Parlament Eur.: Grawitacja jest „koncepcją kulturową”, a nie zjawiskiem fizycznym

Co jeszcze mógłby przegłosować euro-parlament?

Krystian Kratiuk pch24.pl/kratiuk-co-jeszcze-moglby…

W Parlamencie Europejskim doszło do głosowania nad tym, czy tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę. Wyniki są szokujące – oczywiście dla tych z nas, którzy nie wierzyli, że absurdy genderowej polit-poprawności zaszły tak daleko.

Otóż 233 eurodeputowanych opowiedziało się przeciwko tej oczywistej prawdzie, 200 było „za” a 107… wstrzymało się od głosu.

Uważam, że europarlament czym prędzej powinien odrzucić w głosowaniu i inne faszystowskie tezy, oczywiście dla ochrony mniejszości, większości, przyzwoitości a może nawet godności planety, kosmosu i bigosu.

Otóż należy czym prędzej przegłosować, że:

– grawitacja jest „koncepcją kulturową”, a nie zjawiskiem fizycznym;

– Księżyc nie jest ciałem niebieskim, tylko słońcem widzianym z drugiej strony;

– matematyka jest „subiektywnym systemem narracyjnym”, więc 2+2 może mieć różne wyniki zależnie od kontekstu, geografii, kultury i rzecz jasna płci;

– biologia jako nauka nie opiera się na obserwowalnych cechach organizmów, ale na deklaratywnych definicjach; (w tym wypadku oczywiście należy rychło opracować techniki pozwalające na zebranie deklaracji płci, rasy i gatunku od psów, kotów, ślimaków oraz paprotek);

– prawa fizyki są wyłącznie „eurocentrycznym konstruktem opartym na patriarchacie” i należy je redefiniować w dokumentach politycznych;

– prawa termodynamiki obowiązują wyłącznie w określonych kontekstach kulturowych;

– mapa Europy powinna być stale „reinterpretowana”, gdyż granice geograficzne są zbyt obiektywne;

– noc i dzień to „tradycyjne narracje astronomiczne”, i w zależności od potrzeb można je redefiniować administracyjnie;

– woda nie musi być definiowana jako H₂O, lecz jako „subiektywnie doświadczana ciecz”;

– liczba kilometrów między miastami zależy od indywidualnych odczuć podróżnego;

– eksperymenty naukowe wymagają „równowagi narracyjnej”, a nie powtarzalności wyników;

– geometria euklidesowa jest „preferencją systemową”, a nie opisem przestrzeni;

– wprowadzenie pojęcia „pluralizmu fizycznego”, gdzie równolegle uznaje się sprzeczne modele rzeczywistości jako równie prawdziwe;

No i, co się rozumie samo przez się, można by też zagłosować w Sejmie w uśmiechniętej Polsce. Należałoby – w zależności od potrzeby chwili – przegłosować, że np. Roman Giertych jest niski a Jarosław Kaczyński wysoki.

A teraz, przez chwilę, na poważnie. W najnowszych analizach socjologów widać zwiększenie eurosceptycyzmu Polaków, do tej pory najbardziej euro-entuzjastycznych na świecie. Mimo, iż nadal zdecydowana większość sprzeciwia się opuszczeniu Unii, poparcie dla wyjścia z UE osiągnęło najwyższe poziomy od lat (ok. co czwarty Polak popiera „pol-exit”). Ciekawe dlaczego.

Krystian Kratiuk

Wszechobecna niedorzeczność

Szanowni Państwo! 
Oto siódmy w tym roku SOBOTNIK, wraz z DUCHEM CZASU. 
Z pozdrowieniami
Małgorzata Todd

www.mtodd.pl mtodd@mtodd.pl


Wszechobecna niedorzeczność   7/2026(761)

     Mówić przez półtorej godziny, jak się nie ma nic do powiedzenia, to talent, z którym trzeba się urodzić. Taki „mistrz” bierze na warsztat sławną postać, jak np. Kuklińskiego, lub znaną aktorkę i powtarza w kółko kilka tych samych zdań, jakie można przypisać każdemu. Niekiedy, już na samym początku, proponuje, żeby go „polubić”, zanim się go pozna, bo jak poznasz, to możesz nie polubić.

     Tak działają różni pseudo: publicyści, dziennikarze, artyści i politycy. Ci ostatni są najgroźniejsi, bo od nich dużo zależy, nawet jeśli kłamią tak otwarcie, jak Tusk. Teraz próbują właśnie „umoczyć” nas na miliardy, które spłacać będą jeszcze nasze wnuki. Za te nasze pieniądze Niemcy znowu chcą się zbroić. Wywołali dwie wojny światowe, które przegrali formalnie, ale co nam ukradli, to ich, więc wiedzą jak to się robi. Zamiast płacić, oni nam reparacje, to my im mamy płacić kolejną kontrybucję, jak w Generalnej Guberni.
     I to niestety, nie jest jakaś tam niedorzeczność, a kolejny szwabski plan rozbioru Polski.

Winien, czy ma?

‒ Gubię się w tych rachunkach – powiedziała Małgorzata.

‒ Zawsze podejrzewałem księgowych o machlojki – przyznał DUCH CZASU. – Samo nazewnictwo wygląda, jak rodem z mafii.

‒ Właśnie, w tym rzecz. Też nie rozumiem tego nazewnictwa. Czy jak „mam”, to znaczy, że jestem „winna”?

‒ Na to wygląda, co więcej, masz praktycznie tylko to, co i tak jesteś winna, czyli tak, czy siak posiadaczem jest zawsze ktoś inny.

‒ Bank?

‒ Dawniej bank przechowywał pieniądze depozytorów, za co im płacił i udzielał z nich kredytów, za co kredytobiorcy płacili – zauważył DUCH CZASU. ‒ Teraz dopisuje sobie zera, a tobie każe za nie płacić.

‒ Poczekajmy jak zlikwidują gotówkę, wówczas za jednym pociągnięciem będzie można pozbawić pieniędzy każdego nieprawomyślnego obywatela.

‒ Po to właśnie brukselscy biurokraci jeżdżą do Chin na szkolenia. Zgroza!

Maroty

Maroty

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    12 lutego 2026 michalkiewicz

Co to są maroty? Słowo to („to takie słowa są” – jak ostentacyjnie dziwili się gitowcy na spotkaniu autorskim z pisarzem w poprawczaku – co opisał Marek Nowakowski w opowiadaniu) pochodzi z języka francuskiego („marotte”) i oznacza dziwactwo, kaprys, ale również – obsesję. Z tych „marot” znany był na przykład cesarz Napoleon III. Miał on wprawdzie piękną żonę w osobie cesarzowej Eugenii, nee Montijo, której zalety docenił rosyjski cesarz Aleksander II, kiedy to w Paryżu urządzono na niego zamach. Kiedy po nieudanym zamachu razem z Napoleonem III wrócił do pałacu, cesarzowa Eugenia z płaczem rzuciła mu się na szyję i obcałowała. Któż by tego nie docenił? Wracając do Napoleona III, to nie przepuszczał on podobno żadnej okazji. O jednej takiej dowiedziała się cesarzowa Eugenia i zrobiła jej wymówkę: „mademoiselle, zabijasz cesarza!” Ta zaś, zamiast jej odpowiedzieć – a Pani go zanudza – rozpłynęła się w skrusze i obietnicach poprawy.

Czy Jeffrey Epstein był agentem izraelskiego Mosadu? Jestem o tym głęboko przekonany, również dlatego, że Żydowie od zawsze uprawiali handel żywym towarem. Na przykład na wieść, że austriacki prokurator oskarżył o coś Ignacego Daszyńskiego, jego wielbiciel, żydowski handlarz żywym towarem, obiecał posłowi, że córkę tego prokuratora sprzeda do burdelu w Argentynie. Daszyński nie wiedział nawet, czy ten prokurator ma w ogóle jakąś córkę – ale handlarz uspokoił go, że nie miałaby ona tam żadnej krzywdy. – Jak ja taką dziewuchę wykąpię i wystroję, to ona tam w Argentynie upija się parą z szampana! – Jak to: parą? – spytał zdumiony Daszyński. – Panie pośle, tam Angliki budują kolej i ony co i rusz przyjeżdżają do miasta. A jak przyjadą, to w hotelu biorą wannę, wlewają tam szampana i ta dziewucha się w tym szampanie kąpie – a ony patrzą. To ona upija się parą z tego szampana!

Jak wiadomo Epstein wynajmował rozmaitym swoim znajomym młode panienki. One dzisiaj chętnie prezentują się w roli ofiar, ale niekoniecznie musimy w to wierzyć. Chodzi o to, że jedne panienki dość szybko odkrywają, jaki skarb mają między nogami, a inne nie zdają sobie z tego sprawy bardzo długo, czasami nawet aż do śmierci. Do tych pierwszych na przykład u nas należą tak zwane „galerianki”, o których nawet nakręcono film. Ale te galerianki, to mizeria w porównaniu z panienkami ze stajni Epsteina, które – odkrywszy wspomniany skarb – bardzo szybko nauczyły się go kapitalizować. Zwraca uwagę, że wśród wysuwanych przeciwko Epsteinowi oskarżeń, nie ma zarzutów, by kogoś porwał, więził, czy gwałcił – jak to w pewnej sprawie konfabuluje Judenrat „Gazety Wyborczej”, a za nim powtarzają nienawistne sądy. Najwyraźniej nic takiego nie miało miejsca, no a poza tym panienki w kontaktach z przyjaciółmi Epsteina, musiały być rozluźnione i wesołe – bo w przeciwnym razie zaraz byłyby jakieś reklamacje, które źle wpływałyby na kapitalizowanie skarbu.

To może być nawet element rewolucyjnej teorii na temat „siły kobiet”, o której tyle mówią bojowe feministki. Otóż „siła kobiet” bierze się z jednej strony z owego skarbu, ale z drugiej – z nagminnie występujących po stronie mężczyzn marot. Gdyby nie owe maroty, kobiety nie miałyby żadnej siły. Dzięki nim – o ile oczywiście gospodarują swoim skarbem racjonalnie – zdobywają nad mężczyznami sporą władzę. Na przykład nasza królowa Marysieńka, jeszcze gdy była żoną Sobiepana Zamoyskiego, często zmuszała go, by sypiał na materacyku obok łóżka. Trzeba wszelako uważać, by nie przesadzić, bo wtedy czar może prysnąć.

Wracając do Epsteina, to w określeniu jego użyteczności dla izraelskiego Mosadu niepodobna przesadzić. Wśród jego znajomych próżno by szukać na przykład stróża nocnego. Same wory złota, albo książęta, albo polityczni ambicjonerzy, słowem – prawdziwy dar Niebios. Toteż wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że Epstei wcale nie umarł w celi, tylko znaleziono tam jakiegoś podrzutka, podczas gdy on, patrząc na następstwa afery, zaciera ręce z uciechy gdzieś w Tel Avivie. My też mamy podobną aferę, tak zwaną „podkarpacką” o której nic nie wiedział tylko pan prezydent Andrzej Duda. Okazuje się, że nie tylko jest nieśmiały, ale i całkiem brak mu spostrzegawczości. Co w tej sytuacji może doradzić Fundacji Heritage – Bóg jeden wie.

Wśród znajomych Epsteina był również Donald Trump – a kiedy został prezydentem, zaraz stado jego wrogów rzuciło się, by ujawnił nawet wszystkie wstydliwe zakątki tej znajomości. Ponieważ prezydent USA, zresztą podobnie jak wielu innych, musi umizgiwać się do gawiedzi, to i Donald Trump obiecał, że wszystko ujawni. Nie wiem, czy wpadł na to sam, czy też podsunął mu tę myśl których z doradców – dość, że nakazał Departamentowi Sprawiedliwości postąpić w myśl dialogu z opowiadania Chestertona „Złamana szabla”; „– Gdzie mądry człowiek ukryje liść? – W lesie. – A jak nie ma lasu? – To mądry człowiek zasadzi las, żeby ukryć w nim liść”. Toteż Departament Sprawiedliwości zasadził gęsty las w postaci ponad 3 milionów stron, z których część – jak ogłoszono – „może być” fałszywa. Noooo, skoro tak, to już nikt nigdy nie będzie miał pewności, czy ów listek, na który natrafił w wyniku żmudnych poszukiwań, jest tym autentycznym, czy też podstawioną fałszywką. W ten bardzo sprytny sposób prezydent Trump dokonał sztuki, by i pieniądze zarobić i wianuszka nie stracić.

Ciekawe, czy ten manewr pomoże mu w częściowym przynajmniej rozluźnieniu obróżki, jaką każdorazowemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych nakłada lobby izraelskie w USA. Mam oczywiście na myśli hołd lenny, jaki każdy prezydent USA składa bezcennemu Izraelowi, solennie deklarując, iż obrona Izraela jest politycznym priorytetem Stanów Zjednoczonych – bez względu na to, co Izrael robi. Na przykład ostatnio premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela nakazał prezydentu Trumpu ponowienie ataku na złowrogi Iran. I prezydent Trump posłusznie wysyła w kierunku złowrogiego Iranu lotniskowce i samoloty, tak, że tylko patrzeć, jak wybuchnie wojna, jak cholera. Nawet Arabia Saudyjska musiała uznać, że ogon za bardzo wywija psem i odmówiła Ameryce wykorzystania jej przestrzeni powietrznej do ataku na złowrogi Iran – ale prezydent Trump widocznie uznał, że komu, jak komu – ale Beniaminowi Netanjahu zaszurać nie może. Jednak teraz, kiedy to tymi trzema milionami stron ujawnionymi przez Departament Sprawiedliwości na dobrą sprawę można się spokojnie podetrzeć – bo nie wiadomo, co jest prawdą, a co nie? To jest dla prezydenta Stanów Zjednoczonych wspaniała okazja, tym bardziej, że obecnie Donald Trump jest już w takim wieku, że maroty raczej nie mają już do niego przystępu – w odróżnieniu od czasów bezpowrotnie minionej młodości.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Parlament Europejski. P[osłom] mózgi odjęło…

Ewa Zajączkowska-Hernik @EwaZajaczkowska

Teraz trzymajcie się mocno. To głosowanie przejdzie do historii

Parlament Europejski zagłosował… PRZECIWKO poprawce stwierdzającej, że „Tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę”

Czy większości europosłów, przepraszam, mózgi odjęło? 233 było przeciwko, 200 było za a 107 wstrzymało się od głosu.

Czyli łącznie 340 europosłów nie potrafiło poprzeć tego oczywistego, biologicznego faktu.

To jest jakiś kompletny upadek intelektualny i całkowite zaczadzenie umysłowe lewicową ideologią idiotów. Ci ludzie na serio sądzą, że również mężczyzna może zajść w ciążę. Was wszystkich to trzeba wysłać do wariatkowa, albo do podstawówki na biologię, a nie do europarlamentu.

Zdjęcie

128 tys. wyświetleń

Friday Funnies: Promises, Promises…

Friday Funnies: Promises, Promises…

And other true stories

DR. ROBERT W. MALONEFEB 13
 
READ IN APP
 




I had to look this one up…




BREAKING NEWS!

The FBI has made its first arrest in the Epstein case!


















Pro tip: Searching for „X” for Valentine’s Day memes is not a good idea. 

Not xure when my eyes will recover… Yuck!



Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.

Upgrade to paid



Thanks for reading Malone News! This post is public so feel free to share it.

Share



In the United Lounge, getting ready to fly back from Austin – it has been a long week with a lot of fun and exciting stuff happening. More on that later!

Stay tuned!

Podobieństwo społeczeństw dzisiejszych Stanów i byłego Związku Sowieckiego

Podobieństwo społeczeństw

dzisiejszych Stanów

i byłego Związku Sowieckiego

Teraz kiedy stopa życiowa w USA zbliża się do poziomu Sowieckiej, poniższy artykuł nie powinien wywołać szoku!

DR IGNACY NOWOPOLSKI FEB 13

Podstawową cechą upodabniającą Amerykę & Sowiety, były rozmiary tych państw. USA są wielkie, ZSRR był ogromny, zajmując 1/6 powierzchni lądowej naszego globu.

Oba państwa były odizolowane od reszty świata. Ameryka oceanami i Arktyką, ZSRR pasmami górskimi na południu, Arktyką na północy, Oceanem Spokojnym na wschodzie i Tajgą na południu.

Jedyną granicą z cywilizowanym światem była zachodnia z Polską.

Co prawda Polska była „pośrednio” (proxy) okupowana przez stacjonujące na jej zachodnich obrzeżach wojska sowieckie, to były one całkowicie odizolowane od Polski, pozostając w koszarach, garnizonach i poligonach Legnicy i okolic.

Sowieci pamiętali trafne powiedzenie towarzysza Stalina, że „zrobić z Polaków komunistów jest tak trudno jak osiodłać krowę”.

Dlatego też wschodnia granica Polski z ZSRR, była de facto kordonem sanitarnym Sowietów, chroniącym ich przez „polską zarazą”.

W kontekście historycznym wojska „Północnej Grupy Operacyjnej”, czyli te stacjonujące w Polsce, były użyte tylko dwa razy do tłumienia buntów na Węgrzech i ówczesnej Czechosłowacji. Nigdy nie wytykały nosa na polskie terytorium.

Nie licząc „kordonu sanitarnego” na granicy z Polską, ZSRR, na podobieństwo Ameryki, był całkowicie izolowany od cywilizowanego świata. Przy czym stwierdzenie to odnosi się wyłącznie do zwykłych obywateli obu państw.

Co prawda metody izolacji obu społeczeństw od cywilizacji były diametralnie różne, to ich efekty praktycznie identyczne.

Przy czym z punktu widzenia ideologicznej propagandy, wyglądały one podobnie. Oba społeczeństwa wierzyły święcie, że żyją w „raju” (komunistycznym, lub odpowiednio kapitalistycznym), przez co nie ma co szukać poza ich granicami. Administracyjne metody były odmienne. W ZSSR był to wspomniany „kordon sanitarny”, a w USA finanse. Przeciętny Amerykanin, nie miał środków finansowych, rozeznania cywilizacyjnego, ani wiedzy by wybierać się w odległy świat. Wyższe (zamożniejsze) warstwy społeczne, studenci (amerykańska „elita intelektualna”) i tym podobni wybierali się periodycznie za granicę. Były to jednak jednostki. Jeśli z 350 milionowej populacji amerykańskiej co roku podróżowało circa 1 miliona, nie stanowi to nawet 1%, ale jest zauważalne w krajach docelowych.

W rezultacie w obu omawianych państwach gros społeczeństwa był całkowicie otumaniony ideologicznie, pewien swej wyższości nad resztą świata.

Truizmem jest stwierdzenie, że stopa życiowa w USA była o niebo wyższa niż w Sowietach. Jednakowoż prymitywizm konsumpcji bardzo podobny.

Przeciętny Sowiet chlał wódkę i zakąszał ogórkiem. Przeciętny Amerykanin wcinał brudnymi paluchami obrzydliwe i szkodliwe dla zdrowia hamburgery i zapijał cienkim piwem.

Nie taka wielka różnica. Oba społeczeństwa oglądały swą telewizję, totalnie kontrolowaną przez władców: komunistyczną partię i globalną oligarchię finansową, odpowiednio, w zależności od omawianego kraju. Warto tu podkreślić, że „elity” rządzące w obu państwach należały do tej samej grupy etnicznej. Rezultaty musiały być więc podobne.

Jednakowoż, ponad nawet najbardziej wyrafinowaną propagandę, sygnały z pustego brzucha, muszą się w końcu przebić. O ile w ZSRR zajęło to około 70 lat, to w USA ćwierć milenium.

Z punktu widzenia Wszechmocnego, są to niezauważalne różnice czasowe . Natomiast dla twórców i wielbicieli obu szatańskich systemów, wieczność w piekle, będzie się zapewne dłużyć.

Polska jednym z trzech [najgłupszych] krajów w Europie: Statystyki wyszczepialności są ważniejsze, niż zdrowie i życie niemowląt

Polska jednym z trzech krajów w Europie.

Dr Martyka nie dowierza:

Statystyki wyszczepialności są ważniejsze,

niż zdrowie i życie niemowląt

13.02.2026 nczas/polska-jednym-z-trzech-krajow-w-europie-dr-martyka-nie-dowierza-statystyki-wyszczepialnosci-sa-wazniejsze-niz-zdrowie-i-zycie-niemowlat

Dr Zbigniew Martyka
Dr Zbigniew Martyka. / Foto: screen YouTube/NaZdrowie!

Polska pozostaje jednym z zaledwie trzech krajów w Europie – obok Bułgarii i Węgier – gdzie szczepienia podaje się noworodkom w pierwszej dobie życia. Dr Zbigniew Martyka w swoim najnowszym wpisie w mediach społecznościowych podnosi alarmującą kwestię bezpieczeństwa tej procedury, wskazując na niemożność wykluczenia przeciwwskazań u tak małych dzieci oraz na niepokojące decyzje kadrowe w ministerstwie zdrowia.

Teoretycznie powinno być tak, że przed szczepieniem wyklucza się przeciwwskazania, aby uniknąć ciężkich powikłań, wstrząsu anafilaktycznego czy nawet zgonu. Dr Martyka zauważa jednak, że w obecnym systemie jest to fikcja.

„W przypadku dziecka zaraz po urodzeniu NIE DA SIĘ wykluczyć przeciwwskazań do przyjęcia szczepionki. Tak naprawdę, w większości przypadków nie wiemy o noworodku zbyt wiele, poza ilością punktów w skali Apgar. Dlatego szczepienia noworodkowi podawane są właściwie na wyczucie, bez potwierdzenia wynikami badań” – czytamy we wpisie.

Dużo miejsca dr Martyka poświęca kwestii ciężkiego złożonego niedoboru odporności (SCID). Jest to schorzenie, które stanowi bezwzględne przeciwwskazanie do podania szczepionki przeciwko gruźlicy (BCG) – tej samej, którą w Polsce podaje się rutynowo zaraz po urodzeniu.

Wprowadzenie pilotażowego badania przesiewowego dawało nadzieję na zmianę standardów i wyłapywanie chorych dzieci przed podaniem preparatu. Gdy prof. Helwich rekomendowała szpitalom informowanie rodziców o możliwości zaszczepienia po otrzymaniu wyniku, który by jednoznacznie wskazywał, że nie ma przeciwwskazań do szczepienia, została natychmiast odwołana ze stanowiska konsultanta krajowego w dziedzinie neonatologii.

Dlaczego systemowi tak nie podoba się odważna postawa prof. Helwich? Dr Martyka przytacza fragment publikacji z „Medycyny Praktycznej”, w którym wprost stwierdzono, że celem badań przesiewowych jest leczenie, a nie kwalifikacja do szczepień. Argumentem za utrzymaniem natychmiastowych szczepień ma być obawa przed spadkiem statystyk.

„Po raz kolejny – statystyki wyszczepialności są ważniejsze, niż zdrowie i życie niemowląt” – gorzko konkluduje dr Martyka.

(Ministerstwo zdrowia) odwołano najlepszą specjalistkę w swojej dziedzinie za to, że apelowała – w trosce o tych najmłodszych – aby przed szczepieniem wykluczyć przeciwskazania” – nie dowierza lekarz.

Spod Monte Cassino do gułagu

[Przypominam z mego Archiwum. 2026. md]
Spod Monte Cassino do gułagu
Dominik Smyrgała 20-05-2009 

Do łagrów Workuty i na zsyłkę nie trafili zdrajcy – kolaboranci Hitlera. Zostali tam wysłani żołnierze spod Monte Cassino, Ankony i Bolonii, którzy mieli nieszczęście urodzić się na Kresach Wschodnich – pisze historyk
            Los niektórych żołnierzy generała Władysława Andersa był wyjątkowo ponury. Po 1945 roku część zwycięzców spod Ankony i Monte Cassino dobrowolnie wróciła do Polski bądź została odesłana na mocy brytyjsko-sowieckiego porozumienia o repatriacji. Ci, którzy przed 17 września 1939 roku byli obywatelami ZSRR – choć w czasie wojny walczyli w polskich mundurach – zostali przejęci przez NKWD i wysłani do gułagu.             Jednym ze świadków tych wydarzeń był pochodzący z Katowic żołnierz i instruktor harcerski Jan Foyer. Po wojennych perypetiach znalazł się pod koniec wojny w armii Andersa. Stacjonował w północnych Włoszech, by w 1947 r. po rozformowaniu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie znaleźć się w Wielkiej Brytanii. Sytuacja polskich emigrantów politycznych nie była łatwa. Wyspa dopiero się podnosiła ze zniszczeń wojennych, imperium się rozpadało, a przestawiająca się z torów wojennych gospodarka nie była w stanie wszystkim zapewnić zatrudnienia. Jednym słowem – nie witano byłych żołnierzy armii sojuszniczej z otwartymi ramionami.
            Nic zatem dziwnego, że wielu Polaków myślało o powrocie do ojczyzny, nawet mimo że strony rodzinne wielu z nich znalazły się w ZSRR. Jan Foyer był w nieco lepszej sytuacji niż koledzy pochodzący z Kresów II Rzeczypospolitej. Jego mała ojczyzna znalazła się w granicach Polski, nikt z bliskiej rodziny nie zginął. A jednak mimo dojmującej tęsknoty za krajem nie zdecydował się na powrót.
Łagiernicy od Andersa
            Wśród emigracji osiadłej po II wojnie w Wielkiej Brytanii wiele mówiło się o żołnierzach z armii Andersa, którzy zdecydowali się wrócić do kraju i nigdy do niego nie dotarli. Mówiono, że na pełnym morzu przekazywani byli z okrętów brytyjskich na sowieckie. Widząc, co ich czeka, skakali do morza i płynęli wpław z powrotem do jednostek angielskich. Wspominano tych, którzy przepadli bez wieści lub trafili do łagrów na dalekiej północy i wschodzie Związku Radzieckiego, w tym szczególnie dużo do Workuty. W grudniu 1946 r. GRU odkryło, że wśród rozlokowanych w Wielkiej Brytanii żołnierzy gen. Andersa są osoby, które przed 17 września 1939 r. mieszkały na terytorium ZSRR. Za punkt honoru (sic!!!! md) postawiono sobie sprowadzenie ich do kraju
            Toteż Jan Foyer i wielu byłych żołnierzy Andersa, którzy zostali na Zachodzie, aż do przełomu lat 80. i 90. obawiali się przyjeżdżać do ojczyzny nawet w charakterze turystów. Workuta jest sporym miastem, położnym za kręgiem polarnym, zbudowanym w latach 30. i 40. ubiegłego wieku przez mieszkańców archipelagu Gułag na potrzeby przemysłu energetyczno-zbrojeniowego sowieckiego imperium.
Panują tam skrajnie trudne warunki klimatyczne. Przez większą część roku ziemia jest skuta mrozem dochodzącym w najzimniejszych miesiącach do -50 stopni C i często nawiedzana przez śnieżne nawałnice. Nad krajobrazem dominują szyby kopalń, w których wydobywa się jeden z najlepszych gatunkowo rodzajów węgla na świecie. Przewinęli się przez nie przedstawiciele wielu narodów europejskich, w tym wielu Finów, Niemców, Bałtów oraz bardzo liczni Polacy. Większość z nich opuściła miasto po 1956 r
.             Dzisiaj, po upadku Związku Radzieckiego, miasto wciąż funkcjonuje, choć jego populacja stale spada. W latach 90. w Workucie zaczęła działać pozarządowa organizacja Memoriał – zajmująca się upamiętnianiem ofiar totalitarnych represji i badaniami archiwów zawierających dane więźniów sowieckich łagrów. W jej skład wchodzi wielu przedstawicieli miejscowej elity.
            Podczas badań prowadzonych pod koniec lat 90. uwagę pracowników Memoriału przyciągnęły powtarzające się biografie łagierników pochodzących z Kresów Wschodnich przedrozbiorowej Rzeczypospolitej – wspólnymi cechami ich życiorysów były służba w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, a potem zesłanie do Workuty z tego samego paragrafu sowieckiego prawa. Jak wszyscy ci ludzie znaleźli się w drugiej połowie lat 40. na nieludzkiej ziemi?
Dlaczego było ich tak wielu?
            Od razu nasuwa się myśl, że nie było to dziełem przypadku. Wyglądało, jakby większość z nich trafiła w tym samym czasie pod władzę sowiecką, bo wyroki są mniej więcej z tego samego okresu. Może zatem trafili tam na mocy jakiegoś porozumienia? Zaczęły się kolejne skrupulatne poszukiwania.
            W końcu badacze rosyjscy trafili na tajną umowę brytyjsko-sowiecką. Tak naprawdę niczym nie różniła się ona od wcześniejszej umowy o repatriacji obywateli sowieckich z terenów wyzwolonych przez aliantów zachodnich, na mocy której przeprowadzono tzw. operację „Keelhaul” (dosł. „przeciąganie pod kilem”). Na jej podstawie wydano setki tysięcy obywateli ZSRR, którzy wybrali kolaborację z Niemcami Hitlera z nadzieją na wyzwolenie „ojczyzny wszystkich narodów” od tyranii „nauczyciela całej postępowej ludzkości”. Byli wśród nich żołnierze Własowa, ale także Kozacy dońscy, a nawet niektórzy biali Rosjanie, którzy nigdy nie byli obywatelami ZSRR. Widząc, co ich czeka, wielu skakało do rzek i podejmowało desperackie próby ucieczki. Na tych, którym się udało, jeszcze przez wiele miesięcy – dosłownie – polowano w górach i lasach.             W sowieckiej niewoli czekała ich śmierć bądź natychmiast po przejęciu (własowcy), bądź po miesiącach tortur i procesach pokazowych (gen. Paweł Krasnow), bądź w syberyjskich łagrach. Tę historię przejmująco opisał w „Kontrze” Józef Mackiewicz. Jedynym ratunkiem dla tych ludzi było obywatelstwo inne niż sowieckie. Na tej zasadzie udało się uratować żołnierzom Ukraińskiej Armii Narodowej (wielu rekrutowało się z niesławnej 14. Dywizji SS). Ocalenie zawdzięczają generałowi Andersowi, który po rozmowie z dowódcą UAN gen. Pawłem Szandrukiem potwierdził polskie obywatelstwo jej żołnierzy.
Podstępna repatriacja
            Tego szczęścia zabrakło wielu Polakom. W grudniu 1946 roku GRU odkryło, że wśród rozlokowanych w Wielkiej Brytanii żołnierzy II korpusu gen. Andersa są osoby, które przed 17 września 1939 roku mieszkały na terytorium ZSRR i miały sowieckie obywatelstwo. Zauważył to przy okazji operacji „Keelhaul” płk Paweł Grigorijewicz Jakowlew, szef Sowieckiej Misji Wojskowej we Włoszech. Szacował on ich liczbę nawet na 6000 ludzi. Jeszcze w tym samym miesiącu do Szkocji, gdzie rozlokowany był II korpus, wysłano specjalnego agenta, który miał zbadać sytuację na miejscu. Sowiecki wywiad wojskowy postawił sobie za punkt honoru ich „repatriację”. Aby uniknąć rozgłosu, przeprowadzono misterną operację. Opierała się ona na podstępnym zwabieniu tych żołnierzy do rzekomo wyzwolonej Polski, a tam przejęciu ich przez Komisję Repatriacyjną (trudno chyba o bardziej perfidną nazwę) i zesłaniu do łagrów.
            Akcja przeprowadzana była bardzo skrupulatnie. 1 marca 1947 roku generał Gołubiew, pełnomocnik Rady Komisarzy Ludowych ds. Repatriacji, wysłał poprzez tajną łączność GRU wiadomość do pułkownika Iwana Andriejewicza Kleszkanowa, członka Sowieckiej Komisji Repatriacyjnej w Wielkiej Brytanii. Pytał o przyczyny opóźnienia statku s/s „Edinburgh”, na którego pokładzie miało się znajdować 85 żołnierzy gen. Andersa – obywateli ZSRR – a który nie zawinął jeszcze do Gdańska. Wcześniej, w lutym 1947 roku, płk Kleszkanow otrzymał szczegółową instrukcję postępowania z repatriowanymi.
            Niestety, tylko niewielką jej część udało się rozszyfrować, tak więc jej pełna treść nie jest znana. 20 lutego Kleszkanow dostał depeszę expressis verbis polecającą uwzględnienie polskich żołnierzy w działaniach repatriacyjnych. Wkrótce wracający do kraju Polacy zaczęli ginąć bez wieści.
Historia zatoczyła koło
            Ostatnim akordem tej historii był los grupy Andersowców – obywateli II RP, którzy przed wojną mieszkali za linią Curzona, na obszarach wcielonych do ZSRR. Po powrocie do kraju trafili do 312. Obozu dla Wyzwolonych Jeńców Wojennych i Internowanych Obywateli w Grodnie. Wiosną 1951 roku zostali oni aresztowani wraz z całymi rodzinami (łącznie ok. 4,5 tys. osób) i deportowani do obwodu irkuckiego. Dopiero w okresie chruszczowowskiej odwilży zezwolono im na powroty do Polski.
            Najsmutniejsze w tej opowieści jest to, że do łagrów Workuty i na zsyłkę nie trafili przecież zdrajcy – kolaboranci Hitlera. Zostali tam wysłani żołnierze spod Monte Cassino, Ankony i Bolonii.
            Dla nich historia zatoczyła koło. Cudownie oswobodzeni z łagrów trafili do tworzonej w ZSRR armii polskiej i przeszli przez Taszkent, Krasnowodsk, Morze Kaspijskie, Iran, Bliski Wschód i całą kampanię włoską. Nie pokonał ich głód i zarazy w Azji Środkowej, tropikalny upał i niemieckie kule we Włoszech. I oto ci alianccy żołnierze zostali wydani na pastwę sowieckich obozów. Ci sami, o których słynny brytyjski marszałek Harold Alexander mówił, że gdyby kazano mu wybierać, chciałby ich właśnie mieć pod swoim dowództwem. Nie wolno zapomnieć także o tych, którzy do armii Andersa nigdy… nie dotarli. Wśród nich – o grupie żołnierzy z łagrów północno-syberyjskich, wyniszczonych przez polarny klimat, którzy w 1942 roku piechotą przez Syberię (po przewiezieniu ich na stały ląd) zmierzali do polskich oddziałów. Z kilkuset osób na miejsce dotarła tylko jedna, a i tak wkrótce zmarła.
            GRU interesowało się Polskimi Siłami Zbrojnymi na Zachodzie jeszcze kilka lat po wojnie, także od strony czysto wojskowej. W ramach rozpracowania brytyjskiego systemu obrony radziecki wywiad wojskowy zlecił w lutym 1947 roku swojemu agentowi w Londynie zdobycie m.in. polskiej broszury na temat przygotowań żołnierza do walki na podstawie doświadczeń ze współczesnego pola walki oraz powieści Freda Majdalanyego „The Monastery” poświęconej zdobyciu Monte Cassino.
Autor jest wykładowcą Collegium Civitas i ekspertem Instytutu Jagiellońskiego Rzeczpospolita

Monte Cassino: Nieudolność czy zbrodnia

Monte Cassino: nieudolność czy zbrodnia

[Przypominam w kolejną rocznicę. Na powyższą wątpliwość odpowiadam: Tak, był to akt wrogości masonów w armii i administracji amerykańskiej wobec Kościoła. Była to zbrodnia.MD]

Podobne można znaleźć u mnie [MD] w Archiwum, np. wpisując Monte Cassino.

Krzysztof Warecki 2014-5-17 pch24

Atak na Monte Cassino nie musiał przynieść aż tak wielu strat w ludziach ani zniszczenia bezcennego opactwa benedyktynów. Dziś wiemy, że ta cywilizacyjna zbrodnia miała przysłonić niekompetencję części alianckich dowódców. Czy był to także akt wrogości wobec Kościoła i chrześcijaństwa?

Wzniesione w VI stuleciu opactwo przez wieki pełniło rolę jednego z głównych zachodnich ośrodków christianitas. Z powodu słynnego na cały chrześcijański świat wielkiego skryptorium, biblioteki i wielu wybitnych uczonych tu pracujących (m.in. Piotr Diakon), nazywano je „Atenami Średniowiecza”. Mnisi z Monte Cassino i tysięcy innych klasztorów benedyktyńskich w znacznej mierze ocalili dla potomnych dorobek antyku. Przed II wojną światową tamtejsze archiwa, oprócz wielkiej liczby dokumentów dotyczących historii opactwa, zawierały ok. 1 400 pisanych ręcznie bezcennych kodeksów, głównie patrystycznych i historycznych. W takim stanie opactwo dotrwało do II wojny światowej.

  W latach 1943-44 Monte Cassino znalazło się w obszarze bezpośrednich działań wojennych. Nie trzeba było być wojskowym strategiem aby, oceniając wyjątkowe położenie klasztoru, zrozumieć, że jest on bezpośrednio narażony na zniszczenie, a wraz z nim wszystkie przechowywane tam skarby kultury i dzieła sztuki. Na sztabowych mapach obu walczących stron był to punkt o olbrzymim znaczeniu strategicznym. Ze szczytu góry można było skutecznie kontrolować całą położoną u podnóża masywu równinę, którą prowadziła droga do Rzymu.

[Nie. Nie można „skuteczniekontrolować równiny, pasa o szerokości 30-40 km dzielącego Monte Cassino od morza.Można sobie głośno postrzelać – ale skuteczność – bardzo mała. MD]

 Obie walczące strony były w pełni świadome, że zniszczenie najstarszego na kontynencie europejskim klasztoru, mającego wyjątkowe zasługi dla ukształtowania się cywilizacji zachodniej, sprowadziłoby na sprawców tego czynu piętno barbarzyńców. Szczególnie pragnęli tego uniknąć Niemcy, którym w obliczu spodziewanej już klęski zależało na poprawie swojej reputacji w oczach opinii publicznej państw antyhitlerowskiej koalicji. Chcieli też tego uniknąć co światlejsi i nie darzący nienawiścią chrześcijaństwa przedstawiciele dowództwa sił alianckich, tym bardziej, że w szeregach ich wojsk służyło wielu katolików.

 Na ratunek skarbom kultury

 Ponieważ przed bitwą opactwo znajdowało się na terenach kontrolowanych przez Niemców, w głównej mierze to na nich spoczywała odpowiedzialność za losy klasztoru. Wiedząc o tym, wielu Niemców dostrzegało wyjątkową szansę, aby choć w części zmyć z siebie odium barbarzyńców, którzy potrafią jedynie mordować i dokonywać rabunków. Pojawił się więc pomysł akcji ratowania skarbów z Monte Cassino, autorstwa kapitana Maximiliana Beckera, służącego jako lekarz w elitarnej naziemnej Dywizji Luftwaffe „Herman Goering”.

 Zdawał on sprawę ze złej sławy, jaką cieszyła się ta formacja zbrojna i uważał, że ratując skarby kassyńskiego opactwa żołnierze Dywizji zmażą chociaż część win za popełnione w czasie działań wojennych zbrodnie. Tego argumentu używał w rozmowach z oficerami, których pomoc była niezbędna do zorganizowania akcji. Miał już w tym pewne doświadczenie, ponieważ kilka tygodni wcześniej z powodzeniem kierował akcją ewakuacji ze strefy walk bezcennych zbiorów Muzeum Archeologicznego i Galerii Narodowej w Neapolu, które zostały zdeponowane właśnie w opactwie na Monte Cassino.

Pomimo ogromu trudności (brak ciężarówek, skrzyń, niechęć ufnych w ocalenie klasztoru mnichów, zagrożenie dla konwojów ze strony alianckiego lotnictwa) akcja została przeprowadzona nadzwyczaj sprawnie. Rozpoczęto ją 17 października, a zakończono w pierwszych dniach listopada 1943 roku. Archiwa i dobra kultury z Monte Cassino oraz dzieła sztuki z Neapolu zostały zdeponowane w magazynach armii niemieckiej w Villa Colle-Ferreto koło Spoleto, ok. 110 km na północ od Rzymu.

 Próby grabieży

 Zgodnie z wcześniejszymi obawami kapitana Beckera zanim skarby z Monte Cassino i Neapolu trafiły pod opiekę Stolicy Apostolskiej i włoskich muzealników doszło do prób, na szczęście nielicznych, ich plądrowania. Niektórzy oficerowie Dywizji „Hermann Goering” chcieli „sprezentować” pewną ilość skarbów swemu patronowi, marszałkowi Rzeszy Hermannowi Goeringowi. Jednak uczciwsi inicjatorzy ratowania kassyńskich skarbów doskonale zdawali sobie sprawę, że taki „prezent” całkowicie skompromitowałby akcję i zniweczył jej propagandowy cel.

Aby przeciwdziałać grabieży nagłośniono akcję ratowania zabytków w mediach niemieckich i państw neutralnych. Na zorganizowanej 25 listopada 1943 r. w Palazzo del Quirinale w Rzymie konferencji prasowej przedstawiciel niemieckiego Urzędu Ochrony Dzieł Sztuki na Ziemiach Okupowanych baron Bernard von Tieschowitz poinformował, że skarby z Monte Cassino są tylko czasowo zdeponowane przez Niemców i szybko zostaną przekazane do Watykanu. W ten sposób osiągnął on podwójny cel – poinformował opinię publiczną w państwach antyhitlerowskiej koalicji o prowadzonej przez niemiecką armię akcji ratowania włoskich dzieł sztuki oraz przyczynił się do reorientacji działań niemieckiej propagandy, która zaczęła nagłaśniać „zasługi” Niemców w ratowaniu włoskich dzieł sztuki.

 Zabiegi te w dużym stopniu zakończyły się powodzeniem. 8 grudnia 1943 r. wszystkie ewakuowane z Monte Cassino rękopisy i dzieła sztuki (387 skrzyń) zostały przekazane Stolicy Apostolskiej.

 Gorzej miała się sprawa z eksponatami z Muzeum Archeologicznego i Galerii Narodowej z Neapolu. 4 stycznia 1944 r. odbyła się uroczystość przekazania władzom włoskim 600 skrzyń wypełnionych różnego rodzaju dobrami kultury, wśród których były 172 skrzynie z precjozami neapolitańskimi. Jednak po sprawdzeniu dokumentów okazało się, że brakuje 15 skrzyń. Jak się później okazało jeszcze w drugiej połowie grudnia 1943 r. dotarły one do Berlina jako urodzinowy prezent od Dywizji „Hermann Goering” dla jej patrona. Z nieustalonych jednak do dzisiaj powodów marszałek Rzeszy nie przyjął prezentu od „swojej” Dywizji. Pod koniec wojny wszystkie skrzynie z eksponatami podarowanymi Goeringowi Amerykanie znaleźli w austriackiej kopalni soli Alt-Aussee.

 Ocalić klasztor

 Dzisiaj wiemy, że bitwa o Monte Cassino z wojskowego punktu widzenia była całkowicie zbędna. Z perspektywy aliantów doszło do niej na drugorzędnym teatrze działań i w minimalnym stopniu wpłynęła na końcowy wynik wojennych zmagań. Inaczej sprawa miała się gdy popatrzymy oczyma Niemców, dla których w przypadku alianckiej ofensywy grzbiet Monte Cassino stanowił doskonałą rubież obrony. O tym, że kassyńskie opactwo ostatecznie znalazło się w centrum wojennych zmagań w zasadzie zdecydował dogmatyczny upór brytyjskiego premiera Winstona Churchilla i niekompetencja najwyższego alianckiego dowództwa. W konsekwencji na początku października 1943 r. Monte Cassino znalazło się na pierwszej linii walk.

 Pomimo doskonałego umiejscowienia, Niemcy, którzy zdawali sobie sprawę z wyjątkowego znaczenia opactwa dla zachodniej cywilizacji, postanowili nie obsadzać klasztoru wojskiem, ani nawet nie zamieniać go w punkt obserwacyjny, do czego świetnie się przecież nadawał. Jesienią 1943 r. głównodowodzący wojskami niemieckimi we Włoszech, feldmarszałek Albert Kesselring zapewnił ówczesnego opata Gregorio Diamare, że klasztor nie zostanie wykorzystany do celów wojskowych.

 Świadomi wyjątkowego znaczenia opactwa byli również alianci. Na wniosek Amerykańskiej Komisji ds. Ochrony i Ocalenia Pomników Historii i Sztuki oraz włoskich władz muzealnych, głównodowodzący siłami alianckimi w południowych Włoszech gen. Harold Alexander wystosował 5 listopada 1943 r. informację do podległych mu dowódców o konieczności zachowania papieskiej posiadłości Castel Gandolfo i opactwa na Monte Cassino.

 Niewiele w tej sprawie mógł zdziałać papież Pius XII, którego los w tym czasie zależał całkowicie od Niemców. W tej sytuacji Ojciec Święty mógł jedynie apelować do Niemców aby nie obsadzali klasztoru wojskiem, zaś do aliantów aby go nie niszczyli. 25 października stosowną notę otrzymał amerykański charge d’affaires przy Stolicy Apostolskiej, Harold Tittmann, zaś dla pewności drogą radiową przesłano kopię pisma delegatowi apostolskiemu w Waszyngtonie, który przekazał ją do Departamentu Stanu. Podobne adresy wystosowano do Brytyjczyków i Niemców.

 Nie rezygnując z obrony w tym miejscu (z wojskowego punktu widzenia byłoby to szaleństwem), niemieccy dowódcy, zrobili wiele, aby nie doszło do zagłady wiekowego klasztoru. Tuż po odjeździe ostatniej ciężarówki (4 listopada 1943) ppłk Schlegel na prośbę zakonników zostawił dokument, w którym informował, że klasztor jest pod opieką wojska. Wkrótce Niemcy przysłali do klasztoru kilku żandarmów, którzy mieli chronić budynki opactwa przed szabrownikami i nikogo doń nie wpuszczać. Było to bardzo ważne, ponieważ jeśliby alianci dostrzegli na terenie opactwa jakichś ludzi, mogliby wyciągnąć błędny wniosek, że zostało ono obsadzone przez niemieckich żołnierzy.

 Jednak Niemcy nie mieli złudzeń co do tego, że opactwo może być uratowane. Przy braku jakichkolwiek sygnałów ze strony aliantów, że uszanują ustanowioną przez hitlerowców w promieniu 300 metrów eksterytorialność klasztoru, Niemcy obawiali się wycofać z bezpośredniej bliskości zabudowań. W jednej z notatek do Kesselringa Vietinghoff wyrażał przekonanie, że alianci w decydującym momencie nie będą się starać o jakieś porozumienie, lecz bez skrupułów zajmą opactwo.

 Mimo to, 11 grudnia 1943 r. Kesselring podjął decyzję o nieobsadzaniu opactwa przez wojska niemieckie. 29 grudnia ambasador Niemiec przy Stolicy Apostolskiej baron Ernst von Weizsaecker wydał oświadczenie, w którym stwierdzał, że opactwo nie zostało zajęte przez niemieckie wojska. Zwrócił on też uwagę, że zagrożenie dla opactwa stanowią przebywający tam cywile (na początku lutego 1944 ich liczba wzrosła do ok. 800 osób), którzy mogą być wzięci przez alianckich zwiadowców za niemieckich żołnierzy. Jego obawy były całkowicie uzasadnione.

 Oświadczenie Weizsaeckera mogło stanowić moment zwrotny w walce o ocalenie opactwa. Niestety, 8 stycznia 1944 r. Stolica Apostolska przesłała aliantom tylko najmniej istotny fragment oświadczenia niemieckiego ambasadora, mówiący ogólnikowo, że „niemieckie władze wojskowe, robią wszystko, co jest możliwe, by uchronić opactwo na Monte Cassino przed wojennymi zniszczeniami”. W ten sposób została zaprzepaszczona, jak się wydaje, jedyna w tej batalii realna szansa na uratowanie opactwa.

 Zbrodnicza nieudolność dowódcy

 Bezpośredni wpływ na podjęcie przez aliantów decyzji o zniszczeniu zabudowań opactwa na Monte Cassino miała przyjęta przez nich błędna strategia frontalnego ataku na umocnione pozycje niemieckie. Spowodowała ona, że wojska alianckie atakując doskonale ufortyfikowane pozycje niemieckie ponosiły olbrzymie straty. Względy ambicjonalne zdecydowały, że alianckie dowództwo trzymało się kurczowo strategii atakowania niemieckich umocnień od frontu.

 Szczególnie wielkie „zasługi” w utwierdzaniu w tym najwyższego alianckiego dowództwa miał dowódca Korpusu Nowozelandzkiego gen. Bernard Freyberg. Wprawdzie, w opinii swoich podwładnych i współpracowników był on człowiekiem o ograniczonym intelekcie, jednak miał ogromne wpływy w najwyższym alianckim dowództwie. Powierzenie mu funkcji, która przerastała jego zdolności, stworzyło dla kassyńskiego opactwa śmiertelne zagrożenie.

 Niestety, w najwyższym alianckim dowództwie nie mieli takich wpływów znacznie wybitniejsi oficerowie: dowódca Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego gen. Alphonse Juin oraz podwładny Freyberga, zwierzchnik Dywizji Hinduskiej, gen. Francis Tuker. Obaj zgodnie twierdzili, że na tym terenie należało zrezygnować z czołowych ataków, a zamiast tego dokonać manewrów oskrzydlających, dzięki czemu alianckie wojska wyszłyby na tyły Niemców odcinając im linie zaopatrzenia. Podjęcie takich działań zaproponował Juin w styczniu 1944 r. dowódcy 5 Armii, generałowi Wayne’owi Clarkowi, a 4 lutego gen. Tuker Freybergowi. Niestety, obaj zwierzchnicy całkowicie zignorowali racjonalne argumenty swoich podwładnych.

[Wielu historyków, w tym Messori, wykazuje, że w dowództwie amerykańskim i sprzymierzonym przewagę mieli masoni, też najwyższych stopni. MD]

 Przyznać trzeba, że zarówno Clark jak i Fryberg działali pod silną presją najwyższego dowództwa, które nie zdając sobie sprawy ze skali trudności, żądało od podwładnych szybkich rezultatów. Ufając ogromnej przewadze ogniowej, liczebnej i materiałowej, sztabowcy, zmyleni mirażem zaledwie 5 kilometrów terenu do zdobycia, nie chcieli słyszeć o manewrach oskrzydlających. W swoim zaślepieniu nie zdawali sobie sprawy, że w tamtych warunkach olbrzymia przewaga aliantów po prostu nic nie znaczy. Za to wierzyli, że jeszcze tylko jedno natarcie i sprawa będzie załatwiona.

 W wyniku zaślepienia i niekompetencji alianckich dowódców atakujący ponosili więc olbrzymie i niepotrzebne straty. Taka sytuacja spowodowała zaniepokojenie opinii publicznej w państwach antyhitlerowskiej koalicji. Kierując się mniemaniami i plotkami, które powstały w oparciu o równie ciekawe, co nieścisłe relacje korespondentów wojennych, szybko uznano, że głównym sprawcą niepowodzeń aliantów nie jest zbrodnicza ignorancja dowódców, lecz mury benedyktyńskiego opactwa. Co ciekawe, złudzeniom tym ulegali także walczący o Monte Cassino alianccy zwiadowcy, którzy obecnych w opactwie uchodźców brali za niemieckich żołnierzy. Widząc niezwykłą skuteczność obrony klasztoru nabrano przekonania, że Niemcy urządzili tam punkt obserwacyjny, z którego kierowano ogniem artylerii. Dowodem na to miały być dobrze widoczne – jak przypuszczano – anteny radiostacji (w rzeczywistości była to nieczynna wówczas stacja meteorologiczna). Pod wpływem tych doniesień w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii rozpętano bezprecedensową nagonkę medialną na polityków i generałów sprzeciwiających się zbombardowaniu klasztoru.

 Gdy wbrew radom podwładnych Freyberg postanowił zaatakować Monte Cassino frontalnym atakiem, następca Tukera na stanowisku, gen. Harry Dimoline wieczorem 11 lutego jako pierwszy poprosił o zbombardowanie opactwa. Uznał on, że skoro nie jest w stanie zmienić obłędnej decyzji Freyberga, to jedyną racjonalną rzeczą w tej sytuacji jest dokonanie bombardowania pozycji nieprzyjaciela, po którym nastąpiłby natychmiastowy nocny atak piechoty.

 Bombardowaniu sprzeciwili się dowodzący w rejonie walk i znający miejscowe realia generałowie Geoffrey Keyes i Charles Ryder. Wcześniej Keyes odbył nad opactwem wiele lotów i osobiście się przekonał, że nie ma tam Niemców. Ze względu na powagę miejsca także alianccy zwiadowcy próbowali to sprawdzić. Oficer wywiadu 5 Armii, płk Edwin Howard, analizując fotografie lotnicze stwierdził kategorycznie, że Niemcy nie wykorzystują opactwa do celów obronnych i, że nie ma żadnego powodu, by je bombardować. Podobnie jak Keyes ostrzegał, że stworzyłoby to Niemcom lepsze pozycje obronne. O domniemanych punktach obserwacyjnych najczęściej informowano nie dlatego, że one tam były, lecz dlatego, iż klasztor doskonale nadawał się do ich rozmieszczenia. Dla żądnych odwetu dowódców alianckich, to wystarczyło aby domniemania wziąć za pewniki.

 Mimo sprzecznych informacji wywiadowczych i małych szans na powodzenie planu Fryberga, ulegając presji polityków i anglo-amerykańskiej opinii publicznej gen. Aleksander wydał rozkaz o zbombardowaniu klasztoru. Wielkiego wsparcia dla bezsensownej prośby Fryberga udzielił szef sztabu Alexandra, gen. John Harding.

 Spektakl ludzkiej głupoty

 Ustalony przez Fryberga plan ofensywy został zniweczony już na samym początku. Termin ataku na klasztorne wzgórze ustalono na noc z 15 na 16 lutego. Tymczasem sztab stanowiącej część nowozelandzkiego korpusu dywizji hinduskiej poinformował gen. Freyberga, że natarcie nie może odbyć się wcześniej niż dobę później. W tej sytuacji zbombardowanie opactwa musiałoby nastąpić 16 lutego wieczorem. Dwa dni wcześniej Freyberg otrzymał z dowództwa 5 Armii wiadomość, że jedyny możliwy termin nalotu to ranek 15 lutego. Przyśpieszenie nalotu oznaczało, że Dywizja Hinduska nie tylko nie zdążyłaby przygotować się do natarcia, ale nieprzygotowana musiałaby nacierać za dnia, co skazywało natarcie na pewną klęskę. Chociaż przyspieszenie nalotu niweczyło sens całej akcji, Freyberg ani nie usiłował przełożyć bombardowania, co byłoby w tej sytuacji logiczne, ani tym bardziej nie odwołał go.

15 lutego 239 amerykańskich bombowców, w tym 144 „latających fortec” (ciężkie bombowce B 17) prowadzonych przez mjra Bradforda E. Evansa i mjra Franka B. Chappella w trakcie trzygodzinnego bombardowania zamieniło wspaniały przybytek nauki, kultury i wiary w jedno wielkie rumowisko.

Chociaż Amerykanie przypuszczali, że tak monstrualnego bombardowania nikt nie mógł przeżyć, zważywszy na dużą liczbę obecnych w opactwie uciekinierów liczba ofiar nie była aż tak wielka. Ocaleli wszyscy mnisi, z których żaden nie został nawet ranny. Nie wiadomo, ilu zginęło przebywających w klasztorze uchodźców, których liczbę szacuje się na 1-2 tys. Na podstawie przeprowadzonych po wojnie badań przypuszcza się, że śmierć poniosło kilkuset cywilów, głównie kobiet i dzieci.

Ani wtedy, ani po wojnie nie znaleziono żadnych dowodów, na to, że w wyniku ówczesnego bombardowania zginął choćby jeden Niemiec. Po bombardowaniu opat Diamare złożył pisemne oświadczenie, że w chwili bombardowania w klasztorze nie było żadnego.

 W trakcie bombardowania tysiące alianckich żołnierzy wiwatowało z radości, będąc święcie przekonanymi, że ich samoloty likwidują niemiecki punkt oporu. Po zbombardowaniu klasztoru przez pierwszą grupę samolotów do sztabu 5 Armii zaczęły napływać meldunki o uciekających „Niemcach”. Dowodem na potwierdzenie ich obecności w klasztorze miał być przechwycony przez nasłuch radiowy tekst: Ist Abt noch im Kloster? Ja, co przetłumaczono: „Czy dowództwo batalionu jest wciąż w klasztorze? Tak”. Szybko jednak okazało się, że tłumaczenie to było błędne. Wprawdzie „Abt” jest wojskowym skrótem oznaczającym dowództwo batalionu, jednak słowo to po niemiecku znaczy także „opat”. Właśnie w tym znaczeniu pojawiło się to słowo w niemieckim meldunku, o czym świadczy dalsza część wiadomości: Sind Moenche darinnen? (Czy są tam mnisi?).

 Fałszywe przekonanie, że Niemcy przystosowali klasztor do celów wojskowych sprawiło, że ta barbarzyńska akcja spotkała się z powszechnym poparciem w USA i Wielkiej Brytanii. Zgoła odmiennie zareagowała Stolica Apostolska, Chociaż Watykan wiedział, że zbombardowano nieobsadzone przez Niemców opactwo, jednak powstrzymano się od publicznego potępienia aliantów za zniszczenie opactwa. Możliwe, że u podstaw tej decyzji leżała obawa, iż znani z braku poszanowania dla zabytków alianci (podczas lądowania na Sycylii alianci dokonali wielkiego spustoszenia wśród tamtejszych zabytków, w tym i kościołów) mogliby nawet zbombardować obsadzony przez Niemców Rzym. Nie była to obawa bezpodstawna. Alianci niszczyli każdy obiekt, w którym podejrzewali obecność Niemców. Tę zasadę zastosowano podczas alianckiego nalotu na letnią rezydencję papieża w Castel Gandolfo, gdzie zginęło jedynie 17 zakonnic.

 Przedwczesna radość

 Radość alianckich żołnierzy była przedwczesna. Nie zdawali oni sobie sprawy, że już wkrótce tysiące z nich będzie musiało oddać życie w walce o ruiny opactwa. Za sprawą aliantów, to miejsce modlitwy i nauki w lutym 1944 r. stało się kluczową pozycją niemieckiego systemu umocnień w ramach tzw. linii Gustawa, zamykającej aliantom najkrótszą drogę do Rzymu.

Najtrafniej scharakteryzował zbrodniczość alianckiego bombardowania włoski pisarz i publicysta katolicki, Vittorio Messori: Kiedy skończyło się bombardowanie i niczego już nie można było ocalić, Wehrmacht zajął górę i ufortyfikował się w rumowisku. Barbarzyńska strategia Amerykanów okazała się cenna dla Niemców, ponieważ ruiny stały się tak doskonałym miejscem obrony, że można było w nich przez całe miesiące odpierać najbardziej zaciekłe ataki. Trzydzieści tysięcy poległych aliantów, wśród nich wielu Polaków, spoczywa na tamtejszym cmentarzu z powodu amerykańskiej decyzji zburzenia klasztoru. Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia („Czarne karty Kościoła”, Katowice 2001).

Już pierwsze dni po zburzeniu klasztoru całkowicie skompromitowały tych, którzy twierdzili, że jego zburzenie przyspieszy ofensywę i przyczyni się do zmniejszenia strat. Stało się dokładnie odwrotnie. W czasie próby zajęcia ruin (zostały obsadzone przez niemieckich spadochroniarzy 20 lutego) w nocy z 17 na 18 lutego Dywizja Hinduska poniosła ogromne straty nawet nie zbliżając się do nich. Ogółem w przeprowadzonych tej nocy atakach dywizja straciła 530 żołnierzy, podczas gdy we wcześniejszych dwóch odpowiednio 64 i 130. Tego samego dnia pomimo braku punktu kierowania ogniem w opactwie, co wmawiali alianci, Niemcy odparli atak 200 Nowozelandczyków, zabijając lub raniąc 130 z nich.

 Od lutego do maja Niemcy z powodzeniem odpierali ataki oddziałów alianckich. W maju 1944 r. do walki wszedł dowodzony przez generała Władysława Andersa 2 Korpus Polski, walczący w składzie brytyjskiej 8 Armii. Pierwsze natarcie Korpusu (11-12 V) zostało przez Niemców odparte. Związało ono jednak duże siły nieprzyjaciela i ułatwiło przełamanie niemieckiej obrony przez aliantów. Podczas drugiego natarcia (17-19 V) 2 Korpus zajął wzgórze z ruinami opactwa, a następnie przełamał drugi pas obrony niemieckiej, zwany linią Hitlera. W walce poległo 923 polskich żołnierzy, ok. 3 tys. zostało rannych, zaś 345 uznano za zaginionych. Klasztor nie został zdobyty frontalnym atakiem. Niemcy wycofali się z ruin w nocy z 17 na 18 maja. Polscy żołnierze zajęli rumowisko, w którym znajdowała się grupka ciężko rannych niemieckich żołnierzy.

 Niemcy wycofali się ponieważ alianci nie mogąc zdobyć ich punktów oporu frontalnym atakiem zdecydowali się wreszcie je obejść. W maju alianci zrobili więc to, co na początku roku proponowali generałowie Keyes, Juin i Tuker, tylko, że w ciągu tych pięciu miesięcy w beznadziejnych walkach niepotrzebnie zniszczono wspaniałą budowlę, zaś w walkach o jej ruiny niepotrzebnie straciło życie kilkadziesiąt tysięcy alianckich i niemieckich żołnierzy.

 Antykatolicka nienawiść

 Obecnie nie jest tajemnicą, że alianci podejmując decyzję o zbombardowaniu opactwa, doskonale wiedzieli, że nie było ono zajęte przez niemieckich żołnierzy. Przyznał to ówczesny brytyjski premier Winston Churchill w swojej wielotomowej pracy Druga Wojna Światowa (1952). Jego zdaniem, Niemcy w każdej chwili mogli wykorzystać zabudowania klasztorne do obrony, zaś zniszczenie opactwa miało im to bezpowrotnie uniemożliwić. Jednak podane przez niego uzasadnienie zburzenia opactwa jest sprzeczne z argumentacją głównego inicjatora zbombardowania klasztoru gen. Freyberga.

 Messori nie znajduje innego wytłumaczenia dla tego czynu, jak antykatolicka nienawiść: Amerykanie wiedzieli, że na górze i w klasztorze nie było niemieckiego wojska. Wiadomo także, że zadecydowali o zniszczeniu klasztoru nie z powodów wojskowych, lecz dla samego zniszczenia, co można wytłumaczyć jedynie pragnieniem usunięcia z oblicza ziemi jednego z bardziej znaczących symboli tzw. »katolickiego papizmu«. Barbarzyńska operacja miała cele inne od tych, które publicznie ogłoszono w godzinie bombardowania.

 Prawdziwość tych słów wydaje się potwierdzać rozpętana w USA i Wielkiej Brytanii medialna kampania, w której zajadle atakowano dowódców sprzeciwiających się bombardowaniu opactwa. W nagonce tej roiło się od kłamstw i silnych antykatolickich akcentów. Wielu wrogów Kościoła katolickiego nie ukrywało swojej radości ze zbombardowaniu klasztoru: Nie przypominam sobie, żeby coś, co widziałem lub zrobiłem, tak mnie uszczęśliwiło jak widok tego zburzonego na wzgórzu opactwa… Z radością patrzyłem na ten symboliczny rozpad Kościoła i skostniałej tradycji napisał w swoim dzienniku tuż po bombardowaniu kpt. Sidney Waugh, przed wojną znany jako wybitny rzeźbiarz.

 Po wojnie USA i Wielka Brytania uparcie trzymały się tezy, że zniszczenie opactwa na Monte Cassino było uzasadnione. Dopiero w końcu lat 60. XX stulecia w wydawanych w USA publikacjach zatryumfowała prawda. W oficjalnej historii armii amerykańskiej z 1969 r. stwierdzono, że opactwo nie było zajęte przez wojska niemieckie.

Wielka Brytania do dnia dzisiejszego nie zmieniła swego stanowiska o „niekwestionowanych dowodach” na wykorzystywanie opactwa przez Niemców. Żadnej pokory wobec prawdy nie wykazuje Nowa Zelandia, która zawzięcie broni gen. Freyberga. Paradoksalnie, dla niemieckich żołnierzy bitwa na Monte Cassino stanowiła jedną z nielicznych jasnych kart w generalnie haniebnej historii całej II wojny światowej.

 KrzysztofWarecki

===================

Nienawiść masońskich dowódców USA i „sprzymierzonych”  do Kościoła katolickiego jest udokumentowana. Świadczy o niej również podwójna zbrodnia detonacji bomb jądrowych nad Hirosima i Nagasaki – miastami przecież cywilnymi. Nagasaki to ośrodek katolicyzmu w Japonii.

Por.:  „Żyliśmy orędziem Fatimy”; przeżyli Hiroshimę. [w 2026: Już skurwiele zablokowali. md]

Oraz:

NIEZWYKŁA HISTORIA OŚMIU JEZUITÓW OCALAŁYCH z Hiroszimy [w 2026: Już skurwiele zablokowali. md]

Leo Szilard, jeden ze współautorów sławnego listu, podpisanego również przez Einsteina i zaadresowanego do Prezydenta Roosevelta – listu znanego jako początek Projektu „Manhattan”, napisał w 1960 roku, niedługo przed swoją śmiercią, że: „jeżeliby Niemcy rzucili na miasta bomby atomowe, to Amerykanie określili by takie bombardowanie, jako ‘zbrodnię wojenną’ oraz skazaliby w Norymberdze na śmierć przez powieszenie na szubienicy Niemców winnych tej zbrodni”.

Zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki w sierpniu 1945 roku, gdzie „ground zero” czyli „wskazanym celem” była jedyna w Japonii katedra katolicka, było większą zbrodnią wojenną niż zbrodnie generałów japońskich, za które byli oni skazani na śmierć i uśmierceni w Tokio i w Manili .

Inny cytat: Nagasaki: Klasztor zbudowany został wówczas za miastem, za górą, ale jak się później okazało dzięki temu ocalał, gdy Amerykanie rzucili bombę atomową na Nagasaki. Poleciały tylko szyby!

Klasztor św. Benedykta na Monte Cassino a cele strategiczne Amerykanów

Klasztor św. Benedykta na Monte Cassino a cele strategiczne Amerykanów

Przypominam następnemu pokoleniu, by historii nie pisali ciągle od nowa – kłamcy. Mirosław Dakowski. 13 luty 2026. Tekst z 2010 roku.

===================================================

Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia. A może był to niejasny i nie do powstrzymania wymóg, konieczność wynikająca z owego połączenia radykalnego protestantyzmu i masońskiego oświecenia, którym od początku charakteryzowała się ame­rykańska klasa kierownicza?(Messori)

            Dopiero osobiste spojrzenie na Opactwo na górze Monte Cassino pozwala mi na zadanie sobie pytania: Po co, w jakim celu dowództwo amerykańskie, czy aliantów, w 1944 roku zniszczyło serce katolicyzmu, klasztor, który założył św. Benedykt w roku 529?

            Fakty:

1)      był zakaz gen. Eisenhowera atakowania i niszczenia zabytków. Postąpiono wbrew niemu.

2)      Klasztor na początku 1944 r. nie był obsadzony przez wojska niemieckie. Dopiero po barbarzyńskim zburzeniu przez naloty alianckie oraz artylerię 15 lutego 1944 r., Niemcy zajęli ruiny.

3)      Klasztor i góra Monte Cassino nie miała strategicznego znaczenia jako bastion broniący drogi z Południa na Rzym: Między Monte Cassino a morzem Tyrreńskim mogły bez przeszkód przejść idąc koło siebie nie tylko dywizje, ale armie..

4)      Za zdobycie ruin SERCA KATOLICYZMU Polacy (katolicy) zapłacili śmiercią ok. tysiąca żołnierzy…

5)      Teraz jest tam piękna dla oka ATRAPA Opactwa, zbudowana od nowa przez (formalnie) rząd włoski (oddano mnichom w 1964 roku, jeszcze w r. 2010 część fresków nie jest namalowana od nowa), a w rzeczywistości sfinansowana przez Anglików i Amerykanów (wyrzuty sumienia? – toć „oni” chyba nie mają sumienia w naszym sensie tego słowa?… ).

Poniżej umieszczam tekst Vittorio Messori, który może nie zna dobrze „wkładu Polaków” w bitwę, ale… nie da się go zakwalifikować jako „polski ciemnogród”.

MONTE CASSINO

Vittorio Messori, „Czarne karty Kościoła”, Księgarnia św. Jacka, Katowice, 1998, str. 250 i nast.

            W czasie wakacyjnych podróży nie brakuje okazji do owocnych refleksji. Na przykład ci, którzy udają się na plaże, zbliżając się do Rzymu od południa, winni pomyśleć nieco o tym, dlaczego opactwo na Monte Cassino, niczym historyczny fałsz, nawet jeśli jest tylko całkowitą rekonstrukcją, góruje jeszcze na tym wzniesieniu.

            W ciągu następujących po wojnie światowej dziesięcioleci zaczęto przyjmować niezwykłą postawę, która wcześniej miała miejsce jedynie w manicheizmie: dobro istnieje tylko po jednej stronie, po stronie demokracji anglosaskiej, zawsze i wszędzie wprowadzającej cywilizację; zło przyszło z drugiej strony, z faszystowskich Niemiec, siedliska barbarzyństwa i zła.  [….]

            Wróćmy do Monte Cassino, gdyż od niego zaczęli­śmy naszą refleksję. Na wstępie zaznaczmy, że nienawiść antykatolicka (nie ma innego wytłumaczenia) doprowadziła do złamania schematu o „cywilizacji anglo-amerykańskiej przeciwko niemieckiemu barbarzyństwu”.

            Na tym sławnym wzgórzu, położonym na południe od Rzymu, właśnie faszyści okazali się „przyjaciółmi ludzi i kul­tury„. W tym bowiem rejonie Niemcy – między Włochami i aliantami – w pośpiechu utworzyli „Linię Gustawa„. Monte Cassino, pojedyncze, skaliste wzgórze, wznoszące się nad równiną, było idealnym miejscem na bazę, ale marszałek polny, Albert Kesselring, bawarski katolik, pochodzący ze starej, przed-nazistowskiej kasty wojskowej, która łączyła wojskowy dryl ze szczególnym pojęciem honoru, nie chciał się zdecydować na ufortyfikowanie tego miejsca, ponieważ byłoby to równoznaczne z wystawieniem go na zniszczenie.

            Niemcy (mimo wszystko potomkowie jednego z najbar­dziej oświeconych krajów świata i katoliccy przynajmniej w jednej trzeciej swej ludności) dobrze wiedzieli, co oznacza dla powszechnej cywilizacji miejsce, w którym razem ze św. Scholastyką spoczywają szczątki Benedykta z Nursji, nie bez przyczyny głównego patrona Europy.

            Tutaj powstała Reguła, która w czasie załamywania się kla­sycznej kultury w wielkim stopniu przyczyniła się do zacho­wania tego, co było najlepsze w starożytnym świecie i do zainaugurowania nowego. Tutaj, w wielkich skryptoriach (skryptorium – pomieszczenie w średniowiecznych klasztorach lub kate­drach, w którym kopiowano księgi rękopiśmienne [przyp. red.].), zakonnicy przepisywali nieśmiertelne dzieła, dzięki czemu nie uległy one zniszczeniu i zapomnieniu. Tu­taj biło serce prawego rycerstwa, które od Szkocji po Sycylię przez ponad tysiąc lat poświęcało się wiecznemu zbawieniu człowieka oraz polepszaniu jego życia na ziemi.

            Tak więc wbrew wszelkiej taktyce i strategii, Kesselring wyłączył Monte Cassino z linii obronnej, pozwalając we wnę­trzu klasztornych murów znaleźć schronienie wielkiej liczbie uciekinierów, rannych, chorych oraz starców i kobiet przy­garniętych przez zakonników.

            Dziś znany jest fakt, że alianci, przede wszystkim Amery­kanie, wiedzieli, że na górze i w klasztorze nie było niemiec­kiego wojska. Wiadomo także, że zadecydowali o zniszczeniu klasztoru nie z powodów wojskowych, lecz dla samego znisz­czenia, co można wytłumaczyć jedynie pragnieniem usunię­cia z oblicza ziemi jednego z bardziej znaczących symboli tzw. „katolickiego papizmu„. Barbarzyńska operacja miała cele inne od tych, które publicznie ogłoszono w godzinie bombardowania.

            W ten sposób zaoferowano Niemcom okazję, przynajm­niej w tym przypadku, zrehabilitowania się jako „przyjaciół” cywilizacji. Mimo dramatycznych trudności z transportem, Wehrmacht znalazł potrzebne ciężarówki, aby przewieźć do Watykanu przynajmniej część artystycznych i kultural­nych skarbów z klasztoru, poczynając od niezwykłego archi­wum, w którym znajduje się pierwszy dokument napisany w języku włoskim.

            Kiedy z klasztoru wywieziono już wspomniane osoby i rzeczy, 15 lutego 1944 roku, punktualnie o zapowiedzianej godzinie, pod niebem Monte Cassino ukazała się chmura amerykańskich samolotów, które rozpoczęły „precyzyjne” bombardowanie, zaś z równiny odezwały się alianckie działa ciężkiego kalibru. Bombardowanie i ostrzeliwanie trwało trzy dni, dopóki nie było pewności, że z klasztoru pozostały jedy­nie ruiny (później okazało się, że zniszczono wszystko oprócz krypty z relikwiami św. Benedykta i św. Scholastyki). Z całe­go wydarzenia zrobiono „spektakl”, filmując go przy pomocy zawodowych kamerzystów.

Kiedy skończyło się bombardowanie i niczego już nie można było ocalić, Wehrmacht zajął górę i ufortyfikował się w rumowisku. Barbarzyńska strategia Amerykanów okazała się cenna dla Niemców, ponieważ ruiny stały się tak dosko­nałym miejscem obrony, że można było w nich przez całe miesiące odpierać najbardziej zaciekłe ataki. Trzydzieści tysięcy poległych aliantów, wśród nich wielu Polaków, spo­czywa na tamtejszym cmentarzu z powodu amerykańskiej decyzji zburzenia klasztoru.

            Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia. A może był to niejasny i nie do powstrzymania wymóg, konieczność wynikająca z owego połączenia radykalnego protestantyzmu i masońskiego oświecenia, którym od początku charakteryzowała się ame­rykańska klasa kierownicza? Być może ten płomień gniewu pomoże lepiej zrozumieć wielką klasztorną awanturę, uka­zując jej historyczną ważność, nawet za cenę rozpętania tak wielkiej destrukcyjnej furii.

            Gdyby znalazł się ktoś, kto wątpi w nasze podejrzenia co do poza-militarnych celów zbombardowania szacownego klaszto­ru, uważając nas za ogarniętych wyolbrzymioną manią prześla­dowczą, niech przeczyta, co na ten temat ma do powiedzenia między innymi Giorgio Spini. Można mu ufać, skoro nawet on, będąc waldensem i obrońcą protestanckiej dominacji, pisze o „wzrastającej w Stanach Zjednoczonych fali ruchów antykatolickich, niejednokrotnie połączonej z brutalnymi manifestacjami”. Wspomniany historyk dodaje: „Nawet pomijając już przykłady nietolerancji i histerii, bez wątpienia istnieje w historii północnoamerykańskiej stan alarmowy, spowodowany liczną migracją katolicką, która mo­głaby stanowić zagrożenie dla głównych instytucji amerykań­skich„.

Wszyscy żyjemy na Wyspie Epsteina. Jak funkcjonuje grupa trzymająca władzę nad światem?

Wszyscy żyjemy na Wyspie Epsteina.

Jak funkcjonuje grupa

trzymająca władzę nad światem?

13.02.2026 Jakub Wozinski nczas/wszyscy-zyjemy-na-wyspie-epsteina-jak-funkcjonuje-grupa-trzymajaca-wladze-nad-swiatem/

epstein
NCZAS.INFO | Wyspa Epsteina. / Fot. Netflix/screen

Ujawnienie trzech milionów stron akt sprawy Epsteina pozwoliło po raz pierwszy w tak wielkim zakresie prześledzić mechanizm funkcjonowania grupy trzymającej władzę nad światem. Tak – nad światem.

Dla większości mediów głównego nurtu 30 stycznia był dniem jak każdy inny. Obok informacji o arktycznych mrozach, zaprzysiężeniu polskich olimpijczyków czy o podpisaniu umowy o dostawie dronów dla polskiej armii, stacje telewizyjne, rozgłośnie radiowe oraz portale informacyjne przekazały także informację o ujawnieniu przez amerykański Departament Sprawiedliwości danych znanych jako „Akta Epsteina”.

Zwykła afera?

I co dalej? Nic szczególnego. Przez kolejne dni pojawiały się także czasem pojedyncze newsy o polskich wątkach sprawy Epsteina, zwyrodniałym księciu Andrzeju czy też związkach zwyrodnialca z Wojciechem Fibakiem. [A o ujawnionych faktach „sprzedaży” dziewic przez tego alfonsa szejkom- już wygumkowano. MD]

W końcu cała afera Epsteina to przecież nic więcej jak tylko kolejna afera pedofilsko-seksualna, prawda?

Gdyby wiodące media nie były podporządkowane środowiskom, do których przynależał Jeffrey Epstein, w głównych stacjach telewizyjnych mielibyśmy od wielu dni permanentne wydania specjalne niczym po atakach z 11 września 2001 r. Na czerwonych paskach umieszczano by kolejne szokujące doniesienia, a korespondenci z całego świata z wypiekami na twarzy przedstawialiby reakcje z całego świata.

Zamiast tego mamy przerażającą apatię medialną, którą można wytłumaczyć tylko tym, że afera Epsteina realizuje schematy, które w bankowości nazywa się too big to fail i too many to fail. Ta afera dotyczy zbyt potężnych i wpływowych środowisk, aby można było domagać się ich ukarania, a jednocześnie środowiska te są zbyt liczne, aby komukolwiek udało się osądzić wszystkich zamieszanych. W ten sam sposób, gdy dochodzi do kryzysu, sektor finansowy wytypowuje zawsze skromną grupę banków czy firm do odstrzału, a całej reszcie wszystko uchodzi na sucho.

Gdyby wiodące media informowały rzetelnie o aferze Epsteina, mielibyśmy do czynienia niemalże z wybuchem potężnej bomby jądrowej w samym środku zachodniego świata. To, do czego uzyskaliśmy dostęp, nie jest bowiem zaledwie kolejnym, niewiele wnoszącym zbiorem informacji, lecz swego rodzaju portalem umożliwiającym nam chwilowe wkroczenie do świata osób, które mają rzeczywiście największy wpływ na losy całego świata.

Afera globalistycznych elit

Choć bagatelizowanie potwornych krzywd, jakie wyrządzano dzieciom, kobietom, a nawet mężczyznom na Wyspie Saint James, może się wydawać nie na miejscu, to nie wątek przestępstw seksualnych jest tu najbardziej szokujący. Handel ludźmi, zmuszanie do prostytucji, sadystyczne gwałty i inne mrożące krew w żyłach akty, których dopuszczała się grupa osób związana z Epsteinem, są oczywiście czynami okropnymi i budzącymi przestrach, ale i one nie stanowią wcale sedna całego problemu.

Tym, co ostatecznie i niezbicie odsłoniły akta Epsteina, jest istnienie nieformalnej grupy trzymającej władzę nad światem, a przynajmniej światem zachodnim. Sam Jeffrey Esptein był zapewne zaledwie wysokim przedstawicielem tego grona, oddelegowanym do werbowania znanych osób i tworzenia kompromatów na ich temat. Niewykluczone, że on sam był od samego początku przez kogoś szantażowany w związku z perwersyjnymi skłonnościami. Jego wypowiedzi świadczyły jednak o tym, że czuł się przedstawicielem społeczności stojącej ponad zwykłymi śmiertelnikami (słowo „goj” pojawia się w korespondencji przynajmniej kilkanaście razy).

Najważniejsze jest zdanie sobie sprawy z tego, że nie powinno się w zasadzie mówić o „aferze Epsteina”, ale o aferze światowych elit. Epstein stanowi wspólny mianownik całego grona widziany z perspektywy organów ścigania, ale bohaterami całej kabały są m.in. Jeff Bezos, Sergey Brin, Elon Musk, Susan Wojcicki, Bill Clinton, Peter Thiel, Larry Summers, Ehud Barak, Bill Gates, Jens Stoltenberg czy też członkowie rodzin królewskich z Norwegii, Danii i Wielkiej Brytanii.

Współuczestnikami orgii nie byli magazynier, nauczyciel WF-u i listonoszka z Pcimia Dolnego, lecz prezesi i właściciele największych spółek świata, wiodący politycy, prawnicy, celebryci i członkowie królewskich rodów.

Świat jako Wyspa Epsteina

Przeglądając wyrywkowo zgromadzone akta, można dojść do mylnego wniosku, że sprawiedliwości stało się zadość, bo prawda wyszła wreszcie na jaw. Niestety uzyskana przez miliony zwykłych Kowalskich wiedza na temat grupy trzymającej władzę nad światem nie zmienia niemal nic. Środowiska, o których wiedzę dostarczyła nam afera Epsteina, są zwyczajnie zbyt potężne i zbyt rozproszone po całym świecie, aby ktokolwiek był je w stanie kiedyś rozliczyć. Nie dojdzie nigdy do żadnych „procesów norymberskich” dla pedofilskich, globalistycznych elit, ponieważ w świecie zachodnim nie istnieje żadna siła zdolna im się realnie przeciwstawić.

Płynie z tego smutny wniosek, że niestety wszyscy żyjemy na wielkiej wyspie Epsteina. Wiemy, że grasują po niej zwyrodnialcy, którzy są bezkarni, ale wiedza ta jest właściwie bezużyteczna. Niektóre ofiary Epsteina od pewnego momentu również wiedziały już, w jakim celu trafiały na wyspę Little Saint James, a nawet dzieliły się tą wiedzą z otoczeniem, lecz organy ścigania zajęły się całą sprawą na poważnie dopiero w 2018 r. W naszym zbiorowym przypadku organy ścigania jednak nie zareagują, ponieważ grupa trzymająca władzę jest zbyt potężna.

Dla zwykłych gojów ujawnienie kolejnej transzy akt Epsteina stanowi wielką sensację, ale warto mieć świadomość, że niektórzy czują się zapewne oburzeni. Dla przykładu rabin Asher Federman, reprezentujący Chabad Lubavitch of the Virgin Islands (położonego w prostej linii ok. 3 km od Little Saint James) jest zapewne skonfundowany tym, że ujawniono zawartość jego prywatnej korespondencji. W swoim mailu do Jeffreya Epsteina z 1 kwietnia 2014 r. określa go „wyjątkowo hojnym” i proponuje swoje odwiedziny na wyspie. Każdy z nas wie, jak to dobrze mieć sąsiada: zawsze można od niego pożyczyć sól albo po prostu sobie z nim uciąć pogawędkę. I myślę, że tak właśnie wyglądały relacje między ludźmi na Wyspach Dziewiczych, zanim zaczęli się nimi zajmować zwolennicy spiskowych teorii dziejów. Spokojne życie, pełne rozmów i czerpania radości z piękna otaczającej przyrody. I komu to przeszkadzało?

Wyspa Epsteina i brama do psychologii zła [tryptyk]

Wyspa Epsteina i brama do psychologii zła [tryptyk]

Brandon Smith

Podał: AlterCabrio, 12 lutego 2026

Od mafii, przez brutalne kartele narkotykowe, sekty religijne, po autorytarne rządy – widzieliśmy psychopatów, którzy zjednoczyli się i współpracowali w najgorszych momentach naszej historii. Robią to dla obopólnych korzyści, ale wierzę, że istnieje plan, który sięga o wiele dalej. To dalekosiężny spisek, który zdaje się potwierdzać niedawne ujawnienie Akt Epsteina.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

Wyspa Epsteina i brama do psychologii zła

Teoretycy spiskowi mają prawie zawsze rację. Wielokrotnie się o tym przekonaliśmy i nadal będziemy mieć rację w wielu kwestiach, które korporacyjne media nazywały „marginesowymi”. Tym, którzy są podobni do mnie – ludziom, którzy od 20 lat lub dłużej próbują ostrzegać opinię publiczną przed tymi zagrożeniami – chcę tylko powiedzieć: odnieśliśmy miażdżące zwycięstwo. Ujawniliśmy mroczne sekrety elit i nic nie jest w stanie zatrzymać tego pociągu.

Jednak walka jest daleka od zakończenia i nie oczekujcie żadnych nagród ani nawet uznania. Taka jest natura naszej pracy i, szczerze mówiąc, najlepsze, co może się stać w dłuższej perspektywie, to to, że badacze i analitycy tacy jak my w końcu staną się zbędni. Tymczasem wojna informacyjna o ratowanie cywilizacji trwa.

Jedną z kwestii, którą zainicjowałem w swojej karierze (wraz z garstką innych piszących o wolności), jest zgłębianie psychologii i ideologii globalistów. Uważam ich istnienie za fascynujące. Z pewnością odrażające, ale i fascynujące.

Teoria, którą wyznaję od dwóch dekad, głosi, że globaliści to przede wszystkim okultystyczna sieć zorganizowanych psychopatów. Oznacza to, że poszukują oni osób z cechami psychopatycznymi (ukrytymi lub nie), aby rekrutować i powiększać swoją grupę. W opinii publicznej powszechne jest przekonanie, że psychopaci powinni działać w izolacji; że nie współpracują ze sobą, ponieważ są zbyt skupieni na sobie, by się organizować.

Historia pokazuje nam, że nie jest to prawdą.

Od mafii, przez brutalne kartele narkotykowe, sekty religijne, po autorytarne rządy – widzieliśmy psychopatów, którzy zjednoczyli się i współpracowali w najgorszych momentach naszej historii. Robią to dla obopólnych korzyści, ale wierzę, że istnieje plan, który sięga o wiele dalej. To dalekosiężny spisek, który zdaje się potwierdzać niedawne ujawnienie Akt Epsteina.

Żeby było jasne, uważam, że informacje przedstawione do tej pory w aktach to zaledwie ułamek zła, z którym mamy do czynienia. Uważam również, że ważne jest, aby podkreślić, że „wymienienie” osób w Aktach Epsteina jest bez znaczenia jeśli pozbawione jest kontekstu.

Niektóre osoby publiczne, takie jak Donald Trump czy Elon Musk, są „wymienione” jako osoby, które kontaktowały się z Epsteinem, ale nie ma żadnych dowodów na to, że brały udział w jakichkolwiek nikczemnych działaniach (Epstein kontaktował się z KAŻDYM, kto miał władzę lub wpływy i próbował go zwerbować). Co więcej, anonimowe wskazówki FBI od przypadkowych szajbusów nie stanowią podstawy do wszczęcia postępowania karnego. Inne osoby też są wymienione w aktach, a kontekst sugeruje, że dopuściły się dość obrzydliwych czynów.

Akta stanowią wystarczającą ilość dowodów, by uzasadnić wszczęcie szeroko zakrojonego międzynarodowego śledztwa, ale nie stanowią dowodu popełnienia przestępstw, który wytrzymałby rozprawę sądową (przynajmniej na razie).

Być może nigdy nie zobaczymy aktów oskarżenia wobec stałych bywalców Epstein Island. Jak zauważyłem w opublikowanym w zeszłym roku artykule „Rządowa samoobrona: dlaczego nigdy nie zobaczymy prawdziwej listy Epsteina” [“Governmental Self-Preservation: Why We’ll Never See The Real Epstein List”], uważam, że wiele osób w administracji Trumpa chce, aby sprawa Epsteina doprowadziła do aresztowań. Przewidywałem jednak również, że rewelacje zawarte w aktach mogą doprowadzić do jeszcze mroczniejszych odkryć, które mogą doprowadzić do całkowitego upadku.

Osoby zajmujące się tymi informacjami stoją przed dylematem: dążyć do światła prawdy, wrzucić wszystko do internetu i zaryzykować całkowity chaos społeczny, czy też podawać informacje do publicznej wiadomości po trochu i starać się nie dopuścić do załamania systemu. Zapomnijcie o kosmitach – ujawnienie konkretnych dowodów na to, że lucyferiańska sekta zjadających dzieci bankierów, prezesów, polityków i biurokratów kontroluje planetę, to prawdziwy Czarny Łabędź.

Nie da się prowadzić sensownej dyskusji o naturze władzy we współczesnej cywilizacji (rewolucji postindustrialnej) bez zaakceptowania surowej rzeczywistości, że większość kluczowych wydarzeń w naszej najnowszej historii została zmanipulowana przez ukryte konsorcjum elit. Nie możemy też prowadzić żadnej sensownej debaty o tym, jak rozwiązać ten problem, nie akceptując faktu, że „zło” jest niezaprzeczalną stałą.

To wspólny mianownik, klucz do równania.

Zło to namacalny i autonomiczny byt, który wywiera wpływ na społeczeństwo ludzkie, często wykorzystując osoby z wrodzonymi słabościami duszy jako narzędzia do realizacji swoich intryg. Owszem, brzmi to dość biblijnie, ale śmiem twierdzić, że nasi religijni przodkowie mogli mieć znacznie lepsze pojęcie o naturze zła niż my dzisiaj, biorąc pod uwagę naszą futurystyczną skłonność do zaprzeczania wszystkiemu, czego nie da się od razu wyjaśnić naukowo.

Akta Epsteina wskazują na zło, którego istnienia wielu nawet nie przypuszczało, którzy nigdy nie zetknęli się z badaniami na temat globalizmu. A nawet ci, którzy zetknęli się z tymi badaniami, mogą być zszokowani odkryciami.

Podsumowując, Jeffrey Epstein nie był szczytem piramidy. Nie był też jakimś samolubnym oszustem, sprzedającym seks i deprawację tylko po to, by uzyskać dostęp do władzy. Epstein był raczej pośrednikiem, handlarzem narkotyków, który sprzedawał doświadczenia z dopaminą jako nagrodę dla członków spisku (jednocześnie gromadząc materiały służące do szantażu). Jednak spisek jest o wiele większy niż to, co widzimy w aktach Epsteina i przewyższa jakikolwiek kraj czy rząd.

W aktach znajdują się dziwne wzmianki o „klonowaniu”, hodowli niemowląt na czarny rynek i tworzeniu „wyższej rasy”. Innymi słowy, interesy Epsteina i jego współpracowników wykraczały daleko poza fetysze seksualne.

Niektóre z e-maili Epsteina otwarcie omawiają wykorzystywanie seksualne i tortury ofiar przywiezionych na wyspę. Przemoc wobec nastolatków jest mniej chroniona i łatwiejsza do udowodnienia. Są też bardziej obrzydliwe elementy w tych aktach. W e-mailach Epsteina roi się od zaszyfrowanego języka, w którym jedzenie jest symbolem ewidentnie nielegalnej kontrabandy.

Z informacji dotyczących afery Pizzagate (e-maili Johna Podesty) ujawnionych przez Wikileaks w 2016 roku wynika, że ​​hasła związane z jedzeniem są powszechne wśród globalistów i wydają się być powiązane z wykorzystywaniem małych dzieci. Symbolika pizzy była powszechna w sieciach pedofilskich przez wiele lat poprzedzających ujawnienie afery Pizzagate, a także na łamach Akt Epsteina (słowo „pizza” jest używane jako hasło co najmniej 900 razy w e-mailach).

Użycie określenia „suszona wołowina” [beef jerky] w e-mailach Epsteina (również wspominanych setki razy) jest szczególnie niepokojące, wliczając w to rozmowy o przechowywaniu „suszonek w lodzie” [jerky on ice], dziwną obsesję na punkcie wagi porcji suszonej wołowiny, laboratoryjne testowanie „suszonek” w celu zapobiegania chorobom itd. O czymkolwiek oni mówią, to nie jest suszona wołowina. Trzeba zadać sobie pytanie, jaki rodzaj produktu spożywczego byłby tak przestępczy, że musiałby być ukryty za skomplikowanym szyfrem?

Oczywistym wnioskiem byłoby stwierdzenie, że „suszone mięso” [jerky] to kod oznaczający ludzkie mięso. Niektórzy mogliby argumentować, że jedzenie ludzkiego mięsa nie przynosi żadnych korzyści, więc dlaczego elity miałyby to robić? Ci krytycy działają z logicznego punktu widzenia, a nie z punktu widzenia okultyzmu. Nie da się oddzielić Wyspy Epsteina od okultyzmu i nadal rozumieć, co się tam wydarzyło.

Dla elit, które nawiązują do pogańskich praktyk starożytnego Babilonu, od czasów kultu Molocha (Bohemian Grove) i późniejszych, rytuał kanibalizmu jest integralną częścią ich religii. Wierzą, że ofiary z ludzi dają im władzę, co jest wspólnym mianownikiem większości systemów pogańskich, w tym satanizmu.

Lucyferianizm/satanizm jest integralnym elementem globalizmu. Dowody jego praktykowania w kręgach globalistycznych są ogromne i nie można ich ignorować. Niektórzy sceptycy wskazują na rozdział między „satanizmem” a „lucyferianizmem”, ale w praktyce są to wzajemnie powiązane systemy wierzeń.

Sataniści zajmują się pogonią za przyjemnością kosztem moralności, podczas gdy lucyferianie dążą do władzy i boskości kosztem moralności. Dla wyznawców obu praktyk ich motto brzmi: „Rób, co chcesz”.

Jak opisałem w moim artykule „Lucyferianizm: świeckie spojrzenie na destrukcyjny globalistyczny system wierzeń” [BONUS I poniżej -AC], opublikowanym w 2019 roku, globalne elity czerpią swoją duchową ekstazę z kultu materializmu i zepsucia tego, co czyste. Dążą do dekonstrukcji stworzenia i natury ludzkiej, aby udowodnić, że wszyscy ludzie są tak samo zdeprawowani jak oni sami, a moralność jest sztucznym ograniczeniem władzy i przyjemności.

Ich system jest pełen psychopatycznych symptomów, a ja twierdzę, że lucyferianizm to religia stworzona specjalnie po to, by potwierdzać destrukcyjne tendencje psychopatów i narkopatów. Ale jakie to tendencje?

Psychopaci nie mają żadnego poczucia empatii i funkcjonują jedynie jako pasożyty żerujące na reszcie ludzkości. To właśnie jeden z powodów, dla których mnie fascynują. Nie dlatego, że są szczególnie interesującymi jednostkami, ale dlatego, że ich istnienie wydaje się niebezpieczną anomalią. Stanowią mniej niż 1% całej populacji ludzkiej, ale są przyczyną zdecydowanej większości ludzkich tragedii.

Przeciętny człowiek bez wątpienia ma skłonność do zła. Ludzie mogą zostać popchnięci do najróżniejszych okropności, w zależności od okoliczności. Jednak większość z nas posiada mechanizm zwany „sumieniem”, który w większości przypadków powstrzymuje nas przed popełnieniem zła. Powoduje on również poczucie winy, gdy wiemy, że postąpiliśmy destrukcyjnie.

Gdyby większość populacji nie posiadała powszechnego poczucia sumienia i moralności, wymarlibyśmy jako gatunek tysiące lat temu.

Globaliści (psychopaci) nie posiadają tego mechanizmu. W rzeczywistości postrzegają sumienie jako przeszkodę, cechę słabych i łatwych do prześladowania. Są drapieżną klasą ludzi. Powiedziałbym nawet, że wcale nie są ludźmi, a jedynie mutacją lub nowotworową naroślą.

Kiedy psychopaci osiągają jawne bogactwo materialne, mają łatwy dostęp do zasobów, których potrzebują, aby zaspokoić swoje impulsy. Na tym etapie ewolucji psychopata ma tendencję do nudy. Zaczyna gonić za rosnącą deprawacją i mrokiem w poszukiwaniu większej dawki dopaminy. Im bardziej zdegenerowana i zakazana jest dana aktywność, tym jest bardziej ekscytująca.

Ale to nic innego jak indywidualne motywacje i osobiste uzależnienia. Jakie są ambicje i pobudki zorganizowanej kliki?

Częścią uroku okultyzmu jest radość, jaką odczuwają niektórzy ludzie, gdy uważają się za „lepszych” od przeciętnego człowieka. Grupy okultystyczne wmawiają swoim członkom, że zostaną wyróżnieni jako „elita”, gdy dołączą do strażników tajemnic.

Kiedy czytamy liczne e-maile związane z Epsteinem, jego wyspą i ranczem w Nowym Meksyku, ludzie, którzy z nim korespondują, wydają się dziecinni i rozbrykani. Chichoczą jak małe bachory, gdy angażują się w szyfry i zagadki. Dopuszczają się okrucieństw wykraczających poza pojmowanie przeciętnego człowieka i odczuwają radość, pławiąc się w „potajemnych” czynach.

Myślę, że dla wielu osób ze środowiska spiskowego może to być trudne do pogodzenia, ale ta klika nie składa się z mrocznych, błyskotliwych umysłów narzucających zimną i wyrachowaną wolę. Raczej składa się głównie z egoistycznych narcyzów chichoczących jak idioci, rozkoszujących się swoimi urojeniami o wielkości. Gdybyś zobaczył, jak ci ludzie zachowują się za kulisami, prawdopodobnie poczułbyś z ich powodu zażenowanie, ale też poczuł się jak idiota, że wyobrażałeś sobie ich jako przebiegłych lub nietykalnych geniuszy.

Bez pieniędzy i zbiorowej ochrony ze strony ich sabatu, są oni zaledwie drobnymi, bezwartościowymi ludźmi, żyjącymi bezsensowną egzystencją. Nie dajcie się jednak zwieść – to właśnie odrażająca socjopatia ich dziecinności czyni ich niezwykle niebezpiecznymi. Bycie infantylnym, a jednocześnie radowanie się krwią niewinności, wymaga diabolicznego i demonicznego umysłu.

Z moich poszukiwań wynika, że ​​Wyspa Epsteina mogła być łagodna w porównaniu z niektórymi innymi miejscami spotkań elit. Jego wyspa nie była celem samym w sobie, lecz bramą dla wtajemniczonych. Wierzę, że wyspa była miejscem próby, miejscem, gdzie zło się kumuluje, a ludzie z lękami są odfiltrowywani.

Najgorsi z najgorszych prawdopodobnie przenieśli się do jeszcze bardziej odrażających kryjówek, poukrywanych na całym świecie. Akta Epsteina są ważne, ponieważ otwierają drogę do szerszego śledztwa w sprawie sieci globalistów i przerażających miejsc ich zabaw.

Proponuję powrót do koncepcji „łowców czarownic” – ludzi, którzy potrafią myśleć jak okultyści, a jednocześnie stosować nowoczesne metody śledcze, aby wytropić te sieci i wymazać je z powierzchni Ziemi. Jeśli urzędnicy państwowi odmówią tego, samosądy są nieuniknione.

Niestety, to nie przypadek, że globalistyczne organizacje pozarządowe zalały Zachód migrantami z krajów trzeciego świata i zmobilizowały armie skrajnie lewicowych rebeliantów w ciągu ostatnich kilku lat. Po pandemii wiedzą, że społeczeństwo osiąga poziom nasycenia informacyjnego, a ich program wychodzi na jaw. Będą dążyć do obalenia ruchów konserwatywnych, wykorzystywać pożytecznych idiotów do niszczenia wrogów i siać ogólny chaos, aby sabotować wszelki zorganizowany opór.

_____________

Epstein’s Island And The Gateway To The Psychology Of Evil, Brandon Smith, February 10, 2026

◊========================================================

BONUS I

Lucyferianizm: świeckie spojrzenie na destrukcyjny globalistyczny system wierzeń

Przez lata zgłębiania mechanizmów globalnych wydarzeń i ludzi za nimi stojących, stałem się być może nieco obsesyjny na punkcie jednego konkretnego tematu – źródeł i motywacji zła. Ta fascynacja nie wynika z prostej, chorobliwej ciekawości, lecz ze strategicznej potrzeby zrozumienia wroga. Podobnie jak deratyzator musi zrozumieć zachowanie karaluchów, aby działać skutecznie, ja dążę do zrozumienia zachowania i natury zorganizowanego zła.

Jednym z bardzo ważnych faktów, który należy najpierw wyjaśnić ludziom, jest to, że zło rzeczywiście istnieje. Propaganda establishmentu poświęciła mnóstwo czasu, wysiłku i kapitału, próbując wmówić społeczeństwu, że zło to nic więcej niż konstrukt społeczny – opinia. Zło rzekomo leży w oku patrzącego; jest produktem religijnego uwarunkowania. To fałsz. Podobnie jak koncepcje piękna, koncepcje zła są w rzeczywistości wrodzone w naszej psychice od urodzenia. „Oko patrzącego” jest nieistotne.

Potwierdzają to dwa obszary psychologii człowieka:

Po pierwsze, jak wykazały prace Carla Junga (a co za tym idzie, antropologów takich jak Joseph Campbell), wszyscy ludzie, niezależnie od miejsca urodzenia, od najbardziej odizolowanego plemienia w Amazonii po największą metropolię w Ameryce, noszą w swojej psychice te same archetypowe symbole. Innymi słowy, WSZYSCY mamy w swoich umysłach te same elementy psychologiczne, niezależnie od środowiska.

Sam ten fakt jest tak przytłaczający dla współczesnego człowieka, że ​​niektórzy odmawiają nawet uznania go za możliwy. Jesteśmy tresowani niczym szczury laboratoryjne, by widzieć tylko jedną drogę przez labirynt. W kółko powtarzano nam, że wszystko jest „względne”, że każdy człowiek jest w całości produktem środowiska i że wszyscy zaczynamy jako „czyste karty”.

Zaciekłe ataki establishmentu na Carla Junga (w tym kłamstwa o jego współpracy z nazistami) mówią mi, że Jung był bardzo blisko celu. Natknął się na coś bardzo niebezpiecznego dla establishmentu. Coś, co mogło zniweczyć ich sposób postrzegania opinii publicznej.

Po drugie, niezaprzeczalne istnienie ludzkiego sumienia sugeruje, że rodzimy się ze zrozumieniem dualizmu. Oznacza to, że – jak odkrył Jung – nasza psychika zawiera wrodzone koncepcje dobra i zła, które wpływają na nasze decyzje i reakcje. Jung określał zło, czyli psychologicznie destrukcyjne impulsy, mianem „cienia osobistego” i „cienia zbiorowego”.

Zdecydowana większość ludzi ma intuicyjny związek z dobrem i złem. Odczuwają niepokój, gdy stają w obliczu złych czynów lub myśli, i czują osobiste poczucie winy, gdy wiedzą, że zrobili coś złego innym ludziom. Niektórzy mogliby nazwać to „kompasem moralnym”. Ja nazwałbym to częścią duszy lub ducha.

W każdym razie istnieje na świecie grupa ludzi, którzy tego nie mają – niewielki odsetek populacji, który rodzi się bez sumienia lub łatwo je ignoruje. Do tych ludzi przejdziemy za chwilę, ale najpierw powinniśmy chyba zdefiniować, czym jest zło.

Złem jest przede wszystkim każde działanie, którego celem jest zniszczenie, eksploatacja lub zniewolenie w imię osobistych korzyści lub satysfakcji. Niestety, złe czyny są często błędnie przedstawiane jako korzystne dla grupy, co czyni je moralnie akceptowalnymi. Potrzeby ogółu rzekomo przeważają nad potrzebami nielicznych, a zatem zło jest racjonalizowane jako środek do osiągnięcia „pozytywnego celu” dla „większego dobra”.

W większości przypadków jednak destrukcyjne działania nie służą interesom większości, a jedynie przynoszą więcej bogactwa i władzy elitarnej mniejszości. To nie przypadek.

Zło zaczyna się od zaprzeczenia istnieniu sumienia, czyli od zaprzeczenia istnieniu wyboru. Każdy człowiek rodzi się ze zdolnością lub wolnością wyboru. Możemy słuchać sumienia albo je ignorować. Możemy czynić dobro albo zło. Zło mówi nam, że wybór jest względny i że moralność jest względna, że nie ma różnicy między dobrym a złym wyborem, albo że zły wybór jest jedynym wyborem.

Oprócz ignorowania sumienia, musimy również zdefiniować motywację, która napędza zło. Psychologia sugeruje, że destrukcyjne, egoistyczne działania wynikają z obsesyjnego pragnienia zdobycia lub kontrolowania rzeczy, których nie możemy lub nie powinniśmy mieć. Co ciekawe, tego samego uczą nas również niektóre religie, ale trzymajmy się świeckiej analizy.

Jak wspomniano wcześniej, istnieje na świecie grupa ludzi, którzy nie postrzegają dobra i zła tak, jak większość z nas. Ich psychika funkcjonuje zupełnie inaczej, bez filtra sumienia. Osoby te wykazują cechy narcystycznych socjopatów. W pełni i wysoko rozwinięci narcystyczni socjopaci stanowią około 1% do 5% całej populacji ludzkiej, a większość z nich rodzi się, a nie kształtuje w swoim środowisku. Ponadto, 5% do 10% ludzi posiada ukryte cechy narcyzmu lub socjopatii, które zazwyczaj ujawniają się dopiero w niestabilnym środowisku kryzysowym.

W licznych artykułach obszernie pisałem o narcystycznych socjopatach i globalistycznym establishmencie. Opisywałem również, jak wbrew powszechnemu przekonaniu, osoby takie nie są od siebie odizolowane. Wręcz przeciwnie, organizują się w grupy dla obopólnych korzyści.

Istnieje ideologia lub system wierzeń, który głosi dokładnie odwrotne stanowisko niż to, co sumienie podpowiada nam jako „dobre”, a tym systemem jest lucyferianizm. W rzeczywistości lucyferianizm wydaje się być źródłem większości destrukcyjnych „-izmów” istniejących obecnie w naszym społeczeństwie (w tym socjalizmu i globalizmu). Moja teoria głosi, że lucyferianizm to religia lub kult stworzony przez socjopatycznych narcyzów dla dobra socjopatycznych narcyzów.

Czasami trudno jest zidentyfikować prawdziwe „sakramenty” kryjące się za lucyferianizmem, ponieważ, po pierwsze, lucyferianie odmawiają przyznania, że ​​system ten w ogóle jest religią. Wolą nazywać go filozofią lub metodologią, przynajmniej publicznie. System zdaje się również zachęcać do aktywnej dezinformacji, aby zniechęcić lub wprowadzić w błąd osoby niebędące wyznawcami. Historycznym terminem określającym tę religijną tajemnicę jest „okultyzm”. Ja nazwałbym to „elitaryzmem”.

Istnieją pewne fundamentalne przekonania, do których lucyferianie otwarcie się przyznają. Przede wszystkim, celem lucyferianizmu jest osiągnięcie boskości. Innymi słowy, wierzą, że NIEKTÓRZY ludzie mają zdolność do stania się bogami poprzez gromadzenie wiedzy.

Pisałem już wcześniej o szaleństwie dążenia do boskości, opisując, jak fizyka kwantowa i dowód niezupełności Kurta Gödla uniemożliwiają całkowitą naukową i matematyczną obserwację oraz zrozumienie wszechświata. Jednak rzeczywistość matematyczna nie powstrzymuje kręgów lucyferiańskich przed destrukcyjnym dążeniem do tego, czego nie mogą mieć. W konsekwencji, wiedza naukowa nieograniczana dyscypliną, mądrością i moralnym kompasem może prowadzić do katastrofy. Wiedza materialna jest niezmiennie nadużywana przez tych, którzy dążą do boskiej mocy.

Idea samouwielbienia jest podstawową cechą socjopatycznych narcyzów. Lucyferianizm jedynie ją kodyfikuje, jakby była cnotą. Innym problemem związanym z ideą stania się bogiem jest to, że nieuchronnie rozwija się w nim pragnienie posiadania zwolenników i czcicieli. Czymże w końcu jest zbawiciel bez trzody? Ale jak człowiek może zdobyć trzodę i stać się bardziej bogiem? Siłą czy podstępem?

Po drugie, lucyferianie twierdzą, że dążą do wzmocnienia władzy jednostki jako całości. W umysłach wielu ludzi wcale nie brzmi to negatywnie. Nawet ja argumentowałem za znaczeniem indywidualizmu w obliczu kontroli społecznej. Niemniej jednak, każdą ideologię można doprowadzić do skrajności.

Dążenie do indywidualnej satysfakcji może posunąć się zbyt daleko, do tego stopnia, że ​​ludzie wokół nas zaczynają cierpieć. Ze względu na elitarny charakter lucyferianizmu, niekoniecznie dążą oni do wywyższenia WSZYSTKICH jednostek, a jedynie niektórych „zasługujących”. Istnieje tendencja do postrzegania osób niebędących wyznawcami jako „gorszych”. Głupich ludzi, których należy strzyc jak owce przez tych, którzy gonią za wyższym marzeniem o osobistej boskości.

Tę postawę można dostrzec również w powszechnych działaniach narcystycznych socjopatów, którzy bez skrupułów oszukują i wykorzystują otaczających ich ludzi, traktując ich jak zasoby, żerując na innych jak pasożyty. Traktują to jako akceptowalną praktykę, ponieważ postrzegają siebie jako wyjątkowych. Są przeznaczeni by osiągać więcej niż ignorancki motłoch. Są przeznaczeni do wielkich czynów, a ich wizerunek ma być utrwalony w historii.

Elitaryzm lucyferianizmu jest nie do ukrycia. Lucyferianie twierdzą, że nie mają żadnego interesu w nawracaniu innych. Zamiast tego, wyznawcy muszą być „wystarczająco inteligentni”, aby samodzielnie dojść do systemu wierzeń. Jednak ich cel, jakim jest wpływanie na opinię publiczną poprzez sferę społeczną i polityczną, jest dość oczywisty.

Polityczni kontrolerzy, choć nie są otwarcie lucyferianami, mają tendencję do ujawniania swoich powiązań. Saul Alinsky, wysoko postawiony lewicowy organizator i demokratyczny nadzorca, chwali buntowniczego Lucyfera w osobistych podziękowaniach w swoim podręczniku politycznym „Zasady dla radykałów”, w którym pisze:

„Abyśmy nie zapomnieli o przynajmniej krótkim podziękowaniu dla pierwszego radykała: ze wszystkich naszych legend, mitologii i historii (a kto wie, gdzie kończy się mitologia, a zaczyna historia — albo która jest która) pierwszym znanym człowiekowi radykałem, który zbuntował się przeciwko establishmentowi i zrobił to tak skutecznie, że przynajmniej zdobył własne królestwo — Lucyfer”.

Lucyferianizm jest również powszechny w instytucjach globalistycznych. Na przykład ONZ wydaje się być silnie zaangażowana w tę ideologię poprzez grupy takie jak Lucis Trust, wydawnictwo założone przez Alice Bailey, zagorzałą propagatorkę lucyferianizmu, będącą również właścicielką Lucifer Publishing Company. Lucis Trust pierwotnie miało siedzibę w budynku ONZ w Nowym Jorku i do dziś prowadzi prywatną bibliotekę książek okultystycznych poza ONZ.

Byli dyrektorzy ONZ, tacy jak Robert Muller, byli blisko związani z Lucis Trust i działalnością Alice Baily, i otwarcie promowali lucyferianizm. Muller odegrał kluczową rolę w globalnej polityce edukacyjnej ONZ dla dzieci i utworzył liczne agencje filialne z zamiarem globalnego zarządzania. Białe księgi Roberta Mullera na temat tworzenia globalnego rządu można przeczytać na jego stronie internetowej Good Morning World.

Lucyferianie podchodzą do globalnego zarządzania tak, jak do wszystkiego innego – z nachalną propagandą. Muller argumentuje, że cel musi być promowany w oczach opinii publicznej poprzez ideę „ochrony Ziemi”. Innymi słowy, wierzył, że ekologia jest kluczem do przekonania mas o potrzebie całkowitej centralizacji władzy w rękach globalistycznych instytucji. Lucyferiańskie ideały są lukrowane mnóstwem kwiecistych i szlachetnie brzmiących motywów. Ale o co w nich tak naprawdę chodzi?

Niektórzy lucyferianie przyjmują gnostyczne stanowisko wobec postaci diabła i twierdzą, że postrzegają tę koncepcję jedynie jako mitologię, a nie jako dosłowną siłę. Niektóre teksty gnostyckie przedstawiają Szatana jako „dobrego”, a Boga jako „złego” w Księdze Rodzaju. Boga jako bezwzględnego władcę niewolników, a węża jako „wyzwoliciela” przynoszącego ludzkości wiedzę o świecie materialnym. Lucyfer jest przedstawiany jako swego rodzaju Prometeusz. Tytan, który wykradł bogom ogień i podarował go ludziom.

Ta narracja o „Lucyferze jako heroicznym zbawicielu” jest bardzo powszechna. Manly P. Hall, mason 33 stopnia i wpływowy pisarz New Age, powiedział w swoim zbiorze pism zatytułowanym „Wszechwidzące oko”:

„Lucyfer reprezentuje intelekt i wolę jednostki, które buntują się przeciwko dominacji Natury i usiłują przeciwstawić się naturalnym impulsom. Lucyfer, pod postacią Wenus, jest gwiazdą poranną, o której mowa w Apokalipsie, a która ma zostać dana tym, którzy zwyciężą świat”.

Jeden z modeli lucyferiańskich opisuje Boga wyłącznie jako archetypową koncepcję, mitologiczny kocyk bezpieczeństwa, który pomaga nam stawić czoła samotności istnienia. Nie wierzą oni jednak w istnienie cielesnej postaci Boga, więc można się zastanawiać, jak mogą pogodzić istnienie wrodzonych archetypów psychologicznych z tą koncepcją? Skąd wzięły się archetypy, skoro ludzkość nie ma żadnego twórczego zamysłu ani zamierzonego znaczenia?

Bardziej dyskretni lucyferianie czasami argumentują, że mityczna postać Lucyfera jest odrębna od chrześcijańskiego wizerunku „Szatana”. Imię „Lucyfer” nie jest bezpośrednio wymienione w Biblii w odniesieniu do Szatana (choć określenie „gwiazda poranna”, będące bezpośrednim tłumaczeniem słowa „lucyfer”, pojawia się w odniesieniu do Szatana). Jednak argument ten wydaje mi się raczej nieśmiały i nieszczery. Przez wieki termin Lucyfer był synonimem diabła w powszechnej świadomości. Lucyferianie zdają się próbować oddzielić się od negatywnych konotacji związanych z satanizmem za pomocą wypaczonej gry słów i semantyki.

Ale dlaczego mieliby się tym przejmować? Chyba że oczywiście chcą wpłynąć na świadomość społeczną i zdają sobie sprawę, że trudno przekonać ludzi do satanizmu, więc chcą nadać nowe oblicze starej i brzydkiej idei. Sataniści często nazywają Lucyfera i Szatana tą samą postacią. W tym filmie dokumentalnym Anton LaVey, znany przedstawiciel kręgów satanistycznych i lucyferiańskich, robi dokładnie to samo.

Wydaje się, że grupy lucyferiańskie, bardziej nastawione na marketing, traktują LaVeya jako kogoś irytującego. Podejrzewam, że jego publiczna szczerość co do tego, na czym tak naprawdę polegają wierzenia lucyferiańskie, jest postrzegana jako zbyt szczera. Ci ludzie wierzą w tajemnicę i inicjację. Nie lubią, gdy ich mroczna strona jest wystawiana na widok publiczny, aby cały świat mógł ją zobaczyć i osądzić.

Bezpośrednim przeciwieństwem osoby takiej jak Anton LaVey byłby Michael Aquino, oficer wywiadu wojskowego specjalizujący się w wojnie psychologicznej, który był członkiem satanistycznego kościoła LaVeya, ale odszedł, by założyć własną, bardziej chwytliwą organizację Temple Of Set. Aquino jest najbardziej znany z taktycznej rozprawy na temat wojny psychologicznej, którą napisał wspólnie z generałem Paulem Vallely (określonym w artykule jako „Paul E. Valley”), zatytułowanej „From Psyop To Mind War”. Rozprawa opisuje wykorzystanie propagandy i innych strategii w celu zwrócenia grupy docelowej przeciwko sobie, zniszczenia jej lub łatwiejszego kontrolowania bez konieczności bezpośredniego użycia siły militarnej.

W „Mind War” Aquino ukazuje lucyferiańską wiarę w „magię”, ale nie w magię w rozumieniu kultury popularnej. Lucyferianie wierzą w moc magicznych słów i symboli pod postacią psychologicznych fraz kluczowych i archetypów. Innymi słowy, zaadaptowali psychologię archetypową, ale podczas gdy psychologowie tacy jak Carl Jung stosowali psychologię archetypową do leczenia osób z chorobami psychicznymi i emocjonalnymi, lucyferianie wykorzystują archetypy do manipulowania i kontrolowania opinii publicznej.

Często odbywa się to za pośrednictwem kultury popularnej i filmów. Truthstream Media wyprodukowało doskonały film dokumentalny na ten temat, który gorąco polecam.

Istnieją bardziej oczywiste przykłady, takie jak „Łowca Androidów” Ridleya Scotta, w którym androidy buntują się przeciwko swojemu panu niewolników i stwórcy, i ostatecznie go mordują. Jest też bardziej wywrotowa rozrywka, jak „Seria niefortunnych zdarzeń” Netflixa, która zaczyna się jako zabawna komediowa opowieść dla dzieci, ale kończy się pokazem praktycznie każdego aspektu lucyferiańskich wierzeń, aż po elitaryzm jako konieczną praktykę, relatywizm moralny, bezużyteczną i kontrolującą boską postać otoczoną pochlebcami, a nawet węża niosącego jabłko zawierające „wiedzę”, która ma uratować bohaterów przed okropnym losem.

Sama dwulicowość lucyferianizmu powinna wystarczyć, by ludzie z niepokojem podchodzili do jego obietnic i argumentów. Ludzkość spędziła większą część z 2000 lat, próbując usunąć wpływy sekretnego okultystycznego elitaryzmu (klasy arcykapłanów) z naszych struktur politycznych i społecznych. Mimo to ludzie ci są nieugięci w swojej żądzy władzy.

Niezależnie od pozytywnego wydźwięku, jaki lucyferianie przyjmują dla swojej ideologii, owoce ich działań przemawiają znacznie głośniej niż propaganda. W ich dążeniach do globalizacji dostrzegam rakowate pragnienie kontroli nad cywilizacją i każdym aspektem ludzkiej myśli. Dostrzegam również wypaczenie natury, dążące do osiągnięcia tego, co nazywają „boskością”. Transhumanizm i manipulacje genetyczne noszą wszelkie znamiona lucyferiańskiego ideału. Niezależnie od przynależności religijnej, trudno znaleźć cokolwiek wartościowego w ich systemie. Wszystko w nim jest obrazą wrodzonego sumienia. Może on stać się akceptowalny dla większości jedynie poprzez oszustwo.

Jeśli musisz kłamać na temat motywów swojej filozofii, aby ludzie ją przyjęli, to twoja filozofia musi być niebezpiecznie niekompletna lub wręcz katastrofalna.

________________

Luciferianism: A Secular Look At A Destructive Globalist Belief System, Brandon Smith, February 9, 2019

◊==================================================

BONUS II

Czy istnieje sposób, aby uniemożliwić psychopatom osiąganie stanowisk władzy?

Pomimo rosnącego zainteresowania nauką i psychologią narcystycznych socjopatów i psychopatów, wydaje się, że dzisiejsze społeczeństwo straciło z oczu to, jak ci ludzie mogą sabotować rdzeń cywilizacji lub narodu. Bardzo łatwo jest nadmiernie koncentrować się na ideologiach kolektywistycznych jako źródle naszych problemów i zapominać, że ideologie te nie działają w próżni. Same w sobie nie mogą siać spustoszenia, potrzebują psychopatów, którzy będą nimi kierować, by wyrządzić realne szkody.

Jest coś w kolektywizmie, co sprzyja projekcji i hipokryzji (kolektywizm to organizacja poprzez PRZYMUS, a nie dobrowolność). Przypuszczam, że kiedy ideologia polityczna staje się religią, łatwo stać się fanatykiem. I choć fanatycy czerpią siłę ze swojej determinacji i kultu, to jednocześnie często brakuje im samoświadomości. Dosłownie popadają w obłęd z tutułu oddania sprawie, do tego stopnia, że ​​tracą rozeznanie, czy jest ona słuszna i sprawiedliwa. Ich zachowanie staje się coraz bardziej nieprzewidywalne i chaotyczne, a każda osoba, którą spotykają, a która nie podziela ich poglądów, jest natychmiast postrzegana jako heretycki wróg, którego należy zdemaskować lub zniszczyć.

Dla osób z zewnątrz fanatycy są niewyczerpanym źródłem humoru. Nie sposób powstrzymać się od śmiechu, bo ich tiki, chrząknięcia i wybuchy są bezsensowne i absurdalne (wystarczy sprawdzić „Libs Of TikTok”, żeby zobaczyć górę przykładów). Dopóki nie mają prawdziwej władzy, ci ludzie przypominają nam, co się dzieje, gdy ludzie porzucają rozum na rzecz szaleństwa. Mogą być przerażający, ale służą rozrywce i pomagają nam stąpać po ziemi. Jednak kiedy zdobędą władzę, wtedy przestaje być śmiesznie.

Cywilizacje na przestrzeni dziejów konsekwentnie zmagały się z problemem fanatyzmu, ale większym zagrożeniem jest istnienie narcyzów i psychopatów, którzy wkradają się na stanowiska władzy i podsycają fanatyzm wśród mas. Psychopaci są zazwyczaj postrzegani jako anomalia, którą szybko się identyfikuje i odrzuca, aby uniemożliwić im zbytnie wspinanie się po szczeblach drabiny wpływów społecznych. Problem w tym, że oni nie występują aż tak rzadko, jak można by się spodziewać, a wielu z nich potrafi się ukryć w tłumie.

Około 1% populacji stanowią psychopaci, a kolejny 1% socjopaci. Około 5% osób charakteryzuje się cechami narcystycznymi. Narcyzi są egocentryczni i postrzegają siebie jako lepszych od innych – uważają, że należą im się adoracja i autorytet. Socjopaci nie potrafią odczuwać empatii wobec innych, co czyni ich niepraktycznymi liderami. Psychopaci również wykazują brak empatii, ale mają skłonność do przemocy emocjonalnej lub fizycznej. Czerpią radość z cierpienia innych i popełniają wiele przestępstw z użyciem przemocy.

Chociaż psychopaci stanowią 1% populacji, stanowią oni od 15% do 25% osób osadzonych w więzieniach. Nie sposób przecenić ich wpływu na społeczeństwo.

Z pewnością istnieje pewne nakładanie się różnych typów, ale generalnie blisko 10% ludzi wykazuje niebezpieczne i w większości wrodzone zaburzenia psychiczne, których często nie da się wyleczyć. Pomyślcie o tym przez chwilę – 10 na 100 osób to tykające bomby zegarowe, które tylko czekają, by uprzykrzyć życie reszcie z nas.

Oczywiście, niektórzy z nich nadal potrafią funkcjonować w społeczeństwie. Socjopaci mogą być szczególnie cenni w dziedzinach, w których do wykonania pewnych zadań potrzeba mniej empatii. Szczególnie dobrze sprawdzają się jako chirurdzy, ratownicy medyczni, żołnierze, strażacy i w każdej innej pracy, w której widok cierpiących ludzi nie powstrzyma ich przed ratowaniem życia. Niekoniecznie czerpią radość z widoku krzywdy innych, ale nie jest to też dla nich coś emocjonalnego. Dopóki nie zostaną dopuszczeni do stanowisk dających wpływ na duże grupy ludzi, mogą służyć dobru publicznemu.

Historia pokazuje nam, że weryfikacja i zapobieganie przedostawaniu się osób z problemami psychicznymi do instytucji oferujących władzę nie jest takie łatwe. W rzeczywistości wiele monarchii i imperiów zostało zbudowanych w systemach, które umożliwiały rozkwit psychopatom i narcyzom, ponieważ opierały się na sukcesji genetycznej. Jeśli monarcha miał syna predysponowanego do psychopatii, nie miało to znaczenia – ten szalony książę pewnego dnia został królem i niewiele można było z tym zrobić. Nie istniał proces weryfikacji. Ponadto wiele takich cech jest przekazywanych genetycznie, co oznacza, że ​​struktura władzy oparta na dziedziczeniu może stawać się coraz bardziej destrukcyjna w miarę jak psychopaci w rodzinie królewskiej zawierają małżeństwa między członkami rodziny. To mogłoby pomóc wyjaśnić, dlaczego zachowania psychopatyczne są nadreprezentowane wśród monarchów w przeszłości.

Stworzenie demokracji i republik demokratycznych miało częściowo na celu wyeliminowanie aberracji instytucjonalnych poprzez wprowadzenie otwartych wyborów i procesu głosowania. Innymi słowy, pozwolić ludziom analizować kandydatów i usuwać szaleńców z kręgów władzy. Niestety, nie działa to zbyt dobrze, jeśli WSZYSCY kandydaci są psychopatami, a społeczeństwo nie ma realnego wyboru. Co więcej, psychopaci znaleźli również sposoby na obejście procesu politycznego i kontrolowanie go bez bezpośredniego w nim udziału.

Świat korporacji i instytucje finansowe pozwalają psychopatom wpływać na politykę zza kulis, kupując kandydatów i ich lojalność lub sprawdzając kandydatów i pozwalając przejść przez proces selekcji i wejść na arenę polityczną TYLKO tym, którzy wykazują podobne socjopatyczne, narcystyczne i psychopatyczne nawyki.

W społeczeństwach plemiennych i mniejszych, nisko rozwiniętych technologicznie społecznościach łatwiej było identyfikować i wykorzeniać jednostki z problemami psychicznymi oraz uniemożliwiać im zostanie przywódcami. W kręgach potężnych imperiów i technokracji psychopatom znacznie łatwiej jest ukryć się wśród normalnych ludzi i wtopić się w tłum. Z tego powodu zazwyczaj porównuję inwazyjnych psychopatów do mitycznych opowieści o wampirach. Naprawdę nie potrafię wymyślić lepszej analogii. Wkradają się w populację, zajmują wpływowe stanowiska, które chronią ich przed podejrzeniami, a następnie systematycznie wysysają z miasta całą krew. To właśnie robią. Leży to w ich naturze i nie da się ich naprawić, można ich jedynie usunąć, tak jak pasożyta usuwa się z żywiciela.

Ci ludzie stanowią największe zagrożenie dla każdej cywilizacji. Są moderatorami chaosu i aktywnie spiskują, by wyprzeć wolne społeczeństwo. Nazwałbym ich pierwotnie zorganizowanymi psychopatami i rzeczywiście działają razem dla obopólnych korzyści, niczym stado wilków. Reprezentują 1% z 1% (czyli globalistów).

Psychopaci na szczycie piramidy są zorganizowani od dawna, ale co z milionami innych ludzi o podobnych cechach? Co się dzieje, gdy mają możliwość się zgromadzić?

Współczesne społeczeństwo i media społecznościowe wielkich firm technologicznych stworzyły jeszcze gorsze warunki, ponieważ większa społeczność psychopatów nie jest już odizolowana. Ten 1%, który kiedyś był zepchnięty do cichych zakątków i na margines ludzkości, teraz może organizować się w agresywne tłumy liczące setki tysięcy osób, przewodząc milionom pomniejszych socjopatów i narcyzów. To tworzy subkulturę tego, co nazwałbym zbiorowym szaleństwem – jak głosi stare przysłowie, pacjenci przejmują władzę w psychiatryku.

Widzimy to szczególnie na przykładzie lewicy politycznej i otwartego promowania narcyzmu jako akceptowalnego sposobu życia. Nie oznacza to, że psychopaci nie próbują również infiltrować kręgów konserwatywnych, tylko że lewacy są o wiele bardziej otwarci wobec nich. To ludzie, którzy kiedyś czuli się bezsilni, ponieważ zostali odrzuceni, a teraz pragną zemsty.

Rzecz w tym, że pierwotnie byli odsuwani od wpływów z bardzo dobrego powodu. Nie są psychologicznie przygotowani do radzenia sobie z jakąkolwiek formą władzy. Teraz przejmują kontrolę instytucjonalną i są wpędzani w szał. Uważają się za outsiderów i „rewolucjonistów”, ale tak naprawdę są po prostu emocjonalnie zahamowani i upośledzeni, a do tego zostali permanentnie odsunięci od władzy, aby chronić resztę ludzkości.

Ale jak sobie radzić z tym zagrożeniem, nie tylko w perspektywie krótkoterminowej, ale i długoterminowej?

Nasza kultura musi zostać gruntownie zmieniona, mając na uwadze psychopatię i inne aberracyjne cechy. Nie możemy dłużej ignorować wpływu, jaki ci ludzie wywierają na całą ludzkość. Pierwszym krokiem byłoby oddzielenie się od ruchów i instytucji promujących zachowania psychopatyczne i narcystyczne. Innymi słowy, musimy powrócić do modelu izolacji osób o skłonnościach psychopatycznych, zamiast traktować je jak ofiary, wymagające szczególnej uwagi i „opieki”.

Jak wspomniano, w wielu przypadkach cechy te są wrodzone i nie można ich leczyć. Nie ma sposobu na rozwiązanie problemu, ponieważ nie jest to choroba, a raczej zupełnie inna struktura psychologiczna. Równie dobrze mogliby być innym gatunkiem, i to drapieżnym. Nie ma z nimi wzajemnego współistnienia. Traktują nas jak pożywienie.

Kandydaci na stanowiska kierownicze musieliby zostać przebadani pod kątem psychopatii, narcyzmu i socjopatii. Jeśli wykazują zbyt wiele objawów, nie powinni być dopuszczani do tych stanowisk. To jedyne rozwiązanie poza fundamentalną zmianą funkcjonowania naszego systemu wyborczego, której nie jestem przeciwny. System losowania stanowisk rządowych wraz ze ścisłymi limitami kadencji (nie tylko na zwykłych stanowiskach politycznych, ale także na stanowiskach biurokratycznych) byłby przynajmniej lepszy od tego, co mamy teraz. Wolę zaryzykować losowy wybór osób o niższych kwalifikacjach do rządu, niż system, który przyciąga skoncentrowaną kulturę złośliwych pasożytów.

Czy istnieje lepszy sposób na zniechęcenie psychopatów niż pozbawienie ich wszelkich długoterminowych korzyści z pracy w administracji? Czy istnieje lepszy sposób na zakłócenie wpływu elit korporacyjnych niż pozbawienie ich możliwości finansowania lub wyboru kandydatów, którzy ostatecznie obejmą urząd? A nawet gdyby udało im się przekupić niektórych urzędników, z ograniczeniami kadencji musieliby zaczynać od nowa z każdym nowym pokoleniem.

Niektórzy oczywiście wskażą, że zmiana systemu jutro będzie wymagała pozbycia się psychopatów, którzy rządzą nim dzisiaj. Zgadzam się, to dylemat. Niestety, historia uczy nas, że gdy psychopaci się zorganizują i zakorzenią, nie dadzą się ruszyć bez użycia aiły i przemocy. Nie obchodzą ich protesty, nie kieruje nimi rozum ani logika, nie obchodzi ich cierpienie mas i zawsze będą postrzegać siebie jako prawowitych władców nas, „pomniejszych” chłopów.

Czerpią władzę z tłumu upośledzonych, którym przewodzą i który wykorzystują. Z prawie 10% populacji, która, gdy się zorganizuje, staje się armią wściekłych szaleńców, łaknących ochłapów ze stołu władzy. Możemy i powinniśmy nadal oddzielać się od kolektywistycznego motłochu i zelotów, ale wszyscy psychopaci postrzegają separację jako bunt i będą próbowali ingerować. W końcu dojdzie do walki i może to będzie najlepsze rozwiązanie.

_______________

Is There A Way To Prevent Psychopaths From Getting Into Positions of Power?, Brandon Smith, January 6, 2022

Warto porównać:

Chłopcy z Tech Ferajny czyli kto tu oszalał?
Proponuję alternatywę dla teorii Team Woke lub Team Musk. Rozważ przez chwilę myśl, że ci z Tech Ferajny nie są ani strasznymi złoczyńcami, ani zbawcami. Zamiast tego rozważ, że mogą […]

__________

Psychopaci u władzy (tryptyk)
„Cierpienie i niesprawiedliwość, które powodują, nie budzą w nich żadnego poczucia winy, ponieważ takie reakcje innych są po prostu wynikiem ich odmienności i dotyczą jedynie ‹tych innych› ludzi, których postrzegają […]

Orgie pedofilskie pod Nantes organizowane przez aktywistę LGBT i działacza lewicy

Orgie pedofilskie pod Nantes organizowane przez aktywistę LGBT i działacza lewicy

13.02.2026 nczas/orgie-pedofilskie-pod-nantes-organizowane-przez-aktywiste-lgbt-i-lewicy

Geje, homoseksualiści, LGBT. Obrazek ilustracyjny. Źródło: pixabay
Geje, homoseksualiści, LGBT. Obrazek ilustracyjny. Źródło: pixabay

W aferę we Francji jest zamieszany polityk lewicowej partii La France Insoumise (LFI – Zbuntowana Francja), Pierre-Alain Cottineau. Oskarżony przez prokuraturę w Nantes, przebywa obecnie w areszcie tymczasowym.

W miarę jak śledztwo trwa, najnowsze przecieki z akt zaczynają rysować obraz zboczeń, jakich dopuszczał się aktywista LGBT i zarazem były kandydat lewicy w wyborach departamentalnych, Perre-Alain Cottineau. Było to środowisko pedofilów, które działało w okresie od grudnia 2023 r. do września 2024 r.

Orgie pedofilskie mogłyby nigdy nie zostać ujawnione, gdyby nie przypadkowe aresztowanie ich uczestnika w… Holandii. W lipcu 2024 roku holenderska policja aresztowała podejrzanego i przeszukała jego rzeczy. Na jego odblokowanym telefonie komórkowym śledczy odkryli zaszyfrowaną aplikację do przesyłania wiadomości Teleguard.

Znaleziono tam tam dwa krótkie filmiki, które przedstawiały scenę napaści seksualnej na nagą, spanikowaną bardzo młodą dziewczynę. Policja postanowiła ustalić kiedy miały miejsce te wydarzenia, kim była ofiara i jej napastnik?

Dwa miesiące później, we wrześniu 2024 roku, Pierre-Alain Cottineau został aresztowany na lotnisku w Nantes, kiedy wracał z wakacji z Tunezji. Stał się głównym podejrzanym, a kolejne szczegóły jego „aktywizmu” jeżyły włosy na głowie.

Francuscy śledczy zdali sobie sprawę, że podejrzany żerował na kilku nieletnich ofiarach. Zapraszał wspólników na prawdziwe orgie pedofilskie. Zwyrodnialcy gwałcili dzieci i odurzali je narkotykami. Wśród ofiar były trzyletnie dzieci, a nawet niemowlę. W tej sprawie wychodzą na jaw oraz nowsze szczegóły i coraz bardziej przerażające.

Osobny problem to fakt powierzenie dzieci pedofilowi pod opiekę przez Służbę Opieki Społecznej. Aktywista homoseksualny został uznany za godnego sprawowania opieki. Do gwałtu doszło też na co najmniej jednej niepełnosprawnej dziewczynce, a wszystko to działo się w jego domu w Oudon, w departamencie Loire-Atlantique .

Cottineau był prezesem stowarzyszenia LGBT „Esprit Arc-en-ciel” (Esac), w 2021 r. założył stowarzyszenie „Oudon Solidarité et Entraide” i angażował się się w… walkę z przemocą w szkołach, przemocą domową i wewnątrzrodzinną.

Przez około dziesięć lat był opiekunem zastępczym i opiekunem dzieci, a na koniec asystentem rodzinnym. Od tego czasu przyjmował u siebie w domu dzieci umieszczane przez służby opieki społecznej (ASE) na pobyty o różnej długości – od kilku dni do kilku miesięcy . Preferował przyjmowanie dzieci… poniżej szóstego roku życia. LFI wyrzuciła go z partii…

Monte Cassino

Vikipedia:

Monte Cassino (wł. Montecassino) – wzgórze we Włoszech (Apeniny Środkowe), nad doliną rzeki Liri, między Rzymem i Neapolem. Wysokość 519 m n.p.m. U podnóża góry znajduje się miasto Cassino. Na szczycie wznosi się opactwo benedyktyńskie (pierwotne od 529, zbombardowane w 1944, odbudowane po II wojnie światowej). W czasie II wojny światowej miały tu miejsce walki pomiędzy wojskami alianckimi a niemieckimi. W skład wojsk alianckich wchodził II Korpus Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Władysława Andersa, którego żołnierze jako pierwsi zawiesili biało-czerwoną flagę po zajęciu wzgórza.

Historia

Włoskie Monte Cassino odpowiada łacińskiemu Mons Casinus. Łacińskie casa – to chata, dom, namiot, letnia gospoda. Włoskie Cassino pochodzić może też od grecko-łacińskiego cassia, oznaczającego drzewo symbolizujące chrześcijański chrzest z wody, rosnące w miejscach obfitujących w wodę lub od łacińskiego cassis kask, szyszak, metalowy hełm. Prawdopodobnie w tym miejscu swoją osadę założyli już Wolskowie. Według Tytusa Liwiusza w roku 422 p.n.e. osadzono na górze Cassino cztery tysiące rzymskich kolonistów, głównie legionistów. Od V wieku Casinum było rzymskim municipium. Na górze wzniesiono świątynie ku czci Jowisza, Febusa i Wenery.

Wedle tradycji Benedykt z Nursji dotarł do Mons Casinum między 525 a 529 rokiem, już po pobycie w Rzymie i w Subiaco, gdzie założył pierwsze klasztory swojego zakonu. Mistyka miejsca kazała Benedyktowi założyć w Casinum kolejny klasztor i w nim osiąść. Na potrzeby klasztoru wykorzystano antyczne miejsce kultu urządzone po chrześcijańsku.

Świątynia Febusa stała się kościołem pw. św. Jana Chrzciciela. Benedykt zamieszkał w dwukondygnacyjnej wieży, w której napisał regułę zakonu benedyktynów (po zniszczeniach w 1944 przetrwała jej dolna partia). Klasztor na Monte Cassino stał się w owym czasie najważniejszym duchowym miejscem chrześcijańskiej Europy. Św. Benedykt przebywał w nim aż do swojej śmierci. Na Monte Cassino umarła również siostra bliźniaczka św. Benedykta, św. Scholastyka, założycielka zakonu benedyktynek w Piumarola. Szczątki tych dwojga świętych są najcenniejszymi relikwiami opactwa.

Strategiczne położenie budowli przy ważnym trakcie łączącym Rzym z Neapolem, sprawiało, że klasztor wielokrotnie stawał się celem ataku. W 584 r. wzgórze zdobyli Longobardowie, którzy zburzyli klasztor i wypędzili benedyktynów. Mnisi znaleźli schronienie w kościele św. Andrzeja w Rzymie na Lateranie.

Benedyktyni powrócili do Monte Cassino w 718. Wielki rozkwit opactwa nastąpił za opata św. Bertariusza, w pierwszej połowie IX w. Ale już w 883 r. klasztor zdobyli Saraceni, niszcząc doszczętnie klasztor (w czasie tego najazdu spłonął rękopis reguły benedyktynów napisany przez św. Benedykta). Mnisi przez niemal wiek mieszkali w nowym klasztorze w Capui. Odbudowę klasztoru w Monte Cassino rozpoczął opat Aligernus (949). Na kolejne lata przypada okres świetności klasztoru. Jego opat Dezyderiusz został papieżem, przybierając imię Wiktor III. Nowy papież przez rok rezydował na Monte Cassino. Te wydarzenia były przyczyną wzrostu bogactwa klasztoru w dzieła sztuki i księgi księgozbioru.

Kościół został konsekrowany przez papieża Aleksandra II w 1071. W 1321 papież Jan XXII podniósł kościół do rangi katedry i zakończył niezależność zakonu od władzy papieża.

W 1349 opactwo nawiedziło trzęsienie ziemi, niszcząc część zabudowań. Po kilkunastu latach klasztor podniesiono z ruin. Od XVI do XVIII wieku trwa kolejny okres rozkwitu klasztoru. Z tego czasu pochodziła zabudowa klasztorna, którą zniszczono w 1944. Biblioteka klasztorna liczyła ponad sto tysięcy tomów i dziesiątki tysięcy pergaminów, inkunabułów i rękopisów.

Opactwo posiada rękopisy Galena, Hipokratesa, Cycerona, Pliniusza, Apulejusza.

W 1799 wzgórze zdobyły wojska Napoleona. Od 1866 klasztor jest pomnikiem narodowym.

W czasie II wojny światowej wzgórze Monte Cassino było świetnym miejscem na bazę w tworzonej przez Niemców Linii Gustawa, ale marszałek polny Albert Kesselring (bawarski katolik), nie zezwolił na ufortyfikowanie tego miejsca, ponieważ byłoby to równoznaczne z wystawieniem na zniszczenie klasztoru, o czym poinformował Watykan i dowództwo aliantów.

Dziś znany jest fakt, że alianci, przede wszystkim Amerykanie, wiedzieli, że w klasztorze nie stacjonowało niemieckie wojsko, jednak zdecydowali się na bombardowanie obawiając się, że w trakcie bitwy może się to zmienić. Na zbombardowanie klasztoru nalegał gen. Bernard Freyberg, dowódca Korpusu Nowozelandzkiego, którego dywizja miała szturmować górę. Wobec jego stanowczego stanowiska, sztab V Armii amerykańskiej wyraził zgodę na lotniczy atak na klasztor, chociaż wcześniej nie znajdował się na liście celów. Bombardowanie miało nastąpić początkowo 13 lutego, ale z powodu złych warunków atmosferycznych przesunięto je o dwa dni.

Publiczne ogłoszenie przez aliantów godziny bombardowania (15 lutego 1944), pozwoliło więc benedyktynom na zorganizowanie transportu i przewiezienie bezcennych skarbów kultury europejskiej, znajdujących się w klasztorze do Watykanu. W wyniku nalotów klasztor doszczętnie zniszczono (ocalały jedynie krypty św. Benedykta i św. Scholastyki). Kiedy skończyło się trwające trzy dni bombardowanie i niczego już nie można było ocalić, oddział Wehrmachtu zajął górę i ufortyfikował się w rumowisku, które stało się doskonałym miejscem obrony – jego zdobycie kosztowało życie 30 tysięcy żołnierzy[1].

Klasztor był świadkiem bitwy o Monte Cassino, w której uczestniczył II Korpus polski pod wodzą generała Władysława Andersa. Po II wojnie światowej rząd włoski odbudował klasztor, a papież Paweł VI re-konsekrował go w 1964.

Bombardowanie opactwa na Montecassino: „Tragiczna pomyłka” aliantów

Bombardowanie opactwa na Montecassino: „Tragiczna pomyłka” aliantów

Date: 12 febbraio 2026 Uczta Baltazara

babylonianempire/bombardowanie-opactwa-na-montecassino-tragiczna-„pomylka”-aliantow

FOTO: Ruiny opactwa na Montecassino po bombardowaniach alianckich w 1944 roku

Bombowiec numer «666»

Odtwórzmy historię, która ma wiele podobieństw do współczesnych wojen i operacji wojskowych, zaczynając od 15 lutego 1944 roku, kiedy to o godz. 9:24 rano, opactwem Montecassino wstrząsnęła potężna eksplozja, przerywając modlitwę niewielkiej grupy benedyktynów w klasztorze, którzy wzywali pomocy Matki Boskiej i recytowali „et pro nobis Christum exora”.

Wśród nich był osiemdziesięcioletni opat Gregorio Diamare i jego sekretarz Martino Matronola, który później opublikował dziennik, niezbędny do odtworzenia owych dramatycznych dni. Na ich głowy oraz głowy setek uchodźców przebywających w klasztorze spadła właśnie seria bomb o wadze 250 kg każda, zrzuconych przez strategiczny bombowiec nr 666, pilotowany przez majora Bradforda Evansa, który mając tak niepokojący numer kodowy prowadzi pierwszą z czterech formacji B-17, tj. amerykańskich “latających fortec”, które otrzymały rozkaz zniszczenia tysiącletniego klasztoru położonego na wzgórzu.

Za latającymi fortecami podążają kolejne cztery fale średnich bombowców. O 13:33 wszystko się kończy, mnisi są cali i zdrowi, ale kilkaset osób, które znalazły schronienie w klasztorze, ginie pod bombami i również po wojnie trudno będzie wydobyć ich ciała i nadać imiona nagrobkom.

FOTO: Amerykańska „latająca forteca” przelatuje nad opactwem, 15 lutego 1944 r.

Zmiana sceny: Waszyngton, godzina 16 tego samego dnia (we Włoszech jest godzina 22). Około dwanaście godzin po rozpoczęciu bombardowania prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin Delano Roosevelt otwiera konferencję prasową następującymi słowami: „W popołudniowych gazetach przeczytałem o zbombardowaniu opactwa Montecassino przez nasze fortece. W korespondencji wyjaśniono bardzo jasno, że powodem bombardowania było to, że Niemcy wykorzystywali je do bombardowania nas. Była to niemiecka twierdza, wyposażona w artylerię i wszystko, co niezbędne”.

Prezydent Stanów Zjednoczonych wydaje się być pewny siebie, podobnie jak angloamerykańskie gazety: „Siły powietrzne uderzają na nazistów w Montecassino” – głosi tytuł New York Times’a tamtego dnia. Roosevelt być może nie wie, że historia spektakularnie zaprzeczy jego słowom, ale nie może nie dostrzegać, że w tej sprawie jest coś dziwnego. Mimo że świat od lat pogrążony jest w wojnie, a śmierć i zniszczenie są na porządku dziennym; bo przecież nigdy wcześniej bombowce strategiczne nie miały za główny cel zabytku, który ponadto znajduje się na terenie neutralnym, jest własnością Stolicy Apostolskiejznanego w całym chrześcijańskim świecie klasztoru, miejsca, w którym przechowywane są bezcenne zabytki historyczne i artystyczne.

Ponadto, dysproporcjonalny jest rozmiar użytych sił: 453 tony bomb zrzuconych w ośmiu falach przez 239 bombowców. To była ogromna liczba.

Jak zareagują na to amerykańscy katolicy, którzy za kilka miesięcy będą głosować w wyborach prezydenckich? – Przecież „najbardziej rozreklamowane bombardowanie pojedynczego celu w historii”jak określił to Newsweek – było owego dnia tematem przewodnim gazet na całym świecie.

Jakie będą konsekwencje polityczne, kto wygra bitwę propagandową? – Roosevelt rozdał nawet dziennikarzom tajny do tamtej chwili okólnik naczelnego dowódcy sił zbrojnych aliantów w Europie, Dwighta D. Eisenhowera, w którym wyjaśniano, że gdyby w trakcie natarcia trzeba było „wybrać między zniszczeniem słynnego zabytku a poświęceniem naszych żołnierzy, to życie żołnierzy będzie miało nieskończenie większą wartość”. Jednak, jak wyjaśniał «Ike» (przydomek Eisenhowera), wybór nie był łatwy. Ponieważ za wyrażeniem „konieczność militarna” nie powinny kryć się ani osobiste korzyści, ani wygodnictwo lub obojętność. Było to jednak zbyt mało, aby powstrzymać negatywny odbiór opinii publicznej w Europie.

Porażka medialna

Propaganda nazistowska zamierzała wykorzystać wiadomość o bombardowaniu na swoją korzyść. W Europie pod panowaniem nazistów, w dniach następujących po bombardowaniu, Angloamerykanie zostali przedstawieni jako nowi barbarzyńcy, którzy chcą systematycznie wymazać wszelkie ślady „wyższej cywilizacji europejskiej”.

Opactwo Montecassino, które w przeszłości zostało trzykrotnie zniszczone przez barbarzyńców, Saracenów i trzęsienie ziemi, teraz zostało zrównane z ziemią „przez Żydów i filo-bolszewików z Moskwy, Londynu i Waszyngtonu”. Ale to nie wszystko, ponieważ nazistowski wywiad – który według raportów brytyjskiego ambasadora w Watykanie – D’Arcy’ego Osborne’a już od dłuższego czasu rozpowszechniał informacje o obecności swoich żołnierzy w opactwie, aby sprowokować bombardowanie aliantów – miał również łatwe zadanie, wybierając Niemców na obrońców cywilizacji: bo to właśnie dywizja Hermanna Göringa w grudniu 1943 r. przetransportowała do Watykanu wszystkie dzieła sztuki z opactwa, które nadawały się do przewozu, wraz z ogromną biblioteką zawierającą bezcenne rękopisy.

Na tęże prewencyjną operację ratunkową wpływ miała przede wszystkim szczególna troska generała Frido von Sengera – dowódcy XVI Korpusu Pancernego – o benedyktynów i zabytkowy obiekt. Senger – katolik, od wielu lat związany z Zakonem św. Benedykta, należał do niewielkiej grupy południowoniemieckiej arystokracji sprzeciwiającej się nazistom, ale posłusznej rozkazom. Senger, który dowodził całą linią Gustawa, zasadniczo szanował neutralność tego miejsca i nie pozwalał swoim żołnierzom, rozrzuconym po całej górze, zajmować pozycji w obrębie pasa o szerokości 300 metrów otaczającego mury opactwa i wyznaczającego strefę neutralną.

Kwestionowanie „niepodważalnych dowodów”

Roosevelt, podobnie jak Winston Churchill w Londynie, po bombardowaniu postanawia bronić słuszności decyzji dowództwa aliantów w regionie Morza Śródziemnego. Nie tylko dlatego, że sytuacja związana z natarciem na Rzym była bardzo delikatna (oddziały alianckie w dolinie Liri zostały zablokowane, a w rejonie Anzio groziło im nawet wyparcie z powrotem do morza), ale także dlatego, że brytyjski generał Henry Maitland Wilson, naczelny dowódca sił alianckich na Morzu Śródziemnym, twierdził, że posiada „niepodważalne dowody” obecności wroga w opactwie przed bombardowaniem. A kiedy 9 marca, brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych poprosiło Wilsona o przedstawienie Watykanowi popartego faktami wyjaśnienia, dlaczego klasztor został zniszczonypomimo rozległych gwarancji udzielonych Stolicy Apostolskiej dotyczących poszanowania opactwa, Wilson potwierdził, że ma aż dwanaście „niepodważalnych dowodów” na wykorzystanie klasztoru przez Niemców do celów wojskowych, ale zasugerował również, aby zachować je w tajemnicy, aby uniemożliwić Niemcom stworzenie fałszywych kontrdowodów.

Obiecano, że dowody zostaną przekazane Watykanowi we właściwym czasie. Czas ten nigdy nie nadszedł, tak że również po zakończeniu wojny konieczne było przeprowadzenie dochodzeń i kontrowersyjnych badań historycznych nad dokumentami z archiwów wojskowych, aby stwierdzić, że była to pomyłka.

Jeden z “niepodważalnych dowodów” Wilsona został ujawniony po wojnie przez jednego z głównych uczestników wydarzeń – kapitana Davida Hunta, adiutanta brytyjskiego feldmarszałka Harolda Alexandra, głównodowodzącego armii alianckich we Włoszech. Hunt opowiedział, jak wkrótce po rozpoczęciu bombardowania przekazano mu tłumaczenie przechwyconej wiadomości do nazistów, która brzmiała: „Ist Abt noch im Kloester?” (“Czy Abt jest jeszcze w klasztorze?”), [ a Abt to Opat !! md\ a odpowiedź brzmiała „Ja” (“Tak”). Abt” zostało przetłumaczone jako skrót od „oddział wojskowy, więc zdanie miało brzmieć: „Czy oddział jest w klasztorze?”. „Tak”.

Również Huntowi wydawało się to potwierdzeniem ich podejrzeń, tj. klasycznym „dymiącym pistoletem”, jak nazwalibyśmy to dzisiaj. Ale „Abt” oznacza również opata. Hunt opowiada, że wystarczyło mu przeczytać dalszą część przechwyconej wiadomości, aby zrozumieć, że Niemcy mówili o mnichach w klasztorze, a nie o swoich żołnierzach. Jednak, jak stwierdził Hunt, było już za późno, aby zatrzymać lecące samoloty.

Czy możliwy jest błąd tego kalibru? – Należy również wziąć pod uwagę, że służby wywiadowcze bardzo często widzą i słyszą to, co ich zdaniem spodoba się dowództwu. Tak było również w tym przypadku. Warto wspomnieć, że po rozpoczęciu bombardowania, porucznik Herbert Marks z kontrwywiadu alianckiego, który obserwował klasztor przez lunetę, mimo że nie było tam Niemców, stwierdził, że widział około siedemdziesięciu z nich biegnących od bramy opactwa na dziedziniec. A depesza V Armii z godziny 11, po pierwszej fali B-17, informowała: „Dwustu Niemców ucieka z klasztoru wzdłuż drogi”.

Rozkaz, do którego nikt nigdy nie przyznał się

Ale kto zdecydował, że Montecassino musi zostać zniszczone? – W książce „Montecassino” autorstwa Davida Hapgooda i Davida Richardsona, będącej wynikiem długich badań przeprowadzonych w archiwach wojskowych, stwierdza się, że nie ma dowodów na to, że decyzja została podjęta na szczeblu wyższym niż generał Wilson i generał Alexander. Faktem jest, że żadna osoba w hierarchii – począwszy od przywódców politycznych aliantów, poprzez sztaby generalne, a skończywszy na dowódcach na polu bitwy – nigdy nie przypisała sobie finałowej decyzji o zbombardowaniu opactwa.

Tylko jeden generał przeszedł do historii jako przekonany zwolennik konieczności zniszczenia Montecassino: był nim Bernard Freyberg. Dowódca kontyngentu nowozelandzkiego, który od początku lutego zajmował wraz ze swoimi ludźmi pozycje w dolinie Liri, był bardzo znany w Nowej Zelandii, ale nawet ci, którzy podziwiali jego odwagę, przyznawali, że ciężko mu było wymyślić strategię bardziej złożoną niż ta, którą stosował pędzący byk.

W ten sposób, niemal natychmiast uzgodnił ze swoim przełożonym Markiem Clarkiem plan szturmu na wzgórze Montecassino, mimo że już od tygodni plan ten przynosił jedynie ogromne straty. Co więcej, od pierwszych dni, Freyberg obarczał opactwo winą za niepowodzenie przełamania linii niemieckich, ponieważ jego zdaniem Niemcy kierowali stamtąd ostrzałem artyleryjskim.

Nadszedł 12 luty, dzień, w którym Freyberg, ze względu na „konieczność militarną”, stanowczo zażądał zbombardowania klasztoru, grożąc nawet wycofaniem swoich oddziałów, jeśli jego żądanie nie zostanie spełnione. Clark nie zgadzał się z tym zarówno z powodów politycznych, jak i militarnych, ale znajdował się w słabej pozycji. Jego reputacja była wciąż obciążona porażką dywizji Texas, poniesioną 20 stycznia. Jego rozkaz przekroczenia rzeki Rapido zakończył się bezsensowną ofiarą prawie dwóch tysięcy żołnierzy, a wiadomość o porażce obiegła cały świat.

Ponadto, jak napisał Clark w swojej książce wspomnieniowej „Wojna z Alexandrem”, w hierarchii nad nim znajdowało się dwóch brytyjskich generałów, a sam Alexander powiedział mu w sprawie bombardowania: „Freyberg jest postacią bardzo znaną w Commonwealth. Obchodzimy się z nim wyjątkowo delikatnie i ty musisz zrobić to samo”.

Jeśli dodać do tego fakt, że niemal wszystkie brytyjskie i amerykańskie gazety od dawna prowadziły intensywną kampanię prasową, w której twierdzono, że ich żołnierze płacą życiem za wyrozumiałość dowództwa wojskowego wobec Kościoła Katolickiego i że „lepiej mieć zwycięstwo w kieszeni niż Michała Anioła na ścianie”; można zrozumieć, dlaczego Clark poddał się i dał zielone światło dla startu bombowców. Nie bez uprzedniego zrzucenia ulotek na klasztor, aby ostrzec mieszkańców, że są oni na celowniku. Dla uciekających była to zapowiedź wyroku śmierci, zarówno dlatego, że nikt do końca nie wierzył, że może dojść do czegoś takiego, jak i dlatego, że nie mieli możliwości ucieczki, będąc otoczeni przez wiele kilometrów przez dwie walczące z sobą armie.

Syn Freyberga został uratowany przez siostry zakonne

Jednym z tych nieprzewidywalnych paradoksów, jakimi obdarza nas historia, jest fakt, że właśnie Freyberg – który za wszelką cenę chciał zniszczyć jeden z najważniejszych monumentów chrześcijaństwa – zawdzięczał w tamtych dniach ocalenie swojego syna gościnności sióstr z klasztoru w Castel Gandolfo, które ukryły tegoż młodego porucznika piechoty po tym, jak uciekł z rąk Niemców, którzy pojmali go w Anzio.

Również Castel Gandolfo znalazło się wśród tych posiadłości Kościoła, które – mimo że znajdowały się na terenie neutralnymzostały zbombardowane w owych miesiącach z tych samych powodów, które podano jako uzasadnienie zniszczenia opactwa na Montecassino: „konieczność militarną”. Prawdopodobnie także los syna nie zmieniłby zdania generała Bernarda Freyberga – który nie zrezygnował z bombardowania pomimo tego, że dzień przed startem samolotów zdał sobie sprawę, że jest ono bezużyteczne z militarnego punktu widzenia, ponieważ jego żołnierze, unieruchomieni przez niemieckie stanowiska, byli zbyt daleko od celu i nigdy nie zdołaliby zająć ruin opactwa zanim zrobiłby to wróg.

Dowództwo sił powietrznych odmówiło odroczenia bombardowania, ponieważ od 16 lutego samoloty miały wykonać misję w rejonie Anzio. Freyberg postanowił więc kontynuować operację, a jej skutki można znaleźć w podręcznikach historii, a także na licznych cmentarzach wojennych, które później powstały w tym regionie. Co więcej, Freyberg otrzymał do dyspozycji znacznie więcej bombowców niż zażądał, ponieważ lotnictwo amerykańskie skorzystało z okazji, aby rozstrzygnąć starą kwestię: czy skuteczniejsze są bombardowania dzienne, jak twierdzili Amerykanie, czy nocne, za którymi opowiadali się Brytyjczycy.

Niemcy, zgodnie z przewidywaniami dowódcy nowozelandzkiego, jako pierwsi zajęli ruiny, a walki w dolinie i na wzgórzach ponownie przybrały na sile. W kolejnych tygodniach, miasto Cassino było bombardowane do tego stopnia, że amerykańskie czołgi nie były w stanie kontynuować natarcia, unieruchomiane przez kratery wykopane przez bomby zrzucone przez własne samoloty i artylerię.

Koszty ekonomiczne były ogromne. Jedno ze wzgórz nazwano nawet „One-million hill”, ponieważ artylerzyści obliczyli, że zabicie każdego żołnierza wroga kosztowało 25 tysięcy dolarów w pociskach. Słynny korespondent wojenny Ernie Pyle napisał z goryczą: «Prawdopodobnie, prostszym rozwiązaniem byłoby, gdyby ową kwotę zaoferowano Niemcom w zamian za opuszczenie tych terenów».

https://youtube.com/watch?v=RvJEWxODDr0%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dit%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent

INFO: 30giorni.it/articoli

babylonianempire.wordpress.com/polacy-a-wlosi-4-czerwiec-1944-niewiarygodne-ocalenie-rzymu

babylonianempire/uderzenie-w-nagasaki-bylo-wymierzone-takze-w-kosciol-katolicki

Wyszarpywanie prawdy. Epstein to przecież kontynuacja.

Aleksander Rybczyński – Wyszarpywanie prawdy

polskacanada.com/aleksander-rybczynski-wyszarpywanie-prawdy

Ujawnione w ostatnich dniach dokumenty z afery Epsteina, odsłaniające sieć wpływów, okultystycznych praktyk i wykorzystywania nieletnich przez elity obiegły świat. Te wstrząsające materiały kwestionują integralność zachodniej cywilizacji, poniżają najbardziej podstawowe wartości humanistyczne. Jak to możliwe, że coś tak potwornego działo się przez dziesięciolecia w samym sercu zachodniego establishmentu?

Mało tego; bulwersujące materiały dowodowe operacji “Lolita Express” były ukrywane przez lata, trzymane w archiwach, stojących na straży zakłamania i deprawacji. Sprawiedliwymi okazują się być jedynie wybitni artyści, ale ich odważne świadectwa prawdy były odrzucane, marginalizowane i ośmieszane.

Film Stanleya Kubricka ‘Eyes Wide Shut’ w artystycznej wizji przedstawił kulturę zbrodniczego rytuału elit, za co być może reżyser zapłacił życiem – zmarł nagle, sześć dni po pokazaniu finalnego cięcia filmu. Jego dzieło zostało początkowo odrzucone przez krytyków jako chora fantazja twórcy (dopiero dziś uznawane jest za arcydzieło). Podobnie oparty na faktach i doświadczeniu usuniętego z pracy śledczego film z 2023 roku ‘Sound of Freedom’ był wyszydzony przez propagandową ‘krytykę’ jako skrajnie prawicowa fantazja i teoria spiskowa. Okazuje się, że prawdę trzeba zawsze wyszarpywać.

Przykładem tego na zaśmieconym, polskim podwórku jest twórczość Andrzeja Juliusza Sarwy, autora wybitnego dzieła, jakim jest Kwadrologia, saga rodu Białeckich.

To historia zła ciągnąca się od XIV wieku po współczesność. Cztery tomy: “Wieszczba krwawej głowy”, “Cmentarz Świętego Medarda”, “Tuman krwawej mgły” i “Syn Cienistej Strony” nigdy nie zostały przez mainstream dostrzeżone. Są ignorowane, przemilczane przez środowisko literackie.

Ale teraz, gdy ujawniono dokumenty z afery Epsteina, brzmią jak komentarz do najświeższych skandali, pokazując mechanizmy władzy i zepsucia elit.

“Zło przychodzi podstępnie, jest modnie ubrane, zna wszystkie języki, ma dobre maniery i budzi zaufanie.” Czytając te słowa trudno nie pomyśleć o tym, jak przez dziesięciolecia działał Epstein, jego towarzystwo, odurzone władzą i pławiące się w luksusach. Wiadomo, że nad wszystkim czuwali mocodawcy, opętani ideą absolutnej kontroli nad światem i zamieszkującym go “motłochem”. Ich ochroną są skorumpowani, szantażowani i bezwolni politycy, przez manipulacje i najgorsze intrygi wyniesieni na najwyższe stanowiska.

Sarwa opisuje arystokratów urządzających dzikie orgie, ofiary z dzieci praktykowane przez możnych, okultystyczne rytuały elit, tajne loże kierujące biegiem dziejów, rozpustnych monarchów i ich haremy.

To nie fantazja, każda z tych informacji jest potwierdzona w przypisach, oparta na dokumentach historycznych. I nagle okazuje się, że to wszystko nie zniknęło wraz z XVIII wiekiem, że mechanizmy opisywane przez sandomierskiego pisarza w najlepsze kwitną dzisiaj, będąc potwarzą dla wszystkich, którzy zachowali choć odrobinę przyzwoitości.

Powieści Andrzeja Juliusza Sarwy są ignorowane, ostentacyjnie odsunięte z kanonu lektur, których zadaniem jest hipnotyzowanie wrażliwości, przeprowadzanie zabiegu lobotomii prawdy i eliminacja zdolności do samodzielnego myślenia. Dlaczego? Bo piętnują zło w każdym obszarze życia, opierając się na faktach historycznych, z którymi trudno dyskutować. Jak mówi sam autor: ‘Lepiej moje książki przemilczeć, bo przecież nawet mały kamyk może spowodować lawinę.

Czytając o Ludwiku XV i przepoczwarzającym się hrabim de Saint-Germain, o rewolucji francuskiej i jej bestialstwie, o magach i okultystach przy tronach władzy, o filozofach oświecenia parających się czarną magią, można zrozumieć, w jaki sposób współcześni stoczyli się na samo dno.

Andrzej Sarwa demaskuje szatański plan, rozciągnięty na wieki: “Oto nasza robota posuwa się co prawda do przodu, lecz z oporami, a można by wszystko przyspieszyć. Dwa filary ma katolicka Europa – Polskę i Francję. Jeden z nich jest już prawie zrąbany i niezadługo runie, wystarczy tylko lekko dmuchnąć”. To słowa z powieści, ale mechanizm opisany przez autora działa do dziś, jak dobrze naoliwiona gilotyna.

Książki Sarwy są źródłem tajemnej wiedzy, odsłaniają kulisy historii zmierzającej do kresu. W powieściach czas traci swoją monotonną wymierność, wieki mijają jak chwila, a ulotne momenty ciążą jak wieczność. Poznajemy nie tylko prawdę o zakłamywanych, mrocznych dziejach ludzkości, ale możemy nawet dowiedzieć się, od kiedy w Polsce działa przerażająca machina oblężnicza złego, bombardująca nasze serca, rozum i sumienie.

Saga rodu Białeckich to powieść przygodowa, sensacyjny thriller i świadczący o głębokiej erudycji autora esej historyczny.

Najważniejsze jednak, że te historyczne książki są powieściami współczesnymi. Fabuła, sięgając do mało znanych, odległych faktów, opisuje aktualną rzeczywistość cywilizacji na skraju zagłady i ostatecznego upadku. Afera Epsteina to tylko kulminacja długiej historii, kolejny element układający się w mozaikę, której pełnego obrazu wolelibyśmy nie oglądać.

Wydaje się, że jesteśmy w sytuacji bez wyjścia, ale autor ma swoją odpowiedź na pytanie o nadzieję: “Ja nie mam nadziei, ja mam pewność, bo nie mam wątpliwości, że nad naszymi losami, od początku do końca czuwa Pan Bóg, który przybędzie i wszystko naprawi. Nadzieję trzeba mieć tylko, że to zwycięstwo jest blisko. Z zastrzeżeniem, że ‘blisko’ jest pojęciem, którego nie jesteśmy w stanie zdefiniować… Patrzmy więc uważnie, by rozpoznawać znaki czasów. Bądźmy czujni i przygotowani”.

Może właśnie teraz, gdy świat ma okazję poznać przerażające fakty o elitach i ich praktykach, nadszedł moment, by sięgnąć po te książki.

Wbrew tym, którzy próbują przemilczeć aferę albo wykorzystać ją jako element propagandowego perpetuum mobile, nadszedł moment prawdy. Czas, by miłośnicy literatury przestali się sugerować sztucznie tworzonym rynkiem księgarskim, stronniczymi recenzjami i promocją politycznie poprawnych wartości. Bo kiedy fikcja staje się rzeczywistością, warto ją poznać.

Aleksander Rybczyński

AR jest absolwentem historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Opublikował ponad dziesięć zbiorów wierszy, w tym debiutancki tomik “Jeszcze żyjemy”, za który otrzymał w 1983 Nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny. Zajmuje się także krytyką artystyczną, prozą, publicystyką, dziennikarstwem, fotografią, filmem oraz pracą redakcyjną i wydawniczą. W przygotowaniu do druku sensacyjna powieść emigracyjna “Niewidoczna strona”

=======================================

PAKIET: Saga rodu Białeckich (4 tomy) – Andrzej J. Sarwa

Cena199,99 zł

=================

więcej: ksiegarnia-armoryka.pl/Saga_rodu_Bialeckich_4_tomy_Andrzej_Sarwa

========================

Jeszcze więcej: ksiegarnia-armoryka.pl/publikacje-wydawnictwa-armoryka

EPSTEIN, A WYSPA JEKYLL

EPSTEIN, A WYSPA JEKYLL

EPSTEIN, A WYSPA JEKYLL

Sławomir M. Kozak oficyna-aurora.pl/aktualnosci/epstein-a-wyspa-jekyll

Akta Epsteina nadal cieszą się niesłabnącą popularnością. Uważam, że nawet to ich częściowe i dalece niepełne ujawnienie ma przynajmniej jeden, niepodważalny walor. Sprawiło, że wielu ludziom na świecie, także w Polsce, otworzyły się oczy na bezwzględność elit, zarówno politycznych, jak i biznesowych, w dążeniu do realizacji globalistycznych planów.

Uświadomiło też całym rzeszom niedowiarków, że tak zwane teorie spiskowe są spiskową praktyką dziejów, a ich negowaniem nie spowoduje się, iż znikną z historii i otaczającej nas rzeczywistości. To nic dziwnego, że ludzie nie chcą dopuszczać do swej świadomości istnienia wokół ogromu przestępstw i okropności, a przecież wiele spraw nadal pozostaje w cieniu.

W  książce „TerraMar utopia elit” nie tylko przytaczałem „dokonania” ludzi współpracujących z tym konsorcjum, dla którego Epstein był jedynie frontmanem, ale wspominałem o ich dalekosiężnych planach, ciągle zamilczanych. Cytując klasyka można by je podsumować słowami: mają rozmach sk…….y.

„Rozprawa sądowa Ghislaine Maxwell rozpoczęła się od takiej oto wymiany zdań.

Prawnik:         Czy jest pani obywatelką Stanów Zjednoczonych?

Ghislaine:       Tak.

Prawnik:         Czy jest pani także obywatelką Anglii?

Ghislaine:       Tak.

Prawnik:         Czy jest pani obywatelką jeszcze jakiegoś innego terytorium?

Ghislaine:       TerraMar.

Cóż to za twór, spytacie Państwo? Czyżbyśmy wszyscy przespali jedną i tę samą lekcję geografii? Uspokajam – nie ma się czego wstydzić. Nie istnieje takie państwo, ląd czy kontynent, który nosiłby taką nazwę. Jest to zbitka łacińskich słów określających Ziemię (Terra) i Morze (Mar).

Globalistyczni geniusze wpadli oto na pomysł, żeby powołać do życia zupełnie nowy obszar, dotąd niesklasyfikowany, jako odrębny region geograficzny. Zawiera on, według tej koncepcji, wszystkie akweny międzynarodowe, od powierzchni wody po samo dno, a nawet głębiej. Globaliści uznali, że skoro wody te nie należą formalnie do żadnego państwa, to można je bezkarnie zawłaszczyć.

Wbrew pozorom, idea nie jest pozbawiona przebłysku geniuszu, stąd takie ich określenie, którego użyłem w poprzednim zdaniu. Oto bowiem, stosując w miarę prosty zabieg, można stać się właścicielem niezmierzonych bogactw i zupełnie niewyobrażalnych możliwości. To właśnie jest owo „Mar”. W grę wchodzi jednak nie tylko cała fauna i flora oceanów, ale to wszystko, co może leżeć na dnie oraz pod nim. Do tego, niepoliczalne ilości wysp, wysepek i atoli. I to oznacza „Terra”. Ale, co nie mniej ważne, a może w obecnych czasach nawet najbardziej istotne, to możliwość podwodnego, niekontrolowanego przemieszczania wszelkich ładunków i … osób”.

O wyspach Epsteina pisałem nie tylko w książce, ale też w niedawno publikowanym felietonie „Epstein i jego wyspy szczęśliwe”. I pomyśleć, że wszystkie te niegodziwości i łajdactwa miały swój prapoczątek niewiele ponad sto lat temu, gdy grupa ówczesnych globalistów postanowiła położyć swe brudne ręce na amerykańskim systemie monetarnym. A wszystko odbyło się podczas tajnego spotkania, które miało miejsce także na wyspie. Na niesławnej Jekyll Island, w stanie Georgia. Udział w nim brali Frank Arthur Vanderlip, senator Nelson Aldrich (obaj reprezentowali Rockefellera), Henry Pomeroy DavidsonCharles D. Norton i Benjamin Strong (przedstawiciel J.P. Morgana), a także Abram Piatt Andrew (z amerykańskiego Departamentu Skarbu) i Paul Warburg (przedstawiciel Rotschildów w Anglii i Francji). Jego brat Felix, ożenił się z Friedą, córką Jacoba Shiff, kierującego potężnym bankiem Kuhn, Loeb & Co.

Przy okazji, warto nadmienić, że to z tej instytucji popłynęło 20 milionów dolarów dla Lwa Trockiego na zbudowanie władzy sowieckiej w Rosji.

O historii Jekyll Island opowiada bardzo ciekawie Andy Choinski w swoim nagraniu „Podróż do Jekyll Island. Pociąg, który zmienił losy świata”. Gorąco polecam, by „kliknąć” w ten tytuł i obejrzeć.

Sławomir M. Kozak

jeśli uważasz, że moja praca pozwala lepiej zrozumieć świat, nie wahaj się – https://buycoffee.to/s.m.kozak  

 Zapraszam też do zaglądania na portal Reduta.tv

Demon – Julian Tuwim

Demon – Julian Tuwim

Źródło: Cyrulik Warszawski, sierpień 1926, nr 11, s.2.

Portal "Wolna Polska" o masonerii

Julian Tuwim

Demon

Gdy Warszawa cicho drzemie
Pod całunem nocy głuchej,
Kiedy spadnie mrok na ziemię
I po mieście błądzą duchy.

Otulony czarnym mrokiem
Z ciemnej nory swej wyłazi
Z cichem pieniem tajnym krokiem
Aszkemason Szymonazy.

Widno jeszcze w Belwederze,
Stary marzy przy herbacie
Demon wchodzi bez pukania…
„No, Piłsudski, jak się macie?”

– Rad staratsia! rżnie marszałek
I pod daszkiem rękę trzyma
„Co z Hubisztą?” – Przeniesiony!
„Gdzie Hallery?” – Już ich nie ma!

„Dobrze! Mówi Aszkemason.
Teraz weźcie-no papierek
I zapiszcie nominacji
I zmian w wojsku nowy szereg:

Grzyp-Rypalski do Będzina
Pstryk ze sztabu do saperów
A pułkownik Lufa-Dufny
Na dowódcę szwoleżerów.

I na jutro na dwunastą
(ze mną nie ma żartów, wiecie!)
Wszystkim żydkom dacie awans,
Gojów zaś zdegradujecie”.

A marszałek słucha drżący,
Pot kroplisty spływa z czoła,
Pisze, co mu mistrz dyktuje
I co chwila „rrrozkaz!” woła.

W kremlu radość! Berlin huczy!
W lożach tryumf! Syczą płazy!
Z Belwederu na Wierzbową
Pędzi demon Szymonazy.

Tam „knoll, knoll, knoll za kominem!
Majufesy! kamarińskie!
A Zaleski niczym Bohdan,
Dumki szumki ukraińskie!

Tańczy rabin z Lucyperlem,
Clayton bractwu pali mrówkę,
Demon włazi na ministra
I obsadza mu placówkę!

A Lednicki i Babiński
Tańczą, kwicząc szpetne słowa:
„Rauscher, brachu, dobra nasza!”
Noc Bartelołomiejowa!

Dryling czeski, od sokołów
Na Bertonim jedzie kłusa
I wesoło podśpiewuje
Nową polkę: „Husa – Husal”

A po środku, pod Stpiczyńskim,
Jak pod ciężka, straszną prasą,
Leży, rycząc „głosem prawdy”,
Wolnomularz Aszkemason…

Z tej to czarnej mszy warszawskiej
Za podszeptem czarcich porad
Powstał Wielki Antypolski
Generalny Inspektorat!

A przed wczoraj wyszło na jaw.
Że i pierwszy marsz kadrówki
Prowadziły z Oleandrów
Ciotki Mistrza, dwie żydówki.

Za ten grzech – ojczyznę biedną
Ogień spaliłby niebieski
Gdyby nie to, że Jej strzeże
Anioł Zygmunt Wasilewski.

On tu jeden trzyma fason
Ponad żydów podłą zgrają
I on jeden nie jest mason
……………………………………..
Chociaż… Czego nie gadają?

.

Źródło: Cyrulik Warszawski, sierpień 1926, nr 11, s.2.

Dziś ! 13.02.26 Bielsko-Biała – Msza Święta i Różańcowy szturm do Nieba za Ojczyznę

13.02.26 Bielsko-Biała – Msza Święta i Różańcowy szturm do Nieba za Ojczyznę

13/02/2026przez antyk2013

Nasze Różańce święte uratują Polskę!

Zapraszamy w piątek do różańcowego szturmu modlitewnego za Kościół, naszą Ojczyznę i nasze rodziny – Msza Święta za Ojczyznę godz.17.00 parafii p.w. św. Stanisława Biskupa i Męczennika (Głównego Patrona Polski). Po Mszy Świętej adoracja Najświętszego Sakramentu i Różaniec święty za Ojczyznę.

Tylko modląc się na Różańcu Świętym i poprzez POKUTĘ możemy wybłagać tryumf Niepokalanego Serca Maryi Panny w Kościele, w Polsce, w naszych rodzinach i na całym świecie.