Rosną kadry autorytetów
Stanisław Michalkiewicz 11 kwietnia 2026 michalkiewicz
Wprawdzie przyzwyczailiśmy się do tego, że prezydent Trump zmienia zdanie czasem z dnia na dzień, a bywa, że i kilka razy dziennie – ale przyzwyczajenie – przyzwyczajeniem, a tymczasem upływ czasu ma charakter obiektywny, to znaczy – niezależny od nastrojów prezydenta Trumpa. Jeśli już brać pod uwagę uzależnienie upływu czasu od nastroju, to bardziej liczy się nastrój premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, Beniamina Netanjahu.
Nawiasem mówiąc, funkcjonariusze Propaganda Abteilung z uporem maniaków nazywają izraelskiego premiera „Biniaminem”, chociaż w języku polskim z powodzeniem funkcjonuje imię „Beniamin” – na pamiątkę najmłodszego z synów patriarchy Jakuba, co to napłodził ich co niemiara, a wśród nich – również spryciulę Józefa – co to w charakterze pierwszego ministra faraona, ograbił Egipcjan i po raz pierwszy w historii świata, wprowadził w tym kraju sowchozy. Podobnie funkcjonariusze Propaganda Abteilung z uporem maniaków piszą „w Ukrainie”, podczas gdy dotychczas, to znaczy – zanim naszą Duszeńką i panem naszego mniej wartościowego narodu tubylczego, który – jak zostało to zatwierdzone – ma być „sługą narodu ukraińskiego” – został znakomicie ukorzeniony Wołodymir Zełeński – pisało się „na Ukrainie”, podobnie jak pisze się „na Węgrzech”, czy „na Białorusi”.
Najwyraźniej Sanhedryn musiał wysłać do funkcjonariuszy Propaganda Abteilung specjalny okólnik, bo wykluczam tu jakąś samowolkę. Wszyscy oni bowiem, z funkcjonariuszami w służbie Judenratu włącznie – poddani są surowej dyscyplinie, więc nic dziwnego, że chodzą, jak w zegarku – i na rozkaz posłusznie ćwierkają: „Biniamin” i „w Ukrainie”.
Ale mniejsza już o funkcjonariuszy, którzy ostatnio upomnieli się o swoje prawa, kiedy to pan prezydent Nawrocki jednego z nich obsztorcował, zresztą bardzo delikatnie. Takie rzeczy zdarzały się i wcześniej. Pamiętam, jak Oriana Fallaci molestowała etiopskiego cesarza Hajle Selasje, dlaczego nie modernizuje on Etiopii, kiedy na świecie dzieje się tyle nowego. Cesarz początkowo puszczał te molestowania mimo uszu, ale wreszcie, zdenerwowany, powiedział do Oriany Fallaci: „proszę pani, na świecie nigdy nie dzieje się nic nowego”.
I słuszna jego racja, bo chociaż wkrótce potem został obalony przez komunistycznego pułkownika Mengistu Hajle Mariama, a wraz z nim upadło i cesarstwo, to cóż w tym osobliwego, a zwłaszcza – nowego? Przecież takie rzeczy zdarzały się nagminnie, żeby wspomnieć o upadku Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego w roku 476, czy upadku Bizancjum w roku 1453. Znowu w naszych czasach upadł Związek Radziecki, a jeśli ultimatum – bo cały czas do tego zmierzam – prezydenta Trumpa, upływające w Poniedziałek Wielkanocny – nie zostanie przedłużone, to tylko patrzeć jak upadnie złowrogi Iran. Chyba, że nie upadnie, jak to ma w zwyczaju.
Jestem pewien, że takie myśli z szybkością płomienia muszą przelatywać też przez głowę prezydenta Donalda Trumpa, który reaguje na nie coraz to nowymi „koncepcjami”, niczym nasz Kukuniek. Ostatnio zwierzył się, że chciałby się już z tej całej wojny wymiksować, ale cóż on ma tu do gadania w sytuacji, gdy Beniamin Netanjahu właśnie oświadczył, że bezcenny Izrael zrealizował dopiero połowę swoich celów wojennych? W podobnej sytuacji znalazł się podczas kryzysu karaibskiego Fidel Castro. On też chciał się wymiksować, ale sowiecki przywódca Chruszczow, który zainstalował na Kubie rakiety z głowicami jądrowymi, natychmiast przywrócił mu poczucie rzeczywistości mówiąc: „nie nada Fiedia”. Więc i prezydent Trump, podobnie jak Fidel Castro, podobnie zresztą, jak my wszyscy, jest w cęgach reżymu, który nie zna zmiłowania.
Właśnie Kneset uchwalił ustawę przywracającą karę śmierci, ale tylko wobec Palestyńczyków, którym nie będzie przysługiwała żadna apelacja. Ciekawe, czy te procesy będą prowadzili sędziowie tubylczy, czy też obywatel Żurek wydeleguje do Izraela naszych nienawistnych sędziów, którzy – jak wiadomo – zdolni są do wszystkiego? To by może trochę rozładowało napięcie wokół wymiaru sprawiedliwości w naszym bantustanie, a gdyby jeszcze wysłać tam obywatela Korneluka Dariusza, co to myśli, że jest prokuratorem krajowym, to dopiero byłoby wesoło! Już by się tam żaden Palestyńczyk nie nudził – a to jest już coś w sytuacji, kiedy nawet prezydent Donald Trump zdradza objawy znużenia wojną ze złowrogim Iranem i jestem pewien że chętnie przerzuciłby się na Kubę, a w ostateczności – nawet na Grenlandię, która ma tę zaletę, że można by na liczne wyspy na Oceanie Lodowatym przesiedlić Palestyńczyków ze Strefy Gazy, Zachodniego Brzegu, czy Libanu i zostawić ich tam samopas, gwoli naturalnego recyklingu – co zostało przećwiczone w ramach programu pilotażowego podczas kolektywizacji w Rosji. Jak pamiętamy, pewien kontyngent chłopów został przewieziony na Wyspę Zajęczą na Oceanie Lodowatym i tam zostawiony bez niczego. Po roku komisja nie zastała już tam nikogo żywego, a tylko kości, starannie oczyszczone przez morskie ptactwo. I właśnie w tym kierunku winny iść poszukiwania ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej, nad którą łamią sobie głowę nie tylko rosnące rzesze ocalałych z holokaustu, ale i kraje miłujące pokój.
Więc kiedy tak przestępujemy z nogi na nogę w oczekiwaniu, czy świat przetrwa do końca 2026 roku, czy też bezcenny Izrael do spółki ze Stanami Zjednoczonymi, w ramach walki o pokój i demokrację, doprowadzi do podpalenia planety i Apokalipsy, pocieszmy się dobrymi wiadomościami. Oto tylko patrzeć, jak pan Adam Borowski powędruje na pół roku do kryminału za odmowę przeproszenia Wielce Czcigodnego Giertycha Romana. Tak rozkazał nienawistny sąd w Warszawie. To nie byłaby specjalnie dobra wiadomość, chociaż na przykładzie pana Borowskiego widać, że co się odwlecze, to nie uciecze, więc surowa ręka sprawiedliwości ludowej, po latach, bo po latach – ale przecież go dosięgła.
Pozytywne w tym wszystkim jest co innego. Oto przynajmniej pod względem specjalnej ochrony sądowej Wielce Czcigodny Giertych Roman został zrównany z panią reżyserową Holland Agnieszką. Nakręciła ona knota pod tytułem „Zielona Granica”, który nie spodobał się znienawidzonemu Zbigniewowi Ziobrze do tego stopnia, że porównał go do jakichś propagandowych produkcji III Rzeszy. Toteż pani reżyserowa zaciągnęła go przed nienawistny sąd, który – powinność swej służby rozumiejąc – nakazał Zbigniewowi Ziobrze przeprosić panią reżyserową i zapłacić 50 tys złotych grzywny. No bo kto to widział, żeby komuś nie podobały się filmy pani reżyserowej, skoro zwierzchność dopuściła je do rozpowszechniania? Bo trzeba nam wiedzieć, że pani reżyserowa robi u nas, to znaczy – w naszym bantustanie – za autorytet moralny – i to jest przyczyną tej wzmożonej ochrony sądowej. Skoro jednak i w sprawie pana Borowskiego nienawistny sąd zachował się podobnie, to nieomylny to znak, że grono autorytetów moralnych powiększył Wielce Czcigodny Giertych Roman, chociaż – o ile mi wiadomo – ociąga się z poddaniem się drobnej, ale koniecznej, operacji chirurgicznej.
Stanisław Michalkiewicz



















































































