Najgorszym ze wszystkich możliwych sposobów ratowania klimatu na ziemi, jest powierzenie tej życiowo ważnej sprawy największym sprawcom zatrucia naturalnego środowiska. A oni zabrali się do tej sprawy profesjonalnie. Skoncentrowali się na dwóch podstawowych aspektach: propagowanie agendy ochrony klimatu, by przekonać świat o zagrożeniu, oraz zorganizowanie przepływu wielkich pieniędzy, które pod pozorem pomocy dla biednych krajów lądują w formach projektów klimatycznych w korporacjach „obrońców klimatu”. Biednym krajom pozostają długi i ich odsetki, koncernom pozostają lukratywne projekty.
Jak to pomaga środowisku? Wcale nie pomaga – usypia jedynie poczucie winy tych, którzy są obwiniani za wydychanie zbyt dużej ilości dwutlenku węgla, czyli nas, zwykłych mieszkańców naszej planety.
Przez ostatnie pół wieku z powierzchni Ziemi zniknęło 50% lasów tropikalnych.
Żarliwi obrońcy zakłamanej agendy klimatycznej wpadli na nowy genialny pomysł: największym zagrożeniem dla kobiet w ciąży i noworodków nie jest wszechobecna trucizna w wodzie, w powietrzu, w jedzeniu, w szczepionkach i ta rozpylana nad naszymi głowami. Zagrożeniem jest globalne ocieplenie. Dajcie więcej pieniędzy, by ratować naszą planetę! Takie wyzwanie rzucono światu przed listopadową konferencją pseudo=klimatyczną ONZ w Antalii (Turcja).
Pieniądze formalnie płyną do „krajów rozwijających się” – ale nie trafiają w formie gotówki do wiosek. Przepływają przez system, a w systemie tym pracują niemal wyłącznie aktorzy z Zachodu.
Pamiętacie może jeszcze tę szwedzką dziewczynkę z warkoczem? Greta Thunberg – córka matki Deep i ojca State, zdążyła zapomnieć o ochronie środowiska. Postawiła na obronę nacji zagrożonych ludobójstwem. Z marnym efektem. Na jej ostatnim wystąpieniu podczas festiwalu filmowego w Zurychu przybyło aż 40 widzów, podczas gdy 260 miejsc pozostało pustych. Źródło.
Tak, globaliści, Deep State, czy jak ich tam jeszcze nazwać, chwytają się brzytwy, by zyskać jakieś wsparcie w społeczeństwie i kiepsko to im wychodzi. Wprowadzają przy tym jedynie zamieszanie w i tak już bardzo skomplikowanej sytuacji.
Nie wygląda to dla nich dobrze, skoro Trump dogadał się z Putinem i znosi sankcje gospodarcze przeciwko Rosji. Jak na to odpowie Unia globalistycznej Europy? Pewnie kolejnymi bezzębnymi sankcjami, ponieważ europejska biurokracja już od dawna choruje na szkorbut.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Sprawa Moniki Horny-Cieślak, odpowiedzialnej za urzędowe uprowadzenie dwojga dzieci, szybko ulegnie zapomnieniu. Skoro działo się tak właściwie z każdą bulwersującą aferą, dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
Jednak – mówiąc Kisielem – „to nie kryzys, to rezultat”. Cała sprawa pokazała bowiem coś znacznie groźniejszego niż pojedyncze nadużycie władzy: w świadomości postępowej części społeczeństwa instytucjonalny kidnapping przestaje być „ostateczną ostatecznością”, a staje się uzasadnionym środkiem profilaktycznym. Największym błędem byłoby myślenie, że mamy tu do czynienia ze spontanicznym „glitchem” w dobrze działającym systemie. Nie. Fanatyczna aktywistka, wypruwająca sobie żyły, żeby odbierać rodzicom dzieci na podstawie własnych histerycznych odczuć, jest produktem określonej ideologii. A fakt, że znalazła się na tak odpowiedzialnym stanowisku jak rzecznik praw dziecka, jest efektem określonego politycznego dealu. Świadczą o tym zresztą reakcje obronne na aferę, których motywacje można z grubsza podzielić na trzy kategorie.
Pierwsza to oczywiście obrona ludzi władzy za wszelką cenę. Nie jest chyba zaskoczeniem, że przodują w tym osoby odpowiedzialne za linię TVP Info. Wystarczy przypomnieć „cieplarniany” wywiad, jaki Aleksandra Pawlicka przeprowadziła z rzeczniczką. Tutaj właściwie nie ma o czym rozmawiać – jaki jest koń, każdy widzi. Druga, częściowo pokrywająca się z pierwszą, to wręcz patologiczna nienawiść salonu do Kanału Zero, który w jego oczach jest po prostu „ukrytą opcją pisowską” (trudno o większą głupotę).
Trzecia jest jednak najbardziej niepokojąca. To motywacja wynikająca z przekonania, że rodzina jest w gruncie rzeczy systemem opresyjnym. W takim ujęciu ingerencja państwa może więc być traktowana jako „profilaktyka” – i to bez wielkiej straty. Przecież nawet w razie błędu odebranie dziecka ze środowiska uznanego za złe „samo w sobie” nie jest żadną wielką tragedią. Ten sposób myślenia ujawnia się u wszystkich, którzy podnoszą argument o „uniknięciu czegoś gorszego” i wskazują na zamierzchłe, pojedyncze incydenty jako usprawiedliwienie dla tego, co wydarzyło się teraz.
U wszystkich tych, którzy krytykom instytucjonalnego kidnappingu zarzucają prawicowe tendencje do przemocy w rodzinie (Magdalena Biejat), mizoginię (Agnieszka Gozdyra) albo wykorzystywanie dzieci (Janusz Schwertner). Co inteligentniejsi publicyści zdobyli się na bardziej zakamuflowane działania osłonowe. Jak choćby Tomasz Terlikowski, który wytykał „medialny lincz”na rzeczniczce (tak, ten sam Tomasz Terlikowski, który wraz z TVN-owskimi zakapiorami uprawiał pośmiertny lincz na Janie Pawle II).
Zmora Jugendamtu w Polsce
I właśnie te osoby pokazują, jak prawdziwa jest zgrana do bólu fraza: „idee mają konsekwencje”. Jeżeli setki dzieł popkultury, intelektualne wydaliny „zaangażowanych społecznie badaczy”, aktywistki-obsesjonatki, feministki i nieświadome własnego zindoktrynowania „psycholożki” od rana do wieczora wmawiają ludziom, jak straszna i traumatogenna jest rodzina, nic dziwnego, że zmiana postrzegania tej instytucji musi prowadzić do coraz większego przyzwolenia na „ratowanie” dzieci z „rodzinnego piekła”.
Jeśli dodamy do tego bezkrytyczny zachwyt Zachodem, gdzie szaleją zmory w rodzaju Jugendamtu czy Barnevernetu oraz absurdalne rozciągnięcie pojęcia „przemocy” tak, by mieściło się w nim właściwie wszystko, co związane jest z hierarchią i ograniczeniem swobody dziecka, nic dziwnego, że pojawiają się tabuny bojowniczek gotowych przeniknąć do urzędów i stamtąd prowadzić swoją „wychowawczą” rewolucję.
A jaka to rewolucja? Oczywiście „ekspercka”. Opiera się na przekonaniu, że istnieje jakaś „wiedza obiektywna” na temat wychowania dzieci, do której dostęp mają oczywiście tylko wspomniane urzędniczki-aktywistki i współpracujące z nimi „ekspertki”.
I choć trudno odmówić wielu z nich licznych lektur i szkoleń na ten temat, często nie rozumieją one rzeczy zasadniczej: konkretne trendy wychowawcze są przecież także emanacją idei panującego ustroju. Ustrój, jeśli chce się reprodukować, musi wychowywać młodych kapitalistycznych demoliberałów. Najlepiej zaś robić to, przedstawiając własne założenia jako bezstronną wiedzę naukową (bo słowo „ideologia” przecież śmierdzi).
Tym samym NGO-sowe działaczki, urzędniczki i „ekspertki” często nawet nie zdają sobie sprawy, że dysponują zaledwie wycinkiem wiedzy – starannie wyselekcjonowanym pod kątem wymogu „odtwarzania się” systemu kapitałowo-kulturowego. Elementy niewygodne można przecież skrzętnie pominąć.
W systemie liberalnym rozumiany na wszelkie sposoby „autorytaryzm” (również w wychowaniu) jest jednym z najgorszych grzechów. Szkoda tylko, że równie gorliwie nie traktuje się zaniedbywania dzieci przez rodziców pochłoniętych dorobkiewiczostwem, karierą i samorealizacją. To również może być potężne źródło patologii: od uzależnień po zaburzenia psychiczne. Ale nie. To z jakiejś przyczyny jest „mniejsze zło”.
Podział łupów
Jeśli komuś mało dowodów na wpływ „ducha ustroju” na kształtowanie się wyobrażenia o „naukowym wychowaniu”, przypomnijmy, że „libkowa Polska” była gotowa zabierać dzieci rodzicom nie tylko za prawdziwą lub wydumaną przemocowość, lecz również za zbyt ubogie warunki materialne. Proceder ten przerwał dopiero „znienawidzony Zbigniew Ziobro”.
To znakomity przykład priorytetów systemu: status materialny może okazać się ważniejszy niż więzi rodzinne. Jak przystało na system oparty na dyskretnym klasizmie – rodziny ubogie były (i są!) zagrożone odebraniem dzieci właśnie dlatego, że były ubogie. Szczęśliwie nie był to proceder szczególnie rozpowszechniony, ale być może bardziej dzięki rozsądkowi samych starych urzędników niż dlatego, że prawo stawiało tu mocną tamę.
Warto zresztą zadać pytanie: czy ktoś naprawdę ośmieliłby się odebrać dzieci rodzicom wpływowym, posiadającym kontakty, pieniądze i wysoką pozycję społeczną? To chyba pytanie retoryczne.
Wspomnieliśmy wcześniej o politycznym dealu, który sprawił, że osoby pokroju Hornej-Cieślak w ogóle dostały się na tego rodzaju urzędy. Wyjaśnienie wydaje się proste. Otóż w sojuszu lewicowo-liberalnym, przy podziale łupów władzy, liberałom przypadła ekonomia, zaś lewactwu – pola władzy „miękkiej”, kulturowej, które dla liberałów były raczej drugorzędne. Stąd łatwość przyzwalania na pełzającą rewolucję kulturową.
Mechanizm jest banalny: skoro musimy połączyć siły w walce z prawicą, a nas interesuje kasa, trzeba nasycić lewactwo szkołą, uczelniami, polityką seksualną, przepisami rodzinnymi i całą resztą kulturowego frontu. Nas to specjalnie nie interesuje, oni będą zachwyceni, a sojusz jakoś przetrwa.
I dlatego właśnie Barbara Nowacka dostaje posadę „ministry” edukacji, Katarzyna Kotula zostaje pełnomocniczką ds. równości, a Monika Horna-Cieślak – rzecznikiem praw dziecka. Liberałowie (w tym przypadku Donald Tusk) po prostu spłacają swoich sojuszników kosztem dzieci i rodziców. Widać więc, jak toksyczny, a w dłuższej perspektywie zabójczy, jest sojusz lewicy z liberałami.
Pora kopać fosy
Wszystko to pokazuje nam, że zbliżamy się do pewnego rodzaju krawędzi. Procesy, które na Zachodzie doprowadziły do podporządkowania rodziców postępackim modom, a także do normalizacji urzędowego kidnappingu, toczą się również w Polsce. I należy się obawiać, że wychowawcza „ekspertoza” oświeconych działaczek, rosnąca niechęć do instytucji rodziny oraz patosojusz kulturowych rewolucjonistów z białymi kołnierzykami doprowadzą w końcu do ośmielenia urzędowych porywaczy. A co jeszcze bardziej przerażające – do rosnącego społecznego przyzwolenia na ich działalność.
Dlatego stawka społecznej reakcji na uprowadzenie dzieci pary z warszawskiej Białołęki jest tak duża. Ospałość, brak zainteresowania czy aksamitne wybielanie rzecznik to kolejny krok w stronę samowoli „fanatyczek i fanatyków”, którym rodzina kojarzy się raczej z czymś podejrzanym i potencjalnie niebezpiecznym niż z dobrem, bezpieczeństwem i odpowiedzialnością.
Szczęśliwie tym razem emocja społeczna była po stronie rodziców i Kanału Zero, a otwarcie przeciwstawić się jej gotowi byli raczej nieliczni. Nie możemy jednak zakładać, że za każdym razem będzie podobnie.
Jeżeli naprawdę zdajemy sobie sprawę z kierunku, w którym zmierzają przemiany społeczne, potrzeba czegoś więcej niż jednorazowego oburzenia. Potrzebne są trwałe, profesjonalne komórki zdolne przeciwdziałać podobnym przypadkom w przyszłości. Potrzebna jest pomoc prawna, medialna i organizacyjna dla rodziców, zanim jeszcze urzędnik-porywacz zapuka do ich drzwi. A przede wszystkim potrzebna jest kulturowa ofensywa na rzecz „empowermentu” środowiska rodzinnego.
To więc nie koniec walki. To dopiero ostrzeżenie. Pora kopać fosy, wznosić mury, rozciągać zasieki i stawiać wieże strażnicze. Bo tu kończą się abstrakcje. Tu zaczyna się nasze być albo nie być.
Europa – za sprawą fatalnego poziomu jej klasy politycznej, zarówno tej wewnątrz krajów UE, jak i unijnej, została poważnie dotknięta rezygnacją z rosyjskich zasobów energetycznych, a dziś niszczona iest przez tego, kto faktycznie zawsze był jej władcą, ale z powodu starego i głęboko zakorzenionego przekłamania nazywany był przyjacielem.
Oto Trump, w desperackim poszukiwaniuczegoś, co obniżyłoby ceny paliw i ograniczyło spustoszenie, jakie powodują one w jego kampanii wyborczej, zwrócił się do Rosji, by uzyskać olej napędowy i z tego powodu posłał do diabła Zełenskiego wraz z jego europejskimi przyjaciółmi – którzy za wszelką cenę chcą uderzać w rosyjskie rafinerie – co jest jedną z niewielu rzeczy, które pozostały do zrobienia, by podsycić wojnę, która wkrótce wygaśnie. Krótko mówiąc, Europejczyków najpierw nakłoniono do udziału w przygotowaniach do wojny na Ukrainie, potem do wydania setek miliardów na broń i wychodki ze złota, a teraz zostaną pozostawieni własnemu losowi. Można powiedzieć, że wyszli na głupków globalnej wioski.
Wszystko jest paradoksalne w tej sprawie
– ponieważ ataki ukraińskie (na rafinerie rosyjskie) zostały zaplanowane i kierowane przez zachodnie służby wywiadowcze, a w szczególności przez CIA;
– ponieważ szkody zostały wyolbrzymione ponad wszelkie granice przyzwoitości, sugerując, że lokalne niedobory oleju napędowego zadały Rosji śmiertelny cios (a Putin pozwolił im w to uwierzyć, przygotowując pułapkę), podczas gdy teraz okazuje się, że Moskwa może bez problemu sprzedawać swój olej napędowy, tak jak zresztą sprzedaje go innym krajom;
– ponieważ uzgodnione ilości, nawet jeśli dotrą na miejsce, będą stanowiłyzaledwie niecałe dwa tygodnie zużycia w Stanach Zjednoczonych;
– ponieważ nawet gdy operacja ta dojdzie do skutku (bo można mocno wątpić w jej realizację) nie zwiększy ona całkowitej ilości oleju napędowego dostępnego na rynku światowym, a przesunie jedynie miejsce jego wykorzystania.
Słynne “rynki” doskonale o tym wiedzą, ale Donald ma nadzieję, że uda mu się opanować sytuację w ciągu trzech tygodni, które dzielą go od wyborów środka kadencji: zamierza powiedzieć Amerykanom: widzicie, robię coś, by obniżyć ceny. Czy jednak lobby syjonistyczne oraz ścierwa ze służb wywiadowczych rzeczywiście mu na to pozwolą, to już inna sprawa. Tak, czy inaczej, by osiągnąć ten chwiejny cel, dał kopniaka w tyłek swoim przyjaciołom zza Atlantyku.
Podczas gdy kokainistaz Kijowa traktowany jest przez Berlin, Brukselę, Londyn, Paryż – aż po rzymską przekupkę z dzielnicowego targu – jak ogrodowy karzeł, Trump wyrzuca go za burtę: „Myślę, że nadszedł czas, aby Ukraina dostała nowego prezydenta. Zełenski mógł zakończyć tę wojnę wiele razy. Wiele, wiele razy. Ale postanowił tego nie robić”.
Co oczywiście nie jest prawdą, ponieważ Zełenski jest niczym innym jak marionetką w rękach Zachodu już od czasów, gdy wcielał się w rolę prezydenta ludu (tego, który następnie doprowadził do eksterminacji) w serialu telewizyjnym; robi to, co mu każą, ale właśnie dlatego wycofanie poparcia dla „duce” z Kijowa jest równoznaczne z przyznaniem się do porażki. Prezydent Stanów Zjednoczonych, który dzwoni do Putina z prośbą o pomoc, sprawia wrażenie, jakby wyszedł na Plac Czerwony z białą flagą. Przywódca Zachodu przyznaje, że nie może już narzucać nikomu swojej woli, a wręcz przeciwnie – jest zmuszony prosić o pomoc, ogłaszając, że stał się mniejszością na świecie. Chwyt wyborczy wyrywa ogromną dziurę w tkaninie historii.
Do tego dochodzi najnowsza kpina z Europy: w rozmowach, które miały miejsce w ostatnich dniach, pojawił się pomysł odbudowy gazociągu Nord Stream w ramach wspólnego przedsięwzięcia spółek rosyjskiej i amerykańskiej: gdyby więc gaz miał kiedyś znów zacząć płynąć, będzie się to odbywać pod kontrolą firmy amerykańskiej, która oczywiście będzie czerpać jak największe zyski z podwyższania jego cen.
Gdybym był na miejscu obecnych i byłych przywódców europejskich, rozważałbym godne zbiorowe samobójstwo, seppuku jako akt zadośćuczynienia za zrujnowanie życia 400 milionów obywateli Europy. Niestety, zostali oni wybrani właśnie dlatego, że są pozbawieni godności. Pozostaną na swoich stanowiskach tak długo, dopóki ich nie wyrzucą lub dopóki nie zgniją.
Europa nie przechodzi kryzysu. Jest po prostu zablokowana.
Vilfredo Pareto wyjaśniał sto lat temu: historia to cmentarz elit. Arystokracja upada, gdy z niższych warstw wyłania się nowa, bardziej energiczna i lepiej dostosowana do rzeczywistości. Na tym polega jej obieg.
……..
Stwierdzenie „historia jest cmentarzem arystokracji” (często parafrazowane jako „cmentarz elit”) to słynna myśl włoskiego socjologa i ekonomisty Vilfredo Pareto, zawarta w jego „Traktacie o socjologii ogólnej”.
Według Pareto, każde społeczeństwo dzieli się zawsze na mniejszość sprawującą władzę (elitę lub klasę rządzącą) oraz większość, która jest z niej wykluczona (rządzonych). Obieg elit: Elity nie są wieczne. Z upływem czasu tracą energię, umiejętności i cechy niezbędne do utrzymania władzy. Kiedy jedna elita upada, nieuchronnie zastępuje ją nowa elita, która wywodzi się z niższych warstw społecznych lub odnawia się w ramach istniejącej struktury społecznej. „Cmentarz historii“: Historię określa się mianem „cmentarza” właśnie dlatego, że jest ona nieustannym piętrzeniem się klas rządzących, które zakończyły swój cykl życia i zostały zmiecione lub zastąpione przez nowe siły. it.wikipedia.org/wiki/Vilfredo_Pareto
……..
Kiedy ten obieg zatrzymuje się, elita nie pozostaje na miejscu dlatego, że jest silna. Pozostaje tam, ponieważ zapieczętowała drzwi.
W Europie pieczęć ta jest potrójna.
*Pierwsza z nich dotyczy edukacji.*
Nie trzeba być kompetentnym, trzeba mieć odpowiednie referencje. Wszyscy przechodzą tę samą ścieżkę: odpowiednie liceum, studia na Bocconi lub Sciences Po,Kolegium Europejskie w Brugii, program Erasmus, bezpłatny staż w Brukseli, angielski z akcentem. Jest to rodzaj plemiennego mechanizmu przyznawania statusu. Kto nie dysponuje tego rodzaju „rodowodem”, ten nie ma wstępu.
*Druga: ekonomiczna.*
Polityka już się nie opłaca, tylko kosztuje. Potrzebne są lata pracy w fundacjach, think tankach i na niepewnych etatach. Ten, kto pochodzi z niższych warstw społecznych, nie może sobie na to pozwolić.
*Trzecia: instytucjonalna*
Jest to najważniejsza pieczęć.* Nawet jeśli komuś uda się dojść do władzy i chce zmienić zasady, okazuje się, że są one już określone gdzie indziej i nie podlegają modyfikacji: pakt fiskalny, zasada zrównoważonego budżetu zapisana w konstytucji, ograniczenia EBC, dyrektywy, warunki związane z Krajowym Planem Odbudowy (KPO).
Unia Europejska funkcjonuje dla krajowych elit niczym sejf: wrzuca się do niego niepopularne działania polityczne, a potem mówi się: „Europa tego od nas wymaga”.W ten sposób neutralizuje się głos wyborców.
W tym miejscu diagnoza Emmanuela Todda pokrywa się z diagnozą Giorgio Agambena.
*Todd: blokada antropologiczna.*
Według Todda en.wikipedia.org/wiki/Emmanuel_Todd, blokada ta nie ma charakteru wyłącznie politycznego, jest ona antropologiczna. Wraz z masową hiper-skolaryzacją rozpoczętą w latach 90-tych, dyplom nie stanowi już kryterium selekcji. Elita, by pozostać elitą, wymyśla „super-dyplom”. Nie jest to już najlepiej wykształcona część społeczeństwa. To odrębna grupa społeczna.
Odrębna grupa społeczna o trzech cechach:
1. Straciła kontakt z rzeczywistością. Nie wytwarza już niczego. Zarządza symbolami: finansami, prawem, komunikacją, normami. Kiedy rzeczywistość podważa jej tezy (fabryka, która zostaje zamknięta, brak energii, wojna, której nie wygrywa) – nie koryguje swoich poglądów. Zaprzecza rzeczywistości.
2. Stała się moralistką. Ponieważ nie ma już etyki pracy, przekształca dyplom w licencję moralną. Nie mówi już: „moja polityka działa”. Mówi: „moja polityka jest słuszna, inkluzywna, zrównoważona, europejska”.Ten, kto się z tym nie zgadza, nie jest osobą o odmiennym zdaniu: jest osobą niemoralna, niewykształconą, faszystą.
3. Nie rozmnaża się już więcej. Współczynnik dzietności wynosi 1,2. Elita, która nie ma dzieci, nie musi myśleć długofalowo. Może bez obaw likwidować przemysł, energetykę i szkolnictwo.
*Agamben: władza, która już nie rządzi.*
I tu właśnie włącza się Agamben. Co robi taka elita, gdy traci energię życiową?
Nie rządzi już więcej. Zarządza.
Agamben nazywa to trwałym stanem nadzwyczajnym. Normalne zasady – konstytucje, parlamenty, wybory – zostają zawieszone nie w wyniku zamachu stanu, lecz na mocy normy technicznej: rozporządzenia UE. Stan nadzwyczajny. Najpierw sanitarny, potem energetyczny, teraz wojenny. Każdy stan nadzwyczajny usprawiedliwia zawieszenie demokracji.
Władza nie decyduje już o przyszłości. Zarządza tzw. “nagim życiem”. Zarządza ciałami, konsumpcją, przemieszczaniem się, słowami dozwolonymi. Tworzy 15 000 przepisów rocznie, które nikt nie przegłosował, a które wszyscy muszą przestrzegać.
UE jest doskonałą formą tego rodzaju władzy. Jej nie da się kontrolować od dołu – nie można głosować na zmianę Komisji ani traktatów – a z góry jest wszechmocna – decyduje o tym, jak pracujesz, co konsumujesz, co możesz mówić w sieci, z kim możesz prowadzić wojnę.
……..
Nuda vita(z łaciny: nagie życie) to pojęcie filozoficzne spopularyzowane przez włoskiego filozofa Giorgio Agambenaen.wikipedia.org/wiki/Giorgio_Agamben w jego cyklu książek Homo sacer.
Życie biologiczne(zoé):Oznacza samo istnienie, życie czysto fizyczne i przetrwanie, pozbawione jakiejkolwiek roli politycznej, praw obywatelskich czy wartości społecznej. W starożytnej Grecji rozróżniano zoé (fakt bycia żywym, wspólny dla ludzi i zwierząt) oraz bios (forma życia właściwa jednostce lub wspólnocie politycznej). „Nuda vita” to życie sprowadzone wyłącznie do zoé.
Według Agambena, współczesna władza (biopolityka) ma zdolność kontrolowania i zarządzania tym biologicznym życiem, spychając człowieka do stanu, w którym może on zostać pozbawiony praw, a jego egzystencja staje się w pełni podporządkowana decyzjom państwa.
……..
Pareto sądził, że elita, która utknęła w martwym punkcie, upada, ponieważ staje się głupia i zostaje zastąpiona.
Todd i Agamben mówią nam coś bardziej niepokojącego: ona nie upada. Opróżnia się. Pozostaje jak pusta, moralistyczna i agresywna tratwa, która nadal unosi się na wodzie tylko dlatego, że pod nią nie ma jeszcze niczego na tyle zorganizowanego, by ją zastąpić.
Niebezpieczeństwo nie polega na tym, że pozostanie ona na zawsze. Niebezpieczeństwo dotyczy tego, co dzieje się w pustce, którą pozostawia, podczas gdy ciągnie ze sobą wszystkich na dno.
Reakcje na postulat przenoszenia szkodników w stan nieszkodliwości
Kiedy 40 lat temu postulowałem na UJ przenoszenie szkodników w stan nieszkodliwości wprowadzono mnie na ścieżkę dyscyplinarną, poniekąd słusznie zakładając, że to by było szkodliwe dla szkodników (na ogół u władzy). Brak realizacji mego postulatu (połączony z dożywotnim wypędzeniem z uniwersytetu) spowodował jednak (jak można było przewidywać) przetrwanie szkodników i to na wysokich szczeblach domeny akademickiej ale i staczanie się tej domeny do otchłani.
=====================================
W ciągu ostatnich lat zwracałem naturalnej inteligencji na ten problem – bez skutku, ale AI zareagowała natychmiast:
W publicystyce dr. Józefa Wieczorka, pojęcie „wprowadzenia szkodników w stan nieszkodliwy” to metafora oznaczająca oczyszczenie uczelni i świata nauki z osób dopuszczających się patologii – takich jak plagiatorzy, naukowi konformiści, mobberzy oraz dawna nomenklatura partyjna. Jako wieloletni dysydent akademicki i twórca Niezależnego Forum Akademickiego, Wieczorek od dekad postuluje radykalne uzdrowienie polskiego szkolnictwa wyższego.
Według postulatów i diagnoz Józefa Wieczorka, „unieszkodliwienie” szkodników akademickich polega na wdrożeniu następujących działań:
1. Realizacja „feralnego” 13. postulatu z Sierpnia ’80
Wieczorek wielokrotnie przypomina na swoim Blogu akademickiego nonkonformisty, że kluczem do uzdrowienia systemu jest dobór kadry kierowniczej na uczelniach wyłącznie na podstawie kwalifikacji merytorycznych i etycznych, a nie układów towarzyskich, politycznych czy dawnej przynależności do PZPR. Brak rozliczenia tych struktur po 1989 roku uważa za źródło obecnych plag.
2. Pełna jawność i piętnowanie patologii (Lustracja Naukowa)
„Stan nieszkodliwy” osiąga się poprzez odebranie szkodnikom ochrony, jaką daje im akademicka korporacyjność. Środkiem do tego jest:
Upublicznianie przypadków plagiatów oraz nierzetelności badawczej.
Tworzenie publicznych rejestrów i „map patologii”, co Wieczorek realizuje, dokumentując m.in. historię kadr na Uniwersytecie Jagiellońskim.
3. Likwidacja tajności postępowań dyscyplinarnych
Autor ostro krytykuje przetrwanie komunistycznych standardów prawnych w III RP, w tym utajnianie procesów dyscyplinarnych wobec naukowców. Wprowadzenie sprawców w stan nieszkodliwy wymaga transparentnych sądów koleżeńskich, które realnie eliminują z zawodu osoby łamiące etykę, zamiast „zamiatać sprawy pod dywan” w imię ochrony wizerunku uczelni.
4. Zniesienie negatywnej selekcji i ochrona sygnalistów
W obecnym systemie (co Wieczorek opisuje w książce Plagi akademickie) to osoby uczciwe i bezkompromisowe (nonkonformiści) są wypychane z uczelni („czystki akademickie”), podczas gdy „szkodnicy” awansują. Postulat Wieczorka zakłada odwrócenie tego trendu – ochronę prawną dla osób ujawniających nadużycia oraz likwidację mechanizmów kolesiostwa.
Podsumowując: w domenie akademickiej według Wieczorka, szkodnika nie eliminuje się metodami siłowymi, lecz „światłem dziennym” (jawnością), rzetelną ewaluacją etyczną oraz bezwzględnym egzekwowaniem odpowiedzialności za oszustwa naukowe.
==========================================
P.S. W Krakowie zagłosowano przeciwko szkodnictwu i jest optymistyczne, że to młodzi, w tym studenci, nie popierają szkodnictwa (podobnie jak 40 lat temu!) . Szkoda, że nie ma danych odnośnie postawy profesorii , choć wiadomo , że prof. J.Majchrowski bardzo wspierał kandydatkę szkodników. ( 40 lat temu szkodnictwo wspierali wszyscy prof, lub byli obojętni)
Z pełną odpowiedzialnością na tytułowe pytanie odpowiadam – tak! Akcja Wisła 2.0 będzie, już zresztą jest – bezwzględnie konieczna. Tak jak była bezwzględnie konieczna, obecnie potępiana, Akcja Wisła z lat 1947 -1950.
A była ona rzeczywiście bezwzględnie konieczna. Poprzedziło ją wysiedlenie ok. 480 tysięcy Ukraińców w latach 1944-1946 do ZSRR, początkowo dobrowolne, następnie przymusowe, połączone z równoległym przesiedleniem Polaków z terytorium Ukraińskiej SRR w jej nowych, powojennych granicach, do Polski. Nie wszystką ludność etnicznie nie-polską przesiedlono wówczas na Ukrainę, bandy UPA grasowały na południowo-wschodnich obrzeżach Polski, wspierane często przez pozostałą tam ludność rusińską. Władze ówczesne podjęły więc decyzję o Akcji Wisła, by pozbawić bandy UPA wsparcia ze strony ludności cywilnej. Poniższa mapa obrazuje przesiedlenia nie-polskiej ludności podczas tej akcji, choć byli wśród nich i etniczni Polacy z mieszanych związków małżeńskich polsko-ukraińskich (polsko-rusińskich) :
Wysiedlono wówczas ok. 140 tysięcy ludzi. W czasie Akcji Wisła rozbito bandy UPA, nazywające się „sotniami”, liczące ok. 1500 grasantów. Niedobitki poprzez Czechosłowację uciekły na zachód i tam znalazły schronienie i wsparcie zachodnich służb. Blisko 3 tysiące aktywistów OUN – politycznej nadbudowy UPA – uwięziono w Jaworzu. Dzięki Akcji Wisła przestały świecić od roku 1950 łuny w Bieszczadach.
Obecnie niestety nie ma możliwości przeprowadzenia Akcji Wisła 2.0 i to z dwóch powodów:
– Wówczas do przesiedlenia było ok. 140 tysięcy ludzi na tereny całkiem Ukraińcom obce, daleko od granicy z Ukraińską SRR, gdzie zostali rozproszeni bez możliwości utrzymywania ze sobą kontaktów (wtedy nawet telefony stacjonarne były rzadkością i niedostępnym luksusem). Obecnie imigranci z UPAiny zalali całą Polskę, a raczej Ukropolin (o tym za chwilę), jest ich wielokrotnie więcej, dysponują internetem i smartfonami i są świetnie zorganizowani. Ponadto mają wsparcie nie tylko ze strony kijowskiej junty, ale i ze strony władz Ukropolinu.
– W latach, gdy trwała Akcja Wisła, Polska była Polską, a nie Ukropolinem, a władze były zdeterminowane w sprawie rozbicia banderowskich grasantów z UPA, jak i nacjonalistów z OUN – i tego dokonały. We władzach obecnych, a raczej zarządcach Ukropolinu, nie tylko brak takiej determinacji – jest wręcz odwrotnie. Obojętne czy w Warszawie rządcą jest udający patriotów PiS, czy uśmiechnięta koalicja pod wodzą ryżego „Kaszuba” – gorliwie wspierają one, ręka w rękę, jak bliźniacze kibuce, neobanderowską kijowską juntę, czyniąc się na ochotnika sługami UPAiny.
Wspomniałem o Ukropolinie. Zacznę od drugiego członu – Polin.
Dla wielu Polaków były szokiem słowa, jakie wypowiedział o Polsce pełniący wówczas obowiązki Prezydenta RP ob A. Duda (od zawsze nazywałem go Dódą Obłudą), podczas chanukowych harców w rezydencji Prezydenta Polski w roku 2021, w obecności pobratymców jego żony: to jest Polin.
Ale nie byłem tym zaskoczony. Dóda Obłuda był wszak kandydatem PiS na to stanowisko. A znane są wszak zdjęcia z Magdalenki, gdy jeden z liderów nie istniejącego jeszcze wówczas PiS, Lech Kaczyński, siedzi w pobliżu „menory”:
Tu uwaga – rozmowy w Magdalence trwały od września 1988 do kwietnia 1989. Czy zawsze stała na stole atrapa „menory” – nie wiem. Ale zauważyłem coś szczególnego:
Otóż w judaizmie zabronione jest w Talmudzie odtwarzanie siedmioramiennej menory. Jedyny taki egzemplarz istniał w jerozolimskiej świątyni, do czasu jej zniszczenia przez Rzym w roku 70 n.e. Bogobojnym wyznawcom judaizmu dozwolone były świeczniki przypominające menorę, ale pięcio-, sześcio- i ośmioramienne. Chanukowy świecznik przypominający menorę jest dziewięcioramienny. W Magdalence widzimy „menorę” sześcioramienną – zgodnie z nakazami Talmudu. Jak widać, żydowskie frakcje Solidarności i PZPR znały się na Talmudzie i jego nakazów przestrzegały. To wtedy, w Magdalence, położony został kamień węgielny pod budowę Polin, co oficjalnie w roku 2021 potwierdził Dóda Obłuda, stwierdzając: to jest Polin.
A teraz pierwszy człon – Ukro…
W roku 1990 nowo powstały i wybrany senat (celowo piszę z małej litery), w którym zasiadało 99 (na 100 miejsc) reprezentantów opozycji, sprzedajnych „senatorów”, zhańbił się potępiając Akcję Wisła. Zabrakło wtedy niestety Rejtana.
A gdyby nawet się znalazł, nie osiągnąłby nic, jak Rejtan historyczny. Nie wiem, czy to tylko nienawiść do upadłej już wtedy PRL sprawił, że 99 gnid zasiadających w senacie potępiło absolutnie konieczną Akcję Wisła. Ale był to początek budowy Ukro – w połączeniu z Polin. I obecnie mamy właśnie Ukropolin, dla niepoznaki nazywany nadal Polską, III RP czy „wolną” Polską. A taka ona „wolna” jak UPAina jest „demokratyczna”.
I jeszcze refleksja historyczna… Na mocy Unii Lubelskiej z roku 1569, będąca dotąd częścią Wielkiego Księstwa Litewskiego, Ukraina została włączona do Korony.
Odtąd wszystkie najważniejsze, dotyczące jej decyzje, zapadały w Warszawie. Nie ze wszystkim, co Korona na Ukrainie czyniła, Rusini zgadzali się. Zaczęły się powstania kozackie, których wcześniej nie było. Największe z nich, powstanie Chmielnickiego wyniszczyło nie tylko Ukrainę, ale i Koronę. Ugodę Zborowską, kończącą powstanie, Senat Koronny odrzucił. A były tam m.in. takie postulaty:
– W ruskich województwach kijowskim, bracławskim i czernihowskim urzędy miała pełnić tylko ruska/rusińska szlachta prawosławna.
– Przyznanie z urzędu miejsca w Senacie prawosławnemu metropolicie kijowskiemu (wszyscy katoliccy biskupi z urzędu byli senatorami, z prawosławnych ani jeden).
– Zakaz powrotu duchowieństwa unickiego do województw ruskich.
– Usunięcie z nich jezuitów i żydów (ci ostatni, jak kleszcze przyczepieni do polskiej szlachty i katolickiego kleru, zalewali Ukrainę).
Tak więc w czasach po Unii Lubelskiej, gdy Ukraina stała się częścią Korony, wszystkie ważne decyzje jej dotyczące zapadały w Warszawie. Obecnie zbliżamy się do sytuacji dokładnie odwrotnej – na politykę wewnętrzną i zagraniczną Ukropolinu duży wpływ ma kijowska junta, a rządcy w Warszawie potulnie wypełniają roszczenia i żądania płynące z Kijowa.
Nie wiem, jak zakończy się wojna na Ukrainie, ale nie wykluczam, że Rosja albo wyzwoli tereny byłego lewobrzeżnego (aż do Dniepru) Hetmanatu i terenów Noworosji, w tym całego wybrzeża Morza Czarnego, albo przynajmniej stworzy z nich strefę buforową, przejmując nad nimi pełną kontrolę. Ukraina, a raczej UPAina stanie się tworem kadłubowym okrojonym o połowę. Wywoła to wściekłość ukraińskich szowinistów a zwłaszcza piewców Bandery. Widziałem mapy przez nich kreślone, gdzie Ukraina sięga aż po Kraków. Nie przypuszczam, by rządcy Ukropolinu zgodzili się na oficjalne ustępstwa terytorialne, gdyż byłby to dla nich koniec ich „władzy”, ale po co Ukrom przesuwanie granic, gdy powoli cały Ukropolin staje się terytorium przez nich rządzonym. Należy ponadto spodziewać się kolejnych milionów ukraińskich uchodźców, gdy Rosja wyzwoli całą lewobrzeżną i południową część Ukrainy, będące historycznymi terenami Rosji.
Powtórzenie Akcji Wisła z lat 1947-1950 jest niemożliwe, gdyż zalali Ukraińcy już całą Polskę. Ale można zrobić to:
– Deportować na Ukrainę wszystkich Ukraińców okazujących Polakom wrogość, niechęć, popierających kijowską juntę i uprawiających kult Bandery i UPA. //– Deportować wszystkich Ukraińców żerujących na świadczeniach socjalnych. //– Zdelegalizować wszystkie organizacje i instytucje ukraińskie w Polsce, okazujące sympatie pro-banderowskie.
– W Kodeksie Karnym wprowadzić kary za okazywanie w jakikolwiek sposób sympatii wobec UPA. //– Zakazać potępiania Akcji Wisła. //– Na granicy z Ukrainą stworzyć kordon sanitarny uniemożliwiający dalszy napływ ludności ukraińskiej.
Niestety obecnie, gdy w Warszawie rządcami są słudzy UPAiny, przeprowadzenie Akcji Wisła 2.0. Jest oczywistą niemożliwością. Najpierw więc należy oczyścić Polskę, nasz polski dom, z własnych „śmieci”.
Akcja Wisła 2.0 staje się historyczną koniecznością, jeśli Polska ma przetrwać jako Polska, państwo polskie i ojczyzna Polaków. Inaczej staną się Polacy, we własnym kiedyś kraju, podrzędną „większością etniczną”, obywatelami drugiej kategorii. A niestety nie widać żadnej jaskółki zwiastującej nadejście polskiej Wiosny Ludów.
Ostatnio mamy do czynienia z dwoma procesami dotyczącymi mediów. Jeden jest to proces sądowy i dotyczy Onetu i sprawy wytoczonej mu przez prezydenta Nawrockiego, drugi – to proces operacji finansowej gdzieś za Oceanem, której reperkusje – jak to w globalnym świecie – odczujemy i my, mowa tu o zmianie właściciela telewizji TVN.
Ja, jako (były) człowiek mediów nie mogę przepuścić takiej okazji do skomentowania nie tylko tych wypadków, ale i znaków, które z nich wynikają. Są to znaki nieskrywanej już walki politycznej o media, czyli rząd nad duszami Polaków, jeśli ci jeszcze mają duszę. Mówię tu o zbiorowej duszy instynktu samozachowawczego objawiającej się w postaci tzw. opinii publicznej. Do dziś trwają – już coraz bardziej ucichające dyskusje na temat typu „co było pierwsze: jajko czy kura”, – dyskusje o mediach: czy to media podążają za opinią publiczną, serwując miłe jej treści, czy odwrotnie – media swą przemożnością kształtują odbiorców w kierunkach dla siebie wygodnych do skomercjalizowania, a ostatnio – do ideologicznego ukierunkowania. Mowa tu o ucichającej dyskusji, gdyż ten jajo-kurczy dylemat zdaje się być definitywnie rozwiązany, co nie będzie bez znaczenia w przypadku omawiania naszych jak najbardziej realnych przykładów.
Co kręci mediami?
Tak, to media kształtują dość dowolnie publiczność, układając ją w całe paczki czy to do sprzedaży komercyjnych zasięgów, czy to do tworzenia całych baniek ideologicznych, w których pobywają miliony konsumentów, tym razem politycznej papki. Jak wyglądają techniki takiego kształtowania:
Technologiczna wszechobecność. Media muszą być zawsze przy odbiorcy. Komunikacja mobilna święci tryumfy, gdy w rękach podrzędnego odbiorcy znajdują się urządzenia jeszcze pięć lat temu oceniane jako superkomputery. Konsumenci, w tym konsumenci ideologiczni, są pod stałą presją, a właściwie nadzorem mediów, kształtowani nie tylko ich wszechobecnością, ale całymi algorytmami poznawczymi, które uwzględniają wręcz indywidualny poziom preferencji odbiorcy. I tu – uwaga! – preferencji często wdrukowanych na zasadzie sprzężenia zwrotnego spirali: nasza treść – reakcja odbiorcy – korekta treści w pożądanym kierunku – nowa reakcja odbiorcy. I tak bez końca. Jako, że algorytmy oceniają zachowania komunikacyjne odbiorcy – są one w stanie zbadać, uwzględnić jego reakcję oraz skorygować przekaz: zmienić go albo wzmocnić.
Bańkowość. Media sprzyjają tworzeniu się baniek informacyjnych. Są one wykorzystywaną koniecznością. Koniecznością, gdyż treści jest tak dużo, że odbiorca musi mieć przewodnika w jej doborze, wykorzystywane jest to do kształtowania habitatu w bankach, serwowania całych ciągów narracyjnych w oparciu o zaproponowany z zewnątrz system wartości, a właściwie dogmatycznych reguł. Tworzy to sztuczne aksjologie u odbiorców, wywołując – poszukiwane w zamęcie samotniejącego świata – poczucie przynależności, ułudę, że „cały świat myśli jak ja”. Takie bańki pakuje się w całe pakiety i przewiązuje wstążeczką czy to do skomercjalizowania, czy do oddziaływania politycznego. Coraz częściej dochodzi do kumulacji obu wstążeczek.
Zamiana priorytetów. W sytuacji, kiedy większość mediów proponuje swoje produkty „za darmo” odbiorca przestaje być selektorem docierających do niego treści. Kiedyś płacił za pożądane treści, te więc musiały podążać za jego gustem. Dziś jest odwrotnie – skoro media są „za darmo”, to środkiem płatniczym jest uwaga odbiorcy. I to nie tylko kończy się krzykliwą prymitywizacją treści, ale i zawraca busolę zabiegania o kluczowego klienta, którym staje się z odbiorcy mediów – reklamodawca. Jak wszystko dla odbiorcy jest za darmo, to ktoś musi za to płacić – a płatnik staje się dla mediów najważniejszy.
Płatnik polityczny. Coraz częściej mediom płacą politycy. Szczególnie w kampaniach wyborczych, momentach kryzysowych. Ciekawy jest tu też element regulacyjny – państwo, a właściwie władza za pomocą instrumentów ustrojowych, ma narzędzia by wpływać na rynek medialny i może napsuć krwi nie tylko grupom medialnym, ale i pojedynczemu podmiotowi. Media więc, czekając na przedłużenie koncesji, akceptacje zmian właścicielskich, czy regulacje rynku reklam, a ostatnio treści – starają się nie podpaść władzy.
Antycypacja i internalizacja. To ostatni z ważniejszych, bo jest ich wiele jeszcze, aspektów zmian medialnych. Obecnie mamy do czynienia z większą cenzurą niż za komuny. Za komuny cenzor miał twarz, pieczątkę, siedzibę i podpis. Można było przynajmniej wiedzieć kto cię gnębi. Można się było także dowiedzieć, lepiej lub gorzej, coś przeskrobał. Teraz tak nie ma. Algorytmy nastawione nieznaną ręką cenzora używają nieznanych kryteriów oceny treści, zaś odwołania wysyłają na Berdyczów. Do tego, szczególnie w reżymie unijnej dyrektywy DSA, nawet w części ustawy podpisanej ostatnio przez prezydenta – za niedookreślone przewiny w obszarze np. dezinformacji, czy „mowy nienawiści” platformy mogą być poważnie karane finansowo. Powoduje to proces antycypowania w umysłach dziennikarzy i politykach całych redakcji tego, co może się nie podobać anonimowemu cenzorowi, bez znanych nam kryteriów oceny. Taka antycypacja jest ZAWSZE nadmiarowa. Ma jeszcze jedną cechę – tak ustawiona cenzura, mocą jej internalizacji zaczyna być samoregulującym się, wewnętrznym cenzorem, którego istnienie sam cenzurowany wypiera, gdyż stopniowo kryteria tych zewnętrznych i wyobrażonych ocen poprawności politycznej tekstu stają się psychologicznie jego własnymi kryteriami.
Przepraszam za ten „naukawy” wstęp, ale chciałem ustalić pewną bazę terminologii zanim przejdę do wspomnianych przykładów. Chodzi głównie o to, by od samego początku nie bawić się w zaśpiewy o wolności słowa, mediach kształtowanych przez widzów za pomocą treści od odbiorców (tzw. social content), czy nawet o kształtowaniu platform informacyjno-rozrywkowo-aksjologicznych dla określonych grup widzów. Tego rodzaju perspektywą pozostawiam nieświętym naiwnym. Naiwnym, bo to tak nie działa, nieświętym, bo ci o zaśpiewach pięknoduchowych mają pełną świadomość co do brutalnych prawdach reguł własnych baniek.
ONET
Zacznijmy od Onetu. Mamy tu do czynienia z procesem cywilnym wytoczonym wydawcy Onetu przez prezydenta Nawrockiego za rozpętanie całego ciągu narracyjnego w trakcie kampanii prezydenckiej. Zaraz za nim idzie proces karny, tu już przeciwko konkretnym dziennikarzom, gdyż – jeśli potwierdzą się w procesie cywilnym wątki odpowiedzialności któregoś z dziennikarzy, czy wydawców – kwestia kontynuowania tych cywilnych dokonań będzie w procesie karnym łatwiejsza. Od razu zaznaczę, że jestem przeciwny sadzaniu nawet największych szmat dziennikarskich, ale tu sprawa odbywa się wedle dostępnych narządzi.
Nie będę tu rozwikływał całych taktyk procesowych, chęci Onetu do utajnienia procesu, mieszania przy świadkach, wyraźnego medialnego wsparcia własnej wersji w trakcie procesu. Ta sprawa właśnie ma odbywać się poza sądem, wyrok bowiem ma wydać rozgrzana, a właściwie niedogrzana, bańkowa publiczność i kwestie procesowe są tu tylko używane na potrzeby narracyjne. Jak świadkowie nie przyjdą – to okaże się, że ich kibol Nawrocki zastraszył, jak sąd odrzuci świadectwo świadka proponowanego przez Onet, to okazuje się, że to zrobiła neosędzia. Jak ma zeznać przeciwko prezydentowi jakiś ochroniarz to dla Onetu jest to super, zaś jak to ma być powołany przez Nawrockiego szef restauracji w Grand Hotelu, to jest to zgłaszane przez Onet jako świadectwo nieistotne. To zwyczajowe zabawy. Istotne jest co innego.
Operacja Nawrocki
Istotna jest przywołana wcześniej bańkowość. Cała historia – też z ukłonem do wspomnianego wcześniej klienta politycznego – była zrobiona po to, by wpłynąć na wynik wyborów prezydenckich. I to nie na zasadzie schlebiania swojej grupie odbiorców, ale na zasadzie wykonania ideologicznej operacji wpływającej na wybór suwerena, operacji wykonanej na chama, w nadziei na zwycięstwo, a przecież zwycięzców nikt nie sądzi. I tylko dlatego mamy tę sprawę, bo nie wygrał Trzaskowski. To jasne, nawet dla sądu. Sprawa nie byłaby nawet osądzona.
Czy to było na zlecenie Niemców, bo oni mieli i mają interes w prezydencie nie-Nawrockim, czy to było na zlecenie Tusków, czy też po sympatii ojców-założycieli TVN i nowych globalistycznych właścicieli – to już sprawa dla ginącej rasy dziennikarzy śledczych. Ważne, że ewidentnie użyto do tego służb, które maczały swe paluchy w tej operacji. Pozostawiam więc do domysłów, tu Czytelnikowi, czy to była operacja, że tak powiem „prywatna” służb, czy zlecenie poszło jak najbardziej nieoficjalnie, ale służbowo.
W tym wszystkim ważne jest jedno, co umyka obecnemu poziomowi dyskusji o procesie Onet vs. Prezydent. Ja pamiętam w samej końcówce kampanii wyborczej, jak głównodowodzący kampanią oszczerstw przeciwko Nawrockiemu, ten spec od kawalerek i burdeli przyhotelowych, redaktor Stankiewicz zarzekał się, że bez względu na wynik wyborów – będzie drążył temat. Zapowiadał cały serial gotowych już materiałów w odcinkach. I co? I nic. Nic się nie „pociągnęło”, co jednak chyba dowodzi, że nic więcej prócz oszczerstw nie było. Bo jak by było, to by było. W Onecie, w zwierciadlanych mediach typu TVN, czy Wyborcza. Wszystkie wygłodniałe dzióbki wystawały z medialnego gniazdka czekając aż Stankiewicz przyniesie z miasta kolejne rewelacje „postaci znanych”. Gdyby przyniósł COKOLWIEK usłużniacy by to rozdmuchali na cztery strony świata, wycmokali, uekspercili na wizji i była by afera na całego. To Nawrocki by się chował po kątach, nawet Dużego Pałacu. A tak chowa się Onet – za utajnieniem procesu i wskazywaniem, że świadkowie by byli, ale się boją zadzierać z kibolem.
Nic z tego nie będzie
I teraz – uwaga! Proces potrwa długo, bo na tym polegają sądy w Polsce. Nie tylko wszyscy już zapomną, nie tylko wynik nie będzie już spektakularnie zapamiętany. Główna sprawa polega na tym, że jego wynik nie będzie miał znaczenia dla odbiorców. Żadnego. Bańkowcy i tak uwierzą prędzej w dookólne opowieści Onetu niż w spóźniony pewnie wyrok sądu. Za to jeśli Onet wygra – nie będzie ważniejszej dla nich sprawy i sprawiedliwszego sądu. Tak to jest w bańkach. A, powiecie – a nie bańkowcy? No, wiadomo – PiS zatryumfuje, jak Nawrocki wygra, ale tu wszystko pójdzie plemiennie. Wtedy Tuskowie będą utrzymywali, że to ziobrowski neosędzia przekręcił sprawę i tak się można wozić do końca.
Z poszlak i uników wynika, że u Onetu jest słabo z dowodami, bo gdyby te były, to nie padłyby na rozprawie, tylko rok wcześniej – jak obiecywał Stankiewicz – w mediach. A że nie było tego i nie ma – wnioskuję, że nie będzie i dla sądu. Ale to też – uwaga nic nie zmienia. Największą ceną jaką może zapłacić Onet za przegraną jest utrata jego wiarygodności. Ale – jak powiedziano w filmie Shrek – jest to cena, którą Onet jest gotów zapłacić. Czemu? Ano temu, że teraz wiarygodność nie jest już żadną walutą medialną. Jej utrata więc nie strąca medium w otchłań odbiorczego ostracyzmu. Nic podobnego. Prawdziwość przekazu nie jest dziś priorytetem odbiorców, nie tylko hard corowych, danego medium. Priorytetem jest wygoda pobywania w bańce, bez oglądania się na prawdziwość jej konstrukcji. Bańka rządzi, bańka radzi, bańka nigdy cię nie zdradzi. Co bez niej będziesz robił, sam samiuteńki, narażony na ciągła ocenę padających zewsząd strzałów medialnych? Będziesz miał co prawda przechlapane jak w ruskim czołgu, ale będziesz w czołgu, nie jak inni, w pojedynkę, na odkrytym terenie snajperskich narracji.
Wiarygodność nie jest już walutą
Utrata więc wiarygodności przez Onet nic mu nie zaszkodzi, bo nie o to idzie gra. A…, że to dotyczy tylko rozgrzanych bańkowców, zaś ci inni, spoza bańki to już będzie strata, bo tak to się jeszcze wahali, a teraz to do Onetu nie zaglądną? No, tu jest tylko trochę inaczej – niezdecydowani nie chcą się już za bardzo wahać. Raczej stosują taktykę opartą o jedyne słowa, które wypowiada Dulski w dramacie Zapolskiej: „a dajcie wy mi wszyscy święty spokój”. Mainstream specjalnie obrzydza niezdecydowanym zaangażowanie się narracyjne – ci wahający się, zbrodniomyśliciele niezdecydowania mają się tym wszystkim zniechęcić, bo w końcowym – wyborczym rozrachunku – najczęściej mają nie pójdą głosować i zostanie już tylko dobrze ostrzelana wojna dwóch plemion. Bez niespodzianek. Taki więc będzie koniec „sprawy Onetu”, jak zwykle, po staremu, bez rewelacji. Zgodnie z opowiedzianymi wcześniej zasadami zmian w nowych mediach: wyjdzie całe to bańkowianie i upolitycznienie klienta zlecającego. Tak czy siak – nie będzie to na pewno rozprawa o granice wolności słowa, ani o długa rękę prezydenta Nawrockiego, który mści się za niewygodną prawdę. Tyle Onet.
Płonne nadzieje na TVN
Teraz TVN. Też ciekawy przejaw nowego modelu mediów polskich. Ja z rozbawieniem obserwuję to podniecenie po prawej stronie. Jedni powodowani są satysfakcją zemsty, drudzy – nadzieją na zmianę wajchy. Obie postawy są wysoce mylne, aczkolwiek poświadczające o miałkości dylematu obu stron plemiennej Polski. Najpierw zajmijmy się usatysfakcjonowanymi.
Satysfakcja ma polegać na tym, że być może zobaczymy upokorzoną pychę. TVN dokonał jeszcze za PiS-u manewru osłonowego oddając się we właścicielskie ręce Amerykanów. TVN chciał uciec tym samym spod topora PiS-u w ramiona amerykańskie, czyli w ramiona strategicznego partnera rządu Kaczyńskiego. W ten sposób PiS mógł mu nagwizdać, co pokazała nawet bezceremonialna interwencja pani ambasador Mosbacher, gdy tylko mogło coś się stać w sumie amerykańskiej firmie na terenie Najjaśniejszej. Wszyscy skulili wtedy uszy po sobie, a była to błahostka. „Zamach” na TVN, szybko przerobiony w zamach na wolne media, miał polegać tylko na szczelniejszym opodatkowaniu przychodów telewizji, do tej pory transferowanych dzielnie za granicę za pomocą baraku na holenderskim lotnisku. Tylko tyle, i aż tyle, by wystarczyło na histerię w mediach (do dziś pani Monika wita nas w „wolnych mediach”) i widowiskową interwencję ambasador mocarstwa w polskim Bantustanie.
Tak że chłopaki w TVN doskonale wiedzieli w co grają. Ale na pstrym koniu jeździ łaska pańska kapitału. Okazało się, że właściciel poszedł pod młotek i wajcha bezkarności może się odwrócić. A była to fajna wajcha, gdyż TVN to taka Wyborcza sprzed 20 lat: płynęła na parę i na żagiel. Jak jej gazetowa poprzedniczka połączyła dwa, zdawałoby się sprzeczne, cele. Zysk i mieszanie w głowach. Zazwyczaj są to rzeczy sprzeczne, bo wciskanie wody do mózgu to raczej inwestycja, a tu się okazało, że te sprane mózgi dawało się sprzedać na rynku reklam. No cóż, jak ktoś wierzy w posłannictwo takiego Tuska, to i uwierzy w reklamowany środek na nocny syndrom niespokojnych nóg. To może dlatego reklamy komercyjne szerokim łukiem omijają konserwatywne media…
Reklama dźwignią… mediów
Z tą reklama to niby żart, ale warto tu się zatrzymać. Rzeczywiście – reklamy szaleją w mediach lewicowych, co wskazuje na… ideologiczne podejście reklamodawców do biznesu, jednak. Bo gdyby to było tylko komercyjne, to reklamodawcy zauważyliby i konsumpcyjne plany ludzi o konserwatywnych poglądach, poszliby do ich mediów, by sprzedać im maszynkę do golenia, krem do depilacji czy samochód. A tu nie – ten konsument dla nich nie istnieje. I dla tylko wąskiej grupy robi się media, które zaraz jakoś tak szybko robią się zasobne. W przeciwieństwie do konserwatywnych. Działa tu wspomniany mechanizm nie narażania się reklamowego rządowi oraz kompletny zanik reklam ze strony spółek skarbu państwa do plasowania w mediach wrażych rządowi.
Mediami nie rządzą wydawcy, a już na pewno nie dziennikarze. Nie rządzą nawet – uwaga! – reklamodawcy. Rządzą domy mediowe, które dzielą hurtowo kasę pomiędzy media. I jak ten rozdzielacz ma ideologiczne uzasadnienia i intencje, to on ma decydujący wpływ na media, ich treści i modele biznesowe. To tu, nie w redakcjach, nawet nie u klientów marketingowych, należy szukać tej kumulacji decyzji mających kluczowe znaczenie dla kształtu rynku mediowego. I na rynku telewizji rządzą trzy domy mediowe – akurat przy trzech telewizjach: publicznej, Polsatu i właśnie TVN. Co dziwne – zdawałoby się, że domy mediowe optymalizują wydatki klientów, by ci osiągnęli jak najlepszy zasięg wśród swoich konsumentów. To miała być – kiedyś – domena exela i skomplikowanych optymalizatorów, łączących wyniki zasięgowe mediów z profilami odbiorców. A tu się okazuje, że nic takiego. Gdyby tak było, to telewizja Republika miałaby więcej reklam niż TVN24, a nie ma. Pamiętajmy więc, że TVN to również twórca i tworzywo w tej mierze.
Dlaczego więc klienci reklamowi godzą się na takie dysproporcje? To dobre pytanie. Jest tu kilka na raz możliwych odpowiedzi. Po pierwsze – wspomniana chęć do nie podpadnięcia rządowi za reklamę (czytaj dofinansowanie) we wrażych politycznie mediach. Po drugie – mamy już cały przemysł „marketingowego wstydu”, całe organizacje tropiące gdzie to się kto nieprawomyślnie zareklamował, szantażujące bojkotem konsumenckim za plasowanie reklam obok „mów nienawiści”. Po trzecie – co już jest tez prostsze – szefowie marketingu zlecający domom mediowym reklamy swoich firm i produktów to często ideologicznie poprawni lewacy, wykształceni, z wielkich ośrodków, często pochodzący z domów mediowych, na zasadzie „drzwi obrotowych”. Coś takiego jak w Big Farmie i regulatorach rządowych rynku farmaceutycznego. Na końcu jest właściciel, który albo nie wie, albo „jebaćpisi”, albo chce mieć – jak Dulski – święty spokój ze strony wszędobylskiego regulatora.
Gdzie pójdą tefałenowcy?
Teraz wróćmy do tych od nadziej. Nadzieja ma polegać na tym, że nie tylko ujrzy się panią Monikę Olejnik z kartonami z butami pod pachą, wychodzącą ze swego gabineciku „wolnych mediów”, ale na tym, że pogoni się „z prawej” całe to plemię bańkowiczów tefałenowskich. Tylko to jest tak, że – gdyby się to ziściło, w co wątpię – mielibyśmy następującą sytuację: ucieszyłaby się TVP, za to by się zmartwiła Republika. No bo życie nie znosi próżni. Gdzieś ta widownia musiałaby pójść. Poszłaby do publicznej. A nowy, „prawicowy”, TVN zaludniłaby część widowni Republiki. A więc nie ma co się cieszyć, szczególnie z prawej strony. Kwestia przyszłości TVN-u zależy od decyzji właścicieli, czy będą grali na pieniądze, czy na ideolo. Wybór złotego środka może być trudny, choć tu może pomóc rozłożenie procesu w czasie.
Pytanie czy Skydance, nowy właściciel TVN-u, będzie chciał dokonać zwrotu aksjologicznego? Żeby to stwierdzić, to trzeba się przyjrzeć co się stało w USA w podobnym procesie. W końcu to, podobno konserwatywny właściciel, podobno dobry znajomy Trumpa, magnat Ellison, przejął takie zagajniki lewactwa jak CNN. Tam od razu powstała „oddolnie” rada programowa, mająca bronić odwiecznych, czyli poprzednich, czyli lewackich, standardów. Tam tranzycja z prawdy postępowej na konserwatywną będzie się odbywać powoli, gdyż nagły odpływ widowni z powodów sieroctwa ideologicznego może postawić pod znakiem zapytania ekonomiczny sens w końcu wielomiliardowej transakcji. Tak samo będzie pewnie i w Polsce.
Nie ma więc co się cieszyć, wysyłać cefałek do nowych właścicieli, liczyć na powrót prawdy na Wiertniczą. Zobaczymy czy prymat pieniądza zwycięży nad ideolo. Może też być tak, że nowy właściciel sprzeda to komuś, bo do jego – głównie filmowo-producenckiego – portfolio telewizja w jakimś odległym zakątku świata pasuje jak pięść do nosa.
Media jako dual-use
Tak czy siak widać po tych dwóch procesach, TVN i Onetu, że odbywa się walka o rząd dusz i zyski. W obu przypadkach na razie połączone. Pytanie jest tylko takie: co będzie wybrane w przyszłości? Pamiętajmy, że zakup Onetu przez Axel Springer nie polegał na polowaniu na zyski Onetu w Polsce. Ten deal polegał na zysku na giełdzie niemieckiej, gdzie notowany jest Axel. Chodziło o to, że portfolio Axla było wtedy za bardzo „papierowe”, co wpływało na wycenę jego akcji. Kupując Onet niemiecki Axel zwiększył swoje cyfrowe portfolio na tyle znacznie, że wpłynęło to na zwiększenie, lub co najmniej zatrzymanie trendów spadkowych wyceny Axla na frankfurckiej giełdzie. Transakcja TVN to jedynie odprysk wielkiego dealu medialnego za Oceanem.
Z obu tych procesów lokalnie, w Polsce, wyciągane są lokalne wnioski. Większość z nich jest kuriozalna – umoczona w lokalną polityczkę, lub pięknoduchowskie zaśpiewy o wolności słowa, na przemian z mową nienawiści. Publiczność szasta się ideologicznie w swoich bańkach, te są hurtowo przehandlowywane i nie wiadomo, czy takie teksty jak te, mające przetrzeć to szkiełko baniek, by zamknięte w nich ławice mogły zobaczyć świat zewnętrzny – mają jakiś sens. W końcu jak się nie będzie widzieć, po wyczyszczeniu, tego szkiełka oddzielającego bańkę od świata, to można sobie nabić niezłego guza. Nie każdy jest gotów do takich przygód i woli pozostawać w sferze swego komfortu. Ale to nie zwalnia, nie koniecznie bańkowe rybki, ale obserwatorów, od tego, żeby przypominać, że jest ktoś kto sypie karmę, puszcza do środka medialne bąbelki i handluje tymi duszyczkami, w myśl pięknej piosenki Pink Floydów „Whish you were here”:
Grzegorz Ryś, ulubiony ptyś profesora Diabelskiego określił nowy początek. Zorientowani w temacie pewnie się domyślą, że chodzi o nowy początek ery chrześcijaństwa, który moderniści, metodą radioaktywnego węgla, gwoli ścisłości metodą radioaktywnej smoły datują od Soboru Watykańskiego II. A co było wcześniej?
Oszczędzając bardziej wrażliwe umysły Grzegorz Ryś doprecyzował:
Sobór nie był odejściem od tradycji. Był powrotem do tego nurtu tradycji, który jest najstarszy i który wyznacza miarę.
I znów, chcąc, nie chcąc, jestem zmuszony zgodzić się z redaktorem Pawłem Lisickim, który napisał:
“ Kardynał Grzegorz Ryś przyzwyczaił już swoich wiernych do różnych, powiem oględnie, niekonwencjonalnych gestów i wypowiedzi.
Nic dziwnego zatem, że niemal bez echa przeszedł wywiad, jakiego kilka dni temu polski hierarcha udzielił Konstantemu Pilawie w czasie spotkania „Teologia przy winie” w ramach Klubu Jagiellońskiego. Zapis znaczących fragmentów wywiadu pojawił się na stronach „Gościa Niedzielnego” – gość.pl. Mnie najbardziej uderzyło jedno stwierdzenie arcybiskupa Krakowa: „Trzeba czytać całą tradycję Kościoła w świetle nauczania Soboru. Wtedy jesteśmy w Kościele”.
Zakładam, że wielu Czytelników jest już tak otępiałych ze względu na ciągłe obcowanie z kościelną nowomową, iż nie dostrzega rewolucyjności tego stanowiska. A jest ono właśnie rewolucyjne: zamiast odczytywać Sobór w świetle Tradycji polski hierarcha proponuje coś dokładnie odwrotnego: to Tradycja ma być rozumiana w świetle Soboru. Sobór staje się tym samym punktem zerowym, swego rodzaju chwilą narodzenia nowego Kościoła, początkiem i miarą”. /Sobór jako absolutny początek. Kardynał Ryś odkrywa karty/
Teologia przy kieliszku
Prowadząc wywód o Kościele otwartym i zamkniętym, Grzegorz Ryś zakończył myślą ks. Józefa Tischnera: „Może i masz rację, ale jakie z tego dobro?”.
Parafrazując cytat ze starego artykułu Rysia z „Obłudnika Powszechnego” z 2011 r. należałoby, szczególnie w tym kontekście, powiedzieć:
Wywody modernistów rzadko mieszczą się w kategoriach “prawdy”, o wiele częściej – w kategoriach soborowej “racji”.
W Stanach Zjednoczonych w 1937 roku odbyła się ostatnia egzekucja z ograniczonym, ale wciąż publicznym dostępem osób postronnych (Roscoe Jackson w Missouri). Od tamtej pory świadkami wyroków mogą być wyłącznie wyznaczone osoby.
Minęło 89 lat i rząd USA postanowił wznowić tę haniebną tradycję. Ustalono na 3 grudnia 2026 r. termin publicznego rozstrzelania skazanego w roku 2013 na śmierć za zabicie 13 osób w Fort Hood w Teksasie Nidala Hasana.
Egzekucja Nidala Hasana przez rozstrzelanie, zarządzona przez prezydenta Trumpa, odbędzie się w czwartek, 3 grudnia 2026 r., o godz. 13:00 czasu środkowoamerykańskiego (CT) w Fort Hood w Teksasie — miejscu, w którym doszło do masowej strzelaniny.
Pentagon będzie transmitować na żywo egzekucję Nidala Malika Hasana, strzelca z Fort Hood, która odbędzie się 3 grudnia, a eksperci zastanawiają się, czy minister wojny Pete Hegseth nie zamienia kary śmierci w publiczne widowisko. Źródło.
Naturalnie termin decyzji o egzekucji wybrał Trump zupełnie przypadkowo i nie ma to nic wspólnego z wyborami na początku listopada. Proislamskie motywy zbrodni Nadala Hasana, to także przypadek i nie jest to dzielenie świata na tych dobrych, czyli USA i złych muzułmanów. Ależ skąd! Trump jest przecież prezydentem pokoju i nigdy by nie poparł wojny na Bliskim Wschodzie, gdyby nie ta pechowa afera Epsteina.
Powrót do średniowiecza – tak chciałem początkowo zatytułować ten artykuł, ale uznałem, że okres średniowiecza to nie są żadne mroczne dzieje i kojarzenie barbarzyństwa z tysiącem lat burzliwych i przy tym niezmiernie interesujących wydarzeń, jest nieporozumieniem. Tak, w tamtym okresie publiczne łamanie kołem nie należało do rzadkości, jednak nie robiono tego, by poprawić słupki wyborcze kolejnego kandydata na dyktatorski stołek. Tortury stosowano dla odstraszenia innych, potencjalnych sprawców. Metoda jak widać mało skuteczna, skoro do dzisiaj nie brakuje rwących się do czynu zbrodniarzy. [Gdzie twa logika? Toć dziś są bezpieczni.. md]
Christa Pike, skazana na karę śmierci w stanie Tennessee, przeżyła swoją egzekucję. Kobieta żyje i przebywa w szpitalu po tym, jak podano jej dwa śmiertelne zastrzyki, a jej egzekucja się nie powiodła.
Zaledwie kilka dni temu stan Tennessee poddał skazaną za morderstwo Christę Pike nieudanej i bolesnej egzekucji, co jeszcze bardziej zaostrzyło wewnętrzne debaty na temat okrucieństwa i systemowych wad amerykańskiej kary śmierci. Źródło.
Nie poruszam tu kwestii winy skazanych. Zainteresowanym polecam gorąco lekturę powieści Fiodora Dostojewskiego o motywach zbrodni Raskolnikowa. Chciałbym jedynie zwrócić uwagę na coraz bardziej popularny trend za karą śmierci w Europie. Jesteśmy naprawdę gotowi oddać decyzję o życiu i śmierci skorumpowanym sądom?
Gdyby wprowadzono w UE karę śmierci, to jestem przekonany, że pierwsi skazani zostaną politycy opozycji antyunijnej. Za co? To przecież nieistotne w czasach, kiedy tak łatwo podrzucić materiał genetyczny podejrzanego na miejsce zbrodni popełnionej jedynie po to, by pozbyć się niewygodnego i zdobywającego coraz większą popularność w zradykalizowanym społeczeństwie przywódcy niezaprzedanej jeszcze globalistom partii.
Zniszczone życie niesłusznie oskarżonego można przynajmniej w pewnym stopniu naprawić, lecz odebranego życia się ani nie naprawi, ani nie przywróci.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Państwo oddało gospodarkę w prywatne ręce, ale biurokracja nadal kosztuje miliardy.
W 1989 roku w polskiej administracji pracowało około 162 tys. osób. W 2024 roku administracja państwowa i samorządowa liczyła już blisko 446 tys. etatów. W PRL państwo kontrolowało niemal całą gospodarkę. Dziś większość przedsiębiorstw jest prywatna, urzędy są zinformatyzowane, a sztuczna inteligencja wykonuje zadania, które kiedyś wymagały wielu godzin pracy. Mimo tego koszty administracji pozostają wysokie, a w części instytucji zatrudnienie rośnie. Przy deficycie budżetowym liczonym w setkach miliardów złotych warto zapytać: dlaczego technologiczna rewolucja nie przynosi wyraźniejszych oszczędności?
W PRL 162 tysiące, dziś prawie 446 tysięcy. Co się zmieniło?
To porównanie powinno zainteresować każdego podatnika.
W epoce PRL-u państwo zarządzało niemal wszystkimi kluczowymi sektorami gospodarki. Kontrolowało przemysł, bankowość, handel zagraniczny, większość dużych przedsiębiorstw, a także znaczną część usług.
Ministerstwa nadzorowały rozbudowany system przedsiębiorstw państwowych. Dokumenty przygotowywano na papierze, informacje przekazywano tradycyjną pocztą, a komputery były rzadkością.
Według danych GUS w 1989 roku w administracji centralnej i terenowej zatrudnionych było 161,6 tys. osób.
Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Większość gospodarki znajduje się w prywatnych rękach. Banki, zakłady przemysłowe, handel i usługi funkcjonują przede wszystkim na zasadach rynkowych.
Jednocześnie administracja korzysta z elektronicznych dokumentów, zautomatyzowanych rejestrów i coraz bardziej zaawansowanych systemów informatycznych.
A ilu ludzi zatrudnia?
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, przytoczonych w raporcie Najwyższej Izby Kontroli z lutego 2026 roku, w 2024 roku w administracji publicznej pracowało blisko 446 tys. osób w przeliczeniu na etaty.
Z tego niemal 184 tys. etatów przypadało na administrację państwową, a około 261 tys. na administrację samorządową.
Matematycznie oznacza to niemal 2,8 razy więcej etatów niż w 1989 roku. Trzeba jednak pamiętać, że porównujemy administrację działającą w dwóch odmiennych ustrojach, o innym zakresie zadań i strukturze organizacyjnej.
Po transformacji powstały samorządy, rozbudowano administrację powiatową i regionalną, pojawiły się nowe zadania związane między innymi z ochroną środowiska, prawami konsumentów czy funduszami europejskimi. Część obowiązków wykonywanych w PRL przez przedsiębiorstwa państwowe nie była również uwzględniana w statystykach administracji.
Nie zmienia to jednak zasadniczego pytania: skoro współczesne państwo dysponuje nieporównywalnie lepszymi technologiami, dlaczego utrzymywanie jego administracji nadal wymaga tak znacznych zasobów?
Na koszty funkcjonowania państwa składają się przecież nie tylko etaty urzędnicze. To również ministerstwa, wiceministrowie, pełnomocnicy, doradcy, agencje, fundusze, instytuty oraz rozbudowane jednostki organizacyjne.
Dochodzi utrzymanie budynków, wyposażenie stanowisk i wielomilionowe inwestycje informatyczne.
Cyfryzacja miała upraszczać państwo. Tymczasem wciąż trudno ustalić, ile oszczędności rzeczywiście przyniosła podatnikom.
Co pokazują dane? Zatrudnienie w administracji od 2010 roku
Dokładniejsze statystyki pozwalają sprawdzić, jak zmieniała się liczba etatów w najważniejszych instytucjach.
W 2010 roku korpus służby cywilnej liczył 122 989 etatów. W 2022 roku zatrudnienie spadło do 117 488, ale później ponownie zaczęło rosnąć.
W 2025 roku osiągnęło 123 201 etatów, czyli o 5713 więcej niż trzy lata wcześniej. W perspektywie piętnastu lat zatrudnienie pozostało jednak niemal niezmienione.
Ministerstwa. Komputery są coraz szybsze, ale etatów nie ubywa
W 2010 roku w ministerstwach pracowało 13 047 członków korpusu służby cywilnej. W 2016 roku liczba ta spadła do 12 305.
W 2025 roku ministerstwa wraz z Kancelarią Prezesa Rady Ministrów zatrudniały około 14,4 tys. pracowników, bez placówek zagranicznych.
Choć zakres historycznych i współczesnych statystyk nie jest całkowicie identyczny, dane nie wskazują na trwałe ograniczenie zatrudnienia w administracji ministerialnej.
Do tego dochodzą stanowiska polityczne, pełnomocnicy, doradcy oraz koszty funkcjonowania podległych instytucji.
Zatrudnienie w ministerstwach w latach 2010–2025 (w tym w placówkach dyplomatycznych)
Kancelaria Prezydenta. Ponad 400 etatów w epoce AI
W 2017 roku przeciętne zatrudnienie w Kancelarii Prezydenta wynosiło 305 osób, w 2018 roku – 326, a w 2022 roku – 318.
Tymczasem według informacji przekazanych dziennikowi „Fakt”, 28 sierpnia 2026 roku Kancelaria Prezydenta Karola Nawrockiego zatrudniała 402,025 etatu.
Dane historyczne dotyczą średniego zatrudnienia rocznego, a najnowsza liczba przedstawia stan na konkretny dzień.
Były prezydent Bronisław Komorowski zwrócił uwagę, że w dobie sztucznej inteligencji kancelaria powinna zatrudniać mniej pracowników, a nie więcej. Warto jednak pamiętać, że również za jego prezydentury zaplecze administracyjne było rozbudowane.
Zatrudnienie w Kancelarii Prezydenta RP w latach 2010–2026 (dla 2023, 2024 i 2025 NIK potwierdza odpowiednio 421, 421 i 440 etatów, ale dla całej części budżetowej 01, obejmującej również inne jednostki – nie można ich uczciwie dopisać do tej samej serii co etaty samej Kancelarii)
Problem nie dotyczy więc wyłącznie jednego prezydenta czy jednej partii. Politycy zmieniają się co kilka lat. Struktury administracyjne i koszty ich utrzymania często pozostają.
Kancelaria Sejmu. Setki milionów na funkcjonowanie parlamentu
W 2010 roku Kancelaria Sejmu zatrudniała przeciętnie 1196 pracowników administracyjnych. W 2025 roku było ich 1151.
W dłuższej perspektywie zatrudnienie spadło, jednak między 2024 a 2025 rokiem wzrosło o 52 etaty.
Na wykresie ujęci są posłowie, asystenci posłów na etacie i regionalne biura poselskie
Deficyt liczony w setkach miliardów. A gdzie oszczędności?
W 2025 roku deficyt budżetu państwa wyniósł 275,7 mld zł. Po pierwszych ośmiu miesiącach 2026 roku osiągnął kolejne 151,1 mld zł.
Oczywiście administracja nie jest główną przyczyną polskiego deficytu. Ogromne środki pochłaniają obronność, obsługa zadłużenia oraz ustawowe zobowiązania państwa.
Nie oznacza to jednak, że wydatki na funkcjonowanie urzędów powinny pozostawać poza szczegółową kontrolą.
W debacie publicznej pojawiają się szacunki mówiące o około 100 mld zł rocznie na szeroko rozumiany aparat administracyjny. Kwota ta wymaga jednak weryfikacji i wskazania, jakie instytucje oraz wydatki zostały w niej uwzględnione.
Państwo powinno przedstawić obywatelom pełny rachunek kosztów administracji oraz sprawdzić, które zadania i stanowiska są rzeczywiście niezbędne.
Sztuczna inteligencja może dziś analizować dokumenty, przygotowywać zestawienia i automatyzować powtarzalne czynności. Nie zastąpi wszystkich urzędników, ale powinna umożliwiać ograniczanie zbędnych procedur i kosztów.
Nie chodzi o zwalnianie pracowników potrzebnych obywatelom. Chodzi o likwidację dublujących się kompetencji, nieuzasadnionych stanowisk kierowniczych i kosztownych struktur, które nie poprawiają jakości usług publicznych.
Zanim zaczniemy oszczędzać na pacjentach i emerytach, rozliczmy administrację
Polacy regularnie słyszą, że na wszystko brakuje pieniędzy. Brakuje środków na ochronę zdrowia, mieszkania komunalne i poprawę jakości usług publicznych.
Jednocześnie państwo nadal nie przedstawia obywatelom jednego, przejrzystego rachunku kosztów całego aparatu administracyjnego.
Polska potrzebuje silnego państwa, ale siły państwa nie mierzy się liczbą departamentów, pełnomocników i politycznych gabinetów. Mierzy się ją skutecznością działania, jakością usług publicznych i odpowiedzialnością za wspólne pieniądze.
Porównanie z PRL pokazuje, jak bardzo zmieniły się zadania i techniczne możliwości państwa. Nie dowodzi, że dzisiejsze etaty są zbędne, ale uzasadnia pytanie o efektywność administracji.
https://youtube.com/watch?v=gyT4jggAaCw%3Frel%3D0
Dlatego ograniczanie deficytu powinno obejmować również rzetelny audyt urzędów, stanowisk kierowniczych i wydatków na informatyzację.
W 1989 roku urzędnik miał biurko, papier i telefon. Dziś ma komputer, dostęp do ogromnych baz danych i coraz częściej narzędzia sztucznej inteligencji. Technologia zmieniła niemal wszystko. Najwyższy czas sprawdzić, czy równie głęboko zmieniła sposób organizacji pracy państwa.
Zanim politycy zaczną szukać kolejnych oszczędności w kieszeniach obywateli, powinni najpierw sprawdzić, ile kosztuje utrzymanie ich własnych struktur. Bo cyfryzacja, która nie upraszcza biurokracji, jest modernizacją tylko z nazwy.
Na podstawie: GUS, NIK, Szef Służby Cywilnej, MF, Kancelaria Sejmu, Fakt.pl Źródło: Trybuna.info
Rząd dewiantów, degeneratów, ćpunów będzie chciał wyciszyć kolejną aferę…”.zamachem” na psychopatę z Sopotu.
Co znaczy informacja rzecznika służb na X (!) o możliwym zamachu na Tuska i Kosiniaka?
Czy poważne państwo w ten sposób komunikuje się ze społeczeństwem? Czy raczej. jak zawsze w przypadku Tuska, chodzi o propagandę i manipulacje?
Przecież nawet gdyby było jakieś realne zagrożenie (notabene trzeba się z nim liczyć zawsze), to nie robi się z tego medialnego cyrku? A jeżeli się robi, to znaczy jak zawsze, że chodzi o co innego… na klęskę w Krakowie to nie pomoże, ale żeby spacyfikować opozycję – nie wykluczone…
Informacja o możliwym zamachu na Tuska i szefa MON Kosiniaka-Kamysza przyszła do policji… mailem – informuje radio Z
Już widzę, jak służby jawne, tajne i dwu-płciowe gorliwie teraz sprawdzają po IP wszystkie emerytki.
Ponieważ mamy do czynienia z cyniczną ekipą ludzi, dla których manipulacja i polityczny PR są jedynym narzędziem trwania u władzy, oczekuję, że media takie jak szczujnia TVN24 i ta w likwidacji postawią publicznie następujące pytania w sprawie „zamachu na premiera”: Czy sygnał został wstępnie potwierdzony przed publikacją komunikatu? Kto zdecydował o jego upublicznieniu? Jaki konkretny efekt bezpieczeństwa miała przynieść ta publikacja? Czy decyzję skonsultowano z ABW i SOP?
Czy opinia publiczna otrzyma aktualizację po ocenie wiarygodności zagrożenia? Jaką korzyść operacyjną lub ochronną przyniosło publiczne ogłoszenie możliwości zamachu na najwyższych przedstawicieli władz, zanim przedstawiono wyniki weryfikacji zagrożenia?
PS. Zamachowcy nigdy nie ryzykują ataków na politycznych trupów, którzy już jedną nogą leżą w politycznym grobie, Tusk opowiadając pierdoły o zamachu na siebie chce podjąć próbę wstania z tego grobu, chce być niby ważny.
Psychopato z Sopotu, Jak ogłaszasz, że ma być na ciebie zamach, a w reakcji cały kraj się śmieje, to zastanów się, co poszło nie tak.
Zauważmy, że równolegle od tygodnia trwa fala krwawych występów nożowników. Najpierw działo się to tylko w szkołach. A ostatnio, na przykład w Warszawie i w Nowym Sączu nożownikami są również czterdziestolatki.
Z całą pewnością nie jest to przypadkowy zbieg okoliczności. Ktoś, jakaś służba, tą erupcją rzezi – i strachu – steruje. Razem z tym humorystycznym „zamachem” wygląda to, jak nieudolna powtórka z ataku na Szkołę Pożarnictwa na Żoliborzu w grudniu 1980 roku.
Jakoś ukryć katastrofę budżetu? Czy również inne, groźniejsze ataki/naciski „władców z zewnątrz”? Co chcą nam wywinąć??
Bilion czterysta milionów złotych – o tyle wzrośnie zadłużenie Polski pod rządami koalicji 13 grudnia. Wczoraj w Sejmie nowego projektu budżetu bronił minister finansów, który przez opozycję został nazwany Andrzejem „Dziurą” Domańskim. – Na sfinansowanie wydatków zaciągamy w jednej trzeciej dług. Jesteśmy najszybciej zadłużającym się krajem z olbrzymimi kosztami obsługi długu – mówi „Codziennej” Zbigniew Kuźmiuk z PiS.
W 2027 r. deficyt państwa polskiego ma wynieść 281 mld zł. Rząd Donalda Tuska zaplanował na wydatki 977,6 mld zł, podczas gdy zarobi dla budżetu jedynie 696 mld zł.
Same wydatki na obronność mają sięgnąć 198 mld zł, czyli 4,5 proc. PKB. W budżecie zaplanowano wzrost PKB na poziomie 3 proc. i inflację średnioroczną na 2,8
W sobotę 10 października 2026 roku prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump ostro skrytykował prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, twierdząc, że wielokrotnie miał on szansę zakończyć wojnę z Rosją, lecz z tych okazji nie skorzystał. Wypowiedź padła przed Białym Domem podczas rozmowy z dziennikarzami, dzień po ogłoszeniu przez Trumpa porozumienia z rosyjskim prezydentem Władimirem Putinem w sprawie dostaw rosyjskiego oleju napędowego na rynki światowe.
Trump stwierdził: „Sugeruję, żeby znaleźli nowego przywódcę, który będzie w stanie zawrzeć porozumienie, ponieważ mógł zawrzeć wiele umów, a z jakiegoś powodu nigdy tego nie robi”. Dodał, że nadszedł czas, aby Ukraina wybrała nowego prezydenta. Amerykański lider argumentował, że pod rządami Zełenskiego Ukraina straciła 30 procent terytorium, a liczba ofiar i osób przemieszczonych sięgała według niego ponad miliona osób po obu stronach oraz łącznie ponad dwóch milionów zabitych. Podkreślił, że wojna nigdy nie powinna była się rozpocząć i że gdyby sprawował urząd prezydenta w 2022 roku, konflikt nie wybuchłby z powodu niekompetencji.
Trump mocno skrytykował ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie. Powiedział, że ostrzegał Kijów: „Możecie robić z Rosją, co chcecie. Nie atakujcie tych rafinerii, bo to problem dla całego świata”. Dodał: „On lepiej niech, do cholery, przestanie”. Amerykański prezydent obarczył Zełenskiego odpowiedzialnością za wysokie ceny oleju napędowego w USA, pomijając lub bagatelizując wpływ trwającej wojny z Iranem na globalne rynki energetyczne. Według danych AAA średnia cena diesla w USA wynosiła w tym okresie około 6,28 dolara za galon.
Porozumienie z Putinem, ogłoszone w piątek 9 października, przewiduje natychmiastowe dostawy ponad 300 tysięcy ton rosyjskiego oleju napędowego na rynek amerykański i światowy, kolejne 500 tysięcy ton w listopadzie oraz milion ton bezpośrednio po tym terminie. Dodatkowo, w zależności od stanu rosyjskich rafinerii uszkodzonych przez ukraińskie ataki, może dojść do dostawy kolejnych trzech milionów ton. Łącznie mowa o około 4,8 miliona ton. Departament Skarbu USA wydał tymczasową licencję zawieszającą sankcje na rosyjski diesel do 7 kwietnia 2027 roku, choć inne restrykcje wobec rosyjskich aktywów pozostają w mocy.
Trump podkreślał, że dzięki tej umowie oraz amerykańskiej kontroli nad Cieśniną Ormuz ceny paliw spadną bardzo szybko. Putin potwierdził gotowość Rosji do dostaw ropy i produktów naftowych. Umowa stanowi odejście od polityki presji na Moskwę i jest postrzegana jako próba obniżenia cen przed listopadowymi wyborami śródokresowymi w USA, gdy koszty energii pozostają wrażliwym tematem dla wyborców, w tym rolników i kierowców ciężarówek.
Zełenski nazwał porozumienie prezentem dla Putina i inwestycją w wojnę, którą trzeba zakończyć, a nie przedłużać. Wskazywał, że Rosja odpłaci się dalszym terrorem – w dniu wypowiedzi Trumpa rosyjskie ataki zabiły co najmniej 20 osób w regionie zaporoskim. Ukraińska delegacja skróciła wizytę w USA. Minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha bronił Zełenskiego, stwierdzając, że ma on poparcie ukraińskiego narodu, który ma prawo sam decydować o swoim przywódcy.
Image
Niezależne szacunki wskazują, że Rosja kontroluje około 20 procent terytorium Ukrainy, a nie 30 procent, jak podał Trump. Dane o ofiarach są trudne do zweryfikowania i często zawyżane przez obie strony; brytyjskie źródła wojskowe mówiły o około pół miliona zabitych rosyjskich żołnierzy, bez precyzyjnych danych dla Ukrainy. Front pozostaje w dużej mierze w impasie od pełnoskalowej inwazji Rosji w lutym 2022 roku, a obie strony prowadzą intensywną wojnę powietrzną – Ukraina atakuje rosyjską infrastrukturę energetyczną, by ograniczyć wpływy finansujące armię, a Rosja odpowiada atakami na ukraińskie miasta i energetykę.
Rosyjscy oficjele, w tym specjalny wysłannik Kiriłł Dmitrijew, pozytywnie przyjęli słowa Trumpa, twierdząc, że dołącza on do osób uważających, że Ukraina potrzebuje przywództwa skupionego na pokoju. Europejscy sojusznicy Kijowa wyrazili zaniepokojenie umową na diesel i potwierdzili przywiązanie do sankcji. W tle pozostają wcześniejsze próby dyplomacji, w tym spotkania wysłanników Trumpa z ukraińskimi przedstawicielami oraz wcześniejsze napięcia między Waszyngtonem a Kijowem.
Wypowiedzi Trumpa podkreślają jego priorytet, jakim jest obniżenie kosztów energii dla Amerykanów kosztem dalszej izolacji Rosji. Dla Ukrainy, która od ponad czterech lat broni się przed inwazją, oznacza to sygnał o zmianie amerykańskiego podejścia i rosnącej presji na ustępstwa. Podważa to narrację o jednolitym wsparciu Zachodu i rodzi pytania o przyszłość pomocy wojskowej oraz możliwości zakończenia konfliktu na warunkach akceptowalnych dla Kijowa. Sytuacja energetyczna, z cenami ropy Brent powyżej 100 dolarów za baryłkę, pozostaje powiązana zarówno z wojną ukraińską, jak i szerszymi napięciami na Bliskim Wschodzie, co komplikuje kalkulacje polityczne w Waszyngtonie przed wyborami.