Świat się zmienia, ustroje upadają, a w Polsce jedna rzecz pozostaje niezmienna jak dług publiczny: sprytnie podpięty pod koryto cwaniak zawsze znajdzie sposób, by za pieniądze podatnika zafundować sobie bąbelki w jacuzzi. Zmienia się tylko narracja – kiedyś kradło się na chwałę ojczyzny i krzewienie cnót niewieścich, dziś ściga się to przed kamerami w imię praworządności, dbając przede wszystkim o odpowiednie oświetlenie na konferencji prasowej. Poprzednicy z PiS doprowadzili sztukę dojenia państwa do poziomu niemal metafizycznego. Przepis był genialny w swojej prostocie: rejestrujesz fundację z nazwą brzmiącą jak połączenie encykliki z podręcznikiem do historii oręża polskiego, w zarząd wpisujesz losowe fantomy w stylu „JanKowalski1”, a na stronie wklejasz bełkot o etyce. Następnie idziesz do zaprzyjaźnionego instytutu, bierzesz 405 tysięcy złotych na „rozwój instytucjonalny”, „popularyzację nauki” oraz absolutny hit sezonu – „estetykę”.
W praktyce ta narodowa estetyka zmaterializowała się pod postacią apartamentu w centrum Krakowa z wanną z hydromasażem i skrzyneczką na kod przy drzwiach, żeby turyści z zagranicy mogli za 350 złotych za dobę krzewić polską myśl patriotyczną między jednym a drugim piwem. A państwowa tablica pamiątkowa? Skitrana na szafie pod starym kartonem. Bo przecież prezes z rozbrajającą szczerością wyjaśnił, że „być może zdjęto ją do czyszczenia”. Wiadomo – tablica miała kryzys tożsamości, potrzebowała urlopu na szafie, a w apartamencie i tak zasłaniała widok na minibar. I wtedy na białym koniu wjeżdża Koalicja Obywatelska ze swoim wielkim, bezlitosnym, hollywoodzkim spektaklem pod tytułem „Rozliczamy!”. Nowa władza rzuca się do mikrofonów. Nowy dyrektor instytutu z groźną miną pręży pierś, pompuje muskuły i zapowiada prokuratora, ogłaszając zdemaskowanie potwornego układu. Jest tylko jeden drobny, przezabawny szczegół, o którym zapomniano wspomnieć na slajdach: ten sam nowy, uśmiechnięty zarząd chwilę wcześniej bez mrugnięcia okiem podpisał i klepnął sprawozdanie finansowe rzeczonej fundacji. Dopiero gdy smród wybił w mediach, w trybie natychmiastowym odkurzono szable sprawiedliwości. Mechanizm jest wieczny – dziś robimy pokazówkę na poprzednikach, a za cztery lata kolejna zmiana warty będzie dokładnie tak samo ścigać fundacje zakładane przy kawie przez naszych znajomych. W tym całym narodowym teatrze zemsty i audytów najpiękniejszy jest jednak casting na kluczowych świadków i „ofiary”. Szczytem operacyjnej niemocy i politycznej farsy staje się dramat poszkodowanego Dawida. Zamiast konkretnych zarzutów, twardych przesłuchań i odzyskiwania publicznej kasy, mamy telenowelę, w której nikt nie kwapi się, by faceta wreszcie konkretnie przetrzepać. Zresztą sam Dawid cierpi na najcięższą chorobę polskiej elity: jedyny ból egzystencjalny, jaki rozrywa jego serce, to fakt, że nie może w tym sezonie polansować się swoim Porsche. Całą resztę – prawo, państwo, podatników, etykę i tę całą hecę z rozliczeniami – ma dokładnie tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Mamy więc państwo z kartonu w pełnej krasie: Prawicowy wizjoner z dotacji funduje sobie apartament na Airbnb, tłumacząc, że wanna z bąbelkami realizuje cele statutowe. Liberalni szeryfowie urządzają igrzyska z rozliczania, choć sami najpierw przybili pieczątkę, a teraz boją się wezwać na dywanik gościa, bo jeszcze popsują narrację.
A w centrum tego wszystkiego stoi pomnik współczesnej Rzeczypospolitej: zablokowane Porsche, którego właściciel patrzy na ten cały polityczny cyrk z absolutnym politowaniem. Rządzący zmieniają się co parę lat, wymieniają tabliczki na gabinetach, zmieniają logotypy na rządowych stronach i obrzucają się błotem w programach publicystycznych. Ale bilans pozostaje ten sam: podatnik dalej sponsoruje czyjś wypoczynek w bąbelkach, a jedyną realną karą w tym kraju jest chwilowy brak możliwości wyjechania luksusową furą na miasto.
Audi stworzyło markę specjalnie przeznaczoną na chiński rynek o nazwie nomen omen AUDI. Teraz jak się okazuje, koncern musi biec do sądu, by zapobiec ich importowi do Niemiec. Jak się bowiem okazało, modele przeznaczone dla azjatyckiej klienteli trafiły także w gusta europejskich kierowców.
fot. Robert Way / / Shutterstock
Marka należąca do koncernu Volkswagen opracowała samochody elektryczne Audi E5 Sportback (kombi) oraz E7X (SUV). Jednak próżno na nich szukać tradycyjnej stylistyki kojarzącej się z marką czy chociażby charakterystycznych czterech kółek na masce. AUDI miało bowiem trafić w gusta młodych, „zaawansowanych technologicznie” kupujących z Chin – podaje „Automobilwoche”.
Teraz zaczynają się także pojawiać w Niemczech. Niemiecka firma Auto China sprowadziła dwa modele: Audi E5 Sportback oraz E7X, przeprowadziła ich homologację i zaoferował kupującym. Ku rozpaczy koncernu.
Tak chiński projekt Audi obrócił się przeciwko niemu w Europie
Po pierwsze po sprowadzeniu z Państwa Środka kanibalizują sprzedaż modeli e-tron Audi. Po drugie, import może się wiązać z licznymi problemami, w tym np.kto ma odpowiadać za obsługę serwisową? Jest to o tyle ważne przy samochodach elektrycznych, gdyż są wręcz nafaszerowane elektroniką od czujników przez kamery poprzez systemy wspomagania.
Europejska sieć dilerska Audi nie wydaje się właściwa, skoro z „chińskimi” modelami nie ma nic wspólnego.
– Pojazdy te nie są eksportowane do poszczególnych krajów poza Chinami za pośrednictwem oficjalnego kanału dystrybucji autoryzowanego przez Audi AG, a następnie są rejestrowane na nieznanych nam warunkach – napisano w oświadczeniu Audi AG.
Izrael pomoże Zełenskiemu w uruchomieniu art. 5 NATO?
W mediach społecznościowych krążą pogłoski, że Ukraina zamierza przy pomocy Izraela przeprowadzić ataki pod fałszywą flagą na jeden lub kilka krajów NATO. Do tego celu mógłby zostać wykorzystany sprzęt, który niedawno załadowano na ukraiński samolot An-124 na lotnisku Ben Guriona (Tel Awiw/Izrael).
Niemożliwe jest rozpoznanie rodzaju sprzętu wojskowego załadowanego na ciężarówki, ale mogą to być repliki lub skradziona broń rosyjska.
Wyjaśniałoby to w każdym razie słowa dziennikarza bliskiego Zełenskiemu, który w tajemniczy sposób mówi o jakimś militarnym wypadku, który wkrótce „da skrzydła” Ukrainie. (patrz poniżej)
*** «Bądźcie gotowi! Wygląda na to, że coś może się wydarzyć z godziny na godzinę». „Mówiąc dosłownie, w ciągu kilku dni wydarzy się coś, co da Ukrainie wielką nadzieję” — powiedział w ukraińskiej telewizji Dmytro Gordon, dziennikarz blisko związany z Zełenskim.
„Nie mogę powiedzieć, o co chodzi — to tajemnica wojskowa. Wiem jednak, że w najbliższych dniach wydarzy się coś, co doda skrzydeł narodowi”
Nikt nie wie, co to dokładnie oznacza, istnieje bowiem wiele możliwości. Od operacji pod fałszywą flagą, która uruchomi artykuł 5 traktatu NATO, przez specjalne dostawy broni, aż po otwarte wypowiedzenie wojny przez NATO. «Bądź gotowy!»
Ukrainiec Andrij Szeptycki, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego w rządzie warszawskim napisał, że państwo Mieszka I miało tyle wspólnego z dzisiejszą Polską, co Ruś Kijowska z Ukrainą. Tego typu hasła, wypowiadane przez wysokiego rangą przedstawiciela teoretycznie polskiego rządu, siłą rzeczy dotykają kwestii znacznie szerszej niż tylko terminologia używana przez historyków. To faktyczne działania V kolumny, niszczącej naszą historię i tradycję państwową od środka. Skorzystają na tym Niemcy, Ukraińcy i Rosjanie.
Minister Tuska podważa historię Polski. To oczywiste, że współczesna III Rzeczpospolita nie jest organizacyjnie tym samym państwem, którym było państwo pierwszych Piastów. Polska przechodziła przez okres demokracji szlacheckiej, rozbiory, okupacje, wojny, zmiany ustrojowe i katastrofy polityczne, a jej granice wielokrotnie przesuwano. Czy jednak tylko z tego faktu wynika, że polska wspólnota polityczna nie ma prawa mówić o swojej historycznej ciągłości? Czy może powinniśmy przyjąć niezwykle wygodną zasadę, zgodnie z którą każde państwo po zmianie granic albo ustroju traci swoją historię i zaczyna wszystko od nowa?
Jeżeli tak, byłaby to rzeczywiście niezwykle interesująca wiadomość dla całej Europy, bo można by wówczas z powodzeniem uznać, że większość współczesnych państw jest historycznie zupełnie nowymi tworami, a ich mieszkańcy powinni czym prędzej zapomnieć o swoich poprzednikach. Przykładowo dzisiejsza Francja nie miałaby nic wspólnego ze swoim przedrewolucyjnym odpowiednikiem, podobnie jak Rosja z okresem carskim.
Na szczęście normalne rozumienie historii nie wygląda tak, jak roją sobie w główkach polskojęzyczni Ukraińcy. Narody i wspólnoty polityczne mogą przechodzić przez katastrofy, zmiany granic i ustrojów, a mimo to zachowywać pamięć o własnym państwie, kulturze i poprzednich pokoleniach. Owszem – ciekawie wygląda to w kontekście średniowiecza, gdzie ciągłość państwa wiązała się stricte z ciągłością dynastii panującej. Tak było zresztą na całym świecie i to nie tylko w tej epoce.
W przypadku wypowiedzi Szeptyckiego szczególnie zastanawiające jest usadowienie jej w szerszym kontekście jego działalności publicznej. Nie jest on przypadkowym komentatorem historii, czy głupawym, internetowym influencerem lecz członkiem polskiego (?) rządu. Tym bardziej trudno nie zadać pytania, czy przedstawiciel polskich (?) władz powinien z taką swobodą formułować wypowiedzi, które mogą być odczytywane jako podważanie oczywistego dla Polaków związku między współczesną Polską a jej wielowiekową historią.
Jeszcze większe zdziwienie budzą wcześniejsze wypowiedzi Szeptyckiego dotyczące UPA, zwłaszcza jego porównywanie ukraińskiej formacji z polskimi Żołnierzami Wyklętymi. Można oczywiście tłumaczyć, że chodziło o podobieństwo polegające na walce o niepodległość, ale problem polega na tym, że UPA nie jest wyłącznie symbolem ukraińskich aspiracji niepodległościowych, lecz również organizacją, której działalność wiąże się z masowymi mordami na ludności cywilnej.
Próba przedstawiania obu zjawisk za pomocą jednego schematu „walczących o niepodległość partyzantów” pomija więc fundamentalną różnicę doświadczeń obu narodów. Co więcej, idąc logiką Andrija Szeptyckiego, za podobny ruch walczący o niepodległość należałoby uznać hitlerowski Werwolf [„wilkołak”] , walczący z Polakami na „Ziemiach Odzyskanych” po II Wojnie Światowej. Doszłoby nie tylko do rehabilitacji tej konkretnej organizacji ale uznania, że naziści w zasadzie niczym nie różnią się od antynazistów.
Niestety, od 2022 roku, dzięki ogarniętej ukro-amokiem klice POPiS w Polsce zaczyna działać zasada, według której nasza historia ma być opowiadana zgodnie z prawdą, dopóki nie koliduje z aktualnymi potrzebami relacji z kijowskimi banderowcami Zełenskiego. Jeśli polska historia nie zgadza się z ich linią, wtedy okazuje się, że Mieszko I to właściwie ktoś trochę odległy, polska ciągłość państwowa jest kwestią dyskusyjną, a UPA można analizować przede wszystkim jako ruch niepodległościowy. Cóż za zbieg okoliczności!
Żeby było jasne: rzucającym w oczy problemem jest ukraińskie pochodzenie Andrija Szeptyckiego. III RP jest niestety nadgniłym państwem dyzmokratycznym, w którym ludzie o różnym pochodzeniu mogą pełnić najwyższe funkcje publiczne, kpić i opluwać polską historię i tradycję.
Sojusz polityczny III RP z Ukrainą nie może oznaczać obowiązku przepisywania własnej historii pod oczekiwania wątpliwego partnera. Polska ma prawo do własnej narracji o Mieszku I, Rzeczypospolitej, rozbiorach, II Rzeczypospolitej i zbrodniach dokonanych na Polakach przez ukraińskich szowinistów. Zwłaszcza, że ta narracja jest zasadniczo zbieżna z faktami historycznymi, przekazami kronikarskimi oraz wykopaliskami.
Wypowiedź Szeptyckiego zasługuje na krytykę dlatego, że jest Ukraińcem i przedstawicielem teoretycznie polskiego państwa i właśnie z tego powodu powinien szczególnie uważać, aby w imię bieżącej polityki nie relatywizować fundamentów naszej pamięci historycznej. Z niewiadomych względów usilnie chce doprowadzić do tego, aby ponownie wzrosła niechęć Polaków do Ukraińców, zwłaszcza tych, którzy w nieodpowiedzialny sposób otrzymali dostęp do najwyższych stołków w krajowej polityce i administracji.
Można być zwolennikiem bliskiej współpracy z Ukrainą, można wspierać ją politycznie i militarnie, można nawet cierpliwie znosić rozmaite dyplomatyczne zawirowania, ale trudno wymagać od Polaków, żeby w pakiecie z pomocą dla Ukrainy kupowali również fałszowanie naszej własnej historii.
Bo jeśli okaże się, że państwo Mieszka I ma z dzisiejszą Polską mniej więcej tyle wspólnego, co Ruś Kijowska z Ukrainą, to być może najwyższy czas zapytać, czy następna korekta historii nie obejmie przypadkiem również samego Mieszka. W końcu skoro można zakwestionować ciągłość, to czemu zatrzymywać się w połowie drogi i nie stwierdzić np. że był Ukraińcem albo Żydem?
Zanim zdążył opaść „szok” wywołany wyborami w landzie Saksonia-Anhalt, które miały miejsce kilka tygodni temu, runda wyborcza w Berlinie i Meklemburgii-Pomorzu Przednim zadała podwójny cios powiązanym z Brukselą establishmentowi.
AfD ponownie zdominowała Meklemburgię-Pomorze Przednie i choć można było się tego spodziewać, partia ta wywołała kolejną falę wstrząsów w zaniepokojonym państwie niemieckim:
Rządząca partia CDU straciła około 8% poparcia w porównaniu z ~13%, którymi cieszyła się ostatnio. Co więcej, CDU spadła poniżej 5% progu, aby w ogóle dostać się do parlamentu krajowego, co oznacza, że nie zdobędzie nawet jednego mandatu. Nigdy wcześniej nie przydarzyło się to partii w żadnych wyborach krajowych; to historyczny upadek.
Tymczasem w Berlinie lewicowa partia Die Linke odniosła zwycięstwo, miażdżąc CDU, która zdominowała poprzednie wybory. Upadły kanclerz Rzeszy Friedrich Merz stał z bladą twarzą i przygnębiony, żałośnie ogłaszając dzień katastrofy:
Could not load video.
To właśnie oferuje ci faustowska umowa BlackRock, panie kanclerzu Rzeszy.
Zatrzymajmy się na chwilę, by pośmiać się i wyśmiać najbardziej zhańbionego przywódcę w historii Niemiec. Skieruj wzrok na ekran i śmiej się do rozpuku z tego nędznego, przypominającego suszoną śliwkę, wyglądu tego nędznego głupka.
Były bankier BlackRock i pachołek Komisji Trójstronnej cieszy się najniższym poparciem wśród przywódców w historii Niemiec. Ten znienawidzony ohydztwo, które doprowadziło jego kraj na skraj ruiny, ogłosił, że odmawia honorowego zachowania i rezygnacji, zamiast tego kontynuując swoją żałosną, oschłą robotę, wyciskając z niemieckich podatników pieniądze dla swoich globalistycznych mocodawców jeszcze przez chwilę.
To jeden z głównych powodów, dla których globaliści tak mocno koncentrują się na roku 2027 jako roku przełomowym. To właśnie wtedy musi rozpocząć się wojna z Rosją, aby uratować te zgniłe, okupowane europejskie reżimy przed całkowitym upadkiem i skierować wrzący gniew społeczeństwa w stronę fałszywego wroga, a nie prawdziwego wroga wewnętrznego.
Rok 2027 jest rokiem kolejnych ważnych wyborów federalnych w Europie – we Francji. Choć w Niemczech wybory oficjalnie zaplanowano na 2029 rok, istnieje spore prawdopodobieństwo, że odbędą się one znacznie wcześniej, po tym jak rządy Merza rozpadną się niczym sterta drewna zjedzonego przez termity.
W tym samym czasie Rosja przeprowadziła własne wybory parlamentarne do Dumy Państwowej. Nigdy nie marnując okazji, wiecznie przebiegła Bankowa, narkogoblinka, zgromadziła na tę okazję całą matkę wszystkich rojów dronów, aby:
W nocy 7 września 2026 roku w wieku 82 lat zmarł ks. Stanisław Małkowski, działacz opozycji demokratycznej i kapelan “Solidarności”. Szczegóły pogrzebu zostaną podane w późniejszym terminie
Ks. Stanisław Małkowski był działaczem opozycji demokratycznej, kapelanem “Solidarności”, ale też socjologiem i publicystą. Urodził się 29 lipca 1944 roku w Woli Korytnickiej koło Węgrowa. Był absolwentem Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Warszawie wstąpił w 1970 roku, a święcenia kapłańskie otrzymał cztery lata później, 22 grudnia 1974 roku, z rąk biskupa pomocniczego warszawskiego Zbigniewa Kraszewskiego.
Jako wikariusz i rezydent posługiwał w parafiach warszawskich i pozawarszawskich m.in. w parafii Bożego Ciała na Kamionku, w Skierniewicach, Ząbkach, w parafii św. Jozafata w Warszawie i parafii Matki Bożej Królowej Świata w Warszawie. W połowie lat siedemdziesiątych wstąpił do nowicjatu w Zakonie Kaznodziejskim (Dominikanie), ale po roku powrócił do posługi kapłana diecezjalnego.
Od lat 60. XX wieku był zaangażowany w działalność opozycyjną, za którą Służba Bezpieczeństwa wielokrotnie go zatrzymywała i przesłuchiwała.
W seminarium poznał ks. Jerzego Popiełuszkę, z którym się zaprzyjaźnił, a później został jego współpracownikiem. Od 1982 roku wraz z ks. Popiełuszką odprawiał słynne Msze Święte w intencji Ojczyzny w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu.
11 listopada 2021 roku ks. Stanisław Małkowski został uhonorowany przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę Orderem Orła Białego. Najwyższe odznaczenie państwowe duchowny otrzymał „w uznaniu znamienitych zasług w pracy duszpasterskiej, za bohaterską postawę kapelana „Solidarności” wspierającego słowem i czynem walkę o Polskę niepodległą i sprawiedliwą, stojącego po stronie dobra i prawdy w obronie niezbywalnych praw człowieka”.
Od lipca 2022 roku jako emeryt zamieszkał w domu rodzinnym na terenie Diecezji Warszawsko-Praskiej. [Nie, od „zawsze” mieszkał w swoim domu na Saskiej Kępie… MD]
=============================
To dane Archidiecezji Warszawskiej.
Muszę więc dodać ukryte przez nich:
Na liście SB „do odstrzału” w latach 80-tych był pierwszy, przed ks. Jerzym Popiełuszką. Ale jakoś im „nie wyszło”. Szybko i daleko odszedł od „michniko-kuroni”. Był bardzo źle widziany przez urzędników kurii za swe odważne, bardzo pobożne, patriotyczne kazania, tak przed, jak i po 1989-tym. . No i bardzo nie lubił, unikał „novusa„. Nie dawali Mu parafii. Usunięto go z pracy w parafii św. Patryka na Gocławiu, gdzie był księdzem wspomagającym. W diecezji warszawsko-praskiej, na terenie której mieszka, decyzją kurii odebrano mu prawo głoszenia kazań, prawo spowiadania oraz przyzwolono mu jedynie na odprawianie mszy świętych koncelebrowanych w parafii na Saskiej Kępie.
M. inn. był „zesłany” jako pomocnik księży na cmentarz „Wólka Węglowa”, gdzie przez tamtejszych był brutalnie pomiatany. Żartował: „poznaję tyle nowych twarzy”… Czasem był zmuszany do dodatkowej, wielogodzinnej pracy, gdy szefowie mieli, nie kryjąc się, wielogodzinny bibki pederastyczne.
Wręczałem Kanclerzowi Metropolii Warszawskiej pokorne [bardzo] pismo wiernych, by przewrócić Księdza do którejś z parafii Starego Miasta, czy Śródmieścia. Gdy usłyszał, o kogo chodzi, zobaczyłem „stalowy” błysk w oczach dostojnika – i usłyszeliśmy natychmiastową odmowę.
=============================================
W tym czasie świeccy pracownicy tego cmentarza donosili z przerażeniem o pederastycznych orgiach tam się zdarzających. Relacje te zostały przekazane do Kurii Metropolitalnej, bez SKUTKU.
========================================
Był kapelanem Gaudium Vitae, organizacji opiekującej się samotnymi, porzuconymi i bezradnymi matkami.
Był kapelanem Ruchu Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.
Ofiarnym kapelanem więźniów, wysyłał im mnóstwo czasopism [widziałem u Niego w domu, jak godzinami pakował]. Wysyłał złodziejom, mordercom, gwałcicielom. „Ale tylko tym, którzy mnie o to proszą” – wyjaśniał. – Łapownikom, defraudantom też? – pytałem żartobliwie. Pomyślał: – a tak, dyrektorom też..,” MD
Współzałożyciel i kapłan Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę.
==========================
Od 1982 roku wraz z ks. Popiełuszką odprawiał słynne Msze Święte w intencji Ojczyzny w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu.
Złożenie wieńca przy włocławskiej tamie, gdzie 30 października 1984 roku wyłowiono z zalewu na Wiśle ciało ks. Jerzego Popiełuszki, fot. PAP/Jerzy Kośnik
=====================================
W 2006 roku prezydent Lech Kaczyński uhonorował go Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.
11 listopada 2021 roku ks. Stanisław Małkowski został uhonorowany przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę Orderem Orła Białego. Najwyższe odznaczenie państwowe duchowny otrzymał „w uznaniu znamienitych zasług w pracy duszpasterskiej, za bohaterską postawę kapelana „Solidarności” wspierającego słowem i czynem walkę o Polskę niepodległą i sprawiedliwą, stojącego po stronie dobra i prawdy w obronie niezbywalnych praw człowieka”.
Tyranozaur rex posiadał wewnętrzną temperaturę ciała wynoszącą około 36 stopni Celsjusza, co zbliża go do ludzi i potwierdza jego ciepłokrwistość. Wyniki tych badań, opublikowane w czasopiśmie Science Advances, dostarczyły pierwszego chemicznego dowodu na to, że ten drapieżnik nie był zależny od temperatury otoczenia. Badania przeprowadził zespół z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles pod kierownictwem geobiologa Roberta Igle.
Analiza skupiła się na szkliwie zębów, które ze względu na gęstą strukturę krystaliczną jest znacznie bardziej odporne na zniszczenia w procesie fosylizacji niż kości. W szkliwie zachowują się rzadkie wiązania węgiel-tlen, które formują się w organizmie żywego zwierzęcia i pozwalają na precyzyjne odtworzenie temperatury krwi po milionach lat. Robert Igle wykorzystał tę samą metodę, która pozwoliła mu wcześniej potwierdzić ciepłokrwistość megalodona.
Kluczem do sukcesu była modyfikacja technologii pobierania próbek. Wcześniejsze wersje metody wymagały dużych fragmentów skamielin, co wiązało się z ryzykiem nieodwracalnego uszkodzenia cennych eksponatów. Nowy proces pozwolił zredukować wymaganą ilość materiału o 90 procent. Dzięki temu kuratorzy Muzeum Historii Naturalnej w Los Angeles zgodzili się udostępnić fragmenty dwóch zębów tyranozaura o imieniu Thomas.
Zespół badawczy użył wiertła stomatologicznego do wydobycia skamieniałego szkliwa, które następnie rozpuszczono w kwasie fosforowym. Proces ten uwolnił dwutlenek węgla zawierający izotopy niezbędne do analizy. Następnie wykorzystano spektrometr masowy, aby określić stosunki chemiczne w skompresowanym gazie. Wynik wskazał na temperaturę wewnętrzną oscylującą wokół 36 stopni Celsjusza.
Wartość ta plasuje tyranozaura znacznie powyżej współczesnych gadów oraz leniwców, ale poniżej jego ewolucyjnych potomków – ptaków. Temperatura ciała współczesnych ptaków waha się zazwyczaj między 40 a 43 stopniami Celsjusza. Różnica ta wskazuje na to, że T. rex znajdował się na etapie ewolucyjnego przejścia w stronę pełnej homeotermii, czyli zdolności do utrzymywania stałej temperatury ciała niezależnie od warunków zewnętrznych.
Ciepłokrwistość wyjaśnia aktywny tryb życia tyranozaura jako szczytowego drapieżnika. Szybki metabolizm umożliwiał mu sprawne polowanie i przemieszczanie się na ogromnych obszarach, co byłoby niemożliwe dla zwierzęcia zimnokrwistego, wymagającego zewnętrznego źródła ciepła do pobudzenia mięśni. Aradna Tripati, geochemik z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles i współautorka badania, wskazała, że ta cecha biologiczna pozwalała dinozaurowi na zasiedlanie terenów o dużych amplitudach temperatur.
Wpływa to na interpretację znalezisk paleontologicznych z obszarów dzisiejszej Alaski. W miejscach tych odnaleziono skamieniałości tyranozaurów, podczas gdy brakuje tam śladów innych, zimnokrwistych gadów z tamtego okresu. Zdolność do generowania ciepła wewnętrznego sprawiała, że T. rex mógł przetrwać w klimacie zbliżonym do arktycznego i swobodnie wędrować przez niemal cały kontynent.
Przez dekady w paleontologii dominował obraz dinozaurów jako powolnych i ociężałych zwierząt. Dane chemiczne z zębów Thomasa dowodzą, że przodkowie ptaków nie tylko utrzymywali stały rytm metaboliczny, ale wielu z nich osiągało duże prędkości dzięki efektywnemu systemowi krążenia i produkcji ciepła.
Badanie potwierdziło, że temperatura krwi tyranozaura była wyższa niż temperatura otoczenia, w którym żył. Wykorzystanie spektrometrii masowej i minimalnych próbek szkliwa pozwoliło na precyzyjne określenie 36 stopni Celsjusza jako stałej wartości wewnętrznej tego gatunku. Metoda ta, wymagająca zaledwie kilku miligramów materiału, pozwala na analizę rzadkich okazów muzealnych bez ich niszczenia.
W opublikowanym 11 sierpnia 2026 r. przez Dystrykt Włoch Bractwa św. Piusa X wywiadzie, ks. Daniel Di Sorco FSSPX wyjaśnia granice nieomylności papieskiej oraz różnice między rozmaitymi rodzajami nauczania biskupa Rzymu.
Jakie są granice nieomylności papieskiej? Mówiąc ściślej: jaka jest różnica między prywatnym nauczaniem papieża lub nieposiadającym charakteru nieomylnego nauczaniem publicznym a uroczystymi orzeczeniami ex cathedra? I jak powinno się postąpić, gdyby papież nauczał czegoś sprzecznego z prawdą zdefiniowaną już wcześniej przez Magisterium?
===================
Ks. Daniel Di Sorco: Doktrynę katolicką dotyczącą nieomylności papieskiej znaleźć można przede wszystkim w nauczaniu I Soboru Watykańskiego ‒ w uroczystym akcie Magisterium, który tę prawdę zdefiniował; po drugie zaś w nauczaniu teologów katolickich – piszących przed, podczas i po tym soborze ‒ którzy pod kierownictwem Magisterium wyjaśniali rzeczywisty sens tego orzeczenia.
Przede wszystkim należy rozróżnić między nauczaniem prywatnym papieża a jego nauczaniem publicznym.
Z nauczaniem prywatnym mamy do czynienia wówczas, gdy głowa Kościoła nie angażuje w żaden sposób swojego autorytetu.
Może na przykład napisać książkę, jak uczynił Benedykt XVI, który publikując Jezusa z Nazaretu wyraźnie zaznaczył, że nie zamierza angażować autorytetu papieskiego. Wszyscy się zgadzają, że tego rodzaju nauczanie nie jest nieomylne. Papież występuje tu jedynie jako prywatny nauczyciel, a jego nauczanie ma taką samą wartość, co nauczanie jakiejkolwiek innej osoby.
Rozważmy teraz przypadek publicznego nauczania papieża, czyli sytuację, w której korzysta on ze swego autorytetu apostolskiego.
Istnieją dwa rodzaje nauczania publicznego.
Po pierwsze, nauczanie, w którym papież zamierza zaangażować swój autorytet w stopniu najwyższym. W takim przypadku korzysta z przywileju nieomylności.
Jednak i tutaj trzeba dokonać pewnego bardzo ważnego rozróżnienia. I Sobór Watykański stwierdza, że papież cieszy się nieomylnością wtedy, kiedy definiuje prawdę wiary. Co oznacza zdefiniowanie prawdy dotyczącej wiary lub moralności? Oznacza, że w Kościele istnieje doktryna, która albo jest jeszcze przedmiotem dyskusji, albo jest już wyznawana i uważana za pewną, nie posiada jednak pewności właściwej prawdzie wiary. W tym momencie papież interweniuje, kładzie kres dyskusji i na mocy swej władzy oświadcza, że owa doktryna należy do depositum fidei.
Oczywiste jest, że do takiego orzeczenia papież potrzebuje pomocy: szczególnej asystencji Ducha Świętego, który chroni go przed wszelkim błędem. Dlaczego? Ponieważ w takim przypadku nie istnieje żadne inne kryterium pozwalające ustalić, jaka jest prawdziwa doktryna. Dlatego właśnie ta szczególna asystencja Ducha Świętego jest konieczna.
Doktryna, która była dotąd przedmiotem dyskusji, a w każdym razie nie stanowiła jeszcze prawdy wiary, zostaje zdefiniowana przez papieża. Przy tym akcie korzysta on ze szczególnej asystencji, która czyni jego definicję nieomylną. Konieczne jest jednak, aby papież rzeczywiście sformułował definicję, to znaczy, aby chodziło o doktrynę, która wcześniej nie została jeszcze zdefiniowana, a on w sposób ostateczny ją wyjaśnił i rozstrzygnął.
Jak wyjaśnia franciszkański teolog Umberto Betti (późniejszy kardynał), autor słynnej książki o I Soborze Watykańskim (1961), jeśli chodzi prawdę, która została już zdefiniowana, papież nie należy do Kościoła nauczającego, lecz do Kościoła nauczanego ‒ w tym sensie, że również on jest związany istniejącą definicją.
Betti twierdzi, że w odniesieniu do prawd już zdefiniowanych papież nie korzysta z przywileju nieomylności. Jak to należy rozumieć?
Załóżmy, że pewnego dnia papież stwierdziłby, iż Najświętsza Maryja Panna nie została poczęta bez grzechu pierworodnego, zaprzeczając w ten sposób dogmatowi ogłoszonemu przez Piusa IX. W takim przypadku nie mógłby on angażować swej nieomylności. Dlaczego? Ponieważ ‒ można by powiedzieć ‒ nieomylność jest mu zagwarantowana jedynie w przypadku definiowania prawd wiary. W przypadku prawd już zdefiniowanych posiadamy pewne kryterium, które pozwala nam uniknąć błędu; jest nim definicja ogłoszona wcześniej przez Magisterium.
Weźmy konkretny przykład. Kiedy Pius IX zdefiniował niepokalane poczęcie N.M.P jako prawdę wiary, cieszył się asystencją Ducha Świętego i jego akt był nieomylny; chodziło bowiem o prawdę, która nie została jeszcze zdefiniowana. Gdyby jednak jutro papież wypowiedział się na temat niepokalanego poczęcia w sposób sprzeczny lub niezgodny z definicją Piusa IX, nie korzystałby z gwarancji nieomylności. Dlaczego? Właśnie dlatego, że wierni mieliby absolutnie pewne kryterium pozwalające im zrozumieć, że papież się myli: prawda ta została już zdefiniowana przez jego poprzednika.
Papież może również korzystać ze swojej władzy i nauczać publicznie na mocy swego autorytetu, ale bez angażowania go w stopniu najwyższym.
Ma to miejsce na przykład wtedy, gdy przedstawia on jakąś doktrynę, zaznaczając jednocześnie, że nie definiuje prawdy wiary, albo gdy nie używa sformułowań takich jak: „Definiuję”, „Pragnę narzucić to wszystkim wiernym jako prawdę wiary” czy też „Wszyscy muszą w to wierzyć”.
Nauczanie takie nazywa się czasami „nauczaniem zwyczajnym”, choć w istocie należałoby mówić o „nauczaniu nieangażującym nieomylności”. Nie oznacza to jednak, że indywidualny wierny może je traktować jako niezobowiązujące, jak gdyby mógł zdecydować, czy je przyjąć, czy też nie. Jest to nauczanie, które każdy katolik powinien przyjąć nie tylko poprzez zewnętrzną zgodę, ale również przez wewnętrzne przylgnięcie.
Należy jednak poczynić pewne zastrzeżenie: w takim przypadku – zgodnie z powszechną opinią teologów ‒ papież nie jest nieomylny, a więc przyjęcie takiego nauczania ma charakter warunkowy i opiera się na następującym warunku: przyjmuję to nauczanie, chyba że Kościół, w swym Magisterium o równej lub wyższej randze, naucza czegoś innego.
Z tego właśnie powodu Bractwo św. Piusa X odrzuca niektóre elementy nauczania Vaticanum II i okresu posoborowego, ponieważ są one sprzeczne z tym, co Kościół zdefiniował już wcześniej w sposób ostateczny.
Piotr Ślusarski w rozmowie z Bartoszem Kopczyńskim. Tematem programu jest najnowsza książka Bartosza Kopczyńskiego i dra Stanisława Krajskiego pt. “Potęga świadomej Polski”.
Czym jest świadomość? Czy Polacy – i szerzej – Europejczycy się budzą? Jakie są zagrożenia dla Polski w Europie? Czy AfD to dla Polski zagrożenie czy szansa? Czy jedność na polskiej prawicy jest możliwa? Szokującą prawdę poznacie oglądając dzisiejszy odcinek programu Bastion Prawdy. Zapraszamy do oglądania!
◊
Jeśli POPiSowcy ODPALĄ STAN WOJENNY, będą musieli UCIEKAĆ – Bartosz Kopczyński
00:06 Początek 00:27 Kopczyński na YT 01:43 Potęga świadomej Polski 15:51 Czym jest świadomość? 18:12 Przebudzenie Europejczyków? 30:48 Polska vs. Niemcy 34:26 Kaczyński, PiS i Rozwój+ 38:56 Jedność prawicy? 42:06 Stan wojenny? 47:37 Delegalizacja Korony?
Niniejszy program ma charakter publicystyczny. Wypowiedzi gościa odzwierciedlają jego osobiste poglądy i nie muszą być tożsame ze stanowiskiem redakcji. Zachęcamy do krytycznej analizy i wyciągania własnych wniosków.
Dr Witczak komentuje ograniczanie produktów odzwierzęcych, edukację zdrowotną, wpływ wielkich organizacji i korporacji na politykę zdrowotną oraz kontrowersje wokół zaleceń WHO.
◊
Słynny Naukowiec ujawnia szokujące fakty ws. “Diety Planetarnej”?! Dr Witczak u Roli!
Gościem Marcina Roli jest dr Piotr Witczak, biolog medyczny i naukowiec.
W programie także: – dieta planetarna i żywienie dzieci – edukacja zdrowotna w polskich szkołach – kulisy polityki pandemicznej i działania Anthony’ego Fauciego – lockdowny i społeczne skutki pandemii – Grzegorz Braun i jego działania w czasie pandemii – dlaczego część Polaków coraz mocniej sprzeciwia się polityce państwa?
– Czy po doświadczeniach ostatnich lat Polacy inaczej patrzą dziś na politykę zdrowotną?
Gwałtownie rośnie niepokój związany z przyszłością popularnej Soli Kłodawskiej. Władze kopalni chciały bowiem zasypać jeden z szybów… azbestem.
Szokujące zapowiedzi doprowadziły do masowego wykupywania soli kłodawskiej ze sklepów. Chodzi o plany biznesowe kierownictwa państwowej kopalni. Zarząd postanowił wykorzystać puste przestrzenie podziemne o objętości do 20 milionów metrów sześciennych.
Azbest miał trafić do szybów kopalni
Najbardziej bulwersującym elementem jest zamiar przekształcenia podziemnych komór w magazyn materiałów niebezpiecznych, co umożliwiły zmiany w prawie z 2022 roku.
W oficjalnym wniosku przedsiębiorstwo wyszczególniło listę obejmującą aż 270 toksycznych substancji, które miałyby być zwożone pod ziemię. Wśród nich na pierwszy plan wysuwa się azbest –niezwykle groźny dla ludzkiego zdrowia minerał o silnym działaniu rakotwórczym, którego pył i włókna wywołują nieodwracalne choroby układu oddechowego.
Bezpieczne składowanie tej substancji pod ziemią jest olbrzymim wyzwaniem inżynieryjnym. Oprócz niego do wyrobisk miały trafiać także szkodliwe popioły będące pozostałością po spalaniu śmieci w spalarniach.
Sól zostanie skażona? Fala protestów
Perspektywa zasypywania podziemnych korytarzy tonami azbestu w bezpośrednim sąsiedztwie czynnych złóż spożywczych wywołała ogromne poruszenie. Konsumenci obawiali się, że dojdzie do nieodwracalnego skażenia czystych pokładów kamiennej soli.
Sól kłodawska cieszy się uznaniem właśnie dlatego, że trafia do kuchni w stanie całkowicie naturalnym. Fala oburzenia i protesty zmusiły dyrekcję do chwilowego wstrzymania procedury urzędowej. Decyzja została jednak zawieszona, a nie odwołana.
Sprawę ewentualnego skażenia zbadają niezależni eksperci z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie oraz Państwowego Instytutu Geologicznego. Ich zadaniem będzie zweryfikowanie, czy ulokowanie azbestu i popiołów niesie realne ryzyko fizycznego lub chemicznego zatrucia nienaruszonych pokładów soli.
Panika na rynku. Polacy wykupują sól
Zapowiedź zwożenia niebezpiecznych śmieci wywołała panikę na rynku, a Polacy zaczęli masowo gromadzić zapasy Soli Kłodawskiej, przez co towar błyskawicznie znika z półek, a jego ceny w sieci wzrosły o około 7 procent. Sklep internetowy kopalni odnotował ogromny napływ kupujących i ostrzega przed opóźnieniami w wysyłce.
=====================================
[ Resztę tekstu łobuzy dają tylko za pieniądze. Więc .. pies z nimi tańcował. Wystarczy. MD]
Czy nasze uczucia stały się dla nas ważniejsze niż racjonalne, intuicyjne, a nawet naukowo ustalone prawdy? Czy zdrowy rozsądek przestał być przekazywany po latach 60.? Co się stanie, gdy w końcu zdejmiemy opaskę z oczu i zobaczymy coś takim, jakie jest naprawdę? Czy potrafimy poradzić sobie z tą prawdą, skoro tak wielu innych odmawia wzięcia odpowiedzialności za kryzys, który sami pomogli stworzyć?
Te pytania postawili autorzy piątkowego artykułu na globalresearch.ca: Czy jesteśmy w stanie dokonać jakichkolwiek znaczących zmian?Źródło. Artykuł wyjaśnia w prosty sposób model biznesowy bezwzględnych oszustów, doprowadzających zdrowe firmy do upadku, przez co dziesiątki tysięcy ludzie tracą z dnia na dzień podstawy swojej egzystencji.
Jeśli chcesz znaleźć największy pojedynczy przykład instytucji, która zrzekła się odpowiedzialności za wyrządzoną szkodę, spójrz na COVID. Około 70% Amerykanów ostatecznie zaszczepiło się, wielu przyjęło również dawkę przypominającą, a większość nigdy nie została poinformowana wprost, że te produkty nie przeszły standardowego, siedmioletniego lub dziesięcioletniego procesu oceny bezpieczeństwa i skuteczności, wymaganego w przypadku każdej innej szczepionki w historii.
———————————-
Europa ma inne sposoby okradania własnych obywateli. W dobie HAARP – amerykańskiego systemu wywoływania katastrof pogodowych i geologicznych – biznes ubezpieczeń przed powodzią, trzęsieniem ziemi lub wybuchem wulkanu przestał być loterią, a stał się planowanym przekrętem.
Ciągle jeszcze mamy do czynienia z naturalnymi katastrofami, jednak sama możliwość ich wywoływania jest doskonałym przykładem dla samofinansowania wydatków na broń ekologiczną. Powstają komercjalne firmy przyjmujące zlecenia na zamówione katastrofy w odpowiednim miejscu i czasie. Nie mam na to jeszcze dowodów, nie wiem też, do jakiej korporacji trzeba się zwrócić, by zamówić powódź podczas wyborów. Jest to jednak logiczna konsekwencja postępu technologicznego powiązanego z bezwzględnością skorumpowanych polityków.
Bruksela odkryła kolejny rynek wart miliardy: ubezpieczenia od burz, powodzi i pożarów lasów. Pod hasłem „odporności klimatycznej” ryzyko ma być w coraz większym stopniu skupiane, finansowane i zabezpieczane na szczeblu europejskim – aż do poziomu zabezpieczenia kredytowego w wysokości do 65 miliardów euro. Krytycy dostrzegają w tym kolejny impuls do centralizacji ze strony brukselskich eurokratów, którzy chcą stopniowo włączać również krajowe ryzyka związane z katastrofami i ubezpieczeniami pod parasol UE. Źródło.
Zapowiedziany sześć lat temu przez Klausa Schwaba Great Reset jest realizowany przez jego konkurentów. Można wysunąć wniosek, że globalistów wystrychnięto na dudka. Ich pomysł przejęły wielkie mocarstwa, które korzystają z olbrzymiego wkładu pracy i środków bagiennych pseudoelit, którzy mogą jedynie patrzeć, jak oddala się okręt światowego rządu bez ich zaufanego człowieka przy sterze. Nie są wcale tak bezsilni – ciągle potrafią przeciągać wojny, by opóźnić nieunikniony proces rozliczeń za poprzednie zbrodnie. Ciągle decydują o papce propagandowej mediów na świecie i wypowiedziach kukiełek powszechnie zwanych politykami.
Nowy porządek świata rzeczywiście nadchodzi. Nie będzie on jednak realizacją ONZ-owskiej Agendy 2030. Powstaną nowe strefy wpływów. Już dzisiaj widać, że USA otrzyma obie Ameryki z przyległościami w postaci Grenlandii. Na Bliskim Wschodzie kończy się dominacja amerykańsko-izraelska i najwyraźniej ten sztuczny twór brutalnego państwa żydowskiego zakończy swój byt, z powodu wybujałych i nierealnych ambicji. Rosja pewnie dogada się w końcu z Japonią w kwestii wysp Kurylskich. Chinom wpadnie w ręce Tajwan, a nowy jedwabny szlak będzie przebiegał w pobliżu bieguna północnego, a jeśli dobrze pójdzie to pewnie i Antarktyda stanie się kolejną trasą transportu chińskich produktów.
Nowy Porządek Świata.
Czy będzie to świat lepszy od tego znanego nam dotychczas? O to chyba nietrudno, bo gdy padła koncepcja władzy łotrów nad światem, gorzej to chyba nie będzie. Tego jeszcze nikt nie jest w stanie przewidzieć. Jednak jedno jest pewne. Nawet po wprowadzeniu cyfrowej waluty CDBC nie zniknie korupcja. Zawsze znajdzie się sposób, żeby okazać wdzięczność za dokonane przysługi.
Kiedyś pacjent zapytał po udanej operacji chirurga: Jak ja się panu odwdzięczę? Od kiedy Fenicjanie wynaleźli pieniądze, nie mamy z tym żadnego problemu – odpowiedział skromnie lekarz.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Kiedy politycy promienieją przed myśliwcami, pieszczą rakiety, a technologia wojskowa staje się doświadczeniem
Są obrazy, które mówią głośniej niż tysiąc przemówień rządowych. 18 września 2026 roku niemiecki minister obrony Boris Pistorius stanął w Fort Worth w Teksasie przed pierwszym niemieckim F-35A – najnowocześniejszym, wszechstronnym myśliwcem zaprojektowanym do misji wojskowych, które ostatecznie kończą się zniszczeniem i śmiercią. Lockheed Martin wystosował zaproszenie, niemieckie siły zbrojne otrzymały swój nowy samolot – a Pistorius promieniał.
Siedziałem przed telewizorem i nie mogłem się powstrzymać od myśli o jednej z najsłynniejszych historii Starego Testamentu: tańcu wokół Złotego Cielca. Mojżesz schodzi z góry Synaj, niosąc dwie tablice przymierza. Na dole widzi swój lud, który stworzył złotego cielca i tańczy wokół niego. Własnoręcznie wykonany przedmiot stał się obiektem ich kultu. Jak wiadomo, Mojżesz reaguje raczej niedyplomatycznie: rzuca tablice o ziemię i rozbija je.
Oczywiście, Boris Pistorius nie jest Izraelitą na Górze Synaj, a F-35 nie jest złotym cielcem. Paralela leży na innym poziomie: w gloryfikacji obiektu stworzonego przez człowieka, któremu przypisuje się bezpieczeństwo, siłę i ostatecznie zbawienie. Złoty cielec naszych czasów nie jest ze złota. Składa się z tytanu, aluminium, materiałów kompozytowych, elektroniki, czujników i materiałów wybuchowych. I kosztuje miliardy.
Pistorius i jego latające cielę
Pierwszy niemiecki myśliwiec F-35A został oficjalnie zaprezentowany 18 września w siedzibie Lockheed Martin w Fort Worth. Pistorius wyjaśnił:
„To oznacza początek nowej ery dla Sił Powietrznych”.
Samolot jest „najnowocześniejszym myśliwcem na świecie”.
Można by zaprotestować: Co innego ma robić minister obrony? Oczywiście, musi zajmować się sprzętem wojskowym. Oczywiście, państwo musi odpowiednio wyposażyć swoich żołnierzy. I, naturalnie, biorąc pod uwagę liczne wojny na świecie, które naruszają prawo międzynarodowe, można argumentować, że odstraszanie wymaga siły militarnej. Sam Pistorius wyraźnie uzasadnia swoje podejście, mówiąc, że chce zapobiec wojnie. W Bundestagu w 2024 roku wyjaśnił:
„Musimy być gotowi na wojnę do 2029 roku” –dodał, mówiąc, że Niemcy muszą odstraszać, „aby zapobiec najgorszemu”.
Samo słowo „war-ready” (gotowy do wojny) przykuwa moją uwagę. Nie jest to bynajmniej współczesny wynalazek językowy. Termin ten jest udokumentowany od 1826 roku, doświadczył znaczącego rozkwitu w militarystycznym Cesarstwie Niemieckim i osiągnął swój historyczny szczyt w kontekście I wojny światowej. A jednak to właśnie to słowo ponownie zyskuje rangę kluczowego terminu politycznego w Niemczech XXI wieku.
Uważam tę retorykę za niezwykle niebezpieczną. Język nie tylko opisuje rzeczywistość społeczną, ale może ją również zmieniać. Każdy, kto latami wmawia społeczeństwu, że Niemcy muszą być „gotowe do wojny”, przesuwa granice tego, co uważa się za normalne. Wojna nie jawi się już jako ostateczne naruszenie cywilizacji, któremu należy zapobiegać wszelkimi rozsądnymi środkami, ale coraz częściej jako scenariusz, na który państwo i społeczeństwo powinny być przygotowane. Czołgi, pociski rakietowe, myśliwce, schrony przeciwlotnicze, ewakuacje rannych i infrastruktura wojskowa stają się w ten sposób stopniowo częścią codziennego życia politycznego.
Dlaczego minister obrony nie mówi z takim samym zapałem o tym, by Niemcy stały się zdolne do pokoju? Dlaczego nie prowadzi się co najmniej równie ożywionej dyskusji o rozszerzeniu kanałów dyplomatycznych, pogodzeniu sprzecznych interesów, zrozumieniu interesów bezpieczeństwa drugiej strony, przywróceniu kontroli zbrojeń i stworzeniu europejskiego porządku bezpieczeństwa, który zredukuje prawdopodobieństwo wojny? Zdolność do pokoju nie oznacza bezbronności. Oznacza traktowanie siły militarnej jako ostateczności i uprzednie wyczerpanie wszystkich możliwości dyplomatycznych.
Chcę przyzwyczaić się do języka pokoju – a nie języka wojny. Bo za niemal technicznie brzmiącym terminem „gotowość wojenna” nie kryje się nic abstrakcyjnego w prawdziwym kryzysie. Wojna to zmasakrowane ciała, poparzeni ludzie, martwi żołnierze i cywile, traumatyzowane dzieci, zniszczone miasta i rodziny, które muszą chować swoich bliskich. Każdy, kto na nowo wprowadza słowo „wojna” do codziennego dyskursu politycznego, powinien również jasno określić, co wojna naprawdę oznacza.
Moim zdaniem Niemcy nie potrzebują szkolenia społeczeństwa w zakresie sztuki wojennej. Niemcy potrzebują renesansu umiejętności pokojowych.
F-35 to nie smartfon, samochód elektryczny ani nowy model kolejki. Sam Lockheed Martin promuje ten typ samolotu jako szczególnie śmiercionośny myśliwiec. Niemiecki F-35 ma również zapewnić udział Niemiec w porozumieniach NATO o współużytkowaniu broni jądrowej. To broń. Jego celem nie jest transport ludzi z punktu A do punktu B. Jego celem militarnym jest rozpoznanie celów, użycie broni, a w razie kryzysu – niszczenie i zabijanie. Państwo może uznać to za konieczne ze względów bezpieczeństwa. Ale od kiedy to trzeba wyglądać jak dziecko w poranek Bożego Narodzenia, żeby to zrobić?
Nie przeszkadza mi, że minister obrony ogląda F-35. Martwi mnie natomiast estetyzacja wojska, entuzjazm i błysk w ich oczach, gdy stają w obliczu systemu uzbrojenia, którego prawdziwym celem w realnym świecie jest zniszczenie i śmierć.
Markus Söder i jego miłość do gór Taurus
Drugi obraz utkwił mi w pamięci: Markus Söder z firmy zbrojeniowej MBDA w Schrobenhausen. Przed nim: Taurus KEPD 350. Pocisk manewrujący o zasięgu ponad 500 kilometrów. Według producenta Taurus może być używany przeciwko bunkrom, mostom, lotniskom i innym celom wojskowym.
Zdjęcia z wizyty pokazują Södera stojącego tuż obok broni, oglądającego ją i dotykającego. Scena wydaje się niemal czuła. Jak na mój gust, brakuje tylko, żeby nadał Taurusowi przezwisko. Mogłoby to być zabawne, gdyby to był zabytkowy samochód. Ale to pocisk manewrujący.
Towarzyszące temu oświadczenie Södera było jednoznaczne:
„Ta broń musi zostać użyta.”
Niech to zdanie zapadnie wam w pamięć na chwilę. Nie: Ta broń musi być dostępna. Nie: Ta broń służy jako środek odstraszający. Nie: Miejmy nadzieję, że nigdy nie będzie trzeba jej użyć. „Ta broń musi zostać użyta”. Właśnie wtedy termin „broń obronna” nabiera osobliwego brzmienia.
Söder określił również Taurusa jako „najpotężniejszą broń odstraszającą Niemiec” i zażądał wówczas jego dostarczenia na Ukrainę. Bawarski rząd następnie szczegółowo udokumentował to pojawienie się. Dla mnie wizerunek polityka z pociskiem manewrującym i towarzyszące mu oświadczenie stanowią jedną całość. Broń nie jest już przedstawiana jako zło konieczne. Staje się symbolem politycznym, demonstracją determinacji, dowodem przywództwa – złotym cielcem.
Annalena Baerbock: zasiada w myśliwcu
A potem jest Annalena Baerbock. Słynne zdjęcie zostało zrobione, gdy ówczesna minister spraw zagranicznych odwiedziła Euro-NATO Joint Jet Pilot Training w bazie sił powietrznych Sheppard w Teksasie 13 września 2023 roku i zapoznała się z samolotem szkoleniowym T-6. Na zdjęciach widać ją uśmiechniętą – eufemistycznie rzecz ujmując – w kokpicie.
Ówczesny minister spraw zagranicznych chwalił szkolenie niemieckich pilotów myśliwców w Teksasie jako wkład w bezpieczeństwo Niemiec, Europy i NATO. Można to uzasadnić z perspektywy polityki bezpieczeństwa. Zastanawiam się jednak, dlaczego zachodni politycy tak chętnie eksponują teraz potęgę militarną. Dlaczego technologia wojskowa musi wyglądać cool? Dlaczego politycy muszą siedzieć w czołgach, wsiadać do myśliwców lub obsługiwać pociski? Dlaczego otwarcia fabryk amunicji stają się politycznymi sesjami zdjęciowymi?
Friedrich Merz: „Cudowna przygoda”
Friedrich Merz podaje kolejny przykład z podręcznika. 20 czerwca 2024 roku ówczesny przewodniczący CDU wsiadł do Eurofightera w bazie lotniczej Laage i leciał przez około godzinę. Pozwolono mu nawet przez jakiś czas samemu pilotować samolot.
Po wylądowaniu Merz wyszedł z myśliwca – według dpa „z uśmiechem” – i oświadczył:
„Wspaniała przygoda. Było fajnie.”
Oczywiście, polityk może cieszyć się lotem. Ja też bym się cieszył. Ale i tutaj warto się mu bliżej przyjrzeć. Eurofighter to nie przejażdżka na Oktoberfeście. To wysoce zaawansowany system uzbrojenia. A kiedy czołowi politycy wsiadają do myśliwców, a potem publicznie mówią o „przygodzie” i „zabawie”, tworzy to obraz wojska, który ma niewiele wspólnego z rzeczywistym wynikiem wojny.
Na drugim końcu rakiety nie ma przygód. Są eksplozje, okaleczone ciała, amputowane kończyny, poparzeni ludzie, martwi żołnierze, martwi cywile, traumatyzowane dzieci i rozbite rodziny. To jest wojna. Nie Top Gun.
Macron i „gospodarka wojenna”
Prezydent Francji Emmanuel Macron również przyczynił się do ukształtowania tej nowej terminologii. Już w 2022 roku mówił o francuskiej „économie de guerre”, czyli gospodarce wojennej. W kwietniu 2024 roku odwiedził nową linię produkcyjną prochu amunicyjnego w Bergerac, w południowo-zachodniej Francji. Bronił tam gospodarki wojennej z perspektywy polityki gospodarczej, powołując się na produkcję, miejsca pracy i wartość dodaną.
Tutaj rozbudowa sił zbrojnych dotyka kwestii, która niepokoi mnie jeszcze bardziej. Broń tworzy miejsca pracy. Amunicja tworzy miejsca pracy. Czołgi tworzą miejsca pracy. Pociski tworzą miejsca pracy. Myśliwce tworzą miejsca pracy. I w pewnym momencie prowadzi to do niemal perwersyjnej logiki ekonomicznej: im większe zagrożenie, tym większy popyt. Im większy popyt, tym pełniejsze portfele zamówień. Im pełniejsze portfele zamówień, tym bardziej rozwija się przemysł zbrojeniowy.
Im bardziej gospodarka staje się zależna od tej branży, tym bardziej niewygodne staje się proste pytanie: Co się stanie z tym modelem biznesowym, jeśli faktycznie zapanuje pokój?
Przemysł zbrojeniowy w Europie rośnie
To nie jest z mojej strony sprytny zabieg retoryczny. Europejski przemysł zbrojeniowy masowo zwiększa swoje moce produkcyjne. Analiza „Financial Times” dotycząca około 150 zakładów produkcyjnych w 2025 roku wykazała, że od początku wielkiej ofensywy rosyjskiej na Ukrainę europejskie fabryki zbrojeniowe zwiększyły swoje powierzchnie produkcyjne mniej więcej trzykrotnie w porównaniu z poprzednim tempem. Dodano ponad siedem milionów metrów kwadratowych nowej powierzchni przemysłowej.
W sierpniu 2025 r. Ursula von der Leyen odwiedziła również dużą bułgarską fabrykę amunicji VMZ w Sopocie i powiązała rozwój europejskiej produkcji zbrojeniowej z bezpieczeństwem Europy i wsparciem dla Ukrainy.
Zwolennicy tej polityki argumentują, że Europa przez dziesięciolecia zaniedbywała swoje zdolności militarne i musi skutecznie odstraszać zagraniczne inwazje w obliczu agresywnej wojny Rosji. To jedna perspektywa. Drugie pytanie brzmi: kiedy niezbędny potencjał obronny staje się militaryzacją społeczeństwa? Ta granica zasługuje na znacznie więcej uwagi, niż się jej obecnie poświęca. Możliwe, że już ją przekroczyliśmy w Europie.
Od koniecznego zła do fetyszu
Społeczeństwo demokratyczne może potrzebować sił zbrojnych, a mimo to brzydzić się wojną. Może szanować żołnierzy, a jednocześnie postrzegać broń jako narzędzie zorganizowanej przemocy. Może być w stanie bronić się bez czynienia z wojskowej sprawności ideału społecznego. Może odstraszać, nie fetyszyzując broni.
O to mi chodzi. Problem nie zaczyna się wraz z istnieniem armii. Zaczyna się tam, gdzie broń nabiera ładunku emocjonalnego, gdzie politycy pozują przed nią, gdzie myśliwce obiecują przygody, gdzie pociski manewrujące są traktowane niemal z miłością, gdzie fabryki broni stają się latarniami nadziei gospodarczej, gdzie miliardy na systemy uzbrojenia są omawiane z rzeczowością, która byłaby niewyobrażalna w przypadku szkół, szpitali, emerytur czy opieki pielęgniarskiej – i gdzie język wojny stopniowo przenika do codziennego życia społecznego.
Złoty cielec obiecuje bezpieczeństwo
Być może dlatego metafora złotego cielca działa tak dobrze. Bożek nie musi być ze złota. Bożek pojawia się tam, gdzie przedmiotowi przypisuje się niemal magiczną moc: Więcej broni oznacza większe bezpieczeństwo. Więcej pocisków oznacza większe bezpieczeństwo. Więcej myśliwców oznacza większe bezpieczeństwo. Więcej amunicji oznacza większe bezpieczeństwo. Więcej odstraszania oznacza pokój.
Do pewnego stopnia może to być logiczna logika polityki bezpieczeństwa. Historycznie rzecz biorąc, odstraszanie rzeczywiście zapobiegało wojnom lub je ograniczało. Jego zwolennicy wskazują w szczególności, że potencjalny agresor powstrzyma się od ataku, jeśli jego koszty okażą się nieobliczalnie wysokie. Nie stanowi to jednak prawa natury.
Uzbrojenie rodzi również kontr-zagrożenia. Percepcja zagrożenia generuje kontr-zagrożenia. Planowanie militarne jednej strony nie jest automatycznie postrzegane jako defensywne przez drugą. Odstraszanie może stworzyć dylemat bezpieczeństwa: każdy twierdzi, że uzbraja się dla własnego bezpieczeństwa – a ostatecznie wszyscy czują się mniej bezpieczni. To jest temat, który należy omówić, panie Merz, panie Macron, panie Burnham i pani von der Leyen!
Gdzie są obrazy dyplomacji?
Chciałbym zobaczyć inne obrazy: niemieckiego ministra spraw zagranicznych promieniejącego z powodu osiągnięcia zawieszenia broni po miesiącach negocjacji. Kanclerza z entuzjazmem trzymającego w dłoniach traktat o kontroli zbrojeń. Prezydenta Francji z dumą ogłaszającego, że nowa europejska architektura bezpieczeństwa zmniejsza prawdopodobieństwo wojny. Polityków przygotowujących negocjacje pokojowe z taką samą energią, z jaką otwiera się fabryki broni. Dyplomatów wychwalanych za negocjacje tak samo, jak generałów za potęgę militarną.
Dlaczego takie obrazy wydają się teraz niemal naiwne? Być może to właśnie jest naprawdę niepokojące: nie to, że Europa posiada broń, ale to, że broń znów staje się obiektem fascynacji.
Co się stało ze społeczeństwem?
I to prowadzi mnie do pytania, które wciąż mnie dręczy, gdy widzę zdjęcia Pistoriusa, Södera, Baerbocka i Merza: Co się stało ze społeczeństwem, gdy obywatele coraz bardziej nieostrożnie obchodzą się z bronią?
Niemcy znają konsekwencje militarnej pychy lepiej niż niemal każdy inny kraj. „Nigdy więcej wojny” nie było kiedyś sentymentalnym hasłem. Było lekcją wyciągniętą z milionów ofiar, zniszczonych miast, okaleczonych ludzi i moralnej katastrofy.
Zdolność obronna i zdolność do pokoju nie wykluczają się wzajemnie. Państwo ma prawo do samoobrony. Należy o tym dyskutować obiektywnie. Ale obiektywizm to co innego niż entuzjazm. Pocisk manewrujący nie zasługuje na czułość. Myśliwiec to nie zabawka. Fabryka amunicji to nie park rozrywki. A wojna to nie przygoda.
Może Europa dobrze by zrobiła, gdyby od czasu do czasu zstąpiła z góry i zobaczyła, za czym tak tańczy. Złoty cielec jest już pośród nas. Nosi nazwy takie jak Taurus, F-35, Eurofighter, Storm Shadow i SCALP.
Podczas gdy politycy się uśmiechają, a aparaty fotograficzne pstrykają, łatwo przeoczyć prosty fakt: broń została zaprojektowana, by zagrażać ludziom, niszczyć mienie i zabijać na wojnie. Ci, którzy uważają jej posiadanie za niezbędne do samoobrony, mogą mieć uzasadnione argumenty.
Ale cywilizowane społeczeństwo nigdy nie powinno ich kochać.
Zakończyła się sejmowa rozgrywka wewnątrz targowicy sprytnie rozdzielonej na targowice różnych prędkości – targowicę radykalną (KO), targowicę umiarkowaną (PiS) i targowicę plus (Morawiecki).
Marcin Horała (“Gang Pinokia”) został wybrany głosami KO na wicemarszałka Sejmu.
Wymowną grafikę ai wkleił na X, specjalizujący się w atakach na prawdziwą prawicę, politruk Kaczyńskiego, Tobiasz Bocheński.
Tobiasz Bocheński_X
Grafika wpisuje się w fałszywą narrację “Morawiecki gra z Tuskiem, aby rozwalić prawicę”. Powinno być: Morawiecki gra z Tuskiem, co jest z prawdą, a gwoli dopełnienia przez wiele lat grał razem z Unią i Ukrainą oraz różnymi środowiskami żydowskimi, ale akurat tego ostatniego PiS mu nie wypomina ze względu na wciąż obowiązującą potworność politycznego etapu.
Hasła wymienione na grafice po stronie unijno-tuskowej pasują również do okresu 8 lat rządów PiS czyli także do Morawieckiego, a wszystkie hasła umieszczone po stronie PiS za wyjątkiem “Rodzina” (dodatki socjalne) są fałszywie przyporządkowane partii Kaczyńskiego.
Inne komentarze
Jak widać, Krzysztof Bosak niezbyt wysoko ceni bystrość “prawicowego wyborcy”. Podobnie Donald Tusk, który również od czasu do czasu umacnia w błędzie “prawicowego wyborcę”, nazywając PiS “prawicą”.
W trakcie obchodzenia w Polsce przez Ukraińców swojego święta niepodległości. w Warszawie głos zabrał pełniący obowiązki ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Waldemar Żurek. Jego słowa z tego wydarzenia zapiszą się we współczesnej historii Polski, tak samo jak wypowiedź rzecznika MSZ Łukasza Jasina, który uważał, że Polacy są sługami narodu ukraińskiego.
Czy rządzi PiS, czy PO, Polacy mają być sługami narodu ukraińskiego. W czasie swojej wypowiedzi Waldemar Żurek jako minister sprawiedliwości zwrócił uwagę na narastanie napiętej sytuacji w relacjach polsko-ukraińskich. O ile nikt nie popiera żadnej formy znęcania się psychicznego lub fizycznego nad innym człowiekiem ze względu na jego pochodzenie czy religię, zadziwia fakt ukazania przez polskojęzycznego ministra relacji polsko-ukraińskich.
Zwracając się do zebranych Ukraińców zapewnił ich jako prokurator generalny:(…) chcę was zapewnić, że jako prokurator generalny powołałem ponad stu prokuratorów w całym kraju, którzy od lutego tego roku bardzo aktywnie, razem z policją, ścigają każdy przejaw nienawiści (…) Ale zobaczcie, co dzieje się dalej. Ci, którzy myśleli, że bezkarnie mogą obrażać, lżyć, bić, następnego dnia prowadzeni są w kajdanach do sądu i idą do aresztów. Podjęliśmy działania nie doraźne, ale systemowe. Nikt nie zniszczy naszej przyjaźni[1].
W czasie, kiedy z jednej strony ministrowie angażują się w sprawę nastolatki z Ukrainy zwyzywanej w miejskim autobusie w Bielsku-Białej [2] milczą, gdy w mediach przebijają informacje, że w tym samym mieście zostało zatrzymanych trzech Ukraińców podejrzanych o brutalne pobicie Polaka pod koniec czerwca 2026 roku[3] lub w sprawie próby zabójstwa Polki dokonanej przez 18-letniego Ukraińca we Wrocławiu[4].
O ile zrozumiałe byłyby słowa ministra sprawiedliwości, który z jednej strony zapewniałby Ukraińców w Polsce o działaniach na rzecz ich bezpieczeństwa przy jednoczesnym wskazaniu, że sami zainteresowani powinni zwrócić uwagę na swoich rodaków, którzy łamiąc prawo w Polsce obniżają zaufanie zwykłych Polaków do wszystkich Ukraińców i podkreśleniu, że wobec prawa w Polsce wszyscy są równi niezależnie od pochodzenia, wypowiedź, jaka padła z ust ministra przerzuca całą odpowiedzialność za obecną napięta sytuację na Polaków, robiąc z nich potwory.
Przy takim założeniu nie można mieć za złe Polakom, że wg najnowszych sondaży jedynie 27% deklaruje gotowość walki za obecną rzeczywistość w Polsce[5]. Polacy jako gospodarze na swojej ziemi czują się jako gorszy sort, a ich oburzenie wobec często chamskiej i aroganckiej postawy osób, które są w Polsce gośćmi, traktowane jest przez polskojęzycznych polityków jako przejaw rusofili, co sprawia, że coraz więcej Polaków nie czuje łączności z państwem traktującym ich jako dojną krowę, którą ostatecznie można wbrew niej wepchnąć do nie swojej wojny w imię interesów wielkich mocarstw.
Emmanuel Macron właśnie wszedł w tryb pełnego zarządzania kryzysowego. Prezydent Francji ostrzega rodaków, by przygotowali się na sytuację, której „nigdy nie wyobrażali sobie jako realnej”: niedobory energii. Diesel bije rekordy powyżej 2,39 euro za litr, na 11–15 proc. stacji brakuje paliwa, a rząd zwołuje sztaby kryzysowe i szczyt G7. Macron powtarza mantrę, że to nie wina jego decyzji, lecz „geopolityki” i wojen. To klasyczna ucieczka od odpowiedzialności. Kryzys, który dziś uderza w Francuzów, jest logiczną konsekwencją wieloletniej, ideologicznej polityki Unii Europejskiej – Zielonego Ładu i ostentacyjnego odcięcia się od taniej rosyjskiej ropy oraz gazu.
Przed 2022 rokiem Europa, w tym Francja, korzystała z relatywnie taniego gazu rurociągowego z Rosji. Był to pragmatyczny wybór: blisko, dużo, tanio. Po inwazji na Ukrainę Bruksela i Paryż uznały, że suwerenność energetyczna polega na moralnym geście. REPowerEU i kolejne sankcje miały „ukarać Putina”.
Efekt? Udział rosyjskiego gazu w imporcie UE spadł z 45 proc. do około 12 proc., ale Europa nie stała się niezależna. Zastąpiła jedną zależność drugą – droższym LNG ze Stanów Zjednoczonych, Kataru i innych dostawców, których ceny dyktuje globalny rynek i napięcia na Morzu Czerwonym oraz w Cieśninie Ormuz. Francja, mimo atomu, wciąż czerpie około 60 proc. energii finalnej z importowanych paliw kopalnych.
Transport, ogrzewanie i przemysł nie żyją z reaktorów. Gdy wybuchł konflikt na Bliskim Wschodzie, ceny eksplodowały, a łańcuchy dostaw się zacięły. Macron nagle odkrywa, że trzeba „zabezpieczać dostawy” i uzupełniać zapasy. To nie jest nagły zwrot w historii. To skutek decyzji podjętych lata wcześniej.
Zielony Ład pogłębił problem. Unia narzuciła ambitne cele dekarbonizacji, wycofywanie węgla, ograniczenia dla gazu i ropy, presję na elektromobilność i pompy ciepła – wszystko w tempie oderwanym od rzeczywistości technicznej i gospodarczej. Francja ogłosiła fazę wyjścia z ropy do 2045 roku i gazu do 2050. Brzmi szlachetnie, dopóki nie spojrzy się na rachunki.
Odnawialne źródła są niestabilne, sieć wymaga miliardów inwestycji, a atom – choć niskoemisyjny – nie rozwiązał problemu ciepła i transportu. Latem 2026 upały ograniczały pracę elektrowni jądrowych, bo rzeki były za ciepłe do chłodzenia. Kraj, który chełpił się eksportem prądu, musiał sięgać po gaz.
Jednocześnie Bruksela przyspieszała odejście od rosyjskich węglowodorów, nie budując wystarczająco szybko realnych, tanich zamienników. Efekt jest podwójny: wyższe koszty energii dla gospodarstw i firm oraz większa podatność na każdy konflikt w regionach wydobycia. Macron teraz mówi Francuzom, że „trzeba powiedzieć prawdę o niestabilności geopolitycznej”. Prawda jest prostsza: polityka klimatyczna i sankcyjna sama stworzyła tę niestabilność w europejskim systemie energetycznym.
Hipokryzja dopełnia obrazu. Francja przez pewien czas była jednym z największych unijnych importerów rosyjskiego LNG. TotalEnergies i inni gracze dalej handlowali, a Uran z rosyjskiej strefy wpływu zasilał francuski atom. Moralne gesty wobec Moskwy nie przeszkadzały w utrzymywaniu wybranych kanałów.
Jednocześnie Paryż i Bruksela przedstawiały odcięcie od rosyjskich surowców jako sukces suwerenności. Sukces wygląda dziś tak: rekordowe ceny na stacjach, lokalne braki paliwa, presja na budżet już i tak zadłużonego państwa oraz prezydent, który zwołuje G7, by rozmawiać o uwolnieniu rezerw strategicznych. To nie strategia. To gaszenie pożaru, który sam podłożono.
Macron próbuje oddzielić wzrost cen od „decyzji rządu”. To nieuczciwe. To jego administracja i Komisja Europejska przez lata forsowały model, w którym tani gaz z Rosji stał się politycznie nieakceptowalny, a paliwa kopalne – moralnie podejrzane, zanim pojawiły się realne, skalowalne alternatywy. Efekt uboczny ideologii klimatycznej i geopolitycznej pychy ponoszą teraz zwykli Francuzi: rolnicy, kierowcy, przedsiębiorstwa i rodziny, które nie mogą sobie pozwolić na 2,40 euro za litr diesla.
Ostrzeżenie o niedoborach energii nie jest aktem odwagi przywódczej. Jest przyznaniem, że wieloletni kurs okazał się kosztowną iluzją. Europa nie uniezależniła się od tyranów. Zmieniła tylko dostawców i podniosła rachunki. Zielony Ład i odcięcie od rosyjskich surowców miały uczynić kontynent czystszym i bezpieczniejszym. Na razie uczyniły go droższym i bardziej kruchym. Macron może zwoływać kolejne szczyty. Nie zmieni to faktu, że kryzys, przed którym dziś ostrzega, jest w dużej mierze dziełem polityki, którą sam wspierał.
Właśnie przyszła z druku książka „Polityka żydowska”, autorstwa śp. Mariana Miszalskiego oraz mojego, gdy znów odezwał się do mnie członek żydowskiej loży B’nai B’rith, który już wcześniej starał się mnie przekonać, że zdradziłem wolnościowość na rzecz nacjonalizmu i że to bardzo niedobra jest, że tak się stało.
Postanowiłem przeprowadzić z nim szczegółową rozmowę, by dociec, skąd wziął taki dziwny zarzut. W jej trakcie doszliśmy do konkluzji, której zresztą od razu się spodziewałem. Mój rozmówca przyznał, że to on jest nacjonalistą (żydowskim oczywiście) i moja wolnościowość okazała się dla niego zbyt mało filosemicka.
Rozmowa – którą znajdą Państwo wewnątrz numeru – dokładnie potwierdza tezę zawartą w mojej i Mariana Miszalskiego książce, która głosi, że w przypadku Żydów, nawet jeśli sytuują się w obrębie oddziaływania i wyznawania rozmaitych poglądów, zawsze istnieje ideologiczna część wspólna, której główną osią jest przyświadczanie o potrzebie prowadzenia polityki żydowskiej.
Każdą ideologię czy doktrynę traktują przez jej pryzmat. Tak więc dla nich socjalizm musi być żydowski, libertarianizm też musi być żydowski, a nacjonalizm – to już wyłącznie i na sto procent. Stąd postawiony mi zarzut zdrady wolnościowości. W przekonaniu mojego rozmówcy po prostu moja wolnościowość nie jest zgodna z wymogami polityki żydowskiej. Czyli tak naprawdę to nie był zarzut dotyczący wolnościowości, tylko żydowskości tej wolnościowości.
Z tego powodu uważam, że przyjmowanie przedstawicieli takich organizacji jak B’nai B’rith przez polskie ambasady – a od mojej krytyki takiego spotkania w Londynie zaczęła się ta dyskusja – jest skandalem, bo najczęściej odbywa się to bez świadomości, z kim właściwie odbywa się to spotkanie. Po prostu polskie ambasady, jeżeli mają spotykać się z jakimiś nacjonalistami, to powinny ograniczyć się do nacjonalistów polskich, a nie przyjmować nacjonalistów żydowskich i się jeszcze tym chwalić. Polecam dokładną lekturę tej rozmowy, bo rzadko można spotkać się z taką szczerością i otwartością argumentacji.
Tymczasem udało nam się – a wiedzą Państwo, jakie ciągle mamy z tym historie – wynająć salę na XIX Konferencję Prawicy Wolnościowej. Tym razem odbędzie się ona w nowym miejscu, choć nadal w centrum Warszawy, przy ulicy Kolejowej. Zaczynamy szykować program, zapraszać gości – szczegóły przedstawię w kolejnym numerze – w każdym razie proszę szykować sobie wolny czas 28 i 29 listopada.
W tym roku planujemy mocny finisz książkowy – z Targami Książki bez Cenzury objedziemy pół Polski oraz wydamy drugi tom „Alfabetu Michalkiewicza”, książkę zawierającą wywiady z prof. Bogusławem Wolniewiczem oraz – uwaga – specjalny tom poświęcony językowi i retoryce Grzegorza Brauna. Informacje o kolejnych punktach naszego objazdu będziemy podawać na bieżąco. Serdecznie zapraszam do udziału w naszych imprezach!