Nasz kwitnący kraj dzięki „przynależności” do Unii Europejskiej i do Zachodu najeżdża (zupełnie niespodziewanie) czterech Jeźdźców Apokalipsy: pierwszym z nich jest mróz, drugim jest MERCOSUR, trzecim KSeF.
Jest jeszcze czwarty, najważniejszy, który dokończy dzieła swojej forpoczty. Jedzie już do nas od roku, lecz przyjedzie dopiero teraz: jest nim Donald Trump, który rozpoczął likwidację Unii Europejskiej oraz NATO, czyli „dwóch filarów bezpieczeństwa” naszej klasy politycznej. Nie mylmy „bezpieczeństwa Polski” z zagrożeniami, a przede wszystkim ze strachem klasy politycznej. Jej polityka – jak to się kiedyś mówiło – „wzięła w łeb” na wszystkich istotnych frontach, więc mają się czego bać. Przy okazji pozdrawiam wszystkie „Sługi Narodu Ukraińskiego”: życzę wam w roku 2026 wdzięczności swoich panów.
Pierwszy jeździec, który zdradliwie („pierwsza zdrada”?), wbrew naukowej wiedzy o definitywnej i nieodwracalnej zmianie klimatu („globalne ocieplenie”), zniszczył rządzące lobby „zielono-ładowców”, którzy już powinni pakować swoje manatki (przynajmniej swój plecaczek?). Szkodnikom tym szczęśliwie dla nas nie udało się jeszcze zniszczyć wszystkich kopalni węgla oraz większości węglowych ciepłowni i elektrowni. Ciekawe ilu ludzi mogłoby się trząść z zimna (zamarznąć?), gdybyśmy już osiągnęli cel klimatyczny, przy mroźnej, bezwietrznej i bezsłonecznej zimie? Nikt „zielono-ładowców” nie będzie wyganiać: możecie zostać, ale tylko siedząc cicho i nie przeszkadzając – tak trzymać.
Drugi jeździec ma przyjść, aby zniszczyć nasze rolnictwo: nieudolna klasa polityczna ponoć była przeciw, ale – mimo znanych powszechnie, zwłaszcza dzięki „wolnym mediom”, jej wpływom w Brukseli – nie udało się zablokować tego nieszczęścia. Naturalną konsekwencją tej porażki powinna być co najmniej dymisja odpowiedzialnych ministrów. Jeżeli nie potrafisz – daj sobie spokój. W ten sposób można by podjąć próbę ratowania POPiSu. Jeżeli to nie nastąpi, a trzymanie się stołków będzie „strategią rządzenia”, naturalną koleją rzeczy będzie faktyczne rozpoczęcie secesji z wrogiej nam organizacji, bo jest nam wroga.
Trzeci jeździec naszego chowu – KSeF (Krajowy System Faktur). On jak najbardziej przypomina raka krwi: atakuje „krwioobieg” całej gospodarki, niszcząc najważniejszy dokument rozliczający, czyli fakturę VAT. Na zablokowanie tego kataklizmu jest jeszcze czas: wystarczy uchylić lub odroczyć bezsensowne przepisy i wyrzucić za drzwi nachalnych lobbystów.
Z czwartym jeźdźcem jest pewien kłopot, bo on nam, zwykłym nieważnym ludziom może również pomóc. Oczywiście może porwać Dziadka Mroza i postawić go przed „niezawisłym sądem”, lecz ta „operacja specjalna” wymierzy tylko sprawiedliwość, ale nie usunie skutków szkodliwych działań owego „dziadersa”.
Czwarty jeździec może jednak likwidując Unię Europejską wyeliminować sektę „zielono-ładowców”, bo stamtąd przyszło to nieszczęście. Może również „nie zatwierdzić” umowy MERCOSUR, bo na zachodniej półkuli niepodzielnie chce rządzić Trump. Jest bowiem rzeczą oczywistą, że umowa ta jest sprzeczna z polityką Waszyngtonu. Może nam również pomóc w pozbyciu się KSeF, bowiem obowiązuje on również firmy amerykańskie obecne na naszym rynku: wystarczy tu tylko krótkie oświadczenie właściwego ambasadora.
Nie musi więc być aż tak źle: wystarczy pielęgnować i umacniać „relacje transatlantyckie” z USA. Takim, jakim jest ono dziś. Nie trzeba będzie występować z Unii Europejskiej a mróz już nie wróci, bo go oddamy wraz z Grenlandią pod rządy USA.
Dla zacietrzewionych obrońców ancien regime oraz pogromców „dezinformacji”: uprzejmie wyjaśniam, że niniejszy tekst zawiera treści ironiczne i nie przedstawia pragnień ani chciejstwa autora. Prognozy te na pewno się nie sprawdzą, bo przecież wiemy, jaka jest strategia i przyszłość.
prof. Witold Modzelewski Myśl Polska, nr 5-6 (1-8.02.2026)
Państwowa spółka energetyczna Uniper wydała alarm: Bezpieczeństwo dostaw gazu ziemnego w Niemczech nie jest obecnie gwarantowane. Magazyny gazu w całym kraju są zapełnione zaledwie w 37 procentach, wiele z nich poniżej krytycznego poziomu 20 procent.
Uniper oświadczył, że dostawy są obecnie gwarantowane, ale wkrótce może nastąpić reglamentacja. Gaz może zacząć brakować już w lutym, ceny mogą gwałtownie wzrosnąć, a przemysł może zostać zamknięty – priorytet mają gospodarstwa domowe i szpitale.
Firma, w 99 procentach należąca do państwa, domaga się od rządu federalnego stabilnych warunków ramowych i zachęt rynkowych do napełniania magazynów. Obecne przepisy sprawiają, że magazynowanie jest nieopłacalne.
Szef Federalnej Agencji Sieciowej, Klaus Müller, wydał sprzeczne oświadczenie w połowie stycznia: sytuacja była stabilna, a niskie temperatury nie stanowiły problemu.
=================================
Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.
Przez zachodnią granicę przechodzą islamiści! Przez wschodnią białorusko rosyjska kontrabanda i agentura! I choć Tusk ubłagał komisję europejską o prolongatę w wysyłaniu nam tysiącami czarnoskórych inżynierów i lekarzy z maczetami do czasu rozstrzygnięcia wyborów parlamentarnych w 2027 roku; to przecież rozpiździaju na wschodniej granicy, nikt mu prolongować nie zamierza! Nadal trwa śniada nawała na wybudowany przez Prawo i Sprawiedliwość stalowe ogrodzenie na granicy polsko białoruskiej.
Jednocześnie przez przejścia graniczne z Ukrainą przenikają do nas wszelkiej maści „rosyjscy” agenci i sabotażyści. Nad granicą, przelatują jak nad swoim, białoruskie balony przemytnicze testujące sprawność naszej obrony powietrznej oraz rosyjskie drony, mające dać odpowiedź o militarnej gotowości Polski do odparcia napadu powietrznego!
Co na to Tusk? To, co zwykle, ma to w pomoce, bo przecież nigdy nie chodziło mu o „ten kraj”, tylko o swoje własne korzyści, o swoje aktywa i polityczne dopieszczenie. Chodziło nie o rządzenie tylko o panowanie, i o uznanie u tych zza Odry, bo z nimi przede wszystkim przez swoich własnych antenatów, a co gorsza, osobiste przekonania, jest związany. W końcu „Polska to nienormalność” nie wzięła się z powietrza! Właśnie wokół tego wszystkiego kręci się polityczne, ale także to osobiste, życie Tuska. Kwestia prawdziwej władzy, za którą idzie odpowiedzialność, bezkompromisowość, zdolność do poświęceń, a przede wszystkim miłość własnego kraju, jest mu tak obca jak Johnowi Holmesowi rola przyzwoitki. Po prostu, Kierownik nie dba o Polskę w najmniejszym stopniu, bowiem owo dbanie nie karmi jego egoizmu i nie pompuje ego. Jest on modelowym przykładem bezojczyźnianego unijczyka, a wręcz ojkofobia wybranego przez trzydzieści procent zamieszkałych w Polsce Polaków bezobjawowych – unijczyków i ojkofobów właśnie!
Niestety jest jeszcze gorzej! Bowiem Tusk nie uznaje żadnych granic. Słowo „moralność”, powoduje u kierownika, po chłopsku zakrywany dłonią, śmiech mający być litościwym parsknięciem nad naiwnością polaczków. W rzeczywistości, ów chichot to bezgraniczna pogarda dla zasad i wartości. Ten brak tuskowych granic, na samym końcu objawia się w zwykłym bezwzględnym i bezczelnym złodziejstwie.
Okradane poprzez mafie paliwowe, spółki skarbu państwa, gigantyczną korupcję na szczytach władzy, całe nasze państwo stacza się po równi pochyłej. Do tego wszystkiego to się właśnie sprowadza, spytajcie Sławka Nowaka, spytajcie Grodzkiego, Giertycha czy Gawłowskiego. Bandycki splendor, korupcja i złodziejstwo, to jest właśnie trojka, która niesie Tuska i jego watahę w polityczną dał. Bez wstydu, sumienia i bez granic!
Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia” 29 stycznia 2026 michalkiewicz
No nie, tego już za wiele! I to właśnie w momencie, gdy świat zmierza ku pokojowi i bezpieczeństwu – bo jakże inaczej rozumieć inaugurację Rady Pokoju na Forum Ekonomicznym w Davos?
Wprawdzie są tu pewne niejasności, czy do Rady Pokoju przystępują państwa, czy tylko zaproszone osobistości? Na razie wygląda na to, jakby Radę Pokoju miało tworzyć grono zaproszonych osobistości – bo na przykład Donald Trump będzie tej Radzie przewodniczył nawet gdy przestanie być prezydentem Stanów Zjednoczonych. Podobnie węgierski premier Wiktor Orban. Jeśli w kwietniu przegrałby wybory i przestałby być premierem, to czy automatycznie utraciłby prawo zasiadania w Radzie Pokoju, zwłaszcza, gdyby zapłacił wpisowe w wysokości miliarda dolarów? Z drugiej jednak strony pan prezydent Karol Nawrocki, który został do Rady zaproszony, konsultował się z obywatelem Tuskiem Donaldem i na razie pisemnego akcesu nie złożył, twierdząc, że musi się w tej sprawie wypowiedzieć „parlament”, a może nawet – sam Książę-Małżonek?
Gdyby do Rady Pokoju przystępowały państwa, to owszem – ale skoro tylko osobistości, to po cóż ta cała parada – jak powiadał Aleksander Fredro? Mniejsza wreszcie z tym, bo wszystko się pewnie w miarę upływu czasu „jak figa ucukruje, jak tytuń uleży” – ale tak czy owak, nie da się ukryć, że w kierunku pokoju został zrobiony milowy krok. Toteż od razu się wyjaśniło, że o ile dotąd prezydent Ukrainy Wołodymir Zełeński nie chciał słyszeć o jakichś ustępstwach terytorialnych, a z kolei rosyjski prezydent Putin z naciskiem podkreślał konieczność respektowania rosyjskich zdobyczy na Ukrainie, to teraz obydwaj chcą „tego samego”. Tak w każdym razie twierdzi prezydent Donald Trump po rozmowie z prezydentem Zełeńskim. To znaczy – czego konkretnie chcą? A czegóż by innego, jak nie pokoju? Wprawdzie starożytni Rzymianie twierdzili, że si duo dicunt idem, non est idem – co się wykłada, że gdy dwóch mówi to samo, to nie jest to samo – ale nie można zaprzeczyć, że i Donald Trump też coś tam musi wiedzieć tym bardziej, że agencja NABU wsadziła do aresztu wydobywczego ongiś piękną Julię Tymoszenko, przedstawiając jej jakieś korupcyjne „zarzuty”, a fałszywe pogłoski utrzymują, że ona w tym areszcie wydobywczym chlapie na prezydenta Zełeńskiego.
Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach nie musi być ani słowa prawdy, ale gdyby było, to lepiej byśmy rozumieli, że w końcu i prezydent Zełeński zaczyna uświadamiać sobie konieczność – co według niemieckiego filozofa Hegla jest istotą wolności. W tej sytuacji tylko Aleksander Łukaszenka, który nie tylko został zaproszony do Rady Pokoju, ale nawet złożył już akces, może utożsamiać się w Białorusią, bo na razie nie widać, by ktoś mógłby mu tam zaszurać.
Wprawdzie pan prezydent Nawrocki kontynuuje rozpoczęte przez prezydenta Dudę zabawy w mocarstwowość z panią Swietłaną Cichanouską, ale słychać, że rząd litewski jest już nią trochę zniecierpliwiony, więc zamierza się ona przenieść z całym majdanem do Warszawy. Ale sprawa się komplikuje, bo w Warszawie posadę Pierwszego Białoruskiego Opozycjonisty zajmuje pan Paweł Łatuszka, więc na razie pani Swietłana jeszcze nie wie, czy w Warszawie nie będzie jej za ciasno. W tej sytuacji Aleksander Łukaszenka może spać spokojnie, nawet na posiedzeniach Rady Pokoju, tym bardziej, że rosyjski prezydent Putin, który też został zaproszony, na razie się waha.
Więc kiedy świat z radością wkracza na świetlisty szlak pokoju i bezpieczeństwa, z którego na pewno nie zepchną go podchody prezydenta Trumpa pod Grenlandię, do siedziby Krajowej Rady Sądownictwa wtargnęła zorganizowana grupa przestępcza, to znaczy – pardon – nie żadna tam „zorganizowana grupa przestępcza” tylko prokuratorowie w asyście kilkudziesięciu policjantów. Wrażenie, jakby to była „zorganizowana grupa przestępcza” mogło wziąć się stąd, że sędziowie tworzący Krajową Radę Sądownictwa próbowali temu wtargnięciu przeszkodzić – ale co tak naprawdę może niezawisły sędzia, nawet gdyby ubrał się w togę i założył na szyję tombakowy łańcuch, jeśli „ludzie mający karabiny” olewają jego rozkazy ciepłym moczem?
W takich momentach obserwatorzy skłonni są zgadzać się z opinią Mao Tse Tunga, że „władza wyrasta z lufy karabinu”, a nie z żadnych demokratycznych legitymacji. Wprawdzie obywatel Żurek Waldemar, który na tę okazję nawet się ogolił, próbował nadać temu wtargnięciu pozory legalności – ale przecież on sam tkwi po uszy w sprośnych błędach Niebu obrzydłych. Na przykład uważa, jakoby Prokuratorem Krajowym był jego faworyt, pan Dariusz Korneluk z czarnym podniebieniem, podczas gdy pan prezydent Karol Nawrocki całkiem niedawno stwierdził, że ależ skądże, wcale nie – bo Prokuratorem Krajowym jest w dalszym ciągu pan Dariusz Barski.
Skoro tak, to czy możemy polegać na zapewnieniach obywatela Żurka Waldemara, że wszystko jest gites-tenteges, czy też nabierać podejrzeń, że on sam może być na usługach zorganizowanej grupy przestępczej, która tylko podstępnie przebiera się za prokuratorów czy policjantów? W zamieszaniu, jakie towarzyszyło wtargnięciu wspomnianej grupy do siedziby Krajowej Rady Sądownictwa, trudno tak na pierwszy rzut oka odróżnić prokuratora od gangstera, czy policjanta od przebierańca tym bardziej, że kiedy już wtargnięcie się dokonało, to grupa zajęła się pruciem szaf w poszczególnych pomieszczeniach. Cóż innego mogliby robić gangsterzy?
Czego tam szukała, czy to znalazła i jaki zamierza zrobić w tego użytek – tego być może i obywatel Żurek Waldemar nie wie, bo gdybym był szefem starych kiejkutów, to też bym się wahał, czy dopuścić go do konfidencji, czy też powierzyć mu wyłącznie obowiązki wykonawcze. A w ogóle, to warto przypomnieć deklarację nie tam jakiegoś obywatela Żurka Waldemara, tylko samego obywatela Tuska Donalda, że jak będzie trzeba, to będzie używał środków „pozaprawnych”.
Czyż ta deklaracja, za którą zresztą poszła rewolucyjna praktyka, nie jest dowodem, iż cała III Rzeczpospolita jest „organizacją przestępczą o charakterze zbrojnym”? Nieżyjący już ekonomista amerykański Maurycy Rothbard twierdził, że gdyby jakaś spółka prawa handlowego była zarządzana tak, jak państwa, to wszyscy członkowie zarządu i rady nadzorczej znaleźliby się w kryminale. Tak się jednak nie dzieje, ponieważ państwo jest rodzajem monopolu na przemoc, w związku z czym nie ma kto go aresztować – chociaż w Wenezueli pojawiła się pierwsza jaskółka, że może być inaczej. Tak zresztą twierdzili starożytni Rzymianie, że vim vi repellere licet, co się wykłada, że siłę godzi się siłą odeprzeć.
Ale to wszystko blednie w porównaniu z alarmującymi wieściami, że w momencie, gdy świat właśnie wkracza na świetlisty szlak wiodący ku pokojowi, w partii „Polska 2050” rozpętała się „wojna” i „padły oskarżenia o próbę puczu”. Myślę, że działacze „Polski 2050” powinni się opamiętać i wojnę zakończyć, bo w przeciwnym razie prezydent Donald Trump obróci na nią swe oczy i każe komandosom pojmać obydwie vaginessy, a następnie wtrącić do aresztu wydobywczego w Nowym Jorku, razem z małżonkami Maduro.
Oczekiwany w czerwcu konsystorz kardynałów ma zastanowić się nad historycznymi szczegółami reformy liturgicznej. Tak pisze na swoim blogu szwajcarski biskup pomocniczy Marian Eleganti (26 czerwca).
Biskup Eleganti powtarza fakty historyczne:
1965: Opublikowano poprawione Ordo Missae – przejściową wersję starej Mszy w następstwie pierwszych impulsów Soboru Watykańskiego II.
1967: Przedstawiono eksperymentalny projekt (Missa normativa), który jednak nie został zatwierdzony.
Pierwszy Synod Biskupów po Soborze był podzielony w sprawie tego obrzędu. Około 71 biskupów głosowało za (placet), 43 przeciw (non placet), a 62 uznało go jedynie za podstawę do dyskusji. Pomimo tak podzielonych opinii, prace nad nowym mszałem były kontynuowane.
1969: Ogłoszono nowy mszał (Missale Romanum), dziś znany jako Novus Ordo Missae. Wprowadzał on zmiany, które zostały odrzucone przez większość biskupów na Synodzie w 1967 roku.
Zmiana kierunku celebracji i wprowadzenie ołtarza ludowego nie były przewidziane przez Sobór.
Biskup Eleganti: „Utrata sakralności i wertykalności liturgii w wielu celebracjach, niewystarczająca centralność Boga i dominacja zgromadzenia, pewna banalizacja sacrum, przestrzeni liturgicznej i szat liturgicznych, marginalizacja tabernakulum, jednostronny nacisk na charakter posiłku i na zgromadzenie jako podmiot liturgii – wszystko to wymaga ponownego rozważenia!”.
Ma nadzieję, że papież Leon XIV najpierw doprowadzi kardynałów, przed zbliżającym się konsystorzem, do niezbędnego poziomu wiedzy historycznej w kwestiach liturgicznych. Nie powinni oni obradować nad kwestiami, których historii rozwoju nie znają wystarczająco szczegółowo. Jako takie szczegóły, biskup Eleganti wspomina również o roli arcybiskupa Annibale Bugniniego i wpływach protestanckich w rekonceptualizacji Novus Ordo.
Konkluzja: „Miejmy nadzieję na wnikliwość papieża i kardynałów. W Rzymie od lat słucha się i odpowiednio kształtuje Kościół powszechny. Ale to, co dokładnie słyszą, pozostaje niejasne. W palących kwestiach wciąż nie wiadomo, w jakim kierunku zmierzają sprawy”.
na zdjęciu: młodzi Ukraińcy podczas manifestacji narodowej. Zdjęcie ilustracyjne. fot. EPA/SERGEY DOLZHENKO/PAP
Wypowiedź ukraińskiego deputowanego o rzekomym masowym wyjeździe młodych Ukraińców do Polski wywołała spore poruszenie w tamtejszych mediach. Padły liczby idące w setki tysięcy i sugestie, że Warszawa zaczyna przypominać Kijów. Tyle że oficjalne statystyki i analizy instytucji po obu stronach granicy rysują znacznie bardziej złożony obraz.
Exodus. „Przerażające dane” w ukraińskich mediach
Deputowany partii prezydenta Wołodymyr Zełenski, Serhij Nagorniak, mówił w programie Nowosti.Live o – jak to ujął – „przerażających danych”. Według jego relacji w ciągu zaledwie sześciu miesięcy za granicę miało wyjechać ponad pół miliona młodych Ukraińców, głównie mężczyzn w wieku 18–22 lat. Polityk twierdził, że w Polsce młodzi Ukraińcy są dziś widoczni niemal w każdej branży usługowej i apelował o ich powrót do kraju.
Granica otwarta dla 18–22-latków. Skąd wzięły się emocje
Nagorniak odnosił się do zmian w przepisach mobilizacyjnych, które od sierpnia pozwoliły mężczyznom w wieku 18–22 lat legalnie opuszczać Ukrainę. To właśnie po tej decyzji odnotowano wzrost ruchu granicznego, co szybko stało się paliwem dla politycznych komentarzy i alarmistycznych tez.
Ukraińska straż graniczna prostuje liczby
Słowa deputowanego zdementował rzecznik Państwowej Służby Granicznej Ukrainy Andrij Demczenko. Jak podkreślił, liczba przekroczeń granicy przez mężczyzn w wieku 18–22 lat jest „znacznie mniejsza” niż pół miliona. Choć nie podał dokładnych danych, wyraźnie zaznaczył, że skala została w publicznych wypowiedziach mocno zawyżona.
Co pokazują polskie dane o młodych Ukraińcach
Do Polski w okresie od 29 sierpnia do 24 listopada wjechało ok. 121 tys. obywateli Ukrainy w wieku 18–22 lat. Jednocześnie blisko 59 tys. z nich wróciło na Ukrainę. Oznacza to, że saldo wyniosło około 62 tys. osób, które mogły zostać w Polsce lub pojechać dalej do innych krajów UE. Co istotne, Straż Graniczna podkreśla, że te same osoby mogły przekraczać granicę wielokrotnie, więc dane nie oznaczają liczby unikalnych migrantów.
Ilu Ukraińców faktycznie mieszka i pracuje w Polsce
Z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców wynika, że ważne zezwolenia na pobyt w Polsce posiada 1,55 mln obywateli Ukrainy, z czego 341 tys. mieszka w Warszawie i okolicznych gminach. Narodowy Bank Polski szacuje, że numer PESEL UKR – zwykle świadczący o planach dłuższego pobytu – ma 662 tys. osób. Z kolei Zakład Ubezpieczeń Społecznych podaje, że pracę w Polsce wykonuje około 818 tys. Ukraińców.
„Eksperci”: polityk mocno przesadza
Zdaniem Oleksandra Pestrykova z Fundacji Dom Ukraiński tezy o masowym exodusie młodych Ukraińców do Polski są wyraźnie przesadzone. Ekspert tłumaczy na łamach Wirtualnej Polski, że realnym wskaźnikiem chęci pozostania na dłużej jest PESEL UKR – a w grupie mężczyzn 18–22 lat uzyskało go około 9 tys. osób. – Dane graniczne pokazują ruch w obie strony, a nie trwałą emigrację – podkreśla rozmówca WP.
Czy Ukraińcy zostaną w Polsce na stałe
Raporty NBP wskazują, że chęć stałego pozostania w Polsce deklaruje 51 proc. imigrantów sprzed wojny i 24 proc. uchodźców, którzy przyjechali w 2025 roku. Powroty – nawet po zakończeniu wojny – mają być stopniowe, a nie masowe i natychmiastowe. Jak zauważają eksperci, wypowiedzi polityków warto czytać z dystansem, bo często są elementem wewnętrznych debat i mobilizowania elektoratu, a nie precyzyjnym opisem rzeczywistości.
W tytule nie ma literówki. Pamiętam jedną z kampanii wyborczych Sojuszu Lewicy Demokratycznej przebiegającą pod hasłem „Przywróćmy normalność”, które to hasło przeciwnicy SLD szybko przerobili na „Przewróćmy normalność”. Pozwoliłam sobie tej przeróbki użyć, bo pasuje do obecnej sytuacji, ale gdy okaże się, że jest to pomysł konkretnej osoby lub osób, które zastrzegły sobie prawa autorskie, na ich prośbę tytuł zmienię.
Historia zna przykłady zdań lub gestów, które choć prawdopodobnie nigdy nie miały miejsca, dobrze pokazują charakter postaci, złożoną sytuację historyczną czy pewną prawdę uniwersalną. Juliusz Cezar w momencie śmierci raczej nie powiedział „I ty Brutusie…”, nie ma jednoznacznych dowodów na to, że Ludwik XIV kiedykolwiek stwierdził „Państwo to ja„, a król Szwecji Karol XIV, wcześniej Marszałek Francji, a jeszcze wcześniej uczestnik Rewolucji Francuskiej – Jean Baptiste Bernadotte ni.e musiał ukrywać tatuażu „Śmierć królom” (wg innej wersji „Niech żyje Republika”), bo takowego nie miał. Wszystkie te cytaty w sposób syntetyczny przekazują prawdę o omawianych postaciach. O zdradzie Brutusa, absolutyzmie Króla-Słońce i ideologicznej wolcie marszałka Bernadotte.
Ministrowi Żurkowi daleko wprawdzie do Juliusza Cezara, Ludwika XIV, a nawet marszałka Bernadotte, ale jest pewien gest, którego zainteresowany się wypiera, ale który dobrze oddaje charakter sprawowania władzy przez pana ministra (choć w trakcie wykonywania zdjęcia ministrem nie był). Chodzi o słynne zdjęcie ze środkowym palcem. Tak bardzo się panu ministrowi nie spodobało, że uzyskał sądowy zakaz rozpowszechniania go. Na szczęście zakaz dotyczy tylko pozwanych podmiotów, a nie wszystkich obywateli. Niefortunny znak miał być znakiem V, czyli Victorii. Tyle, że Żurek najpierw wyciągnął środkowy palec, a następnie wskazujący, stąd na zdjęciach poklatkowych mogliśmy zobaczyć gest zinterpretowany jako obraźliwy. Wszystko brzmi przekonująco, choć nieco dziwne wydaje się, że ktoś robiąc gest V wyciąga najpierw jeden palec, później drugi. Ćwiczyłam ten gest i zawsze łatwiej mi było wyciągnąć oba palce jednocześnie. Wygląda tak jakby ówczesny sędzia Żurek chciał pokazać środkowy palec, ale szybko się zreflektował i gest „przerobił” na V. Zapomniał (czy faktycznie?) jednak o tym, że palce ułożone w V i zwrócone grzbietem dłoni do widza to gest równie obraźliwy, choć może nieco mniej znany, bo charakterystyczny dla Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Jakie by nie były intencje pana Żurka w 2020 roku, faktycznie od początku objęcia urzędu zachowuje się tak jakby pokazywał środkowy palec wszystkim uznającym zasady państwa prawa. O ile jego poprzednik – Adam Bodnar jeszcze starał się zachowywać pozory praworządności, to Żurek już pozorami zupełnie się nie przejmuje. Jego celem jest… no właśnie co? To ciężko powiedzieć, postaram się swoje hipotezy zostawić na koniec.
W ostatnich kilku dniach mieliśmy do czynienia z kilkoma sytuacjami, gdy działania wymiaru sprawiedliwości w rażący sposób rozmijały się ze sprawiedliwością w pierwotnym znaczeniu tego słowa. Oczywiście, minister Żurek bezpośrednio nie odpowiada za wszystkie zdarzenia, ale nie wypowiedział się negatywnie w odniesieniu do żadnego z nich, a wszystkie one niestety wpisują się w szerszy obraz obecnej władzy.
1) Skazanie Adama Borowskiego na pół roku więzienia za krytykę Romana Giertycha. Podnoszą się głosy: nie za krytykę, ale za odmowę wykonania postanowienia sądu, który nakazał przeprosić Romana Giertycha za wypowiedź w związku z toczącym się wtedy postępowaniem przeciw Giertychowi. Borowski sugerował (zgodnie z materiałami z śledztwa), że Roman Giertych, jako adwokat wychodził poza akceptowalne działania w obronie klientów, łamiąc przy tym prawo. Giertych uznał, że oskarżenie to podważa zaufanie do niego jako adwokata. Z tym stwierdzeniem bym polemizowała. Osoba mająca konflikt z prawem chętniej wybierze adwokata, który w obronie klienta nie cofnie się przed niczym niż takiego, który poprzestanie na szukaniu okoliczności łagodzących. O utracie jakiego zaufania mówimy? A tak serio to mimo różnych prób wyjaśnień sprawa ma wymiar symboliczny. Legenda „Solidarności”, więzień stanu wojennego zostaje wysłany do więzienia za krytykę syna człowieka, który stan wojenny poparł. Oczywiście, Roman Giertych nie odpowiada za decyzje ojca, ale on sam również nigdy nie potępił stanu wojennego. Paradoks sytuacji zauważyli nawet obecni przeciwnicy polityczni Adama Borowskiego, ale tak jak on niegdyś działacze opozycji antykomunistycznej. W liście otwartym zwracają uwagę na znaczenie wolności słowa, a także fakt, że „śledztwo w sprawie roli, jaką w aferze Polnordu odgrywał Roman Giertych, zostało umorzone zbyt pochopnie”. Pismo skierowane jest do Waldemara Żurka. Czy pan minister zareaguje? Nie wiem, prawdopodobnie zareaguje jednak prezydent Karol Nawrocki, który Borowskiego ułaskawi.
2) Wezwanie pani Weroniki Krawczyk do odbycia kary 3 miesięcy prac społecznych. Pani Weronika w roku 2016 była w ciąży pod opieką ginekologa pana Piotra A. Po wykonanym USG lekarz stwierdził u płodu zespól Downa i namawiał kobietę do aborcji. Ta odmówiła i zmieniła lekarza. Dziecko, choć urodzone przedwcześnie okazało się zdrowe. W roku 2022 przeglądała stronę z opiniami na temat lekarzy. Napisała własną opinię na temat doktora A. Opisała w niej swoje perypetie z tym lekarzem. Ostrzegła inne pacjentki. Niby normalna sprawa. Ludzie wypisują różne opinie konsumenckie. Jedne są pozytywne, inne nie. Większość adresatów opiniami się nie przejmuje. Czasem podziękują za pozytywne. Opinie negatywne zazwyczaj lekceważą, albo też krótko wyjaśnią sytuację, ewentualnie zdementują informacje nieprawdziwe. Piotr A. jednak postąpił inaczej – podał kobietę do sądu, korzystając (podobnie jak Giertych) z osławionego paragrafu 212. Nigdzie nie znalazłam uzasadnienia wyroku, więc nie wiem co powodowało sędzią, który za winę uznał ostrzeganie innych pacjentek. Czy lekarz wszystkiego się wyparł, a sędzia dal mu wiarę? Pomijając fakt, że pani Weronika nie miała żadnego interesu w tym by dyskredytować lekarza wymyślając nieprawdziwe historie, to dziennikarze znaleźli informację o lekarzu skazanym w roku 2002 za nielegalne wykonywanie aborcji. Nazwisko lekarza nie zostało podane, ale zgadza się adres i wiek. Wyrok byl wydany w zawieszeniu, a lekarza nie pozbawiono prawa wykonywania zawodu. Skazanie wprawdzie uległo zatarciu, nie może być formalnie wykorzystane przeciw lekarzowi, ale sytuacja ta znacząco uprawdopodabnia wersję pani Krawczyk. Sędzia w pierwszej instancji skazał kobietę na cztery miesiące ograniczenia wolności i nakazał kobiecie przeprosić lekarza, sąd drugiej instancji skrócil karę do trzech miesięcy i podtrzymał nakaz przeprosin. Kobieta zaraz po wyroku złożyła prośbę o ułaskawienie do prezydenta Nawrockiego. Prezydent jeszcze wniosku nie rozpatrzył, nie tylko zresztą tego wniosku. Żadnej sprawy o ułaskawienie jeszcze nie rozpatrywał. Wnikliwość jest rzecz jasna wskazana, ale pani Weronika wiele czasu nie ma. Nie zamierza przepraszać , bo nie czuje się winna. Pani kurator też nie zgodziła się na odroczenie wykonania wyroku do momentu decyzji prezydenta. W sytuacji odmowy prac społecznych kobietę czeka 6 tygodni więzienia. Być może będzie mogła karę odbywać w systemie elektronicznym, ale pewności mieć nie można. Najgorszy w tym wszystkim jest jednak sam fakt skazania, za coś, co powinno być uznane za postawę obywatelską. Nawet proaborcyjne aktywistki przyznają, że niedopuszczalne jest nakłanianie do aborcji.
3) Proces księdza Olszewskiego i dwóch urzędniczek – pani Urszuli i pani Karoliny. O aresztowaniu tych osób napisano wiele, więc skupię się na nowych elementach przekonujących o tym, że wyrok skazujący już został wydany. Sprawę prowadzi sędzia Justyna Koska-Janusz, znana z programu TVN „Sędzia Artur Lipiński – Sąd Rodzinny”. W tym czasie była ona asesorem sądowym, a w programie występowała jako adwokat. Później została sędzią i popadła w konflikt z ówczesnym MS Zbigniewem Ziobro. Sam ten fakt powinien wykluczaj ją z tej sprawy. Sprawa dotyczy bowiem domniemanych nieprawidłowości przy rozdziale pieniędzy w Ministerstwie Sprawiedliwości, a MS był wtedy Ziobro. Uzasadnione jest więc podejrzenie, że pani sędzia może być zainteresowana pogrążeniem człowieka, który ją skrzywdził (naprawdę lub w jej przekonaniu – to nie ma znaczenia). „Odpowiedni” sędzia to jeszcze nie wszystko. Trzeba mieć „swoich” ławników. Na pomoc przyszedł przypadek. Tak się złożyło, że w wyznaczonym terminie wylosowani ławnicy nie mogli być obecni. Zamiast przesunąć termin lub (gdyby nieobecność miała być trwała) wylosować nowych, nowych ławników wyznaczyła sędzia. Co więcej: ławnicy ci stwierdzili, że zapoznali się z aktami liczącymi tysiące stron. Czy było to fizycznie możliwe? Oczywiście, że nie, nawet w przypadku zastosowania techniki szybkiego czytania. Szerzej na temat łamania procedur napisano już w „Salonie24„
Widać jednak, że władzy zależy na wyroku skazującym. Nawet skłonna jestem zrozumieć dlaczego. Trzy osoby spędziły długie miesiące w więzieniu, a przynajmniej u dwóch wystąpił syndrom stresu pourazowego. Nawet obecny rzecznik praw obywatelskich stwierdził, że mieliśmy do czynienia z nieludzkim traktowaniem. Oczywiście, przestępca też powinien być traktowany humanitarnie, jednak fakt, że niehumanitarnie potraktowano człowieka niewinnego niesie ze sobą większy ciężar gatunkowy, a za sam fakt niesłusznego aresztowania należy się odszkodowanie. Troska o kieszeń podatników nie jest jedynym problemem. Ewentualne uniewinnienie całkowicie „kładzie” całą „aferę” Funduszu Sprawiedliwości. Jeśli nie było afery z fundacją „Profeto” to innych afer też nie było. Cała narracja o „złodziejskim PiS” runęłaby jak domek z kart. No ale przecież jeśli wszystko jest tak „grubymi nićmi szyte” społeczeństwo (poza twardym elektoratem ośmiu gwiazdek”) nie uwierzy w winę księdza. Czy nie lepiej było by zaryzykować i przynajmniej ławników wylosować? Skazanie przez sąd prawdziwie bezstronny miałoby większą wartość perswazyjną, nawet gdyby wyroki były niższe. Dla mnie tłumaczenie jest jedno: dowody na przestępstwo są wątłe i obiektywny sąd by je odrzucił
4) Wtargnięcie do siedziby KRS, a właściwie sejfów sędziów dyscyplinarnych. Nie będę rozwodzić się nad tym którzy rzecznicy dyscyplinarni są prawidłowo powołani, choć Sąd Najwyższy wyraźnie stwierdził, że rzeczników dyscyplinarnych nie można odwołać przed końcem kadencji. Skupię się tylko na jednym aspekcie: zabrania dokumentów bez należytego pokwitowania. Tego obronić się nie da i osoby, które to zrobiły mocno ryzykują.
5) Skazanie pani Izabeli na pół roku więzienia (co prawda w zawieszeniu) i 1000 zł nawiązki, za to, że pod adresem Jerzego Owsiaka napisała „Giń czeku i to jak najszybciej”. Sędzia podkreślił, że Owsiak obawiał się o życie swoje i rodziny. Drobna emerytka mogłaby realnie zagrozić dobrze zbudowanemu bądź co bądź mężczyźnie. Sprawa absurdalna. Adwokat zapowiedziała apelację. Dłużej nie będę się nad tą kwestią rozwodzić, gdyż planuję osobny wpis o Owsiaku w kontekście tej właśnie sprawy, ale nie tylko.
Wymieniłam pięć spraw, dotyczących (nie)sprawiedliwości, ale jest ich więcej. Czy za wszystko odpowiada Waldemar Żurek? Zapewne nie. Wiele niesprawiedliwych wyroków wynika z osobistych przekonań sędziów i ich sympatii politycznych. Minister Żurek potrafi jednak reagować (czasem nawet w sposób budzący wątpliwości prawne) na wyroki, które mu się nie podobają. Przykładem może być reakcja na cofnięcie Europejskiego Nakazu Aresztowania wobec Marcina Romanowskiego. Gdyby więc nie był zadowolony z jakiegoś wyroku – zareagowałby.
Mnie interesuje inna sprawa – Waldemar Żurek wielokrotnie podkreślał, że „puryści prawniczy” mogą być z jego postępowania niezadowoleni, ale on i tak będzie „przywracał praworządność”. Czytaj: będzie działać niezgodnie z prawem. Do czasów objęcia władzy przez obecną koalicję panowała niepisana zasada: „My nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych”. Zasada ta może się „prostemu ludowi” nie podobać, bo jak to? Przestępstwa mają być tolerowane? Złodzieje bezkarni? Niemniej jednak zasada ta zapewniała ciągłość władzy. Nie chodzi o całkowitą bezkarność osób, które zajmowały wysokie stanowiska, ale o dużą ostrożność w oskarżeniach. Jeśli przestępstwo jest ewidentne (przestępstwa pospolite, łapówki, fałszowanie dyplomów) nic nie stoi na przeszkodzie ukarania wysokiego urzędnika.
Do tej pory nie dochodziło jednak do karania za niewłaściwy (zdaniem nowej ekipy) sposób sprawowania władzy. Ekipa Donalda Tuska to zmieniła. Zaczęło się od wtargnięcia do pałacu prezydenckiego i uprowadzenia posłów Kamińskiego i Wąsika, wcześniej przez prezydenta ułaskawionych. Później było tylko gorzej. Brutalne potraktowanie księdza Olszewskiego i obecny proces, zmuszenie Romanowskiego i Ziobro do szukania azylu zagranicą. Raz złamana zasada przestaje obowiązywać. Władza może się zmienić. Sondaże przewidują, że KO wprawdzie wygra, ale nie będzie w stanie stworzyć rządu.
Czy Waldemar Żurek i inni liczą się z ewentualnością bycia pociągniętymi do odpowiedzialności? Do czasu zwycięstwa Karola Nawrockiego rząd mógł liczyć na zmarginalizowanie opozycji przy pomocy ustaw, które Trzaskowski by podpisywał. Ten plan jednak się nie udał. Zamiast szukać kompromisu i pojednać się z opozycją i prezydentem (nie chodzi o brak różnic programowych te są oczywiste, ale o uznanie prawa do istnienia opozycji i niepodważanie legalności wyboru prezydenta) rząd poszedł na jeszcze ostrzejszą konfrontację. Co może przez to osiągnąć? Moim zdaniem jedynie krótkotrwałą satysfakcję dokonania zemsty, ale nic trwałego.
Ojciec Solanus Casey z trudem przeszedł przez seminarium. Jako kapłan nie mógł spowiadać ani głosić kazań. Uznano, że nie ma do tego wystarczających zdolności intelektualnych. Mimo to Bóg przemówił przez ojca Solanusa, który dzisiaj nazywany jest „amerykańskim ojcem Pio”.
21 października 1921 roku o. Solanus dowiedział się, że znowu ma zostać przeniesiony. Tym razem kierowano go do parafii Matki Bożej Królowej Aniołów (czasem zwanej po prostu parafią Królowej Aniołów albo Matki Bożej Anielskiej) w Harlemie. Był to koniec jego 3-letniej spokojnej posługi u Matki Bożej Bolesnej.
Jeśli spodziewał się, że w nowej parafii będzie wykonywał podobne zadania jak dotąd, to wkrótce miał się przekonać, że tym razem czekały go zmiany. U Królowej Aniołów powiedziano mu, że nie będzie pełnić funkcji zakrystiana. Ojciec Solanus, niespełna 51-letni, miał mieć tutaj tylko jedno zadanie. Ale zadanie wymagające. Chociaż oficjalnie otrzymał tytuł furtiana, to jednak jego prawdziwe zadanie polegało na pracy duszpasterskiej – i na promowaniu Serafickiego Dzieła Mszy Świętych.
Jego kapucyńscy zwierzchnicy wiedzieli bardzo dobrze, że człowiekowi niestrudzenie pochłoniętemu dynamiką codziennych spotkań z ludźmi i niesienia im pomocy grozi to, iż będzie w mniejszym stopniu zanurzony w rzeczywistości duchowej. Solanus, z drugiej strony, radował się okresem spokoju i czasem poświęcanym na modlitwę u Matki Bożej Bolesnej. Nie było żadnego poirytowania w jego wymuszonej „nieaktywności”, w milczeniu. Dzięki temu wzrastał i łatwo można było to dostrzec.
Chcieli tylko porozmawiać
Prawda była taka, że prowincja św. Józefa nigdy nie oglądała takiego kapucyna jak obdarzony łagodnym głosem, urodzony w Wisconsin o. Casey. Jego przełożeni wiedzieli, że należy nim kierować poprzez ślub posłuszeństwa, którym był związany, ale było również oczywiste, że w jego działaniu ujawniały się wielkie dary.
A tych darów, jak wiedzieli, nie należało gasić. Wydawało się, że Bóg chce w szczególny sposób działać poprzez tego człowieka, któremu oni udzielili tylko ograniczonych święceń kapłańskich.
Tak więc nowy furtian zajął pomieszczenie przy wejściu, przeznaczone do jego użytku, i zaczął otwierać drzwi u Matki Bożej Anielskiej. Ludzie, którzy przychodzili do niego po pomoc, zwykle chcieli porozmawiać. W bardzo naturalny i zupełnie spontaniczny sposób zaczął spędzać całe dnie na spotkaniach z ludźmi i na niesieniu im duchowej pomocy.
Nie dokonywano żadnych rezerwacji terminów. Ludzie po prostu przychodzili, stawali w kolejce na zewnątrz i wewnątrz furty i opowiadali mu o swoich problemach. Tak samo, jak w poprzedniej parafii, w prosty i bezpośredni sposób zajmował się tymi, którzy do niego przychodzili.
Znak wiary
Ojciec Solanus tymczasem na swoim biurku trzymał księgę zapisów do Serafickiego Dzieła Mszy Świętych (SMA). Gdy uznawał, że może to zrobić, prosił ludzi szukających u niego odpowiedzi, by częściej przyjmowali sakramenty albo żeby w bardziej entuzjastyczny sposób poszukiwali Boga w modlitwie.
Gdy to czynił, zwykle pytał również, czy może ich zapisać do SMA. Był oficjalnym promotorem Serafickiego Dzieła Mszy Świętych i w pełni w nie wierzył. Prosząc o przystąpienie do SMA, w istocie szukał jakiegoś znaku wiary pełnej zawierzenia.
Wydaje się, że to miało dla niego największe znaczenie. Jeśli szukający pomocy zgadzał się przystąpić do stowarzyszenia, Solanus metodycznie, swym starannym, wyraźnym pismem, wprowadzał do księgi zapisów SMA nazwisko, adres oraz intencje tej osoby. W parafii Najświętszego Serca księga zaczęła się zapełniać.
Pobierana była stała opłata w wysokości 50 centów za roczną przynależność, chyba że Solanus zauważył, iż dla kogoś jej wniesienie może sprawiać trudność. Jesienią i zimą 1921 roku aż po Nowy Rok taki schemat i takie procedury utrzymywały się w mniej więcej niezmienionej formie.
Przychodzili ludzie z problemami małżeńskimi, obawiający się niebezpiecznych operacji, skłóceni z dziećmi, ludzie, których matki były umierające, ludzie borykający się z brakiem pracy lub problemami związanymi z alkoholem w erze prohibicji. To były dosłownie setki trosk, które należało objąć sercem i modlitwą.
Dziękuj Bogu!
Wydawało się, że każdą troskę, każdą parę zasmuconych oczu o. Solanus przyjmuje w sposób delikatny, ale skuteczny. Emanowało od niego poczucie, iż Bóg troszczy się o wszystkie te rzeczy. Często kładł ręce na chorych i modlił się o ich natychmiastowe uzdrowienie.
A jego obietnice modlitw w indywidualnych intencjach były czymś więcej niż tylko uprzejmymi słowami. Zaczął spędzać znacznie więcej czasu w kaplicy, już po pracy i wypełnieniu powinności swego kapucyńskiego domu.
Upływały tygodnie, a wielu ludzi powróciło do klasztoru jakby lżejszym krokiem, ze światłem w oczach. Czekali w szeregu na swoją kolei, wśród zmartwionych i zmęczonych proszalników. Przychodzili opowiedzieć szczupłemu furtianowi, że nadeszło uzdrowienie, pojednanie, praca, cud! Modlitwy zostały wysłuchiwane.
Ojciec Solanus zawsze wyczekiwał dobrych nowin, wysłuchane modlitwy sprawiały mu radość. Jego błękitne oczy rozświetlały się ponad uśmiechem otoczonym siwiejącą brodą. Następnie niezmiennie przypominał swoim szczęśliwym gościom, że dziękować należy tylko Bogu, tylko modlitwom i wstawiennictwu wielu kapucyńskich kapłanów, którzy w czasie mszy pamiętali o ich intencjach.
Wzywał do niesłabnącego oddania wobec sakramentów i do modlitwy – do najszczerszej wiary. „I dziękuj Bogu”, przypominał wszystkim, odprowadzając szczęśliwych ludzi do drzwi klasztoru.
Często można było zobaczyć, że o. Solanus protestuje wobec słów ludzi, których prośby zostały wysłuchane. Kładł nacisk na to, że łaski płyną tylko z rąk Boga, niezależnie od tego, kto zapisał proszalnika do SMA. Niemniej przełożeni prowincji zauważyli, że bardzo mało informacji o uzdrowieniach bądź wysłuchanych modlitwach wydawało się pochodzić od osób zapisanych do SMA w innych klasztorach.
Czterdzieści jeden modlitw
Niezależnie od tego, co spodziewali się zobaczyć przełożeni o. Solanusa, bardzo szybko stawało się to dla nich widoczne. Trzydziestego lipca powiedziano Solanusowi, że po raz kolejny zostanie przeniesiony. Tym razem miał opuścić Nowy Jork i powrócić do Detroit. Klasztor św. Bonawentury, bądź co bądź, był główną siedzibą zakonu. Jeśli posługa o. Solanusa miała każdego dnia przyciągać tłumy, to być może w Detroit łatwiej byłoby sprawować nad nią pieczę.
Pomiędzy 8 listopada 1923 roku a 28 lipca 1924 roku Solanus wpisał dziewięćdziesiąt sześć pozycji do swojego zeszytu. Później można było zobaczyć, że czterdzieści jeden spośród nich opatrzono zapiskami świadczącymi o tym, że modlitwy zostały wysłuchane. W przeciągu następnych dwóch dni o. Solanus sumiennie i na czas dotarł do klasztoru św. Bonawentury – co miał uczynić do 1 sierpnia.
Nie przygotowano żadnego pożegnalnego bankietu i miał mało czasu, żeby zamknąć wszelkie niedokończone sprawy dotyczące ludzi i projektów w parafii Matki Bożej Królowej Aniołów. Ojciec Solanus wiedział, że zostawi część swego serca w Nowym Jorku, u Najświętszego Serca, u Matki Bożej Bolesnej i u Królowej Aniołów.
Powyższy fragment pochodzi z książki Catherine Odell „Bł. Solanus Casey”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Esprit.Redakcja, śródtytuły i wybór: Redakcja Aleteia.
Kościół katolicki nie dokona krytycznej rewizji dziedzictwa Soboru Watykańskiego II – bo nie pozwala na to struktura systemu kościelnej władzy. Na rozwiązanie problemu przyjdzie poczekać jeszcze długo. Może nawet 341 lat.
Sobór umarł, Sobór żyje
Anno Domini 2026 nie żyją już prawie żadni uczestnicy II Soboru Watykańskiego. Zmarli biskupi, zmarli soborowi eksperci. Symbolicznym „zamknięciem” epoki soborowej był 31 grudnia 2022 roku, czyli śmierć papieża Benedykta XVI. Jako młody teolog Józef Ratzinger uczestniczył w pracach Vaticanum II w roli peritusa, czyli doradcy teologicznego; jako biskup wdrażał w życie postanowienia Soboru w jednej z najważniejszych diecezji Europy, Monachium; na urzędzie prefekta Kongregacji Nauki Wiary odpowiadał za wykładnię katolickiej wiary w kontekście dokumentów Vaticanum; wreszcie jako papież mógł podjąć absolutnie kluczowe decyzje dotyczące dziedzictwa tego soboru.
Obecny papież Leon XIV urodził się w 1955 roku, a to oznacza, że miał dziesięć lat, kiedy Vaticanum II dobiegło końca. Został wykształcony w czasie, w którym reforma soborowa trwała w najlepsze: niedawno wprowadzono nową liturgię, czekano na nowy Kodeks Prawa Kanonicznego, rozpoczęły się prace nad soborowym Katechizmem… Robert Prevost przyjął święcenia, kiedy papieżem był Jan Paweł II, człowiek niezwykłego soborowego entuzjazmu. Za pontyfikatu Karola Wojtyły nie uważano, by Vaticanum II zrodziło jakikolwiek kryzys. Owszem, środowiska tradycjonalistyczne skupione wokół abp. Marcela Lefebvre’a tak mówiły, ale nikt ich przecież nie słuchał – w skali Kościoła powszechnego to był liczbowo margines. Spadek liczby praktykujących tłumaczono raczej – zresztą nie bez racji – wielkim fermentem kulturowym.
W 1965 roku zalegalizowano w USA antykoncepcję dla par małżeńskich; w 1972 roku dla osób samotnych; w 1973 roku dopuszczono aborcję. To samo działo się w innych krajach Zachodu. Kościół katolicki się zmienił – ale społeczeństwo zmieniało się jeszcze szybciej i jeszcze głębiej. Dlatego w dziesięcioleciach po II Soborze Watykańskim proste powiązanie kryzysu katolicyzmu z reformą liturgii czy w ogóle z reformami soborowymi nie było bynajmniej oczywiste. Tym więcej, że w Kościele u władzy znajdowali się ci, którzy przeżyli sobór i byli absolutnie oddani jego idei – tak, jak ją rozumieli, czasem w kluczu bardziej konserwatywnym, częściej jednak dość liberalnym. Ta atmosfera ukształtowała Leona XIV i tych wszystkich, którzy są na szczytach hierarchii.
Urzędowa narracja obowiązuje bez wyjątków
Skoro władza kościelna uważa, że Sobór Watykański II był wydarzeniem dokonanym i przeprowadzonym z woli Ducha Świętego, podobnie jak zasadniczy kurs zmian posoborowych, akceptowany i wdrażany w życie przez nieomylnych papieży – to tworzy się w ten sposób, że tak powiem, oficjalna czy też urzędowa narracja kościelna. W Kościele katolickim nie ma demokracji: władza reprodukuje się sama.
Innymi słowy – karierę kościelną może zrobić ten, kto jest uznawany przez obecną władzę za postać dobrze rokującą. Jeżeli biskup jest entuzjastą soboru, to będzie dobierać sobie na współpracowników innych entuzjastów soboru.
Oni zostaną później biskupami. Z ich grona papież wybierze kardynałów. Kardynałowie wybiorą z kolei nowego papieża. Krąg jest zamknięty – nie ma tu zbyt wiele miejsca na niespodzianki. Owszem, historia zna papieży, którzy byli niezwykle dynamiczni i wprowadzali realne zmiany do funkcjonowania systemu, ale przecież nie wbrew mentalności biskupów – co najwyżej wbrew ich bierności.
System jest tymczasem szczelny. Bywa, że w jednym czy drugim miejscu na świecie do władzy hierarchicznej dojdzie kapłan, który jest krytykiem Vaticanum II czy posoborowych zmian. Taki człowiek jednak szybko „tonie” w całości systemu. Nie ma większej szansy na to, by przetrwać w sensie zapewnienia ciągłości swojej wizji. Tak, został biskupem, ale jego poglądy są dobrze znane nuncjuszowi, który ściśle strzeże linii Kurii Rzymskiej. Jego następca będzie zatem „po linii”.
Tak działa system kościelny – i ma to swoje ogromne zalety, bo pozwala na stabilność instytucjonalną. Oczywiście, są też wady, bo niekiedy opóźnia się konieczna reforma. Wystarczy spojrzeć na XVI wiek. Marcin Luter wystąpił w 1517 roku. Sobór Trydencki jako odpowiedź na rewolucję protestancką zwołano dopiero w 1545 roku, a udało się go zakończyć w roku 1563. Z jednej strony stabilna kościelna instytucja nie została zakażona przez protestantyzm. Z drugiej odpowiedziała na wyzwanie tak późno, że nie wszystko dało się już uratować.
Liczby, czyli: system jest szczelny
Przyjrzyjmy się liczbom. W Kolegium Kardynalskim na początku 2026 roku było 245 członków. Spróbuję teraz wymienić tych, którzy mają krytyczne nastawienie wobec II Soboru Watykańskiego.
—
Próba zakończona, nie ma takiego kardynała.
Jest kilku (sic), którzy manifestują krytykę wobec określonego sposobu implementacji Vaticanum II – ale nie ma ani jednego kardynała, który krytykowałby Sobór Watykański II jako taki. Ci, którzy krytykują sposób implementacji, są zresztą na ogół dość ostrożni. Raymond Leo Burke i Robert Sarah skupiają się na kwestii liturgii – co więcej, nie podważają prawomocności reformy liturgicznej, ale mówią o nadużyciach. Krytykują też skrajnych progresistów oraz ich odczytanie soboru. Progresistów krytykują też Gerhard Müller, Walter Brandmüller czy Joseph Zen, ale kwestiom liturgii poświęcają już o wiele mniej uwagi. Müller i Brandmüller uważają ponadto tradycjonalizm liturgiczny za błędny, nawet jeżeli ten pierwszy odprawia niekiedy Mszę trydencką. W sumie na 245 kardynałów jest zatem kilku, którzy mają sceptyczny stosunek do dziedzictwa soborowego – ale w żadnej mierze nie krytykują Vaticanum II jako takiego.
Episkopat światowy? Biskupów jest obecnie około 5400. Niedawno na audiencji prywatnej Leon XIV przyjął bp. Athanasiusa Schneidera, który jest krytyczny zarówno wobec reformy posoborowej, jak i wobec niektórych wypowiedzi samego Vaticanum II. To dla wszystkich tradycjonalistów ważne wydarzenie.
Problem: biskup Schneider stanowi około 0,0185% całości światowego episkopatu.
Owszem, można zakładać, że jego poglądy w jakiejś mierze podziela szersza grupa; ilu jednak – tego nie wiadomo. Załóżmy, że będzie to 100 nazwisk w skali świata – choć przyznam, że aż tylu hierarchów bliskich wizji bp. Schneidera nie potrafiłbym wymienić (nie uważam za ważne, co kto „myśli” – uważam za ważne, co kto robi i mówi). Zatem setka – czyli niespełna 2% całości światowego Episkopatu. Odwróćmy: Ponad 98% światowego episkopatu nie manifestuje żadnych zastrzeżeń względem Vaticanum II i zasadniczego kierunku reform posoborowych. Gdyby przeprowadzić w kraju jakiś sondaż, w którym ponad 98% społeczeństwa wypowiedziałaby się „za” jakąś ustawą, a przeciw byłoby niespełna 2%, wszystkie media pisałyby o „miażdżącej wielkości”, a przeciwnikami danego rozwiązania dosłownie nikt by się nie przejmował. Kościół to nie demokracja, to prawda; ale nie udawajmy – liczby mają znaczenie. Papież dba o jedność i spokój, a jedność to także liczba.
100% Kolegium Kardynalskiego i 98% światowego episkopatu popiera II Sobór Watykański i jego reformę w jej zasadniczym kształcie.
Dlaczego statystyki są takie, a nie inne, wyjaśniłem wcześniej: system hierarchiczny, który jest dość szczelnie zamknięty. Nie przyjmuje krytyków systemu, a jeżeli jakiś się trafi, zostaje odizolowany.
Jeżeli w tej sytuacji ktoś ma nadzieję na jakąś bardziej gruntowną rewizję Vaticanum II w przewidywalnej przyszłości, to nie potrafi liczyć – albo liczy na cud.
Cud papieża „spoza systemu”
Cud to w tej sytuacji przede wszystkim papież, który nieoczekiwanie zaczyna myśleć „out of the box”, czyli poza pudełkiem mentalnego systemu obecnej hierarchii kościelnej. Zaistnienie takiego papieża musiałoby być jednak efektem bezpośredniej interwencji Boga w historię – zupełnie dosłownie, efektem cudu.
Przecież papież, żeby nim zostać musi:
– skończyć seminarium;
– zrobić aprobatę biskupa i zrobić karierę w diecezji;
– zyskać aprobatę nuncjusza;
– zostać biskupem;
– odznaczyć się w krajowym episkopacie;
– zyskać aprobatę papieża i zostać kardynałem;
– odznaczyć się w skali światowej i zyskać popularność wśród kardynałów.
Na każdym z tych etapów postawa krytyczna wobec II Soboru Watykańskiego jest przeszkodą – i to przeszkodą kategorycznie wykluczającą z możliwości przejścia danego „etapu”.
Jawnie krytyczny wobec soboru kleryk po prostu nie skończy seminarium. Jeżeli „oświeci go” później, kariera się skończy: ksiądz nie otrzyma żadnego stanowiska w diecezji; urzędnik kurialny zrazi nuncjusza; biskup będzie na marginesie episkopatu; kardynał będzie nielubiany przez innych.
Żeby do zwycięstwa w konklawe uchował się krytyk II Soboru Watykańskiego, musiałby przez całe swoje kościelne życie skutecznie ukrywać swoje prawdziwe poglądy. To znaczy, że byłby zakłamany – a jako człowiek głęboko zakłamany, nie byłby przecież dobrym katolikiem.
Dlatego papież, żeby zostać papieżem, musi być zwolennikiem soboru – innej możliwości nie ma.
Jedyna droga to „oświecenie” po wyborze na papieża. To wymagałoby prywatnego objawienia danego Ojcu Świętemu przez Boga oraz papieskiego aktu woli, którym uznałby to objawienie za prawdziwe i zobowiązujące go w sumieniu. Zatem cud – i ludzka decyzja ten cud „aktualizująca”.
Z racji na nieprzewidywalność takiego wypadku pozostawiam rzecz Panu Bogu i jako publicysta się tym nie zajmuję. Dlatego rozważę raczej drugi scenariusz zmiany, który jest, by tak rzec, bardziej namacalny.
To rosnący dystans historyczny wobec wydarzenia II Soboru Watykańskiego.
Potrzeba nam jeszcze 341 lat – oraz kilku wojen albo rewolucji
W 1563 roku zakończył się Sobór Trydencki, który w znaczący sposób odnowił i ukształtował Kościół, nadając mu trwałą konstrukcję i swoisty paradygmat myślenia o wielu kluczowych kwestiach doktrynalnych, dyscyplinarnych i moralnych. Ta kościelna konstrukcja przetrwała 402 lata – do 8 grudnia 1965 roku, kiedy zakończył się II Sobór Watykański. Biskupi i dwaj papieże zdecydowali się wówczas na reformę, w kolejnych latach określając jej konkretny kształt.
Innymi słowy, po czterech stuleciach, nabierając dystansu do Soboru Trydenckiego, pod wpływem wielkich wydarzeń społecznych o globalnym wymiarze, mentalność członków hierarchii kościelnej uległa zmianie, która doprowadziła do zakwestionowania wielu istotnych elementów dotychczasowego modelu katolickości i rozpoczęcia budowy odmiennego modelu.
Sądzę, że analogicznie można potraktować przyszłość dziedzictwa II Soboru Watykańskiego. Kiedy upłynie wystarczająco dużo czasu, członkowie systemu kościelnego nabiorą dystansu pozwalającego na jego kwestionowanie. Jeżeli będą temu towarzyszyć odpowiednio głębokie i dramatyczne zmiany w świecie – możliwe stanie się krytyczne spojrzenie na Vaticanum II i w efekcie przeprowadzenie gruntownej zmiany.
Kiedy to się stanie? Czy trzeba czekać kolejne jeszcze 341 lat, żeby dopełnić 402, jakie minęły pomiędzy Soborem Trydenckim a Vaticanum II? Tego, oczywiście, nie wiem – ale przypuszczam, że potrwa to jednak krócej. Przyspieszenie zmian społecznych w ostatnich dekadach czy nawet latach jest naprawdę potężne. Co więcej, reforma soborowa nie działa zbyt dobrze, co może sprowokować dominującą część uczestników systemu hierarchii kościelnej do szybszego otwarcia na krytyczną, rzekłbyś: rewizjonistyczną myśl. Zakładam jednak, że potrzebny jest jakiś silny bodziec. Sobór Trydencki został wywołany przez rewolucję Lutra. I Sobór Watykański przez rewolucję francuską. II Sobór Watykański przez drugą wojnę światową i rewolucję komunistyczną, będąc poniekąd kontynuacją rewolucji francuskiej.
Krótki plan działania
Czekamy zatem na światowe wstrząsy, które zmienią mentalność systemu kościelnego. Wówczas dominacja II Soboru Watykańskiego zostanie zakwestionowana i pojawi się możliwość korekt. Bez tego, sądzę, tradycjonalistycznie nastawiony katolik powinien skupić się na pięciu rzeczach.
Po pierwsze, niech korzysta z tych możliwości, które daje mu obecny system, zarówno w dziedzinie liturgii jak i w obszarze refleksji historycznej i teologicznej.
Po drugie, niech nawiązuje intensywny dialog ze zwolennikami systemu soborowego, tak, by zachować żywotność krytycznej refleksji w przestrzeni dyskusji.
Po trzecie, niech przestanie obrażać tych katolików, którzy akceptują ład soborowy – to ludzie, którzy żyją w zgodzie z wolą zwierzchników Kościoła i mają do tego prawo, jako że Kościół naucza o nieomylności papieży i soboru obradującego z papieżem. Obrażanie większości przeczy obowiązkowi miłości bliźniego, narusza jedność Kościoła – i czyni nieskutecznym punkt drugi, czyli dialog mający zachować żywotność krytycznej refleksji.
Po czwarte, niech modli się o cud.
Po piąte – i to jest sprawa kluczowa – niech uzbroi się w cierpliwość. Rewizja dziedzictwa Soboru Watykańskiego II przyjdzie, być może, już jutro (patrz: cud), ale być może dopiero za 341 lat.
To drugie rozwiązanie trzeba traktować naprawdę poważnie.
Ukraina nie chce udostępnić Polsce danych wewnętrznych dotyczących podejrzanych o terroryzm i „działanie na rzecz Federacji Rosyjskiej”. To wśród Ukraincówy „współpracujących z Rosją”.. [A skąd to wiesz, kotek?? md] jest najwięcej osób dokonujących aktów sabotażu w naszym kraju. Tylko w listopadzie ubiegłego roku, dwie osoby chciały wykoleić pociąg pod Lublinem.
W odpowiedzi na akty terroryzmu, 11 grudnia 2025 r. nową międzynarodową umowę „o współpracy w zapobieganiu, wykrywaniu i zwalczaniu przestępczości, a także ściganiu sprawców przestępstw” podpisali ministrowie spraw wewnętrznych obu państw – Marcin Kierwiński oraz Ihor Kłymenko.
„Okazuje się jednak, że umowa wciąż nie weszła w życie – do tego niezbędna jest jej ratyfikacja przez Sejm, a służby dopiero ustalają szczegóły tej współpracy” . Jak dowiedziała się gazeta, strona Polska nie chce jednak udostępnić swoich baz danych ukraińskim służbom, nie wierząc w ich transparentność. W związku z tym, również Ukraina nie przekaże danych o takich osobach z wyprzedzeniem. Eksperci tłumaczą wstrzemięźliwość strony polskiej, podkreślając, że jedynie służba antykorupcyjna NABU jest w miarę odporna na rosyjską penetrację, ale tylko dlatego, że znajduje się pod ochroną Amerykanów, którzy wykorzystują ją do wewnętrznego rozgrywania ukraińskich władz.
Gdyby zacieśniono współpracę wywiadowczą na linii Warszawa-Kijów, być może nie doszłoby do aktów sabotażu wymierzoną w polską infrastrukturę kolejową w listopadzie zeszłego roku.
Jeden z podkładających ładunki w okolicach Lublina, Jewhenij Iwanow, był już notowany na Ukrainie. W maju 2025 r. został skazany przez sąd w Kijowie na 15 lat więzienia. Wcześniej był notowany za przemyt ludzi, a od 2015 r. mieszkał w Rosji. Z kolei pochodzący z Donbasu Oleksandr Kononow, pracownik tamtejszej prokuratury współpracował z rosyjskimi służbami. Mężczyźni po dokonaniu aktów sabotażu udali się bez problemów na Białoruś. Czynnikiem niezwykle utrudniającym wyłapywanie sabotażystów jest fakt, że pomiędzy Polską a Ukrainą odbywa się ruch bezwizowy.
The Profound Impact of Profanity: How Swearing Affects the Brain, Emotions and Soul
It is a peculiar irony of modern life that while most people strive to improve their lives with technology and sophistication, language is sliding comfortably into the gutter. Profanity has become the linguistic wallpaper today, increasingly commonplace among the youth and emblematic of a shift toward a lifestyle that is as casual as it is vulgar.
Tragically, swearing has taken up permanent residence in the repertoire of the masses, especially among the youth. Unlike mathematics or history, it is not a subject taught in a classroom—at least, not in the traditional sense.
Instead, it is absorbed through osmosis from peers, parents, and, most aggressively, social media and Hollywood. There is a rich contradiction here: society largely condemns the use of expletives, turning up its nose at their rude offensiveness, yet simultaneously consumes them with a voracious appetite.
Swear words are sanctioned and restricted under the vague assumption that harm will befall society if they are used, especially if they become a habit. Yet the exact nature of this harm—whether to the speaker, the listener or society at large—remains ever so vague.
Swearing is done to vent. Sharp, jagged words release pressure valves of anger, frustration, or even exuberant excitement. There is a pervasive notion that no other collection of sounds is quite as efficient or effective at conveying raw emotion. In a sense, this is true; curse words are not merely random insults.
Why Swear?
They pack an emotional wallop. Linguists, such as Timothy Jay, author of Why We Curse, suggest that profanity hijacks the brain’s limbic system—the very center of emotions. When an expletive is spoken, it triggers a dopamine surge, embedding itself in memory with a tenacity that polite language simply cannot match.
Hollywood and social media, in their infinite wisdom, seem intent on promoting this vulgarity. They prioritize profanity for drama, embedding it into iconic movie lines. Curse words are short, punchy and versatile—a scriptwriter’s dream for quick character development and an even quicker shock value sure to be remembered.
Social media and streaming platforms have become central pillars of modern life, particularly for the younger generation. While these tools were ostensibly created to entertain and connect us, they have arguably succeeded in spreading a contagion of unhealthy trends—online vulgarity being among the most pernicious. This growing tide is eroding young minds, undermining moral frameworks, and weakening emotional health in ways we are only just beginning to understand.
The Psychological Drive to be Vulgar
The relentless parade of vulgar and provocative content distorts what “popularity” actually looks like. Many young people have come to believe they must display bold behavior, air their dirty laundry, or act in shocking ways simply to garner likes and followers. Consequently, they drift away from cultivating genuine talent or personality. Rather than focusing on developing culture, education, or creativity, they begin to value the fleeting attention gained from shock value over the enduring peace of self-respect.
This online vulgarity is fundamentally altering how young people view human connection. On many platforms, the superficiality of physical appearance and attraction is elevated above virtue, emotional depth, respect, and trust, fostering wildly unrealistic expectations of love and companionship.
Many young people begin to operate under the delusion that relationships are solely about appearances, pleasure, and excitement rather than about understanding, virtue, patience or responsibility. The inevitable result is a landscape of unstable relationships and emotional confusion, contributing to the fracturing of families and higher divorce rates.
The algorithms that govern our digital lives only exacerbate the situation. Because platforms are designed to promote posts that elicit strong reactions, vulgar content travels much faster than meaningful discourse. This creates a perverse structure of incentive in which creators post increasingly provocative material to remain relevant.
The more young people consume this content, the more they crave that specific brand of excitement, eventually losing their taste for the God-given beauty of normal life. Over time, they experience reduced concentration, diminished motivation and poor emotional control.
The Hidden Impact of Profanity: How Swearing Affects Your Brain, Emotions, and Spirit
Ancient wisdom, particularly within the Catholic tradition, has long emphasized the importance of pure, respectful speech as a reflection of one’s inner values. Religious teachings encourage us to use language that inspires, comforts, and uplifts rather than degrades.
When we speak with forethought and restraint, it reflects internal discipline and strength. Choosing respectful language is not just about manners; it is a way to nurture both the soul and the society it inhabits.
From a psychological perspective, habitual profanity can deeply affect our emotional and cognitive landscape. Swearing is inextricably linked to the expression of intense emotions such as anger or stress.
When these explosive words become the default in our vocabulary, they reinforce negative emotional patterns and atrophy our ability to manage stress with grace. Research in cognitive psychology indicates that frequent exposure to harsh language may actually lower one’s emotional self-regulation and self-esteem.
Habitual profanity creates cognitive ruts that hinder the development of adaptive coping strategies, affecting our overall mental health. Studies show that profanity activates brain regions linked to emotion and impulsivity, such as the amygdala and the limbic system.
Over time, the repeated firing of these neural pathways strengthens our tendency toward intemperate, quick and unfiltered emotional reactions, while diminishing the faculties responsible for self-control and thoughtful regulation.
Profanity’s Adverse Effect on Family and Society
Changing speech habits that have been etched into our psyche may seem like a Herculean task, but it is entirely possible with self-awareness and resolve. Our choice of words has a profound impact on mental well-being and relationships. Practicing self-reflection allows one to identify triggers and replace negative verbal reflexes with constructive language.
Pursuing the company of supportive individuals who model positive communication can further reinforce these changes. The goal is not to surgically remove strong emotions but to express them in ways that promote self-control, mental clarity and emotional resilience.
Understanding the profound effects of foul language on mental, emotional and spiritual health is essential to personal growth. Profanity, used to express deep emotion, reinforces negative thought patterns, increases stress and disrupts interpersonal harmony. In short, foul language accelerates vice.
The journey toward a healthier way of communicating begins with self-awareness and a commitment to practicing virtue. The power of thoughtful speech must be embraced through self-awareness, the exploration of alternative expressions, and the fostering of respectful interactions. In doing so, an important step can be taken toward not only improving one’s mental health but also contributing to more compassionate and understanding relationships.
To solve this issue, a coalition of the willing—the clergy, families, schools, governments, and the youth themselves—must work together. Parents need to engage in open, honest dialogue with their children. Schools must teach the curriculum of digital responsibility. Governments must enforce strict rules against harmful content. Most importantly, young people need to develop the armor of self-control, value real-life relationships over digital ones, and eliminate the harmful noise generated by social media and Hollywood.
Every word matters when it comes to cultivating a healthy mental state and a positive social environment. We must choose words wisely and take pride in meaningful, expressive dialogue bereft of swear words. If society hopes to build a healthy and emotionally robust future generation, it must recognize the serious pitfalls of vulgarity and return to the principles of a well-ordered, Christian civilization.
Oni chcą końca europejskiej cywilizacji. Niczego nie chronią, wszystko jest otwarte dla wszystkich. A nasi przerażeni i nieadekwatni politycy – w gorączkowym poszukiwaniu nowych rynków – pozwalają na wszystko. Wykańczając tym samym jedyny rynek, który powinni chronić: rynek europejski.https://x.com/Lisa90135765/status/2016263367204233314
«UE podpisuje „porozumienie w sprawie mobilności” z Indiami ułatwiające „przepływ studentów, naukowców, robotników sezonowych i pracowników wysoko wykwalifikowanych” oraz uruchamia „pierwsze biuro EU Legal Gateway w Indiach,aby wspierać indyjskie talenty przenoszące się do Europy”».
Podpisaliśmy umowę o swobodnym przepływie osób z krajem liczącym 1,5 miliarda mieszkańców. Czyli trzy razy więcej niż populacja CAŁEJ UE. Kto o to wnioskował? – Kto to zatwierdził na szczeblach krajowych?
Większość ludzi, kiedy słyszą, co się dzieje na rynkach metali szlachetnych, zgrzyta ze złości zębami. Kiedy nie mam pieniędzy na podstawowe potrzeby, na rachunki, zdrowe jedzenie, lekarstwa, to co mi tutaj będą gadać o inwestowaniu w złoto lub srebro? Zdecydowana większość z nas tonie w długach. Nie mam tu na myśli, chorobliwego łapania wszystkich jak idzie kredytów, jako nowoczesny styl życia.
Leki czynią nas zdrowymi – w ten sam sposób, w jaki pożyczka czyni nas bogatymi.
A wystarczyłoby na przykład rok temu zrezygnować z abonamentu na Netfliksie i w zamian za to raz na kwartał kupić jedną uncję srebra. Ależ to jest przecież zubożenie kulturalne! Zakrzykną zaklinacze „prawdy” przemycanej w większości filmów.
Nie! Podobnie jak dobrym pomysłem jest ograniczone zaufanie do proponowanych przez lekarza środków toksycznych z ogólną nazwą medykamenty, tak samo redukcja trucizny z seriali i wielkich produkcji hollywoodzkich jest odtruwaniem – detoksykacją psychiki.
Podobnie sprzedaż wielkiego płaskiego tele-potwora wiszącego w prawie każdym salonie przyniesie więcej niż równowartość ceny uncji srebra. Poza odruchowym protestem, naturalnym, kiedy ktoś usiłuje zaburzyć twój codzienny rytuał przed kolorowym zwiastunem „szczerości”, w takim działaniu nie ma żadnych negatywnych stron – są jedynie zalety. Znalazłem jeszcze jedną wadę: pogrążysz nabywcę twojego nośnika propagandy problemami, których się właśnie pozbywasz. Tyle na temat wymówek typu: nie stać mnie…
W ubiegłym roku cena srebra się potroiła. Nie zachęcam do spekulacji i sprzedaży, kiedy taki produkt osiągnie odpowiednią wartość. Dlaczego? Ponieważ sprzedając, pozbywasz się jednego z niewielu dostępnych produktów, który utrzyma swoją wartość w nadchodzącym kryzysie. Otrzymasz za to papier zwany pieniędzmi podlegający znacznie większej inflacji, niż się do tego publicznie przyznaje.
Po lewej dzisiejszy wykres ceny uncji złota, po prawej srebra. Widać wyraźnie grę dwóch grup tytanów. W tej grze w kotka i myszkę obracane są miliardy dolarów. Jedni usiłują podnieść ceny kruszców, drudzy robią wszystko, co w ich mocy, by temu zapobiec. Źródło.
Cena kruszcu wzrasta, kiedy pojawiają się kupcy na większą skalę. Spadek tej ceny jest skutkiem podaży – pojawienia się na rynku grupy sprzedających. Gdyby operowano jedynie kruszcem – fizycznym złotem, srebrem, platyną to ta zabawa dawno by się skończyła, ponieważ ilość metali szlachetnych jest ograniczona i nie można ich drukować jak pieniędzy. W zamian za to drukuje się certyfikaty, czyli nic innego jak gwarancje na papierze. Cóż one gwarantują? Dostawę kruszcu w konkretnie podanym terminie.
Problem leży w tym, że ten future market oferuje znacznie więcej takich „gwarancji”, niż jest na świecie w obiegu – łącznie z planowanym wydobyciem kopalń metali szlachetnych. Dlatego odpowiedź na pytanie, jak się ta zabawa skończy, jest prosta. Złoto i inne metale jak zwykle w historii ludzkości wygrają. Pytanie jest raczej, czy to oszustwo z certyfikatami, gdy zostanie zdemaskowane, spowoduje kryzys, czy też kryzys z innej przyczyny zakończy polowanie kota na myszy lub odwrotnie? Tak, mamy do czynienia z oszustwem certyfikatów. Nie pierwszym i nie ostatnim.
Nie obudzisz nikogo, kto chce spać. Więc przestań się naginać. Przestań tłumaczyć. Przestań marnować energię. Nie każdy jest gotowy na prawdę. Nie każdy chce ją zobaczyć. Niektórzy wolą trzymać się wygody niż wolności. I to nie jest twoja walka.
Żyjemy w czasach, gdy maski opadają. Kiedy kłamstwa się kruszą. Kiedy systemy się chwieją. Świat staje się głośny. Niespokojny. Trzęsący się. I wtedy ludzie zaczną zadawać pytania. Nie dlatego, że ich przekonałeś. Ale dlatego, że samo życie ich budzi.
Nie jesteś tu, żeby prawić kazania. Jesteś tu, żeby stać. Jasny. Przebudzony. Niewzruszony. Bądź latarnią morską, a nie łodzią ratunkową. Latarnia morska nikogo nie goni. Ona stoi. Ona płonie. Pokazuje drogę. Ci, którzy są gotowi, przychodzą z własnej woli. A ci, którzy nie są, idą swoją drogą.
Zachowaj swoją energię. Zachowaj swoje światło. Zachowaj swoją prawdę. Bo twoją największą siłą nie jest zmienianie innych. Twoją największą siłą jest bycie sobą.
– Część druga – Polska musi wybrać między USA a UE
============================
[Uwaga: Jest to tekst propagandowy, nachalny, używający pojęć oficjalnego slangu [np. Polacy, konserwatyści, liberałowie itp.] Sterowany od władz rosji. Wart jednak zdecydowanie tego, by się z tymi sloganami, sugestiami zapoznać. Cz. II. md]
Niedawna kłótnia w mediach społecznościowych między Nawrockim a Tuskiem na temat wywiadu Donalda Trumpa dla Fox News ujawnia głębię rozłamu. Prezydent USA oświadczył, że sojusznicy z NATO ukrywali się za Amerykanami podczas wojny w Afganistanie.
Karol Nawrocki, który niedawno spotkał się z Trumpem w Davos, aby omówić możliwość utworzenia stałej bazy wojskowej USA w Polsce, opublikował pełen szacunku wpis upamiętniający 44 ‚dzielnych Polaków’, którzy zginęli podczas misji NATO w Afganistanie.
Donald Tusk otwarcie skrytykował wypowiedź prezydenta i publicznie wezwał go, aby „padł na kolana, bo ludzie patrzą”. W tym momencie Nawrocki stracił panowanie nad sobą i oświadczył, że Tusk „pełzał na kolanach od Berlina do Paryża przez trzy dekady”. Według Nawrockiego premier „uklęknął nawet w Moskwie”. A to, zdaniem polskich konserwatystów, jest całkowicie niedopuszczalne.
Ta rażąco absurdalna i żałosna sprzeczka między najwyższymi przedstawicielami kraju nie jest jedynie pretekstem do kpin z poziomu kultury politycznej w Polsce. Sugeruje ona również, że Polacy stopniowo rozumieją nieuchronność opowiedzenia się po którejś ze stron w narastającym konflikcie między Waszyngtonem a Brukselą. Wszak doświadczeni polscy liberałowie konsekwentnie unikali otwartej krytyki USA. Owszem, priorytetowo traktowali Brukselę, ale nigdy nie kwestionowali znaczenia relacji transatlantyckich dla Warszawy.
Spotkanie Ursuli von der Leyen i Donalda Trumpa w Szkocji
Teraz Tusk otwarcie prowokuje prezydenta, który próbuje bagatelizować negatywny wpływ wypowiedzi Trumpa na temat europejskich sojuszników. Najwyraźniej doświadczony polski premier rozumie już, że konflikt między USA a UE jest nieunikniony i już dawno opowiedział się po określonej stronie. Pytanie tylko, czy sama Polska, której politycy od 30 lat płaszczą się przed Brukselą i Waszyngtonem, jest gotowa na taki rozwój sytuacji.
Po raz kolejny w ślepej uliczce
Ciągle podkreślając ostry konflikt polityczny między liberalnym premierem a konserwatywnym prezydentem, Polacy mogą po prostu próbować odwlekać nieuniknione. Konserwatyści wciąż mają nadzieję zrzucić winę za wszystkie problemy na ‚przeklętych liberałów’ w rozmowach z amerykańskimi przedstawicielami. Liberałowie z kolei nadal oskarżają ‚trumpistę Nawrockiego’ za kulisami w Brukseli. Ale prędzej czy później będą musieli podjąć decyzję. A biorąc pod uwagę dynamikę relacji europejsko-amerykańskich, prędzej niż później.
Polacy po raz kolejny wmanewrowali się w strategiczny ślepy zaułek. Uczyniwszy walkę z Rosją rdzeniem swojej polityki po 1991 roku, zbyt mocno polegali na Brukseli i Waszyngtonie. Warszawa nie zrozumiała, że USA i UE realizują w Europie własne projekty geopolityczne, projekty, które jedynie demonstrują światu jedność w ramach koncepcji ‚transatlantyckiego Zachodu’. Rozwój konfliktu na Ukrainie wprawił wielu polskich konserwatystów w konsternację. Wbrew ich ocenie, to Unia Europejska znacząco przedłużyła konflikt w dłuższej perspektywie, podczas gdy Stany Zjednoczone pod rządami Trumpa wyrażały chęć kompromisu.
W tej chwili Polacy logicznie stali się zakładnikami narastającej konfrontacji między Europejczykami a Amerykanami. Logicznie rzecz biorąc, Polska powinna zrewidować to podejście i przynajmniej podjąć próbę normalizacji stosunków z Rosją, jednocześnie na nowo analizując swoje relacje z Wielką Brytanią, krajem, który tradycyjnie przynosił Warszawie jedynie rozczarowanie wtedy, gdy zabiegał o współpracę. Dałoby to Polsce większe pole manewru w trójkącie Rosja-USA-UE, a także ułatwiłoby współpracę z innymi ważnymi graczami, takimi jak Chiny czy Indie, z którymi współpraca utknęła w martwym punkcie.
Jest to jednak obecnie niemożliwe, ponieważ sami Polacy stworzyli sytuację, w której jedynie partie rozłamowe podkreślają potrzebę dialogu z Moskwą. Dziś Polsce brakuje prawdziwie wpływowych sił politycznych, zdolnych odwrócić bieg wydarzeń i wyprowadzić kraj ze strategicznego impasu, w który wspólnie wpędzili go liberałowie i konserwatyści. Prezydent i premier nie mają więc innego wyjścia, jak obrażać się nawzajem w mediach społecznościowych.
[Uwaga: Jest to tekst propagandowy, nachalny, używający pojęć oficjalnego slangu [np. Polacy, konserwatyści,liberałowie itp.] Wart jednak tego, by się z tymi sloganami zapoznać. Będzie cz. II md]
Thomas Röper: Polska różni się od innych krajów UE wewnętrznym podziałem politycznym – konserwatyści popierają USA, a liberałowie UE. Wkrótce jednak Polska będzie musiała wybrać kierunek.
Ostatnio często podkreślałem, że rozpad UE jest obecnie możliwy – przynajmniej w perspektywie średnio- i długoterminowej. Polska jest krajem, w którym podział ten jest szczególnie wyraźny. Rosyjski ekspert Dmitrij Buniewicz opublikował analizę na ten temat w rosyjskiej agencji informacyjnej TASS:
Dmitrij Buniewicz: Straciła orientację? Czy Polska przetrwa burzę między Trumpem a UE? – O zewnętrznych i wewnętrznych sprzecznościach w polskiej polityce
Małe i średnie kraje często borykają się dziś nie tylko z konfliktami wewnętrznymi, ale także z narastającymi napięciami między globalnymi graczami. Polska nie jest wyjątkiem. Na przykład niedawna inicjatywa prezydenta USA dotycząca powołania Rady Pokoju, która spotkała się z chłodnym przyjęciem w UE i Wielkiej Brytanii, wywołała kolejną falę napięć między polskim konserwatywnym prezydentem Karolem Nawrockim a liberalnym rządem Donalda Tuska.
Rada niezgody
Prezydent, który liczył na zbudowanie szczególnie zaufanych relacji z prezydentem USA, opartych na wspólnej ideologii, zaczął rozważać zaproszenie Polski do Rady Pokoju. Z gabinetu premiera wybuchł natychmiastowy, pełen oburzenia protest: prezydent nie miał prawa podejmować takich decyzji bez zgody parlamentu i rządu. Potem zapadła niezręczna cisza.
Postępując w ten sposób, Polacy jednocześnie rozgniewali swoich partnerów z UE i nie zadowolili Donalda Trumpa. Co więcej, po raz kolejny zademonstrowali światu swoje wewnętrzne konflikty polityczne. Polski minister finansów ostatecznie próbował zbagatelizować problem, powołując się na ubóstwo. Twierdził, że Polska nie ma miliarda dolarów potrzebnych na członkostwo w Radzie Pokoju.
Ta różnica interesów dobitnie ilustruje fundamentalny problem, z jakim boryka się dziś Polska: i tak już krucha równowaga polityczna w Warszawie może się załamać w każdej chwili z powodu coraz wyraźniejszego podziału transatlantyckiego.
Nieprzyjazne cielę, Bruksela i Waszyngton
Przez dekady Polska była tradycyjnie uważana za ważnego sojusznika USA w Europie i służyła Waszyngtonowi, w pewnym sensie, jako ‚koń trojański’ w UE. Krytycy często jednak nazywali Warszawę ‚amerykańskim osłem’ na Starym Kontynencie. W epoce ukrytej konkurencji między UE a USA, Polska wykorzystywała swoją strategiczną pozycję do zdobywania przewagi w polityce zagranicznej, wspierając amerykańskie interesy, a jednocześnie uczestnicząc w strukturach europejskich. Jednak wraz z eskalacją globalnych napięć sytuacja uległa zmianie.
Powrót Donalda Trumpa do Białego Domu zaostrzył konflikt między UE a USA. W 2025 roku wiceprezydent J.D. Vance zaatakował w Monachium nie tylko politykę UE, ale także jej wartości, a w 2026 roku sam Trump zaatakował je w Davos. Nie chodzi tu tylko o agresywną retorykę; Europejczycy są o wiele bardziej zaniepokojeni amerykańskimi ambicjami zdobycia kontroli nad Grenlandią.
Karol Nawrocki i Donald Tusk
Podczas gdy zachodni Europejczycy próbują przeciwstawić się ambicjom Waszyngtonu, Polacy ponownie się wahają. Nawrocki deklaruje w istocie, że kwestia Grenlandii jest sprawą bilateralną między USA a Danią, którą Kopenhaga i Waszyngton mogłyby rozwiązać samodzielnie. Były przewodniczący Rady Europejskiej Tusk oczywiście nie podziela tego stanowiska: „Dania może liczyć na solidarność całej Europy; nie ma co do tego wątpliwości”.
Ale wątpliwości są, i to jakie! I nie kto inny, jak prezydent Polski je wyraża
W Warszawie naturalnie regularnie toczą się spory o priorytety polityki zagranicznej kraju. Co powinno mieć pierwszeństwo: solidarność europejska czy ‚specjalne stosunki’ z Waszyngtonem?
Polacy próbowali nawet wykorzystać swoją niepewną sytuację na swoją korzyść w polityce zagranicznej. Proamerykańscy konserwatyści przekonali swoich sojuszników za granicą, że Polska może stać się bastionem atlantyzmu w Europie, jeśli Waszyngton poprze ambitne projekty, takie jak Inicjatywa Trójmorza, a także pomoże wzmocnić polską armię.
Tusk i liberałowie z kolei argumentowali w Brukseli, że Polsce należy przyznać jak najwięcej funduszy europejskich i zapewnić jej ustępstwa w kwestiach migracyjnych, w przeciwnym razie może stać się liderem anty-brukselskiej rewolty. Polska proeuropejska natomiast stałaby się najważniejszym filarem UE na jej wschodniej flance i rozszerzyłaby swoje wpływy na obszarze postradzieckim, na przykład poprzez Partnerstwo Wschodnie.
Ta uproszczona polityka pozwoliła nielubianemu polskiemu cielęciu zyskać przychylność zarówno Amerykanów, jak i Europejczyków. Pomimo wzajemnej niechęci, liberałom i konserwatystom w Warszawie udało się zorganizować pewien podział pracy, który zabezpieczał ich interesy na arenie międzynarodowej. Jednak wraz z pojawieniem się otwartego podziału transatlantyckiego, Polacy muszą podjąć decyzję, co oznacza nieuchronny konflikt z jednym z centrów władzy – europejskim lub amerykańskim.
Główny Urząd Statystyczny poinformował, że w listopadzie 2025 roku urodziło się w Polsce 17 tysięcy dzieci. To ogromny spadek względem listopada roku 2024. Przyszłość Polski wygląda coraz czarniej.
W listopadzie 2025 roku zmarło 30,5 tysiąca osób, ale urodziło się już tylko 17 tysięcy dzieci. W tym samym miesiącu roku 2024 na świat przyszło 18,6 tys. dzieci. W 2025 roku urodziło się zatem w tym miesiącu aż o 8,6 proc. mniej dzieci.
Licząc z listopadem 2025 łącznie, w ciągu 12 miesięcy urodziło się w Polsce 238,7 tysiąca dzieci, podczas gdy zmarło 405,7 tys. osób.
Jak wskazują demografowie, spadek liczby urodzeń w Polsce jest dramatycznie szybki. Znacząco wyprzedza prognozy Głównego Urzędu Statystycznego formułowane w ostatnich latach. Zgodnie z prognozami tak niską liczbę urodzeń Polska powinna odnotować dopiero w roku 2057. Tymczasem „osiągnęła” ją już w roku 2025. Zgodnie z dawnymi prognozami GUS, w Polsce miało się urodzić w 2025 roku 294 tysiące dzieci. Różnica między prognozami a rzeczywistością jest zatem bardzo poważna.
Wskaźnik dzietności w Polsce wyniósł już w 2024 roku zaledwie 1,099 dziecka na kobietę. W roku 2025 będzie z całą pewnością jeszcze niższy.
Z kryzysem demograficznym boryka się wprawdzie cały świat, ale prawie nigdzie sytuacja nie jest tak zła, jak w Polsce.
Gorzej jest tylko w kilku krajach azjatyckich – Korei Południowej, Hongkongu, Tajwanie, Singapurze czy – uwaga – w Chinach.
W absolutnej większości państw świata sytuacja jest lepsza niż w Polsce – również w Europie. Nie wynika to tylko z migracji muzułmańskiej ani z zamożności. Więcej dzieci rodzi się w imigranckich Niemczech i Francji, znacznie mniej imigranckich Włoszech czy Hiszpanii – czy w krajach biedniejszych od Polski i zarazem bez migrantów, jak Bułgaria, Rumunia, Węgry, Słowacja czy Czechy.
Polska wymiera niemal najszybciej na świecie. Demografowie zastanawiają się, jakie są tego przyczyny. Tradycyjne wyjaśnienia mówiące o problemach z przedszkolami czy mieszkaniami są wskazywane coraz rzadziej – wymienia się je najwyżej jako kwestie dodatkowe. Wydaje się, że podstawową przyczyną jest niechęć do posiadania dzieci ze względu na chęć korzystania z życia w modelu wysoce konsumpcyjnym.
NISZCZY NAS LUCYFER. KOPCZYŃSKI O REWOLUCJI PRZECIWKO LUDZKOŚCI
Bartosz Kopczyński to kolejny gość programu PRZEpytanie. Rozmowę prowadzi Bartłomiej Graczak.
==========================
================================================
==========================
Rewolucja Bachantek
Druga część głośnego bestsellera „Poradnik świadomego narodu”
Kontynuacja przełomowej diagnozy polskiej debaty publicznej
„Poradnik świadomego narodu” to cykl, który od początku miał dawać odpowiedzi i otwierać przestrzeń prawdziwej dyskusji. Pierwsza część – „Historia debilizacji” – stworzyła wyłom w murze zafałszowanej debaty publicznej, łącząc myśl Krzysztofa Karonia i Romana Dmowskiego. Dzięki temu zyskała uznanie m.in. Grzegorza Brauna i stała się czymś znacznie większym niż zbiorem trafnych spostrzeżeń – była lekcją świadomości dla współczesnych Polaków.
Demaskacja systemu ogłupiania
W drugiej odsłonie cyklu Bartosz Kopczyński ponownie stawia odważną diagnozę. Autor opisuje mechanizmy funkcjonowania systemu, który – jego zdaniem – od lat osłabia tożsamość narodową Polaków i prowadzi do społecznej dekadencji. Podważa utarty obraz instytucji nazywanej „systemem edukacji”, wskazując jej destrukcyjny wpływ na kolejne pokolenia.
Rewolucja kulturowa i jej skutki
Kopczyński analizuje współczesne konflikty społeczne, medialne narracje oraz procesy, które wpływają na rozpad wspólnoty narodowej. W książce podejmuje temat zmian obyczajowych i kulturowych, które – według autora – stały się jednym z głównych narzędzi destabilizacji społecznej.
Najbardziej radykalna odpowiedź na współczesne ideologie
„Rewolucja bachantek” to – jak podkreśla autor – najmocniejsza, najbardziej bezkompromisowa krytyka współczesnych ideologii genderowych i feministycznych w polskiej literaturze publicystycznej.
To książka, która rzuca wyzwanie dominującym narracjom i proponuje strategię kontrataku dla tych, którzy chcą bronić tradycyjnego ładu.
Pozwolę sobie, dzięki uprzejmości Profesora , któremu pomagam ze stroną, zamieścić mały anons.
Pracuję obecnie dla niemieckiej firmy częściowo w Polsce, jak i w centrali na terenie Niemiec. Praca sama w sobie jest ciekawa ale chciałbym coś zmienić, chciałbym nowych, ciekawszych wyzwań (nie musi być koniecznie w niemieckim korpo). Może ktoś czytelników Profesora chciałby nawiązać współpracę?
Coś o mnie:
Wiek 44 lata. Jestem absolwentem AGH wydział EAIiB (Informatyka), biegle posługuję się angielskim i niemieckim w mowie i piśmie. Przez ostatnie 10 lat pracowałem w logistyce m.in dla niemieckiej firmy przy planowaniu, przygotowaniu pozwoleń i transportu dźwigów dla Liebherr i Manitowoc czy innych producentów na terenie EU. Przez 20 lat prowadziłem własną działalność związaną z elektro-akustyką. Jestem bardzo komunikatywny, szybko i łatwo nawiązuję kontakty z ludźmi. Mam dużą znajomość zagadnień informatycznych (języki C# i PHP, budowa stron internetowych). W zasadzie mam taki charakter, że mogę zająć się dowolną pracą – nie znam się? To się chętnie nauczę – nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Nie boje się podejmowania decyzji i jestem przyzwyczajony do działania w stresie.
Mogę pracować dla przedsiębiorców z Polski, a także z całego świata.
Jeżeli ktoś ma propozycję dla mnie to proszę o wiadomość na @ podany w zakładce Kontakt. Oddzwonię lub odpisze.
Aborcja to czyste [brudne, szatańskie ! md] okrucieństwo, a lobby LGBT krzywdzi dzieci.
========================================
Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!
Prezes spółki-zarządcy szpitala w Lubaniu Anna Płotnicka-Mieloch próbowała usunąć zgromadzenie prolife spod swojej placówki. Tak zaczęła się akcja w obronie życia, która pokazała, jak bardzo władze szpitala boją się prawdy o aborcji i… modlitwy za nienarodzone dzieci.
Po Oleśnicy nowym centrum aborcji ma stać się szpital w Lubaniu na Dolnym Śląsku. Łużyckie Centrum Medyczne, które zarządza tą placówką, planuje ściągnąć do siebie Gizelę Jagielską – znaną z aborcji w Oleśnicy. Sama Jagielska deklaruje, że chce pracować tam, gdzie dyrekcja pozwoli jej robić dokładnie to samo, co wcześniej, czyli także aborcje. Nic dziwnego, że wśród pacjentów i personelu wybuchł niepokój – do Fundacji dzwonią zarówno pracownicy ośrodka w Lubaniu, jak i mieszkańcy tego miasta i okolic. I proszą o pomoc.
W sobotę, 24 stycznia 2026 r., niemal sto osób z Lubania i pobliskich miejscowości (m.in. ze Zgorzelca, Olszyny Lubańskiej i Bolesławca) zebrało się pod szpitalem na Publicznym Różańcu i pikiecie antyaborcyjnej. Mieszkańcy jasno powiedzieli, że nie chcą, by z ich lecznicy zrobiono kolejne abortorium.
Reakcja władz szpitala i lokalnych urzędników była znamienna. Najpierw przedstawiciel gminy podszedł do koordynatora Fundacji i zaczął wyznaczać mu, w którym miejscu chodnika może stać. Następnie pytał, jaki jest cel pikiety – choć w Polsce jest wolność słowa i urzędnikom nic do tego, za czym lub przeciw czemu manifestują ludzie.
Następnie na miejsce przyszła sama prezes Płotnicka-Mieloch. Krzyczała na uczestników, że nie dała im zgody na organizację modlitwy i żądała opuszczenia chodnika. Zapytana publicznie o to, kiedy zaczyna się życie człowieka, odkrzyknęła lekceważąco: „po porodzie”. To dokładnie te same słowa, które wcześniej słyszeliśmy z ust Gizeli Jagielskiej.
W identycznym tonie wypowiadał się też Dariusz Kostrzewa – prezes szpitala na Zaspie w Gdańsku (dzieci przed narodzinami „nie są naszymi pacjentami”). Te same słowa, ta sama ideologia, ten sam schemat odczłowieczania ludzi, dopóki są jeszcze bardzo mali i bezbronni…
Zwolennicy aborcji muszą w ten sposób usprawiedliwiać swoją działalność. Skutki już znamy: dzieci zabijane w II i III trymestrze ciąży, jak mały Felek w 37. tygodniu of poczęcia, oraz wiele innych ofiar w Oleśnicy i na Zaspie.
Czy Lubań będzie następny?
Dlatego działamy – zdecydowanie i konsekwentnie. Koordynatorzy Fundacji idą w najtrudniejsze warunki i zawsze są na pierwszej linii w obronie życia. Jeśli Gizela Jagielska rozpocznie działalność w Lubaniu, Publiczne Różańce i pikiety będą organizowane regularnie. Nie zostawimy mieszkańców samych, a prawda o tym, czym jest aborcja, będzie wybrzmiewać głośno i bez niedopowiedzeń.
Wszystkie działania podejmujemy dzięki Panu i także w Pańskim imieniu. Dziękuję, że jest Pan z nami.
PS – Nie dziwię się pracownikom szpitala w Lubaniu ani jego pacjentom. Bardzo się boją, że za chwilę mogą mieć za ścianą miejsce kaźni niewinnych dzieci…
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/