„Jakże liczni są, niestety, nie tylko między dziećmi, ale także pomiędzy dorosłymi i starcami, którzy bezwzględnie nic nie wiedzą o głównych tajemnicach wiary, i którzy, słysząc imię Chrystusowe, odpowiadają: «Który jest […] abym weń uwierzył?»” (św. Pius X, encyklika Acerbo nimis).
„Najświętsza Ofiara Mszy jest aktem najwyższego kultu, jaki stworzenie może złożyć Bogu, i źródłem, z którego spływają na świat najobfitsze łaski”
18 października br., w 21. Niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego, ks. Karol Stehlin FSSPX, przełożony Dystryktu Polski, poświęcił nową kaplicę pw. św. Piusa X w Krakowie.
Około pięciuset wiernych uczestniczyło w tych doniosłych uroczystościach.
Ceremonia rozpoczęła się pokropieniem murów w porannym, acz ciągle jeszcze ciepłym, październikowym słońcu. Istotą obrzędu jest wyłączenie budynku z użytku świeckiego i oddanie go na wyłączną służbę Bożą. Po poświęceniu wnętrza i ołtarza, ks. Stehlin celebrował uroczystą inauguracyjną Mszę św., uświetnioną śpiewem krakowskiej męskiej scholi. Podniosły nastrój wzmocniło płomienne kazanie. „Oni mają kościoły, my mamy wiarę” – te słowa św. Atanazego przytoczył w homilii ksiądz przełożony, mówiąc o tym, że wiara jest fundamentem całego naszego życia i że to dla wiary przybyliśmy dzisiaj do tej kaplicy.
Przypomniał także, że już od ponad trzydziestu lat katolicy w Polsce poszukując opieki duchowej i czystej nauki bez domieszki herezji, fałszu czy wręcz bluźnierstwa, adaptują na kaplice różnorakie obiekty – niegdyś garaże, dzisiaj ogromne hale ‒ by uczestniczyć w najważniejszej dla katolika modlitwie: Mszy św. odprawianej godnie.
„Z tych oto zaślubin fałszywej filozofii z wiarą narodził się ich system pełen tylu i tak wielkich błędów”, pisał w encyklice Pascendi dominici gregis św. Pius X. Błędy dzisiejszego Kościoła zmuszają wiernych do poszukiwania prawdy poza własnymi parafiami. Nie przypadkiem na patrona nowej krakowskiej kaplicy został wybrany św. Pius X; to jego prosimy o wstawiennictwo i pieczę nad naszym duchowym rozwojem.
Kaplica przy przeoracie, który mieści się w podkrakowskim Libertowie, już od dłuższego czasu z trudem mieściła wiernych przybywających na niedzielne i świąteczne Msze św. Z każdym miesiącem wzrasta liczba osób poszukujących prawdziwej nauki katolickiej, którzy trafiają pod opiekę Bractwa św. Piusa X. Za wstawiennictwem św. Józefa wierni modlili się wytrwale o nowy kościół w Krakowie. Po dwóch latach od otwarcia kaplicy w Libertowie, Opatrzność zrządziła, że znaleziono odpowiedni lokal do adaptacji ‒ wnętrze magazynu zostało przekształcone w miejsce godne sprawowania kultu Bożego. Dzięki pełnej mobilizacji do ciężkiego, pełnego poświęcenia wysiłku, halę magazynową udało się przygotować na czas.
Ochotnicy pracowali przez wiele dni, od rana do późnych godzin nocnych, a determinacja i poświęcenie osób, które wykonały instalację elektryczną, prace stolarskie, malarskie i inne, niezbędne dla funkcjonowania kaplicy, a także ofiarnych niewiast, które wiele godzin poświęciły na czyszczenie, sprzątanie, wykończanie i upiększanie, przyniosły wspaniały efekt ‒ piękne wnętrze, którego zdjęcia zamieszczamy w fotorelacji.
Kościół jest domem modlitwy, w którym sprawowane są najświętsze tajemnice religii, „nic zatem nie powinno wydarzyć się w świątyni, co by przeszkadzało, lub choćby tylko zmniejszało pobożność i skupienie ducha wiernych – nic, co by stanowiło słuszną przyczynę niesmaku lub zgorszenia, a nade wszystko nic, co by wprost obrażało powagę i świętość kościelnych czynności i tym samym stawało się niegodnym domu modlitwy i majestatu Bożego”. Te słowa Patrona naszej kaplicy z motu proprio Tra le sollecitudini zobowiązują nas wszystkich do zwiększenia starań, aby także zewnętrznie okazywać Panu Bogu najwyższą cześć, szczególnie dbać o ten nowy dom Boży i zachowywać się w nim godnie.
Nie bez znaczenia jest fakt, że nowa kaplica zlokalizowana jest bliżej centrum, a komunikacja miejska umożliwia dojazd osobom niezmotoryzowanym z różnych stron Krakowa.
Po zakończeniu Mszy św. wierni mieli okazję do wzajemnego dzielenia się radością. Dotychczas, w Libertowie, w niedzielne poranki odprawiane były trzy Msze św. To, a także duża liczba nowych wiernych, sprawiało, że niektórzy nie znali się nawet z widzenia. Nowa krakowska kaplica daje większe możliwości zbratania się wiernych związanych z Bractwem. Kapłani będą tu odprawiali w niedziele i dni świąteczne dwie Msze św. (jedną rano, drugą wieczorem), a nie, jak dotychczas, w Libertowie ‒ cztery.
Jest wiele powodów do radości, gdy powstaje nowe miejsce poświęcone Panu Bogu: możliwość uczestniczenia jednocześnie wielu wiernych w Najświętszej Ofierze; piękne nowe wnętrze obiektu sakralnego; podjęty, Panu Bogu na chwałę, wysiłek włożony w prace przekształcające magazyn w miejsce kultu; bycie częścią społeczności wiernych tradycji katolickiej; a nawet piękna, słoneczna pogoda w to niedzielne przedpołudnie.
Dziękujmy Panu za te hojne dary, którymi pozwala nam się cieszyć!
Za wstawiennictwem św. Piusa X prośmy, by nic nie umniejszało naszej radości z możliwości oddawania czci Panu Bogu w nowej kaplicy.
Zobacz równieżgalerię zdjęć autorstwa Jakuba Pyzika.
W przekazie środowisk lewicowych francuskie rozruchy opisuje się jako „protesty studenckie i ucaniowskie”. Brzmi niewinnie, prawda? Od razu widzimy młodych ludzi z plecakami, podręcznikami pod pachą i głowami pełnymi ideałów, którzy domagają się lepszej przyszłości. Problem w tym, że gdy na ulicach dochodzi do grabieży, podpaleń i niszczenia mienia, opowieść o „młodzieżowym buncie” zaczyna przypominać opowieść o stonce zrzucanej na Polskę przez Amerykanów. Niestety, także w Polsce pojawił się ten scam.
Francuskie miasta płoną ale wciąż znajdują się ludzie, którzy nawet widząc niszczone budynki, splądrowane sklepy i ulice zamienione w pobojowisko, potrafią opowiedzieć historię o rzekomo pięknym społecznym buncie. Wystarczy odpowiednio dobrać słowa, najlepiej takie, które brzmią postępowo, ekologicznie i rewolucyjnie. Wtedy zwykły czytelnik może jeszcze pomyśleć, że oto na ulicach Francji odbywa się seminarium z socjologii, tyle że z udziałem koktajli Mołotowa. Taka jest właśnie magia propagandy, którą uprawia m.in. portal Świat OZE.
Nie ma niczego niezwykłego w tym, że uczniowie i studenci mogą protestować przeciwko decyzjom rządu. W tym jednak przypadku studenckie postulaty i legalne protesty stanowiły jedynie pretekst do nowych rozruchów dokonywanych przez ściągniętych z Afryki i Azji trzecioświatowych, roszczeniowych i leniwych gołodupców.
Już samo słowo „protesty” jest pewną manipulacją. Pozwala bowiem przykryć niewygodne pytania. Kto konkretnie dokonuje grabieży? Kto podpala samochody i budynki? Kto wykorzystuje demonstracje jako okazję do zwykłego rabunku? I wreszcie: ilu spośród sprawców rzeczywiście uczestniczyło w organizowanych przez uczniów i studentów manifestacjach, a ilu przybyło tam po prostu po to, żeby wykorzystać okazję i bezkarnie niszczyć oraz kraść? Na te pytania nie odpowie nam żaden lewicowiec z francuskiego rządu ani sam prezydent Emmanuel Macron.
Niedorzeczne jest ponadto udawanie przez główny nurt, w tym francuskie i polskie media, że niemal każdy uczestnik ulicznych rozruchów to idealistyczny student, który przypadkiem znalazł się obok podpalonego ratusza i omyłkowo wyszedł ze splądrowanego sklepu z cudzym towarem.
Dla wyznawców lewicy rzeczywistość jest często zbyt trudna do zrozumienie, dlatego potrzebują przekazu dnia, słów-kluczy, aby wiedzieć co myśleć i mówić na dany temat. Jeśli ktoś występuje przeciwko państwu – należy go nazwać bojownikiem o wolność. Jeśli kradnie – wystarczy opowiedzieć o nierównościach społecznych. Jeśli niszczy cudzą własność – należy poszukać jakiegoś głębszego kontekstu i walki z uprzywilejowanymi klasami, bo przecież każdy bogacz to złodziej, któremu trzeba zabrać. A jeśli sprawca pochodzi ze środowiska, które nie pasuje do opowieści o tolerancji i wielokulturowej idylli, najlepiej zmienić temat.
W tym świecie złodziejstwo może zostać przemianowane na spontaniczną redystrybucję dóbr, wandalizm na radykalną ekspresję społeczną, a podpalenie budynku na dramatyczny krzyk osób „wykluczonych”. Czekamy jeszcze na ogłoszenie, że rozbijanie witryn sklepowych to nowatorska metoda walki z konsumpcjonizmem, a podpalanie samochodów stanowi ambitny program dekarbonizacji transportu. W końcu trudno o bardziej ekologiczny samochód niż taki, który właśnie zamienia się w kupę dymiącego złomu. Ten sprzęt nie zajedzie już dalej niż na złom, a zatem nie wyprodukuje śladu węglowego w straszliwych ilościach.
Najzabawniejsze jest jednak to, że podobna narracja bywa sprzedawana przez środowiska, które uwielbiają pouczać innych o odpowiedzialności, solidarności i trosce o wspólne dobro. Wspólne dobro najwyraźniej kończy się tam, gdzie zaczyna się potrzeba krytyki i deportowania imigranckich przestępców. Wtedy odpowiedzialność staje się represją, policjant wrogiem ludu, a złodziej niepokornym uczestnikiem koniecznych przemian społecznych.
Nie, nie każda osoba biorąca udział w zamieszkach, by kraść i niszczyć francuskie duże miasta, jest automatycznie „ofiarą systemu”. Ubogi człowiek nie ma obowiązku być świętym, ale bieda nie daje też nikomu prawa do plądrowania sklepu. To naprawdę nie jest skomplikowana zasada, choć dla lewicowych ideologów może stanowić poważne intelektualne wyzwanie. Z kolei dla trzecio-światowców jest to kompletna abstrakcja.
Nazywanie ostatnich wydarzeń we Francji „protestami studenckimi”, jest chwytem czysto propagandowym. Pozwala przykleić etykietę szlachetnego buntu do obrazów, które wymagają rozliczenia sprawców przed sądem karnym.
================================================
NASZ KOMENTARZ: Europejskie ulice nie potrzebują ekologicznej mitologii czy komunistycznych fantazji o spontanicznej redystrybucji. Potrzebują porządku, bezpieczeństwa i państw, które potrafią egzekwować prawo, bez robienia z nachodźców świętych krów. Polskojęzyczni entuzjaści światowej rewolucji mogliby przy okazji wykonać niewielkie ćwiczenie intelektualne: spróbować wyobrazić sobie, że ofiarą grabieży jest ich własne mieszkanie, podpalony został budynek należący do ich rodziny, a zniszczony przez trzecio-światowców samochód wzięli na kredyt i będą musieli go spłacać pomimo że zakup nie nadaje się już do niczego.
Być może wtedy odkryliby, że rewolucja oglądana na cudzy rachunek smakuje znacznie lepiej niż ta, której rachunek trzeba zapłacić samemu. Przestępca jest po prostu przestępcą – nawet jeśli ideologiczna wyobraźnia bardzo chciałaby przyznać mu stypendium za działalność rewolucyjną.
337 milionów złotych – taką kwotę miała przywłaszczyć ukraińska grupa przestępcza zajmująca się praniem pieniędzy pochodzących z cyberoszustw. Polskie służby zatrzymały dziewięć osób, w tym ośmiu obywateli Ukrainy i pomagającą im obywatelkę Białorusi. Sprawą zajmuje się Prokuratura Regionalna w Łodzi, a podejrzanym grozi nawet 15 lat więzienia.
Ukraiński gang wyprał w Polsce 337 mln zł jednak ostatecznie [?? md] został rozbity. Akcja była wspólnym przedsięwzięciem funkcjonariuszy Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości, Straży Granicznej oraz Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Według śledczych grupa działała w niemal całej Polsce, a jej członkowie mieli jasno podzielone role. Na czele struktury stał 34-letni tzw. „uchodźca wojenny” z Ukrainy, który podejmował kluczowe decyzje dotyczące przyjmowania pieniędzy i ich dalszego transferowania w kraju oraz za granicę.
Proceder trwał od lutego 2025 roku do lipca 2026 roku. Pieniądze pochodziły z oszustw internetowych, między innymi związanych z fałszywymi platformami inwestycyjnymi, kryptowalutami oraz innymi metodami wyłudzania środków. Według prokuratury kurierzy odbierali gotówkę w wyznaczonych punktach, posługując się fotografiami przedartych banknotów z widocznymi numerami seryjnymi. Dodatkowe kody pozwalały weryfikować osoby przekazujące pieniądze.
Następnie gotówka trafiała do kantorów, gdzie – jak ustalili śledczy – transakcje realizowano z pominięciem procedur przeciwdziałania praniu pieniędzy. Część środków wpłacano na rachunki bankowe, skąd trafiały dalej do powiązanych podmiotów. Pieniądze przewożono również za granicę, ukrywając je w specjalnie przygotowanych skrytkach samochodowych. Kolejnym sposobem maskowania ich pochodzenia miały być fikcyjne zakupy złota. Ostatecznie znaczna część środków miała trafiać do kryptowalut.
Podczas przeszukań mieszkań, biur i kantorów funkcjonariusze zabezpieczyli gotówkę oraz złoto o łącznej wartości przekraczającej milion złotych. Zarekwirowano również telefony, komputery i inne nośniki danych. Sąd zdecydował o tymczasowym aresztowaniu siedmiu podejrzanych. Wobec dwóch pozostałych zastosowano poręczenia majątkowe, dozór policji i zakaz opuszczania kraju. Śledztwo ma charakter rozwojowy. Proceder uprawiany przez ukraiński gang wciąż ma wiele tajemnic.
Skala procederu była gigantyczna. Ponad 337 milionów złotych w podejrzanych transakcjach, a zabezpieczony majątek wart nieco ponad milion. Oczywiście nie oznacza to, że pozostałe pieniądze bezpowrotnie zniknęły ani że całej tej kwoty można było oczekiwać w postaci gotówki znalezionej podczas nalotu. Czym innym jest wartość transakcji objętych śledztwem, a czym innym majątek, który udało się fizycznie zabezpieczyć. Mimo to dysproporcja robi wrażenie i pokazuje, jak trudne będzie odzyskiwanie wszystkich pieniędzy wyłudzonych od ofiar.
Sprawa powinna być również ostrzeżeniem przed bagatelizowaniem problemu ukraińskiej przestępczości zorganizowanej działającej na terytorium Polski. W tym przypadku według ustaleń śledczych kluczową rolę odgrywał obywatel Ukrainy, a zdecydowana większość zatrzymanych również pochodziła z tego kraju. Nie ma powodu, by przemilczać te informacje ze względu na ich niewygodny wydźwięk. Polska nie może być bezpiecznym zapleczem dla ukraińskiej mafii, która wykorzystuje nasze kantory, rachunki bankowe i firmy do ukrywania pochodzenia pieniędzy.
Zatrzymanie tej grupy to niewątpliwy sukces służb. Stanowi on jednak tylko łyżkę miodu w beczce dziegciu. Rozbicie gangu jest bowiem dopiero początkiem.
Prawdziwym sprawdzianem skuteczności państwa będzie – oprócz skutecznego postawienia podejrzanych przed sądem – przede wszystkim odebranie przestępcom korzyści z działalności prowadzonej kosztem ich ofiar.
Zamiast posłuchać ekspertów, Episkopat posłuchał (albo zląkł się) wewnątrzkościelnego mąciciela. Tym większa jest wina Episkopatu, że mając wiedzę, że list przedstawia fałszywy obraz rzeczywistości, polecono odczytać go wiernym. U części biskupów zabrakło wiedzy i roztropności, u części odwagi, aby się przeciwstawić, a jeszcze inni zostali być może wprowadzeni w błąd. Górą okazał się mąciciel” – pisze ks. prof. Waldemar Rakocy CM.
W dniu 18 października 2026 roku portal dorzeczy.pl opublikował artykuł pod tytułem Episkopat ma za co przepraszać, w którym Ks. prof. Waldemar Rakocy CM opisał trzy epizody z życia Kościoła katolickiego w Polsce. Jednym z nich jest List Episkopatu Polski „z wątpliwą (błędną) teologicznie tezą, że Żydzi uczestniczą w zbawieniu dokonanym przez Chrystusa pomimo Jego nieprzyjęcia”.
Dostęp do artykułu jest płatny. Jego streszczenia dokonał portal Fronda.pl.
Ks. prof. Waldemar Rakocy wystosował również swój list otwarty do KEP, o którym pisze:
Pokazuję w nim czarno na białym nieprawdy głoszone przez ks. kard. Grzegorza Rysia i przez środowisko prowadzące rozmowy z judaizmem. Podaję tam przykłady stosowanych przez nich nieuczciwych zabiegów mających przekonać innych, niezorientowanych w temacie, do ich własnych, błędnych tez.
Kilka cytatów ze streszczenia
O liście Episkopatu
– „Zamiast posłuchać ekspertów, Episkopat posłuchał (albo zląkł się) wewnątrzkościelnego mąciciela. Tym większa jest wina Episkopatu, że mając wiedzę, że list przedstawia fałszywy obraz rzeczywistości, polecono odczytać go wiernym. U części biskupów zabrakło wiedzy i roztropności, u części odwagi, aby się przeciwstawić, a jeszcze inni zostali być może wprowadzeni w błąd. Górą okazał się mąciciel”
Autor przypomina, że list został odrzucony przez polskich katolików.
– „Pasterz, znając opinie ekspertów, wybrał bezdroża, a owca, kierując się tylko zdrowym rozsądkiem, wybrała właściwą drogę. Po co owcom taki pasterz? W interesie biskupów leży odzyskanie zaufania wiernych. A do tego konieczne są przeprosiny”
Minęło ponad pół roku. Przeprosin biskupów, przyznania się do popełnienia błędu – jak nie było, tak nie ma.
– „Jak daleko sięgam pamięcią, nie było podobnego przypadku, żeby Episkopat podpisał się pod błędnymi lub nieprawdziwymi tezami, podał je wiernym do wierzenia i nie wycofał się z popełnionego błędu. Jest to stan, który podważa nauczycielską wiarygodność Episkopatu i stale domaga się od niego refleksji i przeprosin względem ludu Bożego”
Kard. Ryś – cały Kościół w Polsce ma się podporządkować osobie wprowadzającej zamęt?
– „Czy cały Kościół katolicki w Polsce ma się podporządkować jednej osobie – wprowadzającej zamęt i wzbudzającej antagonizmy? W teologii znana jest zasada sensus populi Dei mówiąca o zmyśle, wyczuciu Bożej prawdy przez lud Boży. Kiedy pasterz głosi poglądy, którym sprzeciwia się en masse wierny Bogu lud, na pewno nie ma racji”
Wreszcie ks. prof. Rakocy skierował 15 września list otwarty do KEP na temat dialogu chrześcijańsko-żydowskiego.
– „Moim zdaniem powodem był nade wszystko pkt 8 tegoż listu. Pokazuję w nim czarno na białym nieprawdy głoszone przez ks. kard. Grzegorza Rysia i przez środowisko prowadzące rozmowy z judaizmem. Podaję tam przykłady stosowanych przez nich nieuczciwych zabiegów mających przekonać innych, niezorientowanych w temacie, do ich własnych, błędnych tez”
„The New York Times”, powołując się na amerykańskich urzędników, informuje, że Stany Zjednoczone i Izrael przygotowują konkretne plany ponownego ataku na Iran – szczególnie na okres po amerykańskich wyborach parlamentarnych, które odbędą się 3 listopada.
Według Financial Times , izraelskie plany wielodniowej ofensywy przeciwko Iranowi na początku października zostały wstrzymane na żądanie prezydenta USA Donalda Trumpa . Ofensywa, zaplanowana na weekend 10 października, miałaby na celu obiekty jądrowe, siedziby rządowe i infrastrukturę cywilną, taką jak elektrownie – z większą intensywnością niż wspólne ataki USA i Izraela z 28 lutego 2026 roku. Trzy osoby zaznajomione z przygotowaniami poinformowały FT, że izraelska armia jest już przygotowana do operacji.
Trump nie chciał ryzykować kolejnej eskalacji przed wyborami uzupełniającymi w USA 3 listopada. 8 października w Truth Social oświadczył, że trwają „konstruktywne rozmowy” z Teheranem i że Stany Zjednoczone nie zaatakują Iranu przed 3 listopada.
Netanjahu, który sam stoi w obliczu trudnych wyborów do Knesetu 27 października, wcześniej naciskał na wznowienie ataków. 14 października powiedział w Radiu Wojskowym , że atak „nie byłby dla nas korzystny”.
„ Jerusalem Post” zaprzecza tej relacji: Siły Obronne Izraela nie planowały konkretnego ataku na 10 października. Wyciek może być związany z wyborami – Netanjahu chce pokazać się jako twardziel, podczas gdy Trump naciska hamulec.
Aktualne ruchy i ostrzeżenia
W kolejnych dniach doniesienia wskazywały, że dziesiątki izraelskich myśliwców i tankowców przeleciały w formacji ofensywnej przez syryjską i iracką przestrzeń powietrzną, zbliżając się do granicy z Iranem, po czym zawróciły. Izrael określił to jako ćwiczenia „projekcji siły” przed wyborami. Źródła amerykańskie spekulowały, że celem było sprowokowanie irańskiej odpowiedzi, aby uzasadnić kontratak. Mario Nawfal doniósł w programie X o ponownym zbliżaniu się samolotów do Iranu, ewakuacjach z ambasad USA i ruchach wojsk z państw Zatoki Perskiej – sygnałach przypominających początek wojny w lutym/marcu. Mario Nawfal szczegółowo relacjonuje to w programie X. A otopodsumowanie prowokacyjnych lotów .
Iran jest w stanie najwyższej gotowości. Rzecznicy Gwardii Rewolucyjnej ogłosili „ofensywną i asymetryczną” doktrynę: ataki na kable podmorskie, tankowce, centra danych i cele daleko poza regionem. „Świat będzie zdumiony” – oświadczyli pod koniec września. Teheran uważa ataki na Liban za element konfliktu i grozi bardziej zdecydowaną reakcją.
Co donosi „New York Times”
Gazeta cytuje amerykańskich urzędników i źródła, które twierdzą, że siły zbrojne obu krajów przygotowują „krótką, intensywną operację wojskową”. Zintensyfikowano ćwiczenia: myśliwce przelatują nad Irakiem, symulując manewry ataku . Szef sztabu Izraela i sekretarz obrony USA omówili plany osobiście. Minister obrony Hegzet najwyraźniej złożył w tym celu wizytę w Izraelu z krótkim wyprzedzeniem.
Cele : infrastruktura energetyczna, obiekty nuklearne – w tym podziemny obiekt w „Górze Kilofów” – a także arsenały rakietowe i dronów.
Logika stojąca za tym jest taka, aby doprowadzić do załamania gospodarczego Iranu i wymusić ustępstwa dyplomatyczne. Cytowany jest amerykański urzędnik, który stwierdził, że kolejna masowa fala ataków może „postawić irańską gospodarkę na kolana” i „zmusić Teheran do ustępstw w negocjacjach”.
Problem: Ten plan został już raz wypróbowany. Wojna rozpoczęła się 28 lutego 2026 roku. Między lutym a kwietniem Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły zmasowaną kampanię ataków. Rezultatem nie był upadek Iranu, ale rosnące globalne ceny energii, szalejąca inflacja, eskalacja na Bliskim Wschodzie i poważne uszczuplenie amerykańskich zapasów rakiet. Sam „ New York Times” stawia pytanie, czy ponowny atak „może być skuteczniejszy niż intensywne bombardowania na początku wojny” – i nie udziela na nie odpowiedzi.
Co zagraża Iranowi
Władze Iranu jasno dały do zrozumienia, że w przypadku kolejnego ataku rozszerzą działania odwetowe. Do tej pory zagrożenia ograniczały się do statków w Cieśninie Ormuz i obiektów energetycznych w regionie. Teraz Teheran grozi również atakiem na centra danych i kable podmorskie. Stanowiłoby to atak na infrastrukturę cyfrową Zachodu – na kable przesyłające globalny ruch danych oraz na centra danych, które utrzymują działanie chmury.
To zagrożenie należy traktować poważnie. Dotyczy ono bowiem właśnie infrastruktury, która w ostatnich latach została sklasyfikowana jako „krytyczna” – i która, jak widzieliśmy po atakach na gazociągi Nord Stream, jest rzeczywiście podatna na ataki.
Reakcja Europy: deklaracje
A Europa? Ministrowie spraw zagranicznych UE wydali wspólne oświadczenie , wyrażając zaniepokojenie rozwojem sytuacji w Iranie i wzywając wszystkie strony do zachowania maksymalnej powściągliwości . Francja, Niemcy i Wielka Brytania jasno dały do zrozumienia, że nie brały udziału w atakach. Norwegia zakwestionowała zasadność izraelskiego ataku wyprzedzającego, który wymaga bezpośredniego zagrożenia. Premier Hiszpanii Sánchez potępił jednostronną akcję militarną USA i Izraela, nazywając ją eskalacją prowadzącą do jeszcze bardziej niepewnego i wrogiego porządku międzynarodowego.
Brak działań. Brak sankcji wobec Izraela. Brak konsekwencji dla USA. Brak wstrzymania dostaw broni. Europa obserwuje – i apeluje o powściągliwość, podczas gdy kolejna runda jest przygotowywana.
Minister obrony Włoch, Crosetto, poszedł o krok dalej, nazywając ataki po prostu „nielegalnymi w świetle prawa międzynarodowego”. Stwierdził, że „rozpoczęli oni całą wojnę, nie informując o tym nikogo, nawet swoich sojuszników ”. To niezwykłe oświadczenie ze strony kraju NATO. Ale niczego ono nie zmieniło.
Z tego, co na co dzień słyszymy, największym zagrożeniem dla Zachodu i wszystkich prawomyślnych obywateli „wolnego świata” jest i będzie dezinformacja.
Można odnieść wrażenie, że owo zagrożenie jest dużo większe od wojny, która – jak wiemy – jest już „nieuchronna” albo już „faktycznie” się rozpoczęła. Do wojny musimy się na gwałt przygotować, kupując na kredyt broń i uzbrojenie, a dezinformację trzeba koniecznie cały czas zwalczać już dziś, bo atakuje nas na każdym kroku. Zapewne tak trzeba, bo wolność słowa nie może służyć wrogom Zachodu. Dezinformatorzy (zapewne trolle Putina) są tak bezczelni, że szkalują nie tylko Unię Europejską, ale nawet ośmielają się oczerniać przywódcę Wolnego Świata w osobie prezydenta Donalda Trumpa, który (jakoby) ingeruje w nasze sprawy wewnętrzne i chce zmienić rząd w naszym kraju. I to z najbardziej proeuropejskiego na proamerykański. Tu dezinformacja przeszła wszelkie granice.
To zapewne bezczelne kłamstwo: w wolnym świecie takie działania nie mają i nie mogą mieć miejsca. USA może zmienić rządy w państwach nie należących do Zachodu (np. w Wenezueli), a my przecież doń już dawno „wróciliśmy” i oddaliśmy się mu bez reszty. „Światowe przywództwo” nigdy, ale to przenigdy, nie ingeruje w sprawy wewnętrzne państw demokratycznych, a my również nie jesteśmy przez kogokolwiek przymuszani do wydatków zbrojeniowych na koszt pokolenia: to są nasze suwerenne decyzje, bo się boimy „Ruskich”.
Nie jest również prawdą, że USA kupuje rosyjski olej napędowy w milionach ton; to przecież jest niemożliwe, bo światowe przywództwo murem stoi za „walczącą Ukrainą” i nie pójdzie na żadne kompromisy z „imperium zła”. To też przykład dezinformacji.
Sprawy walki z dezinformacją trzeba wreszcie uporządkować. Optymalnym rozwiązaniem byłoby ustawowe określenie listy informacji oraz poglądów, które mają status dezinformacji oraz wprowadzenie kary za ich powtarzanie. Lista powinna być ogłaszana każdego dnia do godz. 12.00 i obowiązywać wstecznie. Karze powinni podlegać wszyscy, którzy wcześniej podali zagrożone karą informacje lub głosili karalne poglądy. Nie zawracajmy sobie głowy jakimś tam „działaniem prawo wstecz”: że ten zakaz nie obowiązuje, zdążyliśmy już się przekonać na przykładzie wprowadzenia nowych podatków.
Dam kilka najważniejszych przykładów tego rodzaju dezinformacji, bo przecież nieprawdą jest, że:
* na Ukaranie ma miejsce jakakolwiek korupcja,
* kupujemy w Polsce najdroższą energię w tym stuleciu,
* mamy największe zadłużenie w historii,
* prezydent Zełenski ma pełne poparcie Waszyngtonu.
Nikt nie powinien bezkarnie tego powtarzać.
Już nie będę dalej dworować sobie z oficjalnej propagandy: gdzieś się pogubiliśmy – jest źle, gdy debata publiczna przypomina groteskę. Cenzura, którą nazywa się „walką z dezinformacją”, nie zmieni rzeczywistości, która jest widziana gołym okiem. Najgorzej, że zwalczane poglądy i informacje dowodzą fiaska dotychczasowej polityki, a ich zagłuszanie ma ukryć naszą porażkę, do której nie chcemy się przyznać. Pełne podporządkowanie się polityce amerykańskiej nie brało pod uwagę oczywistej tezy, że politycy amerykańscy nie są nawiedzonymi rusofobami. Powiem więcej, pomylono antykomunizm z pogardą dla Rosji, a przecież „komunistyczny” Związek Radziecki rozwiązał się sam w 1991 roku wbrew radom ówczesnego prezydenta USA. A współczesna Ameryka może potrzebować Rosji w wielkich rozgrywkach z antyamerykańskim Globalnym Południem. Nie można być dziś (i jutro) jednocześnie rusofobem i wielbicielem „światowego przywództwa”.
Zamiast zwalczać dezinformację, czyli również cenzurować wypowiedzi Donalda Trumpa, lepiej zacząć pilnie wycofywać się z własnych błędów. Rosyjska ropa jest naprawdę tańsza.
Jeśli ktoś postanowiłby spalić Pałac Łazienkowski, zdewastować pomnik Fryderyka Chopina, okraść sklepy na Marszałkowskiej i bazarek na Kole, powyrywać ławki na Placu Zamkowym i podpalić kosze na Mokotowie to byłby bandziorem.
Nie ma znaczenia jaką ma orientacje polityczną, kolor skóry i jaką wyznaje religie. Nawet gdyby jego poglądy polityczne pokrywałyby się z moimi – byłoby to bez znaczenia. Bandzior jest bandziorem.
Byłby takim samym bandziorem jak ten, który demolował ulicę Paryża w maju 1968 roku i takim samym, który demolował ulice Kijowa na przełomie 2013/2014 roku. W Paryżu obserwujemy dokładnie te same siły, które były wielbione przez odrealnionych idealistów wychwalających „kolorowe rewolucje” w świecie arabskim. Zupełną fantasmagorią są opowieści o tym, że barbarzyńca demolujący samochód kieruje się imperatywem moralnym lub, że posiada jakąś świadomość klasową. Anarchizm ukryty pod płaszczykiem antysystemowości dalej jest nieakceptowalny dla cywilizowanych narodów. Realne życie to nie film Alana Moore’a „V jak Vendetta”.
To prawda, że wśród haseł wznoszonych przez demonstrantów są również te słuszne. I co z tego? Wśród haseł wznoszonych na ukraińskim Majdanie, czy podczas „spontanicznych demonstracji” w Libii czy Syrii również takie były i dokładnie wiemy jak się to skończyło dla licznych narodów. Jakie miało to skutki dla życia milionów ludzi i układu geopolitycznego na naszym globie. Jak wyszła na tym Polska. Trzeba brać odpowiedzialność za swoje słowa.
Oczywiście, że wśród demonstrantów znajdują się prowokatorzy. Nie rozumiem skąd to zdziwienie. Dziwne gdyby ich nie było. Jeżeli organizatorzy nie potrafią sobie z tym poradzić, to nie powinni brać się za organizacje tego rodzaju protestów. Miasta Europy nie są dżunglą, by skocznie hasać po zaparkowanych samochodach. Stolice Europy, to nie gra komputerowa, gdzie życie zależy od zdobycia torebki z najnowszej kolekcji Louisa Vuitton i wypasionego iPhona. Bandziora, złodzieja, podpalacza należy oddać w ręce odpowiednich służb i odpowiednio ich traktować.
Żadnym usprawiedliwieniem nie jest to, że przodkowie znacznej części protestujących byli źle taktowani w państwach kolonialnych jak i w Europie. Mój pradziadek Antoni Szafarczyk jako 9-letnie dziecko roznosił mleko w Pałacu Donnersmarcków w Siemianowicach (chociaż w latach 1919-1920 nie należał on do tej rodziny). Jako osoba niepełnoletnia rozpoczął ciężką pracę w kopalni węgla kamiennego. Ale z tego powodu ani ja, ani mój syn nie demolujemy klatek schodowych i pobliskich kapliczek w mieście. Skończmy z tym usprawiedliwianiem przeszłości kolonialnej bandyterką. Stworzyła się kolejna religia cierpiętnictwa i roszczeniowości.
To co dzieje się w wielu europejskich państwach – Francji, Belgii, Hiszpanii, Portugalii przyniesie taki sam skutek jak antyrosyjskie zrywy insurekcyjne na ziemiach polskich. Spowodują większy zamordyzm, większą opresyjność i wzmocnienie nieakceptowalnego dla nas kierunku politycznego Unii Europejskiej.
Jest kilka słów-sygnałów, po których poznajesz z kim masz do czynienia. Ostatnio modne, bo skuteczne, jest rozróżnienie wprowadzone bodaj czy nie przez Rafała Otokę-Frąckiewicza, wskazujące na istnienie grupy tzw. wUkraińców.
Ten nowotwór językowy pojawił się przy okazji wojny z Rosją i zamienił zwyczajowy i odwieczny przyimek „na Ukrainie”, na wersję „w Ukrainie”. Przyklepała to wszystko Rada Języka Polskiego na wniosek jakiejś deputowanej z Ukrainy, co miało nadać zmaganiom Ukrainy odpowiedniej powagi. „Na Ukrainie” brzmi niegodnie, jakby to była jakaś prowincja Polski (np. „na Mazowszu”), a tu przecież Ukraina walczy i powinna być, również językowo, traktowana jako niezależne państwo, a tak językowo nie jest, a właściwie – nigdy nie było. Wygibasy tego rodzaju, fundowane przez wspomnianą Radę, to nie pierwsze wykwity radosnej, politycznej twórczości. Tej samej Radzie nie spodobało się nazywanie przez słowo na literkę „M” potomka niejakiego Bambo. Nawet tu kręcę się dookoła własnego ogona przed nazwaniem oczywistym, ale po takiej decyzji Rady słowo na „M” wobec naszych czarnoskórych braci jest wpisane do algorytmu takiego Youtoube’a i cenzurowane do samo-wycięcia przez nadawcę.
Konstruowanie języka
Takie twory to są nowotwory, stanowią polityczne zachwaszczanie języka, gdyż ten asymiluje nowe formy nie na wniosek jakichś ukraińskich deputowanych, nawet nie mocą uchwał jakiejś Rady, ale mocą tzw. uzusu językowego, czyli upowszechniania się obiektywnego nowych form w codziennym użyciu. Tu swą misję widzą media, które – jak to w erze postępu – są w stanie w parę dni wprowadzić nowe słowa i nowe znaczenia, oraz wcisnąć do głów jako najnowsze wynalazki, które zaraz stają się powszechne, po czym bierze to na warsztat kolejna Rada i przyklepuje, po czym bierze to do algorytmu jakieś medium społecznościowe i mamy narodziny nowej językowej gwiazdy. Kiedyś ten proces był naprawdę obiektywny, bo naturalny, trwał latami. Miało to tę zaletę, że wszelkie nowotwory były eliminowane przez obiektywne procesy używania lub nie nowych pojęć przez lud. Język nie może tak działać, że po ataku jednego kraju na drugi – zmieniają się przyimki. Nawet z szacunku do bohaterskiej obrony napadniętego. No bo co zrobić z takimi Węgrami? Białorusią? Co oni winni? Wyglądają językowo jak nasze prowincje i co – trzeba by je Putin napadł, byśmy zaczęli ich zaimkować godniej? No, a jak za parę lat Ukraina rzuci się w ramiona Rosji w porozumieniu nad (nie tylko własnymi) grobami? Jak usiądzie z tym strasznym Putinem do rozmów i poda mu rękę? Co wtedy pocznie Rada, zbierze się jeszcze raz i odbierze Ukrainie godny zaimek?
A tu mamy wUkraińców. To dobry i precyzyjny znak odróżniający. Znak, którego używam do wstępnej selekcji, może nie ludzi, ale ich opinii. Jak czytam, czy słyszę to „w Ukrainie”, to już właściwie wiem z kim mam do czynienia, co zaraz będzie mówione i odpowiadane na moje argumenty. Można już wtedy sobie darować marnowanie czasu, ale można też poboksować się dla sportu. Przynajmniej od razu człek wie jakie chwyty zaraz padną, i że dany gościu bije przeważnie z lewej, ma też tę cechę, że cię będzie lekceważył i jak (zazwyczaj) przegra, to będzie udawał, że to nie ten ring, nie ta walka, nie ten sport i że ogólnie to ci wali z japy i się nie będzie poniżał do wymiany czegokolwiek.
Lechu jako banchmark
Ja mam na swój własny użytek jeszcze inny rozróżnik. Nie jest on tak krótki i dosadny jak zaimek ukraiński, trzeba go trochę dłużej wydobywać, ale na końcu wychodzi, że warto, bo też można poznać gościa w jednej chwili. Ja szybko identyfikuję całą złożoność danej osobowości po jej stosunku do… Lecha Wałęsy. Tak, Lech Wałęsa w ocenie Polaków więcej mi przynajmniej mówi, niż wszelkie, czasem fałszywe, deklaracje poglądów politycznych. Dlatego uważam Lecha za element znaczący w Polsce, nie przez jego zasługi – o tych: później -, nawet nie przez jego minioną chwałę, ale właśnie przez to, że jest dla mnie papierkiem lakmusowym stanu duszy Polaków i każdego z nich indywidualnego stosunku do III RP.
Wyliczyłem sobie tu kilka grup zachowań Polaków wobec kwestii Wałęsy, z tym, że mało w tych grupach mocno utrwalonych postaw. Polacy w swoim stosunku do Wałęsy są wciąż „w drodze”, gdyż Lechu, delikatnie mówiąc nie daje o sobie zapomnieć. Jego aktywność niesie za sobą taki ładunek społecznego zażenowania, że ciężko machnąć ręką na ten fenomen. Co prawda rośnie grupa ostatnia (też ją omówię), która ma już gdzieś samego Lecha i kłótnie o jego dorobek. Linią graniczną jest tu nieprzekraczalne zażenowanie, szczególnie bolesne w stosunku do tych, co to kiedyś wierzyli w fenomen Lecha. To tak samo jak z zawiedzioną miłością – zawód jest tym większym im większa była miłość i zawierzenie, i im większy jest upadek idola. Jakie więc mamy grupy, pamiętając, że one wciąż się tasują, mamy transfery z jednej do drugiej, zaś motorem tych przejść jest uporczywa aktywność w samoblamażu samego Lecha, godna zaprawdę już lepszej sprawy?
Wierzący
Grupa pierwsza – wierzący w Lecha. Co ciekawe jest to grupa kompletnie ostatnio wymieniona. Należą do niej osoby sprzyjające Tuskowi, ale na zasadzie pamięci złotej rybki, nie pamiętające, że były one kiedyś jądrem grupy zagorzałych przeciwników Wałęsy. Bowiem ci dzisiejsi entuzjaści Lecha, kiedy ten ścierał się z Mazowieckim o prezydenturę i kiedy ją z Kaczyńskimi dostał – był wtedy Lechu dla tych ludzi wrogiem nr 1, dowodem na upadek III RP, która na głowę państwa wybrała tępaka. Ja pamiętam wtedy te zaśpiewy w Wyborczej, tę butę, że Mazowiecki pozamiata Lechem, wszak to inteligent, jada śniadania z Geremkiem, Kuroniem i Michnikiem, nie co ten obciach z długopisem. Wtedy ta grupa przeszła trening zimnego prysznica i trzeba było odrobić, jak widać dziś użyteczną lekcję, zmiany frontu o 180 stopni w parę godzin. W pierwszych bowiem wyborach na prezydenta nie odbyła się w drugiej turze batalia pomiędzy Wałęsą i Mazowieckim, bo ten ostatni nie dostał się do drugiej tury, wyprzedzony przez nieznany meteor polityczny w postaci Stana Tymińskiego. I Gazeta Wyborcza, ten modlitewnik tej grupy, po bezceremonialnych atakach na Lecha w jeden dzień musiał nawoływać do głosowania na Wałęsę. Warto sięgać do tych stronic, by zobaczyć jak się wtedy już trenowały całe zagony lemingów, co to łykają dziś chwilową mądrość etapu jako swoją.
Ta grupa teraz wielbi Wałęsę, nie da sobie złego słowa o nim powiedzieć, zwłaszcza neguje sądowo już potwierdzone rewelacje o jego współpracy ze służbami. Ci potwarcy, którzy serwują takie haniebne kawałki z przeszłości laureata pokojowej nagrody Nobla już nie muszą być konfrontowani z faktami, tylko z postawa świętego oburzenia. Inaczej trzeba by się było zderzyć z faktami, orzeczeniami sądów, dochodzeniami IPN, nawet z oświadczeniami o współpracy z ust „ludzi honoru”, aparatczyków stanu wojennego, którzy zabrali się godnościowo z całym narodem, rozgrzeszeni przez Michników. Ta grupa ma jeden argument, który de facto tylko ich pogrąża, szczególnie bowiem dowodzi ich ojkofobii, wstydu za Polaków. Otóż idzie to tak – Polacy wewnętrznie nie mają wielu autorytetów, zewnętrznie zaś – nie mają ludzi znanych na świecie, którzy mogliby świecić przykładem. Przykładem, że Polak potrafi, nie wypadliśmy, my tu na nizinie środkowo-europejskiej, spod czyjegoś ogona. I każdy, kto pluje na takiego Lecha, to pluje we własne gniazdo. I to pluje na pokaz, bo świat patrzy jak Polacy poniżają jedynego znanego na świecie Polaka i snuje swoje – wychodzi, że prorocze – obawy, co to za ciemne dusze są tam, nad tą Wisłą.
Ale takie podejście zakłada jedno – nawet gdyby Lechu był kapusiem, to mamy udawać przed światem, że tak nie było. Że to świecki święty, ojciec Solidarności przez małe i duże „s”. To będzie taka nasza, polska tajemnica. A że z tymi gamoniami z prawicy nie ma się co umawiać, tym bardziej na narodowy wstyd, to nie zająkniemy się złym słowem – kapusiowanie Wałęsy, to nieprawda, potwarz dla polskich ikon, a więc – per analogiam – i plucie na Jana Pawła II, i Kopernika, co to wiadomo, że był kobietą. Tak więc apologeci, wciąż doświadczani przez Lecha, to grupa dość nowa, po przejściach, która łyknęła wystawionego im przez Tusków jako „naszego”, boć przecież to Lechu wadził się i wadzi do dziś ze znienawidzonym Kaczorem, który zaczął od tego, że wystawił Lecha do wojny na górze i popsuł miłe plany prezydentury Mazowieckiego. Grupa ma go jako trofeum na ścianie, nie lubi go tak naprawdę, coś jak Sikorskiego. Po prostu ci ludzie (skąd oni to mają? z doświadczenia?) nie wierzą w szczere nawrócenie – kto raz był po tamtej stronie, to dalej u nich nie zajdzie niż do poczekalni. Przypomnę to zażenowanie z Lechem: pamiętacie marsz miliona serc i wystawienie na początku na scenę Wałęsy? Pewnie że pamiętacie – ten zaczął pleść jakieś duby smalone, o IPN-nie, jakichś ludziach, swojej krzywdzie. Lud milionowy bardzo się cieszył na początku, że „Lechu z nami”, za to jak bohater otworzył usta, to kazało się, że Lechu przyszedł w swojej sprawie, jakichś zamierzchłych wątków z nienajlepszej przeszłości, a my tu po władzę przyszliśmy, nie po wspominki. I zaczęło się buczenie na Wałka, który to ciągnął i ciągnął. Lechu to usłyszał – i się… obraził na milionowy tłum. Takie są to więc relacje tej grupy – taktyczna akceptacja, ale bez przesady.
Zdradzeni
Drugą grupę łatwiej mi będzie opisać, gdyż do niej należę. To grupa zwiedzionej fascynacji. Wielu należało do niej z wyrachowania, uważając – też bez szczególnej estymy do Lecha -, że naród tak wybrał, jest to jakaś robotnicza krew z krwi, mówi prosto ci on i smacznie i wszyscy go zrozumieją. Miał Lechu też w sobie takie przebłyski tzw. chłopskiej mądrości, rozwiązywał jednym cięciem gordyjskie węzły samozakiwanych intelektualistów – wszystkie cechy, na które łasi są inteligenci, widząc w ludzie zasoby żywotnych sił pulsujących żywiołem na tle uwikłań elit. Ta grupa traciła do Lecha szacunek w różnym tempie, kiedy wspomniane dylematy przestały równoważyć jego kolejne wpadki, w okresie przed-stanowojennej Solidarności, ale zwłaszcza w stanie wojennym.
Ciosy w ten mit Wałęsa wymierzał systematycznie – w okresie karnawału Solidarności miał za nic demokratyczne struktury związku Solidarność, rządził niepodzielnie, w razie czego odwoływał się bezpośrednio do ludu, zgrabnie grając na populizmie skierowanym przeciwko dysydenckim opozycjonistom. Nieuchronnie prowadziło to do dyktaturki, czego wyrazem było organizowanie bojówek z grona stoczniowców, którymi wprost zagroził establiszmentowi Solidarności w czasie wyborczego Zjazdu w gdańskiej Oliwie, że zdrowy nurt przyjdzie do hali, gdyby go – Lecha – nie wybrali.
Do tego dochodziły jeszcze kwestie wygaszania strajku bydgoskiego i stylu jego odwołania – w końcu Lechu z jednej strony był ugodowy do władz, z drugiej – w ostatnim dniu przed-stanowojennym dał się nagrać jako zwolennik siłowej konfrontacji, czym żyły media w pierwszych dniach stanu wojennego. Jego zachowania w stanie wojennym to też głównie sprawki demobilizujące zapał oporu. W końcu naród jakoś tam walczył, albo siedział w kazamatach, podczas gdy Wałęsa zamknięty w ośrodku wczasowym wysyłał kapitulanckie listy do władz, co ta z chęcią publikowała. Jego jedynym uzyskiem było podobno to, że nie zgodził się firmować nowe związki zawodowe, co było zbyteczna łaską, bo gdyby tak zrobił, to słuch po nim by zaginął do dziś. A nie o to – mu, jak się dowiemy później – chodziło.
Ta grupa odpadała powoli od Lecha, ale dla większości graniczną kreską było zdobycie wiedzy o tym, że Lechu był na liście kapusiów w Stoczni w latach siedemdziesiątych, a nawet nie wiadomo czy nie w czasie karnawału Solidarności. Tym sobie tłumaczono jego dziwne zachowania. I nagle wszystko stało się jasne – te miotanie się Lecha, sprzeczne decyzje, pomiatanie współpracownikami i jedno jeszcze: mania grandiosa. Ta bowiem grupa, dość aktywna w stanie wojennym nie może wybaczyć Lechowi jeszcze jednego – kapusiostwo to jedno, co dyskwalifikuje, ale jedna cecha Lecha była szczególnie przykra dla tych ludzi. Te wszystkie jego chwalipięctwa: ja obaliłem, ja walczyłem, was ludu brakowało, ja z żoną wyprowadziliśmy radzieckie wojska z Polski. Ja walczyłem, myślałem, wystrychnąłem bezpiekę i wszystko to dzięki mnie, was nie było, boście się – jak np. stwierdził Lechu na wrocławskim wiecu o Kornelu Morawieckim – ukrywali przecież nie przed komuna, tylko przed żonami. Ktoś, kto drukował ulotki, latał z nadajnikami czy choćby nawalał się z ZOMO na ulicach, krzycząc i pisząc o uwolnieniu Lecha z ośrodka wypoczynkowego – jak już usłyszał, że to wszystko zrobił Lechu, sam z bratem i żoną, lud zaś dekował się pod pierzyną – taki ktoś natychmiast żałował swoich wcześniejszych fascynacji. Wałęsa tu ma szczególna manię wielkości, ostatnio zaś – przy tłumaczeniu się z alanfablectwa, czy jak on tam wymawiał – już bezpośrednio zagroził – ja wam pokażę! Lechu – komu i co pokażesz? Dasz tym zdradzonym ludziom do wiwatu? Milionom? Ty – trybunie ludowy? A jak to zrobisz? Poprosisz Kierwińskiego o pomoc?
Ta grupa przeżywa największą chyba żenadę z powodu Lecha. Można się od tego odciąć jako od błędów młodości, jak od szkolnych miłości, ale ponieważ chybiony obiekt fascynacji wciąż nadaje, człowiek widzi jak nisko musiał upaść wierząc w sprawczość takiej persony. A że Lechu wciąż przypomina, że jest jeszcze dalej dno pod tymi tonami mułu żenady, to wciąż nie daje o sobie zapomnieć w przypominaniu rzeszom swoich byłych zwolenników – jak bardzo ci się kiedyś pomylili.
Dwie podgrupy zdradzonych
W tej grupie mamy dwie podgrupy – różni je kwestia relacji do współpracy Lecha ze służbami. Jak już tu powiedziałem – grupa pierwsza wypiera, druga grupa ma tu dwie frakcje.
Pierwsza, że ją nazwę Semkową, od redaktora Semki, który ujawnił się jako jej stronnik podczas któregoś wywiadu ze mną. Jest to wersja o Wałęsie, który podpisuje papiery o współpracę w roku 1970, kontynuuje ją do roku 1976, gdzie jest napisane w papierach, że współpraca się kończy. To półbohaterska wersja – mamy tu bowiem do czynienia z młodym zahukanym robotnikiem, który podpisał kwity i – jak dowiódł ostatnio sąd na podstawie analfabetyzmu figuranta – niewiele zaszkodził, bo pisać donosów nie umiał. W 1976 roku – tu wersje są różne – odmawia bohatersko współpracy, albo esbecja nie widzi sensu takiej współpracy – Wałęsa znika z rejestrów. Nie ma już żadnych jego kwitów.
W tej wersji wydarzeń Wałęsa męczy się i odkupuje swym zaangażowaniem wcześniejszą współpracę. Działa, jest aktywny, wręcz – ekstremalny. Dochodzi tą pracą do przywództwa w strajku sierpniowym, ładnie negocjuje – rozszerza lokalny protest w fabryce na cały kraj, przewodzi Solidarności, w końcu – odkupuje winy w pełni – obala komunizm. Ładne, co? No, można się zakochać… Jest tu wszystko, łącznie z powrotem syna marnotrawnego na białym koniu niepodległości. Jest też przebaczenie od ludu w „imieniu tych, których zdradzono o świcie”. No, miodzio.
Ale jest i druga wizja tej kariery, nazwę ją Michalkiewiczowską, od nazwiska jej autora. Wałęsa nie został wypisany z esbecji na pusto. Po prostu jako cenne aktywo (jak widać w przyszłej jego roli) zostaje przeniesiony do zasobów WSW. Biorą go wojskowi, a tam nie zaglądają nawet weryfikacje III RP. Ta wersja wydaje się dość prawdopodobna, bo przecież jak to się mogło stać, że służby nie użyły współpracy Wałęsy do skompromitowania go na sierpniowym strajku? To, że – niby się wypisał z kapowania 4 lata wcześniej – nie uratowałoby go przed osądem robotników w sierpniu 1980. Nie użyto tego, a więc – wnioskuje druga frakcja – Wałęsa był w użyciu przez służby, nawet przywieziony (do dziś nie wiadomo jak) na strajk, by go przejąć kierowniczo. Tę tezę potwierdza robota strajkowa Lecha. W pierwszych dniach bardzo dba on o to, by protest nie miał charakteru szerszego niż spełnienie postulatów socjalno-płacowych w jednym zakładzie, no i przywróceniu Walentynowicz do pracy, bo po to głównie stanęła Stocznia. Po długich naradach za zamkniętymi drzwiami w dyrekcji Wałęsa rozwiązuje strajk, wzywa robotników do pójścia do domu. Dopiero szarża trzech pań na bramę, przez którą stoczniowcy wychodzili do domu po zakończeniu strajku przez Lecha powstrzymała tłumy i spowodowała, że strajk się utrzymał i rozniecił pożar w całej Polsce. Przypomnę nazwiska trzech pań, na których determinacji wisiał włosek powodzenia Solidarności, pań, które strajk o kiełbasę w jednym zakładzie zamieniły w strajk solidarnościowy w całym kraju: Ewa Osowska, Anna Walentynowicz i Alina Pieńkowska.
I tu – jak twierdzi wersja drugiej frakcji zawiedzionych – miała nastąpić przemiana Lecha. Ten miał zobaczyć, że na takiej fali to się i on zbuduje, polepszy swoją pozycję względem bezpieki, byleby tylko nie dać sobie odebrać kierownictwa strajku i całego ruchu, który już rozpalił całą Polskę. I zacząć się miała ta gra Lecha, o której on cały czas wspomina. Ale była to gra okonia z wędkarzem, czyli ryby złapanej na haczyk. Jak tylko Lechu się za bardzo wzbudził, to wędkarz ze służb podcinał wędzisko, jak się ryba uspokoiła, to luzował żyłkę, żeby na powierzchni zjawisk wszystko wyglądało autentycznie. Tak się doholowało nie tylko Wałęsę, ale i zaufanie Polaków do Okrągłego Stołu, ba – wygranej wojny na górze. W końcu te wszystkie papiery, które przyniosła Kiszczakowa do IPJN-u w celach handlowych cały ten czas leżały w szafie Kiszczaka: kiedy Lechu zrobił wojnę na górze, kiedy przysięgał Polsce, kiedy wyprowadzał rosyjskie wojska, kiedy chciał zrobić w byłych koszarach radzieckich eksterytorialne spółki join venture z radzieckimi. Zawsze wtedy wiedział, że gdzieś tam jest teczka na niego i zawsze ktoś to może wyciągnąć.
Zobaczył to jaskrawo już na samym początku III RP. Ja sobie przypominam sobie taki spektakularny moment. Wałęsa po raz pierwszy kandyduje na prezydenta. Jest już po drugiej turze – odsądzający go od czci i wiary obóz Mazowieckiego z Gazetą Wyborczą (tak, tak wtedy Wałęsa był dla nich tym samym co dzisiaj Kaczyński, ale czasy się zmieniły. Lechu – nigdy) przerzucił swoje poparcie na Lecha, który walczył w drugiej turze z mrocznym Tymińskim. Ja już tam nie wnikam, kto tego gościa i czy prowadził. Nie mniej Tymiński zaprasza na konferencję prasową, na której ma ujawnić teczkę z kompromitującymi Lecha materiałami. Mamy wszystkie media i to na żywo. Konferencja odbywa się, Tymiński kładzie na stole teczkę, napięcie rośnie, ale… Stan nic z niej nie wyciąga.
Co myślał wtedy Wałęsa? Jakie podpisane przez niego kwity przemknęły mu przez głowę? Te z szafy Kiszczaka? Kwity za pobrane pieniądze? A więc co? Pokazano Lechowi smyczkę. Nie fikaj koleś, bo wiesz… A czemu nie pokazano wtedy papierów, a mogły być tam przecież kwity z szafy Kiszczaka, odkryte prawie trzydzieści lat później. I byłoby po Lechu? Nie zrobiono tego bo byłoby to zerwanie smyczy, czyli koniec wpływowego i przeinwestowanego zasobu. A tak tylko mu pokazaliśmy smycz, by zapamiętał. I zapamiętał. Reszta już jest konsekwencją tego stanu, w coraz bardziej pokracznej formie.
Hardcorowcy
Jest jeszcze trzecia grupa. Nazwę ją Gwiazdowską. Grupa ta – nieliczna – mówi, że od początku wiedziała, że Lechu jest prowadzony. Z ostatniego wywiadu państwa Gwiazdów wynikało, że nie mieli oni pełnej, 100% pewności, gdyż uważali, że esbecja nie postawiłaby na takiego kmiota. Że po prostu to był zasób zbyt mało ogarnięty. Podobno nabrali pewności co do pełnej agenturalności Wałęsy w trakcie sierpniowego strajku w Stoczni.
Czemu więc nie powiedzieli? Dobre pytanie. Ale przecież byśmy ich wszystkich wtedy chyba zlinczowali. Że śmią pluć na ikonę i jednocześnie obniżać zaangażowanie całego obiecującego ruchu. No, muszę przyznać, że był to wtedy dylemat. Ogłoszenie nic by nie dało: obeszłoby się ostracyzmem, albo demotywacją wśród ludu. Ale – jak to mówią mądrości – widać teraz, że warto było wtedy stanąć w prawdzie, bo inaczej przeniosło się na całą Polskę, nie tylko na stan wojenny, ale i na III RP, te zgniłe kompromisowanie w imię źle pojętego pragmatyzmu, który zatopił w genach III RP jej turbopatologie ustrojowe. Ślad Lecha widać bowiem w naszym ustroju, tym kompradorstwie, wielopoziomowych układach klient-patron, istnieniu równoległego i rzeczywistego ustroju naszego kraju, przy konstytucji, z której nie wynika kto za co odpowiada.
Ci, co zawsze wiedzieli od początku trochę mnie denerwują. Nie tylko dlatego, że mogli powiedzieć wcześniej, a tak człowiek musiał sam do tego dochodzić, męcząc się po drodze. Mi to wyszło przy kowidzie. Okazało się, że są całe zastępy tych, co to wiedzieli wcześniej: i o globalistycznej klice, o Big Farmie, o szczepionkach. Żyli wcześniej już w świecie bez zasłon, widząc prawdziwe konstrukcje rzeczywistości. No, to denerwujące dla człowieka poczciwego. Okazuje się bowiem, że człowiek jest otoczony Kasandrami, które cały czas pokazywały na prawdę i cnoty, a człek tego nie widział. I jak stanąć wtedy twarzą w twarz z kimś takim, co całe swoje życie cierpi z tym cierniem w oku – samemu będąc dowodem beztroski własnej ślepoty.
Tak czy siak ta trzecia grupa, co to wiedziała od początku ma tu inne podejście. Nie było żadnej przemiany Lecha, który chciał z powodu własnego ego wskoczyć na nagle pojawiającą się kobyłę historii. Po prostu od początku do końca był prowadzony, nawet awansował z cywilnej bezpieki do wojskowych. Tyle. Pogardzany przez nich kompletnie. Taki Kiszczak uważał ludową fascynację Wałęsą za dowód głupoty narodu, którego tym łatwiej będzie zwodzić, jeśli mu można sprzedać takich idoli.
Olewnicy
No i jest jeszcze obiecana grupa czwarta – ci, co to mają na Lecha kompletnie wywalone. Jedni to są młodzi i Lechu jest dla nich jakimś zakonserwowanym dinozaurem z przedpotopowej historii. Eksponatem z czasów zaprzeszłych, który nie wiadomo o czym gada, nie wiadomo komu się podoba, bo nie wiadomo jest po co miałoby się go w ogóle słuchać. Starsi, ci co wiedzą o co chodzi, są już zmęczeni Wałęsą, a przegnał ich od Lecha wstyd, a właściwie obciach. To ci, co się rumienią, jak jakiś zagraniczniak zapyta o Wałęsę. Bo to ani mu prawdy o Lechu powiedzieć nie można, bo nie pojmie, zaś kłamać też nie ma po co, bo to i honor żaden, a Lechu i tak nie doceni. W ogóle z tymi z zagranicy to jest tak, że oni Lecha mają za lepszego niż jest, bo zawsze pomiędzy Lechem a nimi jest tłumacz, który ten strumyczek podświadomości próbuje ubrać w jakieś logiczne zdania. Ja słyszałem o takich dylematach tłumaczy Lecha, co to nie tylko muszą stawać na uszach, by wydobyć z tego bełkotu jakiś sens, ale czują się odpowiedzialni za skonstruowaniu przez samych siebie jakiegoś przekazu, tym razem wkładanego w usta kogoś uważanego za reprezentanta polskiej racji stanu. No koszmar.
Każdy ma takiego Lecha, na jakiego zasłużył. To dlatego przeprowadziłem kategoryzację grup według ich postaw wobec Lecha. Co ciekawe – myślę, że każdy mógł tam zobaczyć… siebie. Kurcze – taka persona, a tu wszystko się wokół niej kręci. Nie, nie jako punkt ciężkości, ale krzywe zwierciadło naszej kondycji. Nisko upadliśmy, skoro możemy się (musimy?) odnieść do takiego poziomu, który przyznała nam nasza historyczna beztroska. Naszym idolem, niech i byłym, jest gościu z poważnymi deficytami intelektualnymi, o moralnych już nie wspominam.
Nawet końcowe sceny z Dyzmy są tu i tak już o niebo lepsze – tak, wywindowaliśmy takie elity na szczyty, takim ludziom powierzamy stery nawy państwowej. Tylko, że mi, nie tak jak hrabiemu Ponimirskiemu, nie jest dziś w ogóle do śmiechu. Nawet szyderczego.
I każde odezwanie się Lecha nam o tym przypomina. O tych nieładnych zakamarkach naszej zbiorowej duszy. Nie jest to komfortowe uczucie. Ale może tak ma być? Może to pokuta za nasze grzechy? Do powtarzania, aż się nie opamiętamy, bo tego przecież Lechu sam nie zatrzyma. Ten będzie w to brnął bez końca, z coraz większym zapałem odjazdu ego super-narcyza. Zaiste musieliśmy nieźle nagrzeszyć, skoro spotkała nas aż taka pokuta…
Departament Stanu USA nakazał częściową ewakuację personelu dyplomatycznego z Arabii Saudyjskiej z powodu nasilających się ataków jemeńskich Huti. Decyzja z 21 października 2026 roku obejmuje pracowników niepełniących funkcji awaryjnych oraz członków ich rodzin w Rijadzie i placówkach konsularnych. Władze amerykańskie wiążą ten krok bezpośrednio z zagrożeniem ze strony wspieranych przez Iran rebeliantów, którzy od tygodni prowadzą intensywne operacje przeciwko saudyjskiej infrastrukturze.
Wcześniejsze doniesienia agencji AFP, oparte na źródłach dyplomatycznych, sugerowały szerszy zakres działań – wycofanie rodzin personelu nie tylko z Arabii Saudyjskiej, ale także z placówek w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Jordanii, Katarze i Bahrajnie. Rzecznik Departamentu Stanu Tommy Pigott sprostował te informacje, podkreślając, że nakaz opuszczenia kraju dotyczy wyłącznie Arabii Saudyjskiej. „Huti wspierani przez Iran coraz intensywniej angażują się w działania wrogie wobec Arabii Saudyjskiej, w tym ataki na cywilne lotniska i inną infrastrukturę krytyczną, co skutkuje ofiarami wśród ludności cywilnej i poważnymi zakłóceniami w podróżowaniu” – napisał Pigott.
Tło decyzji stanowią niemal codzienne uderzenia Huti. Grupa kontrolująca znaczne obszary Jemenu od początku października intensyfikuje kampanię rakietową i dronową przeciwko Królestwu. Ataki na międzynarodowe lotnisko King Khalid w Rijadzie przyniosły jedne z najwyższych strat w historii konfliktu – w jednym z najkrwawszych uderzeń zginęło kilkanaście osób, a rannych było ponad trzysta. Podobne uderzenia dotknęły lotniska w Abha, Najran i Jizan, a także obiekty energetyczne, w tym należące do Saudi Aramco. Spadające odłamki po przechwyconych pociskach i dronach powodowały ofiary również wśród pracowników cywilnych. Saudyjska koalicja wspierająca uznawany międzynarodowo rząd Jemenu odpowiada nalotami, co jednak nie powstrzymało eskalacji.
Sytuacja wpisuje się w kontekst regionalnej wojny, która wybuchła pod koniec lutego 2026 roku. Wspólne uderzenia USA i Izraela na Iran, obejmujące infrastrukturę nuklearną i wojskową oraz eliminację najwyższego przywódcy Alego Chamenei, wywołały serię odwetowych ataków Teheranu na cele amerykańskie i sojusznicze w Zatoce Perskiej. Wówczas również zarządzano ewakuacje personelu dyplomatycznego. Po podpisaniu w czerwcu memorandum o porozumieniu i próbach deeskalacji wokół Cieśniny Ormuz walki powróciły. Huti, jako sojusznik Iranu, otworzyli kolejny front, wykorzystując zaawansowane uzbrojenie do uderzeń na saudyjskie porty lotnicze i instalacje naftowe. Arabia Saudyjska, producent ropy i partner USA, znalazła się pod bezpośrednim ciśnieniem.
Amerykańskie władze wydały jednocześnie alerty bezpieczeństwa dla obywateli USA, ostrzegając przed możliwymi atakami na lotniska i zakłóceniami w ruchu lotniczym. Pracownicy rządu USA w Arabii Saudyjskiej potrzebują specjalnego zezwolenia na korzystanie z miejscowych lotnisk. Niektóre inne placówki w regionie przeszły na tryb ograniczonych operacji, redukując personel bez pełnej ewakuacji. Departament Stanu zaprzeczył jednak, by przygotowywano podobne nakazy dla całego regionu Zatoki.
Decyzja o wycofaniu części personelu sygnalizuje poważne obawy o bezpieczeństwo. Analitycy wskazują, że może ona poprzedzać dalszą eskalację w Jemenie oraz w szerszym konflikcie z Iranem. Prezydent Donald Trump deklarował wcześniej, że Stany Zjednoczone nie przeprowadzą nowych uderzeń na Iran przed wyborami środkowymi. Wpływ na rynki energii jest już odczuwalny: zakłócenia w transporcie i zagrożenie dla infrastruktury naftowej podnoszą ceny ropy i zwiększają niepewność globalnych dostaw.
Dla Arabii Saudyjskiej ataki Huti stanowią powrót do wojny, którą Królestwo starało się zakończyć po latach interwencji w Jemenie. Dla Waszyngtonu to test zdolności do ochrony sojuszników i personelu w regionie ogarniętym wieloma frontami. Choć oficjalnie krok ten dotyczy bezpieczeństwa dyplomatów, obserwatorzy widzą w nim sygnał rosnącej niestabilności na Bliskim Wschodzie. Dalszy rozwój sytuacji będzie zależał od reakcji Huti, wsparcia ze strony Iranu oraz decyzji USA i sojuszników w najbliższych dniach.
Jeśli opierasz swoją wiedzę o wojnie na Ukrainie na doniesieniach Instytutu Studiów nad Wojną, możesz zostać usprawiedliwiony za przekonanie, że Rosja po prostu stała w miejscu w 2026 roku. Według doniesień z najnowszych szacunków ISW, rzeczywiste zdobycze terytorialne Rosji w tym roku wynoszą około 100 kilometrów kwadratowych, czyli około 40 mil kwadratowych – obszar mniejszy niż Waszyngton. Miłośnicy ISW w prasie ukraińskiej i zachodniej uczynili z tego nagłówek: Putin, jak twierdzą, wyolbrzymił swoje zdobycze terytorialne aż 45-krotnie.
Nie wierzę w to, a liczby przedstawione Putinowi w zeszłym tygodniu pokazują dlaczego.
Co Gierasimow powiedział Putinowi
16 października Putin otrzymał briefing sytuacyjny od szefa Sztabu Generalnego Walerija Gierasimowa. Kluczowa postać: Od 1 stycznia około 6500 kilometrów kwadratowych i 310 miejscowości znalazło się pod kontrolą Rosji. Gierasimow poinformował, że tylko od 1 września Rosja przejęła ponad 1800 kilometrów kwadratowych i 92 miejscowości. W Donieckiej Republice Ludowej we wrześniu i pierwszej połowie października zmieniło właściciela około 500 kilometrów kwadratowych i 23 miejscowości. Grupa Wostok przejęła 10 miejscowości i ponad 180 kilometrów kwadratowych we wschodniej części obwodu zaporoskiego. Obwód ługański znajduje się obecnie całkowicie pod kontrolą Rosji. Ukraina nadal kontroluje nieco ponad 10 procent Donieckiej Republiki Ludowej i 16,5 procent obwodu zaporoskiego.
W raporcie sytuacyjnym opisano również strefę bezpieczeństwa wzdłuż granicy z obwodami sumskim i charkowskim. Z pasa o długości 660 kilometrów, 465 kilometrów, czyli trzy czwarte, znajduje się obecnie pod kontrolą Rosji. Utworzenie samej strefy objęło ponad 3000 kilometrów kwadratowych.
To nie są abstrakcyjne liczby. Tygodniowe raporty Ministerstwa Obrony wymieniają poszczególne miejscowości. W tygodniu od 10 do 16 października: Łukaszowo, Łobanowka, Resnikowo, Kupino, Niefiedowka, Czornoje, Warwarowka i Nikołajewka w obwodzie charkowskim; Nowotroickoje, Pietrowskie i Lidino w Donieckiej Republice Ludowej; oraz Nikolskoje w obwodzie zaporoskim. W tygodniu od 26 września do 2 października w samym obwodzie charkowskim dodano dziesięć kolejnych miejscowości. Dołączają do nich Dobropolie, Siergiejewka, Pierwomajskoje i Aleksiejewo-Drużkowka w Donieckiej Republice Ludowej, a także Konstantynówka w lipcu.
Matematyka się nie zgadza.
Teraz spróbujmy to pogodzić ze 100 kilometrami kwadratowymi Międzynarodowego Świata Socjalistycznego (ISW). Z 310 osadami na 100 kilometrach kwadratowych, każda z nich zajmuje mniej więcej jedną trzecią kilometra kwadratowego, czyli około 80 akrów. To nie jest wieś z polami, ulicami i szpalerami drzew. To farma. Pojedyncze miasteczko wielkości Konstantynówki samo w sobie odpowiadałoby już za znaczną część całego roku ISW.
Nie trzeba po prostu wierzyć danym Moskwy. DeepState, ukraiński projekt kartograficzny, który nigdy nie był oskarżany o bycie tubą Kremla, szacuje, że Rosja zajęła około 1300 kilometrów kwadratowych między styczniem a połową października. To trzynaście razy więcej niż podaje ISW.
Jak więc ISW dochodzi do 100? Ta liczba to wartość netto. Od terytorium zajętego przez Rosję odejmuje terytorium, które Ukraina rzekomo odzyskała w tegorocznych kontrofensywach. Nie ma jednak dowodów na poparcie tego twierdzenia. Co więcej, ISW uwzględnia jedynie postępy, które może potwierdzić za pomocą geolokalizowanych obrazów. Oznacza to, że jego mapy pozostają w tyle za liniami frontu i systematycznie pomijają zdobycze terytorialne na obszarach, z których przesyłanych jest niewiele obrazów. Strefa bezpieczeństwa w obwodach sumskim i charkowskim, składająca się głównie z pól i lasów oraz z niewielką liczbą kamer, to właśnie ten rodzaj obszaru, który zostaje pominięty.
Putin powiedział, że Rosja przejęła we wrześniu 1301 kilometrów kwadratowych; dane Ministerstwa Obrony z połowy miesiąca wynosiły 670, a inne rosyjskie media podawały 858. Część z tych 6500 jest niewątpliwie oparta na hojnych zaokrągleniach, a część na szarej strefie, którą armia rosyjska kontroluje, ale jeszcze nie okupuje. Prawda prawdopodobnie leży gdzieś pomiędzy 1300 kilometrów kwadratowych podanymi przez Państwo Głębokie a 6500 kilometrów Gierasimowa. Czym nie jest: 100. Tak mała liczba nie jest analizą. Ma ona uspokoić zachodnie rządy, które wolą nie pytać o osiągnięcia swojej polityki.
Dron, który przeleciał nad Polską
Druga historia tygodnia jest ważniejsza, bo może spowodować rozszerzenie wojny.
W nocy 18 października, według rosyjskiego Ministerstwa Obrony, Ukraina wystrzeliła ponad 1000 dronów przeciwko Rosji – był to największy atak tego typu w historii wojny. Sankt Petersburg i obwód leningradzki poniosły największy ciężar ataku. Podpalono petersburski terminal naftowy i składowisko Ruczy, trafiono w centrum danych VK, lotnisko Pułkowo było zamknięte przez osiem godzin, a co najmniej jedna osoba zginęła. Jeden z dronów nie dotarł do celu. Eksplodował w rejonie Paswala na Litwie, uderzając w jadący samochód.
Litewski minister obrony Robertas Kaunas twierdzi, że dron wleciał w litewską przestrzeń powietrzną z polskiej przestrzeni powietrznej. Premier Litwy twierdzi, że „nie ma wątpliwości”, że dron pochodził ze strony polskiej, a Wilno twierdzi, że posiada wiarygodne dowody na to, że dron przekroczył polską granicę. Ukraina przyznała, że dron pochodził z Ukrainy, przeprosiła i obwiniła rosyjskie środki walki elektronicznej o zmianę kursu. Warszawa z kolei twierdzi, że jej radar nie wykrył przekroczenia granicy, zaprzecza wyciekom informacji o wystrzeleniu drona z Litwy, a premier Donald Tusk zażądał wyjaśnień od Kijowa. Obaj sojusznicy z NATO powołali wspólny zespół śledczy.
Zaprzeczenia Warszawy nie pokrywają się z tym, czego się dowiedziałem, a zabłąkany dron na Litwie to mniej istotna część tej historii. Niezależne źródło podało mi, że dron, który zaatakował Petersburg, został wystrzelony z Polski. Nie była to ukraińska broń, która przypadkowo przeleciała przez polską przestrzeń powietrzną. Atak na drugie co do wielkości miasto Rosji rozpoczął się na polskiej ziemi. Na tym polega różnica między żenującym incydentem a aktem wojny. Atak na Petersburg z terytorium państwa członkowskiego NATO czyni Polskę współwinną tego ataku – niezależnie od tego, co jej rząd mówi publicznie.
To wiele wyjaśnia. Rosyjskie media nazywają teraz tę trasę „Szlakiem Bałtyckim”: ukraińskie drony dalekiego zasięgu latają wzdłuż granicy NATO, przez polską i bałtycką przestrzeń powietrzną, do której nie docierają rosyjskie systemy obrony powietrznej, a następnie skręcają na wschód, w kierunku Rosji. Ukraińskie drony zmierzające do Rosji już kilkakrotnie w tym roku zabłądziły na Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię. Punkt startowy w Polsce skraca lot do Petersburga, utrzymuje drony poza białoruską i rosyjską obroną powietrzną przez większość trasy i zapewnia ochronę operacji systemom obrony powietrznej NATO.
Litewscy urzędnicy, którzy byli bardziej otwarci niż Warszawa, oświadczyli już, że dron, który rozbił się w ich kraju, pochodził z polskiej strony – co wpisuje się w ten sam schemat. Moskwa nie będzie traktować kraju, z którego nastąpił atak na Petersburg, jako zwykłego obserwatora.
Czy Rosja odpowie Polsce?
Zakładam, że tak. Publicznie Kreml jak dotąd zachowywał powściągliwość. Reakcją Pieskowa na ataki na Petersburg było stwierdzenie, że Rosja już „nieustannie” atakuje Ukrainę, a 20 października Ministerstwo Obrony poinformowało o atakach na wyrzutnie ukraińskich dronów dalekiego zasięgu.
Jak dotąd nie padło żadne publiczne zagrożenie wobec Polski. Moskwa jednak rzadko ogłasza swoje reakcje z wyprzedzeniem i wcześniej jasno określiła granicę: państwo, które pozwala na wykorzystanie swojego terytorium do ataków na Rosję, staje się stroną konfliktu.
Rosja dysponuje opcjami znacznie wykraczającymi poza otwartą wojnę i ma wszelkie powody, by z nich korzystać: ataki na samą infrastrukturę startową, wojna elektroniczna o skutkach wykraczających poza granice, drony i pociski sondujące polską przestrzeń powietrzną, jak to miało miejsce we wrześniu 2025 roku, sabotaż węzłów logistycznych zaopatrujących Ukrainę oraz presja na Korytarz Suwalski między Białorusią a Kaliningradem. Wszystko to może wydarzyć się błyskawicznie. Każda z tych opcji niesie ze sobą ryzyko eskalacji, nad którą nikt w Warszawie, Wilnie ani Brukseli nie miał prawa głosować. Artykuł 5 NATO nigdy nie miał chronić państwa członkowskiego, które przeprowadza ataki na rosyjskie miasta, a następnie udaje oburzenie, gdy Rosja odpowiada.
Lekcja, którą tu przedstawiam, zaczyna się tam, gdzie zakończyła się pierwsza połowa tego felietonu. Polityka Zachodu w tej wojnie opiera się na szeregu uspokajających danych: Rosja ledwo posuwa się naprzód, Rosji kończą się ludzie, Rosja nie odważy się odpowiedzieć. Jeśli dane są błędne, to polityka na nich oparta również jest błędna. Sto kilometrów kwadratowych ISW sprawia, że zachodni przywódcy odnoszą wrażenie, że mogą stale eskalować działania bez ponoszenia kosztów.
Atak na Sankt Petersburg z Polski, w którym zabłąkany dron eksplodował na litewskim polu, służy jako przypomnienie, że koszty są realne i że Rosja zbliża się do ojczyzny.
Zgodnie z propagandą UE i kliki POPiS, system kaucyjny miał być ekologiczną rewolucją, która niemal całkowicie wyeliminuje plastikowe butelki i puszki ze zwykłych śmieci. Po roku jego funkcjonowania coraz wyraźniej widać jednak, że zamiast obiecywanego sukcesu mamy kosztowny mechanizm, który obciąża samorządy, utrudnia życie obywatelom i tworzy nowe źródło dochodów dla wąskiej grupy operatorów. Zwykły Polak ma natomiast stać się darmowym pracownikiem systemu, który sam musi obsługiwać.
System kaucyjny coraz bardziej daje się we znaki. Dane z Łodzi świetnie obrazują skalę problemu. Od początku 2026 roku do miejskich śmietników trafiło co najmniej 6 mln butelek objętych kaucją. Oznacza to około 3 mln zł kaucji, których mieszkańcy nie odzyskali. Według Tomasza Kacprzaka z łódzkiego MPO lokalny poziom zwrotu opakowań wynosi zaledwie 60–65%, podczas gdy wymagany w 2026 roku poziom selektywnej zbiórki to 77%. Trudno uznać to za spektakularny sukces, zwłaszcza że system przedstawiano jako rozwiązanie, które miało radykalnie zmienić zachowania konsumentów.
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy przyjrzymy się kosztom odzyskiwania surowca. Według szacunków przedstawiciela łódzkiego MPO odzyskanie tony plastiku z odpadów zbieranych selektywnie kosztuje około 1200–1400 zł. W systemie kaucyjnym koszt ten ma wynosić od 8 tys. do nawet 16 tys. zł za tonę. Mówimy zatem o wielokrotnie wyższych wydatkach za odzyskanie tego samego rodzaju materiału. Trudno nie zadać pytania, czy rzeczywiście chodzi tutaj o racjonalną gospodarkę odpadami, czy raczej o stworzenie kosztownej infrastruktury, której utrzymanie ktoś będzie musiał sfinansować. Ten „ktoś” to oczywiście Polacy.
Na zmianach tracą również samorządy. Łódzkie MPO miało od stycznia do września stracić około 1,5 mln zł przychodów ze sprzedaży butelek PET. Dlaczego? Ponieważ wartościowy surowiec, który wcześniej trafiał do komunalnego systemu segregacji, został częściowo przejęty przez nowy mechanizm. Gminne sortownie nie przestają jednak ponosić kosztów funkcjonowania. Nadal trzeba utrzymywać instalacje, organizować odbiór odpadów i finansować infrastrukturę. Jeżeli odbiera się im część przychodów, rachunek nie znika. Ostatecznie może zostać przerzucony na mieszkańców w opłatach za gospodarowanie odpadami.
Kto w takim razie korzysta na tej zielono-komunistycznej rewolucji? System wymaga stworzenia i utrzymywania sieci zbiórki, transportu, magazynowania oraz rozliczania opakowań. To przestrzeń dla operatorów zarządzających przepływem kaucji i surowców. Nie oznacza to, że każdy operator automatycznie osiąga nadzwyczajne zyski, ale skala kosztów rodzi uzasadnione pytania o rentowność całego przedsięwzięcia, podział korzyści i przejrzystość rozliczeń. Obywatele i samorządy mają pełne prawo domagać się odpowiedzi, kto zarabia, ile zarabia i dlaczego przyjęty model jest tak kosztowny.
Najbardziej absurdalny jest jednak sposób, w jaki zorganizowano udział zwykłych ludzi. Polak ma teraz nie tylko segregować śmieci we własnym domu, lecz także przechowywać kaucjonowane opakowania, pilnować ich stanu, przewozić je do punktów zbiórki, a następnie czekać, aż urządzenie łaskawie je przyjmie.
W teorii to prosty mechanizm: oddajesz butelkę, odzyskujesz pieniądze. W praktyce dochodzą kolejki, przepełnione butelkomaty, awarie i urządzenia odrzucające opakowania, za które przecież pobrano kaucję. Człowiek traci czas, denerwuje się i nierzadko musi szukać kolejnego punktu.
Tak oto konsumenta sprowadzono do roli śmieciarza i logistyka na własny koszt. Ma wykonywać dodatkową pracę, aby odzyskać pieniądze, które wcześniej zapłacił. Jeżeli urządzenie nie działa albo nie ma możliwości przyjęcia kolejnych butelek, jego czas i frustracja nie są ujmowane w żadnym oficjalnym rachunku ekonomicznym. Podobnie jak koszty przechowywania opakowań w mieszkaniach czy dodatkowych podróży do punktów zwrotu.
Co więcej, butelki nadal trafiają do zwykłych śmieci. Nie wystarczy więc uruchomić systemu, nałożyć obowiązki na sklepy i konsumentów oraz ogłosić ekologicznego sukcesu. Trzeba jeszcze wykazać, że nowe rozwiązanie rzeczywiście działa lepiej od dotychczasowego, a jego efekty uzasadniają ponoszone wydatki.
Po roku funkcjonowania systemu kaucyjnego bilans jest negatywny w każdym aspekcie. Z jednej strony mamy wysokie koszty odzysku, utratę przychodów przez samorządowe sortownie i uciążliwości dla mieszkańców. Z drugiej – typowo propagandową i oderwaną od realiów obietnicę czystszego środowiska, której realizacja pozostawia wiele do życzenia.
Ekologia nie powinna być pretekstem do budowania kosztownego systemu, w którym obywatel wykonuje dodatkową pracę, samorząd traci przychody, a odpowiedzialność za sprawne funkcjonowanie infrastruktury rozmywa się między kolejnymi podmiotami. Jeżeli odzyskanie tony plastiku może kosztować nawet 16 tys. zł zamiast 1400 zł, nie stworzono żadnej infrastruktury służącej środowisku ale pijawkę, po cichu wysysającą pieniądze Polaków. Finalnie to nic innego jak wyjątkowo droga maszynka do zarabiania na wielu, przez niewielu.
Zamieszki w Paryżu i innych miastach Francji byłyby o wiele bardziej znaczące i pouczające, gdyby nie wydawały się tak bardzo manipulowane przez polityczną propagandę, i tak bardzo nie prowadziły do alternatywy „państwo Macrona albo chaos demonstracji”. Alternatywy oczywiście fałszywej, bo to właśnie pozujący dziś na partię porządku macronizm jest wszak jednym ze źródeł trwającego kryzysu we Francji. A wszystkim skłaniającym się, by w odruchu przerażonego drobnomieszczaństwa wzywać na pomoc autorytarnych globalistów – warto przypomnieć, że Baryka jednak poszedł na Belweder…
O pożytku z nieporządku
Moglibyśmy dziś śmiało stwierdzić „a nie mówiliśmy”, wskazując na destrukcyjne skutki napięć kulturowych wywołanych przez fatalną politykę imigracyjną Zachodu, choć pewnie duch Enocha Powella mógłby domagać się prawa pierwszeństwa w takiej konstatacji. I właśnie wychodząc z takich pozycji największym błędem, jaki moglibyśmy dziś zrobić, byłoby uleganie ewidentnej rządowej prowokacji, która we Francji uderza w znaną nutę „do może i częściowo i słusznych protestów społecznych dołączyły elementy chuligańskie, wobec czego koniecznym stało się użycie siły…”.
A no właśnie, czy jednak naprawdę koniecznym i niby jakie użycie siły? Jak dotychczas bowiem to, czego nie widzimy zza internetowych filmików, to trwające autentyczne protesty przeciw kosztom życia i bankructwu systemu polityczno-gospodarczego Republiki Francuskiej, nadto zaś widoczna jest dziwaczna bierność policji, wyraźnie sprzyjająca kryminalnej stronie wydarzeń. W kraju takim jak Francja policja i żandarmeria, znane ze skłonności do nadużywania siły tym razem mają wyraźny zakaz sięgania po nią. Ktoś ewidentnie chce, by przerażony mieszczuch paryski w końcu wielkim głosem zawołał o pomoc do tej samej władzy, która 5 lat temu wrzucała granaty hukowe do mieszkań ludzi nie dość sterroryzowanych COVIDem.
Wobec wszech-stanu wyjątkowego
Rzekomy porządek proponowany przez macronizm i mu podobne to groźba globalizującego lockdownu, śmiertelnie groźna dla samej idei powrotu do normalności, społeczeństwa tradycyjnych wartości, ale i progresywnych przemian ekonomicznych. Z chaosu natomiast, faktycznie mało estetycznego, ale w istocie mało groźnego dla społeczeństwa, może wyłonić się przestrzeń dla artykulacji i wdrażania programów bliższych zdrowemu rozsądkowi. Pamiętajmy też, że Republika Francuska jest jednym z liderów liberalnego autorytaryzmu, zaawansowanym wystarczająco, by nieporządki i rabunki zlikwidować w ciągu godzin, bo nawet nie dni. Jeśli je więc toleruje, a nawet hoduje – to dla własnych celów. Macronizm już raz instytucjonalnym zamordyzmem lockdownów przerwał protest Żółtych Kamizelek, na pewnym etapie łączący normalsów, skrajną lewicę i prawicę. Czy dziś zmierza do tego samego, czekając na pretekst do wprowadzenia stanu wyjątkowego? Stanu, który przecież podobnie grozi i w Polsce, tyle, że uzasadniony groźbą konfliktu zbrojnego?
Krew w Sekwanie?
Zresztą, głównonurtowa propaganda Republiki nie różni się bardzo od tej serwowanej w III RP. Tyle, że ponieważ Paryżan trudno byłoby dziś przestraszyć kozakami w okolicznych bistrach – Maghrebczyk rabujący torebkę od Vuittona okazuje się być znacznie skuteczniejszy, by wyborcy spojrzeli życzliwiej na combo oligarchów i pedofili, którzy rządzą Francją. Wojna rasowa jest ostatnią bronią kapitału, by odsunąć wojnę klasową, zbroić się warto na obie, jednak broniąc własności swojej, rodziny i wspólnoty nie trzeba koniecznie osłaniać tych, którzy rabusiów dopuścili pod nas nasze domy. We Francji zrewoltowany plebs w zdobytych merostwach zrzuca i tłucze popiersia Dziwki Republiki. Cóż w tym miałoby przeszkadzać i konserwatystom, i rewolucjonistom? Tym bardziej, że zwłaszcza we Francji tzw. partia porządku zawsze jak dotąd okazywała się partią plutokracji. Zresztą, porządek należy mieć u siebie, u sąsiadów zaś tylko jeśli to dla nas korzystne.
A zatem dla sprzedajnych urzędników, brzuchatych bankierów i ich tępych popleczników: „Vive le son d’l’explosion!”
George Orwell opisał w swojej książce tylko jedno Ministerstwo Prawdy – Wielka Brytania ma ich znacznie więcej.
Najnowszy raport Big Brother Watch, „Brytyjski problem wolności słowa”, określa skalę tego ataku. Zauważa, że brytyjska policja aresztowała w ciągu ostatnich pięciu lat aż 62 199 osób za „przestępstwa komunikacyjne”. Dla porządku dodam, że to więcej aresztowań związanych z wolnością słowa niż w Chinach, Rosji czy jakimkolwiek innym kraju, o którym ciągle słyszymy, że jest „wrogiem praw człowieka i zachodnich wartości demokratycznych”.
Jednak czego być może nie wiecie o tym opłakanym stanie rzeczy, to fakt, że brytyjskie państwo policyjne nie powstało z dnia na dzień i nie jest wynikiem kaprysów tego czy innego policjanta. W rzeczywistości jest ono częścią rozległej infrastruktury biurokratycznej służącej do kontroli mowy, starannie budowanej przez ostatnie dwie dekady. Infrastruktura ta obejmuje celowo dezorientujący wachlarz jednostek śledczych, zespołów zadaniowych, dyrekcji i ministerstw, których istnienie jest w dużej mierze ukrywane przed opinią publiczną, a ich działalność owiana jest tajemnicą. Źródło.
Aresztowania podczas demonstracji popierającej Palestyńczyków w Londynie.
Wielka Brytania (2023):12 183 aresztowań na podstawie przepisów dotyczących komunikacji. Rejestrowane corocznie. Egzekwowanie przepisów odbywa się w sposób ciągły i przez cały rok.
To nie George Orwell – brytyjski pisarz i publicysta jest przyczyną wprowadzania totalitarnej cenzury na terenie Wielkiej Brytanii. Za tym stoją światowe globalistyczne siły – proszę, nie nazywajmy ich elitami.
Światowe Forum Ekonomiczne (WEF) nie posiada na własność żadnych nieruchomości w Davos. Doroczne spotkania w Davos (w tym w Kongresie – Congress Centre) odbywają się w obiektach należących do miasta Davos oraz lokalnych hoteli i partnerów, które WEF wynajmuje lub przejmuje na czas trwania corocznego szczytu.
Kompleks budynków bankowych na terenie City of London.
City of London Corporation znajduje się na terenie obszaru zwanego City of London w stolicy Wielkiej Brytanii i promuje programy pod hasłem „The Global City”. Jej głównym celem, jak podaje oficjalna definicja, jest lobbing na rzecz utrzymania pozycji Londynu jako głównego, światowego centrum finansowego. City of London (nazywane potocznie The City lub The Square Mile) to historyczne i finansowe centrum Londynu, posiadające unikalny status prawny i autonomię.
Obszar: Zajmuje powierzchnię około 2,9 km² (ściśle odpowiadającą rzymskiemu Londinium), przez co nazywa się je często „milą kwadratową”;
Spis ludności (2021): 8 583 mieszkańców;
Szacunki (2024–2025): ok. 15 111 mieszkańców (widoczny silny wzrost w ostatnich latach);
Codzienny napływ: Mimo niewielkiej liczby stałych mieszkańców, każdego dnia do pracy i w celach turystycznych przybywają tu setki tysięcy osób;
Relacja z Londynem: Nie jest to zwykła dzielnica. Wraz z 32 gminami (London boroughs) tworzy Wielki Londyn (Greater London), ale w świetle prawa funkcjonuje jako odrębny, samorządny organizm i ceremonialne hrabstwo;
Władze i autonomia: Posiada własny rząd (City of London Corporation), własne tradycje oraz własną policję (City of London Police) – jako jedyny taki obszar w Wielkiej Brytanii.
Jeśli interesuje was, czym jest City of London Corporation, to odpowiedź jest prosta: jest to najstarszy gang kryminalny na świecie. Przetłumaczyłem dla was publikację z 19 maja 2026 r. na heartlandstribune.com, gdzie można przeczytać, dlaczego tak uważam. Tytuł: City of London Corporation: Najstarszy gang na świecie.Źródło.
Naturalnie, że brytyjskie państwo policyjne kierowane jest przez struktury rządowe. Rząd z kolei kierowany jest przez struktury globalistyczne, także te z City of London. Jak na dyktaturę przystało, globaliści stworzyli klasyczną piramidalną strukturę zarządzania. Na samym szczycie stoją … No właśnie, kto jest tym niedoszłym władcą świata? Może Larry Fink? Nie sądzę. Ci z samej góry skutecznie ukrywają swój wizerunek, żeby w razie potrzeby wskazać na Sorosa, Gatesa, Zuckerbergera i podobnych kreatur co prawda zasługujących na karę, ale mimo wszystko z powodu własnej głupoty najlepszych kozłów ofiarnych dla złaknionego zemsty tłumu. Ci najgorsi stoją w ukryciu i zachowują sobie możliwość wycofania się, kiedy wreszcie padnie projekt władzy nad całym światem.
Efekty działania tego syndykatu odczuwalne są na całym świecie. Nawet mała Austria gra pod dyktando globalistycznej hierarchii narzuconej rządom zaprzedanym temu wrzodowi na coraz bardziej chorej tkance organizmu światowego.
I believe I can fly! – Wierzę, że potrafię latać! Byłem świadkiem tej sceny, kiedy austriacka policja nauczyła latać organizatora antykowidowych demonstracji Martina Ruttera.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Piszę o zagrożeniu banderyzmem od ćwierć wieku. Najpierw w „Ojczyźnie”, później „Myśli Polskiej”. Dużo więcej po 2014 roku, gdy banderyzm podniósł swój łeb na Ukrainie. Oprócz środowisk kresowych, endeckich, kilku ludowych i socjalistycznych nikogo to nie obchodziło.
Dzisiaj czuje się rozbawiony, gdy słyszę różnorakich polityków Koalicji Obywatelskiej (KO) i Prawa i Sprawiedliwości (PiS) mówiących, że niedopuszczalne jest czczenie morderców Polaków. Że oni protestują i mówią stanowcze – nie! A do tej pory było dopuszczalne? Pomniki Stepany Bandery nie stoją na Ukrainie od wczoraj. Ulice Romana Szuchewycza nie są nowością. Tablice i obeliski poświęcone tym, którzy mordowali Polaków z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) zdążyły się już zestarzeć. Aktualnie rządzący Ukrainą nadają jednostką walczącym z Rosją nazwy nawiązujące do kolaboranckich organizacji okresu II wojny. To teraz na Ukrainie tworzy się aleję zasłużonych miedzy innymi z tych, którzy mają polską krew na rękach.
Nikt już nie wierzy w te brednie o tym, że Ukraina po 2022 roku wypracuje sobie nowych bohaterów. Nikt nie wierzy w bzdury durniów wmawiającym Polakom, że to nie UPA, ale radzieckie NKWD przebrane za Ukraińców mordowało. Mam nadzieję, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie dzisiaj na piedestał stawiał tych nielicznych żołnierzy WiN-u, którzy dopuścili się obrzydliwości i współpracowali z ukraińskimi szowinistami.
Lwowska Rada Obwodowa ogłosiła, że rok 2027 na terenie obwodu będzie rokiem zbrodniarza Romana Szuchewycza. I tylko ona może to odwołać. Nie ma znaczenia, że od radnych Obwodu Lwowskiego odciął się ukraiński MSZ, bo to nie MSZ podjął taką decyzję. Nie ma znaczenia, że ktoś z kancelarii Zelenskiego twierdził, że uchwała nie wejdzie w życie, bo to nie Kancelaria Zełenskiego podjęła taką decyzję. A nawet gdyby Lwowska Rada Obwodowa odwołała uchwalę, to niewiele to zmienia – bo będzie to zupełnie nieszczere bo zrobione pod przymusem.
I niech wszyscy stronnicy międzymorza i innych bzdetów przestaną bredzić, że to jest jakiś wypadek przy pracy. Że w imię strategicznej współpracy powinniśmy to przemilczeć. Nie ma na to zgody. To żaden wypadek! To żaden pojedynczy incydent! Ten zbrodniarz jest Honorowym Obywatelem Lwowa od 2010 roku! Zbrodniarz Roman Szuchewycz był już czczony w obwodzie lwowskim w 2007, 2017 i 2020. Ten ukraiński zbrodniarz ma we Lwowie swoje muzeum, które jest właśnie odbudowywane. Ma swoją ulicę i tablicę upamiętniającą na szkole …
Banderyzm – czyli najbardziej antypolski szowinizm Europy stał się istotna częścią oficjalnej polityki historycznej państwa ukraińskiego. Zbrodniarze i mordercy Polaków stali się dla współczesnych Ukraińców bohaterami. Weteranami są ludzie, którzy służyli w UPA i 14 Dywizja Grenadierów Waffen SS. Młodzi ludzie na Ukrainie są przekonani, że odpowiedzialni za niesłychanie okrutne mordy na Polakach, Rosjanach, Czechach, Ormianach i innych narodowościach są wzorami do naśladowania. Zbrodnią dla tych ludzi nie są masowe mordy polskiej ludności, ale przesiedleńcza Operacja Wisła. W tym kraju jawnie czci się morderców Polaków, a władze w Polsce ciągle udają, że pada wiosenny deszczyk, jak ktoś załatwia mi się na twarz!