Dość szczerze o szaleństwie klimatycznym

Dr Chocian mocno o szaleństwie klimatycznym

wpolityce.pl/mocno-o-szalenstwie-klimatycznym

„Żeśmy porzucali kopciuchy, poniekąd dobrze, bo akurat to najbardziej nam szkodziło, ale przeszliśmy na piece gazowe. Okazało się, gaz jest niedobry, kiedy rurociąg wystrzelił. Teraz okazuje się, być może będzie odbudowany, znowu gaz będzie dobry. Przez moment pompy ciepła były świetne. Okazuje się, że pompy ciepła teraz zużywają dużo energii elektrycznej i nie działają” – punktował w programie Telewizji wPolsce24 dr Grzegorz Chocian, ekspert z zakresu ochrony środowiska i przyrody.

Dr Grzegorz Chocian nie zostawił suchej nitki na polityce klimatycznej Unii Europejskiej.

Zobaczmy, jak jest zbudowana piramida potrzeb Maslowa. Otóż podstawą jest właśnie ciepło i wyżywienie. Mamy nie zamarznąć i mamy mieć co jeść. To jest ta podstawa egzystencjalna. Dopiero wyżej są te potrzeby inne, związane z rozwojem, z twórczością, samorealizacją.

Przecież w tej chwili dokonuje się na społeczeństwach Europy Zachodniej – generalnie Unii Europejskiej oszalałej klimatycznie – powrót do sytuacji, w której mamy przestać myśleć o samorozwoju, o jakichś wartościach wyższych, tylko mamy się skupić na przetrwaniu, wyłącznie na przetrwaniu

Surowa ocena

Zdaniem eksperta ludzie są zastraszani i oszukiwani.

Najpierw jesteśmy wystraszeni, zastanawiamy się, co to będzie i przychodzą do nas od razu sprawni sprzedawcy, mówią: „to jest ci potrzebne, to ci damy, a tu jeszcze damy dotację na to, koniecznie to kup”. Więc żeśmy porzucali kopciuchy, poniekąd dobrze, bo akurat to najbardziej nam szkodziło, ale przeszliśmy na piece gazowe. Okazało się, gaz jest niedobry, kiedy rurociąg wystrzelił. Teraz okazuje się, być może będzie odbudowany, znowu gaz będzie dobry.

Przez moment pompy ciepła były świetne. Okazuje się, że pompy ciepła teraz zużywają dużo energii elektrycznej i nie działają — wskazał.

Po prostu jesteśmy omamiani ciągle przez bardzo sprytnych sprzedawców, którzy mają do tego celu jeszcze lepszych narratorów, którzy właśnie mówią, że „planeta nam spłonie, a ty Kowalski dokładasz się do tego, że wszyscy zginiemy, powinieneś się wstydzić, to jest grzech ekologiczny”

— stwierdził.

ZOBACZ CAŁY PROGRAM:
https://youtu.be/ogtaNh1-J1s

Publikacja dostępna na stronie: wpolityce.pl/mocno-o-szalenstwie-klimatycznym

Dlaczego Polacy-katolicy tak kochają Boże Narodzenie?

Dlaczego Polacy tak kochają Boże Narodzenie?

Piotr Relich hpch24.pl/dlaczego-polacy-tak-kochaja-boze-narodzenie


Pamiętam smutek na twarzy mojej córki, kiedy powiedziałem jej, że okres Bożego Narodzenia kiedyś się skończy. I choć pewnie jej myśli objawiały wówczas dziecięcą tęsknotę za choinką, prezentami, Świętym Mikołajem i całym świątecznym sztafażem, miałem głębokie przekonanie, że to raptem czteroletnie dziecko wchodzi w okres żałoby. Poczucia straty czegoś tak pięknego i radosnego, czego raz doświadczywszy nie chce się wypuścić z rąk.

Mała dziewczynka musiała pogodzić się z myślą, że wkrótce zniknie stajenka, żłóbek i Dzieciątko Jezus. Przystrojona choinka nie będzie już rozświetlać zimowych wieczorów, a kolędy i pastorałki – słyszane w naszym domu niemal codziennie – w końcu ustąpią bardziej „świeckiej” muzyce.

Z tego wszystkiego sam zacząłem zastanawiać się nad źródłem tego powszechnego, bo wcale nie zarezerwowanego wyłącznie dla dzieci zjawiska. Co sprawia, że tak ciężko rozstać się z Bożym Narodzeniem? Dlaczego w Polsce śpiewamy kolędy do 2 lutego, mimo że bożonarodzeniowy okres liturgiczny kończy się już Niedzielą Chrztu Pańskiego?

Niestety, zwyczajowe wyjaśnienia – „polska tradycja”, „spotkania w gronie rodzinnym”, „atmosfera życzliwości”, „magia świąt”…nie próbują wytłumaczyć dlaczego tak kochamy ten okres. Nawet uzasadnienia natury duchowej – radość z narodzenia Zbawiciela, który przyszedł „wyrwać nas z królestwa śmierci” – choć oczywiście prawdziwe, nie dawały pełni satysfakcji. Przecież w innych krajach chrześcijańskich również celebruje się Boże Narodzenie, ale nigdzie nie smakuje ono tak jak tutaj.

Zakazane święta

Taki, dajmy na to, amerykański katolik, 24 grudnia wraca do domu, zjada skromną wieczerzę wigilijną i kładzie się spać w oczekiwaniu na św. Mikołaja. Następnego dnia świętuje Boże Narodzenie, ale niezbyt hucznie, gdyż następnego dnia trzeba wstawać do pracy. Potem jeszcze tylko Sylwester i to w zasadzie koniec atrakcji. Na początku nowego roku podjazdy przed domami straszą kikutami choinek, a świąteczna magia momentalnie rozbija się w zderzeniu z koniecznością dalszego „robienia pieniędzy”.

Chyba, że akurat trafimy na dom Polaków; przystrojony jeszcze jakiś czas będzie odróżniał się od innych. To właśnie w tym czasie emigranci najbardziej tęsknią za Pasterką, Jasełkami, świętem Trzech Króli, czy kolędami i pastorałkami, których w naszym kraju mamy prawdziwe bogactwo.

Tak drastycznej różnicy nie da się jednak wytłumaczyć wyłącznie kulturą konsumpcyjną czy statystykami spadających praktyk religijnych. Nie można oprzeć się wrażeniu, że chodzi tu o znacznie głębszy proces, mający swoje źródło w stopniowej utracie sensu i właściwego rozumienia tych dni. Bardzo ciekawą perspektywę zarysowuje historyk Kościoła, ks. prof. Józef Naumowicz, ujawniając w jakim stopniu do degradacji obchodów Bożego Narodzenia przyczyniła się w przeszłości rewolucja protestancka.

Autor książki „Narodziny Bożego Narodzenia” przypomina, że w XVI wieku pojawiały się zakazy obchodów świąt Bożego Narodzenia, wydawane szczególnie przez radykalne wyznania protestanckie: najpierw przez hugenotów, a później przez purytan, którzy zdobyli większość w parlamencie angielskim i wprowadzili państwowy zakaz obchodów Bożego Narodzenia. Analogiczna sytuacja miała miejsce w Stanach Zjednoczonych oraz w Szkocji za sprawą prezbiterian. Radykalni protestanci uważali, że nie jest to święto biblijne, a zatem musi mieć korzenie… pogańskie.

Dopiero przybycie w XIX w. do USA większej liczby Polaków, Słowaków czy Irlandczyków, a więc katolików, zmieniło postrzeganie Bożego Narodzenia w oczach protestantów. Wówczas przekonali się, że to święto spełnia bardzo ważną rolę rodzinną i społeczną. W wyniku kontaktu z pogardliwie określanymi „papistami”, w protestantyzmie w połowie XIX wieku powstał nurt świąt domowych, czyli domowego celebrowania świąt – wówczas uznano, że Boże Narodzenie, które świętuje się wspólnie, wnosi do życia społecznego pokój i pojednanie.

Hymn na cześć radości

W Kościele katolickim wręcz przeciwnie; zasada „wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie!” (1 Tes 5, 1) doprowadziła do inkulturacji wielu elementów świata pogańskiego. Odnajdując w niektórych rytuałach pierwotny sens, Kościół w swojej mądrości wykorzystywał je do głoszenia nauk Chrystusa zrozumiałym kodem kulturowym.

Stąd np. umiejscowienie obchodów Bożego Narodzenia w okolicach przesilenia zimowego, celebrowanego w starożytności jako zwycięstwo życia nad śmiercią i symbol niegasnącej nadziei w okresie najciemniejszego mroku. To również przyjęcie choinki – pogańskiego Drzewa Życia i osi świata (axis mundi), które w chrześcijaństwie nawiązuje do historii zbawienia rodzaju ludzkiego. Grzech popełniony pod rajskim drzewem, został odkupiony ofiarą na Drzewie Krzyża. Również same kolędy mają rodowód pogański. Śpiewane w Rzymie jako calendae, wyrażały radość z okazji nadejścia Nowego Roku, kiedy to składano życzenia i wręczano sobie prezenty.

Dzisiejszą atmosferę pełną ciepła, troski i wrażliwości, nadał Bożemu Narodzeniu już św. Franciszek. Biedaczyna z Asyżu dla lepszego przeżycia tajemnicy Wcielenia, zapoczątkował tradycję bożonarodzeniowych szopek oraz wystawiania jasełek. Dla św. Franciszka Boże Narodzenie było świętem nad świętami, bo wtedy Bóg stawszy się dziecięciem zawisł u piersi ludzkich. Chciał, by w tym dniu bogaci karmili ubogich, zwierzęta miały więcej obroku niż zwykle i nie obowiązywał post od pokarmów mięsnych. Wszystko po to, by ludzie jeszcze mocniej odczuli radość z faktu, że Bóg w swej nieskończonej dobroci stał się człowiekiem, by odkupić z grzechu całą ludzkość.

Ale dla Franciszka nie chodziło wyłącznie o wspomnienie tych wspaniałych wydarzeń. Nie mniej istotny pozostawał eucharystyczny charakter Bożego Narodzenia, przez który tajemnica Wcielenia stawała się faktem, uobecniającym się każdego dnia na ołtarzu. Nie bez powodu na fresku w Greccio, gdzie po raz pierwszy w historii wystawiono jasełka, widzimy Dzieciątko Jezus w żłóbku, a powyżej kielich na ołtarzu. Ten kluczowy element wiary, z pełną świadomością „wycięła” trzy wieki później rewolucja protestancka, już wtedy powodując odarcie Bożego Narodzenia z jego pierwotnego sensu.

Tymczasem radość z jaką św. Franciszek celebrował narodziny Zbawiciela udziela się również nam, żyjącym osiem wieków później. Nic więc dziwnego, że tam gdzie trwał Kościół, z nabożnością świętowano Boże Narodzenie, chcąc przedłużać ten cudowny czas niemal w nieskończoność. Bo gdy ludzie prawdziwie łączą się z Chrystusem, tam – parafrazując św. Jana – radość Jego jest w nas i radość nasza jest pełna.

Piotr Relich

Chichot Eichmanna. Niegrzeczni będą zajadać chrząszcze

Chichot Eichmanna.

Witold Gadowski:

niegrzeczni będą zajadać chrząszcze

Witold Gadowski


niezalezna.a/chichot-eichmanna-witold-gadowski-niegrzeczni-beda-zajadac-chrzaszcze

Umowa UE z krajami Mercosuru służy jedynie podbudowaniu gospodarki niemieckiej i to w sposób ekstensywny, kosztem rolniczych sektorów gospodarek innych krajów – pisze Witold Gadowski w „Gazecie Polskiej”.

Grzegorz Wierzchołowski – niezalezna.pl
Chichot Eichmanna. Witold Gadowski: niegrzeczni będą zajadać chrząszcze

Jeżeli twój sąsiad ma dziesięciokrotnie więcej pola niż ty, to trudno ci z nim konkurować, chyba że masz lepszą technologię. Jeżeli jednak wszystkie technologie sprzedał mu inny sąsiad, to właściwie nie masz szans. Na dodatek obszarnik nie stosuje żadnych reguł, bo ma układy, a sąsiad, który mu sprzedał technologie, zawarł z nim teraz układ, że będą wymieniali maszyny za plony i całkowicie cię zaduszą… To niezbyt wysublimowana alegoria tego, jak dla europejskiego rolnictwa (a w szczególności polskiego) będzie działać umowa z krajami gospodarczego sojuszu Mercosur. Zdajmy sobie sprawę z prostego faktu – już szwindle związane ze sprowadzaniem produkowanych przez wielkie agroholdingi produktów rolnych z Ukrainy pokazały, że w Polsce nie istnieje żaden realny system zapewniania konsumentom bezpieczeństwa żywności. Jeżeli dodamy do tego fakt, że gospodarki południowoamerykańskie nie stosują zdrowotnych norm żywności obowiązujących w Europie, to rodzi się najprostsze pytanie: komu to wszystko służy?

Odpowiedź – jak w początkowej opowiastce – jednoznacznie wskazuje na egoistyczny interes gospodarki niemieckiej, która już zapewniła sobie korzystny system wymiany z krajami Mercosuru, przewidujący barterową wymianę: maszyny za żywność. Dodajmy, że dystrybutorem tej żywności na całą Europę będą niemieckie firmy, z niewielkim udziałem francuskich i włoskich central, dopuszczonych do tego na zasadzie podziału łupów. 

Ktoś żachnie się i powie: co pan opowiada, przecież na naszych granicach obowiązują normy kontroli jakości produktów spożywczych, których pilnują specjalne służby, a szczególnie inspekcja weterynaryjna. Sęk w tym, że statki wypełnione tańszymi wobec naszych produktami z krajów Ameryki Południowej będą zawijać do portów w Portugalii lub Hiszpanii, ostatecznie w Niemczech, a do nas będą wjeżdżać na papierach europejskiej odprawy. O ile w Porcie Gdynia mamy odpowiednie służby, o tyle już na drogowych i kolejowych przejściach granicznych nasze możliwości kontrolne są o wiele mniejsze. 

Praktycznie nie wiadomo więc, jaką żywność będą nam sprzedawały zagraniczne sieci wielkopowierzchniowego handlu, które skolonizowały nasz rodzimy handel. Produkty przywiezione będą tańsze niż plony naszych rolników, a więc wygrają konkurencję cenową i tym sposobem doprowadzą do plajty naszych producentów. Za kilka lat nasi hodowcy, plantatorzy będą już ewenementem. Wtedy wreszcie osiągnięty zostanie bolszewicki raj dystrybucjonizmu: to urzędnicy zaczną decydować o przydziałach żywności i o tym, jakiej jakości pożywienie i komu się należy.

Niegrzeczni będą zajadać chrząszcze i najgorsze produkty, które w trzytygodniowych rejsach będą przypływać z Ameryki Południowej. Najbardziej zasłużeni będą mogli żywić się bardziej wykwintnie i bardziej zdrowo. Kartki na cukier, mięso i alkohol oferowali nam okupanci hitlerowscy i komunistyczni. Tak więc pozbawianie nas możliwości produkcji własnej żywności wiąże się ze ściśle zaprogramowanym sterowaniem dystrybucją żywności, co rodzi możliwość wzrostu władzy urzędników systemu.

Nawet bez przewidywania totalitarnego rozwoju kontroli nad źródłami żywności można zauważyć, że mechanizmy wolnorynkowe sprawią, że droższa żywność krajowa – produkowana z zastosowaniem wysokich standardów – będzie przegrywać konkurencję z gorszą i trującą żywnością z obszarów, gdzie nie stosuje się odpowiednich standardów jakościowych. Umowa UE z krajami Mercosuru służy jedynie podbudowaniu gospodarki niemieckiej i to sposób ekstensywny, kosztem rolniczych sektorów gospodarek innych krajów.

Jak Państwo widzą, nie wspomniałem tu o nazistowskich korzeniach rolnych fortun paragwajskich, argentyńskich, urugwajskich i brazylijskich

Jestem wyczerpana! O aksamitnej agresji z Sieci.

Jestem wyczerpana!

Mam już dość udawania, że to normalne.

[A ja – MD – nie mam załogi, by usunąć te kretyńskie „enter”-y. Dzięki, Krzysiek M. (69 lat) ]

========================================

16.11.2025 https://www.alilybit.com/p/i-am-exhausted

Każdego ranka budziłam się według tego samego głupiego żartu. Mój telefon przez całą noc wysyła sfabrykowane alerty, a ja półprzytomna sięgam po niego jak narkoman po kolejną dawkę. Dłużej tak nie mogłam. Nikt z nas nie może, ale wszyscy boimy się do tego przyznać. Mam dość patrzenia, jak znajomi w połowie rozmowy uciekają, aby zerknąć na ekran, mam dość widoku dwunastolatków w chmurze nikotyny o smaku cukierków, mam dość korzystania z trzech różnych aplikacji, żeby zamówić obiad.
Ale przede wszystkim mam dość słuchania, że to postęp, podczas gdy ewidentnie to nas zabija. Jesteśmy pierwszym pokoleniem w historii ludzkości, które dorasta z kasynem w kieszeni, a kasyno zawsze wygrywa. Każda aplikacja, każde powiadomienie, każdy mały sygnał to nic innego jak diler dający darmową próbkę. Choć wydaje nam się, że mamy kontrolę, to od dawna jesteśmy częścią gry, w której nie możemy już wygrać. Przyzwyczailiśmy się do uzależnienia jako do codzienności, nie jako problemu, ale jako stanu normalnego. Porozmawiajmy o liczbach, bo trzeba zrozumieć skalę tej katastrofy. W Stanach Zjednoczonych badania pokazują, że od 4000 do 7000 uczniów jest już uzależnionych od e-papierosów. Dzieci w wieku szkolnym. Dzieci, które nawet nie mają kart bankowych, organizują hurtowe zamówienia nikotyny przez Snapchata i Discorda, zaciągając się Mango Ice, Cherry Freeze i Cotton Candy Cloud w toalecie między lekcjami algebry i historii. Te urządzenia przypominające pendrive’y wypuszczają dym, który pachnie jak fabryka cukierków, a my zastanawiamy się, dlaczego dzieci uważają je za nieszkodliwe. Branża waporyzacyjna wyciągnęła wnioski z błędów Big Tobacco. Koniec z kowbojami umierającymi na raka płuc. Teraz influencerzy z TikToka nonszalancko trzymają te urządzenia, opowiadając o swoich porannych nawykach.
Zamiast Marlboro Red mamy smaki, które brzmią jak menu w sklepie z mrożonym jogurtem: Blue Raspberry Ice, Watermelon Bubble Gum, Unicorn Milk. Opakowanie jest jaskrawe, krzykliwe, atrakcyjne dla dzieci, które nigdy nie tknęłyby tradycyjnego papierosa, ale chętnie zaciągną się nikotyną, bo smakuje jak ich ulubione cukierki. Ale nikotyna to tylko jeden z elementów tej hydry. Porozmawiajmy o prawdziwym potworze: smartfonie. To już nie telefon; to system dostarczania super-bodźców zaprojektowany przez armie neurobiologów i psychologów behawioralnych, których jedynym zadaniem jest hakowanie mózgu. Sean Parker, prezes-założyciel Facebooka, przyznał to otwarcie: „Musimy dać ci od czasu do czasu małą dawkę dopaminy, bo ktoś polubił lub skomentował zdjęcie lub post.
To pętla sprzężenia zwrotnego społecznej walidacji… dokładnie taki sam pomysł, jaki wymyśliłby haker taki jak ja, wykorzystując lukę w ludzkiej psychologii”. Każda funkcja została celowo zaprojektowana z wykorzystaniem zasad Dark Design. Mechanizm „pociągnij i odśwież” opiera się na psychologii automatów do gier – wzmocnieniu o zmiennym współczynniku, najbardziej uzależniającym schemacie nagród znanym naukom behawioralnym. Pociągasz w dół, może otrzymasz nową, dobrą treść, a może nie. Ta niepewność, to uczucie „może tym razem” sprawia, że przeciągasz, przewijasz i sprawdzasz, nawet gdy wiesz, że nie ma tam nic dobrego. Czerwone plakietki powiadomień aktywują te same ścieżki neuronowe, co widok krwi czy ognia – ewolucyjne systemy alarmowe, przejęte przez intruzów, by zmusić Cię do sprawdzenia czy ktoś o tobie nie wspomniał. Wskaźniki pisania, które wskazują, że ktoś odpowiada, tworzą pętle lęku, które trzymają Cię przyklejonego do ekranu. Serie na Snapchacie resetują się, jeśli nie odpowiesz w ciągu 24 godzin, zamieniając przyjaźń na Tamagotchi, które musisz nieustannie karmić, bo inaczej zginie. TikTok i Instagram Reels dopracowały tę formułę do perfekcji. Algorytm monitoruje wszystko: jak długo oglądasz każdy film, co odtwarzasz ponownie, a co sprawia, że przestajesz przewijać. Tworzy profil psychologiczny bardziej szczegółowy niż jakikolwiek terapeuta, a następnie wykorzystuje te dane, aby dostarczyć Ci dokładnie to, co cię zszokuje. Dziewięć nudnych filmów, potem jeden, który Cię rozśmieszy. Powrót do przeciętnych treści, a potem coś, co wywoła oburzenie. Nie tylko pokazują Ci treści; przeprowadzają warunkowanie behawioralne na masową skalę. Las Vegas jest opuszczone, bo stało się zbyt drogie? Być może, ale branża hazardowa przeniosła się z Vegas do twojej kieszeni – a zostać w domu jest taniej. Skrzynki z łupami w grach skierowanych do dzieci to dosłownie automaty do gry, ale z lepszą grafiką. FIFA Ultimate Team, gdzie dzieci wydają tysiące dolarów, próbując zdobyć Ronaldo lub Messiego. Genshin Impact, gdzie losowanie postaci wykorzystuje dokładnie tę samą mechanikę „gacha”, która stworzyła miliony hazardzistów w Japonii. Etui Counter-Strike, skórki Fortnite, karnety bojowe Call of Duty – to wszystko hazard, tyle że opakowany w terminologię gier, aby ominąć przepisy. Aplikacje do zakładów sportowych zamieniają każdy mecz w potencjalną katastrofę finansową. DraftKings, FanDuel, BetMGM – oferują zakłady „bez ryzyka” (nie ma czegoś takiego), mikrozakłady na to, czy następna akcja będzie passem, czy runem, akumulowane zakłady obiecujące ogromne wygrane, ale matematycznie zaprojektowane tak, aby opróżnić konto. Nie da się oglądać meczu bez bombardowania kursami akcji, bonusami i promocjami „ograniczonymi czasowo”. Ludzie tracą pieniądze na czynsz, bo LeBron zdobył 38 punktów zamiast 40, bo w trzeciej kwarcie wynik wyniósł 57 zamiast 58. To już nawet nie nazywa się „zakładami”.
Polymarket nazywa to „rynkiem prognoz” – brzmi mniej odrażająco, prawda? To wciąż hazard online. A uzależnienie od hazardu online wśród osób w wieku 18–24 lat w USA wzrosło o 400% w ciągu ostatnich pięciu lat. Przeciętny hazardzista traci 55 000 dolarów, zanim zwróci się o pomoc. Ale do tego czasu zazwyczaj niszczy swoje związki, kredyt i zdrowie psychiczne tylko dlatego, że chciał obstawiać, czy Sydney Sweeney zacznie sprzedawać zdjęcia swoich stóp w 2025 roku, czy coś równie idiotycznego.
Jedzenie stało się kolejnym wyzwaniem. Wysoko przetworzona żywność jest projektowana w laboratoriach przez naukowców zajmujących się żywnością, którzy mówią o „punkcie błogości” – idealnym połączeniu cukru, soli i tłuszczu, które tłumi sygnały sytości i sprawia, że jesz. Doritosy zostały dosłownie zaprojektowane tak, aby topniały w idealnym tempie, dając mózgowi do zrozumienia, że nie zjadłeś niczego konkretnego, więc sięgasz po więcej. Aplikacje do dostawy jedzenia zgrywalizowały [? md] jedzenie.
Uber Eats, DoorDash, Grubhub – wszystkie oferują system punktowy, nagrody za serię i oferty ograniczone czasowo. Aplikacja McDonald’s wysyła powiadomienia push dokładnie w momentach, gdy poziom cukru we krwi jest najprawdopodobniej niski. Domino’s śledzi Twoją pizzę dokładniej niż NASA śledzi satelity. Ludzie mają status lojalnościowy w sieciach fast food, który dorównuje członkostwu w liniach lotniczych. Fenomen mukbangu na TikToku i YouTube – ludzie pochłaniający ponad 10 000 kalorii na raz, podczas gdy miliony to oglądają – sprawił, że objadanie się stało się normą i stało się rozrywką.
Twórcy tacy jak Nikocado Avocado udokumentowali swoją drogę od zdrowego weganizmu do chorobliwej otyłości, a wszystko to dla wyświetleń i przychodów z reklam. Oglądamy ludzi zajadających się na śmierć w czasie rzeczywistym i nazywamy to treścią. Napoje energetyczne zasługują na swój własny krąg piekła. Monster, Red Bull, Bang, Ghost, Prime – to nie są napoje, tylko płynne amfetaminy. Jedna puszka Bangu zawiera 300 mg kofeiny. FDA zaleca nie więcej niż 400 mg dziennie dla dorosłych, a nastolatki piją dwie lub trzy takie puszki plus suplementy przedtreningowe, które podnoszą ich dawkę do 600–700 mg dziennie.
Przypadek 21-letniej Sarah Katz powinien przerazić wszystkich. Zmarła na zawał serca po wypiciu napoju Panera Charged Lemonade, który zawierał 390 mg kofeiny – więcej niż cztery Red Bulle – ale był reklamowany jako zwykła lemoniada. Jej serce po prostu nie wytrzymało. Ale kofeina cię nie budzi; po prostu blokuje receptory adenozyny, które sygnalizują zmęczenie. Twoje ciało jest nadal wyczerpane; po prostu tego nie czujesz. To jak usunięcie kontrolki „check engine” zamiast naprawy silnika.
I zbudowaliśmy całą kulturę wokół tego chemicznego uzależnienia. Produkty typu „Ale najpierw kawa”. Typy osobowości typu „Nie odzywaj się do mnie, zanim nie wypiję kawy”. Starbucks przekształcił uzależnienie od narkotyków w markę lifestylową z 87 000 możliwych kombinacji napojów, z których każda to bomba cukru i kofeiny, kosztująca 8 dolarów i zawierająca 600 kalorii. Branża fitness, która powinna być antidotum, stała się kolejnym dilerem. Influencerzy fitness na Instagramie i TikToku – większość z nich na sterydach, twierdząc jednocześnie, że są naturalni – sprzedają nastolatkom nierealne marzenia. Debaty „naturalne czy nie” to kpina, gdy 16-latkowie zamawiają SARM-y (selektywne modulatory receptora androgenowego) z podejrzanych stron internetowych i wstrzykują je sobie, opierając się na samouczkach z YouTube. Wskaźniki dysmorfii ciała gwałtownie wzrosły. Nastolatkowie biorą trenbolon – weterynaryjny steryd przeznaczony dla bydła – ponieważ zobaczyli na TikToku kogoś, kto przybrał 13,5 kg masy mięśniowej w trzy miesiące. Dziewczęta stosują clenbuterol, lek na astmę u koni – który może powodować zawały serca – ponieważ influencerzy fitnessowi promowali go jako środek na utratę tkanki tłuszczowej. Zaburzenia odżywiania pod przykrywką „czystego jedzenia”, uzależnienie od ćwiczeń pod przykrywką „dyscypliny” i publikowanie zdjęć transformacji w celu uzyskania aprobaty od nieznajomych. Siłownia stała się studiem tworzenia treści. Ludzie spędzają więcej czasu na ustawianiu kamer niż na podnoszeniu ciężarów. Każdy trening trzeba sfilmować, zmontować i opublikować. Rzeczywiste korzyści zdrowotne są drugorzędne w stosunku do dopaminy płynącej z lajków i komentarzy. „Uwaga debil” w Planet Fitness wydaje się teraz dziwaczny, skoro każda siłownia jest pełna statywów i lamp pierścieniowych. Uzależnienie od pornografii z roku na rok się pogłębia, ale nikt nie chce o tym rozmawiać. Średni wiek pierwszego kontaktu z pornografią w USA to obecnie 11 lat. Jedenaście. Mózgi tych dzieci przechodzą transformację, zanim jeszcze osiągną wiek dojrzewania. Strony z pornografią generują większy ruch niż Netflix, Amazon i X razem wzięte. Sam PornHub odnotował w zeszłym roku 42 miliardy odwiedzin – to 5,8 odwiedzin na osobę na Ziemi. Termin „gooning” – spędzanie godzin na maratonach masturbacyjnych, często pod wpływem haju, w niekończącym się cyklu „edgeingu” i przeglądania internetu – stał się normą w społecznościach internetowych.
Ludzie żartują z tego, ale tak naprawdę opisuje on zaburzenie dysocjacyjne, w którym użytkownicy tracą godziny, a nawet całe dnie. Częstość występowania zaburzeń erekcji u mężczyzn poniżej 30. roku życia wzrosła o 500% w ciągu ostatniej dekady. Pornografia generowana przez sztuczną inteligencję i paraspołeczne relacje OnlyFans tworzą pokolenie mężczyzn, którzy wolą stymulację cyfrową (głównie z poniżającymi aspektami wobec kobiet) od rzeczywistych kontaktów międzyludzkich. Nie tylko konsumują treści; zastępują prawdziwe relacje algorytmicznymi fantazjami. Konsekwencje dla rzeczywistej intymności, wskaźników urodzeń, a nawet podstawowej zdolności do nawiązywania kontaktu z drugim człowiekiem są katastrofalne. Marihuana przeszła od kontrkultury do kapitału wysokiego ryzyka w rekordowym tempie. To już nie jest joint twojego hipisowskiego wujka; to wielomiliardowy przemysł sprzedający THC w każdej możliwej postaci. Żelki, waporyzatory, nalewki, napoje – wszystkie z zawartością THC, która byłaby uznawana za niemożliwą jeszcze jedno pokolenie temu. W latach 70. marihuana zawierała około 3% THC. Dzisiejsze produkty dostępne w aptekach regularnie osiągają 20–30%, a koncentraty sięgają 90%. „Elon Musk też pali trawkę. To nie może być złe”. No tak, ale Elon Musk buduje też cholerne rakiety, a twoim największym osiągnięciem dzisiaj było nie zasnąć pod prysznicem.
Ludzie mikrodawkują w ciągu dnia, jako poranną rutynę stosują „wake-and-bake”, przekonani, że to uczyni ich bardziej kreatywnymi i produktywnymi, podczas gdy ich pamięć krótkotrwała słabnie, a motywacja spada. Argument „to tylko roślina” rozpada się, gdy okazuje się, że roślina ta została genetycznie zmodyfikowana tak, aby była 10 razy silniejsza niż cokolwiek, co istniało naturalnie. Media społecznościowe sprawiły, że relacje międzyludzkie stały się wskaźnikiem efektywności. Nie mamy znajomych; mamy obserwujących. Nie prowadzimy rozmów; mamy wskaźniki zaangażowania. Życzenia urodzinowe stały się powiadomieniami na Facebooku. Współczucie stało się reakcjami emoji. Każde wydarzenie w życiu musi być udokumentowane, oznaczone hashtagiem i zoptymalizowane dla maksymalnego zasięgu. Pułapka porównywania jest nieunikniona. Nie tylko dotrzymujesz kroku sąsiadom; konkurujesz ze wszystkimi, wszędzie i przez cały czas. LinkedIn sprawia, że czujesz się jak zawodowy nieudacznik. Instagram sprawia, że czujesz się brzydki i biedny. TikTok sprawia, że czujesz się stary i nieistotny. Twitter sprawia, że złościsz się na nieznajomych, których nigdy nie poznasz, z powodu problemów, na które nie masz wpływu. YouTube Kids, rzekomo bezpieczna wersja, automatycznie odtwarza filmy zaprojektowane tak, aby były jak najbardziej uzależniające.
Skandale w Elsagate ujawniły niepokojące treści skierowane do dzieci. Roblox, reklamowany jako gra dla dzieci, zawiera mechanikę hazardu i drapieżników. Czas spędzany przed ekranem przez dzieci poniżej 5. roku życia potroił się w ciągu ostatniej dekady. Wychowujemy dzieci na iPadach i kiedy bateria się rozładuje, dostają napadów złości, ponieważ nigdy nie nauczyły się żyć bez ciągłej stymulacji. Aplikacje edukacyjne obiecują uczyć, ale tak naprawdę jedynie uczą dzieci potrzeby ciągłej informacji zwrotnej i nagród. Zamiast uczyć cierpliwości i głębokiego myślenia, uczą oczekiwać natychmiastowej gratyfikacji za każdy, nawet najmniejszy gest. Złote gwiazdki, systemy punktowe, odblokowywanie osiągnięć – gamifikujemy dzieciństwo i zastanawiamy się, dlaczego dzieci nie potrafią się skupić bez ciągłej zewnętrznej akceptacji. Ekonomia subskrypcyjna zapewnia, że niczego nie posiadasz i płacisz wiecznie. Netflix, Spotify, Adobe, Microsoft – wszystko to miesięczna opłata, która nigdy się nie kończy. Za dwa lata zapłacisz więcej za Photoshopa niż kosztował by zakup na własność, ale nigdy go nie kupisz. Anuluj subskrypcję, a twoja praca zniknie. To cyfrowy feudalizm, a my wszyscy jesteśmy niewolnikami płacącymi czynsz za nasze własne życie. Aplikacje do medytacji – kolejne rozwiązanie oparte na subskrypcji – są częścią problemu. Headspace, Calm, Ten Percent Happier – wysyłają powiadomienia push, przypominając o uważności i słuchaniu medytacji z narracją AI. Ironia o potrzebie użycia jednej aplikacji, aby odłączyć się od innej aplikacji nikogo nie dziwi, ale i tak je pobieramy, bo desperacko szukamy jakiegokolwiek rozwiązania, nawet takiego, które utrwala problem. Sen, najbardziej podstawowa ludzka potrzeba, został skomercjalizowany i zgamifikowany. Aplikacje do śledzenia snu, inteligentne materace monitorujące fazę REM, suplementy, taśmy do ust, specjalistyczne poduszki – zamieniliśmy odpoczynek w kolejny projekt optymalizacyjny. Ludzie stresują się wynikami swojego snu, co nie pozwala im zasnąć, a to z kolei obniża ich wyniki. To szaleństwo. Aplikacje randkowe przekształciły miłość w rynek. Tinder, Bumble, Hinge – wykorzystują ten sam współczynnik wzmocnienia zmiennego, co automaty do gry. Przesuń, przesuń, przesuń, dopasuj! Albo, jeśli jesteś facetem: Przesuń, przesuń, przesuń, przesuń, przesuń… Rozumiesz, o co chodzi? Dopamina po dopasowaniu, niepokój związany z tworzeniem idealnej wiadomości, ghosting, breadcrumbing, niekończący się cykl nadziei i rozczarowań.
Sprowadziliśmy ludzkie więzi do gry „gorący albo nie”, w której wszyscy przegrywają. Paradoks wyboru nas paraliżuje.
Po co wiązać się z jedną osobą, skoro za jednym przesunięciem palca może być ktoś lepszy? Po co rozwiązywać problemy, skoro można po prostu stworzyć nowy związek? Przeciętny użytkownik spędza 90 minut dziennie na aplikacjach randkowych. To 10 godzin tygodniowo, kupując ludzi jak przedmioty na Amazonie.
Nawet śmierć nie jest już święta. Ludzie transmitują pogrzeby na żywo. Strony pamięci stają się przestrzenią do performatywnego aktu żałoby. Posty „RIP” od osób, które ledwo znały zmarłego, wszystko dla zaangażowania. Nie możemy nawet umrzeć, żeby nie stało się to satysfakcjonujące. Koszty środowiskowe są oszałamiające. Centra danych zużywają więcej energii elektrycznej niż całe kraje. Planowane postarzanie urządzeń sprawia, że co dwa lata trzeba kupować nowy telefon. Wydobycie litu do baterii niszczy środowisko. Społeczności zatruwające ziemię elektrośmieciami w krajach rozwijających się. Dosłownie niszczymy planetę, by uzyskać szybsze odświeżanie ekranu i nieco lepsze aparaty. Ale prawdziwy koszt nie mierzy się w dolarach ani emisjach dwutlenku węgla. Liczy się utracony potencjał. Każda godzina spędzona na przewijaniu to godzina niespędzona na tworzeniu. Każdy zastrzyk dopaminy z powiadomienia to poświęcona chwila obecności. Zamieniamy naszą skończoną egzystencję na nieskończone źródła informacji, a kurs wymiany nas miażdży. Rozwiązaniem jest uświadomienie sobie, że toczymy wojnę o naszą świadomość. Każda aplikacja to terytorium wroga. Każde powiadomienie to atak. Każdy algorytm jest zaprojektowany, by cię pokonać. I to mnie najbardziej wkurza: my to wszystko wiemy. Każdy, kto to czyta, rozpoznaje siebie w tych opisach. Wszyscy czujemy wyczerpanie, niepokój, poczucie, że życie ucieka nam z rąk, gdy oglądamy, jak obcy ludzie tańczą na pionowych filmikach. Wiemy, że ktoś nas oszukuje, i mimo to kontynuujemy to, ponieważ cały system został zaprojektowany tak, aby alternatywy wydawały się niemożliwe. Firmy doskonale wiedzą, co robią. Wewnętrzne dokumenty Facebooka pokazują, że wiedziały, że Instagram szkodzi zdrowiu psychicznemu nastolatek. Nic nie zrobiły. Google wie, że algorytm YouTube’a radykalizuje ludzi. I tak właśnie zoptymalizowali go pod kątem czasu oglądania. Branża hazardowa wie, że ich aplikacje niszczą życie. A i tak sponsorują drużyny sportowe i atakują wrażliwe grupy. Nasze cierpienie to ich marża zysku. Nasze uzależnienie to ich strategia wzrostu. Nasza zmarnowana koncentracja, zrujnowane relacje i pogarszające się zdrowie psychiczne to akceptowalne straty uboczne w ich kwartalnych raportach finansowych.
Skończyłam z tym. Skończyłam udawać, że to ewolucja, skoro to ewidentna degeneracja. Skończyłam udawać, że możemy znaleźć równowagę w systemie zaprojektowanym dla skrajności. Skończyłam akceptować, że ciągłe wyczerpanie, niepokój i pustka to po prostu cena współczesnego życia. Pytanie nie brzmi, czy jesteś uzależniony. Jesteś. Wszyscy jesteśmy. Pytanie brzmi: Ile jeszcze jesteś gotów stracić, zanim zaczniesz walczyć? Ile jeszcze lat poświęcisz algorytmowi? Ile jeszcze swojego życia pozwolisz mu ukraść? Bo zabiorą wszystko, jeśli im na to pozwolimy. Każda chwila, każda myśl, każde prawdziwe ludzkie doświadczenie zostanie skomercjalizowane, zgamifikowane i będzie nam wyświetlane na ekranie, aż zapomnimy, jak wyglądało prawdziwe życie. Wezmą nasze wspomnienia i zamienią je w relacje na Instagramie. Wezmą nasze przyjaźnie i zredukują je do reakcji emoji. Wezmą naszą miłość i skompresują ją do decyzji o przesunięciu palcem. Wezmą wyobraźnię naszych dzieci i zastąpią ją algorytmicznymi sugestiami. Zabiorą chwile spokoju, kiedy rośnie inteligencja i wypełnią je lękiem przed powiadomieniami. Wezmą wszystko, co święte, wszystko, co ludzkie, wszystko, co prawdziwe, i sprzedadzą nam to z powrotem jako subskrypcję premium, na którą nigdy nie będzie nas stać, ale bez której nie możemy żyć.
Zabawne, albo nigdy nie byłam uzależniona od większości tych rzeczy, o których tu wspomniałam, albo już je rygorystycznie kontrolowałam. Media społecznościowe, niekończące się filmy, nieustanne bombardowanie moich zmysłów. Większość z tego usunęłam lata temu. Odkładam telefon do innego pokoju, kiedy śpię. Czytam prawdziwe książki. Chodzę na spacery bez słuchawek. A mimo to jestem tym wyczerpana. Bo nie wystarczy uratować siebie, gdy wszyscy wokół toną. Jestem wyczerpana tym, że inni nie są tym wyczerpani. Pustymi spojrzeniami, gdy sugeruję, żebyśmy odłożyli telefony do kolacji. Paniką, gdy komuś rozładuje się bateria, jakby stracił ważny organ.
A tak przy okazji, rozmowy urywają się w pół zdania, by sprawdzić powiadomienia, i nikt już nawet nie przeprasza, bo tak właśnie teraz się komunikujemy – fragmentarycznie, między alertami, nigdy w pełni obecni. Mam dość płytkich rozmów. Mam dość rozmów, które nigdy nie sięgają głębiej niż to, co wszyscy widzieli rano na swoich tabletach. Mam dość ludzi, którzy potrafią zacytować TikToka bez ogródek, ale nie pamiętają, o czym rozmawialiśmy w zeszłym tygodniu. Mam dość nerwowego śmiechu, który wypełnia ciszę, gdy nikt nie wie, jak po prostu istnieć razem bez towarzyszącego mu ekranu. Zapomnieliśmy, jak się razem nudzić, jak razem milczeć, jak razem być ludźmi. Mam dość ludzi o tak długim czasie skupienia uwagi jak złote rybki – właściwie, to obraźliwe dla złotych rybek. Przynajmniej mają wymówkę, że są rybami. Niby jesteśmy gatunkiem, który pisał symfonie, rozwiązywał twierdzenia matematyczne i malował Kaplicę Sykstyńską. Teraz nie możemy nawet obejrzeć dwuminutowego filmu bez jednoczesnego sprawdzenia komentarzy. Ludzie oglądają seriale z 1,5-krotnie większą prędkością, przewijając jednocześnie ekran telefonu, konsumując treści jak w konkursie kulinarnym, gdzie nagrodą jest… co? Do czego tak pędzimy? Mam dość rozmów z ludźmi tak mało inspirującymi, nudnymi i nijakimi, że nawet nie wiem, co im odpowiedzieć. Nie dlatego, że są z natury nudni – nikt nie rodzi się nudny. Ale dlatego, że powierzyli swoją osobowość algorytmom. Ich opinie to trendy. Ich zainteresowania to to, co algorytm im podsunął w tym tygodniu. Ich myśli to tweety innych ludzi. Nie czytają, nie zastanawiają się, nie kwestionują – po prostu konsumują i powtarzają, konsumują i powtarzają, jak ludzkie farmy treści zoptymalizowane pod kątem pogawędek. Jestem wyczerpana zanikiem ciekawości. Przez ludzi, którzy mają całą ludzką wiedzę w kieszeni, ale używają jej tylko do oglądania tańczących nastolatków i kłócących się z nieznajomymi. Przez zastąpienie prawdziwych zainteresowań tym, co akurat jest viralem w tym tygodniu.
A tak przy okazji, nikt już nie rozwija prawdziwej wiedzy, bo po co uczyć się dogłębnie, skoro można po prostu zapytać ChatGPT? Mam dość bycia jedyną osobą, która zdaje się pamiętać, jak wyglądało życie przed tym wszystkim. Kto pamięta, kiedy nuda prowadziła do kreatywności zamiast przewijania stron. Kiedy czekanie w kolejce oznaczało obserwowanie świata, a nie ucieczkę od niego. Kiedy rozmowa była rozmową, a nie okazją do podcastu. Kiedy przyjaciele spotykali się, żeby być razem, a nie po to, żeby tworzyć treści o byciu razem. Ale najbardziej wyczerpuje mnie samotność jasności. Widzenie matrixa nie uwalnia, gdy wszyscy inni są nadal podłączeni. Stajesz się szaleńcem, trudnym człowiekiem, tym, który „tego nie rozumie”.
Patrzysz, jak ukochani znikają w swoich urządzeniach, jedno powiadomienie na raz, i nie możesz nic zrobić, tylko być świadkiem tego rozpadu. Próbowałam wszystkiego. Dawanie przykładu – bezużyteczne, gdy nikt nie patrzy. Delikatne sugestie – spotykały się z obronną złością, jakbym atakował ich tożsamość. Bezpośrednia konfrontacja – całkowicie się zgadzają, a potem natychmiast sprawdzają telefon. Uzależnienie jest silniejsze niż logika, silniejsze niż miłość, silniejsze niż widoczne dowody jego zniszczenia. Więc egzystuję w tym dziwnym czyśćcu. Jasny umysł w świecie mgły. Obecna w świecie nieobecności. Próbuję prowadzić prawdziwe rozmowy z ludźmi, których myśli są gdzie indziej, zawsze gdzie indziej, wiecznie gdzie indziej. To jak być trzeźwym na imprezie, gdzie wszyscy są pijani, z tą różnicą, że impreza nigdy się nie kończy, a kac niczego nie uczy. Czasami zastanawiam się, czy mam rację. Może to jest ewolucja, a ja jestem po prostu dinozaurem, który nie chce się przystosować. Może przyszłość nie wymaga głębokiego myślenia, ciągłej uwagi ani autentycznego kontaktu. Może zmierzamy w kierunku umysłu zbiorowego, w którym indywidualna świadomość jest przestarzała, w którym wszyscy myślimy tweetami, czujemy emotikonami i istniejemy głównie jako węzły w sieci, nad którą nie mamy kontroli. Ale potem widzę załamane dziecko, bo skończył się czas na iPadzie, albo parę na randce wpatrującą się w ekrany, albo przyjaciółkę, która nie może zasnąć bez zerknięcia co kilka minut na telefon – i wiem, że to nie ewolucja.
To dewolucja. Nie stajemy się bardziej połączeni; stajemy się bardziej odizolowani. Nie stajemy się mądrzejsi; stajemy się bardziej zależni. Nie stajemy się szczęśliwsi; stajemy się bardziej niespokojni, bardziej przygnębieni, bardziej puści. A najgorsza część? Absolutnie najgorsza część? Nawet ludzie, którzy to widzą, czują się bezsilni, by to powstrzymać. Wszyscy wiemy, że coś jest nie tak. Narastający niepokój nie jest urojony. Epidemia depresji nie jest przypadkowa. Samotność pomimo ciągłego kontaktu nie jest paradoksalna – jest przewidywalna. Wiemy, że jesteśmy chorzy. Wiemy dlaczego chorujemy. Ale wciąż łykamy truciznę, bo odstawienie wydaje się gorsze niż powolna śmierć. Spójrz na stronę Apple. Reklamują każdego nowego iPhone’a z „całodniową żywotnością baterii”, a wszyscy od razu krzyczą, że to kłamstwo. „Mój telefon rozładowuje się o 14:00!” – wściekają się, wylewają się jednogwiazdkowe recenzje, a na Reddicie piętrzą się wątki o pozwach zbiorowych. Ale Apple nie kłamie. Technicznie rzecz biorąc – nie. Ta bateria naprawdę wytrzymałaby cały dzień – gdyby używać iPhona jak prawdziwego telefonu. Kilka połączeń. Kilka SMS-ów. Sprawdzić pogodę. Może zrobić jedno lub dwa zdjęcia. Ale my go tak nie używamy, prawda? Działamy na pełną skalę, od 6 rano do północy.
Streamujemy, przewijamy, odświeżamy, gramy, śledzimy, nagrywamy – każda aplikacja działa na pełnych obrotach, jasność ekranu jest ustawiona na maksimum, a 5G pożera energię, jakbyśmy próbowali skontaktować się z Marsem. Zużywamy więcej mocy obliczeniowej na przewijanie w czasie porannej toalety niż NASA do lądowania na Księżycu, a potem jesteśmy w szoku – SZOKU – gdy bateria się wyczerpuje. Spróbuj używać go tak, jak testowali go producenci. Tak jak narzędzie, a nie jak kroplówkę z cyfrową dopaminą. Bateria wytrzyma dwa dni. Może trzy. Ale tak nie możemy, prawda? Bo problem nie tkwi w tym, że telefon działa cały dzień. Problem polega na tym, że nie możemy przestać go używać dosłownie dłużej niż pięć minut, bez poczucia, że czegoś nam brakuje, że jesteśmy odłączeni od matrixa, że umieramy. Bateria nie zawodzi. My wariujemy. I producenci o tym wiedzą. Mogliby zrobić grubszy telefon, ale po co się tym przejmować? Kupisz powerbank. Kupisz etui ładujące. I tak kupisz go w przyszłym roku, goniąc za kolejną godziną pracy na baterii, żeby móc cieszyć się kolejną godziną uzależnienia.

Telefon nie jest zepsuty. My tak. Proszę, obudźcie się. Zanim nie będzie już czego ratować. Zanim zapomnimy, jak to jest samodzielnie myśleć, zamiast korzystać z algorytmicznych sugestii. Zanim stracimy umiejętność siedzenia w dyskomforcie, zamiast natychmiastowego sięgania po cyfrowe znieczulenie. Zanim nasze dzieci dorosną, myśląc, że to jest normalne, myśląc, że tak wygląda życie.
Obudź się. Nie jutro. Nie po kolejnym przewijaniu. Nie po sprawdzeniu trendów. Teraz. W tej chwili. Wybierz obecność zamiast wydajności. Wybierz głębię zamiast dopaminy. Wybierz trudną, piękną, nudną, cudowną rzeczywistość realnego życia zamiast sztucznej satysfakcji cyfrowej egzystencji.
Bo gdy raz zapomnimy o tym, co straciliśmy, nie będziemy nawet wiedzieć, jak to opłakiwać. I ta cisza – ta ostateczna, straszna cisza, kiedy nikt nie pamięta, jak wyglądało życie przed ekranami – wtedy naprawdę wygrają. Ale nie jest za późno.
Jeszcze nie. Dopóki ktoś, ktokolwiek pamięta i nie chce zapomnieć, nie chce się poddać, nie chce udawać, że to akceptowalne – jest nadzieja. Proszę, obudź się. Jestem już zmęczona samotnym czuwaniem. A Lily Bit (Od lat jestem częścią tego, co ludzie nazywają “głębokim państwem” (Deep State). Teraz ujawniam je i ludzi, którzy je stworzyli i nim zarządzają. Krok po kroku.

Kliknij, aby przeczytać
„A Lily Bit” https://www.alilybit.com

Czy wciąż grzeszymy tak samo? Ksiądz Skarga wzywa Polaków do pokuty

Czy wciąż grzeszymy tak samo? Ksiądz Skarga wzywa Polaków do pokuty

pch24.pl/czy-wciaz-grzeszymy-tak-samo-ksiadz-skarga-wzywa-polakow-do-pokuty


Ksiądz Piotr Skarga piętnował grzechy Polaków żyjących na przełomie XVI i XVII wieku. Nie dbał o poprawność polityczną i nie hołdował przywarze, o której późniejsze przysłowie głosi: Największy polski święty? Święty Spokój! Dla jednych płomienny prorok, dla drugich przenikliwy realista.

Jaką duchową spuściznę pozostawił nam Kaznodzieja Narodu i czy w jego kazaniach odnajdziemy obraz naszych współczesnych grzechów, przez które tracimy błogosławieństwo Boże? A może do miary tych grzechów przydajemy nowe, o których nie śniło się naszym przodkom? Na te pytania odpowiada Sławomir Skiba, wiceprezes Stowarzyszenia im. Księdza Piotra Skargi.

Rozmowa ukazała się w trzecim numerze Kwartalnika PCh24.pl – kliknij TUTAJ i pobierz PDF

Ksiądz Piotr Skarga w trzecim kazaniu sejmowym zawarł słynny opis tego, jakie będą skutki grzechów Rzeczypospolitej. Obrazowi upadku politycznego i wizji utraty państwowości towarzyszą słowa odnoszące się do samej istoty tożsamości narodowej. Kaznodzieja kieruje do rządzących wówczas elit jakże aktualne słowa, zapowiadając iż „w obcy się naród, który Was nienawidzi, obrócicie”. Czy nie ma Pan wrażenia, że żyjemy dziś w czasach spełnionego proroctwa?

Z pewnością tak, ale zwróćmy najpierw uwagę, czym właściwie były te „proroctwa” księdza Skargi. Sam Skarga mówi we Wzywaniu do pokuty[1]: „Chociem nie Izajasz, ale cień jego i najpodlejszy posłaniec Boży z porządku kapłańskiego, jednak z Izajaszem wołam…”, i nie miał ku temu żadnych szczególnych objawień czy widzeń. My, za sprawą naszych romantyków, mamy przed oczyma Skargę, który ma wizję, jest przez tę wizję porwany i opowiada o tym, co widzi. Ale tak naprawdę Skarga mówi o tym, że opiera się na zdrowym rozsądku i przewiduje konsekwencje popełnianych grzechów, które mają nastąpić i z pewnością nastąpią, jeżeli kierujemy się logiką tych wydarzeń i tych grzechów.

Czy jesteśmy dzisiaj w momencie, w którym możemy powiedzieć, że obróciliśmy się w obcy naród? Myślę, że ksiądz Skarga, mówiąc do sobie współczesnych, ma na myśli również tych wszystkich, których udziałem będzie podobne odstępstwo i przewiduje, że w każdym czasie musi ono doprowadzić do upadku Rzeczypospolitej. Skarga zwracał się do Polaków w konkretnym kontekście historycznym, w którym Polska obrastała w dobrobyt i sławę. Mówił do sytego społeczeństwa polskiego, żyjącego w olbrzymim kraju, niemal największym w Europie, o prawie milionie kilometrów kwadratowych powierzchni, bardzo bogatym, jednym z najbardziej wpływowych w Europie; zwracał się do wolnych obywateli mocarstwa i właśnie do nich mówił, że ich kraj obróci się w perzynę, a oni sami w obcy naród, że kto inny przejmie ich spuściznę, a wszystko wokół zostanie spustoszone. Skarga jest w tym podobny do Noego, który budował arkę i groził wszystkim karą za grzechy, podczas gdy ludzie oddawali się zabawom i beztrosko pławili się w rozkoszach.

W naszych czasach to obracanie się w obcy naród nabiera szczególnego znaczenia. Po okresach upadków i wzlotów nasza substancja narodowa jest w stanie ostatecznego rozkładu i przy takiej demografii i kryzysie tożsamości – jeżeli nic się nie zmieni – to pozostanie nam chyba tylko czekać aż obcy, to jest imigranci przejmą pałeczkę w naszym kraju.

Ksiądz Piotr Skarga w swojej wizji upadku Rzeczypospolitej mówi między innymi o tym, że zaginie język słowiański, a przecież dzisiaj wciąż mówimy po polsku, pochodzimy z etnosu polskiego, chociaż spora część naszego narodu, łącznie z politykami, zdaje się nie utożsamiać z tymi tradycjami, cnotami, zasadami, które budowały Polskę. Nie ma Pan wrażenia, że mamy do czynienia z pewnym paradoksem?

Niewątpliwie. Weźmy sam język, który Pan przywołał. Gdybyśmy spojrzeli na tę degradację mowy polskiej, jaka nastąpiła po okresie jego rozwoju od staropolszczyzny do XIX-wieku, to – pomimo kodyfikowania zasad gramatyki, ortografii i tak dalej – nie unikniemy wrażenia, że nasz język stale ubożeje, staje się coraz bardziej prymitywny. Jest to oczywiście odzwierciedleniem pewnej pustki, jaką zioną umysły i serca Polaków, bo przecież język jest niczym innym jak nośnikiem treści, które z siebie wydobywamy. On wyraża to, kim jesteśmy i co gra w naszej duszy. Powstaje pytanie, na ile ten język jest też językiem cywilizowanym i kulturalnym? Na ile okazujemy w nim miłość bliźniego? Jeżeli zaczyna brakować tych znanych przecież ze staropolszczyzny zwrotów grzecznościowych czy formuł wyrażających szacunek do drugiego człowieka, to widzimy, jak nisko stoi nasza kultura.

Kiedy rozmawiamy o kondycji Polski, chciałbym zaprosić Pana do swoistej wycieczki śladami myśli księdza Piotra Skargi, a konkretnie tych grzechów, które zarzucał Rzeczypospolitej ówczesnym Polakom. Proponuję, byśmy omówili po kolei grzechy, które piętnuje Skarga w Kazaniach sejmowych i proszę Pana refleksję, czy te grzechy są wciąż aktualne, czy znajdują swoje odzwierciedlenie w dzisiejszym kontekście. Pierwszym zaś z nich jest nieżyczliwość ku Ojczyźnie, o której Kaznodzieja mówi w kazaniu drugim. Gdy o tym czytam, to mam przed oczyma tych wszystkich polityków, którzy mówią o Polsce, być może nawet prawdziwie nazywając pewne problemy, ale do ich rozwiązania podchodząc w sposób całkowicie pozbawiony tej synowskiej miłości, która z taką siłą przebija z żywota i dzieła Piotra Skargi.

Ach, oni nie tylko nie podchodzą z miłością do Ojczyzny, ale słyszymy w ich wypowiedziach wręcz pogardę dla Ojczyzny, pogardę dla swoich współobywateli, dla narodu. Jak daleko jest ich język od tego skargowskiego języka – że Polska to nasza matka – do którego nota bene nawiązuje Ojciec Święty Jan Paweł II, kiedy mówi w uniesieniu: „To jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw…”. Dzisiaj widzimy, że ci politycy, o których Pan powiedział, nie wymieniając ich z imienia i nazwiska (kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha), to są ludzie, którzy nawet jeśli wypowiadają się o Polsce, to w ich słowach słyszymy fałsz, jakby sami nie wierzyli, że ta Ojczyzna, Polska, ma jakąś dla nich wartość inną niż wartość słupków wyborczych i władzy, jaką chcą utrzymać. I nie chodzi tylko o polityków lewicy. Często nawet u polityków prawicy brakuje autentycznego zachwytu nad Polską, docenienia tego, że mamy swój kraj, że mamy jakieś pozostałości niepodległości i suwerenności, których powinniśmy strzec jak źrenicy oka. A tak wielu chętnie oddaje Rzeczpospolitą nawet nie za judaszowe srebrniki, lecz za jakieś ulotne pochwały, za pogłaskanie po głowie za to, że jest się akuratnym i poprawnym.

Przejdźmy zatem do drugiego wymienionego przez Skargę grzechu, czyli do niezgody domowej. Rzecz wydaje się stara jak świat, a jednak pojawia się na liście tych specyficznych przewin, które doprowadziły do upadku Rzeczypospolitej. Czy uważa Pan, że to coś, w czym my, Polacy szczególnie celujemy wśród narodów?

Tak, jest w nas coś takiego, czego doświadczają nawet Polacy na obczyźnie. Kiedy się rozmawia z przedstawicielami Polonii, to można wyczuć tkwiącą gdzieś w nas zakorzenioną zazdrość, spowodowaną tym, że mój sąsiad ma trochę lepiej ode mnie, a do tego nieprzychylność względem bliźnich, sąsiadów, pobratymców, brak miłości bliźniego, która pozwalałaby cieszyć się szczęściem innych. Wyolbrzymiając, moglibyśmy powiedzieć, że brzmi to w naszej duszy narodowej niemalże jak fałszywa modlitwa: Panie Boże skoro ja nie mam, to on też niech nie ma, niech ma tak samo trudno, niech cierpi tak jak ja…

Tę modlitwę znamy przecież z Dnia Świra

Otóż to. Znamy to nawet z popkultury. A wracając do przykładu Polonii, moja ciotka, która mieszka w Stanach Zjednoczonych, mówi, że czasami nawet nie chce się spotykać z innymi Polakami, bo jak się spotyka, to ma wrażenie, że wszyscy pytają „co u ciebie?” nie żeby się z tego powodu cieszyć, tylko właśnie, żeby pozazdrościć. To jest paskudna cecha, z której się nie wyleczyliśmy, zaś Skarga z pewnością też tę nieżyczliwość ku sobie nawzajem dostrzegł. Widział niezgody domowe i potrzebę umniejszania nie siebie, lecz innych, także to niebycie dla drugich sługą w sensie ewangelicznym, lecz przeciwnie, żądanie, by inni się przed nami ukorzyli; niech oni najpierw przeproszą, niech pierwsi wyciągną rękę, niech pierwsi okażą nam szacunek.

Nie odniósł się Pan do polityki. Ale myślę, że to dobrze. W ten sposób przypomniał Pan, że to, z czym mamy do czynienia w życiu publicznym, zaczyna się w naszym sercu.

Zgadza się. Nienawiść zaczyna się w naszym sercu. Powiedziałbym, że wszystkie szumowiny z tego kotła, w którym diabli mieszają[2], wybijają na powierzchnię, a najbardziej wyraźnie w polityce. Mamy tam wykwit najróżniejszych grzechów. Nienawiść i zazdrość posunięte aż do granic jakiejś niemalże pseudo-cnoty, tak że mamy wrażenie bezinteresownej wręcz nienawiści, kiedy widzimy te współczesne komisje sejmowe, tę chęć dopadnięcia przeciwnika politycznego, jakby to był najgorszy wróg na polu bitwy. Nieważne, czy pretekstem będzie tu stan choroby tego drugiego czy inne dolegliwości; nie tu ma żadnych ludzkich względów. Dla wroga nie ma współczucia. To jest tak głęboko antychrześcijańskie, że może równać się tylko z barbarzyństwem Wschodu. Z tymi hordami ze Wschodu, które były gotowe pastwić się i męczyć drugiego człowieka tylko po to, by przyglądać się jak cierpi. To jest barbarzyńska, wroga cywilizacji cecha, stojąca na antypodach ewangelicznego wezwania do miłości bliźniego.

To, co Pan mówi, jest w pewnym sensie prowokacyjne. Wciąż przecież słyszymy, że Polacy są jednym z najbardziej katolickich narodów na świecie. Czy w takim razie cierpimy na jakiś fundamentalny brak? A może nie zostaliśmy do końca zewangelizowani?

Myślę, że to drugie. Proces cywilizowania, chrystianizowania narodów jest długofalowy i wymaga wzoru, z którego możemy czerpać. Ten wzór niosą elity i sądzę, że problem braków w chrystianizacji był mniej widoczny, dopóki te elity mieliśmy – te prawdziwe elity intelektualne, elity krwi, ale i elity ducha – tych, którzy nadawali ton. Dzisiaj tym lepiej widać nasze wady narodowe, że brakuje tych elit, które zostały wymordowane. Naród został spauperyzowany przez komunizm. Oczywiście najpierw zaborcy dokonali pewnego spustoszenia, a później pierwsza i druga wojna światowa, ale najgorszą rzeczą był barbarzyński komunizm, który wszystkich zglajszachtował i wybił te resztki elit, które posiadaliśmy jeszcze w międzywojniu.

Dlatego dzisiaj widzimy wychodzące na jaw najniższe instynkty, które nie zostały dotąd schrystianizowane. Bo, jak powiedział św. Pius X, cywilizacja par excellence to cywilizacja chrześcijańska. Schrystianizowanie równa się ucywilizowaniu. Jeżeli mamy w sobie barbarzyństwo, to znaczy, że nie zostaliśmy do końca schrystianizowani w swojej masie. Ktoś powie, że to, co właśnie mówię, jest mało patriotyczne i że oglądam się na obce wzorce. Lecz gdy przyjrzymy się kulturze dnia codziennego, w tym sposobowi zwracania się do siebie w innych narodach, tych na zachód od nas, to zauważymy, że spadają oni z wyższej góry. Mają zatem więcej do stracenia. Upadek moralny, czy też problemy związane z imigracją, posunęły się tam znacznie dalej, choć degradacja kulturowa w krajach, które nie zostały unicestwione przez komunistyczny walec, postępuje z dużo mniejszą prędkością. Kto nie wierzy, niech spojrzy, jak zachowują się tam dzieci, jak odnoszą się do obcych, do dorosłych. Mówię o takich krajach, jak Francja czy Niemcy, gdzie nawet na ulicy można spotkać dzieci, które mówią „dzień dobry panu”, „dzień dobry pani”. Osobiście tego doświadczyłem. Tymczasem w naszym otoczeniu dzieci często nawet nie pozdrawiają starszych. Aspekty wychowania, które były oczywiste, gdy byli wśród nas bliscy, którzy pamiętali kulturę choćby II Rzeczpospolitej, stają się całkowicie nieobecne, a to musi się przekładać na wszystkie inne dziedziny życia, na brutalizację obyczajów.

W tym momencie przychodzą mi do głowy piękne słowa z Pana Tadeusza o tym, że „Sędzia w domu dawne obyczaje chował, i nigdy nie dozwalał, by chybiano względu dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu”…

Tak, jako naród o tym wszystkim zapominamy; o tym, że takie względy się po prostu należą. Mało kto zwraca uwagę nawet na ustępowanie miejsca czy inne tego typu gesty, które budują kulturę codzienności.

A propos kulturowej pauperyzacji, o której Pan już wspomniał: byłem bardzo miło zaskoczony, gdy kolega Włoch powiedział, że pomimo ich upadku moralnego, w każdym włoskim liceum, w klasach o profilu humanistycznym, standardem jest nauczanie łaciny i greki. W klasach o profilu ścisłym uczy się tylko łaciny.

To oczywiście element klasycznego wykształcenia, które dzisiaj jest u nas z takim zapałem niszczone. Obecna deforma Ministerstwa Edukacji Narodowej zrzuca nas do jeszcze niższych kręgów.

Kolejny grzech Rzeczypospolitej został opisany w kazaniach czwartym i piątym. Ksiądz Skarga mówi w nich o naruszeniu religii katolickiej przez zarazę heretycką i o tym jako katolicka wiara, policyj[3] i królestw szczęśliwie dochowywa, a heretyctwo je obala. Czy dziś, gdy państwo szanujące prawo i panowanie Boże nie jest już nawet dalekim wspomnieniem, słowa te nie wydają się abstrakcyjne?

Nasze dzisiejsze położenie jest dalekim odpryskiem skutków rewolucji protestanckiej. Dla księdza Skargi i ojców jezuitów było jasne, że innowiercy są rewolucjonistami, ponieważ niszczyli same podstawy ładu społecznego. To nie tylko poglądy religijne. Niosły one za sobą również konsekwencje polityczne. Skarga w innym miejscu powie, że katolik i heretyk nie mogą mieć tego samego rozumienia sprawiedliwości. Jakim sposobem bluźnierca może być sprawiedliwy, skoro w pierwszej kolejności obraża samego Boga?

A jak ma się rzecz dzisiaj, kiedy religia katolicka jest w zupełnej defensywie? Gdy tylko ktoś wspomni o potrzebie poszanowania chrześcijańskiej antropologii czy zachowania cywilizacji i spuścizny chrześcijańskiej, to jest oskarżany o postulowanie państwa wyznaniowego i naruszenie neutralności czy też rozdziału Kościoła od państwa i inne bzdury, które pokazują porażającą ignorancję w zakresie tego, co stoi u podstaw Rzeczpospolitej. Religia katolicka ufundowała nasze państwo i dopóki będzie ono wierne swemu dziedzictwu, dopóty będzie zachowywało odniesienia do prawdziwej religii. Wiara katolicka jest wciąż obecna w pewnych symbolach, przy okazji uroczystości państwowych, ale to forma szczątkowa i zanikanie katolickich zasad w codziennych relacjach spycha nas w kierunku barbarzyństwa. Z drugiej strony wracają te same problemy, z którymi zderzało się duchowieństwo w dobie tzw. reformacji – nie tylko bluźnierstwa, ale i otwarte ataki na Najświętszy Sakrament i na osoby duchowne. Dlaczego ksiądz Skarga założył Arcybractwo Najświętszego Sakramentu? To nie była tylko kwestia pobożności. W tamtych czasach, kiedy szerzyły się prądy protestanckie, nierzadkie były ataki na księdza idącego z Najświętszym Sakramentem do chorych i podstawową funkcją Arcybractwa była fizyczna ochrona kapłana przed atakami heretyków. Dzisiaj pod tym względem chyba pobiliśmy już wszelkie rekordy, na co Skarga z pewnością reagowałby ze świętym gniewem i wielkim oburzeniem. Także jesteśmy w sytuacji, kiedy Pan Bóg zwleka z opłatą za te wszystkie bluźnierstwa.

W sukurs przychodzi nam sakrament pokuty, o którym Skarga mówi w kazaniu piątym, wskazując na znaczenie spowiedzi dla jakości moralnej życia publicznego.

Tak, bo żeby była spowiedź, potrzebny jest też rachunek sumienia. Potrzebne jest spojrzenie na siebie w prawdzie, czyli w pokorze i w odniesieniu do Pana Boga, do Jego Miłości. Polityk, który poważnie traktuje spowiedź, ma też obowiązek zadośćuczynienia, gdyby uczynił coś publicznie przeciwko wierze i moralności. Jeżeli któreś z wyznań chrześcijańskich może upatrywać obiektywnej pewności odpuszczenia grzechów, to jedynie katolicyzm. Pozostaje on bowiem wierny Bożemu objawieniu, sakramentom i całej tej strukturze Kościoła, która nie pochodzi przecież od człowieka, lecz płynie z Boskiego ustanowienia. Odróżnia nas to od protestantów. Zresztą, można to zaobserwować na dużo bardziej przyziemnym przykładzie. Spójrzmy, które tradycje kulinarne są najbardziej bogate i wykwintne? No właśnie kuchnie katolickie. Jest nawet taka anegdota, że gdy katolik pójdzie do spowiedzi i otrzyma rozgrzeszenie, to poczuje w sobie wielką duchową radość, którą chciałby jakoś zamanifestować na zewnątrz. Wróci do domu i w naturalny sposób znajdzie ujście dla tej duchowej radości w zwyczajach czysto materialnych, w dobrej kuchni czy sięgnięciu po dobry trunek. W sumieniu protestantów, którzy ciągle żyją w niepewności i nie wiedzą, czy Pan Bóg im przebaczył i czy żyją w łasce Bożej, może rodzić się – oczywiście bardzo upraszając – pewna frustracja. Myślę, że po trosze mogą – w dobrym tego słowa znaczeniu – zazdrościć katolikom możliwości wyspowiadania się i uzyskania poczucia, że jest się oczyszczonym z grzechów. Ale możliwe to jest tylko w konfesjonale.

Jeżeli jesteśmy zobowiązani do wycofania się z grzechu i do naprawienia go, to jak możemy mówić o politykach w Polsce, którzy nazywają się katolikami, chodzą do kościoła, a potem głosują jakby nigdy nic za liberalizacją dostępu do aborcji albo podpisują ustawę o in vitro?

To są grzechy publiczne, o których wielu z tych polityków nie chce słyszeć – i jest to być może ignorancja zawiniona. Gdy popełniają oni grzechy publiczne, sprzeciwiające się doktrynie Kościoła, to w wielu przypadkach mogą podlegać ekskomunice na mocy samego tego faktu. Za aborcją głosują całkiem jawnie. Podobnie podpisują też ustawę o in vitro, w oczywisty sposób sprzeciwiając się nauce wiary i moralności. W takim przypadku nie wystarczy sama spowiedź. Grzechy publiczne domagają się wszakże publicznego zadośćuczynienia, jest w tym olbrzymia odpowiedzialność. Wielu nie chce się nawet nad tym zastanowić. Sądzą, że nawet jeśli zagłosowali za aborcją, to wciąż mogą, ze spokojnym sumieniem, przystępować do Komunii Świętej. Ale tak nie jest. Jeśli sądzą, że mogą praktykować podwójną moralność i że wolno im przystępować do sakramentów, mimo iż publicznie się sprzeciwiają się nauczaniu Kościoła poprzez konkretny akt, jakim jest choćby oddanie głosu na prawa godzące w prawo do życia – to są w wielkim błędzie.

Grzech, który wymienia ksiądz Skarga w kazaniu szóstym, to osłabienie królewskiej dostojności i władzy. Dziś wiadomo, że królestwo polskie jest już wspomnieniem, niestety, dość abstrakcyjnym. Pokazały to na przykład tegoroczne obchody tysiąclecia Korony Polskiej. Ale czy żyjemy w państwie, które moglibyśmy traktować poważnie? I czy mamy władzę, która z odpowiednią siłą i sprawiedliwością zadbałaby o dobro wspólne i która potrafiłaby godnie reprezentować ponadczasowy majestat Rzeczypospolitej?

Nie bez powodu straciliśmy szacunek dla władzy. Dziś padają kolejne bastiony, gdy patrzymy, co dzieje się z władzą sądowniczą. Z kolei dowodem upadku władzy wykonawczej był w ostatnim czasie spektakularny najazd na Pałac Prezydencki. To bardzo symboliczne. Nic wielkiego się z tego powodu nie stało, nie było żadnej reakcji. Przy forsowaniu domu Głowy Państwa (tej pozostałości po monarchicznym ustroju) nie padł ani jeden strzał. Do domu prezydenta i naczelnego zwierzchnika Sił Zbrojnych wpadły służby, aby pod jego nieobecność dokonać przeszukania pomieszczeń. Służby mające bronić prezydenta nie zareagowały i pozwoliły innym służbom uderzać w głowę państwa. To rzecz bezprecedensowa. Za mniejsze przewiny przed II wojną światową ludzie dostawali srogie kary. Tymczasem za brak szacunku dla munduru polskiego, a do tego za zniewagę majestatu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, którą przecież reprezentuje Głowa Państwa, nikomu włos z głowy nie spadł.

Dość wspomnieć o nagminnym łamaniu prawa przez rząd oraz uchwalaniu ustaw sprzecznych z ustawą zasadniczą — zjawisku, które nasila się od kilku lat. Co powiedzieć o uznaniowym kwestionowaniu ważności sędziów? Jaki sygnał otrzymują w ten sposób obywatele? Jest to oczywiście sygnał, że w tym państwie nic nie jest stabilne i że żadna władza nie gwarantuje im bezpieczeństwa. Zazwyczaj jest to moment poprzedzający upadek i anarchię.

Tym samym wskazał Pan na kolejny punkt naszej rozmowy, a zarazem jeszcze jeden grzech Rzeczypospolitej wymieniony przez Skargę. Jest nim stanowienie praw niesprawiedliwych. Z jednej strony istnieją prawa ludzkie, a z drugiej — Kaznodzieja wspomina o prawie przyrodzonym, które my nazywamy prawem naturalnym. Pomstuje przy tym na krzywdy wyrządzane na niższych klasach; choćby na fakt, że pan staje przed chłopem jako samozwańczy sędzia, który może nawet zabić, nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności. Mamy więc do czynienia z podeptaniem praw Boskich, a zarazem z pewną uznaniowością tego ludzkiego prawa. Brzmi to znajomo?

Jak najbardziej, z tym że dziś możemy do tego dodać także dyktat zewnętrzny w postaci Unii Europejskiej. Czy to z własnej inicjatywy, czy pod presją Brukseli, prawodawcy występują przeciwko prawu naturalnemu oraz prawom z niego wynikającym. Gwałcone są prawo do życia i prawo własności. Ochrona wolności w jej najbardziej podstawowych i oczywistych wymiarach nie znajduje dziś miejsca w prawodawstwie. Pod pewnymi względami stoimy na poziomie niższym niż niewolnicy, ponieważ odmawia się nam nawet przyrodzonego prawa do obrony, w tym prawa do posiadania broni. Wszystkie te ataki na własność prywatną oraz na możliwość korzystania ze środków transportu, dokonywane pod pretekstem rozmaitych ideologii, stanowią w istocie zamach na nasze przyrodzone prawa..

Kiedy mówi Pan o współczesnym niewolnictwie, to czy nie ma Pan wrażenia, że pewne mentalne blokady Polaków, które nie pozwalają nam zrozumieć, że powinniśmy być panami na własnej ziemi, są jakąś odległą w czasie konsekwencją szlacheckiej swawoli; tej, którą piętnował ksiądz Skarga?

Być może jest tak, że naród w ogromnej mierze ponosi dziś konsekwencje tej swawoli i anarchii szlacheckiej, schodząc do poziomu dawnego ludu — zdegradowanej grupy społecznej, jaką byli w istocie, nie ma co tego ukrywać, chłopi: często przywiązani do ziemi i pozbawieni wielu praw. Naród doświadcza dziś w swej masie tego, czego niektórzy mogli doświadczać w przeszłości, a być może nawet w stopniu jeszcze większym. Faktem jest, że sytuacja polskich chłopów w XVII wieku nie była godna pozazdroszczenia. Pisze o tym ksiądz Skarga, upominając się o los włościan i przypominając, że jeszcze sto lat wcześniej chłopi mieli możliwość skarżenia się na złych panów, nawet przed królem. W czasach Skargi staje się to już praktycznie niemożliwe — zanika równość wobec prawa, wywiedziona z prawa rzymskiego i z najlepszych tradycji cywilizowanych stosunków społecznych. Znika także możliwość ojcowskiego traktowania poddanych przez króla oraz ingerowania tam, gdzie było to konieczne, w niesprawiedliwe relacje, a także czuwania nad porządkiem społecznym w tym zakresie.

Na co dzień doświadczamy skutków tego spauperyzowania, niskiej świadomości oraz swoistego znieczulenia na potrzebę wolności. Można odnieść wrażenie, że większość narodu wolności nie potrzebuje albo że oddaje ją za igrzyska, za jakąś namiastkę dóbr materialnych. Że naród stał się zakładnikiem i niewolnikiem — w zamian za ułudę pozornego bezpieczeństwa oraz możliwość korzystania z elektronicznych „zabawek”, które oferują choćby płacenie przez przyłożenie nadgarstka. „Cóż z tego, że będą mnie kontrolować, skoro jest mi wygodniej” — zdaje się brzmieć ta postawa. Słyszałem wręcz takie słowa, że należy poświęcić część wolności dla tego rzekomego bezpieczeństwa i wygody.

W głębszej perspektywie prowadzi to do sprowadzenia człowieka wyłącznie do jego zwierzęcej natury. Proszę zwrócić uwagę, że coraz częściej nie mówi się już o dobrobycie, lecz o dobrostanie. Zauważyłem nawet niedawno w kościele, że to modne słowo pojawiło się w kazaniu. Tymczasem „dobrostan” jest pojęciem, którego tradycyjnie używano w odniesieniu do zwierząt hodowlanych. To one muszą mieć zapewniony dobrostan, aby krowy dawały mleko, a kury znosiły jajka. Wystarczy im w miarę dobre funkcjonowanie: możliwość chodzenia, gdakania, dziobania czegoś w błocie — i niczego więcej nie potrzebują. Lubię posługiwać się metaforą, że utraciliśmy perspektywę orła, a przyjęliśmy perspektywę kury, która dziobie w brudnej ziemi i jest ukontentowana tym, że znalazła kilka ziaren i mogła się najeść. Nie takie było powołanie naszego narodu.

Wywołał Pan do tablicy kolejny temat, ostatni z listy grzechów. Ksiądz Skarga piętnuje mianowicie grzechy jawne i niekarność ich. Nie skupiałbym się tym razem na samych grzechach, bo to już uczyniliśmy. Jesteśmy narodem moralnie upadającym, o czym świadczy choćby liczba rozwodów. Czymś ważniejszym wydaje się jednak wspomniana bezkarność. Co można powiedzieć o tych, którzy nazywają się katolikami i ludźmi przywiązanymi do tradycyjnych pojęć moralnych, ale wobec otaczającego ich zła, stają się ludźmi, o których Skarga powiedział, że ich siła męska rozkoszami struchlała? Czy polscy katolicy zatracili ducha walki?

Z pewnością tak. Skarga zwraca się do szlachty, która wywodziła się przecież ze stanu rycerskiego i jeszcze do niedawna wiodła surowy, żołnierski żywot, a teraz „z jezdy szlacheckiej stali się wozownicy, podusznicy, pierznicy”, i „z łóżkami, z pierzynkami jadą” na wojnę. Jak wówczas utrata męskich obyczajów prowadziła do zniewieścienia tych, którzy mieli bronić Ojczyzny, tak dziś moglibyśmy bez trudu wskazać niezliczone typy mężczyzn i chłopców przypominających laleczki: wydelikaconych, skupionych na modnym wyglądzie, a nawet na zapachu. Często oznacza to po prostu zniewieścienie — wystarczy spojrzeć na męskie perfumy, które coraz częściej mają słodkie, niemal uniseksowe nuty, czy na szerokie, bufiaste spodnie, stające się niemal sukienkami. Wszystko to sprawia, że cnota męstwa przestaje być miarą właściwego postępowania, a sama męskość jako wzorzec osobowy zanika w sposób widoczny i odczuwalny.

Do tego dodałbym daleko idące spacyfikowanie narodu. Tak dalekie, że na ulicach nie widzimy nawet umundurowanych żołnierzy. Poza policją właściwie nie spotykamy już dziś ludzi w mundurach, a ma to przecież swoje znaczenie, ponieważ duch waleczności i duch męstwa nie wyraża się już w sposób symboliczny w przestrzeni publicznej. Wiemy skądinąd, że obowiązuje zakaz poruszania się żołnierzy w mundurach w miejscach publicznych. Tymczasem jeszcze w II Rzeczypospolitej mundur był obecny na ulicach i stanowił znak dumy z własnego państwa, symbol prestiżu społecznego oraz jawny wyraz tego, że dany mężczyzna należy do elity kraju — do tych, którzy bronią Ojczyzny i którym należy się szczególny szacunek. Dla dopełnienia tego obrazu warto zauważyć, że nawet gdy mundury dziś się pojawiają, nie są to już mundury galowe, lecz wyłącznie polowe, we wzorze „moro”. Mają one służyć wygodzie w działaniach bojowych, lecz nie pełnią funkcji reprezentacyjnej i nie oddają powagi, jaką cieszył się zwłaszcza oficer. Dawniej nawiązywało to do całego systemu symboli — także rycerskich — oraz dystynkcji, które sprawiały, że żołnierz idący ulicą w galowym mundurze wzbudzał respekt i szacunek.

To, o czym Pan mówi, znajduje odzwierciedlenie przede wszystkim w sferze państwowej. Ale prosiłbym jeszcze o dopowiedzenie, jak to ma się do sfery czysto prywatnej, lokalnej albo sąsiedzkiej. Czy wobec zła moralnego i wobec zgorszenia, które nieraz wkracza do szkół i które widzimy u bliskich nam osób, nie ulegamy staropolskiemu „grzechowi tolerancji” i zwykłej bierności?

Myślę, że to kwestia właśnie zaniku cnoty męstwa. A więc w gruncie rzeczy tchórzostwa. Tłumaczymy sobie: „a co ja będę reagował?”. Albo: „to nie moja sprawa”. Brak odwagi wiąże się z zaniedbaniem uczynków miłosiernych, nie tylko co do ciała (o czym może jeszcze czasem pamiętamy), ale przede wszystkim co do duszy. Zapominamy, że powinniśmy napominać tych, którzy grzeszą. A przecież tego wymaga od nas chrześcijańska postawa; tego, byśmy widząc grzech, starali się go wyplenić, a przynajmniej ustawić się do niego w kontrze, czy to będzie grzech publiczny, czy ten, który jest w naszych rodzinach. Żebyśmy nie udawali, że tego grzechu nie widzimy, nie patrzyli obojętnie, jak nasze dzieci czy wnuki staczają się w otchłań grzechu.

Czy oprócz tych sześciu chorób wymieniłby Pan taką, o której Skarga nie wspomina, a która jest typowa dla III Rzeczypospolitej?

Najbardziej doskwiera mi brak tęsknoty za wolnością. Ta rozprzestrzeniająca się mentalność niewolnicza. Trudno nazwać to jakimś konkretnym grzechem; być może są to raczej skutki grzechu, o czym już wcześniej mówiliśmy. Z pewnością jednak jest to wada, która pociąga za sobą określone konsekwencje: stajemy się zakładnikami we własnym państwie i niechybnie znajdą się panowie, którzy zechcą nami zawładnąć — a z pewnością nie będą to panowie chrześcijańscy.

Proponuję zakończyć naszą rozmowę w sposób otwarty. Nie jesteśmy wszakże w stanie przedstawić spójnego programu. Ale prosiłbym Pana o refleksję nad pierwszym krokiem, który powinniśmy poczynić, aby wyjść z kryzysu. Czy ma to być krok polityczny? Krok aktywizmu? A może powinien być on bardziej… ascetyczny?

Polityka jest tylko pochodną życia codziennego i życia moralnego. Dzisiejsi decydenci chcieliby z tego szydzić, ale taka jest prawda. Chodzi o powrót do praktyki cnót; o to, abyśmy – jak mówił św. Jan Paweł II – wymagali od siebie, choćby inni od nas nie wymagali. W Kościele już tego nie słyszymy, a powinniśmy słyszeć. Mamy prawo i obowiązek domagać się tego od naszych pasterzy. Aby napominali. Z ambon powinno się mówić o grzechach. Powinniśmy widzieć setki naśladowców księdza Piotra Skargi, którzy z troski o zbawienie dusz i jakość moralną życia społecznego, chcieliby napiętnować to wszystko, co prowadzi nasz naród i nasze państwo do zguby.

Wspomniał Pan, kolejny już raz, o cnocie. Ale czy przeciętny Polak ma dziś w ogóle jakiekolwiek pojęcie, czym jest owa cnota? Nie pytam nawet w kontekście nadprzyrodzonym, lecz w odniesieniu do zwykłej, naturalnej sprawności moralnej. Znamy przecież kuriozalne wypowiedzi pewnego profesora, związanego z pewnym ministrem, który mówił o „cnotach niewieścich”, jakby sprawność ludzkiej duszy posiadała płeć…

To prawda. Brakuje nam elementarnego ukształtowania pojęć, zarówno filozoficznych, jak i katechizmowych. Wielu kaznodziejów sili się na abstrakcyjne rozważania, podczas gdy w istocie wystarczyłoby sięgnąć do katechizmu i jasno opowiedzieć, co należy czynić, aby być dobrym człowiekiem. Jak praktykować poszczególne cnoty? Jak walczyć ze swoją wadą główną oraz konkretnymi skłonnościami do grzechu? Czym jest prawda? Czym jest miłość bliźniego, ta prawdziwa miłość bliźniego, która nie sprowadza się do cnotliwego, sentymentalnego uczucia skłaniającego do nieustannej pobłażliwości, lecz oznacza troskę o rzeczywiste moralne dobro drugiego człowieka. W przeciwnym razie jesteśmy skazani na tzw. „dobroludzizm” oraz przekonanie, że bycie miłym dla wszystkich stanowi definicję bycia dobrym człowiekiem. Tymczasem chodzi przecież nie tylko o „dobrostan”, lecz o to, abyśmy wzajemnie pomagali sobie na drodze do zbawienia duszy..

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Filip Obara

[1] Dziełko Wzywanie do pokuty obywatelów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego z 1610 roku streszcza najważniejsze myśli Kazań sejmowych.

[2] Chodzi o scenę przygotowania z dramatu Kordian Juliusza Słowackiego, gdzie złe moce na pośmiewisko i wypaczenie wszystkiego, co w Polakach szlachetne, mieszają w kotle, tym samym tworząc nowe typy ludzkie; odtąd one mają przewodzić społeczeństwu.

[3] Gdzie słowo policja autor wywodzi od greckiego politeia, czyli w skrócie ład publiczny.

Robert Bąkiewicz: Skandaliczne działania Policji ws. ataku koktajlami Mołotowa na działaczy Ruchu Obrony Granic

Robert Bąkiewicz: Skandaliczne działania Policji ws. ataku koktajlami Mołotowa na działaczy ROG

2.02.2026 tysol.pl/robert-bakiewicz-skandaliczne-dzialania-policji-ws-ataku-koktajlami-molotowa-na-dzialaczy-rog

Jak poinformował Robert Bąkiewicz (Ruch Obrony Granic) na antenie Telewizji Republika, Policja wstępnie kwalifikuje nocny atak koktajlami Mołotowa na dom Beaty i Roberta Fijałkowskich jako… „zniszczenie mienia”, a nie próbę zabójstwa.

„Skandaliczna i niedopuszczalna” decyzja Policji

W ocenie Roberta Bąkiewicza zakwalifikowanie przez Policję nocnego ataku koktajlami Mołotowa na dom Beaty i Roberta Fijałkowskich jako „zniszczenie mienia” jest decyzją „skandaliczną i niedopuszczalną”. Podkreślał, że był to akt terroru i próba zabójstwa.

„Zamach terrorystyczny”

„To wygląda jak zamach terrorystyczny. To już przestała być zabawa i krytyka w mediach społecznościowych. Publiczna krytyka zaczyna się przeradzać w próby zabójstwa” – mówił Bąkiewicz.

„Tam doszło do próby wrzucenia dwóch koktajli Mołotowa do domu. W dwie szyby próbowano wrzucić butelki zapalające”.

Groźby pojawiały się już wcześniej

Robert Bąkiewicz przyznał, że już wcześniej działacze Ruchu Obrony Granic spotykali się z groźbami „zrobienia krzywdy”.

„Gdyby pan Robert się nie obudził, mógłby zginąć w tym zamachu”

„To jest próba zabójstwa”

„To jest próba zabójstwa! Próbowano wrzucić butelki zapalające do domu. Gdyby nie szybka reakcja, doszłoby do tragedii”.

Atak był dobrze zaplanowany

Do zdarzenia doszło w niedzielę przed godz. 5 rano.

„Sprawcy doskonale wiedzieli, co robią i kogo atakują. Dom Fijałkowskich to leśniczówka, oddalona o 3,5 kilometra od najbliższych zabudowań. Napastnicy zakradli się pod osłoną nocy, by rzucić w budynek mieszkalny dwoma przedmiotami zapalającymi” – napisał Bąkiewicz.

„Jeden z koktajli Mołotowa wywołał pożar na tarasie, drugi roztrzaskał się o okno. Tylko błyskawiczna reakcja Roberta Fijałkowskiego, który wybudzony hukiem ugasił ogień, zapobiegła tragedii na niewyobrażalną skalę. Na posesji, oprócz gospodarza, znajdowały się liczne zwierzęta – konie, krowy, psy i koty” – dodał.

Fijałkowski twierdzi, że napastnicy sforsowali dwa ogrodzenia, weszli przez las i wykorzystali „martwy punkt” kamer.

Ruch Obrony Granic

Ruch Obrony Granic to ogólnopolska inicjatywa społeczna powołana przez Roberta Bąkiewicza, której celem jest obrona Polski przed masową migracją i zagrożeniami z nią związanymi. Chodzi nie tylko o ochronę granic fizycznych, ale również o obronę naszej tożsamości narodowej, kultury i wspólnoty społecznej poprzez wywieranie presji na terenie całej Polski.

ROG sprzeciwia się planom, które mogłyby prowadzić do przymusowego osiedlania migrantów w Polsce i zmiany struktury naszego społeczeństwa. Ruch ma za zadanie budować świadomość społeczną, organizować obywateli oraz wywierać wpływ na politykę państwa, zawsze w sposób zgodny z prawem i w duchu patriotyzmu.

Ruch finansuje się dzięki dobrowolnym wpłatom, zbiórkom publicznym oraz wsparciu sympatyków i przedsiębiorców, bez udziału partii politycznych i funduszy zagranicznych.

Ruch Obrony Granic to obywatelska odpowiedź na zagrożenia związane z migracją i próbami osłabienia polskiej tożsamości. To oddolna, patriotyczna inicjatywa, która ma działać legalnie, skutecznie i w całym kraju. Jego misją jest nie tylko obrona granic, ale też ochrona tożsamości i przyszłości narodu polskiego.

Zabite dzieci? Tusk chciał to przemilczeć…


RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Na końcu tego maila znajdzie Pan video, w którym tłumaczę najważniejsze i najbardziej aktualne sprawy odnośnie obrony życia dziś w Polsce.

Zacznę jednak od szokującej wiadomości: Donald Tusk próbował przemilczeć liczbę zabitych dzieci.

Na mocy obowiązującej ustawy aborcyjnej rząd ma obowiązek co roku przedstawić sprawozdanie z jej wykonania. Dokument ten musi zawierać m.in. liczbę dzieci zabitych poprzez aborcję. Termin jest ściśle określony: do 31 lipca kolejnego roku.

Ten termin niemal nigdy nie jest dotrzymywany. Ale tym razem rząd Donalda Tuska pobił wszelkie rekordy i pokazał skalę swojego cynizmu.

Sprawozdanie za 2024 rok wpłynęło do Sejmu dopiero 22 grudnia 2025 roku – niemal pół roku po terminie – i wciąż nie zostało przyjęte. W dodatku pojawiło się w okresie przedświątecznym – po cichu, tak, by nikt nie zadawał pytań.

Liczby bulwersują…

W 2024 roku w Polsce zamordowano 885 dzieci.


Aż 882 z nich uśmiercono pod pretekstem zagrożenia życia lub zdrowia matki, większość z powodu dyskomfortu psychicznego. Nie ma już zatem mowy o marginesie i nie są to żadne wyjątkowe sytuacje.

W polskich szpitalach odbywa się regularna rzeź oparta niemal w całości na jednej przesłance, interpretowanej tak szeroko, że można pod nią podciągnąć wszystko.

Aborcja wykonywana jest coraz częściej, a szpitale są coraz śmielsze. Zarządy kolejnych placówek otwarcie komunikują, że dzieci poczęte nie są ich pacjentami. Tak mówi prezes Dariusz Kostrzewa ze szpitala na Zaspie. Identyczne słowa wykrzyczała ostatnio Anna Płotnicka-Mieloch, kierująca szpitalem w Lubaniu, gdzie właśnie tworzy swoje nowe abortorium Gizela Jagielska.

Tymczasem żeby zrozumieć, dlaczego dziś w polskich szpitalach zabija się dzieci zastrzykiem dosercowym, trzeba cofnąć się o kilkadziesiąt lat. 

Przesłanka psychiatryczna nie pojawiła się w polskim prawie przypadkiem. Jest ona efektem wieloletniego procesu, którego skutki dziś widzimy w Oleśnicy, na Zaspie i w kolejnych szpitalach. Bzdurne opinie pisane za pieniądze przez podstawionych psychiatrów, dzieci zabijane zastrzykiem dosercowym i wypieranie faktu, że mamy do czynienia z pacjentem – tak wygląda dziś położnictwo w wielu placówkach w całej Polsce.

Czy wie Pan, że pierwsze przygotowania do wprowadzenia w Polsce tzw. przesłanki psychiatrycznej rozpoczęły się już w 1996 roku?

To wtedy do ustawy aborcyjnej z 1993 r. wprowadzono istotne zmiany. Do 1996 r. zagrożenie zdrowia matki musiało być poważne. Od 1996 roku może być już… niepoważneDla środowisk aborcyjnych zmiana ta stanowiła inwestycję na przyszłość – i dziś zbierają jej krwawe żniwo.

W praktyce żniwo to oznacza opinie wystawiane na podstawie niesprawdzalnych deklaracji oraz świstki od psychiatrów, które mają usprawiedliwiać decyzję o zabiciu dziecka. A gdy dziecko jest już duże – w II czy III trymestrze ciąży – w ruch idą najbardziej brutalne metody: zastrzyki dosercowe z chlorku potasu, stosowane po to, by dziecko nie urodziło się żywe.

Dlaczego mordercy dzieci zaczęli zabijać zastrzykami w serce? Jak bardzo trzeba manipulować pojęciami, by móc powiedzieć, że dziecko w łonie matki nie jest pacjentem – i czy w ramach polskiego prawa rzeczywiście nim nie jest?

Na te pytania odpowiadam w najnowszym materiale „Prolife bez cenzury”. Bo tylko prawda może zatrzymać zbrodnię, jaka dziś dzieje się w polskich szpitalach.

Z wyrazami szacunku,

Kaja GodekKaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Fundacja Życie i Rodzina na bieżąco monitoruje sytuację aborcyjną w Polsce. Tam, gdzie państwo pozostaje bierne, my działamy: dokumentujemy aborcyjne zbrodnie, nagłaśniamy je i przejmujemy funkcję kontrolną, z której instytucje publiczne dziś się nie wywiązują.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Z pieniędzy polskiego podatnika do dzisiaj płaci się za zbrodnie III Rzeszy oraz ZSRS

Z pieniędzy polskiego podatnika do dzisiaj płaci się za zbrodnie III Rzeszy oraz ZSRS

Anna Wiejak

Wśród niemieckich firm wykorzystujących niewolniczą pracę przymusowych robotników znajdują się: Hugo Boss, Thyssen Krupp, Daimler-Benz, BMW, Volkswagen, Audi, Opel, Bayer, AGFA, Siemens, Dr. Oetker, Zeiss, Continental, Bosch, Maggi, BASF, IG Farben, Heinkel, Allianz.


tysol.pl/z-pieniedzy-polskiego-podatnika-do-dzisiaj-placi-sie-za-zbrodnie-iii-rzeszy-oraz-zsrs

„Czy wiecie Państwo, że z pieniędzy polskiego podatnika do dzisiaj płaci się za zbrodnie III Rzeszy oraz Związku Sowieckiego, a Niemcy zaprzestali wsparcia 30 września 2006 r.? Czy wiecie Państwo, że Niemcy do dzisiaj płacą byłym SS-mannom za służbę «dla Hitlera» co miesiąc nawet 1275 euro?” – zapytał na platformie X mec. Bartosz Lewandowski.

Polacy płacą za zbrodnie Niemców i Rosjan

To nie żart. Państwo polskie na mocy przepisów ustawy z dnia 31 maja 1996 roku o osobach deportowanych do pracy przymusowej oraz osadzonych w obozach pracy przez III Rzeszę i Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich wypłaca ofiarom II wojny światowej deportowanym do pracy przymusowej w Niemczech czy ZSRR albo osadzonych w obozach pracy przymusowej specjalne świadczenie finansowane z budżetu państwa (art. 6) – alarmował mec. Bartosz Lewandowski.

Jakie warunki trzeba spełnić?

Świadczenie może być przyznane – co wynika już z orzecznictwa sądowego – także dzieciom przymusowych robotników, którzy przyszły na świat w III Rzeszy czy ZSRR i jest przyznawane na mocy decyzji Szefa Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. Świadczenia nie można łączyć z inną formą pomocy z tytułu świadczenia kombatanckiego czy uzyskanego za tajne nauczanie. Wysokość świadczenia jest symboliczna i dzisiaj wynosi od 17,46 zł za miesiąc pracy do 348,22 zł za 20 miesięcy niewolniczej pracy

– wyjaśniał prawnik.

W jego ocenie „żenujące jest jednak to, że Niemcy zaprzestali zapłaty 30 września 2006 r., wypłacając żenująco niskie świadczenia pod wpływem nacisków przedsiębiorców niemieckich wobec, których inicjowano postępowania cywilne w Stanach Zjednoczonych”.

Świadczenia jednorazowe

Sami Niemcy chwalą się na oficjalnych stronach internetowych, że od 2001 r. rozpoczęli wypłatę świadczeń jednorazowych z Federalnej Fundacji 'Pamięć, Odpowiedzialność i Przyszłość’. Fundacja – co bardzo ciekawe – powstała w wyniku nacisków niemieckiego sektora prywatnego w związku z pozwami, które były w Stanach Zjednoczonych kierowane wobec niemieckich spółek i ich następców prawnych, którzy czerpali korzyści z niewolniczej pracy obywateli państw okupowanych! Niemcy objęli programem 484 tys. osób wypłacając około 975 miliona Euro, co daje śmieszne około 2000 euro na każdego przymusowego robotnika, a zatem niewolnika w III Rzeszy pracującego na rzecz gospodarki hitlerowskich Niemiec. Na oficjalnych stronach internetowych można przeczytać, że 1/3 osób, która uzyskała świadczenia mieszkała do 2006 roku w Polsce (ok. 159 500 osób z szacowanych 3-3,5 miliona robotników), a co czwarte euro wypłacone przez Fundację trafiło do naszego kraju.

Niemcy wypłacają zbrodniarzom więcej niż ofiarom

Zdaniem mec. Bartosza Lewandowskiego „najbardziej obrzydliwe jest jednak to, że Niemcy dalej wypłacają świadczenia emerytalne członkom zbrodniczej formacji SS, które wynoszą od 425 do 1275 euro miesięcznie!”.

Na mocy prawa niemieckiego służba w SS umożliwia ubieganie się o tego typu świadczenie także przez obywateli innych krajów, którzy byli SS-mannami-ochotnikami. W 2019 roku głośno było o przypadku 30 byłych belgijskich esesmanów, którym Niemcy wypłacali co miesiąc (sic!) świadczenia równe połowie jednorazowego świadczenia dla robotników przymusowych

– wyliczył prawnik.

Firmy wykorzystujące niewolniczą pracę

Wśród niemieckich firm wykorzystujących niewolniczą pracę przymusowych robotników znajdują się: Hugo Boss, Thyssen Krupp, Daimler-Benz, BMW, Volkswagen, Audi, Opel, Bayer, AGFA, Siemens, Dr. Oetker, Zeiss, Continental, Bosch, Maggi, BASF, IG Farben, Heinkel, Allianz.

Do tego dochodzą ogromne tysiące niemieckich rolników, którzy skorzystali na niewolniczej pracy ponad 2 milionów polskich robotników przymusowych podczas II wojny światowej.

Według różnych danych w III Rzeszy pracowało łącznie od 13 do 26 mln przymusowych robotników z różnych krajów.

490. rocznica urodzin ks. Piotra Skargi. Wieńce od SKCH i prezydenta Nawrockiego znakiem pamięci o Kaznodziei Narodu

490. rocznica urodzin ks. Piotra Skargi. Wieńce od SKCH i prezydenta Nawrockiego znakiem pamięci o Kaznodziei Narodu

Marcin Austyn


pch24.pl/490-rocznica-urodzin-ks-piotr-skarga-wience-od-skch-i-prezydenta-nawrockiego

W 490. rocznicę urodzin przedstawiciele Stowarzyszenia im. Ks. Piotra Skargi złożyli wieńce pod pomnikiem oraz przy sarkofagu tego Sługi Bożego. W uroczystości udział wziął ks. prof. Jan Machniak, proboszcz parafii Wszystkich Świętych.

Trudno wyobrazić sobie historię kontrreformacji w Polsce bez działalności wybitnego jezuity, ks. Piotra Skargi. Królewski kaznodzieja zaciekle walczył z błędami protestantyzmu, troszcząc się o katolicki charakter polskiej monarchii. Niestrudzenie apelował i naciskał na to, by polskie prawa i polski sposób życia były całkowicie przesiąknięte Ewangelię. Odważnie piętnował też grzechy, ujmując się na przykład za uciskanym chłopstwem. Jego Żywoty świętych i Kazania sejmowe są absolutnym klasykiem polskiej literatury religijnej i naszej myśli politycznej.

Pamięć o tym wielkim Polaku pielęgnuje Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi. Jego przedstawiciele w rocznicę urodzin swego patrona złożyli wieńce pod jego pomnikiem na pl. Marii Magdaleny oraz przy sarkofagu w kościele pw. św. Piotra i Pawła. W uroczystości udział wziął i poprowadził wspólną modlitwę opiekun miejsca spoczynku doczesnych szczątków Kaznodziei Narodu, ks. prof. dr hab. Jan Machniak.

W tym roku, co warto podkreślić, o ks. Skardze pamiętał także Karol Nawrocki, którego przedstawiciel w dniu urodzin Sługi Bożego złożył prezydenckie wieńce, podkreślając pamięć o tym wybitnym Polaku.

Warto również dodać, że właśnie dziś mijają 4 lata od pierwszej modlitwy zorganizowanej na pl. Marii Magdaleny w intencji obrony pomnika ks. Skargi oraz w intencji Ojczyzny. Te spotkania modlitewne nieustannie trwają i odbywają się w każdą środę o godz. 18-tej, pod pomnikiem Kaznodziei Narodu. Zapraszamy do udziału.

MA

===========================

MD: Ale proces beatyfikacyjny „ktoś” ciągle blokuje…..

Gromniczna Pani!

Gromniczna Pani!

Gdy życie nasze dobiegnie do końca,

Gdy Bóg ostatnie godziny policzy,

Niech nam zaświeci, jak promienie słońca,

Światło gromnicy.

Gdy nasze czoło pot śmiertelny zrosi,

Gdy nasze łoże obstąpią szatani,

Twojej obrony niech każdy uprosi –

Gromniczna Pani!

Kiedy nad nami zawisną czarne chmury,

Gdy na wsze strony lecą błyskawice,

Gdy ciemność straszna od dołu do góry:

Święćmy gromnice!

Matko Najświętsza! My nędzni grzesznicy,

Pod Twoją obronę się uciekamy,

Przed Twym obrazem, przy świetle gromnicy,

Ciebie błagamy!

Tyś jasna gwiazda na morzu żywota,

Pokus się o Cię rozbiją bałwany!

Kto się ucieka do Cię, Matko złota,

Jest wysłuchany.

Bądź nam Matką w życiu i przy zgonie,

Niech Twoja łaska zawsze nam przyświeca,

Niech nasza miłość ku Tobie zapłonie

Jako gromnica!

Józef Strug – poeta z Limanowszczyzny

MODLITWA ZA OJCZYZNĘ. Ks. Piotr Skarga, TJ

MODLITWA ZA OJCZYZNĘ

Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, chwałę przynosiła Imieniowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

Wszechmogący wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swych pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie.

Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.

Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

Spuścizna po papieżu Franciszku – ocena teologiczna

Spuścizna po papieżu Franciszku – ocena teologiczna

Franciszek z jednym ze swoich najbliższych współpracowników, prefektem Dykasterii ds. Biskupów kard. Robertem Prevostem, obecnie papieżem Leonem XIV

Po dwunastu latach pontyfikatu naznaczonego śmiałymi gestami i głębokimi reformami, Franciszek pozostawił po sobie spuściznę teologiczną pełną kontrastów.

Od stuleci żaden papież nie wzbudził tak mocnego wśród samych biskupów – kilku kardynałów posunęło się nawet do publicznego skierowania do niego dubiów. Równocześnie cieszył się on stałym poparciem najbardziej postępowych środowisk w Kościele. Jego pontyfikat nie pozostawił nikogo obojętnym.

Warto więc wskazać na najważniejsze aspekty tego pontyfikatu, aby wyjaśnić jego strukturę i wewnętrzną logikę. Przeprowadzając tę analizę, postaramy się zrozumieć nie tylko teologiczne motywy, jakimi kierował się Franciszek inicjując swoje reformy, ale też całościową wizję, która nadała kształt jego inicjatywom i wycisnęła trwałe znamię na historii Kościoła.

Przed Franciszkiem: społeczno-polityczna teologia Jorge Bergoglia

Pierwszy jezuita na tronie Piotrowym i zarazem pierwszy papież pochodzący z kontynentu amerykańskiego, kard. Jerzy Mariusz (Jorge Mario) Bergoglio – który po swym wyborze przyjął imię Franciszek – w wieczór swojej elekcji przedstawił się jako pochodzący z „krańców Ziemi”. Już samo to sformułowanie sygnalizowało przełom: po raz pierwszy od wieków Kościołem miał rządzić papież niepochodzący ze Starego Kontynentu, historycznej kolebki, z której pochodzili wszyscy poprzedni wikariusze Chrystusa.

Pochodzenie i formacja

Osobowość Jerzego Bergoglia, którego rodzice byli pochodzenia włoskiego – ojciec nawet urodził się na Półwyspie Apenińskim – w wielkim stopniu została ukształtowana przez losy jego rodziny. Jako dziecko imigrantów przez całe życie przejawiał szczególną wrażliwość na kwestię migracji: postrzegał ją jako źródło ubogacenia dla krajów docelowych i podkreślał obowiązek bezwarunkowej gościnności. Jego osobiste doświadczenie podsycało również pewien krytyczny dystans wobec Europy, którą postrzegał jako zmęczoną, starzejącą się i niekiedy zasklepioną w sobie.

W wieku 22 lat wstąpił do Towarzystwa Jezusowego i jedenaście lat później – w grudniu 1969 r. – otrzymał święcenia kapłańskie, po czym szybko zaczął piąć się po szczeblach kariery duchownej, zostając najpierw mistrzem nowicjatu, a następnie prowincjałem. Był to okres poważnych napięć politycznych w Argentynie. W wyniku zamachu stanu z 24 marca 1976 r. kraj znalazł się pod rządami junty wojskowej. W tej niezwykle skomplikowanej sytuacji politycznej Kościół w Ameryce Łacińskiej doświadczył głębokiego wstrząsu pod wpływem cieszącej się wówczas największą popularnością teologii wyzwolenia1.

Jerzy Bergoglio nie wspierał czynnie tego ruchu, opartego na ideach marksistowskich i optującego za rewolucyjnym przewrotem, a ponadto formalnie potępionego przez Rzym. Niemniej jednak przyszły papież Franciszek zbliżył się do bardziej umiarkowanego jego nurtu, znanego jako „teologia ludu”, który w poważnym stopniu ukształtował zarówno jego myślenie, jak i podejście duszpasterskie.

„Teologia ludu”: wsłuchiwanie się w głos mądrości

W encyklice Fratelli tutti Franciszek zwraca uwagę na pokusę instrumentalizacji pojęcia „lud”: „W ostatnich latach określenie «populizm» lub «populistyczny» wtargnęło do mediów i języka ogólnego. W ten sposób traci ono wartość, jaką mogłoby mieć, i staje się jednym z biegunów podzielonego społeczeństwa”2. „Próba usunięcia tej kategorii z języka może doprowadzić do wyeliminowania samego słowa demokracja («rządy ludu»)”3.

Dla Franciszka lud nie jest ani anonimową masą, ani rzeczywistością bezpośrednią. Wyjaśnia to w sposób następujący: „Przynależność do ludu to przynależność do wspólnej tożsamości, na którą składają się więzi społeczne i kulturowe. I nie jest to coś automatycznego, ale wręcz przeciwnie: jest to powolny, trudny proces… ku wspólnemu projektowi”4.

Czyni więc rozróżnienie między prawdziwymi przywódcami ludowymi, potrafiącymi poznać serce ludu i wyrazić jego aspiracje, a przywódcami demagogicznymi, wykorzystującymi kultury zbiorowe w celu zdobycia władzy5. To rozróżnienie pozwala dostrzec kluczową zasadę interpretacyjną jego pontyfikatu: Kościół musi towarzyszyć ludziom, a nie nimi manipulować.

Właśnie w taki kontekst koncepcyjny wpisuje się „teologia ludu”. Kładzie ona nacisk na słuchanie wspólnot, zwłaszcza najuboższych, które traktuje jako loci teologiczne, tj. przestrzenie, w których przemawia i działa Bóg6: teolog musi wsłuchiwać się w mądrość ludu, która wedle Jerzego Bergoglia odzwierciedla mądrość Bożą, i to nawet gdy te społeczności nie zostały jeszcze zewangelizowane. Porównuje te kultury do ewangelicznych „kamieni oczekiwania”, obfitujących w przeczucia religijne i moralne oraz niosących już obecnie, zwłaszcza w swojej poezji i mitach, zapowiedź Ducha7.

W jego opinii mądrość kultur tubylczych powinna odgrywać w ewangelizacji rolę porównywalną do tej, jaką filozofia grecka odegrała w szerzeniu Ewangelii na kontynencie europejskim… Istnieje jednak znacząca różnica: filozofia grecka dostarczała głównie narzędzi intelektualnych do wyrażania i obrony wiary, podczas gdy kultury tubylcze mają oferować elementy natury bezpośrednio religijnej, wyrażając światopogląd zasadniczo naturalistyczny i immanentystyczny8.

Wyłania się z tego program duszpasterski:

  • Traktowanie religijności ludowej nie jako przesądu, który należy korygować, ale jako autentycznego wyrazu wiary, któremu należy towarzyszyć i który zasługuje na refleksję teologiczną.
  • Zakorzenianie Ewangelii w lokalnych tradycjach poprzez inkulturację, z jednoczesnym poszanowaniem ich bogactwa i oryginalności.
  • Nadawanie znaczenia peryferiom, nie tylko geograficznym, ale również egzystencjalnym, aby rozpoznać działanie Ducha.

Tak więc podczas kryzysu ekonomicznego w Argentynie z 2001 r. arcybiskup Buenos Aires spotkał się z „nowymi ubogimi” i wykluczonymi, aby wspólnie z nimi i poprzez nich zaangażować się w proces rozeznania. Ta praktyka konsultacji zainspirowała później jego wizję drogi synodalnej na skalę globalną.

„Mit ludu”: zbiorowy uczestnik historii

Te lata ukształtowały w Jerzym Bergogliu głębokie przekonanie: lud nie jest jedynie bytem socjologicznym czy też politycznym, ale uczestnikiem historii, nosicielem duchowego powołania – i to bytem zasadniczo niewinnym. Z tego powodu mówi o „świętym wiernym ludzie Bożym”, posiadającym przyrodzone prawo do trzech podstawowych rzeczy: ziemi, schronienia i pracy.

Ta wizja czerpie inspirację z myśli niemieckiego filozofa Rudolfa Kuscha, którego Franciszek często cytował:

Rodolfo Kusch […] uświadomił mi pewną rzecz: słowo «lud» nie jest słowem logicznym. To słowo mityczne. […] Aby zrozumieć lud, trzeba wniknąć w jego ducha, jego serce, jego pracę, jego historię i mit jego tradycji. […] Lud nie należy do kategorii logicznej, ale raczej mitycznej.9

Innymi słowy lud nie jest jedynie sumą jednostek. Jest żywą rzeczywistością, obdarzoną zbiorową duszą i niosącą w sobie niewinność. Pogląd ten wyjaśnia sympatię Franciszka dla „ruchów ludowych”, w których widzi on nadzieję na bardziej sprawiedliwą przyszłość. Wyobraża sobie nawet proces polityczny, który wykraczałby poza zwykłe ramy demokracji przedstawicielskiej, dając głos i władzę wykluczonym, nosicielom nadziei na prawdziwą zmianę.

W obliczu tej marginalizacji ludu Franciszek potępia systemy ekonomiczne, które żywią się wojną i zniszczeniem: „ekonomię, która zabija”10 – by posłużyć się jego znanym sformułowaniem. Z tego powodu postrzega obecną globalizację jako „toczącą się w różnych miejscach trzecią wojnę światową”11, będącą konsekwencją dehumanizującej logiki ekonomicznej.

Ta wizja ludu, jego praw i misji historycznej stanowi fundament myśli Franciszka. Wyjaśnia jego zaangażowanie w inkulturację, troskę o peryferia oraz krytykę struktur ekonomicznych, które potępia jako niesprawiedliwe. Aby jednak przeobrazić tę wizję w uniwersalny projekt duszpasterski, konieczna była centralna zasada teologiczna: miłosierdzie – siła napędowa reformy Kościoła oraz klucz do jego własnej wizji jedności.

Miłosierdzie: siła napędowa duszpasterskiej i doktrynalnej reformy Kościoła

Rdzeń pontyfikatu Franciszka stanowi pewne słowo, stanowiące klucz do jego interpretacji: miłosierdzie. Równocześnie stanowi ono centrum jego teologii, siłę napędową jego reform oraz element spajający jego najważniejsze inicjatywy.

Kluczowe znaczenie tego pojęcia zostało potwierdzone już w adhortacji z 2013 r. Evangelii gaudium, określonej przez Franciszka mianem „programowej”12. Przedstawił w niej swój projekt „misyjnego przeobrażenia Kościoła”13, czyli głębokiej przemiany nie tylko jego struktur, ale również miejsca w świecie oraz sposobu postrzegania przez niego swojej misji. „Sercem Ewangelii”14, jak wyjaśnia, jest miłosierdzie, które św. Tomasz z Akwinu określał jako „największą ze wszystkich cnót, jeżeli chodzi o działanie zewnętrzne”15.

Ta wizja zostanie w pełni rozwinięta podczas Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia16. W bulli Misericordiæ vultus Franciszek przedstawia jej ogólne ramy, wyraźnie łącząc ją z II Soborem Watykańskim, którego 50. rocznicę uczcił wybierając na inaugurację jubileuszu dzień 8 grudnia.

Czerpanie ze źródeł soborowych: okrojone miłosierdzie

W swojej bulli Franciszek cytuje dwa kluczowe przemówienia wygłoszone podczas Vaticanum II: otwierające obrady przemówienie Jana XXIII, który wzywał sobór do „posługiwania się raczej lekarstwem miłosierdzia aniżeli orężem surowości”17, oraz końcowe przemówienie Pawła VI, który widział w przypowieści o dobrym Samarytaninie „paradygmat duchowości soboru”.

Łącząc w ten sposób miłosierdzie z II Soborem Watykańskim, Franciszek nadaje mu szczególny charakter, dogłębnie związany z soborowym otwarciem na świat:

  • Przedstawia Chrystusa przede wszystkim jako znak miłości i współczucia Ojca – troszczącego się o ubogich, chorych i wykluczonych… Zapomina jednak ukazać Go jako Prawdę i Światłość świata, leczącego przede wszystkim poprzez wylewanie balsamu objawionej prawdy na rany zadane przez ignorancję i odrzucenie Boga. W istocie pierwszym przejawem miłosierdzia przyniesionym przez Słowo Wcielone jest właśnie zbawcze światło.
  • Ponadto w Misericordiæ vultus czytamy, że Bóg „daje całego siebie, zawsze, za darmo i nie prosząc o nic w zamian”18. Brakuje tu jednak zasadniczego aspektu: odpowiedzi, której Bóg oczekuje od człowieka. Już św. Augustyn przypominał: „Bóg stworzył nas bez naszego udziału, nie chce nas jednak zbawić bez niego”19.
  • I wreszcie nieszczęścia, na które zwraca uwagę Franciszek, są przede wszystkim materialne: ubóstwo, korupcja, przestępczość20. Rany porządku nadprzyrodzonego – grzech jako odrzucenie Boga – są ukazywane w sposób znacznie mniej wyraźny. W ten sposób miłosierdzie skupia się na leczeniu nieszczęść doczesnych, nie wspominając o uzdrowieniu dusz.

Te różne pominięcia w nieunikniony sposób prowadzą do głębokiej redefinicji misji Kościoła: w konsekwencji tego okrojonego miłosierdzia jesteśmy świadkami jego „misyjnego przeobrażenia”.

Redefiniowana misja: od zbawienia dusz do ludzkiego postępu

W Evangelii gaudium Franciszek kładzie nacisk na „autentyczne i pełne znaczenie misji ewangelizacyjnej21: „Wszyscy chrześcijanie […] są wezwani, by troszczyć się o budowę lepszego świata”22. To sformułowanie wyraża istotne przesunięcie akcentu w teologii. Głównym elementem misji Kościoła nie jest już wieczne zbawienie dusz, ale przeobrażanie struktur społecznych i politycznych. Roman Amerio pisał o „chrześcijaństwie ubocznym”: podejściu duszpasterskim oderwanym od porządku nadprzyrodzonego i skupionym wyłącznie na potrzebach antropologicznych i społecznych.

Franciszek wyjaśnia, że Kościół musi promować integralność osoby ludzkiej w wymiarze ekonomicznym, społecznym i kulturowym. Pasterze są powołani do interweniowania we wszystkich sprawach dotyczących życia ludzkiego23, troszcząc się przede wszystkim o najuboższych24. W ten sposób Kościół staje się wiarygodny w oczach świata, dzięki zaangażowaniu w działania na rzecz pokoju, ochrony środowiska i obrony praw człowieka25.

Należy brać pod uwagę nie tylko potrzeby jednostek, ale również społeczeństw, gdyż „pokój opiera się nie tylko na poszanowaniu praw człowieka, ale również na poszanowaniu praw ludów”26. Pojawia się więc potrzeba ponownego rozważenia „w pierwszym rzędzie tego, co dotyczy ładu społecznego i realizacji dobra wspólnego”27, ponieważ „nierównowaga stanowi korzeń społecznych chorób”28.

Chociaż pewna rola Kościoła w stosunku do porządku doczesnego jest całkowicie uzasadniona, tu została ograniczona do wpływu czysto naturalnego, bez jakiegokolwiek wymiaru transcendentnego. Nie rezygnując wyraźnie ze swojej misji uświęcania, Kościół soborowy przypisuje sobie cel właściwy państwu. To stopniowe przesunięcie akcentu zmienia dogłębnie jego priorytety oraz postawę wobec świata. W sposób zgoła nieoczekiwany jest odnawiany sojusz Kościoła i państwa. Alians ten nie ma jednak nic wspólnego z dawnym sojuszem w ramach Christianitas, opartym na harmonii dwóch mieczy; obecnie jego zasadę i fundament stanowi właśnie sekularyzm.

Franciszek rozszerza jeszcze tę wizję, umieszczając ją pod sztandarem ekumenizmu: „Miłosierdzie ma charakter przekraczający granice Kościoła. Łączy nas ono z judaizmem i z islamem, które uważają miłosierdzie za jeden z najistotniejszych przymiotów Boga”29. W ten sposób miłosierdzie staje się zasadą powszechnej jedności, wykraczającej poza samą wiarę chrześcijańską. Tak właśnie dokonuje się „przeobrażenie misyjne”: od tej pory „miłosierny” Kościół nie lituje się już nad duszami przebywającymi „w mroku śmierci” ani nie stara się głosić im wcielonej Prawdy, Jezusa Chrystusa. Miłosierdzie Franciszka ma inny cel: „Niech ten Rok Jubileuszowy, przeżyty w miłosierdziu, ułatwi spotkanie z tymi religiami oraz z innymi szlachetnymi tradycjami religijnymi; niech sprawi, że staniemy się bardziej otwarci na dialog, aby poznać się lepiej i wzajemnie zrozumieć […]”30.

Nowa mistyka towarzysząca reformie

Dobrze podsumował tę dynamikę bliski doradca papieża, kard. Oskar Rodríguez Maradiaga31. Podczas wykładu zatytułowanego Kościół miłosierdzia z papieżem Franciszkiem wyjaśnił, że co prawda II Sobór Watykański zainicjował reformy instytucjonalne, jednak były one niewystarczające bez przemiany duchowej:

Każda zmiana w Kościele wymaga w ostatecznym rozrachunku odnowy motywacji. Instytucjonalna i funkcjonalna odnowa Kościoła wymaga odnowy jego wymiaru mistycznego. Źródłem tej mistyki, wiatrem, który popycha żagle Kościoła w kierunku otwartego morza głębokiej i całkowitej odnowy, jest miłosierdzie.

Ta nowa mistyka znajduje wyraz w konkretnych gestach. Przykładowo Synod o rodzinie utorował drogę bardziej elastycznemu stanowisku wobec osób rozwiedzionych, które zawarły kolejne związki. Według Maradiagi: „Rzeczywistość rozpadających się i ponownie tworzonych rodzin nie stanowi przeszkody dla pełnego uczestnictwa w życiu Kościoła. Sakramentalna Komunia nie jest jedyną drogą […]; każdy rozwiedziony chrześcijanin, który zawarł kolejny związek, może być pełnoprawnym chrześcijaninem, a jego dom może stać się miejscem świadczącym o miłości Boga”.

Kardynał Walter Kasper już w 2014 r. stawiał pytanie: „Jak Kościół może być znakiem nierozerwalnej więzi między wiernością a miłosierdziem w swojej pracy duszpasterskiej skierowanej do osób rozwiedzionych, które zawarły kolejne związki?”32 Te refleksje uwidaczniają głęboką zmianę: doktryna nie jest już postrzegana jako coś stałego, ale jako coś, co może być interpretowane stosownie do okoliczności – w imię miłosierdzia. Sam Franciszek wyraził to obrazowo: doktryna nie powinna być wykorzystywana jako „kamienie do rzucania w innych”.

Konkretny przykład: Fiducia supplicans

Przykładem tej logiki jest deklaracja Fiducia supplicans z 18 grudnia 2023 r., zezwalająca na pozaobrzędowe błogosławienie par homoseksualnych w imię otwartości i miłosierdzia. Nie jest to bynajmniej gest odosobniony. Już jako kardynał Franciszek bronił idei prawnego uregulowania związków partnerskich osób tej samej płci.

Tutaj idzie o krok dalej: miłosierdzie usuwa przeszkody doktrynalne, które mogłyby stać na przeszkodzie integracji jednostek z inkluzywnym Kościołem. Rozumiane w ten sposób miłosierdzie działa jako zasada rozkładająca, eliminująca stopniowo każdy normatywny wymiar doktryny moralnej lub dogmatycznej. Przygotowuje grunt pod horyzontalną, ziemską jedność, skupioną nie na objawionej prawdzie, ale na powszechnym braterstwie.

Franciszek czyni miłosierdzie nową duchową siłą napędową Kościoła. Uznając ludy za teologiczny locus oraz za zbiorowego uczestnika historii, proponuje zasadę duszpasterską, która pozwala na ich zjednoczenie bez narzucania im transcendentnej prawdy. Ta dynamika prowadzi w naturalny sposób do trzeciego z głównych filarów jego pontyfikatu: powszechnego braterstwa, ostatecznego celu projektu Franciszka.

Powszechne braterstwo: ostateczny cel pontyfikatu

Choć temat powszechnego braterstwa pojawił się później niż inne (takie jak ekologia czy synodalność), to w istocie stanowi on logiczne zwieńczenie myśli i działań papieża Franciszka. Można postrzegać tę ideę nawet jako syntezę jego całego pontyfikatu:

  • „Teologia ludu” stanowi jej podstawę przez podkreślenie, że wszystkie ludy są autentycznymi nosicielami misji duchowej.
  • Miłosierdzie pełni rolę siły napędowej – „energii duszpasterskiej”, która umożliwia włączenie wszystkich oraz przezwyciężenie oporu.
  • Powszechne braterstwo jest ostatecznym celem całego projektu.

Ta idea braterstwa pojawia się w różnych tekstach, przemówieniach oraz gestach, najpełniej została jednak wyrażona w encyklice Fratelli tutti z 3 października 2020 r. Aby zrozumieć jej znaczenie, trzeba powrócić do kluczowego wydarzenia: podpisania w 2019 r. Deklaracji z Abu Zabi. Dokument ten rzuca światło nie tylko na wspomnianą encyklikę, ale również na szerszą wizję Franciszka.

Abu Zabi: akt fundacyjny

4 lutego 2019 r. Franciszek udał się do Abu Zabi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, gdzie razem z wielkim imamem Al-Azharr Ahmadem Al-Tayyebem podpisał Dokument o ludzkim braterstwie. Dla pokoju światowego i współistnienia. Wydarzenie to jest historyczne z kilku względów: po raz pierwszy papież odwiedził Półwysep Arabski; podpisanie dokumentu miało miejsce w obecności przedstawicieli wielu religii, podczas publicznej uroczystości relacjonowanej przez media; sam dokument nie jest jedynie deklaracją intencji, ale tekstem wyrażającym zobowiązanie teologiczne obu stron.

Dokument ten stwierdza m.in., że: „Pluralizm i różnorodność religii, koloru skóry, płci, rasy i języka są wyrazem mądrej woli Bożej, z jaką Bóg stworzył istoty ludzkie”33. Sformułowanie to wykracza poza zwykłą tolerancję religijną: przedstawia różnorodność religii jako element Bożego planu. Ten ustęp wywołał spore kontrowersje. Zgodnie z tradycyjną doktryną katolicką, choć Bóg dopuszcza zło lub błąd, nigdy ich jednak nie pragnie. Twierdzenie, że różnorodność religii jest zgodna z wolą Bożą, sugerowałoby istnienie wielu uprawnionych dróg do Niego, podważając tym samym wyjątkowość zbawczą Chrystusa i Kościoła.

Po podpisaniu wspomnianego dokumentu, w Abu Zabi rozpoczęto realizację projektu architektonicznego Domu Rodziny Abrahamowej, który obejmuje trzy sąsiadujące ze sobą miejsca kultu: kościół, synagogę i meczet. Ten kompleks ma stanowić widzialny symbol ludzkiego braterstwa, o którym wspomina dokument podpisany przez Franciszka i Ahmada Al-Tayyeba, umożliwiając pokojowe współistnienie religii we wspólnej przestrzeni. Stanowi to ilustrację koncepcji jedności zbudowanej nie na objawionej prawdzie, ale na wzajemnym szacunku i współpracy: wszystkie religie znajdują się na jednym poziomie jako różne drogi prowadzące do tego samego, ludzkiego ideału.

Dla Franciszka dokument z Abu Zabi stanowi kamień węgielny. Przyznaje to zresztą we Fratelli tutti, przedstawiając go jako bezpośrednie źródło inspiracji dla swojej encykliki i stwierdzając, że pragnął rozwinąć wizje, o których rozmawiał z wielkim imamem. Nadaje to wydarzeniu z 2019 r. wybitne znaczenie doktrynalne i duszpasterskie.

System wielościenny i inkluzywność

We Fratelli tutti Franciszek opisuje braterstwo, które powinno obejmować całe społeczeństwo, a nawet całą ludzkość. Jego celem jest zbudowanie „przyjaźni społecznej, która nikogo nie wyklucza, oraz braterstwa otwartego na wszystkich”34 w ramach „kultury spotkania”35 i „dialogu kulturowego”36. W tej wizji Kościół nie jawi się już jako jedyne źródło ludzkiego braterstwa, ale oddaje się w służbę projektowi wspólnemu dla wszystkich kultur i religii: projektowi pokoju, sprawiedliwości i solidarności.

Franciszek kładzie szczególny nacisk na los imigrantów, których traktowanie postrzega jako decydujący sprawdzian dla współczesnych społeczeństw: „Imigranci […] są błogosławieństwem, bogactwem i nowym darem, który zachęca dane społeczeństwo do rozwoju”37. Stąd potrzeba przeciwstawiania się pokusie „tworzenia kultury murów, wznoszenia murów, murów w sercu, murów na ziemi, aby uniemożliwić to spotkanie z innymi kulturami, z innymi ludźmi”38. Nie mury, ale mosty; nie granice, ale otwartość.

Aby zilustrować swoją wizję, Franciszek posługuje się metaforą wielościanu, której użył już w Evangelii gaudium: „Nie jest to ani sfera globalna, która prowadzi do rozpłynięcia się, ani odizolowana cząstkowość, skazująca człowieka na bycie jałowym. […] Modelem jest wielościan, odzwierciedlający zbieg wszystkich jego elementów, które zachowują w nim oryginalność”39. Metafora ta przeciwstawia kuli – która spłaszcza różnice, wymuszając jednolitość – wielościan, który pozwala na zachowanie różnorodności w harmonijnej całości. Jest to metafora silnie przemawiająca do wyobraźni: każda religia, każda kultura zachowuje swoją własną tożsamość, równocześnie stanowiąc element wspólnej konstrukcji.

Jak jednak można nie dostrzegać kruchości takiego braterstwa? Jeśli dążenie do jedności nie opiera się na wiążącej wszystkich transcendentnej prawdzie, może opierać się wyłącznie na czysto politycznej woli współistnienia. Jakież kruche jest braterstwo, które marzy o pokoju społecznym, odrzucając równocześnie jedność w prawdzie!

Choć to powszechne braterstwo jest przedstawiane jako ideał moralny i społeczny, należy zauważyć, że owa „nie wykluczająca nikogo przyjaźń społeczna” w praktyce wyklucza Boga i – choć „otwarta na wszystkich” – w praktyce jest zamknięta na Chrystusa. Nie pozwala się już Chrystusowi zaoferować ludzkości transcendentnego braterstwa, które jednoczy ich z Bogiem poprzez przebóstwienie. Zostaje On zredukowany do poziomu jednego z wielu wzorów otwartości i humanitaryzmu… Nie jest już jedynym Zbawicielem, stanowiącym centrum historii.

Nowe cele Kościoła

Tak więc nowa koncepcja braterstwa ma daleko idące konsekwencje dla misji Kościoła. Do tej pory Kościół postrzegał siebie jako arkę zbawienia, gromadzącą narody i prowadzącą je do objawionej prawdy oraz życia nadprzyrodzonego. W wizji Franciszka jedność nie jest osiągana poprzez nawrócenie i uświęcenie, ale poprzez współpracę i dialog. Kościół staje się mediatorem, jednym z uczestników globalnego procesu zbratania. Jego wyjątkowa misja zostaje wchłonięta przez wspólny projekt, rzekomo szerszy i bardziej uniwersalny, który wskazuje nowe cele.

Kiedy Franciszek oświadcza, że „wszyscy się ocalimy albo nikt się nie ocali”40, nie mówi o zbawieniu wiecznym, ale o walce z ubóstwem, niesprawiedliwością i nierównościami społecznymi. Słowo „zbawienie” (ocalenie) zostaje zatem zredukowane do ziemskiego, immanentnego znaczenia, skupionego na warunkach doczesnego życia. Jednak włączenie wszystkich bez wyjątku wyznań może zostać osiągnięte jedynie poprzez neutralizację przesłania Ewangelii.

Jest to widoczne w sferze polityki: Franciszek apeluje o stworzenie silniejszych i lepiej zorganizowanych instytucji międzynarodowych oraz rządu światowego, zdolnego zmierzyć się z powszechnymi wyzwaniami41. Powszechne braterstwo staje się zatem fundamentem nowego porządku światowego, opartego na prawach człowieka i globalnej solidarności, którego Franciszek jest zarówno prorokiem, jak i rzecznikiem.

Jednak braterstwo to nie jest jedynie abstrakcja; przybiera ono konkretną formę w określonych obszarach, przede wszystkim w sferze ekologii. W Laudato si Franciszek rozwija koncepcję „wspólnego domu”: Ziemia jest przedstawiana jako powszechne dobro należące do całej ludzkości, tak więc ochrona środowiska staje się tym uprzywilejowanym obszarem, na którym braterstwo może być praktykowane w sposób namacalny. Troszcząc się o planetę, ludzie troszczą się również o sobie nawzajem. W ten sposób kryzys ekologiczny jawi się jako sposobność do budowania globalnej solidarności, przekraczającej granice i podziały. Ta konwergencja prowadzi do kolejnego etapu naszej analizy: ekologii integralnej, którą Franciszek przedstawia jako zasadniczy aspekt powszechnego braterstwa oraz misji Kościoła w świecie.

Ekologia integralna: konkretny wyraz powszechnego braterstwa

Ekologia jest jednym z głównych tematów pontyfikatu Franciszka. W uporządkowany sposób został on zaprezentowany w encyklice Laudato si, ogłoszonej 18 czerwca 2015 r. – i stanowi część szerszej wizji, którą papież nazywa „ekologią integralną”.

Pojęcie to nie ogranicza się do ochrony przyrody, ale obejmuje również społeczne, ekonomiczne i kulturowe aspekty życia ludzkiego. Ekologia integralna jest przedstawiana jako globalna odpowiedź na obecny kryzys oraz jako konkretna sfera, w której może się urzeczywistniać powszechne braterstwo. W tym sensie stanowi ona praktyczną implementację projektu nakreślonego we Fratelli tutti oraz Deklaracji z Abu Zabi.

W obliczu powszechnego kryzysu – ekologia wykraczająca poza przyrodę

Franciszek rozpoczyna od przygnębiającej obserwacji: współczesny świat przechodzi głęboki kryzys. Postęp naukowy i wzrost gospodarczy, zamiast zapewnić autentyczny dobrobyt, spowodowały poważne nierówności. Technologia i finanse zdominowały politykę, a dążenie do jak najszybszego zysku ma pierwszeństwo przed sprawiedliwością społeczną i szacunkiem dla stworzenia42.

W Laudato si papież odmalowuje obraz świata, w którym rozwojowi materialnemu nie towarzyszy postęp moralny. Skutkami tego są szybkie wyczerpywanie się zasobów naturalnych, powszechne zanieczyszczenie środowiska, wymieranie gatunków roślin i zwierząt, a przede wszystkim pogłębiające się nierówności między bogatymi a biednymi43.

W ocenie Franciszka ten kryzys ma wymiar globalny: dotyka zarówno planetę, jak i społeczeństwa ludzkie. Mamy do czynienia z degradacją zarówno środowiska, jak i życia społecznego, co papież streszcza w słowach: „Wszystko jest ze sobą połączone”44. Kryzys ekologiczny i kryzys społeczny stanowią dwie konsekwencje tego samego nieuporządkowania. Rozwiązaniem jest więc ekologia integralna.

W klasycznym sensie termin „ekologia” zasadniczo dotyczy badania relacji między istotami żywymi a środowiskiem. Franciszek akceptuje tę definicję, jednak dodaje aspekt specyficznie ludzki: ekologia integralna obejmuje sposób, w jaki ludzie organizują swoje życie, miasta, ekonomię, kulturę oraz stosunki społeczne45.

Tak więc kwestia ekologiczna nie ogranicza się do ochrony lasów i oceanów. Dotyczy również planowania przestrzennego, warunków pracy, wykorzystania technologii oraz – bardziej ogólnie – wszystkich aspektów naszego życia zbiorowego. Obejmuje politykę, socjologię, ekonomię, kulturę oraz ekologię w sensie ściśle naukowym. Franciszek stara się przedstawić globalną i holistyczną wizję ludzkości w jej środowisku46.

Ten projekt przypomina niektóre współczesne filozofie, takie jak pozytywizm Augusta Comte’a, który traktował socjologię jako zwieńczenie wszystkich nauk. Również dla Franciszka ekologia integralna jawi się jako zwieńczenie powszechnej refleksji nad kondycją ludzką i miejscem ludzkości w świecie.

Opcja na rzecz ubogich i globalne zarządzanie

U podstaw Laudato si leży zasadniczy nakaz: ochrona ubogich. Franciszek podkreśla ścisły związek między degradacją środowiska a niesprawiedliwością społeczną. Pierwszymi ofiarami degradacji środowiska są bowiem najsłabsze populacje – żyjące w regionach nadmiernie eksploatowanych, zanieczyszczonych lub narażonych na klęski żywiołowe. Papież mówi nawet o „długu ekologicznym” narodów bogatych wobec krajów uboższych47.

Dług ten nie wynika jedynie z grabieży zasobów naturalnych, ale również ze społecznych i ekonomicznych skutków globalizacji. Pojawiają się więc dwa priorytety: preferencyjna opcja na rzecz ubogich – zasada wywodząca się z nauczania społecznego Kościoła – rozszerzona do wymiaru globalnego48 oraz gruntowna analiza modeli rozwoju, mająca na celu ograniczenie zużycia energii nieodnawialnej oraz promowanie bardziej oszczędnego stylu życia.

Franciszek apeluje zatem o znaczące ograniczenie eksploatacji zasobów naturalnych49, aby uratować planetę dla przyszłych pokoleń. Ekologicznej retoryce towarzyszy więc dyskurs moralny i społeczny o sprawiedliwości i solidarności.

Papież wyraża przekonanie, że aby te zmiany stały się możliwe, potrzebne są struktury zdolne do egzekwowania decyzji w skali globalnej. Wspomina o „silniejszych i sprawnie zorganizowanych instytucjach międzynarodowych” wyposażonych w rzeczywistą władzę regulacyjną i sankcyjną50.

Ta idea wykracza poza samą jedynie współpracę między państwami. Jej realizacja wymaga istnienia globalnego systemu zarządzania, zdolnego do koordynowania działań, ustalania wspólnych standardów oraz egzekwowania przestrzegania zasad przez podmioty gospodarcze. Franciszek opowiada się zatem za ściślejszą integracją polityczną, w ramach której państwa zrzekają się części swojej suwerenności na rzecz organizacji międzynarodowych.

Ten kierunek jest zgodny z jego wizją powszechnego braterstwa, w ramach której dążył on, na poziomie politycznym, do stworzenia struktur globalnych. W praktyce ekologia staje się areną, na której może być budowane i realizowane braterstwo: kryzys ekologiczny jest wykorzystywany jako narzędzie służące do promowania globalnej jedności. W ten sposób ochrona planety staje się zarówno pretekstem, jak i siłą napędową dla projektu integracji społecznej i politycznej na skalę powszechną.

Ekologia integralna nie ogranicza się zatem do ochrony przyrody, ale staje się narzędziem służącym budowaniu globalnej jedności. Mobilizując sumienia wokół wspólnej sprawy – ochrony planety – umożliwia zbliżenie ludów, kultur i religii, które w innym przypadku nie miałyby wspólnej płaszczyzny porozumienia. Z tej perspektywy ekologia stanowi konkretny wyraz powszechnego braterstwa. Oferuje projekt jednoczący, zdolny połączyć razem cały rodzaj ludzki we wspólnym działaniu.

Ekologiczne nawrócenie: nowa duchowość

Franciszek nie ogranicza się jednak do proponowania środków technicznych czy też politycznych. Apeluje również o autentyczne „ekologiczne nawrócenie”. To nawrócenie oznacza wewnętrzną przemianę, zmianę sposobu myślenia i przyzwyczajeń51. Przekłada się to na świadomość naszej współzależności ze wszystkimi istotami żywymi, akceptację surowego i szanującego środowisko stylu życia, a także uczestnictwo w ekologicznym obywatelstwie, które zobowiązuje każdą jednostkę do wspólnego wysiłku.

W Laudato si Franciszek przedstawia podejście ekologiczne jako intensywne doświadczenie duchowe. Troska o przyrodę staje się aktem miłości i miłosierdzia, sposobem na obcowanie ze stworzeniem i jednoczenie się z innymi ludźmi52. Ta duchowość w znacznej mierze opiera się na naturalistycznym spojrzeniu na człowieka. Celem jest już nie tyle wzniesienie duszy do Boga, co poczucie więzi z Ziemią i innymi stworzeniami. Ta postawa znajduje kulminację w obrazie „wspólnego domu” oraz pewnych symbolicznych gestach, takich jak posługiwanie się językiem św. Franciszka z Asyżu i pisanie o „naszej siostrze Ziemi” lub o „Matce Ziemi”53.

Ta duchowość jest jednak bardzo niebezpieczna: kładąc nacisk na naturę i immanencję, popada ona w formę ukrytego panteizmu, w którym Bóg stapia się ze stworzeniem. Synod o Amazonii i epizod z Pachamamą dobrze ilustrują to zagrożenie, dając początek ceremoniom co najmniej dwuznacznym, jeśli nie wprost bałwochwalczym.

W ostatecznym rozrachunku to „ekologiczne nawrócenie” nie ogranicza się do zmiany stylu życia: proponuje nową formę duchowości, a nawet nową wizję świata. Człowiek nie jest już postrzegany przede wszystkim jako stworzenie powołane do wznoszenia się ku swemu Stwórcy, ale jako jeden z wielu elementów większej całości, jaką jest natura. Komunia z Bogiem zostaje zastąpiona doświadczaną w immanencji horyzontalną komunią ze stworzeniem, a misja Kościoła – utożsamiona z zachowaniem doczesnej równowagi.

Jednak redefiniowawszy cel Kościoła (powszechne braterstwo) oraz jego pole działania (ekologię integralną), Franciszek musi jeszcze zaproponować metodę realizacji tego projektu w samym Kościele. Tę rolę odgrywa synodalność, dążąca do przeobrażenia jego struktury, dostosowując go do nowej misji oraz wyzwań ekologicznych.

Synodalność: nowa metoda dla Kościoła

Synodalność jest jedną z najważniejszych koncepcji pontyfikatu Franciszka. Była ona promowana stopniowo, ostatecznie stając się rdzeniem szeroko zakrojonego procesu o zasięgu globalnym. Dla papieża nie jest to jedynie dostosowanie instytucjonalne, ale głęboka zmiana eklezjologiczna: nowy sposób myślenia o Kościele i życia w nim.

Termin „synodalność” dosłownie znaczy ‘kroczenie razem’ (sýn-hodós), jednak u Franciszka nabiera o wiele szerszego znaczenia. Kluczowym tekstem jest tu mowa z okazji 50. rocznicy powołania Synodu Biskupów, wygłoszona przez papieża 17 października 2015 r.: nakreślił on w niej swoją koncepcję Kościoła synodalnego oraz wewnętrznej redystrybucji władzy.

Krytyka klerykalizmu: wskazanie wroga

Aby wprowadzić swoją reformę, Franciszek wskazuje wroga, z którym należy się zmierzyć: klerykalizm. Przedstawia go jako chorobę, która niszczy Kościół i utrudnia wiernym udział w jego życiu54. Niewątpliwie odnosi się przy tym do pewnych realnych nadużyć: kastowej dumy, odczuwanej przez duchowieństwo pokusy do dominacji oraz braku autentycznej miłości duszpasterskiej.

Jednak jego krytyka sięga dalej. Potępiając klerykalizm w sposób ogólny, Franciszek kwestionuje samo wykonywanie świętej władzy ustanowionej przez Chrystusa.  W ten sposób termin „klerykalizm” staje się bronią retoryczną, która uzasadnia redefiniowanie władzy w Kościele: walka z tym złem legitymizuje przekazywanie władzy świeckim i reorganizację hierarchii.

Paradoksalnie, papież – często oskarżany o autorytaryzm – występuje przeciwko tyranii duchownych, aby zaprowadzić bardziej otwarty system rządów.

„Wszyscy, wszyscy, wszyscy”: inkluzywność jako zasada

To ulubione wyrażenie Franciszka wielokrotnie pojawia się w późniejszych latach jego pontyfikatu. Wyraża ono niecierpliwe żądanie całkowitej integracji: nikt nie może być wykluczony z życia Kościoła! Ani osoby rozwiedzione, które zawarły ponowne związki, ani osoby w znajdujące się w „sytuacjach nieregularnych”, ani nawet ludzie żyjący w okolicznościach obiektywnie sprzecznych z zasadami moralnymi… Kościół zawsze musi być otwartym domem Ojca55.

To naleganie jest zgodne z wcześniej omówioną koncepcją miłosierdzia; rozumiane jako bezwarunkowa otwartość, staje się ono nadrzędną zasadą duszpasterstwa. Synodalność jest niczym innym jak tylko instytucjonalnym wyrazem tej logiki, dążącej do utworzenia struktur ucieleśniających taką inkluzywność. Slogan „Wszyscy, wszyscy, wszyscy” nie jest więc jedynie emocjonalnym apelem – stanowi program reformy, który wymaga redefiniowania kryteriów przynależności do Kościoła.

Pobożność ludowa i „teologia ludu”

Synodalność opiera się również na uznaniu roli pobożności ludowej, który to temat już poruszyliśmy, pisząc o „teologii ludu”. Franciszek w spontanicznych przejawach religijności wiernych widzi znak obecności Ducha. W systemie synodalnym ta pobożność ludowa nie jest już jedynie tolerowana, ale staje się prawomocnym źródłem rozeznania. Lud Boży jest wzywany do wyrażania zbiorowej mądrości, niezależnej od hierarchii56.

Wizja ta pociąga za sobą istotną zmianę. Sam Franciszek posługuje się metaforą piramidy: w tradycyjnym Kościele hierarchia znajduje się na szczycie i prowadzi wiernych; w Kościele synodalnym piramida jest odwrócona: lud zostaje wyniesiony na szczyt, a hierarchia oddana w jego służbę. To odwrócenie jest przedstawiane jako konkretne zastosowanie „współodpowiedzialności” i „uczestnictwa”, postulowanych przez II Sobór Watykański.

Relokacja władzy

Synodalność nie jest jednak jedynie metaforą, ale pociąga za sobą rzeczywistą reorganizację władzy w Kościele. Franciszek wprowadza ją w życie, odnosząc ją do każdej z trzech władz: nauczania, rządzenia i uświęcania.

Władza nauczania

W ujęciu tradycyjnym władza nauczania należy do biskupów pozostających w jedności z papieżem. W ramach swojej reformy Franciszek odwołuje się do formuły nadużytej już przez II Sobór Watykański, wedle której lud Boży jest „nieomylny we wierze”.

Pierwotnie to sformułowanie oznaczało, że wierni uczestniczą w nieomylności Kościoła poprzez przylgnięcie do otrzymanego nauczania. Pod wpływem soboru ta idea została jednak rozszerzona: lud jest obecnie postrzegany jako nosiciel żywej wiary, nawet jeśli nie potrafi precyzyjnie wyrazić jej słowami. Władza nie spoczywa już jedynie na szczycie; znajduje się również u podstaw. Zgodnie z tym poglądem hierarchia nie jest już wyłącznym arbitrem w kwestii doktryny; musi również starać się słuchać i interpretować to, co Duch przekazuje poprzez głos ludu.

Władza rządzenia

Również sposób sprawowania władzy w Kościele jest redefiniowany. Franciszek promuje pojęcie „współodpowiedzialności”, zgodnie z którym władza powinna być współdzielona przez hierarchię oraz wiernych. Ta współodpowiedzialność jest niekiedy opisywana jako „zróżnicowana”, aby wskazać na pewną różnicę między wyświęconymi sługami Kościoła a świeckimi, jednak w praktyce prowadzi to do prawdziwej redystrybucji funkcji57.

Konkretnym przejawem tego procesu jest mianowanie kobiet oraz świeckich na stanowiska kierownicze w dykasteriach Kurii Rzymskiej. Tak właśnie stało się w przypadku Dykasterii ds. Instytutów Życia Konsekrowanego, na której czele została postawiona kobieta – coś, co w tradycyjnej organizacji [kościelnej] byłoby nie do pomyślenia.

Władza święceń i uświęcania

I wreszcie przedmiotem rewizji stał się sakrament święceń. Franciszek podkreśla fundamentalną równość wszystkich ochrzczonych, posuwając się do relatywizacji kapłaństwa urzędowego w odniesieniu do powszechnego kapłaństwa wiernych.

Synodalność postuluje więc podział pewnych świętych funkcji między duchowieństwo a świeckich: niektóre czynności lub decyzje, dotąd zastrzeżone dla duchownych, obecnie mogą być wykonywane przez upoważnionych do tego wiernych. Ten proces prowadzi do zatarcia różnic między nimi, tworząc strukturę horyzontalną, w której wszyscy uczestniczą w dziele uświęcania dusz.

Kościół spłaszczony i horyzontalny

W konsekwencji połączenia tych trzech procesów synodalność prowadzi do radykalnego przeobrażenia. Tradycyjny Kościół posiadał strukturę hierarchiczną: Chrystus powierzył swoją władzę apostołom oraz ich następcom, którzy kierowali powierzoną sobie owczarnią. W Kościele synodalnym ta struktura jest odwrócona i spłaszczona. Władza nie pochodzi już z góry, ale z dołu. Papież i biskupi stają się jedynie koordynatorami czy też moderatorami zbiorowego procesu.

To przeobrażenie idealnie wpisuje się w wizję powszechnego braterstwa: społeczności nie wykluczającej nikogo, w której wszyscy uczestniczą na równi w życiu wspólnotowym, a także horyzontalnego zarządzania opartego na globalnej solidarności, bez hierarchii i wertykalności. Synodalność jawi się więc jako religijne ucieleśnienie omówionych wcześniej zasad, jako skuteczna metoda wdrażania papieskiego projektu w Kościele.

Podsumowanie: kontrowersyjna spuścizna i przyszły dylemat

Po śmierci Franciszka jego spuścizna była oceniana bardzo różnie: z jednej strony mamy do czynienia z entuzjazmem środowisk postępowych, uznających go za autentycznego reformatora, z drugiej natomiast – zaniepokojeniem (a w niektórych przypadkach nawet otwartym sprzeciwem) tych, którzy w jego inicjatywach widzą zerwanie z Tradycją.

Paradoksalnie pomimo tych różnic w ocenie należy stwierdzić, że papież Franciszek był zagorzałym orędownikiem jedności. Wszystkie jego działania były ukierunkowane na ten właśnie cel: zbliżanie ludzi, zbliżanie narodów oraz integrację peryferii.

Pontyfikat o imponującej spójności

W praktyce to dążenie do jedności wyrażało się na dwóch uzupełniających się wzajemnie poziomach: w Kościele – poprzez synodalność jako narzędzie jednoczenia i transformacji oraz w świecie – poprzez ekologię integralną, konkretną przestrzeń umożliwiającą jednoczenie rodzaju ludzkiego.

Jednak poszukiwana jedność nie była jednością, która tradycyjnie stanowi znamię Kościoła – opartą na objawionej prawdzie i przynależności do Mistycznego Ciała Chrystusa. W wizji Franciszka jedność jest osiągana przede wszystkim w historii, na płaszczyźnie horyzontalnej, dzięki współpracy i dialogowi: widzimy, jak Kościół reorganizuje się, aby uczestniczyć w szerokim projekcie światowego braterstwa. Jedność nie jest już rzeczywistością doświadczaną dzięki przylgnięciu do wspólnej prawdy, ale zwieńczeniem drogi, którą należy przebyć razem, pomimo różnorodności wierzeń czy praktyk.

Objawiona prawda nie jest więc już fundamentem jedności, ale jedynie jednym z elementów służących realizacji szerszego, uniwersalnego projektu. Franciszek nie stara się zatem przekonywać poprzez głoszenie uniwersalnej prawdy, ale jednoczyć poprzez działanie – poprzez wspólne projekty oraz symboliczne gesty: przyjmowanie migrantów, ochronę środowiska, walkę z ubóstwem i wykluczeniem – a także popierając wewnętrzną reformę Kościoła.

Niniejsza analiza teologiczna pozwala wyraźnie dostrzec niezwykłą spójność wewnętrzną pontyfikatu Franciszka, opartego na pięciu głównych filarach. Są nimi:

  1. „teologia ludu” – źródło koncepcyjne;
  2. miłosierdzie – siła napędowa w sferze duszpasterskiej i doktrynalnej;
  3. powszechne braterstwo – cel ostateczny;
  4. ekologia integralna – konkretne pole działania;
  5. synodalność – metoda wewnętrznej transformacji Kościoła.

Wspomniana spójność sprawia, że ten system jest niezwykle solidny i bardzo trudno go zakwestionować.

Przyszłość: zerwanie czy ciągłość?

Franciszek nie stworzył tego projektu ex nihilo, a jedynie rozwinął i poszerzył wytyczne zawarte już w dokumentach II Soboru Watykańskiego. Jego pontyfikat stanowi próbę realizacji wizji nakreślonych przez Lumen gentium i Gaudium et spes. Można powiedzieć, że Franciszkowi udało się w pełni wykorzystać ukryty potencjał soboru: w tym sensie spuścizna po nim wpisuje się w ciągłość, która daleko wykracza poza jego osobę. Powrót do bardziej tradycyjnej koncepcji Kościoła wymagałby (od współczesnej hierarchii – przyp. red. WTK) czegoś więcej niż tylko skorygowania pojedynczych elementów – oznaczałby konieczność rozpatrzenia całego systemu od samych jego podstaw.

Siła projektu Franciszka leży właśnie w jego spójności i głębokim zakorzenieniu w myśli soboru. Wyprowadzenie Kościoła z obecnego impasu nie będzie więc łatwe. Wydaje się jasne, że w obliczu takiego dziedzictwa papież Leon XIV stoi obecnie przed rozstrzygającym wyborem:

  • kontynuować proces zapoczątkowany przez sobór i rozwinięty przez Franciszka, innymi słowy: nadal reformować Kościół w duchu synodalności i promować powszechne braterstwo, aby zjednoczyć ludzkość w pokoju i sprawiedliwości, w służbie „wspólnego domu”,

albo

  • powrócić do misji Kościoła postrzeganego jako arka zbawienia, przekazywać objawioną prawdę i prowadzić rodzaj ludzki do Trójcy Przenajświętszej poprzez Jezusa Chrystusa – co wymagałoby zerwania ze spuścizną po Franciszku oraz z fundamentalną orientacją samego soboru.

Zasługą pontyfikatu Franciszka jest uświadomienie konieczności dokonania tego wyboru. Przyszłość pokaże, czy spuścizna po nim zostanie przez jego następcę utrwalona i pogłębiona, czy też ponownie rozpatrzona i skorygowana – wraz z jej szkodliwymi zasadami; w żadnym razie nie wolno jej ignorować.

Menzingen, 4 października 2025
we wspomnienie św. Franciszka z Asyżu

Źródło

Zobacz też

Przypisy

  • 1Różne nurty teologii wyzwolenia, które pojawiły się w latach 70. XX wieku, mają swoje źródło w Radzie Biskupów Ameryki Łacińskiej (CELAM) w Medellin. Pragnąc doprowadzić do radykalnych przemian społecznych, propagowały one zwłaszcza reinterpretację Pisma św. – przede wszystkim Ewangelii – w świetle socjologii marksistowskiej.
  • 2„Doszło do tego, że próbuje się klasyfikować wszystkie jednostki, grupy, społeczeństwa i rządy w oparciu o podział dwubiegunowy: «populistyczny» lub «niepopulistyczny»”. Fratelii tutti, par. 156. Wszystkie cytaty z encykliki Fratelii tutti za: https://www.vatican.va/content/francesco/pl/encyclicals/documents/papa-francesco_20201003_enciclica-fratelli-tutti.html
  • 3Fratelli tutti, par. 157.
  • 4Ibidem, par. 158.
  • 5Por. Fratelli tutti, par. 159.
  • 6Locus (l.mn. loci, łac. ‘miejsce’) to uznane przez Kościół źródło, z którego teologowie czerpią elementy Objawienia, aby rozwijać teologię. Za loci są uznawane Pismo św., Tradycja i liturgia.
  • 7W Laudato si (par. 145) Franciszek stwierdza, że zniknięcie tubylczej kultury ma większe znaczenie od wymarcia gatunków roślin lub zwierząt, ponieważ oznacza zniszczenie wyjątkowego wyrazu Mądrości Bożej ucieleśnionej w historii ludzkiej.
  • 8To znaczy zakładający, że najważniejsze jest to, co jest nam dane w przeżyciu wewnętrznym, a więc subiektywne – przyp. red. WTK.
  • 9Politique et société, wywiad-rzeka z socjologiem Dominikiem Woltonem, opublikowany w 2017 r. Mamy tu do czynienia z klasycznym modernizmem, jednak o rozszerzonym zakresie: logiczną transpozycją danych z indywidualnego doświadczenia na doświadczenie i kulturę całego narodu. W ten sposób „religijność” staje się fundamentem „religii” – choć oczekiwać należałoby raczej czegoś odwrotnego.
  • 10Evangelii gaudium, par. 53. Cytaty z Evangelii gaudium za: https://www.vatican.va/content/francesco/pl/apost_exhortations/documents/papa-francesco_esortazione-ap_20131124_evangelii-gaudium.html
  • 11Homilia wygłoszona w Redipuglia 13 września 2014.
  • 12Evangelii gaudium, par. 25.
  • 13Ibidem, rozdz. 1.
  • 14Ibidem, rozdz. 3.
  • 15Ibidem, par. 37.
  • 16Od 8 grudnia 2015 do 20 listopada 2016.
  • 17Gaude Mater Ecclesia, przemówienie otwierające II Sobór Watykański, 11 października 1962.
  • 18Misericordiæ vultus, par. 14. Cytaty z Misericordiæ vultus za: https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/franciszek_i/bulle/misericordiae-or_11042015
  • 19List 169, par. 15.
  • 20Por. Misericordiæ vultus, par. 19.
  • 21Evangelii gaudium, par. 176.
  • 22Ibidem, par. 183.
  • 23Ibidem, par. 187.
  • 24Ibidem, par. 190.
  • 25Ibidem, par. 65.
  • 26Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauczania społecznego Kościoła par. 157, w Evangelii gaudium par. 190.
  • 27Jan Paweł II, adhortacja posynodalna Ecclesia in America, 22 stycznia 1999, par, 27; w Evangelii gaudium par. 182.
  • 28Evangelii gaudium, par. 202.
  • 29Misericordiæ vultus, par. 23.
  • 30Ibidem.
  • 31Arcybiskup Tegucigalpy (stolicy Hondurasu) w latach 1993–2023, od 2001 r. kardynał.
  • 32Kard. Walter Kasper, L’Évangile de la famille, Les éditions du Cerf, Paris 2014, s. 55.
  • 33https://www.vatican.va/content/francesco/pl/travels/2019/outside/documents/papa-francesco_20190204_documento-fratellanza-umana.html
  • 34Fratelli tutti, par. 94.
  • 35Ibidem, par. 30.
  • 36Ibidem, par. 136.
  • 37Ibidem, par. 135.
  • 38Ibidem, par. 27.
  • 39Evangelii gaudium, par. par. 235–236.
  • 40Fratelli tutti, par. 137.
  • 41Ibidem, par. par. 172–175.
  • 42Por. Laudato si, par. par. 18, 54, 56.
  • 43Ibidem, par. 20–22, 48. Cytaty z Laudato si za: https://www.vatican.va/content/francesco/pl/encyclicals/documents/papa-francesco_20150524_enciclica-laudato-si.html
  • 44Ibidem, par. par. 70, 91, 117.
  • 45Ibidem, par. par. 137–139.
  • 46Ibidem, par. par. 141–142.
  • 47Ibidem, par. par. 48–52.
  • 48Ibidem, par. 158.
  • 49Ibidem, par. 192.
  • 50Ibidem, par. 175.
  • 51Ibidem, par. par. 216–220.
  • 52Ibidem, par. par. 233–242.
  • 53Ibidem, par. 1.
  • 54Evangelii gaudium, par. 102.
  • 55Ibidem, par. 47.
  • 56Ibidem, par. par. 122–126.
  • 57Ibidem, par. 32.

Jak czytać Pismo Święte

Zawsze Wierni nr 1/2026 (242) czyli : piusx/zawsze_wierni

ks. Piotr Dzierżak FSSPX

Od Redakcji

Drodzy czytelnicy, Pismo Święte wraz z jego właściwym rozumieniem stanowić powinno dla każdego katolika zagadnienie kluczowe. Jest tak pomimo tego, że – w przeciwieństwie do protestantów – nie ograniczamy zakresu Bożego Objawienia (zakończonego wraz ze śmiercią św. Jana Apostoła) jedynie do słowa spisanego w księgach biblijnych. Pamiętamy bowiem o Tradycji, a więc o przekazie ustnym. Mimo to powodów, dla których, właśnie jako katolicy, powinniśmy bardzo zabiegać o poznanie treści Pism i odpowiedniej ich wykładni, wymienić można wiele; ograniczmy się tym razem tylko do tych dwu najistotniejszych.

Po pierwsze sam Kościół katolicki od początku swego istnienia otaczał Pismo Święte wielką czcią, czyniąc je skarbnicą teologicznej mądrości oraz źródłem formuł liturgicznych, a tym samym podstawą dla chrześcijańskiego życia.

W rzeczywistości Kościół, będąc Mistycznym Ciałem Chrystusa – czyli Słowa Wcielonego – zawsze żyje (nieustanną modlitwą), oddycha (świętą liturgią), myśli (formułami teologicznymi), mówi (aktami Magisterium)… a wszystko to poprzez słowa Pisma, rzec można: Słowa jakby wcielonego w ludzki język i alfabet.

Stąd nie było nigdy świętego, nawet najmniejszego prostaczka, który by ksiąg świętych nie starał się gorliwie poznawać i zrozumieć.

Jest jednak jeszcze i drugi powód: otóż wiele spośród historycznych herezji zapoczątkowanych zostało przez fałszywe i jednostronne interpretacje tekstów biblijnych. Zapewne też nie było i nie ma takiego błędu doktrynalnego, którego nie dałoby się „uzasadnić” przez odniesienie do Biblii. To z kolei pokazuje wagę właściwej interpretacji tej księgi.

Przez wieki Pismo Święte w świecie chrześcijańskim było jedną z najczęściej czytanych ksiąg, biblijnej tematyki również dotyczyły kazania i dzieła sztuki sakralnej – w rezultacie powszechnie znano opisane w nim postacie i historie. Nasza święta księga cieszyła się taką estymą, że dysponujący lepszą pamięcią, a przede wszystkim wykształceniem, potrafili nawet cytować większe partie tekstu. Dziś, pomimo wielości przekładów, Biblia wcale nie jest zbyt dobrze znana, a już na pewno nie jest dobrze rozumiana – na co niewątpliwie wpłynął upadek homiletyki spowodowany brakiem dobrego wykształcenia teologicznego u większości kapłanów uformowanych w ramach novus ordo. W praktyce duchowej wielu współczesnych katolików natchnione przez Boga Pisma ustępują popularności książkom dotyczącym rozmaitych objawień prywatnych, których prawdziwość jest nierzadko wątpliwa, a przy tym prawie zawsze trudna do weryfikacji. Stanowi to pewnego rodzaju paradoks, zresztą niejedyny. Inny polega na tym, że propagandzie modernizmu zasadniczo udało się wtłoczyć katolikom do głowy czysto protestanckie przekonanie o łatwości interpretowania Pisma Świętego, podczas gdy każdy znający nieco realia wie, że jest dokładnie odwrotnie – tekst natchniony jest trudny i tajemniczy. Kryje w sobie wiele zagadek, nie będąc przeznaczonym do prywatnego roztrząsania.

Rodzi to zresztą trzeci paradoks: z powodu ewidentnego deficytu dobrych, ortodoksyjnych i teologicznie głębokich komentarzy można zaobserwować – i to nawet pośród tradycyjnych katolików – tendencję do sięgania po dzieła współczesnych, niestety nominalnie tylko katolickich, biblistów. A te są niestety w wysokim stopniu nasiąknięte modernizmem…

Odpowiadając na powyżej opisane paradoksy i wynikające z nich potrzeby, oddajemy w ręce Czytelników pierwszy w historii czasopisma „Zawsze Wierni” numer niemal w całości poświęcony zagadnieniu Pisma Świętego, licząc na życzliwe przyjęcie, a przede wszystkim na liczne owoce duchowe.

Objawienia Najświętszej Maryi Panny w Quito – dla naszego Czasu.

ks. Karol Stehlin FSSPX, Zawsze Wierni nr 1/2001 (38)

W kazaniu abp. Lefebvre, wygłoszonym z okazji święceń biskupich 30 czerwca 1988 roku, znajduje się następujący fragment:

Niedawno jeden z naszych kapłanów, przeor naszego przeoratu w Bogocie w Kolumbii przyniósł mi książkę o objawieniach Matki Bożej Dobrego Zdarzenia (Nuestra Senora del Buen Suceso), której kościół znajduje się w Quito, w stolicy Ekwadoru; a jest to naprawdę wielki kościół. Wkrótce po Soborze Trydenckim, a więc przed wieloma stuleciami, pewnej zakonnicy klasztoru w Quito objawiała się Najświętsza Maryja Dziewica, która do niej przemawiała. Objawienia te zostały zachowane na piśmie i uznane przez Rzym. Dlatego zbudowano Najświętszej Maryi Dziewicy z Quito wspaniały kościół, a historycy mówią na ten temat, co następuje: kiedy figura Najświętszej Dziewicy była już prawie gotowa, a rzeźbiarz zamierzał stworzyć jej oblicze, stwierdził, że oblicze to w cudowny sposób było już gotowe. Cudowna postać Najświętszej Maryi Dziewicy była tam przez wiernych Ekwadoru czczona z wielką pobożnością. I ta Najświętsza Dziewica z Quito przepowiedziała owej zakonnicy wiele rzeczy mających się zdarzyć w XX wieku, a przy tym powiedziała wyraźnie: w XIX wieku i przez większą część XX wieku w Kościele świętym będą się coraz bardziej rozpowszechniały błędne nauki i pogrążą Kościół w katastrofalnej, absolutnie katastrofalnej sytuacji. Ani się obejrzymy, jak zanikną obyczaje, a wiara wygaśnie. I – wybaczcie, że kontynuuję teraz informację o tym objawieniu, ale mówi ono o pewnym prałacie, który zdecydowanie przeciwstawi się temu zalewowi apostazji, temu zalewowi bezbożności i zachowa kapłaństwo, kształcąc dobrych kapłanów. Możecie to interpretować, jak chcecie, ja tego nie zrobię. Ja w każdym razie byłem zaskoczony, kiedy przeczytałem te linijki, nie mogę zaprzeczyć.

Poniższy artykuł ma za cel przedstawienie całej historii tych objawień. Po raz kolejny przekonujemy się, jaką wielką rolę Pan Bóg powierzył Matce Najświętszej w czasach ostatecznych, a zwłaszcza w okresie aktualnego kryzysu w Kościele. Ta, która jak troskliwa matka, już dawno zapowiedziała to, co się dzieje dziś w Kościele i na świecie, z całą pewnością i teraz nie pozostaje bezczynna, pomaga wiernym katolikom wytrwać w dobrej drodze – a na końcu ona położy kres zalewowi modernizmu.

Źródła historyczne

Matka Najświętsza objawiła się kilkakrotnie przełożonej sióstr Niepokalanego Poczęcia w Quito (stolica Ekwadoru), M. Mariannie Franciszce de Jesús Torres y Berriochoa (1563–1635). źródła historyczne o tych objawieniach dotarły do nas w następujący sposób: z powodu tak niezwykłych wydarzeń kierownik duchowny oraz biskup Quito wymagali od niej w imię posłuszeństwa spisania autobiografii. Tekst ten został aprobowany przez biskupa Piotra de Oviedo, dziesiątego biskupa ordynariusza Quito. Po jej śmierci, kierownik duchowy i spowiednik o. Michał Romero OFM napisał jej biografię. Dokumenty te razem z życiorysami wszystkich innych sióstr założycielek klasztoru w Ekwadorze zachowane są w wielkim tomie pt. El Cuadernon. Na podstawie tego źródła o. Manueal Souza Pereira, prowincjał Ojców Franciszkanów w Quito, napisał w 1790 roku książkę pt. Cudowny żywot Matki Marianny de Jesús Torres, hiszpańskiej zakonnicy i jednej z założycielek Królewskiego Klasztoru Niepokalanego Poczęcia w mieście św. Franciszka de Quito.

Dzieło to przetłumaczyła na język angielski w 1988 r. Marianna Teresa Horvat, która wydała książkę na temat objawień Matki Bożej1.

Wizjonerka: Marianna de Jesús Torres

Marianna Franciszka urodziła się w Hiszpanii 1563 roku jako pierwsze dziecko gorliwej katolickiej rodziny. Z powodu jej głębokiej pobożności, została dopuszczona do I Komunii już 8 grudnia 1572, kiedy miała zaledwie 9 lat2. Podczas Komunii Marianna otrzymała łaskę powołania oraz wewnętrzną pewność, że będzie przeznaczona na misje.

W 1577 roku opuściła Hiszpanię razem z ciotką, matką Marią de Jesús Taboada i czterema innymi zakonnicami, aby założyć klasztor w stolicy Ekwadoru. Rozpoczęła tam swe życie zakonne, które płynęło wedle ówczesnych zwyczajów w atmosferze surowych umartwień. Matki założycielki były zachwycone „doskonałym przestrzeganiem reguł zakonnych i praktyką cnót” młodej nowicjuszki, inne siostry jednak okazywały zazdrość, prześladowały ją i rozsiewały oszczerstwa.

Dwukrotnie zmarła i powróciła do życia. Po śmierci pierwszej przełożonej w 1593 roku, została wybrana na przeoryszę. Było to w chwili, kiedy w Quito wybuchła rewolucja, której skutki miały dotknąć również zakony. Właśnie wówczas pewna zakonnica, zwana La Capitana, z pomocą niektórych duchownych zawiązała spisek przeciw przełożonej i razem z innymi siostrami domagała się złagodzenia reguły i zwolnienia od kierownictwa duchowego Ojców Franciszkanów, uważanych za bardzo gorliwych i surowych zakonników.

W tej trudnej sytuacji matka Marianna uciekła się do modlitwy. Wówczas Matka Boża ukazała się jej po raz pierwszy i powiedziała: „Jestem María del Buen Suceso, Królowa nieba i ziemi. Przyszłam, aby pocieszyć twoje udręczone serce! Szatan próbuje zniszczyć to Boże dzieło, posługując się Moimi niewiernymi córkami, lecz nie osiągnie celu, bo Ja jestem Królową zwycięstwa i Matką Dobrego Zdarzenia, i pod tym tytułem pragnę być znana dla zachowania Mego klasztoru i jego mieszkańców”.

Wkrótce po tej wizji wspólnota wybrała nową przełożoną, pod której rządami reguła zakonna została złagodzona; ścisłe milczenie zanikło. S. Marianna próbowała przekonać nową przełożoną o niebezpieczeństwach płynących z takiego postępowania, co ściągnęło na nią gniew pozostałych sióstr. Po raz kolejny dotknęły ją oszczerstwa i kłamstwa, a co gorsza, wikariusz generalny zgodził się na wysłanie jej do więzienia pod zarzutem nieposłuszeństwa. Dobre siostry, które ogromnie cierpiały z powodu tak rażącej niesprawiedliwości, również zostały uwięzione; było ich razem 25.

W ciągu następnych pięciu lat s. Marianna, która trzykrotnie została uwięziona na dłuższy czas, otrzymała wiele szczególnych łask, miała też wizje Matki Bożej, która pokazała jej przyszłość klasztoru oraz Ekwadoru. Kazała też wykonać figurę Matki Bożej Dobrego Zdarzenia i umieścić ją na tronie przełożonej zakonu na znak, że to ona jest Panią klasztoru: „W mojej prawej ręce umieść pastorał oraz klucze jako symbol mojej władzy oraz znak, że klasztor jest moją własnością”.

Na koniec matka przełożona zrozumiała niewłaściwość swojego postępowania wobec sióstr założycielek, uwolniła je i zrezygnowała ze swego urzędu. Wówczas biskup Quito kazał przeprowadzić przesłuchanie w sprawie oskarżeń przeciwko siostrom. Kiedy okazało się, że został wprowadzony w błąd przez oszczerstwa, kazał aresztować główną odpowiedzialną za zamęt – siostrę La Capitanę. Ta nie przyznała się jednak do winy, odmówiła przyjęcia pokarmu i poczęła bluźnić. Wtedy matka Marianna poprosiła biskupa o pozwolenie na przeniesienie zbuntowanej siostry do infirmerii klasztornej, gdzie sama opiekowała się nią, pomimo że w zamian doświadczała jedynie przekleństw i zniewag. Obawiając się o życie wieczne tej siostry, matka Marianna gorąco prosiła Pana Jezusa o uratowanie jej duszy. Zrozumiała wtedy, że jej prośba będzie wysłuchana, jeśli zgodzi się na przeżywanie duchowo pięciu lat kar piekielnych. Od razu wyraziła na to zgodę, a krótko później La Capitana nawróciła się, odbyła spowiedź generalną i stała się wzorem pokory i pobożności do końca życia. Zmarła rok po śmierci matki Marianny.

Tymczasem m. Marianna musiała wypełnić obietnicę: podczas pięciu lat czuła się jak potępiona i odrzucona przez Boga, którego tak bardzo umiłowała; przeżywała duchowo męki dusz potępionych.

Wizja profanacji Sakramentów świętych

20 stycznia 1610 roku Matka Boża objawiła się jej znowu i powiedziała między innymi: „Wiedz, że od końca XIX, a szczególnie w XX wieku namiętności wybuchną i dojdzie do zupełnego zepsucia obyczajów, bo Szatan prawie całkowicie panował będzie przez masońskie sekty. Aby do tego doprowadzić, skupią się one szczególnie na dzieciach. Biada dzieciom w owych czasach! 
Trudno będzie przyjąć sakramenty chrztu i bierzmowania. Wykorzystując osoby posiadające władzę, diabeł starać się będzie zniszczyć sakrament spowiedzi (…) To samo będzie z Komunią świętą. Niestety! Jak bardzo zasmuca Mnie, że muszę ci wyjawić tak liczne i okropne świętokradztwa – tak publiczne jak i tajne – popełnione z powodu profanacji Najświętszej Eucharystii! W czasach tych wrogowie Chrystusa, zachęcani przez diabła, często kraść będą z kościołów konsekrowane Hostie, aby bezcześcić Postacie Eucharystyczne. Mój Najświętszy Syn widzi samego siebie rzuconego na ziemię i zdeptanego przez nieczyste nogi”. Dalej mówi Matka Najświętsza o lekceważeniu sakramentu ostatniego namaszczenia, przez co wiele dusz pozbawionych będzie pocieszenia i łask w decydującej chwili śmierci. „Sakrament małżeństwa, symbolizujący związek Chrystusa ze swoim Kościołem, będzie przedmiotem ataków i profanacji w najściślejszym znaczeniu tego słowa. Masoneria, która będzie wówczas sprawować rządy, zaprowadzi niesprawiedliwe prawa mające na celu zniszczenie tego sakramentu, a przez to ułatwi każdemu życie w stanie grzechu, oraz spowoduje wzrost liczby dzieci urodzonych w nielegalnych związkach, nie włączonych do Kościoła. Duch chrześcijański szybko upadnie, drogocenne światło Wiary zgaszone będzie do tego stopnia, że nastąpi prawie całkowite zepsucie obyczajów. Skutki zeświecczonego wychowania będą się nawarstwiać, powodując m. in. niedostatek powołań kapłańskich i zakonnych.

Sakrament kapłaństwa będzie ośmieszany, lżony i wzgardzony. Diabeł prześladować będzie szafarzy Pana w każdy możliwy sposób. Będzie działać z okrutną i subtelną przebiegłością, odwodząc ich od ducha powołania i aby uwodząc wielu. Owi zdeprawowani kapłani, którzy zgorszą chrześcijański lud, wzbudzą nienawiść złych chrześcijan oraz wrogów Rzymskiego, Katolickiego i Apostolskiego Kościoła, którzy zwrócą się przeciwko wszystkim kapłanom. Ten pozorny tryumf Szatana przyniesie ogromne cierpienia dobrym pasterzom Kościoła.

Poza tym, w owych nieszczęśliwych czasach, nastąpi niepohamowany zalew nieczystości, która popychając resztę ludzi do grzechu, pociągnie niezliczone lekkomyślne dusze na wieczne potępienie. Nie będzie można znaleźć niewinności w dzieciach, ani skromności u niewiast. W owych chwilach największej potrzeby Kościoła, ci, którzy mają mówić, będą milczeć!”. Na koniec Matka Boża ponownie nakazała wykonać figury ku Jej czci.

Cudowna figura Matki Bożej del Buen Suceso

Zaraz po tym objawieniu matka Marianna prosiła biskupa Quito, aby jak najprędzej ustosunkował się do próśb Najświętszej Maryi Panny. Po otrzymaniu jego zgody, powierzyła wykonanie artyście Francisco del Castillo, który nie tylko był doświadczonym rzeźbiarzem, ale także człowiekiem wielkiej cnoty połączonej z głęboką pobożnością maryjną. Kiedy praca dobiegła do końca, zadecydował, że będzie musiał pojechać do Europy, aby znaleźć najlepsze farby do malowania twarzy Madonny. Obiecał powrócić do Quito przed 16 stycznia 1611 roku i ukończyć dzieło. Jednak w nocy przed jego przyjazdem twarz figury została w cudowny sposób pomalowana. Kiedy siostry przyszły wcześnie rankiem na jutrznię, kaplica wypełniona była niebieskim światłem, otaczającym posąg. Kiedy artysta przybył następnego ranka do klasztoru, aby ukończyć pracę, zawołał zaskoczony: „Co widzę? Ta wspaniała rzeźba – to nie moje dzieło. To jest dzieło anielskie, bo coś tak wspaniałego nie mogłoby być stworzone tu na ziemi przez ręce śmiertelnika. Żaden rzeźbiarz, choćby nie wiadomo jak uzdolniony, nie mógł stworzyć takiej doskonałości i nieziemskiej piękności”. Rzeźbiarz potwierdził pod przysięgą autentyczność cudu. Pod spisanym przez niego oświadczeniem widnieje również podpis biskupa Quito, który wkrótce kazał przygotować się przez nowennę na uroczystą intronizację. 2 lutego 1611 roku poświęcił uroczyście cudowną figurę pod wezwaniem Matki Bożej Dobrego Zdarzenia. Rzeźba wniesiona została w uroczystej procesji na wyższy chór kościoła klasztornego na specjalnie przygotowanym tronie. Co roku przenoszona jest w procesji z chóru do głównego ołtarza podczas nowenny poprzedzającej święto Matki Bożej Dobrego Zdarzenia 2 lutego. W ostatnich latach posąg wystawiany jest dla wiernych także podczas miesiąca maryjnego (tj. w maju) i podczas miesiąca Różańca świętego (w
październiku).

Główne objawienie: zgaśnięcie wiecznej lampki i jego znaczenie

Resztę życia matka Marianna spędziła na wewnętrznych i zewnętrznych umartwieniach i ofiarach: chciała stać się ofiarą dla XX wieku, jak o to prosiła ją Matka Najświętsza.

Najważniejsze objawienie siostra Marianna miała o poranku 2 lutego 1634 roku, kiedy to podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem nagle zgasła paląca się przed ołtarzem wieczna lampka. Kiedy siostra Marianna próbowała ją zapalić ponownie, Matka Boża objawiła się jej i powiedziała:

„Przygotuj twoją duszę, aby coraz więcej oczyszczona mogła wstąpić w pełnię radości twojego Pana. O, gdyby śmiertelnicy, a szczególnie pobożne dusze poznały, czym jest niebo, co to jest posiadanie Boga, jakże inaczej żyłyby i nie odmawiałyby żadnej ofiary, aby Go posiadać.

Zgaśnięcie lampki klasztornej, które zobaczyłaś, ma wiele znaczeń:

Po pierwsze, przy końcu XIX wieku i podczas dużej części wieku XX powstanie zamęt w tym kraju, będącym wtedy wolną republiką. Wtedy cenne światło wiary zgaśnie w duszach z powodu prawie całkowitego zepsucia obyczajów. Podczas tego okresu będą wielkie fizyczne i moralne klęski, publiczne i prywatne. Niewielka grupa ludzi, która zachowa skarb wiary i cnoty, będzie doznawała okrutnych i niewymownych cierpień oraz przedłużonego męczeństwa. Aby wyzwolić ludzi z niewoli tych herezji, ci, których Mój Najświętszy Syn powołał do wykonania odnowy, potrzebują wielkiej siły woli, wytrwałości, odwagi i ufności w Bogu. Nadejdzie taki moment, kiedy wszystko wydawać się będzie stracone, a wszelkie wysiłki – nadaremne; stanie się tak dlatego, by poddać próbie wiarę i ufność sprawiedliwych, nastąpi wtedy szczęśliwy początek całkowitego odrodzenia.

Po drugie, Moje zgromadzenia opustoszeją, zatopione w otchłani oceanu goryczy i wydawać się będzie, że utoną one w tych różnych wodach nieszczęścia. Ileż prawdziwych powołań zostanie straconych przez nieumiejętne formowanie i brak duchowego kierownictwa!

Trzeci powód, dla którego lampka zgasła, to atmosfera tych czasów, przepełniona duchem nieczystości, jak ohydna powódź, która zaleje ulice, place i miejsca publiczne, do tego stopnia, że prawie już nie będzie na świecie dziewiczej duszy.

Czwartą przyczyną jest to, iż po infiltracji we wszystkich warstwach społecznych, masońskie sekty będą z wielką przebiegłością szerzyć swoje błędy w rodzinach, przede wszystkim po to, by zepsuć dzieci. W tych nieszczęśliwych czasach zło uderzy w dziecięcą niewinność, a w ten sposób powołana kapłańskie będą zaprzepaszczone. Jednak i wtedy będą zgromadzenia zakonne, które podtrzymują Kościół, oraz święci kapłani – ukryte i piękne dusze, którzy będą pracować z energią i bezinteresownym zapałem dla zbawienia dusz. Przeciw nim bezbożni będą toczyć okrutną wojnę, obrzucając ich oszczerstwami, obelgami i nękając, próbując zniechęcić do wypełniania ich obowiązków. Lecz oni, jak solidne kolumny, nie poddadzą się i stawią czoło temu wszystkiemu w duchu pokory i ofiary, w którego będą uzbrojeni mocą nieskończonych zasług Mojego Najświętszego Syna, miłującym ich w najbardziej wewnętrznych głębiach Jego Najświętszego i Najczulszego Serca. Jak bardzo Kościół będzie cierpieć w owej ciemnej nocy! Zabraknie prałata i ojca, który czuwałby z miłością, łagodnością, siłą i przezornością, a wielu utraci ducha Bożego, wystawiając swoją duszę na wielkie niebezpieczeństwo.

Módl się usilnie, wołaj niestrudzenie i płacz nieustannie gorzkimi łzami, w skrytości serca błagając naszego Ojca Niebieskiego, aby z miłości do Eucharystycznego Serca mojego Najświętszego Syna, dla Jego Najdroższej Krwi wylanej z taką hojnością oraz głębokiej goryczy i bólu Jego Męki i śmierci ulitował się nad Swoimi sługami i położył kres tym straszliwym czasom, oraz aby zesłał Kościołowi prałata, który odnowi ducha jego kapłanów.

Tego ukochanego syna, którego Mój Boski Syn i Ja otoczymy szczególną miłością i napełnimy wieloma łaskami: pokory serca, poddania się Bożym natchnieniom, siły, aby mógł bronić praw Kościoła. Damy mu czułe i współczujące serce, którym ogarnie jakby drugi Chrystus wielkich i maluczkich, nie gardząc najbardziej nieszczęśliwymi, którzy będą prosić go o światło i radę w ich zwątpieniach i trudnościach. W jego ręce złożone będą wymiary, by wszystko czynione było zgodnie z wagą i miarą, ku chwale Bożej.

Przed przybyciem tego prałata i ojca, wiele serc osób poświęconych Bogu w stanie kapłańskim i zakonnym wpadnie w oziębłość (…) Popełnione zostaną wszystkie rodzaje zbrodni pociągając za sobą wszelki rodzaj kary: zaraza, głód, konflikty społeczne wewnętrzne i zewnętrzne, apostazja, to wszystko przyczyni się do zatraty licznych dusz. Aby rozproszyć te czarne chmury, przeszkadzające Kościołowi cieszyć się jasnym dniem wolności, wybuchnie straszliwa wojna, w której popłynie krew swoich i obcych, kapłanów i zakonników. Noc ta będzie straszna do tego stopnia, że ludzie będą myśleć, iż zło zatryumfowało.

Wtedy wybije Moja godzina: zdetronizuję pysznego, przeklętego szatana, zetrę go pod moimi stopami i zrzucę w przepaść piekielną. W ten sposób Kościół oraz ten kraj uwolniony zostanie na końcu od jego okrutnej tyranii.

Piąty powód, dla którego zgasła lampa w klasztorze jest taki, że wpływowe osoby z obojętnością patrzeć będą na uciskany Kościół, prześladowaną cnotę i
tryumfującego szatana, nie używając zgodnie z wolą Boga swoich wpływów w celu walki ze złem lub odnowy wiary. I tak ludzie będą stopniowo obojętnieć na żądania Boga, zaakceptują ducha zła i pozwolą się zmieść wszelkim rodzajom występku i grzechu.

Moja droga córko, gdyby przyszło ci żyć w tych okropnych czasach, umarłabyś z bólu widząc, że dokonuje się to, co ci objawiłam. Jednak miłość Mojego Najświętszego Syna i Moja do tej ziemi jest tak wielka, iż chcemy, aby od tej chwili twoje ofiary i dobre uczynki przyczyniły się do skrócenia czasu trwania tej strasznej katastrofy”.

Objawienie Najświętszego Serca Pana Jezusa o kryzysie w Kościele

W ostatnich dziesięciu miesiącach życia matki Marianny, która coraz częściej chorowała i cierpiała, Matka Boża objawiła się jej jeszcze kilkakrotnie. Matka Marianna była wzorem dla całej wspólnoty, ofiarowała wszystkie swoje udręki za Kościół, szczególnie w XX wieku. Pewnego dnia otrzymała łaskę wizji Najświętszego Serca Pana Jezusa, otoczonego małymi, przeszywającymi cierniami, które raniły Je okrutnie. Pan Jezus wytłumaczył jej ich znaczenie: „Rozumiej, że one [ciernie] oznaczają ciężkie i powszednie grzechy moich kapłanów i zakonników, których wyzwalam od świata i wprowadzam do klasztorów. To ich niewdzięczność i obojętność tak okrutnie rani Moje Serce.

Nadchodzą czasy, gdy [Moja] nauka będzie powszechnie znana uczonym i nieuczonym. Będzie się pisać wiele książek na tematy religijne, lecz praktykować te nauki i cnoty będzie niewiele dusz, święci będą rzadkością. Dlatego moi kapłani i zakonnicy popadną w zupełną obojętność. Ich oziębłość zgasi ogień Bożej miłości, w ten sposób ranią Moje Miłujące Serce tymi małymi cierniami, które widzisz. …

Wiedz także, że Boska Sprawiedliwość ześle straszne kary na całe narody, nie tylko za grzechy ludzi, ale także szczególnie za grzechy kapłanów i osób zakonnych – gdyż ci ostatni powołani są, przez doskonałość swego stanu, aby stali się solą ziemi, mistrzami prawdy, powstrzymującymi Boży gniew. Porzucając swą powierzoną przez Boga misję, poniżają siebie do tego stopnia, że w oczach Boga powiększają oni jeszcze surowość kar”.

Ostatnie objawienie Matki Bożej Dobrego Zdarzenia

Po raz ostatni Matka Boża objawiła się m. Marianie 8 grudnia 1634 roku, zapowiadając jej bliską śmierć. Ponownie z naciskiem mówiła o tym, jak ważne są spowiedź i Komunia święta, a także o ciężkiej odpowiedzialności kapłanów. Przepowiedziała różne wydarzenia, które mają mieć miejsce w XIX wieku. Mówiła również o roli klasztorów, w których zachowuje się czystość i umartwienie: „Oczyszczą one atmosferę skażoną przez tych, którzy oddają się najbardziej ohydnym grzechom i namiętnościom”. Na prośbę m. Marianny, aby jej imię pozostało nieznane, Matka Boża odpowiedziała, że dopiero po trzech stuleciach tajemniczego milczenia objawienia te oraz jej imię zostaną ponownie odkryte. Na koniec ostrzegała, że nabożeństwo do Niej „będzie zwłaszcza w XX wieku owocować cudownie w sferze duchowej i doczesnej, ponieważ jest wolą Boga, aby zachować ten Mój tytuł oraz twoje życie dla owego wieku, kiedy zepsucie obyczajów będzie prawie powszechne, a cenne światło wiary niemal zgaśnie”.

16 stycznia 1635 matka Marianna zmarła po przyjęciu ostatnich sakramentów. W 1906 r., podczas remontu klasztoru, została otwarta trumna, w której znaleziono jej nienaruszone ciało. Ω

O kościele w Quito, w którym miało miejsce objawienia Matki Bożej Dobrego Zdarzenia czytaj też na stronie www.ourladyofgoodsuccess.com, gdzie znajduje się m.in. sporo dużych zdjęć świątyni i innych ciekawych materiałów (strona w języku angielskim).

Przypisy

↑Our Lady of Good Success – prophecies for our times, wydawnictwo TIA, Box 23135, Los Angeles CA 90023, USA, I wydanie 1999 r.

↑Do początku XX wieku dzieci otrzymywały I Komunię dopiero od 12 roku życia, albo nawet później. Św. Pius X zadecydował, aby dopuścić dzieci do pierwszej Komunii od chwili osiągnięcia rozumu, jeśli znają postawy katechizmu, szczególnie dot. przyjęcia sakramentów spowiedzi i Komunii św.

Quito(1610-1634): Objawienia Matki Bożej Dobrego Zdarzenia. Na nasze czasy.

https://gloria.tv/MEDALIK ŚW. BENEDYKTA

Kiedy artysta przybył następnego ranka do klasztoru, aby ukończyć pracę, zawołał zaskoczony: „Co widzę? Ta wspaniała rzeźba – to nie moje dzieło. To jest dzieło anielskie, bo coś tak wspaniałego nie mogłoby być stworzone tu na ziemi przez ręce śmiertelnika. Żaden rzeźbiarz, choćby nie wiadomo jak uzdolniony, nie mógł stworzyć takiej doskonałości i nieziemskiej piękności”. Rzeźbiarz potwierdził pod przysięgą autentyczność cudu.
Objawienie Matki Bożej w Quito (1610-1634)

==============================
Mariana Francisca de Jesús Torres Berriochoa


Źródła historyczne
Matka Najświętsza objawiła się kilkakrotnie przełożonej sióstr Niepokalanego Poczęcia w Quito (stolica Ekwadoru), M. Mariannie Franciszce de Jesús Torres y Berriochoa (1563–1635). źródła historyczne o tych objawieniach dotarły do nas w następujący sposób: Z powodu tak niezwykłych wydarzeń kierownik duchowny oraz biskup Quito wymagali od niej w imię posłuszeństwa spisania autobiografii. Tekst ten został aprobowany przez biskupa Piotra de Oviedo, dziesiątego biskupa ordynariusza Quito.

Po jej śmierci, kierownik duchowy i spowiednik o. Michał Romero OFM napisał jej biografię. Dokumenty te razem z życiorysami wszystkich innych sióstr założycielek klasztoru w Ekwadorze zachowane są w wielkim tomie pt. El Cuadernon. Na podstawie tego źródła o. Manueal Souza Pereira, prowincjał Ojców Franciszkanów w Quito, napisał w 1790 roku książkę pt. Cudowny żywot Matki Marianny de Jesús Torres, hiszpańskiej zakonnicy i jednej z założycielek Królewskiego Klasztoru Niepokalanego Poczęcia w mieście św. Franciszka de Quito. (Jej ciało dotrwało do dziś nienaruszone).
Dzieło to przetłumaczyła na język angielski w 1988 r. Marianna Teresa Horvat, która wydała książkę na temat objawień Matki Bożej (Our Lady of Good Success – prophecies for our times, wydawnictwo TIA, Box 23135, Los Angeles CA 90023, USA, I wydanie 1999 r.)

Wizjonerka: Marianna de Jesús Torres

=======================
Marianna Franciszka urodziła się w Hiszpanii 1563 roku jako pierwsze dziecko gorliwej katolickiej rodziny. Z powodu jej głębokiej pobożności, została dopuszczona do I Komunii już 8 grudnia 1572, kiedy miała zaledwie 9 lat (Do początku XX wieku dzieci otrzymywały I Komunię dopiero od 12 roku życia, albo nawet później. Św. Pius X zadecydował, aby dopuścić dzieci do pierwszej Komunii od chwili osiągnięcia rozumu, jeśli znają postawy katechizmu, szczególnie dot. przyjęcia sakramentów spowiedzi i Komunii św.). Podczas Komunii Marianna otrzymała łaskę powołania oraz wewnętrzną pewność, że będzie przeznaczona na misje.

W 1577 roku opuściła Hiszpanię razem z ciotką, matką Marią de Jesús Taboada i czterema innymi zakonnicami, aby założyć klasztor w stolicy Ekwadoru. Rozpoczęła tam swe życie zakonne, które płynęło wedle ówczesnych zwyczajów w atmosferze surowych umartwień. Matki założycielki były zachwycone „doskonałym przestrzeganiem reguł zakonnych i praktyką cnót” młodej nowicjuszki, inne siostry jednak okazywały zazdrość, prześladowały ją i rozsiewały oszczerstwa. Dwukrotnie zmarła i powróciła do życia. Po śmierci pierwszej przełożonej w 1593 roku, została wybrana na przeoryszę. Było to w chwili, kiedy w Quito wybuchła rewolucja, której skutki miały dotknąć również zakony. Właśnie wówczas pewna zakonnica, zwana La Capitana, z pomocą niektórych duchownych zawiązała spisek przeciw przełożonej i razem z innymi siostrami domagała się złagodzenia reguły i zwolnienia od kierownictwa duchowego Ojców Franciszkanów, uważanych za bardzo gorliwych i surowych zakonników.

W tej trudnej sytuacji matka Marianna uciekła się do modlitwy. Wówczas Matka Boża ukazała się jej po raz pierwszy i powiedziała: „Jestem María del Buen Suceso, Królowa nieba i ziemi. Przyszłam, aby pocieszyć twoje udręczone serce! Szatan próbuje zniszczyć to Boże dzieło, posługując się Moimi niewiernymi córkami, lecz nie osiągnie celu, bo Ja jestem Królową zwycięstwa i Matką Dobrego Zdarzenia, i pod tym tytułem pragnę być znana dla zachowania Mego klasztoru i jego mieszkańców”.

Wkrótce po tej wizji wspólnota wybrała nową przełożoną, pod której rządami reguła zakonna została złagodzona; ścisłe milczenie zanikło. S. Marianna próbowała przekonać nową przełożoną o niebezpieczeństwach płynących z takiego postępowania, co ściągnęło na nią gniew pozostałych sióstr. Po raz kolejny dotknęły ją oszczerstwa i kłamstwa, a co gorsza, wikariusz generalny zgodził się na wysłanie jej do więzienia pod zarzutem nieposłuszeństwa. Dobre siostry, które ogromnie cierpiały z powodu tak rażącej niesprawiedliwości, również zostały uwięzione; było ich razem 25.

W ciągu następnych pięciu lat s. Marianna, która trzykrotnie została uwięziona na dłuższy czas, otrzymała wiele szczególnych łask, miała też wizje Matki Bożej, która pokazała jej przyszłość klasztoru oraz Ekwadoru. Kazała też wykonać figurę Matki Bożej Dobrego Zdarzenia i umieścić ją na tronie przełożonej zakonu na znak, że to ona jest Panią klasztoru: „W mojej prawej ręce umieść pastorał oraz klucze jako symbol mojej władzy oraz znak, że klasztor jest moją własnością”.

Na koniec matka przełożona zrozumiała niewłaściwość swojego postępowania wobec sióstr założycielek, uwolniła je i zrezygnowała ze swego urzędu. Wówczas biskup Quito kazał przeprowadzić przesłuchanie w sprawie oskarżeń przeciwko siostrom. Kiedy okazało się, że został wprowadzony w błąd przez oszczerstwa, kazał aresztować główną odpowiedzialną za zamęt – siostrę La Capitanę. Ta nie przyznała się jednak do winy, odmówiła przyjęcia pokarmu i poczęła bluźnić. Wtedy matka Marianna poprosiła biskupa o pozwolenie na przeniesienie zbuntowanej siostry do infirmerii klasztornej, gdzie sama opiekowała się nią, pomimo że w zamian doświadczała jedynie przekleństw i zniewag. Obawiając się o życie wieczne tej siostry, matka Marianna gorąco prosiła Pana Jezusa o uratowanie jej duszy. Zrozumiała wtedy, że jej prośba będzie wysłuchana, jeśli zgodzi się na przeżywanie duchowo pięciu lat kar piekielnych. Od razu wyraziła na to zgodę, a krótko później La Capitana nawróciła się, odbyła spowiedź generalną i stała się wzorem pokory i pobożności do końca życia. Zmarła rok po śmierci matki Marianny.
Tymczasem m. Marianna musiała wypełnić obietnicę:
podczas pięciu lat czuła się jak potępiona i odrzucona przez Boga, którego tak bardzo umiłowała; przeżywała duchowo męki dusz potępionych.

Wizja profanacji Sakramentów świętych

20 stycznia 1610 roku Matka Boża objawiła się jej znowu i powiedziała między innymi: „Wiedz, że od końca XIX, a szczególnie w XX wieku namiętności wybuchną i dojdzie do zupełnego zepsucia obyczajów, bo Szatan prawie całkowicie panował będzie przez masońskie sekty. Aby do tego doprowadzić, skupią się one szczególnie na dzieciach. Biada dzieciom w owych czasach! Trudno będzie przyjąć sakramenty chrztu i bierzmowania. Wykorzystując osoby posiadające władzę, diabeł starać się będzie zniszczyć sakrament spowiedzi (…) To samo będzie z Komunią świętą. Niestety! Jak bardzo zasmuca Mnie, że muszę ci wyjawić tak liczne i okropne świętokradztwa – tak publiczne jak i tajne – popełnione z powodu profanacji Najświętszej Eucharystii! W czasach tych wrogowie Chrystusa, zachęcani przez diabła, często kraść będą z kościołów konsekrowane Hostie, aby bezcześcić Postacie Eucharystyczne. Mój Najświętszy Syn widzi samego siebie rzuconego na ziemię i zdeptanego przez nieczyste nogi”.

Dalej mówi Matka Najświętsza o lekceważeniu Sakramentu ostatniego namaszczenia, przez co wiele dusz pozbawionych będzie pocieszenia i łask w decydującej chwili śmierci. „Sakrament małżeństwa, symbolizujący związek Chrystusa ze swoim Kościołem, będzie przedmiotem ataków i profanacji w najściślejszym znaczeniu tego słowa. Masoneria, która będzie wówczas sprawować rządy, zaprowadzi niesprawiedliwe prawa mające na celu zniszczenie tego sakramentu, a przez to ułatwi każdemu życie w stanie grzechu, oraz spowoduje wzrost liczby dzieci urodzonych w nielegalnych związkach, nie włączonych do Kościoła. Duch chrześcijański szybko upadnie, drogocenne światło Wiary zgaszone będzie do tego stopnia, że nastąpi prawie całkowite zepsucie obyczajów. Skutki zeświecczonego wychowania będą się nawarstwiać, powodując m. in. niedostatek powołań kapłańskich i zakonnych.

Sakrament kapłaństwa będzie ośmieszany, lżony i wzgardzony. Diabeł prześladować będzie szafarzy Pana w każdy możliwy sposób. Będzie działać z okrutną i subtelną przebiegłością, odwodząc ich od ducha powołania i aby uwodząc wielu. Owi zdeprawowani kapłani, którzy zgorszą chrześcijański lud, wzbudzą nienawiść złych chrześcijan oraz wrogów Rzymskiego, Katolickiego i Apostolskiego Kościoła, którzy zwrócą się przeciwko wszystkim kapłanom. Ten pozorny tryumf Szatana przyniesie ogromne cierpienia dobrym pasterzom Kościoła.

Poza tym, w owych nieszczęśliwych czasach, nastąpi niepohamowany zalew nieczystości, która popychając resztę ludzi do grzechu, pociągnie niezliczone lekkomyślne dusze na wieczne potępienie. Nie będzie można znaleźć niewinności w dzieciach, ani skromności u niewiast. W owych chwilach największej potrzeby Kościoła, ci, którzy mają mówić, będą milczeć!”.
Na koniec Matka Boża ponownie nakazała wykonać figury ku Jej czci.


Cudowna figura Matki Bożej del Buen Suceso
Zaraz po tym objawieniu matka Marianna prosiła biskupa Quito, aby jak najprędzej ustosunkował się do próśb Najświętszej Maryi Panny. Po otrzymaniu jego zgody, powierzyła wykonanie artyście Francisco del Castillo, który nie tylko był doświadczonym rzeźbiarzem, ale także człowiekiem wielkiej cnoty połączonej z głęboką pobożnością maryjną. Kiedy praca dobiegła do końca, zadecydował, że będzie musiał pojechać do Europy, aby znaleźć najlepsze farby do malowania twarzy Madonny. Obiecał powrócić do Quito przed 16 stycznia 1611 roku i ukończyć dzieło.

Jednak w nocy przed jego przyjazdem twarz figury została w cudowny sposób pomalowana. Kiedy siostry przyszły wcześnie rankiem na jutrznię, kaplica wypełniona była niebieskim światłem, otaczającym posąg. Kiedy artysta przybył następnego ranka do klasztoru, aby ukończyć pracę, zawołał zaskoczony: „Co widzę? Ta wspaniała rzeźba – to nie moje dzieło. To jest dzieło anielskie, bo coś tak wspaniałego nie mogłoby być stworzone tu na ziemi przez ręce śmiertelnika. Żaden rzeźbiarz, choćby nie wiadomo jak uzdolniony, nie mógł stworzyć takiej doskonałości i nieziemskiej piękności”. Rzeźbiarz potwierdził pod przysięgą autentyczność cudu.

Pod spisanym przez niego oświadczeniem widnieje również podpis biskupa Quito, który wkrótce kazał przygotować się przez nowennę na uroczystą intronizację. 2 lutego 1611 roku poświęcił uroczyście cudowną figurę pod wezwaniem Matki Bożej Dobrego Zdarzenia. Rzeźba wniesiona została w uroczystej procesji na wyższy chór kościoła klasztornego na specjalnie przygotowanym tronie. Co roku przenoszona jest w procesji z chóru do głównego ołtarza podczas nowenny poprzedzającej święto Matki Bożej Dobrego Zdarzenia 2 lutego. W ostatnich latach posąg wystawiany jest dla wiernych także podczas miesiąca maryjnego (tj. w maju) i podczas miesiąca Różańca świętego (w październiku)

Główne objawienie: zgaśnięcie wiecznej lampki i jego znaczenie
Resztę życia matka Marianna spędziła na wewnętrznych i zewnętrznych umartwieniach i ofiarach: chciała stać się ofiarą dla XX wieku, jak o to prosiła ją Matka Najświętsza.
Najważniejsze objawienie siostra Marianna miała o poranku 2 lutego 1634 roku, kiedy to podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem nagle zgasła paląca się przed ołtarzem wieczna lampka. Kiedy siostra Marianna próbowała ją zapalić ponownie, Matka Boża objawiła się jej i powiedziała:
„Przygotuj twoją duszę, aby coraz więcej oczyszczona mogła wstąpić w pełnię radości twojego Pana. O, gdyby śmiertelnicy, a szczególnie pobożne dusze poznały, czym jest niebo, co to jest posiadanie Boga, jakże inaczej żyłyby i nie odmawiałyby żadnej ofiary, aby Go posiadać.

Zgaśnięcie lampki klasztornej, które zobaczyłaś, ma wiele znaczeń:

Po pierwsze
, przy końcu XIX wieku i podczas dużej części wieku XX powstanie zamęt w tym kraju, będącym wtedy wolną republiką. Wtedy cenne światło wiary zgaśnie w duszach z powodu prawie całkowitego zepsucia obyczajów. Podczas tego okresu będą wielkie fizyczne i moralne klęski, publiczne i prywatne. Niewielka grupa ludzi, która zachowa skarb wiary i cnoty, będzie doznawała okrutnych i niewymownych cierpień oraz przedłużonego męczeństwa. Aby wyzwolić ludzi z niewoli tych herezji, ci, których Mój Najświętszy Syn powołał do wykonania odnowy, potrzebują wielkiej siły woli, wytrwałości, odwagi i ufności w Bogu. Nadejdzie taki moment, kiedy wszystko wydawać się będzie stracone, a wszelkie wysiłki – nadaremne; stanie się tak dlatego, by poddać próbie wiarę i ufność sprawiedliwych, nastąpi wtedy szczęśliwy początek całkowitego odrodzenia.

Po drugie, Moje zgromadzenia opustoszeją, zatopione w otchłani oceanu goryczy i wydawać się będzie, że utoną one w tych różnych wodach nieszczęścia. Ileż prawdziwych powołań zostanie straconych przez nieumiejętne formowanie i brak duchowego kierownictwa!

Trzeci powód, dla którego lampka zgasła, to atmosfera tych czasów, przepełniona duchem nieczystości, jak ohydna powódź, która zaleje ulice, place i miejsca publiczne, do tego stopnia, że prawie już nie będzie na świecie dziewiczej duszy.

Czwartą przyczyną jest to, iż po infiltracji we wszystkich warstwach społecznych, masońskie sekty będą z wielką przebiegłością szerzyć swoje błędy w rodzinach, przede wszystkim po to, by zepsuć dzieci. W tych nieszczęśliwych czasach zło uderzy w dziecięcą niewinność, a w ten sposób powołana kapłańskie będą zaprzepaszczone. Jednak i wtedy będą zgromadzenia zakonne, które podtrzymują Kościół, oraz święci kapłani – ukryte i piękne dusze, którzy będą pracować z energią i bezinteresownym zapałem dla zbawienia dusz. Przeciw nim bezbożni będą toczyć okrutną wojnę, obrzucając ich oszczerstwami, obelgami i nękając, próbując zniechęcić do wypełniania ich obowiązków. Lecz oni, jak solidne kolumny, nie poddadzą się i stawią czoło temu wszystkiemu w duchu pokory i ofiary, w którego będą uzbrojeni mocą nieskończonych zasług Mojego Najświętszego Syna, miłującym ich w najbardziej wewnętrznych głębiach Jego Najświętszego i Najczulszego Serca. Jak bardzo Kościół będzie cierpieć w owej ciemnej nocy! Zabraknie prałata i ojca, który czuwałby z miłością, łagodnością, siłą i przezornością, a wielu utraci ducha Bożego, wystawiając swoją duszę na wielkie niebezpieczeństwo.
Módl się usilnie, wołaj niestrudzenie i płacz nieustannie gorzkimi łzami, w skrytości serca błagając naszego Ojca Niebieskiego, aby z miłości do Eucharystycznego Serca mojego Najświętszego Syna, dla Jego Najdroższej Krwi wylanej z taką hojnością oraz głębokiej goryczy i bólu Jego Męki i śmierci ulitował się nad Swoimi sługami i położył kres tym straszliwym czasom, oraz aby zesłał Kościołowi prałata, który odnowi ducha jego kapłanów.
Tego ukochanego syna, którego Mój Boski Syn i Ja otoczymy szczególną miłością i napełnimy wieloma łaskami: pokory serca, poddania się Bożym natchnieniom, siły, aby mógł bronić praw Kościoła. Damy mu czułe i współczujące serce, którym ogarnie jakby drugi Chrystus wielkich i maluczkich, nie gardząc najbardziej nieszczęśliwymi, którzy będą prosić go o światło i radę w ich zwątpieniach i trudnościach. W jego ręce złożone będą wymiary, by wszystko czynione było zgodnie z wagą i miarą, ku chwale Bożej.
Przed przybyciem tego prałata i ojca, wiele serc osób poświęconych Bogu w stanie kapłańskim i zakonnym wpadnie w oziębłość (…) Popełnione zostaną wszystkie rodzaje zbrodni pociągając za sobą wszelki rodzaj kary: zaraza, głód, konflikty społeczne wewnętrzne i zewnętrzne, apostazja, to wszystko przyczyni się do zatraty licznych dusz. Aby rozproszyć te czarne chmury, przeszkadzające Kościołowi cieszyć się jasnym dniem wolności, wybuchnie straszliwa wojna, w której popłynie krew swoich i obcych, kapłanów i zakonników. Noc ta będzie straszna do tego stopnia, że ludzie będą myśleć, iż zło zatryumfowało.
Wtedy wybije Moja godzina: zdetronizuję pysznego, przeklętego szatana, zetrę go pod moimi stopami i zrzucę w przepaść piekielną. W ten sposób Kościół oraz ten kraj uwolniony zostanie na końcu od jego okrutnej tyranii.

Piąty powód
, dla którego zgasła lampa w klasztorze jest taki, że wpływowe osoby z obojętnością patrzeć będą na uciskany Kościół, prześladowaną cnotę i tryumfującego szatana, nie używając zgodnie z wolą Boga swoich wpływów w celu walki ze złem lub odnowy wiary. I tak ludzie będą stopniowo obojętnieć na żądania Boga, zaakceptują ducha zła i pozwolą się zmieść wszelkim rodzajom występku i grzechu.
Moja droga córko, gdyby przyszło ci żyć w tych okropnych czasach, umarłabyś z bólu widząc, że dokonuje się to, co ci objawiłam. Jednak miłość Mojego Najświętszego Syna i Moja do tej ziemi jest tak wielka, iż chcemy, aby od tej chwili twoje ofiary i dobre uczynki przyczyniły się do skrócenia czasu trwania tej strasznej katastrofy”.

Objawienie Najświętszego Serca Pana Jezusa o kryzysie w Kościele
W ostatnich dziesięciu miesiącach życia matki Marianny, która coraz częściej chorowała i cierpiała, Matka Boża objawiła się jej jeszcze kilkakrotnie. Matka Marianna była wzorem dla całej wspólnoty, ofiarowała wszystkie swoje udręki za Kościół, szczególnie w XX wieku. Pewnego dnia otrzymała łaskę wizji Najświętszego Serca Pana Jezusa, otoczonego małymi, przeszywającymi cierniami, które raniły Je okrutnie. Pan Jezus wytłumaczył jej ich znaczenie: „Rozumiej, że one [ciernie] oznaczają ciężkie i powszednie grzechy moich kapłanów i zakonników, których wyzwalam od świata i wprowadzam do klasztorów. To ich niewdzięczność i obojętność tak okrutnie rani Moje Serce.
Nadchodzą czasy, gdy [Moja] nauka będzie powszechnie znana uczonym i nieuczonym. Będzie się pisać wiele książek na tematy religijne, lecz praktykować te nauki i cnoty będzie niewiele dusz, święci będą rzadkością. Dlatego moi kapłani i zakonnicy popadną w zupełną obojętność. Ich oziębłość zgasi ogień Bożej miłości, w ten sposób ranią Moje Miłujące Serce tymi małymi cierniami, które widzisz. …
Wiedz także, że Boska Sprawiedliwość ześle straszne kary na całe narody, nie tylko za grzechy ludzi, ale także szczególnie za grzechy kapłanów i osób zakonnych – gdyż ci ostatni powołani są, przez doskonałość swego stanu, aby stali się solą ziemi, mistrzami prawdy, powstrzymującymi Boży gniew. Porzucając swą powierzoną przez Boga misję, poniżają siebie do tego stopnia, że w oczach Boga powiększają oni jeszcze surowość kar”.
Ostatnie objawienie Matki Bożej Dobrego Zdarzenia
Po raz ostatni Matka Boża objawiła się m. Marianie 8 grudnia 1634 roku, zapowiadając jej bliską śmierć. Ponownie z naciskiem mówiła o tym, jak ważne są spowiedź i Komunia święta, a także o ciężkiej odpowiedzialności kapłanów. Przepowiedziała różne wydarzenia, które mają mieć miejsce w XIX wieku. Mówiła również o roli klasztorów, w których zachowuje się czystość i umartwienie: „Oczyszczą one atmosferę skażoną przez tych, którzy oddają się najbardziej ohydnym grzechom i namiętnościom”. Na prośbę m. Marianny, aby jej imię pozostało nieznane, Matka Boża odpowiedziała, że dopiero po trzech stuleciach tajemniczego milczenia objawienia te oraz jej imię zostaną ponownie odkryte. Na koniec ostrzegała, że nabożeństwo do Niej „będzie zwłaszcza w XX wieku owocować cudownie w sferze duchowej i doczesnej, ponieważ jest wolą Boga, aby zachować ten Mój tytuł oraz twoje życie dla owego wieku, kiedy zepsucie obyczajów będzie prawie powszechne, a cenne światło wiary niemal zgaśnie”.

16 stycznia 1635 matka Marianna zmarła po przyjęciu ostatnich sakramentów. W 1906 r., podczas remontu klasztoru, została otwarta trumna, w której znaleziono jej nienaruszone ciało.
Źródło: znalezione w necie…
O kościele w Quito, w którym miało miejsce objawienia Matki Bożej Dobrego Zdarzenia czytaj też na stronie: www.ourladyofgoodsuccess.com
O objawieniu w Quito mówi też książka: Tajemnice napomnienia i triumf Dwóch Serc – Jezusa i Maryi – Kelly Bowring str. 17-20 (książka posiada imprimatur arcybiskupa i nihil obstat ojca prowincjała)

Za: duchprawdy.com/quito.htm

Objawienie Matki Bożej w Quito (1610-1634) – ku przemyśleniu!!!

MEDALIK ŚW. BENEDYKTA

,,Obawiając się o życie wieczne tej siostry, matka Marianna gorąco prosiła Pana Jezusa o uratowanie jej duszy. Zrozumiała wtedy, że jej prośba będzie wysłuchana, jeśli zgodzi się na przeżywanie duchowo pięciu lat kar piekielnych. Od razu wyraziła na to zgodę, a krótko później La Capitana nawróciła się, odbyła spowiedź generalną i stała się wzorem pokory i pobożności do końca życia. Zmarła rok po śmierci matki Marianny.
Tymczasem m. Marianna musiała wypełnić obietnicę:
podczas pięciu lat czuła się jak potępiona i odrzucona przez Boga, którego tak bardzo umiłowała; przeżywała duchowo męki dusz potępionych.”

Maryja: W chwilach najgorszego zamętu, kiedy ludziom będzie się wydawało, że zło triumfuje, wtedy wybije Moja godzina. Quito.

Objawienia Matki Bożej w Quito w 16/17 wieku Mariannie Berriochoa – za XX wiek.

W chwilach najgorszego zamętu, kiedy ludziom będzie się wydawało, że zło triumfuje, wtedy wybije Moja godzina: zdetronizuję pysznego, przeklętego szatana, zetrę go pod moimi stopami i zrzucę w przepaść piekielną. W ten sposób Kościół uwolniony zostanie na końcu od jego okrutnej tyranii.

https://www.przymierzezmaryja.pl/cierpienia-matki-marianny,6084,a.html


Na przełomie XV i XVI wieku żyła w Quito, w Ekwadorze pewna zakonnica hiszpańska, której mało znane, ale niezwykłe życie ma związek z naszymi czasami. Matka Marianna Jesus Torres y Berriochoa była mniszką koncepcjonistką, która zdecydowała się wziąć na swoje ramiona niewyobrażalne cierpienia, by zadośćuczynić za grzechy XX wieku.



Pewnego dnia 1582 roku młoda zakonnica modliła się przed Najświętszym Sakramentem w kaplicy klasztoru sióstr koncepcjonistek w mieście Quito. Nagle usłyszała przerażający grzmot. Po chwili prawie w całej kaplicy zapadły ciemności. Tylko główny ołtarz pozostał oświetlony. Siostra ujrzała otwarte tabernakulum i wyłaniającego się z niego ukrzyżowanego Pana Jezusa. Obok Zbawiciela stali, jak na Golgocie: Najświętsza Maryja Panna, św. Jan Ewangelista i św. Maria Magdalena. Pan Jezus bardzo cierpiał.

Zakonnica usłyszała głos: – To jest kara dla XX wieku. Wówczas jej oczom ukazały się trzy miecze, unoszące się nad głową Zbawiciela z napisem na pierwszym z nich: „Będą karać herezje”, na drugim – „Będą karać bluźnierstwa” i na trzecim – „Będą karać grzechy nieczystości”. Potem Matka Boża zwróciła się do młodej mniszki tymi słowami: – Moja córko, czy chcesz poświęcić się za ludzi, którzy dopuszczą się tych grzechów w XX wieku?

Tak, jestem gotowa – odpowiedziała. I w tym samym momencie trzy miecze przebiły jej serce. Siostra Marianna padła martwa, doznając wcześniej ogromnej męki…

* * *


Przełożona zakonu, a także inne mniszki zaniepokojone nieobecnością siostry Marianny zaczęły jej szukać. Odnalazły ją, a właściwie jej zimne ciało w kaplicy. Siostry przeniosły je do celi, położyły na łóżku i natychmiast wezwały lekarza Don Sancho oraz braci franciszkanów, którzy w sposób szczególny byli związani z klasztorem. Lekarz potwierdził zgon młodziutkiej koncepcjonistki. Siostry rozpoczęły przygotowania do pogrzebu. Do drzwi klasztoru zaczęli dobijać się liczni mieszkańcy Quito, którzy po raz ostatni chcieli ujrzeć ciało ich ukochanej dobrodziejki. Siostra Marianna, mimo młodego wieku, słynęła bowiem już wtedy z niezwykłej świętości, dobroci oraz cudów.

Tymczasem, po przebiciu serca trzema mieczami, Marianna znalazła się przed obliczem Boskim. Bóg, nie znajdując w całym jej życiu żadnej niegodziwości, zwrócił się do niej tymi słowami: – Przyjdź do Mnie ukochana córko i odbierz wieniec, który ci przygotowałem u zarania świata.



Jednocześnie, w tym samym czasie na ziemi trwały modlitwy sióstr, ojców franciszkanów oraz zwykłych ludzi, którzy zawodzili z powodu śmierci młodziutkiej mniszki. Wzdychając i płacząc, prosili Boga, aby przywrócił do życia ich „ukochanego anioła” i obrończynię przed siłami zła.

Chcąc się przychylić do tych modlitw płynących z ziemi, Chrystus przedstawił Mariannie dwie korony: jedną niebywałej piękności i drugą – z lilii przeplataną cierniami. Następnie kazał jej dokonać wyboru, przypominając, że ta pierwsza oznacza, iż pozostanie już na zawsze w chwale niebieskiej, a druga – że wróci na ziemię, by na nowo cierpieć. Siostra Marianna poprosiła Pana Jezusa, by to On dokonał za nią wyboru. Zbawiciel jednak odmówił. Wtedy przemówiła Matka Boża: – Opuściłam chwałę niebieską i wróciłam na ziemię, by chronić moje dzieci. Chcę, żebyś mnie naśladowała i wróciła na ziemię, bo twoja obecność tam jest niezbędna dla dobra mojego zakonu.

Matka Boża przepowiedziała również, że jeśli zabraknie osób, które tak jak ona poświęcą się dla zadośćuczynienia za grzechy XX wieku, wówczas Quito spotka straszna tragedia. Słysząc to, pokorna dziewica zgodziła się wrócić na ziemię i stała się ofiarą przebłagalną za grzechy herezji, bezbożności i nieczystości naszych czasów. 

Zatem Bóg wrócił zakonnicę mieszkańcom Quito…
 

* * *


W nocy 17 września 1588 r. Marianna otrzymała stygmaty. Po tym zdarzeniu straszliwe chorowała i przez pięć miesięcy nie ruszała się z łóżka. W tym czasie kusił ją szatan, który wmawiał jej, że wszystko, co robi, nie ma sensu, że jej życie to jedno wielkie oszustwo. Krążył wokół jej łóżka, przybierając postać ohydnego węża, którego widziała już wcześniej podczas burzy, jaka się rozpętała na oceanie, gdy płynęła na statku z Hiszpanii do Ekwadoru. Pewnej nocy, nie mogąc już udźwignąć tej męki, zwróciła się o pomoc do Matki Bożej, by jej ulżyła w cierpieniu. Przez krótką chwilę mogła odetchnąć, podziwiając Piękną Panią… 

W Wielką Sobotę 1589 r. – po straszliwych mękach, jakie siostra Marianna przechodziła w Wielki Piątek, gdy Bóg ukazał jej wizję herezji i nadużyć, które miały drążyć Kościół w naszych czasach – siostry ponownie wystawiły jej ciało w trumnie, przekonane, że odeszła do Pana. Jednak już następnego ranka siostra Marianna z woli Bożej znowu powróciła do życia, by dalej móc cierpieć dla Niego.
 

* * *


Życie mniszki pełne było niezwykłych wizji i zdarzeń. W 1589 r. została matką przełożoną klasztoru. Ale i tutaj borykała się z wieloma trudnościami.


2 lutego 1594 r. matka Marianna, modląc się długo w kaplicy chóralnej, ujrzała Piękną Panią, która kazała się tytułować Matką Bożą Dobrego Zdarzenia. Na lewej ręce trzymała Dzieciątko Jezus, a w prawej – pastorał wykonany z próby złota niespotykanej na ziemi. Matka Boża Dobrego Zdarzenia (Nuestra Seńora del Buen Suceso) wielokrotnie ukazywała się siostrze Mariannie, przepowiadając, że klasztor poświęcony Jej Niepokalanemu Poczęciu będzie chciał zniszczyć za wszelką cenę szatan, ale mu się to nie uda. Przepowiedziała bunty sióstr i wiele nieszczęść XX wieku, a także gwałtowną śmierć katolickiego prezydenta Ekwadoru, który miał poświęcić kraj Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Pocieszała Mariannę, mówiąc jej, jak bardzo podobają się Panu Jezusowi cierpienia znoszone za grzechy XX wieku i zapewniała ją, że nigdy nie straci odwagi.

Matka Boża miała powiedzieć, że w XIX wieku Ekwadorem będzie rządził prawdziwie chrześcijański prezydent i że zginie on śmiercią męczeńską na tym samym placu, gdzie znajduje się klasztor koncepcjonistek. Prezydent miał poświęcić republikę Ekwadoru Najświętszemu Sercu Jej Syna i dzięki temu poświęceniu przez wiele lat w kraju miała być zachowana wiara.

Przepowiednia Matki Bożej sprawdziła się co do joty. W 1859 r. prezydentem Ekwadoru został Gabriel Garcia Moreno. Człowiek niezwykle odważny, błyskotliwy i szczerze kochający Boga. W ciągu kilku lat swojego urzędowania wprowadził ważne reformy, które podniosły ten kraj pod każdym względem: moralnym, edukacyjnym, gospodarczym. Dokonał również publicznego aktu poświęcenia Ekwadoru Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. W czasie drugiej kadencji prezydent Moreno brał udział w procesji, która szła ulicami Quito w Wielki Piątek. Niósł ogromny drewniany krzyż. Wówczas to loża masońska podjęła decyzję o zamordowaniu katolickiego prezydenta. Gabriel Garcia Moreno zginął 6 sierpnia 1875 r., gdy wracał z Mszy św. do pałacu prezydenckiego. Zabójcy dopadli go na placu centralnym, gdzie znajduje się klasztor koncepcjonistek. Zanim wydał ostatnie tchnienie, zanurzył palec w swojej krwi i napisał na ziemi: „Dios no muere!” – „Bóg nie umiera!”. W tym samym czasie na obrazie z wizerunkiem Matki Bożej Dobrego Zdarzenia, znajdującym się w katedrze w Quito, pojawiły się łzy.

Matka Boża Dobrego Zdarzenia wielokrotnie ukazywała się siostrze Mariannie i przepowiadała dzieje XIX oraz XX wieku. Mówiła o bolesnym zepsuciu obyczajów, zniszczeniu niewinności dzieci i cnotliwości kobiet, panowaniu masońskich praw, o profanacjach, bluźnierstwach, o kryzysie Kościoła i duchowieństwa, jednocześnie zapowiadając, że w chwilach najgorszego zamętu, kiedy ludziom będzie się wydawało, że zło triumfuje, wtedy wybije Moja godzina: zdetronizuję pysznego, przeklętego szatana, zetrę go pod moimi stopami i zrzucę w przepaść piekielną. W ten sposób Kościół oraz ten kraj uwolniony zostanie na końcu od jego okrutnej tyranii.

Powiedziała także siostrze Mariannie, że dopiero po trzech wiekach od jej śmierci objawienia te będą na nowo odkryte, a nabożeństwo do Niej, zwłaszcza w XX wieku będzie cudownie owocować w sferze duchowej i doczesnej, kiedy zepsucie obyczajów będzie prawie powszechne, a cenne światło wiary niemal zgaśnie.

Matka Marianna po przeżyciu pięciu lat straszliwych mąk dla wyzwolenia duszy zbuntowanej zakonnicy, które znosiła z anielskim posłuszeństwem, zmarła opatrzona świętymi sakramentami w 1635 r.

W 1906 r. podczas remontu klasztoru odnaleziono trumnę z jej ciałem, które było nienaruszone.
Agnieszka Stelmach
Artykuł z PzM 51 marzec/kwiecień 2010

Miracle: Our Lady Predicts the Horrors of the 21st Century

Miracle: Our Lady Predicts the Horrors of the 21st Century

americaneedsfatima/miracle-prophecies-of-our-lady-of-good-success

Today, the Feast of Our Lady of Good Success, I want to share something that struck me to the core.

Because this week’s video isn’t just “interesting.”

No — it’s prophetic. Urgent. And very personal.

For this episode, I explored the remarkable revelations given by Our Lady of Good Success to Mother Mariana de Jesus Torres, a Conceptionist nun in Quito, Ecuador, during the late 1500s and early 1600s.

Her body remains incorrupt to this day, and her writings received approval from the bishop of Quito.

To watch the Prophecy Our Lady Gave for Our Times, click this link:

miracle-prophecies-of-our-lady-of-good-success

What Our Lady told her will take your breath away — because it describes our century with a precision that’s impossible to ignore.

Just listen to a few of the warnings Our Lady gave Mother Mariana:

  • the corruption of children,
  • a flood of impurity overtaking the streets,
  • the devastation of family life and marriage,
  • Holy Communion received less and less,
  • public and hidden sacrileges,
  • Catholic schools being undermined,
  • assaults against the priesthood,
  • heresies spreading through society like wildfire.

My friend… we recognize every single one of these signs!

To watch the Prophecy Our Lady Gave for Our Times, click this link:https://americaneedsfatima.org/video/miracle-prophecies-of-our-lady-of-good-success

And yet — this prophecy is not meant to make us despair.

It’s meant to wake us up, strengthen our souls, and remind us that Our Lady knows exactly what we’re living through.

She revealed them to prepare us—and to remind us that God will never abandon His Church, even when everything seems lost, as it often does today.

Something about these prophecies reminds me of Our Lady’s message at Fatima: pray, make reparation, defend the Church and stay close to Mary.

„Innocence will scarcely be found in children or modesty in women.”

A mysterious prophecy made several centuries ago predicted the entire crisis of the 21st century. All of the rampant impurity and the attacks on marriage and children’s innocence that you see all around you are described in detail in this prophecy. It is nothing short of miraculous! Keep watching, and I will tell you all about it….
========================================

After you watch the video, we invite you to become a Child of Mary. By joining this group of devotees to Our Lady, you financially assist us in spreading Our Lady’s Fatima message and helping save souls. To say thank you, we will send you a beautiful lapel pin, Holy Mass will be offered for you every day, your name will be displayed on the Child of Mary Recognition Plaque, and you will receive a bi-monthly subscription to Crusade Magazine.

Krótka opowieść o Antychryście. Władimir Sołowiow.

Krótka opowieść o Antychryście

Władimir Sołowiow

[Przypominam ten genialny tekst sprzed wieku. U mnie był już umieszczony wiele lat temu. Sądzę, że wielu obecnych Czytelników dorosło, tak fizycznie, jak duchowo, do tej antycypacji. Mirosław Dakowski  ]

[Władimir Sołowiow był wielkim myślicielem i filozofem końca XIX wieku w Rosji. „Tri rozgowora” z lat 1899-1900 były zwieńczeniem jego poszukiwań duchowych, zakończonych chyba  konwersją na katolicyzm.

A w Rozmowie trzeciej – mieści się prorocza perełka „Krótka opowieść o Antychryście”. Umieszczam tu jej skrót. Według „Wyboru pism” wydanych przez „W drodze”, Poznań 1988. MD]

             Europa w dwudziestym pierwszym wieku sta­nowi związek mniej lub więcej demokratycznych państw – ­europejskie stany zjednoczone. Rozwój kultury zewnętrznej, nieco zahamowany wskutek mongolskiego najazdu i walki wyzwoleńczej, nabrał znowu żywego tempa. Natomiast sprawy za­przątające wewnętrzną świadomość – problem życia i śmier­ci, ostatecznego losu świata i człowieka – dodatkowo powi­kłane w wyniku nowych badań i odkryć fizjologicznych i psy­chologicznych, pozostają nadal nie rozwiązane. Następuje tylko jeden doniosły fakt negatywny: ostateczny upadek teore­tycznego materializmu. Wyobrażenie o świecie jako systemie tańczących atomów i o życiu jako rezultacie mechanicznego nagromadzenia najdrobniejszych zmian substancji – takie wyobrażenie nie mogło już zadowolić ani jednego myślącego umysłu. Ludzkość na zawsze wyrosła z tych filozoficznych po­wijaków.

Z drugiej strony wszakże staje się jasne, że wyrosła ona również z dziecięcej zdolności do naiwnej, spontanicznej wiary. Takich pojęć, jak Bóg, który stworzył świat z nicze­go, itp., przestają uczyć już nawet w szkołach elementarnych. Wypracowany został pewien ogólny podwyższony poziom wy­obrażeń o tych sprawach, poniżej którego nie może zejść ża­den dogmatyzm. I kiedy ludzie myślący w swojej ogromnej większości pozostają zupełnie niewierzący, to nieliczni wie­rzący stają się wszyscy z konieczności również – myślący­mi, spełniając zalecenie apostoła: bądźcie dziećmi w sercu, ale nie w umyśle.

            Był w owym czasie pośród nielicznych wierzących spirytuali­stów pewien człowiek niezwykły – wielu nazywało go nad­człowiekiem – równie daleki od dziecięctwa umysłu, jak i serca. Dzięki swojej genialności już w wieku trzydziestu trzech lat zasłynął on szeroko jako wielki myśliciel, pisarz i działacz społeczny. Doświadczając w sobie samym ogromnej siły ducha, był niezmiennie przekonanym spirytualistą, a jasny umysł ukazywał mu zawsze prawdę, w którą należy wierzyć: dobro, Boga, Mesjasza. I wierzył w to, ale kochał tylko sie­bie samego. Wierzył w Boga, ale w głębi duszy mimo woli i instynktownie dawał pierwszeństwo przed Nim – sobie. Wierzył w Dobro, ale wszechwidzące Oko Wieczności wiedziało, że człowiek ten pokłoni się złej mocy, skoro go ona tylko spró­buje przekupić – nie ułudą uczuć i niskich namiętności, na­wet nie subtelną przynętą władzy, lecz jedynie poprzez bezgra­niczną miłość własną. Zresztą ta miłość własna nie była ani nieświadomym odruchem, ani szaleńczym uroszczeniem.

Poza wyjątkową genialnością, urodą i szlachetnością również naj­wyższe znamiona wstrzemięźliwości, bezinteresowności i czyn­nej filantropii dostatecznie usprawiedliwiały, jak się zdawało, ogromną miłość własną tego wielkiego spirytualisty, ascety i filantropa. I czy można go winić za to, że tak hojnie Bożymi darami uposażony, ujrzał w nich szczególne znaki wyjątkowej dla siebie przychylności z góry i widział w sobie kogoś dru­giego po Bogu, jedynego w swoim rodzaju syna Bożego? Jed­nym słowem, uznał siebie za tego, kim w rzeczywistości był Chrystus. Ale ta świadomość swojej najwyższej godności ufor­mowała się w nim nie jako jego moralny obowiązek wobec Boga i świata, lecz jako jego prawo i poczucie pierwszeństwa przed innymi, a głównie przed Chrystusem.

Początkowo nie czuł nawet do Jezusa wrogości. Uznawał Jego mesjańską rolę i godność, ale tak naprawdę to widział w Nim tylko swojego największego poprzednika – czyn moralny Chrystusa i Jego absolutna jedyność były dla tego zamroczonego miłością wła­sną umysłu niezrozumiałe. Rozumował on tak: „Chrystus przyszedł przede mną; ja jestem drugi; ale przecież to, co w porządku czasowym jest późniejsze, w istocie jest pierwsze. Przychodzę jako ostatni, u kresu dziejów, właśnie dlatego że jestem doskonałym, ostatecznym zbawicielem. Ów Chrystus jest moim zwiastunem. Jego misją było poprzedzenie i przygo­towanie mojego przyjścia”. I w tej myśli wielki człowiek dwu­dziestego pierwszego wieku odnosił do siebie to wszystko, co powiedziano w Ewangelii o drugim przyjściu, tłumacząc to przyjście nie jako powrót tegoż Chrystusa, lecz jako zastąpienie poprzedniego Chrystusa ostatecznym, to znaczy nim samym.

            W tym stadium „człowiek przyszłości” niewiele jeszcze przeja­wia cech charakterystycznych i oryginalnych. Przecież w po­dobny sposób patrzał na swój stosunek do Chrystusa na przy­kład Mahomet – mąż prawy, którego nie można obwiniać o jakąkolwiek złą intencję. Wynosząc siebie ponad Chrystusa, człowiek ów uzasadnia to jeszcze takim rozumowaniem: „Chrystus, głosząc i urzeczywist­niając w swoim życiu dobro moralne, naprawiał ludzkość, ja zaś jestem powołany do tego, aby być dobroczyńcą tej czę­ściowo naprawionej, częściowo nie naprawionej ludzkości. Ja dam wszystkim ludziom wszystko, co im potrzebne. Chrystus jako moralista dzielił ludzi na dobrych i złych, ja połączę ich za pomocą dóbr jednakowo potrzebnych dobrym i złym. Będę prawdziwym przedstawicielem tego Boga, który każe świecić swemu słońcu nad dobrymi i złymi, który spuszcza rosę na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Chrystus przyniósł miecz, ja przyniosę pokój. On groził ziemi strasznym sądem ostatecz­nym – ale przecież ostatecznym sędzią będę ja, a sąd mój bę­dzie nie sądem prawdy tylko, lecz sądem łaski. Będzie i pra­wda w moim sądzie, ale nie prawda odpłacająca, lecz prawda rozdzielająca. Wszystkich wyróżnię i każdemu dam według jego potrzeb”.

            I w takim oto nastroju ducha oczekuje on jakiegoś wyraź­nego Bożego wezwania do dzieła ponownego zbawienia ludz­kości, jakiegoś widomego i zadziwiającego świadectwa, że jest on starszym synem, umiłowanym pierworodnym Boga. Czeka i karmi swoją jaźń świadomością swych nadludzkich cnót i ta­lentów – przecież jak było powiedziane, jest to człowiek o nienagannej moralności i niezwykłym geniuszu.

            Wyczekuje dumny mąż sprawiedliwy najwyższej sankcji, aby rozpocząć zbawianie ludzkości – i nic może się doczekać. Mi­nęło mu już trzydzieści lat, przechodzą jeszcze trzy lata. I oto błyska w jego głowie i przenika go do szpiku kości gorącym dreszczem myśl: „A jeśli?… A nuż to nie ja, tylko ten… Gali­lejczyk… A nuż nie jest On mym zwiastunem, lecz prawdzi­wym, pierwszym i ostatnim? Ale przecież w takim razie powi­nien być żyw… Gdzież On jest? A jeśli przyjdzie do mnie… teraz, tutaj… Co Mu powiem? Przecież będę musiał oddać Mu pokłon jak ostatni głupi chrześcijanin, jak jakiś rosyjski mużyk mamrotać bez sensu: Panie Jezusie Chryste, zmiłuj się nade mną grzesznym, albo niczym polska baba paść krzyżem. Ja, świetlany geniusz, nadczłowiek. Nie, nigdy!” 

I w tym momen­cie w miejsce poprzedniego rozumnego, chłodnego szacunku dla Boga i Chrystusa rodzi się i rośnie w jego sercu najpierw jakaś zgroza, a potem kłująca i całe jego jestestwo ściskająca i dławiąca zazdrość oraz wściekła, pełna pasji nienawiść. „Ja, ja, a nie On! Nie ma Go wśród żywych, nie ma i nie bę­dzie. Nie zmartwychwstał, nie, nie, nie! Zgnił, zgnił w grobie, zgnił jak ostatnia…”

I z pianą na ustach, konwulsyjnymi sko­kami wybiega z domu, z ogrodu, i w głuchą, ciemną noc bieg­nie skalistą ścieżką… Pasja cichnie w nim i zastępuje ją głucha i ciężka jak te skały, mroczna jak ta noc rozpacz. Zatrzymuje się nad stromym urwiskiem i słyszy daleko w dole niewyraźny szum płynącego po kamieniach potoku. Nieznośny żal ściska jego serce. Nagle coś się w nim porusza. „Wezwać Go – za­pytać, co mam robić?” I wśród mroku ukazuje mu się pełen łagodnego smutku obraz. „On się nade mną lituje… Nie, nigdy! Nie zmartwychwstał, nie zmartwychwstał!” I rzuca się z urwiska. Ale coś sprężystego, jakby słup wodny, utrzymuje go w powietrzu, czuje wstrząs, jakby rażony prądem elektrycz­nym, i jakaś siła odrzuca go wstecz. Na moment traci świado­mość, a kiedy ją odzyskuje, klęczy w odległości kilku kroków od urwiska. Przed nim rysuje się jakaś promieniejąca fosfory­cznym zamglonym światłem postać, której dwoje oczu nieznoś­nym ostrym blaskiem przenika jego duszę…

            A on widzi tych dwoje przenikliwych oczu i słyszy ni to w sobie, ni to z zewnątrz jakiś dziwny głos – głuchy, wręcz zdławiony, a zarazem wyraźny, metaliczny i całkowicie bezdu­szny, jakby pochodził z fonografu. I głos ten mówi mu: „Synu mój umiłowany, w tobie całe moje upodobanie. Czemuś nie wybrał mnie? Dlaczego czciłeś tamtego, nędznego, i jego ojca? Jam bóg i ojciec twój. A tamten, ukrzyżowany nędzarz, jest obcy mnie i tobie. Nie mam innego syna prócz ciebie. Tyś jedyny, jednorodzony, równy mnie. Miłuję cię i niczego od ciebie nie żądam. I tak jesteś piękny, wielki, potężny. Czyń swoje dzieło w imię twoje, nie moje. Nie żywię ku tobie za­zdrości. Miłuję cię. Niczego od ciebie nie potrzebuję. Tamten, którego uważałeś za boga, żądał od swego syna posłuszeństwa, i to posłuszeństwa bez granic… aż do śmierci krzyżowej – a kiedy był on na krzyżu, nie przyszedł mu z pomocą. Ja niczego od ciebie nie żądam, a pomogę ci. Dla ciebie samego, dla twej własnej wolności i wyższości i gwoli mojej czystej, bezinteresownej ku tobie miłości – pomogę ci. Przyjmij du­cha mojego. Jak dawniej duch mój płodził cię w Pięknie, tak teraz płodzi cię w mocy”. Przy tych słowach tajemniczej po­staci usta nadczłowieka mimo woli rozchyliły się, dwoje prze­nikliwych oczu przybliżyło się tuż do jego twarzy i poczuł, jak ostry, lodowaty strumień wszedł weń i napełnił całe jego jeste­stwo. Jednocześnie poczuł w sobie niezwykłą moc, rześkość, lekkość i zapał. W tejże chwili jaśniejące oblicze i dwoje oczu nagle znikło, coś uniosło nadczłowieka ponad ziemię i zaraz opuściło go w jego ogrodzie, u drzwi domu.

            Następnego dnia nie tylko osoby odwiedzające wielkiego człowieka, ale nawet jego słudzy byli zdumieni jego osobli­wym, natchnionym jakimś wyglądem. Jeszcze bardziej by się wszakże zdumieli, gdyby mogli widzieć, z jaką nadnaturalną szybkością i łatwością pisał on, zamknąwszy się w swoim ga­binecie, swe znakomite dzieło pod tytułem „Otwarta droga do powszechnego pokoju i pomyślności”.

Poprzednie utwory i poczynania społeczne nadczłowieka znajdowały surowych krytyków, którzy zresztą byli w większo­ści ludźmi szczególnie religijnymi i dlatego pozbawionymi wszelkiego autorytetu – mówię przecież o czasie przyjścia Antychrysta – tak że niewielu tylko ich słuchało, kiedy wska­zywali oni we wszystkim, co pisał i mówił „człowiek przyszłości”, znamiona zupełnie wyjątkowej, stężonej ambicji i pychy przy braku prawdziwej prostoty, szczerości i ciepła uczuć.

            Ale swoim nowym dziełem zjednuje on sobie nawet niektó­rych spośród swoich dawnych krytyków i przeciwników. Utwór ten, napisany po wydarzeniu na urwisku, ujawnia w nim nie­spotykaną dotąd siłę geniuszu. Jest to coś wszechogarniającego i godzącego wszystkie sprzeczności. Łączą się tu szlachetny szacunek dla dawnych tradycji i symbolów z szerokim i śmia­łym radykalizmem społeczno-politycznych postulatów i wska­zań, nieograniczona wolność myśli z najgłębszym zrozumie­niem dla wszelkiej mistyki, absolutny indywidualizm z gorącym oddaniem dobru wspólnemu, najwznioślejszy idealizm zasad przewodnich z pełną życiową konkretnością praktycznych roz­wiązań. Wszystko to zaś jest połączone i powiązane ze sobą w sposób tak genialnie mistrzowski, że każdy jednostronny myśliciel czy działacz łatwo widzi i przyjmuje całość pod swoim indywidualnym aktualnym kątem widzenia, nie poświę­cając niczego dla samej prawdy, nie wznosząc się dla niej ponad swoje ja, ani trochę nie rezygnując w istocie rzeczy ze swojej jednostronności, w niczym nie korygując błędności swoich poglądów i dążeń, niczym nie uzupełniając ich braków.

            To zadziwiające dzieło zostaje natychmiast przełożone na języ­ki wszystkich oświeconych i niektórych nieoświeconych naro­dów. Tysiące pism we wszystkich częściach świata przez cały rok pełne są reklam wydawniczych i zachwytów krytyki. Tanie edycje z portretami autora rozchodzą się w milionach egzem­plarzy i cały kulturalny świat – a w owym czasie znaczy to niemal tyle co cała kula ziemska – pełen jest sławy tego niezrównanego, wielkiego, jedynego! Nikt nie ma wobec tego dzie­ła zastrzeżeń, każdemu bowiem wydaje się ono objawieniem ca­łości prawdy. Wszystkiemu, co przeszłe, jest w nim oddana tak pełna sprawiedliwość, wszystko bieżące ocenione tak obiektyw­nie i wszechstronnie, a świetlana przyszłość tak sugestywnie i namacalnie zbliżona do teraźniejszości, że każdy mówi: „Oto jest to właśnie, co nam potrzebne; oto ideał, który nie jest utopią, oto zamysł, który nie jest chimerą„. I wspaniały pisarz nie tylko wszystkich fascynuje, ale jest każdemu przyjemny, tak że spełniają się słowa Chrystusa: „Ja przyszedłem w imie­niu Ojca mego, a nie przyjęliście mnie; przyjdzie kto inny w imieniu swoim i tego przyjmiecie”.. Przecież aby zo­stać przyjętym, trzeba być przyjemnym.

            Co prawda niektórzy pobożni ludzie, gorąco chwaląc tę książkę, próbują nieśmiało pytać, dlaczego nie ma w niej ani jednej wzmianki o Chrystusie, ale inni chrześcijanie od razu na to odpowiadają: ,,I chwała Bogu! Dość już w ubiegłych wie­kach rozmaici niepowołani, a żarliwi apologeci zbanalizowali wszystko, co święte, i teraz naprawdę religijny pisarz musi być bardzo ostrożny. Skoro treść dzieła jest przeniknięta prawdzi­wie chrześcijańskim duchem czynnej miłości i wszechogarniają­cej życzliwości, to czegóż jeszcze więcej chcecie?” I wszyscy się z tym zgadzają.

            Wkrótce po pojawieniu się „Otwartej drogi”, która uczyniła swego autora najbardziej popularnym ze wszyst­kich ludzi, jacy kiedykolwiek żyli na świecie, miało się odbyć w Berlinie międzynarodowe zgromadzenie założycielskie zwią­zku państw europejskich. Związek ten, ustanowiony po sze­regu zewnętrznych i domowych wojen, które były związane z wyzwoleniem od jarzma mongolskiego i poważnie zmieniły mapę Europy, narażony był na niebezpieczeństwo konfliktów – już nie między narodami, ale między politycznymi i społe­cznymi partiami. Koryfeusze wspólnej polityki europejskiej, należący do potężnego bractwa masońskiego, odczuwali brak wspólnej władzy wykonawczej. Osiągnięta z takim trudem jed­ność europejska mogła się lada chwila ponownie rozpaść. W radzie związkowej, czyli światowym zarządzie (Comité per­manent universel), nie było zgody, ponieważ nie wszystkie miejsca udało się obsadzić prawdziwymi, wtajemniczonymi w sprawę masonami. Niezależni członkowie zarządu zawierali między sobą odrębne porozumienia i cała sytuacja groziła nową wojną. Wówczas „wtajemniczeni” postanowili utworzył jednoosobową władzę wykonawczą z dostatecznym zakresem pełnomocnictw. Głównym kandydatem był tajny członek bra­ctwa – „człowiek przyszłości”. Był on jedyną osobą o wielkiej wszechświatowej sławie. Będąc z zawodu wyszkolonym artyle­rzystą, a z pozycji społecznej wielkim kapitalistą, miał wszę­dzie przyjacielskie powiązania z kręgami finansowymi i woj­skowymi.

            W innej, mniej oświeconej epoce przemawiałaby przeciwko niemu okoliczność, że pochodzenie jego okryte było głębokim mrokiem niejasności. Jego matka, kobieta raczej lżejszych obyczajów, była doskonale znana obu ziemskim pół­kulom, ale dość wiele różnych osób miało jednakowy powód uważać się za jego ojców. Okoliczności te naturalnie nie mogły mieć żadnego znaczenia dla wieku tak postępowego, że aż wy­padło mu być ostatnim. „Człowiek przyszłości” niemal jedno­myślnie został wybrany dożywotnim prezydentem Europejskich Stanów Zjednoczonych. A kiedy pojawił się na trybunie w ca­łym blasku swojej nadludzkiej młodej urody i siły i w na­tchnionych pięknych słowach przedstawił swój uniwersalny program, zafascynowane i urzeczone zgromadzenie w porywie entuzjazmu bez głosowania postanowiło okazać mu najwyższą cześć, wybierając go imperatorem rzymskim.

            Kongres zakoń­czył się wśród powszechnego uniesienia, a wielki wybraniec wydał manifest zaczynający się od słów: „Narody świata! Po­kój mój daję wam!”, a kończący się tak: „Narody świata! Spełniły się obietnice! Wieczny powszechny pokój nastał. Wszelka próba jego zakłócenia spotka się natychmiast z bez­względnym i skutecznym przeciwdziałaniem. Odtąd bowiem jest na ziemi jedna centralna władza, silniejsza od wszystkich pozostałych władz, każdej z osobna i razem wziętych. Ta wszechpotężna, nad wszystkim górująca władza należy do mnie, pełnomocnego wybrańca Europy, imperatora wszystkich jej sił. Prawo międzynarodowe ma wreszcie brakującą mu dotychczas sankcję. I odtąd żadne państwo nie odważy się powie­dzieć: wojna, kiedy ja mówię: pokój. Narody świata – pokój wam!” 

Manifest ten miał pożądany skutek. Wszędzie poza Eu­ropą, szczególnie w Ameryce, powstały silne partie imperiali­styczne, które zmusiły swoje państwa, aby te na różnych wa­runkach przyłączyły się do Europejskich Stanów Zjednoczonych pod zwierzchnią władzą rzymskiego imperatora. Pozostawały jeszcze niezawisłe plemiona i ich naczelnicy gdzieś tam w Azji i Afryce. Imperator na czele niewielkiej, ale doborowej armii, złożonej z rosyjskich, niemieckich, polskich, węgierskich i tu­reckich pułków, urządza wojenną przechadzkę od wschodniej Azji po Maroko i bez większego przelewu krwi podporządko­wuje sobie niesfornych. We wszystkich krajach tych dwóch części świata ustanawia swoich namiestników spośród wykształ­conych po europejsku i oddanych sobie tamtejszych wielmo­żów. We wszystkich krajach pogańskich zwyciężona i urze­czona ludność ogłasza go najwyższym bogiem.

            W ciągu jed­nego roku powstaje monarchia wszechświatowa we właściwym i ścisłym znaczeniu tego słowa. Korzenie wojny zostają ze szczętem wyrwane. Powszechna Liga Pokoju zbiera się po raz ostatni i ogłosiwszy entuzjastyczny panegiryk na cześć wiel­kiego Anioła Pokoju rozwiązuje się, uznając się za niepotrzeb­ną. W nowym roku swojego panowania rzymski i wszechświa­towy imperator wydaje nowy manifest: „Narody świata! Obie­całem wam pokój i dałem go wam. Ale nie ma uroku pokój bez dobrobytu. Komu w czas pokoju grozi nieszczęście nędzy, temu i pokój nie daje radości. Przyjdźcież do mnie teraz wszy­scy, którzy cierpicie głód i chłód, a ja was nasycę i ogrzeję„.

A potem ogłasza prostą i powszechną reformę społeczną, któ­rej projekt był już zarysowany w jego dziele i już tam zachwy­cił wszystkie szlachetne i trzeźwe umysły. Teraz dzięki sku­pieniu w swoich rękach światowych finansów i kolosalnych majątków rolnych może on zrealizować tę reformę zgodnie z życzeniem ubogich, a bez namacalnej krzywdy dla bogatych. Każdy zaczyna otrzymywać według swoich zdolności, a każda zdolność według swego trudu i zasług.

            Nowy władca ziemi był przede wszystkim litościwym filan­tropem – i nie tylko filantropem, lecz także filozofem. Sam będąc wegetarianinem, zakazał wiwisekcji, wprowadził surowy nadzór nad rzeźniami i popierał na wszelkie sposoby towarzystwa opieki nad zwierzętami. Ważniejsze od tych szcze­gółów było trwałe ustanowienie w całym świecie najbardziej podstawowej równości: była to równość powszechnej sy­tości. Dokonało się to w drugim roku jego panowania. Pro­blem socjalno-ekonomiczny został ostatecznie rozwiązany.

            Kiedy wszakże sytość jest pierwszym pragnieniem głodnych, to sytym chce się jeszcze czegoś innego. Nawet syte zwie­rzęta pragną zazwyczaj nie tylko spać, ale i bawić się. Tym bardziej społeczeństwo ludzkie, które zawsze post panem żą­dało circenses.

            Imperator-nadczłowiek rozumie, co potrzebne jest jego ma­som. W owym czasie przybywa do niego do Rzymu z Dale­kiego Wschodu wielki cudotwórca, spowity w gęsty obłok oso­bliwych zdarzeń i przedziwnych legend. Według pogłosek, sze­rzących się wśród neo-buddystów, jest on boskiej proweniencji: ma pochodzić od boga słońca Sun i jakiejś rzecznej nimfy.

            Cudotwórca ten, imieniem Apolloniusz, człowiek niewątpli­wie genialny, pół-Azjata i pół-Europejczyk, biskup katolicki in partibus infidelium, w zadziwiający sposób łączy w sobie zdolność operowania najnowszymi wnioskami i technicznymi zastosowaniami zachodniej nauki ze znajomością i umiejętno­ścią posługiwania się tym wszystkim, co jest rzeczywiście go­dne uwagi i znaczące w tradycyjnej mistyce Wschodu. Rezul­taty takiego połączenia są zdumiewające. Apolloniusz dochodzi między innymi do pół naukowej, pół-magicznej sztuki przycią­gania i kierowania według swojej woli elektryczności atmosfe­rycznej i wśród ludzi mówi się, że sprowadza on ogień z nieba. Zresztą, podniecając fantazję tłumu rozmaitymi, przedziwnymi sztukami, nie nadużywa on do czasu swojej mocy dla jakichś szczególnych celów.

            Otóż człowiek ten przychodzi do wielkiego imperatora, składa mu pokłon jak prawdziwemu Synowi Bożemu, oświad­cza, że w tajemnych księgach Wschodu znalazł wyraźne przepo­wiednie o nim, Imperatorze, jako o ostatecznym zbawicielu i sędzim wszechświata, i oddaje mu na służbę siebie i całą swoją sztukę. Urzeczony nim Imperator przyjmuje go jak dar z góry zesłany i ozdobiwszy wspaniałymi tytułami już się z nim nie rozłącza.

I oto narody świata, obsypane przez swego władcę dobrodziejstwami, oprócz powszechnego pokoju, oprócz po­wszechnej sytości zyskują jeszcze możliwość ciągłego radowania się najrozmaitszymi i najbardziej nieoczekiwanymi cudami i znakami. Dobiegł końca trzeci rok panowania nadczłowieka.

            Po szczęśliwym rozwiązaniu problemu politycznego i społe­cznego pojawiła się kwestia religijna. Podniósł ją sam Impera­tor – najpierw w odniesieniu do chrześcijaństwa. W owym czasie chrześcijaństwo znajdowało się w takiej oto sytuacji: Przy bardzo znacznym ilościowym spadku swego stanu po­siadania – na całej kuli ziemskiej pozostało nie więcej niż czterdzieści pięć milionów chrześcijan – podniosło się ono i wzmocniło moralnie, zyskując na jakości, to co traciło na ilości. Ludzi, nie związanych z chrześcijaństwem żadną więzią duchową, nie zaliczano już do chrześcijan. Poszczególne wyz­nania skurczyły się dość równomiernie, tak że zachował się między nimi w przybliżeniu poprzedni stosunek ilościowy. Co się zaś tyczy wzajemnych uczuć, to wprawdzie dawna wrogość nie ustąpiła miejsca całkowitemu pojednaniu, ale jednak zna­cznie się złagodziła, a sprzeczności utraciły swoją dawniejszą ostrość. Papiestwo już dawno było wygnane z Rzymu i po dłuższej tułaczce znalazło schronienie w Petersburgu – pod warunkiem, że będzie się powstrzymywać od propagandy tu­taj i wewnątrz kraju. W Rosji uległo ono znacznemu upro­szczeniu. Nie zmieniając w istotny sposób koniecznego składu swoich kolegiów i oficjów, musiało uduchowić charakter ich działalności, a także zredukować do minimum swój pompaty­czny rytuał i ceremoniał. Różne dziwne i gorszące zwyczaje, chociaż formalnie nie zniesione, same z siebie wyszły z uży­cia. We wszystkich innych krajach, zwłaszcza w Ameryce Północnej, hierarchia katolicka miała jeszcze wielu przedsta­wicieli o silnej woli, niezmożonej energii i niezależnej pozycji, którzy mocniej niż poprzednio zwarli szeregi Kościoła kato­lickiego i podtrzymywali jego międzynarodowe, kosmopolity­czne znaczenie.

            Co się tyczy protestantyzmu, na którego czele nadal stały Niemcy – zwłaszcza po ponownym zjedno­czeniu znacznej części Kościoła anglikańskiego z katolickim – to oczyścił się on ze swych skrajnych tendencji negatyw­nych, których stronnicy otwarcie przeszli w szeregi ludzi re­ligijnie indyferentnych i niewierzących. W Kościele ewange­lickim pozostali tylko szczerze wierzący. Na ich czele stały osoby, u których rozległa wiedza łączyła się z głęboką reli­gijnością i coraz usilniejszym dążeniem do tego, aby odrodzić w sobie obraz dawnego, autentycznego chrześcijaństwa.

Ro­syjskie prawosławie po zmianie oficjalnej sytuacji Cerkwi wskutek wydarzeń politycznych straciło wprawdzie wiele milio­nów swoich pozornych, nominalnych wyznawców, ale za to doznało radości zjednoczenia z najlepszą częścią starowierców, a nawet z licznymi sekciarzami o nastawieniu pozytywno reli­gijnym. Ta odnowiona Cerkiew, nie wzrastając liczebnie, po­częła rosnąć w siłę ducha, którą wykazała szczególnie w swojej wewnętrznej walce z rozplenionymi w narodzie i społeczeństwie skrajnymi sektami, nie pozbawionymi elementów demonicz­nych i satanicznych.

            W ciągu pierwszych dwóch lat nowego panowania wszyscy chrześcijanie, przestraszeni i zmęczeni ciągiem nie dawnych rewolucji i wojen, odnosili się do nowego władcy i jego pokojo­wych reform po części z życzliwym wyczekiwaniem, po części ze zdecydowaną sympatią, a nawet gorącym entuzjazmem. Ale w trzecim roku, z chwilą pojawienia się Wielkiego Maga, u wie­lu prawosławnych, katolików i ewangelików poczęło się rodzić poważne zaniepokojenie i niechęć. Poczęto uważniej czytać i żywo komentować teksty ewangeliczne i apostolskie mówiące o księciu tego świata i o Antychryście. Po pewnych oznakach imperator domyślił się nadciągającej burzy i postanowił co ry­chlej rzecz wyjaśnić. W początkach czwartego roku panowania wydaje manifest do wszystkich swoich wiernych chrześcijan bez różnicy wyznania, zapraszając ich, aby wybrali lub wy­znaczyli swoich pełnomocnych przedstawicieli na sobór po­wszechny, który odbędzie się pod jego przewodnictwem. Re­zydencja została w tym czasie przeniesiona z Rzymu do Je­rozolimy. Palestyna stanowiła wtedy autonomiczną prowincję, zasiedloną i zarządzaną głównie przez Żydów. Jerozolima była niezależna i stała się miastem imperialnym. Chrześcijańskie świątynie pozostały nietknięte, ale na całej rozległej terasie Haram asz-Szarif, od Birkat Isra’il i dzisiejszych koszar z jed­nej strony po meczet al-Aqsa i „stajnie Salomona” z drugiej, wzniesiono jedną ogromną budowlę, mieszczącą w sobie ­oprócz dwóch starych niewielkich meczetów – obszerną świą­tynię „imperialną” dla jedności wszystkich kultów oraz dwa wspaniałe pałace imperatorskie z bibliotekami, muzeami i od­dzielnymi pomieszczeniami do prób i ćwiczeń magicznych. W tej pół-świątyni, pół-rezydencji miał być czternastego września otwarty sobór powszechny. Ponieważ wyznanie ewangelickie nie ma we właściwym sensie tego słowa stanu ka­płańskiego, przeto katoliccy i prawosławni hierarchowie zgod­nie z życzeniem imperatora, aby nadać przedstawicielstwu wszystkich gałęzi chrześcijaństwa jakiś jednorodny charakter, postanowili dopuścić do udziału w soborze pewną liczbę swo­ich świeckich wiernych, znanych z pobożności i oddania spra­wie Kościoła. Skoro zaś dopuszczeni zostali świeccy, to nie można było wykluczyć niższego duchowieństwa – zakonnego i nie-zakonnego. Tym sposobem ogólna liczba uczestników so­boru przekraczała trzy tysiące osób, a około pół miliona chrze­ścijańskich pielgrzymów wypełniło Jerozolimę i całą Palestynę.

            Wśród ojców soborowych wyróżniało się szczególnie trzech. Po pierwsze, papież Piotr II, zgodnie z prawem stojący na czele katolickiej części członków soboru. Jego poprzednik umarł w drodze na sobór i zebrane w Damaszku konklawe jednogłośnie wybrało kardynała Szymona Barioniniego [Zitalianizowana forma imienia św. Piotra Apostoła – Szymon Bar Jona] który przyjął imię Piotr. Był to człowiek prostego pochodze­nia, z prowincji neapolitańskiej, a zasłynął jako kaznodzie­ja z karmelitańskiego zakonu, mający znaczne zasługi w walce z pewną rozpowszechnioną w Petersburgu i jego okolicach sektą sataniczną, która zwodziła nie tylko prawosławnych, ale i katolików. Mianowany arcybiskupem mohylewskim, a póź­niej także kardynałem, był on z góry przewidziany na stolec papieski. Był człowiekiem pięćdziesięcioletnim, średniego wzrostu i krzepkiej budowy, z przystojną twarzą, garbatym no­sem i gęstymi brwiami. Cechowały go gorące serce i energia, mówił z żarem, zamaszyście przy tym gestykulując, i bardziej słuchaczy porywał, niż przekonywał. Do władcy świata nowy papież żywił nieufność i niechęć, zwłaszcza od chwili, kiedy jego nieżyjący poprzednik, wyjeżdżając na sobór, uległ nalega­niom imperatora i mianował kardynałem kanclerza imperium i wielkiego światowego maga, egzotycznego biskupa Apoloniu­sza, którego Piotr uważał za wątpliwego katolika, a niewątpli­wego oszusta.

            Rzeczywistym, choć nieoficjalnym przywódcą prawosławnych był Starzec Jan, bardzo znany wśród rosyj­skiego ludu. Chociaż oficjalnie uważany za biskupa „w sta­nie spoczynku„, nie mieszkał jednak w żadnym klasztorze, lecz stale wędrował w różnych kierunkach. Krążyły o nim roz­maite legendy. Niektórzy zapewniali, że jest to zmartwych­wstały Fiodor Kuźmicz, czyli imperator Aleksander I, uro­dzony przed około trzema wiekami … Inni posuwali się dalej i twierdzili, iż jest to prawdziwy starzec Jan, tzn. apostoł Jan Teolog, który nigdy nie umarł, a w ostatnich czasach pojawił się otwarcie. On sam nie mówił nic o swoim pochodzeniu ani o swojej młodości. Obecnie był to bardzo wiekowy, ale rześki staruszek z żółknącą, a nawet zieleniejącą bielą kędzio­rów i brody, wysokiego wzrostu i szczupłej postaci, ale z peł­nymi i lekko różowawymi policzkami, żywymi, błyszczącymi oczami i wzruszająco dobrym wyrazem twarzy i głosem; przy­odziany był zawsze w habit i płaszcz zakonny.     

            Na czele ewan­gelickich uczestników soboru stał najbardziej uczony niemiecki teolog, profesor Ernst Pauli – niewielkiego wzrostu chudy staruszek z ogromnym czołem, spiczastym nosem i gładko wygolonym podbródkiem. Jego oczy odznaczały się jakimś szczególnym, srogo-dobrodusznym spojrzeniem. Co chwilę za­cierał on ręce, kręcił głową, unosił groźnie brwi i wydymał wargi; błyskając przy tym oczami, ponuro wydawał z siebie urywane dźwięki: So! nun! ja! so also! Ubrany był uroczyście – w biały halsztuk i długi pastorski surdut z jakimiś znacz­kami orderowymi.

            Otwarcie soboru było imponujące. Dwie trzecie ogromnej świątyni poświęconej „jedności wszystkich kultów” były zapeł­nione ławami i innymi siedzeniami dla członków soboru, jedna trzecia była zajęta przez wysokie podium, gdzie oprócz tronu imperatora i drugiego – niżej, dla wielkiego maga, a zarazem kardynała i kanclerza imperium – znajdowały się z tyłu fo­tele dla ministrów, dworzan i sekretarzy dworu, a z boku dłu­gie rzędy krzeseł o nie znanym przeznaczeniu. Na chórze umieszczono orkiestry, a na sąsiadującym ze świątynią placu ustawiono dwa pułki gwardyjskie i baterię armat dla oddania salw honorowych.

Ojcowie soborowi odprawili już swoje nabo­żeństwa w różnych kościołach i otwarcie obrad miało mieć charakter całkowicie świecki. Kiedy wszedł imperator z wiel­kim magiem i orkiestra zagrała „marsza zjednoczonej ludzkości”, będącego międzynarodowym hymnem imperium, wszyscy uczestnicy soboru powstali z miejsc i machając kapeluszami, po trzykroć głośno zakrzyknęli: Vivat! Uraa! Hoch! Imperator, stojąc obok tronu, wyciągnął rękę gestem majestatycznej łas­kawości i przemówił głosem o dźwięcznym i przyjemnym brzmieniu: „Chrześcijanie wszystkich kierunków! Umiłowani moi poddani i bracia! Od początku mego panowania, któremu Najwyższy błogosławił takimi wspaniałymi, pięknymi sukcesa­mi, ani razu nie miałem powodu być z was niezadowolonym; zawsze spełnialiście swój obowiązek wobec wiary i sumienia. Ale to mi nie wystarcza. Moja szczera miłość do was, umiło­wani bracia, domaga się wzajemności. Pragnę, abyście nie z poczucia obowiązku, lecz powodowani serdeczną miłością uz­nali mnie za swojego prawdziwego wodza w każdym dziele po­dejmowanym dla dobra ludzkości. Ponadto oprócz tego, co czynię dla wszystkich, chciałbym okazać wam jakąś szczególną łaskę. Chrześcijanie, czym mógłbym was uszczęśliwić? Co dać wam nie jako moim poddanym, lecz jako współwyznawcom, braciom moim? Chrześcijanie! Powiedzcie mi, co jest dla was najdroższego w chrześcijaństwie, abym mógł ku temu skiero­wać swoje wysiłki„.

Przerwał i czekał. W świątyni dał się sły­szeć głuchy szmer. To uczestnicy soboru szeptali między sobą. Papież Piotr, gorączkowo gestykulując, tłumaczył coś swojemu otoczeniu. Profesor Pauli kręcił głową i z rozdrażnieniem cmo­kał wargami. Starzec Jan, pochyliwszy się nad wschodnim bis­kupem i kapucynem, po cichu ich o czymś przekonywał.

Od­czekawszy kilka minut, imperator zwrócił się do soboru tym samym serdecznym tonem, w którym jednak dźwięczała ledwie uchwytna nutka ironii: „Najmilsi chrześcijanie – powiedział. – Rozumiem, jak trudna jest dla was jedna prosta odpo­wiedź. Pragnę i w tym wam pomóc. Na nieszczęście, od tak niepamiętnych czasów rozpadliście się na różne odłamy i frak­cje, że być może nie macie nawet jednego wspólnego przed­miotu pragnień. Ale skoro nie możecie pogodzić się między sobą, to mam nadzieję, że ja pogodzę wszystkie wasze stronni­ctwa, okazując im wszystkim jednakową miłość i jednakową gotowość ku temu, by zadośćuczynić autentycznemu prag­nieniu każdego z nich. Najmilsi chrześcijanie! Wiem, że dla wielu i nie najpośledniejszych spośród was najdroższy w chrze­ścijaństwie jest ten autorytet duchowy, jakiego udziela ono swoim prawowitym przedstawicielom – oczywiście nie dla ich własnej korzyści, lecz dla wspólnego dobra, ponieważ na autorytecie tym opiera się należyty porządek duchowy i ko­nieczna wszystkim dyscyplina moralna. Najmilsi bracia katoli­cy! O, jakże rozumiem wasze spojrzenie i jakże chciałbym oprzeć swoje imperium na autorytecie waszego duchowego przywódcy! Abyście nie myśleli, że to pochlebstwo i czcze sło­wa, uroczyście ogłaszam moją samowładną wolę: najwyższy bi­skup wszystkich katolików, papież rzymski, zostaje od tej chwili przywrócony na swój stolec w Rzymie ze wszystkimi prawami i przywilejami tej godności i urzędu, jakie kiedy­kolwiek były mu nadane przez naszych poprzedników, poczy­nając od cesarza Konstantyna Wielkiego. Od was zaś, bracia katolicy, chcę za to tylko szczerego, z serca płynącego uznania we mnie waszego jedynego obrońcy i orędownika. Kto z was w swoim sumieniu i odczuciu uznaje mnie za takiego, niechaj przyjdzie tu do mnie”. I wskazał puste miejsca na podium. Na te słowa prawie wszyscy książęta Kościoła katolickiego, kardy­nałowie i biskupi, większa część wiernych świeckich i ponad połowa zakonników z radosnymi okrzykami: Gratias agimus! Domine! salvum tac magnum imperatorem, wyszli na podium i złożywszy niski ukłon w stronę imperatora, zajęli wolne fote­le.

Lecz na dole, pośrodku świątyni, wyprostowany i nieru­chomy jak marmurowy posąg, siedział na swoim miejscu pa­pież Piotr II. Wszyscy, którzy go poprzednio otaczali, byli na podium. Ale pozostała na dole, przerzedzona gromadka mni­chów i ludzi świeckich przysunęła się ku niemu; tworząc ciasny pierścień, z którego dochodził powściągany szept: Non praeva­lebunt, non praevalebunt portae inferni.

            Spojrzawszy ze zdziwieniem na nieruchomego papieża, im­perator przemówił znowu – podniesionym głosem: „Najmil­si bracia! Wiem, że są wśród was również tacy, dla których w chrześcijaństwie najdroższa jest jego święta tradycja, stare symbole, dawne pieśni i modlitwy, ikony i rytuał służby Bożej. Bo i w rzeczy samej: cóż może być dla religijnej duszy droższe od tego? Wiedzcie zatem, umiłowani, że w dniu dzisiej­szym podpisałem statut i przeznaczyłem sowite środki dla po­wszechnego muzeum archeologii chrześcijańskiej w znakomitym mieście naszego imperium, Konstantynopolu, w celu zbierania, badania i przechowywania wszelkich zabytków przeszłości Koś­cioła, zwłaszcza wschodniego. Was zaś proszę, abyście jutro wy­brali spośród siebie komisję, która omówi ze mną kroki, jakie należy podjąć dla ewentualnego zbliżenia współczesnego spo­sobu życia, zwyczajów i obyczajów, do tradycji i przepisów świętego Kościoła prawosławnego. Bracia prawosławni! Komu miła jest ta moja wola, kto z głębi serca może nazwać mnie swoim prawdziwym władcą i panem, niechaj przyjdzie tutaj„.

I znaczna część hierarchów Wschodu i Północy, połowa byłych starowierców i przeszło połowa prawosławnych księży, mnichów i świeckich z radosnymi okrzykami wyszła na podium, spogląda­jąc zezem na katolików, którzy tam dumnie zasiedli. Ale starzec Jan nie ruszał się i głośno wzdychał. I kiedy tłum wokół niego mocno się przerzedził, powstał ze swojej ławy i przesiadł się bliżej papieża Piotra i jego gromadki. Za nim pospieszyła też reszta prawosławnych, którzy nie poszli na podium.

            I znowu przemówił imperator: „Wiadomo mi, najmilsi chrześcijanie, również o takich spośród was, którzy najbardziej cenią w chrześcijaństwie osobiste przekonanie o prawdzie i wolne badania nad Pismem. Jak ja na tę sprawę patrzę ­nad tym nie ma potrzeby się rozwodzić. Wiecie, być może, iż jeszcze we wczesnej młodości napisałem duże dzieło z zakresu krytyki biblijnej, które wznieciło w owym czasie pewną sensa­cję i dało początek mojej popularności. I oto w tych dniach – przypuszczalnie pamiętając o tym – uniwersytet w Tybin­dze zwraca się do mnie z prośbą, abym przyjął od niego tytuł doktora teologii honoris causa. Kazałem odpowiedzieć, że z zadowoleniem i wdzięcznością przyjmuję. A dzisiaj, jedno­cześnie z erekcją muzeum chrześcijańskiej archeologii, podpi­sałem akt założenia światowego instytutu dla wolnych badań nad Pismem Świętym we wszelkich możliwych aspektach i we wszystkich możliwych kierunkach oraz dla studiów z dziedziny wszystkich nauk pomocniczych – z rocznym budżetem w wy­sokości półtora miliona marek. Komu z was miła taka moja skłonność i kto może czystym sercem uznać mnie za swojego najwyższego wodza, proszę tutaj, do nowego doktora teolo­gii”. I piękne usta wielkiego człowieka nieznacznie skrzywił ja­kiś dziwny uśmiech.

            Przeszło połowa uczonych teologów ru­szyła ku podium, aczkolwiek z pewnym ociąganiem i waha­niem. Wszyscy oglądali się na profesora Pauli, który jakby wrośnięty w swoją ławę, spuścił nisko głowę, zgarbił się i sku­lił. Uczeni teolodzy, którzy wyszli na podium, byli wyraźnie zażenowani, a jeden z nich machnął nagle ręką i zeskoczywszy wprost na dół z ominięciem schodów, utykając, pobiegł ku profesorowi Pauli i pozostałej przy nim mniejszości.

Ten pod­niósł głowę, wstał z jakimś nieokreślonym ruchem, przeszedł wraz ze swymi współwyznawcami wzdłuż opustoszałych ław i przysiadł się bliżej do starca Jana i papieża Piotra.

            Znaczna większość soboru, w tym prawie wszyscy hierarcho­wie Wschodu i Zachodu, znajdowała się na podium. Na dole pozostały tylko trzy skupione razem grupki ludzi, zbite w krąg wokół starca Jana, papieża Piotra i profesora Pauli. Smutnym tonem zwrócił się do nich imperator: „Cóż jeszcze mogę dla was uczynić? Dziwni ludzie! Czego ode mnie chce­cie? Nie wiem. Powiedzcie mi więc sami – wy, chrześcijanie, porzuceni przez większość swoich braci i przywódców, potę­pieni w „odczuciu ludu: co jest dla was najdroższe w chrześci­jaństwie?”

W tym momencie podniósł się, niczym biała świe­ca, starzec Jan i odrzekł łagodnie: „Miłościwy panie! Najdroż­szy jest dla nas w chrześcijaństwie sam Chrystus – On sam i wszystko, co od Niego, wiemy bowiem, że w Nim zamiesz­kuje cieleśnie cała pełnia Bóstwa. Ale i od ciebie, panie, go­towi jesteśmy przyjąć wszelkie dobro, jeśli tylko w szczodrej twej dłoni rozpoznamy świętą dłoń Chrystusa. I na pytanie twoje, co możesz dla nas uczynić, taka jest oto nasza prosta odpowiedź:wyznaj tutaj, teraz, przed nami Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który przyszedł w cielesnej postaci, zmartwych­wstał i ponownie przyjdzie – wyznaj Go, a my z miłością przyjmiemy cię jako prawdziwego zwiastuna Jego drugiego przyjścia w chwale”.

Umilkł i utkwił spojrzenie w obliczu im­peratora. Z tym działo się coś niedobrego. W jego duszy roz­pętała się taka sama piekielna burza jak tamta, którą przeżył w ową decydującą noc. Stracił zupełnie wewnętrzną równo­wagę i wszystkie swoje myśli skoncentrował na tym, aby nie utracić również zewnętrznego panowania nad sobą i nie zdra­dzić się przed czasem. Czynił nadludzkie wysiłki, by się nie rzucić z dzikim krzykiem na starca Jana i nie wpić się w niego zębami. Nagle usłyszał znany nieziemski głos: „Milcz i nic się nie bój”. Milczał. Tylko zmartwiała i pociemniała jego twarz cała się wykrzywiła, a z oczu tryskały iskry. Tymczasem pod­czas przemówienia starca Jana Wielki Mag, który siedział szczel­nie otulony w swoją ogromną trójbarwną opończę skrywającą kardynalską purpurę, jakby dokonywał pod nią jakichś manipu­lacji; jego oczy błyszczały skupieniem, a wargi poruszały się. Wtem przez otwarte okna świątyni dała się ujrzeć nadciągająca ogromna czarna chmura i zaraz wszystko pociemniało. Starzec Jan nie spuszczał zdumionych i przerażonych oczu z oblicza milczącego imperatora. Nagle cofnął się ze zgrozą, odwrócił do tyłu i krzyknął zdławionym głosem: „Dzieci, to Antychryst!” W tej chwili jednocześnie z ogłuszającym hukiem grzmotu w świątyni rozbłysła ogromna kulista błyskawica i okryła sobą starca. Na moment wszystko zamarło, a kiedy ogłuszeni chrześ­cijanie przyszli do siebie, starzec Jan leżał martwy.

          Imperator, blady, ale spokojny, zwrócił się do zgromadze­nia: „Widzieliście Sąd Boży. Nie chciałem niczyjej śmierci, ale Ojciec Mój niebieski mści się za swego umiłowanego Syna. Sprawa załatwiona. Któż będzie stawał przeciw Najwyższemu? Sekretarze! zapiszcie: Sobór powszechny wszystkich chrześci­jan, po porażeniu ogniem z nieba obłąkanego przeciwnika Bos­kiego majestatu, jednogłośnie uznał wszechpotężnego impera­tora Rzymu i całego świata za swego najwyższego władcę i pa­na”.

Nagle w świątyni rozległo się jednogłośne i wyraźne słowo: Contradicitur. Papież Piotr II wstał i z twarzą oblaną szkarła­tem, cały trzęsąc się z gniewu, wzniósł swój pastorał – w stronę imperatora: „Naszym jedynym Panem jest Jezus Chrystus, Syn Boga żywego. A kim jesteś ty – słyszałeś. Precz od nas, Kai­nie bratobójco! Precz, naczynie diabelskie! Mocą Chrystusową ja, sługa sług Bożych, na zawsze wypędzam cię, nikczemnego psa, z zagrody Pańskiej i oddaję w ręce ojcu twemu, Szatano­wi! Anatema, anatema, anatema!” 

W czasie kiedy on mówił, wielki mag poruszał się niespokojnie pod swoją opończą; naraz głośniej od ostatniej anatemy zagrzmiał piorun i ostatni papież padł bez życia. „Tak oto z ręki Ojca Mego zginą wszyscy Moi wrogowie” – powiedział imperator. Pereant, pereant! – za­krzyknęli drżący książęta Kościoła, on zaś odwrócił się i wspar­ty na ramieniu wielkiego maga, ruszył ku drzwiom za podium; za nim wyszedł cały tłum jego zwolenników.

            W świątyni pozostało dwoje zwłok i zbita gromada półży­wych ze zgrozy chrześcijan. Jedyną osobą, która zachowała zimną krew, był profesor Pauli. Ogólne przerażenie jakby obudziło w nim wszystkie siły ducha. Zmienił się też zewnę­trznie: przybrał wygląd majestatyczny i natchniony. Zdecy­dowanym krokiem wszedł na podium i usiadłszy na jednym z opuszczonych miejsc sekretarzy dworu, wziął arkusz papieru i zaczął coś na nim pisać. Kiedy skończył, wstał i donośnym głosem odczytał: „Ku chwale jedynego Zbawiciela naszego, Jezusa Chrystusa. Sobór powszechny Kościołów Bożych; ze­brany w Jerozolimie – wobec tego, że wielce błogosławiony brat nasz Jan, głowa chrześcijaństwa wschodniego, zdemasko­wał wielkiego zwodziciela i nieprzyjaciela Boga jako prawdzi­wego Antychrysta, którego zapowiedziało słowo Boże, a naj­świętobliwszy ojciec nasz Piotr, głowa chrześcijaństwa zachod­niego, zgodnie z duchem i literą prawa wykluczył go na zawsze, z Kościoła Bożego – u zwłok tych dwóch zabitych za prawdę świadków Chrystusa postanawia niniejszym: przerwać wszelkie obcowanie z wyklętym i jego obrzydliwą zgrają i odszedłszy na pustynię oczekiwać niechybnego przyjścia prawdziwego Pana naszego, Jezusa Chrystusa”. Obecnych ogarnął zapał i odez­wały się głośne okrzyki: Adveniat! Adveniat cito! Komm, Herr Jesu, Komm! Przyjdź, Panie Jezu!

            Profesor Pauli dopisał jeszcze parę słów i przeczytał: „Przy­jąwszy jednogłośnie ten pierwszy i ostatni akt ostatniego so­boru powszechnego, podpisujemy go swymi imionami”­ i zapraszająco skinął na zebranych. Wszyscy wchodzili spiesz­nie na podwyższenie i podpisywali się. Ostatni podpis, złożony dużym, gotyckim pismem, brzmiał: Duorum defunctorwn te­sfium locum fenens Ernst Pauli. „A teraz pójdźmy z naszą arką ostatniego Przymierza!” – powiedział profesor Pauli, wskazu­jąc na dwóch zmarłych. Ciała wzięto na nosze. Powoli, przy śpiewie łacińskich, niemieckich i cerkiewno-słowiańskich hym­nów chrześcijanie skierowali się ku wyjściu z Haram asz-Sza­rit. Tutaj zatrzymał ich wysłany przez imperatora sekretarz dworu w towarzystwie oficera z plutonem gwardii. Żołnierze stanęli u wejścia, a sekretarz dworu odczytał z podwyższenia: „Rozkaz Jego Boskiej Mości: dla pouczenia ludu chrześcijań­skiego i uchronienia go przed niegodziwymi ludźmi, siejącymi zamęt i zgorszenie, uznajemy za właściwe trupy dwóch bunto­wników, zabitych przez ogień niebieski, wystawić na widok pu­bliczny na ulicy Chrześcijan (Harit an-Nassara), u wejścia do głównej świątyni tej religii, zwanej kościołem Grobu Pań­skiego albo Zmartwychwstania, aby wszyscy mogli się przeko­nać o ich rzeczywistej śmierci. Trwającym zaś w uporze ich po­plecznikom, złośliwie odrzucającym wszystkie nasze dobro­dziejstwa i bezrozumnie zamykającym oczy na jawne znaki samego bóstwa, zostaje dzięki naszemu miłosierdziu i za sprawą naszego wstawiennictwa u ojca niebieskiego darowana kara śmierci, przez ogień z nieba, na jaką zasłużyli, i dana zu­pełna wolność, a jedynie zakazuje się im – dla ogólnego do­bra – zamieszkiwać w miastach i innych osiedlach, aby nie wprowadzali zamętu i pokus w serca niewinnych i prostodusz­nych ludzi swymi złośliwymi kłamstwami„. Kiedy skończył, ośmiu żołnierzy na znak oficera podeszło do noszy z ciałami.

            „Niech się spełni, co jest napisane!” – powiedział profesor Pauli i chrześcijanie trzymający nosze w milczeniu oddali je żołnierzom, którzy oddalili się przez północno-zachodnią bra­mę – Chrześcijanie zaś, wyszedłszy bramą północno- wschod­nią i mijając Górę Oliwną, śpiesznie udali się z miasta w kie­runku Jerycha drogą, z której uprzednio żandarmi i dwa kawa­leryjskie pułki usunęły tłumy ludu. Na pustynnych wzgórzach w okolicy Jerycha postanowiono przeczekać kilka dni. Następ­nego ranka przybyli z Jerozolimy znajomi chrześcijańscy piel­grzymi i opowiedzieli, co się działo na Syjonie.

            Otóż po dwor­skim obiedzie wszystkich członków soboru zaproszono do ogro­mnej sali tronowej (wokół przypuszczalnego miejsca Salomo­nowego tronu) i Imperator, zwracając się do przedstawicieli hierarchii katolickiej, oznajmił im, że dobro Kościoła w sposób oczywisty wymaga od nich niezwłocznego wybrania godnego następcy apostoła Piotra, że z uwagi na okoliczności czasu wy­bór powinien się odbyć w sposób uproszczony, że obecność jego, imperatora, jako wodza i przedstawiciela całego świata chrześcijańskiego, z nawiązką wyrówna kanoniczne uchybienia i że on w imieniu wszystkich chrześcijan proponuje świętemu kolegium, wybranie jego umiłowanego przyjaciela i brata Apo­loniusza, aby ich ścisły związek umocnił i uczynił nierozerwalną jedność Kościoła i państwa dla dobra obojga.

            Święte kolegium udało się do osobnego pokoju celem odbycia konklawe i po półtorej godzinie powróciło stamtąd z nowym papieżem Apolo­niuszem. W czasie, kiedy odbywał się wybór, Imperator dobrot­liwie, mądrze i elokwentnie przekonywał przedstawicieli ewan­gelickich i prawosławnych, że w obliczu nowej, wielkiej ery dziejów chrześcijaństwa trzeba skończyć z dawnymi sporami, ręcząc swoim słowem, że Apoloniusz potrafi raz na zawsze zlikwidować wszystkie znane w historii nadużycia władzy pa­pieskiej. Przekonani tym wywodem, przedstawiciele prawosła­wia i protestantyzmu sporządzili akt zjednoczenia Kościołów i kiedy Apoloniusz z kardynałami ukazał się w komnacie wśród radosnych okrzyków całego zgromadzenia, grecki archijerej i pastor ewangelicki wręczyli mu swój dokument. Accipio et ap­probo et laetificatur cor meum – powiedział Apoloniusz, pod­pisując go. „Jestem równie szczerym prawosławnym i szcze­rym ewangelikiem, jak jestem szczerym katolikiem” – dodał i przyjaźnie ucałował, Greka i Niemca. Następnie podszedł do Imperatora, który go objął i długo trzymał w swoich objęciach.

            W tym czasie poczęły latać po pałacu i świątyni we wszyst­kich kierunkach jakieś świetlne punkty, które rosły i zamie­niały się w jaśniejące kształty dziwnych istot. Z góry posypały się niespotykane na ziemi kwiaty, napełniając powietrze nie­znanym zapachem. Gdzieś w górze rozległy się cudowne, wprost do duszy płynące i chwytające za serce dźwięki nie sły­szanych dotąd instrumentów, a anielskie głosy niewidzialnych śpiewaków sławiły nowych władców nieba i ziemi.

W pewnej chwili rozległ się straszny podziemny harmider w północno-za­chodnim kącie środkowego pałacu pod qubbat al-arwah, tzn. kopułą dusz, gdzie wedle muzułmańskich podań znajdowało się wejście do piekła. Kiedy zebrani na skinienie imperatora ruszyli w tamtą stronę, wszyscy usłyszeli wyraźnie niezliczone głosy, ostre i przenikliwe – ni to dziecięce, ni diabelskie – wołające: „Przyszła pora, wypuśćcie nas, zbawcy, zbawcy!” Ale kiedy Apoloniusz, przypadłszy do skały, trzykroć zawołał coś na dół w nie znanym języku, głosy umilkły i podziemny zgiełk ustał. Tymczasem niezmierzony tłum otoczył ze wszyst­kich stron Haram asz-Szarif. Z nastaniem nocy imperator wy­szedł wraz z nowym papieżem na wschodni ganek, wzniecając „burzę uniesienia”. Kłaniał się uprzejmie na wszystkie strony, podczas gdy Apoloniusz brał nieprzerwanie z dużych koszów, przynoszonych mu przez kardynałów-diakonów, i rzucał w po­wietrze zapalające się od dotknięcia jego dłoni wspaniałe rzym­skie świece, race i ogniste fontanny – to fosforyzująco-perli­ste, to jasno-tęczowe – a wszystko to, dotykając ziemi, za­mieniało się w niezliczone różnobarwne kartki z całkowitym i absolutnym odpuszczeniem wszystkich grzechów dawnych, obecnych i przyszłych … Owacje tłumu przeszły wszelkie grani­ce. Co prawda niektórzy twierdzili, jakoby widzieli na własne oczy, jak indulgencje te przemieniały się w obrzydliwe żaby i węże. Tym niemniej ogromna większość była rozentuzjazmo­wana, a ludowe uroczystości trwały jeszcze przez kilka dni, przy czym nowy papież-cudotwórca dokonywał rzeczy tak przedziwnych i nieprawdopodobnych, że opowiadanie o nich byłoby zupełnie niepotrzebne.

            W tym samym czasie u stóp pustynnych wzgórz Jerycha chrześcijanie oddawali się postowi i modlitwie. Wieczorem czwartego dnia, kiedy zapadł zmrok, profesor Pauli z dziewię­cioma towarzyszami na osłach i z wozem przedostali się ukrad­kiem do Jerozolimy, bocznymi uliczkami obok Haram asz­-Szarif wyjechali na Harit an-Nassara’i podeszli ku wejściu do kościoła Zmartwychwstania, gdzie na bruku leżały ciała pa­pieża Piotra i starca Jana. Na ulicy było w tym czasie pusto, całe miasto poszło do Haram asz-Szarif. Żołnierze trzymający straż spali głębokim snem. Przybysze stwierdzili, że ciała są nietknięte rozkładem, a nawet nie zesztywniały i nie stały się cięższe. Złożyli je na nosze i owinąwszy przyniesionymi ze sobą płaszczami, tą samą okrężną drogą wrócili do swoich. Ale ledwie opuścili nosze na ziemię, w zmarłych wstąpił duch ży­cia. Poruszyli się, próbując zrzucić z siebie okrywające ich pła­szcze.

            Wszyscy z radosnymi okrzykami jęli im pomagać i po chwili obaj stanęli na nogi, cali i zdrowi. I przemówił ożyły starzec Jan: „A więc, dziateczki, jednak nie rozstaliśmy się. A oto co wam teraz powiem: czas spełnić ostatnią modlitwę Chrystusa, w której prosił, aby uczniowie Jego byli jedno, jak On sam jest jedno z Ojcem. Zatem dla tej Chrystusowej jed­ności uczcijmy, dzieci, umiłowanego brata naszego Piotra. Nie­chaj na koniec pasie owce Chrystusowe. Pójdź, bracie!” I ob­jął Piotra.

W tej chwili podszedł profesor Pauli: Tu es Petrus! – powiedział, zwracając się do papieża. – Jetzt ist es ja grundlich erwiesen und ausser jedem Zweifel gesetzt. I mocno uścisnął jego dłoń swoją prawicą, lewą zaś rękę podał starcowi Janowi ze słowami: So also, Väterchen, nun sind wir ja eins in Christo. Tak dokonało się zjednoczenie Kościołów wśród ciemnej nocy, na wysokim i ustronnym miejscu. Ale nocna cie­mność rozświetliła się nagle jasnym blaskiem i wielki znak ukazał się na niebie: Niewiasta obleczona w słońce, księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. Zjawisko trwało przez pewien czas nieruchomo, a potem z wol­na poczęło się przesuwać ku południowi.. Papież Piotr wzniósł swój pastorał i zawołał: „Oto nasz sztandar! Pójdźmy za nim”. I poszedł w kierunku zjawy, a za nim obaj starcy i cała gromada chrześcijan – ku Bożej górze Synaj… (Tutaj czytający przerwał…)

            …Kiedy duchowi przywódcy i przedstawiciele chrześcijaństwa odeszli na Pusty­nię Arabską, gdzie ze wszystkich stron schodziły się do nich tłumy wiernych wyznawców prawdy, nowy papież bez przesz­kód demoralizował swoimi cudami i dziwami wszystkich pozo­stałych, powierzchownych chrześcijan, którzy się na Antychry­ście nie poznali. Oznajmił on, że mocą swoich kluczy otwarł wrota między światem ziemskim a pozagrobowym – i rzeczy­wiście: obcowanie żywych z umarłymi oraz ludzi z demonami stało się czymś zwykłym i rozwinęły się nowe, niespotykane rodzaje mistycznej rozwiązłości i demonolatrii.

            Ale zaledwie imperator poczuł się mocnym na gruncie reli­gijnym i wskutek usilnych zachęt tajemniczego „ojcowskiego” głosu ogłosił siebie jedynym prawdziwym ucieleśnieniem Naj­wyższego Bóstwa Wszechświata, przyszła na niego nowa bieda – ze strony, z której nikt się jej nie spodziewał: zbuntowali się Żydzi. Naród ów, którego liczebność doszła w owym czasie do trzydziestu milionów, miał pewien swój udział w przygoto­waniu i umocnieniu światowych sukcesów nadczłowieka. Kiedy ten przeniósł się do Jerozolimy, skrycie podsycając w środo­wisku żydowskim pogłoski o tym, że jego głównym zadaniem jest ustanowienie światowego panowania Izraela, Żydzi uznali go za Mesjasza i ich entuzjastyczne oddanie dla niego nie miało granic.

I nagle powstali przeciw niemu, pałając gniewem i zemstą. Zwrot ten, niewątpliwie zapowiedziany już i w Piś­mie, i w Tradycji, został przedstawiony przez ojca Pansofija być może w sposób zbyt uproszczony i nadmiernie realistycz­ny. Rzecz w tym, iż Żydzi, uważający imperatora za pełnego, czystej krwi Izraelitę, odkryli przypadkiem, że nawet nie jest on obrzezany. Tego samego dnia cała Jerozolima, a następ­nego cała Palestyna stanęły w ogniu powstania. Bezgraniczne i gorące oddanie dla zbawcy Izraela, obiecanego Mesjasza, za­mieniło się w równie bezgraniczną i równie gorącą nienawiść do perfidnego oszusta, zuchwałego samozwańca. Wszyscy Ży­dzi powstali jak jeden mąż i nieprzyjaciele ich ujrzeli ze zdu­mieniem, że dusza Izraela w swojej głębi żyje nie wyracho­waniem i żądzą Mamony, lecz mocą serdecznego uczucia ­nadzieją i gniewem swojej odwiecznej mesjańskiej wiary. Im­perator, nie spodziewający się w tej chwili takiego wybuchu, stracił panowanie nad sobą i wydał dekret skazujący na śmierć wszystkich krnąbrnych Żydów i chrześcijan. Wiele tysięcy i dziesiątków tysięcy tych, którzy nie zdążyli się uzbroić, bezli­tośnie wymordowano. Wkrótce jednak milionowa armia Ży­dów zawładnęła Jerozolimą i osaczyła Antychrysta w Haram asz-Szarif. Miał on przy sobie tylko część gwardii, która nie mogła skutecznie stawić czoła masie nieprzyjaciela. Przy po­mocy czarodziejskiego kunsztu swojego papieża zdołał jednak przedostać się przez szeregi oblegających i wkrótce pojawił się znowu w Syrii z nieprzebranym wojskiem złożonym z różno­plemiennych pogan. Żydzi wyszli mu na spotkanie, mając nie­wielką szansę zwycięstwa. Ledwie jednak poczęły się do siebie zbliżać przednie straże obu armii, nastąpiło trzęsienie ziemi o niebywałej sile. Pod Morzem Martwym, wokół którego sta­nęły wojska imperium, otwarł się krater ogromnego wulkanu i ogniste strumienie, złączywszy się w jedno morze płomieni, pochłonęły i samego imperatora, i wszystkie jego niezliczone pułki, i nieodłącznie towarzyszącego mu papieża Apoloniusza, któremu na niewiele się zdała cała jego magia ..

            Tymczasem Żydzi uciekali do Jerozolimy, z lękiem i drżeniem prosząc o ratunek Boga Izraela. Kiedy święte miasto ukazało się już ich oczom, wielka błyskawica rozdarła niebo od wschodu do zachodu i ujrzeli Chrystusa, zstępującego ku nim w królewskiej szacie i z ranami od gwoździ na rozpostartych rękach … W tym samym czasie od Synaju zmierzał ku Syjonowi tłum chrześcijan, na którego czele szli Piotr, Jan i Paweł, a z różnych stron nad­chodziły jeszcze inne rozradowane tłumy: byli to wszyscy uś­mierceni przez Antychrysta Żydzi i chrześcijanie. Ożyli i zapa­nowali z Chrystusem na tysiąc lat ….

             Na tym ojciec Pansofij zamierzał skończyć swoją opowieść, która miała za temat nie powszechną katastrofę kosmosu, lecz tylko epilog naszego procesu historycznego, który zawiera w sobie pojawienie się, triumf i upadek Antychrysta.

POLITYK: I pan sądzi, że epilog ten jest tak bliski?

P. Z.: No, wiele będzie jeszcze na scenie gadaniny i krzątaniny…

DEforma26. Kompas na Brukselę. Niszczący eksperyment na uczniach.

Niszczący eksperyment na uczniach – oto cel rządu Tuska

Hanna Dobrowolska


wpolityce/niszczacy-eksperyment-na-uczniach-oto-cel-rzadu-tuska

„Reforma26.Kompas jutra” jest szkodliwym eksperymentem realizowanym na dzieciach i młodzieży w celu przeprowadzenia transformacji oświaty, a następnie – poprzez nią – dokonania fundamentalnych zmian społecznych.

Inżynieria społeczna

Pora nazwać rzeczy po imieniu i adekwatnie do niszczycielskich zamiarów Barbary Nowackiej, jako „oświatowego ramienia” rządu Tuska.

Określenie eksperyment jest w pełni zasadne, gdyż zmiany zaproponowane przez MEN nie zostały poprzedzone żadnymi badaniami, pilotażami ani analizami ich skutków. Można się domyślać, dlaczego. Ujawniłyby bowiem faktyczny cel władzy. Streszcza go pokrótce zastosowany w podstawie programowej zwrot – „tworzenie tożsamości”.

Coś nam to przypomina? Skojarzenie z totalitarnymi modelami społecznymi o rodowodzie komunistycznym jest jak najbardziej zasadne. Wszystkie „sektory” społeczne – w tym edukacja, szkolnictwo wyższe, rodzina, polityka społeczna, kwestie pracownicze, środowisko – w rządzie Tuska trafiły w ręce gorliwych neomarksistowskich funkcjonariuszy.

Trudno nie zauważyć, że w oświacie lewicowa obręcz zaciska się coraz szczelniej. B. Nowacka zaproponowała właśnie model podstawy programowej „Reformy26.Kompas Jutra”, który znacznie wykracza poza funkcję kształcenia, dotychczas – kluczową. Zmieniono w istocie rzecz najważniejszą, a mianowicie to, czym ma być szkoła.

Główne cele

Podstawa programowa „Reformy26.Kompas Jutra” jest obszernym zbiorem celów i metod kształtowania postaw i przekonań uczniów i temu służy, a nie przekazywaniu wiedzy i dobremu wychowaniu, jak było przez wieki. 

Dlatego tak niewiele w niej konkretów, czyli treści nauczania, a tak wiele wykazów wszelkich kompetencji i „sprawczości” ucznia oraz uściśleń co do sposobów ich wypracowania, ograniczających autonomię nauczyciela. Wprawdzie weto Prezydenta do ustawy Prawo oświatowe zahamowało proces zmiany całego aparatu pojęciowego systemu oświaty, co było planem MEN, ale lektura obecnej wersji projektu wskazuje jasno, że B. Nowacka zastosowała metodę „obejścia”, nie rezygnując z zasadniczego celu. Usunięto powszechnie oprotestowane „efekty kształcenia”, świadczące jednoznacznie o skrajnie pragmatycznym podejściu do  edukacji, przywrócono pojęcie „treści kształcenia”, ale nie zmieniono zawartości podstawy. Nieco bardziej zawiłą drogą lewica dąży w tym samym kierunku.

Szkoła nie ma już uczyć! Jej pierwszym zadaniem jest formatowanie młodego unijczyka najniższej klasy, czyli „o kompetencjach podstawowych na poziomie podstawowym”, według wzorców narzuconych poprzez tzw. Profil absolwenta [przyjęty przez MEN w 2024 r.]. 

Drugim nie mniej istotnym zadaniem „nowej szkoły” jest ingerowanie w prawa rodzicielskie i uzależnianie każdego ucznia od wsparcia aparatu państwa. Temu służy psychologizacja szkoły i edukacja włączająca. Celowo połączono w jednej inkluzywnej klasie „neuroróżnorodne” osobowości, dodając falę imigrantów nieznających języka polskiego i nie wymagając od nich tej umiejętności. Połączono, a teraz proponuje się im iluzję wsparcia przez rzesze specjalistów. Ingerowaniu w życie rodzinne będzie służyć za chwilę – od 1 kwietnia 2026r. – nowy obowiązek nałożony na nauczycieli: stosowania oceny funkcjonalnej w odniesieniu do każdego ucznia. Kwestionariusz tej oceny brutalnie prześwietla życie rodzinne, łamie Konstytucję i powinien się spotkać z odmową wyrażenia zgody na ocenę funkcjonalną wszystkich rodziców.

Odpolszczanie polskich uczniów i systemowe zawłaszczanie ich przez Europejski Obszar Edukacji jest realizowane rozmaitymi sposobami. Obserwujemy politykę wynarodowienia, relatywizowanie wiedzy, kształtowanie postaw bezkrytycznie akceptujących UE, formatowanie w kierunku ulegania presji klimatycznej, zachęcanie do tranzycji płciowej.

Opowieści B. Nowackiej o sprawczości i nowoczesnym podejściu do edukacji nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i stanowią zasłonę dymną dla faktycznych zamiarów rządu Tuska. Dąży on do dokonania transformacji oświaty i zmiany funkcji szkoły z uczącej na opiekuńczo-terapeutyczną w założeniu, a faktycznie na  formatująco-opresyjną.

Uczeń bez wiedzy

W 2024 zabrano uczniom 20% wiedzy; obecna podstawa programowa idzie w tym samym kierunku i utrwala schemat: im mniej, tym lepiej. Zabór treści nauczania postępuje.

Na przykładzie języka polskiego widać to szczególnie jaskrawo – „Panu Tadeuszowi” ukradziono podczas tzw. uszczuplenia podstawy w 2024 r. połowę ksiąg, a według obecnej propozycji epopeja narodowa ma być reprezentowana jedynie przez „Inwokację”.

Do klasy 6 włącznie zlikwidowano całkowicie kanon lektur. W klasach 7-8 pozostawiono 3 dłuższe teksty. Reszta zależy od widzimisię nauczyciela i ucznia, co ma w teorii Nowackiej zachęcić do „praktyk lekturowych”. Lewicowa logika ujawnia się tu z całą mocą. Na dodatek w ramach ostatnich korekt – już po grudniowym wecie Prezydenta – niczym skalpelem usunięto kilkakrotnie wyraz „obowiązkowy” w odniesieniu do lektur. Przypadek?

Z brakiem obowiązkowości wiąże się utrzymanie fatalnych pomysłów MEN dotyczących radykalnego ograniczenia zadawania prac domowych i zakazu ich oceniania wprowadzonych na wiosnę 2024 r. Nawet druzgocące dla MEN badanie przeprowadzone na zamówienie ministerstwa przez IBE i upublicznione jesienią 2025 r. niczego nie zmieniło. Słyszymy o możliwych korektach rozporządzenia od jesieni 2026r., gdy tymczasem uczniowie kolejny rok nie robią już niczego poza szkołą. Radykalnie spadła ich samodzielność, samokontrola, motywacja do podejmowania wysiłku, poczucie sensu nauki. Alarmują od wielu miesięcy nauczyciele, dyrektorzy szkół oraz rodzice, napotykając na ścianę milczenia B. Nowackiej.

Tragiczne skutki

Innym niezwykle istotnym przykładem kradzieży wiedzy polskim uczniom jest wprowadzenie do kl. 6 przedmiotu przyroda przy jednoczesnej likwidacji biologii oraz geografii. To celowe działanie na szkodę uczniów. I to ponowne, gdyż już raz rząd Tuska wprowadził identyczne rozwiązanie. Po przywróceniu nauczania przedmiotowego przez minister Annę Zalewską obiektywne wyniki PISA wykazały podniesienie się kompetencji polskich uczniów w zakresie przedmiotów przyrodniczych i geografii na tle innych państw.

Pożeglowaliśmy widocznie za wysoko w międzynarodowych rankingach, zdaniem unijnych zarządców, stąd determinacja, by pomimo sprzeciwów wielu tysięcy nauczycieli przyrodników i geografów forsować to fatalne rozwiązanie. Grozi ono – tak stało się np. w USA – spadkiem kompetencji przyrodniczych o ok. 30%, czyli zapaścią kształcenia w dziedzinach wielu nauk i docelowo – upadkiem licznych zawodów.

Podobne przykłady można przywołać z zakresu innych przedmiotów – historii, matematyki, fizyki, a nawet – nauczania języka angielskiego.

Destrukcja w nauczaniu początkowym jest szczególnie groźna – demontowane są podwaliny edukacji. Odwołuję tu do znakomitych Admonicji kierowanych do Instytutu Badań Edukacyjnych i MEN autorstwa zespołów kierowanych przez znawczynię tematu – Dorotę Dziamską dyrektor Pracowni Pedagogicznej im. prof. Ryszarda Więckowskiego.

Za uczniem bez wiedzy zza zasłony dymnej wyłania się uczeń bez tożsamości narodowej [celowo rugowanej z programów nauczania od 2024r. z niespotykaną zajadłością], bez rozsądku [z fikcyjnym poczuciem sprawczości, oderwany od rzeczywistości ], bez zdrowia [gdyż wmówiono mu wszelkie problemy psychiczne, rozchwiano tożsamość płciową, wskazano drogę tranzycji i roz-seksualizowano] i bez rodziny, wobec której wciąż nastawiany jest negatywnie, podejrzliwie i kierowany pod skrzydła opiekuńczego państwa z jego aparatem psychologów, pedagogów, terapeutów i urzędników oraz policji. Donoszenie na najbliższych w celu wymuszenia swoich domniemanych praw, tak popularne w innych krajach unijnych, staje się coraz bardziej powszechne także nad Wisłą.

Fikcyjne konsultacje

21 stycznia MEN podał do wiadomości publicznej, iż zarządza 7-dniowe [!!!] konsultacje publiczne omawianych tu nowych podstaw programowych dla przedszkoli i szkół podstawowych. Zamiast obowiązujących 21 dni – wg Rządowego Centrum Legislacji – „publika” ma tydzień na zajęcie stanowiska wobec zmodyfikowanych podstaw. Zgodnie z prawem termin może ulec wprawdzie skróceniu, jednakże wymaga ono szczegółowego uzasadnienia (§ 129 Regulaminu). Uzasadnienie B. Nowackiej nie jest bynajmniej szczegółowe i brzmi w swej konkluzji następująco:

Skrócenie terminu konsultacji projektu rozporządzenia jest niezbędne aby możliwe było wdrożenie zmian zgodnie z założonym harmonogramem, tj. sukcesywnie począwszy od 1 września 2026.

Oznacza to ni mniej ni więcej, że fikcja tygodniowych konsultacji ma umożliwić realizację wcześniejszego planu bez oglądania się na wnioski z przesyłanych opinii.

Jest to pokaz niebywałej buty! Być może wkrótce B. Nowacka wyznaczy na przykład jeden dzień na konsultacje, oczywiście w ramach demokratyzacji życia publicznego w Polsce. Potwierdza się w całej rozciągłości wynik ankiety przeprowadzonej w grudniu przez Koalicję na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły wśród ponad 2 tysięcy respondentów. Na jedno z pytań 95 % respondentów odpowiedziało, iż: „Konsultacje publiczne są pozorowane, tzw. reforma już jest postanowiona, a brak powszechnych konsultacji społecznych w tak ważnej sprawie budzi sprzeciw”.

Dalej w uzasadnieniu do skrócenia terminu przez B. Nowacką czytamy:

W wyniku zawetowana tej ustawy przez Prezydenta RP konieczne stało się opracowanie nowego projektu rozporządzenia, w którym uwzględniono niezbędne zmiany, w tym również zmiany wynikające z uwag zgłoszonych do poprzedniej wersji projektu.

Tymczasem żadne istotne zmiany zgłoszone przez wiele opiniujących podmiotów do poprzedniej wersji projektu nie zostały uwzględnione!

Teraz podstawy programowe zostały poddane wizerunkowemu liftingowi, choć zarazem wyostrzono [a nie usunięto – jak sugerowały choćby opinie środowiska KROPS] pewne szczegóły np. dodając wskazanie edukacji włączającej w kl.1-3 i usuwając obowiązkowość w zakresie lektur.

Opiniowane podstawy programowe zmieniają funkcję i charakter szkoły. Zapoczątkowują proces transformacji edukacji w kierunku tworzenia w szkole i poprzez szkołę społeczeństwa inkluzywnego. Kształcenie ustępuje miejsca sterowanej zmianie społecznej. Zamiar wejścia na drogę transformacji nie został przez władze społeczeństwu ujawniony i nie mają one w tej sprawie społecznego przyzwolenia. – opiniowała Koalicja w grudniu i dziś podtrzymuje swoje stanowisko.

Ankieta KROPS

97% respondentów niezależnej ankiety KROPS domaga się wstrzymania zmian w edukacji i szerokiej debaty społecznej na ten temat. To głos wyborców, którzy oczekują zdecydowanych działań od polityków, szczególnie tych deklarujących sprzeciw wobec polityki rządu Tuska.

Zaskarżenie do Trybunału Konstytucyjnego kilku szkodliwych i bezprawnych rozporządzeń, doniesienie do prokuratury wobec podejmowania świadomych działań na szkodę uczniów oraz łamania prawa przez funkcjonariuszy państwowych, czyli władze resortu, formalny wniosek o dymisję minister B. Nowackiej [podobny został podpisany internetowo przez 70 tysięcy Polaków] – są możliwe i konieczne. Podobnie oczekiwane są interpelacje i zapytania poselskie np. w kwestiach związanych z zagranicznym finansowaniem szkodliwego projektu edukacji włączającej, z brakiem podręczników do nowego przedmiotu przyroda i szkoleń dla kompletnie nieprzygotowanych nauczycieli, z brakiem realnych możliwości realizacji wielu wymagań nowej podstawy programowej z powodu niedoinwestowania szkół, w tym szczególnie pracowni. Potrzebna jest wielka kampania informacyjna w szkołach i w mediach związania z obroną zagrożonych praw uczniów i rodziców, w tym z prawem uczniów do nauki i rodziców – do wychowania zgodnie z własnymi przekonaniami oraz prawem do nauki dziecka z dysfunkcjami w przyjaznej i dostępnej szkole specjalistycznej.

Te i wiele innych możliwości ma Prezydent oraz posłowie i senatorowie oraz ich zaplecze polityczne, by pokazać swoją niezgodę na plan niszczenia polskiej szkoły i przeprowadzić skuteczny kontratak.

Ze względu na opisany cel: „transformacji edukacji w kierunku tworzenia w szkole i poprzez szkołę społeczeństwa inkluzywnego” – całość projektu Reforma26 ma charakter systemowej destrukcji obecnego systemu oświaty i jednoczesnej budowy na tych zgliszczach „ nowego porządku szkoły”, trawestując popularne określenie. To nie teoria spiskowa. To fakty.

DEformie26. Kompas na Brukselę” należy przeciwstawić zjednoczony powszechny opór społeczeństwa i polityków opozycji, jeśli faktycznie chcą nią być w oczach  wyborców.

Arcybiskup JÓZEF TEODOROWICZ: Niechaj wodze spierają się i swarzą. To jest Cud nad Wisłą.

[przypominam, bo ważne TERAZ; 24 wrzesień 2024 md]

Niechaj wodze spierają się i swarzą. To jest Cud nad Wisłą.

…Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna…

[Wstęp do książki płk. Franciszka Arciszewskiego „CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Veritas, Londyn, 1957]

[ Ze zbioru kazań pt. NA PRZEŁOMIE, stronica  251. Nakład Księgarni Świętego Wojciecha. Poznań  – Warszawa – Wilno ‹- Lublin, rok 1923. ]   

[Jesteśmy dumni, że wiek temu mieliśmy TAKICH arcybiskupów i TAKICH żołnierzy. By się TERAZ przydali.. MD]

Wyciąg z kazania ks. arcybiskupa JÓZEFA TEODOROWICZA wypowiedzianego w katedrze warszawskiej w 1920 r., podczas nabożeństwa dziękczynnego za oswobodzenie stolicy i kraju od najazdu bolszewickiego.

===============

Ciężkie były zmagania się Izraela z Amalekitaini; bitwa rozgorzała wielka. Po jednej i drugiej stronie równy zapał ożywiał żołnierzy i wodzów. Nikt nie mógł rozróżnić, nikt rozpatrzyć, na która stronę przechyli się szala zwycięstwa. A wtedy Mojżesz odszedł, ażeby z dala od wrzawy i zgiełku bitwy do Pana się modlić. I wznosił obie dłonie w błagalnej modlitwie i jął zaklinać Boga, ażeby błogosławił orężowi Izraela. W tej samej chwili szyki wroga zachwiały się i cofać poczęły, a Izrael następował na nie. Lecz wysoko wyciągnione w górę ręce Mojżesza w zemdleniu poczęły opadać. Jak gdyby na dany znak, gdy osłabła modlitwa, wróg w lot poprawił trudne swoje położenie i odwrócił się, ścigany, jak gdyby czując słabość w Izraelu. I znowu losy bitwy poczęły być dla ludu wybranego wątpliwe. Jak fala zawrócona w biegu, odbita od twardej skały, tak duch Izraela cofał się i słabnął. A wtedy Mojżesz wznosił znów dłonie ku Panu i, o dziwo, Izrael na nowo poczynał brać górę. Az się spostrzegli i opatrzyli Mojżesza towarzysze, i wzięli jego ręce w swoje dłonie, i trz mali je wyciągnięte ku niebu. i juz szczęście wojenne trwale było przy Izraelu. I trzymali dłonie Mojżeszowe tak długo, aż ostatecznie zatryumƒował lud wybrany i w surmę zwycięstwa uderzył. (Ks. Wyjścia XVII,  8-16) 

Patrzcie, jak w tym wizerunku sprzęgają się i wzajem wspomagają: duch męstwa żołnierza i duch modlitwy. Bitwa ta rozgrywała się niezawodnie podług wszelkich praw znanej ówczesnej strategii. Losy przegranej, czy zwycięstwa ważyć się zdawały tylko podług rachunku ludzkiego, tj. gorszych czy lepszych planów strategicznych, większej czy mniejszej liczby żołnierzy, większej czy mniejszej sprawności wodzów.

I każdy historyk wojenny mógł śmiało uczniom wykładać, gdzie i w której chwili i dlaczego losy bitwy przechyliły się na tę, czy na tamta stronę.  A jednak i plany wojenne, i męstwo żołnierza, i zdolności dowódców nie rozegrały tej walki. Wszystko to, co bitwie stanowi, było narzędziem tylko w ręku niewidzialnego Wodza, który podług miary i wagi układa sam swój plan bitwy.

Nie miesza się On cudownie w zastępy walczących, nie zsyła Aniołów swych z nieba, by hufce mdlejące zasilały, bierze jednak w swe ręce to, co się wymyka z wszelkich i najlepszych obliczeń rycerskich dowódców i czego nie dosięgnie ni zapał, ni bohaterstwo żołnierzy; bierze On w swe ręce to, co się wydaje czystym przypadkiem albo jakimś niedopatrzeniem czy nie-doliczeniem, i wciąga to w swój rachunek, w swój plan, i albo daje przegrana albo też darzy zwycięstwem. 

Ten obraz żywo mi staje przed oczyma, kiedy dziś wespół z wami wspominam przed Bogiem ciężkie dni oblężenia Warszawy. Wasze wielkie wysiłki i ofiary, złożone w obronie stolicy przed straszliwym wrogiem, ale tez i wasze gorące po świątyniach modlitwy, wasze nowenny, wasze spowiedzi i wasze Komunie św., na intencję wybawienia Polski przyjmowane.

Niechaj wodze spierają się i swarzą, niech długo i uczenie rozprawiają, jaki to plan strategiczny do zwycięstwa dopomógł. Będziemy im wierzyli na słowo i słuszność im przyznamy. Ale cokolwiek wypowiedzą, nigdy nas o jednym nie przekonają, by plan, choćby najmędrszy, sam przez się dokonał zwycięstwa.

Jeżeli w każdej bitwie, nawet najlepiej przygotowanej, przy doborze wodzów i żołnierza, przy planach genialnych, jeszcze zwycięstwo -waha się niepewne, jeszcze zależnym jest od gry przypadków, a raczej od woli Bożej, to cóż dopiero mówić tutaj? – Tu, pod Warszawą, taka była pewność przegranej, że wróg telegramami światu oznajmił na dzień naprzód jej zajęcie. Sam zas wódz francuski, który tyle zasług niespożytych położył około obrony naszej stolicy, gdy go nuncjusz zapytał w przededniu bitwy. czy liczy na zwycięstwo – odpowiedział znacząco: „Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna“. Istotnie modlitwy pomogły. Nie ujęły zasługi wodzom, ni chwały męstwu żołnierzy; nie ujęły tez wartości ofiarom i wysiłkom całego społeczeństwa; ale modły bitwę rozegrały, modły cud nad Wisłą sprowadziły.

Dlatego cokolwiek mówić czy pisać się będzie o bitwie pod Warszawą, wiara powszechna nazwie ją cudem nad Wisła, i jako cud przejdzie ona do historii.

Zupełnie podobny to cud do cudu pod Częstochową. Dzieje pisać o nim będą i takimiż złotymi upamiętnią, go w sercu narodu głoskami, jak pisały i wspominały obronę Częstochowy. Tu i tam czerń zalała Polskę, tu i tam od zdobycia jednego grodu losy Polski zawisły; tu i tam boje i zwycięstwo uwieńczone zostały cudem Pańskim. W niczym cud pod Częstochową nie obniży wartości męstwa broniących grodu żołnierzy; ni jednego nie uszczknie lauru ze skroni Kordeckiego. Bóg, czyniąc cuda, nie przytłacza i nie niszczy chlubnych wysiłków swojego stworzenia;  owszem, tam, gdzie i największe ofiary przed przemagającą siłą ustąpić musza, cudem je wspiera  zi cudami bohaterstwo wieńczy. Pycha to tylko, bałwochwaląca siebie, zdolna jest tak wysoko się wynieść, iż Bogu samemu urąga, dumnie w przechwałkach wołając: O cudach nam mówicie, cuda nam głosicie?  Zali to nie ramię nasze ocaliło Warszawę? zali to nie  geniusz wodzów ja zbawił? 

Tylko tym, co się mienia bogami na ziemi, wydaje się Bóg i Jego moc i Jego łaska jakąś konkurencją niepożądaną, która z zasług ich odziera. Nie za sługi Pańskie, ale za wcielone bóstwa uważają się ci, którzy ze śmiesznej i zuchwalej nadętości tak mówią.

Veni, vidi, Deus vicit” – Przyszedłem, zobaczyłem, Bóg zwyciężył – powiedział Sobieski pod Wiedniem.  Pytam się was, czy te słowa pokory i wiary umniejszyły w czymkolwiek lub obniżyły bohaterstwo króla i wodza? czy uszczknęły co z wawrzynów, jakie potomność i historia włożyły na skroń jego?

Nic,  zaiste, raczej mu ich przymnożyły: bo przepoiły jego  bohaterstwo wdziękiem niezwykłym, ze tak kornie o sobie trzymał, a nie nadymał się pysznie i nie  wynosił. Rzuciły te słowa na czoło królewskie aureolę, utkaną z promieni wiary, które Jana III pasują na chrześcijańskiego rycerza.

Można więc śmiało powiedzieć, ze te piękne i korne słowa wieńczą i zdobią jego skronie jeszcze wdzięczniej, niż samo męstwo. W słowach jego tkwi prawdziwa filozofia ducha wojen, w których Bóg, rozrządzający losem narodów, przegraną lub zwycięstwem dla swoich posługuje się  celów. Tkwi w nich obraz i symbol takich zwycięstw, które, jak zwycięstwo pod Warszawą, tylko w sposób nadprzyrodzony wyjaśnić i wytłumaczyć można.  Deus vicit! – powtarzamy za naszym zwycięskim królem, kiedy dzisiaj wspominamy o naszych przejściach strasznych i wielkim zmiłowaniu Bożym.  Deus vicit – Bóg zwyciężył! – zawołamy tym wszystkim, którzy by ludzkiej mocy czy zręczności wyłącznie przypisywać chcieli zwycięstwo i wiązać je nie z nadziemska pomocą Bożą, ale tylko z wojennymi planami. 

Cóż tu mówić dużo o planach, skoro przejścia do Warszawy dla wroga, jak się pokazało później, podobne były do nici pajęczej, którą trochę silniejszy napór albo trochę słabsza obrona każdej chwili mogły przerwać? Nie plan strategiczny rozstrzygał o ocaleniu Warszawy, skoro pozostawiał punktu obrony niezabezpieczone. Plan to inny ocalenie przyniósł. Plan ten skreślony był ręką Bożą a tworzył go i wykonywał  Duch Pański. Czego nie zdołał ni zabezpieczyć ni przewidzieć plan ludzki, to zabezpieczył i przewidział plan Boży. Gdy za słaba była obrona na przedmościu warszawskim i wróg już począł zwycięsko napierać, wtedy, jak spod ziemi dobywa Duch Boży serca bohaterskie… Kiedy szeregi wojsk poczynają się łamać, coƒać i pierzchać, wtedy Wódz Niebieski odkomenderowywa poruszeniem wewnętrznym kapelana Skorupkę i ten pierzchających zawraca, a śmiercią męczeńską zwycięstwo zabezpiecza. Bóg  to jeden do warunków, do potrzeb, do chwili odnajdywał i wydobywał serca, poddawał im szczęśliwe  natchnienia, uzbrajał męstwem bohaterskim i przez  nie swoje przeprowadzał plany.

To, co jest najsłabszą stroną w planie strategicznym człowieka, to właśnie stanie się najsilniejszym w planie nadprzyrodzonym, Bożym… Bóg, który bohaterów wzbudził, który ich przewidział i wybrał, na właściwym miejscu- postawił  i w chwili stosownej użył, czyż nie wsławia w nich  imienia swojego? czyż przez nich chwały swej nie rozgłasza?  A jak jedni papierowe plany, Bożej przeciwstawiają mocy, tak znowu inni twierdza, że zwycięstwo pod Warszawa było łatwe, bo wróg był wyczerpany.  Wyczerpany? On przecież gonił, duchem zwycięskim  ożywiony, naszego żołnierza aż pod Warszawę. Taka gonitwa wyczerpywała wojsko nasze, ale nie jego siły.  Poczucie tryumƒu i zwycięstwa jest i w najsłabszej armii zadatkiem potęgi, podobnie jak poczucie przegranej jest i w najpotężniejszej zadatkiem jej słabości i rozgromu. I gdyby naprawdę wróg czuł się słabym, toć właśnie tutaj skupiłby wszystkie swe siły, ażeby ostatecznym uderzeniem zwycięstwo sobie zapewnić.  Czy jednak czuł on naprawdę niemoc swoja? Czyżby rozgłaszał światu swoje zwycięstwo jako dokonane, i narażał tak siebie na ośmieszenie i poniżenie, gdyby zwycięstwa tego nie był sam pewien? A czyżby rozdzielał armie swoje najniepotrzebniej i jedne oddziały wysyłał ku Niemcom, a drugie ku Warszawie, gdyby co do obliczeń swoich nie był upewniony? Zapewne w takim rozdzieleniu sił był olbrzymi błąd strategiczny, który tylko oczywistemu zaślepieniu przypisać można.

Był to błąd podobny do tego jaki popełnił Absalon, ścigając wojsko Dawida. Zamiast uderzyć na oddziały jerozolimskie cała siłą, jak mu radził Ahitophel, poszedł on raczej za złą radą Chuzy i ociągał się, pewien, iż stanie się to, co ma Chuza zapowiadał:  „Przypadniemy nań a okryjemy go, jako zwykła rosa  padać na ziemię, a nie zostawimy z mężów, którzy  z nim są, ani jednego” (Por. II Król. XVII, 12)

Tak samo myślał wróg o grodzie naszym; sądził on, że może swobodnie dzielić wojska, bo i tak stolica Polski, jak dojrzały owoc z drzewa, na pewno mu się dostanie. Bóg dopuścił, że nieprzyjaciel upoił się pycha i pewnością siebie i zaślepił się.

Mówił mi jeden z generałów: ,,Pod Warszawa Bog zdziałał cud”.

Pomijam już wszystko inne, ale podobnie szalony plan, jak rozdzielenie sił wojennych przez bolszewików w pochodzie na Warszawę, tylko jakiemuś szczególniejszemu zaślepieniu przez Boga przypisać się musi.  Myśmy zaś wówczas, patrząc na to, mogli powtarzać za Prorokiem: Wypuścicie z piersi waszych okrzyk wojenny, a mimo to zniszczeni będziecie. Wnijdźcie w narady, a one będą rozerwane i unicestwione. Dawajcie jakie chcecie rozporządzenia, a one się staną bez skutku, albowiem Bóg jest z nami. (por. Iz. VIII,  9-10). Prawdziwie, kiedy się rozejrzymy w całym planie i dziele, wołamy z Prorokiem: „Oto Bóg Zbawiciel  mój… moc moja i chwała moja Pan, bo stał się wybawieniem“ (Iz. XII, 2).

Nie z nas to, o Panie, nagle wystrzelił promień nadziei. Z nas było tylko przygnębienie, z nas mówiło zrozpaczenie, kiedyśmy hordy dzikie pod Warszawa ujrzeli. Z nas szły tylko cienie, które chmura czarnej nocy przysłaniały oczy nasze. Ty to pośród ciemności rozpaliłeś światło, Ty w zwątpieniu wskrzesiłeś nadzieję, Ty w omdlałej naszej duszy rozpaliłeś płomień  życia, miłości i bohaterstwa. Bohaterstwo zatętniło w skroniach naszego polskiego żołnierza, a ono dziełem było rak Twoich. Ty je spuściłeś z niebios na jego rozmodloną przed ołtarzami Twymi duszę. Bo żołnierz w rozsypce, który od tygodni całych miał tylko jedno na myśli – ucieczkę, żołnierz wyczerpany na ciele i na  duchu, żołnierz zwątpiały, który wierzył święcie  w przegrana, a zrozpaczył o zwycięstwie, taki żołnierz  tylko od Ciebie, tylko z serca Twojego mógł zaczerpnąć  nowej wiary, nowej ufności i nowego zapału. Czym on był wówczas sam przez się, 0 tym świadczył ten oddział, który w chwili poczynającej się bitwy, wbrew zakazom, cofnął się z pola, oddając na pastwę wroga losy ostatecznej rozegranej. Oto czym był wówczas żołnierz sam z siebie, lecz w lwa się przemienił, gdyś Ty, o Panie, tchnął weń moc Twoją. «  A kiedyś nas tak przemądrze wspierał i wspomagał, nie spuszczałeś jednocześnie i wroga. z oczu.  – Nas oświecałeś, o Panie, a wroga naszego zaślepiałeś; w nas wskrzeszałeś ufność i wiarę, a jemu zatwardnieć dałeś w wyniosłości i pysze; z nas dobywałeś płomień bohaterstwa i wysiłki najszczytniejsze,  kiedy tymczasem u wroga pewność zwycięstwa wywoływała lekceważenie i nieopatrzność.

Teraz już rozumiemy, teraz już wiemy, teraz już czytamy plany Twoje, o Panie. Dziełami Twymi przemawiasz do nas tak, jak przemawiałeś do Izraela przez Izajasza Proroka, który o Tobie i w Twoim imieniu powiedział: Znam Ja me plany, którem powziął względem was – to plany na pokój, a nie na nieszczęście; aby wam przyszłość tworzyć i dać nadzieję (Jer. XXIX, 1,1).

 -Jak zaś sama obrona Warszawy, tak i moralne jej skutki świadczą o zmiłowaniu Bożym i o dziele Bożym. Bóg przez swój cud pod Warszawa dał nam odpowiedź wymowną na nasze trwożne pytania, które rozpacz ciskała na usta. Patrząc na zwycięskie hordy, następujące na stolicę, pytaliśmy: Dlaczego dopuściłeś to wszystko na nas, Panie? Bóg odpowiada: Jam was  na to nawiedził, ażeby mój lud poznał Imię moje;  dlatego pozna on w ten dzień, iż to Ja jestem, który  mu mówię.: otom tu jest (por. Iz. LII, 6).

Poznaliśmy Imię Pańskie w dzień wskrzeszenia Polski, ale dusze nasze wkrótce odbieżały od Jego świętego imienia, i pilno nam było imię własne wywyższać i wynosić. I Bóg dopuszcza na nas straszne nawiedzenie i ratuje nas z niego cudem swoim, ażebyśmy przez nowe przeżycie poznali, iż to On  prawdziwie jest pośród nas. W odpowiedzi zaś swojej cudzie swoim Bóg nam ukazał przyszłość naszą.

Pod Warszawą zrozumieliśmy: albo ogarnąć się damy hordom i nawale od Wschodu, a wtedy utracimy i byt nasz i duszę naszą, lub tez staniemy przeciw niej, ażeby wybawić siebie, a murem ochronnym stać się dla świata.

Przez cud swój pod Warszawą Bóg powiązał przyszłość naszą z przeszłością. Powiązał i sprzągł myśl swoją względem nas z dnia wczorajszego dniem dzisiejszym i jutrzejszym. I odzywa się do nas Bóg, jak się odzywał do Izraela przez Izajasza Proroka:  Narodzie, oczy twoje patrzą na Mistrza twego, i usłyszą  uszy twoje słowa napominającego: Ta jest droga,  chodźcie po niej, a nie ustępujcie ani na prawo, ani  na lewo (por. Iz. XXX, 20-21).

Cud pod Warszawą był też pochodnią, rozpaloną przez Boga, w której blasku ujrzały narody przeznaczenie Polski. Na co to – pytały – i dla jakich to celów Polska powstała i pośród nas stanęła? Na to odpowiada Bóg przez cud pod Warszawa – by murem ochronnym wam była, tarczą waszą i puklerzem waszym.

Bo ani wiedziały, ani się domyśliwały nawet narody, jak wielkie ma Polska dla nich znaczenie i przeznaczenie.  Oprócz wiernej sojuszniczki Francji, wszystkie inne państwa zostawiły nas w chwili oblężenia pod Warszawą własnemu losowi. Były pośród nich i takie nawet, które utrudniały dowóz broni i amunicji do stolicy. Inne z uśmiechem sceptycznym na ustach wołały, wzruszając ramionami: Już przepadli, już zginęli! Ze szpalt zaś prasy narodów, nawet z nami  sprzymierzonych, dolatywały nas nieraz docinki: Dobrze im tak, zasłużyli na ten los.

Gdyśmy walczyli o byt nasz, ludy i narody patrzyły na nasze zmagania tak, jak się wpatruje widz z galerii w jakieś cyrkowe widowisko.

Nigdy nie uwidocznił się żywiej brak wszelkiej myśli politycznej w Europie, jak w tej pamiętnej chwili.  Bo ci, którzy nam płacili obojętnością lekkomyślną, nie byli zdolni zadrżeć chociażby o swoje własne bezpieczeństwo. Jakżeż to więc chcemy, ażeby ludy te, państwa i narody wniknąć miały, pojąć i zrozumieć naszą misję dziejową -względem nich?

Dopiero gdy się rozległ po Europie i świecie okrzyk, iż Warszawa jest wolna, dreszcz przeszedł po wszystkich. Dopiero wtedy jęły się pytać narody: A cóż by to z nami się stało, gdyby Warszawa była padła, a dziki huragan przewalił się po niej i biegł, ażeby potem nam nieść zniszczenie?  Dopiero wtedy z piersi narodów dobył się okrzyk:  W zwycięstwie Warszawy jest zwycięstwo nasze, a wolność Polski poręcza i nam wolność.

Cud pod Warszawą był dopełnieniem cudu wskrzeszenia Polski. Powstanie narodu związał Bóg z wytrwałością jego w znoszeniu cierpień niewoli; ale cud nad Wisła wywołały nasze nowe przeniewierstwa.

Wskrzeszenie Polski było nowym tworem Bożym; ochrona zaś jej była dziełem zbawienia. Kiedy Polska stanęła pośród narodów, Bóg jeszcze nie wypisał na jej czole jej przeznaczeń. Ani ona sama nie wiedziała, czy ma powrócić do dawnych tradycji przeszłości, ani świat jej dawnego posłannictwa ku obronie świata od  Wschodu nie pamiętał.

Cudem pod Warszawą Bóg głoskami krwawymi, ale chwalebnymi, posłannictwo Polski na drogach jej nowych zapisał.  W dziele wskrzeszenia Polski Bóg posługuje się narodami, ażeby wespół z Nim, w myśl Jego, współdziałały ku jej powstaniu. Lecz w cudzie nad Wisłą, Bóg chce szczególniej stwierdzić, ze jednak On sam przede wszystkim dzierży naród nasz w ręce i kiedy chce, dopuszcza nań karę, a kiedy zechce, wybawia go.

Bóg łaskę zwycięstwa i cud pod Warszawą dał nam przez ręce Tej, która Polski jest Królowa. Mówił mi kapłan, pracujący w szpitalu wojskowym, iż żołnierze rosyjscy zapewniali go i opisywali, jak pod Warszawa widzieli Najświętsza Pannę, okrywającą swym płaszczem Polski stolicę. I z różnych innych stron szły podobne świadectwa; zupełnie jak pod Częstochową. I właśnie dzień 15 sierpnia dzień poświęcony czci Matki Boskiej, a dzień ostatni wielkiej nowenny narodowej, był dniem pamiętnym zwycięstwa. Na ten dzień wróg zapowiadał był swój tryumf; w tym dniu miał odbyć swój wjazd do stolicy sam naznaczył tę właśnie datę na upokorzenie i na rozgromienie nasze.

I to właśnie w tym dniu stało się coś zgoła nieprzewidzianego, niespodziewanego. Dzień 15 sierpnia, obwołany w biuletynach całego świata – jeszcze przed czasem jako dzień zajęcia Warszawy, obraca się dla pysznego wroga w klęskę, a dla nas w chwałę i zwycięstwo. „Haec dies, quam fecit Dominus, Alleluja.  (Ps. CXVII, 24)

To jest prawdziwy dzień Najświętszej  Panny – dzień Jej zmiłowania i dzień Jej opieki –  dzień cudu nad Polska. Chce Ona w nim przed narodem całym zaświadczyć, że będzie tym Polsce, czym  była w całej przeszłości: Panią jej i Obronicielką. Jak ongi nad murami Częstochowy, tak dziś rozbłysnąć zapragnęła nad Warszawą, ażeby przez ten nowy cud wycisnąć w sercu nowej Polski miłość swoją.  Cud pod Częstochowa prowadził króla i naród do ślubów świętych, złożonych przed ołtarzem Maryi w archikatedrze Lwowskiej i do obwołania Jej Królową Polskiej Korony.

Niechajże cud pod Warszawą zdziała to samo. Niechaj zwiąże naród cały w jedno bractwo wdzięcznych czcicieli Maryi. I niechaj bractwo to podejmie się dopełnienia zaciągnionych, a jeszcze nie wykonanych ślubów.