„Teoria wycieku” czyli jeszcze jeden fałsz dla „mas”….

AlterCabrio https://www.ekspedyt.org/2022/06/26/teoria-wycieku-czyli-jeszcze-jeden-plik-binarny/[Odnośniki – dla skrupulatnych – w oryginale. MD]

W lutym 2021r. Światowa Organizacja Zdrowia opublikowała raport stwierdzający, że laboratoryjne pochodzenie Covid19 jest „skrajnie nieprawdopodobne”. Ale szef WHO, Tedro Adhanom, najwyraźniej nie chciał dopuścić do całkowitego pogrzebania tego pomysłu i publicznie stwierdził, że „potrzebne jest dalsze śledztwo”.

−∗−

Tłumaczenie artykułu z serwisu Off-Guardian na temat pojawiającej się i znikającej ‘teorii wycieku laboratoryjnego’ dotyczącej wirusa Sars-Cov-2.

___________***___________

„Teoria wycieku laboratoryjnego” powraca… jako kolejny fałszywy plik binarny

Teoria, że ​​„Covid” powstał w laboratorium biologicznym, wróciła na pierwsze strony gazet w ciągu ostatnich kilku tygodni, służąc jako doskonały przykład swojego rodzaju fałszywego pliku binarnego, przed którym ostrzegał Off-Guardian.

„Teoria wycieku laboratoryjnego” – która promuje ideę, że Sars-Cov-2 jest produktem bioinżynierii z laboratorium jako programu „wzmocnienia funkcji” [“gain-of-function” program], a następnie przypadkowo lub celowo wypuszczonego wśród niczego nie podejrzewającej populacji – po raz pierwszy pojawiła się na czołówkach w mediach już w styczniu 2020 roku.

W tamtym czasie przez ogromną większość mediów była uważana za „rasistowską” „antychińską” teorię spiskową i wypadła z narracji.

Odrodziła się w 2021 roku. Nagle i niewytłumaczalnie przestała być rasistowską.

W lutym 2021r. Światowa Organizacja Zdrowia opublikowała raport stwierdzający, że laboratoryjne pochodzenie Covid19 jest „skrajnie nieprawdopodobne”. Ale szef WHO, Tedro Adhanom, najwyraźniej nie chciał dopuścić do całkowitego pogrzebania tego pomysłu i publicznie stwierdził, że „potrzebne jest dalsze śledztwo”.

Ogólnie rzecz biorąc, w tym czasie sugerowanie, że „wirus” powstał w laboratorium nagle stało się znacznie mniejszym tabu.

BBC opublikowało nawet artykuł wyjaśniający zatytułowany „Pochodzenie Covid: dlaczego teoria wycieku z laboratorium Wuhan jest traktowana poważnie”, a New Yorker donosił:

„Naukowcy i komentatorzy polityczni nie odrzucają już możliwości, że COVID-19 wyłonił się z chińskiego laboratorium”.

Jak zauważa strona Wikipedii:

„Od maja 2021r. niektóre organizacje medialne złagodziły wcześniejszy język, który opisywał teorię wycieku laboratoryjnego jako ‹obaloną› lub wręcz ‹teorię spiskową›”

W tamtym czasie przeprowadziliśmy krótką weryfikację faktów [fact-check] dotyczącą koronawirusa na temat „Covid to broń biologiczna”.

Następnie, w grudniu 2021r., Daily Mail poinformował, że dr Alina Chan powiedziała brytyjskiemu komitetowi naukowemu ds. nauki, że „rozsądnie jest sądzić, że wirus został zaprojektowany w Chinach” i że „bardziej prawdopodobne jest pochodzenie z laboratorium”.

Ale po krótkiej wrzawie z tego powodu, temat ponownie zniknął z pierwszych stron.

Teraz powrócił. I nabiera rozpędu.

W maju 18 naukowców (w tym dr Chan) opublikowało w czasopiśmie Science list otwarty, domagając się od autorytetów należytego „badania pochodzenia Covid-19”.

Dwa tygodnie temu Światowa Organizacja Zdrowia opublikowała raport, że nadal badają pochodzenie Covid i że żadna hipoteza nie została całkowicie wykluczona.

15 czerwca szef WHO powiedział dziennikarzom na konferencji prasowej, że wykluczenie teorii wycieku z laboratorium było „przedwczesne” i miały miejsce „naciski”, aby tak zrobić. Wezwał Chiny do „przejrzystości, otwartości i współpracy, zwłaszcza w zakresie informacji, surowych danych, o które prosiliśmy na początku pandemii”.

Tym razem Chiny zareagowały, odrzucając teorię wycieku z laboratorium jako „kłamstwo” i „propagandę antychińską”, jednocześnie sugerując, że prawdziwy wyciek z laboratorium prawdopodobnie pochodził z amerykańskiego laboratorium broni biologicznej w Fort Detrick.

Następnie, 18 czerwca, The Daily Mail poinformował, że pomimo publicznie zachowanej neutralności, Tedros Adhanom „prywatnie wierzył”, że Covid powstał w laboratorium.

Krótko mówiąc, powstają dwa pozornie opozycyjne obozy – Zachód kładzie podwaliny pod obwinianie Chin za pandemię, podczas gdy Chiny (i prawdopodobnie Rosja w dalszej kolejności) obwiniają USA.

To jest wręcz podręcznikowy fałszywy plik binarny.

Należy zauważyć, że obie te rzekomo przeciwstawne strony zgadzają się co do najważniejszego aspektu kłamstwa pandemicznego – że Covid to wyjątkowa nowa i niebezpieczna choroba, którą należy leczyć za pomocą masek, lockdownów i szczepionek – a tylko gwałtownie różnią się, co do tego skąd może pochodzić ta „prawdziwa i śmiertelna nowa choroba”.

Oczekują, że pójdziesz tym tropem.

Chcą, abyś zapomniał, że „covid” to tylko nic nie znacząca nowa nazwa starej znajomej grupy objawów „sezonowych”. Chcą, abyś zapomniał, że to wszystko było oszustwem – i abyś zamiast tego opowiedział się po „stronie” w tej hałaśliwej i całkowicie fałszywej debacie o „pochodzeniu”, tworzonej wg ich scenariusza.

W chwili, w której ‘wejdziesz w to’, już cię mają – ponieważ zgadzając się na debatowanie skąd „to” pochodzi, jednocześnie zaakceptowałeś „to” – tj. śmiercionośny nowy patogen – i to, że istnieje i należy się nim zająć.

I to wszystko, czego od ciebie chcą.

Uważamy, że powinieneś grzecznie odrzucić tę zaaranżowaną „kontrowersję”. Ponieważ jakkolwiek realny jest podział Wschód-Zachód w innych obszarach, to jeśli chodzi o współudział, obie strony są po tej samej stronie i forsują tę samą historię.

I zarówno Wschodowi, jak i Zachodowi jest na rękę by przekonywać do tego fałszywego pliku binarnego – i wszechobecnego strachu przed „bronią biologiczną” – kosztem szerszego i bardziej uczciwego dochodzenia.

Po prostu powiedz nie.
________________

The “Lab-Leak Theory” returns…as yet another fake binary, Kit Knightly, Jun 23, 2022

ZBANKRUTOWANY „LIBERALIZM”

[umieściłem cudzysłów w tytule, bo dziś defonicji „L.” jest więcej , niż szarańczy w Egipcie. MD]

Komentarz Eleison nr DCCLXXX (780) Jego Ekscelencji Księdza Biskupa Ryszarda Williamsona

25 czerwca 2022 https://fsspxr.wordpress.com/komentarze-eleison/

Na stronie internetowej TFP znajduje się kolejny znakomity artykuł Jana Horvata, opublikowany miesiąc temu, a zatytułowany: „W obliczu krachu liberalizmu, gdzie powinniśmy szukać rozwiązań?” Choć niniejsze „Komentarze” nie zgadzają się ze wszystkim, co pojawia się na stronie TFP, tak samo jak TFP nie musi zgadzać się ze wszystkim, co pojawia się w niniejszych „Komentarzach”, to jednak artykuły Jana Horvata cechuje wyjątkowa umiejętność opisywania relacji między bezbożnym światem a Bogiem, ponieważ dogłębna znajomość doktryny Kościoła umożliwia mu rozumienie istoty problemów.

Nowoczesność przedstawia liberalizm jako początek historii. Przed liberalizmem – twierdzą liberałowie – nie było nic poza ciemnotą i mrokiem. Liberalizmowi przypisuje się cały postęp i poczucie bezpieczeństwa we współczesnym świecie. Dlatego też, gdy liberalizm rozpada się i upada, większość liberałów automatycznie wyklucza to, co było przed nim, jako możliwe rozwiązanie.

Jednak coś niezwykłego istniało przed liberalizmem. Było to średniowieczne chrześcijaństwo. Ta właśnie chrześcijańska cywilizacja przemieniła Zachód we wzorzec miłości i porządku. Nie była może ona doskonała, ale znała zranioną przez grzech pierworodny ludzką naturę i działała tam, gdzie tylko mogła. Opierała się mocno na rzeczywistości, a nie na fantazji. To cywilizacja chrześcijańska było pierwszą cywilizacją, która dała początek szpitalom i uniwersytetom. Zrodziła rządy i państwo prawa. Pod jej wpływem rozkwitła sztuka i muzyka.

Liberalizm, wyrosły na gruncie Oświecenia i okrucieństw Rewolucji Francuskiej, dał początek wiekowi zamętu, masowej industrializacji i materializmu. Liberalne ruchy polityczne prześladowały Kościół, ograniczając jego wolność i konfiskując jego własność. Rządy państw pochłonęły charytatywne dzieła Kościoła i włączyły je do swojej zimnej biurokracji.

Liberalizm zsekularyzował i zdesakralizował społeczeństwo, ustanawiając fikcję życia w świecie bez Boga. Nowoczesność zaś zapłaciła wysoką cenę za utrzymywanie tej fikcji. Bezbożny system dał bowiem początek straszliwym wojnom i ideologiom sprzecznym z ludzką naturą.

Dziś liberalizm jest bankrutem. Jego wewnętrzne sprzeczności niszczą wszystkie istniejące jeszcze elementy porządku. Nie ma sensu spoglądać dalej w stronę liberalizmu, szukając rozwiązań dla wynikającego z niego kryzysu. Liberalizm stworzy co najwyżej skrajne wersje samego siebie. Znacznie lepiej jest spojrzeć za liberalizm i w ten sposób powrócić do korzeni i źródeł cywilizacji chrześcijańskiej.

Cywilizacja chrześcijańska opiera się na zupełnie innych fundamentach. Działa ona z naturą ludzką, a nie przeciwko niej. Jest to system oparty na organicznych rozwiązaniach, które w sposób naturalny i spontaniczny rozwijają się wewnątrz porządku społecznego zorientowanego na dobro wspólne. Ta zasada pomocniczości zapewnia niesłychaną wolność, gdyż jednostki społeczne szukają pomocy w rozwiązywaniu swoich potrzeb i pomagają innym w ich niedostatkach. Cywilizacja chrześcijańska nie jest tyranią Boga, jak twierdzą liberałowie. Zarówno sfera doczesna, jak i duchowa, zajmują się swoimi sprawami i zakresem objętym odpowiedzialnością. Jeśli takie społeczeństwo praktykuje cnotę, może ono rozkwitać gospodarczo i politycznie, a jednocześnie pomagać w prowadzeniu dusz ku uświęceniu i zbawieniu.

Jednak wielu liberałów woli utrzymywać, że mężczyzna może być kobietą, a kobieta mężczyzną, zamiast przyznać istnienie cudownej rzeczywistości natury ludzkiej stworzonej przez Boga. Wolą oni realizować deliryczne urojenia niż żyć w uporządkowanej wolności podążając za naturalnym prawem moralnym.

Jedynym wyjściem dla tych, którzy nadal wierzą w prawdę, tradycję i Boga, jest porzucenie liberalnej narracji i jej błędnych założeń. Wierni muszą szukać rozwiązań poza liberalizmem i powrócić do chrześcijańskiej prawdy i piękna – odwiecznych, a jakże aktualnych – które cały czas wołają do dusz.

Kyrie eleison.

Korupcja polityczna – mój ulubiony skecz opowiadany przez wszystkie opcje

Przez Matka Kurka – 26 czerwca 2022 https://www.kontrowersje.net/korupcja-polityczna-moj-ulubiony-skecz-opowiadany-przez-wszystkie-opcje

PiS i Kaczyński sięgnęli po stare metody polityczne, które mają dość pospolitą nazwę, mianowicie: „sprzedał się za stołek”. Ponieważ PiS jest na tak zwanym musiku, to płaci bardzo wysokie ceny i nikt z nimi nie chce rozmawiać na niższym poziomie niż stanowisko w ministerstwie. W taki sposób do rządu „Zjednoczonej Prawicy” trafiła Agnieszka Ścigaj, niegdyś z Kukiz15, potem z Koalicji Polskiej, a ostatnio była w kole poselskim „Polskie Sprawy”. Z tego samego koła do rządu przyszedł Sośnierz senior, bo jak wiadomo mamy w polskim parlamencie jeszcze Sośnierza juniora, który też opuścił partię matkę „KORWIN” i stworzył własne ugrupowanie „Wolnościowcy”. Przywołanie tylko tych kilku przykładów pokazuje, jak się w polskiej polityce toczą kariery i chciałoby się powiedzieć, jak się staczają ludzie, ale zanim wygłosimy tak surowe oceny, to pójdźmy dalej i szerzej.

Zawsze tak jest, że opozycja komentuje „korupcję polityczną władzy”, rzecz w tym, że mówimy o opozycji, która wcale nie tak dawno sama była władzą. Bez żadnych pomocy naukowych, podręczników historii i politologii, jestem w stanie wymienić najbardziej spektakularne transfery polityczne. Dlaczego transfery, nie korupcje? Ano dlatego, że jak opozycja jest władzą, to ona nie korumpuje, tylko właśnie przeprowadza transfery polityczne dla dobra Ojczyzny i pomyślności obywateli. Zacznę chronologicznie od Mariana Krzaklewskiego, był taki bogobojny polityk i szef „Solidarności” nazywany „Pięknym Maryjanem”. Na jego nieszczęście i nasze szczęście, poległ z kretesem w wyborach prezydenckich i to wyłącznie z jednego powodu. Krzaklewski nie był w stanie zrzucić z siebie całego bałaganu jakiego narobiła AWS pod jego przewodnictwem. Gdy się rozsypał AWS posypała się też Unia Wolności, natomiast na reszcie gruzów powstała Platforma Obywatelska, która krzyczała: „nigdy więcej AWS”. Minęło parę lat i Donald Tusk wciągnął Mariana Krzaklewskiego na listy wyborcze do Parlamentu Europejskiego. Krzaklewski znów z kretesem poległ, ale korupcja, przepraszam, transfer pozostaje faktem.

Michał Kamiński pseudonim „Misiek”, szef kampanii PiS, szef w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, to dopiero nieprawdopodobna lista transferowa i to przy jednym nazwisku. Pomijam litościwie czasy ZCHN i think tank Instytut Myśli Państwowej, który założył razem z Kazimierzem Marcinkiewiczem i Romanem Giertychem, by przejść do porzucenia PiS i założenia PJN, gdzie się Kamiński całkowicie ośmieszył. Następnym krokiem był start do Parlamentu Europejskiego pod szyldem PO, potem objęcie stanowiska szefa kancelarii Ewy Kopacz i szefa kampanii Bronisława Komorowskiego. W kolejnych etapach był start do parlamentu polskiego z listy PO i skreślenie Kamińskiego jako członka PO. Wreszcie Kamiński założył, jakżeby inaczej, własne koło poselskie „Europejscy Demokraci”, ale z takim szyldem nie miał szans dostać się do parlamentu, dlatego przeszedł do PSL i dzięki temu został senatorem oraz wicemarszałkiem. Przytoczę jeszcze historię Bartosza Arłukowicz, ale krótko, bo to klasyczna kopia. Był zagorzałym posłem lewicowym nieludzko krytykującym Tuska, ale gdy od Tuska dostał stołek ministra zdrowia, natychmiast został liberałem. Po doprowadzeniu do katastrofy służby zdrowia, w nagrodę otrzymał miejsce biorące na liście PO do Parlamentu Europejskiego.

Czy którykolwiek z liderów partyjnych pamięta o tych „karierach” swoich byłych i nowych kolegów? Z tego, co widać i słychać to żaden nie pamięta! Obojętnie, czy Tusk, czy Kosiniak-Kamysz, czy też Czarzasty, wszyscy opowiadają o korupcji, nie o transferach. Przy tych wywodach unoszą się moralnie tak wysoko, że żaden jogin nie byłby w stanie pobić ich rekordów lewitacji. W związku z powyższym bez najmniejszych zahamowań śmieję się do rozpuku za każdym razem, jak się którykolwiek polityk w tym temacie wypowie. Fenomen zjawiska polega na tym, że są to absolutnie zgrane dowcipy, modelowe suchary, ale mimo wszystko zawsze śmieszą, przynajmniej mnie.

Wszystko rośnie – razem z krajem

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5202 „Goniec” (Toronto)  •  26 czerwca 2022

Napięcie w Europie Środkowej od kilku dni gwałtownie wzrosło. Litwa, powołując się na ostatni pakiet sankcji, jakie Unia Europejska zastosowała przeciwko Rosji, zamknęła kolejowy tranzyt stali i wyrobów żelaznych przez swoje terytorium do Okręgu Królewieckiego. W odpowiedzi Rosja wystosowała wobec Litwy coś w rodzaju ultimatum – że mianowicie podejmie kroki odwetowe. Na czym miałyby one polegać – tego na razie nie wiadomo, natomiast wiadomo, co na to odpowiedziała Litwa. Otóż władze litewskie stanęły na nieubłaganym gruncie praworządności – że zablokowanie tranzytu jest zgodne z prawem, a jeśli Rosja uważa inaczej, to powinna zwrócić się po wyjaśnienia do Komisji Europejskiej, albo nawet do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który właśnie interpretuje sytuacje prawne. Rosja bowiem powołuje się na umowę z Unią Europejską z roku 2003, według której tranzyt do Obwodu Kalinigradzkiego przez Litwę miał być zapewniony. Dodajmy, że miesięcznie do Obwodu Kaliningradzkiego przez Litwę przejeżdża około 100 pociągów.

Jeśli okaże się, że sytuacja, do jakiej ostatnio doszło jest rozwojowa, to oznaczałoby, że marzenie prezydenta Zełeńskiego, by wojna na Ukrainie rozszerzyła się na inne kraje Europy Środkowej, może się spełnić. W takiej sytuacji do wojny z całą pewnością wciągnięta zostałaby również Polska. Czy decyzja Litwy została podjęta przez nią samodzielnie, czy też wykonała ona czyjeś polecenie – tego oczywiście nie wiemy, chociaż samowolka w tym przypadku byłaby raczej mało prawdopodobna. Z drugiej strony Rosja też nie może iść na całość, bo zaatakowanie Litwy oznaczałoby otwarty konflikt militarny z NATO. Co prawda art. 5 traktatu waszyngtońskiego z 1949 roku nie obliguje państw członkowskich NATO do konkretnej reakcji w obliczu napaści na państwo członkowskie, ale Rosja, choćby ze względów prestiżowych, nie bardzo może pozwolić, żeby ją w ten sposób testowano. Margines bezpieczeństwa, zapewniany przez powstrzymywanie się państw NATO przed bezpośrednimi działaniami militarnymi przeciwko Rosji, w ten sposób się zmniejszył.

A tu akurat wicepremier odpowiedzialny w rządzie „dobrej zmiany” za nadzorowanie resortów siłowych, czyli Jarosław Kaczyński, właśnie odszedł z rządu, powierzając stanowisko wicepremiera Mariuszowi Błaszczakowi, który jednocześnie pełni urząd ministra obrony narodowej. Najwyraźniej woli, by decyzje formalnie podejmował ktoś inny, chociaż oczywiście bez zgody Naczelnika Państwa, którym Jarosław Kaczyński nieformalnie pozostaje, żadna decyzja nie może wejść w życie. Minister Błaszczak dał się poznać jako dygnitarz wojowniczy, który poza tym bez mrugnięcia okiem kupuje od Naszego Najważniejszego Sojusznika wszystko, czym tamten pragnie nas obdarzyć, więc w tej roszadzie personalnej można dopatrywać się również jego ręki. Czyjej ręki można się dopatrywać w powrocie do rządu na stanowisko ministra od spraw zbrojeń w Kancelarii Premiera pana Tadeusza Kościńskiego, byłego ministra finansów, który udelektował nasz nieszczęśliwy kraj „Polskim Ładem”, do którego zraził się nawet pan premier – trudno powiedzieć – ale jakaś ręka na to stanowisko go przecież przeniosła.

Warto tedy przypomnieć, że były dwa momenty, w których Sojusznik sprawiał wrażenie, jakby też chciał doprowadzić do rozszerzenia wojny z Rosją na przynajmniej niektóre państwa Europy Środkowej. Za pierwszym razem chodziło o przekazanie przez Polskę Ukrainie samolotów wojskowych. Jak pamiętamy, Departament Stanu pozwolił Polsce te samoloty przekazać, zaznaczając z naciskiem, że to będzie polska suwerenna decyzja, z którą USA nie mają nic wspólnego.

Ale kiedy minister Rau zaproponował, by te samoloty poleciały do amerykańskiej bazy lotniczej w Ramstein w Niemczech i żeby suwerenną decyzję, co z nimi zrobić, podjęły Stany Zjednoczone, to okazało się, że ta propozycja nie tylko nie była „konsultowana”, ale w ogóle jest bezsensowna. A jest bezsensowna, bo jej spełnienie stwarzałoby „ryzyko”.

Drugi moment, to deklaracja Naczelnika Państwa podczas jego bohaterskiej pielgrzymki do Kijowa, żeby NATO wysłało na Ukrainę uzbrojoną po zęby „misję pokojową”. Wprawdzie sekretarz generalny NATO Stoltenberg od razu się od tego odciął oświadczając, że NATO nie jest stroną w tym konflikcie i nie zamierza nią zostać, ale rzeczniczka Białego Domu, pani Psaki zakomunikowała, że propozycja ta będzie „rozważana”. Było to bardzo niepokojące, ale na szczęście prezydent Biden podczas swej podróży po Europie najpierw porozmawiał z państwami poważnymi, więc kiedy przyjechał do Warszawy, to już o żadnej „misji pokojowej” nie było mowy.

No a teraz Litwa z blokadą tranzytu.

Tymczasem nasz nieszczęśliwy kraj ma wystarczająco dużo zmartwień. Przede wszystkim niemiecki szantaż finansowy przewiduje nie tylko konieczność likwidacji Izby Dyscyplinarnej, ale i realizację innych pomysłów. Parlament Europejski przyjął bowiem rezolucję, można powiedzieć, delegalizującą zarówno Trybunał Konstytucyjny w Warszawie, jak i „nową” Krajową Radę Sądownictwa. Toteż pan premier Morawiecki zauważył niedawno, że „nie ma ochoty umierać” za wymiar sprawiedliwości.

Najwyraźniej nawet gdyby nie było niemieckiego szantażu finansowego, to pan premier zrobiłby wszystko, co trzeba, na złość ministrowi Ziobrze, z którym od samego początku drze koty. Ten z kolei odgryza się premierowi Morawieckiemu na odcinku węglowym twierdząc, że powrót do węgla, to kwestia naszego bezpieczeństwa. Rzeczywiście, po podpisaniu przez premiera Morawieckiego programu „dekarbonizacji” Polski, a zwłaszcza po trudnej do wytłumaczenia decyzji o wstrzymaniu importu rosyjskiego węgla grubego, z którego korzystały przede wszystkim gospodarstwa domowe oraz zakręceniu przez Rosję kurka z gazem dla Polski, sytuacja stała się kłopotliwa. Cena węgla powoli podchodzi do 3 tysięcy zł za tonę. W odpowiedzi rząd zapowiedział wprowadzenie ceny urzędowej w wysokości 996 zł za tonę dla odbiorców indywidualnych. Różnica między tą ceną a ceną rynkową, będzie wyrównywana do 750 złotych za tonę przez rząd, który jednocześnie ustanowił limit na zakup z dopłatą do poziomu maksymalnie 3 ton. Właśnie w jednej z niewielkich spółdzielni mieszkaniowych na Mazowszu skończyły się zapasy węgla, w związku z tym mieszkańcy nie mają ciepłej wody, aż uda się kupić węgiel – ale wtedy cena ciepłej wody będzie pewnie wyższa.

Nie wie bowiem lewica, co czyni prawica, bo z jednej strony okazuje się, że skoro nie ma gazu, to bez węgla nie da się żyć, ale z drugiej – po staremu rząd dopłaca do wymiany „kopciuchów” na eleganckie piece gazowe, bo taki rozkaz rzuciła w swoim czasie Światowa Organizacją Zdrowia, która wojuje nie tylko z wirusami, ale i ze smogiem.

Na tych przykładach widać trafność spostrzeżenia prezydenta Ronalda Reagana, który zauważył, że rządy nie rozwiązują żadnego problemu, a tylko stwarzają coraz to nowe.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Niedzielski wstydu nie ma. Szósta fala bezczelności.

https://nczas.com/2022/06/25/nie-ma-wstydu-nie-uwierzysz-co-niedzielski-powiedzial-po-niemal-dwoch-latach-urzedowania/
W rozmowie z Medonetem „minister pandemii” podsumował niemal dwa lata urzędowania na tym stanowisku. Zapowiadał też szóstą falę mniemanej pandemii i mówił o czwartej dawce szprycy.

Niedzielski przyznał, że to „dwa lata najcięższej pracy w jego życiu”.

– Można powiedzieć, że rzeczywiście profitów, i nie chodzi mi tu broń Boże o finanse, brak. Niezależnie od tego, co byśmy nie robili, zawsze znajdowali się kontestatorzy i zawsze było wzbudzane swego rodzaju larum – grzmiał minister.

Jak dodał, „niestety nie można liczyć na to, że są rozwiązania, które będą miały powszechną akceptację”.

Odpowiadając na pytanie, jak ocenia działania swojego resortu podczas mniemanej pandemii, Niedzielski podkreślił, że MZ jest odpowiedzialne przede wszystkim „za aspekty logistyczno-organizacyjne systemu ochrony zdrowia”. Wskazał tu na „zarządzanie m.in. dostępnością łóżek, tworzeniem nowych szpitali tymczasowych i ich wyposażeniem”.

– I pod tym kątem – z całą pewnością to powiem – wykonaliśmy dobrą pracę, często w przeciwieństwie do innych państw – twierdził. – U nas nie było sytuacji braku dostępności łóżek dla pacjentów. U nas nie było wyborów, kogo podpiąć do respiratora. U nas nie zabrakło tlenu. Owszem, nie każdy może otrzymał opiekę na tym poziomie, na którym powinien, ale jednak ją otrzymał – powiedział w dalszej części.

Niedzielski przyznał, że „w pewnym momencie” był problem „z ratownictwem medycznym, kiedy karetki rzeczywiście czekały na podjazdach”. – Proszę zwrócić jednak uwagę, że w kolejnych falach to zjawisko już praktycznie nie występowało, bo kontraktowaliśmy nowe zespoły ratownictwa medycznego, monitorowaliśmy czas dojazdu karetek, ich bieżącą dostępność i powody niedostępności – mówił.

Kto odpowiada za zgony?

Szef pandemicznego resortu zdrowia stwierdził też, że przeprowadzono analizę przyczyn zgonów. – Okazało się, że dużym problemem jest zbyt późne zgłaszanie się do szpitali czy też zbyt późny telefon na pogotowie. Ludzie czekali do ostatniej chwili, zaleczając się często — bo nie lecząc — koncentratorami tlenu – twierdził Niedzielski.

Redaktor naczelna Medonet, Anna Zimny-Zając, przytoczyła jednak statystyki dotyczące zgonów nadmiarowych. Polska pod tym względem znalazła się w ścisłej czołówce w Europie.

– W 2021 r. w Polsce zmarło najwięcej osób od czasów II wojny światowej – ponad 506 tys. To aż o 40 tys. więcej niż w równie tragicznym roku 2020, gdy odeszło ponad 477 tys. Polaków, czyli o 68 tys. więcej niż w przedpandemicznym 2019 r. W moim odczuciu te statystyki trudno uznać za potwierdzenie dobrze wykonanej pracy – oceniła dziennikarka.

Zawsze można zrobić coś lepiej. Jak ktoś twierdzi, że nie, to przemawia przez niego pycha – odparł Niedzielski.

Dalej przyznał, że „poniekąd” wpływ na ogromną liczbę zgonów nadmiarowych miał fakt ograniczenia diagnostyki na rzecz tworzenia łóżek covidowych. „Minister pandemii” wymienił także „niższą skłonność ludzi do korzystania z usług zdrowotnych oraz ograniczenia dostępności na poziomie POZ i przeważenia wizyt w kierunku teleporad, co w pewnym momencie musieliśmy zacząć zwalczać”.

„Antyszczepionkowcy” i fake newsy

Niedzielski nie omieszkał także obwinić „antyszczepionkowców”. – Na pewno część odpowiedzialności – i to musi wybrzmieć – za nadwyżkowe zgony ponoszą wszyscy ci, którzy namawiali do nieszczepienia się. Niezaprzeczalnie ryzyko ciężkiego przejścia COVID-19 i śmierci u osoby zaszczepionej było zdecydowanie mniejsze. Z naszych analiz wynika, że ryzyko zgonu osoby niezaszczepionej było 10 razy większe niż osoby, która przyjęła wszystkie dawki szczepienia – grzmiał.

– Poziom zła, jakie w kontekście właśnie stanu zdrowia Polaków i walki z COVID-19 wyrządziły fake newsy, manipulacje, ale i hejt jest po prostu przerażający – grzmiał.

– Wyniknęło z niego wiele problemów także w moim życiu i to nie tylko służbowym. Środowisko antyszczepionkowe obrało mnie za cel – otrzymuję cały czas groźby i pogróżki, niektórzy ferują wyroki publiczne – żalił się Niedzielski.

Szpryca

Minister odniósł się także do kwestii szprycowej. Jak podkreślał, gdy tylko pojawi się decyzja EMA wprowadzająca czwartą dawkę, rozpocznie się kolejny sezon szprycowania Polaków. – Nie może być też jednak przyzwolenia, by producenci wciąż oferowali szczepionkę na pierwotną wersję wirusa. Jest deklaracja, że jesienią będzie dostępna szczepionka ukierunkowana na Omikrona, ale odpowiednie wnioski mają wpłynąć do EMA dopiero pod koniec sierpnia – dodał.

Szósta fala

Padło też pytanie, „kiedy” w Polsce rozpocznie się szósta fala mniemanej pandemii. – Obecne prognozy mówią, że w lipcu może wzrosnąć liczba zakażeń, nawet do tysiąca nowych przypadków dziennie. Takie liczby nie stanowią jednak zagrożenia dla wydolności systemu opieki zdrowotnej, a to jest kryterium wprowadzania różnych scenariuszy. Jeżeli chodzi o wrzesień czy październik, prognozy na razie nie pokazują większego przyspieszenia pandemii, jednak oczywiście nie możemy się na nich opierać w 100 proc., co pokazały nam minione fale – przyznał Niedzielski.

– Zresztą niezależnie od prognoz przygotowujemy się na najgorsze, co oznacza, że we wrześniu i październiku może nastąpić znaczny wzrost zakażeń. Ale według naszych analiz ten wzrost zakażeń niekoniecznie musi przełożyć się na zwiększoną liczbę hospitalizacji, więc jest to mało realny scenariusz, by doszło do problemów w działaniu systemu opieki zdrowotnej – dodał.

Źródło: medonet.pl

Kamieni [milowych] kupa. Prorok jakiś – ki diabeł?

Iza 25 czerwiec 2022

Bartłomiej Sienkiewicz określił kiedyś projekty rządowe jako „…. i kamieni kupa”. Prorok jakiś – ki diabeł? 

Marek Suski nazwał ostatnio KPO skandalem. Suski reprezentuje poglądy wszystkich posłów, którzy -jak twierdzą -nie wiedzieli co w tym dokumencie naprawdę jest. 

Dokument w języku angielskim ( dobrze, że nie w niemieckim)  można znaleźć pod adresem  https://ec.europa.eu/info/system/files/com_2022_268_1_annex_en.pdf

[A w języku krajowców – gdzie?? nie warto?? Pozatem Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro oświadczył, że tekst po polsku dyskutowany w rządzie, znacznie różnił się od powyższego, przyjętego po cichu: Rozjazd czy rozłam w rządzie? Resort Zbigniewa Ziobry wydaje komunikat, że nie zaakceptował KPO z zapisami o podatkach na auta spalinowe md]

Wśród kamieni milowych zastrzeżenia budzą przede wszystkim wymagania zmian nie mających nic wspólnego z polskim systemem sądownictwa, będącym podobno kamieniem (they multiply like rabbits).. obrazy dla wartości UE 

Na przykład kamień milowy nr E3G zakłada wejście w życie w 2024 roku aktu prawnego wprowadzającego opłatę rejestracyjną od pojazdów emitujących spaliny.

Kamień milowy nr E4G zakłada wejście w życie w 2026 roku aktu prawnego wprowadzającego podatek od własności pojazdów emitujących spaliny.

Czy ktoś pomyślał o prawdziwym a nie wydumanym wykluczeniu osób mieszkających w wiejskich osadach oddalonych od większych ośrodków, których nie będzie stać na zakup bardzo drogich samochodów elektrycznych ani  na ten podatek, więc nie będą mogli nawet dojechać do lekarza? 

Kamień milowy nr A71G zakłada wejście w życie w 2023 roku nowelizacji odpowiednich ustaw która zapewni objęcie składkami na ubezpieczenie społeczne wszystkich umów cywilnoprawnych (emerytalnych, rentowych, wypadkowych i chorobowych, niezależnie od uzyskanych dochodów z wyjątkiem „umów ze studentami poniżej 26 roku życia”.

Szkodliwość tej nowelizacji nie wymaga chyba komentarza.

Najistotniejsze jest jednak co innego. Sformułowania tego dokumentu są tak niejednoznaczne, że nikt nigdy nie będzie w stanie ustalić czy zostały spełnione wymagania w nim zawarte. Nie wiadomo na przykład czy podniesienie wieku emerytalnego ma być obligatoryjne czy jest to przywilej pragnących bez końca pracować emerytów.

Każdy kto przebrnie przez ten bełkot sam się przekona.  [A będą tacy, o naiwna??? I po co, jeśli penetracja Polski już nastąpiła?? md]

Uważałam zawsze, że język angielski dlatego stał się językiem nauk ścisłych, że jest precyzyjny.

Bardzo się pomyliłam. Nawet język potrafili zgwałcić.

Na rozrywkowym odcinku frontu

Stanisław Michalkiewicz 25 czerwca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5201

Za pierwszej komuny, w spoistym murze frontu ideologicznego było parę otworów, przez które można było złapać trochę świeższego powietrza. Jednym z nich były piosenki. W swoim czasie partia próbowała zasklepić również i ten otwór, forsując tak zwane „pieśni masowe”, na przykład: „nie zna granic, ni kordonów pieśni zew (…) nie zamilknie, nie ucichnie wolny śpiew” – a rozbrzmiewało to w samym środku stalinowskiej nocy, którą, zgodnie ze słowami innej piosenki, rozświetlało „stalinowskie jasne słońce”.

Trudno się zatem dziwić, że ludzie uciekali od tego, gdzie tylko mogli, między innymi – w stronę jazzu – który też znajdował się na celowniku partii. Kiedy już tzw. „reakcyjne podziemie” zostało przez MBP rozgromione, a ci, którzy przeżyli, gnili w więzieniach, pojawiło się nowe podziemie – właśnie jazzowe – którego nieformalnym przywódcą był Leopold Tyrmand. Potem Stalin umarł, ale mróz od wschodu nie popuszczał – aż w 1955 roku pojawiła się jaskółka zwiastująca odwilż, w postaci Festiwalu Młodzieży i Studentów, który odblokował wiele zasklepionych przez mróz otworów, między innymi – piosenkarski. W rezultacie partia przestała walczyć z „bikiniarzami” i jazzem, który ostatecznie wyszedł z podziemia 6 sierpnia 1956 roku, kiedy to w Sopocie rozpoczął się Festiwal Muzyki Jazzowej, na którym wszystkie koncerty zapowiadał i prowadził Leopold Tyrmand. Potem, to znaczy – w drugiej połowie lat 60-tych – jazzowe koncerty odbywały się nawet w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki im, Józefa Stalina, na które, jako student, przyjeżdżałem z Lublina, by posłuchać Duke Ellingtona, Rolanda Kirka, no i muzyków tutejszych, których weteranem był Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz, a w najlepszej formie objawiali się Andrzej Kurylewicz, Jan „Ptaszyn” Wróblewski, Zbigniew Namysłowski, czy niewidomy Mieczysław Kosz.

Z biegiem lat jazz robił się coraz bardziej dostojny zwłaszcza, że masową publiczność zaczął zdobywać big-beat, u którego początków była Karin Stanek, śpiewająca: „O Jimmy Joe, ja kocham ciebie!” – no a który potem niesłychanie się rozmnożył w dziesiątki zespołów znanych w całym kraju, nie licząc tych, których sława nie przekraczała granic powiatu. W 1963 roku po raz pierwszy odbył się Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu, na którym objawiła się Polsce, a potem również reszcie świata, niezapomniana Ewa Demarczyk.

Ten Festiwal był, można powiedzieć, ogólnopolskim wydarzeniem towarzyskim, przede wszystkim z tego powodu, że telewizory stanowiły jeszcze rzadkość, więc na oglądanie transmisji Festiwalu w Opolu umawiali się znajomi szczęśliwych właścicieli telewizora, którzy przy tej okazji wydawali coś w rodzaju przyjęcia.

Ale nie tylko z tego powodu. Ówczesne dziennikarstwo, podobnie jak współczesne, skrępowane było wieloma ograniczeniami i uzależnieniami nieoficjalnymi, jako że całkiem spora część dziennikarskich gwiazd, podobnie jak i teraz, pokątnie uprawiała tajną współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, zapewniając sobie w ten sposób kariery i stanowiska. Warunkiem sine qua non zachowania jednego i drugiego było ćwierkanie w sposób nakazany przez partię – ale właśnie z okazji Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, partia udzielała dyspensy. Dopiero wtedy czytelnicy prasy mogli się przekonać, że siermiężni na codzień żurnaliści, potrafią dokonywać finezyjnych analiz, przy okazji podszczypując kolegów, którzy z jakichś całkiem innych powodów wcześniej im podpadli. Festiwalowa publicystyka wznosiła się wtedy na najwyższy poziom, by po zakończeniu opolskiej imprezy przeżywać bolesny powrót do rzeczywistości.

Potem, to znaczy – podczas solidarnościowego karnawału – pojawił się niczym meteor, Festiwal Piosenki Prawdziwej, na którym zalety artystyczne piosenek często przyćmiewane były politycznym zaangażowaniem. Z tamtych czasów zapamiętałem piosenkę zaczynającą się od okrzyku: „pchamy”. Chodziło o taczki, które „pchamy aż po życia kres”. Utkwiła mi ona w pamięci ze względu na bardzo azjatycką melodię. Przypomniałem ją sobie podczas pobytu w Wietnamie, gdzie skojarzyła mi się ona z losem „wrogów ludu”, skierowanych do pracy na ryżowiskach. Przydzielony nam przewodnik, oczywiście ubek, no bo jakże inaczej, twierdził co prawda, że obozów reedukacyjnych już „nie ma”, ale kiedy zapytałem go, co by się stało, gdybym tak na rogu ulicy krzyknął: „precz z komuną”, bez wahania odpowiedział, że poszedłbym do obozu. Rzeczywiście –aż po życia kres”.

A właśnie rozpoczął się 59 Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu, ale podobno już mało kogo rajcuje. Przede wszystkim ze względów politycznych, bo obóz „dobrej zmiany”, do którego należy rządowa telewizja, również na odcinku przemysłu rozrywkowego, rywalizuje z obozem zdrady i zaprzaństwa, z którym związane są telewizje nierządne. One urządzają „swoje” festiwale i w ten sposób, przynajmniej w tej dziedzinie, realizowana jest doktryna „oddzielnego rozwoju”, zwana kiedyś apartheidem. Toteż żadnemu przeciwnikowi Jarosława Kaczyńskiego nie może podobać się nic, co pojawi się na „rządowym” festiwalu, bo w przeciwnym razie bedą go wytykali palcami jako ćwoka – no i oczywiście odwrotnie. Ale myślę, że nie jest to powód jedyny. Kiedyś, w koszmarnych czasach komuny, piosenki festiwalowe trzymały pewien poziom, zarówno literacki, jak i muzyczny. Teksty bowiem pisali ludzie o pewnym poziomie kultury literackiej, no a muzykę – też kompozytorzy na poziomie.

Teraz bywa rozmaicie, bo czy to ze względów merkantylnych, czy jakichś innych, piosenkarze sami piszą teksty swoich piosenek, a bywa, że i muzykę. W większości przypadków dobrze to nie wygląda, podobnie jak w przypadku aktorów; kiedy mówią tekstem napisanym przez, dajmy na to, Szekspira, to wszystko jest w porządku, ale kiedy zaczynają wygłaszać własne teksty, to już bywa gorzej. Na wszelki tedy wypadek wielu piosenkarzy śpiewa po angielsku, to znaczy – tak mówią – ale to nie zawsze wystarcza. Żeby więc jakoś podnieść atrakcyjność swoich występów, przed wyjściem na estradę rozbierają się albo fizycznie, albo psychicznie, opowiadając o swoim życiu płciowym. Publiczności to nie przeszkadza, podobnie jak piosenki; podobają się wszystkie i wszystkie są oklaskiwane, bo jakże tu nie oklaskiwać, skoro już zapłaciło się za bilet? Podobnie jest w teatrze, gdzie oklaskiwanie sztuki, bez względu na jej wartość, należy do dobrego tonu.

Kiedyś bywało inaczej; w okresie międzywojennym w jednym z warszawskich teatrów wystawiono awangardową sztukę. Siedzący na sali Bohdan Zalutyński, nie mogąc już wytrzymać wstał i huknął, że za czasów carskich nigdy by nie ośmielono się wystawić czegoś takiego w miejskim teatrze, po czym wyprowadził z przybytku Melpomeny znaczną część publiczności na kolację.

Zielony nieład. Należy upowszechniać elitaryzm.

Izabela Brodacka 25.6.2022.

Troska o środowisko jest słuszna. Tak jak troska o biednych, chorych, niezaradnych, dyskryminowanych, stygmatyzowanych, źle się czujących w swojej skórze, źle się czujących w swojej kategorii wiekowej, płciowej, społecznej, cierpiących na egzystencjalne leki i ogólnie rzecz biorąc na ból istnienia.

Natomiast Ideologia postulująca  bezwzględny prymat klasy robotniczej, dyskryminowanych kobiet, Matki Ziemi, a przede wszystkim ideologie typu: Turkeys lives matter ( życie indyków jest cenne) , są złe, niebezpieczne i powinny być odrzucone przede wszystkim dlatego, że usiłując rozwiązać jeden problem stwarzają wiele innych problemów, których już nie są w stanie rozwiązać.

W informatorze pewnego elitarnego warszawskiego liceum znalazłam hasło: „ należy upowszechniać elitaryzm”. Dziwne, że nikt z nauczycieli nie wytłumaczył szlachetnym młodocianym utopistom , że hasło to jest podręcznikowym przykładem oksymoronu, czyli połączenia dwóch cech sprzecznych, z natury rozłącznych. Tak jak gorący lód czy uczciwy złodziej.

Nie da się upowszechnić elitaryzmu, nie da się upowszechnić wyjątkowości, można tylko równać w dół. Jeżeli uniwersytet -jak kiedyś pouczono profesora Nowaka –  ma być miejscem przyjaznym dla wszystkich, nawet dla przeszkadzającego mu w zajęciach niezrównoważonego człowieka, to zajęcia te z konieczności będą się odbywały na stosownym dla intruza poziomie. Jeżeli uniwersytet ma być miejscem dla wszystkich – nie mają sensu wszelkie progi selekcyjne. Jeżeli jednak nie zastosujemy selekcji przy rekrutacji choćby na politechnikę, medycynę czy na prawo, będziemy mieć kiepskich inżynierów, lekarzy i sędziów. Na wydziałach matematyczno- przyrodniczych zachodzi na ogół na szczęście selekcja naturalna. Mniej utalentowani, którzy pomylili się w wyborze kierunku studiów odchodzą sami albo uciekają w dydaktykę. Nie trzeba przecież być Einsteinem żeby skutecznie uczyć dodawania ułamków tak jak nie trzeba być mistrzem olimpijskim żeby uczyć przewrotu w przód i w tył. Na wydziałach humanistycznych czy artystycznych selekcja jest konieczna jeżeli nie chcemy produkować armii sfrustrowanych nieudaczników. 

Pomagając jednym przez przyznanie im szczególnych praw szkodzimy innym i całej społeczności. Co gorsza w dalszej perspektywie najczęściej szkodzimy również tym wyróżnionym.

To żadne odkrycie, to banał. Pisali o tym ćwierć wieku temu amerykańscy liberałowie. „Przepisy i akty prawne przyjmowane na korzyść określonej grupy z biegiem czasu zaczynają działać na szkodę tej grupy” pisał na przykład Henry Hanzlitt w pozycji „Economics in one lessons” wydanej przez Ludwig von Mises Institute, Auburn, Alabama, USA w 2008 roku oraz Joseph E. Stiglitz, w „Economics of the Public Sector” wydanej w 2002 roku. 

Bardzo dobrym przykładem szkodliwości wcielanej przymusowo w życie utopijnej  ideologii  jest „ zielony ład”. Unia Europejska nakazuje odejście od energetyki węglowej na rzecz wiatraków, ogniw fotowoltaicznych, czy innych wynalazków. Usprawiedliwione jest podejrzenie, że UE używa tej ideologii wyłącznie do gnębienia nieposłusznych sąsiadów. Dwa lata temu gdy wiatraki nie działały z przyczyny braku wiatru a pola fotowoltaiczne zasypał śnieg Niemcy znaleźli się w potrzasku. Najspokojniej w świecie uruchomili wówczas elektrownie węglowe. („co wolno wojewodzie to nie tobie narodzie”).

Nie wiadomo dlaczego brniemy w ten sam potrzask. Przejście z węgla na gaz zawsze było sprzeczne z postulatem niezależności energetycznej kraju, doprowadziło również do podpisania niekorzystnych wieloletnich kontraktów z Rosją. Teraz bohatersko odcinamy się od Putina i gazu zapominając, że tym samym uzależniamy się od innych sojuszników. Dziwne że historia nie nauczyła nas, że sojusze są niepewne.

Deklarujemy również inwestowanie w energetykę jądrową od której całkowicie odeszli Niemcy. Ciekawe kiedy Niemcy zakażą energetyki jądrowej w sąsiednich (jak mówi Michalkiewicz) bantustanach. W kwietniu, pomimo, że trwała już wojna na Ukrainie specjalną ustawą zakazano palenia węglem i drewnem w piecach i kominkach. „26 radnych wojewódzkich Mazowsza opowiedziało się za proponowaną nowelizacją uchwały antysmogowej, a 22 wyraziło swój sprzeciw.  To wystarczyło, żeby Sejmik Województwa Mazowieckiego przyjął regulacje, dzięki którym w Warszawie i okolicach przestanie być palony węgiel i paliwa wyprodukowane z jego wykorzystaniem”.

Teraz premier zachęca obywateli do zbierania chrustu w lesie. I co z tym chrustem mają zrobić?

Unia Europejska żąda aby do roku 2035 nie wolno było używać samochodów spalinowych. Samochody z  napędem elektrycznym są bardzo drogie. Dobry samochód tego typu kosztuje 200- 250 tysięcy złotych. Na to nie będzie stać nawet średnio zamożnych. Mieszkańcy osad oddalonych od większych ośrodków dojeżdżali dotąd do lekarza czy na zakupy własnym samochodem, na który było ich stać dzięki bardzo niskim cenom używanych samochodów. Teraz ci ludzie staną się wykluczeni komunikacyjnie. Aby przeciwdziałać wykluczeniu komunikacyjnemu samorządy będą musiały organizować specjalne linie autobusowe. 

Próba systemowego rozwiązania problemu rzekomego czy faktycznego smogu ( w Krakowie np. bywa smog) owocuje powstaniem nowych problemów też trudnych do rozwiązania. Na przykład kwestia utylizacji zużytych akumulatorów, bardzo toksycznych i bardzo dużych. Może się okazać, że usiłując chronić środowisko tak naprawdę mu szkodzimy. Poza tym prąd to  nie manna z nieba i trzeba go wyprodukować. Jeżeli zabronimy eksploatowania węgla, elektrociepłownie będą musiały przejść na gaz, a gaz pochodzi z Rosji. Kupowanie od Niemców gazu sprowadzanego przez Niemców z Rosji to hipokryzja. Będą inne czysto praktyczne problemy. W jaki na przykład sposób mieszkańcy wyższych pięter w blokach będą ładować akumulatory swoich samochodów? Z kontaktu w garażu? Nie zgodzi się na to administracja bo trudne byłyby rozliczenia.  A jeżeli ktoś nie ma garażu czy będzie musiał ciągnąć przedłużacz z okna swego mieszkania na ósmym piętrze?.

Jak nie staniesz … plecy z tyłu 

Jutro, sobota – na ulicach stolicy, Warszawy demonstrują: zboczeńcy, ambasadorzy obcych państw i sataniści. My o 14:30 z procesją pokutną do sanktuarium Matki Bożej Łaskawej.

Jutro na ulicach stolicy, Warszawy demonstrują zboczeńcy, ambasadorzy obcych państw i sataniści.

My o 14:30 z procesją pokutną do sanktuarium Matki Bożej Łaskawej.

https://stronazycia.pl/pilne-trzaskowski-zakazal-modlitwy-bo-na-ulice-wyjda-satanisci/
Szanowny Panie, warszawski Sąd Apelacyjny nie uwzględnił naszego zażalenia i podtrzymał w mocy decyzję Rafała Trzaskowskiego bo zakazie dla naszej procesji modlitewnej, którą jutro planujemy na ulicach stolicy. Prezydent Warszawy, urzędnicy ratusza oraz sądy dwóch instancji uznały, że nasza pokojowa procesja modlitewna będzie rzekomo „stanowiła zagrożenie”. W tym samym czasie bez przeszkód maszerować będą po naszej stolicy, w ramach „parady równości”, aktywiści LGBT, ambasadorzy obcych państw, przedstawiciele wielkich korporacji oraz… członkowie międzynarodowej Świątyni Szatana, której jedną z głównych inicjatyw jest odprawianie „czarnych mszy” w intencji Polski (!!) i rewolucji antymoralnej, jaka dokonuje się w naszym kraju. Ale my i tak przejdziemy – zarejestrowaliśmy już nowe zgromadzenie (w innym trybie) i jutro będziemy modlić się na ulicach stolicy w intencji pokutnej za promocję zgorszenia i satanizmu.

Za wszelką cenę próbuje się wypchnąć nas z przestrzeni publicznej. Wszystko po to, aby propaganda cywilizacji śmierci mogła bez przeszkód infekować umysły Polaków. Jutro na ulicach Warszawy odbędzie się centralna „parada równości”, której organizatorzy i uczestnicy żądają (to słowo pada wprost) wprowadzenia w polskich szkołach i przedszkolach „edukacji seksualnej”, legalizacji aborcji w naszym kraju, zniesienia w Polsce instytucji rodziny jako małżeństwa mężczyzny i kobiety oraz wprowadzenia prawnej cenzury, która umożliwi blokowanie działań organizacji takich jak nasza Fundacja.

Wie Pan kto jutro przejdzie w tej „paradzie”?

 Ambasadorzy obcych państw, których przedstawicielstwa otwarcie domagają się zmiany porządku prawnego, kulturalnego i religijnego w Polsce. Ich działania koordynuje Ambasada USA, która na swoich polskojęzycznych stronach i profilach w mediach społecznościowych intensywnie promuje ideologię LGBT i świętuje czerwiec jako „miesiąc dumy gejowskiej”. Ambasada USA koordynowała także zebranie podpisu pod listem otwartym od 46 ambasadorów (m.in. Niemiec, Austrii, Hiszpanii, Francji, Włoch, Wielkiej Brytanii, Norwegii i Ukrainy), którzy popierają „uświadamianie opinii społecznej” w Polsce na temat LGBT, czyli mówiąc innymi słowami: propagandę cywilizacji śmierci przeprowadzaną w umysłach Polaków.

W warszawskiej „paradzie” pójdą także przedstawiciele największych na świecie korporacji finansowych, bankowych, farmaceutycznych, technologicznych i medialnych, m.in.: JP Morgan, Goldman Sachs, BNP Paribas, Credit Suisse, Nordea, Citi, Nat West, Accenture, HP, GlaxoSmithKline, Procter&Gamble, Maersk, Microsoft, Google i Netflix. Jeden z polskich aktywistów LGBT otwarcie przyznał w mediach społecznościowych, że bez wsparcia finansowego pochodzącego od tego typu instytucji, „parada równości” nie mogłaby się odbyć. Wielu Polaków, pod wpływem dezinformacji, myśli, że aktywiści LGBT i aborcjoniści wychodzą na ulice naszych miast „spontanicznie”, a ich ruch tworzony jest oddolnie. Nic bardziej mylnego – rewolucja antymoralna w Polsce od początku kierowana i finansowana jest z zagranicy.

W końcu, w jutrzejszej „paradzie równości” oficjalnie przejdą także przedstawiciele Świątyni Szatana (Global Order of Satan). To międzynarodowa organizacja satanistyczna. Jak piszą sataniści o sobie na swojej stronie, w związku z chrześcijańskim dziedzictwem Polski i wynikającym z niego oporem wobec ideologii LGBT i aborcji:

Globalny Porządek Szatana uznał, że ważne jest zajęcie stanowiska i okazanie wsparcia naszym przyjaciołom w Polsce, zarówno w społecznościach satanistycznych, jak i LGBTQ+.”

Wie Pan w jaki sposób okazują to „wsparcie”?

Poprzez odprawianie „czarnych mszy” w „intencji” Polski! W ten sposób udzielają „duchowego wsparcia” aktywistom cywilizacji śmierci, którzy organizują „parady równości” LGBT i proaborcyjne zamieszki na ulicach miast naszego kraju. Co więcej, jak informują sataniści na swoim oficjalnym, międzynarodowym profilu, cieszą się z tego, że w polskich mediach społecznościowych rośnie zainteresowanie ich uczestnictwem w jutrzejszej „paradzie”.

Nasza Fundacja głośno o tym wszystkim mówi i ostrzega Polaków przed rewolucją antymoralną, jaka dokonuje się w naszym kraju. Organizujemy także publicznie modlitwy różańcowe i procesje w intencji powstrzymania tego procesu. Dlatego chcą nas uciszyć i usunąć z przestrzeni publicznej.

Nie zamierzamy się jednak poddać i ulec prześladowaniom. Zgłosiliśmy już nowe zgromadzenie na jutro (sobota 25 czerwca), tylko w innym trybie.

Zaczynamy przy skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej i Widok (przed domami towarowymi) o 14:30, po czym udamy się z procesją pokutną do sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Starym Mieście.

Jeżeli nie może Pan do nas dołączyć, prosimy jutro o samodzielną modlitwę, najlepiej w gronie rodzinnym. Bardzo prosimy też o wsparcie finansowe, które jest kluczowe dla działania i funkcjonowania naszej FundacjiGigantyczne korporacje, międzynarodowe banki, wielkie firmy i liczne ambasady hojnie sponsorują gorszenie, zabijanie i deprawowanie Polaków. My możemy liczyć tylko na ludzi dobrej woli, którzy są świadomi sytuacji i decydują się zaangażować, stając po naszej stronie w walce z cywilizacją śmierci.

Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW

Załganie. Demoniczne fundamenty poprawności politycznej

Jason Morgan https://www.bibula.com/?p=134763

Kwiecień to najokrutniejszy miesiąc– tak pisał amerykański poeta T.S. Eliot w „Ziemi jałowej”. Napisał to jednak za wcześnie.

Najokrutniejszym miesiącem jest bowiem ten, który właśnie się kończy. W czerwcu, fałsz empatii znika i pojawia się jako tęczowa duma.

Ludzie cierpiący z powodu pokus i chorób psychicznych – ludzie, którzy pragną horroru sodomii lub którzy uważają, że ciało, z którym się urodzili, powinno zostać poćwiartowane i ponownie uformowane – są przedstawiani przez „współczujących” spośród nas jako awangarda nowej ery. Jest to najokrutniejsza manifestacja, jaką kiedykolwiek widziałem. Duma geja, lesbijki, transseksualisty, pedofila i tysiąca innych dewiacji – to zwierzę w człowieku, ale „oświeceni” twierdzą, że jest to najwyższy poziom rasy ludzkiej.

To wszystko jest zdeprawowanym i całkowicie okrutnym kłamstwem. Żeruje na słabych, udając, że ich celebruje. Paradowanie oszukanych i słabych ludzi po ulicach w blasku brokatu i confetti jest kpiną w wykonaniu samego diabła. Zachęcanie nas do grzechu, abyśmy zostali potępieni, to gra samego diabła.  Splugawiona tęcza, którą diabeł przerabia na przekór Bogu, stała się, w głębi amerykańskiej zimy kulturowej, złotym sztandarem cywilizacji.

Piekło jest Niebem. Śmierć jest życiem. Nasze budynki pną się coraz wyżej. W Maine planuje się budowę masztu flagowego o wysokości 1776 stóp(ok. 550 metrów). Na jego szczycie będzie powiewać największa amerykańska flaga w historii świata. Jeszcze kilka stóp i być może flaga będzie smagać  twarz samego Pana Boga, przypominając Mu o tym, jak wielki postęp udało nam się osiągnąć.

Żyjemy w fałszywym świecie, w którym diabelskie kłamstwa stały się niekwestionowaną ortodoksją. Przyswajamy fałszywy katechizm wraz z codzienną dawką telewizyjnej propagandy. Skandujemy fałszywe wyznanie wiary, niczym derwisz czy zaklinacz węży w odległych, piaszczystych krajach, kołyszący się na rogu ulicy za parę groszy w kubku. Stany Zjednoczone Ameryki, podobnie jak znaczna część reszty planety, są w niewoli nienawiści, która przybiera postać miłości i okrucieństwa, które przybiera postać akceptacji.

Potworność tej pychy była oczywista od samego początku. Jak to się stało, że nasz kraj uległ jej czarowi? Prawie trzydzieści lat temu, na uniwersytecie po raz pierwszy usłyszałem termin LGBT (wydaje mi się, że „Q” dodano później, a teraz mamy już co najmniej LGBTQIA+, nie licząc siedemdziesięciu dwóch płci). Osoby LGBT na uniwersytecie były pewne siebie, wojownicze i gardziły społeczeństwem. Byli bezczelni, opancerzeni fałszywą dumą. Byli zajęci rezygnowaniem ze swojej godności tak szybko, jak tylko to się dało zrobić.

Byli obskurnymi tchórzami, ukrywającymi się za pozą, przesadną swawolą i kokieterią, która stanowiła cienko zakamuflowaną groźbę wobec osób heteroseksualnych. „LGBT” to wyzywająca sugestia, kod nienawiści. Podczas gdy w przeszłości osoby dotknięte pociągiem do osób tej samej płci musiały walczyć, ponosząc ogromne koszty, aby pozostać wiernymi naukom Kościoła i nakazom prawa naturalnego, zwolennicy LGBT byli wierni ideologii, osiągając przy tym ogromne zyski. Wpychali się do klubów dyskusyjnych i towarzyskich, rzucając się na innych, gdy tylko czuli, że ich ideologia była zagrożona. Świat upadał, by oddać im cześć.

Patrząc wstecz, widzę w tym wczesnym LGBT zapowiedź świata, w którym wszyscy dziś żyjemy. Ten świat, nasz świat, to świat, w którym osoba ludzka została okultystycznie potraktowana przez ideologię. Ideologia LGBT pojawiła się wraz z rozwojem Internetu, a te i inne ideologie stały się naszymi awatarami. W naszym dzisiejszym świecie kłamstwo zwycięża, to, co fałszywe, wyprzedza to, co autentyczne i prawdziwe. Awatar prawie całkowicie zablokował naszą indywidualność.  Żyjąc we współczesnym świecie, wielu z nas przechodzi z jednej fałszywej rzeczywistości do drugiej.

Sprawy mają się coraz gorzej. Na przykład w ostatnich latach technicy sztucznej inteligencji wyprodukowali tak zwane „deepfakes”, czyli niesamowicie realistycznie wyglądające filmy wideo przedstawiające znane osoby, filmy te jednak zostały całkowicie sfabrykowane przez maszyny. Wielu analityków i przedstawicieli mediów spekuluje, że takie fałszywki mogą być wykorzystywane do złowrogich celów, takich jak wywołanie paniki wśród ludności lub rozpoczęcie wojny. Na przykład fałszywe nagranie wideo, na którym prawdziwy dyktator ogłasza rozpoczęcie działań nuklearnych, może z łatwością wywołać prawdziwe wydarzenie. Kłamstwo może zrodzić prawdę, a deepfake – przerażającą rzeczywistość.

Weźmy na przykład fałszywy film z prezydentem Ukrainy,  Zelenskim, z marca 2022 roku. Na tym nagraniu sfałszowany prezydent Zelenski mówi Ukraińcom, aby złożyli broń i poddali się siłom rosyjskim. Spreparowane nagranie jest poszarpane i wyraźnie nieprawdziwe. Ale i tak zyskało popularność w sieci, zanim platformy społecznościowe je usunęły. „Niech to będzie ostrzeżenie dla nas wszystkich” – napisano w MSNBC.

Sfałszowany film z  Zelenskim nie jest jednak prawdziwym problemem. Zelenski sam jest fałszerstwem. Jest prezydentem kraju, którego system polityczny jest hologramem rządu Stanów Zjednoczonych. To właśnie Departament Stanu Stanów Zjednoczonych pomógł stworzyć środowisko polityczne, w którym obecnie przebywa Zelenski. Pracownica Departamentu Stanu Victoria Nuland (to nazwisko mogłoby niemal pochodzić z powieści George’a Orwella) przeprowadziła pucz na Ukrainie w 2014 roku.

Zelenski udaje, że stoi na czele udawanego państwa, które agenci amerykańskiego rządu – sami nie posiadający własnego kraju, będący wolnymi strzelcami dla własnych osobistych korzyści – utworzyli po tym, jak prawdziwy rząd ukraiński został obalony przez Waszyngton. Zelenski jest kolejną wersją fałszywego przywódcy, który został zainstalowany przez Amerykanów.

Media, które „kryją” Zelenskiego, portale społecznościowe, również są fałszerstwami. Platforma Metaverse Marka Zuckerberga jest miejscem, w którym uzależnieni od fałszu internetowi nałogowcy  nie- z- tego-świata, mogą w końcu odtworzyć golema pradawnych żądz. Fałsz rodzi fałsz, i tak w kółko. 

Tak zwani „dziennikarze” piszą długie ciągi kłamstw, na które „weryfikatorzy faktów” (opłacani przez miliarderów za tworzenie pożądanych narracji) nakładają swoje imprimatur. Jeśli pojawi się prawdziwy dziennikarz, Amerykanie aresztują go lub zabijają, a przynajmniej rozpowszechniają kłamstwo – powielane przez sklonowaną armię „dziennikarzy” na zlecenie – że prawdziwy dziennikarz jest chory psychicznie lub pracuje dla obcego mocarstwa.

Rząd amerykański, który wspiera fałsz Zelenskiego, sam jest fałszem. Głębokie państwo jest parodią ustroju Ameryki, pasożytem na amerykańskim narodzie i amerykańskim stylu życia. Głębokie państwo to fałszerstwo, to tylko pozornie prawdziwy rząd, który w rzeczywistości nie działa w oparciu o żadne demokratyczne czy republikańskie zasady właściwe amerykańskiemu porządkowi konstytucyjnemu. To już właściwie banał. Wszyscy zdają sobie sprawę, że to West Exec, FBI, CIA i NSA są prawdziwą władzą zasiadającą na tronie. Nie sądzę, aby ktokolwiek, kto nie jest związany z branżą fałszowania informacji, poważnie wierzył, że Joe Biden jest prawidłowo wybranym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Nasz kraj jest rządzony przez fantomy i hochsztaplerów, przez fakirów i oszustów.

Gdziekolwiek się nie obejrzymy, znajdziemy  szalbierzy udających wybranych przedstawicieli narodu. Na przykład na zachodnim Pacyfiku każe się nam wybierać między Tajwanem – twierdzą LGBT, która zatrudnia transseksualistów jako ministrów w rządzie – a Pekinem, komunistycznym piekłem, w którym z błogosławieństwem Rzymu więzi się i morduje katolików (od świeckich po kardynałów i biskupów). 

Czy w Wenezueli mamy nienawidzić dyktatora, który wyczołgał się z bagna stworzonego przez CIA, czy też mamy oklaskiwać przyszłego dyktatora, aspirującą marionetkę, która pojawia się na wystąpieniach Prezydenta USA o stanie państwa? Czy popieramy eunucha w Ottawie, który nakazuje stosowanie „szczepionek” w celu zabicia jak największej liczby „wytwórców”” dwutlenku węgla, zanim zegar Schwaba wybije północ, czy też byłego pułkownika KGB, który próbuje zbudować Nową Eurazję z pomocą drugiego przyjścia Qin Shi Huangdi(pierwszy cesarz Chin)?

To karuzela, wesołe miasteczko, w którym wszystkie gry są ustawione. Sfałszowany amerykański „rząd” próbował być o krok przed dezinformacją, dzięki której przetrwał, tworząc nowy urząd do walki z dezinformacją. Głupek, którego głębokie państwo wybrało do kierowania biurem anty-dezinformacyjnym, sam był entuzjastą dezinformacji. Od kłamstwa do kłamstwa, i tak w kółko.

Fałszywe „głębokie państwo” założyło filię fałszywego państwa w Kijowie, a marionetka na czele tego fałszywego państwa  prowadzi teraz wojnę zastępczą w imieniu NATO (kolejnej podróbki głębokiego państwa) i globalistycznej elity, która zamieniła Davos w Szwajcarii w fałszywą Gwiazdę Śmierci, wymierzoną w całą ludzkość.

MSNBC i inne fałszywe sieci telewizyjne chciałyby, abyśmy uwierzyli, że  fałszywy film z  „prezydentem”, który jest narzędziem innego fałszywego „prezydenta”, zwiastuje koniec wiarygodnego dyskursu społecznego. Przepraszam, śmiać mi się chce, ale to już nie jest śmieszne.  Fałszywe wideo ukraińskiego fałszywego prezydenta, to najmniejsze z naszych zmartwień.

Nie tylko władza wykonawcza i ustawodawcza w Stanach Zjednoczonych to inscenizacje i  fikcja. W Waszyngtonie odbył się niedawno proces prawnika Michaela Sussmana, który został oskarżony o okłamywanie FBI w imieniu kampanii wyborczej Hillary Clinton. Hillary Clinton i jej wspólnicy wymyślili jedną z najbardziej nieprawdopodobnych mistyfikacji w historii USA (ustępującą jedynie „Pearl Harbor zaskoczył Franklina Roosevelta” i „Anthony Fauci stosuje metodę naukową”).

FBI wykorzystało fałszywe informacje i zainscenizowało zamach stanu przeciwko kandydatowi, a następnie prezydentowi Donaldowi Trumpowi. Urzędnicy FBI i CIA wielokrotnie kłamali na ten temat. Kongresmeni robili to samo. Ale sędzia mianowany przez Obamę, w „procesie” Sussmana odrzucił dowody, wyraźnie fałszując orzeczenie na korzyść jego popleczników.

Sussman został uniewinniony. „Sprawiedliwość” zwyciężyła.

Co się stało, gdy zorientowaliśmy się w oszustwie 6 stycznia – zamachu na naszą „świętą demokrację”? Skradziono wybory, ale fałszerstwo nie może zostać zdemaskowane. Ashli Babbitt(została zastrzelona podczas próby wdarcia się na Kapitol 6 stycznia 2021) jest amerykańską bohaterką, osobą, która próbowała ratować swój kraj, wypędzając demony, które przeniknęły do jego najwyższych urzędów. Została zamordowana z zimną krwią, przez rządowego pachołka. To on został uznany za bohatera, a nie kobieta, którą zabił. Fałsz generuje nieskończoną liczbę innych fałszów, nieskończoną liczbę zmieniających się zasłon dymnych, aby tylko utrzymać w cieniu prawdziwy obraz sytuacji. Medal dla tchórza, a dla patrioty przedwczesny grób.

Pozostaje jednak pytanie, dlaczego sama Hillary Clinton nie staje przed sądem? Dlaczego nie została zamknięta lata temu, na długo przed tym, jak w 2016 roku spadł na nią grom o nazwisku Trump? Lista zbrodni Clintonów jest długa, a wbrew internetowym „weryfikatorom faktów” (którzy również są opłacanymi Demokratami), nie każdą śmierć na liście zbrodni Clintonów można uznać za teorię spiskową. I nie jest żadną teorią spiskową stwierdzenie, że fałszywy „mąż” Hillary jest seryjnym gwałcicielem, który był stałym bywalcem „Lolita Express” Jeffreya Epsteina. Epstein „popełnił samobójstwo”, zanim można było go przesłuchać w tej sprawie. Dlaczego więc na ławie oskarżonych zasiadł Michael Sussman, a nie co najmniej jedna połowa najbardziej znienawidzonej pary w historii ludzkości od czasów Nicolae i Jeleny Ceaușescu?

Powodem jest kolejny fałsz. „Świat Clintonów” to nazwa, której niektórzy reporterzy i analitycy używają na określenie bardzo szerokiego kręgu wpływów, jaki wytworzył zbrodniczy duet Clintonów. Prawdziwym fałszem jest jednak to, że wszyscy żyjemy w „Świecie Clintonów”. Ten „świat” to wirtualna rzeczywistość amerykańskiego głębokiego państwa. W „świecie Clintonów”, sędziowie zobowiązują podwładnych, aby ci wzięli na siebie odpowiedzialność za Billa i Hillary. W „świecie Clintonów” amerykańska sprawiedliwość ulega zawieszeniu, a jej miejsce zajmuje podróbka sprawiedliwości .

Głębokie fałsze rodzą kolejne głębokie fałsze, i tak to trwa. W miejsce osoby ludzkiej mamy ideologie, głębokie podróbki nas samych, które uważamy za najwyższą formę ludzką. Nie jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. Bóg – nieodróżnialny od Phila Donahue(gwiazda telewizji amerykańskiej) – jest stworzony na obraz i podobieństwo nas. Duma LGBT sprzeniewierzyła godność osób o skłonnościach homoseksualnych i zamieniła ich odwagę – odwagę unikania grzechu – w tchórzliwe zastraszanie, w wojowniczą pozę. 

Jest wiele innych przykładów – transgenderyzm, który jest podróbką dzieciństwa i dojrzewania; „choroby” wymyślone przez przemysł farmaceutyczny i przez niego spowodowane, które są podróbką ludzkiego zdrowia; „szczepionki”, które są podróbką ludzkiego systemu odpornościowego; globalizm, podróbka satanizmu; ekologizm, podróbka pogaństwa; psychiatria, podróbka duszy.

Mamy też głębokie podróbki rządu, głębokie podróbki całych systemów politycznych i sposobów życia. Włączamy telewizor lub otwieramy gazetę i znajdujemy fałszywe wiadomości o tych fałszywkach, narracje o narracjach, postmodernistyczne piekło kłamstw nakładających się na siebie.

Mamy także, jak wyjaśnił nam Arcybiskup Viganò, głęboki Kościół. Jest  to głęboka podróbka Watykanu, pionek Wielkiego Resetu i gorliwy kapelan Nowego Porządku Świata. Jest coś jeszcze bardziej złowrogiego. Głęboki Kościół jest z pewnością diaboliczny. Ale nie tylko na poziomie polityki światowej. Głęboki Kościół, w swoim rdzeniu Novus Ordo, jest głębokim fałszerstwem Kościoła katolickiego, Oblubienicy Chrystusa. 

Podczas każdej „mszy” Novus Ordo dokonuje się głębokie fałszerstwo prawdziwej i świętej Ofiary Mszy Świętej. „Głęboki Kościół” podszywa się pod Świętą Eucharystię. Głęboki Kościół fałszuje liturgię, która jest  używana do oddawania czci Bogu Wszechmogącemu. Głęboki Kościół jest drwiną z Kościoła Bożego. Novus Ordo jest głębokim fałszerstwem katolickiej obecności w świecie, ukrytym bluźnierstwem, w którym nieświadomi „katolicy” uczestniczą od jednej głęboko sfałszowanej niedzieli do następnej.

Głęboki Kościół umacnia się z dnia na dzień. Fałszywy Novus Ordo zaćmiewa coraz więcej prawdziwej wiary katolickiej. Magazyn America, fanatycznie antykatolicki biuletyn, który jest dla nienawistników z LGBT tym, czym jest Dziennik Ludowy dla Komunistycznej Partii Chin, mówi nam teraz, że potrzebujemy „świętych LGBT”. Poparcie dla tej nowej rundy antykatolickiej nienawiści pochodzi od ks. Jamesa Martina, praktycznie doradcy papieża Franciszka ds. LGBT.

Diaboliczna dezorientacja jest mechanizmem rewolucji, którą diabeł przeprowadza przeciwko Bogu za pośrednictwem najbardziej umiłowanego stworzenia Bożego, jakim jest rasa ludzka. Fałszerstwo, to sposób, w jaki Lucyfer nas nienawidzi. Nasz świat jest pogrążony w głębokim fałszu. To coś znacznie, znacznie poważniejszego niż kilka nagrań wideo z politykami w stylu Max Headroom(zdarzenie z 1987 roku, gdy zakłócono nadawanie programu telewizyjnego fałszywym przekazem) . To coś jeszcze gorszego niż ogromny projekt sztucznej inteligencji, który ma na celu podrobienie ludzkiej twarzy, czy trans-humanistyczne podrobienie samej ludzkości. Fałsz, to atak na osobę ludzką. W ten sposób pod płaszczykiem prawa dokonuje się  satanistyczna rewolucja. Dzieje się tak pod tęczową flagą, symbolu Bożej miłości i przebaczenia, a obecnie wykorzystywanego do nienawidzenia Boga poprzez epatowanie degradacją Bożych stworzeń.

Istnieje sposób na wyjście z tego fałszu. Może to być jedyna droga, jaka nam pozostała, jedyna, jaka kiedykolwiek istniała. Msza Święta, Msza, której nie wymyślili moderniści i inni sataniści. To jedyne antidotum na otaczający nas fałsz. W czasie Mszy Świętej, Golgota i Wielkanoc zostają odtworzone, a cały świat staje się na nowo. W czasie Mszy Świętej, Bóg odzyskuje tęczę. Bóg odzyskuje duszę utraconą na rzecz kłamstw tego świata.

„Czym jest prawda?” – pytał patron fałszu – nie, nie James Martin, lecz Poncjusz Piłat. Odpowiedzią jest Podniesienie.

Diabeł szalał za naszego życia. Fałsz zatopił nasze umysły, rozmnożył zamęt i rozpacz. Nasza cywilizacja jest, jak napisał kiedyś o Anglii mentor T.S. Eliota, Ezra Pound, „starą bezzębną suką”. Nie ma już nadziei w kulturze pozbawionej Chrystusa, w głębokiej podróbce chrystianizmu, którą kiedyś beztrosko nazywaliśmy „cywilizacją zachodnią”. Musimy powrócić do Mszy Świętej, prawdziwego źródła i szczytu życia chrześcijańskiego, którego nigdy nie da się podrobić.

Jason Morgan

Jason Morgan jest profesorem nadzwyczajnym na Uniwersytecie Reitaku w Kashiwa w Japonii

Tłum. Sławomir Soja Źródło: The Remnant (June 23, 2022) – „Deepfake (The Demonic Foundations of Political Correctness)”

Wesprzyj naszą działalność [BIBUŁA. md]

CIEMNA STRONA POZOSTANIE CIEMNA. Elon Musk.

2022-06-24 https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/ciemna-strona-pozostanie-ciemna,p1142463304

  Sławomir M. Kozak www.oficyna-aurora.pl

Niewiarygodna jest naiwność, jaką wykazali się dziennikarze, kiedy na światło dzienne wydostała się wiadomość o chęci przejęcia komunikatora Twitter przez jednego z najbogatszych ludzi świata, 

Elona Muska, właściciela największej firmy przemysłu kosmicznego.

Pisząc o dziennikarskiej naiwności mam oczywiście na myśli dziennikarzy o rzekomo prawicowych poglądach, na co dzień walczących z dzisiejszą politpoprawnością i bożkami podsuwanymi nam do czczenia przez cynicznych „liderów”. Reszta bowiem, robi dokładnie i otwarcie to, czego od niej oczekują zleceniodawcy. A jednak, w cyklicznym wideo-komentarzu jednego z naszych czołowych dziennikarzy usłyszałem właśnie, że to dobry prognostyk, bo oznacza, iż Musk „stawia się” globalnemu establishmentowi. Dowiedziałem się też, że powinniśmy się cieszyć, ponieważ Elon Musk wchodząc ostatnio w otwarty spór z Billem Gates’em, dystansuje się od pozostałych przywódców Big Tech, a nawet będzie w nadchodzących wyborach sprzyjał Republikanom!

Otóż, zgodnie z tym, co pisałem w książce „TerraMar Utopia Elit”, właściciel firmy  Neuralink, która w nieodległej już przyszłości, planuje wszczepiać w nasze mózgi złącza komputerowe, nie kupuje komunikatora, „tylko dowody, masę różnych dowodów!”. A jego rzekoma przychylność dla przeciwników obecnej tyranii Demokratów, jest zwykłą grą na pokaz, w której to akurat jemu przypadła w udziale rola „dobrego policjanta”. Dlaczego akurat jemu? Ponieważ nie jest kojarzony z „ciemną stroną Mocy”, a przeciętny czytelnik, bądź widz, nie ma wiedzy na jego temat. Nie ma jej, bo żurnaliści albo milczą, albo mają nadzieję, że właśnie spełnia się ich „wizja” przejścia Mrocznego Jedi z wrogiego obozu na „stronę jasną”. Jednak, jak pisze o nich 

Wikipedia, „niewiele było przypadków, kiedy to głęboko zaprzedany Ciemnej Stronie Jedi zdołał z niej powrócić (…) zazwyczaj opuszczali obszary podlegające jurysdykcji Republiki, nierzadko stając się lokalnymi tyranami na planetach (…)”.

Musk, to jedno z tysięcy nowych nazwisk, które w roku 1066, dotarło do Anglii wraz z podbojem normańskim. Genealodzy, z tego czasu i miejsca wywodzą korzenie naszego kosmicznego geniusza, wymieniając pośród jego przodków właścicieli ziemskich, szeryfów, a nawet biskupa. 

Elon, co wielu może zaskoczyć, jest imieniem hebrajskim. Oznacza „dąb”. W Biblii można je znaleźć kilka razy, odnosi się do trzech różnych mężczyzn i jednego miasta.

Według Tory, kiedy 

Kanaan podzielono pomiędzy 12 plemion Izraela, miasto Elon przypisano plemieniu Dan, którego nazwę z kolei, tłumaczy się, jako „sędzia”, od דין (din), oznaczającego – sądzić lub rządzić. Jest to stary czasownik, który najczęściej opisuje naturalną zwierzchność osoby wyższej, czyli mądrzejszej, silniejszej lub starszej, w przeciwieństwie do władzy  sprawowanej przez formalny rząd, czyli politycznie faworyzowanych i mianowanych urzędników. Plemię Dana, jako jedyne, nie jest wymienione w księdze Apokalipsy, prawdopodobnie dlatego, że popadło w bałwochwalstwo. Jak czytamy w 

Wikipedii, „bałwochwalstwo, to grzech w religiach abrahamowych, polegający w podstawowym znaczeniu na oddawaniu czci wizerunkom bogów czy bóstw – bałwanom, idolom”.

Zarówno w tradycji żydowskiej (Testament Daniela), jak wczesnochrześcijańskiej (Ireneusz z Lyonu) twierdzono, iż antychryst będzie pochodził z pokolenia Dana. Tyle, jeśli chodzi o etymologię. [szczegóły -czytaj Syn Cienistej Strony. Andrzej Juliusz Sarwa https://ksiegarnia-armoryka.pl/Syn_Cienistej_Strony_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html ]

Elon Musk, jak podają encyklopedie, urodził się w r. 1971, w Pretorii i ma obywatelstwo południowoafrykańskie, kanadyjskie i amerykańskie. Aby uniknąć służby wojskowej, czmychnął z rodzinnej Południowej Afryki do Kanady, gdzie mieszkała rodzina jego matki. Pracował przy czyszczeniu kotłów w tartaku, w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie wytrzymał dwa lata, a następnie przeniósł się do Toronto, by rozpocząć pracę w banku, w dziale komputerowym. Po otrzymaniu stypendium, rozpoczął studia na amerykańskim uniwersytecie Pensylwanii, gdzie uzyskał tytuł licencjata w dziedzinie fizyki, po czym przeniósł się na uczelnię Stanford, którą porzucił po … dwóch dniach, żeby założyć firmę zajmującą się oprogramowaniem sieciowym.

Podobne rozterki i przygody z nauką były udziałem Jeffreya Epsteina, o czym można przeczytać w przywoływanej wcześniej książce mojego autorstwa.  Obaj dżentelmeni doskonale się zresztą znali. Celowo użyłem w tym zdaniu  eufemizmu na określenie obu tych osób oraz ich wzajemnych relacji. Nie łączyło ich bowiem żadne szlachectwo, a co najwyżej ta okoliczność, iż obaj nie musieli pracować, a energię poświęcali działaniom zmierzającym do zniewolenia innych. To członkowie tego samego, upiornego klubu, z tą tylko różnicą, że jednego z nich, zgodnie z nieobcym im kultem, złożono już w ofierze Molochowi

W działalności Muska największą rolę odgrywają dziś firmy  Tesla i 

SpaceX. Pierwsza słynie z produkcji samochodów elektrycznych. Ta druga stała się sławna w ostatnich miesiącach, z powodu widowiskowego wyniesienia w kosmos znacznych ilości satelitów. Czemu one służą? Łączności internetowej.

Starlink, to usługa umożliwiająca osobom posiadającym specjalne terminale, na połączenie z jednym z ponad 2400 satelitów, znajdujących się na niskiej orbicie okołoziemskiej. Terminale nie są powszechnie dostępne, a ich koszt nie pozwala na masowe użycie, co oznacza, że korzystającymi z nich są osoby i jednostki wyselekcjonowane, dla których łączność z Internetem jest kwestią żywotną. Satelity

Starlink służą przede wszystkim wywiadom z tzw. grupy Five Eyes (Australia, Kanada, Nowa Zelandia, Wielka Brytania, USA) i siłom wojskowym ich sojuszników, operującym za pomocą dronów.

Firma Muska wspierana jest przez układy i kontrakty rządowe od 20 lat, począwszy od pierwszych prób pozyskania dla „jego” pomysłów, możliwości wykorzystania rosyjskich rakiet, o co zabiegali w Moskwie amerykańscy oficjele już w r. 2002.  Wspiera ją zarówno CIA, jak i przemysł wojskowy USA. W r. 2006 Musk „wygrał” konkurs na współpracę z NASA w zakresie rozwoju technologii rakietowych, co dało mu kontrakt wart blisko 400 mln dol., a kiedy okazało się już w r. 2008, że SpaceX wszystko przejadł i spada po równi pochyłej, wymyślono dla niego kroplówkę w postaci zamówienia na kosmiczne usługi transportowe o wartości 1,6 mld dol.. Po kolejnych dwóch latach otrzymał też nisko-oprocentowaną pożyczkę (465 mln dol.) z  Departamentu Energii. W 2018, firmę Muska wybrała, dla wyniesienia na orbitę unowocześnionego systemu GPS, korporacja Lockheed Martin. Za tę usługę Musk pobrał 500 mln dol.. Jego firmy obsypywane są dotacjami i „zachętami” publicznymi, a wielomilionowe zamówienia na ekologiczne centra energetyczne składają u niego również poszczególne stany USA.

Sprzyja mu w tym oczywiście „walka z klimatem”, nie tylko zresztą w rodzimych Stanach Zjednoczonych. W jej ramach, rządy na całym świecie wprowadziły system kredytów dla pojazdów ekologicznych, zgodnie z którym określony procent produkcji każdej marki muszą stanowić pojazdy o zerowej emisji CO2. Tesla produkuje wyłącznie samochody elektryczne, więc z łatwością spełnia ten warunek, a pomimo tego, że nie jest nawet w pierwszej, światowej  dziesiątce producentów aut, to dzięki temu prostemu trikowi jest warta więcej, aniżeli wszyscy giganci z tej listy razem wzięci.

Elon Musk, którego dochody wzrosły w czasie „pandemii” kilkukrotnie, stojąc na podium najbogatszych ludzi globu, zapłacił w latach 2015-2018 podatki nie przekraczające łącznie sumy 70 tys. dol.! Ciężko przypuszczać, by w minionych dwóch latach cokolwiek się zmieniło na jego niekorzyść. Mistrzowskim osiągnięciem propagandowym jest oczywiście wykreowanie go na przedsiębiorcę prywatnego, niezależnego i do tego prawicowego. Jak widać, ten stereotyp dotarł także nad Wisłę, wspierając naiwne nadzieje o „walce na górze” w imię słusznej sprawy i lepszej przyszłości.

Felieton ukazał się w 25 numerze Warszawskiej Gazety.

Global Planned Financial Tsunami Has Just Begun

Global Planned Financial Tsunami Has Just Begun

F. William Engdahl
New Eastern Outlook
Tue, 21 Jun 2022 00:00 UTC

free food and coffee

Since the creation of the US Federal Reserve over a century ago, every major financial market collapse has been deliberately triggered for political motives by the central bank. The situation is no different today, as clearly the US Fed is acting with its interest rate weapon to crash what is the greatest speculative financial bubble in human history, a bubble it created. Global crash events always begin on the periphery, such as with the 1931 Austrian Creditanstalt or the Lehman Bros. failure in September 2008. The June 15 decision by the Fed to impose the largest single rate hike in almost 30 years as financial markets are already in a meltdown, now guarantees a global depression and worse.

The extent of the „cheap credit” bubble that the Fed, the ECB and Bank of Japan have engineered with buying up of bonds and maintaining unprecedented near-zero or even negative interest rates for now 14 years, is beyond imagination. Financial media cover it over with daily nonsense reporting , while the world economy is being readied, not for so-called „stagflation” or recession. What is coming now in the coming months, barring a dramatic policy reversal, is the worst economic depression in history to date.

Thank you, globalization and Davos.

Globalization

The political pressures behind globalization and the creation of the World Trade Organization out of the Bretton Woods GATT trade rules with the 1994 Marrakesh Agreement, ensured that the advanced industrial manufacturing of the West, most especially the USA, could flee offshore, „outsource” to create production in extreme low wage countries. No country offered more benefit in the late 1990s than China. China joined WHO in 2001 and from then on the capital flows into China manufacture from the West have been staggering. So too has been the buildup of China dollar debt. Now that global world financial structure based on record debt is all beginning to come apart.

When Washington deliberately allowed the September 2008 Lehman Bros financial collapse, the Chinese leadership responded with panic and commissioned unprecedented credit to local governments to build infrastructure. Some of it was partly useful, such as a network of high-speed railways. Some of it was plainly wasteful, such as construction of empty „ghost cities.” For the rest of the world, the unprecedented China demand for construction steel, coal, oil, copper and such was welcome, as fears of a global depression receded. But the actions by the US Fed and ECB after 2008, and of their respective governments, did nothing to address the systemic financial abuse of the world’s major private banks on Wall Street and Europe , as well as Hong Kong.

The August 1971 Nixon decision to decouple the US dollar, the world reserve currency, from gold, opened the floodgates to global money flows. Ever more permissive laws favoring uncontrolled financial speculation in the US and abroad were imposed at every turn, from Clinton’s repeal of Glass-Steagall at the behest of Wall Street in November 1999. That allowed creation of mega-banks so large that the government declared them „too big to fail.” That was a hoax, but the population believed it and bailed them out with hundreds of billions in taxpayer money.

Since the crisis of 2008 the Fed and other major global central banks have created unprecedented credit, so-called „helicopter money,” to bailout the major financial institutions. The health of the real economy was not a goal. In the case of the Fed, Bank of Japan, ECB and Bank of England, a combined $25 trillion was injected into the banking system via „quantitative easing” purchase of bonds, as well as dodgy assets like mortgage-backed securities over the past 14 years.

Quantitative madness

Here is where it began to go really bad. The largest Wall Street banks such as JP MorganChase, Wells Fargo, Citigroup or in London HSBC or Barclays, lent billions to their major corporate clients. The borrowers in turn used the liquidity, not to invest in new manufacturing or mining technology, but rather to inflate the value of their company stocks, so-called stock buy-backs, termed „maximizing shareholder value.”

BlackRock, Fidelity, banks and other investors loved the free ride. From the onset of Fed easing in 2008 to July 2020, some $5 trillions had been invested in such stock buybacks, creating the greatest stock market rally in history. Everything became financialized in the process.Corporations paid out $3.8 trillion in dividends in the period from 2010 to 2019. Companies like Tesla which had never earned a profit, became more valuable than Ford and GM combined. Cryptocurrencies such as Bitcoin reached market cap valuation over $1 trillion by late 2021. With Fed money flowing freely, banks and investment funds invested in high-risk, high profit areas like junk bonds or emerging market debt in places like Turkey, Indonesia or, yes, China.

The post-2008 era of Quantitative Easing and zero Fed interest rates led to absurd US Government debt expansion. Since January 2020 the Fed, Bank of England, European Central Bank and Bank of Japan have injected a combined $9 trillion in near zero rate credit into the world banking system. Since a Fed policy change in September 2019, it enabled Washington to increase public debt by a staggering $10 trillion in less than 3 years. Then the Fed again covertly bailed out Wall Street by buying $120 billion per month of US Treasury bonds and Mortgage-Backed Securities creating a huge bond bubble.

A reckless Biden Administration began doling out trillions in so-called stimulus money to combat needless lockdowns of the economy. US Federal debt went from a manageable 35% of GDP in 1980 to more than 129% of GDP today. Only the Fed Quantitative Easing, buying of trillions of US government and mortgage debt and the near zero rates made that possible. Now the Fed has begun to unwind that and withdraw liquidity from the economy with QT or tightening, plus rate hikes. This is deliberate. It is not about a stumbling Fed mis-judging inflation.

Energy drives the collapse

Sadly, the Fed and other central bankers lie. Raising interest rates is not to cure inflation. It is to force a global reset in control over the world’s assets, it’s wealth, whether real estate, farmland, commodity production, industry, even water. The Fed knows very well that Inflation is only beginning to rip across the global economy. What is unique is that now Green Energy mandates across the industrial world are driving this inflation crisis for the first time, something deliberately ignored by Washington or Brussels or Berlin.

The global shortages of fertilizers, soaring prices of natural gas, and grain supply losses from global draught or exploding costs of fertilizers and fuel or the war in Ukraine, guarantee that, at latest this September-October harvest time, we will undergo a global additional food and energy price explosion. Those shortages all are a result of deliberate policies.

Moreover, far worse inflation is certain, due to the pathological insistence of the world’s leading industrial economies led by the Biden Administration’s anti-hydrocarbon agenda. That agenda is typified by the astonishing nonsense of the US Energy Secretary stating, „buy E-autos instead” as the answer to exploding gasoline prices.

Similarly, the European Union has decided to phase out Russian oil and gas with no viable substitute as its leading economy, Germany, moves to shut its last nuclear reactor and close more coal plants. Germany and other EU economies as a result will see power blackouts this winter and natural gas prices will continue to soar. In the second week of June in Germany gas prices rose another 60% alone. Both the Green-controlled German government and the Green Agenda „Fit for 55” by the EU Commission continue to push unreliable and costly wind and solar at the expense of far cheaper and reliable hydrocarbons, insuring an unprecedented energy-led inflation.

Fed has pulled the plug

With the 0.75% Fed rate hike, largest in almost 30 years, and promise of more to come, the US central bank has now guaranteed a collapse of not merely the US debt bubble, but also much of the post-2008 global debt of $303 trillion. Rising interest rates after almost 15 years mean collapsing bond values. Bonds, not stocks, are the heart of the global financial system.

US mortgage rates have now doubled in just 5 months to above 6%, and home sales were already plunging before the latest rate hike. US corporations took on record debt owing to the years of ultra-low rates. Some 70% of that debt is rated just above „junk” status. That corporate non-financial debt totaled $9 trillion in 2006. Today it exceeds $18 trillion. Now a large number of those marginal companies will not be able to rollover the old debt with new, and bankruptcies will follow in coming months. The cosmetics giant Revlon just declared bankruptcy.

The highly-speculative, unregulated Crypto market, led by Bitcoin, is collapsing as investors realize there is no bailout there. Last November the Crypto world had a $3 trillion valuation. Today it is less than half, and with more collapse underway. Even before the latest Fed rate hike the stock value of the US megabanks had lost some $300 billion. Now with stock market further panic selling guaranteed as a global economic collapse grows, those banks are pre-programmed for a new severe bank crisis over the coming months.

As US economist Doug Noland recently noted,

„Today, there’s a massive „periphery” loaded with „subprime” junk bonds, leveraged loans, buy-now-pay-later, auto, credit card, housing, and solar securitizations, franchise loans, private Credit, crypto Credit, DeFi, and on and on. A massive infrastructure has evolved over this long cycle to spur consumption for tens of millions, while financing thousands of uneconomic enterprises. The „periphery” has become systemic like never before. And things have started to Break.”

The Federal Government will now find its interest cost of carrying a record $30 trillion in Federal debt far more costly. Unlike the 1930s Great Depression when Federal debt was near nothing, today the Government, especially since the Biden budget measures, is at the limits. The US is becoming a Third World economy. If the Fed no longer buys trillions of US debt, who will? China? Japan? Not likely.

Deleveraging the bubble

With the Fed now imposing a Quantitative Tightening, withdrawing tens of billions in bonds and other assets monthly, as well as raising key interest rates, financial markets have begun a deleveraging. It will likely be jerky, as key players like BlackRock and Fidelity seek to control the meltdown for their purposes. But the direction is clear.

By late last year investors had borrowed almost $1 trillion in margin debt to buy stocks. That was in a rising market. Now the opposite holds, and margin borrowers are forced to give more collateral or sell their stocks to avoid default. That feeds the coming meltdown. With collapse of both stocks and bonds in coming months, go the private retirement savings of tens of millions of Americans in programs like 401-k. Credit card auto loans and other consumer debt in the USA has ballooned in the past decade to a record $4.3 trillion at end of 2021. Now interest rates on that debt, especially credit card, will jump from an already high 16%. Defaults on those credit loans will skyrocket.

Outside the US what we will see now, as the Swiss National Bank, Bank of England and even ECB are forced to follow the Fed raising rates, is the global snowballing of defaults, bankruptcies, amid a soaring inflation which the central bank interest rates have no power to control. About 27% of global nonfinancial corporate debt is held by Chinese companies, estimated at $23 trillion. Another $32 trillion corporate debt is held by US and EU companies. Now China is in the midst of its worst economic crisis since 30 years and little sign of recovery. With the USA, China’s largest customer, going into an economic depression, China’s crisis can only worsen. That will not be good for the world economy.

Italy, with a national debt of $3.2 trillion, has a debt-to-GDP of 150%. Only ECB negative interest rates have kept that from exploding in a new banking crisis. Now that explosion is pre-programmed despite soothing words from Lagarde of the ECB. Japan, with a 260% debt level is the worst of all industrial nations, and is in a trap of zero rates with more than $7.5 trillion public debt. The yen is now falling seriously, and destabilizing all of Asia.

The heart of the world financial system, contrary to popular belief, is not stock markets. It is bond markets — government, corporate and agency bonds. This bond market has been losing value as inflation has soared and interest rates have risen since 2021 in the USA and EU. Globally this comprises some $250 trillion in asset value a sum that, with every fed interest rise, loses more value. The last time we had such a major reverse in bond values was forty years ago in the Paul Volcker era with 20% interest rates to „squeeze out inflation.”

As bond prices fall, the value of bank capital falls. The most exposed to such a loss of value are major French banks along with Deutsche Bank in the EU, along with the largest Japanese banks. US banks like JP MorganChase are believed to be only slightly less exposed to a major bond crash. Much of their risk is hidden in off-balance sheet derivatives and such. However, unlike in 2008, today central banks can’t rerun another decade of zero interest rates and QE. This time, as insiders like ex-Bank of England head Mark Carney noted three years ago, the crisis will be used to force the world to accept a new Central Bank Digital Currency, a world where all money will be centrally issued and controlled. This is also what Davos WEF people mean by their Great Reset. It will not be good.

A Global Planned Financial Tsunami Has Just Begun.

F. William Engdahl is strategic risk consultant and lecturer, he holds a degree in politics from Princeton University and is a best-selling author on oil and geopolitics, exclusively for the online magazine „New Eastern Outlook”.

Braun o „wymuszeniach żydowskich wobec Polaków”. UJAWNIŁ w sejmie niepokojące doniesienia n.t. uroszczeń.

https://nczas.com/2022/06/23/braun-o-wymuszeniach-zydowskich-wobec-polakow-ujawnil-niepokojace-doniesienia-video/
W czwartek 23 czerwca w Sejmie Rzeczypospolitej Polskiej poseł Konfederacji Grzegorz Braun złożył oświadczenie. Poruszył w nim m.in. kwestię ustawy 447 i żydowskich uroszczeń wobec Polaków.

– W trybie oświadczenia poselskiego chciałbym podyktować do protokołu, że (…) niepokoi mnie przybycie do Warszawy, po raz kolejny w tym sezonie, pana Davida Harrisa, szefa czegoś, co nazywa się Amerykańskim Komitetem Żydowskim – American Jewish Committee (AJC). Myślę, że pan Harris może być już powoli nazywany bywalcem. Relacje z nim, jak słyszę, jak przypominam sobie, utrzymują władze najwyższe Rzeczypospolitej Polskiej. Przez lata też jest on szermierzem interesu żydowskiego, działając głównie z drugiej strony globusa – wskazał Braun.

Poseł Konfederacji podkreślił, że „jak wiemy z doświadczeń historycznych” są to „sprawy bardzo poważne, bo potrącenie tej struny często wywołuje wilka z lasu”.

– Tak to bywa, że kiedy pytamy o te sprawy, to mówią nam, że to jest kurtuazja, dyplomacja, że właśnie nie należy tych wrażliwych spraw w stosunkach polsko-żydowskich psuć jakimiś krytycznymi uwagami, przesadną podejrzliwością. No ale potem, jak przychodzi co do czego, to wyjeżdżający np. na drugą stronę globusa oficjele warszawscy, prezydent belwederski, czy premier składają wręcz wizyty ad limina w siedzibach organizacji żydowskich w Stanach Zjednoczonych – dodał polityk.

Jak podkreślał poseł Konfederacji, mimo że nie chodzi o spotkania z głowami innych państw, to „jednak czasami zdaje się, że ogon merda psem i że są to sprawy być może najbardziej istotne dla przyszłości i dla majętności Polaków”.

I oczywiście wracam tutaj do kwestii aktu 447, tej niesławnej ustawy, deklaracji, legislatywy amerykańskiej, którą tutaj, z tej strony zwalczaliśmy, jak mogliśmy. Oczywiście chodzi o tzw. roszczenia, uroszczenia, czyli prawem kaduka wymuszane cesje majątkowe, po prostu żądanie pieniędzy – wskazał.

W dalszej części swojego wystąpienia Braun zaznaczył, że „rymuje mu się ta wizyta pana Harrisa z buńczucznym reklamowaniem przez, zdaje się, że ministra Sellina, asertywności, której nagły przypływ możemy obserwować w stosunkach z Żydami na odcinku Auschwitz-Birkenau – wycieczki, ochroniarze Mossadu z gnatami przylatujący do nas”. – I teraz rząd PiS-u reklamuje, że teraz już będzie bardzo asertywny. Lata to trwało, lepiej później niż wcale – skwitował.

Poseł Konfederacji odniósł się także do przywrócenia byłego ministra finansów Tadeusza Kościńskiego do rządu warszawskiego.

– Zadaję pytanie, które oczywiście pozostanie dziś wieczór retorycznym, czy nasadzenie pana Kościńskiego, wielki powrót Kościńskiego do rządu, akurat na tak wrażliwy odcinek, jak zbrojeniówka, zakupy zbrojeniowe, które – jak wiadomo – mogą być przykrywką dla dowolnych gabarytów transferów finansowych, czy nie ma czegoś wspólnego jedno z drugim, z trzecim. Akt 447, wojna na Ukrainie, wymuszenia żydowskie wobec Polaków, być może transmitowane na Ukrainę –powiedział.

– Moje jaskółki doniosły, że w Waszyngtonie ambasador Magierowski, zaangażował się, oczywiście w tajemnicy przed polską opinią publiczną, nie wiem czy jawnie dla całego rządu, w negocjowanie tej spłaty urojonych roszczeń żydowskich pod szantażem trwającym lata i że zostały one jakoś tam wstępnie wylicytowane na określoną sumę w miliardach ujawnił Grzegorz Braun.

Ekonomia wojenna Rosji czyli zamiana nieużytków rosyjskich na czarnoziem ukraiński – oraz import równoległy.

pink-panther http://pink-panther.szkolanawigatorow.pl/ekonomia-wojenna-rosji-czyli-zamiana-nieuzytkow-rosyjskich-na-czarnoziem-ukrainski-oraz-import-rownolegy

Dawno temu, kiedy  przodkowie obecnych liderów totalnej opozycji  stawiali za wzór polskim fashystom  Sowiecki Sojuz jako  modelowe  państwo przyszłości, krążyła wśród tutejszego ludu pracującego miast i wsi  taka anegdota: „Pytanie: Drogie radio Erewań, czy to prawda, że w Związku Radzieckim zboże rośnie tak jak słupy telegraficzne? Odpowiedź: Tak. To prawda.  A czasem nawet gęściej”.

Minęły lata i  okazało się, że zboże  w Rosyjskiej Federacji  nie rośnie „jak słupy telegraficzne a nawet gęściej” a przynajmniej nie rośnie na jednej trzeciej tzw. areału. Tam rośnie teraz – młody las. To znaczy: „areału” gruntów ornych statystyki rosyjskie wykazują 123 mln ha  a las rośnie już na ponad 40 mln.

O tym  niebywałym osiągnięciu  pana Putina i jego kolegów  winniśmy pamiętać, kiedy media donoszą, że  niezwyciężona armia radziecka  zajmuje się ostatnio na Ukrainie przejmowaniem  zboża  jak najbardziej ukraińskiego, zmagazynowanego w silosach na eksport  z portach Morza Czarnego. 

Armia Rosyjska zajmuje zapasy ukraińskiej pszenicy  (która ma swoich konkretnych właścicieli) a jakieś bliżej nieokreślone instytucje rosyjskie (bo przecież nie armia rosyjska) oferują ukraińską  pszenicę   na rynkach międzynarodowych. Na przykład Turcji, która ma długoterminowe kontrakty na import  pszenicy z Ukrainy. Egipt i Liban podobno odmówiły. Kradzionego nie kupują.

I tym sposobem dochodzimy do mało omawianego tematu , który może , choć nie musi, być jednym z powodów napaści Rosji na Ukrainę. 

Chodzi o to, że Federacja Rosyjska  po rozwiązaniu w roku 1991 kołchozów i wprowadzeniu  do rolnictwa wielkich latyfundiów nazywanych też agroholdingami jednocześnie doprowadziła, świadomie lub nie do  gigantycznej redukcji  uprawianych gruntów ornych ze 123 mln ha , które oficjalnie nadal wykazuje w statystykach.  

Ubytki lub inaczej redukcja   uprawnych gruntów ornych z 40 jednostek administracyjnych Federacji Rosyjskiej tj. obwodów i krajów z 65 ogółem , jakie dokonały się w wyniku polityki tego państwa pomiędzy rokiem 1990 (nie różniącym się zbytnio od roku 1959 czyli początków rządów Chruszczowa)  wyniosły łącznie 38,77 mln ha  z uprawianych w roku 1990 72,86 mln ha czyli 53,2%.

Przy tym w 26 najbardziej „poszkodowanych” obwodach i krajach północnej europejskiej części Federacji Rosyjskiej  pokazuje  dane raczej wstrząsające dla  człowieka znad Wisły: z 31,86 mln ha gruntów ornych uprawianych w roku 1990 w 2015 zostało 11,43 mln ha  czyli  ugorowanie objęło 20,43 mln ha tj. 64,1%. Niemal 2/3. 
W pozostałych 14 obwodach/krajach Federacji Rosyjskiej  objętych szacunkiem z 41,0 mln ha użytkowanych rolniczo gruntów ornych w 1990 roku – w 2015 pozostało 22,67 mln ha czyli  ubytek wyniósł 18,33 mln h tj. 44.7%.

Łącznie szacowana powierzchnia  powstałych w wyniku polityki państwa rosyjskiego nowych ugorów w 40 jednostkach administracyjnych wyniosła w okresie 1990-2015 38,77 mln ha tj. więcej niż cała powierzchnia gruntów  ornych Ukrainy, która wynosi 32,766 mln ha. 

Dla porównania,  powierzchnia gruntów ornych światowych gigantów rolnych to: Indie – 156,4 mln ha, USA- 152,3 mln ha, Chiny – 118,9 mln ha , Australia – 46,0 mln ha, Francja – 18,4 mln ha, Niemcy – 11,76 mln ha.
Nie zapominajmy  o naszym małym lecz dumnym imperium: powierzchnia gruntów ornych w Polsce wynosi  10,81 mln ha, co daje jej 27 miejsce na świecie tuż przed Rumunią, która ma 8,58 mln ha gruntów ornych. A  Białoruś, która karmi Moskwę – 5,68 mln ha.

Mit o  Federacji Rosyjskiej jako potędze światowej   w rolnictwie utrzymuje się dzięki  statystyce eksportu kilku produktów  rolnych: pszenicy , oleju słonecznikowego .
Nie miałoby to większego znaczenia, gdyby  Federacja Rosyjska nie poszła na wojnę. I nie chodzi tu o możliwości wykarmienia sołdatów ale o bardzo ciekawe decyzje pana Putina podjęte w roku 2019.

Otóż 24 czerwca 2019 r. pojawiła się wiadomość o dekrecie pana Putina nr 293 o przedłużeniu zakazu importu produktów rolnych z krajów , które nałożyły na Rosję sankcje gospodarcze za zajęcie  Krymu i Donbasu w 2014 r. W ślad za tym dekretem w dniu 25 czerwca 2019 r. wydany został dekret nr 806 o aktualizacji listy krajów objętych zakazem eksportu DO Federacji Rosyjskiej produktów rolnych.

Oczywiście znajdują się na tej  liście jabłka z Polski. Co nie znaczy, że Rosja zaczęła na wielką skalę program  rozwoju sadów jabłoniowych. Rosja importuje jabłka i gruszki z Argentyny.

Dochodzimy  w  ten sposób do modelu gospodarczego Federacji Rosyjskiej. Model ten można w krótkich żołnierskich słowach scharakteryzować następująco: gospodarka oparta na wydobyciu i eksporcie kopalin głównie energetycznych,  priorytet na  hutnictwa, energetyki , przemysłu zbrojeniowego i maszynowego w oparciu o zachodnie technologie „a resztę się zaimportuje”.  Mało tego, że „się zaimportuje”: raczy się dać przywilej sprzedaży do Rosji. Jak się ładnie Rosję poprosi.

Czyli  import Federacji Rosyjskiej produktów przemysłów lżejszych (meble, tekstylia, przemysł spożywczy) był do 24 lutego 2022 r.  zarazem kijem i marchewką dla różnych krajów dalekich i bliskich. Z paroma wyjątkami, o czym przekonujemy się dzisiaj.

Taki model może funkcjonować  niemal bezkolizyjnie w warunkach pokojowych, natomiast w warunkach wojennych sprawy mogą  wyrwać się spod kontroli.

Już w pierwszych dniach inwazji Rosji na Ukrainę  dowiedzieliśmy się, że  rolnictwo rosyjskie w  bardzo dużym stopniu opiera się na imporcie. I nie chodzi jedynie o import maszyn rolniczych, ale przede wszystkim o nasiona  pszenicy i innych zbóż,  buraków cukrowych, słonecznika a nawet kartofli  sadzeniaków. 

Również w produkcji  drobiu i serów Rosja polegała w wielkim stopniu na imporcie. W przypadku drobiu chodziło o zarodki  w jajach do wyhodowania  kurczaków a w przypadku serów o tzw. podpuszczkę. Natomiast  hodowla bydła opiera się na , przepraszam za wyrażenie, na spermie zagranicznych byków.  Tak przynajmniej twierdzą specjaliści od rolnictwa rosyjskiego na emeryturze.

Produkcji własnych nasion, podobnie jak kur niosek i  byków  Rosja pozbyła się wraz z kołchozami. I żadnym ostrzeżeniem dla  kagiebistów przy władzy nie były  opłakane skutki dla rolnictwa sowieckiego  likwidacji  najbardziej  efektywnej części rolnictwa rosyjskiego (poza ziemiaństwem) czyli tzw. kułaków.  Bolszewicy wymordowali 5-6 mln najzdolniejszych rolników wraz z rodzinami a ich gospodarstwa poszły na zmarnowanie, bo „liderami postępu” na wsi zostały miejscowe obiboki, pijacy i złodzieje. 
Kosztowało to kilka –kilkanaście milionów ofiar głodu, ale rewolucjoniści, którzy się pracą zajmowali zasadniczo teoretycznie a w praktyce nią gardzili i się nią brzydzili, mieli tę katastrofę za nic.

Załamanie produkcji rolnej po tamtym eksperymencie nie zostało pokonane w wielu dziedzinach do 1989 r.  A gdzieś tam na prowincji straszą jeszcze porzucone domy czy młyny.

W roku 1990 kołchozy zostały zlikwidowane ale ziemia nie poszła automatycznie w ręce chłopów, ja obiecywał towarzysz Lenin, tylko zaczęły się z nią kontredanse, zakończone powstaniem nowego  zjawiska  gospodarczego i społecznego na rosyjskiej wsi tj.  latyfundiów o powierzchni niejednokrotnie200-tysięcy –  1  mln ha, dla niepoznaki zwanych „agroholdingami” i ich właścicieli w liczbie około 200. Klasa chłopska się nie odbudowała ale usiłuje przetrwać mimo braku poparcia rządu w Moskwie. No i pozostają „gospodarstwa przydomowe” znane z epoki kołchozów, które wówczas i teraz produkują  znakomitą większość żywności w Rosji. 

Agroholdingi zajmują się kilkoma monokulturami  i zajmują się budowaniem łańcuchów produkcyjno-handlowych „od ziemi-przez młyn/cukrownię – do sklepu”. Ale głównie zajmują się eksportem pszenicy i oleju słonecznikowego.  

Obecnie sytuacja jest taka, że Rosja  posiada wiodącą pozycję w produkcji  takich produktów rolnych i ogrodniczych jak (wg stanu na 2020 rok) :

– gryka (kasza gryczana) – 1 miejsce na świecie i produkcja 892,16

– burak cukrowy – 33,9 mln ton (USA – 30,5 mln ton, Niemcy – 28,6 mln ton, Francja – 26,2 mln, Polska 14,2 mln ton)

– pszenica – 3 miejsce – 85,9 mln ton (Chiny odpowiednio- 132,2 mln ton, Indie- 107,2 mln)

– ziemniaki – 4 miejsce – 22,39 mln ton ( Chiny – 90,3 mln ton, India – 48,5 mln ton, Ukraina – 22,5 mln ton, Polska na 9 miejscu – 7,48 mln ton), 10. Holandia – 6,0 mln ton

Do tych sukcesów można zaliczyć też produkcję oleju słonecznikowego: Rosja 2 miejsce na świecie – 4,063 mln ton , co dawało 27,67 kg na głowę ( Ukraina 1 miejsce – 4,4 mln ton i odpowiednio 104,1 kg na głowę), produkcję porzeczek i żyta ( w którym „ściga się” z Niemcami i Polską).

Produkcja zbóż czyli surowca dla chleba jest w Rosji zadowalająca, ale chleb trzeba czymś posmarować. Zwłaszcza w kraju z zimami trwającymi 6 i więcej miesięcy.

I z tym jest znacznie gorzej.

Produkcja mięsa wieprzowego : 1. Chiny – 54,98 mln ton, 2.USA – 11,94 mln ton, 3. Niemcy -4,96 mln ton, 4. Hiszpania – 4,53 mln ton, 5. Brazylia – 3,79 mln ton, 6. Rosja – 3,74 mln ton, 7. Francja – 2,17 mln ton , 8.Polska – 2,14 mln ton.

Produkcja wołowiny 1. USA – 12,22 mln ton, 2. Brazylia 9,9 mln ton, 3.Chiny – 6,46 mln ton, 4. Argentyna – 3,07 mln ton, 5.Indie  – 2,61 mln ton, 6. Australia – 2,2mln ton, 7. Polska – 1,93 mln ton, 8. Rosja – 1,61 mln ton

Mięso drobiowe (2018) : 1. USA- 22,3 mln ton, 2. Chiny -20,12 mln ton, 3. Brazylia – 15,5 mln ton, 4. Rosja – 4,54 mln ton, 5. Indie – 3,62 mln ton, 6. Meksyk – 3,38 mln ton, 7.Japonia – 2,25 mln ton, 8. Myanmar – 1,9 mln ton, 9. Francja – 1,79 mln ton, 10. Polska – 1,71 mln ton.

Produkcja mięsa ogółem 2018 : 1. Chiny – 88,2 mln ton, 2. USA – 46,8 mln ton, Brazylia – 29,3 mln ton,  4. Rosja – 10,6 mln ton, 5. Niemcy – 8,6 mln ton, 6.Indie – 7,5 mln ton, 7.Meksyk – 7,1 mln ton, 8. Hiszpania – 7,0 mln ton, 9. Argentyna – 5,9 mln ton, 10. Francja – 5,6 mln ton, 11. Wietnam – 5,2 mln ton, 12.Kanada – 4,9 mln ton, 13.Australia – 4,6 mln ton, 14. Polska – 4,5 mln ton

Produkcja mleka – 1. USA – 101,25 mln ton, 2.Indie – 87,8 mln ton, 3. Brazylia – 36,5 mln ton, 4.Chiny – 34,8 mln ton, 5. Niemcy – 33,2 mln ton, 6. Rosja – 32,0 mln ton, 7. Francja – 25,1 mln ton, 8.Nowa Zelandia – 21,9 mln ton, 9.Pakistan – 21,7 mln ton, 10. Turcja – 20,0 mln ton, 11.UK – 15,6 mln ton, 12. Polska – 14,8 mln ton, 13. Holandia – 14,5 mln ton

Produkcja masła  (2021 rok) : 1. Indie – 3.738 tys. ton, 2. USA – 846 tys. ton, 3.Pakistan – 726 tys. ton, 4.Nowa Zelandia – 472 tys. ton, 5. Niemcy – 441 tys. ton, 6.Francja – 405 tys. ton, 7. Rosja – 253 tys. ton, 8. Turcja – 211 tys. ton, 9. Polska – 181 tys. ton,10.  Irlandia – 166 tys.ton, 11.Iran – 165 tys. ton, 12. UK- 143 tys. ton

Produkcja sera  (2021): 1. USA – 5,58 mln ton, 2. Niemcy – 2,74 mln ton, 3.Francja – 1,89 mln ton, 4.Włochy – 1,25 mln ton, 5.Holandia – 772 tys. ton, 6.Polska – 744 tys. ton, 7. Rosja – 664 tys. ton, 8. Egipt- 628 tys. ton, 9.Czechy – 569 tys. ton, 10.Argentyna -559 tys. ton

Warto w tym miejsc u zaznaczyć, że  z produkcją sera są w Rosji raczej podstawowe problemy, albowiem  musi importować  tzw. podpuszczkę.


Podobnie jak importuje nasiona  słonecznika (50% upraw) niezbędne do produkcji oleju słonecznikowego, ok. 80-90% nasion pszenicy  i innych zbóż, 50% nasion buraka cukrowego oraz nawet ziemniaki sadzeniaki. A do hodowli kurczaków – zarodki, podobnie jak do pozyskania cielątek – spermę od zagranicznych byków.

Zaś wartość eksportu produktów rolnych Rosji w roku 2022 wyniosła 32,7 mld USD, gdy tymczasem wartość  eksportu rolniczego Polski  wyniosła 37 mld USD. Łał. To kto tu jest „imperium”?

Jak pokazują statystyki,  Rosja to w zasadzie producent rolny II ligi światowej.

Znacząca jej część  jest uzależniona  od strategicznego importu  surowców niezbędnych  w  produkcji rolnej .  Import  pochodzi głównie z państw obecnie ostro lobbujących za „pozwoleniem zachowania twarzy Putina” czyli z Niemiec i Francji.  Oraz ewentualnie Holandii. Które zarabiają na tym ładnych parę groszy.

I w ten sposób przechodzimy do tematu wojny i ekonomiki wojennej czyli do niemilitarnych środków mogących mieć wpływ na wyniki każdej wojny. Należą do nich nie tylko  paliwa, jak benzyna, której zabrakło Niemcom w ostatniej fazie wojny  czy  futra, których zabrakło Niemcom pod Moskwą i Stalingradem ale też żywność.  Polacy powinni pamiętać kolczykowanie  krów i świń w Generalnej Guberni i rekwizycje koni  oraz bydła „na front”.

Z książek pamiętamy, jak to  kontynent został zablokowany przez flotę brytyjską  w czasie I WW   i Niemcy głodowały. Głodowali też inni, jak na przykład Polacy,  ale głównie z powodu  rekwizycji  bydła i zapasów na zasiewy przez maszerujące wojska.

Tymczasem Rosja przyjęła za pewnik, że skoro ma zabezpieczony import  surowców do produkcji rolnej „z zaprzyjaźnionych krajów” a podstawowe produkty rolne jak „greczka, kapusta, ogórki, buraki  i ziemniaki” chłopi wyprodukują w ogródkach przydomowych i na działkach, to może się skupić na przemyśle zbrojeniowym, lotach w kosmos i wyrzucaniem kasy na futrowanie agentur w krajach „nieprzyjaznych” jak Polska .

A  rolnictwo przekształcić na wzór amerykański na pełnowymiarową branżę para-przemysłową  prowadzoną w latyfundiach będących w posiadaniu ok. 200 „zaprzyjaźnionych klanów”.  Co automatycznie oznaczało gigantyczną nadwyżkę rąk do pracy na wsi, której nikt nie zamierzał „zagospodarowywać” na miejscu.

Oligarchiczna władza Federacji Rosyjskiej, po rozwiązaniu kołchozów w roku 1990 NIE dała ziemi chłopom (jak obiecywał Lenin a nie dotrzymał żaden sekretarz KPZR)  i nie dała tymże chłopom tytułów własności do domków czy mieszkań, które zamieszkiwali. Nie wspierała też  przetwórstwa rolnego czyli produkcji  mleka, kur etc. prowadzonego przez lata w kołchozach.

Tak więc po „pierwszym rozkułaczaniu rolnictwa rosyjskiego”, które skutkowało przynajmniej czterema  falami głodu , połączonymi z  wyludnianiem całych prowincji,  od roku 1990 mamy do czynienia z „drugim rozkułaczaniem”, które spowodowało, iż do roku 2020 ze 150 tysięcy wsi rosyjskich , jakie istniały w roku 1990 – zniknęło 58 tysięcy wsi tj. 30 tysięcy  zostały wyludnione w 100% a 28 tysięcy ma w statystykach zapis, iż mieszka w nich „do 6 osób”.

W miejsce zlikwidowanych kołchozów  zaczęto tworzyć   tworzyć  latyfundia o powierzchni setek tysięcy hektarów  nastawione na monokulturę czyli  prowadzenie jednej lub kilku upraw przeznaczonych na eksport. Latyfundia z czasem zaczęły szybko obrastać w przetwórstwo i handel  detaliczny. Forma prawna tych przedsięwzięć o nazwie agroholdingi  (korporacyjne gospodarstwa rolne) to  głównie spółki akcyjne, spółki komandytowe i rolnicze spółdzielnie produkcyjne.

W roku 2021 a więc przed rozpoczęciem wojny  20 największych agroholdingów  zajmowało grunty rolne o łącznej powierzchni  8,3 mln ha, co odpowiada powierzchni gruntów ornych Rumunii (8,5 mln ha) i jest nieco mniejsze od łącznej powierzchni gruntów ornych Polski ( 10,8 mln ha).

Agroholdingi mają daleko idące wsparcie państwa, na czele z bezpośrenimi dotacjami oraz systemem prawnym, który na przykład NIE POZWALA ROLNIKOWI INDYWIDUALNEMU SPRZEDAWAĆ PŁODÓW ROLNYCH GDZIE INDZIEJ NIŻ PRZD FURTKĄ WŁASNEGO GOSPODARSTWA.

Próby sprzedawania kartofli  czy warzyw na chodnikach w miastach przez  właścicieli  działek przyzagrodowych  kończyły się bardzo wysokimi mandatami.

A próby odmowy odsprzedania swojego gospodarstwa rolnego  zainteresowanym agroholdingom skutkowały różnymi kontrolami administracyjnymi, które oczywiście stwierdzały różne niedociągnięcia , w wyniku czego na podstawie obowiązującego prawa – gospodarstwa te jako „niespełniające standardów’ były konfiskowane i  sprzedawane na aukcjach po dobrej cenie.

W przypadku  bardziej zdecydowanego oporu właścicieli gospodarstw rolnych do akcji wkraczały organizacje znane z praktycznie dwustuprocentowej skuteczności w perswazji. Właściciel dowiadywał się, co może się przydarzyć jego żonie, córce, wnukom i tak dalej.

Sprawy były opisywane w Internecie ale ostatni niezależny dziennikarz walczący o „ziemię dla chłopów” opublikował  w lipcu 2015 r.  artykuł  o tym, że „jedna czwarta ziemi rolnej  Rosji  zniknęła”  a w listopadzie tegoż roku miał w wieku lat  40 silny zawał w pociągu i nie dało się go odratować.

Największe trzy  agroholdingi  w 2021 to: MIratorg braci  Wiktora i Aleksandra  Linnik – 1.047 tysięcy ha,  Prodimex i Agricultura pana Igora Khudokormowa – 865 tysięcy ha i Agrocomplex pana Aleksandra Tkaczowa , byłego gubernatora Kraju Krasndarskiego  (2001-2015) i byłego ministra rolnictwa FR ( 2015-2018) – 653 tysiące ha. O którym pisze się najwięcej w kontekście korupcyjnym i nie tylko.

Wg opracowania państwa Zvi Lermana, Natalii Shagaida i Vassilya Ya Uzuna  pt.”Russian agroholdings and their role in agriculture” w roku 2016 było w Rosji łącznie około 1000 takich agroholdingów i zajmowały one  grunty orne o powierzchni  20,8 mln ha.  Resztę gruntów ornych  o powierzchni 62,5 mln ha miały zajmować tzw. „niezależne rolne przedsiębiorstwa”.

  Łącznie agroholdingi i owe „niezależne przedsiębiorstwa rolne” miały zajmować 83,3 mln ha.

A co z resztą gruntów rolnych Rosji?  Rosja wg szacunków Banku Światowego posiada  grunty rolne o powierzchni 123,12 mln ha , co daje jej trzecie miejsce na świecie po Indiach (156,46 mln ha)  i USA (152,25 mln ha).  

A tuż za Rosją są Chiny – 118,9 mln ha a dalej Brazylia – 80,97 mln ha. 

Otóż „brakujące” miliony hektarów gruntów ornych Federacji Rosyjskiej   o powierzchni szacunkowej  ok. 40 mln ha „odnalazły się” w zestawieniu pod tytułem „Redukcja gruntów ornych” pod hasłem „Rolnictwo w Rosji” u angielskiego docenta wikipedii.  

Przedstawiono 65 jednostek administracyjnych to jest obwodów i krajów w porządku od tych, które zanotowały największą utratę  gruntów ornych uprawianych w okresie od 1990 r. do 2015.

Pierwszych 26 jednostek administracyjnych   w 1990 r.  posiadało 31, 86 mln ha  obrabianych gruntów ornych a w 2015 – 11,43 mln ha. Oznacza to utratę dla produkcji rolniczej 20,43 mln ha czyli 64,1% obszaru rolniczego.

Na tej liście znalazły się  między innymi  takie obwody jak:

– smoleński    spadek z 1.570 tysięcy ha w 1990 r. do 400,2 tysięcy  w 2015 r.  ha czyli spadek -1.169,1 tysięcy ha to jest  – 74,5%,

– obwód pskowski  spadek z 1.034,4 tysięcy ha w 1990 r. do 245,3  w 2015 r.  czyli spadek – 798,7 tysięcy ha to jest –  76,7%,

– obwód twerski  spadek z 1.475,2 tysięcy ha w 1990 r. do 534,4 tysiące ha czyli spadek o 940,6 tysiące ha to jest  69,3%

– obwód  nowogrodzki  spadek z 567 tysięcy ha w 1990 r. do 178,5 tysięcy ha czyli spadek o 388,5 tysięcy ha to jest o 68,0%

– obwód moskiewski spadek z 1.249 tysięcy ha w 1990 r.  do 579 tysięcy ha czyli spadek o 670 tysięcy ha tj. o 53,6%

Kolejne  14 obwodów i krajów zajmowało 40.999 tysięcy ha w roku 1990 a zaledwie 22.665,5 tysięcy w roku 2015. Ubytek – 18.333,3 tysięcy ha tj.44,7%.

A nie oszacowaliśmy ubytków gruntów rolnych w  pozostałych obwodach i krajach. Można szacować, iż do roku 2015 w Rosji  ze 123 mln ha wykazywanych w oficjalnej statystyce gruntów ornych pozostało nie więcej niż 80 mln ha będących w użytkowaniu.  Pozostałe szacunkowe 43 mln ha zarosło lasem.  A nie był to koniec tego procesu.
Towarzyszyły mu  wyludnienie co najmniej 58 tysięcy wsi, dewastacja  budynków i infrastruktury, likwidacja  istniejących tam szkół, sklepów, przychodni, domów kultury a w końcu i dróg.

O tym zjawisku nie można  usłyszeć w oficjalnych mediach głównego nurtu Federacji Rosyjskiej a co najwyżej na niszowych portalach internetowych.

Państwo popiera całym swoim autorytetem i dotacjami  nowych „landlordów” czyli agroholdingi , natomiast  wieś rosyjska   a konkretnie  rolnicy indywidualni , którzy  bez dotacji i bez poparcia państwa usiłują prowadzić działalność  gospodarczą , jest wg  przewodniczącego organizacji  Federalna Rada Rolna (Federalny Siel-Sowiet) pan Omielnczenko – świadomie skazana przez władze na likwidację.

W tym miejscu można powiedzieć, że  zanikanie lub likwidacja rolnictwa w Federacji Rosyjskiej to żaden problem, skoro należy ona do liderów w zakresie wydobycia ropy i gazu, złota i diamentów, węgla i  rudy żelaza oraz ma jedne z największych na świecie : przemysł  maszynowy, hutnictwo i  przemysł zbrojeniowy.

Jednakże warto zwrócić uwagę na fakt, iż  władze Federacji Rosyjskiej i cały jej aparat propagandowy  szczególnie w latach poprzedzających inwazję na Ukrainę  uporczywie powoływały się na swoje związki  poniekąd cywilizacyjne z największymi potęgami świata starożytnego i wczesnego Średniowiecza czyli Rzymem starożytnym i Bizancjum .

Tymczasem te dwa państwa opierały swoją potęgę i bezpieczeństwo nie tylko na silnej armii oraz sprawnym systemie dróg, z których wiele istnieje do dzisiaj, ale przede wszystkim na znakomicie rozwiniętym rolnictwie.

Senatorowie, dowódcy wojskowi i sami cesarze starożytnego Rzymu bywali nie tylko właścicielami  latyfundiów ale wysokiej klasy specjalistami  w dziedzinie rolnictwa.

Jak mój ulubiony Marek Porcjusz Katon (Katon Starszy), który był autorem najstarszego zachowanego dzieła o rolnictwie „De agri cultura” (O gospodarstwie wiejskim). Katon przeszedł do historii jako senator, który kończył swoje mowy w senacie  wezwaniem:”… Ceterum censeo Carthaginam  delendam esse…” czyli „..A poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć…”.  A  autorów dzieł o rolnictwie w starożytnym Rzymie było jeszcze kilku.

Innej myśli Katona Starszego, która przetrwała do naszych czasów czyli :…Złodzieje dobra prywatnego żywot spędzają w kajdanach, złodzieje dobra publicznego w złocie i purpurze…”  współcześni  myśliciele rosyjscy  nie przywołują.

No ale.

Wszystkie te myśli przyszły mi do głowy, kiedy  patrzyłam na informację, iż w obwodzie smoleńskim, który przez wieki nieprzerwanie, czy to w Wielkim Księstwie Litewskim, czy to w I Rzeczpospolitej, czy nawet w Imperium Rosyjskim  miał dobrze rozwinięte rolnictwo i gospodarkę leśną – w ostatnich 30 „nowi ruscy” porzucili na zmarnowanie jeden milion sto siedemdziesiąt tysięcy hektarów ziemi. Smoleńsk nie leży  poza kołem polarnym.

To samo dotyczy obwodu moskiewskiego, który otacza  stolicę państwa  aspirującego do roli imperium pierwszej wielkości.  Za czasów rządów  pana Putina pod samą stolicą państwa zarosło młodym lasem ponad 53% gruntów ornych.  W tej aglomeracji żyje ok. 20 mln ludzi. Wokół Moskwy winny ciągnąć się hektary warzyw pod folią i szklarnie, nie mówiąc o zbożu na chleb i bułki. 
Jak na ironię, w odmętach Internetów pojawiła się informacja, iż pod Moskwą  otwarto kompleks szklarni oczywiście „największy na świecie” – o powierzchni  166,71 ha.

Bo w Rosji wszystko jest najlepsze na świecie albo największe. Na przykład kompleks szklarni albo eksport pszenicy. To, że łączna powierzchnia szklarni w Rosji wynosi  zaledwie 3.200 ha , gdy tymczasem Holandia ma szklarnie o powierzchni 10.568 ha a Polska już w 2019 miała szklarnie o powierzchni 5.586 ha – nie ma znaczenia w świecie propagandy.
Najważniejsze jest  to, że Rosja ma „wielką kulturę rosyjską” i „największy kompleks szklarni pod Moskwą.

Obraz Rosji w propagandzie i obraz rzeczywisty Rosji  pozostają w drastycznej opozycji  wobec siebie.

Tak było w czasach Imperium Rosyjskiego, tak  było w czasach ZSRR i tak jest teraz.

Od czterech miesięcy na Rosję nałożone są bardzo silne sankcje gospodarcze. Państwa z nią sprzymierzone jawnie lub dyskretnie usiłują robić wszystko, aby przeżyła ona ten ciężki okres i doczekała, aż Ukraina podda się naciskom  i rozpoczynając rozmowy da pretekst do zniesienia sankcji.
W oczekiwaniu na ten szczęśliwy dzień media mniej czy bardziej  uzależnione od Rosji/Niemiec lub zwyczajnie zaczadzone starają się owe sankcje bagatelizować a ich skutki przemilczać.

A są one już w tej chwili bardzo poważne i jeśli Ukraina wytrzyma, to tego  lata a najpóźniej w  listopadzie / grudniu  2022 wg niezależnych specjalistów rosyjskich  zapowiada się  w Rosji prawdziwa katastrofa. 

Już teraz  czyli po czterech miesiącach sankcji  widać pierwsze skutki a lawina ruszyła.

Import już spadł do połowy i nie  z powodu antyimportowej produkcji pana Putina ale z powodu masowej odmowy współpracy z Rosją  indywidualnych przedsiębiorstw , które nie chcą być  oskarżane o wspieranie zbrodniczego reżymu. I nie chodzi tutaj o import dóbr luksusowych jak torebki od Prady po 25 tysięcy Euro od sztuki , ale komponenty do produkcji w bardzo wielu dziedzinach, zarówno strategicznych jak i pozornie mało znaczących.

Wartość  roczna  importu Federacji Rosyjskiej w ostatnich latach wahała się między 270 -345 mld USD.  Przyjmując  wielkość optymistyczną tj. 345 mld USD w skali roku otrzymujemy  za okres 4 miesięcy inwazji na Ukrainę i sankcji , przy przyjęciu spadku o 50% – wartość importu Rosji na poziomie 50-60 mld USD a nie 100-115 mld USD.

Spadek importu nie tylko  oznaczał, iż  produkcja w wielu dziedzinach  była prowadzona  na pół gwizdka na bazie dotychczasowych zapasów. Które właśnie się kończą. I powodują bardzo nerwowe poszukiwania kanałów tzw. importu równoległego czyli „kontrabandy”, jak nazwała to pani profesor Zubarewicz. Chodzi o półlegalny przemyt niedostępnych oficjalnie surowców i  komponentów do produkcji  poprzez kraje i firmy, które za określone korzyści są gotowe wesprzeć rosyjskiego niedźwiedzia.  Wg pani Zubarewicz „rosyjscy przedsiębiorcy są niesłychanie twórczy” w tym zakresie. Co mnie wcale nie dziwi, skoro większość owych „przedsiębiorców” to albo starzy kagiebiści, albo byli kryminaliści.

Panowie mogą sobie być nawet maksymalnie „twórczy” ale światowy system monitorowania nie śpi i przemyt może się odbywać w ilościach zdecydowanie zbyt małych aby w pełni zastąpić dotychczasowe jawne kontakty handlowe.  

Wg rosyjskiego Banku Centralnego 65% przedsiębiorstw Federacji Rosyjskiej  jest uzależnionych od importu do własnej produkcji. A wg oceny Gajdar Institute for Economic Policy   60% badanych przedsiębiorstw twierdziło, że nie ma w Rosji  zamienników zdolnych zastąpić surowce i części zamienne z importu stosowane w ich produkcji.

W dodatku ogromna nadwyżka  wartości eksportu nad importem dała nieoczekiwany efekt, który początkowo bardzo ucieszył  rosyjski Bank Centralny i propagandzistów:  rubel po upadku do 140 za dolara podciągnął się do 50-60 za dolara.  Powstał jednak problem.  Ten kurs jest bardzo  niekorzystny dla rosyjskiego eksportu a nie można go zbić. Jak mówi pani profesor Zubarewicz :” A ten rubel , zaraza, nie daje się obniżyć”.  

Jak wyglądają w konkretnych sytuacjach  skutki rozerwania więzi handlowych w imporcie pokazuje przypadek  pozornie mało znaczący:  zaczęły się braki opakowań do transportu i przechowywania mleka i innych napojów spożywczych z powodu braku  nadtlenku wodoru, który do tej pory dostarczał do Rosji francuski koncern. A teraz nie dostarcza.  W zasadzie jest jakiś jeden czy kilku producentów nadtlenku wodoru czyli starej dobrej wody utlenionej (jeśli stężenie wynosi 3%) w Rosji, ale chyba parametry nie są odpowiednie.  No i co zrobić z milionami ton mleka dziennie? Sprzedawać do baniek z beczkowozów?  Tak robili parę lat temu w Jałcie z kwasem chlebowym. 

Takich problemów są w tej chwili w gospodarce rosyjskiej dziesiątki tysięcy dziennie.

Innym  ważnym zjawiskiem  w gospodarce rosyjskiej jest  po przedłużającej się inwazji bez wskazania na zwycięzcę – narastające poczucie niepewności obywateli rosyjskich  co do przyszłości ich pracy i dochodów.

Ta niepewność już uderzyła w branżę kredytów  hipotecznych  kierowanych do branży deweloperskiej . Spadek popytu na kredyty mieszkaniowe wynosi 70%. 

Oznaczać  to może niedokończone budowy całych osiedli a raczej mega osiedli i upadłości firm deweloperskich oraz wstrzymanie całej branży.

W ślad za tym pojawił się  sygnał ze strony specjalistów z tej branży, że  problem mają producenci stali budowlanej , głównie słynna „Magnitka i jej koleżanki huty”, które liczyły jeszcze kilka tygodni temu, że  sankcje w eksporcie na stal odbiją sobie na rynku krajowym.
Mityczny „Chińczyk, który miał kupić wszystko czego nie kupiła Europa” w tej sprawie nie występuje, albowiem Chińczycy mają własną produkcję stali na pełnych obrotach a od Rosji potrzebują rudy żelaza i węgla koksującego. Czy jak to się nazywa.

O braku części  do produkcji samochodów i wagonów kolejowych mówi się już od kilku tygodni i firmy samochodowe są kolejno wygaszane. Podobnie jak cały przemysł maszynowy.

Chińczyk i Hindus kupują ropę owszem, ale z żądaniem zabójczych obniżek cen. A gdyby w listopadzie doszło  faktycznie do zatrzymania importu ropy z  Rosji przez Europę, to zapowiedziana „katastrofa” objawi się w całej okazałości.

W chwili rozpoczęcia inwazji na Ukrainę   procent obywateli Rosji żyjących poniżej granicy ubóstwa wynosił  około 10-15%. Oznaczało to grupę ludzi, którzy mieli poważne problemy z regulowaniem podstawowych rachunków w skali miesiąca: żywność, lekarstwa i czynsz.  Każde ekstra wydatki jak zimowe palto czy buty –załamywały budżet. 
 W chwili obecnej, po wzroście cen konsumpcyjnych ( głównie na żywność )  o 17% plus po zwiększeniu bezrobocia w branżach uderzonych przez sankcje i  pesymistyczną ocenę przyszłości przez konsumentów – segment prawdziwej biedy powiększy się w Rosji do 25%.

Jak sobie poradzi z tym „pan Putin” nie wiem, ale jak mówi szyderczo pod adresem tego ostatniego pan Arestowicz – „na pewno winna jest Polska”.

Pan Putin dopuścił do rozwalenia podstawowej dziedziny strategicznej w warunkach wojny – produkcji  żywności.  Doprowadził do tego w czasach pokoju, mając swoich obywateli za nic. Żarcie w Federacji Rosyjskiej nie zrobiło się lepsze niż w ZSRR,  za to zrobiło się droższe.

Zresztą  większość warzyw i owoców produkują obywatele Rosji w swoich przydomowych ogródkach.  Dwa lata temu  warzyw w Rosji ZABRAKŁO.  W dodatku w ramach „pełnego liberalizmu w gospodarce rosyjskiej” władze zakazują  rolnikom sprzedaży  płodów rolnych na własną rękę „na chodniku w mieście” a jedynie obok  własnej furtki na wsi czyli 200 km od miasta. Okładają ich mandatami bez miłosierdzia.

W tych warunkach zajęcie 35 mln hektarów czarnoziemu ukraińskiego i ofiarowanie  ukraińskich „agroholdingów” (są takie tylko na ogół mniejsze, średnio 15 tysięcy ha) swoim rosyjskim pupilom wydawało się zapewne panu Putinu świetnym pomysłem. Nie licząc tego, co jest na Ukrainie pod ziemią.

Ale na razie wszystko układa się inaczej, i nie jest wykluczone, że proroczy okaże się żart pewnego komentatora pod wykładem pani profesor Zubarewicz o bieżącej sytuacji gospodarczej Rosji   i jej perspektywach – następującej treści: „… Obywatele, rozejdźcie się „po barakam” ; projekt „Rasieja” – „zakrywajetsa”. (z

https://www.researchgate.net/figure/Redistribution-of-agricultural-land-2006-2016_tbl2_340579393
https://en-m-wikipedia-org.translate.goog/wiki/Agriculture_in_Russia?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc
https://themeformen.ru/pl/therapy-for-eczema/doch-aleksandra-tkacheva-peredozirovka-aleksandr-tkachev/
https://www-aljazeera-com.translate.goog/economy/2022/4/1/for-isolated-russia-replacing-key-imports-an-uphill-battle?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

Putin i cała ta sowiecka kagiebowsko-komunistyczna arystokracja urządziła   sobie  w Rosji  za wiedzą i zgodą i przy współudziale państw zachodnich takich jak Niemcy czy Francja – żerowisko. Żerowisko, w którym nie potrzeba do utrzymania sektora wojskowego i wydobycia surowców oraz kilku hut aż 140 mln gąb do wyżywienia. 

Żerowisko, w którym  przez 30 lat  nie wydano  grosza na remontowanie i modernizację  infrastruktury czy polepszenie warunków życia ludności. Za Uralem żyje już tylko 10 mln ludzi a może nawet i tyle nie.

I do tej listy „sukcesów”   pan Putin postanowił dodać „odbudowę  ZSRR jako III Rzymu”. Odbudować „na wartościach chrześcijańskich” oczywiście , które widać zwłaszcza w bazylice Sił Zbrojnych Armii Rosyjskiej w Kubince pod Moskwą.

https://www.researchgate.net/figure/Redistribution-of-agricultural-land-2006-2016_tbl2_340579393
https://en-m-wikipedia-org.translate.goog/wiki/Agriculture_in_Russia?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc
https://themeformen.ru/pl/therapy-for-eczema/doch-aleksandra-tkacheva-peredozirovka-aleksandr-tkachev/
https://www-aljazeera-com.translate.goog/economy/2022/4/1/for-isolated-russia-replacing-key-imports-an-uphill-battle?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

Analogie historyczne: Wietnam, Afganistan, Ukraina.

Stanisław Michalkiewicz 23 czerwca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5200

Kiedy przyglądamy się wojnie, jaką na Ukrainie Rosja prowadzi z Sojuszem Północnoatlantyckim oraz państwami zależnymi od USA, niepodobna powstrzymać się przed porównaniem jej do wojny wietnamskiej. Była ona ubocznym efektem dwóch doktryn; jednej sformułowanej przez prezydenta Dwighta Eisenhovera, pod nazwą „teorii domina”, a drugiej – sformułowanej przez sekretarza obrony w administracji prezydenta Kennedy’ego i Johnsona, Roberta McNamarę pod nazwą doktryny „elastycznego reagowania”. Teoria domina zakładała konieczność przeciwstawiania się ekspansji komunistycznej, zwłaszcza w krajach Trzeciego Świata, ze szczególnym uwzględnieniem Indochin, które stały się głównym terenem tej ekspansji po skomunizowaniu Chin. Klęska Francuzów pod Dien Bien Phu w roku 1954 była potwierdzeniem tej teorii, a w każdym razie – za takie potwierdzenie była uważana. [Wyjaśnię: Te łobuzy u władzy, nazywające się „politykami”, fałszują pojęcie „teoria”. Mianowicie teoria, w naukach ścisłych ma to sens, to „potwierdzona przez doświadczenie hipoteza”. Wszystko inne – to fantazje itp. MD]

Z kolei doktryna „elastycznego reagowania”, wychodziła z założenia, iż bezpośrednia konfrontacja militarna nuklearnych supermocarstw, grozi uruchomieniem „machiny Sądu Ostatecznego”, co oczywiście uniemożliwi osiągnięcie jakichkolwiek celów wojennych.

Tymczasem wojna – co zauważył pruski teoretyk wojskowości Karol von Clausewitz – jest tylko formą uprawiania polityki tyle, że innymi środkami – więc jeśli w jej następstwie nie można byłoby zrealizować już żadnego celu politycznego, nie miałaby ona żadnego sensu. Toteż Robert McNamara sformułował doktrynę „elastycznego reagowania”, której sens sprowadzał się do tego, by mocarstwa nuklearne powstrzymywały się nie tylko przed użyciem broni jądrowej, ale również – a może nawet przede wszystkim – przed atakowaniem terytorium przeciwnika, prowadząc działania wojenne na przedpolach, a więc terenach, które leżą możliwie blisko terytorium potencjalnego wroga i możliwie jak najdalej od terytorium własnego.

Wietnam, podobnie, jak dzisiaj Ukraina, stanowił świetne przedpole, toteż USA zastąpiły tam Francuzów tym chętniej, że w tamtych czasach popierały likwidowanie europejskich imperiów kolonialnych, by w dawnych koloniach usadowić się samemu. Początkowo zaangażowanie amerykańskie w Wietnamie było niewielkie, ale w miarę upływu czasu, a także w miarę przekształcania się tej wojny z operacji przeciwpartyzanckiej w konfrontację USA z całym Układem Warszawskim i Chinami na dodatek, rosła również skala bezpośredniego zaangażowania amerykańskiego, które w kulminacyjnym momencie sięgnęło ponad pół miliona żołnierzy, nie tylko amerykańskich, ale również – australijskich i nowozelandzkich. Wojna trwała całe lata i wprawdzie pokojowe porozumienie podpisane zostało w roku 1973, ale mimo prowadzonej później „wietnamizacji”, to znaczy, wzmacniania przez Amerykanów armii Wietnamu Południowego w miarę wycofywania wojsk amerykańskich – co obiecał Ryszard Nixon – zakończyła się dopiero w roku 1975, kiedy to w kwietniu padł Sajgon.

Generalnie wojna wietnamska zakończyła się porażką USA, podobnie, jak „operacja pokojowa” w Afganistanie, co i w pierwszym, jak i drugim przypadku zaowocowało krwawą łaźnią, jaką w Wietnamie urządzili swoim rodakom komuniści, a w Afganistanie – talibowie.

Wojna na Ukrainie najwyraźniej przechodzi w fazę przewlekłą, podobnie, jak wojna wietnamska i chociaż NATO unika bezpośredniego zaangażowania militarnego, ograniczając się do finansowego, wywiadowczego i propagandowego, a przede wszystkim – wspierania Ukrainy dostawami broni i amunicji, to w miarę przedłużania się działań wojennych, w wielu państwach Sojuszu narasta obawa zarówno przed przedłużaniem się wojny, jak i zwiększającymi się kosztami wspierania Ukrainy, a w przypadku niektórych członków NATO, przede wszystkim Niemiec i Francji – również przed wykorzystaniem przez USA pretekstu w postaci tej wojny, do mocnego chwycenia całej Europy za twarz.

W Polsce i republikach bałtyckich okazywanie takiego zaniepokojenia, jest surowo zabronione, ale i tutaj pojawiły się pewne wątpliwości, zwłaszcza z powodu powstrzymania się zachodnich sojuszników przed zrekompensowaniem Polsce dostaw dla Ukrainy broni i amunicji na kwotę ponad 2 miliardów dolarów.

Rzecz w tym, że USA maja na Ukrainie całkiem inny interes, niż Europa. O ile bowiem w interesie Stanów Zjednoczonych jest to, by ta wojna, w której Rosja boryka się tam z całym NATO, trwała jak najdłużej, prowadząc do nadwątlenia rosyjskich zasobów i rosyjskiej pozycji, o tyle w interesie państw Europy Zachodniej jest zakończenie jej możliwie jak najszybciej w taki sposób, by – jak to ujął prezydent Macron – pozwolić Putinowi wyjść z twarzą. Oznacza to ni mniej, ni więcej, jak oczekiwanie od Ukrainy, że pogodzi się z utratą 20 procent terytorium, a przede wszystkim – odcięciem od Morza Czarnego.

Prawdopodobnie z takim właśnie pomysłem przyjechali do Kijowa trzej pielgrzymi: francuski prezydent Macron, niemiecki kanclerz Scholz i włoski premier Dragi, którzy tę gorzką pigułkę podali prezydentowi Zełeńskiemu w opakowaniu w postaci oferty nadania Ukrainie statusu państwa „kandydującego” do Unii Europejskiej. Czy to kandydowanie zakończy się przyłączeniem Ukrainy do UE – to nie jest takie pewne, bo – jak podniosła Portugalia i Dania – gdyby nie wojna, nikt by poważnie o przyłączeniu Ukrainy do UE nie mówił, m.in. z uwagi na panującą tam korupcję i stan praworządności, który jest gorszy nawet od tego w Polsce.

Toteż kiedy wojna zakończy się pokojem – a, jak poucza historia, każda wojna kończy się pokojem – Ukraina, podobnie jak Mołdawia, prędko do Unii Europejskiej nie zostaną przyłączone. Oczywiście korupcja i stan praworządności są tu prawdopodobnie tylko pretekstem, bo tak naprawdę może chodzić o powrót do porządku lizbońskiego z listopada 2010 roku, której najważniejszym postanowieniem było proklamowanie strategicznego partnerstwa NATO-Rosja. Jak pamiętamy, najtwardszym jądrem tego partnerstwa było strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, które nawet i teraz chyba wytrzymuje wszystkie próby niszczące, bo kamieniem węgielnym tego z kolei partnerstwa, jest podział Europy na strefę rosyjską i strefę niemiecką. Polska oczywiście należy do strefy niemieckiej, co niedawno w sposób dotkliwy przypomniały nam władze Unii Europejskiej, to znaczy Niemcy, które ani myślą pogodzić się z utratą wpływów politycznych w „swojej” części Europy tym bardziej, że wykorzystując pretekst w postaci wojny na Ukrainie, podjęły decyzję o podniesieniu niemieckiej Bundeswehry na wyższy poziom, co można uważać za punkt wyjścia do utworzenia upragnionych europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, na czym Niemcom zawsze zależało.

Krótka smycz polskojęzycznych dziennikarzy.

Agnieszka Piwar https://www.bibula.com/?p=134714

Pamiętają Państwo białoruskiego dziennikarza-opozycjonistę Ramana Pratasiewicza? Ileż to było lamentowania w mediach, po tym jak został aresztowany podczas „międzylądowania” w Mińsku.

Jednak chwilę później dziennikarze w Polsce nagle morda w kubeł. Dlaczego? Były redaktor naczelny kanału Nexta na Telegramie szybko zaczął sypać, że polskojęzyczne władze łożyły mnóstwo forsy [wydartej z kieszeni polskiego podatnika], na dywersyjną działalność w sąsiednim państwie Białoruś.

Tymczasem Pratasiewicz ostatecznie nieźle się ustawił po stronie białoruskiej. Najpierw zmienił poglądy. Nie jestem pewna czy szczerze, gdyż takie typy raczej poglądów nie mają. Obecnie wygląda to mniej więcej tak, że z jego perspektywy Białoruś nie jest już be, a Zachód przestał być cacy. W międzyczasie rzucił dziewczynę Sofię Sapiegę, obywatelkę Rosji, która wraz z nim została zgarnięta z lotniska. I wreszcie ożenił się w obywatelką Białorusi.

Niewykluczone, że władze Białorusi uratowały życie Pratasiewiczowi. Znając bowiem jego przeszłość, z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że gdyby nie tamto zatrzymanie na mińskim lotnisku, dalej wykonywałby on polecenia „polskich panów” i wzorem innych dywersantów z Białorusi zostałby znów najemnikiem. Być może Polacy wysłaliby go na Ukrainę, gdzie musiałby walczyć w interesie globalistów i korzennych oligarchów. I pewnie zginąłby tam w szeregach jakiegoś „Azowa” czy innego „Ajdaru”, w najlepszym wypadku trafiłby do rosyjskiej niewoli.

A jak się sprawy mają po drugiej stronie „żelaznej kurtyny”?

Właśnie dopadli Juliana Assange’a. Ten australijski aktywista, sygnalista, dziennikarz i programista jest symbolem walki o wolność słowa w Internecie. Założyciel, rzecznik i redaktor naczelny demaskatorskiego portalu WikiLeaks, ujawnił między innymi największe przekręty globalistów i zbrodnie wojenne Stanów Zjednoczonych. Jego przykład dobitnie pokazuje, że demokracja i wolność słowa na Zachodzie nie istnieją.

Kilka dni temu brytyjski rząd zgodził się na ekstradycję Assange’a do Stanów Zjednoczonych, gdzie czeka go proces. Prokuratorzy w USA postawili 50-latkowi 17 zarzutów, za które łącznie grozi mu do 175 lat więzienia. W ostatnich latach trwało wielkie polowanie na Australijczyka, który musiał się ukrywać. W międzyczasie pojawiły się fałszywe oskarżenia o przestępstwa seksualne. Jego życie zostało zamienione w piekło.

Tymczasem polskojęzyczni dziennikarze jakoś nie okazują solidarności z australijskim dziennikarzem, który jest prześladowany na ujawnienie prawdy. Dlaczego tego nie robią? Ponieważ są przekupionymi obłudnikami.

Agnieszka Piwar

Za: Mysl Polska – myslpolska.info (22-06-2022) | https://myslpolska.info/2022/06/22/krotka-smycz-polskojezycznych-dziennikarzy/

Tadeusz Gołębiewski, ten od „1z10”. Twórca sieci hoteli.

Jeszcze milioner czy już bankrut? „Wstaję rano i [tego] nie wiem”.

[Nigdy nie byłem w hotelu Gołębiewski. Często za to oglądam „1z10”. Wielki szacunek dla tego przedsiębiorcy – i „spoczywaj w pokoju”. Takich tępią mafie – i socjaliści u władzy. M. Dakowski]

——————

https://finanse.wp.pl/jeszcze-milioner-czy-juz-bankrut-tadeusz-golebiewski-wstaje-rano-i-nie-wiem-6654458835151392a

– Wszystkie swoje obrazy w minionym roku wyprzedałem. A w kolekcji były i okazy po 400 tys. zł – wyjawia w rozmowie z Wirtualną Polską Tadeusz Gołębiewski, twórca sieci hoteli. Mówi wprost: – Dziś decyzji o budowie hotelu w Pobierowie bym nie podjął.

We wtorek, 21 czerwca 2022 roku, zmarł Tadeusz Gołębiewski. Założyciel sieci luksusowych hoteli oraz fabryki słodyczy TAGO miał 79 lat.

Przypominamy wywiad, którego biznesmen udzielił WP Magazynowi 25 czerwca 2021 roku.

***

Mateusz Ratajczak, Wirtualna Polska: Pomnik pan sobie buduje nad morzem?

Tadeusz Gołębiewski, twórca sieci hoteli Gołębiewski i firmy cukierniczej Tago: A jaki pomnik?! Tylko hotel.

(rozmawiamy na placu budowy hotelu w nadmorskim Pobierowie, a do rozmowy siadamy na styropianowych płytach, tuż obok jednego z wewnętrznych basenów, z widokiem na Bałtyk. Zanim Gołębiewski znajduje miejsce, zaczepia każdego napotkanego pracownika i pyta o robotę. Przez plac wędrujemy kilkanaście minut)

Chodzi pan w kółko po inwestycji i to wszystko sobie wyobraża? Tu będą baseny, tam będą leżaki, obok będą kasy, a za nimi szatnie? Tu sale konferencyjne, a tam pokoje?

Nikt takich szatni nie będzie mieć! Nikt w Polsce.

(mówi to, gdy akurat mijamy te pomieszczenia, a w zasadzie to wielką pustkę, gdzie szatnie kiedyś będą)

Nic nie muszę sobie wyobrażać, bo od miesięcy wiem, jak to będzie wyglądać – mam to w głowie, przed oczami. Płytki już dawno wybrałem. Materace i łóżka też już są gotowe, czekają na jednym z pięter. Cześć pokoi jest wytapetowana i gotowa do wyposażenia.

Co trzy tygodnie przylatuję tutaj i spędzam kilka dni. I tak chodzę po kilkanaście kilometrów, z dołu na górę, z góry na dół. Aż mnie nogi bolą. Niektórzy moi znajomi to się ze mnie śmieją, że sam wyglądam jak budowlaniec. A jak mam wyglądać na budowie? Jem w stołówce pracowniczej, śpię w hotelu pracowniczym, bo tak jest najwygodniej. Nie mam już zdrowia, żeby jeździć w kółko z hotelu na budowę i w drugą stronę. Wolę być na miejscu.

Tak wygląda budynek hotelu w Pobierowie. Przed płot budowy co chwilę podchodzą turyści Źródło: WP, fot: Mateusz Ratajczak

Ostatecznie jest pan przecież u siebie.

Jakby pan zgłodniał, to niech pan powie, pójdziemy do stołówki. Miejsce do spania też się znajdzie.

Przyjeżdża pan doglądać czy pośpieszać?

Jestem gospodarzem, muszę robić jedno i drugie.

Myślałem, że inwestor płaci i po prostu czeka na efekty. Nie musi sprawdzać, czy budowlańcy dobrze kładą pustaki lub jaką warstwę kleju mają.

Jak ma się portfel bez dna, to można tak funkcjonować. Można stworzyć zarząd, który to będzie prowadził, a inwestor w tym czasie może sobie odpoczywać na plaży i czekać miesiącami na efekty. Nie mam takiego komfortu. Muszę pilnować, muszę kontrolować, nie mogę wydawać na administrację, która zajmie się tym za mnie. Nie ma zarządu, jestem tylko ja. Chodzę i pytam.

W sumie na budowie pracuje teraz niespełna 300 osób, a było i 800. Robimy wolniej, bo nie ma pieniędzy. A jak nie ma pieniędzy, to musi pracować ograniczona liczba budowlańców. I dobrze mieć na to wszystko oko.

Żeby żaden grosik się nie zmarnował? Tego pan pilnuje?

Tak, tak, też! Banki w większości przez epidemię wstrzymały finansowanie inwestycji hotelarskich, więc działamy własnymi siłami. Co da się sfinansować, to finansujemy. Część materiałów była kupiona, część będzie później. Kiedyś.

Data otwarcia już jest?

W tej chwili trudno wyznaczyć jakikolwiek konkretny termin.

Po cichu nie marzy pan sobie, by to były przyszłe wakacje?

Nie, nie mam w tym zakresie żadnych marzeń. Otworzę, to otworzę, jak nie, to nie. Po co mam zakładać i się rozczarować? Miło jest spełnić swoje założenia, ale najgorzej jest się pomylić.

Nie miał pan myśli, że się wywróci na ten inwestycji? Przez epidemię wstrzymał pan budowę, reszta hoteli nie zarabiała.

No to co?

Jak to „no to co”?

A jakbym umarł na koronawirusa, albo ktokolwiek z mojej rodziny? To by była tragedia. Jak się biznes wywraca, to jaka to jest tragedia? Żadna, mówię panu. Przecież ja umiem pracować. Mam dwie ręce, żyję przecież tak jak każdy.

Jestem po studiach ekonomicznych, więc jakieś zajęcie na pewno by się dla mnie znalazło. „Emeryt-ekonomista z doświadczeniem szuka pracy” – tak bym o sobie napisał. Pewnie ktoś by się zainteresował moją wiedzą i umiejętnościami. A jak nie, to bym został po prostu na emeryturze. Płaciłem składki całe życie, to dziś Zakład Ubezpieczeń Społecznych coś mi tam wypłaca.

Pobierowo to pana największe biznesowe dziecko?

Pod względem skali tak.

Najdłużej wyczekiwane i ukochane?

W tej chwili przynoszące najwięcej problemów.

I jak każda poprzednia pana inwestycja – kontrowersyjne. Niektórzy powiedzą, że jest brzydki. Inni, że po prostu jest za duży i nie pasuje do otoczenia. Kolejni powiedzą, że lasy trzeba było wyciąć. A następni, że Tadeusz Gołębiewski po prostu powinien już skończyć swoją biznesową aktywność. ­­­

I co ja mogę odpowiedzieć na takie głosy?

Mogę zapytać, czy ładniejszy jest jeden hotel – taki jak mój – czy kolejne 200 różnokolorowych domków, a każdy wybudowany w innym stylu, które mogłyby powstać w tym miejscu? Co estetycznie jest lepsze? Ja powiem, że mój hotel. Inny powie, że te 200 pensjonatów. I tak możemy się kłócić.

To kwestia estetyki. A kwestia środowiska?

Przecież na tym terenie powstanie pięć razy więcej drzew niż zostało usuniętych pod budowę. A trzeba pamiętać, że tutaj nie było żadnego lasu, a teren wojskowy! Na nim było 40 budynków, różnej wielkości – to była jednostka wojskowa, która jeszcze nie tak dawno funkcjonowała.

Pojawią się drzewa, to pewne. Oczywiście wszystko powoli, bo jak mówiłem, chwilowo kwestie finansowe na to nie pozwalają. Sądzę jednak, że w pierwszej fazie pojawi się 2 tys. nowych roślin.

Obiecuje pan, że będzie więcej drzew, niż było?

To jest pewne. Nic nie muszę obiecywać.

Wie pan, w całym swoim życiu zasadziłem – na swoich inwestycjach, a wcześniej współpracując z lasami, blisko 40 tys. drzew. Ile drzew zasadziły osoby, które dziś krytykują tę inwestycję?

Te osoby są przekonane, że nie trzeba sadzić nowych i małych drzew, gdy mamy stare i rozwinięte.

Powtórzę to jeszcze raz – hotel w Pobierowie nie stoi w miejscu lasu, a w miejscu dawnej jednostki wojskowej, która była w pełni zabudowana, miała wewnętrzne drogi, baraki, inne budynki. Naprawdę, nie mówmy o tym, że tutaj był las, a Gołębiewski własnoręcznie go wykarczował, bo tak nie było. To były jakieś samosiejki, które raz były, raz ich nie było. Zresztą nie jest tajemnicą, jak wojsko traktuje własne tereny. Jak byłaby potrzeba, to też by wycięli wszystko.

Marny to argument, że ktoś inny też by teren wyczyścił.

Jak budujemy autostrady, to nie wycinamy drzew? Jak budujemy nowe tory, to nie wycinamy drzew? Niestety, ale rozwój ma swoją cenę. Grunt, by ją ograniczać lub po prostu naprawiać. A nowe nasadzenia taką naprawą są. Wiem, że ktoś powie, że to małe drzewka, a nie las. Wszystko jednak w swoim czasie.

A jakby pan pojechał do Pobierowa i gospodarzy innych hoteli zapytał o opinię na temat inwestycji? Pogoniliby?

A ja chętnie pojadę, często zresztą mnie zapraszają. Mieszkańcy Pobierowa w większości są zachwyceni tym, że pojawi się u nich nowy hotel, który będzie przyciągał turystów przez cały rok. W szczycie sezonu w każdej nadmorskiej budzie jest ruch. Gdy kończą się wakacje, to kończą się pieniądze.

Ludzie doskonale wiedzą, że duże hotele to miejsca organizacji konferencji, imprez, wydarzeń, które są rozłożone w czasie. My zarabiamy i oni zarabiają. Co to za biznes, który istnieje tylko dwa miesiące w roku? Jak się na takim utrzymać?

O ile ktokolwiek do nich przyjdzie, skoro pan chce oferować wszystko.

I naprawdę myśli pan, że nikt nie przejdzie się do miasteczka i nie zostawi tam pieniędzy? Zostawi. Do Pobierowa, w ten region, przyjeżdża w granicach 100 tys. osób w sezonie. Mieszkają wszędzie, gdzie się tylko da – w agroturystyce, pensjonatach, hotelikach, namiotach i na kempingach. I naprawdę 3 tys. miejsc, które będziemy oferować, wywraca wszystko? To jest nic.

3 tys. osób rozciągnięte w małych hotelach zmieściłoby się na 10 kilometrach nabrzeża. U nas jest to skoncentrowane, naprawdę można zadbać o czystość i ochronę środowiska.

Jako student podczas wakacji jeździłem na Mazury – mieszkałem oczywiście w namiocie. I nikt mi nie powie, że wtedy było czysto, a teraz jest gorzej. Ludzie rozbijali się wszędzie, z drzew robili sobie ogniska i zostawiali za sobą śmieci. Tak było. I od pierwszego dnia działalności hotelarskiej w Mikołajkach utrzymuję czystość na moim terenie. Porządkujemy, segregujemy, czyścimy.

Nie czuje się pan szkodnikiem? Wielu by tak pana nazwało.

Nie, nie czuję się szkodnikiem. Byłbym nim, gdybym wyciągnął ręce do państwa i powiedział: proszę mnie utrzymywać, proszę mi dać pieniądze, a ja będę sobie pił wódeczkę i leżał na kanapie. Gdybym w życiu nic nie robił, nic nie chciał robić i kazał innym mnie opłacać, to wtedy naprawdę czułbym się szkodnikiem.

Od kilkudziesięciu lat prowadzę własne firmy – jedną zajmującą się cukiernictwem (Tago – przyp. red.), drugą zajmującą się hotelarstwem. I naprawdę przez te wszystkie lata udowodniłem, że to jest wartość dodana. Oferuję nowe miejsca pracy, a jeszcze taka inwestycja to jest impuls dla rozwoju regionu. Bilans zysków i strat z działalności Tadeusza Gołębiewskiego moim zdaniem wskazuje na więcej zysków.

Wiem, że są tacy, którzy chętnie by mnie utopili w morzu. Albo w jeziorze.

Albo pozbyli się w górach. Tam też pan ma biznesy.

Zapominają jednak, że moje bankructwo to problem moich pracowników.

Fakty są jednak takie, że gdzie się Tadeusz Gołębiewski nie pojawi, tam pojawia się jakaś afera. W Karpaczu nadzór budowlany przekonywał, że wybudował pan zbyt wysoki budynek – o dwa pietra. Wyburzać pan nie musiał, bo zamienił piętra na szklany świetlik. Unikiem się udało.

Każdą krytykę przyjmuję z pokorą. Każda krytyka to wskazówka, że może coś powinienem był inaczej zrobić. Jeżeli urzędnicy i organy budowlane uznają, że gdzieś był błąd, to przyjmuję to do wiadomości, godzę się z tym. Muszą jednak mieć rację. Muszą udowodnić swoją rację. Ja nie mam problemu ze sprawami sądowymi. Jeżeli sąd rozstrzygnie, że coś zrobiłem źle, to przyjmę to do wiadomości. A jeżeli urzędnicy nie są w stanie wykazać, że coś zrobiłem źle, to jest to moja wina? Czy może potwierdzenie, że nie mieli słuszności?

A może po prostu jest pan cwaniakiem? Zawsze z urzędnikami się pan rozpycha, idzie pan na zwarcie. I ostatecznie wygrywa.

Cwaniakiem to pewnie każdego można nazwać, choć się nim nie czuję. A może jednak? (śmiech) Nie, raczej nie.

Nawet ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego pan denerwował – i minister chciał rozbiórki części hotelu. Rozbiórki nie było.

Były za to sprawy sądowe, były w przypadku innych inwestycji odwiedziny nadzoru budowlanego i nic. Może czas przyjąć, że Gołębiewski nie jest taki zły?

Lub państwo jest tak nieskuteczne.

Lub Gołębiewski nie jest taki zły.

Może to dziwić, ale od lat mam prostą zasadę – nie spotykam się z urzędnikami. Gdy jest kontrola podatkowa, mam od tego księgowość. Gdy jest inna, mam od tego dział prawny. Sam unikam takich spotkań jak ognia, by nie być posądzonym o jakiekolwiek układy. A czasami ktoś zapraszał na kawę. Albo na wódeczkę, bo i takie zaproszenia były. Odmawiałem.

Taki widok jest z dachu budynku Źródło: WP, fot: Mateusz Ratajczak

Wielu zapraszało akurat na spotkanie przy alkoholu?

Lata temu na spotkanie, na wódeczkę, zapraszał mnie jeden z ministrów. Do spotkania nie doszło, a ten sam człowiek – już po latach – mi powiedział przy jakiejś okazji, że byłem jednym z niewielu dużych przedsiębiorców, który nigdy nie przyszedł do niego ze sprawą do załatwienia. Zawsze ktoś coś od niego chciał, a ja nie chciałem zupełnie nic. Nawet tej wódeczki czy tam kawy.

Już nawet nie pamiętam, czego miało dotyczyć to spotkanie. Mam prostą zasadę: z urzędnikami i politykami to mogę co najwyżej pogadać o pierdołach, a nie ważnych i biznesowych sprawach. Później będę się tłumaczył, że coś mi dali, załatwili, pomogli. Sam wypracowałem, bez nich.

A dużo spotkań o pierdołach przy wódeczce było?

Mam zdrowy organizm, jeżeli o to pan pyta.

A może pana problemem jest po prostu gigantomania? Od lat mówi się, że Gołębiewski ma manię wielkości, więc może czas się przyznać?

Jaka tam gigantomania… To jest spełnienie potrzeb klientów, czyli czysta kalkulacja biznesowa. Gdy buduje się mały obiekt, to można zaoferować niewiele atrakcji. Jeżeli chce się mieć masę atrakcji, to potrzebny jest duży obiekt, który to wszystko sfinansuje i utrzyma. Mały hotel nie utrzyma kilkunastu basenów w różnych rozmiarach, wodnych ślizgawek, plaży, basenów z ciepłą wodą morską i masaży. Po prostu to się nie spina finansowo. A tego właśnie oczekują Polacy – pełnej oferty, wielu atrakcji i najlepiej, by to wszystko było w jednym miejscu.

Nie jestem tutaj jednak żadnym wizjonerem albo wróżką. Tak to po prostu wygląda na całym świecie. I dlaczego w Polsce miałoby to wyglądać inaczej? Polacy chcą żyć i odpoczywać tak samo, jak robią to ich sąsiedzi. Nie oznacza to jednak, że nie są potrzebne małe i średnie hotele. Są, bo przecież klienci są różni. Nic mi jednak do tego, niech każdy prowadzi biznes tak, jak chce. Ja buduję akurat hotele duże.

I na tym kontrowersje się nie kończą. Były wójt gminy Rewal jest u pana dyrektorem budowanego hotelu. I niektórzy powiedzą, że w nagrodę, bo to za jego kadencji kupił pan te grunty.

Naprawdę? W nagrodę? Jeżeli ktoś sądzi, że praca w branży hotelarskiej jest fuchą marzeń, to się bardzo myli. Zapraszam, podzielimy się zadaniami.

Ten sam człowiek dziś musi się tłumaczyć z inwestycji poczynionych w gminie. I to tłumaczyć przed sądem, przy asyście prokuratora.

To, co dla pana jest minusem w CV, w moim odczuciu jest plusem.

Naprawdę? Pana dzisiejszy dyrektor hotelu zadłużył gminę Rewal na ponad 100 milionów złotych, a prokuratura sadza go na ławie oskarżonych. Wraz ze skarbnikami i pracownikami urzędu. I śledczy mówią tak: doprowadził do zagrożenia utraty płynności, było wiele nieprawidłowości. Gmina nie zbankrutowała, bo uratowała ją ogromna – warta 100 mln zł – rządowa pożyczka.

Naprawdę. Robert Skraburski jako wójt gminy inwestował i być może po prostu przeinwestował. Miał wizję i ją realizował. Być może za wiele chciał zrobić w jednym czasie, ale nie był żadnym łapówkarzem. To bzdury. A gmina wychodzi już na prostą, czyli szybko.

Potrzebny mi był w tej inwestycji człowiek, którego nie trzeba popychać, któremu nie trzeba pokazywać, jak działać i co ma robić. W tym układzie to ja jestem zabezpieczeniem przed nadmiernymi inwestycjami – ja wykładam pieniądze, ja ostatecznie decyduję. Jasno określiliśmy ramy współpracy.

O losie wójta zdecydowała ówczesna premier Beata Szydło. I powiedziała mu: do widzenia! Do gminy wprowadziła komisarza.

Każdy odpowiada za swoje wybory i decyzje. Jeżeli popełnię błąd, to za niego będę odpowiadał swoimi pieniędzmi.

A jeżeli ktoś powie, że znajomość Gołębiewskiego z byłym wójtem wygląda na łapówkarstwo?

A ma pan na to dowody? Jeżeli tak, to proszę je pokazać. Jeżeli nie, to nie ma o czym rozmawiać. Jeżeli popełnię błąd kadrowy, to ja za niego będę odpowiadał. Sam wybieram sobie współpracowników.

Przecież gdyby Gołębiewski popełnił jakikolwiek błąd prawny, dokonał jakiegokolwiek nadużycia, to by mnie rozszarpali. Wszyscy. I urzędnicy, i dziennikarze, i aktywiści.

Chętnych do pracy nie brakuje, więc wydaje mi się, że tak. Na budowie może 10 proc. pracowników to moi ludzie, reszta to osoby działające na rzecz podwykonawców.

[—–]

Wspólnie zdecydowaliśmy, że ruszymy z budową hotelu w Pobierowie, choć żona się nie zgadzała. Mówiła, że czas skończyć.

I co pan zrobił?

Zrobiliśmy głosowanie i przegrała.

Jaki był ostatni błąd Tadeusza Gołębiewskiego?

Nie budowałbym tego hotelu.

Tego, który pan przegłosował z żoną? W ogóle by pan go nie zaczął budować?

W ogóle. Leżałbym sobie dziś na Wyspach Kanaryjskich, pił zimne drinki i wydawał pieniądze na różne głupoty. Dziś myślę, że po tylu latach pracy po prostu mi się to należało – od samego siebie. Gdybym wiedział, jak będzie wyglądał ubiegły rok, to bym się tej inwestycji nie podjął. Gdybym wiedział, że czeka mnie 12 miesięcy nieustannej walki, to bym się tej inwestycji nie podjął. Nie wiedziałem.

Zawsze można zrezygnować. Sprzedać inwestycję, pójść na emeryturę.

W ciągu ostatniego roku spotkałem wielu takich, którzy mówili mi: Tadeusz, ja wciągam ciebie i twoją inwestycję w kilka minut, tyle mam pieniędzy, nawet przy sobie w portfelu. Takie to głupie gadanie i przechwałki małych, choć bogatych ludzi. Nie wiem, ile ofert odkupienia hoteli było poważnych, ile nie, bo żadnych nie rozpatrywałem. Mówiłem tylko „to kup!” i się głupie gadanie kończyło.

Większość osób nie potrafi powiedzieć sobie stop, koniec, dość. To łatwo przychodzi leniom, ale nie przedsiębiorcom. To sytuacja wymusza na nich koniec działalności: albo choroba, albo bankructwo, albo brak sił. W tej chwili mam siły, nie jestem bankrutem, więc działam.

Jak to jest możliwe, że ma pan dwa biznesy, całe życie zarabia i nie stworzył żadnej poduszki finansowej?

Jak to, na co wydaję pieniądze? Na kolejne inwestycje, na moje przedsiębiorstwa. Nie ma ludzi w Polsce, którzy byli przygotowani na rok bez biznesu, bez jakiejkolwiek działalności. I mało tego, taka poduszka nigdy wcześniej – i później – nie miałaby uzasadnienia. Po co zamrażać tak gigantyczne środki? W oczekiwaniu na pandemię? Tego nikt nie mógł przewidzieć.

Nigdy nie myślałem o sobie w kategoriach bogacza, milionera. Zawsze inwestowałem zarobione pieniądze. A to na hotele, a to na ich rozbudowę, a to na modernizację. Przecież żadna firma od pierwszego dnia nie jest taka, jak sobie jej właściciel ją wymarzył. To proces. I u mnie ten proces wciąż trwa.

A może jest pan zbyt łapczywy? Za wiele chce?

Zawsze chcę najlepiej, a nie więcej. Jeżeli chce się robić coś na wysokim poziomie, podbijać zagranicę, nie dawać się konkurencji, albo zagranicznym koncernom, trzeba robić lepiej, i lepiej, i lepiej.

[—-]

I tak właśnie pan myślał, zaczynając produkcję… wafli?

Od tego się zaczął Tadeusz Gołębiewski. Byłem na trzecim roku studiów w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (dzisiejsza Szkoła Główna Handlowa – red.). I już wtedy wiedziałem, że muszę iść na swoje. Nie potrafiłem się rozpychać łokciami, a wtedy, by zyskiwać stanowiska i możliwości, trzeba było się nagimnastykować, uśmiechać do partii. To nie było dla mnie.

Mój ojciec był rolnikiem. Ja nie dopuszczałem myśli, że będę pracował jak on. Miałem za to wyuczony fach – cukiernictwo. Nie było mnie stać na narzędzia i maszyny, więc część zbudowałem przy okazji pracy u spawacza. Ja u niego dorabiałem, on mi pozwalał tworzyć. I tak powstały formy do wypieku wafli. Na bazie maszyn wyrzucanych przez przedwojenną fabrykę! Nie były najgorsze, dało się je uratować. I tak zaczęła się produkcja.

Wszystkiego w tych czasach brakowało, więc wafle zaczęły się rozchodzić na pniu. A były też jakościowo niezłe. I, co dla mnie ważne, tanie w produkcji. Przecież to tylko woda, soda i olej.

Jadłby pan dziś?

Pewnie. Były jednak mozolnie produkowane, a później musiałem je rozwozić rowerem. Szybko kupiłem sobie lepszy, żeby mi było wygodniej. A do wyrabiania masy używałem pralki Frani. Ktoś to jeszcze dziś ma?

Nie wiem, czy ma, ale Polacy na pewno pamiętają. A pan w niej wyrabiał ciasto?

Tak zaczynałem. Kilka lat później były andruty i rożki do lodów. I mogłem postawić prawdziwy zakład, a nie taką atrapę. Pieniądze trzeba inwestować. W Austrii znalazłem maszyny i nowe produkty. To były cukierki karmelowe i bezy. I chciałem je u siebie. Powoli, powoli ludzie poznawali Tago i Tadeusza Gołębiewskiego. Były momenty, że po towar w środku nocy przyjeżdżali. Byle mieć u siebie w sklepie!

A pana to cieszyło?

Jak cholera.

I pojawiły się pieniądze. Duże.

Nigdy tak na to nie patrzyłem. Inwestowałem, a jak było więcej, to odkładałem – kupowałem dolary i złoto. I tak sobie myślę, że bogatszy w życiu to nie byłem już chyba nigdy później. Nie wydawałem nic, bo się ukrywałem z tym. Bałem się, że PRL wszystko zabierze. Coś tam nawet zakopałem dla bezpieczeństwa, a pewnie już nigdy nie odnajdę. (śmiech)

Podróżowałem przynajmniej w tamtych latach. Tu Bułgaria, tu Rumunia, to nawet jakaś Grecja. I zamiast pod namiotem pierwszy raz spałem w hotelach.

Na zachodzie ludzie odpoczywali w innych warunkach, w innym świecie. Obiad? Na miejscu, a nie własnoręcznie gotowany. Mieli basen pod oknem zamiast wycieczki nad morze. Jak nie było pogody, to sobie szli na masaż. I poczułem, że przyjdzie czas na Polskę. System się zawali, Polacy będą zarabiać. Byłem gotowy. I w 1989 roku przyszła ustawa Wilczka – Polacy zaczęli handlować wszystkim, a ja wiedziałem, że czas ruszyć w nową stronę.

Źródło: WP, fot: Mateusz Ratajczak

Ziemi za darmo nikt nie oddawał.

Oj nie. W Giżycku mnie wyśmiali, w Mikołajkach musiałem swoje wychodzić. I wypić przy okazji, bo wtedy interesów bez alkoholu to się nie dało załatwiać.

Czyli jednak wódka z urzędnikiem była!

Ja piłem niewiele, a naczelnik sporo więcej. W efekcie zapominał o tym, co mu mówiłem. I tak w kółko. To była dla mnie lekcja. (śmiech)

W 1991 roku wystartowaliśmy w Mikołajkach: baseny, masaże i prawie 300 pokoi. Tylko klientów brakowało. Pojechałem do Niemiec, bo myślałem, że mnie Niemcy uratują. I uratowali! Na targi jeździłem i przekonywałem biura podróży, że tu w Polsce można dobrze odpocząć. Kiedyś to i 50 autokarów dziennie przyjeżdżało!

Nie tęsknię za nimi. Dziś mamy gości w większości z Polski, znają markę.

Autokary Niemców to jedno, ale tajemnicą nie jest, że w Mikołajkach to gangsterzy z Pruszkowa lubili się bawić. Lubili też luksus, a szukali go u pana.

Nie miałem świadomości, że to są bandyci.

Nie broili?

A to różnie. Dopóki nie wypili, to byli grzeczni. Najczęściej rozrabiali jacyś ochroniarze. Ale ja miałem swoich i to lepszych.

Lepszych?

Tak, zatrudniliśmy ochroniarzy z Rosji. Żadnych tam gangsterów, ale ludzi, którzy dużo widzieli i wiedzieli, jak zachować zimną krew, jak przekonać niegrzecznych do uspokojenia się. Raz nie upilnowali i jedna z pań postanowiła nogami grać na fortepianie. Rozwaliła. Panowie z Pruszkowa przeprosili, zapłacili. Lata 90. to były szalone czasy.

Czyli wiedział pan, jakich ma gości? I nie bał się?

Goście to goście. Większości rzeczy dowiedziałem się lata później. Nigdy interesów nie robiłem, wódki nie wypiłem, a i kawy też nie. Chcieli pieniądze pożyczać, gdy tylko dowiedzieli się, że jest gorsza sytuacja finansowa. A dość szybko się dowiedzieli. Ale nie pożyczyłem. Może i jest ze mnie prosty człowiek ze wsi, ale wiem, jak takie kredyty mogą się kończyć.

Helikopter pan sobie kupił. I do dziś wypominają.

Jak się ma firmy w całej Polsce i wszystkich chce się doglądać, to trzeba szukać oszczędności – czasowych. Dla mnie to jest jak samochód. Jest szybciej, łatwiej i wygodniej. Dziś zresztą nie wytrzymałbym zdrowotnie takich długich podróży. Z Karpacza do Mikołajek, z Mikołajek do Pobierowa? Musiałem mieć coś innego. Kiedyś latałem sam, dziś to już nie te lata.

Na coś wydaje pan pieniądze? Jakieś fanaberie? Samochody, egzotyczne wyjazdy?

Nie.

Sztuka?

Wszystkie obrazy, które posiadałem, w ostatnim roku wyprzedałem. A w kolekcji były i okazy po 400 tys. zł. Sprzedane, by ratować biznes. W kolekcji to i Wojciech Kossak był, ale też poszedł pod młotek. Obrazy sprzedane, złoto sprzedane. Obrączka mi tylko została.

Żona mogłaby się zdenerwować, gdyby pan sprzedał. Żadnych pasji?

Praca jest pasją!

A odpoczynek?

Odpoczywam przy pracy. Gorzej mi, gdy nie pracuję. Przez rok mało pracowałem i od razu podupadłem na zdrowiu.

Na salony się pan nie wybiera?

Nigdy. Jestem za stary, żeby się pchać na salony. I chyba na dobrą sprawę nie rozumiem tych celebrytów. Nie mam się czym popisywać. Coś mam, czegoś nie mam. Według mnie nie ma co podziwiać.

A jak przyjdzie kończyć działalność, bo zdrowie na więcej nie pozwoli?

To się skończę. Po prostu. Tadeusz Gołębiewski może kiedyś się skończyć.

Rodzina usłyszała już plan na taką ewentualność?

A po co? Wiedzą, jak prowadzić biznesy. Poradzą sobie.

Kilka lat temu byliśmy z całą rodziną w Dubaju. Chciałem trochę pobyć z nimi, a przy okazji sprawdzić, jak wyglądają najnowsze hotele. Dla inspiracji, trzeba podglądać światową konkurencję. Później mi wypominali, że to nie był żaden wyjazd, bo co dwa dni zmienialiśmy hotele. Myślałem, że sobie ze mnie żartują. Taka atrakcja! Tyle miejsc! Nie mają chyba większych pretensji, nie będą mi wypominać.

Minister Zdrowia ARESZTOWANY! Niestety – w Kirgizji. Ale za to samo…

22.06.2022 https://prawy.pl/120531-minister-zdrowia-aresztowany-sprawa-jest-powazna/

Ostatnio media poinformowały o aresztowaniu Ministra Zdrowia. Poszło o szczepionki przeciwko COVID-19.

Od czasu wybuchu wojny na Ukrainie temat koronawirusa i szczepionek nieco ucichł. Teraz jednak w mediach na ten temat zrobiło się trochę głośno z powodu aresztowania Ministra Zdrowia w Kirgistanie – Alymkadyra Beishenaliyeva. Poszło o szczepionki.

Według prokuratury Minister Zdrowia kupił aż o 2,5 miliona więcej szczepionek niż rzeczywiście potrzebowano. Spora część szczepionek straciła ważność i została zutylizowana. 

„Chociaż Kirgistan otrzymuje bezpłatne szczepionki na koronawirusa z Chin, Rosji, Azerbejdżanu, Kazachstanu i organizacji międzynarodowych, w 2021 r. kolejne 2 460 000 dawek szczepionek na koronawirusa zostało bezpodstawnie zakupionych od zagranicznych firmmożemy przeczytać w oświadczeniu prokuratury. 

62-letni Minister twierdzi jednak, że jest niewinny, a jego aresztowanie ma podłoże polityczne. Jak informują media Minister jest stronnikiem prezydenta Sadyra Dżaparowa. Prezydent rzekomo robił wszystko, aby 62-latek wypuszczony został z więzienia, jednak ostatecznie nie udało mu się pomóc Ministrowi.