Syjonizm, komunizm i terror

Syjonizm, komunizm i terror

Zionism, communism and terror, Paul Cudenec, May 8, 2026

Wpisał: AlterCabrio, 10 maja 2026

Antony Sutton pisze, że „zdrada rewolucji rosyjskiej” – czyli brutalne represje wobec autentycznych rebeliantów dążących do wolności – była dziełem „nowych wpływowych graczy innego skorumpowanego systemu politycznego… ambicji kilku finansistów z Wall Street, którzy dla własnych celów mogli zaakceptować scentralizowaną carską Rosję lub scentralizowaną marksistowską Rosję, ale nie zdecentralizowaną, wolną Rosję”.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

Syjonizm, komunizm i terror

Syjonizm i komunizm to oczywiście nie to samo – z jednej strony jawią się jako skrajne przeciwieństwa, przy czym ten drugi odrzuca żydowską tożsamość, religię i nacjonalizm na rzecz zagorzałego ateistycznego, uniwersalistycznego internacjonalizmu. Jednak bieguny, które wyznaczają przeciwieństwa, niezmiennie ujawniają również powiązania, a zależnie od perspektywy ideologie te stanowią dwie strony tej samej etniczno-kulturowej monety.

W swojej książce The Jewish Century, którą niedawno omawiałem, [1] Jurij Slezkine cytuje prace Lwa Szternberga, wyjaśniając, że ten niegdyś rewolucjonista, terrorysta, wieloletni zesłaniec syberyjski i nestor radzieckich antropologów aż do swojej śmierci w 1927 roku, „doszedł do wniosku, że nowoczesny socjalizm jest osiągnięciem specyficznie żydowskim” [2]. Co więcej, analiza Szternberga potwierdza sposób, w jaki socjalizm/komunizm był wykorzystywany jako środek do promowania – wśród tych, którzy powinni być mu najbardziej przeciwni! – industrializmu, który jest głównym narzędziem, za pomocą którego żydowscy supremacjoniści narzucili swój autorytarny system wywłaszczania i wyzysku populacjom nieżydowskim na całym świecie.

A ten wytworzony pogląd był oczywiście ściśle związany ze światopoglądem „racjonalistycznym” i „naukowym”, który te kręgi nieustannie promowały co najmniej od czasów Niewidzialnego Kolegium [Invisible College] w Anglii na początku XVII wieku. [3] Szternberg pisze: „Pierwszymi heroldami socjalizmu w XIX wieku byli nie-Żydzi, Francuzi Saint-Simon i Fourier. Ale to był socjalizm utopijny… W końcu nadszedł czas na pojawienie się socjalizmu naukowego. Wtedy to na scenę wszedł racjonalistyczny geniusz żydowski w postaci Karla Marksa (na zdjęciu), który jako jedyny był w stanie wznieść całą strukturę nowej nauki, od fundamentów po szczyt, zwieńczoną wspaniałym monistycznym systemem historycznego materializmu.

„Ale tym, co szczególnie uderza w żydowskich socjalistach, jest niezwykłe połączenie racjonalistycznego myślenia z emocjonalnością społeczną i aktywizmem – tymi samymi psychicznymi osobliwościami typu żydowskiego, które tak wyraźnie widzimy we wszystkich poprzednich okresach historii Żydów, zwłaszcza u proroków… Marks łączył geniusz teoretycznego, niemal matematycznego, myślenia z ognistym temperamentem fanatycznego bojownika i zmysłem historycznym prawdziwego proroka. Dzieła Marksa są nie tylko nową Biblią naszych czasów, ale także nowym rodzajem księgi przepowiedni społecznych! Nawet teraz egzegeza nauk i przepowiedni społecznych Marksa przewyższa wszystkie tomy Talmudu”. [4]

Slezkine zauważa, że ​​marksistowska koncepcja odkupienia jest „uderzająco nowoczesna, ponieważ wynika z postępu technologicznego i została przepowiedziana naukowo” [5]. Opisuje marksistów jako tych w Rosji, „którzy należeli do grona osób, które zapoczątkowały epokę nowożytną i chwaliły Żydów za jej nadejście… jedynych przedstawicieli rosyjskiej inteligencji, którzy gardzili rosyjskim chłopem i inteligencją tak samo, jak gardzili „zgniłym” liberalizmem” [6].

W wyniku tego podstępnego wpływu idealiści o rewolucyjnych ideach – zarówno w Rosji, jak i gdzie indziej – odwrócili się od sprzeciwiania się samemu przemysłowemu systemowi kapitalistycznemu i podstępem wciągnęli w popieranie go w innej formie. Slezkine pisze: „Przejście z populizmu na marksizm w niektórych (nie wszystkich!) kręgach inteligenckich (począwszy od lat 90. XIX wieku) wiązało się z realokacją statusu zbawcy z rosyjskiego chłopa na międzynarodowy proletariat. Miejski kolektywizm i wertykalny pejzaż miejski zastąpiły wiejski komunalizm i horyzontalną sielankę jako odzwierciedlenie przyszłej doskonałości, a kanciasty robotnik zastąpił chłopkę (lub często sfeminizowanego – „pulchnego” – chłopa) jako cielesna lepsza połowa intelektualisty”. [7]

„Dla żydowskich buntowników upadek rosyjskiego chłopa otworzył nowe możliwości. Marksizm (zwłaszcza odmiana mienszewicka) okazał się popularny… prawdopodobnie dlatego, że zdawał się umożliwiać włączenie „mas żydowskich” (z których żadna nie kwalifikowała się jako chłopi) do grona zbawicieli i ocalonych”. [8]

„Możliwe żydowskie pochodzenie ważnych komunistycznych rytuałów i stylów (a także słów) było powszechnie domniemane przez współczesnych, z których wielu było Żydami, komunistami lub jednymi i drugimi. Ilja Erenburg, który był certyfikowanym towarzyszem podróży, gdy opublikował Burzliwe życie Łazika Rojtszwańca, karykaturował wczesną sowiecką ortodoksję, sprawiając, że wydawała się nieodróżnialna od egzegezy talmudycznej. Obie opierały się na podziale świata na sferę „czystą” i „nieczystą” i – jak miał odkryć Łazik Żyd Wieczny Tułacz – obie dążyły do ​​czystości, mnożąc bezsensowne zasady i udając, że godzą je ze sobą i z nieokiełznaną rzeczywistością ludzkiej egzystencji”. [9]

Połączenie idei czystości z poczuciem wyższości i poprawności, typowe dla judeo-supremacji i komunizmu – a także dla „przebudzonej” [woke] ideologii, będącej ich nieślubnym potomstwem [10] – znajduje swój doskonały wyraz, gdy Erenburg każe Lazikowi oświadczyć: „Mamy wybrane mózgi i nie możemy ich kalać bezczelnymi urojeniami”. [11]

Slezkine przytacza również ustalenia Jeffa Schatza, którego badanie pokolenia polskich komunistów urodzonych około 1910 roku wykazało, że wielu z nich „uważało swoje marksistowskie wykształcenie za przede wszystkim żydowskie”. [12] Sam Schatz wyjaśnia: „Podstawową metodą była samodzielna nauka, uzupełniana korepetycjami udzielanymi przez bardziej zaawansowanych. Czytali więc i dyskutowali, a jeśli nie mogli dojść do porozumienia co do znaczenia tekstu lub gdy kwestie okazywały się zbyt skomplikowane, prosili o pomoc eksperta, którego autorytatywna interpretacja była z reguły akceptowana… Ci, którzy cieszyli się najwyższym szacunkiem, znali duże fragmenty klasycznych tekstów niemal na pamięć. Ponadto, ci bardziej zaawansowani często potrafili cytować z pamięci dane statystyczne, na przykład dotyczące produkcji chleba, cukru czy stali przed i po rewolucji październikowej, aby poprzeć swoje analizy i uogólnienia. „Zachowywaliśmy się jak jesziwa bochers [żydowscy studenci religii], a oni lubią rabinów” – podsumował jeden z respondentów”. [13]

Slezkine zauważa, że ​​w marksizmie, podobnie jak w judaizmie, prawdziwą wiedzę można znaleźć w tekstach świętych, a „świadomość” zależała po części od „zdolności pogodzenia ich licznych nakazów, przewidywań i zakazów”. [14] Schatz podkreśla: „Teksty klasyków traktowano z najwyższą czcią, jako najwyższy autorytet, w którym udzielano odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania. Praktyczną trudnością było znalezienie najodpowiedniejszego fragmentu tekstów i jego poprawna interpretacja, tak aby ukryta odpowiedź się ujawniła. Dyskusję na temat takich tekstów, a także debatę nad kwestiami społecznymi czy politycznymi, cechowała charakterystyczna drobiazgowość analizy, którą wielu respondentów nazywa dziś „talmudyczną”. [15]

Nie tylko suchy i sztywny styl marksizmu był podobny do żydowskiego podejścia religijnego, ale także jego treść w pewnych aspektach się pokrywała, na przykład z obietnicą tego, co Slezkine nazywa „odkupieniem, które jest zarówno specyficzne, jak i uniwersalne”. [16] Dodaje: „Proletariacka wolna wola i historyczne przeznaczenie (wolność i konieczność) połączą się w akcie apokaliptycznego buntu przeciwko Historii, aby stworzyć komunizm, stan, w którym nie ma alienacji pracy, a zatem nie ma „sprzeczności”, niesprawiedliwości ani Czasu. Jest to zbiorowe zbawienie, ponieważ pojednanie ze światem zostanie osiągnięte przez całą ludzkość w Dniu Sądu Ostatecznego”. [17]

Związki między żydowskością a komunizmem można wykazać w wielu różnych krajach. Istvan Déak pisze: „Lewicowi intelektualiści, ot tak, po prostu «nie przypadkowo byli w większości Żydami», jak wmawia nam pewna pobożna historiografia, lecz to Żydzi stworzyli lewicowy ruch intelektualny w Niemczech”. [18] Slezkine dodaje: „W okresie międzywojennym Żydzi nadal odgrywali znaczącą rolę w Socjaldemokratycznej Partii Republiki Weimarskiej, zwłaszcza jako dziennikarze, teoretycy, nauczyciele, propagandziści i parlamentarzyści. W istocie większość zawodowych intelektualistów socjalistycznych w Niemczech i Austrii była pochodzenia żydowskiego”. [19]

„W Stanach Zjednoczonych w tym samym okresie Żydzi (w większości imigranci z Europy Wschodniej) stanowili około 40–50% członków Partii Komunistycznej i co najmniej porównywalną część jej przywódców, dziennikarzy, teoretyków i organizatorów”. [20] „W Polsce Żydzi „etniczni” stanowili większość pierwotnego kierownictwa komunistycznego”. W latach 30. XX wieku stanowili oni zaledwie 22–26% członków partii, ale byli większością wśród członków Komitetu Centralnego. [21]

Co więcej, polska grupa „socjaldemokratyczna” brała udział w planie judeo-supremacji, mającym na celu podważenie suwerenności narodowej i zbudowanie infrastruktury niewidzialnego imperializmu, który dziś nazywamy globalizmem, jak już wcześniej zauważyłem. [22] W swojej książce o powojennych rozmowach pokojowych z 1919 roku Nathan Feinberg przypisuje organizacji Poalej Syjon (na zdjęciu) [23] „obudzenie zainteresowania „Międzynarodówki” kwestią żydowską”. [24] Mówi, że jej rola była kluczowa, „gdy weźmie się pod uwagę, że socjalistyczna opinia publiczna była ważnym czynnikiem podczas negocjacji pokojowych”. [25]

Jednakże to niewątpliwie Rosja była świadkiem najsilniejszej zbieżności programów komunistycznych i żydowskich. Slezkine zauważa: „Pierwszą partią socjaldemokratyczną w Imperium Rosyjskim był żydowski Bund (założony w 1897r.). Pierwszy Zjazd Rosyjskiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej (RSDLP) zwołano w 1898r. w Mińsku, z inicjatywy i pod patronatem działaczy Bundu”. [26]

Należy zauważyć, że przejście na komunizm nie oznaczało odejścia od szerszej, globalnej społeczności żydowskiej. Autor twierdzi, że „żydowscy rewolucjoniści i sieci edukacyjne – ludzie, książki, pieniądze i informacje – były podobne do tradycyjnych sieci komercyjnych. Czasami się nakładały…” [27] Jako przykłady podaje fakt, że Piąty Zjazd wspomnianej RSDLP został sfinansowany przez amerykańskiego milionera Josepha Felsa, producenta mydła, oraz że powrót Lenina do Rosji w 1917 roku został zorganizowany przez Aleksandra Helphanda, znanego jako Parvus (na zdjęciu), który „sam był rewolucjonistą i milionerem”. [28]

Slezkine upiera się, że „nie trzeba dodawać, że nie stał za tym żaden wielki plan…” [29], ale w tym miejscu muszę się z nim nie zgodzić. Jak pokazałem w „Fałszywej czerwonej fladze” (2024), rewolucja bolszewicka była finansowana przez finansistów, judeo-supremacjonistów – zwłaszcza przez front „Morgan” Rothschildów w USA – w pogoni za własnym zyskiem i władzą. [30]

Antony Sutton pisze, że „zdrada rewolucji rosyjskiej” – czyli brutalne represje wobec autentycznych rebeliantów dążących do wolności – była dziełem „nowych wpływowych graczy innego skorumpowanego systemu politycznego… ambicji kilku finansistów z Wall Street, którzy dla własnych celów mogli zaakceptować scentralizowaną carską Rosję lub scentralizowaną marksistowską Rosję, ale nie zdecentralizowaną, wolną Rosję”. [31]

Rozmyśla nad pozorną sprzecznością w fakcie, że ktoś taki jak George Foster Peabody, wiceprezes Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku, jest entuzjastą państwowej własności kolei i argumentuje: „Biorąc pod uwagę dominujące wpływy polityczne Peabody’ego i jego kolegów finansistów w Waszyngtonie, mogli oni, dzięki rządowej kontroli nad kolejami, łatwiej uniknąć rygorów konkurencji. Poprzez wpływy polityczne mogli manipulować władzą policyjną państwa, aby osiągnąć to, czego nie byli w stanie osiągnąć lub co było zbyt kosztowne w ramach prywatnej przedsiębiorczości. Innymi słowy, władza policyjna państwa była środkiem utrzymania prywatnego monopolu… Idea centralnie planowanej socjalistycznej Rosji musiała przemawiać do Peabody’ego. Pomyślcie tylko – jeden gigantyczny monopol państwowy!” [32]

W 1922 roku, w tym samym roku, w którym powstał ich bank centralny Gosbank, bolszewicy utworzyli swój pierwszy bank międzynarodowy, znany jako Ruskombank (Zagraniczny Bank Handlowy lub Bank Handlu Zagranicznego). Na jego czele stanął „bolszewicki bankier” Olof Aschberg ( na zdjęciu ), a w jego zarządzie, obok przedstawicieli Związku Radzieckiego, zasiadali prywatni bankierzy carscy oraz przedstawiciele banków niemieckich, szwedzkich i amerykańskich. [33]

W książce „The False Red Flag” piszę o sprzecznych twierdzeniach ruchu wolnościowego co do tego, czy globalizm ma z natury charakter „kapitalistyczny”, czy „komunistyczny”. Zauważam: „Gdy uświadomimy sobie, że komunizm w Rosji był promowany i finansowany przez tę samą mafię, która obecnie stoi za Światowym Forum Ekonomicznym [34], mgła zamieszania szybko się rozwiewa. Jak widzieliśmy, prawdziwym celem wprowadzenia komunizmu w Rosji było narzucenie, za pomocą totalitarnego państwa centralnego, ogromnej fali wysoce dochodowego rozwoju przemysłowego”. [35] Slezkine opisuje to wręcz jako „najintensywniejszy pęd industrializacyjny, jaki kiedykolwiek podjęło jakiekolwiek państwo, i najbardziej zdecydowany atak na apollińską [tj. gojowską] wieś, jaki kiedykolwiek podjęła cywilizacja miejska”. [36]

Znaczący udział Żydów w bolszewizmie był widoczny od samego początku – wyjaśnia. „Według komisarza Rządu Tymczasowego ds. likwidacji carskiej policji politycznej za granicą, S.G. Swatikowa, co najmniej 99 (62,3%) ze 159 emigrantów politycznych, którzy powrócili do Rosji przez Niemcy w 1917 roku w „zapieczętowanych pociągach”, było Żydami”. [37] „Dla tych [Żydów], którzy chcieli walczyć, istniała tylko jedna armia, do której mogli dołączyć. Armia Czerwona była jedyną siłą, która szczerze i konsekwentnie stawiała opór pogromom żydowskim i jedyną dowodzoną przez Żyda. Trocki (na zdjęciu) nie był tylko generałem, ani nawet prorokiem: był żywym ucieleśnieniem odkupieńczej przemocy, mieczem rewolucyjnej sprawiedliwości i – jednocześnie – Lwem Dawidowiczem Bronsteinem”. [38]

„Innymi przywódcami bolszewików stojącymi najbliżej Lenina podczas wojny domowej byli G.E. Zinowiew (Owsej-Gersz Aronowicz Radomyslski), L.B. Kamieniew (Rosenfeld) i Ja. M. Swierdłow… w Armii Czerwonej służyło wielu synów rabinów”. [39] Łatwo zrozumieć, dlaczego kontrrewolucyjni biali Rosjanie postrzegali bolszewizm jako „szczególnie zaraźliwe połączenie starego merkurianizmu [tj. żydowskości] i nowego urbanizmu jako formy obcej dominacji”. [40]

Większość bolszewików nie była Żydami, wyjaśnia historyk Michaił Beizer, ale osoby o takim pochodzeniu odgrywały w ruchu dość znaczącą rolę. „Społeczeństwu mogło się wydawać, że udział Żydów w organach partyjnych i radzieckich był jeszcze bardziej znaczący, ponieważ nazwiska żydowskie stale pojawiały się w gazetach. Żydzi przemawiali stosunkowo częściej niż inni na wiecach, konferencjach i wszelkiego rodzaju spotkaniach. Oto na przykład porządek obrad [protokół] Dziesiątej Konferencji Miejskiej Młodego Związku Komunistów (Komsomołu), która odbyła się w Piotrogrodzie 5 stycznia 1920 roku: Zinowjew wygłosił przemówienie na temat bieżącej sytuacji, Slosman odczytał sprawozdanie miejskiego komitetu Komsomołu, Kagan mówił o sprawach politycznych i organizacyjnych, Itkina powitała delegatów w imieniu robotnic, a Zaks reprezentował Komitet Centralny Komsomołu”. [41]

Slezkine donosi, że „Żydzi mieli znacznie wyższy odsetek członków elity niż jakakolwiek inna grupa etniczna w ZSRR” [42] i przedstawia liczne dowody na poparcie tej tezy. Zauważa, że ​​ochroniarz i balsamista Lenina byli Żydami; [43] wymienia nazwiska żydowskich przywódców tajnej policji, którzy w latach 1931–1934 kierowali budową Kanału Białomorskiego, wykorzystując do tego niewolniczą pracę w Gułagu; [44] i stwierdza, że ​​Żydzi stanowili najliczniejszą grupę wśród „kadr kierowniczych” tajnej policji w ogóle. [45]

„Gułagiem, czyli Głównym Zarządem Obozów Pracy, kierowali etniczni Żydzi od 1930 roku, kiedy powstał, aż do końca listopada 1938 roku, kiedy Wielki Terror prawie się skończył”. [46] Żydzi stanowili „kręgosłup nowej radzieckiej biurokracji” [47], jak twierdzi, a także dominowali w takich zawodach jak stomatologia i farmacja, będąc jednocześnie poważnie nadreprezentowani w prawie, dziennikarstwie, medycynie, nauce i środowisku akademickim.

Można przypuszczać, że byli oni również bardzo słabo reprezentowani w ponurych fabrykach, które zamieniały życie Rosjan w gigantyczne zyski dla globalnej mafii przemysłowej!

Slezkine stwierdza: „To właśnie na samym szczycie elity Moskwy i Leningradu obecność Żydów była szczególnie silna i – z definicji – widoczna”. [48] Opisuje również, jak Nowa Polityka Ekonomiczna (NEP) Lenina z 1921r. „stworzyła wystarczająco dużo możliwości dla przedsiębiorczej kreatywności, aby przyciągnąć z powrotem do Rosji niektórych emigracyjnych przedsiębiorców”. [49] Ujawnia, że ​​chociaż Żydzi stanowili zaledwie 6,5% populacji miasta, „w 1924 roku w Moskwie żydowscy „NEPmeni” byli właścicielami 75,4% wszystkich drogerii, 54,6% wszystkich sklepów z tkaninami, 48,6% wszystkich sklepów jubilerskich, 39,4% wszystkich sklepów z artykułami tekstylnymi, 36% wszystkich składów drewna, 26,3% wszystkich sklepów obuwniczych, 19,4% wszystkich sklepów meblowych, 17,7% wszystkich sklepów tytoniowych i 14,5% wszystkich sklepów odzieżowych. Nowa „burżuazja sowiecka” była w bardzo dużym stopniu żydowska”. [50]

„W miarę swobodny dostęp do edukacji publicznej, w połączeniu ze zniszczeniem przedrewolucyjnej elity rosyjskiej i nieustanną oficjalną dyskryminacją ich dzieci, stworzyły bezprecedensowe (według jakichkolwiek standardów) możliwości dla żydowskich imigrantów do miast radzieckich”. [51]

Wpływy żydowskie były również silne w bolszewickiej propagandzie i kulturze (które były mniej więcej tym samym). Slezkine pisze: „Natan Altman, który rozpoczął swoją karierę artystyczną od eksperymentowania z tematyką żydowską, został przywódcą „Leninowskiego Planu Propagandy Monumentalnej”, założycielem artystycznej „Leninanii” (ikonografii Lenina) oraz projektantem pierwszej radzieckiej flagi, godeł państwowych, pieczęci urzędowych i znaczków pocztowych. W 1918 roku powierzono mu kierownictwo ogromnego festiwalu z okazji pierwszej rocznicy rewolucji październikowej w Piotrogrodzie. Czternaście kilometrów (8,7 mili) płótna i ogromne czerwone, zielone i pomarańczowe panele kubistyczne wykorzystano do dekoracji – i rekonceptualizacji – głównego placu miasta przed Pałacem Zimowym”. [52]

Dodaje: „Rewolucyjnemu odrodzeniu towarzyszyły rewolucyjne zmiany nazw, odzwierciedlające stopień żydowskiej dominacji”. [53] Na przykład piotrogrodzki plac Włodzimierza i Aleja Włodzimierza otrzymały imię Semena Nachimsona, a nowy Komunistyczny Uniwersytet Robotniczy (wraz z różnymi ulicami i miastem Elizawetgrad) – imię Zinowjewa. „Rezydencje królewskie Pawłowsk i Gatczyna stały się odpowiednio Słuckiem i Trockim. Wiera (Berta) Słucka była sekretarzem Komitetu Partii Rejonu Wasileostrowskiego”. [53]

W 1922 roku Maksym Gorki (na zdjęciu), którego Slezkine opisuje jako wielkiego wielbiciela żydowskiej obecności w Rosji, wysłał wiadomość do swojego przyjaciela Szolema Asza, aby przekazał ją „żydowskim robotnikom Ameryki”. W liście tym stwierdzono: „Powodem obecnego antysemityzmu w Rosji jest nietakt żydowskich bolszewików. Żydowscy bolszewicy, nie wszyscy, ale niektórzy nieodpowiedzialni chłopcy, biorą udział w profanowaniu świętych miejsc narodu rosyjskiego. Zamienili kościoły w kina i czytelnie, nie licząc się z uczuciami narodu rosyjskiego”. [54] List ten wywołał gniewną reakcję Estery Frumkiny, jednej z liderek żydowskiej sekcji partii, która oskarżyła Gorkiego o udział w „ataku na żydowskich komunistów za ich bezinteresowną walkę z ciemnością i fanatyzmem”. [55]

Bolszewicy wiedzieli, że judeo-supremacyjny aspekt ich reżimu wzbudza sprzeciw większości społeczeństwa. Anatolij Łunaczarski skarżył się, że ponieważ Żydzi odegrali kluczową rolę w rewolucji, „niektórzy dochodzą do wniosku: ‘Aha, to znaczy, że rewolucja i Żydzi są w pewnym sensie identyczni!’ To pozwala kontrrewolucjonistom mówić o ‘żydowskiej dominacji’”. [56] Tajna policja w Leningradzie w połowie lat dwudziestych przechwyciła listy wyrażające takie opinie: „Żydowska dominacja jest absolutna” (październik 1924); „cała prasa jest w rękach Żydów” (czerwiec 1925); „Żydzi w większości żyją bardzo dobrze; wszystko, od handlu po zatrudnienie w administracji państwowej, jest w ich rękach” (wrzesień 1925); „każde dziecko wie, że rząd sowiecki jest rządem żydowskim” (wrzesień 1925). [57]

Jednym ze sposobów, w jaki bolszewicy radzili sobie z tym przebudzeniem, było ukrywanie trudnej do zaakceptowania prawdy. Slezkine ujawnia: „Wybitni urzędnicy pochodzenia żydowskiego starali się unikać nadmiernej eksponowanej pozycji lub umniejszać swoje żydowskie pochodzenie”. [58] „Trocki, według własnych zeznań, odmówił objęcia stanowiska komisarza spraw wewnętrznych z obawy przed «dostarczeniem naszym wrogom dodatkowej broni w postaci mojego żydostwa»”. [59] „Narodowość Jemieliana Jarosławskiego (Gubelmana) i Jurija Łarina (Lurie) była mniej znana; obaj byli czołowymi radzieckimi rzecznikami w kwestii antysemityzmu i obaj konsekwentnie odnosili się do Żydów w trzeciej osobie”. [60]

Trocki poinformował Biuro Polityczne, że wśród żydowskich żołnierzy panuje tendencja do unikania przydziałów na linię frontu i że „wśród żołnierzy Armii Czerwonej prowadzona jest silna agitacja szowinistyczna, która znajduje tam pewien odzew”. Odpowiedzią, jak stwierdził, jest realokacja personelu, aby wyrównać nierównowagę między służbą Żydów na froncie i na tyłach. [61] Dalsze zaniepokojenie wywołało odkrycie siostry Lenina, tuż po jego śmierci w 1924 roku, że „ich dziadek ze strony matki, Aleksander Dmitriewicz Blank, urodził się jako Srul (Izrael), syn Moszko Ickowicza Blanka, w sztetlu Starokonstantinów na Wołyniu”. Partia, za pośrednictwem Instytutu Lenina, ogłosiła ten fakt „niewłaściwym do publikacji” i zarządziła, aby „zachować go w tajemnicy”. [62] Slezkine dodaje: „Bolszewicy nieustannie przepraszali za liczbę Żydów wśród nich, aż w połowie lat 30. XX wieku temat ten stał się tabu”. [63]

Drugi sposób, w jaki reżim próbował uciszyć krytyków żydowskiej dominacji, jest dobrze znany dzisiejszym czytelnikom – wywoływanie paniki „antysemityzmu”! Według raportu Agitpropu z sierpnia 1926 roku dla sekretariatu Komitetu Centralnego: „Poczucie, że reżim sowiecki patronuje Żydom, że jest „rządem żydowskim”, że Żydzi są przyczyną bezrobocia, niedoborów mieszkań, problemów z przyjęciem na studia, wzrostu cen i spekulacji handlowych – to poczucie wpajają robotnikom wszystkie wrogie elementy… Jeśli nie napotka to oporu, to fala antysemityzmu w najbliższej przyszłości stanie się poważną kwestią polityczną”. [64]

W grudniu 1927 roku Stalin (na zdjęciu) rozpoczął masową publiczną kampanię przeciwko „antysemityzmowi”, deklarując na XV Zjeździe Partii: „To zło należy zwalczać z najwyższą bezwzględnością, towarzysze”. [65] W tym celu Partia sponsorowała niezliczone oficjalne apele, przemówienia celebrytów, masowe wiece i artykuły demaskatorskie w gazetach – od 1927 do 1932 roku radzieckie wydawnictwa wyprodukowały nie mniej niż 56 książek potępiających „antysemityzm”, a, jak mówi Slezkine, w szczytowym momencie kampanii „artykuły na ten temat ukazywały się w moskiewskich i leningradzkich gazetach niemal codziennie”. [66] Jednakże, jak zauważa, w przekazie występowała pewna niespójność, ponieważ jednocześnie podkreślano, że Żydzi nie zajmują szczególnego miejsca w społeczeństwie sowieckim i że Żydzi zajmują szczególne miejsce w społeczeństwie sowieckim „z całkowicie zdrowych i zrozumiałych powodów”. [67]

Jednocześnie z produkcją tej propagandy prowadzono nadzór i represje, stąd przechwycenie wspomnianych wyżej listów leningradzkich, które przekazano do Wydziału Kontrrewolucji (KRO) tajnej policji w celu dalszych działań. W marcu 1925 roku siedmiu rosyjskich nacjonalistów zostało rozstrzelanych między innymi za propagowanie obalenia reżimu „komunistyczno-żydowskiego”. [68]

Ogólnie rzecz biorąc, bolszewicy tworzyli raczej podejrzaną i mafijną atmosferę, wynikającą być może z przeszłych relacji ludności żydowskiej w ich strefie osiedlenia z Rosją jako całością. Leonard Shapiro wyjaśnia: „To Żydzi, z ich długim doświadczeniem w wykorzystywaniu warunków na zachodniej granicy Rosji, a przylegała do strefy osiedlenia do przemytu i tym podobnych, którzy organizowali nielegalny transport literatury, planowali ucieczki i nielegalne przekraczanie granic i ogólnie utrzymywali w ruchu koła całej organizacji”. [69] Ale rewolucja i późniejszy reżim sowiecki ujawniły również aspekt żydowskości, który historycznie nie był zbyt widoczny i wychodzi na pierwszy plan, jak wyjaśnia to Yossi Gurvitz [na zdjęciu], dopiero, gdy „Izrael jest potężny” i wie, że ma przewagę i kontroluje dany kraj lub kraje. [70]

G.A. Landau napisał w 1923 roku: „Zdumiewało nas to, czego najmniej spodziewaliśmy się spotkać wśród Żydów: okrucieństwo, sadyzm i przemoc wydawały się obce narodowi tak dalekiemu od fizycznej, wojennej aktywności; ci, którzy wczoraj nie umieli posługiwać się bronią, teraz znajdują się wśród katów i rzezimieszków”. [71] A Ia. A. Bromberg opisuje swoje zdumienie, widząc, jak dawny uciśniony miłośnik wolności przemienia się w tyrana „niesłychanej despotycznej samowoli”. „Spostrzega on, chłodno i sprawnie, jakby to były regularne statystyki, krwawy rejestr nowych ofiar rewolucyjnego Molocha”. [72]

Slezkine wspomina, że ​​niektórzy żydowscy członkowie sowieckiej elity „doszli do wieku rewolucyjnego w podziemnym świecie spisków terrorystycznych” [73] i odnosi się do znacznego zaangażowania Żydów w morderczą partię Wola Ludu: „Wpływowa grupa Orżych-Bogoraz-Szternberg, skupiona w Jekaterynosławiu i znana ze swojego bezkompromisowego zaangażowania w terror polityczny, składała się w ponad 50 procentach z Żydów, a w niezwykłym roku 1898 24 z 39 (68,6 procent) oskarżonych o terroryzm polityczny było Żydami”. [74]

Kiedy bolszewicy doszli do władzy i utworzyli swoją niesławną tajną policję, Czeka (przedstawioną na początku artykułu i poniżej): „Żydzi stanowili 19,1 procent wszystkich śledczych aparatu centralnego i 50 procent (6 z 12) śledczych zatrudnionych w departamencie walki z kontrrewolucją”. [75] Shapiro zauważa: „Każdy, kto miał nieszczęście wpaść w ręce Czeka, miał bardzo duże szanse na to, że spotka się z żydowskim śledczym i zostanie przez niego zastrzelony”. [76]

Slezkine pisze: „W szczególności, i bardzo publicznie, żydowskie nazwiska (i niektóre transparentne pseudonimy) kojarzono z dwoma najbardziej dramatycznymi i symbolicznie znaczącymi aktami czerwonego terroru. Na początku wojny domowej, w czerwcu 1918 roku, Lenin wydał rozkaz zabicia Mikołaja II i jego rodziny. Wśród mężczyzn, którym powierzono wykonanie rozkazu, byli Swierdłow (przewodniczący Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego w Moskwie, były asystent aptekarza), Szaja Gołoszczekin (komisarz Uralskiego Okręgu Wojskowego, były dentysta) oraz Jakow Jurowski (czekista, który kierował egzekucją, a później twierdził, że osobiście zastrzelił cara, były zegarmistrz i fotograf). Miała to być tajna operacja, ale po ponownym zajęciu Jekaterynburga przez białych, nakazali oni oficjalne śledztwo, którego wyniki, w tym żydowska tożsamość głównych sprawców, zostały opublikowane w Berlinie w 1925 roku (i ostatecznie potwierdzone).

„U schyłku wojny domowej, pod koniec 1920 i na początku 1921 roku, Béla Kun (przewodniczący Krymskiego Komitetu Rewolucyjnego) i RS Zemliachka (Rozalija Zalkind, przewodnicząca Krymskiego Komitetu Partii i córka zamożnego kijowskiego kupca) przewodzili masakrze tysięcy uchodźców i jeńców wojennych, którzy pozostali po ewakuacji Białej Armii. Za swój udział w operacji Zemliachka otrzymała najwyższe radzieckie odznaczenie: Order Czerwonego Sztandaru”. [77]

Cała ta krwawa brutalność i cenzura, wraz ze wspomnianym profanowaniem chrześcijańskich miejsc kultu, przypomina nam dziś zachowanie ludobójczego reżimu izraelskiego i globalnie dominującej syjonistyczno-satanistycznej mafii imperialistycznej ZIM. Slezkine w swojej książce porusza kwestie powiązań między syjonizmem a komunizmem, zauważając na przykład, że „wielu żydowskich nacjonalistów (w tym tacy giganci syjonizmu jak Ber Borochow, Władimir Żabotyński, na zdjęciu, i Eliezer Ben-Jehuda) zaczynało jako socjalistyczni uniwersaliści”. [78]

Zauważa, że ​​„syjonizm i bolszewizm dzieliły mesjanistyczną obietnicę rychłego zbiorowego odkupienia i mniej lub bardziej cudownej zbiorowej przemiany”. [79] „Komunizm był główną religią młodych intelektualistów żydowskich (która po II wojnie światowej została zastąpiona przez syjonizm)… W Palestynie socjalizm (w tym kołchozy, planowanie gospodarcze i oficjalny związek zawodowy) stał się ważną częścią ideologii syjonistycznej”. [80]

Istniały również konkretne powiązania między ZSRR a syjonizmem, wyjaśnia Slezkine. „Szef radzieckiego aparatu propagandy zagranicznej, Salomon Łozowski, sam był etnicznym Żydem, podobnie jak sowieccy ambasadorzy w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, IM Majski i K.A. Umanski, którzy spotkali się z Chaimem Weizmannem i Dawidem Ben-Gurionem w 1941 roku”. [81] Opisuje, jak podczas II wojny światowej reżim sowiecki otrzymał 45 milionów dolarów finansowania od różnych organizacji żydowskich, głównie z USA, i negocjował z przywódcami Światowego Kongresu Żydów i Światowej Organizacji Syjonistycznej [82] i dodaje, że w 1944 roku Żydowski Komitet Antyfaszystowski, utworzony przez radzieckie Biuro Informacji, napisał do Stalina z propozycją utworzenia Żydowskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej na Krymie. [83]

„Wszystko się jednak zmieniło po utworzeniu państwa Izrael w Palestynie… Związek Radziecki poparł odrębne państwo żydowskie, zaopatrywał żydowskich bojowników w broń (za pośrednictwem Czechosłowacji) i niezwłocznie uznał niepodległość Izraela… Zakładając, że mieszczą się w granicach oficjalnej polityki, a być może nie dbając już o to, czy się w nich mieszczą, czy nie, tysiące radzieckich Żydów, w większości Żydów „z krwi” z Moskwy i Leningradu, wykorzystało okazję, aby wyrazić swoje uczucia dumy, solidarności i przynależności”. [84]

Ci entuzjaści oświadczyli, że towarzysz Stalin i rząd sowiecki zawsze wspierali syjonistycznych kolonizatorów, w przeciwieństwie do „angielskich i amerykańskich szumowin” i złożyli petycję do władz sowieckich w sprawie ich chęci pójścia i walki za Izrael oraz „pomocy narodowi żydowskiemu w jego zmaganiach z angielską agresją w imieniu państwa żydowskiego”. [85] Syjonistyczny zapał wśród sowieckich Żydów został wzniecony w 1948 roku przez tournée z wykładami izraelskiej ambasador w ZSRR, Goldy Meyerson (później Meir), na zdjęciu, podczas którego tłumy skandowały „Za rok w Jerozolimie!” [86]

Takie oznaki zmiany lojalności obywateli radzieckich wobec nowego, obcego państwa wywołały negatywną reakcję w radzieckiej administracji, której wyższe szczeble obejmowały teraz więcej etnicznych Rosjan i która odeszła od ścisłego internacjonalizmu na rzecz formuły „patriotycznej”. W 1952 roku 13 członków byłego Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego zostało rozstrzelanych po uznaniu ich za winnych bycia „burżuazyjnymi nacjonalistami” [87] w tym krótkim okresie, gdy kwestionowano wpływy judeo-supremacji. „Oficjalne organy Związku Młodych Komunistów i Związku Pisarzy okazały się zdominowane przez Żydów… Specjalne śledztwo tajnej policji ujawniło ogromny „spisek syjonistyczny”” [88]. Rozprzestrzeniły się również pogłoski o żydowskich „lekarzach-mordercach” [89], określanych jako „truciciele” i „mordercy w białych szatach” [90].

Doszło także do czystek rządowych za rzekomą nielojalność, ale – jak twierdzi Slezkine – „atak na Żydów miał znacznie mniejszą skalę i był znacznie mniej śmiercionośny niż traktowanie innych grup etnicznych”. [91] „Po śmierci Stalina kampania antyżydowska wygasła, a Żydzi etniczni powrócili na szczyty sowieckiej hierarchii zawodowej… Żydzi nadal odgrywali ważną rolę w sowieckiej elicie zawodowej (a tym samym w sercu państwa sowieckiego) aż do rozpadu ZSRR”. [92]

Wielu Żydów, oczywiście, upatrywało swojej przyszłości w Izraelu, a nie w Rosji, która – jak doszli do wniosku – nigdy nie była ich prawdziwym domem. „Oprócz radzieckich Niemców, Ormian i Greków, którzy mieli również zamożnych kuzynów z zagranicy gotowych zapłacić za nich okup, Żydzi byli jedynymi obywatelami radzieckimi – i praktycznie jedynymi członkami sowieckiej elity zawodowej – którym pozwolono emigrować z ZSRR. Oficjalnym powodem tego przywileju było istnienie Izraela: żydowskiej „historycznej ojczyzny””. [93] „Po upadku Muru Berlińskiego w 1989 roku Izrael otworzył własne konsulaty w Związku Radzieckim, zamknął notorycznie nieszczelny punkt tranzytowy w Wiedniu i ostatecznie zdołał zapobiec „wyemigrowaniu” po drodze większości uchodźców z lat 1989–1992 (najliczniejszej grupy ze wszystkich). Do 1994 roku 62 procent żydowskich emigrantów z byłego ZSRR wyjechało do Izraela. [94]

Slezkine postrzega Izrael jako kontynuację, pod wieloma względami, ducha, który ożywiał ZSRR – „najbardziej żydowskie ze wszystkich państw od czasów Drugiej Świątyni” [95] – a także nazistowskiego reżimu Adolfa Hitlera, o którym dziś wiemy, że był syjonistycznym golemem. [96] Pisze: „Izrael był jedynym powojennym państwem europejskim („europejskim” zarówno pod względem składu, jak i inspiracji), które zachowało etos wielkich rewolucji nacjonalistycznych i socjalistycznych okresu międzywojennego”. [97] Z perspektywy 2004 roku Slezkine uważa, że ​​Izrael uchodzi na sucho ze swoim odrażającym zachowaniem jedynie dzięki „odwołaniom do moralnej wyobraźni Zachodu” [98] i sposobowi, w jaki II wojna światowa „zrodziła nowy absolut moralny: nazistów jako uniwersalne zło”. [99]

Dziś, a zwłaszcza dla młodszych pokoleń, nie jest to już prawdą. Wielu uważa, że ​​uniwersalne zło tkwi w ludobójczym, rasistowskim państwie Izrael oraz w mafii judeo-supremacyjnej, która dąży do uciszenia wszelkiej krytyki swoich licznych zbrodni, jednocześnie narzucając swoją okrutną, globalistyczną dominację z całym totalitarnym okrucieństwem, które sprawiło, że sowiecki reżim był tak znienawidzony przez ludzi kochających wolność na całym świecie.

_______________

Zionism, communism and terror, Paul Cudenec, May 8, 2026

Więcej: Paul Cudenec

Czy WHO wykorzystuje hantawirusa do budowy globalnego nadzoru? Podważa suwerenność państw.

Czy WHO wykorzystuje hantawirusa do budowy globalnego nadzoru? Nowy plan Tedrosa podważa suwerenność państw

10/05/2026 – zmianynaziemi/czy-who-wykorzystuje-hantawirusa-do-budowy-globalnego-nadzoru

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) pod przewodnictwem Tedrosa Adhanoma Ghebreyesusa konsekwentnie wykorzystuje każdy sygnał zagrożenia zdrowotnego – rzeczywisty czy wyolbrzymiony – do promowania idei scentralizowanej, globalnej władzy. Najnowszy przykład to reakcja na incydent z hantawirusem na statku wycieczkowym MV Hondius. Kilka potwierdzonych przypadków infekcji Andes virus, w tym tragiczne zgony, stało się pretekstem do wezwania wszystkich krajów do ścisłego podporządkowania się Międzynarodowym Przepisom Zdrowotnym (International Health Regulations – IHR). Tedros podkreślał moralny obowiązek współpracy i solidarności, jakby tylko globalny nadzór mógł uratować ludzkość.

To nie jest jednorazowy incydent. WHO od lat buduje narrację, w której suwerenne państwa są zbyt słabe, by radzić sobie z zagrożeniami samodzielnie. Pandemia COVID-19 pokazała ten mechanizm w pełnej krasie: Organizacja początkowo bagatelizowała ryzyko, później domagała się lockdownów, cenzury i masowych szczepień, a na koniec broniła swojego wizerunku przed zarzutami o niekompetencję i uległość wobec Chin. Zamiast reformy i większej transparentności, WHO dąży do rozszerzenia swoich uprawnień poprzez kolejne wersje IHR i proponowane porozumienie pandemiczne. Celem jest system, w którym dyrektor generalny może ogłaszać zagrożenia o międzynarodowym znaczeniu i oczekiwać posłuszeństwa od rządów.

Krytycy słusznie wskazują, że WHO nie jest bezstronnym strażnikiem zdrowia publicznego, lecz narzędziem szerszej agendy globalistycznej. Organizacja, finansowana w dużej mierze przez bogate kraje i prywatnych darczyńców (w tym fundacje powiązane z miliarderami), promuje wizję świata, w której decyzje zdrowotne zapadają w Genewie, a nie w stolicach państw. Hantawirus – choroba przenoszona głównie przez gryzonie, o niskim ryzyku transmisji międzyludzkiej poza specyficznymi szczepami – nagle staje się okazją do przypomnienia o globalnym porządku zdrowotnym. To klasyczna taktyka: czekanie na kryzys (nawet lokalny) i wykorzystywanie go do narzucania mechanizmów kontroli.

Przypomnijmy fakty. Podczas COVID-19 WHO przez tygodnie unikała nazwania wirusa pandemią, chwaliła chińskie władze za transparentność, mimo dowodów na tuszowanie informacji. Później wspierała teorie o naturalnym pochodzeniu wirusa z Wuhan, marginalizując hipotezę laboratoryjną. Kraje, które zastosowały się do zaleceń organizacji – twarde lockdowny, zamknięcie szkół, obowiązkowe maseczki – poniosły ogromne koszty społeczne, ekonomiczne i zdrowotne. Nadmiarowe zgony, kryzysy psychiczne wśród młodzieży, zniszczenie małych firm.

Tymczasem WHO unikała odpowiedzialności, a jej liderzy kontynuowali kariery.

Teraz, w 2026 roku, wracamy do podobnego schematu. Klaster przypadków na statku wycieczkowym z Argentyny do Cabo Verde staje się dowodem na potrzebę solidarności. Tedros mówi o IHR jak o świętym prawie, które wszystkie kraje muszą respektować. Ale IHR to nie neutralny instrument – to narzędzie umożliwiające WHO wpływ na polityki graniczne, kwarantanny, wymianę danych i dystrybucję zasobów medycznych. W praktyce oznacza to presję na rządy, by rezygnowały z suwerennych decyzji na rzecz centralnego koordynatora, którego wiarygodność jest co najmniej wątpliwa.

WHO regularnie alarmuje o następnej pandemii. Bird flu, monkeypox, teraz hantawirus – każdy sygnał jest pompowany medialnie, by utrzymywać stan gotowości i uzasadniać budżety oraz nowe uprawnienia. Organizacja nie skupia się na wzmacnianiu lokalnych systemów zdrowotnych czy inwestycjach w podstawową higienę i odporność populacji. Zamiast tego buduje biurokratyczny aparat gotowy do interwencji globalnej. To nie przypadek, że negocjacje porozumienia pandemicznego skupiają się na dzieleniu patogenów, transferze technologii i równości w dostępie do szczepionek – mechanizmach, które osłabiają prawa własności intelektualnej firm farmaceutycznych i promują redystrybucję zasobów z bogatych do biednych krajów pod egidą Genewy.

W tym kontekście WHO jawi się jako kluczowy gracz w wizji Nowego Porządku Świata (NWO) – systemu, w którym suwerenność narodowa ustępuje miejsca globalnym instytucjom kontrolowanym przez elity. Porozumienie pandemiczne, nawet w wersji osłabionej, zakłada mechanizmy monitoringu, raportowania i koordynacji, które mogą być używane do nacisku politycznego. Kraje odmawiające współpracy ryzykują izolacją, utratą funduszy czy reputacją nieodpowiedzialnych. To nie jest współpraca – to hierarchia, w której WHO stoi na szczycie.

Sceptycy od dawna ostrzegają, że takie struktury prowadzą do erozji demokracji. Decyzje o zdrowiu publicznym – szczepieniach, restrykcjach ruchowych, edukacji – stają się domeną nie wybranych przez obywateli polityków, lecz międzynarodowych biurokratów. Historia pokazuje, że organizacje typu ONZ i jej agendy często wartościują ideologię nad pragmatyzmem: od klimatycznych alarmów po równość zdrowotną, które służą jako pretekst do większej kontroli nad populacjami. WHO, z historią ukrywania epidemii (np. cholery w Etiopii za czasów Tedrosa jako ministra) i powiązaniami z autorytarnymi reżimami, idealnie wpisuje się w ten schemat.

Źródła:

https://ordoiuris.pl/komentarz/suwerennosc-panstw-a-reali…

https://www.medonet.pl/choroby-od-a-do-z/choroby-zakazne,…

https://www.bbc.com/polska/articles/c4g938lr1lvo

https://www.europarl.europa.eu/doceo/document/O-9-2020-00…

https://pulsmedycyny.pl/medycyna/choroby-zakazne/hantawir…

Zza granic… MEM-y

——————————————————-

—————————————————–

———————————

——————————————-

——————————————-

—————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Chińskie „nie” 不 . Moment końca udawania

Chińskie „nie”

Zbigniew Jacniacki 10.05.2026 wolnemedia.net/chinskie-nie

Moment końca udawania

Decyzja Pekinu z 3 maja 2026 r., nakazująca chińskim firmom ignorowanie amerykańskich sankcji wobec Iranu, nie jest zwykłym epizodem wojny handlowej ani kolejnym konfliktem o ropę.

To moment symboliczny — chwila, w której drugie największe mocarstwo świata publicznie zakwestionowało prawo Stanów Zjednoczonych do definiowania globalnych reguł. Przez lata wszyscy uczestniczyli w grze pozorów. Iran eksportował ropę przez „ciemną flotę”, tankowce wyłączały AIS, przeładunki odbywały się na pełnym morzu, a chińskie rafinerie kupowały surowiec w półjawny sposób. Każdy wiedział, że sankcje są obchodzone, ale utrzymywano fikcję, iż globalny system kontroli nadal działa.

Maj 2026 przyniósł zmianę jakościową. Pekin przestał udawać. Po raz pierwszy druga gospodarka świata powiedziała otwarcie: amerykańskie sankcje nie są uniwersalnym prawem świata. To wydarzenie wykracza daleko poza relacje USA–Iran–Chiny. Pokazuje, że świat wchodzi w etap rozpadu jednolitego modelu globalnego porządku i przechodzi do epoki konkurujących centrów sterowania.

Sankcje jako narzędzie organizowania rzeczywistości

W oficjalnej narracji sankcje przedstawiane są jako instrument polityki zagranicznej: obrona demokracji, walka z terroryzmem, ochrona prawa międzynarodowego. W rzeczywistości pełnią znacznie głębszą funkcję. Przez dekady Stany Zjednoczone budowały system, w którym dolar stał się uniwersalnym językiem wartości, SWIFT — systemem nerwowym globalnych finansów, a zachodnie instytucje finansowe — mechanizmem regulowania przepływów energii, kapitału i technologii.

Sankcje nie są więc jedynie karą ekonomiczną. Są narzędziem utrzymywania kontroli nad globalną architekturą sterowania. Państwo odcięte od systemu dolarowego nie traci wyłącznie dostępu do waluty — zostaje częściowo wyłączone z dominującego modelu organizacji świata.

Współczesny konflikt wokół sankcji nie dotyczy więc wyłącznie gospodarki. Dotyczy fundamentalnego prawa do określania legalności, norm i struktury globalnej rzeczywistości politycznej.

Chiny przestają funkcjonować w cudzym układzie

Przez wiele lat Pekin działał ostrożnie. Korzystał z systemu stworzonego pod dominacją USA — eksportował na Zachód, używał dolara, unikał otwartej konfrontacji – jednocześnie budując własne mechanizmy autonomii: alternatywne systemy płatności, rozliczenia w yuan i niezależne szlaki logistyczne. Zakup irańskiej ropy był elementem tej strategii, ale pozostawał w strefie półjawnej.

Decyzja z maja 2026 r. oznacza jednak coś znacznie ważniejszego niż spór handlowy.To moment przejścia od układu reaktywnego do jawnego budowania własnego centrum organizacji świata. Pekin nie mówi już „obchodzimy wasze sankcje”. Mówi: „nie uznajemy waszego prawa do definiowania naszych reguł”.

Iran jako punkt koncentracji napięć systemowych

Iran jest dziś czymś więcej niż państwem eksportującym ropę. To strategiczny węzeł przepływu energii, w którym krzyżują się interesy Stanów Zjednoczonych, Chin, Rosji, państw Zatoki i światowych rynków finansowych. Ropa nie jest tu jedynie surowcem — jest materialnym nośnikiem stabilności całych systemów gospodarczych i politycznych. Kontrola nad tym przepływem oznacza realny wpływ na globalny układ sił. USA próbują ograniczyć możliwości finansowania Iranu poprzez sankcje i blokadę szlaków morskich. Chiny utrzymują zakupy, ponieważ potrzebują stabilnych dostaw taniej ropy i jednocześnie testują granice skuteczności amerykańskiego systemu sankcyjnego. Iran stał się więc polem testowym nowego układu globalnego — miejscem, w którym ścierają się dwa konkurencyjne modele organizacji świata.

Konflikt dwóch schematów sterowania

Najważniejszy wymiar tego kryzysu nie jest militarny, lecz systemowy. To starcie dwóch konkurencyjnych systemów globalnego sterowania. Model amerykański opiera się na dominacji dolara, kontroli finansów, sankcjach wtórnych, globalnych instytucjach regulacyjnych oraz przekonaniu, że zachodni model legalności ma charakter uniwersalny. Model chiński nie dąży do budowy jednego ideologicznego centrum. Skupia się na wielobiegunowości, pragmatyzmie gospodarczym, równoległych systemach rozliczeń i stopniowym ograniczaniu zależności od Zachodu. Dlatego obecny konflikt nie jest wyłącznie walką o wpływy. To walka o prawo do kształtowania norm globalnej rzeczywistości.

Koniec iluzji jednego świata

Przez wiele lat utrzymywano narrację o jednolitym świecie opartym na wspólnych zasadach i uniwersalnych wartościach. W praktyce był to system oparty na dominacji jednego centrum finansowo-militarnego. Dzisiejszy kryzys pokazuje, że ta epoka dobiega końca. Powstają równoległe struktury: alternatywne systemy płatnicze, handel poza dolarem, niezależne sieci logistyczne, własne systemy ubezpieczeń oraz „ciemne floty” funkcjonujące poza zachodnią kontrolą.

Najważniejsza zmiana zachodzi jednak w świadomości. Coraz więcej państw przestaje wierzyć, że istnieje tylko jeden dopuszczalny model organizacji świata. I właśnie dlatego obecna sytuacja ma znaczenie historyczne.

Pułapka dla globalnych firm

Chińskie Ministerstwo Handlu wydając bezprecedensową dyrektywę tworzy nową rzeczywistość dla międzynarodowych korporacji a firmy chińskie mają ignorować amerykańskie sankcje nałożone na podmioty kupujące irańską ropę. Pekin powołał się na własną „ustawę blokującą” z 2021 r., która zabrania przestrzegania zagranicznych sankcji uznanych za bezprawne. To pierwsze formalne użycie tego narzędzia przeciwko USA.

Do tej pory Chiny omijały sankcje dyskretnie — przez „flotę cieni” , przeładunki na Morzu Arabskim, płatności poza systemem dolarowym. Teraz przestały udawać. Korporacje globalne, jeżeli podporządkują się sankcjom USA – ryzykują utratę dostępu do chińskiego rynku. Jeżeli podporządkują się Pekinowi — ryzykują odcięcie od systemu dolarowego i zachodnich instytucji finansowych. To początek fragmentacji globalizacji. Firmy, które przez dekady funkcjonowały w iluzji jednego świata, muszą dziś dokonać wyboru: w jakim systemie chcą działać, komu podporządkowują swoją legalność i od którego centrum będą zależne. To już nie jest wyłącznie problem ekonomiczny. To problem cywilizacyjny.

Kluczowy problem Stanów Zjednoczonych

Problemem USA nie jest sam Iran ani chińskie zakupy ropy. Problemem jest erozja wiary świata w zdolność Waszyngtonu do definiowania globalnych reguł. Stany Zjednoczone pozostają największą potęgą finansową i militarną, ale coraz trudniej utrzymywać system jednolitych norm wobec rzeczywistości, która staje się wielobiegunowa. Waszyngton stoi więc przed fundamentalnym pytaniem: czy potrafi funkcjonować jako jedno z kilku centrów świata, zamiast jako jego wyłączne centrum organizacyjne?

Świat przechodzi do epoki równoległych porządków

Spór wokół irańskiej ropy jest w rzeczywistości konfliktem o przyszły model globalnego ładu. Nie chodzi już wyłącznie o sankcje. Chodzi o legalność, kontrolę przepływów, autonomię struktur cywilizacyjnych oraz prawo do budowy własnych systemów organizacji rzeczywistości. Chińskie „Nie” nie jest zwykłym buntem wobec USA. Jest sygnałem, że coraz większe podmioty na świecie przestają akceptować model, w którym jedno centrum posiada monopol na definiowanie globalnych norm.

Każdy system, który uznaje własny model rzeczywistości za jedyny dopuszczalny, wcześniej czy później napotyka opór innych centrów. Dzisiejszy konflikt wokół Iranu jest jedynie jednym z pierwszych wyraźnych przejawów tego procesu. Świat nie rozpadł się jeszcze formalnie, ale coraz mniej uczestników naprawdę wierzy, że dawny jednobiegunowy układ da się utrzymać bez końca.

Autorstwo: Zbigniew Jacniacki

„Heretycka relatywizacja”. Kard. Müller jednoznacznie o „synodzie o synodalności”

„Heretycka relatywizacja”.

Kard. Müller jednoznacznie

o raporcie grupy roboczej synodu

9 maja 2026

Chmielewski-Mueller-grzech_portal.jpg

Publikację 9 grupy roboczej synodu o synodalności skomentował kard Gerhard Ludwig Mueller. Hierarcha nie szczędził mocnych słów wobec dokumentu, wskazując, że jest on formą „heretyckiej relatywizacji” katolickiego nauczania oraz dąży do budowy konformistycznego substytutu wiary. Zdaniem byłego prefekta dokument synodalnego gremium ignoruje prawdę objawioną, by bratać się z modnymi ideologiami.

Wokeizm przeniknął Kościół jak wielkie herezje pierwszych wieków chrześcijaństwa, zauważył niemiecki purpurat, reagując na raport finalny 9 grupy roboczej synodu o synodalności.

Dokument na temat „kryteriów teologicznych i metodologii synodalnych wspólnego rozeznawania kontrowersyjnych kwestii doktrynalnych, duszpasterskich i etycznych” w opinii kardynała wyraża zgodę na „heretycką relatywizację małżeństwa naturalnego i sakramentalnego”.

Zdaniem hierarchy autorzy dokumentu opowiadają się za „zmianą paradygmatu” w zakresie nauczania Kościoła o seksualności w zgodzie z modnymi ideologiami, proponując ostatecznie chrześcijaństwo „wygodne i konformistyczne”.

Sednem krytyki kard. Mullera jest sprzeciw wobec jakiejkolwiek formy „błogosławieństw” par LGBT – które – jak podkreślił duchowny – mają fałszywą i bluźnierczą naturę. Błogosławieństwo to bowiem umocnienie przez modlitwę Kościoła dla wiernych, by czynili dobrze. Wykorzystywanie ich do sankcjonowania życia sprzecznego z przykazaniami jest niedopuszczalne, dodawał kardynał.

W odpowiedzi na podobne tendencje purpurat wezwał do mocnego trzymania się niezmiennego Magisterium Kościoła i nauki świętych doktorów.

Według duchownego dokument finalny traktuje przekaz prawdy objawionej w Tradycji Kościoła jako li tylko wyraz przekonań zakorzenionych w kulturze minionych wieków. Slogan „zmiany paradygmatu z rygorystycznego dogmatyzmu na pasterską bliskość ludowi” oznacza dążenie do odejścia od tradycyjnego nauczania i relatywizacji go, ostrzegał purpurat.

Jak zaznaczył były prefekt, dokument nie podważa otwarcie nauczania Kościoła – ale formułując wskazania zwyczajnie ją ignoruje, dążąc do budowy łatwego chrześcijaństwa.

„Z powodu nieznajomości lub pogardy dla tradycji katolickiej dochodzi się do sofistycznie przesadzonego twierdzenia, że grzech nie polega na świadomych i dobrowolnych czynach sprzecznych z przykazaniami Bożymi, ale na odrzuceniu wszechogarniającego miłosierdzia wobec tych, którzy nie mogą lub nie chcą ich przestrzegać”, ocenił wskazania „duszpasterskie” grupy roboczej synodu kard. Müller.

„W reakcjach lobby pro-LGBT w Kościele na publikację raportu grupy synodalnej dotyczącej także błogosławieństwa konkubinatów wyraża się otwarcie heretycka relatywizacja naturalnego i sakramentalnego małżeństwa. To pierwszy krok do uznania ideologii LGBT, która przekazuje nic innego, jak materialistyczną wizję ludzkości bez Boga, Stwórcy, Odkupiciela i Odnowiciela rodzaju ludzkiego”, zaznaczył duchowny.  

„Jedynie prawdziwy Mesjasz i tylko On może pomóc każdej osobie bez wyjątku, w każdym udręczeniu duchowym – w odróżnieniu od światowych zbawicieli, których doktryny samo-zbawienia tak często prowadziły ludzkość ku ruinie. Ideologia gender wprost sprzeciwia się antropologii chrześcijańskiej”, zaznaczał duchowny.

Prawdziwi uczniowie Syna Bożego nie szukają pochwał, ani „błogosławieństw” wielkich tego świata, ale swoją miłość kierują ku Bogu, kwitował.

Źródło: infocatolica.com

OSTATNI LOT PLF 101

OSTATNI LOT PLF 101

OSTATNI LOT PLF 101

oficyna-aurora.pl/aktualnosci/ostatni-lot-plf-101

Szanowni Czytelnicy,

z powodów zdrowotnych znalazłem się w oddaleniu od siedziby wydawnictwa, nie mogąc prowadzić sprzedaży książek będących w ofercie Oficyny Aurora. Ale tak się złożyło, że zdążyłem odebrać z drukarni niewielki nakład najnowszej pozycji zatytułowanej „Ostatni lot PLF 101”. Mogę ją wysyłać tylko za pośrednictwem Poczty Polskiej i taką możliwość niniejszym Państwu proponuję. Wiem, że ta książka jest droga, ale zapewniam moich Czytelników, że jest warta swojej ceny. To książka o dużym formacie (A4), niemała objętościowo (ponad 500 stron), z kolorowymi środkami i wydana na dobrym papierze. Koszt jej produkcji był znaczny. Ale też, nie jest to pozycja dla każdego odbiorcy, tylko dla tych, dla których temat 10 kwietnia 2010 roku pozostaje wciąż niezagojoną raną. Opowiadaną przez człowieka, dla którego lotnictwo nie było tylko ciekawostką, ale sensem życia. Wiem, że wydaną być może zbyt późno, ale nie mogła z różnych powodów ukazać się wcześniej. Profesor Mirosław Dakowski powiedział o niej, że „przydałaby się te 15 lat temu”. Z pewnością. Jednak uważam, że jako zapis tamtych dni pozostanie długo aktualna, nie tylko dla pamiętającego ten czas mojego pokolenia, ale też dla tego, które nie musiało się z tym etapem naszej historii mierzyć bezpośrednio.

Wszystkim Czytelnikom moim i strony www.dakowski.pl w opcji zakupu proponuję ważny do końca maja rabat zwalniający z opłaty za wysyłkę po wpisaniu w koszyku zakupowym kodu REDUTA. 

Zachęcam do zakupu

oficyna-aurora.pl/katalog/ksiazki/ostatni-lot-plf-101

Sławomir M. Kozak

Zmagania narodów z wyzwaniem techno-globalizmu

Zmagania narodów z wyzwaniem techno-globalizmu

prof. Gracjan Cimek myslpolska/zmagania-narodow-z-wyzwaniem-techno-globalizmu

W procesie odbudowy podmiotowości Polski w XXI wieku brak identyfikacji rzeczywistych podziałów polityczno-ideologicznych staje się  źródłem słabości.

Istotnym zaniechaniem jest wciąż niedoceniane znaczenie „międzynarodowości” w życiu narodów i państw. Z kolei jej redukcja do wpływu mocarstw i układu sił zamazuje zasadniczą rolę aktorów ekonomicznych i ideologicznych. Tymczasem znalezienie właściwej drogi do emancypacji wymaga punktu odniesienia kumulującego się właśnie w ich aktywności.

Nasz wiek rozpoczął się od wprowadzenia nowej formy władzy globalizacji, która stała się immanentną właściwością całego systemu instytucji, idei, warunków, który potrafi kontrolować sam siebie poprzez „przyczynowość strukturalną”, formowanie kontekstu, ustalanie reguł gry, czy sterowanie rozmyte. Globalizacja doprowadziła do powstania nowej frakcji klasowej opartej na osi istniejącej pomiędzy narodowymi i ponadnarodowymi elitami.

Transnarodowe siły społeczne i instytucje stały się zakorzenione w systemie globalnym, a nie w systemie międzypaństwowym. Konsekwencją było stopniowe przejmowanie państw. W XXI wieku poziomy władzy przebiegają od najmniej ważnej demokracji, biurokracji, mediokracji, plutokracji, aż do teokracji rozumianej jako zdolność narzucania władzy duchowej, konceptualnej. Cele globalnej elity scharakteryzował już sam Adam Smith:wszystko dla nas, nic dla innych – taka, jak się zdaje, była we wszystkich czasach nikczemna dewiza panów rodzaju ludzkiego”.

Od czasu ustalenia nadrzędnej jednostki kontroli sieciowej w 2007 roku, diagnozy antyglobalistyczne nabrały potwierdzenia empirycznego. Ustalono, że stanowiły ją 737 korporacje sprawujące 80% kontroli nad całą siecią. Z kolei 40% kontroli było w rękach już tylko 147 korporacji, z czego ? to korporacje finansowe na czele z amerykańskimi. Sieć ostatecznie obsługuje interesy 62 miliarderów, którzy skoncentrowali majątek równy połowie ludzkości. Przechwytywanie władzy globalnej obejmuje: zorganizowaną kontrolę informacji; kampanie wielkich mediów; kontrolę nad myślą akademicką; radykalną erozję prywatności; zadłużenie ograniczające suwerenność władzy politycznej oraz narzucony wymóg rentowności finansowej.

Wreszcie dowiedzieliśmy się o zasadniczej roli funduszów inwestycyjnych: BlackRock, Fidelity, State Street, Vanguard, które poprzez kontrolę akcji kumulują w sobie decyzyjność wobec całej sieci korporacyjnej. Udziały, które posiadają u siebie nawzajem, pozwalają zachować sterowność systemu, niczym małżeństwa polityczne wśród królewskich rodów panujących w średniowiecznej Europie.

Gdy kryzys z 2008 roku zachwiał ich władzą, prominentny przedstawiciel globalizmu, Jacques Attali ostrzegał, że Zachód może w ciągu 10 lat zbankrutować. Od tego czasu przyspieszyły prace nad transformacją cywilizacji, w której ponadnarodowa elita chce uzyskać większy zakres władzy. Siły globalistyczne otwarcie manifestują roszczenia do władzy globalnej. To Larry Fink, prezes i dyrektor BlackRock (zarządzającego aktywami o wartości ok. 14 bln dol.), w czerwcu 2024 roku podczas szczytu G7 we Włoszech dyktował przywódcom państw warunki potrzebne do zwiększenia akumulacji kapitału wymagające prywatyzacji infrastruktury. Ten sam fundusz miał również zarządzać prywatyzacją Ukrainy po jej zderzeniu z Rosją, z czego wycofał się rozczarowany wynikami walki na froncie. Wreszcie Fink przejął w 2026 roku po Klausie Schwabie przewodzenie szczytom w Davos. Tak jak liberalizm został zastąpiony na pewnym etapie przez neoliberalizm, tak ten ostatni wypierają nowe ideologie odpowiadające nowym siłom globalnego kapitalizmu – Big Tech i Big Data. Pozostały za to stare metody ich implementacji: doktryna szoku (Naomi Klein) i tworzenie przyzwolenia bez zgody (Noam Chomsky).

Podstawy techno-globalizmu

Cyfrowy kapitalizm ujawnia niespotykane dotąd parametry kontroli. Wielkie bazy danych, automatyzacja i sztuczna inteligencja tworzą panaoptyzm, synoptyzm, asamblaże nadzoru i sobowtóry cyfrowe [?? co to za dziwy? md] . Zwalczanie zagrożeń staje się możliwe nawet przed podjęciem realnego działania dzięki wykorzystywaniu osiągnięć neuronauki. Indywidualizm zamienia się w dywidualizm. Ludzi można dzielić na dowolną liczbę części, z osobna monitorowanych i analizowanych, co umożliwiają tzw. „inteligentne technologie”, które potrafią  wychwytywać pojedyncze atrybuty – działania, cechy, kategorii – i przedstawiania ich jako reprezentatywnego dla całej osoby. Blokada biometryczna rozpoznaje wyłącznie odcisk palca; GPS śledzi współrzędne geoprzestrzenne. Opaska zdrowotna rejestruje parametry życiowe. Mamy dziś tysiąc tożsamości – każda reprezentowana przez tysiąc punktów danych, zebranych przez tysiąc różnych urządzeń.

Synteza tych danych tworzy cyfrowego sobowtóra, czyli zbiór danych czystej wirtualności. Umożliwia on niespotykaną dotąd totalną możliwość kontroli jednostek i narodów. Transnarodowa klasa korporacyjna zaczęła sprzyjać założeniom prawicowego akceleracjonizmu. Przyspieszenie procesów technologicznych, ekonomicznych i społecznych ma doprowadzić do radykalnych zmian, na czele z upadkiem systemów liberalno-demokratycznych, celem zastąpienia ich nowym porządkiem techno-feudalnym, a więc opartym o rządy elit eksploatujących narody i jednostki. Powstaje nowa forma kapitału: kapitał chmurowy – połączone w sieć algorytmiczne maszyny, które dają swoim właścicielom niezwykłą moc modyfikowania naszego zachowania. W tych ramach konceptualnych promuje się nowe ideologie.

Ideologie techno-globalizmu

Koncepcja „Wielkiego Resetu” Klausa Schwaba została ogłoszona w czasie korona-kryzysu, czyli globalnego stanu wyjątkowego. Doktryna szokowa miała wymusić uznanie dla generalnej przebudowy zasad funkcjonowania świata. Rzeczywiste cele „Wielkiego resetu cywilizacji” obejmowały: 1) pojawienie się nieprzyjaznego człowiekowi otoczenia; 2) podejmowanie decyzji przez algorytmy; 3) poddanie ludzi wszechstronnej inwigilacji; 4) pozbawienie szerokich rzesz pracy; 5) uzależnienie ludzi od maszyn; 6) maszynowa kontrola ludzkich zachowań; 7) pozbawienie człowieka kontroli nad własnymi sprawami; 8) zniesienie prywatnej własności; 9) zamykanie ludzi w domach; 10) doprowadzenie do nieprzejrzystości władzy; 12) skazanie ludzi na sztuczną żywność; 13) wygenerowanie ryzyka na najwyższym poziomie; 14) wytworzenie możliwości zakulisowych ingerencji; 15) planowe organizowanie życia społecznego. Reset cywilizacyjny ma stać się możliwy dzięki implementacji systemu pieniądza cyfrowego banków centralnych (Central Bank Digital Currency – CBDC), systemu identyfikacji cyfrowej (decentralized identifier – DID) oraz systemu kredytu społecznego (Social Credit System – SCS) opartego o profile obywateli opartych na permanentnie gromadzonych danych.

W tym samym kierunku podążą ideologia Doliny Krzemowej, którą jest dataizm. Jej przedstawicielem jest Yuval Noah Harari, uzasadniający, że:  1) technicyzacja i sztuczna inteligencja pozbawi masy pracy i spauperyzuje je; 2) akcjonariusze i właściciele GAMA staną się właścicielami praktycznie całej własności; 3) uzyskają nieśmiertelność dzięki cybernetyzacji i genetyce; 4) pozbawieni pracy i własności ludzie zostaną przeniesieni do metawersum lub innego e-świata, zażywając przy tym narkotyki lub antydepresanty; 5) ludzie zachowają formalnie prawa polityczne, lecz decyzje wyborcze podejmą za nich algorytmy należące do korporacji cyfrowych i wedle sobie tylko znanego klucza.

Palantir jako awangarda władzy globalnej

W 1998 roku Łukasz Nosek, Max Levchin oraz Peter Thiel założyli przedsiębiorstwo Confinity, które stworzyło PayPal Commerce Platform umożliwiającą obecnie płatności wirtualne z ponad 346 milionami użytkowników w ponad 200 krajach na całym świecie. Przez dwie dekady stała się więc ona posiadaczem ogromnego zasobu danych o firmach i ludziach z całego świata.

Założona w 2003 Palantir jest również dzieckiem Petera Thiela i członków PayPal, a jednocześnie symptomem transformacji amerykańskiego systemu politycznego po wydarzeniach 11 września 2001. Nawet Zbigniew Brzeziński zauważył wtedy, że przyjęta Ustawa o patriotyzmie sprawiła, że Stany Zjednoczone powoli stały się „ksenofobiczną hybrydą demokracji i autokracji, być może nawet z domieszką syndromu oblężonej twierdzy”. Co ciekawe, firma wzięła swoją nazwę od kamieni widzących z serii Władca pierścieni [z księgi Tolkiena, głupku medialny.. md] . Jej polski oddział mógłby więc przyjąć swojską nazwę „Kula Szpiegula”, przed której opresyjnym działaniem ostrzegał miliony dzieci Pan Kleks w Kosmosie, gdy młodych Polaków jeszcze wychowywano.

Stopniowo budowano awangardę prawicowego techno-globalizmu. Pierwszym inwestorem Palantira była In-Q-Tel, oddział CIA zajmujący się inwestycjami i kapitałem wysokiego ryzyka. Palantir zdobył rządowe kontrakty warte miliardy dolarów na tworzenie oprogramowania dla Pentagonu, amerykańskiej służby imigracyjnej i celnej (ICE) oraz brytyjskiej służby zdrowia (NHS). W czasie amerykańskiej „wojny z terroryzmem” świadczył usługi amerykańskim żołnierzom w Iraku i Afganistanie w ramach operacji wykrywania min. Na rynku finansowym pomógł jej zaistnieć JP Morgan, któremu początkowo umożliwiono monitorowanie każdego ruchu pracowników banku.

Thiel klarownie ujawnił ideologiczne podstawy funkcjonowania Palantira: „nie wierzy już, iż wolność i demokracja są ze sobą zgodne”. Ograniczając wolność do elit i jednostek wybitnych, za uzasadnione uznał stosowanie nowych technologii, manipulacji mediami społecznościowymi, algorytmami, prawem. Mamy więc „przyzwolenie bez zgody” z turbodoładowaniem. Korporacyjne media zaczęły przyzwyczajać opinię publiczną do nadchodzącego ustroju. W 2007 roku „Fortune” opisał PayPal jako mafię, a w 2018 roku  Bloomberg ogłosił, jak gdyby nigdy nic, że „Palantir wie o tobie wszystko”. Wszak Peter Thiel i Alex Karp to stali uczestnicy Klubu Bilderberg i Światowego Forum Ekonomicznego, pojawiający się również na listach Epsteina. W wyglądzie Thiela można się nawet doszukać zaskakującego podobieństwa z głównym antybohaterem filmu 6 dzień, amoralnym Michaelem Druckerem, który stał na czele korporacji nielegalnie klonującej ludzi w imię władzy i kapitału. W tym świetle nawet liberalne radio Tok FM nazwało go „mrocznym lordem Palantira”.

Wizje techno-globalistów odzwierciedla ideologia Mrocznego Oświecenia Nicka Landa, rozwijana przez Curtisa Yarvina. Jej istotą jest projekt narzucenia światu ustroju arystokratyczno-oligarchicznego, a faktycznie despotycznego przez maksymalne wzmocnienie klasy właścicieli, inwestorów i kapitalistów. Tzw. propertarianizm jedyną legitymacją władzy czyni własność. Nowością tego ustroju jest wszechobecność technologii kontroli, stąd pojawiające się określenia neofeudalizmu (Joel Kotkin), kapitalizmu inwigilacji (Shoshana Zuboff), technofeudalizmu i techlordyzmu (Yanis Varoufakis). Zadanie techlordyzmu jest radykalne: zapewnienie ideologicznej przykrywki dla kolonizacji wszystkiego – ludzkich przedsięwzięć, instytucji państwowych i samego Wall Street. „Kultury” które wykazały się „naukowo” wysoką inteligencją, powinny oddzielić się od innych; zamiast teatru demokracji należy ustanowić rząd technokratyczny, w którym polityka nie ma już znaczenia.

Proces transformacji liberalnej nadbudowy globalizacji w techno-oligarchię opartą na nowej wersji myśli „naukowo-rasistowskiej” legitymizującej „etno-gospodarki” wymaga nowych kadr. Każda ideologia dla swojej materializacji wymaga sił społecznych. Thiel stopniowo umacniał swój wpływ gospodarczy i polityczny. Jako pierwszy inwestor zewnętrzny osobiście wsparł Facebooka, a także SpaceX, OpenAI i inne firmy poprzez swoją firmę inwestycyjną Founders Fund. Afiliował więc dwóch herosów big data: Marka Zuckeberga z Mety oraz Elona Muska. Finansował i wspierał karierę wiceprezydenta J. D. Vance’a przy pomocy symulakry „człowieka z ludu”; oraz – od pierwszej kadencji – prezydenta Donalda Trumpa przy pomocy symulakry wybawcy od globalizmu i „deep state”. Dzięki potędze technologii rebranding przywódców wielkiego amerykańskiego imperium okazał się banalnie łatwy, zgodnie z zasadą, że oparciem dla symulakrów jest ich upowszechnienie. Paradoksalnie w tym dziele pomógł także Aleksandr Dugin. Wskazuje się nawet na istnienie rzekomej zbieżności interesów w osłabieniu państw oraz organizacji międzynarodowych między Thielem a prezydentem Putinem. Z drugiej strony wzbudza zdziwienie częsta obecność w Rosji i entuzjazm ojca Elona Muska, podczas gdy system Starlink wspiera Ukrainę na polu walki.

Zamiast coraz bardziej zbędnej soros-jugend, czyli międzynarodówki opartej na filozofii społeczeństwa otwartego, Thiel tworzy własną sieć potrzebną w nowym ustroju, czemu służy program stypendialny Thiel Fellowship. Stypendyści rezygnują ze studiów lub przerywają naukę, aby otrzymać grant w wysokości 250 000 dolarów oraz wsparcie ze strony sieci założycieli, inwestorów i naukowców zrzeszonych w fundacji Thiela. Podczas corocznych szczytów przekonuje się m.in. do lektury książki Ostatni obrońca pierścienia odwracającej przekaz dzieła Władca pierścieni. „Innowatorzy jutra” mają uznać, że to Mordor jest źródłem rozwoju i cywilizacji technologicznej reprezentującym rozum, a elfy i ludzie to niższe rasy. Ten ideologiczny zabieg nie zaskakuje; wszak wszechwidzące oko Saurona przedstawione jako esencja zła przez J. R. R. Tolkiena wpisuje się w osiągnięcie przez Palantir pano-optycznej zdolności kontroli milionów ludzi – indywiduów w czasie rzeczywistym. W praktyce neoliberalny homo economicus zostaje zastąpiony amorficznym „HumAIn” – kontinuum człowiek-AI; boski wolny rynek zastępuje nową boskością: boskim algorytmem.

Podobną przewrotność zaprezentował Thiel podczas serii wykładów o Antychryście na przełomie 2025 i 2026 roku, nieprzypadkowo także w Rzymie u wrót Watykanu. Według niego społeczeństwa obawiają się technologii i rzekomo wyrażają zapotrzebowanie na podmiot, który zaoferuje bezpieczeństwo za poddanie się. To właśnie Antychryst, który jest synonimem jednego światowego państwa. Nadejście Armagedonu przyspiesza aktywność ekologiczna i Greta Thunberg, dążenia do ograniczenia technologii oraz prymat instytucji międzynarodowych, na czele z ONZ i Międzynarodowym Trybunałem Karnym (ICC), który chce aresztować premiera Benjamina Netanjahu. W figurę Antychrysta wpisują się także instytucje, które utrudniają ludziom ukrywanie majątku w rajach podatkowych. O hipokryzji elit pisał już dawno Noam Chomsky, podkreślając, że zasada mówienia do ludzi jak do dzieci jest skutecznym narzędziem tej manipulacji. Ideologia mrocznego oświecenia operuje już w czasie społeczeństwa symulacjonizmu, gdzie pojęcie hipokryzji zanikło w chmurze nowomowy.

Melanż ideologii Thiela zwodzi więc łatwowierne masy, że fajnie będzie powrócić do epoki sprzed istnienia państw i narodów, w której globalczycy ograniczeni zostaną do radości z internetowych gadżetów, płacąc za e-dom czy e-byty w metawersum, przepełnieni emocjonalnymi impulsami zgodnie z programem fajne-niefajne. Z analizy wywodów Thiela wynika jednocześnie, że Antychrystem zostanie ten przywódca, który po pierwsze: przywróci państwom 483 miliardy dolarów, które tracą rocznie na globalnych nadużyciach podatkowych (312 miliardów nadużyć korporacji oraz 171 miliardów osób fizycznych). Po drugie, zdolny do tworzenia sojuszu państw odwołujących się do pokojowego współistnienia, wzajemnego gwarantowanego rozwoju i obrony interesów narodowych! Warto się zastanowić, czy podobnie jak odmowa Putina przyjęcia celów Wielkiego Resetu podczas wirtualnego forum w Davos w 2021 roku nie wpłynęła na decyzję o wywołaniu kryzysu ukraińskiego, tak brak akceptacji Watykanu wobec tez wykładów o Antychryście, nie spowodował ataku Trumpa na papieża Leona XIV?

Geopolityka mrocznego oświecenia

Umacniający się blok historyczny oparty na hegemonicznej klasie właścicieli korporacji technologicznych projektuje swoją potęgę w geopolityce. Główną misją Palantira stała się „obrona Zachodu” i „wzbudzenie strachu u naszych wrogów”. Symbolem tego procesu jest Alex Karp, który spotkał się z prezydentem Ukrainy, Wołodymyrem Zełenskim. jako pierwszy szef zachodniej korporacji od rosyjskiego ataku. Technologie Palantir stały się instrumentem podtrzymywania wojny na Ukrainie. Co więcej programy udostępniono Ukrainie za darmo, traktując ją jako pole doświadczalne. Na tle tragedii Ukrainy pierwszy raz tak jasno zaświecił tandem Black Rock i Palantir, jako symbole nadejścia władzy techno – globalizmu.

Palantir zawarł także umowę o strategicznym partnerstwie z izraelskim ministerstwem obrony, a jego technologie są stosowane w Strefie Gazy. Współpracuje również z brytyjskim ministerstwem obrony. Pomimo, że polski MON podpisał już list intencyjny o współpracy w obszarze sztucznej inteligencji, technologii informacyjnych oraz cyberbezpieczeństwa, rozsądnie zaczęto rozważać alternatywne rozwiązania.

Zgodnie z ideologią mrocznego oświecenia suwerenem jest ten, kto ma moc decydowania o stanie wyjątkowym i podejmowania decyzji poza prawem (Carl Schmitt). W tym świetle łatwiej zrozumieć proces przekształcania Stanów Zjednoczonych w techno-globalistyczne imperium oparte na arbitralnej woli prezydenta. Kto patrzy, niech widzi: hajlujący Elon Musk, potem hajlujący sekretarz wojny Pete Hegseth, wreszcie ogłoszenie przez Donalda Trumpa, że tylko jego moralność, wyobraźnia i umysł mogą ograniczać jego działania. Wreszcie zapowiedź zniszczenia całej cywilizacji perskiej przez Trumpa 7 kwietnia. Wszystko to klarowne przejawy implementacji mrocznego oświecenia. Ujawnienie licznych słabości amerykańskiej machiny wojennej podczas agresji na Iran oraz czystki wśród amerykańskich generałów są dowodem, że opór w jego realizacji ma być złamany za wszelką cenę. W tym momencie pojawia się nowe uzasadnienie ideologiczne: manifest Palantira.

Manifest Palantira

Opublikowany 18 kwietnia manifest Palantira wzywa do mobilizacji niezbędnej dla zachowania amerykańskiej dominacji, wszak „żadne inne państwo w historii świata nie promowało postępowych wartości bardziej niż USA”, a „potęga Ameryki umożliwiła niezwykle długi okres pokoju”. Idea wyjątkowego narodu ponownie w działaniu. Autorzy przekonują, że USA może uratować zmiana ustroju na republikę technologiczną. Zamiast urzędników państwowych, system polityczny muszą opanować korporacje Big Tech i Big Data. Twarda siła w XXI wieku będzie się bowiem opierać na oprogramowaniu, stąd odpowiedzialność, czyli realną władzę, ma objąć Dolina Krzemowa. Pierwszorzędnym zadaniem stanie się stworzenie broni opartej na sztucznej inteligencji, która będzie ważniejsza od broni atomowej. Z drugiej strony wojna wciąż wymaga realnych żołnierzy dlatego manifest postuluje, aby służba wojskowa stała się powszechnym obowiązkiem.

Esencję mrocznego oświecenia można dostrzec w tezie, według której „ci, którzy nie mówią nic złego, często nie mówią w ogóle nic ciekawego”. Język wojny, strachu, nienawiści, wrogości, akceptacji zabijania, choćby dzieci wrogów, są więc tu doskonale uzasadnione. Tym bardziej, że manifest przywraca rasistowski podział na lepsze i gorsze kultury. W tym kontekście nie zaskakuje anulowanie „dorobku” Japonii i Niemiec podczas II wojny światowej poprzez przyznanie im prawa do rewizji jej wyników i remilitaryzacji, teraz pod cyfrową kontrolą Palantira.

Z kolei przywódca techno-imperium ma być zwolniony z ocen w ramach „tolerancji dla złożoności i sprzeczności ludzkiej psychiki”, co daje idealny asumpt dla wprowadzenia tyranii. Sprzyjać jej będzie cenzura prewencyjna, gdyż „bezwzględne ujawnianie życia prywatnego osób publicznych odstrasza zbyt wiele utalentowanych osób od pracy w służbie rządowej”. Archaizm wpisany w treść manifestu ma na celu powrót do ery w której panuje prawo silniejszego. A że najsilniejszym komponentem sieci korporacyjnej stały się Big Techy i Big Data, to właśnie one roszczą sobie prawo do zarządzania światem w oparciu o nadzór, inwigilację i odłączanie wrogów od systemu. Wszystkie czujniki, satelity, telefony i wszelkie urządzenia zdolne do transmisji sygnału są przecież podłączone do jednej sieci. Granica między online i offline zaciera się, stając się płynna. Ogromne sieci sztucznej inteligencji dekodują, katalogują i gromadzą to wszystko w jednym miejscu w czasie rzeczywistym. Manifest uzasadnia totalną kontrolę, odpowiadającą wizji Roku 1984 George’a Orwella: „oczy” wszędzie, urządzenia wszędzie, a Wielki Brat – Sauron nieustannie wszystkich obserwuje, programując dywidua – Nazgule, aby bronili nowego ustroju przed nadejściem Antychrysta.

Konkluzje

Ewolucja władzy globalnej w XXI wieku pozwala zidentyfikować nowe podziały polityczno-ideologiczne. Przede wszystkim zdezaktualizował się oświeceniowy podział na lewicę i prawicę. Implementacja idei mrocznego oświecenia oznacza, że podstawowy punkt odniesienia powinien teraz stanowić manifest Palantira. Trzeba się zgodzić z byłym ministrem finansów Grecji, Yanisem Varoufakisem, wskazującym, że „jedynym pytaniem jest, czy wystarczająca liczba z nas zdąży to dostrzec, zanim boski algorytm uniemożliwi rozpoznanie czegokolwiek – lub kogokolwiek – poza chmurą”. Dlatego należy ostrożnie nakreślić aktualny stan walki klas.

Jak się wydaje, funkcję konserwatyzmu w XIX wieku, a liberalizmu w XX – pełnią obecnie partie i organizacje Palantir / BlackRock; rolę lewicy reformistycznej przyjmują partie i organizacje suwerenistyczne, które wzmacniając autonomię lokalną próbują osłabić napór tych pierwszych; z kolei rolę partii rewolucyjnych, narodowo-wyzwoleńczych i komunistycznych, reprezentują partie i organizacje „emancypacji” całkowicie negujące cywilizację resetu i ideologie Palantira. W ich miejsce proponują nowy ustrój realnego dobra wspólnego, którego niezbędnym warunkiem jest przyporządkowanie technologii do celów społecznych.

Na podstawie wskazanego podziału łatwo zidentyfikować konkretnych aktorów uwikłanych w sieci Palantir / BlackRock. Jest to zarazem sensowny punkt odniesienia potrzebny w kształtowaniu sojuszy strategicznych i taktycznych służących odbudowie podmiotowości, nie tylko zresztą Polski. Ruchy suwerenistyczne i emancypacyjne sprzyjają także budowie bardziej sprawiedliwego porządku międzynarodowego. Wymaga on uzupełnienia praw człowieka prawem narodów oraz odrzucenia praw dżungli na rzecz nowego paradygmatu relacji międzynarodowych: oparcia świata wielobiegunowego na zasadach pokojowego współistnienia i wzajemnego gwarantowanego rozwoju.

prof. Gracjan Cimek

Prof. Marandi ostrzega przed ponowną eskalacją działań przeciwko Iranowi. Podsumowanie.

„Wyznaczono nagrodę za moją głowę” – prof. Seyed Marandi ostrzega przed ponowną eskalacją działań przeciwko Iranowi

W wywiadzie „ONI WYZNACZYLI ZA MNIE NAGRODĘ – Prof. Seyed Marandi o wojnie z Iranem” irański politolog Seyed Mohammad Marandi omawia niebezpieczeństwo nowej wojny między USA, Izraelem i Iranem, rolę syjonizmu w amerykańskiej polityce zagranicznej, strategiczną kontrolę nad Cieśniną Ormuz oraz osobiste groźby śmierci pod jego adresem. Wywiad przedstawia obraz regionu, który, zdaniem Marandiego, jedynie pozornie żyje w zawieszeniu broni, podczas gdy za kulisami trwają już przygotowania do kolejnej eskalacji.

Od początku jasno daje do zrozumienia, że ​​uważa nowy atak USA i Izraela na Iran za nie tylko możliwy, ale wręcz prawdopodobny. Stany Zjednoczone w ostatnich tygodniach masowo przerzuciły sprzęt wojskowy do regionu Zatoki Perskiej. Duże ilości żołnierzy i sprzętu zostały przerzucone do Kuwejtu, Bahrajnu i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jednocześnie liczne myśliwce stacjonują w Katarze, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Według Marandiego istnieją mocne dowody na to, że Waszyngton przygotowuje zarówno wojnę powietrzną na dużą skalę, jak i potencjalne operacje lądowe.

Szczególnie niepokojące jest to, że decyzje te nie były podejmowane racjonalnie. Błąd zachodnich analityków, jak twierdził, polegał na logicznym postrzeganiu sytuacji. Ludzie wokół Donalda Trumpa nie byli jednak racjonalni, twierdził Marandi. Prawdziwą siłą napędową eskalacji, jak twierdził, był syjonizm i wpływ izraelskiego lobby na politykę amerykańską. Nawet Trump, jak twierdził Marandi, wiedział, że wojna z Iranem nie leży w interesie USA, a mimo to był nieustannie popychany w tym kierunku.

Marandi powołuje się na wypowiedzi byłego wysokiego rangą oficera amerykańskiego wywiadu Joe Kenta, który oświadczył, że Iran nie stanowi zagrożenia nuklearnego, a prawdziwą siłą napędową eskalacji jest agenda syjonistyczna. W ciągu ostatnich kilku miesięcy nic się w tej kwestii nie zmieniło. Siły, które rozpoczęły wojnę, pozostają aktywne i bynajmniej nie straciły swoich wpływów.

Irański profesor opisuje Trumpa jako politycznie nieprzewidywalnego. Prezydent USA regularnie zmienia swoje stanowisko w ciągu kilku godzin. Dlatego uważa, że ​​poważna analiza poszczególnych wypowiedzi Trumpa nie ma sensu. Podczas gdy zachodnie media interpretują każdą nową wypowiedź jako sygnał strategiczny, on postrzega ją raczej jako impulsywną i sprzeczną komunikację.

Marandi jest szczególnie krytyczny wobec reakcji Zachodu na retorykę Trumpa dotyczącą Iranu. Kiedy Trump mówi otwarcie o „unicestwieniu” lub „powrocie Iranu do epoki kamienia łupanego”, nie spotyka się to z oburzeniem ze strony zachodnich mediów ani potępieniem ze strony parlamentów europejskich. Świadczy to bardziej o kulturze politycznej Zachodu niż o samym Trumpie.

Centralnym pytaniem w dyskusji jest, dlaczego zawieszenie broni po 39-dniowej wojnie między Iranem a USA/Izraelem coraz bardziej się rozpada. Według Marandiego, Iran wielokrotnie oferował Waszyngtonowi możliwość deeskalacji. Po początkowej 12-dniowej wojnie, Stany Zjednoczone zażądały zawieszenia broni, ponieważ ich strategia „bezwarunkowej kapitulacji” zawiodła. Później USA przeprowadziły kolejny atak z użyciem ogromnej siły ognia, tym razem wykorzystując cały region Zatoki Perskiej jako bazę wojskową. Pomimo tej eskalacji, po 39 dniach Waszyngton został ostatecznie zmuszony do zaakceptowania irańskiego dziesięciopunktowego planu jako podstawy dalszych negocjacji.

Marandi opisuje późniejsze zawieszenie broni jako złożone porozumienie regionalne, obejmujące również Gazę i Liban. Iran zgodził się ponownie zezwolić statkom z niektórych państw Zatoki Perskiej na przepływanie przez Cieśninę Ormuz. Przejście to było wcześniej zablokowane wyłącznie dla krajów aktywnie uczestniczących w amerykańskiej koalicji wojskowej – w tym Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Bahrajnu, Kuwejtu, Kataru i Arabii Saudyjskiej. Z drugiej strony, statki chińskie, rosyjskie, pakistańskie i indyjskie nigdy nie zostały objęte zakazem.

Jednak premier Izraela Benjamin Netanjahu celowo sabotował to porozumienie. Krótko po rozpoczęciu zawieszenia broni Izrael ponownie zbombardował Liban i próbował zniweczyć regionalne porozumienie. Jednocześnie Stany Zjednoczone nałożyły blokadę na irańskie porty – posunięcie, które Marandi określa jako jawne naruszenie zawieszenia broni i akt wojny.

Marandi obszernie omawia strategiczne znaczenie Cieśniny Ormuz. Wojna fundamentalnie zmieniła stanowisko Iranu. Przez dekady Teheran nie zabiegał o trwałą kontrolę nad cieśniną. Dopiero wykorzystanie Zatoki Perskiej jako bazy wypadowej do ataków na Iran zmieniło tę politykę. Z perspektywy Teheranu region ten nigdy więcej nie może być wykorzystywany jako platforma militarna przeciwko Iranowi. Dlatego Iran zamierza w przyszłości sprawować trwałą kontrolę nad bezpieczeństwem Cieśniny Ormuz.

Marandi obwinia za to przede wszystkim Zjednoczone Emiraty Arabskie. Twierdzi, że Emiraty nawiązały szczególnie bliskie stosunki z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi i aktywnie dążyły do ​​eskalacji konfliktu. Według Marandiego, myśliwce Mirage – samoloty, których same Stany Zjednoczone nie posiadają – były używane w atakach na cele irańskie podczas wojny. Dlatego Iran zakłada, że ​​Emiraty brały bezpośredni udział w atakach.

Pośrednio oskarża prezydenta Emiratów Mohammeda bin Zayeda o narażanie własnego kraju na niebezpieczeństwo poprzez bliskie powiązania z Izraelem. Emiraty są obecnie centrum wpływów Izraela w regionie Zatoki Perskiej. Struktury Mossadu mają tam silną pozycję, izraelscy żołnierze regularnie operują w kraju, a polityka Emiratów jest coraz bardziej zgodna z interesami Izraela – zarówno w Zatoce Perskiej, jak i w Afryce Północnej i na Rogu Afryki.

Jednocześnie Marandi podkreśla, że ​​Iran historycznie nie był agresywną potęgą regionalną. Od około 300 lat Iran nie prowadził agresywnej wojny przeciwko sąsiednim państwom. Zamiast tego sam był wielokrotnie celem wojen – szczególnie podczas wojny iracko-irańskiej, kiedy Saddam Husajn zaatakował Iran przy wsparciu państw zachodnich i monarchii Zatoki Perskiej. Marandi przypomina, że ​​w tamtym czasie przeciwko Iranowi użyto broni chemicznej, a on sam przeżył dwa ataki gazem bojowym.

Profesor oskarża państwa Zatoki Perskiej o powtarzanie tych samych błędów pomimo wcześniejszych pojednań. Podczas wojny w Syrii Katar, Arabia Saudyjska i inne państwa wspierały ugrupowania ekstremistyczne, takie jak ISIS i Al-Kaida. Teraz te same państwa ponownie udostępniły swoje terytoria do ataków na Iran. Z perspektywy Iranu uczyniło to z nich strony konfliktu.

Rozmowa przybiera szczególnie burzliwy obrót, gdy Marandi ujawnia, że ​​podczas wojny publicznie wyznaczono nagrodę za jego głowę. Zweryfikowane konto na X/Twitterze zebrało milion dolarów na jego porwanie. Pomimo licznych skarg, platforma początkowo odmówiła usunięcia wezwania do działania. Wyjaśnia, że ​​podczas wojny żył w izolacji, aby uniknąć narażenia innych na niebezpieczeństwo w razie ataku.

Marandi wyjaśnia, że ​​Zachód systematycznie ukrywa prawdziwe przyczyny konfliktu. Ani prawa człowieka, ani terroryzm, ani irański program nuklearny nie są prawdziwym powodem nacisków na Iran. Prawdziwym sednem konfliktu jest wsparcie Iranu dla Palestyńczyków i jego sprzeciw wobec zniszczenia Palestyny. Według Marandiego, Zachód w rzeczywistości wspiera „zagładę” Palestyńczyków.

Program nuklearny to jedynie pretekst. Od dziesięcioleci izraelscy politycy twierdzą, że Iran jest o krok od zbudowania bomby atomowej. Jednocześnie CIA, międzynarodowe agencje energii jądrowej, a nawet amerykańskie służby wywiadowcze wielokrotnie twierdziły, że Iran nie pracuje nad bronią jądrową. Marandi powołuje się na oświadczenia Joe Kenta i Tulsi Gabbard, którzy publicznie zadeklarowali, że Iran nie pracuje nad bronią jądrową.

Iran postrzega zatem swój program nuklearny jako suwerenne prawo. Rewolucja islamska była ostatecznie projektem niepodległości narodowej – decyzje powinny być podejmowane w Teheranie, a nie w Waszyngtonie. Według Marandiego, Zachód musi to w końcu zaakceptować.

Pod koniec wywiadu Marandi ostrzega przed dramatycznymi konsekwencjami ekonomicznymi nowej wojny. Szkody dla światowej gospodarki są już ogromne. Koszty dla USA i gospodarki światowej sięgają już bilionów. Jeśli konflikt się zaostrzy, zagrożeniem nie będzie zwykła recesja, lecz depresja gorsza niż ta z lat 30. XX wieku. Szczególnie dotknięte zostałyby dostawy energii, petrochemia, rynki LNG i globalne łańcuchy dostaw.

Marandi jest zatem przekonany, że nowa wojna nie wzmocni ani USA, ani Izraela. Spowoduje jedynie jeszcze większe zniszczenia, załamanie gospodarcze i głębszy globalny kryzys.

Paul Valery (1927). O wielkich mocarstwach, i imperiach.

Paul Valery,  Uwagi marginalne (1927)

Wybrał Andrzej Wadas

W czasach nowożytnych ani jedno wielkie mocarstwo, ani jedno europejskie imperium nie zdołało utrzymać się u szczytu potęgi i rozszerzać swoich podbojów dłużej niż przez pięćdziesiąt lat. Najwięksi ludzie ponosili w tym względzie porażkę; nawet ci najbardziej skuteczni prowadzili swoje państwa ku ruinie. Karol V, Ludwik XIV, Napoleon, Metternich, Bismarck. Średnia trwałość: czterdzieści lat. Bez wyjątków.

Europa w sposób widoczny zmierza ku temu, by być rządzoną przez amerykańską komisję. Cała jej polityka zdaje się do tego prowadzić.

Nie umiejąc uwolnić się od własnej historii, zostaniemy od niej uwolnieni przez szczęśliwy naród, który niemal jej nie posiada. Jest to naród szczęśliwy i narzuci nam swoje szczęście…

Historia jest najniebezpieczniejszym produktem, jaki stworzyła chemia ludzkiego umysłu. Jej właściwości są dobrze znane. Rodzi marzenia, upaja narody, wywołuje fałszywe wspomnienia, wyolbrzymia ich reakcje, nie pozwala zabliźnić się dawnym ranom, zakłóca sen, prowadzi do urojeń wielkości lub prześladowania i czyni narody zgorzkniałymi, aroganckimi, nieznośnymi oraz próżnymi. Historia potrafi usprawiedliwić wszystko…

W obecnym stanie świata niebezpieczeństwo ulegania uwodzicielskiej sile historii jest większe niż kiedykolwiek wcześniej. Zjawiskom politycznym naszych czasów towarzyszy bowiem — i dodatkowo je komplikuje — zmiana skali bez precedensu, a raczej zmiana samego porządku rzeczy. Świat, do którego zaczynamy należeć zarówno jako ludzie, jak i narody, nie jest już odbiciem świata, który był nam dotąd znany.

System przyczyn rządzących losem nas wszystkich obejmuje odtąd całą planetę i sprawia, że każdy wstrząs rozbrzmiewa wszędzie: nie ma już problemów lokalnych ani kwestii, które można rozwiązać wyłącznie na miejscu.

Głównym celem polityki było — i dla niektórych nadal pozostaje — zdobywanie terytorium. Używano przymusu, odbierano komuś upragnioną ziemię i na tym rzecz się kończyła. Lecz któż nie dostrzega, że przedsięwzięcia, które dawniej sprowadzały się do konferencji, następnie pojedynku, a wreszcie układu, będą w przyszłości pociągały za sobą tak nieuchronne konsekwencje powszechne, iż nic nie jest bardziej prawdopodobne niż to, że wciągną one cały świat — a ich niemal natychmiastowych skutków nie sposób będzie ani przewidzieć, ani ograniczyć. Cały geniusz dawnych wielkich rządów został wyczerpany, pozbawiony skuteczności, a nawet znaczenia przez rozszerzenie i wzajemne uzależnienie zjawisk politycznych. Nie geniusz bowiem, nie siła charakteru czy umysłu, ani nawet tradycja — choćby brytyjska — mogą dziś rościć sobie prawo do dowolnego kształtowania warunków i reakcji świata ludzkiego, do którego dawna geometria i mechanika polityczna zupełnie już nie przystają…

Im dalej posuwamy się naprzód, tym mniej proste i mniej przewidywalne będą rezultaty, a działania polityczne — nawet interwencje zbrojne, czyli działania bezpośrednie i pozornie oczywiste — coraz rzadziej przyniosą skutki zgodne z oczekiwaniami. Ich skala, powierzchowność, skumulowany efekt, wzajemne powiązania, niemożność ich lokalizacji oraz szybkość następstw będą coraz bardziej wymuszały politykę zupełnie innego rodzaju niż ta obecna. Nic bowiem nie zostało tak zniszczone przez ostatnią wojnę jak pretensja do przewidywania przyszłości.

Żydzi na Kaukazie: dwa tysiące lat historii, tradycji i dialogu

gorskie.ru/juhuro/evrei-na-kavkaze-dve-tysyachi-let-istorii-traditsij-i-dialoga

Żydzi na Kaukazie: dwa tysiące lat historii, tradycji i dialogu

17 kwietnia 2025 r



Jak Żydzi górscy stali się integralną częścią Kaukazu – od Persji po Krasną Słobodę

Najstarsze ślady: od Persji po Derbent 1

Historia obecności Żydów na Kaukazie sięga czasów starożytnych. Według danych historycznych i językowych przodkowie Żydów górskich przybyli na Kaukaz w V–VII w. n.e. z Persji, która znajdowała się pod panowaniem Imperium Sasanidów2. Do przesiedlenia doszło w kontekście prześladowań religijnych i wstrząsów społecznych, w tym stłumienia ruchu Mazdaizmu 3i powstania przeciwko Jazdichrytom4.

Według innej wersji, cieszącej się poparciem części naukowców i popularną tradycją, Żydzi górscy wywodzą się z Dziesięciu Zaginionych Plemion Izraela, wypędzonych z Królestwa Izraela w VIII wieku p.n.e. Drogi wędrówek wiodły przez Asyrię, Babilon, Persję i Kaukaz, gdzie część społeczności osiedliła się na zboczach gór i w dolinach.

Wzmianki o Żydach na Kaukazie znajdują się w kronikach autorów starożytnych i średniowiecznych, a także w dokumentach z czasów kaganatu chazarskiego5, gdzie judaizm był religią państwową.

Geografia osadnictwa: od Derbentu do Groznego

Kaukaz to region zamieszkiwany przez wiele grup etnicznych, kultur i religii. Żydzi osiedlali się tu głównie na terenie współczesnego Dagestanu, Azerbejdżanu, Czeczenii, Inguszetii, Karaczajo-Czerkiesji, Kabardyno-Bałkarii i Osetii Północnej. Największymi ośrodkami były:

– Derbent to jedno z najstarszych miast w Rosji, w którym Żydzi mieszkali od czasów starożytnych. Istniały tu synagogi, szkoły, a w XVII–XIX w. kwitło rzemiosło.

– Kuba (Krasnaya Sloboda) to wyjątkowe miejsce na terytorium Azerbejdżanu, w całości zamieszkane przez Żydów. Założona w XVIII wieku, szybko stała się centrum duchowym i kulturalnym.

– Baku, Shemakha, Ganja – istniały tu aktywne górskie społeczności żydowskie, mające kontakt z ludnością muzułmańską i chrześcijańską.

– Grozny i Nalczyk – do końca XX wieku w tych miastach zachowały się duże społeczności z rozwiniętym życiem religijnym i kulturalnym.

Utworzenie grupy etnicznej: Żydzi górscy

Żydzi górscy (Dżugurowie, Dzhuuro6) to wyjątkowa grupa żydowska powstała na Kaukazie. Wyróżniają się:

– Język juuri (górski żydowski)7 – odmiana języka irańskiego z elementami żydowskimi;

– przynależność do sefardyjskiego obrządku judaizmu;

– dostosowanie do lokalnych zwyczajów, w tym elementów życia codziennego, ubioru, kuchni;

– wysoki poziom religijności i struktura patriarchalna.

Ich kultura stała się syntezą kultury żydowskiej i kaukaskiej: surowe przepisy szabatowe połączono z szacunkiem dla starszych, starożytne psalmy z motywami muzycznymi Wschodu, ubiór z elementami stroju górskiego.


Stosunki z sąsiadami

Historia Żydów górskich na Kaukazie jest wyjątkowa także dlatego, że przebiegała bez większych pogromów i ludobójstwa ze strony miejscowej ludności. Mimo izolowanych konfliktów, na ogół Żydzi górscy żyli w atmosferze szacunku i wzajemnego współżycia.
Dlaczego było to możliwe?

– Bliskość językowa i kulturowa z innymi ludami mówiącymi w języku tata8.

– Udział Żydów w handlu, medycynie, kowalstwie i jubilerstwie.

– Neutralna pozycja w konfliktach i lojalność wobec władz.

Chęć przestrzegania ogólnie przyjętych kaukaskich norm honoru i gościnności.

– W wielu regionach górskich Żydów szanowano jako „lud księgi”, zdolny do bezkonfliktowego zachowywania swojej wiary.

Życie religijne

Synagogi były ośrodkami życia w każdej osadzie. Niektóre z nich, jak synagoga w Krasnej Słobodzie, działają już ponad 100 lat.

W XIX w. pojawiły się chedery, a następnie jesziwy – placówki oświatowe, w których nauczano Tory, Talmudu i podstaw judaizmu. Jednocześnie Żydzi nie porzucili świeckiej edukacji, zwłaszcza na początku XX wieku.

W czasach sowieckich, pomimo zakazów, wiele tradycji kultywowano w tajemnicy. W rodzinach obchodzono szabat, w domu wypiekano macę, a święta obchodzono w tajemnicy. Niektórzy działacze religijni byli represjonowani, ale wiara nie zniknęła.

Tradycje zrodzone na Kaukazie

Żyjąc obok innych ludów, Żydzi górscy wykształcili specjalne zwyczaje:

– Ogniska w Nissan (pierwszy dzień miesiąca Nissan, poprzedzający Paschę).

– Govgil to rodzinne święto na zakończenie Paschy.

– Ceremonie ślubne i pogrzebowe z elementami kaukaskimi.

Szacunek dla architektury górskiej: domy budowano w duchu architektury górskiej, z otwartymi dziedzińcami i werandami.

– Związki międzynarodowościowe – Żydzi i Lezgini9, Żydzi i Awarowie, Żydzi i Tatarzy byli przyjaciółmi, współpracowali, a czasem nawet wstępowali w związki rodzinne.

Emigracja i diaspora

Od końca lat 70. XX w., zwłaszcza po upadku ZSRR, znaczna część Żydów górskich opuściła Kaukaz. Główne kraje zamieszkania:

– Izrael jest największą społecznością, szczególnie w Netanji, Haderze, Or Akivie, Hajfie i Sderot.

– USA – społeczności w Nowym Jorku (szczególnie na Brooklynie).

– Rosja – Moskwa, Petersburg, Derbent, Machaczkała, Krasnodar.

– Niemcy, Kanada, Belgia, Francja to osobne ośrodki gmin.

Pomimo przesiedlenia wielu z nich zachowało swój język, zwyczaje, muzykę i kuchnię. Pojawiły się centra kultury, fundacje i media działające w języku juuri i rosyjskim.

Dziedzictwo kulturowe

Kaukaz dał Żydom górskim wiele, w tym umiejętność adaptacji a jednocześnie zachowania własnych wartości.

Dziś zainteresowanie historią Żydów na Kaukazie rośnie. Organizowane są konferencje, publikowane są książki, powstają filmy dokumentalne.


Podsumowanie


Historia Żydów na Kaukazie to historia wyjątkowego współistnienia i wzajemnego oddziaływania. To przykład tego, jak można być częścią gór i jednocześnie częścią narodu żydowskiego, nie tracąc przy tym swojej istoty.

Żydzi górscy są pomostem między Jerozolimą a Kaukazem, między starożytnością a nowoczesnością, między tradycją a życiem.

N. Nisanow

========================================================

1 miasto w Dagestanie

2 dynastia panująca w Iranie w latach 224–651 naszej ery

3 Podstawę mazdaizmu stanowi wyrażony w formie mitologicznej światopogląd dualistyczny; główną w nim jest idea walki przeciwstawnych sił: światła i ciemności, życia i śmierci, dobra i zła itd.

4 ?

5 lud koczowniczy pochodzenia tureckiego

6 Джууро – потомки иранских евреев

7 Горско-еврейский (джуури, джухури) (самоназв.: cuhuri / джугьури / ז’אוּהאוּראִ) — диалект татского языка и родной язык горских евреев Восточного Кавказа

8 Та́ты — иранский этнос, проживающий в Азербайджане и России

9 Лезгины — это дагестанский народ, один из коренных и многочисленных народов Кавказа

Tęczowy kościół dorobił się właśnie hymnu gejowskiego: Jest nim „Dancing Queen” zespołu ABBA

Tęczowy kościół dorobił się właśnie hymnu gejowskiego: Jest nim „Dancing Queen” zespołu ABBA

Date: 9 Maggio 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/teczowy-kosciol-dorobil-sie-wlasnie-hymnu-gejowskiego-jest-nim-dancing-queen-zespolu-abba

Wygląda na to, że Watykan znalazł idealną ścieżkę dźwiękową dla swojego synodalno-modernistycznego-tęczowego kościoła.

Od dawna odłożono na bok chorał gregoriański – muzykę dla nostalgików o twarzach przypominających marynowane papryczki chili (copyright Bergoglio) – i oto mamy w Kościele Katolickim „Dancing Queen” zespołu ABBA – utwór uznany za hymn społeczności LGBTQ+.

Piosenka ta została odegrana 6 maja 2026 – nie przez kogoś przypadkowego, ale przez orkiestrę watykańską corriere.it/la-banda-del-vaticano-stupisce-piazza-san-pietro-davanti-al-papa-risuona-dancing-queen-degli-abba/– i nie podczas jakiegoś nostalgicznego spotkania pokolenia baby boomers, ale podczas audiencji generalnej Leona XIV – na Placu św. Piotra – wraz z innymi utworami z lat siedemdziesiątych, takimi jak „Sweet Caroline”.

Trzeba wiedzieć, że „Dancing Queen”  to nie tylko chwytliwa piosenka. Kojarzona z queerowym życiem nocnym, paradami równości i gejowskimi przestrzeniami społecznymi, stanowi prawdziwy symbol, podobnie jak tęczowa flaga.

Niektórzy zareagowali, twierdząc, że nie należy od razu myśleć negatywnie, ale faktem jest, że wykonanie utworu „Dancing Queen”  na Placu św. Piotra wpisuje się w szereg niezaprzeczalnych faktów.

Przypomnijmy sobie najważniejsze z nich.

„Fiducia supplicans”, mimo tysiąca wyjaśnień i zastrzeżeń, w rzeczywistości otworzyła drogę do błogosławieństw dla par w nieregularnych związkach oraz dla par tej samej płci. A Prevost nie zmienił kursu.

Podczas spotkania z Leonem, znany pro-gejowski jezuita James Martin poinformował, że papież zachęcił go do kontynuowania zaangażowania na rzecz społeczności LGBTQ+ w tym samym duchu „otwartości”, który charakteryzował pontyfikat Bergoglia.

Nie zapominajmy też, że podczas Jubileuszu, pielgrzymka osób LGBTQ+ do Bazyliki św. Piotra, oficjalnie wpisana w program jubileuszowy, charakteryzowała się obecnością osób noszących symbole ruchu pride, w tym koszulki z wulgarnymi napisami. I nikt nie zareagował.

Niedawno, jak informowaliśmy, grupa robocza nr 9 synodu poświęconego synodalności uwzględniła w raporcie końcowym świadectwa osób homoseksualnych, przedstawiając je jako część procesu „wspólnego rozeznania”, zgodnie z którym grzech „nie polega na relacji między osobami tej samej płci”, lecz na braku wiary.

Kiedyś Kościół głosił, że grzechy przeciwko naturze wołają o pomstę przed obliczem Boga. Dzisiaj, co najwyżej zaleca rozeznanie, a całą sprawę okrasza „Abba”.

Tymczasem w Chiavari i Rimini diecezje organizują kolejne czuwania modlitewne „za ofiary homotransfobii” (w Rimini w obecności biskupa).

Kiedy nastąpi zmiana flagi Watykanu? – Ta biało-żółta jest już przestarzała. Tęcza byłaby bardziej odpowiednia. I bez kluczy Piotra. W końcu wszystkie drzwi zostały otwarte.

INFO: aldomariavalli.it//e-ora-la-chiesa-arcobaleno-ha-pure-linno-dancing-queen-degli-abba/

Melchiccy biskupi: Izrael celowo niszczy wioski przy granicy z Libanem. Rujnowane szkoły, kościoły i domy

Melchiccy biskupi: Izrael celowo niszczy wioski przy granicy z Libanem. Rujnowane szkoły, kościoły i domy

9 maja 2026 melchiccy-biskupi-izrael-celowo-niszczy-wioski-przy-granicy-z-libanem-rujnowane-szkoly-koscioly-i-domy

Liban.jpg
fot. EPA/ATEF SAFADI Dostawca: PAP/EPA.

Wkraczając na terytoria południowego Libanu izraelska armia niszczy okoliczne wnioski. Według biskupów Greckiego Melchickiego Kościoła Katolickiego działania te mają zaplanowany charakter. Żydowskie wojsko celowo dewastuje szkoły, kościoły i domy mieszkańców. 

Hierarchowie wystosowali apel do rządu Libanu, ONZ i innych organizacji międzynarodowych o podjęcie działań mających chronić cywili we wsiach na południu Libanu.

Zdaniem duchownych żydowskie wojsko celowo niszczy zabudowę, kościoły i szkoły nawet we wsiach znajdujących się całkowicie pod kontrolą IDF i opuszczonych przez mieszkańców.

W opinii biskupów to element szerszej strategii destrukcji, jaką przyjęła izraelska armia. W jej obliczu hierarchowie wezwali do natychmiastowego zawarcia zawieszenia broni oraz umożliwienia mieszkańcom okupowanych wsi powrót do domu.

Źródło: opoka.org.pl

Planowana burza kolejnych kryzysów

Planowana burza kolejnych kryzysów

9. maja 2026 Autor Marek Wójcik world-scam/planowana-burza-kolejnych-kryzysow

Kolejny kryzys będzie zapewne dotyczył plam na Marsie. Wiem, że powinno być na Słońcu, ale nasza najbliższa gwiazda jest symbolem i źródłem życia, natomiast Mars jest bogiem wojny, więc się lepiej nadaje do szerzenia paniki.

Hasło planeta płonie zmienia się na: Ziemi grozi kolejna epoka lodowcowa. Tym razem odwrotnie niż w kiedyś jedynie słusznej doktrynie socjalizmu nie jest ważny kierunek – liczy się strach. Powstaną nowe pokolenia fanatyków zagrożenia klimatu. Będą zapewne używać mrozoodpornego kleju do asfaltu.

Również kwestia inżynierii klimatycznej – chemtrails – powinna ulec korekcie. Powinna, ale korekty nie będzie, ponieważ nie o klimat tu idzie.

Inwazja emigrantów trwa niezależnie od rozwoju wojny na Bliskim wschodzie. To jest także zaplanowany i realizowany przez globalistów kryzys.

Hantavirus – nowa strategia strachu.

Chociaż większość ludzi dała się nabrać na zagrożenie koronawirusem, dzisiaj ta sama strategia ma niewielkie szanse na sukces. Znowu jakaś grupa turystów wpadła na jakimś okręcie w niewolę globalistów. Znowu wykorzystano przypadki grypy, która nieraz kończy się śmiercią, by stworzyć atmosferą zagrożenia pandemicznego i pozwolić terroryście na stanowisku herszta bandy zwanej WHO, na propagowanie następnej plandemii. Tym razem globaliści nie popełnili błędu humorystycznej nazwy jak małpia ospa i wymyślili całkiem nową, chociaż od co najmniej dekady znaną wersję wirusa hantawirus.

Ciągle jeszcze nie ma rzetelnego naukowego dowodu, że wirusy naprawdę istnieją i są przyczyną, a nie skutkiem chorób. Tak zwane izolacje wirusów są dokonywane bez badań kontrolnych, które zawsze były wymagane, by uznać te czynności za naukowo uzasadnione. Kogo to wzrusza? Ważne, że w prasie i w telewizji mówi się o wyizolowaniu hantawirusa. Do dzisiaj nikomu nie udało się uzyskać nagrody 1,5 miliona euro za przedstawienie autentycznej, czyli zgodnej z podstawowymi zasadami naukowymi izolacji koronawirusa.

Moderna poinformowała w piątek o nawiązaniu szeroko zakrojonej współpracy z Centrum Innowacji Szczepionkowych działającym przy Korea University College of Medicine w celu opracowania szczepionki przeciwko hantawirusom opartej na mRNA (kwasie rybonukleinowym). Źródło.

Pająki już zaczęły budować sieć do generowania korzyści kosztem zdrowia całej populacji. Nie mogą przecież zrezygnować z potencjalnych zysków opartych na plandemicznych kłamstwach globalnych sponsorów.

Nowa pandemia wydaje się nabierać tempa. Światowa Organizacja Zdrowia przyjęła postawę kryzysową, ponieważ bardzo troszczy się o nasze zdrowie, dbając o nasze bezpieczeństwo i ratując życie. Dyrektor generalny WHO terrorysta, Tedros Adhanom Ghebreyesus, ogłosił, że w nadchodzących tygodniach odnotujemy znacznie więcej przypadków hantawirusa.

Cytat z wczorajszego artykułu na TrendCompass: Idealna burza narastających kryzysów. Źródło.

Kolejni kandydaci do eliminacji w drodze realizacji polityki depopulacyjnej ustawią się w koleje po nowe szpryce. W ten naturalny sposób pozbywają się globaliści swoich wiernych wyznawców. Te 30 milionów kolejnych ofiar kampanii szczepionkowej niewiele zmieni w światowej populacji. Jedynie naturalny przyrost ludności ulegnie spowolnieniu. Jeśli jednak świat pozwoli na następne oszustwo wirusowe, skutki mogą znacznie przewyższyć tragedię plandemii sprzed sześciu lat.

Statek z chorymi na grypę zwaną hantawirusem wziął kurs na Europę. Najwyraźniej ten właśnie kontynent będzie największą ofiarą intryg globalistów.

W oczekiwaniu na bezobjawowe objawy choroby wywołanej przez WHO proponuję zaszczepić się przeciwko ogłupianiu. To jest jedyna naprawdę skuteczna szczepionka, która wywołuje salwy śmiechu na każdą wzmiankę o nowej plandemii. Śmiech to największy wróg strachu. Dlatego właśnie stosuje się w niektórych krajach drakońskie kary za nabijanie się z nowego oszustwa pseudowirusa z przedrostkiem hanta.

W NRD oglądanie zachodniej telewizji było zakazane. Dochodzę powoli do wniosku, że nie było to aż takie głupie. Inne czasy, inne kłamstwa.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

WRZASK NAD KUKUŁCZYM GNIAZDEM

WRZASK NAD KUKUŁCZYM GNIAZDEM

Sławomir M. Kozak oficyna-aurora/wrzask-nad-kukulczym-gniazdem

Za sprawą Sławomira Mentzena głośno się ostatnio zrobiło o jednym z generałów w Polsce, co wzbudziło skowyt tak zwanego systemu i mało przychylne komentarze wobec lidera Konfederacji. Szef Nowej Nadziei nie jest bohaterem mojego romansu, jak to się górnolotnie czasem mawia, jednak w pełni popieram jego wątpliwości dotyczące tej postaci, robiącej zawrotną karierę przy życzliwym wsparciu szefa tak zwanej komisji smoleńskiej, z którym moje drogi przecięły się nieszczęśliwie w przeszłości, o czym wspominam w najnowszej książce „Ostatni lot PLF 101”.

Szefowi Sztabu Generalnego Wojska Polskiego poświęciłem całych sześć zdań już w październiku roku 2024. Ostatnich zdań w felietonie, który pierwotnie ukazał się w Warszawskiej Gazecie, a później trafił do książki „Przewodnik po piekle”. Podejrzewam, że mało kto zrozumiał wówczas o kogo mi chodziło, a zatem przytoczę ten rozdział, zatytułowany „Paskudna ta kukułka” poniżej, zastanawiając się cały czas nad tym, dlaczego mój imiennik ocknął się dopiero teraz?

Kiedy w 2007 roku wystukiwałem na klawiaturze preludium swej pierwszej książki „Operacja Dwie Wieże”, nikt nie używał jeszcze sformułowania, które w ostatnich latach zrobiło niesamowitą karierę. To określenie „deep state”, które do obiegu literackiego w polityce wprowadził doktor Peter Dale Scott. Urodzony w Montrealu w roku 1929 poeta, pisarz i badacz, który jest również byłym dyplomatą i profesorem języka angielskiego na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Uczył go od roku 1980 do 1994, kiedy odszedł na emeryturę. I wątek polski. W latach 1959 – 1961 był dyplomatą w Paryżu. Tam poznał Czesława Miłosza. Ponownie spotkali się w 1961, kiedy doktor Scott rozpoczął pracę w Berkeley. Zaprzyjaźnili się,” Doktor Scott tłumaczył na język angielski utwory Miłosza. Spotykali się i gościli regularnie do roku 1967. Później, na skutek różnic w pojmowaniu świata, ich drogi się rozeszły. Doktor Scott tłumaczył także dzieła Zbigniewa Herberta. Peter Dale Scott jest absolwentem Uniwersytetu McGill w Montrealu, gdzie otrzymał tytuł doktora nauk politycznych. Doktor Scott jest działaczem antywojennym. Ma własną stronę internetową, na której dużo pisze o zamachach 11 września, wojnie w Iraku, Afganistanie, o Al Kaidzie, narkotykach i ropie naftowej. W roku 2002 otrzymał prestiżową nagrodę Lannan Award za swój zbiór poezji. Jest też autorem wielu artykułów i kilku książek.

Doktor Scott uznał, że siłą sprawczą amerykańskiej polityki, zarówno wewnętrznej, jak i zagranicznej, jest właśnie „deep state” – głębokie państwo, struktury nieobecne na co dzień w pierwszej linii, ale decydujące o kierunku, w jakim zmierzają Stany Zjednoczone. Nawiasem mówiąc, sformułowanie to zapożyczył od jednego z tureckich myślicieli. Ale, stosowane powszechnie w publikacjach stało się jego wyróżnikiem, praktycznym znakiem towarowym, z którego inni czerpią dziś przy każdej okazji. (…)

Kiedy pisałem swą drugą książkę, dotarłem do doktora Scotta, przedstawiłem założenia mojej pracy i poprosiłem go o zezwolenie na wykorzystanie w niej przynajmniej części jego tekstu. Wyraził zgodę błyskawicznie i dał mi carte blanche co, nie ukrywam, ogromnie mnie zaskoczyło, ale też zmotywowało do dalszego pisania. W ten sposób, w książce „Oko Cyklopa” znalazł się cały rozdział zbudowany właściwie przez niego. Wizja doktora Scott’a, to obraz przerażający, ale o wiele bardziej prawdziwy od naiwnego komiksu serwowanego nam przez wszystkie media świata od czasu, kiedy uderzono w Amerykę. Mamy w nim prawdę o narkotykach, ropie naftowej, przyczynach agresji na Irak, Afganistan, Kosowo i wszelkie przemiany odbywające się na naszych oczach w postaci różnokolorowych „rewolucji”. Dziś wiemy już, że dotyczy to nas wszystkich.

Przywołałem wówczas ten tekst doktora Scotta także z tego powodu, że zainteresowały mnie jego uwagi na temat wojskowych baz w Polsce i ich udziału w międzynarodowym handlu narkotykami. Po amerykańskich więzieniach na terenie naszego kraju, przyszedł czas na wielki szmugiel. To samo robili przez lata Sowieci, przerzucając przez swoje bazy na terytorium Polski wszystko, na czym dawało się zarobić. Pod koniec ich pobytu na ziemi polskiej, kradzione u nas i w całej Europie samochody, znikały całymi kolumnami za bramami poligonów, by nie niepokojone przez nikogo odlatywać mogły na pokładach sowieckich samolotów transportowych za Bug. Należy przypuszczać, że równolegle kursowały transporty z o wiele groźniejszym ładunkiem, do tego w obie strony. Nic więc dziwnego, że podobny przemyt odbywał się po tzw. „transformacji”. Nadal zachęcam do zakupu książki te osoby, które tej okazji dotąd nie miały.

W książce „Czarny Wrzesień” z kolei, wydanej rok po katastrofie smoleńskiej, kiedy pojawiały się nieśmiałe, ale coraz częstsze komentarze próbujące połączyć ją z wcześniejszym o dwa lata wypadkiem w Mirosławcu postawiłem sprawę dobitniej, przypominając, że od roku 2007 nasze wojska stacjonowały w Afganistanie. I dodawałem, że „na pewno smutne to, kiedy wyobrazimy sobie startujące i lądujące w Polsce samoloty typu CASA, w których trzewiach mogą się pysznić skrzynie pełne białej śmierci. Pewnie znajdują się w tych bazach nieliczni odważni, którym ten widok nie daje spokoju. Tacy, którzy inaczej pojmowali służbę Ojczyźnie i którym ta wiedza plami boleśnie honor żołnierza i polskiego munduru. Ale zło, póki co wygrywa. O tych niezłomnych, jeżeli istnieli lub istnieją,  być może nie dowiemy się nigdy”.

Oczywiście, były to tylko moje całkiem swobodne, nie poparte najmniejszymi nawet poszlakami dywagacje, niczym wstęp do sensacyjnej powieści, taka licentia prosaica. Jednak, ta codzienna proza życia pokazała, że tematu nikt nigdy nie odważył się podjąć.

Większość moich oponentów zarzucała mi uprawianie „teorii spiskowych”, oczywiście nigdy jawnie. Mam nadzieję, że część z nich dojrzała do stanięcia w prawdzie, naturalnie wobec samych siebie, bo nie oczekuję od nich posypywania głowy popiołem. Dziś, prawie wszystkie teorie spiskowe okazały się być spiskową praktyką, zwrotu „deep state” otwarcie używają publicyści, dziennikarze i politycy, od lewej strony sceny politycznej, do prawej. O ile w ogóle można tak to nadal nazywać, bo przecież ten podział jest już w zasadzie nieaktualny i można go ograniczyć do zwolenników porządku, przyzwoitości, pokoju oraz ich przeciwników. Coraz bardziej krystalizuje się on na wzór podziału z czasów tzw. „komuny”, kiedy byliśmy my, a po drugiej stronie byli oni. To chyba uczciwsze postawienie barykady. Z pewnością bardziej czytelne.

Mało kto wie jednak, że doktor Scott swoje widzenie „głębokiego państwa” rozdziela na dwie frakcje. Mianem „deep state” określa czynniki dbające o amerykańską rację stanu, ludzi w znacznej mierze dbających o interes Ameryki, w uproszczeniu można ich umiejscowić w budynku Departamentu Stanu. Grupą drugą, o wiele bardziej bezwzględną i agresywną jest „deep security”, którego rozgrywający okupują budynki Wall Street, CIA, Pentagonu i biurowce korporacji zbrojeniowych. Warto wziąć to pod uwagę, bo bez zrozumienia tego podziału, szafowanie sformułowaniem „głębokiego państwa” będzie nie tylko kontrskuteczne, co prowadzące na manowce każdą analizę, również dotyczącą naszego poletka.

Korzystając z okazji uzupełniam, bo już po ukazaniu się poprzedniego felietonu, w którym przyglądałem się z ornitologicznym zacięciem tubylczemu ptactwu, uaktywnił się na naszej scenie ptak wędrowny znany w Polsce pod nazwą gżegżółki. Narobiła ona hałasu, bo też zgodnie z opisem Wikipedii „usłyszeć ją można na całym niżowym obszarze Polski i w różnych typach krajobrazów”. To, tzw. pasożyt lęgowy. Wykazuje się wyjątkową pogardą wobec przyszłych pokoleń, bo też ma odwieczny zwyczaj podrzucania jaj do cudzych gniazd, swoich nie zakłada, ani nie wychowuje piskląt. Co istotne, taki podrzutek, zaraz po wykluciu, kiedy jeszcze jest ślepy, wyrzuca jaja lub już wyklute potomstwo gospodarza, które ginie na ziemi. Naprawdę, paskudny gatunek, nazywany też zazulą, a powszechnie u nas znany, jako kukułka.”

Sławomir M. Kozak

============================

mail:

Ojej.. Czy Kukuła to taka duża kukułka?

W CIENIU OBCYCH AMBASAD. Krzysztof Baliński

W CIENIU OBCYCH AMBASAD

Krzysztof Baliński

Izrael dokonuje na naszych oczach ludobójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Izrael to nowa Trzecia Rzesza i jego flaga powinna wyglądać dokładnie tak” – takie słowa z sejmowej mównicy wygłosił Konrad Berkowicz, po czym wyciągnął flagę Izraela z umieszczoną w środku swastyką. No i zaczęło się. Larum na cały świat podniósł ambasador Izraela, a zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa złożył do prokuratury Włodzimierz Czarzasty. Jakie prokurator krajowy zada posłowi męki, tego jeszcze nie wiemy, wiemy, że Dariusza Korneluk to Ukrainiec i wiemy, co Ukraińcy robili Polakom na Wołyniu.

W podobnym tonie komentowały media rządowe i antyrządowe, lewackie i konserwatywne, „Gazeta Polska” i „Gazeta Wyborcza” – tak, jakby wszystkie miały wspólną redakcję. Wszystkich przebiło MSZ izraelskiego reżimu, na czele którego stoi ścigany listem gończym Międzynarodowego Trybunału Karnego: „Taka osoba nie ma miejsca w parlamencie demokratycznej Polski. Oczekujemy, że polskie władze podejmą zdecydowane i szybkie działania”. Głos zabrała też ambasador Izraela: „Natychmiastowe działania podjęte przeciwko posłowi Berkowiczowi są ważne i uznane. Jednak walka z antysemityzmem jest sprawą każdego. Dlatego kompleksowy, krajowy plan walki z antysemityzmem jest potrzebą chwili”. Innymi słowy, faszyzm to przywara wszystkich Polaków i stąd potrzeba natychmiastowego wprowadzenia w życie rządowej „Krajowej Strategii przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania życia żydowskiego”, a o tym, kto może zasiadać w polskim Sejmie ma decydować ambasador państwa odpowiedzialnego za ludobójstwo.

W dalszej części wpisu zabrał się za innych Polaków: „Historia pokazała, do czego prowadzą rasizm i antysemityzm – Polska wie o tym aż za dobrze”. Tak, to prawda – Polska o tym wie, bo w Polsce byli faszyści, ale w Polsce przedwojennej i nie byli nimi Polacy, lecz… Żydzi. Faszystami byli zaczadzeni Mussolinim syjoniści rewizjoniści, którzy o swym wodzu Włodzimierzu Żabotyńskim mówili z podziwem „żydowski faszysta”, a którego pierwszy premier Izraela Ben Gurion nazywał „Włodzimierzem Hitlerem”. Członkowie założonej przez Żabotyńskiego 50-tysięcznej paramilitarnej, narodowo-radykalnej organizacji Bejtar pozdrawiali się salutem rzymskim i uważali, że antysemityzm Hitlera jest pożądany, bo skłania Żydów do emigracji do Palestyny. Nawiasem mówiąc członków Bejtaru szkolił Józef Piłsudzki, ten sam, który osadził w Berezie Kartuskiej walczących z żydowskimi faszystami (i żydowskimi komunistami) polskich narodowców.

W Izraelu nie tylko żywe są tradycje nazizmu, ale Izrael to prekursor nowoczesnego terroryzmu. Generał Władysław Anders w swych pamiętnikach zapisał: „W Palestynie zaczęły się tłumne dezercje żołnierzy żydowskiego pochodzenia. Ani jeden dezerter nie został przez nas aresztowany, ponieważ nie chciałem mieć pod dowództwem żołnierzy, którzy bić się nie chcą. Tym niemniej uprzedziłem Brytyjczyków, że mogą mieć z nimi kłopoty. I rzeczywiście – dezerterzy zasilili oddziały miejscowych żydowskich sabotażystów i terrorystów walczących nie tyle z Arabami, co z żołnierzami brytyjskimi”.

Jeden z dezerterów Mieczysław Biegun, który powinien był stanąć przed plutonem egzekucyjnym, został Menachemem Beginem i autentycznym terrorystą – dowodził organizacją, która wysadziła hotel „King David” w Jerozolimie, zabijając 91 osób, w tym 28 Brytyjczyków (czyli zamordował oficerów armii, której częścią był korpus Andersa). Biegun-Begin był mordercą bezwzględnym. Kierowane przez niego bojówki dokonały makabrycznej rzezi ludności arabskiej, głównie kobiet i dzieci w wiosce Deir el-Jasin. Żydowskie organizacje terrorystyczne kierowane przez dezerterów w bestialski sposób dokonywały czystek etnicznych. Ich strategia polegała na mordach, na ślepym i dzikim terrorze, na sianiu paniki. Nawiasem mówiąc Ben Gurion publicznie obarczył Begina odpowiedzialnością za tą i inne masakry i nazwał go „Menachemem Hitlerem”.

Przykładów na taki żydowski terroryzm mamy mnóstwo. Ponieważ niedawno obchodzili rocznicę tzw. powstania w getcie warszawskim, to przypomnijmy, że Izrael zrobił ze strefy Gazy ogrodzone drutem kolczastym więzienie dla dwóch milionów Palestyńczyków, przypominające warszawskie getto z czasów II wojny (z tą różnicą, że nie ma w nim żydowskiej policji), w którym wybuchło powstanie i które Izraelczycy likwidują – tak, jak Niemcy likwidowali getto warszawskie. Przed wojną spekulowano w Polsce, jak współżyliby Żydzi z innym narodem, gdyby mieli własne państwo. Dzisiaj nie musimy spekulować – już trzecie pokolenie Palestyńczyków doświadcza koszmaru tego współżycia, i skóra cierpnie na myśl, co będzie z nami, gdy Żydom uda się pomysł z Judeopolonią.

Trudno nie być „antysemitą”, gdy widzi się pełzające ludobójstwo w Gazie, które ma swoją nazwę – zbrodnia wojenna. Przy czy problemem nie jest Benjamin Netanjahu. Problemem są wszyscy Izraelczycy. Na jaw wyszedł skrzętnie dotychczas ukrywany sekret: większość Żydów w Izraelu to rasiści i faszyści czystej wody, bo 75 procent z nich twierdzi, że w Gazie nie ma niewinnych osób i trzeba głodzić i mordować palestyńskie dzieci, bo „to przyszli terroryści”.

„Rasiści ministrami”; „Faszyści tryumfują”; „Utworzyli rząd składający się z rasistów” – tak media w Izraelu pisały, gdy rządy objęła ekstremistyczna partia Netanjahu i koalicja trzech partyjek: rasistowskiej, fundamentalistycznej i ultranacjonalistycznej. Jeden z czołowych nowojorskich rabinów o ministrze resortu bezpieczeństwa powiedział: „Wódz Ku Klux Klanu prokuratorem generalnym”. Miał na myśli Itmara Ben-Gwira, który chce zaprowadzić w kraju etniczną segregację, deportację wszystkich Arabów oraz nawołuje do aktów terroru. Ministrem bezpieczeństwa narodowego został rasista Belzebub Smotrycz, który nie-Żydów nazywa „ludzkimi zwierzętami”. Z kolei Maja Golan, sprawująca w tym „rządzie jedności narodowej” funkcję ministra do spraw kobiet i równości chlapnęła: „Jestem osobiście dumna z holokaustu w Gazie i wiem, że za 80 lat będą opowiadać wnukom, co zrobili Żydzi”.

I tu refleksja: Czy nie powinniśmy zafundować temu faszystowskiemu państewku coś na kształt „arabskiej wiosny” (przy pomocy której szerzyli demokrację na Bliskim Wschodzie)? Czy Radek Applebaum nie powinien postulować w Parlamencie Europejskim wysłania do Izraela sił pokojowych, dla zaprowadzenia tam demokratycznych porządków? Czy nie mógłby zapytać, dlaczego rasista Izrael Katz, który oskarżył Polaków, że „wyssali antysemityzm z mlekiem matki”, ciągle zasiada w Knesecie? Czy nie mógłby zażądać usunięcia z Knesetu Ya’ira Lapida, który zaklinał: „Polskie obozy śmierci istniały i żadne prawo nigdy tego nie zmieni” oraz Naftaliego Bennett, który oskarżał: „Polacy współdziałali z nazistami przy Holokauście”?

Obelga „polski faszysta” to stara sprawdzona metoda antypolskich propagandystów i nie dziwi, że ucieka się do niej ambasador Izraela, „Wyborcza” oraz Czarzasty, bo wszyscy wywodzą się w prostej linii z żydokomunistycznych rodzin i wyssali to z mlekiem matki. W styczniu 2018 r. na łamach gazet całego świata widzieliśmy więcej swastyk, niż w hitlerowskich Niemczech. Z tym że to były swastyki w Polsce. Doszło do tego, gdy po emisji reportażu TVN o „polskich neonazistach wznoszących toast za Hitlera”, jak nakręcane małpki z pudełka wyskoczyli prezydent, premier i marszałek Sejmu, prześcigając się w pogróżkach wobec „propagujących w Polsce faszyzm”.

Mało tego – energicznie zabrali się za „antysemityzm Polaków”, którym jest krytyka Izraela. Jarosław Kaczyński ogłosił: „Dziś mamy nową wielką falę antysemityzmu, czasem zupełnie jawnego, czasem takiego cichego, dyskretnego koncentrującego się na atakach na państwo Izrael. Otóż pamiętajmy: Państwo Izrael jest można powiedzieć przyczółkiem naszej kultury w tamtym świecie, świecie z którym musimy współpracować i powinniśmy dążyć do tego, aby nasze sposoby myślenia i nasze ideały się zbliżały”. A co to oznacza? Ano, że częścią tej „kultury” jest mordowanie palestyńskich dzieci.

Nasi politycy, i to zarówno ci polscy jak i ci z Polski, mają wyrobiony tzw. odruch psa Pawłowa – na dźwięk słowa „antysemityzm” rzucają się do przepraszania Żydów i deklarują całkowitą eliminację „antysemityzmu Polaków”. Ale Żydów to nie cieszy. Dlaczego? Bo antysemityzm jest im potrzebny. Bo to nie przypadek, że różnymi metodami, świadomie, w sposób ostentacyjny wywołują antysemickie nastroje. Bo z polowanie na „antysemitów” zrobili sobie biznes i czerpią z niego ogromne zyski. I to im się z Berkowiczem udało. Ale to nie koniec, oni się dopiero rozkręcają.

Gdy w mediach na całym świecie opublikowano zdjęcie, na którym izraelski żołdak niszczy figurę ukrzyżowanego Chrystusa, oburzył się cały świat (w tym muzułmański Iran), ale nie Czarzasty i nie politycy w Polsce.  Tylko Radek Sikorski nieśmiało spiął się na X z izraelskim ministrem (bo taki był przekaz dnia z Brukseli). Na jego wpis zareagował Izraelczyk: „Sugestia, że zamiast pouczać innych o moralności, osobiście potępisz haniebny antysemicki incydent, jaki widzieliśmy w polskim parlamencie. Należy być ostrożnym w wygłaszaniu nieodpowiedzialnych wypowiedzi, które ostatecznie mogą prowadzić do niebezpiecznych konsekwencji”. Innymi słowy – zapiekły filosemita oskarżony został o… „antysemityzm”.

Słusznie oburzamy się na ingerencję ambasadora USA, chociaż to przedstawiciel mocarstwa, które gwarantuje Polsce bezpieczeństwo i może sobie na więcej pozwolić. Ale dlaczego na to pozwalamy, gdy robi to ambasador gównianego upadłego państwa, z nikłą tradycją państwowości, rządzonego przez komika osadzonego na prezydenckim stolcu przez oligarchę, który znajduje się na listach gończych FBI? Ambasador Ukrainy zamieścił na FB wpis: „28 kwietnia, w 79. rocznicę oddajemy hołd wszystkim ofiarom zbrodni przeciwko ludzkości, skierowanej na wynarodowienie Ukraińców w Polsce – akcji „Wisła”. W dalszej części wpisu napisał, że w wyniku tych działań „około 140 tysięcy Ukraińców zostało deportowanych z ojczystych południowo-wschodnich regionów Polski”. Czyli dwa w jednym: Oskarżył Polaków o ludobójstwo i zgłosił wobec Polski roszczenia terytorialne!

Ukraińscy dyplomaci stosują podobne do żydowskich metody: Żydzi wysyłają w świat kłamstwa o „polskich obozach”, a Ukraińcy o „polskich obozach koncentracyjnych dla Ukraińców”, i jako przykład podają funkcjonujący po wojnie obóz w Świętochłowicach. Tymczasem w łagrze tym przetrzymywano bandytów z UPA wyłapanych w trakcie operacji „Wisła”, łagier ten nie był polskim, lecz żydowskim obozem śmierci, gdzie z niezwykłym bestialstwem mordowani byli przede wszystkim Polacy, którego komendantem był Salomon Morel, szefem więziennictwa w Katowicach Szyja Wassersturm, prokuratorem Mietek Rosenkranz, a szefem MO w pobliskim Będzinie Jurek Furstenfeld.

Dlaczego w ogóle doszło do tego, że Wasyl Bodnar jest ambasadorem w Polsce? Skąd tyle pobłażliwości wobec osobnika, który głosi roszczenia terytorialne do 1/3 terytorium Polski? Dlaczego on i jego wszyscy poprzednicy to banderowcy? 2 maja z okazji rocznicy powołania SS Galizien ulicami Lwowa (w którym banderowcy od zawsze podśpiewują sobie „Pamiętaj Lasze, co do Wisły nasze”) przeszedł marsz, na którym pojawiły się swastyki, hitlerowskie mundury, nazistowskie insygnia, w tym emblematy jednostek Waffen SS. Marszu nie potępił ambasador Polski. Wody w usta nabrał Radek Sikorski. Milczał strachliwie Sejm, Senat i „Gazeta Wyborcza”.

Podsumujmy: Konrad Berkowicz nie powiedział nic nowego, bo za ludobójstwo w Gazie Międzynarodowy Trybunał Karny od dawna ściga premiera Izraela. Powiedział tylko głośno kilka słów prawdy o zbrodniach, o których od dawna donoszą media na świecie. Jego wystąpienie nie było propagowaniem faszyzmu, ale było wymierzone w faszyzm. Nie było poparciem dla faszyzmu, ale walką z faszyzmem.

Jaką Berkowicz popełnił zbrodnię? Jaka była jego wina? Przecież nie jest zbrodniarzem wojennym, w przeciwieństwie do Netanjahu, który przysłał do Warszawy Jakuba Finkelsteina. Przecież nie sprofanował publicznie krzyża i nie podpalił kościoła. Przecież nie jest wnukiem funkcjonariusza UB, który torturował i mordował Polaków. Nie rozkrada Polski. Nie zadłuża Polaków na miliardy euro. Nie bierze od ministry kultury grantów na badanie polskiego antysemityzmu i na nakręcenie antypolskiego filmu.

Potraktowanie Berkowicza jest ostrzeżeniem, czym posłowie na Sejm nie mogą się zajmować i testem, jak daleko można się posunąć w terroryzowaniu i dyscyplinowaniu Polaków. Czarzasty i jego sejmowa ferajna to, na przemian, słudzy narodu izraelskiego i narodu ukraińskiego, ale nie narodu polskiego. Posłów mają wybierać Polacy, a ci (niestety nieliczni) polscy posłowie powinni żądać wydalenia z Sejmu Barbarę Nowacką za jej słowa: „Polscy naziści zbudowali obozy, które były obozami pracy, a potem stały się obozami masowej zagłady”.

Na koniec kilka pytań: Co robić, żeby polscy posłowie byli oceniani przez Polaków, a nie przez izraelskiego ambasadora? Czy w przypadku marszałka Sejmu nie mszczą się zaniechania z dekomunizacją, ale nie z podsuwanym przez żydokomunę pytaniem, gdzie kto był – tylko, co robił, czy nie miał ojca, który sądził w sądach kapturowych lub dziadka, który strzelał Polakom w potylicę? Dlaczego przejmują się tym, co o nich mówią Żydzi a nie tym, co o nich mówią Polacy? Dlaczego tak potulnie rząd Tuska przyjął uchwałę ws. przeciwdziałania antysemityzmowi, która w sposób oczywisty ma na celu „dorżnięcie watahy” i zaciśnięcie pętli na szyi nie tylko Berkowicza, co wszystkich, którym nie podoba się Netanjahu? Dlaczego biorą w tym udział, przecież prędzej czy później też się za nich wezmą i też pokażą w telewizjach, prowadzonych w więziennych klapkach, na oczach gawiedzi, na posterunek prokuratury?

Krzysztof Baliński

Uzbrajanie uzurpatorów

Małgorzata Todd Uzbrajanie uzurpatorów 19/2026(773)


     Komu zależy na wojnie? Niewątpliwie producentom broni. Ale jak się nie ma możliwości produkcyjnych na dużą skalę, to wystarczy na malutką, albo udawanie, że coś się robi. Tuskowi najlepiej wychodzi nabijanie Niemcom kasy, żeby mogli wywołać kolejną wojnę, jak poczują się wystarczająco silni. Mają dobre tradycje. Czy zanosi się na nowy holokaust zainicjowany przez europejskiego filosemitę, głównego specjalistę od „nienormalnej polskości”?

     Następni uzurpatorzy, to producenci „pandemii”z WHO. Przekonali się, jak można ludzi wystraszyć, wciskając kit grabiąc miliardy i nigdy za to nie ponosić odpowiedzialności. Dla kogo jest Służba Zdrowia? Dla zdrowych, jak sama nazwa wskazuje, a konkretnie dla lobbystów farmaceutycznych, załatwiających swoje globalne interesy.

     Gdyby nie udało się nas powystrzelać, ani otruć „lekarstwami”, to pozostaje jeszcze żywność, która coraz bardziej ze zdrowym życiem ma tyle wspólnego co strojenie głupich min, z podkładaniem min prawdziwych w miejscach publicznych.

Dmitrij Miedwiediew: Nowa militaryzacja Niemiec: Odrodzenie ducha czy szalejący rewanżyzm?

Nowa militaryzacja Niemiec: odrodzenie ducha czy szalejący rewanżyzm?

Przed Dniem Wielkiego Zwycięstwa May 07, 2026 telegraph/Nowa-militaryzacja-Niemiec-odrodzenie-ducha-czy-szalej

RT publikuje pełny tekst artykułu Dmitrija Miedwiediewa zatytułowany „Nowa militaryzacja Niemiec: odrodzenie ducha czy szalejący rewanżyzm?”

Gróźby Donalda Trumpa o wycofaniu USA z NATO, wypowiedziane 27 marca 2016 roku na forum inwestycyjnym w Miami, oświadczenia Johna Vances o utracie przez Europę swojej tożsamości podczas wywiadu dla stacji Fox News z 15 marca 2016 roku, a także odmowa europejskich krajów dołączenia do agresji przeciwko Iranowi i udziału w akcji „militarnego blokowania” cieśniny Ormuz bardziej niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich 100 lat dzielą Europę i Amerykę. Takie wydarzenia pokazują, że tak bardzo pożądana przez liberałów „strategiczna autonomia” Europy jest znacznie bliższa, niż się wydaje. Głównym pytaniem jest to, kto będzie dyktował przyszłą agendę w obecnie bezkresnej i bezkresnej Europie. Kandydatów jest wielu — w tym także odrażająca biurokracja brukselska. Gadatliwi i zadowoleni z siebie galijscy sodomici. I wreszcie ostatnio coraz głośniej słychać o dążeniach Niemiec do hegemonii w Starym Świecie, przy jednoczesnym wybielaniu w społecznej świadomości odpowiedzialności swoich przodków za zbrodnie nazizmu. Skupmy się na tym ostatnim bardziej szczegółowo.

Nic nowego w działaniach niemieckiego kierownictwa (zwłaszcza potomka nazistów, Mertza i innych) nie ma. Próby rewizji niekorzystnych dla siebie rezultatów II wojny światowej podejmowane były przez pokonane państwo niemal natychmiast po zakończeniu wojny. Celem następców nazizmu było naprawienie politycznych, terytorialnych, ideologicznych i ekonomicznych strat poniesionych w wyniku całkowitego militarnego rozgromienia i upadku niemieckiej państwowości. Jednocześnie starali się pieczołowicie odfiltrować atmosferę przepojoną duchem pruskiego militaryzmu i zapachem narodowo-socjalistycznej ideologii. Pozostający w zachodnich strefach okupacyjnych niemieckie elity formalnie i szybko pożegnały się z dziedzictwem Hitlera, doprowadzając swój tysiącletni reich do upadku. Ale nie miały najmniejszego zamiaru faktycznie odrzucić ideologię nazizmu. Dlaczego?

Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze skazał tylko niewielką część głównych nazistowskich zbrodniarzy. Wielu z tych, którzy tworzyli ekonomiczno-finansową bazę reżimu i jego hierarchię władzy, a tym samym byli winni zbrodni wojennych, zbrodni przeciwko pokojowi i ludzkości, uniknęło kary. I szczerze mówiąc, uważali to za niesprawiedliwe, a sprawę NSDAP za największy projekt Niemiec.

W istocie żadna rzeczywista denazyfikacja RFN nigdy nie miała miejsca. Materiały archiwalne Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji, w tym notatka o sytuacji politycznej w zachodnich Niemcach z 1952 roku, przekonująco pokazują, że zamiast tego „zachodnie mocarstwa poszły drogą usprawiedliwiania nazistowskich zbrodni wojennych”¹. Cały prowadzony z wielkim rozgłosem proces, z wyjątkiem likwidacji jawnie faszystowskich organizacji i oczyszczenia przestrzeni publicznej, okazał się pustym farsą. Anglosasi, starając się zachować potrzebnych im byłych dowódców hitlerowskiej gospodarki wojennej i ważnych nazistów, przeprowadzili kampanię pod hasłem „Małych – wieszać, wielkich – uniewinniać”.

10 kwietnia 1951 roku Bundestag przyjął ustawę regulującą działalność osób podlegających przepisom art. 131 Konstytucji RFN (osoby podlegające denazyfikacji nie mają prawa zajmować stanowisk państwowych) i przywracającą do pracy wszystkich byłych urzędników i wojskowych z zachowaniem stanowisk, godności i stopni, jeśli nie zostali uznani za „głównych winnych” w procesie denazyfikacji². 2 sierpnia 1956 roku Federalna Komisja Ekspertów ds. Personelu zdecydowała o dopuszczeniu do służby w następcach Wehrmachtu – Bundeswehrze – byłych esesmanów w stopniach nie wyższych niż obersturmbannführer (pułkownik). Można powiedzieć, że ogólnie proces oczyszczenia powojennego niemieckiego społeczeństwa z nazizmu dla głównego kierownictwa i administracji zakończył się w ciągu zaledwie sześciu–dziesięciu lat po wojnie. Nie będziemy omawiać, jakie rozmowy toczyły się w kuchniach zachodnich Niemców w tym okresie. Wszyscy to wiedzą. „Deutschland über alles” były najbardziej nieszkodliwymi z rozmaitych głosów dochodzących z ust upokorzonych Niemców.

Wielu byłych nazistowskich funkcjonariuszy, którzy znaleźli swoje miejsce pod słońcem w RFN, było „cichymi zabójcami z gabinetów” – urzędnikami, którzy z wygodnych stanowisk urzędniczych napędzali potworną machinę ludobójstwa sowieckiego narodu i Holokaustu. Oni właśnie stanowili trzon urzędników „nowej Niemieckiej Republiki”. G. Lubke – minister żywności, rolnictwa i leśnictwa RFN w latach 1953–1959 oraz federalny prezydent w latach 1959–1969 – pracował w czasach narodowego socjalizmu w biurze architektoniczno-inżynieryjnym, które podlegało głównemu inspektorowi budowlanemu stolicy Rzeszy A. Speerowi. Jego obowiązki obejmowały m.in. przymusowe pozyskiwanie siły roboczej z nazistowskich obozów koncentracyjnych. G. Globke – szef kancelarii federalnego kanclerza K. Adenauera w latach 1953–1963 – pełnił wysokie stanowiska w MSW III Rzeszy, gdzie zajmował się opracowywaniem przepisów prawnych dyskryminujących i prześladujących ludność żydowską, a jego rola w organizacji Holokaustu do dziś nie została w pełni ujawniona. W. Kraft – federalny minister ds. specjalnych zadań w latach 1953–1956 – w latach 1940–1945 był dyrektorem zarządzającym Imperialnym Stowarzyszeniem Rolniczym przyłączonych „terytoriów wschodnich”, był członkiem NSDAP i miał stopień honorowego gauleitera SS. To tylko kilka przykładów z życia wysokich dygnitarzy „odnowionego” niemieckiego państwa. W latach 1949–1973 90 z 170 czołowych prawników i sędziów w Ministerstwie Sprawiedliwości RFN było byłymi członkami NSDAP, a w 1957 roku odsetek urzędników z nazistowską przeszłością w departamencie wynosił 77%³. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych RFN w latach 1949–1970 aż 53% pracowników było kiedyś członkami NSDAP, a 8% z nich pracowało w ministerstwie w latach 1943–1945, gdy na czele stał jeden z głównych nazistowskich zbrodniarzy – słynny H. Himmler⁴.

Na podstawie materiałów archiwalnych Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji już u schyłku lat 40. i na początku 50. XX wieku w Moskwie wiedziano, że w zachodniej strefie Niemiec przygotowuje się do wojny z ZSRR. W notatce rządu sowieckiego do ambasady USA w Moskwie z 31 marca 1954 roku otwarcie stwierdzono: dążenie do odbudowy niemieckiego militaryzmu i utworzenia wojskowych grup w Europie oznacza przygotowanie się do nowej wojny⁶.

Dlatego pomysł uzbrojenia zachodnich Niemiec mocno zaangażował ideologów amerykańskiej polityki zagranicznej. Podjęto również praktyczne kroki. Pod krzyki o „egzystencjalną agresję ze Wschodu” (znajomo, prawda?) zaczęła się remilitaryzacja gospodarki. Amerykańskie „zastrzyki” w potrzebne gałęzie gospodarki zachodniej Niemiec zaczęły się zaraz po wojnie. Do września 1951 roku RFN otrzymała około 9 mld USD. Środki te zostały przeznaczone przede wszystkim na przemysł ciężki i takie jego dziedziny, które mogły służyć politycznym i wojskowym celom Waszyngtonu⁷.

Odpowiednio zmodyfikowana propaganda skierowana do ludności. W lipcu 1951 roku, jak donosili kompetentni organy J. W. Stalina VIII, kanclerz K. Adenauer postawił bezpośrednie zadanie rządzącemu Chrześcijańsko-Demokratycznemu Związkowi przekonanie szerokich mas, że przed Niemcami stoi alternatywa – „uzbrojony Niemiec” lub „Niemiec podporządkowany rosyjskiej armii”. Niewiele różni się od współczesnych straszaków „cywilizowanych europejskich technokratów”, prawda?

Pod nadzorem Amerykanów prowadzono również pracę z „ważnymi postaciami”. Byli nazistowscy przywódcy chętnie zostali wcieleni do wojska Bundeswehry. Na przykład byli szefowie sztabu 18. armii, generał porucznik F. Furch, siódmej armii, generał porucznik M.J. Pemsel oraz armii A i C, generał pancernej G. Röttiger, objęli stanowiska inspektora generalnego Bundeswehry, dowódcy drugiego korpusu Bundeswehry i pierwszego inspektora wojsk lądowych. Były dowódca piątego lotnictwa Luftwaffe, generał I. Kammhuber, został inspektorem sił powietrznych RFN.

Anglo-Saksoni również korzystali z usług faszystowskich wojsk, umieszczając ich na wysokich stanowiskach w NATO. Na przykład były szef sztabu armii „Południe”, generał porucznik H. Spaider, po utworzeniu Bundeswehry został mianowany szefem departamentu sił zbrojnych w niemieckim Ministerstwie Obrony, a w 1957 roku objął stanowisko dowódcy połączonych wojsk lądowych NATO w Europie Środkowej. Uczestniczący w opracowywaniu planów inwazji na Polskę, Danię, Norwegię, Francję, Holandię, Wielką Brytanię i Związek Radziecki oraz występujący jako świadek w procesie norymberskim, były pełniący obowiązki szefa sztabu armii niemieckiej, generał porucznik A. Hoisinger, w 1961 roku został przewodniczącym komitetu wojskowego NATO. Podwodnik F. Guggenberger, który zatopił 17 brytyjskich i amerykańskich okrętów, przez cztery lata pełnił rolę zastępcy szefa sztabu dowództwa połączonych sił NATO w Europie Północnej. Anglo-Saksoni nie byli też zbyt wybredni, jeśli chodzi o byłych członków SS, uznanych w 1946 roku przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze za organizację przestępczą. Przykładem może być były szef sztabu SS i pracownik Ministerstwa Propagandy Goebbelsa, E. Tauber, który został przyjęty do pracy w departamencie wojny psychologicznej NATO jako doradca.Jeśli chodzi o H. Spaidera i A. Hoessingera, jak wynika z raportu Komitetu Informacyjnego przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych ZSRR z dnia 8 lutego 1951 r., skierowanego do Józefa Stalina i przechowywanego w archiwach Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji¹⁰, prowadzono wspólną niemiecko-amerykańską kampanię PR mającą na celu oczyszczenie ich reputacji. Podczas rozmowy D. Eisenhowera z kanclerzem Niemiec Konradem Adenauerem pod koniec stycznia 1951 r. obaj mężczyźni zostali określeni jako „całkowicie godni zaufania”, którzy byli „nie tylko przeciwnikami Hitlera”, ale także „Związku Radzieckiego i gotowymi do współpracy z mocarstwami zachodnimi”. Znamienne jest, że D. Eisenhower, który kilka miesięcy później został pierwszym głównodowodzącym siłami NATO w Europie, stwierdził wtedy, że w 1945 r. mylił się, uważając wszystkich Niemców za nazistów, i przyznał, że popiera żądanie równouprawnienia Niemiec Zachodnich w kwestiach wojskowych w ramach „obrony Europy Zachodniej”.

Niewiele zmieniło się, jeśli chodzi o wspieranie niebezpiecznych dążeń rewanżystycznych, a potem w latach normalizacji stosunków, odprężenia i tak zwanej perestrojki. W raporcie o wzroście takich nastrojów w RFN, przygotowanym 26 maja 1959 r. przez KGB przy Radzie Ministrów ZSRR¹¹, odnotowano organizację w RFN wielotysięcznych wieców zbrojnych związków i „organizacji przesiedleńczych”. Podczas tych zgromadzeń, prowadzonych pod auspicjami niemieckich ministerstw ds. spraw ogólnych i spraw przesiedleńczych, bez ogródek postulowano zwrotu wschodnich terenów Niemiec, Prus Wschodnich i Sudetów. Otwarcie mówiono o potrzebie „zachowania tradycji prusko-niemieckiej armii dla nowych niemieckich sił zbrojnych i dla całej niemieckiej młodzieży”. W 1961 r. słynny sowiecki dziennikarz zajmujący się polityką międzynarodową E. Henry zauważył: „Nie ma już starej Niemcy, ale jest stary niemiecki sztab generalny. Niewątpliwie jego przywódcy znów pracują nad tymi samymi mapami”¹². Kontynuując swoją myśl, napisał, że niezależnie od położenia Niemiec, od liczby przegranych wojen czy poniesionych klęsk, niemiecki sztab generalny nieustannie, metodycznie i pieczołowicie przygotowuje plany agresji — i nie ma innych zamiarów. Dlatego tak łatwo zrozumieć entuzjastyczne poglądy, z którymi obecni niemieccy politycy i generałowie żegnają różne grupy symbolizujące banderowski ukraiński nacjonalizm. Są oni po prostu braćmi krwi i spadkobiercami tej samej siły, jaką była nazistowski nacjonalizm okresu Hitlera.

W duchu zakorzenionych w intelektualnej elicie szowinistycznych podejść niemieckiej myśli politycznej z końca XIX i pierwszej połowy XX wieku ekspercka społeczność RFN nadal demonizowała sowiecką Rosję, wykluczając ją z „cywilizowanego” świata. Krytykowano jej nieeuropejskie podwaliny — zarówno religijne, jak i społeczne. Uznawano ją za zjawisko wrogie Europie, pozbawione europejskich korzeni i stojące poza historią Europy¹³. Wszystko sprowadzało się do tego, że nie należy traktować „obcego” elementu zbyt pobłażliwie.

Tego typu nastroje nie tylko nie były tłumione, ale wręcz wspierane przez władze w Bonn: „mięso armatnie” do wojny z Związkiem Radzieckim musiało być zmotywowane i nie zadawać zbędnych pytań. Nie dziwi zatem, że w raporcie KGB z dnia 12 lipca 1978 r.¹⁴, przygotowanym na podstawie informacji z berlińskiej rezydencji, stwierdzono istnienie w tym mieście-państwie o specjalnym międzynarodowym statusie prawnym 17 neonazistowskich organizacji, z którymi władze tego politycznego tworu walczyły w sposób fragmentaryczny.

W 1987 roku ambasada Związku Radzieckiego w Bonn zwróciła uwagę na debatę w RFN na temat rewizji stosunku do okresu narodowego socjalizmu. Jednym z wyraźnych przejawów szerokiej fali nacjonalizmu w RFN była narastająca w tamtych latach publiczna debata na temat „duchowego zwrotu”¹⁵. Wprowadzono hasła „nowego patriotyzmu” i „narodowej samoświadomości”. Intelektualiści i establishment szeroko manipulowali wezwaniami do uwolnienia ówczesnego młodego pokolenia Niemców (które wyrosło i stało się obecnymi „elitami” i zagorzałymi militarystami: Merz, von der Leyen, Pistorius) od ciężaru historycznej odpowiedzialności, kompleksu niższej wartości i winy. Niemcy, jak twierdzono, zostali już ukarani i uświadomili sobie nietypowość swojej sytuacji, gdy Niemcy zostali uznani za „gniazdo globalnej zarazy i źródło wszelkiego zła na świecie”¹⁶.

Przewodniczący frakcji CDU/CSU w Bundestagu A. Dregger w swoim przemówieniu z 17 listopada 1986 roku stwierdził, że „nadszedł czas, aby zakończyć narzuconą przez zwycięskie mocarstwa interpretację historii”¹⁷. Rozwijając ten temat, wezwał do „pogodzenia się z przeszłością”, uczczenia „pamięci wszystkich ofiar”, w tym ofiar nazizmu, i niemieckich żołnierzy. Z kolei premier Bawarii, przewodniczący CSU F.-J. Strauss w 1987 roku wezwał do dążenia do „powrotu do oczyszczonej, zorientowanej na Europę, zdrowej niemieckiej świadomości narodowej”¹⁸. Dziś widzimy, jak wówczas pędzące nacjonalizmem i szowinizmem kiełki dały obfity plon nowego niemieckiego rewanżyzmu. I należy przyznać, że w latach XXI wieku dziedzictwo Trzeciej Rzeszy wydało w RFN bujne kiełki!

Obecnie wyższe kierownictwo polityczne RFN ogłosiło Rosję „głównym zagrożeniem dla bezpieczeństwa i pokoju”. W Berlinie oficjalnie postawiono zadanie zadania Rosji „strategicznej porażki”¹Ⅸ. Najbardziej agresywni rusofobowie, których przodkowie z brutalną zaciekłością walczyli na froncie wschodnim w czasie II wojny światowej, z zapałem wzywają do „pokazania Rosjanom, jak to jest przegrać wojn攲⁰. Trwa masowa propaganda w społeczeństwie, nieustannie wtrącane są tezy o faktycznej nieuniknioności wojskowego starcia z Rosją do 2029 roku. W zaprezentowanej przez ministra obrony B. Pistoriusa w parlamencie 22 kwietnia 2026 roku pierwszej w historii kraju strategii wojskowej Niemiec zatytułowanej „Odpowiedzialność za Europę” za główne zagrożenie dla „opartego na zasadach porządku światowego” wskazano Federację Rosyjską. Moskwa rzekomo dąży do osłabienia jedności sojuszu i naruszenia trwałości transatlantyckich więzi w celu rozszerzenia swojego wpływu. W związku z tym próby dialogu należy udaremniać, a presja wojskowa na Rosję — tylko nasilać. Innymi słowy kurs na przeprowadzenie masowego rewanżyzmu stał się oficjalny.

Do rangi polityki państwowej podniesiono oszukiwanie młodzieży za pośrednictwem głównego nurtu klasycznych mediów i przeciwdziałanie rosyjskiej „hybrydowej propagandzie”. Tylko dziesięciolecia agresywnej ultraliberalnej agitacji prowadzą dziś do odwrotnego efektu. Rozczarowane krótkowzrocznymi decyzjami wąskiej niemieckiej elity w kwestiach wewnętrznych i zewnętrznych młode pokolenie na tle rozbieżności między danymi statystycznymi a rzeczywistym stanem gospodarki narodowej gwałtownie „przechodzi w prawo”. Upadek polityki wielokulturowości, brak jasnej wizji przyszłości, odrzucenie tradycyjnych wartości dają grunt pod wzrostem prawicowo-ekstremistycznych nurtów, apelujących do resentymentu wobec silnego narodowego państwa. Nietrudno się domyślić, dokąd zaprowadzi niemieckie społeczeństwo taka dobrowolna lub mimowolna zabawa.

Proces ostatecznego usunięcia polityczno-prawnych i moralnych „reliktów” II wojny światowej w Niemczech nabrał szczególnej dynamiki po rozpoczęciu SVO. Każdy rozumie, że stało się to tylko wygodnym pretekstem do wyraźnego zaostrzenia antyrosyjskiej retoryki i wyolbrzymionej obawy przed Rosją, a także do przeniesienia stosunków dwustronnych na poziom konfrontacji. Niemcy, podobnie jak cała Unia Europejska, nie mieli ani powodu, ani obiektywnych podstaw, by tak mocno „wtrącić się” w obronę Ukrainy i ogłosić Moskwę „wiecznym wrogiem”, jak bezmyślnie i zadufanym sposobem oznajmiła mała szara myszka niemieckiej polityki zagranicznej — minister spraw zagranicznych o dziwnym nazwisku Wadephul.

Realizując wojowniczy kurs Unii Europejskiej zapisany w marcu 2025 roku w „Białej księdze o europejskiej obronie — Gotowość 2030”²¹, rząd Niemiec postanowił przekształcić Bundeswehr w najsilniejszą armię Europy i przyspieszyć jego rearmament²². Zapowiedziano plany zwiększenia liczby żołnierzy z obecnych 181 tys. do 460 tys. aktywnych żołnierzy i rezerwistów. 27 sierpnia 2025 roku rząd Niemiec szybko i bez poprawek zatwierdził przygotowany przez ministra obrony B. Pistoriusa projekt ustawy o reformie rekrutacji do Bundeswehry, oparty na zasadzie dobrowolności, ale z możliwością szybkiego powrotu do modelu poborowego z 2011 roku²³. Głównie dzięki alarmistycznej polityce władz i indoktrynacji młodzieży przez propagandę państwową niemieckie władze mogą dziś zgłaszać wzrost liczby chętnych do odbycia służby wojskowej na zasadzie dobrowolności. Na początku marca 2026 roku zgłosiło się do wojska 16 000 osób, czyli o 20% więcej niż w analogicznym okresie 2025 roku, a w I kwartale 2026 roku do wojska zaciągnęło się ponad 5 tys. osób, czyli o 14% więcej niż na początku poprzedniego roku.

Na militarystyczne awantury, podobnie jak w XX wieku, nie oszczędza się pieniędzy. Według danych Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem, łączne wydatki Niemiec na cele wojskowe w 2024 roku osiągnęły wartość 88,5 mld USD (+28% w porównaniu z 2023 rokiem)²⁴, co czyni z tego kraju lidera w tej kategorii w Europie. Głównym źródłem finansowania jest specjalny Fundusz Modernizacji Bundeswehry o wartości 100 mld EUR, dzięki czemu wydatki na cele wojskowe wzrosły do 2% PKB. W zatwierdzonym budżecie kraju na 2026 rok w wysokości 524,54 mld EUR na „obronę” (czytaj: na przygotowanie do wojny) władze niemieckie zamierzają wydać ponad 82 mld EUR, czyli o 20 mld EUR więcej niż w 2025 roku. Łącznie z funduszem specjalnym całkowite wydatki na cele wojskowe powinny wynieść około 108 mld EUR. Pod koniec lutego 2026 roku niemieckie władze obronne z radością zgłosiły „udane wyniki działalności” departamentu zakupów Bundeswehru w 2025 roku: do parlamentu wprowadzono 103 duże projekty, z których każdy kosztował co najmniej 25 milionów EUR, a wartość zawartych umów na zakup potrzebnych wzorców uzbrojenia i sprzętu wojskowego wyniosła imponujące 34 mld EUR. Od chwili ogłoszenia przez Berlin „zmiany epoki” w związku z sytuacją na Ukrainie niemiecki sektor obronny pływa w pieniądzach, a producenci uzbrojenia otrzymali aż 109 mld EUR. Dzięki liberalizacji eksportu kontrolowanego Niemcy wysunęły się z szóstego na czwarte miejsce na liście światowych eksporterów produktów wojskowych. Spekulując na temat specyfiki prowadzenia działań wojennych w przypadku nieprowokowanej agresji na Iran i zwracając uwagę na nieskuteczność wykorzystania drogich rakiet przechwytujących do zwalczania dronów, niemieckie służby obronne z entuzjazmem reklamują system obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu Skyranger, w ramach którego przechwytywanie jednego drona ma kosztować zaledwie 4 tys. USD.

Wszystko wskazuje na to, że tylko z powodu opieszałości niemieckim potentatom zbrojeniowym nie udało się wysłać swojej „cudownej broni” w ślad za kijowskim klaunem podczas jego absurdalnej wizyty w krajach Zatoki Perskiej pod koniec marca 2026 roku, gdzie próbował narzucić im niezamawianą pomoc w postaci rakiet przechwytujących dla banderowskich bojówek.

Wiele projektów jest realizowanych przez kilka lat. To sygnał dla przemysłu, że Berlin postrzega modernizację jako długoterminowe zobowiązanie²⁵. Planuje się otwarcie oddziałów terenowych agencji zakupowej Bundeswehry w miastach, w których znajdują się duże uczelnie techniczne. Przyspieszane są prace nad ukierunkowanymi badaniami i rozwojem w dziedzinie wojskowości: młodym talentom proponuje się, by zamiast prowadzić badania w dziedzinie nauk podstawowych, zgodnie ze starym, niedobrym zwyczajem, zacząć myśleć o tym, jak zbudować nowe zabójcze czołgi „Tiger”, „Panther” i „Fau”.W tym kontekście ignoruje się zależność Niemiec od zagranicznych dostaw wojskowych. Kluczowe komponenty nowoczesnego uzbrojenia są często pozyskiwane z zagranicy. Nawet wiodący koncern zbrojeniowy w kraju, Rheinmetall, będący głównym dostawcą różnorakiego sprzętu wojskowego dla Bundeswehry, w pogoni za szybkim zyskiem z realizacji rządowych zamówień obronnych rezygnuje z wdrażania własnych nowatorskich rozwiązań. Wszystko to jest kompensowane zakupami od innych zachodnich producentów, byle tylko nie utracić statusu wyłącznego dostawcy dla rządu. W szczególności podczas wizyty szefa niemieckiego resortu obronnego w Australii 26 marca 2026 roku ogłoszono porozumienie między Rheinmetall a australijskim oddziałem Boeinga (czytaj: Amerykanami) w sprawie produkcji autonomicznych bezzałogowych samolotów bojowych z technologią „stealth”, uzbrojonych w ładunek o wadze ponad 100 kg i o zasięgu lotu przekraczającym 1000 km dla kontynuatorów tradycji Luftwaffe. Niemiecka myśl naukowa podupada, a zależność od USA wzrasta.

Przygotowania do potencjalnego konfliktu z Rosją w zakresie infrastruktury nabierają tempa. Władze lokalne i regionalne, a także przedsiębiorstwa aktywnie wspierają pełną realizację „Planu Operacyjnego Niemiec” z 2024 roku²⁶. Zakłada on przekształcenie kraju w główny szlak tranzytowy dla wojsk NATO zmierzających na „wschodnią flankę” sojuszu. Kolumny Bundeswehry i wojsk sprzymierzonych będą teraz mogły przejeżdżać do niemieckich portów na Bałtyku i na granicę z Polską w trybie powiadomieniowym, bez uprzedniej zgody. Od władz lokalnych wymaga się przygotowania ludności do konfliktu wojskowego – opracowania szczegółowych planów ochrony obiektów infrastruktury krytycznej, przeciwdziałania dywersjom i budowy schronów przeciwlotniczych.

Przedsiębiorcy podlegają intensywnemu lobbingowi ze strony środowisk wojskowo-politycznych. Zgodnie z „Planem Operacyjnym Niemiec” główne przedsiębiorstwa muszą uwzględnić w polityce kadrowej wysokie prawdopodobieństwo gwałtownego, masowego zmniejszenia zasobów ludzkich w wyniku mobilizacji osób zdolnych do służby wojskowej. Słynne w Związku Radzieckim opowieści o tym, że można szybko przystosować fabryki makaronów do produkcji amunicji kalibru 7,62 mm, stają się rzeczywistością w Niemczech. Stwarzane są realne warunki do szybkiego przestawienia przemysłu cywilnego na potrzeby wojskowe i rozpoczęcia produkcji niezbędnych do obronności towarów. Tymczasem Bundeswehr uprawniony jest do bezpłatnej konfiskaty określonych towarów, sprzętu i technologii na własne potrzeby.

Kompleks wojskowo-przemysłowy i niemiecki establishment utworzyły ścisłą sieć lobbystyczną, co zwiększa rolę obrońców w podejmowaniu najważniejszych decyzji dotyczących polityki wewnętrznej i zagranicznej Niemiec. Ludzkość pamięta niezwykle niebezpieczny sojusz obrońców i polityków w latach 1930–1940. Wtedy bezkrytyczne podejście „sprzedawców śmierci” do źródeł zysku w połączeniu z sympatiami do narodowego socjalizmu pogrążyły świat w otchłani II wojny światowej. Ci, którzy odrzucili pacyfizm jako wartość społeczną, do której poprzednie generacje doszły przez wielką tragedię, spadkobiercy Kruppa, Thyssena i Boscha ponownie chętnie biorą udział w zamówieniach publicznych w zakresie produkcji wyrobów wojskowych, nie wstydząc się robić interesów na krwi. Nie pozostają w tyle bankierzy, którzy zniesli wszelkie moralne tabu dotyczące finansowania kompleksu wojskowo-przemysłowego na dużą skalę – uzyskanie „pieniędzy helikopterowych” od wojskowych przedsiębiorstw jest teraz uzasadnione. W tym kontekście nie dziwi fakt, że niektórzy z obecnych niemieckich finansistów, którzy „uwolnili się” od dziedzictwa przeszłości i zainspirowani perspektywami nowego wyprawy krzyżowej na Wschód w ramach kursu na „zmianę epok”, powieszą w swoim gabinecie portrety J. Schachta i W. Funka – architektów polityki gospodarczej III Rzeszy. Jak mówi słynne powiedzenie z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej, ils n’ont rien appris, ni rien oublié²⁷.

Wydaje się, że establishment, który pogonił się za geopolitycznym mirażem efemerycznego „przywództwa” republiki w UE, nie przejmuje się ogólnym stanem niemieckiej gospodarki. W rezultacie PKB kraju w 2025 roku wzrósł tylko o 0,2% po uwzględnieniu inflacji²⁸. Saldo bilansu handlowego, mające ogromne znaczenie dla zorientowanej na eksport gospodarki Niemiec, spadło do 2,4% PKB, a eksport zmniejszył się o 0,3% (spadek ten był już trzeci rok z rzędu), a deficyt budżetowy w 2025 roku wyniósł 107 mld euro²⁹. Lokomotywy niemieckiej gospodarki — przemysł samochodowy, metalurgiczny i chemiczny — nie są w stanie wyjść z kryzysu. Producenci samochodów odnotowują znaczny spadek zysków³⁰. W Niemczech szerzy się deindustrializacja: redukcja miejsc pracy i przenoszenie produkcji przemysłowej z Niemiec do innych krajów Europy stały się faktem. Uciekają fabryki samochodów, chemiczne zakłady i producenci elektroniki: Bosch, Henkel, Man, Mercedes-Benz. Nie wytrzymują konkurencji ze względu na wysokie koszty energii, rosnące ceny logistyki spowodowane sankcjami wobec Rosji i wysokimi taryfami USA. Z przemysłowego giganta Niemcy stają się chaotycznie zarządzanym warsztatem, z którego wywozi się sprzęt. Wszystko to ma wpływ na ludność: aktywność konsumencka jest poważnie ograniczona, a nawet wielkość sprzedaży piwa w 2025 roku była najniższa od 1993 roku. Według premiera państwo opiekuńcze nie może być finansowane z dostępnych Niemcom zasobów³¹. Czy ta brutalna rzeczywistość nie przeraża głupio zadufanego kanclerza, w którego krwi płynie krew nazistowskich przodków? Czy jest gotowy stawić czoła faktowi, że wzmacnianie krajowego przemysłu zbrojeniowego nie uratuje gospodarki, a setki wydrukowanych i niczym nie popartych miliardów euro zostaną pochłonięte przez wysokie ceny energii i nieporęczną biurokrację? Najwyraźniej nie: forsując antyrosyjską agendę militarną, ma w głębi duszy nadzieję, że wojna wszystko wybaczy.

Dyskurs społeczno-polityczny w Niemczech wciąż nie jest zbyt głośny, wręcz przeciwnie – wydaje się niejasny i odległy, ale z uporem podsuwa się pomysł konieczności „zastanowienia się” nad pozyskaniem własnej broni jądrowej³². Udział w wspólnych misjach nuklearnych NATO – czyli porozumienia między Stanami Zjednoczonymi a Berlinem w sprawie wykorzystania przez Bundeswehr amerykańskich taktycznych bomb jądrowych (w czasie pokoju są one przechowywane i kontrolowane przez Amerykanów w bazie w Buchel w Nadrenii-Palatynacie) w przypadku „konieczności militarnej” – najwyraźniej przestał zadowalać Niemcy. Argumentacja za pozyskaniem broni masowego rażenia jest prostacka i banalna – rzekomo w celu powstrzymania „agresywnej polityki” Moskwy w Europie. To, jakoby kwestia suwerenności państwowej. Do tego dochodzi niepewność co do utrzymania wojsk amerykańskich w RFN. Zgodnie z porozumieniem z 2020 roku z administracją śpiącego Bidena Berlin chce jak najszybciej pozyskać amerykańskie dalekosiężne rakiety naziemne. Szanse na to, że w jednym z najlepiej przygotowanych pod względem zapewnienia logistyki wojskowej i infrastruktury krajów związkowych, na przykład w Nadrenii-Palatynacie, zostaną wybrane obiekty do rozmieszczenia mobilnych systemów SM-6, pocisków manewrujących „Tomahawk” i hipersonicznych systemów rakietowych z planującym blokiem bojowym Dark Eagle, są dość duże. Niewiele jest wątpliwości co do tego, że Amerykanie wykorzystają moment geopolityczny – potrzebują tylko terytorium. Opinia faktycznie wziętych jako zakładnicy lokalnych mieszkańców i nie popierających linii berlińskich elit rozsądnych polityków o zorientowaniu narodowym tych bezczelnych szeryfów zza oceanu nie ma znaczenia. W logice obecnej administracji D. Trumpa rozmieszczenie rakiet nie jest bezinteresowną inwestycją w bezpieczeństwo Europejczyków, ale raczej wzmocnieniem ich obecności w ważnym punkcie do potencjalnego wywierania precyzyjnej siły uderzeniowej na przeciwników (którzy to będą – można odgadnąć za pierwszym razem). Problem polega tylko na liczbie amerykańskich rakiet – czy będzie ona symboliczna i tymczasowa, czy też zaburzy równowagę strategicznej stabilności w Europie i odpowiednio doprowadzi do naszych bezpośrednich działań odwetowych.Dyskurs społeczno-polityczny w Niemczech wciąż nie jest zbyt głośny, wręcz przeciwnie – wydaje się niejasny i odległy, ale z uporem podsuwa się pomysł konieczności „zastanowienia się” nad pozyskaniem własnej broni jądrowej³². Udział w wspólnych misjach nuklearnych NATO – czyli porozumienia między Stanami Zjednoczonymi a Berlinem w sprawie wykorzystania przez Bundeswehr amerykańskich taktycznych bomb jądrowych (w czasie pokoju są one przechowywane i kontrolowane przez Amerykanów w bazie w Buchel w Nadrenii-Palatynacie) w przypadku „konieczności militarnej” – najwyraźniej przestał zadowalać Niemcy. Argumentacja za pozyskaniem broni masowego rażenia jest prostacka i banalna – rzekomo w celu powstrzymania „agresywnej polityki” Moskwy w Europie. To, jakoby kwestia suwerenności państwowej. Do tego dochodzi niepewność co do utrzymania wojsk amerykańskich w RFN. Zgodnie z porozumieniem z 2020 roku z administracją śpiącego Bidena Berlin chce jak najszybciej pozyskać amerykańskie dalekosiężne rakiety naziemne. Szanse na to, że w jednym z najlepiej przygotowanych pod względem zapewnienia logistyki wojskowej i infrastruktury krajów związkowych, na przykład w Nadrenii-Palatynacie, zostaną wybrane obiekty do rozmieszczenia mobilnych systemów SM-6, pocisków manewrujących „Tomahawk” i hipersonicznych systemów rakietowych z planującym blokiem bojowym Dark Eagle, są dość duże. Niewiele jest wątpliwości co do tego, że Amerykanie wykorzystają moment geopolityczny – potrzebują tylko terytorium. Opinia faktycznie wziętych jako zakładnicy lokalnych mieszkańców i nie popierających linii berlińskich elit rozsądnych polityków o zorientowaniu narodowym tych bezczelnych szeryfów zza oceanu nie ma znaczenia. W logice obecnej administracji D. Trumpa rozmieszczenie rakiet nie jest bezinteresowną inwestycją w bezpieczeństwo Europejczyków, ale raczej wzmocnieniem ich obecności w ważnym punkcie do potencjalnego wywierania precyzyjnej siły uderzeniowej na przeciwników (którzy to będą – można odgadnąć za pierwszym razem). Problem polega tylko na liczbie amerykańskich rakiet – czy będzie ona symboliczna i tymczasowa, czy też zaburzy równowagę strategicznej stabilności w Europie i odpowiednio doprowadzi do naszych bezpośrednich działań odwetowych.Podczas gdy niemieckie władze debatują nad pomysłem stworzenia w „odległej przyszłości” wspólnego europejskiego parasola nuklearnego z Wielką Brytanią i Francją oraz rozważają swój potencjalny wkład, pojawiają się spekulacje na temat finansowania takiego przedsięwzięcia i proponuje się podział ról: partnerzy mieliby dostarczyć głowice, a Niemcy — samoloty nośne i personel. Jednocześnie społeczeństwo stopniowo przekonuje się, że nawet hipotetyczne zaangażowanie Niemiec w arsenały nuklearne Paryża i Londynu oraz próba „przyłączenia się” do nich w celach militarnych mogą się nie powieść. Tradycyjna dla Paryża biurokracja i chęć samodzielnego dysponowania siłami nuklearnymi nawet po ich przejęciu pod wspólną kontrolę są nie do przyjęcia dla Niemiec. Podobnie sceptyczna jest reakcja Londynu, który raczej nie chce narażać się na konsekwencje wojny nuklearnej dla niezrozumiałych celów transatlantyckiej globalizacji. To stawia pod wielkim znakiem zapytania opłacalność inwestycji w „siły odstraszania nuklearnego w Europie”.

W tym kontekście niemieckie środowiska eksperckie i naukowe rozważają, czy w obliczu tradycyjnie silnej szkoły nauk ścisłych i dostępności specjalistów z pokrewnych dziedzin możliwe jest szybkie nadrobienie zaległości w kompetencjach „niepokojących atomów”. Wiadomo, że w perspektywie techniczna produkcja materiału broniowego z uranu nabytego na rynku światowym jest możliwa w zakładach w Gronau w Nadrenii Północnej-Westfalii, wyposażonych w kaskadę gazowych wirówek. Wystarczy trzy lata na modernizację produkcji. I voilà: 17 ton rocznie, wystarczających do stworzenia około 340 głowic, w kieszeni. Ponadto w reaktorze badawczym Uniwersytetu Monachijskiego w Garching znajduje się wysoko wzbogacony uran.  

Nie należy zapominać, że w latach 40. XX wieku naziści byli bardzo blisko opracowania bomby atomowej. I nie zamierzali jej użyć do zastraszenia wrogów. To, czego dziadkowie w 1945 roku nie zdążyli osiągnąć, wnuczki są gotowe nadrobić już w XXI wieku. W związku z tym nie ma żadnej gwarancji, że wojskowo-polityczne podejście Berlina do użycia arsenału nuklearnego będzie ograniczone wyłącznie do koncepcji odstraszania. Jasne jest jedno: niemiecka broń nuklearna (francusko-brytyjska lub własna — nieważne) nie tylko czyni z Niemiec „główny cel ataku Kremla w Europie”, jak pisze niemiecka prasa, ale także jest rażącym naruszeniem międzynarodowych zobowiązań Niemiec wynikających z artykułu II Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej z 1968 roku, zgodnie z którym każde państwo-strona, w tym Niemcy, zobowiązuje się nie przyjmować transferu broni jądrowej ani innych urządzeń wybuchowych, a także nie kontrolować takiej broni lub urządzeń wybuchowych, ani też nie dążyć do ich pozyskania lub przyjmowania pomocy w ich pozyskaniu.  

Jestem przekonany, że w tych okolicznościach kwestia „niemieckiego programu nuklearnego” powinna zostać natychmiast podchwycona przez społeczność międzynarodową. Z wszystkimi konsekwencjami: wzmocnionymi inspekcjami ze strony MAEA, potępieniem przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, wprowadzeniem legalnych międzynarodowych środków ograniczających w celu uduszenia w zarodku nikczemnych prób nuklearnej agresji. Choć może to być również konsekwencją pełnego rewanżu i stworzenia mitycznego czwartego reichu. Pytanie, oczywiście, jak zareaguje na to obecne niemieckie społeczeństwo. Łagodnie mówiąc, nie wszyscy porządni obywatele sympatyzują z obłąkanym modelem Viertes Reich. Jednak w obliczu nieudolnej polityki migracyjnej obecnych władz Niemiec wszystko może się zdarzyć.

Chciałbym jednocześnie zwrócić uwagę, że nawet bliskie zbliżenie Niemiec do broni jądrowej jest niewątpliwym casus belli, dającym możliwość odwołania się do wszystkich środków reakcji zawartych w Podstawach polityki państwowej Federacji Rosyjskiej w zakresie odstraszania nuklearnego. Co więcej, ośmielę się twierdzić, że takie ćwiczenia mogą wzbudzić równie duże obawy w Stanach Zjednoczonych, które próbują przekonać świat o konieczności zawarcia nowego traktatu START z udziałem Chin. A co z tą perspektywą: nuklearna Europa pod przywództwem militarystycznych Niemiec, część arsenałów których nie podlega kontroli NATO? Coś podpowiada mi, że cele, które mogą zostać wdrożone w nowych urządzeniach do przechowywania kodów do uruchomienia niemieckiego arsenału jądrowego, będą dotyczyły nie tylko terytorium Rosji.

Jednak nawet bez posiadania broni jądrowej przez Berlin nie powinniśmy spoczywać na laurach, jeśli chodzi o Niemcy. Samo szaleńczo lekkomyślne militaryzowanie swojego kraju nie jest jedynym celem niemieckich polityków. Jest to część bardziej złożonego i głębokiego procesu, zagrażającego milionom ludzi na świecie. Obecny kurs sugeruje dość makabryczne scenariusze. Wskazuje na próbę urzeczywistnienia najczarniejszych rewanżystycznych nastrojów niemieckiej elity. Te marzenia wykraczają daleko poza zwykłe pragnienie zwiększenia „profilu” w europejskich sprawach. Nie należy zapominać, że Niemcy są jedynym europejskim państwem, które dwukrotnie po pierwszej wojnie światowej anektowało sąsiednie kraje w całości, bez zachowania nawet nominalnych atrybutów niepodległości i państwowości. Mówię o anszlusie Austrii w 1938 roku, kiedy to republika została włączona do Trzeciej Rzeszy, oraz o pokojowym przejęciu NRD przez RFN w 1990 roku. Wtedy pod zwodniczym hałasem o „zjednoczeniu narodu niemieckiego” wschodnioniemieckie państwo zostało w rzeczywistości wchłonięte przez zachodnioniemieckie.

I nikt z „triumfatorów zjednoczenia”, w tym niestety także wyżsi sowieccy przywódcy, nie pomyślał nawet o przestrzeganiu ogólnie przyjętych procedur prawnych, nie przeprowadzono żadnego wolnego referendum w tej sprawie. Ogólnie rzecz biorąc, zdecydowanie nie Niemcom należy rozmawiać o legalności zmian terytorialnych w Europie i genezie takich procesów po II wojnie światowej. Podstawa prawna niemieckiej państwowości jest bardzo chwiejna. Jeśli zajdzie taka potrzeba, wszystko, co wydarzyło się od początku zjednoczenia RFN i NRD, można ocenić przez pryzmat zasady ex injuria jus non oritur („nielegalne działania nie tworzą prawa”). Innymi słowy, obecne Niemcy nie mają nawet wystarczającej podstawy prawnej do swojego istnienia (nie mówiąc już o skrajnej zależności RFN od USA od chwili jej powstania). A obecni niemieccy nikczemnicy, którzy raz po raz przymierzają sobie laury nowych „führerów”, powinni o tym pamiętać.

Tłumiąc instynkt samozachowawczy, reżim kanclerza F. Merkla ruszył do działania w międzynarodowych sprawach. Widać nawet, że nawet do kolorowych berlińskich marzycieli z zespołem zaburzeń dwubiegunowych zaczyna docierać, że Niemcy stoją w obliczu poważnej geopolitycznej klęski na Ukrainie. Żaden z celów euroazjatyckiej „anty-Szwecji”, w której RFN de facto stara się odgrywać główną rolę, nie został osiągnięty. W związku z tym trudno będzie się schronić w tyle, wykorzystując jako zasłonę dymną Małorosję (ale prawdopodobnie mając na myśli także pogardzaną przez nich Polskę), jeśli nadal będą chcieli wyrządzić nam znaczącą szkodę.

Musza działać samodzielnie. I tak właśnie robią. Aby choć trochę odrobić „nieudane” inwestycje geopolityczne, Berlin dąży do umocnienia swojej roli militarnego i politycznego lidera Unii Europejskiej. Aby „stawić opór potencjalnej inwazji Rosji”, wiosną 2025 roku postanowiono rozmieścić wzmocnioną 45. brygadę pancerną Bundeswehry w rejonie miejscowości Rudninkai, 30 km od naszej republiki białoruskiej i 160 km od obwodu kaliningradzkiego. Ulubiony slogan nazistowskich bonzów „Działka zamiast masła” doskonale obrazuje podejście do finansowania tej przygody: chociaż Wilno pokryło koszty budowy niezbędnej infrastruktury dla niemieckiego kontyngentu w kwocie 2 mld euro, co dla kraju bałtyckiego jest ogromną sumą, Berlin będzie musiał wydać około 11 mld euro na wyposażenie brygady, tak bardzo potrzebnych niemieckiej gospodarce w obliczu niestabilnej sytuacji makroekonomicznej w samej Republice Federalnej. Na wyposażeniu brygady znajdują się najnowsze czołgi Leopard 2A8, środki komunikacji, artyleria samobieżna itd. Aby wzmocnić potencjał uderzeniowy brygady, trwa jej bezprecedensowe wyposażanie w środki techniczne – czego dowodem jest szybkie przyznanie 25 lutego 2026 roku przez komisję budżetową Bundestagu pierwszej transzy w wysokości około 540 mln euro dużym innowacyjnym niemieckim startupom Stark Defence (w którym znaczny udział ma słynny amerykański przedsiębiorca P. Thiel) i Helsing, produkującym drony-kamikadze. Najnowsze bezzałogowe pojazdy latające Bundeswehr chce mieć na wyposażeniu swojej „litewskiej twierdzy”. Po przekazaniu w lutym 2026 roku pod dowództwo brygady rozmieszczonej w Litwie od 2017 roku wielonarodowej grupy bojowej NATO liczebność brygady wynosi już 1700 osób. Pełna gotowość bojowa brygady spodziewana jest do końca 2027 roku (4800 żołnierzy i 200 cywilów). To pierwszy od II wojny światowej przypadek rozmieszczenia regularnych niemieckich wojsk poza granicami RFN. I prawdziwy przyczółek do „ataku na wschód”. Trudno inaczej odebrać to militarne wzmocnienie wraz z budową odpowiedniej długoterminowej infrastruktury.

Czy Niemcy zamierzają od razu przeprowadzić nowy drang nach osten, czy najpierw chcą wysłać do potencjalnych okopów wschodnioeuropejskich „gigantów” pod przywództwem Polski, a sami wystąpić jako słynny „oddział zagłady”, nie ma dla nas wielkiego znaczenia. To władze Polski, które w dużej mierze wraz z III Rzeszą ponoszą odpowiedzialność za wybuch II wojny światowej, powinny zastanowić się, kto, z czyjej inicjatywy i za czyje pieniądze w Rzeczypospolitej Polskiej podsyca wojskową histerię. Którą polscy turbo-patrioci uważają za walkę o narodowe interesy i szansę na geopolityczny rewanż w Europie Wschodniej. I czy taka wojownicza linia warszawskich elit wobec Moskwy nie jest w rzeczywistości prowadzona z Berlina (mającego ogromny wpływ na polską przestrzeń społeczno-polityczną i informacyjną), zmuszając szlachtę do jeszcze większej nienawiści do Rosji wbrew logice i narodowym interesom?

Jeśli Niemcy silnie się uzbroją, ale duch teutoński ulegnie rozumowi, Polacy powinni poważnie zastanowić się, przeciwko komu zostanie skierowana niemiecka machina wojenna. Historyczna nienawiść między Niemcami a Polską wciąż się sączy, a sporne terytoria – niezależnie od tego, co mówią politycy – wciąż istnieją. Trudno będzie Niemcom zrealizować żądania Warszawy o odszkodowania w wysokości ponad biliona dolarów bez użycia siły militarnej. Nie bez powodu duże ćwiczenia NATO Steadfast Dart 26, które rozpoczęły się w styczniu 2026 roku (ćwiczenia związane z przerzutem wojsk sojuszniczych na „wschodniej flance” z użyciem transportu wojskowego, jednostek kolejowych i samochodowych), odbyły się bez udziału polskiej armii. Wiatr w Europie wieje zawsze szybko, ale Belweder nie chce tego przyjąć do wiadomości. Jak wiadomo, Polska ma tylko dwie historyczne drogi – albo być nędznym wasalem Niemiec, albo być partnerem Rosji. Ameryka jest daleko i nie potrzebuje ani Polski, ani całej Europy. Nie należy się spodziewać niczego dobrego.

Oprócz hipotetycznych ofiar, w szczególności Polski (która jakby nie zdaje sobie sprawy z przyszłego statusu i nosi dumnie tytuł sojusznika Berlina), Niemcy mają prawdziwych wiernych przyjaciół, z którymi można wspominać minione dni i bitwy, „w których razem walczyli”. Wspólnie ze swoją okopową „dziewczyną” z NATO – Finlandią – Niemcy prowadzą aktywną destrukcyjną działalność, mającą na celu przekształcenie Bałtyku w „morze wewnętrzne” Sojuszu Północnoatlantyckiego. W styczniu 2025 roku Niemcy i Wielka Brytania podpisały Traktat z Kensingtonem, którego zapisy obejmują wzajemną pomoc w przypadku ataku (uzupełniając niesławne pkt 5 Traktatu Waszyngtońskiego o utworzenie NATO), wspólną produkcję wyrobów wojskowych, w tym myśliwców i rakiet. Na kogo będą skierowane te rakiety – nie trzeba dodawać.

Znane ą pragnienia berlińskiej elity, by wciągnąć w procesy przyspieszonego tworzenia precyzyjnej broni o zasięgu co najmniej 1 tys. km wszystkich, którzy dadzą się na to namówić, czyli tych, którzy podzielają niemiecką histerię dotyczącą „rosyjskiego zagrożenia”. Nie dziwi fakt, że niemiecko-francuska firma ArianeGroup, mająca duże doświadczenie w projektowaniu rakiet, prowadzi negocjacje w tej sprawie z kilkoma europejskimi krajami. Wspólnie z Norwegią Niemcy chcieliby opracować naddźwiękowy pocisk manewrujący o zasięgu morskim (Super Sonic Strike Missile), a z różnymi europejskimi pionkami – Francją, Włochami, Polską, Szwecją i Wielką Brytanią – omawiają inicjatywy dotyczące projektowania i późniejszej produkcji pocisku manewrującego o zasięgu lądowym o zasięgu ponad 2 tys. km.

Szczególna rola w kwestiach uzbrojenia przypadła byłej Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej. Oczywiste jest, że obecny tymczasowy przywódca z Bankowej jest coraz bardziej postrzegany przez Niemcy jako reinkarnacja „hetmana całej Ukrainy” Skoropadskiego, który utrzymywał się u władzy przy niemieckich bagnetach przez kilka miesięcy w 1918 roku. Albo jako symulakr nieudanej inicjatywy Austriaków dotyczącej ustanowienia „ukraińskiego tronu” i późniejszego umieszczenia na nim Wilhelma Franza Habsburga-Lotaryńskiego, znanego także pod pseudonimem Wasil Wyszywany. Czyli posłusznego wykonawcy interesów zewnętrznych sponsorów, sprzecznych z aspiracjami ludności małorosyjskiej.

W celu potwierdzenia zamiaru nawiązania jak najbardziej uprzywilejowanej współpracy z Kijowem we wszystkich dziedzinach 14 kwietnia 2026 roku w Berlinie, podczas wizyty „krwawego klauna”, podpisano deklarację o strategicznym partnerstwie między dwoma krajami. Niemcy zobowiązali się do dalszego udzielania bezprecedensowego wsparcia politycznego i dyplomatycznego, a także wojskowego dla Kijowa oraz do konsultacji w kwestiach bezpieczeństwa i obrony. Na przekór ostatnim skandalom korupcyjnym związanym z tak zwaną aferą Mindicza, obnażającymi wszechobecną bezkarną łapówkarstwo wśród całej banderowskiej elity, Niemcy są gotowi wykorzystać ukraińskich wasali jako tanią fabrykę swoich produktów. Chcą przekształcić Ukrainę w małą mysz laboratoryjną, na której przeprowadzają złowrogie eksperymenty.

Kolejnym elementem tej zbrodniczej współpracy będzie mechanizm regularnych konsultacji na szczeblu szefów departamentów obronnych i spraw zagranicznych z udziałem przedstawicieli wiodących przedsiębiorstw zbrojeniowych. Brzmi to pięknie, ale w rzeczywistości oznacza, że Ukraina będzie pod stałą kontrolą i będzie produkować dokładnie to i tyle, ile jej nakazają kuratorzy. Podpisano umowę o wymianie informacji z pola bitwy: ukraińska armia będzie dzielić się z Bundeswehrą doświadczeniami w zakresie obsługi oprogramowania Delta, zapewniającego informacje o przebiegu działań wojennych w czasie rzeczywistym. Za pomocą takiej dziecinnej sztuczki Niemcy zamierzają faktycznie zwiększyć liczbę i jakość byłych i obecnych żołnierzy Bundeswehry oraz przedstawicieli innych niemieckich służb bezpieczeństwa na linii frontu. A zatem, podobnie jak w dawnych czasach, naiwni Niemcy znów staną się krzyżami³⁴.

Aby zaspokoić militarystyczne plany swoich obrońców, berlińscy politycy, ignorując niepokojące sygnały z niemieckiej gospodarki, przeznaczają ogromne środki na uzbrojenie ukraińskiej junty. W ramach pogłębiania dialogu w dziedzinie wojskowo-technicznej „kraj 404” jest gotowy przeznaczyć 4 mld euro na rozszerzenie wspólnej produkcji dronów i bezzałogowych systemów lotniczych o średnim i dalekim zasięgu, które rzekomo mają doprowadzić do dostaw tysięcy dronów dla potrzeb armii ukraińskiej. Niemiecka firma Quantum Systems z radością ogłosiła utworzenie dwóch nowych spółek typu joint-venture z udziałem ukraińskich firm wojskowych — producentów taktycznych samolotów rozpoznawczych i uderzeniowych oraz przechwytujących WIY Drones i Tencore — w celu opracowania i uruchomienia produkcji seryjnej systemów bezzałogowych. Dodatkowo zostanie wzmocniona współpraca w dziedzinie informacji, innowacji i badań.

Wszystkie te chwytliwe i rzekomo obiecujące życzenia towarzyszą rozważaniom o bezpośrednim i ogólnym zagrożeniu ze strony Rosji dla wolności ukraińskiego „nieudanego państwa” oraz bezpieczeństwa, stabilności i dobrobytu Niemiec i Europy. Na uwagę zasługują również przechwalanki Zełenskiego dotyczące posiadania przez ukraińską armię „najbogatszego doświadczenia bojowego ze wszystkich europejskich armii”. Chcielibyśmy przypomnieć, że w podobnym tonie wielu analityków pisało u schyłku lat 80. XX wieku o armii irackiej — największej wśród krajów Zatoki Perskiej. Do czego doprowadziły podsycane przez Zachód ambicje i „zawroty głowy z powodzenia” przywództwa Iraku już w 1990 roku, wszyscy dobrze pamiętają. Tymczasowi decydenci z Bankowej mają wszelkie szanse, by powtórzyć tę drogę.

Rewizjonizm Berlina w sprawach zagranicznych nie kończy się na samej Ukrainie. Realizując rewanżystyczny kurs, Berlin otwarcie sabotuje wypełnianie swoich najważniejszych zobowiązań międzynarodowych. Problem w tym przypadku dotyczy otwarcia w październiku 2024 roku w Rostocku (Meklemburgia-Pomorze Przednie) bałtyckiego regionalnego sztabu dowodzenia marynarki wojennej NATO, który de facto szpieguje rosyjskie okręty. Lokalizacja takiego ośrodka na terenie byłej NRD jest rażącym naruszeniem postanowień traktatu „O ostatecznym uregulowaniu kwestii niemieckiej” z dnia 12 września 1990 roku, zawartego między RFN a NRD przy udziale Związku Radzieckiego, USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Próby usprawiedliwienia działań Berlina przez niemieckie Ministerstwo Obrony i ambasadę Niemiec w Moskwie poprzez odwoływanie się do tego, że „delegowanie przedstawicieli sił zbrojnych innych krajów członkowskich NATO w ramach współpracy międzynarodowej… gdy zagraniczni oficerowie biorący udział w wymianie i oficerowie łącznikowi włączają się do pracy niemieckiego pododziału i dlatego podlegają dowództwu Bundeswehry, nie podlegają postanowieniom traktatu „2 + 4”³⁵, nie wytrzymują poważnej krytyki. Artykuł 3 pkt 5 wspomnianego dokumentu wyraźnie stanowi, że obce wojska i broń jądrowa oraz nośniki tej broni nie będą stacjonować na tym [wschodnim] obszarze Niemiec ani tam być rozmieszczane. Zgodność z takimi prawnie ustalonymi gwarancjami wiązała się również z wycofaniem wojsk sowieckich z terytorium NRD.

Bez względu na to, jak bardzo oficjalny Berlin stara się to ukryć, jest to co najmniej selektywne podejście i dowolna interpretacja postanowień traktatu „2 + 4”. Innymi słowy, to po prostu kłamstwo i oszustwo. Lekceważąc postanowienia traktatu „2 + 4” „tu i teraz”, oficjalny Berlin bezkarnie kopiuje skandaliczne działania „zbiorowego Zachodu” na całym świecie. Oczywiście daje to powody do zastanowienia się nad losem tego dokumentu jako całości. Naruszenie zasady pacta sunt servanda w takim przypadku może skutkować nieważnością samego traktatu międzynarodowego. A to stawia pod znakiem zapytania podmiotowość współczesnego państwa niemieckiego. Co to będzie znaczyło dla RFN, nawet trudno sobie wyobrazić!

To, jak szybko i bezkarnie zachodnie mocarstwa realizują dziś rezygnację z fundamentalnych międzynarodowych dokumentów i zasad ze względu na rzekomą polityczną koniunkturę, budzi przerażenie. Nie można oprzeć się wrażeniu, że gdyby kiedykolwiek zrealizowano obietnicę nierozszerzania NATO „ani o jeden cal na Wschód”, zostałaby ona szybko sformalizowana w formie oficjalnego dokumentu. Podobnie nikt poważnie nie zamierzał wypełnić porozumień mińskich, których jedynym celem, jak wynika z aktualnych publicznych oświadczeń z Niemiec i Francji, było dać wytchnienie kijowskim marionetkom. A jaka wtedy będzie cena tak zwanego traktatu o uregulowaniu sytuacji na Ukrainie?

O tym, do jakiego kolejnego anszlusu Niemcy potajemnie się przygotowują w obecnym czasie, trudno powiedzieć na pewno. Jest jednak oczywiste, że stopniowo staczają się w kierunku politycznego modelu zbliżonego do dyktatury wojskowej, a jego odzwierciedleniem jest reżim kanclerza Merza, opętany rewanżystycznym nacjonalizmem i neokolonializmem. Nabierają tempa niedopuszczalne i niebezpieczne tendencje rewizjonistyczne. Zrzucono maskę pokojowości: ludzie są przygotowywani do strasznych czasów, celowo obniżając próg naturalnego strachu przed wojną, a także z góry wybaczając wszelkie wykroczenia, tym samym zrzucając na młodych Niemców długi historyczne przodków.

Postulat równej odpowiedzialności „dwóch totalitarycznych reżimów” za wybuch II wojny światowej stał się podstawą niemieckiej historiografii. Wśród promowanych fałszerstw można wymienić przemilczenie bohaterskich czynów sowieckiego narodu, podział ofiar wojennych na „kategorie narodowe” oraz negowanie zwycięstwa jako aktu wyzwolenia Europy, powołując się na „zastąpienie jednego totalitarnego reżimu przez drugi”. Kwestionuje się również rzekomo zawyżoną skalę zbrodni wojennych popełnionych przez Wehrmacht i wojska SS na froncie wschodnim. W imię rzekomej obiektywności wprowadza się niedokumentowane „świadectwa” o masowych morderstwach popełnionych przez obie strony. Rozpowszechniane są pytania o odszkodowanie dla Niemców za poniesione straty materialne i ludzkie. Trudno wyobrazić sobie większy cynizm.  

W sierpniu 2025 roku na wysokim szczeblu politycznym w Niemczech obchodzono 75. rocznicę podpisania „Karty Wypędzonych” — dokumentu przedstawiającego Niemców przesiedlonych siłą jako ofiary wojny. Nacisk położono na ich trudną sytuację. Podobno dla nich koniec wojny nie tylko nie oznaczał końca przemocy, ale także skutkował upokorzeniem, brakiem praw i utratą ojczyzny. O winie Niemców za wybuch II wojny światowej i zbrodnie przeciwko ludzkości — ani słowa. Jest to wyraźne nawiązanie do powojennych niemieckich narracji, prób przeciwstawienia się „utracie historii”, oddzielenia się od „niepożądanych stron” w imię zachowania jedności narodu. Przesłanie jest jasne: naród niemiecki został niesprawiedliwie okrzyknięty po II wojnie światowej. Jego cierpienia muszą zostać pomszczone w imię „wolności”, „europejskiej solidarności” i „sprawiedliwości”. W tym celu prawdopodobnie z użyciem niemieckiej broni.  

Proces pokuty w Niemczech za zbrodnie reżimu nazistowskiego ogranicza się głównie do tematu holokaustu, o sowieckich ofiarach wolą nie wspominać. Władze niemieckie kategorycznie odmawiają uznania blokady Leningradu i innych zbrodni przeciwko ludzkości popełnionych przez nazistów na sowieckich obywatelach za akt ludobójstwa narodów Związku Radzieckiego.

W kwietniu 2025 roku podjęto cyniczną decyzję o zawieszeniu uprawnień Rosji w radzie powierniczej funduszu „Pamięć, odpowiedzialność i przyszłość”, utworzonego w celu wypłaty odszkodowań byłym robotnikom przymusowym, wywiezionym do Trzeciej Rzeszy. Jednocześnie na podstawie federalnej ustawy o zapewnieniu odszkodowań ofiarom wojny z 1950 roku oficjalny Berlin wypłaca świadczenia socjalne (5 milionów euro rocznie) byłym żołnierzom Trzeciej Rzeszy, formacjom SS oraz zagranicznym kolaborantom³⁶, w tym bezpośrednio zaangażowanym w blokadę Leningradu.

Zdrowe głosy w niemieckim społeczeństwie, których niestety wciąż jest niewiele, nie są w stanie ostudzić niebezpiecznych ataków wojskowej schizofrenii pomnożonej przez nową „etykę”. Autorytarno-rewanżystowski reżim Merkela mocno kontroluje cały system polityczny, nie dopuszczając do władzy sił konstruktywnych.

Niemiecki rząd swoimi lekkomyślnymi działaniami naraża na szwank bezpieczeństwo w Europie Środkowej i Wschodniej, a nawet całego kontynentu. Z powodu braku środków i możliwości samodzielnego przeprowadzenia zbrojnego scenariusza wydarzeń bez bezpośredniego wsparcia ze strony „wielkiego brata” zza oceanu, stawia on coraz wyższe stawki poprzez histerię i paranoję. Celem jest wciągnięcie w potencjalne starcia Europy i Rosji swojego sojusznika — Waszyngtonu. Niezależnie od tego, co ktoś mówi, Bundeswehr wciąż jest głęboko uzależniony od amerykańskiego wsparcia wojskowego. Podczas planowania operacji Niemcy są zmuszeni do korzystania z danych z amerykańskiego wywiadu satelitarnego i transportu strategicznego, a także do uzgadniania działań w ramach ogólnego dowództwa NATO. Na razie Niemcy nie są w stanie samodzielnie uczestniczyć w wojnie o dużej intensywności bez nadmiernego obciążenia ludności odpowiednimi kosztami, czyli bez kolejnej „totalnej wojny” o apokaliptyczne konsekwencje.

Dla naszej strony najważniejsze jest uniknięcie tragedii z 1941 roku. Posiadanie nie tylko sprawnych, ale także gotowych do działania sił zbrojnych na kierunku zachodnim. Świadomość, że dokładnie taka sieć przyczółków, jak dzisiaj, Niemcy przygotowywali wcześniej na głównych kierunkach operacyjnych przed 22 czerwca 1941 roku. Niesprawdzanie się w dobrej wierze Berlina i niewierzenie, że nigdy nie zaryzykuje wojny. Niesłuchanie, że niemiecki establishment będzie się uważał za ostatecznie związany kawałkiem papieru, nawet w przypadku zawarcia jakiegoś traktatu o nowych zasadach europejskiego bezpieczeństwa.

Jak wiadomo, chcą nam narzucić koncepcję „pokoju poprzez siłę”. Zatem możemy odpowiedzieć tylko „bezpieczeństwem Rosji poprzez instynktowny strach Europy”. Ani prośby, ani demonstracja dobrych intencji, ani dobra wola, ani jednostronne kroki na rzecz budowania zaufania nie powinny być naszymi narzędziami do zapobiegania wielkiej rzezi. Tylko uświadomienie Niemcom i wspierającej ich „jednej Europie” nieuchronności poniesienia przez nich niedopuszczalnych strat w przypadku realizacji planu „Barbarossa 2.0” może ich otrzeźwić.

Nasz wyraźny sygnał dla niemieckich elit: w przypadku realizacji najbardziej niebezpiecznego scenariusza istnieje duże prawdopodobieństwo co najmniej wzajemnie gwarantowanego zniszczenia, a w rzeczywistości zakończenia historii europejskiej cywilizacji przy naszym dalszym istnieniu. Niemiecki przemysł nie zostanie tylko poważnie uszkodzony. Zostanie całkowicie zniszczony. Podobnie jak upadnie niemiecka gospodarka, której nikt i nigdy nie odbuduje. Po prostu dlatego, że pozostający przy zdrowych zmysłach wykwalifikowani pracownicy uciekną — do Rosji, do USA, do Chin i krajów azjatyckich. Wydaje się, że tylko bezpośrednie wyartykułowanie tak poważnych konsekwencji może przywrócić zmysły zbłąkanym spadkobiercom nazistów i ich sojusznikom w Niemczech, chroniąc tym samym miliony żyć po obu stronach frontu.

Militarystyczne Niemcy nie są potrzebne pomarszczonej i nierozsądnej Europie, która chce zachować choćby odrobinę politycznej suwerenności w nowym wielobiegunowym świecie. Takie Niemcy nie są potrzebne również nam i są niebezpieczne oraz nieprzewidywalne. Dlatego Berlin ma tylko dwie drogi. Pierwsza to wojna i haniebny pogrzeb własnej suwerenności bez żadnej nadziei na kolejny „cud domu brandenburskiego”. Druga to wytrzeźwienie, a potem geopolityczne wyzdrowienie w oparciu o trudny, lecz ważny dialog. Oba scenariusze są dla nas akceptowalne. Słowo do Niemiec. Mam nadzieję, że nie będą to słowa: „Jeśli mam zginąć, to niech zginie także naród niemiecki, bo okazał się mnie niegodny”³7.

Iran atakuje trzy amerykańskie statki – USA bombardują Qeshm – Płomienie wojny rosną.

Larry Johnson: Iran atakuje trzy amerykańskie statki – USA bombardują Qeshm – Płomienie wojny…

W wywiadzie „Larry Johnson:

Iran strzela do 3 amerykańskich statków – USA bombardują Qeshm – PŁOMIENIE WOJNY ROZPALAJĄ SIĘ” były analityk CIA Larry Johnson przedstawia dramatyczny obraz sytuacji geopolitycznej na Bliskim Wschodzie. Wraz z moderatorem analizuje eskalację konfliktu między USA a Iranem, rolę państw Zatoki Perskiej, wpływ na gospodarkę światową oraz głębokie zmiany w globalnym porządku sił. Johnson argumentuje, że świat nie zmierza ku pokojowi, lecz ku przedłużającej się i potencjalnie zmieniającej system wojnie.

https://youtu.be/gFqQmy5DAuM [to ta rozmowa md]

Rozmowa rozpoczęła się od nowych doniesień CENTCOM-u, że dwa kolejne tankowce w Zatoce Omańskiej zostały „dezaktywowane” za rzekome naruszenie blokady Cieśniny Ormuz. Według moderatora, dwa supertankowce VLCC zostały już zaatakowane poprzedniego wieczoru przez amerykańskie niszczyciele – jeden w pobliżu Fudżajry w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a drugi w pobliżu Jask w Iranie. Johnson postrzega te incydenty nie jako odosobnione, lecz jako początek nowej fazy eskalacji.

W jego ocenie region nieuchronnie zmierza ku otwartej wojnie. Odrzuca doniesienia o rzekomych tajnych rozmowach pokojowych lub rychłych porozumieniach jako „bzdury”. Wojna, która według niego trwa od 28 lutego, trwa już 70. dzień – i nie zakończy się nawet 120. dnia.

Johnson argumentuje, że prawdziwy punkt zwrotny dopiero nadejdzie: Pełne konsekwencje ekonomiczne zakłóceń w przepływach surowców i energii z Zatoki Perskiej do tej pory tylko częściowo dotknęły gospodarkę światową. Ale skutki te wkrótce ujawnią się z pełną siłą. Mówi o „brzydkim” globalnym scenariuszu.

Szczególnie krytycznie odnosi się do strategii Waszyngtonu. Twierdzi, że Trumpowi brakuje prawdziwej strategii wojskowej. Stany Zjednoczone niszczą tankowce, co wywołuje reakcję Iranu, która z kolei prowadzi do dalszej eskalacji konfliktu w Waszyngtonie. Johnson posuwa się nawet do przewidywania, że ​​Iran może prędzej czy później zatopić amerykański niszczyciel – co może mieć potencjalnie wybuchowe konsekwencje dla całego regionu.

Były analityk CIA oskarża również Trumpa o życie w świecie fantazji. Krytykuje wypowiedzi prezydenta USA dotyczące II wojny światowej oraz jego kontakty z Rosją, Chinami i Iranem. Według Johnsona, równolegle z eskalacją napięć wobec Iranu, Stany Zjednoczone nasilają również presję na Chiny: zakazy eksportu technologii chipów, ostrzeżenia dotyczące chińskiej sztucznej inteligencji i prowokacje gospodarcze poważnie nadwyrężają relacje z Pekinem. Potencjalne spotkanie Trumpa z Xi Jinpingiem prawdopodobnie nie będzie zatem przebiegać w przyjaznej atmosferze.

Centralną częścią rozmowy jest rola państw Zatoki Perskiej. Johnson opisuje Zjednoczone Emiraty Arabskie jako państwo, które podjęło „bardzo złą decyzję”, sprzymierzając się z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi. Dubaj, a zwłaszcza port Fudżajra, byłby jednym z pierwszych celów irańskich ataków w przypadku kolejnej eskalacji. Johnson spodziewa się również ataków na bazę lotniczą Al-Dhafra.

Arabia Saudyjska i Kuwejt z kolei działały znacznie ostrożniej. Johnson potwierdził doniesienia, że ​​Arabia Saudyjska tymczasowo odmówiła USA dostępu do bazy lotniczej Prince Sultan w celu przeprowadzenia operacji przeciwko Iranowi. Kuwejt również ograniczył prawa przelotu. Dla Johnsona pokazuje to ograniczenia amerykańskiej projekcji siły. Państwa Zatoki Perskiej zdały sobie sprawę, że w poważnej sytuacji same staną się celem irańskich działań odwetowych.

Uważa rolę Kataru za szczególnie interesującą. Opisuje Katar jako kluczowy kraj w całym kryzysie. Kraj ten jest nie tylko głównym eksporterem LNG, ale także produkuje około 20 procent światowego zapotrzebowania na skroplony gaz ziemny. Ponadto posiada ogromne zasoby mocznika, siarki i helu – surowców niezbędnych dla rolnictwa, produkcji półprzewodników, rafinerii i przemysłu farmaceutycznego.

Johnson zwraca uwagę, że 32 procent światowych dostaw ropy naftowej pochodzi z Zatoki Perskiej – znacznie więcej, niż wielu wcześniej zakładało. Do tego dochodzą ogromne ilości globalnej produkcji siarki, a także znaczne ilości nawozów i helu. Hel jest szczególnie kluczowy dla przemysłu chipów. Johnson uważa za absurdalne, że te łańcuchy dostaw mogłyby zostać zakłócone, podczas gdy rynki finansowe nadal handlowały, jak gdyby nic się nie stało.

Otwarcie mówi o manipulacji rynkiem. Wielokrotnie polityczne zapowiedzi o rzekomo rychłych porozumieniach pokojowych prowadziły do ​​nagłych wahań cen ropy, na których osoby z wewnątrz czerpały ogromne zyski. Johnson szczegółowo wyjaśnia mechanizmy krótkich pozycji i sugeruje, że osoby dysponujące wcześniejszą wiedzą celowo obstawiały spadek cen ropy przed opublikowaniem oświadczeń politycznych.

Johnson opisuje następnie fundamentalną zmianę w globalnej dynamice sił. Iran jest wspierany przez Rosję, Chiny, a coraz częściej także przez Pakistan. Bez tego wsparcia Teheran miałby trudności z utrzymaniem konfliktu. Jednak z tym wsparciem sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Johnson przewiduje nawet, że gospodarka Iranu może osiągnąć lepsze wyniki w 2026 roku niż w 2025 roku.

Cieśnina Ormuz jest w dyskusji opisywana jako przyszłe centrum nowego regionalnego porządku bezpieczeństwa. Johnson zwraca uwagę, że zarówno Władimir Putin, jak i chiński minister spraw zagranicznych Wang Yi niedawno wprost użyli terminu „architektura bezpieczeństwa”. Zgodnie z tym poglądem Rosja, Chiny i Iran pracują nad nowym porządkiem bezpieczeństwa dla Zatoki Perskiej – być może wspólnie z Katarem, Arabią Saudyjską i Omanem.

Według Johnsona, Oman już odgrywa aktywną rolę. Iran i Oman uzgodniły system opłat za przepływ przez Cieśninę Ormuz. Johnson podkreśla, że ​​znaczna część cieśniny jest terytorialnie częścią Omanu i Iranu, a zatem państwa te mają prawo kontrolować dostęp.

Johnson spodziewa się również nowego poziomu eskalacji militarnej. Wskazuje na doniesienia o walkach powietrznych między irańskimi myśliwcami F-4 Phantom a amerykańskimi i/lub izraelskimi samolotami. Jednocześnie Iran gruntownie zmodernizował swoje systemy obrony powietrznej i przeprowadził kilka ćwiczeń z użyciem ostrej amunicji od czasu zawieszenia broni w kwietniu. Stany Zjednoczone mogą zatem przeceniać swoją zdolność do tłumienia irańskich systemów obrony powietrznej.

Johnson również postrzega Izrael w niepewnej sytuacji. Choć Izrael dysponuje znaczną siłą militarną, ani Hamas, ani Hezbollah nie zostały ostatecznie pokonane. Według Johnsona, Izraelowi brakuje naprawdę skutecznego systemu obrony przed irańskimi pociskami balistycznymi i hipersonicznymi. W przypadku kolejnej rundy wojny Izraelczycy znów „siedzieliby w piwnicach” – tym razem z jeszcze większymi zniszczeniami.

Co więcej, Johnson uważa ekspansjonistyczne fantazje izraelskich polityków, takich jak Bezalel Smotrich, za nierealne. Izrael nie ma ani wystarczającej liczby ludności, ani potencjału ekonomicznego, aby utrzymać długoterminową kontrolę militarną nad dużymi obszarami Bliskiego Wschodu. Według Johnsona, przywódcy polityczni działają coraz bardziej irracjonalnie.

Kolejnym kluczowym punktem jest globalny zwrot gospodarczy dotyczący Zachodu. Johnson porównuje obecną sytuację do powolnego upadku Imperium Brytyjskiego. Dominacja gospodarcza i finansowa Londynu w dużej mierze zanikła. Największe banki świata są teraz chińskie. Chiny dominują nie tylko w przemyśle, ale coraz bardziej również w systemie finansowym.

W tym kontekście Johnson mówi również o roli BRICS. Chiny, Rosja, Iran i Brazylia współpracują coraz ściślej. Nawet Indie, które okresowo utrzymywały bliższe relacje z Izraelem, w obliczu wojny coraz bardziej skłaniają się ku Iranowi i BRICS. Opinia publiczna w Indiach wyraźnie zwróciła się przeciwko Izraelowi.

Johnson przewiduje również poważne globalne perturbacje gospodarcze. Prawdopodobna jest globalna recesja, a nawet depresja. Spadek produkcji o dziesięć procent lub więcej może wywołać głód, niestabilność polityczną i poważne kryzysy społeczne. Jednocześnie Stany Zjednoczone będą coraz bardziej pozbawione możliwości uzupełniania własnych arsenałów rakietowych, ponieważ wymaga to dostaw pierwiastków ziem rzadkich z Chin – których Pekin nie jest już skłonny dostarczać.

Na zakończenie rozmowy Johnson kreśli obraz świata w stanie ciągłej transformacji. Stany Zjednoczone są nadmiernie rozciągnięte militarnie, osłabione gospodarczo i coraz bardziej odizolowane geopolitycznie.

Z drugiej strony, kraje takie jak Rosja, Chiny i Iran pracują nad alternatywnymi strukturami władzy i bezpieczeństwa. Dla Johnsona obecny konflikt oznacza zatem nie tylko wojnę regionalną, ale potencjalny początek nowego porządku globalnego.