UE planuje rabunek prywatnych oszczędności obywateli w celu finansowania przedsięwzięcia wojennego

UE planuje kradzież prywatnych oszczędności obywateli w celu finansowania niekończącego się przedsięwzięcia wojennego

[Zmieniam w tytule na „rabunek”, boć to jawne. Co dla nich znaczy „10 bilionów” – nie wiem. md]

UE stoi na skraju bezprecedensowego kradzieży, gotowa splądrować konta oszczędnościowe swoich obywateli i przelać miliardy dolarów w chciwe ręce sojuszników Ursuli von der Leyen z branży zbrojeniowej

DR IGNACY NOWOPOLSKI APR 6

Pod przykrywką szlachetnej „Unii oszczędnościowo-inwestycyjnej” von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, otwarcie zadeklarowała swój zamiar „przekształcenia prywatnych oszczędności w bardzo potrzebne inwestycje”,co bardziej przypomina kradzież niż strategię ekonomiczną.

Mając 10 bilionów [czyli 10 tysięcy miliardów? Chyba nie? Plączą długą i krótką skalę, radzę rozumieć jako „bardzo wielkie pieniądze” md] , euro na europejskich kontach bankowych, elity UE widzą w tym doskonałą okazję – nie po to, by przynieść korzyści ludziom, ale by sfinansować swoją machinę wojenną i napełnić kieszenie swoich kolesi z przemysłu zbrojeniowego.

Plan von der Leyen, ujawniony w jej ostatnich wypowiedziach, nie dotyczy wzmocnienia pozycji obywateli ani pobudzenia gospodarki — to jawne przejęcie władzy przebrane za konieczność. Według Euronews Komisja Europejska naciska na przekierowanie tej ogromnej puli „niewykorzystanych oszczędności” na „inwestycje strategiczne”, a wydatki na obronę znajdują się na szczycie listy.

Tak zwany Plan Przezbrojenia Europy, który von der Leyen reklamowała na kwotę 800 miliardów euro , opiera się na przeznaczaniu środków publicznych i prywatnych na wsparcie producentów broni, podczas gdy obywatele Europy nie mają pojęcia, na co tak naprawdę trafiają ich ciężko zarobione pieniądze.

Dowody są druzgocące. POLITICO informuje , że von der Leyen agresywnie naciska na to, aby 150 mld euro pożyczek UE – pożyczonych na rynkach kapitałowych – trafiło bezpośrednio do europejskich firm zbrojeniowych, zapewniając stały dopływ gotówki do jej przemysłowych przyjaciół pod pretekstem „wspólnych zamówień”.

Ale co jest prawdziwą zagadką? Unia oszczędnościowo-inwestycyjna, reklamowana jako dobrowolne zwiększenie bogactwa gospodarstw domowych, jest teraz przekręcana w mechanizm, który ma wykorzystać 11,5 biliona euro, które Europejczycy zaoszczędzili — 13% ich dochodów — bez ich zgody.

To nie jest innowacja gospodarcza; to rozbój w biały dzień. UE twierdzi, że chodzi o konkurencyjność i bezpieczeństwo, ale prawda jest brzydsza. Weryfikacja faktów DW obaliła pomysł, że oszczędzający zostaną zmuszeni wprost, ale presja jest jasna: stworzyć „zachęty” tak nieodparte — lub przymusowe — że obywatele nie będą mieli innego wyboru, jak tylko włożyć oszczędności całego życia w ulubione projekty von der Leyen.

A kto na tym korzysta? Producenci broni, którzy już ślinią się na myśl o kontraktach na pociski, drony i systemy obrony powietrznej, jak opisano w projekcie Rearm Europe autorstwa von der Leyen [„ReArm Europe Plan: Ursula von der Leyen unveils major EU defense expense initiative,” defense-industry.eu, 4 marca 2025].

Smród kumoterstwa jest przytłaczający. Wewnętrzne otoczenie von der Leyen od dawna przyjaźni się z przemysłem zbrojeniowym, a teraz wykorzystuje widmo geopolitycznej niestabilności — sława ukrainie — aby usprawiedliwić napady na zasoby zwykłych Europejczyków. Kitco News ostrzegało , że może to odzwierciedlać historyczne precedensy, takie jak nazistów wymuszający oszczędzanie na obligacjach wojennych, niepokojąca analogia, która powinna sprawić, że każdy oszczędzający zadrży. Tymczasem retoryka UE zdradza jej intencje: „podwójne zwycięstwo” von der Leyen dla gospodarstw domowych i firm jest farsą, gdy jedynymi zwycięzcami są jej kumple od handlu bronią i Nowy Porządek Świata.

Europejczycy powinni być wściekli. Nie chodzi o obronę — chodzi o kontrolę, zysk i zdradę. UE, pod żelaznym uściskiem von der Leyen, jest gotowa splądrować twoje oszczędności, wszystko po to, by nasmarować koła machiny wojennej, która zagraża nie tylko naszym portfelom, ale samej duszy wolnego społeczeństwa.

Czas się obudzić, zanim konta bankowe będą puste, a przywódcy globalistycznego kultu śmierci będą się śmiać przez całą drogę do banku.

Rzym: Tysiące protestują przeciwko planowi dozbrojenia UE

Rzym: Tysiące protestują przeciwko planowi dozbrojenia UE

W sobotę na ulice Rzymu wyszła ogromna liczba demonstrantów, aby zaprotestować przeciwko militaryzacji UE.

DR IGNACY NOWOPOLSKI APR 6
protesty w Rzymie

Demonstracja była wyrazem sprzeciwu wobec planu Unii Europejskiej, zakładającego przeznaczenie 800 miliardów euro na zbrojenia. Protestujący krytykowali cięcia w wydatkach na opiekę zdrowotną, edukację i zatrudnienie.

Plan UE dotyczący przezbrojenia spotyka się ze sprzeciwem nie tylko we Włoszech, ale i w całej Europie. Wiele osób zastanawia się, czy tak duża inwestycja w zasoby wojskowe jest konieczna i korzystna.

Na czele wiecu stanęła partia polityczna Ruch Pięciu Gwiazd (M5S) i jej lider, były premier Giuseppe Conte, protestując przeciwko planom bloku zakładającym przeznaczenie 800 miliardów euro (875 miliardów dolarów) na wzmocnienie kompleksu militarno-przemysłowego w Unii Europejskiej.

„Nie dla dozbrojenia! Zatrzymajmy ich” – ogłosił Conte na swoim koncie X.

„Dziś rodzi się wspaniała alternatywa dla Włoch, gdzie następuje remilitaryzacja, cięcia w służbie zdrowia, szkołach, biznesie. Zatrzymamy je. Wszyscy razem” –napisał.

Na nagraniach wideo zamieszczonych przez polityka widać tłum tysięcy ludzi maszerujących ulicami Rzymu, machających włoskimi flagami i transparentami z hasłami takimi jak „Dość pieniędzy na broń” i „Nie dla dozbrojenia”.

Organizatorzy protestu przemawiali do tłumu ze sceny ustawionej na Via dei Fori Imperiali.

„Ten europejski plan nie przewiduje wspólnej obrony, a jedynie nowe cięcia w szkołach, służbie zdrowia i pracy. To szaleństwo bez strategii i wizji” – powiedział Conte na scenie, zwracając się do tłumu, według doniesień La Milano.

Gazeta podała, że ​​w proteście wzięła również udział delegacja Włoskiej Partii Demokratycznej, choć w mniejszej liczbie.

W zeszłym miesiącu przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zaproponowała ogromny plan dozbrojenia, mający na celu wykorzystanie do 800 mld euro długu i ulg podatkowych. Tak zwany plan ReArm ma na celu przeciwdziałanie domniemanemu zagrożeniu ze strony Rosji, pomysłowi, który Moskwa odrzuciła jako bezpodstawny.

Premier Włoch Giorgia Meloni poparła ten plan. Jednak według doniesień poróżnił ją on z innymi członkami rządzącej centroprawicowej koalicji.

Z folksdojczami – polski Żyd

Z folksdojczami – polski Żyd

Stanisław Michalkiewicz„Goniec” (Toronto)    6 kwietnia 2025 michalkiewicz

Przypadek zrządził, czy dobry los – bo wydaje się, jakby bodnarowcom z czarnymi podniebieniami kończył się okres dobrego fartu. Do tej pory dokazywali, jak chcieli; w rezultacie doszło do tego, że nie tylko jedne niezawisłe sądy nie uznają innych niezawisłych sądów, z Trybunałem Konstytucyjnym i Sądem Najwyższym na czele (z wyjątkiem Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, w której muszą zasiadać wyłącznie płomienni szermierze praworządności, co to stawili się na pierwszą linię frontu walki o praworządność, jaką w naszym bantustanie rozpętała w 2017 roku Nasza Złota Pani z Berlina, a którą kontynuuje Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje z Brukseli) – aż tu nagle pojawił się pierwszy trup w osobie pani Barbary Skrzypek. Wprawdzie wszyscy bodnarowcy z czarnymi podniebieniami, a przede wszystkim – sam „Jurek” Owsiak – stanęli „murem” za prokuraturą Ewą Wrzosek, wprawdzie dostała ona ochronę ubowców, którzy podobno nie spuszczają jej z oka nawet w nocy, wprawdzie tylko patrzeć, jak zostanie dołączona do stada autorytetów moralnych – ale absmak pozostał. Chodzi o to, że nawet z walką o praworządność nie należy przesadzać; owszem, skoro taki rozkaz, to walczyć trzeba – tak samo jak z korupcją – ale wszystko w granicach przyzwoitości. Skoro jednak pojawił się pierwszy trup, to znaczy, że granice przyzwoitości zostały przekroczone.

Jakże inaczej wytłumaczyć, że niezawisły sąd w Warszawie, w osobie pani sędzi Ptaszek Anny, mimo wniosku, jaki w imieniu sejmowej komisji do spraw „Pegasusa” złożyła sama Wielce Czcigodna Sroka Magdalena, żeby Zbigniewa Ziobrę umieścić co najmniej na 30 dni w areszcie wydobywczym, aż zmięknie mu rura, wniosek ten oddaliła? Ciekawe, że nawet nie dlatego, że ta cała komisja Wielce Czcigodnej Sroki Magdaleny jest „nielegalna” – co stwierdził Trybunał Konstytucyjny. Normalnie to by może wystarczyło, ale organizacja przestępcza o charakterze zbrojnym, czyli III Rzeczpospolita pod firmą Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda, nie jest reżymem normalnym, tylko przeżartym partyjniczym zacietrzewieniem, więc Trybunału Konstytucyjnego „nie uznaje”, a nawet nie wypłaca tamtejszym niezawisłym sędziom poborów. W tej sytuacji pani sędzia Ptaszek Anna wolała nie powoływać się na „nielegalność” – ale za to oddaliła wniosek z tego powodu, że komisja Wielce Czcigodnej Sroki Magdaleny mogła Zbigniewa Ziobrę przesłuchać, ale w podskokach „zakończyła obrady”, kiedy tylko dowiedziała się, że znienawidzony Ziobro Zbigniew jest już w Sejmie. Żeby przypadkiem nie zdążył dotrzeć na posiedzenie komisji przed rozpierzchnięciem się posłów – bo niezbyt kumatych musiała tarmosić Wielce Czcigodna Joanna Kluzik-Rostkowska, co to po rozmaitych przejściach wylądowała w Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda, który używa jej do rozmaitych przedsięwzięć, bardziej lub mniej prestiżowych – Wielce Czcigodna Sroka Magdalena dała cynk Straży Marszałkowskiej, żeby tego całego Ziobrę jeszcze przez kilka minut przetrzymała przy wejściu.

Toteż pani sędzia Ptaszek Anna mogła uznać, że Wielce Czcigodna Sroka Magdalena próbuje ją instrumentalnie wykorzystać do jakiejś prywatniackiej dintojry i pomyśleć sobie – jak ty mi tak, wywłoko, to ja ci tak! Zobaczymy, czy minister Bodnar z czarnym podniebieniem zarządzi wylosowanie jakiegoś dyspozycyjnego szubrawca, który w apelacji, jaką Wielce Czcigodna Sroka Magdalena zapowiada, to postanowienie pani sędzi Ptaszek Anny uchyli. Może znajdzie, bo szubrawców u nas nie brakuje, ale z drugiej strony z szubrawcami nigdy nic nie wiadomo, bo takiego jednego z drugim szubrawca druga strona też może skorumpować i to niekoniecznie finansowo. Jak powiadają Rosjanie, nikt nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara, a już szubrawcy – w szczególności. Tymczasem – jak zauważył Rejent Milczek – „nie brak świadków na tym świecie” – więc i szubrawcowi można oddziaływać nie tylko na trzos – ale i na instynkt samozachowawczy.

Toteż nic dziwnego, że na szubrawców bez przerwy oddziałują promotorzy demokracji kierowanej, którą obywatel Tusk Donald nazywa „walczącą”. Znakomity przykład skuteczności wpływania na szubrawców mieliśmy w Rumunii, teraz możemy oglądać to w Turcji, a ostatnio – we Francji, gdzie tamtejszy szub… to znaczy – pardon – oczywiście tamtejszy niezawisły sąd przysolił piękny wyrok pani Marynie Le Pen, oczyszczając w ten sposób teren dla przyszłych kandydatów na francuskich prezydentów z ramienia żydokomuny. Wprawdzie i pani Maryna wobec Żydów wykazywała elastyczność, ale co żydokomuna, to żydokomuna, więc nic dziwnego, że niezawisły sąd dostał rozkaz, żeby ją z wyborów prezydenckich wymiksować. W ten oto sposób spełni się spiżowe słowo klasyka demokracji Józefa Stalina, żeby przygotować francuskim suwerenom prawidłową alternatywę, która poznamy po tym, że nawet bez względu na to, kto wygra wybory, będą one wygrane.

Ciekawe, co też uradzą uczestnicy zapowiedzianego „okrągłego stołu” Unii Europejskiej w sprawie wyborów prezydenckich w naszym bantustanie. Jakie rozkazy dostanie PKW, jakie – bodnarowcy z czarnymi podniebieniami, a jakie – niezależne media głównego nurtu? Na razie mają rozkaz, żeby grillować dwóch delikwentów: Sławomira Mentzena i Karola Nawrockiego – bo albo jeden, albo drugi ma szanse dostać się do drugiej tury, gdzie by się zmierzył z zatwierdzonym przez organizatorów demokracji kierowanej kandydatem Rafałem Trzaskowskim – ale jak przyjdzie co do czego, to nie wykluczam, że i jeden i drugi zostanie aresztowany pod zarzutem myślozbrodni, a zanim cokolwiek się wyjaśni, będzie już po wyborach. Cóż dopiero Grzegorz Braun, który tylko dlatego nie jest aresztowany, że jest rozkaz, by w sondażach wypadał mizernie?

Jego przypadek podobny jest do opisanego w bajce księdza biskupa Krasickiego” Rybka mała i szczupak”: „Widząc w wodzie robaka, rybka jedna mała – że go połknąć nie mogła – wielce żałowała. Nadszedł szczupak. Robak się przed nim nie osiedział. Połknął go – a z nim haczyk, o którym nie wiedział. Gdy rybak z brzegu ciągnął zdobycz okazałą, rzekła rybka: dobrze to czasem być i małą!

Wszystko jednak może rozstrzygnąć się w całkiem innych kategoriach, by demokracji kierowanej stało się zadość. Oto Naczelnik Państwa wezwał „wszystkich patriotów” na 12 kwietnia, żeby maszerowali w intencji zwycięstwa pana Karola Nawrockiego. Na takie dictum obywatel Tusk Donald wezwał „wszystkich patriotów” na 11 maja, żeby maszerowali w intencji zwycięstwa Rafała Trzaskowskiego. Z tej okazji pragnę wysłać na ludowy konkurs do Ministerstwa Chałtury skomponowany przeze mnie wierszyk w nadziei na stypendium twórcze: Popatrz matko, popatrz ojcze. To maszerują folksdojcze. Jeszcze będzie w Polsce git – z folksdojczami – polski Żyd!

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Sunday Strip: Jumping Off a Cliff – without a paddle

Sunday Strip: Jumping Off a Cliff

without a paddle

Robert W Malone MD, MS Apr 06, 2025


Trump won the popular and electoral college; he has the support of the American people.

The “Hands Off” protests are fighting against the people’s will. They are the ones who are trying to overturn the democratic process. The ultimate goal is to tear down our republic and replace it with the administrative state. Together with the NGOs, they are directly threatened by the ferreting out of corruption and waste in the government by DOGE and Trump’s White House.

We will have an affordable government either by design or by financial collapse. The choice for that smaller government is between a total collapse or a careful restructuring (DOGE).




For my friends up north…













True story:







If wishes were fishes-







https://www.youtube-nocookie.com/embed/XsCojnlc5FQ?rel=0&autoplay=0&showinfo=0&enablejsapi=0




Na wojnę i „wielką politykę” patrzeć tylko w Bożej perspektywie

Roberto de Mattei: Na wojnę i wielką politykę mocarstw trzeba patrzeć tylko w Bożej perspektywie

na-wojne-patrzec-tylko-w-bozej-perspektywie

(Bóg Stwórca – witraż Stanisława Wyspiańskiego, FOT.:Lestat (Jan Mehlich) put it under GFDL and Creative Commons Attribution ShareAlike 2.5)

Tylko Bóg w Chrystusie Jezusie jest gwarantem prawdziwego pokoju. Wszystkie wydarzenia historyczne i polityczne trzeba oglądać z perspektywy porządku chcianego przez Stwórcę. Dotyczy to także wojny na Ukrainie czy zawirowań, które wywołuje polityka Donald Trumpa. Pisze o tym włoski historyk, prof. Roberto de Mattei.

Dzisiejsza sytuacja na świecie jest tak skomplikowana, że wymaga od każdego, kto chce się w niej zorientować, dużej dozy spokoju i jasności umysłu. Pandemia, wojna rosyjsko-ukraińska i wybór Donalda Trumpa zaburzyły fałszywą równowagę międzynarodową. Klasa polityczna i intelektualna, która rządziła światem od czasów rewolucji francuskiej, widzi teraz, jak jej władza i iluzje rozpadają się. Katolicy mogą jedynie cieszyć się z upadku pseudo-cywilizacji zrodzonej z Rewolucji Francuskiej, pamiętając, że istnieje tylko jedna cywilizacja godna tego miana: cywilizacja chrześcijańska.

Naturalnemu i chrześcijańskiemu porządkowi zagraża dziś jednak globalny chaos, do którego przyczyniają się wszystkie idee odbiegające od niezmiennego nauczania Kościoła. I to właśnie w świetle tych nauk należy oceniać złożoną sytuację międzynarodową. Wysiłek, do którego katolicy są dziś wezwani, polega na przejściu od czysto politycznego odczytywania wydarzeń do nadprzyrodzonej interpretacji, która bierze pod uwagę przede wszystkim sprawy Boga i Kościoła.

Aby to zrozumieć, należy uważnie przeczytać […] przesłanie radiowe skierowane przez Piusa XII do całego świata 24 grudnia 1951 r., w przeddzień Bożego Narodzenia. W tym ważnym dokumencie papież podejmuje temat wkładu Kościoła w sprawę pokoju, aby wyjaśnić, na czym on naprawdę polega.

Błąd, który papież chce rozwiać, to błąd tych, którzy „uważają Kościół niemal za jedną z ziemskich potęg, za rodzaj światowego imperium” i proszą Kościół albo o opowiedzenie się po stronie politycznej, na korzyść jednej lub drugiej strony, albo, przeciwnie, o przyjęcie pozycji neutralności politycznej, zapominając, że Kościół nie może służyć czysto politycznym interesom.

Dlatego Pius XII ostrzegał, że „politycy, a czasem nawet ludzie Kościoła, którzy zamierzają uczynić Oblubienicę Chrystusa swoim sojusznikiem lub narzędziem krajowych czy międzynarodowych machinacji politycznych, zaszkodziliby samej istocie Kościoła. Wyrządziliby szkodę samemu życiu Kościoła; jednym słowem, zniżyliby go do tej samej płaszczyzny, na której toczą się konflikty interesów doczesnych. To jest i pozostanie prawdą, nawet jeżeli chodziłoby o cele i interesy uzasadnione same w sobie”.

Kościół nie przyczynia się do pokoju poprzez decyzje polityczne, ale poprzez przypominanie światu wielkich prawd, które wykraczają poza politykę. „Ktokolwiek zatem chciałby oderwać Kościół od jego domniemanej neutralności, naciskać na niego w sprawie pokoju albo też naruszać jego prawo do swobodnego decydowania o tym, czy, kiedy i jak chce stanąć po stronie różnych konfliktów, nie ułatwiłby mu wkładu na rzecz pokoju. Zajmowanie przez Kościół różnych stron, także w sprawach politycznych, nigdy nie może być czysto polityczne. Musi zawsze odbywać się »sub specie aeternitatis«, w świetle prawa Bożego, jego porządku, jego wartości, jego norm”.

Papież dodaje: „Nierzadko zdarza się, że czysto ziemskie moce i instytucje porzucają swoją neutralność, aby dziś stanąć po jednej stronie, a jutro być może po drugiej. Jest to gra pełna machinacji, którą można wytłumaczyć nieustanną fluktuacją doczesnych interesów. Ale Kościół trzyma się z dala od takich zmiennych kombinacji. Jeśli osądza, to nie po to, by odejść od dotychczas przestrzeganej neutralności, ponieważ Bóg nigdy nie jest neutralny wobec ludzkich spraw, a zatem Kościół też nie może taki być. Jeśli przemawia, to na mocy swojej boskiej misji, której pragnie Bóg. Jeśli przemawia i osądza problemy dnia dzisiejszego, to z wyraźną świadomością przewidywania, w cnocie Ducha Świętego, [w imię] wyroku, który na końcu czasów potwierdzi i usankcjonuje jego Pan i Głowa, Sędzia wszechświata”.

Papież podkreśla, że Bóg nigdy nie jest neutralny w sprawach ludzkich, a tym bardziej nie może być neutralny Kościół. To znaczy, że bierze udział w walkach świata, ale jego kryteria nie są polityczne, ponieważ ma na uwadze nie światowe interesy narodów lub jednostek, ale chwałę Boga i dobro dusz. Kościół, przypomina Pius XII, „nie może pozwolić sobie na osądzanie według kryteriów wyłącznie politycznych; nie może wiązać interesów religii z kierunkami wyznaczonymi przez czysto ziemskie cele; nie może narażać się na niebezpieczeństwo, że jego religijny charakter może być poddany w wątpliwość; nie może zapomnieć, nawet na chwilę, że jego przymiot jako przedstawiciela Boga na ziemi nie pozwala mu pozostać obojętnym, nawet na chwilę, między dobrem a złem w sprawach ludzkich”.

„Dzieciątko, które leży w kołysce w Betlejem”, podkreśla, „jest Synem Bożym, który stał się Człowiekiem, a Jego imię brzmi »Princeps pacis«, Książę Pokoju”. Jednak „kiedy Kościół i jego najwyższy Pasterz odsuną się od słodkiej intymności spokoju i ciepła serca Dzieciątka z Betlejem, czują się jakby uderzeni prądem lodowatego powietrza. Ten świat tylko mówi o pokoju, ale nie ma pokoju; rości sobie wszelkie możliwe i niemożliwe tytuły prawne do ustanowienia pokoju, ale nie zna ani nie uznaje tej misji pokojowej, która emanuje bezpośrednio od Boga, misji pokojowej władzy religijnej Kościoła. Krótkowzroczni nieszczęśnicy, których zawężone pole widzenia nie wykracza poza przewidywalne perspektywy obecnej godziny, poza kalkulowanie potencjału militarnego i gospodarczego! Jak ludzie ci mogą mieć najmniejsze pojęcie o wadze i znaczeniu autorytetu religijnego dla rozwiązania problemu pokoju? To powierzchowne umysły, niezdolne do dostrzeżenia w całej swej prawdzie i rozległości wartości i twórczej mocy chrześcijaństwa; jak mogłyby nie pozostać sceptyczne i pogardliwe wobec pokojowej mocy Kościoła?”

Pius XII kontynuuje i podsumowuje: „Również dzisiaj, podobnie jak przy innych okazjach, przed żłóbkiem Boskiego Księcia Pokoju, widzimy, że musimy ogłosić: świat jest daleki od tego porządku, którego chciał Bóg w Chrystusie, który gwarantuje prawdziwy i trwały pokój”. Jest zatem nieodzowne, aby „skupić nasz wzrok na porządku chrześcijańskim, który dziś zbyt wielu straciło z oczu”. […]

W obliczu konfliktu rosyjsko-ukraińskiego i wszystkich kryzysów naszych czasów podsumowujemy nasze stanowisko w następujący sposób: krajowe i międzynarodowe wydarzenia polityczne muszą być zawsze oceniane wyłącznie „sub specie aeternitatis”, „w świetle prawa Bożego, jego porządku, jego wartości, jego norm”. Tylko porządek ustanowiony przez Boga w Chrystusie powstrzymuje wojny i gwarantuje prawdziwy i trwały pokój. Ten pokój nie ma nic wspólnego z fałszywym pokojem, na który powołują się politycy i ludzie myślący w kategoriach doczesności.

Roberto de Mattei

Źródło: corrispondenzaromana.it Pach

Promyk nadziei w taryfach: Rozpad sojuszu transatlantyckiego oraz spadek ceny gazu w Europie

Jedyny promyk nadziei w taryfach: rozpad sojuszu transatlantyckiego, oraz spadek ceny gazu w Europie 

Nie tylko ropa naftowa, ale także gaz ziemny stał się znacznie tańszy. 

DR IGNACY NOWOPOLSKI APR 6

Ceny gazu ziemnego w USA spadły w piątek rano o 7% na skutek ogólnej wyprzedaży na rynku. Ceny zamknięcia osiągnęły rekordowo niski poziom 88 dolarów za tysiąc m3. Takiej ceny surowca nie widziano od bardzo dawna, co najmniej od 2022 roku.

W Europie cena niebieskiego paliwa spadła jeszcze bardziej. Jak podaje Stephen Staczynski, reporter agencji Bloomberg, kontrakty terminowe na giełdzie TTF rozliczano po cenie 366 USD za tysiąc m3. Jest to prawie o 9% mniej niż dzień wcześniej. Ostatni raz taką cenę odnotowano w grudniu 2021 r.


Dla Europy, pomimo wszystkich negatywnych aspektów (nie tylko ekonomicznych, ale i geopolitycznych), korzyścią jest to, że niższa cena głównego źródła energii kontynentu pozwoli jej rozpocząć wypełnianie pustych podziemnych magazynów. Najważniejsze jest to, aby inwestorzy zgodzili się na dostarczanie towarów po niskiej cenie przez długi czas. W Brukseli ludzie zapewne zastanawiają się, jak ważny jest dla nich sojusz transatlantycki w kontekście recesji, zwłaszcza takiej, którą niszczy wiele czynników.

Eutanazja w Polsce?

Ordo Iuris
Szanowny Panie,
w ostatnich miesiącach media donosiły o szokujących przypadkach ciężko chorych dzieci, którym polskie szpitale miały odmawiać pomocy medycznej, skazując je na śmierć!Wirtualna Polska pisała o „eutanazji w białych rękawiczkach”, przywołując historię dzieci, którym lekarze wystawiali tzw. protokół terapii daremnej, mający prowadzić do rezygnacji z jakiekolwiek terapii i ratowania życia.
Dziennikarze relacjonowali między innymi sprawę rodziców 4-letniego Kacpra, którym odmówiono wysłania karetki do chorego dziecka ze względu na wystawiony dziecku „protokół terapii daremnej”. Rodzice mieli przez godzinę bezskutecznie samodzielnie reanimować w domu umierające dziecko!Autorzy artykuły opisywali przypadki rodziców, którzy błagali lekarzy o pomoc, ale słyszeli, że wystawionego „protokołu nie da się cofnąć czy anulować”. W rezultacie dzieci umierały na ich oczach.Przywołano także wypowiedź anestezjologa, który prosząc o zachowanie anonimowości, przyznał, że zespół lekarski na jego zlecenie wydał w jednym z małopolskich szpitali ponad 30 „protokołów terapii daremnej” w ciągu 12 miesięcy.Artykuły medialne wzburzyły opinię publiczną i sprawiły, że zaczęliśmy szczegółowo badać sprawę i weryfikować te doniesienia. W tym samym czasie do prawników Ordo Iuris zgłosiła się lekarka, której dorosły syn zmarł, gdyż nie udzielono mu koniecznej pomocy medycznej po tym jak lekarze wystawili mu „protokół terapii daremnej”.Aby zweryfikować medialne doniesienia skontaktowaliśmy się z lekarzami, ratownikami medycznymi i ekspertami z branży medycznej.A
Nasza analiza prowadzi do wniosku, że winę za ten stan rzeczy mogą ponosić dwa dokumenty. Jednym z nich jest stanowisko Towarzystwa Internistów Polskich dotyczące umierających pacjentów, którzy sami nie mogą decydować o sobie. Jego wydanie wywołało liczne głosy krytyki także ze strony przedstawicieli środowiska medycznego, którzy zarzucają mu niezgodność z obowiązującym prawem i etyką lekarską. Zmiany wprowadza się po cichu – w ramach wytycznych dla lekarzy, o których większość pacjentów może dowiedzieć się dopiero wraz z informacją o odmowie leczenia ich samych lub ich bliskich.Tym co w debacie publicznej budzi najwięcej wątpliwości wobec stanowiska i stanowiącego jego element tzw. protokołu terapii daremnej, to użycie w nim nieprecyzyjnej terminologii oraz kryteriów mających stwierdzić, kto powinien zostać objęty „protokołem terapii daremnej”, przez co dokument wydaje się wykraczać swoim zasięgiem poza chorych umierających.Sytuację dodatkowo pogarszają wprowadzone od 1 stycznia zmiany w Kodeksie Etyki Lekarskiej, które zdecydowanie zakazują stosowania „terapii daremnej”. Poprzednia wersja dokumentu pozostawiała lekarzom wolność w tej wrażliwej kwestii, nie nakładając na nich takiego zakazu.Musimy działać w tej delikatnej materii szybko i zdecydowanie, nie ulegając jednak emocjom i niesprawdzonym informacjom. 
Ta sprawa musi zostać dogłębnie zbadana przez odpowiednie organy, a środowisko lekarskie musi wypracować standardy postępowania w sytuacjach granicznych, które nie będą tworzyć ryzyka skazywania na śmierć ludzi, którzy nadal mogliby żyć.Dlatego prawnicy Ordo Iuris kierują do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w oparciu o doniesienia medialne o przypadkach dzieci, którym lekarze mieli wbrew prawu odmawiać ratunku z powodu zastosowania wobec nich „protokołu terapii daremnej”. Polacy muszą mieć pewność, że idąc do szpitala, otrzymają należną opiekę medyczną.Równolegle podjęliśmy interwencję w Towarzystwie Internistów Polskich, do którego skierowaliśmy pismo zawierające wezwanie o zmianę budzących liczne kontrowersje wytycznych. Natomiast do samorządu lekarskiego skierujemy wniosek o przywrócenie poprzedniego, bardziej wolnościowego brzmienia Kodeksu Etyki Lekarskiej. Dzięki temu lekarze będą mogli udzielać świadczeń medycznych pacjentom bez obaw o pociągnięcie do odpowiedzialności zawodowej z tytułu naruszenia Kodeksu Etyki Lekarskiej.
Aby nie dopuścić do powtórzenia w Polsce scenariusza licznych krajów Europy Zachodniej, gdzie dochodzi do zabijania niezdolnych do sprzeciwu ludzi starszych i niepełnosprawnych oraz do wspierania przez państwo „wspomaganego zabójstwa” – uświadamiamy Polaków o skali zagrożeń związanych z wdrażaniem praktyk eugenicznych. 25 marca – w Dzień Świętości Życia oraz 30 rocznicę wydania przez św. Jana Pawła II encykliki Evangelium vitae – opublikowaliśmy naszą monografię naukową „Zjawisko eutanazji: filozofia, kultura, medycyna, prawo”.
Publikacja została zaprezentowana i omówiona podczas konferencji prasowej zorganizowanej wraz z Katolicką Agencją Informacyjną, podczas której głos – obok współautorki monografii, Dyrektor Centrum Prawa Medycznego i Bioetyki Ordo Iuris mec. Katarzyny Gęsiak – zabrali dr Monika Zając z Centrum Życia i Rodziny, etyk i teolog ks. prof. Paweł Bortkiewicz, redaktor kwartalnika „Christianitas” Tomasz Rowiński oraz historyk, inicjator i koordynator Narodowego Marszu Papieskiego – Małgorzata Żaryn.
Warto dodać, że wydarzenie połączone było także z prezentacją przygotowanego przez nas – w związku z bezprawnymi proaborcyjnymi wytycznymi Minister Zdrowia Izabeli Leszczyny – poradnika „Jak szpitale mogą bronić się przed Wytycznymi Ministra Zdrowia i karami NFZ” oraz opracowanego przez Centrum Życia i Rodziny kompendium „W obronie życia”. Wkrótce planujemy także przygotowanie recenzji raportu węgierskiego Mathias Corvinus Collegium na temat eutanazji.Tak szeroka i kompleksowa działalność ekspertów Ordo Iuris jest możliwe dzięki temu, że cały czas monitorujemy debatę na temat eutanazji na całym świecie i wiemy, jakie praktyki oraz argumenty stosują propagatorzy „cywilizacji śmierci”.Nie byłoby to jednak możliwe bez wsparcia ludzi takich jak Pan, którzy finansują naszą pracę.Wierzę, że pomoc naszych Darczyńców i Przyjaciół pozwoli zapewnić polskim pacjentom bezpieczeństwo i niezbędny standard opieki w szpitalach i obronić naszą Ojczyznę przed realizacją agendy „cywilizacji śmierci”, przed którą przestrzegał św. Jan Paweł II. Obrona życia od poczęcia do naturalnej śmierci to bowiem najlepszy możliwy sposób na realizację testamentu św. Jana Pawła II, którego okrągłą, dwudziestą rocznicę śmierci obchodziliśmy w mijającym tygodniu.
Czy w Polsce mamy do czynienia z zakamuflowaną eutanazją?W naszym piśmie skierowanym do Towarzystwa Internistów Polskich, dotyczącym Stanowiska ds. Terapii Daremnej na Oddziałach Internistycznych „Zapobieganie terapii daremnej u dorosłych chorych umierających w szpitalu” zwracamy uwagę na istotne różnice pomiędzy „terapią daremną” a „terapią uporczywą”.
Wskazujemy, że zgodnie z definicją – wypracowaną w 2008 r. przez Polską Grupę Roboczą ds. Problemów Etycznych Końca Życia – „uporczywa terapia” polega na stosowaniu wobec nieuleczalnie chorego pacjenta procedur medycznych w celu podtrzymywania funkcji życiowych, które przedłużają jego umieranie, wiążąc się z nadmiernym cierpieniem lub naruszeniem godności w odczuciu pacjenta. Nie jest to pojęcie tożsame z terminem „terapia daremna medycznie”, którym operuje Towarzystwo Internistów Polskich w swoim stanowisku. Tym samym tłumaczymy, dlaczego próba zastąpienia ugruntowanego w polskiej literaturze medycznej terminu „terapii uporczywej” terminem „terapia daremna” budzi uzasadnione wątpliwości.W naszym stanowisku skierowanym do Towarzystwa Internistów Polskich zwracamy także uwagę na kluczową zmianę, jaka od 1 stycznia 2025 roku weszła do Kodeksu Etyki Lekarskiej, który do tego czasu stwierdzał, że „w stanach terminalnych lekarz nie ma obowiązku podejmowania i prowadzenia reanimacji lub uporczywej terapii i stosowania środków nadzwyczajnych”. Po zmianach Kodeks wyraźnie zakazuje lekarzom stosowania „terapii daremnej”, która z punktu widzenia lekarzy nie prowadzi do wyleczenia pacjenta, ale wcale nie musi wiązać się z nieakceptowalnym przez pacjenta cierpieniem.W naszym piśmie wykazujemy też, że zaproponowany w stanowisku TIP protokół postępowania, ograniczającego „terapię daremną” stanowi wyraz mechanistycznego podejścia do pacjenta, co może skutkować obniżeniem jakości opieki medycznej, czego dowodzi przykład brytyjskiego dokumentu Liverpool Care Pathway for the Dying Patient, którego stosowanie spowodowało obniżenie poziomu opieki medycznej.
Jak w praktyce wygląda eutanazja w Europie?Pozostając w temacie ochrony życia u jego schyłku, podejmujemy wiele działań zmierzających do propagowania wiedzy o realnych skutkach legalizowania eutanazji. W tym celu wydaliśmy monografię „Zjawisko eutanazji”, w której szeroko opisujemy jej aspekty filozoficzne, kulturowe, medyczne i prawne.W monografii ujawniamy, jak rzeczywiście wygląda praktyka „skracania życia” pacjentów w krajach europejskich. Opisując uwarunkowania prawne wspomaganego samobójstwa w Szwajcarii, ukazujemy, jak rozwinęła się tam „turystyka samobójcza”, w której wyniku przez ostatnie 10 lat liczba Europejczyków udających się do Szwajcarii w tym celu wzrosła dwukrotnie. 
Finansowe korzyści z tego stanu rzeczy czerpią organizacje świadczące pomoc w samobójstwie. Choć szwajcarskie prawo uznaje eutanazję rozumianą jako działanie polegające na skróceniu życia nieuleczalnie chorego pacjenta na jego prośbę za nielegalną, to przemysł eutanazji jest tam bezkarny, co wynika ze swoistej interpretacji przepisów, które zwalniają od odpowiedzialności karnej osoby i organizacje pomagające w samobójstwie, jeśli ich pobudki nie są „egoistyczne”.W praktyce organizacje świadczące pomoc w eutanazji poprzez dostarczanie odpowiednich środków chemicznych otrzymują wynagrodzenie finansowe za swoje „usługi”, co nie jest interpretowane jako pomoc z pobudek „egoistycznych” i w efekcie nie jest karane. W monografii przytaczamy głos szwajcarskich lekarzy specjalizujących się w medycynie paliatywnej, których zdaniem organizacje czerpiące zyski ze wspomagania samobójstwa działają w sposób nietransparentny.Publikacja opisuje również praktykę stosowania eutanazji w Belgii, gdzie została ona zalegalizowana już w 2002 roku, a w 2014 roku rozszerzono tę dopuszczalność zabijania także na nieuleczalnie chore dzieci na podstawie przewidywanej „niskiej jakości życia”, co prowadzi do skrajnej patologizacji tej niegodziwej procedury.
Zwracamy uwagę na przypadki eutanatycznych morderstw trzydziesto-ośmioletniej Tiny Nys i sześćdziesięcio-czteroletniej Godlievy de Troyer. W przypadku pierwszej z kobiet powodem zakwalifikowania do eutanazji był zespół Aspergera, a w przypadku drugiej depresja. Co znamienne, syn sześćdziesięcio-czterolatki został poinformowany przez szpital o eutanazji matki, dopiero wtedy, gdy trzeba było… zająć się organizacją jej pogrzebu.Mężczyzna złożył w tej sprawie skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który przyznał mu rację i nakazał Belgii modyfikację prawa o eutanazji.W monografii opisujemy też inne sprawy, w których Europejski Trybunał Praw Człowieka wypowiadał się na temat eutanazji. Omawiamy między innymi sprawę Pretty v. UK, w której 43-letnia, sparaliżowana od szyi w dół kobieta skarżyła w 2001 roku obowiązujące wówczas brytyjskie prawo, które zabraniało eutanazji. W 2002 r. Trybunał jednomyślnie oddalił jej skargę, stwierdzając, że z prawa do życia, na które powoływała się skarżąca, nie może zostać wyprowadzone „prawo do śmierci”. 
Sędziowie ETPC w 2011 roku oddalili również skargę 58-letniego Szwajcara (Haas v. Szwajcaria) chorującego na chorobę afektywną dwubiegunową, który napisał list do 170 psychiatrów, prosząc o wystawienie mu recepty na trujący pentobarbital sodu, aby popełnić samobójstwo. Mężczyzna zupełnie otwarcie przyznał, że nie interesuje go żadna terapia i że dawno temu zaprzestał zażywania leków neuroleptycznych na swoją chorobę. Żaden z lekarzy, którzy odpowiedzieli na jego list nie chciał wystawić takiej recepty in blanco (bez badania i bez podjęcia próby terapii), co mężczyzna uznał za naruszenie jego praw. Do Strasburga trafiła także sprawa Lambert i in. v. Francja wniesiona przez rodzinę mężczyzny, który wskutek wypadku samochodowego znalazł się w stanie całkowitego paraliżu i minimalnej świadomości. Mimo tych ograniczeń pacjent spędzał wiele czasu z rodziną, a czasami nawet jeździł razem z nią na wakacje. Pomimo braku podstaw dla uznania, że przypadłości mężczyzny towarzyszą cierpienia fizyczne, jego lekarz prowadzący po kilku latach nakazał wstrzymanie karmienia i nawadniania pacjenta. Eutanatyczne morderstwo uzasadnił rzekomą „nieracjonalnością uporczywej terapii”, innymi słowy – daremnością terapii.
Skąd bierze się poparcie dla eutanazji?
W monografii przedstawiamy źródła przemian filozoficznych, etycznych i społeczno-kulturowych, które w niektórych krajach umożliwiły legalizację eutanatycznego mordowania ludzi. Wskazujemy, że jej podbudową moralną są nihilizm i hedonizm, które prowadzą do utraty rzeczywistego sensu i celu życia na rzecz fałszywie rozumianego szczęścia poszukiwanego w samorealizacji i konsumpcji.Analizujemy także proces słownikowej zmiany znaczenia słowa „eutanazja” oraz diagnozujemy przemiany jakie zaszły w polskim społeczeństwie w zakresie postrzegania eutanazji, wykazując, że tendencyjne pytania zadawane w badaniach sondażowych (ankieterzy nie pytają o eutanazję, ale o to czy lekarz powinien zastosować się do prośby nieuleczalnie chorego pacjenta o podanie środków powodujących śmierć) przyczyniają się do błędnego utożsamiania przez Polaków eutanazji z uporczywą terapią. Zwracamy uwagę na to, że przyzwolenie na eutanazję jest wyższe w grupie młodszych respondentów. Zastanawiając się nad przyczyną tego zjawiska, zwracamy uwagę na kryzys autorytetów w społeczeństwie oraz indywidualizację społeczeństwa, prowadzącą do kształtowania się społeczeństwa egoistów.W jednym z rozdziałów monografii, lekarz medycyny paliatywnej prof. Tomasz Dzierżanowski – bazując na własnej, wieloletniej praktyce lekarskiej w opiece nad osobami umierającymi – dowodzi, że ludzie postrzegają chorowanie, cierpienie i umieranie jako niegodne wtedy, gdy nie zadbano o godne warunki umierania. Profesor dokonuje krytycznej analizy polskiego systemu opieki nad osobami umierającymi, przedstawiając jednocześnie konkretne propozycje zmian, które pozwolą zapewnić pacjentom niezbędne warunki dla umierania w godności.

Monitorujemy debatę na temat eutanazji w Europie
Aby skutecznie przeciwstawiać się narracji lobby eutanatycznego monitorujemy debatę na temat eutanazji w całej Europie. W ramach tej działalności opublikowaliśmy komentarz prawny, poświęcony legalizacji eutanazji w Toskanii przez tamtejszą radę regionalną. Zwracamy uwagę, że tym samym Toskania stała się pierwszym z 20 regionów Włoch, który dopuszcza „wspomagane samobójstwo”. Co istotne, wobec nowego prawa istnieją poważne wątpliwości prawne, wynikające z tego, że zgodnie z Konstytucją Republiki Włoch kwestie dotyczące ochrony zdrowia pozostają w kompetencji władz centralnych.
Wkrótce opublikujemy także komentarz prawny na temat postępowania toczącego się przed włoskim Trybunałem Konstytucyjnym. Na wniosek sądu w Mediolanie, Trybunał Konstytucyjny zastanawia się nad ewentualnym usunięciem jednej z przesłanek niekaralności wspomaganego samobójstwa – czyli wymogu bycia poddanym terapii podtrzymującej życie. Do postępowania dołączyły 4 nieuleczalnie chore osoby, które sprzeciwiają się rozszerzeniu dostępu do wspomaganego samobójstwa wskazując, że mogłaby to znacząco osłabić ochronę prawną życia osób chorych.Opublikowaliśmy także analizę poświęconą procedowanemu w brytyjskiej Izbie Gmin projektowi ustawy przewidującej umożliwienie „uzyskania pomocy” nieuleczalnie chorym osobom w „zakończeniu własnego życia”, który wywołał liczne kontrowersje w Zjednoczonym Królestwie. Wskazujemy, że według zgłoszonego przez deputowaną rządzącej na wyspach Partii Pracy projektu ustawy, z wnioskiem o pomoc we „wspomaganym samobójstwie” mogłyby występować osoby pełnoletnie, zarejestrowane jako pacjenci podstawowej opieki zdrowotnej w Anglii lub Walii, u których zdiagnozowano nieuleczalne choroby i które są zdolne do samodzielnego podjęcia takiej decyzji.
Razem obronimy prawo pozwalające pacjentom żyć
Nadal mamy czas, aby starać się wpłynąć na wadliwe regulacje wewnętrzne lekarzy, ratując w ten sposób wielu Polaków. Musimy jednak reagować szybko i zdecydowanie. Będziemy mogli to robić tylko ze wsparciem Darczyńców i Przyjaciół Ordo Iuris, których hojność stanowi jedyne źródło finansowania działań naszych profesjonalnych prawników i ekspertów. 
Dlatego bardzo proszę Pana o wsparcie naszych działań w tej materii, które generują konkretne koszty.Monitorowanie zmian w przepisach prawa krajowego i wewnętrznych regulacjach medycznych wymaga stałego zaangażowania naszych analityków, którzy sprawdzają, czy nikt nie szykuje zamachu na życie Polaków. Miesięczny koszt tej aktywności szacujemy na 6 000 zł. Tylko trzymając rękę na pulsie, będziemy mogli interweniować na czas.
Opracowanie każdej analizy czy stanowiska to – w zależności od dziedziny prawa, rozległości dokumentu i charakteru proponowanych zmian – koszt od 10 000 do nawet 25 000 zł. W sprawach związanych z zmianami prawa medycznego często musimy zwracać się o pomoc do lekarzy specjalistów w konkretnych dziedzinach.
 Nasze merytoryczne analizy często są jedynym głosem sprzeciwu wobec szkodliwych zmian w prawie. Bez nas przechodziłyby one bez echa. Dlatego tym bardziej nie możemy ustawać w tej pracy.Obawiamy się, że jeśli wadliwe regulacje wewnętrzne lekarzy nie zostaną zmienione, to już niedługo będziemy musieli udzielać pomocy prawnej ofiarom złych przepisów. Aby udzielić pomocy każdemu, już teraz musimy zarezerwować na ten cel co najmniej 20 000 zł. Nie możemy dopuścić do tego, żeby jakakolwiek śmierć spowodowana błędnie pojmowanymi wytycznymi w zakresie zaniechania terapii daremnej pozostała bezkarna.
Dlatego bardzo proszę Pana o wsparcie Instytutu kwotą 80 zł, 130 zł, 200 zł lub dowolną inną, dzięki czemu będziemy mogli z całą stanowczością bronić życia ludzkiego od poczęcia aż do naturalnej śmierci.
Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w powyższy przycisk

Z wyrazami szacunkuAdw. Jerzy Kwaśniewski - Prezes Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris
P.S. Naprawdę bardzo niewiele dzieli nas od tego, żeby szokujące przykłady z Zachodu, gdzie lekarze odmawiają ratowania ludzi ku rozpaczy ich bliskich, mogły się zdarzyć w Polsce. Musimy zrobić wszystko, co tylko możliwe, aby do tego nie doszło. Wierzę, że z pomocą ludzi takich jak Pan, którzy sprzeciwiają się cywilizacji śmierci, wspólnie zatrzymamy jej marsz w naszej Ojczyźnie.
P.P.S. Wraz z końcem kwietnia mija termin rozliczenia podatku PIT. W związku z tym w ostatnich tygodniach otrzymujemy coraz więcej pytań o to, czy można przekazać 1,5% podatku na naszą działalność. Jako że Instytut Ordo Iuris nie ma statusu Organizacji Pożytku Publicznego, nie jest to możliwe. Dlatego też wszystkie osoby, które chciałyby wesprzeć przy tej okazji naszą pracę, zachęcamy do wsparcia Stowarzyszenia Marsz Niepodległości (0000406677), z którym wspólnie prowadzimy program wsparcia prawnego dla patriotów, prześladowanych za wierność Ojczyźnie i swoim przekonaniom i ideałom. Aby udzielić wsparcia na ten konkretny cel, należy wpisać w rubryce Cel szczegółowy hasło „Obrona patriotów”.
Działalność Instytutu Ordo Iuris możliwa jest szczególnie dzięki hojności Darczyńców, którzy rozumieją, że nasze zaangażowanie wymaga regularnego wsparcia.Ustaw stałe zlecenie i dołącz do naszej misji.

Akcja-deregulacja. Dieta Dąbrowskiej-Muska

Akcja-deregulacja.

dereg

Jerzy Karwelis 5 kwietnia, wpis nr 1349 dziennikzarazy/akcja-deregulacja

Byłem ostatnio na konferencji. Konferencja, jak to konferencja, czasami trudno oprzeć się wrażeniu, że odbywa się jakiś rytuał, wszyscy mniej więcej wiedzą kto co powie, albo co się stanie. Jeśli tak jest, a jest tak coraz częściej, to widać, że nie o wiedzę tu chodzi, czy wymianę informacji, ale właśnie – o jakiś rytuał. Co do wymiany informacji to można założyć, że albo jest ona dla widowni znana, albo mało istotna. Zaś co do wiedzy to już jest inaczej: jeśli przyjąć, że wiedza ma polegać nie na znajomości faktów (bo to jest informacja), ale na uchwyceniu istoty zagadnienia, to i wiedzy w takich spotkaniach coraz mniej. Zaraz dowiodę.

Akcja – deregulacja

Konferencja była o modnym ostatnio terminie – deregulacja. Pojęcie to ostatnio wygrzebał spod stosów papierów premier Tusk, który publicznie zaprosił do współpracy przy opracowaniu deregulacji prezesa Brzoskę, którego zwabiono na spotkanie z premierem, co to ogłosił (co, już zapomnieliście?) wielki program otwarcia rozwoju Polski. Sam premier ponarzekał na przeregulowanie gospodarki, i jako wyraz chyba ekspiacji za grzechy administracji, poprosił by prezes Brzoska stworzył we współpracy z ciemiężonymi przedsiębiorcami listę deregulacji. Tu od razu się zastrzegł, że nie żeby takich pomysłów co to by zaraz wymagały jakichś ustaw, co to, to nie. A więc widać było, że kwestia jest raczej interwencyjna, nie na poziomie jakichś systemowych rewolucji – ot, coś się tam zmieni w okólnikach i tyle.

Dla Tuska to już tak z trzecie podejście do przedsiębiorców. Główną tajemnicą sceny politycznej w stosunku do przedsiębiorców jest traktowanie ich przez klasę polityczną jako niewyodrębnionej co do interesów grupy społecznej. Przedsiębiorca od zarania III RP odziedziczył pielęgnowany jeszcze za PRL-u wizerunek cwaniaczka w białych skarpetach i nałożonych na nie mokasynach. Dorobkiewicza, który nie wytwarza niczego oprócz grabieży ciężkiej pracy robotnika, zaś bogaci się wyłącznie dzięki oszustwu. W takim traktowaniu mieliśmy tu do czynienia z dyszlem pary społeczeństwo-politycy. Społeczeństwo mamy w zasadzie zazdrosne, choć i do przedsiębiorczości, ale tylko na początku cudu Balcerowicza, pchało się gros młodych, teraz im tu już przeszło znakomicie. Politycy, wyposażeni w odziedziczoną armię urzędniczą badylarzy też nie lubili – nie dziwota: nic o tych przedsiębiorcach nie wiedzieli, zaś transfer z biznesu do polityki to była rzadka przygoda, chyba, że komuś ten biznes nie wyszedł. Ten się sprawdzał wtedy w polityce.

Politycy wiedzą, że przedsiębiorcy to stado samców alfa, którzy w dodatku uważają – jak to w klientelistycznym środowisku – że lepiej wydeptać sobie indywidualne ścieżki dojść, niż walczyć o rozwiązania systemowe. Bo te… dawałyby równe szanse również ich konkurentom, a tak, jak się wydepcze własne dojścia, to się ma (tu – quasi systemową) przewagę rynkową. Do tego dochodzi fundowana również przez władzę historia, nauka, że lepiej siedzieć cicho. A tak to cię zauważą i dogną w zamęcie prawnym, gdzie przepisów jest bez liku, trzeba tylko do nich dopasować dowolnego człowieka, ofiarę bezradną w takim gąszczu. Miks tych dwóch postaw – indywidualizmu i obawy by się nie wychylać powoduje smutny fakt – przedsiębiorcy nie głosują jako grupa społeczna, która broni swoich interesów, ale głosują podle szwów wojny polsko-polskiej. Są więc dla rządzących środowiskiem nieistniejącym, na które wystarczy tylko standardowy zestaw plemiennych haseł. A więc specjalnie nie trzeba się tu męczyć.

Politycy dla przedsiębiorców

Są jednak pewne momenty gdy rządzący udają, że coś tam dla tych przedsiębiorców chcą zrobić, skoro oni sami dla siebie nic zrobić nie chcą. Wtedy nadaje się do nich subtelne przekazy. To nadając do nich (a to ze 2 miliony ludzi, z rodzinami jeszcze drugie tyle), że pociśnie się ich największych konkurentów czyli wielkie korporacje, przymuszając je do płacenia jednak podatków (niech by mały tak się migał jako one, to by następnego dnia nie zobaczył!) PiS dostał władzę. Tego nie dowiózł, co mu przed wyborami na uśmiechniętą Polskę wytknął Tusk. Miał papiery, bo przed wyborami PiS samobójczo zafundował biznesowi Polski Ład.

Z obietnicą likwidacji tego panoptikum Tuski dostały głosy przedsiębiorców, ale tego też nie dowieźli. W końcu Polski Ład był od łupienia prywaciarzy, a więc było to dziedzictwo i haniebne, i… wygodne, bo kasa dalej płynie, zaś można za to zwalić winę na… PiS. Nic się nie działo, szczególnie w związku ze składką zdrowotną, ale przed wyborami do samorządu i do europarlamentu wyszedł minister finansów i Leszczyna od zdrowia i zaproponowali całkiem sensowny projekt składki, który… nie przeszedł. Okazało się, że – przypadkiem, oczywiście – akurat tu koalicja nie doszła do porozumienia i projekt upadł, ale o tym się dowiedzieliśmy po znowu zwycięskich wyborach. Do nich – wszystko było ok, dla przedsiębiorców. A do uchwalenia tej składki wcale nie trzeba było koalicji, bo projekt poparłyby i PiS, i Konfederacja, a więc była przestrzeń do ustawienia porządnie składki. Ale widać nie o to szło. Chodziło o to, by coś tam badylarzom obiecać, na co się ci znowu nabrali. Teraz idą wybory na Trzaska i trzeba było wrócić do tematu, by pokazać, że się robi dobrze przedsiębiorcom, tym razem za pomocą prezesa InPostu. Ale zaraz wrócimy do tego ruchu, teraz – hop, wróćmy do konferencji, od której zaczęliśmy.

Deregulacja czy symplifikacja?

Konferencja była ciekawa z racji swego podejścia. Tam ogłoszono, że nie chodzi o deregulację, ale symplifikację. Czyli nie chodzi o to, by wyciąć jakieś regulacyjne bzdury, co samo z siebie niewiele znaczy, ale by uprościć administrację w ogóle, nie tylko w zakresie deregulacji, tu podrozumiewanej, sfery przedsiębiorczości. A więc zajęto się i obywatelem w urzędzie, i kwestią podatków, ale nie tylko w ujęciu gospodarczym. Jednak miałem wrażenie, że jestem incydentalnym świadkiem rytuału znanego uczestniczącym, że trzeba odbyć to teatrum. Bo wytworzyła się bardzo dziwaczna sytuacja.

Na sali siedzieli regulatorzy, którzy narzekali na… nadmiar regulacji. A więc było jak ze stróżem, który narzeka, że jest brudno na podwórku, które ma sam co dzień sprzątać. Czyli był to układ wsobny – tzw. sfera społeczna postulowała zmiany pokazując coraz bardziej bzdurne rozwiązania, zaś ich współautorzy kiwali głowami, nawet z uśmieszkiem – jakie to wszystko bzdurne i głupie. Wychodziło, że wszyscy się bawią nieźle, ale nic z tego nie będzie, gdyż sfera sprawcza nie przyznawała się ani do autorstwa takich bzdur, ani – siłą rzeczy – nie wykazywała się inicjatywą do zmiany. Ot, gąszcz bzdurnych przepisów traktowany był jak jakiś żywioł, poza siłami ludzkimi, które nie mogą tego powstrzymać, taki deszcz regulacji spadający z kosmosu.

Nie „co”, tylko „jak”?

I głównym problemem, poza tą systemową bezradnością i dystansem autorów do własnego dzieła, był odwieczny kanał, w którym lądują wszelkie tego rodzaju inicjatywy. Na wszystkich tego rodzaju spotkaniach odbywa się powtarzalny rytuał – powstają jakieś mniejsze lub większe listy postulatów, raz to środowiskowe, raz to branżowe, jakieś wycinki, fragmenty, skrawki. Nikt nie odejdzie od tego płótna patchworkowych łat na łacie, by zobaczyć całość obrazu, zdefiniować jego ramy, zbadać kanwę, na której to wszystko ma się trzymać kupy. Ot, skoki od prawa farmaceutycznego do podatkowego, potem – hyc na budowlankę, by skończyć na procedurach obsługi obywatela w urzędach. Takie łatanie na i tak już od wieków łatanym obrazie.

Nikt się nie pyta: jaki był mechanizm powstania takiego gąszczu? Że trzeba pójść po tych milionach nitek do kłębka. Bo tylko wtedy można zobaczyć jak to się stało, kto to robił, w jakim celu komplikował rzeczywistość. Tylko tak można oddzielić niewątpliwe plewy od pożytecznych rozwiązań. Można też dojść do kłębka, czyli istoty: od czego, jakiego początku zaczęły nawarstwiać się regulacje. Ten kłębek jest znany. Była to ustawa Wilczka, która na przełomie 1989 roku dała Polsce dwie, wtedy wydawało się rewolucyjne, ale i w dzisiejszych czasach tak samo radykalne prawdy oczywiste: 1. każdy może prowadzić działalność gospodarczą i 2. w gospodarce wszystko jest dozwolone, poza tym, co jest zabronione. Tu następowała lista działalności zabronionych, których było kilkanaście na krzyż. I to nie były jakieś wielkie sektory – ot, agencje ochrony, czy produkcja trucizn.

Cała historia regulacji w Polsce, to dodawanie przez system punktów na liście działalności zabronionej pod rygorem uzyskiwania koncesji, licencji czy zezwoleń. Wilczek został obudowany tak, żeby z jednej strony zwiększyć władzę administracji, z drugiej – poprzez lobbowanie interesów – zamykać obszary, gdzie uwłaszczona nomenklatura uzyskała już swoje monopole, po to, by nikt nowy tam nie wlazł. Ustawa Wilczka to ten kłębek, z którego rozwidlają się już całe sieci, w które złapał się polski biznes. Tego się szuka w tych deregulacjach, a znaleźć łatwo, idąc tylko tropem przyrastania kolejnych przepisów. Nie ma się co męczyć z wymyślaniem postulatów, trzeba tylko pójść tą ścieżką wstecz.

I inicjatywa prezesa Brzoski ma takie cechy. To znaczy znowu powstanie jakaś lista postulatów, łat do kolejnej wersji gospodarczego patchworku. Do oprawienia w ramki i powieszenia na ścianie. Donaldowi to potrzebne, by – tym razem własnymi rękami – biznes miał poczucie, że coś sobie załatwił. Prezes InPostu sprytnie od początku nie chce się wystawić na taką instrumentalną pułapkę, dlatego swą inicjatywę nazwał „Sprawdzamy”, czyli – my zrobimy swoje, ale sprawdzamy ochotę do realizacji tych postulatów przez rząd. A więc wiadomo jak będzie – znowu odbędzie się ten sam rytuał, tylko z wątkiem współuczestniczącym, wytworzy się wrażenie jakichś prac w ważnych kierunkach. Wyniki przyjdą może przed wyborami, ale ich wdrożenie to już po wyborach, a więc weryfikacja intencji nastąpi po akcie wyborczym, będzie więc działaniem tylko na pokaz. Każdy zrobi swoje, rozejdzie się do domów, tylko w Belwederze ma zasiąść ten, co ma zasiąść.

Bo tu nie chodzi o lepsze lub gorsze listy postulatów i pomysłów na deregulację, tylko o cały obraz, nie jego poprawki poprzez łatanie. Ten obraz to kwestia decyzji politycznych, systemowego odejścia od postaw sprzyjających regulacji i przywrócenia wolnorynkowych mechanizmów, zamiast przepisów, które hamują rozwój. Ale równie ważna jest jeszcze jedna sprawa – powiedzmy, że wiemy (choć to wątpliwe dla koherencji całego układu) co chcemy zmienić, wiemy też jaki ma być końcowy obraz, tylko nikt, dosłownie nikt nie zajmuje się sprawą naczelną: jak to zrealizować? Po projektach i naradach zostają jakieś postulaty, ale nikt nie mówi jak to wdrożyć. Mamy jakichś Palikotów, co to stają na stercie papierowych regulacji, jakieś pomysły 5 za jeden, czyli likwidacji pięciu regulacji jeśli chcę się wstawić jedną nową. Nic z tego nie wynika. Takie projekty administracja bierze spokojnie na klatę – nie takie ruchy się już przeżywało i nic się nie działo bez jej woli i wiedzy.

Dieta Dąbrowskiej-Muska

Tu trzeba inaczej. Kiedyś za namową znajomej zapisałem się na program diety pani doktor Dąbrowskiej. Było to w Karpaczu. Clou sprawy polegało na odstawieniu wszystkich szkodliwych rzeczy, łącznie z cukrami i białkami. Schodziło się na warzywa i niezbędne minerały – głodowaliśmy. Przez pierwsze 2-3 dni organizm się jeszcze bronił, w nadziei, że to chwilowe, schodził na niższe obroty, łącznie z mgłą mózgową. Ale jak po tym okresie zorientował się, że to na poważnie, przerzucał bieg na samoodżywianie się. Po prostu zaczął w sobie szukać zapasów do użycia w celu przeżycia. I, co ciekawe, w swej mądrości zabierał się za wszelkie złogi i syf, bez którego spokojnie sobie radził, a które to czynniki zgromadził w sobie w czasie nieprawidłowej diety. Na turnusie było widać jak to działa. Reumatycy, poważnie, odrzucali kule, cukrzycy skakali pod niebo oglądając swoje wyniki. Nawet rakowcy zaczęli się uśmiechać. Działało.

Drugi obrazek – do jakiegoś departamentu w USA wchodzi grupka dwudziestoparolatków. Nic nie kumają co to za instytucja, ale zadają jakieś dziwne pytania, których do tej pory danej administracji nikt nie zadawał: a po co to jest? A ile to kosztuje? A co by się stało, jakby tego nie robić? To któraś z ekip tzw. DODGE, czyli instytucji powołanej pod przywództwem Elona Muska, która ma przetrzepać administrację USA, redukując jej koszty i ułatwiając życie obywatelom i biznesowi. Przez pierwszy okres oni tam się interesowali, dopytywali, ale okazywało się, że administracja mówiła, że wszystko jest oczywiście niezbędne, a każda zmiana oznacza katastrofę w dostarczaniu właśnie tej usługi publicznej. Królował z jednej strony imposybilizm, z drugiej ludzie, którzy byli z zewnątrz i albo bali się robić ruchy drastyczne, albo wycinali rzeczy witalne dla danej instytucji.

Postanowiono więc inaczej – nie będziemy zaglądać w procedury, bo niewiele o nich wiemy, zaś administracja może nam na milion sposobów uzasadnić niezbędność istnienia danych procedur i całych departamentów. Przeszło się więc na „dietę Dąbrowskiej”: obcięło się żywienie na wejściu do instytucji, redukując jej budżet. Czyli mieliśmy czarną skrzynkę jakiejś usługi publicznej, na wejściu jakąś kasę za realizację zadania i na wyjściu jakąś usługę publiczną. Do tej pory odbywało się grzebanie w czarnej skrzynce. Nowi nie wiedzieli o co chodzi, twórcy skrzynkowych rozwiązań tłumaczyli, że usunięcie nawet jednego drucika to zwarcie całego systemu, na co nowi musieli się zgodzić, bo nikt oprócz administracji nie wiedział co to za gęstwina w tej skrzynce. A tu trzeba było zrobić to, co zrobiono – DODGE zaczął od tego, że obcinał takiej instytucji dożywianie na wejściu i wymagał na wyjściu i tak dostarczenia usługi publicznej. Tym, jak to dowieść miała się zająć sama administracja, bo to ona wiedziała jak wyciąć swe złogi wewnętrzne, by się wyrobić za zredukowaną kasę na dowiezienie na wyjściu tego, na co się umówiliśmy.

Sprawa się więc upraszcza, nie trzeba włazić w tysiące procedur, sama struktura ma się wymyśleć od nowa, my zaś tylko patrzymy na wyjście. A trzeba nam wiedzieć, że jest co obcinać. Od dawna administracja objawia tendencję do samoistnienia. Staje się wielkim biurowcem wzajemnych procedur, tak wewnętrznie powiązanych, że świat zewnętrzny jest jej już coraz mniej potrzebny. Czyli jest wsobna, robi w tej czarnej skrzynce w gruncie rzeczy na samą siebie. Widać to, jak się przyjdzie do urzędu: petent jest tam wręcz elementem zbędnym, przeszkadzającym w pracy. W końcu strefy obsługi petenta, to tylko parę okienek – nad nimi szumią całe piętra pań, co to piszą do pań piętro wyżej, albo i do innych pań w innym biurowcu, w innej dzielnicy. Redukcjonistyczny system DODGE zadając pytania „a po co to?” doszedł już do takich rozwiązań, że przystąpiono do likwidacji całego federalnego departamentu edukacji: jak się potrząsnęło tą czarną skrzynką, to się okazało, że nie ma się co martwić co jest w środku, bo wyszło, że to co na wyjściu jest tak słabe i szkodliwe, że nawet lepiej się w ogóle bez tego obejść.

Wyciąganie się z bagna

I bez takich prostych, acz skutecznych rozwiązań, będą się odbywały bez końca takie narady, będzie o informacji, nie zaś o wiedzy, czyli obędzie się bez wyciągnięcia z faktów istoty zagadnienia. Będą się mnożyły listy postulatów pisane na Berdyczów, przeciwko regulacjom, podpisywane przez tych regulacji autorów. Zadanie reformy będzie się oddawało w ręce administracji, a ta, by się zreformować, musiałaby, jak baron Munchausen – wyciągnąć się sama za włosy z bagna. A nad tym wszystkim będzie wisiał wyłącznie PR, by opędzlować przed kolejnymi wyborami którąś z potrzebnych do wygrania grup społecznych. Bez rozwiązywania konkretnych problemów, bo na końcu nikt nikogo nie będzie trzymał za słowo, gdzie sprzeczne obietnice znikają jak internetowe rolki dzień po objawieniu, w krótkiej pamięci podręcznej suwerena, wypełniając co dzień pustkę po wczorajszym przekazie. I nikt nie powie, panie prezesie – sprawdzamy… 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

UE promuje Islam jako „nową religię dla Europejczyków”

UE promuje Islam jako „nową religię dla Europejczyków”

https://www.magnapolonia/ue-promuje-islam-jako-nowa-religie-dla-europejczykow

Unia Europejska sfinansowała projekt o nazwie „Biały islam: nowa religia dla Europejczyków”, którego celem jest wspieranie autochtonicznych białych konwertytów na Islam i obrona Islamu przed „ruchami antyislamskimi, które rzucają wyzwanie liberalnym demokracjom poprzez islamofobię”.

UE promuje Islam jako „nową religię dla Europejczyków”. Projekt ten znany pod akronimem WhIsE dysponuje łącznym budżetem w wysokości 271 052,16 euro, w całości finansowanym przez Komisję Europejską w ramach działania „Doskonałość naukowa” im. Marii Skłodowskiej-Curie (sic!).

Projekt jest koordynowany przez Uniwersytet w Amsterdamie, a ma trwać do września 2025 roku. WhIsE ma na celu nie tylko przeciwdziałanie „populistycznym i nacjonalistycznym dyskursom, które wykorzystują wartości chrześcijańskie do przeciwstawiania się islamowi”, ale także przedstawienie islamu jako użytecznego narzędzia do krytyki liberalizmu gospodarczego i kulturowego w Europie. Projekt WhIsE bada „złożony i nieliniowy związek między europejskim konserwatyzmem a islamskim dziedzictwem intelektualnym”.

Chodzi o dowodzenie, że relacja między Islamem a europejską myślą konserwatywną nie powinna być postrzegana wyłącznie jako konfliktowa. Według Komisji Europejskiej, możliwe jest znalezienie przestrzeni dla konwergencji pomiędzy dwiema tradycjami ideologicznymi. W ten sposób głównym celem projektu jest wspieranie finansowe i organizacyjne europejskich konwertytów na Islam, jak też „krytycznego przeglądu intelektualnej historii kontynentu z perspektywy dekolonialnej”.

NASZ KOMENTARZ: Eurokomunistyczna teoria konwergencji religijno-kulturalnej, jako wzajemnego przenikania się cywilizacji łacińskiej i arabskiej nie jest czymś nowym. W latach 70. Zbigniew Brzeziński głosił teorię konwergencji polityczno-gospodarczej, jako stopniowego zacierania różnic i przenikania się systemu komunistycznego z kapitalistycznym. Była ona zgodna z dążeniami sowietów, postulujących „pokojowe współistnienie” i budowę „wzajemnego zaufania” Wschodu z Zachodem.

W praktyce chodziło oczywiście o uśpienie czujności Zachodu i wprowadzanie elementów komunizmu w Zachodniej Europie oraz USA, czego pogrobowcami są genderyzm (neołysenkizm), tolerancjonizm, klimatyzm i szerzej, ideologia WOKE.

Według badacza masonerii, doktora Stanisława Krajskiego, wolnomularze wyższych stopni wtajemniczenia, przechodzą na Islam. Czy to kolejny przypadek?

[Głownie na sufizm. Ti taki b. gnostycki odłam islamu. md]

Polecamy również: Państwowe muzeum w Warszawie oskarża Polaków o kolonializm

Wojna, pieniądze i centaury

Stanisław Michalkiewicz: Wojna, pieniądze i centaury magnapolonia/michalkiewicz-wojna-pieniadze-i-centaury

2 kwietnia amerykański prezydent Donald Trump wypowiedział w imieniu Stanów Zjednoczonych wojnę handlową reszcie świata. Nie tylko tradycyjnym nieprzyjaciołom Ameryki, ale przede wszystkim – jej przyjaciołom, czyli wasalom. Jak bowiem powiedział prezydent Trump w okazjonalnym przemówieniu, ci przyjaciele okazywali się gorsi od wrogów. To się często zdarza – o czym świadczy popularne porzekadło: chroń mnie Panie Boże od przyjaciół, bo z wrogami jakoś sobie poradzę.

Więc zgodnie z zapowiedzią prezydenta Trumpa nałożone zostały cła 20 procentowe – na Unię Europejską, a na Chiny – nawet ponad 30-procentowe. Komentatorzy powiadają w związku z  tym, że prezydent Trump wysadził w ten sposób w powietrze cały światowy porządek ekonomiczny, jaki ukształtował się po ogłoszeniu końca “zimnej wojny”. Warto przypomnieć, że już raz coś podobnego się zdarzyło; oto 15 sierpnia 1971 roku prezydent Nixon wysadził w powietrze światowy system finansowy, ukształtowany w 1944 roku na konferencji w Bretton Woods.

Wprawdzie w 1944 roku USA nie wymieniały już dolarów na złoto w stosunkach detalicznych, ale zachowały wymienialność dolara w transakcjach międzynarodowych. Dzięki temu dolar zachowywał standard złota i na nim właśnie opierał się światowy system finansowy. Inne waluty odnosiły swoją wartość do dolara i tak to funkcjonowało aż do lat 60-tych. W latach 60-tych bowiem pojawiły się wielkie ilości amerykańskich dolarów poza granicami USA.

Były to tzw. “eurodolary”, które udało się zgromadzić państwom europejskim, korzystającym z “Planu Marshalla” – oraz tzw. “petrodolary”, które zgromadziły kraje naftowe, dzięki gwałtownemu rozwojowi motoryzacji i komunikacji lotniczej po II wojnie światowej. Te eurodolary i petrodolary stwarzały pewien problem dla Ameryki, bo gwoli podtrzymania parytetu dolara, USA musiały od czasu do czasu  sprzedawać złoto ze swoich rezerw, co budziło w Ameryce krytykę – że cały świat korzysta z dobrodziejstw stabilnego systemu finansowego, ale tylko Ameryka musi za to płacić.

Ci krytycy taktownie nie pamiętali, że z faktu, iż dolar stanowi walutę światową, Stany Zjednoczone ciągną grubą rentę. I kiedy w 1971 roku Francja zagroziła, że zażąda wymiany wszystkich swoich eurodolarów na amerykańskie złoto, prezydent  Nixon uznał, że zabawa posuwa się za daleko i ogłosił, ze USA odstępują od porozumienia z Bretton Woods. W ten sposób od 15 sierpnia 1971 roku świat odszedł od standardu złota i w obiegu pojawił się tzw. :pieniądz fiducjarny”, to znaczy taki, który ma wartość dlatego, że ludzie wierzą, że ma wartość.

W rezultacie upadła ostatnia bariera przed pokusą produkcji “pustego” pieniądza przez banki emisyjne, które są dodatkowo zachęcane do tego przez rządy, bo to rodzi inflację, czyli tzw. “podatek emisyjny”, przy pomocy którego lokalne biurokratyczne gangi grabią współobywateli. O skali produkcji “pustego” pieniądza świadczy okoliczność, że gdy na Dalekim Wschodzie wybuchł kryzys finansowy, to przy okazji wydało się, że na świecie obraca się sumami pieniędzy kilkakrotnie przekraczającymi wartość bogactwa, jakie w ogóle istnieje na Ziemi.

W rezultacie stopniowo przestało mieć znaczenie, ile kto produkuje węgla, stali, ropy i tak dalej – a na czoło wiadomości gospodarczych  wysforowały się rewelacje, jak jeden grandziarz finansowy wydymał drugiego finansowego grandziarza – od czego przecież bogactwa nie przybywa.

Ale nie jestem pewien, czy intencją prezydenta Trumpa jest rzeczywiście w wysadzenie w powietrze dotychczasowego ładu gospodarczego. Jak wynika z jego przemówienia, żywi on nadzieję, że państwa zaatakowane amerykańskimi cłami opamiętają się i obniżą  swoje taryfy celne, dzięki czemu sytuacja wróci do normy i wojna celna będzie mogła się zakończyć.

Tymczasem gdy na naszych oczach chwieją się fundamenty świata, nasi Umiłowani Przywódcy dali w Sejmie przedstawienie, które potwierdza w całej rozciągłości, że uprawianie prawdziwej polityki mają oni surowo zakazane, w związku z czym skazani są na zajmowanie się tzw. “pierdołami”. No więc Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński stanął obok mównicy sejmowej, na której brylował Wielce Czcigodny Roman Giertych i nazwał go “sadystą” i “łobuzem”.

Potem, kiedy wicemarszałek Zgorzelski wyłączył mikrofony przy mównicy, Naczelnik Państwa miał dodatkowo nazwać Wielce Czcigodnego Romana Giertycha “śmierdzielem” i “mordercą”. Musiało to zrobić wrażenie na Wielce Czcigodnym, bo wieczorem musiała go utulać w tej żałości resortowa “Stokrotka”, czyli pani red. Olejnik, która nieomal przygarnęła go do wezbranej współczuciem piersi.  Na zaczepki ze strony Naczelnika Państwa Wielce Czcigodny Roman Giertych poinformował całą Polskę, że obstalował sobie badanie swego drzewa ginekolo… – to znaczy pardon; jakiego tam znowu “ginekologicznego”?

Nie żadnego “ginekologicznego”, tylko oczywiście – genealogicznego. Stamtąd dowiedział się, że jest wujem Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, więc zaproponował mu, by mówił mu on: “wuju”. Naczelnik Państwa ani myślał zadośćuczynić tej propozycji, ale dzięki informacji o obstalowaniu sobie przez Wielce Czcigodnego  badania drzewa genealogicznego, natychmiast pojawiły się na mieście fałszywe pogłoski, jakoby Wielce Czcigodny Roman Giertych był w prostej linii potomkiem rzymskiego senatora imieniem Incitatus. Ten senator był koniem, którego do Senatu wprowadził cesarz Kaligula i nawet dodał mu do towarzystwa klacz Penelopę, z która senator Incitatus dochował się potomstwa. Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach, jakoby Wielce Czcigodny pochodził w prostej linii od Incitatusa i Penelopy, nie ma ani słowa prawdy, bo w przeciwnym razie Wielce Czcigodny Roman Giertych musiałby być centaurem, a według ekspertów istnienie centaurów nie zostało naukowo potwierdzone. Co prawda znaleźli się u nas świadkowie, którzy widzieli żywego centaura.

Było to w czasach stalinowskich, kiedy w Królikarni urządzono wystawę obrazów Pabla Picassa. Picasso był członkiem Partii Komunistycznej, więc jego obrazy uchodziły za szalenie postępowe, jednak u działaczy ukształtowanych przez socrealizm, wzbudzały odruchy wymiotne. Jeden z takich działaczy, już ostatkiem sił powstrzymujący wspomniane odruchy, trafił wreszcie do ostatniej sali, gdzie był wystawiony realistyczny obraz Picassa, przedstawiający centaura. – “A jednak to wielki artysta – zakrzyknął z ulgą działacz – Centaur, jak żywy!”

Widocznie gdzieś widział żywego centaura – ale nie takie rzeczy ludzie wtedy widywali.

Inna sprawa, że gdy się tak uważnie przyjrzeć Wielce Czcigodnemu, to pewne skojarzenia się narzucają – ale ani słowa więcej – bo jeden proces mi wystarczy.

Czy zastąpią nas „nowi Polacy”?

magnapolonia/czy-zastapia-nas-nowi-polacy

Michał Murgrabia: Czy zastąpią nas „nowi Polacy”?

Michał Murgrabia: Czy zastąpią nas „nowi Polacy”?

Nasi umiłowani rządzący, zarówno z lewej, jak i z tzw. prawej strony, starają się wykonywać polecenia brukselskich eurokomunistów i to bez zbędnego ociągania się. Na potrzeby polityki wewnętrznej zarzekają się jedni przez drugich, że nie przyjmą żadnego imigranta w ramach narzuconego nam Paktu Migracyjnego. Jak to wyjdzie? Możemy się domyślać. Ba! Możemy być praktycznie pewni, że nas okłamią. Czego dotyczy Pakt? Pakt zakłada wdrożenie systemu relokacji imigrantów.

Nowe przepisy mają sprawić, że ujednolicone zostanie prawo oraz procedury na szczeblach krajowych, w zakresie kwestii azylowych oraz szeroko rozumianej polityki migracyjnej w UE. Usprawnione zarządzanie migracją zakłada, że pomiędzy kraje członkowskie UE będą rozdzielani imigranci, oczywiście wedle uznania starszych i mądrzejszych, komu i ile. O ilu osobach jest zatem mowa?

Pomiędzy poszczególne państwa będzie trzeba przymusowo rozlokować co najmniej 30 tys. osób rocznie. Powie ktoś, że to i dużo i mało. Być może i mało, w końcu to tylko ilość odpowiadająca małemu miastu, a te mają to do siebie, że są małe.

Dochodzi do tego jednak cała masa niekontrolowanych pokonywaczy przemytniczych szlaków. W przypadku odmowy państwa te będą miały tylko jedną alternatywę – zapłacić ekwiwalent finansowy w wysokości 20 tys. euro za każdą nieprzyjętą osobę.

Jak widać wyłamywanie się z „dobrowolnej” solidarności słono kosztuje. Określenia „dobrowolna” użyli sami eurokomuniści. My wiemy jednak, że istnieją miękkie formy nacisku, takie jak działania lobby, szantaż, bądź skorumpowanie polityków. Przewidziano również mechanizm wzmocnionej solidarności, dla sytuacji nagłych. Załóżmy, że na greckim wybrzeżu desantują się nachodźcy, a u nas zdążyła już nieco osłabnąć gorliwość imigrantów na granicy z Białorusią, a do tego unijna wierchuszka już o tym zdążyła zapomnieć.

Co wtedy? Być może zostaniemy wskazani jakimś niewybranym przez nikogo palcem, jako ci, którzy mają otworzyć drzwi obcym. W przeciwnym razie zostanie nam podsunięta pod nos czapka i będziemy musieli dorzucić się cwaniakom do ich euro-garnuszka. W najlepszym razie trzeba będzie płacić wysokie kary, choć nie jest to wcale takie pewne, że pozwolą nam się z tego w ten sposób wykpić.

To tyle, jeśli idzie o Pakt Migracyjny. Przejdźmy do naszych polskich realiów i tego co nam początkowo szykował PiS, a teraz wdraża PO. Prawdopodobnie są to podwaliny pod realizację bandyckich unijnych postanowień relokacyjnych. Z naszej strony bardzo mocno w sprawę masowej imigracji zaangażowało się Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej, a konkretniej Departament Pomocy i Integracji Społecznej. Ono bowiem widnieje jako organ odpowiedzialny z ramienia polskiego rządu, w dokumentach określających wymiar i metodę organizacji pracy Centrów Integracji Cudzoziemców.

W ramach tego „wspaniałego” planu ma zostać utworzonych 49 takich centrów. Mają powstać w każdym byłym i obecnym mieście wojewódzkim. W ramach programu pilotażowego przeprowadzonego za rządu PiS, powstało przynajmniej kilka takich Centrów: 5 w Wielkopolsce, 1 w Opolu i 1 w Rzeszowie.

PO kontynuuje tylko działania swoich poprzedników.

Co zawierają wytyczne sygnowane logiem Ministerstwa Rodziny (sic!)? Wytyczne mają przybliżyć „sposób działania” podmiotom chcącym „otworzyć i prowadzić takie Centrum”. Istnieją trzy modele organizacji Centrów: albo organizują je Urzędy Marszałkowskie, albo jednostki Samorządu Terytorialnego, albo zewnętrzne podmioty, które wygrają nabór. Przeważa właśnie ten trzeci model. Zdecydowaną większość naborów, ponad połowę, przeprowadzaną w poszczególnych województwach, wygrał… Caritas.

Być może dlatego, że dysponuje zapleczem logistycznym oraz posiada nieruchomości w większości takich miast, a być może wynika to z jeszcze innych powodów, o których wie tylko znajomy królika.

Jednym ze źródeł finansowania Centrów jest unijny Fundusz Azylu, Migracji i Integracji (w skrócie FAMI), którym zarządza Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Właściwym ministrem jest więc Tomasz Siemoniak (PO). Organizatorzy Centrów mogą pozyskiwać inne źródła finansowania, u różnych sponsorów. Nie zabraknie również wkładu z budżetu państwa. Częściowo więc za własne pieniądze kupujemy sznur, na którym chcą nas powiesić.

Centra mają być zorganizowane w oparciu o model One-Stop-Shop. Na czym to polega? Chodzi o zapewnienie możliwie szerokiego dostępu do usług oraz informacji w jednym miejscu. Zgodnie z wytycznymi ma to pozwolić na zminimalizowanie konieczności „szukania i korzystania z wielu źródeł, (…) zapewniając szeroki wybór i wsparcie w jednym centralnym punkcie”.

Nie chodzi też wyłącznie o „dostarczenie usług w znaczeniu formalnym, ale również o promowanie aktywnego uczestnictwa i zaangażowania cudzoziemców w życie społeczne i kulturalne Polski. (…) To miejsce, gdzie migranci mogą kontaktować się i zacieśniać relacje z Polakami, przede wszystkim z mieszkańcami lokalnej społeczności, co przyczynia się do budowania więzi międzykulturowych”.

Pytał nas ktoś czy tego chcemy? A tak swoją drogą czy to nie brzmi pięknie? Nie. To brzmi naiwnie i propagandowo. Papier wszystko przyjmie i wiele rzeczy na papierze wygląda dobrze. W praktyce wygląda to jednak zupełnie inaczej. Z samego dokumentu możemy się dowiedzieć np., że może dojść do sytuacji, w której „w danym regionie zostanie zidentyfikowana potrzeba utworzenia kilku Centrów”, bo „niniejsze Wytyczne nie wykluczają również rozwiązania, w którym więcej niż jedno Centrum będzie utworzone w jednym ośrodku miejskim”.

To spotkało Łódź. Tam, według różnych źródeł, planuje się utworzenie 5 lub nawet 9 takich Centrów.

Mieszkańcy lokalnych społeczności dotychczas żyli swoim spokojnym życiem, choć pewnie często niełatwym, aż ktoś nagle postanowił ich na siłę uszczęśliwić. W wytycznych podkreślono, że miejscowe społeczności goszczą „na swoim terenie cudzoziemców”. Sęk w tym, że my ich nie gościmy, nam ich narzuca się siłą. Gościa zapraszamy, bo chcemy, a intruz pojawia się nieproszony. Tak jest w tym przypadku. Do tego dorobiono propagandę i PR, a w tle ktoś już liczy spore pieniądze.

Budżet FAMI przewiduje bowiem wypłacenie podmiotom, które wezmą na siebie tworzenie Centrów Integracji Cudzoziemców (CIC) na obszarze Polski blisko 433 milionów zł. Dotacje z UE są takie kuszące, że krzywda i strach lokalnej społeczności staje się tylko pewnym kosztem, na który stać tych, którzy są prawdziwymi beneficjentami Centrów Integracji Cudzoziemców. Omówimy tutaj tylko formalnych beneficjentów, a nie tych, którzy siedzą w bezpiecznym miejscu.

Dokument wspomina o trzech odrębnych grupach beneficjentów, którym Centra, a dokładniej model One-Stop-Shop wdrażany w centrach, ma przynieść korzyści. Tymi grupami są: imigranci, instytucje obsługujące Centra i my, zwykli Polacy. Podkreśla się przy tym, że CICe są „rozwiązaniem słusznym, niosącym korzyści dla samych beneficjentów jak i dla całej tkanki społecznej w regionie”. Gdy dokument mówi o beneficjentach mowa jest zazwyczaj o cudzoziemcach, względnie o instytucjach. O nas, Polakach, pojawia się tylko kilka w zasadzie mało istotnych wzmianek.

Zakłada się przy tym z góry, że owa tkanka społeczna, którą stanowimy, czy to lokalna czy regionalna, chce tego samego co założyciele projektu i podziela optymizm osób, które wdrażają opisywane tutaj rozwiązania.

Jak wiemy dotychczas zablokowano utworzenie takich ośrodków w Gminie Niedźwiedź (mieszkańcy zebrali 1500 podpisów pod swoją petycją), podobnie w Brzegu, tam również zebrano podpisy pod petycją, a radni ją jednogłośnie poparli.

W Suwałkach prezydent oznajmił, że nie wykona decyzji wojewody w tej sprawie, a w Siedlcach, również na podstawie petycji mieszkańców, przygotowano uchwałę przeciwko utworzeniu CIC, którą radni poparli jednogłośnie. Na początku kwietnia odbył się również protest przeciwko utworzeniu CIC w Płocku. Czy to świadczy o naszym entuzjazmie i otwartych ramionach, czy raczej o sprzeciwie opartym na doświadczeniu płynącym z Zachodu? Jak widać, mimo całej propagandy, chcemy być mądrzy przed szkodą. Oby było nas coraz więcej.

Wróćmy jednak do owych korzyści, które mają odnieść imigranci korzystający z pomocy Centrów, ale i „samych instytucji i organizacji oferujących konkretne usługi” w tych Centrach, które również odniosą z tego ogromne korzyści. O jakich korzyściach mówi dokument? O wszelakich. Opisano w nim taki zakres wsparcia, o jakim wielu Polaków może co najwyżej pomarzyć. Usługi, a raczej przywileje, oferowane w Centrach obejmują możliwość załatwienia wielu spraw lub skorzystania „z różnorodnych usług w jednym miejscu”, co oszczędzi imigrantom ich „czas i wysiłek”, a przy tym „minimalizuje powielanie działań oraz biurokrację”.

Cudzoziemcy mają mieć „wygodę, uproszczenie procesów i zwiększoną efektywność kompleksowego wsparcia (…) w procesie decyzyjnym”. Ponadto mają mieć „jasny dostęp do informacji i usług”, a współpraca pomiędzy instytucjami ma doprowadzić do „lepszej koordynacji i efektywnego rozwiązywania [ich] problemów”. Należy tak im świadczyć pomoc, aby ułatwić im „proces podejmowania decyzji” oraz usprawniać komunikację i jak najlepsze zrozumienie, w tym przezwyciężenie bariery językowej.

Przede wszystkim należy dążyć do tego, aby „poprawić doświadczenie beneficjenta” i zadbać o jego dobre samopoczucie. Tym, którzy będą potrzebowali „szybkiego załatwienia wielu spraw” należy umożliwić „skrócenie czasu oczekiwania na rezultaty” i w możliwie największym stopniu „ułatwić im dostęp do niezbędnych dla nich usług”. Ponadto powinno się „dostosowywać ofertę, do indywidualnych potrzeb beneficjentów” i udzielać im wsparcia „tak długo, jak długo jest to niezbędne dla ich potrzeb”, co jasnym jest, że sprzyjać będzie pasożytnictwu.

Ponad wszystko wsłuchiwać się należy w zgłaszane przez nich wszelkie uwagi. A Polak? Niech czeka w kolejce, bo dla niego są zwykłe terminy administracyjne i nie potrzebuje uprzywilejowanego traktowania.

Co oferować będą Centra? Nie każde realizować będzie pełen pakiet zalecanych usług zawartych w Wytycznych. Mimo to oferta jest imponująca, obejmuje bowiem naukę języka polskiego, pomoc asystentów adaptacyjnych, punkt informacyjny, wsparcie prawne i psychologiczne, kursy adaptacyjne, wsparcie psychospołeczne, doradztwo zawodowe, tłumaczenia zwykłe oraz przysięgłe dokumentów, czy zespoły mobilne. A to wszystko bezpłatnie. Ze względu na długość artykułu omówię tylko kilka z nich.

Wadą kursu języka polskiego jest jego niska efektywność, co przyznają nawet pomysłodawcy projektu, piszą oni bowiem, że „praktyka pokazuje jednak, że liczba godzin określonych w rozporządzeniu nie jest wystarczająca”. Dobrze byłoby więc, żeby „cudzoziemcy mieli możliwość uczenia się na kursach językowych, które w swoim założeniu będą obejmować znacznie większą liczbę godzin”. Kto ma im to zapewnić? Ministerstwo wskazuje na to, że ważne jest, aby imigrantów zachęcać do nauki języka polskiego i „zapewnić odpowiednie działania motywujące”.

Ważne jest, aby byli obecni, pilni i zmotywowani. Co więc proponują? Pobiorą od nich zwrotną kaucję. Skąd nachodźcy wezmą na to pieniądze? Czy z własnej kieszeni czy z naszych podatków? Ponadto po przekroczeniu jakiegoś progu nieobecności poinformuje się ich o „wykreśleniu z listy słuchaczy”. Z pewnością się tym przejmą. Do tego proponuje się nagrody za 100% frekwencję. Co ma być tą nagrodą i kto ją sfinansuje?

Jeśli to będzie nagroda pieniężna to jakiej wysokości? Oczywistym jest, że sama obecność na zajęciach nie oznacza, że ktoś się przykłada. Na tym nie koniec, warto bowiem „stworzyć możliwość nauki (…) częściowo online”. Kto zatem opłaci zakup komputerów lub innych urządzeń do nauki? Kto zapewni i pokryje koszt dostępu do Internetu? A wreszcie kto zabezpieczy zakupiony sprzęt przed ewentualną kradzieżą, zniszczeniem lub niewłaściwym użytkowaniem? Widocznie stać nas na to.

W ramach doradztwa zawodowego imigranci będą kierowani na „szkolenia podnoszące kompetencje zawodowe”. Doradztwo obejmuje także „przygotowanie dokumentów aplikacyjnych na dane stanowiska pracy”, czy „do rozmowy kwalifikacyjnej”.  Natomiast w ramach wsparcia psycho-społecznego będą mogli korzystać z warsztatów arte-terapeutycznych, zajęć sportowych, warsztatów antystresowych, warsztatów kulinarnych czy wyjść do teatru i na koncerty.

Do tego wszystkiego oferuje się możliwość „celebrowania świąt i uroczystości ważnych dla cudzoziemców i społeczeństwa przyjmującego”. Co to oznacza? Mamy udawać, że świętujemy z nimi ramadan, a może będziemy wspólnie czytać Koran? To tylko próbka szerokiego wachlarza możliwości oferowanych w Centrach. Wszystko za free.

W jakich godzinach pracują w Polsce urzędy? Zwykle trzeba poświęcić dzień wolnego, aby coś załatwić. Specjalnie dla imigrantów „punkt informacyjny ulokowany w Centrum Integracji Cudzoziemców powinien być dostępny 5 dni w tygodniu (…) co najmniej w jednym dniu do godziny 19:00”. Na Polaków nikt nie czeka w urzędzie do 19.00. Na tym jednak nie koniec. W dokumencie wyraźnie zaznaczono, że „udzielanie pomocy będzie obejmować o wiele szerszy zakres niż wyżej wymieniony”. To oznacza spełnianie praktycznie wszystkich możliwych oczekiwań przybyszów.

Polak, a tym bardziej przedsiębiorca, traktowany jest we własnym kraju prawie jak złodziej. Czy kiedykolwiek byliśmy postrzegani, przez władzę różnego szczebla, tak jak imigranci, chociażby w omawianym przeze mnie dokumencie? Czy ktoś chciał nam w jakimkolwiek urzędzie, aż tak nadskakiwać? Widocznie w oczach rządzących imigranci stanowią niebywałą wartość, większą niż tubylcy. Zresztą kto by się tam nami przejmował, jesteśmy w końcu tylko obywatelami drugiej kategorii.

Wniosek nasuwa się sam: Imigranci znajdą się w korzystniejszej sytuacji niż my. Moje słowa, przynajmniej pośrednio, podzielają sami twórcy tego dokumentu, ponieważ jak stwierdzają, „Korzystanie z pomocy niesionej w Centrach (…) może być postrzegane negatywnie przez społeczność lokalną, ponieważ usługi oferowane w Centrach są darmowe dla beneficjentów i cudzoziemcy mogą być postrzegani jako konkurencja”.

To akurat nie jest największy problem. To czego się obawiamy to wzrost przestępczości i powstawanie skupisk, które de facto wyłączą części miast z użytkowania, chociażby dlatego, że powstaną tam narkotykowe getta. Swojego czasu spierałem się z Zandbergiem, który przy świadkach zaprzeczał jakoby we Francji miały istnieć tzw. strefy No-Go. Chodzi o miejsca, do których nie wjeżdżają praktycznie żadne służby ze względu na wysoką przestępczość i gettoizację tych obszarów. Twórcy Wytycznych widzą sprawy jednak inaczej.

Podkreślono w nich, że „najważniejsze jest bezpieczeństwo beneficjentów” (nie mylić z Polakami!). Mało tego, przestrzega się przed zagrożeniem z naszej strony, ponieważ „należy mieć na uwadze, że utworzenie Centrum może mieć nie tylko pozytywny wpływ na zachowania okolicznych mieszkańców”. Jeśli nie pozytywny, to jaki? Sugeruje się, że to nas mogą się obawiać cudzoziemcy, a nie my ich. Cóż za absurd! Czy to nie my powinniśmy obawiać się coraz większej ilości Gruzinów, Czeczenów i Kolumbijczyków[1] przybywających do Polski?

Wśród słabych stron Centrów nie wymienia się żadnego punktu, który dotyczyłby mieszkańców. Dla nas to przecież same plusy. Jakie? Dokument wymienia trzy korzyści, ale o nich za chwilę. Zasadniczo o mieszkańcach wspomina się mimochodem, prawie nas się w tym dokumencie pomija, a jak już się pojawiamy, to zwykle przedstawia się nas w negatywnym świetle. W dokumencie podkreślono jedną ważną rzecz, że CIC działa „w interesie mieszkańców”. Jakie nasze sprawy będą tam realizowane? Żadne.

Dokument mówi natomiast, choć dość zdawkowo o tym, że obecność takiego Centrum wpłynie na „bezpieczeństwo publiczne, demografię czy rozwój gospodarczy”. Oto owe korzyści. W Wytycznych dosłownie poświęcono temu jedno zdanie (sic!), ale nie wyjaśniono tego co przez to rozumieją inicjatorzy projektu.

Zrobię to więc za nich.

Jak zamierza się zapewnić bezpieczeństwo publiczne? Nie wyobrażam sobie, żeby monitorowano każdego przebywającego w danym mieście cudzoziemca albo zwiększono ilość patroli policyjnych, ponieważ te cierpią na poważne braki kadrowe. Ewidentnie jest to wyłącznie przejaw naiwności. Zachód, znacznie lepiej przygotowany od nas pod tym względem, zupełnie nie radzi sobie z sytuacją.

Jak skomentować to, że element napływowy, obcy nam, ma zamiast nas, bądź obok nas, wpływać na poziom demografii w Polsce? Czy nie chodzi o podmianę społeczeństwa? Jeśli tak wygląda to na zaplanowaną dla nas przyszłość, to może się wkrótce okazać, że będziemy nie autochtonami, a mniejszością we własnym kraju. Oczywiście początkowo nie w skali makro, ale w skali mikro już tak.

Finalnie Polska zmieni się w jeden wielki bałagan. W dłuższej perspektywie oznacza to bowiem trwałą zmianę strukturalną lokalnych społeczności, a w ogólnym kontekście całej Polski. Rządzący braki w ludziach chcą uzupełnić przybyszami i ich potomstwem. To na nich się stawia w tej kwestii. Czy najlepszy dowodem na to nie jest fakt, że Wytyczne sygnowane są przez Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej?

Nieustannie podtrzymuje się narrację jakoby pierwszymi w kolejności beneficjentami Centrów były „osoby będące w kryzysie uchodźczym”, bądź „z doświadczeniem uchodźczym”. Na pierwszym miejscu wymienia się tych, którzy są „uchodźcami wojennymi”. Czy imigranci relokowani w ramach Paktu Imigracyjnego to uchodźcy wojenni? Czy my, jako Polska, mamy obowiązek jako pierwsi przyjmować imigrantów z Bliskiego Wschodu, którzy uciekają np. przed terroryzmem lub nawet przed wojną? Czy Polska jest dla nich najbliższym sąsiadem, w którym nie toczy się wojna? Oczywiście to tzw. „pytanie retoryczne”.

W mojej ocenie to jest próba wywierania emocjonalnego szantażu na Polakach, którzy łatwiej się zlitują nad uchodźcą wojennym niż imigrantem zarobkowym. Gdyby pominąć specyfikę uchodźców z Ukrainy, okazałoby się, że większość imigrantów przybywających do Polski, to właśnie ludzie poszukujący lepszego i dostateczniejszego życia. Nie dajmy się szantażować. Rozwoju gospodarczego nie zapewnią nam ani osoby straumatyzowane wojną, ani „inżynierowie” z Afryki czy Bliskiego Wschodu.

Wspominam o nich, ponieważ stale wzrasta ilość imigrantów z krajów gdzie główną religią jest islam, czyli Turcja, Somalia, Erytrea, Etiopia, Afganistan, Jemen, Tadżykistan, Egipt, Sudan, Pakistan, Irak, Iran czy Maroko.

Na koniec przywołam trochę liczb, ponieważ dobrze byłoby je zapamiętać. Wytyczne sugerują, że miejsce wybrane pod Centrum powinno znajdować się w centrum miast, a do tego musi być „dostatecznie reprezentacyjne” (najlepiej hotel pięciogwiazdkowy) i bezpieczne, czyli nie „w częściach miasta, które mają podniesiony współczynnik przestępczości”. Oto zatroszczą się już sami nowoprzybyli -„Polacy”, bo chyba niewielu ma jeszcze jakieś wątpliwości, że dokonywana jest podmiana struktury polskiego społeczeństwa.

Niech liczby uświadomią to tym z nas, do których to jeszcze nie w pełni dotarło. Począwszy od 2023 r. do lutego 2025 r., złożono ponad 1 150 000 wniosków o pobyt w Polsce. Same wnioski rozpatrzono pozytywnie w 87% w 2024 r. i 89% w 2023 r. Znaczna część z cudzoziemców odwołała się od negatywnych decyzji. Skutkowało to zmianą decyzji na pozytywną, w aż 45% w 2023 r. i w około 30% w 2024 r. Ponadto w obydwu latach ponad 10% dalszych wniosków skierowano do ponownego rozpatrzenia, więc liczba pozytywnie rozpatrzonych wniosków z pewnością będzie jeszcze wyższa.

Dane pochodzą z Urzędu do Spraw Cudzoziemców i można je w każdej chwili zweryfikować.

Wniosek jest prosty: nasza granica jest dziurawa jak ser szwajcarski i to jest ostatni moment, żeby zareagować i stawić jakiś opór. Organizujcie się, protestujcie, zbierajcie podpisy pod petycjami, brońcie się! Drugiej szansy możemy już nie dostać.

[1] Kolumbia jest jednym z krajów z najwyższą przestępczością na świecie (odsetek zabójstw z broni palnej).

Polecamy również: Państwowe muzeum w Warszawie oskarża Polaków o kolonializm

Niedziela,dziś: Pokaz filmu „Miało nie żyć” w Oleśnicy to wyłom w oceanie kłamstw

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Śpieszymy z przypomnieniem, że już dziś bardzo ważny pokaz filmu o aborcji „Miało nie żyć” – tuż pod ośrodkiem aborcyjnym w Oleśnicy. Jeśli tylko może Pan być na projekcji lub zna kogoś, kto może tam być – zapraszamy. Godzina 17:30, Oleśnica, Sala Konferencyjna w budynku przy ul. Mikołaja Reja 10, szczegóły na plakacie na dole niniejszej wiadomości.

O sytuacji w szpitalu, który nie chce oficjalnie napisać, ile razy zabił dzieci zastrzykiem z chlorku potasu – w poniższym mailu, którego wysyłał niedawno do Pana nasz Członek Zarządu Krzysztof Kasprzak. 

Serdecznie pozdrawiamy,


Fundacja Życie i Rodzina

www.RatujZycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci,

Szpital w Oleśnicy zabija nawet te dzieci, które w innych szpitalach w Polsce dostały szansę na życie. Ten problem staje się coraz bardziej palący. W ostatnim czasie zabito tam 9-miesięcznego chłopczyka, który był gotowy do porodu i można było wydobyć go i natychmiast oddać do adopcji. Dostał zastrzyk z chlorku potasu wprost w maleńkie serduszko i zmarł na zawał zanim wyjęto go na zewnątrz organizmu matki.

Mało tego, oleśnicki szpital niechętnie odpowiada na pytania o to, jakie metody aborcji są tam stosowane. Proszę wyobrazić sobie, że wciąż nie odpisali na zapytanie, które Fundacja Życie i Rodzina wysłała do nich przeszło miesiąc temu.

Na 155 aborcji wykonanych w 2024 roku, 155 wyraportowali jako przeprowadzone poprzez farmakologiczne wywołanie poronienia. Nie wspomnieli ani słowem ani o chlorku potasu, który wstrzykują dzieciom w serduszka, ani o aborcji próżniowej, czyli rozrywaniu dzieci żywcem na kawałki za pomocą pompy ssącej pod ogromnym ciśnieniem. Tymczasem w mediach notorycznie chwalą się tymi metodami aborcji.

Po otrzymaniu prostych pytań kombinują, jak nie odpowiadać albo jak przedłużać w nieskończoność odesłanie odpowiedzi.

Jak Pan uważa, czego się boją…?

Podczas ostatniej Rady Miasta Oleśnicy radni pytali przedstawicieli szpitala o wspominane wyżej rozbieżności w raportowaniu. Także nie usłyszeli jasnej odpowiedzi, ale polecenie, aby pytania zadali w formie pisemnej.

A przecież pisma w tej sprawie już dawno trafiły do szpitala

Szanowny Panie,

Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji odbywa się pod oleśnickim szpitalem przy ul. Armii Krajowej 1 w każdą 3. niedzielę miesiąca o 14:30. Gromadzi on coraz więcej ludzi i jest znakiem sprzeciwu wobec nieludzkich praktyk dr Gizeli Jagielskiej i jej zespołu.

W Prokuraturze toczy się obecnie sprawa z zawiadomienia, jakie Fundacja Życie i Rodzina złożyła w sprawie bezprawnej aborcji wykonanej przez Jagielską lub jej współpracowników.

Tymczasem pragnę podzielić się z Panem bardzo ważną wiadomością. Dotarliśmy z filmem dokumentalnym o aborcji „Miało nie żyć” właśnie do Oleśnicy.

Projekcja odbędzie się w najbliższą niedzielę 6 kwietnia o godz. 17:30 przy ul. Mikołaja Reja 10 w budynku Biblioteki Publicznej w Sali Konferencyjnej. Jest ona częścią kampanii edukacyjno-informacyjnej o tym, co dzieje się w polskich ośrodkach aborcyjnych – takich jak Oleśnica.

Wstęp na film jest wolny i bezpłatny. Wystarczy przyjść. Zapraszamy na niego wszystkich, którzy tego dnia mogą być na pokazie.

Jednocześnie proszę Pana o wsparcie działań przeciw aborcji w oleśnickim szpitalu.

Wszystkie pokazy filmu organizujemy w taki sposób, aby wejście na projekcję nie było płatne. Oznacza to, że ponosimy koszty logistyczne związane z tournee filmu po Polsce.

Wydatki związane z walką z aborcją w Oleśnicy obejmują także np.

– działania prawne (zawiadomienia, pisma, skargi),

– logistykę związaną z organizacją akcji ulicznych pod szpitalem,

– produkcję, druk i dystrybucję materiałów informacyjnych

oraz wiele innych.

Czy może Pan wesprzeć akcję?

Czy może Pan przekazać kwotę, o której wysokości sam Pan zdecyduje, aby pomóc nam w ratowaniu życia dzieci?

Wpłat można dokonać na numer rachunku: 

Fundacja Życie i Rodzina

47 1160 2202 0000 0004 7838 2230

Kod SWIFT: BIGBPLPW

Lub skorzystać z systemów przelewowych pod linkiem:

www.RatujZycie.pl/wesprzyj.

Pokaz filmu „Miało nie żyć” w Oleśnicy to wyłom w oceanie kłamstw i niedomówień, jakie serwują wszystkim aborterzy.

Oby przyniósł jak największe owoce i wyrwał ludzi z letargu. Trzeba ratować życie dzieci.

Serdecznie Pana pozdrawiam,

Krzysztof KasprzakKrzysztof KasprzakKrzysztof Kasprzak
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Jeszcze raz proszę o wsparcie akcji w Oleśnicy – to obecnie największe centrum aborcyjne w Polsce. Przynosi hańbę całej naszej Ojczyźnie.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA

LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Zamach trwa

Zamach trwa

Yurko

w 15 rocznicę Zamachu smoleńskiego

Obok istniejącego w państwie polskim porządku społeczno-prawnego jaki znaliśmy, a którego już prawie nie ma, mamy nowy, który ujawnił się od tzw. katastrofy smoleńskiej, czyli od momentu kiedy państwowy statek powietrzny przez ówczesną władzę zamieniony został na statek prywatny, pozbawiając w ten sposób Polskę możliwości oficjalnego wyjaśnienia przyczyn śmierci 96 osób z Delegacji Katyńskiej 2010. Jak pamiętamy, rząd Tuska zrobił wszystko, by udaremnić w tej sprawie możliwość wyjaśnienia komukolwiek i czegokolwiek przerzucając odpowiedzialność prawną na Rosję – tj. tzw. komisję MAK płk. Anodiny, której „ustalenia” potem tylko skopiowano przez komisje. Jak wiemy, w Rosji nic nie jest takie jakie nam się wydaje, tak więc i dotąd nie wiadomo co z „wrakiem” tupolewa.

Zjawisko nihilizacji wszystkiego od tamtego czasu przybrało na sile i nabrało zasięgu na wszystkie sfery życia w Polsce. Podmieniano nam władze państwowe, podmieniono samoloty, podmieniono sędziów, podmieniono nauczanie w szkołach, podmienia się pamięć i tożsamość narodową, podmienia kulturę polską na obcą, a religię sprowadza się do kultu dziury ozonowej i walki z klimatem (sic!) a statut rodziny na genderyzm. Mamy do czynienia z siłą nie przebierającą w środkach, która burzy i niszczy wszystko co stoi jej na drodze. Jako polityczni barbarzyńcy przejmują siły zwyciężonego np. patriotyzm i religię. To etyka nowych postmodernistycznych praw ubrana w szaty ekumenizmu i usuwanie krzyża z przestrzeni publicznej. Dla tej grupy ludzi wróg jest konieczny, podtrzymywanie stanu napięcia, wywoływanie strachu i pogarda, gdyż jak w marksizmie – bez wroga nie mają oni racji bytu. Jak widzimy dynamizm niszczenia polskich struktur przybiera z każdym dniem na sile.

…owocem bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda. Badajcie co jest miłe Panu. I nie miejcie udziału w bezowocnych czynach ciemności” Ef 5

By pokazać Państwu na czym polegało oszustwo smoleńskie pokażę dwa duże fragmenty samolotowe, które miały według sprawców uwiarygodnić tragedię smoleńską jako wypadek.

Będzie to najkrótsza definicja oszustwa i dowód zamachu smoleńskiego – 00003≠71.

Co oznacza skrót i dlaczego taki zapis?

00003 to numer jaki nadali Rosjanie prawej burcie przy-salonkowej z napisem w języku angielskim Republic Of Poland. Ten sam napis, ale w języku polskim znajdował się na lewym boku kadłuba samolotu. To rozróżnienie jest ważne dla dalszej analizy.

Ścianka ta jest powszechnie znana z mediów, jak wizytówka zniszczonego samolotu, fotografowana na bocznej płycie lotniska Siewiernyj, gdyż tam ją skądś przywieziono i na razie nie wiemy definitywnie skąd. Nie ma żadnego filmu i fotografii, które by pokazały ten fragment tupolewa w miejscu „wypadku”. Nikt, żadna z komisji dotąd nie była w stanie tego uczynić. Pokazać tę burtę w miejscu „katastrofy”. Także nie mogła tego uczynić żadna ze stacji telewizyjnych, ani producenci filmów dokumentalnych, a także prasa. Nikt. Także „oko wielkiego brata” czyli jakikolwiek satelita.

71 z kolei, to numer – jakim oznaczono inny kawałek złomu na zdjęciu mapy satelitarnej tzw. katastrofy z 12 kwietnia 2010. Ten duży fragment w przeciwieństwie do 00003 został dostrzeżony na pobojowisku przez „wielkiego brata”, lecz gdzieś zaginął i przepadł, bo nie ma go na miejscu gdzie zwożono złom, czyli pod budą na bocznym Siewiernym. Technicznie co może być szokujące, nr 71 choć inaczej zniszczony pochodzi z tego samego miejsca w kadłubie i konstrukcji samolotu. Zlokalizowane po analizach fragmenty – niestety dublują się. Mają część wspólną. Żaden inżynier lotnictwa, uczestnik którejkolwiek komisji nie jest w stanie temu zaprzeczyć.

Jak dwa identyczne dzbany – rozbite – by je na nowo skleić – każda skorupka będzie wołała o swój egzemplarz, gdyż niemożliwe jest, by rozbiły się identycznie.

===================================

4:

5:

6:

Zwycięstwa Różańca świętego. Przypomnienie – konieczne!

Zwycięstwa Różańca świętego. Przypomnienie – konieczne!

Ks. Karol Stehlin, https://gdynia.fsspx.pl/2002/10/01/ks-karol-stehlin-zwyciestwa-rozanca-swietego/

Odmawiajcie codziennie Różaniec!” powtarzała Matka Najświętsza podczas każdego ze swoich sześciu objawień w Fatimie w 1917 roku.

Św. Ludwik Maria Grignon de Montfort tak opisuje apostołów Maryi w czasach ostatecznych: „Na barkach nieść będą zakrwawiony sztandar krzyża, w prawej ręce krucyfiks, różaniec w lewej, święte Imiona Jezusa i Maryi w sercu, a skromność i umartwienie Chrystusa w całym swym postępowaniu”.

Najskuteczniejszą bronią Rycerza Niepokalanej są kulki różańcowe, którymi bombardujemy wroga dusz, aż się nawróci – mówił św. Maksymilian Kolbe.

 =======================

Istnieje całe mnóstwo pism Świętych, podkreślających wagę Różańca świętego. Począwszy od XV wieku papieże zachęcali wiernych do odmawiania tej cudownej modlitwy, a bractwa różańcowe powstawały szczególnie licznie zwłaszcza w chwilach najpoważniejszych dla Kościoła zagrożeń. Sam tylko papież Leon XIII napisał dwanaście listów apostolskich o Różańcu, co samo w sobie jest wydarzeniem bez precedensu w historii Kościoła, nigdy bowiem żaden papież nie napisał tylu encyklik na jeden temat.

Już w swojej pierwszej encyklice „różańcowej” Supremi Apostolatus, Papież przypominał, że św. Dominik „mocą Boskiego światła dostrzegł, że na zło jego wieku nie ma lepszego lekarstwa niż powrót ludzi do Chrystusa, który jest «drogą, prawdą i życiem», przez częste rozważanie zbawienia, które nam zapewnił oraz wypraszanie orędownictwa u Boga tej Dziewicy, której dane jest niszczyć «wszystkie herezje».

Podstawą cudownej skuteczności Różańca św. jest fakt, że Najświętsza Maryja Panna jest pośredniczką wszystkich łask. Dlatego należy stwierdzić, że Różaniec (po Mszy św. i Boskim Oficjum) jest najbardziej skuteczną modlitwą, aby wyjednać nasze osobiste nawrócenie i uświęcenie, a także jest najmocniejszym schronieniem przeciw wrogom katolicyzmu”.

Z kolei w encyklice Laetitiae sanctae Leon XIII uczył, że „tajemnice radosne są dla nas przykładami pokory, cierpliwości w pracy, dobroci względem bliźniego, oraz sumiennego wykonania licznych obowiązków prywatnego życia. Tajemnice bolesne uczą nam cierpliwość w trudach i cierpieniach, a tajemnice chwalebne nam odkrywają nam szczęśliwość, którą Bóg przygotował tym, którzy go miłują”. Każda chwila naszego życia może znaleźć swoje odbicie w jednej z tajemnic różańcowych, które w taki sposób staną się towarzyszami naszych dni. Całe nasze życie może stać się „różańcem”.

Różaniec ma także wymiar społeczny, a nawet polityczny. Przypomnijmy kilka wydarzeń historycznych, przeważnie mało znanych, które pokazują wpływ żarliwej modlitwy różańcowej na losy ludów chrześcijańskich.

Zwycięstwo nad katarami (XIII wiek)

Na początku XIII wieku w Langwedocji, niedługo po objawieniu Matki Bożej św. Dominikowi, Różaniec okazał się zarówno skuteczną bronią w walce z wrogami Kościoła, jak też niezwykle efektywną pomocą dla apostolatu:

Bernard Gui opisał pierwsze zwycięstwo Różańca świętego odniesione nad wrogami Kościoła w Muret niedaleko Tuluzy 12 września 1213 roku. 800 rycerzy katolickich, dowodzonych przez hrabiego Szymona de Montfort, walczyło wówczas przeciwko ok. 34 000 katarów. Tego dnia św. Dominik razem z duchowieństwem i wiernymi udał się do kościoła w Muret i nakazał wszystkim odmawiać Różaniec. Po bitwie kronikarz miasta zapisał: „Zwycięstwo było cudowne: wrogowie padali jeden po drugim jak drzewa w lesie, pod ciosem armii drwali”, a powodem porażki katarów były „róże, które pokorny Dominik przywiózł i zrobił z nich koronki [różańcowe], dzięki którym rycerze odnieśli zwycięstwo”. W ten sposób został przywrócony ład społeczny.

Św. Dominik, pouczony przez samą Matkę Bożą, nie tylko głosił tajemnice Wiary, a także kazał rozważać je przez odmawianie Ojcze Nasz i 10 Zdrowaś Maryjo. Wiedział bowiem, że sama nauka nie wystarczy do nawrócenia – jedynie łaska Boża potrafi kruszyć opór dusz, a łaskę tę można wyjednać tylko przez modlitwę. Św. Tomasz uczył, że jeśli grzesznik sam zaczyna się modlić, to przez modlitwę usuwa, przeszkodę swego nawrócenia[1]. Katarzy wierzyli, że cielesny i zmysłowy świat jest dziełem szatana, dlatego Bóg nie mógł przyjąć ludzkiego ciała w łonie Dziewicy i umierać dla naszego zbawienia. Uznawali za jedyną dopuszczalną modlitwę Ojcze nasz. Jednak św. Dominik zdołał ich przekonać, aby odmawiali także Zdrowaś Maryjo. Skutki były cudowne: w XIII wieku zostało założone w Langwedocji 118 klasztorów, i prawie cały rejon powrócił do wiary katolickiej.

Zwycięstwa nad islamem[2]

Gdy w przeciągu wieków od XVI do XVIII chrześcijańska Europa stanęła w obliczu zagrożenia islamskiego, miała jeszcze dość wiary, by walczyć i zwyciężać, trzymając w rękach różaniec: pod Lepanto (7 października 1571 r.), pod Wiedniem (12 września 1683 r.) i w Peterwardein (26 lipca 1716 r.). Te zwycięstwa stały się również źródłem świąt liturgicznych: Najświętszego Imienia Maryi (12 września) i Matki Bożej Różańcowej (7 października). Już w starożytności Kościół stosował do Najświętszej Maryi Panny słowa 12 rozdziału Apokalipsy: „Luna sub pedibus eius” – „księżyc pod Jej stopami”. Słowa te zrealizowały się dosłownie: islam, walczący pod znakiem półksiężyca, został pokonany przez Tę, która na końcu świata „zetrze głowę węża”.

Zwycięstwa nad protestantyzmem

Rewolucja protestancka z 1517 roku była pierwszym etapem na drodze narodów europejskich ku apostazji. Drugim było utworzenie na początku XVIII wieku masonerii, która wywołała rewolucję 1789 roku, trzecim zaś rewolucja komunistyczna. Protestantyzm odrzucił Kościół, rewolucja francuska zdetronizowała Chrystusa Króla, komunizm usiłował całkowicie usunąć Boga ze świata.

La Rochelle: 1 listopada 1628 roku.

Gdy w XVII wieku protestantyzm zagroził królestwu Francji, po raz kolejny znalazło ono ratunek w Różańcu. Dowodzący silną armią król Ludwik XIII oblegał wówczas wspierane przez Anglię miasto La Rochelle, które stało się bastionem protestantyzmu we Francji. Przed szturmem w dominikańskim klasztorze w Paryżu, w obecności całego dworu, odmówiono uroczyście Różaniec z prośbą o zwycięstwo. Następnie król wezwał znanego kaznodzieję o. Louvet OP, by wygłosił misje wśród wojska. Żołnierzom rozdano 15 tysięcy różańców i każdego wieczora oblężeni widzieli katolickie oddziały, obnoszące tryumfalnie figurę Matki Bożej wokół miasta, odmawiające Różaniec i śpiewające pobożne pieśni. Po zdobyciu La Rochelle król rozkazał, by pierwsi weszli do niego dominikanie. Nieśli oni wielki sztandar koloru białego, na którym błękitnymi literami wypisano: „Raduj się, Dziewico Maryjo, wszystkie herezje sama zniszczyłaś na całym świecie”. Jako dziękczynienie król Ludwik kazał wybudować kościół pw. Matki Bożej Zwycięskiej w Paryżu, a w 1638 roku poświęcił Matce Najświętszej całą Francję.

Filipiny: Matka Boża Różańcowa z Naval[3]

Zwycięstwo to uratowało katolicyzm w całej Azji.

Kiedy na kontynencie fałszywe religie pogańskie stawiały zazwyczaj gwałtowny opór prawdziwej Wierze, a krew męczenników płynęła szerokim strumieniem, nawrócenie Filipin odbyło się w sposób jedyny w historii. W ciągu czterdziestu lat (od 1565 do 1605) misji katolickich nie została przelana na Filipinach nawet jedna kropla krwi, a pod panowaniem Hiszpanii narodziło się wzorowe chrześcijańskie społeczeństwo. Stały się one wówczas dla Kościoła opatrznościową bazą, z której wyruszały legiony misjonarzy, by ewangelizować inne kraje Azji.

15 marca 1646 roku holenderska flota protestancka, silnie uzbrojona, pojawiła się u nadbrzeży Manili. Zaskoczeni Hiszpanie i Filipińczycy mieli do dyspozycji jedynie dwa statki handlowe (Incarnacion i El Rosario), które uzbroili po­śpiesznie w miarę swych skromnych możliwości. Wówczas o. Jan de Conca OP zaczął głosić marynarzom kazania o Różańcu i wezwał wszystkich do modlitwy. Marynarze uczynili ślub, że w razie zwycięstwa odbędą boso pielgrzymkę do sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w klasztorze dominikańskim w Manili. Pięć kolejnych ataków holenderskich, od marca do października 1646 r. zakończyło się druzgocącą porażką protestantów, ich okręty zostały rozbite, podczas gdy katoliccy stracili jedynie 15 ludzi. Filipiny pozostały katolickie. Od tego czasu w całym kraju rozpowszechniło się niezwykłe nabożeństwo do Różańca, a same Filipiny nazwane zostały przez papieża Piusa XII „królestwem Różańca świętego”[4]. Każdego roku w Manili ma miejsce procesja z cudowną statuą Matki Bożej Różańcowej, a pod koniec tej ceremonii odnawia się akt poświęcenia kraju Najświętszej Dziewicy[5].

Tryumf Różańca św. w Japonii

W historii Japonii widzimy dwa ważne owoce nabożeństwa różańcowego: dodawało ono odwagi męczennikom i pozwalało zachować wiarę w sytuacji, gdy katolicy pozbawieni zostali wszelkiej pociechy duchowej.

Męczennicy

15 sierpnia 1549 roku św. Franciszek Ksawery dotarł do Kagoshimy na południu Japonii. Pomimo przeszkód ze strony wyznawców buddyzmu, pierwsza akcja ewangelizacyjna przebiegła bez poważniejszych zakłóceń. System feudalny osłabiający centralną władzę cesarza pozwalał misjonarzom szukać oparcia w przychylnych panach. Jezuici zaprowadzili w Japonii nabożeństwo różańcowe, które popularyzowali przez rozdawanie broszurki nt. piętnastu tajemnic. Jednak w 1582 roku nowy cesarz, wrogo nastawiony wobec chrześcijaństwa, wspierany i wspomagany przez bonzów, rozpoczął gwałtowne prześladowania. 5 lutego 1597 roku 23 franciszkanów i 3 braci jezuitów zostało ukrzyżowanych w Nagasaki. W 1607, korzystając z chwilowego uspokojenia sytuacji, przybyli z Filipin dominikanie i na prośbę wikariusza prowincjalnego Japonii bł. Alfonsa Navarette OP (1571-1617), założyli liczne bractwa różańcowe na terenie całego kraju. Na czele bractw ustanowili przełożonych, których zadaniem było regularnie gromadzić wiernych na odmawianie Różańca, przypominać im naukę o 15 tajemnicach, czytać nauki pozostawione przez wielebnego Ludwika z Grenady OP, oraz przypominać rady i wskazówki ojców misjonarzy.

Jednak wkrótce kapitan holenderskiego statku, Anglik Wilhelm Adams, zadenuncjował katolickich misjonarzy u nowego cesarza, oskarżając ich o szpiegostwo na rzecz Hiszpanii i zachęcanie do najazdu na Japonię. W 1614 roku rozpoczęło się kolejne prześladowanie, zakonnicy zostali wymordowani, kościoły zniszczone, a praktykowanie chrześcijaństwa zabronione pod karą śmierci. Lecz nic nie zdołało zniszczyć bractw różańcowych. Ich członkowie szli na stracenie jak na święto, przywdziawszy biały habit i czarną pelerynę bractwa i niosąc różaniec na szyi lub w ręku. Kiedy w 1638 roku Japonia odcięła się od reszty świata, Rzym był przekonany, że w tym kraju nie ma już katolików.

Katolicy bez kapłanów

Dopiero w roku 1858 Japonia otworzyła ponownie granice obcokrajowcom. Nowa misja katolicka powstała w Nagasaki 10 stycznia 1865 roku. Ku wielkiemu zdumieniu ojca Petitjean, 17 marca 1865 zobaczył on w swym nowo wybudowanym kościele 15 Japończyków, którzy oświadczyli, że są katolikami. Stopniowo odkryto, że są ich tysiące w całym kraju. Pozbawieni kapłanów w czasie prześladowań, spotykali się pod przewodnictwem przełożonych bractw różańcowych. Przekazywali sobie Wiarę przez Różaniec i sakramenty, których mogą udzielać świeccy: chrzest i małżeństwo. Pokazali misjonarzom paciorki różańca ze czcią zachowane przez dwa stulecia oraz książki nt. tajemnic Różańca w dawnym języku japońskim.

Dwa lata wcześniej protestanci zbudowali w Nagasaki zbór, lecz nie widząc w nim ani krucyfiksu, ani obrazów świętych, japońscy katolicy zrozumieli, że nie była to prawdziwa religia. Rozpoznali katolickich misjonarzy po trzech znakach: po nabożeństwie do Matki Bożej, posłuszeństwie papieżowi oraz celibacie. „Są dziewicami, Bogu niech będą dzięki!” wołali padając na kolana, gdy ojciec Petitjean powiedział im, że katoliccy kapłani się nie żenią. Na pamiątkę tego odkrycia, co rok w Japonii 17 marca obchodzone jest liturgiczne święto Matki Bożej de Inventione Christianorum (Matki Bożej od Odkrycia Chrześcijan).

Wandea

Jest niezaprzeczalnym faktem, że wandejski ruch oporu z lat 1793-1795, który poprowadził Wandę jeżyków do chwały męczeństwa i uratował katolicyzm we Francji, roku czerpał siłę z nabożeństwa różańcowego. Był to owoc misji św. Ludwika Marii Grignon de Montfort i jego zakonu. „Prawdziwą przyczyną powstania była religia. Pieśni, modlitwy, oznaki, nazwa armii «katolicka i królewska», nadają mu od pierwszych dni charakter religijny. Przez cały XVIII wiek rejon ten korzystał z intensywnej ewangelizacji dzięki misjom parafialnym ojców montfortanów, uczniów św. Ludwika Marii. Kronika montfortańskich misji mogłaby udowodnić, że wielka liczba parafii zasilających powstanie, co najmniej raz w tym stuleciu gościła misjo­narzy. To właśnie oni zakorzenili w sercu ludności trzy nabożeństwa: do Krzyża, do Najświętszego Sakramentu i do Różańca św. Bez tego apostolatu i wynikającego z niego ducha ofiary nie można zrozumieć fenomenu Wandei”[6].

W zredagowanym w 1818 roku opisie wojny wandejskiej, Jan Aleksander Cavoleau napisał: „W czasie marszu i w obozie oddawali się wszelkim praktykom pobożności. Spotkałem liczna grupę na kolanach odmawiającą Różaniec z wielką gorliwością”[7]. We swych wspomnieniach markiza de la Rochejaquelein pisała po zdobyciu Bressuire (2 maja 1793 r.): „Byliśmy zaskoczeni i zbudowani, kiedy wieczorem widzieliśmy w każdym pokoju wszystkich żołnierzy na kolanach odmawiających Różaniec i dowiedzieliśmy się, że czynili to trzy razy dziennie”[8].

Zwycięstwa nad komunizmem

Rewolucja październikowa nie była zwykłym zamachem stanu, mającym na celu obalić rząd, jej celem było „rozpowszechnienie na całej planecie instytucji i zwyczajów ateizmu”[9] „i Szatan rozpoczął decydującą walkę, walkę ostateczną, z której tylko jedna z [walczących] stron wyjdzie zwycięska”, powiedziała Matka Boża w Fatimie siostrze Łucji. Na progu tej walki, Najświętsza Maryja Panna, która przedstawiła się jako Matka Boża Różańcowa (objawienie z 13 października 1917 roku), przekazała „ostatnie środki (ratunku – przyp. K. S.) dane światu, którymi są: Różaniec święty i nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. «Ostatnie», to znaczy, że już nie będzie innych”[10]. Co do Różańca, „Najświętsza Dziewica w ostatecznych czasach, w których żyjemy, nadała mu nową skuteczność”. Przytaczamy dwa charakterystyczne przykłady:

Austria

Pod koniec ostatniej wojny Austria została podzielona na cztery części, zajmowane przez Amerykanów, Anglików, Francuzów i Rosjan. Rosjanie zajmowali część ze stolicą – Wiedniem, najbogatszą w surowce naturalne i najbardziej uprzemysłowioną. Pomimo klęski komunistów w wyborach 1946 roku stawało się coraz bardziej oczywiste, że Moskwa zechce formalnie anektować okupowaną przez siebie strefę. Wówczas pewien franciszkanin, o. Piotr Pavliczek, po powrocie z niewoli odbył dziękczynną pielgrzymkę do Mariazell. Pytając Matkę Bożą, co należałoby uczynić, by uratować kraj, usłyszał wewnętrzny głos: „Odmawiajcie codziennie Różaniec, a nastanie pokój”. 2 lutego 1947 r. o. Pavliczek zaczął głosić krucjatę różańcową w duchu Fatimy, jako zadośćuczynienie za zniewagi wobec Boga, w intencji nawrócenia grzeszników, pokoju i ratunku dla świata, a szczególnie Austrii. Wierni zobowiązywali się do odmawiania Różańca w swych domach w intencji wyzwolenia kraju, w kościołach zostały zorganizowane publiczne modlitwy, procesje kilkuset, a czasem kilku tysięcy osób odmawiających Różaniec przeszły przez miasta i wioski. W 1949 roku sytuacja stała się krytyczna: po sfałszowanych wyborach Czechosłowacja i Węgry wpadły definitywnie w ręce komunistów i rozpoczęły się tam prześladowania Kościoła (np. kardynał Mindszenty, prymas Węgier, został osądzony i skazany na więzienie).

Zbliżały się nowe wybory w Austrii. W tej sytuacji o. Petrus postanowił zintensyfikować krucjatę: ogłosił pięć dni publicznych modlitw. Rezultat był taki, że komuniści uzyskali w wyborach jedynie 5 mandatów. Jednak w Berlinie sowiecki minister spraw zagranicznych Mołotow powiedział do kanclerza Figla: „Nie miejcie złudzeń. Tego, co raz zajęliśmy, nie oddamy nigdy”. Kanclerz poprosił wówczas o. Piotra o jeszcze usilniejszą modlitwę. W kwietniu 1955 roku krucjata Różańcowa objęła 500 000 członków. Nowy kanclerz Raab został wezwany do Moskwy, gdzie przyjęto go 13 maja. Wieczorem tego dnia zanotował: „Dziś dzień Fatimy. Rosjanie jeszcze bardziej zatwardziali. Modlę się do Matki Bożej, aby pomogła narodowi austriackiemu”. Po ludzku wszystko było stracone, jednak właśnie w tej chwili interweniował Bóg: wbrew wszystkim oczekiwaniom, Moskwa uznała niepodległość Austrii. Ostatni żołnierz rosyjski opuścił Austrię 26 października 1955 roku. We Wiedniu zorganizowana została wielka ceremonia dziękczynna, a w swych politycy i duchowni zgodnie twierdzili, że przyczyną zwycięstwa było wstawiennictwo Matki Bożej Różańcowej.

Brazylia

W 1964 roku prezydent Goulart zamierzał wprowadzić w Brazylii komunizm według modelu kubańskiego. 13 marca ogłosił zmianę konstytucji oraz nacjonalizację przemysłu i majątków ziemskich. Ludwik Karol Prestes, szef partii komunistycznej Brazylii, wołał tryumfalnie: „Przejęliśmy władzę!”. Jednak wówczas na terenie całego kraju zorganizowane zostały tzw. „marsze różańcowe”. Kilka tygodni później, prezydent i komuniści zmuszeni zostali do ucieczki z Brazylii. 2 kwietnia cała ludność Rio de Janeiro dziękowała Matce Bożej Różańcowej za ten cud, uczestnicząc w gigantycznym marszu modlitwy. W lipcu o. Alberton, odpowiedzialny za bractwa maryjne w Brazylii, udał się do Fatimy, aby podziękować Najświętszej Dziewicy za wyzwolenie kraju. „Zwyciężyliśmy dzięki Matce Bożej Różańcowej – powiedział. – Brazylię uratowało wierne praktykowanie nabożeństw fatimskich. Potęga Boża sprawiła, że cały aparat wojskowy, cierpliwie i z szatańską wytrwałością budowany przez wiele lat, rozsypał się jakby od niechcenia, niczym pałac z kart. Przełożeni wojskowi i cywilni kontrrewolucji byli prawie jednomyślni w przypisywaniu tego zwycięstwa szczególnej łasce Najświętszej Dziewicy. Wielu oświadczyło, że to właśnie Różaniec zadał [rewolucji] decydujący cios”[12].

* * *

Oczywiście, zwycięstwa Różańca nie ograniczają się do tej krótkiej listy, przytoczone wydarzenia stanowią jedynie drobny ułamek historii chrześcijaństwa. O wiele liczniejsze są zwycięstwa osobiste, rodzinne czy wspólnotowe, wyproszone poprzez nabożeństwo różańcowe. W książeczce Cudowny sekret Różańca świętego św. Ludwik Maria Grignon de Montfort przytacza bardzo liczne przypadki nawróceń.

”Matka Boża Różańcowa nie przestała odnosić zwycięstw. Czeka tylko na większą żarliwość, na dziecięcą ufność, na niezłomną odwagę z naszej strony”[13]. Tryumf Niepokalanego Serca Maryi, zapowiadany w Fatimie, będzie zwycięstwem Różańca. Pokonawszy kataryzm, islam, protestantyzm, jansenizm, masonerię, rewolucję, komunizm i innych wrogów Kościoła, Różaniec wybawi Kościół również od modernizmu, „ścieku wszelkich herezji”.

„Moje drogie dzieci – pisał 21 września 1885 roku bp Sarto, przyszły św. Pius X – skoro w naszych czasach dominuje żałośnie pycha intelektualna, która odmawia wszelkiego poddania, psuje serca i niszczy chrześcijańską moralność, nie ma pewniejszego środka, by wiara zwyciężyła, niż rozważanie tajemnic Różańca świętego”.

Przypisy:

1. Suma Teologiczna, II-II, kw. 83, art. 15, ad 2.

2. Dokładne przedstawienie zwycięstw różańca nad islamem będzie tematem artykułu, który ukaże się w następnym numerze „Zawsze Wierni”.

3. Jest to tytuł, pod którym jest czczona cudowna figura Matki Bożej Różańcowej w klasztorze św. Dominika w Manili.

4. Przesłanie z 5 grudnia 1954 roku z okazji kongresu maryjnego odbywającego się na Filipinach

5. Zob. ks. Riou SI, Le culte de la sainte Vierge au Philipinnes, „Maria”, 1958, s. 668; Czcigodny O. Jean de Conca OP, „Annee dominicaine”, Lyon 1906, s. 811.

6. Prof. Jan de Viguerie, Christianisme et Révolution, Cinq leçons d’histoire de la Révolution française, Paryż 1986, s. 149-151.

7. Zob. Ludwik Perouas, Grignon de Montfort et la Vendee, Cerf 1989, s. 110. Książka ta jest bardzo modernistyczna i chce pomniejszyć wpływ św. Ludwika na powstanie w Wandei. Jednak autor musi uznać fakty, cytując opisy świadków, np. wyżej wymienionego Cavoleau.

8. Markiza de la Rochejaquelein, Mémoires, Paryż 1984, s. 155.

9. O. Calmel OP, Le Coeur Immaculé de Marie et la paix du monde, „Itinéraires” nr 38, grudzień 1959, s. 24.

10. Rozmowa s. Łucji z o. Fuentes, „Messagero del Cuore di Maria”, nr 8-9, 1961 r.

11. Tamże.

12. „Voz da Fatima”, październik 1964 r.

13. O. Calmel, Le Rosaire de Notre Dame, DMM 1971, s. 5.

Zawsze Wierni, nr 48, 09-10.2002, s. 110.

Demokracja brytyjska: Lekarka pro-life skazana za sześć słów

Lekarka pro-life skazana za sześć słów

05.04.2025 tysol/lekarka-pro-life-skazana-za-szesc-slow

Lekarka Livia Tossici-Bolt została skazana za naruszenie „strefy buforowej” w pobliżu ośrodka aborcyjnego w Bournemouth. Na tabliczce, którą trzymała, widniały słowa: „Jestem tu, żeby porozmawiać, jeśli chcesz”.

Livia Tossici-Bolt  Lekarka pro-life skazana za sześć słów

Livia Tossici-Bolt / X Livia Tossici-Bolt

Pochodząca z Włoch dr Livia Tossici-Bolt, która jest jest emerytowanym naukowcem i lekarzem, została postawiona przed sądem pod zarzutem naruszenia „strefy bezpieczeństwa” ustanowionej wokół kliniki aborcyjnej w Bournemouth, gdzie stała z kartką ze słowami: „Jestem tu, żeby porozmawiać, jeśli chcesz”.

Lekarka pro-life skazana za słowa napisane na kartce

Przepisy brytyjskie zakazują „nękania”, „zastraszania” i wszelkich „aktów aprobaty lub dezaprobaty związanych z usługami aborcyjnymi”.

Na pomysł, by wyjść na ulicę z propozycją rozmowy, zrodził się w Livii po pandemii, kiedy wiele osób odczuwało psychiczne konsekwencje lockdownu. Wówczas w odpowiedzi na jej propozycję rozmowy, wiele osób zatrzymywało się, by z nią porozmawiać o sprawach, które były dla nich ważne: studenci o swoich studiach, rodzice – o swoich dzieciach.

Livia wierząc, że każde życie ma znaczenie, kontynuowała swoją ofertę rozmowy z każdym, kto znajduje się w trudnej sytuacji, także z osobami, które stoją w obliczu aborcji. 

Skazana za 6 słów

Na tabliczce, którą trzymała, stojąc nieopodal kliniki aborcyjnej widniało sześć słów: „Jeśli chcesz, możesz porozmawiać”. Wiele osób chętnie podchodziło do Livii, aby z nią porozmawiać. Lekarka jest przekonana, że wszyscy możemy zaoferować wysłuchanie.

Urzędnicy Rady Bournemouth oskarżyli ją o naruszenie „strefy buforowej”. Wiedząc, że nie popełniła żadnego wykroczenia, Livia odmówiła zapłacenia kary, uzasadniając, że nie naruszyła warunków nakazu ochrony przestrzeni publicznej i ma prawo, chronione na mocy art. 10 ustawy o prawach człowieka, do oferowania rozmów za obopólną zgodą.

Mimo to Livia została postawiona przed sądem Poole Magistrates Court i uznana za winną, sąd nakazał jej również pokrycie kosztów postępowania w wysokości 20 tys. funtów.

To nie jedyny taki przypadek

„To, co spotkało Livię, jest poważnym naruszeniem podstawowego prawa do wolności słowa. Nikt nie powinien być karany za pokojową propozycję rozmowy z ludźmi na publicznej ulicy. Ale sprawa Livii nie jest odosobnionym przypadkiem – jest częścią niepokojącego i niezaprzeczalnego tłumienia wolności słowa w Wielkiej Brytanii”

– pisze na swoich łamach ADF International, organizacja wspierająca podstawowe wolności oraz chroni prawo do życia i mówienia prawdy.

Organizacja wspiera ochronę prawną pro-liferki.

„Jakie mamy wolności, jeśli pokojowe rozmowy są zakazane? Dziś władze celują w rozmowy, a nawet ciche modlitwy, które według nich są związane z aborcją. Jutro może to być każdy inny temat, który jest sprzeczny z głównym nurtem, zdefiniowanym i nadzorowanym przez rządzących”

– pisze dalej ADF International.

Co z Wylizuchem i Felczakiem?

Co z Wylizuchem i Felczakiem?

Stanisław Michalkiewicz 5 kwietnia 2025 michalkiewicz

Czego to się człowiek o sobie nie dowiaduję! Już zostałem agentem ruskim, bo nie wierzę w Naczelnika Państwa, który – nawiasem mówiąc – oskarżany jest przez obywatela Tuska Donalda, że też jest ruskim agentem – ale czy to aby na pewno prawda w sytuacji, gdy Naczelnik Państwa też oskarża obywatela Tuska Donalda, że jest agentem Putina? Być może, że to nieprawda, bo przecież cała Polska pamięta, jak z ławy sejmowej Naczelnik oskarżył obywatela Tuska Donalda, że jest… agentem niemieckim? („Wiem jedno – powiedział Naczelnik – Jest pan niemieckim agentem!”). Wszystko to oczywiście być może, bo przecież na świecie, a już w naszym nieszczęśliwym kraju szczególnie – aż się roi od agentów podwójnych – do tego stopnia, że wprost nie można splunąć, żeby w jakiegoś nie trafić – no a poza tym jeśli do niedawna Niemcy pozostawały w strategicznym partnerstwie z Rosją, to to partnerstwo chyba musiało przekładać się i na podwójne uzależnienie agentów?

Wróćmy jednak do mnie samego, bo – daleko nie szukając – ja również zostałem uznany nie tylko za agenta ruskiego, ale i za niemieckiego, poza tym – również francuskiego, a nawet – watykańskiego. Spieranie się z tymi podejrzeniami jest zajęciem jałowym, chociaż z drugiej strony trochę żałuję, że to nieprawda – bo gdyby to była prawda, to nie tylko poprawiłbym sobie swoją sytuację socjalną, zwłaszcza w kontekście procesów z moją Prześladowczynią – no a poza tym chyba nasze stare kiejkuty, co to jeszcze w okresie transformacji ustrojowej poprzewerbowywały się asekuracyjnie do naszych obecnych sojuszników większych i mniejszych, udzieliliby mi dyskretnej ochrony, niczym prokuraturze Ewie Wrzosek, na którą podobno uwzięły się ciemne siły, co to z upodobaniem tańcują na trumnach – ot na przykład – na trumnie pana Pawła Adamowicza, który został zadźgany podczas koncertu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, więc choćby z tego względu do tańcowania nadawał się, jak mało kto. Toteż pani Adamowiczowa została awansowana do rangi Wdowy Narodowej i w takim charakterze zasiada w Parlamencie Europejskim.

Wspominam o tym dlatego, że właśnie pan „Jurek” Owsiak, w odpowiedzi na rozkaz mobilizacyjny, stanął „murem” za prokuraturą Ewą Wrzosek, której w związku z tym wróżę świetlaną przyszłość. Dość jednak tych dygresji, bo tu chodzi o mnie samego, który właśnie przez jednego z komentatorów moich nagrań został zdemaskowany, jako agent Wall Street. Nie ukrywam, że na Wall Street nie tylko byłem, ale nawet nagrałem program w pobliskim prywatnym parku, gdzie przeciwko „Wall Street” protestowali rozmaici protestanci. Początkowo nowojorski policjant kazał mi „przechodzić” – ale kiedy zobaczył kamerę, to się zmitygował i nie tylko nic mi już nie kazał, ale nawet nie czynił przeszkód, bym wszedł sobie na teren parku i porozmawiał z protestantami. Wtedy nikt chyba nie miał wątpliwości, że Wall Street rządzi Ameryką – o czym nawet zaświadczała popularna w Polsce w czasach mojej młodości piosenka, w której była m. in. i taka zwrotka: „Złodziej policjant cię opęta, fałszywy sędzia cię osądzi. Nie licz na pomoc prezydenta, bo w Białym Domu dolar rządzi!” Muszę powiedzieć, że w kontekście afery z gangiem dzielnicowych w Gorzowie Wielkopolskim, nabiera to nieoczekiwanej aktualności, bo o „fałszywych sędziach” to nie ma nawet co wspominać, jako że sami sobie tę fałszywość nawzajem wytykają, więc nam, głupim cywilom, nie wypada zaprzeczać.

A co z prezydentami? O tym dowiemy się pod koniec maja, kiedy już PKW prawidłowo policzy wszystkie głosy, wyciągnie z tej liczby pierwiastek kwadratowy, potem odejmie od tego roczną produkcję parasoli i w ten sposób wyłoni zwycięzcę, którym okaże się – no któż by, jak nie nasza duszeńka, czyli zatwierdzony pan Rafał Trzaskowski? Na taki finał wskazuje zachowanie niezależnych mediów głównego nurtu, które pozostałym kandydatom nieubłaganym palcem wytykają a to jedno, a to drugie, zaś kandydatowi Grzegorzowi Braunowi to już nawet niczego nie wytykają, bo nie jest on zatwierdzony nawet do tego, żeby uwzględniać go w tak zwanych „sondażach”. Na razie jeszcze nie został aresztowany, ale widocznie nasz nieszczęśliwy kraj w dziedzinie wdrażania demokracji kierowanej pozostał w tyle nie tylko za Rumunią, ale nawet – za Turcją – wobec której bezsilna okazała się nawet Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje. No, ale Turcja do Unii Europejskiej nie należy, „skąd nauka jest dla żuka”, że wszystko ma swoje plusy dodatnie – niezależnie oczywiście od plusów ujemnych.

Tymczasem w naszym i bez tego wystarczająco nieszczęśliwym kraju, nieubłaganie zbliżają się wybory prezydenckie. Wprawdzie wszystko wskazuje na to, iż odcinek liczenia głosów, na który zwracał uwagę klasyk demokracji Józef Stalin, został odpowiednio zabezpieczony – ale co to komu szkodzi zrobić coś dodatkowego? Od przybytku głowa nie boli; strzeżonego Pan Bóg strzeże, toteż właśnie dlatego, obywatel Tusk Donald, żeby zaprezentować opinii publicznej, jaki z niego płomienny szermierz niepodległości, przeforsował w Knesejmie ustawę o zawieszeniu, „ tak długo, jak długo będzie trzeba”, udzielania przez Polskę azylu rozmaitym „migrantom”, a prezydent Duda – oczywiście po głębokim namyśle – tę ustawę podpisał, w związku z czym już od 27 marca weszła ona w życie – oczywiście tylko na granicy polsko-białoruskiej – bo na granicę polsko-niemiecką obywatel Tusk Donald nie uzyskał razrieszenija od Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje. Jak to mówią – wedle stawu grobla.

Nie o to jednak chodzi, tylko o coś zupełnie innego. Oto mimo proklamowania szczelności granicy polsko-białoruskiej i mimo zawieszenia „tak długo, jak długo będzie trzeba” udzielania przez Polskę azylu rozmaitym „migrantom”, płomienni obrońcy praw człowieków, co to za poprzedniego reżymu nie tylko szarpali druty graniczne, nie tylko biegali z surwiwalowymi reklamówkami dla „uchodźców” wzdłuż granicy, nie tylko próbowali robić w bambuko Straż Graniczną, ale w porywach serca gorejącego nawet jej wymyślali, nie mówiąc już o kręceniu wzruszających obrazów w rodzaju „Zielonej granicy” – teraz z podwiniętymi ogonami pochowali się w mysie dziury. W „strefie buforowej” nie widać ani żadnych Wielce Czcigodnych posłów, ani pana Bartosza Kramka, wobec którego, podobnie jak wobec pani Ludmiły Kozłowskiej z fundacji „Otwarty Dialog”, wszelkie kolano naszej dumnej Rzeczypospolitej zginało się w pokorze, ani pana Władysława Frasyniuka, ani pani „Basi” Kurdej-Szatan, ani wreszcie – pani reżyserowej Agnieszki Holland, co to nakręciła wspomniany wzruszający obraz. „Gdzie tu Wylizuch, Felczak gdzie tu?” – pyta zdesperowany poeta – a głuche milczenie, również niezależnych mediów głównego nurtu mu odpowiada. Czyżby oficerowie prowadzący surowo zabronili naszym płomiennym angażować się przed wyborami, co to mają przynieść upragnione zwycięstwo, zatwierdzonemu przez Ronalda Laudera ze Światowego Kongresu Żydów i młodego Sorosa, któremu stary grandziarz przekazał klucze do kasy, panu Rafału Trzaskowskiemu, w żadne wątpliwe przedsięwzięcia? Bo chyba z Wall Street żadne rozkazy nie padły, jako że według mojego demaskatora, właśnie straciła ona w Ameryce władzę?

Stanisław Michalkiewicz