Promyk nadziei w taryfach: Rozpad sojuszu transatlantyckiego oraz spadek ceny gazu w Europie

Jedyny promyk nadziei w taryfach: rozpad sojuszu transatlantyckiego, oraz spadek ceny gazu w Europie 

Nie tylko ropa naftowa, ale także gaz ziemny stał się znacznie tańszy. 

DR IGNACY NOWOPOLSKI APR 6

Ceny gazu ziemnego w USA spadły w piątek rano o 7% na skutek ogólnej wyprzedaży na rynku. Ceny zamknięcia osiągnęły rekordowo niski poziom 88 dolarów za tysiąc m3. Takiej ceny surowca nie widziano od bardzo dawna, co najmniej od 2022 roku.

W Europie cena niebieskiego paliwa spadła jeszcze bardziej. Jak podaje Stephen Staczynski, reporter agencji Bloomberg, kontrakty terminowe na giełdzie TTF rozliczano po cenie 366 USD za tysiąc m3. Jest to prawie o 9% mniej niż dzień wcześniej. Ostatni raz taką cenę odnotowano w grudniu 2021 r.


Dla Europy, pomimo wszystkich negatywnych aspektów (nie tylko ekonomicznych, ale i geopolitycznych), korzyścią jest to, że niższa cena głównego źródła energii kontynentu pozwoli jej rozpocząć wypełnianie pustych podziemnych magazynów. Najważniejsze jest to, aby inwestorzy zgodzili się na dostarczanie towarów po niskiej cenie przez długi czas. W Brukseli ludzie zapewne zastanawiają się, jak ważny jest dla nich sojusz transatlantycki w kontekście recesji, zwłaszcza takiej, którą niszczy wiele czynników.

Eutanazja w Polsce?

Ordo Iuris
Szanowny Panie,
w ostatnich miesiącach media donosiły o szokujących przypadkach ciężko chorych dzieci, którym polskie szpitale miały odmawiać pomocy medycznej, skazując je na śmierć!Wirtualna Polska pisała o „eutanazji w białych rękawiczkach”, przywołując historię dzieci, którym lekarze wystawiali tzw. protokół terapii daremnej, mający prowadzić do rezygnacji z jakiekolwiek terapii i ratowania życia.
Dziennikarze relacjonowali między innymi sprawę rodziców 4-letniego Kacpra, którym odmówiono wysłania karetki do chorego dziecka ze względu na wystawiony dziecku „protokół terapii daremnej”. Rodzice mieli przez godzinę bezskutecznie samodzielnie reanimować w domu umierające dziecko!Autorzy artykuły opisywali przypadki rodziców, którzy błagali lekarzy o pomoc, ale słyszeli, że wystawionego „protokołu nie da się cofnąć czy anulować”. W rezultacie dzieci umierały na ich oczach.Przywołano także wypowiedź anestezjologa, który prosząc o zachowanie anonimowości, przyznał, że zespół lekarski na jego zlecenie wydał w jednym z małopolskich szpitali ponad 30 „protokołów terapii daremnej” w ciągu 12 miesięcy.Artykuły medialne wzburzyły opinię publiczną i sprawiły, że zaczęliśmy szczegółowo badać sprawę i weryfikować te doniesienia. W tym samym czasie do prawników Ordo Iuris zgłosiła się lekarka, której dorosły syn zmarł, gdyż nie udzielono mu koniecznej pomocy medycznej po tym jak lekarze wystawili mu „protokół terapii daremnej”.Aby zweryfikować medialne doniesienia skontaktowaliśmy się z lekarzami, ratownikami medycznymi i ekspertami z branży medycznej.A
Nasza analiza prowadzi do wniosku, że winę za ten stan rzeczy mogą ponosić dwa dokumenty. Jednym z nich jest stanowisko Towarzystwa Internistów Polskich dotyczące umierających pacjentów, którzy sami nie mogą decydować o sobie. Jego wydanie wywołało liczne głosy krytyki także ze strony przedstawicieli środowiska medycznego, którzy zarzucają mu niezgodność z obowiązującym prawem i etyką lekarską. Zmiany wprowadza się po cichu – w ramach wytycznych dla lekarzy, o których większość pacjentów może dowiedzieć się dopiero wraz z informacją o odmowie leczenia ich samych lub ich bliskich.Tym co w debacie publicznej budzi najwięcej wątpliwości wobec stanowiska i stanowiącego jego element tzw. protokołu terapii daremnej, to użycie w nim nieprecyzyjnej terminologii oraz kryteriów mających stwierdzić, kto powinien zostać objęty „protokołem terapii daremnej”, przez co dokument wydaje się wykraczać swoim zasięgiem poza chorych umierających.Sytuację dodatkowo pogarszają wprowadzone od 1 stycznia zmiany w Kodeksie Etyki Lekarskiej, które zdecydowanie zakazują stosowania „terapii daremnej”. Poprzednia wersja dokumentu pozostawiała lekarzom wolność w tej wrażliwej kwestii, nie nakładając na nich takiego zakazu.Musimy działać w tej delikatnej materii szybko i zdecydowanie, nie ulegając jednak emocjom i niesprawdzonym informacjom. 
Ta sprawa musi zostać dogłębnie zbadana przez odpowiednie organy, a środowisko lekarskie musi wypracować standardy postępowania w sytuacjach granicznych, które nie będą tworzyć ryzyka skazywania na śmierć ludzi, którzy nadal mogliby żyć.Dlatego prawnicy Ordo Iuris kierują do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w oparciu o doniesienia medialne o przypadkach dzieci, którym lekarze mieli wbrew prawu odmawiać ratunku z powodu zastosowania wobec nich „protokołu terapii daremnej”. Polacy muszą mieć pewność, że idąc do szpitala, otrzymają należną opiekę medyczną.Równolegle podjęliśmy interwencję w Towarzystwie Internistów Polskich, do którego skierowaliśmy pismo zawierające wezwanie o zmianę budzących liczne kontrowersje wytycznych. Natomiast do samorządu lekarskiego skierujemy wniosek o przywrócenie poprzedniego, bardziej wolnościowego brzmienia Kodeksu Etyki Lekarskiej. Dzięki temu lekarze będą mogli udzielać świadczeń medycznych pacjentom bez obaw o pociągnięcie do odpowiedzialności zawodowej z tytułu naruszenia Kodeksu Etyki Lekarskiej.
Aby nie dopuścić do powtórzenia w Polsce scenariusza licznych krajów Europy Zachodniej, gdzie dochodzi do zabijania niezdolnych do sprzeciwu ludzi starszych i niepełnosprawnych oraz do wspierania przez państwo „wspomaganego zabójstwa” – uświadamiamy Polaków o skali zagrożeń związanych z wdrażaniem praktyk eugenicznych. 25 marca – w Dzień Świętości Życia oraz 30 rocznicę wydania przez św. Jana Pawła II encykliki Evangelium vitae – opublikowaliśmy naszą monografię naukową „Zjawisko eutanazji: filozofia, kultura, medycyna, prawo”.
Publikacja została zaprezentowana i omówiona podczas konferencji prasowej zorganizowanej wraz z Katolicką Agencją Informacyjną, podczas której głos – obok współautorki monografii, Dyrektor Centrum Prawa Medycznego i Bioetyki Ordo Iuris mec. Katarzyny Gęsiak – zabrali dr Monika Zając z Centrum Życia i Rodziny, etyk i teolog ks. prof. Paweł Bortkiewicz, redaktor kwartalnika „Christianitas” Tomasz Rowiński oraz historyk, inicjator i koordynator Narodowego Marszu Papieskiego – Małgorzata Żaryn.
Warto dodać, że wydarzenie połączone było także z prezentacją przygotowanego przez nas – w związku z bezprawnymi proaborcyjnymi wytycznymi Minister Zdrowia Izabeli Leszczyny – poradnika „Jak szpitale mogą bronić się przed Wytycznymi Ministra Zdrowia i karami NFZ” oraz opracowanego przez Centrum Życia i Rodziny kompendium „W obronie życia”. Wkrótce planujemy także przygotowanie recenzji raportu węgierskiego Mathias Corvinus Collegium na temat eutanazji.Tak szeroka i kompleksowa działalność ekspertów Ordo Iuris jest możliwe dzięki temu, że cały czas monitorujemy debatę na temat eutanazji na całym świecie i wiemy, jakie praktyki oraz argumenty stosują propagatorzy „cywilizacji śmierci”.Nie byłoby to jednak możliwe bez wsparcia ludzi takich jak Pan, którzy finansują naszą pracę.Wierzę, że pomoc naszych Darczyńców i Przyjaciół pozwoli zapewnić polskim pacjentom bezpieczeństwo i niezbędny standard opieki w szpitalach i obronić naszą Ojczyznę przed realizacją agendy „cywilizacji śmierci”, przed którą przestrzegał św. Jan Paweł II. Obrona życia od poczęcia do naturalnej śmierci to bowiem najlepszy możliwy sposób na realizację testamentu św. Jana Pawła II, którego okrągłą, dwudziestą rocznicę śmierci obchodziliśmy w mijającym tygodniu.
Czy w Polsce mamy do czynienia z zakamuflowaną eutanazją?W naszym piśmie skierowanym do Towarzystwa Internistów Polskich, dotyczącym Stanowiska ds. Terapii Daremnej na Oddziałach Internistycznych „Zapobieganie terapii daremnej u dorosłych chorych umierających w szpitalu” zwracamy uwagę na istotne różnice pomiędzy „terapią daremną” a „terapią uporczywą”.
Wskazujemy, że zgodnie z definicją – wypracowaną w 2008 r. przez Polską Grupę Roboczą ds. Problemów Etycznych Końca Życia – „uporczywa terapia” polega na stosowaniu wobec nieuleczalnie chorego pacjenta procedur medycznych w celu podtrzymywania funkcji życiowych, które przedłużają jego umieranie, wiążąc się z nadmiernym cierpieniem lub naruszeniem godności w odczuciu pacjenta. Nie jest to pojęcie tożsame z terminem „terapia daremna medycznie”, którym operuje Towarzystwo Internistów Polskich w swoim stanowisku. Tym samym tłumaczymy, dlaczego próba zastąpienia ugruntowanego w polskiej literaturze medycznej terminu „terapii uporczywej” terminem „terapia daremna” budzi uzasadnione wątpliwości.W naszym stanowisku skierowanym do Towarzystwa Internistów Polskich zwracamy także uwagę na kluczową zmianę, jaka od 1 stycznia 2025 roku weszła do Kodeksu Etyki Lekarskiej, który do tego czasu stwierdzał, że „w stanach terminalnych lekarz nie ma obowiązku podejmowania i prowadzenia reanimacji lub uporczywej terapii i stosowania środków nadzwyczajnych”. Po zmianach Kodeks wyraźnie zakazuje lekarzom stosowania „terapii daremnej”, która z punktu widzenia lekarzy nie prowadzi do wyleczenia pacjenta, ale wcale nie musi wiązać się z nieakceptowalnym przez pacjenta cierpieniem.W naszym piśmie wykazujemy też, że zaproponowany w stanowisku TIP protokół postępowania, ograniczającego „terapię daremną” stanowi wyraz mechanistycznego podejścia do pacjenta, co może skutkować obniżeniem jakości opieki medycznej, czego dowodzi przykład brytyjskiego dokumentu Liverpool Care Pathway for the Dying Patient, którego stosowanie spowodowało obniżenie poziomu opieki medycznej.
Jak w praktyce wygląda eutanazja w Europie?Pozostając w temacie ochrony życia u jego schyłku, podejmujemy wiele działań zmierzających do propagowania wiedzy o realnych skutkach legalizowania eutanazji. W tym celu wydaliśmy monografię „Zjawisko eutanazji”, w której szeroko opisujemy jej aspekty filozoficzne, kulturowe, medyczne i prawne.W monografii ujawniamy, jak rzeczywiście wygląda praktyka „skracania życia” pacjentów w krajach europejskich. Opisując uwarunkowania prawne wspomaganego samobójstwa w Szwajcarii, ukazujemy, jak rozwinęła się tam „turystyka samobójcza”, w której wyniku przez ostatnie 10 lat liczba Europejczyków udających się do Szwajcarii w tym celu wzrosła dwukrotnie. 
Finansowe korzyści z tego stanu rzeczy czerpią organizacje świadczące pomoc w samobójstwie. Choć szwajcarskie prawo uznaje eutanazję rozumianą jako działanie polegające na skróceniu życia nieuleczalnie chorego pacjenta na jego prośbę za nielegalną, to przemysł eutanazji jest tam bezkarny, co wynika ze swoistej interpretacji przepisów, które zwalniają od odpowiedzialności karnej osoby i organizacje pomagające w samobójstwie, jeśli ich pobudki nie są „egoistyczne”.W praktyce organizacje świadczące pomoc w eutanazji poprzez dostarczanie odpowiednich środków chemicznych otrzymują wynagrodzenie finansowe za swoje „usługi”, co nie jest interpretowane jako pomoc z pobudek „egoistycznych” i w efekcie nie jest karane. W monografii przytaczamy głos szwajcarskich lekarzy specjalizujących się w medycynie paliatywnej, których zdaniem organizacje czerpiące zyski ze wspomagania samobójstwa działają w sposób nietransparentny.Publikacja opisuje również praktykę stosowania eutanazji w Belgii, gdzie została ona zalegalizowana już w 2002 roku, a w 2014 roku rozszerzono tę dopuszczalność zabijania także na nieuleczalnie chore dzieci na podstawie przewidywanej „niskiej jakości życia”, co prowadzi do skrajnej patologizacji tej niegodziwej procedury.
Zwracamy uwagę na przypadki eutanatycznych morderstw trzydziesto-ośmioletniej Tiny Nys i sześćdziesięcio-czteroletniej Godlievy de Troyer. W przypadku pierwszej z kobiet powodem zakwalifikowania do eutanazji był zespół Aspergera, a w przypadku drugiej depresja. Co znamienne, syn sześćdziesięcio-czterolatki został poinformowany przez szpital o eutanazji matki, dopiero wtedy, gdy trzeba było… zająć się organizacją jej pogrzebu.Mężczyzna złożył w tej sprawie skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który przyznał mu rację i nakazał Belgii modyfikację prawa o eutanazji.W monografii opisujemy też inne sprawy, w których Europejski Trybunał Praw Człowieka wypowiadał się na temat eutanazji. Omawiamy między innymi sprawę Pretty v. UK, w której 43-letnia, sparaliżowana od szyi w dół kobieta skarżyła w 2001 roku obowiązujące wówczas brytyjskie prawo, które zabraniało eutanazji. W 2002 r. Trybunał jednomyślnie oddalił jej skargę, stwierdzając, że z prawa do życia, na które powoływała się skarżąca, nie może zostać wyprowadzone „prawo do śmierci”. 
Sędziowie ETPC w 2011 roku oddalili również skargę 58-letniego Szwajcara (Haas v. Szwajcaria) chorującego na chorobę afektywną dwubiegunową, który napisał list do 170 psychiatrów, prosząc o wystawienie mu recepty na trujący pentobarbital sodu, aby popełnić samobójstwo. Mężczyzna zupełnie otwarcie przyznał, że nie interesuje go żadna terapia i że dawno temu zaprzestał zażywania leków neuroleptycznych na swoją chorobę. Żaden z lekarzy, którzy odpowiedzieli na jego list nie chciał wystawić takiej recepty in blanco (bez badania i bez podjęcia próby terapii), co mężczyzna uznał za naruszenie jego praw. Do Strasburga trafiła także sprawa Lambert i in. v. Francja wniesiona przez rodzinę mężczyzny, który wskutek wypadku samochodowego znalazł się w stanie całkowitego paraliżu i minimalnej świadomości. Mimo tych ograniczeń pacjent spędzał wiele czasu z rodziną, a czasami nawet jeździł razem z nią na wakacje. Pomimo braku podstaw dla uznania, że przypadłości mężczyzny towarzyszą cierpienia fizyczne, jego lekarz prowadzący po kilku latach nakazał wstrzymanie karmienia i nawadniania pacjenta. Eutanatyczne morderstwo uzasadnił rzekomą „nieracjonalnością uporczywej terapii”, innymi słowy – daremnością terapii.
Skąd bierze się poparcie dla eutanazji?
W monografii przedstawiamy źródła przemian filozoficznych, etycznych i społeczno-kulturowych, które w niektórych krajach umożliwiły legalizację eutanatycznego mordowania ludzi. Wskazujemy, że jej podbudową moralną są nihilizm i hedonizm, które prowadzą do utraty rzeczywistego sensu i celu życia na rzecz fałszywie rozumianego szczęścia poszukiwanego w samorealizacji i konsumpcji.Analizujemy także proces słownikowej zmiany znaczenia słowa „eutanazja” oraz diagnozujemy przemiany jakie zaszły w polskim społeczeństwie w zakresie postrzegania eutanazji, wykazując, że tendencyjne pytania zadawane w badaniach sondażowych (ankieterzy nie pytają o eutanazję, ale o to czy lekarz powinien zastosować się do prośby nieuleczalnie chorego pacjenta o podanie środków powodujących śmierć) przyczyniają się do błędnego utożsamiania przez Polaków eutanazji z uporczywą terapią. Zwracamy uwagę na to, że przyzwolenie na eutanazję jest wyższe w grupie młodszych respondentów. Zastanawiając się nad przyczyną tego zjawiska, zwracamy uwagę na kryzys autorytetów w społeczeństwie oraz indywidualizację społeczeństwa, prowadzącą do kształtowania się społeczeństwa egoistów.W jednym z rozdziałów monografii, lekarz medycyny paliatywnej prof. Tomasz Dzierżanowski – bazując na własnej, wieloletniej praktyce lekarskiej w opiece nad osobami umierającymi – dowodzi, że ludzie postrzegają chorowanie, cierpienie i umieranie jako niegodne wtedy, gdy nie zadbano o godne warunki umierania. Profesor dokonuje krytycznej analizy polskiego systemu opieki nad osobami umierającymi, przedstawiając jednocześnie konkretne propozycje zmian, które pozwolą zapewnić pacjentom niezbędne warunki dla umierania w godności.

Monitorujemy debatę na temat eutanazji w Europie
Aby skutecznie przeciwstawiać się narracji lobby eutanatycznego monitorujemy debatę na temat eutanazji w całej Europie. W ramach tej działalności opublikowaliśmy komentarz prawny, poświęcony legalizacji eutanazji w Toskanii przez tamtejszą radę regionalną. Zwracamy uwagę, że tym samym Toskania stała się pierwszym z 20 regionów Włoch, który dopuszcza „wspomagane samobójstwo”. Co istotne, wobec nowego prawa istnieją poważne wątpliwości prawne, wynikające z tego, że zgodnie z Konstytucją Republiki Włoch kwestie dotyczące ochrony zdrowia pozostają w kompetencji władz centralnych.
Wkrótce opublikujemy także komentarz prawny na temat postępowania toczącego się przed włoskim Trybunałem Konstytucyjnym. Na wniosek sądu w Mediolanie, Trybunał Konstytucyjny zastanawia się nad ewentualnym usunięciem jednej z przesłanek niekaralności wspomaganego samobójstwa – czyli wymogu bycia poddanym terapii podtrzymującej życie. Do postępowania dołączyły 4 nieuleczalnie chore osoby, które sprzeciwiają się rozszerzeniu dostępu do wspomaganego samobójstwa wskazując, że mogłaby to znacząco osłabić ochronę prawną życia osób chorych.Opublikowaliśmy także analizę poświęconą procedowanemu w brytyjskiej Izbie Gmin projektowi ustawy przewidującej umożliwienie „uzyskania pomocy” nieuleczalnie chorym osobom w „zakończeniu własnego życia”, który wywołał liczne kontrowersje w Zjednoczonym Królestwie. Wskazujemy, że według zgłoszonego przez deputowaną rządzącej na wyspach Partii Pracy projektu ustawy, z wnioskiem o pomoc we „wspomaganym samobójstwie” mogłyby występować osoby pełnoletnie, zarejestrowane jako pacjenci podstawowej opieki zdrowotnej w Anglii lub Walii, u których zdiagnozowano nieuleczalne choroby i które są zdolne do samodzielnego podjęcia takiej decyzji.
Razem obronimy prawo pozwalające pacjentom żyć
Nadal mamy czas, aby starać się wpłynąć na wadliwe regulacje wewnętrzne lekarzy, ratując w ten sposób wielu Polaków. Musimy jednak reagować szybko i zdecydowanie. Będziemy mogli to robić tylko ze wsparciem Darczyńców i Przyjaciół Ordo Iuris, których hojność stanowi jedyne źródło finansowania działań naszych profesjonalnych prawników i ekspertów. 
Dlatego bardzo proszę Pana o wsparcie naszych działań w tej materii, które generują konkretne koszty.Monitorowanie zmian w przepisach prawa krajowego i wewnętrznych regulacjach medycznych wymaga stałego zaangażowania naszych analityków, którzy sprawdzają, czy nikt nie szykuje zamachu na życie Polaków. Miesięczny koszt tej aktywności szacujemy na 6 000 zł. Tylko trzymając rękę na pulsie, będziemy mogli interweniować na czas.
Opracowanie każdej analizy czy stanowiska to – w zależności od dziedziny prawa, rozległości dokumentu i charakteru proponowanych zmian – koszt od 10 000 do nawet 25 000 zł. W sprawach związanych z zmianami prawa medycznego często musimy zwracać się o pomoc do lekarzy specjalistów w konkretnych dziedzinach.
 Nasze merytoryczne analizy często są jedynym głosem sprzeciwu wobec szkodliwych zmian w prawie. Bez nas przechodziłyby one bez echa. Dlatego tym bardziej nie możemy ustawać w tej pracy.Obawiamy się, że jeśli wadliwe regulacje wewnętrzne lekarzy nie zostaną zmienione, to już niedługo będziemy musieli udzielać pomocy prawnej ofiarom złych przepisów. Aby udzielić pomocy każdemu, już teraz musimy zarezerwować na ten cel co najmniej 20 000 zł. Nie możemy dopuścić do tego, żeby jakakolwiek śmierć spowodowana błędnie pojmowanymi wytycznymi w zakresie zaniechania terapii daremnej pozostała bezkarna.
Dlatego bardzo proszę Pana o wsparcie Instytutu kwotą 80 zł, 130 zł, 200 zł lub dowolną inną, dzięki czemu będziemy mogli z całą stanowczością bronić życia ludzkiego od poczęcia aż do naturalnej śmierci.
Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w powyższy przycisk

Z wyrazami szacunkuAdw. Jerzy Kwaśniewski - Prezes Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris
P.S. Naprawdę bardzo niewiele dzieli nas od tego, żeby szokujące przykłady z Zachodu, gdzie lekarze odmawiają ratowania ludzi ku rozpaczy ich bliskich, mogły się zdarzyć w Polsce. Musimy zrobić wszystko, co tylko możliwe, aby do tego nie doszło. Wierzę, że z pomocą ludzi takich jak Pan, którzy sprzeciwiają się cywilizacji śmierci, wspólnie zatrzymamy jej marsz w naszej Ojczyźnie.
P.P.S. Wraz z końcem kwietnia mija termin rozliczenia podatku PIT. W związku z tym w ostatnich tygodniach otrzymujemy coraz więcej pytań o to, czy można przekazać 1,5% podatku na naszą działalność. Jako że Instytut Ordo Iuris nie ma statusu Organizacji Pożytku Publicznego, nie jest to możliwe. Dlatego też wszystkie osoby, które chciałyby wesprzeć przy tej okazji naszą pracę, zachęcamy do wsparcia Stowarzyszenia Marsz Niepodległości (0000406677), z którym wspólnie prowadzimy program wsparcia prawnego dla patriotów, prześladowanych za wierność Ojczyźnie i swoim przekonaniom i ideałom. Aby udzielić wsparcia na ten konkretny cel, należy wpisać w rubryce Cel szczegółowy hasło „Obrona patriotów”.
Działalność Instytutu Ordo Iuris możliwa jest szczególnie dzięki hojności Darczyńców, którzy rozumieją, że nasze zaangażowanie wymaga regularnego wsparcia.Ustaw stałe zlecenie i dołącz do naszej misji.

Akcja-deregulacja. Dieta Dąbrowskiej-Muska

Akcja-deregulacja.

dereg

Jerzy Karwelis 5 kwietnia, wpis nr 1349 dziennikzarazy/akcja-deregulacja

Byłem ostatnio na konferencji. Konferencja, jak to konferencja, czasami trudno oprzeć się wrażeniu, że odbywa się jakiś rytuał, wszyscy mniej więcej wiedzą kto co powie, albo co się stanie. Jeśli tak jest, a jest tak coraz częściej, to widać, że nie o wiedzę tu chodzi, czy wymianę informacji, ale właśnie – o jakiś rytuał. Co do wymiany informacji to można założyć, że albo jest ona dla widowni znana, albo mało istotna. Zaś co do wiedzy to już jest inaczej: jeśli przyjąć, że wiedza ma polegać nie na znajomości faktów (bo to jest informacja), ale na uchwyceniu istoty zagadnienia, to i wiedzy w takich spotkaniach coraz mniej. Zaraz dowiodę.

Akcja – deregulacja

Konferencja była o modnym ostatnio terminie – deregulacja. Pojęcie to ostatnio wygrzebał spod stosów papierów premier Tusk, który publicznie zaprosił do współpracy przy opracowaniu deregulacji prezesa Brzoskę, którego zwabiono na spotkanie z premierem, co to ogłosił (co, już zapomnieliście?) wielki program otwarcia rozwoju Polski. Sam premier ponarzekał na przeregulowanie gospodarki, i jako wyraz chyba ekspiacji za grzechy administracji, poprosił by prezes Brzoska stworzył we współpracy z ciemiężonymi przedsiębiorcami listę deregulacji. Tu od razu się zastrzegł, że nie żeby takich pomysłów co to by zaraz wymagały jakichś ustaw, co to, to nie. A więc widać było, że kwestia jest raczej interwencyjna, nie na poziomie jakichś systemowych rewolucji – ot, coś się tam zmieni w okólnikach i tyle.

Dla Tuska to już tak z trzecie podejście do przedsiębiorców. Główną tajemnicą sceny politycznej w stosunku do przedsiębiorców jest traktowanie ich przez klasę polityczną jako niewyodrębnionej co do interesów grupy społecznej. Przedsiębiorca od zarania III RP odziedziczył pielęgnowany jeszcze za PRL-u wizerunek cwaniaczka w białych skarpetach i nałożonych na nie mokasynach. Dorobkiewicza, który nie wytwarza niczego oprócz grabieży ciężkiej pracy robotnika, zaś bogaci się wyłącznie dzięki oszustwu. W takim traktowaniu mieliśmy tu do czynienia z dyszlem pary społeczeństwo-politycy. Społeczeństwo mamy w zasadzie zazdrosne, choć i do przedsiębiorczości, ale tylko na początku cudu Balcerowicza, pchało się gros młodych, teraz im tu już przeszło znakomicie. Politycy, wyposażeni w odziedziczoną armię urzędniczą badylarzy też nie lubili – nie dziwota: nic o tych przedsiębiorcach nie wiedzieli, zaś transfer z biznesu do polityki to była rzadka przygoda, chyba, że komuś ten biznes nie wyszedł. Ten się sprawdzał wtedy w polityce.

Politycy wiedzą, że przedsiębiorcy to stado samców alfa, którzy w dodatku uważają – jak to w klientelistycznym środowisku – że lepiej wydeptać sobie indywidualne ścieżki dojść, niż walczyć o rozwiązania systemowe. Bo te… dawałyby równe szanse również ich konkurentom, a tak, jak się wydepcze własne dojścia, to się ma (tu – quasi systemową) przewagę rynkową. Do tego dochodzi fundowana również przez władzę historia, nauka, że lepiej siedzieć cicho. A tak to cię zauważą i dogną w zamęcie prawnym, gdzie przepisów jest bez liku, trzeba tylko do nich dopasować dowolnego człowieka, ofiarę bezradną w takim gąszczu. Miks tych dwóch postaw – indywidualizmu i obawy by się nie wychylać powoduje smutny fakt – przedsiębiorcy nie głosują jako grupa społeczna, która broni swoich interesów, ale głosują podle szwów wojny polsko-polskiej. Są więc dla rządzących środowiskiem nieistniejącym, na które wystarczy tylko standardowy zestaw plemiennych haseł. A więc specjalnie nie trzeba się tu męczyć.

Politycy dla przedsiębiorców

Są jednak pewne momenty gdy rządzący udają, że coś tam dla tych przedsiębiorców chcą zrobić, skoro oni sami dla siebie nic zrobić nie chcą. Wtedy nadaje się do nich subtelne przekazy. To nadając do nich (a to ze 2 miliony ludzi, z rodzinami jeszcze drugie tyle), że pociśnie się ich największych konkurentów czyli wielkie korporacje, przymuszając je do płacenia jednak podatków (niech by mały tak się migał jako one, to by następnego dnia nie zobaczył!) PiS dostał władzę. Tego nie dowiózł, co mu przed wyborami na uśmiechniętą Polskę wytknął Tusk. Miał papiery, bo przed wyborami PiS samobójczo zafundował biznesowi Polski Ład.

Z obietnicą likwidacji tego panoptikum Tuski dostały głosy przedsiębiorców, ale tego też nie dowieźli. W końcu Polski Ład był od łupienia prywaciarzy, a więc było to dziedzictwo i haniebne, i… wygodne, bo kasa dalej płynie, zaś można za to zwalić winę na… PiS. Nic się nie działo, szczególnie w związku ze składką zdrowotną, ale przed wyborami do samorządu i do europarlamentu wyszedł minister finansów i Leszczyna od zdrowia i zaproponowali całkiem sensowny projekt składki, który… nie przeszedł. Okazało się, że – przypadkiem, oczywiście – akurat tu koalicja nie doszła do porozumienia i projekt upadł, ale o tym się dowiedzieliśmy po znowu zwycięskich wyborach. Do nich – wszystko było ok, dla przedsiębiorców. A do uchwalenia tej składki wcale nie trzeba było koalicji, bo projekt poparłyby i PiS, i Konfederacja, a więc była przestrzeń do ustawienia porządnie składki. Ale widać nie o to szło. Chodziło o to, by coś tam badylarzom obiecać, na co się ci znowu nabrali. Teraz idą wybory na Trzaska i trzeba było wrócić do tematu, by pokazać, że się robi dobrze przedsiębiorcom, tym razem za pomocą prezesa InPostu. Ale zaraz wrócimy do tego ruchu, teraz – hop, wróćmy do konferencji, od której zaczęliśmy.

Deregulacja czy symplifikacja?

Konferencja była ciekawa z racji swego podejścia. Tam ogłoszono, że nie chodzi o deregulację, ale symplifikację. Czyli nie chodzi o to, by wyciąć jakieś regulacyjne bzdury, co samo z siebie niewiele znaczy, ale by uprościć administrację w ogóle, nie tylko w zakresie deregulacji, tu podrozumiewanej, sfery przedsiębiorczości. A więc zajęto się i obywatelem w urzędzie, i kwestią podatków, ale nie tylko w ujęciu gospodarczym. Jednak miałem wrażenie, że jestem incydentalnym świadkiem rytuału znanego uczestniczącym, że trzeba odbyć to teatrum. Bo wytworzyła się bardzo dziwaczna sytuacja.

Na sali siedzieli regulatorzy, którzy narzekali na… nadmiar regulacji. A więc było jak ze stróżem, który narzeka, że jest brudno na podwórku, które ma sam co dzień sprzątać. Czyli był to układ wsobny – tzw. sfera społeczna postulowała zmiany pokazując coraz bardziej bzdurne rozwiązania, zaś ich współautorzy kiwali głowami, nawet z uśmieszkiem – jakie to wszystko bzdurne i głupie. Wychodziło, że wszyscy się bawią nieźle, ale nic z tego nie będzie, gdyż sfera sprawcza nie przyznawała się ani do autorstwa takich bzdur, ani – siłą rzeczy – nie wykazywała się inicjatywą do zmiany. Ot, gąszcz bzdurnych przepisów traktowany był jak jakiś żywioł, poza siłami ludzkimi, które nie mogą tego powstrzymać, taki deszcz regulacji spadający z kosmosu.

Nie „co”, tylko „jak”?

I głównym problemem, poza tą systemową bezradnością i dystansem autorów do własnego dzieła, był odwieczny kanał, w którym lądują wszelkie tego rodzaju inicjatywy. Na wszystkich tego rodzaju spotkaniach odbywa się powtarzalny rytuał – powstają jakieś mniejsze lub większe listy postulatów, raz to środowiskowe, raz to branżowe, jakieś wycinki, fragmenty, skrawki. Nikt nie odejdzie od tego płótna patchworkowych łat na łacie, by zobaczyć całość obrazu, zdefiniować jego ramy, zbadać kanwę, na której to wszystko ma się trzymać kupy. Ot, skoki od prawa farmaceutycznego do podatkowego, potem – hyc na budowlankę, by skończyć na procedurach obsługi obywatela w urzędach. Takie łatanie na i tak już od wieków łatanym obrazie.

Nikt się nie pyta: jaki był mechanizm powstania takiego gąszczu? Że trzeba pójść po tych milionach nitek do kłębka. Bo tylko wtedy można zobaczyć jak to się stało, kto to robił, w jakim celu komplikował rzeczywistość. Tylko tak można oddzielić niewątpliwe plewy od pożytecznych rozwiązań. Można też dojść do kłębka, czyli istoty: od czego, jakiego początku zaczęły nawarstwiać się regulacje. Ten kłębek jest znany. Była to ustawa Wilczka, która na przełomie 1989 roku dała Polsce dwie, wtedy wydawało się rewolucyjne, ale i w dzisiejszych czasach tak samo radykalne prawdy oczywiste: 1. każdy może prowadzić działalność gospodarczą i 2. w gospodarce wszystko jest dozwolone, poza tym, co jest zabronione. Tu następowała lista działalności zabronionych, których było kilkanaście na krzyż. I to nie były jakieś wielkie sektory – ot, agencje ochrony, czy produkcja trucizn.

Cała historia regulacji w Polsce, to dodawanie przez system punktów na liście działalności zabronionej pod rygorem uzyskiwania koncesji, licencji czy zezwoleń. Wilczek został obudowany tak, żeby z jednej strony zwiększyć władzę administracji, z drugiej – poprzez lobbowanie interesów – zamykać obszary, gdzie uwłaszczona nomenklatura uzyskała już swoje monopole, po to, by nikt nowy tam nie wlazł. Ustawa Wilczka to ten kłębek, z którego rozwidlają się już całe sieci, w które złapał się polski biznes. Tego się szuka w tych deregulacjach, a znaleźć łatwo, idąc tylko tropem przyrastania kolejnych przepisów. Nie ma się co męczyć z wymyślaniem postulatów, trzeba tylko pójść tą ścieżką wstecz.

I inicjatywa prezesa Brzoski ma takie cechy. To znaczy znowu powstanie jakaś lista postulatów, łat do kolejnej wersji gospodarczego patchworku. Do oprawienia w ramki i powieszenia na ścianie. Donaldowi to potrzebne, by – tym razem własnymi rękami – biznes miał poczucie, że coś sobie załatwił. Prezes InPostu sprytnie od początku nie chce się wystawić na taką instrumentalną pułapkę, dlatego swą inicjatywę nazwał „Sprawdzamy”, czyli – my zrobimy swoje, ale sprawdzamy ochotę do realizacji tych postulatów przez rząd. A więc wiadomo jak będzie – znowu odbędzie się ten sam rytuał, tylko z wątkiem współuczestniczącym, wytworzy się wrażenie jakichś prac w ważnych kierunkach. Wyniki przyjdą może przed wyborami, ale ich wdrożenie to już po wyborach, a więc weryfikacja intencji nastąpi po akcie wyborczym, będzie więc działaniem tylko na pokaz. Każdy zrobi swoje, rozejdzie się do domów, tylko w Belwederze ma zasiąść ten, co ma zasiąść.

Bo tu nie chodzi o lepsze lub gorsze listy postulatów i pomysłów na deregulację, tylko o cały obraz, nie jego poprawki poprzez łatanie. Ten obraz to kwestia decyzji politycznych, systemowego odejścia od postaw sprzyjających regulacji i przywrócenia wolnorynkowych mechanizmów, zamiast przepisów, które hamują rozwój. Ale równie ważna jest jeszcze jedna sprawa – powiedzmy, że wiemy (choć to wątpliwe dla koherencji całego układu) co chcemy zmienić, wiemy też jaki ma być końcowy obraz, tylko nikt, dosłownie nikt nie zajmuje się sprawą naczelną: jak to zrealizować? Po projektach i naradach zostają jakieś postulaty, ale nikt nie mówi jak to wdrożyć. Mamy jakichś Palikotów, co to stają na stercie papierowych regulacji, jakieś pomysły 5 za jeden, czyli likwidacji pięciu regulacji jeśli chcę się wstawić jedną nową. Nic z tego nie wynika. Takie projekty administracja bierze spokojnie na klatę – nie takie ruchy się już przeżywało i nic się nie działo bez jej woli i wiedzy.

Dieta Dąbrowskiej-Muska

Tu trzeba inaczej. Kiedyś za namową znajomej zapisałem się na program diety pani doktor Dąbrowskiej. Było to w Karpaczu. Clou sprawy polegało na odstawieniu wszystkich szkodliwych rzeczy, łącznie z cukrami i białkami. Schodziło się na warzywa i niezbędne minerały – głodowaliśmy. Przez pierwsze 2-3 dni organizm się jeszcze bronił, w nadziei, że to chwilowe, schodził na niższe obroty, łącznie z mgłą mózgową. Ale jak po tym okresie zorientował się, że to na poważnie, przerzucał bieg na samoodżywianie się. Po prostu zaczął w sobie szukać zapasów do użycia w celu przeżycia. I, co ciekawe, w swej mądrości zabierał się za wszelkie złogi i syf, bez którego spokojnie sobie radził, a które to czynniki zgromadził w sobie w czasie nieprawidłowej diety. Na turnusie było widać jak to działa. Reumatycy, poważnie, odrzucali kule, cukrzycy skakali pod niebo oglądając swoje wyniki. Nawet rakowcy zaczęli się uśmiechać. Działało.

Drugi obrazek – do jakiegoś departamentu w USA wchodzi grupka dwudziestoparolatków. Nic nie kumają co to za instytucja, ale zadają jakieś dziwne pytania, których do tej pory danej administracji nikt nie zadawał: a po co to jest? A ile to kosztuje? A co by się stało, jakby tego nie robić? To któraś z ekip tzw. DODGE, czyli instytucji powołanej pod przywództwem Elona Muska, która ma przetrzepać administrację USA, redukując jej koszty i ułatwiając życie obywatelom i biznesowi. Przez pierwszy okres oni tam się interesowali, dopytywali, ale okazywało się, że administracja mówiła, że wszystko jest oczywiście niezbędne, a każda zmiana oznacza katastrofę w dostarczaniu właśnie tej usługi publicznej. Królował z jednej strony imposybilizm, z drugiej ludzie, którzy byli z zewnątrz i albo bali się robić ruchy drastyczne, albo wycinali rzeczy witalne dla danej instytucji.

Postanowiono więc inaczej – nie będziemy zaglądać w procedury, bo niewiele o nich wiemy, zaś administracja może nam na milion sposobów uzasadnić niezbędność istnienia danych procedur i całych departamentów. Przeszło się więc na „dietę Dąbrowskiej”: obcięło się żywienie na wejściu do instytucji, redukując jej budżet. Czyli mieliśmy czarną skrzynkę jakiejś usługi publicznej, na wejściu jakąś kasę za realizację zadania i na wyjściu jakąś usługę publiczną. Do tej pory odbywało się grzebanie w czarnej skrzynce. Nowi nie wiedzieli o co chodzi, twórcy skrzynkowych rozwiązań tłumaczyli, że usunięcie nawet jednego drucika to zwarcie całego systemu, na co nowi musieli się zgodzić, bo nikt oprócz administracji nie wiedział co to za gęstwina w tej skrzynce. A tu trzeba było zrobić to, co zrobiono – DODGE zaczął od tego, że obcinał takiej instytucji dożywianie na wejściu i wymagał na wyjściu i tak dostarczenia usługi publicznej. Tym, jak to dowieść miała się zająć sama administracja, bo to ona wiedziała jak wyciąć swe złogi wewnętrzne, by się wyrobić za zredukowaną kasę na dowiezienie na wyjściu tego, na co się umówiliśmy.

Sprawa się więc upraszcza, nie trzeba włazić w tysiące procedur, sama struktura ma się wymyśleć od nowa, my zaś tylko patrzymy na wyjście. A trzeba nam wiedzieć, że jest co obcinać. Od dawna administracja objawia tendencję do samoistnienia. Staje się wielkim biurowcem wzajemnych procedur, tak wewnętrznie powiązanych, że świat zewnętrzny jest jej już coraz mniej potrzebny. Czyli jest wsobna, robi w tej czarnej skrzynce w gruncie rzeczy na samą siebie. Widać to, jak się przyjdzie do urzędu: petent jest tam wręcz elementem zbędnym, przeszkadzającym w pracy. W końcu strefy obsługi petenta, to tylko parę okienek – nad nimi szumią całe piętra pań, co to piszą do pań piętro wyżej, albo i do innych pań w innym biurowcu, w innej dzielnicy. Redukcjonistyczny system DODGE zadając pytania „a po co to?” doszedł już do takich rozwiązań, że przystąpiono do likwidacji całego federalnego departamentu edukacji: jak się potrząsnęło tą czarną skrzynką, to się okazało, że nie ma się co martwić co jest w środku, bo wyszło, że to co na wyjściu jest tak słabe i szkodliwe, że nawet lepiej się w ogóle bez tego obejść.

Wyciąganie się z bagna

I bez takich prostych, acz skutecznych rozwiązań, będą się odbywały bez końca takie narady, będzie o informacji, nie zaś o wiedzy, czyli obędzie się bez wyciągnięcia z faktów istoty zagadnienia. Będą się mnożyły listy postulatów pisane na Berdyczów, przeciwko regulacjom, podpisywane przez tych regulacji autorów. Zadanie reformy będzie się oddawało w ręce administracji, a ta, by się zreformować, musiałaby, jak baron Munchausen – wyciągnąć się sama za włosy z bagna. A nad tym wszystkim będzie wisiał wyłącznie PR, by opędzlować przed kolejnymi wyborami którąś z potrzebnych do wygrania grup społecznych. Bez rozwiązywania konkretnych problemów, bo na końcu nikt nikogo nie będzie trzymał za słowo, gdzie sprzeczne obietnice znikają jak internetowe rolki dzień po objawieniu, w krótkiej pamięci podręcznej suwerena, wypełniając co dzień pustkę po wczorajszym przekazie. I nikt nie powie, panie prezesie – sprawdzamy… 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

UE promuje Islam jako „nową religię dla Europejczyków”

UE promuje Islam jako „nową religię dla Europejczyków”

https://www.magnapolonia/ue-promuje-islam-jako-nowa-religie-dla-europejczykow

Unia Europejska sfinansowała projekt o nazwie „Biały islam: nowa religia dla Europejczyków”, którego celem jest wspieranie autochtonicznych białych konwertytów na Islam i obrona Islamu przed „ruchami antyislamskimi, które rzucają wyzwanie liberalnym demokracjom poprzez islamofobię”.

UE promuje Islam jako „nową religię dla Europejczyków”. Projekt ten znany pod akronimem WhIsE dysponuje łącznym budżetem w wysokości 271 052,16 euro, w całości finansowanym przez Komisję Europejską w ramach działania „Doskonałość naukowa” im. Marii Skłodowskiej-Curie (sic!).

Projekt jest koordynowany przez Uniwersytet w Amsterdamie, a ma trwać do września 2025 roku. WhIsE ma na celu nie tylko przeciwdziałanie „populistycznym i nacjonalistycznym dyskursom, które wykorzystują wartości chrześcijańskie do przeciwstawiania się islamowi”, ale także przedstawienie islamu jako użytecznego narzędzia do krytyki liberalizmu gospodarczego i kulturowego w Europie. Projekt WhIsE bada „złożony i nieliniowy związek między europejskim konserwatyzmem a islamskim dziedzictwem intelektualnym”.

Chodzi o dowodzenie, że relacja między Islamem a europejską myślą konserwatywną nie powinna być postrzegana wyłącznie jako konfliktowa. Według Komisji Europejskiej, możliwe jest znalezienie przestrzeni dla konwergencji pomiędzy dwiema tradycjami ideologicznymi. W ten sposób głównym celem projektu jest wspieranie finansowe i organizacyjne europejskich konwertytów na Islam, jak też „krytycznego przeglądu intelektualnej historii kontynentu z perspektywy dekolonialnej”.

NASZ KOMENTARZ: Eurokomunistyczna teoria konwergencji religijno-kulturalnej, jako wzajemnego przenikania się cywilizacji łacińskiej i arabskiej nie jest czymś nowym. W latach 70. Zbigniew Brzeziński głosił teorię konwergencji polityczno-gospodarczej, jako stopniowego zacierania różnic i przenikania się systemu komunistycznego z kapitalistycznym. Była ona zgodna z dążeniami sowietów, postulujących „pokojowe współistnienie” i budowę „wzajemnego zaufania” Wschodu z Zachodem.

W praktyce chodziło oczywiście o uśpienie czujności Zachodu i wprowadzanie elementów komunizmu w Zachodniej Europie oraz USA, czego pogrobowcami są genderyzm (neołysenkizm), tolerancjonizm, klimatyzm i szerzej, ideologia WOKE.

Według badacza masonerii, doktora Stanisława Krajskiego, wolnomularze wyższych stopni wtajemniczenia, przechodzą na Islam. Czy to kolejny przypadek?

[Głownie na sufizm. Ti taki b. gnostycki odłam islamu. md]

Polecamy również: Państwowe muzeum w Warszawie oskarża Polaków o kolonializm

Wojna, pieniądze i centaury

Stanisław Michalkiewicz: Wojna, pieniądze i centaury magnapolonia/michalkiewicz-wojna-pieniadze-i-centaury

2 kwietnia amerykański prezydent Donald Trump wypowiedział w imieniu Stanów Zjednoczonych wojnę handlową reszcie świata. Nie tylko tradycyjnym nieprzyjaciołom Ameryki, ale przede wszystkim – jej przyjaciołom, czyli wasalom. Jak bowiem powiedział prezydent Trump w okazjonalnym przemówieniu, ci przyjaciele okazywali się gorsi od wrogów. To się często zdarza – o czym świadczy popularne porzekadło: chroń mnie Panie Boże od przyjaciół, bo z wrogami jakoś sobie poradzę.

Więc zgodnie z zapowiedzią prezydenta Trumpa nałożone zostały cła 20 procentowe – na Unię Europejską, a na Chiny – nawet ponad 30-procentowe. Komentatorzy powiadają w związku z  tym, że prezydent Trump wysadził w ten sposób w powietrze cały światowy porządek ekonomiczny, jaki ukształtował się po ogłoszeniu końca “zimnej wojny”. Warto przypomnieć, że już raz coś podobnego się zdarzyło; oto 15 sierpnia 1971 roku prezydent Nixon wysadził w powietrze światowy system finansowy, ukształtowany w 1944 roku na konferencji w Bretton Woods.

Wprawdzie w 1944 roku USA nie wymieniały już dolarów na złoto w stosunkach detalicznych, ale zachowały wymienialność dolara w transakcjach międzynarodowych. Dzięki temu dolar zachowywał standard złota i na nim właśnie opierał się światowy system finansowy. Inne waluty odnosiły swoją wartość do dolara i tak to funkcjonowało aż do lat 60-tych. W latach 60-tych bowiem pojawiły się wielkie ilości amerykańskich dolarów poza granicami USA.

Były to tzw. “eurodolary”, które udało się zgromadzić państwom europejskim, korzystającym z “Planu Marshalla” – oraz tzw. “petrodolary”, które zgromadziły kraje naftowe, dzięki gwałtownemu rozwojowi motoryzacji i komunikacji lotniczej po II wojnie światowej. Te eurodolary i petrodolary stwarzały pewien problem dla Ameryki, bo gwoli podtrzymania parytetu dolara, USA musiały od czasu do czasu  sprzedawać złoto ze swoich rezerw, co budziło w Ameryce krytykę – że cały świat korzysta z dobrodziejstw stabilnego systemu finansowego, ale tylko Ameryka musi za to płacić.

Ci krytycy taktownie nie pamiętali, że z faktu, iż dolar stanowi walutę światową, Stany Zjednoczone ciągną grubą rentę. I kiedy w 1971 roku Francja zagroziła, że zażąda wymiany wszystkich swoich eurodolarów na amerykańskie złoto, prezydent  Nixon uznał, że zabawa posuwa się za daleko i ogłosił, ze USA odstępują od porozumienia z Bretton Woods. W ten sposób od 15 sierpnia 1971 roku świat odszedł od standardu złota i w obiegu pojawił się tzw. :pieniądz fiducjarny”, to znaczy taki, który ma wartość dlatego, że ludzie wierzą, że ma wartość.

W rezultacie upadła ostatnia bariera przed pokusą produkcji “pustego” pieniądza przez banki emisyjne, które są dodatkowo zachęcane do tego przez rządy, bo to rodzi inflację, czyli tzw. “podatek emisyjny”, przy pomocy którego lokalne biurokratyczne gangi grabią współobywateli. O skali produkcji “pustego” pieniądza świadczy okoliczność, że gdy na Dalekim Wschodzie wybuchł kryzys finansowy, to przy okazji wydało się, że na świecie obraca się sumami pieniędzy kilkakrotnie przekraczającymi wartość bogactwa, jakie w ogóle istnieje na Ziemi.

W rezultacie stopniowo przestało mieć znaczenie, ile kto produkuje węgla, stali, ropy i tak dalej – a na czoło wiadomości gospodarczych  wysforowały się rewelacje, jak jeden grandziarz finansowy wydymał drugiego finansowego grandziarza – od czego przecież bogactwa nie przybywa.

Ale nie jestem pewien, czy intencją prezydenta Trumpa jest rzeczywiście w wysadzenie w powietrze dotychczasowego ładu gospodarczego. Jak wynika z jego przemówienia, żywi on nadzieję, że państwa zaatakowane amerykańskimi cłami opamiętają się i obniżą  swoje taryfy celne, dzięki czemu sytuacja wróci do normy i wojna celna będzie mogła się zakończyć.

Tymczasem gdy na naszych oczach chwieją się fundamenty świata, nasi Umiłowani Przywódcy dali w Sejmie przedstawienie, które potwierdza w całej rozciągłości, że uprawianie prawdziwej polityki mają oni surowo zakazane, w związku z czym skazani są na zajmowanie się tzw. “pierdołami”. No więc Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński stanął obok mównicy sejmowej, na której brylował Wielce Czcigodny Roman Giertych i nazwał go “sadystą” i “łobuzem”.

Potem, kiedy wicemarszałek Zgorzelski wyłączył mikrofony przy mównicy, Naczelnik Państwa miał dodatkowo nazwać Wielce Czcigodnego Romana Giertycha “śmierdzielem” i “mordercą”. Musiało to zrobić wrażenie na Wielce Czcigodnym, bo wieczorem musiała go utulać w tej żałości resortowa “Stokrotka”, czyli pani red. Olejnik, która nieomal przygarnęła go do wezbranej współczuciem piersi.  Na zaczepki ze strony Naczelnika Państwa Wielce Czcigodny Roman Giertych poinformował całą Polskę, że obstalował sobie badanie swego drzewa ginekolo… – to znaczy pardon; jakiego tam znowu “ginekologicznego”?

Nie żadnego “ginekologicznego”, tylko oczywiście – genealogicznego. Stamtąd dowiedział się, że jest wujem Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, więc zaproponował mu, by mówił mu on: “wuju”. Naczelnik Państwa ani myślał zadośćuczynić tej propozycji, ale dzięki informacji o obstalowaniu sobie przez Wielce Czcigodnego  badania drzewa genealogicznego, natychmiast pojawiły się na mieście fałszywe pogłoski, jakoby Wielce Czcigodny Roman Giertych był w prostej linii potomkiem rzymskiego senatora imieniem Incitatus. Ten senator był koniem, którego do Senatu wprowadził cesarz Kaligula i nawet dodał mu do towarzystwa klacz Penelopę, z która senator Incitatus dochował się potomstwa. Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach, jakoby Wielce Czcigodny pochodził w prostej linii od Incitatusa i Penelopy, nie ma ani słowa prawdy, bo w przeciwnym razie Wielce Czcigodny Roman Giertych musiałby być centaurem, a według ekspertów istnienie centaurów nie zostało naukowo potwierdzone. Co prawda znaleźli się u nas świadkowie, którzy widzieli żywego centaura.

Było to w czasach stalinowskich, kiedy w Królikarni urządzono wystawę obrazów Pabla Picassa. Picasso był członkiem Partii Komunistycznej, więc jego obrazy uchodziły za szalenie postępowe, jednak u działaczy ukształtowanych przez socrealizm, wzbudzały odruchy wymiotne. Jeden z takich działaczy, już ostatkiem sił powstrzymujący wspomniane odruchy, trafił wreszcie do ostatniej sali, gdzie był wystawiony realistyczny obraz Picassa, przedstawiający centaura. – “A jednak to wielki artysta – zakrzyknął z ulgą działacz – Centaur, jak żywy!”

Widocznie gdzieś widział żywego centaura – ale nie takie rzeczy ludzie wtedy widywali.

Inna sprawa, że gdy się tak uważnie przyjrzeć Wielce Czcigodnemu, to pewne skojarzenia się narzucają – ale ani słowa więcej – bo jeden proces mi wystarczy.

Czy zastąpią nas „nowi Polacy”?

magnapolonia/czy-zastapia-nas-nowi-polacy

Michał Murgrabia: Czy zastąpią nas „nowi Polacy”?

Michał Murgrabia: Czy zastąpią nas „nowi Polacy”?

Nasi umiłowani rządzący, zarówno z lewej, jak i z tzw. prawej strony, starają się wykonywać polecenia brukselskich eurokomunistów i to bez zbędnego ociągania się. Na potrzeby polityki wewnętrznej zarzekają się jedni przez drugich, że nie przyjmą żadnego imigranta w ramach narzuconego nam Paktu Migracyjnego. Jak to wyjdzie? Możemy się domyślać. Ba! Możemy być praktycznie pewni, że nas okłamią. Czego dotyczy Pakt? Pakt zakłada wdrożenie systemu relokacji imigrantów.

Nowe przepisy mają sprawić, że ujednolicone zostanie prawo oraz procedury na szczeblach krajowych, w zakresie kwestii azylowych oraz szeroko rozumianej polityki migracyjnej w UE. Usprawnione zarządzanie migracją zakłada, że pomiędzy kraje członkowskie UE będą rozdzielani imigranci, oczywiście wedle uznania starszych i mądrzejszych, komu i ile. O ilu osobach jest zatem mowa?

Pomiędzy poszczególne państwa będzie trzeba przymusowo rozlokować co najmniej 30 tys. osób rocznie. Powie ktoś, że to i dużo i mało. Być może i mało, w końcu to tylko ilość odpowiadająca małemu miastu, a te mają to do siebie, że są małe.

Dochodzi do tego jednak cała masa niekontrolowanych pokonywaczy przemytniczych szlaków. W przypadku odmowy państwa te będą miały tylko jedną alternatywę – zapłacić ekwiwalent finansowy w wysokości 20 tys. euro za każdą nieprzyjętą osobę.

Jak widać wyłamywanie się z „dobrowolnej” solidarności słono kosztuje. Określenia „dobrowolna” użyli sami eurokomuniści. My wiemy jednak, że istnieją miękkie formy nacisku, takie jak działania lobby, szantaż, bądź skorumpowanie polityków. Przewidziano również mechanizm wzmocnionej solidarności, dla sytuacji nagłych. Załóżmy, że na greckim wybrzeżu desantują się nachodźcy, a u nas zdążyła już nieco osłabnąć gorliwość imigrantów na granicy z Białorusią, a do tego unijna wierchuszka już o tym zdążyła zapomnieć.

Co wtedy? Być może zostaniemy wskazani jakimś niewybranym przez nikogo palcem, jako ci, którzy mają otworzyć drzwi obcym. W przeciwnym razie zostanie nam podsunięta pod nos czapka i będziemy musieli dorzucić się cwaniakom do ich euro-garnuszka. W najlepszym razie trzeba będzie płacić wysokie kary, choć nie jest to wcale takie pewne, że pozwolą nam się z tego w ten sposób wykpić.

To tyle, jeśli idzie o Pakt Migracyjny. Przejdźmy do naszych polskich realiów i tego co nam początkowo szykował PiS, a teraz wdraża PO. Prawdopodobnie są to podwaliny pod realizację bandyckich unijnych postanowień relokacyjnych. Z naszej strony bardzo mocno w sprawę masowej imigracji zaangażowało się Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej, a konkretniej Departament Pomocy i Integracji Społecznej. Ono bowiem widnieje jako organ odpowiedzialny z ramienia polskiego rządu, w dokumentach określających wymiar i metodę organizacji pracy Centrów Integracji Cudzoziemców.

W ramach tego „wspaniałego” planu ma zostać utworzonych 49 takich centrów. Mają powstać w każdym byłym i obecnym mieście wojewódzkim. W ramach programu pilotażowego przeprowadzonego za rządu PiS, powstało przynajmniej kilka takich Centrów: 5 w Wielkopolsce, 1 w Opolu i 1 w Rzeszowie.

PO kontynuuje tylko działania swoich poprzedników.

Co zawierają wytyczne sygnowane logiem Ministerstwa Rodziny (sic!)? Wytyczne mają przybliżyć „sposób działania” podmiotom chcącym „otworzyć i prowadzić takie Centrum”. Istnieją trzy modele organizacji Centrów: albo organizują je Urzędy Marszałkowskie, albo jednostki Samorządu Terytorialnego, albo zewnętrzne podmioty, które wygrają nabór. Przeważa właśnie ten trzeci model. Zdecydowaną większość naborów, ponad połowę, przeprowadzaną w poszczególnych województwach, wygrał… Caritas.

Być może dlatego, że dysponuje zapleczem logistycznym oraz posiada nieruchomości w większości takich miast, a być może wynika to z jeszcze innych powodów, o których wie tylko znajomy królika.

Jednym ze źródeł finansowania Centrów jest unijny Fundusz Azylu, Migracji i Integracji (w skrócie FAMI), którym zarządza Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Właściwym ministrem jest więc Tomasz Siemoniak (PO). Organizatorzy Centrów mogą pozyskiwać inne źródła finansowania, u różnych sponsorów. Nie zabraknie również wkładu z budżetu państwa. Częściowo więc za własne pieniądze kupujemy sznur, na którym chcą nas powiesić.

Centra mają być zorganizowane w oparciu o model One-Stop-Shop. Na czym to polega? Chodzi o zapewnienie możliwie szerokiego dostępu do usług oraz informacji w jednym miejscu. Zgodnie z wytycznymi ma to pozwolić na zminimalizowanie konieczności „szukania i korzystania z wielu źródeł, (…) zapewniając szeroki wybór i wsparcie w jednym centralnym punkcie”.

Nie chodzi też wyłącznie o „dostarczenie usług w znaczeniu formalnym, ale również o promowanie aktywnego uczestnictwa i zaangażowania cudzoziemców w życie społeczne i kulturalne Polski. (…) To miejsce, gdzie migranci mogą kontaktować się i zacieśniać relacje z Polakami, przede wszystkim z mieszkańcami lokalnej społeczności, co przyczynia się do budowania więzi międzykulturowych”.

Pytał nas ktoś czy tego chcemy? A tak swoją drogą czy to nie brzmi pięknie? Nie. To brzmi naiwnie i propagandowo. Papier wszystko przyjmie i wiele rzeczy na papierze wygląda dobrze. W praktyce wygląda to jednak zupełnie inaczej. Z samego dokumentu możemy się dowiedzieć np., że może dojść do sytuacji, w której „w danym regionie zostanie zidentyfikowana potrzeba utworzenia kilku Centrów”, bo „niniejsze Wytyczne nie wykluczają również rozwiązania, w którym więcej niż jedno Centrum będzie utworzone w jednym ośrodku miejskim”.

To spotkało Łódź. Tam, według różnych źródeł, planuje się utworzenie 5 lub nawet 9 takich Centrów.

Mieszkańcy lokalnych społeczności dotychczas żyli swoim spokojnym życiem, choć pewnie często niełatwym, aż ktoś nagle postanowił ich na siłę uszczęśliwić. W wytycznych podkreślono, że miejscowe społeczności goszczą „na swoim terenie cudzoziemców”. Sęk w tym, że my ich nie gościmy, nam ich narzuca się siłą. Gościa zapraszamy, bo chcemy, a intruz pojawia się nieproszony. Tak jest w tym przypadku. Do tego dorobiono propagandę i PR, a w tle ktoś już liczy spore pieniądze.

Budżet FAMI przewiduje bowiem wypłacenie podmiotom, które wezmą na siebie tworzenie Centrów Integracji Cudzoziemców (CIC) na obszarze Polski blisko 433 milionów zł. Dotacje z UE są takie kuszące, że krzywda i strach lokalnej społeczności staje się tylko pewnym kosztem, na który stać tych, którzy są prawdziwymi beneficjentami Centrów Integracji Cudzoziemców. Omówimy tutaj tylko formalnych beneficjentów, a nie tych, którzy siedzą w bezpiecznym miejscu.

Dokument wspomina o trzech odrębnych grupach beneficjentów, którym Centra, a dokładniej model One-Stop-Shop wdrażany w centrach, ma przynieść korzyści. Tymi grupami są: imigranci, instytucje obsługujące Centra i my, zwykli Polacy. Podkreśla się przy tym, że CICe są „rozwiązaniem słusznym, niosącym korzyści dla samych beneficjentów jak i dla całej tkanki społecznej w regionie”. Gdy dokument mówi o beneficjentach mowa jest zazwyczaj o cudzoziemcach, względnie o instytucjach. O nas, Polakach, pojawia się tylko kilka w zasadzie mało istotnych wzmianek.

Zakłada się przy tym z góry, że owa tkanka społeczna, którą stanowimy, czy to lokalna czy regionalna, chce tego samego co założyciele projektu i podziela optymizm osób, które wdrażają opisywane tutaj rozwiązania.

Jak wiemy dotychczas zablokowano utworzenie takich ośrodków w Gminie Niedźwiedź (mieszkańcy zebrali 1500 podpisów pod swoją petycją), podobnie w Brzegu, tam również zebrano podpisy pod petycją, a radni ją jednogłośnie poparli.

W Suwałkach prezydent oznajmił, że nie wykona decyzji wojewody w tej sprawie, a w Siedlcach, również na podstawie petycji mieszkańców, przygotowano uchwałę przeciwko utworzeniu CIC, którą radni poparli jednogłośnie. Na początku kwietnia odbył się również protest przeciwko utworzeniu CIC w Płocku. Czy to świadczy o naszym entuzjazmie i otwartych ramionach, czy raczej o sprzeciwie opartym na doświadczeniu płynącym z Zachodu? Jak widać, mimo całej propagandy, chcemy być mądrzy przed szkodą. Oby było nas coraz więcej.

Wróćmy jednak do owych korzyści, które mają odnieść imigranci korzystający z pomocy Centrów, ale i „samych instytucji i organizacji oferujących konkretne usługi” w tych Centrach, które również odniosą z tego ogromne korzyści. O jakich korzyściach mówi dokument? O wszelakich. Opisano w nim taki zakres wsparcia, o jakim wielu Polaków może co najwyżej pomarzyć. Usługi, a raczej przywileje, oferowane w Centrach obejmują możliwość załatwienia wielu spraw lub skorzystania „z różnorodnych usług w jednym miejscu”, co oszczędzi imigrantom ich „czas i wysiłek”, a przy tym „minimalizuje powielanie działań oraz biurokrację”.

Cudzoziemcy mają mieć „wygodę, uproszczenie procesów i zwiększoną efektywność kompleksowego wsparcia (…) w procesie decyzyjnym”. Ponadto mają mieć „jasny dostęp do informacji i usług”, a współpraca pomiędzy instytucjami ma doprowadzić do „lepszej koordynacji i efektywnego rozwiązywania [ich] problemów”. Należy tak im świadczyć pomoc, aby ułatwić im „proces podejmowania decyzji” oraz usprawniać komunikację i jak najlepsze zrozumienie, w tym przezwyciężenie bariery językowej.

Przede wszystkim należy dążyć do tego, aby „poprawić doświadczenie beneficjenta” i zadbać o jego dobre samopoczucie. Tym, którzy będą potrzebowali „szybkiego załatwienia wielu spraw” należy umożliwić „skrócenie czasu oczekiwania na rezultaty” i w możliwie największym stopniu „ułatwić im dostęp do niezbędnych dla nich usług”. Ponadto powinno się „dostosowywać ofertę, do indywidualnych potrzeb beneficjentów” i udzielać im wsparcia „tak długo, jak długo jest to niezbędne dla ich potrzeb”, co jasnym jest, że sprzyjać będzie pasożytnictwu.

Ponad wszystko wsłuchiwać się należy w zgłaszane przez nich wszelkie uwagi. A Polak? Niech czeka w kolejce, bo dla niego są zwykłe terminy administracyjne i nie potrzebuje uprzywilejowanego traktowania.

Co oferować będą Centra? Nie każde realizować będzie pełen pakiet zalecanych usług zawartych w Wytycznych. Mimo to oferta jest imponująca, obejmuje bowiem naukę języka polskiego, pomoc asystentów adaptacyjnych, punkt informacyjny, wsparcie prawne i psychologiczne, kursy adaptacyjne, wsparcie psychospołeczne, doradztwo zawodowe, tłumaczenia zwykłe oraz przysięgłe dokumentów, czy zespoły mobilne. A to wszystko bezpłatnie. Ze względu na długość artykułu omówię tylko kilka z nich.

Wadą kursu języka polskiego jest jego niska efektywność, co przyznają nawet pomysłodawcy projektu, piszą oni bowiem, że „praktyka pokazuje jednak, że liczba godzin określonych w rozporządzeniu nie jest wystarczająca”. Dobrze byłoby więc, żeby „cudzoziemcy mieli możliwość uczenia się na kursach językowych, które w swoim założeniu będą obejmować znacznie większą liczbę godzin”. Kto ma im to zapewnić? Ministerstwo wskazuje na to, że ważne jest, aby imigrantów zachęcać do nauki języka polskiego i „zapewnić odpowiednie działania motywujące”.

Ważne jest, aby byli obecni, pilni i zmotywowani. Co więc proponują? Pobiorą od nich zwrotną kaucję. Skąd nachodźcy wezmą na to pieniądze? Czy z własnej kieszeni czy z naszych podatków? Ponadto po przekroczeniu jakiegoś progu nieobecności poinformuje się ich o „wykreśleniu z listy słuchaczy”. Z pewnością się tym przejmą. Do tego proponuje się nagrody za 100% frekwencję. Co ma być tą nagrodą i kto ją sfinansuje?

Jeśli to będzie nagroda pieniężna to jakiej wysokości? Oczywistym jest, że sama obecność na zajęciach nie oznacza, że ktoś się przykłada. Na tym nie koniec, warto bowiem „stworzyć możliwość nauki (…) częściowo online”. Kto zatem opłaci zakup komputerów lub innych urządzeń do nauki? Kto zapewni i pokryje koszt dostępu do Internetu? A wreszcie kto zabezpieczy zakupiony sprzęt przed ewentualną kradzieżą, zniszczeniem lub niewłaściwym użytkowaniem? Widocznie stać nas na to.

W ramach doradztwa zawodowego imigranci będą kierowani na „szkolenia podnoszące kompetencje zawodowe”. Doradztwo obejmuje także „przygotowanie dokumentów aplikacyjnych na dane stanowiska pracy”, czy „do rozmowy kwalifikacyjnej”.  Natomiast w ramach wsparcia psycho-społecznego będą mogli korzystać z warsztatów arte-terapeutycznych, zajęć sportowych, warsztatów antystresowych, warsztatów kulinarnych czy wyjść do teatru i na koncerty.

Do tego wszystkiego oferuje się możliwość „celebrowania świąt i uroczystości ważnych dla cudzoziemców i społeczeństwa przyjmującego”. Co to oznacza? Mamy udawać, że świętujemy z nimi ramadan, a może będziemy wspólnie czytać Koran? To tylko próbka szerokiego wachlarza możliwości oferowanych w Centrach. Wszystko za free.

W jakich godzinach pracują w Polsce urzędy? Zwykle trzeba poświęcić dzień wolnego, aby coś załatwić. Specjalnie dla imigrantów „punkt informacyjny ulokowany w Centrum Integracji Cudzoziemców powinien być dostępny 5 dni w tygodniu (…) co najmniej w jednym dniu do godziny 19:00”. Na Polaków nikt nie czeka w urzędzie do 19.00. Na tym jednak nie koniec. W dokumencie wyraźnie zaznaczono, że „udzielanie pomocy będzie obejmować o wiele szerszy zakres niż wyżej wymieniony”. To oznacza spełnianie praktycznie wszystkich możliwych oczekiwań przybyszów.

Polak, a tym bardziej przedsiębiorca, traktowany jest we własnym kraju prawie jak złodziej. Czy kiedykolwiek byliśmy postrzegani, przez władzę różnego szczebla, tak jak imigranci, chociażby w omawianym przeze mnie dokumencie? Czy ktoś chciał nam w jakimkolwiek urzędzie, aż tak nadskakiwać? Widocznie w oczach rządzących imigranci stanowią niebywałą wartość, większą niż tubylcy. Zresztą kto by się tam nami przejmował, jesteśmy w końcu tylko obywatelami drugiej kategorii.

Wniosek nasuwa się sam: Imigranci znajdą się w korzystniejszej sytuacji niż my. Moje słowa, przynajmniej pośrednio, podzielają sami twórcy tego dokumentu, ponieważ jak stwierdzają, „Korzystanie z pomocy niesionej w Centrach (…) może być postrzegane negatywnie przez społeczność lokalną, ponieważ usługi oferowane w Centrach są darmowe dla beneficjentów i cudzoziemcy mogą być postrzegani jako konkurencja”.

To akurat nie jest największy problem. To czego się obawiamy to wzrost przestępczości i powstawanie skupisk, które de facto wyłączą części miast z użytkowania, chociażby dlatego, że powstaną tam narkotykowe getta. Swojego czasu spierałem się z Zandbergiem, który przy świadkach zaprzeczał jakoby we Francji miały istnieć tzw. strefy No-Go. Chodzi o miejsca, do których nie wjeżdżają praktycznie żadne służby ze względu na wysoką przestępczość i gettoizację tych obszarów. Twórcy Wytycznych widzą sprawy jednak inaczej.

Podkreślono w nich, że „najważniejsze jest bezpieczeństwo beneficjentów” (nie mylić z Polakami!). Mało tego, przestrzega się przed zagrożeniem z naszej strony, ponieważ „należy mieć na uwadze, że utworzenie Centrum może mieć nie tylko pozytywny wpływ na zachowania okolicznych mieszkańców”. Jeśli nie pozytywny, to jaki? Sugeruje się, że to nas mogą się obawiać cudzoziemcy, a nie my ich. Cóż za absurd! Czy to nie my powinniśmy obawiać się coraz większej ilości Gruzinów, Czeczenów i Kolumbijczyków[1] przybywających do Polski?

Wśród słabych stron Centrów nie wymienia się żadnego punktu, który dotyczyłby mieszkańców. Dla nas to przecież same plusy. Jakie? Dokument wymienia trzy korzyści, ale o nich za chwilę. Zasadniczo o mieszkańcach wspomina się mimochodem, prawie nas się w tym dokumencie pomija, a jak już się pojawiamy, to zwykle przedstawia się nas w negatywnym świetle. W dokumencie podkreślono jedną ważną rzecz, że CIC działa „w interesie mieszkańców”. Jakie nasze sprawy będą tam realizowane? Żadne.

Dokument mówi natomiast, choć dość zdawkowo o tym, że obecność takiego Centrum wpłynie na „bezpieczeństwo publiczne, demografię czy rozwój gospodarczy”. Oto owe korzyści. W Wytycznych dosłownie poświęcono temu jedno zdanie (sic!), ale nie wyjaśniono tego co przez to rozumieją inicjatorzy projektu.

Zrobię to więc za nich.

Jak zamierza się zapewnić bezpieczeństwo publiczne? Nie wyobrażam sobie, żeby monitorowano każdego przebywającego w danym mieście cudzoziemca albo zwiększono ilość patroli policyjnych, ponieważ te cierpią na poważne braki kadrowe. Ewidentnie jest to wyłącznie przejaw naiwności. Zachód, znacznie lepiej przygotowany od nas pod tym względem, zupełnie nie radzi sobie z sytuacją.

Jak skomentować to, że element napływowy, obcy nam, ma zamiast nas, bądź obok nas, wpływać na poziom demografii w Polsce? Czy nie chodzi o podmianę społeczeństwa? Jeśli tak wygląda to na zaplanowaną dla nas przyszłość, to może się wkrótce okazać, że będziemy nie autochtonami, a mniejszością we własnym kraju. Oczywiście początkowo nie w skali makro, ale w skali mikro już tak.

Finalnie Polska zmieni się w jeden wielki bałagan. W dłuższej perspektywie oznacza to bowiem trwałą zmianę strukturalną lokalnych społeczności, a w ogólnym kontekście całej Polski. Rządzący braki w ludziach chcą uzupełnić przybyszami i ich potomstwem. To na nich się stawia w tej kwestii. Czy najlepszy dowodem na to nie jest fakt, że Wytyczne sygnowane są przez Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej?

Nieustannie podtrzymuje się narrację jakoby pierwszymi w kolejności beneficjentami Centrów były „osoby będące w kryzysie uchodźczym”, bądź „z doświadczeniem uchodźczym”. Na pierwszym miejscu wymienia się tych, którzy są „uchodźcami wojennymi”. Czy imigranci relokowani w ramach Paktu Imigracyjnego to uchodźcy wojenni? Czy my, jako Polska, mamy obowiązek jako pierwsi przyjmować imigrantów z Bliskiego Wschodu, którzy uciekają np. przed terroryzmem lub nawet przed wojną? Czy Polska jest dla nich najbliższym sąsiadem, w którym nie toczy się wojna? Oczywiście to tzw. „pytanie retoryczne”.

W mojej ocenie to jest próba wywierania emocjonalnego szantażu na Polakach, którzy łatwiej się zlitują nad uchodźcą wojennym niż imigrantem zarobkowym. Gdyby pominąć specyfikę uchodźców z Ukrainy, okazałoby się, że większość imigrantów przybywających do Polski, to właśnie ludzie poszukujący lepszego i dostateczniejszego życia. Nie dajmy się szantażować. Rozwoju gospodarczego nie zapewnią nam ani osoby straumatyzowane wojną, ani „inżynierowie” z Afryki czy Bliskiego Wschodu.

Wspominam o nich, ponieważ stale wzrasta ilość imigrantów z krajów gdzie główną religią jest islam, czyli Turcja, Somalia, Erytrea, Etiopia, Afganistan, Jemen, Tadżykistan, Egipt, Sudan, Pakistan, Irak, Iran czy Maroko.

Na koniec przywołam trochę liczb, ponieważ dobrze byłoby je zapamiętać. Wytyczne sugerują, że miejsce wybrane pod Centrum powinno znajdować się w centrum miast, a do tego musi być „dostatecznie reprezentacyjne” (najlepiej hotel pięciogwiazdkowy) i bezpieczne, czyli nie „w częściach miasta, które mają podniesiony współczynnik przestępczości”. Oto zatroszczą się już sami nowoprzybyli -„Polacy”, bo chyba niewielu ma jeszcze jakieś wątpliwości, że dokonywana jest podmiana struktury polskiego społeczeństwa.

Niech liczby uświadomią to tym z nas, do których to jeszcze nie w pełni dotarło. Począwszy od 2023 r. do lutego 2025 r., złożono ponad 1 150 000 wniosków o pobyt w Polsce. Same wnioski rozpatrzono pozytywnie w 87% w 2024 r. i 89% w 2023 r. Znaczna część z cudzoziemców odwołała się od negatywnych decyzji. Skutkowało to zmianą decyzji na pozytywną, w aż 45% w 2023 r. i w około 30% w 2024 r. Ponadto w obydwu latach ponad 10% dalszych wniosków skierowano do ponownego rozpatrzenia, więc liczba pozytywnie rozpatrzonych wniosków z pewnością będzie jeszcze wyższa.

Dane pochodzą z Urzędu do Spraw Cudzoziemców i można je w każdej chwili zweryfikować.

Wniosek jest prosty: nasza granica jest dziurawa jak ser szwajcarski i to jest ostatni moment, żeby zareagować i stawić jakiś opór. Organizujcie się, protestujcie, zbierajcie podpisy pod petycjami, brońcie się! Drugiej szansy możemy już nie dostać.

[1] Kolumbia jest jednym z krajów z najwyższą przestępczością na świecie (odsetek zabójstw z broni palnej).

Polecamy również: Państwowe muzeum w Warszawie oskarża Polaków o kolonializm

Niedziela,dziś: Pokaz filmu „Miało nie żyć” w Oleśnicy to wyłom w oceanie kłamstw

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Śpieszymy z przypomnieniem, że już dziś bardzo ważny pokaz filmu o aborcji „Miało nie żyć” – tuż pod ośrodkiem aborcyjnym w Oleśnicy. Jeśli tylko może Pan być na projekcji lub zna kogoś, kto może tam być – zapraszamy. Godzina 17:30, Oleśnica, Sala Konferencyjna w budynku przy ul. Mikołaja Reja 10, szczegóły na plakacie na dole niniejszej wiadomości.

O sytuacji w szpitalu, który nie chce oficjalnie napisać, ile razy zabił dzieci zastrzykiem z chlorku potasu – w poniższym mailu, którego wysyłał niedawno do Pana nasz Członek Zarządu Krzysztof Kasprzak. 

Serdecznie pozdrawiamy,


Fundacja Życie i Rodzina

www.RatujZycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci,

Szpital w Oleśnicy zabija nawet te dzieci, które w innych szpitalach w Polsce dostały szansę na życie. Ten problem staje się coraz bardziej palący. W ostatnim czasie zabito tam 9-miesięcznego chłopczyka, który był gotowy do porodu i można było wydobyć go i natychmiast oddać do adopcji. Dostał zastrzyk z chlorku potasu wprost w maleńkie serduszko i zmarł na zawał zanim wyjęto go na zewnątrz organizmu matki.

Mało tego, oleśnicki szpital niechętnie odpowiada na pytania o to, jakie metody aborcji są tam stosowane. Proszę wyobrazić sobie, że wciąż nie odpisali na zapytanie, które Fundacja Życie i Rodzina wysłała do nich przeszło miesiąc temu.

Na 155 aborcji wykonanych w 2024 roku, 155 wyraportowali jako przeprowadzone poprzez farmakologiczne wywołanie poronienia. Nie wspomnieli ani słowem ani o chlorku potasu, który wstrzykują dzieciom w serduszka, ani o aborcji próżniowej, czyli rozrywaniu dzieci żywcem na kawałki za pomocą pompy ssącej pod ogromnym ciśnieniem. Tymczasem w mediach notorycznie chwalą się tymi metodami aborcji.

Po otrzymaniu prostych pytań kombinują, jak nie odpowiadać albo jak przedłużać w nieskończoność odesłanie odpowiedzi.

Jak Pan uważa, czego się boją…?

Podczas ostatniej Rady Miasta Oleśnicy radni pytali przedstawicieli szpitala o wspominane wyżej rozbieżności w raportowaniu. Także nie usłyszeli jasnej odpowiedzi, ale polecenie, aby pytania zadali w formie pisemnej.

A przecież pisma w tej sprawie już dawno trafiły do szpitala

Szanowny Panie,

Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji odbywa się pod oleśnickim szpitalem przy ul. Armii Krajowej 1 w każdą 3. niedzielę miesiąca o 14:30. Gromadzi on coraz więcej ludzi i jest znakiem sprzeciwu wobec nieludzkich praktyk dr Gizeli Jagielskiej i jej zespołu.

W Prokuraturze toczy się obecnie sprawa z zawiadomienia, jakie Fundacja Życie i Rodzina złożyła w sprawie bezprawnej aborcji wykonanej przez Jagielską lub jej współpracowników.

Tymczasem pragnę podzielić się z Panem bardzo ważną wiadomością. Dotarliśmy z filmem dokumentalnym o aborcji „Miało nie żyć” właśnie do Oleśnicy.

Projekcja odbędzie się w najbliższą niedzielę 6 kwietnia o godz. 17:30 przy ul. Mikołaja Reja 10 w budynku Biblioteki Publicznej w Sali Konferencyjnej. Jest ona częścią kampanii edukacyjno-informacyjnej o tym, co dzieje się w polskich ośrodkach aborcyjnych – takich jak Oleśnica.

Wstęp na film jest wolny i bezpłatny. Wystarczy przyjść. Zapraszamy na niego wszystkich, którzy tego dnia mogą być na pokazie.

Jednocześnie proszę Pana o wsparcie działań przeciw aborcji w oleśnickim szpitalu.

Wszystkie pokazy filmu organizujemy w taki sposób, aby wejście na projekcję nie było płatne. Oznacza to, że ponosimy koszty logistyczne związane z tournee filmu po Polsce.

Wydatki związane z walką z aborcją w Oleśnicy obejmują także np.

– działania prawne (zawiadomienia, pisma, skargi),

– logistykę związaną z organizacją akcji ulicznych pod szpitalem,

– produkcję, druk i dystrybucję materiałów informacyjnych

oraz wiele innych.

Czy może Pan wesprzeć akcję?

Czy może Pan przekazać kwotę, o której wysokości sam Pan zdecyduje, aby pomóc nam w ratowaniu życia dzieci?

Wpłat można dokonać na numer rachunku: 

Fundacja Życie i Rodzina

47 1160 2202 0000 0004 7838 2230

Kod SWIFT: BIGBPLPW

Lub skorzystać z systemów przelewowych pod linkiem:

www.RatujZycie.pl/wesprzyj.

Pokaz filmu „Miało nie żyć” w Oleśnicy to wyłom w oceanie kłamstw i niedomówień, jakie serwują wszystkim aborterzy.

Oby przyniósł jak największe owoce i wyrwał ludzi z letargu. Trzeba ratować życie dzieci.

Serdecznie Pana pozdrawiam,

Krzysztof KasprzakKrzysztof KasprzakKrzysztof Kasprzak
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Jeszcze raz proszę o wsparcie akcji w Oleśnicy – to obecnie największe centrum aborcyjne w Polsce. Przynosi hańbę całej naszej Ojczyźnie.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA

LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Zamach trwa

Zamach trwa

Yurko

w 15 rocznicę Zamachu smoleńskiego

Obok istniejącego w państwie polskim porządku społeczno-prawnego jaki znaliśmy, a którego już prawie nie ma, mamy nowy, który ujawnił się od tzw. katastrofy smoleńskiej, czyli od momentu kiedy państwowy statek powietrzny przez ówczesną władzę zamieniony został na statek prywatny, pozbawiając w ten sposób Polskę możliwości oficjalnego wyjaśnienia przyczyn śmierci 96 osób z Delegacji Katyńskiej 2010. Jak pamiętamy, rząd Tuska zrobił wszystko, by udaremnić w tej sprawie możliwość wyjaśnienia komukolwiek i czegokolwiek przerzucając odpowiedzialność prawną na Rosję – tj. tzw. komisję MAK płk. Anodiny, której „ustalenia” potem tylko skopiowano przez komisje. Jak wiemy, w Rosji nic nie jest takie jakie nam się wydaje, tak więc i dotąd nie wiadomo co z „wrakiem” tupolewa.

Zjawisko nihilizacji wszystkiego od tamtego czasu przybrało na sile i nabrało zasięgu na wszystkie sfery życia w Polsce. Podmieniano nam władze państwowe, podmieniono samoloty, podmieniono sędziów, podmieniono nauczanie w szkołach, podmienia się pamięć i tożsamość narodową, podmienia kulturę polską na obcą, a religię sprowadza się do kultu dziury ozonowej i walki z klimatem (sic!) a statut rodziny na genderyzm. Mamy do czynienia z siłą nie przebierającą w środkach, która burzy i niszczy wszystko co stoi jej na drodze. Jako polityczni barbarzyńcy przejmują siły zwyciężonego np. patriotyzm i religię. To etyka nowych postmodernistycznych praw ubrana w szaty ekumenizmu i usuwanie krzyża z przestrzeni publicznej. Dla tej grupy ludzi wróg jest konieczny, podtrzymywanie stanu napięcia, wywoływanie strachu i pogarda, gdyż jak w marksizmie – bez wroga nie mają oni racji bytu. Jak widzimy dynamizm niszczenia polskich struktur przybiera z każdym dniem na sile.

…owocem bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda. Badajcie co jest miłe Panu. I nie miejcie udziału w bezowocnych czynach ciemności” Ef 5

By pokazać Państwu na czym polegało oszustwo smoleńskie pokażę dwa duże fragmenty samolotowe, które miały według sprawców uwiarygodnić tragedię smoleńską jako wypadek.

Będzie to najkrótsza definicja oszustwa i dowód zamachu smoleńskiego – 00003≠71.

Co oznacza skrót i dlaczego taki zapis?

00003 to numer jaki nadali Rosjanie prawej burcie przy-salonkowej z napisem w języku angielskim Republic Of Poland. Ten sam napis, ale w języku polskim znajdował się na lewym boku kadłuba samolotu. To rozróżnienie jest ważne dla dalszej analizy.

Ścianka ta jest powszechnie znana z mediów, jak wizytówka zniszczonego samolotu, fotografowana na bocznej płycie lotniska Siewiernyj, gdyż tam ją skądś przywieziono i na razie nie wiemy definitywnie skąd. Nie ma żadnego filmu i fotografii, które by pokazały ten fragment tupolewa w miejscu „wypadku”. Nikt, żadna z komisji dotąd nie była w stanie tego uczynić. Pokazać tę burtę w miejscu „katastrofy”. Także nie mogła tego uczynić żadna ze stacji telewizyjnych, ani producenci filmów dokumentalnych, a także prasa. Nikt. Także „oko wielkiego brata” czyli jakikolwiek satelita.

71 z kolei, to numer – jakim oznaczono inny kawałek złomu na zdjęciu mapy satelitarnej tzw. katastrofy z 12 kwietnia 2010. Ten duży fragment w przeciwieństwie do 00003 został dostrzeżony na pobojowisku przez „wielkiego brata”, lecz gdzieś zaginął i przepadł, bo nie ma go na miejscu gdzie zwożono złom, czyli pod budą na bocznym Siewiernym. Technicznie co może być szokujące, nr 71 choć inaczej zniszczony pochodzi z tego samego miejsca w kadłubie i konstrukcji samolotu. Zlokalizowane po analizach fragmenty – niestety dublują się. Mają część wspólną. Żaden inżynier lotnictwa, uczestnik którejkolwiek komisji nie jest w stanie temu zaprzeczyć.

Jak dwa identyczne dzbany – rozbite – by je na nowo skleić – każda skorupka będzie wołała o swój egzemplarz, gdyż niemożliwe jest, by rozbiły się identycznie.

===================================

4:

5:

6:

Zwycięstwa Różańca świętego. Przypomnienie – konieczne!

Zwycięstwa Różańca świętego. Przypomnienie – konieczne!

Ks. Karol Stehlin, https://gdynia.fsspx.pl/2002/10/01/ks-karol-stehlin-zwyciestwa-rozanca-swietego/

Odmawiajcie codziennie Różaniec!” powtarzała Matka Najświętsza podczas każdego ze swoich sześciu objawień w Fatimie w 1917 roku.

Św. Ludwik Maria Grignon de Montfort tak opisuje apostołów Maryi w czasach ostatecznych: „Na barkach nieść będą zakrwawiony sztandar krzyża, w prawej ręce krucyfiks, różaniec w lewej, święte Imiona Jezusa i Maryi w sercu, a skromność i umartwienie Chrystusa w całym swym postępowaniu”.

Najskuteczniejszą bronią Rycerza Niepokalanej są kulki różańcowe, którymi bombardujemy wroga dusz, aż się nawróci – mówił św. Maksymilian Kolbe.

 =======================

Istnieje całe mnóstwo pism Świętych, podkreślających wagę Różańca świętego. Począwszy od XV wieku papieże zachęcali wiernych do odmawiania tej cudownej modlitwy, a bractwa różańcowe powstawały szczególnie licznie zwłaszcza w chwilach najpoważniejszych dla Kościoła zagrożeń. Sam tylko papież Leon XIII napisał dwanaście listów apostolskich o Różańcu, co samo w sobie jest wydarzeniem bez precedensu w historii Kościoła, nigdy bowiem żaden papież nie napisał tylu encyklik na jeden temat.

Już w swojej pierwszej encyklice „różańcowej” Supremi Apostolatus, Papież przypominał, że św. Dominik „mocą Boskiego światła dostrzegł, że na zło jego wieku nie ma lepszego lekarstwa niż powrót ludzi do Chrystusa, który jest «drogą, prawdą i życiem», przez częste rozważanie zbawienia, które nam zapewnił oraz wypraszanie orędownictwa u Boga tej Dziewicy, której dane jest niszczyć «wszystkie herezje».

Podstawą cudownej skuteczności Różańca św. jest fakt, że Najświętsza Maryja Panna jest pośredniczką wszystkich łask. Dlatego należy stwierdzić, że Różaniec (po Mszy św. i Boskim Oficjum) jest najbardziej skuteczną modlitwą, aby wyjednać nasze osobiste nawrócenie i uświęcenie, a także jest najmocniejszym schronieniem przeciw wrogom katolicyzmu”.

Z kolei w encyklice Laetitiae sanctae Leon XIII uczył, że „tajemnice radosne są dla nas przykładami pokory, cierpliwości w pracy, dobroci względem bliźniego, oraz sumiennego wykonania licznych obowiązków prywatnego życia. Tajemnice bolesne uczą nam cierpliwość w trudach i cierpieniach, a tajemnice chwalebne nam odkrywają nam szczęśliwość, którą Bóg przygotował tym, którzy go miłują”. Każda chwila naszego życia może znaleźć swoje odbicie w jednej z tajemnic różańcowych, które w taki sposób staną się towarzyszami naszych dni. Całe nasze życie może stać się „różańcem”.

Różaniec ma także wymiar społeczny, a nawet polityczny. Przypomnijmy kilka wydarzeń historycznych, przeważnie mało znanych, które pokazują wpływ żarliwej modlitwy różańcowej na losy ludów chrześcijańskich.

Zwycięstwo nad katarami (XIII wiek)

Na początku XIII wieku w Langwedocji, niedługo po objawieniu Matki Bożej św. Dominikowi, Różaniec okazał się zarówno skuteczną bronią w walce z wrogami Kościoła, jak też niezwykle efektywną pomocą dla apostolatu:

Bernard Gui opisał pierwsze zwycięstwo Różańca świętego odniesione nad wrogami Kościoła w Muret niedaleko Tuluzy 12 września 1213 roku. 800 rycerzy katolickich, dowodzonych przez hrabiego Szymona de Montfort, walczyło wówczas przeciwko ok. 34 000 katarów. Tego dnia św. Dominik razem z duchowieństwem i wiernymi udał się do kościoła w Muret i nakazał wszystkim odmawiać Różaniec. Po bitwie kronikarz miasta zapisał: „Zwycięstwo było cudowne: wrogowie padali jeden po drugim jak drzewa w lesie, pod ciosem armii drwali”, a powodem porażki katarów były „róże, które pokorny Dominik przywiózł i zrobił z nich koronki [różańcowe], dzięki którym rycerze odnieśli zwycięstwo”. W ten sposób został przywrócony ład społeczny.

Św. Dominik, pouczony przez samą Matkę Bożą, nie tylko głosił tajemnice Wiary, a także kazał rozważać je przez odmawianie Ojcze Nasz i 10 Zdrowaś Maryjo. Wiedział bowiem, że sama nauka nie wystarczy do nawrócenia – jedynie łaska Boża potrafi kruszyć opór dusz, a łaskę tę można wyjednać tylko przez modlitwę. Św. Tomasz uczył, że jeśli grzesznik sam zaczyna się modlić, to przez modlitwę usuwa, przeszkodę swego nawrócenia[1]. Katarzy wierzyli, że cielesny i zmysłowy świat jest dziełem szatana, dlatego Bóg nie mógł przyjąć ludzkiego ciała w łonie Dziewicy i umierać dla naszego zbawienia. Uznawali za jedyną dopuszczalną modlitwę Ojcze nasz. Jednak św. Dominik zdołał ich przekonać, aby odmawiali także Zdrowaś Maryjo. Skutki były cudowne: w XIII wieku zostało założone w Langwedocji 118 klasztorów, i prawie cały rejon powrócił do wiary katolickiej.

Zwycięstwa nad islamem[2]

Gdy w przeciągu wieków od XVI do XVIII chrześcijańska Europa stanęła w obliczu zagrożenia islamskiego, miała jeszcze dość wiary, by walczyć i zwyciężać, trzymając w rękach różaniec: pod Lepanto (7 października 1571 r.), pod Wiedniem (12 września 1683 r.) i w Peterwardein (26 lipca 1716 r.). Te zwycięstwa stały się również źródłem świąt liturgicznych: Najświętszego Imienia Maryi (12 września) i Matki Bożej Różańcowej (7 października). Już w starożytności Kościół stosował do Najświętszej Maryi Panny słowa 12 rozdziału Apokalipsy: „Luna sub pedibus eius” – „księżyc pod Jej stopami”. Słowa te zrealizowały się dosłownie: islam, walczący pod znakiem półksiężyca, został pokonany przez Tę, która na końcu świata „zetrze głowę węża”.

Zwycięstwa nad protestantyzmem

Rewolucja protestancka z 1517 roku była pierwszym etapem na drodze narodów europejskich ku apostazji. Drugim było utworzenie na początku XVIII wieku masonerii, która wywołała rewolucję 1789 roku, trzecim zaś rewolucja komunistyczna. Protestantyzm odrzucił Kościół, rewolucja francuska zdetronizowała Chrystusa Króla, komunizm usiłował całkowicie usunąć Boga ze świata.

La Rochelle: 1 listopada 1628 roku.

Gdy w XVII wieku protestantyzm zagroził królestwu Francji, po raz kolejny znalazło ono ratunek w Różańcu. Dowodzący silną armią król Ludwik XIII oblegał wówczas wspierane przez Anglię miasto La Rochelle, które stało się bastionem protestantyzmu we Francji. Przed szturmem w dominikańskim klasztorze w Paryżu, w obecności całego dworu, odmówiono uroczyście Różaniec z prośbą o zwycięstwo. Następnie król wezwał znanego kaznodzieję o. Louvet OP, by wygłosił misje wśród wojska. Żołnierzom rozdano 15 tysięcy różańców i każdego wieczora oblężeni widzieli katolickie oddziały, obnoszące tryumfalnie figurę Matki Bożej wokół miasta, odmawiające Różaniec i śpiewające pobożne pieśni. Po zdobyciu La Rochelle król rozkazał, by pierwsi weszli do niego dominikanie. Nieśli oni wielki sztandar koloru białego, na którym błękitnymi literami wypisano: „Raduj się, Dziewico Maryjo, wszystkie herezje sama zniszczyłaś na całym świecie”. Jako dziękczynienie król Ludwik kazał wybudować kościół pw. Matki Bożej Zwycięskiej w Paryżu, a w 1638 roku poświęcił Matce Najświętszej całą Francję.

Filipiny: Matka Boża Różańcowa z Naval[3]

Zwycięstwo to uratowało katolicyzm w całej Azji.

Kiedy na kontynencie fałszywe religie pogańskie stawiały zazwyczaj gwałtowny opór prawdziwej Wierze, a krew męczenników płynęła szerokim strumieniem, nawrócenie Filipin odbyło się w sposób jedyny w historii. W ciągu czterdziestu lat (od 1565 do 1605) misji katolickich nie została przelana na Filipinach nawet jedna kropla krwi, a pod panowaniem Hiszpanii narodziło się wzorowe chrześcijańskie społeczeństwo. Stały się one wówczas dla Kościoła opatrznościową bazą, z której wyruszały legiony misjonarzy, by ewangelizować inne kraje Azji.

15 marca 1646 roku holenderska flota protestancka, silnie uzbrojona, pojawiła się u nadbrzeży Manili. Zaskoczeni Hiszpanie i Filipińczycy mieli do dyspozycji jedynie dwa statki handlowe (Incarnacion i El Rosario), które uzbroili po­śpiesznie w miarę swych skromnych możliwości. Wówczas o. Jan de Conca OP zaczął głosić marynarzom kazania o Różańcu i wezwał wszystkich do modlitwy. Marynarze uczynili ślub, że w razie zwycięstwa odbędą boso pielgrzymkę do sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w klasztorze dominikańskim w Manili. Pięć kolejnych ataków holenderskich, od marca do października 1646 r. zakończyło się druzgocącą porażką protestantów, ich okręty zostały rozbite, podczas gdy katoliccy stracili jedynie 15 ludzi. Filipiny pozostały katolickie. Od tego czasu w całym kraju rozpowszechniło się niezwykłe nabożeństwo do Różańca, a same Filipiny nazwane zostały przez papieża Piusa XII „królestwem Różańca świętego”[4]. Każdego roku w Manili ma miejsce procesja z cudowną statuą Matki Bożej Różańcowej, a pod koniec tej ceremonii odnawia się akt poświęcenia kraju Najświętszej Dziewicy[5].

Tryumf Różańca św. w Japonii

W historii Japonii widzimy dwa ważne owoce nabożeństwa różańcowego: dodawało ono odwagi męczennikom i pozwalało zachować wiarę w sytuacji, gdy katolicy pozbawieni zostali wszelkiej pociechy duchowej.

Męczennicy

15 sierpnia 1549 roku św. Franciszek Ksawery dotarł do Kagoshimy na południu Japonii. Pomimo przeszkód ze strony wyznawców buddyzmu, pierwsza akcja ewangelizacyjna przebiegła bez poważniejszych zakłóceń. System feudalny osłabiający centralną władzę cesarza pozwalał misjonarzom szukać oparcia w przychylnych panach. Jezuici zaprowadzili w Japonii nabożeństwo różańcowe, które popularyzowali przez rozdawanie broszurki nt. piętnastu tajemnic. Jednak w 1582 roku nowy cesarz, wrogo nastawiony wobec chrześcijaństwa, wspierany i wspomagany przez bonzów, rozpoczął gwałtowne prześladowania. 5 lutego 1597 roku 23 franciszkanów i 3 braci jezuitów zostało ukrzyżowanych w Nagasaki. W 1607, korzystając z chwilowego uspokojenia sytuacji, przybyli z Filipin dominikanie i na prośbę wikariusza prowincjalnego Japonii bł. Alfonsa Navarette OP (1571-1617), założyli liczne bractwa różańcowe na terenie całego kraju. Na czele bractw ustanowili przełożonych, których zadaniem było regularnie gromadzić wiernych na odmawianie Różańca, przypominać im naukę o 15 tajemnicach, czytać nauki pozostawione przez wielebnego Ludwika z Grenady OP, oraz przypominać rady i wskazówki ojców misjonarzy.

Jednak wkrótce kapitan holenderskiego statku, Anglik Wilhelm Adams, zadenuncjował katolickich misjonarzy u nowego cesarza, oskarżając ich o szpiegostwo na rzecz Hiszpanii i zachęcanie do najazdu na Japonię. W 1614 roku rozpoczęło się kolejne prześladowanie, zakonnicy zostali wymordowani, kościoły zniszczone, a praktykowanie chrześcijaństwa zabronione pod karą śmierci. Lecz nic nie zdołało zniszczyć bractw różańcowych. Ich członkowie szli na stracenie jak na święto, przywdziawszy biały habit i czarną pelerynę bractwa i niosąc różaniec na szyi lub w ręku. Kiedy w 1638 roku Japonia odcięła się od reszty świata, Rzym był przekonany, że w tym kraju nie ma już katolików.

Katolicy bez kapłanów

Dopiero w roku 1858 Japonia otworzyła ponownie granice obcokrajowcom. Nowa misja katolicka powstała w Nagasaki 10 stycznia 1865 roku. Ku wielkiemu zdumieniu ojca Petitjean, 17 marca 1865 zobaczył on w swym nowo wybudowanym kościele 15 Japończyków, którzy oświadczyli, że są katolikami. Stopniowo odkryto, że są ich tysiące w całym kraju. Pozbawieni kapłanów w czasie prześladowań, spotykali się pod przewodnictwem przełożonych bractw różańcowych. Przekazywali sobie Wiarę przez Różaniec i sakramenty, których mogą udzielać świeccy: chrzest i małżeństwo. Pokazali misjonarzom paciorki różańca ze czcią zachowane przez dwa stulecia oraz książki nt. tajemnic Różańca w dawnym języku japońskim.

Dwa lata wcześniej protestanci zbudowali w Nagasaki zbór, lecz nie widząc w nim ani krucyfiksu, ani obrazów świętych, japońscy katolicy zrozumieli, że nie była to prawdziwa religia. Rozpoznali katolickich misjonarzy po trzech znakach: po nabożeństwie do Matki Bożej, posłuszeństwie papieżowi oraz celibacie. „Są dziewicami, Bogu niech będą dzięki!” wołali padając na kolana, gdy ojciec Petitjean powiedział im, że katoliccy kapłani się nie żenią. Na pamiątkę tego odkrycia, co rok w Japonii 17 marca obchodzone jest liturgiczne święto Matki Bożej de Inventione Christianorum (Matki Bożej od Odkrycia Chrześcijan).

Wandea

Jest niezaprzeczalnym faktem, że wandejski ruch oporu z lat 1793-1795, który poprowadził Wandę jeżyków do chwały męczeństwa i uratował katolicyzm we Francji, roku czerpał siłę z nabożeństwa różańcowego. Był to owoc misji św. Ludwika Marii Grignon de Montfort i jego zakonu. „Prawdziwą przyczyną powstania była religia. Pieśni, modlitwy, oznaki, nazwa armii «katolicka i królewska», nadają mu od pierwszych dni charakter religijny. Przez cały XVIII wiek rejon ten korzystał z intensywnej ewangelizacji dzięki misjom parafialnym ojców montfortanów, uczniów św. Ludwika Marii. Kronika montfortańskich misji mogłaby udowodnić, że wielka liczba parafii zasilających powstanie, co najmniej raz w tym stuleciu gościła misjo­narzy. To właśnie oni zakorzenili w sercu ludności trzy nabożeństwa: do Krzyża, do Najświętszego Sakramentu i do Różańca św. Bez tego apostolatu i wynikającego z niego ducha ofiary nie można zrozumieć fenomenu Wandei”[6].

W zredagowanym w 1818 roku opisie wojny wandejskiej, Jan Aleksander Cavoleau napisał: „W czasie marszu i w obozie oddawali się wszelkim praktykom pobożności. Spotkałem liczna grupę na kolanach odmawiającą Różaniec z wielką gorliwością”[7]. We swych wspomnieniach markiza de la Rochejaquelein pisała po zdobyciu Bressuire (2 maja 1793 r.): „Byliśmy zaskoczeni i zbudowani, kiedy wieczorem widzieliśmy w każdym pokoju wszystkich żołnierzy na kolanach odmawiających Różaniec i dowiedzieliśmy się, że czynili to trzy razy dziennie”[8].

Zwycięstwa nad komunizmem

Rewolucja październikowa nie była zwykłym zamachem stanu, mającym na celu obalić rząd, jej celem było „rozpowszechnienie na całej planecie instytucji i zwyczajów ateizmu”[9] „i Szatan rozpoczął decydującą walkę, walkę ostateczną, z której tylko jedna z [walczących] stron wyjdzie zwycięska”, powiedziała Matka Boża w Fatimie siostrze Łucji. Na progu tej walki, Najświętsza Maryja Panna, która przedstawiła się jako Matka Boża Różańcowa (objawienie z 13 października 1917 roku), przekazała „ostatnie środki (ratunku – przyp. K. S.) dane światu, którymi są: Różaniec święty i nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. «Ostatnie», to znaczy, że już nie będzie innych”[10]. Co do Różańca, „Najświętsza Dziewica w ostatecznych czasach, w których żyjemy, nadała mu nową skuteczność”. Przytaczamy dwa charakterystyczne przykłady:

Austria

Pod koniec ostatniej wojny Austria została podzielona na cztery części, zajmowane przez Amerykanów, Anglików, Francuzów i Rosjan. Rosjanie zajmowali część ze stolicą – Wiedniem, najbogatszą w surowce naturalne i najbardziej uprzemysłowioną. Pomimo klęski komunistów w wyborach 1946 roku stawało się coraz bardziej oczywiste, że Moskwa zechce formalnie anektować okupowaną przez siebie strefę. Wówczas pewien franciszkanin, o. Piotr Pavliczek, po powrocie z niewoli odbył dziękczynną pielgrzymkę do Mariazell. Pytając Matkę Bożą, co należałoby uczynić, by uratować kraj, usłyszał wewnętrzny głos: „Odmawiajcie codziennie Różaniec, a nastanie pokój”. 2 lutego 1947 r. o. Pavliczek zaczął głosić krucjatę różańcową w duchu Fatimy, jako zadośćuczynienie za zniewagi wobec Boga, w intencji nawrócenia grzeszników, pokoju i ratunku dla świata, a szczególnie Austrii. Wierni zobowiązywali się do odmawiania Różańca w swych domach w intencji wyzwolenia kraju, w kościołach zostały zorganizowane publiczne modlitwy, procesje kilkuset, a czasem kilku tysięcy osób odmawiających Różaniec przeszły przez miasta i wioski. W 1949 roku sytuacja stała się krytyczna: po sfałszowanych wyborach Czechosłowacja i Węgry wpadły definitywnie w ręce komunistów i rozpoczęły się tam prześladowania Kościoła (np. kardynał Mindszenty, prymas Węgier, został osądzony i skazany na więzienie).

Zbliżały się nowe wybory w Austrii. W tej sytuacji o. Petrus postanowił zintensyfikować krucjatę: ogłosił pięć dni publicznych modlitw. Rezultat był taki, że komuniści uzyskali w wyborach jedynie 5 mandatów. Jednak w Berlinie sowiecki minister spraw zagranicznych Mołotow powiedział do kanclerza Figla: „Nie miejcie złudzeń. Tego, co raz zajęliśmy, nie oddamy nigdy”. Kanclerz poprosił wówczas o. Piotra o jeszcze usilniejszą modlitwę. W kwietniu 1955 roku krucjata Różańcowa objęła 500 000 członków. Nowy kanclerz Raab został wezwany do Moskwy, gdzie przyjęto go 13 maja. Wieczorem tego dnia zanotował: „Dziś dzień Fatimy. Rosjanie jeszcze bardziej zatwardziali. Modlę się do Matki Bożej, aby pomogła narodowi austriackiemu”. Po ludzku wszystko było stracone, jednak właśnie w tej chwili interweniował Bóg: wbrew wszystkim oczekiwaniom, Moskwa uznała niepodległość Austrii. Ostatni żołnierz rosyjski opuścił Austrię 26 października 1955 roku. We Wiedniu zorganizowana została wielka ceremonia dziękczynna, a w swych politycy i duchowni zgodnie twierdzili, że przyczyną zwycięstwa było wstawiennictwo Matki Bożej Różańcowej.

Brazylia

W 1964 roku prezydent Goulart zamierzał wprowadzić w Brazylii komunizm według modelu kubańskiego. 13 marca ogłosił zmianę konstytucji oraz nacjonalizację przemysłu i majątków ziemskich. Ludwik Karol Prestes, szef partii komunistycznej Brazylii, wołał tryumfalnie: „Przejęliśmy władzę!”. Jednak wówczas na terenie całego kraju zorganizowane zostały tzw. „marsze różańcowe”. Kilka tygodni później, prezydent i komuniści zmuszeni zostali do ucieczki z Brazylii. 2 kwietnia cała ludność Rio de Janeiro dziękowała Matce Bożej Różańcowej za ten cud, uczestnicząc w gigantycznym marszu modlitwy. W lipcu o. Alberton, odpowiedzialny za bractwa maryjne w Brazylii, udał się do Fatimy, aby podziękować Najświętszej Dziewicy za wyzwolenie kraju. „Zwyciężyliśmy dzięki Matce Bożej Różańcowej – powiedział. – Brazylię uratowało wierne praktykowanie nabożeństw fatimskich. Potęga Boża sprawiła, że cały aparat wojskowy, cierpliwie i z szatańską wytrwałością budowany przez wiele lat, rozsypał się jakby od niechcenia, niczym pałac z kart. Przełożeni wojskowi i cywilni kontrrewolucji byli prawie jednomyślni w przypisywaniu tego zwycięstwa szczególnej łasce Najświętszej Dziewicy. Wielu oświadczyło, że to właśnie Różaniec zadał [rewolucji] decydujący cios”[12].

* * *

Oczywiście, zwycięstwa Różańca nie ograniczają się do tej krótkiej listy, przytoczone wydarzenia stanowią jedynie drobny ułamek historii chrześcijaństwa. O wiele liczniejsze są zwycięstwa osobiste, rodzinne czy wspólnotowe, wyproszone poprzez nabożeństwo różańcowe. W książeczce Cudowny sekret Różańca świętego św. Ludwik Maria Grignon de Montfort przytacza bardzo liczne przypadki nawróceń.

”Matka Boża Różańcowa nie przestała odnosić zwycięstw. Czeka tylko na większą żarliwość, na dziecięcą ufność, na niezłomną odwagę z naszej strony”[13]. Tryumf Niepokalanego Serca Maryi, zapowiadany w Fatimie, będzie zwycięstwem Różańca. Pokonawszy kataryzm, islam, protestantyzm, jansenizm, masonerię, rewolucję, komunizm i innych wrogów Kościoła, Różaniec wybawi Kościół również od modernizmu, „ścieku wszelkich herezji”.

„Moje drogie dzieci – pisał 21 września 1885 roku bp Sarto, przyszły św. Pius X – skoro w naszych czasach dominuje żałośnie pycha intelektualna, która odmawia wszelkiego poddania, psuje serca i niszczy chrześcijańską moralność, nie ma pewniejszego środka, by wiara zwyciężyła, niż rozważanie tajemnic Różańca świętego”.

Przypisy:

1. Suma Teologiczna, II-II, kw. 83, art. 15, ad 2.

2. Dokładne przedstawienie zwycięstw różańca nad islamem będzie tematem artykułu, który ukaże się w następnym numerze „Zawsze Wierni”.

3. Jest to tytuł, pod którym jest czczona cudowna figura Matki Bożej Różańcowej w klasztorze św. Dominika w Manili.

4. Przesłanie z 5 grudnia 1954 roku z okazji kongresu maryjnego odbywającego się na Filipinach

5. Zob. ks. Riou SI, Le culte de la sainte Vierge au Philipinnes, „Maria”, 1958, s. 668; Czcigodny O. Jean de Conca OP, „Annee dominicaine”, Lyon 1906, s. 811.

6. Prof. Jan de Viguerie, Christianisme et Révolution, Cinq leçons d’histoire de la Révolution française, Paryż 1986, s. 149-151.

7. Zob. Ludwik Perouas, Grignon de Montfort et la Vendee, Cerf 1989, s. 110. Książka ta jest bardzo modernistyczna i chce pomniejszyć wpływ św. Ludwika na powstanie w Wandei. Jednak autor musi uznać fakty, cytując opisy świadków, np. wyżej wymienionego Cavoleau.

8. Markiza de la Rochejaquelein, Mémoires, Paryż 1984, s. 155.

9. O. Calmel OP, Le Coeur Immaculé de Marie et la paix du monde, „Itinéraires” nr 38, grudzień 1959, s. 24.

10. Rozmowa s. Łucji z o. Fuentes, „Messagero del Cuore di Maria”, nr 8-9, 1961 r.

11. Tamże.

12. „Voz da Fatima”, październik 1964 r.

13. O. Calmel, Le Rosaire de Notre Dame, DMM 1971, s. 5.

Zawsze Wierni, nr 48, 09-10.2002, s. 110.

Demokracja brytyjska: Lekarka pro-life skazana za sześć słów

Lekarka pro-life skazana za sześć słów

05.04.2025 tysol/lekarka-pro-life-skazana-za-szesc-slow

Lekarka Livia Tossici-Bolt została skazana za naruszenie „strefy buforowej” w pobliżu ośrodka aborcyjnego w Bournemouth. Na tabliczce, którą trzymała, widniały słowa: „Jestem tu, żeby porozmawiać, jeśli chcesz”.

Livia Tossici-Bolt  Lekarka pro-life skazana za sześć słów

Livia Tossici-Bolt / X Livia Tossici-Bolt

Pochodząca z Włoch dr Livia Tossici-Bolt, która jest jest emerytowanym naukowcem i lekarzem, została postawiona przed sądem pod zarzutem naruszenia „strefy bezpieczeństwa” ustanowionej wokół kliniki aborcyjnej w Bournemouth, gdzie stała z kartką ze słowami: „Jestem tu, żeby porozmawiać, jeśli chcesz”.

Lekarka pro-life skazana za słowa napisane na kartce

Przepisy brytyjskie zakazują „nękania”, „zastraszania” i wszelkich „aktów aprobaty lub dezaprobaty związanych z usługami aborcyjnymi”.

Na pomysł, by wyjść na ulicę z propozycją rozmowy, zrodził się w Livii po pandemii, kiedy wiele osób odczuwało psychiczne konsekwencje lockdownu. Wówczas w odpowiedzi na jej propozycję rozmowy, wiele osób zatrzymywało się, by z nią porozmawiać o sprawach, które były dla nich ważne: studenci o swoich studiach, rodzice – o swoich dzieciach.

Livia wierząc, że każde życie ma znaczenie, kontynuowała swoją ofertę rozmowy z każdym, kto znajduje się w trudnej sytuacji, także z osobami, które stoją w obliczu aborcji. 

Skazana za 6 słów

Na tabliczce, którą trzymała, stojąc nieopodal kliniki aborcyjnej widniało sześć słów: „Jeśli chcesz, możesz porozmawiać”. Wiele osób chętnie podchodziło do Livii, aby z nią porozmawiać. Lekarka jest przekonana, że wszyscy możemy zaoferować wysłuchanie.

Urzędnicy Rady Bournemouth oskarżyli ją o naruszenie „strefy buforowej”. Wiedząc, że nie popełniła żadnego wykroczenia, Livia odmówiła zapłacenia kary, uzasadniając, że nie naruszyła warunków nakazu ochrony przestrzeni publicznej i ma prawo, chronione na mocy art. 10 ustawy o prawach człowieka, do oferowania rozmów za obopólną zgodą.

Mimo to Livia została postawiona przed sądem Poole Magistrates Court i uznana za winną, sąd nakazał jej również pokrycie kosztów postępowania w wysokości 20 tys. funtów.

To nie jedyny taki przypadek

„To, co spotkało Livię, jest poważnym naruszeniem podstawowego prawa do wolności słowa. Nikt nie powinien być karany za pokojową propozycję rozmowy z ludźmi na publicznej ulicy. Ale sprawa Livii nie jest odosobnionym przypadkiem – jest częścią niepokojącego i niezaprzeczalnego tłumienia wolności słowa w Wielkiej Brytanii”

– pisze na swoich łamach ADF International, organizacja wspierająca podstawowe wolności oraz chroni prawo do życia i mówienia prawdy.

Organizacja wspiera ochronę prawną pro-liferki.

„Jakie mamy wolności, jeśli pokojowe rozmowy są zakazane? Dziś władze celują w rozmowy, a nawet ciche modlitwy, które według nich są związane z aborcją. Jutro może to być każdy inny temat, który jest sprzeczny z głównym nurtem, zdefiniowanym i nadzorowanym przez rządzących”

– pisze dalej ADF International.

Co z Wylizuchem i Felczakiem?

Co z Wylizuchem i Felczakiem?

Stanisław Michalkiewicz 5 kwietnia 2025 michalkiewicz

Czego to się człowiek o sobie nie dowiaduję! Już zostałem agentem ruskim, bo nie wierzę w Naczelnika Państwa, który – nawiasem mówiąc – oskarżany jest przez obywatela Tuska Donalda, że też jest ruskim agentem – ale czy to aby na pewno prawda w sytuacji, gdy Naczelnik Państwa też oskarża obywatela Tuska Donalda, że jest agentem Putina? Być może, że to nieprawda, bo przecież cała Polska pamięta, jak z ławy sejmowej Naczelnik oskarżył obywatela Tuska Donalda, że jest… agentem niemieckim? („Wiem jedno – powiedział Naczelnik – Jest pan niemieckim agentem!”). Wszystko to oczywiście być może, bo przecież na świecie, a już w naszym nieszczęśliwym kraju szczególnie – aż się roi od agentów podwójnych – do tego stopnia, że wprost nie można splunąć, żeby w jakiegoś nie trafić – no a poza tym jeśli do niedawna Niemcy pozostawały w strategicznym partnerstwie z Rosją, to to partnerstwo chyba musiało przekładać się i na podwójne uzależnienie agentów?

Wróćmy jednak do mnie samego, bo – daleko nie szukając – ja również zostałem uznany nie tylko za agenta ruskiego, ale i za niemieckiego, poza tym – również francuskiego, a nawet – watykańskiego. Spieranie się z tymi podejrzeniami jest zajęciem jałowym, chociaż z drugiej strony trochę żałuję, że to nieprawda – bo gdyby to była prawda, to nie tylko poprawiłbym sobie swoją sytuację socjalną, zwłaszcza w kontekście procesów z moją Prześladowczynią – no a poza tym chyba nasze stare kiejkuty, co to jeszcze w okresie transformacji ustrojowej poprzewerbowywały się asekuracyjnie do naszych obecnych sojuszników większych i mniejszych, udzieliliby mi dyskretnej ochrony, niczym prokuraturze Ewie Wrzosek, na którą podobno uwzięły się ciemne siły, co to z upodobaniem tańcują na trumnach – ot na przykład – na trumnie pana Pawła Adamowicza, który został zadźgany podczas koncertu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, więc choćby z tego względu do tańcowania nadawał się, jak mało kto. Toteż pani Adamowiczowa została awansowana do rangi Wdowy Narodowej i w takim charakterze zasiada w Parlamencie Europejskim.

Wspominam o tym dlatego, że właśnie pan „Jurek” Owsiak, w odpowiedzi na rozkaz mobilizacyjny, stanął „murem” za prokuraturą Ewą Wrzosek, której w związku z tym wróżę świetlaną przyszłość. Dość jednak tych dygresji, bo tu chodzi o mnie samego, który właśnie przez jednego z komentatorów moich nagrań został zdemaskowany, jako agent Wall Street. Nie ukrywam, że na Wall Street nie tylko byłem, ale nawet nagrałem program w pobliskim prywatnym parku, gdzie przeciwko „Wall Street” protestowali rozmaici protestanci. Początkowo nowojorski policjant kazał mi „przechodzić” – ale kiedy zobaczył kamerę, to się zmitygował i nie tylko nic mi już nie kazał, ale nawet nie czynił przeszkód, bym wszedł sobie na teren parku i porozmawiał z protestantami. Wtedy nikt chyba nie miał wątpliwości, że Wall Street rządzi Ameryką – o czym nawet zaświadczała popularna w Polsce w czasach mojej młodości piosenka, w której była m. in. i taka zwrotka: „Złodziej policjant cię opęta, fałszywy sędzia cię osądzi. Nie licz na pomoc prezydenta, bo w Białym Domu dolar rządzi!” Muszę powiedzieć, że w kontekście afery z gangiem dzielnicowych w Gorzowie Wielkopolskim, nabiera to nieoczekiwanej aktualności, bo o „fałszywych sędziach” to nie ma nawet co wspominać, jako że sami sobie tę fałszywość nawzajem wytykają, więc nam, głupim cywilom, nie wypada zaprzeczać.

A co z prezydentami? O tym dowiemy się pod koniec maja, kiedy już PKW prawidłowo policzy wszystkie głosy, wyciągnie z tej liczby pierwiastek kwadratowy, potem odejmie od tego roczną produkcję parasoli i w ten sposób wyłoni zwycięzcę, którym okaże się – no któż by, jak nie nasza duszeńka, czyli zatwierdzony pan Rafał Trzaskowski? Na taki finał wskazuje zachowanie niezależnych mediów głównego nurtu, które pozostałym kandydatom nieubłaganym palcem wytykają a to jedno, a to drugie, zaś kandydatowi Grzegorzowi Braunowi to już nawet niczego nie wytykają, bo nie jest on zatwierdzony nawet do tego, żeby uwzględniać go w tak zwanych „sondażach”. Na razie jeszcze nie został aresztowany, ale widocznie nasz nieszczęśliwy kraj w dziedzinie wdrażania demokracji kierowanej pozostał w tyle nie tylko za Rumunią, ale nawet – za Turcją – wobec której bezsilna okazała się nawet Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje. No, ale Turcja do Unii Europejskiej nie należy, „skąd nauka jest dla żuka”, że wszystko ma swoje plusy dodatnie – niezależnie oczywiście od plusów ujemnych.

Tymczasem w naszym i bez tego wystarczająco nieszczęśliwym kraju, nieubłaganie zbliżają się wybory prezydenckie. Wprawdzie wszystko wskazuje na to, iż odcinek liczenia głosów, na który zwracał uwagę klasyk demokracji Józef Stalin, został odpowiednio zabezpieczony – ale co to komu szkodzi zrobić coś dodatkowego? Od przybytku głowa nie boli; strzeżonego Pan Bóg strzeże, toteż właśnie dlatego, obywatel Tusk Donald, żeby zaprezentować opinii publicznej, jaki z niego płomienny szermierz niepodległości, przeforsował w Knesejmie ustawę o zawieszeniu, „ tak długo, jak długo będzie trzeba”, udzielania przez Polskę azylu rozmaitym „migrantom”, a prezydent Duda – oczywiście po głębokim namyśle – tę ustawę podpisał, w związku z czym już od 27 marca weszła ona w życie – oczywiście tylko na granicy polsko-białoruskiej – bo na granicę polsko-niemiecką obywatel Tusk Donald nie uzyskał razrieszenija od Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje. Jak to mówią – wedle stawu grobla.

Nie o to jednak chodzi, tylko o coś zupełnie innego. Oto mimo proklamowania szczelności granicy polsko-białoruskiej i mimo zawieszenia „tak długo, jak długo będzie trzeba” udzielania przez Polskę azylu rozmaitym „migrantom”, płomienni obrońcy praw człowieków, co to za poprzedniego reżymu nie tylko szarpali druty graniczne, nie tylko biegali z surwiwalowymi reklamówkami dla „uchodźców” wzdłuż granicy, nie tylko próbowali robić w bambuko Straż Graniczną, ale w porywach serca gorejącego nawet jej wymyślali, nie mówiąc już o kręceniu wzruszających obrazów w rodzaju „Zielonej granicy” – teraz z podwiniętymi ogonami pochowali się w mysie dziury. W „strefie buforowej” nie widać ani żadnych Wielce Czcigodnych posłów, ani pana Bartosza Kramka, wobec którego, podobnie jak wobec pani Ludmiły Kozłowskiej z fundacji „Otwarty Dialog”, wszelkie kolano naszej dumnej Rzeczypospolitej zginało się w pokorze, ani pana Władysława Frasyniuka, ani pani „Basi” Kurdej-Szatan, ani wreszcie – pani reżyserowej Agnieszki Holland, co to nakręciła wspomniany wzruszający obraz. „Gdzie tu Wylizuch, Felczak gdzie tu?” – pyta zdesperowany poeta – a głuche milczenie, również niezależnych mediów głównego nurtu mu odpowiada. Czyżby oficerowie prowadzący surowo zabronili naszym płomiennym angażować się przed wyborami, co to mają przynieść upragnione zwycięstwo, zatwierdzonemu przez Ronalda Laudera ze Światowego Kongresu Żydów i młodego Sorosa, któremu stary grandziarz przekazał klucze do kasy, panu Rafału Trzaskowskiemu, w żadne wątpliwe przedsięwzięcia? Bo chyba z Wall Street żadne rozkazy nie padły, jako że według mojego demaskatora, właśnie straciła ona w Ameryce władzę?

Stanisław Michalkiewicz

Katolicyzm rzymski czy… talmudyczny? Boża radość – radość życia – laetitia

Katolicyzm rzymski czy… talmudyczny?

Dlaczego nie powinniśmy wpadać w religijny rygoryzm

Filip Obara pch/katolicyzm-rzymski-czy-talmudyczny

(Oprac. PCh24.pl)

Dlaczego się umartwiamy i czy Pan Bóg chce, byśmy byli smętni i stronili od przyjemności życia? Zaskakującej odpowiedzi na to pytanie udziela natchniony autor Księgi Koheleta.

Księga Koheleta (w Biblii Wujka zwana Księgą Eklezjastesa) kojarzy nam się głównie ze słowami marność nad marnościami i wszystko marność. Nawet w szkole kładzie nam się do głowy wykład o „motywie wanitatywnym”. Tymczasem, gdy wczytamy się nie tylko w pierwszy wers, przekonamy się, że pojawia się motyw zgoła zaskakujący i bynajmniej nie wanitatywny.

Przez pół księgi autor faktycznie buduje narrację o marności. Ale gdy wskaże już, jak ulotne (pozbawione wartości trwania wobec wieczności Boga) są sprawy tego świata, wprowadza element swoistej kontry. Okazuje się, że jednak jest coś pod słońcem, co jest „udziałem” człowieka i choć samo również jest marnością, to jednak warto z tego korzystać. Przetoż to zdało mi być się dobre, aby człowiek jadł i pił, i używał wesela z pracy swej, którą sam pracował pod słońcem, w liczbie dni żywota swego, które mu Bóg dał: i to jest dział jego. I każdemu człowiekowi, któremu Bóg dał bogactwa i majętności, i moc mu dał, aby jadł z nich, i używał cząstki swojej, i weselił się z pracej swojej: toć jest dar Boży. Bo niewiele będzie pamiętał dni żywota swego, iż Bóg zabawił rozkoszami serce jego – czytamy (5, 17-19).

Retorycznie zabieg genialny! I wyłania się z niego pytanie: Czy faktycznie proste radości życia jako nagroda za pracę (wypełnianie obowiązków stanu) człowieka sprawiedliwego są jedyną rzeczą, która wymyka się ulotnej mgle ludzkiej marności?

Niesłychanie ciekawy jest fakt, że w pierwszych wiekach o księgę tę toczył się spór. Niektórzy wątpili czy należy traktować ją jako kanoniczną właśnie przez wzgląd na jej „epikurejską” (jak zarzucano) afirmację uciech życia. Niemniej, Kościół uznał ją za pełnoprawną część Starego Testamentu, a cytaty z niej pojawiają się już u pisarzy kościelnych z II i III wieku. Ten spór potwierdzałby tezę, że księga Eklezjastesa faktycznie pochwala proste uciechy życia.

Dalej czytamy: Idźże tedy a jedz chleb swój z weselem, a pij wino swe z radością: bo się uczynki twoje Bogu podobają. Na każdy czas niech będą białe szaty twoje a olejek niechaj nie schodzi z głowy twojej. Zażywaj żywota z żoną, którą miłujesz, po wszytkie dni żywota niestateczności twojej, któreć dane są pod słońcem przez wszytek czas marności twojej: bo to jest dział w żywocie i w pracej twej, którą pracujesz pod słońcem (9, 7-9).

Ciekawej analizy tych słów dokonuje św. Hieronim w swoim komentarzu do księgi Eklezjastesa. Po pierwsze, uważa on, że słowa te należy rozumieć tak: skoro wszystko jest marnością i nic nie zabierzemy na tamten świat, to jedynym, co nam tu pozostaje są proste radości życia. Po drugie czyni pewne zastrzeżenia. Proponuje alternatywne ujęcie, aby lepiej oddać myśl natchnionego autora: cokolwiek czynisz radując się, czyń to na chwałę Bożą. Jest jasne, że ta radość, tym bardziej, gdy mówimy o wzmacnianiu jej „używkami” spełnia się w określonych warunkach moralnych (Hieronim przypomina: pij wino z ostrożnością). Ponadto, Ojciec Kościoła wskazuje, że radość nie bierze się „znikąd”. Prowadzi do niej duch uniżony przed Bogiem, a wręcz pokutujący. I dodaje: przestrzegaj przykazań, a otrzymasz mądrość od Pana, ale kto pożywa chleb i pije wino, nie przestrzegając przykazań, nadużywa darów Bożych.

Mamy jeszcze taki fragment: Weselże się tedy, młodzieńcze, w młodości twojej a niech zażyje dobrego serce twe we dni młodości twojej i chodź drogami serca twego i według wejrzenia oczu twoich: ale wiedz, iż za to wszytko przywiedzie cię Bóg na sąd. Oddal gniew od serca twego i odrzuć złość od ciała twego. Bo młodość i rozkosz są rzeczy marne (11, 9-10). Niestety Hieronim nie komentuje go, a wydaje się on szczególnie wymowny w kontekście radości życia. Eklezjastes zdaje się tu sugerować, że powinniśmy nie tamować popędów naszej natury, choć w domyśle wiemy, że mają się one realizować w sposób moralny i celowy. 

Niemniej, radość (ta prosta, codzienna, przyrodzona) była obecna i w życiu Pana Jezusa i w historii Kościoła. Krąży na ten temat mnóstwo anegdot, takich jak ta o świętych Teresie z Avila i Janie od Krzyża, którzy siedzieli razem przy stole. Święty wpatrywał się w ogień świecy i widać było, że przeżywa jakąś mistyczną refleksję, Święta zaś… zajadała się ciastkiem. W końcu zapytała: Czemu nie jesz swojego ciastka? Zatapiam się myślą w ogniu Bożej miłości – brzmiała odpowiedź. Ja wolę rozważać słodycz wiecznej szczęśliwości – odparła Święta, po czym porwała niechciane ciastko swego duchowego przyjaciela.

Przytoczę jeszcze jedną. Rzym, o. Jacek Woroniecki (najwybitniejszy polski tomista) leży w Rzymie złożony ciężkimi wrzodami na nogach i odwiedza go inny, francuski tomista, o. Reginald Garrigou-Lagrange. Wywiązał się następujący dialog (który przytacza obecny tam o. Józef Maria Bocheński):

A co szewc u ojca robi? (Zagadnął Francuz)
– Ano, rany mi opatruje. (Odpowiedział o. Woroniecki)
– Szewc?
– Cóż naturalniejszego? On jest przecież specjalistą od skóry.
– Widzę, że ojciec nie traci humoru.
– Wolno wszystko stracić tylko nie humor.
– Tak, honor to wielka rzecz.
– Głupstwo ojcze kochany, honor można stracić, ale humoru nie.
– Co ojciec opowiada! Niby dlaczego?
– Dlatego, drogi ojcze, że honor jest podporządkowany cnocie mocy, należącej do etyki naturalnej, podczas gdy humor, radość, jest według św. Pawła owocem miłości, cnoty teologicznej bez porównania wyższej.

Zarówno radość (której nienawidzi szatan, będąc do niej niezdolnym i wiedząc, że Bóg sam jest radością), jak i jej rodzinne i społeczne wyrazy oraz atrybuty (takie jak alkohol, będący dziełem natury i pracy rąk ludzkich) są wpisane w historię Kościoła. Wszak to właśnie mnisi rozmaitych reguł przyczynili się do rozwoju winiarstwa, browarnictwa, a nawet produkcji whisky, zaś święci duchowni, a nawet papieże nie stronili nieraz i od alkoholu i od tytoniu, co nigdy nie stanowiło przeszkody w procesach kanonizacyjnych – używając oczywiście tych dóbr zgodnie z cnotą umiarkowania.

Czyli co właściwie nie jest marnością? Gorliwe wypełnianie obowiązków stanu i czerpanie radości z życia rodzinnego i z owoców pracy. To jest życie chrześcijanina.

Tak jest zbudowana księga Eklezjastesa i nie bez powodu pochwała życia następuje w niej po długiej tyradzie na marność tegoż samego życia. Taka też – można powiedzieć – jest wymowa Wielkiego Postu: pokuta nie jest celem samym w sobie, ale ma unieść duszę do Boga, gdzie w naturalnej kolei rzeczy odnajduje ona radość.

Rzymski czy… żydowski?

Od dłuższego czasu zastanawiam się, skąd bierze się wśród katolików skłonność do popadania w rygoryzm i mniej lub bardziej bezpośrednie przekonanie, że uciechy życia są domeną jakiegoś światowego hedonizmu, a nie naturalną dla człowieka czynnością, podczas której może chwalić swego Stwórcę, świętować ważne chwile i regenerować siły do dalszych trudów.

Intuicja – wsparta przez lekturę ważnego eseju Rémi Brague’a Europa. Droga rzymska – podpowiada mi, że chodzi o napięcie pomiędzy nurtem „hebrajskim” (ze skłonnością do tłumaczenia wszystkiego religią), a „hellenistycznym” (polegającym na opieraniu się przede wszystkim na rozumie i porządku naturalnym, dla których objawienie jest niejako uzupełnieniem – ten nurt w dużej mierze przyswoiło później chrześcijaństwo na bazie filozofii Arystotelesa). Przyznam, że zdecydowanie bliższy jest mi ten drugi. Nie wszystko jest bowiem potrzeba tłumaczyć religią, ale pewne rzeczy po prostu płyną z natury, której Stwórcą i Prawodawcą jest ten sam Bóg, który dał nam objawienie pozytywne.

Brague wyszczególnia te dwa nurty i zwraca uwagę, że ten drugi – oparty na dziedzictwie greckim – został zaadoptowany przez Rzym. Doświadczenie rzymskie, jak dowodzi francuski filozof, jest konstytutywne dla naszej tożsamości kulturowej, a nawet religijnej. Oznacza ono zdolność do przejęcia tego, co dawne i nadaniu temu waloru nowości. W tym sensie myśl Greków stała się udziałem Rzymian. W tym sensie katolicyzm stał się rzymski, ponieważ dzieło założenia i wzrostu Kościoła spełniło się w określonym krajobrazie kulturowym.

Zwróćmy uwagę, że praktycznie cała Suma Teologiczna w zagadnieniach moralnych bazuje głównie na rozumnym rozpoznaniu rzeczywistości i na filozofii realistycznej. W tym sensie nie potrzebujemy cytatów z Pisma Świętego, by moralnie uzasadnić korzystanie z radości życia, natomiast Księga Eklezjastesa jest takim głosem i niejako legitymizuje, potwierdza autorytetem Słowa Bożego to, co odczytujemy z natury. Można być wręcz powiedzieć, że księga ta jest swoistym błogosławieństwem dla radości, jaką czerpią z życia ci, którzy są czystego sumienia. Tu w pamięci stają nieśmiertelne strofy Mistrza z Czarnolasu:

Ale to grunt wesela prawego,
Kiedy człowiek sumnienia całego.

Wracając do Księgi Eklezjastesa, o przeciwstawności żydowskiej i greckiej recepcji tego tekstu pisał ks. Marek Starowieyski (w artykule Księga Eklezjastesa w starożytności chrześcijańskiej). Autor zauważył, że „egzystencjalna i uniwersalna tematyka tej księgi znajdowała większy oddźwięk w społeczeństwie hellenistycznym niż mogły znaleźć inne, bardziej przepojone duchem hebrajskim, księgi Starego Testamentu”.

Czy jesteśmy spadkobiercami dziedzictwa hebrajskiego czy rzymskiego? Kulturowo i religijnie jesteśmy Rzymianami (jak pisał Norwid, że go Rzym nazwał człekiem) i tą drogą dziedziczymy spuściznę grecką. Przekazuje nam ją św. Tomasz i nie bez znaczenia jest fakt, że metoda jego dowodzenia jest rozumowa, a nie religijna.

Co najważniejsze, mam wrażenie, że te dwie recepcje – żydowska i rzymska – wciąż spierają się ze sobą i to również w Polsce. Żydzi przed przyjściem Chrystusa byli rzuceni w morze pogaństwa i nie posiadali sakramentów, w których znaleźliby łatwy dostęp do przebaczenia grzechów i pomnożenia łaski Bożej. Dlatego musieli zorganizować sobie życie zgodnie z Prawem (Zakonem) religijnym, które porządkowało każdą jego dziedzinę. Ale po przyjściu Mesjasza zmienił się charakter religii objawionej. Przestała ona być wsobna w wymiarze społecznym. Stała się misyjna, a chrześcijanie zaczęli przenikać do pogańskiego społeczeństwa.

W pewnym uproszczeniu: żydostwo to plemienność i sztywne trzymanie się reguł. Rzymskość to światło rozumu i otwartość umysłu. Żydostwo to wrogość wobec świata zewnętrznego. Rzymskość to znacznie bardziej zniuansowane postrzeganie tego świata. Można nawet powiedzieć, że żydostwo to lęk przed światem, podczas gdy rzymskość – to ciekawość świata, nawet przy całej świadomości tego, jak jest marny i zwodniczy. Mówiąc psychologicznie: żydostwo jest bardziej behawioralne, podczas gdy rzymskość to przede wszystkim praca na świadomości. W tym sensie, kiedy żydostwo odwraca oblicze i mówi „do tego zjawiska się nie zbliżam, bo jest złe”, to rzymskość odważnie podejmuje temat i dokonuje jego analizy w duchu prawdy.

Owa żydowska postawa wobec świata (i wobec samej moralności, objawiająca się rygoryzmem) jest obecna w dzisiejszym katolicyzmie i to zarówno w „konserwatywnym novusie”, jak i w nurcie „tradycjonalistycznym”.

Pytanie, czy chrześcijaństwo jako takie jest rygorystyczne? Wydaje się, że tak, choć odpowiedziałbym inaczej: ono jest ostrożne. Ma bowiem świadomość odpowiedzialności. Kościół w swojej mądrości, wie, że jeżeli zbyt lekko podejdzie do rzeczy, których można nadużyć, to przyłoży rękę do ich niewłaściwego użycia. Dlatego mamy nieraz wrażenie pewnej zachowawczości w podejściu do spraw moralnych czy politycznych.

Niemniej, świadomość skutków grzechu pierworodnego i zła tego świata nie powinna rodzić w nas postawy eskapistycznego zasklepienia się w rygoryzmie. Celem naszego życia jest szczęście, na płaszczyźnie naturalnej, jak i nadprzyrodzonej. I o ile to osiąganie tego, co wydaje nam się szczęście nie stoi na drodze do moralnego postępowania i do zbawienia, to Pan Bóg chce udzielić nam szczęśliwości (przedsmaku) już na tym świecie, a uciechy życia są tą przyjemnością, która ma nas motywować do dalszej walki.

Filip Obara

Wolny najmita Anno Domini 2025

Wolny najmita Anno Domini 2025

Izabela BRODACKA

Większość z nas pamięta lub przynajmniej powinna pamiętać ze szkolnych lektur wiersz Marii Konopnickiej pod tytułem „ Wolny najmita”. Przypomnę jedną zwrotkę tego smutnego wiersza. Pozostałe warto znaleźć w sieci.

Ubogi zagon u nędznej twej chatki

I mokrą łączkę, i mszary, i wrzosy

Obsadzi urząd. .podatki! podatki!

Ty idź do kosy!

Maria Konopnicka podobnie jak większość twórców epoki pozytywizmu wyjątkowo troszczyła się o wykluczonych społecznie, o ludzi na najniższym szczebli społecznej drabiny, którymi byli wolni najmici. Bez ziemi, bez własności, bez środków do życia wędrujący od zagrody do zagrody i wynajmujący się do sezonowych prac. Taka sytuacja była rezultatem uwłaszczenia chłopów w 1864 roku przez cara Aleksandra II. Była to typowa „wolność od” lecz nie „wolność do”. Wolność od pańszczyzny, od zależności od pana, lecz nie wolność do życia. Uwolniony dekretem chłop, pracujący uprzednio pod nadzorem ziemianina oraz jego ekonomów, często nie potrafił poradzić sobie z racjonalną organizacją pracy w zbyt małym na potrzeby rodziny i zbyt nędznym gospodarstwie pochodzącym z nadania, a przede wszystkim z obciążeniami fiskalnymi, które narzucił mu carski ustawodawca. Szybko tracił nawet tę skromną własność użytkowanej przedtem w zamian za odrabianą pańszczyznę ziemi i stawał się całkowicie zależny od niepewnego przecież popytu na pracę sezonową.

Jest to typowy przykład sytuacji gdy walka o czyjeś dobro czy prawa realnie pogarsza jego warunki życiowe. Carski ustawodawca nie bez przyczyny udawał dobrego pana. Najłatwiej jest rządzić ludźmi pozbawionymi z jednej strony własności a z drugiej struktury organizacyjnej, w której mogliby funkcjonować. Gdyby odbierając chłopom opiekę dworu nadano im tyle ziemi, żeby mogli z jej płodów utrzymać rodzinę, dekret uwłaszczeniowy miałby sens, lecz nie było to oczywiście w interesie ziemiaństwa a przede wszystkim w interesie cara.

Zauważmy, że rewolucja proletariacka, która rządzącą klasą nazywała lud pracujący miast i wsi też prowadziła do wywłaszczenia nie tylko wrogów klasowych czyli obszarników i ziemian lecz nawet tych najuboższych, którzy w komunistycznej frazeologii nazywani byli kułakami. Zabierano im bydło i ziarno siewne, przymuszano do wstępowania do kołchozów czy spółdzielni produkcyjnych. Środowisko młodych hunwejbinów, którzy później stali się dysydentami i kontraktową opozycją opisuje Anna Bojarska w powieści z kluczem : „ Czego nauczył mnie August”. Portretuje w niej, co sama potwierdza w jednym z wywiadów, Jacka Kuronia jako Augusta i Adama Michnika jako Gucia. Zgadzając się z Bojarską idę jeszcze dalej.

Po transformacji ustrojowej władzę w Polsce nadal sprawuje– twierdzę – stalinowska grupa interesu. Ludzie, którzy instalowali w Polsce komunizm dbali żeby obsadzić swoimi pełne spectrum postaw i poglądów politycznych. Do opozycji oddelegowali swoją progeniturę a także nawróconych na antykomunizm. W gwarze bezpieczniackiej nazywało się ich odwróconymi. Dbali również żeby własność trafiła wyłącznie w ich ręce. Nie tylko dlatego, że obok pozycji elity władzy mieli być jedyną elitą finansową i kulturalną. Przede wszystkim dlatego, że aby skutecznie rządzić społeczeństwem nie mogli dopuścić do upowszechnienia własności.

Wrogiem i naturalnym przeciwnikiem każdego systemu totalitarnego jest klasa średnia rozumiana jako część społeczeństwa, która radzi sobie dzięki swym talentom pracowitości no i przede wszystkim dzięki posiadanym środkom produkcji czyli dzięki własności. Za czasów festiwalu Solidarności popularne było hasło: „ nie ma wolności bez własności” o którym szybko jednak i celowo zapomniano.

Za rządów lewicy, już po transformacji ustrojowej, wymyślono sobie podatek katastralny jako sposób na pozbawienie ludzi resztek własności. W sprawie tego podatku obowiązywała ścisła omerta, którą udało mi się przerwać dzięki niezawodnemu ojcu Rydzykowi. Moje wystąpienie w programie „ Rozmowy niedokończone” trwało praktycznie całą noc, dzwonili ludzie z krajów w których ten podatek od lat funkcjonował uzupełniając moje wypowiedzi, prawdę mówiąc dzięki nim w czasie tego programu stałam się ekspertem. Omerta została przerwana, w prasie ukazało się wiele materiałów na ten temat, ja sama pisałam do „Naszej Polski”, „ Naszego dziennika” oraz „Ładnego domu” , z którym to pismem regularnie współpracowałam. Tak czy owak projekt podatku katastralnego wówczas upadł i byłam bardzo dumna ze swego udziału w jego „ uwaleniu” . Jak mi powiedział w prywatnej rozmowie premier Olszewski dopytywano go w ministerstwie, kim jest to wstrętne babsko które uwaliło taki wspaniały projekt.

Podatek katastralny w swojej teoretycznej wykładni ma przeciwdziałać nie wykorzystywaniu posiadanych nieruchomości, na przykład gromadzeniu ziemi traktowanej jako lokata kapitału. Od tego podatku zawsze wprowadzało się różne ulgi, na przykład przed wojną z podatku zwolnieni byli rolnicy. Dla mnie był to sygnał, że postkomunistyczna nomenklatura nie będzie tego podatku płacić, natomiast uderzy on w najbiedniejszych w emerytów którzy pragną zachować swe mieszkanie dla wnuków czy w rodziny wielodzietne mieszkające we własnym domu. Oficjalny argument projektodawcy – emeryci będą zmuszeni swoje mieszkania czy domy tanio sprzedać, a kupią je rodziny wielodzietne to oczywista bzdura i myślenie życzeniowe – na opłacenie podatku katastralnego przy jego realnej stopie stać byłoby tylko najbogatszych i oni skupialiby w swoich rękach nieruchomości.

Reszta, czyli my wszyscy należałaby do kategorii wolnych najmitów. Nad podatkiem katastralnym pracują znowu w najgłębszej tajemnicy obecne władze. Wnioski są chyba oczywiste. Innym sposobem pozbawiania obywateli własności ma być przywrócenie zniesionego przez PiS podatku spadkowego dla pierwszej grupy spadkobierców, to znaczy zstępnych zmarłego. Rodzina, której nie będzie stać na opłacenie wysokiego podatku spadkowego będzie zmuszona mieszkanie czy dom sprzedać i dołączyć do armii klientów państwa czyli współczesnych wolnych najmitów.

WOJNA na UKRAINIE DOBIEGA KOŃCA, więc do GRY WKRACZA GŁÓWNY BRUDNY OSZUST ŚWIATA – WHO

WOJNA na UKRAINIE DOBIEGA KOŃCA, więc do GRY WKRACZA GŁÓWNY BRUDNY OSZUST ŚWIATA – WHO

Война на Украине заканчивается и в игру вступает главный мировой пакостник

Wiadomości ze świata nieustannie przypominają nam: wojna na Ukrainie dobiega końca. Rosyjska armia doprowadza zadania NWO do końca, ale już teraz jest oczywiste, że do gry wkracza główny brudny oszust świata. WHO apeluje o przygotowanie się na nową pandemię.

Na tle niekończącego się już strumienia wiadomości o rychłym zakończeniu działań wojennych na Ukrainie, jedna z publikacji światowych mediów przeszła niezauważona. Tymczasem ten materiał ma charakter orientacyjny. Szef Światowej Organizacji Zdrowia Tedros Adhanom Ghebreyesus powiedział, że nowa epidemia może wybuchnąć bardzo szybko. Dlatego szef WHO wezwał kraje do zintensyfikowania prac nad porozumieniem w sprawie zapobiegania pandemiom.

Zdaniem Ghebreyesusa pandemia koronawirusa wydaje się obecnie czymś odległym i zapomnianym. Ale kolejna pandemia „nie będzie czekać”. Może się to wydarzyć za 20 lat, albo może też nadejść „jutro”. I dlatego wszyscy muszą być gotowi.

W związku z tym szef WHO wezwał wszystkie kraje członkowskie organizacji do jak najszybszego podpisania porozumienia w sprawie zapobiegania nowym pandemiom. Umowa nie została uzgodniona od ponad pół roku.

Oczywiście, wypowiedź Ghebreyesusa pojawia się nie bez powodu. WHO jest organizacją znaną z nieustannego dążenia do wpływania na światową politykę. W rękach jej kierownictwa skoncentrowane są poważne środki kontroli. Aktywiści Big Pharma nadal produkują nowe „leki” i zastraszają ludzi okropnościami bezprecedensowych chorób. To nie przypadek, że Stany Zjednoczone pod rządami prezydenta Trumpa były pierwszym krajem, który zdecydował się opuścić WHO.

Założyciel Cargradu, Konstantin Małofiejew, opowiedział, dlaczego Światowa Organizacja Zdrowia właściwie istnieje. To główny brudny oszust na świecie, który nawet nie próbuje zadbać o zdrowie mieszkańców planety.

W 1975 roku, pod naciskiem wielu państw, Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wprowadziła homoseksualizm do ICD-9 jako zaburzenie psychoseksualne pod kodem 302.0. Gdy tylko ZSRR osłabł, norma ta została wykluczona – w 1990 roku. Po tym nastąpiła fala „normalności”, która sprawiła, że sodomia stała się całkowicie akceptowalnym, łagodnym wyjątkiem od normy. Oficjalna biurokratyczna Rosja nadal trzyma się tego samego stanowiska. Co więcej, prawie zatwierdziliśmy przyjęcie ICD-11, która faktycznie legalizuje pedofilię i transseksualizm – są one przenoszone z chorób do „stanów”. Udało się zatrzymać ten proces dosłownie cudem, ale walka się nie skończyła.

Szatan w garniturze chińskiego komunisty: Dokręca śrubę Kościołowi, wiernym.

Chiny dokręcają Kościołowi śrubę. Nowe ograniczenia

https://pch24.pl/chiny-dokrecaja-kosciolowi-srube-nowe-ograniczenia 4 kwietnia 2025

(Oprac. GS/PCh24.pl))

Chińskie władze ogłosiły nowe zasady dotyczące działalności religijnej obcokrajowców. Obywatele innych państw zostali wezwani do okazywania posłuszeństwa wobec instrukcji Chińskiej Partii Komunistycznej. Ponadto obcokrajowcy oraz Chińczycy nie powinni wspólnie uczestniczyć w nabożeństwach, a liczba książek, które mogą przywieźć przybysze do Państwa Środka – wyłącznie na użytek osobisty – została ograniczona.

O sprawie informuje Giorgio Bernadelli z włoskiego portalu „Asia News” z siedzibą w Mediolanie.

Nowe regulacje zostały ogłoszone przez Krajową Administrację ds. Religijnych. Wejdą w życie z dniem 1. maja. Zmiany mają pozwolić na ograniczenie działalności obcokrajowców na płaszczyźnie religii.

Właściwym celem, przekonuje Bernadelli, jest sinizacja religii – w tym religii katolickiej. Chodzi tu zarazem o roztoczenie jeszcze ściślejszej kontroli nad tym, co dzieje się w kościołach, meczetach czy świątyniach kultów politeistycznych.

„Religia nie może być używana dla zaszkodzenia interesowi narodowemu, publicznemu interesowi społecznemu czy też prawom i interesom obywateli; nie może też naruszać porządku publicznego ani dobrych obyczajów”, można przeczytać w zestawie regulacji ogłoszonych na początku kwietnia. Obcokrajowcy zaangażowani na płaszczyźnie religijnej muszą ponadto przestrzegać nie tylko chińskiego prawa, ale szanować też „zasadę chińskiej niezależności i samostanowienia w dziedzinie religii, akceptując uprawniony nadzór ze strony rządu chińskiego”.

Obcokrajowcy nie mogą też brać udziału w nabożeństwach poza oficjalnie wyznaczonymi do tego miejscami. Jak tłumaczy Bernadelli, w przypadku Kościoła katolickiego oznacza to zakaz kontaktowania się przez obcokrajowców z tzw. Kościołem podziemnym, czyli tą częścią katolików, która odrzuca kontrolę Komunistycznej Partii Chin.

Przybysze z innych krajów powinni uczestniczyć w nabożeństwach sprawowanych przez obywatela Chin. Poza przewodniczącym nabożeństwa nie powinni w nim brać udział już żadni inni Chińczycy.

Obcokrajowcy nie mogą też przywozić ze sobą więcej niż 10 książek o charakterze religijnym, zresztą wyłącznie na własny użytek.

Zakazane dla obcokrajowców pozostaje nawracanie czy nieautoryzowana ewangelizacja.

Źródło: asianews.it Pach

Herezja relatywizmu, czyli jak zło „stało się” dobrem, a dobro złem

Herezja relatywizmu, czyli jak zło stało się dobrem, a dobro złem

pch24.pl/herezja-relatywizmu-czyli-jak-zlo-stalo-sie-dobrem-a-dobro-zlem

(Oprac. PCh24.pl)

Na czwarty odcinek cyklu PCh24.pl o „nowoczesnych herezjach” zapraszają ks. prof. Piotr Roszak i Tomasz D. Kolanek.

„Nie istnieje rozróżnienie między prawdą i błędem, między tym, co słuszne i co niesłuszne; wszystko zależy od czyjegoś punktu widzenia” – tymi słowami abp Fulton Sheen zdefiniował w książce „Wojna i rewolucja” herezję relatywizmu. Herezję, która cały czas przybiera na sile oraz co gorsza – herezję, którą być może nieświadomie, ale jednak, wspierają niektórzy kapłani, a nawet hierarchowie. Dlaczego ta herezja odniosła (niestety) tak wielki sukces?

Konieczność odróżniania stanowi podstawę mądrości, skoro zgodnie ze starożytną maksymą, człowieka mądrego cechuje zdolność porządkowania (sapientis est ordinare). Wielość punktów widzenia i subiektywne odczucia nie oznaczają, że nie można wskazać na prawdę, ale świadczą o wysiłku, aby integrować i konfrontować. Niestety kulturą współczesną rządzi „emotywizm”, który stał się regułą oceniania wszystkiego, a przez to prowadzi do relatywizmu. Można przeżywać na różne sposoby pewne prawdy, ale przecież trzeba się zgodzić co do samej prawdy. To trochę jak z „kluczami” w muzyce, które sprawiają, że ten sam zapis nutowy jest odtwarzany inaczej, można wykonywać go na wiele sposobów, ale trzeba się zgodzić co do samych nut. Dlatego kryzys prawdy tkwi u źródła tej herezji, jakby zanegowano pierwszy człon zdania z Ewangelii „poznacie prawdę i prawda was wyzwoli” (J 8,32). Mam wrażenie, że dziś celowo odwrócono to zdanie i wolność stała się podstawą do tego, aby ustanawiać prawdę. Prawdę o walce klas, o płci…do tego awersja do instytucji takiej jak Kościół katolicki – awersja, która rodzi się z postulatów oświecenia i dlatego wypływa z przekonania, że trzeba wyzwolić się z szablonów i wizji tradycyjnych, w duchu Kantowskiej zasady: „odważ się być mądrym” (sapere aude!), a więc przestań słuchać tradycji, masz myśleć sam, bo instytucje są złe, mają swoje interesy etc.. Od tamtego czasu okazało się jednak, że nie ma „czystego” podmiotu, rzekomo wolnego od wpływów zewnętrznych, a zasadnicze pytanie brzmi zaś czy podmiot ma świadomość tego wpływu. Ideał wolności nie może wiązać się z prostym uwalnianiem się od innych, zrzucaniem zależności, ale docieraniem do prawdy.

Herezja relatywizmu odniosła sukces, można tak powiedzieć, ze względu na dobre „opakowanie”, a my kupujemy często przez ten pryzmat, często się mówi, że „kupujemy wzrokiem” i w oparciu o wrażenia, a to oznacza, że skojarzenie relatywizmu z szacunkiem dla innych punktów widzenia jest ważnym motywem jego akceptacji. Ale gdyby się dłużej zastanowić, szacunek dla innych nie polega na braku reakcji, gdy ktoś zamyka się w bańce informacyjnej lub traci orientację w terenie. Mówienie Mu w takiej dezorientacji np. w lesie, ze wszystkie kierunki są dobre i gdzie chce może uznać, ze jest północ, że nie da się tego ustalić, to takie twierdzenie z pewnością nie jest pomocą takiemu człowiekowi.

A do tego warto zauważyć, że relatywizm jest wygodny, zwalania z działania, bo jeśli nie ma prawdy czy grzechu, to wtedy reagować nie trzeba.

Czy istnieją jakiekolwiek wartości bądź anty-wartości niezmienne, które od zawsze były, są i będą dobre lub złe? Kiedyś taką wartością było małżeństwo, ale dzisiaj z jednej strony czytamy o związkach partnerskich, z drugiej o „małżeństwach” LGBT, a z jeszcze innej o poligamii… To samo tyczy się anty-wartości. Do niedawna anty-wartością była sodomia, a dzisiaj jest ona dla wielu „czymś normalnym” i „podstawowym prawem człowieka”…

Język „wartości” sugeruje pewną subiektywność, choć stał się modny w XX wieku, gdyż dawniej posługiwano się bardziej obiektywną kategorią „dobra”, jak to jest np. u Tomasz z Akwinu. Dobro jest niezmienne, nawet jeśli ktoś jedynie częściowo je rozpoznaje lub nawet nie rozpoznaje. W przypadku wartości/wartościowania chodzi o osąd, stąd pokusa traktowania wszystkiego wedle „własnej miary”, subiektywnie i relatywnie.

A stąd bliska droga to manipulowania czy przewartościowywania dotychczasowych wartości, a więc wskazania co jest, co przestało być, a co powinno być tzw. „wartością”… to przecież na tym polegała propozycja Fryderyka Nietzschego sprzed ponad 100 lat, na przedefiniowaniu wszystkich dotychczasowych wartości w kulturze europejskiej. A taka operacja to w gruncie rzeczy jakby zmiana „gramatyki” w mówionym języku: spróbujmy takiego eksperymentu… widać od razu, że nie da się postawić na relatywizm w tym względzie, bo on sprawi, że pojawią się zdania fałszywe i niezrozumiałe. To proces niebezpieczny, bo jest on przejmowaniem dyskursu i ustanawianiem nowej moralności, a to widać choćby w firmach, które definiują swoiste kody moralne dla pracowników, przy ich aplikowaniu o pracę. Wiele z takich firm niestety robi wręcz testy czy pracownicy uważają, że zbliżają się „święta Bożego Narodzenia” czy też będą posługiwać się enigmatycznym zwrotem „wakacje zimowe”, sterując w ten sposób wartościowaniem jak się zwrócimy w korespondencji firmowej.

Kiedy narodziło się przekonanie, że o tym, co jest dobre i słuszne oraz o tym, co jest złe i podłe decyduje większość? Przecież to „większość” skazała na śmierć Pana Jezusa…

… a jednocześnie w chrześcijaństwie od początku istniał szacunek dla głosu wszystkich w Kościele, wynikające z przekonania o asystencji Ducha Świętego, który prowadzi Kościół jako wspólnotę (a nie jedynie część tej wspólnoty, na przykład, jedynie pasterzy Kościoła) w drodze do niebieskiej ojczyzny. Znalazło to swoje potwierdzenie w przekonaniu o istnieniu pewnego rodzaju „zmysłu wiary ludu Bożego”, pewnego wyczucia co jest prawdą wiary a co imitacją, w którą stronę prowadzić życie chrześcijańskie, aby osiągnąć cel, jakim jest świętość. Takie spojrzenie dało podstawę do słynnych powiedzeń jak vox populi, vox Dei, głos ludu głosem Boga.

Nie rozumiano jednak tej zasady socjologicznie, ale teologicznie. Dlatego w czasach, gdy wielu chrześcijan szło za herezją arianizmu, która twierdziła, ze Chrystus nie jest naturalnym Synem Bożym, ale człowiekiem, który został zaadaptowany na Syna Bożego, to wydawało się to w zgodzie z kulturą starożytną, nie rodziło napięć i sporów. Wiara w przypadku arianizmu wpisała się – niczym w foremkę do ciasta – do istniejących schematów intelektualnych, one zaczęły dyktować wierze w co może a co nie twierdzić, zamiast kształtować nowe kategorie intelektualne. Wtedy św. Atanazy, być może w socjologicznej mniejszości, był wyrazem wiary Kościoła, bo trzymał się wiernie Ewangelii i nie chciał jej sprzedawać za cenę kompromisów z arianizmem, który twierdził, że Syn Boży tak, ale nie prawdziwy, lecz adoptowany; zamiast Bóg z Boga, arianie woleli: Bóg z człowieka, nie tyle zrodzony jak wiara katolicka twierdzi, co stworzony w opinii arian. Do dziś ten antyariański wymiar brzmi przecież w credo.

Ten, kto jest wierny Ewangelii i poddaje swój umysł Chrystusowi, a nie odwrotnie (Chrystusa poddawałby osądowi miary swego rozumu), ten ma najwięcej do powiedzenia, ten ma „większość”  – Chrystus przechyla bowiem statystyki na swoją korzyść i wygrywa każde głosowanie, On ma większość w Kościele…

Niestety percepcja socjologizująca wiarę zrodziła się w kontekście nowożytnym, gdzie model państwa zaczął być wiązany z tym, aby nie dochodziło do starć wewnętrznych w społeczeństwie, ludzie się nie pozabijali, państwo miało pilnować porządku wśród obywateli, a wtedy większość arytmetyczna zaczęła odgrywać coraz większą role. Przekonanie, że słuchamy nie tego, kto ma racje, a kto głośniej krzyczy i ma więcej zwolenników wypływa w moim odczuciu z tej nowej, już dalekiej od średniowiecznej wizji społeczności politycznej. Wtedy zaczynają pojawiać się przekonania o konieczności narzucania rozwiązań innym „dla dobra ogółu”, dominowaniu jednych nad drugimi (sam ideał nauki zaczął być wiązany z panowaniem nad przyrodą, skutecznym jej wykorzystaniem, a nie samym poznaniem prawdy). Ideałem stanie się tolerancja wypływająca z obawy o kruchą równowagę państwa.

Jak Kościół katolicki rozumie tolerancję?

To ciekawe, że termin tolerare generalnie dotyczy znoszenia np. innych ludzi, a więc wytrzymania pewnego naporu, a więc chodzi o postawę zbliżoną do cierpliwości w doświadczaniu jakiegoś zła czy przeciwności losu. Natomiast z biegiem lat czy dziesięcioleci zaczął oznaczać coś innego, znowu głównie od nowożytności – jako odpowiedź na konflikty, jakimi były targane państwa w XVII i XVIII wieku. Przestaje być konceptem negatywnym – znosić przeciwieństwa – na rzecz pozytywnego, a więc afirmacji poglądów innych, wymuszonej zgody na akceptację poglądów innych ludzi.

Dziś w rezultacie wielu uważa, że w ramach tolerancji powinno się akceptować czyjeś poglądy, np. dotyczące płci czy moralnej oceny pewnych zjawisk (np. aborcji), sprzeciwianie się temu jest wyrazem braku tolerancji, a przez to agresji. Tymczasem w chrześcijaństwie odróżnia się sprawę fundamentalną: szacunek dla osoby, ale nie bezwarunkowa akceptacja dla jej poglądów. Poglądy mogą czy wręcz powinny podlegać ocenie, nie można ich „tolerować”. Paradoksalnie w epoce dezinformacji widzimy wyraźnie, że tolerowanie fakenewsów przynosi wiele szkody. Trzeba wrócić do średniowiecznej zasady argumentowania – jak to mamy w „Summie teologii” św. Tomasza, która opiera się na konieczności uzasadniania. Wiary udowodnić nie można, ale można uzasadnić, dlaczego wierzymy. To była naprawdę istotna kultura argumentacji, która cechowała średniowiecze.

Czy można postawić tezę, że fałszywie rozumiana tolerancja jest dziś głównym orężem relatywizmu? Liberalny świat głosi bowiem, że mamy tolerować wszystko, łącznie z błędami, wypaczeniami, herezjami etc. Jeśli tego nie robimy, to jesteśmy przepełnionymi nienawiścią homofonami, rasistami, ksenofobami, antysemitami etc.

To strategia oparta o poszerzanie pojęcia wolności, które się dobrze kojarzy, ale w kolejnych etapach wychodzi poza zakres tego, co związane jest z wolnością. A przecież wolność jest w służbie czegoś więcej, jest wolnością „po coś”, ona ma cel, a więc jest kształtowana przez wartości. Nie jest ślepą siłą, wolność nie oznacza bowiem chcieć czego się tylko zapragnie… nie chodzi w wolności o sam wybór, ale o dobry wybór. Gdyby sam wybór był istotą wolności, to wtedy wolni byliby ci, którzy wybierają zło pozbawiają się np. wraz z uzależnieniami, swojej wolności, a to byłoby absurdalne, aby wolność prowadziła do nie-wolności. Zatem wolność do swej definicji potrzebuje dobra, oparcia o to, co słuszne i prawdziwe.

Paradoks liberalizmu z jego hasłem, że trzeba wszystko tolerować jest też taki, że to zawsze jednostronna deklaracja: mamy tolerować wszystko, ale nie tych, co nie tolerują tolerancji…

Czy katolik może „tolerować” grzech, czyli na przykład nie upominać grzesznika, twierdząc przy tym, że to nie jego sprawa, że każdy ma swój rozum i odpowiada sam za siebie etc.?

To są delikatne kwestie, bo pytanie nie brzmi „czy”, ale „jak” – to znaczy w jaki sposób działać, aby nie pogłębiać zła, lecz wydobywać z zaklętego kręgu niemocy. W katolicyzmie chodzi o „prawdę w miłości”, nie o obsesję na punkcie ujawniania… prawdę można powiedzieć na wiele sposobów, pytanie czy mówiąc ją chcę dobra, czy taka jest moja najgłębsza motywacja.

Dlatego chrześcijańska tradycja upominania – zwłaszcza przy publicznym grzechu – była jasna, miała za cel „pozyskać brata” (por. Mt 18,15) i stawiała na adekwatną formę: inaczej upomina męża żona, matka córkę, inaczej przyjaciel, znajomy, przełożony.  Różniła się w przypadku jawnego grzechu i osobistego, nie chodziło o ekshibicjonizm, ale o przywrócenie dobra i świadomość, że jesteśmy jak naczynia połączone, ma znaczenie co robi drugi. Dziś tyle się mówi o tzw. efekcie mrożącym, czyli ogólnie jak działanie jednostki może wpłynąć na drugich, np. na ich lęk przed działaniem. Widzimy jak „przyzwolenie” z góry, akceptacja zachowań, ma wpływ na innych. Zasadne jest wiec pytanie: a kto wyznacza te dogmaty współczesności? Jak choćby ten, że gdy chodzi o chrześcijaństwo to nie można pozwolić mu na formułowanie ocen moralnych – Kościół nie ma prawa rzekomo nikogo upominać w liberalnym społeczeństwie – ale inne instytucje, fundacje to już mogą, narzucając pewne oceny oderwane od obiektywnej prawdy.

Argumentacja, że każdy ma swój rozum jest znowu wybiórcza, gdyż ewidentnie nie działa w edukacji, w pracy zawodowej, gdzie stawia się np. na tutoring, wsparcie przez innego, słuchanie „jego rozumu”, to jest na co dzień reguła dochodzenia do czegoś sensownego, do opanowania nowych kompetencji.

Nierozsądnie więc działa ten argument „każdy ma swój rozum”, podobnie jak z jednej strony mówi się, że niech dziecko zdecyduje o swojej wierze, gdy będzie dorosłe, dlatego niektórzy rodzice nie będą go chrzcić … ale z drugiej strony, w przypadku edukacji już tak nie myślimy, decydujemy za dziecko wysyłając do szkoły albo prowadząc edukację domową. W jednym temacie tak, w drugim inaczej. Dlaczego? Wydaje mi się, że czasami za twierdzeniami, że każdy ma swój rozum stoi pójście na łatwiznę, zrzucenie odpowiedzialności… i wybór ideologiczny.

Jak w związku z tym mamy odróżnić słuszność naszej, katolickiej sprawy  od słuszności sprawy np. naszych wrogów – wrogów Kościoła i Chrystusa Pana? Skoro słuszność i niesłuszność są uzależnione od jednostkowego „widzimisię”, czy jest to w ogóle możliwe?

Oczywiście, że jest możliwe, inaczej nie można byłoby mówić o etyce, w której od starożytności mówi się o „słusznym” działaniu, a zdolność odróżniania jest kluczowa. Wirus czy herezja relatywizmu to rozbrojenie się przed atakiem przeciwnika, genialny ruch wroga, który nawet nie musi atakować, bo wygrał walkę kognitywną, na percepcję, wmówił szereg kłamstw.

A zatem problemem jest absolutyzacja, postawienie jednego aspektu kosztem drugiego, bo proszę zauważyć, że w etycznym rozeznaniu mamy dwie zasady: sumienie i prawo moralne, a problem polega na tym, że albo mówi się, ze tylko sumienie ma rozstrzygać (wariant subiektywny), albo tylko litera prawa moralnego (wariant obiektywny), zamiast łączenia obu aspektów. Wielu absolutyzuje np. liturgię, albo moralność, albo dogmatykę, czyniąc z nich „samotne wyspy”, a przecież liturgia, życie, dogmaty to krwioobieg, to musi wzajemnie napędzać siebie, a nie być wyjmowane w kontekstu i traktowane w oderwaniu od innych. Jak żyję, wynika z tego w co wierzę!

Jest wiele sposobów na sprawdzenie słuszności, Chrystus mówił np. o logice owocu, a więc trzeba spojrzeć czy nie ma ofiar… jeśli jakaś ideologia uważa się za słuszną, a nie prowadzi do podnoszenia poziomu moralnego, jeśli wprowadza w rozterki, ludzie nie wiedzą kim są, jest coraz więcej rozpaczy, depresji, no to znaczy, ze coś nie działa. Tymczasem nasza cywilizacja nie chce się do tego przyznać i to chowa przed spojrzeniami innych.

Innym miernikiem słuszności jest wierność tradycji – proszę zauważyć lekceważenie dla historii, z jakim mamy dziś do czynienia. Mówi się o „resetach”, podważa kreślenie historycznych kontekstów, liczy się bilans zysków i strat na „dziś”. Dziwnie zwolennicy relatywizmu boją się historii, bo ona pokazuje, że twierdzenia podobne do tych, które podnoszą już dawno doprowadziły do katastrofy. Żeglarze, którzy będą mówili, że ma słuszność nawigator mówiący, że północ jest tam i drugi, ze w inną stronę, i że każdy z nich ma racje, nie dopłyną do portu.

Nasi dziennikarze, pracownicy edukacji, nasze kina, masowe książki, nasze sądy, a nawet niektóre kościoły – wszystkie te środowiska całymi latami odcinały się od prawa moralnego, wyłączając jego stosowanie najpierw w sferze polityki i gospodarki, potem rodziny, a potem jednostki. Szydzono i wyśmiewano się z tych, którzy wciąż się prawa moralnego trzymali, nazywając ich reakcyjnymi, zacofanymi, etykietując czystość i uczciwość z pomocą terminologii Marksa jako cnoty burżuazyjne. Teraz ci sami ludzie mówią nam, że wszystko, co mamy do zrobienia w sprawie zła, to zapomnieć o nim, a wiarę i moralność da się przecież zawieźć do cywilizacji z powrotem, jak się przywozi towar do drogerii”, pisze abp Fulton Sheen. Cóż więcej dodać? Chyba tylko tyle, że po 80 latach od postawienia tej diagnozy jest tak samo, tylko jeszcze bardziej, prawda?

Dokładnie, bo owoce odrzucania prawa moralnego nie są odczuwalne natychmiast, to jak powolna erozja, która niszczy tamę i za chwilę woda wyleje z wielką, niszczycielską siłą. Ale…taką tamę się wzmacnia, a nie osłania w obliczu wyzwań. Tymczasem podważanie etyki jako takiej z powodu relatywistycznego podejścia jest osłabieniem tej „tamy”. Choć lepiej byłoby się posłużyć obrazem koryta rzeki, który umożliwia rzece by płynęła, aby nie skupić się na etyce jako zatrzymywaniu czy wstrzymywaniu, gdyż etyka jest dana po to, aby człowiek był szczęśliwy, nie po to, aby mu utrudniać życie, wprowadzać zakazy dla zakazów. Szczęście wymaga pewnych decyzji, rezygnacji, ale i podjęcia z radością obowiązków. Nie dajmy sobie obrzydzić pojęcia moralności, bo to jest ogromny problem: robi się wszystko, aby bycie moralnie dobrym kojarzyło się z przestrzeganiem samych zakazów.

Lekkomyślność w tym względzie, w przekonaniu, że jednym kliknięciem da się np. przywrócić utracone wartości, to mrzonka. To się odbudowuje pokoleniami. Dlatego ma znaczenie strategia – nieco partyzancka – wstrzymywania pochodu wrogich sił wobec cywilizacji. Jeśli nie da się przekonać, że herezja relatywizmu to tragedia, to choć osłabiajmy jej siłę. Pokazując owoce relatywizmu i konieczność przywrócenia koncepcji „prawdy”.

Abp Sheen przywołał w powyższej wypowiedzi „niektóre kościoły”. Tutaj chyba mamy klucz do zdefiniowania obecnego zamieszania. Jeśli Ksiądz profesor pozwoli chciałbym poruszyć kilka… kontrowersyjnych kwestii, jakie miały miejsce podczas pontyfikatu papieża Franciszka. W pierwszej kolejności kwestia Komunii Świętej dla rozwodników. To przy okazji tej sprawy i adhortacji „Amoris laetitia” wielką furorę zrobiło słowo „rozeznanie”. Czymże jest w tym przypadku rozeznanie, jeśli nie zachętą do relatywizmu moralnego?

Istotnie są różne rodzaje rozeznania, bo niektóre mogą być zachętą do relatywizmu moralnego, a inne zachętą, aby nie wrzucać do jednego worka sytuacji odmiennych i świadomego wyboru drogi dobra. Norma moralna obiektywna – wyrażona w wersji negatywnej, np. nie zabijaj, nie kradnij – nie podlega zawieszeniu, choć istnieją sytuacje, np. obrona ojczyzny, gdzie żołnierz broniąc granic pozbawia życia wroga. To jednak on sam się pozbawia życia atakując inne państwo, a nie obrońca.

A co do drugiej kwestii: Istnieje wiele form komunii z Kościołem, ta eucharystyczna wyraża obiektywną prawdę i jest ważnym znakiem, także dla tych, którzy nie mogą do niej przystąpić z obiektywnych powodów. Chrześcijanie zawsze wskazywali drogę „trudniejszą”, która podnosi poprzeczkę, na nią wskazywał św. Jan Paweł II, i myślę, że racje przedstawiane przez Niego są przekonujące i obrazują jasno dlaczego nie warto rozcieńczać chrześcijaństwa zgodą na zerwanie spójności wiary wyrażanej w komunii eucharystycznej. Rozeznanie, które byłoby de facto takim rozcieńczaniem, przynosi ostatecznie krzywdę duchową. Fałszuje duchową orientację ludziom, którzy potrzebują informacji gdzie jest „północ”, aby sobie wyznaczyli potem poszczególne kierunki.  

Rozeznawanie jest jednak szeroko obecne w życiu chrześcijan, warto to zauważyć, np. w spowiedzi świętej, rozeznajemy inspiracje duchowe, czy pochodzą od Boga czy szatana, ale także przy okazji dylematów moralnych, więc ta sztuka jest nam potrzebna, gdyż próbuje nam się mawiać co krok, że wszystko jedno, bo to jest to samo.

Jak w związku z tym katolik powinien rozeznawać? Odnoszę bowiem wrażenie, że próbuje się do naszej wiary przemycić elementy protestanckie – nieważne, co zrobisz; ważne, żebyś miał spokojne sumienie i aby nie gryzły cię żadne wyrzuty. Jeśli nie gryzą, to nie zrobiłeś nic złego…

Katolicyzm cechuje coś innego, mianowicie „i jedno” (sumienie) „i drugie” (obiektywne prawo moralne). To „i” jest ważne, bo nie ma tam „albo”, na zasadzie albo sumienie albo prawo moralne. Integrować te dwie zasady jest naszym katolickim sposobem życia. Nie jest to łatwe, to prawda, ale brak wyrzutów sumienia to za mało. Mówił o tym św. Paweł, że nawet gdy sumienie nic nie wyrzuca to jeszcze nie wystarcza… Wiele nas łączy z teologią protestancką, ale istnieje także wiele różnic  i warto nie dopuścić do rozmycia swej katolickiej tożsamości.

Kolejna kwestia to tzw. ekumenizm. Pojawiło się w ostatnich miesiącach wiele – moim zdaniem – niebezpiecznych głosów ze strony duchownych, jak np. stwierdzenie, że Pan Bóg chce różnorodności religii. Jak tego typu deklaracje mają się na przykład do sześciu prawd wiary? Czy to wszystko nie idzie za daleko?

Ekumenizm to sposób budowania jedności wśród chrześcijan, a więc droga dośrodkowa, a nie odśrodkowa. Wiemy, ze bycie katolikiem wyraża się na wiele sposobów, np. mamy katolickie kościoły wschodnie, z inną liturgią niż zachodnia. Dobrze to widać właśnie w liturgii, gdzie mamy ryty ambrozjański, hiszpański, rzymski w obu jego formach. Jedność nie oznacza uniformizacji, spłaszczenia, redukcji do jednego dopuszczalnego modelu.

Ale czym innym jest twierdzić, że wielość religii jest chciana przez Boga. To nie mieści się w katolickiej nauce pokazującej na bazie Biblii, że Bóg chce jedności wiary. Chrystus nie jest jednym z wielu, ale kimś niezastąpionym. A Kościół nie jest „jedną z wielu opcji”, ale sposobem w jaki Bóg chce pojednać świat z sobą. Inne religie muszą w pewien sposób być w relacji do Kościoła – sakramentu zbawienia, to znaczy „narzędzia”, przez które Bóg tego dokonuje.

Ostatnia kwestia to błogosławienie tzw. par LGBT. Watykan zastrzegł, że nie chodzi tutaj o błogosławienie związków, tylko ludzi, którzy są grzeszni. Z jednej strony niestety znaleźli się w całej Europie, w tym w Polsce kapłani, którzy wbrew Stolicy Apostolskiej błogosławili „pary”, czy też „związki LGBT”. Z drugiej strony można odnieść wrażenie, że błogosławieństwo należy się – przepraszam za wyrażenie – „jak psu micha”. Ci, którzy to głoszą, przywołują fragment Ewangelii o spotkaniu Pana Jezusa z jawnogrzesznicą. Przypominają, że Syn Boży jej nie potępił, ale jednocześnie zapominają, co do niej powiedział, czyli „Idź i nie grzesz więcej”…

Warto więc czytać zarządzenia Stolicy Apostolskiej, a nie komentatorów tych zarządzeń – musimy wyrobić w sobie, już od lekcji religii w szkołach, taką podstawową zdolność do krytycznego myślenia, które daje religia (bo nie jest ona łatwowiernością) oraz troskę, aby opierać się na źródłach, a nie opiniach.

Z drugiej strony, trzeba przypomnieć co to jest błogosławieństwo: błogosławić to pomnażać dobro. A zatem musi najpierw zaistnieć jakieś dobro. Dlatego nie można błogosławić zła, a takim jest trwanie w związku LGBT. Zgodnie z wiarą katolicką, nie wolno par w takich związkach błogosławić, gdyż błogosławi się ludzi na ich drogę wychodzenia z grzechu, a nie pozostawania w nim; błogosławi się na próby odzyskania wolności, a nie jej tracenia. Jeśli się błogosławi osobę (a nie jej związek) to stoi za tym idea, ze chcemy znaleźć „coś dobrego”, niejako uczepić się tego i prosić Boga, aby na kanwie tego przyczółku dobra u człowieka doszło – dzięki Jego łasce – do wzmocnienia dobra, jego większego owocowania. Łaska, gdy się pojawia, dynamizuje ludzkie życie, wspiera naturę i uzdalnia do takich aktywności, które ją przekraczają. Gdy wiec Bóg błogosławi swemu stworzeniu – a tak sobie przecież życzymy często: niech Cię Bóg błogosławi! – to pomnaża, multiplikuje dobro. Może ta relacja łaski i dobra o przypomina trochę współczesny rower elektryczny: pedałować trzeba jak w każdym rowerze, ale przecież jedzie się szybciej niż dzięki samemu pedałowaniu… Ale powtórzę, w punkcie wyjście jest „dobro”. Błogosławienie zła jest bluźnierstwem.

Zachowanie Jezusa wobec grzeszników jest tu rzeczywiście wspaniałym przykładem: Chrystus nie błogosławił Zacheusza za jego oszustwa jako celnika, ale za nawrócenie… za odważną decyzję porzucenia tego, co robił wcześniej. Błogosławieństwo nie było ofoliowaniem, potwierdzeniem, ale ukierunkowaniem życia we właściwą stronę.   

Jak się bronić przed relatywizmem skoro hierarcha w Wiedniu mówi co innego niż hierarcha w Berlinie, a hierarcha Paryżu co innego niż hierarcha w Mediolanie? Skąd katolik ma wiedzieć, który z nich głosi prawdę?

W Kościele nie jest tak, że się powtarza jak w partiach politycznych ustalony odgórnie „przekaz dnia”, ale każdy z lokalnych Kościołów żyje w innym kontekście, kulturze, ma odmienne doświadczenie wiary apostolskiej, podobnie jak w starożytności, gdy Hiszpania, Italia czy Bliski Wschód wyznając tę samą Ewangelię stawiały jednak inne akcenty, prezentowały tę samą wiarę z różnych perspektyw, często w odmiennej terminologii filozoficznej, którą potem uzgadniano. Te uzgodnienia były znakiem komunii Kościołów, ale podstawą była ta sama, jedna Ewangelia.

Z odmiennością formy przekazu Ewangelii jest nieco jak z muzyką polifoniczną, rozpisaną na głosy i różne instrumenty, które są zharmonizowane ze sobą i szybko wychwycisz fałszywy dźwięk, który nie pasuje do danej symfonii, jest w niej ciałem obcym, dodanym niezgodnie z regułą, tutaj, w kontekście tematu naszej rozmowy, z regułą wiary.

Co więc robić w takich przypadkach? Jak sama nazwa ‘katolicki’ sugeruje, trzeba głoszoną prawdę odnosić do całości nauczania Kościoła wypływającej z Ewangelii, a nie porównywać ze sobą jedynie małe części czy zakresy nauczania. Trzeba pytać o spójność, bo co po nowatorskich teoriach, które przeczą prawdom moralnym i wypaczają życie chrześcijan?

Gdy słyszymy takie „nowatorskie” nauczanie niektórych osób w Kościele, które podważa dotychczasowe nauczanie, ale nie w sensie rozwijania go, lecz gdy widzimy sprzeczności – to trzeba odnieść się do wiary Kościoła, do nauczania, a przecież dziś mamy to niemal na kliknięcie. Myślę o Katechizmie Kościoła Katolickiego, który to w przystępny sposób przedstawia nauczanie Kościoła. Wymaga to od nas wszystkich, nie tylko teologów, wyrobienia w sobie nawyku sięgania do takich źródeł, wsłuchiwania się w racje, w argumentacje. Gdyby Kościół szedł drogą „przekazów partyjnych”, to nie rozwijałby wiary: powtarzano by zgodnie wyuczone formuły, ale rozumiałoby się to inaczej, nie byłoby przyswojenia tej prawdy, a w chrześcijańskiej wierze o to chodzi.

Apostołowie głosili jedną Ewangelie, ale w różny sposób, jedni szli do pogan, inni do Żydów… to samo głosili, ale w różny sposób. A i tak pojawiały się w pierwszych gminach stronnictwa, jeden uważał się za należącego do grupy Apollosa, inny św. Pawła…

Czy herezja relatywizmu, to tak jak herezja scjentyzmu – pokłosie pychy? A może jest to po prostu pokłosie postawy Piłata, który zapytał Pana Jezusa „Czym jest Prawda?”, po czym nie czekając na odpowiedź zabrał się i poszedł?

W przypadku tej herezji stawiałbym nie tyle na pychę, która prowadzi do nadmiaru optymizmu, co widać w scjentyzmie, ale w moim odczuciu relatywizm to pokłosie rozpaczy, braku zaufania do prawdy. Chodzi o brak wiary, że kiedyś dojdę do jasnego poznania sytuacji i że poznanie prawdy jest dla mnie dobre… bo choć góry mogą być zakryte chmurami, to jednak kiedyś wiatr je przegoni i znowu zobaczę owe góry przed sobą. To, że ich w danym momencie nie widać, albo że prawda o nich jest trudno dostępna, nie znaczy, że ich nie ma.

Najgorzej jak ktoś z takiej wady jaką jest rozpacz zrobi „cnotę” i postawę godną pochwały, jako rzekomy wzór do naśladowania.  Ileż razy człowiek, gdy sobie z czymś nie radzi wykrzykuje, ze się nie da, a robi to tylko dlatego, ze ma trudność, że nie chce isć dalej, nie szuka… Relatywizm to pogodzenie się z rozpaczą… zamiast walka o to, aby się jej nie poddać.

No i „last but not least”, choć może od tego powinienem był zacząć. Pan Jezus powiedział: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a duszy zabić nie mogą; ale raczej bójcie się tego, który i duszę, i cało może zatracić w piekle” (Mt 10, 28). Czy te słowa Zbawiciela były przestrogą przed relatywizmem?

To przestroga przed „otruciem” duchowym, które skupia się nie na tym, co najważniejsze, ale odwraca uwagę od kluczowych kwestii.

Św. Piotr pod Cezareą próbował „relatywizować” proroctwa o Mesjaszu, mówiąc do Jezusa: „Ciebie to nie spotka etc.” To nie do końca tak. Chrystus reaguje zdecydowanie: „Zejdź mi z oczu szatanie”. Warto sobie przypomnieć, że w raju – jak czytamy w Księdze Rodzaju – też było „Ciebie / Was to nie spotka”, jak to próbuje wmówić pierwszym ludziom szatan w postaci węża zachęcając po sięgnięcie po owoc z drzewa rajskiego. To w jakiejś mierze konsekwencje relatywizacji drzewa życia… was to nie spotka, mówi wąż, a jednak spotkało. Piotr mówi do Chrystusa podobne słowa i dlatego ta identyfikacja jest tak mocna. Ale to przestroga, aby nie relatywizować prawdy, słów Ewangelii, lecz przyjmować je z całym radykalizmem.

Bóg zapłać za rozmowę.

Tomasz D. Kolanek