Ile wojen trzeba przegrać, żeby przestać być nazywanym „największą armią świata”?

Ile wojen trzeba przegrać,

żeby przestać być nazywanym

„największą armią świata”?

Hua Bin

Trump był idiotą, że rozpoczął wojnę, ale to armia amerykańska ją przegrała.

Przechodzą mnie ciarki, gdy słyszę, jak ktoś recytuje mantrę: „USA mają największą armię w historii świata”.

Wiem, że słyszałeś już wcześniej to samo „banalne stwierdzenie”.

Najwyraźniej ci „amerykańscy patrioci” nigdy nie słyszeli o Czyngis-chanie.

Mongołowie podbili większość Eurazji w XIII wieku, tworząc największe zwarte imperium lądowe w historii. Nie przegrali ani jednej bitwy.

Kibice amerykańskiej machiny wojennej najwyraźniej nie zdają sobie sprawy, że niemiecka Wehrmacht w 1940 r. i radziecka Armia Czerwona w 1945 r. były prawdopodobnie najpotężniejszą armią na świecie.

Szczytem amerykańskiej potęgi militarnej była operacja Pustynna Burza przeciwko Saddamowi Husseinowi w 1991 roku.

Ale to było 35 lat temu.

Od tego czasu Stany Zjednoczone przegrały praktycznie każdą większą wojnę.

Nie nazwałbym inwazji na Wenezuelę ani wojną, ani czymś znaczącym. Wojny zazwyczaj polegają na kontrataku wroga.

Przed Pustynną Burzą USA przegrały również swoją ostatnią dużą wojnę w Wietnamie.

„Pustynna Burza” to w gruncie rzeczy same porażki. To wyjątek potwierdzający regułę.

Krótko mówiąc: określanie armii USA mianem „największej” jest przesadą, na której poparcie trudno znaleźć jakiekolwiek dane empiryczne.

Być może jest to trudne do przyjęcia dla tych, którzy mają alergię na prawdę, ale tak właśnie jest.

Statystycznie rzecz biorąc, armia amerykańska jest niewątpliwie najdroższa w historii świata. Ale z mieszanymi – jeśli mam być łagodny – wynikami.

Nie jestem lekarzem, ale oczywiste jest, że każdy, kto twierdzi, że armia amerykańska jest najlepsza w historii (GOAT), odniósłby korzyści medyczne z lobotomii płata czołowego.

Trump musi stawić czoła fali krytyki w związku z wojną z Iranem, najnowszą awanturą USA.

Nie ma sprzeczności w fakcie, że Trump jest ignorantem i złośliwym głupcem, którego Żydzi zwabili w pułapkę i który jest winny rozpoczęcia zbrodniczej wojny.

Ale bądźmy sprawiedliwi – był idiotą, że rozpoczął wojnę, ale to armia amerykańska przyczyniła się do jego straty na polu bitwy.

Wielce chwalona amerykańska machina wojenna po prostu nie odniosła zwycięstwa – i kropka.

W połowie marca, trzy tygodnie po niespodziewanym ataku, napisałem esej i zatytułowałem go „Iran już wygrał”.

W tamtym czasie miałem na myśli zbliżające się strategiczne zwycięstwo Iranu, który może wykorzystać Cieśninę Ormuz jako narzędzie nacisku, by udaremnić cele wojenne USA.

Ale sprawy zaszły dalej, niż przewidywałem.

W tym momencie można – mając dobre argumenty – stwierdzić, że Pentagon przegrał wojnę militarnie.

Zrzuciło wiele bomb i zabiło wiele osób, ale nie odniosło żadnego konkretnego sukcesu na polu bitwy.

Chyba że celem jego wojny było oddanie Teheranowi kontroli nad Cieśniną Ormuz i uczynienie go dominującą potęgą regionalną. (Z przymrużeniem oka.)

Porażka w Iranie pokazała, że ​​armia amerykańska jest rzeczywiście „papierowym tygrysem”, jak stwierdził przewodniczący Mao ponad pół wieku temu.

Definicja zwycięstwa militarnego

Przewodniczący Mao napisał, że „polityka jest wojną bez rozlewu krwi, wojna zaś jest polityką z rozlewem krwi”.

Carl von Clausewitz powiedział, że wojna jest kontynuacją polityki.

Podręczniki definiują „zwycięstwo militarne” jako: przełożenie wyników na polu bitwy na trwałe rezultaty polityczne.

Wymaga to nie tylko pokonania sił zbrojnych wroga, ale także zmuszenia przeciwnika do zaakceptowania trwałej zmiany woli politycznej i ustanowienia korzystnego porządku powojennego.

Według tej normy Stany Zjednoczone poniosły całkowitą i żałosną porażkę – nie pokonały armii irańskiej; zmiana ich woli politycznej zmierza w kierunku jeszcze większej antyamerykańskiej i antyizraelskiej postawy; wojna zaś doprowadziła do powstania powojennego porządku, mniej korzystnego dla Stanów Zjednoczonych, w którym Iran de facto zapewnił sobie kontrolę nad dostawami ropy naftowej w Zatoce Perskiej.

Niektórzy twierdzą, że USA i Izrael odniosły taktyczno-operacyjne zwycięstwo nad Iranem, niszcząc znaczną część irańskiej obrony powietrznej i marynarki wojennej, zabijając przywódców politycznych i wojskowych oraz powodując poważne trudności gospodarcze i humanitarne.

W tym punkcie się mylisz.

Ten tok rozumowania można porównać do boksera, który ogłasza zwycięstwo w środkowych rundach, ponieważ zadał więcej ciosów, ignorując fakt, że jego przeciwnik wciąż stoi i aktywnie kontratakuje.

Na teatrze działań wojennych, tak jak na ringu, trzeba znieść dotkliwe ciosy, ale wyprowadzenie ostatecznego, paraliżującego kontrataku – lub po prostu wytrzymanie dłużej niż przeciwnik, aż ten będzie chciał się poddać – to definicja zwycięstwa.

Iran skutecznie zastosował strategię „rope-a-dope”, przyjmując na siebie pierwsze ciosy ze strony USA i Izraela, a jednocześnie zachowując swój najgroźniejszy atut – możliwość odcięcia światowych dostaw energii przez Cieśninę Ormuz.

[Strategia „rope-a-dope” to defensywna taktyka bokserska polegająca na celowym oparciu się o liny ringu, przyjęciu szczelnej gardy i pozwoleniu przeciwnikowi na wyprowadzanie serii ciosów w celu jego całkowitego zmęczenia. md]

Co więcej, Iran prowadzi wojnę asymetryczną z użyciem dronów i pocisków rakietowych, aby uzyskać dominację eskalacyjną poziomą przeciwko celom USA i Izraela w całym regionie Zatoki Perskiej.

Iran odmówił realizacji swoich celów politycznych wrogowi i zmusił USA do poproszenia o pokój.

Obroniło swoją suwerenność i dyktuje cel końcowy – definicję sukcesu.

Sukces Iranu nie ogranicza się do poziomu strategicznego. Nawet na poziomie taktycznym Iran utrzymał przewagę, niszcząc znacznie więcej cennych amerykańskich instalacji wojskowych, niż sam stracił.

Obejmuje to strategiczne radary wczesnego ostrzegania, myśliwce, samoloty AWACS, samoloty tankujące, drony ISR i niemal wszystkie bazy amerykańskie w regionie.

Iran wyczerpał również znaczną część ofensywnego i defensywnego arsenału USA, co znacznie ograniczyło jego zdolność do kontynuowania walk lub prowadzenia wojen gdzie indziej.

Nawet rząd Trumpa zdaje sobie sprawę, że w przypadku długotrwałego konfliktu niemal na pewno przegrałby wojnę na wyniszczenie.

Przede wszystkim Iran pokazał światu, że armia amerykańska nie jest niezwyciężoną potęgą w starciu z zdeterminowanym przeciwnikiem, który jest gotowy i zdolny do kontrataku.

Wojsko amerykańskie poniosło oczywistą i oczywistą porażkę.

1) Wykorzystało całą swoją siłę, aby wywołać niszczycielską wojnę, lecz po prostu nie udało mu się wygrać.

Zwycięstwo jest wynikiem zarówno intencji, jak i umiejętności.

Nikt nie może twierdzić, że armii USA brakowało „intencji”.

Rzuciło przeciwko Iranowi wszystkie swoje środki, łącznie z nieprzetestowaną technologią sztucznej inteligencji obronnej, taką jak system Palantir Maven, co doprowadziło do masakry 168 niewinnych uczennic już pierwszego dnia wojny.

Stany Zjednoczone nie powstrzymały się od użycia niczego poza bombami atomowymi.

W innym eseju pisałem o tym, jak Stany Zjednoczone porzuciły „kuchenny zlew”, ale bezskutecznie.

Mimo że roczny budżet jest ponad 100 razy większy od budżetu Iranu (1 bilion dolarów w porównaniu do 10 miliardów dolarów), armia USA po prostu nie ma możliwości zadania „W”.

2) Nie jest przystosowany do prowadzenia nowoczesnej wojny asymetrycznej

Stany Zjednoczone oparły się na starym schemacie z czasów pierwszej wojny w Zatoce Perskiej – miażdżąca siła ognia, przewaga powietrzna, regionalna sieć wasali, bazy wojskowe i wojna informacyjna.

Aby jeszcze bardziej poprawić swoją pozycję, zastosowali również atak z zasadzki pod pretekstem negocjacji.

Teoretycznie USA i Izrael mają nad Iranem dużą przewagę.

Ale Iran nie był Irakiem.

Nie załamał się pod naporem bombardowań ze strony USA i Izraela. Zamiast tego przyjął atak i odpowiedział własnym, asymetrycznym arsenałem dronów i pocisków.

Iran kontynuował eskalację konfliktu, atakując państwa Zatoki Perskiej, co umożliwiło agresję USA i Izraelowi.

Od samego początku Iran metodycznie atakował amerykańskie bazy radarowe i satelitarne.

Niszcząc je, Iran pozbawił armię USA zaawansowanych systemów wczesnego ostrzegania i sprawił, że jej siły zbrojne są bezbronne, mając zaledwie kilka minut na ostrzeżenie przed nadchodzącymi atakami.

Iran wykorzystał skoordynowane roje dronów i salwy rakietowe do przeprowadzenia ataków nasyconych na obiekty amerykańskie, do których USA nie były odpowiednio przygotowane.

Istotnym elementem wojny asymetrycznej jest jednostronna wymiana kosztów, w ramach której Stany Zjednoczone zmuszone były użyć pocisków przechwytujących wartych miliony, aby bronić się przed nadlatującymi dronami, oraz pocisków, które kosztowały jedynie ułamek tej kwoty.

Świat wie teraz, że armia amerykańska potrafi zadawać ciosy, lecz nie potrafi ich przyjąć w zamian.

Co ciekawe, jest to ta sama cecha charakterystyczna dla Amerykanów, jeśli chodzi o wojny handlowe i technologiczne z Chinami.

Jeśli Pekin odpowie wzajemnymi cłami i kontrsankcjami, takimi jak zakaz stosowania magnesów ziem rzadkich, Waszyngton szybko straci wpływy i będzie zmuszony się wycofać.

Latem ubiegłego roku napisałem esej zatytułowany „Rewolucja to nie przyjęcie”, w którym skrytykowałem nieśmiałą reakcję Iranu na bombardowanie jego obiektów nuklearnych przez Stany Zjednoczone w czerwcu 2025 r.

Podejście nowego przywódcy Iranu stoi w ostrym kontraście z podejściem starego reżimu pod przywództwem ajatollaha Alego Chameneiego.

Nowy rząd umocnił swoją determinację i odpowiedział zdecydowanym atakiem, co przyniosło mu wielkie korzyści.

Oprócz tego, że Stany Zjednoczone nie były w stanie przeciwstawić się odwetowi, zachowały się jak jęczące przegrane, gdy 17 lipca zostały zaatakowane przez Iran w ramach proaktywnego ataku na bazę lotniczą Muwaffaq Salti w Jordanii.

Nazwała Iran zdradą i oskarżyła go o „nieodpowiedzialną eskalację”, nie zastanawiając się ani chwili nad porównaniem tej „zdrady” do zdradzieckiego ataku dekapitacyjnego przeprowadzonego przez USA i Izrael, w ramach którego zbombardowano również szkołę dla dziewcząt.

Ta klaunowska hipokryzja przypomina mi stary film Stephena Chowa pt. „ Sprawiedliwość, moja stopa ”, w którym drobny łobuz oznajmia swemu wrogowi: „Zasada walki jest taka: mogę cię uderzyć w twarz, ale ty nie możesz”.

Nigdy bym nie pomyślał, że „potężna” armia USA ucieknie się do tej samej bandyckiej logiki.

3) Bazy USA stanowią obciążenie, a nie zaletę – dla nich samych i „krajów przyjmujących”

Jednym z filarów globalnej projekcji siły USA jest sieć około 800 baz wojskowych w „krajach sojuszniczych” – a dokładniej, na wasalach lub terytoriach okupowanych.

Są to wysunięte placówki rozmieszczone blisko granic wyznaczonych wrogów, gdzie USA rozmieszcza broń i personel.

USA mają ponad 300 takich baz w Azji, wokół Chin, i podobną liczbę w Europie, przeciwko Rosji.

Wojna z Iranem pokazała, że ​​takie wysunięte oddziały są w rzeczywistości obciążeniem, a nie zaletą.

Dwie tuziny amerykańskich baz wokół Iranu były nieustannie atakowane przez irańskie drony i rakiety.

Większości z nich najprawdopodobniej nie uda się odbudować, gdyż Stany Zjednoczone nie są w stanie ich ochronić.

Co więcej, takie bazy narażają „kraje-gospodarzy” na ataki odwetowe. Są one w istocie zakładnikami w konfliktach, w które mogą lub nie chcieć się angażować.

Ostatecznie, tak wrażliwe, wysunięte rozmieszczenie nie jest w stanie przezwyciężyć samej geografii. Nie jest w stanie pokonać tyranii odległości, której żaden łańcuch logistyczny nie jest w stanie zrekompensować.

Iran może wykorzystać górzysty teren i bliskość wąwozu Ormuz jako przewagę na własnym terenie, pozwalającą pokonać rozrośniętego wroga spoza regionu.

4) Nierozwiązywalne problemy strukturalne armii USA

Najbardziej druzgocący werdykt dotyczący wojny można przeczytać tutaj.

Wojna z Iranem, choć krótka, obnażyła strukturalne problemy militarne USA, których nie da się rozwiązać w ramach obecnego systemu wojskowo-przemysłowego.

Niezdolność do prowadzenia wojny o wysokiej intensywności. Należy zauważyć, że rzeczywiste intensywne walki w Iranie trwały krócej niż 8 tygodni (pierwsze 39 dni plus 13 dni drugiej fali ataków po zerwaniu przez USA Memorandum of Understanding).

Niemniej jednak Stany Zjednoczone wyczerpały już znaczną część swojego arsenału, zarówno ofensywnego, jak i defensywnego. Wyobraźmy sobie, jak poradziłyby sobie w prawdziwej wojnie o wysokiej intensywności z równorzędnym supermocarstwem, takim jak Chiny czy Rosja.

Wątpliwe jest, aby Stany Zjednoczone mogły przetrwać dłużej niż kilka miesięcy w wojnie u wybrzeży Chin.

Przedłużający się konflikt na wzór II wojny światowej nie wchodzi w grę.

Niska głębokość składowania amunicji i niewielka ilość specjalistycznej broni. Amerykański arsenał uzbrojenia składa się z niewielkiej liczby drogich i skomplikowanych broni, takich jak przeciwlotnicze pociski przechwytujące i pociski dalekiego zasięgu.

Obecnie powszechnie wiadomo, że Stany Zjednoczone wyczerpały większość swoich najważniejszych zapasów amunicji, co potwierdzają doniesienia agencji Reuters, CNN i CSIS.

Należy pamiętać, że powyższe dane są już nieaktualne, a obecny poziom zapasów w USA jest jeszcze niższy.

Brak głębi przemysłowej i zależność od łańcuchów dostaw. To gorsze niż chwilowy niedobór broni.

Szacuje się, że uzupełnienie skromnych zapasów amunicji zużytej podczas wojny zajmie armii USA od 3 do 5 lat.

Powtarzam, że wojna z Iranem nie jest konfliktem o wysokiej intensywności, takim jak na przykład wojna amerykańsko-chińska. Gry wojenne CSIS pokazują, że Stany Zjednoczone zużyłyby cały swój arsenał rakietowy w ciągu dwóch tygodni w konflikcie z Chinami.

Biorąc pod uwagę ogromne zaległości w realizacji zamówień, jakie istniały w kompleksie wojskowo-przemysłowym jeszcze przed wojną, proces ten może potrwać nawet dłużej, niż szacowano.

Chociaż rząd USA może drukować tyle papierowych pieniędzy, ile chce, by kupować broń, nie może drukować bomb ani pocisków.

Rozwój produkcji wymaga fabryk, materiałów i wykwalifikowanych pracowników – a na to gospodarka zdeindustrializowana nie jest przygotowana.

Oprócz wydatków kapitałowych i rozwoju umiejętności, amerykański kompleks militarno-przemysłowy zmaga się z ogromną zależnością łańcucha dostaw od samego wroga, z którym zamierza walczyć – Chin.

Powszechnie wiadomo, że Chiny mają monopol na metale ziem rzadkich, które są niezbędne do produkcji nowoczesnej broni. Chiny produkują ponad 90% światowych zasobów metali ziem rzadkich i mają praktycznie monopol na kluczowe, ciężkie metale ziem rzadkich.

Zależność USA od Chin wykracza poza pierwiastki ziem rzadkich i obejmuje również inne minerały niezbędne do produkcji uzbrojenia, takie jak gal, german, wolfram, grafit i antymon.

Raport Komisji ds. Przeglądu Gospodarczego i Bezpieczeństwa USA-Chiny z 2025 r. wykazał, że 78% komponentów wykorzystywanych w systemach uzbrojenia Pentagonu zawierało krytyczne minerały pochodzące z Chin.

Problem dotyczy 92% systemów uzbrojenia marynarki wojennej USA.

Zależność ta sięga jeszcze dalej i obejmuje części dronów, materiały wybuchowe, a nawet ważne składniki farmaceutyczne, takie jak antybiotyki – materiały, które będą potrzebne w razie wojny.

Istnieją niewielkie szanse, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat Stany Zjednoczone będą w stanie osiągnąć niezależność łańcucha dostaw tych kluczowych dóbr pośrednich.

Niereformowalny, nastawiony na zysk, prywatny system kontraktów wojskowych. Istotą dzisiejszego amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego jest system grabieży.

MIC współpracuje z politykami i generałami Pentagonu, aby okradać budżet obronny za pomocą nadmiernie rozwiniętych platform uzbrojenia, które oferują niewielką wartość w stosunku do wydanych pieniędzy.

Tanie uzbrojenie, nawet jeżeli jest całkowicie skuteczne, nie jest opłacalne dla oligopolistycznych dostawców sprzętu wojskowego.

Dlatego broń taka jak tanie drony LUCAS nie wzbudza zainteresowania, podczas gdy droga amunicja, np. Patriot i THAAD, jest intensywnie reklamowana.

Standardowym wyborem w oligopolu kontraktów wojskowych opartych na zasadzie „koszt plus” i „bez przetargu” jest skomplikowana broń, której produkcja zajmuje lata, a jej utrzymanie kosztuje miliony.

Ekosystem MIC obejmuje „drzwi obrotowe” między Pentagonem a firmami zbrojeniowymi, członkami Kongresu pobierającymi wynagrodzenie oraz legionami lobbystów i „pracowników ośrodków analitycznych”.

To po prostu zbyt dochodowy biznes, żeby się w niego bawić.

Piękno takiej dochodowej firmy jest uznawane za szczyt „kapitalizmu akcjonariuszy”.

Na szczęście dla wrogów USA taka nadbudowa organizacji gospodarki amerykańskiej nie może zostać zreformowana i nie zostanie zreformowana.

Jeśli szukasz ciekawej lektury o tym systemie, polecam satyryczną książkę Williama Hartunga z 2003 roku: „ Ile zarabiasz na wojnie, tato? Szybki i nieskomplikowany przewodnik po spekulacjach wojennych w administracji Busha” .

Hartung jest skrupulatnym badaczem tematu spekulacji w amerykańskim kompleksie militarno-przemysłowym. Do jego prac należą również „Prophets of War” i „Trillion Dollar War Machine” .

5) Arogancja i poczucie wyższości jako ostatni gwóźdź do trumny

Wojna z Iranem obnażyła nieuniknioną prawdę – armia amerykańska nie ma mentalności pozwalającej jej zwyciężyć nad zdeterminowanymi przeciwnikami.

Został wciągnięty w wojnę poprzez izraelską manipulację. Znacznie niedocenił odporności Iranu, a także jego potencjału przemysłowego i technologicznego. Uwierzył w absurdalną i uporczywą kampanię dezinformacyjną swojego „głównodowodzącego”.

Jest także słaba pod względem psychologicznym – ubolewa nad działaniami odwetowymi Iranu i oskarża Chiny i Rosję o wspieranie Iranu.

Co sprawia, że ​​Stany Zjednoczone uważają, że w trakcie negocjacji dopuszczalne jest przeprowadzenie ataku polegającego na dekapitacji i grożenie militarnym „terrorem”, który zagraża cywilizacji, ale gdy Iran kontratakuje, jest to „nieodpowiedzialna eskalacja”?

Dlaczego Stany Zjednoczone uważają, że mogą sprzedawać broń Tajwanowi i dostarczać broń oraz dane wywiadowcze Ukrainie, a kiedy Chiny dostarczają MANPADS Iranowi lub udostępniają zdjęcia satelitarne Rosji, to mają prawo krzyczeć o zdradzie i żądać, aby USA zaprzestały tych działań?

Taki dziecinny narcyzm i cyniczna hipokryzja nieuchronnie osłabiają umysł, tak jak trucizny osłabiają ciało.

Konfucjusz napisał w swoich Analektach 2500 lat temu: „Nie czyńcie innym tego, czego nie chcielibyście, aby wam czyniono”. („己所不欲,勿施于人”).

W kulturze chińskiej zasada ta znana jest jako Złota Zasada.

Dla kraju lub armii, które nie rozumieją tej uniwersalnej zasady ludzkiej, żadna miara siły militarnej nie będzie wystarczająca, aby zrekompensować brak mądrości.

USA przegrały wojnę – i na to zasłużyły.

Źródło: Ile wojen trzeba przegrać, żeby przestać być nazywanym „największą armią świata”

Gospodarka Ukrainy przygotowuje się na katastrofę, a Zełenski staje przed nowym wyzwaniem politycznym

Gospodarka Ukrainy przygotowuje się na katastrofę, a Zełenski staje przed nowym wyzwaniem politycznym

Symplicjusz 19 sierpnia 2026 r. simplicius76/ukraines-economy-braces-for-disaster

„The Economist” bije na alarm w związku z rosyjskimi atakami na infrastrukturę Ukrainy w następstwie niewypowiedzianej wojny z siecią Wildberries. Donosi, że gospodarka Ukrainy stoi w obliczu bezprecedensowych strat w wyniku nieustającej i systematycznie wyniszczającej kampanii rosyjskiej:

https://www.economist.com/europe/2026/08/18/rosyjskie-ataki-wyrządzają-poważne-szkody-gospodarce-ukrainy

Prawdopodobnie, aby nie zdusić resztek nadziei zwolenników Ukrainy, artykuł najpierw wymienia długą listę skutecznych, głębokich ataków, jakie Ukraina przeprowadziła przeciwko Rosji, i wynikających z nich konsekwencji gospodarczych.

Autorzy przyznają jednak, że Rosja odpowiedziała, a Ukraina jest o wiele bardziej podatna na tę wzajemną, spalonej ziemi, wymianę ciosów:

Ale duszenie działa teraz w obie strony, a Ukraina jest bardziej podatna. Porty w Odessie, gospodarcze centrum kraju, jako pierwsze odczuły presję. Zagrożone na początku wojny, porty głębinowe zostały ponownie otwarte najpierw dzięki umowie zbożowej z Turcją, a następnie dzięki chronionemu korytarzowi dla Ukrainy w 2023 roku. Rosja nadal atakowała infrastrukturę portową, ale przewoźnicy tolerowali ryzyko, przeładowując 210 milionów ton w ciągu kolejnych trzech lat. Rachunek zmienił się w połowie lipca, gdy Rosja sama zaczęła polować na statki. 19 lipca pociski manewrujące trafiły i zatopiły turecki statek towarowy, gdy wypływał z Czarnomorska, jednego z trzech dużych portów w regionie. Zginęło dziesięć osób. Od tego czasu każdy statek wpływający do Odessy lub wypływający z niej był celem ataku. Kilka statków nadal odważa się na atak, ale porty są martwe pod względem komercyjnym.

Trudno o gorszy moment, skoro wciąż brakuje 50 milionów ton zbiorów. Alternatywy nie są atrakcyjne. „Jeden statek o ładowności 100 000 ton to równowartość 5000 ciężarówek, 5000 kierowców i 5000 procedur granicznych” – mówi Dmytro Barinow, prezes stowarzyszenia Ukrport. Sytuacja jest gorsza niż w 2022 roku, jak twierdzi, kiedy porty nad Dunajem zrekompensowały część strat. Teraz niski poziom wody w rzece i rosyjskie ataki utrudniają korzystanie z tej trasy.

Co ciekawe, autorzy „The Economist” następnie obalają „przesadzone” twierdzenia Ukrainy na temat szkód gospodarczych wyrządzonych Rosji w wyniku ataków Ukrainy, twierdząc, że rzeczywiste szkody stanowią 1/10 strat przynoszonych przez Ukrainę:

Obie strony zawyżają statystyki. Ukraiński sztab generalny twierdzi, że od sierpnia 2025 roku spowodował on straty w rosyjskim przemyśle rafineryjnym o wartości 13,5 mld dolarów. Siergiej Wakulenko z think tanku Carnegie Endowment szacuje, że rzeczywiste, bezpośrednie straty dla przedsiębiorstw stanowią około jedną dziesiątą tej kwoty, a straty te ledwo dotknęły dochodów państwa. „Uderzenia bolą, ale nie tam, gdzie i w terminie, jakie deklaruje Ukraina” – mówi.

The Economist przewiduje, że sytuacja będzie się tylko pogarszać, jeśli Rosja będzie kontynuować tę nową kampanię, gdyż sezon zasiewów zbóż ozimych na Ukrainie może zostać całkowicie odwołany, podsumowując wymianę zdań jasnymi obrazami:

„To tak, jakbyśmy grali z Brazylijczykami w otwartą piłkę nożną” – żałuje jeden z byłych wysokich rangą urzędników.„Strzeliliśmy trzy gole i świętujemy, ale oni strzelili 13”.

https://www.reuters.com/world/ukraines-farmers-despair-russias-black-sea-blockade-traps-their-harvest-2026-08-13/

Artykuł kończy się ostrzeżeniem, że dalsze rosyjskie ataki mogą spowodować masowy exodus z Kijowa, przyznając, że obecnie najważniejszym planem jest po prostu przetrwanie do przyszłej wiosny, co nie brzmi zbyt obiecująco ani pocieszająco:

„Kolega opowiadał mi, że wczoraj mieli duże spotkanie pod nazwą „Akcje Jesienne” dotyczące planów na przyszłość” – mówi. „Dziś ma już nową nazwę: „Przetrwać do kwietnia”.

Ale najważniejszy aspekt, który artykuł celowo ukrywa, to fakt, że wojna całkowicie obróciła się przeciwko Ukrainie. „The Economist” i inne zachodnie publikacje chytrze przedstawiają najnowszy kryzys jako związany ze zużyciem rakiet Patriot na Ukrainie, a naturalnym rozwiązaniem jest dalsze zaangażowanie i inwestycje Zachodu w celu uzupełnienia zapasów tych niezwykle pożądanych pocisków przechwytujących; to rodzaj celowo fałszywej dialektyki.

CNN ubolewa nad ukraińską wyrzutnią rakiet Patriot, która leży porzucona gdzieś na polu, ponieważ nie ma w niej żadnych pocisków do wystrzelenia — wideo poniżej:

Christiane Amanpour@ amanpourNa Ukrainie @npwcnn widzi na własne oczy rzadki widok: wyrzutnię rakiet Patriot, stojącą pustą i nieużywaną, podczas gdy domagają się większej liczby pocisków przechwytujących. To jedyny sposób, w jaki Kijów może zestrzelić rosyjskie pociski balistyczne, ale ta wyrzutnia nie była używana od 10 tygodni, mówi jej inżynier.

19:30 · 17 sierpnia 2026 · 60,6 tys. wyświetleń

====================================================

To celowe wprowadzenie w błąd, mające na celu ukrycie faktu, że Ukraina rozpada się praktycznie pod każdym możliwym do zmierzenia względem wymiaru. Tworząc fałszywy dylemat, a następnie sztucznie go rozwiązując, mogą przeformułować katastrofalną sytuację Ukrainy, przedstawiając ją jako opartą na jednym, drobnym problemie, który można rozwiązać. A rozwiązaniem tego problemu okazuje się coś, co sprytnie dąży do dalszego wciągnięcia zubożałych krajów zachodnich w konflikt, szczególnie w czasie, gdy zainteresowanie i poparcie polityczne drastycznie maleją.

To całkowicie przyćmiewa brutalną rzeczywistość: Ukraina wykrwawia się pod każdym możliwym do zmierzenia wskaźnikiem i nie ma jednego, uniwersalnego rozwiązania. Oszustwo z Patriotami to sprytne wprowadzenie w błąd, mające na celu utrwalenie narracji, że Ukraina wciąż wygrywa lub „odwraca bieg wydarzeń”, a Rosja jest o krok od porażki, o ile Ukraina będzie mogła zostać zaopatrzona w kolejne pociski.

Nic bardziej mylnego – nawet gdy Ukraina miała mnóstwo Patriotów, niewiele one pomogły w powstrzymaniu rosyjskich ataków balistycznych, a do tej pory nie ma żadnych dowodów na to, że choć jeden Iskander został przechwycony przez te systemy.

Z drugiej strony, niemiecka publikacja wraz z Euromaidan Press ujawniły, że Rosja zestrzeliwuje praktycznie każdą ukraińską rakietę Flamingo:

https://euromaidanpress.com/2026/08/12/fp-5s-shot-down/

Rosja zestrzeliwuje większość najlepszych ukraińskich pocisków manewrujących dalekiego zasięgu tak szybko, jak tylko Ukraina jest w stanie je wystrzelić. Tylko jeden lub dwa z pocisków Fire Point FP-5 Flamingo o wartości 500 000 dolarów trafiły w cel w ostatnich tygodniach.

Oznacza to, że rosyjska obrona powietrzna na razie działa. To, czy będzie działać nadal, jest kluczowym pytaniem dla ukraińskich planistów ataku.

Co ciekawe, wysoki wskaźnik powodzenia przypisują rosyjskim samolotom A-50U AWAC, które obecnie regularnie patrolują trasy Flamingo i mogą wykrywać je z dużej odległości, a następnie przekazywać rozwiązania ogniowe odpowiednim jednostkom naziemnym.

Co prawda, 15 sierpnia Ukrainie udało się zaatakować ważne przedsiębiorstwo Roskosmosu w Samarze w Rosji, rzekomo dwoma pociskami Flamingo, które w jakiś sposób ominęły systemy obronne. To właśnie w rosyjskiej fabryce Sojuza produkowane są rakiety, które wynoszą na orbitę rosyjskie satelity „Rassvet”, będące odpowiednikami Starlinka.

Wróg publikuje zdjęcia satelitarne przedstawiające skutki uderzenia dwóch pocisków FP-5 „Flamingo” w jeden z warsztatów firmy Rocket Space Corporation „Progress” w Samarze 15 sierpnia.

Można oszacować rozmiar jednego z kraterów.

Przypomnijmy, że Rocket Space Corporation „Progress” to wiodące rosyjskie przedsiębiorstwo rakietowo-kosmiczne, produkujące rakiety nośne „Sojuz”, w tym te używane do wystrzeliwaniana orbitę satelitarnych urządzeń internetowych „Biuro-1440”, które obecnie budzą poważne obawy Ukrainy. Dlatego jest prawdopodobne, że wróg będzie nadal atakował to przedsiębiorstwo, próbując uniemożliwić Rosji opracowanie odpowiednika amerykańskiego systemu Starlink, a także znacząco osłabić cały przemysł kosmiczny. Ochrona tak unikalnego zasobu powinna być najwyższym priorytetem.

Ale kompleks jest ogromny i szkody raczej nie będą miały większego wpływu:

Te ogromne hale przemysłowe mają sufity pokryte masywnymi metalowymi pomostami i innymi różnego rodzaju konstrukcjami. Takie ataki zazwyczaj po prostu wybijają dziurę w dachu i, jak widać na jednym ze zdjęć powyżej, gdzie widoczna jest kratownica pomostów, nie przenikają nawet do podłogi warsztatu.

Niska prędkość pocisków nie zapewnia im wystarczającej siły kinetycznej, by to zrobić — tylko takie rzeczy jak rosyjskie hipersoniczne Iskandery lecące pionowo w dół są w stanie naprawdę przebić się przez takie hale przemysłowe, docierając do parteru i dalej.

Tymczasem sytuacja na ukraińskiej linii frontu nadal się pogarsza. Znany kanał prowadzony przez oficera ukraińskiej brygady powietrzno-desantowej przedstawił niedawno następującą „realistyczną” perspektywę:

W bardziej niepokojących wiadomościach, były minister obrony Fiodorow, którego Zełenski niepopularnie odwołał w zeszłym miesiącu w wyniku przetasowań, postanowił teraz zagrać ostro, w obliczu wniosku złożonego dziś przez Zełenskiego Radzie Najwyższej w sprawie mianowania generała majora Jewhena Chmary na stanowisko ministra obrony. Fiodorow opublikował nagranie wideo wzywające do wyborów na Ukrainie, co w istocie stanowi groźną „aferę” przeciwko rządom Zełenskiego i stanowi dla nich wyzwanie:

Could not load video.

„Demokracja nie może być zakładnikiem Rosji”.

Jest oczywiste, że siły gromadzą się przeciwko Zełenskiemu. Skoro nie ma już takich frajerów jak Jermak, których można by zrzucić na karb wojny, ta kulminacyjna zima może oznaczać nadejście politycznego punktu krytycznego dla ogarniętego walką, coraz bardziej osamotnionego i niepopularnego ukraińskiego przywódcy.

Dla zainteresowanych, ukraiński portal Strana opublikował bardzo szczegółową i interesującą analizę politycznych intryg związanych z ostatnim posunięciem Fiodorowa i tego, co może ono oznaczać dla politycznej przyszłości Ukrainy:

„Skoordynowane oświadczenia byłego ministra obrony Fiodorowa i jego grupy wsparcia, dotyczące kryzysu w zarządzaniu państwem i konieczności przeprowadzenia wyborów przed zakończeniem wojny, wydają się być starannie zaplanowaną taktyką przed głosowaniem nad nominacją Chmary na stanowisko ministra obrony. To w praktyce odrzuca żądania ruchu „kartonowego Majdanu” o przywrócenie Fiodorowa na stanowisko.

Celem jest przede wszystkim zasianie wątpliwości wśród parlamentarzystów (zwłaszcza wśród „sług ludu”): „Czy trzeba głosować na Chmarę, a sprzeciwiać się Fiodorowowi, skoro wybory i zmiana władzy są nieuchronne?” Alternatywnie, może chodzić o przekonanie samego Chmary do ustąpienia ze stanowiska. Minimalnym celem jest, nawet jeśli Chmara zdobędzie wystarczającą liczbę głosów, nadanie nowego znaczenia działaniom „kartonowego Majdanu”, które teraz będą miały na celu nie przywrócenie Fedorowa, a przeprowadzenie wyborów.

Na Ukrainie, w czasie wojny, teoretycznie mogą się odbyć jedynie wybory prezydenckie. Wybory parlamentarne są zakazane przez Konstytucję, której nie można zmienić w stanie wyjątkowym. Wybory prezydenckie są również zakazane, ale nie przez Konstytucję, a przez dwie ustawy (Kodeks wyborczy i ustawę o stanie wojennym), które mogą zostać zmienione większością głosów w Radzie Najwyższej.

Innymi słowy, Fedorow i jego grupa wsparcia (składająca się głównie z organizacji finansowanych z grantów, wcześniej bliskich Amerykańskiej Partii Demokratycznej, a obecnie wspieranych przez Europę – tych, których ich przeciwnicy nazywają „soroszytami”) chcą wdrożyć schemat, w którym wybory w kraju odbędą się w czasie wojny, a ich reprezentant (Fiodorow) zostanie prezydentem, co pozwoli im szybko przekształcić zarówno większość parlamentarną, jak i całą władzę. struktura.

Narzędziami, które mają zmusić Zełenskiego do tego, są protesty, sprawy karne NABU i SAP przeciwko jego najbliższemu otoczeniu oraz presja ze strony Europy.

Zełenski jest zmuszany do oddania władzy – oferuje mu się ogłoszenie wyborów, przegranie ich (na co wskazują wszystkie sondaże) i opuszczenie urzędu. Całkiem możliwe, że pociągnie to za sobą postępowanie karne. I z pewnością doprowadzi to do upadku całej jego grupy ekonomicznej i politycznej („Rodziny”). To zdecydowanie nie jest przyszłość, jaką Zełenski sobie wyobraża. Dlatego prawdopodobnie będzie próbował stawić opór. Może na przykład nakazać SBU zaatakowanie NABU/SAP i ich grupy wsparcia (taki scenariusz jest dyskutowany nawet w kręgach finansowanych z grantów).

Kolejne pytanie brzmi, czy Europa będzie wywierać presję i jak dużą. To kluczowa kwestia, ponieważ Zełenski może wytrzymać protesty, a nawet kolejne sprawy karne przeciwko Jermakowi i jego współpracownikom, ale jeśli Europejczycy (którzy obecnie finansują Ukrainę) będą wywierać presję bezpośrednio, o wiele trudniej będzie się jej oprzeć. W zeszłym roku, podczas próby przejęcia kontroli nad NABU i SAP przez Administrację Prezydenta, taka presja była wywierana. Nie była ona jednak tak silna w odniesieniu do rezygnacji Fiodorowa. Nie wiadomo też jeszcze, czy Europa będzie nalegać na wybory.

Po trzecie, sondaże pokazują, że Fiodorow nie jest jedynym kandydatem z szansą na zwycięstwo. Załużny cieszy się wyższym poparciem, a Budanow tylko nieznacznie niższym. Czy obaj będą po cichu przyglądać się, jak Fiodorow dochodzi do władzy? Czy też w pełni zaangażują się w walkę, zaciekle sprzeciwiając się byłemu ministrowi? Wszystko to może dodać element radykalnej nieprzewidywalności do procesu „przywracania procesów demokratycznych”.

Po czwarte, temat „Ukraina potrzebuje wyborów” zacznie zyskiwać na popularności w kraju, co może gwałtownie zaostrzyć publiczną dyskusję na temat „nielegalności” Zełenskiego. Nawiasem mówiąc, to właśnie stale powtarza się w Rosji, domagając się przeprowadzenia wyborów prezydenckich na Ukrainie, aby mieć „legalną głowę państwa”, z którą można prowadzić negocjacje. A jeśli wybory odbędą się w czasie wojny, to formalnie żądanie Kremla zostanie spełnione. Oczywiście Fiodorow raczej nie złagodzi pozycji negocjacyjnej w porównaniu z Zełenskim. Bardziej prawdopodobne jest odwrotne – jego grupa wsparcia często wzywa do zaostrzenia mobilizacji, obniżenia wieku poboru, zaostrzenia walki z „uciekinierami” i „piątą kolumną” itd. Jednak każdy z pozostałych „realnych” kandydatów mógłby ostrożnie (nie osobiście, ale w swojej grupie wsparcia) zacząć promować ideę, że „Zełenski był przeszkodą w osiągnięciu pokoju, ponieważ Putin nie chciał z nim rozmawiać o niczym. Jeśli zostanę prezydentem, będę mógł wynegocjować normalne warunki zakończenia wojny”. I niewykluczone, że takie stanowisko mogłoby okazać się bardziej popularne niż różne warianty „walki do gorzkiego końca”.

Cóż możemy powiedzieć? Przygotujcie popcorn.

„Ściany” mają teraz drzwi: Dlaczego „bezprecedensowe”sankcje Bessenta na Iran – operacja „Economic Fury” – poniosą porażkę

Ściany mają teraz drzwi: dlaczego „bezprecedensowe”
sankcje Bessenta na Iran — operacja „Economic Fury” —
poniosą porażkę


[poprawne tłumaczenie. Poprzednie zrobił Grok. „The Walls” mają teraz drzwi: Dlaczego „bezprecedensowe” sankcje Bessent [USA] na Iran – „Operacja Gospodarcza” – nie powiedzie się I oszukał. md]

W ubiegłym tygodniu sekretarz skarbu Scott Bessent zapowiedział coś spektakularnego.
„Obserwujcie to miejsce” — powiedział telewizyjnemu rozmówcy, zapowiadając „środki,
jakich nie widziano nigdy w historii gospodarczej izolacji państwa”. W połączeniu z
trwającą amerykańską blokadą morską irańskich portów — „ciosem jeden-dwa”, jak ją
określił — nadchodzące sankcje mają zmusić Teheran do kapitulacji po niemal sześciu
miesiącach wojny. Ambasador Mike Waltz nadał tej operacji nazwę: „Operation Economic
Fury”.

Ambicja jest realna. Problem również. Bessent sięga po narzędzie, którego siła zależy od
świata, który już nie istnieje. Izolacja gospodarcza, która niegdyś doprowadziła Iran do
stołu negocjacyjnego, była możliwa, ponieważ mury wokół Iranu były szczelne z każdej
strony — i, co równie ważne, ponieważ pieniądze nadal musiały przepływać rurami
kontrolowanymi przez Stany Zjednoczone. Dziś te mury mają drzwi — do Rosji, Chin i, od
tej wiosny, Pakistanu — a pieniądze znalazły kanał całkowicie omijający waszą
waszyngtońską instalację. Państwa utrzymujące te drzwi otwarte to dokładnie te, których
współpraca niegdyś sprawiała, że stare sankcje były skuteczne. Najlepszym sposobem
zrozumienia, dlaczego „bezprecedensowa” presja może mimo wszystko ponieść porażkę,
jest porównanie planszy, na której gra Bessent, z tą, na której jego poprzednicy grali dekadę
temu.
2015: izolacja, która zadziałała — i dlaczego
Reżim sankcyjny, który doprowadził do zawarcia Wspólnego Kompleksowego Planu
Działania (JCPOA) w 2015 r., działał, ponieważ w istotnym sensie był powszechny. Presja,
która doprowadziła Iran do stołu, nie była wyłącznie amerykańska; egzekwowały ją Stany
Zjednoczone i Europa, a popierały wiążące rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ — co
oznaczało, że Rosja i Chiny, jako stali członkowie, również się pod nimi podpisały. Chińskie
banki ograniczyły kontakty z Teheranem, aby zachować dostęp do systemu dolarowego.
Rosja podporządkowała się wielostronnym ramom. Eksport irańskiej ropy został
zdławiony, banki Iranu odcięto od globalnych finansów, a żadne wielkie mocarstwo nie było
gotowe pełnić funkcji systematycznego kanału obejścia sankcji.
Dwie rzeczy sprawiły, że izolacja zadziałała: żadna wielka gospodarka nie chciała
utrzymywać otwartego kanału, a niemal cały handel międzynarodowy — przede wszystkim
handel ropą — ostatecznie rozliczano w dolarach, za pośrednictwem banków, które musiały
odpowiadać przed Waszyngtonem. Sankcje są grą w hydraulikę. Zamyka się fizyczne rury
(towary, ropa) i, jeszcze skuteczniej, finansowe (rozliczenia dolarowe). Przerwanie jednego
monopolu osłabia strategię; przerwanie obu sprawia, że strategia przestaje działać. W 2015
r. Stany Zjednoczone kontrolowały oba. W 2026 r. nie kontrolują już żadnego.

Spójrzmy, co zmieniło się po obu stronach Iranu.
Iran należy dziś do klubu, z którego niegdyś był wykluczany sankcjami. Teheran przystąpił
do grupy BRICS w styczniu 2024 r., a w sierpniu 2026 r. zbliżył się do członkostwa w New
Development Bank tego ugrupowania — instytucji atrakcyjnej dla Iranu właśnie dlatego, że
oferuje finansowanie projektów poza zachodnim systemem finansowym, który sankcje
wykorzystują jako broń. Członkostwo w BRICS samo w sobie nie pokonuje sankcji, ale
tworzy alternatywną wspólnotę gospodarczą, która w 2015 r. nie istniała jako realne
schronienie.
Rosja i Chiny nie są już egzekutorami sankcji — są niemal z nazwy współwalczącymi
stronami. To zawias całej historii i chodzi tu o coś znacznie więcej niż odmowę
egzekwowania zachodnich sankcji. Po amerykańsko-izraelskim ataku na Iran, który
rozpoczął wojnę 28 lutego 2026 r. — „Operation Epic Fury” — Moskwa i Pekin przeszły od
biernego niewykonywania sankcji do aktywnego wsparcia materialnego. Amerykańscy
urzędnicy informowali, że Rosja dostarczała Iranowi informacje wywiadowcze w czasie
rzeczywistym o położeniu amerykańskich okrętów wojennych i samolotów, dostarczając
danych do namierzania, które zwiększały precyzję irańskich odwetowych uderzeń. Chiny
dostarczały zdjęcia satelitarne i dostęp do systemu nawigacyjnego BeiDou; sekretarz stanu
Marco Rubio był na tyle zaniepokojony, że 8 maja 2026 r. objął sankcjami trzy chińskie
firmy satelitarne za dostarczanie zdjęć przedstawiających aktywność wojskową USA
podczas kampanii. Oba mocarstwa szybko zapewniły wsparcie obrony powietrznej: Rosja
dostarczyła części do naprawy uszkodzonych irańskich baterii S-300 i przyspieszyła
dostawy nowoczesnych zestawów naramiennych Verba tuż przed rozpoczęciem wojny,
podczas gdy Chiny uzupełniały komponenty do baterii HQ-9B. Ta sieć wsparcia opiera się
na formalnych ramach — 20-letnim partnerstwie strategicznym Iranu i Rosji podpisanym w
styczniu 2025 r., 25-letnim porozumieniu irańsko-chińskim z 2021 r. oraz trójstronnym
pakcie strategicznym Iran–Chiny–Rosja podpisanym 29 stycznia 2026 r., którego
centralnym elementem jest wspólny sprzeciw wobec ponownego nałożenia sankcji.
Mocarstwa, które niegdyś pomagały zamykać Iran w izolacji, dziś pomagają mu prowadzić
wojnę i odbudowywać jego tarczę obronną.
Istnieje lądowy most, który całkowicie omija blokadę. 25 kwietnia 2026 r. pakistańskie
Ministerstwo Handlu wydało „Transit of Goods through Territory of Pakistan Order 2026”,
otwierając sześć lądowych korytarzy tranzytowych łączących porty Karachi, Port Qasim i
Gwadar z irańskimi przejściami granicznymi w Gabd i Taftan. Trasy były bezpośrednią
odpowiedzią na amerykańską blokadę cieśniny Ormuz: gdy ponad 3000 kontenerów
utknęło w Karachi, a składki ubezpieczenia od ryzyka wojennego wzrosły z około 0,12% do
prawie 5%, transport morski do Iranu stał się nieopłacalny. Korytarze — jeden z nich
skraca przejazd do irańskiej granicy do dwóch–trzech godzin — umożliwiają dotarcie do
Iranu drogą lądową towarów z państw trzecich, w tym z Chin, całkowicie poza zasięgiem
blokady morskiej. Blokada nie może zatrzymać ciężarówki w Beludżystanie.
I, co najważniejsze, pieniądze opuściły dolara. To zmiana, która najbardziej bezpośrednio
podcina narzędzia Bessenta i zasługuje na zrozumienie w kategoriach mechanicznych.

Powód, dla którego amerykańskie sankcje finansowe są tak groźne, polega na tym, że
większość światowego handlu — przede wszystkim ropą — tradycyjnie rozliczano w
dolarach, a płatności dolarowe muszą przechodzić przez banki powiązane z USA, które
Waszyngton może kontrolować. Iran i Chiny po prostu przestały korzystać z tej rury. Iran
sprzedaje obecnie ropę Chinom — które kupują ponad 80% irańskiego eksportu morskiego
— rozliczaną w chińskich juanach, za pośrednictwem chińskiego Cross-Border Interbank
Payment System (CIPS), sieci rozliczeń w renminbi, którą Ludowy Bank Chin zbudował w
2015 r. właśnie po to, aby przesyłać pieniądze przez granice bez dotykania zdominowanej
przez USA infrastruktury rozliczeń dolarowych i SWIFT. Transakcja, która nie dotyka dolara
i nie przechodzi przez bank powiązany z USA, jest transakcją, której Waszyngton nie może
łatwo zobaczyć, zamrozić ani zablokować. To nie jest obchodzenie sankcji na marginesie; to
usunięcie samego zacisku.
Skala zmiany jest widoczna w infrastrukturze rozliczeniowej. Wolumen transakcji CIPS
gwałtownie wzrósł wraz z rozpoczęciem wojny, osiągając około 178,5 mld dolarów w
pojedynczym dniu w marcu 2026 r., a Atlantic Council GeoEconomics Center odnotował
wzrost dziennych przepływów CIPS z przedziału 85–105 mld dolarów do ponad 130 mld
dolarów, zbiegający się z konfliktem. Z systemu korzysta obecnie ponad 100 państw.
Chińskie rafinerie kupują irańską ropę za pośrednictwem pośredników i banków
niedolarowych, a uzyskane środki utrzymują na kontrolowanych rachunkach w juanach,
wykorzystywanych do płacenia za chińskie towary i usługi wykonawców — tworząc
zamkniętą, wolną od dolara pętlę, która utrzymuje przepływ dochodów Iranu z ropy i w
dużej mierze pozostaje poza amerykańskim zasięgiem.
Połączmy te zmiany, a obraz strategiczny odwraca się. W 2015 r. Stany Zjednoczone
naciskały na szczelnie zamknięte pudełko, którego jedyne wyjścia prowadziły przez ich
banki. W 2026 r. naciskają na pudełko z otwartą pokrywą i tylnymi drzwiami wyciętymi
prosto w ścianie finansowej.
Łatwo ulec pokusie, by odczytać zbliżenie Iranu, Rosji i Chin jako produkt obecnej wojny —
małżeństwo z rozsądku zawarte pod ostrzałem. Zapis wydarzeń mówi co innego, ponieważ
zmienia to, co owo zbliżenie oznacza dla amerykańskiej strategii.
Pierwsze trójstronne ćwiczenia morskie — „Marine Security Belt” — odbyły się w Zatoce
Omańskiej i na północnym Oceanie Indyjskim w grudniu 2019 r., z inicjatywy Iranu. Od tego
czasu odbywają się niemal co roku, stając się stałym elementem relacji. Jednak data
wykonania zaniża skalę wcześniejszego zbliżenia, ponieważ wielonarodowe ćwiczenia
morskie tej złożoności nie powstają spontanicznie. Zorganizowanie ich wymaga — zgodnie
ze standardami zawodowymi — od dwunastu do osiemnastu miesięcy planowania przed
wypłynięciem pierwszego okrętu. Oznacza to, że prace organizacyjne dotyczące ćwiczeń z
grudnia 2019 r. przypadały na 2018 r., czyli dokładnie na okres amerykańskiego wycofania
się z JCPOA w maju tego roku.
Innymi słowy, partnerstwo wojskowe, które dziś podtrzymuje Iran, nie zostało wymyślone
w odpowiedzi na wojnę 2026 r. Zostało uruchomione, gdy załamało się porozumienie

nuklearne, i dojrzewało przez większą część dekady poprzez wspólne operacje. Wymiana
danych wywiadowczych w 2026 r., przekazywanie zobrazowań satelitarnych i dostawy
części do obrony powietrznej nie są początkiem tej relacji; są plonem zasianym w 2018 r.
To zmienia całe pytanie. Instynkt, który doprowadził Bessenta do jego planu — porzucić
wynegocjowane ramy, sięgnąć po jednostronną maksymalną presję i oczekiwać, że izolacja
wymusi kapitulację — jest tym samym instynktem, który doprowadził do wycofania się w
2018 r. A wycofanie z 2018 r. właśnie przyspieszyło dryf Iranu w stronę dwóch mocarstw,
których współpraca jest niezbędna każdemu skutecznemu reżimowi sankcyjnemu. Strategia
nie tylko przegrywa z osią Rosja–Chiny–Iran. Wcześniejsza wersja tej samej strategii
pomogła tę oś zbudować. Maksymalna presja zastosowana wobec państwa mającego
chętnych partnerów wielkich mocarstw jest częściowo samobójcza: wytwarza właśnie to
zbliżenie, które później neutralizuje jej skuteczność.
Administracja uważa, że jej najmocniejszą kartą jest blokada, twierdząc, że przyniosła ona
realne straty: Departament Skarbu Bessenta szacuje około 4,8 mld dolarów utraconych
dochodów Iranu z ropy. Jednak sama konstrukcja blokady ujawnia pułapkę. Blokada
morska jest narzędziem kontroli morza; cała jej teoria przymusu zakłada, że właśnie
morzem cel prowadzi handel. Gdy tylko partnerzy Iranu otwierają trasy lądowe —
pakistańskie drogi na wschód oraz istniejące od dawna połączenia kolejowe i drogowe na
północ, przez Morze Kaspijskie i Międzynarodowy Korytarz Transportowy Północ–Południe
— blokada staje się murem z odsłoniętym bokiem. Pakistański most lądowy nie pojawił się
mimo blokady; pojawił się właśnie z jej powodu, dokładnie tak, jak dostosowuje się
państwo objęte sankcjami, gdy ma chętnych sąsiadów. Ta sama logika dotyczy pieniędzy:
finansowa blokada obchodzona przez dolara jest blokadą bramy, z której ruch już nie
korzysta.
Jest jeszcze jeden problem, tym razem fizyczny, a nie koncepcyjny: Marynarka Wojenna USA
może nie mieć wystarczającej głębi logistycznej, by bezterminowo utrzymywać
kompleksową blokadę, niezależnie od deklaracji jej dowódców. Blokada jest jedną z
najbardziej zasobochłonnych misji, jakie może prowadzić marynarka — wymaga stałego
utrzymywania okrętów na stanowiskach, co oznacza ich ciągłe zaopatrywanie w żywność,
paliwo i amunicję. Zadanie to należy do sił logistyki bojowej, które zostały osłabione.
Szybkie okręty wsparcia bojowego (T-AOE) — wielozadaniowe jednostki przewożące
jednocześnie paliwo, amunicję i zaopatrzenie, zdolne do działania wewnątrz grupy
lotniskowca — zostały zredukowane z czterech do dwóch od połowy lat 2010., czyli
dokładnie do tego typu okrętów, którego najbardziej potrzebuje odległa, długotrwała
blokada. Pozostała flota zaopatrzeniowa nie zwiększyła liczebności, starzeje się, a jej
odnowienie jest opóźnione o lata.
Infrastruktura brzegowa, która dawniej kompensowała te braki, dziś zniknęła. Przez
dziesięciolecia Naval Support Activity Bahrain skupiała magazyny, nabrzeża, obsługę
techniczną i funkcje zaopatrzeniowe V Floty w niewielkiej odległości od obszarów działań w
Zatoce. W pierwszych dniach wojny irańskie pociski i drony szturmowe zniszczyły znaczną
część tej bazy — a ponieważ Fujairah w ZEA i inne porty regionalne znalazły się w zasięgu

irańskich pocisków i nie nadawały się do bezpiecznego uzupełniania zapasów, Marynarka
została zmuszona do przeniesienia głównego węzła logistycznego na Diego Garcia, wyspę
administrowaną przez Wielką Brytanię, około 2200 mil od miejsca działania grup
lotniskowców. Krótka sieć zaopatrzeniowa w Zatoce w ciągu jednej nocy stała się narażoną
na zagrożenia morską linią zaopatrzenia długości 2200 mil.
Konsekwencje są udokumentowane i — według własnych przyznań Marynarki — poważne.
Wiceadmirał Douglas Verissimo przyznał, że utrata Bahrajnu spowodowała duże zaległości,
które zmusiły flotę do priorytetowego traktowania dostaw żywności, przyznając, że
zaopatrzenie i poczta były „przez jakiś czas ekstremalnie złe” i „nadal nie są dobre”.
Lotniskowiec USS Abraham Lincoln — zbliżający się do dziewięciu miesięcy rozmieszczenia,
z około 5000 marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej, ponad 200 dni bez swobodnego
zejścia na ląd — stał się widocznym symptomem problemu; relacje opisywały niedobory
żywności, środków higienicznych, poczty, a także problemy z działającą instalacją wodno-
kanalizacyjną i pralnią, a w najgorszych doniesieniach również niepokoje i próby
samobójcze na pokładzie. Gdy Marynarka nie potrafi niezawodnie wyżywić załogi swojego
flagowego lotniskowca na 2200-milowej linii zaopatrzeniowej, twierdzenie, że może
„bezterminowo” egzekwować hermetyczną blokadę każdego irańskiego portu, zderza się z
arytmetyką jej własnej floty zaopatrzeniowej. Blokada jest tak trwała, jak logistyka, która ją
podtrzymuje, a ta została rozciągnięta do granic możliwości — aż po problemy z
wyżywieniem załogi.
Nie twierdzę, że Iran nie odczuwa bólu z powodu sankcji. Sankcje z dziurami nadal są
sankcjami; państwo handlujące za pomocą konwojów ciężarowych i obejść w juanach płaci
wysoką „daninę efektywności”, sprzedaje ropę z dużym dyskontem i żyje w chronicznym
tarciu, którego normalna gospodarka nie zna. Zapowiadane przez Bessenta sankcje wtórne
— zmuszające zagraniczne banki i firmy do wyboru między Iranem a dostępem do
amerykańskiego systemu finansowego — mają właśnie podnosić koszt korzystania z tych
drzwi, a narzędzie to zachowuje pewne zęby wszędzie tam, gdzie kontrahent nadal ceni
dostęp do dolara.
Dwa znane zastrzeżenia są jednak słabsze niż jeszcze rok temu. Pierwsze to twierdzenie, że
dominacja dolara czyni obejście przez juana marginalnym. Jest ono prawdziwe jako
stwierdzenie globalne i fałszywe jako stwierdzenie operacyjne: renminbi nadal stanowi
niewielką część światowych rozliczeń, a CIPS pozostaje mniejszy od SWIFT i w dużej mierze
nadal korzysta z SWIFT jako warstwy komunikacyjnej, więc jest to obejście dolara dla
zdeterminowanych użytkowników, a nie zastąpienie dolara. Ale Iran nie musi obalać
dominacji dolara. Potrzebuje jednego niezawodnego kanału, którego Waszyngton nie może
kontrolować, a w rozliczanej przez CIPS sprzedaży ropy za juany do Chin ma właśnie taki
kanał. Punkt systemowy i punkt dotyczący Iranu to dwa różne pytania, a o powodzeniu
planu Bessenta decyduje tylko to drugie.
Drugie zastrzeżenie dotyczy twierdzenia, że Pekin i Moskwa jedynie zabezpieczają swoje
interesy i nie będą rzeczywiście wspierać Iranu. Na początku wojny była to konwencjonalna
opinia w Waszyngtonie; dziś znacznie trudniej jej bronić. Dane wywiadowcze o położeniu

amerykańskich okrętów przekazywane w czasie rzeczywistym, zobrazowania satelitarne na
tyle poważne, że doprowadziły do amerykańskich sankcji wobec chińskich firm, naprawa i
uzupełnianie obrony powietrznej oraz naftowa linia życia w juanach nie są gestami państw
trzymających Iran na dystans. Są działaniami partnerów aktywnie pomagających Iranowi
pozostać w walce. Pozostają ograniczenia — Chiny nadal starają się uniknąć otwartego
zerwania handlowego z Waszyngtonem, a Rosja odmawia wysłania sił bojowych — ale nie
zatrzymało to przepływu konkretnego wsparcia, które osłabia amerykańską presję.
Po rozważeniu obu stron teza artykułu się utrzymuje, a po uzupełnieniu obrazu staje się
jeszcze mocniejsza: plan Bessenta, mający zmusić Iran do kapitulacji poprzez
bezprecedensowe sankcje, został zaprojektowany dla świata, który zakończył się gdzieś
między 2018 a 2026 r. Instrument, który działał w 2015 r., działał dlatego, że izolacja była
całkowita, a pieniądze nadal płynęły amerykańskimi rurami. Dziś żaden z tych warunków
nie jest spełniony i żadnego z nich nie można przywrócić wyłącznie działaniem USA,
ponieważ decydujące zmienne — gotowość Rosji, Chin i Pakistanu do utrzymywania
fizycznych drzwi otwartych oraz migracja irańskich dochodów z ropy do juanów
rozliczanych przez CIPS — znajdują się poza kontrolą Waszyngtonu. „Maksymalna presja”
może powodować maksymalny ból; załamanie waluty tego dowodzi. Nie może jednak
niezawodnie doprowadzić do kapitulacji, ponieważ państwo, które importuje przez
pakistańskie drogi, finansuje się poprzez bank BRICS, sprzedaje ropę za juany poza
zasięgiem dolara i walczy pod osłoną, którą pomagają odbudowywać Moskwa i Pekin, ma
przestrzeń do przetrwania, której Iran z 2015 r. nie miał.
Prawdopodobnym rezultatem nie będzie więc kapitulacja, lecz Iran jeszcze silniej związany
ze Wschodem — osłabiony, ale nie złamany — który wyjdzie z kryzysu związany z
mocarstwami, których współpraca jest właśnie tym, czego Stany Zjednoczone
potrzebowałyby, aby skutecznie go dusić. Najgłębszą ironią operacji „Economic Fury” jest
to, że im mocniej Waszyngton naciska na zamkniętą stronę pudełka, tym szybciej Iran
wychodzi przez otwartą. Bessent może jeszcze ogłosić środki, jakich świat nigdy nie widział.
Nie może jednak ogłosić świata, w którym Iran nie ma już dokąd pójść i nie ma już żadnej
waluty, którą może handlować poza dolarem — ponieważ taki świat już nie istnieje.

Planują zastąpić Dziesięć Przykazań. Dla gojów – siedem „praw Noego”

Planują zastąpić Dziesięć Przykazań. Dla gojów – siedem „praw Noego”.

RK

Sanhedryn podnosi głowę

12 lutego 2025 roku rodzący się Sanhedryn w Jerozolimie wysłał niezwykły list do Donalda Trumpa:

„Zostałeś wybrany, tak jak Cyrus w swoim czasie, aby wypełnić niebiańską misję.”

Cyrus Wielki był królem Persji, który podbił Babilon w 539 rpne i pozwolił żydowskim wygnańcom wrócić do Jerozolimy. Według relacji biblijnej zezwolił na odbudowę Świątyni i zwrot jej świętych naczyń.

Izajasz odnosi się nawet do Cyrusa jako „pomazańca” Boga.

Cyrus nie był Żydem. Był potężnym pogańskim władcą, którego biblijna narracja przedstawia jako używanego przez Boga do ułatwienia odbudowy Jerozolimy i świątyni.

Kiedy więc żydowskie władze religijne opisują Trumpa jako współczesnego Cyrusa, powinniśmy dokładnie zrozumieć, co oznacza to porównanie.

Przez lata niektóre żydowskie ruchy religijne i świątynne kojarzyły Trumpa z Cyrusem, szczególnie po uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela. W 2018 roku Sanhedryn wybił nawet „monetę świątynną” z wizerunkami Trumpa i Cyrusa.

W liście z 2025 roku poszli znacznie dalej; po tym, jak powiedzieli Trumpowi, że został wybrany do „niebiańskiej misji”, formalnie zaprosili go do Jerozolimy, aby spotkał się z rabinami Sanhedrynu w celu ustanowienia „Międzynarodowego Boskiego Sądu – IDC” dla wszystkich narodów, opartego na siedmiu prawach Noahide.

Teraz spójrz na to, co się dzieje…

Jesteśmy świadkami niezwykłej transformacji Bliskiego Wschodu, wojny z udziałem Iranu (starożytnej Persji), ogromnych zmian geopolitycznych otaczających Izrael i coraz bardziej otwartej dyskusji ruchów religijnych na temat Trzeciej Świątyni.

W listopadzie Jerozolima będzie gospodarzem kolejnego niezwykłego wydarzenia.

W dniach 2-6 listopada przedstawiciele Noahide z całego świata mają zebrać się w Jerozolimie na „pierwszym Międzynarodowym Kongresie Noahides”.

Oczekuje się, że weźmie w nim udział prawie 100 przedstawicieli z około 20 krajów i sześciu kontynentów.

Zamierzają ustanowić kartę założycielską, Rady kontynentalne, międzynarodową strukturę organizacyjną i, co najważniejsze: pierwszy międzynarodowy Beit Din poświęcony sprawom Noahide. (Beit Din to sąd rabiniczny).

Nie można obecnie zweryfikować, czy Trump został zaproszony na to listopadowe spotkanie, chociaż – biorąc pod uwagę, że Sanhedryn zaprosił go już do Jerozolimy specjalnie w celu omówienia Międzynarodowego Sądu z siedzibą w Jerozolimie – nie byłoby dziwne, gdyby tak było.

W świetle katastrofalnej obecnej wojny z Iranem, bardzo ważne jest zrozumienie religijnego i proroczego światopoglądu ludzi opisujących Trumpa jako Cyrusa, który nie był pamiętany po prostu jako przyjaciel narodu żydowskiego. Jego historyczną rolą było usunięcie przeszkód politycznych uniemożliwiających ich powrót do Jerozolimy i odbudowę Świątyni.

Kiedy wierzenia religijne zaczynają krzyżować się z władzą polityczną, sądami międzynarodowymi, wojną i przyszłością Jerozolimy, byłoby głupotą nie zwracać na to uwagi.

Musimy dokładnie zrozumieć, czym jest siedem praw Noahide, ponieważ w tym momencie staje się to jeszcze bardziej znaczące…

noahideworldcenter.org/ru/pages/congress

Licho nie śpi, nawet na wakacjach

Licho nie śpi, nawet na wakacjach

wak

16. VIII. wpis nr 1421 Jerzy Karwelis dziennikzarazy/licho-nie-spi-nawet-na-wakacjach

Pamiętam kiedy pracowałem jeszcze w mediach korporacyjnych czas działał inaczej. Trzeba było np. w czerwcu planować akcje na wrzesień, zaś we wrześniu przygotowywać się do akcji „choinka”, bo to przecież wraz ze zdmuchnięciem świeczek na grobach nieistniejącego Święta Zmarłych dzień później wjeżdża Mikołaj z coca-coli na sankach, po listopadowym błocie. Nieświadomy niczego klient doznaje wrażenia cudu, że oto spływają na niego w listopadzie (chyba z ołowianego nieba) skrzynie choinkowych bombek, w rzeczywistości malowanych latem z wiosennych wzorów na nowy sezon. To samo jest w polityce.

Wakacyjne prace

To właśnie teraz po gabinetach i salkach, w świątyniach powerpointa pichci się całe sagi narracji do wystartowania powiedzmy na wrzesień. Rzekłem „powiedzmy”, bo tu – jak w konsumpcji – kto pierwszy ten lepszy, tak jak w innych krajach, np. bez cezury tzw. Święta Zmarłych bożonarodzeniowe święta konsumenckie zaczynają się już w październiku.

Tu też, w polityce, pewne formy kampanii wyborczych zaczynają się już zaraz po święcie demokracji, jakim jest elekcja. Ale jest jedno ograniczenie – nie można zaczynać za wcześnie, bo nikt nie jest w stanie utrzymać (i wytrzymać), oraz zwiększać, bo na tym polega zabawa, wzmożenia wyborczego zbyt długo. Takie napięcia wytrzymują tylko nieliczni, a i ci lądują w grupach o podejrzanie wysokim stanie pobudzenia, które w długoterminowym horyzoncie stawia je w pozycji ostatecznej frustracji. A więc i z tą naszą kampanią wyborczą trzeba ostrożnie, nie na pałę, bo można przedobrzyć.

To plany, ale jak z wleciana rakietą, czy felonią Morawieckiego przydarzają się wypadki, które trzeba łapać jak talerze ze spadającego stołu. Tu nie można nic zaplanować, trzeba mieć tylko albo dyżurujące zespoły kryzysowych narracji, albo nowe narracyjne przykrywki. Albo i to, i to. W sumie na przykład pucz Morawieckiego został medialnie użyty przez Tuska do przykrycia i rakiety, i szpitala. Czyli obu spraw, za które każdy porządny rząd wyleciałby na kopach opinii publicznej. Ta zaś w Polsce jest magnesowana w obie strony mniejszym złem, co prowadzi do tego, że Tusk, który już sam nie ma nawet zmyślonych argumentów na swoje rządzenie, ma dzisiaj ponad 30% poparcia. W sumie wyjście Brauna na skrzydło prawicowe oraz rozczłonkowanie PiS-u po wyjściu Morawieckiego to kłopot dla… Tuska. Nie można już straszyć swego elektoratu Kaczyńskim, bo on traci na znaczeniu. I dlatego za Czarnego Luda wyznaczono w mainstreamie Nawrockiego. Ktoś musi być uosobieniem naszych trosk i winnym niepowodzeń.

Jako się rzekło kampania na następne wybory zaczyna się zaraz po zakończeniu tych poprzednich, ale tu nie chodzi o kampanijne wytryski, afery, czy jakieś sensacje. Po prostu ustala się zaraz po wyborach stały trend, kilka tematów, które w rozpisanych scenariuszach narracyjnych będą powoli osłabiały przeciwników, po to, by na kocówce dopalić całą sprawę – zbiera w ten sposób prochy, by rzucić na nie parę iskier na samej końcówce. Nie można się przecież wystrzelać z sensacyjnych niespodzianek na samym początku, odpali się dopalacze w ostatniej chwili, by przeciwnik nie zdążył zareagować.

Proponuję teraz byście Państwo zamknęli oczy i wzięli mnie za rękę, a spróbuję Was poprowadzić do tych salek, byśmy wspólnie wykoncypowali co tam się dzieje na tych przed-narracyjnych, kampanijnych naradach. Tam praca wre w kilku kierunkach. Po pierwsze pichci się swoje wątki na poszczególnych przeciwników, na różnych – różne. Po drugie, próbuje się przewidzieć narracje przeciwników i znaleźć na nie swojej odpornościowe kontrnarracje. Trzecim elementem jest przygotowanie się do szybkiego reagowania na nieprzewidziane wypadki, które niesie los i złośliwi przeciwnicy.

Jest więc sporo roboty i widzicie państwo, że, nawet na wakacjach, rządzenie to trudna sprawa. Tak trudna, że ta cała zabawa w opowiadanie ja to się rządzi (lub rządziłoby, gdyby się miało władzę) jest zadaniem tak absorbującym, że… zapomina się o samym rządzeniu. Stąd u władzy (oprócz większości kompletnego gamoniarstwa) za państwowotwórczych geniuszy robią odpustowe cyrkuśniki, co to zagadają i rozśmieszą każdy tłum, a najprędzej odwrócą uwagę od podatkowego kieszonkowca, który w czasie tych różnych widowisk ku uciesze ludu, przetrzepuje sakiewki przejętym widzom.

Tuskowe opowieści

Dobra, otworzyliśmy te drzwi i co widzimy? Mamy rządzących – tu, jak mówił towarzysz marszałek Czarzasty: „jak nie idzie, to nie idzie”. A nie idzie. Rząd sobie nie radzi nawet w sondażach, zaś jego twardy elektorat trzyma w kupie już chyba tylko mieszanina nienawiści do PiS-u, wzbudzana nadzieja na PiS-u rozliczenia i chyba konieczność trzymania się tego konia, na kogo się postawiło dwa lata temu, bo inaczej trzeba by było się przed samym sobą przyznać, że się postawiło na kompletną szkapę. Tuski wykańczają Polskę w sposób metodyczny, jak to przy kakistokracji (rządach najgorszych, acz szalonych), nastawiając swoich przeciwko wmawianej im ochlokracji (czyli rządom motłochu, za jakiego Tuskowi uważają prawicę). Ceną za pogorszenie warunków życia, również zauważalną dla wiernych Tuskowi, miał być symboliczny spektakl rozliczeń z PiS-em, ale impreza nie wyszła, choć tylko na tym skupił się calusieńki aparat wymiaru sprawiedliwości. Jest więc źle, ale nie takie rzeczy przykrywa się wrzutkami.

A tu przydarzyła się afera ze Szpitalem Południowym. Jak to mówią w kryminalnej – rozwojowa. Stanowski, oskarżany przez to o pisizm (tu proszę koleżeństwa, nie ma przypadków) zrobił z redaktorem Słowikiem serial w odcinkach. Nie jest to jedne bum!, ale cała seria. Coraz to spadają narracyjne drony z różnych kierunków i dymią trafione całe rafinerie obłudy rządzących. Widok jak z Moskwy czy Kijowa. Obszar wypadł dla Tuska fatalny, bo to każdy się z tym zetknął i przygoda Polaka ze służbą zdrowia to całe traumatyczne epopeje, każdy ma tu swoje określone doświadczenia i opowieści do porównania. Nie jest to więc jakaś aferka gdzieś, choćby u państwa w „stolycy”. To jest cała Polska i nie trzeba tu powszechnych śledztw, by wszyscy wiedzieli, że to również o nich. Co prawda Tuski próbują znowu grać na podział – tym razem wychodzi na konflikt lekarze kontra pacjenci, ale to już gruby numer. Bo pacjentów jest więcej i nawet – uwaga, uwaga! – są oni i w gronie zwolenników Platformy. Bez szans jednak na VIProom.

Temat jest więc dla Tuska fatalny i można na nim dojechać do wyborów, ale jak zwykle rzeczywistość wzmagana przez media dostarcza codziennie tematów przykrywkowych. Jedna okoliczność jest tylko dla Tusków dogodna, choć dla społeczeństwa i tak fatalna. PiS grał na to, że ten Szpital Południowy to nie wypadek przy pracy, jak chce Platforma, ale znaki erozji systemu zdrowia. Tylko, że PiS chce, by zamiast zwalniać radę nadzorczą w feralnym szpitalu, wywalić cały rząd za zaniedbania, a co najmniej panią minister o niezapamiętywalnym (co za szczęście dla kobitki) nazwisku.

Czyli, że winien jest system – tak uważa PiS – i wszędzie po Polsce czai się (może już nie tylko) potencjał dojenia szpitali na lewe fakturki, podpisywane w zaciszu VIP roomów. Tyle, że pomnik polskiej służby zdrowia to dzieło wykuwane przez każdą z ekip rządzących III RP. Jest to więc praca zbiorowa. I platformiarze coraz częściej wytykają to pisowcom. Tylko – i tu wracamy do początkowego zastrzeżenia – co nam, pacjentom z tego?

Lud wyborczy w swej bardziej świadomej, albo i bardziej sfrustrowanej, części elektoratu dał bowiem w wyborach na Nawrockiego wyraźny sygnał, że zabawa w popisowego dupniaka nic temu narodowi nie daje. „Ksiądz wini pana, pan księdza, a nam biednym zewsząd nędza”. Co z tego, że się (w coraz nudniejszy sposób) kłócą, jak poziom życia nam się obniża?

Do tego doszedł obecnie temat okradania powodzian. Moim zdaniem, przy całych proporcjach to coś w rodzaju okradania z pomocy, również militarnej, walczących Ukraińców w wykonaniu tamtejszych oligarchów. Tam żeśmy się pukali w głowę jak lud może akceptować przekręt o takim ładunku już etycznym. Okazało się, że może. I my, ci z wyższością do uczących się demokracji Ukraińców, też ten temat odpuścimy. Tak, nawet okradanie powodzian nas nie wzruszy. Temat tez jest rozwojowy, PiS tego nie pociągnie, bo się wewnętrznie gryzą, nie odłoży tego na kampanię, bo i lud uśmiechnięty doszedł już do takiej nienawiści do prawicy i wyparcia wobec faktów szkodzącym jego wybrańcom, że zagłosuje na tych, którzy okradli ludzi pozbawionych dachu nad głową. I żeby nie było – zapętlenie wojny polsko-polskiej jest tak duże, że nie zdziwię się, że taka Nysa zagłosuje na Tuska, tak jak to zrobili wcześniej mieszkańcy Turoszowa, Ełku, czy Świnoujścia. A jest to temat mocno rozwojowy, gdyż pokazuje nie tylko pazerność rządzących, ale kryształowy przykład „układu zamkniętego” małych ojczyzn, gdzie niepartyjna sitwa lokalnych cwaniaczków obrotowo rozgrywa kolejnych rządzących w kontynuowanym od lat procesie ssania publicznej kasy.

Ukraina jako przykrywka

Uważam, że ten niewdzięczne obszary musiały być koniecznie przykryty i tu Donaldowi jak z nieba spadła afera z Orłem Białym. To tu jest prokurowana przykrywka, która dojedzie do wyborów (nawet, a może zwłaszcza, jak te odbędą się przed terminem). Tak – wojenka werbalna z Ukrainą to niewyczerpalna kopalnia wątków, zwłaszcza, że – w przeciwieństwie do Polaków – Ukraina ma tu wszystko ładnie rozpisane, ma inicjatywę, zaś my tylko reagujemy, łapiąc, a częściej nie łapiąc, spadające z narracyjnego stołu talerze. Kijów więc dostarczy nam tu ekscytacji. Mimo tego, że sytuacja wydawałaby się dla Donka trudna, wszak lud popiera ruch Nawrockiego z Orderem. Po pierwsze to poparcie zaczęło być erodowane przez platformianą kontrofensywę. Wątek jest taki, że oni tam walczą, a my tu im jakieś groby wypominamy, nie tylko metalowy order. (Zresztą Zełenski wybawił Tuska z kłopotu: ukraiński prezydent po prostu zwrócił swój order, a więc dało się uniknąć wojenki o kontrasygnatę do decyzji Nawrockiego, a tu Donek nie miał dobrego wyjścia. Teraz nie musi nic robić i się tłumaczyć z dowolnej swej decyzji. Sprawa po prostu zniknęła).

To normalne odwojowywanie narracji. Ale Tusk dobrze kombinuje – wtłacza swojemu twardemu elektoratowi, że Nawrocki to nóż w plecy Ukrainie i tuskowy elektorat, po pierwszej chwili słabości zrozumienia w sprawie orderu, już wraca na stare tory. A więc temat ukraiński jest i dobrą, i bezpieczną przykrywką tematu szpitalnego, gdzie Tusk ma same słabości. A jak Tusk utrzyma swych twardzieli i jeszcze dodatkowo wyssie już resztki po PSL i Hołowniach, to będzie miał na ordynacji z progiem wyborczym wystarczający zapas, by powalczyć o władzę. Do tego potrzebne mu jeszcze tylko pójście prawicy w rozbiciu i kolega D’Hondt zrobi z mandatami co trzeba. Dostanie władzę jedna duża lista, bo tak ten system rozdaje preferencje, nawet przy takiej samej liczbie głosów. Będzie więc jechane „na Ukrainu”, zwłaszcza, że tu – jak praktycznie ze wszystkim – można w dowolnym momencie wytknąć pisowcom, że przecież i tu są współwinni, tak jak ze służbą zdrowia, gdyż Tuski prowadzą tu pełną ciągłość racji stanu POPiS-u.

Stąd też wziął się wątek poboczny – rozbudowa narracji o tym, że Polacy biją Ukraińców. Jacy tam Polacy? Prawacy! To Kaczyński z Braunem i Bosakiem kopią bezbronne dzieci po piaskownicach. Przecież to jasne. Nawet jak tego nie robią bezpośrednio (bo się spocą?) to napuszczają na to krewkich Polaków, ten odłam prawacki, za którego mają się przed światem wstydzić kosmopolityczni „młodsi, wykształceni, z wielkich ośrodków”. Tu nie ma przypadków – każde ze zdarzeń – trzeba wstawiać pomiędzy dwa bieguny wojny plemiennej. Ukraiński temat Tusk odwojuje stygmatyzując wszelkie, nawet tylko narracyjne pomysły na inne ułożenie się z Ukraińcami – mamy się wypruwać choćby i z Pershingów i schodzić z drogi na chodniku. Jeśli tego nie zrobimy, to jesteśmy poza społeczeństwem cywilizowanym, czyli jesteśmy tą okropną prawicą, co to szumi na stadionach, że wszystkim właduje, a stać ją tylko na szarpanie ukraińskich dzieci za tornister.   

Ważny też będzie aspekt międzynarodowy sprawy ukraińskiej. Do tej pory nie mogę dojść do tego, czy Zachód uważa nasze nagłe spory z Ukrainą za ważne, albo tylko zrozumiałe, czy będzie grał, że to kolejna aberracja przewrażliwionych Polaków. Dla Zachodu w ogóle te słowiańskie spory to jakieś waśnie ludów prymitywnych, podzielonych na państwa wedle jakichś niezrozumiałych kryteriów, gdzie wszyscy powinni oddać się pod jedno berło (kiedyś Rosji, dziś Unii), ale tylko jak dorosną i to pod stałym nadzorem. To tu, pewnie przez tych Słowian, odbywają się europejskie i światowe wojny. A na Zachodzie wiedzą oni o nas tyle, co my, powiedzmy o, i dla nas egzotycznych, waśniach w kotle bałkańskich plemion.

Co Zachód myśli o tym konflikcie można się dowiedzieć z polskich mediów. Dowiadujemy się więc dwóch różnych prawd, w zależności, do którego z plemiennych mediów się zwrócimy. A aspekt ten jest ważny wyborczo, bo Polacy, ci zakompleksieni, zawsze przedwyborczo podglądają Zachód, co też on tam o nas nie myśli, jakby miał myśleć o czym innym, niż o własnym interesie. I tak – z mediów rządowych wychodzi, że Zachód patrzy z politowaniem na harce Nawrockiego, od czego cierpieć ma nie tylko Ukraina, nie tylko kolejne wersje koalicji chętnych, ale i sama Polska. Wykazywane jest nam połączenie naszej niewdzięczności z przewrażliwieniem na tematy pomijalne. Psujemy wszystko, a właściwe to psuje nasz prezydent, zaś Donek się z tym męczy, ale co ma zrobić biedaczek? I dlatego, w kwestii ukraińskiej, Tusk się ustawił w roli ubolewającego arbitra, który – uwaga! – obu prezydentów (ukraińskiego i polskiego) upomina z troską o rewizje priorytetów. Tusk więc nie będzie tu zajmował do końca stanowiska, gdyż w ten sposób nie chce sobie palić mostów do tych wyborców, co TO obstają przy decyzji Nawrockiego. W ten sposób i pełowiec będzie miał rozgrzeszenie, że kiedyś w tej (i tylko tej!) sytuacji poparł KIEDYŚ prezydenta, co okazało się nie było felonią, gdyż i Donek tu się zachowuje asertywnie.

Pisowskie żaby

Znowu media plemienne, umownie zwane prawicowymi, mówią nam co innego – że świat się obudził. Zobaczył po raz pierwszy co to za gagatki ci Ukraińcy. I ponoć dlatego teraz Zełenskiemu na szczycie NATO w Ankarze pokazali, nie dali wystąpić, z sali obrad pogonili. Terefere… Może i dla szerszej publiki z tą Ukrainą to zaskoczenie, ale nie dla rządzących w Europie. Ci jak będą chcieli użyć Wołynia jako pały na Ukraińców, to użyją, na razie nie ma na to pogody. I pała nie zostanie wyciągnięta. Film Międlara „Sąsiedzi” bije rekordy na platformie Prime, a więc wielojęzycznie coś się tam na Zachodzie dzieje. Ale lud, nawet zachodni, sobie, a władze sobie. Wiadomo – jak u nas.

A co ma Zachód zrobić Zełenskiemu za Wołyń, nawet za UPA? Nie dać broni, ani pieniędzy? Za to? Za pamięć i symbole, obie rzeczy, z których Europa systemowo zrezygnowała? Jakby się miało Ukrainę pogonić, to by się to może i wyciągnęło, ale nie teraz – teraz Ukraina jest szykowana przez Niemcy do wiecznego przedpokoju do Unii, gdzie wszyscy – oprócz Polaków i prostego ludu ukraińskiego – mają skorzystać. I Niemcy, i USA, i korpo. Nawet – uwaga, uwaga! – Rosja. Nie ma się co więc ładować na serio historią, że świat zobaczył i teraz Zełenski będzie się czuł jak niepyszny. I czemu miałby się tu jakoś Zachód stawiać Ukrainie, jak marudzący o historii i grobach śmierci Polacy sami w tym samym czasie drugą ręką podpisują się pod wielomiliardowymi darowiznami dla Kijowa i wysyłają tam swoje rakiety, których wcześniej odmówili samemu Trumpowi w izraelskiej potrzebie? Tak się więc obejdzie do wyborów wątek międzynarodowy w konflikcie polsko-ukraińskim.

PiS ma na po wakacjach poważny problem. Fiasko misji Czarnka pt. odwojowujemy od Brauna naszych pogubionych pokazało, że w partii Kaczyńskiego nie ma pomysłu na samą siebie. Do tego jeszcze felonia Morawieckiego każe już na wakacjach, zamiast odpoczywać, wzmóc działalność programową i wymyśleć się od nowa po staremu. Trudno więc prowadzić kampanię idąc wąską ścieżką pomiędzy przepaściami. Jedna przepaść to wola prezesa, by się nie przyznawać do jakichkolwiek błędów za czasów PiS-u. Tu wszystko było ok, żeby się ziemia paliła.

Ale mamy i drugą przepaść, po drugiej stronie kampanijnej ścieżyny. To wola ludu, również pisowskiego. Od zwycięstwa wyborczego Nawrockiego PiS-owi szło tylko gorzej. Stracił PiS od wtedy co trzeciego wyborcę. A miało być odwrotnie – nawet po wyborach na prezydenta mówiono coś o klęsce Tuska na poziomie wręcz samorozwiązania się rządu. A tu taka niespodzianka: przegrany Tusk zyskał, zaś zwycięski PiS wszedł na równię pochyłą na poziom 20% poparcia. I PiS nie wie co ma zrobić.

Wyraźnie nieudana akcja Czarnka pokazała, że walenie głupa, oskarżając Tuska o procesy, które PiS sam zapoczątkował, to nie jest ulubiony sport Polaków. Bo gdyby PiS po zwycięstwie Nawrockiego stanął w prawdzie, pozwalał na kowid i Putina, ale przede wszystkim, nawet i pozornie, ulokował źródło nowego otwarcia w pałacu prezydenckim, to nie miałby obecnych kłopotów z poparciem, a tym bardziej z kampanią. Rachunek sumienia i ekspiację za grzechy wtedy trzeba było zrobić, zaraz po zwycięstwie Nawrockiego. Teraz już by było po herbacie, a tu na rok przed wyborami walić się w pierś, to trochę za późno. PiS więc będzie brnął w narrację „Polacy, nic się nie stało!” i fur Deutschland w stosunku do Tuska. Nic więc nowego nas tu nie czeka.

PiS ma gotowe w szufladzie kilkanaście ustaw ratunkowych na przejęcie rządów, ale to nie program do opowiadania, tylko zastopowanie systemowych szkód, a z tego nie ulepi się pozytywnej opowieści kampanijnej. Dla wyborcy wizja, że zatrzyma się krwotok, to żadna opowieść, on chce posłuchać jak będzie leżał z campari, na leżaku pod palmą, jak tylko dobrze zagłosuje. A to oznacza, że PiS może i wie jak zatrzymać konie nad przepaścią, ale nie wie gdzie nimi później powozić, no, chyba, że w kierunku starej drogi z lat 2019-2023, a za tę destynację to PiS-owi wyborcy już raz podziękowali.

PiS-owi grozi narracyjna powtórka z rozrywki, błędów z końcówki poprzedniej kampanii. Będzie znowu atakował swoich jedynych potencjalnych koalicjantów. To już jest jakiś nałóg. Te czas się skończyły, to uchodziło jak się rządziło samemu. Teraz znowu nie mogą się powstrzymać, żeby nie zaatakować Konfederacji, o Koronie nie wspominając.

A przecież – co widać było po wyborach na Nawrockiego, jak i po obecnych sondażach – lud po takich atakach nie dość, że nie przepłynie do PiS-u, ale wręcz od niego odpłynie. Ale widać, że determinacja do powtarzania tych samych błędów jest tam przemożna. Deklaracja Kaczyńskiego o odrzuceniu Brauna jako podmiotu politycznego wcale nie przysporzyła Kaczyńskiemu popularności. Wychodzi na to, że Kaczyński o tym wie, a więc nie robi tego dla swego elektoratu (zwycięstwa?), tylko realizuje czyjeś interesy, choćby i amerykańskiej ambasady, odzianej w talmudyczną czapeczkę amerykańskich interesów w postaci dual-use, przedstawiciela dwóch państw w jednej ambasadorskiej osobie.

Konfy obie

Konfederacja to wielka niewiadoma. Partia dwóch liderów, którzy nie rozmawiają ze sobą dobrze nie wróży. Można tę jedność utrzymywać taktycznie na czas wyborów, ale z perspektywą rozpadu zaraz po wyborach i rozejścia się – uwaga! – może i do dwóch przeciwnych plemion. Oczywiście to zależy od wyniku wyborczego i rachunku konstruowania większości, chyba – tak mówią wszystkie prognozy – na żyletki. Ale o tym wiedzą i wyborcy Konfederacji. Wiedzą, że mogą głosować na partię, która się po wyborach może rozejść w koalicję wcale przez nich, wyborców, nie wymarzoną. Kampanijnie sprawa jest prosta – będzie przekaz atakujący POPiS, na co argumenty walają się wszędzie. Konfederacja wydała z siebie zalążki programowe, z czym jeździ po kraju, pokazując swoje kompetencje i ludzi, budując struktury, wykorzystując peregrynacje programowe do wzmacniania struktur terenowych. Obie partie plemienne tu przysypiają, okazuje się, że tłuste koty to także opozycja.

Koronie diabeł dzieci kołysze. Właściwie wszystko się dobrze jej składa. Cały mainstream dostarcza argumentów na jej korzyść i dowodzi popisowych więc rozmiarów degeneracji elit. I polityka wewnętrzna, i zewnętrzna to pasmo porażek III RP, uzasadniających podstawowy postulat Korony – trzeba odzyskać niepodległość. Pewnym niuansem będzie dla Korony wskazywanie na Konfederację jako część układu, co przychodzić będzie coraz łatwiej, mimo wyraźnych inklinacji obu liderów Konfederacji – Mentzena i Bosaka – do anty-establishmentowego ekstremizmu. Kolejnym wyzwaniem będzie przed Koroną nie tylko kampanijna narracja, ale brak swoich kanałów komunikacji. W ten sposób obie plemienne, ale i mainstreamowe platformy będą w dużej mierze decydowały które z koronnych narracji przedostaną się do publiki, co może być taktycznym obciążeniem braku zarządzania nie tyle narracją, co jej dystrybucją.

Morawieccy harcerze

No i tu, a jakże w wakacje, bo – jako się rzekło – licho nie śpi, nagle wybuchła afera z odejściem z PiS-u grupy Morawieckiego. Strony obwiniają się nawzajem. Że PiS mówi o felonii, to jasne – takie są, pani kierowniczko nieubłagane prawa natury – ja się do zakonu PC zaczęło wpuszczać z zewnątrz, w celu oczywistego rozszerzenia elektoratu i inkorporacji, nowych liderów, to się ma tego skutki: starzy muszą się posunąć, młodzi, a właściwie nowi się przepychają i nieszczęście gotowe. Albo to nowe zostanie zjedzone przez kooptujący organizm, albo wypchnie on nowych na margines. To normalne procesy i tu objawia się jednocząca i równoważąca rola lidera. Nie wyszło, ale też nie mogło wyjść, bo tego się nie dało poskładać. Feloniści od Morawieckiego na to zwracają uwagę – na zastałość układu i jedyną dynamiczną frakcję w „starym” PiS – ziobrystów – którzy jako młodzi ułożeni ze starymi w PiS-ie namówili ponoć prezesa do pozbycia się Mateuszowych konkurentów.

Ten element, wzmocniony ordynacją według D’Hondta, która faworyzuje duże partie kosztem rozdrobnionych obozów, daje zwiększenie szans na rządy Tuska. Ten korzysta na tym rozbiciu i choć słabnie w sondażach do poziomu twardego elektoratu, to może dostać tym samym szanse przy zielonym stoliku przeliczania głosów na mandaty. Jest to niewątpliwy prezent od losu, zaś złośliwi mówią, że od Morawieckiego, może przyszłego Tuskowego koalicjanta. Zresztą – Morawiecki bardziej może liczyć na stanowisko premiera w koalicji z Tuskiem niż w ewentualnej, trudnej i chwiejnej koalicji prawicy z Braunem włącznie.

To jest oczywiście warunek dylematów po widocznym przekroczeniu progu wyborczego w wysokości 5%. Jeśli Morawiecki, czy lewicowe Razem zbiorą powiedzmy 4,5% to do Sejmu się nie dostaną, zaś ich „zmarnowane” głosy w sumie poprzez metodę D’Hondta będą „doliczone” do puli największych zwycięzców. I nawet jeśli Morawiecki nie dostanie się do Sejmu, to swym startem „podprogowym” może zwiększyć Tuskowi szanse na zwycięstwo.    

Ktoś nie śpi, by balować mógł ktoś

Jak widać w polityce nie ma wakacji. Kiedyś to były jakieś sezony ogórkowe, teraz to pieśń przeszłości. Kiedy my tu, obywatele-wyborcy, będziemy się pławić w jakimś wakacyjnym morzu – co jest przywilejem coraz bogatszych -, tu pracowite mróweczki, w klimatyzowanym upale, po salkach konferencyjnych będą mieliły koncepcje i projekty.

Tak na wrzesień. Wtedy wszystko ruszy. Znowu – jak w Boże Narodzenie – zobaczymy jakież to polityczne bombki namalowali nam w wakacje macherzy politycznych narracji, wynajęte swatki, które przyjdą z wódką, by zachwalać nowe zalety starzejącego się apsztyfikanta. Znanego nam przecież od dawna, bo mamy takich ze dwóch-trzech na krzyż w tej naszej politycznej wsi. Wsi spokojnej, wsi szczęśliwej.

Eh…., czy to tak a propos, nie nudzi się już państwu?                              

Jerzy Karwelis

Lourdes 2026: Katolicy nie są już mile widziani we własnym domu

Lourdes 2026: Kiedy katolicy nie są już mile widziani we własnym domu

Date: 18 agosto 2026Author: Uczta Baltazara babylonianempire/lourdes-2026-kiedy-katolicy-nie-sa-juz-mile-widziani-we-wlasnym-domu

Biskup Jean-Marc Micas z dziecezji Tarbes i Lourdes odmawia FSSPX i jego wiernym możliwości publicznego modlenia się w sanktuarium maryjnym

FOTO: Biskup Jean-Marc Micas spotkał się z papieżem Leonem XIV podczas pielgrzymki diecezjalnej do Rzymu w czerwcu 2025 roku.

===============================================

Są decyzje, które można zrozumieć, choć się z nimi nie zgadzamy. Są też takie, które budzą głęboki smutek i których nie da się pojąć. Decyzja, którą właśnie podjął biskup Jean-Marc Micas z Tarbes i Lourdes w sprawie pielgrzymki Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, należy naszym zdaniem do tej drugiej kategorii. eglise.catholique.fr/guide-eglise-catholique-france/personne/mgr-jean-marc-micas-p-s-s/

W komunikacie z dnia 13 sierpnia 2026 r. [zdjęcie powyżej], biskup Micas ogłasza, że w związku z konsekracjami biskupimi dokonanymi w Écône 1 lipca oraz następującym po nich dekretem Stolicy Apostolskiej cofa Bractwu Kapłańskiemu św. Piusa X zezwolenie, z którego dotychczas korzystało ono w sanktuarium w Lourdes.

Od tej pory nie będzie już Mszy św., sakramentów, ani nawet publicznych modlitw Bractwa na terenie sanktuarium.

To bardzo daleko idąca decyzja.

I głęboko nas to zasmuca.

Bo o kim tu mowa? – O tysiącach katolików, którzy przybywają do Lourdes, by modlić się do Najświętszej Maryi Panny.

O rodzinach, dzieciach, młodzieży, księżach i zakonnikach, którzy odbywają pielgrzymkę.

Przybywają, by odmawiać różaniec, spowiadać się, uczestniczyć we Mszy św. i śpiewać na cześć Matki Bożej.

Przybywają do Groty, w której Bernadetta Soubirous ujrzała Najświętszą Dziewicę Maryję.

Bolesny paradoks

Sam biskup Micas pisze, że jest „w pełni świadomy bólu, a być może także niezrozumienia”, jakie wywoła jego decyzja. Następnie wspomina o „rozerwaniu tuniki Chrystusa”, spowodowanym podziałami między chrześcijanami.

Choć słowa te wydają się sensowne, to właśnie one sprawiają, że decyzja ta staje się jeszcze trudniejsza do zrozumienia.

Jak bowiem ubolewać nad tym rozdarcie, podejmując jednocześnie działanie, które w oczach zainteresowanych wiernych nie może nie pogłębić poczucia wykluczenia?

Jak dążyć do zbliżenia, gdy się zamyka?

Jak wzywać do jedności, gdy katolikom, którzy chcą publicznie modlić się do Matki Bożej, mówi się, że nie mogą już tego robić w jednym z największych sanktuariów maryjnych na świecie?

Należy dokładnie ocenić zakres tej decyzji: fizyczny dostęp do Sanktuarium nie jest zabroniony.

Biskup Micas wyjaśnia, że każdy będzie mógł nadal przychodzić do Groty i do Sanktuarium, aby modlić się prywatnie.

Jednak właśnie takie rozróżnienie jest bolesne: wydaje się, że mówi się tym pielgrzymom: możecie przychodzić, ale nie możecie już publicznie występować jako wspólnota modląca się.

Podwójne standardy

Od dziesięcioleci Kościół soborowy podejmuje coraz więcej działań na rzecz otwartości i dialogu wobec innych wyznań chrześcijańskich.

Prawosławni, protestanci, anglikanie i przedstawiciele wielu wspólnot chrześcijańskich są przyjmowani w duchu ekumenicznym, który przedstawia się nam jako „wymóg miłości”, pod pretekstem poszukiwania „tego, co nas łączy, zanim przypomnimy o tym, co nas dzieli”.

– „Prowadzimy dialog”.

– „Przyjmujemy z otwartymi ramionami”.

– „Unikamy słów, które mogłyby kogoś zranić”.

– „Budujemy mosty”.

Bardzo dobrze.

W takim razie dlaczego ta troska wydaje się stawać o wiele trudniejsza, gdy chodzi o katolików przywiązanych do Tradycji?

Dlaczego ta chęć dialogu, tak często przywoływana w stosunku do tych, którzy nie uznają ani autorytetu papieża, ani niektórych dogmatów katolickich, a czasem nawet katolickiego rozumienia sakramentów, wydaje się ustępować miejsca wobec wiernych, którzy recytują to samo Credo, czczą tę samą Dziewicę Maryję, wzywają tych samych świętych i sprawują liturgię zgodnie z obrzędem, który przez wieki był pokarmem dla Kościoła?

Właśnie to poczucie podwójnych standardów nas dręczy.

Nie chodzi bynajmniej o to, by domagać się zamknięcia Lourdes przed innymi chrześcijanami. Wręcz przeciwnie! Niech przychodzą. Niech odkryją Grotę. Niech się modlą. Niech spotkają Matkę Bożą. Niech się nawrócą.

Niech jednak ta sama otwartość serca zostanie okazana również tym, którzy uważają się za katolików i przybywają do Lourdes właśnie dlatego, że kochają Kościół i Najświętszą Dziewicę.

Szczególnie wstrząsające jest to, że kryzys Kościoła dotarł aż do Lourdes.

Czy Lourdes jest przedmiotem ludzkich sporów?

Lourdes nie jest bowiem miejscem takim jak inne.

Lourdes to miejsce ubogich, chorych, grzeszników i ludzi zranionych. To miejsce, do którego przybywa się, by powierzyć to, czemu ludzie nie są w stanie już zaradzić.

A oto dekrety soborowe docierają aż do Groty.

Czy biskup Micas zapomniał, że Kościół jest również matką, a matka nie powinna zadowalać się tym, że niektóre z jej dzieci pozostają poza progiem jej domu?

Komunikat biskupa Micasa kończy się modlitwą do Matki Bożej z Lourdes, aby przyszła „z pomocą nam wszystkim”.

“Nam wszystkim”. Chcemy zapamiętać tylko te dwa słowa.

Prosimy zatem biskupa Micasa o ponowne rozważenie tej niewiarygodnej decyzji, aby umożliwić pielgrzymom należącym do FSSPX [my nie „należymy”, bo należą jedynie duchowni. MD] publiczne modlitwy do Matki Bożej, tak aby Lourdes nie stało się kolejnym polem bitwy podczas kryzysu, który rozdziera Kościół.

Ponieważ Lourdes powinno być właśnie tym miejscem, gdzie drzwi, które zamykają ludzie, wciąż mogą zostać ponownie otwarte.

Ponieważ Najświętsza Dziewica nie jest własnością żadnej frakcji kościelnej.

A ponieważ w czasach, gdy Kościół soborowy i synodalny tak wiele mówi o otwartości, dialogu, umiejętności słuchania i braterstwie, byłoby straszne, gdyby ci, którzy przybywają do Lourdes z różańcem w dłoni, mieli poczucie, że są jedynymi, do których te słowa już się nie odnoszą.

Naszą reakcją nie jest więc gniew.

Jest to przede wszystkim ogromny smutek.

Smutek na widok tego, że w Lourdes, w roku 2026, przyjęcie niektórych katolików wydaje się trudniejsze niż dialog z tymi, którzy nimi nie są.

INFO: medias-presse/fsspx-lourdes-mgr-jean-marc-micas-eveque-de-tarbes

Prof. Bartyzel krytykuje wypowiedź Nawrockiego o udziale Ukraińców w Bitwie Warszawskiej

Karol Nawrocki, źr. Wikimedia

Prof. Bartyzel krytykuje wypowiedź Nawrockiego o udziale Ukraińców w Bitwie Warszawskiej

17 sierpnia 2025 Mateusz Pławski kresy/prof-bartyzel-krytykuje-wypowiedz-nawrockiego-o-udziale-ukraincow-w-bitwie-warszawskiej

Historyk prof. Jacek Bartyzel stanowczo skomentował słowa prezydenta Karola Nawrockiego o rzekomym wspólnym zwycięstwie Polaków i Ukraińców nad bolszewikami w 1920 roku. Zarzucił mu „fałsz historyczny” i „polityczny prezentyzm”.

Profesor Jacek Bartyzel odniósł się do słów prezydenta Karola Nawrockiego, który stwierdził w piątek, że w Bitwie Warszawskiej bolszewików pokonało Wojsko Polskie „wspólnie z Ukraińcami”. Swoją opinię profesor zamieścił we wpisie na Facebooku, cytowanym przez portal PCh24.pl. Według niego wypowiedź Nawrockiego „jest zadziwiająca i mówiąc delikatnie rozmija się w istotnych punktach z prawdą historyczną w imię doraźnego politycznego prezentyzmu”.

„Po pierwsze, stwierdzenie, iż bolszewików odparły wspólnie Wojsko Polskie i siły ukraińskie jest w najlepszym grubą przesadą, bo oczywiście po stronie polskiej faktycznie istniały jakieś oddziały uznające zwierzchnictwo tzw. Ukraińskiej Republiki Ludowej, z Petlurą jako jej przywódcą, ale stanowiły one mało znaczący militarnie margines i o niewielkiej wartości bojowej, a sama URL i Petlura byli ignorowani przez większość Ukraińców” – zaznaczył.

Profesor uznał za „groteskowe” przedstawianie roli Ukraińców jako równorzędnej z Polakami w Bitwie Warszawskiej. Porównał to do propagandowego eksponowania przez władze PRL rzekomego udziału „pułków smoleńskich” w bitwie pod Grunwaldem – zabiegu służącego gloryfikacji Armii Czerwonej jako spadkobierczyni tych oddziałów.

Zdaniem prof. Bartyzela, jeśli już mówić o sojusznikach w 1920 roku, to w pierwszej kolejności należałoby wspomnieć Białorusinów i białych Rosjan. Profesor odniósł się także do sposobu, w jaki Nawrocki interpretował historię – jako „narrację historiozoficzną opartą o fałszywe analogie”.

„Ta narracja jednak, mówiąc popularnie, kupy się nie trzyma. Już same podane przez prezydenta Nawrockiego dwa przykłady triumfu oręża polskiego: Orsza i Kłuszyn w jednym ciągu z Warszawą 1920 zupełnie do siebie nie pasują (…)” – napisał profesor, tłumacząc, że Bitwa pod Orszą była wynikiem rywalizacji litewsko-moskiewskiej, a nie rosyjskiego imperializmu. Dowodził nią zresztą Konstanty Ostrogski – prawosławny Rusin, którego trudno jednoznacznie utożsamiać z dzisiejszymi Ukraińcami czy Rosjanami.

Z kolei zwycięstwo hetmana Żółkiewskiego pod Kłuszynem, jak podkreślił Bartyzel, trudno traktować jako przykład obrony przed imperializmem, gdyż było to działanie zaczepne, które zakończyło się okupacją Kremla przez wojska polskie. „Jest raczej symbolem «imperializmu polskiego» – czego zresztą, broń Boże, nie powinniśmy się wstydzić, wprost przeciwnie, powinniśmy się tym chlubić, że byliśmy do ekspansji zdolni” – zaznaczył profesor.

Na zakończenie wyjaśnił, że bolszewicki atak na Polskę w 1920 roku nie miał nic wspólnego z tradycyjnym rosyjskim imperializmem.

„Lenin to nie Katarzyna II, a Trocki to nie Suworow czy Paskiewicz. Na czele Komitetu Rewolucyjnego w Białymstoku stali rdzenni Polacy: Marchlewski i litewski szlachcic Dzierżyński.

To nie imperializm rosyjski stał w 1920 roku pod Warszawą, lecz armia czerwonego Antychrysta, niosąca groźbę zniszczenia każdemu narodowi, tak polskiemu, jak rosyjskiemu i jakiemukolwiek innemu w imię obłąkanej utopii komunizmu. To nie Rosja nam i światu wtedy zagroziła, lecz upiór ideologii wymyślonej zresztą przez europejskiego, niemieckojęzycznego Żyda” – podsumował.

Udział Ukraińców w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r.

Udział Ukraińców
Fot. slowopolskie.org

Udział Ukraińców w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r.

2 września 2017

Udział w walkach jednostek ukraińskich sformowanych w Polsce miał wymiar jedynie symboliczny. Obie dywizje ukraińskie nie były przygotowane do walki, a o ich użyciu zdecydowano przede wszystkim ze względów propagandowych.

Kolejna rocznica „Cudu nad Wisłą” , a także wyprawy kijowskiej i wojny polsko-bolszewickiej stały się okazją dla obecnych władz w Kijowie do akcentowania ukraińsko-polskiego braterstwa broni. Realizowana przez nie kampania informacyjna ma przekonać, że tak dobrych i wiernych sojuszników jak Ukraińcy Petlury Polacy nie mieli. Tymczasem prawda jest bardziej złożona. Wyprawa kijowska skończyła się niepowodzeniem, bo właśnie „ukraińscy sojusznicy” całkowicie zawiedli. W szeregach bolszewików było też więcej Ukraińców niż w szeregach armii Petlury, która w znacznej mierze była tworem cokolwiek sztucznym. W wielu przypadkach biła się dzielnie, ale nie odegrała większej roli.

Podjęta przez Piłsudskiego wyprawa kijowska miała na celu wyparcie bolszewików z części Ukrainy wraz z Kijowem i osadzenie w jej stolicy rządu przyjaznego Polsce. Rząd ten miał uznać wschodnią granicę Polski, a także stworzyć państwo będące jej sojusznikiem we wszystkich sferach. Naczelnik państwa liczył, że stanie się ono jednym z buforów oddzielających Polskę od bolszewickiej Rosji. Wyprawa kijowska miała odbyć się pod hasłem „Za naszą i waszą wolność”. Józef Piłsudski liczył, że po błyskotliwych zwycięstwach militarnych, Ukraińcy przejmą inicjatywę z rąk polskich i Polacy będą mogli się wycofać. By plan ten zafunkcjonował, stojący na czele wojsk ukraińskich Symon Petlura musiał zostać poparty przez społeczeństwo ukraińskie. Piłsudski liczył, że tak się stanie. W swojej odezwie z 26 kwietnia 1920 r. skierowanej „Do wszystkich mieszkańców Ukrainy” pisał m.in.: „Wierzę, że naród ukraiński wytęży wszystkie siły, aby z pomocą Rzeczypospolitej Polskiej wywalczyć wolność i zapewnić żyznym ziemiom swej ojczyzny szczęście i dobrobyt, którym cieszyć się będzie po powrocie do pracy i pokoju”.

Rzeczywistość pokazała, że wiara Piłsudskiego w Ukraińców była cokolwiek naiwna, a nadzieje na ich poparcie złudne. Piłsudski, stawiając na Ukraińców, działał jako polityk, jako wódz naczelny wiedział, że przeciwnik czyli bolszewicy gros swoich sił gromadzą na Białorusi i z niej wyprowadzą ofensywę w kierunku Warszawy.

Sformowane w Polsce

Piłsudski musiał też liczyć się z faktem, że wyprawa kijowska zostanie potraktowana przez Ukraińców jako próba osadzenia w Kijowie kolejnego marionetkowego rządu przywiezionego w teczce. Wojska Petlury nie walczyły z bolszewikami na Ukrainie, ale zostały sformowane w Polsce. W lutym 1920 r. z polecenia Piłsudskiego została utworzona Ekspozytura d.s. Ukraińskich zajmująca się tworzeniem wojska ukraińskiego. Jej pracami kierował zaufany współpracownik Piłsudskiego kapitan Juliusz Ulrych. Z ramienia Oddziału II Sztabu Generalnego nad tworzeniem armii ukraińskiej czuwał kapitan Wiktor Czarnocki, który jednak nie wykazywał entuzjazmu do całego przedsięwzięcia. Obowiązki oficera łącznikowego przy Naczelnym Dowództwie Wojska Polskiego pełnił gen. Aleksander Osiecki

Nabór do ukraińskich oddziałów prowadzono w obozie internowanych w Łańcucie, który przemianowano na Ukraińską Stanicę Zbiorczą. Do tworzonej jednostki werbowano głównie jeńców. Niewielki odsetek stanowili ochotnicy z okolic Kamieńca Podolskiego. Ze względu na epidemię tyfusu ośrodek mobilizacyjny przeniesiono do Brześcia.

Dywizja Żelazna

W rejonie Kamieńca Podolskiego, znajdującego się pod polską kontrolą, formowano też 4 Strzelecką Brygadę. W powiatach jampolskim i mohylewskim powstało również kilka jednostek, z których później utworzono Samodzielną Strzelecką Brygadę, która w trakcie polskiej ofensywy została przemianowana na 3 Dywizję Żelazną.

Polacy na wyposażenie sił ukraińskich przekazali od lutego do listopada 1920 r. : 30 tys. karabinów, 298 karabinów maszynowych, 38 dział polowych, 6 ciężkich, 1 tys. pistoletów, 40 tys. mundurów, 29 tys. kompletów bielizny, 2 tys. namiotów i 17 samochodów. Ponadto sporo uzbrojenia przekazała petlurowcom 6 Armia Polska. 

Z ilości przekazanego Ukraińcom sprzętu można by wnosić, że ich siły liczyły kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Tymczasem nic z tych rzeczy. W wyprawie kijowskiej brało udział 60 tys. żołnierzy polskich i około 6 tys. żołnierzy i oficerów ukraińskich. Dane podawane przez historyków są rozbieżne. Z. Karpus pisze o 556 oficerach i 3348 szeregowcach. L. Wyszczelski szacuje siły ukraińskie na 4,5 tys. bagnetów, 2 tys. szabli. K. Grunberk i Bolesław Sprengel szacują zaś siły petlurowców na 795 oficerów i 5234 żołnierzy. Wydaje się, że można przyjąć, że w sumie Ukraińcy stanowili około 10 proc. sił polskich, które ruszyły na wyprawę. Ukraińcy byli podzieleni na dwie dywizje, chociaż dywizjami byli tylko z nazwy. Pod względem potencjału bojowego ukraińskie „dywizje” miały siłę pułków. Były one za słabe do prowadzenia samodzielnych działań i zostały operacyjnie podporządkowane armiom polskim. 6 Dywizja Strzelecka trafiła do 2 Armii. Została wzmocniona batalionem 1 Dywizji Piechoty Legionów.  Wspólnie z poborowymi 1 DP Legionów i 15 DP miała wziąć udział w ataku na Kijów. Na wyznaczonym jej odcinku bolszewicy bardzo szybko się wycofali i dotarła do Kijowa bez walki. 9 maja 1920 r. dywizja wzięła udział w uroczystej defiladzie wojsk polskich na Kreszczatyku.

Ze względów propagandowych

Druga ukraińska jednostka, czyli 2 Dywizja Strzelecka brała udział w operacjach w rejonie Mohylowa Podolskiego. Nie toczyła tam jednak zaciętych bojów, bolszewicy nie stawiali bowiem większego oporu, wycofując się bez walki. Ukształtowanie terenu, jary i liczne koryta dopływów Dniestru utrudniały pościg za bolszewikami.

W sumie trzeba się zgodzić z Sebastianem Szajdakiem, który w swojej pracy twierdził m.in.: „Udział w walkach jednostek ukraińskich sformowanych w Polsce miał wymiar jedynie symboliczny. Obie dywizje ukraińskie nie były przygotowane do walki, a o ich użyciu zdecydowano przede wszystkim ze względów propagandowych. Zadbano przy tym , aby w trakcie wykonywania powierzonych im zadań ich siła nie została zbytnio naruszona. Jednostki ukraińskie otrzymały więc zadania o drugorzędnym znaczeniu, a sąsiadujące z nimi dywizje polskie otrzymały rozkazy udzielenia natychmiastowej pomocy Ukraińcom w razie wplątania się tych ostatnich w poważniejsze walki. Miało to uchronić dywizje ukraińskie przed nadmiernymi stratami. Ich kadrowy charakter przedstawiał dla strony polskiej większą wartość niż siła militarna. W oparciu o nie i uzupełnienie rekrutami z Ukrainy planowano utworzenie nowych pełnoetatowych dywizji ukraińskich. Miały one przejąć kontrolę nad zdobytym terytorium i zastąpić oddziały polskie”.

Nie było rekruta

9 maja Petlura wydał zarządzenie o poborze rekruta do armii ukraińskiej i powołał biura werbunkowe, nie ogłaszając jednocześnie mobilizacji. Liczył na zaciąg ochotniczy. Ten jednak nie przyniósł efektów. Mobilizacja powszechna też pewnie nic by nie dała, bo Petlura nie dysponował aparatem, który byłby w stanie ją przeprowadzić.

Polakom na początku wyprawy kijowskiej poddali się żołnierze z 2 i 3 brygady Strzelców Siczowych, nie chcąc podzielić losu1 brygady, która została rozbita pod Koziatynem. W sumie „siczowcy” , którzy złożyli broń, tworzyli stosunkowo pokaźną grupę liczącą 11500 ludzi. Wśród nich było sporo wyszkolonych żołnierzy, a zwłaszcza doświadczonych oficerów. Piłsudski chciał, by zasilili oni szeregi wojsk Petlury, ale strona ukraińska nieufnie podchodziła do tego pomysłu. Obawiała się przeniesienia do swojej armii ducha i idei bolszewickich. Ostatecznie zgodzono się na indywidualną akcję werbunkową, z której jednak „strzelcy siczowi” nie chcieli korzystać świadomie wybierając internowanie. Spośród 2400 jeńców z I Brygady akces do petlurowców zgłosiło tylko 330.

Wojsko czy banda?

Zaplecze werbunkowe dla armii Petlury mogły stanowić antybolszewickie oddziały partyzanckie. Niektóre z nich, jak grupa gen. Omelianowycza-Pawłenki były dość liczne. Składała się ona z 4 tys. ludzi. Sęk w tym, że w opinii II Oddziału dowództwa 6 Armii ugrupowanie to bardziej przypominało bandę, a nie regularne wojsko. Według oficera polskiego wywiadu, który sporządzał opinię, aby tę grupę przekształcić w regularne wojsko, należałoby większość jej szeregowców zdemobilizować ze względu na ich wysokie zdemoralizowanie. Na koncie tej grupy oprócz około 50 bitew i potyczek, były też liczne pogromy Żydów, rabunki i inne ekscesy

W grupie nie obowiązywały żadne regulaminy. Dowódca przypominał raczej herszta zbójów niż generała. Cała dyscyplina w oddziale opierała się na jego autorytecie i bezwzględnym egzekwowaniu posłuszeństwa. Grupa nie miała sztabu, była niejednolicie umundurowana i uzbrojona. Formalnie składała się z trzech dywizji piechoty i konnej brygady. Jej wartość bojową dodatkowo obniżał brak amunicji i nieufność, a nawet wrogość wobec Polaków i wizji sojuszu z Polską. Według gen. Krajowskiego dowódcy 18 DP tylko kawaleria oddziału nadawała się do natychmiastowego użycia na froncie. Polski generał wystawił jej wysoką ocenę. Polacy zdecydowali się na dostarczenie grupie gen. Omelianowycza-Pawłenki dostaw niezbędnego zaopatrzenia.

Oczekiwania na wyrost

Nie rozwiązywało to jednak sprawy. Strona polska domagała się od Petlury wystawienia w szybkim czasie 6 dywizji odpowiadających etatom polskim. Petlura w czasie od 6 tygodni do 3 miesięcy miał wystawić 60 tys. żołnierzy. Żołnierze ukraińscy mieli zastąpić polskich, którzy mieli zostać przerzuceni na Front Zachodni na Białoruś.

Sformowanie 6 dywizji było w krótkim czasie nierealne. I to nie tylko z braku ochotników do walki z bolszewikami, ale także braku broni, czego Piłsudski w ogóle nie wziął pod uwagę. Liczył on zapewne, że broń dla Ukraińców zdobędzie się na wrogu, przejmując jego magazyny. Tym można tłumaczyć jego rozkazy nakazujące, by wojsko poruszało się z „szybkością nadzwyczajną, bez względu na zmęczenie koni i ludzi”. Piechota przebywała dziennie do czterdziestu kilometrów, a jazda nawet do osiemdziesięciu. Wykorzystano też kolumny pancerno-samochodowe. Bolszewicy zrobili jednak Piłsudskiemu niespodziankę i odstępowali bez walki, nie dając się okrążyć i zniszczyć, zachowując zdolność bojowa. Piłsudski miał trudności z rozszyfrowaniem planów i rozmieszczeniem sił przeciwnika.

Realizując jego rozkazy, żołnierze polscy często atakowali próżnię. Założenia operacji opierające się na tezie, że Ukraina zawsze była dla Rosji zapleczem żywnościowym, dlatego bolszewicy bez walki jej nie oddadzą i będą jej bronić do upadłego, okazały się fałszywe. Piłsudski się pomylił. O ówczesnym nastroju Piłsudskiego świadczy najlepiej jego list do Sosnkowskiego, w którym pisał: „Te bestie zamiast bronić Kijowa, uciekają stamtąd; również uciekają i cofają się z południa ściągają ku Czerkasom i Kremieńczugowi”. List ten Piłsudski wysłał swojemu przyjacielowi 6 maja 1920 r. nie wiedząc, że w tym samym dniu na północ od Jekaterynosławia Dniepr przekraczały już oddziały 1 Armii Konnej – czerwona, kozacka formacja, na czele której stał kozacki watażka, typu sienkiewiczowskiego Bohuna, cieszący się dużym autorytetem wśród kozackiej braci. Miał on stopień starszego wachmistrza i nie był nawet oficerem, ale miał do dyspozycji „mózg”, kierujący działaniem formacji w postaci sztabu., Kierowali nimi  były carski pułkownik Nikołaj Szczołkow i były podpułkownik Sztabu Generalnego Leonid Klujew.

„Konarmia” wchodzi do gry

Formacja ta byłą zaprawiona w bojach. To ona rozbiła m.in. wojska Wrangla nad Donem i Denikina pod Woroneżem. Siła „Konarmii” polegała nie tylko na tym, że jej żołnierze byli kozakami, walczącymi bezwzględnie i zdolnymi, co doskonale opisał Izaak Babel, do największych okrucieństw. Była to formacja na wskroś, jak na owe czasy, nowoczesna. Liczyła 30 tys. ludzi, z których konnica stanowiła tylko połowę. Dysponowała dużą ilością karabinów maszynowych i artylerii. W jej skład wchodziły też dywizjony samochodów pancernych, dywizjon czołgów, 4 pociągi pancerne i 3 eskadry lotnicze. „Konarmia” miała 30 radiostacji, więcej niż cała armia polska. Umożliwiało to jej sztabowi stałe utrzymywanie łączności z jednostkami i dowodzenie nimi w ruchu, który był jej największym atutem.

Nadzieje na dozbrojenie armii ukraińskiej przy pomocy broni zdobytej na bolszewikach niestety się nie sprawdziły. Najwięcej broni, co jest swoistym paradoksem, zdobyto na ukraińskich strzelcach siczowych. Po ich rozbrojeniu Polacy przekazali petlurowcom 7 tys. karabinów, 171 karabinów maszynowych i 43 armaty. Okazało się jednak, że większość sprzętu była  niesprawna, bo chytrzy siczowcy przed złożeniem  broni ją uszkadzali.

Mimo poważnych trudności, kosztem własnych zapasów, Polacy, wykonując dyrektywę Piłsudskiego, starali się przekazywać jednostkom Petlury broń i wszelkie zaopatrzenie. Uderzenie „Konarmii” i kontrofensywa bolszewicka przekreśliła wszystkie plany związane z wyprawę kijowską. Polacy i armia Petlury zaczęły odwrót. Do momentu odwrotu ta ostatnia zwiększyła swoje szeregi do około 20 tys. Tylko 10 tys. z nich służyło jednak w linii. Reszta znajdowała się taborach nadmiernie zdaniem historyków rozbudowanych, a także w jednostkach zapasowych. Choć zwiększyła ona znacząco swoje szeregi w porównaniu z okresem, gdy razem z Polakami wkraczała na Ukrainę, to jednak jej siły były znacząco mniejsze od samej tylko kozackiej „Konarmii”, w której służyli bracia petlurowców znad Donu. Nie byli to zaś jedyni Ukraińcy walczący w szeregach bolszewików. Ci na całej zadnieprzańskiej Ukrainie mieli sporo zwolenników, których pozyskiwali w czasie kampanii propagandowych, w trakcie której wzywali Ukraińców do walki z „bandami Piłsudskiego i polską soldateską”.

A więc, do broni!

Propaganda bolszewicka znajdowała niestety też posłuch po drugiej stronie Dniepru na terenach, na których miał panować Petlura. Zwrócił się on z dramatycznym apelem do swoich rodaków, kończącym się sowami: ”Jeśli nie chcecie pozostać niewolnikami, musicie i wy zabrać głos i czynami dowieść, żeście dojrzeli do wolności i życia samodzielnego. A wiec do broni!”. Jego wezwanie zostało zignorowane przez Ukraińców. Uaktywnili się też ukraińscy komuniści, kierowani przez Komitet Centralny Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy. 1700 żołnierzy z 5 Chersońskiej Dywizji tworzonej przez Petlurę i złożonej przede wszystkim ze strzelców siczowych do niej przyjętych, zdezerterowało i przeszło na Pokucie, gdzie wybuchło antypolskie powstanie. 

Generalnie jednak większość sił należących do armii Petlury biła się z bolszewikami, wspomagając siły polskie w walkach odwrotowych. 6 DS. dowodzona przez płk Marka Bezruczkę cofała się razem z oddziałami polskimi, tocząc ciężkie walki. Kilkakrotnie bolszewicy usiłowali ją rozbić, ale mimo dużych strat udawało jej się utrzymać wyznaczone pozycje. Kryzys w jej szeregach nastąpił w nocy z 19 na 20 lipca, kiedy bolszewicy wdarli się między dywizję ukraińską i polską 7 DP. Groźba otoczenia zmusiła Bezruczkę do wydania rozkazu opuszczania zajmowanych pozycji. W trakcie jego wykonywania jedną z brygad dywizji ogarnęła panika i znad Styru wycofała się na linię Stochodu. Dywizja została wycofana do obwodu, by zregenerowała siły. Na dzień 1 sierpnia 1920 r. liczyła 2 tys. żołnierzy, ale w linii walczyło tylko około 500 z nich. Czterystu było piechurami, 100 kawalerzystami. Na ich wyposażeniu były 4 działa i 24 karabiny maszynowe. Realnie dywizja przedstawiała wartość bojową batalionu. Po przejściu na drugą stronę Bugu, dywizja brała udział w walkach z nacierającymi bolszewikami, ponosząc duże straty. Na dzień 14 sierpnia posiadała 300 bagnetów, wliczając w to sztab i 70 spieszonych kawalerzystów, dla których zabrakło już koni. Cztery armaty z braku koni ciągnęły woły.

Macanie wypadami

Następnie dywizja brała udział w obronie Zamościa, co było jej ostatnim zadaniem. Wchodziła ona w skład kombinowanych sił, które w ostatnim momencie wzmocniły dwa pociągi pancerne i 31 pp z 10 DP pod dowództwem kpt. Mikołaja Bołtucia, liczący 2300 żołnierzy. To im, a nie żołnierzom Bezruczki przypadło główne zadanie w trzydniowej obronie miasta. Dowódca „Konarmii” zrezygnował z jego frontalnego ataku. Macał je nagłymi wypadami, szukając słabych punktów obrony.

Na odcinku południowym wojskami ukraińskimi dowodził gen. Omelianowycz- Pawłenko. Starał się on cofać z nimi tak, by nie dopuścić do ich rozbicia przez bolszewików. Po osiągnięciu linii Zbrucza wojska Omelianowycza-Pawłenki obsadziły ją od Husiatyna aż do ujścia tej rzeki do Dniestru.

Na linii Strypy

W następnych dniach oddziały ukraińskie cofnęły się na linię Strypy, którą z powodzeniem bronili, przeprowadzając liczne kontrataki. Gdy północne skrzydło wojsk musiało się cofnąć, by bronić Lwowa, Ukraińcy zaczęli cofać się w stronę Dniestru, bo groziło im okrążenie. Otrzymała ona rozkaz obsadzenia linii Dniestru od Zaleszczyk do Żurawna. Następnie po bitwie warszawskiej zaczęły się one szykować do generalnej kontrofensywy.

W połowie września cała armia po uzupełnieniu strat  liczyła 17 500 żołnierzy, ale w linii tylko 6400. Na ich wyposażeniu było 49 armat i 300 karabinów maszynowych. Z różnym powodzeniem brała udział w walkach aż do października 1920 r. , kiedy to Polska i bolszewicka Rosja podpisały zawieszenie broni.

Udział wojsk ukraińskich w wyprawie kijowskiej i wojnie z bolszewikami można oceniać różnie. Liczby same mówią za siebie. Jednostki ukraińskie były nieliczne i wielkiego strategicznego znaczenia nie miały. Walczyły dzielnie, ale było ich zbyt mało, by mogły zmienić bieg wojny.

Marek A. Koprowski

Donald Tusk nie jest tytanem pracy

Zygmunt Białas zygmuntbialas/donald-tusk-nie-jest-tytanem-pracy

18.08.2026. – Donald Tusk nie jest tytanem pracy

Nie ma też szczególnej zdolności do bycia wodzem narodu. Na swą szczęśliwą gwiazdę musiał – podobnie jak bracia Kaczyńscy – czekać kilkanaście lat. Po wygranych wyborach w 2007 roku wystarczyło, że jego partia była anty-PiSem, by stała się hegemonem po lewej stronie polskiej sceny politycznej. Pomocna dłoń Angeli Merkel, a później Ursuli von der Leyen była bardzo istotna w rozwoju kariery Donalda.

Donald Tusk w 2014 roku

Co pamiętamy z tamtych lat jego rządów? – Ciepłą wodę w kranie, orliki, podłą ‚walkę o krzesło’  z prezydentem Lechem Kaczyńskim zakończoną 10.04.2010 roku. Pamiętamy też ‚piątkowego samobójcę’, który w latach ‚posmoleńskich’  nawiedził co najmniej kilkanaście osób (w tym dr. D. Ratajczaka, gen. S. Petelickiego, D. Szpinetę, dr. E. Wróbla czy A.Leppera i jego troje doradców), oraz ‚ucieczkę’  na salony brukselskie, gdy zapowiadały się przegrane wybory.

‚Król Europy’  wrócił trzy lata temu do Polski, wygrał wybory z PiS-em i został ponownie premierem. Jaki jest bilans ostatnich lat jego rządów? – Zaczął od najazdów na urzędy państwowe, a później ścigał PiS-owskich posłów, odbierając im immunitety i wsadzając niektórych do aresztu wydobywczego. Miał i ma do takich zadań ministrów, którzy bez wahania wykonywali i wykonują jego polecenia. Sam – podobnie jak J. Kaczyński – niczego nie podpisuje. Będą zapewne sądzeni, gdy dojdzie do zmiany władzy, liczni wykonawcy tych wielu niezgodnych z prawem poleceń.

Czy były wykonane jakieś większe inwestycje państwowe w ostatnich latach? – Nie znam takich poza pospieszną budową wiatraków na lądzie i morzu. I zbroi się Polska po zęby, wydając mnóstwo budżetowych pieniędzy i zadłużając się w zachodnich bankach. Wspiera też gorliwie Ukrainę rządzoną przez kijowski reżim. I nie napisać nic o skandalach korupcyjnych w wykonaniu członków PO to właściwie nic nie powiedzieć.

Afera w Szpitalu Północnym w Warszawie (dlaczego Dawid Kacprzyk nie siedzi w areszcie wydobywczym?!), wyciek kilkunastu milionów danych pacjentów służby zdrowia. Afera goni aferę. Dziś czytamy, że jego protegowana Magdalena Sobierańska-Grenda zarobiła w 2025 roku prawie 600 tysięcy złotych z tytułu pełnienia funkcji prezesa Szpitali Pomorskich.

Prof. Antoni Dudek

Prof. Antoni Dudek

„Panie premierze, naprawdę, najwyższa pora zabrać się do pracy” – mówi zniecierpliwiony prof. Antoni Dudek w programie ‚Super Expressu’. – „Jak pan chce przetrwać nie tylko przy władzy, bo to pół biedy, ale jak pan chce zostać na starość w Polsce? W zeszłym tygodniu Wirtualna Polska ujawniła, że 4,5 mln zł pomocy przeznaczonej dla przedsiębiorców poszkodowanych przez powódź trafiło do trzech firm z jednej miejscowości na Dolnym Śląsku. Wśród beneficjentów znalazła się firma męża wiceprezes Karkonoskiej Agencji Rozwoju Regionalnego należącej do KO, która rozdzielała część środków”.

Prof. A. Dudek ocenia, że ta afera jest co najmniej równie poważna, co afera Szpitala Południowego. Wykładowca UKSW podkreśla, że takich podejrzanych person jest w KO ‚dużo, dużo więcej’. Dodał, że ważne jest pytanie, czy premier odkryje na swoim zapleczu te czarne owce, czy będzie czekał, aż odkryją to media i nagłośnią przed wyborami. Tak więc premier powinien zabrać się do pracy, „bo stawką w tej chwili staje się jego przebywanie na terytorium Polski po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Zalecam nieco więcej zdrowych, rozsądnych działań” – podsumował profesor.

Jak wyżej napisane: Tusk nie jest tytanem pracy. Robotę zleca swoim ministrom, sam urywa się do Gdańska, bo – jak twierdzi – kocha swą rodzinę, swoje wnuki. Jeśli pracuje solidnie, to nad wizerunkiem: „Tusk jako patriota i największy – obok Jana Pawła II – Polak”. Niektórzy w to wierzą. „Tusk jako ojciec narodu” – tu przydatne są spadające ‚ruskie’  drony i nie w pełni przejezdne trasy kolejowe. I jaki jest tego efekt? – Redaktor naczelny tygodnika ‚Myśl Polska’ Jan Engelgard stwierdził kiedyś, że Tusk jako premier jest najlepszy, kiedy nic nie robi, bo wtedy szkody wynikające z jego roboty są najmniejsze.

Napisał: Zygmunt Białas

Parytetowi POPiSowi hipokryci. Demografia.

Parytetowi POPiSowi hipokryci

Sytuacja demograficzna naszej ojczyzny staję się coraz gorsza. W pierwszym półroczu 2026 roku urodziło się w Polsce około 115 tysięcy dzieci. W porównaniu do pierwszego półrocza ubiegłego roku urodziło się o około 1 tysiąca mniej.  

Tak jak pisałem parę miesięcy wcześniej, istnieje prawdopodobieństwo ze liczba urodzeń za rok 2026 w naszym kraju zbliży się do 230 tysięcy (rok temu urodziło 238 tysięcy dzieci). W tym „strasznym” PRLu nie urodziło się mniej niż 440 tysięcy dzieci w ciągu roku, rekordowy rok pod względem narodzin to był rok 1983, kiedy urodziło się 723 tysiące dzieci. 

Wyalienowani rodzice

Środowiska broniące wyalienowanych rodziców (głównie ojców, ale dotyczy to także innych członków rodziny) po raz kolejny poczuły się oszukane. Minister sprawiedliwości i prokurator generalny Waldemar Żurek w żaden sposób nie naprawia patologicznego systemu, który przejął po Adamie  Bodnarze i „konkurencie” politycznym Zbigniewie  Ziobrze. Politycy z POPiS i przystawek nie są w końcu od tego, żeby służyć Polakom, a od zadowalania i wykonywania poleceń różnych ambasad. Wyalienowani rodzice są coraz lepiej zorganizowani i coraz głośniej mówi się o tym, że w kwestii widzeń z dziećmi, opieki nad nimi wyroki są skandaliczne. Nawet jak wyrok umożliwia kontakty rodzica z dziećmi, to drugi rodzic może bezkarnie nie wykonywać wyroku sądu. 

Ziobro antyrodzinny

Różne przemądrzałe, brylaste białogłowy, które wyglądają jak z odlewu nieustannie mówią o parytetach, równouprawnieniu. Jest jednak jedna branża, w której owe białogłowy (często to także grantojedy Sorosa i różnych zagranicznych fundacji politycznych) dziwnym trafem te nie domagają się parytetów w sądach rodzinnych. Według przeprowadzonej analizy danych, kobiety stanowią około 80% sędziów orzekających w sądach rodzinnych. Podczas gdy jeśli chodzi o ogół sędziów orzekających w sądach w Polsce kobiety stanowią około 65%.  Wymiar sprawiedliwości w naszym kraju jest totalnie spatologizowany, szczególnie jeśli chodzi o sądownictwo rodzinne. Jestem polskim narodowcem i interesuje mnie dobro narodu polskiego, dlatego jeśli instytucje działają patologicznie, to trzeba je naprawić, dlatego popieram wprowadzenie parytetów w sądownictwie rodzinnym. Warto podkreślić, że do tej patologii przyczyniły się wszystkie nadwiślańskie, polskojęzyczne rządy. Patologię tą pogłębił Zbigniew Ziobro, wprowadzając wiele absurdalnych przepisów szczujących ludzi na siebie i niszczących relacje rodzinne, promując donosicielstwo. Warto dodać ze tolerował Ziobrę i w żaden sposób nie przeszkadzał mu w niszczeniu polskiego prawa, polskich rodzin ówczesny premier Mateusz Morawiecki

PiS przeciwko promocji rodziny

Premier Donald Tusk, podobnie jak jego „konkurent” prezydent Karol Nawrocki, był szkolony przez Jankesów. Rząd Tuska oceniam skrajnie negatywnie. Zepsuty zegar pokazuje dwa razy na godzinę prawidłową godzinę, podobnie jest z obecnym rządem. Dwa tygodnie temu Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, minister funduszy i polityki regionalnej, udzieliła interesującej i słusznej wypowiedzi. Minister wypowiedziała się, że popiera to, żeby zrównać wiek emerytalny bezdzietnych kobiet z mężczyznami (kobiety mające dzieci przechodziły na emeryturę w wieku, takim jak obecnie przechodzą wszystkie kobiety).

Niczym pies Pawłowa na wypowiedź Pełczyńskiej-Nałęcz zareagował niejaki Marcin Warchoł (człowiek ten na przełomie listopada i grudnia 2023 roku był przez dwa tygodnie ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym  w dwutygodniowym rządzie PiS utworzonym po wyborach parlamentarnych w 2023 roku). Warchoł potępił tą wypowiedź, zaczął mówić o dyskryminacji. Politycy POPiS i przystawek od kilkunastu lat prowadzą żenujący wrestling polityczny. Zawsze i wszędzie można spodziewać się, że polityk PiS będzie miał inne zdanie od polityka PO (wyjątek stanowi służenie Ukrainie, Anglosasom, wydawanie miliardów na jankeski złom – wtedy POPiS z przystawkami mówi jednym głosem). Powinny istnieć przywileje dla matek i ojców w Polsce. Państwo polskie powinno zachęcać młodych ludzi do zakładania rodziny i posiadania dzieci poprzez szereg przywilejów i zachęt. 

Potrzeba zmian

Sytuacja demograficzna naszej ojczyzny jest tragiczna. Coraz mniej młodych ludzi w Polsce jest w związkach formalnych i nieformalnych. Tymczasem państwo polskie jest zawłaszczone przez polityków POPiS i przystawek, którzy patologizują różne dziedziny życia społecznego. Potrzeba radykalnych działań i zmian w polityce demograficznej. 

Kamil Waćkowski 

Arcybiskup Viganò – do dr. Fuellmicha w areszcie tymczasowym

Arcybiskup Viganò do dr. Fuellmicha w areszcie tymczasowym

fassadenkratzer-de/erzbischof-vigano-an-dr-fuellmich-in-u-haft


Arcybiskup Carlo Maria Viganò wcześnie dostrzegł inscenizację „pandemii” koronawirusa i zajął jasne stanowisko. W liście opublikowanym na portalu X duchowny katolicki wyraża głęboką solidarność z prawnikiem dr. Reinerem Fuellmichem, który od prawie trzech lat przebywa w areszcie tymczasowym, i określa swoje uwięzienie jako prześladowanie polityczne. Dr Fuellmich nie jest tym, którego miejsce w więzieniu, lecz tym, który popełnił największą zbrodnię przeciwko ludzkości naszych czasów. List jest tłumaczony na język niemiecki. (hl) 

Obraz otwartej petycji


9 sierpnia 2026 r.

Szanowny Panie Doktorze Reinerze Fuellmichu,

Z głębokim zaniepokojeniem i oburzeniem przyjąłem wiadomość, że nadal przebywasz w więzieniu i od prawie trzech lat jesteś pozbawiony wolności, ponieważ odważyłeś się zbadać i publicznie potępić kłamstwa i zbrodnie popełnione podczas tak zwanej „pandemii”.

Ich ciągłe przetrzymywanie, pozbawione jakiejkolwiek podstawy prawnej, stanowi akt prześladowania politycznego. Ci, którzy mieli odwagę szukać prawdy i dać głos milionom ludzi pozbawionym podstawowych praw, są dziś traktowani jak wrogowie państwa, podczas gdy ci, którzy zorganizowali i wdrożyli jeden z najpoważniejszych środków kontroli społecznej i wyrządzania krzywdy ludzkości, pozostają bezkarni, a często nawet honorowani.

System sprawiedliwości, który myli poszukiwanie prawdy ze zbrodnią, staje się wspólnikiem tyranów.

Wyrażam moją niezachwianą solidarność z Wami i zapewniam o moich modlitwach. Wasze świadectwo nie jest daremne. Prawdy, choćby była deptana, nie da się wymazać.

Wzywam wszystkich ludzi dobrej woli, aby podnieśli głos domagając się Twojego natychmiastowego uwolnienia, tak aby sprawiedliwości stało się zadość dla wszystkich, którzy podobnie jak Ty zapłacili i nadal płacą cenę za swoją moralną i intelektualną integralność.

To nie prawnik Fuellmich powinien trafić do więzienia, lecz ci, którzy dopuścili się największej zbrodni przeciwko ludzkości naszych czasów.

Niech Bóg cię wzmocni i szybko uwolni.

Carlo Maria Viganò, arcybiskup

——————-

Źródło:

X: Arcybiskup Carlo Maria Viganò – 9 sierpnia 2026 r

Netanjahu wznawia „mistyfikację dotyczącą broni masowego rażenia w Iraku” – wznawia ją, by promować wojnę z Iranem

Netanjahu wznawia „mistyfikację dotyczącą broni masowego rażenia w Iraku” – wznawia ją, by promować wojnę z Iranem

Netanjahu wznawia „mistyfikację dotyczącą broni masowego rażenia w Iraku” – wznawia ją, by promować wojnę z Iranem

Alastair Crooke

Zmiana stanowiska Trumpa, który uznał, że kluczem do kapitulacji Iranu będzie presja ekonomiczna, nie jest wiarygodną strategią.

Prezydent Trump wziął za dobrą monetę wojskowe przemówienia sekretarza obrony Hegsetha („Siła ognia armii USA jest ogromna”), tylko po to, by poniewczasie uświadomić sobie, że USA wyczerpały zapasy pocisków przechwytujących w wojnie, w której podstawą jest obrona powietrzna. „Rachunek uzupełnień zapasów jest równie otrzeźwiający. Cztery lata na uzupełnienie zapasów – a nie cztery miesiące – ponieważ komponenty zawierają pierwiastki ziem rzadkich, kontrolowane przez Chiny”.

Hegseth wydaje się być w niełasce, podczas gdy gwiazda ministra finansów Bessenta rośnie.

Doniesienia wskazują, że Bessent wielokrotnie zapewniał Trumpa, że ​​niedobór ropy spowodowany zamknięciem Cieśniny Ormuz jest „tymczasowy i możliwy do opanowania” (co nie jest prawdą), a ponadto argumentował, że inflacja napędzana ceną energii również ustąpi, gdy tylko opadną globalne napięcia. Postawił na to wszystko. A Trump najwyraźniej wierzy w manipulację kontraktami na ropę i kontrakty terminowe.

Dane dotyczące statków przepływających przez korytarz omański krążące w Waszyngtonie są całkowicie sfabrykowane. Brett Erickson z Obsidian Risk Advisors pisze:

„Po rozmowach z kilkoma moimi absolutnie godnymi zaufania kolegami, nie ma absolutnie żadnych dowodów na to, że 8 milionów baryłek ropy jest transportowanych dziennie szlakiem omańskim, ani żadnych dowodów na to, że 9 milionów baryłek opuszcza Cieśninę Ormuz każdego dnia. Zero. Nie „może”, nie „możliwe”. Żadnych dowodów. A co gorsza: istnieją dowody, które wprost dowodzą czegoś przeciwnego”.

Na pytanie: „Czy planujesz po prostu zniknąć, aż wszystko się rozpadnie? Co wtedy?”, Erickson odpowiada:

„O ile wiem, oni naprawdę wierzą, że część tych informacji jest prawdziwa. Są głupi, niekoniecznie nieuczciwi – co jest jeszcze gorsze”.

Zmiana stanowiska Trumpa w sprawie presji ekonomicznej jako kluczowego czynnika skłaniającego Iran do kapitulacji nie jest wiarygodną strategią. Nawet gdyby nasilone oblężenie faktycznie pogłębiło cierpienia narodu irańskiego, jest mało prawdopodobne, aby jego niedola doprowadziła do korzystnego rezultatu – takiego jak zmiana reżimu na wzór Delcy Rodríguez.

Iran jest zaangażowany w egzystencjalną wojnę z USA i Izraelem i gdyby irańskie władze kiedykolwiek zostały zmuszone do wyboru między kapitulacją a eskalacją konfrontacji, niemal na pewno wybrałyby eskalację. W istocie, decyzja o eskalacji militarnej – wywarciu presji na Trumpa – wydaje się już podjęta, o czym świadczą niedawne oświadczenia Mohsena Resaee, nowo mianowanego sekretarza Najwyższego Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego. Iran podejmie proaktywne działania militarne, nawet jeśli Trump powstrzyma się od działań militarnych.

Iran jednak nie wykazuje oznak załamania gospodarczego w obliczu wznowionej blokady USA. Na początku konfliktu Iran miał około 120–140 milionów baryłek ropy naftowej zmagazynowanych na tankowcach na morzu i wyeksportował kolejne 80 milionów baryłek w ograniczonym okresie obowiązywania Porozumienia. Rial faktycznie umocnił się w trakcie jego trwania. Pytanie zatem brzmi: co się stanie, jeśli Iran nie tylko odmówi kapitulacji, ale wręcz zaostrzy swoje stanowisko wobec Trumpa – co najwyraźniej robi?

Danny Citrinowicz, czołowy izraelski analityk wojskowy, zauważa, że ​​utrzymanie obecnego impasu w żaden sposób nie jest kosztowne dla Stanów Zjednoczonych. Ormuz pozostaje pod poważnymi ograniczeniami; Morze Czerwone jest zamknięte dla eksportu z Arabii Saudyjskiej; a siły amerykańskie są zmuszone do utrzymywania kosztownej obecności wojskowej i blokady. Co więcej, amerykańskie zapasy amunicji są pod presją, a Teheran nadal dysponuje licznymi środkami nękania sił amerykańskich i zagrażania regionalnej żegludze. Tymczasem ekonomiczne konsekwencje zakłóceń w przepływach energii z pewnością nie spadają wyłącznie na Iran.

Jak zauważył w tym tygodniu „Wall Street Journal” :

„Producenci energii w Zatoce Perskiej dochodzą do wniosku, że kontrola Iranu nad Cieśniną Ormuz stanie się trwała, co na zawsze zakłóci eksport ropy naftowej i gazu oraz globalne dostawy energii… [nie mają] praktycznie żadnego dobrego sposobu na przeciwstawienie się [bardziej asertywnemu Iranowi]”.

Ropa naftowa to nie jedyny element, który został zakłócony przez konflikt. Zakłóceniu uległo również wiele kluczowych elementów łańcucha dostaw.

Gdyby ostatecznie okazało się, że Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę nie zachowując należytej staranności w odniesieniu do swoich możliwości militarnych (błędnie zakładając, że wojna skończy się w ciągu weekendu, jak twierdził David Barnea, szef Mossadu, podczas briefingu w Sali Sytuacyjnej 11 lipca 2026 r.), a Sekretarz Skarbu skłamał na temat prawdziwej sytuacji energetycznej, niektórzy ludzie będą musieli w końcu odpowiedzieć na poważne pytania.

Izraelski komentator strategiczny Shemuel Meir podnosi najistotniejsze wątpliwości, na które należy znaleźć odpowiedź:

Czy wojna z Iranem była rzeczywiście wojną „prewencyjną”, prowadzoną pod fałszywym pretekstem bezpośredniego zagrożenia?

Czy Netanjahu kłamał na temat realnego zagrożenia nuklearnego ze strony Iranu?

Albo inaczej: czy Netanjahu naśladował oszustwo „Irak i jego broń masowego rażenia”, żeby skłonić Trumpa do wojny?

W artykule napisanym na początku lipca tego roku czołowy izraelski komentator Ben Caspit skrytykował Netanjahu:

Naprawdę, Bibi? Czy Irańczycy mieli bomby atomowe? Mówisz poważnie? Wiesz, że jesteś premierem. Każde twoje oświadczenie, każde zdanie, każde słowo trafia na pierwsze strony gazet. Kiedy mówisz coś takiego, niesie to za sobą konsekwencje. Czy zdajesz sobie z tego sprawę? Cóż, przykro mi, że cię rozczaruję – ale Iran nie miał bomb atomowych. Wcale nie. Nawet w żartach… Nie możesz powiedzieć, że Iran posiadał bomby atomowe. Bo to nieprawda… Bo to kompletna fikcja.”

(Conflicts Forum zauważyło na początku lipca – patrz tutaj – że oprócz Caspita, szereg byłych czołowych izraelskich urzędników ds. bezpieczeństwa i wywiadu oraz komentatorów twierdziło, że Netanjahu kłamał na temat irańskiego zagrożenia nuklearnego w okresie poprzedzającym wojnę z Iranem – i że nadal kłamie na temat irańskiego zagrożenia nuklearnego.)

Shemuel Meir zauważa, że ​​zgodnie z doktryną Izraela wojna prewencyjna ma na celu wyeliminowanie zagrożenia egzystencjalnego w jak najkrótszym czasie, gdy nie ma wątpliwości co do bezpośredniości tego zagrożenia.

Meir zauważa jednak:

„My [izraelska opinia publiczna] zasadniczo nie wiemy, co się wydarzyło ani jak zapadła decyzja o rozpoczęciu wojny prewencyjnej („Operacja Powstający Lew”) 13 czerwca 2025 r. i jej kontynuacji w drugiej rundzie wojny prewencyjnej 28 lutego 2026 r. („Ryk Lwa”). Sposób podjęcia decyzji o rozpoczęciu tej wojny pozostaje, jak to ujął Aluf Benn, „czarną skrzynką” decyzyjną Netanjahu”.

Kontynuuje:

„Spróbujmy więc zbadać fakty tak dokładnie, jak to możliwe. Aby ustalić, jak uzasadnione było uzasadnienie wojny, która zmieniła oblicze Bliskiego Wschodu i… choć była to wojna konwencjonalna, była to pierwsza w historii wojna nuklearna z prewencją. I to taka, która została toczona za zgodą prezydenta USA”.

„Nasuwa się pytanie: jak to możliwe, że nie widzieliśmy żadnej krytycznej analizy ani szczegółowego śledztwa dotyczącego decyzji leżących u podstaw wojny prewencyjnej z czerwca 2025 roku? Jest to szczególnie uderzające w świetle dwóch raportów śledczych, które, co dość zaskakujące, opublikowano w Izraelu w ciągu ostatnich dwóch tygodni…”

„Oba dalsze śledztwa… opierają się na wiarygodnych źródłach wywiadowczych i dobrym dostępie do kierownictwa Sztabu Generalnego Sił Obronnych Izraela. Z obu raportów dowiedzieliśmy się czegoś, o czym nie słyszeliśmy nigdzie indziej: faktów i szczegółów dotyczących zastrzeżeń szefa Sztabu Generalnego do drugiej wojny prewencyjnej z 28 lutego, której celem było rozwiązanie problemu nuklearnego poprzez obalenie reżimu”.

Meir dodaje:

„Według raportów ze śledztwa, szef wywiadu wojskowego AMAN (krajowego ewaluatora wywiadu w systemie izraelskim) oraz szef departamentu badań wywiadowczych w raportach wywiadowczych przekazanych premierowi i członkom gabinetu ocenili, że prawdopodobieństwo sukcesu w drugiej wojnie z Iranem jest niskie. Dla każdego, kto zna historię izraelskiego wywiadu, była to odważna ocena”.

Rozpoczynając obie rundy tej samej wojny prewencyjnej, Netanjahu oświadczył, że uzasadnieniem wojny są „nowe informacje wywiadowcze” ostrzegające o bezpośrednim, egzystencjalnym zagrożeniu nuklearnym dla Izraela i jego zagłady. Według niego Izrael nie mógł stać bezczynnie; istniała natychmiastowa konieczność wojny. Aby zilustrować bezpośredniość zagrożenia, Netanjahu nasycił debatę publiczną – zarówno w okresie poprzedzającym pierwszą wojnę, jak i w ciągu roku między obiema „wojnami” – metaforami egzystencjalnymi, takimi jak „miecz przy gardle”, i porównał irańskie obiekty nuklearne do obozów zagłady europejskich Żydów.

„W nocy 13 czerwca 2025 roku, w związku z bezpośrednim zagrożeniem egzystencjalnym ze strony irańskiej broni jądrowej, Netanjahu oświadczył, że »jesteśmy w ostatniej chwili«. Iran osiągnął punkt, z którego nie ma odwrotu. W ostatnich miesiącach Iran »podjął jednoznaczne, nigdy wcześniej niepodejmowane kroki w kierunku uzbrojenia się, to znaczy stworzenia broni jądrowej, a nie jedynie gromadzenia materiałów rozszczepialnych«”.

Czy 13 czerwca 2025 r. rzeczywiście istniało zagrożenie egzystencjalne? – pyta Shemuel Meir.

„Argumenty Netanjahu i szefów Sztabu Generalnego Sił Obronnych Izraela, pozornie poparte danymi wywiadowczymi, dotyczące „nowych danych wywiadowczych”, dotyczące przyspieszenia irańskiego programu zbrojeń nuklearnych w najbliższym czasie (broń była kluczowym słowem w ich argumentacji), przeczyły wiarygodnym, aktualnym ocenom wywiadowczym. Obejmowały one raporty wywiadu USA, które przeczyły twierdzeniom o bezpośrednim zagrożeniu nuklearnym i były najwyraźniej znane wywiadowi izraelskiemu”.

„Według raportu śledczego Ronena Bergmana ( Yedioth Ahronoth , 26 czerwca 2026 r.), opartego na wysoko postawionych izraelskich źródłach wywiadowczych, izraelski wywiad nie posiadał żadnych konkretnych informacji wskazujących na faktyczne uruchomienie programu zbrojeniowego. Były jedynie „niepokojące informacje o myślach i rozmowach”, ale brak było niezbitych dowodów na to, że laboratoria zbrojeniowe zostały uruchomione”.

Nasuwa się pytanie: „Czy wszyscy wysocy rangą oficerowie Sztabu Generalnego Sił Obronnych Izraela i wywiadu wojskowego zgodzili się i w pełni poparli argument premiera, że ​​był to konieczny atak wyprzedzający, aby zapobiec bezpośredniemu zagrożeniu nuklearnemu? Czy była to wojna mająca na celu wyeliminowanie bezpośredniego zagrożenia egzystencjalnego, czy też wojna oparta na „wykorzystaniu okazji”?”

(Według innych doniesień, żaden z obecnych na spotkaniu wyższych rangą oficerów nie wskazał na możliwość, że Iran nie ulegnie załamaniu, ani że wyjdzie z konfliktu silniejszy.)

Meir pyta, czy wysocy rangą oficerowie Sił Obronnych Izraela zaangażowani w podjęcie decyzji postępowali zgodnie z procedurami, „czy też byli tak pochłonięci euforycznym nastrojem Netanjahu, że nie rozpoznali metafizycznej misji, której podjął się w roli „obrońcy Izraela” – zaatakowania Iranu i zniszczenia jakiejkolwiek możliwości dyplomatycznego porozumienia nuklearnego?” (Meir przeanalizował we wcześniejszym artykule „Requiem dla porozumienia nuklearnego”, że jedna trzecia autobiografii Netanjahu „My Story” poświęcona jest właśnie tej metafizycznej misji – że wojna z irańskimi obiektami nuklearnymi była marzeniem Netanjahu od urodzenia).

Jest to oczywiście pytanie egzystencjalne dla Izraelczyków, ponieważ wojna w żaden sposób nie osiągnęła zakładanych celów.

Ale ma to również absolutnie istotne znaczenie dla Amerykanów. Podczas briefingu sytuacyjnego w Sali Sytuacyjnej Białego Domu 11 lutego 2026 roku Netanjahu wygłosił wobec prezydenta Trumpa intensywną przemowę, sugerując, że Iran jest gotowy na zmianę reżimu i wyrażając przekonanie, że wspólna misja USA i Izraela mogłaby ostatecznie położyć kres Islamskiej Republice.

Czy obecni urzędnicy amerykańscy, którzy wyrazili wątpliwości co do izraelskich twierdzeń, byli świadomi, że szef izraelskiej agencji wywiadu wojskowego AMAN (krajowej agencji wywiadowczej w systemie izraelskim) oraz szef izraelskiego departamentu badań wywiadowczych ocenili i ustalili w raportach wywiadowczych przekazanych Netanjahu i członkom gabinetu, że prawdopodobieństwo implozji Republiki Irańskiej jest niskie? Szef Mossadu natomiast upierał się, że wojna z Iranem będzie szybka i łatwa.

Jednakże ocena AMAN była w pełni zgodna z wiarygodnymi przeciekami od funkcjonariuszy wywiadu USA i analityków, ujawnionymi podczas wojny dwunastodniowej w czerwcu 2025 r.

Gazety „New York Times” , „Wall Street Journal” i „CBS” podały, że amerykańskie źródła wywiadowcze nie mają żadnych nowych informacji wskazujących na to, że Iran zamierza zbudować bombę atomową; że nie zaszła żadna zmiana w ocenie służb wywiadowczych; że Iran nie zmierza w kierunku posiadania broni jądrowej; oraz że nie wydano żadnego rozkazu uzbrojenia się.

Mimo to Trump popchnął wojnę naprzód – wojnę, która trwa do dziś. Dlaczego?

Źródło: Netanjahu powtórzył „oszustwo dotyczące broni masowego rażenia w Iraku” – wznowione w celu promowania wojny z Iranem

„Oszustwo Medjugorje” – E. Michael Jones

Opublikowano w Autor: emjot

„Oszustwo Medjugorje” — Michael Voris rozmawia z autorem książki Michaelem Jonesem

https://youtube.com/watch?v=Gaj3GREo57c%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dpl%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent
—————————————-

W   drugiej   części   naszego   programu   mówić   będziemy  o Medjugorie. Od jakichś 600 lat (żart) mają tam miejsce objawienia,  — więc postaramy się to jakoś rozgryźć i rozłożyć na czynniki pierwsze.

Jednym z najlepszych ekspertów w tej dziedzinie jest autor książki Medjugorie Deception\Oszustwo Medjugorie, E. Michael Jones, —  który jest z nami w studio.

 Witam.

Proszę opowiedzieć nam pokrótce, co się wydarzyło ostatnio w Watykanie odnośnie tych rzekomych objawień.

Kardynał Ruini przekazał swój raport do Watykanu. —  Komisja, powołana przez Watykan, zakończyła raport i został on przekazany dalej.

Wydaje   mi się, że miało to nastąpić rok temu, — ale wynikły jakieś opóźnienia (z powodu abdykacji Benedykta XVI – przyp. tłum.).

— Tak więc raport został złożony i teraz wszystko w rękach papieża Franciszka.

Pierwsze pytanie, jakie się nasuwa, to jakim sposobem jakikolwiek raport czy śledztwo może być zakończone, gdy przedmiot śledztwa (objawienia) wciąż trwa.

Natura tych rzekomych objawień, czymkolwiek są, nie ma nic wspólnego z oceną ich autentyczności.

W XVIII w. Kościół ustanowił kryteria, według których oceniane są prywatne objawienia.

— Była to kontynuacja wcześniejszych badań dotyczących kanonizacji świętych i tego, jak badać tego typu zjawiska.

Te kryteria są bardzo jasne.

— Jeśli pojawia się jakikolwiek dowód kłamstwa czy manipulacji, te dwie rzeczy, którymi się tutaj zajmujemy, — to muszą być one zbadane w ten sam sposób jak podczas zeznań w sądzie.

Nie zakładamy, że jest tam coś nadprzyrodzonego, opieramy się na zebranych dowodach.

I jeśli coś się w trakcie pojawia, jest dyskwalifikowane.

Porozmawiajmy teraz o ludziach, którzy byli w Medjugorie i widzieli to wszystko. Wielu z nich jest bardzo zaangażowanych.

Twierdzą, że wrócili do wiary, że przezwyciężyli kryzys wiary. —  Nie chcę, by ktoś pomyślał, że żartujemy sobie z ludzi, którzy wierzą w Medjugorie.

Chcemy tylko obiektywnie ocenić to zjawisko, informacje, których dostarczają widzący oraz ludzi, którzy tam na miejscu to wszystko wspierają. — Nie chcemy oceniać ludzi, którzy jeżdżą tam na pielgrzymki.

Jakie jest pana zdanie na temat „dobrych owoców” Medjugorie?

Argument o „dobrych owocach”.

Po pierwsze, chciałbym powiedzieć, że argument o „dobrych owocach” automatycznie eliminuje argument o „złych owocach”.

A złych owoców jest tam pełno. — Napisałem na ten temat cały tom.

Począwszy od rozbijanych małżeństw, poprzez molestowanie seksualne pielgrzymów, seanse spirytystyczne, wojnę domową i ludzi zabijanych w kraju, w którym podobno objawia się Królowa Pokoju.

Przecież to cała lista złych owoców!

Możemy mówić o bardzo wielu złych owocach,  — ale żaden z nich nigdy nie jest poddawany dyskusji.

Handel ludźmi to poważny zarzut. Czy widzący mają z tym jakiś związek?

Musimy rozgraniczyć widzących od ludzi, — którzy faktycznie kierują tym wszystkim.

Wzorcowym przykładem, — o którym już kiedyś mówiłem, — jest proces czarownic z Salem.

— Były tam dzieci, które zostały przyłapane na robieniu czegoś, czego nie powinny, a przyłapane wymyśliły historyjkę, która zaczęła żyć własnym życiem w chwili, gdy pastor orzekł, że to wszystko prawda.

To samo wydarzyło się w Medjugorie.

Być może te dzieciaki coś paliły,  — sam nie wiem co, — jedno z nich miało opinię punkowca z Sarajewa, —  ale zostały przyłapane i zabrane do kościoła.

— Jozo Zovko przesłuchał je,  a zaznania nagrał, —  kaseta z nagraniem wciąż tam jest.

To jasne, że im uwierzył. — W pewnym momencie orzekł, że to wszystko prawda.

I wtedy zaczęły się objawienia a zakon franciszkański zaręczył za ich wiarygodność.

  — I o to tu chodzi.

Trzeba też prześledzić życiorysy ludzi, którzy za tym stali, — czyli franciszkanów.

Jeżeli przyjrzymy się bliżej, zobaczymy wiele złych rzeczy.

Nie ja jeden mówię o tym, ale jestem pierwszą osobą, która ujawniła historię nieślubnego dziecka o. Tomislava Vlasica. — Było to 25 lat temu.

Teraz można dowiedzieć się o tym na stronie diecezji Mostar.

Tomislav Vlasic, razem z o. Jozo Zovko, został usunięty z zakonu, gdyż nie poddał się pod suspensę, którą nałożono na niego wiele lat temu.

—  Usunięto go głównie za wykorzystywanie seksualne pielgrzymów i seanse spirytystyczne (w org. trafficking in spirits – przyp. tłum.).

To były ksiądz.

Były ksiądz franciszkański.  — A więc trzeba to wszystko dodać, by mieć pełny obraz,  a nie skupiać się tylko na tych dzieciach lub na orędziach.

Mamy teraz na ekranie wypowiedzi widzących lub to, co rzekomo powiedziała Matka Boska. 

—  Przyjrzyjmy się niektórym. Są naprawdę dziwne.

Nie wydaje mi się, by zbyt wiele osób, które dają temu wszystkiemu wiarę, lub zastanawiają się nad autentycznością Medjugoria, znało te wypowiedzi.

— Wiele z nich pochodzi z książki o. Janko Bubalo.

Zwolennik.

Tak, on jest pro-Medjugorie.  —Twierdzi, że widząca Miriana poprosiła Panią o znak i wtedy wskazówki jej zegarka obróciły się.

W 1981 widzący twierdzili, że Dziewica znikała kilka razy, gdyż ludzie deptali po Jej welonie.  — Kilka miesięcy później, wieczorem podczas zjawienia,  — ludzie po kolei dotykali welona, głowy, ręki i sukni Zjawy.

— Na koniec Dziewica była brudna i cała poplamiona.

Miesiąc później Vicka zapisała w swoim dzienniczku: — „Zapytaliśmy Panią o mężczyznę, który…” — to długi fragment o poplamionej chusteczce, pominiemy go, gdyż ma dodatkowy kontekst.

Kilka miesięcy później Jakov spytał „Panią”, — czy drużyna Dynamo z Zagrzebia wygra zawody, co wywołało szaleńczy śmiech innych widzących.

Królowa Nieba przychodzi na ziemię i irytuje się, bo ludzie depczą jej welon, dotykają Jej, mimo że nie ma tam niczego fizycznego do dotykania, i pokrywa się błotem.

A to dopiero początek, rok 1981. —  Czy rzeczy tego rodzaju mogą być czerwoną flagą? —  Dzwonkiem alarmowym? — Jeśli jesteś katolikiem, reagujesz  — co?!

Jasne. — Ważne jest, by przypomnieć, że to wszystko było drukowane przez zwolenników Medjugorie.

Po drugie,  — na początku widzący wypowiadali się szczerze, mówili wprost do ludzi  i  była to jedna bzdurą za drugą.

Stopniowo franciszkanie przejęli kontrolę nad widzącymi i nad przesłaniami.

— Franciszkanie byli wykształceni w dziedzinie teologii i usuwali niedorzeczności.

Czy może nam pan nakreślić tło? —  To ważne, by zrozumieć kontekst konfliktu między franciszkanami a lokalnym biskupem.

Istniał tam konflikt o jurysdykcję nad lokalnymi parafiami. — Biskup chciał przejąć nad nimi kontrolę, 

— franciszkanie z kolei chcieli zatrzymać je w swoich rękach.

Wywiązał się spory konflikt, w wyniku którego cała gałąź zakonu została zasuspendowana. —  Takie jest tło tych objawień.

Toczyła się bitwa, —  a franciszkanie potrzebowali czegoś by pokonać biskupa.

Czy może być coś lepszego, niż Matka Boska, która staje po naszej stronie i mówi, że to my mamy rację a biskup się myli?

Oto kontekst.

A cała historia nie ma bez niego żadnego sensu. — Wielu ludzi sympatyzuję z Medjugorie lub jest skłonnych, by w nie wierzyć, bo któż by nie chciał, by objawiała się Matka Boska i pocieszała swoje dzieci.

— Ale nie o to chodzi. —  Istotny jest kontekst, w którym się to wszystko dzieje.

Przejdźmy do drugiej części. 

—  O. Tomislav Vlasic pyta widzących:

„Czy uważacie, że Dziewica Maryja jest tą, która udziela łask czy tą, która modli się do Boga?”

Vicka odpowiada:

„Tą, która się modli.”

Mamy tu problem teologiczny.   — Czy   postrzegasz   Maryję,  która ci się objawia, jako tą, która udziela łask, a jest to tradycyjne katolickie nauczanie, czy jaką tą, która się tylko modli do Boga.

— A ona (Vicka) odpowiada:  — „Ona się tylko modli do Boga”.

Więc Ona nie udziela łask, nie jest Mediatrix.

I jest to sprzeczne z katolickim nauczaniem.

Dzieci nie są teologami.

To było w 1984 roku, początek objawień.

Kolejny punkt.

— Dziewica miała we zwyczaju odmawiać Ojcze nasz razem z widzącymi.

Wielu z was może nie zdawać sobie sprawy,  — że gdy Nasza Pani się objawia i modli się z widzącymi, — odmawia,  — jak twierdzą, —  Ojcze nasz, ale pytanie brzmi

—  jak Maryja może mówić:  — i odpuść nam nasze winy, —  skoro sama jest bez grzechu?

W Lurdes Maryja miała zamknięte usta podczas odmawiania Ojcze nasz i Zdrowaś Mario, — odmawiała natomiast — Chwala Ojcu podczas Różańca.

Kolejna rzecz. 

Miriana zapytała Dziewicę:

— „Czy wiele dusz jest potępionych?”

A Ona odpowiedziała:

— „Dzisiaj wiele dusz idzie do czyśćca”.

To ciekawe, — wziąwszy pod uwagę nauczanie św. Augustyna,  czy św. Tomasza,  czy wielu innych świętych, —  którzy twierdzili, że wiele dusz jest potępionych.

Ewangelie także.

Ewangelie też.  Więcej idzie do piekła niż do nieba, to pewne.

„Wąska jest brama”  itp.

To kłopotliwe sprawy. 

A   tutaj najbardziej szokujące. — Nasza Pani mówi rzekomo podczas jednego  z pierwszych objawień (1981), — że wszystkie religie są równe przed Bogiem.

Słysząc coś takiego, —  jeśli jesteś katolikiem, — natychmiast to odrzucasz.

Absolutna herezja.  — Nie ma mowy, by Matka Boża powiedziała coś takiego.

Dziewica, która wydała na świat Boga,  — mówi, że wszystkie religie są równe?  — Więc czemu zgodziła się, by zostać Matką Boga?

Mamy tu olbrzymi problem.  — Skąd więc tyle wiary w te rzekome objawienia?

Ma to swoje źródło w kryzysie w Kościele z początku lat 60-tych.

Mamy tu sytuację, —  gdzie wszystko wydaje się być na sprzedaż, co jeszcze będą zmieniać, w co mam wierzyć?

I nagle pojawiają się jacyś ludzie, —  jak ci tutaj, i mówią —  odrzućcie to wszystko,  — oto tu jest przesłanie prosto od Boga,  — wszystko jest ok.

Wielu znalazło w tym ukojenie.

Otrzymałem kiedyś list, w którym ktoś napisał

— „Może wszystko jest źle, ale zawsze mamy Bayside” (fałszywe objawienia w USA z lat 70-tych).

I z tym mamy do czynienia. 

Oszust w rodzaju Veroniki Lueken („widząca” z Bayside) przychodzi i mówi:

— Wiem, co czujecie, ale prawda jest taka, że prawdziwy papież Paweł VI został porwany, tu są zdjęcia jego uszu (odniesienie do teorii, że papież Paweł VI został podmieniony- przyp. tłum.).

I nagle wszyscy czują ulgę i mówią  — teraz rozumiem.

I to właśnie generują tego rodzaju wydarzenia. 

— W Kościele brak jest autorytetu, mają miejsce różne nadużycia, która są tolerowane i oto pojawia się głos z nieba, który mówi  —  wszystko w porządku.

Jest   to   psychologiczna   gra   na   umysłach.   — Ludzie muszą mieć poczucie sensu wobec chaosu w Kościele.

Jest to prawie niemożliwe, —  jeśli rozejrzysz się dookoła, chyba że przyznasz sam przez sobą, że dzieją się naprawdę strasznie, bezbożne rzeczy.

A wielu nie chce tego uznać, wolą zwrócić się w stronę wydarzeń, które mają tą mistyczną, duchową pieczątkę prosto z nieba.

Tak, wyeliminować to, co pośrodku, dotrzeć do źródła i czujesz się lepiej, przynajmniej przez jakiś czas.

Mówił pan na początku, że wszystko jest teraz na biurku „papieża” Franciszka.  — Z czym będzie się musiał Franciszek zmierzyć?

Dostaję maile,  — w których ludzie pytają,  — jak zareaguję, gdy Medjugorie zostanie uznane.

Odpowiadam, że Kościół nigdy tego nie uzna, to niemożliwe.  — Postawiłbym na to ostatniego dolara.

Dwóch   biskupów   potępiło   Medjugorie   —   a   lokalni biskupi są w pierwszej kolejności autorytetami w tej materii.

— Obaj odmówili uznania objawień twierdząc, że to oszustwo.

Konferencja biskupów Jugosławii nie zatwierdziła autentyczności.

— Ostatnio diecezja Mostaru zamieściła na swojej stronie info o seansach spirytystycznych, o nadużyciach seksualnych.

Kościół za nic w świecie nie uzna tego. —  I teraz, testem pontyfikatu Franciszka będzie, czy coś z tym zrobi czy nie.

— Gdyż cała strategia nie polega na tym, by uzyskać potwierdzenie, ale by wszystko nadal toczyło się starym torem. 

—  Zostawcie nas w spokoju, nie mówcie nic negatywnego, nic nie róbcie.

— W ten sposób będziemy mogli po staremu zarabiać pieniądze, prowadzić biznesy i wszyscy będą szczęśliwi.

I jeśli tak się znowu stanie, — to dla mnie osobiście będzie to sygnał, że Franciszek nie ma kontroli nad swoim pontyfikatem.

Wielu ludzi mówiło to samo o Benedykcie XVI.

Moim zdaniem, powodem rezygnacji Benedykta był nieudany pontyfikat.

— Porażka, do której przyczynili się ludzie, którzy kierowali tym pontyfikatem. — Benedykt nie miał nad tym żadnej kontroli.

Za  sukcesem Medjugorie stoją ludzie, — którzy mają wystarczająco władzy, by nie dopuścić do żadnej krytyki.

Dzieje się tak od 30 lat a powody są różne.

Na początku była to antykomunistyczna krucjata, pranie pieniędzy, — biskup Milic był w to zamieszany.

Gdy byłem tam ostatnio, biskup Peric powiedział, — że franciszkanie mieli tyle pieniędzy, że założyli własny bank.

I gdy doda się to wszystko razem, — pranie pieniędzy, handel ludźmi, znajdziemy się w samym centrum kryzysu, z którym musi się zmierzyć Watykan.

Benedykt nie poradził sobie z tym i dlatego zrezygnował. —  Pytanie, czy Franciszek da sobie radę. Czy wyda jakieś oświadczenie.

Nie   wydaje   mi   się,   by chodziło konkretnie o Medjugorie  —  prawda to czy fałsz.  — Chodzi o całą otoczkę.

Jasne jest,  — że katolicy, którzy angażują się w dobre rzeczy w Kościele, którzy nie wspierają małżeństw homoseksualnych czy wyczynów złych księży, — oni właśnie wspierają papiestwo z prawej strony, — a ci z lewej wykorzystują to.

Dodaj do tego sytuację w Chorwacji. —  Objawienia stały się podstawa ruchu natykomunistycznego.

— Myślę, że właśnie dlatego papież Jan Paweł II nigdy nie wypowiedział się na ten temat.

[Przecież Medjugorie świetnie wpisuje się w posoborową linię ekumenizmu —   super-kościoła..   zobacz:   Karol Wojtyła   i jego fałszywa „Maryjność” — emjot]

Byłem tam w 1988 roku, rozmawiałem z biskupem Zanicem…

Komunizm, — dla tych, których jeszcze wtedy nie było na świecie,  — miał się w tamtym okresie bardzo dobrze.

Tito   umarł   na   rok   przed   objawieniami.  

 Biskup Zanic powiedział mi,  — że rozmawiał z kardynałem Ratzingerem, który był wtedy przewodniczącym Kongregacji Nauk Wiary.

Spytałem 

—  co na to kardynał Ratzinger.

Odpowiedział 

zgadzam się z tobą.

Innymi słowy, Ratzinger zgadzał się z Zanicem. 

  Zanic powiedział mi też, — że rozmawiał z papieżem, — więc spytałem, co papież na to.

A on odpowiedział

— papież nie powiedział nic.

Myślę, że to, z czym tu mamy do czynienia, — to przede wszystkim papież Jan Paweł II, który był bardzo zaangażowany w obalenie komunizmu.

A Medjugorie było to nic innego, —  jak chorwacka krucjata antykomunistyczna.

Wplatało się w polityczne machinacje.

[PO PRZERWIE POKAŻEMY WAM VIDEO, KTÓREGO NIE CHCECIE PRZEGAPIĆ]

Witam po przerwie. — Szaleństwo Medjugorie. — Oto książka Oszustwo Medjugorie i jej autor E. Michael Jones.

I chyba nie znajdzie się drugie tak dokładne opracowanie tematu. Ale tak piszę Michael. On po prostu wie niemal wszystko. 

—  Czy wciąż twierdzi pan, że ta książka to ekspertyza?

Oczywiście. Na pewno jeśli chodzi o początek wydarzeń, o wojnę, tło historyczne, o źródło objawień, zaangażowanie franciszkanów.

Nic się nie zmieniło.

Książkę możecie dostać na stronie culturewars.com. — W historii Kościoła, gdy ktoś ma objawienie i widzi coś na własne oczy i nie jest to tylko wewnętrzne odczucie, np. Dziewicę Maryję czy Aniołów, — to zdarza się, że doznaje ekstazy i staje się zupełnie nieświadomy wszystkiego, co się dzieje dookoła.

—  Ci   ludzie   są   tak   skupieni   na   nadnaturalnym   doświadczeniu,  — że obojętnieją kompletnie na świat materialny.

Pokażemy wam teraz wideo. —  Dla ludzi, którzy wspierają Medjugorie i wierzą w to, co się tam mówi, 

—  to wideo może być bardzo trudne do przyswojenia.

 ===========================================================

Prof Louis Belanger:  —  „Wizjonerzy  twierdzą, że podczas objawień nie mają żadnego kontaktu z otoczeniem. Nie widzą i nie słyszą innych obecnych i są całkowicie skoncentrowani na Zjawie”.

Lektor:  — „Co tydzień Dziewica Maryja objawia się młodym wizjonerom podczas piątkowej Mszy.  — Belanger przyniósł z sobą kamerę”.

Belanger:  — „Teraz robią znak krzyża i zaczynają odmawiać Ojcze nasz. Podczas modlitwy nagle zaczyna się ekstaza. Klękają przed Matką Boską”.

Lektor:  — „Jeśli to prawdziwa ekstaza, nic nie powinno rozpraszać dzieci. Lecz nagle jeden z obecnych, —  Jean Louis, — wykonał gwałtowny ruch ręką w stronę Vicki”.

Belanger:  — „Podczas filmowania niczego nie zauważyłem. — W kaplicy panowało zamieszanie, ponieważ wszyscy byli zaniepokojeni reakcja Vicki.

Jean Louis wykonał szybki ruch ręką w stronę oczu Vicki, a ona zareagowała.  — Jean Louis był z tego powodu niezadowolony”.

Lektor: —  „Moment, w którym palce zbliżają się do oczu Vicki, pokazuje, że dziewczyna się cofa”.

Belanger:  — „Teraz palce się cofają, ona lekko mruży oczy. Ale na następnym zdjęciu mamy ten gwałtowny ruch głową. — Vicka sie uchyla.

Po zakończeniu ekstazy zapomniałem wyłączyć kamerę, kiedy nagle weszła Vicka z kimś jeszcze”.

Lektor:  — „Chciała wyjaśnić, czemu się poruszyła. — W trakcie transu chciała złapać Dzieciątko Jezus, wyślizgujące się z rąk Maryi”.

Belanger:  —  „(Vicka) powiedziała:

— „”Gdy weszłam do kaplicy, wszystko było w porządku. Podczas ekstazy nie widziałam i nie słyszałam nikogo, prócz Dziewicy Maryi. Dziewica trzymała w ramionach Dzieciątko Jezus. —  Nagle wydało mi się, że Dzieciątko zsuwa się na dół, więc by temu zapobiec, poruszyłam się.”

„Chciała wyjaśnić swoją reakcję na gest Jean Louisa”.

 _________________________

Dziewica Maryja o mało nie upuściła Dzieciątka Jezus.  — To już nawet nie jest zastanawiające, —  to absurdalne.

Gdyby chociaż zostawili to bez komentarza, —  może by to jeszcze jakoś przeszło,  — ale ona wraca i daje jakieś kompletnie pokręcone wyjaśnienie.

Nic nie odrzuca bardziej w ich wypowiedziach niż tego rodzaju bzdury.

Czemu oni wciąż o tym mówią? — Czemu cały czas się do tego wraca, gdy poruszana jest kwestia autentyczności?

Idzie o to, że konkretna grupa ludzi zarabia na tym pieniądze i bardzo im zależy, by nie poruszać kwestii tych świadectw, które są ze sobą sprzeczne.

— I znowu, gdzie jest Kościół?

Dwóch lokalnych biskupów, podpierając się swoim autorytetem, wydało oświadczenie negatywne, — więc dlaczego Kościół nie zakończył jeszcze całej tej historii?

Coś tu jest na rzeczy.

Wracając do twierdzenia o nieudanym pontyfikacie.

Nie twierdzę tutaj,  — że on (Benedykt XVI) robił wszystko źle. — Abdykował, bo nie potrafił zapanować nad konkretnymi wpływowymi grupami.

Twierdzę, że Medjugorie jest uosobieniem tych sił, — zarówno jeśli chodzi o handel ludźmi jak i pranie pieniędzy.

Dwie kwestie, z którymi walczy Watykan.

Być może jest to punkt krytyczny dla Franciszka. —  Symboliczny a zarazem całkiem realny.

—  Kim są te „siły” w Watykanie, czym się kierują?

Brzmi to jak teoria spiskowa. — Co się tam dzieje?  — Napisał pan już sporo na ten temat.

— Cóż, niektórzy są zamieszani w pranie brudnych pieniędzy.

  • Pewien monsignore został przyłapany z 25 milionami dolarów w walizce, gdy próbował dostać się do Szwajcarii.
  • Wcześniej jeden że słowackich biskupów ( Milicev\Nilicev?) został aresztowany przez włoską policję,  za zakup walizki należącej do Roberta Calvi.

Cofamy się do czasów, gdy Stany Zjednoczone były zaangażowane w finansowanie ruchów niepodległościowych typu Solidarność w krajach Europy Wschodniej.

Przeciwko komunizmowi.

Tak.  — Ostatnia faza krucjaty antykomunistycznej, a Medjugorie było jej częścią.

— Czerpano korzyści z tych transakcji, co przygotowało grunt pod proceder prania pieniędzy. — Przecież oni założyli tam własny bank.

Sam biskup Peric zwrócił mi na to uwagę.

— Oni wyciągają z tego ogromne ilości pieniędzy w twardej walucie, która płynie do Jugosławii.

Co się dzieje z tymi pieniędzmi?  — Tego nie wie nikt.

I te siły właśnie odpowiadają za brak transparentności finansowej, za zepsucie moralne.

— Te siły paraliżują Kościół, odpowiedzialne są za nieudany pontyfikat Benedykta XVI, —  a Medjugorie jest z tym wszystkim powiązane.

Komentarze typu —  Dziewica Maryja o mało nie upuściła Dzieciątka, —  one nie pochodzą od ludzi, którzy nie uznają autentyczności tych objawień.

— Są to wypowiedzi jednej z widzących, która zamrugała oczami na gwałtowny ruch czyjejś ręki w stronę jej twarzy.

Pytanie czy Łucja, Hiacynta lub Franciszek zareagowaliby równie gwałtownie podczas wizji?

— Nie, nic takiego by się nie stało.

Jeden z lekarzy poddał testowi św. Bernadettę z Lourdes, — podczas wizji nakłuł jej skórę igłą.  — Nie było żadnej reakcji.

Rodzą się poważne wątpliwości względem całej tej historii, gdyż aby wspierać i promować opowieści o Matce Bożej upuszczającej małego Jezusa, musiałbyś wyrzec się całej swojej katolickiej wiary.

Żałosne.  — Na stronie medjugorie.com  — mamy ją teraz na ekranie — są sami zwolennicy, to ich miejsce.

Przeczytam teraz panu rzekomą wypowiedź naszej Błogosławionej Matki, skierowaną do Ivanki podczas ostatniego z objawień otrzymywanych przez dziewczynkę każdego dnia. — 7 mają 1985 roku Królowa Pokoju powiedziała:

— „Nikt nigdy nie otrzymał tylu łask, niż ty i twoi bracia i siostry.”

Jeśli mówi to Matka Boża, Królowa Nieba,  — to mam nadzieję, że nie ma na myśli siebie. — Nikt nie otrzymał nigdy więcej łask,  niż nasza Błogosławiona Matka. 

Nawet jeśli pominiemy tutaj Matkę Bożą, — to czy myśli pan,  — że te dzieci zostały obdarowane większą łaską niż o Pio,  czy św. Tomasz z Akwinu?

Muszą mieć tam jakiś licznik do pomiaru świętości.

Matka Boża opowiada jakieś dziwne rzeczy.

Gorzej.  — Marija Pavlovic-Lunetti w jednym z objawień otrzymała pełne poparcie Matki Bożej dla mieszanej, damsko-męskiej grupy charyzmatycznej, którą założył we Włoszech o Tomislav Vlasic razem z s Agnes Heupel.

— Matka Boska zatwierdziła tę wspólnotę.

Gdy pisałem swoją pierwszą książkę Medjugorie: The Untold Story\Medjugorie: Historia, o której się nie mówi,  — wysłałem tam reportera by pokazać jej (s Agnes), co udało mi się znaleźć na temat Vlasica i jego nieślubnego dziecka.

Dziennikarz   pokazał   jej    to wszystko,   gdy   tylko  się pojawiła. —  Rzuciła na to okiem i z wyrazem przerażenia na twarzy wskoczyła do samochodu i odjechała.

Następnego dnia napisała notatkę, w której oświadczyła, —  że to, co powiedziałem na temat o Vlasica,  jej samej oraz wspólnoty

— to nieprawda i że powiedziałem to wszystko, bo zmuszono mnie do tego.

I tak cała sprawa się przedstawia.

A przypisuje się to Matce Bożej.

Wkładają różne słowa w usta Matki Boskiej,  — sami się przyznają, że kłamali,

— a przyznają się, bo ktoś ich do tego zmusił.

I tak to wygląda.

I tak to wszystko wygląda.

Według kryteriów ustanowionych przez Benedykta XIV —  to wszystko automatycznie staje się bezprawne,  — nie można dawać temu wiary.

Następny komentarz. — Przypominam, że wszystkie są spisywane przez zwolenników.

Matka Boża mówi rzekomo:

— „To   nie Bóg   stworzył   podziały i religie, to ludzie wymyślili podziały. 

— Każda  religia musi być szanowana,  a wy macie zachowywać waszą dla was samych i waszych dzieci. —  To wy jesteście podzieleni”.

I jeszcze to:

— „Muzułmanie   i   prawosławni,   podobnie    jak katolicy, —  są równi przed moim Synem i przede mną.  — Wszyscy jesteście moimi dziećmi”.

Jak w tej operze mydlanej —  „All my children” (serial amerykański nadawany w latach 1970 – 2011, przyp. tłum.).

— Muzułmanie, prawosławni i katolicy są równi przed Bogiem. — Czy mógłby pan to skomentować?

Ale jaki jest sens wchodzić w jakieś głębokie teologiczne rozważania nad czymś, co te dzieciaki bez zastanowienia wygadywały?

— Na samym początku były albo zbyt szczere albo zbyt głupie, spisując słowo w słowo wszystko, co paplały.

Można by wymienić całe katalogi bzdur.

Z biegiem czasu wszyscy zaczęli cierpieć na luki w pamięci,  — później zajęli się nimi franciszkanie, którzy zadbali, by w przekazach nie znalazło się nic wzbudzającego wątpliwości.

Tak więc nie ma potrzeby debatować nad tym.  — To są bzdury.

Kilka miesięcy temu „papież” Franciszek powiedział, — nie odnosząc się bezpośrednio do Medjugorie,

— że Matka Boża nie jest naczelnikiem poczty

— (cyt. „Maryja jest Matką i kocha nas wszystkich, nie jest jednak naczelnikiem poczty, rozsyłającym codziennie wiadomości” – przyp. tłum.).

To działa na korzyść komisji Ruiniego. — Nie wydaje mi się, by Franciszek patrzył na to przychylnym okiem — gdyż, —  w przeciwieństwie do Jana Pawła II, —  nie ma w tym żadnego interesu, jak walka z komunizmem.

Ale to dawne czasy. — Ale wypowiedź Franciszka to dobry znak.

Gdy pojawiła się informacja, —  że komisja Ruiniego przekazała swój raport do Watykanu,

— natychmiast zaczął się szum, że to jeszcze nie oznacza, że wydarzenia te nie mają nadnaturalnego charakteru.

Informacje tego typu przeciekły do prasy, jakby chciano ochronić te dzieci, by nikt nie mógł powiedzieć, że to nie jest nadprzyrodzonego pochodzenia, bo przecież wszyscy ci ludzie w to wierzą.

W ten sposób agenda pogrywa sobie w Watykanie. — Coś się dzieje i zaraz ktoś biegnie do mikrofonu z interpretacja wydarzeń.

Jasne.

Czy   pana  zdaniem podejmowane są celowe działania, by osłabić pontyfikat Franciszka,  — tak aby wszystko zostało po staremu?

Oczywiście.  — Są tam ludzie, którym bardzo zależy na utrzymaniu status quo.

Rezygnacja Benedykta oznaczała, —  że status quo nie był już dłużej tolerowany i że Benedykt nie potrafił rozwiązać tego problemu.

Franciszek został wybrany, by się tym zająć. — Brak jasnych deklaracji, milczenie, tolerowanie Medjugorie sygnalizuje ogromny problem.

— To, że nie podjęto żadnych działań, oznacza, — że istnieją wpływowe siły, które chronią Medjugorie.

I w zależności od tego, jakie stanowisko zajmie Franciszek, — będę mógł stwierdzić, czy ma coś do powiedzenia w Watykanie czy nie.

Czy wystąpi z jakimś oświadczeniem, czy da jasny sygnał?

— Do tej pory nic takiego nie miało miejsca.

Kardynał Schonborn z Wiednia popiera Medjugorie.

Za co został zbesztany przez papieża. — Wystosował potem nieco szydliwe przeprosiny do biskupa Pericia za negatywny komentarz pod adresem innego biskupa.

— Jego zachowanie było bardzo niestosowne, wręcz kompromitujące.

Schonborn jest promotorem Medjugorie, bez dwóch zdań.

Schonborn stoi za reformą Katechizmu.

To jak podczas konferencji na uniwersytecie Notre Dame poświęconej Medjugorie. — Istnieje coś w rodzaju symbiozy pomiędzy heretykami a szaleńcami.

Wszyscy oni kreują podział w Kościele — a jednocześnie nie wchodzą sobie nawzajem w drogę.  — Są szczęśliwi, gdy nikt nie przeszkadza im w zbiorowej halucynacji tak długo, jak pieniądze płyną.

Doszliśmy do martwego punktu, gdyż w Kościele nie ma jedności ani spójności, tylko zastój.

Wracając do tych konferencji w Notre Dame, które odbywają się co roku.

— Notre Dame ma reputację miejsca bardzo liberalnego, gdzie się przyjmuje heretyków a mordercom dzieci przyznaje nagrody.

Więc gdy ludzie reprezentujący katolicką prawicę, przychylni chrześcijańskiej ortodoksji, wierzący w Dziewicę Maryję, przychodzą na taką konferencję, — mogą odnieść wrażenie, że w Notre Dame robi się krok do tyłu.

I że oni tam są tacy tolerancyjni, zapraszając tych ludzi.  — Ale nie ma żadnego zagrożenia.

Identyczne manie i urojenia koegzystują obok siebie w najlepsze. —  Jedno jest przeciwieństwem drugiego, mimo to istnieją między nimi ścisłe powiązania na zasadzie dialektyki.

Denis Nolan,  — jeden ze znaczniejszych promotorów Medjugorie, — studiował na uniwersytecie Notre Dame.

— Był studentem o Burtchaella, który negował jedna doktrynę za drugą.

Ojciec Burtchaell był moim wykładowcą.

Więc wie pan, co mam na myśli. — I znów mamy do czynienia z promowaniem kolejnych herezji.

— A biedny Nolan, który nie może się w tym wszystkim połapać, wycofuje się i stwierdza, że tego nie potrzebuje, bo ma Ducha Świętego.

Działo się to wtedy w obrębie ruchu charyzmatycznego.

Wspólnota Ludu Chwały ( People of Praise).

Zajrzyjcie do książki Kevina Ranghana (założyciela People of Praise – przyp. tłum.). „Wy macie rozum, my wiarę”.

— Ale chwileczkę, przecież Kościół katolicki to rozum i wiara. — Oni rozdzielili te pojęcia.

Heretyccy profesorowie twierdzą —  nasze jest szkiełko i oko, tamci — a my mamy wiarę.

Wszyscy oni błądzą.

Na konferencji na uniwersytecie Notre Dame  — we wrześniu lub październiku —  miał się pojawić jeden z widzących (Ivan Dragicevic,

— jednak w wyniku listu i działań biskupów, w wielu amerykańskich parafiach odwołano spotkania i konferencje z „widzącym” — ( za breviarium. blogspot.com, przyp. tłum.).

Spotkanie miało się odbyć na boisku do gry w kosza, — a na godzinę 8 wieczorem zapowiedziano objawienie Matki Bożej.

— Ale okazało się, że w tym samym czasie ma się tam odbyć mecz koszykówki i że do tego czasu wszyscy mają się stamtąd wynieść.

I jakże wygodnie przesunięto wizytę Matki Boskiej o godzinę lub dwie.

To już nie jest nawet anty katolickie, —  to jest po prostu niekatolickie i śmiechu warte.  — Razem z całym tłem, które pan nakreślił.

Można  było iść na te konferencję i spytać Matkę Bożą, — kto wygra mecz a potem zrobić zakład. — Wtedy zwróciłyby się chociaż te pieniądze za wejściówkę.

Ostatnie pytanie.  — Oczywiście nie będziemy tu przewidywać, jak postąpi Franciszek.

W która stronę, pana zdaniem, to wszystko zmierza?  — W jakim punkcie my, jako członkowie Kościoła, się obecnie znajdujemy,

— skoro wydarzenia w rodzaju Medjugorie przyciągają uwagę mediów i tworzą nagłówki gazet?

Próżnia,  — brak autorytetu doprowadziły do zdarzeń w Medjugorie.

Mówiłem już kiedyś, —  że wszyscy ci niezadowoleni ludzie, kobiety pakowane przez biskupów do autobusów i samolotów, 

—   oni   wszyscy   głosują   nogami i za ciężkie pieniądze kupują sobie przeżycie duchowe.

Św. Jan od Krzyża, — jeden z największych mistyków chrześcijańskich, powiedział,

— że diabeł raduje się, gdy ludzie szukają prywatnych objawień.

Medjugorie stało się towarem konsumpcyjnym, — miejscem, w którym wszędzie dochodzi do manifestacji demonicznych.

Wszystko to świadczy jasno i wyraźnie, —  że kondycja Kościoła jest tragiczna i nie wiadomo, śmiać się czy płakać.

Mamy telefon od słuchacza. — John dzwoni z Teksasu i chciałby zadać pytanie odnośnie pańskiej książki.

” — Dobry wieczór. Przede wszystkim chciałbym podziękować panu Jones’owi za jego książkę Medjugorie:Deception.

Chciałbym zapytać pana o głosy krytyczne względem pańskiej książki.

Sięga pan po informacje z wielu źródeł, książka zaopatrzoną jest w bibliografię, —  jednak brakuje odnośników, numerów stron, przez co trudno jest iść pańskim tokiem myślenia.

Proszę o komentarz.  — Chciałbym też odnieść się do wcześniejszego komentarza.  — Powiedział pan mianowicie, że pontyfikat Benedykta XVI był nieudany”.

Odnośnie   drugiego   pytania.  —   Pontyfikat   Benedykta   był   nieudany,  gdyż nie udało mu się zapanować nad siłami, które sabotowały ten pontyfikat.

— Fakt abdykacji jest tego dowodem.

Pierwsze pytanie o cytaty.  — Gdy zacząłem pracę nad książka, doszedłem do wniosku, że nie ma sensu zamieszczać odnośników,  — gdyż wiele materiałów pochodzi z medjugorskich gazet, prywatnych wywiadów.

Wydało mi się to nie na miejscu, — by zamieszczać je w mojej książce, standardowo jednak używam odnośników, jak przy pisaniu The Jewish Revolutionary Spirit, —  czy innych książek.

Materiały, z którymi miałem do czynienia, —  były to artykuły prasowe. Stosowanie odnośników nie bardzo się tutaj nadaje.

Przy zbieraniu materiałów trzeba sięgać do źródeł.

— Ale ja nie mogę pokazać panu medjugorskiej gazety z 1987 roku, —  gdyż nic takiego nie jest już dostępne.

— Nie możesz iść do biblioteki czy poszukać w Internecie, — niczego nie można było znaleźć z Internecie, gdy pisałem te książkę.

 ________________________

Michael Jones, proszę państwa. Zapraszam na jego stronę culturewars.com

tłum. marthix

https://www.youtube.com/watch?v=Gaj3GREo57c

za;  http://www.traditia.fora.pl/

Share this:

Wczytywanie… KategorieKOŚCIÓŁ POSOBOROWY, Medjugorie, OBJAWIENIA FAŁSZYWE, WALKA Z KOŚCIOŁEM

Skomentuj

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Zobacz wpisy

Poprzedni wpisPoprzednie Franciszek: Magisterium Kościoła – to jaNastępny wpisNastępne Wątpliwości odnośnie do zachowania procedur i kanoniczności wyboru Franciszka na konklawe Technologia Tłumacz Szukaj:

Najnowsze wpisy

Kategorie

Kategorie

Najbardziej popularne pozycje & Strony

Medjugorie antytezą Fatimy

Zawsze Wierni nr 1/1999 (26)

Tomasz Kubiak

Medjugorie antytezą Fatimy

Na całej kuli ziemskiej, tu słabiej, tam bardziej zaciekle toczy się walka przeciwko Kościołowi i szczęściu dusz. Wróg ukazuje się w rozmaitej szacie i pod różnymi nazwami. Patrząc na rozlewające się zło, nieraz przygnębienie przyciska duszę. Do czego to dojdzie… Co będzie za lat kilka? Chciałoby się przeniknąć wzrokiem przyszłości, czy zabłyśnie tam jeszcze światło?

św. Maksymilian Maria Kolbe

—————————————————

Fenomen Medjugorie

Medjugorie to mała wioska położona w Chorwacji*. Za sprawą „objawień Gospy”, które trwają od 1981 r., Medjugorie jest znane na całym świecie. W dniu 24 czerwca 1981 r. na wzgórzu koło Medjugorie, trzy dziewczynki – Ivanka (ur. 1966 r.), Mirjana (ur. 1965 r.) oraz Vicka (ur. 1964) miały ujrzeć zjawę, którą nazwały Matką Bożą. Później do trójki dziewczynek dołączyli jeszcze Ivan (ur. 1965 r.), Maria (ur. 1965 r.) i Jakov (ur. 1971 r.); oni także mieli widzieć zjawę.

Od tej pory, codziennie do dnia dzisiejszego, cała szóstka widzi „Matkę Bożą”; „otrzymują oni orędzia, aby przekazać je całemu światu oraz 10 tajemnic, z których większość dotyczy przyszłości świata i Kościoła”1. Jak twierdzą niektórzy, geneza zjawisk medjugorskich sięga jednak maja 1981 r., kiedy to na kongresie charyzmatyków, w którym uczestniczył późniejszy opiekun „wizjonerów z Medjugorie” o. Tomislav Vlasić, charyzmatycy o światowej sławie – siostra McKenna i o. Tardiff – przewidzieli „objawienia” w Medjugorie. Siostra McKenna twierdzi, że miała wtedy widzenie o. Vlasića siedzącego na tronie pośród rzeszy wiernych. Obecny na kongresie o. Tardiff powiedział o. Vlasićowi: „nie bój się, wysyłam ci Matkę”2.

Pseudo-orędzia z Medjugorie propagowane są na całym świecie, w Polsce zajmują się tym pisma zwolenników „medjugorskich objawień” – „Znak Pokoju”, którego redaktorem jest ks. Stanisław Kania SchP, oraz „Echo Maryi Królowej Pokoju” wydawane przez osobę prywatną. Jednak największymi propagatorami Medjugorie w Polsce są Radio Maryja z dyrektorem o. Tadeuszem Rydzykiem na czele (był on jednym z pierwszych propagatorów Medjugorie w Polsce) i charyzmatyczny miesięcznik „List”. Do tego miejsca pielgrzymują rzesze wiernych z całego świata. W latach 1981–1998 przybyło tam ponad 20 milionów pielgrzymów, w tym 45 tysięcy kapłanów, ponad 200 biskupów oraz 10 kardynałów3.

Treść „objawień”

Jednym z pierwszych, a zarazem podstawowych zarzutów wobec „objawień” w Medjugorie jest niesubordynacja „wizjonerów” i opiekujących się nimi franciszkanów wobec ordynariusza miejsca. Konflikt franciszkanów z biskupem Mostaru sięga jeszcze lat dwudziestych naszego stulecia. Podczas tureckiej okupacji tych terenów usunięto duchowieństwo diecezjalne, a rolę duszpasterzy parafialnych przejęli franciszkanie. W latach dwudziestych Stolica Apostolska postanowiła odbudować strukturę parafialną diecezji, zniszczoną wcześniej przez Turków. Franciszkanów poproszono o rezygnację z kierowania wieloma parafiami, jednak nie chcieli oni uznać decyzji Stolicy Apostolskiej, co zakończyło się nawet zasuspendowaniem oraz wydaleniem z zakonu dwóch franciszkanów – o. Prusiny i o. Vego.

Ukaranych zakonników poparła później „Gospa”, nazywając ich „prawdziwymi świętymi”, a biskupa wezwała do „nawrócenia”. Poprzedni ordynariusz diecezji Mostaru, bp Zanić, uznał, iż jest to jeden z głównych dowodów na to, że „objawienia” w Medjugorie nie pochodzą od Boga, bo przecież Matka Boża nie mogłaby zachęcać do buntu przeciwko prawowitej hierarchii kościelnej4. Nawet życzliwy wobec Medjugorie kardynał Franjo Franić przyznał, że jest to „wielki błąd”, bowiem franciszkanie, powołując się na „Matkę Bożą”, zbagatelizowali decyzję biskupa i sprawują dalej sakramenty5.

Stałym motywem „objawień” są treści niezgodne z wiarą katolicką. Już w samookreśleniu się zjawy widać niezgodność z nauką Kościoła. „Gospa” mówi: „Wiatr jest moim znakiem. Przychodzę w wietrze. Kiedy wieje wiatr, wiedzcie, że jestem z wami. (…) Jestem z wami w wietrze”6. Innym razem, w orędziu z 1 października 1981 r., „Gospa” daje nam popis swojego ekumenizmu; czytamy m.in.: „Wszystkie religie są równe i można osiągnąć zbawienie w każdej religii. To ludzie stworzyli podziały religijne, gdy Bóg panuje nad nimi wszystkimi. Należy szanować wyznanie każdego i respektować jego sumienie. Duch Boży działa we wszystkich wspólnotach, nawet jeśli nie wszędzie z taką samą mocą”.

W dniu 24 lipca 1982 r. „Gospa” zaprzecza zmartwychwstaniu ciał, mówi, że „po śmierci ciało wzięte z ziemi ulega rozkładowi i nigdy nie odżyje. Człowiek otrzymuje ciało przemienione”. Innym razem (22 sierpnia 1981 r.) mówi ona o tym, że „Jezus był prze śladowany za swą wiarę” co może sugerować, iż Pan Jezus nie był Bogiem, bowiem Chrystus Pan poniósł męczeństwo dla naszego zbawienia, nie zaś jako ofiara prześladowań religijnych7. W dzień drugiego „objawienia” (25 czerwca 1981 r.) „Gospa” domagała się ustanowienia w dniu 25 czerwca święta Królowej Pokoju. Jeszcze nigdy w historii Kościoła nie zdarzyło się, by Matka Boża występowała z żądaniem ustanowienia własnego święta.

W dniu 24 czerwca 1986 r. zjawa przekazała każdemu z obecnych w Medjugorie „specjalne błogosławieństwo”. Każdy pielgrzym może go udzielać innym, a ci następnym itd. „Błogosławieństwo” to polega na nakładaniu rąk na głowę lub nakreśleniu krzyżyka na czole z wypowiedzeniem formuły (jedynie w myślach): „Przekazuję tobie specjalne błogosławieństwo Matki Bożej Królowej Pokoju z Medjugorie, a ty przekaż je innym. Otrzymujesz w tym momencie łaskę macierzyńską Maryi, siłę nawrócenia, uzdrowienia wewnętrznego i fizycznego. Od dziś żyj głównym przesłaniem i orędziami…”8. Wygląda to jak parodia święceń kapłańskich albo jakiś „super-sakrament”. O. Vlasić twierdzi, że to „błogosławieństwo jest największym darem danym Medjugorie przez Gospę, większym niż orędzia”9. Zadziwiające jest tu podobieństwo do „naszej” polskiej Oławy, gdzie „wizjoner” udziela podobnego „błogosławieństwa”.

Ponadto „objawienia” te cechują liczne sprzeczności; towarzyszą im nawet śmieszności. Na początku „wizjonerzy” twierdzili, że „Matka Boża” powróci do nich jeszcze trzy razy, mija już jednak prawie 18 lat od pierwszego ukazania się „Gospy”, a końca tych „objawień” nie widać. Jej „objawienia” mają trwać do końca życia „wizjonerów”, z których najstarszy ma dziś zaledwie 35 lat! Zacytujmy ponownie kard. Franića: „Trzeba zająć się poważnie i krytycznie badaniem treści i formy orędzia. Młodzi świadkowie «objawień» nie zawsze referują dosłownie orędzie Matki Bożej, czasem podają swoje myśli, nieraz powtarzają orędzia otrzymane przed rokiem czy trzema laty w sposób nieco odmienny”10.

„Wizjonerzy” zadają też „Gospie” liczne pytania. Często „objawienie” polega na rozmowie z „Gospą”. Mamy tu do czynienia z karykaturą Matki Bożej – w miejsce pokornej Niepokalanej, którą znamy z Pisma Świętego czy z prawdziwych objawień w Lourdes czy Fatimie, pojawia się gadająca „Gospa”. Odpowiada ona na absurdalne pytania w stylu „Kto zdobędzie mistrzostwo Jugosławii w piłce nożnej?” czy też „Gdzie jest mój zgubiony pierścionek?”11. Wzbudzała u „wizjonerów” uczucie strachu i przerażenia. Znany nam ks. Józef Warszawski SI, który poza Garabandalem zajmował się także sprawą Medjugorie, opowiadał kiedyś, jak podczas jednego z medjugorskich „objawień” „Gospa”, ku przerażeniu „wizjonerów”, ukazała dzieciom wizerunek szatana przybierając jego postać!12.

Antyteza Fatimy

Zwolennicy Medjugorie zapytani o to, czy Medjugorie nie stanowi zagrożenia dla Fatimy odpowiadają, że objawienia w „Lourdes były rano, w Fatimie były w południe, a Medjugorie wieczorem”. Ma to dowodzić ich wzajemnego uzupełniania się. Zdaniem o. Slavko Barbarića, „Matka Boża” z Medjugorie przychodzi z tym samym celem co w Fatimie, ale „w pewnym zmienionym rytmie, który jest przystosowany do naszego współczesnego rytmu”13. Według niego, nie ma sensu jeździć „gdzieś daleko”, w „odległe miejsca” (do Fatimy i Lourdes – przyp. T.K.), kiedy ma się sanktuaria Matki Bożej u siebie (chodzi zapewne o Medjugorie – przyp. T.K.).

Ks. Jan Wójtowicz w swojej książce pt. Problem: Medjugorie, będącą chyba jedyną tego typu pozycją w Polsce, analizuje medjugorskie „objawienia” posługując się kryteriami teologicznymi. Autor dochodzi do wniosku, że pochodzą one od złego ducha. Ks. Wójtowicz pisze, że bezpośrednim celem medjugorskich objawień

jest zdominowanie, usunięcie w cień i pomniejszenie znaczenia Fatimy i Lourdes przede wszystkim przez ciągłe, aktualne trwanie objawień, [które] wzbudzają ustawicznie sensację, grającą na ciekawości ludzkiej zwłaszcza do rzeczy nadzwyczajnych, i organizowaną coraz szerzej aktywną propagandę – oto skutek i cel: osiągnąć strumień pielgrzymów od Lourdes i Fatimy – gdzie „nic ciekawego” się nie dzieje – skierować ich do Medjugorie i uczynić z nich ślepo oddanych „wyznawców” i propagatorów pysznego medjugorskiego „Wiatru”. Jest to więc „tajemny plan” pychy żądnej hołdu, „plan, którego nie odgadniecie”, o którym Zjawa tak często wspomina14.

Rzeczywiście przez fakt, iż „objawienia” w Medjugorie trwają już tak długo, swoją sensacyjnością przyciągają rzesze pielgrzymów. W tym aspekcie widać sprzeczność pomiędzy Medjugorie a Lourdes, La Salette czy Fatimą, gdzie objawienia trwały krótko, a treść orędzi była jasna i konkretna. Nieporównywalne jest także życie wizjonerów. Życie św. Bernadetty cechowała wielka dyskrecja, Hiacynta i Franciszek z Fatimy są dla nas wzorem do naśladowania, siostra Łucja pokorna i ukryta w klasztorze. A „wizjonerzy” z Medjugorie – jakie prowadzą życie? Żadne z nich nie wybrało życia zakonnego czy kapłańskiego.

Znane są kłamstwa „wizjonerów” z Medjugorie, wygłupy Jakova podczas Mszy św.; Ivanka wyszła za mąż i robi interesy w barze dla pielgrzymów itd. Ich opiekunowie, ojcowie Vlasić i Vego także nie zasługują na miano „prawdziwych świętych”, jak mówi „Gospa”. O. Vlasić jest ojcem dziecka zakonnicy, zaś o. Vego porzucił kapłaństwo i żyje z byłą siostrą zakonną w konkubinacie15.

„Objawienia” w Medjugorie charakteryzuje ponadto fakt, iż wszystko zaczęło się od grzechu. Najpierw „wizjonerki” zeszły się na potajemnym paleniu papierosów, natomiast chłopiec ukradł jabłka sąsiadowi. Niemal identycznie było w Garabandal, gdzie wszystko zaczęło się także od kradzieży jabłek16.

Badanie kanoniczne i wyrok Kościoła

Bp Pavao Zanić zarządził przeprowadzenie badania kanonicznego w Medjugorie. Pierwsze badanie, przeprowadzone przez komisję diecezjalną, miało miejsce w latach 1983–1984. Pierwsze rezultaty badań przedstawiono 24 marca 1984 r.; czytamy tam m. in.:

  1. Unikać oświadczeń i publikacji niekrytycznych i pochwalnych na temat „objawień”.
  2. Nie powinno się organizować pielgrzymek do Medjugorie.
  3. Nie wyróżniać w jakiś sposób świadków „objawień” i nie pozwalać, by występowali w kościołach, zanim nie ukaże się oficjalne orzeczenie.
  4. Powstrzymać się od udzielania wyjaśnień prasie17.

Od 18 stycznia 1987 r. do 10 marca 1991 r. tym problemem zajmowała się także Komisja Episkopatu Jugosławii, która uznała, że nie można stwierdzić, aby w Medjugorie miały miejsce zjawiska i objawienia pochodzenia nadprzyrodzonego.

23 marca 1996 r. zabrała głos Kongregacja Nauki Wiary, która przypomniała stanowisko Episkopatu Jugosławii z 1991 r. W liście Kongregacji czytamy:

Z tego, co tu powiedziano, wynika, że nie należy organizować oficjalnych, tak parafialnych, jak diecezjalnych pielgrzymek do Medjugorie, rozumianego jako miejsce autentycznych objawień maryjnych, bo byłoby to niezgodne z tym, co stwierdzili poprzednio biskupi byłej Jugosławii w oświadczeniu, któreśmy tu zacytowali18.

2 października 1997 r. ordynariusz Mostaru, biskup Radko Perić odpowiedział na zapytanie redaktora naczelnego pisma „Famille Chretienne” w sprawie Medjugorie19:

Jeśli chodzi o poruszoną sprawę dotyczącą stanowiska wyżej wymienionej Kurii Diecezjalnej w odniesieniu do tak zwanych zjawień czy objawień w Medjugorie, a w szczególności co do zasady: Non constat de supernaturalitate (‘Nie jest pewne, że to jest nadprzyrodzone’) czy Constat de non supernaturalitate (‘Jest pewne, że to nie jest nadprzyrodzone’), mogę orzec co następuje:

  1. Druga Komisja diecezjalna, która pracowała od 1984 do 1986, wyraźnie przegłosowała zdecydowaną większością 2 maja 1986 na rzecz Non constat de supernaturalitate (11 głosów negatywnych, 2 pozytywne, 1 nieważny, 1 wstrzymujący się).
  2. Deklaracja Konferencji Episkopatu z 1991 mówi: „Na podstawie dotychczasowych badań nie jest możliwe stwierdzenie, że chodzi o zjawienia lub objawienia nadprzyrodzone”.
  3. Kongregacja ds. Nauki Wiary, cytując w całości Deklarację Biskupów byłej Jugosławii w dwu jednakowych listach przesłanych do Biskupów francuskich…, mówi: „Z tego co tu powiedziano wynika, że nie należy organizować oficjalnych, tak parafialnych, jak diecezjalnych pielgrzymek do Medjugorie, rozumianego jako miejsca autentycznych objawień maryjnych, bo byłoby to niezgodne z tym co stwierdzili poprzednio Biskupi b. Jugosławii w oświadczeniu, któreśmy tu zacytowali”.
  4. Na podstawie poważnych studiów dotyczących tej sprawy prowadzonych przez 30 naszych uczonych (trzech Komisji), w oparciu o moje pięcioletnie doświadczenie w Diecezji, biorąc pod uwagę gorszące nieposłuszeństwa związane z tą sprawą, kłamstwa pojawiające się od czasu do czasu w ustach „Madonny”, niezwykłe powtórzenia „orędzi” od ponad 16 lat, dziwny sposób, w jaki „kierownicy duchowi” tak zwanych „widzących” prowadzą ich przez świat, czyniąc im propagandę, oraz praktykę, że „Madonna” zjawia się na fiat („niech przybędzie!”) „widzących” – moje przekonanie i stanowisko nie jest tylko: Non constat de supernaturalitate, lecz: Constat de non supernaturalitate (zjawień i objawień w Medjugorie).
  5. Jestem jednak otwarty na badania, które chciałaby podjąć Stolica Święta jako najwyższa Instancja Kościoła katolickiego, aby wydać najwyższy i ostateczny osąd sprawy, przede wszystkim ze względu na dobro dusz oraz ze względu na cześć Kościoła i cześć dla Matki Bożej.

+ Radko Perić

Znana jest także wypowiedź Kongregacji Nauki Wiary dla polskich biskupów przebywających z wizytą ad limina w Rzymie w kwietniu 1998 r.20:

  1. Nadal obowiązuje, że niczego nadprzyrodzonego nie można się w tych objawieniach dopatrywać.
  2. Należy informować wiernych, że Medjugorje jest miejscem modlitwy, ale nie objawień.
  3. Nadal obowiązuje zakaz urządzania oficjalnych pielgrzymek.
  4. To, co mówi istota objawiająca się – „Gospa” – zawiera sprzeczności, jest więc niepoważne, podobnie postawa i wypowiedzi „widzących”.
  5. Aktualny ordynariusz Mostaru zajmuje stanowisko negatywne.
  6. Wobec rozpowszechnionej szeroko propagandy i popularnych pielgrzymek sprawa jest poważna i delikatna, i wymaga roztropnego postępowania.

Reakcje

Biskup Pavao Zanić w liście do ojca Hugha z 17 sierpnia 1987 r. pisał:

Są jednakże tacy, którzy się pośpieszyli, uprzedzając osąd Kościoła. Ogłosili „cuda i zjawiska nadprzyrodzone”, a z ołtarza głosili prywatne objawienia, co jest zakazane aż do czasu, gdy Kościół uzna te objawienia za autentyczne. Z tego też względu wiele środowisk wstrzymało się z organizowaniem pielgrzymek, czekając na osąd Kościoła. Najpierw Komisja ds. Medjugorie 24 marca 1984 r. wysłała ostrzeżenie. Bez rezultatu. Potem Konferencja Biskupów, w październiku tego samego roku, zakazała organizowania oficjalnych pielgrzymek do Medjugorie („oficjalnie” oznacza organizowanie wspólne i zbieranie osób). Bez skutku. Następnie, w Rzymie, Kongregacja Doktryny Wiary 23 maja 1985 r. wysłała do Konferencji Biskupów Włoskich list z prośbą o podejmowanie wysiłków w celu ograniczenia pielgrzymek organizowanych z Włoch do Medjugorie…, a także wszelkiego rodzaju propagandy. Również bezskutecznie. Wreszcie, J.E. kard. Franjo Kuharić i ja osobiście, w imieniu Konferencji Biskupów Jugosławii, 9 stycznia 1987 r. ogłosiliśmy publicznie deklarację: „Nie jest dozwolone organizowanie pielgrzymek i innych manifestacji motywowanych nadprzyrodzonym charakterem, który mógłby być przypisywany wydarzeniom w Medjugorie”. Jest to deklaracja najwyższej wagi kościelnej i winna być respektowana21.

Niestety, opis sytuacji zaprezentowany w liście bpa Zanića nie zmienił się nawet teraz, kiedy to jego następca bp Perić orzekł, iż „objawienia” w Medjugorie nie są nadprzyrodzone. Wciąż do Medjugorie podążają pielgrzymki z całego świata, w tym także z Polski. Na murach jednego z krakowskich kościołów możemy co kilka dni przeczytać nowe „orędzia” z Medjugorie. Polskie parafie organizują pielgrzymki, to samo czyni Radio Maryja. W propagowanie Medjugorie włączył się nawet ks. prałat Szymborski, duszpasterz grupy indultowej z Warszawy. Także liczni hierarchowie Kościoła ignorują stanowisko ordynariusza i Stolicy Świętej. Przykładem może być m.in. arcybiskup wiedeński, kardynał Christopher Schönborn, który w swej książce Danke Maria opublikował szesnaście świadectw ludzi, którzy wybrali życie kapłańskie lub zakonne dzięki wizycie w Medjugorie. Ma to jego zdaniem dowodzić prawdziwości tych „objawień”22. Propagatorzy Medjugorie skrzętnie odnotowują każdy gest poparcia ze strony hierarchii, ich uwadze nie uszły także pozytywne wypowiedzi polskich hierarchów – kardynała Józefa Glempa czy bpa Zbigniewa Kraszewskiego.

Cała „afera” wokół Medjugorie jest jeszcze jednym sprawdzianem prawdziwej jedności Kościoła katolickiego. Poszczególne episkopaty powinny odpowiedzieć na wezwania Stolicy Świętej i zakazać pielgrzymek do Medjugorie. W interesie Kościoła i zbawienia dusz leży też to, aby Stolica Apostolska odpowiedziała na apel bp. Perića i jak najszybciej definitywnie potępiła Medjugorie. Ω

Na temat rzekomego objawienia w Medziugorie polecamy opracowanie ks. Jana Wójtowicza, dostępne na stronie Antyku. Zestaw ciekawych informacji i dokumentów w jęz. angielskim można znaleźć na tej stronie. Warto zajrzeć również na strony Unity Publishing, amerykańskiej organizacji zajmującej się m.in. zwalczaniem „konspiracji Medziugorie”.

Medziugorie leży na terenie chorwackiego obszaru etnograficznego (ponad 99% mieszkańców stanowili i stanowią Chorwaci), ale po rozpadzie Jugosławii w 1991 r. znalazło się na terytorium Bośni-Hercegowiny.

Medjugorie antytezą Fatimy, youtube:

Dla analfabetów, niewidomych oraz zajętych bezmyślną pracą:

https://www.youtube.com/watch?v=IypPvDuBRPc

23 minuty

==================================

Przypisy

  1. Ks. P. Zorza, Drogie dzieci, dziękuję że odpowiedzieliście na moje wezwanie, Kraków 1998, s. 8. Poza wymienioną szóstką młodych ludzi, trochę później „widzenia” miało jeszcze sześcioro innych dzieci. Zob. Ks. R. Pindel, Sprawa Medjugorie, „W drodze”, nr 1 (305), 1999, s. 40.
  2. A. Gwiazda, Medzjugorie, „Myśl Polska”, nr 11, 29 maja 1994, s. 4.
  3. Ks. R. Pindel, op. cit., s. 40.
  4. A. Gwiazda, op. cit., s. 4-5.
  5. Ks. R. Pindel, op. cit., s. 41.
  6. Ks. J. Wójtowicz, Problem: Medjugorie. Fragmenty książki, „W drodze”, nr 6 (298), 1998, s. 28.
  7. A. Gwiazda, op. cit., s. 5.
  8. Ks. J. Wójtowicz, op. cit., s. 31.
  9. Tamże, s. 31.
  10. A. Strus, Czy Medjugorie jest znakiem Boga dla współczesnego świata, „Tygodnik Powszechny”, nr 24, 16 czerwca 1985, cyt. za R. Pindel, op. cit., s. 42.
  11. A. Gwiazda, op. cit., s. 5.
  12. Opinię tę ks. Józef Warszawski SI wyraził w jednym ze swych prywatnych listów.
  13. Módlcie się, a zobaczycie. Rozmowa z ojcem Slavko Barbarićem, „W drodze”, nr 6 (298), 1998, s. 18.
  14. Ks. J. Wójtowicz, op. cit., s. 29.
  15. A. Gwiazda, op. cit., s. 5; ks. K. Stehlin, Ruch charyzmatyczny. Czy to jest katolickie?, Warszawa 1997, s. 32.
  16. O. W. Giertych, Kubeł zimnej wody, „W drodze”, nr 6 (298), 1998, s. 23; zob. także: ks. Józef Warszawski SI, Garabandal – objawienie Boże czy mamienie szatańskie?, Rzym 1970.
  17. A. Strus, op. cit.
  18. Ks. R. Pindel, op. cit., s. 43.
  19. List biskupa Mostaru Radko Petrića, „W drodze”, nr 6 (298), 1998, s. 33.
  20. „Biuletyn KAI”, 7 kwietnia 1998.
  21. Ks. K. Stehlin, op. cit., s. 32–33.
  22. Módlcie się, a zobaczycie. Rozmowa z ojcem Slavko Barbarićem…, s.

Doniesienia z 2016 r. z Watykanu ws. Medziugorie. Sześciu teologów, w tym trzech kardynałów uznało, że to dzieło szatana.

Szokujące doniesienia z Watykanu ws. Medziugorie. Informację tę utajniono. Teraz ujrzała światło dzienne

18.08.2026 nczas/szokujace-doniesienia-ws-medziugorie-informacje-te-utajniono

Medziugorie
NCZAS.INFO | Medziugorie.

=================================================

Szokujące doniesienia z Watykanu. Dekadę temu, gdy zajmowano się sprawą Medziugorie, niemała część gremium uznała rzekome objawienia maryjne za diaboliczne. Informację tę utajniono.

O sprawie poinformował włoski dziennikarz David Murgia, który na swoim blogu opublikował nowy raport z tajnego głosowania z 2016 roku. Brało w nim udział 33 teologów i kardynałów. Badano wówczas sprawę Medziugorie, gdzie rzekomo miała objawiać się Matka Boża.

21 członków gremium wyraziło sprzeciw wobec uznania rzekomych objawień za prawdziwe. Z tej grupy sześć osób dodatkowo przypisało im pochodzenie diaboliczne. Wnioskowano o ukaranie grupy osób, które w popkulturze nazywa się „widzącymi” i które rzekomo miały widzieć i słyszeć słowa Maryi.

Murgia podkreślił, że w grupie wskazującej na piekielne pochodzenie wydarzeń w Medziugorie było trzech kardynałów. Uznali oni, że wydarzenia w tej miejscowości „nie mogą być wyjaśnione bez” bezpośredniego działania piekielnych sił. W związku z tym „nie mielibyśmy do czynienia z objawieniem maryjnym, lecz z dziełem szatana”.

Konsultacja w sprawie Medziugorie odbyła się podczas posiedzenia ówczesnej Kongregacji Nauki Wiary. Analizowano m.in. raport międzynarodowej komisji kierowanej przez kard. Camillo Ruiniego, którą powołał papież Benedykt XVI w 2010 roku do zbadania wydarzeń w Medziugoriu.

Sprawa tej miejscowości i rzekomych objawień od lat wywołuje zamęt w Kościele. Początek miał miejsce w 1981 roku. Wtedy sześć młodych osób, z których część miało bardzo wątpliwą opinię (osoby widzące Matkę Bożą w uznawanych przez Kościół jako prawdziwe objawieniach odznaczały się zawsze wyjątkową pobożnością) twierdziło, że widzą Maryję. Sama treść objawień była ostro krytykowana przez teologów, którzy już wcześniej wskazywali, że niektóre z rzekomych wizji są wprost sprzeczne z nauczaniem Kościoła, a więc w przypadku, gdyby nie było to oszustwo, lecz faktycznie nadprzyrodzone działanie, miałoby pochodzenie diabelskie.

W 2019 roku Franciszek zezwolił na organizację pielgrzymek do Medziugorie. Nie uznano przy tym w żaden sposób prawdziwości objawień. Należy przy tym zaznaczyć, że niemal każde miejsce z sanktuarium czy kościołem może być celem pielgrzymki. Zwolennicy wiary w Medziugorie wielokrotnie jednak wykorzystywali zgodę do siania manipulacji, jakoby Kościół rzekomo w jakiś sposób afirmował te „objawienia”.

W 2024 roku Dykasteria Nauki Wiary wydała notę nt. Medziugorie. W ogólny sposób opisano, iż miejsce to przynosi „liczne owoce duchowe”, w tym nawrócenia, rozwój życia sakramentalnego i modlitwy. Podkreślono przy tym – jak przy wydarzeniu sprzed pięciu lat – że w żaden sposób nie jest to uznanie „wizji” za objawienia Matki Bożej. Wydano przy tym tzw. nihil obstat [łac. nic szkodliwego].

W Antwerpii – Olimpiada: “Peace, pax, mir, paix !!” A w Płocku – biegi na średnie dystansy. 18. VIII.1920.

MOST w Płocku, 18 sierpnia 1920. Bieg. A w Antwerpii – Olimpiada, też biegi na średnich dystansach

W Antwerpii – Olimpiada, biegi na średnich dystansach. Peace, pax, mir !!

W Płocku – też…

MOST WIŚLANY, 18 sierpnia 1920

====================

[Ta wielka książka co jakiś czas jest dostępna na Allegro. Kolejny egzemplarz – dla przyjaciół – kupiłem za … 16 zł. Gorąco zachęcam do polowania.

Proszę jednak o dołączenie do modłów, by ta Książka była wreszcie dostępna na rynku. Mirosław Dakowski]

Sławomir N. Goworzycki, „Tamtego lata. Zatajona historia Polaków” str. 634 i nn.

====================================================

Most stał pusty i jakby zachęcał, aby po nim przejść. Owszem walały się na nim porzucone pakunki, rozbite walizki, rozmaite przedmioty, które nieszczęśnicy z Płocka, z okolicznych miejscowości oraz uchodźcy z dalszych stron daremnie próbowali byli ocalić. Pierze z rozdartej kołdry unosiło się w powiewach wiatru. Na drewnianej mostowej jezdni stało też kilka uszkodzonych i porzuconych wozów i bryczek, z których w pośpiechu ucieczki odprzęgnięto konie. Jeden z pojazdów był unieruchomiony, ponieważ śmiertelna kula ugodziła konia, który teraz leżał przed nim martwy, w pełnej uprzęży Nieco dalej zlegała krowa, jedyna żywicielka rodziny jaką zrozpaczony właściciel stracił w takichże okolicznościach. Ludzi na moście nie było, rannych oraz tych już nieżyjących zdołano w porę unieść. Pod gwałtownym, a jednoczesnym naciskiem stóp, kół i kopyt ustąpiły tu i owdzie belkowania nawierzchni. W tych miejscach ziały teraz dziury, popod którymi wił się szarobury nurt wiślany.

Jak się rzekło, przez taki most, także w czasie największej kanonady przetaczającej się nad rzeką, próbował się przedostać niejeden śmiałek. Ludzie, przeważnie mężczyźni w pełni sił, co wywoływało objawy zgorszenia u wielu osób pozostających wciąż po stronie płockiej wyruszali pojedynczo lub grupkami, szybkim pędem lub skokami przęsło za przęsłem, kryjąc się za grubymi belkami mostowej balustrady. Nic z tego nie wychodziło, bowiem gdy postacie na moście, wykraczając poza zbawienną zasłonę nadbrzeżnej zieleni, stawały się widoczne z bolszewickich stanowisk poza Wzgórzem Tumskim, także i tych znajdujących się po przeciwnej stronie przyczółka, na wschodnich obrzeżach Płocka, znowu zaczynał terkotać co najmniej jeden karabin maszynowy, odłupując z mostowej konstrukcji jasne drzazgi.

Podciągnęli nowe kulomioty, łobuzy!… O, już dwa grają!… Krzyżowy ogień… Sponad rzeki rozlegały się krzyki. Ktoś biegł dalej. Ktoś wracał co tchu, kuśtykając wyraźnie. Inny to zrywał się do biegu, to padał.

Tak tak mamrotał na ten widok ów zażywny jegomość ze Straży Obywatelskiej do nas ci junacy nie chcieli się przyłączyć, by tutaj było więcej rąk na bolszewika. Woleli uchodzić za Wisłę, skórę własną ocalić. Naszych słów, mów i próśb serdecznych nie posłuchali, ale, patrzcie jeno państwo kochani, wrażej kuli to ci łaskawcy słuchają… słuchają pokornie, juchy jedne. 0, ten tam, chłop jak dąb, osiłek, zuch jak malowanie… Mi się wyrywał, widzieliście, lecz niech no tylko sowieci strzelą, patrzcie, wraca do nas grzecznie.

E, hej! Młodzieńcze! starszy zamachał w kierunku powracających z mostu. Zdecydowałeś się… co? Po namyśle, krótkim… he, he!… zaciągnąć się pod sztandar narodowy? Witaj, ach, witaj, roboty tu wiele… I dla ciebie się znajdzie… i broń też na cię czeka. Obyś tylko podołał, bo coś mi się widzi, że ty… tego owego… Toć tu, patrzaj bracie, u nas nawet chłopcy małe, łepki niedorosłe, owe harcerzyki kochane do karabina aż się rwą. A sił to one iw połowie takich nie mają, bawolich jak te twoje…

Dajcież im już pokój, zacny panie – zagadnęła z boku jakaś staruszka. Toć toto ledwo co śmierci uszło, a wy z nich szydzicie… jak okrutnie.

– Wygodnie wam, babciu, tak mówić, bo to, co trzeba, ja właśnie wypowiedziałem i wy już powtarzać tego nie musicie. Zwolnieni od takiego gadania już jesteście. Boć to lepiej chyba że chłop drugiego chłopa zruga… Gdyby tak mnie, jak ja ich, niewiasta konfundowała, to bym się pewnie pod ziemię ze wstydu zapadł. No, chyba że kobieta w latach, matrona, babka wnukom… Takiej wolno to powiedziawszy, skłonił się wytwornie swojej rozmówczyni. Starsza pani, nie nie mówiąc, pokiwała tylko głową, gładząc ręką jasne, różowymi wstążeczkami przyozdobione warkoczyki kilkuletniej dziewczynki, tulącej się w fałdy jej ciemnej sukni.

Młodzi zaś ludzie, z pospuszczanym wzrokiem mijali dworującego z nich jegomościa ze Straży Obywatelskiej, rozglądając się nerwowo, gdzie by tu się skryć przed ludzkimi oczyma. Niektórzy otrzymali na moście postrzały, lekkie na ogół zadraśnięcia. Wstyd męski przemógł nad bólem, gdyż nawet ci umykali przed pełniącymi tu posługę sanitarną niewiastami.

W świetle mostu widać było, jak ktoś, przebiegłszy uprzednio dobre ponad sto metrów, leżał teraz, kryjąc się przed kulami wśród zalegających jezdnię gratów. Zabili Maćka, zabili... jęknął jakiś męski głos. Eee jeszcze nie ozwał się inny. Patrzcie .. Umarł Maciek umarł, już leży na desce. A jak ma zagrają, podskoczyłby jeszcze zanucił Bo w Mazarze taka dusza, jak zagrają, to się rusza zawtórowano mu z kilku stron, także od stanowiska naszych harcerzy Oj Dana, dana, da—na… Da—na, dana-a…

Rzeczywiście, ten tutaj wciąż żywy Maciek, jak i tamten z przyśpiewki, nadal ruszał się na mostowych deskach. To pełznąc, to podbiegając, i on także zmierzał z powrotem na płocki brzeg.

Most był wciąż nie do przebycia. Pan major Janusz Mościcki, doświadczony choć młody oficer [23 lata, przebył już epopeję wojsk na Sybirze. md], mający komendę nad całym tutejszym zgrupowaniem, lecz w praktyce mogący dowodzić oddziałami broniącymi się w niezajętej jeszcze przez wroga części miasta, zrozumiał, iż w bitwie o Płock nadeszła taka chwila, która może się okazać przełomowa. Siły polskie wyraźnie słabły; bolszewickie, przeciwnie, rosły. Co się w obecnej chwili dzieje poza linią trzymanych jeszcze przez Polaków ulicznych barykad, w dzielnicach zawładniętych przez bolszewików, to nie było dokładnie wiadome. Wysłani zwiadowcy jeszcze nie wrócili. Kto zaś przedarł się od tamtej strony, coraz inne szczegóły przynosił, nie zawsze z tych, które najbardziej interesują dowódcę. Artyleria nasza na Radziwiu, sama pod ostrzałem; Flotylla Wiślana walczy z najwyższym wysiłkiem. Dowódcy wstrzymują ogień armatni, nie chcąc razić naszych rozproszonych po mieście a odosobnionych punktów oporu, nie mając zarazem sprawdzonych informacji o stanowiskach nieprzyjaciela, które można by skutecznie ostrzelać.

A nieprzyjaciel szykuje kolejny, i zapewne lepiej niż poprzednie zorganizowany szturm na most. Ponure acz trzeźwe obrachunki pana majora zostały przerwane bliskimi wołaniami: Panie komendancie, panie komendancie, goniec z pierwszej linii! Przed dowódcą przyczółka prężył się na baczność żołnierz w sfatygowanym i do cna przepoconym mundurze: Panie majorze, goniec z placówki „ulica Dominikańska”!

– Spocznij rzekł młody major. Słucham .

– Nasz porucznik kazał mi to wręczyć panu majorowi – odparł goniec, wyciągając zza pazuchy zmiętą kopertę. Dziękuję. Chłopcy, dajcie gońcowi gdzieś tu odpocząć… Wody mu dajcie. Dziękuję, odmaszerować! Tak jest! Major wydobył z koperty białą kartkę i zaczął czytać; nie trwało to długo. Przesyłka zawierała dość precyzyjny szkic ogni dla naszych baterii stojących na Radziwiu, więc i dla okrętów artyleryjskich. [były tam nasze dwa czy trzy monitory md]

Wyglądało na to, że dowódca jednego z odcinków obrony przedmościa, tyleż na uprzedni rozkaz, co z oczywistej potrzeby chwili, rozpoznał liczne stanowiska artylerii Gaj-Chana, jak też i lokalizację bolszewickich punktów dowodzenia, parków amunicyjnych i większych skupisk wrażych sił. Te ostatnie były dość ruchome, boć przecie całe czerwone wojsko rzuciło się rabować miasto. Po krótkim czasie podobny meldunek przysłał majorowi Mościckiemu dowódca innego odcinka. Dopiero nieco później dowiedział się pan major, że ten wywiad był zbiorowym dziełem tyleż żołnierzy, co i zwykłych mieszkańców miasta, także kobiet niemających na pozór pojęcia o rzeczy wojskowej, lecz przede wszystkim wszędobylskich harcerzy. Dowódca obrony Płocka rozumiał już, co ma uczynić. Oto łączność telefoniczna zerwana. Wiadomości nie da się także przekazać na tamtą stronę rzeki chorągiewkami, na sposób marynarski, inaczej mówiąc harcerski. Żywy duch nie może wychynąć, by stamtąd potwierdzić odbieranie depeszy, bowiem sowieci sieką teraz po lewym brzegu ze wszystkiego co mają pod ręką. A czas nagli.

„Lecz czy już teraz? szarpał się z myślami młody oficer. Czy poczekać do nocy? Nie. Czekać nie wolno. Każda chwila jest niezmiernie droga. Bo przecież noce, chociaż sierpniowe, są teraz na tyle jasne, że i wówczas czerwoni mogą obserwować jakikolwiek ruch na moście; mogą sobie zawsze racą przyświecić, więc strzelać jak za dnia. Zresztą, w most wstrzelali się już dawno; wystarczy im tylko pociągnąć za spust. Biją przecież z karabinów i armat ponad wodą, nie dopuszczając naszych do rzeki. Zatem — teraz!”

Młody komendant rozejrzał się wokół i zawołał: Ochotnik do przeniesienia meldunku przez Wisłę! Do mnie! Ruszyło od razu ku majorowi kilku żołnierzy, w tym owych nieumundurowanych z biało-czerwonymi opaskami na rękawach Wszyscy jęli się przepychać, żaden nie ustępował.

– Dziękuję wam za tę gotowość. Ale jak ja mam wybrać? Dobrze… Kto ma nazwisko na „A”?

– Ja! Strzelec Abryczyński melduje się na rozkaz! — zakrzyknął junak w zielonym mundurze i tejże barwy rogatywce na głowie.

– W porządku. Oto przesyłka. Schowajcie dobrze w wewnętrznej kieszeni bluzy. Doręczycie dowódcy artylerii na tamtym brzegu. Tak jest!

Drewniany most, dołem wzmacniany stalowymi okratowaniami prosty jak struna, jak olimpijska bieżnia, ukazał się oczom śmiałka. Oto zadanie, oto ów bieg „na milę”, w jakim już niebawem wystąpi polski zawodnik.

Lecz uczyni to tutaj, w Płocku, nie zaś w dalekiej Antwerpii, gdzie właśnie trwają kolejne Igrzyska Olimpijskie. Tam biegacze rywalizują ze sobą wzajem, zaś stawką jest zaszczytny laur zwycięzcy i podziw całego świata.

Tutaj rywalami samotnego biegacza nie są inni atleci grający fair play, ale wraży krasnoarmiejcy, którzy niebawem zaczną do niego strzelać jak do zaszczutej zwierzyny. Bo też stawką, o wielu innych ludzi… bardzo wielu.

Tam, w Antwerpii, sportowcy z różnych krajów świata zażywają wytchnienia po niedawno zakończonej wielkiej wojnie i oddają się pokojowej rywalizacji. Tutaj, polski żołnierz ściga się ze śmiercią, aby sobą samym zasłonić przed zagładą zarówno to życie rozkrzewiające się w odrodzonej Ojczyźnie, jak i spokojną egzystencję tych naszych bliźnich zamieszkujących rozległe kraje Zachodu. Jednak oni, żyjący daleko od źródeł czerwonego niebezpieczeństwa nie zdają sobie z tego sprawy, nie rozumieją, nie pomagają. Oni już świętują i bawią się, my nadal walczymy o przetrwanie.

Biec dokładnie mostem na wprost nie można było, bowiem, jak się rzekło, rozmaite sprzęty zalegające jezdnię zmuszały do ich omijania; nadto, jeden z wozów stał w poprzek, gdzieś w połowie długości mostowej przeprawy, ponad głównym Wiślanym nurtem. „Będę się krył za tymi kilkoma wozami” pomyślał Abryczyński. Był to rosły młodzieniec, tam skąd pochodził znany jako wybitny sportsmen. Taką też sławę zyskał sobie we własnym pułku, choć w wojennym czasie wyczynów sportowych nie dokonywało się na stadionie, lecz przeważnie w akcji bojowej. Rogatywkę podpiął pod brodą, schylił się, by lepiej zasznurować buty. . Karabin możecie zostawić, tam proście o nowy – poklepał go po ramieniu sierżant. Ładownice też zostawcie, będzie wam swobodniej.

Zaiste, bronią tego żołnierza miała być teraz szybkość, zręczność, spostrzegawczość, także przebiegłość. Jak zmylić strzelca bolszewickiego, by celował tam, gdzie już lub jeszcze nie ma polskiego gońca? Szeregowy Abryczyński ponownie zmierzył wzrokiem swą trasę, uśmiechnął się do sierżanta, ucałował dobyty zza kołnierza medalik szkaplerzny, przeżegnał się pospiesznie i ruszył miarowym truchtem ku ładnym kutym barierkom mostowego przyczółka.

Gdy wybiegnie spoza zasłony zieleni, weźmie najwyższy pęd. Czy przypadnie za pierwszym z kolei wozem, czy pogna dalej, nie zatrzymując się to zależy w wielkiej mierze od strzelających bolszewików i od orientacji samego Abryczyńskiego.

Nowa bitwa wrzała już opodal. Za rozrosłymi drzewami, za zabudowaniami na wyniosłości, pierwsza linia obrońców przedmościa właśnie powstrzymywała na swoich ulicznych barykadach kolejny atak sowiecki. Lecz tutaj, gdzie mostowe wiązania opierały się o brzeg, wszystkie oczy zwrócone były ku oddalającej się sylwetce w zielonym mundurze. I nie dość chyba było huku i jazgotu wszelakiej broni, skoro tu wszyscy, jako odgłos najbardziej wyrazisty, słyszeli pospieszny tupot butów Abryczyńskiego o drewnianą nawierzchnię wiślanego mostu. Z zaciśniętymi wargami czekano na jeden jeszcze odgłos. Tak, to ten, już: „tra—ta—ta—tal”. Znów z prawa, spoza Tumskiego Wzgórza bije nieprzyjacielski kulomiot. Drugi siecze z lewej strony. Widać z daleka drzazgi rwące się na drewnianych barierach. Biegnący pędem goniec także je musi dostrzec, musi też, oprócz własnego oddechu, dosłyszeć za sobą stukot kul o mostowa balustradę. Musi błyskawicznie decydować, czy zapaść natychmiast, czy jeszcze przyspieszyć kroku.

Ooo Goniec potknął się… lecz biegnie dalej.

O Znowu… Ale za chwilę dotrze do połowy mostu. Lecz ruch jego oddalającej się sylwetki nie jest już taki miarowy. Prawa ręka biegacza jakby przywarła do ciała, nie wykonuje wraz z lewą rytmicznych wymachów. Widać, jak dzielny młodzian dopada porzuconej bryczki i kryje się za nią. Widzi to dokładnie pan major Mościcki przez swoją lornetkę. Lewą ręką Abryczyński jakby zamachał… Lecz nie, nie dostał kolejnego postrzału.

Zrywa się z miejsca i gna dalej, po niezastawionej już niczym mostowej bieżni. Chłopaki na tamtym brzegu musieli go dostrzec, i on ich, dlatego kiwa ręką uspokaja sierżant zebranych żołnierzy i cywili. Łubudu! dudnią za plecami nieodległe wybuchy ręcznych granatów, od strony przeciwnej, od pierwszej linii obrony przyczółka. Ach, jakże konieczne jest celne wsparcie artylerii z Radziwia. Wtem, śmiałek upadł, jeszcze ponad wodą, o jakieś sto metrów od kępy drzew rosnących u przeciwległego mostowego podjazdu. jednak cekaemy bolszewickie nie przestały razić w tamtym kierunku, ponad Wiślaną taflą.

Major Mościcki i jeden jeszcze oficer obserwujący przez lornetki przebieg zdarzeń widzieli, iż sowieci miarowo ostrzeliwują odcinek pomiędzy miejscem upadku biegacza a lewym brzegiem. Pomimo tego ktoś stamtąd ruszył w stronę Abryczyńskiego, lecz padł wkrótce, zerwał się i zawrócił w pędzie, ścigany niewidocznymi z oddali pociskami.

Chłopaka nie uratują, meldunku nie odbiorą mruknął głos w obserwującej te sceny gromadzie. Wtem za plecami patrzących ku Wiśle pojawił się nadbiegły od strony miasta żołnierz z meldunkiem z pierwszej linii. Chwilę trwało, zanim major sformułował stosowne rozkazy. Że zaś nasi harcerze kręcili się właśnie w pobliżu jego osoby, przeto skinął, by podeszli. Oni na to przecież czekali.

Panie majorze, zastęp „Wilki” melduje swoją gotowość! zapiszczał druh Dyonizy Kowłowski, prężąc się na baczność przed człowiekiem, który był nieco starszy od jego własnego drużynowego, również wojującego gdzieś od pewnego czasu. Twarze zgromadzonych wokół żołnierzy rozjaśniły się uśmiechem; lecz już nie tym pobłażliwym i drwiącym, jak by to się mogło tutaj wydarzyć jeszcze kilka dni temu. Uśmiechy były przyjazne, braterskie i ojcowskie, pełne zaciekawienia i uznania.

Te dzielne łepki ze skautowskimi lilijkami udowodniły już przecież swą wartość w służbie polegającej na przenoszeniu informacji, środków opatrunkowych i skrzynek z amunicją. Ich nieco starsi koledzy strzelali właśnie do wroga spoza nieodległych barykad.

Jeden z was pójdzie się czegoś dowiedzieć na placówkę przy Misjonarskiej. Po drodze zgłosi się u pani Rościszewskiej w gimnazjum żeńskim rzekł szybko młody major.

A czego jeszcze chcecie? mruknął spostrzegłszy dziwne spojrzenia chłopców. Tylko szybko... – My chcemy biec na tamten brzeg z meldunkiem — odpowiedziano prawie chórem.

A to dopiero… Widzieliście, co się stało z tym żołnierzem Może już nie żyje.

– No dobrze, kto ma nazwisko na „A”, na „B”… na „C”… -Ja, ja! wyskoczył do góry jeden z harcerzy. Patrzcie życie mu niemiłe. Ale pójdziesz… tyle, że nie na most, ale po wiadomości na Warszawską. Mina chłopca zrzedła w jednej chwili, lecz bez ociągania zakrzyknął: „Tak jest!”, i odebrawszy krótką ustną instrukcję, ruszył biegiem w swoją stronę. Cześć Dyziek… cześć, chłopaki… czuwaj – żegnali się druhowie.

Major, nie wypytując już o pierwszą literę nazwiska, bo czas naglił, szybko wyprawił z rozkazem następnego z brzegu chłopca, tyle że na przeciwne skrzydło swego obronnego ugrupowania. Głośno przy tym przekonywał, opanowując z trudem dziwne jakieś i zapewne niestosowne rozbawienie, iż zadanie jakie im właśnie daje jest najtrudniejsze, bowiem dotrzeć trzeba na samą pierwszą linię, stając bezpośrednio w obliczu okrutnego nieprzyjaciela.

Była to prawda, z której młodzi fantaści chyba nie zdawali sobie całkiem sprawy. Zdążyli już bowiem przywyknąć do takich praktyk. Oni zafiksowali sobie w swoich płowowłosych łepetynach coś jeszcze. Gdy posłańcy byli odbiegli we wskazanych kierunkach i gdy odeszły pospiesznie oddziały zbrojnych mające zasilić obsadę barykad, Dyzio Kowłowski wraz z dwoma pozostałymi druhami nadal nie odstępował majora Mościckiego.

Ten to spostrzegł: Na most?… I mowy o tym być nie może…

Tak ale… wzrost… Tamten żołnierz był dobrze widoczny ponad barierą… Gdy biegł, czerwoni widzieli go… Gdyby się był schylił, biegłby wolniej… A my… niech pan major popatrzy.

Komendant obrony Płocka zastanowił się, rzucił jakimś nowym wzrokiem ku harcerzom, lecz trwało to krótką chwilę:

Dobrze przyjmuję wasza ofiarę, pobiegnie jeden. Major był młody i nieoswojony, widać, jeszcze z tym, że ma pełne prawo wskazywać podwładnych li tylko wedle własnego uznania, także tych tu cywilnych po prawdzie ochotników, aby wykonali niewykonalne nawet zadanie. Sumienie podpowiadało mu, że w takich szczególnych okolicznościach wydaje po prostu wyroki śmierci na owych dzielnych, wspaniałych ludzi, młodszych i starszych.

By więc arbitralnie nie wyznaczać kolejnego gońca, znowu zawołał swoim zwyczajem: Czyje nazwisko zaczyna się na „D”… „E”…? Ledwie zaczął, dwaj koledzy Dyzia spojrzeli po sobie z wyrazem bezgranicznego zawodu w oczach, bowiem litery, na które zaczynały się ich nazwiska, stały u końca alfabetu.

Sam zaś Dyzio, nie pozwalając dokończyć swemu dowódcy, wystąpił naprzód: To ja… nazywam się Kowłowski, harcerz po przyrzeczeniu Dyonizy Kowłowski. Wołają na mnie Dyzio…

Harcerz nie jest, zdaje się, zazdrośnikiem powiedział major, widząc minorowe miny towarzyszy Dyzia. I dla was będzie robota… Co? Mało jej tutaj? potoczył wokół ręką. Dyziu masz tu drugi egzemplarz przesyłki dla dowódcy artylerii To musi dotrzeć na tamtą stronę! Kapralu, dajcie mu pakiet z opatrunkiem, dajcie dwa… Posłuchaj, Dyziu… ty się przy Abryczyńskim nie zatrzymuj… Tobie nie wolno! Nie zatrzymuj się tam, to rozkaz! W biegu podrzucisz przy nim opatrunek. Będziesz widział porusza się… czy nie, jest plama krwi, czy nie… Powiesz o tym na tamtym brzegu. Oni już się nim zajmą.

Młody dowódca spojrzał chłopcu w oczy i, jak starszy brat, potrząsnął jego ramieniem.

Ty musisz doręczyć przesyłkę. Tym sposobem ratujesz i Abryczyńskiego, jeśli żyje, i nas wszystkich, całe miasto… i wiele więcej niż miasto. O, żebyś ty chłopcze wiedział jak wiele.

Ja to wiem, panie majorze odparł żywo Dyzio, marszcząc czoło, unosząc nieco głowę i z wielką powagą spoglądając w oczy swego rozmówcy. My ratujemy cywilizację chrześcijańską.

Kilka osób obecnych przy tej wymianie zdań znieruchomiało. Poczęto spozierać w milczeniu to na chłopca, to po sobie wzajem. Cały ów krajobraz walczącego miasta, frontowej rzeki i jej brzegów, nabrał w pojęciu tych ludzi innego wymiaru jakby nie swojskiego już tylko i bardzo tutejszego, lecz jakiegoś wielkiego, nieogarnionego, wręcz ponad przestrzenią i czasem.

Ach skoro tak… to, cóż, wszystko jasne… Ruszaj druhu.

Młody major zmieszał się nieco, zrozumiawszy, że jego przydługa mowa kierowana do tego chłopca była raczej zbędna. Chłopiec bowiem i bez tego wiedział, o co tu chodzi. Proste czynności, polegające właściwie na chodzeniu lub bieganiu, a to pod ciężarem skrzynki z nabojami, a to z wielką paką bandaży, a to, jak teraz, z jakimś ważnym zawiniątkiem, na skradaniu się i wypatrywaniu nieprzyjacielskich pozycji, a wreszcie i samo strzelanie, były dla niego po prostu owym „ratowaniem cywilizacji chrześcijańskiej”. Chłopiec ten w, zdawałoby się, drobiazgu znajdował wymiar bezkresu, to jest sztuka.

Dowódca ledwie dostrzegalnie zakreślił znak krzyża za oddalającym się malcem. Podobnie uczyniło i kilka innych osób. Były to takie chwile, o których, pomimo że ważne, trudno później powiedzieć, jak minęły. Są też, owszem, w życiu, lecz już w życiu dorosłym i takie chwile, kiedy to te wcześniejsze, dawno minione, scena po scenie, odsłona za odsłoną, przypominają się z niebywałą wprost dokładnością.

Tak się zdarza, lecz Dyziowi Kowłowskiemu było jeszcze do tego daleko. Po latach wiedział, że tamtego letniego przedwieczerza biegł był wytrwale, coraz to wymijając przeszkody; barierę mostu miał gdzieś na wysokości nosa, a oczy wlepione w światło mostowej jezdni. „Głowę…” to było ostatnie słowo, jakie za sobą słyszał. Zapewne wołano za nim: „Niżej głowę!”. „Gdy schylę głowę, będę wolniej biegł” pomyślał Jak błyskawica przemknęły mu w pamięci całkiem niedawne instrukcje dotyczące sylwetki sportowca, udzielane przez braci, którzy rzecz byli poznali na zajęciach „Sokoła”. Rytmiczne ruchy rąk i nóg, miarowy oddech, wystukiwanie taktu obutymi w trzewiki stopami — raz—raz—raz…

Tak biegają gdzieś tam daleko olimpijczycy, owi antwerpscy lekkoatleci. Ta zbitka wspomnień „z mostu”, jako najwyrazistszych, może najlepiej utrzyma się w Dyziowej głowie, najwcześniej usadowi się w pamięci chłopca. Ruszył do biegu, uświadamiając sobie wjednej chwili, że oto obaj jego bracia zapewne biją się teraz zaciekle, o dziesiątki kilometrów stad.

Tak przecież było w istocie. Niebawem jego starszy brat Władysław zostanie ranny w walce, lecz koledzy zdołają go znieść bezpiecznie z pobojowiska. Władysław nie dotrze więc do Ciechanowa, pod który podchodzą obecnie nasze siły. Natomiast Stasiowi dane będzie wyzwalać to miasto i wedrzeć się doń wraz z pierwszym polskim oddziałem.

Ludność tamtejsza, pamiętna swojej przedwczesnej euforii sprzed niespełna czterech dni oraz surowych represji, jakie na nią niebawem spadły za tak ochocze sprzyjanie „białopolskim” ułanom, spozierać będzie ostrożnie zza okiennych firanek, nie mając wciąż pewności, kto górą. Przecież nie na próżno przez sto minionych godzin biły na południe od miasta nasze działa. ]uż słychać pośród nocnej strzelaniny jakby fale triumfalnego pogłosu, jakieś radosne szmery, wiwaty. Po bramach kamienic dudnią belki, jakimi zapiera się je teraz czym prędzej od środka, aby czerwoni nie mogli zbiec na podwórza ani wedrzeć się do domostw. Zaś nasi zbrojni chłopcy – ochotnicy gonią ich poprzez ciemne ulice kłują, rąbią, bodą, sieką… Piechotę wspierają w tym dziele jacyś jezdni. Od południa nadchodzi „żelazna osiemnastka”, której forpoczty stają o świtaniu w owym starym grodzie, a wkrótce potem docierają do piastowskiego zamku. Tak tutaj, jak i w innych wyzwalanych przez Wojsko Polskie miastach i powiatach, trwoga pada na owych miejscowych zdrajców, jacy uważali się być lepszymi i mądrzejszymi od swych ziomków i od najpierwszych obywateli. To oni, wraz z pojawieniem się bolszewików, zakładali pospiesznie owe rewolucyjne komitety, czerwone milicje i grupy dywersyjne, których członkowie tak wiele krzywd zdążyli uczynić swoim sąsiadom, współmieszkańcom, polskim żołnierzom i całemu krajowi. Kto więc nie uciekł w te pędy z bolszewikami, ten był natychmiast chwytany i oddawany pod sąd. Zaś karę za zbrodnię zdrady wymierzano wtedy jedną. Zaprawdę, groźne było imię Najjaśniejszej Rzeczypospolitej dla tych, co podnieśli na nią rękę.

Jednak Polska jest wielka, rozprzestrzeniona szeroko. Jej żołnierze, ci pasujący się na śmierć i życie z krasnoarmiejcami na równinach Mazowsza, nie wiedzieli wtedy jeszcze, iż sowieckie, próżne, lecz oficjalne i posyłane w świat przechwałki o wzięciu Warszawy ośmielą Niemców do kolejnego zuchwałego napadu na naszych rodaków na Śląsku. Wszakże polska samoobrona w tamtym regionie, zorganizowana i pokierowana znacznie lepiej niż przed rokiem, nie dopuści do dalszych bezkarnych mordów, grabieży i podpaleń, przystępując do zdecydowanej i udanej kontrakcji. Tak rozpoczęło się drugie, lecz przecież nie ostatnie śląskie powstanie.

Ruch małego chłopca na płockim moście widoczny był oto z dala przez drewniane sztachety balustrady. Nie, nikt się oczywiście nie łudził, że bolszewicy nie dojrzą pojawienia się nowego posłańca. Gdy Dyzio usłyszał za sobą świergot goniących go kul, padł szybko na drewnianą jezdnię, po czym, jak na leśnych manewrach, dał susa pod najbliższy z porzuconych pojazdów, ten z zabitym koniem. Sowiecki kulomiot walił znowu, wybijając niektóre deski z mostowej poręczy, jeszcze niżej, tak, że Dyzio miał wrażenie, iż jeden z pocisków drasnął go w pośladki.

Zresztą, jak już powiedziano, przeżycia na moście były tak skondensowane i w tak wielkim stopniu skłębiły się w jedną całość, że niemało później czasu musiało minąć, czasu już spokojnego by Dyonizy Sokołowski mógł w swej głowie rozszczepić tę zbitkę na poszczególne odcinki biegu, padania, czołgania… Pamięta, oczywiście… Gdy następna seria, posłana zupełnie nisko i niecelnie, zadźwięczała o stalowe belki wspierające jezdnię, zerwał się wreszcie spoza wozu i gnał dalej. Po chwili znowu musiał paść, i to twarzą w wybitą w moście dziurę.

Oto nagły widok wijących się bardzo nisko nurtów wiślanych trwało to jedno mgnienie, lecz przyniosło niejaki spokój. „Czegokolwiek byśmy my tu nie wyprawiali, to rzeka płynie sobie, idealnie obojętna na to wszystko… I będzie tak płynąć, jak i dawniej płynęła ona nasza. Bądź pozdrowiona, rzeko!” takie oto „filozoficzne” zawołanie towarzyszy wspomnieniu tamtego obrazu, z dziury w płockim moście.

O, jak kląć musiał sowiecki celowniczy, może ze dwa razy starszy od polskiego gońca, gdy ledwie z daleka widoczny kształt przemierzył już połowę długości wiślanej przeprawy. Jak nerwowo pociągać musiał z butelki zrabowany markowy alkohol dowódca sowieckiej placówki. Sklął celowniczego, zdzielił go przez łeb i błyskawicznie zawezwał innego. To dawało naszemu harcerzowi cenne sekundy, dziesiątki sekund. Biegł dalej, lepiej niż zwykłą bitewną kanonadę słysząc własny oddech i bicie własnego serca; miarowy, szybki tupot kroków mieszał się ze stukotem pocisków o mostową konstrukcję.

Na ostatnim odcinku tej szczególnej bieżni kulomioty, lecz także coraz gęstsze kule bolszewickich strzelców wyborowych tak przyparły Dyzia do jezdni, iż ten ostatni, bodaj piąty w kolejności pad wykonał właśnie tuż przy Abryczyńskim; o nie, to nie było złamanie zakazu majora Mościckiego. Młody żołnierz nie dawał znaków życia; leżał w kałuży własnej krwi. Dyszący ciężko, odchodzący od zmysłów Dyzio pamiętał, że ma jemu zostawić opatrunki, co też i bezwiednie uczynił.

Ciężki karabin maszynowy walił tuż ponad obydwoma Polakami żywym i martwym. „I ten szczęśliwy, kto padł wśród zawodu, jeżeli poległym ciałem dał innym szczebel do…” znacznie później Dyonizy Kowłowski uświadomił sobie, uczciwie, przed sobą samy , że tam i wtedy, przy tym poległym strzelcu, przeszyło jego świadomość jakieś skojarzenie, ubrane w takie właśnie słowa, zasłyszane czy to w szkole, czy w domu, czy na zbiórce drużyny… Przypominał sobie później i to, jak ledwie żywy, nawet nie czując piekącego bólu w lewym ramieniu wraża kula go jednak dosięgła dobiegał do celu.

Wtedy, gdy brakowało doń już około stu metrów, wyruszył mu naprzeciw żołnierz, a zapewne dwóch. Wykonywali jakieś podskoki, machali rękami to znów padali na deski jezdni. Ze swego finiszu w tym najważniejszym biegu życia nasz harcerz doprawdy niewiele pamięta. O nie lepiej powiedzieć że bardzo wiele, lecz kolejne szczegóły tej odsłony, jak i poprzednich, z ledwością dają się rozróżnić. Gnał więc z największym wysileniem na chwiejących się „watowatych” nogach, czując jakby go dławił jakiś ciężar w okolicy oskrzeli machając rękami z najwyższym trudem, ze wzrokiem utkwionym w linię pomiędzy bliskimi już krawędziami mostowych barier. Za tą linią naziemna droga na nasypie opadała nieco ku kępie rosnących przy niej drzew tam było ocalenie. Bolszewiccy celowniczowie i strzelcy na czas krótki skupili uwagę na nowym obiekcie, czyli na postaciach obu wystawiających się na kule żołnierzy. O to właśnie szło.

To wystarczyło aby Dyzio dopadł do mety. O Własnych siłach dobiegał do zbawiennej, a majaczącej mu przed oczyma plamy zieleni, pomimo rozrywających się obok pocisków armatnich, bowiem sowieci wznowili właśnie ostrzał lewobrzeżnego przyczółka. Lecz uczynili to na próżno.

Masz u mnie Krzyż Walecznych, młody druhu... — mruknął na płockim brzegu major Mościcki, oddalając lornetkę od oczu. I tamten, co został na moście, też…

W tejże chwili obaj wspierający naszego harcerza wojacy byli już przy nim. Jeden odebrał kopertę wysupłaną zza Dyziowej pazuchy i pognał w stronę nieodległego budynku.

Pędem do dowódcy! ryknął. – Zza domu wyskoczył koń unoszący przytulonego do grzywy jeźdźca.

Wkrótce po tym, gdy Dyzio łapał równy oddech i mógł już wstać, działobitnia na Uradzi, która także były dosięgły niszczące pociski wroga, zagrała pomimo poniesionych strat ze zdwojoną energią.

Wprawne uszy żołnierskie na prawym brzegu rzeki wnet to wychwyciły. W serca obrońców miasta wstąpiła otucha. Odtąd napastnicy nie postąpili już dalej, nie zagrozili obronie mostu, nie przedostali się nad sam brzeg Wiślany. Bitwa toczyła się jeszcze przez wiele godzin, aż nazajutrz wyrzucono bolszewików z Płocka.

Niebawem rozebrzmiały, rozkołysały się dzwony zwycięstwa, te katedralne i te inne, jakże liczne, po wszystkich świątyniach owej nadwiślańskiej krainy. Czy gdzie blask letniego słońca z błękitów niebieskich, czy szarobure chmury i lejący się z nich na utrudzoną ziemię ciepły deszcz, one biły wciąż i biły radośnie, jak na największe święto.

Bo też było to święto niebywałe. W katedrze, noszącej wezwanie Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, sam ksiądz biskup płocki wstępuje na stopnie ołtarza ze Mszą dziękczynną, zaś asystuje mu w tym nabożeństwie liczne duchowieństwo, gromada ministrantów w białych komżach oraz wielkie rzesze ludu i wojska. Pośród światła świec i dymu kadzideł celebrans trwa w kornej modlitwie ubrany w ów słynny, bogato haftowany ornat i takąż kapę, odziedziczone po jednym ze swoich poprzedników sprzed wieków, królewiczu Karolu Ferdynandzie.

Tego dnia, wśród huku organów, dźwięku dzwonów i dzwonków poniesie się po szerokiej krainie owo dziękczynne Te Deum.

Gen. Tadeusz Rozwadowski. Twórca Wojska Polskiego i zwycięstwa w 1920 r.

Wojtek Duch, 9 marca 2013 https://historia.org.pl/2013/03/09/zapomniany-general-tadeusz-rozwadowski-tworca-wojska-polskiego-i-zwyciestwa-w-1920-r-wywiad/

Gen. Tadeusz Rozwadowski to jeden z największych wodzów w historii naszego kraju, który mimo wielu sukcesów jest zapomniany – „Winna temu jest propaganda i cenzura sanacyjna, a następnie cenzura komunistyczna” – mówi nam w wywiadzie dr Mariusz Patelski. Wywiad poświęcony całemu życiu generała – dzięki uprzejmości rozmówcy – został okraszony unikatowymi zdjęciami.

Wojtek Duch: Jak zaczęła się przygoda Tadeusza Rozwadowskiego z wojskiem?

Lwów 1863 r. Powstańcy styczniowi Tadeusz Rozwadowski, Tomisław Rozwadowski i Franciszek Szymanowski. Brat Tomisława Rozwadowskiego – Tadeusz poległ w powstaniu; na jego cześć przyszły generał otrzymał imię Tadeusz.

Dr Mariusz Patelski: Służba wojskowa była tradycją w rodzinie Jordan Rozwadowskich. Przodkowie generała już w epoce przedrozbiorowej służyli w polskim wojsku, a następnie brali udział w wojnach o niepodległość Polski i w kolejnych powstaniach narodowych. Pradziad generała – płk Kazimierz Rozwadowski był m.in. organizatorem 8. Pułku Ułanów z czasów Księstwa Warszawskiego…

Bezpośrednio o wyborze takiej drogi życiowej dla swego syna zadecydował natomiast Tomisław Rozwadowski – powstaniec styczniowy i oficer armii austriackiej. Rozwadowski senior po dwóch nieudanych wyprawach powstańczych doszedł do wniosku, że jeśli Polska ma odzyskać niepodległość, to potrzebni będą wykształceni oficerowie; dlatego posłał wszystkich swoich synów, obok Tadeusza także Wiktora i Samuela, do austriackich szkół wojskowych.

Za wybitne zasługi wojenne w trakcie kampanii 1914 r. otrzymał najwyższe odznaczenie austro-węgierskie, order Marii Teresy…

– Historia tego krzyża, nadawanego za czyny dokonane, jak mówiono, „bez rozkazu lub wbrew rozkazowi” jest rzeczywiście niezwykła. Był to pierwszy nowoczesny order wojskowy sięgający swymi korzeniami bitwy pod Kolinem w 1757 r. Na jego statucie wzorowane były przepisy innych, później powstałych, orderów wojskowych m.in. statut Virtuti Militari. W czasie I wojny światowej Orderem Wojskowym Marii Teresy odznaczono 131 dowódców oraz oficerów. Wśród nich było 5 Polaków: oprócz Tadeusza Rozwadowskiego także: Emil Prochaska, Mieczysław Skulski, Stanisław Wieroński oraz Jerzy Zwierkowski (jedyny oficer marynarki w tym gronie).

W odradzającej się Polsce został pierwszym Szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Tutaj po raz pierwszy pokłócił się z Piłsudskim, który nie zgadzał się na armię z poboru…

Willa Wertholz w Reichenau 17 sierpnia 1918 r. Ceremonia odznaczania Orderem Wojskowego Marii Teresy. Od prawej 3. – gen. Tadeusz Rozwadowski, 9. – cesarz Austrii Karol.

– Rozwadowski, obejmując z ramienia Rady Regencyjnej, z którą współpracował już od 1917 r., stanowisko szefa Sztabu Generalnego wykonał rzeczywiście wielką pracę. W ciągu dwóch tygodni, na bazie wcześniej istniejących instytucji wojskowych, generał i jego współpracownicy (szczególnie aktywny był ppłk Włodzimierz Zagórski) zorganizowali Sztab Generalny oraz Ministerstwo Spraw Wojskowych. Szef sztabu powołał także zalążki poszczególnych rodzajów wojska m.in.: kawalerię, marynarkę wojenną, straż graniczną. Po powrocie Józefa Piłsudskiego między Naczelnym Wodzem i szefem sztabu doszło rzeczywiście do różnicy poglądów. Generał naciskał na szybką mobilizację i formowanie regularnych oddziałów, podczas gdy Naczelnik Państwa forsował tworzenie oddziałów ochotniczych odpornych na zimno i niedostatki pierwszych miesięcy Niepodległości. Ostatecznie przeważyło zdanie Naczelnika, a Rozwadowski odszedł na stanowisko dowódcy Armii Wschód.

Później zapisał się w historii jako obrońca Lwowa. To nieco zapomniana karta naszych dziejów. Z nikłymi siłami, bez wsparcia z Warszawy i mimo rozkazu wycofania trwał na posterunku. Miał powiedzieć: „Powziąłem niezłomną decyzję raczej zginąć z załogą niż w myśl rozkazu Naczelnego Dowództwa opuścić Lwów”. Dopiero krytyka społeczeństwa na władze w Warszawie doprowadziła do wysłania odsieczy na Lwów…

– O wydarzeniach tych rzeczywiście rzadko się wspomina w mediach, podobnie jak o konflikcie polsko-czeskim ze stycznia i lutego 1919 r. Społeczeństwo Małopolski, mimo znaczącego wykrwawienia w toku I wojny światowej, wykonało nadludzki wysiłek, zyskując dla Polski Galicję Wschodnią i znaczną część Śląska Cieszyńskiego.

Biorąc pod uwagę konflikt z Ukraińcami: w efekcie powziętych przez Naczelnego Wodza decyzji, wojna o Lwów i Małopolskę Wschodnią toczona była w początkowym okresie (przełom 1918 i 1919 roku) pomiędzy oddziałami polskimi głównie z Małopolski i ukraińskimi z tzw. Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Ponieważ Ukraińcy zdecydowali się na powszechną mobilizację, ich armia trzykrotnie przewyższyła liczebnie siły polskiej Armii Wschód. Tak dużych oddziałów Rozwadowski nie mógł pokonać, ale szachował je z powodzeniem, broniąc Lwowa. Miało to istotne znaczenie w związku z toczącymi się rozmowami na Konferencji Pokojowej w Paryżu. Ukraińcom z Galicji, a należy podkreślić, iż potrafili świetnie się wówczas zorganizować (w przeciwieństwie do swych współbraci z Kijowa), zabrakło jednak doświadczonych dowódców i zaopatrzenia. Z tego powodu, po przybyciu odsieczy, w skład której weszły także oddziały z Wielkopolski, losy wojny przechyliły się na stronę polską. Jednak na pełne zwycięstwo trzeba było poczekać jeszcze kilka miesięcy.

Dlaczego mimo sukcesów m.in. we Lwowie generał został wysłany do Francji jako Szef Polskiej Misji Wojskowej w Paryżu?

Paryż czerwiec 1919 r. Gen. Tadeusz Rozwadowski jako szef Polskiej Misji Wojskowej

Przyczyna odejścia generała ze stanowiska dowódcy Armii Wschód ma skomplikowany charakter. Naciski były z różnych stron, bo Rozwadowski naraził się zarówno lwowskim narodowym demokratom jak i socjalistom, a Naczelny Wódz bardzo szybko przystał na zmianę dowodzącego. Na nowej placówce gen. Rozwadowski położył fundamenty pod przyszły sojusz polsko-rumuński i polsko-francuski. Jego zasługą jest też sprowadzenie do Polski lotników amerykańskich, którzy zasłużyli się w wojnie polsko-bolszewickiej, współtworząc Eskadrę im. Tadeusza Kościuszki.

Dopiero w najtrudniejszym momencie, gdy wydawało się, że padnie Warszawa Józef Piłsudski wzywa Rozwadowskiego na ratunek stolicy. Na wszystkich rozkazach operacyjnych od 12 do 16 sierpnia widnieje podpis generała. Podobno dlatego, że Piłsudski załamał się nerwowo, co potwierdza złożenie przez niego 12 sierpnia 1920 r. na ręce Premiera Witosa dymisji z piastowanych stanowisk…

– Rzeczywiście generał objął stanowisko szefa Sztabu Generalnego w przełomowym momencie wojny. O depresji Marszałka pisało też wielu polityków w swych wspomnieniach. Pisał o tym także w swym szkicu gen. Kukiel, ale tekst ten dotąd nie został opublikowany.

Kto był autorem planu zwycięskiej bitwy warszawskiej?

Niewątpliwie Rozwadowski. To on także zmodyfikował pierwotne plany wzmacniając lewe skrzydło wojsk polskich rozkazem nr 10000.

Jaki wpływ na zwycięstwo miało złamanie rosyjskich szyfrów? Skutecznie wykorzystano przechwycone informacje?

– Wiedza o zamiarach przeciwnika jest równie istotna jak oręż, którym się walczy. Bronią tą trzeba jednak umieć się posłużyć, tymczasem bolszewicy doszli aż pod Warszawę.

Zaraz po zakończeniu z sukcesem operacji warszawskiej rozpoczęła się inna, tym razem propagandowa walka. Spierano się autorstwo warszawskiego zwycięstwa. Wydaje się, że w tym sporze najlepiej wypadł Piłsudski….

Gen. Tadeusz Rozwadowski

Rozwadowski

– Do końca wojny, a nawet po jej zakończeniu Rozwadowski nie uczestniczył w sporach na ten temat. Zachowywał bardzo lojalną postawę wobec Naczelnego Wodza, co najbardziej uwidoczniło się w okresie afery Biura Prasowego Sztabu. Przełomem było wystąpienie publiczne socjalisty Jędrzeja Moraczewskiego, który ujawnił, że były dwa plany bitwy: jeden Rozwadowskiego drugi Weyganda, z których Piłsudski wybrał bardziej ryzykowny, opracowany przez swego szefa sztabu. Nastąpiło to dopiero w 1922 r. i dopiero wówczas rozpoczęła się burza, w którą został wciągnięty Rozwadowski.

Piłsudski bał się popularności Rozwadowskiego? Mimo to powierzył mu stanowisko Generalnego Inspektora Jazdy…

– Po wojnie generał nie zabiegał o stanowiska, które wikłałyby go w bieżącą politykę, a takimi były z pewnością: szefostwo Sztabu Generalnego, czy stanowisko ministra spraw wojskowych. Z zadowoleniem objął natomiast Generalny Inspektorat Jazdy/Kawalerii. W 1924 r. współtworzył wielką reformę tej narodowej broni Polaków. Likwidacji uległa wówczas kawaleria dywizyjna, a z 10 istniejących pułków strzelców konnych utworzono normalne pułki liniowe, których liczba wzrosła do 40. Utworzono 4 dywizje kawalerii złożone z trzech dwupułkowych brygad, a pozostałe pułki weszły w skład samodzielnych brygad kawalerii. Reforma ta jest pozytywnie oceniana przez historyków, choć dziś pojawiają się też głosy, iż była niekonsekwentna, bo należało połączyć wszystkie pułki w dywizje.

Generał miał odmienną od Piłsudskiego i jego stronników wizję rozwoju polskiego wojska. Na czym ona polegała?

– No właśnie, po maju 1926 r. dywizje kawalerii zostały zlikwidowane. W Kampanii Polskiej 1939 r. brygady kawalerii, dzięki wielkiej ruchliwości, uzbrojeniu i wyszkoleniu, świetnie sobie radziły. Odnosiły też znaczące sukcesy, jak np.: pod Mokrą, ale były do „tylko” brygady szkoda, że zabrakło dywizji.

Nie zostały też zrealizowane pomysły Rozwadowskiego związane z tworzeniem samodzielnych jednostek pancernych, ani tzw. „armii wysokiego pogotowia„, zdolnej do błyskawicznej mobilizacji w obliczu najazdu ze strony Niemiec lub Rosji. Armia taka miała być doskonale wyposażona, m.in.: w lotnictwo, zmodernizowaną kawalerię, i ”całkiem samodzielnie zorganizowane grupy specjalnej broni pancernej samochodowej”. Dziś taką formację nazwalibyśmy zapewne siłami szybkiego reagowania. Rozwadowski łączył gruntowną wiedzę techniczną z doświadczeniem bojowym i wyciągał wnioski. Domyślał się, że w przyszłej wojnie wzrośnie znaczenie broni pancernej i lotnictwa, stąd już 1921 r. wnioskował o powołanie specjalnego referatu w Sztabie Generalnym, który miał koordynować prace dotyczące obrony przeciwlotniczej i gazowej. Wymowny jest także fakt, iż jeden z ostatnich jego projektów dotyczył budowy nowego rodzaju bomby lotniczej.

W maju 1926 r. doszło do zamachu stanu, zginęło kilkuset Polaków w bratobójczej walce. Po drugiej strony barykady stał gen. Rozwadowski. To on dowodził wojskami wiernymi rządowi i konstytucji. Nie udało mu się jednak pokonać zamachowców. Czy Rozwadowski miał możliwości i środki, by zmienić bieg historii?

– Od terminu „zamach…„ czy „przewrót majowy„ wolę określenie gen. Kukiela – ”majowa wojna domowa”, które bardziej, moim zdaniem, oddaje to co wówczas się stało. Gwałtowność toczonych walk, determinacja obu stron i przekonanie o słuszności głoszonych idei potwierdzają tezę, iż w Warszawie w tych dniach miała miejsce regularna wojna domowa. Kolejnym dowodem na to jest udział w tym konflikcie ludności cywilnej. Wprawdzie większość warszawiaków opowiedziała się za Piłsudskim, szczególnie aktywne były oddziały Związku Strzeleckiego (członkowie Związku po zmobilizowaniu wzięli udział w walkach w sile sześciu kompanii),a także członkowie KPP…, ale po drugiej stronie opowiedziała się także wielu cywilów zwłaszcza młodzież studencka oraz członkowie Sokoła i ZHP. Symbolem oporu wobec zbrojnego zamachu była wreszcie śmierć, w niejasnych okolicznościach, studenta Karola Levittoux – stryjecznego wnuka słynnego konspiratora i carskiego więźnia. Ruch wojsk trwał także poza stolicą. W poszczególnych okręgach wojskowych formowano siły idące na pomoc walczącym stronom.

W nawiązaniu do drugiej kwestii – generał, niestety, popełnił w toku walk kilka znaczących błędów. Przede wszystkim drugiego dnia nie wykorzystał szansy zajęcia Ministerstwa i Dyrekcji Kolei z węzłami łączności kolejowej, co umożliwiłoby kontakt z prowincją oraz usprawniło transport posiłków dla wojsk rządowych. Zawiódł się także w kwestii pomocy ze strony płk. Modelskiego, który dał się zaskoczyć i aresztować w Cytadeli.

Na obronę generała należy przytoczyć fakt, podkreślany już w pracy Stanisława Hallera o maju 1926 r., że obrońcy rządu i Prezydenta nie wiedzieli na kogo mogą liczyć w Warszawie i kto został wciągnięty do spisku. Warto także podkreślić, iż Rozwadowski przegrał bitwę o stolicę, ale nie został pokonany. Siły, którymi dysponował, zdołały się wycofać, a o kapitulacji zadecydowali politycy i to w momencie, gdy pod Warszawą pojawiły znaczniejsze siły, które mogły zupełnie zmienić wynik tego konfliktu. Ciekawostką jest, że oddziałami przeciwnika dowodził nie Piłsudski lecz gen. Gustaw Orlicz-Dreszer, którego Rozwadowski oceniał jako jednego z najwybitniejszych dowódców kawalerii.

Rozwadowski wydał wówczas rozkaz, w który wzywał do pojmania przywódców spisku nawet za cenę ich życia…

– W ferworze walk dowódca wojsk rządowych rzeczywiście wydał taki rozkaz. Wówczas, a czasami jeszcze i dziś, jest on przywoływany jako przykład małoduszności i zacietrzewienia Rozwadowskiego. Należy jednak pamiętać w jakich warunkach i pod jaką presją przyszło mu działać. Ówczesne wystąpienie traktował jako początek rewolucji i najprawdopodobniej wiedział o porozumieniu strony przeciwnej z komunistami.

Czy była szansa na złapanie Piłsudskiego?

– Szans na ujęcie Piłsudskiego raczej nie było. Zachodziła natomiast obawa, że w razie klęski wycofa się do Wilna, gdzie miał największe poparcie i będzie kontynuować działania wojenne, które rozleją się na inne regiony Polski. Takiego obrotu spraw obawiali się prezydent Wojciechowski i premier Witos dlatego podjęli decyzję o kapitulacji.

Piłsudski 22 maja 1926 r. wydał odezwę, w której obiecywał, że nie wyciągnie konsekwencji wobec pokonanych. Mówił też o zgodzie i pojednaniu. Kłamał, bo kilku generałów, w tym Rozwadowskiego aresztowano…

Maj 1926 r. Wilanów. Gen. Rozwadowski jako więzień marsz. Józefa Piłsudskiego. Jeszcze przed przewiezieniem do Wilna.

– Generałów: Rozwadowskiego, Włodzimierza Zagórskiego, ministra spraw wojskowych Juliusza Malczewskiego oraz Bolesława Jaźwińskiego rzeczywiście aresztowano i wywieziono do Wojskowego Więzienia Śledczego na Antokolu w Wilnie. Aby zatrzeć wrażenie, że jest to zemsta za ich postawę w maju, wysunięto wobec nich zarzuty natury kryminalnej, a w przypadku gen. Malczewskiego zarzut lżenia wziętych do niewoli szwoleżerów z 1. Pułku Szwoleżerów oraz niektórych oficerów strony przeciwnej. Później dodano Malczewskiemu także zarzut o obrazę wyższego stopniem – marszałka Józefa Piłsudskiego, o którym generał miał się wyrazić: „słuchacie tego starego dziada Piłsudskiego”. W prasie z tego okresu z premedytacją kłamano natomiast, że Malczewski miał bić szpicrutą i opluwać pojmanych szwoleżerów, zarzutu tego próżno jednak szukać w dostępnych dokumentach wojskowych. Żadnemu z wymienionych generałów nie udowodniono też winy. Sprawę Malczewskiego umorzono, Zagórski zaginął, a Rozwadowski i Jaźwiński zmarli zanim zakończyły się procesy w ich sprawie.

W jakich warunkach i jak długo przetrzymywano Rozwadowskiego, był to przecież oficer odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Wojennego Virtuti Militari?

– Warunki uwięzienia generałów mocno odbiegały od standardów już wówczas przyjętych w krajach europejskich. W przypadku wysokich szarżą i zasłużonych dowódców stosowano raczej areszt domowy. Tymczasem stare carskie więzienie, zlokalizowane w dawnym pałacu Słuszków na Antokolu w Wilnie, było w opłakanych stanie technicznym. Cele, z powodu awarii pieców, były zimne, a ze ścian odpadał tynk. Z powodu trudnych warunków lokalowych w więzieniu zamknięto także izbę chorych. Generała jednak najbardziej irytował fakt, że był przetrzymywany w sąsiedztwie pospolitych przestępców. Mimo tych upokarzających warunków zdecydowanie jednak odmawiał działań, których celem było wywołanie interwencji w jego sprawie, ze strony którejś z panujących rodzin europejskich. Uważał bowiem, że godziłoby to w dobre imię Polski na arenie międzynarodowej.

Rozwadowski wyszedł na wolność 18 maja 1927 r. po uprzednim przedstawieniu mu aktu oskarżenia. Jego uwolnienie poprzedziły różne akcje protestacyjne i uchwały Senatu. Głośnym echem odbiło się zwłaszcza wystąpienie rektora Uniwersytetu Wileńskiego – prof. Mariana Zdziechowskiego, który wydał własnym sumptem broszurę „Sprawa sumienia polskiego”.

Są hipotezy mówiące, że generała otruto. Z kolei innego generała Włodzimierza Zagórskiego miano zabić. O obu zbrodniach miał wiedzieć, a nawet je zlecić Piłsudski. Czy są na to dowody?

– Włodzimierz Zagórski padł ofiarą mordu politycznego i chyba większość historyków nie ma dziś wątpliwości w tej kwestii. W przypadku gen. Rozwadowskiego sprawa jest bardziej skomplikowana. Sam generał uważał, że był podtruwany w czasie transportu. Do tezy o otruciu przychylał się gen. Kukiel oraz słynny lwowski chirurg – prof. Tadeusz Ostrowski. Bezpośrednich dowodów w tej sprawie nie ma, ale wymowny jest fakt, iż władze wojskowe zabroniły sekcji zwłok.

Warto dodać, że po maju 1926 r. miała miejsce cała seria tajemniczych zgonów. Znawca archiwaliów wojskowych (twórca słynnych Tek Laudańskiego), a w czasie wojny polsko-sowieckiej oficer II Oddziału Sztabu – płk Stanisław Laudański zginął w 1926 r. śmiercią samobójczą. Gen. Jan Thullie wysuwany w 1925 r.( wbrew Piłsudskiemu) do stanowiska ministra spraw wojskowych zmarł w 1927 r. z powodu zatrucia rybą… Dziwne okoliczności towarzyszyły też śmierci generałów Jana Hempla i Oswalda Franka oraz kontradmirała Jerzego Zwierkowskiego.

Dziś Józef Piłsudski ma ulicę lub pomnik chyba w każdym mieście w Polsce. Rozwadowski do niedawna, nie miał nawet ulicy swojego imienia w Warszawie. Jest niezwykle zapomnianym generałem, dlaczego tak się dzieje?

Poświęcenie epitafium gen. Rozwadowskiego w Konkatedrze na Kamionku w Warszawie w 1994 r. Z lewej bp Zbigniew Kraszewski i delegacja Światowego Związku Żołnierzy AK. Z prawej zdjęcie epitafium gen. Rozwadowskiego wmurowane w ścianę kościoła. Kilka lat temu „nieznani sprawcy” próbowali płaskorzeźbę generała zniszczyć – na szczęście bezskutecznie.

– Winna temu jest propaganda i cenzura sanacyjna, a następnie cenzura komunistyczna. W latach 90. sytuacja bardzo wolno zaczęła się jednak zmieniać. Generałowi poświęcono kilka ulic, a ksiądz biskup Zbigniew Kraszewski – kapelan AK i duszpasterz kombatantów poświęcił, ufundowane staraniem rodziny Rozwadowskich i przyjaciół, epitafium generała w Kościele Konkatedralnym na Kamionku w Warszawie. Świątynia ta, dodam, powstała jako wotum stolicy za „cud nad Wisłą”, na terenie parafii gdzie, 13 sierpnia 1920 r., ks. Ignacy Skorupka odprawił mszę świętą i spowiadał żołnierzy 236. Pułku Piechoty, by następnego dnia zginąć pod Osowem. W moim rodzinnym Opolu powstało natomiast, z inicjatywy zastępcy prezydenta miasta – Arkadiusza Karbowiaka rondo im. gen. Tadeusza Rozwadowskiego.

W 2012 r. ważnym wydarzeniem była także premiera fabularyzowanego filmu dokumentalnego -„Zapomniany Generała. Tadeusz Jordan Rozwadowski„ w reżyserii Piotra Boruszkowskiego (autora świetnego dokumentu „Był Luksemburg„) i w redakcji wybitnego współczesnego dokumentalisty – Dariusza Króla. W filmie tym, w postać generała, wcielił się Tomasz Marzecki – lektor i aktor o niezwykłej charyzmie, guru polskich lektorów. Jego głos mogli Państwo usłyszeć ostatnio w filmach historycznych: „Rok 1863” oraz ”Po co ci te chłopy” – rzecz o Karolu Lewakowskim.

Nie mogę nie wspomnieć również o Państwa tj. redakcji portalu historia.org.pl, inicjatywie, dzięki której w Warszawie istnieje dziś ulica Rozwadowskiego, choć mam świadomość, że to ciągle mało. Pomijam tu już Józefa Piłsudskiego, ale wspomniany gen. Orlicz- Dreszer ma w Warszawie na Mokotowie park swego imienia, jest patronem 60. Wieliszewskiego Dywizjonu Rakietowego Obrony Powietrznej oraz osiedla w Siedlcach i liceum w Chełmie, a jego imieniem nazwane są ulice w wielu polskich miastach.

Warszawa lata osiemdziesiąte XX w. Klepsydra informująca o nabożeństwie rocznicowym rozklejana nielegalnie przez narodowców.

Wracając do gen. Rozwadowskiego, to cechą charakterystyczną chyba wszystkich uroczystości związanych z jego postacią jest brak oficjalnych przedstawicieli władz państwowych i wojskowych. Nazwisko generała rzadko także pada w czasie apelu poległych, jaki odbywa się co roku podczas uroczystości 11. Listopada przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Jest to o tyle dziwne, że miał on istotny wpływ na tworzenie fundamentów polskiej armii i rozbrojenie okupantów w Warszawie, a także był współtwórcą pomnika – Grobu Nieznanego Żołnierza. Najprawdopodobniej pierwszy szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego nie został także patronem żadnej z jednostek wojskowych…

Widział Pan może film „Bitwa warszawska” Jerzego Hoffmana? Zgodzi się Pan z tezą, że rola Rozwadowskiego została w nim sprowadzona do groteski?

– Nie spodziewałem się wiele po filmie Jerzego Hoffmana, bo rozczarowało mnie już sienkiewiczowskie „Ogniem i mieczem„ w jego adaptacji. Zachęciła mnie jednak informacja, że scenariusz filmu nawiązuje do „Lewej wolnej„ Józefa Mackiewicza. I tu kolejne rozczarowanie bo w „Bitwie warszawskiej” niewiele jest z Mackiewicza, no może przywołanie oddziału kozaków dowodzonych przez sotnika Kryszkina, którego grał Domagarow. Natomiast Michał Dzięgiel (słynny gospodarz z ”Wesela”) w roli gen. Rozwadowskiego jest rzeczywiście zupełnie bez wyrazu; bezwolnie potakuje marszałkowi, tak jakby grał ordynansa, a nie szefa Sztabu Generalnego i to niezależnie od faktycznej roli Rozwadowskiego w tych wydarzeniach. W filmie błyszczy natomiast Natasza Urbańska, która zagrała w pewnym sensie samą siebie i dała z siebie wszystko. Na tle swych poprzedniczek z wcześniejszych wielkich produkcji Hoffmana, tj. Małgorzaty Braunek i Izabeli Skorupco wypada też całkiem nieźle.

Na próby odebrania Piłsudskiemu roli jedynego autora bitwy warszawskiej środowiska piłsudczykowskie reagują alergicznie.

– Kwestia autorstwa bitwy rzeczywiście wywołuje sprzeciw, ale i tu nastąpiły pewne zmiany. Niektórzy przedstawiciele tego środowiska dziś już doceniają wkład gen. Rozwadowskiego w organizację i rozbudowę polskiego wojska, a także krytycznie piszą o decyzjach i postępowaniu marszałka po maju 1926 r. i potępiają uwięzienie generałów.

Myśli Pan, że uda się wreszcie przełamać zmowę milczenia wokół generała?

– Sądzę, że to już się dzieje, czego przykładem ta rozmowa…

* dr Mariusz Patelski – od 2002 r. adiunkt w Katedra Biografistyki Instytutu Historii Uniwersytetu Opolskiego. Członek Stowarzyszenia Polsko-Serbołużyckiego „Pro Lusatia„ oraz Polskiego Towarzystwa Historycznego Oddział w Opolu. Członek redakcji „Pro Lusatii. Opolskich studiów łużycoznawczych„ oraz redakcji ”Tek Biograficznych”. Autor biografii Generał broni Tadeusz Jordan Rozwadowski – żołnierz i dyplomata.

===================================

Bruno Wielkopolski@BWszechpolski

Wspomnijmy prawdziwych ojców i architektów VICTORII WARSZAWSKIEJ 1920 – Tadeusz Jordan Rozwadowski, Józef Haller, Władysław Sikorski, Włodzimierz Zagórski, Franciszek Latinik, Bolesław Roja…

Cześć ich pamięci! Chwała Bohaterom 7:18 PM · 14 sie 2022·

W odpowiedzi do @BWszechpolski i @Chris66860798

W czasie bitwy Piłsudski złożył rezygnację na ręce Witosa i schował się pod spódnice kochanki w Bobowej pod Nowym Sączem… Dlatego te bitwę nazwano…. CUDEM!

Zdjęcie

================

mail:

Nie zdarzyło się chyba w historii, by wódz naczelny Armii na początku toczącej się decydującej bitwy z wrogiemzdezerterował

Piłsudski, po złożeniu dymisji na ręce premiera Witosa [przy świadkach], podobno w depresji, wyjeżdżał czy uciekał do kochanki. Żona Maria z Koplewskich Piłsudska, I voto Juszkiewiczowa mieszkała wtedy w Krakowie. Tak stało się 12 sierpnia. Gdy decydująca bitwa zwana słusznie Cudem nad Wisłą została już rozegrana i wygrana pod dowództwem gen. Rozwadowskiego, Piłsudski wrócił do armii i po paru dniach, z dywizjami stojącymi pod Dęblin przemieszczał się za uciekają armią bolszewicką bez kontaktu z wrogiem. Kontakt ten nawiązali dopiero trzy czy cztery dni po przełomie w bitwie. Sobie przypisał to zwycięstwo, a gen. Rozwadowskiego kazał wsadzić do więzienia – za przypisane mu drobne kradzieże….

Arcybiskup JÓZEF TEODOROWICZ: Niechaj wodze spierają się i swarzą. To jest Cud nad Wisłą.

[przypominam, bo ważne TERAZ ]

Niechaj wodze spierają się i swarzą. To jest Cud nad Wisłą.

…Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna…

[Wstęp do książki płk. Franciszka Arciszewskiego „CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Veritas, Londyn, 1957]

[ Ze zbioru kazań pt. NA PRZEŁOMIE, stronica  251. Nakład Księgarni Świętego Wojciecha. Poznań  – Warszawa – Wilno ‹- Lublin, rok 1923. ]   

[Jesteśmy dumni, że wiek temu mieliśmy TAKICH arcybiskupów i TAKICH żołnierzy. By się TERAZ przydali.. MD]

Wyciąg z kazania ks. arcybiskupa JÓZEFA TEODOROWICZA wypowiedzianego w katedrze warszawskiej w 1920 r., podczas nabożeństwa dziękczynnego za oswobodzenie stolicy i kraju od najazdu bolszewickiego.

===============

Ciężkie były zmagania się Izraela z Amalekitaini; bitwa rozgorzała wielka. Po jednej i drugiej stronie równy zapał ożywiał żołnierzy i wodzów. Nikt nie mógł rozróżnić, nikt rozpatrzyć, na która stronę przechyli się szala zwycięstwa. A wtedy Mojżesz odszedł, ażeby z dala od wrzawy i zgiełku bitwy do Pana się modlić. I wznosił obie dłonie w błagalnej modlitwie i jął zaklinać Boga, ażeby błogosławił orężowi Izraela. W tej samej chwili szyki wroga zachwiały się i cofać poczęły, a Izrael następował na nie. Lecz wysoko wyciągnione w górę ręce Mojżesza w zemdleniu poczęły opadać. Jak gdyby na dany znak, gdy osłabła modlitwa, wróg w lot poprawił trudne swoje położenie i odwrócił się, ścigany, jak gdyby czując słabość w Izraelu. I znowu losy bitwy poczęły być dla ludu wybranego wątpliwe. Jak fala zawrócona w biegu, odbita od twardej skały, tak duch Izraela cofał się i słabnął. A wtedy Mojżesz wznosił znów dłonie ku Panu i, o dziwo, Izrael na nowo poczynał brać górę. Az się spostrzegli i opatrzyli Mojżesza towarzysze, i wzięli jego ręce w swoje dłonie, i trz mali je wyciągnięte ku niebu. i juz szczęście wojenne trwale było przy Izraelu. I trzymali dłonie Mojżeszowe tak długo, aż ostatecznie zatryumƒował lud wybrany i w surmę zwycięstwa uderzył. (Ks. Wyjścia XVII,  8-16) 

Patrzcie, jak w tym wizerunku sprzęgają się i wzajem wspomagają: duch męstwa żołnierza i duch modlitwy. Bitwa ta rozgrywała się niezawodnie podług wszelkich praw znanej ówczesnej strategii. Losy przegranej, czy zwycięstwa ważyć się zdawały tylko podług rachunku ludzkiego, tj. gorszych czy lepszych planów strategicznych, większej czy mniejszej liczby żołnierzy, większej czy mniejszej sprawności wodzów.

I każdy historyk wojenny mógł śmiało uczniom wykładać, gdzie i w której chwili i dlaczego losy bitwy przechyliły się na tę, czy na tamta stronę.  A jednak i plany wojenne, i męstwo żołnierza, i zdolności dowódców nie rozegrały tej walki. Wszystko to, co bitwie stanowi, było narzędziem tylko w ręku niewidzialnego Wodza, który podług miary i wagi układa sam swój plan bitwy.

Nie miesza się On cudownie w zastępy walczących, nie zsyła Aniołów swych z nieba, by hufce mdlejące zasilały, bierze jednak w swe ręce to, co się wymyka z wszelkich i najlepszych obliczeń rycerskich dowódców i czego nie dosięgnie ni zapał, ni bohaterstwo żołnierzy; bierze On w swe ręce to, co się wydaje czystym przypadkiem albo jakimś niedopatrzeniem czy nie-doliczeniem, i wciąga to w swój rachunek, w swój plan, i albo daje przegrana albo też darzy zwycięstwem. 

Ten obraz żywo mi staje przed oczyma, kiedy dziś wespół z wami wspominam przed Bogiem ciężkie dni oblężenia Warszawy. Wasze wielkie wysiłki i ofiary, złożone w obronie stolicy przed straszliwym wrogiem, ale tez i wasze gorące po świątyniach modlitwy, wasze nowenny, wasze spowiedzi i wasze Komunie św., na intencję wybawienia Polski przyjmowane.

Niechaj wodze spierają się i swarzą, niech długo i uczenie rozprawiają, jaki to plan strategiczny do zwycięstwa dopomógł. Będziemy im wierzyli na słowo i słuszność im przyznamy. Ale cokolwiek wypowiedzą, nigdy nas o jednym nie przekonają, by plan, choćby najmędrszy, sam przez się dokonał zwycięstwa.

Jeżeli w każdej bitwie, nawet najlepiej przygotowanej, przy doborze wodzów i żołnierza, przy planach genialnych, jeszcze zwycięstwo -waha się niepewne, jeszcze zależnym jest od gry przypadków, a raczej od woli Bożej, to cóż dopiero mówić tutaj? – Tu, pod Warszawą, taka była pewność przegranej, że wróg telegramami światu oznajmił na dzień naprzód jej zajęcie. Sam zas wódz francuski, który tyle zasług niespożytych położył około obrony naszej stolicy, gdy go nuncjusz zapytał w przededniu bitwy. czy liczy na zwycięstwo – odpowiedział znacząco: „Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna“. Istotnie modlitwy pomogły. Nie ujęły zasługi wodzom, ni chwały męstwu żołnierzy; nie ujęły tez wartości ofiarom i wysiłkom całego społeczeństwa; ale modły bitwę rozegrały, modły cud nad Wisłą sprowadziły.

Dlatego cokolwiek mówić czy pisać się będzie o bitwie pod Warszawą, wiara powszechna nazwie ją cudem nad Wisła, i jako cud przejdzie ona do historii.

Zupełnie podobny to cud do cudu pod Częstochową. Dzieje pisać o nim będą i takimiż złotymi upamiętnią, go w sercu narodu głoskami, jak pisały i wspominały obronę Częstochowy. Tu i tam czerń zalała Polskę, tu i tam od zdobycia jednego grodu losy Polski zawisły; tu i tam boje i zwycięstwo uwieńczone zostały cudem Pańskim. W niczym cud pod Częstochową nie obniży wartości męstwa broniących grodu żołnierzy; ni jednego nie uszczknie lauru ze skroni Kordeckiego. Bóg, czyniąc cuda, nie przytłacza i nie niszczy chlubnych wysiłków swojego stworzenia;  owszem, tam, gdzie i największe ofiary przed przemagającą siłą ustąpić musza, cudem je wspiera  zi cudami bohaterstwo wieńczy. Pycha to tylko, bałwochwaląca siebie, zdolna jest tak wysoko się wynieść, iż Bogu samemu urąga, dumnie w przechwałkach wołając: O cudach nam mówicie, cuda nam głosicie?  Zali to nie ramię nasze ocaliło Warszawę? zali to nie  geniusz wodzów ja zbawił? 

Tylko tym, co się mienia bogami na ziemi, wydaje się Bóg i Jego moc i Jego łaska jakąś konkurencją niepożądaną, która z zasług ich odziera. Nie za sługi Pańskie, ale za wcielone bóstwa uważają się ci, którzy ze śmiesznej i zuchwalej nadętości tak mówią.

Veni, vidi, Deus vicit” – Przyszedłem, zobaczyłem, Bóg zwyciężył – powiedział Sobieski pod Wiedniem.  Pytam się was, czy te słowa pokory i wiary umniejszyły w czymkolwiek lub obniżyły bohaterstwo króla i wodza? czy uszczknęły co z wawrzynów, jakie potomność i historia włożyły na skroń jego?

Nic,  zaiste, raczej mu ich przymnożyły: bo przepoiły jego  bohaterstwo wdziękiem niezwykłym, ze tak kornie o sobie trzymał, a nie nadymał się pysznie i nie  wynosił. Rzuciły te słowa na czoło królewskie aureolę, utkaną z promieni wiary, które Jana III pasują na chrześcijańskiego rycerza.

Można więc śmiało powiedzieć, ze te piękne i korne słowa wieńczą i zdobią jego skronie jeszcze wdzięczniej, niż samo męstwo. W słowach jego tkwi prawdziwa filozofia ducha wojen, w których Bóg, rozrządzający losem narodów, przegraną lub zwycięstwem dla swoich posługuje się  celów. Tkwi w nich obraz i symbol takich zwycięstw, które, jak zwycięstwo pod Warszawą, tylko w sposób nadprzyrodzony wyjaśnić i wytłumaczyć można.  Deus vicit! – powtarzamy za naszym zwycięskim królem, kiedy dzisiaj wspominamy o naszych przejściach strasznych i wielkim zmiłowaniu Bożym.  Deus vicit – Bóg zwyciężył! – zawołamy tym wszystkim, którzy by ludzkiej mocy czy zręczności wyłącznie przypisywać chcieli zwycięstwo i wiązać je nie z nadziemska pomocą Bożą, ale tylko z wojennymi planami. 

Cóż tu mówić dużo o planach, skoro przejścia do Warszawy dla wroga, jak się pokazało później, podobne były do nici pajęczej, którą trochę silniejszy napór albo trochę słabsza obrona każdej chwili mogły przerwać? Nie plan strategiczny rozstrzygał o ocaleniu Warszawy, skoro pozostawiał punktu obrony niezabezpieczone. Plan to inny ocalenie przyniósł. Plan ten skreślony był ręką Bożą a tworzył go i wykonywał  Duch Pański. Czego nie zdołał ni zabezpieczyć ni przewidzieć plan ludzki, to zabezpieczył i przewidział plan Boży. Gdy za słaba była obrona na przedmościu warszawskim i wróg już począł zwycięsko napierać, wtedy, jak spod ziemi dobywa Duch Boży serca bohaterskie… Kiedy szeregi wojsk poczynają się łamać, coƒać i pierzchać, wtedy Wódz Niebieski odkomenderowywa poruszeniem wewnętrznym kapelana Skorupkę i ten pierzchających zawraca, a śmiercią męczeńską zwycięstwo zabezpiecza. Bóg  to jeden do warunków, do potrzeb, do chwili odnajdywał i wydobywał serca, poddawał im szczęśliwe  natchnienia, uzbrajał męstwem bohaterskim i przez  nie swoje przeprowadzał plany.

To, co jest najsłabszą stroną w planie strategicznym człowieka, to właśnie stanie się najsilniejszym w planie nadprzyrodzonym, Bożym… Bóg, który bohaterów wzbudził, który ich przewidział i wybrał, na właściwym miejscu- postawił  i w chwili stosownej użył, czyż nie wsławia w nich  imienia swojego? czyż przez nich chwały swej nie rozgłasza?  A jak jedni papierowe plany, Bożej przeciwstawiają mocy, tak znowu inni twierdza, że zwycięstwo pod Warszawa było łatwe, bo wróg był wyczerpany.  Wyczerpany? On przecież gonił, duchem zwycięskim  ożywiony, naszego żołnierza aż pod Warszawę. Taka gonitwa wyczerpywała wojsko nasze, ale nie jego siły.  Poczucie tryumƒu i zwycięstwa jest i w najsłabszej armii zadatkiem potęgi, podobnie jak poczucie przegranej jest i w najpotężniejszej zadatkiem jej słabości i rozgromu. I gdyby naprawdę wróg czuł się słabym, toć właśnie tutaj skupiłby wszystkie swe siły, ażeby ostatecznym uderzeniem zwycięstwo sobie zapewnić.  Czy jednak czuł on naprawdę niemoc swoja? Czyżby rozgłaszał światu swoje zwycięstwo jako dokonane, i narażał tak siebie na ośmieszenie i poniżenie, gdyby zwycięstwa tego nie był sam pewien? A czyżby rozdzielał armie swoje najniepotrzebniej i jedne oddziały wysyłał ku Niemcom, a drugie ku Warszawie, gdyby co do obliczeń swoich nie był upewniony? Zapewne w takim rozdzieleniu sił był olbrzymi błąd strategiczny, który tylko oczywistemu zaślepieniu przypisać można.

Był to błąd podobny do tego jaki popełnił Absalon, ścigając wojsko Dawida. Zamiast uderzyć na oddziały jerozolimskie cała siłą, jak mu radził Ahitophel, poszedł on raczej za złą radą Chuzy i ociągał się, pewien, iż stanie się to, co ma Chuza zapowiadał:  „Przypadniemy nań a okryjemy go, jako zwykła rosa  padać na ziemię, a nie zostawimy z mężów, którzy  z nim są, ani jednego” (Por. II Król. XVII, 12)

Tak samo myślał wróg o grodzie naszym; sądził on, że może swobodnie dzielić wojska, bo i tak stolica Polski, jak dojrzały owoc z drzewa, na pewno mu się dostanie. Bóg dopuścił, że nieprzyjaciel upoił się pycha i pewnością siebie i zaślepił się.

Mówił mi jeden z generałów: ,,Pod Warszawa Bog zdziałał cud”.

Pomijam już wszystko inne, ale podobnie szalony plan, jak rozdzielenie sił wojennych przez bolszewików w pochodzie na Warszawę, tylko jakiemuś szczególniejszemu zaślepieniu przez Boga przypisać się musi.  Myśmy zaś wówczas, patrząc na to, mogli powtarzać za Prorokiem: Wypuścicie z piersi waszych okrzyk wojenny, a mimo to zniszczeni będziecie. Wnijdźcie w narady, a one będą rozerwane i unicestwione. Dawajcie jakie chcecie rozporządzenia, a one się staną bez skutku, albowiem Bóg jest z nami. (por. Iz. VIII,  9-10). Prawdziwie, kiedy się rozejrzymy w całym planie i dziele, wołamy z Prorokiem: „Oto Bóg Zbawiciel  mój… moc moja i chwała moja Pan, bo stał się wybawieniem“ (Iz. XII, 2).

Nie z nas to, o Panie, nagle wystrzelił promień nadziei. Z nas było tylko przygnębienie, z nas mówiło zrozpaczenie, kiedyśmy hordy dzikie pod Warszawa ujrzeli. Z nas szły tylko cienie, które chmura czarnej nocy przysłaniały oczy nasze. Ty to pośród ciemności rozpaliłeś światło, Ty w zwątpieniu wskrzesiłeś nadzieję, Ty w omdlałej naszej duszy rozpaliłeś płomień  życia, miłości i bohaterstwa. Bohaterstwo zatętniło w skroniach naszego polskiego żołnierza, a ono dziełem było rak Twoich. Ty je spuściłeś z niebios na jego rozmodloną przed ołtarzami Twymi duszę. Bo żołnierz w rozsypce, który od tygodni całych miał tylko jedno na myśli – ucieczkę, żołnierz wyczerpany na ciele i na  duchu, żołnierz zwątpiały, który wierzył święcie  w przegrana, a zrozpaczył o zwycięstwie, taki żołnierz  tylko od Ciebie, tylko z serca Twojego mógł zaczerpnąć  nowej wiary, nowej ufności i nowego zapału. Czym on był wówczas sam przez się, 0 tym świadczył ten oddział, który w chwili poczynającej się bitwy, wbrew zakazom, cofnął się z pola, oddając na pastwę wroga losy ostatecznej rozegranej. Oto czym był wówczas żołnierz sam z siebie, lecz w lwa się przemienił, gdyś Ty, o Panie, tchnął weń moc Twoją. «  A kiedyś nas tak przemądrze wspierał i wspomagał, nie spuszczałeś jednocześnie i wroga. z oczu.  – Nas oświecałeś, o Panie, a wroga naszego zaślepiałeś; w nas wskrzeszałeś ufność i wiarę, a jemu zatwardnieć dałeś w wyniosłości i pysze; z nas dobywałeś płomień bohaterstwa i wysiłki najszczytniejsze,  kiedy tymczasem u wroga pewność zwycięstwa wywoływała lekceważenie i nieopatrzność.

Teraz już rozumiemy, teraz już wiemy, teraz już czytamy plany Twoje, o Panie. Dziełami Twymi przemawiasz do nas tak, jak przemawiałeś do Izraela przez Izajasza Proroka, który o Tobie i w Twoim imieniu powiedział: Znam Ja me plany, którem powziął względem was – to plany na pokój, a nie na nieszczęście; aby wam przyszłość tworzyć i dać nadzieję (Jer. XXIX, 1,1).

 -Jak zaś sama obrona Warszawy, tak i moralne jej skutki świadczą o zmiłowaniu Bożym i o dziele Bożym. Bóg przez swój cud pod Warszawa dał nam odpowiedź wymowną na nasze trwożne pytania, które rozpacz ciskała na usta. Patrząc na zwycięskie hordy, następujące na stolicę, pytaliśmy: Dlaczego dopuściłeś to wszystko na nas, Panie? Bóg odpowiada: Jam was  na to nawiedził, ażeby mój lud poznał Imię moje;  dlatego pozna on w ten dzień, iż to Ja jestem, który  mu mówię.: otom tu jest (por. Iz. LII, 6).

Poznaliśmy Imię Pańskie w dzień wskrzeszenia Polski, ale dusze nasze wkrótce odbieżały od Jego świętego imienia, i pilno nam było imię własne wywyższać i wynosić. I Bóg dopuszcza na nas straszne nawiedzenie i ratuje nas z niego cudem swoim, ażebyśmy przez nowe przeżycie poznali, iż to On  prawdziwie jest pośród nas. W odpowiedzi zaś swojej cudzie swoim Bóg nam ukazał przyszłość naszą.

Pod Warszawą zrozumieliśmy: albo ogarnąć się damy hordom i nawale od Wschodu, a wtedy utracimy i byt nasz i duszę naszą, lub tez staniemy przeciw niej, ażeby wybawić siebie, a murem ochronnym stać się dla świata.

Przez cud swój pod Warszawą Bóg powiązał przyszłość naszą z przeszłością. Powiązał i sprzągł myśl swoją względem nas z dnia wczorajszego dniem dzisiejszym i jutrzejszym. I odzywa się do nas Bóg, jak się odzywał do Izraela przez Izajasza Proroka:  Narodzie, oczy twoje patrzą na Mistrza twego, i usłyszą  uszy twoje słowa napominającego: Ta jest droga,  chodźcie po niej, a nie ustępujcie ani na prawo, ani  na lewo (por. Iz. XXX, 20-21).

Cud pod Warszawą był też pochodnią, rozpaloną przez Boga, w której blasku ujrzały narody przeznaczenie Polski. Na co to – pytały – i dla jakich to celów Polska powstała i pośród nas stanęła? Na to odpowiada Bóg przez cud pod Warszawa – by murem ochronnym wam była, tarczą waszą i puklerzem waszym.

Bo ani wiedziały, ani się domyśliwały nawet narody, jak wielkie ma Polska dla nich znaczenie i przeznaczenie.  Oprócz wiernej sojuszniczki Francji, wszystkie inne państwa zostawiły nas w chwili oblężenia pod Warszawą własnemu losowi. Były pośród nich i takie nawet, które utrudniały dowóz broni i amunicji do stolicy. Inne z uśmiechem sceptycznym na ustach wołały, wzruszając ramionami: Już przepadli, już zginęli! Ze szpalt zaś prasy narodów, nawet z nami  sprzymierzonych, dolatywały nas nieraz docinki: Dobrze im tak, zasłużyli na ten los.

Gdyśmy walczyli o byt nasz, ludy i narody patrzyły na nasze zmagania tak, jak się wpatruje widz z galerii w jakieś cyrkowe widowisko.

Nigdy nie uwidocznił się żywiej brak wszelkiej myśli politycznej w Europie, jak w tej pamiętnej chwili.  Bo ci, którzy nam płacili obojętnością lekkomyślną, nie byli zdolni zadrżeć chociażby o swoje własne bezpieczeństwo. Jakżeż to więc chcemy, ażeby ludy te, państwa i narody wniknąć miały, pojąć i zrozumieć naszą misję dziejową -względem nich?

Dopiero gdy się rozległ po Europie i świecie okrzyk, iż Warszawa jest wolna, dreszcz przeszedł po wszystkich. Dopiero wtedy jęły się pytać narody: A cóż by to z nami się stało, gdyby Warszawa była padła, a dziki huragan przewalił się po niej i biegł, ażeby potem nam nieść zniszczenie?  Dopiero wtedy z piersi narodów dobył się okrzyk:  W zwycięstwie Warszawy jest zwycięstwo nasze, a wolność Polski poręcza i nam wolność.

Cud pod Warszawą był dopełnieniem cudu wskrzeszenia Polski. Powstanie narodu związał Bóg z wytrwałością jego w znoszeniu cierpień niewoli; ale cud nad Wisła wywołały nasze nowe przeniewierstwa.

Wskrzeszenie Polski było nowym tworem Bożym; ochrona zaś jej była dziełem zbawienia. Kiedy Polska stanęła pośród narodów, Bóg jeszcze nie wypisał na jej czole jej przeznaczeń. Ani ona sama nie wiedziała, czy ma powrócić do dawnych tradycji przeszłości, ani świat jej dawnego posłannictwa ku obronie świata od  Wschodu nie pamiętał.

Cudem pod Warszawą Bóg głoskami krwawymi, ale chwalebnymi, posłannictwo Polski na drogach jej nowych zapisał.  W dziele wskrzeszenia Polski Bóg posługuje się narodami, ażeby wespół z Nim, w myśl Jego, współdziałały ku jej powstaniu. Lecz w cudzie nad Wisłą, Bóg chce szczególniej stwierdzić, ze jednak On sam przede wszystkim dzierży naród nasz w ręce i kiedy chce, dopuszcza nań karę, a kiedy zechce, wybawia go.

Bóg łaskę zwycięstwa i cud pod Warszawą dał nam przez ręce Tej, która Polski jest Królowa. Mówił mi kapłan, pracujący w szpitalu wojskowym, iż żołnierze rosyjscy zapewniali go i opisywali, jak pod Warszawa widzieli Najświętsza Pannę, okrywającą swym płaszczem Polski stolicę. I z różnych innych stron szły podobne świadectwa; zupełnie jak pod Częstochową. I właśnie dzień 15 sierpnia dzień poświęcony czci Matki Boskiej, a dzień ostatni wielkiej nowenny narodowej, był dniem pamiętnym zwycięstwa. Na ten dzień wróg zapowiadał był swój tryumf; w tym dniu miał odbyć swój wjazd do stolicy sam naznaczył tę właśnie datę na upokorzenie i na rozgromienie nasze.

I to właśnie w tym dniu stało się coś zgoła nieprzewidzianego, niespodziewanego. Dzień 15 sierpnia, obwołany w biuletynach całego świata – jeszcze przed czasem jako dzień zajęcia Warszawy, obraca się dla pysznego wroga w klęskę, a dla nas w chwałę i zwycięstwo. „Haec dies, quam fecit Dominus, Alleluja.  (Ps. CXVII, 24)

To jest prawdziwy dzień Najświętszej  Panny – dzień Jej zmiłowania i dzień Jej opieki –  dzień cudu nad Polska. Chce Ona w nim przed narodem całym zaświadczyć, że będzie tym Polsce, czym  była w całej przeszłości: Panią jej i Obronicielką. Jak ongi nad murami Częstochowy, tak dziś rozbłysnąć zapragnęła nad Warszawą, ażeby przez ten nowy cud wycisnąć w sercu nowej Polski miłość swoją.  Cud pod Częstochowa prowadził króla i naród do ślubów świętych, złożonych przed ołtarzem Maryi w archikatedrze Lwowskiej i do obwołania Jej Królową Polskiej Korony.

Niechajże cud pod Warszawą zdziała to samo. Niechaj zwiąże naród cały w jedno bractwo wdzięcznych czcicieli Maryi. I niechaj bractwo to podejmie się dopełnienia zaciągnionych, a jeszcze nie wykonanych ślubów.

Magistra vitae w Ministerstwie Prawdy

Magistra vitae w Ministerstwie Prawdy

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)    18 sierpnia 2026 michalkiewicz

Po osobliwym wystąpieniu pana prof. Antoniego Dudka do obywatela Tuska Donalda, by zrobił porządek z Grzegorzem Braunem, który – niezależnie od innych, licznych myślozbrodni, jakich się dopuścił – podważa zatwierdzone, zbawienne historyczne prawdy o Kuźnicy Kołłątajowskiej, Konstytucji 3 maja i insurekcji kościuszkowskiej. Właśnie wydał książkę pod tytułem „Polskie Biesy”, stanowiącą corpus delicti tych najgorszych myślozbzrodni, więc nie ma co się namyślać, tylko położyć kres tym bezeceństwom. Nie po to bowiem całe pokolenia historyków mozolnie ciułały sobie doktoraty i habilitacje, utrwalając zatwierdzoną wizję dziejów, by teraz jakaś Schwein wywracała wszystko do góry nogami.

Nic dobrego z tego wyniknąć nie może – co przewidział jeszcze przed wojną Konstanty Ildefons Gałczyński, pisząc w nieśmiertelnym wierszu „Mira uważaj!”: „A potem Adam i cholera, a potem Juliusz i suchoty. O Filareci, biedne dzieci, kochany kraju złoty!

W tej sytuacji nie ma rady, tylko obywatel Tusk Donald powinien utworzyć Ministerstwo Prawdy, stawiając na jego czele – no kogo, jeśli nie pana prof. Antoniego Dudka, który pierwszy zagrał larum? To jest zrozumiałe samo przez się, więc czekamy, aż Sejm – według projektu rządowego skonsultowanego z najtęższymi luminarzami z Polskiej Akademii Nauk – uchwali stosowną ustawę, Senat ją przyklepie, a pan prezydent Nawrocki podpisze i w ten sposób zarządzanie percepcją mas zostanie ustabilizowane, według życzeń, nie tylko tubylczej stolicy, ale stolic Naszych Sojuszników, które nie mogą przecież pozwolić, by w naszym bantustanie anarchia wywracała dotychczasowe porządki i hierarchie.

Nie muszę chyba wyjaśniać, że wszystkie te zbawienne posunięcia byłyby, a właściwie nie tyle „byłyby” – co po prostu będą – podyktowane patriotyzmem. Cóż bowiem ma łączyć tak zwane „zdrowe siły” jeśli nie patriotyzm? Postawienie na patriotyzm stwarza szanse porozumienia ponad podziałami, które mogłoby zakończyć wojnę polsko-polską, której celów skołowany naród tubylczy nie jest już w stanie rozeznać – a to grozi, że może zejść na manowce, uwiedziony choćby i przez Grzegorza Brauna. Zachowuje się on – mówiąc nawiasem – jak marszałek Greczko z nieśmiertelnego poematu Janusza Szpotańskiego „Caryca i zwierciadło”.

Otóż marszałek Greczko prosi Carycę, by Europę zbombardirować atomowymi kartaczami. „Barynia – prosit – daj prikaz. A chytrość jemu bije z głaz. Chce wpełznąć gad na carski tron.”. Ale nie z Carycą takie numery! Przejrzała ona go na wylot i oto jaki daje mu odpór? „Wsio by chotieła rozjebat’ odna z drugoj głupaja swinia! A czto to – nużna nam pustynia? Wied’ pustyń u nas oczeń mnogo! Nam nużno kuszat’. Nużno brat’. No sprasziwaju was – od kogo? Niet, niet – kowarnyj moj Andriej, dumajesz chitryj ty kak zmiej? Kuda chitrieje Leonida! Niszczyć swą zdobycz – kamij smysł?

Tymczasem u nas na carskim – no, może nie „carskim”, tylko mniej wartościowym tronie tubylczym osadzona została ekipa skompletowana jeszcze przez generała Czesława Kiszczaka w Magdalence – zgodnie z wytycznymi Naszych Ówczesnych Sojuszników: Daniela Frieda z Departamentu Stanu USA i Władimira Kriuczkowa, ówczesnego szefa KGB w Moskwie. Owszem, w miarę rozwoju wydarzeń główne partie zmieniają swoje nazwy – ale na ich czele tak czy owak stoją te same osobistości – co sprawia, że nasz bantustan jest aż do bólu przewidywalny.

Nie muszę chyba dodawać, że ekipa zasiadająca na mniej wartościowym tronie tubylczym, została dobrana pod kątem patriotyzmu, bo czyż Nasi Sojusznicy mogliby oczekiwać od nas czegoś innego? Jasne, że by nie mogli, chociaż z drugiej strony musieli zadbać o chwalebny pluralizm, bez którego demokracja funkcjonować nie może. Toteż Volksdeutsche Partei realizuje patriotyczne zadania na odcinku modernizacji naszego bantustanu, podczas gdy Obóz Dobrej Zmiany został rzucony na odcinek obrony wartości tradycyjnych – czemu służy tromtadracka, patriotyczna retoryka.

W latach 2009-2014 wystąpiły zawirowania w związku z „resetem” dokonanym 17 września 2009 roku przez prezydenta USA Baracka Obamę, w następstwie czego patrioci nie bardzo wiedzieli, czego się trzymać i w sierpniu 2012 roku doszło nawet do podpisania deklaracji o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. Na szczęście – jak pisze poeta – „były w partii siły, co kres tej orgii położyły” i w roku 2014 ten sam prezydent Obama wysadził poprzedni „reset” w powietrze, wykładając 5 mld dolarów na „majdan” na Ukrainie. Od tamtej pory zamęt ustąpił miejsca porządkowi. Patriotyzm polega na tym, by możliwie jak najgłośniej wymyślać zimnemu ruskiemu czekiście Putinowi. Kto wymyśla głośniej – ten jest większym patriotą i nikt już specjalnie nie patrzy, co on tam jeszcze robi na boku, to znaczy – z kim tam się łajdaczy. Wiadomo, że bez łajdaczenia się nie ma polityki, na to nie ma rady, więc łajdactwo musi być – ale uporządkowane.

Toteż i patrioci mają koncesje – jeden na łajdaczenie się z Niemcami, drugi – z Amerykanami i Izraelitami – dzięki czemu i patriotyzm jest bezpieczny, a jednocześnie kwitnie chwalebny pluralismus, bez którego – jak wiadomo – nie ma demokracji. Oczywiście i jedni i drudzy muszą służyć Ukrainie, w której – jak słyszymy – już teraz, zawczasu, ruszyły prace nad nadaniem ukraińskich nazw takiemu Rzeszowowi, który odtąd ma nazywać się Riasziw, Przemyśl – Peremyszl, a Chełm w Lubelskim – Holm. Czy to nie jest przypadkiem padgatowka pod „sprawiedliwy pokój” na Ukrainie, o którym tyle mówi Książę-Małżonek?

Chodzi wszak o miasta położone na tzw. „Zakierzoniu”, które w razie potrzeby mogłoby zostać przekazane Ukrainie w ramach rekompensaty za 25 procent terytorium, które Ukraina musiałaby utracić na wschodzie? Ciekawe co o tym sądzi Książę-Małżonek – czy w ogóle brał pod uwagę taką możliwość, kiedy tyle deklamował o „sprawiedliwym pokoju” na Ukrainie, czy też miał na myśli jeszcze coś innego – a jeśli tak – to co konkretnie? Zwracam uwagę, że „sprawiedliwy pokój” na Ukrainie, zwłaszcza w jego najbardziej prawdopodobnej wersji, wymagałby wprowadzenia dodatkowych elementów do obowiązującej definicji patriotyzmu. Owszem – do kanonu nadal zaliczałoby się wymyślanie Putinowi, ale konieczne byłoby jakieś uzasadnienie dla przedstawicieli mniej wartościowego narodu tubylczego – żeby pogodził się z koniecznością udzielenia Ukrainie rekompensaty. Tu w sukurs może naszym patriotom przyjść „Europa” z przesłaniem na temat nowego, to znaczy – nowoczesnego – rozumienia granic – że powinny one „łączyć”, a nie „dzielić”, a skoro tak, to czy to aż takie ważne, w którym miejscy „łączą”? Jasne, że nieważne, bo czyż nie wystarczy, że już nie „dzielą”?

Stanisław Michalkiewicz