Parszywe źródła Unii Europejskiej…

Parszywe źródła Unii Europejskiej…

krzysztofjaw krzystofjawparszywe-zrodla-unii-europejskiej

W swoim niedawnym tekście zatytułowanym: „Polexit! Uciekajmy z UE i to najszybciej jak tylko się da!” [1] stwierdziłem, że „”tak naprawdę ta budowa Jednego Sfederalizowanego i Scentralizowanego Państwa Europa była prowadzona „krok po kroczku” i niejako „w ukryciu”. Dopiero bowiem 1 marca 2017 roku KE „odkryła karty” i formalnie w tzw. „Białej księdze w sprawie przyszłości UE” jednoznacznie wymieniła tylko jedno źródło ideowe jej dalszego rozwoju – napisany w duchu ideologii marksistowskiej Manifest z Ventotene. Jego autorzy zakładają federalizację i centralizację Europy, niezależnie od woli mieszkańców kontynentu”” [2].

Jakże symptomatyczne jest to totalitarne określenie „niezależnie od woli mieszkańców kontynentu” i jakże podobne do określenia twórcy ideowego nazizmu i komunizmu Karola Marksa: „Klasy i rasy, które są zbyt słabe, żeby opanować nowe warunki życia, muszą zniknąć…”.

Parszywe i niosące śmierć dla ludzkości: nazizm i komunizm miały jednych marksistowskich ojców i jedne były narodowym socjalizmem a drugie klasowym socjalizmem. I w takich socjalistycznych, lewackich łepetynach rodziły się a-naturalne idee wiecznej beznarodowej szczęśliwości w postaci jakichś wielkich państwowych unii jak ZSRR (Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich)

czy III Rzesza Niemiecka a obecnie UE czyli Związek Socjalistycznych Republik Europejskich.

O podobnej do dzisiejszej UE nie marzyli tylko wskazani przeze mnie postkomunistyczni i marksistowscy autorzy Manifestu z Ventotene: Altiero Spinelli i Ernesto Rossi „ideowo wspierani” przez marksistowsko-neoheglowską tzw. Szkołę Frankfurcką, ale o wiele wcześniej także sam socjalistyczny pragmatysta Adolf Hitler czy jego propagandysta Joseph Goebbels:

Ciekawe, prawda?

I tak sobie myślę, że to właśnie pragmatyczni Niemcy realizują marzenia m.in. nazistowskich, niemieckich przywódców i dziś na zgliszczach krajów europejskich i więdnącej Unii Europejskiej budują swoją IV Rzeszę Niemiecką a tak naprawdę tę Rzeszę zaczęli budować zaraz po II Wojnie Światowej.

Smutna to konstatacja, ale jak ktoś tego nie zauważa jest politycznym ślepcem.

„Niemieccy politycy w niemal nieskrywany sposób dążą do centralizacji Unii Europejskiej pod niemieckim kierownictwem (…).

Niemiecki polityk Manfred Weber, szef Europejskiej Partii Ludowej (EPL/EPP) – największej obecnie grupy w Parlamencie Europejskim, aktywnie promuje silniejszą, bardziej zintegrowaną UE, która zmniejsza zależność od USA.

Weber w obliczu zagrożeń postuluje zwiększenie niezależności i skuteczności UE, w tym poprzez utworzenie europejskiego dowództwa wojskowego, co ma zapewnić większą suwerenność europejską.

Jego wizja obejmuje silniejsze Niemcy w kontekście zjednoczonej Europy (…) M. Weber np. chce, żeby stanowiska przewodniczącego Komisji Europejskiej i przewodniczącego Rady Europejskiej zostały połączone (…) „Politico” zapytało, czy Weber będzie kandydował na stanowisko przyszłego „prezydenta Europy”. Polityk nie wykluczył takiego scenariusza, zaznaczając, że nie odpowie teraz na to pytanie (…)

Weber przypomniał też wielokrotnie wygłaszane przez zwolenników centralizacji Unii opinie, że państwa członkowskie powinny przejść na głosowanie większością kwalifikowaną w kwestiach polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, zamiast głosowania jednomyślnego. Żądanie to pojawia się od kilku lat, ponieważ niektórzy szefowie rządów, m.in. Viktor Orbán na Węgrzech i Robert Fico na Słowacji, nie słuchają się Brukseli, co mainstreamowe media nazywają sprzeciwem wobec dalszej „integracji europejskiej” [3].

„Niemcy realizują plan politycznego opanowania Europy. Z niezrozumiałych dla mnie powodów Polacy w większości nie są w stanie tego zrozumieć – mówi Magdalena Ziętek-Wielomska (…) Polska we wspomnianych planach ma być prowincją europejskiego imperium – język polski, polskojęzyczne urzędy, biało-czerwone flagi, ale najważniejsze decyzje polityczne nie będą zapadać w Warszawie. – Chodzi o to, że mamy nie mieć tożsamości narodowej, mamy zadowolić się statusem mieszkańców imperium, które będzie zarządzane przez określone centrum” [4].

Ku Państwa zastanowieniu, przebudzeniu i pamięci o tysiącletniej Polsce oraz o tym kto zawsze był naszym wrogiem i że nie uda się zbudować IV Rzeszy Niemieckiej bez zniszczenia naszego narodu!

[1] krzysztofjaw./polexit-uciekajmy-z-ue-i-to-najszybciej

[2] osrodekanaliz.pl/altiero-spinelli-ernesto-rossi-manifest-z-ventotene– polecam lekturę tego komunistycznego bełkotu,

[3] dorzeczy.pl/opinie/centralizacja-ue-niemiec-weber-zglosil-szokujace-zadanie.html

[4] dorzeczy.pl/plan-niemiec-zietek-wielomska-polska-prowincja-imperium.html

Rudy flecista z Hameln

Rudy flecista z Hameln

Eksperyment filadelfijski rudy-krol-szczurow

Zapewne każdy słyszał tą bajkę, albo słyszał o bajce, w której szczurołap dzięki magicznemu fletowi wyprowadza szczury z miasta – tytułowego Hameln i topi je w rzece. Z pewnością nie muszę także podpowiadać do kogo w postaci owego rudego szczurołapa, albo flecisty – nawiązuję. Także owe szczury bardzo przypominają niegdysiejsze lemingi, z tą różnicą, że lemingi same dawały na główkę w przepaść, a owe szczury z Hameln, uczyniły to oczarowane muzyką z fletu. Generalnie jednak analogie podobne i tylko rudy szczurołap się pojawia z magicznym fletem. 

Na razie rzeki nie widać. Muzyka z fletu nadal tumani i zwodzi, każąc wierzyć szczurom, że tylko one są godne owego marszu ku unijnej przyszłości i tylko one mają prawo czuć się owymi wybranymi, dziedziczącym miano elit oraz prawo do nachapania się ciałem Ojczyzny, bowiem już tylko do tego, według rudego flecisty, ona się nadaje w nadchodzącym bezojczyźnianym świecie! Rzeki jeszcze nie widać, ale szczury zbliżają się do niej nieustannie, a w falach owej rzeki już czekają na nich śniadzi, muzułmańscy lekarze i inżynierowie z maczetami w rękach, różne ETeSy grabiące ich zasoby, czeka monetarna niewola, komunikacyjne wykluczenie, upadek państwa i korporacyjna niewola dająca wolność od pasa w dół, a odbierająca wolność najważniejszą, odbierająca Boga, Honor i Ojczyznę! Na samym zaś końcu czeka  wojna do której szczurołap ich nie przygotował i nie przygotuje. Czeka upadek i śmierć!

Jednak nie tylko szczury – unijczycy i ojkofobi idą w tym marszu śmierci. Idą w nim także porządni ludzie, którzy nie potrafią postawić się fleciście. Uwikłani w codziennej życie, rozhartowani  długim okresem pokoju i lewacką narracją o końcu historii, ciągnący  za sobą kule hedonizmu z dzieciakami, które sami zaprogramowali jedynie na branie, nie potrafią zachować się jak prawdziwi obywatele. Nie umieją się przeciwstawić, ubrudzić sobie rąk oporem i determinacją aby pozbyć się owego kierownika fletu, ciągnącego nas wszystkich, cały naród do zagłady!

EPSTEIN I JEGO WYSPY SZCZĘŚLIWE

EPSTEIN I JEGO WYSPY SZCZĘŚLIWE

oficyna-aurora.pl/aktualnosci/epstein-i-jego-wyspy-szczesliwe

Sławomir M. Kozak

Ujawnienie tzw. akt Epsteina wywołało globalne poruszenie i nawet w Polsce cieszą się one znacznym zainteresowaniem. Póki co, udostępniono 3,5 miliona stron, ale to nie wszystko, bo w odwodzie czekają kolejne, ponad 2 miliony. Z nimi, być może, będzie się już mierzył następca obecnego prezydenta USA. Żądni sensacji wertują je w poszukiwaniu polskich nazwisk, powstają już nawet na ten temat memy. A przecież wystarczy kupić książkę „TerraMar utopia elit”, w której już w 2022 roku opisałem to, co dziś zajmuje tłumy. Przybliżyłem w niej główne postaci tego wieloletniego przedsięwzięcia, jakim było pozyskiwanie haków na głównych macherów światowej polityki i gospodarki. Epstein, niczym współczesny flecista (sic!) z Hameln, nie tylko w prosty sposób podtopił w ten sposób dzisiejsze szczury, ale wyprowadził też na skraj przepaści liczne zastępy dzieci. I nie mówię tu wyłącznie o wykorzystywanych przez lata nieletnich, ale o całej rzeszy ludzi ogłupionych usypiającą muzyką lewackiej odmiany demokracji, w której wystarczy pozyskać grupkę dla zniewolenia mas. W mojej książce Czytelnik znajdzie przynajmniej jedno polskie nazwisko i nie będzie ono miało nic wspólnego z … (!) tenisem.

Jednak, w tym miejscu przywołam urywek rozdziału „Wyspy szczęśliwe”:

Little St. James, to otoczony błękitem karaibskich wód 30-hektarowy kawałek ziemi, który można sobie obejrzeć w dostępnych nadal zasobach internetowych. Esptein kupił go za niecałe 8 milionów dolarów, w roku 2022 wysepkę wystawiono na sprzedaż już za 125 milionów. W 1997 roku, na wyspie znajdował się dom główny, trzy domki dla gości, domek dozorcy, prywatny system odsalania wody, lądowisko dla helikopterów i dok. Ponadto na wyspie znajduje się budynek w kształcie pudełka z niebieskimi paskami, który początkowo był zwieńczony złotą kopułą. Oficjalnie, miał się w nim znaleźć pawilon muzyczny, ale intrygujący wygląd sugerować może, że miał to być rodzaj osobliwej świątyni. Pierwotny budynek na planach miał kształt ośmiokąta, przekrój prostokątny i posiadał dwa boczne pomieszczenia wystające z zewnętrznych ścian. Był on także znacznie niższy w perspektywie, a kopuła wychodziła z ośmiokąta na dachy bocznych budynków. Budynek, który ostatecznie powstał, jest wyższy od planowanego i ma kształt sześcianu. Wiele osób mówi o tym, że pod wyspą zlokalizowana jest sieć tuneli, na niektórych fotografiach widoczne są nawet, niezbyt rzucające się w oczy, wejścia do nich. Jest to bardzo prawdopodobne, tym bardziej w świetle podejrzeń o wykorzystywanie przez właściciela do podróży na wyspę nie tylko statków powietrznych, ale też łodzi podwodnej.

Na wyspie bywały, w okresie jej użytkowania, setki młodych dziewcząt i bogatych, wpływowych znajomych pedofilskiej pary. Spośród osób znanych, wysepkę odwiedził z pewnością Stephen HawkingDavid Gross, czy Lisa Randall. Widzimy wyraźnie, że w życiu Epsteina, ważną rolę odgrywały znajomości z naukowcami różnych branż, przeważnie jednak podobali mu się ci, którzy mieli dokonania w dziedzinach związanych z wpływem na ludzkie życie, a wręcz podejrzewać można, iż chodziło mu chyba o życie wieczne. Dotyczy to zresztą pozostałych miliarderów w jego otoczeniu, z których ci młodsi, jak Branson, czy Musk, eksperymentowali z neurochirurgią, tworzeniem biologicznych robotów i podróżami kosmicznymi, a starsi, jak Gates, skupiali się na badaniach dotyczących ludzkiego DNA, eliminowaniu osobników starych i słabych. Wiele źródeł informuje, wbrew sprzeciwom zainteresowanego, o częstych wizytach w tym pięknym zakątku u gościnnego Epsteina, w latach 2002 – 2005, Billa Clintona. Niejaki Jes Staley, bankier pracujący przez 34 lata w J.P. Morgan, bywał także częstym jego gościem. W roku 2021, na fali licznych doniesień medialnych o tej zażyłości, Staley zrezygnował z zarządzania brytyjską firmą Barclays. Ponoć na tej właśnie wyspie, David Copperfield oświadczył się Claudii Schiffer. To jedyny taki romantyczny akcent owej „wyspy orgii”. Możliwe, że powołany do życia, jako tak zwany „fakt medialny”, dla odwrócenia uwagi opinii publicznej i rozjaśnienia mroków spowijających tę posiadłość. 

Z pewnością bywała tam najbardziej znana z ofiar seksualnych nadużyć Epsteina, Virginia Roberts, która później zmieniła nazwisko i podczas procesu sądowego występowała już jako Virginia Giuffre. Ghislaine Maxwell dostrzegła nastolatkę w klubie Donalda Trumpa, Mar-a-Lago, gdzie pracował jej ojciec i „zatrudniła” ją u Epsteina. W czasie pobytu na wyspie, dziewczyna spotkała tam Clintona. Virginia zeznała również, że w roku 2001, kiedy miała 17 lat, zmuszono ją trzykrotnie do spotkania z księciem Andrzejem, który ją w czasie tych wizyt gwałcił. Skoro jesteśmy przy wyspach, to warto tu wspomnieć o jeszcze jednej, mało rozpoznanej, koncepcji naszej globalistycznej „elity”. Nazwali ją „Projektem 10 wysp”. Co prawda, objętych nim wysp jest ponoć 26, ważne, że w sprawę zaangażowała się administracja Clintona, a później Obamy, długo wcześniej, zanim schwabski dewiant biegający po plaży w damskiej bieliźnie, zdołał opublikować swoje rojenia o czwartej rewolucji, zrównoważonym rozwoju i tym podobne brednie.

Zaczęto lokować na wyspach karaibskich, panele fotowoltaiczne, wiatraki i instalacje odsalające wodę morską, by wspomóc ich społeczności w dostępie do prądu i czystej wody. Zielona rewolucja na wyspach. Z założenia, mająca wesprzeć ich zdolności turystyczne. Idea szczytna, ale po pierwsze, nie do zrealizowania jednorazowo na tych terenach, z powodu częstych i niezwykle silnych huraganów, które te konstrukcje po prostu obracają w niwecz. Naturalnie, daje to, praktycznie dożywotnią, okazję do ich odbudowywania. Po drugie, programem pomocowym objęto wyspy według specjalnego klucza, który różnicuje je pod względem zaangażowania ich przywódców w projekty, narzucane przez USA, a dotyczące pełnej kooperacji w zakresie walki w handlu żywym towarem, narkotykami i bronią. Rzecz wygląda, z pozoru, na logiczną i nacechowaną dbałością o wspólny interes, z tym, że z jakichś powodów, społeczność tych wysp nie pali się do tego pomysłu. I nic dziwnego, skoro od roku 1999, handel tego typu nie maleje, a wręcz rośnie. Wyspy, zwłaszcza te, o których mowa, od wieków były punktami przerzutowymi dla różnego rodzaju gangów i nic się w tym zakresie nie zmieniło do dziś.

Tyle, że obecnie odbywa się to pod przykrywką pomocy humanitarnej, walki z rejonami zagrożonymi ubóstwem, rozwojem turystyki, budową zielonego ładu. Ogromne firmy kładą pomiędzy wyspami podwodne przewody i kable światłowodowe, mające zapewniać energię i łączność z Florydą, budują hotele, a nadal ta, doskonalsza komunikacja i internetowe bazy danych, nie pozwalają sprawniej poszukiwać osób zaginionych, które znikają z coraz piękniejszych, hotelowych pokoi. Rośnie gigantyczna liczba przedsiębiorstw z sektora publicznego i prywatnego, pieniądze zarabiają dobrze znani nam inwestorzy, jak Bill GatesJeff BezosGeorge SorosRichard BransonReid HoffmanMark Zuckerberg i reszta „globalnych liderów”. Oni też kupują te wyspy i kompleksy turystyczne, w których wypoczywają ich wierni piewcy, czyli dziennikarze, wydawcy, aktorzy, politycy. Z kolei, firmy sprzedające swoje „zielone” rozwiązania technologiczne, wspierają kolejne administracje podczas każdych wyborów i biznes kręci się, jak dobrze naoliwiona maszyna. A ludzie nadal giną, wzrasta liczba przypadków pracy niewolniczej, dzieci wykorzystywane są do koszmarnych celów. 

Bill Gates, poza hektarami ziemi rolnej w Stanach, ma wyspę Buguye, największą w republice Belize. To w jego hotelach na Karaibach oddają się uciechom życia Meryl Streep, czy Justin Trudeau. Wspólnie z saudyjskim księciem Bin Talal, mają zresztą sto kilkadziesiąt (!) hoteli na całym świecie. Branson kupił wyspę Necker na Karaibach, ale też wyspę Moskito, a nawet australijską Makepeace i połacie ziemi w Afryce. Epstein zdążył kupić tylko dwie, bo oprócz Little Saint James, kupił sąsiednią, Great Saint James, a z wyspy Saint Thomas, kilkukilometrowym, podwodnym kablem, zasilił je w prąd.

Liderzy sekty NXIVM, o której piszę na kolejnych stronach, kupili wyspę Wakaya, niedaleko Fiji. Tych przykładów można by mnożyć, z tym, że brakuje stron w tym opracowaniu, a gazety, radio i telewizja, wolą nas zarzucać drugorzędnymi, bezpieczniejszymi tematami, bo „młodzi liderzy” pomniejszego płazu, płaszcząc się przed większymi okazami „elity”, wolą byśmy się nie denerwowali, skoro i tak życie zatruli nam pandemią i niemal perfekcyjnie Wells’owską, bo przecież w oryginale przez dwóch, różnych Wells’ów, przy użyciu innych technik przedstawioną, „wojną światów”.

Sławomir M. Kozak

jeśli uważasz, że moja praca pozwala lepiej zrozumieć świat, nie wahaj się – https://buycoffee.to/s.m.kozak 

 Zapraszam też do zaglądania na portal Reduta.tv

Obrazki z wystawy. Na odtajnionych listach Epsteina znaleziono nazwisko Jaroslawa Kaczynskiego.

Obrazki z wystawy

3.02.2026

Na pierwszy ogień afera Epsteina:

image

Podsyłam świętemu Donkowi dowód w sprawie:

==========================================

Każdy fajnopolak potwierdzi

image

======================================

Na przykład tacy jak osoba na poniższym obrazku:

image

==================================

image

Na powyższym widać jak inteligentna farma PV chroni się przed spowodowanym przez globalne ocieplenie  mrozem.

Taka mała przypominajka o tym co tabliczki dla fejk-fotek montował.

=====================================================

image

—————————————————————-

Postęp i euro-nowoczesność stawia nowe wyzwania:

image
image

Wsteczniactwu fajnopolactwo mówi nie!

O, takiemu wsteczniactwu np:
image

Autor: k.gobisz

Elektryczny TIR do Irkucka

Elektryczny TIR do Irkucka


elektryczny-tir-do-irkucka

Elektryczny TIR rusza nocą przez Suwalszczyznę, bo tak wyszło w strategii transformacji, a strategia — jak wiadomo — ma pierwszeństwo przed termometrem.

Jest minus dwadzieścia dziewięć stopni, ale to tylko liczba, a liczby da się reinterpretować, zwłaszcza gdy siedzi się w Warszawie, Brukseli albo w ciepłym studiu telewizyjnym. Kierowca zakłada trzeci polar i słucha, jak komputer pokładowy informuje go, że zasięg wynosi sto kilometrów, o ile nie będzie oddychał, nie włączy ogrzewania i nie pomyśli o przyszłości. Bateria przechodzi w stan kontemplacji, bo lit, podobnie jak elektorat, w niskich temperaturach traci entuzjazm.

Plan zakładał jazdę „na Irkuck”, bo Irkuck w dokumentach zawsze wygląda dobrze — daleko, ambitnie, bezpiecznie i kozacko. Po dziewięćdziesięciu kilometrach TIR staje, żeby się zastanowić, czy bardziej chce ratować planetę, czy kierowcę.

Ładowarka jest nowa, dofinansowana, z tabliczką informacyjną i wstęgą przeciętą w zeszłym roku. Nie działa, bo kabel jest twardszy niż linia partyjna, a ekran wyświetla komunikat, który powinien wisieć nad połową inwestycji publicznych: „warunki nieprzewidziane”. Oczywiście nikt nie przewidział zimy w północno-wschodniej Polsce, bo w prezentacji była wiosna.

Obok przejeżdża stary diesel, kopci, warczy i jedzie dalej, co czyni go wrogiem postępu i zagrożeniem dla demokracji. Kierowca diesla macha ręką, nie z pogardy, tylko z litości, bo wie, że za kwadrans będzie na stacji, a elektryczny kolega wciąż będzie aktualizował oprogramowanie odpowiedzialne za nadzieję. Później w telewizji ktoś powie, że to incydent, że to przejściowe, że w Norwegii jeżdżą i jakoś żyją, tylko zapomni dodać, że Norwegowie mają prąd, pieniądze i zdrowy rozsądek, a Suwalszczyzna ma mróz i tabelkę w Excelu, która właśnie się nie zgadza.

Elektryczny TIR do Irkucka nie dojedzie, ale osiągnie coś znacznie ważniejszego — stanie się symbolem. Symbolem tego, że transformację najlepiej wdraża się nocą, na mrozie i z dala od autorów pomysłu. Że ideologia ma lepszy zasięg niż bateria, a moralna przewaga grzeje tylko tych, którzy nie muszą stać na poboczu przy minus trzydziestu. Irkuck poczeka, planeta też sobie poradzi, a kierowca zapamięta tę noc na długo. Diesel natomiast, wbrew strategiom, wizjom i konferencjom, po prostu jedzie dalej.

Ustawa 447: Bilans niesprawiedliwości. Dlaczego ofiara nie może płacić za sprawcę?

Ustawa 447: Bilans niesprawiedliwości. Dlaczego ofiara nie może płacić za sprawcę?

Ustawa 447: Bilans Niesprawiedliwości – Kto naprawdę powinien płacić? Czy ofiara może być zmuszona do płacenia za zbrodnie swojego oprawcy? W naszym najnowszym raporcie rozbijamy mity narosłe wokół Ustawy 447 i roszczeń do mienia bezspadkowego. Odsłaniamy kulisy geopolitycznej gry, w której Polska – państwo zniszczone i pozbawione reparacji – jest stawiana pod pręgierzem, podczas gdy…

WawelDom.pl

2 lutego, 2026

10–15 minut

#Act447, #Compensation, #DeutscheVerantwortung, #Deutschland, #Entschädigung, #Erinnerun, #Geopolitics, #Geopolitik, #Geopolityka, #Gerechtigkeit, #GermanCrimes, #Germany, #Geschichte, #Gesetz447, #HeirlessProperty, #Historia, #HistoricalTruth, #HistorischeWahrheit, #History, #Holocaust, #Holokaust, #IIWojnaŚwiatowa, #InternationalLaw, #Israel, #Izrael, #JüdischesEigentum, #JewishClaims, #JUSTAct, #Justice, #MienieBezspadkowe, #Niemcy, #Odszkodowania, #Pamięć, #Poland, #Polen, #Politik, #PolitykaZagraniczna, #Polska, #PrawdaHistoryczna, #PrawoMiędzynarodowe, #RelacjePolskoŻydowskie, #Reparacje, #Reparationen, #Reparations, #Restitution, #Sprawiedliwość, #Stop447, #StopAct447, #Ustawa447, #Warsaw, #Warschau, #Warszawa, #Wiedergutmachung, #WWII, #ZweiterWeltkrieg, #אמתהיסטורית, #ארהב, #גאופוליטיקה, #גרמניה, #היסטוריה, #השבתרכוש, #ורשה, #זיכרון, #חוק447, #יהדותפולין, #יחסיםבינלאומיים, #ישראל, #מלחמתהעולםהשנייה, #פוליטיקה, #פולין, #פיצויים, #צדק, #רכושיהודי, #שואה, #תביעות

Wstęp: Anatomia politycznej burzy

W maju 2018 roku, gdy prezydent USA Donald Trump podpisał ustawę S.447, znaną jako Justice for Uncompensated Survivors Today (JUST) Act, w polskiej przestrzeni publicznej wybuchła burza. Temat, zarezerwowany dotąd dla wąskiego grona ekspertów od restytucji, stał się paliwem dla politycznych emocji. Ustawa, potocznie nazywana „ustawą 447”, obrosła mitami: jedni widzieli w niej narzędzie mające doprowadzić do bankructwa Polski, drudzy – dowód na międzynarodowe zobowiązania RP.

W niniejszym opracowaniu oddzielam fakty od fikcji. Celem jest wszechstronna ocena roszczeń majątkowych w kontekście polskiego prawa, historii II RP i powojennych realiów geopolitycznych. Kluczowe tezy tego artykułu opierają się na twierdzeniu, że ciężar moralny i finansowy za Holokaust spoczywa na sprawcy – Niemczech, a Polska, jako ofiara, nie może być obciążana kosztami zbrodni popełnionych na jej obywatelach przez obce mocarstwo.


Część I: Ustawa 447 – Czym jest, a czym nie jest?

Aby zrozumieć skalę nieporozumień, należy zacząć od literalnej treści dokumentu. Ustawa JUST z 2017 roku jest wewnętrznym aktem prawnym Kongresu USA. Jej celem jest zobligowanie Departamentu Stanu do przygotowania raportu o postępach 46 państw w realizacji postanowień tzw. Deklaracji Terezińskiej z 2009 roku.

Natura prawna dokumentu

Należy z całą stanowczością podkreślić: Ustawa 447 nie jest źródłem prawa w Polsce. Nie jest ratyfikowaną umową międzynarodową ani traktatem. Z punktu widzenia polskiego porządku konstytucyjnego, nie nakłada ona na państwo polskie żadnych zobowiązań finansowych. Nie istnieje mechanizm prawny, w którym sąd w Warszawie wydałby wyrok na podstawie ustawy Kongresu USA.

Zagrożenie płynące z Ustawy 447 ma charakter polityczny i dyplomatyczny, a nie prawny. Raport Departamentu Stanu może służyć jako narzędzie nacisku w relacjach dwustronnych, wpływając na wizerunek Polski, ale nie tworzy roszczenia egzekwowalnego.


Część II: Podmiotowość prawna – Kto ma prawo się upominać?

Fundamentalnym pytaniem prawnym jest legitymacja stron. Kto może żądać zwrotu mienia? Tutaj dochodzimy do sedna sporu o „mienie bezspadkowe”.

1. Spadkobiercy indywidualni

Polskie prawo cywilne stoi na straży prawa własności. Jeśli żyje spadkobierca (dziecko, wnuk, prawnuk) dawnego właściciela i potrafi to udowodnić przed sądem – ma prawo odzyskać majątek lub odszkodowanie. Jest to ścieżka trudna, ale w pełni zgodna z prawem. Narodowość czy wyznanie spadkobiercy nie mają tu znaczenia – liczy się tytuł prawny.

2. Organizacje żydowskie i mienie bezspadkowe

Tu pojawia się największy konflikt. Organizacje takie jak WJRO (Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego) roszczą sobie prawo do majątku po ofiarach Holokaustu, które nie pozostawiły żadnych spadkobierców. Argumentują one, że mienie to powinno służyć społeczności ocalałych. Jednakże w świetle prawa rzymskiego, na którym opiera się cała Europa kontynentalna (w tym Polska), mienie bez dziedziców (tzw. kaduk) przechodzi na rzecz Skarbu Państwa.

Zasada ta obowiązuje w Polsce, Niemczech, Francji czy USA. Żadna prywatna organizacja – niezależnie od tego, jak szlachetne ma cele – nie staje się automatycznie spadkobiercą po osobach zmarłych bezpotomnie tylko na podstawie kryterium etnicznego. Uznanie roszczeń organizacji żydowskich do mienia bezspadkowego wymagałoby zmiany polskiego prawa i wprowadzenia precedensu dziedziczenia „rasowego” lub „plemiennego”, co jest sprzeczne z zasadami demokratycznego państwa prawa.

3. Państwo Izrael

Izrael powstał w 1948 roku. II Rzeczpospolita przestała istnieć de facto w 1939, a de iure jej ciągłość zachował Rząd na Uchodźstwie, a następnie III RP. Izrael nie jest sukcesorem prawnym II RP. Obywatele polscy wyznania mojżeszowego, którzy zginęli w Holokauście, nie byli obywatelami Izraela. Dlatego Izrael może występować jedynie politycznie, jako obrońca diaspory, ale nie posiada legitymacji procesowej do mienia obywateli polskich.


Część III: Mit „Obcego” – Status obywatelski Żydów w II RP

Częstym argumentem w debacie internetowej jest podważanie polskości przedwojennych Żydów.

Czy Żydzi byli Polakami?

W sensie prawno-ustrojowym: Tak, absolutnie. Żydzi mieszkający na ziemiach II Rzeczypospolitej posiadali polskie obywatelstwo. Wynikały z tego konkretne obowiązki i prawa:

  • Podatki: Mit, że Żydzi nie płacili podatków, jest fałszem. Podlegali tym samym rygorom skarbowym co etniczni Polacy. Wpływy podatkowe od kupców i przedsiębiorców żydowskich stanowiły istotną część budżetu państwa.
  • Służba wojskowa: W 1939 roku w szeregach Wojska Polskiego walczyło ok. 120 tysięcy żydowskich żołnierzy. Tysiące z nich poległo w obronie Polski przed Niemcami. Ich krew wsiąkła w tę samą ziemię, co krew etnicznych Polaków.
  • Język i tożsamość: Choć w spisie z 1931 r. wielu deklarowało jidysz, młode pokolenie lat 30. było w dużej mierze dwujęzyczne.

Oznacza to, że państwo polskie jest spadkobiercą mienia swoich obywateli – niezależnie od tego, czy modlili się w kościele, cerkwi czy synagodze. Wykluczanie Żydów ze wspólnoty obywatelskiej pośmiertnie jest działaniem ahistorycznym.


Część IV: Problemy dowodowe – Księgi wieczyste i zgliszcza

Krytycy roszczeń słusznie pytają: „Gdzie są dowody?”. Proces dowodzenia własności po 80 latach jest koszmarem prawnym.

  1. Zniszczenie ksiąg: Wiele ksiąg wieczystych i aktów notarialnych spłonęło, zwłaszcza w Warszawie (Archiwum Akt Dawnych).
  2. Fałszerstwa: W chaosie powojennym dochodziło do przejmowania mienia na podstawie fałszywych świadków.
  3. Brak ciągłości: Wymóg udowodnienia ciągłości prawnej od 1939 roku do dziś jest dla wielu nie do przeskoczenia.

Czy księgi są prawdziwe? Te, które ocalały – tak, są dokumentami urzędowymi. Jednak ich brak w wielu przypadkach uniemożliwia weryfikację roszczeń, co w świetle prawa działa na korzyść obecnego posiadacza (często Skarbu Państwa lub miasta).


Część V: Fizyczna destrukcja – Wojna, która unicestwiła przedmiot roszczeń

Nawet gdyby rozstrzygnąć kwestie prawne, pozostaje argument materialny: ogrom zniszczeń. W dyskusji o „kamienicach” zapomina się, że budynki te w 1945 roku w większości nie istniały.

Według szacunków z 2022 roku (Raport o stratach wojennych), ponad 80% zabudowy Warszawy uległo zniszczeniu. W przypadku mienia prywatnego wskaźnik ten sięgał 90%.

  • Większość roszczeń dotyczy więc gruntu, a nie budynków, ponieważ budynki zostały zrównane z ziemią przez Niemców.
  • To, co stoi dzisiaj w Warszawie, zostało odbudowane wysiłkiem całego narodu polskiego, w tym z funduszy społecznych (SFOS).
  • Oddawanie dzisiaj odbudowanej kamienicy spadkobiercom właściciela, który posiadał jedynie zrujnowaną parcelę, rodzi pytanie o tzw. bezpodstawne wzbogacenie.

Część VI: Reparacje niemieckie – Dysproporcja i niesprawiedliwość (Kluczowy Argument)

To jest najważniejszy punkt, który musi wybrzmieć w każdej dyskusji międzynarodowej. Źródłem problemu nie jest polska niechęć do zwrotu, ale niemiecka odmowa zapłaty Polsce, przy jednoczesnym zaspokojeniu roszczeń żydowskich.

Asymetria zadośćuczynienia

  1. Polska: W 1953 roku rząd PRL (pod przymusem ZSRR) zrzekł się reparacji od NRD. Niemcy do dziś wykorzystują ten argument, by nie płacić Polsce za straty wyceniane na ponad 6 bilionów złotych. Polska nie otrzymała odszkodowań za zniszczoną Warszawę, za spalone wsie, za pracę niewolniczą milionów Polaków.
  2. Środowiska Żydowskie: W 1952 roku RFN podpisała Umowę Luksemburską z Izraelem i Claims Conference.
    • Niemcy wypłaciły Izraelowi i organizacjom żydowskim miliardy marek.
    • Do 2018 roku łączne wypłaty niemieckie na rzecz ofiar Holokaustu wyniosły ok. 86,8 miliardów dolarów.

Wnioski z dysproporcji

Mamy do czynienia z sytuacją kuriozalną:

  • Sprawca (Niemcy): Zapłacił ofiarom żydowskim, ale nie zapłacił ofierze państwowej (Polsce).
  • Ofiara (Polska): Jest naciskana, by płacić innej grupie ofiar (organizacjom żydowskim), mimo że sama nie otrzymała rekompensaty za te same zniszczenia.

Logicznym i moralnym rozwiązaniem jest uznanie, że roszczenia majątkowe za mienie utracone w wyniku niemieckiej agresji powinny być kierowane do Berlina. Jeśli Niemcy zniszczyli dom w Warszawie, to Niemcy powinni za niego zapłacić właścicielowi (Żydowi lub Polakowi). Domaganie się, by Polska (która ten dom odbudowała) płaciła za jego zniszczenie przez Niemców, jest odwróceniem ról ofiary i sprawcy.

Co więcej, środki już wypłacone przez Niemcy Izraelowi i Claims Conference powinny być zaliczone na poczet globalnych roszczeń. Nie może być mowy o podwójnym odszkodowaniu za to samo mienie.


Część VII: Straty ludnościowe – Wspólna trauma

Dyskurs publiczny na Zachodzie często sprowadza II wojnę światową do Holokaustu. Należy przypominać pełne proporcje strat.

Polska straciła ok. 6 milionów obywateli.

  • ~3 miliony to polscy Żydzi (ofiary Holokaustu).
  • ~3 miliony to etniczni Polacy i inne narodowości.

Holokaust był zbrodnią wyjątkową, zaplanowaną na całkowitą eksterminację narodu żydowskiego. Jednak odbywał się on na terenie Polski, która równolegle traciła swoje elity, inteligencję i zwykłych obywateli w łapankach, egzekucjach ulicznych i obozach (Auschwitz był miejscem kaźni również Polaków). Dlatego mówienie o roszczeniach tylko jednej grupy ofiar, przy pomijaniu strat drugiej grupy (która często pomagała pierwszej), budzi w Polsce poczucie głębokiej niesprawiedliwości.

Część VIII: Problem reprezentacji – Czy Izrael miał prawo do odszkodowań za obywateli polskich?

W debacie o reparacjach często umyka fakt fundamentalny dla prawa międzynarodowego: w momencie wybuchu II wojny światowej państwo Izrael nie istniało. Powstało ono dopiero w 1948 roku, trzy lata po zakończeniu wojny. Rodzi to potężny dylemat prawny: na jakiej podstawie nowy byt państwowy mógł rościć sobie prawa do odszkodowań za krzywdy wyrządzone obywatelom innego suwerennego państwa – w tym przypadku II Rzeczypospolitej?

1. Konstrukcja prawna Umowy Luksemburskiej (1952) Podstawą prawną transferu środków z Niemiec do Izraela była tzw. Umowa Luksemburska (Wiedergutmachung). Z punktu widzenia klasycznego prawa międzynarodowego, była ona ewenementem. Niemcy (RFN) zgodziły się wypłacić odszkodowania państwu, z którym nie były w stanie wojny (bo Izrael nie istniał), za ofiary, które nie były obywatelami tego państwa. Izrael, reprezentowany przez premiera Dawida Ben Guriona, przyjął doktrynę, że jest jedynym spadkobiercą i opiekunem narodu żydowskiego jako całości. Argumentowano to koniecznością sfinansowania „absorpcji” (przyjęcia) setek tysięcy ocalałych, którzy przybyli do Palestyny. Jednakże wliczenie w tę kalkulację majątku i cierpienia milionów Żydów, którzy zginęli w Polsce i nigdy do Izraela nie dotarli, jest z perspektywy polskiego interesu stanu nadużyciem.

2. Zawłaszczenie podmiotowości ofiar Ofiary Holokaustu w Polsce były obywatelami Rzeczypospolitej. Ich paszporty były polskie, ich majątki podlegały polskiemu prawu hipotecznemu, a ich ochrona prawna (jakkolwiek nieskuteczna w obliczu okupacji) leżała w gestii państwa polskiego. Gdy RFN przekazywała miliardy marek Izraelowi w imieniu „narodu żydowskiego”, dokonała w istocie eksterytorializacji ofiar. Wyjęto je pośmiertnie spod jurysdykcji państw ich urodzenia (Polski, Węgier, Holandii) i przypisano do Izraela. Dla Polski ma to kapitalne znaczenie: Niemcy „kupiły sobie” powrót do społeczności międzynarodowej, płacąc Izraelowi walutą wygenerowaną na cierpieniu obywateli polskich. W efekcie, dzisiejsze roszczenia organizacji żydowskich wobec Polski można uznać za próbę „drugiego inkasowania” należności. Skoro Izrael (i organizacje partnerskie jak Claims Conference) przyjął gigantyczne sumy jako „spadkobierca ofiar”, to on przejął na siebie ciężar zaspokojenia roszczeń indywidualnych. Domaganie się teraz od Polski zwrotu mienia bezspadkowego jest próbą przerzucenia kosztów tej transakcji na ofiarę agresji.

3. Pominięcie Żelaznej Kurtyny Należy pamiętać o kontekście geopolitycznym. W latach 50. Polska, zniewolona przez Sowietów, nie mogła skutecznie upomnieć się o swoich obywateli pochodzenia żydowskiego na arenie międzynarodowej. Zachód i Izrael, ignorując prawa PRL (jako państwa niedemokratycznego, ale prawnie istniejącego), zawarły porozumienie ponad głowami Polaków. Dziś, w wolnej Polsce, musimy głośno pytać: czy tamte pieniądze, wypłacone za „polskich Żydów”, nie zamknęły tematu roszczeń? Z logicznego i moralnego punktu widzenia – tak.

Część IX: Moralny upadek i paradoks ofiary – Pieniądze z reparacji a tragedia Palestyny

Wkraczamy tu na grunt niezwykle bolesny, ale konieczny do pełnego obrazu sprawiedliwości dziejowej. Pytanie o to, co stało się z pieniędzmi wypłaconymi przez Niemcy w ramach zadośćuczynienia (Wiedergutmachung), prowadzi do współczesnych tragedii na Bliskim Wschodzie.

1. Transformacja ofiary w sprawcę? Niemieckie marki, a później euro, stały się fundamentem budowy nowoczesnego państwa Izrael – jego infrastruktury, przemysłu, ale także potęgi militarnej. Istnieje zatem bezpośredni ciąg przyczynowo-skutkowy między pieniędzmi wypłaconymi za Zagładę a uzbrojeniem armii, która dziś prowadzi działania w Strefie Gazy. Dla wielu obserwatorów, w tym historyków i etyków, rodzi to przerażający paradoks. Środki, które miały być symbolem pokuty za ludobójstwo, zasilają machinę wojenną, oskarżaną przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości i organizacje humanitarne o działania o znamionach ludobójstwa wobec Palestyńczyków. Czy fakt, że potomkowie ofiar gett warszawskiego czy łódzkiego bombardują dziś zamknięte dzielnice Gazy (często porównywane przez krytyków do „wielkiego getta”), nie jest tragicznym chichotem historii?

2. Syndrom „Nadczłowieka” (Übermensch) a pamięć ofiar

W filozofii politycznej pojawia się pojęcie „moralnego immunitetu”. Trauma Holokaustu bywa wykorzystywana jako tarcza, która ma chronić państwo Izrael przed wszelką krytyką. Narracja jest prosta: „My, naród ofiar, który przeszedł piekło, mamy prawo do wszystkiego, by przetrwać”. To niebezpieczne zjawisko psychologii społecznej. Może prowadzić do postawy wyższościowej, w której cierpienie własnego narodu wynosi się ponad cierpienie innych, a prawo do obrony usprawiedliwia zbrodnie wojenne. Jeśli pieniądze z reparacji posłużyły do zbudowania poczucia bezkarności i siły, która miażdży cywilów w Palestynie, to czy nie mamy do czynienia z zaprzeczeniem lekcji płynącej z Auschwitz?

Hasło „Nigdy Więcej” (Never Again) powinno znaczyć „Nigdy Więcej dla Nikogo”. Jeśli jednak w praktyce oznacza ono „Nigdy Więcej dla Nas, ale inni mogą cierpieć dla naszego bezpieczeństwa”, to jest to zdrada pamięci ofiar Holokaustu. Ofiary te ginęły w imię ideologii rasistowskiej, która dzieliła ludzi na „nadludzi” i „podludzi”. Jeśli państwo mieniące się ich spadkobiercą stosuje segregację, odpowiedzialność zbiorową i niszczenie infrastruktury cywilnej, to mimowolnie wchodzi w buty oprawców sprzed lat.

3. Niemiecka wina a palestyńska krew W tym kontekście rola Niemiec jest dwuznaczna. Niemcy, w imię „Racji Stanu” (Staatsräson), bezwarunkowo wspierają Izrael, dostarczając broń i fundusze, traktując to jako formę odkupienia win za Holokaust. Jednakże, jeśli ta broń zabija palestyńskie dzieci, to niemiecka „pokuta” odbywa się kosztem trzeciej, niewinnej grupy ludzi – Palestyńczyków. Polska perspektywa pozwala dostrzec ten fałsz wyraźniej. My wiemy, czym jest okupacja, wysiedlenia i niszczenie miast. Dlatego polska wrażliwość powinna odrzucać narrację, w której bycie ofiarą w przeszłości daje mandat do bycia oprawcą w teraźniejszości. Pamięć o 6 milionach zamordowanych (w tym 3 milionach polskich Żydów) domaga się sprawiedliwości i pokoju, a nie finansowania kolejnych wojen z funduszy reparacyjnych.

Część X: Synteza – Ku nowej definicji sprawiedliwości

Analiza ta prowadzi do wniosków, które wykraczają poza suchą literę prawa. Spór o ustawę 447, roszczenia majątkowe i reparacje to w istocie spór o prawdę historyczną i moralną hierarchię wartości.

  1. Prawo a nie przywilej: Roszczenia majątkowe muszą opierać się na twardych dowodach i prawie spadkowym, a nie na etnicznym prawie plemiennym. Polska, jako państwo prawa, nie może tworzyć przywilejów dla jednej grupy ofiar kosztem innej.
  2. Ostateczność rozliczeń: Niemcy, wypłacając gigantyczne sumy Izraelowi za „obywateli polskich pochodzenia żydowskiego”, w sensie moralnym i ekonomicznym zamknęły drogę do roszczeń wobec Polski. Polska nie może płacić drugi raz za to, za co Niemcy już zapłaciły samozwańczemu reprezentantowi ofiar.
  3. Ostrzeżenie z historii: Losy funduszy reparacyjnych pokazują, że pieniądze nie zawsze leczą rany – czasem finansują nową krzywdę. Wykorzystywanie pamięci o Zagładzie do usprawiedliwiania polityki przemocy w Palestynie jest największą obrazą dla tych, którzy spłonęli w krematoriach.

Polska, jako kraj, który nie otrzymał reparacji i został zdradzony geopolitycznie po wojnie (Jałta), nie ma ani prawnych, ani moralnych, ani ekonomicznych przesłanek, by spłacać rachunki za zbrodnie nazistowskich Niemiec. Sprawiedliwość wymaga, by sprawca płacił ofierze. Ale sprawiedliwość wymaga też, by ofiara nie stawała się nowym sprawcą. W tym skomplikowanym trójkącie (Niemcy-Izrael-Polska), to Warszawa ma czyste sumienie, nie Berlin i nie Tel Awiw. I to jest nasz najsilniejszy kapitał, którego nie wolno nam zmarnować pod presją jakiejkolwiek ustawy czy dyplomacji.

Dość szczerze o szaleństwie klimatycznym

Dr Chocian mocno o szaleństwie klimatycznym

wpolityce.pl/mocno-o-szalenstwie-klimatycznym

„Żeśmy porzucali kopciuchy, poniekąd dobrze, bo akurat to najbardziej nam szkodziło, ale przeszliśmy na piece gazowe. Okazało się, gaz jest niedobry, kiedy rurociąg wystrzelił. Teraz okazuje się, być może będzie odbudowany, znowu gaz będzie dobry. Przez moment pompy ciepła były świetne. Okazuje się, że pompy ciepła teraz zużywają dużo energii elektrycznej i nie działają” – punktował w programie Telewizji wPolsce24 dr Grzegorz Chocian, ekspert z zakresu ochrony środowiska i przyrody.

Dr Grzegorz Chocian nie zostawił suchej nitki na polityce klimatycznej Unii Europejskiej.

Zobaczmy, jak jest zbudowana piramida potrzeb Maslowa. Otóż podstawą jest właśnie ciepło i wyżywienie. Mamy nie zamarznąć i mamy mieć co jeść. To jest ta podstawa egzystencjalna. Dopiero wyżej są te potrzeby inne, związane z rozwojem, z twórczością, samorealizacją.

Przecież w tej chwili dokonuje się na społeczeństwach Europy Zachodniej – generalnie Unii Europejskiej oszalałej klimatycznie – powrót do sytuacji, w której mamy przestać myśleć o samorozwoju, o jakichś wartościach wyższych, tylko mamy się skupić na przetrwaniu, wyłącznie na przetrwaniu

Surowa ocena

Zdaniem eksperta ludzie są zastraszani i oszukiwani.

Najpierw jesteśmy wystraszeni, zastanawiamy się, co to będzie i przychodzą do nas od razu sprawni sprzedawcy, mówią: „to jest ci potrzebne, to ci damy, a tu jeszcze damy dotację na to, koniecznie to kup”. Więc żeśmy porzucali kopciuchy, poniekąd dobrze, bo akurat to najbardziej nam szkodziło, ale przeszliśmy na piece gazowe. Okazało się, gaz jest niedobry, kiedy rurociąg wystrzelił. Teraz okazuje się, być może będzie odbudowany, znowu gaz będzie dobry.

Przez moment pompy ciepła były świetne. Okazuje się, że pompy ciepła teraz zużywają dużo energii elektrycznej i nie działają — wskazał.

Po prostu jesteśmy omamiani ciągle przez bardzo sprytnych sprzedawców, którzy mają do tego celu jeszcze lepszych narratorów, którzy właśnie mówią, że „planeta nam spłonie, a ty Kowalski dokładasz się do tego, że wszyscy zginiemy, powinieneś się wstydzić, to jest grzech ekologiczny”

— stwierdził.

ZOBACZ CAŁY PROGRAM:
https://youtu.be/ogtaNh1-J1s

Publikacja dostępna na stronie: wpolityce.pl/mocno-o-szalenstwie-klimatycznym

Dlaczego Polacy-katolicy tak kochają Boże Narodzenie?

Dlaczego Polacy tak kochają Boże Narodzenie?

Piotr Relich hpch24.pl/dlaczego-polacy-tak-kochaja-boze-narodzenie


Pamiętam smutek na twarzy mojej córki, kiedy powiedziałem jej, że okres Bożego Narodzenia kiedyś się skończy. I choć pewnie jej myśli objawiały wówczas dziecięcą tęsknotę za choinką, prezentami, Świętym Mikołajem i całym świątecznym sztafażem, miałem głębokie przekonanie, że to raptem czteroletnie dziecko wchodzi w okres żałoby. Poczucia straty czegoś tak pięknego i radosnego, czego raz doświadczywszy nie chce się wypuścić z rąk.

Mała dziewczynka musiała pogodzić się z myślą, że wkrótce zniknie stajenka, żłóbek i Dzieciątko Jezus. Przystrojona choinka nie będzie już rozświetlać zimowych wieczorów, a kolędy i pastorałki – słyszane w naszym domu niemal codziennie – w końcu ustąpią bardziej „świeckiej” muzyce.

Z tego wszystkiego sam zacząłem zastanawiać się nad źródłem tego powszechnego, bo wcale nie zarezerwowanego wyłącznie dla dzieci zjawiska. Co sprawia, że tak ciężko rozstać się z Bożym Narodzeniem? Dlaczego w Polsce śpiewamy kolędy do 2 lutego, mimo że bożonarodzeniowy okres liturgiczny kończy się już Niedzielą Chrztu Pańskiego?

Niestety, zwyczajowe wyjaśnienia – „polska tradycja”, „spotkania w gronie rodzinnym”, „atmosfera życzliwości”, „magia świąt”…nie próbują wytłumaczyć dlaczego tak kochamy ten okres. Nawet uzasadnienia natury duchowej – radość z narodzenia Zbawiciela, który przyszedł „wyrwać nas z królestwa śmierci” – choć oczywiście prawdziwe, nie dawały pełni satysfakcji. Przecież w innych krajach chrześcijańskich również celebruje się Boże Narodzenie, ale nigdzie nie smakuje ono tak jak tutaj.

Zakazane święta

Taki, dajmy na to, amerykański katolik, 24 grudnia wraca do domu, zjada skromną wieczerzę wigilijną i kładzie się spać w oczekiwaniu na św. Mikołaja. Następnego dnia świętuje Boże Narodzenie, ale niezbyt hucznie, gdyż następnego dnia trzeba wstawać do pracy. Potem jeszcze tylko Sylwester i to w zasadzie koniec atrakcji. Na początku nowego roku podjazdy przed domami straszą kikutami choinek, a świąteczna magia momentalnie rozbija się w zderzeniu z koniecznością dalszego „robienia pieniędzy”.

Chyba, że akurat trafimy na dom Polaków; przystrojony jeszcze jakiś czas będzie odróżniał się od innych. To właśnie w tym czasie emigranci najbardziej tęsknią za Pasterką, Jasełkami, świętem Trzech Króli, czy kolędami i pastorałkami, których w naszym kraju mamy prawdziwe bogactwo.

Tak drastycznej różnicy nie da się jednak wytłumaczyć wyłącznie kulturą konsumpcyjną czy statystykami spadających praktyk religijnych. Nie można oprzeć się wrażeniu, że chodzi tu o znacznie głębszy proces, mający swoje źródło w stopniowej utracie sensu i właściwego rozumienia tych dni. Bardzo ciekawą perspektywę zarysowuje historyk Kościoła, ks. prof. Józef Naumowicz, ujawniając w jakim stopniu do degradacji obchodów Bożego Narodzenia przyczyniła się w przeszłości rewolucja protestancka.

Autor książki „Narodziny Bożego Narodzenia” przypomina, że w XVI wieku pojawiały się zakazy obchodów świąt Bożego Narodzenia, wydawane szczególnie przez radykalne wyznania protestanckie: najpierw przez hugenotów, a później przez purytan, którzy zdobyli większość w parlamencie angielskim i wprowadzili państwowy zakaz obchodów Bożego Narodzenia. Analogiczna sytuacja miała miejsce w Stanach Zjednoczonych oraz w Szkocji za sprawą prezbiterian. Radykalni protestanci uważali, że nie jest to święto biblijne, a zatem musi mieć korzenie… pogańskie.

Dopiero przybycie w XIX w. do USA większej liczby Polaków, Słowaków czy Irlandczyków, a więc katolików, zmieniło postrzeganie Bożego Narodzenia w oczach protestantów. Wówczas przekonali się, że to święto spełnia bardzo ważną rolę rodzinną i społeczną. W wyniku kontaktu z pogardliwie określanymi „papistami”, w protestantyzmie w połowie XIX wieku powstał nurt świąt domowych, czyli domowego celebrowania świąt – wówczas uznano, że Boże Narodzenie, które świętuje się wspólnie, wnosi do życia społecznego pokój i pojednanie.

Hymn na cześć radości

W Kościele katolickim wręcz przeciwnie; zasada „wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie!” (1 Tes 5, 1) doprowadziła do inkulturacji wielu elementów świata pogańskiego. Odnajdując w niektórych rytuałach pierwotny sens, Kościół w swojej mądrości wykorzystywał je do głoszenia nauk Chrystusa zrozumiałym kodem kulturowym.

Stąd np. umiejscowienie obchodów Bożego Narodzenia w okolicach przesilenia zimowego, celebrowanego w starożytności jako zwycięstwo życia nad śmiercią i symbol niegasnącej nadziei w okresie najciemniejszego mroku. To również przyjęcie choinki – pogańskiego Drzewa Życia i osi świata (axis mundi), które w chrześcijaństwie nawiązuje do historii zbawienia rodzaju ludzkiego. Grzech popełniony pod rajskim drzewem, został odkupiony ofiarą na Drzewie Krzyża. Również same kolędy mają rodowód pogański. Śpiewane w Rzymie jako calendae, wyrażały radość z okazji nadejścia Nowego Roku, kiedy to składano życzenia i wręczano sobie prezenty.

Dzisiejszą atmosferę pełną ciepła, troski i wrażliwości, nadał Bożemu Narodzeniu już św. Franciszek. Biedaczyna z Asyżu dla lepszego przeżycia tajemnicy Wcielenia, zapoczątkował tradycję bożonarodzeniowych szopek oraz wystawiania jasełek. Dla św. Franciszka Boże Narodzenie było świętem nad świętami, bo wtedy Bóg stawszy się dziecięciem zawisł u piersi ludzkich. Chciał, by w tym dniu bogaci karmili ubogich, zwierzęta miały więcej obroku niż zwykle i nie obowiązywał post od pokarmów mięsnych. Wszystko po to, by ludzie jeszcze mocniej odczuli radość z faktu, że Bóg w swej nieskończonej dobroci stał się człowiekiem, by odkupić z grzechu całą ludzkość.

Ale dla Franciszka nie chodziło wyłącznie o wspomnienie tych wspaniałych wydarzeń. Nie mniej istotny pozostawał eucharystyczny charakter Bożego Narodzenia, przez który tajemnica Wcielenia stawała się faktem, uobecniającym się każdego dnia na ołtarzu. Nie bez powodu na fresku w Greccio, gdzie po raz pierwszy w historii wystawiono jasełka, widzimy Dzieciątko Jezus w żłóbku, a powyżej kielich na ołtarzu. Ten kluczowy element wiary, z pełną świadomością „wycięła” trzy wieki później rewolucja protestancka, już wtedy powodując odarcie Bożego Narodzenia z jego pierwotnego sensu.

Tymczasem radość z jaką św. Franciszek celebrował narodziny Zbawiciela udziela się również nam, żyjącym osiem wieków później. Nic więc dziwnego, że tam gdzie trwał Kościół, z nabożnością świętowano Boże Narodzenie, chcąc przedłużać ten cudowny czas niemal w nieskończoność. Bo gdy ludzie prawdziwie łączą się z Chrystusem, tam – parafrazując św. Jana – radość Jego jest w nas i radość nasza jest pełna.

Piotr Relich

Chichot Eichmanna. Niegrzeczni będą zajadać chrząszcze

Chichot Eichmanna.

Witold Gadowski:

niegrzeczni będą zajadać chrząszcze

Witold Gadowski


niezalezna.a/chichot-eichmanna-witold-gadowski-niegrzeczni-beda-zajadac-chrzaszcze

Umowa UE z krajami Mercosuru służy jedynie podbudowaniu gospodarki niemieckiej i to w sposób ekstensywny, kosztem rolniczych sektorów gospodarek innych krajów – pisze Witold Gadowski w „Gazecie Polskiej”.

Grzegorz Wierzchołowski – niezalezna.pl
Chichot Eichmanna. Witold Gadowski: niegrzeczni będą zajadać chrząszcze

Jeżeli twój sąsiad ma dziesięciokrotnie więcej pola niż ty, to trudno ci z nim konkurować, chyba że masz lepszą technologię. Jeżeli jednak wszystkie technologie sprzedał mu inny sąsiad, to właściwie nie masz szans. Na dodatek obszarnik nie stosuje żadnych reguł, bo ma układy, a sąsiad, który mu sprzedał technologie, zawarł z nim teraz układ, że będą wymieniali maszyny za plony i całkowicie cię zaduszą… To niezbyt wysublimowana alegoria tego, jak dla europejskiego rolnictwa (a w szczególności polskiego) będzie działać umowa z krajami gospodarczego sojuszu Mercosur. Zdajmy sobie sprawę z prostego faktu – już szwindle związane ze sprowadzaniem produkowanych przez wielkie agroholdingi produktów rolnych z Ukrainy pokazały, że w Polsce nie istnieje żaden realny system zapewniania konsumentom bezpieczeństwa żywności. Jeżeli dodamy do tego fakt, że gospodarki południowoamerykańskie nie stosują zdrowotnych norm żywności obowiązujących w Europie, to rodzi się najprostsze pytanie: komu to wszystko służy?

Odpowiedź – jak w początkowej opowiastce – jednoznacznie wskazuje na egoistyczny interes gospodarki niemieckiej, która już zapewniła sobie korzystny system wymiany z krajami Mercosuru, przewidujący barterową wymianę: maszyny za żywność. Dodajmy, że dystrybutorem tej żywności na całą Europę będą niemieckie firmy, z niewielkim udziałem francuskich i włoskich central, dopuszczonych do tego na zasadzie podziału łupów. 

Ktoś żachnie się i powie: co pan opowiada, przecież na naszych granicach obowiązują normy kontroli jakości produktów spożywczych, których pilnują specjalne służby, a szczególnie inspekcja weterynaryjna. Sęk w tym, że statki wypełnione tańszymi wobec naszych produktami z krajów Ameryki Południowej będą zawijać do portów w Portugalii lub Hiszpanii, ostatecznie w Niemczech, a do nas będą wjeżdżać na papierach europejskiej odprawy. O ile w Porcie Gdynia mamy odpowiednie służby, o tyle już na drogowych i kolejowych przejściach granicznych nasze możliwości kontrolne są o wiele mniejsze. 

Praktycznie nie wiadomo więc, jaką żywność będą nam sprzedawały zagraniczne sieci wielkopowierzchniowego handlu, które skolonizowały nasz rodzimy handel. Produkty przywiezione będą tańsze niż plony naszych rolników, a więc wygrają konkurencję cenową i tym sposobem doprowadzą do plajty naszych producentów. Za kilka lat nasi hodowcy, plantatorzy będą już ewenementem. Wtedy wreszcie osiągnięty zostanie bolszewicki raj dystrybucjonizmu: to urzędnicy zaczną decydować o przydziałach żywności i o tym, jakiej jakości pożywienie i komu się należy.

Niegrzeczni będą zajadać chrząszcze i najgorsze produkty, które w trzytygodniowych rejsach będą przypływać z Ameryki Południowej. Najbardziej zasłużeni będą mogli żywić się bardziej wykwintnie i bardziej zdrowo. Kartki na cukier, mięso i alkohol oferowali nam okupanci hitlerowscy i komunistyczni. Tak więc pozbawianie nas możliwości produkcji własnej żywności wiąże się ze ściśle zaprogramowanym sterowaniem dystrybucją żywności, co rodzi możliwość wzrostu władzy urzędników systemu.

Nawet bez przewidywania totalitarnego rozwoju kontroli nad źródłami żywności można zauważyć, że mechanizmy wolnorynkowe sprawią, że droższa żywność krajowa – produkowana z zastosowaniem wysokich standardów – będzie przegrywać konkurencję z gorszą i trującą żywnością z obszarów, gdzie nie stosuje się odpowiednich standardów jakościowych. Umowa UE z krajami Mercosuru służy jedynie podbudowaniu gospodarki niemieckiej i to sposób ekstensywny, kosztem rolniczych sektorów gospodarek innych krajów.

Jak Państwo widzą, nie wspomniałem tu o nazistowskich korzeniach rolnych fortun paragwajskich, argentyńskich, urugwajskich i brazylijskich

Jestem wyczerpana! O aksamitnej agresji z Sieci.

Jestem wyczerpana!

Mam już dość udawania, że to normalne.

[A ja – MD – nie mam załogi, by usunąć te kretyńskie „enter”-y. Dzięki, Krzysiek M. (69 lat) ]

========================================

16.11.2025 https://www.alilybit.com/p/i-am-exhausted

Każdego ranka budziłam się według tego samego głupiego żartu. Mój telefon przez całą noc wysyła sfabrykowane alerty, a ja półprzytomna sięgam po niego jak narkoman po kolejną dawkę. Dłużej tak nie mogłam. Nikt z nas nie może, ale wszyscy boimy się do tego przyznać. Mam dość patrzenia, jak znajomi w połowie rozmowy uciekają, aby zerknąć na ekran, mam dość widoku dwunastolatków w chmurze nikotyny o smaku cukierków, mam dość korzystania z trzech różnych aplikacji, żeby zamówić obiad.
Ale przede wszystkim mam dość słuchania, że to postęp, podczas gdy ewidentnie to nas zabija. Jesteśmy pierwszym pokoleniem w historii ludzkości, które dorasta z kasynem w kieszeni, a kasyno zawsze wygrywa. Każda aplikacja, każde powiadomienie, każdy mały sygnał to nic innego jak diler dający darmową próbkę. Choć wydaje nam się, że mamy kontrolę, to od dawna jesteśmy częścią gry, w której nie możemy już wygrać. Przyzwyczailiśmy się do uzależnienia jako do codzienności, nie jako problemu, ale jako stanu normalnego. Porozmawiajmy o liczbach, bo trzeba zrozumieć skalę tej katastrofy. W Stanach Zjednoczonych badania pokazują, że od 4000 do 7000 uczniów jest już uzależnionych od e-papierosów. Dzieci w wieku szkolnym. Dzieci, które nawet nie mają kart bankowych, organizują hurtowe zamówienia nikotyny przez Snapchata i Discorda, zaciągając się Mango Ice, Cherry Freeze i Cotton Candy Cloud w toalecie między lekcjami algebry i historii. Te urządzenia przypominające pendrive’y wypuszczają dym, który pachnie jak fabryka cukierków, a my zastanawiamy się, dlaczego dzieci uważają je za nieszkodliwe. Branża waporyzacyjna wyciągnęła wnioski z błędów Big Tobacco. Koniec z kowbojami umierającymi na raka płuc. Teraz influencerzy z TikToka nonszalancko trzymają te urządzenia, opowiadając o swoich porannych nawykach.
Zamiast Marlboro Red mamy smaki, które brzmią jak menu w sklepie z mrożonym jogurtem: Blue Raspberry Ice, Watermelon Bubble Gum, Unicorn Milk. Opakowanie jest jaskrawe, krzykliwe, atrakcyjne dla dzieci, które nigdy nie tknęłyby tradycyjnego papierosa, ale chętnie zaciągną się nikotyną, bo smakuje jak ich ulubione cukierki. Ale nikotyna to tylko jeden z elementów tej hydry. Porozmawiajmy o prawdziwym potworze: smartfonie. To już nie telefon; to system dostarczania super-bodźców zaprojektowany przez armie neurobiologów i psychologów behawioralnych, których jedynym zadaniem jest hakowanie mózgu. Sean Parker, prezes-założyciel Facebooka, przyznał to otwarcie: „Musimy dać ci od czasu do czasu małą dawkę dopaminy, bo ktoś polubił lub skomentował zdjęcie lub post.
To pętla sprzężenia zwrotnego społecznej walidacji… dokładnie taki sam pomysł, jaki wymyśliłby haker taki jak ja, wykorzystując lukę w ludzkiej psychologii”. Każda funkcja została celowo zaprojektowana z wykorzystaniem zasad Dark Design. Mechanizm „pociągnij i odśwież” opiera się na psychologii automatów do gier – wzmocnieniu o zmiennym współczynniku, najbardziej uzależniającym schemacie nagród znanym naukom behawioralnym. Pociągasz w dół, może otrzymasz nową, dobrą treść, a może nie. Ta niepewność, to uczucie „może tym razem” sprawia, że przeciągasz, przewijasz i sprawdzasz, nawet gdy wiesz, że nie ma tam nic dobrego. Czerwone plakietki powiadomień aktywują te same ścieżki neuronowe, co widok krwi czy ognia – ewolucyjne systemy alarmowe, przejęte przez intruzów, by zmusić Cię do sprawdzenia czy ktoś o tobie nie wspomniał. Wskaźniki pisania, które wskazują, że ktoś odpowiada, tworzą pętle lęku, które trzymają Cię przyklejonego do ekranu. Serie na Snapchacie resetują się, jeśli nie odpowiesz w ciągu 24 godzin, zamieniając przyjaźń na Tamagotchi, które musisz nieustannie karmić, bo inaczej zginie. TikTok i Instagram Reels dopracowały tę formułę do perfekcji. Algorytm monitoruje wszystko: jak długo oglądasz każdy film, co odtwarzasz ponownie, a co sprawia, że przestajesz przewijać. Tworzy profil psychologiczny bardziej szczegółowy niż jakikolwiek terapeuta, a następnie wykorzystuje te dane, aby dostarczyć Ci dokładnie to, co cię zszokuje. Dziewięć nudnych filmów, potem jeden, który Cię rozśmieszy. Powrót do przeciętnych treści, a potem coś, co wywoła oburzenie. Nie tylko pokazują Ci treści; przeprowadzają warunkowanie behawioralne na masową skalę. Las Vegas jest opuszczone, bo stało się zbyt drogie? Być może, ale branża hazardowa przeniosła się z Vegas do twojej kieszeni – a zostać w domu jest taniej. Skrzynki z łupami w grach skierowanych do dzieci to dosłownie automaty do gry, ale z lepszą grafiką. FIFA Ultimate Team, gdzie dzieci wydają tysiące dolarów, próbując zdobyć Ronaldo lub Messiego. Genshin Impact, gdzie losowanie postaci wykorzystuje dokładnie tę samą mechanikę „gacha”, która stworzyła miliony hazardzistów w Japonii. Etui Counter-Strike, skórki Fortnite, karnety bojowe Call of Duty – to wszystko hazard, tyle że opakowany w terminologię gier, aby ominąć przepisy. Aplikacje do zakładów sportowych zamieniają każdy mecz w potencjalną katastrofę finansową. DraftKings, FanDuel, BetMGM – oferują zakłady „bez ryzyka” (nie ma czegoś takiego), mikrozakłady na to, czy następna akcja będzie passem, czy runem, akumulowane zakłady obiecujące ogromne wygrane, ale matematycznie zaprojektowane tak, aby opróżnić konto. Nie da się oglądać meczu bez bombardowania kursami akcji, bonusami i promocjami „ograniczonymi czasowo”. Ludzie tracą pieniądze na czynsz, bo LeBron zdobył 38 punktów zamiast 40, bo w trzeciej kwarcie wynik wyniósł 57 zamiast 58. To już nawet nie nazywa się „zakładami”.
Polymarket nazywa to „rynkiem prognoz” – brzmi mniej odrażająco, prawda? To wciąż hazard online. A uzależnienie od hazardu online wśród osób w wieku 18–24 lat w USA wzrosło o 400% w ciągu ostatnich pięciu lat. Przeciętny hazardzista traci 55 000 dolarów, zanim zwróci się o pomoc. Ale do tego czasu zazwyczaj niszczy swoje związki, kredyt i zdrowie psychiczne tylko dlatego, że chciał obstawiać, czy Sydney Sweeney zacznie sprzedawać zdjęcia swoich stóp w 2025 roku, czy coś równie idiotycznego.
Jedzenie stało się kolejnym wyzwaniem. Wysoko przetworzona żywność jest projektowana w laboratoriach przez naukowców zajmujących się żywnością, którzy mówią o „punkcie błogości” – idealnym połączeniu cukru, soli i tłuszczu, które tłumi sygnały sytości i sprawia, że jesz. Doritosy zostały dosłownie zaprojektowane tak, aby topniały w idealnym tempie, dając mózgowi do zrozumienia, że nie zjadłeś niczego konkretnego, więc sięgasz po więcej. Aplikacje do dostawy jedzenia zgrywalizowały [? md] jedzenie.
Uber Eats, DoorDash, Grubhub – wszystkie oferują system punktowy, nagrody za serię i oferty ograniczone czasowo. Aplikacja McDonald’s wysyła powiadomienia push dokładnie w momentach, gdy poziom cukru we krwi jest najprawdopodobniej niski. Domino’s śledzi Twoją pizzę dokładniej niż NASA śledzi satelity. Ludzie mają status lojalnościowy w sieciach fast food, który dorównuje członkostwu w liniach lotniczych. Fenomen mukbangu na TikToku i YouTube – ludzie pochłaniający ponad 10 000 kalorii na raz, podczas gdy miliony to oglądają – sprawił, że objadanie się stało się normą i stało się rozrywką.
Twórcy tacy jak Nikocado Avocado udokumentowali swoją drogę od zdrowego weganizmu do chorobliwej otyłości, a wszystko to dla wyświetleń i przychodów z reklam. Oglądamy ludzi zajadających się na śmierć w czasie rzeczywistym i nazywamy to treścią. Napoje energetyczne zasługują na swój własny krąg piekła. Monster, Red Bull, Bang, Ghost, Prime – to nie są napoje, tylko płynne amfetaminy. Jedna puszka Bangu zawiera 300 mg kofeiny. FDA zaleca nie więcej niż 400 mg dziennie dla dorosłych, a nastolatki piją dwie lub trzy takie puszki plus suplementy przedtreningowe, które podnoszą ich dawkę do 600–700 mg dziennie.
Przypadek 21-letniej Sarah Katz powinien przerazić wszystkich. Zmarła na zawał serca po wypiciu napoju Panera Charged Lemonade, który zawierał 390 mg kofeiny – więcej niż cztery Red Bulle – ale był reklamowany jako zwykła lemoniada. Jej serce po prostu nie wytrzymało. Ale kofeina cię nie budzi; po prostu blokuje receptory adenozyny, które sygnalizują zmęczenie. Twoje ciało jest nadal wyczerpane; po prostu tego nie czujesz. To jak usunięcie kontrolki „check engine” zamiast naprawy silnika.
I zbudowaliśmy całą kulturę wokół tego chemicznego uzależnienia. Produkty typu „Ale najpierw kawa”. Typy osobowości typu „Nie odzywaj się do mnie, zanim nie wypiję kawy”. Starbucks przekształcił uzależnienie od narkotyków w markę lifestylową z 87 000 możliwych kombinacji napojów, z których każda to bomba cukru i kofeiny, kosztująca 8 dolarów i zawierająca 600 kalorii. Branża fitness, która powinna być antidotum, stała się kolejnym dilerem. Influencerzy fitness na Instagramie i TikToku – większość z nich na sterydach, twierdząc jednocześnie, że są naturalni – sprzedają nastolatkom nierealne marzenia. Debaty „naturalne czy nie” to kpina, gdy 16-latkowie zamawiają SARM-y (selektywne modulatory receptora androgenowego) z podejrzanych stron internetowych i wstrzykują je sobie, opierając się na samouczkach z YouTube. Wskaźniki dysmorfii ciała gwałtownie wzrosły. Nastolatkowie biorą trenbolon – weterynaryjny steryd przeznaczony dla bydła – ponieważ zobaczyli na TikToku kogoś, kto przybrał 13,5 kg masy mięśniowej w trzy miesiące. Dziewczęta stosują clenbuterol, lek na astmę u koni – który może powodować zawały serca – ponieważ influencerzy fitnessowi promowali go jako środek na utratę tkanki tłuszczowej. Zaburzenia odżywiania pod przykrywką „czystego jedzenia”, uzależnienie od ćwiczeń pod przykrywką „dyscypliny” i publikowanie zdjęć transformacji w celu uzyskania aprobaty od nieznajomych. Siłownia stała się studiem tworzenia treści. Ludzie spędzają więcej czasu na ustawianiu kamer niż na podnoszeniu ciężarów. Każdy trening trzeba sfilmować, zmontować i opublikować. Rzeczywiste korzyści zdrowotne są drugorzędne w stosunku do dopaminy płynącej z lajków i komentarzy. „Uwaga debil” w Planet Fitness wydaje się teraz dziwaczny, skoro każda siłownia jest pełna statywów i lamp pierścieniowych. Uzależnienie od pornografii z roku na rok się pogłębia, ale nikt nie chce o tym rozmawiać. Średni wiek pierwszego kontaktu z pornografią w USA to obecnie 11 lat. Jedenaście. Mózgi tych dzieci przechodzą transformację, zanim jeszcze osiągną wiek dojrzewania. Strony z pornografią generują większy ruch niż Netflix, Amazon i X razem wzięte. Sam PornHub odnotował w zeszłym roku 42 miliardy odwiedzin – to 5,8 odwiedzin na osobę na Ziemi. Termin „gooning” – spędzanie godzin na maratonach masturbacyjnych, często pod wpływem haju, w niekończącym się cyklu „edgeingu” i przeglądania internetu – stał się normą w społecznościach internetowych.
Ludzie żartują z tego, ale tak naprawdę opisuje on zaburzenie dysocjacyjne, w którym użytkownicy tracą godziny, a nawet całe dnie. Częstość występowania zaburzeń erekcji u mężczyzn poniżej 30. roku życia wzrosła o 500% w ciągu ostatniej dekady. Pornografia generowana przez sztuczną inteligencję i paraspołeczne relacje OnlyFans tworzą pokolenie mężczyzn, którzy wolą stymulację cyfrową (głównie z poniżającymi aspektami wobec kobiet) od rzeczywistych kontaktów międzyludzkich. Nie tylko konsumują treści; zastępują prawdziwe relacje algorytmicznymi fantazjami. Konsekwencje dla rzeczywistej intymności, wskaźników urodzeń, a nawet podstawowej zdolności do nawiązywania kontaktu z drugim człowiekiem są katastrofalne. Marihuana przeszła od kontrkultury do kapitału wysokiego ryzyka w rekordowym tempie. To już nie jest joint twojego hipisowskiego wujka; to wielomiliardowy przemysł sprzedający THC w każdej możliwej postaci. Żelki, waporyzatory, nalewki, napoje – wszystkie z zawartością THC, która byłaby uznawana za niemożliwą jeszcze jedno pokolenie temu. W latach 70. marihuana zawierała około 3% THC. Dzisiejsze produkty dostępne w aptekach regularnie osiągają 20–30%, a koncentraty sięgają 90%. „Elon Musk też pali trawkę. To nie może być złe”. No tak, ale Elon Musk buduje też cholerne rakiety, a twoim największym osiągnięciem dzisiaj było nie zasnąć pod prysznicem.
Ludzie mikrodawkują w ciągu dnia, jako poranną rutynę stosują „wake-and-bake”, przekonani, że to uczyni ich bardziej kreatywnymi i produktywnymi, podczas gdy ich pamięć krótkotrwała słabnie, a motywacja spada. Argument „to tylko roślina” rozpada się, gdy okazuje się, że roślina ta została genetycznie zmodyfikowana tak, aby była 10 razy silniejsza niż cokolwiek, co istniało naturalnie. Media społecznościowe sprawiły, że relacje międzyludzkie stały się wskaźnikiem efektywności. Nie mamy znajomych; mamy obserwujących. Nie prowadzimy rozmów; mamy wskaźniki zaangażowania. Życzenia urodzinowe stały się powiadomieniami na Facebooku. Współczucie stało się reakcjami emoji. Każde wydarzenie w życiu musi być udokumentowane, oznaczone hashtagiem i zoptymalizowane dla maksymalnego zasięgu. Pułapka porównywania jest nieunikniona. Nie tylko dotrzymujesz kroku sąsiadom; konkurujesz ze wszystkimi, wszędzie i przez cały czas. LinkedIn sprawia, że czujesz się jak zawodowy nieudacznik. Instagram sprawia, że czujesz się brzydki i biedny. TikTok sprawia, że czujesz się stary i nieistotny. Twitter sprawia, że złościsz się na nieznajomych, których nigdy nie poznasz, z powodu problemów, na które nie masz wpływu. YouTube Kids, rzekomo bezpieczna wersja, automatycznie odtwarza filmy zaprojektowane tak, aby były jak najbardziej uzależniające.
Skandale w Elsagate ujawniły niepokojące treści skierowane do dzieci. Roblox, reklamowany jako gra dla dzieci, zawiera mechanikę hazardu i drapieżników. Czas spędzany przed ekranem przez dzieci poniżej 5. roku życia potroił się w ciągu ostatniej dekady. Wychowujemy dzieci na iPadach i kiedy bateria się rozładuje, dostają napadów złości, ponieważ nigdy nie nauczyły się żyć bez ciągłej stymulacji. Aplikacje edukacyjne obiecują uczyć, ale tak naprawdę jedynie uczą dzieci potrzeby ciągłej informacji zwrotnej i nagród. Zamiast uczyć cierpliwości i głębokiego myślenia, uczą oczekiwać natychmiastowej gratyfikacji za każdy, nawet najmniejszy gest. Złote gwiazdki, systemy punktowe, odblokowywanie osiągnięć – gamifikujemy dzieciństwo i zastanawiamy się, dlaczego dzieci nie potrafią się skupić bez ciągłej zewnętrznej akceptacji. Ekonomia subskrypcyjna zapewnia, że niczego nie posiadasz i płacisz wiecznie. Netflix, Spotify, Adobe, Microsoft – wszystko to miesięczna opłata, która nigdy się nie kończy. Za dwa lata zapłacisz więcej za Photoshopa niż kosztował by zakup na własność, ale nigdy go nie kupisz. Anuluj subskrypcję, a twoja praca zniknie. To cyfrowy feudalizm, a my wszyscy jesteśmy niewolnikami płacącymi czynsz za nasze własne życie. Aplikacje do medytacji – kolejne rozwiązanie oparte na subskrypcji – są częścią problemu. Headspace, Calm, Ten Percent Happier – wysyłają powiadomienia push, przypominając o uważności i słuchaniu medytacji z narracją AI. Ironia o potrzebie użycia jednej aplikacji, aby odłączyć się od innej aplikacji nikogo nie dziwi, ale i tak je pobieramy, bo desperacko szukamy jakiegokolwiek rozwiązania, nawet takiego, które utrwala problem. Sen, najbardziej podstawowa ludzka potrzeba, został skomercjalizowany i zgamifikowany. Aplikacje do śledzenia snu, inteligentne materace monitorujące fazę REM, suplementy, taśmy do ust, specjalistyczne poduszki – zamieniliśmy odpoczynek w kolejny projekt optymalizacyjny. Ludzie stresują się wynikami swojego snu, co nie pozwala im zasnąć, a to z kolei obniża ich wyniki. To szaleństwo. Aplikacje randkowe przekształciły miłość w rynek. Tinder, Bumble, Hinge – wykorzystują ten sam współczynnik wzmocnienia zmiennego, co automaty do gry. Przesuń, przesuń, przesuń, dopasuj! Albo, jeśli jesteś facetem: Przesuń, przesuń, przesuń, przesuń, przesuń… Rozumiesz, o co chodzi? Dopamina po dopasowaniu, niepokój związany z tworzeniem idealnej wiadomości, ghosting, breadcrumbing, niekończący się cykl nadziei i rozczarowań.
Sprowadziliśmy ludzkie więzi do gry „gorący albo nie”, w której wszyscy przegrywają. Paradoks wyboru nas paraliżuje.
Po co wiązać się z jedną osobą, skoro za jednym przesunięciem palca może być ktoś lepszy? Po co rozwiązywać problemy, skoro można po prostu stworzyć nowy związek? Przeciętny użytkownik spędza 90 minut dziennie na aplikacjach randkowych. To 10 godzin tygodniowo, kupując ludzi jak przedmioty na Amazonie.
Nawet śmierć nie jest już święta. Ludzie transmitują pogrzeby na żywo. Strony pamięci stają się przestrzenią do performatywnego aktu żałoby. Posty „RIP” od osób, które ledwo znały zmarłego, wszystko dla zaangażowania. Nie możemy nawet umrzeć, żeby nie stało się to satysfakcjonujące. Koszty środowiskowe są oszałamiające. Centra danych zużywają więcej energii elektrycznej niż całe kraje. Planowane postarzanie urządzeń sprawia, że co dwa lata trzeba kupować nowy telefon. Wydobycie litu do baterii niszczy środowisko. Społeczności zatruwające ziemię elektrośmieciami w krajach rozwijających się. Dosłownie niszczymy planetę, by uzyskać szybsze odświeżanie ekranu i nieco lepsze aparaty. Ale prawdziwy koszt nie mierzy się w dolarach ani emisjach dwutlenku węgla. Liczy się utracony potencjał. Każda godzina spędzona na przewijaniu to godzina niespędzona na tworzeniu. Każdy zastrzyk dopaminy z powiadomienia to poświęcona chwila obecności. Zamieniamy naszą skończoną egzystencję na nieskończone źródła informacji, a kurs wymiany nas miażdży. Rozwiązaniem jest uświadomienie sobie, że toczymy wojnę o naszą świadomość. Każda aplikacja to terytorium wroga. Każde powiadomienie to atak. Każdy algorytm jest zaprojektowany, by cię pokonać. I to mnie najbardziej wkurza: my to wszystko wiemy. Każdy, kto to czyta, rozpoznaje siebie w tych opisach. Wszyscy czujemy wyczerpanie, niepokój, poczucie, że życie ucieka nam z rąk, gdy oglądamy, jak obcy ludzie tańczą na pionowych filmikach. Wiemy, że ktoś nas oszukuje, i mimo to kontynuujemy to, ponieważ cały system został zaprojektowany tak, aby alternatywy wydawały się niemożliwe. Firmy doskonale wiedzą, co robią. Wewnętrzne dokumenty Facebooka pokazują, że wiedziały, że Instagram szkodzi zdrowiu psychicznemu nastolatek. Nic nie zrobiły. Google wie, że algorytm YouTube’a radykalizuje ludzi. I tak właśnie zoptymalizowali go pod kątem czasu oglądania. Branża hazardowa wie, że ich aplikacje niszczą życie. A i tak sponsorują drużyny sportowe i atakują wrażliwe grupy. Nasze cierpienie to ich marża zysku. Nasze uzależnienie to ich strategia wzrostu. Nasza zmarnowana koncentracja, zrujnowane relacje i pogarszające się zdrowie psychiczne to akceptowalne straty uboczne w ich kwartalnych raportach finansowych.
Skończyłam z tym. Skończyłam udawać, że to ewolucja, skoro to ewidentna degeneracja. Skończyłam udawać, że możemy znaleźć równowagę w systemie zaprojektowanym dla skrajności. Skończyłam akceptować, że ciągłe wyczerpanie, niepokój i pustka to po prostu cena współczesnego życia. Pytanie nie brzmi, czy jesteś uzależniony. Jesteś. Wszyscy jesteśmy. Pytanie brzmi: Ile jeszcze jesteś gotów stracić, zanim zaczniesz walczyć? Ile jeszcze lat poświęcisz algorytmowi? Ile jeszcze swojego życia pozwolisz mu ukraść? Bo zabiorą wszystko, jeśli im na to pozwolimy. Każda chwila, każda myśl, każde prawdziwe ludzkie doświadczenie zostanie skomercjalizowane, zgamifikowane i będzie nam wyświetlane na ekranie, aż zapomnimy, jak wyglądało prawdziwe życie. Wezmą nasze wspomnienia i zamienią je w relacje na Instagramie. Wezmą nasze przyjaźnie i zredukują je do reakcji emoji. Wezmą naszą miłość i skompresują ją do decyzji o przesunięciu palcem. Wezmą wyobraźnię naszych dzieci i zastąpią ją algorytmicznymi sugestiami. Zabiorą chwile spokoju, kiedy rośnie inteligencja i wypełnią je lękiem przed powiadomieniami. Wezmą wszystko, co święte, wszystko, co ludzkie, wszystko, co prawdziwe, i sprzedadzą nam to z powrotem jako subskrypcję premium, na którą nigdy nie będzie nas stać, ale bez której nie możemy żyć.
Zabawne, albo nigdy nie byłam uzależniona od większości tych rzeczy, o których tu wspomniałam, albo już je rygorystycznie kontrolowałam. Media społecznościowe, niekończące się filmy, nieustanne bombardowanie moich zmysłów. Większość z tego usunęłam lata temu. Odkładam telefon do innego pokoju, kiedy śpię. Czytam prawdziwe książki. Chodzę na spacery bez słuchawek. A mimo to jestem tym wyczerpana. Bo nie wystarczy uratować siebie, gdy wszyscy wokół toną. Jestem wyczerpana tym, że inni nie są tym wyczerpani. Pustymi spojrzeniami, gdy sugeruję, żebyśmy odłożyli telefony do kolacji. Paniką, gdy komuś rozładuje się bateria, jakby stracił ważny organ.
A tak przy okazji, rozmowy urywają się w pół zdania, by sprawdzić powiadomienia, i nikt już nawet nie przeprasza, bo tak właśnie teraz się komunikujemy – fragmentarycznie, między alertami, nigdy w pełni obecni. Mam dość płytkich rozmów. Mam dość rozmów, które nigdy nie sięgają głębiej niż to, co wszyscy widzieli rano na swoich tabletach. Mam dość ludzi, którzy potrafią zacytować TikToka bez ogródek, ale nie pamiętają, o czym rozmawialiśmy w zeszłym tygodniu. Mam dość nerwowego śmiechu, który wypełnia ciszę, gdy nikt nie wie, jak po prostu istnieć razem bez towarzyszącego mu ekranu. Zapomnieliśmy, jak się razem nudzić, jak razem milczeć, jak razem być ludźmi. Mam dość ludzi o tak długim czasie skupienia uwagi jak złote rybki – właściwie, to obraźliwe dla złotych rybek. Przynajmniej mają wymówkę, że są rybami. Niby jesteśmy gatunkiem, który pisał symfonie, rozwiązywał twierdzenia matematyczne i malował Kaplicę Sykstyńską. Teraz nie możemy nawet obejrzeć dwuminutowego filmu bez jednoczesnego sprawdzenia komentarzy. Ludzie oglądają seriale z 1,5-krotnie większą prędkością, przewijając jednocześnie ekran telefonu, konsumując treści jak w konkursie kulinarnym, gdzie nagrodą jest… co? Do czego tak pędzimy? Mam dość rozmów z ludźmi tak mało inspirującymi, nudnymi i nijakimi, że nawet nie wiem, co im odpowiedzieć. Nie dlatego, że są z natury nudni – nikt nie rodzi się nudny. Ale dlatego, że powierzyli swoją osobowość algorytmom. Ich opinie to trendy. Ich zainteresowania to to, co algorytm im podsunął w tym tygodniu. Ich myśli to tweety innych ludzi. Nie czytają, nie zastanawiają się, nie kwestionują – po prostu konsumują i powtarzają, konsumują i powtarzają, jak ludzkie farmy treści zoptymalizowane pod kątem pogawędek. Jestem wyczerpana zanikiem ciekawości. Przez ludzi, którzy mają całą ludzką wiedzę w kieszeni, ale używają jej tylko do oglądania tańczących nastolatków i kłócących się z nieznajomymi. Przez zastąpienie prawdziwych zainteresowań tym, co akurat jest viralem w tym tygodniu.
A tak przy okazji, nikt już nie rozwija prawdziwej wiedzy, bo po co uczyć się dogłębnie, skoro można po prostu zapytać ChatGPT? Mam dość bycia jedyną osobą, która zdaje się pamiętać, jak wyglądało życie przed tym wszystkim. Kto pamięta, kiedy nuda prowadziła do kreatywności zamiast przewijania stron. Kiedy czekanie w kolejce oznaczało obserwowanie świata, a nie ucieczkę od niego. Kiedy rozmowa była rozmową, a nie okazją do podcastu. Kiedy przyjaciele spotykali się, żeby być razem, a nie po to, żeby tworzyć treści o byciu razem. Ale najbardziej wyczerpuje mnie samotność jasności. Widzenie matrixa nie uwalnia, gdy wszyscy inni są nadal podłączeni. Stajesz się szaleńcem, trudnym człowiekiem, tym, który „tego nie rozumie”.
Patrzysz, jak ukochani znikają w swoich urządzeniach, jedno powiadomienie na raz, i nie możesz nic zrobić, tylko być świadkiem tego rozpadu. Próbowałam wszystkiego. Dawanie przykładu – bezużyteczne, gdy nikt nie patrzy. Delikatne sugestie – spotykały się z obronną złością, jakbym atakował ich tożsamość. Bezpośrednia konfrontacja – całkowicie się zgadzają, a potem natychmiast sprawdzają telefon. Uzależnienie jest silniejsze niż logika, silniejsze niż miłość, silniejsze niż widoczne dowody jego zniszczenia. Więc egzystuję w tym dziwnym czyśćcu. Jasny umysł w świecie mgły. Obecna w świecie nieobecności. Próbuję prowadzić prawdziwe rozmowy z ludźmi, których myśli są gdzie indziej, zawsze gdzie indziej, wiecznie gdzie indziej. To jak być trzeźwym na imprezie, gdzie wszyscy są pijani, z tą różnicą, że impreza nigdy się nie kończy, a kac niczego nie uczy. Czasami zastanawiam się, czy mam rację. Może to jest ewolucja, a ja jestem po prostu dinozaurem, który nie chce się przystosować. Może przyszłość nie wymaga głębokiego myślenia, ciągłej uwagi ani autentycznego kontaktu. Może zmierzamy w kierunku umysłu zbiorowego, w którym indywidualna świadomość jest przestarzała, w którym wszyscy myślimy tweetami, czujemy emotikonami i istniejemy głównie jako węzły w sieci, nad którą nie mamy kontroli. Ale potem widzę załamane dziecko, bo skończył się czas na iPadzie, albo parę na randce wpatrującą się w ekrany, albo przyjaciółkę, która nie może zasnąć bez zerknięcia co kilka minut na telefon – i wiem, że to nie ewolucja.
To dewolucja. Nie stajemy się bardziej połączeni; stajemy się bardziej odizolowani. Nie stajemy się mądrzejsi; stajemy się bardziej zależni. Nie stajemy się szczęśliwsi; stajemy się bardziej niespokojni, bardziej przygnębieni, bardziej puści. A najgorsza część? Absolutnie najgorsza część? Nawet ludzie, którzy to widzą, czują się bezsilni, by to powstrzymać. Wszyscy wiemy, że coś jest nie tak. Narastający niepokój nie jest urojony. Epidemia depresji nie jest przypadkowa. Samotność pomimo ciągłego kontaktu nie jest paradoksalna – jest przewidywalna. Wiemy, że jesteśmy chorzy. Wiemy dlaczego chorujemy. Ale wciąż łykamy truciznę, bo odstawienie wydaje się gorsze niż powolna śmierć. Spójrz na stronę Apple. Reklamują każdego nowego iPhone’a z „całodniową żywotnością baterii”, a wszyscy od razu krzyczą, że to kłamstwo. „Mój telefon rozładowuje się o 14:00!” – wściekają się, wylewają się jednogwiazdkowe recenzje, a na Reddicie piętrzą się wątki o pozwach zbiorowych. Ale Apple nie kłamie. Technicznie rzecz biorąc – nie. Ta bateria naprawdę wytrzymałaby cały dzień – gdyby używać iPhona jak prawdziwego telefonu. Kilka połączeń. Kilka SMS-ów. Sprawdzić pogodę. Może zrobić jedno lub dwa zdjęcia. Ale my go tak nie używamy, prawda? Działamy na pełną skalę, od 6 rano do północy.
Streamujemy, przewijamy, odświeżamy, gramy, śledzimy, nagrywamy – każda aplikacja działa na pełnych obrotach, jasność ekranu jest ustawiona na maksimum, a 5G pożera energię, jakbyśmy próbowali skontaktować się z Marsem. Zużywamy więcej mocy obliczeniowej na przewijanie w czasie porannej toalety niż NASA do lądowania na Księżycu, a potem jesteśmy w szoku – SZOKU – gdy bateria się wyczerpuje. Spróbuj używać go tak, jak testowali go producenci. Tak jak narzędzie, a nie jak kroplówkę z cyfrową dopaminą. Bateria wytrzyma dwa dni. Może trzy. Ale tak nie możemy, prawda? Bo problem nie tkwi w tym, że telefon działa cały dzień. Problem polega na tym, że nie możemy przestać go używać dosłownie dłużej niż pięć minut, bez poczucia, że czegoś nam brakuje, że jesteśmy odłączeni od matrixa, że umieramy. Bateria nie zawodzi. My wariujemy. I producenci o tym wiedzą. Mogliby zrobić grubszy telefon, ale po co się tym przejmować? Kupisz powerbank. Kupisz etui ładujące. I tak kupisz go w przyszłym roku, goniąc za kolejną godziną pracy na baterii, żeby móc cieszyć się kolejną godziną uzależnienia.

Telefon nie jest zepsuty. My tak. Proszę, obudźcie się. Zanim nie będzie już czego ratować. Zanim zapomnimy, jak to jest samodzielnie myśleć, zamiast korzystać z algorytmicznych sugestii. Zanim stracimy umiejętność siedzenia w dyskomforcie, zamiast natychmiastowego sięgania po cyfrowe znieczulenie. Zanim nasze dzieci dorosną, myśląc, że to jest normalne, myśląc, że tak wygląda życie.
Obudź się. Nie jutro. Nie po kolejnym przewijaniu. Nie po sprawdzeniu trendów. Teraz. W tej chwili. Wybierz obecność zamiast wydajności. Wybierz głębię zamiast dopaminy. Wybierz trudną, piękną, nudną, cudowną rzeczywistość realnego życia zamiast sztucznej satysfakcji cyfrowej egzystencji.
Bo gdy raz zapomnimy o tym, co straciliśmy, nie będziemy nawet wiedzieć, jak to opłakiwać. I ta cisza – ta ostateczna, straszna cisza, kiedy nikt nie pamięta, jak wyglądało życie przed ekranami – wtedy naprawdę wygrają. Ale nie jest za późno.
Jeszcze nie. Dopóki ktoś, ktokolwiek pamięta i nie chce zapomnieć, nie chce się poddać, nie chce udawać, że to akceptowalne – jest nadzieja. Proszę, obudź się. Jestem już zmęczona samotnym czuwaniem. A Lily Bit (Od lat jestem częścią tego, co ludzie nazywają “głębokim państwem” (Deep State). Teraz ujawniam je i ludzi, którzy je stworzyli i nim zarządzają. Krok po kroku.

Kliknij, aby przeczytać
„A Lily Bit” https://www.alilybit.com

Czy wciąż grzeszymy tak samo? Ksiądz Skarga wzywa Polaków do pokuty

Czy wciąż grzeszymy tak samo? Ksiądz Skarga wzywa Polaków do pokuty

pch24.pl/czy-wciaz-grzeszymy-tak-samo-ksiadz-skarga-wzywa-polakow-do-pokuty


Ksiądz Piotr Skarga piętnował grzechy Polaków żyjących na przełomie XVI i XVII wieku. Nie dbał o poprawność polityczną i nie hołdował przywarze, o której późniejsze przysłowie głosi: Największy polski święty? Święty Spokój! Dla jednych płomienny prorok, dla drugich przenikliwy realista.

Jaką duchową spuściznę pozostawił nam Kaznodzieja Narodu i czy w jego kazaniach odnajdziemy obraz naszych współczesnych grzechów, przez które tracimy błogosławieństwo Boże? A może do miary tych grzechów przydajemy nowe, o których nie śniło się naszym przodkom? Na te pytania odpowiada Sławomir Skiba, wiceprezes Stowarzyszenia im. Księdza Piotra Skargi.

Rozmowa ukazała się w trzecim numerze Kwartalnika PCh24.pl – kliknij TUTAJ i pobierz PDF

Ksiądz Piotr Skarga w trzecim kazaniu sejmowym zawarł słynny opis tego, jakie będą skutki grzechów Rzeczypospolitej. Obrazowi upadku politycznego i wizji utraty państwowości towarzyszą słowa odnoszące się do samej istoty tożsamości narodowej. Kaznodzieja kieruje do rządzących wówczas elit jakże aktualne słowa, zapowiadając iż „w obcy się naród, który Was nienawidzi, obrócicie”. Czy nie ma Pan wrażenia, że żyjemy dziś w czasach spełnionego proroctwa?

Z pewnością tak, ale zwróćmy najpierw uwagę, czym właściwie były te „proroctwa” księdza Skargi. Sam Skarga mówi we Wzywaniu do pokuty[1]: „Chociem nie Izajasz, ale cień jego i najpodlejszy posłaniec Boży z porządku kapłańskiego, jednak z Izajaszem wołam…”, i nie miał ku temu żadnych szczególnych objawień czy widzeń. My, za sprawą naszych romantyków, mamy przed oczyma Skargę, który ma wizję, jest przez tę wizję porwany i opowiada o tym, co widzi. Ale tak naprawdę Skarga mówi o tym, że opiera się na zdrowym rozsądku i przewiduje konsekwencje popełnianych grzechów, które mają nastąpić i z pewnością nastąpią, jeżeli kierujemy się logiką tych wydarzeń i tych grzechów.

Czy jesteśmy dzisiaj w momencie, w którym możemy powiedzieć, że obróciliśmy się w obcy naród? Myślę, że ksiądz Skarga, mówiąc do sobie współczesnych, ma na myśli również tych wszystkich, których udziałem będzie podobne odstępstwo i przewiduje, że w każdym czasie musi ono doprowadzić do upadku Rzeczypospolitej. Skarga zwracał się do Polaków w konkretnym kontekście historycznym, w którym Polska obrastała w dobrobyt i sławę. Mówił do sytego społeczeństwa polskiego, żyjącego w olbrzymim kraju, niemal największym w Europie, o prawie milionie kilometrów kwadratowych powierzchni, bardzo bogatym, jednym z najbardziej wpływowych w Europie; zwracał się do wolnych obywateli mocarstwa i właśnie do nich mówił, że ich kraj obróci się w perzynę, a oni sami w obcy naród, że kto inny przejmie ich spuściznę, a wszystko wokół zostanie spustoszone. Skarga jest w tym podobny do Noego, który budował arkę i groził wszystkim karą za grzechy, podczas gdy ludzie oddawali się zabawom i beztrosko pławili się w rozkoszach.

W naszych czasach to obracanie się w obcy naród nabiera szczególnego znaczenia. Po okresach upadków i wzlotów nasza substancja narodowa jest w stanie ostatecznego rozkładu i przy takiej demografii i kryzysie tożsamości – jeżeli nic się nie zmieni – to pozostanie nam chyba tylko czekać aż obcy, to jest imigranci przejmą pałeczkę w naszym kraju.

Ksiądz Piotr Skarga w swojej wizji upadku Rzeczypospolitej mówi między innymi o tym, że zaginie język słowiański, a przecież dzisiaj wciąż mówimy po polsku, pochodzimy z etnosu polskiego, chociaż spora część naszego narodu, łącznie z politykami, zdaje się nie utożsamiać z tymi tradycjami, cnotami, zasadami, które budowały Polskę. Nie ma Pan wrażenia, że mamy do czynienia z pewnym paradoksem?

Niewątpliwie. Weźmy sam język, który Pan przywołał. Gdybyśmy spojrzeli na tę degradację mowy polskiej, jaka nastąpiła po okresie jego rozwoju od staropolszczyzny do XIX-wieku, to – pomimo kodyfikowania zasad gramatyki, ortografii i tak dalej – nie unikniemy wrażenia, że nasz język stale ubożeje, staje się coraz bardziej prymitywny. Jest to oczywiście odzwierciedleniem pewnej pustki, jaką zioną umysły i serca Polaków, bo przecież język jest niczym innym jak nośnikiem treści, które z siebie wydobywamy. On wyraża to, kim jesteśmy i co gra w naszej duszy. Powstaje pytanie, na ile ten język jest też językiem cywilizowanym i kulturalnym? Na ile okazujemy w nim miłość bliźniego? Jeżeli zaczyna brakować tych znanych przecież ze staropolszczyzny zwrotów grzecznościowych czy formuł wyrażających szacunek do drugiego człowieka, to widzimy, jak nisko stoi nasza kultura.

Kiedy rozmawiamy o kondycji Polski, chciałbym zaprosić Pana do swoistej wycieczki śladami myśli księdza Piotra Skargi, a konkretnie tych grzechów, które zarzucał Rzeczypospolitej ówczesnym Polakom. Proponuję, byśmy omówili po kolei grzechy, które piętnuje Skarga w Kazaniach sejmowych i proszę Pana refleksję, czy te grzechy są wciąż aktualne, czy znajdują swoje odzwierciedlenie w dzisiejszym kontekście. Pierwszym zaś z nich jest nieżyczliwość ku Ojczyźnie, o której Kaznodzieja mówi w kazaniu drugim. Gdy o tym czytam, to mam przed oczyma tych wszystkich polityków, którzy mówią o Polsce, być może nawet prawdziwie nazywając pewne problemy, ale do ich rozwiązania podchodząc w sposób całkowicie pozbawiony tej synowskiej miłości, która z taką siłą przebija z żywota i dzieła Piotra Skargi.

Ach, oni nie tylko nie podchodzą z miłością do Ojczyzny, ale słyszymy w ich wypowiedziach wręcz pogardę dla Ojczyzny, pogardę dla swoich współobywateli, dla narodu. Jak daleko jest ich język od tego skargowskiego języka – że Polska to nasza matka – do którego nota bene nawiązuje Ojciec Święty Jan Paweł II, kiedy mówi w uniesieniu: „To jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw…”. Dzisiaj widzimy, że ci politycy, o których Pan powiedział, nie wymieniając ich z imienia i nazwiska (kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha), to są ludzie, którzy nawet jeśli wypowiadają się o Polsce, to w ich słowach słyszymy fałsz, jakby sami nie wierzyli, że ta Ojczyzna, Polska, ma jakąś dla nich wartość inną niż wartość słupków wyborczych i władzy, jaką chcą utrzymać. I nie chodzi tylko o polityków lewicy. Często nawet u polityków prawicy brakuje autentycznego zachwytu nad Polską, docenienia tego, że mamy swój kraj, że mamy jakieś pozostałości niepodległości i suwerenności, których powinniśmy strzec jak źrenicy oka. A tak wielu chętnie oddaje Rzeczpospolitą nawet nie za judaszowe srebrniki, lecz za jakieś ulotne pochwały, za pogłaskanie po głowie za to, że jest się akuratnym i poprawnym.

Przejdźmy zatem do drugiego wymienionego przez Skargę grzechu, czyli do niezgody domowej. Rzecz wydaje się stara jak świat, a jednak pojawia się na liście tych specyficznych przewin, które doprowadziły do upadku Rzeczypospolitej. Czy uważa Pan, że to coś, w czym my, Polacy szczególnie celujemy wśród narodów?

Tak, jest w nas coś takiego, czego doświadczają nawet Polacy na obczyźnie. Kiedy się rozmawia z przedstawicielami Polonii, to można wyczuć tkwiącą gdzieś w nas zakorzenioną zazdrość, spowodowaną tym, że mój sąsiad ma trochę lepiej ode mnie, a do tego nieprzychylność względem bliźnich, sąsiadów, pobratymców, brak miłości bliźniego, która pozwalałaby cieszyć się szczęściem innych. Wyolbrzymiając, moglibyśmy powiedzieć, że brzmi to w naszej duszy narodowej niemalże jak fałszywa modlitwa: Panie Boże skoro ja nie mam, to on też niech nie ma, niech ma tak samo trudno, niech cierpi tak jak ja…

Tę modlitwę znamy przecież z Dnia Świra

Otóż to. Znamy to nawet z popkultury. A wracając do przykładu Polonii, moja ciotka, która mieszka w Stanach Zjednoczonych, mówi, że czasami nawet nie chce się spotykać z innymi Polakami, bo jak się spotyka, to ma wrażenie, że wszyscy pytają „co u ciebie?” nie żeby się z tego powodu cieszyć, tylko właśnie, żeby pozazdrościć. To jest paskudna cecha, z której się nie wyleczyliśmy, zaś Skarga z pewnością też tę nieżyczliwość ku sobie nawzajem dostrzegł. Widział niezgody domowe i potrzebę umniejszania nie siebie, lecz innych, także to niebycie dla drugich sługą w sensie ewangelicznym, lecz przeciwnie, żądanie, by inni się przed nami ukorzyli; niech oni najpierw przeproszą, niech pierwsi wyciągną rękę, niech pierwsi okażą nam szacunek.

Nie odniósł się Pan do polityki. Ale myślę, że to dobrze. W ten sposób przypomniał Pan, że to, z czym mamy do czynienia w życiu publicznym, zaczyna się w naszym sercu.

Zgadza się. Nienawiść zaczyna się w naszym sercu. Powiedziałbym, że wszystkie szumowiny z tego kotła, w którym diabli mieszają[2], wybijają na powierzchnię, a najbardziej wyraźnie w polityce. Mamy tam wykwit najróżniejszych grzechów. Nienawiść i zazdrość posunięte aż do granic jakiejś niemalże pseudo-cnoty, tak że mamy wrażenie bezinteresownej wręcz nienawiści, kiedy widzimy te współczesne komisje sejmowe, tę chęć dopadnięcia przeciwnika politycznego, jakby to był najgorszy wróg na polu bitwy. Nieważne, czy pretekstem będzie tu stan choroby tego drugiego czy inne dolegliwości; nie tu ma żadnych ludzkich względów. Dla wroga nie ma współczucia. To jest tak głęboko antychrześcijańskie, że może równać się tylko z barbarzyństwem Wschodu. Z tymi hordami ze Wschodu, które były gotowe pastwić się i męczyć drugiego człowieka tylko po to, by przyglądać się jak cierpi. To jest barbarzyńska, wroga cywilizacji cecha, stojąca na antypodach ewangelicznego wezwania do miłości bliźniego.

To, co Pan mówi, jest w pewnym sensie prowokacyjne. Wciąż przecież słyszymy, że Polacy są jednym z najbardziej katolickich narodów na świecie. Czy w takim razie cierpimy na jakiś fundamentalny brak? A może nie zostaliśmy do końca zewangelizowani?

Myślę, że to drugie. Proces cywilizowania, chrystianizowania narodów jest długofalowy i wymaga wzoru, z którego możemy czerpać. Ten wzór niosą elity i sądzę, że problem braków w chrystianizacji był mniej widoczny, dopóki te elity mieliśmy – te prawdziwe elity intelektualne, elity krwi, ale i elity ducha – tych, którzy nadawali ton. Dzisiaj tym lepiej widać nasze wady narodowe, że brakuje tych elit, które zostały wymordowane. Naród został spauperyzowany przez komunizm. Oczywiście najpierw zaborcy dokonali pewnego spustoszenia, a później pierwsza i druga wojna światowa, ale najgorszą rzeczą był barbarzyński komunizm, który wszystkich zglajszachtował i wybił te resztki elit, które posiadaliśmy jeszcze w międzywojniu.

Dlatego dzisiaj widzimy wychodzące na jaw najniższe instynkty, które nie zostały dotąd schrystianizowane. Bo, jak powiedział św. Pius X, cywilizacja par excellence to cywilizacja chrześcijańska. Schrystianizowanie równa się ucywilizowaniu. Jeżeli mamy w sobie barbarzyństwo, to znaczy, że nie zostaliśmy do końca schrystianizowani w swojej masie. Ktoś powie, że to, co właśnie mówię, jest mało patriotyczne i że oglądam się na obce wzorce. Lecz gdy przyjrzymy się kulturze dnia codziennego, w tym sposobowi zwracania się do siebie w innych narodach, tych na zachód od nas, to zauważymy, że spadają oni z wyższej góry. Mają zatem więcej do stracenia. Upadek moralny, czy też problemy związane z imigracją, posunęły się tam znacznie dalej, choć degradacja kulturowa w krajach, które nie zostały unicestwione przez komunistyczny walec, postępuje z dużo mniejszą prędkością. Kto nie wierzy, niech spojrzy, jak zachowują się tam dzieci, jak odnoszą się do obcych, do dorosłych. Mówię o takich krajach, jak Francja czy Niemcy, gdzie nawet na ulicy można spotkać dzieci, które mówią „dzień dobry panu”, „dzień dobry pani”. Osobiście tego doświadczyłem. Tymczasem w naszym otoczeniu dzieci często nawet nie pozdrawiają starszych. Aspekty wychowania, które były oczywiste, gdy byli wśród nas bliscy, którzy pamiętali kulturę choćby II Rzeczpospolitej, stają się całkowicie nieobecne, a to musi się przekładać na wszystkie inne dziedziny życia, na brutalizację obyczajów.

W tym momencie przychodzą mi do głowy piękne słowa z Pana Tadeusza o tym, że „Sędzia w domu dawne obyczaje chował, i nigdy nie dozwalał, by chybiano względu dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu”…

Tak, jako naród o tym wszystkim zapominamy; o tym, że takie względy się po prostu należą. Mało kto zwraca uwagę nawet na ustępowanie miejsca czy inne tego typu gesty, które budują kulturę codzienności.

A propos kulturowej pauperyzacji, o której Pan już wspomniał: byłem bardzo miło zaskoczony, gdy kolega Włoch powiedział, że pomimo ich upadku moralnego, w każdym włoskim liceum, w klasach o profilu humanistycznym, standardem jest nauczanie łaciny i greki. W klasach o profilu ścisłym uczy się tylko łaciny.

To oczywiście element klasycznego wykształcenia, które dzisiaj jest u nas z takim zapałem niszczone. Obecna deforma Ministerstwa Edukacji Narodowej zrzuca nas do jeszcze niższych kręgów.

Kolejny grzech Rzeczypospolitej został opisany w kazaniach czwartym i piątym. Ksiądz Skarga mówi w nich o naruszeniu religii katolickiej przez zarazę heretycką i o tym jako katolicka wiara, policyj[3] i królestw szczęśliwie dochowywa, a heretyctwo je obala. Czy dziś, gdy państwo szanujące prawo i panowanie Boże nie jest już nawet dalekim wspomnieniem, słowa te nie wydają się abstrakcyjne?

Nasze dzisiejsze położenie jest dalekim odpryskiem skutków rewolucji protestanckiej. Dla księdza Skargi i ojców jezuitów było jasne, że innowiercy są rewolucjonistami, ponieważ niszczyli same podstawy ładu społecznego. To nie tylko poglądy religijne. Niosły one za sobą również konsekwencje polityczne. Skarga w innym miejscu powie, że katolik i heretyk nie mogą mieć tego samego rozumienia sprawiedliwości. Jakim sposobem bluźnierca może być sprawiedliwy, skoro w pierwszej kolejności obraża samego Boga?

A jak ma się rzecz dzisiaj, kiedy religia katolicka jest w zupełnej defensywie? Gdy tylko ktoś wspomni o potrzebie poszanowania chrześcijańskiej antropologii czy zachowania cywilizacji i spuścizny chrześcijańskiej, to jest oskarżany o postulowanie państwa wyznaniowego i naruszenie neutralności czy też rozdziału Kościoła od państwa i inne bzdury, które pokazują porażającą ignorancję w zakresie tego, co stoi u podstaw Rzeczpospolitej. Religia katolicka ufundowała nasze państwo i dopóki będzie ono wierne swemu dziedzictwu, dopóty będzie zachowywało odniesienia do prawdziwej religii. Wiara katolicka jest wciąż obecna w pewnych symbolach, przy okazji uroczystości państwowych, ale to forma szczątkowa i zanikanie katolickich zasad w codziennych relacjach spycha nas w kierunku barbarzyństwa. Z drugiej strony wracają te same problemy, z którymi zderzało się duchowieństwo w dobie tzw. reformacji – nie tylko bluźnierstwa, ale i otwarte ataki na Najświętszy Sakrament i na osoby duchowne. Dlaczego ksiądz Skarga założył Arcybractwo Najświętszego Sakramentu? To nie była tylko kwestia pobożności. W tamtych czasach, kiedy szerzyły się prądy protestanckie, nierzadkie były ataki na księdza idącego z Najświętszym Sakramentem do chorych i podstawową funkcją Arcybractwa była fizyczna ochrona kapłana przed atakami heretyków. Dzisiaj pod tym względem chyba pobiliśmy już wszelkie rekordy, na co Skarga z pewnością reagowałby ze świętym gniewem i wielkim oburzeniem. Także jesteśmy w sytuacji, kiedy Pan Bóg zwleka z opłatą za te wszystkie bluźnierstwa.

W sukurs przychodzi nam sakrament pokuty, o którym Skarga mówi w kazaniu piątym, wskazując na znaczenie spowiedzi dla jakości moralnej życia publicznego.

Tak, bo żeby była spowiedź, potrzebny jest też rachunek sumienia. Potrzebne jest spojrzenie na siebie w prawdzie, czyli w pokorze i w odniesieniu do Pana Boga, do Jego Miłości. Polityk, który poważnie traktuje spowiedź, ma też obowiązek zadośćuczynienia, gdyby uczynił coś publicznie przeciwko wierze i moralności. Jeżeli któreś z wyznań chrześcijańskich może upatrywać obiektywnej pewności odpuszczenia grzechów, to jedynie katolicyzm. Pozostaje on bowiem wierny Bożemu objawieniu, sakramentom i całej tej strukturze Kościoła, która nie pochodzi przecież od człowieka, lecz płynie z Boskiego ustanowienia. Odróżnia nas to od protestantów. Zresztą, można to zaobserwować na dużo bardziej przyziemnym przykładzie. Spójrzmy, które tradycje kulinarne są najbardziej bogate i wykwintne? No właśnie kuchnie katolickie. Jest nawet taka anegdota, że gdy katolik pójdzie do spowiedzi i otrzyma rozgrzeszenie, to poczuje w sobie wielką duchową radość, którą chciałby jakoś zamanifestować na zewnątrz. Wróci do domu i w naturalny sposób znajdzie ujście dla tej duchowej radości w zwyczajach czysto materialnych, w dobrej kuchni czy sięgnięciu po dobry trunek. W sumieniu protestantów, którzy ciągle żyją w niepewności i nie wiedzą, czy Pan Bóg im przebaczył i czy żyją w łasce Bożej, może rodzić się – oczywiście bardzo upraszając – pewna frustracja. Myślę, że po trosze mogą – w dobrym tego słowa znaczeniu – zazdrościć katolikom możliwości wyspowiadania się i uzyskania poczucia, że jest się oczyszczonym z grzechów. Ale możliwe to jest tylko w konfesjonale.

Jeżeli jesteśmy zobowiązani do wycofania się z grzechu i do naprawienia go, to jak możemy mówić o politykach w Polsce, którzy nazywają się katolikami, chodzą do kościoła, a potem głosują jakby nigdy nic za liberalizacją dostępu do aborcji albo podpisują ustawę o in vitro?

To są grzechy publiczne, o których wielu z tych polityków nie chce słyszeć – i jest to być może ignorancja zawiniona. Gdy popełniają oni grzechy publiczne, sprzeciwiające się doktrynie Kościoła, to w wielu przypadkach mogą podlegać ekskomunice na mocy samego tego faktu. Za aborcją głosują całkiem jawnie. Podobnie podpisują też ustawę o in vitro, w oczywisty sposób sprzeciwiając się nauce wiary i moralności. W takim przypadku nie wystarczy sama spowiedź. Grzechy publiczne domagają się wszakże publicznego zadośćuczynienia, jest w tym olbrzymia odpowiedzialność. Wielu nie chce się nawet nad tym zastanowić. Sądzą, że nawet jeśli zagłosowali za aborcją, to wciąż mogą, ze spokojnym sumieniem, przystępować do Komunii Świętej. Ale tak nie jest. Jeśli sądzą, że mogą praktykować podwójną moralność i że wolno im przystępować do sakramentów, mimo iż publicznie się sprzeciwiają się nauczaniu Kościoła poprzez konkretny akt, jakim jest choćby oddanie głosu na prawa godzące w prawo do życia – to są w wielkim błędzie.

Grzech, który wymienia ksiądz Skarga w kazaniu szóstym, to osłabienie królewskiej dostojności i władzy. Dziś wiadomo, że królestwo polskie jest już wspomnieniem, niestety, dość abstrakcyjnym. Pokazały to na przykład tegoroczne obchody tysiąclecia Korony Polskiej. Ale czy żyjemy w państwie, które moglibyśmy traktować poważnie? I czy mamy władzę, która z odpowiednią siłą i sprawiedliwością zadbałaby o dobro wspólne i która potrafiłaby godnie reprezentować ponadczasowy majestat Rzeczypospolitej?

Nie bez powodu straciliśmy szacunek dla władzy. Dziś padają kolejne bastiony, gdy patrzymy, co dzieje się z władzą sądowniczą. Z kolei dowodem upadku władzy wykonawczej był w ostatnim czasie spektakularny najazd na Pałac Prezydencki. To bardzo symboliczne. Nic wielkiego się z tego powodu nie stało, nie było żadnej reakcji. Przy forsowaniu domu Głowy Państwa (tej pozostałości po monarchicznym ustroju) nie padł ani jeden strzał. Do domu prezydenta i naczelnego zwierzchnika Sił Zbrojnych wpadły służby, aby pod jego nieobecność dokonać przeszukania pomieszczeń. Służby mające bronić prezydenta nie zareagowały i pozwoliły innym służbom uderzać w głowę państwa. To rzecz bezprecedensowa. Za mniejsze przewiny przed II wojną światową ludzie dostawali srogie kary. Tymczasem za brak szacunku dla munduru polskiego, a do tego za zniewagę majestatu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, którą przecież reprezentuje Głowa Państwa, nikomu włos z głowy nie spadł.

Dość wspomnieć o nagminnym łamaniu prawa przez rząd oraz uchwalaniu ustaw sprzecznych z ustawą zasadniczą — zjawisku, które nasila się od kilku lat. Co powiedzieć o uznaniowym kwestionowaniu ważności sędziów? Jaki sygnał otrzymują w ten sposób obywatele? Jest to oczywiście sygnał, że w tym państwie nic nie jest stabilne i że żadna władza nie gwarantuje im bezpieczeństwa. Zazwyczaj jest to moment poprzedzający upadek i anarchię.

Tym samym wskazał Pan na kolejny punkt naszej rozmowy, a zarazem jeszcze jeden grzech Rzeczypospolitej wymieniony przez Skargę. Jest nim stanowienie praw niesprawiedliwych. Z jednej strony istnieją prawa ludzkie, a z drugiej — Kaznodzieja wspomina o prawie przyrodzonym, które my nazywamy prawem naturalnym. Pomstuje przy tym na krzywdy wyrządzane na niższych klasach; choćby na fakt, że pan staje przed chłopem jako samozwańczy sędzia, który może nawet zabić, nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności. Mamy więc do czynienia z podeptaniem praw Boskich, a zarazem z pewną uznaniowością tego ludzkiego prawa. Brzmi to znajomo?

Jak najbardziej, z tym że dziś możemy do tego dodać także dyktat zewnętrzny w postaci Unii Europejskiej. Czy to z własnej inicjatywy, czy pod presją Brukseli, prawodawcy występują przeciwko prawu naturalnemu oraz prawom z niego wynikającym. Gwałcone są prawo do życia i prawo własności. Ochrona wolności w jej najbardziej podstawowych i oczywistych wymiarach nie znajduje dziś miejsca w prawodawstwie. Pod pewnymi względami stoimy na poziomie niższym niż niewolnicy, ponieważ odmawia się nam nawet przyrodzonego prawa do obrony, w tym prawa do posiadania broni. Wszystkie te ataki na własność prywatną oraz na możliwość korzystania ze środków transportu, dokonywane pod pretekstem rozmaitych ideologii, stanowią w istocie zamach na nasze przyrodzone prawa..

Kiedy mówi Pan o współczesnym niewolnictwie, to czy nie ma Pan wrażenia, że pewne mentalne blokady Polaków, które nie pozwalają nam zrozumieć, że powinniśmy być panami na własnej ziemi, są jakąś odległą w czasie konsekwencją szlacheckiej swawoli; tej, którą piętnował ksiądz Skarga?

Być może jest tak, że naród w ogromnej mierze ponosi dziś konsekwencje tej swawoli i anarchii szlacheckiej, schodząc do poziomu dawnego ludu — zdegradowanej grupy społecznej, jaką byli w istocie, nie ma co tego ukrywać, chłopi: często przywiązani do ziemi i pozbawieni wielu praw. Naród doświadcza dziś w swej masie tego, czego niektórzy mogli doświadczać w przeszłości, a być może nawet w stopniu jeszcze większym. Faktem jest, że sytuacja polskich chłopów w XVII wieku nie była godna pozazdroszczenia. Pisze o tym ksiądz Skarga, upominając się o los włościan i przypominając, że jeszcze sto lat wcześniej chłopi mieli możliwość skarżenia się na złych panów, nawet przed królem. W czasach Skargi staje się to już praktycznie niemożliwe — zanika równość wobec prawa, wywiedziona z prawa rzymskiego i z najlepszych tradycji cywilizowanych stosunków społecznych. Znika także możliwość ojcowskiego traktowania poddanych przez króla oraz ingerowania tam, gdzie było to konieczne, w niesprawiedliwe relacje, a także czuwania nad porządkiem społecznym w tym zakresie.

Na co dzień doświadczamy skutków tego spauperyzowania, niskiej świadomości oraz swoistego znieczulenia na potrzebę wolności. Można odnieść wrażenie, że większość narodu wolności nie potrzebuje albo że oddaje ją za igrzyska, za jakąś namiastkę dóbr materialnych. Że naród stał się zakładnikiem i niewolnikiem — w zamian za ułudę pozornego bezpieczeństwa oraz możliwość korzystania z elektronicznych „zabawek”, które oferują choćby płacenie przez przyłożenie nadgarstka. „Cóż z tego, że będą mnie kontrolować, skoro jest mi wygodniej” — zdaje się brzmieć ta postawa. Słyszałem wręcz takie słowa, że należy poświęcić część wolności dla tego rzekomego bezpieczeństwa i wygody.

W głębszej perspektywie prowadzi to do sprowadzenia człowieka wyłącznie do jego zwierzęcej natury. Proszę zwrócić uwagę, że coraz częściej nie mówi się już o dobrobycie, lecz o dobrostanie. Zauważyłem nawet niedawno w kościele, że to modne słowo pojawiło się w kazaniu. Tymczasem „dobrostan” jest pojęciem, którego tradycyjnie używano w odniesieniu do zwierząt hodowlanych. To one muszą mieć zapewniony dobrostan, aby krowy dawały mleko, a kury znosiły jajka. Wystarczy im w miarę dobre funkcjonowanie: możliwość chodzenia, gdakania, dziobania czegoś w błocie — i niczego więcej nie potrzebują. Lubię posługiwać się metaforą, że utraciliśmy perspektywę orła, a przyjęliśmy perspektywę kury, która dziobie w brudnej ziemi i jest ukontentowana tym, że znalazła kilka ziaren i mogła się najeść. Nie takie było powołanie naszego narodu.

Wywołał Pan do tablicy kolejny temat, ostatni z listy grzechów. Ksiądz Skarga piętnuje mianowicie grzechy jawne i niekarność ich. Nie skupiałbym się tym razem na samych grzechach, bo to już uczyniliśmy. Jesteśmy narodem moralnie upadającym, o czym świadczy choćby liczba rozwodów. Czymś ważniejszym wydaje się jednak wspomniana bezkarność. Co można powiedzieć o tych, którzy nazywają się katolikami i ludźmi przywiązanymi do tradycyjnych pojęć moralnych, ale wobec otaczającego ich zła, stają się ludźmi, o których Skarga powiedział, że ich siła męska rozkoszami struchlała? Czy polscy katolicy zatracili ducha walki?

Z pewnością tak. Skarga zwraca się do szlachty, która wywodziła się przecież ze stanu rycerskiego i jeszcze do niedawna wiodła surowy, żołnierski żywot, a teraz „z jezdy szlacheckiej stali się wozownicy, podusznicy, pierznicy”, i „z łóżkami, z pierzynkami jadą” na wojnę. Jak wówczas utrata męskich obyczajów prowadziła do zniewieścienia tych, którzy mieli bronić Ojczyzny, tak dziś moglibyśmy bez trudu wskazać niezliczone typy mężczyzn i chłopców przypominających laleczki: wydelikaconych, skupionych na modnym wyglądzie, a nawet na zapachu. Często oznacza to po prostu zniewieścienie — wystarczy spojrzeć na męskie perfumy, które coraz częściej mają słodkie, niemal uniseksowe nuty, czy na szerokie, bufiaste spodnie, stające się niemal sukienkami. Wszystko to sprawia, że cnota męstwa przestaje być miarą właściwego postępowania, a sama męskość jako wzorzec osobowy zanika w sposób widoczny i odczuwalny.

Do tego dodałbym daleko idące spacyfikowanie narodu. Tak dalekie, że na ulicach nie widzimy nawet umundurowanych żołnierzy. Poza policją właściwie nie spotykamy już dziś ludzi w mundurach, a ma to przecież swoje znaczenie, ponieważ duch waleczności i duch męstwa nie wyraża się już w sposób symboliczny w przestrzeni publicznej. Wiemy skądinąd, że obowiązuje zakaz poruszania się żołnierzy w mundurach w miejscach publicznych. Tymczasem jeszcze w II Rzeczypospolitej mundur był obecny na ulicach i stanowił znak dumy z własnego państwa, symbol prestiżu społecznego oraz jawny wyraz tego, że dany mężczyzna należy do elity kraju — do tych, którzy bronią Ojczyzny i którym należy się szczególny szacunek. Dla dopełnienia tego obrazu warto zauważyć, że nawet gdy mundury dziś się pojawiają, nie są to już mundury galowe, lecz wyłącznie polowe, we wzorze „moro”. Mają one służyć wygodzie w działaniach bojowych, lecz nie pełnią funkcji reprezentacyjnej i nie oddają powagi, jaką cieszył się zwłaszcza oficer. Dawniej nawiązywało to do całego systemu symboli — także rycerskich — oraz dystynkcji, które sprawiały, że żołnierz idący ulicą w galowym mundurze wzbudzał respekt i szacunek.

To, o czym Pan mówi, znajduje odzwierciedlenie przede wszystkim w sferze państwowej. Ale prosiłbym jeszcze o dopowiedzenie, jak to ma się do sfery czysto prywatnej, lokalnej albo sąsiedzkiej. Czy wobec zła moralnego i wobec zgorszenia, które nieraz wkracza do szkół i które widzimy u bliskich nam osób, nie ulegamy staropolskiemu „grzechowi tolerancji” i zwykłej bierności?

Myślę, że to kwestia właśnie zaniku cnoty męstwa. A więc w gruncie rzeczy tchórzostwa. Tłumaczymy sobie: „a co ja będę reagował?”. Albo: „to nie moja sprawa”. Brak odwagi wiąże się z zaniedbaniem uczynków miłosiernych, nie tylko co do ciała (o czym może jeszcze czasem pamiętamy), ale przede wszystkim co do duszy. Zapominamy, że powinniśmy napominać tych, którzy grzeszą. A przecież tego wymaga od nas chrześcijańska postawa; tego, byśmy widząc grzech, starali się go wyplenić, a przynajmniej ustawić się do niego w kontrze, czy to będzie grzech publiczny, czy ten, który jest w naszych rodzinach. Żebyśmy nie udawali, że tego grzechu nie widzimy, nie patrzyli obojętnie, jak nasze dzieci czy wnuki staczają się w otchłań grzechu.

Czy oprócz tych sześciu chorób wymieniłby Pan taką, o której Skarga nie wspomina, a która jest typowa dla III Rzeczypospolitej?

Najbardziej doskwiera mi brak tęsknoty za wolnością. Ta rozprzestrzeniająca się mentalność niewolnicza. Trudno nazwać to jakimś konkretnym grzechem; być może są to raczej skutki grzechu, o czym już wcześniej mówiliśmy. Z pewnością jednak jest to wada, która pociąga za sobą określone konsekwencje: stajemy się zakładnikami we własnym państwie i niechybnie znajdą się panowie, którzy zechcą nami zawładnąć — a z pewnością nie będą to panowie chrześcijańscy.

Proponuję zakończyć naszą rozmowę w sposób otwarty. Nie jesteśmy wszakże w stanie przedstawić spójnego programu. Ale prosiłbym Pana o refleksję nad pierwszym krokiem, który powinniśmy poczynić, aby wyjść z kryzysu. Czy ma to być krok polityczny? Krok aktywizmu? A może powinien być on bardziej… ascetyczny?

Polityka jest tylko pochodną życia codziennego i życia moralnego. Dzisiejsi decydenci chcieliby z tego szydzić, ale taka jest prawda. Chodzi o powrót do praktyki cnót; o to, abyśmy – jak mówił św. Jan Paweł II – wymagali od siebie, choćby inni od nas nie wymagali. W Kościele już tego nie słyszymy, a powinniśmy słyszeć. Mamy prawo i obowiązek domagać się tego od naszych pasterzy. Aby napominali. Z ambon powinno się mówić o grzechach. Powinniśmy widzieć setki naśladowców księdza Piotra Skargi, którzy z troski o zbawienie dusz i jakość moralną życia społecznego, chcieliby napiętnować to wszystko, co prowadzi nasz naród i nasze państwo do zguby.

Wspomniał Pan, kolejny już raz, o cnocie. Ale czy przeciętny Polak ma dziś w ogóle jakiekolwiek pojęcie, czym jest owa cnota? Nie pytam nawet w kontekście nadprzyrodzonym, lecz w odniesieniu do zwykłej, naturalnej sprawności moralnej. Znamy przecież kuriozalne wypowiedzi pewnego profesora, związanego z pewnym ministrem, który mówił o „cnotach niewieścich”, jakby sprawność ludzkiej duszy posiadała płeć…

To prawda. Brakuje nam elementarnego ukształtowania pojęć, zarówno filozoficznych, jak i katechizmowych. Wielu kaznodziejów sili się na abstrakcyjne rozważania, podczas gdy w istocie wystarczyłoby sięgnąć do katechizmu i jasno opowiedzieć, co należy czynić, aby być dobrym człowiekiem. Jak praktykować poszczególne cnoty? Jak walczyć ze swoją wadą główną oraz konkretnymi skłonnościami do grzechu? Czym jest prawda? Czym jest miłość bliźniego, ta prawdziwa miłość bliźniego, która nie sprowadza się do cnotliwego, sentymentalnego uczucia skłaniającego do nieustannej pobłażliwości, lecz oznacza troskę o rzeczywiste moralne dobro drugiego człowieka. W przeciwnym razie jesteśmy skazani na tzw. „dobroludzizm” oraz przekonanie, że bycie miłym dla wszystkich stanowi definicję bycia dobrym człowiekiem. Tymczasem chodzi przecież nie tylko o „dobrostan”, lecz o to, abyśmy wzajemnie pomagali sobie na drodze do zbawienia duszy..

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Filip Obara

[1] Dziełko Wzywanie do pokuty obywatelów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego z 1610 roku streszcza najważniejsze myśli Kazań sejmowych.

[2] Chodzi o scenę przygotowania z dramatu Kordian Juliusza Słowackiego, gdzie złe moce na pośmiewisko i wypaczenie wszystkiego, co w Polakach szlachetne, mieszają w kotle, tym samym tworząc nowe typy ludzkie; odtąd one mają przewodzić społeczeństwu.

[3] Gdzie słowo policja autor wywodzi od greckiego politeia, czyli w skrócie ład publiczny.

Robert Bąkiewicz: Skandaliczne działania Policji ws. ataku koktajlami Mołotowa na działaczy Ruchu Obrony Granic

Robert Bąkiewicz: Skandaliczne działania Policji ws. ataku koktajlami Mołotowa na działaczy ROG

2.02.2026 tysol.pl/robert-bakiewicz-skandaliczne-dzialania-policji-ws-ataku-koktajlami-molotowa-na-dzialaczy-rog

Jak poinformował Robert Bąkiewicz (Ruch Obrony Granic) na antenie Telewizji Republika, Policja wstępnie kwalifikuje nocny atak koktajlami Mołotowa na dom Beaty i Roberta Fijałkowskich jako… „zniszczenie mienia”, a nie próbę zabójstwa.

„Skandaliczna i niedopuszczalna” decyzja Policji

W ocenie Roberta Bąkiewicza zakwalifikowanie przez Policję nocnego ataku koktajlami Mołotowa na dom Beaty i Roberta Fijałkowskich jako „zniszczenie mienia” jest decyzją „skandaliczną i niedopuszczalną”. Podkreślał, że był to akt terroru i próba zabójstwa.

„Zamach terrorystyczny”

„To wygląda jak zamach terrorystyczny. To już przestała być zabawa i krytyka w mediach społecznościowych. Publiczna krytyka zaczyna się przeradzać w próby zabójstwa” – mówił Bąkiewicz.

„Tam doszło do próby wrzucenia dwóch koktajli Mołotowa do domu. W dwie szyby próbowano wrzucić butelki zapalające”.

Groźby pojawiały się już wcześniej

Robert Bąkiewicz przyznał, że już wcześniej działacze Ruchu Obrony Granic spotykali się z groźbami „zrobienia krzywdy”.

„Gdyby pan Robert się nie obudził, mógłby zginąć w tym zamachu”

„To jest próba zabójstwa”

„To jest próba zabójstwa! Próbowano wrzucić butelki zapalające do domu. Gdyby nie szybka reakcja, doszłoby do tragedii”.

Atak był dobrze zaplanowany

Do zdarzenia doszło w niedzielę przed godz. 5 rano.

„Sprawcy doskonale wiedzieli, co robią i kogo atakują. Dom Fijałkowskich to leśniczówka, oddalona o 3,5 kilometra od najbliższych zabudowań. Napastnicy zakradli się pod osłoną nocy, by rzucić w budynek mieszkalny dwoma przedmiotami zapalającymi” – napisał Bąkiewicz.

„Jeden z koktajli Mołotowa wywołał pożar na tarasie, drugi roztrzaskał się o okno. Tylko błyskawiczna reakcja Roberta Fijałkowskiego, który wybudzony hukiem ugasił ogień, zapobiegła tragedii na niewyobrażalną skalę. Na posesji, oprócz gospodarza, znajdowały się liczne zwierzęta – konie, krowy, psy i koty” – dodał.

Fijałkowski twierdzi, że napastnicy sforsowali dwa ogrodzenia, weszli przez las i wykorzystali „martwy punkt” kamer.

Ruch Obrony Granic

Ruch Obrony Granic to ogólnopolska inicjatywa społeczna powołana przez Roberta Bąkiewicza, której celem jest obrona Polski przed masową migracją i zagrożeniami z nią związanymi. Chodzi nie tylko o ochronę granic fizycznych, ale również o obronę naszej tożsamości narodowej, kultury i wspólnoty społecznej poprzez wywieranie presji na terenie całej Polski.

ROG sprzeciwia się planom, które mogłyby prowadzić do przymusowego osiedlania migrantów w Polsce i zmiany struktury naszego społeczeństwa. Ruch ma za zadanie budować świadomość społeczną, organizować obywateli oraz wywierać wpływ na politykę państwa, zawsze w sposób zgodny z prawem i w duchu patriotyzmu.

Ruch finansuje się dzięki dobrowolnym wpłatom, zbiórkom publicznym oraz wsparciu sympatyków i przedsiębiorców, bez udziału partii politycznych i funduszy zagranicznych.

Ruch Obrony Granic to obywatelska odpowiedź na zagrożenia związane z migracją i próbami osłabienia polskiej tożsamości. To oddolna, patriotyczna inicjatywa, która ma działać legalnie, skutecznie i w całym kraju. Jego misją jest nie tylko obrona granic, ale też ochrona tożsamości i przyszłości narodu polskiego.

Zabite dzieci? Tusk chciał to przemilczeć…


RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Na końcu tego maila znajdzie Pan video, w którym tłumaczę najważniejsze i najbardziej aktualne sprawy odnośnie obrony życia dziś w Polsce.

Zacznę jednak od szokującej wiadomości: Donald Tusk próbował przemilczeć liczbę zabitych dzieci.

Na mocy obowiązującej ustawy aborcyjnej rząd ma obowiązek co roku przedstawić sprawozdanie z jej wykonania. Dokument ten musi zawierać m.in. liczbę dzieci zabitych poprzez aborcję. Termin jest ściśle określony: do 31 lipca kolejnego roku.

Ten termin niemal nigdy nie jest dotrzymywany. Ale tym razem rząd Donalda Tuska pobił wszelkie rekordy i pokazał skalę swojego cynizmu.

Sprawozdanie za 2024 rok wpłynęło do Sejmu dopiero 22 grudnia 2025 roku – niemal pół roku po terminie – i wciąż nie zostało przyjęte. W dodatku pojawiło się w okresie przedświątecznym – po cichu, tak, by nikt nie zadawał pytań.

Liczby bulwersują…

W 2024 roku w Polsce zamordowano 885 dzieci.


Aż 882 z nich uśmiercono pod pretekstem zagrożenia życia lub zdrowia matki, większość z powodu dyskomfortu psychicznego. Nie ma już zatem mowy o marginesie i nie są to żadne wyjątkowe sytuacje.

W polskich szpitalach odbywa się regularna rzeź oparta niemal w całości na jednej przesłance, interpretowanej tak szeroko, że można pod nią podciągnąć wszystko.

Aborcja wykonywana jest coraz częściej, a szpitale są coraz śmielsze. Zarządy kolejnych placówek otwarcie komunikują, że dzieci poczęte nie są ich pacjentami. Tak mówi prezes Dariusz Kostrzewa ze szpitala na Zaspie. Identyczne słowa wykrzyczała ostatnio Anna Płotnicka-Mieloch, kierująca szpitalem w Lubaniu, gdzie właśnie tworzy swoje nowe abortorium Gizela Jagielska.

Tymczasem żeby zrozumieć, dlaczego dziś w polskich szpitalach zabija się dzieci zastrzykiem dosercowym, trzeba cofnąć się o kilkadziesiąt lat. 

Przesłanka psychiatryczna nie pojawiła się w polskim prawie przypadkiem. Jest ona efektem wieloletniego procesu, którego skutki dziś widzimy w Oleśnicy, na Zaspie i w kolejnych szpitalach. Bzdurne opinie pisane za pieniądze przez podstawionych psychiatrów, dzieci zabijane zastrzykiem dosercowym i wypieranie faktu, że mamy do czynienia z pacjentem – tak wygląda dziś położnictwo w wielu placówkach w całej Polsce.

Czy wie Pan, że pierwsze przygotowania do wprowadzenia w Polsce tzw. przesłanki psychiatrycznej rozpoczęły się już w 1996 roku?

To wtedy do ustawy aborcyjnej z 1993 r. wprowadzono istotne zmiany. Do 1996 r. zagrożenie zdrowia matki musiało być poważne. Od 1996 roku może być już… niepoważneDla środowisk aborcyjnych zmiana ta stanowiła inwestycję na przyszłość – i dziś zbierają jej krwawe żniwo.

W praktyce żniwo to oznacza opinie wystawiane na podstawie niesprawdzalnych deklaracji oraz świstki od psychiatrów, które mają usprawiedliwiać decyzję o zabiciu dziecka. A gdy dziecko jest już duże – w II czy III trymestrze ciąży – w ruch idą najbardziej brutalne metody: zastrzyki dosercowe z chlorku potasu, stosowane po to, by dziecko nie urodziło się żywe.

Dlaczego mordercy dzieci zaczęli zabijać zastrzykami w serce? Jak bardzo trzeba manipulować pojęciami, by móc powiedzieć, że dziecko w łonie matki nie jest pacjentem – i czy w ramach polskiego prawa rzeczywiście nim nie jest?

Na te pytania odpowiadam w najnowszym materiale „Prolife bez cenzury”. Bo tylko prawda może zatrzymać zbrodnię, jaka dziś dzieje się w polskich szpitalach.

Z wyrazami szacunku,

Kaja GodekKaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Fundacja Życie i Rodzina na bieżąco monitoruje sytuację aborcyjną w Polsce. Tam, gdzie państwo pozostaje bierne, my działamy: dokumentujemy aborcyjne zbrodnie, nagłaśniamy je i przejmujemy funkcję kontrolną, z której instytucje publiczne dziś się nie wywiązują.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Z pieniędzy polskiego podatnika do dzisiaj płaci się za zbrodnie III Rzeszy oraz ZSRS

Z pieniędzy polskiego podatnika do dzisiaj płaci się za zbrodnie III Rzeszy oraz ZSRS

Anna Wiejak

Wśród niemieckich firm wykorzystujących niewolniczą pracę przymusowych robotników znajdują się: Hugo Boss, Thyssen Krupp, Daimler-Benz, BMW, Volkswagen, Audi, Opel, Bayer, AGFA, Siemens, Dr. Oetker, Zeiss, Continental, Bosch, Maggi, BASF, IG Farben, Heinkel, Allianz.


tysol.pl/z-pieniedzy-polskiego-podatnika-do-dzisiaj-placi-sie-za-zbrodnie-iii-rzeszy-oraz-zsrs

„Czy wiecie Państwo, że z pieniędzy polskiego podatnika do dzisiaj płaci się za zbrodnie III Rzeszy oraz Związku Sowieckiego, a Niemcy zaprzestali wsparcia 30 września 2006 r.? Czy wiecie Państwo, że Niemcy do dzisiaj płacą byłym SS-mannom za służbę «dla Hitlera» co miesiąc nawet 1275 euro?” – zapytał na platformie X mec. Bartosz Lewandowski.

Polacy płacą za zbrodnie Niemców i Rosjan

To nie żart. Państwo polskie na mocy przepisów ustawy z dnia 31 maja 1996 roku o osobach deportowanych do pracy przymusowej oraz osadzonych w obozach pracy przez III Rzeszę i Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich wypłaca ofiarom II wojny światowej deportowanym do pracy przymusowej w Niemczech czy ZSRR albo osadzonych w obozach pracy przymusowej specjalne świadczenie finansowane z budżetu państwa (art. 6) – alarmował mec. Bartosz Lewandowski.

Jakie warunki trzeba spełnić?

Świadczenie może być przyznane – co wynika już z orzecznictwa sądowego – także dzieciom przymusowych robotników, którzy przyszły na świat w III Rzeszy czy ZSRR i jest przyznawane na mocy decyzji Szefa Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. Świadczenia nie można łączyć z inną formą pomocy z tytułu świadczenia kombatanckiego czy uzyskanego za tajne nauczanie. Wysokość świadczenia jest symboliczna i dzisiaj wynosi od 17,46 zł za miesiąc pracy do 348,22 zł za 20 miesięcy niewolniczej pracy

– wyjaśniał prawnik.

W jego ocenie „żenujące jest jednak to, że Niemcy zaprzestali zapłaty 30 września 2006 r., wypłacając żenująco niskie świadczenia pod wpływem nacisków przedsiębiorców niemieckich wobec, których inicjowano postępowania cywilne w Stanach Zjednoczonych”.

Świadczenia jednorazowe

Sami Niemcy chwalą się na oficjalnych stronach internetowych, że od 2001 r. rozpoczęli wypłatę świadczeń jednorazowych z Federalnej Fundacji 'Pamięć, Odpowiedzialność i Przyszłość’. Fundacja – co bardzo ciekawe – powstała w wyniku nacisków niemieckiego sektora prywatnego w związku z pozwami, które były w Stanach Zjednoczonych kierowane wobec niemieckich spółek i ich następców prawnych, którzy czerpali korzyści z niewolniczej pracy obywateli państw okupowanych! Niemcy objęli programem 484 tys. osób wypłacając około 975 miliona Euro, co daje śmieszne około 2000 euro na każdego przymusowego robotnika, a zatem niewolnika w III Rzeszy pracującego na rzecz gospodarki hitlerowskich Niemiec. Na oficjalnych stronach internetowych można przeczytać, że 1/3 osób, która uzyskała świadczenia mieszkała do 2006 roku w Polsce (ok. 159 500 osób z szacowanych 3-3,5 miliona robotników), a co czwarte euro wypłacone przez Fundację trafiło do naszego kraju.

Niemcy wypłacają zbrodniarzom więcej niż ofiarom

Zdaniem mec. Bartosza Lewandowskiego „najbardziej obrzydliwe jest jednak to, że Niemcy dalej wypłacają świadczenia emerytalne członkom zbrodniczej formacji SS, które wynoszą od 425 do 1275 euro miesięcznie!”.

Na mocy prawa niemieckiego służba w SS umożliwia ubieganie się o tego typu świadczenie także przez obywateli innych krajów, którzy byli SS-mannami-ochotnikami. W 2019 roku głośno było o przypadku 30 byłych belgijskich esesmanów, którym Niemcy wypłacali co miesiąc (sic!) świadczenia równe połowie jednorazowego świadczenia dla robotników przymusowych

– wyliczył prawnik.

Firmy wykorzystujące niewolniczą pracę

Wśród niemieckich firm wykorzystujących niewolniczą pracę przymusowych robotników znajdują się: Hugo Boss, Thyssen Krupp, Daimler-Benz, BMW, Volkswagen, Audi, Opel, Bayer, AGFA, Siemens, Dr. Oetker, Zeiss, Continental, Bosch, Maggi, BASF, IG Farben, Heinkel, Allianz.

Do tego dochodzą ogromne tysiące niemieckich rolników, którzy skorzystali na niewolniczej pracy ponad 2 milionów polskich robotników przymusowych podczas II wojny światowej.

Według różnych danych w III Rzeszy pracowało łącznie od 13 do 26 mln przymusowych robotników z różnych krajów.

490. rocznica urodzin ks. Piotra Skargi. Wieńce od SKCH i prezydenta Nawrockiego znakiem pamięci o Kaznodziei Narodu

490. rocznica urodzin ks. Piotra Skargi. Wieńce od SKCH i prezydenta Nawrockiego znakiem pamięci o Kaznodziei Narodu

Marcin Austyn


pch24.pl/490-rocznica-urodzin-ks-piotr-skarga-wience-od-skch-i-prezydenta-nawrockiego

W 490. rocznicę urodzin przedstawiciele Stowarzyszenia im. Ks. Piotra Skargi złożyli wieńce pod pomnikiem oraz przy sarkofagu tego Sługi Bożego. W uroczystości udział wziął ks. prof. Jan Machniak, proboszcz parafii Wszystkich Świętych.

Trudno wyobrazić sobie historię kontrreformacji w Polsce bez działalności wybitnego jezuity, ks. Piotra Skargi. Królewski kaznodzieja zaciekle walczył z błędami protestantyzmu, troszcząc się o katolicki charakter polskiej monarchii. Niestrudzenie apelował i naciskał na to, by polskie prawa i polski sposób życia były całkowicie przesiąknięte Ewangelię. Odważnie piętnował też grzechy, ujmując się na przykład za uciskanym chłopstwem. Jego Żywoty świętych i Kazania sejmowe są absolutnym klasykiem polskiej literatury religijnej i naszej myśli politycznej.

Pamięć o tym wielkim Polaku pielęgnuje Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi. Jego przedstawiciele w rocznicę urodzin swego patrona złożyli wieńce pod jego pomnikiem na pl. Marii Magdaleny oraz przy sarkofagu w kościele pw. św. Piotra i Pawła. W uroczystości udział wziął i poprowadził wspólną modlitwę opiekun miejsca spoczynku doczesnych szczątków Kaznodziei Narodu, ks. prof. dr hab. Jan Machniak.

W tym roku, co warto podkreślić, o ks. Skardze pamiętał także Karol Nawrocki, którego przedstawiciel w dniu urodzin Sługi Bożego złożył prezydenckie wieńce, podkreślając pamięć o tym wybitnym Polaku.

Warto również dodać, że właśnie dziś mijają 4 lata od pierwszej modlitwy zorganizowanej na pl. Marii Magdaleny w intencji obrony pomnika ks. Skargi oraz w intencji Ojczyzny. Te spotkania modlitewne nieustannie trwają i odbywają się w każdą środę o godz. 18-tej, pod pomnikiem Kaznodziei Narodu. Zapraszamy do udziału.

MA

===========================

MD: Ale proces beatyfikacyjny „ktoś” ciągle blokuje…..

Gromniczna Pani!

Gromniczna Pani!

Gdy życie nasze dobiegnie do końca,

Gdy Bóg ostatnie godziny policzy,

Niech nam zaświeci, jak promienie słońca,

Światło gromnicy.

Gdy nasze czoło pot śmiertelny zrosi,

Gdy nasze łoże obstąpią szatani,

Twojej obrony niech każdy uprosi –

Gromniczna Pani!

Kiedy nad nami zawisną czarne chmury,

Gdy na wsze strony lecą błyskawice,

Gdy ciemność straszna od dołu do góry:

Święćmy gromnice!

Matko Najświętsza! My nędzni grzesznicy,

Pod Twoją obronę się uciekamy,

Przed Twym obrazem, przy świetle gromnicy,

Ciebie błagamy!

Tyś jasna gwiazda na morzu żywota,

Pokus się o Cię rozbiją bałwany!

Kto się ucieka do Cię, Matko złota,

Jest wysłuchany.

Bądź nam Matką w życiu i przy zgonie,

Niech Twoja łaska zawsze nam przyświeca,

Niech nasza miłość ku Tobie zapłonie

Jako gromnica!

Józef Strug – poeta z Limanowszczyzny

MODLITWA ZA OJCZYZNĘ. Ks. Piotr Skarga, TJ

MODLITWA ZA OJCZYZNĘ

Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, chwałę przynosiła Imieniowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

Wszechmogący wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swych pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie.

Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.

Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

Spuścizna po papieżu Franciszku – ocena teologiczna

Spuścizna po papieżu Franciszku – ocena teologiczna

Franciszek z jednym ze swoich najbliższych współpracowników, prefektem Dykasterii ds. Biskupów kard. Robertem Prevostem, obecnie papieżem Leonem XIV

Po dwunastu latach pontyfikatu naznaczonego śmiałymi gestami i głębokimi reformami, Franciszek pozostawił po sobie spuściznę teologiczną pełną kontrastów.

Od stuleci żaden papież nie wzbudził tak mocnego wśród samych biskupów – kilku kardynałów posunęło się nawet do publicznego skierowania do niego dubiów. Równocześnie cieszył się on stałym poparciem najbardziej postępowych środowisk w Kościele. Jego pontyfikat nie pozostawił nikogo obojętnym.

Warto więc wskazać na najważniejsze aspekty tego pontyfikatu, aby wyjaśnić jego strukturę i wewnętrzną logikę. Przeprowadzając tę analizę, postaramy się zrozumieć nie tylko teologiczne motywy, jakimi kierował się Franciszek inicjując swoje reformy, ale też całościową wizję, która nadała kształt jego inicjatywom i wycisnęła trwałe znamię na historii Kościoła.

Przed Franciszkiem: społeczno-polityczna teologia Jorge Bergoglia

Pierwszy jezuita na tronie Piotrowym i zarazem pierwszy papież pochodzący z kontynentu amerykańskiego, kard. Jerzy Mariusz (Jorge Mario) Bergoglio – który po swym wyborze przyjął imię Franciszek – w wieczór swojej elekcji przedstawił się jako pochodzący z „krańców Ziemi”. Już samo to sformułowanie sygnalizowało przełom: po raz pierwszy od wieków Kościołem miał rządzić papież niepochodzący ze Starego Kontynentu, historycznej kolebki, z której pochodzili wszyscy poprzedni wikariusze Chrystusa.

Pochodzenie i formacja

Osobowość Jerzego Bergoglia, którego rodzice byli pochodzenia włoskiego – ojciec nawet urodził się na Półwyspie Apenińskim – w wielkim stopniu została ukształtowana przez losy jego rodziny. Jako dziecko imigrantów przez całe życie przejawiał szczególną wrażliwość na kwestię migracji: postrzegał ją jako źródło ubogacenia dla krajów docelowych i podkreślał obowiązek bezwarunkowej gościnności. Jego osobiste doświadczenie podsycało również pewien krytyczny dystans wobec Europy, którą postrzegał jako zmęczoną, starzejącą się i niekiedy zasklepioną w sobie.

W wieku 22 lat wstąpił do Towarzystwa Jezusowego i jedenaście lat później – w grudniu 1969 r. – otrzymał święcenia kapłańskie, po czym szybko zaczął piąć się po szczeblach kariery duchownej, zostając najpierw mistrzem nowicjatu, a następnie prowincjałem. Był to okres poważnych napięć politycznych w Argentynie. W wyniku zamachu stanu z 24 marca 1976 r. kraj znalazł się pod rządami junty wojskowej. W tej niezwykle skomplikowanej sytuacji politycznej Kościół w Ameryce Łacińskiej doświadczył głębokiego wstrząsu pod wpływem cieszącej się wówczas największą popularnością teologii wyzwolenia1.

Jerzy Bergoglio nie wspierał czynnie tego ruchu, opartego na ideach marksistowskich i optującego za rewolucyjnym przewrotem, a ponadto formalnie potępionego przez Rzym. Niemniej jednak przyszły papież Franciszek zbliżył się do bardziej umiarkowanego jego nurtu, znanego jako „teologia ludu”, który w poważnym stopniu ukształtował zarówno jego myślenie, jak i podejście duszpasterskie.

„Teologia ludu”: wsłuchiwanie się w głos mądrości

W encyklice Fratelli tutti Franciszek zwraca uwagę na pokusę instrumentalizacji pojęcia „lud”: „W ostatnich latach określenie «populizm» lub «populistyczny» wtargnęło do mediów i języka ogólnego. W ten sposób traci ono wartość, jaką mogłoby mieć, i staje się jednym z biegunów podzielonego społeczeństwa”2. „Próba usunięcia tej kategorii z języka może doprowadzić do wyeliminowania samego słowa demokracja («rządy ludu»)”3.

Dla Franciszka lud nie jest ani anonimową masą, ani rzeczywistością bezpośrednią. Wyjaśnia to w sposób następujący: „Przynależność do ludu to przynależność do wspólnej tożsamości, na którą składają się więzi społeczne i kulturowe. I nie jest to coś automatycznego, ale wręcz przeciwnie: jest to powolny, trudny proces… ku wspólnemu projektowi”4.

Czyni więc rozróżnienie między prawdziwymi przywódcami ludowymi, potrafiącymi poznać serce ludu i wyrazić jego aspiracje, a przywódcami demagogicznymi, wykorzystującymi kultury zbiorowe w celu zdobycia władzy5. To rozróżnienie pozwala dostrzec kluczową zasadę interpretacyjną jego pontyfikatu: Kościół musi towarzyszyć ludziom, a nie nimi manipulować.

Właśnie w taki kontekst koncepcyjny wpisuje się „teologia ludu”. Kładzie ona nacisk na słuchanie wspólnot, zwłaszcza najuboższych, które traktuje jako loci teologiczne, tj. przestrzenie, w których przemawia i działa Bóg6: teolog musi wsłuchiwać się w mądrość ludu, która wedle Jerzego Bergoglia odzwierciedla mądrość Bożą, i to nawet gdy te społeczności nie zostały jeszcze zewangelizowane. Porównuje te kultury do ewangelicznych „kamieni oczekiwania”, obfitujących w przeczucia religijne i moralne oraz niosących już obecnie, zwłaszcza w swojej poezji i mitach, zapowiedź Ducha7.

W jego opinii mądrość kultur tubylczych powinna odgrywać w ewangelizacji rolę porównywalną do tej, jaką filozofia grecka odegrała w szerzeniu Ewangelii na kontynencie europejskim… Istnieje jednak znacząca różnica: filozofia grecka dostarczała głównie narzędzi intelektualnych do wyrażania i obrony wiary, podczas gdy kultury tubylcze mają oferować elementy natury bezpośrednio religijnej, wyrażając światopogląd zasadniczo naturalistyczny i immanentystyczny8.

Wyłania się z tego program duszpasterski:

  • Traktowanie religijności ludowej nie jako przesądu, który należy korygować, ale jako autentycznego wyrazu wiary, któremu należy towarzyszyć i który zasługuje na refleksję teologiczną.
  • Zakorzenianie Ewangelii w lokalnych tradycjach poprzez inkulturację, z jednoczesnym poszanowaniem ich bogactwa i oryginalności.
  • Nadawanie znaczenia peryferiom, nie tylko geograficznym, ale również egzystencjalnym, aby rozpoznać działanie Ducha.

Tak więc podczas kryzysu ekonomicznego w Argentynie z 2001 r. arcybiskup Buenos Aires spotkał się z „nowymi ubogimi” i wykluczonymi, aby wspólnie z nimi i poprzez nich zaangażować się w proces rozeznania. Ta praktyka konsultacji zainspirowała później jego wizję drogi synodalnej na skalę globalną.

„Mit ludu”: zbiorowy uczestnik historii

Te lata ukształtowały w Jerzym Bergogliu głębokie przekonanie: lud nie jest jedynie bytem socjologicznym czy też politycznym, ale uczestnikiem historii, nosicielem duchowego powołania – i to bytem zasadniczo niewinnym. Z tego powodu mówi o „świętym wiernym ludzie Bożym”, posiadającym przyrodzone prawo do trzech podstawowych rzeczy: ziemi, schronienia i pracy.

Ta wizja czerpie inspirację z myśli niemieckiego filozofa Rudolfa Kuscha, którego Franciszek często cytował:

Rodolfo Kusch […] uświadomił mi pewną rzecz: słowo «lud» nie jest słowem logicznym. To słowo mityczne. […] Aby zrozumieć lud, trzeba wniknąć w jego ducha, jego serce, jego pracę, jego historię i mit jego tradycji. […] Lud nie należy do kategorii logicznej, ale raczej mitycznej.9

Innymi słowy lud nie jest jedynie sumą jednostek. Jest żywą rzeczywistością, obdarzoną zbiorową duszą i niosącą w sobie niewinność. Pogląd ten wyjaśnia sympatię Franciszka dla „ruchów ludowych”, w których widzi on nadzieję na bardziej sprawiedliwą przyszłość. Wyobraża sobie nawet proces polityczny, który wykraczałby poza zwykłe ramy demokracji przedstawicielskiej, dając głos i władzę wykluczonym, nosicielom nadziei na prawdziwą zmianę.

W obliczu tej marginalizacji ludu Franciszek potępia systemy ekonomiczne, które żywią się wojną i zniszczeniem: „ekonomię, która zabija”10 – by posłużyć się jego znanym sformułowaniem. Z tego powodu postrzega obecną globalizację jako „toczącą się w różnych miejscach trzecią wojnę światową”11, będącą konsekwencją dehumanizującej logiki ekonomicznej.

Ta wizja ludu, jego praw i misji historycznej stanowi fundament myśli Franciszka. Wyjaśnia jego zaangażowanie w inkulturację, troskę o peryferia oraz krytykę struktur ekonomicznych, które potępia jako niesprawiedliwe. Aby jednak przeobrazić tę wizję w uniwersalny projekt duszpasterski, konieczna była centralna zasada teologiczna: miłosierdzie – siła napędowa reformy Kościoła oraz klucz do jego własnej wizji jedności.

Miłosierdzie: siła napędowa duszpasterskiej i doktrynalnej reformy Kościoła

Rdzeń pontyfikatu Franciszka stanowi pewne słowo, stanowiące klucz do jego interpretacji: miłosierdzie. Równocześnie stanowi ono centrum jego teologii, siłę napędową jego reform oraz element spajający jego najważniejsze inicjatywy.

Kluczowe znaczenie tego pojęcia zostało potwierdzone już w adhortacji z 2013 r. Evangelii gaudium, określonej przez Franciszka mianem „programowej”12. Przedstawił w niej swój projekt „misyjnego przeobrażenia Kościoła”13, czyli głębokiej przemiany nie tylko jego struktur, ale również miejsca w świecie oraz sposobu postrzegania przez niego swojej misji. „Sercem Ewangelii”14, jak wyjaśnia, jest miłosierdzie, które św. Tomasz z Akwinu określał jako „największą ze wszystkich cnót, jeżeli chodzi o działanie zewnętrzne”15.

Ta wizja zostanie w pełni rozwinięta podczas Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia16. W bulli Misericordiæ vultus Franciszek przedstawia jej ogólne ramy, wyraźnie łącząc ją z II Soborem Watykańskim, którego 50. rocznicę uczcił wybierając na inaugurację jubileuszu dzień 8 grudnia.

Czerpanie ze źródeł soborowych: okrojone miłosierdzie

W swojej bulli Franciszek cytuje dwa kluczowe przemówienia wygłoszone podczas Vaticanum II: otwierające obrady przemówienie Jana XXIII, który wzywał sobór do „posługiwania się raczej lekarstwem miłosierdzia aniżeli orężem surowości”17, oraz końcowe przemówienie Pawła VI, który widział w przypowieści o dobrym Samarytaninie „paradygmat duchowości soboru”.

Łącząc w ten sposób miłosierdzie z II Soborem Watykańskim, Franciszek nadaje mu szczególny charakter, dogłębnie związany z soborowym otwarciem na świat:

  • Przedstawia Chrystusa przede wszystkim jako znak miłości i współczucia Ojca – troszczącego się o ubogich, chorych i wykluczonych… Zapomina jednak ukazać Go jako Prawdę i Światłość świata, leczącego przede wszystkim poprzez wylewanie balsamu objawionej prawdy na rany zadane przez ignorancję i odrzucenie Boga. W istocie pierwszym przejawem miłosierdzia przyniesionym przez Słowo Wcielone jest właśnie zbawcze światło.
  • Ponadto w Misericordiæ vultus czytamy, że Bóg „daje całego siebie, zawsze, za darmo i nie prosząc o nic w zamian”18. Brakuje tu jednak zasadniczego aspektu: odpowiedzi, której Bóg oczekuje od człowieka. Już św. Augustyn przypominał: „Bóg stworzył nas bez naszego udziału, nie chce nas jednak zbawić bez niego”19.
  • I wreszcie nieszczęścia, na które zwraca uwagę Franciszek, są przede wszystkim materialne: ubóstwo, korupcja, przestępczość20. Rany porządku nadprzyrodzonego – grzech jako odrzucenie Boga – są ukazywane w sposób znacznie mniej wyraźny. W ten sposób miłosierdzie skupia się na leczeniu nieszczęść doczesnych, nie wspominając o uzdrowieniu dusz.

Te różne pominięcia w nieunikniony sposób prowadzą do głębokiej redefinicji misji Kościoła: w konsekwencji tego okrojonego miłosierdzia jesteśmy świadkami jego „misyjnego przeobrażenia”.

Redefiniowana misja: od zbawienia dusz do ludzkiego postępu

W Evangelii gaudium Franciszek kładzie nacisk na „autentyczne i pełne znaczenie misji ewangelizacyjnej21: „Wszyscy chrześcijanie […] są wezwani, by troszczyć się o budowę lepszego świata”22. To sformułowanie wyraża istotne przesunięcie akcentu w teologii. Głównym elementem misji Kościoła nie jest już wieczne zbawienie dusz, ale przeobrażanie struktur społecznych i politycznych. Roman Amerio pisał o „chrześcijaństwie ubocznym”: podejściu duszpasterskim oderwanym od porządku nadprzyrodzonego i skupionym wyłącznie na potrzebach antropologicznych i społecznych.

Franciszek wyjaśnia, że Kościół musi promować integralność osoby ludzkiej w wymiarze ekonomicznym, społecznym i kulturowym. Pasterze są powołani do interweniowania we wszystkich sprawach dotyczących życia ludzkiego23, troszcząc się przede wszystkim o najuboższych24. W ten sposób Kościół staje się wiarygodny w oczach świata, dzięki zaangażowaniu w działania na rzecz pokoju, ochrony środowiska i obrony praw człowieka25.

Należy brać pod uwagę nie tylko potrzeby jednostek, ale również społeczeństw, gdyż „pokój opiera się nie tylko na poszanowaniu praw człowieka, ale również na poszanowaniu praw ludów”26. Pojawia się więc potrzeba ponownego rozważenia „w pierwszym rzędzie tego, co dotyczy ładu społecznego i realizacji dobra wspólnego”27, ponieważ „nierównowaga stanowi korzeń społecznych chorób”28.

Chociaż pewna rola Kościoła w stosunku do porządku doczesnego jest całkowicie uzasadniona, tu została ograniczona do wpływu czysto naturalnego, bez jakiegokolwiek wymiaru transcendentnego. Nie rezygnując wyraźnie ze swojej misji uświęcania, Kościół soborowy przypisuje sobie cel właściwy państwu. To stopniowe przesunięcie akcentu zmienia dogłębnie jego priorytety oraz postawę wobec świata. W sposób zgoła nieoczekiwany jest odnawiany sojusz Kościoła i państwa. Alians ten nie ma jednak nic wspólnego z dawnym sojuszem w ramach Christianitas, opartym na harmonii dwóch mieczy; obecnie jego zasadę i fundament stanowi właśnie sekularyzm.

Franciszek rozszerza jeszcze tę wizję, umieszczając ją pod sztandarem ekumenizmu: „Miłosierdzie ma charakter przekraczający granice Kościoła. Łączy nas ono z judaizmem i z islamem, które uważają miłosierdzie za jeden z najistotniejszych przymiotów Boga”29. W ten sposób miłosierdzie staje się zasadą powszechnej jedności, wykraczającej poza samą wiarę chrześcijańską. Tak właśnie dokonuje się „przeobrażenie misyjne”: od tej pory „miłosierny” Kościół nie lituje się już nad duszami przebywającymi „w mroku śmierci” ani nie stara się głosić im wcielonej Prawdy, Jezusa Chrystusa. Miłosierdzie Franciszka ma inny cel: „Niech ten Rok Jubileuszowy, przeżyty w miłosierdziu, ułatwi spotkanie z tymi religiami oraz z innymi szlachetnymi tradycjami religijnymi; niech sprawi, że staniemy się bardziej otwarci na dialog, aby poznać się lepiej i wzajemnie zrozumieć […]”30.

Nowa mistyka towarzysząca reformie

Dobrze podsumował tę dynamikę bliski doradca papieża, kard. Oskar Rodríguez Maradiaga31. Podczas wykładu zatytułowanego Kościół miłosierdzia z papieżem Franciszkiem wyjaśnił, że co prawda II Sobór Watykański zainicjował reformy instytucjonalne, jednak były one niewystarczające bez przemiany duchowej:

Każda zmiana w Kościele wymaga w ostatecznym rozrachunku odnowy motywacji. Instytucjonalna i funkcjonalna odnowa Kościoła wymaga odnowy jego wymiaru mistycznego. Źródłem tej mistyki, wiatrem, który popycha żagle Kościoła w kierunku otwartego morza głębokiej i całkowitej odnowy, jest miłosierdzie.

Ta nowa mistyka znajduje wyraz w konkretnych gestach. Przykładowo Synod o rodzinie utorował drogę bardziej elastycznemu stanowisku wobec osób rozwiedzionych, które zawarły kolejne związki. Według Maradiagi: „Rzeczywistość rozpadających się i ponownie tworzonych rodzin nie stanowi przeszkody dla pełnego uczestnictwa w życiu Kościoła. Sakramentalna Komunia nie jest jedyną drogą […]; każdy rozwiedziony chrześcijanin, który zawarł kolejny związek, może być pełnoprawnym chrześcijaninem, a jego dom może stać się miejscem świadczącym o miłości Boga”.

Kardynał Walter Kasper już w 2014 r. stawiał pytanie: „Jak Kościół może być znakiem nierozerwalnej więzi między wiernością a miłosierdziem w swojej pracy duszpasterskiej skierowanej do osób rozwiedzionych, które zawarły kolejne związki?”32 Te refleksje uwidaczniają głęboką zmianę: doktryna nie jest już postrzegana jako coś stałego, ale jako coś, co może być interpretowane stosownie do okoliczności – w imię miłosierdzia. Sam Franciszek wyraził to obrazowo: doktryna nie powinna być wykorzystywana jako „kamienie do rzucania w innych”.

Konkretny przykład: Fiducia supplicans

Przykładem tej logiki jest deklaracja Fiducia supplicans z 18 grudnia 2023 r., zezwalająca na pozaobrzędowe błogosławienie par homoseksualnych w imię otwartości i miłosierdzia. Nie jest to bynajmniej gest odosobniony. Już jako kardynał Franciszek bronił idei prawnego uregulowania związków partnerskich osób tej samej płci.

Tutaj idzie o krok dalej: miłosierdzie usuwa przeszkody doktrynalne, które mogłyby stać na przeszkodzie integracji jednostek z inkluzywnym Kościołem. Rozumiane w ten sposób miłosierdzie działa jako zasada rozkładająca, eliminująca stopniowo każdy normatywny wymiar doktryny moralnej lub dogmatycznej. Przygotowuje grunt pod horyzontalną, ziemską jedność, skupioną nie na objawionej prawdzie, ale na powszechnym braterstwie.

Franciszek czyni miłosierdzie nową duchową siłą napędową Kościoła. Uznając ludy za teologiczny locus oraz za zbiorowego uczestnika historii, proponuje zasadę duszpasterską, która pozwala na ich zjednoczenie bez narzucania im transcendentnej prawdy. Ta dynamika prowadzi w naturalny sposób do trzeciego z głównych filarów jego pontyfikatu: powszechnego braterstwa, ostatecznego celu projektu Franciszka.

Powszechne braterstwo: ostateczny cel pontyfikatu

Choć temat powszechnego braterstwa pojawił się później niż inne (takie jak ekologia czy synodalność), to w istocie stanowi on logiczne zwieńczenie myśli i działań papieża Franciszka. Można postrzegać tę ideę nawet jako syntezę jego całego pontyfikatu:

  • „Teologia ludu” stanowi jej podstawę przez podkreślenie, że wszystkie ludy są autentycznymi nosicielami misji duchowej.
  • Miłosierdzie pełni rolę siły napędowej – „energii duszpasterskiej”, która umożliwia włączenie wszystkich oraz przezwyciężenie oporu.
  • Powszechne braterstwo jest ostatecznym celem całego projektu.

Ta idea braterstwa pojawia się w różnych tekstach, przemówieniach oraz gestach, najpełniej została jednak wyrażona w encyklice Fratelli tutti z 3 października 2020 r. Aby zrozumieć jej znaczenie, trzeba powrócić do kluczowego wydarzenia: podpisania w 2019 r. Deklaracji z Abu Zabi. Dokument ten rzuca światło nie tylko na wspomnianą encyklikę, ale również na szerszą wizję Franciszka.

Abu Zabi: akt fundacyjny

4 lutego 2019 r. Franciszek udał się do Abu Zabi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, gdzie razem z wielkim imamem Al-Azharr Ahmadem Al-Tayyebem podpisał Dokument o ludzkim braterstwie. Dla pokoju światowego i współistnienia. Wydarzenie to jest historyczne z kilku względów: po raz pierwszy papież odwiedził Półwysep Arabski; podpisanie dokumentu miało miejsce w obecności przedstawicieli wielu religii, podczas publicznej uroczystości relacjonowanej przez media; sam dokument nie jest jedynie deklaracją intencji, ale tekstem wyrażającym zobowiązanie teologiczne obu stron.

Dokument ten stwierdza m.in., że: „Pluralizm i różnorodność religii, koloru skóry, płci, rasy i języka są wyrazem mądrej woli Bożej, z jaką Bóg stworzył istoty ludzkie”33. Sformułowanie to wykracza poza zwykłą tolerancję religijną: przedstawia różnorodność religii jako element Bożego planu. Ten ustęp wywołał spore kontrowersje. Zgodnie z tradycyjną doktryną katolicką, choć Bóg dopuszcza zło lub błąd, nigdy ich jednak nie pragnie. Twierdzenie, że różnorodność religii jest zgodna z wolą Bożą, sugerowałoby istnienie wielu uprawnionych dróg do Niego, podważając tym samym wyjątkowość zbawczą Chrystusa i Kościoła.

Po podpisaniu wspomnianego dokumentu, w Abu Zabi rozpoczęto realizację projektu architektonicznego Domu Rodziny Abrahamowej, który obejmuje trzy sąsiadujące ze sobą miejsca kultu: kościół, synagogę i meczet. Ten kompleks ma stanowić widzialny symbol ludzkiego braterstwa, o którym wspomina dokument podpisany przez Franciszka i Ahmada Al-Tayyeba, umożliwiając pokojowe współistnienie religii we wspólnej przestrzeni. Stanowi to ilustrację koncepcji jedności zbudowanej nie na objawionej prawdzie, ale na wzajemnym szacunku i współpracy: wszystkie religie znajdują się na jednym poziomie jako różne drogi prowadzące do tego samego, ludzkiego ideału.

Dla Franciszka dokument z Abu Zabi stanowi kamień węgielny. Przyznaje to zresztą we Fratelli tutti, przedstawiając go jako bezpośrednie źródło inspiracji dla swojej encykliki i stwierdzając, że pragnął rozwinąć wizje, o których rozmawiał z wielkim imamem. Nadaje to wydarzeniu z 2019 r. wybitne znaczenie doktrynalne i duszpasterskie.

System wielościenny i inkluzywność

We Fratelli tutti Franciszek opisuje braterstwo, które powinno obejmować całe społeczeństwo, a nawet całą ludzkość. Jego celem jest zbudowanie „przyjaźni społecznej, która nikogo nie wyklucza, oraz braterstwa otwartego na wszystkich”34 w ramach „kultury spotkania”35 i „dialogu kulturowego”36. W tej wizji Kościół nie jawi się już jako jedyne źródło ludzkiego braterstwa, ale oddaje się w służbę projektowi wspólnemu dla wszystkich kultur i religii: projektowi pokoju, sprawiedliwości i solidarności.

Franciszek kładzie szczególny nacisk na los imigrantów, których traktowanie postrzega jako decydujący sprawdzian dla współczesnych społeczeństw: „Imigranci […] są błogosławieństwem, bogactwem i nowym darem, który zachęca dane społeczeństwo do rozwoju”37. Stąd potrzeba przeciwstawiania się pokusie „tworzenia kultury murów, wznoszenia murów, murów w sercu, murów na ziemi, aby uniemożliwić to spotkanie z innymi kulturami, z innymi ludźmi”38. Nie mury, ale mosty; nie granice, ale otwartość.

Aby zilustrować swoją wizję, Franciszek posługuje się metaforą wielościanu, której użył już w Evangelii gaudium: „Nie jest to ani sfera globalna, która prowadzi do rozpłynięcia się, ani odizolowana cząstkowość, skazująca człowieka na bycie jałowym. […] Modelem jest wielościan, odzwierciedlający zbieg wszystkich jego elementów, które zachowują w nim oryginalność”39. Metafora ta przeciwstawia kuli – która spłaszcza różnice, wymuszając jednolitość – wielościan, który pozwala na zachowanie różnorodności w harmonijnej całości. Jest to metafora silnie przemawiająca do wyobraźni: każda religia, każda kultura zachowuje swoją własną tożsamość, równocześnie stanowiąc element wspólnej konstrukcji.

Jak jednak można nie dostrzegać kruchości takiego braterstwa? Jeśli dążenie do jedności nie opiera się na wiążącej wszystkich transcendentnej prawdzie, może opierać się wyłącznie na czysto politycznej woli współistnienia. Jakież kruche jest braterstwo, które marzy o pokoju społecznym, odrzucając równocześnie jedność w prawdzie!

Choć to powszechne braterstwo jest przedstawiane jako ideał moralny i społeczny, należy zauważyć, że owa „nie wykluczająca nikogo przyjaźń społeczna” w praktyce wyklucza Boga i – choć „otwarta na wszystkich” – w praktyce jest zamknięta na Chrystusa. Nie pozwala się już Chrystusowi zaoferować ludzkości transcendentnego braterstwa, które jednoczy ich z Bogiem poprzez przebóstwienie. Zostaje On zredukowany do poziomu jednego z wielu wzorów otwartości i humanitaryzmu… Nie jest już jedynym Zbawicielem, stanowiącym centrum historii.

Nowe cele Kościoła

Tak więc nowa koncepcja braterstwa ma daleko idące konsekwencje dla misji Kościoła. Do tej pory Kościół postrzegał siebie jako arkę zbawienia, gromadzącą narody i prowadzącą je do objawionej prawdy oraz życia nadprzyrodzonego. W wizji Franciszka jedność nie jest osiągana poprzez nawrócenie i uświęcenie, ale poprzez współpracę i dialog. Kościół staje się mediatorem, jednym z uczestników globalnego procesu zbratania. Jego wyjątkowa misja zostaje wchłonięta przez wspólny projekt, rzekomo szerszy i bardziej uniwersalny, który wskazuje nowe cele.

Kiedy Franciszek oświadcza, że „wszyscy się ocalimy albo nikt się nie ocali”40, nie mówi o zbawieniu wiecznym, ale o walce z ubóstwem, niesprawiedliwością i nierównościami społecznymi. Słowo „zbawienie” (ocalenie) zostaje zatem zredukowane do ziemskiego, immanentnego znaczenia, skupionego na warunkach doczesnego życia. Jednak włączenie wszystkich bez wyjątku wyznań może zostać osiągnięte jedynie poprzez neutralizację przesłania Ewangelii.

Jest to widoczne w sferze polityki: Franciszek apeluje o stworzenie silniejszych i lepiej zorganizowanych instytucji międzynarodowych oraz rządu światowego, zdolnego zmierzyć się z powszechnymi wyzwaniami41. Powszechne braterstwo staje się zatem fundamentem nowego porządku światowego, opartego na prawach człowieka i globalnej solidarności, którego Franciszek jest zarówno prorokiem, jak i rzecznikiem.

Jednak braterstwo to nie jest jedynie abstrakcja; przybiera ono konkretną formę w określonych obszarach, przede wszystkim w sferze ekologii. W Laudato si Franciszek rozwija koncepcję „wspólnego domu”: Ziemia jest przedstawiana jako powszechne dobro należące do całej ludzkości, tak więc ochrona środowiska staje się tym uprzywilejowanym obszarem, na którym braterstwo może być praktykowane w sposób namacalny. Troszcząc się o planetę, ludzie troszczą się również o sobie nawzajem. W ten sposób kryzys ekologiczny jawi się jako sposobność do budowania globalnej solidarności, przekraczającej granice i podziały. Ta konwergencja prowadzi do kolejnego etapu naszej analizy: ekologii integralnej, którą Franciszek przedstawia jako zasadniczy aspekt powszechnego braterstwa oraz misji Kościoła w świecie.

Ekologia integralna: konkretny wyraz powszechnego braterstwa

Ekologia jest jednym z głównych tematów pontyfikatu Franciszka. W uporządkowany sposób został on zaprezentowany w encyklice Laudato si, ogłoszonej 18 czerwca 2015 r. – i stanowi część szerszej wizji, którą papież nazywa „ekologią integralną”.

Pojęcie to nie ogranicza się do ochrony przyrody, ale obejmuje również społeczne, ekonomiczne i kulturowe aspekty życia ludzkiego. Ekologia integralna jest przedstawiana jako globalna odpowiedź na obecny kryzys oraz jako konkretna sfera, w której może się urzeczywistniać powszechne braterstwo. W tym sensie stanowi ona praktyczną implementację projektu nakreślonego we Fratelli tutti oraz Deklaracji z Abu Zabi.

W obliczu powszechnego kryzysu – ekologia wykraczająca poza przyrodę

Franciszek rozpoczyna od przygnębiającej obserwacji: współczesny świat przechodzi głęboki kryzys. Postęp naukowy i wzrost gospodarczy, zamiast zapewnić autentyczny dobrobyt, spowodowały poważne nierówności. Technologia i finanse zdominowały politykę, a dążenie do jak najszybszego zysku ma pierwszeństwo przed sprawiedliwością społeczną i szacunkiem dla stworzenia42.

W Laudato si papież odmalowuje obraz świata, w którym rozwojowi materialnemu nie towarzyszy postęp moralny. Skutkami tego są szybkie wyczerpywanie się zasobów naturalnych, powszechne zanieczyszczenie środowiska, wymieranie gatunków roślin i zwierząt, a przede wszystkim pogłębiające się nierówności między bogatymi a biednymi43.

W ocenie Franciszka ten kryzys ma wymiar globalny: dotyka zarówno planetę, jak i społeczeństwa ludzkie. Mamy do czynienia z degradacją zarówno środowiska, jak i życia społecznego, co papież streszcza w słowach: „Wszystko jest ze sobą połączone”44. Kryzys ekologiczny i kryzys społeczny stanowią dwie konsekwencje tego samego nieuporządkowania. Rozwiązaniem jest więc ekologia integralna.

W klasycznym sensie termin „ekologia” zasadniczo dotyczy badania relacji między istotami żywymi a środowiskiem. Franciszek akceptuje tę definicję, jednak dodaje aspekt specyficznie ludzki: ekologia integralna obejmuje sposób, w jaki ludzie organizują swoje życie, miasta, ekonomię, kulturę oraz stosunki społeczne45.

Tak więc kwestia ekologiczna nie ogranicza się do ochrony lasów i oceanów. Dotyczy również planowania przestrzennego, warunków pracy, wykorzystania technologii oraz – bardziej ogólnie – wszystkich aspektów naszego życia zbiorowego. Obejmuje politykę, socjologię, ekonomię, kulturę oraz ekologię w sensie ściśle naukowym. Franciszek stara się przedstawić globalną i holistyczną wizję ludzkości w jej środowisku46.

Ten projekt przypomina niektóre współczesne filozofie, takie jak pozytywizm Augusta Comte’a, który traktował socjologię jako zwieńczenie wszystkich nauk. Również dla Franciszka ekologia integralna jawi się jako zwieńczenie powszechnej refleksji nad kondycją ludzką i miejscem ludzkości w świecie.

Opcja na rzecz ubogich i globalne zarządzanie

U podstaw Laudato si leży zasadniczy nakaz: ochrona ubogich. Franciszek podkreśla ścisły związek między degradacją środowiska a niesprawiedliwością społeczną. Pierwszymi ofiarami degradacji środowiska są bowiem najsłabsze populacje – żyjące w regionach nadmiernie eksploatowanych, zanieczyszczonych lub narażonych na klęski żywiołowe. Papież mówi nawet o „długu ekologicznym” narodów bogatych wobec krajów uboższych47.

Dług ten nie wynika jedynie z grabieży zasobów naturalnych, ale również ze społecznych i ekonomicznych skutków globalizacji. Pojawiają się więc dwa priorytety: preferencyjna opcja na rzecz ubogich – zasada wywodząca się z nauczania społecznego Kościoła – rozszerzona do wymiaru globalnego48 oraz gruntowna analiza modeli rozwoju, mająca na celu ograniczenie zużycia energii nieodnawialnej oraz promowanie bardziej oszczędnego stylu życia.

Franciszek apeluje zatem o znaczące ograniczenie eksploatacji zasobów naturalnych49, aby uratować planetę dla przyszłych pokoleń. Ekologicznej retoryce towarzyszy więc dyskurs moralny i społeczny o sprawiedliwości i solidarności.

Papież wyraża przekonanie, że aby te zmiany stały się możliwe, potrzebne są struktury zdolne do egzekwowania decyzji w skali globalnej. Wspomina o „silniejszych i sprawnie zorganizowanych instytucjach międzynarodowych” wyposażonych w rzeczywistą władzę regulacyjną i sankcyjną50.

Ta idea wykracza poza samą jedynie współpracę między państwami. Jej realizacja wymaga istnienia globalnego systemu zarządzania, zdolnego do koordynowania działań, ustalania wspólnych standardów oraz egzekwowania przestrzegania zasad przez podmioty gospodarcze. Franciszek opowiada się zatem za ściślejszą integracją polityczną, w ramach której państwa zrzekają się części swojej suwerenności na rzecz organizacji międzynarodowych.

Ten kierunek jest zgodny z jego wizją powszechnego braterstwa, w ramach której dążył on, na poziomie politycznym, do stworzenia struktur globalnych. W praktyce ekologia staje się areną, na której może być budowane i realizowane braterstwo: kryzys ekologiczny jest wykorzystywany jako narzędzie służące do promowania globalnej jedności. W ten sposób ochrona planety staje się zarówno pretekstem, jak i siłą napędową dla projektu integracji społecznej i politycznej na skalę powszechną.

Ekologia integralna nie ogranicza się zatem do ochrony przyrody, ale staje się narzędziem służącym budowaniu globalnej jedności. Mobilizując sumienia wokół wspólnej sprawy – ochrony planety – umożliwia zbliżenie ludów, kultur i religii, które w innym przypadku nie miałyby wspólnej płaszczyzny porozumienia. Z tej perspektywy ekologia stanowi konkretny wyraz powszechnego braterstwa. Oferuje projekt jednoczący, zdolny połączyć razem cały rodzaj ludzki we wspólnym działaniu.

Ekologiczne nawrócenie: nowa duchowość

Franciszek nie ogranicza się jednak do proponowania środków technicznych czy też politycznych. Apeluje również o autentyczne „ekologiczne nawrócenie”. To nawrócenie oznacza wewnętrzną przemianę, zmianę sposobu myślenia i przyzwyczajeń51. Przekłada się to na świadomość naszej współzależności ze wszystkimi istotami żywymi, akceptację surowego i szanującego środowisko stylu życia, a także uczestnictwo w ekologicznym obywatelstwie, które zobowiązuje każdą jednostkę do wspólnego wysiłku.

W Laudato si Franciszek przedstawia podejście ekologiczne jako intensywne doświadczenie duchowe. Troska o przyrodę staje się aktem miłości i miłosierdzia, sposobem na obcowanie ze stworzeniem i jednoczenie się z innymi ludźmi52. Ta duchowość w znacznej mierze opiera się na naturalistycznym spojrzeniu na człowieka. Celem jest już nie tyle wzniesienie duszy do Boga, co poczucie więzi z Ziemią i innymi stworzeniami. Ta postawa znajduje kulminację w obrazie „wspólnego domu” oraz pewnych symbolicznych gestach, takich jak posługiwanie się językiem św. Franciszka z Asyżu i pisanie o „naszej siostrze Ziemi” lub o „Matce Ziemi”53.

Ta duchowość jest jednak bardzo niebezpieczna: kładąc nacisk na naturę i immanencję, popada ona w formę ukrytego panteizmu, w którym Bóg stapia się ze stworzeniem. Synod o Amazonii i epizod z Pachamamą dobrze ilustrują to zagrożenie, dając początek ceremoniom co najmniej dwuznacznym, jeśli nie wprost bałwochwalczym.

W ostatecznym rozrachunku to „ekologiczne nawrócenie” nie ogranicza się do zmiany stylu życia: proponuje nową formę duchowości, a nawet nową wizję świata. Człowiek nie jest już postrzegany przede wszystkim jako stworzenie powołane do wznoszenia się ku swemu Stwórcy, ale jako jeden z wielu elementów większej całości, jaką jest natura. Komunia z Bogiem zostaje zastąpiona doświadczaną w immanencji horyzontalną komunią ze stworzeniem, a misja Kościoła – utożsamiona z zachowaniem doczesnej równowagi.

Jednak redefiniowawszy cel Kościoła (powszechne braterstwo) oraz jego pole działania (ekologię integralną), Franciszek musi jeszcze zaproponować metodę realizacji tego projektu w samym Kościele. Tę rolę odgrywa synodalność, dążąca do przeobrażenia jego struktury, dostosowując go do nowej misji oraz wyzwań ekologicznych.

Synodalność: nowa metoda dla Kościoła

Synodalność jest jedną z najważniejszych koncepcji pontyfikatu Franciszka. Była ona promowana stopniowo, ostatecznie stając się rdzeniem szeroko zakrojonego procesu o zasięgu globalnym. Dla papieża nie jest to jedynie dostosowanie instytucjonalne, ale głęboka zmiana eklezjologiczna: nowy sposób myślenia o Kościele i życia w nim.

Termin „synodalność” dosłownie znaczy ‘kroczenie razem’ (sýn-hodós), jednak u Franciszka nabiera o wiele szerszego znaczenia. Kluczowym tekstem jest tu mowa z okazji 50. rocznicy powołania Synodu Biskupów, wygłoszona przez papieża 17 października 2015 r.: nakreślił on w niej swoją koncepcję Kościoła synodalnego oraz wewnętrznej redystrybucji władzy.

Krytyka klerykalizmu: wskazanie wroga

Aby wprowadzić swoją reformę, Franciszek wskazuje wroga, z którym należy się zmierzyć: klerykalizm. Przedstawia go jako chorobę, która niszczy Kościół i utrudnia wiernym udział w jego życiu54. Niewątpliwie odnosi się przy tym do pewnych realnych nadużyć: kastowej dumy, odczuwanej przez duchowieństwo pokusy do dominacji oraz braku autentycznej miłości duszpasterskiej.

Jednak jego krytyka sięga dalej. Potępiając klerykalizm w sposób ogólny, Franciszek kwestionuje samo wykonywanie świętej władzy ustanowionej przez Chrystusa.  W ten sposób termin „klerykalizm” staje się bronią retoryczną, która uzasadnia redefiniowanie władzy w Kościele: walka z tym złem legitymizuje przekazywanie władzy świeckim i reorganizację hierarchii.

Paradoksalnie, papież – często oskarżany o autorytaryzm – występuje przeciwko tyranii duchownych, aby zaprowadzić bardziej otwarty system rządów.

„Wszyscy, wszyscy, wszyscy”: inkluzywność jako zasada

To ulubione wyrażenie Franciszka wielokrotnie pojawia się w późniejszych latach jego pontyfikatu. Wyraża ono niecierpliwe żądanie całkowitej integracji: nikt nie może być wykluczony z życia Kościoła! Ani osoby rozwiedzione, które zawarły ponowne związki, ani osoby w znajdujące się w „sytuacjach nieregularnych”, ani nawet ludzie żyjący w okolicznościach obiektywnie sprzecznych z zasadami moralnymi… Kościół zawsze musi być otwartym domem Ojca55.

To naleganie jest zgodne z wcześniej omówioną koncepcją miłosierdzia; rozumiane jako bezwarunkowa otwartość, staje się ono nadrzędną zasadą duszpasterstwa. Synodalność jest niczym innym jak tylko instytucjonalnym wyrazem tej logiki, dążącej do utworzenia struktur ucieleśniających taką inkluzywność. Slogan „Wszyscy, wszyscy, wszyscy” nie jest więc jedynie emocjonalnym apelem – stanowi program reformy, który wymaga redefiniowania kryteriów przynależności do Kościoła.

Pobożność ludowa i „teologia ludu”

Synodalność opiera się również na uznaniu roli pobożności ludowej, który to temat już poruszyliśmy, pisząc o „teologii ludu”. Franciszek w spontanicznych przejawach religijności wiernych widzi znak obecności Ducha. W systemie synodalnym ta pobożność ludowa nie jest już jedynie tolerowana, ale staje się prawomocnym źródłem rozeznania. Lud Boży jest wzywany do wyrażania zbiorowej mądrości, niezależnej od hierarchii56.

Wizja ta pociąga za sobą istotną zmianę. Sam Franciszek posługuje się metaforą piramidy: w tradycyjnym Kościele hierarchia znajduje się na szczycie i prowadzi wiernych; w Kościele synodalnym piramida jest odwrócona: lud zostaje wyniesiony na szczyt, a hierarchia oddana w jego służbę. To odwrócenie jest przedstawiane jako konkretne zastosowanie „współodpowiedzialności” i „uczestnictwa”, postulowanych przez II Sobór Watykański.

Relokacja władzy

Synodalność nie jest jednak jedynie metaforą, ale pociąga za sobą rzeczywistą reorganizację władzy w Kościele. Franciszek wprowadza ją w życie, odnosząc ją do każdej z trzech władz: nauczania, rządzenia i uświęcania.

Władza nauczania

W ujęciu tradycyjnym władza nauczania należy do biskupów pozostających w jedności z papieżem. W ramach swojej reformy Franciszek odwołuje się do formuły nadużytej już przez II Sobór Watykański, wedle której lud Boży jest „nieomylny we wierze”.

Pierwotnie to sformułowanie oznaczało, że wierni uczestniczą w nieomylności Kościoła poprzez przylgnięcie do otrzymanego nauczania. Pod wpływem soboru ta idea została jednak rozszerzona: lud jest obecnie postrzegany jako nosiciel żywej wiary, nawet jeśli nie potrafi precyzyjnie wyrazić jej słowami. Władza nie spoczywa już jedynie na szczycie; znajduje się również u podstaw. Zgodnie z tym poglądem hierarchia nie jest już wyłącznym arbitrem w kwestii doktryny; musi również starać się słuchać i interpretować to, co Duch przekazuje poprzez głos ludu.

Władza rządzenia

Również sposób sprawowania władzy w Kościele jest redefiniowany. Franciszek promuje pojęcie „współodpowiedzialności”, zgodnie z którym władza powinna być współdzielona przez hierarchię oraz wiernych. Ta współodpowiedzialność jest niekiedy opisywana jako „zróżnicowana”, aby wskazać na pewną różnicę między wyświęconymi sługami Kościoła a świeckimi, jednak w praktyce prowadzi to do prawdziwej redystrybucji funkcji57.

Konkretnym przejawem tego procesu jest mianowanie kobiet oraz świeckich na stanowiska kierownicze w dykasteriach Kurii Rzymskiej. Tak właśnie stało się w przypadku Dykasterii ds. Instytutów Życia Konsekrowanego, na której czele została postawiona kobieta – coś, co w tradycyjnej organizacji [kościelnej] byłoby nie do pomyślenia.

Władza święceń i uświęcania

I wreszcie przedmiotem rewizji stał się sakrament święceń. Franciszek podkreśla fundamentalną równość wszystkich ochrzczonych, posuwając się do relatywizacji kapłaństwa urzędowego w odniesieniu do powszechnego kapłaństwa wiernych.

Synodalność postuluje więc podział pewnych świętych funkcji między duchowieństwo a świeckich: niektóre czynności lub decyzje, dotąd zastrzeżone dla duchownych, obecnie mogą być wykonywane przez upoważnionych do tego wiernych. Ten proces prowadzi do zatarcia różnic między nimi, tworząc strukturę horyzontalną, w której wszyscy uczestniczą w dziele uświęcania dusz.

Kościół spłaszczony i horyzontalny

W konsekwencji połączenia tych trzech procesów synodalność prowadzi do radykalnego przeobrażenia. Tradycyjny Kościół posiadał strukturę hierarchiczną: Chrystus powierzył swoją władzę apostołom oraz ich następcom, którzy kierowali powierzoną sobie owczarnią. W Kościele synodalnym ta struktura jest odwrócona i spłaszczona. Władza nie pochodzi już z góry, ale z dołu. Papież i biskupi stają się jedynie koordynatorami czy też moderatorami zbiorowego procesu.

To przeobrażenie idealnie wpisuje się w wizję powszechnego braterstwa: społeczności nie wykluczającej nikogo, w której wszyscy uczestniczą na równi w życiu wspólnotowym, a także horyzontalnego zarządzania opartego na globalnej solidarności, bez hierarchii i wertykalności. Synodalność jawi się więc jako religijne ucieleśnienie omówionych wcześniej zasad, jako skuteczna metoda wdrażania papieskiego projektu w Kościele.

Podsumowanie: kontrowersyjna spuścizna i przyszły dylemat

Po śmierci Franciszka jego spuścizna była oceniana bardzo różnie: z jednej strony mamy do czynienia z entuzjazmem środowisk postępowych, uznających go za autentycznego reformatora, z drugiej natomiast – zaniepokojeniem (a w niektórych przypadkach nawet otwartym sprzeciwem) tych, którzy w jego inicjatywach widzą zerwanie z Tradycją.

Paradoksalnie pomimo tych różnic w ocenie należy stwierdzić, że papież Franciszek był zagorzałym orędownikiem jedności. Wszystkie jego działania były ukierunkowane na ten właśnie cel: zbliżanie ludzi, zbliżanie narodów oraz integrację peryferii.

Pontyfikat o imponującej spójności

W praktyce to dążenie do jedności wyrażało się na dwóch uzupełniających się wzajemnie poziomach: w Kościele – poprzez synodalność jako narzędzie jednoczenia i transformacji oraz w świecie – poprzez ekologię integralną, konkretną przestrzeń umożliwiającą jednoczenie rodzaju ludzkiego.

Jednak poszukiwana jedność nie była jednością, która tradycyjnie stanowi znamię Kościoła – opartą na objawionej prawdzie i przynależności do Mistycznego Ciała Chrystusa. W wizji Franciszka jedność jest osiągana przede wszystkim w historii, na płaszczyźnie horyzontalnej, dzięki współpracy i dialogowi: widzimy, jak Kościół reorganizuje się, aby uczestniczyć w szerokim projekcie światowego braterstwa. Jedność nie jest już rzeczywistością doświadczaną dzięki przylgnięciu do wspólnej prawdy, ale zwieńczeniem drogi, którą należy przebyć razem, pomimo różnorodności wierzeń czy praktyk.

Objawiona prawda nie jest więc już fundamentem jedności, ale jedynie jednym z elementów służących realizacji szerszego, uniwersalnego projektu. Franciszek nie stara się zatem przekonywać poprzez głoszenie uniwersalnej prawdy, ale jednoczyć poprzez działanie – poprzez wspólne projekty oraz symboliczne gesty: przyjmowanie migrantów, ochronę środowiska, walkę z ubóstwem i wykluczeniem – a także popierając wewnętrzną reformę Kościoła.

Niniejsza analiza teologiczna pozwala wyraźnie dostrzec niezwykłą spójność wewnętrzną pontyfikatu Franciszka, opartego na pięciu głównych filarach. Są nimi:

  1. „teologia ludu” – źródło koncepcyjne;
  2. miłosierdzie – siła napędowa w sferze duszpasterskiej i doktrynalnej;
  3. powszechne braterstwo – cel ostateczny;
  4. ekologia integralna – konkretne pole działania;
  5. synodalność – metoda wewnętrznej transformacji Kościoła.

Wspomniana spójność sprawia, że ten system jest niezwykle solidny i bardzo trudno go zakwestionować.

Przyszłość: zerwanie czy ciągłość?

Franciszek nie stworzył tego projektu ex nihilo, a jedynie rozwinął i poszerzył wytyczne zawarte już w dokumentach II Soboru Watykańskiego. Jego pontyfikat stanowi próbę realizacji wizji nakreślonych przez Lumen gentium i Gaudium et spes. Można powiedzieć, że Franciszkowi udało się w pełni wykorzystać ukryty potencjał soboru: w tym sensie spuścizna po nim wpisuje się w ciągłość, która daleko wykracza poza jego osobę. Powrót do bardziej tradycyjnej koncepcji Kościoła wymagałby (od współczesnej hierarchii – przyp. red. WTK) czegoś więcej niż tylko skorygowania pojedynczych elementów – oznaczałby konieczność rozpatrzenia całego systemu od samych jego podstaw.

Siła projektu Franciszka leży właśnie w jego spójności i głębokim zakorzenieniu w myśli soboru. Wyprowadzenie Kościoła z obecnego impasu nie będzie więc łatwe. Wydaje się jasne, że w obliczu takiego dziedzictwa papież Leon XIV stoi obecnie przed rozstrzygającym wyborem:

  • kontynuować proces zapoczątkowany przez sobór i rozwinięty przez Franciszka, innymi słowy: nadal reformować Kościół w duchu synodalności i promować powszechne braterstwo, aby zjednoczyć ludzkość w pokoju i sprawiedliwości, w służbie „wspólnego domu”,

albo

  • powrócić do misji Kościoła postrzeganego jako arka zbawienia, przekazywać objawioną prawdę i prowadzić rodzaj ludzki do Trójcy Przenajświętszej poprzez Jezusa Chrystusa – co wymagałoby zerwania ze spuścizną po Franciszku oraz z fundamentalną orientacją samego soboru.

Zasługą pontyfikatu Franciszka jest uświadomienie konieczności dokonania tego wyboru. Przyszłość pokaże, czy spuścizna po nim zostanie przez jego następcę utrwalona i pogłębiona, czy też ponownie rozpatrzona i skorygowana – wraz z jej szkodliwymi zasadami; w żadnym razie nie wolno jej ignorować.

Menzingen, 4 października 2025
we wspomnienie św. Franciszka z Asyżu

Źródło

Zobacz też

Przypisy

  • 1Różne nurty teologii wyzwolenia, które pojawiły się w latach 70. XX wieku, mają swoje źródło w Radzie Biskupów Ameryki Łacińskiej (CELAM) w Medellin. Pragnąc doprowadzić do radykalnych przemian społecznych, propagowały one zwłaszcza reinterpretację Pisma św. – przede wszystkim Ewangelii – w świetle socjologii marksistowskiej.
  • 2„Doszło do tego, że próbuje się klasyfikować wszystkie jednostki, grupy, społeczeństwa i rządy w oparciu o podział dwubiegunowy: «populistyczny» lub «niepopulistyczny»”. Fratelii tutti, par. 156. Wszystkie cytaty z encykliki Fratelii tutti za: https://www.vatican.va/content/francesco/pl/encyclicals/documents/papa-francesco_20201003_enciclica-fratelli-tutti.html
  • 3Fratelli tutti, par. 157.
  • 4Ibidem, par. 158.
  • 5Por. Fratelli tutti, par. 159.
  • 6Locus (l.mn. loci, łac. ‘miejsce’) to uznane przez Kościół źródło, z którego teologowie czerpią elementy Objawienia, aby rozwijać teologię. Za loci są uznawane Pismo św., Tradycja i liturgia.
  • 7W Laudato si (par. 145) Franciszek stwierdza, że zniknięcie tubylczej kultury ma większe znaczenie od wymarcia gatunków roślin lub zwierząt, ponieważ oznacza zniszczenie wyjątkowego wyrazu Mądrości Bożej ucieleśnionej w historii ludzkiej.
  • 8To znaczy zakładający, że najważniejsze jest to, co jest nam dane w przeżyciu wewnętrznym, a więc subiektywne – przyp. red. WTK.
  • 9Politique et société, wywiad-rzeka z socjologiem Dominikiem Woltonem, opublikowany w 2017 r. Mamy tu do czynienia z klasycznym modernizmem, jednak o rozszerzonym zakresie: logiczną transpozycją danych z indywidualnego doświadczenia na doświadczenie i kulturę całego narodu. W ten sposób „religijność” staje się fundamentem „religii” – choć oczekiwać należałoby raczej czegoś odwrotnego.
  • 10Evangelii gaudium, par. 53. Cytaty z Evangelii gaudium za: https://www.vatican.va/content/francesco/pl/apost_exhortations/documents/papa-francesco_esortazione-ap_20131124_evangelii-gaudium.html
  • 11Homilia wygłoszona w Redipuglia 13 września 2014.
  • 12Evangelii gaudium, par. 25.
  • 13Ibidem, rozdz. 1.
  • 14Ibidem, rozdz. 3.
  • 15Ibidem, par. 37.
  • 16Od 8 grudnia 2015 do 20 listopada 2016.
  • 17Gaude Mater Ecclesia, przemówienie otwierające II Sobór Watykański, 11 października 1962.
  • 18Misericordiæ vultus, par. 14. Cytaty z Misericordiæ vultus za: https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/franciszek_i/bulle/misericordiae-or_11042015
  • 19List 169, par. 15.
  • 20Por. Misericordiæ vultus, par. 19.
  • 21Evangelii gaudium, par. 176.
  • 22Ibidem, par. 183.
  • 23Ibidem, par. 187.
  • 24Ibidem, par. 190.
  • 25Ibidem, par. 65.
  • 26Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauczania społecznego Kościoła par. 157, w Evangelii gaudium par. 190.
  • 27Jan Paweł II, adhortacja posynodalna Ecclesia in America, 22 stycznia 1999, par, 27; w Evangelii gaudium par. 182.
  • 28Evangelii gaudium, par. 202.
  • 29Misericordiæ vultus, par. 23.
  • 30Ibidem.
  • 31Arcybiskup Tegucigalpy (stolicy Hondurasu) w latach 1993–2023, od 2001 r. kardynał.
  • 32Kard. Walter Kasper, L’Évangile de la famille, Les éditions du Cerf, Paris 2014, s. 55.
  • 33https://www.vatican.va/content/francesco/pl/travels/2019/outside/documents/papa-francesco_20190204_documento-fratellanza-umana.html
  • 34Fratelli tutti, par. 94.
  • 35Ibidem, par. 30.
  • 36Ibidem, par. 136.
  • 37Ibidem, par. 135.
  • 38Ibidem, par. 27.
  • 39Evangelii gaudium, par. par. 235–236.
  • 40Fratelli tutti, par. 137.
  • 41Ibidem, par. par. 172–175.
  • 42Por. Laudato si, par. par. 18, 54, 56.
  • 43Ibidem, par. 20–22, 48. Cytaty z Laudato si za: https://www.vatican.va/content/francesco/pl/encyclicals/documents/papa-francesco_20150524_enciclica-laudato-si.html
  • 44Ibidem, par. par. 70, 91, 117.
  • 45Ibidem, par. par. 137–139.
  • 46Ibidem, par. par. 141–142.
  • 47Ibidem, par. par. 48–52.
  • 48Ibidem, par. 158.
  • 49Ibidem, par. 192.
  • 50Ibidem, par. 175.
  • 51Ibidem, par. par. 216–220.
  • 52Ibidem, par. par. 233–242.
  • 53Ibidem, par. 1.
  • 54Evangelii gaudium, par. 102.
  • 55Ibidem, par. 47.
  • 56Ibidem, par. par. 122–126.
  • 57Ibidem, par. 32.

Jak czytać Pismo Święte

Zawsze Wierni nr 1/2026 (242) czyli : piusx/zawsze_wierni

ks. Piotr Dzierżak FSSPX

Od Redakcji

Drodzy czytelnicy, Pismo Święte wraz z jego właściwym rozumieniem stanowić powinno dla każdego katolika zagadnienie kluczowe. Jest tak pomimo tego, że – w przeciwieństwie do protestantów – nie ograniczamy zakresu Bożego Objawienia (zakończonego wraz ze śmiercią św. Jana Apostoła) jedynie do słowa spisanego w księgach biblijnych. Pamiętamy bowiem o Tradycji, a więc o przekazie ustnym. Mimo to powodów, dla których, właśnie jako katolicy, powinniśmy bardzo zabiegać o poznanie treści Pism i odpowiedniej ich wykładni, wymienić można wiele; ograniczmy się tym razem tylko do tych dwu najistotniejszych.

Po pierwsze sam Kościół katolicki od początku swego istnienia otaczał Pismo Święte wielką czcią, czyniąc je skarbnicą teologicznej mądrości oraz źródłem formuł liturgicznych, a tym samym podstawą dla chrześcijańskiego życia.

W rzeczywistości Kościół, będąc Mistycznym Ciałem Chrystusa – czyli Słowa Wcielonego – zawsze żyje (nieustanną modlitwą), oddycha (świętą liturgią), myśli (formułami teologicznymi), mówi (aktami Magisterium)… a wszystko to poprzez słowa Pisma, rzec można: Słowa jakby wcielonego w ludzki język i alfabet.

Stąd nie było nigdy świętego, nawet najmniejszego prostaczka, który by ksiąg świętych nie starał się gorliwie poznawać i zrozumieć.

Jest jednak jeszcze i drugi powód: otóż wiele spośród historycznych herezji zapoczątkowanych zostało przez fałszywe i jednostronne interpretacje tekstów biblijnych. Zapewne też nie było i nie ma takiego błędu doktrynalnego, którego nie dałoby się „uzasadnić” przez odniesienie do Biblii. To z kolei pokazuje wagę właściwej interpretacji tej księgi.

Przez wieki Pismo Święte w świecie chrześcijańskim było jedną z najczęściej czytanych ksiąg, biblijnej tematyki również dotyczyły kazania i dzieła sztuki sakralnej – w rezultacie powszechnie znano opisane w nim postacie i historie. Nasza święta księga cieszyła się taką estymą, że dysponujący lepszą pamięcią, a przede wszystkim wykształceniem, potrafili nawet cytować większe partie tekstu. Dziś, pomimo wielości przekładów, Biblia wcale nie jest zbyt dobrze znana, a już na pewno nie jest dobrze rozumiana – na co niewątpliwie wpłynął upadek homiletyki spowodowany brakiem dobrego wykształcenia teologicznego u większości kapłanów uformowanych w ramach novus ordo. W praktyce duchowej wielu współczesnych katolików natchnione przez Boga Pisma ustępują popularności książkom dotyczącym rozmaitych objawień prywatnych, których prawdziwość jest nierzadko wątpliwa, a przy tym prawie zawsze trudna do weryfikacji. Stanowi to pewnego rodzaju paradoks, zresztą niejedyny. Inny polega na tym, że propagandzie modernizmu zasadniczo udało się wtłoczyć katolikom do głowy czysto protestanckie przekonanie o łatwości interpretowania Pisma Świętego, podczas gdy każdy znający nieco realia wie, że jest dokładnie odwrotnie – tekst natchniony jest trudny i tajemniczy. Kryje w sobie wiele zagadek, nie będąc przeznaczonym do prywatnego roztrząsania.

Rodzi to zresztą trzeci paradoks: z powodu ewidentnego deficytu dobrych, ortodoksyjnych i teologicznie głębokich komentarzy można zaobserwować – i to nawet pośród tradycyjnych katolików – tendencję do sięgania po dzieła współczesnych, niestety nominalnie tylko katolickich, biblistów. A te są niestety w wysokim stopniu nasiąknięte modernizmem…

Odpowiadając na powyżej opisane paradoksy i wynikające z nich potrzeby, oddajemy w ręce Czytelników pierwszy w historii czasopisma „Zawsze Wierni” numer niemal w całości poświęcony zagadnieniu Pisma Świętego, licząc na życzliwe przyjęcie, a przede wszystkim na liczne owoce duchowe.

Objawienia Najświętszej Maryi Panny w Quito – dla naszego Czasu.

ks. Karol Stehlin FSSPX, Zawsze Wierni nr 1/2001 (38)

W kazaniu abp. Lefebvre, wygłoszonym z okazji święceń biskupich 30 czerwca 1988 roku, znajduje się następujący fragment:

Niedawno jeden z naszych kapłanów, przeor naszego przeoratu w Bogocie w Kolumbii przyniósł mi książkę o objawieniach Matki Bożej Dobrego Zdarzenia (Nuestra Senora del Buen Suceso), której kościół znajduje się w Quito, w stolicy Ekwadoru; a jest to naprawdę wielki kościół. Wkrótce po Soborze Trydenckim, a więc przed wieloma stuleciami, pewnej zakonnicy klasztoru w Quito objawiała się Najświętsza Maryja Dziewica, która do niej przemawiała. Objawienia te zostały zachowane na piśmie i uznane przez Rzym. Dlatego zbudowano Najświętszej Maryi Dziewicy z Quito wspaniały kościół, a historycy mówią na ten temat, co następuje: kiedy figura Najświętszej Dziewicy była już prawie gotowa, a rzeźbiarz zamierzał stworzyć jej oblicze, stwierdził, że oblicze to w cudowny sposób było już gotowe. Cudowna postać Najświętszej Maryi Dziewicy była tam przez wiernych Ekwadoru czczona z wielką pobożnością. I ta Najświętsza Dziewica z Quito przepowiedziała owej zakonnicy wiele rzeczy mających się zdarzyć w XX wieku, a przy tym powiedziała wyraźnie: w XIX wieku i przez większą część XX wieku w Kościele świętym będą się coraz bardziej rozpowszechniały błędne nauki i pogrążą Kościół w katastrofalnej, absolutnie katastrofalnej sytuacji. Ani się obejrzymy, jak zanikną obyczaje, a wiara wygaśnie. I – wybaczcie, że kontynuuję teraz informację o tym objawieniu, ale mówi ono o pewnym prałacie, który zdecydowanie przeciwstawi się temu zalewowi apostazji, temu zalewowi bezbożności i zachowa kapłaństwo, kształcąc dobrych kapłanów. Możecie to interpretować, jak chcecie, ja tego nie zrobię. Ja w każdym razie byłem zaskoczony, kiedy przeczytałem te linijki, nie mogę zaprzeczyć.

Poniższy artykuł ma za cel przedstawienie całej historii tych objawień. Po raz kolejny przekonujemy się, jaką wielką rolę Pan Bóg powierzył Matce Najświętszej w czasach ostatecznych, a zwłaszcza w okresie aktualnego kryzysu w Kościele. Ta, która jak troskliwa matka, już dawno zapowiedziała to, co się dzieje dziś w Kościele i na świecie, z całą pewnością i teraz nie pozostaje bezczynna, pomaga wiernym katolikom wytrwać w dobrej drodze – a na końcu ona położy kres zalewowi modernizmu.

Źródła historyczne

Matka Najświętsza objawiła się kilkakrotnie przełożonej sióstr Niepokalanego Poczęcia w Quito (stolica Ekwadoru), M. Mariannie Franciszce de Jesús Torres y Berriochoa (1563–1635). źródła historyczne o tych objawieniach dotarły do nas w następujący sposób: z powodu tak niezwykłych wydarzeń kierownik duchowny oraz biskup Quito wymagali od niej w imię posłuszeństwa spisania autobiografii. Tekst ten został aprobowany przez biskupa Piotra de Oviedo, dziesiątego biskupa ordynariusza Quito. Po jej śmierci, kierownik duchowy i spowiednik o. Michał Romero OFM napisał jej biografię. Dokumenty te razem z życiorysami wszystkich innych sióstr założycielek klasztoru w Ekwadorze zachowane są w wielkim tomie pt. El Cuadernon. Na podstawie tego źródła o. Manueal Souza Pereira, prowincjał Ojców Franciszkanów w Quito, napisał w 1790 roku książkę pt. Cudowny żywot Matki Marianny de Jesús Torres, hiszpańskiej zakonnicy i jednej z założycielek Królewskiego Klasztoru Niepokalanego Poczęcia w mieście św. Franciszka de Quito.

Dzieło to przetłumaczyła na język angielski w 1988 r. Marianna Teresa Horvat, która wydała książkę na temat objawień Matki Bożej1.

Wizjonerka: Marianna de Jesús Torres

Marianna Franciszka urodziła się w Hiszpanii 1563 roku jako pierwsze dziecko gorliwej katolickiej rodziny. Z powodu jej głębokiej pobożności, została dopuszczona do I Komunii już 8 grudnia 1572, kiedy miała zaledwie 9 lat2. Podczas Komunii Marianna otrzymała łaskę powołania oraz wewnętrzną pewność, że będzie przeznaczona na misje.

W 1577 roku opuściła Hiszpanię razem z ciotką, matką Marią de Jesús Taboada i czterema innymi zakonnicami, aby założyć klasztor w stolicy Ekwadoru. Rozpoczęła tam swe życie zakonne, które płynęło wedle ówczesnych zwyczajów w atmosferze surowych umartwień. Matki założycielki były zachwycone „doskonałym przestrzeganiem reguł zakonnych i praktyką cnót” młodej nowicjuszki, inne siostry jednak okazywały zazdrość, prześladowały ją i rozsiewały oszczerstwa.

Dwukrotnie zmarła i powróciła do życia. Po śmierci pierwszej przełożonej w 1593 roku, została wybrana na przeoryszę. Było to w chwili, kiedy w Quito wybuchła rewolucja, której skutki miały dotknąć również zakony. Właśnie wówczas pewna zakonnica, zwana La Capitana, z pomocą niektórych duchownych zawiązała spisek przeciw przełożonej i razem z innymi siostrami domagała się złagodzenia reguły i zwolnienia od kierownictwa duchowego Ojców Franciszkanów, uważanych za bardzo gorliwych i surowych zakonników.

W tej trudnej sytuacji matka Marianna uciekła się do modlitwy. Wówczas Matka Boża ukazała się jej po raz pierwszy i powiedziała: „Jestem María del Buen Suceso, Królowa nieba i ziemi. Przyszłam, aby pocieszyć twoje udręczone serce! Szatan próbuje zniszczyć to Boże dzieło, posługując się Moimi niewiernymi córkami, lecz nie osiągnie celu, bo Ja jestem Królową zwycięstwa i Matką Dobrego Zdarzenia, i pod tym tytułem pragnę być znana dla zachowania Mego klasztoru i jego mieszkańców”.

Wkrótce po tej wizji wspólnota wybrała nową przełożoną, pod której rządami reguła zakonna została złagodzona; ścisłe milczenie zanikło. S. Marianna próbowała przekonać nową przełożoną o niebezpieczeństwach płynących z takiego postępowania, co ściągnęło na nią gniew pozostałych sióstr. Po raz kolejny dotknęły ją oszczerstwa i kłamstwa, a co gorsza, wikariusz generalny zgodził się na wysłanie jej do więzienia pod zarzutem nieposłuszeństwa. Dobre siostry, które ogromnie cierpiały z powodu tak rażącej niesprawiedliwości, również zostały uwięzione; było ich razem 25.

W ciągu następnych pięciu lat s. Marianna, która trzykrotnie została uwięziona na dłuższy czas, otrzymała wiele szczególnych łask, miała też wizje Matki Bożej, która pokazała jej przyszłość klasztoru oraz Ekwadoru. Kazała też wykonać figurę Matki Bożej Dobrego Zdarzenia i umieścić ją na tronie przełożonej zakonu na znak, że to ona jest Panią klasztoru: „W mojej prawej ręce umieść pastorał oraz klucze jako symbol mojej władzy oraz znak, że klasztor jest moją własnością”.

Na koniec matka przełożona zrozumiała niewłaściwość swojego postępowania wobec sióstr założycielek, uwolniła je i zrezygnowała ze swego urzędu. Wówczas biskup Quito kazał przeprowadzić przesłuchanie w sprawie oskarżeń przeciwko siostrom. Kiedy okazało się, że został wprowadzony w błąd przez oszczerstwa, kazał aresztować główną odpowiedzialną za zamęt – siostrę La Capitanę. Ta nie przyznała się jednak do winy, odmówiła przyjęcia pokarmu i poczęła bluźnić. Wtedy matka Marianna poprosiła biskupa o pozwolenie na przeniesienie zbuntowanej siostry do infirmerii klasztornej, gdzie sama opiekowała się nią, pomimo że w zamian doświadczała jedynie przekleństw i zniewag. Obawiając się o życie wieczne tej siostry, matka Marianna gorąco prosiła Pana Jezusa o uratowanie jej duszy. Zrozumiała wtedy, że jej prośba będzie wysłuchana, jeśli zgodzi się na przeżywanie duchowo pięciu lat kar piekielnych. Od razu wyraziła na to zgodę, a krótko później La Capitana nawróciła się, odbyła spowiedź generalną i stała się wzorem pokory i pobożności do końca życia. Zmarła rok po śmierci matki Marianny.

Tymczasem m. Marianna musiała wypełnić obietnicę: podczas pięciu lat czuła się jak potępiona i odrzucona przez Boga, którego tak bardzo umiłowała; przeżywała duchowo męki dusz potępionych.

Wizja profanacji Sakramentów świętych

20 stycznia 1610 roku Matka Boża objawiła się jej znowu i powiedziała między innymi: „Wiedz, że od końca XIX, a szczególnie w XX wieku namiętności wybuchną i dojdzie do zupełnego zepsucia obyczajów, bo Szatan prawie całkowicie panował będzie przez masońskie sekty. Aby do tego doprowadzić, skupią się one szczególnie na dzieciach. Biada dzieciom w owych czasach! 
Trudno będzie przyjąć sakramenty chrztu i bierzmowania. Wykorzystując osoby posiadające władzę, diabeł starać się będzie zniszczyć sakrament spowiedzi (…) To samo będzie z Komunią świętą. Niestety! Jak bardzo zasmuca Mnie, że muszę ci wyjawić tak liczne i okropne świętokradztwa – tak publiczne jak i tajne – popełnione z powodu profanacji Najświętszej Eucharystii! W czasach tych wrogowie Chrystusa, zachęcani przez diabła, często kraść będą z kościołów konsekrowane Hostie, aby bezcześcić Postacie Eucharystyczne. Mój Najświętszy Syn widzi samego siebie rzuconego na ziemię i zdeptanego przez nieczyste nogi”. Dalej mówi Matka Najświętsza o lekceważeniu sakramentu ostatniego namaszczenia, przez co wiele dusz pozbawionych będzie pocieszenia i łask w decydującej chwili śmierci. „Sakrament małżeństwa, symbolizujący związek Chrystusa ze swoim Kościołem, będzie przedmiotem ataków i profanacji w najściślejszym znaczeniu tego słowa. Masoneria, która będzie wówczas sprawować rządy, zaprowadzi niesprawiedliwe prawa mające na celu zniszczenie tego sakramentu, a przez to ułatwi każdemu życie w stanie grzechu, oraz spowoduje wzrost liczby dzieci urodzonych w nielegalnych związkach, nie włączonych do Kościoła. Duch chrześcijański szybko upadnie, drogocenne światło Wiary zgaszone będzie do tego stopnia, że nastąpi prawie całkowite zepsucie obyczajów. Skutki zeświecczonego wychowania będą się nawarstwiać, powodując m. in. niedostatek powołań kapłańskich i zakonnych.

Sakrament kapłaństwa będzie ośmieszany, lżony i wzgardzony. Diabeł prześladować będzie szafarzy Pana w każdy możliwy sposób. Będzie działać z okrutną i subtelną przebiegłością, odwodząc ich od ducha powołania i aby uwodząc wielu. Owi zdeprawowani kapłani, którzy zgorszą chrześcijański lud, wzbudzą nienawiść złych chrześcijan oraz wrogów Rzymskiego, Katolickiego i Apostolskiego Kościoła, którzy zwrócą się przeciwko wszystkim kapłanom. Ten pozorny tryumf Szatana przyniesie ogromne cierpienia dobrym pasterzom Kościoła.

Poza tym, w owych nieszczęśliwych czasach, nastąpi niepohamowany zalew nieczystości, która popychając resztę ludzi do grzechu, pociągnie niezliczone lekkomyślne dusze na wieczne potępienie. Nie będzie można znaleźć niewinności w dzieciach, ani skromności u niewiast. W owych chwilach największej potrzeby Kościoła, ci, którzy mają mówić, będą milczeć!”. Na koniec Matka Boża ponownie nakazała wykonać figury ku Jej czci.

Cudowna figura Matki Bożej del Buen Suceso

Zaraz po tym objawieniu matka Marianna prosiła biskupa Quito, aby jak najprędzej ustosunkował się do próśb Najświętszej Maryi Panny. Po otrzymaniu jego zgody, powierzyła wykonanie artyście Francisco del Castillo, który nie tylko był doświadczonym rzeźbiarzem, ale także człowiekiem wielkiej cnoty połączonej z głęboką pobożnością maryjną. Kiedy praca dobiegła do końca, zadecydował, że będzie musiał pojechać do Europy, aby znaleźć najlepsze farby do malowania twarzy Madonny. Obiecał powrócić do Quito przed 16 stycznia 1611 roku i ukończyć dzieło. Jednak w nocy przed jego przyjazdem twarz figury została w cudowny sposób pomalowana. Kiedy siostry przyszły wcześnie rankiem na jutrznię, kaplica wypełniona była niebieskim światłem, otaczającym posąg. Kiedy artysta przybył następnego ranka do klasztoru, aby ukończyć pracę, zawołał zaskoczony: „Co widzę? Ta wspaniała rzeźba – to nie moje dzieło. To jest dzieło anielskie, bo coś tak wspaniałego nie mogłoby być stworzone tu na ziemi przez ręce śmiertelnika. Żaden rzeźbiarz, choćby nie wiadomo jak uzdolniony, nie mógł stworzyć takiej doskonałości i nieziemskiej piękności”. Rzeźbiarz potwierdził pod przysięgą autentyczność cudu. Pod spisanym przez niego oświadczeniem widnieje również podpis biskupa Quito, który wkrótce kazał przygotować się przez nowennę na uroczystą intronizację. 2 lutego 1611 roku poświęcił uroczyście cudowną figurę pod wezwaniem Matki Bożej Dobrego Zdarzenia. Rzeźba wniesiona została w uroczystej procesji na wyższy chór kościoła klasztornego na specjalnie przygotowanym tronie. Co roku przenoszona jest w procesji z chóru do głównego ołtarza podczas nowenny poprzedzającej święto Matki Bożej Dobrego Zdarzenia 2 lutego. W ostatnich latach posąg wystawiany jest dla wiernych także podczas miesiąca maryjnego (tj. w maju) i podczas miesiąca Różańca świętego (w
październiku).

Główne objawienie: zgaśnięcie wiecznej lampki i jego znaczenie

Resztę życia matka Marianna spędziła na wewnętrznych i zewnętrznych umartwieniach i ofiarach: chciała stać się ofiarą dla XX wieku, jak o to prosiła ją Matka Najświętsza.

Najważniejsze objawienie siostra Marianna miała o poranku 2 lutego 1634 roku, kiedy to podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem nagle zgasła paląca się przed ołtarzem wieczna lampka. Kiedy siostra Marianna próbowała ją zapalić ponownie, Matka Boża objawiła się jej i powiedziała:

„Przygotuj twoją duszę, aby coraz więcej oczyszczona mogła wstąpić w pełnię radości twojego Pana. O, gdyby śmiertelnicy, a szczególnie pobożne dusze poznały, czym jest niebo, co to jest posiadanie Boga, jakże inaczej żyłyby i nie odmawiałyby żadnej ofiary, aby Go posiadać.

Zgaśnięcie lampki klasztornej, które zobaczyłaś, ma wiele znaczeń:

Po pierwsze, przy końcu XIX wieku i podczas dużej części wieku XX powstanie zamęt w tym kraju, będącym wtedy wolną republiką. Wtedy cenne światło wiary zgaśnie w duszach z powodu prawie całkowitego zepsucia obyczajów. Podczas tego okresu będą wielkie fizyczne i moralne klęski, publiczne i prywatne. Niewielka grupa ludzi, która zachowa skarb wiary i cnoty, będzie doznawała okrutnych i niewymownych cierpień oraz przedłużonego męczeństwa. Aby wyzwolić ludzi z niewoli tych herezji, ci, których Mój Najświętszy Syn powołał do wykonania odnowy, potrzebują wielkiej siły woli, wytrwałości, odwagi i ufności w Bogu. Nadejdzie taki moment, kiedy wszystko wydawać się będzie stracone, a wszelkie wysiłki – nadaremne; stanie się tak dlatego, by poddać próbie wiarę i ufność sprawiedliwych, nastąpi wtedy szczęśliwy początek całkowitego odrodzenia.

Po drugie, Moje zgromadzenia opustoszeją, zatopione w otchłani oceanu goryczy i wydawać się będzie, że utoną one w tych różnych wodach nieszczęścia. Ileż prawdziwych powołań zostanie straconych przez nieumiejętne formowanie i brak duchowego kierownictwa!

Trzeci powód, dla którego lampka zgasła, to atmosfera tych czasów, przepełniona duchem nieczystości, jak ohydna powódź, która zaleje ulice, place i miejsca publiczne, do tego stopnia, że prawie już nie będzie na świecie dziewiczej duszy.

Czwartą przyczyną jest to, iż po infiltracji we wszystkich warstwach społecznych, masońskie sekty będą z wielką przebiegłością szerzyć swoje błędy w rodzinach, przede wszystkim po to, by zepsuć dzieci. W tych nieszczęśliwych czasach zło uderzy w dziecięcą niewinność, a w ten sposób powołana kapłańskie będą zaprzepaszczone. Jednak i wtedy będą zgromadzenia zakonne, które podtrzymują Kościół, oraz święci kapłani – ukryte i piękne dusze, którzy będą pracować z energią i bezinteresownym zapałem dla zbawienia dusz. Przeciw nim bezbożni będą toczyć okrutną wojnę, obrzucając ich oszczerstwami, obelgami i nękając, próbując zniechęcić do wypełniania ich obowiązków. Lecz oni, jak solidne kolumny, nie poddadzą się i stawią czoło temu wszystkiemu w duchu pokory i ofiary, w którego będą uzbrojeni mocą nieskończonych zasług Mojego Najświętszego Syna, miłującym ich w najbardziej wewnętrznych głębiach Jego Najświętszego i Najczulszego Serca. Jak bardzo Kościół będzie cierpieć w owej ciemnej nocy! Zabraknie prałata i ojca, który czuwałby z miłością, łagodnością, siłą i przezornością, a wielu utraci ducha Bożego, wystawiając swoją duszę na wielkie niebezpieczeństwo.

Módl się usilnie, wołaj niestrudzenie i płacz nieustannie gorzkimi łzami, w skrytości serca błagając naszego Ojca Niebieskiego, aby z miłości do Eucharystycznego Serca mojego Najświętszego Syna, dla Jego Najdroższej Krwi wylanej z taką hojnością oraz głębokiej goryczy i bólu Jego Męki i śmierci ulitował się nad Swoimi sługami i położył kres tym straszliwym czasom, oraz aby zesłał Kościołowi prałata, który odnowi ducha jego kapłanów.

Tego ukochanego syna, którego Mój Boski Syn i Ja otoczymy szczególną miłością i napełnimy wieloma łaskami: pokory serca, poddania się Bożym natchnieniom, siły, aby mógł bronić praw Kościoła. Damy mu czułe i współczujące serce, którym ogarnie jakby drugi Chrystus wielkich i maluczkich, nie gardząc najbardziej nieszczęśliwymi, którzy będą prosić go o światło i radę w ich zwątpieniach i trudnościach. W jego ręce złożone będą wymiary, by wszystko czynione było zgodnie z wagą i miarą, ku chwale Bożej.

Przed przybyciem tego prałata i ojca, wiele serc osób poświęconych Bogu w stanie kapłańskim i zakonnym wpadnie w oziębłość (…) Popełnione zostaną wszystkie rodzaje zbrodni pociągając za sobą wszelki rodzaj kary: zaraza, głód, konflikty społeczne wewnętrzne i zewnętrzne, apostazja, to wszystko przyczyni się do zatraty licznych dusz. Aby rozproszyć te czarne chmury, przeszkadzające Kościołowi cieszyć się jasnym dniem wolności, wybuchnie straszliwa wojna, w której popłynie krew swoich i obcych, kapłanów i zakonników. Noc ta będzie straszna do tego stopnia, że ludzie będą myśleć, iż zło zatryumfowało.

Wtedy wybije Moja godzina: zdetronizuję pysznego, przeklętego szatana, zetrę go pod moimi stopami i zrzucę w przepaść piekielną. W ten sposób Kościół oraz ten kraj uwolniony zostanie na końcu od jego okrutnej tyranii.

Piąty powód, dla którego zgasła lampa w klasztorze jest taki, że wpływowe osoby z obojętnością patrzeć będą na uciskany Kościół, prześladowaną cnotę i
tryumfującego szatana, nie używając zgodnie z wolą Boga swoich wpływów w celu walki ze złem lub odnowy wiary. I tak ludzie będą stopniowo obojętnieć na żądania Boga, zaakceptują ducha zła i pozwolą się zmieść wszelkim rodzajom występku i grzechu.

Moja droga córko, gdyby przyszło ci żyć w tych okropnych czasach, umarłabyś z bólu widząc, że dokonuje się to, co ci objawiłam. Jednak miłość Mojego Najświętszego Syna i Moja do tej ziemi jest tak wielka, iż chcemy, aby od tej chwili twoje ofiary i dobre uczynki przyczyniły się do skrócenia czasu trwania tej strasznej katastrofy”.

Objawienie Najświętszego Serca Pana Jezusa o kryzysie w Kościele

W ostatnich dziesięciu miesiącach życia matki Marianny, która coraz częściej chorowała i cierpiała, Matka Boża objawiła się jej jeszcze kilkakrotnie. Matka Marianna była wzorem dla całej wspólnoty, ofiarowała wszystkie swoje udręki za Kościół, szczególnie w XX wieku. Pewnego dnia otrzymała łaskę wizji Najświętszego Serca Pana Jezusa, otoczonego małymi, przeszywającymi cierniami, które raniły Je okrutnie. Pan Jezus wytłumaczył jej ich znaczenie: „Rozumiej, że one [ciernie] oznaczają ciężkie i powszednie grzechy moich kapłanów i zakonników, których wyzwalam od świata i wprowadzam do klasztorów. To ich niewdzięczność i obojętność tak okrutnie rani Moje Serce.

Nadchodzą czasy, gdy [Moja] nauka będzie powszechnie znana uczonym i nieuczonym. Będzie się pisać wiele książek na tematy religijne, lecz praktykować te nauki i cnoty będzie niewiele dusz, święci będą rzadkością. Dlatego moi kapłani i zakonnicy popadną w zupełną obojętność. Ich oziębłość zgasi ogień Bożej miłości, w ten sposób ranią Moje Miłujące Serce tymi małymi cierniami, które widzisz. …

Wiedz także, że Boska Sprawiedliwość ześle straszne kary na całe narody, nie tylko za grzechy ludzi, ale także szczególnie za grzechy kapłanów i osób zakonnych – gdyż ci ostatni powołani są, przez doskonałość swego stanu, aby stali się solą ziemi, mistrzami prawdy, powstrzymującymi Boży gniew. Porzucając swą powierzoną przez Boga misję, poniżają siebie do tego stopnia, że w oczach Boga powiększają oni jeszcze surowość kar”.

Ostatnie objawienie Matki Bożej Dobrego Zdarzenia

Po raz ostatni Matka Boża objawiła się m. Marianie 8 grudnia 1634 roku, zapowiadając jej bliską śmierć. Ponownie z naciskiem mówiła o tym, jak ważne są spowiedź i Komunia święta, a także o ciężkiej odpowiedzialności kapłanów. Przepowiedziała różne wydarzenia, które mają mieć miejsce w XIX wieku. Mówiła również o roli klasztorów, w których zachowuje się czystość i umartwienie: „Oczyszczą one atmosferę skażoną przez tych, którzy oddają się najbardziej ohydnym grzechom i namiętnościom”. Na prośbę m. Marianny, aby jej imię pozostało nieznane, Matka Boża odpowiedziała, że dopiero po trzech stuleciach tajemniczego milczenia objawienia te oraz jej imię zostaną ponownie odkryte. Na koniec ostrzegała, że nabożeństwo do Niej „będzie zwłaszcza w XX wieku owocować cudownie w sferze duchowej i doczesnej, ponieważ jest wolą Boga, aby zachować ten Mój tytuł oraz twoje życie dla owego wieku, kiedy zepsucie obyczajów będzie prawie powszechne, a cenne światło wiary niemal zgaśnie”.

16 stycznia 1635 matka Marianna zmarła po przyjęciu ostatnich sakramentów. W 1906 r., podczas remontu klasztoru, została otwarta trumna, w której znaleziono jej nienaruszone ciało. Ω

O kościele w Quito, w którym miało miejsce objawienia Matki Bożej Dobrego Zdarzenia czytaj też na stronie www.ourladyofgoodsuccess.com, gdzie znajduje się m.in. sporo dużych zdjęć świątyni i innych ciekawych materiałów (strona w języku angielskim).

Przypisy

↑Our Lady of Good Success – prophecies for our times, wydawnictwo TIA, Box 23135, Los Angeles CA 90023, USA, I wydanie 1999 r.

↑Do początku XX wieku dzieci otrzymywały I Komunię dopiero od 12 roku życia, albo nawet później. Św. Pius X zadecydował, aby dopuścić dzieci do pierwszej Komunii od chwili osiągnięcia rozumu, jeśli znają postawy katechizmu, szczególnie dot. przyjęcia sakramentów spowiedzi i Komunii św.