„Szpiegostwo”. Miał być wielki sukces, ale wyszła groteska.

Mariusz Kamiński @Kaminski_M_ Kaminski_M

Miał być wielki sukces, ale wyszła groteska. Okazuje się, że zatrzymany ws. szpiegostwa pracownik MON pojechał na urlop na Białoruś. „Wpadł”, gdy sam poinformował przełożonych, że nie może wrócić do pracy, bo utknął na . Podobno ten „kierunek” urlopów w MON nie jest wcale rzadkością. Panie Premierze

@KosiniakKamysz

, czy zatrzymany wczoraj pracownik MON informował, gdzie jeździ na urlopy? Czy miał zgodę na takie wyjazdy? Ilu pracowników, funkcjonariuszy i żołnierzy podległych Panu instytucji jeździ do wrogiego nam kraju urlopować? W głowie się to nie mieści…

Zdjęcie

17,7 tys. wyświetleń

Plandemia Epsteina

Plandemia Epsteina

Autor artykułu Marek Wójcik 4. lutego 2026 world-scam.com/plandemia-epsteina/

Podczas gdy media na świecie rozpisują się na temat pikantnych szczegółów opublikowanej porcji aktów afery wyspy Epsteina, usiłują za wszelką cenę obarczyć całą odpowiedzialnością znienawidzonego przez nich Trumpa, nie wspomniałem dotąd słowem na temat tej wyjątkowo brutalnej kryminalnej afery służącej kontrolowaniu polityków i ludzi mających wpływ na światową politykę. Jeżeli okaże się, że są dowody na kryminalną działalność obecnego prezydenta USA, będę pierwszym, kto zażąda jego dymisji.

Najwyższy Sąd Ludowy Chin oświadcza, że wykorzystywanie seksualne dzieci jest „wyjątkowo ohydną” zbrodnią i zgodnie z prawem podlega bezlitosnej karze śmierci.

W polityce wewnętrznej Chiny postawiły na totalitarno-technokratyczną kontrolę własnej ludności. W stosunkach międzynarodowych natomiast nie wykazują ekspansji ideologicznej, jak to swego czasu robił ZSRR, ani nie wprowadzają „prawdziwej demokracji” za pomocą bomb, jak to cały czas robi USA. Chińska wojna ze światem zachodnim jest bardziej wyrachowana i kładzie nacisk w pierwszej linii na bitwy ekonomiczne, gdzie inne kraje mają marne szanse.

Natrafiłem na interesujący artykuł założyciela GreenMedInfo, starszego doradcę MAHA Action, przewodniczącego Global Wellness Forum, współzałożyciela Stand for Health Freedom Sayera Ji. Jego konto wspierane przez 2 miliony fanów zostało usunięte w 2021 r. za „dezinformację”. Artykuł został opublikowany w poniedziałek na sayerji.substack.com i nosi tytuł: Akta Epsteina rzucają światło na 20-letnią architekturę pandemii jako modelu biznesowego, w której centrum znajduje się Bill Gates. Źródło.

Artykuł analizuje opublikowane niedawno maile Epsteina pod kątem planowania pandemii. Chociaż akta Epsteina ponownie rozpaliły dyskusję nad konkretnymi relacjami, ich głębsze znaczenie tkwi w tym, jak przecinają się one ze znacznie dłuższą i w dużej mierze niezbadaną linią czasu. Dokumenty publiczne, inicjatywy instytucjonalne i instrumenty finansowe wskazują, że koncepcyjne podstawy gotowości na pandemię jako zarządzanej kategorii finansowej i bezpieczeństwa zaczęły kształtować się pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku, wraz z coraz większym zbieżnością kapitału filantropijnego, globalnego zarządzania zdrowiem i finansowania ryzyka.

Po kryzysie finansowym z 2008 roku ramy te gwałtownie przyspieszyły – rozszerzając się poprzez rynki reasekuracji, parametryczne mechanizmy wyzwalające, struktury finansowania oparte na doradztwie darczyńców i globalne symulacje – na lata przed tym, jak pandemia COVID-19 ujawniła tę architekturę opinii publicznej.

Na długo przed pojawieniem się COVID-19 Jeffrey Epstein, Bill Gates, JPMorgan i powiązane z nimi światowe elity opracowały finansowe i strategiczne plany monetyzacji przyszłych pandemii, jak wynika z wewnętrznych e-maili, umów finansowych i dokumentów planistycznych znalezionych w aktach Epsteina. Mówi się, że Epstein był agentem Mossadu. Pokazuje to, że prawdziwych zleceniodawców wirusowej ściemy, należy szukać także w globalistycznej frakcji tajnych służb Izraela.

Wielu odbiorców folderów Epsteina niemal całkowicie milczało na temat plików Epsteina najwyraźniej, aby nie urazić „Izraela”.

Teraz robi się gorąco. Izrael znalazł się w centrum uwagi akt Epsteina. Dlatego Izrael na końcu. Syjoniści muszą zostać maksymalnie zdemaskowani, aby ludzie zrozumieli skalę problemu. Źródło: Telegram 01,02.2026 r. 05:55.

Państwo położone w Palestynie od początku istnienia było wyjątkowo agresywne. Istnieje wiele poszlak w kierunku zaangażowania się Mossadu w zabójstwo Johna F. Kennedy’ego, a także Charliego Kirka. Niedopuszczalna ingerencja w amerykańskie wybory przy pomocy izraelskiego lobby AIPAC stanowi ewidentne naruszenie zasad prawa międzynarodowego. Skoro Trump ogłosił, że prawo międzynarodowe nie ma dla niego znaczenia, to pewnie dlatego ponoć największa potęga świata, jest sterowana przez małe, agresywne państewko walczące ze wszystkimi wrogami i przyjaciółmi w bliskiej i dalszej okolicy.

Ja tu niczego nie widzę!

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Ukryte mechanizmy polityki

Ukryte mechanizmy polityki

Prof. W. Julian Korab-Karpowicz  myslpolska/ukryte-mechanizmy-polityki/

Polityką rządzą ukryte mechanizmy. Polityków się tworzy, a wojny się robi, w zależności od potrzeb. Tak było już ponad sto lat temu i nie ma powodu, by sądzić, że dzisiaj jest inaczej.

Godną polecenia książką jest Hidden History: The Secret Origins of the First World War, której autorami są Gerry Docherty i Jim Macgregor. Dokonali oni dużej pracy, aby dotrzeć do archiwów oraz innych źródeł, w poszukiwaniu przyczyn I wojny światowej, chociaż jak zauważają, większość materiałów obciążających sprawców zostało zniszczonych. Za podżeganie do wojny obciążają tzw. „ukrytą władzę” (secret elite). Utożsamiają ją z grupą brytyjskich polityków, którą historyk Carroll Quigley nazwał „Grupą Milnera.” Skupiona wokół Cecila Rhodesa, Artura Milnera i innych wpływowych osób, grupa ta postawiła sobie za cel utrzymanie anglo-amerykańskiej dominacji na świecie.

Ponieważ na początku XX wieku głównym zagrożeniem dla potęgi brytyjskiej była wzrastająca potęga Niemiec, przez ponad dziesięć lat przygotowywano skrycie wojnę, w której Wielka Brytania i Stany Zjednoczone miały wygrać, a Niemcy zostać pokonane. Uważna lektura książki skłania jednak do konkluzji, że Grupa Milnera, do której dobierano osoby mające pełnić najwyższe funkcje w państwie, a w szczególności premierów i ministrów spraw zagranicznych, sama była jedynie narzędziem, a ukrytej władzy należy szukać dużo głębiej.

Historia jest wdzięcznym materiałem, aby na jej podstawie dochodzić do praw i uogólnień, ważnych dla nas również i dziś. We wnikliwej analizie Docherty’ego i Macgregora można odkryć następujące mechanizmy manipulacji społeczeństwem i wywoływania wojen. Po pierwsze, systematycznie propaguje się w mediach wrogość wobec innego narodu i zatruwa się społeczeństwo nienawiścią. Wtedy ten mechanizm stosowano wobec Niemiec, dziś zaś odnosi się wrażenie, że podobne podejście jest stosowane wobec Rosji i Chin, podsycając w ludziach strach i sugerując, że wojna z tymi krajami jest nieunikniona. Dodatkowymi elementami wzmagającymi atmosferę wojenną i wpływającymi na społeczeństwo będącymi częścią propagandy wojennej już ponad sto lat temu jest ciągłe podkreślanie zagrożenia dla kraju, wraz z ulotkami wysyłanymi do domów; zwiększone nakłady na zbrojenia, pochłaniające znaczną część budżetu; oraz powtarzające się informacje, że kraj jest infiltrowany przez obcych szpiegów i dywersantów, co do których nie ma wątpliwości skąd pochodzą i nie potrzeba na to żadnych dowodów.

Jednocześnie mnożą się różne incydenty, mające na celu symulowanie zagrożenia i prowokowanie przeciwnika. Przed I wojną światową takim incydentem było wysłanie przez Francję wojsk do Maroka w 1911 roku, pomimo że było to niezgodne z wcześniej podpisanymi umowami międzynarodowymi. Kiedy w odpowiedzi Niemcy wysłały do Casablanki mały okręt wojenny, prasa angielska przedstawiła to jako dowód na wojowniczość Niemiec i ogromne zagrożenie dla floty brytyjskiej, która była wówczas kilkakrotnie silniejsza od niemieckiej. Jednocześnie posłużyło to rządowi brytyjskiemu do zwiększenia wydatków na flotę.

Realizacja planu, takiego jak doprowadzenie do wojny, wymaga ściśle ze sobą współpracujących ludzi, działających na różnych poziomach. W Grupie Milnera trzon stanowiły osoby, które znały plan jakim była dominacja nad światem i pozbycie się potencjalnych przeciwników za pomocą wojen. Osoby te sterowały działaniami innych i działały zazwyczaj w ukryciu. Niżej znajdowały się osoby publiczne pełniące najwyższe funkcje w państwie. Niektóre z nich, takie jak Winston Churchill, były w pełni wtajemniczone w cel działań. Churchill był wręcz znany ze swojego prowojennego nastawienia i współpracował z Grupą Milnera od czasów sprowokowanej przez Grupę wojny burskiej, podczas której był korespondentem wojennym.

Ta wojna, warto podkreślić, miała również jasno określony cel. Zapewniła dostęp do południowoafrykańskich złóż złota i diamentów, co doprowadziło do ogromnego bogactwa Cecila Rhodesa i powiązanych z nim osób oraz dawała środki na dalsze operacje. Inne postacie, takie jak brytyjski premier David Lloyd George, francuski premier Raymound Poincaré oraz rosyjski ambasador, a później minister spraw zagranicznych Aleksander Izwolski, były w zasadzie jedynie marionetkami, zwerbowanymi i w pełni kontrolowanymi przez Grupę. Osoby wykonujące działania operacyjne, z których niektóre awansowały później na wysokie stanowiska polityczne, rekrutowane były zaś często spośród studentów Oxfordu, głównie absolwentów Balliol College, nazywanym potocznie na Uniwersytecie Oksfordzkim „Bloody Balliol”. Określano ich „Przedszkolem Milnera”.

Jest ustalony klucz doboru polityków, nad którym warto się na chwilę pochylić. Muszą mieć silne strony, stanowiące o ich użyteczności, ale też słabości, dzięki czemu można nimi manipulować i ich kontrolować. David Lloyd George, z brytyjskiej Partii Liberalnej, która uchodziła za propokojową, pochodził z awansu społecznego, ale dzięki temu umiał dotrzeć do prostych ludzi i pociągnąć za sobą tłumy. To stanowiło jego silną stronę i spowodowało, że od czasu kiedy został posłem, systematycznie awansował, wchodząc w końcu w skład rządu. Ale miał też słabe strony: był erotomanem, łasym na pieniądze i luksusy. Pozyskanie go dla celów prowojennych, a stało się to możliwe jedynie dzięki wykorzystaniu jego słabości, było więc cennym nabytkiem dla Grupy. Faktycznie to głos Lloyda George’a przeważył podczas dyskusji między członkami rządu w dniu 2 sierpnia 1914 roku, kiedy decydowała się sprawa przystąpienia Wielkiej Brytanii do wojny.

Chęć zrobienia kariery była dla niego silniejsza niż prospołeczne zasady jakimi się wcześniej, jako liberał, kierował. Niedługo potem został awansowany na premiera i ministra wojny. Absolwent Balliol, Sir Edward Grey, pozyskany dla Grupy jeszcze przed 1905 rokiem, kiedy wszedł w skład liberalnego rządu i został ministrem spraw zagranicznych, był przeciętnym studentem i w niczym się nie wyróżniał. To była jego słabość. Swoją popularność zawdzięczał wyłącznie promocji kontrolowanych przez Grupę mediów. Stanowił dla swych mocodawców wygodne narzędzie. Wbrew propokojowemu nastawieniu rządu prowadził ukryte działania zmierzające do zbudowania sojuszu Francji i Rosji przeciwko Niemcom oraz włączenia do działań wojennych neutralnej Belgii. W dniu 3 sierpnia 1914 roku to właśnie on przemawiał w Izbie Gmin, aby wbrew oporowi posłów z jego własnej Partii Liberalnej, zaangażować Wielką Brytanię w wojnę. Kosztowała ona, jak się ocenia ok. 15 milionów żyć ludzkich.

Aby być użytecznym dla grupy wpływu, polityk musi mieć jakąś słabość. Może być to nałóg, chciwość, brak zasad, nadmierna ambicja lub zwyczajna przeciętność, która uniemożliwia karierę w normalnych warunkach.

Grupa Milnera pozyskiwała współpracowników w obu partiach rządzących, dzięki temu kierunek polityki zagranicznej był niezależny od wyniku wyborów, jak również za granicą: we Francji, Rosji i Stanach Zjednoczonych. Podobnie jak Lloyd George, Aleksander Izwolski cenił życie w luksusie. Jako ambasador rosyjski w Kopenhadze, a potem w Paryżu, będący przez pewien czas ministrem spraw zagranicznych, oddał znaczne usługi dla Grupy.

Doprowadził swymi machinacjami do napięć na terytorium Bałkanów oraz wspólnie z ambasadorem rosyjskim w Belgradzie Mikołajem Hartwigem, wspomagał działania grup terrorystycznych w Serbii. Tragicznym skutkiem tych działań było zabójstwo polityczne dokonane w dniu 28 czerwca 1914 roku w Sarajewie na następcy tronu Austro-Węgier. Jego kolega z rosyjskiego MSZ, Siergiej Sazonow, pełniący po nim funkcję ministra spraw zagranicznych, był także wspierany i kontrolowany przez Grupę.

To właśnie Sazonow w dniu 30 lipca 1914 roku zablokował ostatnią próbę negocjacji między cesarzem Niemiec Wilhelmem II a carem Rosji Mikołajem II i namówił cara do ogłoszenia powszechnej mobilizacji. We Francji premierem był Joseph Caillaux, zwolennik pokoju z Niemcami. Nie pasowało to do planów Grupy, a więc został wymieniony. W wyborach w 1913 roku wygrywa Raymond Poincaré, urodzony w Bar-le-Duc, mieście będącym częścią okupowanej przez Niemcy od 1871 roku Lotaryngii. Żywił on osobistą urazę do Niemiec i był zwolennikiem odebrania utraconych francuskich terenów. Aby zapewnić mu sukces wyborczy, prowadzono zmasowaną akcję propagandową i przekupywano prasę francuską. Przepływy pieniędzy organizował Aleksander Izwolski.

W osobach Edwarda Greya, Davida Lloyda George, Siergieja Sazonowa, Aleksandra Izwolskiego i Raymonda Poincaré oraz innych, które były wspierane dla zdobycia czołowych stanowisk w państwie, ukryta władza znalazła wykonawców dla wykonania swego wojennego planu.

Nie ma racjonalnych powodów aby sądzić, że podobna gra, w wykonaniu innych aktorów, ale z podobnymi celami, które są sprzeczne z przesłaniem liberalnej demokracji i pokojowym rozwojem ludzkości, nie odbywa się i dziś. Aktorów było i jest oczywiście o wiele więcej, na różnych poziomach ich zaangażowania i wtajemniczenia: politycy odrażający swą przeciętnością i chorą ambicją, a w jakiś sposób promowani, celebryci bez zasad i wiary, zakłamani eksperci.

Można by zapytać: po co są wojny i po co dąży się do konfliktów między państwami, skoro przynoszą ludziom zniszczenie i śmierć? Po to, by ukrytej władzy dać jeszcze większą władzę, wpływy i pieniądze. Książka Hidden History: The Secret Origins of the First World War powinna być przetłumaczona na język polski i lepiej znana, gdyż odkrywa ukryte mechanizmy polityki i jest przestrogą.

Tak jak to bowiem podsumował wybitny Polak i słynny antropolog Bronisław Malinowski: „Wojna stała się dzisiaj niszczycielskim anachronizmem, utratą wszystkiego, co w naszej cywilizacji jest najlepsze”. Nie dopuśćmy do tego, aby ktoś nas znowu wmieszał w wojnę za pomocą manipulacji, przekupstwa lub w inny ukryty sposób.

Prof. W. Julian Korab-Karpowicz  

Myśl Polska, nr 5-6 (1-8.02.2026)

Żyjemy w Kartonistanie. Dlaczego pozwalamy??

Żyjemy w Kartonistanie

Ted Cruz


tedcruz/zyjemy-w-kartonistanie

Przecież to jest skrajnie żenujące, nawet dla najbardziej zatwardziałych jebaćpisów. Tego się nie da obronić. Rozumiem, że prokuratorzy i Żurek wolą oglądać zdjęcia cycków zamiast mord polskich przestępców, ale na litość boską, nie za to Wam płacimy. To jest obrzydliwe.

Żyjemy w Kartonistanie. Szef naszego rządu stwierdził, że w momencie wykrycia rosyjskiego szpiega w Ministerstwie Obrony Narodowej, największych zwolnień grupowych, zamknięcia 18 porodówek w miesiąc, afery rosyjskich kontaktów marszałka Czarzastego, blamażu wprowadzenia KSeF i kompromitującej nas sytuacji w kontrwywiadowczym Ośrodku Radioelektronicznym w Przasnyszu gdzie spadł dron, a żołnierze patrzyli na niego, bo nie mieli narzędzi do jego strącenia, wydamy nasze pieniądze na… zbadanie „polskich wątków tzw. afery Epsteina”.

Tak. 3 mln stron dokumentów. Komisja z Żurkiem na czele ma sprawdzić, czy w procederze nie były wykorzystywane polskie dzieci. Dacie wiarę? Po jednej wzmiance o „dostępności polskich kobiet lub dziewcząt” z Krakowa, podczas gdy agencje modelek, dubajskich srajnaklatek z całego świata ustawiały się tam rzędami.

Ludzie! Przecież to jest skrajnie żenujące, nawet dla najbardziej zatwardziałych jebaćpisów. Tego się nie da obronić. Rozumiem, że prokuratorzy i Żurek wolą oglądać zdjęcia cycków zamiast mord polskich przestępców, ale na litość boską, nie za to wam płacimy. To jest obrzydliwe.

Jedyny związek z tą aferą to wątek Fibaka, który zresztą wystąpił w reklamie… nakręconej na potrzeby kampanii PO, mówiąc: „Wierzę Platformie Obywatelskiej, ufam energii Donalda Tuska, rozsądkowi Radka Sikorskiego i doświadczeniu międzynarodowemu Jacka Rostowskiego. W tych trudnych i skomplikowanych czasach wiem, że Platforma Obywatelska jest najlepszym wyborem dla Polaków i Polski. Dlatego z całą moją rodziną będziemy głosować na Platformę Obywatelską”. Panie premierze! Sam pan widzi! Jest duża nadzieja, że sam Epstein by na pana głosował i można zamknąć sprawę.

Teraz pomyślcie, jak trzeba być zdesperowanym, żeby zająć się jakimś zaocenicznym gównem, zamiast realnymi, polskimi problemami. Wyobraźcie sobie, jak oni panicznie nie mają żadnego planu na ten kraj.

I tu właśnie Kartonistan pokazuje swoje prawdziwe oblicze: państwo z tektury, w którym wszystko, co realne, ciężkie i bolesne, zamiata się pod dywan, a na wierzch wystawia się kartonową atrapę. Gdy kraj się sypie, gdy bezpieczeństwo istnieje tylko w powerpointach, gdy rodzenie dziecka staje się logistycznym wyzwaniem, a kontrwywiad ogląda drona jak bocian żabę na łące – władza z namaszczeniem odpala projekt zastępczy. Wielki, medialny, daleki. Bo im dalej od polskich problemów, tym ciszej słychać ich pękanie.

Zamiast rozliczać swoje zaniedbania, grzebią w cudzych śmietnikach, udając śledczych świata, podczas gdy własny dom wali się im na głowę. To strategia, w której dramaty Polaków są zbyt niewygodne, zbyt bliskie i zbyt prawdziwe, więc trzeba je przykryć głośną, obrzydliwie sensacyjną zasłoną dymną.

I w tym całym kabarecie najgorsze nie jest nawet marnowanie pieniędzy. Najgorsze jest to, że ktoś uznał nas wszystkich za kompletnych idiotów. Za naród, który da się kupić nagłówkiem, komisją i moralnym oburzeniem importowanym z drugiego końca świata. Za społeczeństwo, które nie zauważy, że władza zamiast rządzić, pozuje.

Ostrzegam. Kartonistan nie upada z hukiem. Kartonistan rozmięka w deszczu, powoli, cicho… aż któregoś dnia orientujesz się, że nie masz już państwa, tylko mokrą, cuchnącą papkę.

I wtedy nawet najgłośniejsza komisja nie zagłuszy jednego pytania: kto nam to zrobił i dlaczego pozwoliliśmy?

Jest mi wstyd za tych ludzi i za nas.

Lemingopedia

Polacy – najbardziej niewierząca nacja świata

Polacy – najbardziej niewierząca nacja świata

dzierzba


dzierzba/1polacy-najbardziej-niewierzaca-nacja-swiata

Polacy nie wierzą, że niedługo będą płacić tyle za energię, że ta stanie się dobrem luksusowym. Nie wierzą, że za chwilę realnie mogą bać się wychodzić z domów, bo ulice zapełnią imigranci z krajów afrykańskich, którzy nie będą chcieli stąd wyjeżdżać ze względu na wyśmienity socjal lub skutecznie im się to uniemożliwi. Nie wierzą, że oni ten socjal…

Tytuł oczywiście jest prowokacją. To jednak coś więcej niż tylko clickbait – krzykliwy nagłówek mający przykuwać uwagę goniących za sensacją prostaczków z aspiracjami. W odróżnieniu bowiem od produktów artykuło-podobnych czyhających na maluczkich skuszonych nagłówkowymi błyskotkami, ja swojego czytelnika uraczę zaraz treścią niesztampową, niszową i zasadniczo oderwaną od bieżących wydarzeń. Taką w każdym razie mam nadzieję.

Zresztą, gdyby miało się okazać, że grubo przesadziłem z szumnymi zapowiedziami i nie sprostałem rozbudzanym właśnie oczekiwaniom, to mówiąc szczerze nie będzie mnie to ziębić ani parzyć. Piszę ten tekst z nudów – w przerwie między wieszaniem lampy w przedpokoju a nasłuchiwaniem wnerwiającej melodyjki oznajmiającej, że mogę już wieszać pranie. Jeżeli ktoś będzie się czuł jego lekturą rozczarowany, wzruszę ramionami stwierdzając, że nic mnie to nie obchodzi.

Wbrew pozorom – bo przecież wiara musi się z tym kojarzyć – nie będzie to felieton o tym, że Polacy nadal w większości mienią się katolikami, gdy w rzeczywistości mają z katolicyzmem tyle wspólnego, co goniący odjeżdżający autobus z biegaczem długodystansowym. Po prostu nikt mnie nie przekona, że gdy ponad dziesięć milionów – bynajmniej nie apostatów – oddaje w wyborach prezydenckich głos na wiceprzewodniczącego partii postulującej liberalizację prawa do zabijania dzieci nienarodzonych, to wszystko gra, buczy i pasuje. Dziś akurat nie z tym beztroskim zakłamaniem moich rodaków chciałem się rozprawić.

Będzie o tym, w co obywatele III RP tak naprawdę nie wierzą w trochę innym wymiarze.

Zatem – jak lubią mówić czujący młodzieżowego ducha autorzy – jedziemy!

Polacy nie wierzą, że niedługo będą płacić tyle za energię, że ta stanie się dobrem luksusowym. Nie wierzą, że za chwilę realnie mogą bać się wychodzić z domów, bo ulice zapełnią imigranci z krajów afrykańskich, którzy nie będą chcieli stąd wyjeżdżać ze względu na wyśmienity socjal lub skutecznie im się to uniemożliwi. Nie wierzą też i w to, że oni ten socjal opłacą z własnych kieszeni. Nie wierzą, że porody na SOR-ach to standard czekający na pełne wdrożenie a zakończenie osiemset plus będzie równie proste, jak zamykanie porodówek. Nie wierzą, że to co zbiera Orkiestra to mniej niż promil rocznego budżetu NFZ i tak w ogóle niekoniecznie o sprzęt „dla dzieciaków” w niej chodzi.

Nie wierzą, że szpiedzy istnieją naprawdę, a ludzie mówiący po polsku mogą świadomie działać na szkodę swojego kraju. Nie wierzą, że zaraz będą zalani podłej jakości żywnością z Ameryki Południowej i że likwidacja rolnictwa i górnictwa to nie są błahostki o których nie warto nawet mówić. Nie wierzą, że nazywanie niemieckich obozów koncentracyjnych polskimi to żadne nieuctwo, ale celowe działanie. Nie wierzą, że ich nienawiść do jednej z partii od dawna nie jest już efektem innego pojmowania interesów państwa i swoich, ale dzikiej, bezmyślnej celowo podsycanej przez media, odbierającej rozum i godność, sterowanej furii. Nie wierzą, że hasło ***** ***! uczyniło z nich zwykłych, wulgarnych chamów.

Nie wierzą, że władza może jawnie łamać prawo i konstytucję. Nie wierzą, że Orlen za Obajtka miał się świetnie, a teraz drastycznie dołuje. Nie wierzą, że CPK to rozwój i praca, a nie gigantomania. Nie wierzą, że są upolitycznieni, sprzeniewierzający się ślubowaniu sędziowie i prokuratorzy i jeżeli tego się nie ukróci, wszyscy będziemy mieć przerąbane. Nie wierzą, że przejęcie publicznych mediów to był jawny zamach na nie. Nie wierzą, że akceptowanie byłych komunistycznych bonzów na ważnych stanowiskach państwowych to coś, co nie powinno się nigdy wydarzyć. Nie wierzą, że poprzez reformę systemu edukacji chcą zrobić z dzieci bezmyślne stado niezdolnych do głębszej refleksji proli.

Nie wierzą, że wyroki sądowe można komentować. Nie wierzą, że jeżeli nie Kościół Katolicki ze swoimi pouczeniami, to inna instytucja religijna bardziej dosadnie wymusi na nich jedynie właściwe z punktu widzenia jej dogmatów postępowanie. Nie wierzą, że nawet jeżeli traktują je z przymrużeniem oka i wyśmiewają, to oglądając durne seriale dla durniów, z każdym odcinkiem, po kawałeczku, sami stają się durniami. Nie wierzą także, że mogą mieć zaraz koło siebie tyle wiatraków, że gdyby kiedykolwiek coś poza kryminalnym bełkotem przeczytali, żartowaliby gorzko, że walczyć mogą z nimi równie skutecznie, jak Don Kichot ze swoimi olbrzymami. Polacy wreszcie nie wierzą i w to, że tak jak przed ponad 230 laty, teraz ponownie ich kraj może zniknąć z mapy Europy i zarządzający wtedy tym terytorium nie będą ani trochę zainteresowani dbaniem o ich bezpieczeństwo i potrzeby. 

Mógłbym pewnie jeszcze długo wymieniać, ale przecież nie o to chodzi. Istotne, że jako naród tak bardzo odessaliśmy się od rzeczywistości zasysając w powstałą pustkę takie ilości urągających zdrowemu rozsądkowi i instynktowi samozachowawczego bredni, półprawd lub po prostu ordynarnych kłamstw, że zbliżamy się chyba do jakiejś granicy tego szaleństwa. Co się za nią znajduje nie wiem, ale najwyższy czas uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę, tak samo jak naprawdę więcej nas łączy niż dzieli.

Przemówienie W. Sołowjowa w 1898 ku pamięci Mickiewicza

Stanislaw Romański 4.02.2026, przemowienie-solowjowa-ku-pamieci-mickiewicza

O przyjaźni polsko-rosyjskiej w 19 wieku: przemówienie Sołowjowa ku pamięci Mickiewicza

Zapraszam również do przeczytania mojego artykułu pt. ,,Jak Sołowjow przewidział powstanie Unii Europejskiej 130 lat temu”. W tym zaś artykule publikuje pełne przemówienie Sołowjowa z krótkim wstępem dotyczącym wydarzenia. Sołowjow to jeden z najwybitniejszych filozofów rosyjskich. Pisząc ,,Braci Karamazow” Dostojewski inspirował się rodziną Sołowjowów, a podobna wyprawa do pustelni jak w książce miała miejsce w rzeczywistości, bowiem Dostojewski z Sołowjowem długo się przyjaźnili.

Przemówienie Władimira Sołowjowa ku pamięci Adama Mickiewicza zostało wygłoszone 27 grudnia 1898 roku (według starego stylu kalendarza juliańskiego; według gregoriańskiego to 8 stycznia 1899) w Petersburgu (wówczas stolicy Imperium Rosyjskiego).

Było to publiczne przemówienie na obiedzie (bankiecie/uczcie) zorganizowanym z okazji 100-lecia urodzin Mickiewicza (urodzony 24 grudnia 1798 / 5 stycznia 1799). Wydarzenie miało miejsce w Petersburgu, gdzie Sołowjow mieszkał i działał w ostatnich latach życia. Tekst ukazał się drukiem w 1899 r. w czasopiśmie „Mir iskusstwa”, a później w zbiorach jego pism.

=====================================================================

Przemówienie Włodzimierza Sołowjowa ku pamięci Mickiewicza

27 grudnia 1898

„Był natchniony łaską niebios,  

z wysoka więc na świat spoglądał.”  

Puszkin

   Patrzeć na świat z wysoka to zupełnie nie to samo, co patrzeć nań z góry. Aby patrzeć z góry, wystarczy powziąć uprzednio wysokie mniemanie o swojej własnej ważności przy praktycznym braku pewnych moralnych zalet. Aby natomiast patrzeć na świat z wysoka, trzeba ten wysoki poziom osiągnąć, a w tym celu nie wystarcza stanąć na szczudłach czy nawet wejść na swoją parafialną dzwonnicę. Oto dlaczego przy takim mnóstwie ludzi spoglądających na wszystko z góry znalazł się w ciągu całego stulecia pośród wielkich jeden, o którym nie uchybiając prawdzie można powiedzieć, że nie tylko w chwilach poetyckiego natchnienia, lecz zawsze spoglądał na świat z wysoka. Miła uroczystość bratniego narodu ma dla nas – to znaczy może mieć, mogłaby uzyskać – szczególne znaczenie także niezależnie od stosunków rosyjsko-polskich, gdyby wskrzeszony obraz wielkiego człowieka, jeszcze nam bliskiego, jeszcze nie pogrążonego w mroku dziejów, pomógł przywrócić naszej świadomości najwyraźniej utraconą miarę ludzkiej wielkości, przypomnieć wewnętrzne warunki, które czynią nie tylko wielkiego pisarza czy poetę, myśliciela czy polityka, lecz wielkiego człowieka, czyli nadczłowieka w rozumowym sensie tego nadużywanego słowa. Ani najgłębsze choćby przekonanie o swym osobistym nadczłowieczeństwie, ani największe zdolności w jakiejś specjalnej sferze działania, ani najpomyślniejsze rozwiązanie jakiegoś jedynego w swoim rodzaju dziejowego zadania nie mogą w istotny i rzeczywisty sposób wynieść nas ponad ogólny poziom i dać nam tego, co daje wzięty w całości moralny charakter i wielka życiowa ofiara.

   „Z wysoka więc na świat spoglądał”. Kiedy Puszkin na podstawie kilku rozmów z Mickiewiczem powziął o nim takie właśnie wyobrażenie, poeta ten znajdował się dopiero na pierwszym stopniu owych wyżyn, był po pierwszym swoim duchowym wzlocie.

   W jaki sposób człowiek żyjący może spoglądać na życie z wysoka, jeśli nie osiągnie tej wysokości jako samej prawdy życia? I jak osiągnąć tę najwyższą prawdę, jeśli nie przez oderwanie się od przyziemnych, niewystarczających, nie dość uzasadnionych zjawisk życiowych? Jeśli zaś wysokość, z której spogląda się na życie, ma być rzeczywiście osiągnięta, a nie wyimaginowana, to i zerwanie z tym, co przyziemne, musi być prawdziwie przeżyte i boleśnie doświadczone. Dziecko, wychodzące na wolny Boży świat z łona matki, raz tylko zrywa organiczną więź z mrokiem i ciasnotą tego łona. Aby natomiast ostatecznie stanąć na tej wysokości, z której widać całą prawdę życia, aby się wyzwolić z wszelkiej wewnętrznej ciemności i ciasnoty, trzeba przeżyć nie jedno, lecz całe trzy życiowe zerwania, trzy wewnętrzne dramaty.

   A więc przede wszystkim trzeba zerwać podstawową i najmocniejszą więź, która przyciąga nas do szczęścia osobistego w jego głównej sferze – miłości cielesnej, kiedy to wydaje się, że cała prawda i całe dobro życia wcieliły się dla nas w kobietę, w tę jedną jedyną kobietę, kiedy gotowi jesteśmy ze szczerym przekonaniem powtarzać słowa poety:

„Nie ma świata, jest tylko cieniste  

Klonów drzemiących sklepienie,  

Nie ma świata, jest tylko świetliste  

Smętne dziecięce spojrzenie.”

   W tej koncentracji miłosnego doznania zawarta jest wielka prawda, istotne przeczucie tego, co być powinno – absolutnego waloru pełnej osoby ludzkiej. Ale wielka nieprawda polega tu na tym, że przeczucie jest wzięte za spełnienie, a zamiast wyłaniającego się ogromnego zadania widzi się gotowe i darmo otrzymane dobro. Tymczasem, aby egzaltacja uczucia nie okazała się pustym złudzeniem, trzeba w każdym razie zerwać z mrokiem i ciasnotą wszechogarniającej żywiołowej namiętności i pojąć umysłem i sercem, że prawda i dobro życia nie mogą zależeć od przypadkowości szczęścia osobistego. To pierwsze i najgłębsze w życiu zerwanie jest oczywiście zarazem najboleśniejsze, i wiele pięknych i szlachetnych dusz nie wytrzymuje go. Także Mickiewicz omal nie skończył jak goethowski Werter. Kiedy pokonał ślepą namiętność, głęboko doświadczona siła ducha uniosła go, jeszcze młodzieńca, w górę, aby spoglądał na świat z tych pierwszych, w śmiertelnym boju osiągniętych wyżyn.

   Takim poznał go Puszkin, kiedy wyrzekł o nim swoje natchnione i prorocze słowa. Prorocze bowiem – już wkrótce wypadło Mickiewiczowi przeżyć drugi, a potem i trzeci dramat moralny i wejść na nowe wyżyny, aby z nich spoglądać na świat.

   O miłości do narodu czy do ojczyzny trzeba powiedzieć to samo, co o miłości do kobiety. Już w samej wyłączności uczucia kryje się tu zapowiedź wielkiej prawdy, że podobnie jak ludzka osoba, również naród ma odwieczne i absolutne przeznaczenie, że powinien on się stać jedną z nieprzemijających, autonomicznych i niezastąpionych form dla doskonałej pełni treści życia. Aby jednak zapowiedź najwyższej prawdy nie obróciła się w puste, fałszywe i zgubne uroszczenie, trzeba, aby tryb orzekający prostego patriotycznego uczucia: „kocham ojczyznę”, przemienił się w tryb rozkazujący patriotycznego obowiązku: „pomagaj ojczyźnie w uświadomieniu sobie i wypełnieniu jej najwyższego zadania”. Patriotyzm, podobnie jak każde uczucie, wyrasta oczywiście nie z głowy, lecz osadzony jest głębiej: ma on swoje wewnętrzne korzenie, które pozostają, a nawet wzmacniają się wskutek przerwania więzi zewnętrznej:

„Litwo! Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie!  

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,  

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie  

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie!”

   Bez tych naturalnych korzeni nie ma prawdziwego patriotyzmu. Każdy jednak wie, że w przyrodzie nigdy się nie zdarza, by kwiaty i owoce wyrastały wprost z korzeni. Aby patriotyzm rozkwitł i zaowocował, musi on wznieść się ponad swoje głęboko osadzone korzenie ku światłu moralnej świadomości. A wzrostu takiego nie otrzymuje się darmo ani też do jego uzyskania nie wystarcza abstrakcyjna myśl. Trzeba samemu przeżyć nowy życiowy dramat.

   Kiedy duch Mickiewicza po raz pierwszy wzniósł się ponad ruiny wyśnionego szczęścia osobistego, poeta oddał się żarliwie innym, rozleglejszym marzeniom o szczęściu narodu. Polski Werter, Gustaw, uratował się przed samobójstwem swoim przeobrażeniem w Konrada Wallenroda.

   Przy całej złożoności przedmiotu mamy tu w gruncie rzeczy ideę prostego naturalnego patriotyzmu, który pragnie tylko zapewnić swemu narodowi za wszelką cenę zewnętrzną pomyślność w postaci niezawisłości politycznej i zwycięstwa nad wrogiem. Otóż tkwi w tym nieprawda formalna: za wszelką cenę, i nieprawda treściowa: pomyślność zewnętrzną. To ułudne marzenie zburzyła Mickiewiczowi katastrofa 1830 roku. Zerwała się druga więź życiowa i nastąpił drugi duchowy wzlot.

   Wzlot ten dostrzegam w owych myślach o znaczeniu i powołaniu Polski, które Mickiewicz wypowiedział na obczyźnie w „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” oraz w niektórych wykładach w Collège de France. Myśli te, które potem bardzo się skonkretyzowały pod wpływem Towiańskiego, pojawiły się jednak u Mickiewicza przed poznaniem tego mistyka. Przeobrażenie swego patriotyzmu przeżył nasz poeta sam. Wiem, że nie tylko Rosjanie, ale i większość Polaków nie zgadza się z tym, jakoby zagraniczne kaznodziejstwo Mickiewicza wyrażało jego duchowy wzlot i sukces idei narodowej.

   Oczywiście nie zamierzam tu dowodzić słuszności mego stanowiska. Dla jego wyjaśnienia powiem tylko dwa słowa. Ważne jest nie to, że ktoś uważa swój naród za wybrany – czynią to prawie wszyscy – lecz to, w czym upatruje się owo wybraństwo. Nie to jest ważne, że Mickiewicz ogłosił Polskę mesjaszem narodów, ale to, że oddał jej pokłon nie jako mesjaszowi triumfującemu, lecz jako cierpiącemu; że zrozumiał, iż zwycięstwa nie otrzymuje się darmo i nie wywalcza jedynie zewnętrzną siłą, lecz że wymaga ono trudnej walki wewnętrznej, że musi być wycierpiane. Błąd, w który przy tym popadł Mickiewicz, był właściwie nieszkodliwy. Uważał on, że naród polski swymi cierpieniami odkupuje grzechy innych narodów. Tak oczywiście nie jest. Czyż naród polski nie ma swoich własnych narodowych i historycznych grzechów? Odkupienie swoim cierpieniem innych – w wymiarze, w jakim w ogóle jest ono możliwe – dokonało się już raz na zawsze. Teraz zaś każdy naród, podobnie jak każdy człowiek, cierpi tylko za siebie – oczywiście nie w dziwacznym i wyimaginowanym sensie kary i zemsty, lecz w moralnym i realnym sensie nieuniknionego przechodzenia od gorszego ku lepszemu, ku większej mocy i pełni swojej wewnętrznej godności.

   Skoro dane są niższe, niedoskonałe formy życia i skoro dane jest naturalne przywiązanie ludzi i narodów do tych form, to logika wymaga, aby przechodzenie od nich ku lepszej i wyższej świadomości dokonywało się poprzez trudne zerwania, walkę i cierpienia. Jakkolwiek różne byłyby dziejowe losy narodów, to przecież nie ulega wątpliwości, że droga wewnętrznego doskonalenia jest dla wszystkich ta sama. W nowych poglądach Mickiewicza ważne jest właśnie to, że uznał on dla swojego narodu tę moralną drogę wiodącą ku najwyższemu i powszechnemu celowi poprzez samowyrzeczenie, która zastąpiła mu poprzednią drogę Wallenroda. Ważne jest owo niespotykane od czasów starotestamentowych proroków wyniesienie świadomości narodowej do sfery wyższego porządku moralnego. Wobec takiego spojrzenia traci znaczenie to, że Mickiewicz miał błędne albo przesadne wyobrażenia o faktach polskiej historii, a nawet to, że później potykał się na drodze, którą sam wytyczył.

   Ale czekała go jeszcze trzecia i może najtrudniejsza próba.

   Młodzieniec całą prawdę i cały sens życia skupia na obrazie wybranej kobiety, która ma mu dać szczęście osobiste. Z ruin tego marzenia młody Mickiewicz wyniósł – obok rozkwitu swej cudownej poezji – przekonanie, iż prawda szczęścia osobistego winna być nie początkiem, lecz końcem drogi życiowej, że na pełnię osobowego istnienia trzeba zasłużyć. Wobec kogo? Przede wszystkim wobec drugiej wybranki – wobec ojczyzny. Mickiewicz dojrzały jej właśnie poświęca wszystkie swoje siły, a z jej niedoli i z rozłąki z nią czerpie – obok urzekającej wizji ojczystego kraju (w „Panu Tadeuszu”) – najwyższą ideę narodową: myśl, iż zewnętrzną pomyślność winien naród osiągnąć swoją moralną ofiarą. Skąd wziąć do niej siły? Spoglądając wstecz, Mickiewicz dostrzegł odpowiedź na to już w swoim dzieciństwie:

„Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy  

I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy  

Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!  

Jak mnie, dziecko, do zdrowia powróciłaś cudem,  

Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę  

Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę,  

I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progów  

Iść za wrócone życie podziękować Bogu –  

Tak nas powrócisz cudem na ojczyzny łono”.

   Jak swoje osobiste szczęście – szczęściu ojczyzny, tak los ojczyzny podporządkował swym uczuciu i świadomości podporządkował Mickiewicz religii – trzeciej wybrance ponadosobowej i ponaddziejowej. Ale i tutaj czekała go jeszcze, na progu starości, wielka walka wewnętrzna. Choć bowiem w jego młodzieńczym pragnieniu szczęścia i osobowej miłości zawierała się prawda, to przecież wypadło mu powiedzieć sobie, że prawda nie może zależeć od tego, czy Maryla Wereszczakówna wybierze jego, Adama, czy pana Puttkamera. Musiał zrozumieć, że sens życia jednostkowego nie może istnieć sam w sobie jako coś przypadkowego, lecz że musi się wiązać z prawdą najbardziej powszechną, aby uwolnić się w niej od wszelkiej przypadkowości. Chociaż potem prawda ta wcieliła się w wybrankę innego rzędu – ojczyznę, to przecież nie ojczyzna jest źródłem i miarą prawdy, lecz sama prawda jest normą również dla ojczyzny – mówi, jaką ona powinna być. I nie mógł prawdziwy patriotyzm, przy całej czci dla przeszłości, nie dostrzec w niej tego, co wymagało dziejowego czyśćca. Mickiewicz zrozumiał, że nosicielką najwyższej w świecie prawdy nie mogła być osiemnastowieczna Polska z jej polityczną nieprawdą anarchii i z jej nieprawdą społeczną – bezwzględnym ubezwłasnowolnieniem niższych klas.

   Również przez życie narodu powinien nieustannie przechodzić ostry miecz oddzielający dobro od zła, prawdę od nieprawdy. Również i tutaj trzeba bez ustanku odrzucać to, co przypadkowe, przemijające, niewłaściwe. Cóż więc zaspokoi nasze pragnienie całkowitej ufności, żarliwego oddania, ostatecznego ukojenia? Czy nie ona, trzecia wybranka, swojska i ponadnarodowa, historyczna i ponaddziejowa – Kościół powszechny? Ale czy to dobrze z naszej strony, że widzimy w niej tylko ukojenie, że tej wybrance ofiarujemy jedynie lenistwo umysłu i woli, uśpione sumienie, i że na tak lichym darze opieramy nasze zjednoczenie z nią? I czy ona rzeczywiście przyjmie od nas ten dar? Na cóż jej on? A czy nie przyjmą go, podszywając się pod jej imię, inni, którym zależy na tym, aby obezwładniony został nasz rozum i aby ogłuchło nasze sumienie? Nie, nigdy nie będzie i nie powinno być dla ludzkiego ducha uspokojenia na tym świecie. Nie może i nie powinno być takiego autorytetu, który zastąpiłby nasz rozum i nasze sumienie i uczynił zbędnymi swobodne dociekania. Kościół, podobnie jak ojczyzna i podobnie jak biblijna „żona młodości”, powinien być dla nas wewnętrznym motorem nieustającego ruchu ku odwiecznemu celowi, a nie poduszką dla wygodnego odpoczynku. Nie czynię wyrzutów tym, co ustają i nie nadążają, ale wspominając wielkiego człowieka trzeba przypomnieć i to, że zmęczenie duchowe nie jest znamieniem ludzi wielkich.

Nie zapominajmy przy tym, że zmęczenie i nienadążanie umysłu mają dwie postaci, z których każda jest warta drugiej: uspokojenie na zasadzie ślepego oddania jakiemuś zewnętrznemu autorytetowi i uspokojenie na zasadzie pustej i łatwej negacji. Jedni, nie chcąc trudzić swego umysłu i woli, zadowalają się patentowaną prawdą kieszonkowego formatu i domowego wyrobu, inni dla tego samego komfortu duchowego z góry odrzucają, jako niemądry wymysł, wszelkie zadanie, które nie jest dla nich od razu zrozumiałe i łatwe. I jedni, i drudzy – zarówno ludzie leniwej ufności, jak i ludzie leniwej niewiary – mają wspólnego śmiertelnego wroga w tym, co nazywają oni mistycyzmem. I Mickiewicz właśnie jako mistyk spotkał się z potępieniem z obu stron, zwłaszcza w związku z ruchem powstałym wśród polskiej emigracji za sprawą Andrzeja Towiańskiego. O ile znam ten ruch, to obok pewnych drugorzędnych błędów (jak np. kult Napoleona) zawierał on też pewne pierwszorzędnej wagi prawdy, mające prawo obywatelstwa w świecie chrześcijańskim, a przede wszystkim prawdę o stałym wewnętrznym wzroście chrześcijaństwa. Skoro świat trwa tyle wieków po Chrystusie, to znaczy, że coś się w nim dokonuje – coś pożytecznego dla naszego zbawienia. I jeśli chrześcijaństwo rzeczywiście jest religią bogo-człowieczą, to udział w tym procesie jest naszym obowiązkiem.

   Kryzys religijny, przeżyty przez Mickiewicza u progu starości, nie był dla niego zerwaniem z samym Kościołem – podobnie jak uprzednio jego kryzys patriotyczny nie był zerwaniem z samą ojczyzną i podobnie jak jeszcze wcześniej jego klęska miłosna nie zniszczyła w nim indywidualnego życia serca. Mickiewicz rozstał się nie z Kościołem, lecz tylko z małodusznością niektórych ludzi Kościoła, którzy chcieli widzieć w chrześcijaństwie jedynie opartą na tradycji przeszłości regułę zachowania w życiu codziennym, nie zaś życiową i dynamiczną zasadę całej przyszłości rodzaju ludzkiego. Zewnętrznemu autorytetowi Kościoła przeciwstawił Mickiewicz nie siebie, lecz obowiązującą również Kościół zasadę ogólnego prawa duchowego: est Deus in nobis – Bóg jest w nas. Nie widać też, aby kiedykolwiek odstąpił on od tej religijnej postawy, wyrażonej w jednym z listów, gdzie nie przyjmując tytułu nauczyciela, mówi tak: „Nie wierzcie ślepo żadnemu z ludzi i moje każde słowo sądźcie, bo dziś mogę prawdę mówić, jutro fałsz: dziś dobrze robić, jutro źle”. Każdemu zewnętrznemu autorytetowi przeciwstawiał jedynie absolutną prawdę Bożą, poświadczoną przez sumienie.

   Zaiste, był on człowiekiem wielkim i mógł spoglądać na świat z wysoka, bowiem życie wyniosło go na wyżyny. Ciężkie próby nie zdławiły, nie osłabiły i nie spustoszyły jego duszy. Z klęski szczęścia osobistego nie wyszedł jako rozgoryczony mizantrop i pesymista; fiasko szczęścia narodu nie przemieniło go w obojętnego kosmopolitę; walka o wewnętrzne przekonania religijne przeciwko zewnętrznemu autorytetowi nie uczyniła z niego wroga Kościoła. Jest wielki przez to, że wznosząc się na nowe stopnie wyżyn moralnych, niósł ze sobą na te wyżyny nie dumną i czczą negację, lecz miłość ku temu, ponad co się wznosił.

Autor: Stanisław Romański

=========================================

Mail:

Co do przyjaźni polsko-rosyjskiej w XIX wieku przypomina mi się 
następujący incydent.

Otóż, Milij Bałakiriew, rosyjski kompozytor i pianista wystawił w 
Żelazowej Woli, w 45 rocznicę śmierci Fryderyka Szopena skromny pomnik polskiego 
kompozytora.

Z tyłu pomnika, małymi, może półcentymetrowymi literami było podane 
rosyjska czcionką nazwisko fundatora.

Widziałem to nazwisko jeszcze w latach siedemdziesiątych. Napis 
przetrwał więc dwie okupacje niemieckie i tzw. polski szowinizm dwudziestolecia międzywojennego.

Nazwisko to jest teraz zatarte, dając wymowne świadectwo dzisiejszego czasu.

Pandemia rusofobii

Pandemia rusofobii

22 stycznia, 2026 by belaburyl

Wątek rusofobii świata zachodniego przewija się przez całą książkę Emmanuela Todda „Klęska Zachodu”, która dopiero co ukazała się w sprzedaży (Kraków 2025, ale premiera – dopiero w połowie stycznia). Autor, francuski socjolog, politolog, historyk i demograf, obnaża w niej nieznajomość i niezrozumienie Rosji przez polityków i elity, zwłaszcza zachodnioeuropejskie, a w przypadku Polski wskazuje grupę bodaj najbardziej niechętną Rosji. Co jednak szczególnie niebezpieczne w tej postawie, to nie fakt niechęci, a nawet jawnej wrogości, ale najzupełniej błędna ocena sytuacji, co może przynieść negatywne skutki nie dla Rosji, oczywiście, lecz dla Polski, a nawet dla całego Zachodu.

Todd przywołując wiele danych rysuje więc zupełnie inny obraz Rosji i Putina niż ten, który można odnaleźć w polskich mediach i wypowiedziach tzw. ekspertów. Lata 2000-2017, czyli okres „kluczowej fazy putinowskiej stabilizacji” charakteryzuje przy pomocy „statystyki moralnej”, jak ją nazywano w XIX wieku. Chodzi tu m.in. o wskaźnik zgonów z powodu alkoholizmu (z 25,6 na 100 tys. mieszkańców do 8,4), wskaźnik samobójstw (z 39,1 na 13,8), czy wskaźnik zabójstw (z 28,2 na 6,2). W roku 2020 spadły one jeszcze bardziej, a na szczególną uwagę zasługuje tu wskaźnik śmiertelności niemowląt (z 19 na 1000 żywych urodzin do 4,4), który w USA wynosi 5,4!

Wszystko to pokazuje wzrost poziomu życia, systematyczne nadrabianie zaległości i stan spokoju społecznego – „po koszmarze lat 90.” (s. 41), tak zachwalanych przez Zachód jako otwarcie się na demokrację i wolny rynek. Podobnie imponująco rysują się dane ekonomiczne.

Zaledwie w ciągu kilku lat Rosji udało się osiągnąć samowystarczalność żywnościową i stać się jednym z największych eksporterów produktów rolnych na świecie. Kolejne pakiety sankcji okazały się dla gospodarki tego kraju wręcz „błogosławieństwem”, bo przyczyniły się do wypracowania mechanizmów adaptacji i odporności, a to zaowocowało zwłaszcza po roku 2022, gdy okazało się, że Rosja (której PKB – łącznie z Białorusią – stanowi zaledwie 3,3% PKB całego Zachodu) potrafi produkować więcej sprzętu wojskowego i skutecznie „prowadzić wojnę obronną przeciw ofensywnemu Zachodowi” (s. 148).

Jak Todd wyjaśnia więc panującą powszechnie na Zachodzie rusofobię? Podkreśla, że taki resentyment „jak każde wskazywanie kozła ofiarnego, ujawnia pewne braki u tych, którzy je przejawiają. Nie mówi nic o Rosji, mówi natomiast coś o Ukraińcach, Polakach, Szwedach, Anglikach, a także o francuskich i amerykańskich klasach średnich” (s. 123).

W odniesieniu zaś do Europy Wschodniej Todd zauważa, iż te kraje zdominowane są przez klasy średnie ukształtowane przez komunizm, które po wyzwoleniu oddały swoje proletariaty w służbę zachodniego kapitalizmu” (s. 124).

A więc wychodzi na to, że – wbrew twierdzeniom polskich socjologów – to nie chłopi, nie robotnicy, nie byli pracownicy pgr-ów są homo sovieticus,  lecz wymarzona przez prof. Henryka Domańskiego i powszechnie gloryfikowana klasa średnia – fundament społeczeństwa demokratycznego i gospodarki wolnorynkowej. Konkluzja znakomita!

W 480 roku przed Chr. ukraiński król Leonidaszenko obronił Europę… MEM-y

———————

———————————-

—————————

————————————

———————————————–

————————————–

——————————–

—————————

———————————

=========================

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Ministerstwo zdrowia: Szczepić noworodki, mimo że to groźne !!

Ministerstwo zdrowia wywołało burzę odwołaniem prof. Helwich. NRL protestuje

4 lutego 2026 Paweł Kubala prawy.pl/Ministerstwo-zdrowia-wywolalo-burze-odwolaniem-prof-Helwich-NRL-protestuje

21 stycznia ministerstwo zdrowia odwołało konsultantkę krajową w dziedzinie neonatologii prof. Ewę Helwich. Zarzucono jej brak współpracy z resortem i działania mogące zagrozić programowi szczepień noworodków.

Odmienny punkt widzenia przedstawia sama zainteresowania, jak również Naczelna Rada Lekarska, która domaga się cofnięcia kontrowersyjnej decyzji.

Konflikt ministerstwa z prof. Helwich wybuchł o nowe badanie przesiewowe u noworodków. Umożliwia ono wczesne wykrycie ciężkiego złożonego niedoboru odporności (SCID). Problem w tym, że SCID jest również przeciwwskazaniem do szczepienia przeciwko gruźlicy.

Prof. Helwich apelowała więc do ministerstwa, aby szczepienie odbywało się dopiero po otrzymaniu przez rodziców wyniku badania. Bezskutecznie.

Rodzice powinni wiedzieć, że mogą poczekać ze szczepieniem na gruźlicę do czasu, gdy będą mieli wyniki badania na odporność.  Na to wskazuje dobro pacjentów. Przed napisaniem listu do konsultantów wojewódzkich w dziedzinie neonatologii i do oddziałów noworodkowych konsultowałam się z Zespołem do spraw szczepień przy Ministerstwie Zdrowia, wyjaśniając całą sytuację. W liście zwróciłam natomiast uwagę na to, że trzeba informować rodziców, po co wykonuje się to nowe badanie – podkreśla w rozmowie z portalem rynekzdrowia.pl.

Według byłej już konsultantki krajowej w dziedzinie neonatologii „doszło do absurdu”.

Bo jeżeli coś dziecku by się stało po podaniu szczepienia, a potem by się okazało, że miało przeciwwskazania – to kto za to by odpowiadał? Jeśli jest dostępne badanie, jeśli MZ uznało, że jest sens jego wykonywania, to należy z niego korzystać dla dobra dzieci. Jak wytłumaczyć rodzicom dziecka ze SCID, że mogliśmy zapobiec jego zachorowaniu lub nawet śmierci, ale nie skorzystaliśmy z tego? – zwraca uwagę.

W obronie prof. Helwich staje środowisko lekarskie. Naczelna Rada Lekarska wystosowała w tej sprawie swoje pismo. Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej w Stanowisku nr 6/26/P-IX z dnia 3 lutego 2026 r. wyraziło „zdecydowane oburzenie” decyzją o odwołaniu prof. Ewy Helwich z funkcji konsultanta krajowego w dziedzinie neonatologii. Jak podkreślono, samorząd lekarski nie znajduje żadnych merytorycznych podstaw do takiego kroku ze strony Ministerstwa Zdrowia. Prezydium NRL domaga się przywrócenia prof. Ewy Helwich na stanowisko konsultanta krajowego w neonatologii. Podkreślono, że obecny system opieki nad noworodkiem w Polsce jest efektem wieloletniej pracy i wizji odwołanej konsultantki. Lekarze apelują również o zapewnienie jej realnego wsparcia w dalszym rozwoju polskiej neonatologii.

Jest zimno – bo jest ciepło!

Jest zimno – bo jest ciepło!

3 lutego 2026 Autor: Stanisław Michalkiewicz prawy.pl/Michalkiewicz-Jest-zimno-bo-jest-cieplo-FELIETON

Nie ma to, jak posłuchać fachowca – i oświeci i uspokoi. Kilka dni temu obejrzałem sobie rozmowę, jaką przeprowadził pan red. Jarosław Gugała ze specjalistką od walki ze zbrodniczym klimatem.

Jak wiadomo, ludzkość, pod przewodnictwem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, walczy ze zbrodniczym klimatem, który złośliwie się ociepla, co grozi spłonięciem “planety”, przeciwko czemu jeszcze niedawno protestowali przedstawiciele “Ostatniego Pokolenia”, którzy w tym celu przyklejali się do jezdni i czekali, aż policja ich odklei, a następnie zawiezie na rozmowę z obywatelem Tuskiem Donaldem, który ukoi ich lęki i powie, jak zapobiec ostatecznej katastrofie.

Teraz “Ostatniego Pokolenia” jakoś na jezdniach nie widać. Pewnie czeka, aż zaistnieją dogodniejsze warunki do protestowania, no bo jakże protestować w taki mróz? Przewidziała to jeszcze za głębokiej komuny szansonistka, wyśpiewując: “W taki mróz, w taki mróz, to nie pora na wyznania w taki mróz. W taki mróz!. W taki mróz, w taki mróz, przestań mówić, już zabraniam w taki mróz.” W piosence chodziło o wyznania miłośne – a cóż dopiero, gdyby ktoś chciał w taki mróz ocalać “planetę” przed ostateczną katastrofą?

Wróćmy jednak do specjalistki, która zasypała pana red. Jarosława Gugałę potokiem słów, a wobec tej lawiny nawet on, chociaż przecież z niejednego komina wygartywał, wydawał się bezradny. Również i ja, chociaż tylko słuchałem, nie bardzo rozumiałem, co właściwie specjalistka pragnie przekazać telewizyjnej publiczności. Trudność polegała na tym, że z jednej strony musiała podtrzymywać dogmat o globalnym ociepleniu, bo “zdecydowana większość” uchwaliła, że w nie wierzy – ale z drugiej strony – taki mróz i to nie tylko u nas, ale nawet w Ameryce!?

Gdyby mróz był tylko u nas, no to sprawa byłaby względnie prosta. Można by wszystko zwalić na Putina, że dmucha na zimne w ramach klimatycznej, kremlowskiej dywersji – ale skoro fala mrozów nawiedziła Amerykę, to sprawa oczywiście szalenie się komplikuje. Ale w naszym fachu nie ma strachu, toteż po głębszym zastanowieniu, wydestylowałem z potoku słów pani specjalistki sens, który sprowadzał się do wyjaśnienia, że jest zimno, bo jest ciepło.

Ten przypadek podobny jest do opisanej przez Antoniego Słonimskiego postaci Mieczysława Limanowskiego, który wprawdzie w kołach teatralnych “uchodził za stuprocentowego dyletanta”, ale to nie przeszkadzało np. Juliuszowi Osterwie w poddawaniu się jego osobliwym interpretacjom. Oto pewnego razu na tak zwanej “czytanej” próbie sztuki w “Reducie” Limanowski wyjaśniał znaczenie spotkanego w tekście słowa “krowa”. – No cóż – powiedział – krowa, to znaczy mleko, mleko, to znaczy matka, no a matka, to znaczy ziemia. W tym miejscu sekretarka zwróciła uwagę, że “krowa”, to pomyłka, bo tak naprawdę w tekście sztuki było słowo “królowa”. Ale Limanowski spokojnie interpretował dalej: no cóż, królowa, to znaczy matka, matka, to znaczy mleko, a mleko, to znaczy ziemia. Takiemu nie dasz rady! – posumował obecny na próbie Słonimski.

Bardzo możliwe, że z tych właśnie powodów prezydent Donald Trump nie zostawił suchej nitki na specjalistach od walki ze złowrogim klimatem, twierdząc, że to “oszustwo”, albo coś w tym rodzaju.

Więc chociaż spotkał nas, jak to zwyczajnie bywało za komuny, jeden z czterech kataklizmów, jakie regularnie nawiedzały nasz nieszczęśliwy kraj (wiosna, lato, jesień i zima), to przecież są i dobre wiadomości. Już nie mówię o wyjaśnieniu, że jest zimno, bo jest ciepło – bo przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy się do jeszcze bardziej karkołomnych wyjaśnień – ale o informacji o prawomocnym zakończeniu “polskiego wątku” sprawy pana Sławomira Nowaka.

Został on mianowicie uniewinniony ze wszystkich fałszywych zarzutów, dzięki czemu obywatel Tusk Donald będzie mógł teraz obwozić go po wiecach Volksdeutsche Partei, żeby każdy mógł sobie obejrzeć, jak wygląda człowiek niewinny. Takie rzeczy nie są u nas spotykane zbyt często, ale teraz, skoro pan Nowak uzyskał od niezawisłego sądu prawomocny certyfikat niewinności, to trzeba to chyba wykorzystać w działalności politycznej, bo – jak mówi poeta – “nie jest światło, by pod korcem stało, ani sól ziemi do przypraw kuchennych”.

Wprawdzie ukraiński wątek sprawy pana Nowaka nie został chyba jeszcze prawomocnie wyjaśniony – ale jestem pewien, że obywatel Tusk Donald, podczas swojej najnowszej pielgrzymki do Kijowa i tę sprawę załatwi z wyrozumiałym prezydentem Zełeńskim, na którym podobno psy wiesza piękna ongiś Julia Tymoszenko – obecnie w areszcie wydobywczym pod zarzutami korupcyjnymi. Gdyby obywatelu Tusku Donaldu zabrakło w tej rozmowie argumentów na korzyść pana Nowaka, to w czynie społecznym przypominam fragment “Posłania do narodów Europy Wschodniej” uchwalonego przez Zjazd Solidarności jesienią 1981 roku: “głęboko czujemy wspólnotę naszych losów”. Jestem pewien, że prezydent Zełeński słysząc te słowa, wspomni nie tylko na piękną ongiś Julię Tymoszenko, ale i na Timura Mindycza, a przede wszystkim – na Andrzeja Jermaka, który gdzieś przepadł bez śladu na froncie wschodnim. [uś.. chyba jednak cichutko wyparował do ojczyzny -izrael.. md]

Tymczasem fala mrozów przyczyniła się również do wzbogacenia rewolucyjnej teorii. Oto w Jaroszowej Woli w powiecie piaseczyńskim, wykoleiło się osiem cystern z olejem napędowym. Pociąg jechał ze Szczecina do Chełma, co świadczy o tym, że olej napędowy musiał zostać załadowany w szczecińskim porcie. A skąd się tam znalazł? To tajemnica, której chyba nikomu wyjawić nie wolno, bo po zdemaskowaniu rosyjskiego szpiega w Ministerstwie Obrony Narodowej obywatel Tusk Donald zobligował obywateli do wzmożonej czujności, a w tej sytuacji tylko patrzeć, jak Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zacznie wykrywać ruskich szpiegów pod każdym krzakiem, tak jak do tej pory wykrywał antysemitników i nienawistników – a nienawistne sądy już czekają, żeby sypnąć im piękne wyroki i w ten sposób wyrównać proporcje między skazanymi a uniewinnionymi.

A przecież na Ośrodku świat się nie kończy, więc obywatele wezwani do wzmożonej czujności, też będą chcieli się wykazać. Ale nie wybiegajmy zbyt daleko w przyszłość, bo przecież chodzi o wzbogacenie rewolucyjnej teorii, która dopiero później zostanie przełożona na rewolucyjną praktykę. Otóż przy okazji tej katastrofy wyjaśniło się, że jej przyczyną była “dywersja klimatyczna”. Najwyraźniej służby, mimo intensywnych – w co nie wątpię – poszukiwań, nie natrafiły w okolicach torowiska ani na paszporty “obywateli Ukrainy” w służbie Putina, ani na inne ślady prowadzące po nitce do kłębka, więc nie było innej rady, jak wzbogacić rewolucyjną teorię o nowy rodzaj dywersji – dywersję klimatyczną.

Nie da się ukryć, że ten wynalazek rzuca nowe światło na świętą sprawę walki ze złowrogim klimatem, który najwyraźniej poczuł się przez ludzkość przyparty do muru i zaczął walczyć z ludzkością.

Stanisław Michalkiewicz

KINGS: Zatruta żywność oznacza chore społeczeństwa

KINGS: Zatruta żywność oznacza chore społeczeństwa

kings-zatruta-zywnosc-oznacza-chore-spoleczenstwa

Liczba chorób cywilizacyjnych, zwłaszcza metabolicznych, nowotworowych gwałtownie rośnie. Mamy naprawdę chore społeczeństwa, i to nie tylko w Polsce. Na całym świecie obserwuje się ten efekt toksycznej żywności. Bezpieczeństwo żywnościowe jest silnie związane z bezpieczeństwem zdrowotnym – mówiła w trakcie Kongresu Inicjatyw Naukowych, Gospodarczych i Samorządowych (KINGS) doktor inżynier Jolanta Domańska z Katedry Chemii Rolnej i Środowiskowej lubelskiego Uniwersytetu Przyrodniczego.

Panelistka zwróciła uwagę, że bezpieczeństwo surowców i produktów roślinnych zaczyna się na etapie produkcji rolnej, czyli na żyznych, bezpiecznych, niezanieczyszczonych glebach. Chemizacja za pomocą nawozów naturalnych i sztucznych z jednej strony podnosi plony, zaś z drugiej – jej nadmiar powoduje złe skutki. Zbyt dużo dodatków azotowych przyczynia się do powstawania w roślinach niezwiązanych w białko związków azotu, szkodliwych dla ludzi i zwierząt.

Nadmiernie stosowane nawozy mogą się też przyczyniać do rozprzestrzeniania biogenów w ekosystemach, zagrażając zbiornikom i ciekom wodnym. Z kolei pestycydy, oprócz oddziaływania na patogeny, w niezamierzony przez rolnika sposób niszczą mikroorganizmy znajdujące się w glebie. To zaś wpływa na utratę żyzności ziemi, ze względu na pogarszającą się jakość materii organicznej.

Pod wpływem nawozów zmienia się też odczyn gleby. Niektóre nawozy azotowe zakwaszają ją, co wpływa na łatwą absorpcję toksyn, w tym metali ciężkich. Zanieczyszczenia później akumulują się w organizmach ludzi i zwierząt. Człowiek, będąc na szczycie piramidy pokarmowej może gromadzić ich najwięcej.

Widzimy w tej chwili, że liczba chorób cywilizacyjnych, zwłaszcza metabolicznych, nowotworowych gwałtownie rośnie. Mamy naprawdę chore społeczeństwa, i to nie tylko w Polsce. Na całym świecie obserwuje się ten efekt toksycznej żywności. Bezpieczeństwo żywnościowe jest silnie związane z bezpieczeństwem zdrowotnym – podkreśliła dr Domańska.

Wielkotowarowe, przemysłowe gospodarstwa, które zdominowały światową produkcję artykułów spożywczych, stosują na ogromną skalę chemię i pestycydy. Nawet autorzy raportów międzynarodowych – chociaż z zasady sprzyjają branży Big Food – przyznają, że tego rodzaju produkty przyczyniają się do zjawiska tak zwanego ukrytego głodu (hidden hunger bądź silent hunger). Cierpią na niego, według oficjalnych szacunków globalistów, nawet 2 miliardy ludzi.

Chodzi o stan wywołany konsumowaniem produktów wprawdzie określanych jako spożywcze, jednak ubogich w prozdrowotne składniki mineralne, przeciwutleniacze. Brakuje w nich żelaza, cynku, jodu, witamin A czy B12.

To jest żywność genetycznie zmodyfikowana, do wytwarzania której stosuje się agresywną chemię, pestycydy, Roundup. Ta żywność na pewno nie będzie prozdrowotna – zapewniała dr Domańska.

O walorach naszego jedzenia decydują: produkcja, gleba – w tym jej żyzność – oraz dystrybucja. Trwałość produktów sprowadzanych na przykład z innych kontynentów bądź trzymanych przez szereg dni na sklepowych półkach czy w magazynach, zależy od uprzedniego nafaszerowania ich chemią. Jednak to, co sprzyja sprzedawcom dbającym głównie o własne zyski, nie musi być i w tym przypadku nie jest korzystne dla konsumentów.

W ocenie dr Domańskiej, gremia naukowe i międzynarodowe nie proponują niczego sensownego w kwestii zaradzenia „ukrytemu głodowi”. Zalecają jedynie suplementowanie, czyli chemiczną odpowiedź na nadmiar chemii i niedobór odżywczych składników, które powinny być naturalnie obecne w naszej codziennej diecie, tak jak miało to miejsce jeszcze kilka dekad temu.

Bardzo ważne jest, żeby nasze polskie gospodarstwa były zróżnicowane, również pod względem obszarowym. Te najmniejsze dają szansę na największą bioróżnorodność. Najmniejsze, średnie mogą współistnieć również z gospodarstwami wielkotowarowymi. To wcale się nie wyklucza. Jednak tutaj potrzebne są rozwiązania zmierzające do tego, by te najmniejsze również mogły produkować. Ta kwestia powinna być rozwiązywana na poziomach różnych politycznych i innych – mówiła panelistka.

„Czysta” energia też niszczy ziemie uprawne

Dr Domańska, która naukowo zajmuje się między innymi tematem zanieczyszczania ekosystemów, poświęciła kilka chwil kwestii coraz powszechniej instalowanych w naszym kraju wiatraków i paneli fotowoltaicznych. Ich wpływ na środowisko następuje na różnych etapach i nie dotyczy tylko niszczenia krajobrazu.

Ponieważ tego typu instalacje wznoszone są w określonej odległości od zabudowań, już na wstępie inwestycji powstają osobne drogi dojazdowe. Wymaga to fragmentacji terenu, co już narusza ekosystemy.

Do budowy potrzebna jest ogromna ilość betonu. Przy eksploatacji zużywany jest olej do silników i skrzydeł. Niejednokrotnie następuje więc zanieczyszczenie gleby substancjami ropopochodnymi. Dochodzi tez do pożarów i uwalniania toksycznych substancji. Śmigła zbudowane są z bardzo trwałych tworzyw polimerowych, dodatkowo wzmacnianych szkłem, różnego rodzaju włóknami, bazaltem. Te elementy praktycznie nie podlegają degradacji. Są po kilkunastu latach eksploatowania zakopywane w ziemi.

Natomiast do wytwarzania paneli fotowoltaicznych używa się pierwiastków śladowych, występujących w bardzo małych ilościach. Ich wydobycie wymaga wykonania wielu przekopów, a przygotowanie do użycia – procesów chemicznych, których odpady również naruszają środowisko. – Nie można mówić, że jest to tylko czysta energia – podsumowała dr Domańska.

Not. RoM

USA – wojna domowa 2.0 już się rozpoczęła

USA – wojna domowa 2.0 już się rozpoczęła

Autor: It’s Time To Accept That Civil War 2.0 Has Already Started, Brandon Smith, February 2, 2026

podał: AlterCabrio , 4 lutego 2026

Wojna domowa 2.0 już się rozpoczęła, w formie dobrze finansowanego, skrajnie lewicowego powstania, podobnego do tego, które miało miejsce w Rosji w 1917 roku. Brak reakcji konserwatystów był raczej mało imponujący i jestem tu, aby ostrzec: zbliżamy się do punktu, z którego nie ma powrotu.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

Czas zaakceptować, że wojna domowa 2.0 już się rozpoczęła

W lipcu 1917 roku, gdy w Europie szalała I wojna światowa, rosyjski Piotrogród zmagał się ze szczególnym niepokojem w postaci zakrojonej na szeroką skalę rebelii bolszewickiej. Do miasta wkroczyło z całego kraju nawet 500 000 protestujących, agitatorów i prowokatorów, wielu z nich uzbrojonych. Opanowali oni duże połacie metropolii, porwali prywatne pojazdy i skonfiskowali prywatne budynki.

Niektórzy radzieccy przywódcy, w tym Włodzimierz Lenin, nazwali to wydarzenie „przedwczesnym” i nie poparli go publicznie, co mogło być celową próbą uniknięcia bezpośredniej reakcji. Oficjalne historyczne wyjaśnienie jest takie, że powstanie nabrało własnego życia, ale scena była już przygotowana, a komunistyczni agitatorzy osiągnęli dokładnie to, czego chcieli, czego wymagała ich strategia:

Ofiara z ludzi.

Starcia z władzami doprowadziły do ​​śmierci setek protestujących i kilku ofiar wśród policjantów. Władze rosyjskie wysłały siły zbrojne do regionu, aby aresztować bolszewickich przywódców, a ruch musiał się wycofać. Ostatecznie jednak główny cel powstańców został osiągnięty. Niezależnie od tego, czy działania były spontaniczne, czy zaplanowane, celem metodologii komunistycznej jest zawsze wywołanie przemocy ze strony rządu, która następnie może zostać wykorzystana do wywołania społecznego współczucia i wzmocnienia rewolucji.

Większość „normalsów” nie musi przyłączać się do rewolucji, wystarczy ich przekonać, by trzymali się z daleka. I właśnie to w dużej mierze wydarzyło się kilka miesięcy później, w październiku 1917 roku, kiedy rozpoczął się czerwony terror. Nastąpiło pięć lat wojny domowej.

Komuniści, którzy od dawna twierdzili, że są niewinnymi ofiarami carskiego „imperializmu”, rozpoczęli serię morderstw, gdy tylko umocnili swoją władzę polityczną. Ich ideologiczni przeciwnicy byli systematycznie łapani i eliminowani. Nie ma dokładnych danych na temat liczby zabójstw, ponieważ zniszczono dokumentację, ale szacunki wskazują, że rewolucjoniści i tajna policja aresztowali i rozstrzelali około miliona dysydentów politycznych w pierwszych latach rządów komunistycznych.

To ludobójstwo blednie jednak w porównaniu z 10 milionami ofiar rosyjskiej wojny domowej. Nie wspominając o uwięzieniu i masowym mordowaniu milionów chrześcijan przez reżim ateistyczny w ciągu następnych kilkudziesięciu lat.

Historia rzadko się „powtarza”, ale nasza współczesna dynamika polityczna brzmi dość znajomo. Wiele taktyk stosowanych przez lewicowców w Rosji na początku XX wieku jest dziś stosowanych w USA. W rzeczywistości twierdzę, że są one niemal identyczne i że rewolucja w stylu bolszewickim ma miejsce właśnie teraz.

Co ciekawe, bolszewicy stanowili niewielką mniejszość w rosyjskim społeczeństwie. W szczytowym okresie, w 1917 roku, liczyli zaledwie 400 000 „oficjalnych” członków.

[MD: Sprawdziłem:

Luty/marzec 1917 → ~24 000

Kwiecień 1917 → ~80 000

Czerwiec/lipiec 1917 → ~150 000–200 000

Koniec lipca 1917 (VI Zjazd) → ~240 000

Październik 1917 → ~350 000 (niekiedy podaje się nawet 400–450 tys.)
===================================================================

Politycznie popierało ich około 23% społeczeństwa [to chyba też propagandowo przesadzone md] , ale to wciąż niewielki ruch w porównaniu ze 150 milionami rosyjskich obywateli, którzy z trudem prowadzili codzienne życie.

Gdyby rosyjscy konserwatyści (nacjonaliści, chrześcijanie i obrońcy praw własności prywatnej) zbuntowali się i podjęli masowe działania, by powstrzymać bolszewików na początku 1917 roku, ich społeczeństwo mogłoby uniknąć masowych mordów, które spadły na nie od 1918 roku. Być może nie popierali ówczesnych rządów, ale komunistyczna alternatywa była o wiele gorsza.

Zamiast tego konserwatyści czekali, aż agenci Czeka staną u ich progu, a wtedy było już za późno na skuteczną walkę. Jak przygnębiająco zauważył Aleksandr Sołżenicyn w swojej książce „Archipelag Gułag”, większość Rosjan sprzeciwiła się sowieckiej władzy, ale nie miała odwagi chwycić za broń, gdy było to najbardziej potrzebne. W ten sposób będący w mniejszości bojowi komuniści byli w stanie zdominować naród liczący setki milionów. Jak ostrzegał Sołżenicyn:

„Nie kochaliśmy wystarczająco wolności. A co gorsza – nie zdawaliśmy sobie sprawy z prawdziwej sytuacji… Zasłużyliśmy absolutnie na wszystko, co wydarzyło się później”.

Komuniści oczywiście nie osiągnęli takiego sukcesu sami. Jak opisał to uczony Antony Sutton, przedstawiając obszerne dowody w swojej książce „Wall Street And The Bolshevik Revolution”, cieszyli się wsparciem finansowym i logistycznym różnych globalnych elit (od Rockefellerów, przez Morganów, po Harrimanów) w trakcie rewolucji i po dojściu do władzy.

Cel? Stworzenie modelu ateistycznego i relatywistycznego państwa autorytarnego. Systemu, który globaliści zamierzają kiedyś wykorzystać do przejęcia władzy nad całym światem. Ich plan w dużej mierze opiera się na braku działania ze strony patriotów. To może być słabość, ale lewacy mają powody, by ostatnio czuć się ośmieleni.

Wojna domowa 2.0 już się rozpoczęła, w formie dobrze finansowanego, skrajnie lewicowego powstania, podobnego do tego, które miało miejsce w Rosji w 1917 roku. Brak reakcji konserwatystów był raczej mało imponujący i jestem tu, aby ostrzec: zbliżamy się do punktu, z którego nie ma powrotu.

Aktywiści są finansowani przez gigantyczną grę pozorów organizacji pozarządowych, ukrytych za innymi organizacjami pozarządowymi. Koordynują swoje działania za pośrednictwem ukrytych serwerów Discord. Otrzymują rozkazy i wymieniają się informacjami w terenie za pośrednictwem szyfrowanych czatów Signal. Są szkoleni w agitacji i destabilizacji poprzez anonimowe spotkania online prowadzone przez tajnych koordynatorów aktywistów. Dopuścili się brutalnych ataków na agentów ICE setki, jeśli nie tysiące razy, i niewielu z nich kiedykolwiek zostało pociągniętych do odpowiedzialności. To nie jest zachowanie oddolnego ruchu protestacyjnego, to zachowanie armii tajnych agentów ze specjalnymi zabezpieczeniami.

Ważne jest, aby zrozumieć, że „protesty” są w rzeczywistości ściśle skoordynowaną kampanią partyzancką – nie są to szczerzy obywatele korzystający ze swoich praw obywatelskich. Na razie ich deklarowaną motywacją jest powstrzymanie deportacji nielegalnych imigrantów, ale to tylko pretekst do ich powstania. Gdyby ICE zaprzestało działań jutro, opłacani aktywiści po prostu wymyśliliby kolejny pretekst do rozbicia kraju. Ułagodzenie ich niczego nie da.

To wrodzy bojownicy, którzy próbują zapewnić sobie dominację i zwiększyć swoją liczebność poprzez zwracanie na siebie uwagi. Ich celem jest zniszczenie świata zachodniego. Nie można na to pozwolić.

Najprostszym rozwiązaniem byłoby zamknięcie wrogich organizacji pozarządowych przez rząd, jednak instytucje te są chronione przez osobowość prawną i mają takie same prawa konstytucyjne jak poszczególni obywatele. Proces dochodzenia i ścigania ich zajmuje czas – czas, którego nie mamy.

Nawet gdyby Trump wykorzystał ustawę Insurrection Act [1807r., ustawa federalna, która pozwala głowie państwa na użycie wojska i federalizację Gwardii Narodowej na terytorium kraju -AC] i wysłał wojsko, nie ma wystarczającej liczby żołnierzy, aby zamknąć więcej niż kilka amerykańskich miast. Ci, którzy liczą na to, że stan wojenny rozwiąże problem, oszukują samych siebie. W konsekwencji lewicowcy mogą zyskać większe poparcie: stan wojenny byłby dla reszty świata dowodem na to, że administracja jest rzeczywiście „faszystowska”.

Przebieg wojny nie będzie zależał od interwencji rządu, więc nie wstrzymujcie oddechu w oczekiwaniu na skuteczne egzekwowanie prawa. Prawda jest taka, że ​​większość aresztowań aktywistów i tak kończy się ich powrotem na ulicę. Ich aparat wsparcia musi zostać trwale usunięty, albo ONI SAMI muszą zostać trwale usunięci z tego równania.

O wszystkim zadecydują zwykli konserwatyści. Jeśli zorganizują się licznie, jeśli stworzą mechanizm finansowania umożliwiający szybkie przemieszczanie ludzi i zaopatrzenia po kraju, i jeśli opracują odpowiednie wytyczne dotyczące przywództwa i szkolenia, to istnieje szansa na pokój, po prostu prezentując potężny środek odstraszający. Jeśli nie, przynajmniej będą dostępne środki do stłumienia rebelii.

Jeśli konserwatyści zostaną w domu i odmówią ochrony jakiegokolwiek skrawka terytorium za swoją bramą, stracą wszystko. To nieuniknione. Strona, która chce wygrać, zawsze będzie miała przewagę nad stroną, która „chce po prostu by zostawiono ich w spokoju”.

Protesty będą się rozprzestrzeniać na inne miasta, podobnie jak ostatnio w Minneapolis. Organizacje pozarządowe będą próbowały sprowokować kolejne przypadki śmierci aktywistów z rąk agentów federalnych. Im bardziej społeczeństwo nie będzie kontrolowało aktywistów, tym bardziej będą się ośmielać i tym bardziej będą się oni liczyć w przekonaniu, że stanowią większość.

Jeśli protesty utkną w martwym punkcie, ale organizacje nie zostaną zmiażdżone, aktywiści powrócą do zamachów i ataków terrorystycznych w stylu Weather Underground, dopóki nie zdemoralizują społeczeństwa i nie odzyskają sił. Wniosek? Jeśli lewica polityczna naprawdę nie zacznie się BAĆ konsekwencji, to nie zaprzestanie, dopóki nie przeprowadzi własnej czystki „Czerwonego Terroru”.

Efektem końcowym nie będzie „bałkanizacja”. Pomysł ten mógł się sprawdzić podczas pandemii, ale na tym etapie jest już za późno na ‘rozwód’ w całym kraju. Lewicowcy nigdy nie pozwolą konserwatystom żyć w pokoju w stanach republikańskich. Pozwolenie, by miasta Demokratów rządziły całymi stanami, w których przeważają hrabstwa republikańskie, jedynie legitymizowałoby postępowych ekstremistów i zaszkodziłoby sprawie konserwatystów. Ta walka toczy się o cały kraj, a nie o jego fragmenty.

Nie będzie to też wojna „frakcji”. To bzdura w stylu teorii SHTF preppersów. Granice nie mogłyby być bardziej wyraźne. „Fałszywy paradygmat lewicy/prawicy” to martwy relikt ery Rona Paula. Już nie istnieje, przynajmniej nie w odniesieniu do podstawy piramidy. Zdecydowana większość postępowców i Demokratów popiera ekstremizm „przebudzonych” [woke]. Popierają czystkę. Są lojalnymi żołnierzami globalizmu. Jedność z nimi oznacza zniewolenie.

Lewicowcy, globaliści i ich sojusznicy nie będą rozróżniać między MAGA, libertarianami a centrystami. Ostatecznie potraktują każdego jako wroga zasługującego na eliminację. Nie będą też dzielić i walczyć w zwarciu, jak przewidują niektórzy konserwatyści, przynajmniej dopóki najpierw nas się nie pozbędą.

Ostatecznie los Stanów Zjednoczonych i cywilizacji zachodniej spoczywa na kruchych barkach ruchu konserwatywnego, który ma środki do walki, ale niekoniecznie wolę. Wiecznie czekają na idealny scenariusz rodem z Hollywood, w którym będą mogli bronić się z czystym sumieniem w uczciwej walce, będąc ewidentnym i niezaprzeczalnym tym „dobrym facetem”. Wiecznie czekają na idealny moment, by się zbuntować – moment, który nigdy nie nadejdzie.

Patrioci również planowali i trenowali przez dekady pod pretekstem, że konserwatyści będą powstańcami, a nie kontrrewoltą. Kontrrewolta jest o wiele trudniejsza i wymaga znacznie większych zasobów. Ale wiecie co? Nie zawsze wybieracie wojny, w których walczycie. Czasami wojna wybiera was i musicie się dostosować.

Z pewnością są osoby, które zrobią, co w ich mocy. Ja będę wśród nich, podobnie jak wielu moich znajomych. Ale wielkim pytaniem, wielką niewiadomą, nieprzewidywalnym czynnikiem jest to, czy przeciętni Amerykanie masowo wyjdą z domów i dadzą jasny sygnał, że nie będą dłużej tolerować chaosu.

_________________

It’s Time To Accept That Civil War 2.0 Has Already Started, Brandon Smith, February 2, 2026

Więcej: Brandon Smith

Bezpieczeństwo jako kłamstwo, czyli podstawy kontroli cyfrowej

Bezpieczeństwo jako kłamstwo, czyli podstawy kontroli cyfrowej

Autorstwo: Phil Broq
Polskie opracowanie: Jarek Ruszkiewicz

podał: AlterCabrio, 4 lutego 2026

Tożsamość cyfrowa, daleka od prostego narzędzia ochrony, jest niczym innym jak koniem trojańskim, skrywanym w najszlachetniejszych intencjach, ale zaprojektowanym w celu przekształcenia Internetu w rozległy system masowego nadzoru. Weryfikacja wieku, biometria, „zaufani” prywatni pośrednicy… Wszystkie te mechanizmy nie mają na celu ochrony dziecka, lecz śledzenie, monitorowanie i rejestrowanie. Za pomocą tego sztucznego zabezpieczenia, celem jest tak naprawdę wolność słowa, możliwość krytyki i nieszablonowego myślenia. Cel jest jasny: poddać kontroli każde słowo, każdy komentarz, każdą opinię. Państwo bowiem nie boi się seksualizacji w Internecie ani nawet przemocy. Przede wszystkim boi się sprzeciwu, krytyki i swobodnej wymiany myśli. Jeśli dziecko może zmienić płeć bez zgody rodziców, ale musi okazać dokument tożsamości, aby opublikować wiadomość w Internecie, hipokryzja staje się rażąca. Kontrola tożsamości cyfrowej wcale nie chroni, ponieważ jest bronią mającą na celu ograniczenie wolności słowa.

Bezpieczeństwo jako kłamstwo, czyli podstawy kontroli cyfrowej

Tożsamość cyfrowa nie jest środkiem ochronnym. Jest środkiem kontroli. Przedstawiana jako prosta weryfikacja wieku, w rzeczywistości stanowi historyczne zerwanie, w którym po raz pierwszy w historii dostęp do cyfrowego dyskursu publicznego jest uzależniony od potwierdzonej, trwałej i możliwej do śledzenia tożsamości. To nie szczegół techniczny. To zmiana reżimu! Państwo rości sobie prawo do kształtowania sumień od najmłodszych lat, ale żąda dokumentów, by krytykować swoje wybory.

Argument o ochronie dzieci służy tu jako tarcza moralna. Pozwala na przyspieszenie transformacji, której nikt otwarcie nie zaakceptowałby, wraz ze stopniowym odchodzeniem od anonimowości jako normalnego warunku wolności słowa. Kto odważyłby się temu sprzeciwić, skoro mowa o dzieciach? To właśnie ten emocjonalny szantaż sprawia, że ​​manewr ten jest skuteczny – i głęboko nieuczciwy. Tożsamość cyfrowa ma bowiem na celu przywrócenie kontroli tam, gdzie władza ją utraciła. Nie po to, by lepiej rządzić, ale by ograniczyć przestrzeń do wypowiedzi. Chroniona jest nie prawda, lecz oficjalna wersja wydarzeń.

Rząd panikuje

Przeżywamy przełomowy moment, w którym władza przestaje rządzić za zgodą, a zaczyna rządzić za pomocą ukrytego przymusu. Ten moment nigdy nie jest proklamowany, lecz skrywa się za technokratycznym żargonem, ozdabia się wygodnymi cnotami moralnymi, wywołuje sztuczne stany wyjątkowe, by narzucać to, co nieakceptowalne, a przede wszystkim bez debaty. Tożsamość cyfrowa wyłania się właśnie w tym momencie. Nie jest to ani modernizacja administracyjna, ani neutralna innowacja, lecz brutalny akt polityczny, oznaka władzy, która nie może dłużej tolerować wolności słowa, ponieważ ta wolność ją demaskuje, ujawnia jej kłamstwa i demaskuje jej nadużycia. Współczesna władza nie boi się przemocy, nienawiści, ani nawet błędu… boi się inteligencji zbiorowej. Boi się łączenia faktów, pamięci cyfrowej, zdolności obywateli do porównywania narracji, demaskowania oficjalnych sprawozdań, udowadniania niespójności. Internet nie jest już przestrzenią rozrywki; stał się niekontrolowaną areną polityczną. I właśnie dlatego musi zostać zdyscyplinowany, oswojony i zneutralizowany.

Argument o ochronie jako zasłonie dymnej

Ciągle nam się powtarza, że ​​to wszystko „służy ochronie”. Aby chronić dzieci, chronić społeczeństwo, chronić zdrowie, chronić demokrację… Ale za tym nic nieznaczącym słowem, za tą pseudo cnotą kryje się kłamstwo równie okrutne, co systematyczne. Bo „chronić” to w rzeczywistości nic więcej niż semantyczna zasłona dymna, fasada skrywająca nieustanną ekspansję tyrańskiej kontroli technokracji, która stała się niekontrolowana. Słowo to nie oznacza już konkretnych działań w obliczu zagrożenia, lecz przewrotne uzasadnienie masowej inwigilacji w sytuacjach, gdy państwo nie wywiązuje się ze swoich podstawowych obowiązków.

Spójrzmy na fakty, a nie na retorykę. Emmanuel Macron zapowiada zakaz korzystania z mediów społecznościowych dla osób poniżej 15. roku życia, jednocześnie pozwalając tym samym młodym ludziom na swobodną zmianę płci bez zgody rodziców i kosztem ubezpieczeń społecznych. To są priorytety rządu, który deklaruje ochronę, ale w rzeczywistości pozwala na rozpad rodzin i cierpienie dzieci w niedofinansowanych i nadużywających instytucjach. Kiedy państwo twierdzi, że chroni, odbierając dzieci rodzinom w imię ich bezpieczeństwa, żałośnie zawodzi w zagwarantowaniu tego właśnie bezpieczeństwa. Przemoc, nadużycia, prostytucja, zaginięcia… Wszystko jest udokumentowane, wszystko jest znane, wszystko jest zgłaszane, ale zasoby, by je chronić, nie istnieją. Tam, gdzie ochrona wymagałaby politycznej odwagi i zasobów ludzkich, państwo odwraca wzrok i ucieka się do szarady bezpieczeństwa całkowicie oderwanej od rzeczywistości.

Edukacja seksualna jest narzędziem manipulacji

Od masturbacji w wieku 4 lat, przez fellatio [ sprawdziłem : to podobno „robić loda” md] w wieku 6 lat, po sodomię w wieku 9 lat – wszystko jest na miejscu, aby przygotować młodych ludzi do świata, w którym seksualność nie będzie już sprawą intymną, lecz normą narzucaną przez alienującą machinę edukacyjną. Państwo nie dąży do edukacji, lecz do warunkowania. Przygotowuje młodych ludzi do akceptacji, normalizacji, podporządkowania, jednocześnie przedstawiając cyfrową anonimowość jako zagrożenie, które należy wykorzenić. Nie chodzi tu o edukację, ale o podstępną manipulację całego pokolenia.

Wbrew oficjalnym oświadczeniom, w tym systemie nie ma prawdziwej ochrony dla dzieci; jedynie jej pozory. Nigdy wcześniej dzieci nie były tak narażone, tak bezbronne, tak poddawane siłom pozostającym poza ich kontrolą. Struktury mające je chronić są sparaliżowane, kontrole zawodzą, raporty są ignorowane, a odpowiedzialność rozmywa się w tchórzliwej biurokracji. Państwo jest słabe wobec potężnych – upadających instytucji, sieci przestępczych, drapieżników, interesów ekonomicznych – ale bezwzględne wobec bezbronnych, których monitoruje, kategoryzuje i przymusza pod pozorem ochrony. Zamiast chronić rzeczywiste środowiska – rodziny w potrzebie, domy zastępcze, szkoły – przenosi przemoc do sfery cyfrowej, gdzie dziecko staje się danymi, profilem, celem statystycznym. Państwo twierdzi, że chroni dzieci, śledząc ich tożsamość, podczas gdy w rzeczywistości jeszcze bardziej je naraża, centralizując ich informacje, czyniąc je podatnymi na eksploatację, hakowanie i łatwe do nadużycia. Takie zarządzanie nie chroni dzieci; czyni je bardziej bezbronnymi. Nie zwalcza prawdziwych zagrożeń; Omija je, aby lepiej je kontrolować. A pod pretekstem bezpieczeństwa buduje świat, w którym dzieci nie są ani bronione, ani wysłuchiwane, lecz jedynie administrowane.

Tożsamość cyfrowa to koń trojański

Tożsamość cyfrowa, daleka od prostego narzędzia ochrony, jest niczym innym jak koniem trojańskim, skrywanym w najszlachetniejszych intencjach, ale zaprojektowanym w celu przekształcenia Internetu w rozległy system masowego nadzoru. Weryfikacja wieku, biometria, „zaufani” prywatni pośrednicy… Wszystkie te mechanizmy nie mają na celu ochrony dziecka, lecz śledzenie, monitorowanie i rejestrowanie. Za pomocą tego sztucznego zabezpieczenia, celem jest tak naprawdę wolność słowa, możliwość krytyki i nieszablonowego myślenia. Cel jest jasny: poddać kontroli każde słowo, każdy komentarz, każdą opinię. Państwo bowiem nie boi się seksualizacji w Internecie ani nawet przemocy. Przede wszystkim boi się sprzeciwu, krytyki i swobodnej wymiany myśli. Jeśli dziecko może zmienić płeć bez zgody rodziców, ale musi okazać dokument tożsamości, aby opublikować wiadomość w Internecie, hipokryzja staje się rażąca. Kontrola tożsamości cyfrowej wcale nie chroni, ponieważ jest bronią mającą na celu ograniczenie wolności słowa.

Państwo bezsilne i tyrańskie

Wczoraj skanowaliśmy kod QR, żeby wejść do kawiarni. Dziś chodzi o to, żeby opublikować post w mediach społecznościowych. Jutro będzie to po to, żeby zaistnieć społecznie. To, co miało być tymczasowe, stało się strukturalne. To, co miało być celem ataków, stało się uniwersalne. To, co miało być problemem zdrowotnym, stało się polityczne. Przemoc domowa, nadużycia w instytucjach opieki nad dziećmi i wszelkiego rodzaju wykroczenia pozostają niewidoczne, i w dużej mierze bezkarne. Ale gdy tylko odważysz się podnieść głos sprzeciwu, gdy tylko komentarz został uznany za niepokojący, państwo rozpościera cyfrowe armie, aby cenzurować, śledzić i karać. Sprzeczność jest rażąca! Państwo jest bezsilne tam, gdzie powinno zapewnić bezpieczeństwo, ale staje się tyranem tam, gdzie może monitorować. Anonimowość nie jest zagrożeniem; jest istotą sprzeciwu. Ale właśnie tego państwo nie może tolerować.

Bruksela i cenzura pod płaszczykiem demokracji

Tyrańska technokracja w Brukseli, spanikowana w obliczu narastających protestów społecznych, wdraża coraz bardziej rygorystyczne mechanizmy kontroli. Tożsamość cyfrowa to nie tylko narzędzie; to broń! Broń służąca do kneblowania mowy, zamykania myśli w klatkach, zniewalania wolności pod płaszczykiem demokracji.

Tożsamość cyfrowa nie jest zatem odpowiedzią na konkretne zagrożenie, lecz raczej infrastrukturą, fundamentem, bazą zaprojektowaną tak, by z czasem można ją było rozbudowywać, przekierowywać i poddawać recyklingowi. Wczoraj uzasadniano ją pretekstem zdrowia publicznego. Dziś kryje się za moralnością publiczną. Jutro może przekształcić się w polityczne narzędzie całkowitej kontroli. Legalna, prawdziwie demokratyczna władza nie musi wiedzieć, kto mówi, ani tropić tożsamości kryjącej się za każdym słowem. Nie boi się anonimowości. Władza demokratyczna szanuje nieporządek, nieprzewidywalność wolności słowa, ponieważ wie, że siła prawdziwej debaty tkwi w niepewności. Ale kiedy państwo woli śledzić zamiast przekonywać, identyfikować zamiast reagować, warunkować zamiast debatować, przestaje chronić demokrację. Chroni własne wpływy!

Niewidzialne więzienie

Tożsamość cyfrowa nie gwarantuje bezpieczeństwa; jest niewidzialnym więzieniem. Gdy tylko każde słowo zostanie namierzone i powiązane z daną osobą, obywatele cenzurują się. Przewidują karę, ograniczają swoje wypowiedzi i porzucają złożoność myśli, by dostosować się do normy. Najgroźniejszą formą kontroli nie jest ta, która uderza, ale ta, która kształtuje umysły. Przekształca debatę w wąski korytarz, sprzeciw w niewidzialne przestępstwo, a pamięć zbiorową w monitorowaną bazę danych. Państwo nie jest już podmiotem ochrony ani perswazji. Stało się strażnikiem. Strażnikiem umysłu, zanim jeszcze stanie się strażnikiem ciał.

Koniec wolności

To nie koniec przemocy ani nienawiści; to koniec wolności słowa, ujawniania prawdy. To nie koniec zagrożeń w Internecie; to koniec demokratycznej nieprzewidywalności. Dzieci są narażone, instytucjonalna ochrona nie istnieje, ale machina kontroli mowy pracuje pełną parą. Każdy obywatel jest podejrzany. Każde słowo staje się kompromitujące. Każda myśl musi zostać zalegalizowana. Pytanie nie brzmi: „Czy masz coś do ukrycia?”. Pytanie brzmi: „Jak daleko pozwolisz, zanim będziesz musiał poprosić o pozwolenie na głośne myślenie?”.

Tam, gdzie dane papierowe narzucały materialne przeszkody, opóźnienia i ograniczenia fizyczne, które utrudniały masowe gromadzenie danych i czyniły je kosztownymi, dane cyfrowe są teraz dostępne na cztery wiatry. Scentralizowane, połączone i przechowywane zdalnie, stają się natychmiast dostępne dla każdego, kto wie, jak sforsować cyfrowe drzwi – hakerów, cyberprzestępczych mafii, obcych mocarstw czy złośliwych instytucji. To, co kiedyś wymagało czasu, zasobów i ryzyka, jest teraz realizowane na masową skalę, po cichu, za pomocą kilku linijek kodu. Digitalizacja nie wzmocniła bezpieczeństwa; wyeliminowała tarcia, zniosła bariery i przekształciła każdego obywatela w potencjalny cel. A państwo, niezdolne do ochrony danych, których gromadzenia domaga się coraz więcej, nadal twierdzi, że to ciągłe ujawnienie jest postępem. To nie modernizacja; to zorganizowane ujawnienie.

A zatem NIE!

Tożsamość cyfrowa to nie postęp, lecz początek staczania się w stronę totalitaryzmu. Nie mówimy już o ochronie danych, lecz o jawnej grabieży. Od agencji zatrudnienia po Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, od banku pocztowego po Narodowy Fundusz Zdrowia – żadne z naszych danych osobowych nie są już bezpieczne. A jednak mamy wierzyć, że ta digitalizacja i wszechobecna kontrola tożsamości to rozwiązanie wszystkich naszych problemów, panaceum XXI wieku.

Prawda jest jednak taka, że ​​jest to milczący akt oskarżenia ze strony państwa wobec obywateli. To wypowiedzenie wojny pamięci, krytyce, wolności. Technologia cyfrowa niczego nie chroni; podporządkowuje sobie wszystko. Ujawnia kruchość władzy, która, niezdolna do wypełniania swoich podstawowych funkcji, decyduje się na rządzenie poprzez kontrolę, zanim jeszcze spróbuje przekonać. Bo raz uwięzieni w tym cyfrowym kaftanie bezpieczeństwa, jednostki nie mają już żadnego środka odwoławczego. Ich głosy są śledzone, ich tożsamość sprowadzana do liczb, ich myśli ograniczane do tego, co wolno im mówić. Nie chodzi tu o ochronę, ale o zniewolenie. Nie chodzi o umacnianie wolności, lecz o jej uwięzienie. Ta siła, niezdolna do ochrony, woli rządzić poprzez neutralizowanie umysłu, zanim odważy się zaatakować samą ludzkość.

___________________

Autorstwo: Phil Broq
Polskie opracowanie: Jarek Ruszkiewicz

Ilustracja: BrianAJackson (pl.DepositpPotos.com)
Źródło zagraniczne: Jevousauraisprevenu.blogspot.com

Źródło polskie: WolneMedia.net

Więcej: digital ID

Niedziela: Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

8.02.2026 Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

4/02/2026 przez antyk2013

Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu

BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!

==================================

WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.

Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).

Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie:  Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w  ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).

Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był  j e d y n ą  Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści.

Jedzmy brokuły. Smaczne i zdrowe. Dr. Malone zachęca.

Well Being: Broccoli, A True Superfood

and why you should eat more of it. A lot more of it.

DR. ROBERT W. MALONE FEB 4

We have all heard the phrase “eat your greens.” Well, it turns out that some greens are healthier than others. Probably at the top of the list as the healthiest produce you can eat is broccoli.

Broccoli’s reputation as a cancer-fighting food isn’t based on vague “antioxidant” claims, but on a few very specific compounds and how the body uses them. The most important one is sulforaphane. Interestingly, broccoli doesn’t store sulforaphane in ready-to-use form. Instead, it contains a natural compound called glucoraphanin, which converts to sulforaphane when broccoli is chopped, chewed, or sprouted. That change happens with the help of a natural enzyme found in raw broccoli, and it’s especially active in young broccoli sprouts.

Once sulforaphane is formed, it works less like a vitamin and more like a signal. It switches on the body’s own cleanup and defense systems, helping cells neutralize and clear out potentially harmful substances before they can damage DNA. Rather than chasing damage after it happens, sulforaphane helps the body stay ahead of the problem, which is why it has attracted so much attention in cancer prevention research.

Sulforaphane also appears to help keep cell growth in check. In studies, it has been shown to slow down the growth of abnormal cells and, in some cases, help trigger the natural process that tells damaged cells to shut themselves down. Notably, it tends to place more stress on unhealthy cells than on normal ones. Researchers have also found that it can influence how genes are turned on and off, helping cells that have gone off course behave more normally again.

Beyond sulforaphane, broccoli contains other helpful plant compounds. Some support healthy hormone balance – like DIM, which is why cruciferous vegetables are often studied in relation to breast and prostate health.

Broccoli also provides vitamins and minerals that support immune function and DNA repair. These nutrients play supporting roles, but together they help explain why broccoli, and especially broccoli sprouts, consistently show up as standout foods in long-term health research.

In short, broccoli’s cancer-fighting reputation is grounded in biochemistry, not myth. It does not “kill cancer” outright, but it supports detoxification, epigenetic regulation, hormonal balance, and cellular self-repair in ways that plausibly reduce cancer risk over time. It is food functioning less like a vitamin pill and more like a biological signal, nudging the body toward resilience rather than reacting after damage is done.

Organic

I know people get tired of hearing that they should buy organic produce. But here’s the thing about growing broccoli: everything, every plant-loving insect loves some broccoli. As a gardener, I have never had a broccoli crop that wasn’t attacked by aphids. No matter what region of the country we lived in. Due to insect pressure, broccoli often receives multiple insecticide applications each season, sometimes weekly during periods of high pest pressure. These can include synthetic pyrethroids, neonicotinoids, spinosad, and diamides.

Broccoli consistently ranks in the middle to upper tier for insecticide residues among vegetables. It is not as residue-heavy as strawberries or leafy greens like spinach, but when tested for residue, it has more insecticide residue than root crops or fruits with thick peels.

In contrast, broccoli sprouts almost never show pesticide, herbicide, or insecticide residues in monitoring data. They are grown indoors, harvested quickly, and avoid the entire insect-control cycle. From both a nutritional and residue-exposure standpoint, sprouts concentrate the benefits while largely skipping the downsides. However, finding broccoli sprouts being sold in a conventional grocery store can be problematic, to say the least.

Cooking

Cooking broccoli doesn’t destroy its healthy compounds so much as it changes how well your body can use them. The key protective compound, sulforaphane, is made from a precursor called glucoraphanin, which is fairly heat-stable. Light steaming preserves most of it, and even roasting or stir-frying doesn’t do much damage. Boiling is the main problem because glucoraphanin can simply leach into the cooking water. What cooking reliably destroys is the enzyme needed to convert glucoraphanin into sulforaphane. So cooked broccoli may still contain the raw materials, but much less of the finished, beneficial compound.

This same issue shows up in supplements. Most broccoli seed extract supplements don’t contain sulforaphane itself, but rather glucoraphanin from broccoli seeds. Some supplements rely on gut bacteria to do the conversion, which works well for some people and poorly for others. 

Higher-quality products often include a natural enzyme source, such as mustard seed, to improve conversion reliability. When a label talks about “sulforaphane potential,” it usually means the precursor, not sulforaphane itself. 

The key thing in mustard seed that boosts bioavailability is myrosinase.

Myrosinase is a natural plant enzyme that acts like a switch. On its own, broccoli (and broccoli supplements) mostly contains a precursorcompound, not the finished, protective one people care about. Myrosinase is what flips that precursor into its active form. Raw mustard seed happens to be one of the richest, most reliable sources of active myrosinase, and unlike broccoli’s enzyme, it survives storage and processing surprisingly well.

So broccoli seed extract or naturally sourced glucoraphanin supplements also need to contain Myrosinase, often derived from mustard seeds.

Above is the particular brand that Robert and I take (this is not a paid product endorsement), but a warning – broccoli seed extract isn’t cheap. The product is third-party tested:

  • 3rd Party Contents Certified: This product has been third-party tested and certified to verify what’s in the package matches what’s on the label

Although glucoraphanin can be made in a lab, it’s too complex and expensive to produce for everyday supplements. Nearly all consumer products use plant-derived extracts instead. In real life, the limiting factor isn’t how much glucoraphanin you consume, but whether it gets converted. Cooked broccoli can still help when paired with foods like mustard or raw cruciferous vegetables, while supplements vary widely in how well they address this conversion step. Raw broccoli sprouts naturally solve this problem by providing both pieces together. 

Grow your own Broccoli Sprouts

Broccoli sprouts get so much attention because of their high concentration of glucoraphanin. Young sprouts can contain tens of times more glucoraphanin than mature broccoli heads, making them an unusually dense dietary source of sulforaphane potential.

Growing broccoli sprouts at home is surprisingly simple, and the payoff is outsized.

Above are some of the types of sprouting jars available on Amazon. 

A note on sprouting jars. For years, we have had a favorite sprouting system that features a tower setup, where water is poured into the top and drains into the other chambers. This allows the young sprouts to get plenty of aeration and prevents overcrowding. A similar stainless steel model is now available (top left photo), and since our decade-old sprouting system is plastic, we have just ordered one. 

How to sprout:

Sprouting broccoli is a great thing to do in the winter, as it is all done indoors and requires no special tools. Start with good organic seeds, which are readily available and modestly priced online. Start by soaking one to two tablespoons of organic broccoli sprouting seeds, which are easily obtained online, in a wide-mouth mason jar, covering them with cool water and letting them sit for six to twelve hours. Overnight works perfectly. 

After soaking, drain the water completely, rinse the seeds with fresh cool water, and drain again. The easiest option at this point is to use a sprouting jar or setup, but if you don’t have one, a wide-mouthd mason jar will do. Just set the jar at a slight angle in a bowl so excess moisture can escape. This balance of moisture and airflow is key; sprouts want hydration, not stagnation.

Over the next three to five days, rinse and drain the seeds two to three times daily, keeping the jar in a dark, cool spot such as a kitchen cabinet. During this short window, the seeds undergo a dramatic transformation. As they sprout, broccoli seeds generate exceptionally high levels of sulforaphane, a sulfur-containing compound linked in the research literature to cellular detoxification, reduced inflammation, improved insulin sensitivity, and activation of the body’s own antioxidant defenses. Gram for gram, young broccoli sprouts can contain many times more sulforaphane than mature broccoli heads, making them one of the most nutrient-dense foods you can grow on a countertop.

Around day four or five, you can move the jar into indirect sunlight for a few hours if you’d like the sprouts to green up and develop chlorophyll. This step isn’t strictly necessary for nutrition, but it does add color and a fresher flavor. The sprouts are ready to harvest once they reach about an inch in length and have tiny green leaves. Give them a final rinse, drain thoroughly, and dry them gently on paper towels before storing. Once harvested, broccoli sprouts keep well in a sealed container in the refrigerator for up to five days. 

Broccoli sprouts are best eaten raw or added to foods after cooking, since heat can reduce their benefits. They can be sprinkled onto eggs, salads, soups, grain bowls, or sandwiches, much like a fresh herb or garnish. Pairing them with a little fat, such as olive oil or eggs, and even a small amount of mustard or mustard seed can help your body make better use of their protective compounds.

Grown this way, they deliver fresh enzymes, bioavailable micronutrients, and potent phytonutrients with almost no effort, no soil, and no special equipment; a rare example of food that is both humble and genuinely powerful.

To nie szczury doprowadziły brytyjską firmę informatyczną do bankructwa – lecz zielony obłęd…

Szczury doprowadziły brytyjską firmę do bankructwa

magnapolonia/szczury-doprowadzily-brytyjska-firme-do-bankructwa/

Historia angielskiej firmy G.Network brzmi jak potencjalny mem z internetu, ale właśnie w tak absurdalny sposób – poprzez masowe uszkodzenia kabli spowodowane przez szczury – jeden z ambitniejszych brytyjskich operatorów światłowodowych został postawiony na skraj upadku. Prawdziwą przyczyną krachu, jest jednak zaufanie pseudoekologii.

==========================================================

Szczury doprowadziły brytyjską firmę do bankructwa. G.Network, operator szerokopasmowego internetu skoncentrowany na aglomeracji londyńskiej, od kilku lat budował własną sieć światłowodową. Firma deklarowała, że jej światłowody i infrastruktura są zaprojektowane zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju – m.in. poprzez wykorzystanie tzw. „biodegradowalnych” osłon kabli, wykonanych na bazie materiałów roślinnych, takich jak soja i kukurydza.

Problem polegał na tym, że te osłony – zamiast chronić sieć przed czynnikami środowiskowymi – stały się… pożywieniem dla miejskich gryzoni. Szczury, które od lat żyją w londyńskich tunelach i kanałach, okazały się wrażliwe na zapach i strukturę biodegradowalnych komponentów. Krótko mówiąc: zaczęły systematycznie obgryzać osłony kabli, doprowadzając do ich masowych uszkodzeń.

Operator już wcześniej borykał się z dużym zadłużeniem – jego bilans wykazywał około 300 mln funtów długu, a liczba aktywnych abonentów oscylowała wokół 25 tysięcy klientów. W realiach jednego z najdroższych rynków europejskich był to model, który nie był w stanie samodzielnie utrzymać kosztownej infrastruktury.

W obliczu narastających problemów i kosztów napraw infrastruktury firma została postawiona w stan administracji, co w brytyjskim prawie odpowiada procedurze zbliżonej do bankructwa. Ostatnią nadzieją dla G.Network miało być przejęcie aktywów przez konkurencyjnego operatora – firmę Community Fibre. Jednak po wstępnej analizie technicznej potencjalny nabywca zrezygnował z transakcji. Głównym powodem było odkrycie, że sieć została poważnie uszkodzona przez szczury, a zatem jej naprawa wymagałaby ogromnych nakładów.

Szef Community Fibre przyznał w rozmowie z „The Telegraph”, że problem ze zjadanymi kablami był poważniejszy, niż początkowo się wydawało, a naprawa całej infrastruktury byłaby zbyt kosztowna i logistycznie skomplikowana. Dodatkowo sieć G.Network była w wielu miejscach prowadzona pod jezdniami zamiast pod chodnikami, co zwiększało koszty i utrudniało dostęp do kabli. Każda naprawa oznaczała konieczność zamykania pasów ruchu, generowania korków i negocjacji z władzami lokalnymi – co tylko potęgowało koszty i czyniło projekt jeszcze mniej atrakcyjnym dla inwestorów.

Upadek G.Network stał się dla wielu branżowych obserwatorów lekcją złożoności projektów infrastrukturalnych: ekologiczne podejście – choć pożądane – musi uwzględniać realne warunki środowiskowe i miejskie. Materiały biodegradowalne, które pod kątem marketingowym wydają się korzystne, w praktyce okazały się podatne na zniszczenia, które ostatecznie przewyższyły korzyści ekologiczne. Przyszłość G.Network pozostaje niepewna, a zadanie naprawy sieci – jeżeli w ogóle możliwe – stoi przed nowymi potencjalnymi nabywcami jako poważne wyzwanie.

NASZ KOMENTARZ: Tak się kończy zaufanie pseudo-ekologii. O tym samym przekonał się już niejeden właściciel „elektryka”, którego pojazd dokonał samozapłonu, stojąc zgaszony w garażu.

Sukces nakrętek: Na Kubie historyczny rekord zimna

Oblicza globalnego ocielenia. Rekord zimna na tropikalnej wyspie

3.02.2026 nczas/oblicza-globalnego-ocielenia-rekord-zimna-na-tropikalnej-wyspie/

NCZAS.INFO | Kuba. Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay
| Kuba.

Na Kubie odnotowano we wtorek o świcie 0 st. C, co jest najniższą temperaturą w historii tego karaibskiego kraju – poinformował Kubański Instytut Meteorologiczny. Rekordowe „zimno” stwierdzono w zachodniej prowincji Matanzas, niedaleko stolicy – Hawany.

„Stacja meteorologiczna Indio Hatuey zarejestrowała temperaturę 0 stopni Celsjusza, czyli punktu zamarzania, co zdarzyło się po raz pierwszy na terytorium Kuby i jest rekordem kraju” – poinformowali kubańscy meteorologowie na Facebooku.

Poprzedni rekord najniższej temperatury na Kubie został ustanowiony w 1996 roku w sąsiedniej prowincji Mayabeque i wynosił 0,6 st. C.

We wtorek nad ranem lokalne Centrum Meteorologiczne prowincji Matanzas potwierdziło obecność szronu na uprawach w rejonie Indio Hatuey.

Kuba prowadzi zapisy meteorologiczne od połowy XIX wieku, chociaż najbardziej wiarygodne dane pojawiły się w drugiej połowie XX wieku. Według kubańskich meteorologów nietypowy spadek temperatur na tej tropikalnej wyspie jest spowodowany nadejściem bardzo intensywnego chłodnego frontu znad Ameryki Północnej, który przyniósł masę polarnego powietrza w okolice Karaibów.

Czemu ciągłe przemilczanie Zbrodni w Ponarach??

Dlaczego prezydent Nawrocki nie złożył w niedzielę wieńca w Ponarach?

Autor: Ewaryst Fedorowicz , 31 stycznia 2026

Dlaczego prezydent Nawrocki nie złożył w niedzielę wieńca w Ponarach?

Już odpowiadam: bo mu nie wolno.


Gdyby mu wolno było – to by złożył, wszak nie tylko historykiem jest, który dokładnie wie, że niezłożenie wieńca w Ponarach jest odwróceniem się ….plecami (staram się być uprzejmym) do prawdy, ale i polskim patriotą, który wie, że takie ominięcie szerokim łukiem Ponar, jest w najgorszym, antypolskim stylu.

Ale, jak wspomniałem, skoro mu nie wolno – to nie złożył i nie złoży.
Zresztą, taka to, magdalenkowa, prezydencka tradycja.

Nie złożył Wałęsa, bo wiadomo kto zacz, nie złożył Kwaśniewski – co oczywiste, nie złożył Kaczyński – bo brat też by nie złożył,
Złożył Duda – i za to należy mu się uznanie.
Że zapomniałem o Komorowskim ?
Ja stary jestem, ale pamięć mam wciąż dobrą: otóż Komorowski ponoć złożył, bo tam jego stryj spoczywa, ale złożył jako marszałek sejmu.
Ot – zaskoczenie, czyż nie?

***
Co to takiego te Ponary?
Jak by tu odpowiedzieć krótko i zrozumiale zarazem?

To taka wileńska Piaśnica.
Co, nie wiecie co to Piaśnica?
No tak.
To inaczej: to takie wileńskie Palmiry.
Znów za trudne?

A jak powiem, że to taki wileński Katyń?
Ufff… tu chyba ktoś (jeszcze) jarzy.
Tak, to taki wileński Katyń.

Tylko, że w tym wileńskim Katyniu, nie ma imponującego cmentarza, a skromny pomnik ufundowany przez wileńskich Polaków jeszcze w 1990  roku, zaś rząd RP, przez ponad 30 lat  wysilił się na płyty, z wyrytymi nazwiskami ułamka polskich ofiar, rozstrzelanych nad tymi dołami śmierci, po bestialskich śledztwach.


Nie ma też napisu, kto te tysiące Polaków wymordował.

No i tu ja zaczynam rozumieć wszystkich post-magdalenkowych prezydentów, że im tych wieńców składać w Ponarach – nie wolno.

Otóż, mordercami tysięcy wileńskich Polaków, byli Litwini.

Z ludobójczej formacji Ypatingas Burys, wysługującej się Niemcom.

Wileńscy Polacy nadali tym, budzącym grozę i siejącym śmierć litewskim ludobójcom, nazwę „strzelcy ponarscy”

***
I jeszcze jedno: 38 milionowa, powstała z kolan Polska, przez 37 lat nie pofatygowała się, żeby ustalić liczbę pomordowanych tam przez Litwinów, wileńskich  Polaków.

Według różnych źródeł, Litwini zamordowali w Ponarach:

1/ kilkanaście tysięcy niewinnych Polaków, prawdopodobnie około 20 tys.

2/Liczbę ofiar wśród Polaków szacuje się na 8 tysięcy.

3/ znamy tożsamość jedynie 406 ofiar narodowości polskiej
i liczbę 1020 zamordowanych Polaków (to akurat z okupacyjnej depeszy polskiego państwa podziemnego do Londynu
rozmowa z dr hab. dr hab. Moniką Tomkiewicz z Biura Badań Historycznych IPN,

4/ Szacuje się, że wśród ofiar było od kilku do kilkunastu tysięcy Polaków, (AI)

***

Tu wrócę do Palmir, gdzie Niemcy rozstrzelali prawie 2000 Polaków:

nawet jeśli Litwini rozstrzelali w Ponarach 1200 Polaków (co jest informacją oczywiście niepełną), to przy porównaniu przedwojennych populacji Warszawy (1 350 000) i Wilna (200 tys.) daje obraz skali tej, litewskiej zbrodni.

Ujmę to tak: przez (niedawnych) 8 długich lat rządów nowogrodzkich, zawodowych patriotów, IPN, za którym ponoć stało Państwo Polskie, gdyby chciał, ustaliłby w sposób maksymalnie precyzyjny, ilu Polaków zamordowali Litwini.

Bo dla tak potężnej instytucji, będącej (jak teraz słychać przy okazji obcięcia jej przez Tuska budżetu) oczkiem w głowie Nowogrodzkiej, wysłanie do Wilna, z mandatem Państwa Polskiego, grupy naukowców, którzy, wyposażeni we wszelkie potrzebne pełnomocnictwa i  środki, dokonaliby kompleksowej kwerendy we wszelkich, dostępnych archiwach, to nic trudnego.

Trzeba tylko było chcieć.
No właśnie.

***

Otóż, prezydentów mamy, jakich mamy i lepszych mieć nie będziemy.
Bo nie.
Ale są jeszcze nad Wisłą –  Zwykli Polacy (dużą literą piszę, bo tak).

I co w kwestii Ponar robią Zwykli Polacy?

Przed wyjazdem do Wilna, kupują biało-czerwoną wstążkę.

Całą dłuuugą rolkę, żeby jeszcze na wiele polskich
grobów wystarczyło.
I znicze – takie czerwone, z białym orłem, w koronie

Potem jadą do Ponar, gdzie na pomniku zawiązują wstążkę (o nożyczkach nie zapomnieć!), zapalają znicze, pomodlą się, podumają.

|
To właśnie ta długa, wąska wstążka

I dalej, na kolejne, polskie cmentarze i cmentarzyki na Wileńszczyźnie pojadą.

A ponieważ, do prezydenta Nawrockiego jakiś tam cień sympatii mają (w końcu przynajmniej nie jakiś, za przeproszeniem, szpagatowy inteligent, a kawał chłopa), to tak sobie myślą, żeby przy następnym wyjeździe na Wileńszczyznę, złożyć tam wiązankę (no przecież w Wilnie da radę kupić) do której przyczepią, przywiezioną z Polski szarfę, z napisem:

„W zastępstwie Prezydenta RP – Zwykli Polacy”

PS
Należy się wytłumaczenie, dlaczego prezydentowi Nawrockiemu złożyć wieńca w Ponarach nie było (i nie będzie) wolno:

Trumna Giedrojcia mu zabroniła.

bronislawkomorowski.org/korsarz-mial-misje-wpadl-zasadzke-rodzina-poprosila-o-pomoc-zyda-ak/

ponary.pl/zbrodnia-w-ponarach

gdansk.pl/wiadomosci/Gdansk-upamietnil-ofiary-zbrodni-ponarskiej-Naiwnie-myslelismy-ze-wojna-nie-wroci-do-Europy

/archiwum.ipn.gov.pl/pl/publikacje/ksiazki/12515,Zbrodnia-w-Ponarach