Franciszek nie żyje

Pope Francis died on Easter Monday, April 21, 2025, at the age of 88 at his residence in the Vatican’s Casa Santa Marta.
[Umieszczam dopiero w Poniedziałek Wielkiej Nocy,
bo wczoraj było za wielkie ŚWIĘTO md]
| ROBERT W MALONE MD, MS APR 20 |




Is this true? Did researchers actually study this?
#PSYWAR
So, I looked up this article – and yes, the mainstream media had tens of articles, all the same, spread all across the world – same title, same article, same photo about this study. Below is a screenshot of a few such articles:

Not a single one had an actual reference to the study in their “news” story.
So, I went and found that reference – the peer-reviewed article that this was all based upon. This is important because at the end of the conclusions is the sentence:
they could offer mechanisms for enhancing vaccine effectiveness, particularly among populations at greater risk of vaccine failure.
Why yes, this is all about “vaccine hesitancy” and how to overcome it. So, it is no surprise that so many “local” media outlets picked up this study – as money is still floating around to promote overcoming vaccine hesitancy and improving uptake. Frankly, this has all the hallmarks of being disseminated through The Organized Crime and Corruption Reporting Project (OCCRP).
The journal that this study was reported in does not require that the authors list who paid to have the study conducted, but it has all the hallmarks of being yet another of the 6,000+ studies that governments, NGOs and big pharma have funded to overcome “vaccine hesitancy.”
Of course, the placebo effect is real, and neither the study nor the news articles mentioned the possibility that maybe this is all in people’s heads…
Moving on to something a little more in keeping with comedy:







[to taka chyba piosenkarka, wystrzelili ją jako towar na orbitę. md]

A year ago today, on Easter, President Biden celebrated this sacred event by honoring people who “transitioned.”
Easter honors the resurrection of Jesus Christ from the dead, which is a victory over sin and death, offering the promise of eternal life.
That we can all overcome sin in our lives, is something to strive for. The story of Christ gives us that hope. A hope and promise. But we all must work for our own salvation, for our own goodness. To live a life as free of sin as possible.
Which is why, honoring people for their mental health issues that are then being foisted on children, during Easter, of all religious celebrations, was so morally offensive. From the co-option of the rainbow colors, colors that children adore, to the bringing of these fetishes into children’s spaces – such as drag queen hour and a presidential easter egg hunt, is morally wrong. Unbelievably wrong.
That our White House, the people’s house, that was sullied in this way on Easter day. This was and will always be unacceptable.



Today is a day to celebrate, to rejoice in family, friends and life.
May peace and God be with you.
19.04.2025 https://www.tysol.pl/a139025-tajemnicza-liturgia-swietego-ognia-w-prawoslawna-wielka-sobote

Co roku podczas świąt wielkanocnych około 300 milionów prawosławnych i innych wschodnich chrześcijan na całym świecie ze szczególną fascynacją i wielkimi oczekiwaniami spogląda na Jerozolimę. W prawosławną Wielką Sobotę w tamtejszej Bazylice Grobu Pańskiego, którą prawosławni nazywają Bazyliką Zmartwychwstania, odbywa się tajemniczy obrzęd o ponad 1600-letniej historii: „Liturgia Świętego Ognia”. W wigilię uroczystości Zmartwychwstania Pana Jezusa, zgodnie z powszechnym przekonaniem, z Jego grobu w cudowny sposób wydobywa się płomień, stanowiący każdorazowo uwieńczenie prawosławnej Wielkanocy w Świętym Mieście.
Według niektórych źródeł liturgia ta pochodzi z IV wieku, według innych z VIII wieku. Pierwsze doniesienia o cudownym zstąpieniu Świętego Ognia pochodzą z około 1000 roku.

Jerozolima
Od wielu lat Rosja, Grecja, Serbia i kilka innych państw, w których przeważają prawosławni, wysyłają wysokiej rangi delegacje rządowo-kościelne na to niezwykłe wydarzenie, transmitowane na żywo do wielu krajów. „Święty Ogień” jest również przewożony samolotami w specjalnych kapsułach do stolic tych państw. Na miejscu w obchodach biorą udział dziesiątki tysięcy miejscowych chrześcijan i pielgrzymów z całego świata, a porządku pilnują silne oddziały policji izraelskiej.
Każdego roku ceremonii tej towarzyszą emocjonalne dyskusje, ilu wiernych może w niej uczestniczyć. W tym roku, według władz, do świątyni będzie mogło wejść 2750 wiernych, a dalszych 4200 osób będzie mogło śledzić uroczystości w bezpośrednim otoczeniu Bazyliki i na dachach otaczających ją budynków. Przedstawiciele policji podkreślili niedawno w mediach, że to nie oni zadecydowali o liczbie uczestników, ale władze Kościołów, i to „wyłącznie ze względów bezpieczeństwa”.
Wstępne sprawowanie „Liturgii Świętego Ognia” rozpoczyna się późnym rankiem wielkosobotnim śpiewami liturgicznymi w Bazylice Zmartwychwstania (Grobu Pańskiego). O godz. 13:00 do świątyni wchodzi, przeciskając się przez tłum wiernych, delegacja władz Jerozolimy, w której skład wchodzą m.in. Ormianie, Żydzi i muzułmanie, aby sprawdzić, czy nie ma tam żadnych źródeł ognia, od którego patriarcha mógłby zapalić swoje świece, po czym kaplica Grobu zostaje komisyjnie zapieczętowana woskiem. Wszystkie światła, zarówno elektryczne, jak i świece i lampki oliwne, wygaszono już w Wielki Piątek, a do świątyni docierają jedynie słabe promienie słoneczne prześwitujące przez szkło kopuły. Obecność urzędników izraelskich symbolizuje Rzymian z czasów Jezusa, którzy opieczętowali Jego grób, aby uczniowie nie mogli wziąć Jego ciała i twierdzić, że zmartwychwstał.
Około południa Wielkiej Soboty do bazyliki przybywa prawosławny patriarcha Jerozolimy, do którego dołączają inni patriarchowie tego miasta: ormiński i koptyjski. Całują oni patriarchę prawosławnego w rękę, a on wyraża zgodę i błogosławi na udział w nabożeństwie. Około godz. 14.00 patriarcha prawosławny zdejmuje szaty i insygnia biskupie, po czym ubrany jedynie w białą albę, przełamuje pieczęcie i wchodzi sam z dwiema niezapalonymi świecami woskowymi do kaplicy Grobu Pańskiego i tam przed Kamieniem Namaszczenia, na którym – według tradycji – złożono Ciało Chrystusa, odmawia modlitwę mówiącą o Jego śmierci i zmartwychwstaniu oraz prosi o zstąpienie Świętego Ognia. Następnie całuje Kamień i wówczas pojawia się nad nim jasnoniebieskie światełko, które nie płonie jak ogień i ma inne właściwości. Ale to ono tworzy kolumnę ognia, od którego patriarcha zapala obie świece, po czym wychodzi z nimi z kaplicy, przekazując ogień obu patriarchom, od nich zaś zapalają swe świece zgromadzeni tam wierni. Towarzyszy temu wybuch ogromnej radości i nieopisany krzyk w całkowicie wyciszonej jeszcze kilka minut wcześniej świątyni.
Niekiedy zdarza się, że niebieskawe światło w postaci rozbłysków, ogników i błyskawic pojawia się także poza Kaplicą Grobu, a nawet że samorzutnie zapalają się również lampki oliwne wiszące w różnych miejscach bazyliki. Będą się one paliły przez cały rok, aż do następnego Wielkiego Piątku. Niektórzy uczestnicy nabożeństwa mówili później, iż cudowne światło samo zapaliło im ich świece. Warto jeszcze zaznaczyć, że przez pierwsze około pół godziny płomień „z nieba” nie parzy, dlatego ludzie obmywają nim twarz i włosy. Dopiero potem ogień zaczyna stopniowo przyjmować swoje normalne właściwości fizykochemiczne.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych duńskiemu teologowi i dziennikarzowi Nielsowi Christianowi Hvidtowi udało się przeprowadzić wywiad z prawosławnym patriarchą Jerozolimy Diodorem I, który zmarł w 2000 roku. W artykule dla „Flensburger Tageblatt” zacytował patriarchę: „Kiedy gasną wszystkie światła, pochylam się i wchodzę w przednią nawę «Kuwukli» [Kaplicy Grobu]. Stamtąd w ciemności odnajduję drogę do wewnętrznej nawy… Tam klękam ze świętą bojaźnią i… odmawiam pewne modlitwy przekazane nam przez stulecia i czekam. Czasami oczekiwanie trwa kilka minut, ale zwykle cud zdarza się natychmiast po odczytaniu modlitw. Z głębi kamienia, na którym leżało Ciało Chrystusa, emanuje nieopisane Światło. Z reguły ma niebieski odcień, ale kolor może się zmieniać… Co roku wygląda inaczej. Czasem zakrywa tylko nagrobek, czasem wypełnia światłem «kuwuklę» tak, że osoby stojące na zewnątrz… widzą, że pomieszczenie jest wypełnione Światłem.
To światło nie parzy. Przez całe 19 lat mojej patriarszej służby w Jerozolimie nigdy nie spaliłem brody, otrzymując Światło…
W pewnym miejscu to Światło wznosi się w górę, tworząc słup, którego płomień ma inną naturę, dzięki czemu mogę od niego zapalić swoje świece…
Ten cud sprawia, że Zmartwychwstanie Chrystusa jest dla nas tak żywe, jakby wydarzyło się zaledwie kilka lat temu”.
Według duńskiego teologa, najważniejszymi argumentami przeciwko domniemanej mistyfikacji są świadectwa wielu pielgrzymów, którzy przez wieki opisywali, jak widzieli niebieskawo-czerwonawe światło na zewnątrz grobowca i jak z własnej woli zapalało ono świece niektórych wiernych i jak zapalały się samoczynnie lampy naftowe wiszące w różnych miejscach Bazyliki.
– Jednak cud jest ważny nie tylko dla jednostki, aby wzmocnić jej wiarę, ale także dla jedności Kościoła – stwierdził Hvidt. Odnosi się on do prawosławnego metropolity Tymoteusza z Vostry, byłego kanclerza Patriarchatu Jerozolimskiego, który przypisuje cudowi światła ogromną moc ekumeniczną i jednoczącą. – Aż do XIII wieku cały Kościół świętował Cud Świętego Ognia. Nawet po opuszczeniu miasta przez katolików ceremonia ta nadal jednoczy wszystkich prawosławnych chrześcijan – powiedział metropolita.
Symbolizuje to również liturgia: „Płomień jest w cudowny sposób przekazywany przez Chrystusa greckiemu patriarsze prawosławnemu przy grobie. Następnie on przekazuje go patriarchom ormiańskiemu i koptyjskiemu, którzy przekazują go dostojnikom, a na końcu wszystkim wiernym”.
Z szerszego, ogólno-chrześcijańskiego punktu widzenia należy jednak zwrócić uwagę, iż wielu prawosławnych, łącznie z najwyższymi hierarchami, uważa, że cud ten potwierdza tezę, że tylko prawosławie jest prawdziwym wyznaniem chrześcijańskim oraz dowodzi słuszności wyznaczania daty świąt wielkanocnych według kalendarza juliańskiego, a nie – jak to jest w chrześcijaństwie zachodnim – na pierwszą wiosenną pełnię Księżyca.
{hm, bliższe logice jest : „również prawosławie.. MD]
tom, kg
Osobą która zgodnie z prawem zabija jest kat. Każdy lekarz wykonujący morderstwo zgodnie z prawem winien pracować w szpitalu jako kat.
Mirosław Dakowski:
Jestem starym człowiekiem, obytym ze złem. W czasie słuchania tego wywiadu płakałem, ryczałem z rozpaczy. Tyle ZŁA jawnie wyznawanego przez osobę, która powinna leczyć, ratować ludzi.
A ile niewiedzy, ignorancji, do której się przyznaje z dumą czy może pychą. Dr. Mengele to przy niej czeladniczek !
Ostrzegam, proszę, by osoby o delikatniejszej psychice tego nie oglądały. Ktoś twardy niech im opowie, łagodząc wypowiedzi tej – jak wynika z jej czynów i z tego dokumentu – satanistycznej morderczyni.
Ona z procederu kata czerpie perwersyjną przyjemność. Chyba świadoma satanistka? Potrzebne zdanie egzorcysty.
=====================================

Niemiec. Żydówka.
Kiedy wg Talmudu płód ludzki staje się człowiekiem?
Czy w chwili poczęcia, czy później?
[Podziwiajmy jasność i jednoznaczność nauczania rabinów. Do działań „Baby Jagi” – morderczyni Jagielskiej to wszystko pasuje. „gra i koliduje” md ]
Osobą która zgodnie z prawem zabija jest kat. Każdy lekarz wykonujący morderstwo zgodnie z prawem winien pracować w szpitalu jako kat.
=======================
AS:
============================================
mail:
Szanowny Panie Profesorze,
rozważania tam zawarte tyczą żydów a nie gojów.
===================================
Ależ oczywiście!!! Tylko żydów.
Ale co jeśli aborterka jest żydówką? A „matka” gojką???
warto przytoczyć opinie rabinów.
===============================================
mail:

Niemiec. Żydówka.
=================================
mail:
Ursula von der Leyen wyznała: „Europa ma wartości Talmudu”.
Wszyscy się oburzali, tymczasem ona powiedziała prawdę!!!
Oczywiście, że tak! Wszystko w co nas wprowadzają, wkręcają, czy jak to tam nazwać ma fundament w Talmudzie – więcej niż dwie płcie, pedofilia, kazirodztwo…
Nie tylko aborcja.
A co do aborcji u gojów, to jest ona morderstwem… ale nie ma się co dziwić, wszak jesteśmy zwierzętami, więc jakby wszystkie gojki wyskrobać, to nie miałby kto służyć panom… tyle że ostatnio cóś za dużo ty służby, aż tyle nie potrzeba… więc…
as
===============================
Aborcja – puste znaczenie słowa
Morderstwo lub zbrodnia – słowo które wyraża wszystko w języku polskim.
Gdyby w prawie nazwano ten czyn po imieniu to wiele kobiet by się zastanowiło.
Osoba która zgodnie z prawem zabija jest kat.
Każdy lekarz wykonujący morderstwo zgodnie z prawem winien pracować w szpitalu jako kat. —
Pozdrawiam,
Jerzy Marszałek
[to z Najwyższego Czasu . W https://naukawpolsce.pl/aktualnosci/news%2C107492%2Ctomografie-komputerowe-moga-odpowiadac-za-5-proc-wszystkich-nowotworow-w jest pod innym tytułem md]
Badania metodą tomografii komputerowej mogą odpowiadać za 5 proc. wszystkich nowotworów rocznie rozpoznawanych w USA – informuje pismo „JAMA Internal Medicine”.
Metoda tomografii komputerowej (TK) zrewolucjonizowała dziedzinę badań obrazowych. Dzięki obracającemu się źródłu promieniowania rentgenowskiego i rejestrującemu je zespołowi czujników oraz mocnemu komputerowi można było uzyskać szczegółowe, przekrojowe obrazy ludzkiego ciała. Wiele osób udało się uratować dzięki wykorzystaniu tej metody i postawionej na czas diagnozie – na przykład wczesnemu wykryciu krwiaka mózgu czy niewielkiego guza nowotworowego. Jednak nie należy jej nadużywać – związana z badaniem wysoka dawka promieniowania jonizującego może mieć odległe skutki uboczne.
Badania nad tym zagadnieniem przeprowadzili naukowcy z University of California w San Francisco (UCSF). Jak wykazali, związane z tomografią komputerową promieniowanie może w przyszłości prowadzić do raka płuc, piersi i innych nowotworów. Im młodszy pacjent, tym większe ryzyko – w przypadku niemowląt jest ono 10-krotnie większe.
Dorośli również są narażeni na ryzyko, ponieważ to oni są badani najczęściej.
Autorzy badań przewidują, że wynikiem 93 milionów tomografii komputerowych wykonanych w samym tylko 2023 roku będzie prawie 103 000 nowotworów. To 3 do 4 razy więcej niż wynikało z wcześniejszych ocen.
„TK może ratować życie, ale związane z nią potencjalne szkody są często pomijane” — powiedziała pierwsza autorka, dr Rebecca Smith-Bindman, radiolog z UCSF i profesor epidemiologii i bio-statystyki oraz położnictwa, ginekologii i nauk reprodukcyjnych. – „Biorąc pod uwagę dużą liczbę przypadków stosowania TK w Stanach Zjednoczonych, jeśli obecne praktyki się nie zmienią, w przyszłości może wystąpić wiele nowotworów”.
„Nasze szacunki stawiają TK na równi z innymi istotnymi czynnikami ryzyka, takimi jak spożycie alkoholu i nadmierna masa ciała” — wskazała Smith-Bindman. – „Zmniejszenie liczby skanów i zmniejszenie dawek na skan mogłoby uratować życie”.
Od 2007 r. liczba corocznych badań TK wzrosła w USA o 30 proc.
Naukowcy przeanalizowali 93 miliony badań wykonanych u 61,5 miliona amerykańskich pacjentów. Liczba badań wzrastała wraz z wiekiem, osiągając szczyt u osób dorosłych w wieku od 60 do 69 lat. U dzieci wykonano 4,2 proc. badań. Z analizy wykluczono badania w ostatnim roku życia pacjenta, ponieważ było mało prawdopodobne, aby zdążyły doprowadzić do nowotworu.
Dorośli w wieku od 50 do 59 lat mieli największą liczbę prognozowanych nowotworów: 10 400 przypadków u kobiet, 9300 u mężczyzn. Najczęstszymi nowotworami u dorosłych były nowotwory płuc, jelita grubego, pęcherza moczowego i piersi oraz białaczka. Najczęściej prognozowanymi nowotworami u dzieci były nowotwory tarczycy, płuc i piersi.
Największa liczba nowotworów u dorosłych pochodziła z tomografii komputerowej jamy brzusznej i miednicy, podczas gdy u dzieci – z tomografii komputerowej głowy. Prognozowane ryzyko nowotworu było najwyższe u osób, które przeszły tomografię komputerową, gdy miały mniej niż 1 rok. Byli 10 razy bardziej narażeni na zachorowanie na nowotwór w porównaniu z innymi osobami biorącymi udział w badaniu.
Zdaniem autorów niektóre tomografie komputerowe prawdopodobnie nie pomogą pacjentom i są nadużywane, jak w przypadku infekcji górnych dróg oddechowych lub bólów głowy bez niepokojących objawów. Należałoby unikać wykonywania bez wyraźnej potrzeby takich badań lub stosować skanowanie o niższej dawce.
„Obecnie występują niedopuszczalne wahania dawek stosowanych w tomografii komputerowej, a niektórzy pacjenci otrzymują dawki nadmierne” — podkreśliła Smith-Bindman.
Według współautorki badania, dr Malini Mahendry, ważne jest, aby rodziny rozumiały ryzyko rozwoju raka w wyniku skanów pediatrycznych. – „Niewielu pacjentów i ich rodzin otrzymuje porady dotyczące ryzyka związanego z badaniami tomografii komputerowej. Mamy nadzieję, że wyniki naszych badań pomogą lekarzom lepiej określić ilościowo i przekazać informacje na temat ryzyka nowotworu, umożliwiając bardziej świadome rozmowy przy rozważaniu korzyści i ryzyka związanego z badaniami tomografii komputerowej”.
Pokłóciły się okrutnie części ciała. No, bo kto tu rządzi?
– Toż jasne jest, że ja – burknął mózg – to ja tu myślę i wszystko kontroluję.
– Bzdura! – zaprotestowały ręce – my tu robimy najwięcej – zarabiamy na wasze utrzymanie.
– Ech – westchnęły nogi – to nasza rola rządzić, to my decydujemy, jaki kierunek obrać i dążyć w słusznym kierunku.
– My – odparły oczy – myśmy szefami – my wszystko widzimy i naprawdę nic nam nie umyka.
– Bzdura – odparł żołądek – to ja tu rządzę, wytwarzam wam wszystkim energię, ciężko pracuję i trawię. Beze mnie zginiecie…
– JA BĘDĘ SZEFEM – nagle odezwała się milcząca dotąd dupa – I JUŻ. Śmiech ogólny, że całe ciało się nie może pozbierać.
– DOBRA – odpowiedziała dupa – jak tak, to STRAJK.
I przestała robić cokolwiek. Minęło kilka godzin. Mózg dostał gorączki. Ręce opadły. Nogi zgięły się w kolanach Oczy wyszły na wierzch. Żołądek wzdęło i spuchł z wysiłku. Szybko zawarto porozumienie. Szefem została… dupa.
I tak to już jest drodzy moi:
Szefem może zostać tylko ten, co gówno robi.
autor poszukiwany


conajwazniejsze-ue-finansuje-projekt-europejski-koran
Fundusze europejskie wspierają projekt „uświadamiania roli Koranu w Europie”. Inicjatywa ta, nazwana „europejski Koran”, wzbudza protesty prawicy i niezależnych naukowców, którzy widzą w tym islamistyczny prozelityzm na rzecz Bractwa Muzułmańskiego.
Unia Europejska, poprzez jej nowy program „doskonałość naukowa”, zarządzany przez komisyjną Europejską Radę ds. Badań Naukowych, przekazała 10 milionów euro na rzecz projektu „europejski Koran”.
Ten projekt, funkcjonujący od 2019 roku, łączy prace trzydziestu naukowców hiszpańskich, włoskich, holenderskich, węgierskich, duńskich i francuskich i ma na celu „odkryć, jak Koran wpłynął na kulturę i religię w Europie w latach 1150–1850”.
Organizatorzy prac piszą: „Nasz projekt opiera się na przekonaniu, że Koran odegrał ważną rolę w kształtowaniu różnorodności religijnej i tożsamości Europy w średniowieczu i wczesnym okresie nowożytnym i że nadal to robi”. To hasła, które rodzą pytania, gdy islamizm postępuje w całej Europie, zagrażając jedności kulturowej kontynentu.
Zwłaszcza że francuski dyrektor projektu, profesor John Tolan z uniwersytetu Nantes, jest autorem książki pod tytułem Mahomet Europejczyk i funkcjonuje blisko kręgów związanych z Bractwem Muzułmańskim. W 2019, 2020 i 2022 r. John Tolan brał również udział w wydarzeniach organizowanych przez stowarzyszenie Musulmans de France, opisanych przez badacza CNRS Haouesa Seniguera jako „przyczółek neobractwa muzułmańskiego we Francji”.
Projekt „europejski Koran” zawiera także pedagogiczny wymiar. Zorganizowano dwie wystawy, jedną w Tunezji i jedną w Wiedniu, mające na celu „pokazanie, że islam zawsze stanowił integralną część kultury europejskiej”.
Według informacji francuskiej gazety „Journal du Dimanche” kolejne wystawy tego typu są planowane we Francji, Hiszpanii, Węgrzech i Watykanie. W dodatku komiksy dla dzieci mają się także ukazać pod tytułem Safar. Historia Koranu w Europie. Ewidentnym celem jest osłabienie naturalnej nieufności Europejczyków wobec imigrantów muzułmańskich i ich roszczeń.
Profesor Florence Bergeaud-Blackler, antropolog i naukowiec francuskiego Narodowego Centrum Badań Naukowych, mówi w wywiadzie dla dziennika „Le Figaro”, że projekt „europejski Koran” służy retoryce Bractwa Islamskiego. Opisuje profesora Johna Tolana jako naukowca, którego prace są wykorzystywane w celach islamistycznych: „Jest to problem dotyczący badaczy islamu, którzy, co godne pochwały, chcą zwalczać negatywne stereotypy, ale ostatecznie tworzą pozytywne stereotypy, które są równie fałszywe z naukowego punktu widzenia”. „Mówienie o europejskim Koranie nie jest zasadne z naukowego punktu widzenia, ale jest ciekawym tematem dla Bractwa Muzułmańskiego i ich projektu islamskiej Europy”, dodaje.
Co ważne, pani Bergeaud-Blackler przedstawia obraz świata naukowego podporządkowanego brukselskiej ideologii: „W świecie akademickim, jeśli chce się uzyskać finansowanie badań w naukach humanistycznych i społecznych, trzeba zwrócić się do UE, która jako jedyna ma odpowiednią siłę finansową. Aby uzyskać te środki, należy napisać wnioski w sposób zgodny z europejską polityką inkluzyjności, używać instytucjonalnego języka nowomowy…”.
Dodaje, że promuje to badaczy, „którzy spełniają oczekiwania instytucjonalne i są zgodni ze standardami, a nie prawdziwie krytyczne i innowacyjne umysły”.
Promuje także podejście polityczne i ideologiczne dostosowane do tzw. „wartości europejskich”. Na przykład aby skutecznie przekonać brukselskich urzędników, dobrze jest używać takich haseł, jak „inkluzyjność”, „różnorodność”, „dialog”, „spójność”, „otwarcie”, „dostępność”, „postęp”, „sprawiedliwość społeczna”.
To coś, co doskonale zrozumieli działacze islamistyczni, stawiając na promowanie islamu jako uciśnionej mniejszości religijnej. „W przypadku projektu »europejski Koran« taki program mógłby służyć pewnemu rewizjonizmowi historycznemu, który ma na celu przekształcenie Europejczyków w ummę (naród islamski), który ignoruje sam siebie.
Jest to marzenie Bractwa Muzułmańskiego”, alarmuje Florence Bergeaud-Blackler.
Nathaniel Garstecka
19.04.2025 nczas/izraelskie-zbrodnie-zabili-ja-wraz-z-cala-rodzina

Fatima Hassouna, 25-letnia palestyńska fotograf dokumentująca życie w ogarniętej wojną Strefie Gazy, zginęła w izraelskim ostrzale jej domu w północnej części enklawy. W ataku śmierć poniosło również dziesięcioro członków jej rodziny.
Hassouna była nie tylko fotografem, ale także naocznym świadkiem pogarszającej się z dnia na dzień rzeczywistości. Dokumentowała izraelskie zbrodnie w Strefie Gazy.
W jednym z wcześniejszych wpisów Hassouna pisała proroczo: „Jeśli chodzi o nieuniknioną śmierć, jeśli umrę, chcę głośnej śmierci. Nie chcę widzieć siebie w breaking news, ani w grupie, chcę śmierci, o której usłyszy świat. Śladu, który trwa wiecznie i nieśmiertelnych obrazów, których ani czas, ani przestrzeń nie mogą pogrzebać”.
Dzień przed śmiercią Fatimy Stowarzyszenie Niezależnych Filmów do Dystrybucji (ACID) ogłosiło, że film dokumentalny „Put Your Soul on Your Palm and Walk” (Połóż duszę na dłoni i idź), w którym była główną bohaterką, został zakwalifikowany do udziału w nadchodzącym festiwalu filmowym w Cannes.
Reżyserka filmu, wygnana z Iranu Sepideh Farsi, w wywiadzie dla Le Monde opisała Fatimę jako osobę, która „była słońcem”. Wspominała również, jak młoda fotograf codziennie przesyłała jej zdjęcia, wiadomości i nagrania audio z Gazy. „Każdego ranka budziłam się i zastanawiałam, czy jeszcze żyje” – wyznała Iranka.
Według danych Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy (IFJ), od początku izraelskiej wojny w Strefie Gazy zginęło co najmniej 157 dziennikarzy i pracowników mediów. Inne raporty sugerują, że rzeczywista liczba ofiar wśród przedstawicieli mediów może przekraczać 200.
Federacja stanowczo potępiła ciągłe ataki na dziennikarzy, podkreślając konieczność położenia kresu bezkarności Izraela. „Ta masakra musi się skończyć” – czytamy w oświadczeniu organizacji, która wezwała do natychmiastowego i niezależnego śledztwa w sprawie zabójstw dziennikarzy.
„Dziennikarze w strefach konfliktu powinni być traktowani jak cywile i mieć możliwość wykonywania swojej pracy bez ingerencji. Istnieje powszechne globalne zainteresowanie tym, co dzieje się w Strefie Gazy, ale możemy zobaczyć prawdę tylko wtedy, gdy dziennikarze będą mieli do niej dostęp” – przypomniał sekretarz generalny IFJ Anthony Belanger.
Źródło:pl.euronews.com
| RANDALL BOCK APR 19 |
The United Nations Office for Disarmament Affairs’ 1972 Biological Weapons Convention (BWC) has 188 States Parties— and nine outside the BWC: four states in limbo (Egypt, Haiti, Somalia, Syria) and five non-signatories (Chad, Djibouti, Eritrea, Israel, Kiribati). This document didn’t prevent Iran and Iraq’s lobbing bioweapons at each other in the 1980s; Russia’s targeted political bio-agent poisonings; nor Syria’s chemically attacking its own, 2010s. Control’s an illusion—treaties don’t kill intent or capability.

History agrees. Look at U.S. narcotics from 1920 to 1965: prohibition didn’t eliminate drugs, but it kept use low. Then we medicalized addiction, rebranded users as patients, and demand exploded. A vast opiate-hunger’s incentivizing Fentanyl-smuggling is our reward.

Grand schemes don’t fix root causes; they backfire. The War on Poverty threw cash at need, but people adapted—gaming the system became the game. Gun control? Gangs still shoot. The BWC’s another noble façade, a paper wall against a world that laughs at rules.
Rewind to the Cold War. In a bipolar world—U.S. vs. Soviets—the BWC had more bite. Fear of the U.S. kept many in line, while Soviet alignment shielded others. Ken Alibek, a top Soviet bioweapons scientist who defected in 1992, revealed how vast their program really was: two systems—one he helped dismantle, the other, run by Russia’s Ministry of Defense, left intact.

He warned that Russia never stopped, instead diving into genetic manipulation—signaled by Putin in the early 2000s and echoed in recent accusations against Ukraine. Treaties mean nothing when capabilities persist. Today, we’re overextended and strapped for cash while rogue states catch up fast. AI and open info-sharing—GitHub, arXiv—flatten the playing field. Compliance is obsolete; it’s whack-a-mole without a referee.
This is exactly the concern echoed in a 2023 future-planning study by the U.S. Marine Corps. It identified cutting-edge biological applications—genetic engineering, synthetic biology, and CRISPR gene editing—as some of the most disruptive and dangerous dual-use technologies on the horizon. CRISPR, in particular, is a game-changer: cheap, precise, and accessible. It allows live genomic editing in bacteria, viruses, fungi, plants—even humans. Synthetic biology pushes further still, with the first fully artificial bacterial genome created in 2019. What once took years in military labs can now be built from a desktop and a DNA printer. With synthetic life on the table, biological weapons become modular, programmable, and disturbingly democratized.
China, according to U.S. intelligence assessments, continues to blur the line between civilian biotech and military ambition. Presentations from Chinese military medical institutions reportedly explore, identify, and test numerous toxins with potential dual-use applications. The United States has explicitly accused China of failing to distance itself from weaponizable biotech. Add North Korea, Iran, and an unrepentant Russia to the mix, and the idea of a globally enforceable ban begins to look delusional.
Syria refused to ratify and already has a history of chemical and biological attacks. Israel, a non-signatory, faces existential threats. Signing the BWC while Syria shrugs would be like locking your door while the arsonist roams free—especially after October 7, 2023’s literal playing out of that analogy. Iran signed, but taqiyya invites deception; its nuclear program tells the story. China signed too—but Wuhan’s SARS redux speaks louder. It’s bait-and-switch: we chase signatures, they chase capability.
Worse, we’ve outsourced biodefense to partners like China and Ukraine via groups like EcoHealth Alliance. We poured USAID cash into countries we assumed would play fair. While we debated gain-of-function semantics, China mastered the technique—and may lead this tech race, as happened with cars. Ford and GM entered China thinking they’d struck gold. Beijing reverse-engineered their playbooks, undercut them, and waved goodbye with a smirk. That happened in public—why expect anything different in secret labs?
Grand strategies fail when execution is uneven. ASPR and BARDA embody this: bloated bureaucracies that slow U.S. biodefense while adversaries push forward. Since 1972, the BWC has banned lethal bioweapons research—hamstringing our ability to develop countermeasures. Our adversaries don’t care. Think SALT, or the Paris Accords: we step back, they sprint ahead. Now we settle for treaty-compliant „non-lethal” viruses that disable, not kill — half-measures in a (war-)game designed to be lost.
The UN? Useless. Morally bankrupt. It churns out resolutions against Israel—a functioning democracy—while brutal regimes that imprison dissidents and crush minorities skate by. USAID mirrors that hypocrisy: we fund, they pretend to reform, the UN looks the other way.
Alibek’s take on COVID-19 resonates—our containment model is too slow, too rigid. But where does this leave us? No treaty at all? The BWC tasks signatory states with self-enforcement – undoubtedly akin to O.J. Simpson’s vowing to find Nicole’s killer.
Ditch the treaty? It’s difficult to recommend that, but certainly we should have vigilance and skepticism that many others have already done it, despite external façades.
The good news? We’re not stuck in the “old days” of rigid vaccine stockpiles—prevention’s the play, not proliferation. mRNA tech can churn out vaccines fast—COVID proved it—but the rollout flopped, awkwardly timed after SARS-CoV-2 peaked, peddling an antiquated jab for a virus that’d already left the stage, risks with dwindling benefits. Still, with CRISPR, synthetic biology, and genetic tricks, we could mix-and-match smarter: a diffuse nationwide network for just-in-time vaccine and therapeutic production, tailored to active, severe threats—not blanket shots for ghosts.
Stockpiles still matter—but not for vaccines. Think treatments—ivermectin, once sneered at by the CDC

—antivirals, antibodies, anything to blunt the edge while we scale up.

Agnieszka Piwar 2025-04-18 Grzegorz-braun-w-olesnicy
W okresie Wielkiego Tygodnia tematem numer jeden w Polsce są wydarzenia wokół interwencji poselskiej Grzegorza Brauna w szpitalu w Oleśnicy. W placówce zabija się dzieci – co w języku nowomowy niektórzy nazywają „aborcją w majestacie prawa”. Według danych, w 2024 roku w oleśnickim szpitalu wykonano 155 aborcji [może już mówmy prawdę – zamordowano. Mirosław Dakowski] , z czego 62 dotyczyły dzieci z zespołem Downa, a 13 – całkowicie zdrowych.
Stanowczy sprzeciw obrońców życia budzi fakt, że „zabiegi” przeprowadzono na podstawie przesłanki zagrożenia zdrowia psychicznego matki. Pod tymże właśnie pretekstem – jak dowiedzieliśmy się w ostatnich dniach z mediów – zabito w szpitalu w Oleśnicy dziecko w 9. miesiącu ciąży. Morderstwa z premedytacją dokonała ginekolog Gizela Jagielska, która wstrzyknęła do serca chłopca chlorek potasu.
Powód? Podejrzewano u dziecka łamliwość kości. Matka przedstawiła zaświadczenie o zagrożeniu dla jej zdrowia psychicznego, co stanowiło podstawę do przeprowadzenia aborcji. Wcześniej, w innym szpitalu, zaproponowano kobiecie cesarskie cięcie i specjalistyczną opiekę, jednak zdecydowała się na aborcję w Oleśnicy.
MORDERCY Z DYPLOMEM LEKARZA
Zabicie dziecka tuż przed porodem rozkręciło ogólnopolską dyskusję. Jedni mówią, że aborcję wykonano legalnie, bo wystąpiło zagrożenie zdrowia i życia matki. Drudzy przekonują, że doszło do zabójstwa dziecka, które mogło żyć.
Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników (PTGiP) zwróciło się nawet do minister zdrowia o doprecyzowanie przepisów dotyczących aborcji w zaawansowanej ciąży. Podkreślono, że choć możliwe jest przerwanie ciąży w przypadku zagrożenia życia lub zdrowia kobiety, nie może ono polegać na celowym uśmierceniu płodu zdolnego do życia poza organizmem matki. Prawnicy ostrzegają, że taka praktyka może być uznana za przestępstwo. Płód w takim stadium traktowany jest jako człowiek, co oznacza obowiązek jego ratowania.
Po zabiciu dziecka w oleśnickim szpitalu fora internetowe rozgrzały się do czerwoności. Użytkownicy mediów społecznościowych udostępniają zrzuty ekranów ze strony „Znany Lekarz”, gdzie przed lekarką z Oleśnicy przestrzegają jej byłe pacjentki. Oto przykładowy komentarz:
«Do dr Jagielskiej trafiłam z polecenia, ze zdiagnozowaną nieprawidłową pępowiną. Dr Gizela Jagielska przeprowadziła badanie USG i stwierdziła szereg wad rozwojowych oraz anatomicznych u mojego dziecka i zaproponowała mi punkcję (naciskając na mnie) lub kontrole co 2 tygodnie. Ponieważ pani doktor z każdą wizytą miała dla mnie coraz gorsze wiadomości, a mój lekarz prowadzący nie zgadzał się z jej diagnozami, zrezygnowałam z jej porad. W maju 2023 urodziłam zdrową dziewczynkę – w terminie, donoszoną, bez problemów, 10/10 Apgar. Po porodzie córka miała badania USG i okazało się, że wszystkie organy są prawidłowo rozwinięte i dziecko nie ma żadnych wad genetycznych. Nie mam pojęcia, dlaczego diagnozy dr Jagielskiej dla mojego dziecka były tak negatywne, wręcz drastyczne, i jak to się stało, że widziała tyle nieprawidłowości u zdrowego dziecka. Polecam szczególną ostrożność i kierowanie się ograniczonym zaufaniem do tego lekarza.»
Ile było przypadków, że Gizeli Jagielskiej udało się skutecznie wystraszyć matkę „uszkodzonym” dzieckiem i nakłonić do aborcji? Tego nie sposób dociec. Wiem natomiast, że kiedy w 1978 roku moja mama była w pierwszej ciąży, po badaniu kontrolnym ginekolog oznajmił, że płód jest wadliwy i urodzi się potworek. Po czym nakłaniał ją na aborcję. Mama nie posłuchała „rady” lekarza-mordercy, natychmiast opuściła gabinet i nigdy tam nie wróciła. Moja najstarsza siostra Marta urodziła się całkowicie zdrowa i wyrosła na piękną kobietę.
BRAWUROWA OBRONA ŻYCIA
Na mordercze praktyki w oleśnickim szpitalu zareagował Grzegorz Braun, poseł do Parlamentu Europejskiego i kandydat na prezydenta Polski. 16 kwietnia polityk przeprowadził obywatelską interwencję w placówce. Powołując się na moralny obowiązek obrony życia, oskarżył szpital i lekarzy o popełnienie zabójstwa i nawoływał do ich natychmiastowego odsunięcia od pracy z pacjentami.
W trakcie interwencji modlił się, rozmawiał z policją i wezwał funkcjonariuszy do współdziałania w obywatelskim zatrzymaniu lekarki Gizeli Jagielskiej. W ocenie Brauna szpital dopuścił się „zbrodni prenatalnej”, a chlorek potasu używany był do metodycznego uśmiercania dzieci na późnym etapie ciąży.
Działania Grzegorza Brauna wpisują się w szerszą krytykę praktyk aborcyjnych w Oleśnicy, gdzie – jak informują organizacje pro-life – miały miejsce liczne przypadki aborcji w trzecim trymestrze ciąży, często przy powoływaniu się na przesłanki psychiczne. Braun stwierdził wprost: „Macie krew na rękach” i zapowiedział dalsze działania w imię obrony życia nienarodzonych.
Interwencja Brauna wywołała ogromne poruszenie, w tym krytykę. Niektórzy zarzucają politykowi, że wykorzystuje śmierć dziecka w Oleśnicy do zwrócenia na siebie uwagi w trakcie kampanii wyborczej. Faktem jest, że nazwisko Brauna jest teraz odmieniane przez przypadki we wszystkich mediach. Jednak jego krytycy najwyraźniej zapomnieli, co robił Grzegorz Braun, zanim wszedł do polityki.
O Grzegorzu Braunie pierwszy raz usłyszałam kilkanaście lat temu. Moją uwagę przykuły jego filmy dokumentalne. Największe wrażenie wywarł na mnie film „Eugenika. W imię postępu”. Dokument demaskuje współczesne oblicza eugeniki – ideologii, która pod pozorem postępu promuje eliminację „niepożądanych” ludzi.
Braun pokazał w swoim filmie, że eugeniczne praktyki nie skończyły się na III Rzeszy, lecz przetrwały m.in. w aborcji, kontroli urodzeń i politykach globalnych elit. Dokument ostrzega przed dehumanizacją człowieka w imię „naukowego postępu”. Doceniając jego warsztat i bezkompromisowość, w 2013 roku skontaktowałam się z reżyserem.
Jako dziennikarka po prostu byłam ciekawa, co ma do powiedzenia taki twórca. W efekcie nawiązania znajomości przeprowadziłam z reżyserem wiele wywiadów w tamtym okresie. W pierwszej połowie 2014 roku Grzegorz Braun podzielił się ze mną planami nt. swojego najnowszego projektu. Zapowiedział, że realizuje film dokumentalny o Mary Wagner, kanadyjskiej działaczce pro-life.
W STANIE WYŻSZEJ KONIECZNOŚCI
Kanadyjka wielokrotnie była aresztowana za udział w pokojowych protestach pod klinikami aborcyjnymi, gdzie rozdaje białe róże i rozmawia z kobietami, zachęcając je do ocalenia życia nienarodzonych dzieci. Choć jej działania mają charakter nieagresywny, pozostają niezgodne z kanadyjskim prawem, co prowadzi do regularnych zatrzymań. Za każdym razem odmawia podpisania zobowiązania do zaprzestania swojej działalności, które mogłoby umożliwić jej zwolnienie z aresztu.
Grzegorz Braun, zainspirowany historią Mary Wagner, zrealizował film dokumentalny, który nie tylko przedstawił jej historię, ale także poruszył tematykę walki o życie nienarodzonych dzieci oraz konfliktu między ruchem pro-life a przemysłem aborcyjnym. Film pt. „Nie o Mary Wagner” (2014) oparł na relacji z procesu Kanadyjki oraz analizie szerszego kontekstu społeczno-prawnego.
W trakcie wywiadu, jakiego przed laty udzielił mi Braun, dowiedziałam się, że obrońca Mary Wagner, dr Charles Lugosi, powołuje się na precedensy z prawa anglosaskiego, argumentując, że jej działania były uzasadnione stanem wyższej konieczności (ang. necessity defense). Prawnik przywołał m.in. sprawę z XIX wieku, w której grupa mężczyzn włamała się do cudzego domu, by ocalić kobietę przed śmiercią z rąk jej męża. Sąd uniewinnił ich, uznając, że działali w obronie wyższego dobra.
Dr Lugosi zwrócił uwagę, że w tamtym czasie kobiety nie miały pełni praw – nie były traktowane jako podmioty prawa na równi z mężczyznami. Na tej podstawie Mary Wagner i jej obrońca wskazują na analogiczną sytuację współcześnie: nienarodzone dzieci, choć są istotami ludzkimi, pozbawione są podstawowej ochrony prawnej – prawa do życia i obrony. Dlatego prawo nie powinno stać na przeszkodzie tym, którzy – wiedząc, że bezbronna istota może zostać brutalnie pozbawiona życia – próbują interweniować, by ją ocalić.
Dzięki rozmowie z reżyserem byłam pierwszą dziennikarką w Polsce, która poinformowała o produkcji nt. poruszającej historii Mary Wagner. W związku z tym czuję się zobowiązana poświadczyć, że Grzegorz Braun angażował się w obronę życia poczętego, zanim wszedł do polityki. Stanowczo walczył z aborterami jeszcze w czasach, kiedy nie był w Polsce powszechnie znany. Dlatego uważam, że sugerowanie, jakoby interweniował w oleśnickiej placówce w ramach kampanii wyborczej, jest nadinterpretacją.
Grzegorz Braun pojawił się w szpitalu w Oleśnicy, kierując się tymi samymi motywami co Mary Wagner – bohaterka jego filmu, która wchodzi do klinik aborcyjnych, by ratować nienarodzone dzieci. Oboje działają w stanie wyższej konieczności, starając się ocalić niewinne życie przed śmiercią z rąk oprawców. Rzeczywiście, zdarzenie to zbiegło się w czasie z kampanią wyborczą. Jednak, jak już wspomniałam, Braun występował przeciwko przemysłowi aborcyjnemu jeszcze zanim zaangażował się w politykę.
Agnieszka Piwar

==================================

======================================

=======================










|
| „Wszystko co uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, Mnieście uczynili” Jezus zdradzony przez najbliższych, fałszywie oskarżony, skazany na śmierć przez tchórzy i nienawistników, umarł w męczarniach. Chłopiec imieniem Felek został podobnie potraktowany w szpitalu w Oleśnicy. Ministrowie Tuska wcielili się w role sanhedrytów Kajfasza. Niewinny musiał umrzeć. Historia nie skończyła się w Wielki Piątek. Chrystus zmartwychwstał i obiecał nam zmartwychwstanie. Zło na Krzyżu zostało pokonane. Pamiętajmy o zwycięstwie naszego Króla, również wtedy, kiedy widzimy bezkarność zbrodni możnych tego świata i cierpienia najmniejszych. Zwycięstwo już się dokonało. Niech pamięć o nim rozpala nas do walki w obronie najsłabszych. Błogosławionych Świąt życzy Fundacja Pro-Prawo do Życia Fundacja Pro – Prawo do życiaul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków stronazycia.pl |







===============================================




Stanisław Michalkiewicz 19 kwietnia 2025 linia/porozumienia
„Ach, dzisiaj on pazury schował i będzie się przymilał” – tak recenzowały zachowanie senatora Nowosilcowa damy, które zaprosił on do siebie na tańce i w ogóle – a co utrwalił dla potomności Adam Mickiewicz w „Dziadach” części III.
Skąd obywatelu Tusku Donaldu przyszedł do głowy pomysł, by schować pazury i zacząć się przymilać? Warto zwrócić uwagę, że obywatel Tusk Donald zaczął się przymilać po rozmowie z Reichsfuhrerin Urszulą Wodęleje, która musiała mu przekazać pater noster. Przypuszczam, że przypomniała mu o strategii, jaką w latach 80-tych, już po wprowadzeniu stanu wojennego, stosował generał Jaruzelski – mianowicie „linii porozumienia i walki”.
Wcale bym się tedy nie zdziwił, gdyby Reichsfuhrerin surowo mu przykazała, by pazury – a więc operacje prowadzone w ramach „demokracji walczącej” – trochę schował, natomiast żeby zaczął czynić gesty pod adresem tak zwanych „mas”. – Verstehen Sie, dumm Kerl? – mogła mu powiedzieć – na co obywatel Tusk Donald, zwierając pośladki, służbiście zameldował: „Jawohl, meine Reichsfuhrerin, ich alles fersztejen.” No i zaraz zaapelował, by już się nie przekomarzać wokół smoleńskiej rocznicy, tylko zewrzeć pośladki, to znaczy – pardon; jakie tam znowu „pośladki”? Nie żadne „pośladki”, tylko oczywiście szeregi!
Ale u nas – jak to u nas: Polnische Wirtschaft. Bezpieczniaki, widać, jak zwykle się pochlały i w rezultacie wokół smoleńskiego pomnika na Placu Piłsudskiego, na który wcześniej wdrapał się jegomość z „Ostatniego Pokolenia”, zalał go czerwoną farbą i zapowiedział, że nie zejdzie, dopóki obywatel Tusk Donald nie wdrapie się na pomnik, by odbyć z nim rozmowę, która zdecyduje o losie „planety” – więc wokół tego pomnika po staremu doszło do awantur. Najwyraźniej nikt nie powiedział słynnemu „przedsiębiorcy”, panu Komosie, żeby na razie schował sobie przygotowany wieniec w jakąś dziurę, podobnie jak nikt nie powstrzymał „Babci Kasi” przed wykonaniem miesięcznicowego zadania.
Wskutek tego braku koordynacji umizgi obywatela Tuska Donalda nie wypadły przekonująco i Naczelnik Państwa znowu mógł odprawować tam swoje smoleńskie liturgie na cały regulator. Mamy tu najwyraźniej już do czynienia z pewną symbiozą; gdyby tak pewnego dnia pod smoleńskim pomnikiem zabrakło „przedsiębiorcy” z jego wieńcem, czy „Babci Kasi” z jej niewyparzoną gębą, to liturgie smoleńskie zostałyby wydatnie zubożone – a tak, to dzięki bezpieczniakom, którzy na tę okazję uruchamiają agenturę, obrasta ona w coraz to nowe elementy, ekscytując niemrawą opinię publiczną.
Wracając do obywatela Tuska Donalda, to w ramach realizowania nakazanej przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje „linii porozumienia i walki”, nie poprzestał na apelach o zwarcie poś… („Cóż u diabła z tym kutasem, jak powiadał stary Fredro”) znaczy – z tymi freudowskimi pomyłkami. Przecież mówię, że nie żadnych „pośladków”, tylko szeregów!
Pośladki to może sobie zwierać pan Rafał Trzaskowski [a może nie??? md] , podczas uczestnictwa w Paradzie Równości, gdzie niebezpieczeństwo czyha z każdej strony, a zwłaszcza z tyłu – podczas gdy „linia porozumienia i walki” nakazuje zwierać szeregi. SZEREGI! „Rośnie żelazna hołota w karnych szeregach…” pisze poeta – i tego się trzymajmy!
Skoro tedy już wiemy, czego się trzymać, to obywatel Tusk Donald najwyraźniej musiał zostać przez kogoś oświecony, że ten cały jego „Marsz Folksdojczów-Patriotów”, pierwotnie planowany na 11 maja, a teraz przesunięty przez obywatela Czaskoskiego na 25 maja, tuż przed drugą turą, nie nawiązuje do żadnej rocznicy. Tymczasem Naczelnik Państwa, ogłaszając swój „Marsz Patriotów” na dzień 12 kwietnia, nawiązał do 1000-letniej rocznicy koronacji Bolesława Chrobrego.
Ajajajajajajajaj! Toteż obywatel Tusk Donald natychmiast pospieszył naprawić zaniedbania na tym odcinku i zapowiedział, że 25 kwietnia, jak tylko wszyscy wytrzeźwiejemy po Świętach, urządzi pokazuchę, jakiej świat nie widział. Będzie puszczał drony i bąki, no i pościąga z nieba wszystkie gwiazdy. Bolesław Chrobry by się nie powstydził – zapewnia. A wszystko po to, by przepchnąć kandydaturę obywatela Trzaskowskiego Rafała w wyborach prezydenckich. Skoro tak, to nie jesteśmy do końca pewni, czy Chrobry by się nie powstydził. Miał i on swoje za uszami – ale jedno wydaje się pewne – że żadnych jerozolimskich korzeni to on nie miał. Niezależnie od tego, ciekawe, jak obywatel Tusk Donald rozliczy te drony, bąki i gwiazdy. Też będzie udawał, że to tylko taki „piknik rodzinny”?
Ale umizgi i zapowiedź pokazuchy na 25 kwietnia to tylko jedna część „linii porozumienia i walki” – ta odnosząca się do „porozumienia”.
Tymczasem linia „walki” została po staremu powierzona niezawisłym sądom – to znaczy – oczywiście bezpiece, która z kolei mobilizuje agenturę w niezawisłych sądach. Okazuje się, że na czym, jak na czym – ale na niezawisłych sądach można polegać nie tylko w Rumunii, Turcji, czy Francji – ale i u nas też, a może nawet przede wszystkim.
Oto niezawisły sąd administracyjny w Warszawie orzekł o nieważności koncesji dla telewizji „Republika” i telewizji „wPolsce-24”. Na razie orzeczenie nie jest prawomocne i dopóki nie wiemy, czy wyrok jest przeforsowany na tegoroczne wybory prezydenckie, czy na wybory parlamentarne w roku 2027, to trudno przewiedzieć, jakie rozkazy otrzyma niezawisły sąd warszawski i Naczelny Sąd Administracyjny. Jeśli na wybory prezydenckie, to najpewniej otrzyma taki: wiecie, rozumiecie sędzio niezawisły. Postarajcie się przygotować uzasadnienie w tempie stachanowskim.
A NSA z kolei dostanie rozkaz: wy sędzio niezawisły, oddalcie apelacje z szybkością płomienia, żebyśmy mogli te wraże telewizje wyłączyć jeszcze przed pierwszą turą. Zróbcie to dla Polski, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa.
Ale jak na wybory parlamentarne w roku 2027, to już niezawisłe sądy bez dodatkowych rozkazów powinność swej służby zrozumieją i zrobią, co będzie trzeba. Podobne rozkazy musiał otrzymać niezawisły sąd orzekający w trybie wyborczym ze skargi pana marszałka Hołowni Szymona przeciwko Sławomirowi Mentzenowi. Pan Mentzen powiedział, że marszałek Hołownia zaprosił był do Sejmu nielegalnych migrantów i się z nimi afiszował.
I chociaż cała Polska widziała stosowne nagrania z wyjaśnieniem – kto był fetowany – niezawisła pani sędzia, sprawiająca – mówiąc nawiasem – wrażenie trochę zaniedbanej higienicznie, nie tylko nakazała panu Mentzenowi sprostować „kłamstwa”, ale w dodatku zakadziła smrodkiem dydaktycznym o „rzetelności” i w ogóle.
No i wreszcie – „debaty”. Gangi telewizyjne rada w radę uradziły, że przeprowadzą debatę z udziałem panów Trzaskowskiego i Nawrockiego. Zawrzał gniewem pan marszałek Hołownia i zapowiedział, że przybędzie do Końskich – bo tam właśnie wyznaczono miejsce „debaty”. Tymczasem telewizyjne gangi przeszły do porządku nad tym, że o ile telewizje komercyjne mogą wzywać, niechby i na „debaty”, kogo tylko chcą, to telewizja rządowa takiej swobody nie ma i powinna zapewnić równy udział w debacie wszystkim 15 kandydatom – bo PKW dwóch skreśliła, jako, że dostarczyli oni liczne wyrazy poparcia zza grobu. Wprawdzie wydobycie politycznego poparcia zza grobu wydaje się trudniejsze, niż od obywatela jeszcze żyjącego, ale najwyraźniej tym razem PKW stanęła nieugięcie na nieubłaganym gruncie praworządności socjalistycznej. Więc jakże będzie z tą debatą? W czynie społecznym podsuwam pomysł racjonalizatorski, żeby w Końskich, przed kamerami telewizyjnymi, pan Trzaskowski i pan Hołownia obciągnęli sobie laski i w ten sposób pokazali, że nie ma takiej rzeczy, której nie zrobiliby dla Polski.
Stanisław Michalkiewicz


BARANEK
===================================






[Ateiści, sataniści lewacy. Wszyscy w jednym worku. Czemu nienawidzą czegoś, co wg. nich nie istnieje?]



(Fot. stock.adobe.com)
Na szósty (ostatni) odcinek cyklu PCh24.pl o „nowoczesnych herezjach” zapraszają ks. prof. Piotr Roszak i Tomasz D. Kolanek.
Kliknij TUTAJ i zobacz wszystkie opublikowane w tej serii rozmowy
Według abp. Fultona Sheena herezja rozwiązłości oznacza wywrócenie na opak wolności. „Rozwiązłość definiuje wolność jako prawo do robienia wszystkiego, cokolwiek się człowiekowi podoba robić, czyli brak prawa, ograniczeń, dyscypliny. Człowiek uważany jest za wolnego, jeśli wszystko, czego zapragnie, zostaje spełnione; nie jest natomiast wolny, jeśli jego pragnienia zaspokojone nie są”, wskazuje amerykański hierarcha. Jaka w związku z tym jest katolicka definicja wolności?
Zdecydowanie inaczej katolicyzm rozumie wolność, gdyż nie traktuje jej jako wolności „od”, np. ograniczeń, praw czy moralnych wskazań, ale jako wolność „do” osiągania tego, co wartościowe. Wolność nie jest po prostu jakąś nieokiełznaną siłą w człowieku, która by go pchała w różne strony. To sposób wybierania dobra, bo człowiek wybierając jedynie dobro nie traci wolności – wybór zła sprawia, że kolejne wybory są obarczone uzależnieniem, jak wybór narkotyków nie jest przejawem wolności, gdyż w rezultacie tego wyboru i kolejnych tego rodzaju człowiek ostatecznie traci wolność.
Od stuleci toczy się w kulturze spór tych dwóch rodzajów wolności, które można jeszcze inaczej ująć, z jednej strony wolność oparta na samym wybieraniu, to znaczy dopóki mam alternatywę jestem wolny. Zwolennik takiej wolności na siłę będzie szukał innych opcji, aby mieć z czego wybierać. W takiej optyce, w niebie zabraknie wolności, bo zbawieni nie mogą trafić do piekła czy nie wybrać Boga, którego widzą twarzą w twarz. Nie mogą przestać kochać Boga, a jednak dopiero wtedy są prawdziwie wolni, bo – i tu pojawia się ta druga forma wolności – jest ona mocą osiągania dobra, jej istota tkwi w sposobie właściwym człowiekowi kierowania się do celu, a więc przez akceptację tego, co jest prawdziwym dobrem, bez przymusu, po uprzednim poznaniu prawdy.
W traktowaniu wolności jako kaprysu robienia co się chce wybrzmiewają różne współczesnej herezje, między innymi koncepcje tzw. „wolności morfologicznej”, która wypływa wprost z transhumanizmu, a są oparte na nienawiści do ciała. Wolność wówczas to możliwość robienia z ciałem co się chce, bez nawet prawa do krytyki czy podawania argumentów przeciwnych.
Po co człowiekowi wolność?
Aby mógł realizować dobro i ustanawiać prawdziwe relacje. Nie da się zrozumieć chrześcijaństwa bez wolności, to pewien paradoks, bo ciągle słychać narzekanie jak to chrześcijanie nie lubią wolności, a przecież to podstawowy warunek zbawienia. Tylko wolny człowiek może kochać… a Bóg zaprasza do wspólnoty miłości, więc znaleźć się tam mogą jedynie ci, którzy tego chcą.
Wymaga to więc poszerzania rozumienia wolności. Toruński filozof, prof. Marek Szulakiewicz podkreśla w swojej ciekawej książce „O mocy rozstrzygania. Siedem esejów o wolności” (Toruń 2024), że wolność to pewna „orientacja”, krytykując tym samym dominujące socjopolityczne podejście do wolności związane z redukcją wolności do uwalniania się od wpływu innych czy forsowania własnych przekonań.
Trudno się z tym nie zgodzić obserwując jak temat wolności bywa eksplorowany na gruncie polityki. Potrzebujemy, diagnozuje dalej prof. Szulakiewicz, powrotu do metafizycznego ujęcia, które wolność rozumie jako orientacje moralną, sposób realizacji wartości, odchodząc tym samym od dwóch skrajności: mówienia „nie” temu, co wcześniej było normą lub tradycją i bezrefleksyjnego przyjmowanie zdania innych, zwalniającego z myślenia. Nie można oddać kontroli nad własnym życiem innym, różnej maści ideologiom, interesom. Człowiek potrzebuje wolności jako „wewnątrz-sterowalności”, by użyć sformułowania wspomnianego prof. Szulakiewicza.
Wydaje mi się, ze można to porównać do jazdy np. samochodem. Współcześnie są one wyposażone w skomplikowaną elektronikę, umożliwiającą automatyzacje wielu funkcji, np. pilnowania toru jazdy, aby przez rozproszenie nie zjechać na drugi pas i stworzyć zagrożenie, ale tego typu wsparcie nie jest ograniczeniem i nie pozbawia wolności kierowcy.
Kiedy fałszywe rozumienie wolności stało się ogólnoświatową normą? Kiedy wolność zaczęła być pojmowana jako wezwanie do robienia czegokolwiek na co tylko ma się ochotę, czyli przede wszystkim łamania Prawa Bożego i prawa naturalnego?
Dyskusje między dwiema wspomnianymi wcześniej koncepcjami wolności – „od” i „do”, które można rozpatrywać również jako spór między wolnością opartą na wybieraniu i wolność opartą na wartościach – sięga korzeniami późnego średniowiecza, czasów Wilhelma Ockhama, ale wybucha z nową siłą wraz z oświeceniem. To wówczas, ludzie uważający, że mogą sami odważyć się być mądrymi (zgodnie ze słynną dewizą sapere aude!) i tym samym przejść z okresu dzieciństwa intelektualnego do dorosłości, są przekonani, że zrobią to przez krytykę dotychczasowych form. Tak jak dziecko, które wychodzi z dzieciństwa negując swoje dawne nawyki, reagując alergiczne na wspomnienia rodziców i stawiając im gorzkie „nie’: już nie jestem dzieckiem.
Przechodząc z poziomu metafory na grunt myśli, można zauważyć, że to wówczas w XVIII wieku ideałem stała się krytyka, stająca się kwintesencją filozofii: już nie mądrość, ale krytyka. Wtedy wydaje mi się pojawiają się pierwsze przebłyski wolności jako swawoli moralnej, wprowadzanie nowej moralności, a co zostanie potem wzmocnione przez liberalizm i modernizm pod koniec XX wieku.
Mówienie „nie” stało się symptomem wolności i miało mieć swój wyraz w mówieniu „nie” Kościołowi, prawu moralnemu i naturalnemu, to wtedy rodzi się poszukiwanie tzw. prawdziwego Jezusa Chrystusa, którego rzekomo źle przedstawiają Ewangelię i tworzy się cały nurt pisarzy piszących o Jezusie jako rewolucjoniście, feminiście, micie, że nigdy nie istniał, że lansował poglądy Buddy i inne niedorzeczności.
Skoro człowiek może robić wszystko w imię wolności, to po co jakiekolwiek prawo?
Jedynie po to, aby zabezpieczać chyba samowolę, np. nie pozwalając, aby samowola doprowadziła ludzi do pozabijania siebie nawzajem. Tak rodzi się nowożytna idea ograniczeń wolności jedynie wolnością innego, bez wtrącania się w zakres wyboru, jego racjonalność… tu ujawnia się rozwód z kulturą argumentacji, którą chrześcijaństwo lansowało przez wieki. To wyjaśnia awersję do prawa, nawet jeśli ma ono za zadanie zabezpieczyć podstawowe wartości – życia, prawdy, dobra – umożliwiające przecież zaistnienie wolności. Nawet takie prawa są opresyjne dla zwolenników samowoli, bo jakoś zmuszają do odpowiedzi na odkrywane wartości… niechęć do jakichkolwiek reguł anarchizuje życie duchowe i społeczne, bo podważa się wtedy nawet oczywiste naturalne zobowiązania wynikające z natury jak np. wychowanie potomstwa, bo przecież taki obowiązek też ogranicza wolność… To spirala absurdu, w którą wprowadza idea samowoli. Rację miał Antoine de Saint-Exupery w „Twierdzy”, ze zbydlęcenie człowieka dokonuje się wtedy, gdy nie stawia mu się żadnych wymagań…
Co sprawia bowiem, że coś jawi się w życiu jest ważne? Czy samowola może to pokazać – ową ważność – skoro każdy wybór jest dobry, skoro nie można go oceniać – wtedy wszystko jest ważne… Czy zasady gry w szachy ograniczają graczy czy tworzą możliwości? Czy da się grać z szachy z kimś, kto neguje zasady, czy jest możliwa z taką osobą jakakolwiek komunikacja? Liberalna koncepcja wolności – która stoi za ową ‘samowolą, można tak w dużym skrócie powiedzieć – jest po prostu dewastująca.
Jaki jest sens „wolności dla samej wolności”? Czy taka „wolność” w ogóle ma sens?
Słyszałem, że ostatnio tzw. słowem roku było brain-rot, czyli „gnicie mózgu”, opisujące bezmyślne przewijanie tzw. rolek, przeglądanie stron internetowych bez żadnego celu. Wydaje mi się to symptomatyczne i opisujące istotę przekonania, o które Pan pyta, wolności dla niej samej… ale wolność dla samej wolności oznacza w gruncie rzeczy dominację tymczasowości, zagubienie w świecie, które pogłębia jeszcze bardziej kulturowy odruch – bardzo już utrwalony i często ludzie nie wiedzą dlaczego tak robią – odrzucania pomocnej dłoni, w postaci prawa czy tradycji, chcących stanowić punkt odniesienia, aby się orientować… Nie ma sensu wolność rozumiana jako samowola, oparta na buncie i kaprysie, a tak naprawdę na indywidualizmie, bo człowiek w ostatecznym rozrachunku ma wrażenie, ze żyje na niby, nic nie jest ważne i ostateczne, a przez to traci siebie. Ratunkiem może być racjonalność, która wspiera wybory prawdziwych wartości, ale i tu tkwimy w klinczu, skoro podważa się sam rozum w naszej kulturze.
Abp Sheen podkreśla, że siewcy herezji rozwiązłości powtarzają, iż najważniejsze, to być autentycznym w tym, co się robi. Odnoszę wrażenie, że pogląd ten zaczyna przedostawać się do Kościoła. Co najmniej kilkukrotnie słyszałem od teologów, że w sumie nieważne, w co się wierzy. Ważne, żeby wierzyć autentycznie i szczerze, ponieważ Pan Bóg chce różnorodności religijnej. Przepraszam, ale coś mi tutaj nie gra…
To nie są nowe zagrożenia, wiele razy w historii pojawiały się redukcje wiary do zaufania Bogu, nie wymagające przyjmowania żadnej prawdy o Bogu. Dla takich koncepcji wiara to akt rozumu, ale woli – ale czy to rzeczywiście jest wiara czy może raczej: łatwowierność. W moim przekonaniu to ciągle ta sama choroba, którą można dziś nazwać neomodernizmem, o której ostatnio pisał w jednej z książek kard. Ennio Antonelli[1]. Chodzi o przekonanie, że nie trzeba przyjmować Ewangelii, prawd wiary, zasad moralnych wypływających z chrześcijaństwa, bo można wierzyć po swojemu i jak się chce, byle być autentycznym i po prostu wierzyć, czyli ufać. Ale o takiej postawie nie przeczytamy w Ewangeliach, nie znajdziemy u Jezusa zdań o tym, ze nie ważne jaki masz obraz Boga… nie ważne w jakiego Mesjasza wierzysz, bylebyś wierzył. Nie. Znajdziemy za to wezwania do nawrócenia, metanoia, które jest zmianą myślenia, oczyszczaniem wiary z antropomorfizmów, wznoszeniem umysłu ku Bogu, a nie ściąganiem i wciskaniem Boga w nasze schematy. Jezus domagał się wiary w Siebie, koryguje wiarę uczniów, ukazuje tajemnice Królestwa i piętnuje np. w przypowieściach jak bardzo złe wyobrażenie Boga rzutuje na potem na postępowanie, wystarczy przypomnieć sobie gdy mowa o słudze, który zakopał talenty z obawy przed swoim panem (por Mt 25,14-30).
Czym jest „wolność religijna”? Czy jako katolicy, czyli ludzie wierzący, że tylko nasza wiara jest święta i prawdziwa możemy porzucić akcję ewangelizacyjną i próby nawracania świata w imię rzekomej „wolności religijnej”?
Nie, wolność religijna nie oznacza tego, ze nie można kogoś przekonywać do wiary, wręcz przeciwnie. Wolność religijna to uznanie fundamentalnego prawa do posiadania poglądów religijnych, swobodnego ich wyznawania w pluralistycznym społeczeństwie, brak przymusu do wyznawania określonej wiary lub do ateizmu, a takowy przymus może dokonywać się zarówno w postaci fizycznej agresji, jak również subtelnych form ośmieszania, strereotypizowania osób wierzących. Chodzi zatem o pozytywne uprawnienie „do” realizacji wyznawanej wiary, a nie jedynie tolerowanie innych. To ważne przejście, od znoszenia poglądów, z którymi się nie zgadzamy do postawienia na to, aby człowiek wybierał, a przez to zakorzeniał się w wyznawanej prawdzie. To wprost wypływa z godności człowieka, o czym wspominałem, a która wyraża się w przekonaniu, że istotą osoby jest wolne zdążanie do celu, a nie bycie prowadzonym na siłę.
Ale idea wolności religijnej nie oznacza, że wszystkie religie są równe, ani tego, że Bóg chce rzekomo wielości religii. Może zostać przez Niego „dopuszczona”, ale nie „chciana”. W takich dyskusjach jak sądzę myli się religijność i wiarę, zapominając o możliwych wypaczeniach – przez grzech – różnych form religijności, a tego Bóg przecież nie chce, podobnie jak nie chce żadnego zła.
Swego czasu zwracał Ksiądz profesor uwagę na łamach PCh24.pl, że wielu innowierców poszukuje Prawdy, a tą Prawdą jest Chrystus. Coraz częściej we Francji mamy do czynienia z następującą sytuacją: muzułmanie najpierw dokonują konwersji na któryś z odłamów protestantyzmu, a następnie nawracają się na świętą wiarę katolicką. Z drugiej strony coraz częściej słyszymy, że rodzice w Polsce nie ochrzcili dzieci, ponieważ jak te skończą 18 lat same zdecydują, czy tego chcą. Proszę o komentarz.
Z zewnętrz wielokrotnie widać lepiej i konwertyci czasem nas wierzących, będących „w środku” Kościoła, po prostu zawstydzają, bo cenią sobie to w chrześcijaństwie, co dla nas, od lat katolików, jest oczywiste, banalne i tego nie doceniamy. Widać, że w skali świata, w takiej makro-perspektywie, chrześcijaństwo jest atrakcyjne, ale społeczeństwa zachodnie są tym zmęczone, może się wstydzą tego… pojawiają się zjawiska jak auto-cenzura, gdzie sami katolicy unikają przyznawania się, ze są katolikami.
Argument, że same dzieci mają wybrać jaką wiarą chcą żyć i dlatego nie wolno ich chrzcić jest absurdalny: w tak wielu różnych aktywnościach dzieci nie pytamy o zdanie, np. nie odkładamy decyzji o nauce alfabetu aż zdecydują, w którym języku chcą mówić albo czy pójdą i do jakiej szkoły podstawowej, bo wiadomo ile zależy od edukacji wczesnoszkolnej. Rodzice troszczą się również o formację religijną dzieci, szanując przy tym rozwijające się sumienie dziecka, bo tam rodzi się wolność, którą trzeba wzmacniać – stawiając wymagania – ale nie niszczyć. W tych sprawach dobrze widać, ze zaniechanie wychowania religijnego już jest jakimś wyborem (za dziecko!), a więc nie ochrzczenie dziecka w sytuacji, gdy rodzice są praktykującymi katolikami a rzekomo w imię wolności dziecka jest czymś nie zrozumiałym.
To rodzi wręcz absurdalne sytuacje, jak np. sprzeciwy rodziców w przedszkolach czy szkołach, żeby dzieci nie śpiewały kolęd w okresie Bożego
Narodzenia czy nie brały udziału w jasełkach: czy zamierzają w imię tej ich wolności karmić ich tylko jedną wizją świata, udawać, ze nie ma kolęd, które stanowią część kultury, słychać w radio, w hipermarketach. Czy z wszystkim, z czym rodzice się nie zgadzają, tak separują dziecko czy tylko z religią? Bo jeśli religia stała się tak wrogo traktowana, to wypływa to z ideologii niż racjonalnych argumentów. Ktoś po prostu wmówił i wmawia, że religia jest czymś złym, a to rodzi swoje konsekwencje.
Według abp. Sheena to właśnie dlatego, że opisaliśmy sobie wolność jako prawo do robienia wszystkiego, co się komu podoba, zbudowaliśmy cywilizację będącą niczym innym jak tylko siatką krzyżujących się na planie ekonomicznym, politycznym i międzynarodowym jednostkowych egoizmów. Czy egoizm jest grzechem?
Nie tylko grzechem, ale i głupotą, ponieważ niszczy głębokie relacje, a grzech głupoty to paraliż duchowy, a więc problem chcenia pewnych rzeczy bez żadnego ich odniesienia do celu. Głupotą jest chcieć rzeczy bez celu albo które nam szkodzą. To może być widoczne na poziomie jednostki, ale i gospodarki, gdzie lansuje się model konsumpcji, w którym masz gromadzić różne produkty, ile się tylko da, nie ważne czy to pomaga w osiąganiu celu życia czy też nie. Niewielu dziś pyta po co jest gospodarka i dobrobyt, tu urywa się odpowiedź, a przecież to są środki, a nie cele do osiągania.
Egoizm tak rozumiany to odmiana pychy lub próżności – ulubiony grzech Złego, jak to pada w jednej z ostatnich scen w filmie „Adwokat diabła” – „Próżność to zdecydowanie mój ulubiony grzech”, mówi szatan, który wcielił się w filmie w właściciela kancelarii prawniczej Johna Miltona. Egoizm rozbija relacje głównego bohatera, ale ten scenariusz jest niezwykle popularny, skupieniem jedynie na sobie i nawet celebrowaniem siebie.
Czy uzasadnionym jest twierdzenie, że XXI wiek jest wiekiem egoistów? Gdyby było inaczej to chyba nie mielibyśmy m. in. takiej fali rozwodów, czy aborcji, która jest „tłumaczona” słowami o „zrujnowanym życiu”, prawda?
Na różne sposoby socjologowie opisują kolejne pokolenia, charakteryzując ich zachowania i wybory, ale chyba nie jest przypadkiem, że obok liter na oznaczenie pokoleń mówi się także o „me-generation”. W tym określeniu chodzi o wagę, jaką przywiązuje się do „moje” – moje poglądy, moje pieniądze, mnie, dla mnie, z mego powodu. To wskazanie, że egoizm oznacza zerwane sieci powiązań z innymi, który wypływa z kryzysu sensu i celu życia. To pochodna tego, ze znika w kulturze „moment transcendencji”, który pojawiał się dzięki religii – jeśli nie ma transcendencji to po co mieć wiele dzieci, to nie jest już ideał, dla którego warto cokolwiek poświęcać, np. swoje wakacje. Nie mówię o sytuacji trudności z posiadaniem dzieci, ale o samoograniczaniu się co do liczby potomstwa wynikającej z pewnej mentalności, gdzie nie ma „niczego więcej niż ten świat”.
Czy nie jest tak, że to, co piewcy wolności nazywają „auto-ekspresją” i „wyrażaniem siebie” jest w istocie „autodestrukcją”?
Tak, bo to spuszczenie hamulców i trwanie w fałszywym odczuciu, ze nie ma reguł, a nawet że nikt nie może ich nadać, bo to będzie przemoc, nienowoczesne, paternalistyczne. Zobaczmy, nawet nie można powiedzieć, ze istnieją reguły, bo to może okazać się dla kogoś obraźliwe. To znaczy, że nie jest to już kłótnia o poszczególne kwestie, różnice w poglądach, ale w ogóle o to, by nie było wartościowania. Istotnie, budowanie na byciu sobą – ale jakim? – jest banałem, bo nie oznacza żadnego kierunku życia, a kręcenie się w kółko, wokół własnego ‘ja’.
Dlaczego „wyrażanie siebie” według piewców wolności zawsze, ale to zawsze musi polegać na odrzuceniu prawa, konwencji, tradycji i autorytetu?
Wyczuwam ironię w Pana pytaniu, ale trudno inaczej… rzeczywiście, dla piewców swobody obyczajowej jest tylko jeden dopuszczalny sposób wyrażania siebie, wszystkie inne są zabronione. Wyrażanie siebie przez życie zgodne z prawem moralnym, w odniesieniu do sprawdzonej tradycji, nie ma tego wątku „buntu” i kwestionowania zastanej formy życia, a chodzi przecież innym o dokonanie rewolucji.
W takim myśleniu, ze jesteśmy sobą jak mówimy wszystkiemu „nie, bo nie”, jest ukryte przekonanie, że na dnie osobowości jesteśmy kłębkiem namiętności, że dając upust nieokiełznanym emocjom jesteśmy „sobą”. Dlaczego tak jest? Bo ważniejsze jest osłabienie dotychczasowych form życia niż autentyczność, a więc widać jak to się traktuje instrumentalnie, jako środek w wojnie kulturowej. Niektórzy niestety przekładają to na wychowanie, w którym mówią, ze dziecko wszystko może, nie wolno niczego zabraniać, tyle, że w taki sposób rodzą się ludzi niezdolni do życia we wspólnotach. Skutki takiej pedagogiki już dostrzegamy.
„Wśród nielicznych ograniczeń, na jakie pozwala sobie człowiek kultury odczuciowej, są te, które sprzyjają jego własnemu dobrostanowi fizycznemu. Dieta to niemal jedyna pozostała jeszcze forma dyscypliny, ale dieta to jednak nie post. Dietę stosuje się dla ciała; post – dla duszy. Ograniczenia moralne, dyscyplina duchowa, życie ascetyczne, unikanie złych myśli i pokus, limitowanie sobie dostępu do godziwych przyjemności życiowych – wszystkie te rzeczy są bez sensu dla człowieka nowoczesnego, który ma poczucie, że zagwarantowano mu możliwość odrzucenia standardów moralnych z tego jednego tylko, ale wystarczającego powodu, że są one stare”, pisze abp. Sheen. Kolejny raz w tym cyklu musi paść pytanie: w ciągu 80 lat zmieniło się tyle, że jest to samo, tylko bardziej, prawda?
Wiele zrobiono, aby wspominane przez abp Sheena wysiłki ascetycznie kojarzone były z odległą przeszłością, a przez to nieaktualne. Nastąpiła erozja sensu, być może to wynik tego, że nie do końca trafiało do wszystkich uzasadnienie „dlaczego coś robimy”, a jeśli padało, to z racji tego, ze rozpadły się szersze ramy kulturowe, a przez to sens dawnych praktyk, przestawały mieć znaczenie takie uzasadnienia.
Na tym polega tragizm, że nie można być trochę chrześcijaninem, że można sobie wybrać jedne praktyki katolickie, a inne odrzucić, gdyż jak to się dziś popularnie mówi „to idzie w pakiecie”, dlatego, że wynikają one z pewnej kultury, która uzasadnia te praktyki. Tymczasem zaczęto tę zewnętrzną kulturę rozbierać na części, a przez to straciły grunt motywacje dla tych praktyk. Tak, dieta pozostała, ale to produkt „chrześcijańskopodobny” – post był i jest czymś innym, on ma cel duchowy, nie cielesny: nie pościmy by schudnąć na święta, ale by przygotować się na Wielkanoc, przyjęcie Chrystusa.
Dlatego warto przywracać prawdziwy sens praktykom chrześcijańskim, przejść do ponownego ich tłumaczenia, wdrażać takie abecadło chrześcijańskie. My czasem błędnie zakładamy, ze wszyscy wiedzą i znają tradycję, a lepiej założyć odwrotnie, że trzeba każdy krok tłumaczyć. Wiele na tym zyskamy. Nie ma innej drogi niż pogłębienie wiary – jak strumień, który nie płynie, bo są na drodze nurtu przeszkody, i dlatego trzeba pogłębić koryto….
Zdecydowanie zmieniło się wiele w ciągu 80 lat, ale to nie jest tak, że się da zatrzymać kulturę, zabetonować ją, a przecież w średniowieczu i baroku też się ona zmieniała, ale to my chrześcijanie inspirowaliśmy i zmienialiśmy kulturę, a teraz kultura zmienia nas. Jakoś mi się wydaje, ze to w gruncie rzeczy nasza słabość. Przestaliśmy inspirować świat, bo może sami nie dajemy się inspirować Ewangelii, żyjąc w przekonaniu o wstydzie z chrześcijaństwa. Ewangelia jednak to naprawdę szczyt nowoczesności.
Trochę to przypomina sytuację „wyłączenia prądu”, jak dziś tzw. trzeci stopień zasilania – to nie jest tak, że nie działa lodówka, ale, że po prostu wyłączono prąd: nasze najlepsze urządzenia nie mają więc prawa działać! Zatem najpierw potrzeba przywrócić kulturę chrześcijańską, bo nie da się funkcjonować i rozwijać w kulturze, która jest materialistyczna i egoistyczna. Trzeba nawrócić kulturę, wiele razy nam się to udawało, w starożytności i nowożytności, czemu teraz nawet nie próbujemy?
„Człowiek nowoczesny, który odrzucił moralność, poddaje swoją wolność opinii publicznej, stając się niewolnikiem mody i przemijających trendów; chrześcijanin zaś, korzystając ze swej wolności, oddaje ją Bogu, po czym nabywa godność niewolnika Nieskończonego, w którym jest Miłość i Prawda, i Życie”, podkreśla autor „Wojny i rewolucji”. Czy to nie jest trochę paradoks? Aby zyskać prawdziwą wolność, trzeba stać się niewolnikiem?
Św. Paweł określał się jako „sługa” Jezusa Chrystusa, ale w jego listach z Nowego Testamentu jest określenie doulos, z greckiego dosłownie niewolnik. Apostoł pisał do tego, ze żyje już nie on, ale Chrystus. Co to znaczy? Tomasz z Akwinu wyjaśniał to tak, że Chrystus staje się zasadą życia św. Pawła, a więc jest trochę jak silnik w samochodzie, który porusza autem, umożliwia osiąganie celów.
Bycie niewolnikiem prawdy, dobra, piękna – nie zniewala, to paradoks. Podobnie zresztą jak są dobre przyzwyczajenia. Wszystko zależy od przedmiotu… Człowiek nie jest samowystarczalny, komuś musi się powierzyć: pytanie czy Bogu czy Złemu.
Kto chce zachować, straci – ale stracić z powodu Jezusa to zyskać. Tak to paradoks, wiele jest takich w chrześcijaństwie, ale to oznacza, że pozorne sprzeczności – istota paradoksu – rozwiązują się na poziomie wyżej.
Skąd przekonanie, że dając ludziom maksimum wolności praktycznie bez praw, ograniczeń, tradycji i autorytetu ludzie zawsze będą robili rzeczy słuszne? Skąd przekonanie, że maksimum fałszywej wolności naprawi świat?
To kolejna wersja „angelizmu” w podejściu do człowieka. Ona funkcjonuje kulturowo od oświecenia w postaci mitu „dobrego dzikusa”, który byłby dobrym, ale niszczy go cywilizacja. Czynimy z człowieka anioła, zapominają o grzechu pierworodnym, a to najtrudniejsza z prawd dla tych ludzi, choć paradoksalnie tak łatwa do weryfikacji na ulicy. Problem jak już mówiliśmy, leży jednak w rozumieniu wolności i myleniu jej ze spontanicznością i dowolnością wyboru. Wolność jest siłą do osiągania dobra, zdolnością do wybierania go w sposób właściwy człowiekowi, a więc bez przymusu, natomiast wybór zła jest
Celowo w poprzednim pytaniu użyłem słowa „praktycznie”. Jedynym ograniczeniem dla „wolności bez granic” ma być rozum, ponieważ tylko on jest podobno w stanie zapanować nad impulsami anarchii. Ile jest w tego typu twierdzeniach prawdy pokazała nam historia, która uczy nas, że rozum jest najlepszym narzędziem, aby z wielką łatwością usprawiedliwiać wszelkie zło. Rozum został nam dany, by nas prowadzić do wiary. Co jednak, kiedy rozum zostaje wyrwany ze swych korzeni w Bogu?
Nie zawsze jest tak, ze rozum jest najlepszym narzędziem aby łatwo usprawiedliwiać zło, gdyż to pozornie jedynie racjonalne uzasadnienia. Zauważmy, że dyktatorzy boją się myślenia swoich obywateli i dlatego rozum to miecz obosieczny dla nich.
Może jednak istnieć rozum znieprawiony, który będzie rozwijał logikę zła, nakręcał to zło, czynił je coraz bardziej wyrafinowanym. Od dawna w chrześcijaństwie obecny jest ten paradoks, że wiara potrzebuje rozumu i go wzmacnia, że wiara rozwija rozum, a jednocześnie grzech wyciska swoje skutki na rozumie. Tradycja mówiła o tzw. ranach po grzechu pierworodnym, a jeden z nich dotknął rozumu, to rana „ignorancji’, niewiedzy o tym, co powinno się wiedzieć.
Ostatni papieże, św. Jan Paweł II i Benedykt XVI próbowali zrekonstruować to, co stało się z rozumem, gdy ten odszedł od Boga – to przypomina, by przywołać papieską metaforą, zakuwanie się ponownie w kajdany, bo Bóg, za którym tęsknił rozum, a może się wadził nawet próbując zrozumieć np. cierpienie niewinnych, ten Bóg zbawia także rozum, od zamknięcia w sobie i odsłania mu możliwości nieskończone.
Czy pokłosiem fałszywej wolności jest przekonanie, że grzechu nie ma, a zło – jeśli oczywiście istnieje – jest owocem braku odpowiedniej edukacji bezreligijnej?
Jeśli wolność jest absolutna i polega na samym wybieraniu, to oczywiście nie można oceniać tych decyzji, bo wtedy wprowadzamy jakieś kryteria, kanon zachowań, a to najgorsze, bo może rzekomo osłabić czyjąś wolność. A przecież to absurd, bo wówczas np. spojrzenie kogoś na mnie jest postrzegane jako „przemoc”, obecność symboli religijnych będzie rzekomo traumą… fanatyzm wolności staje się obsesyjny, bo istnienie jakichkolwiek praw ponoć ogranicza, ale to trwanie w iluzji, podobnej do sytuacji, w której ktoś odrzuca prawo ciążenia, bo go niby ogranicza. No tak, może się buntować przeciwko grawitacji, ale przecież nie na tym polega problem. Podobnie jak nie jest ograniczeniem naszej wolności, że musimy jeść, aby przeżyć… wolność w takim przypadku polega na tym, że my wybieramy co i kiedy będziemy jeść. Nie ma sprzeczności między koniecznością a wolnością, a tu jak mi się wydaje współczesna kultura liberalna popełnia błąd, na poziomie metafizyki…
Abp Fulton Sheen zwraca uwagę, że już ponad 80 lat temu na uniwersytetach rozgorzały dyskusję, podczas których w imię wolności próbowano relatywizować zło; podczas których mówiono o postępie, nauce, jako głównych wyznacznikach ludzkiego działania i egzystencji etc.. Czy można w związku z tym postawić tezę, że wszystkie herezje, o których rozmawialiśmy w tym mini-cyklu są ze sobą ściśle powiązane i nie jest tak, że oddając się jednej herezji jesteśmy odporni na pozostałe?
Z wadami i cnotami zasadniczo jest tak, że są ze sobą powiązane: to są pewne sprawności w czynieniu zła (wady) lub dobra (cnoty), więc angażują poszczególne władze człowieka, intelekt i wolę, a więc zależą od siebie wzajemnie.
Ale też braki pewnych cnót u człowieka np. cierpliwości czy sprawiedliwości sprawiają, że jego działanie, pomimo dobrych intencji, niestety przeradza się w wady. To trochę jak ze swetrem, który pruje się od jednej nici… Innymi słowy, potrzeba integralnego podejścia, całościowego, nie wystarczy poprawienie jednej wady, czy zwalczanie poszczególnej herezji. Relatywizm czy materializm mają wpływ na scjentyzm czy rozwiązłość… To oznacza, że budowanie odporności na te herezje wymaga przylgnięcia do pełni prawdy, a nie tylko do prawd cząstkowych, bycia dobrym w pewnych aspektach. G.K. Chesteron w „Ortodoksji” pisał, że wyprostowanym można być tylko pod jednym kątem, zaś pochylonym bardziej lub mniej, na wiele sposobów…
Ciekawe w cytowanej przez Pana wypowiedzi abp Sheena jest zwrócenie uwagi na to, że zło jest wtórne wobec dobra, dlatego często hasło „postęp” czy „nauka”, same w sobie będące czymś dobrym, były jednak wypaczane i wykorzystywane do rozwijania złych projektów przez to, że odcinało się je od korzenia i traktowała redukcjonistycznie
Na koniec – bo jakżeby inaczej – pozwolę sobie ostatni raz w tym cyklu zacytować abp. Sheena: „Wiek, który całą swoją ufność położył w oświeceniu, widząc w nim lekarstwo na zło, doświadczył na sobie opętania przez największe znane w historii świata zło i największą w dziejach wojnę”. Nie wiem, czy w XXI wieku czeka nas jeszcze większa wojna… Widzę jednak, że opętanie postępuje, a „lekarstwem”, które świat na nie proponuje jest… więcej oświecenia. Dokąd nas to zaprowadzi?
Paradoksalnie to droga prowadząca od „oświecenia” do „zaślepienia”… dlatego, że nie wystarczy oświecenie intelektualne, uzmysłowienie sobie co należy zrobić. To nie jest kwestia jedynie ignorancji, ale paraliżu woli, braku zaangażowania, lekceważenia zła i wmówienia człowiekowi, że nie musi się starać, ze nie ma sensu pokuta, post, wola jest siłą, która zamiast być usprawniania cnotą umiarkowania – która ją zwraca w stronę dobra godziwego, aby nie pomieszać hierarchii dóbr – ma być autentyczna i samowolna.
Przy okazji, zadziwia jak bardzo stare problemy, rzekome lekarstwa, które się nie sprawdziły, z uporem są stosowane współcześnie. Wychodzi owe zacięcie ideologiczne, które nie liczy się z prawdą, a na siłę chce forsować swoją utopijną wizję świata. Przecież o tym irracjonalnym podejściu mówił w Ratyzbonie papież Benedykt XVI próbując pokazać, że skoro oświecenie nie zadziałało, recepty okazały się trujące, zniewalające i doprowadziły do kataklizmów wojennych XX wieku, to może trzeba się cofnąć do momentu, gdy podjęliśmy złą decyzję i podjąć na nowo inną? Skoro oświecenie zachęcało, aby żyć jakby Boga nie było, a to prowadziło do tragedii, to może choć spróbować żyć „jakby Bóg istniał”? Wydaje się to logiczne, ale niestety racjonalny głos papieża Benedykta XVI został całkowicie zakrzyczany, bo czy można podważyć dziedzictwo oświecenia? Dogmaty nowożytności są niepodważalne i wielu trzyma się ich choć prowadzą donikąd…
Widząc kolejne absurdy i ogrom zła na świecie wiele osób pół-żartem, pół-serio rzuca hasło „Kometo, przybywaj”, co oznacza, że jedynym rozwiązaniem jest uderzenie asteroidy w Ziemię, ponieważ nie ma już ratunku dla cywilizacji, ludzkości etc. Otóż jest ratunek, a jest nim Chrystus Zmartwychwstały! Czy biorąc to wszystko pod uwagę powinniśmy jeszcze intensywniej modlić się o Jego powtórne przyjście?
Tak, ale trzeba to wołanie o przyjście Pana w chwale widzieć nie jako ucieczkę, ale jak słyszymy w modlitwie po Ojcze nasz w czasie Mszy świętej, w tzw. embolizmie, „abyśmy pełni nadziei oczekiwali przyjścia naszego Pana Jezusa Chrystusa”.
Nie chodzi o byle jakie czekanie, ale pełne nadziei… Dlatego św. Paweł mówi o Chrystusie zmartwychwstałym, że On jest początkiem… bo od Chrystusa wszystko się zaczyna. Istnieje jakaś kolejność zmartwychwstania, tak to św. Paweł powtarzał, a to bardzo istotna uwaga dotycząca nowego życia w Chrystusie, że dokonuje się według pewnej kolejności… my jesteśmy i czekamy na Chrystusa nie jako kogoś kto zrobi porządek za nas, ale który daje moc – płynącą ze Zmartwychwstania – by przyczyniać się do przychodzenia tego Królestwa.
Moc zmartwychwstania działa już dziś, choć w myśl pewnej logiki i chrześcijanie są pełni nadziei, gdy widzą moc Pana, który pokonał śmierć, piekło i szatana. A choć walka trwa, to wiadomo, że szala przesunęła się na stronę Chrystusa.
Bóg zapłać za rozmowę
Tomasz D. Kolanek
[1] E. Antonelli, Fedelta e rinnovemento. Una riflessione teologica e filosofica, Edizioni Ares, Milano 2023.
[Zamiast „Oleśnico” powinno być „Polsko”]
Autor: pokutujący łotr, 18 kwietnia 2025
Na portalu Cypriana Polaka ukazał się w tych dniach wstrząsający tekst – pieśń hańby “Biada ci, Oleśnico!”. Przekazany został przez blogera o nicku Qaisar Assaqalabi. Autora nie podano. https://cyprianpolakwiaradodatki.blogspot.com/2025/04/10-04-2025-maria-magdalena-pouczenia.html

Początkowo, tekst ten zamieściłem jako post pod artykułem redakcyjnym Legionu o zbrodni na 9-cio miesięcznym dziecku dokonanej w szpitalu w Oleśnicy pt. Trzeba było zabić to dziecko.
Jednak wysłuchawszy zaiste diabelskiego w swej zimnej zbrodniczej determinacji wywiadu z doktor Gizelą, uznałem, że trzeba działać ostrzej, bo mamy do czynienia z potężnym i dobrze wyszkolonym przeciwnikiem. A tekst taki, jak poniżej, przyjmuje wobec tej wyrafinowanej zbrodni, dokonanej na najmniej mogącej się obronić istocie, najwyższy ton eschatologiczny. Ton właściwy, zwłaszcza wobec zapowiedzi zbrodniarki pozbawionej już nawet nie skruchy, a jakiejś podstawowej prawnej czy lekarskiej refleksji, opartej na elementarnej wiedzy o człowieku, że zamierza robić tak dalej.
Jeśli więc sądy nie zajmą się nią, co w obecnej Polsce jest wysoce prawdopodobne, to Sam Bóg, być może już niebawem, tego nie wiemy, postawi ją przed Swym najsprawiedliwszym sądem. A wtedy jej buta i wymachiwanie papierami rodowymi już nic nie pomogą.
Osąd Boży dotknie jednak również uśpione miasto, od lat godzące się na trwający w jego murach proceder, o którym od lat głośno w Polsce, ale nie słychać stamtąd żadnego protestu. Gdzie ruchy społecznościowe? Demonstracje? Gdzie jedna, dwie odezwy jakichś mniej czy bardziej “prawicowych” posłów, radnych, osób publicznych?
Może były, ale ich nie nagłośniono? A jeśli ich nie było, to należy zgodzić się z tekstem niżej opublikowanym. Bo to przez takich potulnych, zastraszonych, akceptujących zło pseudokatoli i innego duchowego tałatajstwa, poutykanego w różnych Oleśnicach, cała nasza Ojczyzna będzie musiała przejść ciężkie próby oczyszczenia – już je przechodzi – by zmyć z polskiego oblicza hańbę zabójstwa nienarodzonych i stać się godną Świętego Planu, jakie Bóg postawił przez naszym narodem.
Pokutujący Łotr
——————————
Biada ci, Oleśnico!
[Qaisar Assaqalabi]
BIADA CI, OLEŚNICO!
BIADA CI, OLEŚNICO!
BIADA, CI OLEŚNICO!
Bo krew pomordowanych woła do PANa z ziemi twojej splugawionej,
Okrutna morderczyni, co samemu Złemu służysz!
Zawyjesz z bólu bólem wielkim, który czyniłaś rękami swemi tym, którzy nie mogli się bronić przed twoimi szponami śmierci!
Jak czyniłaś tym nienarodzonym, tak będą czynić tobie,
Przyjdzie miecz i kara od ludów dzikich i nieokiełznanych i poznasz na sobie swoje okrucieństwo, które oni przyniosą ze sobą.
Jako gnój porozrzucany będą leżeć ludzie twoi,
A kogoś przekłuła, tak i przekłują ciebie abyś widziała, coś uczyniła tym maluczkim!
Czyń pokutę, póki żyjesz, oblecz się w wór i płacz nad swoją dolą,
a tego, co plugawi twą ziemię wypędź i poddaj pod miecz i osąd,
albowiem gniew PAŃski się zbliża, gniew surowy a sprawiedliwy i nie masz nikogo, kogo by ominął.
Tak zburzone twoje mury będą i kamień na kamieniu z twych budowli nie ostanie się, gdyż dawałaś synów i córki swoje i cudze na pożarcie Molochowi żarłocznemu.
Jako się z drzewa owoc wytrąca, że kilka ledwie owoców na drzewie się ostaje, tak i nieliczni uchowają się od miecza, który na nich sama sprowadziłaś!
Tak więc
BIADA CI, OLEŚNICO I LUDOWI TWOJEMU!
BIADA CI, OLEŚNICO I BUDOWLOM TWOIM!
BIADA, CI OLEŚNICO I RZĄDCOM TWOIM!
Jeśli się nie odwrócisz od zbrodni swoich!
Amen.
Autor: AlterCabrio 18 kwietnia 2025
«Niszczą nas. I tutaj największym narzędziem zniszczenia jest strach. Strach, który prowadzi do bezsilności, bezradności. Obezwładnia ludzi i czyni ich niewolnikami. I to ma miejsce.»
«Przecież ta kobieta stanie przed Sądem Boskim. Jeżeliby ona teraz skruchy nie miała i tak umarła. Pójdzie w ogień wieczny. Taka jest jej przyszłość. Może nawet niedaleka, bo bezkarność za młodu i bezsilność ofiary nie jest końcem sprawy. To jest dopiero początek.
To dziecko zginęło śmiercią męczeńską, choć jest niewinnym dziecięciem. Nie wolno mordować ludzi. Ciekawa sprawa, że dla zbrodniarzy nie ma kary śmierci, a bez wyroku sądowego są ludzie zabijani z powodu „bez powodu”. Bo to dziecko niczego złego nikomu nie uczyniło.»
−∗−