy Go publicznie wyznamy.
Podpisz petycję. Nie pozwól, by Twoje milczenie zostało odczytane jako zgoda. Stań w wyłomie razem z nami!
Zawsze, gdy Izrael zabija masę cywilów, zachodnie media zaczynają publikować artykuły o „antysemityzmie” i nastrojach anty-żydowskich.
„ Żydzi zaczynają się zastanawiać: Czy gdziekolwiek jest bezpiecznie? ” – głosił niedawno nagłówek w „The Wall Street Journal” z podtytułem „Znów jak w latach 30. XX wieku”. Wrogość wobec Żydów rośnie w krajach zachodnich, gdzie w ostatnich dekadach czuli się oni bezpiecznie.
Artykuł w The Atlantic zatytułowany „ Grzeczny pogrom w Kanadzie ” w dziwaczny sposób próbuje dowodzić, że „tolerancja dla fanatyzmu” w jakiś sposób „eliminuje Żydów z życia publicznego”.
What about 92 million people in Iran, 5 million people in Lebanon, 2.7 million people in the West Bank, and 2 million people in Gaza? Is anywhere safe for them?
The Wall Street Journal @WSJWSJ
A new Middle East war sparks another surge in antisemitism. Jews begin to wonder: Is anywhere safe? https://t.co/Fzook2jYxR
13:30 · 27 marca 2026 · 28,6 tys. wyświetleń Views
16 odpowiedzi Replies· 763 reposty Reposts· 2,65 tys. polubień Likes
=================================================
Tymczasem w rzeczywistości ludzie są bezlitośnie mordowani w Iranie, Libanie i Palestynie przez Izrael i jego sojuszników. Im bardziej obrzydliwe to się robi, tym bardziej agresywne staje się trollingowe zamartwianie się o „antysemityzm”.
W magazynie Jewish Chronicle ukazał się artykuł Maureen Lipman zatytułowany „ Czy świat ma pojęcie, jak zmęczony jest naród izraelski? ”, z podtytułem „Pewien bliski przyjaciel powiedział mi, że jego wnuki musiały wejść do swojego bezpiecznego pokoju ponad 200 razy od początku obecnej bitwy”.
„BBC i reporterzy na całym świecie nie zaglądają do schronisk, gdzie dzieci są uczone kłaść się na podłodze, gdy zawyją syreny” – pisze Lipman. „Nie informują też o zamknięciu szkół. Większość izraelskich dzieci opuszczała lekcje każdego dnia od czasu pandemii COVID-19. Czy media w ogóle zdają sobie sprawę z lęku przed osobami starszymi w Izraelu?”
Absolutnie niewiarygodne. Pisze tak, jakby Izraelczycy byli jedynym narodem na Ziemi, którego kraj jest bombardowany. Tylko syjoniści mogliby zrzucać bomby na sąsiednie narody każdego dnia przez lata, a potem mówić: „NIKT NA ŚWIECIE NIE MOŻE SOBIE WYOBRAZIĆ, JAK TO JEST ŻYĆ W STRACHU PRZED NALOTAMI!”
keewa 🇵🇸@keewakeewa
We do not care Maureen, not an ounce
12:39 · 26 marca 2026 · 680 tys. wyświetleń Views
3,22 tys. odpowiedzi Replies· 5,81 tys. repostów Reposts· 36 tys. polubień Likes
===============================================
Zachodni dziennikarze są pod tak ogromną presją, by poprawić wizerunek Izraela i promować izraelskie interesy informacyjne, że Associated Press opublikowała właśnie artykuł redakcyjny zatytułowany „ AP nazywa atak Izraela na Liban inwazją. Co to oznacza i dlaczego ma to znaczenie? ”, uzasadniając swoją decyzję o nazwaniu tego, co jest ewidentnie i bezsprzecznie inwazją, tym, czym jest.
Nigdy nie widzieliście, żeby zrobili to z Ukrainą. Nigdy nie widzieliście, żeby media długo debatowały nad tym, jak to nazwać, a potem publikowały artykuły w stylu: „Będziemy to nazywać rosyjską inwazją, jesteśmy prawie pewni, że tak się to nazywa, proszę, nie gniewajcie się na nas!”. Tak bardzo boją się zwolenników Izraela i jak bardzo czują presję, by bez względu na wszystko trzymać się imperialnej linii.
Autor artykułu, Martin Sherman, odrzuca twierdzenia, że ludność Gazy można „zde-radykalizować” – tak jakby problemem była radykalizacja Palestyńczyków, a nie radykalna ideologia polityczna ludzi, którzy prowadzą wobec nich kampanię eksterminacji. Zamiast tego, argumentuje Sherman, wszyscy muszą zaakceptować „surową rzeczywistość”, że jedynie aneksja i czystki etniczne mogą doprowadzić do trwałego pokoju w Strefie Gazy.
=========================================
Niall Stanage@NiallStanageNiallStanage
To be clear, this is an opinion column in a major Israeli newspaper advocating ethnic cleansing.
The Jerusalem Post @Jerusalem_PostJerusalem_Post
Opinion: The only way Israel can govern the Gaza Strip without becoming an external oppressor of “another people” is to remove “the other people” from the confines of the Gaza Strip itself. https://t.co/akqvURrJfm
3:07 · 29 marca 2026 · 1,05 mln wyświetleń Views
========================================
„Jedynym sposobem, w jaki Izrael może zagwarantować, jak Strefa Gazy będzie rządzona i kto będzie nią rządził, jest rządzenie nią samemu” – pisze Sherman. „Co więcej, jedynym sposobem, w jaki Izrael może rządzić Strefą Gazy, nie stając się zewnętrznym ciemiężycielem »innego narodu«, jest usunięcie »innego narodu« z granic samej Strefy Gazy”.
===================================
“This is not radical right-wing radicalism. It is merely sound and sober political science,” Sherman writes.
If it isn’t right-wing radicalism to advocate the mass purge of a colonized indigenous population from their homeland for being the wrong ethnicity, then right-wing radicalism does not exist. That’s pretty much as right-wing extremist as it gets.
And this is an entirely mainstream Israeli publication.
If anyone on earth needs to be deradicalized, it’s the Israelis and their supporters.
To, co się teraz dzieje, to przetwarzanie globalnego systemu operacyjnego. A nowy system operacyjny działa na platformie Petroyuan.
Piekielna machina eskalacji dociera do strefy rozpaczy.
Sekretarz Wiecznych Wojen, mianowany przez pawiana barbarzyństwa, który twierdzi, że jest „zmęczony wygrywaniem”, rozważa kilka scenariuszy „inwazji lądowej” równolegle z niszczycielską kampanią bombardowań, która rzekomo ma zadać „ostateczny cios” Iranowi.
Wyspa Kharg to taktyka dywersyjna: jest zbyt oddalona od głównego celu. Przejęcie statków po wschodniej stronie Cieśniny Ormuz jest niewykonalne: nieuchronnie spotkałoby się to z gradem pocisków przeciwokrętowych.
Pozostają dwa scenariusze: zdobycie Abu Musy oraz dużej i małej wyspy Tunb na północ od Zjednoczonych Emiratów Arabskich (do których prawa zgłaszają Zjednoczone Emiraty Arabskie) lub strategiczna mała wyspa Larak (na wschód od większej wyspy Keszm), część korytarza morskiego, gdzie marynarka wojenna Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej kontroluje przepływ tankowców, które uiściły opłatę za przejazd w Cieśninie Ormuz.
Jedyną drogą do Larak jest droga przez Keszm.
Keszm jest większy niż Okinawa. Podczas II wojny światowej zdobycie Okinawy zajęło trzy miesiące, 184 000 żołnierzy i co najmniej 12 500 ofiar. Keszm jest usiany niezliczonymi irańskimi pociskami przeciwokrętowymi i dronami, ukrytymi na przestrzeni setek kilometrów w klifach i jaskiniach.
Teraz o trzech wyspach irańskich, do których roszczenia zgłaszają również Zjednoczone Emiraty Arabskie.
ZEA odrzuca nawet możliwość zawieszenia broni z Iranem. Ich ambasador w USA, Yousef al-Otaiba, opublikował podżegający do wojny felieton, w którym domagał się „ostatecznego wyniku” wojny – czyli pokonania „irańskiego zagrożenia”. Później potwierdził, że Abu Zabi zamierza poprowadzić „koalicję chętnych”, aby ponownie otworzyć Cieśninę Ormuz (która nie jest zamknięta, a jedynie dla narodów wrogo nastawionych do Iranu).
Tak naprawdę liczy się aspekt „podążania za pieniędzmi”: Yousef al Otaiba potwierdził zaangażowanie inwestycyjne ZEA na kwotę 1,4 biliona dolarów w imperium chaosu –[USA md] obejmuje to liczne transakcje w obszarach energetyki, infrastruktury AI, półprzewodników i produkcji.
Piekielna machina eskalacji działa na pełnych obrotach. Teheran skrupulatnie przeanalizował każdą formę bezpośredniego zaangażowania ZEA – zarówno w wybuch wojny, jak i w obecną eskalację konfliktu. Abu Zabi nie tylko gości amerykańskie bazy wojskowe, ale także umożliwiło Stanom Zjednoczonym wykorzystanie niektórych własnych baz lotniczych do ataków na Iran i pomogło wrogim podmiotom w tworzeniu baz danych celów, wykorzystując infrastrukturę sztucznej inteligencji Emiratów.
Nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę, że Abu Zabi jest de facto kluczowym sojusznikiem osi syjonistycznej w Zatoce Perskiej.
Teheran pokazuje Abu Zabi drogę do piekła
ZEA de facto przystępuje do wojny z Iranem. Nic więc dziwnego, że Teheran określił już pięć kluczowych celów swojego śmiercionośnego kontrataku – jak donosi agencja prasowa Fars:
Kompleks Jebel Ali do produkcji energii elektrycznej i odsalania w Dubaju
Elektrownia jądrowa Barakah w Abu Zabi
Elektrownia Al Taweelah
Stacja M w Dubaju
Park Solarny im. Mohammeda bin Rashida
Ataki na te pięć potwierdzonych celów spowodowałyby rozległe przerwy w dostawie prądu, sparaliżowałyby odsalanie wody i zamknęły centra danych w Emiratach. Teheran z góry pokazuje Abu Zabi, że jeśli amerykańscy marines rozpoczną operację w Ormuzie z terytorium Emiratów, to droga do piekła będzie niechybna.
Abu Zabi nie wiedziałoby, co je spotkało. Dodatkowym celem mógłby być ponownie rurociąg Habshan-Fujairah: 380 kilometrów lądem, łączący pola naftowe Abu Zabi z portem Fujairah nad Zatoką Omańską, transportujący 1,5 miliona baryłek dziennie – z całkowitej produkcji wynoszącej 3,4 miliona baryłek – i omijający Cieśninę Ormuz.
Dla Abu Zabi sojusz z imperium chaosu jest kategorią bezwzględną – ze względu na już zadeklarowane 1,4 biliona dolarów. Dżabal Ali musi działać z pełną prędkością, ponieważ ZEA jest centralnym węzłem w – obecnie de facto niedziałającym – korytarzu IMEC (Indie–Bliski Wschód–Europa), który jest w istocie izraelskim korytarzem łączącym Europę z Indiami przez Emiraty.
Grupa AD Ports w Abu Zabi posiada 30-letnią koncesję w Akabie, jedynym jordańskim porcie towarowym. DP World of Dubai posiada 30-letnią koncesję o wartości 800 milionów dolarów w Tartusie w Syrii, kluczowym porcie we wschodniej części Morza Śródziemnego. Oznacza to, że ZEA jest znaczącym graczem na ważnych szlakach morskich między Azją a Europą.
ZEA jest obecnie skutecznie wypychane z i tak już podupadającego IMEC. Cenne ładunki do i z Azji nie przepływają już przez Dżabal Ali, ale przez porty w Omanie, Arabii Saudyjskiej (koleją do Jordanii, a następnie do Syrii, Turcji i Europy) lub w Katarze (trasą lądową do Arabii Saudyjskiej). Powstaje zupełnie nowy korytarz logistyczny.
Dżabal Ali do tej pory korzystał z wizerunku niezastąpionego centrum przeładunkowego w Azji Zachodniej, generując znaczne zyski z rocznego wolumenu handlu wynoszącego 1 bilion dolarów. Ten model biznesowy chyli się ku upadkowi – wraz z błyszczącą maszyną do prania brudnych pieniędzy w Dubaju.
Niejasna rola Pakistanu
Imperium chaosu polegało – i może nadal polegać – na wykorzystaniu przewidywalnej odmowy Teheranu zaangażowania się w pośrednie „negocjacje” na temat wojny w Pakistanie jako uzasadnienia dla kolejnego „ostatecznego ciosu”.
Wszystko to nie wydaje się zakłócać starannego planowania Teheranu, gdyż główne cele pozostają niezmienne: stworzenie nowego porządku geopolitycznego i bezpieczeństwa w Azji Zachodniej, utrzymanie odstraszającej siły Iranu zdobytej w wyniku ataków oraz ustanowienie dominacji nad arabskimi petro-monarchiami i „kultem śmierci” w Azji Zachodniej.
ZEA chce przystąpić do wojny? Z punktu widzenia Teheranu to idealne rozwiązanie: idealne uzasadnienie zniszczenia całej kluczowej infrastruktury.
Można było przewidzieć, że 15-punktowy plan ekipy Trumpa, przekazany za pośrednictwem Pakistanu, był skazany na porażkę od samego początku. Był to wymuszony akt kapitulacji – dokument kapitulacji podszywający się pod „negocjacje”.
Teheran odmówił dalszej rozmowy z duetem „Heckle and Jeckle”, Witkoffem i Kushnerem, których irańscy dyplomaci uważają za zdrajców. Para ta nie była nawet w stanie zrozumieć hojnych propozycji Iranu sformułowanych w Genewie i przetłumaczonych na uproszczony angielski przez omańskich dyplomatów.
Natychmiast trzeba było zmienić narrację: teraz wiceprezydent JD Vance miał omówić plan i rzekomo spotkać się z przewodniczącym irańskiego parlamentu Ghalibafem w Islamabadzie.
Ale i to się nie powiodło – głównie dlatego, że nie można ufać pakistańskiemu dowództwu wojskowemu.
„Pawian barbarzyństwa” [ Pakistan] twierdził, że Iran zaoferował mu osiem tankowców z ropą naftową. Tankowce te przepłynęły przez Cieśninę Ormuz pod banderą Pakistanu i zostały „zaoferowane” Amerykanom dopiero później. Nic dziwnego, że Iran wstrzymał tranzyt ropy do Pakistanu przez Cieśninę Ormuz.
Najważniejszym sojusznikiem Langley w Pakistanie jest generał armii, dowódca generalny Asim Munir – członek grupy, która obaliła i uwięziła byłego premiera Imrana Khana. Munir utrzymuje bezpośredni kontakt z Trumpem.
Obaj rozmawiali długo o Iranie, przy czym Munir wykorzystywał nieoficjalne kanały komunikacji między Teheranem a duetem Witkoff-Kushner – wszystko pod pretekstem „negocjacji”.
Munir jest zagorzałym anty-szyitą, wręcz salafickim w swoich poglądach i ma bardzo bliskie powiązania z Arabią Saudyjską, która namawia Trumpa do całkowitego zaatakowania Iranu.
Ponure perspektywy dla Rady Współpracy Zatoki Perskiej
Wszystko to wydarzyło się po tym, jak rosyjskie kanały wywiadowcze dostarczyły Korpusowi Strażników Rewolucji Islamskiej potwierdzonych informacji, że „szybka” wojna syndykatu Epsteina, której celem była zmiana reżimu w Teheranie, była w pełni wspierana przez Arabię Saudyjską – finansowana przez Arabię Saudyjską, ZEA i Katar.
Ponadto większość używanych pocisków ma zasięg zaledwie 200–300 mil – co oznacza, że zostały wystrzelone z państw będących monarchiami naftowymi Rady Współpracy Zatoki Perskiej.
To jasno pokazuje, co może czekać państwa Rady Współpracy Zatoki Perskiej – z wyjątkiem Kataru i Omanu, które zajęły neutralne stanowisko i nie udostępniają swojego terytorium do ataków.
Kuwejt jest fikcją i w dłuższej perspektywie może zostać wchłonięty przez Arabię Saudyjską lub Irak.
Bahrajn jest siedzibą dużej amerykańskiej bazy wojskowej, która została zniszczona. Jeśli szyicka większość podejmie działania, Bahrajn może znaleźć się w irańskiej strefie wpływów – lub, alternatywnie, pod kontrolą Arabii Saudyjskiej.
ZEA pod rządami MbZ to projekt w odwrocie. Model Dubaju już umarł – gospodarka portowa, system finansowy, centrum prania pieniędzy. W dłuższej perspektywie Emiraty mogą powrócić do Omanu, tak jak przed 1971 rokiem.
Iraccy analitycy już otwarcie dyskutują o możliwych reorganizacjach terytorialnych: Bahrajn z powrotem przyłączony do Iranu, Kuwejt do Iraku, Emiraty do Omanu, Arabia Saudyjska mogłaby przejąć Katar.
Arabia Saudyjska pozostaje decydującym czynnikiem. Uderzające jest to, że Rijad nie jest częścią grupy mediatorów (Turcja, Egipt, Pakistan).
MbS wspierał ataki USA przed wojną i teraz mógł sam interweniować. W takim przypadku Iran zniszczyłby całą saudyjską infrastrukturę energetyczną, a Huti zablokowaliby Morze Czerwone.
Kraje Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) mogłyby odegrać kluczową rolę w potencjalnym załamaniu się światowego systemu finansowego, gdyż byłyby zmuszone do masowego wycofania kapitału ze Stanów Zjednoczonych.
Chiny i Petro-yuan
Chiny uważnie śledzą rozwój sytuacji. Obalenie Asada zerwało kluczowe ogniwo Inicjatywy Pasa i Szlaku.
Chiny polegały na połączeniu kolejowym między Iranem, Irakiem i Syrią, aby ominąć wąskie gardła na morzu. Kontrola Iranu nad Cieśniną Ormuz mogłaby teraz stanowić gospodarczy kontratak.
Iran zinstytucjonalizował petro juan jako system płatności w Ormuz. Osiemdziesiąt procent dochodów z ropy naftowej było już przetwarzane w juanach. Teraz system obejmuje również opłaty transportowe, omijanie dolara, sankcji i SWIFT – co stanowi jedno z najpoważniejszych wąskich gardeł w światowej gospodarce.
ZEA nie korzysta z tego rozwoju. Globalny system operacyjny jest przepisywany – i działa na platformie Petro0yuan.
Szpital w Łodzi, który odmówił zabicia chłopczyka o imieniu Felek w 9-miesiącu ciąży i który zaoferował pomoc dziecku oraz jego mamie, został ukarany. Ma zapłacić ponad 200 000 zł grzywny za chęć udzielenia pomocy medycznej choremu pacjentowi. W tym samym czasie Gizela Jagielska, która w Oleśnicy zabiła Felka zastrzykiem z chlorku potasu w serce, została nagrodzona – wybrano ją „Superbohaterką roku”. Co można w takiej sytuacji robić? Krótką rolkę video nagrała na ten temat Ania, koordynatorka naszej Fundacji, która zajmuje się m.in. naszym programem Ocalone.org, w ramach którego pomagamy kobietom namawianym do aborcji.
Z wyrazami szacunku,
Kinga Małecka-PrybyłoFundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080 NIP: 1231051050 REGON: 010083573 ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Aleksander Dugin o wojnie eschatologicznej i irańskiej strategii oporu.
Z definicji Trump nie mógłby wygrać wojny z Iranem. I nie może. Pytanie tylko, jak dokładnie ją przegra. To, co mówi, jest niemal bez znaczenia. To po prostu agonia – nie tylko jego osobista agonia, ale agonia całego systemu.
Lobby izraelskie, mimo swojej niezwykłej skuteczności, pociągnie Trumpa w dół. A on pociągnie je w dół ze sobą. To gwarantowane wzajemne zniszczenie.
W lobby syjonistycznym wszystko jest niezwykle racjonalne i starannie wykalkulowane – aż do momentu, gdy nastąpi ostateczny akt: przyjście Mesjasza. To jest weksel, na którym wszystko jest zbudowane. Jest on wystawiony na przyszłe wydarzenie. Jeśli ta przyszłość się nie ziści, wszystko się zawali.
Chrześcijański syjonizm jest jeszcze gorszy: wszystko opiera się w nim na czystej halucynacji (wniebowzięcie ich kościoła itd.), która nie może się wydarzyć, bez względu na to, jak bardzo się tego pragnie.
W ten sposób suma racjonalnych kroków podjętych przez siły, które przejęły kontrolę nad Trumpem, kończy się irracjonalnym akordem. Nieuchronnie.
Iran ma swoją własną eschatologię. Ale nie na niej polega; opiera się na oporze. Cokolwiek Irańczycy mogą sobie wymarzyć, właśnie teraz bronią swojej ojczyzny przed inwazją robactwa, morderców i koalicji Epsteina. Po upadku kompromisowego przywództwa, w Korpusie Strażników Rewolucji Islamskiej pozostały tylko najtwardsze, najbardziej nieugięte siły – ludzie, którzy nie mają nic do stracenia i nic do negocjacji. A już najmniej z robactwem, mordercami i koalicją Epsteina.
Irańczycy głęboko gardzą tchórzliwymi, chwiejnymi Arabami. A sztuczny raj, który ci Arabowie tak pieczołowicie zbudowali – z łatwością go zniszczą. Już go niszczą. Dotarcie do Izraela jest trudniejsze, ale oni również tam dotrą.
Z jeszcze większym zapałem gotowi są wysadzić w powietrze światową gospodarkę, systemy energetyczne i handel, zerwać kable internetowe na dnie Cieśniny Ormuz i zatopić tak zachwalaną flotę zachodnią – wojskową i cywilną – przy użyciu tanich dronów morskich.
Syjoniści postępują eschatologicznie; szyici bronią się eschatologicznie. Irańczycy nie żyją w oczekiwaniu na przyszłość. Stawiają desperacki opór, wszelkimi możliwymi sposobami, tu i teraz.
Widząc to, Trump zachwiał się. Oczywiście, nie wierzy w żadnego mesjasza, ani w czasy zbawienia, ani w Amaleka, ani w Goga i Magoga. Wierzy w siebie i w ryzykowne, nieskrępowane spekulacje giełdowe. To nie fanatyzm religijny, a raczej egocentryczna psychopatia na tle ogólnego wyczerpania starczego i konsekwencji jego burzliwych eskapad na wyspie Epsteina, które pozostawiły głębokie blizny.
Niewykluczone, że Trump w ostatniej chwili zdecyduje się porzucić ten kurs – który ewidentnie zmierza ku katastrofie – zrzucić winę za wszystko na alkoholika Hegsetha i spróbować płynąć na fali, z której właśnie zsuwa się po linie. Ale wtedy musiałby poświęcić syjonistów. Upubliczniliby nagrania z akt Epsteina, ale wtedy Trump mógłby się tym nie przejmować. Albo mógłby ich nie poświęcić i po prostu pójść na dno jak kamień. Albo mógłby umrzeć z powodu stresu. Nie jest już młody. Już zasypia na konferencjach prasowych i czasami nie rozpoznaje ludzi wokół siebie. Śmiał się z Bidena, ale lata robią swoje.
W tej chwili najważniejsze jest to, że Iran wytrzyma – że wytrzyma jeszcze chwilę. Od tego zależy los ludzkości. Wszystko stoi na krawędzi ostatecznego upadku, ale ten, kto upadnie pierwszy, daje stronie przeciwnej szansę na przegrupowanie się i podjęcie działań.
Jednocześnie, tech-bracia z Doliny Krzemowej mają swoją własną eschatologię. Prezes NVIDII ogłosił przedwczoraj, że sztuczna inteligencja ogólna (AGI) już istnieje; w konsekwencji, osobliwość, przed którą ostrzegał Elon Musk, nadeszła. Ludzie nie są już potrzebni, konkludują chłodno tech-bracia – i być może mają własny plan wobec tych eschatologicznych bitew. To nie przypadek, że ich ideolog, Peter Thiel, podróżuje po Europie, wygłaszając wykłady na temat „Antychrysta i Katechona”. Mówiąc „Antychryst”, ma na myśli Sorosa, globalistów i Gretę Thunberg (co jest prawdą); mówiąc „Katechon”, ma na myśli siebie i Sztuczną Inteligencję Ogólną (AGI) – co jest całkowicie błędne, ponieważ to również jest Antychryst, tylko bardziej zaawansowany, współczesny.
Kraje bałtyckie otwierają swoją przestrzeń powietrzną dla Ukrainy w celu przeprowadzenia ataków na Rosję
W ostatnich dniach ukraińskie drony bez wątpienia przelatywały nad krajami bałtyckimi i Finlandią podczas ataków na rosyjski region Petersburga. Państwa NATO najwyraźniej oficjalnie otworzyły swoją przestrzeń powietrzną w celu przeprowadzenia ataków na Rosję, co stanowi jawny udział w wojnie.
Anti-Spiegel 29 marca 2026
Fakt, że państwa NATO – Polska [?? md] , Litwa, Łotwa i Estonia – zezwalają Ukrainie na korzystanie ze swojej przestrzeni powietrznej do ataków dronów na rosyjski region Petersburga, jest kwestią niezwykle delikatną, ponieważ oznaczałoby to bezpośredni udział tych państw w wojnie – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Dlaczego Rosja nie miałaby odpowiedzieć odwetem i zaatakować celów w tych krajach, skoro uczestniczą one w atakach na Rosję, zezwalając na korzystanie ze swojej przestrzeni powietrznej?
Ponieważ ten temat jest dla wielu nieznany, najpierw przedstawię tło, a następnie przejdę do bieżących doniesień.
Kontekst
Pod koniec lata 2024 roku otrzymałem informację z rosyjskich źródeł bezpieczeństwa, że ukraińskie drony wlatywały w rosyjską przestrzeń powietrzną z państw bałtyckich podczas ataków na Petersburg. Nie poinformowałem o tym wówczas, ponieważ była to informacja poufna. Rosyjskie media przymykają na to oko, ponieważ cokolwiek innego oznaczałoby wojnę z NATO. A przynajmniej z UE, ponieważ Stany Zjednoczone prawdopodobnie nie wezmą w niej udziału, biorąc pod uwagę obecny stan rzeczy.
Ataki na Petersburg nie są zatem tematem rosyjskich mediów; w najlepszym razie pojawiają się jako krótkie wzmianki. Tak jest również teraz, mimo że Petersburg jest atakowany każdej nocy od ponad tygodnia przez dziesiątki dronów. W Rosji doniesienia te pojawiają się jedynie drobnym drukiem.
Pierwsze oficjalne rosyjskie oświadczenia w tej sprawie pojawiły się w lipcu 2025 roku, kiedy wpływowy rosyjski parlamentarzysta poruszył tę kwestię w mediach społecznościowych, ostrzegając, że kraje, z których Rosja jest atakowana, muszą zrozumieć, że gdy Rosja otrzyma „stuprocentowy dowód na to, że są zaangażowane w ataki na Rosję”, „odwet jest nieunikniony”. Stwierdził, że państwa bałtyckie to nie Ukraina i mogą zostać podbite w ciągu tygodnia.
Od co najmniej końca sierpnia 2025 roku praktycznie nie da się zaprzeczyć, że państwa bałtyckie zezwalają Ukrainie na korzystanie ze swojej przestrzeni powietrznej do ataków na Sankt Petersburg. W tym czasie rosyjska rafineria w Ust-Łudze, niedaleko granicy z Estonią, została zaatakowana i uszkodzona przez drony. Tej samej nocy z krajów bałtyckich donoszono o obserwacjach dronów, dokładnie wzdłuż trajektorii, którą musiałyby obrać drony z Ukrainy. Jeden z dronów rozbił się w Estonii.
Rosyjskie media również „przeoczyły” to wówczas; nie było to wydarzenie warte uwagi mediów, a jedynie rosyjscy blogerzy donieśli o tym za pośrednictwem Telegramu.
Obecna eskalacja
Od tygodnia w Petersburgu obowiązuje codzienny alarm dronowy. Każdej nocy dziesiątki dronów przelatują z krajów bałtyckich w kierunku aglomeracji Petersburga; jednej nocy doniesienia wskazywały na zestrzelenie ponad 50 dronów. Rosyjskie media jak dotąd informowały o tym jedynie drobnym drukiem, o ile w ogóle, i unikały wzmianki o pochodzeniu dronów z krajów bałtyckich.
Ataki są wymierzone przede wszystkim w Ust-Ługę, gdzie znajduje się rafineria i główny port przeładunkowy ropy naftowej i gazu; Kronsztad z ważną bazą morską; oraz port Primorsk. Najwyraźniejszym celem jest zniszczenie infrastruktury energetycznej i portowej, a także stoczni. Oczywiście NATO gromadzi kluczowe dane, ponieważ takie ataki dają możliwość poznania funkcjonowania obrony powietrznej kraju, którego atak dotyczy, jego struktur dowodzenia itd.
W środę, 25 marca, drony rozbiły się również w krajach bałtyckich. Odnotowano również obserwacje dronów, które rosyjski kanał Telegram naniósł na mapę, wskazując w ten sposób trasę ich lotu. To zainspirowało jeden z nielicznych artykułów w Rosji poruszających ten temat. RT-DE przetłumaczył artykuł.
Zmasowany atak w środę, obserwacje dronów w krajach bałtyckich i katastrofa jednego z ukraińskich dronów w Estonii skłoniły Der Spiegel do pierwszej wzmianki o tym, że Ukraina korzysta z przestrzeni powietrznej państw bałtyckich do ataków na region Petersburga. Wkrótce omówimy, co Der Spiegel powiedział swoim czytelnikom na ten temat; najpierw przyjrzyjmy się, jak państwa bałtyckie to wyjaśniły.
Zajęło im to kilka dni, ale 27 marca estoński minister obrony Hanno Pevkur oświadczył w wywiadzie, że Estonia nie zestrzeliła dronów, które wleciały w jej przestrzeń powietrzną, aby zapobiec konfliktowi z Rosją. Powiedział, że kraj myślał, że dron pochodzi z Rosji i „nie miał interesu w dawaniu Rosji pretekstu do oskarżenia Estonii o rozpoczęcie wojny”.
To oczywiście kłamstwo, ponieważ ataki na przestrzeń powietrzną państw bałtyckich trwały już od kilku dni, a NATO ściśle monitoruje tamtejszą przestrzeń powietrzną. Wiadomo już było, że drony wystrzeliwane z północno-zachodniej Ukrainy atakowały Rosję przez kilka dni po przelocie nad Polską i państwami bałtyckimi. Co więcej, podobne katastrofy dronów miały miejsce na Litwie i Łotwie w poprzednich dniach, a litewskie władze poinformowały, że dron wystrzelony z Ukrainy rozbił się na Łotwie w poniedziałek wieczorem.
Państwa te prowokują wojnę z Rosją i posługują się tak bezczelnymi kłamstwami, aby odwrócić uwagę. To z pewnością uciszy większość społeczeństwa, ponieważ mało kto zwraca uwagę na nieliczne doniesienia medialne na ten temat. Media zaś biorą udział w tej grze, publikując jedynie krótkie artykuły, które odwracają uwagę od niebezpieczeństwa wojny z Rosją, sprowokowanej przez państwa bałtyckie, zamiast informować czytelników o niebezpiecznej sytuacji, w jakiej znajdują się te państwa.
W piątek fińskie siły zbrojne ogłosiły zaostrzenie środków bezpieczeństwa w związku z incydentami z udziałem ukraińskich dronów w państwach bałtyckich. Finlandia posiada wielowarstwowy system obrony powietrznej i jest przygotowana do zwalczania dronów, które wkraczają w fińską przestrzeń powietrzną, celowo lub przypadkowo. Obecnie tego typu działania mają miejsce w południowo-zachodniej Finlandii i we wschodniej części Zatoki Fińskiej. Dotyczy to Sankt Petersburga, położonego na wschodnim krańcu Zatoki Fińskiej.
„Zabłąkane” drony
Jak wspomniano, Der Spiegel po raz pierwszy doniósł o tym temacie w zeszłym tygodniu, popisując się wyczynem wzmianki o ukraińskich dronach w bałtyckiej przestrzeni powietrznej, nie odnosząc się do kwestii, czy stanowi to udział państw bałtyckich w wojnie, a zamiast tego obwiniając Rosję.
Po masowym ataku i katastrofie dronów nad państwami bałtyckimi, Der Spiegel po raz pierwszy poinformował o tym incydencie w środę, 25 marca, pod tytułem „Agresywna wojna Rosji – ukraińskie drony w bałtyckiej przestrzeni powietrznej – uderzenie w elektrownię w Estonii”. Absurdalność tego „doniesienia” była widoczna już od samego wstępu:
„Dwa ukraińskie drony wojskowe zabłądziły w Estonii i na Łotwie. Jeden zderzył się z kominem, drugi rozbił się. Władze obwiniają Rosję”.
To nie jest „doniesienie”, to z definicji propaganda. A Der Spiegel musi uważać swoich czytelników za niewiarygodnie głupich, bo rzut oka na mapę wystarczyłby, by zrozumieć, że ukraińskie drony nie tylko „zabłądziły” w Estonii i na Łotwie, ale celowo wybrały tę trasę, by zaatakować cele w pobliżu Sankt Petersburga.
W artykule brzmi to jednak zupełnie inaczej i nagle nie ma mowy o „zabłąkanych” dronach, bo już w pierwszym akapicie dowiadujemy się:
„Dwa ukraińskie drony wojskowe wleciały dziś rano z Rosji w przestrzeń powietrzną państw NATO: Estonii i Łotwy. Jeden z nich rozbił się w kominie elektrowni w Estonii, a drugi na Łotwie, jak poinformowały rządy dwóch krajów bałtyckich. Drony były częścią większego ukraińskiego ataku na cele w Rosji, wyjaśniły władze”.
Der Spiegel wspomina również o katastrofach dronów z poprzednich dni w innych krajach bałtyckich:
„Według źródeł litewskich, w poniedziałek dron rozbił się w jeziorze w tym kraju. (…) Prezydent Łotwy Edgars Rinkevics również potwierdził, że dron, który rozbił się w jego kraju, był ukraiński”.
Dowiadujemy się również, dlaczego Rosja rzekomo ponosi winę za incydenty z udziałem ukraińskich dronów:
„Wojna sprowokowana przez agresora, Rosję, doprowadziła nas do punktu, w którym drony spadają na terytoria wszystkich trzech państw bałtyckich w ciągu 48 godzin” – powiedział litewski minister obrony Robertas Kaunas. „Oczywiste jest, że obrona powietrzna stanowi wyzwanie nie tylko dla Litwy, ale dla całego NATO”.
Obrona powietrzna przed ukraińskimi dronami nie stanowiłaby problemu; wystarczyłoby po prostu zakazać Ukrainie korzystania z przestrzeni powietrznej NATO do ataków na Rosję. Jednak te państwa tego nie robią, ponieważ nie było ani jednego protestu skierowanego pod adresem Kijowa.
„Zboczyły z kursu”
W niedzielę 29 marca Der Spiegel opublikował artykuł pochwalny zatytułowany „Ataki na przemysł naftowy – Ukraina ponownie podpala rosyjski port eksportowy ropy”, w którym stwierdzono również, że ataki są przeprowadzane nad państwami bałtyckimi. Rosyjski port naftowy Ust-Ługa, niedaleko Sankt Petersburga i granicy z Estonią, ponownie został zaatakowany – a artykuł w Spiegelu brzmiał bardzo entuzjastycznie. … Ale każdy, kto uważnie przeczyta i pomyśli krytycznie, zda sobie sprawę, że Der Spiegel w swoim artykule po raz kolejny potwierdza, że Ukraina wykorzystuje przestrzeń powietrzną państw bałtyckich NATO (oraz Polski, która leży między Ukrainą a państwami bałtyckimi) do ataków na Rosję, ponieważ Der Spiegel pisze:
„Ukraińskie drony zostały ostatnio zauważone w krajach sąsiednich Rosji, a niektóre z nich rozbiły się tam. Finlandia zgłosiła w niedzielę podejrzenie naruszenia jej przestrzeni powietrznej przez drony w południowo-wschodniej części kraju. Ministerstwo Obrony poinformowało o wykryciu kilku małych, wolno lecących obiektów na niskiej wysokości. Rozbiły się dwa drony. Siły Powietrzne poderwały myśliwiec w celu przeprowadzenia rozpoznania. Katastrofy dronów odnotowano również niedawno w Estonii, Łotwie i Litwie. Podobno były to ukraińskie drony, które zboczyły z kursu podczas ataków na rosyjskie instalacje eksportu ropy naftowej na wybrzeżu Bałtyku”.
Nie, drony nie zboczyły z kursu. Nawiasem mówiąc, żadne oficjalne źródło tego nie potwierdza; Tylko Der Spiegel i inne media wysuwają takie twierdzenia. Jednak ten dodatek ujawnia, że niektórzy w redakcjach rozumieją niebezpieczną grę, w którą grają te kraje, prowokując otwartą wojnę z Rosją i stają się stroną konfliktu, udostępniając swoją przestrzeń powietrzną dla tych ataków.
Strategia medialna?
Podejście mediów przypomina mi eskalację na Morzu Bałtyckim. Dziś media donoszą o porwaniach statków handlowych przewożących rosyjskie ładunki, jakby to było coś zupełnie normalnego, podczas gdy w rzeczywistości jest to piractwo i jawna prowokacja militarnej odpowiedzi Rosji.
Kilka tygodni temu przedstawiłem chronologię eskalacji na Morzu Bałtyckim w artykule, który ilustruje, jak powstały narracje o uszkodzonych kablach podmorskich i rzekomo niebezpiecznej „flocie cieni”, co sprawiło, że czytelnicy mediów uważają teraz te pirackie metody za całkowicie normalne.
Sposób, w jaki media traktują te ataki dronów z wykorzystaniem przestrzeni powietrznej państw NATO i UE, przypomina mi to podejście. Dla wszystkich jest oczywiste, że stanowi to jawny udział tych państw w wojnie, ale przyzwyczajając się do tych wydarzeń poprzez doniesienia medialne na przestrzeni czasu, ludzie tracą ten fakt z oczu i uważają takie zachowanie za całkowicie normalne.
Te państwa europejskie ewidentnie próbują sprowokować Rosję do oddania pierwszego strzału, zamykając Morze Bałtyckie dla statków handlowych zmierzających do Rosji, co w efekcie blokuje port w Sankt Petersburgu, co samo w sobie jest aktem wojny. Co więcej, prowokują Rosję, pozwalając Ukrainie na wykorzystanie swojej przestrzeni powietrznej do ataków na Rosję.
Celem jest sprowokowanie Rosji do oddania pierwszego strzału, co nieuchronnie doprowadzi do wojny między Rosją a większością państw UE, podczas gdy Stany Zjednoczone wydają się nie ingerować w ten konflikt. Czy decydenci w stolicach europejskich w ogóle zdają sobie sprawę z konsekwencji?
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) 29 marca 2026michalkiewicz
Świat już wstrzymywał oddech przez upływem ultimatum, jakie amerykański prezydent Donald Trump przekazał był złowrogiemu Iranowi, że jeśli do północy z poniedziałku na wtorek, czyli z 23 na 24 marca, cieśnina Ormuz nie zostanie odblokowana dla żeglugi, to USA uderzą z mocą wielką i majestatem na irańskie elektrownie, zaczynając od największej.
Złowrogi Iran odpowiedział, że w takim razie on zaatakuje z mocą wielką nie tylko elektrownie w państwach rejonu Zatoki Perskiej, ale i odsalarnie wody, co byłoby katastrofalne zwłaszcza dla Dubaju i Kataru.
Aliści już w poniedziałek 23 marca rano prezydent Trump oświadczył, że przeprowadził ze złowrogim Iranem niezwykle owocne rozmowy, w związku z czym – no właśnie – nie wiemy, czy ultimatum zostało cofnięte, czy nie. Chodzi o to, że złowrogi Iran oświadczył, iż żadnych rozmów z Amerykanami nie prowadził. To może być prawda, bo dotychczasowe doświadczenia pokazują, iż wszyscy ci, co prowadzili z Ameryką jakieś rozmowy, zostali wkrótce potem pozabijani przez bezcenny Izrael przy pomocy niezwykle inteligentnych rakiet, co to nawet w tłumie potrafią rozróżnić uczciwego obywatela od ukrytego antysemitnika, którego czeka zasłużony zgon. Z kolei, gdy amerykański prezydent, nasz Najważniejszy Sojusznik, twierdzi, że przeprowadził ze złowrogim Iranem niezwykle owocne rozmowy, to nie wypada zaprzeczać. Pewne światło rzuca na tę sprawę okoliczność, że prezydent Trump poinformował o tych rozmowach 23 marca rano. Możliwe tedy jest, że przeprowadził je przez sen – dlatego okazały się takie owocne – i rano jeszcze był pod ich wrażeniem – no a potem już nie wypadało się z tych rewelacji wycofywać.
W tej sytuacji nie mamy wyjścia, jak odwołać się do odkrycia uczonych radzieckich co do przewidywania przyszłości – że wystarczy trochę poczekać – i już w najbliższy wtorek będziemy mogli zorientować się, jak jest i jak będzie – nawet bez pomocy pana generała Marka Dukaczewskiego, którego w takich sytuacjach zawsze wzywa na przesłuchanie do TVN resortowa „Stokrotka”.
Tymczasem pan prezydent Karol Nawrocki do listy swoich sprośnych błędów Niebu obrzydłych, które nieubłaganym palcem wytykają mu, wraz z zarzutami „zdrady”, funkcjonariusze i sympatykowie Volksdeutsche Partei, dołożył jeszcze jedną myślozbrodnię w postaci wizyty w Budapeszcie pod pretekstem przyjaźni polsko-węgierskiej. Jakby nie wiedział, że nasz nieszczęśliwy kraj – owszem – może przyjaźnić się nawet z Węgrami, ale – po pierwsze – jeśli uzyska od Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje stosowne pozwolenie, po drugie – gdy na czele rządu węgierskiego nie będzie stał znienawidzony Wiktor Orban, tylko zatwierdzony przez BND Piotr Magyar, a po trzecie – że rząd węgierski nie tylko nie będzie korzystał z ruskiej ropy, ale i nie będzie blokował w Brukseli forsy dla ukraińskich oligarchów.
Żaden z tych warunków nie został spełniony, toteż funkcjonariusze Volksdeutsche Partei, na czele z Księciem-Małżonkiem, który zazdrośnie pilnuje swojego monopolu na komentowanie spraw zagranicznych, nie szczędzą panu prezydentowi Nawrockiemu gorzkich wyrzutów tym bardziej, że na Węgrzech wkrótce odbędą się wybory, które Wiktor Orban ma przegrać – a w każdym razie – taki jest rozkaz Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, która właśnie postanowiła ukrywać przed węgierskim premierem wszystko, nad czym namawiają się w Brukseli unijni ważniakowie – bo ktoś puścił bąka, że węgierski minister spraw zagranicznych o wszystkim raportował swemu ruskiemu koledze. W związku z tym nasi funkcjonariusze Propaganda Abteilung radują się, że Wiktor Orban się „doigrał”. Zapominają wszelako, że jak tylko traktat lizboński zostanie znowelizowany – na co wyraził zgodę Parlament Europejski – to i nasz nieszczęśliwy kraj będzie dowiadywał się z gazet, co tam starsi i mądrzejsi postanowili w naszych sprawach – zgodnie z wytycznymi Adolfa Hitlera, który jeszcze w 1943 roku wyjaśniał, iż „małe państwa” w zjednoczonej Europie nie mają racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo Europę zorganizować. Tedy – jak mawiał książę Salina z powieści „Lampart” , „wiele musi się zmienić, by wszystko pozostało po staremu”, to znaczy – byśmy znowu stali się Generalną Gubernią.
Toteż nic dziwnego, że gdy Generalny Gubernator w osobie obywatela Tuska Donalda pojechał do Brukseli, żeby „walczyć” ze znienawidzonym ETS, czyli handlem emisjami złowrogiego dwutlenku węgla, Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wytłumaczyła mu, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku, bo ona zadba, żeby wszystkie co głupsze bantustany, dostały stosowną rekompensatę za poniesione straty. Toteż obywatel Tusk Donald już w samolocie wracającym do Warszawy tak pęczniał z dumy, że prawie orbitował w stanie nieważkości wokół własnej osi. ETS polega bowiem na tym, że poszczególne bantustany mają przydzielone limity emisji dwutlenku węgla, a jeśli je przekraczają, to muszą sobie je dokupić od lichwiarzy na giełdzie. Antysemitnikowie rozpuszczają tedy fałszywe pogłoski, że całym tym interesem kieruje stary Żyd w Jerozolimie, który na liczydłach wylicza wszystkie procenty, a Reichsfuhrerin oraz inni ważniakowie brukselscy się do tego akomodują.
A skorom już o antysemitnikach mowa, to burzę w szklance wody wywołał list Episkopatu Polski do parafian. Najwyraźniej jest on efektem ostatnich nominacji Jego Świątobliwości Leona XIV, który postawił J.Em. Grzegorza kardynała Rysia na posadzie ordynariusza Metropolii Krakowskiej, a J.Em. Konrada kardynała Krajewskiego na posadzie ordynariusza Metropolii Łódzkiej – żeby nas tresowali w nowoczesnej pobożności, która z łacińska nazywa się devotio moderna.
Według devotio moderna, Żydowie – jak gdyby nigdy nic – są nadal oczkiem w głowie Stwórcy Wszechświata, mają własną, szybką ścieżkę zbawienia, niezależną od żadnego Mesjasza, a w Królestwie Niebieskim, żeby nie musieli trefić się wskutek stykania z głupimi gojami, będą prawdopodobnie mieli luksusowo wyposażone getto. Tedy na wszelki wypadek obydwaj purpurates ostrzegli wszystkich parafian, że antisemitismus jest straszliwym grzechem, który nie będzie odpuszczony ani na tym świecie, ani – ma się rozumieć – również na tamtym. W Liście była też zachęta, by parafianie, wzorem Jana Pawła II, odwiedzili jakąś synagogę. Jak bowiem pamiętamy, Jan Paweł II bez synagogi nie mógł już wytrzymać.
List początkowo miał zostać odczytany we wszystkich kościołach w kraju, ale widocznie spotkał się z niechęcią przewielebnego duchowieństwa niższych szczebli eklezjastycznej hierarchii, który – będąc na styku z parafianami – lepiej wiedzą, co myślą oni o devotio moderna, więc na wszelki wypadek listu nie odczytywali. Zresztą zniknął on też i ze stron internetowych różnych diecezji – jakby padł ofiarą jakiegoś kościelnego Ministerstwa Prawdy. Myślę, ze niepotrzebnie – bo coraz mniej parafian przejmuje się dzisiaj herezjami, w jakie popadają wysoko postawieni hierarchowie, więc najwyżej część z nich zasiliłaby szeregi lefebrystów *), a reszta – wstrzymała finansowanie parafii do czasu wyjaśnienia, czy dialog z judaszyzmem doprowadzi do likwidacji chrześcijaństwa, czy też Żydowie pozwolą je pozostawić.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
================================================
*) mail: a ja byłem w Palmową w kościele w Radości, Bractwa św. Piusa X, Okazało się, że na placu przed kościołem postawili ogromny Namiot, jakieś 25*50 metrów. I był wypełniony ludźmi !! Z 500 wiernych chyba,
Ledwo znalazłem miejsce [dali..] na ławce BEZ oparcia, to się kiwałem. Zimno, jak..
Ogromne wrażenie. 6 konfesjonałów, potem czterech księży rozdaje Komunię ludziom klęczącym.
Tytuł artykułu jest cytatem z wiersza Adama Asnyka Daremne żale z roku 1877 (Gietrzwałd!).
Daremne żale – próżny trud, Bezsilne złorzeczenia! Przeżytych kształtów żaden cud Nie wróci do istnienia.
Świat wam nie odda, idąc wstecz, Zniknionych mar szeregu: Nie zdoła ogień ani miecz Powstrzymać myśli w biegu.
Trzeba z żywymi naprzód iść, Po życie sięgać nowe… A nie w uwiędłych laurów liść Z uporem stroić głowę!
Wy nie cofniecie życia fal! Nic skargi nie pomogą! Bezsilne gniewy, próżny żal! Świat pójdzie swoją drogą.
Trzymanie się usilnie mitu byłej potęgi USA niczego już nie zmieni. Upadł „szereg zniknionych mar” – kto dzisiaj wierzy w obronną tarczę made in USA? Praktycznie wszystkie amerykańskie bazy wojskowe w Zatoce Perskiej, które samą swoją obecnością miały odstraszać, budzą teraz strach wśród uciekających stamtąd żołnierzy.
W Iraku ambasada USA nakazała wszystkim swoim obywatelom opuszczenie tego okupowanego od 23 lat kraju i ostrzegła, żeby w żadnym wypadku nie zbliżali się do baz wojskowych, budynku ambasady (największej na świecie ambasady USA) i konsulatu.
Ambasada Stanów Zjednoczonych w ufortyfikowanej „Zielonej Strefie” w Bagdadzie po ataku dronów 14 marca 2026 r.
Szacuje się, że USA przekazała do Iraku po roku 2003 od 12 do 40 miliardów dolarów. Oczywiście, że głównie w celu eksploatacji irackich zasobów naftowych.
Teraz ten okupowany niewdzięczny kraj „zdradza” Stany Zjednoczone i iracka armia czynnie wspiera proirańskich bojowników, atakujących wszystko, co ma wspólnego z USA. Liga Arabska zażądała od Iraku oświadczenia wsparcia koalicji Epsteina. Odpowiedziało jej milczenie.
Miało to być kolejne łatwe zwycięstwo jak w Libii lub Syrii, lub akcja porwania prezydenta Wenezueli. Odwaga i mądrość Persów doprowadziła do sytuacji, w której USA znalazło się w pułapce bez wyjścia. Jakiekolwiek próby rozwiązania tej patowej sytuacji mogą jedynie dalej pogrążyć Stany Zjednoczone i ich prezydenta. Czas gra na korzyść Iranu. Pomimo poważnych strat wśród ludności cywilnej. Prognozowany wynik jesiennych wyborów w USA nie wygląda dobrze dla partii Republikańskiej. W latach 70. Jan Pietrzak w swoim kabarecie drwił z propagandy telewizji w PRL-u, mówiąc o amerykańskim ropociągu na Alasce: … przecieka i przecieka! Do czego się nie wezmą, to spieprzą! Jak to doskonale opisuje dzisiejszą politykę Białego Domu, chociaż zapewne nie odzwierciedla opinii pana Pietrzaka.
Profesor Mohammed Marandi wykłada na Uniwersytecie w Teheranie. Z powodów jego wywiadów USreal wpisał go na listę osób zakwalifikowanych do usunięcia.
Koalicji Epsteina kończy się amunicja, brakuje drogich rakiet do obrony przed dużo tańszymi irańskimi pociskami i dronami. Opierali się na brutalnej sile, która znacznie osłabła z ich własnej przyczyny.
Ambasada Iranu w RPA opublikowała zdjęcia dwóch dowódców, którzy wydali rozkaz ataku na szkołę, w wyniku którego zginęło 170 dzieci, i napisała: „Zapamiętajcie tych dwóch przestępców. Leigh R. Tate, dowódca, oraz Jeffrey E. York, pierwszy oficer okrętu USS Spruance, którzy trzykrotnie wydali rozkaz wystrzelenia pocisków Tomahawk, zabijając 168 niewinnych dzieci w szkole w Minab. Czy oni sami nie mają dzieci?”
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Trwająca od 28 lutego bieżącego roku wojna Izraela i USA z Iranem stanowi kolejny – być może przełomowy – etap permanentnej wojny, jaką prowadzi ten geopolityczny duet na Bliskim Wschodzie.
W światowych mediach towarzyszy jej konstatacja, iż te dwa państwa stanowią globalne zagrożenie dla pokoju i swoim atakiem na Iran rozpoczynają wstępną fazę III wojny światowej. I choć media skupiają uwagę opinii publicznej na cenach ropy, nikt amerykańskiego, a nade wszystko izraelskiego zagrożenia dla pokoju nie kwestionuje.
Proizraelskie i proamerykańskie media głównego nurtu w Polsce – z katolickimi włącznie – milczą jednak na temat tego zagrożenia, informując Polaków jedynie o „sukcesach” Tel-Avivu i Waszyngtonu w napastniczej wojnie z Iranem, blokadzie cieśniny Ormuz oraz sytuacji na rynku paliw. Przynależność do NATO nie daje tu żadnego usprawiedliwienia – po tym jak jego członkowie gremialnie odmówili Donaldowi Trumpowi pomocy w odblokowaniu cieśniny. Wprawdzie w ich gronie znalazł się premier Donald Tusk, ale to nie oznacza, że jest zdolny do nazwania po imieniu rzeczywistych przyczyn tej beznadziejnej wojny. Znamienny przy tym jest jeden fakt: nikogo z polskiego establishmentu politycznego nie stać na wypowiedzenie słowa syjonizm, który jest przyczyną numer jeden. Nikogo – z wyjątkiem nie należącego tego grona Grzegorza Brauna.
Dla uwydatnienia tej polskiej specyfiki w obliczu globalnej katastrofy – oznaczającej w wymiarze religijno-eschatologicznym Apokalipsę – na którą skazuje nas syjonistyczna polityka Izraela, warto w tym miejscu przytoczyć stanowisko prezydenta Turcji, będącej, podobnie jak Polska, członkiem NATO i kreującej się na „przewidywalnego sojusznika” USA: „Władze Izraela – czytamy w internetowej informacji – uważają się za lepszych od innych, przez co ciągną Bliski Wschód ku katastrofie – ocenił prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan. (…)
Wszyscy wiemy, że ataki na Gazę, następnie na Jemen i Liban, a ostatnio na Iran, nie są motywowane wyłącznie względami bezpieczeństwa – powiedział prezydent Turcji, cytowany przez „Daily Sabah”. Według Erdogana, nie jest przypadkiem, że atakom tym towarzyszy narracja o ‘ziemi obiecanej’ i ‘apokaliptycznych scenariuszach’. Jak podkreślił, sugeruje to ideologiczne pobudki Izraela. (…) Turecki przywódca zarzucił władzom Izraela, że te działają z poczuciem wyższości, które z kolei prowadzi Bliski Wschód w kierunku katastrofy. Działania te określił jako ‘barbarzyństwo’ popełniane w ‘stanie szaleństwa’” [i] .
Różnorodnie można interpretować tę wypowiedź tureckiego prezydenta, odbiegającą diametralnie od oficjalnej polskiej narracji – proizraelskiej i proamerykańskiej. Między innymi zagrożeniem, jakie również dla Turcji przedstawia realizowany przez Tel Awiw program budowy Wielkiego Izraela „od Nilu po Eufrat”. Nie można jednak traktować jej w kategoriach tzw. post-prawdy – dowolnej interpretacji zaistniałych na Bliskim Wschodzie faktów i wydarzeń. Wypowiedź Erdogana jest adekwatnym ich świadectwem. Dowolność w odniesieniu do prawdy przechodzącej na naszych oczach do historii – jest manipulacją, kończącą się na zaprzeczaniu udokumentowanym faktom. Taka dowolność, cechująca polską narrację, ma na celu ukrycie rzeczywistych przyczyn i celów permanentnej wojny izraelsko-amerykańskiej, toczonej w tym rejonie świata.
Eksperyment eksterminacyjny
Najbardziej tragicznym jej elementem jest trwająca od dziesięcioleci walka Izraela z narodem palestyńskim w Strefie Gazy, mająca na celu jego unicestwienie. W przedstawiających tę wojnę zachodnich narracjach uwaga opinii publicznej koncentrowana jest na geopolitycznym jej wymiarze, prezentowanym z perspektywy państwa żydowskiego, eksponującego zagrożenie swojego istnienia na Bliskim Wschodzie. Ten punkt widzenia zdołało ono narzucić nie tylko swojemu amerykańskiemu – najpotężniejszemu – sojusznikowi, ale również państwom i społeczeństwom całego Zachodu, jeszcze do niedawna stanowiącego kolektywny monolit w amerykańsko-transatlantyckiej polityce. W dyskursie dotyczącym działań Izraela na Bliskim Wschodzie rzadko pojawiała się – w dodatku co najwyżej marginalnie – ich podstawa ideologiczno-religijna. Sytuacja zmieniła się pod wpływem opublikowanych w ostatnich dwóch dekadach znaczących prac na temat syjonizmu, zachodniej kultury eksterminacji, żydowskiej kultury krytyki.
Takie prace pojawiają się również w Polsce, są jednak konsekwentnie przemilczane w politycznym i opiniotwórczym dyskursie. Trzeba o nich mówić wszędzie tam, gdzie to jest możliwe; nagłaśniać wydaną w ubiegłym roku książkę Pawła MościckiegoGaza. Rzecz o kulturze eksterminacji oraz tegoroczną nowość na rynku wydawniczym: Magdaleny Trojanowskiej książkę Ziemia nieobiecana. Strefa Gazy: eksterminacja, technologiczna kontrola i hipokryzja Zachodu.
Dzięki bezkompromisowości, nade wszystko autorów prac o Strefie Gazy, w analizach izraelsko-amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie coraz częściej pojawia się wektor ideologiczny jako jej podstawowy czynnik. I nie jest nim ani globalizm zachodni, ani westernizacja świata arabskiego, ani – tym bardziej – transatlantyzm. Tą ideologią jest syjonizm, zarówno polityczny – rewizjonistyczny – jak i religijny.
Budowa Wielkiego Izraela
Realizacja syjonistycznego programu Izraela dokonuje się nie tylko kosztem bliskowschodnich narodów sąsiadujących z państwem żydowskim, ale również kosztem pomijanych w towarzyszącym jej zachodnim dyskursie wyznawców chrześcijaństwa. W każdym z bliskowschodnich państw, które zapewniały im nie tylko warunki do życia, ale również wyznawania swojej wiary – Iraku, Libanie, Syrii, Libii – doszło do ich eksterminacji w wyniku permanentnej izraelsko-amerykańskiej wojny. Do wyniszczania chrześcijaństwa na Bliskim Wschodzie i zanikającego istnienia w Ziemi Świętej doprowadził syjonistyczny program budowy Wielkiego Izraela. I choć nie ma w nim bezpośrednich wytycznych dotyczących rugowania chrześcijan z przestrzeni – „od Nilu do Eufratu” – zarezerwowanej dla wspólnoty żydowskiej, nie ma też dla nich przewidzianej jakiejś formy istnienia i funkcjonowania, nie mówiąc już o gwarancjach bezpieczeństwa. Jako wyznawcom nie-żydowskiej religii Wielki Izrael nie przewiduje dla nich demokratycznego prawa do wyznawania swojej wiary, podobnie jak nie przewiduje demokratycznego prawa do uczestnictwa w jego systemie nie-żydowskich grup narodowych i etnicznych.
W tej sytuacji los chrześcijańskiej wspólnoty na Bliskim Wschodzie – niezależnie od konfesji – jest podwójnie tragiczny. Egzystencjalne niebezpieczeństwo grozi jej bowiem nie tylko ze strony radykalnych nurtów islamu, ale również syjonistów, realizujących program Wielkiego Izraela.
Z perspektywy religijnej, geopolitycznej i geokulturowej widać jałowość dialogu chrześcijaństwa z judaizmem, podtrzymywanego nade wszystko przez Kościół katolicki. Dla duchowych przewodników katolicyzmu jest to druga – obok teologicznej – przesłana dla znaku zapytania nad tym dialogiem. Wyznawcy judaizmu nie tylko nie chcą uznać Chrystusa za Mesjasza, ale wciąż czekają na nowego, który – zgodnie z zapowiedzią Apokalipsy – będzie Antychrystem. Jego nadejście ma poprzedzić budowa Trzeciej Świątyni na Wzgórzu Świątynnym w Jerozolimie, realizowana w ramach nowego państwa żydowskiego – Wielkiego Izraela – obejmującego Ziemię Świętą, dla której Palestyna stanowi centrum. Na tym właśnie obszarze znajdują się bowiem najważniejsze dla chrześcijan miejsca upamiętniające życie i męczeńską śmierć Chrystusa. W dialogu chrześcijaństwa z judaizmem również na poziomie ideologiczno-kulturowym perspektywa syjonistyczna jest nie do przyjęcia przez Jego wyznawców.
Chrześcijanie wygnańcami z Ziemi Świętej
Rugowanie chrześcijan i chrześcijaństwa z Ziemi Świętej osiągnęło apogeum w czasie trwającego od 7 października 2023 roku obecnego etapu walki Izraela z narodem palestyńskim w Strefie Gazy. Nieliczni w tej wspólnocie wyznawcy Chrystusa zostali na równi z innymi jej członkami – określanymi jako „nie ludzie” przez izraelskich syjonistów – poddani nasilonej eksterminacji. I nie uchronił ich przed nią – jak nie uchronił wcześniej – dialog z judaizmem. Nie dał też żadnego immunitetu pozostałym chrześcijanom całego świata, aby mogli bezpiecznie pielgrzymować do miejsc świętych dla ich konfesji religijnych – nie tylko w czasie wojen prowadzonych dla zaistnienia Wielkiego Izraela, ale również w czasie przyszłym, gdy jako nowe państwo żydowskie zapanuje on na Bliskim Wschodzie. W świecie Wielkiego Izraela – niezależnie od jego religijnej czy też laickiej koncepcji – liczy się tylko jeden naród – żydowski. Liczy się tylko jego religia.
Niestety, ze strony chrześcijan nie ma żadnej reakcji na zawłaszczający Ziemię Świętą syjonizm. Milczy katolicka Polska. Nie tylko dlatego, że USA – nade wszystko za prezydentury Donalda Trumpa – nasz „najpotężniejszy sojusznik” popiera syjonistyczny plan Izraela. Także dlatego, że młot antysemityzmu przekształcił polskie elity w bezwolne zbiorowisko, niezdolne do sprawiedliwej oceny nie tylko politycznej i ideologicznej, ale również moralnej prowodyrów bliskowschodnich wojen.
Syjonizm katolicki w Polsce?
Politycy, zarówno tzw. prawicowi, jak i konserwatywni – bo przecież nie lewica – milczą. Nie są w stanie bronić na polskim forum – a tym bardziej międzynarodowym – Ziemi Świętej przed syjonizmem. Wystarczyło przyjrzeć się zachowaniu ludzi PiS i Konfederacji wobec organizatorów pomocy dla Strefy Gazy w 2025 roku w formie konwojów humanitarnych. Jedyne, na co było ich stać, to krytyka tego gestu człowieczeństwa wobec tragedii jej mieszkańców i szyderstwo z samej idei pomocy. To zachowanie przeszło już do historii jako forma poparcia ludobójczych działań państwa żydowskiego, a jednocześnie deklaracja duchowego współudziału w budowie Wielkiego Izraela.
Warto jeszcze przypomnieć związane z tą postawą zachowanie polityków PiS na forum europarlamentu. Gdy jego członkowie podejmują jakieś uchwały zawierające krytykę Izraela, posłowie PiS głosują przeciw. Nie można również zapominać o haniebnej misji dwóch europosłów PiS – Ryszarda Legutki i Tomasza Poręby – którzy z Mosadem uzgadniali niekorzystną dla Polski nowelizację ustawy o IPN. Nowelizacja zakładała m.in. „przywrócenie honoru” naszemu narodowi poprzez karanie więzieniem za przypisywanie Polakom odpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszy Niemieckiej.
Honoru nie tylko nie przywrócono, ale pod dyktat rządu Benjamina Netanjahu, za pośrednictwem wymienionych parlamentarzystów, spektakularnie go utracono. W sejmowym głosowaniu wycofano się bowiem z planowanego karania tej formy antypolonizmu. O wyniku glosowania zadecydowali posłowie PiS. To nie wymaga nawet komentowania, jest jedynie jeszcze jednym dowodem silnej pozycji proizraelskiej opcji w Polsce.
Dominującą w niej rolę odgrywa PiS, którego politycy afiszują się jednocześnie ze swoim katolicyzmem w naszych sanktuariach religijnych i narodowych. Możemy więc mówić, że stali się z prezydentem RP Karolem Nawrockim na czele reprezentacją katolickiego syjonizmu w Polsce, wzmacniającego również na gruncie religijnym proizraelską politykę USA.
Doniesienia, że grupa wspierana przez Iran przeprowadza ataki w europejskich miastach, budzą pytania, dlaczego nie atakuje ona krajów bezpośrednio zaangażowanych w wojnę amerykańsko-izraelską oraz dlaczego wydaje się używać stylu charakterystycznego dla Izraelczyków. Co dziwne, podejrzani aresztowani w związku z tymi atakami zostali zwolnieni za kaucją.
Po Europie krąży widmo – widmo Ashab al-Yamin. Grupa ta, znana oficjalnie jako „Harakat Ashab al-Yamin al-Islamia (HAYI)” lub „Islamski Ruch Towarzyszy Prawej Ręki”, pojawiła się w tajemniczych okolicznościach na początku marca i, według mediów głównego nurtu, szturmem podbija kontynent.
Jednak bliższe przyjrzenie się tej rzekomo wspieranej przez Iran organizacji terrorystycznej sugeruje, że nie istnieje ona w żadnej konkretnej formie i może być wymysłem izraelskiego wywiadu.
Chociaż mglista organizacja HAYI przyznała się do podpalenia karetek należących do organizacji społeczności żydowskiej w Londynie 23 marca, dwóch podejrzanych o ten atak zostało zwolnionych za kaucją i nie postawiono im żadnych zarzutów związanych z terroryzmembbc/articles/cx235. Co więcej, londyńska policja metropolitalna do tej pory odmówiła podania nazwisk tych mężczyzn, co rodzi pytania o ich tożsamość. Czy w ogóle byli oni muzułmanami?
Po raz pierwszy o HAYI wspomniano publicznie na Zachodzie 9 marca, kiedy to ta nieistniejąca dotąd organizacja opublikowała film przedstawiający wybuch ładunku wybuchowego przed synagogą w Liège w Belgii, wraz z oświadczeniem, w którym przyznała się do przeprowadzenia ataku. W ciągu kilku godzin, grupa została w jakiś sposób zidentyfikowana przez „SITE Intelligence Group”, prywatną firmę wywiadowczą kierowaną przez Izrael, założoną w następstwie wydarzeń z 11 Września, aby skorzystać z nowo ogłoszonej globalnej wojny z terroryzmem.
Materiały opublikowane przez HAYI zostały natychmiast rozpowszechnione w mediach społecznościowych przezJoe Truzmana, samozwańczego „starszego analityka zajmującego się badaniem palestyńskich grup zbrojnych i irańskich organizacji proxy” w Fundacji na rzecz Obrony Demokracji (FDD) – neokonserwatywnym think tanku z siedzibą w Waszyngtonie, założonym w 2001 roku z deklarowanym celem działania na rzecz „poprawy wizerunku Izraela”.
Chociaż Truzman nie chciał zdradzić, skąd wziął te materiały, napisał, że „kanały na Telegramie powiązane z Osią Oporu… szeroko rozpowszechniały te publikacje”, nawiązując do różnych frakcji oporu sympatyzujących z Iranem i Palestyną w całym regionie Bliskiego Wschodu. Grupa, do której się odniósł, czyli popularny kanał na Telegramie o nazwie Sabereen News, jasno stwierdziła, że udostępnia to wideo, które według nich jest dziełem grupy nazywającej się „towarzysze”. t.me/SabrenNews
Niemal natychmiast Truzman zaczął twierdzić, że ci „towarzysze” są niemal na pewno przykrywką powiązaną z Teheranem. Na początek powiedział brytyjskim mediom, że „ich logo z napisem jest oznaką klasycznej irańskiej organizacji przykrywkowej”. Truzman twierdził, że Iran już wcześniej groził przeprowadzeniem właśnie takiej fali ataków. W końcu, napisał: „8 marca Majid Takht-Ravanchi, wiceminister spraw zagranicznych Iranu, ostrzegł, że jeśli jakiekolwiek państwo europejskie dołączy do Stanów Zjednoczonych i Izraela w obecnej wojnie przeciwko Islamskiej Republice, stanie się ono »uzasadnionym« celem »irańskiego odwetu«”. fdd.org/analysis/purported-iran-backed-group-claims-responsibility-for-attacks-in-belgium-and-greece/
W ciągu następnych dwóch tygodni owa tajemnicza grupa przyznała się do podpalenia samochodu w żydowskiej dzielnicy w Antwerpii, podpalenia synagogi w Rotterdamie, wybuchów w pobliżu żydowskiej szkoły i budynku biurowego instytucji finansowej w Amsterdamie, podpalenia karetek przeznaczonych dla społeczności żydowskiej w Londynie oraz niesprecyzowanego ataku w Grecji.
W idealnym momencie, by wywołać kolejną falę spektakularnych działań służb bezpieczeństwa i histerii związanej z rosnącym antysemityzmem oraz irańską infiltracją, izraelscy agenci podchwycili narrację, że na Stary Kontynent została wysłana transkontynentalna uśpiona komórka IRGC. Yossi Kuperwasser, były szef wydziału badań wywiadowczych Sił Obronnych Izraela (IDF), został zacytowany w jednym z brytyjskich mediów, potwierdzając, że Iran „posiada uśpione komórki, które mogą próbować przeprowadzić ataki terrorystyczne”. Dodał: „prawdopodobnie pracują teraz nad ich aktywacją”. metro.co.uk/harakat-ashab-al-yamin-al-islamia-iranian-sleeper-cell-haunting-europe
U osób, których zdolność krytycznego myślenia pozostała sprawna, ta dziwna fala ataków wzbudziła niepokój – i poważne podejrzenia o operacje pod fałszywą flagą.
Cui bono?
Jedną z najdziwniejszych cech ataków rzekomo przeprowadzonych przez HAYI był wybór celów. Kraje, w których doszło do ataków, nie pokrywały się z tymi, które Iran prawdopodobnie wybrałby jako obiekty odwetu.
Belgia, drugi pod względem liczby ataków kraj, wielokrotnie i jednoznacznie wykluczała udział w wojnie amerykańsko-izraelskiej, którą określa jako sprzeczną z prawem międzynarodowym. Większość dziwnych eksplozji miała miejsce w Holandii, która wysłała jedną fregatę na wschodnią część Morza Śródziemnego. Jednak jej zaangażowanie blednie w porównaniu z takim krajem jak Francja, która nie została ani razu zaatakowana przez HAYI, mimo że wysłała lotniskowiec i kilka innych środków wojskowych.
Ataki Iranu na te kraje nie przyniosłyby zatem większych korzyści politycznych. W końcu gdyby napastnicy mieli nadzieję powstrzymać państwa przed dalszym angażowaniem się w wojnę, prawdopodobnie skupiliby się na czołowych europejskich uczestnikach, takich jak Francja, Wielka Brytania i Włochy. Jednak tylko jedno z tych państw doświadczyło rzekomego ataku HAYI i to tylko raz.
Działania różnych europejskich organów policyjnych również nie współgrają z szczegółami rzekomych przestępstw. Po ataku na karetki żydowskiej organizacji charytatywnej Hatzalah w Londynie 23 marca, policja po prostu pozwoliła sprawcom wyjść na wolność za kaucją, wykazując się łagodnością, której raczej nie okazano by podejrzanemu o szpiegostwo na rzecz Iranu. Dla organizacji Hatzalah incydent ten okazał się szczęśliwym zrządzeniem losu; rząd brytyjski zobowiązał się od tego czasu bezpłatnie wymienić uszkodzone karetki na cztery zupełnie nowe pojazdy, a organizacja wykorzystała już tę sytuację, aby zebrać ponad 2 miliony funtów w postaci darowizn.
W momencie publikacji niniejszego artykułu londyńska policja metropolitalna nie ujawniła jeszcze nazwisk dwóch podejrzanych o udział w ataku, a brytyjska prasa najwyraźniej przestała zajmować się tym incydentem.
Tego samego wieczoru, kiedy doszło do ataku na karetkę w Londynie, w Antwerpii w Belgii zatrzymano dwójkę nieletnich za podpalenie samochodu. Chociaż do przestępstwa doszło w dzielnicy żydowskiej, ofiarą miała być, jak podano, Marokanka o imieniu Fatia. Jak powiedziała belgijskim mediom, jej samochód padł ofiarą włamania z użyciem siły, którego sprawcami byli wandale pragnący zdobyć biżuterię, którą trzymała w aucie.
„Nie ma znaczenia, czy faktycznie celowali w Żydów” – stwierdziła.
[Cztery filmiki – zobacz w oryginale md]
Według wielu ekspertów, także pisemne komunikaty HAYI budziły poważne wątpliwości. Jak powiedział krajowemu medium holenderski profesor specjalizujący się w międzynarodowych bojowych ugrupowaniach szyickich: „Fakt, że członkowie tej grupy najwyraźniej nie potrafią płynnie czytać ani pisać po arabsku jak native speakerzy, sprawia, że nie uważam ich w pełni za poważnie zorganizowaną, zradykalizowaną komórkę uśpioną”.
W materiałach grupy logo znacznie się zmienia w zależności od komunikatu, co wyraźnie sugeruje, że zostały one pospiesznie stworzone przy użyciu sztucznej inteligencji. Komunikaty zawierają również bardzo wątpliwe sformułowania, począwszy od oświadczenia z 20 marca, w którym pojawiło się odniesienie do „narodu izraelskiego”. W poście opublikowanym kilka dni później, w którym przypisano sobie odpowiedzialność za podpalenie karetek pogotowia w Londynie, czterokrotnie wspomniano w języku angielskim i arabskim o „Izraelu” lub „Ziemi Izraela”. Hebrajskie tłumaczenie oświadczenia wzbudziło jeszcze więcej pytań, ponieważ odnosiło się do przeprowadzki rabina do tego kraju jako „aliji do Ziemi Izraela” – wyrażenia używanego prawie wyłącznie przez syjonistów.
Oficjalne irańskie media, podobnie jak praktycznie wszystkie islamskie ugrupowania opozycyjne na świecie, zazwyczaj powstrzymują się od używania takiego języka, który postrzegają jako legitymizujący państwo oparte na apartheidzie, i zamiast tego preferują terminy takie jak „reżim syjonistyczny” i „okupowana Palestyna”. Sposób wyrażania się w komunikacie rzekomo powiązanej z Iranem grupy znacznie bardziej przypomina styl wypowiedzi charakterystyczny dla Izraela.
Od Iraku po Australię – mroczna historia Izraela wzbudza pytania
Istnieje oczywiście alternatywne wyjaśnienie tego, dlaczego ktoś miałby chcieć przeprowadzić serię zamachów bombowych o niewielkim zasięgu i stosunkowo niewielkiej szkodliwości, wymierzonych w obiekty żydowskie. Tę samą strategię stosowali ponoć syjoniści w Iraku na początku lat 50-tych XX wieku, po utworzeniu Izraela, kiedy to przeprowadzono co najmniej pięć zamachów bombowych wymierzonych w miejsca związane z Żydami. Izraelski historyk Avi Shlaim odkrył później obszerne dowody na to, że izraelskie służby wywiadowcze dokonały większości tych ataków, próbując zachęcić Żydów do exodusu do Izraela.
Yaakov Karkoukli, członek irackiego podziemia syjonistycznego, który wówczas współpracował ściśle ze skazanym izraelskim szpiegiem Yusefem Basrim, powiedział Shlaimowi, że była to celowa strategia „terroryzowania, a nie zabijania” Żydów w regionie i zmuszania ich do przesiedlenia.
Gdyby tak było, strategia ta zadziałała bez zarzutu. W ciągu kilku lat ponad 95% irackich Żydów wyemigrowało.
Wydaje się, że ten schemat utrzymał się w kolejnych dziesięcioleciach. Inni obserwatorzy zwrócili uwagę na dziwaczne incydenty, takie jak zamach bombowy na ambasadę Izraela w Londynie w 1994 roku, w wyniku którego rannych zostało dwadzieścia osób, głównie z niewielkimi obrażeniami. Po zamachu okazało się, że główny organizator, mężczyzna znany pod pseudonimem „Reda Moghrabi”, zniknął. W jego miejsce dwóch palestyńskich naukowców, aktywnych w lokalnych ruchach solidarnościowych, Samar Alami i Jawad Botmeh, zostało ostatecznie skazanych za spiskowanie w celu zbombardowania ambasady – mimo że w momencie wybuchu nie byli w pobliżu ambasady, a kamera izraelskiej ambasady w pobliżu tego dnia w tajemniczy sposób przestała działać. Obaj doszli później do wniosku, że „Moghrabi” był prawdopodobnie agentem Mossadu działającym pod pseudonimem.
Wiele lat później, Annie Machon, informatorka z MI5, otwarcie stwierdziła, że zamach bombowy z 1994 roku był „atakiem pod fałszywą flagą” przeprowadzonym przez Izrael. W rozmowie z dziennikarzem Machon zaznaczyła, że starszy rangą agent MI5 kierujący śledztwem agencji doszedł do wniosku, iż „Mossad… zbombardował własną ambasadę”.
Starszy rangą funkcjonariusz MI5 „powiedział, że [Izrael] zrobił to z dwóch powodów” – wyjaśniła Machon. Po pierwsze, jak powiedziała, izraelscy urzędnicy „ciągle naciskali na MI5, żeby zwiększyło ochronę wokół ich ambasady i innych obiektów w Londynie, bo miasto miało wtedy opinię bezpiecznej przystani dla arabskich dysydentów z całego świata”.
Jednak „MI5 powtarzało: »Cóż, nie ma powodu, by podnosić ocenę zagrożenia. Nie potrzebujecie dodatkowej ochrony«. Tak więc, przeprowadzając kontrolowaną eksplozję na zewnątrz, oczywiście natychmiast osiągnęli tam to, czego chcieli”.
Po drugie, wyjaśniła Machon, „dwóch niewinnych Palestyńczyków zostało aresztowanych, oskarżonych i skazanych za spisek mający na celu przeprowadzenie tego zamachu. Byli oni bardzo aktywni w palestyńskiej sieci pomocy w Londynie” – która angażowała się w „działania na rzecz mieszkańców Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy”, cieszących się w Wielkiej Brytanii „dużym poparciem”. „Aresztując tych ludzi, wrabiając ich w atak i wsadzając do więzienia, cała sieć po prostu się rozpadła i do dziś nie podniosła się na nogi”.
„Była to więc wyraźna korzyść polityczna dla Mossadu, którą osiągnął w Londynie, wrabiając tych niewinnych ludzi w atak, który został przeprowadzony przez Mossad”.
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że podobny plan został wprowadzony w życie w Australii znacznie później. Kiedy fala ataków na społeczności żydowskie nastąpiła wkrótce po decyzji premiera Australii Antony’ego Albanese’a o uznaniu państwa palestyńskiego w 2025 roku, tamtejsze media natychmiast obarczyły winą Iran. Okazało się, że przekonanie to również bazowało na wpływach Izraela.
Jak donosił wówczas serwis The Grayzone, australijska stacja Sky News ujawniła, że Izrael przekazał australijskiej agencji wywiadowczej ASIO „informację lub trop dotyczący jednego z podpaleń”, z którego wynikało, że seria ataków „została zorganizowana przez Iran”.
W grudniu, kiedy dwóch sympatyków ISIS zaatakowało uroczystość Chanuki na plaży Bondi w Sydney w Australii, premier Izraela Netanjahu natychmiast obwinił nieokreśloną „wspieraną przez Iran zagraniczną komórkę terrorystyczną”, co skłoniło Canberrę do wydalenia ambasadora Iranu. Oskarżył również premiera Australii Anthony’ego Albanese’a, zarzucając mu, że zainspirował atak poprzez uznanie państwa palestyńskiego.
Dwa miesiące później prezydent Izraela Isaac Herzog przyleciał do Canberry, aby promować planowany przez Izrael atak na Iran. Podczas swojej podróży Herzog odbył bezprecedensowe tajne spotkanie z dyrektorem generalnym ASIO, Mike’iem Burgessem.
„Prezydent spotkał się z dyrektorem generalnym ds. bezpieczeństwa i został poinformowany przez zespół antyterrorystyczny ASIO o ich działaniach po ataku w Bondi” – stwierdził rzecznik ASIO po ujawnieniu spotkania.
W nocy 28 marca 2026 roku konflikt na Bliskim Wschodzie gwałtownie się zaostrzył. Iran odpowiedział szeroko zakrojoną kampanią odwetową na wcześniejsze ataki USA i Izraela na jego infrastrukturę – w tym huty stali, uniwersytety i obiekty cywilne.
Szczególną uwagę poświęcono ciężkiemu atakowi na bazę lotniczą Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej, gdzie stacjonują wojska amerykańskie.
Profesor Mohammad Marandi, irański politolog i stały gość debat międzynarodowych, przeanalizował te wydarzenia w obszernym wywiadzie udzielonym amerykańskiemu analitykowi Danny’emu Haiphongowi.
Marandi podkreśla irański punkt widzenia: Iran nie rozpoczął tej wojny, nie chce eskalacji, ale zdecydowanie odpowiada na agresję.
.
===================================
Atak na bazę lotniczą Prince Sultan – symboliczna i militarna porażka
Baza Lotnicza Prince Sultan (PSAB), położona na południe od Rijadu, jest jedną z najważniejszych baz USA w regionie. Służy jako centrum operacji lotniczych, tankowania w powietrzu i nadzoru.
W nocy 28 marca 2026 roku irańskie rakiety i drony zaatakowały bazę. Według źródeł amerykańskich, rannych zostało od 12 do 15 amerykańskich żołnierzy, kilku z nich poważnie (niektórzy z urazami mózgu). Co najmniej dwóch żołnierzy było w stanie krytycznym.
Jeszcze poważniejsze są straty materialne: trafionych zostało kilka samolotów KC-135 Stratotanker – samolotów mających kluczowe znaczenie dla powietrznego tankowania samolotów myśliwskich. Niektóre z nich zostały zniszczone lub poważnie uszkodzone.
Raporty wskazują, że uszkodzeniu lub zniszczeniu uległo osiem tankowców. Dodatkowo, co najmniej jeden samolot E-3 Sentry AWACS (Airborne Warning and Control System) został poważnie uszkodzony lub zniszczony.
System ten jest niezbędny do obserwacji przestrzeni powietrznej, koordynacji ataków i wykrywania wrogiej obrony powietrznej. Utrata tak cennych celów znacząco osłabia zdolność operacyjną Sił Powietrznych USA w regionie Zatoki Perskiej.
Iran ostrzegł cywilów i personel cywilny, aby opuścili ten obszar przed atakiem – Marandi wielokrotnie podkreśla tę praktykę, aby podkreślić różnicę w porównaniu z atakami drugiej strony.
Z bazy korzysta również Arabia Saudyjska, co jest symbolem ścisłej współpracy wojskowej między państwami Zatoki Perskiej a USA.
Marandi uważa, że skuteczne przełamanie obrony powietrznej pomimo ingerencji USA i Arabii Saudyjskiej jest dowodem odporności Iranu.
Dalsze irańskie ataki na państwa Zatoki Perskiej i cele gospodarcze
Atak na Arabię Saudyjską był częścią szerszej fali odwetu. Iran wystrzelił setki pocisków w kierunku Zatoki Perskiej, trafiając w infrastrukturę w kilku krajach.
Zjednoczone Emiraty Arabskie: Zakład aluminium Emirates Global Aluminium (EGA) w Al Taweelah (strefa ekonomiczna Khalifa w Abu Zabi) doznał „znacznych uszkodzeń”. Zakład jest jednym z największych producentów aluminium na świecie, produkującym ponad 1,6 miliona ton rocznie. Kilku pracowników zostało rannych, a produkcja jest poważnie zakłócona lub tymczasowo wstrzymana. Iran nazwał atak ukierunkowaną odpowiedzią na ataki na irańskie zakłady przemysłowe.
Kuwejt: Zgłoszono pożary na międzynarodowym lotnisku i w hucie stali. Kuwejt jest uważany za szczególnie dotknięty, ponieważ jego infrastruktura wojskowa została już wcześniej poważnie uszkodzona.
Bahrajn: Zaatakowano również fabrykę aluminium Aluminium Bahrain (Alba), gdzie potwierdzono uszkodzenia.
Marandi wyjaśnił, że Iran celowo atakował infrastrukturę, w której stacjonują siły USA lub która wspiera wojnę z Iranem (poprzez wykorzystanie przestrzeni powietrznej, baz i logistyki).
Podkreślił, że ciosy te nie były bezładne, lecz stanowiły proporcjonalną, a nawet nieproporcjonalną reakcję mającą na celu powstrzymanie dalszej agresji.
Jednocześnie oskarżył zachodnie „główne media” (MSNBC, Fox News, BBC, CNN) o to, że początkowo bagatelizowały szkody i dopiero teraz, gdy nie dało się już dłużej zaprzeczać zniszczeniom, częściowo je przyznały.
Główne przesłanie Marandiego: Iran nie rozpoczął wojny i nie chce jej eskalacji.
Profesor Marandi wielokrotnie powtarzał: „Iran nie rozpoczął tej wojny”.
Ataki na irańskie huty stali (w wyniku których zginęli pracownicy), uniwersytety w Teheranie i Isfahanie, szpitale, posterunki policji, a zwłaszcza szkołę w Minab (gdzie według doniesień zginęło 168 lub więcej dziewcząt) wymusiły reakcję.
Określił je jako celowe próby zniszczenia irańskiego społeczeństwa obywatelskiego, młodzieży i spójności społecznej.
Szczególnie krytycznie odniósł się do bombardowań dziennikarzy (w Libanie, a wcześniej w Strefie Gazy i Jemenie), ratowników medycznych i placówek medycznych.
Media zachodnie ignorowałyby te ofiary lub bagatelizowały je, określając je jako „straty uboczne w bastionach Hezbollahu i Hamasu”.
Marandi nazwał zachodnich dziennikarzy „żołnierzami ludobójstwa”, którzy służyli narracji „koalicji Epsteina” (jego polemiczne określenie pro-izraelskiego sojuszu USA, Izraela i niektórych elit).
Zwrócił uwagę na jedność społeczeństwa irańskiego: pomimo ataków rakietowych na zgromadzenia i miasta, ludzie pozostali na ulicach, a młodzi ludzie nie poddali się.
Jest to silniejsze niż w latach 80. podczas wojny w Iraku.
Iran wyjdzie z tego konfliktu silniejszy, podczas gdy druga strona będzie popełniać kolejne błędy w ocenie sytuacji.
Rola Trumpa, Netanjahu i „lobby syjonistycznego”
Marandi wyraził pogląd, że prezydent Donald Trump faktycznie szukał wyjścia z sytuacji, ale uniemożliwiało mu to „lobby syjonistyczne” i Benjamin Netanjahu.
Jako przykład podał rezygnację Joe Kenta, który wyraził podobną krytykę.
Polityka ta służy interesom nie amerykańskim, lecz izraelskim.
Państwa Zatoki Perskiej (Arabia Saudyjska, ZEA, Kuwejt, Bahrajn) stają się coraz bardziej niejednoznaczne, ponieważ ich infrastruktura i gospodarka są niszczone.
Ich armie są niewielkie i uzależnione od najemników oraz wsparcia Zachodu.
Załamanie gospodarcze może doprowadzić do wewnętrznych niepokojów i ewentualnych zmian reżimów – nie w Iranie, ale w tych krajach.
Globalna katastrofa gospodarcza jako konsekwencja eskalacji
Centralna i szczególnie szczegółowa część analizy Marandiego skupia się na globalnych konsekwencjach gospodarczych.
Ataki na zakłady naftowe, gazowe, aluminiowe i petrochemiczne, w połączeniu z zaburzeniami w Cieśninie Ormuz i potencjalnie na Morzu Czerwonym, grożą wywołaniem poważnego kryzysu:
Ceny ropy mogą wzrosnąć do 150–200 dolarów za baryłkę, a nawet więcej.
Niedobory LNG, nawozów i surowców sparaliżowałyby fabryki.
Łańcuchy dostaw zostałyby zakłócone na tygodnie lub miesiące, ponieważ statki musiałyby okrążać Afrykę.
Marandi ostrzegł, że jeśli USA podejmą dalsze działania (np. okupację wysp lub rajdy komandosów), Iran odpowie jeszcze ostrzej – trwale uszkodzi tankowce, elektrownie i infrastrukturę eksportową.
Wówczas Cieśnina Ormuz straci na znaczeniu, a globalna depresja trwająca kilka lat stanie się nieunikniona.
Jemen (Ansar Allah/Houthi) oficjalnie włączył się do wojny i ostrzelał rakietami Izrael.
Irackie grupy oporu mogłyby zaatakować Kuwejt lub Arabię Saudyjską.
Nikt nie uratuje tych małych państw Zatoki Perskiej, z których niektóre mają mniejszą populację niż duże irańskie miasto.
Oś oporu pozostaje nienaruszona.
Marandi odrzucił zachodnią narrację, że „oś oporu” (Iran, Hezbollah, Huti, grupy irackie, Hamas) uległa rozpadowi.
Wręcz przeciwnie: Hezbollah nadal zaciekle atakuje Izrael (straty izraelskie w atakach na czołgi Merkava idą w miliony), Huti otworzyli nowy front, a Iran stawia opór mimo miesiąca ataków.
Zachodnie media uwikłały się w myślenie życzeniowe – o „upadającym Iranie”, „zaginionych rakietach” lub „osłabionym Hezbollahu”.
Zamiast tego widoczna jest siła ideologii cywilizacyjnej, antyhegemonicznej i nastawionej na ofiarę, opartej na takich wartościach jak wsparcie dla Palestyny, Kuby czy Wenezueli.
Podkreślił wymiar religijny i kulturowy: pamięć o Karbali i imamie Husajnie kształtuje kulturę oporu przeciwko ciemiężycielom.
To wyjaśnia, dlaczego Iran nie rozpada się pomimo bombardowań, lecz jednoczy się.
Perspektywy: eskalacja czy otchłań?
Marandi zakończył swoją wypowiedź ponurym ostrzeżeniem: USA i Izrael uwikłały się w spiralę błędnych kalkulacji.
Każda dalsza eskalacja (np. operacje lądowe) doprowadzi do większej liczby ofiar śmiertelnych, zniszczenia infrastruktury i ostatecznie do globalnej katastrofy.
Iran nie ma wyboru – chodzi o przetrwanie.
Mimo to Teheran powstrzymuje się, aby nie dopuścić do całkowitego załamania światowej gospodarki.
Wywiad z Mohammadem Marandim ukazuje jasną irańską kontr-perspektywę wobec narracji zachodnich.
Pokazuje dynamikę eskalacji, militarne porażki USA i ich sojuszników, ryzyko gospodarcze i głęboką motywację ideologiczną Iranu.
Pozostaje pytanie, czy w ciągu najbliższych godzin lub dni nastąpi dalsza eskalacja czy deeskalacja.
Jedno jest pewne: wydarzenia ostatnich 24 godzin po raz kolejny pokazały, jak krucha jest sytuacja bezpieczeństwa regionalnego i jakie ma to globalne implikacje.
Świat z zainteresowaniem – i niepokojem – obserwuje sytuację w regionie Zatoki Perskiej.
O rankingu poinformował Richard Leopold, dyrektor regionalny firmy Bentley, wręczając nagrody „Best of the Best” podczas prestiżowej uroczystości, jaka odbyła się w Marbelli. Stolica Ukrainy została pochwalona słowami: „Co za odporność!”.
Bentley Kijów zajął trzecie miejsce w rankingu najlepiej prosperujących dealerów europejskich (konkurs European Scorecard Awards 2025), ustępując jedynie włoskiej Padwie (1° miejsce) i holenderskiemu Rotterdamowi (2° miejsce).
Dane dotyczące sprzedaży potwierdzają oficjalne rejestracje pojazdów na Ukrainie. W 2025 roku, nabywcy kupili 20 luksusowych sedanów marki Bentley. Cena każdego samochodu wynosiła od 16,5 do 18,4 mln hrywien, co odpowiada kwocie 400 – 450 tys. dolarów.
„Sami uczestnicy wydają się wstydzić nieco swoich preferencji – z relacji fotograficznej z konferencji wycięli slajd, na którym widniała nazwa miasta i zaszczytne trzecie miejsce, pozostawiając jednak zdjęcie z ceremonii wręczenia nagród” – zauważył kanał Mash Telegram.
Kyiv ranked third in Europe for Bentley sales, – regional Director of the company, Richard Leopold. The average price of a Bentley starts at $400.000. After Europe gives Zelenskyy another 90 billion, there’s every chance of taking first place.
Jeśli ktoś sądził, że Żydzi są jedynymi ulubieńcami Kardynała Rysia, ten był w błędzie. Krakowski dostojnik Kościoła ma teraz nowych faworytów, co ujawnił na fotografii, w związku z diecezjalnym synodem krakowskim.
Oto nasz ulubiony hierarcha na serdecznej fotce z różanowłosą (-ym?) działaczką (-czem) LGBT a zarazem gościem synodu, panią (panem) Marią vel Markiem Minakowskim (- ską).
Po Liście biskupów KEP-u pouczających nas w przededniu Wielkiego Tygodnia o dwóch drogach zbawienia do wyboru: jednej z Chrystusem, drugiej bez i wzywających katolików do modlitewnego nawiedzania synagog, choć Żydzi wcale tego sobie nie życzą, myśleliśmy, że już gorzej nie można. Że jakąś kryształową amforę rozbili na naszych oczach chuligani, i już się jej nie pozbiera. I tak zostanie. Ale nic podobnego! Oto nowy prezencik od Kardynała, na otarcie łez: LGBT jako goście synodu diecezjalnego.
Sytuacja w Grupie Azoty Puławy od dłuższego czasu przypomina jazdę bez trzymanki, ale to, co słyszymy w ostatnich dniach, przekracza granice czarnego humoru. Kiedy polski rolnik wychodzi w pole, oczekuje, że fundament jego pracy– nawozy – będzie dostępny w kraju, w którym są one produkowane. Tymczasem rzeczywistość skrzeczy. Zamiast pełnych magazynów i stabilnych cen, mamy do czynienia z sygnałami o masowym wywozie mocznika i saletry za granicę, podczas gdy nasi gospodarze odprawiani są z kwitkiem.
Kto wbija nóż w plecy polskiemu rolnictwu?
To pytanie nie jest jedynie publicystyczną hiperbolą. To realny strach o bezpieczeństwo naszych talerzy. Jeśli doniesienia o wstrzymywaniu sprzedaży krajowej na rzecz spekulacyjnego eksportu się potwierdzą, będziemy mieli do czynienia z patologią, która powinna stać się przedmiotem zainteresowania nie tylko opinii publicznej, ale i służb państwowych.
Mechanizm „sztucznego głodu”
Z relacji kolejarzy i środowisk rolniczych wyłania się obraz ponury: polskie nawozy, zamiast trafiać do lokalnych dystrybutorów, mają być masowo transportowane na wschód.
[Kurwa !! Na wschodzie mamy Białoruś, odrobiną Rosji i Ukrainę. To, dupku, dokąd jadą te polskie nawozy??? Mirosław Dakowski]
W tym samym czasie pośrednicy w kraju rozkładają ręce, informując o brakach magazynowych. To klasyczny mechanizm budowania paniki. Towar jest, ale „pod plandeką”, czekając, aż zdesperowany rolnik zapłaci każdą cenę, byle tylko nie stracić sezonu.
Taka krótkowzroczność uderza rykoszetem w samą Grupę Azoty Puławy. Zakład ten nie jest przecież wyizolowaną wyspą. To gigantyczny ekosystem, od którego zależy kondycja całego regionu. Jeśli rolnictwo upadnie pod ciężarem kosztów, puławski kolos straci swojego głównego odbiorcę. To naczynia połączone: bez silnego rolnika nie ma silnych Puław, a bez Puław nie ma suwerenności żywnościowej Polski.
Biznes w Puławach to nie tylko chemia
Mimo tych turbulencji, region nie składa broni. Miasto i okolice starają się dywersyfikować swoją bazę ekonomiczną. Lokalne firmy coraz częściej szukają nowych nisz, rozumiejąc, że monokultura oparta wyłącznie na wielkim przemyśle chemicznym jest ryzykowna w dobie globalnych kryzysów energetycznych. Widzimy to wyraźnie, patrząc na to, jak rozwija się nowoczesne pozycjonowanie Puławy jako atrakcyjnego punktu na mapie lubelskiego biznesu, gdzie obok gigantów wyrastają prężne firmy z sektora usług i technologii.
Współczesny rynek wymaga bowiem czegoś więcej niż tylko surowca. Wymaga widoczności i strategicznego podejścia do klienta. Firmy, które chcą przetrwać w cieniu problemów Grupy Azoty, muszą dziś stawiać na cyfrową obecność i budowanie lokalnej marki, która wyjdzie poza schemat „miasta jednej fabryki”.
Pytania, które muszą paść
Związkowcy z „Solidarności” nie zamierzają jednak poprzestać na narzekaniu. Droga interpelacji poselskich to jedyny sposób, by zmusić decydentów do wyłożenia kart na stół. [czyżby, gnojki zwiędłe?? md]
Musimy wiedzieć:
Ile dokładnie nawozów wyjechało z Polski w latach 2023-2026?
Czy po destabilizacji rynków wywołanej konfliktem w Iranie, Grupa Azoty zawierała nowe, niekorzystne dla krajowego rynku kontrakty?
Dlaczego tranzyt zagranicznych nawozów ma priorytet nad zaopatrzeniem rodzimych gospodarstw?
Odpowiedź na te pytania to nie jest kwestia statystyki – to kwestia racji stanu. Jeśli dopuścimy do sytuacji, w której polska żywność zostanie zastąpiona drogim importem o niepewnym składzie, przegramy wszyscy. Puławy muszą pozostać sercem polskiej chemii, ale sercem, które bije przede wszystkim dla Polaków. Walka o transparentność w dystrybucji nawozów to w rzeczywistości walka o to, co każdy z nas znajdzie w koszyku podczas najbliższych zakupów.
Gdy pierwszego dnia agresji zginęło 175 irańskich dziewczynek, zapytany o to Władysław Teofil Bartoszewski stwierdził: „Natomiast jeśli chodzi o tę szkołę, to akurat tak się składa, że to nie izraelski pocisk ją zniszczył”. „Tylko amerykański?”- dopytywał dziennikarz. „Nie, tylko irański. To irański pocisk trafił w szkołę. Takie mamy informacje”. I nie ważne, że pojawiło się mnóstwo dowodów na to, że to nieprawda. Nieważne, że potwierdził to nawet żydowski „New York Times”.
„W Strefie Gazy Izrael zbombardował 90 procent szpitali. Czy w końcu pan przyzna, że dokonuje zbrodni przeciwko ludzkości?” – takie pytanie od widza przeczytał prowadzący rozmowę. „Nie. Nie dokonuje” – odpowiedział, i po chwili dodał: „Benjamin Netanjahu nie jest zbrodniarzem wojennym”. I w tym przypadku reakcją było oburzenie: Jesteś pan podłym kłamcą. Wstyd i hańba. Izrael dokonał ludobójstwa w Strefie Gazy, terroryzuje Palestyńczyków, napadł na Iran, a ty kłamiesz! Kto mu dostarcza informacje? Nie wiem, ale się domyślam”. I rzeczywiście – ktoś, kto powiela kłamliwe tezy kraju oskarżonego o zbrodnie, przestaje być dyplomatą, staje się urzędnikiem obcego państwa i mamy prawo zapytać: Kogo reprezentuje w polskim MSZ, Państwo Polskie czy Izrael? I jeszcze jedno: Gdy Izrael mordował Palestyńczyków, Teofil raczył nas cymesami: „Żydzi są naszymi braćmi. Musimy się z państwem Izrael identyfikować”.
To nie pierwsza haniebna wypowiedź Żyda pełniącego ważną funkcję w polskim MSZ. To nie pierwszy raz wiceszef polskiej dyplomacji powiela obcą propagandę. Pytany o otwartą w polskim Lwowie „wojskowo-patriotyczną szkołę Banderowiec”, nie tylko usprawiedliwiał Ukraińców, ale buńczucznie oświadczył: „Z całą pewnością nie będziemy wzywać ambasadora Ukrainy”. I te słowa także doczekały się komentarzy: „To wstyd i hańba. To wybielanie zbrodniczej ideologii (…) A gdyby w Berlinie powstała szkoła ‘Hitlerowiec’, też nie byłoby reakcji MSZ?”.
W polityce nie zawsze mówi się prawdę. Ale nawet wtedy są granice przyzwoitości. Tu przypomnijmy słowa ojca Teofila: „Warto być przyzwoitym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieprzyzwoitym, ale nie warto”. Teofil uznał jednak, że nieprzyzwoitość się opłaca. Z tym, że jego wypowiedzi nie tylko są nieprzyzwoite, ale szkodzą wiarygodności państwa i rządu.
Godnym następcą ojca jest także z innego powodu – chorobliwej pazerności. Prof. Andrzej S. Ciechanowiecki założył Fundację Zbiorów im. Ciechanowieckich (wyposażyła Zamek Warszawski w 3 tysiące dzieł sztuki) oraz prywatną fundację o łacińskiej nazwie Non Omnis Moriar, do której przekazał swój majątek. Teofil, którego Ciechanowiecki był ojcem chrzestnymi i sfinansował studia w Cambridge, założył spółkę o żydowskiej nazwie Max and Max Limited, sprzeniewierzył powierzony mu w zarząd majątek, a za przywłaszczone pieniądze kupił kilka apartamentów.
Kiedy jego dobroczyńca odkrył oszustwo i rozczarowany chrześniakiem zażądał zwrotu pieniędzy, Teofil prezesem spółki mianował żonę, przekazał jej wszystkie udziały, spółkę rozwiązał, apartamenty sprzedał i kupił 600-metrowy dworek wraz z 11-hektarową działką. Ale to nie koniec problemów z Teofilem, bo: sąd wycenił przekręt na 17 milionów, sąd rejonowy w Wołominie zablokował księgę wieczystą nieruchomości, prokuratura bada przepisanie majątku na żonę.
Trwa zmowa milczenia wobec wyroku sądu. Milczą przełożeni Teofila – Donald i Radek. Milczy Władek, bo wiedzieć trzeba, że Teofil jest członkiem PSL, do którego przystąpił, gdy z poręki partii dostał się do Sejmu. Zareagował jedynie bloger: „Ja pierdolę?! Naprawdę?! Nikomu to nie przeszkadza?!”. A my pytamy: Czy człowiek o poglądach członka szowinistycznej izraelskiej partii, wyraża oficjalne stanowisko PSL? Nawiasem mówiąc, członkiem PSL był także ojciec Teofila, i pytanie, czy Teofil godnie reprezentuje Kosiniaka-Kamysza, powinny poprzedzić pytania: Czy idiotyzm jest dziedziczny? Czy dyplomacja (i cały rząd) wpadła w ręce idiotów? Nie od rzeczy będzie też przytoczyć żydowskie przysłowie: Jeśli ktoś wygląda jak idiota, mówi jak idiota to na pewno jest idiotą.
W 1980 roku Teofil, ot tak sobie, wyjeżdża do Anglii. Szybko uzyskuje stopień doktora w dziedzinie antropologii kulturowej. Zostaje nauczycielem historii Żydów na Uniwersytecie Londyńskim oraz dyrektorem Instytutu Studiów Polsko-Żydowskich w Oksfordzie. W latach 1991-2006 jest konsultantem (i członkiem zarządu) spółek giełdowych w brytyjskiej firmie Central Europe Trust, gdzie nadzorował projekty w sektorze telekomunikacyjnym i energetycznym. Zostaje dyrektorem na Polskę w banku JP Morgan i dyrektorem Credit Suisse w Polsce, a potem prezesem zarządu Domu Maklerskiego PGE oraz wiceprezesem zarządu Exatel (spółki skarbu państwa, dostawcy technologii telekomunikacyjnych i cyberbezpieczeństwa, właściciela największej sieci telekomunikacyjnej w Polsce). I nikogo nie dziwiło, że wszystkie te fuchy sprawował historyk, antropolog kultury!
I jeszcze jedno – w Sejmie wszedł w skład Komisji do Spraw Energii i Aktywów Państwowych. I gdy Teofil na mównicy sejmowej kiwa się w takt muzyki klezmerskiej, to przypominają się słowa jego ojca (który Teofila wydziedziczył!), inspirowane jakoby mądrością ludową: „Bierz, kiedy dają, tańcz, kiedy grają, uciekaj, kiedy gonią, klękaj, kiedy dzwonią”. I narzuca się pytanie: Czy skłonność do geszeftów jest dziedziczna? Tu pamiętać trzeba, że Niemcy sprawnie zbudowali w Polsce swoje lobby nie poprzez przedstawicieli mniejszości niemieckiej, ale żydowskiej, ludzi o żebraczym usposobieniu, kupionych za niemieckie srebrniki. Jednym ze sposobów jest zapraszanie do wygłaszania prelekcje, które są okazją do korumpowania prelegentów. Jednym z nich był ojciec Teofila. Ile na tym zarobił, nie wiemy. Wiemy natomiast, że UOP przesłał do MSZ trzy raporty nt. zagrażającego bezpieczeństwu państwa zachowania Janusza Reitera, ambasadora RP w Niemczech z poręki Bartoszewskiego, który za „wykłady” zarabiał trzykrotnie więcej, niż wynosiło jego ambasadorskie uposażenie.
Innym sposobem jest przyznawanie nagród i medali, a właściwie związanych z nimi gratyfikacji pieniężnych. Tu modelowym przykładem był „otoczony szczególnym szacunkiem w Niemczech” ojciec Teofila, który przyjął złoty medal Gustawa Stresemanna, kanclerza Niemiec i polakożercy. I w tym miejscu warto przypomnieć słowa Prymasa Tysiąclecia:„Nie ma polskiej polityki za niepolskie pieniądze”. A co do „prelekcji”, to nigdy nie ma w nich krytycznego słowa pod adresem gospodarzy. Mnóstwo natomiast o ksenofobii Polaków i ich współudziale w eksterminacji Żydów. Ojciec Teofila twierdził, że „w czasie okupacji bardziej bał się Polaków niż Niemców” a „Polacy to ochrzczony motłoch”. Teofil uważa, że premier Izraela nie popełnia zbrodni, a „Żydzi są naszymi braćmi i musimy się z państwem Izrael identyfikować”. A my pytamy: Czy Teofil za korzyści osobiste jest gotów, jak ojciec, mówić wszystko? I czy w jego przypadku nie jest trafnym powiedzenie: Niedaleko pada jabłko od jabłoni?
Niemieckie lobby to także aktywa niemieckich służb specjalnych. Okazało się, iż wiele osób wyselekcjonowanych przez ojca Teofila na odcinek niemiecki miało kłopoty lustracyjne. Znawcy archiwów PRL-owskiej bezpieki mówili z pełnym przekonaniem, iż w 1954 r. podjął wobec departamentu I MSW zobowiązanie do zdawania szczegółowych relacji ze swych podróży po RFN, w większości sponsorowanych i opłacanych przez MSW. Po 1989 r. wykazał się dużym zapałem lustracyjnym i dekomunizacyjnym. Ale nie było tego widać podczas urzędowania w MSZ i wcześniej na placówce w Wiedniu, gdzie dbał o przedstawicieli bezpieki, a po powrocie do kraju zatrudnił ich i ich żony w MSZ. Inna sprawa, że ci odwdzięczali mu się pisaniem na niego raportów do UOP.
Był zdecydowanym zwolennikiem, by Sikorski objął tekę szefa resortu dyplomacji. Tusk (mimo iż wiedział o afiliacjach Radka z brytyjskim MI6) chciał mu początkowo dać resort obrony, ale pomogła interwencja Władysław Bartoszewskiego, który zresztą publicznie to przyznał: „To był mój pogląd, że jest to najodpowiedniejszy kandydat, tego poglądu do dzisiejszego dnia nie zmieniłem”. Gdy Bartoszewski został ministrem, zawzięcie bronił ambasadorów mianowanych przez swego poprzednika TW „Buyer” i otwarcie manifestował wrogość do lustracji i dekomunizacji. Odchodząc z MSZ, z rozrzewnieniem wspominał: „Ambasadoramizrobiłem takich PZPR-owców, którym za komuny nawet by się to nie śniło” i szczycił się: „W ciągu 15 miesięcy mianowałem 47 ambasadorów, dzięki dobrej współpracy z A. Kwaśniewskim. Tylko trzech pracowników odwołałem, ale z nowej kadry, w tym jednego z ZChN. Zostawiam MSZ w dobrym stanie”.
Władysław Bartoszewski przez lata był „na utrzymaniu” Marion Dehnhoff, u nas przedstawianej, jako główna postać pojednania niemiecko-polskiego. Tymczasem prasa niemiecka ujawniła, iż hrabina była agentką Urzędu Ochrony Konstytucji, czyli niemieckiej bezpieki. Teofil przez lata był na utrzymaniu Żydów, jako dyrektor w Instytucie polsko-żydowskim w Londynie. Radek Sikorski wygadał się, że Instytut „pomagał organizować” jego serdeczny londyński przyjaciel Maciej Jachimczyk, stypendysta organizacji „Church In Need”, powołanej w celu niesienia pomocy prześladowanym po drugiej stronie żelaznej kurtyny chrześcijanom. Radek nie dopowiedział jednak, że Maciej przeszedł na islam, że w latach 90. był szefem Ośrodka Czeczeńskiego w Krakowie i że UOP uznawała go za człowieka związanego z rosyjskimi służbami, zagrażającego bezpieczeństwu Polski (a w tym samym czasie rosyjski „Kommiersant” kpił: „Sikorski włączył do resortu ludzi, którzy kształcili się w radzieckich akademiach wojskowych, więc mogli być związani z rosyjskimi służbami specjalnymi”).
Teofil Bartoszewski nie dostał od ABW poświadczenia bezpieczeństwa (które daje dostęp do tajnych dokumentów), a mimo to został wiceministrem. Ma też (tak, jak Radek) podwójne obywatelstwo. Mamy zatem prawo zapytać: Dla kogo pracuje iczy skłonność do obcych wywiadów jest dziedziczna?
Mamy też prawo znać przeszłość takich ludzi i postawić pytanie: Kim jest Teofil? Ojciec utrzymywał, że był synem urzędnika bankowego. Z kręgów ojca chrzestnego Teofila, potomka kresowej rodziny ziemiańskiej dotarło, że pierwotnie nazywał się Bartosiak i pochodził ze wsi Żaby, gdzie był lokajem na miejscowym dworze. Ursynowsko-natoliński tygodnik „Pasmo” z 18.09.97 r. w rubryce „Wierzcie nie wierzcie” relacjonował, iż na zorganizowanym przez Unię Wolności w parku przy stacji metra Natolin festynie wyborczym „Bartoszewski z werwą opowiadał na estradzie […] w b. ciekawym wątku osobistym o swoim dzieciństwie w biednej rodzinie żydowskiej”.
Sam Bartoszewski przyznał w Knesecie: „Polska to ewenement. Proszę wskazać inny kraj w Europie, w którym trzech szefów dyplomacji było żydowskiego pochodzenia, jeden ma honorowe obywatelstwo Izraela, a obecny ma żonę Żydówkę”. W zakres kompetencji Teofila weszły relacje z diasporą żydowską i nadzór nad urzędem pełnomocnika ds. kontaktów z diasporą żydowską, który powołał jego ojciec. No i pierwszą żoną starego Bartoszewskiego, a matką Teofila była starsza od męża o siedem lat Antonina Mijal, bratanica znanego działacza Komunistycznej Partii Polski ( i później PPR) Kazimierza Mijala. Bądźmy jednak obiektywni – żona Teofila to czysty typ aryjski, bo jej pradziadkiem był pruski generał Helmuth von Moltke.
Pora zatem zawołać: Jeśli tak wygląda minister twojego kraju, to już dawno nie jest to twój kraj! Ojciec Teofila jest autorem obowiązującej do dziś dyplomatycznej doktryny: „Polska to panna stara, brzydka i bez posagu”. Tymczasem swoim szkaradnym semickim wyglądem (jednym z jego pseudonimów w MSZ był – „nietoperz”) naruszał powagę urzędu. Brak mu było też najzwyklejszej schludności. Liche garnitury wiszące na nim jak na drucianym wieszaku, kołnierz marynarki odstający od karku na szerokość pięści. Nie tylko nosił byle co, ale pachniał, czym zjadł. Niekorzystny wizerunek pogarszał sposób mówienia – wrzeszczał, ślinił się, a nawet pluł. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość, w obecności Żydów spisywał się na medal – przywdziewał elegancką, atłasową jarmułkę. No i mamy to, co mamy: na dyplomatycznych salonach bryluje syn „nietoperza” i pupilek Bartoszewskiego, dżentelmen z Chobielina o wyglądzie fryzjerczyka. Bo przełożony Teofila ma nietypową urodę: kałmuckie rysy, zapuchnięte ponure oczy, przetłuszczone włosy, niewyprasowane i poplamione spodnie.
Człowiek zaczyna się przedstawiać zanim otworzy usta. Znalazło to wyraz w powiedzeniu:Jak cię widzą tak cię piszą. U dyplomaty ważne, co mówi, ale nie mniej ważny jest wygląd. To profesja wybitnie reprezentacyjna. Staranność ubioru dyplomaty jest przejawem szacunku, bylejakość oznacza lekceważenie partnerów. Niechlujny wygląd to także sygnał – ten człowiek nie radzi sobie z sobą, więc nie poradzi sobie z zadaniem, które ma wykonać. Dyplomaci i w ogóle ludzie piastujący stanowiska publiczne muszą przy tym pamiętać, że występują nie tylko w swoim imieniu, lecz państwa, nas wszystkich. Tu zacytujmy francuskiego polityka Paula Cambon: W świecie polityki nie wystarczy mieć rację, trzeba się jeszcze podobać i umieć zachować.
Sytuacja geopolityczna Polski jest niezwykle trudna. Ważą się losy kraju. Potrzebni są finezyjni i profesjonalni dyplomaci, a nie notorycznie przegrywające miernoty, przynoszący Polsce same straty. Potrzebny jest MSZ, a nie jego atrapa. Dziś urzędowi temu potrzebne są szczególnie: pełna odnowa, in capite et in membris (w całości i w szczegółach), przywrócenia narodowego charakteru, kompetentni lojalni dyplomaci służący państwu polskiemu, o życiorysach przejrzystych dla opinii publicznej, a nie Mosadu.
Murray twierdzi, że mimo iż Trump sprawia wrażenie klauna, byłoby strasznym błędem brać to za prawdę, ponieważ Trump jest bezwzględny i bardzo niebezpieczny, a jego celem jest zniszczenie Palestyńczyków w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, Iranu i Irańczyków, a jednocześnie wspiera przejęcie Libanu i Syrii przez Izrael na rzecz Wielkiego Izraela i Stanów Zjednoczonych.
„Same kłamstwa i żarty, a jednak człowiek słyszy to, co chce słyszeć, a resztę ignoruje” „Bokser”, Paul Simon
Słuchanie Donalda Trumpa jest jak wpatrywanie się w płytę kręcącą się na gramofonie i odkrywanie, że umysł wiruje wraz z oczami. Coś, co tu gra, przyprawia o szaleństwo, nie w sensie Patsy Cline, która śpiewała „Crazy” o utraconej miłości, ale raczej w sensie oryginalnego tytułu piosenki – „Stupid” – według Willy’ego Nelsona, autora.
Trump jest jak gangster Vincent Gigante, który przechadzał się po Greenwich Village w kapciach, piżamie i szlafroku, próbując przekonać prokuratorów federalnych, że jest szalony. Bełkot Trumpa to podobny wybryk. Tylko bardzo głupi człowiek dałby się na to nabrać. Irańczycy nie są głupi i my też nie powinniśmy być.
Jego ostatnia czcza gadanina pojawiła się wczoraj rano, kiedy po kilku dniach gróźb „zniszczenia” irańskiej sieci energetycznej, jeśli ten nie otworzy Cieśniny Ormuz w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, oświadczył, że odkłada takie ataki na pięć dni, ponieważ USA i Iran przeprowadziły „produktywne rozmowy”. Powiedział:
Poleciłem Departamentowi Wojny odroczenie wszelkich ataków militarnych na irańskie elektrownie i infrastrukturę energetyczną na okres pięciu dni, pod warunkiem powodzenia trwających spotkań i dyskusji.
Niedługo potem Iran zaprzeczył, jakoby takie negocjacje miały miejsce. Materiał irańskiej PRESSTV brzmiał: „Negocjujemy z wrogami za pomocą uderzeń o dużej sile rażenia”, jednocześnie bombardując Izrael falami pocisków.
Trzeba mieć ogromne kłopoty z pamięcią, żeby zapomnieć o tym, że Trump w przeszłości używał „negocjacji” jako pretekstu do ataku na Iran. To podstępny kłamca i to prawdopodobnie kolejna rażąca taktyka opóźniająca, która potrwa dzień, dwa, a może nawet pięć.
Staje się to szczególnie prawdziwe, gdy Simplicius i inni donoszą, że 82. Dywizja Powietrznodesantowa USA „otrzymała instrukcje rozmieszczenia”, a piechota morska kieruje się do Iranu. Istnieje również prawdopodobieństwo, że Pakistan potajemnie wysyła wojska amerykańskie do Iranu od wschodu.
27 lutego, dzień przed atakiem USA i Izraela na Iran, zadałem pytanie: „Czy to tylko zbieg okoliczności, że podczas gdy Trump gromadzi siły uderzeniowe na zachód i południe od Iranu, Pakistan atakuje Afganistan, który to kraj rozciąga się wzdłuż 950-milowej wschodniej granicy Iranu?”
W odpowiedzi na takie ataki Trump stwierdził: „Pakistan [który ma około 170 głowic nuklearnych] radzi sobie znakomicie”.
Kiedy amerykańskie media głównego nurtu donoszą, że Trump rozważa opcje dotyczące wojsk w Iranie, można być niemal pewnym, że już podjął taką decyzję. Właśnie usłyszałem od znajomego, że jego syn, żołnierz, otrzymał wszystkie szczepienia, a jego jednostka jest wysyłana na misję. Dokąd? Nie potrafi powiedzieć.
Ta wojna nieubłaganie zmierza w kierunku niezwykle niebezpiecznej fazy, a ponieważ Amerykanie i rosnąca liczba żołnierzy amerykańskich sprzeciwiają się jej, rośnie ryzyko ataku pod fałszywą flagą w USA, który wywołałby oburzenie Amerykanów wobec Iranu. Były analityk CIA, Ray McGovern, właśnie ostrzegł przed taką możliwością.
Przez lata panował powszechny konsensus wśród mediów głównego nurtu i niezależnych, że dwukrotne objęcie przez Trumpa urzędu prezydenta było zerwaniem z tradycją, ponieważ jest on osobliwą postacią bez żadnego doświadczenia politycznego itd. Tę opinię wyrażali zarówno ci, którzy go kochają, jak i ci, którzy go nienawidzą. Ja od lat argumentuję coś przeciwnego: że od samego początku jest postacią establishmentu, w kostiumie scenicznym, że tak powiem. Niewielu się z tym zgadza. Niedawno napisałem:
Niektórzy twierdzą, że to dlatego, że jest zupełną anomalią i udało mu się dwukrotnie zostać prezydentem dzięki dziwnemu zrządzeniu losu. Jeśli tak jest, byłby to pierwszy i drugi raz w historii nowożytnej, kiedy to się zdarzyło. Człowiek bez politycznego doświadczenia, komiczny żart rodem z reality show, napuszony, gruby imprezowicz z dziwacznie farbowanymi włosami, który mówi jak dziewczyna z Doliny Wschodniego Wybrzeża, kobieciarz, bardzo bogaty nowojorski handlarz nieruchomościami itd. zdobywa głosy przeciętnych Amerykanów, którzy tracą pracę w rolnictwie i fabrykach i są wściekli na rząd. Podawano najróżniejsze wyjaśnienia tej „anomalii”, z tym jednym wyjątkiem, że poza wyglądem anomalią to nie było.
Wygląda na to, że coraz więcej osób podziela tę opinię. W niedawnym artykule „Seeing Trump Clearly” Craig Murray, były brytyjski dyplomata, pisarz i szkocki obrońca praw człowieka, który uczestniczył w procesie ekstradycyjnym Juliana Assange’a i relacjonował jego przebieg, napisał:
Pocieszające jest widzieć Trumpa jako błazna, akceptować prezentowaną powierzchowność pyskatego i niewykształconego ignoranta, który miota się między opcjami politycznymi i nie rozumie świata geopolityki.
Ale to bzdura.
Murray twierdzi, że mimo iż Trump sprawia wrażenie klauna, byłoby strasznym błędem brać to za prawdę, ponieważ Trump jest bezwzględny i bardzo niebezpieczny, a jego celem jest zniszczenie Palestyńczyków w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, Iranu i Irańczyków, a jednocześnie wspiera przejęcie Libanu i Syrii przez Izrael na rzecz Wielkiego Izraela i Stanów Zjednoczonych.
Tak, to prawda, że Trump i jego skorumpowana rodzina również dorabiają się na Bliskim Wschodzie, dokonując zabójczych interesów finansowych, ale jego polityka jest częścią długoterminowej strategii USA. Co najważniejsze, Murray pisze [podkreślenie moje]:
Niezbędne jest, aby nie stracić z oczu ponadpartyjnego charakteru długoterminowego planu Stanów Zjednoczonych. W bardzo realnym sensie Trump kontynuuje – choć znacznie przyspieszył – politykę Bidena, który chronił i umożliwiał ludobójstwo w Strefie Gazy. Sukces tej polityki USA jest fenomenalny. Wystarczy pomyśleć, że zaledwie 18 miesięcy temu syjonistyczni „prezydenci” Al-Dżolani z Syrii i Aoun z Libanu nie byli u władzy. Obaj zostali wyniesieni do władzy w wyniku działań militarnych wspieranych przez USA, przez działania Izraela przeciwko Hezbollahowi oraz przez aktywność sił HTS sponsorowanych przez CIA i MI6. Wprowadzeni przez Bidena, są teraz centralnym elementem strategii Trumpa.
To samo można powiedzieć o ponadpartyjnym charakterze strategii USA wobec ukraińskiej wojny zastępczej przeciwko Rosji i agresywnych posunięć wobec Chin, przewidywanych dziesięć lat temu przez nieżyjącego już, wybitnego dziennikarza Johna Pilgera w jego poruszającym filmie dokumentalnym „Nadchodząca wojna z Chinami”.
Pewnego wieczoru mężczyzna wybrał się na spacer po swojej dzielnicy mieszkalnej w małym, bardzo liberalnym (Partia Demokratyczna) miasteczku w Nowej Anglii. Nie spotkał nikogo poza wiewiórką, kilkoma wronami i stadem czarnych sępów krążących nad głową.
Gdy wracał do domu, z bocznych drzwi dużego domu, na którym od lutego 2022 roku wisiała flaga Ukrainy, wyszedł mężczyzna. Rozpoznał w nim mężczyznę, który przekazał lokalnej bibliotece dużą kolekcję książek o CIA, Rosji, Philipie Agee (byłym dysydencie CIA) itp.
Mężczyzna zaczął rozrzucać żelki na trawniku. Spacerowicz zapytał go, co robi, a mężczyzna odpowiedział, że robi to, aby powstrzymać Irańczyków przed inwazją. Spacerowicz powiedział: „Ale Irańczycy nas nie najeżdżają”. Na co mężczyzna odparł: „Widzisz? To działa. Rosjanie boją się żelek”.
27 marca 2026 roku stał się dniem przełomowym w kontekście napiętych relacji między Stanami Zjednoczonymi a Iranem. W wyniku zmasowanego ataku rakietowo-dronowego przeprowadzonego przez Irańską Gwardię Rewolucyjną, doszło do zniszczenia amerykańskiego samolotu E-3 Sentry AWACS w bazie Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej. To dramatyczne wydarzenie rzuca nowe światło na sytuację w Zatoce Perskiej, podważając amerykańską dominację w regionie.
Amerykański E-3 Sentry, znany jako AWACS, to kluczowy element wczesnego ostrzegania i kontroli przestrzeni powietrznej. Jego utrata stanowi poważne osłabienie dla sił USA, które od dekad opierają swoje operacje w regionie na możliwościach tego typu maszyn. AWACS-y, dzięki zaawansowanym systemom radarowym, dostarczają danych o ruchach powietrznych i morskich, co jest nieocenione w trudnym środowisku bliskowschodnim.
Atak na bazę Prince Sultan był niezwykle precyzyjny. Według dostępnych informacji, Iran użył zaawansowanych technologicznie rakiet i dronów, co pozwoliło na jednoczesne uderzenie w kilka celów. Obok E-3 Sentry, zniszczone lub uszkodzone zostały także inne amerykańskie maszyny, w tym tankowce powietrzne KC-135R. To pokazuje, że Iran posiada zdolność do przeprowadzenia złożonych operacji wojskowych, które mogą skutecznie zakłócić działania jednego z najpotężniejszych militarnie państw na świecie.
Konsekwencje tego incydentu są wielowymiarowe. Po pierwsze, zniszczenie AWACS-a to nie tylko cios w amerykańską obecność militarną w regionie, ale także poważny sygnał dla innych krajów zaangażowanych w konflikty na Bliskim Wschodzie. To również ważny test dla amerykańskiej strategii obronnej, która musi teraz uwzględnić możliwość dalszych ataków tego typu.
Po drugie, incydent ten może mieć długotrwałe skutki dla sytuacji geopolitycznej w regionie. Zatoka Perska, będąca kluczowym szlakiem transportu ropy naftowej, staje się coraz bardziej niestabilna. Ataki na amerykańskie instalacje wojskowe mogą skłonić inne kraje do przemyślenia swojej obecności i zaangażowania w regionie. Dodatkowo, nie można wykluczyć wzrostu napięć między Iranem a sąsiednimi państwami arabskimi, które obawiają się rosnącej potęgi militarnej Teheranu.
Dla Stanów Zjednoczonych, które od lat starają się utrzymać przewagę technologiczną i militarną nad Iranem, incydent ten jest poważnym wyzwaniem. Władze w Waszyngtonie będą musiały podjąć decyzję, jak zareagować na tak bezpośrednie naruszenie ich interesów. Możliwości są rozmaite – od dyplomatycznych protestów po potencjalne działania odwetowe. Każda z opcji niesie jednak ze sobą ryzyko dalszej eskalacji konfliktu. Iran, z kolei, zademonstrował swoją zdolność do strategicznego myślenia i wykorzystania nowoczesnych technologii wojskowych. Atak na bazę w Arabii Saudyjskiej to jasny sygnał, że Teheran nie zamierza ustępować w swoim dążeniu do zwiększenia wpływów w regionie. W obliczu międzynarodowych sankcji i presji ze strony Zachodu, Iran pokazuje, że jest gotów na bezpośrednią konfrontację wojskową, jeśli uzna to za konieczne.Podsumowując, zniszczenie amerykańskiego AWACS-a w bazie Prince Sultan to wydarzenie, które może mieć dalekosiężne skutki dla bezpieczeństwa w Zatoce Perskiej i całym Bliskim Wschodzie. W obliczu narastających napięć, społeczność międzynarodowa będzie musiała znaleźć sposób na złagodzenie sytuacji i zapobieżenie dalszej eskalacji konfliktu. Jedno jest pewne – 27 marca 2026 roku zapisze się na kartach historii jako dzień, który zmienił układ sił w regionie. Źródła:
W obliczu eskalacji konfliktu, który ogarnął cały świat, znany analityk geopolityczny i niezależny dziennikarz Pepe Escobar analizuje dramatyczne wydarzenia na Bliskim Wschodzie w niedawnym wywiadzie. Podczas gdy Iran bombarduje Izrael i państwa Zatoki Perskiej precyzyjnymi pociskami i redefiniuje Cieśninę Ormuz, zapowiedziana operacja militarna Trumpa grozi pogrążeniem się w chaosie, błędnych kalkulacjach i załamaniu gospodarczym. Escobar opisuje „teatr absurdu”, w którym irański opór wstrząsa fundamentami hegemonii USA, nie tylko militarnie, ale także geoekonomicznie.
[Film w oryginale md]
Nowa rzeczywistość w Cieśninie Ormuz: Irańska bramka poboru opłat „Petro-Juan”
Pepe Escobar szczegółowo wyjaśnia, jak sytuacja w Cieśninie Ormuz radykalnie zmieniła się od wczoraj. Do niedawna tankowce z Chin, Indii, Pakistanu, Iraku, Bangladeszu, a nawet krajów takich jak Sri Lanka i Tajlandia mogły korzystać z przeprawy – pod warunkiem spełnienia trzech jasnych warunków: musiały przekazać wszystkie dane brokerowi powiązanemu z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), który je weryfikował. Jakiekolwiek powiązanie z interesami USA, Izraela lub wrogimi stronami natychmiast wstrzymywało przeprawę.
Po drugie, należało uiścić opłatę w wysokości dwóch milionów dolarów amerykańskich za każdy tankowiec – gotówką (najlepiej w juanach) lub kryptowalutą za pośrednictwem niezwykle szybkiego blockchaina Tron (rozliczenie w zaledwie trzy sekundy). Po zapłaceniu i otrzymaniu płatności następował trzeci krok: Statki musiały skorzystać z precyzyjnie określonego kanału żeglugowego o szerokości zaledwie ośmiu kilometrów, znajdującego się na północ od wyspy Keszm, między Keszm a małą wyspą Larak.
Zasady te, które Escobar określa mianem „prywatyzacji lub nacjonalizacji” Cieśniny Ormuz, zostały obecnie wpisane do prawa irańskiego przez parlament. Są one wzorowane na Kanale Sueskim: koniec z swobodnym przepływem. Marynarka Wojenna Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej kontroluje nie tylko wody terytorialne, ale także rozległy obszar – od południowego Keszm, przez zachodnią część Zatoki Perskiej do wyspy Qaruh, a dalej obejmując Zatokę Perską, Cieśninę Ormuz i Zatokę Omańską, aż do granicy irańsko-pakistańskiej.
Jednak na dzień dzisiejszy cały ruch został wstrzymany: żadne statki nie przepływają, ponieważ wszyscy spodziewają się rychłej operacji USA. Escobar podkreśla, że zasady pozostają w mocy i będą ściśle egzekwowane. Osoby, które nie są uznawane za „państwa wrogie”, mogą przepłynąć – ale tylko za opłatą i wyznaczoną trasą.
Ten środek to prawdziwy przełom. W ciągu zaledwie kilku dni Iran ustanowił alternatywny system płatności, który skutecznie funkcjonuje jako „petrojuan” – czego nie udało się osiągnąć przez lata szczytów BRICS. Rosja i Chiny, podobnie jak Globalne Południe, obserwują to z wielkim zainteresowaniem. IRGC czerpie bezpośrednie dochody z opłat, a system jest już w pełni operacyjny.
Możliwa inwazja USA i spekulacje na temat „lądowania w Normandii”
Escobar przedstawia scenariusze, które obecnie dręczą świat. Krążą pogłoski o „desantowaniu w stylu normandzkim” – prawdopodobnie na wyspie Larak, do której najpierw należałoby zabezpieczyć Keszm. Inne możliwe cele to region Sistan-Beludżystan w pobliżu portu Czabahar, wyspa Abu Musa (irańska, ale roszczona przez Zjednoczone Emiraty Arabskie) lub inne odcinki wybrzeża. Rząd USA wysyła tysiące marines i do 10 000 żołnierzy, ale nawet amerykańscy urzędnicy ostrzegają Trumpa w swoich negocjacjach: żadna z opcji lądowych nie wygląda obiecująco. Niemniej jednak Waszyngton nadal eskaluje – pomimo niedawnego oświadczenia Trumpa, że jest „znudzony wojną” i chce „iść dalej”. Escobar nazywa to „zdumiewającym”: po tym, jak Trump nazwał konflikt „wycieczką”, teraz jest nim znudzony.
Marynarka Wojenna Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej jest w stanie najwyższej gotowości. Escobar ostrzega: Cokolwiek wydarzy się w ten weekend lub w nadchodzących dniach, będzie katastrofalne w skutkach. Niezależnie od tego, czy będzie to mini-inwazja, czy potężny atak bombowy, konsekwencje są nieprzewidywalne.
Ofensywa rakietowa Iranu i niszczenie potęgi USA i Izraela
Pomimo twierdzeń USA, że jedna trzecia irańskiego systemu rakietowego została zniszczona (wbrew narracji Trumpa o „wszystkim zniszczeniu”), Iran codziennie ostrzeliwuje Tel Awiw, cele izraelskie i porty Zatoki Perskiej precyzyjnymi pociskami. Escobar mówi o „zdecentralizowanej strategii mozaikowej”, która jest codziennie udoskonalana. Irańska armia publikuje selfie z wystrzeliwania pocisków – to wyraźne zwycięstwo w tej narracyjnej bitwie. Izrael informuje o zniszczeniu ich prawie 100 czołgów przez sam Hezbollah, a armia jest na skraju upadku. Bazy USA w Azji Zachodniej są zniszczone w ponad 90% i nie zostaną odbudowane.
Iran nie wykorzystał jeszcze w pełni swojego potencjału: niewidzialne podziemne miasta rakietowe na południowym wschodzie i wschodzie kraju (w pobliżu granicy z Afganistanem) są nieznane Amerykanom. Cele pozostają jasne: maksymalne zniszczenie Izraela (być może nieodwracalne), całkowite wyparcie USA z Zatoki Perskiej i utworzenie nieodwracalnego mechanizmu odstraszającego.
Rola państw Zatoki Perskiej: ZEA jako podpalacz, Arabia Saudyjska jako obrońca
Pozycja Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) jest szczególnie napięta. Escobar cytuje „przerażający felieton” ambasadora ZEA w USA w „Wall Street Journal”: Emiraty otwarcie przystępują do wojny po stronie USA. Powód: 1,4 biliona dolarów zainwestowanych w amerykańską gospodarkę (sztuczna inteligencja, półprzewodniki itp.). Ich model biznesowy – Dubaj jako centrum „błyskotek”, Dżabal Ali jako kluczowy port – leży w gruzach. Inne porty w Tartusie (Syria), Akabie (Jordania) i Hajfie są sparaliżowane. Iran opublikował już listę pięciu megacelów: elektrowni, zakładów odsalania wody i innych. Jeśli ZEA przystąpią do wojny, ich gospodarka – w tym centra sztucznej inteligencji i lotniska – będzie zagrożona całkowitym zniszczeniem.
Arabia Saudyjska działa ostrożniej, ale pozostaje zaangażowana. Rozumownia Escobara przywołują historyczne ambicje: Kuwejt należał kiedyś do prowincji Basra, Bahrajn do Iranu (do 1971 roku), a Emiraty do Omanu. Iraccy analitycy otwarcie mówią o zwrocie tych terytoriów. Katar i Oman natomiast pozycjonują się sprytnie: potępiają wojnę i nie oferują swojego terytorium do ataków na Iran – widzą, „w którą stronę wieje wiatr”.
Farsa negocjacyjna i „Teatr Absurdu”
Escobar opisuje nieudane negocjacje jako szczyt absurdu. Omańscy dyplomaci przetłumaczyli irańskie propozycje (hojne oferty wzbogacania uranu) na pidgin angielski – ekipa Trumpa („Heckle and Jackal”) ich nie zrozumiała. Później J.D. Vance miał polecieć do Islamabadu, ale Pakistan zdradził Iran: osiem tankowców z irańską ropą, pływających pod pakistańską banderą, zostało zajętych przez Stany Zjednoczone. Trójstronny sojusz Turcji, Egiptu i Pakistanu, pełniących rolę mediatorów, rozpadł się. Iran powtórzył swoje główne żądania: wycofanie wszystkich baz amerykańskich, reparacje, zniesienie sankcji, swobodny cywilny program nuklearny oraz brak ograniczeń dotyczących pocisków rakietowych i sojuszy z Hezbollahem i Ansar Allah.
Trump ogłasza wygraną wojnę i „nudzi się”. Ale rzeczywistość jest taka: obecność USA w Zatoce Perskiej została niemal całkowicie zniszczona, Izrael stoi na krawędzi upadku, a rynki ropy naftowej i obligacji spadają.
Apokalipsa gospodarcza: cena ropy 150 dolarów i globalna recesja
Rynki obligacji zmuszają Trumpa do wycofania się: rentowność 10-letnich amerykańskich obligacji zbliżyła się do 5%, zanim odroczenie ultimatum na krótko ją uspokoiło. Larry Fink z BlackRock otwarcie ostrzega przed dwoma scenariuszami: ropa naftowa po 40 lub 150 dolarów – ten drugi oznacza globalną recesję. Przy cenie 120 dolarów (która jest już w zasięgu ręki) recesja już się zaczyna. Europa, bez rosyjskiego lub katarskiego gazu, zapłaci najwyższą cenę. Kaskadowe skutki już wpływają na globalne Południe, Azję Południowo-Wschodnią i Indie.
Rosja i Chiny: sztuka milczenia
Rosja i Chiny zachowują strategiczne milczenie – „Nigdy nie przerywaj wrogowi, gdy popełnia poważny błąd”. Udzielają Iranowi wsparcia technicznego (Beidou zamiast GPS, Intel dla planów USA, ulepszone drony), nie przyznając się do tego publicznie. Putin jest przekonany, że wojna zakończy się maksymalnie w ciągu czterech tygodni. Dla Chin petrojuan to dar: alternatywny system płatności w najistotniejszym punkcie zapalnym świata – osiągnięto w trzy tygodnie to, czego nie udało się osiągnąć przez 20–30 lat dyplomacji. Iran walczy samotnie z nuklearnym supermocarstwem i regionalnym mocarstwem atomowym – i wygrywa.
Suwerenny opór Iranu: 2500 lat historii kontratakuje
Pomimo 47 lat brutalnych sankcji – rozpadającej się infrastruktury, podupadłych hoteli, rozpadających się systemów kanalizacyjnych – Iran dysponuje wybitnym kapitałem ludzkim: światowej klasy uniwersytetami, inżynierami, fizykami i matematykami. Zbudowali ukryty kompleks militarno-przemysłowy, który przeraża supermocarstwo. Escobar jest pod wrażeniem: średniej wielkości mocarstwo regionalne w pojedynkę odwraca sytuację. Globalne Południe podziwia Iran jako obrońcę większości ludzkości.
Ten konflikt oznacza prawdziwy punkt zwrotny XXI wieku – nie 11 września. Hegemonia USA chyli się ku upadkowi, wyłania się wielobiegunowy świat. W ciągu zaledwie kilku tygodni Iran zniweczył wszystkie rzekome zdobycze z października 2023 roku (Liban, Syria). To, co nastąpi, zapisze się w historii: suwerenny opór Persji przeciwko imperiom, które nie odrobiły lekcji. Świat patrzy z zapartym tchem – i wyciąga wnioski.