Prezydent Ukrainy Wołodymir Zełenski nadał prezydenckim dekretem imię „Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii” ukraińskiej, elitarnej jednostce wojskowej, Centrum Wojskowych Operacji Specjalnych „Północ”. Polski MSZ na ten skandal nie zareagował. Nie wezwał notą dyplomatyczną ambasadora Ukrainy, żeby żądać wyjaśnień. Odezwał się pełniący obowiązki kierownika ambasady RP w Kijowie Piotr Łukasiewicz pisząc, że „każdy naród ma prawo wybrać sobie swoich bohaterów”.
Naprawdę ? To Niemcy mają prawo stawiać pomniki Hitlera, Goebbelsa, Goeringa i innych oprawców i czcić „bohaterów” SS? Zaprotestował izraelski Instytut Yad Vashem, jako, że w mordach wołyńskich zginęło wielu Żydów.
Brak należytej reakcji rozzuchwala Zełeńskiego. Właśnie zapowiedział sprowadzenie z Niemiec szczątków zbrodniarza Stiepana Bandery i uroczysty ich pochówek w kijowskim mauzoleum bohaterów Ukrainy. To już jest bezczelna prowokacja.
Kim byli „bohaterowie” „UPA” ? W lutym 1943 roku, na Wołyniu, we wschodniej części Polski, rozpoczęła się zbrodnicza operacja strategiczna mająca na celu wymordowanie wszystkich Polaków zamieszkujących tamte tereny. Inaczej niż przedstawiają ją i próbują wyjaśnić historycy ukraińscy, nie było to oddolne, spontaniczne działanie ukraińskiego chłopstwa. Była to koncepcja opracowana centralnie, przez dowództwo UPA i przez tę zbrodniczą organizację zrealizowana, przy pomocy ukraińskiej ludności cywilnej.
Apogeum tych zbrodni nastąpiło 11 lipca 1943 roku. W tym samym czasie Ukraińcy zaatakowali 99 polskich wsi. Palono polskie domy, budynki gospodarcze, kościoły, szkoły i budynki użyteczności publicznej. Kobiety, mężczyzn, dzieci i starców zabijano za pomocą broni palnej, a także noży, siekier i narzędzi rolniczych: wideł, łopat, kos i sierpów. Okrutni zbrodniarze zarąbywali dzieci siekierami, nabijali je na widły, a kobietom rozpruwano nożami brzuchy i wyciągano z nich maleństwa. Nikomu nie darowano życia. Nieliczni zdołali uciec z miejsca kaźni. Kościół katolicki traktowano jako symbol trwania polskości. Okrutni siepacze UPA mordowali polskich księży. Gdy podpalali kościoły, księży przybijali gwoździami do płonących drzwi świątyń.
Kiedy Rosja napadła na Ukrainę, my Polacy w odruchu serca, solidarności i empatii otworzyliśmy naszą granicę z Ukrainą. Przyjmowaliśmy do naszych domów i mieszkań ukraińskie kobiety z dziećmi. Zapewniliśmy Ukraińcom zasiłki socjalne, opiekę zdrowotną, edukację dla ich dzieci, wszelkie wsparcie i opiekę, zupełnie za darmo i bezinteresownie. Praktycznie rozbroiliśmy naszą armię wyposażając wojsko ukraińskie w nasz najlepszy sprzęt, broń i uzbrojenie. W naszych magazynach wojskowych pozostały już niemal tylko pepesze, na konopnych sznurkach, z okresu II wojny światowej, a żołnierze sami, za własne pieniądze, musieli kupować sobie buty. Do dzisiaj opłacamy dla ukraińskiej armii starlinki.
Wzięliśmy na utrzymanie Ukrainę. Nasz państwowy budżet utrzymuje dwa państwa i dwa narody. I co nas spotyka? Brak wdzięczności, policzek i plucie nam i naszym bliskim, ofiarom rzezi, holokaustu wołyńskiego przez przywódcę Ukrainy. O ile nasza bezinteresowna, szlachetna pomoc, obywateli, zwykłych ludzi, jest godna podziwu i szacunku, to polityka naszego rządu jest niezrozumiałym i godnym politowania szczytem nieudolności i naiwności.
W stosunkach międzynarodowych istnieje zasada wzajemności. Pozytywne odpowiadanie na ukraińskie żądania bez stawiania warunków jest dowodem braku powagi i kompetencji w prowadzeniu polityki zagranicznej naszego państwa. Nasze rządy dają Ukraińcom coraz więcej niczego nie żądając i niczego nie oczekując. Obecna władza, nielegalnie przyjęła pożyczkę SAFE, bez wiedzy o warunkach jej spłaty, czyli oprocentowaniu tego wielomiliardowego zobowiązania finansowego, które będą spłacać nasze wnuki. W Jakiej wysokości? Tego nie wie nikt. Z tej pożyczki sfinansujemy wojskową produkcję zbrojeniową niemieckich firm, przeznaczoną dla Ukrainy.
Wśród polskich elit politycznych jest bardzo silne i wpływowe lobby pro ukraińskie. Przewodzi jemu premier Tusk i minister spraw zagranicznych Sikorski. Jednak najdalej w bezgranicznej i bezwarunkowej miłości do Ukraińców i ich politycznych aspiracji zaszedł szef sejmowej komisji spraw zagranicznych, Paweł Kowal. To on usprawiedliwiał wojną brak ekshumacji pomordowanych, później blokował dostęp polskim dziennikarzom do drastycznych sytuacji jakie się okazały podczas ograniczonych ekshumacji ofiar bestialstwa UPA. Ostatnio zaś ten pro ukraiński polityk przebąkuje o ustawowej konieczności zmuszenia polskich obywateli do udziału w wojnie na Ukrainie. (sic!).
Prezydent Duda wręczył prezydentowi Zełeńskiemu najwyższe polskie odznaczenie państwowe, Order Orła Białego. Po skandalu z nazwaniem jednostki wojskowej imieniem „bohaterów UPA”, Prezydent Karol Nawrocki zamierza odebrać Ukraińcowi ten order. Prof. Michał Kleiber, kanclerz Kapituły Orła Białego popiera ten wniosek. 8 czerwca, w poniedziałek, Kapituła podejmie w tej kwestii decyzję. Postawa naszego prezydenta jest godna uznania. Niestety stała się ona pretekstem do atakowania prezydenta przez premiera za rzekome eskalowanie napięcia politycznego między Polską, a Ukrainą. Czyli właściwą reakcją na ten skandal byłoby udawanie, że nic się nie stało?
Natomiast przywódca USA wie jak należy rozmawiać z tymi, którzy postępują niewłaściwie. Jak wówczas gdy zrugał Zełenskiego w Gabinecie Owalnym Białego Domu i upomniał, żeby nie pajacował, nabrał pokory i starał się realnie oceniać rzeczywistość, bo nie ma pieniędzy na prowadzenie wojny, uzbrojenia i potrzebnej ilości wojska. A poza tym poradził, żeby na spotkania z prezydentem Stanów Zjednoczony przyjeżdżał ubrany w garnitur i krawat.
W sprawie rzezi wołyńskiej nie chodzi nam o odwet, czy zemstę. Zależy nam na szacunku dla ofiar, prawie do ich godnego pochowania i na prawdzie o tamtej piramidalnej tragedii naszych rodaków. To musi dotrzeć do wszystkich Ukraińców, także do ich prezydenta.
Ustępująca dyrektor wywiadu narodowego USA Tulsi Gabbard ujawniła informacje o finansowaniu przez Waszyngton ponad 120 laboratoriów biologicznych w ponad 30 krajach. Wśród nich znalazły się laboratoria na Ukrainie, które według amerykańskich służb mogły przechowywać niebezpieczne patogeny i były narażone na zagrożenia związane z wojną rosyjsko-ukraińską.
12 czerwca Biuro Dyrektora Wywiadu Narodowego USA opublikowało informacje o wieloletnim finansowaniu przez rząd Stanów Zjednoczonych ponad 120 laboratoriów biologicznych w ponad 30 krajach, w tym obiektów na Ukrainie.
Według Gabbard wiele z tych laboratoriów prowadzi lub prowadziło badania nad patogenami wywołującymi choroby zakaźne. Ujawnione informacje obejmują także laboratoria na Ukrainie, które mogły być narażone na atak, zajęcie lub uszkodzenie w związku z wojną rosyjsko-ukraińską.
Laboratoria w ponad 30 krajach
Biuro Dyrektora Wywiadu Narodowego USA przekazało, że opublikowane materiały mają świadczyć o „długotrwałym” finansowaniu zagranicznych biolaboratoriów przez amerykański rząd. Część z nich miała prowadzić badania z wykorzystaniem niebezpiecznych i wysoce zakaźnych patogenów.
Według ODNI amerykańska wspólnota wywiadowcza już wcześniej ostrzegała przed ryzykiem związanym z jednym z finansowanych przez USA laboratoriów biologicznych na Ukrainie. Obiekt miał prawdopodobnie przechowywać niebezpieczne patogeny i pozostawać podatny na zagrożenia ze strony Rosji.
„Na przykład, Wspólnota Wywiadów ostrzegała wcześniej, że finansowane przez USA laboratorium biologiczne na Ukrainie prawdopodobnie przechowuje niebezpieczne patogeny i jest narażone na długotrwałe zagrożenia ze strony Rosji w postaci ataku, przejęcia lub zniszczenia” — dodano w komunikacie.
Gabbard: informacje były ukrywane
Gabbard stwierdziła, że dowody dotyczące finansowania zagranicznych laboratoriów były przez lata ukrywane przed opinią publiczną. Według niej osoby kwestionujące oficjalne stanowisko były oskarżane o działanie na rzecz obcych państw.
„Pomimo oczywistego potencjału badań nad niebezpiecznymi patogenami w laboratoriach biologicznych do wywołania katastrofalnych skutków na skalę globalną, politycy, tak zwani eksperci zdrowotni, tacy jak były dyrektor Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych Anthony Fauci, oraz przedstawiciele zespołu bezpieczeństwa narodowego administracji Bidena okłamywali Amerykanów co do istnienia laboratoriów biologicznych, finansowanych i wspieranych przez USA. Jednocześnie grozili osobom próbującym ujawnić prawdę” — stwierdziła ustępująca dyrektor wywiadu narodowego USA Tulsi Gabbard.
Gabbard zapowiedziała, że ODNI będzie nadal współpracować z innymi instytucjami federalnymi w celu ustalenia lokalizacji laboratoriów, rodzaju przechowywanych w nich patogenów oraz zakończenia niebezpiecznych badań typu gain-of-function.
„Biuro Dyrektora Wywiadu Narodowego (ODNI) będzie nadal ściśle współpracować z partnerami w całym rządzie, aby ustalić lokalizację tych laboratoriów, rodzaje przechowywanych w nich patogenów oraz zakończyć niebezpieczne badania typu gain-of-function, które zagrażają zdrowiu i dobrobytowi Amerykanów oraz ludzi na całym świecie” — powiedziała Gabbard.
Patogeny i badania typu gain-of-function
W finansowanych przez USA laboratoriach biologicznych miały być prowadzone lub wcześniej prowadzone badania z wykorzystaniem niebezpiecznych patogenów, w tym badania typu gain-of-function. Chodzi o metodę polegającą na modyfikacji organizmu w celu wzmocnienia określonej funkcji biologicznej.
Celem rozporządzenia jest uniemożliwienie wykorzystywania pieniędzy amerykańskich podatników do finansowania badań nad patogenami wysokiego ryzyka w państwach budzących obawy lub krajach pozbawionych odpowiedniego nadzoru.
Wśród instytucji zaangażowanych w sieć współpracy wymieniono m.in. Centers for Disease Control and Prevention oraz amerykańskie uczelnie, w tym University of Florida, University of Alaska, University of Tennessee, University of New Mexico i Kansas State University.
Laboratoria na Ukrainie
Nowo ujawnione informacje obejmują ponad 40 laboratoriów na Ukrainie, które miały być zbudowane lub wspierane przez USA. Według komunikatu część z nich przechowywała patogeny związane z programami broni biologicznej z czasów Związku Radzieckiego.
W materiałach wymieniono kolekcje szczególnie niebezpiecznych patogenów oraz repozytoria drobnoustrojów wywołujących choroby zakaźne. Wśród wskazanych zagrożeń znalazły się m.in. bakterie powodujące brucelozę i wąglik, a także patogeny związane z gruźlicą, afrykańskim pomorem świń, chorobą Newcastle, SARS i Ebolą.
USA miały również finansować ukraińskich naukowców prowadzących badania nad chorobotwórczymi szczepami ptasiej grypy oraz innymi zakaźnymi wirusami w laboratoriach o podwyższonym poziomie zabezpieczeń biologicznych.
Programy po zimnej wojnie i rosyjskie oskarżenia
Przez lata rząd USA finansował zagraniczne projekty w ramach programu Cooperative Threat Reduction, czyli Wspólnej Redukcji Zagrożeń. Program miał służyć zabezpieczaniu obiektów i programów badawczych z okresu zimnej wojny, których korzenie sięgały głównie radzieckich programów rozwijania technologii broni biologicznej i chemicznej.
Część obiektów pozostałych po sowieckich programach znajdowała się w Kijowie, Tbilisi oraz innych miejscach na obszarze byłego Związku Radzieckiego.
Wraz z pogorszeniem relacji Rosji z Zachodem Moskwa coraz częściej oskarżała USA o finansowanie obiektów biologicznych, które miałyby służyć opracowywaniu potencjalnej broni biologicznej. Waszyngton przez lata odrzucał takie zarzuty i wskazywał, że są one elementem rosyjskiej dezinformacji.
W 2023 roku Departament Stanu USA oskarżył Rosję o zwiększenie skali dezinformacji dotyczącej broni biologicznej. Według amerykańskiej dyplomacji Moskwa próbowała w ten sposób odwrócić uwagę od inwazji na Ukrainę, osłabić międzynarodowe poparcie dla Kijowa i usprawiedliwić wojnę.
W maju Gabbard ogłosiła rezygnację z funkcji dyrektor wywiadu narodowego USA. Jako powód wskazano poważną sytuację zdrowotną jej męża.
Reuters podał, powołując się na własne źródło zaznajomione ze sprawą, że Gabbard została zmuszona do rezygnacji przez Biały Dom. Wcześniej pojawiały się informacje o różnicach zdań między nią a Trumpem, między innymi w sprawie Iranu.
Między Kijowem a Warszawą wybuchł ostry spór po tym, jak Wołodymyr Zełenski przemianował ukraińską jednostkę wojskową na „Bohaterów UPA”. UPA – Ukraińska Powstańcza Armia – była ultranacjonalistyczną frakcją, silnie uwikłaną w Holokaust, która podczas II wojny światowej wymordowała nawet 100 000 polskich cywilów. Oprócz upamiętnienia tej masowo mordującej grupy bojowników, w Kijowie ponownie pochowano ciało Andrija Melnyka, przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN-B), będącej siostrą UPA. Podczas uroczystej ceremonii Zełenski oświadczył: „Dziś wszyscy widzimy, że ukraińska idea może przezwyciężyć to, co kiedyś wydawało się absolutnie nie do pokonania. Teraz, gdy jesteśmy na ukraińskiej ziemi, pod naszą ukraińską flagą, przy dźwiękach ukraińskiego hymnu narodowego, oddając należny hołd naszym ukraińskim bohaterom, czujemy w sercach wszystko, przez co Ukraińcy musieli przejść, wszystko, co musiał znieść nasz naród”.
Niewypowiedziane okrucieństwa, jakich Melyk i jego nazistowscy współpracownicy dopuścili się wobec Polaków – a także komunistów, Żydów, Romów i innych „niepożądanych” – zostały oczywiście pominięte. Podobnie ludobójczy nacjonalizm praktykowany i głoszony przez Melynka był przez dziesięciolecia potajemnie promowany i sponsorowany przez anglo-amerykański wywiad, zarówno na Ukrainie, jak i poza nią. Trwający obecnie konflikt zastępczy jest bezpośrednim skutkiem tej mało znanej, widmowej ingerencji, której celem było przede wszystkim promowanie różnic kulturowych i etnicznych oraz wrogości między Rosjanami a Ukraińcami na całym świecie.
Jak ujawnił wcześniej ten dziennikarz, w sierpniu 1957 roku CIA potajemnie opracowała rozbudowane plany inwazji amerykańskich sił specjalnych na Ukrainę. Spisek Agencji, mający na celu upadek Związku Radzieckiego, opierał się w dużej mierze na rekrutacji lokalnych faszystów jako szeregowych. Istotną przeszkodą dla spisku Agencji był jednak fakt, że znaczna część ludności Ukrainy żywiła „niewiele pretensji” do Rosjan lub komunizmu. „Punktów spornych” między Rosjanami a Ukraińcami, które CIA mogłaby wykorzystać do wzniecenia masowego powstania, było niewiele.
Agencja ubolewała nad tym, jak „długa historia unii między Rosją a Ukrainą, ciągnąca się niemal nieprzerwaną linią od 1654 roku do dnia dzisiejszego”, doprowadziła do tego, że „wielu Ukraińców” „przyjęło rosyjski styl życia”. Co więcej, podobieństwo ich „języków, zwyczajów i pochodzenia” oraz „ogromny wpływ” kultury rosyjskiej na Ukrainie sprawiły, że zdecydowana większość Ukraińców odczuwała „niewielki antagonizm narodowy”. Mimo to CIA uważała, że „istnieją istotne żale” i „w sprzyjających warunkach” Ukraińcy będą pomagać amerykańskim najeźdźcom.
W dokumentach planujących inwazję nie wspomniano, że CIA od 1949 roku potajemnie dążyła do stworzenia tych „sprzyjających warunków”. Kluczowym agentem agencji, który posłużył się tym celem, był szef OUN-B, Mykoła Łebed. W 1943 roku zaproponował on „oczyszczenie całego terytorium rewolucyjnego” – dzisiejszej zachodniej Ukrainy – z ludności polskiej, aby uniemożliwić przyszłemu państwu polskiemu roszczenie sobie praw do tego regionu. Powojenny raport kontrwywiadu armii amerykańskiej określił Łebeda mianem „znanego sadysty” i kolaboranta nazistów.
Zalążkiem międzynarodowej faszystowskiej agitacji Łebeda był Prolog, nowojorski dom wydawniczy. Notatka CIA z 1966 roku odnotowała, że ta „organizacja przykrywkowa” Ukraińskiej Najwyższej Rady Wyzwoleńczej (ZP/UHWR) została utworzona w celu prowadzenia „działalności tajnej”. Z aprobatą dodano, że praca Prologa „przyczynia się do ukraińskiego fermentu nacjonalistycznego i intelektualnego oporu wobec sowieckich represji poprzez wykorzystywanie istniejących i promowanie nowych tendencji dewiacyjnych” na Ukrainie. W innym miejscu Agencja oświadczyła, że „ważne jest dalsze podsycanie tego rodzaju manifestacji podziałów”. Wyraźnie zadeklarowanym celem było wywoływanie „nacjonalistycznych wybuchów” w ZSRR: „[ZP/UHWR] zostały wysłane z Ukrainy w 1945 roku przez Ukraińską Najwyższą Radę Wyzwoleńczą, aby nawiązać kontakt z zachodnimi przedstawicielami wywiadu i działać w imieniu ojczyzny… [ZP/UHWR] zorganizowały sieć kolaborantów w całej Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych… poczucie nacjonalizmu jest bardzo żywe. ZP/UHWR wykazały się realizmem w swoim podejściu do spraw operacyjnych i działalności propagandowej”.
Istniejące podejrzenia
Notatka Agencji z końca 1953 roku dokumentuje, jak CIA przez lata nadawała „czarne transmisje radiowe” w języku ukraińskim z tajnej placówki CIA w Atenach w Grecji. „Sowieccy oficjele, radzieckie siły zbrojne stacjonujące na Ukrainie, rdzenna ludność cywilna… ruch podziemny i Ukraińska Powstańcza Armia (UPA)” stanowiły docelową grupę odbiorców liczącą 40 milionów osób, na którą Agencja chciała wywrzeć „znaczący wpływ propagandowy”. Projekt, wyprodukowany przez ultranacjonalistycznych emigrantów, którzy uciekli z Ukrainy po II wojnie światowej, miał na celu podsycanie powstańczej przemocy antykomunistycznej: „Dostarczać dowodów zewnętrznej sympatii i zrozumienia dla narodu ukraińskiego; nasilać niechęć do reżimu poprzez podsycanie urazy, goryczy i nieufności wobec reżimu sowieckiego i jego osobowości; podtrzymywać świadomość narodową wśród Ukraińców i nakłaniać ich do zachowania dumy z indywidualności i dziedzictwa swojej kultury; wywoływać niezadowolenie wśród ukraińskiego personelu wojskowego w radzieckich siłach zbrojnych stacjonujących na Ukrainie; wywoływać i nasilać niezadowolenie ukraińskich władz cywilnych wobec reżimu sowieckiego”.
Publicznie audycje stacji nadawane w USA – w tym ukraińskie pieśni ludowe – były „przypisywane fikcyjnej grupie ukraińskich antykomunistów”. Nie było żadnego „rzeczywistego ani domniemanego związku z jakąkolwiek ugruntowaną ukraińską grupą emigracyjną”. Niezwykle ważne było również ukrycie udziału CIA w tworzeniu i prowadzeniu stacji – „dołożymy wszelkich starań, aby zminimalizować to ryzyko”. Uznano jednak, że zgubne łupy zdobyte w trakcie operacji były warte ryzyka.
„Stworzy to klin, który można będzie wbić głębiej między Sowietami a Ukraińcami i zaostrzy istniejące podejrzenia i antagonizmy między tymi dwiema frakcjami etnicznymi” – oświadczyła CIA. Agencja dążyła również do stworzenia szerszego „klimatu psychologicznego” wśród ukraińskiej publiczności, który byłby „bardziej sprzyjający” innym, prowadzonym równolegle operacjom antyradzieckim. Ponadto przewidywano, że „sowiecka reakcja na transmisje może wskazywać na pewne obszary podatności lub wrażliwości, dotychczas nierozpoznane”, które mogłyby zostać wykorzystane w dalszym ciągu.
Polityka imperialna
Działania CIA mające na celu wspieranie ukraińskiego nacjonalizmu i separatyzmu trwały przez całą zimną wojnę. Za pośrednictwem Narodowej Fundacji na rzecz Demokracji, jawnie działającej jako przykrywka dla CIA, Stany Zjednoczone udzieliły jawnej pomocy Ruchowi (Ludowemu Ruchowi Ukrainy). Ruch, jedna z pierwszych partii opozycyjnych na Ukrainie, jest powszechnie uważany za jedną z pierwszych partii opozycyjnych na Ukrainie, która odegrała kluczową rolę w zapewnieniu „niepodległości” Ukrainy w grudniu 1991 roku. Cztery miesiące wcześniej prezydent USA George H.W. Bush odwiedził Kijów i wygłosił niesławne przemówienie, w którym ostrzegał Ukraińców przed „samobójczym nacjonalizmem opartym na nienawiści etnicznej”.
Jego komentarze rozwścieczyły ukraińskich nacjonalistów i amerykańskich antyradzieckich jastrzębi. Obawy Busha były jednak uzasadnione. W tym momencie Jugosławia gwałtownie się rozpadała , ogarnięta nieustannie brutalnymi, bratobójczymi napięciami. Jego administracja była zatem formalnie zobowiązana do zachowania Związku Radzieckiego w jakiejkolwiek formie i podjęła niefortunne kroki w tym celu. Niepowodzenie tej misji, zbyt małe i zbyt późne, doprowadziło Ukrainę do totalnego konfliktu z Rosją. Zgodnie z długo oczekiwanym przez CIA, „antagonizmy między dwiema frakcjami etnicznymi” są teraz głęboko zakorzenione.
W gorzkim zwrocie akcji, to właśnie dlatego, że zorganizowany przez NED w lutym 2014 roku zamach stanu na Majdanie był prowadzony przez zagorzałych nacjonalistów o nastawieniu antyrosyjskim, większość Ukraińców nie poparła ruchu na Majdanie. Jak zauważono we współczesnej analizie „Washington Post”, Wiktor Janukowycz pozostał „najpopularniejszą postacią polityczną w kraju”, a żaden z przeprowadzonych dotychczas sondaży nie wykazał masowego poparcia dla powstania. Z kolei sondaże wykazały, że „znaczna większość” Ukraińców sprzeciwia się brutalnemu szturmowi władz regionalnych przez powstańców Majdanu.
Wrogość ta była podsycana przez „antyrosyjską retorykę i ikonografię zachodniego nacjonalizmu ukraińskiego… które nie [spełniały] oczekiwań ukraińskiej większości”. „Washington Post” zauważył, że neonazistowska partia Swoboda była na czele Majdanu.
Jej lider Ołeh Tiahnybok chwalił UPA za walkę „z Moskalami [Rosjanami], Niemcami, Żydami i innymi szumowinami”. Jego słowa nie spotkały się z dobrym odbiorem 50% ludności Ukrainy zamieszkującej regiony, które od ponad dwóch stuleci „silnie identyfikują się z Rosją”. „Prawie wszyscy są zrażeni antyrosyjską retoryką i symbolami”: „Antyrosyjskie formy ukraińskiego nacjonalizmu wyrażane na Majdanie z pewnością nie odzwierciedlają ogólnego poglądu Ukraińców. Poparcie wyborcze dla tych poglądów i dla partii politycznych, które je głoszą, zawsze było ograniczone. Ich obecność i wpływy w ruchu protestacyjnym znacznie przewyższają ich rolę w ukraińskiej polityce, a ich poparcie geograficznie ledwo wykracza poza kilka zachodnich prowincji”.
Przenieśmy się do teraźniejszości. W odpowiedzi na gloryfikację ultranacjonalistycznej UPA i jej głównego ludobójcy, Andrija Melnyka, na szczeblu państwowym Ukrainy, prezydent Polski Karol Nawrocki ogłosił, że będzie dążył do pozbawienia Zełenskiego Orderu Orła Białego, najwyższego odznaczenia Warszawy, przyznanego w 2023 roku. Tymczasem premier Donald Tusk przeklął działania ukraińskiego przywódcy, nazywając je „raniącymi naszą wrażliwość historyczną” i „niepokojącymi z punktu widzenia naszych relacji”.
Władze w Kijowie zdają się być całkowicie obojętne na tak rażącą obrazę ich bliskiego sąsiada i sojusznika wojennego. Rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych stwierdził, żeZełenski nie chciał nikogo urazić. „Nasza historia potwierdza, że tylko Moskwa czerpie korzyści ze sporów między Ukraińcami a Polakami” – powiedział. Poza tym, dla ukraińskich żołnierzy „walka UPA symbolizuje wyłącznie sprzeciw wobec imperialnej polityki Moskwy”.
Zgodnie z intencjami CIA, w Donbasie toczą się obecnie dwie przeciwstawne wersje historii. Trudno byłoby wskazać bardziej druzgocący współczesny przykład działania zasady „dziel i rządź”.
Autorstwo: Kit Klarenberg Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz Źródło zagraniczne: ScheerPost.com Źródło polskie: WolneMedia.net
Swoim fankom doradzają: „Jak Ci cipki nie wyliże, no to przestań mu gotować”, po czym wprost przyznają, że chcą „bogatego kutasa”. Autorki tych wulgarnych tekstów to Fagata i Natalisa, wypromowane w przestrzeni publicznej jako raperki. Czy spotyka je ostracyzm za demoralizowanie nieletnich? Nic bardziej mylnego. Zostały sowiecie nagrodzone.
Lista promowanych w Polsce patologicznych dewiantek jest znacznie dłuższa. Popularyzują one agresję, wulgarność, przekleństwa, goliznę, monetyzację seksualności, awantury, mordobicie, pornografię. W nagrodę zapraszane są na wywiady, do programów telewizyjnych, na branżowe wydarzenia w show-biznesie i do reklam.
Często karykaturalne, porobione przez chirurgów plastycznych, wytatuowane, z silikonem w piersiach, ustami napompowanymi botoksem i rzęsami w kształcie miotły. Promują życie polegające na zdobywaniu atencji w internecie, za co zgarniają gruby hajs. Z sondaży wynika, że wiele polskich nastolatek chce pójść w ich ślady.
SEKSUALNOŚĆ NA SPRZEDAŻ
Fagata (Agata Fąk) zaczynała jako influencerka, napędzająca zasięgi na konfliktach oraz zawodniczka freak fightów, gdzie promowana jest przemoc jako rozrywka. Uzyskaną popularność wykorzystała do wkroczenia na platformę OnlyFans, gdzie sprzedaje swoje nagie ciało. Zarobkami chwali się publicznie – w jej wypowiedzi wynika, że po pierwszym miesiącu obecności na „niebieskiej platformie” zgarnęła jakieś 220 tysięcy złotych.
W wypromowaniu patusiary pomogli m.in. Kuba Wojewódzki, zapraszając do swojego programu w TVN (Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji godzi się na to?) czy Dawid Swakowski, autor popularnego podcastu „Żurnalista”, który na swoim kanale gościł także Karola Nawrockiego, Grzegorza Brauna czy Wojciecha Cejrowskiego. Powinno dawać do myślenia, prawda?
Fagata i Natalisa w jednej ze swoich piosenek rapują słowami: „Ej, kutas jest dobry, jak mi od niego odpierdala / Cipka za dobra, żebym każdemu udostępniała / Jesteś fajna suka, to kolejka typów będzie stała / Mówię na swoim przykładzie, mam z czego wybierać mała”. W swoim najsłynniejszym utworze „Fiu, fiu” obwieszczają: „Jestem serio złą suką, ze mną przelot pierwsza klasa / Tak dobrze mnie wyruchał, że się prawie zakochałam”.
Druga z raperek dostała zaproszenie do trzeciej edycji programu TVN „Królowa przetrwania”. Dowiedziałam się o tym przypadkiem, gdyż jako użytkowniczka mediów społecznościowych zostałam zbombardowana nachalnymi rolkami z tego prymitywnego reality-show, choć nigdy nie zaobserwowałam profilu programu.
Influencerka Natalisa (Natalia Sadowska) paradowała przed obiektywem pokazując półnagie pośladki, chwaliła się wibratorem, który zabrała do dżungli czy opowiadała o swojej biseksualności. Program jest przeznaczony dla widzów od 16. roku życia, jednak fragmenty z kontrowersyjnymi wypowiedziami wyświetlają się na Facebooku czy Instagramie nie pytając o wiek użytkowników.
Wulgarne prostaczki rapujące o „cipach” i „kutasach” przypadły do gustu wieloletniemu reprezentantowi Polski w piłce nożnej. Wojciech Szczęsny zaprosił raperski duet na huczną imprezę z okazji 10. rocznicy swojego ślubu, którą zorganizował w Muzeum Historii Polski w Warszawie. Zdjęcia z wydarzenia szeroko obiegły internet, zapewniając Fagacie i Natalisie dodatkową popularność.
TRIUMF ANTYWARTOŚCI
Najnowszą edycję „Królowej przetrwania” wygrała Dominika Rybak – influencerka, której rozpoznawalność podbiły bijatyki się na ringu za pieniądze. 23-latka jest wręcz uwielbiana przez internautki, o czym świadczy ogrom komentarzy w sieci wychwalających swoją idolkę. Wielbicielki zachwycają się tym, że jest „bezpośrednia” i „naturalna”.
Z dziennikarskiego obowiązku przejrzałam profil Rybak na Instagramie. Kobieta ma ciało gęsto pokryte tatuażami i sztuczne usta, trudno więc pojąć, o jakiej naturalności piszą jej fanki. Nowa idolka młodych Polek buduje zdania, wtrącając: kurwa, dupa, zajebiście, wpierdol, gówno, napierdalać, chuj etc. W nagrodę dostaje liczne kontrakty reklamowe, w ramach których zachęca swoich fanów do kupowania ciuchów, kosmetyków, gadżetów.
Z fragmentów nagrań „Królowej przetrwania” zalewających social-media wynika, że Rybak była w programie agresywna, wulgarna, oszukiwała w konkrecjach i brała udział w linczu na jednej z uczestniczek. Opłaciło się – zgarnęła kasę za wygraną, została nową gwiazdą TVN-u, udziela wywiadów, bryluje na ściankach i gości w telewizji śniadaniowej.
Flagowy reality show TVN zaprasza popularne influencerki, które najczęściej promują patologię. Dla przykładu, w pierwszej edycji programu uczestniczyła Marta Linkiewicz. Rozgłos zdobyła w 2015 roku. Jako nastolatka poszła z koleżanką na koncert amerykańskich reperów z grupy Rae Sremmurd, a następnie chwaliła się w mediach społecznościowych, że uprawiała z nimi seks grupowy. „Z tym się jebałam, a temu ciągnęłam” – wyznała przyszła celebrytka.
W drugiej edycji „Królowej przetrwania” wystąpiła m.in. Marianna Schreiber, była żona polityka PiS Łukasza Schreibera. To właśnie stacja TVN w dużej mierze przyczyniła się do jej zaistnienia w show-biznesie – najpierw umożliwiając jej udział w programie „Top Model”, a następnie dwukrotnie zapraszając ją na kanapę do programu Kuby Wojewódzkiego.
Kobieta buduje swój kontent na epatowaniu seksualnością, romansach, regularnych pyskówkach, publicznym praniu brudów, wyzwiskach, biciu innych kobiet we freak fightach oraz nieustannym prowokowaniu. Najwięcej kontrowersji budzi fakt, że deklaruje publicznie przywiązanie do tradycyjnych i chrześcijańskich wartości, podczas gdy w praktyce totalnie im zaprzecza.
Do promowania zakłamanej atencjuszki przyczyniła się także Monika Jaruzelska, zapraszając ją dwukrotnie na wywiad. Dziennikarka podejmowała z Marianną Schreiber tak „ambitne” tematy jak operacja powiększenia piersi w tureckiej klinice. Innym razem do promocji Schreiber przyczyniał się Krzysztof Stanowski, również zapraszając ją na wywiady.
Marianna Schreiber dostała też własne programy – najpierw w „Super Ekspresie”, a następnie w internetowej telewizji wPolsce24, blisko związanej z partią polityczną Prawo i Sprawiedliwość.
CEL DEPRAWACJI
Pod koniec 2025 roku Fundacja Inspiring Girls Polska opublikowała wyniki badania „Młodzi i przyszłość. Aspiracje edukacyjne i zawodowe dziewczyn i chłopców w Polsce”. Raport oparto na badaniu ilościowo-jakościowym przeprowadzonym w okresie 13 czerwca–22 sierpnia 2025 r. na próbie 600 dzieci w wieku 11–17 lat, dobranej tak, by była reprezentatywna pod względem płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania.
Wśród respondentek, zwłaszcza w grupie 15–17 lat, influencerka/youtuberka znajduje się wśród najczęściej wskazywanych wymarzonych zawodów. Uważam, że przyczyniły się do tego nie tylko wyżej wymienione patocelebrytki – i cała rzesza im podobnych – ale także każdy kto je wypromował w swoich programach. Jest to celowa i metodyczna robota.
Niestety nie zauważam stanowczego sprzeciwu. Co gorsza, z każdym kolejnym dniem wyłaniają się kolejne szokujące zachowania idolek dzisiejszych nastolatek. Dla przykładu, na epatowanie wulgarnością postawiła wylansowana na gwiazdę młodego pokolenia Helena Englert, córka aktorskiej party Beaty Ścibakówny i Jana Englerta, wieloletniego dyrektora artystyczna Teatru Narodowego w Warszawie.
Duma swoich rodziców, po wystąpieniu w kilku filmach i serialach, zaczęła budować karierę influencerki, a następnie zajęła się śpiewaniem. Oto słowa jednej z jej piosenek: „Raz, dwa, trzy, cztery, wypierdalaj! Milcz! Wystarczy, nie słucham. Milcz, kurwa, nie krzycz mi do ucha”. Jej muzyczną twórczość podbijają obsceniczne i wyuzdane teledyski.
Wyżej wymienione kobiety za swoją deprawującą aktywność dostają profity: programy w telewizji, zaproszenia na liczne wywiady i popularne wydarzenia, kontrakty reklamowe. Ja w tym samym czasie za moją dziennikarską aktywność doświadczam wykluczenia.
Przykładem jest spektakularne wyrzucenie mnie (jako autorki książki „Holokaust Palestyńczyków”) wraz z wydawnictwem 3DOM z Targów Wydawców Katolickich. Podeszła do nas w asyście ochrony pracownica administracji Zamku Królewskiego w Warszawie i kazała się wynosić, bo nie podobały się jej nasze książki. Najbardziej rozwścieczyło ją to, że w ofercie mieliśmy „Protokoły Mędrców Syjonu”. Według oficjalnej narracji wspomniana pozycja z początku XX wieku jest falsyfikatem.
Sęk w tym, że zawiera ona opis instrukcji, która realizuje się na naszych oczach. Zgodnie z wytycznymi zapisanymi w „Protokołach”, w celu podporządkowania narodów należało przejąć między innymi kontrolę nad mediami i kulturą, aby wpływać na społeczeństwo. Szeroko pojęta „rozrywka” ma kształtować postawy, a szczególnie młodzież, będącą elementem „podatnym” na taki wpływ.
Dlaczego to robią i jaki jest ich cel? Prowadzą wobec nas bezwzględną wojnę napastniczą, którą jako naród polski zdecydowanie przegrywamy. Daliśmy się podejść, bo nie zrozumieliśmy w porę, że wojen nie prowadzi się jedynie z użyciem bomb i czołgów.
W sobotę 13 czerwca ulicami Warszawy przejdzie marsz ku czci niemoralności i wynaturzeń. Tak zwana Parada Równości przeciągnie przez Śródmieście.
Centrum Warszawy będzie nieledwie sparaliżowane od wczesnych godzin rannych, by umożliwić swobodne przejście homo-, bi- czy transseksualistom – i najpewniej również satanistom.
W ubiegłym roku na tym nieszczęsnym wydarzeniu doszło do otwartej proklamacji satanizmu i pochwały mordowania. Jeden z uczestników przebrał się za szatana, a na głowę założył sobie sztuczne oderwane nogi dziecka. Chciał w ten sposób pokazywać wsparcie dla zabijania dzieci w aborcjach.
Pomimo tego, policja nie interweniowała, a ten antyludzki incydent nie wzbudził oburzenia magistratu. Kiedy odbywa się Marsz Niepodległości, wściekłość władz budzi byle raca; kiedy odbywa się Parada Równości, manifestacja satanizmu i pochwała mordu jest przyjmowana milczeniem.
Mieszkańcy Warszawy powinni dziś omijać zwłaszcza ulice: Świętokrzyską, Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście, Miodową, Senatorską, Plac Teatralny, Marszałkowską. To właśnie tamtędy będzie przeciągać kolumna LGBT. Według zapowiedzi, manifestacja rodem z Sodomy ma zakończyć się około 16:30.
W tym dniu warto przeprosić Boga za grzechy i wynagrodzić Mu zgorszenie aktem miłosierdzia bądź pokuty.
Amerykanin Jon Ossoff, pełniący funkcję senatora z amerykańskiego stanu Georgia, postanowił podsumować elastyczność decyzji prezydenta Donalda Trumpa w okresie trwającej wojny z Iranem.
„Wojna z Iranem jest największym błędem w polityce od czasu wojny z Irakiem. Ta wojna, tak samo jak wojna z Irakiem, zbudowana została na kłamstwach. Zacytujmy to, co zostało utrwalone.
Pierwszego dnia wojny prezydent powiedział, że wyprzedza harmonogram. Dziesiątego dnia oznajmił, że osiągnięto wszystko. Dwudziestego pierwszego dnia stwierdził, że koniec jest bliski. W trzydziestym drugim dniu zapowiedział, że niebawem się wycofamy. Dnia trzydziestego dziewiątego prezydent Stanów Zjednoczonych zakomunikował ludzkości nadejście śmierci cywilizacji jeszcze tej samej nocy. Kolejnego dnia, który był dniem czterdziestym, ogłosił pełne zwycięstwo. Dzień sześćdziesiąty siódmy przyniósł wspaniały postęp, a w siedemdziesiątym dziewiątym – zegar zaczął tykać.
Dzisiaj jest dzień dziewięćdziesiąty drugi i właśnie dziewięćdziesiątego drugiego dnia pociski balistyczne i drony Iranu nadal nie zostały zniszczone. Zatoka Ormuz, która była otwarta przed tą wojną, jest wciąż zamknięta, a reżim nie zmienił się w najmniejszym stopniu – tak jak i jego arsenał ze wzbogaconym uranem. Arsenał, który Iran zdążył zbudować dzień po tym, jak prezydent Trump obrócił go w pył razem z porozumieniem Obamy, pamiętacie to?” – powiedział.
„Zaledwie po kilku tygodniach tej wojny powiedzieli, że potrzebują 200 miliardów dolarów, by ją sfinansować. Wyobraźmy sobie perspektywę tych 200 miliardów dolarów, którymi można byłoby sfinansować 10-letni program całorocznej działalności żłobków. Prezydent stawiający Amerykę nade wszystko obiecał zakończenie wszystkich zagranicznych wojen i zajęcie się ludźmi pracującymi w Ameryce. Zamiast tego słyszymy, że nie możemy sobie pozwolić na całodzienną opiekę, opiekę lekarską czy pomoc medyczną. Jedyne, na co nas stać, to wojna. Teraz stawia on żądania cięć w badaniach nad nowotworami i chorobą Alzheimera, żeby Pete Hegseth miał więcej pieniędzy w Pentagonie” – dodał Jon Ossoff.
==========================
Przy okazji innego wystąpienia tego samego senatora Amerykanie dowiadują się, jak bardzo kosztem wojny zaniedbane pozostają problemy wewnętrzne. Należą do nich: wzrost bezrobocia, a co za tym idzie – bijący rekordy z lat 1970. wzrost liczby ludzi korzystających z kartek żywnościowych.
Obietnice zakończenia wszystkich zagranicznych wojen rozpłynęły się w mglistych hasłach kampanii wyborczej, a nikt nie potrafi podać dokładnej liczby rannych ani ofiar śmiertelnych w konflikcie na Bliskim Wschodzie. Styl życia rodziny prezydenckiej, o posmaku nigdy niewietrzejącej atmosfery Dzikiego Zachodu, nie przynosi chluby. Przyjęcie przez szanującego siebie i swój elektorat polityka zaproszenia na urodziny prezydenta Trumpa, by stać się widzem jednego z najohydniejszych widowisk, najtrafniej oddającego charakter i styl wszystkiego, co amerykańskie – jakim jest MMA – to obraza dyplomacji połączona z lądowaniem na wysypisku śmieci.
Opracowanie i komentarz: Jola Na podstawie: YouTube.com Źródło: WolneMedia.net
Wszyscy wiemy, że niektóre choroby przenoszą się od chorego na zdrowego człowieka. Kontrolowane badanie na ludziach przeprowadzone przez Uniwersytet Maryland (opublikowane w styczniu 2026 roku w czasopiśmie PLOS Pathogens) podważa trwający od stu lat dogmat medycyny konwencjonalnej.
Przeprowadzono kolejny eksperyment. Tym razem w pokoju hotelowym: maksymalny kontakt, zerowe zakażenie Zdrowi ochotnicy zostali zamknięci na dwa tygodnie w ciasnym pokoju hotelowym wraz z osobami ciężko chorymi na grypę. Wentylacja została znacznie ograniczona, a temperatura ustawiona na „optymalną” z punktu widzenia wirusologii. Uczestnicy grali w karty, siedząc blisko siebie, wspólnie uprawiali sport [hm.. „sport” w pokoju?? md], dzielili się przedmiotami – całkowicie bez masek, zachowania dystansu czy szczepień.
Szokujący wynik dla teorii zarazków: nie doszło do ani jednego zakażenia. Żaden ze zdrowych uczestników nie rozwinął objawów, wszystkie testy PCR pozostały negatywne, nie wytworzyły się żadne przeciwciała.
Badania krytyków medycyny, dr. Sama Baileya i dr. Marka Baileya, pokazują: nie jest to odosobniony przypadek. Czy to w słynnych eksperymentach Rosenaua (1918) podczas epidemii grypy hiszpańskiej, czy w analizie ponad 200 historycznych badań dotyczących zakażeń w podręczniku Daniela Roytasa (2024) – w historii medycyny nigdy nie udało się w kontrolowanych warunkach wykazać przenoszenia grypy lub przeziębienia między ludźmi.
Twoje ciało nie jest bezbronną ofiarą! Wybuchy chorób istnieją, ale nie wymagają one zakaźnych patogenów z zewnątrz. Występują one, gdy grupy ludzi są jednocześnie narażone na te same obciążenia środowiskowe, gwałtowne zmiany klimatyczne, zbiorowe pola stresu lub niedobory żywieniowe. Model wirusowy służy przemysłowi przede wszystkim jako lukratywny model biznesowy oparty na strachu, maskach i masowym leczeniu farmakologicznym.
Część powyższego tekstu pochodzi z opisu filmu do niemieckiej wersji przedstawionego poniżej filmu. Źródło.
Zamknięci w małym pomieszczeniu z chorymi na grypę — ale nikt się nie zaraził. Dlaczego? Można włączyć polskie napisy.
W styczniu 2026 roku ciche poruszenie wywołał artykuł opublikowany w nowozelandzkich mediach głównego nurtu (One News), który nosił wymowny tytuł: „Zamknięci w małym pomieszczeniu z chorymi na grypę, ale nikt się nie zaraził. Dlaczego?”. To, co przedstawiono jako anomalię lub osobliwy przypadek, w rzeczywistości opiera się na bardzo aktualnym, kontrolowanym badaniu klinicznym na ludziach przeprowadzonym przez University of Maryland, opublikowanym w czasopiśmie naukowym PLOS Pathogens.
Ignoranci zabierają się za terapię genową, nie wiedząc nawet, jaką drogą dochodzi do zakażeń chorobami, które oni ponoć leczą.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Moja analiza nie jest polemiką z nim, a raczej uzupełnieniem czy rozszerzeniem tematu.
Pan Gajer przyjmuje sytuację zastaną, to jest wymuszenie przez dyktat panującej nad kolejnymi rządami w Polsce Unii Europejskiej – jako pewnik czy niezmiennik.
Ja omówię sytuację od strony merytorycznej, to jest dobra Polaków i Polski oraz możliwości naukowych i technicznych, a nie dyktatu obłędnej ideologii zielonego komunizmu.
Ukazanie takich horyzontów jest niezbędne, aby młodzi energetycy, a również wszyscy młodzi Polacy zrozumieli, że przeciw dyktatowi ideologicznych wariatów należy walczyć, a nie się mu poddawać.
W roku 1989, jako „spadek po komunie” mieliśmy 71 kopalni węgla kamiennego i trzy wielkie centra wydobycia węgla brunatnego i zamiany go na miejscu na energię elektryczną [Turoszów, Bełchatów i Konin].
Geologicznie udokumentowane zasoby węgla kamiennego starczały na około 700 lat przewidywanego i potrzebnego wydobycia.
Wskazywano wtedy [na przykład analizy i rekomendacje Aleksandra Szpilewicza], jak odrzucając skorupę biurokratyczną rozwijać kopalnie najrentowniejsze, a zwijać [nie niszczyć!!] te najmniej rentowne.
Narzucone z zewnątrz [Soros, Jeffrey Sachs, Geremek] władze nakazały jednak wykonawcy [ Balcerowicz & Co.] bezpowrotne zniszczenie, zalanie perspektywicznych kopalń, a tak zwany „popiwek” zniszczył rentowność pozostałych. Staliśmy się więc importerem węgla z Australii czy Rosji [sic!!], a potem posłusznym importerem nakazów z UE „zielonej ideologii”.
W latach 90-tych opracowano perspektywiczny rozwój energetyki, jednocześnie opartej na węglu, gazie, kilkakrotnym [tak!!] zmniejszeniu energochłonności, głównie przemysłu a szerzej – gospodarki, oraz na energiach odnawialnych: biomasa, fotowoltaika i energia wiatru. Niezbędnym składnikiem tego planu było magazynowanie energii, jego badania, i szybki rozwój.
Były – i są dopracowane – techniki magazynowania: podziemne zbiorniki gazów, w wodorze, metody chemiczne, oraz duże i małe elektrownie szczytowo-pompowe. Pisałem o tym między innymi w książce ” O energetyce dla użytkowników i sceptyków ” jeszcze w 2005 roku.
Niestety, narzucone z zewnątrz rządy odsunęły od steru polskiej energetyki świetnych energetyków, których jeszcze w latach 90-tych mieliśmy.
Przy tym sterze postawiono uległych władzom polityków – amatorów, na przykład ludzi o doświadczeniu radnych miejskich [p.K.]. Trochę, na jego prośbę, go pouczyłem, ale szybko odszedł do ważniejszych zadań – partyjnych.
Ceny hurtowe gazu tymczasem wzrosły [kilkanaście razy [tak!!], a te jeszcze nie zniszczone kopalnie węgla kamiennego przejęli [kupili?] Czesi i Niemcy. Im się widocznie to jednak opłaca.
Wprowadzono w Unii Europejskiej obłędne automatyczne „giełdy energii „. Śmialiśmy się wtedy, że nagle pojawiły się „ujemne ceny”, na przykład Wielka Brytania musiała płacić za eksport do Francji energii elektrycznej. Kolejne 10-lecia pogłębiły ten koszmar – obecnie żyjemy już wszyscy w ideolo-utopii.
Ale nie wolno nam uznać tej sytuacji za „normalną”.
Przechodzę do przykładowych detali w tej części, o której pisze pan Gajer.
Nie mówmy o mocy maksymalnej urządzeń fotowoltaicznych oraz wiatrowych. Ważniejsza jest ich moc realna, powiedzmy w uproszczeniu, na poziomie 10 do 15% mocy maksymalnej.
Od pół wieku jest oczywiste, że tak te źródła energii odnawialnych, jak i ewentualnie elektrownie jądrowe wymagają jako składnika niezbędnego – małych i dużych magazynów energii. Nie będę tu ronił łez, że ślepi durnie, politycy, nie biorą tego w Europie pod uwagę.
Przed sztucznym podniesieniem cen gazu budowano elektrownie gazowe [w Polsce na przykład Ostrołęka] jako uzupełnienie do elektrowni na węgiel, które w razie zwiększonego zapotrzebowania można [zdalnie, z Centrali] a nawet automatycznie, włączyć do pracy w sieci w ułamku godziny.
Natomiast nadmiar produkcji energii zawsze się zdarzy: fotowoltaika, ewentualnie energia jądrowa, reaktorów nie wolno nagle wyłączać (porównaj Czarnobyl), więc energia ta musi być magazynowana.
Techniki magazynowania tak dobowego, jak sezonowego są znane, powinny jednak być rozwijane i uruchamiane. Pisałem o tym również w książce o energetyce – jest jeszcze dostępna w księgarni „Antyk” Dybowskiego.
Popytem zaś można sterować również za pomocą cen, czyli taryf: Niskie ceny w nocy zachęcą przemysł energochłonny do pracy głównie na trzecią zmianę, a zwykłych ludzi – do ogrzewania domów czy prania i zmywanie głównie w nocy.
Możliwe jest magazynowanie sezonowe w postaci wodoru, w dostosowanych do tego kawernach po wydobyciu soli, większe magazyny wodoru można zrobić w zbiornikach zbudowanych po wyeksploatowanych pokładach metanu.
Natomiast poszczególne gminy czy większe ośrodki mogą gromadzić energię dla siebie, tak w małych elektrowniach szczytowo pompowych [oczywiście jeśli im się to opłaca, bez chorych dotacji]. Można je budować na szczytach wzgórz, lub w postaci podobnej do dawnych wież ciśnień. Oczywiście – bez „dotacji celowych”!!
Lub przez elektrolityczną produkcję wodoru, który gromadzić należy dla najbliższych stacji benzynowo-wodorowych tankowania samochodów [oczywiście sprzedaje się swojemu szwagrowi, który taką stację ma]. W zdrowej nie uzależnionej ideologicznie gospodarcze to się opłaca. Nie widzę jednak prac omawiających sprawności i koszty różnych form magazynów energii, ani doniesień o nowych, rewelacyjnych rozwiązaniach, czy relacji z pracy prototypów.
Nie dają na to grantów, czyżby zidiociali zupełnie??
To samo pytanie dotyczy bezpieczeństwa baterii do samochodów elektrycznych. „Oni” naciskają na usunięcie samochodów spalinowych, a nie umożliwili powstania wcześniej baterii, która by w razie awarii oddawała swój nadmiar energii łagodnie, bezboleśnie. Nie ma przecież podstawowych praw fizyki, który by to uniemożliwiały. Gdyby rozwój elektromobilności następował bez nacisków ideologicznych, to taki akumulator już by się przypuszczalnie pojawił, bo jest potrzebny.
Zawsze, gdy ideologia idzie przed myślą racjonalną, muszą się zdarzać takie kiksy.
Bardzo mnie kiedyś zaciekawił, ucieszył, a też rozśmieszył artykuł znanego na świecie specjalisty od rurociągów [Witold Michałowski] , wyliczający, że taniej byłoby transportować energię z wielkich firm fotowoltaicznych na Saharze do ośrodków przemysłowych Europy rurociągami wodorowymi, taniej niż liniami elektrycznymi WN. Rurociągi wodorowe przecież już w latach 80 i 90-tych zeszłego stulecia były w Europie używane, choć na krótsze odległości.
Na koniec
Trochę humorystycznie brzmią obawy pana Gajera o przeciążeniu sieci lokalnych nadmiarem mocy z fotowoltaiki. Widać że to ” sieciowiec „, ale nie chce mu się wyjść poza status quo, mimo że jest to narzucony przecież absurd.
Tymczasem eksport energii elektrycznej z fotowoltaiki do sieci średnich napięć z osiedla należy robić innymi drutami, do oddzielnych transformatorów, które przekształcą ją na wyższe napięcie.
Ta metoda, przy już przecież istniejącej rozwiniętej automatyce, jest technicznie trywialna oraz tania. Przecież pojedyncze wiatraki czy fermy wiatrowe oddają energię do sieci przez oddzielne transformatory, a nie przez sieć zasilającą domki.
Czy powyższy apel o racjonalne, nieideologiczne, traktowanie energetyki może być realizowany?
Musi – panowie energetycy i politycy. Inaczej – pchacie nas – i siebie – do katastrofy. Musimy więc walczyć – by przeżyć.
Mam nadzieję, że ta zielona rewolucja niedługo się zawali pod ciężarem własnej głupoty i uporu. Oby nie na nasze głowy.
Ale wykorzystując te ich naciski, można chyba przemycić fundusze na rozwiązania racjonalne. Chyba trochę ludzi o umysłach uczonych lub inżynierów, kierujących się rozsądkiem znajdzie się blisko „rozdzielnika” ??
===============================
Tylko jako wsparcie:
M. Dakowski, Uogólniona Analiza Najmniejszych Kosztów a Energetyka Jądrowa, II Konferencja Racjonalizacji Użytkowania Energii i Środowiska, tom 1, str. 279, Szczyrk 17-19 X 1994
M. Dakowski, Jaka energetyka do końca XXI wieku: poza wiek ropy, węgla i rozszczepienia, III Konferencja Racjonalizacji Użytkowania Energii i Środowiska, tom 1, str. 197-214, Szczyrk, 16-18 X, 1995 . NOT.
M. Dakowski, Prawo energetyczne a niezawisłość Polski, II Sympozjum Falzmannowskie, str. 211, Warszawa, 22-23 września 1996
Mirosław Dakowski, Energochłonność a Prawo Energetyczne, Konferencja “Nowe prawo energetyczne. Zagrożenia i szanse.” Senat RP, Wyd. Kancelarii Senatu, luty 1997
Jest jednym z cyklu artykułów wykazujących, że i w tej redakcji energetyką zajmuje się pełen pychy, ale i poczucia wyższości i bezkarności – dureń.
Ponieważ sprawa jest o wiele ogólniejsza, biorę redakcję Najwyższego Czasu jedynie jako przykład tej głupoty, czy skrajnej ciemnoty. A do nich się przyczepiłem, bo są najbliżej. Nie polemizuję z takimi [—-], jak niejaki Wiech Jakub. Należy do łobuzów o skrajnym braku zdolności pojedynkowej.
————————————–
Musimy oddzielić prawdę o energiach odnawialnych od ideologicznych brednie wymuszanych przez „zieloną rewolucję ” i podobnych rewolucjonistów, szczególnie, gdy są oni [jeszcze] u koryta.
W pierwszej części parę faktów, to jest prawdy obiektywnej.
Słońce daje naszej planecie ponad 10 000 razy więcej energii, niż obecnie i w najbliższej przyszłości zużywa i będzie zużywać gospodarka na Ziemi.
Dla zaspokojenia potrzeb obecnej i przyszłej gospodarki wystarczyłoby zbudować na małej części pustyń wszystkich pięciu kontynentów farmy fotowoltaiczne. Żadnych strat na żyznych ziemiach, potrzebnych dla rolnictwa ,by nie było. Tam jest prawie zawsze pogoda słoneczna, a energię można przesyłać do krajów uprzemysłowionych, najlepiej w rurociągach wodorowych. Wykazano, że to taniej niż przy pomocy linii wysokiego napięcia. Przecież pisałem o tym już przed ćwierć wiekiem, między innymi w książce „O energetyce dla użytkowników i sceptyków”. Nie ja jeden…
Takie są podstawy rozumnej energetyki słonecznej oraz wodorowej. Ale powstała rewolta ideologii „zielonego komunizmu”…
To na skalę globalną.
A na skalę lokalną: Należało i dalej należałoby umożliwić [tj. pozwolić] chętnym, którym to się opłaca, budowę wiatraków czy farm fotowoltaicznych. Za własne pieniądze, bez ideologicznych dotacji, panowie!!
Tymczasem fantaści zielonej rewolucji, jak to zwykle rewolucjoniści, wymuszają, i to na skalę państw i kontynentów, dopłaty do ich ideologicznych mrzonek.
Czy to tak trudno odróżnić przymus ideologiczny od potrzeb i możliwości poszczególnych osób, firm czy gmin?
Ci zaślepieni „przeciwnicy” energii odnawialnych [np. NCz] grzmią, że jest to energia kapryśna, zależna od aktualnego nasłonecznienia czy wiatru.
Tymczasem są zupełnie ślepi i głusi na głoszone przez rozsądnych energetyków poglądy, że przecież tak energetyka odnawialna, jaki z drugiej strony, energetyka jądrowa, wymagają tak dużych jak i małych magazynów energii.
W rozsądnym państwie wójt, czy bogatszy gospodarz na wsi może sobie zafundować w skali mu odpowiadającej magazyn, czy to w postaci baterii elektrycznych, czy w postaci na przykład pompowania wody na duże wysokości, na przykład do sztucznego jeziorka na najbliższym wzgórzu. Inną możliwością, o której też dużo pisaliśmy, jest lokalna elektroliza wody, czyli otrzymywanie z niej tlenu i wodoru. Tlen zawsze można sprzedać, bo jest w przemyśle czy medycynie potrzebny, a wodór jak pisałem już ćwierć wieku temu, można w butlach zawieźć na przykład szwagrowi, który ma niedaleko lokalną stację paliw, a w niej może sprzedawać wodór do samochodów wodorowych.
Oczywiście, na skalę państwa czy kontynentu, takimi magazynami, ich budową ale i opłacalnością, muszę zajmować się odpowiednie władze energetyki. Również oczywiście, tak samo jak w sprawach lokalnych, powinna decydować nie ideologia, ale po prostu opłacalność. Tu również najważniejsze jest sprawa opłacalnego magazynowania energii.
Potrzebne to jest tak dla energii odnawialnych, to jest głównie wiatru i fotowoltaiki, jak i z drugiej strony dla energii jądrowej. Przecież reaktory charakteryzują się koniecznością w miarę stałej produkcji energii. Nie można ich ot tak… wyłączyć nagle, bo skutki będą podobne jak te w Czarnobylu.
Tu też potrzebne są duże, już na skalę kraju, magazyny energii. Jest opracowanych wiele opłacalnych sposobów magazynowania energii, tak chemicznych, na przykład odwracalne reakcje żelaza i wodoru, jak i hydrologicznych [ to na skalę dni a nie miesięcy] to jest elektrowni szczytowo-pompowych. Wodór czy metan są doskonałymi magazynami energii na skalę kraju i roku.
Kraje racjonalne, a nie rządzone przez ideologicznych idiotów, zawsze zaczną budowę nowej energetyki od analizy jej opłacalności. [powtarzam dla bęcwałów: bez dotacji !!]. Zawsze wtedy okaże się konieczne budowa dużych czy małych magazynów energii. Musimy odejść jednak od myślenia czy marzenia o dotacjach, bo to jest tylko dla złodziei albo fantastów. Rozsądna polityka, w tym wypadku energetyczna, promuje projekty opłacalne, bo tylko one są racjonalne.
Niech będzie uwielbione Najświętsze Serce Jezusa Chrystusa, Króla królów i Pana panów, i niech będzie wysławione Niepokalanego Serce Jego i naszej Matki, Królowej Polski wniebowziętej!
We wspomnienie Niepokalanego Serca Maryi – jak zawsze 13. dnia miesiąca – będzie w Wałbrzychu comiesięczne czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę, tym razem w 2 turach: pierwsza rano w sanktuarium Matki Bożej Bolesnej, Patronki Wałbrzycha – jak zawsze w sobotę – różaniec za Ojczyznę przed Mszą św. o godz. 8, która będzie sprawowana w comiesięcznej intencji, która wszakże raz w roku jest nieco zmodyfikowana stosownie do liturgicznego wspomnienia, mianowicie: „O przyśpieszenie tryumfu Niepokalanego Serca Królowej Polski Wniebowziętej przez nowy cud za przyczyną sługi Bożego o. Giulia Mancinellego SJ”: natomiast druga tura będzie miała miejsce w kolegiacie Św. Aniołów Stróżów od godz. 15 do comiesięcznej Mszy św. za Ojczyznę o godz. 18, którą poprzedzi nabożeństwo czerwcowe o godz. 17:30, a po Mszy św. będzie jeszcze nabożeństwo fatimskie.
To niezwykle ważne liturgiczne wspomnienie statystycznie raz na 7 lat wypada dnia 13., co stanowi szczególne wyzwanie, aby w tym dniu Polska stała się prawdziwie królestwem Różańca św., a zwłaszcza Wałbrzych, gdzie co miesiąc gromadzimy się na jednomyślnej modlitwie wspólnotowej, gdyż będzie ona wyjątkowo skuteczna, bo zanoszona przez potężne wstawiennictwo Niepokalanego Serca Matki Stworzyciela, a ponadto w intencjach, które łączą sprawy Ojczyzny z tryumfem tegoż Niepokalanego Serca, co nie dokona się inaczej, jak tylko na sposób, jaki Ona sama wyśpiewała w Magnificat, co w XVII w. odniosła do Polski za pośrednictwem o. Giulia Mancinellego, co także zgadza się z proroctwami sługi Bożego Prymasa Augusta Kard. Hlonda, który wcale nie znał tych objawień.
W Godzinie Miłosierdzia odprawimy Drogę Krzyżową z błogosławionymi kapłanami polskimi z grona 108 męczenników II wojny światowej, beatyfikowanych przez Ojca św. Jana Pawła II w Warszawie 13 czerwca 1999 r. Rozważania zredagowane są na kanwie cytatów z wypowiedzi wybranych kapłanów z tego znakomitego grona oraz szczegółów ich życiorysów, co wpisuje się w III cz. tajemnicy fatimskiej: „(…) w ten sam sposób zginęli jeden po drugim inni Biskupi Kapłani, zakonnicy i zakonnice oraz wiele osób świeckich, mężczyzn i kobiet różnych klas i pozycji. Pod dwoma ramionami Krzyża były dwa Anioły, każdy trzymający w ręce konewkę z kryształu, do których zbierali krew Męczenników i nią skrapiali dusze zbliżające się do Boga”. Przez wstawiennictwo Niepokalanego Serca «Pięknej Pani» z Fatimy będziemy błagać, aby ich krew zdobyła bramy nieprzyjaciół, ponieważ Baranek zabity, który ma się objawić Królem narodów i róść na zdobyczy jako Lew z plemienia Judy (por. Rdz XLIX, 9-10 oraz Ap V, 5), ma zwyciężyć nie sam, ale jako BÓG Z NAMI: Baranek i ci z Nim: powołani i wybrani, i wierni (Ap XVII, 14). Będziemy zatem modlić się, aby Polska – zgodnie z poleceniem przekazanym przez służebnicę Bożą Rozalię Celakównę – uznała Jezusa Chrystusa za swego króla w całym tego słowa znaczeniu przez intronizację Jego Boskiego Serca – Tej Miłości, która Polskę szczególnie umiłowała i która pragnie nas wywyższyć w potędze i świętości, ale w zamian żąda wierności!
Zakłócenia w dostawach energii z Zatoki Perskiej powodują wzrost inflacji, wywołują zamieszanie gospodarcze i prowadzą do globalnej reorganizacji, na której korzystają Chiny i Rosja.
Zbliża się kryzys energetyczny, który może zmienić globalną gospodarkę i przyspieszyć transformację w kierunku świata wielobiegunowego. Iran kontroluje Cieśninę Ormuz, a Stany Zjednoczone nałożyły blokadę w Zatoce Perskiej, co spowodowało, że z rynku zniknęła nawet jedna piąta światowych zasobów ropy naftowej.
Nawet gdyby żegluga miała zostać wznowiona jutro, szkody już zostały wyrządzone. Rezerwy strategiczne maleją, łańcuchy dostaw są zakłócone, a produkcji ropy nie da się po prostu wznowić z dnia na dzień.
Będzie wielu przegranych i niewielu zwycięzców. Znaczna część świata stoi w obliczu nowej fali inflacji, stagnacji gospodarczej i niepokojów społecznych. Afryka prawdopodobnie poniesie największe straty, ponieważ niedobory nawozów podniosą ceny żywności i pogłębią istniejące zagrożenia.
Chiny i Rosja prawdopodobnie odniosą zwycięstwo. Chiny są największym importerem ropy naftowej i w perspektywie krótkoterminowej czekają je trudności. Są jednak również największym producentem zielonej energii, której eksport gwałtownie rośnie w obliczu kryzysu naftowego.
Rosja jest trzecim co do wielkości producentem ropy naftowej i drugim co do wielkości eksporterem. Mając dostęp do tego, czego potrzebuje reszta świata, wykorzysta swoje wpływy, aby przekonać kraje do zniesienia sankcji i zaprzestania wspierania Ukrainy.
Iluzja stabilności
Amerykańsko-izraelska wojna agresywna przeciwko Iranowi wywołała najgorszy kryzys naftowy w historii. Podczas kryzysu OPEC w 1973 roku i wojny w Zatoce Perskiej, siedem procent dostaw ropy zostało odciętych odpowiednio na pięć i dwa miesiące. W wojnie irańsko-irackiej nawet 20 procent dostaw ropy było niedostępnych przez ponad trzy miesiące.
Zaskoczeniem nie jest to, jak poważne stały się zakłócenia, ale to, jak spokojny pozostaje rynek. Podczas kryzysu OPEC i wojny w Zatoce Perskiej ceny ropy wzrosły odpowiednio czterokrotnie i dwukrotnie. Wojna z Iranem początkowo spowodowała wzrost cen o prawie 70 procent w stosunku do poziomu sprzed wojny, ale od tego czasu ceny ustabilizowały się na poziomie około jednej trzeciej powyżej poziomu sprzed konfliktu.
Prezydent USA Donald Trump od miesięcy zapowiadał trwałe zawieszenie broni i ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz. Chiny również od lat przygotowują się na poważniejszy konflikt w Azji Zachodniej, powiększając swoje strategiczne rezerwy ropy naftowej (SPR). Teraz czerpią z tych rezerw zamiast kupować ropę na rynkach międzynarodowych, zmniejszając w ten sposób import do najniższego poziomu od prawie dekady i utrzymując niskie ceny.
Stany Zjednoczone postępują podobnie. Największe wypłaty z SPR od początku prowadzenia pomiarów odnotowano w ciągu ostatnich trzech tygodni.
Mimo to rynki nie zachowują się racjonalnie. Handlarze ropą i analitycy liczą na to, że Waszyngton i Teheran ostatecznie osiągną porozumienie i przywrócą normalne dostawy. Niewielu chce obstawiać utrzymujące się wysokie ceny, tylko po to, by dyplomatyczny przełom zniweczył te stanowiska.
Ten optymizm może przynieść korzyści konsumentom w krótkim okresie, ale niesie ze sobą ryzyko bardziej dotkliwej korekty w późniejszym okresie. Wyższe ceny zachęcałyby do oszczędzania i zmuszałyby rządy do wdrażania środków nadzwyczajnych. Zamiast tego, konsumpcja pozostaje zasadniczo niezmieniona, mimo że jedna piąta światowych zapasów ropy naftowej zniknęła.
Po stronie podaży producenci ponoszący wyższe koszty potrzebują gwarancji, że wyższe ceny się utrzymają. Na przykład produkcja ropy łupkowej zależy nie tylko od wysokich, ale także od stabilnych cen. Ponieważ ceny ulegają znacznym wahaniom wraz z każdą zmianą sytuacji politycznej, inwestycje pozostają ograniczone. W Stanach Zjednoczonych, największym producencie ropy naftowej na świecie, produkcja pozostała zasadniczo niezmieniona w porównaniu z poziomami sprzed wojny.
Nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu kryzys energetyczny jest daleki od zakończenia. Ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz nie przywróci natychmiast przepływu ropy. Osiągnięcie pełnej wydajności nieczynnych odwiertów może zająć tygodnie. Tankowce opuszczające Zatokę Perską potrzebują około 40 dni, aby dotrzeć do celu, a według ostatnich doniesień opóźnienia mogą być jeszcze dłuższe.
Wiele statków stoi bezczynnie na płytkich wodach przez wiele miesięcy, co powoduje gromadzenie się małży, które pogarszają wydajność i mogą wymagać czyszczenia przed ponownym wprowadzeniem statków do służby.
Skala zniszczeń infrastruktury naftowej również pozostaje niejasna. Niepewne jest również, czy firmy żeglugowe i ubezpieczyciele będą skłonni żeglować szlakiem wodnym, który może być usiany minami.
Z tych powodów Goldman Sachs szacuje, że gdyby Cieśnina Ormuz została całkowicie otwarta, przywrócenie 70% produkcji ropy naftowej w Zatoce Perskiej zajęłoby trzy miesiące. Nawet w tym scenariuszu światu nadal brakowałoby sześciu procent całkowitej produkcji ropy, prawie tyle samo, co podczas kryzysu OPEC i wojny w Zatoce Perskiej.
Jak wspomniano wcześniej, strategiczne rezerwy ropy naftowej (SPR) pomogły złagodzić kryzys. Jednak nie jest to rozwiązanie trwałe. Amerykańskie rezerwy SPR są na najniższym poziomie od dwóch lat. Oczekuje się, że za kilka dni osiągną najniższy poziom od czasu rozpoczęcia uzupełniania SPR w latach 70. i na początku lat 80. XX wieku.
Stany Zjednoczone mają 357 milionów baryłek ropy w swoim rezerwie rezerwowej (SPR), a trzy najwyższe poziomy wydobycia odnotowano w ciągu ostatnich trzech tygodni. Przy obecnym tempie, rezerwa rezerwowa (SPR) wystarczy na zaledwie 40 tygodni. Może się to wydawać długo, ale rezerwy rezerwowe (SPR) nie mogą zostać zredukowane do zera.
Ropa naftowa jest magazynowana w kawernach solnych, a jej zbyt szybkie wydobycie grozi ich zawaleniem. Realistycznie rzecz biorąc, zapas ropy może spaść jedynie do 150 milionów, co oznacza kolejne 20 tygodni. Stanie się to tuż przed latem, kiedy spodziewany jest gwałtowny wzrost popytu na ropę.
Z tych powodów nawet optymistycznie nastawieni handlarze surowcami spodziewają się, że ceny na koniec roku pozostaną o 25 procent wyższe niż przed wojną. Możemy spodziewać się podobnie wysokich cen gazu i nawozów. Świat nie zobaczy tanich surowców w najbliższym czasie.
Kto płaci cenę i kto na tym korzysta?
„Długotrwałe zamknięcie Cieśniny Ormuz stanowi największe zagrożenie dla światowych rynków energii od dziesięcioleci” – stwierdza raport firmy konsultingowej Wood Mackenzie.
W raporcie stwierdzono, że jeśli dostawy ropy naftowej pozostaną zakłócone przez kolejne cztery miesiące, nastąpi globalna recesja. Dla przypomnienia, Goldman Sachs prognozował, że nawet trzy miesiące po pełnym otwarciu Cieśniny, światu nadal będzie brakowało sześciu procent ropy.
Globalne skutki będą nierównomiernie rozłożone. Najbardziej ucierpi Afryka, gdzie około połowa dochodów jest przeznaczana na żywność. Paliwa kopalne są kluczowym składnikiem nawozów, z których 30% jest transportowanych przez Cieśninę Ormuz.
Rolnicy ograniczają produkcję, ponieważ ceny siarki potroiły się. W latach 2007 i 2008 gwałtowny wzrost cen żywności doprowadził do masowych protestów, w tym zamieszek w Burkina Faso, Kamerunie, Wybrzeżu Kości Słoniowej, Maroku, Mozambiku, Senegalu i Tunezji, a także do strajku generalnego w Egipcie.
Biorąc pod uwagę rosnącą niechęć do świata zachodniego, nadchodzący kryzys daje również Afrykańczykom szansę na pozbycie się ostatnich śladów amerykańskiego i europejskiego kolonializmu. Jeśli antyimperialistyczny sojusz państw Sahelu przetrwa kryzys, może stać się promykiem nadziei dla innych państw afrykańskich, które pójdą w jego ślady.
Chiny stoją przed krótkoterminowymi wyzwaniami jako największy importer ropy naftowej na świecie, którego jedna trzecia dostaw pochodzi z Zatoki Perskiej. Aby zrekompensować ten niedobór, Chiny korzystają ze swoich strategicznych rezerw ropy naftowej. Jednak podobnie jak Stany Zjednoczone, wycofywanie ropy nie może trwać w nieskończoność.
W marcu szacowano, że chińskie rezerwy wystarczą na trzy do czterech miesięcy. Ten okres dobiega końca. A kiedy to nastąpi, Chiny będą musiały zapłacić za droższą ropę, co podniesie koszty i ograniczy wzrost gospodarczy.
Ale Pekin ma też atuty, których większość świata nie ma.
Chiny produkują 80% paneli słonecznych. Energia słoneczna była wcześniej krytykowana za zawodność, ponieważ pochmurna pogoda wpływała na produkcję energii. Jednak biorąc pod uwagę niestabilne dostawy ropy naftowej, energia słoneczna jest obecnie uważana za bardziej niezawodną alternatywę.
Pekin produkuje również 80% światowych baterii i 75% pojazdów elektrycznych. Chiński przemysł czystej energii jest wyceniany na 2 biliony dolarów i w 2025 roku będzie stanowił jedną trzecią wzrostu gospodarczego kraju.
Rozwój eksportu technologii energii odnawialnej nie tylko wygeneruje dochód, ale także wzmocni pozycję Chin jako gwaranta bezpieczeństwa energetycznego w czasach globalnej niestabilności.
Już przed wojną z Iranem Chiny dostarczały Kubie panele słoneczne, pomimo nielegalnej blokady tego kraju przez Stany Zjednoczone.
Jednak największym beneficjentem może okazać się Rosja. (Wiadomości z Ambasady Iranu)
Jest drugim co do wielkości eksporterem ropy naftowej i gazu na świecie. Położony w sercu Eurazji, może zaopatrywać rynki energetyczne zarówno szlakami atlantyckimi, jak i pacyficznymi.
Kiedy ceny ropy naftowej gwałtownie wzrosły w 2007 roku, Rosja odnotowała drugi najwyższy wzrost gospodarczy od upadku Związku Radzieckiego. Co ważniejsze, kraje muszą zwrócić się do Moskwy, aby utrzymać niskie ceny i zapewnić sobie dostawy.
Zarówno Wielka Brytania, jak i Stany Zjednoczone niedawno zniosły niektóre sankcje wobec rosyjskiej ropy. Kraje borykające się z kryzysami energetycznymi nie będą miały innego wyboru, jak tylko zbliżyć się do Moskwy. Na przykład Indie podpisały niedawno z Rosją umowy dotyczące budowy statków i mobilności siły roboczej.
Dzieje się to w kontekście wzrostu udziału Indii w rosyjskiej ropie naftowej do 38% i czterokrotnego wzrostu płaconych za nią premii. Nawet w Europie import rosyjskiego gazu jest najwyższy od czasu inwazji na Ukrainę w 2022 roku.
Kijów odpowiedział atakami na rosyjską infrastrukturę naftowo-gazową. Chociaż wolumen produkcji mógł spaść, dochody z eksportu paliw kopalnych osiągnęły najwyższy poziom od września 2023 roku. W miarę pogłębiania się kryzysu kraje, w tym europejskie, będą musiały wybierać między wsparciem Ukrainy a utrzymaniem dostaw energii elektrycznej.
Kryzys po kryzysie
Znaczenie tego kryzysu wykracza daleko poza rynki energii. Nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu, wyższe ceny, niedobory dostaw i zakłócenia gospodarcze są już mocno zakorzenione w światowej gospodarce w nadchodzących miesiącach.
Kraje najlepiej przygotowane do przetrwania kryzysu niekoniecznie są tymi, które zdominowały poprzednią erę globalizacji. Chiny mogą zaoferować alternatywne źródła energii, moce produkcyjne i skalę technologiczną. Rosja pozostaje jednym z niewielu mocarstw zdolnych do dostarczania węglowodorów, od których świat wciąż jest zależny.
W Afryce i szerzej pojętym Globalnym Południu rządy będą coraz częściej zmuszone do poszukiwania partnerów spoza zachodniej strefy wpływów w obliczu rosnącej presji gospodarczej.
Rezultatem może być coś więcej niż tylko kryzys energetyczny. Może to oznaczać kolejny decydujący krok w kierunku erozji dominacji gospodarczej Zachodu i powstania bardziej wielobiegunowego porządku świata.
Richard Werner: „Każda duża wojna zaczyna się pod fałszywymi pozorami” – a banki centralne na tym zarabiają.
Znany ekonomista Richard Werner stawia tezę, która podważa sedno współczesnych struktur gospodarczych i władzy: poważne wojny rzadko są wynikiem oficjalnie przedstawianych przyczyn. Konflikty są często inicjowane pod fałszywymi lub mylącymi pretekstami – podczas gdy prawdziwi beneficjenci pozostają w cieniu. Banki centralne i globalny system finansowy znajdują się w centrum jego analizy.
Osoba z wewnątrz systemu finansowego
Werner jest uznawany na całym świecie za jednego z najbardziej uznanych ekspertów w dziedzinie pieniądza i bankowości. Ekonomista studiował na Uniwersytecie Oksfordzkim i w London School of Economics, był profesorem bankowości i finansów oraz doradzał rządom, bankom centralnym, funduszom emerytalnym i międzynarodowym instytucjom finansowym. Międzynarodowe uznanie zdobył dzięki książce „ Princes of the Yen ” oraz za ukucie terminu „luzowanie ilościowe”. Jego prace naukowe na temat kreacji pieniądza przez banki należą do najczęściej cytowanych w swojej dziedzinie.
Właśnie dlatego, że Werner wywodzi się z systemu, jego wypowiedzi cieszą się szczególną uwagą. Prezentuje się nie jako outsider, lecz jako badacz, który od dziesięcioleci bada mechanizmy współczesnych finansów i doszedł do wniosków często sprzecznych z oficjalnymi narracjami.
Wojny i ich oficjalne uzasadnienia
Według Wernera historia pokazuje powtarzający się schemat: społeczeństwo jest regularnie przygotowywane do konfliktów zbrojnych za pomocą kampanii politycznych i relacji medialnych, podczas gdy prawdziwe interesy pozostają ukryte.
Przytacza liczne przykłady historyczne – od I i II wojny światowej, po wojnę w Wietnamie i Iraku. W wielu z tych przypadków oficjalne uzasadnienia zostały później obalone, zakwestionowane lub uznane za mylące. Dla Wernera zatem pytanie nie brzmi, czy takie wzorce istnieją, ale kto czerpie z nich korzyści w dłuższej perspektywie.
Siła tworzenia pieniędzy
Werner dostrzega odpowiedź w samym systemie bankowym. Banki centralne i powiązane z nimi sieci finansowe zajmują wyjątkową pozycję władzy, ponieważ kontrolują kreację pieniądza.
W swoich badaniach naukowych wykazał, że banki nie tylko pożyczają istniejące oszczędności, ale także kreują nowy pieniądz poprzez udzielanie pożyczek. Jego zdaniem ta zdolność do kreowania siły nabywczej na papierze nadaje sektorowi finansowemu ogromne znaczenie polityczne i gospodarcze. Ten, kto kontroluje podaż pieniądza, ostatecznie wpływa na całe gospodarki – a tym samym również na finansowanie wojen.
W kontekście historii bankowości międzynarodowej Werner odwołuje się również do dawnych dynastii finansowych, takich jak Rothschildowie, i ich roli w rozwoju nowoczesnych struktur finansowych. Jego głównym argumentem nie jest jednak to, że poszczególne rodziny kontrolują wojny, lecz to, że sam system kredytu i kreacji pieniądza koncentruje ogromną władzę.
Wojna jako model biznesowy
Wojny należą do najkosztowniejszych przedsięwzięć, jakie państwa mogą podejmować. Wymagają ogromnych sum pożyczonego kapitału, długoterminowego zadłużenia i rozbudowanych mechanizmów finansowania.
Według analizy Wernera, najbardziej korzystają na tym instytucje udzielające niezbędnych pożyczek. Państwa zadłużają się, a koszty finansowania utrzymują się przez dekady. Odsetki trafiają do pożyczkodawców – niezależnie od tego, która strona wygra, czy przegra wojnę.
Zgodnie z tą logiką, wojna staje się lukratywnym biznesem dla sektora finansowego. Żołnierze ponoszą ryzyko na polu bitwy, a zyski finansowe płyną do tych, którzy kontrolują przepływy kapitału.
Dzisiejszy konflikt geopolityczny
Werner odnosi tę perspektywę również do obecnych napięć globalnych. Podczas gdy rządy i media często mówią o walce między demokracją a autokracją, wolnością a uciskiem, czy też rywalizującymi ideologiami, on dostrzega głębszy konflikt.
Jego zdaniem, znaczna część współczesnych konfliktów geopolitycznych koncentruje się wokół suwerenności monetarnej. Państwa próbujące uwolnić się od systemu finansowego opartego na dolarze lub stworzyć alternatywne struktury finansowe, coraz częściej spotykają się z presją polityczną, ekonomiczną lub militarną.
Z tej perspektywy wiele konfliktów międzynarodowych dotyczy nie tyle praw człowieka, ideologii czy kwestii terytorialnych, ile raczej kontroli nad przyszłą globalną architekturą finansową. Kto kontroluje systemy monetarne, kontroluje również władzę polityczną i rozwój gospodarczy w dłuższej perspektywie.
Dlaczego ta debata jest tak rzadko organizowana
Zapytany, dlaczego w głównych mediach tak rzadko mówi się o takich powiązaniach, Werner wskazuje na zależności strukturalne w obrębie systemu medialnego.
Duże firmy medialne są częścią sieci ekonomicznych powiązanych z bankami, rynkami finansowymi i korporacjami międzynarodowymi. Akcjonariusze, reklamodawcy i grupy interesów utrudniają krytyczną analizę podstaw systemu finansowego. Dziennikarze, którzy chcą dogłębnie zbadać te tematy, często napotykają opór lub szybko spotykają się z oskarżeniami o dezinformację.
Werner uważa siebie za przykład takiego podejścia. Chociaż jego badania nad kreacją pieniądza zostały potwierdzone licznymi badaniami naukowymi, minęły lata, zanim te odkrycia zyskały powszechną akceptację. Jego zdaniem pokazuje to, jak trudno jest kwestionować utarte narracje na temat banków, pieniądza i władzy.
Niewygodna teza
Analiza Richarda Wernera ostatecznie prowadzi do fundamentalnego pytania: Czy wojny są rzeczywiście przede wszystkim konfliktami politycznymi i ideologicznymi, czy też interesy finansowe i struktura globalnego systemu monetarnego odgrywają znacznie większą rolę, niż się to komunikuje opinii publicznej?
Dla Wernera odpowiedź jest oczywista. Dopóki mechanizmy kreacji pieniądza i finansowania wojen nie będą otwarcie omawiane, opinia publiczna nadal będzie dostrzegać jedynie fragment sytuacji. Jego główne przesłanie brzmi zatem: Każdy, kto chce zrozumieć, dlaczego dochodzi do wojen, musi spojrzeć nie tylko na polityków i generałów – ale przede wszystkim na tych, którzy dostarczają pieniędzy.
Dziesięć lat temu Donald Trump trafił na pierwsze strony gazet z oświadczeniem, które zelektryzowało wielu jego ówczesnych zwolenników: NATO jest „przestarzałe”. Dla wielu brzmiało to jak zapowiedź rewolucji w polityce zagranicznej. Wreszcie kandydat, który położy kres niekończącym się wojnom, uwolni Stany Zjednoczone od zobowiązań międzynarodowych i rzuci wyzwanie establishmentowi wojskowemu.
James Corbett twierdzi jednak, że interpretacja ta była błędna od samego początku.
Trump nigdy nie krytykował NATO, ponieważ był fundamentalnie przeciwny sojuszom wojskowym. Jego krytyka koncentrowała się raczej na niedostatecznym skupieniu sojuszu na „wojnie z terroryzmem” oraz na niewywiązywaniu się europejskich członków z zobowiązań finansowych. Stany Zjednoczone poniosły główny ciężar tego ciężaru, podczas gdy inni korzystali z amerykańskiej ochrony.
Kiedy NATO ogłosiło później plany rozszerzenia działań antyterrorystycznych, Trump nagle oświadczył, że sojusz nie jest już przestarzały. Dla Corbetta jest to kluczowy punkt: krytyka NATO nigdy nie była odrzuceniem polityki siły militarnej, lecz raczej żądaniem jego transformacji.
Kontrolowany demontaż
Corbett twierdzi, że obecne osłabienie NATO nie jest przypadkiem.
Malejące znaczenie Sojuszu jest w istocie częścią długoterminowego planu. NATO nie zostanie po prostu rozwiązane, lecz systematycznie zdemontowane – podobnie jak planowana jest rozbiórka budynku, który ma zostać zastąpiony czymś nowym.
Jako dowód podaje oficjalne oświadczenia NATO z ostatnich lat.
O ile deklaracje ze szczytów były dawniej obszernymi dokumentami politycznymi obejmującymi liczne tematy, od Rosji, przez bezpieczeństwo energetyczne, po kosmos, obecnie teksty te stają się coraz bardziej skondensowane.
Deklaracja ze szczytu NATO w Hadze w 2025 roku ostatecznie składała się zaledwie z pięciu krótkich akapitów. Jej treść koncentrowała się niemal wyłącznie na zwiększeniu wydatków na obronność.
Dla Corbetta jest to oznaka wyczerpania instytucjonalnego. Organizacja, która kiedyś twierdziła, że definiuje zachodni porządek bezpieczeństwa, teraz wydaje się zaledwie cieniem samej siebie.
Zależność Europy od Ameryki
Jednocześnie otwarcie przyznaje się, że Europa nie ma możliwości militarnych, aby działać bez Stanów Zjednoczonych.
Corbett zauważa, że nawet transatlantyckie ośrodki analityczne twierdzą obecnie, że Europa nie może dłużej traktować amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa jako czegoś oczywistego.
Prawdziwe wyzwanie leży zatem w gruntownej restrukturyzacji i integracji europejskich struktur obronnych.
Dla Corbetta oznacza to przygotowanie opinii publicznej na określony sposób myślenia:
Problem: Europa nie może się obronić bez USA.
Reakcja: Ludzie obawiają się luki w zabezpieczeniach.
Rozwiązanie: Europa potrzebuje własnej armii.
Armia europejska staje się społecznie akceptowalna
Jeszcze kilka lat temu w wielu krajach europejskich pomysł utworzenia armii europejskiej byłby uważany za nierealny.
Dziś jest to otwarcie omawiane przez wysoko postawionych przedstawicieli UE. Europa musi zagwarantować sobie bezpieczeństwo. Niezależność w kwestiach obronnych nie jest już opcją, lecz koniecznością.
Komisarze UE, przedstawiciele rządów i stratedzy wojskowi obecnie regularnie dyskutują na temat europejskich struktur dowodzenia, wspólnych kwater głównych i niezależnych zdolności wojskowych.
Otwarcie promuje się nawet pomysł utworzenia stałych sił europejskich liczących 100 000 żołnierzy.
Dla Corbetta nie jest to spontaniczna zmiana kursu. To logiczna konsekwencja dziesięcioleci rozwoju.
Projekt z długą historią
Idea europejskiej armii nie jest bynajmniej nowa. Nawet po Brexicie Francja i Niemcy, wraz z innymi państwami UE, podpisały pakty obronne, które przewidywały wspólne finansowanie, rozwój i rozmieszczenie zdolności wojskowych. Ale Corbett sięga jeszcze dalej.
Podkreśla, że wizja europejskiej unii obronnej istniała już od czasów powojennych.
Dokumenty pokazują, że już w latach 50. elity polityczne dyskutowały o coraz ściślejszej integracji Europy – początkowo gospodarczej, później politycznej i wreszcie militarnej.
Wspólny rynek był zatem tylko pierwszym krokiem. Prawdziwym celem była coraz głębsza integracja struktur europejskich.
Od NATO do regionalnych bloków mocy
Dla Corbetta prawdziwe pytanie nie brzmi zatem, dlaczego NATO słabnie. Kluczowe pytanie brzmi raczej:
Dlaczego globalne elity miałyby rezygnować z narzędzia, które służyło im przez dziesięciolecia?
Jego odpowiedź:
Ponieważ osiągnięto kolejny etap rozwoju. Stany Zjednoczone będą coraz bardziej koncentrować się na własnej półkuli, podczas gdy Europa będzie zorganizowana jako niezależny blok regionalny.
Centralnie sterowany porządek świata zostałby zastąpiony kilkoma dużymi ośrodkami władzy, które konkurują ze sobą, a jednocześnie są częścią tego samego globalnego systemu.
Ameryka Północna.
Europa.
Azja.
Bloki regionalne posiadające własne instytucje, struktury wojskowe i aparaty administracyjne.
Rola firm technologicznych
Kolejnym aspektem tej transformacji są zmiany w samym przemyśle zbrojeniowym. Tradycyjne korporacje są coraz częściej wypierane przez firmy technologiczne.
Drony
Sztuczna inteligencja
Zautomatyzowana wojna
Nadzór cyfrowy.
Nowa architektura bezpieczeństwa jest rozwijana dzięki ścisłej współpracy instytucji politycznych i prywatnych dostawców technologii. Jednocześnie setki tysięcy pracowników jest przekwalifikowywanych na potrzeby sektora obronnego.
Granica między państwem, przemysłem i technologią staje się coraz bardziej niewyraźna.
Dla Corbetta jest to współczesna forma korporacjonizmu.
NATO nie zniknie całkowicie
Pomimo swojej diagnozy, Corbett nie wierzy, że NATO całkowicie zniknie. Sojusz mógłby nadal służyć jako instrument prawny i polityczny, na przykład do aktywacji Artykułu 5. Organizacja pozostałaby instrumentem rezerwowym, ale jej rzeczywiste znaczenie uległoby zmianie.
NATO przestaje być centrum zachodniej polityki bezpieczeństwa i staje się drugoplanowym graczem, podczas gdy równolegle powstają nowe struktury europejskie.
Wniosek
James Corbett dochodzi do jasnego wniosku:
Dyskusja o „przestarzałości” NATO nie jest przypadkowa ani nie jest konsekwencją krótkoterminowych wydarzeń politycznych. Osłabienie sojuszu jest katalizatorem fundamentalnej restrukturyzacji Europy.
Strach przed niepewnością rodzi chęć przekazania uprawnień Brukseli. Kryzys rodzi zapotrzebowanie na europejską armię. Dla Corbetta wszystkie wydarzenia ostatnich lat zmierzają w tym samym kierunku:
NATO nie zostanie zniszczone z powodu rozpadu zachodniej struktury władzy.
Jest ona demontowana, ponieważ budowana jest nowa architektura bezpieczeństwa, której centralnym elementem jest armia europejska.
Globalne Południe wystawiło rachunek za politykę Niemiec w ostatnich latach. Trzy państwa europejskie ubiegały się o dwa dostępne, niestałe miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Niemcy zostały ukarane, a miejsca przypadły Austrii i Portugalii.
Anti-Spiegel 4 czerwiec 2026
Oprócz pięciu stałych członków – Chin, Francji, Wielkiej Brytanii, Rosji i USA – Rada Bezpieczeństwa ONZ ma dziesięciu członków niestałych, których miejsca są rozdzielone między grupy regionalne ONZ. Afryka ma prawo do trzech miejsc, państwa Azji i Pacyfiku, Ameryki Łacińskiej i Karaibów, grupa państw Europy Zachodniej i pozostałych państw ma po dwa miejsca, a Europa Wschodnia – jedno. Zgromadzenie Ogólne ONZ co roku wybiera pięciu członków niestałych na dwuletnią kadencję.
W środę odbyły się wybory na kadencję 2027/2028, w których obsadzono oba zachodnioeuropejskie miejsca. Kandydatami były Austria, Portugalia i Niemcy.
Niemiecka arogancja
Dla niemieckiego rządu odzyskanie miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ było ukochanym projektem, a „Der Spiegel” doniósł na przykład, że minister spraw zagranicznych Wadephul udał się na tydzień do Nowego Jorku specjalnie po to, by promować kandydaturę Niemiec. Nawet „Der Spiegel” pokazał nutę samokrytyki, relacjonując szanse powodzenia niemieckiego wniosku:
„W przeszłości niemiecki wniosek mógł być pewny, choćby ze względu na znaczną pomoc rozwojową, jaką Republika Federalna udzieliła. To się zmieniło. Spóźniony wniosek to nie jedyny problem. Polityka Niemiec wobec Bliskiego Wschodu i Rosji również może działać na niekorzyść rządu”.
Ujmując to bardzo delikatnie, ponieważ poza około 50 państwami dawnego Zachodu, żaden inny kraj na świecie nie popiera polityki antyrosyjskiej i proukraińskiej, której Niemcy są jednym z głównych orędowników. Rosja nie jest, jak twierdzą niemieckie media i politycy, izolowana na arenie międzynarodowej; wręcz przeciwnie, jak często podkreślałem, siły napędowe polityki antyrosyjskiej zostały odizolowane na arenie międzynarodowej. Fakt, że bezwarunkowe poparcie Niemiec dla ludobójstwa Izraela w Strefie Gazy oraz wojen na Bliskim Wschodzie spotyka się z otwartym odrzuceniem na globalnym Południu, powinien w najlepszym razie zaskoczyć ludzi, którzy czerpią informacje wyłącznie z Tagesschau (niemieckiego programu informacyjnego).
Do tego dochodzi arogancja, z jaką niemieccy politycy próbują narzucać swoje „wartości” całemu światu, zaczynając od nonsensów LGBT i tak dalej, co nie jest dobrze odbierane w reszcie świata, gdzie propaganda LGBT nie jest zakorzeniona od lat w podręcznikach szkolnych. Wystarczy przypomnieć sobie występ Nancy Fibre na Mistrzostwach Świata w Katarze z opaską LGBT, który wywołał niezrozumienie i negatywne reakcje na całym świecie.
„Historyczna porażka”
„Historyczna porażka” w wyborach do Rady Bezpieczeństwa ONZ jest jak najbardziej zasłużoną konsekwencją tej arogancji i podwójnych standardów, które od lat charakteryzują niemiecką politykę. Niemcy nie zdobyły mandatu w pierwszej turze głosowania, Portugalia otrzymała 134 głosy, Austria 131, a Niemcy zaledwie 104.
Określenie „historyczna porażka” nie jest mojego autorstwa, lecz pochodzi z „Handelsblatt”, który po tej katastrofie opublikował artykuł zatytułowany „Rada Bezpieczeństwa ONZ – Jak doszło do historycznej porażki Niemiec” i napisał w zapowiedzi:
„Od 2019 roku Berlin zabiegał o głosy ze 191 krajów. Ale to nie wystarczyło, by dostać miejsce w Radzie Bezpieczeństwa. Szukając powodów, wciąż pojawiają się dwa słowa: Izrael i Rosja”.
Ta porażka ma swoją nazwę.
Niemiecka arogancja nie stała się odrażająca dla świata dopiero w 2022 roku; zaczęła się za rządów Merkel, która wysłała swojego powiernika, Christopha Heusgena, na ambasadora Niemiec przy ONZ. Heusgen zwrócił tam na siebie uwagę swoją arogancją i zarozumiałością, zrażając do siebie wiele krajów i ich przedstawicieli.
W 2022 roku napisałem, że starania Niemiec o miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ będą skazane na porażkę. A jednym z głównych powodów jest Heusgen, bo Heusgen jest nie tylko arogancki, ale i kłamie jak z nut.
Zilustrowałem to w artykule przykładem wywiadu, którego Heusgen udzielił na początku 2022 roku, przed eskalacją na Ukrainie. Ponieważ niemiecka opinia publiczna jest utrzymywana w niewiedzy przez media głównego nurtu, większość niemieckich czytelników nie dostrzega jego kłamstw, ale na arenie międzynarodowej ludzie i osoby odpowiedzialne politycznie są po prostu lepiej poinformowani, dlatego Heusgen wywołał tam jedynie kręcenie głowami.
Podczas swojej pracy w ONZ Heusgen narobił sobie więcej wrogów niż ktokolwiek inny. Nie chodziło nawet o to, że Niemcy miały odmienne zdanie niż inne kraje w niektórych kwestiach – to jest całkowicie normalne. To aroganckie i lekceważące zachowanie Heusgena przysporzyło mu wrogów i poważnie zaszkodziło reputacji Niemiec na świecie.
Kiedy Heusgen opuścił ONZ, otrzymał bardzo jasny komunikat o tym, co o nim tam myślą. Nie znam żadnego dyplomaty, który kiedykolwiek otrzymał takie pożegnanie.
Dla Chińczyków uprzejmość jest bardzo ważna ze względu na ich kulturę i zależy im na tym, aby nawet ich przeciwnicy mogli zachować twarz.
Dlatego też bezprecedensowe było pożegnanie Heusgena przez chińskiego ambasadora przy ONZ następującymi słowami:
„Dobrze, że się pana pozbyliśmy”.
Rosyjski ambasador przy ONZ był nieco bardziej uprzejmy, mówiąc do Heusgena:
„Jaka szkoda, że w końcu pan odchodzi”.
======================================
O „bohaterskich czynach” Heusgena w ONZ pisałem już wcześniej, co bez wątpienia odegrało istotną rolę w ostatnich wyborach. Szczegóły można znaleźć w artykułach
I zapadł zmierzch… Udział markizy de Montespan w spisku na życie króla.
==========================
[Umieszczam, przypominam te trzy artykuły w związku ze znalezienie szkielecików dzieci w ogródku „lekarki” w Lutoryżu pod Rzeszowem. O tej sprawie będę pisał, jeśli jej nie zakopią. Tak, jak te dzieci. Mirosław Dakowski]
[Zachowały się dokumenty sądowe i prokuratorskie opisujące te sprawy. Ale – są „trudno dostępne”, nawet w laickiej Francji. Mirosław Dakowski]
Po wysłuchaniu mszy, w paryskim kościele Notre-Dame de Bonne-Nouvelle, dnia 12 marca 1679, została aresztowana La Voisin…
Afera nabrała rozgłosu…
Wszczęto śledztwo…
Ponieważ zataczało ono coraz szersze kręgi, a na liście winowajców pojawiły się nazwiska osób z najwyższych sfer arystokracji francuskiej, uznano, że nie ma wyjścia i musi się powiadomić o tym wszystkim króla.
Ten ostatni zaś, mimo że zirytował się doniesieniami, jednakowoż na razie uznał za ważniejsze, by się jakimś cudem uwolnić od zaborczej tłustej wampirzycy, jaką bez wątpienia była de Montespan (której rola w aferze trucicielskiej naówczas jeszcze nie była mu znaną), a ponieważ i pani de Maintenon też mu już nie mniej doskwierała niż jej konkurentka, więc postanowił znaleźć jakiekolwiek wyjście z owej męczącej go i przyprawiającej o ból głowy sytuacji.
I chociaż najwyraźniej była to dla Ludwika kwestia zbyt trudna do rozstrzygnięcia naprędce, nie chciał już dłużej odsuwać jej w czasie. Uczynił więc coś, co mu było najłatwiej uczynić i… w 1679 roku wziął sobie nową kochankę, młodziutką, bo zaledwie siedemnaście lat liczącą, pannę Marie Angélique de Scorailles, księżnę de Fontanges.
Odmłodniał przy niej, odżył, odzyskał werwę i humor.
Obsypał ją złotem i klejnotami. No i oczywiście też zapłodnił.
Młodziuchna metresa w roku 1680 przedwcześnie urodziła królowi martwego syna, sama zaś niestety zapadła na dziwną, wyniszczającą chorobę, objawiającą się częstymi i obfitymi krwotokami z dróg rodnych. Mówiono, że to pewnie na skutek poronienia, że może został w niej kawałek łożyska… Ale mówiono też co innego, że ktoś wydał na nią wyrok śmierci, a choroba nie ma bynajmniej naturalnego charakteru…
Nie wiadomo, czy to król odsunął się od niej, zniechęcony jej złym stanem zdrowia, czy też ona odsunęła się od króla. Ale wkrótce po owym nieszczęśliwym porodzie zamknęła się w murach paryskiego opactwa Chelles. W niecały rok później, gdy nagle dopadła ją silna i wyniszczająca gorączka, przeniesiono ją do innego, wygodniejszego z paryskich opactw – Port-Royal.
I tam zmarła w nocy z 28 na 29 czerwca 1681 roku…
Ponieważ w tym czasie śledztwo w sprawie afery trucicielskiej osiągnęło kulminację, król – zapewne po to, by poznać prawdę – zarządził jej autopsję.
Nieboszczka miała zgniłe płuca i stłuszczoną wątrobę… Nie wskazywało to w żaden sposób na pozostawienie fragmentu łożyska w macicy… ale i nie potwierdzało działania trucizny… Sprawa panny de Fontanges niejako zawisła w próżni… Zwinna, szczupła, zaprawiona w konnej jeździe dziewiętnastolatka miała stłuszczoną wątrobę… niczym jakiś stary, otyły pijak. Dziwnie to wyglądało… Dziś już wiadomo, że dość rzadka przypadłość, jaką jest ostre stłuszczenie wątroby ciężarnych, może wystąpić tuż po porodzie i w skrajnych przypadkach nawet doprowadzić do śmierci kobiety… Wtenczas tego nie wiedziano… Zatem? Sprawę uznano za nieczystą…
Dlatego też po zgonie młodziuchnej królewskiej kochanki zaczęto już nie szeptać, ale mówić w głos, że ta śliczna, niemająca jeszcze dwudziestu lat dziewczyna, to kolejna ofiara trucizny… A kogo wskazywano jako tę, która wydała na nią wyrok śmierci? Mściwą i bezlitosną markizę de Montespan!
Już dłużej nie można było zamiatać pewnych spraw pod dywan…
* * *
Rewizja w domu La Voisin, przy rue de la Tannerie, przyniosła nie tylko przełom w sprawie, ale wiele osób, nawet i twardych, niejedno już w życiu widzących, stróżów prawa, przyprawiło o psychiczny wstrząs.
W samym domu natrafiono na rozliczne przedmioty służące do sprawowania czarnomagicznego kultu, na wielki zapas afrodyzjaków i trucizn najrozmaitszych, fragmenty dziecięcych i zwierzęcych ciał do produkcji tychże specyfików służących, na poddaszu zaś odkryto izbę, w której wiedźma wykonywała aborcje i wielki piec, w którym spalała płody wyrwane z wnętrzności wyrodnych matek…
Nie lepiej prezentowały się piwnice, z ołtarzem do odprawiania czarnych mszy i trupami pozakopywanymi przy ścianach, trupami, które były zbyt duże, by je w całości spalić, a nikomu nie chciało się ich kawałkować…
Piec jednak nie nadążał ze spopielaniem szczątek, poza tym było to chyba za drogie, bo przecież chrustu i drew nie rozdają za darmo, więc – jak przechwalając się – wyznała La Voisin, większość trupków pochodzących z aborcji, jak też i zwłok dzieci kupowanych, lub porywanych na ulicach Paryża, a służących jako ofiary składane w demonicznych obrzędach, było zakopywane w przydomowym ogrodzie.
Policja przeszukała więc i ów ogród, w którym znalazła zagrzebane w płytkich grobach ponad dwa i pół tysiąca dziecięcych szczątków, w różnych stadiach rozkładu, od całkiem świeżych, po gołe szkieleciki…
* * *
Na La Voisin nawet nie trzeba było naciskać ani wymuszać zeznań torturami. Śledztwo trwało. Uzależnionej od alkoholu czarownicy trunków nie skąpiono, bo po pijanemu nie umiała powściągnąć języka i nie tylko przyznawała się do niezliczonych, potwierdzonych później przez śledczych, w czasie rewizji i konfrontacji, zbrodni, ale i sypała nazwiskami jak z rękawa. I to jakimi nazwiskami!
Jednego tylko nigdy nie wymieniła – nazwiska królewskiej nałożnicy, pani de Montespan… pewnie się lękała, że jeśli wyszłyby na jaw jej plany zamordowania króla, nie mogłaby już liczyć na żaden ratunek, z jakiekolwiek strony… I to chyba dlatego przyznawała się do niezliczonych okropieństw, jakby chcąc w ten sposób odwrócić uwagę śledczych od planowanego królobójstwa, mając jednocześnie nadzieję, że któryś z możnych przyjaciół wyciągnie ją – mimo wszystko – z tarapatów… Przeliczyła się…
Król, któremu przedstawiono dwie listy, jedną z nazwiskami ofiar, drugą zaś z nazwiskami zleceniodawców zbrodni, aż pobladł z wrażenia i przerażenia zarazem.
Sprawę trzeba było tedy jak najszybciej zakończyć, jednocześnie srogo karząc winnych. Dlatego też władca już 27 grudnia 1679 roku nakazał unicestwienie całej tej trucicielskiej pajęczyny oraz ukaranie zbrodniarzy, jak również wszystkich ich klientów za pomocą wszelkich możliwych i prawnych środków i to niezależnie od rangi, płci i wieku osób zamieszanych w owe zbrodnie…
Nikt i nic nie mogło uratować La Voisin…
Dodatkowo oskarżona została bowiem przez własną córkę Marguerite Monvoisins, która między innymi zeznała i to, iż urodziwszy dziecko, uciekła z domu, obawiając się, że jej matka i własnego wnuka nie oszczędzi, składając go na ofiarę diabłu.
Oskarżona została była i przez księdza Guibourga, który upierał się, że on żadnego dziecka nie zabił, a zabijała je osobiście La Voisin i podawała mu je już martwe. On zaś tylko każde z nich przed zarżnięciem chrzcił, iżby mogło trafić prosto do Raju. I chociaż nie do końca (poza owym chrzczeniem) było owo prawdą, to udano, że dano temu wiarę, iżby możliwie jak najbardziej zminimalizować udział katolickiego księdza w owych okropieństwach. Dzięki temu ocalił głowę, ale gnił w więzieniu aż do samej śmierci, do roku 1686.
Tak więc La Voisin została skazana na spalenie żywcem na placu de Greve. Termin egzekucji wyznaczono na dzień 22 lutego 1680 roku.
Noc przed egzekucją spędziła wesoło, na obżarstwie, pijaństwie, śpiewaniu sprośnych piosenek, aż do czasu, gdy świt rozświetlił niebo…
Wtedy to przybył do celi spowiednik, lecz stara, pijana wiedźma obrzuciła go najgrubszymi obelgami, a na widok krzyża zareagowała nieopisaną furią.
Powieziono ją zatem na miejsce kaźni, gdzie nie chciała zejść z wózka, czepiając się go z całej siły tak, że trudno było oderwać jej palce od desek. Ostatecznie zawleczono ją na stos, a ona ryczała przeklinając, bluźniąc i złorzecząc… Przykuto ją więc łańcuchami do pala, obłożonego stertą drew i chrustu, który podpalono.
La Voisin bluźniła i przeklinała aż do chwili, gdy ją dym udusił. Dopiero wówczas zamilkła.
A później przerażony tłum już w milczeniu słuchał tylko buzowania płomieni, trzasków palących się szczap i odgłosów pękających od żaru kości…
Popioły rozwiał wiatr…
* * *
W wyniku śledztwa i procesu dotyczącego afery trucicielskiej ustalono, że było w nią zamieszane ponad czterysta czterdzieści osób, z których blisko połowę aresztowano. Na śmierć skazano oprócz La Voisin aż trzydzieści sześć i wykonano wyroki. Pięć trafiło na galery, dwadzieścia trzy ukarano banicją…
Nie wszyscy jednakże, którzy na to zasłużyli, stanęli przed sądem, jedni popełnili samobójstwo, inni zaś zostali oszczędzeni, bo gdyby ich nazwiska trafiły do opinii publicznej, we Francji mogłaby wręcz wybuchnąć rewolta… z takich pochodzili rodów… Po prostu na podstawie dowiedzionej im bądź wielce prawdopodobnej winy, bez wyroku, dożywotnio pozamykano ich w więzieniach… Ale były i takie osoby, które nigdy nie poniosły najmniejszych nawet konsekwencji…
I taki był koniec owej potwornej afery…
Wszelkie dotyczące jej akta król utajnił… rok 1682 dobiegł końca…
* * *
Zdawało się, że Ludwik teraz wreszcie odetchnie. Ale nie odetchnął. Chociaż bowiem druga z faworyt królewskich pani de Maintenon, wespół z ministrem króla, Jean-Baptiste Colbertem, wyciszyli i zatuszowali sprawę udziału markizy de Montespan w spisku na życie króla, bo jakżeby to wyglądało w oczach społeczeństwa, że matka aż siedmiorga królewskich dzieci chciała zamordować ich ojca? To by dopiero był skandal!
Musiał więc król przełknąć tę bardzo gorzką pigułkę i udawać, że w stosunkach między nim a markizą nic nie uległo zmianie. Można sobie wyobrazić, ile go to musiało kosztować.
Tymczasem do tamtych zmartwień, problemów i kłopotów doszedł kolejny – oto dnia 30 lipca 1683 roku zmarła w Wersalu żona Ludwika XIV, María Teresa de Austria y Borbón. Chociaż król jej nigdy nie kochał, to przecie zawsze mógł liczyć na jej lojalność i wsparcie, a tego mu teraz właśnie bardzo było trzeba…
Żałoby po zmarłej królowej nie przechowywał jednak przesadnie długo w swym sercu, bo już 9 października tego samego roku pojął za żonę dotychczasową opiekunkę swoich bękartów i jednocześnie kochankę Françoise d’Aubigné, markizę de Maintenon. Było to, co prawda małżeństwo morganatyczne, ale Ludwikowi było to już obojętne. Przy licznej gromadzie uznanych dzieci, następstwo tronu Francji miał zapewnione. Mógł więc sobie na tę morganatyczną małżonkę pozwolić… A dawało mu to jeszcze jeden pożytek, że już tam nowa małżonka zadba o to, by markiza de Montespan trzymała się od króla jak najdalej.
Co prawda ta ostatnia zniknęła z dworu dopiero w roku 1691, oddalając się do klasztoru Córek św. Józefa, gdzie ponoć ciężko pokutowała, jednocześnie rozdając olbrzymie sumy ze swego majątku na biednych, przytułki i szpitale.
Gdy 27 maja 1707 roku wyzionęła ducha, król zabronił nawet ich wspólnym dzieciom nosić po niej żałobę…
Nadchodzi zmierzch… Serce dziecięcia króla i markizy.
Marie-Madeleine-Marguerite d’Aubray1, markiza de Brinvilliers, znana jednak bardziej jako Madame de Brinvilliers, parająca się tą samą profesją co jej dobra znajoma La Voisin, z którą zapewne nie jeden raz współpracowała, a przynajmniej dobrze się znała, wraz z kochankiem, z zawodu żołnierzem, natomiast z zamiłowania alchemistą, Godinem de Sainte-Croix, przy użyciu sławnego proszku dziedziczenia, albo może specyfiku o nazwie aqua tofana2, co w sumie na jedno wychodzi, w 1666 roku pozbawiła życia swego ojca Antoine’a Dreux d’Aubraya, a w cztery lata później braci Antoine’a i François’a, aby móc zagarnąć rodzinny majątek.
Markiza była okrutną kobietą. Być może przyczyną tego były okropieństwa, w jakich uczestniczyła, będąc dzieckiem. Matka zmarła, wydając ją na świat, ojciec mało się nią interesował, a wychowaniem zajmowała się służba. Niektórzy ze służących od czasu, gdy skończyła lat siedem, regularnie ją gwałcili.
Nie wiadomo, czy w odwecie za okrucieństwa i poniżenia, czy też może dlatego, że rozbudzono w niej takie potrzeby, w wieku lat dziesięciu rozpoczęła kazirodcze współżycie z jednym z braci…
Chociaż ci, którzy ją znali, wiedzieli, że jest trucicielką, woleli nie gmatwać się w tę sprawę, a mąż, trwożąc się o własne życie, w przerażeniu ukrył się w swoim majątku.
Lękał się jej nawet i kochanek, kawaler de Sainte Croix, który zostawił puzderko z czerwonej skóry, na którym wypisał: Otworzyć, jeśli umrę wcześniej niż markiza de Brinvilliers.
Pech chciał, że zmarł on 31 lipca roku 1672, a ironią losu będzie to, że śmiercią naturalną, nie zaś od jadu kochanki, przed czym drżał z lęku.
Może i nic by się nie stało, gdyby w 1675 roku owo puzderko z czerwonej skóry, zamiast do markizy, nie trafiło w niepowołane ręce. Kiedy je otwarto, znaleziono w nim wyznania kawalera, jego oskarżenia i opisy mordów, jakich się dopuściła de Brinvilliers, a nawet próbki trucizn.
Markiza zatem, nie czekając, by ratować głowę, tego samego roku czmychnęła do Anglii, a gdy zaczął się jej tam palić grunt pod nogami, przeniosła się do Holandii, by ostatecznie znaleźć dach nad głową i schronienie przed ręką sprawiedliwości w pewnym klasztorze nieopodal Liege, w którym ją jednak odnalazł i dopadł stróż prawa przebrany za księdza, a który tak się wczuł w rolę, że nie wzbudził podejrzenia mniszek.
Śledztwo rozpoczęte w roku 1675 trwało blisko dwanaście miesięcy. Oskarżona w procesie ostatecznie przyznała się do wszystkiego, co jej zarzucano. Skazano ją tedy na śmierć i ścięto w Paryżu 16 lipca 1676 roku. Po ścięciu zaś trupa spalono na stosie, a prochy wrzucono do Sekwany.
Wszelako, zanim ją skrócono o głowę, w akcie publicznej pokuty, ujawniła wszystkie swoje zbrodnie… Posypały się więc i nazwiska…
We Francji rozpętała się afera trucicielska…
W 1675 roku markiza de Brinvilliers wyjawiła nazwisko La Voisin, tak że i ta ostatnia została zamieszana w proces. Nim jednak i ją dopadła sprawiedliwość, musiało minąć jeszcze kilka lat. La Voisin była bowiem bardzo wysoko ustosunkowana i władze niższego szczebla bały się ją ruszyć, iżby nie spowodować lawiny, która pogrzebałaby licznych przedstawicieli najpotężniejszych rodów Francji, a przez to narazić się na niełaskę możnych tego świata…
Niemniej rok 1675 stał się jednak początkiem końca działalności okrutnej dzieciobójczyni… La Voisin przez moment poczuła na karku chłodny oddech nadchodzącej śmierci… potraktowała go jednak z nonszalancją… zresztą, kiedy by miała czas na refleksję, skoro nieustannie była pijana?…
Stała tam, na placu kaźni, wespół z towarzyszącym jej markizem Montferrat, wpatrując się rozszerzonymi na poły ze strachu, na poły z podniecenia, oczami w umierającą panią de Brinvilliers.
Montferrat tymczasem uśmiechał się tylko ironicznie, co rusz rzucając spod oka spojrzenia, a to na konającą trucicielkę, a to na stojącą obok dzieciobójczynię…
* * *
Dawna metresa Ludwika XIV, karmelitanka bosa Louise Françoise de La Baume Le Blanc de La Vallière, która przyjęła imię siostry Ludwiki od Miłosierdzia, wdniu 3 czerwca 1675 roku złożyła śluby wieczyste… a po kilkudziesięciu latach życia w klasztorze, dnia 6 czerwca 1710 roku, zmarła w opinii świętości… Spoczęła w zwyczajnej mogile prowincjonalnego cmentarza, tak daleko od świata, w którym niegdyś żyła, że dalej już nie można było…
* * *
Tymczasem królowi coraz bardziej brzydła markiza de Montespan i znosił ją z coraz większym trudem. Nie umiał się jej jednak pozbyć. Nie wiadomo, czy to działały czary, czy był po prostu zbyt mało stanowczy…
* * *
Dzień 19 czerwca 1675 roku był słoneczny, ciepły, ale nie upalny, lekuchny wiaterek bowiem wiał orzeźwiająco. Liście na drzewach falowały w jego oddechu, budząc zielone rozedrgane cienie. Marguerite-Marie Alacoque klęczała w kaplicy, adorując Najświętszy Sakrament. Słońce przeświecało przez witraże, kładąc na posadzce barwne plamy światła. Dzień 19 czerwca 1675 roku bynajmniej nie zapowiadał się na jakiś szczególny…
W pewnej chwili jednak rozmodlona dziewczyna, zamiast pozłocistej monstrancji, spostrzegła postać Pana Jezusa… Oto znów ją nawiedził… Z piersi zakonnicy wyrwał się radosny szloch szczęścia…
Tymczasem Pan, ukazując jej swoje rozpłomienione Serce, powiedział, co już niejednokrotnie mówił i wcześniej, że chociaż owo Serce tak bardzo ukochało ludzi, że aż do bolesnego skonu, to w zamian doświadcza tylko pogardy, niewdzięczności i obelg i świętokradztwa przez brak poszanowania Go w Najświętszym Sakramencie. A już w szczególności ze strony osób, które swoje życie Jemu poświęciły, osób duchownych. Dlatego też zażądał, izby każdy pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała stał się uroczystością wynagradzającą, ku czci Jego Najświętszego Serca, i aby na intencję owego wynagradzania Jezusowi wyrządzanych Mu zniewag, lud, oczyściwszy swe serca, przyjmował Eucharystię…
* * *
Jako się rzekło, królowi coraz bardziej brzydła markiza de Montespan i znosił ją z coraz większym trudem. Miał co prawda i drugą metresę, markizę de Maintenon (nie wspominając o kochankach przelotnych, czy też niemających pozycji porównywalnej do pozycji którejkolwiek z wymienionych dam), ale nie mógł się zdecydować, którą z nich ostatecznie wynieść na piedestał, a którą z niego definitywnie strącić.
Dla pani de Montespan sytuacja musiała się wydać tak groźna, że zdecydowała się na osobisty udział, w roku 1677, w kolejnej już, czwartej czarnej mszy sprawowanej na jej nagim ciele. Tym razem miał to być najokropniejszy z tych rytuałów, ponieważ miano złożyć w ofierze – po kryjomu i przedwcześnie urodzone dziecko tej kochanki króla…
Dama zażądała od La Voisin i księdza, takiego rytuału, który sprawi, że jeśli król ją porzuci, ma umrzeć on sam, królowa i jego druga kochanka…
Wynikły jednakowoż pewne komplikacje… Dziecko było tak małe i suche, że aby można było pobrać choćby odrobinę jego posoki, nie wystarczyło poderżnięcie gardełka, ale konieczne się okazało wyjęcie z dziecięcia króla i markizy serca, rozpłatanie go i dopiero z jego wnętrza wydobycie tej odrobinki krwi, którą celebrans dodał do konsekrowanego wina, do Przenajświętszej Krwi Pańskiej…
Nie był to najlepszy prognostyk… Serce… to niewinne serce diabłu oddane w ofierze… Serce winno być spopielone a jego popiół dodany do afrodyzjaków… nie zaś wykorzystane w czarnej mszy tak, jak zostało wykorzystane… to się kłóciło z rytuałem.
Najwidoczniej jednak owa demoniczna liturgia przyniosła oczekiwany przez markizę skutek, w 1677 urodziła bowiem Ludwikowi XIV jeszcze jedną córkę – Françoise-Marie, a w rok później w 1678 ostatnie już dziecko, syna Louis-Alexandre’a…
* * *
Król jednakże nadal nie był jej wierny. A skoro tak, to markiza, przepełniona wściekłością, nie mając zamiaru dzielić się nim z kimkolwiek, uknuła straszliwy plan – zamordowania Ludwika, bo jeżeli nie mogła go mieć na wyłączność, to niech lepiej sczeźnie, niech jego truchło zbutwieje w trumnie i w proch się rozsypie.
Sama przecie nie mogła się tego podjąć. Aż wreszcie, co prawda z trudem, bo z trudem, udało się jej jednak przekonać La Voisin do zamachu na monarchę i swoje rywalki.
Knując spisek, nie była jednak w stanie przewidzieć, iż nie będzie mu dane dojść do realizacji. Tak się bowiem dla markizy pechowo złożyło, że w tym samym czasie paryska policja w końcu zrozumiała, że to nie bajki, nie plotki, czy niedorzeczne opowieści, lecz miasto i kraj naprawdę oplata cała przestępcza pajęczyna złożona z groźnych czarowników, czarownic i morderców.
Oto bowiem rankiem 4 stycznia 1679 roku aresztowano słynną wróżbitkę, a jak się później okazało również i trucicielkę paryską, Marie Bosse, bardziej znaną jako La Bosse. Wróżbitka bowiem w ostatnich dniach grudnia 1678 roku, po pijanemu, przechwalała się, jak wielkie korzyści finansowe czerpie z handlu truciznami, które rozprowadzała za pośrednictwem całej sieci salonów wróżbiarskich. A ponieważ te jej przechwałki dotarły do niepowołanych uszu, na skutek donosu została wzięta pod obserwację policyjną i… wpadła.
Ponieważ w trakcie najścia domu wiedźmy, policjanci przyłapali jej syna na kazirodczym stosunku z siostrą, aresztowano wszystkich. W śledztwie zaś wyszło na jaw, iż ta rodzina miała inklinacje nie tylko do czarów, wróżb i trucicielstwa, ale także en bloc, do kazirodztwa, co wówczas było karane śmiercią.
Trucicielka, mając świadomość, że skóry już nie uratuje, ostatecznie przyznała się do wszystkiego, a ponadto obficie sypnęła nazwiskami wspólników. W tym i La Voisin. Jedno z najważniejszych ok głęboko zakonspirowanej sieci trucicieli ostatecznie pękło, a sama sieć jęła dość szybko się rozpadać, przy okazji odsłaniając trudne do opisania potworności…
La Bosse, wespół z córką Manon oraz synami François i Guillame, jak też i niektórymi ze wspólników zbrodni, zostali skazani na spalenie na stosie. Wyrok wykonano w Paryżu w dniu 8 maja 1679 roku…
Ale owego, bądź co bądź, podniecającego, rozpalającego krew w żyłach, widowiska już La Voisin, nie było dane oglądać…
Temu wszystkiemu przyglądał się jednak ze zblazowaną miną ów tajemniczy, nikomu w Paryżu bliżej nieznany, cudzoziemski szlachcic, markiz de Montferrat, bywalec salonów, piwnic i poddasza wiedźmy z rue de la Tannerie…
1Madame de Brinvilliers właśc. Marie-Madeleine-Marguerite d’Aubray, Marquise de Brinvilliers, z domu margrabina d’Aubray (1630-1676) – francuska trucicielka.
[popularnie: „arszenik” . W kryminalistyce przełom nastąpił dopiero w 1836 roku, gdy brytyjski chemik James Marsh opracował czułą metodę wykrywania śladowych ilości arsenu. md]
[Musze wyjaśnić, że opisane niżej okropności są oparte o raporty sądów. Raporty są, choć z trudem, dostępne. Oficjalna Francja, nawet ta masońska, laicka, się tego wstydzi i wypiera. Ale FAKTÓW nie da się ukryć zupełnie. Mirosław Dakowski]
================================================
Andrzej Juliusz Sarwa
WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (36)
CZAROWNICE I WIZJONERKI
Serca gorejące
Był wieczór, dosyć chłodny, mrok jął wypełzać z wszelkich zakamarków – z załomów murów, gąszczy zarośli, głuchych okien pozamykanych już kościołów. Był wieczór, zmrok jął się rozpościerać nad Paryżem.
Marnie wybrukowaną uliczką, rue de la Tannerie, toczył się powóz bez herbu na drzwiczkach, za to ze szczelnie zasłoniętymi firankami.
Po jakimś czasie zaczął zwalniać, aż w końcu woźnica ściągnął lejce i konie stanęły. Fagas w liberii, siedzący obok woźnicy na koźle, zwinnie zeskoczył na ziemię i otworzywszy drzwi karocy, kłaniając się w pół, pomógł wysiąść jakiejś zakwefionej damie, która bez słowa oddaliła się w kierunku domu, czy może raczej pałacyku, usadowionego w pewnej odległości od ulicy, gdzie niektóre okna ziały czarną pustką, a niektóre były rzęsiście oświetlone.
Pośrodku podworca zatrzymała się, jakby niezdecydowana, co robić, czy iść dalej, czy może jednak zawrócić. Tę chwilę wahania wykorzystał przystojny mężczyzna, z wyglądu mogący mieć nie więcej niż czterdzieści lat, odziany skromnie, lecz wyjątkowo elegancko. Już na pierwszy rzut oka widać było, iż ubranie ma uszyte przez znakomitego krawca z najlepszych gatunków tkanin.
– Madame, dwornie skłonił się przed zakwefioną niewiastą. – Jestem markiz Montferrat, hrabia de Saint-Germain. Może, pani, potrzebujesz przewodnika?
– Daruj, panie, że zachowam anonimowość… ale przewodnik rzeczywiście, bardzo by mi się przydał.
– A zatem… – markiz podał ramię damie i ruszyli wprost ku drzwiom wejściowym.
Montferrat najwyraźniej dobrze był znany służbie, bo bez słowa otwarto przed nim drzwi i wpuszczono go wraz z towarzyszką do środka.
Ta ostatnia stanęła jakby zagubiona w obszernym i bogato urządzonym holu, bezradnie rozglądając się wokół.
– Zapewne chciałabyś, markizo, spotkać się z panią tego domu?
Kobieta gwałtownie odwróciła głowę i spojrzała w twarz. – A skądże pan wiesz, że jestem markizą?
– Madame, ja… wiele wiem… więcej niż byś to mogła ogarnąć swoim rozumem.
– Monsieur, pan mnie obraża!
– Nie, pani, musiałabyś bowiem mieć pamięć setek i setek pokoleń, jakie tu żyły od czasów Kaina, aż do dzisiaj…
– A pan ma taką pamięć? Czyżbyś więc był, markizie, nieśmiertelny?
Lecz Montferrat nie zareagował na ostatnie pytanie damy tak, jakby tego oczekiwała, tylko skłonił się dwornie i odparł:
– Och! Markizo, chyba nie po to tu przybyłaś, iżby prowadzić takie czcze rozmowy! Lepiej chodźmy.
Poszli więc. Mężczyzna doskonale orientował się w rozkładzie domu. Minąwszy salon pełen rozbawionych gości, i to nie byle kogo, lecz samej arystokratycznej śmietanki towarzyskiej Paryża, śród której nie brakowało przedstawicieli najmożniejszych rodów, a nawet i książąt krwi, mrocznymi schodami jęli się wspinać na wyższą kondygnację.
Montferrat, zatrzymawszy się przed jednymi z drzwi, zapukał we framugę. Nie było jednak na to żadnej reakcji.
– Zaczekaj tu, madame. Za chwil parę przyprowadzę panią domu.
I rzeczywiście. Wkrótce dało się słyszeć skrzypnięcie drzwi na poddaszu, a potem przyciszoną rozmowę mężczyzny i kobiety. Ale słów nie można było zrozumieć.
Zakwefionej damie chwile dłużyły się niemiłosiernie, tym bardziej, że musiała stać prawie w głębokim mroku, opierając się tylko plecami o ścianę. Dopiero po jakimś kwadransie posłyszała niepewne kroki kogoś, kto schodził na dół. Minęła ją słaniająca się na nogach dziewczyna, w której rozpoznała jedną z dam dworu królowej, ale mimo iż się doskonale znały, nie zagadnęła do niej, lecz odwrotnie, jeszcze bardziej skryła twarz, odwracając ją do ściany w taki sposób, by nie padało na nią światło kaganka, stojącego na gzymsie naprzeciwko poręczy schodów.
Ale dziewczyna nawet nie zerknęła na nią. Pojękiwała tylko z cicha i wlokła się z trudem, jakby doskwierało jej wielkie cierpienie, jakiś ból straszny. Spod sukni, spomiędzy nóg pociekła jej stróżka krwi, znacząc kroplami białe marmurowe stopnie.
W ślad za panną podążał markiz, a zaraz za nim ta, z którą dama chciała się spotkać – znana i sławna bardzo z ogromnego bogactwa w całym Paryżu – Catherine Monvoisin1, zwana La Voisin – dobrodziejka niewiernych żon i rozpustnych panien, dobrodziejka tych, którzy szybko chcieli stać się czyimiś spadkobiercami. Ale i tych, którzy pragnęli cudze serca zniewolić, uwikłać, omotać.
La Voisin minęła oczekującą, otworzyła drzwi jednego z pokojów i zaprosiła ją gestem do środka. Dama weszła, a w ślad za nią podążył i Montferrat.
– Panie! – zaprotestowała dama – mam poufną sprawę do omówienia! Proszę stąd wyjść.
– Jeśli markiz wyjdzie to i wy, pani, wraz z nim – opryskliwie ozwała się La Voisin – wasza wola.
Tajemnicza dama, słysząc takie słowa, bezradnie rozłożyła ręce.
– Cóż… to szantaż…
– Nie ja ciebie szukałam, tylko ty mnie. Kim jesteś i po co przyszłaś? – zapytała La Voisin.
– Jestem Françoise Athénaïs de Rochechouart de Mortemart2, markiza de Montespan…
– Ach! dwórka królowej! A cóż cię, pani, do mnie sprowadza?
– Rozpacz, pani. Rozpacz, wściekłość i zazdrość!
– I czemuż to?
– Chcę, by król pozbył się tej dewotki, tej głupiej Louise de la Valliere.
– Ponieważ ty, pani, chcesz zająć jej miejsce?
– Właśnie.
– Jest jeszcze żona monarchy – powiedziała La Voisin.
– Więc niech i ona zniknie z życia króla!
– Czy wiesz, czego ode mnie żądasz? – spytała czarownica.
– Wiem.
– A czy zdajesz sobie sprawę, co będziesz musiała uczynić, jakim rytuałom poddać? Kogo, prócz mnie, poprosić o pomoc?
– Nie. Alem na wszystko gotowa… byle go mieć… byle go tylko mieć… inaczej moje serce spłonie od ognia miłości nieugaszonej…
Zapadło milczenie. Przerwał je markiz.
– Zdejmij pani woalkę, łatwiej się nam będzie rozmawiać. Ty widzisz nasze twarze, my twojej nie. A to dość… krępujące. Skoro i tak już nam ujawniłaś swoją tożsamość i intencje, to po co skrywać lico?…
– Niechże będzie.
Pani de Montespan zdjęła zasłonę. Była młoda i piękna, zdecydowanie przewyższała urodą tę, którą chciała zastąpić w królewskiej łożnicy.
De la Valliere płeć miała bielszą, nos i usta okazalsze, a błękitne niczym majowe niebo oczy szerzej rozstawione. Była dostojna i chyba nadto poważna, de Montespan zaś, o smaglejszej cerze, nosie prostym i kształtnym, ciemnych oczach o migdałowym kształcie, krótszej szyi i mniejszych piersiach, miała też mniejsze, lecz wręcz domagające się pocałunków, cudownie wykrojone usta.
Jej uroda bardziej przykuwała wzrok niż uroda de la Valiere. Jej twarz skupiała na sobie uwagę każdego, kto na nią spojrzał. Ciemnoblond włosy ufryzowane w spiralne, długie loki spływały jej na plecy, od góry zaś miała do nich dopiętą treskę puszystości i barwy wiewiórczego ogona. Z treską ową znakomicie komponowała się makowa suknia przy ramionach i dekolcie wykończona zwiewnym i przeźroczystym niczym mgiełka kremowym szyfonem, spiętym na ramionach przy dekolcie różami z tej samej materii uformowanymi.
Markiz nie umiał powstrzymać się od komplementów i pochlebstw, zaś La Voisin ordynarnie zwróciła się do przybyłej.
– No i co? Czego tak naprawdę chcesz? Wykończyć tę de la Valliere?
– Jeśli będzie trzeba?… Może jednak spróbujmy najpierw jakich afrodyzjaków?…
– To i dobrze się składa, bo jeden mogę ci przygotować już dzisiejszej nocy, tyle że trzeba będzie na niego zaczekać parę godzin. Zechcesz tu na nas wyczekiwać, czy pójdziesz ze mną i z markizem przyjrzeć się pewnemu obrzędowi, dzięki któremu zdobędziemy eliksir, którego tak potrzebujesz? Chyba iż się lękasz, iż przerazi cię to, co zobaczysz – czarownica roześmiała się chrapliwie. – Lecz skoroś przed chwilą oświadczyła, że jesteś gotowa nawet śmierć komuś zadać, to chodź, oswajaj się z grozą.
– Pani markizo…
– Panie markizie… – pani de Montespan przyjęła ramię, które podał jej towarzysz.
Nie śpiesząc się, zeszli do piwnic.
* * *
Zatrzymali się wpodle drzwi, a potem weszli do sporych rozmiarów pomieszczenia o beczkowato sklepionym suficie, pomieszczenia pozbawionego okien.
Pani de Montespan z ciekawością podszytą lękiem rozglądała się po krypcie.
Markiz nachylił się i półgłosem objaśniał damę.
– Spójrz, madame, owo podwyższenie pośrodku, nakryte materacem, z rozłożonym na nim czarnym obrusem, pełni funkcję ołtarzowego antepedium.
– A gdzie mensa?
– Spokojnie. I do mensy dojdziemy. Psyt!
Na sekundę umilkł, a potem ciągnął prawie szeptem:
– To młode dziewczę, które stoi pośrodku to Marianne Charmillon, córka jednego z paryskich aplikantów adwokackich. Młodzieniec o twarzy rzezimieszka stojący obok niej to Sebault, subdiakon z kościoła Notre-Dame de Bourges, który przywlókł się do Paryża z nadzieją, iż zrobi tu karierę i że się wzbogaci, ale też, że i poużywa. Zamieszkał u Charmillona, uwiódł Marianne, po czym sprokurował jej dwójkę dzieci, nie opuszczając jednak bynajmniej stanu duchownego. Ponieważ nic mu jednak, prócz tych dzieci, w życiu nie wyszło, żadnej prebendy nie otrzymał, a jego Bóg go nie raczył wysłuchiwać i bynajmniej nie obsypał złotem, zdecydował, że trzeba chyba raczej zwrócić się do boga innego, do Szatana, oddając mu się na własność. Co też niniejszym zamierza uczynić i do czego przymusił swoją kochankę. Będziesz, pani, świadkiem zawierania paktu z diabłem… Zaznaczyć pragnę, iż niezwykle widowiskowego…
Markiza de Montespan wzdrygnęła się na te słowa, ale siląc się na spokój, zapytała:
– A kto jest ów drugi mężczyzna i owa druga kobieta?
– To ważne persony, bez nich obrzęd nie mógłby się odbyć… Mężczyzna ów to Guignard, wikary z tej samej świątyni, co i subdiakon, ważnie wyświęcony ksiądz, a niewiasta, nazwiskiem Lefebvre, jest jego nałożnicą.
– A owo dziewczę, drżące od strachu?
– To trzynastoletnia żebraczka, którą tu podstępnie zwabiono, aby oddać ją Szatanowi. Ale właśnie wybija północ… zaraz się zacznie…
Celebrans, ubrany w humerał, albę, cingulum, stułę, ornat skrzypcowy, manipularz – wszystko to było barwy białej, a zwierzchnie szaty dodatkowo ozdobne kunsztownym czarnym haftem wyobrażającym sosnowe szyszki i diabelskie symbole, dał znak, na który Sebault i Marianne rozebrawszy się do naga, usiłowali rozebrać też ową trzynastolatkę, ale ta nie wytrzymawszy napięcia i lęku, z przerażenia wyzionęła ducha. Odciągnięto tedy trupa w najodleglejszy kąt i kontynuowano obrzęd.
Marianne położyła się na podwyższeniu.
– Oto i masz, markizo, mensę ołtarzową, której ci brakowało.
– Jak to?
– Mensa to ciało Marianne, ale psyt! Patrz dalej.
– Ksiądz na brzuchu nagiej dziewczyny rozłożył korporał, postawił na nim kielich mszalny i patenę. Do kielicha nalał wina, do którego wpuścił kilka kropel wody, a na patenie położył hostię.
Kapłan zaczął odprawiać mszę, do której służył mu za ministranta nagi subdiakon.
Kiedy zgodnie z rubrykami celebrans miał całować ołtarz, całował nagą Marianne w intymne miejsce, a gdy było już po konsekracji, wepchnął hostię w jej przyrodzenie i natychmiast po tej „komunii” wszedł w nią subdiakon Sebault, który po stosunku dokonał konsekrowanym winem puryfikacji intymnej części ciała kochanki. A to, co z niej wyciekło, zebrał na powrót do kielicha, skąd przelał je do kryształowej ampułki.
Wówczas ksiądz Guignard oraz markiz rozebrali się do naga i na zmianę jęli kopulować z drugą obecną tam kobietą, nazwiskiem Lefebvre, kochanką celebransa. Jedynie La Voisin i markiza nie brały udziały w tej odrażającej ceremonii, będąc wyłącznie biernymi obserwatorkami.
Gdy obrzędy się skończyły, zmarłą z przerażenia dziewczynkę zagrzebano w jamie wyrytej w tejże piwnicy, po czym wszyscy udali się na górę, by wziąć udział w rozpasanej orgiastycznej uczcie, jaka odbywała się w salonie urządzonym z niebywałym przepychem.
Jedna tylko pani de Montespan odmówiła. Była nadto wzruszona. Ba! Wręcz wzburzona nawet. A poza tym… chyba nie chodziło jej tylko o władzę, znaczenie i przywileje…
Zwróciła się przeto do La Voisin z prośbą, by ta jej dała ów afrodyzjak, który miał odebrać króla rywalce i rzucić go w jej ramiona.
Czarownica z szyderczym uśmiechem podała jej fiolkę z resztką konsekrowanego wina, którego subdiakon użył do obmycia przyrodzenia swojej kochanki i powiedziała:
– Dodaj do tego parę kropli swej krwi miesięcznej, zmieszaj z najprzedniejszym trunkiem, który król najbardziej lubi i spraw, by się owej mikstury napił, a… będzie twój. Ale czy ty… ty… naprawdę go kochasz?
– O, tak! O, tak! Moje serce płonie do Ludwika tak wielką miłością, że już nie mogę powstrzymać w sobie jej żaru i jeśli nie spełnią się moje pragnienia, wybuchnie żywym ogniem, a ten spopieli nie tylko mnie, lecz i wszystko… wszystko dookoła… To, po co przyszłam, to ledwo zwiastun i przedświt tego, co mogę i co zechcę uczynić i ofiarować, iżby moje serce zlało się w jedno z sercem króla w nadzmysłowym związku naszych dusz i ciał. O, tak! Jakże ja go kocham! Wielbię go tak bardzo, że moja miłość zdolna jest pchnąć mnie aż do zadania śmierci…
Ordynarna prostaczka, obrzydliwa wiedźma, która nie cofała się przed żadnym z najokrutniejszych okropieństwem, słysząc te słowa pobladła i zadrżała, bo wiedziała, że oto stoi przed nią ktoś, kto w złu ją przewyższa i że może lepiej by było odesłać tę damę do diabła i nie zadawać się z nią więcej. Jednakowoż chęć zysku, sławy, poważania, podziwu i mniemanej bezkarności zwyciężyła, dlatego rzekła:
– Możesz, pani markizo, zawsze liczyć na mnie.
* * *
Przez kilka miesięcy pani de Montespan próbowała zająć miejsce w królewskiej sypialni, po wyrugowaniu stamtąd dotychczasowej metresy. Pewnie robiła to niezbyt udolnie, bo czy to nie była wprawiona w intrygach, czy też może miłość do króla ją zaślepiała do tego stopnia, że traciła miarę i rozsądek w zabiegach i chęci przypodobania się władcy, tak czy inaczej stała się pośmiewiskiem zarówno królowej, jak i panny de la Valliere.
Szczególnie ta ostatnia szydziła z markizy, będąc pewną swojej pozycji, a w markizie nie widząc najmniejszego nawet zagrożenia.
I był to błąd obydwu dam, królowej i kochanki. Kiedy bowiem tak się złożyło, iż obydwie król zapłodnił i zaciążyły, do towarzystwa podsunęły mu panią de Montespan, mając ją za głupią gęś, z którą król co najwyżej prześpi się raz czy drugi, ale która jest zbyt tępa na to, iżby go omotać i uwieść, zatrzymując przy sobie na dłużej.
Jakież tedy było ich zdumienie, gdy okazało się, że młodej ambitnej markizy absolutnie nie doceniły. Król odsunął od siebie de la Valliere, chociaż przez jakiś czas tak urządził swoją sypialnię, że miał swobodny dostęp do łóżek zarówno starej, jak i nowej metresy, korzystając z nich wedle kaprysu. Potem jednakowoż zaczął Louise poniżać i w wyjątkowo wyrafinowany sposób znęcać się nad nią psychicznie, by ta, koniec końców, po ciężkich cierpieniach i fizycznych i duchowych, załamana i zniechęcona do życia, w roku 1670 w końcu zwróciła się do religii. Wtedy to właśnie spod jej pióra wyszło dziełko Réflexions sur la miséricorde de Dieu – Refleksje o miłosierdziu Boga. Aż ostatecznie odeszła do surowego karmelitańskiego klasztoru, w którym przybrała imię siostry Ludwiki od Miłosierdzia i w którym miała już do śmierci pokutować za swoje występki… z których największym było to, że uległa królowi… a uległa, bo go szczerze i głęboko za dni naiwnej młodości pokochała…
De Montespan na placu boju została sama. Ziściło się jej pragnienie… Ba! Zdobyła taką władzę nad duszą, sercem i umysłem Ludwika, że nawet królowa musiała się jej obawiać i się z nią liczyć.
Markiza została kochanką króla w maju 1667 roku.
Dwudziestosześcioletnia Françoise Athénaïs de Rochechouart de Mortemart, markiza de Montespan weszła na ścieżkę, która wiodła ją nie ku jasnym i przejrzystym wodom, lecz wprost w mroczne odmęty, przesycone szlamem i zgniłym wodorostem…
* * *
Marguerite-Marie Alacoque3, która przyszła na świat w roku Pańskim 1647 w Verosvres, jako piąte dziecko notariusza królewskiego, Claude’a Alacoque i jego małżonki Philiberte’y Lamyn dziwna jakaś była. Nie wiadomo dokładnie, ile miała lat, cztery czy pięć, a już w kościele ofiarowała się na własność Panu Jezusowi…
Czy była świadoma tego, co robi, czy też nie – tego się już nie dowiemy. Z późniejszych zdarzeń możemy jednak domniemywać, iż chyba była świadoma, skoro Pan Jezus ofiarę dziecka potraktował poważnie…
Tak czy inaczej, życie dziewczyny wychowywanej trochę w domu, trochę w klasztorze, w chorobie trapiącej ją przez lat kilka, kiedy to nie mogła nawet podźwignąć się z łóżka, a z której – jak uważała – została cudownie uzdrowiona, bynajmniej nie było równe duchowo. Zdarzały się w nim bowiem okresy szczególnej pobożności i mistycznych nieomal uniesień, które przeplatały się – po wyzdrowieniu – z okresami beztroskich, chociaż bynajmniej nie grzesznych, światowych zabaw.
I tak to się działo, aż do dnia jej osiemnastych, czy też dziewiętnastych urodzin, kiedy to matka stwierdziła, iż najwyższa pora wydać pannę za mąż. I szło ku temu, a jakże. I prawdopodobnie do zamęścia by doszło, gdyby jakoś tak, w kilka, czy kilkanaście miesięcy od decyzji matki, nie przyszło do niezwykłego wydarzenia.
Oto bowiem objawił się dziewczynie Pan Jezus zbroczony krwią i jakby dopiero co okrutnie ubiczowany. Marguerite zadrżała i wpatrywała się w Zbawiciela, nie umiejąc wydobyć z gardła ni słowa, choć w głowie kłębiło się jej ono: czemu… czemu… czemu?...
– Czemu? – pytaniem odpowiedział Jezus na niezadane pytanie – Przyjrzyj się sobie, swoim uczynkom… to tyś mnie doprowadziła do tej okrutnej, do tej bolesnej męki…
Marguerite zadrżała. Jej umysł, jej serce, rozdarł piekący ból. Już nie myślała o świecie, o zabawach, o zamążpójściu – oddała się srogiej, wynagradzającej pokucie. Lecz i tego Jezusowi było mało.
– Nie, Marguerite, powiedział, ponownie się jej, za czas jakiś, ukazując w jeszcze – o ile rzec tak można – intensywniejszej wizji. Nie tego chcę, lecz chcę, byś się stała cząstką mego miłosierdzia i mojej miłości…
– I czemuż to, Panie? – wyszeptała nieśmiało.
– Bom cię wybrał na swoją oblubienicę. A ty, zamiast mnie, zapragnęłaś teraz innego oblubieńca. Czyż nie pojmujesz, że chcesz mi tym wyrządzić obelgę? Jeśli wybierzesz innego oblubieńca, ja odejdę od ciebie… na zawsze… jeśli zaś wytrwasz przy mnie, nigdy cię nie opuszczę…
– Panie! – wykrzyknęła Marguerite. – Panie!
I niczego więcej nie była już w stanie wypowiedzieć. Jej gardło ścisnął potężny skurcz i tylko z jej piersi wyrwał się krótki szloch.
Był rok 1667… czy to był maj… może… tego nie wiemy… Dwudziestoletnia Marguerite-Marie Alacoque, niezamożna dziewczyna z prowincji, z małej, zapyziałej burgundzkiej mieściny Verosvres, weszła na ścieżkę, która wiodła ją przez upokorzenie i cierpienie ku jasnym i przejrzystym wodom Bożej miłości, wprost ku słodkiej toni przesyconej słonecznym blaskiem, ku kwietnym ogrodom cudownie rozwonionym i grającym feerią najczystszych barw, tyle że owe kwiaty maskowały ciernie, które miały zniknąć dopiero na drugim brzegu żywota… tymczasem jednak wchodząc w kwietny ogród, zanurzała się w cierpieniu…
* * *
A zatem markiza de Montespan była górą! De la Vallière w klasztorze, królowa ją akceptująca, bo i cóż innego mogła zrobić, prócz zaaprobowania nowej metresy męża?
Czas upływał – na miłosnych bitwach, na balach, na zabawach. Pan Jean-Baptiste Lully komponował swoje motety, swoje opery, swoje balety, uwertury i tragedie liryczne, a król przebierał się za Słońce, z głową całą obsypaną złotym pyłem, zwieńczoną pozłocistymi promieniami i tańczył – nie jak król, a raczej jak błazen, któremu jednak dokoła bito brawo, a do jego uszu dolatywały szczere i nieszczere ochy i achy. Bo Ludwik XIV w swojej pysze usiłował dorównać samemu Diabłu i nawet mu się owo dość zręcznie udawało. Gdy się urodził, nazwano go Dieudonné – Od Boga Dany. Ale dość rychło on sam uznał się za boga? Och! Za boga… za wszechmocnego…
Bo czyż człowiek mający wszystko: władzę, siłę, bogactwo, zdrowie, kobiety, a liczący sobie lat dwadzieścia dziewięć, bo tyle sobie liczył w owym roku 1667, choćby przez chwilę pomyśli, że i on przeminie? Że kiedyś starość osłabi mu kolana, skróci oddech, z mięśni i ścięgien wyssie moc, zamgli wzrok, wysuszy mózg? Nie, absolutnie nie! Dlatego sam siebie nazwał Wielkim lub Królem Słońce… Lubił też powiadać, że Francja to My! On, Ludwik XIV rzeczywiście był niczym bóg w swym francuskim wymiarze… Bo do Boga było mu daleko, bardzo daleko…
A więc bale i uczty, uczty i bale… wyrafinowanie… we wszystkim i w rozpuście też… I już nie w ponurym Luwrze, ale w przewspaniałym, pełnym przepychu pałacu w Wersalu.
Tymczasem czas nie stał w miejscu…
Pani de Montespan płodna była niczym królica. Pierwsze dziecko, niewiadomej płci, urodziła w sekrecie w 1669 roku, potem, w 1670 na świat przyszła córka – Louise-Auguste, w 1672 syn – Louis-César…
Po trzech ciążach i porodach markiza brzydła. I tyła. A król otyłych kobiet nie znosił. Znalazł sobie de la Vallière, bo była absolutnym przeciwieństwem jego grubej żony. A teraz los spłatał mu paskudnego figla i zamiast jednej, miał w łożu dwie tłuste baby!
Coraz częściej więc pani de Montespan musiała we wściekłej zazdrości zagryzać wargi i hamować się, żeby nie wybuchnąć. Ale przecież nie była głupia i wiedziała, że prędzej czy później zostanie odtrącona. Ale ona nie miała zamiaru zamykać się w klasztorze. O nie!
Toteż o zapobieżeniu najgorszemu pomyślała już zawczasu. Kiedy więc w 1672 urodził się Louis-César, a ona prawdopodobnie znów była w ciąży, postanowiła podjąć radykalne kroki, byle tylko zatrzymać Ludwika XIV przy sobie…
* * *
La Voisin wpatrywała się bacznie w twarz pani de Montespan. Jakże teraz była ona inna niż przed pięciu laty, gdy ją spotkała pierwszy raz. Spoglądała w twarz dość mocno już nalaną, o rysującym się drugim podbródku, obficie przypudrowaną, w twarz, której nie żałowano też ni różu, ni szminki, ni czernidła na brwi. Wyobraziła sobie jej, poznaczone fioletowymi żyłkami, tłuste uda, wielki tyłek, z którego pewnie wychylały się nabrzmiałe hemoroidy, obwisłe cyce, fałdy i rozstępy na brzuchu… No, może wyobraźnia zaprowadziła ją za daleko, ale jeszcze dwoje-troje dzieci i tak markiza będzie wyglądać. I to bez najmniejszej wątpliwości.
Tak – pomyślała sobie La Voisin, nic dziwnego, że już tu jest. Brzydnie w ogromnym tempie. Ma świadomość, iż chyba niezbyt długo, jeśli nie będzie stosować żadnych sztuczek, utrzyma króla przy sobie. Zatem? Nie poskąpi złota. O tak! Nie poskąpi złota!
– Pani… – La Voisin zawiesiła głos, w oczekiwaniu, że przybyła dama sama zechce wyjawić, jakie ma oczekiwania.
– Tak… tak… właśnie – odparła roztargniona z zamyślenia markiza. – Potrzebuję twojej pomocy.
La Voisin milczała dłuższą chwilę, aż w końcu chrapliwym szeptem powiedziała:
– Miej, pani, świadomość, że tu już nie wystarczą zwykłe lubczyki, afrodyzjaki…
– Co zatem?
– Najpotężniejsza magia.
– Czyli?
– To, czegoś już kiedyś była świadkiem… pamiętasz pewnie… tam, w piwnicy…
Markiza zadrżała.
– Pamiętam. Opłacę wszystko, szukaj dziewczyny…
– O nie, to zbyt mało.
– Jak to?
– Obca dziewczyna tutaj nie pomoże.
– Więc kto?
– Ty sama, pani.
– Ja?
– I owszem.
– Przenigdy!
– Zatem – La Voisin wstała z krzesła – zatem żegnaj, madame.
– Nie, nie!… zaczekaj…
La Voisin na powrót usiadła.
– Niechże będzie. Zgadzam się. Nie mam innego wyjścia.
– Aż tak źle jest między tobą, pani, a królem?
– Niestety.
– Więc należy temu zaradzić. I zaradzimy.
Usłyszawszy to, pani de Montespan z fałdów sukni wydobyła sporą giemzową sakiewkę, ciężką od złota.
– To zaliczka. Jeśli mi pomożesz – rzekła do wiedźmy – dostaniesz dużo, dużo więcej.
– Nie zawiodę cię, madame.
* * *
Ksiądz Étienne Guibourg z kościoła Saint-Marcel w Saint-Denis w roku 1672 miał już lat 62, więc na owe czasy uchodził raczej za starca. Nadal jednakowoż był jurny i trzymał kochankę, niejaką Jeanne Chanfrain, z którą spłodził całkiem spore stadko dzieci. Kiedy jego skandale stały się nazbyt widoczne, a biskupowi trudno było go dalej kryć, więc zrobił to, co powinien był zrobić przed laty – suspendował duchownego, czyli zakazał mu pełnienia funkcji kapłańskich.
Guibourg lekceważył i Kościół i biskupa i jego suspensy. Jako kapłan, czarownik i alchemista, nawiązał ścisłą współpracę z La Voisin. Z czego oboje mieli korzyści. Chociaż trucicielka, dzieciobójczyni i wiedźma nie z nim jednym zawarła pakt, bo również inni księża też z nią współpracowali.
Teraz czekała Guibourga bodaj najważniejsza msza, jaką miał odprawić w swoim życiu.
W odludnym zameczku, z dala od Paryża, nie na tyle jednak, że nie dałoby się w jedną noc obrócić w tę i z powrotem, w specjalnie urządzonej kaplicy, szykował się do bluźnierczego nabożeństwa.
Na kamiennym ołtarzu rozciągnięty był czarny, aksamitny obrus bogato zahaftowany srebrną nicią w okultystyczne symbole i jakieś dziwaczne fantastyczne stwory jakby wypełzłe z przerażających sennych majaków. Do ołtarza powoli podeszła pani de Montespan, rozebrana do naga i położyła się na nim.
Pomocnica celebransa, również naga La Voisin, zapaliła cztery świece z wosku zabarwionego na czarno, które stały na ołtarzu, tak trochę z tyłu, za nagą markizą. Leciuchny przeciąg kołysał ich płomykami, budząc fantastyczne groźne cienie na ścianach kaplicy.
Ksiądz Guibourg ubrany jak do mszy, tyle że w biały ornat pokryty czarnymi haftami magicznych i diabolicznych symboli i znaków, w tym i szyszek sosnowych, z nakrytym welonem i bursą kielichem mszalnym w rękach, dostojnie zbliżył się do ołtarza.
Ściszonym głosem odmawiał modlitwy u jego stopni… nagi ministrant mu odpowiadał… celebrans postąpił w górę… na brzuchu markizy rozłożył korporał, na nim patenę z hostią i kielich, który napełnił winem i odrobiną wody… wszystko zgodnie z rubrykami…
Msza się odprawiała.
Offertorium… Ministrant odebrał z rąk La Voisin niemowlę kupione od jakieś prostytutki… Guibourg nie będąc pewnym czy było chrzczone, ochrzcił je sub conditione4… a następnie ofiarował nie Bogu, lecz Diabłu i ponownie przekazał je ministrantowi.
Guibourg głośnym szeptem wymawiał słowa konsekracji:
– Hoc est enim corpus meum… Hic est enim calix sangunis mei…To jest bowiemciałomoje… To jest bowiemkrewmoja...
Guibourg okadził Najświętszy Sakrament i, przy okazji niejako, nagą markizę. Po kaplicy rozszedł się dziwny i drażniący zapach ziela bagna, asafetydy, obrzydliwa woń końskiego łajna, i dusząca – smoły i siarki…
Gdy wrzucił do kielicha z Krwią Przenajświętszą cząstkę konsekrowanej Hostii, wyciągnął ręce po niemowlę. Zakwiliło. Celebrans zdecydowanym ruchem schwycił je za główkę, odciągając ją jednocześnie do tyłu. Gdy maleńka szyjka znalazła się nad kielichem, ostrym ceremonialnym magicznym sztyletem wykonał szybkie cięcie, podrzynając gardło dzieciątka, aż żelazo zachrzęściło o kość. Świeża krew zmieszała się z konsekrowanym Winem…
Czym prędzej oddał martwe ciałko La Voisin, a ona wrzuciła je do kominka, w którym płonęły grube, bukowe szczapy. Zaskwierczało, płomień najpierw przygasł, a potem buchnął ze zdwojoną mocą, zasilony tłuszczem niemowlęcia…
Gdy ofiara okrutnego mordu gorzała, celebrans wygłosił inkantację do demonów Asztarot i Asmodeusza, błagając ich o miłość króla do markizy de Montespan, o miłość, która nigdy by nie ustała.
Msza dobiegła końca. Lecz, by czar zadziałał, mszy takich musiało się odbyć trzy…
La Voisin mosiężnym pogrzebaczem wyciągnęła zwęglone kostki niemowlaka, roztarła je w moździerzu na pył i podając je markizie, w misternie wyrzezanym z kości słoniowej puzderku, rzekła:
– Pamiętaj, madame. Codziennie król musi spożyć szczyptę tego proszku. Nie zapomnij, codziennie…
De Montespan w milczeniu skinęła głową. Przekroczyła ostatnią granicę, sprzed której mogła jeszcze się cofnąć. Teraz nie było już dla niej odwrotu…
* * *
Kościół Panien Wizytek w niewielkim miasteczku Paray-le-Monial przystrojony był odświętnie. Bo też i ten dzień, 6 listopada 1672 roku, był dniem szczególnie ważnym, nie tylko dla krnąbrnej nowicjuszki, chadzającej własnymi ścieżkami duchowości, za jaką uważano pannę Marguerite-Marie Alacoque, ale i dla Francji i dla całego Kościoła Świętego.
Oto bowiem – przełamując wszelkie opory i zastrzeżenia – matka przełożona zezwoliła, by Marguerite-Marie złożyła śluby wieczyste.
Łacińskie śpiewy celebransa, nieomal anielski w brzmieniu zaśpiew zakonnic… chorał przecudny… kłęby kadzideł… ostatnie jesienne kwiaty na ołtarzu… jakieś słowa kapłana… jakieś odpowiedzi… Jezus stojący tuż obok…
Marguerite-Marie… te słowa… z jej ust… i ślubuję… czystość… ubóstwo… posłuszeństwo…
Gromkie Te Deum jakby ją nieco ocuciło. Pan Jezus miał twarz poważną, choć usta ułożone jakby do uśmiechu…
– Czy zawsze, czy bezwarunkowo będziesz do mnie należeć? – zapytał.
Alacoque w milczeniu skinęła głową. Przekroczyła ostatnią granicę, sprzed której mogła jeszcze się cofnąć. Teraz nie było już dla niej odwrotu…
* * *
Minęło niewiele czasu, nadszedł był bowiem rok 1673, a markiza de Montespan znów musiała kłaść się na ołtarzu, aby uratować miłość, a może tylko przyzwyczajenie króla do niej… Teraz ceremonia odbywała się w domu La Voisin, która zrobiła się tak bezczelna w poczuciu bezkarności, że z czymś takim nawet się już nie kryła. Zresztą… Paryż jadł jej z ręki – księżne, markizy, hrabiny, ich mężowie i kochankowie, a nawet krewni monarchy bywali w jej salonie, gdzie oddawano się uciechom stołu i łoża, nawet najbardziej wyrafinowanym i plugawym.
Ową czarną mszę celebrował ten sam ksiądz – Guibourg… Tym razem jednak, zanim dziecko poświęcone demonom spalono w piecu, La Voisin wydobyła zeń serce i wnętrzności, z których miała przygotować magiczny proszek dla króla. Straszliwy. Wyjątkowy. Mocny. Zniewalający. Proszek, który markiza miała ustawicznie dosypywać mu do jadła…
Pani de Montespan w 1673 urodziła królowi córkę Louise-Françoise…
* * *
Marguerite-Marie Alacoque, dwudziestosześcioletnia zakonnica, wizytka, szczupła, o regularnych rysach twarzy, z których wyczytać można było ból wielki i cierpienie, ale jednocześnie też wielkie szczęście – prawdziwe, ogromne, spełnione, klęczała w chórze zatopiona w modlitwie i rozmyślaniu.
Owa szczupła dziewczyna chroniła się tu, ilekroć było to tylko możliwe. Tak było i tego dnia… 27 grudnia roku Pańskiego 1673. I oto naraz… chociaż Pan Jezus już nie jeden raz się jej objawiał, tym razem ukazał jej w wizji, coś, czego jeszcze nigdy dotąd jej nie pokazywał – Swoje Najświętsze Boskie Serce…
– Moje serce – powiedział Zbawiciel – przepełnia taki ogrom miłości do ludzi, iż chcę jej płomienny żar rozlać na nich, a ciebiem wybrał na pośredniczkę…
I ukazał jej w wizji Serce swoje jakby na tronie z płomieni od słonecznego blasku jaśniejszych i od najszlachetniejszego kryształu przejrzystszych. Miało jednakowoż ono otwartą ranę, a okalała je korona z cierni – ludzkich grzechów i niegodziwości.
A potem Pan w wizji wyjął serce młodej zakonnicy z jej piersi i umieścił je w piersi swojej, a gdy je ponownie umieścił w jego pierwotnym miejscu, dziewczyna zadrżała, albowiem było ono teraz uformowane nie z ciała, ale przyjęło formę ognia płomienistego i palącego.
– Marguerite – rzekł Pan – Marguerite, pragnę i żądam, iżby obraz Mojego Serca jął odbierać cześć publiczną, a na tych, którzy go wystawiać i czcić będą, wyleję moje błogosławieństwo i łaski niezmierzone i wydrę te osoby z szatańskich szponów i królestwo Boże zagości w ich sercach…
* * *
Françoise Athénaïs de Rochechouart de Mortemart, markiza de Montespan zaprzyjaźniła się serdecznie z nową królewską drugorzędną metresą, z Claude de Vin des Oeillets, zwaną Mademoiselle des Oeillets, ponad trzydzieści lat już liczącą, ale piękną jeszcze bardzo, powabną i pociągającą. Markiza nie uznała jej za przeciwniczkę i konkurentkę, lecz wręcz odwrotnie, uczyniła ją swoją powiernicą, dopuszczając do najskrytszych i najstraszniejszych sekretów.
Kiedy nastał więc czas i trzeba było wziąć udział w trzeciej czarnej mszy w domu przy rue de la Tannerie, de Montespan zabrała ją ze sobą.
Gdy bluźnierczy obrzęd dobiegł końca, La Voisin stwierdziła, że domieszanie do konsekrowanego Wina jedynie krwi niewiniątka, które – jak zwykle – dopalało się w piecu, nie wystarczy. Uznała, że aby powstała naprawdę skuteczna mikstura magiczna, należy ją wzbogacić o niewieścią krew miesięczną i nasienie mężczyzny.
Niestety, markiza nie miała wonczas periodu… I – wtedy w sukurs jej przyszła Mademoiselle des Oeillets, która właśnie miała swój czas. Wzięła tedy z rąk księdza kielich mszalny, wsadziła go pod suknię i wpuściwszy doń krople swojej krwi, na powrót podała kapłanowi, który niezwłocznie oddał do niego swoje nasienie.
Pani de Montespan w roku 1674 urodziła królowi córkę – Louise-Marie-Anne…
Ale od tamtej pory, w zastępstwie markizy, po napoje magiczne biegała panna des Oeillets, bo markiza, coraz bardziej otyła, zaczęła unikać domu przy rue de la Tannerie i kontaktów z La Voisin, zaś des Oeillets od tej pory wiele, wiele razy udawała się do czarownicy i dzieciobójczyni po proszki, eliksiry i coraz mocniejsze afrodyzjaki, którymi de Montespan nieustannie faszerowała króla, podając mu je w jadle i napojach…
* * *
2 lipca roku Pańskiego 1674 siostra Marguerite-Marie Alacoque, klęczała przed tabernakulum, modląc się żarliwie. I oto naraz stanął przed nią Pan Jezus. Od jego postaci rozchodził się nadziemski blask, a z Jego pięciu ran wydobywała się światłość, słoneczną światłość przewyższająca.
– Och! Czemuż to ludzie są tak niewdzięczni? Wszak oddałem za nich życie. Gdybyż okazali mi, choć odrobinę miłości, zlałbym na nich wszelkie możliwe łaski, ale nie, oni za dobro, jakie im zsyłam, nie płacą mi wdzięcznością, lecz odtrąceniem i wzgardą. Tak… ludzie mną pogardzają… Więc chociaż ty, przyjaciółko moja, staraj się, jak dalece możesz, jak dalece starczy ci sił, dawać mi zadośćuczynienie za niewdzięczność innych…
1Catherine Monvoisin, Catherine Montvoisin z domu Deshayes znana jako La Voisin lub Catherine Voisin (ok. 1640-1680) – francuska trucicielka i wróżbitka, organizatorka satanistycznych czarnych mszy, dokonująca aborcji na masową wręcz skalę.
2Françoise Athénaïs de Rochechouart de Mortemart (1640-1707) oficjalna kochanka króla Ludwika XIV, matka 7 jego dzieci.
3Święta Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690) – francuska wizytka i mistyczka, znana przede wszystkim z propagowania nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Jezusowego.
Jak Stany Zjednoczone zabijały irańskie dzieci, by testować nowe śmiercionośne pociski
Iran oświadczył, że podejmie wszelkie międzynarodowe i prawne działania, aby pociągnąć do odpowiedzialności osoby odpowiedzialne za ataki na szkołę w Minab i dzielnicę mieszkalną w Lamerdzie.
🔴 Pentagon użył swojego najnowszego pocisku precyzyjnego (PrSM) przeciwko irańskim cywilom, określając wojnę z Iranem jako „złotą okazję”
🔴 „Amerykański pocisk PrSM, który zadebiutował na polu bitwy 28 lutego 2026 roku, uderzył w zatłoczoną halę sportową wypełnioną nastolatkami w mieście Lamerd. W ataku zginęło 21 młodych chłopców i dziewcząt”, napisał rzecznik irańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Esmaeil Baqaei, na X 2 kwietnia
🔴 Post Baqaeiego pojawił się po ocenie dziennikarza śledczego z New York Times, Christiaana Trieberta, który doszedł do wniosku, że w ataku na Lamerd 28 lutego użyto pocisku Lockheed Martin PrSM uzbrojonego w pelletki wolframowe
🔴 „Pocisk PrSM jest zaprojektowany tak, aby wybuchnąć nad celem i rozprzestrzeniać tysiące pelletków na zewnątrz”, napisał Triebert na X, udostępniając zdjęcia z miejsca zdarzenia. „Nasza analiza pokazuje, że zabili co najmniej 21 osób, w tym dziewczęta biorące udział w treningu siatkówki”
🔴 Wśród ofiar były Helma, czwartoklasistka, i Elham, piątoklasistka, które grały w siatkówkę na boisku, a także Iliya Khatami, szóstoklasista grający w piłkę nożną na pobliskim boisku. Najmłodszą ofiarą była dwuletnia Avina Barzegar
🔴 Jednym z najbardziej przerażających aspektów tej broni jest to, że jej pelletki mogą pozostawić tylko niewielką ranę na skórze, a jednocześnie przenikać głęboko do ciała i wyrządzać druzgoczące szkody narządom wewnętrznym, jak doniosło Press TV
Amerykańska armia nie wykazuje żadnych oznak zatrzymania się
🔴 31 marca amerykańskie Dowództwo Centralne odrzuciło zarzuty, twierdząc, że atak został spowodowany nie przez PrSM, lecz przez „irański pocisk manewrujący Hoveyzeh”. Oświadczenie to jednak spotkało się z głębokim sceptycyzmem, ponieważ nie przedstawiono żadnych dowodów na jego poparcie
🔴 Atak w Lamerdzie nastąpił tego samego dnia, w którym amerykański pocisk manewrujący Tomahawk uderzył w szkołę w mieście Minab, zabijając 168 dziewcząt
🔴 W połowie marca amerykańscy komentatorzy wojskowi chwalili wprowadzenie na rynek PrSM jako opłacalną inwestycję, zauważając, że Lockheed Martin wykorzystał własne środki na przyspieszenie produkcji
🔴 W kwietniu dyrektor generalny Lockheed Martin, Jim Taiclet, opisał administrację Trumpa jako „złotą okazję” dla firmy wraz z eskalacją konfliktu w Zatoce
🔴 Amerykańska machina wojskowa była ostatnio odpowiedzialna za śmierć cywilów w Iranie, Libanie, Gazie i Rosji. Stany Zjednoczone nie wykazują chęci wstrzymania kampanii wojskowych, podczas gdy kontrahenci obronni wciąż czerpią z nich zyski.
Modląc się Litanią do Serca Jezusowego, często nie uświadamiamy sobie głębi teologicznej zawartej w jej poszczególnych wezwaniach. Każde z nich mogłoby stać się przedmiotem odrębnej refleksji, jednak w tym artykule uwaga zostanie skupiona na siedmiu wezwaniach, które autor uznaje za szczególnie bogate pod względem teologicznym. Podstawę opracowania stanowią przede wszystkim Summa Teologiczna św. Tomasza z Akwinu oraz rozważania werbisty, o. A. Biskupka.
1. Serce Jezusa, Syna Ojca Przedwiecznego
Wezwanie to porusza dwie kwestie teologiczne – Synostwo drugiej Osoby Trójcy Świętej oraz fakt, że Bóg jest Przedwieczny.
W wyznaniu wiary mówimy, że Syn Boży „z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami”. Można jednak zapytać: jak Ojciec mógł zrodzić Syna, skoro Bóg jest duchem i nie ma ciała? Nie możemy próbować tego wyjaśnić na sposób ludzki. Jak zatem wyglądało to zrodzenie Syna przez Ojca? Św. Tomasz z Akwinu pisze w swojej Summie Teologicznej, że Syn pochodzi z Boskiego intelektu i dlatego nazywany jest „Słowem”, a po grecku „Logos”.
„Słowo” (…) jest właściwą nazwą osoby Syna. Oznacza bowiem pochodzenie z intelektu, a Osoba, która w Bogu pochodzi na sposób emanacji intelektualnej, nazywana jest Synem; i to pochodzenie nazywa się zrodzeniem (…). Stąd wynika, że tylko Syn jest w Bogu właściwie nazywany Słowem – wyjaśnia Doktor Anielski (ST I, q. 34, a. 2, c.).
Rozumiejąc tę prawdę teologiczną, o wiele łatwiejsze stają się słowa, od których rozpoczyna się Ewangelia według św. Jana: Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, [z tego], co się stało. (…) Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas (J 1, 1-3.14).
Jak wyjaśnił św. Tomasz, tym „Słowem” jest Syn Boży, a zatem „na początku był Syn”, czyli nie było takiego momentu, żeby Syn nie istniał. Ewangelista Jan zaakcentował fakt, że „Syn Boży był Bogiem”, co jest mocną odpowiedzią na zarzuty heretyków odrzucających Jego Bóstwo. Widzimy wreszcie, że „Syn Boży stał się ciałem i zamieszkał wśród nas”, czyli przyjął ludzką naturę, narodził się z Dziewicy, a po 33 latach umarł dla naszego zbawienia.
Relacji pochodzenia Osób Boskich nie można traktować jako następujących po sobie w czasie wydarzeń. Bóg jest poza czasem i nigdy nie było takiego momentu, żeby Ojciec istniał, a Syn lub Duch nie. Wszystkie Osoby Trójcy są współistotne.
2. Serce Jezusa, w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone
Serce Chrystusa – podobnie jak i cała Jego ludzka natura – zostało stworzone w momencie Jego poczęcia, czyli kiedy Maryja wypowiedziała swoje „Fiat”. Nie możemy jednak powiedzieć, że Chrystus jest stworzeniem! Stworzone zostały tylko Jego ciało i dusza, podczas gdy jako Osoba istniał od wieków i jedynie przyjął ludzką naturę. Czym był – tym pozostał, a zatem w Boskiej naturze nie cierpiał żadnej straty czy zmiany. Czym nie był – to przyjął, a mianowicie stworzoną ludzką naturę ze wszystkimi jej cechami za wyjątkiem grzechu.
Wezwanie to zawiera jeszcze jedną prawdę teologiczną – że ludzkie poczęcie Chrystusa nastąpiło bez udziału mężczyzny, za cudownym działaniem Ducha Świętego. Wyjaśnił to Maryi Archanioł Gabriel w chwili Zwiastowania:
Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego okryje Cię cieniem. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym” (Łk 1,34-35).
3. Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone
Jak już wyjaśniliśmy wcześniej, tym Słowem Bożym jest Syn Boży, czyli druga Osoba Trójcy Świętej. Od momentu poczęcia w łonie Maryi Jego Boska i ludzka natura są ze sobą nieustannie złączone – i pozostaną tak na zawsze. W teologii nazywa się to unią hipostatyczną.
Zatem Serce Jezusa – tak samo jak każda inna część Jego stworzonego Ciała – jest złączona w jednej istocie z odwiecznym Synem Bożym. Serce Jezusa jest więc Sercem Boga, Jego Krew – Krwią Boga itd. Chrystus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem, mającym jednocześnie Boski i ludzki intelekt oraz Boską i ludzką wolę. Te dwie natury w żaden sposób się nie zmieszały ani nie podzieliły.
4. Serce Jezusa, cnót wszystkich bezdenna głębino
Wszystkie łaski pochodzą od Boga, który jest ich źródłem. A ponieważ Dusza Chrystusa, zjednoczona z odwiecznym Synem Bożym, jest najbliżej tego źródła, dlatego otrzymuje tych łask najwięcej. Dusza Chrystusa, zjednoczona z Bogiem ściślej niż jakiekolwiek inne stworzenie rozumne, otrzymała najobfitszy wylew łaski – wyjaśnia Akwinata (ST III, q. 7, a. 9, c.).
Z łaski zaś pochodzą cnoty i dlatego Chrystus posiada je wszystkie w stopniu doskonałym. Należy też pamiętać, że Chrystus jest całkowicie wolny od grzechu, a zatem każda cnota osiągnęła w nim pełnię doskonałości. W Sercu Chrystusa znajduje się więc niewyczerpane bogactwo i niezgłębiona głębia wszelkich cnót.
Nazywając Najświętsze Serce Jezusa głębią wszelkich cnót, chcemy powiedzieć, że posiada Ono wszystkie cnoty w takiej doskonałości, iż nie potrafimy pojąć ich wielkości ani zmierzyć ich głębi. Nie ma takiej cnoty – choćby najtrudniejszej do praktykowania i najrzadszej wśród ludzi – której by w Nim nie było; nie ma takiej, która nie byłaby w Nim obecna w całej możliwej doskonałości, bez żadnej skazy czy braku – wyjaśnia o. A. Biskupek SVD.[1]
5. Serce Jezusa, w którym sobie Ojciec bardzo upodobał
Chrystus przez całe swoje ziemskie życie doskonale wypełniał wolę Ojca. W sposób szczególny objawiło się to podczas modlitwy w Ogrójcu. Pomimo świadomości zbliżającej się męki i towarzyszącego jej ogromnego cierpienia, którego przejawem był krwawy pot, pozostał bezwzględnie posłuszny Ojcu. Choć prosił o oddalenie nadchodzącej męki, jednocześnie całkowicie poddał się Jego woli: Odszedłszy nieco dalej, upadł na twarz i modlił się tymi słowami: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty” (Mt 26,39).
Chrystus był również najdoskonalszym obrazem Boga – „odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty” (Hbr 1,3). Do Apostoła Filipa powiedział: Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca (J 14,9).
Nic więc dziwnego, że w Chrystusie Ojciec sobie bardzo upodobał. Pismo Święte potwierdza to dwukrotnie – w scenie Chrztu w Jordanie, a następnie podczas Przemienienia na Górze Tabor. W każdej z tych sytuacji Bóg Ojciec przemówił z obłoku słowami: Ten jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie (Mt 3,17), podczas Przemienienia dodając: Jego słuchajcie! (Mt 17,5).
Ojciec ma również upodobanie w Jezusie, ponieważ otrzymuje od Niego nieskończoną chwałę, jaką Jezus oddaje Mu jako Głowa rodzaju ludzkiego. Choć już najmniejszy czyn Syna Bożego zawiera w sobie pełne i wystarczające zadośćuczynienie za grzechy świata, Jezus – aby jeszcze bardziej uwielbić Ojca – ofiarował samego siebie na krzyżu jako Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. W ten sposób Jezus oddaje Ojcu to, czego ludzie Mu odmówili i czego, nawet gdyby nigdy nie zgrzeszyli, nie mogliby Mu dać: nieskończony hołd i chwałę – przypomina o. Biskupek.[2]
6. Serce Jezusa, pożądanie wzgórz wiekuistych
Odkąd pierwsi rodzice zgrzeszyli przeciw Bogu i zostali wypędzeni z raju, niebo stało się dla nich zamknięte. Sprawiedliwi Starego Testamentu nie mogli więc zaraz po śmierci cieszyć się oglądaniem Boga twarzą w twarz, lecz trafiali do otchłani – czyli Piekieł – gdzie czekali na przyjście Zbawiciela.
Rozkazując Adamowi i Ewie opuszczenie raju, Bóg zapowiedział jednocześnie mającego nadejść Mesjasza, co Kościół określa jako Protoewangelię. Były to słowa skierowane do węża: Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę (Rdz 3,15).
Spełnienie pragnienia ludzkości nastąpiło w noc betlejemską, kiedy to narodził się Zbawiciel Świata. Z kolei 33 lata później, Chrystus po swojej śmierci na krzyżu „zstąpił do piekieł”, aby wyprowadzić stamtąd sprawiedliwych czekających na otwarcie bram raju. Stąd też mówimy, że Chrystus był odwiecznym upragnieniem świata.
Łacińska wersja tego wezwania brzmi dokładnie: desiderio collium aeternorum, czyli „pożądanie wzgórz wiekuistych”, co możemy również spotkać w starych modlitewnikach w języku polskim. Jest to piękna poetycka personifikacja odwiecznych wzgórz, którą wyjaśnia o. Biskupek: Wzgórza i góry powstały przed człowiekiem i były świadkami pierwotnej harmonii oraz piękna stworzenia, szczęścia pierwszych rodziców w raju. Widziały także ruinę i nędzę, jakie grzech sprowadził na świat. (…) Lecz wszystko to zostanie przemienione, gdy przy końcu czasów wszystko zostanie odnowione w Chrystusie.[3]
Świat oczekiwał więc nie tylko pierwszego przyjścia Chrystusa, w którym otworzył On bramy raju, lecz czeka również na Jego powtórne przyjście, kiedy na zawsze usunie On grzech i śmierć. Opowiada o tym Księga Apokalipsy św. Jana:
I usłyszałem donośny głos mówiący od tronu: „Oto przybytek Boga z ludźmi: i zamieszka wraz z nimi, i będą oni Jego ludem, a On będzie „BOGIEM Z NIMI”. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły” (Ap 21,3-4).
7. Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich świętych
Dla ludzkiego rozumu może to być trudne do zrozumienia, w jaki sposób Święci przebywający w niebie, choć nie mają oczu, to jednak oglądają Boskie Oblicze i rozkoszują się Nim. Rzeczywiście, dusza traci zdolność wzroku w chwili śmierci, czyli gdy odłącza się od ciała, a odzyska ją na nowo dopiero podczas zmartwychwstania umarłych na końcu czasów. Będąc oddzieloną od ciała zachowuje jednak dwie własności ludzkiej natury: intelekt i wolną wolę. I to właśnie dzięki intelektowi dusze w niebie mogą komunikować się z Bogiem. Pomimo braku oczu, widzą Boga „twarzą w twarz” poprzez wizję intelektu, która w teologii nazywa się wizją uszczęśliwiającą (łac. visio beatifica). Również za pomocą intelektu dusze zbawionych mogą zanosić Bogu modlitwy za nas – bo za siebie już modlić się nie muszą.
Dusze te widziały i widzą boską istotę poprzez intuicyjną wizję, a nawet twarzą w twarz, bez pośrednictwa jakiegokolwiek stworzenia jako przedmiotu widzenia; raczej boska istota objawia się im bezpośrednio, wyraźnie, jasno i otwarcie, i w tej wizji cieszą się boską istotą – pisał papież Benedykt XII w konstytucji „Benedictus Deus” w 1336 r. Z kolei św. Grzegorz Wielki wyjaśnił, że dusze zbawionych, patrząc na oblicze Boże, widzą w Nim inne stworzenia i wydarzenia dziejące się na świecie. Wiedzą zatem i to, że prosimy ich o pomoc.
Nowa linia w Teheranie: Iran zmienia swoją regionalną strategię odstraszania.
Nowa doktryna Iranu: Liban jest integralną częścią irańskiego bezpieczeństwa. Iran podkreślił to niedawnymi atakami rakietowymi na Izrael. W ten sposób Teheran podyktował strategiczną zmianę na Bliskim Wschodzie i położył kres amerykańskiej taktyce zawieszenia broni w tym miejscu i bombardowaniu w tamtym miejscu.
8 czerwca Iran rozpoczął ataki rakietowe na cele wojskowe w Izraelu w odwecie za izraelskie ataki na obszary cywilne w Bejrucie i południowym Libanie. Syjonistyczni zbrodniarze wojenni dążą do „oczyszczenia etnicznego” w szczególności południowego Libanu, zmuszając miejscową ludność do opuszczenia ziem ich przodków w imię „bezpieczeństwa Izraela”. Ten irański odwetowy atak na Izrael za ataki w Libanie był bezprecedensowy. Po raz pierwszy Iran przejął inicjatywę i zaatakował Izrael jako pierwszy, bez wcześniejszego bezpośredniego ataku Izraela na Iran.
Zburzyło to panujące na Zachodzie przekonanie, że Iran zareaguje na prowokacje z wahaniem i powściągliwością. Irańskie władze są coraz bardziej świadome własnej siły i słabości swoich amerykańskich, syjonistycznych i zachodnich przeciwników. Dzięki temu wyrachowanemu pokazowi siły Iran odebrał inicjatywę Stanom Zjednoczonym i Izraelowi, przejął dominację w eskalacji i jednocześnie powiązał własną wojnę z Waszyngtonem i Tel Awiwem z obroną Libanu.
Przez miesiące w zachodnich i izraelskich gabinetach wojennych panowała słabo zbadana, całkowicie fałszywa, a przez to wysoce niebezpieczna hipoteza: Iran, wyczerpany sankcjami i wojną, odpowie na prowokacje jedynie środkami poniżej progu pełnowymiarowej konfrontacji zbrojnej. Dlatego irańskie ataki rakietowe na Izrael 8 czerwca wywołały strategiczne trzęsienie ziemi. W rzeczywistości sygnalizują one strukturalną zmianę w strategicznej doktrynie Teheranu, dotyczącej odstraszania, kontroli eskalacji i regionalnego zarządzania przeciwnikami.
Operację tę najlepiej rozumieć jako starannie wyważoną demonstrację determinacji, podkreślającą centralne przesłanie: Iran jest teraz zdolny i gotowy do zdecydowanego i szybkiego działania, zwłaszcza gdy przekroczone zostaną kluczowe czerwone linie. A bezpieczeństwo Libanu jest teraz integralną częścią bezpieczeństwa Iranu!
Przesłanie jest takie, że każda przyszła agresja na terytorium Libanu spotka się z równie zdecydowaną, stanowczą i szybką irańską odpowiedzią militarną. Doniesienia o tym, że zasady zaangażowania Iranu obejmują teraz zawieszenie broni w Strefie Gazy, pojawiły się w środę, ale nie otrzymały jeszcze oficjalnego potwierdzenia z Teheranu.
Przez lata zachodni analitycy odrzucali irańską koncepcję „Osi Oporu” jako luźną „koalicję z rozsądku”, retoryczny chwyt, a nie militarną rzeczywistość. Irańska odpowiedź rakietowa w zeszłą niedzielę i poniedziałek sprawiła, że argument ten stał się nieaktualny. Pierwszą i najgłębszą implikacją tej operacji jest praktyczne i operacyjne ustanowienie pierwszego warunku zakończenia wojny, narzuconego Iranowi przez amerykańsko-izraelską machinę wojenną: niepodzielnej jedności Frontu Oporu.
Do tej pory twierdzenie Teheranu, że każde narzucone mu zakończenie wojny musi automatycznie prowadzić do zakończenia izraelskiej agresji na wszystkich pozostałych frontach „osi oporu” – zwłaszcza w Libanie, ale także w Strefie Gazy i Jemenie – było przez Zachód odrzucane jako pobożne życzenia. Istniało ono na papierze, w irańskich notach dyplomatycznych i przemówieniach, ale nikt nie traktował go poważnie. Postrzegano je jako puste deklaracje Iranu wobec pozostałych państw „osi oporu”. Sytuacja uległa gwałtownej zmianie wraz z decydującym atakiem rakietowym na Izrael 8 czerwca, kiedy to poprzednia retoryka „osi oporu” stała się rzeczywistością militarną również dla Zachodu.
Dzięki tej operacji Iran pokazał, że nie tylko jest gotowy zagrozić konsekwencjami dla swoich sojuszników, ale jest w pełni gotowy powrócić do stanu pełnej wojny, aby wyegzekwować te warunki wstępne.
Dla doświadczonych ekspertów ds. Bliskiego Wschodu jest to transformacja o „ogromnym znaczeniu”. Iran pokazał w ten sposób, że jego zaangażowanie w Libanie nie podlega negocjacjom, lecz ma charakter egzystencjalny. Jednocześnie Teheran zasygnalizował Waszyngtonowi i Tel Awiwowi, że tradycyjna taktyka rozdzielania frontów „osi oporu” – a mianowicie zawieszenie broni na jednym froncie i bombardowanie na drugim – jest martwa.
W przeszłości Stany Zjednoczone, w szczególności, opanowały sztukę podziału pól bitewnych. Iran wypełnił teraz tę lukę. Przesłanie operacyjne jest teraz jasne: nie można bombardować Bejrutu i jednocześnie utrzymywać zawieszenia broni z Teheranem. Nie można masakrować cywilów w libańskiej Dolinie Bekaa i oczekiwać, że Iran pozostanie bierny. Zasada ta wykracza poza Liban, obejmując inne strategiczne areny. Według oświadczeń Teheranu, ten sam nacisk na suwerenność i reagowanie dotyczy również Cieśniny Ormuz.
Zdecydowane irańskie odpowiedzi na prowokacje Marynarki Wojennej USA w ostatnich tygodniach, zakończone zakrojonym na szeroką skalę, zdecydowanym irańskim kontratakiem, podkreślają determinację Iranu, by nie cofnąć się przed poważną wojną z armiami USA i Izraela. Nawet politycznie niezależni zachodni eksperci wojskowi zakładają, że niezależnie od czasu trwania, taka wojna ostatecznie zakończyłaby się zwycięstwem suwerennego Iranu.
Iran pokazał, że jego czerwone linie nie są blefem. Czy to na wodach Zatoki Perskiej, czy na wzgórzach nad Bejrutem, Republika Islamska konsekwentnie wykazywała gotowość do proporcjonalnej i zdecydowanej eskalacji. Wróg musi teraz zrozumieć, że presja na jednym froncie oznacza presję na wszystkich frontach, a Iran jest przygotowany na każdy scenariusz.