Gdzie teraz są wasze pioruny i marsze w obronie kobiet? Za rządów koalicji Tuska zamknięto już 42 porodówki w Polsce a w zamian kobiety mają rodzić na SOR-ach. Cisza – napisała Ewa Zajączkowska-Hernik, wykazując hipokryzję lewicowych aktywistek zainteresowanych losem kobiet wyłącznie wtedy, gdy chodzi o zabijanie nienarodzonych dzieci.
„Wenezuelczyk, który w Toruniu brutalnie napadł i zabił 24-letnią Klaudię, po 7 miesiącach wciąż nie dostał z prokuratury Żurka aktu oskarżenia! Cisza. W policji, pod nadzorem ministra Kierwińskiego, funkcjonariuszka w Piasecznie została zgwałcona przez dowódcę, a w Olsztynie naczelnik wydziału składał propozycje seksualne podwładnym kobietom. Gdy zgłosiły sprawę, naczelnik został… przeniesiony do innego komisariatu. Cisza” – napisała europoseł Konfederacji, przypominając głośne przykłady przestępstw na kobietach w ostatnich miesiącach.
Polityk zasugerowała, że lewica skupia się na marginalnych kwestiach takich jak „neutralne płciowo” nazwy stanowisk by odwrócić uwagę od realnych problemów, z którymi mierzą się kobiety w Polsce. Jednym z nich jest zamykanie oddziałów ginekologiczno-położniczych w całym kraju. W niektórych miejscach Polski, kobieta pragnąca rodzić w szpitalu musi pokonać ponad 100 km. W zamian Ministerstwo Zdrowia proponuje, by personel położniczy zmógł odbierać porody w szpitalnych oddziałach ratunkowych (SOR-ach).
„To podsumowanie ich działalności w rządzie. Gdy dorwały się do koryta, nagle zapomniały o kobietach, których w rzeczywistości nigdy nie broniły, tylko wykorzystywały do swoich własnych, partykularnych interesów politycznych. WSTYD. Nie jesteście żadnymi reprezentantkami kobiet w Polsce!” – pisze europoseł Konfederacji.
Już 29 lat Kościół katolicki w Polsce dialoguje z Żydami, organizując Dzień Judaizmu. Jakie są owoce tego dialogu? Czy Żydzi odkrywają Mesjasza w Chrystusie? A może raczej umacniają się we własnej, zamkniętej na Chrystusa tożsamości?
17 stycznia odbywa się po raz 29 Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce. Tym razem miejscem centralnych obchodów jest Płock, diecezja kierowana przez bp. Szymona Stułkowskiego. Najważniejszą rolę odgrywają jednak metropolita Krakowa, kardynał Grzegorz Ryś. Purpurat jest przewodniczącym Rady ds. Dialogu Religijnego przy KEP, w ramach której przewodzi Komitetowi ds. Dialogu z Judaizmem.
Dzień Judaizmu jest w tej skali wydarzeniem wyłącznie polskim. Pierwszy raz obchodzony w 1997 roku za sprawą nowego dynamizmu w dialogu z Żydami, jaki wprowadził do Kościoła św. Jan Paweł II. Jednym z inicjatorów wprowadzenia go w Polsce był arcybiskup Stanisław Gądecki, w 1997 roku biskup pomocniczy w Gnieźnie, później metropolita Poznania i dwukrotny przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski. Kiedy ustępował z tej ostatniej funkcji, wśród swoich najważniejszych dokonań wymieniał właśnie wprowadzenie do Kościoła w Polsce Dnia Judaizmu.
W teorii Dzień Judaizmu miał umacniać wzajemnie zrozumienie po obu stronach dialogu. W przypadku Kościoła katolickiego chodziłoby o pogłębienie świadomości zakorzenienia chrześcijaństwa w Starym Testamencie, ale także o skorzystanie z aktualnej żydowskiej refleksji nad jego księgami, tak, by wydobyć jakieś mniej oczywiste sensy, przydatne również z perspektywy rozpoznania Mesjasza w Chrystusie. Inicjatywa, choć nagłaśniania przez część hierarchów oraz środowiska zaangażowane w dialog z Żydami, nie zyskała nigdy większej popularności. Przez lata przechodziła raczej niezauważona, a większość katolików zachowywała wobec niej dystans lub obojętność, o ile w ogóle wiedziała o jej istnieniu.
Ożywienie
Wokół Dnia Judaizmu zaczęło robić się głośniej dopiero w ostatnich latach, głównie za sprawą dużego zaangażowania Grzegorza Rysia – najpierw jako biskupa, później już także jako kardynała i członka dwóch rzymskich dykasterii. Można spodziewać się, że w najbliższej przyszłości to wydarzenie będzie coraz bardziej obecne w świadomości polskich katolików, zyskując nieco bardziej konkretny wpływ na kształt wiary Polaków. Kardynał Ryś może wykorzystać swoją wyjątkową pozycję jako metropolity Krakowa do tego, by nadać obchodom tego dnia wyjątkową rangę. Jednym z pierwszych gości, których przyjął w siedzibie biskupiej przy Franciszkańskiej 3 był naczelny rabin Polski, Michael Schudrich. Kardynał przyznaje, że w dialogu z judaizmem są „nieprzezwyciężalne” granice i nikt nie wierzy w to, by w doczesności doszło do jakiegoś zjednoczenia chrześcijan z żydami (mówił o tym w październiku 2025 roku na konferencji poświęconej „Nostra aetate”, która odbywała się w Łodzi). Według purpurata konieczna jest jednak intensyfikacja dialogu i rozmów, do czego właśnie Dzień Judaizmu mógłby być idealną okazją. Przy okazji obchodów w 2024 roku przekonywał, że dzień ten powinien mieć swoje odzwierciedlenie w każdej parafii. Przekonywał też, że jeżeli nie pamięta się o Żydach obecnych w historii Polski, to taką niepamięcią potwierdza się „dzieło Zagłady”.
Bo przecież sam dialog z judaizmem nikogo nie dziwi ani nie gorszy – chrześcijanie rozmawiają z każdym, bo spoczywa na nich nałożony przez Chrystusa obowiązek głoszenia Ewangelii całemu światu. Problem pojawia się wtedy, kiedy dialog zostaje oparty na niewłaściwej podstawie. Dlatego trzeba zapytać: czy Dzień Judaizmu w Polsce służy temu, by w miarę możliwości przybliżać Żydów do rozpoznania w Chrystusie Mesjasza, czy raczej do tego, by umacniać obie strony dialogu na swoich pozycjach? Z jakiego rodzaju komunikatem ze strony Kościoła katolickiego spotykają się Żydzi, którzy uczestniczą w centralnych czy lokalnych obchodach Dnia Judaizmu?
Wszystko wskazuje na to, że charakter tego komunikatu jest bardzo daleki od katolickiego ideału. Żydzi coraz częściej słyszą, jakoby ich własna wiara w Boga była całkowicie wystarczająca i nie potrzebowała wcale wypełnienia w Chrystusie. Takie przesłanie obecne jest nie tylko w Polsce, ale również globalnie – w ramach coraz silniej obecnego w przepowiadaniu Kościoła indyferentyzmu religijnego.
Welt-ethos
Z okazji 60. rocznicy ogłoszenia przez II Sobór Watykański deklaracji „Nostra aetate” o stosunku Kościoła katolickiego do religii niechrześcijańskich na łamach oficjalnych mediów watykańskich ukazał się artykuł, który sygnował kardynał Cristóbal López Romero. To 73-letni Hiszpan, arcybiskup marokańskiego Rabatu. Hierarcha zachęcał do odkrywania i promowania wartości wszystkich religii. „Musimy porzucić fałszywy paradygmat «prawdziwej religii, fałszywej religii». Żadna religia nie może zawłaszczyć sobie prawdy, jakby była jej jedynym właścicielem. Żadna religia nie posiada prawdy; wręcz przeciwnie, to prawda posiada nas wszystkich, a w każdej religii kryją się przebłyski prawdy” – pisał kardynał. Inny przykład to słów biskupa Americo Aguiara z Lizbony, później kreowanego przez Franciszka kardynałem. Aguiar w przededniu Światowych Dni Młodzieży w Portugalii przekonywał, że Kościół katolicki nie chce podczas tego spotkania nikogo nawracać. „Nie chcemy nawracać młodych ludzi na Chrystusa albo do Kościoła katolickiego czy coś w tym rodzaju. Absolutnie. Chcemy, żeby dla młodych ludzi było normalne powiedzieć i zaświadczyć, że są; że młodzi muzułmanie, żydzi czy [wyznawcy] innych religii też nie mają problemu z mówieniem, że są i ze świadczeniem o tym. I że młodzi ludzie, którzy nie wyznają żadnej religii, czują się z tym dobrze i nie czują się dziwnie, bo jest tak albo inaczej; że wszyscy rozumiemy, że ta różnorodność jest bogactwem i że świat będzie obiektywnie lepszy, jeżeli będziemy mogli umieścić to przesłanie w sercach wszystkich młodych ludzi” – mówił purpurat.
Te dwie wypowiedzi nie są wypadkiem przy pracy albo przejęzyczeniem. Papież Franciszek w 2019 roku podpisał w Abu Zabi deklarację, w której uznaje się istnienie różnorodności religijnej za wyraz mądrej woli Boga, tak samo jak istnienie różnych płci, ras czy języków. W 2024 roku podczas pielgrzymki do Azji Południowo-Wschodniej papież twierdził wprost, jakoby religie niechrześcijańskie – wymienił islam, buddyzm i sikhizm – stanowiły drogę do Boga, którą postawił obok drogi chrześcijańskiej. Również judaizm bywa komponentem tej zaskakującej ideologii indyferentystycznej. W 2023 roku w Abu Zabi zainaugurowano funkcjonowanie Domu Rodziny Abrahamowej. To kompleks multireligijny powstały między innymi z inicjatywy Franciszka. Składa się z katolickiego kościoła, meczetu oraz właśnie synagogi. Wszystkie świątynie wyglądają podobnie, co tworzy zamierzone wrażenie „trzech dróg” religijnych w ramach jednej, monoteistycznej rodziny. Przywołuje to na myśl idee, które głosił bliski papieżowi Franciszkowi szwajcarski teolog heterodoksyjny, Hans Küng. W 1990 roku opublikował książkę „Weltethos”, gdzie postulował stworzenie globalnej etyki wynikającej z nauczania kilku największych religii. Nota bene, dokładnie na tę ideę powołał się kardynał Cristóbal López Romero. Küng promował też bliską współpracę chrześcijaństwa, islamu oraz judaizmu jako szeroko pojętej „tradycji monoteistycznej”. W 2006 roku opublikował książkę poświęconą islamowi, w 2008 roku pracę przygotowaną wraz z rabinem Walterem Homolką, a poświęconą koncepcji etosu światowego wyprowadzanego ze źródeł judaizmu.
Dwie drogi zbawienia?
W 2008 roku abp Stanisław Gądecki mówił: „My mówimy, że Żydzi i chrześcijanie tworzą jeden lud Boży i że to, co dotyczy drogi zbawienia, u nich realizuje się przez Mojżesza, a u nas przez Chrystusa”. Czyżby istniały zatem różne drogi zbawienia, zgodnie z architektoniczno-ideową wizją Domu Rodziny Abrahamowej i optyką „rezygnacji z roszczenia do prawdy” kardynała Lópeza Romero? W 2026 roku Dzień Judaizmu odbywa się pod hasłem „Twój lud, będzie moim ludem, a Twój Bóg – moim Bogiem”. To cytat z Księgi Rut (1, 16). Co usłyszą Żydzi w trakcie spotkań w Płocku i całej Polsce? Czy ktoś powie im, że w optyce katolickiej droga zbawienia prowadzi wyłącznie przez Chrystusa, wcale nie przez Mojżesza?
Dialogista zaprotestuje. Stwierdzi, że Żydzi przecież dobrze wiedzą, jakie jest katolickie stanowisko i w związku z tym nie warto go powtarzać, bo tylko ich się zrazi. Nie zgodzę się z takim postawieniem sprawy. Katolicy są zobowiązani do głoszenia Chrystusa – w porę i nie w porę. Ewangelizacja musi być roztropna, to oczywiste. Nie może jednak rezygnować ze swojego proprium, to znaczy ukazywania Mesjasza w Jezusie Chrystusie. Jeżeli to porzuci, nie będzie już wcale ewangelizację – co najwyżej dawaniem świadectwa, że chrześcijaństwo jako historyczna i teraźniejsza kultura religijna ma jakąś wartość humanistyczną. To jednak za mało, by mówić o ewangelizacji.
Kościół nowym Izraelem… albo nie?
Można tymczasem stwierdzić, że narracja mówiąca o własnej drodze Żydów jest w Kościele katolickim coraz wyraźniejsza. Przejawia się to choćby w tezie o rzekomym odrzuceniu przez Kościół nauczaniu o tym, że to Kościół zastąpił naród wybrany, to znaczy – że to Kościół jest w Chrystusie Jezusie Nowym Izraelem. Taką tezę stawia często kardynał Grzegorz Ryś, powołując się na dokumenty watykańskie, zwłaszcza na tekst „Bo dary łaski i wezwania Boże są nieodwołalne” z 2015 roku, przygotowany przez Komisję ds. Kontaktów Religijnych z Judaizmem, która pracuje przy Dykasterii ds. Jedności Chrześcijan.
Problem w tym, że we wspomnianym dokumencie nie ma wcale odrzucenia cytowanego nauczania, czyli tak zwanej teorii zastępstwa. „Bezpodstawna się staje teologia zastępstwa czy zastąpienia przeciwstawiająca sobie dwa odrębne podmioty, Kościół pogan i odrzuconą Synagogę, której miejsce zajmuje” – głosi tekst, wskazując zatem na odrzucenie bardzo konkretnej teorii zastępstwa, dookreślonej w szczegółach – ale nie „teorii zastępstwa” jako takiej. Jej odrzucenie byłoby niemożliwe, bo nie mówimy tu wcale o teorii – mówimy raczej o stałym elemencie nauki Kościoła katolickiego, głoszonym przez św. Pawła, Ojców Kościoła, sobory i papieży – aż do naszych czasów. Jeszcze II Sobór Watykański pisze o Kościele katolickim jako „nowym Izraelu”, co powtarzali też św. Jan Paweł II oraz Benedykt XVI.
Owoce Dnia Judaizmu
O stosunku Kościoła do Żydów kardynał Grzegorz Ryś mówił też 9 stycznia 2026 roku podczas konferencji prasowej w siedzibie KEP w Warszawie. Jak wskazywał, judaizm stanowi korzeń Kościoła, a żeby korzeń mógł spełniać swoją funkcję, mówi być żywy. Ta myśl wydaje się implikować konieczność istnienia Żydów wyznających judaizm dla podtrzymania tożsamości Kościoła, jeżeli nie wręcz samego jego bytu. Można zapytać, czy w tej perspektywie mieści się w ogóle nawrócenie Żydów – czy wprost przeciwnie, chodzi o to, aby pozostali tam, gdzie są, jako ów „żywotny korzeń”? Takie słowa wydają się być konsekwencją albo nawet innym wyrażeniem tej samej myśli, o braku zastąpienia Izraela przez Kościół.
Bo przecież kiedy twierdzi się dziś, że Kościół katolicki wcale nie zastąpił Izraela, sugeruje się dokładnie to, co w 2008 roku powiedział arcybiskup Gądecki – jakoby Chrystus i Mojżesz stanowili paralelne drogi zbawienia. Jeżeli Dzień Judaizmu miałby budować się na takim komunikacie, to lepiej, aby w ogóle się nie odbywał. Żydzi – tak jak wszyscy ludzie, a z racji na ich szczególną historię nawet przede wszystkim oni – zasługują na to, by głosić im Objawienie Boga w Jezusie Chrystusie, prawdziwym człowieku i prawdziwym Bogu. Mówienie im, jakoby trwanie w tradycji judaizmu i kategoryczne odrzucenie prawdy o Wcieleniu się Boga w Jezusie było w ich przypadku rzeczą dopuszczalną, jest odejściem od powszechnego nakazu misyjnego Zbawiciela, a to stanowi skandal, czyli w teologicznym sensie – zgorszenie.
Mam nadzieję, że ten skandal nie będzie towarzyszył Dniowi Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce ani w tym, ani w żadnym innym roku.
Kraje europejskie chcą bronić Grenlandii przed Stanami Zjednoczonymi. Można wątpić, czy gromadzone na duńskiej wyspie siły zrobią jednak wrażenie na Donaldzie Trumpie.
Minister obrony tego kraju Tore A. Sandvik przekazał dziennikowi „VG”, że zdecydował o skierowaniu dwóch żołnierzy norweskich sił zbrojnych na duńską wyspę. Ich zadaniem na miejscu ma być rozpoznanie możliwości współdziałania z sojusznikami.
Minister podkreślił, że norweska misja nie oznacza, że Norwegia zdecydowała o skierowaniu na Grenlandię swoich wojsk.
„Nie zapadły jeszcze żadne ostateczne decyzje, ale wspólnie z sojusznikami analizujemy je” – przekazał szef resortu obrony.
Jesienią 2025 roku norwescy żołnierze z korpusu Heimevernet w ramach ćwiczeń „Arctic Light” wzięli udział w wielonarodowych manewrach przeprowadzonych na Grenlandii. Wspólnie z silami z Danii, Szwecji, Niemiec i Francji ćwiczyli zabezpieczenie krytycznej infrastruktury i rozbudowę koniecznej logistyki dla wojsk, które miałyby bronić duńskiej wyspy.
Z początkiem 2026 roku na nowo rozgorzał spór między Danią a USA o Grenlandię, gdy prezydent Donald Trump powtórzył, że posiadanie arktycznej wyspy jest kluczowe dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Oświadczenie prezydenta zbiegło się w czasie z amerykańską interwencją wojskową w Wenezueli.
Wcześniej w środę duńskie ministerstwo obrony, a także grenlandzkie ministerstwo spraw zagranicznych oświadczyły, że wojska Danii oraz państw NATO zwiększają obecność na Grenlandii. Według komunikatu realizuje się to „poprzez ćwiczenia w ścisłej współpracy z sojusznikami z NATO”.
O tym, że kilku szwedzkich oficerów jest w drodze na Grenlandię – poinformował w środę premier Szwecji Ulf Kristersson.
Różnego rodzaju inspekcje mają tylko jeden cel: znaleźć pretekst, nałożyć kary i ściągnąć kasę do budżetu. To korzyść dla budżetu krótkoterminowa i pozorna, a karani bezwzględnie przedsiębiorcy nabierają słusznego przekonania, że państwo jest ich wrogiem.
Żadna z dwóch partii, cieszących się w Polsce największym poparciem, nie dba o przedsiębiorców – nie mylić z wielkimi korporacjami, bo te akurat mają się jak pączki w maśle.
Najlepszym przykładem jest nadchodzące wdrożenie KSeF, czyli Krajowego Systemu eFaktur. Jak wiele złych dla Polaków rozwiązań – choćby strefy czystego transportu czy system kaucyjny – to wspólne dzieło PiS i KO (PO). Inwigilacyjny, totalniacki, niedopracowany system KSeF został przecież wymyślony za czasów pana premiera Morawieckiego i nawet wdrożony, tyle że na zasadzie tymczasowo nieobowiązkowej. Obowiązek wejścia w KSeF był zaplanowany na początek 2024 r., ale przesunięto ten termin jeszcze za PiS.
Ostatecznie na wejście w życie mechanizmu, który najprawdopodobniej okaże się katastrofalny w skutkach – o potencjalnych masowych naruszeniach tajemnicy handlowej nie mówiąc – będzie mieć miejsce od lutego, a dla wszystkich firm od kwietnia.
Jednak stanowisko partii i ich nastawienie do przedsiębiorców to nadbudowa nad aparatem państwa, w którego logice mieści się niezmiennie i od dekad traktowanie przedsiębiorców jak wrogów. Jak gąbki, z której wyciska się pieniądze. To postawienie spraw na głowie. Gdyby system państwa był tak zbudowany i nastrojony, aby uwzględniał korzyści wspólnoty, podejście wszelkiego rodzaju organów kontrolnych brałoby pod uwagę rachunek skutków ich działań. W Polsce tak nie jest. Organy kontroli mają jedno zadanie: znaleźć powód i ukarać.
Od jednego z przedsiębiorców ze wschodniej Polski, działającego w branży najogólniej mówiąc spożywczej, usłyszałem opowieść o tym, jak potraktowała go Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Zapewne mało kto spośród osób niezajmujących się biznesem w branży żywnościowej wie, że taki organ w ogóle istnieje. A owszem, istnieje, został powołany na podstawie Ustawy z 21 grudnia 2000 r. o jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych, a głównego inspektora, szefa tejże agencji, powołuje minister rolnictwa.
Mój rozmówca zajmuje się konfekcjonowaniem i sprzedażą produktów spożywczych, sam ich nie wytwarza. Gdy pojawili się u niego inspektorzy – było to stosunkowo niedawno – rozpoczęła się bardzo drobiazgowa kontrola. Właściwie nie był zaskoczony. Miał za sobą doświadczenie 13 kontroli w ciągu sześciu pierwszych miesięcy działalności kilkanaście lat wcześniej. I oczywiście wielu późniejszych.
Inspektorzy zaczęli się przyglądać opakowaniom sprzedawanych towarów i wykryli tak karygodne uchybienia, jak: nazwa firmy niezawierająca nazwiska właściciela (formalnie nazwa firmy to „Sprzedaż Tego i Owego Jan Kowalski”, zaś na opakowaniu stało tylko „Sprzedaż Tego i Owego”)), użycie słowa „waga” zamiast słowa „masa” czy w przypadku alergenów adnotacja, iż produkt może je zawierać, zamiast „zawiera”.
Faktycznie – na opakowaniu powinna być masa, w nie waga, podobnie jak lepiej napisać, że produkt zawiera alergen niż że może go zawierać, skoro tenże alergen w produkcie jest. I to wszystko było oczywiście do poprawienia. Gdyby jednak polskie państwo szanowało biznesy, które zatrudniają ludzi i płacą podatki, IJHARS oraz inne podobne organy, których jest mnóstwo, w tego typu sytuacji wskazywałyby przedsiębiorcy, co należy skorygować – i byłoby to ich główne zadanie w przypadku pierwszej kontroli. Szczególnie że są to kwestie, które dla klienta na ogół mają znaczenie marginalne albo zerowe. Dla ilu osób problemem będzie słowo „waga” zamiast słowa „masa” na opakowaniu?
Lecz to tak nie działa: głównym zadaniem inspekcji wszelkiego rodzaju jest wyszukanie naruszeń przepisów i nałożenie mandatów. A te mogą być druzgocące i sięgać nawet kilkuset tysięcy złotych. Zgodnie z ustawą, może to być nawet 10 proc. przychodu z poprzedniego roku. Jak nietrudno sobie wyobrazić, dla wielu firm może to oznaczać po prostu upadek, a przynajmniej ograniczenie działalności i zwolnienia.
Inspektorzy nie myślą w kategoriach korzyści państwa, bo nikt tego od nich nie wymaga. Jest nawet przeciwnie – z góry idą oczekiwania, że przyniosą określoną liczbę mandatów i wpływy z nich. Dokładnie tak jak to ma miejsce w przypadku drogówki i kierowców.
Literalne traktowanie przepisów – których zresztą jest zbyt wiele, ale to także skutek skrajnego przeregulowania w UE – i wlepianie mandatów za każde ich naruszenie rzeczywiście pozornie zasila budżet, a inspekcja może się pochwalić przed przełożonymi statystyką. Budżet zasilany jest pozornie, bo przedsiębiorca mający wskutek nałożonych kar problemy z płynnością czy upadający będzie zwalniał pracowników, a ci trafią na garnuszek państwa i przestaną płacić podatki. Sam przedsiębiorca, jeśli upadnie, również przestanie zasilać fiskusa. Sumarycznie korzyść jest krótkoterminowa, straty zaś ponosimy w planie strategicznym jako wspólnota.
Nie znaczy to, że nie należy karać za celowe fałszowanie składu produktów czy uporczywe naruszenia przepisów. Ale nakładanie kar przy pierwszej kontroli za pomylenie na opakowaniu wagi z masą – to po prostu działanie na szkodę państwa i nas wszystkich. A także świetny sposób na przekonanie przedsiębiorców, że państwo nie jest ich przyjacielem, ale wrogiem, wobec którego muszą przyjąć postawę obronną.
Kiedy dyplomaci zaczęli skarżyć się na bóle głowy, zawroty i zaburzenia neurologiczne, nikt nie mówił jeszcze o ataku. Dopiero z czasem okazało się, że Kanton może być jednym z pierwszych miejsc, gdzie przetestowano broń przyszłości — niewidzialną, nieśmiercionośną i trudną do przypisania.
W Chinach wszystko zaczęło się od dźwięku. Nie eksplozji, nie strzału, lecz czegoś znacznie bardziej nieuchwytnego: pulsującego brzęczenia, które budziło w środku nocy i nie dawało się zlokalizować. Dźwięku, który nie należał ani do miasta, ani do snu, a mimo to wdzierał się w ciało z precyzją narzędzia.
Rok 2017. Kanton – jedno z najgłośniejszych, najbardziej zaludnionych miast świata, a zarazem miejsce, gdzie amerykańska obecność dyplomatyczna miała swój największy przyczółek w Chinach. To tam, w mieszkaniach i biurach konsulatu USA, zaczęły pojawiać się pierwsze objawy tego, co później nazwano syndromem hawańskim. Bóle głowy przychodzące nagle i bez ostrzeżenia. Zawroty, nudności, szumy w uszach, zaburzenia widzenia i słuchu. Wrażenie, jakby coś niewidzialnego naruszało granice układu nerwowego.
Jedna z pierwszych relacji należała do Catherine Werner, pracowniczki konsulatu. Obudziła się w nocy, przekonana, że ktoś uruchomił urządzenie emitujące rytmiczny, metaliczny dźwięk. Chwilę później pojawił się ból – intensywny, dezorientujący, niepodobny do zwykłej migreny. Podobne doświadczenia zgłosił starszy oficer CIA. Historie zaczęły się powtarzać, zmieniały się jedynie mieszkania i nazwiska.
Wiosną 2018 roku incydenty przestały być pojedynczymi anomaliami. Oficjalnie zgłoszono przypadki nagłych dolegliwości neurologicznych w samym konsulacie: głośny, natarczywy hałas, ból ucha, a potem objawy przypominające uraz mózgu. W kolejnych miesiącach liczba poszkodowanych rosła – kilkadziesiąt osób, w tym dyplomaci, oficerowie wywiadu i członkowie ich rodzin. Część z nich ewakuowano do Stanów Zjednoczonych. Badania obrazowe mózgu u niektórych wykazały zmiany, które lekarze porównywali do skutków wstrząsu lub urazu traumatycznego, mimo że nie doszło do żadnego fizycznego uderzenia.
W języku dyplomacji pojawiło się nowe pojęcie: anomalne incydenty zdrowotne. Nazwa ostrożna, techniczna, jakby miała uchronić rzeczywistość przed zbyt śmiałą interpretacją. W kuluarach mówiono jednak wprost o ataku — o użyciu skierowanej energii, być może mikrofalowej, być może radiowej. Broni, która nie zabija, lecz uszkadza; nie pozostawia śladów na murach, ale zostawia je w układzie nerwowym.
Chiny zaprzeczyły wszystkiemu. Oficjalne stanowisko było chłodne i niezmienne: brak dowodów, brak incydentów, amerykańska histeria. Konsulat jednak ograniczył działalność, a personel wyjeżdżał z Kantonu z poczuciem, że wydarzyło się coś, czego nikt nie chce nazwać po imieniu. Sprawa zamarła — przynajmniej na powierzchni.
Wróciła kilka lat później. Śledztwa dziennikarskie opublikowane w 2024 roku zaczęły łączyć kropki, które wcześniej wydawały się zbyt odległe. Geolokalizacja, dane z podróży, obecność rosyjskich agentów jednostki GRU 29155 w Kantonie w czasie incydentów.
Ta sama jednostka, która pojawiała się przy eksplozjach składów amunicji, przy próbach otrucia, przy operacjach destabilizacyjnych w Europie. Sugestia była ostrożna, lecz niepokojąca: Chiny mogły być jednym z pierwszych laboratoriów nowego rodzaju przemocy — przemocy testowej, nieśmiercionośnej, ale głęboko ingerującej w ludzką biologię.
Raport Narodowej Akademii Nauk USA z 2020 roku wskazał energię mikrofalową jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie. Późniejsze oceny wywiadowcze próbowały tonować te wnioski, uznając atak obcego państwa za mało prawdopodobny. Spór przeniósł się z poziomu faktów na poziom interpretacji: broń czy psychosomatyka, atak czy zbiorowa sugestia, technologia czy środowisko.
Dziś, gdy pojawiają się informacje o urządzeniach zdolnych odtwarzać podobne objawy — z komponentami pochodzenia rosyjskiego — pytania wracają z nową siłą. Choć po 2018 roku nie odnotowano w Chinach kolejnych oficjalnych przypadków, cisza nie jest równoznaczna z zamknięciem sprawy. Raczej z jej zawieszeniem.
Syndrom hawański w Kantonie pozostaje jednym z najbardziej niepokojących epizodów współczesnej historii wywiadu. Nie dlatego, że wszystko o nim wiemy, lecz właśnie dlatego, że wciąż wiemy tak niewiele. To opowieść o świecie, w którym granica między wojną a pokojem przebiega wewnątrz ludzkiego ciała — i o dźwięku, który nigdy nie powinien istnieć, a mimo to zostaje w pamięci tych, którzy go usłyszeli.
„Nie bez powodu papież Jan Paweł II nazwał żydów naszymi starszymi braćmi, a papież Benedykt XVI – naszymi ojcami w wierze. Dzień Judaizmu ma nam to przypominać” – powiedział przewodniczący Komitetu KEP ds. Dialogu z Judaizmem kard. Grzegorz Ryś. Dodał, że dla Kościoła judaizm pozostaje korzeniem.
W czwartek w Kościele katolickim w Polsce obchodzony będzie XXIX Dzień Judaizmu, w tym roku pod hasłem „Twój lud będzie moim ludem, a twój Bóg – moim Bogiem”. W centralnych obchodach, które rozpoczną się w Muzeum Żydów Mazowieckich w Płocku, uczestniczyć będą m.in. przewodniczący Komitetu Konferencji Episkopatu Polski ds. Dialogu z Judaizmem kard. Grzegorz Ryś i naczelny rabin Polski Michael Schudrich.
Kardynał Grzegorz Ryś powiedział, że celem obchodów jest przede wszystkim przypomnienie, czego Kościół katolicki naucza na temat relacji chrześcijan z żydami. Jego zdaniem wśród wielu wiernych wciąż nie ma właściwej recepcji nauczania Kościoła na ten temat.
– Mówimy, że jesteśmy katolikami, a głosimy poglądy, które są niekatolickie, więc tu jest potężna praca do wykonania – grzmiał.
Kard. Ryś poinformował, że Konferencja Episkopatu Polski przygotowuje list poświęcony wzajemnym relacjom chrześcijan i żydów, który zostanie odczytany w piątą niedzielę Wielkiego Postu. Zaznaczył, że w liście przedstawione zostanie nauczanie Kościoła na ten temat, począwszy od Soboru Watykańskiego II i Deklaracji o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskichNostra aetate.
Podkreślił, że obok wspomnianego listu Dzień Judaizmu jest jedną z inicjatyw, które mają pokazywać, że „judaizm pozostaje dla nas korzeniem” [sic!!! md] .
– Nie bez powodu papież Jan Paweł II nazwał żydów naszymi starszymi braćmi, a papież Benedykt XVI – naszymi ojcami w wierze. Po to jest Dzień Judaizmu, żeby nam to przypominać. Być może nawet to za mało, że mamy jeden taki dzień na cały rok. Sądzę, że potrzebne są jeszcze inne inicjatywy, które by służyły ugruntowaniu nauczania Kościoła katolickiego na ten temat – stwierdził.
Zaznaczył, że to właśnie troska o właściwą formację wiernych w tym zakresie sprawiła, że wprowadzone zostały zmiany w księgach liturgicznych, z których jedną z ważniejszych jest zmiana w modlitwie za żydów odmawianej w liturgii w Wielki Piątek, z której usunięto prośbę o ich nawrócenie.
– Mamy nowe polskie tłumaczenie (tej modlitwy – PAP) dlatego, że Stolica Apostolska zrobiła dla nas wyjątek. Mimo tego, że nie ma jeszcze ostatecznego przekładu nowego Mszału, to ta modlitwa jest tak dramatycznie nieprawdziwa, że musiała być zmieniona niezależnie od tego, kiedy będzie nowy Mszał. W tej modlitwie zawarte było nauczanie – ośmielę się powiedzieć – jeśli nie heretyckie, to gorszące, mylne nauczanie na temat tego, kim jest Izrael – zastrzegł kard. Ryś.
Dodał, że edukacja na temat relacji chrześcijańsko-żydowskich powinna być obecna także na lekcjach religii w szkołach.
Główne obchody XXIX Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce rozpocznie modlitwa w Muzeum Żydów Mazowieckich „za Żydów, obywateli Płocka, ofiary Szoah”, którą wspólnie z kardRysiem odmówi rabin Michael Schudrich.
W płockiej katedrze odbędzie się następnie „Nabożeństwo Słowa Bożego” z udziałem kardynała Rysia i rabina Boaza Pasha.
Wcześniej otwarta zostanie tam planszowa wystawa archiwaliów, w tym fotografii „Byli sąsiadami. Ludzkie wybory i zachowania w obliczu zagłady”, przygotowana przez United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie.
W ramach obchodów w Muzeum Diecezjalnym w Płocku zaplanowano także wernisaż wystawy „Płockie Judaica”, w tym ze zbiorów tamtejszego Muzeum Mazowieckiego oraz Towarzystwa Naukowego Płockiego. Otwarcie ekspozycji poprzedzi panel dyskusyjny „Pamięć i nadzieja w drodze do wiary”, w którym uczestniczyć będą dr Katarzyna Kowalska ze zgromadzenia zakonnego Notre Dame de Sion, współprzewodnicząca Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, oraz prof. Jan Grosfeld i rabin Icchak Chaim Rapoport.
Częścią obchodów będzie również spacer ulicami Płocka, w tym ulicą Jerozolimską, poświęcony miejscom związanym z historią tamtejszych Żydów.
Główne obchody 29. Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce odbędą się 15 stycznia br. w Płocku. Uczestniczyć w nich będą m.in. przewodniczący Komitetu Konferencji Episkopatu Polski ds. Dialogu z Judaizmem kard. Grzegorz Ryś i naczelny rabin Polski Michael Schudrich.
– Dla nas to szczególne wyróżnienie – dla Płocka, dla diecezji płockiej – że możemy w tym roku centralne obchody Dnia Judaizmu przeżyć właśnie tutaj – powiedział w czwartek biskup płocki Szymon Stułkowski podczas briefingu prasowego w Kurii Diecezji Płockiej.
Przypomniał, że w 1889 r. Jan Matejko namalował obraz przedstawiający „Przyjęcie Żydów Roku Pańskiego 1096”, a scenę tę z czasów panowania Władysława I Hermana umieścił przed katedrą w Płocku. W mieście, które było jego siedzibą, pełniąc zarazem funkcję stolicy Polski oraz bazyliką, gdzie władca ten jest pochowany wraz z synem Bolesławem III Krzywoustym.
– Dlatego czujemy się szczególnie wyróżnieni i chcemy spojrzeć w tę historię, która była wspólna. Chcemy Panu Bogu dziękować za to, co było piękne i dobre – podkreślił biskup Stułkowski. Dodał, że tegoroczne obchody Dnia Judaizmu będą poświęcone jednocześnie modlitwie za ofiary Holocaustu, w tym zamordowanych przez Niemców w czasie II wojny światowej Żydów – mieszkańców Płocka, a także modlitwie o pokój na świecie.
– Ta modlitwa ma nas prowadzić w teraźniejszość i przyszłość, żebyśmy potrafili w zgodzie, jedności i pokoju wspólnie żyć – zaznaczył biskup płocki.
Głównym obchodom 29. Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce, które w Płocku odbędą się 15 stycznia br., towarzyszyć będą słowa z biblijnej Księgi Ruth: „Twój lud będzie moim ludem, a twój Bóg będzie moim Bogiem”. Wydarzenie zostanie zainaugurowane w Muzeum Żydów Mazowieckich modlitwą „za Żydów, obywateli Płocka, ofiary Szoah”, którą zmówią metropolita krakowski, zarazem przewodniczący Komitetu Konferencji Episkopatu Polski ds. Dialogu z Judaizmem kardynał Grzegorz Ryś oraz naczelny rabin Polski Michael Schudrich.
W płockiej katedrze odbędzie się następnie „Nabożeństwo Słowa Bożego” z udziałem kardynała Rysia i rabina Boaza Pasha. Wcześniej otwarta zostanie tam planszowa wystawa archiwaliów, w tym fotografii „Byli sąsiadami. Ludzkie wybory i zachowania w obliczu zagłady”, przygotowana przez United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie.
W ramach obchodów w Muzeum Diecezjalnym w Płocku zaplanowano także wernisaż wystawy „Płockie Judaica”, w tym ze zbiorów tamtejszego Muzeum Mazowieckiego oraz Towarzystwa Naukowego Płockiego. Otwarcie ekspozycji poprzedzi panel dyskusyjny „Pamięć i nadzieja w drodze do wiary”, w którym uczestniczyć będą dr Katarzyna Kowalska ze zgromadzenia zakonnego Notre Dame de Sion, współprzewodnicząca Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów oraz prof. Jan Grosfeld i rabin Icchak Chaim Rapoport.
Częścią obchodów będzie również spacer ulicami Płocka, w tym ulicą Jerozolimską, poświęcony miejscom związanym z historią tamtejszych Żydów.
Płoccy Żydzi byli jedną z najstarszych społeczności żydowskich na ziemiach polskich. Tuż przed wybuchem II wojny światowej przygotowywali się do obchodów 700-lecia osiedlenia się w tym mieście – w tym czasie mieszkało tam około 9 tys. Żydów, stanowiąc jedną trzecią mieszkańców. Holokaust przeżyli nieliczni. Ci, którzy powrócili do rodzinnego miasta po zakończeniu II wojny światowej, w większości wyemigrowali następnie z Polski, głównie w latach 50. i 60. XX wieku.
Z Płockiem związani byli m.in. Nahum Sokołow (1859-1936) – pisarz, sekretarz generalny Światowego Kongresu Syjonistycznego; Natan Korzeń (1895-1941) – malarz; Izaak Grunbaum (1879-1970) – polityk, poseł na Sejm II Rzeczypospolitej, po emigracji w 1932 r. sygnatariusz deklaracji z 1948 r. o utworzeniu państwa Izrael, a także Edward Flatau (1868-1932) – pionier polskiej i światowej neurologii i Stefan Themerson (1910-1988) – prozaik, poeta, twórca koncepcji poezji semantycznej i autor awangardowych filmów.
W 2013 r. w Płocku rozpoczęło działalność Muzeum Żydów Mazowieckich, którego siedziba mieści się w odremontowanej na ten cel dawnej płockiej Małej Synagodze. Wybudowana około 1810 r. w stylu klasycystycznym jest jedną z nielicznych zachowanych na Mazowszu i jedyną w regionie płockim. W latach 50. XX w. synagoga została zamieniona na szwalnię, natomiast od końca lat 80., opuszczona już wtedy, niszczała. Z oryginalnego wyposażenia synagogi ocalała jedynie Aron ha-Kodesz, szafa na Torę.
Inicjatorem prowadzonej od 2011 r. renowacji Małej Synagogi z przeznaczeniem właśnie na Muzeum Żydów Mazowieckich było społeczne Stowarzyszenie Synagoga Płocka. Główną część ekspozycji stanowi tam multimedialna prezentacja historii i kultury Żydów na Mazowszu.
Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce, decyzją Konferencji Episkopatu Polski, jest obchodzony od 1997 r. Każda kolejna edycja tego wydarzenia organizowana jest w innym mieście i diecezji.
Episkopat Polski przygotowuje list do Kościoła w Polsce na temat relacji chrześcijańsko-żydowskich. Ma on związek z przypadającą 13 kwietnia 40. rocznicą wizyty św. Jana Pawła II w synagodze w Rzymie. Jego odczytanie jest planowane na czas Wielkiego Postu.
O pracach nad listem mówił kard. Grzegorz Ryś podczas konferencji prasowej w Sekretariacie Konferencji Episkopatu Polski.
– List jest obecnie na etapie redakcji. Po zaakceptowaniu go przez episkopat zostanie odczytany w kościołach w Polsce, prawdopodobnie w marcu, 5. Niedzielę Wielkiego Postu – poinformował metropolita krakowski.
W rozmowie z Katolicką Agencją Informacyjną kard. Ryś odniósł się do Dnia Judaizmu, którego obchody odbędą się 15 stycznia w Płocku.
Metropolita krakowski stwierdził, że inicjatywa ta nie zawsze jest przyjmowana z entuzjazmem. Jego zdaniem problemem tu jest… formacja wiernych. – My naprawdę jako Kościół w Polsce potrzebujemy naszym wiernym pokazywać, czego Kościół uczy na ten temat. Brakuje recepcji tego nauczania. Mówimy, że jesteśmy katolikami i głosimy poglądy, które są niekatolickie – twierdził.
W jego ocenie „tu jest potężna praca do wykonania”. Jednocześnie poinformował, że jest ukontentowany w związku z pracami episkopatu nad listem. Zapowiedział, że dokument ten ma zawierać wszystkie podstawowe linie nauczania Kościoła od czasu Soboru Watykańskiego II.
Zdaniem kard. Rysia Dni Judaizmu w Kościele katolickim mają podkreślać bliskość religii żydowskiej z chrześcijaństwem i jego judaistyczne korzenie. – Nie bez powodu papież Jan Paweł II nazwał Żydów starszymi braćmi, a papież Benedykt XVI naszymi ojcami w wierze – wskazał.
Kard. Ryś skomentował też działania Komitetu KEP ds. Dialogu z Judaizmem. Poinformował m.in. o realizacji długofalowego programu. Jego pierwszym etapem jest przegląd ksiąg liturgicznych. W tym miejscu zwrócił uwagę na tradycyjną modlitwę Wielkiego Piątku o nawrócenie żydów. – Jest ona tak dramatycznie nieprawdziwa, że musi zostać zmieniona niezależnie od tego, kiedy będzie nowy Mszał – grzmiał. Podkreślił, że Stolica Apostolska zgodziła się, by usunąć ten fragment – mimo braku ostatecznego przekładu nowego Mszału.
Według kard. Rysia istotnym elementem „formacji” wiernych jest nauczanie o Żydach i judaizmie na lekcjach religii w szkołach na wszystkich etapach edukacji.
Otwieram puszkę Pandory. O WOŚP, Owsiaku i tym, o czym NIE WOLNO mówić
Ten tekst nie powstał po to, żeby komukolwiek „dowalić”. Powstał po to, żeby zdjąć z tematu klosz nietykalności. Bo w Polsce są sprawy, których nie wolno ruszać. Są resortowe święte krowy, których nie wolno kwestionować. A jeśli spróbujesz, natychmiast dostaniesz łatkę: hejter, oszołom, wróg dzieci, foliarz.
Jedną z takich świętych krów III RP jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i jej wieczny dyrygent, Jurek Owsiak. I właśnie dlatego trzeba o tym mówić.
Tekst jest trochę długi, ale warto go przeczytać, jak i przeczytać zaklinowane inne artykuły na ten temat. Takie demaskacje powstają dzięki Waszemu wsparciu. Jeśli chcesz pomóc niezależnym mediom, patrz na możliwe opcje wsparcia na samym końcu artykułu.
Mit nieskazitelnej Orkiestry i świętej resortowej krowy Owsiaka
WOŚP przez lata zbudowała wizerunek narodowego sakramentu: kto wrzuca, jest dobry; kto pyta, jest co najmniej podejrzany; kto krytykuje, jest wrogiem. Tyle że dobroczynność nie zwalnia z kontroli, a egzaltowane i momentami głupkowate emocje nie zastępują faktów. Im większa skala przedsięwzięcia, tym większy obowiązek przejrzystości. A im większy kult jednostki, tym większe ryzyko patologii. Transparentność? Jest raczej: „uwierz im na słowo.” Tak, WOŚP publikuje sprawozdania. Tak, formalnie wszystko się zgadza. Ale spróbuj jako zwykły obywatel: sprawdzić konkretne przepływy pieniędzy, dotrzeć do czytelnych, szczegółowych rozliczeń, zrozumieć, ile realnie trafia na sprzęt, a ile ginie w „obsłudze projektu”.
To nie są raporty pisane dla ludzi. To są dokumenty pisane pod księgowych i pod tzw papugi (wyzutych z moralności prawników). A pytanie jest proste: skoro wszystko jest krystalicznie czyste, dlaczego tak trudno to jasno pokazać?
Koszty organizacji finałów, które mają „nie przeszkadzać.” Sceny, koncerty, produkcje medialne, ochrona, logistyka, promocja. Machina większa niż niejedna kampania polityczna. Oczywiście słyszymy: „To się musi opłacać, bo przyciąga ludzi”. Tylko nikt uczciwie nie odpowiada: czy aby na pewno? Ile dokładnie kosztuje ten cyrk, kto na nim zarabia i na jakich zasadach? Bo gdy pytasz o pieniądze w WOŚP – psujesz atmosferę. A przecież to właśnie pieniądze są sednem sprawy. Jak zawsze zresztą w zgniłym, dorosłym świecie.
Upolityczniona, liberalno lewacka WOŚP
Apolityczni”, ale tylko z nazwy – WOŚP miała być „ponad podziałami”. W praktyce stała się stroną sporu kulturowo – politycznego. Publiczne wypowiedzi Owsiaka są agresywne, jednoznaczne, ideologicznie (lewacko) zakotwiczone. Owsiak wiele razy promował liberalne anty wartości i czasami spotkał się z politykami obecnego obozu władzy. Efekt? Część społeczeństwa została wypchnięta poza nawias, a WOŚP przestała być wspólna, stała się ideologiczną, politycznie poprawną. Jeśli jesteś „nie z tej bajki”, masz siedzieć cicho i wrzucać do puszki. Albo przynajmniej zamknąć mordę i spadać.
Monopol na dobroczynność. Media, samorządy, szkoły, instytucje publiczne, nawet policja i straż pożarna? Są na miejscu, jak na rozkaz niewidzialnej siły (niewidzialnej ręki ukrytej władzy). A inne fundacje? Niewidzialne. WOŚP zdominowała przestrzeń charytatywną do tego stopnia, że: mniejsze inicjatywy nie mają tlenu, pomoc społeczna została zorkiestrowana pod jedną markę. Tak, powiedzmy sobie szczerze – to jest MARKA, przedsięwzięcie komercyjne, na którym Owsiak wiele zarabia. To już nie jest pluralizm dobra, to jest centralizacja emocji i uwagi, i zawłaszczenie przestrzeni publicznej.
A co ze sprzętem WOŚP dla szpitali?
Sprzęt jest wszędzie i nigdzie? Co roku słyszymy o miliardach, milionach, tysiącach urządzeń. Piękne liczby, idealnie pasują na clickbaitowe nagłówki. Ale kto realnie kontroluje sensowność dystrybucji? Kto sprawdza, czy sprzęt pracuje, czy stoi w magazynie i się kurzy, jak to już wiele razy bywało? Kto odpowiada za nierówności w jego dostępie?
Bo są szpitale doposażone po sufit jak i takie, gdzie tego sprzętu nie uświadczysz. „Złoty Melon” spółka Owsiaka, legalne, ale czy zdrowe? Tu zapala się czerwona lampka: Fundacja + spółka. Ten sam krąg ludzi, te same nazwiska. Formalnie niby OK. Prawnie oczywiście do obrony. Ale etycznie? Bo to też jest ważne. To klasyczny konflikt interesów, nawet jeśli zgodny z literą prawa. I znów, zamiast klarownego info, mamy nerwowe reakcje, agresję wobec pytających, narrację: „jak śmiesz w ogóle pytać?”
WOŚP jako alibi dla państwa? To jeden z najpoważniejszych zarzutów, o którym mówi się szeptem. A raczej nie mówi się w ogóle. Bo skoro: społeczeństwo zbiera, dzieci „ratują dzieci”, a politycy przybijają piątki na scenie, to państwo może umywać swoje usyfione rączki. WOŚP łata dziury, które powinny być zasypywane z podatków. I robi to tak skutecznie medialnie, że systemowa patologia trwa dalej. A dobrowolność pod presją? Teoretycznie nikt nie zmusza, praktyce: szkoły, urzędy, zakłady pracy, lokalne społeczności, wszelkie straże pożarne. Nie wrzucisz do puszeczki? Co z tobą nie tak, jak możesz, jak w ogóle śmiesz nie wrzucić złotówki i nie przypiąć serduszka?
To nie jest wolny wybór, tylko miękki terror moralny. I teraz najważniejsze: to nie jest tekst przeciw pomaganiu, lecz artykuł przeciwko nietykalności. Można robić dobro, ale nie wolno wyłączać krytycznego myślenia, bo ktoś gra na serduszku na kurtce w zamian za wrzuconą monetę jednozłotową (ja prywatnie nawet menelowi daję więcej na piwo).
Na Różańcu świętym będziemy się modlić wraz z Maryja Królową Polski o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.
BIAŁYSTOK – O godz. 13.30 wyruszymy sprzed Katedry (ul. Kościelna 2), przejdziemy Rynkiem Kościuszki, ul. Lipową do Bazyliki Mniejszej p. w. św. Rocha.
Serdecznie zapraszam, Tadeusz Rosiński
============================================
POZNAŃ – początek o godz. 12.30 Msza Święta za Ojczyznę w Sanktuarium Bożego Ciała przy ul. Krakowskiej. Po Mszy Świętej Pokutny Marsz Różańcowy poprowadzi Ojciec Jerzy Garda. Zakończenie u Ojców Franciszkanów w Sanktuarium Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej na Wzgórzu Przemysła.
==============================================
ZAMOŚĆ – o godz. 15.00 Koronka do Miłosierdzia Bożego, po modlitwie wyruszy spod kościoła św. Katarzyny Pokutny Marsz Różańcowy.
Msza Święta za Ojczyznę w Kościele Rektoralnym Świętej Katarzyny, ul. Kolegiacka 3 o godz. 17.00
W nocy z 13 na 14 stycznia 2026 roku ukraińskie Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) wraz ze Specjalizowaną Prokuraturą Antykorupcyjną (SAP) przeprowadziło przeszukania w biurze partii Batkivshchyna („Ojczyzna”). Akcja wywołała prawdziwe polityczne trzęsienie ziemi w Kijowie, gdy śledczy przedstawili podejrzenie szefowej jednej z frakcji parlamentarnych – wszystkie źródła wskazują na Julię Tymoszenko.
Według oficjalnego komunikatu NABU, podczas przeszukania funkcjonariusze znaleźli i zabezpieczyli znaczne kwoty w dolarach amerykańskich. Materiały wideo udostępnione przez służby pokazują moment konfiskaty pakietów z gotówką, starannie zapakowanych w koperty. Sprawa dotyczy podejrzenia o zorganizowanie systemu przekupstwa posłów z innych frakcji parlamentarnych, głównie z prezydenckiej partii „Sługa Narodu”.
Śledczy twierdzą, że odkryli długoterminowy, systematyczny mechanizm korupcyjny. Polityk miała proponować posłom regularne wypłaty w zamian za głosowanie zgodnie z instrukcjami, wstrzymywanie się od głosu lub nieuczestniczenie w kluczowych głosowaniach. Opublikowane przez NABU nagrania audio zawierają rozmowy, w których kobiecy głos (według śledczych należący do Tymoszenko) omawia szczegóły procederu, wspominając o „dziesięciu za dwie sesje” na osobę, co interpretowane jest jako 10 000 dolarów miesięcznie lub za dwa tygodnie posiedzeń parlamentarnych.
Na nagraniach słychać również dyskusje o „zabijaniu ustaw”, blokowaniu inicjatyw większości prezydenckiej oraz głosowaniach przeciwko nominacjom rządowym. Posłowie objęci procederem mieli otrzymywać szczegółowe instrukcje za pośrednictwem zaszyfrowanego komunikatora Signal.
Julia Tymoszenko, jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci ukraińskiej sceny politycznej, stanowczo odrzuca wszystkie oskarżenia. W oficjalnym oświadczeniu potwierdziła fakt przeszukań w biurze swojej partii, jednak kategorycznie zaprzeczyła, jakoby głos na nagraniach należał do niej. Polityk określiła całą sprawę jako „polityczną rozprawę” i „PR-akcję” mającą na celu wyeliminowanie konkurencji politycznej. Zapowiedziała również, że będzie walczyć o udowodnienie swojej niewinności przed sądem.
Kontekst sprawy jest szczególnie interesujący, ponieważ do zatrzymań doszło zaledwie kilka tygodni po tym, jak w grudniu 2025 roku NABU rozbiło inną grupę parlamentarzystów przyjmujących łapówki za głosowania. Co więcej, Tymoszenko w 2025 roku otwarcie popierała inicjatywy mające na celu ograniczenie lub całkowite zniesienie niezależności zarówno NABU, jak i SAP, używając przy tym niezwykle ostrych słów wobec tych instytucji.
Wielu analityków politycznych w Kijowie zastanawia się, czy mamy do czynienia z autentyczną walką z korupcją na najwyższych szczeblach władzy, czy raczej z wewnętrznym konfliktem w ukraińskich elitach politycznych. Niektórzy sugerują, że sprawa może być elementem szerszej strategii osłabiania wpływów określonych grup politycznych na korzyść innych.
Warto podkreślić, że postępowanie znajduje się obecnie na bardzo wczesnym etapie. Przedstawienie podejrzenia to dopiero początek procesu, który obejmuje śledztwo i ewentualne sformułowanie aktu oskarżenia. Niemniej jednak, sama skala zarzutów i pozycja podejrzanej osoby sprawiają, że sprawa budzi ogromne zainteresowanie zarówno w Ukrainie, jak i na arenie międzynarodowej.
Komentatorzy zwracają uwagę, że w kontekście trwającego konfliktu z Rosją oraz trudnej sytuacji gospodarczej Ukrainy, skandal korupcyjny na tak wysokim szczeblu może dodatkowo destabilizować sytuację wewnętrzną kraju. Z drugiej strony, skuteczna walka z korupcją jest jednym z kluczowych warunków stawianych Ukrainie przez Unię Europejską w procesie integracji.
Sprawa z pewnością będzie rozwijać się w kolejnych dniach, a jej rezultat może istotnie wpłynąć na układ sił na ukraińskiej scenie politycznej w roku 2026.
Ukrainain politcian and "Defender" Yulia Tymoshenko has bundles of cash found in her office laid in front of her by corruption investigators. She has taken vast bribes from Zelenskys government.
Polacy nie powinni więc mieć frustracji z tego powodu, że tacy ludzie ich reprezentują, bo elity III RP nie reprezentują Polaków, ale siebie same oraz swoich właścicieli spoza Polski. Podzielę tych ludzi na pięć głównych kategorii i w skrócie opiszę każą z nich, z kogo składa, jak działa i jakie ma motywacje. Będą to: celebryci ogólni, zwykle artystowscy; osoby naukowe; dowódcy; politycy; osoby mediów.
◊
Elity III RP jak dzieci
W przypadku tego tytułu nie potrzeba słowa elity brać w cudzysłów, bo III RP nie jest Polską, ale nakładką na Polskę, ściśle dolegającą, tak, aby Polacy się nie zorientowali, że ich państwo zostało przed nimi zasłonięte przez coś w rodzaju kondomu, którego głównym składnikiem są owe elity.
W Poradniku świadomego narodu zwę je mównem, po wyjaśnienie odsyłam do książki. Polacy nie powinni więc mieć frustracji z tego powodu, że tacy ludzie ich reprezentują, bo elity III RP nie reprezentują Polaków, ale siebie same oraz swoich właścicieli spoza Polski. Podzielę tych ludzi na pięć głównych kategorii i w skrócie opiszę każą z nich, z kogo składa, jak działa i jakie ma motywacje. Będą to: celebryci ogólni, zwykle artystowscy; osoby naukowe; dowódcy; politycy; osoby mediów.
Kazik stworzył nieśmiertelny song pod tytułem Artyści, i tam bardzo trafnie określił tą grupę. Kiedyś byli tam artyści, dysponujący jakimś rzeczywistym talentem, którzy za jego używanie otrzymywali zapłatę od tych, którzy mieli pieniądze i chcieli artystów wynagradzać. Tak było od zawsze, i w ciągu dziejów ludzkości nic się nie zmieniło pod względem wynagrodzenia. Zmiany zaszły gdzie indziej: artyści się sprofesjonalizowali i zdegenerowali. Dziś artystą może być kompletne beztalencie, albo ktoś, mający talent do czegoś obrzydliwego. Profesjonalizacja polega na zdolnościach marketingowych systemu zarządzania artystami do zarabianiu na ich osobach. Jeśli gawiedź to kupi, rzuca się jej taką osóbkę aż się znudzi, niezależnie, co sobą reprezentuje.
Dlatego dziś na rynku zasadniczo nie mamy już artystów, lecz celebrytów, a ich wartość mierzona jest nie talentem, ale zdolnością do zarabiania na nich. Zarządcy systemu korzystają z ich rozpoznawalności i rają nam ich jako wyrocznie we wszystkim, a ogłupiona gawiedź spija z ust i wzoruje się. Taki celebryta z celebrytką nie musi niczego umieć ani wiedzieć, ważne, że mówi to, czego chcą sponsorzy. Zwykliśmy przeceniać zarówno ich talent, jak też intelekt, traktując ich jako autorytety, a są to papugi, wyuczone skrzeczeć, sprzedające się każdemu, kto ma zdolność zapłacić i podtrzymać ich karierki. Pokazywani są dla odwracania uwagi od spraw istotnych oraz dla pośredniego potwierdzania tego, co z Polakami chcą zrobić politycy III RP.
OSOBY NAUKOWE
Nie nazywam ich naukowcami, gdyż ci poszukują prawdy obiektywnej dla dobra ludzkości, w zgodzie z interesami własnych narodów. Osoby naukowe mają te same tytuły, ale inne cele: działają na zlecenie sponsorów, niezależnie od prawdy. Nie muszą więc mieć rzeczywistej wiedzy, umiejętności i talentu, muszą za to być usłużni i sprawni. Od tytułów przed nazwiskami nazywam ich profderhabami. Takich w Polsce mamy pewną ilość, szczególnie w specjalnościach humanistycznych i społecznych. Wielu z nich to potomstwo judokomuny, która za Stalina podbiła polską naukę, usuwając uczonych i naukowców. Reprezentują żenująco niski poziom wiedzy i praktyczny brak samodzielnego myślenia, tak samo, jak niezdolność do przyjęcia prawdy obiektywnej. Są używani w mediach do potwierdzania kłamstw, głoszonych przez polityków III RP.
DOWÓDCY
Mowa tu nie o wszystkich, ale o niektórych, o pewnej szczególnej grupie, która lubi zabierać głos w mediach. Nie są dobierani pod kątem swojej wiedzy czy zdolności analitycznych, ale dla gwiazdek, aby potwierdzać w mediach to, co one głoszą, i czego chcą politycy III RP. Mam nadzieję, że stanowią oni margines kadry dowódczej, gdyż opinie tak tendencyjne, oderwane od rzeczywistości, logiki, interesu narodowego wskazują na brak elementarnych kompetencji intelektualnych.
Trzeba jednak w stosunku do nich o pewną wyrozumiałość, gdyż trudno oczekiwać od dowódcy na szczeblu związku taktycznego, czy nawet dowódcy sztabowego, że zna się na geopolityce. Powinien, ale cóż zrobić, skoro nie znają się główni politycy i główni analitycy z tytułami naukowymi, to nie oczekujmy tego od zupaków. Powinni się wobec tego powstrzymać od wypowiedzi, ale cóż, skoro proszą na główną antenę, któż odmówi, tym bardziej, skoro zaproszenie jest tego rodzaju, że nie można go odrzucić, ku chwale służby oczywiście.
Dowódcy mają wszelako jeszcze jeden rys charakterystyczny: marzenia o byciu wielkim wodzem. Takie możliwości daje im uczestnictwo w jakichś większych strukturach dowódczych, np. NATO, a wcześniej w Układzie Warszawskim. Zważywszy na potencjalny głód sukcesów bojowych, jakiś dowódca może nie być zainteresowany w podsycaniu konfliktów, aby mógł wystąpić w roli bohaterskiego wodza, gromiącego wroga na czele dzielnych zastępów. Niektóre opinie dowódców, które człowiekowi rozsądnemu mogą się wydawać wciąganiem Polski do wojny, rzeczywiście mogą mieć takie intencje. Wówczas taki wódz, jako wyższy oficer w ramach wielkiego sojuszu polityczno-wojskowego może marzyć o tym, że ten sojusz pogromi wroga, a on będzie na czele, i będą o nim pisać w książkach.
POLITYCY
Grupa najbardziej wdzięczna do żartów i niewdzięczna, jeśli chodzi o wierność prawdzie, dobru i interesowi narodowemu. Pisałem już wielokrotnie, że widzimy pewien wzorzec, wspólny dla całej Unii. Politycy, tworzące większości parlamentarne i rządy nie reprezentują swoich narodów, ale siły z zewnątrz, które nazywam gnostykami. Gnostycy, aby kontrolować politykę danego państwa tworzą układ polityczny, złożony z dwóch głównych sił politycznych, mających podobne poparcie, i trzeciej małej. Przy wyborach raz zwycięża jedna siła, raz druga, a trzecia zawsze jest w koalicji z grupą zwycięską. Dzięki temu przed wyborami gnostycy, którzy kontrolują też media mogą skupić się tylko na niewielkiej grupie niezdecydowanych, i w ten sposób sterują wynikami wyborów. Politycy wszystkich trzech sił są kontrolowani i składają się z trzech głównych grup: Obcy Udający Swoich, przysłani z zagranicy minimum dwa pokolenia wcześniej, zdrajcy i głupcy. Zdrajcy zostają zdrajcami na skutek korupcji, szantażu lub przekonania, a głupcy są tak głupi, że nie wiedzą, co robią, w czym i z kim. Układ ten zwę trójprostytucją alias tańcem trzech murew.
Ten schemat został uzupełniony specyficzną unijną hodowlą polityków. Obcy, zdrajcy i głupcy dodatkowo są szkoleni w kabale, aby zawsze byli eunuchami, należącymi do kogoś z zewnątrz, a nigdy nie zechcieli być mężami stanu swoich narodów. Rozwija się najpodlejszą służalczość, a skutecznie zabija się nie tylko autonomiczne myślenie, ale również cnotę męstwa i honor.
Układ polityczny dla Polski i główni politycy zostali określeni w Magdalence, i trwa to z grubsza do dziś. Wybrano takich, aby nigdy nie poważyli się lub nie byli w stanie podjąć działań dla dobra narodu, który reprezentują, lecz by zawsze wykonywali instrukcje zewnętrznych ośrodków wpływu. Politycy nadwiślańscy zostali wybrani ze szczególną starannością, aby umożliwić gnostykom traktowanie narodu polskiego ze szczególnym okrucieństwem. Nie ma takiej niegodziwości, takiej zdrady i takiego łajdactwa, jakiego ludzie ci nie byliby skłonni się dopuścić, aby tylko zasłużyć na uznanie swoich panów. Poza wyjątkami, ludzie ci nie są w stanie ani też nie mają najmniejszej ochoty się zmienić. Oznacza to, że próżne są są nadzieje, że ludzie, tworzący polityczny układ magdalenkowy zrobią coś dobrego dla Polski sami z własnej woli.
Po pierwsze, zawsze będą czekać na wskazówki od swoich właścicieli, którzy są zaciekłymi wrogami Polski i Polaków. Po drugie, nawet, gdyby zostali bez swoich panów, gdyby ich właściciele z jakiegoś powodu nie byliby w stanie ich kontrolować, zaraz udaliby się na poszukiwanie nowego pana, bo tylko tak potrafią. Nie mają dobrej woli, ani przymiotów charakteru, ani potencjału intelektu, aby móc prowadzić sprawy polskie. Co do zasady wszyscy są szabesgojami, albo w ogóle nie są gojami.
LUDZIE MEDIÓW
Mowa tu o tych, którzy wpływają na opinię publiczną poprzez media, głównie mainstreamowe. Mainstream to nie tylko media lewicowo-liberalne, ale również prawackie. Te pierwsze są zagraniczne wszystkie, te drugie w większości. Nie reprezentują interesów narodu polskiego, ale swoich właścicieli, zwykle małoczapeczkowych. Poza mediami głównego nurtu są media, głównie internetowe, uważane za niezależne. Część z nich, szczególnie te, które dysponują dużymi pieniędzmi i szybko wzbijają się do wysokiej oglądalności to też mainstream, tyle, że udający antysystem. Charakterystyczne jest, że media te nie są blokowane i ograniczane przez algorytmy swoich platform. Większość ludzi, którzy tam występują należy do kogoś spoza Polski i prezentuje poziom wiedzy i mentalność, podobne do profderhabów i polityków. Obrzydliwe, oślizłe, zakłamane typy, które będą sobie gęby wycierać najbardziej szlachetnymi sloganami, w rzeczywistości będąc medialnymi prostytutkami. Różnica rangi między nimi polega na tym, że ci ze szczytu mainstreamu odpowiadają prostytutkom stacjonarnym, przyjmującym klientów w warunkach komfortu i pewności, a ci niżej są jak prostytutki uliczne, chodzące, polujące na klientów takich, jacy się nawiną.
Medialne prostytutki uliczne bardzo chcą zostać prostytutkami stacjonarnymi, i na tym głównie polegają różnice między osobistościami mediów III RP. Ludzie ci, których odbiorcy traktują jako autorytety tak są zajęci codzienną rywalizacją prostytucyjną i zabieganiem o przychylność swoich alfonsów, że nie mają czasu, aby zająć się prawdą. O interesie narodowym, choć każdy ma go na ustach, nie wiedzą nic, tak samo o sprawach, o których się wypowiadają, zadowala ich bowiem to, czego dowiadują się od alfonsów. Można dostrzec jeszcze jeden podział tej grupie: ci główni są szabesgojami, ci chodzący mogą być szabesgoistami. Różnica jest taka, że szabesgoj musi mówić to, czego chcą jego panowie, a szabesgoista na co dzień może mówić, co chce, nie może tylko pewnych tematów poruszać. Czasem jednak, w sprawach dużej wagi nawet szabesgoiści zmuszeni są do określonych zachowań, np. w sprawie plandemii, ukradliny lub rytualnego potępienia Grzegorza Brauna.
Wiemy, że dziś jeszcze na wszystko, czego ci ludzie nie rozumieją, czego się boją lub czego nie lubią, powiedzą: agent Putina i ruska propaganda. To charakterystyczne i po tym właśnie najłatwiej rozpoznać figurynki z kategorii, o których piszę. Z taką menażerią mamy do czynienia w kraju nad Wisłą. Nie można więc od tych ludzi spodziewać się prawdy ani działań dla dobra ludzi, żyjących tutaj, a tylko tego, co zlecą i na co pozwolą ich właściciele. Dotąd nie było światła w tunelu, teraz jednak pojawia się różanopalca jutrzenka. Oto porządek Zachodu, który nauczono nas czcić jako bóstwo, uosobiony w dwóch instytucjach UE i NATO rozpada się, a spomiędzy kawałów pękającego betonu wygląda gleba. Mogą z niej wyrosnąć kwiaty dla nas trujące lub wyzwalające. Jaki zbiór nas czeka, to już zależy w głównej mierze od Polaków, bo możliwości pojawiają się wielkie.
Jeśli więc Polacy okażą się inni od elit III RP, jeśli wykażą się choć minimum zdolności intelektualnych, dobrej woli, honoru i zdolności organizacyjnych, pozbędziemy się tego szamba III RP, tych ludzi niegodnych miejsc, które zajmują, sami zajmiemy ich miejsce i skierujemy naszą nawę państwową na taki kurs, jaki zechcemy.
========================================
Więcej takich treści w kolejnych księgach Poradnika świadomego narodu:
Grenlandia. Obrazek ilustracyjny. Źródło: google earth
Władze Danii wysłały na Grenlandię tzw. wysunięte dowództwo, które ma przygotować wzmocnienie obrony wyspy własnymi oraz międzynarodowymi wojskami – podał w środę duński nadawca publiczny DR.
Telewizja opublikowała zdjęcia samolotu patrolowego Challenger duńskich sił powietrznych na lotnisku w grenlandzkiej stolicy Nuuk.
Według źródła DR, zadaniem wysuniętego dowództwa jest przygotowanie infrastruktury i koordynacja logistyki na przyjęcie głównych sił.
Media przypominają, że znaczna część duńskiej armii, w tym jednostki bojowe, zaangażowana jest w obronę regionu Morza Bałtyckiego. [przed kim, przed czym?? Groźne stada śledzi? md]
O wzmocnieniu obecności wojskowej na Grenlandii mówił we wtorek szef resortu obrony Danii Troels Lund Poulsen, podkreślając, że chodzi o większe zaangażowanie duńskich sił zbrojnych, a także obecność wojsk państw sojuszniczych.
Obecnie duńskie wojsko na Grenlandii liczy 250-300 żołnierzy i podlega Dowództwu Arktycznemu w Nuuk. Jednostka ma do dyspozycji m.in. jedyną tego rodzaju jednostkę specjalną na świecie – Patrol Syriusz (Sirius), czyli sześć psich zaprzęgów, pozwalających żołnierzom w trudnych warunkach przemierzać duże odległości.
Brak wystarczającego zaangażowania Danii w zapewnienie bezpieczeństwa Grenlandii jest jednym z argumentów podnoszonych przez administrację prezydenta Donalda Trumpa przy artykułowaniu tez o konieczności przejęcia wyspy przez Stany Zjednoczone. Trump żartował z duńskich inwestycji w zakup psów.
W środę po południu w Waszyngtonie ma dojść do spotkania delegacji duńsko-grenlandzkiej z sekretarzem stanu USA Markiem Rubio, a także wiceprezydentem J.D. Vance’em na temat przyszłości Grenlandii.
Z początkiem 2026 roku na nowo rozgorzał konflikt między Danią a USA o Grenlandię, gdy prezydent Trump powtórzył, że posiadanie arktycznej wyspy jest kluczowe dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Oświadczenie prezydenta zbiegło się w czasie z amerykańską interwencją wojskową w Wenezueli.
(PAP)
============================
Z ostatniej chwili, z Nuuk, mail:
Wzmocniono załogi Sani Bojowych Sirius. Może w nich siedzieć teraz aż czterech żołnierzy; trochę spadła prędkość bojowa zestawu. Dowódca Operacyjny otrzymał nowe kijki do nart.
Obecnie na masową skalę wdraża się systemy sztucznej inteligencji Ai do wielu branż. Jedną z nich jest wojsko, które wprowadza te systemy przynajmniej od lat 90-tych. Do lat 2030-35 te wojskowe systemy mają osiągnąć poziom autonomii gdzie będą w stanie samodzielnie podejmować decyzje i współpracować w rojach.
Więcej informacji na ten temat w zakładce „Przyszłość pojazdów bezzałogowych”:
Wstęp do badania opisującego ten system podaje „W dynamicznych środowiskach szybkie dezaktualizowanie się wcześniejszych informacji o otoczeniu prowadzi do rozbieżności między wewnętrznym modelem agenta a ewoluującą rzeczywistością jego kontekstu operacyjnego. Ta różnica między wcześniejszym a zaktualizowanym ocenianiem środowiska zasadniczo ogranicza skuteczność autonomicznego podejmowania decyzji. Aby zniwelować tę lukę, niezbędne staje się uwzględnienie kontekstowej perspektywy ludzkich interesariuszy, którzy dzięki bezpośredniej, bieżącej obserwacji naturalnie gromadzą cenne spostrzeżenia. Przekładanie ich subtelnych, bogatych w kontekst wskazówek na użyteczną inteligencję dla systemów autonomicznych pozostaje jednak otwartym wyzwaniem.”
Badanie pokazuje schematy działań bojowych w kontekście działania Lucyfera:
Jeden z autorów badania pracujący dla Microsoft Ai Frontiers:
„W odpowiedzi proponujemy LUCIFER (Language Understanding and Context-Infused Framework for Exploration and Behavior Refinement) – framework niezależny od domeny, łączący hierarchiczną architekturę podejmowania decyzji z uczeniem ze wzmocnieniem (RL) i dużymi modelami językowymi (LLM) w jeden spójny system.
Struktura ta odzwierciedla sposób, w jaki ludzie dekomponują złożone zadania, pozwalając osobie planującej wysokiego szczebla na koordynację wyspecjalizowanych pod-agentów, z których każdy koncentruje się na odrębnych celach i powiązanych w czasie działaniach. W odróżnieniu od tradycyjnych zastosowań, w których LLM pełnią tylko jedną rolę, LUCIFER wykorzystuje je w dwóch synergistycznych funkcjach: 1. jako ekstraktory kontekstu – przekształcających słowne wypowiedzi interesariuszy w reprezentacje świadome dla specyfiki danej domeny i kształtujące decyzje za pomocą mechanizmu uwagi w przestrzeni, który wyrównuje wiedzę pochodzącą z LLM z procesem uczenia agenta, 2. jako mechanizmy eksploracji w trybie zero-shot (bez wcześniejszego treningu w danym zadaniu) – kierujące wyborem działań agenta w trakcie eksploracji. Przeprowadziliśmy benchmarking różnych modeli LLM w obu rolach i wykazaliśmy, że LUCIFER zwiększa efektywność eksploracji oraz jakość podejmowanych decyzji, przewyższając płaskie polityki warunkowane celem. Nasze wyniki ukazują potencjał podejmowania decyzji napędzanych kontekstem, w którym systemy autonomiczne wykorzystują ludzką wiedzę kontekstową dla osiągnięcia sukcesu operacyjnego.” czytamy dalej.
W poniższym materiale opisane są m.in. systemy Ai (Satan) rozwijane dla armii USA w latach 90. XX wieku:
Pomijając aspekt technologiczny potrzeby rozwoju takich systemów to tego typu projekt naprawdę wskazuje na to, że wielu naukowców pracujących nad systemami komputerowymi jest albo niespełna rozumu albo jest okultystami [to się nie wyklucza,synku... md] . Dlaczego armia miała by działać w ramach systemu lucyfera by zawiadywać masowymi systemami sztucznej inteligencji i rojami robotów do zabijania ludzi. Czy ci ludzie są normalni?
Ostatnie działania Waszyngtonu, a w szczególności groźba anszlusu Grenlandii przez USA, daje iskrę nadziei na wyzwolenie wschodnio-unijnych kolonii: Polski, Węgier, Rumunii, itd.,
Ostatnie działania Waszyngtonu, a w szczególności groźba anszlusu Grenlandii przez USA, daje iskrę nadziei na wyzwolenie wschodnio-unijnych kolonii: Polski, Węgier, Rumunii, itd.,
Sytuacja w jakiej znalazły się państwa tego regionu, jest najtragiczniejsza od ponad tysiąca lat ich sąsiedzkiej historii.
Region ten jest zakładnikiem konającego Zachodniego Imperium Kłamstwa, znajdując się na dodatek na linii frontu z mocarstwową Rosyjską Federacją, która wykazuje coraz mniej cierpliwości w tolerowaniu bezczelnych zachodnich prowokacji i poniżającej to Mocarstwo nuklearne, pogardliwej retoryki.
Niedawne zniszczenie pod Lwowem polskiego eszelonu ze sprzętem wojskowym i likwidacja hipersonicznym Oresznikiem ogromnego zbiornika przy polskiej granicy, to tylko najnowsze ostrzeżenia dla warszawskiego globalistycznego reżimu.
Tak jak obecnie Ukraina zostaje wymazywana z mapy politycznej świata, tak Polska i Rumunia stoją w kolejce po ten sam los.
Nasi „niezależni przywódcy”, jak Prezydent Polski, zmuszeni są lizać stopy swych zachodnich panów, oblizując się przy tym z zadowoleniem (wideo nr 1 poniżej artykułu).
Jednakowoż moment decyzji Waszyngtonu do włączenia duńskiej posiadłości zamorskiej do Stanów Zjednoczonych, powoduje poważne rozbieżności w łonie zachodnich kolonizatorów (patrz wideo nr 2 poniżej).
Dalsza eskalacja napięć wewnątrz sojuszu przyspieszy jego następujący upadek, który pociągnie za sobą ostateczny rozpad zgniłego Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, zwanego w skrócie Unią Europejską.
Nie trzeba być wybitnym mężem stanu, by pojąć, że uczestniczenie we wspólnych strukturach (UE & NATO), takich państw jak Polski i Niemiec, jest równoznaczne z umieszczeniem lisa w kurniku.
Niestety „nasi globalistyczni przywódcy”, wszyscy be wyjątku agenci Zachodu, na tyle byli sowicie opłacani, że przeoczyli ten „drobiazg” przez ostatnie 30 lat funkcjonowania w ramach tego „ekskluzywnego klubu bogatych”!.
Dopiero ewentualna walka wewnątrz kolonialnej kliki, może dać szanse wyrwania się z tej pułapki i stworzenia analogicznych struktur politycznych i militarnych, ale już we własnym gronie. Bowiem tylko wspólne interesy i zagrożenia mogą być spoiwem dla regionu. A dziś już nie tylko Węgry to zauważają!
Miejmy więc cichą nadzieję, że Trump dokona inwazji Grenlandii, zanim rozpocznie się jego impeachment!
1.Prezydent III RP Karol Nawrocki na Downing Street
Putin Will Take The Cake If We…’: NATO Nation Alarms As Trump ‘Prepares’ For Greenland Invasion
2.Sekretarz Generalny NATO Mark Rutte pod obstrzałem zbulwersowanych Europejczyków
“WE ARE SCARED”: Greenland Confronts NATO, Rutte Refuses Answer
W poprzednim tekścieBĄDŹ WIERNY. IDŹ. [„Niezależni sędziowie”].pozostawiłem Czytelników przed obliczem 92-letniego sędziego Hellersteina prowadzącego postępowanie przeciwko wenezuelskiej parze prezydenckiej z retorycznym pytaniem – komu ma służyć wyciągnięcie go z historycznej formaliny?
Podpowiedzią było przypomnienie jego najważniejszego dokonania sprzed lat, czyli wyeliminowania zagrożenia, jakie mógł za sobą nieść choćby jeden proces cywilny w sprawie zamachów na Amerykę z 11 września 2001 roku. Jegomość ten zlikwidował swymi działaniami jakąkolwiek na to szansę. Wykazał swoją skuteczność.
„W przypadku każdej zbrodni podstawowym pytaniem, z jakim muszą się zmierzyć osoby pragnące ustalić jej sprawcę jest pytanie o jej beneficjentów, o to kto na niej skorzystał? Jakie powody były na tyle ważne dla sprawcy, że posunął się do jej popełnienia. Odpowiedź na te pytania prowadzi do wykonawcy lub zleceniodawcy przestępstwa. (…) Na tydzień przed 9/11 Izrael doznał wstrząsu postawieniem przez Organizację Narodów Zjednoczonych znaku równości między syjonizmem a nazizmem. Izrael został określony przez reprezentantów tysięcy organizacji pozarządowych uczestniczących w Światowej Konferencji Narodów Zjednoczonych Przeciwko Rasizmowi, w Durbanie, w Afryce Południowej, państwem rasistowskim. W Konferencji wzięli udział przedstawiciele rządów 153 krajów.
Deklaracja przyjęta przez 3000 organizacji zszokowała żydowskich uczestników. Shimon Peres, minister Spraw Zagranicznych Izraela, nazwał antyizraelską deklarację hańbą. W efekcie delegaci izraelscy opuścili Konferencję. Towarzyszyła im w tym delegacja USA.
Forum uznało Izrael za państwo, w którym ‘systematycznie popełniane są przestępstwa na tle rasistowskim, włączając w to zbrodnie wojenne, akty ludobójstwa i czystek etnicznych’. (…) Dziś, nikt już nie podnosi tematu izraelskiego rasizmu, a każdy kto wypowiada się z niechęcią o prowadzonych na całym świecie operacjach przeciwko ‘terroryzmowi’ staje się automatycznie wrogiem pokoju i niemalże zdrajcą. Świat pogodził się z koniecznością prowadzenia długoterminowej wojny z wszechobecnymi ‘terrorystami’ i odwrócił się od Arabów. Wszystko więc zmieniło się po wydarzeniach 11 września.”
W tym momencie Czytelnik zastanawia się zapewne, w jaki magiczny sposób przeskoczę do Wenezueli, od której zaczęła się moja opowieść. Otóż, nic prostszego.
Natychmiast po operacji wojskowej w Wenezueli, na portalu X pojawił się wpis „Dobra robota Donaldzie Trump” z tagiem venezuelalibre. Jego autorem był Nat Rothschild. Niedługo potem z tego komunikatora skorzystał także Benjamin Netanjahu pisząc„Gratulacje prezydencie Trump za odważne i historyczne przywództwo w imię wolności i sprawiedliwości. Składam hołd Pańskiej zdecydowanej determinacji i błyskotliwym działaniom Pańskich dzielnych żołnierzy”.
Wbrew powszechnej propagandzie przejęcie złóż ropy naftowej i metali ziem rzadkich w Wenezueli nie jest czynnikiem najważniejszym, choć stanowi oczywiście znaczący bonus dla USA – nie tyle nawet zwiększając zasoby amerykańskie, co zmniejszając chińskie, a w dłuższej perspektywie, deregulując ich ceny na rynkach, uderzając też w interesy rosyjskie.
Jednak bezpośrednim i natychmiastowym beneficjentem zmian wydaje się być państwo, którego działalność na Bliskim Wschodzie utrudniała długoletnia współpraca Wenezueli z Iranem. Przestrzegała przed tym Liga Antydefamacyjna w swoim raporcie. Z kolei w grudniu 2025 roku stacja Fox Newsoświadczyła wprost, że Wenezuela stała się „najważniejszą bazą operacyjną Hezbollahu na półkuli zachodniej, wzmocnioną przez rosnące wpływy Iranu i ochronę reżimu Maduro”.
Jedyną korzyścią, jaką dostrzegam w mediach społecznościowych jest to, że decydenci odsłaniają się w nich i bez zahamowań ukazują swe oblicza. Na rodzimym podwórku obserwujemy to notorycznie, ale wyskoki naszej elitki infantylno-agenturalnej, jak nazywa ją prof. Adam Wielomski, niczego do świata polityki nie wnoszą, podczas gdy wyznania ambasadora Stanów Zjednoczonych w Izraelu mają wagę ogromną.
To właśnie Mike Huckabee za pośrednictwem wspominanej tu już platformy X poinformował świat, że obalenie Maduro przez Stany Zjednoczone jest dobrą wiadomością dla Izraela ze względu na partnerstwo Wenezueli z Iranem i Hezbollahem. To prawda, partnerstwo było silne, wzmocnione 11 czerwca 2022 roku podpisaniem w Teheranie umowy o współpracy mającej niwelować amerykańskie sankcje na Iran w zakresie dostaw ropy, wyrobów petrochemicznych, nauki, technologii, rolnictwa i kultury. Wraz z Nicolasem Maduro na dokumencie złożył podpis ówczesny prezydent Iranu Ebrahim Ra’isi. Ten sam, który już dwa lata później zginął wraz z ministrem spraw zagranicznych i siedmioma osobami w niewyjaśnionej do dziś katastrofie śmigłowca.
Ale, to przecież jeszcze nie wszystko, bo interes jest dobry tylko wtedy, gdy przy jednym ogniu można upiec dwie pieczenie albo i więcej. Ażeby to unaocznić, muszę odwołać się, pozornie tylko bez związku, do fragmentu mojej książki „Przewodnik po piekle”:
„piszę te słowa w szóstą rocznicę, niewyobrażalnego wcześniej, zwłaszcza dla narodów arabskich, przeniesienia ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy. Dokonał tego, 14.04.2018 r., na mocy ustawy Kongresu USA, uchwalonej 24.10.1995 r., starający się dziś ponownie o fotel prezydenta tego państwa, Donald Trump. Od uchwalenia tej ustawy, wszyscy kolejni prezydenci podpisywali rozporządzenia odraczające jej realizację, obawiając się, że będzie ona zagrożeniem dla procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie.
Przypominam o tym reprezentantom tzw. prawicy, mającym nadzieję na gwałtowną zmianę sytuacji międzynarodowej po ewentualnej wygranej Trumpa, w jesiennych wyborach. Na marginesie wspomnę, że już miesiąc później, w maju 2018 r. podpisał on niesławną ustawę 447 – JUST Act. Dokładnie dwa lata potem, w maju 2020 r. w Izraelu do władzy powrócił Netanjahu. Z początkiem czerwca, obaj politycy rozpoczęli działania nad bliskowschodnim procesem pokojowym w nowej odsłonie.
Do prac nad nim Trump oddelegował swego zięcia, do którego obie strony mają bezgraniczne zaufanie. Jared Kushner i jego asystent Avi Berkowitz, uwijali się, jak w ukropie. 13 sierpnia zawarte zostało między USA, Izraelem, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi wstępne porozumienie o normalizacji stosunków na Bliskim Wschodzie. 11 września wolę dołączenia do układu zgłosił Bahrajn i już 4 dni później w Waszyngtonie państwa arabskie z USA w roli świadka, podpisały tzw. Porozumienie Abrahamowe.
W październiku Sudan zawarł pakt z Izraelem. W ostatnich dniach urzędowania, w grudniu 2020, Trump ogłosił, że układ z Izraelem chce podpisać Maroko. Oba państwa sygnowały ten akt 6.01.2021 r., gdy na Kapitolu trwał już amerykański majdan. Polska wersja Wiki, opisując skutki porozumień Abrahamowych pisze, że analitycy zwracają uwagę ‘na idący wraz z zawarciem porozumienia spadek znaczenia kwestii Autonomii Palestyńskiej dla świata krajów arabskich’.
Być może tym należy tłumaczyć zadziwiającą bierność tych krajów, wobec tego, co dzieje się w Strefie Gazy od 7.10.2023 r. Jeden z przywódców Al-Fatah stwierdził wręcz, że porozumienie było „jednym z powodów” ataku organizacji Hamas na Izrael. Ale to można doczytać już tylko w anglojęzycznej wersjiWikipedii.
Podobnie, jak wzmiankę o tym, że przy okazji porozumień powstać miał Fundusz Abrahama, który ‘miał zebrać 3 mld. dolarów w celu pobudzenia handlu i rolnictwa w regionie, zapewnienia dostępu do czystej wody i przystępnej cenowo energii elektrycznej oraz ‘umożliwienia realizacji strategicznych projektów infrastrukturalnych.”
Po zaledwie kilku miesiącach od czasu, kiedy napisałem te słowa, zatrute owoce porozumienia widoczne są gołym okiem. A przecież nie wszystkie jeszcze dojrzały. Architekci Porozumienia Abrahama przećwiczywszy ich skuteczność, zwłaszcza w zderzeniu z całkowitą bezradnością reszty świata wobec ich działań, uznali, że podobne rozwiązanie można i należy wdrażać w innym regionie świata. Powołali do życia, nie nagłaśniając tego zbytnio, Porozumienie Izaaka. Naturalnie, w polskojęzycznej wersji Wikipedii nie ma o nim wzmianki, ale sięgnijmy do tej oryginalnej:
„Porozumienie Izaaka, to inicjatywa dyplomatyczna, gospodarcza i kulturalna mająca na celu wzmocnienie współpracy między Izraelem a krajami Ameryki Łacińskiej. Nazwa nawiązuje do porozumień Abrahama, czyli umów z 2020 r., które doprowadziły do normalizacji stosunków między Izraelem, a kilkoma państwami arabskimi. Po raz pierwszy ogłoszono ją w czerwcu 2025 r. przez ambasadora Argentyny w Izraelu, rabina Shimona Axela Wahnisha, który wcześniej pełnił funkcję osobistego rabina prezydenta Argentyny Javiera Milei. Ogłoszenie nastąpiło po przyznaniu prezydentowi Javierowi Milei nagrody Genesis Prize na początku 2025 roku. Dodatkowe szczegóły dotyczące porozumień Izaaka zostały ogłoszone po ceremonii wręczenia nagrody, zwanej także „żydowskim Noblem”. Aby pomóc w realizacji Porozumień Izaaka, Fundacja nagrody Genesis (GPF) utworzyła organizację non-profit American Friends of Isaac Accords (AFOIA) z siedzibą w Nowym Jorku. Fundacja zapewniła finansowanie początkowe w wysokości 1 miliona dolarów. Była to kwota nagrody przyznanej prezydentowi Milei, który odmówił jej przyjęcia i poprosił GPF o przekazanie środków na tę inicjatywę.”
Jeśli ktoś nie lubi czytać zbyt długich opracowań, może sobie zajrzeć na materiał YT, gdzie to wszystko skoncentrowane jest niczym w soczewce. Może też obejrzeć kolejne, jakże wzruszające nagranie o nadchodzącej, inspirującej zmianie (Inspiring Change).
Rozumiemy teraz lepiej kontrowersje, jakie towarzyszyły wyborowi Milei w grudniu roku 2023 na przywódcę Argentyny, szczególnie w kontekście zapowiadanej przez niego chęci konwersji na judaizm. Już we wrześniu 2024 roku wydał dekret, który ograniczył prawo dostępu do informacji publicznej. Od tego czasu urzędnicy, w tym również prezydent, nie mają obowiązku przekazywania do wiadomości opinii publicznej informacji takich jak harmonogramy spotkań czy treści dokumentów służbowych. W tym samym roku otrzymał jedyne, jak dotąd odznaczenie – ukraiński Order Wolności. Ale, dla osłody, już w roku 2025 magazyn Time umieścił go na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie.
Warto nadmienić, że według wytycznych American Friends of the Isaac Accords, kraje Ameryki Łacińskiej, które zamierzają przystąpić do Porozumienia Izaaka powinny:
przenieść ambasady do Jerozolimy, uznając suwerenność Izraela nad tym spornym miastem
zmienić klasyfikację Hamasu i Hezbollahu zgodnie z izraelską doktryną bezpieczeństwa
zmienić wzorce głosowania w ONZ i OPA, gdzie Ameryka Łacińska historycznie głosowała za prawami Palestyńczyków
zawrzeć umowy o wymianie informacji wywiadowczych dotyczące wpływów chińskich, irańskich, kubańskich, boliwijskich i wenezuelskich
otworzyć sektory strategiczne: wodny, rolniczy, cyfrowego zarządzania i bezpieczeństwa dla izraelskich firm.
Czy w świetle jednego z elementów tego ostatniego punktu Porozumienia nie jest łatwiej zrozumieć całkowitą bezradność rządu w Polsce w kwestii umowy Mercosur? „Negocjacje” w tej sprawie trwały co prawda ćwierć wieku, ale właśnie je przegraliśmy ostatecznie, co zatwierdzi swoim podpisem szefowa Komisji Europejskiej w sobotę, 17 stycznia bieżącego roku w odległym Paragwaju.
Większość komentatorów uznaje to za sukces polityki niemieckiej, choć moim zdaniem Niemcy zaledwie najmniej na tym stracą. A my, jak zawsze, najdotkliwiej doświadczymy gorzkiego smaku zatrutych owoców (i warzyw) tych wszystkich porozumień.
[Tam warto zaglądać, szukać. Tu wersja ze zdjęciami, wtedy nie potrafiłem. M. Dakowski]
===============================
Nie wolno wyśmiewać się ze świętości…
W 1956 roku młoda piękna komsomołka Zoja z przyjaciółmi spotykała Nowy Rok. Chłopak Zoi spóźniał się i Zoja, nie doczekawszy się jego, postanowiła tańczyć ze Świętym Mikołajem Cudotwórcą: zdjęła ze ściany ikonę i zaczęła z nią tańczyć.
Na ostrzeżenia koleżanek, aby nie bluźniła, odpowiedziała: „Jeśli jest Bóg, to niech mnie ukarze!”. I nagle zastygła, jakby skamieniała i wrosła w podłogę z ikoną w rękach. Nie można było jej ruszyć z miejsca, ikony z rąk nie można było wyjąć, nie było widać żadnych zewnętrznych znaków życia. W okolicy serca było słychać ledwo wyczuwalny stuk. O wydarzeniu szybko dowiedziało się całe miasto, milicja bała się podchodzić do skamieniałej Zoi, lekarze nie mogli jej pomóc, kiedy usiłowali zrobić zastrzyk, to igły się łamały. Skamieniała Zoja stała przez 128 dni…
Co to było? Cud, czy kara Boża? … Zapewne i cud i kara…
SKAMIENIAŁA ZOJA (ros. – Стояние Зои). Opisy naocznych świadków cudu w Samarze
A wtedy Pan spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia z nieba. I tak zniszczył te miasta oraz całą okolicę wraz ze wszystkimi mieszkańcami miast, a także roślinność. Żona Lota, która szła za nim, obejrzała się i stała się słupem soli. (Księga Rodzaju 19: 24-26)
W 1956 roku, gdy Chruszczow był u władzy, wydarzyło się zdarzenie, które wstrząsnęło całym prawosławnym światem, słynne „Skamieniałe stanie Zoi” (ros. – „Зоино стояние”). Przypomnijmy krótko o tym cudzie, który wydarzył się w Samarze (wtedy – w Kujbyszewie).
Pracownica fabryki rur, niejaka Zoja, postanowiła wraz z przyjaciółmi powitać Nowy Rok. Jej wierząca matka była przeciwna zabawom w poście Bożonarodzeniowym, ale córka nie posłuchała. Wszyscy się zebrali, ale chłopaka Zoi, Mikołaja, nie było, gdzieś się zapodział, spóźniał się. Grała muzyka, młodzi tańczyli; tylko Zoja nie miała pary.
Obrażona na swego chłopaka, zdjęła ze ściany ikonę Świętego Mikołaja*/ i powiedziała: „Jeśli nie ma mojego Mikołaja, to zatańczę ze Świętym Mikołajem”. Na perswazję przyjaciółki, aby tego nie robiła, odpowiedziała wyzywająco: „Jeśli istnieje Bóg, niech mnie ukarze!” I z tymi słowami krążyła w kółko. Na trzecim okrążeniu pokój nagle wypełnił hałas, pojawił się wicher, błyskawicą błysnęło oślepiające światło, a wszyscy wybiegli ze strachu. Tylko Zoja została z przyciśniętą do piersi ikoną Świętego – skamieniała, zimna jak marmur. Nie można było jej poruszyć z miejsca, nogi jej jakby zrosły się z podłogą. Wobec braku zewnętrznych oznak życia, Zoja jednak żyła: jej serce biło. Od tego czasu nie mogła ani pić, ani jeść. Lekarze czynili wszelkie możliwe wysiłki, ale nie mogli jej ożywić. Wiadomość o incydencie szybko rozeszła się po mieście, wielu przyszło zobaczyć „skamieniałą Zoję”.
Ale po jakimś czasie władze miasta opamiętały się: dojścia do domu zostały zablokowane, a do pilnowania wyznaczono oddział milicjantów. Przyjezdnym i ciekawskim odpowiadano, że nie ma tu żadnego cudu i nic się nie wydarzyło. Pilnujący domu nocami słyszeli krzyki Zoi: „Mamo! Módl się! W grzechach giniemy! Módl się!” Badanie medyczne potwierdziło, że bicie serca dziewczyny nie ustało, pomimo skamieniałości tkanek (nie udało się nawet zrobić zastrzyku: igły łamały się).
Zaproszeni kapłani, po odmówieniu modlitw, nie mogli wyjąć ikony z jej zastygłych rąk. Ale w święto Narodzenia Chrystusa przyszedł Ojciec Serafim (Tiapoczkin, wtedy jeszcze Ojciec Dimitrij), odsłużył nabożeństwo ze święceniem wody i poświęcił cały pokój. Następnie wziął ikonę z rąk Zoi i powiedział: „Teraz musimy czekać na znak w Wielki Dzień”.
Przed Świętem Zwiastowania NMP (ros. – Благовещения) pewien pobożny staruszek poprosił strażników, aby go przepuścili. Odmówiono mu. Pojawił się on również następnego dnia, ale i kolejna zmiana go nie przepuściła. Za trzecim razem, w dniu Zwiastowania NMP, straże go nie zatrzymały. Strażnicy słyszeli tylko, jak staruszek mówił do Zoi: „Nie masz już dość stania?” Minął jakiś czas, ale staruszek nie wychodził. Kiedy zajrzeli do pokoju, nie znaleźli go tam. Wszyscy świadkowie zdarzenia byli przekonani, że objawił się sam Święty Mikołaj.
Zoja stała przez 4 miesiące (128 dni), aż do Wielkanocy, która w tamtym roku była 23 kwietnia (6 maja zgodnie z nowym stylem). W noc przed Jasnym Zmartwychwstaniem Chrystusa Zoja głośno wołała: „Módlcie się! Przerażające, ziemia płonie! Cały świat ginie w grzechach! Módlcie się!”
Od tego czasu zaczęła ożywać, w mięśniach pojawiła się miękkość, żywotność. Położono ją do łóżka, ale wciąż wołała i prosiła wszystkich, aby modlili się za świat, który ginie w grzechach, za ziemię płonącą w niegodziwościach. – Jak żyłaś? – pytano ją. – Kto cię karmił? – Gołębie, gołębie mnie karmiły – odpowiadała Zoja.
*/
Mikołaj z Miry, Święty Mikołaj (gr. Άγιος Νικόλαος, łac. Sanctus Nicolaus), znany również jako Mikołaj z Bari – świętykatolicki i prawosławny. Najstarsze o nim przekazy pochodzą z VI wieku. Według średniowiecznej hagiografii żył na przełomie III i IV wieku, był biskupem Miry w Licji, wsławił się cudami oraz pomocą biednym i potrzebującym. Przez wieki był jednym z najbardziej czczonych świętych na Zachodzie i Wschodzie. Największe jego sanktuarium znajduje się we włoskim Bari. Współcześnie baśniowa postać wzorowana na świętym Mikołaju jest wykorzystywana w kulturze masowejprzy okazji świąt Bożego Narodzenia.
Sobór Watykański II zarządził rewizję kultu świętych w Kościele katolickim. Powołano komisję złożoną z teologów i historyków, która miała zaproponować usunięcie świąt tych postaci, których istnienia nie sposób było udowodnić. Zakwestionowała ona historyczność Mikołaja, co wywołało ożywioną dyskusję, w której znaczna część hierarchii i wiernych stanęła w obronie kultu świętego. Papież Paweł VI zdecydował się na rozwiązanie kompromisowe. W opublikowanym w 1969 roku Calendarium Romanum zniósł on święto 6 grudnia i postanowił, że tego dnia będzie obchodzone tzw. wspomnienie dowolne. Z kalendarza usunięto również średniowieczne teksty hagiograficzne poświęcone Mikołajowi, pozostawiając krótką notatkę opartą na Stratelatis z VI wieku. W motu prioprio Mysterii Paschalis Paweł VI uzasadnił: aby wprowadzić w życie postanowienia Soboru Powszechnego, usunięto z kalendarza ogólnego imiona niektórych świętych; zezwolono, aby wspomnienia pewnych świętych obchodzono według uznania i aby przywrócono ich kult, ograniczony do ich własnych krajów. Św. Mikołaj jest patronem: Albanii, Grecji, Rosji, Aberdeen, Antwerpii, Bari, Berlina, Bydgoszczy, Chrzanowa, Elbląga, Głogowa, Miry, Moskwy, Nowogrodu…
W kalendarzach w Polsce w dniu 6 grudnia jest zapis jako wspomnienie o Św. Mikołaju.
===========
Dzięki modlitwom św. Mikołaja Pan Bóg zlitował się nad nią, przyjął jej skruchę i przebaczył jej grzechy. Wszystko, co się wydarzyło, poraziło mieszkańców Kujbyszewa i jego okolic tak, że wielu ludzi nawróciło się ku wierze. Spieszyli do cerkwi ze skruchą, nie ochrzczeni się chrzcili, ci, którzy nie nosili krzyża, zaczęli go nosić – dla proszących nie było wystarczająco dużo krzyży. Kiedy po latach Archimandrytę Serafima (Tiapoczkina) pytano o jego spotkanie z Zoją, on zawsze unikał odpowiedzi. Przypomina protojerej Anatolij Litwinko, duchowny z Diecezji Samarskiej: „Spytałem ojca Serafima:
”Ojczulku, czy to ty wziąłeś ikonę z rąk Zoi?” Pokornie skłonił głowę. I po jego milczeniu zrozumiałem: on.” Ojczulek ukrył to ze względu na swoją pokorę. Również i władze mogłyby rozpocząć ponownie prześladowania jego ze względu na duży napływ pielgrzymów, chcących uczcić cudowną ikonę Świętego Mikołaja, która zawsze była w świątyni, gdzie służył ojciec Serafim.
Z biegiem czasu władze zażądały usunięcia ikony, ukrycia jej przed ludźmi i została ona przeniesiona do ołtarza. Ostatnio prasa masowa ponownie zainteresowała się tą sprawą. Oto fragmenty z publikacji w „Komsomolskiej Prawdzie”: Wielu wierzącym w Samarze znana jest emerytka Anna Iwanowna Fidotowa.„W tamtych czasach w pobliżu domu Zoi byłam dwa razy” – mówi Anna Iwanowna – „przyjeżdżałam z daleka. Ale dom był otoczony przez milicję. I wtedy postanowiłam zapytać o wszystko jakiegoś milicjanta ze straży. Wkrótce jeden z nich – bardzo młody – wyszedł z bramy. Poszłam za nim i zatrzymałam go:„Proszę powiedzieć, czy to prawda, że Zoja stoi?” On odpowiedział: „Pyta Pani dokładnie tak, jak moja żona. Ale nic nie powiem, a lepiej niech Pani zobaczy sama …” Zdjął czapkę z głowy i pokazał swoje zupełnie siwe włosy: „Widzi Pani?! To jest bardziej prawdziwe niż słowa. Przecież składaliśmy przyrzeczenie, nam nie wolno o tym mówić. Ale gdyby tylko Pani wiedziała, jak strasznie było mi patrzeć na tę skamieniałą dziewczynę!”
Całkiem niedawno pewien człowiek opowiedział coś nowego o cudzie z Samary. Okazał się nim szanowany w Samarze przeor (ros. – настоятель) Cerkwi Św. Zofii kapłan Witalij Kałasznikow: „Anna Pawłowna Kalasznikowa – ciotka mojej matki – w 1956 roku, pracowała w Kujbyszewie jako lekarz ”pierwszej pomocy” (w karetce pogotowia). Tamtego dnia rano przyjechała do naszego domu i powiedziała: „Wy tutaj śpicie, a miasto już dawno na nogach!” I opowiedziała o skamieniałej dziewczynie. Przyznała się (chociaż podpisała zobowiązanie), że właśnie teraz była w tym domu na wezwanie. Widziała zastygłą Zoję. Widziała ikonę Świętego Mikołaja w jej rękach. Próbowała zrobić nieszczęsnej zastrzyk, ale igły zginały się, pękały i dlatego nie mogła zrobić zastrzyku. Wszyscy byli zszokowani jej opowiadaniem. Anna Pawłowna Kalasznikowa pracowała jako lekarz w karetce pogotowia jeszcze przez wiele kolejnych lat. Zmarła w 1996 roku. Zdążyłem jeszcze na krótko przed jej śmiercią udzielić jej Sakramentu Chorych (Ostatniego Namaszczenia). Obecnie żyje jeszcze wielu z tych, którym opowiedziała o wydarzeniu z tego pierwszego dnia nowego roku.”
Walentyna Nikołajewna M. (Biełgorod) wspomina: „Przyjechałam do Ojca Serafima. Zatrzymałam się na noc w domu Marii Romanownej, gdzie zebrało się wielu przyjezdnych. Spać było ciasno, w pokoju duszno. Dwaj młodzi mężczyźni wstali i wyszli na dwór, na świeże powietrze, a za nimi i ja. Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że są z Kujbyszewa i uczą się w seminarium duchownym. Zacząłem ich wypytywać o stojącą Zoję. Kiedy to się stało, oni byli dziećmi. To właśnie ten cud doprowadził ich do wiary w Boga. Teraz przyjeżdżają do Ojca Serafima, po zostaniu jego duchowymi dziećmi. Twierdzili, że to właśnie Ojciec Serafim wziął ikonę z rąk Zoi. … Po nabożeństwie, starosta cerkwi matuszka Jekatierina Łuczina (po postrzyżynach mniszka Serafima) pyta: „Czy uczciłaś (przyłożyłaś się, ucałowałaś) cudowną ikonę Świętego Mikołaja?” Mówię do niej: „Tak”. A ona nie przestaje: „Do jakiej?” Wskazuję na wielką ikonę Św. Mikołaja – pod ścianą. A ona mówi:„Trzeba przyłożyć się – ucałować tę, która leży na anałoju (pulpicie). To ją nasz Ojczulek wziął ją od Zoi. Tylko nikomu nie opowiadaj, ponieważ nam zabronili o tym mówić. Ojczulka znowu mogą aresztować.”
Duchowe dzieci Starca zaświadczały, że z Kujbyszewa przyjeżdżała wierząca kobieta i gdy zobaczyła O. Serafima, to rozpoznała w nim tego kapłana, który wziął z rąk Zoi ikonę Św. Mikołaja. I, widocznie nie przypadkowo po błogosławieństwu Ojca Serafima w rakitnieńskiej świątyni przy ikonie Św. Mikołaja i Ukrzyżowania Zbawiciela (na Kalwarii) oto już trzydzieści pięć lat płoną lampy nieugaszone. Jelizawieta Konstantinowna Fofanowa, duchowa córka Starca pewnego razu zapytała Ojca: „Ojcze Serafimie, czy to Ojciec wziął ikonę od Zoi.?” Odpowiedział jej: „Dlaczego chcesz to wiedzieć? Nie pytaj mnie więcej o tym.” Inna bliska duchowa córka zapytała Ojca Serafima: „Ojcze, czy to Ty byłeś w Kujbyszewie i wziąłeś ikonę z rąk Zoi, dokonując cudu?” Starzec odpowiedział: „Moje dziecko, Bóg czyni cuda, a my, niegodni, otrzymujemy według naszych modlitw”.
Ze wspomnień Aleksandry Iwanownej A. : „W piątym tygodniu Wielkiego Postu w 1982 r. przybyłam do Rakitnoje. Odważyłam się zapytać: „Ojczulku, a gdzie jest ikona św. Mikołaja, którą wziąłeś od Zoi?” Spojrzał na mnie surowo. Zapadła cisza. Dlaczego przypomniałam właśnie o ikonie? W Kujbyszewie mieszkali moi krewni – na tej samej ulicy, co Zoja. Kiedy to się stało, miałam czternaście lat. Żeby ludzie nie gromadzili się w pobliżu domu, wieczorami oświetlenie było wyłączane. Krzyki Zoji przerażały wszystkich. Młody milicjant stojący na posterunku od tego wszystkiego osiwiał. Moi krewni, będąc naocznymi świadkami tego wydarzenia, stali się wierzącymi i zaczęli uczęszczać do świątyni. Cud „Skamieniałej Zoi” i wszystko, co jej się przydarzyło, został głęboko wryty w moją świadomość. Po surowym spojrzeniu O. Serafima przeszyła mnie myśl: „Ach, biada mi, biada”. Nagle Ojczulek powiedział: „Ikona leżała w świątyni na anałoju (pulpicie), a teraz znajduje się w ołtarzu (w ikonostasie). Były takie czasy, kiedy kazano ją usuwać. I dodał: „Jesteś pierwszą osobą, której to mówię”. Dwa tygodnie później Ojczulek zmarł.”
Oto co opowiedziała Klaudia Gieorgijewna Pietrunienkowa z Sankt-Petersburga, duchowa córka metropolity Nikołaja (Jaruszewicza): „Kiedy się wydarzył cud „Skamieniałej Zoi” (ros. – „Зоино стояние”), zapytałam władykę, czy był on w Kujbyszewie i czy widział Zoję. Władyka odpowiedział: „Byłem tam, modliłem się, ale ikony od Zoi nie wziąłem, – to jeszcze nie był ten czas. A ikonę wziął Ojciec Serafim (wówczas jeszcze Ojciec Dimitrij (pol.- Demetriusz).” Krótko przed śmiercią Ojca Serafima byłam w Rakitnoje. W świątyni, u góry, na prawo od tronu, widziałam ikonę św. Mikołaja w ozdobnej oprawie. Podczas rozmowy z ojcem Serafimem w jego celi zapytałam: „Ojczulku, czy u was na ołtarzu jest ikona Świętego Mikołaja – ta sama, którą miała Zoja?” „Tak,” – odpowiedział. O Zoi więcej już nie rozmawialiśmy.”
O wydarzeniach w Kujbyszewie opowiada protojerej (archiprezbiter) Andriej Andriejewicz Sawin, który był wtedy sekretarzem Samarskiej administracji diecezjalnej: „To się wydarzyło, kiedy biskupem był Jeronim (pol. – Hieronim). Rano zobaczyłem grupę ludzi, stojących w pobliżu tego domu. A wieczorem tłum się powiększył do tysiąca ludzi. Wystawione zostały posterunki. Ale ludzi początkowo nie ruszano – najwyraźniej wpływ miało pierwsze zamieszanie. To później zaczęto rozpędzać wszystkich. Ze zwykłego powodu: „Zakłócanie spokoju mieszkańców, ruchu pojazdów.” Ale tłum jednak wciąż rósł jak na drożdżach. Wielu przybywało nawet z okolicznych wiosek. Te dni były bardzo napięte. Ludzie naturalnie oczekiwali od nas wyjaśnień, ale żaden kapłan nie podchodził blisko do tego domu. Bali się. Wtedy wszyscy chodziliśmy po „cienkiej kładce”. Kapłani byli wtedy „na rejestracji” – zatwierdzani i odwoływani byli przez komisarza do spraw religijnych z komitetu wykonawczego partii. W każdej chwili każdy mógł zostać bez pracy i środków do życia. A tutaj taki wspaniały powód, aby załatwić z nami rachunki! Wkrótce wśród wierzących poszła plotka, że Zoi grzech przebaczono i zostanie ona wskrzeszona w dniu Świętej Paschy (pol. – Wielkanocy). Ludzie czekali, mieli nadzieję. Oddziały członków Komsomołu krążyły już na całego po mieście. Głośno „demaskowali”, zapewniając, że byli w domu i nic nie widzieli. Wszystko to tylko dodawało paliwa do ognia, więc nawet ci, którzy naprawdę nie wierzyli w cud, zaczęli w końcu wątpić: „Prawdopodobnie jednak ludowa wieść ma rację, choć nie we wszystkim; w domu przy ulicy Czkałowa jednak coś dziwnego się wydarzyło – nie ma wątpliwości!”
Arcybiskup Samarski i Syzrański Jewsiewij (pol. – Euzebiusz) jakby podsumowuje różne opinie na temat tego, co się stało: ”Świadkami tego cudu było wielu ludzi. Dowiedziałem się o tym w 1957 roku podczas studiów w seminarium. Nie było żadnych wątpliwości: to największy cud! W czasach, gdy wiara była prześladowana i wyśmiewana przez bezbożnych władców, ten przypadek cudownej manifestacji Boskiej mocy stał się sensacją. I nie tylko dla mieszkańców Samary. Cud z Zoją stał się lekcją dla wielu. Przecież do świętości należy odnosić się z czcią. To jest lekcja i dla ateistów: możesz nie wierzyć, ale nie dotykaj świętej rzeczy, w przeciwnym razie przyjdzie kara! Gdyby niewierząca Zoja nie dotykała świętej ikony, to nic by się nie stało. Było wiele podobnych cudów: kiedy bezbożni dotykali świętości, to byli rażeni, karani. Affonij w Jerozolimie przy pochówku Matki Bożej chciał przewrócić Jej trumnę i na oczach wszystkich Anioł Pański odciął mu ręce. Znane są przypadki, gdy człowiek zrzucał dzwon na ziemię, to wraz z dzwonem sam spadał na dół. Tak, w owych czasach ludzie bardzo potrzebowali cudu. Ale cuda są wtedy, gdy są potrzebne ludziom, kiedy Pan zdecyduje o tym”.
Po zabraniu ikony z rąk Zoi Ojciec Serafim (dawny Dimitrij – Tiapoczkin) został oczerniony, sfabrykowano na niego nową sprawę (o homoseksualizm – pederastię; odsiedział 3 lata w więzieniu – A.L.), a biskupa Jeronima (pol. – Hieronima) pozbawiono kierownictwa Diecezją Kujbyszewską.
Oto co w 1989 roku opowiadał przeor (ros. – igumen) Herman, mnich Optiny (w latach 50-tych służył w Soborze Katedralnym w Kujbyszewie): „Czego nie widziałem, o tym mówić nie będę, ale co wiem, to powiem. Ulicę otoczyli kordonem milicji, pobrano podpisy o nie rozgłaszaniu. Do przeora soboru zadzwonił pełnomocnik ds. religii i poprosił o ogłoszenie z ambony w najbliższą niedzielę, że żadnego cudu nie ma. Ojciec przeor odpowiedział: „Pozwól mi, abym pojechał popatrzeć i powiedział ludziom, to, co widziałem”. Pełnomocnik zastanawiał się przez chwilę i obiecał, że wkrótce oddzwoni. Powtórny dzwonek rozległ się po godzinie i przeorowi powiedziano, że nic ogłaszać nie trzeba. Ponieważ ludzie mieli dużo do powiedzenia na ten temat, to nawet lokalne gazety sowieckie nie mogły pominąć milczeniem tego cudu i próbowały przedstawić go jako „oszustwo kapłanów – popów”. Wkrótce po tym incydencie ojciec Serafim otrzymał trzy lata”.
Nie wolno było mu mówić o wzięciu ikony z rąk Zoi i po odbyciu wyroku wysłano go do służby w odległej wiosce Diecezji Dniepropietrowskiej, a następnie przeniesiono do wsi Michajłowskoje.
POSŁOWIE
Prasa sowiecka nie mogła milczeć o tym incydencie: odpowiadając na listy do redakcji pewien uczony potwierdził, że, rzeczywiście, wydarzenie z Zoją nie jest fikcją, ale jest przypadkiem tężca, jeszcze nieznanego nauce.
Ale po pierwsze, przy tężcu nie ma takiej kamiennej sztywności i lekarze zawsze mogą zrobić zastrzyk pacjentowi;
po drugie, przy tężcu pacjent może być przenoszony z miejsca na miejsce i leży, a tutaj stoi i
po trzecie, sam tężec nie nawraca człowieka do Boga i nie daje objawienia z góry, a przy Zoi nie tylko tysiące ludzi nawróciło się do wiary w Boga, ale swoją wiarę poświadczyły czynami: chrzcili się i zaczęli żyć po chrześcijańsku. Oczywistym jest, że to nie tężec był tego przyczyną, ale działanie samego Boga, Który przez cuda umacnia wiarę, aby uwolnić ludzi od grzechów i od kary za grzechy.
Co było dalej?
Do dziś w prasie rosyjskiej toczy się „dyskusja” o prawdziwości cudu. Prasa ateistyczna neguje i wyśmiewa to wydarzenie z 1956 roku. Hierarchia cerkiewna odnosi się do wydarzenia raczej z rezerwą. Nakręcono na temat skamieniałej Zoi filmy dokumentalne i film fabularny. W 2012 roku przy ulicy Czkałowa postawiono pomnik – kapliczkę ku czci Świętego Mikołaja Cudotwórcy. 12 maja 2014 roku dom ten spłonął. Niektóre media zamieściły wersje o podpaleniu. Całkiem możliwe.
Napis: Objawienie Świętego Mikołaja, Arcybiskupa Mir Likijskich, Cudotwórcy, na miejscu cudownego wydarzenia dot. Skamieniałej Zoi w styczniu 1956 roku
Znak na pamiątkę opisanego wydarzenia, postawiony przy ulicy Czkałowa, przedstawia rzeźbę Świętego Mikołaja Cudotwórcy, stojącego w ażurowej arce. Wbrew tytułowi nazwanego pomnika wizerunku Zoi w tej rzeźbiarskiej kompozycji nie ma. Imię jej jest tylko wspomniane na tabliczce, przymocowanej do podstawy arki.
Dalsze losy Zoi.
O dalszych losach Zoi Karnauchowej opowiadają ludzie różnie. Jedni uważają, że po trzech dniach od wskrzeszenia Zoja zmarła, inni są przekonani, że zmarła w szpitalu psychiatrycznym, a trzeci święcie wierzą w to, że Zoja przez długi czas żyła w monasterze i została skrycie pochowana w Ławrze Świętej Trójcy i Św. Sergiusza (ros. – в Троице-Сергиевой лавре).
Image caption, We’re not sure what this was all about either
From the World Cup to the Olympics, it is not a significant event if you don’t have an unusual opening ceremony to go with it.
==========================
This was also the case when the Gotthard base tunnel, the longest and deepest in the world, was inaugurated on Wednesday.
Here are some of the most striking moments from the ceremony – we have tried to explain what is going on as far as possible. It was not always possible.
Warning: This article contains partial nudity
Image caption, The ceremony represented different aspects of Swiss culture – at this point, milk floats drove in a processionImage caption, In the middle of all of this, an actor sat down, looked rather underwhelmed by everything, and ate his lunchImage caption, A topless woman decked as a bird hovered above actors representing the nine construction workers who died during the building of the tunnelImage caption, It is unclear what the German, French and Italian leaders, who were all present, made of the ceremonyImage caption, Parts of the show proved very popular with some of those in the audience, howeverImage caption, Some viewers were left baffled, as, perhaps, were some participantsImage caption, At one point, there were lots of people rolling around in white underwearImage caption, They, too, looked a bit blank about the whole thing – it was put together by German director Volker Hesse, whose most famous work has been done in SwitzerlandImage caption, The ibex, that is native to the Alps, played a prominent part in the ceremonyImage caption, One Twitter user wrote: „We’re opening a tunnel, and here are two people dressed as ibex pretending to have sex”Image caption, More than 600 actors reportedly took part in the ceremony – an experience they are unlikely to forget any time soon
10.06.2016. [2026: odnośniki już nie działają.. Skutecznie wyłączono. Ale RĘKOPISY NIE PŁONA, jak słusznie powiedział prof. Woland. Kto chce mieć to świadectwo pychy, nie se skopiuje na pamięć nie połączoną z internetem. md] ========================================================
Rytuały satanistyczne w tunelu św. Gotarda w obecności „światowych liderów”
[W oryginale zdjęcia, dla nas szokujące, dla nich – rytualistyczne. Osoby o mocniejszych nerwach mogą zobaczyć. Ja – z trudem oglądałem, tylko z powodu „konieczności zawodowej”. MD]
zob: Ich PAN2 czerwca (2016) oficjalnie otwarto Gotthard Base Tunnel – najdłuższy, bo liczący sobie 57 km tunel na świecie. Tunel powstał kosztem 11 miliardów euro i wydrążenie go w alpejskich zboczach zajęło aż 17 lat. Dzięki temu podróż z Zurychu do Mediolanu skrócona została o godzinę (!!!). Można próbować zrozumieć intencje oszczędnych Szwajcarów, ale nawet dla laika staje się jasne, że taka potężna inwestycja będzie się zwracać przez stulecia, co stawia pod znakiem zapytania jej ekonomiczny sens. Chyba, że sens powstania tego tunelu leży zupełnie gdzie indziej… Na uroczyste otwarcie zaproszono najpotężniejszych ludzi dzisiejszej Europy z kanclerz Merkel i prezydentem Hollandem na czele. To prawda, że tunel jest przedsięwzięciem unikalnym, ale ilość i ranga dygnitarzy zadziwia i znów każe podejrzewać, że nie chodzi tu tylko o sam tunel , ale coś jeszcze. Przypomina to kontrowersje wokół lotniska w Denver, które również powstało olbrzymim, niczym nieuzasadnionym wysiłkiem finansowym.
Sama ilość materiału jaki wywieziono z terenu budowy lotniska sugeruje podziemną instalację a kto wie może nawet cale podziemne miasto. Czy coś podobnego stworzono w szwajcarskich Alpach i zbudowano tam podobnie jak w przypadku amerykańskiego Denver “zapasową” stolicę – tym razem dla Europy? ============================= Na dodatek ceremonii otwarcia towarzyszył dziwaczny, niepokojący i przyprawiający o gęsią skórkę mroczny rytuał… [poniżej – to jedynie podpisy pod zdjęciami. MD] Ceremonia rozpoczęła się wewnątrz tunelu od wejścia ubranej na pomarańczowo grupy, symbolizującej robotników pracujących przy tunelu. Weszli oni w wojskowej formacji w rytm miarowego dźwięku bębnów. Jak armia beznamiętnych zombie… Zaraz po nich, na dużej platformie kolejowej pojawiła się następna grupa – żeby było dziwniej ubrana jedynie w białą bieliznę. Obraz ten miał podobno symbolizować ludzi, którzy będą podróżować tunelem. Z niewiadomych przyczyn ludzie ci zaczęli się nagle obejmować w sposób daleki od powszechnie przyjętego. Seksualna natura tego aktu wydaje się być oczywista i niezwykle sugestywna zwłaszcza, gdy popatrzeć na to z homoseksualnego punktu widzenia. W pewnym momencie pod sufitem tunelu pojawiła się latająca postać o brzydkiej, abnormalnie dużej głowie wykrzywionego w grymasie dziecka. Nie sposób odgadnąć płci stworzenia ze względu na kobiece piersi co nie powinno dziwić bo żyjemy w czasach, w których tradycyjny podział na dwie płcie rozpada się na naszych oczach. Jest coś diabelskiego w tej paskudnej postaci – jakby sam Lucyfer albo inny upadły anioł wydostał się z piekielnej czeluści do jakiej dokopali się robotnicy budujący tunel. A może był to sam Baphomet? Postać o koźlej, rogatej głowie, kobiecych piersiach, siedząca na ujarzmionym świecie? Nie ma koźlej głowy? Popatrzcie na następne zdjęcie… Ceremonia a właściwie satanistyczny rytuał przeniósł się na zewnątrz tunelu i pojawił się kozioł… Podobno miał symbolizować alpejskie kozice. Jeśli tak, to dlaczego wszyscy dookoła oddają mu wiernopoddańczą cześć? Zebrani wokół niego ludzie kłaniają mu się, widząc w nim kogoś, kto ma nad nimi władzę… Kozica ma władzę???? Chyba nie…
Następnie wyruszyła procesja, niosąc ze sobą rogatą czaszkę….. Po niej kolejna, tym razem złożona z kobiet, które przystawiły sobie do głowy kozie rogi. Dookoła procesji biegał główny kozioł w szaleńczym, ekspresyjnym tańcu. Procesja wyszła na zewnątrz. Na szatana (?) i jego wyznawców czekał szpaler robotników zombie A za nim podążała grupa młodych kobiet i mężczyzn w białych majtkach. Kilku zombie robotników powieszono w niezwykle sugestywny sposób. Nie chcieli być zombie??? Na zewnątrz stał ogromny ekran z którego patrzyło wielkie wszystkwidzące oko (!) Wokół niego unosiły się duchy a może dusze tych , których złożono w ofierze krwiożerczemu bogu…. Tymczasem procesja, która towarzyszyła Baphometowi okryła się welonem – jakby idąc z nim do ślubu. On sam miotał się i wrzeszczał dziko na scenie. Na ekranie pojawiła się jego upiorna wykrzywiona w grymasie twarz i … egipskie skarabeusze… Ludzie z procesji padli na twarz przed kozłem w wyrazie uległości i oddania a na ekranie pojawiły się kręgi złożone z uważnie wpatrzonych oczu
Jedna z kobiet zarzuciła na kozła biały welon mówiąc: „Teraz jesteś panem świata!” Na ekranie pojawił się jeszcze zegar który podążał raz do przodu a raz wstecz symbolizując ponadczasowość. Za każdym razem kiedy wskazówki zegara zmieniały kierunek na ułamek sekundy zatrzymywały się na godzinie 9:11…. ================= Ktoś zauważył:Tunel w Szwajcarii – uzupełnienie ekumeniczne Duże zainteresowanie opisem spektaklu z okazji otwarcia tunelu św.Gotarda idzie w parze z mocnymi komentarzami. Od potępienia satanizmu aż do postrzegania zbliżającego się wypełnienia apokaliptycznych znaków. Aby zachować trzeźwość umysłu warto pamiętać , że w tych uroczystościach brali udział także ekumeniczni eksperci … od spraw szatańskich. ekumeniczni eksperci Wnioski? Może nie taki diabeł straszny jak go malują? ================== Pełna ZGODA: Ten obrazek pokazuje, że On jest straszniejszy… =================== A ruskie już w 2012 pisały, że tam [Сен-Готард: шпионы из преисподней ] budują ogromne centrum szpiegowskie, z dostępem ruskich też……чтобы люди, запертые под землей огнем атомной войны, не сошли с ума. „http://3rm.info/30797-sen-gotard-shpiony-iz-preispodney.html Kawałek, dla ciekawskich: шпионский интернационал „Каждый день сюда приезжает на работу около 3500 человек – и это не только офицеры разведслужб Европейского союза. Имеется там и секция, обслуживаемая сотрудниками российских спецслужб (ЦБС ФСБ и БСТМ МВД). Есть залы, в которых работают разведчики АНБ США. Этакий „шпионский интернационал”. Интерьеры максимально приближены к надземным, через „окна”, закрытые матовыми стеклами, падают лучи от ламп дневного света. Есть тут и комната релаксации с искусственным небом. Смотришь на каменный купол – по нему бегут как будто живые облака. А через динамики где-то вверху слышно пение птиц. На стенах – рисованная панорама вида с вершины Альп. Говорят, эту комнату построили для того, чтобы люди, запертые под землей огнем атомной войны, не сошли с ума. ..