O tym, dlaczego Zelenski potraktował Trumpa jako nieistotnego: Za jego arogancją stoi ukryta sieć finansowa
Niebywała arogancja Zełenskiego podczas spotkania z Trumpem
Podczas niedawnego spotkania Wołodymyra Zełenskiego z Donaldem Trumpem oraz J.D. Vance’em w Białym Domu rozwinęła się zaskakująca dynamika sytuacji:
● Zełenski wykazał się arogancją i lekceważeniem, traktując Trumpa tak, jakby ten nie miał żadnego realnego wpływu na strategię ukraińskiej wojny.
● Pomimo wyraźnego stanowiska Trumpa w sprawie zmniejszenia wsparcia USA, Zełenski nie wykazywał żadnych oznak zaniepokojenia, zachowując się tak, jakby finansowanie Ukrainy przez USA było kwestią drugorzędną.
● Vance zwrócił wręcz uwagę na niestosowny ton Zełenskiego, ale ukraiński przywódca zdawał się robić to celowo, tak jakby chciał skierować do niego pewne przesłanie.
Nasuwa się pytanie: Dlaczego Zelensky czuje się tak pewnie? – Kto tak naprawdę go wspiera, jeśli nie rząd USA?
Zaginione fundusze amerykańskie: Gdzie podziały się pieniądze?
Wiele raportów wskazuje, że miliardy dolarów wysłanych do Ukrainy na wsparcie wojskowe zniknęły lub pozostają nierozliczone.
● Audytom Pentagonu nie udało się prześledzić ogromnej części pomocy wojskowej i finansowej udzielonej Ukrainie od roku 2022.
● Nawet media głównego nurtu, takie jak CBS i Washington Post, przyznały, że jedynie 30% amerykańskiej pomocy wojskowej faktycznie dociera na linię frontu.
● Kilku amerykańskich kongresmenów zażądało przejrzystości, powołując się na obawy, że działania wojenne wykorzystywane są jako masowa operacja prania pieniędzy.
Jeśli więc pieniądze nie docierają do ukraińskich żołnierzy, to dokąd trafiają?
The Rothschild Connection: Finansowanie równoległej sieci Zelensky’ego?
Powtarzający się schemat w ukraińskich przepływach finansowych wskazuje na zachodnie prywatne sieci finansowe, w szczególności te powiązane z rodziną Rothschildów oraz podobnymi elitami bankowymi:
● Ukraiński rząd otrzymywał zorganizowaną pomoc finansową od grup finansowych powiązanych z Rothschildami co najmniej od 2014 roku, tj. od przewrotu na Majdanie.
● Główne ukraińskie aktywa, w tym ziemia, zasoby i przemysł, są wykupywane przez międzynarodowe podmioty finansowe, z których wiele ma powiązania z tymi samymi dynastiami bankowymi.
● Raporty organów nadzoru finansowego sugerują, że duże sumy zachodniej pomocy trafiają na prywatne konta, podmioty offshore i fundusze uznaniowe kontrolowane przez wewnętrzny krąg Zełenskiego.
Jeśli Zełenski ma zabezpieczenie finansowe poza oficjalnymi funduszami państwowymi, to to wyjaśnia, dlaczego nie obawia się utraty amerykańskiego wsparcia wojskowego.
Dlaczego Zełenski uważa Trumpa za nieistotnego?
● Zelenski nie jest zależny wyłącznie od oficjalnej pomocy USA. Ma alternatywnych sponsorów finansowych, którzy zapewniają, że niezależnie od decyzji Trumpa, jego osobiste interesy pozostaną nietknięte.
● Wojna stała się tyleż operacją finansową, co wojskową. Ponieważ miliardy dolarów są przekierowywane do prywatnych sieci, zakończenie wojny oznaczałoby przerwanie lukratywnego przepływu pieniędzy.
● Pewność siebie Zelenski’ego sugeruje, że kluczowe elementy zachodniej elity finansowej chronią go, niezależnie od tego, co zrobi Biały Dom.
● Jego zachowanie podczas spotkania z Trumpem mogło być celowym posunięciem, aby zasygnalizować, że nie jest związany decyzjami Waszyngtonu.
Co to oznacza dla przyszłości
● Jeśli USA przeprowadzą dochodzenie w sprawie brakujących funduszy wojennych, może to wywołać poważny skandal korupcyjny dotykający zachodnich elit oraz ukraińskich urzędników.
● Wyzwaniem dla Trumpa jest nie tylko odcięcie pomocy wojskowej, ale także demontaż sieci finansowych, które chronią Zełenskiego i jego popleczników przed konsekwencjami.
● Jeśli Trump wycofa się, to czy sieci powiązane z Rothschildem wkroczą bezpośrednio, aby wesprzeć Ukrainę? – A może cała struktura upadnie?
Prawdziwa wojna może nie toczyć się na polu bitwy, ale na zapleczu finansowym. Zaś Zelenski, wspierany przez ukryte siły, uprawia niebezpieczną grę.
Przecież Matka Boża wie, czego nam, ludziom potrzeba. Odmawiajmy jednak takie modlitwy często i pokornie, by sobie uświadomić, po której stronie walczymy. A żartobliwie – tam, w Niebie, jest taki Licznik, pokazujący ilu wojowników jest aktualnie na Ziemi.
Walka o przyszłość Europy nabiera tempa. W mocnej i wymownej dyskusji premier Węgier Viktor Orbán i liderka niemieckiej AfD Alice Weidel spotkali się z Mandiner i Weltwoche, aby przedstawić swoją wizję odzyskania Unii Europejskiej z rąk niewybieralnych biurokratów. Ich przesłanie? Europa musi wrócić w ręce suwerennych państw i porzucić nieudaną politykę, która doprowadziła ją na skraj upadku.
„Wyrzućcie biurokratów z Brukseli” – ekskluzywny wywiad z Orbánem i Weidel na temat walki o odzyskanie Europy (wideo w oryg. md)
„Komisja Europejska jest niewybieralną władzą wykonawczą z uprawnieniami ustawodawczymi. Jest to pozorny parlament, który narusza zasady demokracji” – Viktor Orbán.
Walka o przyszłość Europy nabiera tempa. W mocnej i wymownej dyskusji premier Węgier Viktor Orbán i liderka niemieckiej AfD Alice Weidel spotkali się z Mandiner i Weltwoche, aby przedstawić swoją wizję odzyskania Unii Europejskiej z rąk niewybieralnych biurokratów. Ich przesłanie? Europa musi wrócić w ręce suwerennych państw i porzucić nieudaną politykę, która doprowadziła ją na skraj upadku.
AfD i walka o Niemcy
Weidel bardzo otwarcie mówiła o sytuacji w Niemczech, opisując, w jaki sposób AfD stała się jedyną prawdziwą opozycją wobec systemu, który systematycznie i celowo rozmontowywał klasę średnią, tłumił tożsamość narodową i wdrażał samobójczą politykę imigracyjną.
„Niemcy muszą zacząć odbudowę. Jesteśmy drugą największą siłą w kraju i musimy naprawić nasze stosunki z Węgrami i innymi narodowymi rządami w Europie” – oświadczyła.
Wskazała Orbána jako przykład, który Niemcy powinny naśladować: „Viktor Orbán jest przeciwieństwem Angeli Merkel. Merkel prowadziła politykę przeciwko własnemu narodowi, przeciwko własnemu krajowi i zrujnowała Niemcy. Tymczasem Viktor Orbán twardo obstawał przeciwko nielegalnej migracji. Dlatego wspieramy Węgry i ich wysiłki”.
Weidel zauważyła ponadto, że 70% Niemców chce silnej polityki antyimigracyjnej, a mimo to rząd nadal ich ignoruje: „To jest problem demokracji. Ludzie domagają się bezpiecznych granic, ale klasa rządząca odmawia działania”.
Liderka AfD jasno dała do zrozumienia, że pod rządami AfD przyszłość Niemiec będzie wyglądać zupełnie inaczej: „Pierwszego dnia rządu kierowanego przez AfD rozszerzymy dostawy energii, uruchomimy ponownie elektrownie jądrowe, odwrócimy wycofywanie węgla i kupimy gaz i ropę tam, gdzie jest najtaniej – najlepiej z Rosji”. Obiecała również obniżyć podatki, znieść podatek od CO2 i rozpocząć masowe deportacje nielegalnych imigrantów: „W Niemczech mamy nadmierną przestępczość, szczególnie wśród przestępców zagranicznych i nieletnich. Prawo i porządek muszą zostać przywrócone”.https://rumble.com/embed/v6nsgtc/?pub=4
Strategia Orbána na rzecz reform europejskich
Orbán był równie bezpośredni w swojej ocenie Brukseli: „UE to niezorganizowany, nieustrukturyzowany biurokratyczny skład, który jest również drogi. Każda decyzja pochodząca z Brukseli jest szkodliwa”.
Premier Węgier nakreślił deficyt demokratyczny leżący u podstaw dysfunkcji UE: „Komisja Europejska jest niewybieralną władzą wykonawczą z uprawnieniami ustawodawczymi. Jest to pozorny parlament, który narusza zasady demokracji”. Podkreślił pilną potrzebę przywrócenia władzy parlamentom narodowym: „Decyzje muszą być podejmowane przez wybranych przedstawicieli, a nie biurokratycznych „ufoludków z Brukseli” oderwanych od rzeczywistości”.
Zapytany, czy UE jest w ogóle reformowalna, Orbán odrzekł bez ogródek: „Nie znamy jeszcze odpowiedzi, ponieważ nie próbowaliśmy. Jeśli się nie powiedzie, musimy szukać alternatywnych rozwiązań. Priorytetem jest przywrócenie władzy parlamentom narodowym, z dala od Brukseli”. Wyraźnie zaznaczył również, że same Węgry nie mogą uratować Europy: „Niemcy i Francja mają zdolność uratowania Unii Europejskiej. W tej chwili nie widzę, żeby to się miało wydarzyć”.
Europa bez granic czy Europa narodów?
Oboje przywódcy zgodzili się, że obecna polityka migracyjna UE jest katastrofą. „Elity UE prowadzą politykę, która zagraża naszym narodom” – ostrzegł Orbán. „Gdyby ludzie postawili na swoim, kryzys migracyjny zostałby rozwiązany dawno temu”.
Weidel to poparła, wskazując na niepowodzenia rządzących partii w Niemczech: „CDU i CSU całkowicie skopiowały nasz program, ponieważ wiedzą, że mamy rację. Prowadzą kampanię na podstawie naszej polityki, ale nigdy jej nie wdrożą, ponieważ mają zobowiązania wobec Zielonych i Czerwonych”.
Orbán podkreślił, że migracja jest kwestią egzystencjalną: „Przetrwanie Europy zależy od powstrzymania migracji. Jeśli nam się nie uda, Unia Europejska upadnie”. Weidel zgodziła się: „Niemcy można uratować, ale tylko wtedy, gdy ludzie podejmą działania i zażądają zmiany”.
Efekt Trumpa: Nowa era realizmu
Dyskusja naturalnie zeszła na Donalda Trumpa i jego wpływ na globalną politykę. „Trump jest bojownikiem o wolność” – oświadczył Orbán. „Nie pochodzi z polityki, ale wkroczył do walki o suwerenność i interesy narodowe. Rozumie, że migrację należy powstrzymać, że pokój musi być priorytetem nad wojną, a polityka energetyczna musi być ekonomicznie opłacalna”.
Weidel powtórzyła ten pogląd: „Trump stawia Amerykę na pierwszym miejscu. Europa musi zrobić to samo dla swoich ludzi. Zamiast tego ugrzęźliśmy z biurokratycznymi elitami, które odmawiają przewodzenia. AfD jest tutaj, aby to zmienić”.
Orbán przedstawił pięć głównych sposobów, w jakie Trump zmienia świat:
Migracja – „Trump jasno mówi: migracja jest zła i należy ją powstrzymać. Nielegalna migracja jest najgorsza”. _
Wojna i pokój – „Trump chce pokoju, podczas gdy europejscy przywódcy, z wyjątkiem Węgier, chcą pokonać Rosję”. _
Polityka energetyczna – „Nie można ignorować realiów gospodarczych w imię «zielonej polityki».” _
Chrześcijaństwo – „Trump nie wyśmiewa chrześcijaństwa. Na Zachodzie elity traktują chrześcijan jak średniowieczne relikwie”. _
Wolność słowa – „Poprawność polityczna musi zostać zniesiona. Wolność słowa musi zostać przywrócona”.
Przyszłość, o którą warto walczyć
Na zakończenie wywiadu, Weidel wyraziła optymizm: „Niemcy można uratować. AfD rośnie, ponieważ ludzie chcą powrotu do normalności – bezpiecznych ulic, silnych rodzin, bezpieczeństwa ekonomicznego. Alternatywa dla Niemiec jest jedyną partią, która może to zapewnić”.
Orbán był jednak mniej optymistyczny co do trajektorii Unii Europejskiej: „Unia Europejska walczy o przetrwanie. Bez fundamentalnych zmian upadnie”.
Weidel, niezrażona, jasno przedstawiła swoją misję: „Kocham Niemcy. Chcę odzyskać swój kraj. Chcę, aby Niemcy znów mieli normalne życie, bezpieczne ulice, możliwość zakładania rodzin, bezpieczeństwo ekonomiczne. To zostało zdemontowane w ciągu kilku krótkich lat”.
Końcowe słowa Orbána były mocnym ostrzeżeniem: „Węgry skupią się na tym, by stać się silnymi i niezależnymi. Ale Europa? Bez poważnych reform nie przetrwa”.
Patrioci dla Europy: rosnąca siła
Jedno przesłanie było jasne: w Europie pojawia się nowa siła polityczna. Ruchy nacjonalistyczne, na czele których stoją postaci takie jak Orbán i Weidel, przygotowują się do odzyskania kontroli nad Brukselą. Niezależnie od tego, czy poprzez reformy, czy też całkowitą przebudowę, ich wizja zyskuje na popularności.
„Mamy misję historyczną” – oświadczył Orbán. „Musimy oddać władzę ludziom. Czas rządów biurokratów minął”.
— To bardzo symboliczne. Wchodzimy do walki o najgorszy wynik w krajach OECD — mówi Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Komentuje w ten sposób prognozy, które zakładają, że wskaźnik dzietności w Polsce za rok spadnie poniżej 1, a w 2030 r. może wynieść tylko 0,8. Taki scenariusz oznaczałby, że idziemy ścieżką Korei Południowej, która zyskała miano najszybciej wymierającego kraju na świecie.
Polska ma olbrzymi problem z demografią. | Foto: Piotr Kamionka / REPORTER / East News
Kolejne dane i prognozy potwierdzają, jak wielki problem demograficzny ma Polska
Z analizy ekonomistów Banku Pekao wynika, że w 2026 r. wskaźnik dzietności w naszym kraju spadnie poniżej 1, a w 2030 r. sięgnie 0,8
To poziomy, które dziś notuje Korea Południowa, okrzyknięta wielokrotnie najszybciej wymierającym krajem na świecie
Polska już dziś jest w czołówce krajów o najniższej dzietności. A wiele wskazuje na to, że będzie już tylko gorzej
W 2024 r. wskaźnik dzietności (z ang. TFR — total fertility rate) w Polsce wyniósł 1,10. To najniższy wynik w Europie i trzeci najgorszy wśród krajów OECD. Słabiej od nas wypadają tylko Chile i Korea Południowa. Tam jest to odpowiednio 0,88 i 0,75. Kobiety przez całe życie rodzą więc średnio mniej niż jedno dziecko.
Jednak najnowsze prognozy analityków Banku Pekao wskazują, że Polska już niedługo powinna doszlusować do tej grupki. Nigdzie indziej wskaźnik dzietności nie spada bowiem w tak szybkim tempie, jak u nas. Demografowie szacują, że do tzw. zastępowalności pokoleń konieczne jest posiadanie TFR na poziomie ponad 2.
Ekonomiści państwowego banku zwracają uwagę, że w porównaniu z 2019 r. liczba urodzeń w naszym kraju spadła już o jedną trzecią. Przypomnijmy, że w 2024 r. w Polsce urodziło się nieco ponad 250 tys. dzieci. Pięć lat wcześniej było to ponad 370 tys.
Co jeszcze bardziej niepokojące, będzie już tylko gorzej. Widać to doskonale na poniższym wykresie.
„Wskaźnik dzietności TFR wyniósł więc 1.10x w 2024 (vs. 1.45x w 2019), a jeśli trendy z roku 2024 się utrzymają to TFR spadnie <1.0x w 2026 i do 0.8x w 2030” — prognozują analitycy (pisownia oryginalna). Tempo spadku jest więc zawrotne.
Powodów jest mnóstwo
Z czego wynika tak drastyczny spadek dzietności w Polsce w ciągu ostatnich lat? — To jest w dużej mierze kwestia liczby urodzeń. Bo skoro spada nam mianownik, czyli liczba kobiet w wieku rozrodczym, to automatycznie oznacza, że licznik, czyli liczba urodzeń, musi spadać jeszcze szybciej — tłumaczy Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
Nasz rozmówca podkreśla, że spadek wskaźnika TFR jest też efektem tego, że duża część osób w ogóle się nie decyduje na powiększenie rodziny. — Z badań wynika, że barierą jest przede wszystkim posiadanie pierwszego dziecka. A nam w Polsce zaczyna przybywać osób, które w ogóle nie mają dzieci. Powodów mogą być setki, ale to jest też na pewno efekt opóźniania tej decyzji o potomstwie — tłumaczy Kubisiak.
Problem ten jest wielowymiarowy. — Właśnie przeczytałem informację, że w Polsce ok. dwie trzecie osób studiujących stanowią kobiety. Jeśli więc chciałyby one znaleźć partnera [męża, owieczko.. z „partnerem” nie warto ryzykować dzieci – znudzi się, pójdzie do innej.. md] na uczelni, to automatycznie mają trudniejsze zadania, bo mężczyzn jest tam po prostu mało — kontynuuje ekspert.
Wskazuje też na jeszcze jeden aspekt, o którym dotychczas mówiło się stosunkowo mało. — Czynniki ekonomiczne czy edukacyjne są oczywiście ważne, ale jest jeszcze zjawisko wysoko zawieszonej poprzeczki względem rodzicielstwa. Społeczne oczekiwania wobec rodziców są takie, że dzieci będą się rozwijały na wszystkich możliwych polach, a rodzice będą wiecznie uśmiechnięci i tryskający pozytywną energią. To dla wielu osób, które jeszcze nie mają potomstwa, może być bariera nie do przeskoczenia. Również, gdy patrzą na swoich rówieśników z dziećmi — twierdzi nasz rozmówca.
Gdzie zatem jest dołek dla polskiej dzietności? — Trudno powiedzieć, szczególnie że ostatnie lata zaskakują nas raczej in minus niż in plus. To jest jeszcze bardziej niepokojące. A już samo osiągnięcie poziomu Korei Południowej jest bardzo symboliczne. Wchodzimy do walki o najgorszy wynik w krajach OECD — puentuje Andrzej Kubisiak.
O takim scenariuszu analitycy Pekao pisali już w ubiegłym roku. Teraz powoli zaczyna się on materializować, co widać na poniższym wykresie.
Wskaźnik dzietności na poziomie niższym niż 1 oznacza wymieranie społeczeństwa i depopulację. [Ależ skądże !! Wymieranie zaczyna się poniżej 2.20 md]
Prognozy zakładają, że pod koniec tego stulecia Polska będzie już liczyć jedynie 20 mln obywateli.
Jeszcze ważniejsza od wymierania jest jednak zmiana struktury populacji. Starsze społeczeństwo to konieczność zmian w ochronie zdrowia, na rynku pracy czy systemie emerytalnym. O tym również pisaliśmy w Business Insider Polska.
Rząd zapewnia, że widzi problem..
[Dalej następują, dość prześmiewcze, cytaty z bełkotu „rządowego”. md]
Rekordowe wystąpienie Trumpa przed Kongresem. Wojna na Ukrainie, imigracja i „marnowanie milionów na lewicową propagandę”
5.03.2025
Donald Trump w amerykańskim Kongresie. / Fot. PAP/EPA
Podczas swojego pierwszego wystąpienia przed Kongresem po powrocie do władzy prezydent Donald Trump ogłosił, że w ciągu kilku tygodni rządów osiągnął więcej niż jakikolwiek inny prezydent. Mówił też m.in. o gotowości Rosji i Ukrainy do zawarcia pokoju oraz planach odzyskania Kanału Panamskiego, „dostaniu” Grenlandii czy marnowaniu pieniędzy podatników na lewicową propagandę.
Było to pierwsze po powrocie do władzy Trumpa i najdłuższe w historii (trwało godzinę i 39 minut) wystąpienie przed połączonymi izbami Kongresu.
– Sześć tygodni temu stałem pod kopułą Kapitolu i ogłaszałem świt Złotego Wieku Ameryki. Od tego momentu nie było już nic innego, jak tylko szybkie i nieustępliwe działania mające na celu zapoczątkowanie najwspanialszej i najbardziej udanej ery w historii naszego kraju – powiedział.
Stwierdził, że w ciągu 43 dni osiągnął więcej niż większość administracji w ciągu 4 lub 8 lat oraz ocenił, że pierwszy miesiąc jego prezydentury był najlepszy w historii kraju, lepszy nawet od prezydentury George’a Waszyngtona.
Trump powtórzył niemal wszystkie tematy swojego przemówienia inauguracyjnego oraz wystąpień z ostatnich tygodni w kwestiach takich, jak gospodarka, deregulacja, nakładanie nowych ceł, walka z ideologią gender i udział transseksualistów w sportach kobiet. Obwiniał swojego poprzednika Joe Bidena o to, że zostawił kraj w gospodarczej ruinie i twierdził, że z jego winy wzrosły ceny jaj. Prezydent obiecywał też całkowite wyeliminowanie deficytu budżetowego, twierdząc, że pomoże w tym sprzedaż „złotych kart” bogatym cudzoziemcom starającym się o prawo stałego pobytu w USA. Jednocześnie podtrzymywał swoje obietnice obniżek podatków, które mają kosztować budżet ponad 4 bln dolarów.
Walka z nielegalną imigracją
Poza kwestiami kulturowymi, w tym transseksualistów, najwięcej miejsca prezydent USA poświęcił sprawom imigracji, obwieszczając „wielkie wyzwolenie Ameryki” spod „okupacji” migrantów, którzy jego zdaniem zniszczyli amerykańskie miasta.
– Szybko osiągnęliśmy najniższą liczbę nielegalnych przekroczeń granicy, jaką kiedykolwiek odnotowano. Media i nasi przyjaciele z Partii Demokratycznej powtarzali, że potrzebujemy nowej ustawy, aby zabezpieczyć granicę — ale okazało się, że tak naprawdę potrzebowaliśmy tylko nowego prezydenta – mówił Trump. Zaapelował przy tym do Kongresu, by asygnował potrzebne środki na przeprowadzenie „największej operacji deportacyjnej w historii Ameryki”.
Krótko o wojnie na Ukrainie
Sprawom polityki zagranicznej Trump poświęcił stosunkowo niewiele miejsca. Mówiąc o wojnie na Ukrainie, prezydent USA z uznaniem wypowiedział się o liście, który otrzymał od prezydenta Ukrainy Zełenskiego zamieszczonego wcześniej na portalu X, w którym ukraiński lider wyrażał żal z powodu kłótni w Gabinecie Owalnym i deklarował gotowość „by jak najszybciej zasiąść do stołu negocjacyjnego, aby przybliżyć osiągnięcie trwałego pokoju” oraz podpisania umowy o minerałach. Wbrew wcześniejszym doniesieniom Trump nie ogłosił żadnego przełomu w sprawie tej umowy.
– Doceniam ten list. Dostałem go przed chwilą. Jednocześnie prowadziliśmy poważne rozmowy z Rosją i otrzymaliśmy silne sygnały, że są gotowi na pokój. Czyż to nie byłoby piękne? Czas zakończyć to szaleństwo – powiedział Trump.
Trump powtórzył też wielokrotnie wcześniej wyrażaną krytykę wobec Europy, wyolbrzymiając skalę wsparcia USA dla Ukrainy (ponownie mówił o 350 mld dol., podczas gdy w rzeczywistości jest to ok. 120 mld) i bagatelizował wkład Europy (mówił 100 mld, podczas gdy faktycznie jest to ponad 140 mld).
– Niestety Europa wydała więcej pieniędzy na zakup rosyjskiej ropy i gazu niż na obronę Ukrainy – o wiele więcej! A Biden zaaprobował więcej pieniędzy na tę walkę, niż wydała Europa – mówił. Kiedy powiedział, że USA wydały na wsparcie Ukrainy „setki miliardów dolarów”, słowa te zostały przywitane oklaskami Demokratów, na co Trump zarzucił im, że chcą, by wojna trwała „kolejne pięć lat”.
Kanał Panamski i Grenlandia
Prezydent ponownie zapowiedział „odzyskanie Kanału Panamskiego”, twierdząc, że „już zaczął to robić”, wskazując na odkupienie przez amerykański fundusz BlackRock udziałów większościowych w portach nad Kanałem Panamskim od chińskiej firmy Hutchinson. Po raz kolejny mówił też o przyłączeniu Grenlandii do Stanów Zjednoczonych. Tym razem zamiast mówić wprost o aneksji, poparł jednak dążenia mieszkańców wyspy do „określenia własnej przyszłości”.
– Jeśli tak wybierzecie, przyjmiemy was do Stanów Zjednocznych Ameryki – powiedział. Zaraz potem dodał jednak, że Grenlandia jest potrzebna USA „ze względów bezpieczeństwa narodowego i międzynarodowego” i obiecał, że „dostanie ją w ten, czy inny sposób”.
Podczas przemówienia Trump ogłosił również schwytanie terrorysty Państwa Islamskiego, który miał stać za zamachem na bramę Abbey Gate na lotnisku w Kabulu podczas ewakuacji wojsk USA z Afganistanu. Zamach ten zabił 13 amerykańskich żołnierzy i 170 afgańskich cywilów. Prezydent USA stwierdził, że nienazwany przez niego terrorysta jest w drodze do USA.
Podobnie jak podczas przemówienia inauguracyjnego Trump zapowiedział również zatknięcie amerykańskiej flagi na Marsie.
Marnowane pieniądze na lewicową propagandę
Trump mówił też, że dzięki Elonowi Muskowi i kierowanemu przez niego Wydziałowi Wydajności Rządu (DOGE) udało się ustalić, na co USA „marnowały” miliardy dolarów.
– Zidentyfikowaliśmy wstrząsające marnotrawstwo państwowych funduszy – mówił prezydent USA. Wymienił w tym kontekście szereg programów pomocowych, między innymi, „8 mln dolarów na promocję LGBTQI+ w afrykańskim państwie Lesotho, o którym nikt nigdy nie słyszał” oraz „32 mln dolarów na lewicową propagandę w Mołdawii”.
Wiadomo też, że pieniądze na lewicową propagandę szeroko płynęły także do Polski.
Były prefekt Dykasterii Nauki Wiary zaznaczał, że gdy dojdzie już do zwołania przyszłego konklawe, kardynałowie powinni wybrać papież zdolnego do odpowiedzi na antychrześcijańską atmosferę, panującą w Europie i w wielu miejscach „świata zachodniego”. Następca Franciszka powinien umieć przeciwstawić się naporowi islamu, ideologii klimatyzmu i wpływom antychrześcijańskich grup wpływu, mówił.
W trakcie rozmowy z rzymskim korespondentem portalu lifeistenews.com kard. Gerhard Müller odpowiadał na pytanie o to, jaką postacią powinien być papież, który zastąpi Franciszka. Duchowny nie chciał spekulować o możliwej dacie zebrania mającego wyłonić następcę św. Piotra. Zaznaczył jednak, że chrystusowy wikariusz stanie przed koniecznością obrony wiary przed modnymi i wrogimi jej ideologiami.
– Mam nadzieję, że w Kolegium Kardynalskim jest głębsza refleksja o stanie i sytuacji wiary i Kościoła w tym post- chrześcijańskim, czy antychrześcijańskim świecie zachodnim. A także wyzwań islamu, rosnącego na całym świecie pod różnymi postaciami marksizmu, ruchu ekologicznego, czy genderyzmu i transhumanizmu – mówił niemiecki hierarcha.
– Jest silnie antychrześcijański sentyment przeciwko stworzeniu, objawieniu, i odkupieniu – dodawał. –Ideologie i grupy takie jak Fundacja na rzecz Społeczeństwa Otwartego George’a Sorosa, Rockefellerowie- promują silnie antychrześcijańską ideologię. Również żydowski filozof Yuval Noah Harari jest prorokiem tej antychrześcijańskiej i anty-teistycznej wizji świata – zauważał były szef Dykasterii Nauki Wiary.
Zdaniem kard. Müllera podobne okoliczności muszą zostać koniecznie potraktowane poważnie przez głosujących. Hierarcha apelował by skupić się na nich, a nie na „głupich” i powierzchownych kryteriach, takich jak pochodzenie przyszłego papieża, czy jego medialny wizerunek. Jak zaznaczył, czynniki te „nie mają nic wspólnego z papiestwem”.
– W historii Kościoła mamy przykłady papieży, którzy zaszkodzili Kościołowi przez niewłaściwe korzystanie z Urzędu Piotrowego. Jako katolicy całkowicie przyjmujemy naukę naszej wiary o papiestwie (…) ale z drugiej strony nie jesteśmy zmuszeni do usprawiedliwiania wszystkiego, co stało się przez 2 tysiące lat historii Kościoła – zaznaczał kardynał. Jak dodawał, ojcu świętemu przysługuje nie władza absolutna nad wiarą, ale ściśle ustalona zwierzchność, podporządkowana Chrystusowi, który sam jeden jest najwyższym Nauczycielem.
W tym kontekście kard. Müller przypomniał, że każdy papież jest spadkobiercą nie tyle swojego poprzednika, co św. Piotra i cieszy się autorytetem jemu samemu bezpośrednio danym przez Chrystusa. Z tego powodu, jak podkreślił były szef doktrynalnej dykasterii, mylą się Ci, którzy oczekują, że następca Franciszka będzie kontynuował „jego Magisterium”.
– Nie ma „jego doktryny”. Jest tylko jedna nauka Jezusa Chrystusa i papieże nie mają władzy, by rozwinąć swoje własne doktryny – zaznaczał niemiecki purpurat. Jak dodawał, sednem papiestwa jest nauczania i utwierdzanie wiary w Chrystusa. Wszak to właśnie po wyznaniu, że Zbawiciel jest „Synem Boga Żywego” św. Piotrowi został zapowiedziany urząd, który do dziś dziedziczą po nim biskupi Rzymu. Nie chodzi więc o kontynuowanie czyjegokolwiek subiektywnego „stylu”, czy „programu”, ale krzewienie prawdy religijnej i kultu prawdziwego Boga.
Wraz ze Środą Popielcową Kościół rozpoczyna Wielki Post. Od kilku dekad trudno oprzeć się wrażeniu, że nazwa tego okresu jest przesadnie pompatyczna… Czasy zdecydowanej dyscypliny pokutnej przed Wielkanocą to już bowiem przeszłość. Zniesienie większości wymaganej od wiernych wstrzemięźliwości jest blisko związane z rewolucją, domagającą się „rewizji” katolickiej wiary. Zmysłowość, której Kościół przestał się opierać, to jedno z kół zamachowych „nowinkarskiej manii”.
Mistycznemu Ciału Chrystusa pilnie potrzeba dziś powrotu umartwienia, by katolicy odzyskali poczucie dystansu, dzielącego ich od pogańskiego świata – i przestali żądać ukształtowania wiary na jego modłę.
Paweł VI żegna Post
Radykalne zmniejszenie wymagań wstrzemięźliwości w Kościele było jedną ze zmian wprowadzonych w okresie około-soborowym. Zdecydował o nim papież Paweł VI, publikując w 1966 roku Konstytucję Apostolską Paenitemini. Wraz z nią zmieniono dyscyplinę pokutną przewidzianą przez Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 roku.
Tak zliberalizowanie przez ojca świętego zasady obowiązują do dzisiaj. Tym samym katolików XXI wieku dzieli uderzająco wiele od naszych poprzedników w wierze. Wymogi wstrzemięźliwości – jakie w różnej – ale zawsze poważnej postaci obowiązywały w Kościele – zostały zredukowane niemal do zera. Można tu swobodnie mówić o zmianie jakościowej. Jeszcze przed rokiem 1966 wymagające praktyki ascetyczne były dla katolików doświadczeniem regularnym. Dziś są ewenementem.
Kontrast atmosfery dawnego Wielkiego Postu z tą obecną ukazuje choćby już rzut oka na zasady obowiązujące m.in. za pontyfikatu świętego papieża Piusa X. Prawo zobowiązywało wiernych do spożywania jednego posiłku dziennie, ewentualnie dwóch, w całym okresie Wielkiego Postu, w niektóre dni adwentu i występujące raz na kwartał „suche dni”, wreszcie w wigilie niektórych uroczystości.
Zasady te nieco zelżały wraz z wprowadzonym w 1917 roku, za pontyfikatu Benedykta XV, Kodeksem Prawa Kanonicznego. Post określono na jego kartach jako spożycie jednego posiłku do sytości i dwóch skromniejszych rano i wieczorem, ale z zasady bezmięsnych. Taka dyscyplina dotyczyła wszystkich dni Wielkiego Postu, rzecz jasna nie tych, w których post jakościowy wykluczał też pokarmy mięsne (jak Popielca, Piątków i Sobót). Ścisły post obowiązywał także w „suche dni” czyli występujące raz na kwartał postne środy, piątki i soboty oraz kilka wigilii.
Wymogi zmieniały się więc na przestrzeni lat – ale zawsze obligowały wiernych do regularnego podejmowania wyrzeczeń. Tylko ktoś zdeterminowany, by życzeniowo oceniać zmianę Pawła VI może ignorować fakt, że zerwała ona zupełnie z tym podejściem. Dwa dni ścisłego postu w ciągu całego roku kościelnego oznaczają niemal całkowite pozbycie się tej praktyki z eklezjalnego kalendarza.
Zmysłowość – zaczyn rewolucji
Skrajna liberalizacja postnych wytycznych jest blisko związania z programem zbliżenia Kościoła do świata i trwającą w Kościele rewolucją. Sednem kryzysu chrześcijaństwa jest w pewnym sensie utrata zdolności rozróżnienia dóbr na to nadprzyrodzone, samo w sobie stanowiące wartość i doczesne, ważne o tyle, ile pomocne w drodze do przewyższającego je wiecznego celu. Ascetyczne praktyki oswajają z tą różnicą i uczą dążyć ku „summum bonum”: do Boga. Światowe życie zaciera zaś ten dystans i sugeruje, że liczy się pozytywne doświadczenie i realizacja zachcianek.
„Pośród namiętności najniebezpieczniejsze dla wiary są pycha i zmysłowość. (…) Gdy ona [zmysłowość – red.] opanuje człowieka, wypala w sercu wszystko, co szlachetne i czyste, rozumowi zaś narzuca zasłonę, by nie widział Boga i Jego prawa, a w końcu wmawia mu, że ciało jest jedynym bóstwem, zaś zmysłowa rozkosz jedyną prawdą”, tłumaczył w swojej słynnej „Obronie Religii Katolickiej” św. Józef Sebastian Pelczar. „Oby wszyscy zapamiętali sobie piękne słowa Platona: Kto się oddaje żądzy zmysłowej, lub unosi gniewem, nie będzie miał innych myśli krom niskich i śmiertelnych. Kto zaś z miłości ku prawdzie stara się myśleć o rzeczach nieśmiertelnych i boskich, ten dojdzie do nieśmiertelności i odnajdzie szczęśliwość”, dodawał słynny polski apologeta.
Odwołanie do antyku w rozmyślaniu nad chrześcijańską dyscypliną postną jest jak najbardziej na miejscu. To właśnie w starożytności znajdujemy początki programu ascezy. Samo pojęcie askesis – zaadaptowane do opisu chrześcijańskiego umartwienia – oznacza „trening”. Już św. Paweł Apostoł w Liście do Koryntian odwoływał się do wstrzemięźliwości i ćwiczenia atletów jako wzoru dla chrześcijańskiego życia – z tym, że nakierowanego na zabiegi o nadprzyrodzone dobra.
Ascetyczny porządek
„Czyż nie wiecie, że gdy zawodnicy biegną na stadionie, wszyscy wprawdzie biegną, lecz jeden tylko otrzymuje nagrodę? Przeto tak biegnijcie, abyście ją otrzymali. Każdy, który staje do zapasów, wszystkiego sobie odmawia; oni, aby zdobyć przemijającą nagrodę, my zaś nieprzemijającą. Ja przeto biegnę nie na oślep; walczę nie tak, jak gdybym zadawał ciosy w próżnię, lecz poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę (…) (1 Kor 9,24-27)”, czytamy w pierwszym rozdziale pisma apostoła do greckich chrześcijan.
Z Greków jednak nie tylko sportowcy podejmowali umartwienie. Praktykowali je również filozofowie, mając świadomość, że dążenie do cnoty wymaga wyrobienia woli przez stronienie od pustych rozkoszy.
To pochodzenie pojęcia ascezy – doprowadzonej do pełni rozkwitu w chrześcijańskim monastycyzmie – ujawnia jej zadanie. Chodzi o uporządkowanie korzystania z przyziemnych dóbr. Wiemy wszak, że człowiek nie żyje dla ich smakowania. Ma raczej korzystać z nich tak, by dotrzeć do zbawczego celu, którego wartość przewyższa wszystkie z nich. Na tym właśnie polega życie, które św. Tomasz z Akwinu nazwałby rozumnym. Atleci chcąc osiągnąć mistrzostwo rezygnują ze wszystkiego, co mogłoby osłabić wydolność ich ciała… Chrześcijanie zaś podejmują post, by zmierzyć się ze zmysłowymi pragnieniami, które na co dzień skłaniają ich do hedonistycznej przyjemności, która oddala od zbawienia. Rezygnacja z niej to próba skupienia perspektywy na tym, co rzeczywiście pożyteczne i ważne. Marności odsuwa się na właściwie im miejsce.
Pogubienie „światowców”
Dziś z przeprowadzeniem takiego rozróżnienia Kościół ma właśnie olbrzymi problem. To, co pozbawione religijnego znaczenia zaczyna doceniać i pielęgnować… w niektórych wypadkach nawet kosztem spraw świętych. Odejście od praktyk pokutnych jest zarówno owocem, jak i źródłem przekonania, że przyziemne aspiracje i troski same w sobie są godne pochwały…
Dosadnie problem ukazuje m.in. odniesienie ks. Józefa Tischnera do transformacji społecznych w II połowie XX wieku. Ksiądz – filozof z Łopusznej przekonywał niegdyś w rozmowie z Jackiem Żakowskim, że świat zmienił się na dobre przez kilka ubiegłych dekad. Ta szokująca dla myślącego po katolicku czytelnika opinia pokrywa się zresztą z optymizmem, jaki wobec „postępu” deklarował Paweł VI.
Gdzież tu szukać przemian na lepsze? W naporze laicyzacji? W zeświecczeniu małżeństwa? W popularności ateizmu? W pladze rozwodów? Przecież od lat 50- tych w zakresie społecznym zatriumfowały tendencje nieustannie potępianie przez Kościół od XVIII wieku. Jak więc doceniać te ewolucję i wieszczyć udoskonalenie ludzkości dzięki niej?
Powodem optymistycznego postrzegania stopniowego psucia cywilizacji zdaje się być właśnie przecenienie czysto ziemskich czynników, jak gdyby dobrych samych w sobie. Od ks. Tischnera i Pawła VI dowiedzieć się bowiem można, że o zadowalającym rozwoju ludzkości świadczy rozszerzenie się „praw człowieka”, demokracji liberalnej, czy dostatku. Ba! W encyklice „Populorum Progressio” budowa takiego porządku międzynarodowego wskazane została jako niemal para-religijne szczytne przedsięwzięcie.
Trudno dostrzec związek tych czynników z celem człowieka: uświęceniem i oddawaniem czci Najwyższemu. Wszak wiele z osobnych „praw człowieka” Urząd Nauczycielski potępił (wolność wyznania, wolność sumienia) – jako sugerujące, że człowiek ma „prawo” wybrać moralność i wyznanie wedle upodobania. Kto z powodu demokracji liberalnej odniósł pożytek na duszy? Albo jak do Łaski zbliżył kogokolwiek rozrost struktur międzynarodowych, by zabiegał o nie Kościół?
Tym większe zdziwienie budzić muszą współczesne zabiegi o Kościół inkluzywny, w którym znajduje się błogosławieństwo dla każdego. Misyjne posłanie sam papież Franciszek ogłosił niemal nieaktualnym podczas podróży apostolskiej do Azji Wschodniej, namawiając do porzucenia sporów o prawdziwość religii. Zamiast głoszenia Chrystusa to pokojowe i sympatyczne relacje z innowiercami miałyby stanowić kluczowe dobro. Polityka otwartych granic, ekologiczne praktyki wśród wiernych – oto priorytety obecnego pontyfikatu. Apogeum zagubienia Kościoła w świecie.
Logicznym rozwinięciem tej zmiany priorytetów zdaje się logika o. Tomasza Maniury. Znany oblacki duszpasterz młodzieży jeszcze niedawno współprowadził w mediach społecznościowych kanał „Trzy Światy”. W trakcie występów mówił m.in., że „samo życie ma sens”, a szczęście to „bycie ze sobą tu i teraz”… Rozmawiając z kobietą tworzącą filmy pornograficzne określił ją mianem „dobrej” ze względu na jej chęć dobrego odżywiania się, pragnienie przyjaźni, czy poczucie zgodności z sobą…
Podobne słowa to wynik rewolucji zasadzonej na niekontrolowanej zmysłowości, która zaciera granicę między tym, co „dobre”, a tym, co doświadczalnie przyjemne. Dystans między tym, czego ja chcę, a między tym, czego chcieć powinienem, zostaje zanegowany. Gdziekolwiek pragnienia napotykają na jakieś granice, natychmiast pojawia się postępowy program ich zniszczenia. Tak właśnie rodzą się zabiegi o zmianę nauczania co do homoseksualizmu, czy antykoncepcji. Przestroga św. Józefa Sebastiana Pelczara nie może nie pobrzmiewać w uszach. U progu dzisiejszej erozji wiary stoi zmysłowość i rozmiłowanie w światowych dobrach…
Powrót ascezy przegoni nowy humanizm z Kościoła?
To położenie Kościoła w świecie współczesnym przywodzi na myśl jego głęboki kryzys w dobie renesansu. Okres późnego XV i XVI wieku uznawany jest za moment, w którym zrodziła się antychrześcijańska rewolucja, czerpiąca rodowód właśnie ze zmysłowości i pychy czasów. Światowość „odrodzenia” z całą mocą wdarła się wtedy i do Kościoła. Została na tyle „doceniona” przez papieży, że Ci utrzymywali metresy i płodzili potomków…
Zakochanie w zasadach humanizmu kard. Sylwiusz Antoniano wiązał właśnie z aspiracjami do „zreformowania wiary”, wyrażonymi m.in. przez heretycki bunt Marcina Lutra. W swoim traktacie o wychowaniu chrześcijańskim hierarcha zaznaczał, że skłonność do niedowiarstwa i reformatorskie pretensje były w dużej mierze owocem zmysłowego stylu bycia i zgodnego z nim wychowania młodzieży.
Dla uzdrowienia Mistycznego Ciała Chrystusa, obrony przed pseudo-reformatorami i zepsuciem, potrzeba było niczego innego, jak zerwania bliskości z humanistycznym światem. Przywrócenia dyscypliny i surowości obyczajów przeciwko renesansowemu rozpasaniu. Z takich reform zasłynął papież-asceta św. Pius V i Sobór Trydencki, który wytyczył Kościołowi znakomity program na kolejne wieki…
Dziś Kościół stoi przed potrzebą nowej kontrreformacji na podobną modłę. Post, pokuta i asceza będą miały ogromną rolę w podźwignięciu katolicyzmu. Bowiem to te duchowe środki pomagają patrzeć na świat z perspektywy ostatecznych racji. Zagubiony w docenianiu i używaniu doczesności Kościół może tymczasem jedynie ulegać światu… Bo gdzie skarb, tam i serce…
Opustoszałe lotnisko w Jasionce. / Foto: X (screen/kolaż)
Meldunki, które napływają z granicy, z naszego hubu w Jasionce, potwierdzają zapowiedzi strony amerykańskiej – powiedział premier Donald Tusk, odnosząc się do wstrzymania przez USA pomocy dla Ukrainy. Zapowiedział, że w związku z tą sytuację rząd będzie musiał podejmować decyzje w trybie „w jakimś sensie nadzwyczajnym”.
Co oznacza „w jakimś sensie nadzwyczajnym” – tego nie wie nikt. Biorąc pod uwagę dotychczasowe dokonania premiera, wiele jego „decyzji” jest podejmowanych dokładnie w takim trybie. I niczego dobrego to nie przynosi, wręcz przeciwnie.
Jednemu jednak zaprzeczyć się nie da – rzeczywiście to, co dzieje się w Jasionce, jednoznacznie wskazuje na fakt ostatecznego zakończenia wspierania Ukrainy przez USA.[w takiej polityce nic nie jest jednoznaczne, chyba, że Amerykanie wzięli swój beton do domu… MD]
Tak całą sprawę, prezentując przy tym właściwe nagranie wideo, skomentował europarlamentarzysta z Konfederacji, Tomasz Buczek:
„Realne oznaki zakończenia pomocy finansowej USA dla Ukrainy.
Lotnisko Rzeszów – Jasionka. W tym miejscu jeszcze kilkanaście dni temu stało zaplecze logistyczno – magazynowe US ARMY z ciężarówkami i sprzętem wysyłanym na Ukrainę.
Utwardzony plac z płyt betonowych, budowany w ekspresowym tempie w 2022 roku, znika także w takim tempie. Zaledwie w kilka dni usunięto płyty z powierzchni blisko 2 ha i następny w kolejce do likwidacji czekaj już kolejny z takich placów zaplecza technicznego o powierzchni około 4 ha.
Żadne sojusze nie są wieczne. A artykuł 5 NATO nie został nigdy jeszcze przetestowany w praktyce.
Dlatego Konfederacja przestrzegała przed zbyt daleko idącym pacyfistycznym trendom w Polsce i Europie oraz zbyt dużemu pokładaniu nadziei w kwestii bezpieczeństwa militarnego w sojuszom międzynarodowym. Sojusze są potrzebne – to prawda ale bardziej skuteczne będzie bogate państwo, silny naród, własny przemysł zbrojeniowy, liczna armia wyposażona we własne czołgi i sprzęt najwyższych technologii. Tymczasem elita brukselska martwi się klimatem”.
Napięcie między Waszyngtonem a Kijowem osiągnęło nowy punkt krytyczny. Prezydent Donald Trump wydał w poniedziałek rozporządzenie o natychmiastowym wstrzymaniu wszelkiej pomocy wojskowej dla Ukrainy, co wywołało prawdziwe trzęsienie ziemi w stosunkach dyplomatycznych. Decyzja ta została podjęta po tym, co źródła w Białym Domu opisują jako „burzliwą wymianę zdań” między Trumpem a prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim.
Zgodnie z informacjami, które dotarły do mediów, zakaz obejmuje nie tylko przyszłe dostawy, ale również te, które są już w drodze na Ukrainę. Oznacza to, że broń transportowana drogą powietrzną, morską, a nawet ta, która znajduje się już w strefach tranzytowych w Polsce, została objęta embargiem. Jest to bezprecedensowy krok, który może drastycznie zmienić bieg wojny ukraińsko-rosyjskiej.
Jeden z doradców Białego Domu, wypowiadający się pod warunkiem zachowania anonimowości, ujawnił, że przedmiotem sporu była kwestia podejścia do negocjacji pokojowych z Rosją. Prezydent Trump oczekuje, że Ukraina podejmie konkretne kroki w kierunku rozmów pokojowych. Amerykanie w przeciwieństwie do Europejczyków, uważają, że nie można w nieskończoność finansować konfliktu, który nie ma strategicznego zakończenia.
Zełenski, który od początku rosyjskiej inwazji w lutym 2022 roku utrzymuje stanowczą postawę wobec agresji Moskwy, miał podobno stanowczo sprzeciwić się naciskom na ustępstwa wobec Rosji. Podczas wideokonferencji z Trumpem, która odbyła się kilka godzin przed wydaniem rozporządzenia, ukraiński przywódca miał argumentować, że każde osłabienie wsparcia militarnego zostanie natychmiast wykorzystane przez siły rosyjskie do przejęcia inicjatywy na froncie. [Niemożliwe. W takim razie nie doszło by do spotkania w Białem Domu. Amerykanie oczekiwali podpisania już uzgodnionej na poziomie ekspertów UMOWY. md]
Szczególnie interesujący jest zakres zamrożonej pomocy. Według informacji przekazanych przez Pentagon, wstrzymane zostały dostawy niezbędnej amunicji, setki wieloprowadnicowych systemów rakietowych, broń przeciwpancerna oraz inne kluczowe aktywa. Dla ukraińskiej armii, która w ostatnich miesiącach borykała się z problemami z zaopatrzeniem, decyzja ta może okazać się katastrofalna.
Trump objął urząd w styczniu 2025 roku z pulą 3,85 miliarda dolarów pozostawionych przez administrację Bidena na pomoc wojskową. Środki te były przeznaczone na transfer broni z amerykańskich zapasów w ramach tzw. uprawnień prezydenckich. Jednak źródła w Pentagonie przyznają, że amerykańskie zapasy są na wyczerpaniu i wymagają pilnego uzupełnienia.
Nie jest to tylko kwestia polityki, ale także logistyki. USA nie mogą przekazywać sprzętu, którego same pilnie potrzebują do utrzymania własnej gotowości bojowej. Trump po prostu realizuje swoją doktrynę America First.
Decyzja o wstrzymaniu pomocy wprowadza również nowy, nieoczekiwany element do równania – potencjalne odszkodowania dla firm zbrojeniowych. Amerykańskie przedsiębiorstwa, które rozpoczęły już produkcję zamówionego sprzętu na podstawie istniejących kontraktów, mogą domagać się rekompensat finansowych. Według ekspertów prawnych, anulowanie takich umów może kosztować rząd USA dodatkowe setki milionów dolarów.
Rzecznik jednej z największych firm zbrojeniowych w USA potwierdził, że spółka analizuje obecnie sytuację prawną. „Mamy podpisane umowy z rządem federalnym na dostawę sprzętu wartego miliony dolarów. Jeśli te umowy zostaną jednostronnie zerwane, będziemy zmuszeni dochodzić naszych praw” – powiedział w oświadczeniu przesłanym mediom.
Europejscy sojusznicy USA zareagowali z niepokojem na informację o wstrzymaniu pomocy. Kanclerz Niemiec podczas specjalnie zwołanej konferencji prasowej zapowiedział, że Europa musi być gotowa na przejęcie większej odpowiedzialności za wsparcie Ukrainy. „Nie możemy pozwolić, aby Ukraina upadła. To nie jest tylko kwestia bezpieczeństwa Kijowa, ale całego kontynentu europejskiego” – podkreślił.
Z kolei Kreml przyjął wiadomość z satysfakcją. Rzecznik prezydenta Rosji oświadczył, że „decyzja Trumpa pokazuje rosnące zrozumienie w Waszyngtonie dla bezsensowności dalszego podsycania konfliktu”. Dodał również, że „Moskwa zawsze była otwarta na rozmowy pokojowe, ale pod warunkiem uznania realiów na ziemi”.
Ukraińskie Ministerstwo Obrony wydało lakoniczne oświadczenie, w którym zapewnia, że „siły zbrojne Ukrainy są przygotowane na wszelkie scenariusze i nadal będą bronić suwerenności i integralności terytorialnej kraju”. Nie odniesiono się jednak bezpośrednio do decyzji Trumpa ani do możliwości negocjacji z Rosją.
Analitycy wojskowi ostrzegają, że wstrzymanie amerykańskiej pomocy może mieć natychmiastowe konsekwencje na froncie. Ukraińcy już teraz racjonują amunicję artyleryjską. Jeśli dostawy zostaną całkowicie wstrzymane, możemy spodziewać się, że Rosja wykorzysta tę sytuację do przeprowadzenia ofensywy na kluczowych odcinkach frontu.
Niepewność budzi również pytanie, czy decyzja Trumpa jest tymczasowa, czy też zapowiada trwałą zmianę w amerykańskiej polityce wobec Ukrainy. Najbardziej prawdopodobne jest, że to sposób na wymuszenie na Ukrainie zgody na zawieszenie broni i rozpoczęcie rozmów pokojowych, czego Zelenski kategorycznie odmówił.
W międzyczasie, europejscy sojusznicy próbują przekonać Waszyngton do złagodzenia stanowiska. Francuscy i brytyjscy dyplomaci prowadzą intensywne konsultacje z Białym Domem, argumentując, że całkowite wstrzymanie pomocy może doprowadzić do załamania się ukraińskiej obrony, co byłoby strategiczną porażką całego Zachodu.
Niezależnie od dalszego rozwoju sytuacji, jedno jest pewne – decyzja Trumpa radykalnie zmienia dynamikę konfliktu i może być początkiem nowego rozdziału w wojnie ukraińsko rosyjskiej. Dla Ukrainy, której los zależy od zachodniej pomocy, nadchodzą tygodnie pełne niepewności i trudnych decyzji.
Trump ma prostą ofertę dla Zelenskiego: „załatwiłem wam najlepsze warunki życia, przestańcie walczyć, przestańcie ginąć, zacznijcie zarabiać i odbudowywać swój kraj”. I wtedy pada pytanie Zelenskiego o gwarancje bezpieczeństwa, czego Trump zrazu nie rozumie. Dla niego to jest jasne – układ dogadany jest z Putinem, uwzględnia interesy Rosji, więc nie będzie ona go naruszać co jest gwarancją trwałości układu. Amerykanie zaś będą tam ze swoimi firmami, czyli interesami, co jest drugą gwarancją. Trump nie rozumie, czego boi się Zelenski, USA będą dalej dostarczać Ukrainie wyposażenie wojskowe, ale dla armii obronnej, strzegącej terytorium państwa i bezpieczeństwa obywateli. I na to Zelenski się nie zgodził, dla niego „gwarancje bezpieczeństwa” oznaczają możliwości dalszego prowadzenia wojny z Rosją, aż zostanie pokonana i ukarana. To wyraźnie pokazuje odmienne cele wojny, przyświecające obu przywódcom.
Niniejszy artykuł jest drugą częścią z dwóch. Opracowanie powstało na bieżąco jako komentarz do dynamicznych zmian geopolityki, co ma bezpośredni wpływ na naszą polską sytuację.
Druga część artykułu, koniecznie należy przeczytać cz.I:
Prezydent Trump przygotował umowę amerykańsko – ukraińską, będącą warunkiem wstępnym zawarcia pokoju. Główną częścią, choć nie istotą tej umowy jest porozumienie co do organizacji wydobycia metali ziem rzadkich i podziału zysków pół na pół pomiędzy Ukrainę i USA, oraz refinansowanie części zysków w ukraińską infrastrukturę. Wielu ludzi, także w Polsce obruszyło się – jak tak można, Ukraińcy się wykrwawiają, a ten cyniczny Trump chce na nich zarobić. Unoszą się dalej emocjami, mówiąc o wartościach, godności, patriotyzmie, integralności terytorium. Podejście takie całkowicie ignoruje realia aktualne i historyczne, bazując na innych mitach, które opisałem wcześniej. Jakie są faktyczne cele wojny, zrozumiał prezydent Trump i każdy, kto potrafi myśleć dopiero w trakcie rozmowy w Gabinecie Owalnym, dzięki szczeremu zachowaniu Zelenskiego.
Kluczowym pojęciem są „gwarancje bezpieczeństwa”. Dla Trumpa to zaledwie 2% całego porozumienia, dla Zelenskiego kwestia zasadnicza, czyli 100 %. Rzecz w tym, że pojęcie bezpieczeństwa co innego znaczy dla Zelenskiego i globalistów europejskich, a co innego dla Trumpa i każdego normalnego człowieka. Trump podkreślił, że on jest specjalistą od umów, całe życie to robi i właśnie załatwił świetną umowę dla Ukrainy, którą powinien podpisać Zelenski, który reprezentuje Ukrainę, tym bardziej, że w sytuacji jest bardzo trudnej. Przegrywa wojnę, jego kraj jest niszczony, nie ma żołnierzy, jego ludzie giną, a on całkowicie zależy od pomocy z zewnątrz, głównie z USA, jest więc w głębokim impasie, z którego sam nie wyjdzie.
Teraz więc jego główny sponsor załatwił mu korzystne warunki zakończenia impasu i wyjścia na prostą, dzięki czemu ludzie przestana ginąć, zniszczenia ustaną, Ukraińcy wreszcie zaczną zarabiać na swoich zasobach, czego teraz nie robią, bo giną w walce. Trump wznosi się nad cele ideologiczne, on jest od biznesów, sam chce zarobić, ale najlepszy biznes robi się wtedy, gdy inni też na tym zarabiają, bo wtedy układ jest trwały, gdyż zgodny z interesami wszystkich stron, żadna więc go nie łamie.
Trump ma prostą ofertę dla Zelenskiego: „załatwiłem wam najlepsze warunki życia, przestańcie walczyć, przestańcie ginąć, zacznijcie zarabiać i odbudowywać swój kraj”.
I wtedy pada pytanie Zelenskiego o gwarancje bezpieczeństwa, czego Trump zrazu nie rozumie. Dla niego to jest jasne – układ dogadany jest z Putinem, uwzględnia interesy Rosji, więc nie będzie ona go naruszać co jest gwarancją trwałości układu. Amerykanie zaś będą tam ze swoimi firmami, czyli interesami, co jest drugą gwarancją. Trump nie rozumie, czego boi się Zelenski, USA będą dalej dostarczać Ukrainie wyposażenie wojskowe, ale dla armii obronnej, strzegącej terytorium państwa i bezpieczeństwa obywateli. I na to Zelenski się nie zgodził, dla niego „gwarancje bezpieczeństwa” oznaczają możliwości dalszego prowadzenia wojny z Rosją, aż zostanie pokonana i ukarana.
To wyraźnie pokazuje odmienne cele wojny, przyświecające obu przywódcom. Trump dotąd myślał, że Ukraina broni się przed Rosją, więc jeśli Rosja przestanie ją atakować, zakończy walkę i wróci do pokojowego życia. Zelenski chce jednak czegoś innego – ukarania Rosji, i ciągłej walki aż do jej pokonania, co biorąc pod uwagę różnice potencjałów, w wykonaniu Ukrainy nie jest możliwe nigdy, wymaga więc zaangażowania największych dostępnych sił zbrojnych, czyli amerykańskich, co musi doprowadzić do konfliktu globalnego pomiędzy państwami atomowymi. Cel wojny Zelenskiego znajduje się nawet ponad Rosją, i jest większy, niż jej pokonanie i ukaranie – jest nim wojna dla wojny, która nie kończy się nigdy, zużywa zasoby, mieli narody i zabija ludzi.
Nie jest to oczywiście zdanie jego samego. Ludzie, którzy za tym stoją, których zwę globalistami – gnostykami lubią składać ofiary z ludzi, poprzez aborcję, eutanazję, tranzycję, sterylizację zdrowych ludzi, doprowadzanie do samobójstwa, wojnę, co wyraźnie wskazuje, że poza celami politycznymi – władza, i biznesowymi – zysk istnieje jeszcze jeden, ważniejszy cel, który przyświeca tym, którzy doprowadzili do wojny i chcą ją kontynuować. Jest to cel religijny – złożenie narodów Europy w ofierze Lucyferowi. Im bardziej więc decyzje przywódców europejskich stają się irracjonalne, tym mocniej realizują oni cel religijny – lucyferyczny. Tą świadomość należy zestawić z trzema jeszcze okolicznościami. Zelenski nie jest przywódcą demokratycznego państwa, wybranego z wolnego, świadomego narodu, tylko nominatem oligarchy Kołomojskiego, aktorem, grającym prezydenta, który na to stanowisko wyniesiony został z pozycji nadwornego trefnisia. Jego postępowaniem kieruje więc interes osobisty, związany z aktualnym mocodawcą. Państwo ukraińskie jest zależne od zewnętrznych potęg i zawsze tak było, a ludność Ukrainy nie stanowi narodu w naszym rozumieniu, tylko narodowość. Łącznik tożsamości narodowej i państwowej jest tam więc bardzo słaby. Te wszystkie determinanty państwa ukraińskiego należy podsumować:
brak wyraźnej tożsamości narodowej i państwowej, co skutkuje słabym przywiązaniem do państwa i podatnością na asymilację;
polityka państwa we wszelkich aspektach zależy od zewnętrznych potęg;
przywódca tego państwa zależny jest od mocodawców, reprezentujących zewnętrzne potęgi;
ci mocodawcy należą do ezoterycznych kręgów, mających cele polityczne (państwo światowe i jeden rząd), biznesowe (maksimum zysków, minimum kosztów) i religijne (składanie ludzi w ofierze dla Lucyfera). Im bardziej projekt jest zagrożony, tym bardziej cel religijny dominuje pozostałe.
Aktualnie państwo ukraińskie, wyznaczone do prowadzenia wojny z Rosją, która została wciągnięta i wyznaczona jako agresor, realizuje interesy nie narodu ukraińskiego, tylko globalistów – gnostyków. Obecnie są oni skupieni głównie w Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii, a Zelenski jest posłusznym wykonawcą ich polityki.
Głównym celem tej wojny jest prowadzenie wojny, rozszerzanie jej na inne państwa i narody, śmierć ludzi, marnotrawstwo zasobów, destabilizowanie krajów, zwiększenie zadłużenia państw do poziomu niespłacalności, przemieszczenia ludności, przestępczość, gwałty, wyzysk, bieda. Ani władze Ukrainy, ani jej ludność nie są obecnie w stanie sterować swoją polityką inaczej, niż w zależności od kogoś z zewnątrz. Jeśli będą zależeli od globalistów, będą nadal w wojnie. W tej sytuacji projekt Trumpa, przywraca elementarną racjonalność, przerywa działania wojenne i daje podstawy pokojowego bytu, zapewniając finansowanie państwa ukraińskiego i opłacalność dla USA.
W Gabinecie Owalnym zetknęły się więc dwie koncepcje sobie przeciwne – pokoju, reprezentowana przez Trumpa, uzgodniona wcześniej z Putinem, i wojny, uosobiona przez Zelenskiego, posłanego przez globalistów – gnostyków. Te dwie koncepcje nie są możliwe do pogodzenia, a obok siebie usiedli nie dwaj sojusznicy, lecz dwaj wrogowie, z czego początkowo Trump nie zdawał sobie sprawy, a co dobrze wiedział Zelenski. Pokojowa propozycja Trumpa została odrzucona przez Zelenskiego jako sprzeczna z interesami jego mocodawców, chociaż zgodna z interesem Ukraińców. Ani jednak obecny dyktator, ani jego mocodawcy nie reprezentują interesu Ukrainy, tylko swój, globalno – gnostycko – lucyferyczny. Wydaje się, że Trump zrozumiał to dopiero podczas spotkania.
Plan Trumpa
Jego inicjatywa zakończenia wojny i zaprowadzenia trwałego pokoju była jednym z głównych argumentów w kampanii wyborczej. Od razu po objęciu władzy nowy prezydent zabrał się do tej pracy, nawiązując rozmowy ze strona rosyjską. Obydwaj prezydenci nawiązali kontakt telefoniczny, odbywając regularne rozmowy, co potwierdził Trump podczas rozmowy z Zelenskim. Powstał roboczy zespół ekspertów, począwszy od spotkania delegacji obu państw w Stambule. Powstał projekt umowy handlowej między USA a Ukrainą. Zakładał on, że Ukraina stanie się czymś w rodzaju nieformalnego terytorium mandatowego, za którego bezpieczeństwo będą odpowiadały pospołu USA i Rosja, a gwarancją bezpieczeństwa Ukrainy będą interesy obydwu mocarstw, dzięki czemu Ukraina rozpocznie pokojową egzystencję.
Z punktu widzenia państwa upadłego, całkowicie zależnego, wyludnionego, częściowo zniszczonego i zadłużonego oferta uczciwa, gwarantująca stabilność polityczną i warunki do pokojowego rozwoju. Plan ten musiał zostać wcześniej ustalony z prezydentem Putinem, co oznacza, że do zawarcia pokoju pozostał już tylko jeden krok – podpis prezydenta Ukrainy i wprowadzenie planu w życie. Początkowo Zelenski odmawiał podpisania tej umowy, była więc ona negocjowana, aż została zaakceptowana przez obie strony, dzięki czemu było możliwe umówienie spotkania prezydentów USA i Ukrainy w Białym Domu na dzień 28 lutego 2025 r. Dla Trumpa ten dzień był bardzo ważny, i szykował się na swój wielki triumf.
Kontra Zelenskiego
Spotkanie w Gabinecie Owalnym przebiegło jednak zupełnie inaczej. Trump skupił się na pozytywnych skutkach porozumienia na przyszłość, kurtuazyjnie przechodząc do porządku dziennego nad przyczynami wojny i historią zawirowań poprzednich administracji USA. Dużo mówił, jakie pożytki dla USA i Ukrainy przyniesie nowa sytuacja. Natomiast Zelenski od samego początku próbował skierować uwagę i rozmowę na odpowiedzialność Rosji za cierpienia Ukraińców. Użył sztuczek emocjonalnych, pokazując fotosy ukraińskich jeńców w rosyjskiej niewoli. Konsekwentnie zmierzał do obciążenia Rosji całością odpowiedzialności za wojnę i uznania tego państwa za czyste zło, walczące z narodem ukraińskim z powodu nienawiści Putina.
Gdy Trump mówił o pokojowej współpracy, eksploatacji zasobów, odzyskaniu włożonych w Ukrainę środków i bogaceniu się, Zelenski odpowiedział, że wojna ma się toczyć aż do całkowitego pokonania Rosji, USA mogą odzyskać swoje należności konfiskując majątek, należący do Rosjan, a Rosja ma płacić reparacje. Według Zelenskiego, dopóki Rosja nie zostanie całkowicie pokonana, zawsze będzie atakować Ukrainę, więc Zelenski oczekuje od USA dalszych dostaw broni aż do całkowitego pokonania Rosji.
Trump odpowiedzialnością za wojnę obciążył administrację Bidena, o Putinie twierdził, że można z nim rozmawiać, jak z każdym innym przywódcą, a Rosję traktować jak każde inne państwo. Zelenski temu zaprzeczał coraz gwałtowniej, przywołując różne przykłady z przeszłości, kiedy Rosja nie dotrzymała zobowiązań.
W pewnym momencie doszło do wymiany zdań między wiceprezydentem J.D.Vance’em a Zelenskim, podczas której Vance mówił o drodze dyplomatycznej do zawarcia pokoju z Federacją Rosyjską. To zostało frontalnie zaatakowane przez Zelenskiego, który podważył jakiekolwiek możliwości dyplomatycznej drogi porozumienia z Rosją. To był kluczowy moment podjęcia decyzji.
W tym czasie Trump milczał, słuchał i zapewne to wtedy pojął, że celem wojny na Ukrainie jest Wojna, a Zelenski nie przyjechał, aby podpisać umowę, ale by żądać od Trumpa dalszej wojny. Oficjalnie przyjechał zawrzeć porozumienie, ale zrobił wszystko, aby do niego nie doszło.
Trump chciał pokoju, współpracy i bogacenia się, Zelensky niekończącej się wojny, a od Trumpa potrzebuje broni i dalszego zaangażowania, jeszcze większego, niż dotąd. Trump zorientował się, że nie ma do czynienia z partnerem biznesowym, ale z rywalem politycznym, który ma cele zupełnie inne, niż oficjalnie deklaruje. Zelenski nie przyjechał więc, aby wynegocjować lepszą umowę dla Ukrainy, ale by zmusić Trumpa do zupełnie innej umowy, i by narzucić mu warunki swoje, a raczej jego mocodawców.
Najwyraźniej Trump zdał sobie sprawę z tego, że ma obok siebie herolda globalistów – gnostyków, dążących do wiecznej wojny, który nie ma najmniejszego zamiaru akceptować czegokolwiek, co mają do zaoferowania Trump i Putin. Zelenski przekazał wyraźną wiadomość – „masz być cicho i słuchać, czego od ciebie chcemy, a potem grzecznie to wykonać”. Trump musiał szybko podjąć decyzję, co odpowiedzieć.
Ultimatum Zelenskiego
Wybrnięcie z sytuacji ułatwił mu sam Zelenski. Cały czas rządca Ukrainy zachowywał się konfrontacyjnie. Samym swoim strojem – ciemnoszarym dresem z logo tryzuba – okazał brak szacunku dla miejsca i gospodarza. Prezydent Trump ubrany był w garnitur w kolorach flagi państwowej. Zelenski został przyjęty jako gość w Gabinecie Owalnym Białego Domu, w miejscu nie byle jakim, szczególnie dla komika, awansowanego na prezydenta, który już nim przestał formalnie być.
Prezydent USA mógłby go więc w ogóle nie przyjmować, jednak dla dobra sprawy administracja USA potraktowała go jak pełnoprawną głowę państwa. Mamy w Polsce wiele mądrych przysłów, jedno z nich brzmi: „nie masz większego chama, jak z chama zrobić pana”. Człowiek, traktowany jak prezydent Ukrainy, niegdysiejszy komik grający przyrodzeniem na fortepianie, głowa państwa, potężnie zadłużonego i zależnego został przyjęty przez swojego największego wierzyciela, prezydenta USA w Gabinecie Owalnym.
Tam Zelenski pozwolił sobie na niespotykane w historii dyplomacji impertynencje. Podważył wysiłki administracji Trumpa zmierzające do zawarcia pokoju; zakwestionował wynegocjowane zawieszenie broni z Rosją; obniżył prestiż międzynarodowy USA, zapowiadając, że porozumienie pokojowe zostanie zawarte przez Ukrainę i Europę z udziałem USA; przerywał wypowiedzi prezydenta Stanów Zjednoczonych, wchodził w słowo, nie pozwalał dokończyć; okazywał brak szacunku, butę i pychę, zachowywał się, jakby on tam był panem, a prezydent USA jego sługą. Do wiceprezydenta J.D. Vance’a zwracał się po imieniu jak do kolegi, mimo, że było to oficjalne spotkanie. To wszystko Donald Trump zniósł z wielką cierpliwością, w obecności personelu Białego Domu, wysokich urzędników amerykańskich, wyższych oficerów, dyplomatów, dziennikarzy. Wyjaśnił sam, że pozwala, aby ta sytuacja trwała tak długo, aby Ameryka się przekonała, z czym ma do czynienia.
Przyszedł jednak moment, który przelał czarę, gdy Zelenski zaczął wprost grozić Trumpowi, zapowiadając, że wojna, która trwa na Ukrainie przeniesie się do Ameryki. Zapowiedział mianowicie, że jeśli USA nie będzie nadal wspierać wojny z Rosją tak, jak dotychczas, wojna rozleje się tak, że USA odczują to pomimo odległości. W tym momencie Trump postanowił kończyć sprawę i dobitnie wyjaśnił Zelenskiemu, jaka jest jego sytuacja, jak bardzo jest zależny od USA, że nie ma żadnych atutów i jak niedobrze robi, nie podpisując umowy. Dobitna przemowa Trumpa skierowana była nie tyle do Zelenskiego, ile do jego mocodawców. Następnie wyproszono dziennikarzy i dalsze rozmowy toczyły się już za zamkniętymi drzwiami, krótko jednak, gdyż Trump uznał, że nie ma możliwości podpisania umowy i poprosił delegację ukraińską o opuszczenie Białego Domu. Nie zaproszono Ukraińców nawet na lunch, tylko w sposób jawny poczęstowano posiłkiem służbę prasową Białego Domu, o czym nie zapomniano poinformować.
Można wysnuć wniosek następujący. Trump zaproponował Zelenskiemu umowę ratującą jego kraj przed upadkiem, a jego samego przed poważnymi kłopotami. Umowa ta była częścią szerszego porozumienia z Putinem, dotyczącego pokoju na Ukrainie i nowej architektury bezpieczeństwa światowego. Trump myślał, że Zelenski reprezentuje Ukrainę i się zgodzi, ale na miejscu okazało się, że jego gość przyjechał w imieniu globalistów – gnostyków, nie po to, aby podpisać umowę, ale by przedstawić Trumpowi ultimatum – żądania jego mocodawców, używających obecnie państw europejskich do swoich celów. Żądania te można streścić następująco:
USA nie będą prowadzić żadnych negocjacji z Rosją. Ewentualne negocjacje możliwe są tylko z inicjatywy globalistów, działających przez państwa Europy Zachodniej z udziałem Ukrainy, a USA mogą być co najwyżej doproszone bez głosu stanowczego.
USA będą wspierać wojnę ukraińską tak, jak dotąd, niezależnie, jak konflikt dalej będzie przebiegał.
Pokój z Rosją możliwy jest dopiero wtedy, gdy zostanie ona pokonana, tj. nie będzie w stanie dalej prowadzić wojny i zgodzi się na wszystkie warunki globalistów.
Jeśli USA nie wejdą do powyższego porozumienia, wojna na Ukrainie będzie nadal prowadzona siłami Europy.
Nastąpi eskalacja konfliktu i wciągnięcie do działań USA, które zostaną za to obciążone odpowiedzialnością.
Wynika z tego dobitnie zdumiewający obraz rzeczywistości. Celem wojny na Ukrainie jest prowadzenie wojny z Rosją. Charakter zmagań sprawia, że wojna ta ma potencjał długiego trwania. W jej trakcie przepalane będą zasoby narodów, one same po kolei będą wciągane do działań, a ludzie będą wciąż ginęli. USA jest zmuszane do zaakceptowania tego układu, a jeśli się nie zgodzą, może wybuchnąć III Wojna Światowa. Rządy Europy Zachodniej są zainteresowane przede wszystkim dwiema rzeczami: tzw. „sprawiedliwym pokojem” i tzw. „gwarancjami bezpieczeństwa”.
„Sprawiedliwy pokój” oznacza całkowite pokonanie Rosji, co zmusi jej władze do przyjęcia żądań globalistów. „Gwarancje bezpieczeństwa” dla Ukrainy to utrzymywanie tego państwa w zdolności do prowadzenia trwałej wojny. „Gwarancje bezpieczeństwa” dla Europy to zdolność dalszego wspierania państwa ukraińskiego w wojnie przeciw Rosji z możliwością wprowadzenia własnych narodów do działań.
Na to ultimatum Donald Trump nie przystał. Widać było, podczas wymiany zdań między Vance’em z Zelenskim, jak waży w myślach odpowiedź, zdanie wielkiej wagi, być może decydujące o losach świata. Gdyby zgodził się z Zelenskim, wysiłek państwa amerykańskiego zostałby skierowany na dalszą wojnę, z perspektywą jej stopniowej eskalacji, miałby jednak spokój od globalistów do końca kadencji. Skoro jednak się nie zgodził, musi spodziewać się ciągłych ataków na jego administrację, zaburzeń wewnętrznych, prób gwałtownej eskalacji wojny ukraińskiej.
Odrzucenie ultimatum Zelenskiego przez Trumpa było mocne i jednoznaczne. Odrzucił projekt III Wojny Światowej, co wyraził wprost. Nie dopuścił go do jednego stołu, co ma znaczenie symboliczne. Nie mógł podzielić się z nim chlebem, bo to oznaczałoby poddanie się Trumpa Zelenskiemu i Stanów Zjednoczonych globalistom.
To, co Trump powiedział i pokazał Zelenskiemu, nie było przeznaczone dla niego, on bowiem jest tylko posłańcem, ale dla tych, którzy go wysłali. Gdyby Trump uległ, losy świata potoczyłyby się zgodnie z planem, nakreślonym przez globalistów – gnostyków już 400 lat temu. Stało się jednak inaczej. W ciągu tych krótkich minut zapadły decyzje, które sprawiły, że plan przestał obowiązywać, a dalszy przebieg zdarzeń jest nieprzewidywalny.
Przyczyny zachowania Zelenskiego
Możemy się jedynie domyślać, dlaczego ukraiński komik próbował tak bardzo poniżyć Prezydenta USA. Przyczyna pierwsza to polecenia wydane przez globalistów, aby storpedował umowę, którą miał podpisać, i aby tak pokierował rozmową, by skompromitować Donalda Trumpa, a świat nabrał przekonania, że brak pokoju utrzymuje się przez jego emocje. To się nie udało, zamiast tego cały świat poznał arogancję i niestosowność Zelenskiego. Przyczyna kulturowa tkwi w normotypie turańskim, skojarzonym z myśleniem talmudycznym,, tym bardziej, że Zelenski w krótkim czasie awansował od estradowca do bohatera „wolnego świata”.
Przyczyna psychologiczna, to przyzwyczajenie do robienia wszystkiego bez konsekwencji. Przyzwyczaiła go do tego Europa, w szczególności Polska, wobec której mógł sobie pozwolić na każdą potwarz bez żadnej reakcji. Politycy polskojęzyczni jakoś tak się umówili, że każdy płaszczy się i przymila wobec tego osobnika, któremu wolno symbolicznie pluć w twarz nawet Prezydentowi RP. Przyzwyczajenie drugą naturą, myślał, że skoro można tak wobec Polski, to można wszędzie, i w osobie Trumpa doznał szoku, ten bowiem nie pozwolił się obrażać i wygnał impertynenta z domu.
Przyczyna najważniejsza – wie, że za nim stoją siły globalistów, używające państw Europy Zachodniej.
Co dalej
Natychmiast po wyjściu z Białego Domu Zelenski przeprowadził dwie rozmowy telefonichne – do prezydenta Emmanuela Macrona i Sekretarza Generalnego NATO Marka Rutte. Potem wsiadł w samolot i poleciał nie na Ukrainę, tylko do Londynu, gdzie jeszcze tego samego dnia został przyjęty przez premiera Wielkiej Brytanii Keitha Starmera i króla Karola III. Europejscy przywódcy zwołali na niedzielę 2 marca specjalny szczyt bezpieczeństwa „Zabezpieczając naszą przyszłość”, przy czym należy właściwie rozumieć, co znaczy słowo : naszą. W organizacji tej szybkiej narady dużą rolę odegrał premier rządu warszawskiego Donald Tusk, zaproszono też premiera Kanady Justina Trudeau, szefową Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen, prezydenta Turcji Erdogana, i oczywiście Wołodymira Zelenskiego.
Ciekawe towarzystwo: Macron, siłą łamiący swój naród, domniemany małżonek pedofila; Rutte, uśmiechnięty, miły pan na rowerze, który jako premier Holandii w czasie pandemii skasował Święta Bożego Narodzenia, a na ludzi nasłał esmanów z psami; Starmer, który tuszował proceder gwałtów imigranckich gangów na białych dziewczynkach, wsadzający ludzi do więzień za wpis w socjal mediach i za modlitwę; Tusk, o którym dobrze wiemy, słuchać hadko; Trudeau, pogromca Konwoju Wolności, klawisz Kanady, promotor eutanazji dla wszystkich, wsadzający ludzi za cokolwiek, Leyen, dostawczyni szczepionek obowiązkowo ratujących unijne życie. Zelenski z pewnością poczuł się wśród swoich.
Pomyśleć, komu prezydent nadał Order Orła Białego. Słuchać hadko.
Postanowienia szczytu nie są w całości jawne, warto jednak przeanalizować to, co wiadomo, ale to materia na kolejny artykuł.
W roku 1970 uczniowie rozwiązywali następujące zadanie: „Drwal sprzedał drewno za 100 zł. Koszty uzyskania przychodu wyniosły 4/5 tej kwoty. Jaki procent stanowił zysk drwala?”
W roku 1990: „Drwal sprzedał drewno za 100 zł. Wycięcie drzewa na to drewno kosztowało go 4/5 tej kwoty. Ile zarobił drwal?”
W roku 2000: „Drwal sprzedał drewno za 100 zł. Wycięcie drzewa kosztowało go 4/5 tej kwoty – czyli 80 zł. Ile zarobił drwal?”
A w roku 2020? „Drwal sprzedał drewno za 100 zł. Pokoloruj drwala.”
Stanisław Michalkiewicz na kanale Tomasza Sommera komentował skandal, który wywołał prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełeński w Białym Domu oraz ujawnił mniej znane kulisy całego wydarzenia.
Zdaniem publicysty, tuż przed rozmową Zełeński mógł otrzymać groźby śmierci od ukraińskich oligarchów.
– Prezydent Zełeński tylko dlatego się pojawił w Białym Domu, że miał tam podpisać umowę. Warunki bezwarunkowej kapitulacji Ukrainy wobec Stanów Zjednoczonych. Ale do tego nie doszło – powiedział Stanisław Michalkiewicz.
– Do tego podpisania nie doszło. I myślę, że taki był cel tej awantury, gdy prezydent Zełeński się schronił za murami, że tak powiem kabaretowymi – ocenił Michalkiewicz.
– Nie wiem, czy pan wie, ale on się spóźnił na to spotkanie w Białym Domu. Dlatego, że do ostatniej chwili wisiał na telefonie, rozmawiając z kimś na Ukrainie. Otóż domyślam się, z kim on mógł rozmawiać, bo żeby tutaj zanalizować tę całą awanturę, to trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, jakim właściwie państwem jest Ukraina? Otóż to nie jest normalne państwo. To jest oligarchia oligarchów.
Dalej wyjaśnił, że „w Rosji też są oligarchowie, ale różnica jest taka, że w Rosji to Putin decyduje o tym, kto może być oligarchą”.
– A na Ukrainie to oligarchowie decydują o tym, kto może być prezydentem – podkreślił.
Następnie Stanisław Michalkiewicz przypomniał że Trump „chciał położyć łapę na tych ukraińskich precjozach – złożach, metali ziem rzadkich, ropie, gazie i tak dalej”.
– No ale to przecież oligarchowie to eksploatują. Więc prawdopodobnie i ten telefon i tam wszystkie inne instrukcje, jakie prezydent Zełeński otrzymał przed wylotem do Waszyngtonu, to były takie „słuchaj no frędzlu, jak podpiszesz tę umowę, to my ci tu uriezamy szyję jak wrócisz”. No i on, proszę pana, nie widział innego sposobu, żeby się od tego wykręcić, jak schronić się za murami kabaretowymi i odegrał skecz pod tytułem „Sługa Narodu” – stwierdził Michalkiewicz.
– I myślę, że prezydent Trump z początku się nie zorientował, co tu się dzieje. Ale kiedy prezydent Zełeński zaczął mu tam, mocarstwowe deklaracje przedstawiać, no to się zorientował, że to nie naprawdę, tylko że to jest kabaret. Wiceprezydent Vance chyba dwie minuty później się skapował, o co tu chodzi – ocenił.
– No i wtedy już nie było o czym rozmawiać. Prezydent Trump powiedział prezydentowi Zełeńskiemu, że „jak ci się nie podoba, to zostaniesz z f**tem w garści i bujaj się z Putinem na własną rękę” – stwierdził Michalkiewicz [cenz. nczas].
– I on wtedy został sprowadzony na ziemię. Przywrócił mu Trump poczucie rzeczywistości. Już właściwie do końca potem był cichy i pokornego serca.
A jeszcze na koniec, wie Pan, puenta jest taka, że jak już ta awantura w sali owalnej, w gabinecie owalnym Białego Domu się skończyła, to ta delegacja ukraińska z prezydentem Zełeńskim została skierowana do osobnego pokoju i tam dwie minuty chyba potem przyszła funkcjonariuszka jakaś Białego Domu i powiedziała im, że „proszę pana, prezydent Trump prosi o natychmiastowe opuszczenie Białego Domu”. Jak najszybsze opuszczenie Białego Domu, więc wyrzucił ich za drzwi wszystkich – mówił publicysta.
– Dlaczego tak myślę, że prezydent Trump dopiero później się zorientował, po pewnym czasie, po paru minutach, co tu Zełeński wyprawia, że on tu kabaret odstawia, wie pan, pod tytułem Sługa Narodu? Gdyby wiedział, co tu się dzieje od początku, to myślę, że nigdy by nie dopuścił do tego, żeby te rozmowy toczyły się przed kamerami i w obecności tłumu dziennikarzy. A tak przecież było. W obecności tłumu dziennikarzy to się odbywało i tę awanturę cały świat widział. Co uważam, że to dobre jest w sumie, bo cały świat zobaczył, mógł się przekonać, jacy są ukraińscy władcy – podsumował Stanisław Michalkiewicz.
Dlaczego wojna ukraińsko-rosyjska jest pierwszą nie-telewizyjną wojną w erze nowożytnej?
Jest to wysoce nietypowe, szczególnie biorąc pod uwagę technologię 2025 roku w porównaniu do kamerzystów Pathé News z okresu I wojny światowej https://en.wikipedia.org/wiki/Path%C3%A9_News, którzy wyprodukowali wtedy o wiele więcej materiałów wojennych niż dzieje się to obecnie.
Odpowiedź jest oczywiście taka, że ludzie stojący za wojną nie chcą, abyśmy poznali prawdę na jej temat.
Zelensky wziął właśnie udział w nadzwyczajnym szczycie ze Starmerem i przywódcami UE, którzy obiecują przejąć wodze wojennego «konia» teraz, gdy Trump skutecznie odsunął Ukrainę na bok. Dlaczego tak bardzo zależy im na kontynuacji tej dziwnie niewidzialnej wojny? – Dlaczego stawiają na potencjalną trzecią wojnę światową z tak niewielkimi obawami?
Poza indywidualnym wzbogaceniem finansowym – a jest tego sporo – uważam, że ma to związek z ONZ-owską Agendą 2030. Szybko zbliżamy się do tej daty, ale infrastruktura globalistyczna ma trudności z rozbudową, ponieważ obywatele Zachodu coraz bardziej opierają się temu, co postrzegają jako przyszłą tyranię.
III wojna światowa mogłaby to przezwyciężyć. Z globalnego chaosu rodzi się globalna kontrola, a mechanizm kontroli jest wpisany w Agendę 2030. Tyrania Covid w 2020 i 2021 r. posunęła do przodu Agendę Globalistów; III wojna światowa doprowadziłaby do finalizacji planu raz na zawsze.
Mogę się mylić w moim przekonaniu, że obecna wojna ukraińsko-rosyjska jest produktem zaprojektowanym, opartym na propagandzie i cenzurze, aby posunąć się naprzód w kierunku wojny globalnej.
Ale jeśli się ze mną nie zgadzacie, powinniście najpierw zadać sobie pytanie, dlaczego jest ona zdumiewająco niezgłębiona; przewrotnie, surrealistycznie i bezprecedensowo nie-telewizyjna?…
Trwa wymiana ciosów między Orbánem i Tuskiem. Zaogniło ją oświadczenie premiera Węgier, w którym powtórzył, że jego kraj nie poprze przedłużenia sankcji na Rosję, jeśli Ukraina nie wznowi tranzytu rosyjskiego gazu i że z powodu unijnych sankcji Węgry straciły 19 mld euro. „To niedopuszczalne, byśmy ponosili ekonomiczne konsekwencje sankcji, by pomóc Ukrainie” – stwierdził.
Donald Tusk ripostował: „Jeśli Viktor Orbán naprawdę zablokuje europejskie sankcje w kluczowym momencie wojny, będzie absolutnie jasne, że w tej wielkiej grze o bezpieczeństwo i przyszłość Europy gra w drużynie Putina, a nie w naszej. Ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu”.
Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Szef dyplomacji Węgier, Peter Szijjarto napisał: „Agentowi Sorosa może być trudno to zrozumieć, ale jeśli chodzi o drużyny, gramy dla drużyny węgierskiej. Reprezentujemy węgierskie interesy. Nie chcemy nadal płacić ceny za cudze wojny i nie pozwolimy nikomu zagrozić naszemu bezpieczeństwu dostaw energii”. Odezwał się też Radek Sikorski: „George Soros nie płacił za studia Donalda na mojej uczelni w Oksfordzie, ale za studia Viktora”.
A jak było ze „studiami” Sikorskiego? W swoich notkach biograficznych podaje, że posiada dwa dyplomy ukończenia studiów na Oksfordzie: Bachelor of Arts i Master of Arts. Tyle że otrzymanie tego drugiego, wg rzecznik Uniwersytetu, nie jest równoważne z ukończeniem studiów wyższego stopnia. Każdy bakałarz może o niego wystąpić w siedem lat po immatrykulacji, a za wydanie dyplomu uczelnia pobiera niewielką opłatę w wysokości 10 funtów. Tak, więc Sikorski kłamie, i to świadomie. A tak w ogóle to, kto bakałarzowi załatwił studia w Oksfordzie, i kto sponsorował jego pobyt w Wielkiej Brytanii? Otóż był nim, poza pewną brytyjską służbą specjalną o trzyliterowym skrócie, Zygmunt Bauman, o którym Sikorski zawsze wypowiadał się czule, i któremu wielokrotnie odwdzięczał się. To dzięki Sikorskiemu Bauman odnalazł się w Polsce, a nawet brylował na dyplomatycznych salonach. Otóż, podległy MSZ-owi Instytut Polski zaprosił go do Wilna, gdzie wygłosił odczyt oraz miał wykład na tamtejszym uniwersytecie.
Gdy wydawało się, że był to „ostatni zajazd na Litwie”, Sikorski zorganizował Baumanowi pobyt we Wrocławiu, gdzie na Uniwersytecie Wrocławskim wygłosił prelekcję. Próbowali ją przerwać studenci i działacze Narodowego Odrodzenia Polski. Sprzeciwiali się zapraszaniu ludzi z taką przeszłością. Wykrzykiwali hasła: „Przecz z komuną”, „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, „Żołnierze wyklęci – pamiętamy”. Na prośbę prezydenta miasta i na żądanie konsula Niemiec, interweniowała policja. O pomoc „w walce z grupami nacjonalistycznymi” zaapelował do ministra spraw wewnętrznych prezydent Wrocławia. „Nic nie usprawiedliwia chamstwa nacjonalistycznego. Z chuliganami trzeba uporać się całkowicie jednoznacznie. Nie będę tolerował nacjonalistycznej hołoty we Wrocławiu” – apelował. Po incydencie, w specjalnym liście przeprosił i wychwalił Baumana minister nauki. W obronie Baumana stanął premier Tusk. Wszyscy podkreślali, że Bauman to „szanowany naukowiec”.
A kim był fetowany w polskiej ambasadzie w Wilnie? Zygmunt Maurycowicz Bauman w latach 1945-1953 był funkcjonariuszem Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, specjalnego oddziału wojskowego tropiącego żołnierzy podziemia niepodległościowego, odpowiednika sowieckiej NKWD. Był też agentem zbrodniczej Informacji Wojskowej. W internecie można znaleźć dokument – wniosek dowódcy KBW gen. Juliusza Hibnera (właściwie Dawida Szwarca) do ministra Bezpieczeństwa Publicznego o zatwierdzenie kandydatury Baumana na stanowisko Szefa Oddziału Propagandy i Agitacji Zarządu Politycznego KBW. Szczególnie przerażająco brzmi fragment wniosku: „Jako Szef Wydziału Pol-Wych operacji bierze udział w walce z bandami. Przez 20 dni dowodził grupą, która wyróżniła się schwytaniem wielkiej ilości bandytów. Odznaczony Krzyżem Walecznych”, co oznacza, że profesor-major karierę naukową rozpoczął wydając na śmierć żołnierzy AK, NSZ i WiN.
W wywiadzie dla angielskiej gazety nazwał KBW jednostką analogiczną do dzisiejszych prowadzących wojnę z terroryzmem, a likwidację żołnierzy wyklętych porównał z dzisiejszą walką z terroryzmem.
A było to w czasie, gdy w zakładaniu Państwa Islamskiego brali udział ochotnicy z Europy. I w tym miejscu pojawia się Radek Sikorski – idąc za głosem swego mentora, w lipcu 2016 ogłosił, że pierwszym laureatem Nagrody Solidarności w wysokości 1 miliona euro został Mustafa Dżemilew – islamista, lider Tatarów krymskich, których znaczny kontyngent walczył u boku Państwa Islamskiego i brał udział w eksterminacji bliskowschodnich chrześcijan, pod opieką tureckiego wywiadu (tego samego, który logistycznie wspiera przemieszczanie się tzw. uchodźców z Azji do Europy).
W tym samym czasie profesor-major pouczał w Oksfordzie: Jeśli Europa w ciągu 30 lat nie przyjmie co najmniej 30 milionów imigrantów, stanie w obliczu upadku demograficznego, który spowoduje upadek cywilizacji europejskiej”. I tu pytanie, czy Sikorski chodził na wykłady Baumana. Wygląda na to, że tak, bo stosunkiem do imigrantów i do islamskich terrorystów został dogłębnie zainfekowany, bo rząd Tuska, w którym był ministrem, z wielką życzliwości spoglądał na politykę „Herzlich willkommen” i równocześnie wyganiał na obczyznę miliony Polaków. Nawiasem mówiąc, gdy Sikorski apelował do nich o powrót, ci ripostowali: Wrócimy, Sikorski, wrócimy, wtedy, kiedy wy wyjedziecie (…) znasz bajeczkę o wężu, nie? No to… SSSSssspierdalaj.
Krótko mówiąc – bandyta, który miał na rękach krew polskich patriotów, zamiast być ściganym, reprezentował Polskę w świecie, był fetowany w ambasadach Rzeczypospolitej. Swoją drogą ciekawe, ilu Wilniuków, miał profesor z naganem na sumieniu, i czy jego zapraszanie do polskiej ambasady nie było tańcem na grobach polskich ofiar NKWD, prekursorki KBW. Z drugiej strony trzeba też zrozumieć Radka. Co prawda, ubeków rozsławiających imię Polski w świecie mamy tysiące, głównie w Izraelu, gdzie schronili się po Marcu ‘68, nie brakowało ich też w samym MSZ, ale tak wybitnych jak Bauman można było policzyć na palcach jednej ręki.
Bauman reprezentował nasz kraj (no i Polonię brytyjską) także na Lwowskim Forum Wydawców. Tam reklamowany był przez MSZ, jako jeden z najwybitniejszych światowych myślicieli z tytułem profesora (o tytule majora ani słowa). I jeszcze jedno – wtedy, gdy doszło, na polecenie konsula niemieckiego we Wrocławiu, do interwencji Policji, mieliśmy także buńczuczne działania autonomistów śląskich, pełzającą germanizację Opolszczyzny, wykupywanie ziemi na Pomorzu, ustanowienie przez Bundestag Dnia Pamięci o Wypędzonych i rosnące do wręcz astronomicznych rozmiarów wpływy niemieckie w Polsce.
W ślad za wymianą ciosów z węgierskim ministrem, Radek Sikorski odwołał z Budapesztu ambasadora RP, bo Węgry nie wydały posła Romanowskiego. Ale nie odwołał ambasadora ze Sztokholmu, który odmówił wydania Stefana Michnika, sądzonego w Polsce za ciężkie zbrodnie. Nie odwołał też ambasadora z Tel Awiwu, który odmówił wydania komunistycznego zbrodniarza Salomona Morela. No i, wreszcie – nie odwołał ambasadora z Londynu, który odmówił wydania Heleny Wolińskiej-Brus. A dlaczego nie odwołał? Może dlatego, że Helena, (pierwotnie Fejga Mindla Danielak) była żoną Włodzimierza Brusa, który wraz z nią, w marcu 1968 roku schronił się w Wielkiej Brytanii, został profesorem na Oksfordzie i też majstrował przy „studiach” i „dyplomach” Sikorskiego.
Beniamin Zylberberg, bo tak się pierwotnie Brus nazywał, był oficerem politycznym w Armii Berlinga. Z wojska odszedł w stopniu podpułkownika. Był profesorem ekonomii politycznej w kilku instytutach przy KC PZPR i autorem propagandowych broszur, wychwalających sowiecką demokrację i gospodarkę, określających przedwojenne władze polskie, jako bezwzględną faszystowską dyktaturę. Był też członkiem Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej dla Pracowników Nauki, i miał decydujący wpływ na tytuły, awanse naukowe i dyplomy. Jak samo o sobie pisał, w atmosferze antysemickiej nagonki będącej następstwem tzw. wydarzeń marcowych, zmuszony został do emigracji. Na Oksfordzie wykładał razem z podesłanym tam wcześniej przez KGB mjr. Baumanem i zajmował się analizą gospodarki socjalistycznej. Już na emigracji podjął tajną współpracę ze wschodnio-niemiecką służbą bezpieczeństwa Stasi. Równocześnie wspierał „opozycję demokratyczną” w Polsce, kiedy to – przypomnijmy – w awangardzie „transformacji ustrojowej” stanęli ideowo związani z trockistami rewizjoniści partyjni, ludzie kwestionujący zdolność Polaków do niepodległego bytu, dla których opowiadanie się za polskością to faszyzm, którzy wprowadzili pojęcie „lewicy laickiej” i nauczali, że polski ruch niepodległościowy zbudowali stalinowcy, że elitą mają być synowie i wnuki przybyłych w taborach dywizji NKWD, myślicielami Bauman i Brus, bohaterami Michnik i Kuroń, a autorytetami pospolici złodzieje.
A co do samej Wolińskiej-Brus, to przypomnijmy, że była żydowskim prokuratorem oskarżającym z ramienia Naczelnej Prokuratury Wojskowej w procesach politycznych, kończących się mordami sądowymi. Gdy w 2007 roku, czyli wtedy, gdy Sikorski był ministrem, sąd w Warszawie wydał europejski nakaz aresztowania Wolińskiej, wniosek o ekstradycję został odrzucony przez Londyn z uzasadnieniem, iż ścigana była ofiarą czystek etnicznych w Polsce, a sama oskarżona stwierdziła, że przedstawione jej zarzuty mają charakter antysemicki. A co do wymienionego wcześniej Salomona Morela, to dodajmy: Sikorski niczego nie nauczył się na Oksfordzie, a z historii szkolony jest przez własną żonę, która w swoich książkach historię fałszuje, wybielając zbrodniczą rolę komunistów żydowskich w mordowaniu polskich patriotów, takich jak Salomon Morel, który będąc komendantem więzienia w Jaworznie (czyli „żydowskiego obozu śmierci”) w sposób sadystyczny, z niezwykłym bestialstwem mordował Polaków, szczególnie polską młodzież.
„Chłystek i bufon, narcyz i gamoń, Radek-nieporadek, burak z Chobielina, fryzjerczyk, Mistrz Blitzkriegu na Twitterze, Towarzysz Radosław I Skromny, miszcz polskiej dyplomacji, Człowiek Którego Cień zasłonił Metternicha, Kandahar i część Bydgoszczy”. Dorobił się też nicku „Radsik”. Internauci nie zostawiają na nim suchej nitki. Floyd: I po Oxfordzie nie powiedzą do Radka „Milordzie”. Zachowuje się na salonach jak krowa na wrotkach. Lola: Dracula wiecznie żywy! skacowany ryj menela, i do tego te tłuste włosy. Rosjanie mówią: „morda kirpicia prosit”, czyli „gęba, która prosi się o cegłę”… ale łeb od czasy do czasu mógłby sobie umyć. Jesienny liść:Ten facet tak układa usta, jakby był Ruskiem. Może prawdziwego podmienili w Afganistanie? Mnie cały czas nie daje spokoju myśl, w jaki sposób ukończył Oksford!!! Zaciukał nożem kogoś podobnego do siebie, i zabrał mu dyplom? Jet: Za długo był w Afganistanie. Towarzyszu Sikorski, odstawcie te prochy. Pixi: „Fryzjerczyk PSIkorski, o takich Czesław Miłosz pisał „Wariat na swobodzie największą klęską jest w przyrodzie”. Przezwisk ma dużo i wszystkie komiczne. Ale czy obraźliwe, zwłaszcza w zestawieniu z „bydło” używanym przez krajowego mentora Sikorskiego, przez blogerów nazwanego „profesor Bydłoszewski”). Jeśli dodamy do tego wypowiedzi jego żony, też mającej dyplom z Oksfordu, to konkluzja może być tylko jedna – w Wielkiej Brytanii też mają Collegium Humanum.
Kariera Radka to gotowy scenariusz na film „Dyzma w MSZ”. Powieść o podobnym tytule opowiada o karierze gbura i chama, który na skutek dziwnego zbiegu okoliczności omal nie zostaje premierem. Sikorski też, jak Dyzma z Kresów, wyjeżdża w świat – z Bydgoszczy do Afganistanu; żeni się ze szlachcianką (chociaż jerozolimską), która wprowadza go do lepszego towarzystwa, i omal nie zostaje… prezydentem. Karierę dżentelmena z pod-bydgoskiego PGR-u podsumował karykaturzysta: „Jeśli ktoś jest chamem, to i Oksford mu nie pomoże” – mówi na rysunku jeden gość do drugiego. A co do powieści – kiedy sprawa z Dyzmą się wydaje, ogłaszają, że to „oszust, cham, i niespełna rozumu”. A co do „szlachty jerozolimskiej” –obecność portretu gen. Władysława Sikorskiego na ścianie dworku w Chobielinie wyjaśniał tak: „To jest brat dziadka”. Jeden z gości nie wykazał się jednak taktem i palnął: „A to ciekawe, bo generał nie miał brata”. Także „elitarność” żony Radka nie ma długiej historii: dziadkowie byli żydowskimi pachciarzami na wschodnich kresach Rzeczypospolitej, skąd, na początku XX wieku, wyjechali do Ameryki i zasiedli tamtejsze Nalewki.
No i mamy ministra, który jednego dnia porównuje bałtycką rurę do układu Ribbentrop-Mołotow, a drugiego kłania się Niemcom w pas i składa „hołd pruski”. Który jednego dnia widzi Rosję w NATO, a drugiego domaga się wymazania jej z mapy świata. No i, komentując informację o udzieleniu Asadowi azylu w Rosji, poraża geopolitycznym przemyśleniem: „Panowie Snowden, Depardieu i Janukowycz mają czwartego do brydża”. W geopolitycznych analizach wtóruje mu drugi dyplomatyczny matoł – Donald Tusk: „Wydarzenia w Syrii uświadomiły światu, że Rosja i jej sojusznicy mogą zostać pokonani”. No i żona Sikorskiego: „Sceny, które widzimy w Damaszku, zobaczymy w Moskwie i Teheranie. Upadek Asada to rosyjski Afganistan”. Co jeszcze świadczy o tym, że dyplom Oksfordu kupił? Nie przyswoił sobie mądrości Winstona Churchilla, że „prawdziwym dyplomatą jest ten, kto dwa razy pomyśli, zanim nic nie powie”. Poza nędznym wykształceniem cierpi też na przypadłość, która w języku jidysz, czyli języku przodków żony, nazywana jest „myszygene kopf”.
Jest jeszcze inny powód, który to wszystko tłumaczy – Sikorski pała wielką miłością do oficerów WSI, którzy pięknie przed nim trzaskają obcasami. Zawsze łaskawym okiem patrzył na wszelkie wywiady, nie mówiąc o jego powszechnie znanej sympatii do wywiadu brytyjskiego. Wziął pod ochronę wielu funkcjonariuszy WSI, mimo iż ci pokątnie rozpowszechniali informacje o tym, kto finansował jego studia w Oksfordzie, dlaczego będąc wiceministrem obrony częściej kontaktował się z rezydentem brytyjskiego wywiadu niż ze swoim szefem, że ma lukę w życiorysie, bo podczas pobytu w Afganistanie miał być przez kilka miesięcy przetrzymywany przez Sowietów i „namawiany” do współpracy. Innym elementem tej gry są rosyjskie media, które zarzucają Sikorskiemu, że od 1984 r., był agentem brytyjskiego wywiadu MI-6 i wykorzystywał „przykrycie” dziennikarza dla wypełnienia zadań służb wywiadowczych w Afganistanie. Poprzez lustrację, Macierewicz próbował pozbyć się agentów związanych z Moskwą. Nie był jednak równie skrupulatne, gdy chodziło o ludzi kojarzonych z innymi wywiadami. Nie widać było w nim dociekliwości, ilu polityków jest na żołdzie obcych służb.Mówiąc o zagrożeniach, mówił wyłącznie o absolwentach moskiewskiego MGIMO. Tymczasem najwięcej szkód w MSZ (a wcześniej w MON) poczynił nie absolwent MGIMO, ale… absolwent Oksfordu.
Przestańmy się pastwić nad Radkiem. Oddajmy mu sprawiedliwość. Wprawdzie za granicą sprawy knoci, wprawdzie dyplomację wywodzi na manowce, ale w TVN i „Wyborczej” jest zwycięzcą. Także pogłoski o śmierci politycznej Sikorskiego są mocno przesadzone. Parasol ochronny rozciąga nad nim nie tylko nowojorska żydokomuna, Mark Zuckerberg i „New York Times”, czyli ci, którzy nie tylko nie lubią Ameryki, ale nie lubią Polski. I nie przypadkowo prasowy organ trockistów „Foreign Policy” umieścił Sikorskiego na liście „100 czołowych myślicieli świata”. Przypomnijmy też lorda George’a Weidenfelda, wiceprezydenta Światowego Kongresu Żydów, który wydał Radkowi certyfikat koszerności, mówiąc, że uważa go za „największego przyjaciela w Polsce”.
W obronie występów Baumana we Wrocławiu stanął kumpel Sikorskiego, który też ma azjatyckie rysy oraz super narodowe nazwisko (to nic, że przyswojone), Bartłomiej Sienkiewicz, który wygwizdanie profesora z KBW nazywał „bandyckim uderzeniem w podstawy cywilizacji”. Z kolei dla Tuska incydent był „wstępem do poważnego nieszczęścia” (chociaż i tu blogerska brać wykazała się niezłym refleksem: „Może wnuk żołnierza Wehrmachtu myślał, że to niemieckie nazwisko?”). Na koniec postawmy Sikorskiemu pytanie: Czy w trakcie swej przebogatej „naukowej” kariery na Oksfordzie odnotował przypadek promowania przez ambasadę Izraela wyczynów żydowskiego policjanta w warszawskim getcie? Jak zareagowaliby ziomkowie jego żony, gdyby na Uniwersytecie w Hajfie wykład miał profesor stawiający pierwsze kroki w naukowej karierze, jako wachman w Auschwitz? Bauman, stalinowski politruk sprowadzał mordowanie żołnierzy wyklętych do „walki z faszystowskimi bandami”. I okazuje się, że po nim, po tę samą broń sięga minister po Oksfordzie z dyplomem magistra za 10 funtów.
„Gość Niedzielny” ustami kardynała Grzegorza Rysia nakazuje akceptację nauczania II Soboru Watykańskiego. Kilka stron dalej to nauczanie jednak lekceważy, czyniąc tak chyba w imię jakiejś dziwacznej ideologii. Wszystko w najnowszym dodatku historycznym tego tygodnika.
„Gość Niedzielny” wypuścił nowy numer swojego czasopisma historycznego „Historia Kościoła”. Nadano mu tytuł: „Żydzi i chrześcijanie. Rodzina z problemami”.
W środku – wiele cennych treści i dobrych artykułów. Niestety, przemieszanych z wypowiedziami dziwnymi lub zgoła absurdalnymi.
Na przykład ks. prof. Mariusz Rosik zamieścił w „Gościu” obszerny i ciekawy tekst pt. „Czym współczesny judaizm różni się od biblijnego?” Na tytułowe pytanie autor odpowiada z erudycją i dobrze wyjaśnia różnicę, nad którą zastanawia się dziś wielu katolików.
W tekście padają jednak, dość zaskakująco, ważne słowa: „Na szczęście dziś prosta teologia substytucji, według której Izrael został zastąpiony przez Kościół, jest już nieaktualna”.
Teologia substytucji jest nieaktualna? Co to dokładnie znaczy? Czy Kościół katolicki nie jest Nowym Izraelem, tak, jak zawsze tego nauczano? Tego dotyczy jeden z najważniejszych aspektów debaty toczonej dziś w Kościele.
Profesor tego nie wyjaśnia; użycie przez niego określenia „prosta teologia substytucji” wskazuje na pewne rozróżnianie i dystans. Szkoda, że tej kwestii Autor nie pogłębia.
Tym większa to szkoda, że, „szczegółów” można się dowiedzieć dopiero od innego profesora, Jana Grosfelda. W rozmowie z Jackiem Dziedziną ogłasza on:
„Tzw. teoria substytucji, czyli zastąpienia jednego ludu wybranego drugim, jest czymś horrendalnym. Dlaczego? Bo mówi, że Bóg nie jest wierny, skoro zmienia swoje zdanie w sprawie najbardziej zasadniczej”.
Nauka Kościoła o zastąpieniu Izraela przez nowy lud Boży jest zatem „horrendalna”, czytamy w „Gościu”. Cóż…
II Sobór Watykański, deklaracja „Nostra aetate”: „Chociaż Kościół jest nowym Ludem Bożym, nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani jako przeklętych przez Boga, rzekomo na podstawie Pisma świętego”.
„Kościół jest nowym Ludem Bożym”, mówi sobór. „Teoria… zastąpienia jednego ludu wybranego drugim jest czymś horrendalnym”, mówi Grosfeld. Jak to połączyć?
W tym samym wywiadzie Grosfeld ogłasza po prostu, że deklaracja soborowa to wynik… „zgniłego kompromisu”.
Skoro tak, to – jak można się domyślić – nie należy w ogóle przejmować się jej literą. Trzeba raczej przypisać jej „ducha zmian” – i głosić, co się akurat podoba, bo jakoby z tego „ducha” wynika.
Autor twierdzi, że z pomocą przychodzi posoborowe nauczanie papieży, zwłaszcza św. Jana Pawła II; nauczanie, które miałoby potwierdzać odejście od „teorii substytucji”.
Czy aby na pewno?…
Encyklika „Redemptoris Mater” św. Jana Pawła II: „[…] nowy Izrael… nazywa się Kościołem Chrystusowym, jako że Chrystus nabył go za cenę krwi swojej”. To cytat z „Lumen gentium” II Soboru Watykańskiego.
Katecheza Benedykta XVI z marca 2006 roku: [Ustanawiając dwunastu Apostołów] „Jezus chciał powiedzieć, iż nadszedł ostateczny czas, w którym ustanawia się nowy lud Boży, lud dwunastu plemion, który staje się teraz ludem powszechnym, Jego Kościołem”.
Skąd Grosfeld czerpie swoje mądrości, ostatecznie zatem nie wiadomo. Może chodzi o różne wypowiedzi Jana Pawła II rzucane przy okazji jakichś konferencji czy spotkań. Rzecz jednak w tym, że takie wypowiedzi nie konstytuują nauczania Kościoła w ten sam sposób jak dokumenty soborów czy encykliki. Jest jasne, że dziś Kościół nie głosi „prostej teorii substytucji”, to znaczy stara się oddzielić twierdzenie, że Kościół jest Nowym Izraelem, od twierdzenia, które wyprowadza z tego tezę o „przeklęciu” Żydów, jak to zresztą pokazała „Nostra aetate”. Do tego sprowadza się wiele wypowiedzi św. Jana Pawła II. Tę kwestię trzeba byłoby jednak obszernie i osobno omówić, ale – tego nie ma. Mamy proste i kategoryczne stwierdzenia, które w istocie fałszują rzeczywistość.
Na tym nie koniec poważnych problemów z tezami Grosfelda. Wywiad zawiera też sugestię, jakoby katolicka liturgia współ-przyczyniła się do Holokaustu. Grosfeld i Dziedzina wspominają Julesa Isaaca, który prosił Jana XXIII, by ten zmienił wielkopiątkową modlitwę o nawrócenie „perfidnych Żydów”. Grosfeld komentuje to słowami: „[M]iał świadomość, że słowa kreują i ugruntowują teologię zastępstwa, zaś posiłkując się tym fałszem ludzie zdolni są robić tak straszne rzeczy, jakich doświadczyli Żydzi podczas katastrofy”. Poprzez „katastrofę” Grosfeld rozumie Holokaust. Potem dodaje: „Myślenie o Żydach jako narodzie przeklętym, odrzuconym, niewiernym, otwierało drogę do unicestwienia ich”. Autor zauważa wprawdzie, że niemiecki nazizm był nie tylko antyżydowski, ale również antychrześcijański, ale, jak widać, nie wyciąga z tego wniosków. Mamy zatem w „Gościu” prostą narrację na temat, można powiedzieć, mimowolnej kolaboracji intelektualnej Kościoła katolickiego ze zbrodniami III Rzeszy.
„Gwiazdą” numeru „Gościa” jest kardynał Grzegorz Ryś. Wypada, niestety, bardzo dziwnie. Czytelnikowi proponuje się najpierw artykuł, który został utkany z fragmentów książki kardynała na temat judaizmu. To przykra lektura: przytacza się nauczanie różnych autorów chrześcijańskich i synodów, które – z dzisiejszej perspektywy – mają „antysemicki wydźwięk”. Ambroży, Augustyn, Grzegorz Wielki, Leon VII… Fragmenty pokazują na przykład zalecenie tego papieża, zgodnie z którym Żydów należy albo przekonać do wiary chrześcijańskiej, albo też wypędzić z miast, w których mieszkają chrześcijanie. Brutalne, rzekłbyś nawet językiem wokeismu – „przemocowe”, prawda?
Problem w tym, że Leon VII pisał o tym… w X wieku. Przykładanie naszych norm obyczajowych i wzajemnej koegzystencji do sytuacji społecznej, materialnej oraz obyczajowej sprzed ponad 1 000 lat stanowi, mówiąc delikatnie, ciężkie nadużycie. W artykule jest kilka wyjaśnień kardynała, na przykład odnośnie stwierdzeń Grzegorza Wielkiego. Jednak z uwagi na charakter tekstu, zbudowanego z fragmentów, ogólna wymowa jest dość prosta: spójrzmy, jak Kościół przez wieki „ranił Żydów”.
Dalej przychodzi wywiad, który przeprowadził z kardynałem Jacek Dziedzina. Nie ma tu w zasadzie nic kontrowersyjnego. Hierarcha wygłasza dość oczywiste tezy, mówi o nauczaniu II Soboru Watykańskiego czy autorytecie Ojców Kościoła. Wskazuje, że wiele wypowiedzi autorów chrześcijańskich sprzed 1 000 czy 1 500 lat, które, kiedy czytamy je dziś, wydają się zajadle antysemickie, w momencie swojego powstawania bynajmniej takie nie były. Znakomicie, ale skoro tak – to po co był wcześniejszy tekst, którego jedynym owocem jest przekonywanie czytelnika do „antysemickiej natury” kościelnego nauczania?
Dalej jest najgorzej.
„Gość” opublikował tekst pt. „Źródła antyjudaizmu”, podpisany nazwiskiem kardynała Rysia. To nie artykuł, ale zestaw cytatów z autorów chrześcijańskich – zdań wyłącznie bardzo mocnych, nieledwie antyżydowskich. Na przykład: „Czy jest jakiś rodzaj zbrodni, którego [Żydzi] by nie popełnili?”. Inne mówią o „poniewieraniu religii chrześcijańskiej” przez Żydów czy nazywają ich „wrogami” lub też odmawiają wszystkim Żydom wiary w Boga. We wcześniejszym wywiadzie kardynał częściowo wyjaśnia kontekst niektórych z cytatów. Niestety, kto przeczyta sam „artykuł” pt. „Źródła antyjudaizmu”, ten zostanie z przekonaniem prowadzącym raczej do tezy sugerowanej przez Grosfelda.
Relacje chrześcijańsko-żydowskie są trudnym tematem, to jasne. Wpływa dziś na to nie tyle historia i teologia, co przede wszystkim polityka. Pytanie: po co podejmować to skomplikowane zagadnienie w taki sposób, jak zrobił to „Gość Niedzielny”?
Jeżeli ma chodzić o ukazywanie prawdy – to konieczne jest unikanie publikacji, które tworzą zupełnie mylny obraz tych relacji. Takimi są właśnie pozbawione kontekstu „zestawienia”, które podaje „Gość” czytelnikom. Nie można też ignorować nauczania II Soboru Watykańskiego, jak manifestacyjnie robi to jeden z autorów magazynu.
Zamieszczanie podobnych tekstów obok cennych artykułów, na przykład pióra ks. prof. Stanisława Adamiaka, ks. prof. Mariusza Rosika czy prof. Rafała Łatki, jest wyrządzaniem szkody zarówno tym autorom, jak i samej debacie. Szkoda.
Jeśli ktoś nie chce zawrzeć umowy, ta osoba nie przetrwa zbyt długo, nie będzie zbyt długo słuchana – powiedział prezydent USA Donald Trump, odnosząc się do negocjacji w sprawie zakończenia wojny na Ukrainie. Później wstrzymał pomoc dla tego kraju.
– Musimy zawrzeć umowę, a umowa może zostać zawarta bardzo szybko. Nie powinno być tak trudno zawrzeć umowę. Można ją zawrzeć bardzo szybko. (…) jeśli ktoś nie chce zawrzeć umowy, myślę, że tej osoby nie będzie z nami zbyt długo. Ta osoba nie będzie słuchana zbyt długo, ponieważ wierzę, że Rosja chce zawrzeć umowę. Wierzę, że na pewno Ukraińcy chcą zawrzeć umowę – powiedział Trump podczas ceremonii ogłoszenia inwestycji tajwańskiego producenta półprzewodników TSMC w Arizonie. Jak stwierdził, na zawarcie porozumienia musi zgodzić się Rosja, Ukraina, ale również musi ono uzyskać zgodę Europy.
Prezydent USA zdawał się kierować swoje uwagi pod adresem prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, którego oskarża o to, że nie chce pokoju.
– On powiedział, że ta wojna będzie trwać jeszcze długi czas, i lepiej, żeby nie miał racji – dodał. Odpowiadając na pytanie, czego oczekuje od ukraińskiego prezydenta, Trump stwierdził, że chce, by był bardziej wdzięczny za okazaną mu przez USA pomoc, bo Ameryka była z Ukrainą „na dobre i na złe”.
Pytany o przyszłość porozumienia o partnerstwie w wydobywaniu ukraińskich zasobów naturalnych, Trump zapowiedział, że wypowie się na ten temat podczas wtorkowego orędzia przed połączonymi izbami Kongresu. Stwierdził jednak, że jest to dobra umowa dla USA, która pozwoli na odzyskanie pieniędzy włożonych przez USA we wsparcie Ukrainy.
Pytany o to, czy martwi go, że Rosja – jak twierdził rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow – postrzega jego działania jako zgodne z jej kierunkiem polityki zagranicznej, prezydent USA odparł, że był dotąd twardy wobec Rosji i że za jego pierwszej kadencji Moskwa nie dostała od niego „nic poza zgryzotą”. Wspominał przy tym o nałożonych na Rosję sankcjach i sprzedanych za jego kadencji Ukrainie pociskach przeciwpancernych Javelin.
– Musimy zawrzeć umowę, ponieważ jest wielu ludzi, których zabija się, a których nie powinno się zabijać. Ale pamiętajcie, Trump nie dał im nic, a inni prezydenci dali im wiele – mówił Trump.
Przedstawiciel Białego Domu potwierdził w poniedziałek w oświadczeniu dla mediów, że prezydent Donald Trump wstrzymał wszelką pomoc wojskową dla Ukrainy, „by upewnić się, że przyczynia się ona do rozwiązania” konfliktu.
Przedstawiciel Białego Domu potwierdził w poniedziałek w oświadczeniu dla mediów, że prezydent Donald Trump wstrzymał wszelką pomoc wojskową dla Ukrainy, „by upewnić się, że przyczynia się ona do rozwiązania” konfliktu.
– Prezydent jasno dał do zrozumienia, że skupia się na pokoju. Potrzebujemy, aby nasi partnerzy również byli oddani temu celowi. Wstrzymujemy i dokonujemy przeglądu naszej pomocy, aby upewnić się, że przyczynia się ona do rozwiązania – oświadczył przedstawiciel Białego Domu.
Jak poinformowała telewizja Fox News, która podała tę informację przed oficjalnym potwierdzeniem, wstrzymanie dotyczy wszelkich form pomocy, w tym broni będącej już w drodze na Ukrainę, także w Polsce.
Do ogłoszenia doszło zaledwie kilka godzin po tym, jak prezydent Trump publicznie twierdził, że „nawet o tym nie rozmawiał”. Po raz kolejny w ostatnich dniach zwrócił uwagę ukraińskiemu prezydentowi, że nie chce pokoju – w przeciwieństwie do Władimira Putina.
– Jeśli ktoś nie chce zawrzeć umowy, to myślę, że tej osoby nie będzie z nami zbyt długo. Ta osoba nie będzie słuchana zbyt długo, ponieważ wierzę, że Rosja chce zawrzeć umowę. Wierzę, że na pewno naród ukraiński chce zawrzeć umowę – mówił Trump.
Zapowiadał też, że podczas wtorkowego orędzia przed połączonymi izbami Kongresu ogłosi coś na temat umowy o minerałach z Ukrainą. Nieco później republikański kongresmen Brian Fitzpatrick, współprzewodniczący ukraińskiej grupy parlamentarnej, ogłosił że umowa zostanie wkrótce podpisana, co „doprowadzi do silnego, długoterminowego partnerstwa gospodarczego między Stanami Zjednoczonymi a Ukrainą, a w efekcie naturalnie przełoży się na wsparcie w zakresie bezpieczeństwa”.
Z kolei jeszcze w niedzielę minister finansów USA Scott Bessent oświadczył, że koniecznym warunkiem do podpisania umowy o partnerstwie w wydobywaniu złóż naturalnych Ukrainy jest „to, by władze Ukrainy chciały porozumienia pokojowego”.
Administracja Trumpa od przyjścia do władzy nie uchwaliła żadnego nowego pakietu pomocy wojskowej dla Ukrainy. Pozwoliła jednak na przepływ broni w ramach ostatniego pakietu zaaprobowanego przez Joe Bidena.
Trump wciąż ma uprawnienia do przekazania Kijowowi z amerykańskich magazynów broni o wartości 4 mld dol. Jeszcze podczas piątkowego spotkania z Zełeńskim deklarował, że będzie ona kontynuowana, choć wyraził nadzieję, że nie będzie to konieczne w dużych ilościach.
Why America and Canada Must Unite as Allies Against China
At first glance, the United States and Canada seem like two siblings who grew up in the same neighborhood but chose slightly different paths. One drove a flashy car, dreamed big, and became the extrovert at every party. The other, while quieter and more contemplative, cultivated a reputation for politeness and pragmatic wisdom.
Despite their differences, these North American neighbors share more than just a border. Geography binds them, but shared values must unite them. Now, more than ever, these two countries must strengthen their alliance morally, economically, and militarily against a threatening China.
One of the most compelling arguments for deeper collaboration between the U.S. and Canada is their shared foundation in Christian traditions, morals and governing structures. Their legal systems’ moral underpinnings are rooted in common law, the rule of law, and individual freedom, contrary to China’s authoritarian communist regime.
Together, America and Canada can play a crucial role in preserving the best aspects of Western civilization.
America and Canada are natural allies in the truest sense of the word. They share the longest undefended border in the world, which is an extraordinary testament to mutual trust and respect. The cooperation between the two nations fosters seamless collaboration in energy production, trade and defense.
Together, North America is an unparalleled energy superpower. Canada’s vast reserves of oil, natural gas and critical minerals perfectly complement America’s vast resources and its ability to refine, export, and commercialize resources at scale. A cohesive U.S.-Canada supply chain would reduce dependence on inferior Chinese goods while innovating toward cutting-edge technologies and bolstering energy security for the West. Joining forces makes sense to counter China’s dominance in rare earth minerals and manufacturing.
Canada is not a competitor but an American partner. Trade between the two nations remains one of the most prolific globally—over $1.7 billion in goods and services are exchanged daily. By enhancing this economic interdependence and strengthening agreements designed for mutual benefit, America and Canada can solidify their status as a united economic front capable of countering China’s pursuit of dominance in global markets.
It is easy to assume that America and Canada are the same, except for their accents and a few preferences. However, while they share English and French heritage, cultural differences make each country uniquely exceptional. These differences are strengths, not obstacles.
The United States thrives on innovation, pushing boundaries, and raw ambition. In contrast, Canada offers balanced pragmatism, diplomacy, and a deep respect for international partnerships. If properly cultivated, the United States’ bold global leadership paired with Canada’s pragmatic wisdom is a win-win situation.
Those tempted to suggest that America simply absorb Canada as its 51st state must consider that independence and identity are paramount to fostering mutual respect. America and Canada are distinctly different nations with unique histories, cultures and origins. Amalgamation would suffocate qualities that make this relationship so vital. The focus should be on fostering and celebrating each country’s good elements while working in harmony toward shared goals.
The elephant in the room—or the dragon, as it were—is communist China.
Its disturbing appetite for expansion is a cause for great concern. From its aggressive military presence in the South China Sea to its self-serving Belt and Road Initiative, China is systematically extending its tentacles across the globe.
Canada, for example, has already faced China’s overreach in areas such as foreign interference in its affairs. Thus, maintaining distance is not merely an option—it’s a necessity.
A fortified U.S.-Canada alliance would send an unmistakable signal to Beijing. Economically, a united North America could reduce reliance on cheap Chinese imports, improve supply chains, and create a more balanced flow of trade. If Canada could upgrade its military, the combined strength of the two countries would ensure the safety of critical infrastructure and Arctic trade routes threatened by China and Russia.
America and Canada should not merge; they need to march forward together. By deepening their alliance, these two nations can amplify the power of their shared values, abundant resources and complementary strengths. They can defend the future of Western civilization against totalitarian enemies who are increasingly active in today’s world.
Powiadam wam: Jeśli ci będą milczeć, kamienie wołać będą. — Łk 19:40
Sprzeczne informacje na temat stanu zdrowia Jorge Mario Bergoglio rzucają niepokojące światło na sposób, w jaki zarządzana jest komunikacja w Watykanie. Są tacy, którzy wierzą, że „Papież już nie żyje” i że fakt ten jest ukrywany przed opinią publiczną.
Jest jasne, że Watykan i głęboki kościół bergogliański są w panice i zrobią wszystko, aby zebrać konsensus kardynałów wokół nazwiska kogoś, kto będzie kontynuował rewolucję bergogliańską.
Są tacy, którzy mają interes w ukrywaniu własnych zbrodni – wraz z tymi popełnionymi przez Bergoglio – podczas gdy w Stanach Zjednoczonych dochodzi do czołowego starcia Konferencji Episkopatu USA z administracją Trumpa, po tym jak skandal dotyczący funduszy Agencji Rozwoju Międzynarodowego (USAID) ujawnił współudział Kościoła katolickiego w lukratywnym biznesie imigracyjnym.
Konieczne jest zapobieżenie temu, by postępowa hierarchia zapewniła, że jeden z nich będzie następcą Bergoglio, czyli kolejnym uzurpatorem na Tronie Piotrowym, który będzie spadkobiercą i kontynuatorem poprzedniego.
Zanim wbijemy ostatni gwóźdź do trumny Bergoglio, konieczne i pilne jest zatem rzucenie światła na uzurpację, której się dopuścił, oraz na okupację Kościoła katolickiego przez skorumpowaną i zdradziecką hierarchię, której jedynym celem jest zniszczenie go od środka.
Manewry mafii z Saint Gallen w tandemie z ultrapostępową lewicą – bezkarne zbrodnie Theodore’a McCarricka.
Rola McCarricka w administracji Demokratów.
Wpływ, jaki McCarrick wywarł na uzyskanie nominacji biskupich dla swoich „spadkobierców” – którzy wszyscy są homoseksualistami i są skorumpowani – wyznaczonych do obsadzenia kluczowych stanowisk w USA i w Watykanie. Praca McCarricka jako łącznika Bergoglio z chińskim reżimem komunistycznym w celu doprowadzenia do podpisania tajnego porozumienia ze Stolicą Apostolską. Rola jezuitów w promowaniu agendy globalistycznej.
Skandaliczne, ciągłe tuszowanie przez Bergoglio notorycznych oprawców i zboczeńców.
Zatuszowanie sprawy dotyczącej watykańskiej sieci korupcyjnej, przekazanej Bergoglio przez papieża emeryta Benedykta XVI w kwietniu 2013 r., w sprawie której do tej pory nigdy nie podjęto żadnych działań wyjaśniających.
Rola Bergoglio w zbrodni popełnionej przeciwko ludzkości poprzez „pandemię Covid” i narzucenie szczepionek.
Cyniczny wyzysk nielegalnych imigrantów w celu zniszczenia tkanki społecznej Zachodu: wszystko to i jeszcze więcej potwierdza, że Kościół Bergogliański jest nie tylko wspólnikiem w wywrotowym planie Światowego Forum Ekonomicznego, ale także czołowym protagonistą.
Wierni mają prawo poznać pełną prawdę o wszystkich tych wydarzeniach.
Po latach kłamstw, udawania i milczenia, konieczne jest uznanie oszustwa Jorge Mario Bergoglio i postawienie go przed sądem, przywracając prawdę i sprawiedliwość, których domagały się ofiary jego represji, zastraszających czynów i przyzwolenia na zbrodnie jego podżegaczy i protegowanych.
Potrzebne są śledztwa w sprawie jego przeszłego życia, zbrodni, które popełnił w Argentynie (dlatego nigdy nie powrócił jako „papież” do swojego rodzinnego kraju) oraz w sprawie mrocznych wydarzeń, które twierdzą, że Jorge Mario Bergoglio był osobiście odpowiedzialny za nadużycia seksualne młodych jezuitów, gdy był mistrzem nowicjatu w Argentynie.
Należy wyjaśnić, czy Tomas Ricardo Arizaga (znany jako Tomasito), który zmarł 20 lipca 2014 r. w wieku 11 lat, a następnie został skremowany i po usunięciu zębów pochowany w 2019 r. na cmentarzu Teutońskim w Watykanie (Teutonic Cemetery – Wikipedia), jest rzeczywiście synem Bergoglio, jak od dawna krążyły plotki i jak wiele przesłanek pozwala nam wierzyć.
Międzynarodowy sojusz przestępczy zjednoczył siły wywrotowe w celu wyeliminowania Benedykta XVI, zmuszając go do rezygnacji i zastępując go emisariuszem globalizmu. Przyznał to sam kardynał Godfried Danneels, odnosząc się do mafii z Saint Gallen. McCarrick powtórzył to podczas przemówienia na Uniwersytecie Villanova 11 października 2013 r. Prezes i założyciel Voices of Progress – grupy nacisku, która zajmuje się zmianami klimatycznymi, migracją i innymi kwestiami woke – zaplanował to, omawiając to z Johnem Podestą (szefem kampanii Hillary Clinton), w e-mailach ujawnionych przez Wikileaks (tutaj).
„Katolicka Wiosna” wykorzystała Jorge Mario Bergoglio, skorumpowaną i zwrotną postać, oszukańczo narzuconą Kościołowi katolickiemu jako „papieżowi”.
Zwracamy się do władz Stanów Zjednoczonych Ameryki i Argentyny o dostarczenie dokumentów i dowodów potwierdzających te fakty. Dowodzi to, że Jorge Mario Bergoglio nigdy nie był papieżem Kościoła katolickiego: wszystkie jego akty rządzenia i nauczania są nieważne, a wszystkie jego nominacje są nieważne, w tym nominacje kardynałów, którzy wybiorą jego następcę.
Nadszedł czas, aby odważnie stawić prawdzie czoła, aby wyzwolenie Kościoła katolickiego od wywrotowców, którzy okupowali go zbyt długo, aby go zniszczyć, było wyzwoleniem radykalnym i autentycznym, i aby wspólnicy oszustwa – którzy nadal przebywają w Watykanie i przeżyją Bergoglio – zostali wykryci i postawieni przed sądem. zanim ich przestępcze działania zniszczą dowody popełnionych przez nich przestępstw.
O death, I will be your death; I will be your mortal blow, O hell.
Hos 13:14
The land of Canterbury was consecrated to Christ by the blood of Saint Thomas Becket, martyred on the 29th of December, 1170, in the Cathedral which has now become Anglican. At that time, Archbishop Thomas opposed the Constitutions of Clarendon, with which King Henry II attacked the liberties and independence of the Catholic Church. He paid with his life for this courageous defense of the Catholic Church, and today the Saintly Bishop looks down on us from heaven as we celebrate the suffrages of another Bishop, Richard Nelson Williamson, whom we consider a witness to the Faith and Catholic Tradition in times no less troubled and hostile.
Bishop Williamson was not killed by four assassins of Henry II. He did not shed his blood by being struck while celebrating the Holy Sacrifice at the altar of his Cathedral. The Cathedral in which he would have celebrated was denied to him by a Hierarchy that is now allied and complicit with the same enemies of the past, which excommunicates not the enemies of the Papacy, but those who denounce the betrayal of a usurper. Bishop Williamson also was betrayed: not by four assassins, but by those who wounded him in the heart, betraying the legacy of Archbishop Marcel Lefebvre.
I hope that the heroic example of Saint Thomas Becket and the testimony of white martyrdom given by Bishop Richard Williamson may awaken in us the feelings that they both shared: first and foremost, the love of God; the love of the God-Man, Our Lord Jesus Christ; the love of the Holy Roman Catholic Apostolic Church; and the love of man for the sake of the love of God, from which flows the apostolic zeal of true Shepherds toward their sheep, who recognize in them the voice of the divine Shepherd.
This earthly life is a battlefield, in which we fight without quarter against a mortal enemy. This enemy has already been defeated by Our Lord, on the Cross, the Via Regia, the Royal Road to the eternal glory of Heaven. This is what the prophet Hosea meant when, referring to Christ, he pronounced these words: O mors, ero mors tua; morsus tuus ero, inferne. Giving one’s life, giving all one’s life and all one’s energy for Our Lord Jesus Christ and for the Holy Church, and doing so in a daily crucifixion, allows us to be cooperators in the Redemption. Our human weakness, when placed at the service of the Gospel, allows Grace to accomplish great things; it allows us to face each day, even the last day, without giving up fighting the bonum certamen and repeating, with the Prophet: O death, I will be your death; I will be your mortal blow, O hell.
Tempora bona veniant. Pax Christi veniat. Regnum Christi veniat.