
——————————-

———————————

———————-

———————————–

——————-

—————————————-

——————————————–

—————————————

—————————————————

——-

———————


——————————-

———————————

———————-

———————————–

——————-

—————————————-

——————————————–

—————————————

—————————————————

——-

———————

Włodzimierz Kowalik
W opublikowanej pod przydługim tytułem „Polskie biesy. Tom 1, XVIII wiek. Wrogie przejęcie i zbrodnie założycielskie” rozmowie z Janem Taturą europoseł Grzegorz Braun dokonuje bezprecedensowej rozprawy z własną grupą społeczną: inteligencją.
Jeżeli nie jest to radykalna próba uwiarygodnienia się w oczach elektoratu, mamy do czynienia z manifestem politycznym katolickiego tradycjonalisty, jakiego w Polsce nie było.
Może on doprowadzić do białej gorączki „Gazetę Wyborczą” tak samo jak słuchaczy Radia Maryja oraz wpędzić w popłoch episkopat Polski. To ostatnie akurat nie jest trudne, ponieważ słowo „popłoch” zdaje się charakteryzować sposób reagowania tego szacownego gremium.
Braun uderza w sploty słoneczne oraz w największe świętości polskiego inteligenta. „Polska inteligencja jest specyficznym reliktem przeszłości – ale bez perspektyw na przyszłość innych niż związane z utrzymaniem etatyzmu i klientelizmu. Inteligencja jest de facto chłopstwem pańszczyźnianym – pozbawionym własności, a przywiązanym dzisiaj do etatów i do kredytów. Do etatów, jeśli nie państwowych to korporacyjnych, co na jedno w skutkach wychodzi – mając bowiem wybujałe przeświadczenie o własnej niezależności i przywiązaniu do wolności, inteligencja jest ostoją zniewolenia jako klasa ukonstytuowana i integrująca się na bazie kanonicznych przesądów inteligenckich: demokratyzmu (antymonarchicznego), etatyzmu (socjalistycznego). Modernizmu (religijnego), pacyfizmu (hoplofobicznego), a jednocześnie judeoidealizmu (anty-antysemityzmu) i insurekcjonizmu (dziś przede wszystkim antyrosyjskiego)” (str. 103). Mocniej chyba nie można było zaznaczyć, że inteligencka wolność to jedynie pusta konotacja, pod którą kryje się brak samodzielności i niezależnych źródeł utrzymania.
Kielnie i fartuszki
Tytułowe „wrogie przejęcie” oznacza przechwycenie świadomości narodowej przez nową klasę społeczną, uzurpującą sobie prawo rządu polskich dusz. Okazji dostarczyła wymęczona przez masonów u Klemensa XIV kasata zakonu jezuitów w 1773 roku. Umożliwiła ona uwłaszczanie się Komisji Edukacji Narodowej na zakonnym majątku Towarzystwa Jezusowego i produkcję nowych elit w myśl postępowych haseł. Hasła fabrykowała „jakobińska farma trolli”, czyli kołłątajowska „Kuźnica” finansowana kwotą 60 milionów franków, przeznaczonych według Brauna ze skarbu rewolucyjnej Republiki Francuskiej na „interes Braci Warszawskich”. A interesem tym według słów samego Hugo Kołłątaja było „obalanie tronów i ołtarzy”. Jak bowiem tłumaczy rzecz Braun: „Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej potrzebna była dywersja na tyłach – przekierowania działań koalicji kontrrewolucyjnej Austrii, Prus i Rosji na inny teatr wojenny. Padło na nas – polscy patrioci, agenci lóż i pożyteczni idioci z największym zapałem zabrali się za realizację tego scenariusza […] I ta operacja udaje się doskonale – w latach 1791 – 1795 trwają nad Wisłą de facto intensywne działania osłonowe rewolucji nad Sekwaną” (str. 248).
Ponieważ rząd dusz był przejmowany od katolickiego kleru, dlatego „polskie biesy” musiały się początkowo uwiarygodniać jako duchowni lub świeccy katolicy. „Rewolucja niszcząc istotę starego, tradycyjnego porządku, bardzo skrzętnie stara się zachować jego fasadę. I stąd dążenie do tego, żeby księża nadal nazywali się księżmi, chociaż będą w istocie sprotestantyzowanymi, zmasonizowanymi agitatorami” (str. 28). Bohaterowie na czele z przewodnim czarnym charakterem gawędy i „człowiekiem znikąd” Hugo Kołłątajem, Stanisławem Staszicem, braćmi Ignacym i Michałem Potockimi, Franciszkiem Zabłockim, Wojciechem Bogusławskim, Janem Kilińskim, Tadeuszem Kościuszką, wdrażają spóźniony w Polsce o dobre 200 lat program swoistego protestantyzowania Kościoła polskiego oraz samych Polaków.
„Energicznie bez ceregieli i bez skrupułów realizowana ‘protestantyzacja’ dokonuje się w całym szkolnictwie – wystarczy kilka lat, a już wylęgają się na świat kolejne mioty […] tych oświeconych hunwejbinów. To oni będą przeprowadzać rewolucję 3 Maja, będą rozpętywać insurekcję kościuszkowską i będą tworzyć ten raj oświeconych biurokratów, zakładać zręby tej przyszłej idylli urzędników – ze szczególnym uwzględnieniem urzędników podatkowych. Czyli Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe – to są właśnie dzieci Komisji Edukacji Narodowej. Więc hasło ‘protestantyzacja’ znajduje w projekcie spełnienie bardzo bliskie zachodniego ideału i oryginału, a niekiedy najzupełniej dosłowne” (str. 134). Takie źródło ma zatem klasa społeczna, którą Braun chce wysłać do wszystkich diabłów.
Późne wnuki
Masońskie tradycje Kuźnicy przejmuje cała XX-wieczna lewica polska, od sanacji, przez PRL, po post-PRL. Ciężko jest znaleźć środowisko zupełnie nie przyznające się do tradycji kołłątajowskich. W II RP symbolem może być Tadeusz Boy – Żeleński i ze swoją misją uświadamiania a w PRL stalinowsko – bierutowska „Kuźnica” z jej reformami nauki i oświaty. „System KEN został w PRL podniesiony do rangi dogmatycznej. Wzorzec kołłątajowskiej ‘reformy’ UJ został zaaplikowany z jeszcze większą mocą – a ukoronowaniem tego dzieła była likwidacja na przełomie lat 40. i 50. XX wieku dwóch zacnych instytucji naukowych o prywatnym i społecznikowskim rodowodzie: Towarzystwa Naukowego Warszawskiego i krakowskiej Polskiej Akademii Umiejętności, z których po upaństwowieniu stworzono jedną instytucję: Polską Akademię Nauk. Otóż PAN […] to jest właśnie ni mniej, ni więcej, kołłątajowsko-stalinowski kołchoz dla profesury.
To nie jest krzywdząca kogokolwiek inwektywa, tylko rzeczowe określenie, oddające historyczną genezę i aktualny stan rzeczy, jeśli chodzi o dominujący paradygmat” – jak bezlitośnie podsumuje reformy oświaty i nauki w PRL-u Braun (str. 245). Nie zabraknie również wątku masońskiego. „Jego agendy jak Instytut Badań Literackich – był również niejako etatowym matecznikiem masonerii, która w PRL, mimo formalnych ograniczeń, miała się całkiem nieźle” (tamże). W znajdującym się nota bene w Pałacu Staszica IBN „miała swój matecznik loża Kopernik z […] Janem Józefem Lipskim na czele” (str. 34) a jeden z etatów „przypadał mamie panów Kaczyńskich – co otwiera wdzięczne pole do pogłębionych i poszerzonych badań nad ciągłością i nieciągłością elit państwowych w Polsce” (tamże).
Opisywane przez Brauna procesy skutkowały tym, że inteligencja polska w większej części była i jest niewierząca. „Biskupi i księża polscy byli w ogromnej części chłopskimi synami. To była jedyna naprawdę wierząca warstwa w Polsce. To był kościół ludowy”. („Między Logiką a Wiarą. Z Józefem M. Bocheńskim rozmawia Jan Parys”, 1992, str. 185). Oryginalny polski wkład do katolicyzmu: „Gorzkie żale” i „Godzinki o Niepokalanym Poczęciu NMP” dla inteligencji są najwyżej przejawem folkloru jeśli nie obskurantyzmu. Wytworzony dualizm oświeconych, niereligijnych elit oraz religijnych, nieoświeconych mas, widoczny jest bez problemu w dzisiejszych podziałach politycznych.

Nie kto inny jak Jarosław Kaczyński stwierdził w chwili szczerości, że w gruncie rzeczy utożsamia się z wykształconym elektoratem wielkich miast Platformy Obywatelskiej. Wychowany w „mateczniku loży Kopernik” prezes Prawa i Sprawiedliwości niemalże z obrzydzeniem zagospodarowuje pozostawiony mu, ale obcy jego wrażliwości i światłym poglądom, parafialno – prowincjonalny grajdół. Istniejący obustronny dystans podkreślił swego czasu o. Tadeusz Rydzyk, ostrzegając przed prezydencką rodziną Kaczyńskich słowami: „nie należy mylić szamba z perfumerią”. Czy zatem kogokolwiek może zaskakiwać poziom obłudy masońsko sformatowanych pijarowców PIS-u, obecny w narracji „dobrej zmiany” dla niedorosłego narodu?
Z jednej strony „katolikawe” masy, pozbawione intelektualnego kierownictwa, podatne są na wszelkie suflowane im w narodowym lub ledwo „narodawym” opakowaniu agendy. Z drugiej strony elity nie przyswajające sobie katolickiego światopoglądu, w tym metafizycznej relacji celów i środków, otwierają się na implementację dowolnych światopoglądów, czyli po prostu na wpływy obcych ośrodków politycznych. Elita, która nie potrafi zdefiniować interesu własnego państwa, jako dobra wspólnego, nie ma podstaw odróżniać go od interesów obcych. „Jeśli więc polskich patriotów słusznie niepokoi, że niektórzy sygnatariusze Targowicy zbyt często i zbyt długo bywali w Petersburgu, to dlaczego w ogóle nie przejmuje ich, że niektórzy spośród liderów Klubu Przyjaciół Konstytucji 3 Maja całkiem sporo czasu spędzali w Berlinie, Dreźnie, Londynie, Wiedniu czy Paryżu – nieprawdaż?” (str. 273). Retoryczne pytanie Brauna wskazuje na tytułowe „wrogie przejęcie” przez europejski obóz rewolucji, do którego bezwiednie zapisuje się każde kolejne pokolenie polskiej inteligencji, bo tak już ma.
Trony i ołtarze
Braun prowadzi swoją historyczną wiwisekcję z egzotycznego dla Polaka punktu widzenia tradycjonalisty katolickiego. Lepiej zrozumiemy jego perspektywę, uświadomiwszy sobie, że cywilizacja katolicka (łacińska) inteligencji jako klasy społecznej nie zna. Jest w niej bowiem tylko kler oraz świeccy. Kler nie jest autorytetem w każdej dziedzinie, lecz tylko w zakresie wiary i moralności. I to właśnie odróżnia go od świeckich. Nie chodzi przy tym o nominalną przynależność, zgodnie z którą obecny episkopat Polski należy do kleru, choć ze świecą w nim szukać heroiczności cnót przywiązanej do stanu biskupiego. Idzie o udzielanie sakramentów, nauczanie i życie zgodnie z przypisanymi przez Magisterium Kościoła regułami. Kler wpaja zatem ludziom cel (zbawienie dusz) oraz realizującą go moralność, która steruje zachowaniem i współpracą jednostek, ucząc odróżniania celów od środków.
Moralność poza kilkoma zasadami tworzącymi cywilizację łacińską, jak dozgonna monogamia, rozróżnienie na władzę świecką i duchowną oraz na prawo prywatne i publiczne – zostawia jednostkom szerokie pole do samodzielnej aplikacji wyuczonych sprawności w codziennym życiu. Świeccy są kompetentni w swoich dziedzinach i nie mają ambicji kierowania społeczeństwem lub państwem, jeżeli akurat nie są jego monarchami (tj. specjalistami w dziedzinie rządzenia państwem). Laikat nie dąży zatem w państwie katolickim do sprawowania funkcji powszechnego autorytetu, bo taki poza samym Bogiem, nie istnieje. Taką właśnie „boską” funkcję uzurpowały sobie nowe elity i dlatego musiały zwalczać kler katolicki, który samym swoim istnieniem zaprzeczał wyłączności świeckiego autorytetu. Stąd też kołłątajowski paradygmat zniszczenia „tronów i ołtarzy”, powtarzający zresztą wezwania do „zniszczenia bezeceństwa” (tj. chrześcijaństwa), jakimi Wolter zwykł był kończyć adresowane do towarzyszy z lóż oraz koronowanych głów listy.
Konsekwencją odrzucenia katolickiej organizacji społeczeństwa jest totalitaryzm wyrażony w protestanckim haśle „czyja władza tego religia”. Władysław Gomułka wyjaśniał go Stanisławowi Mikołajczykowi jesienią 1944 roku: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Znane są też późniejsze słowa Cyrankiewicza, grożące odcięciem ręki podniesionej na bezalternatywną władzę ludową. „Przedmiotem ich troski nie jest bowiem ani państwo, ani naród w aktualnej, realnej postaci – tak są odległe od ich rewolucyjnych ideałów, że właściwie nie ma czego żałować, kiedy to wszystko szlag trafia, pod jakąś Białą Górą czy Maciejowicami. Notabene, jakże to charakterystyczne, że obrazy klęski maciejowickiej cyrkulują później w drukach propagandowych z hasłem: „Finis Poloniae!” – własną przegraną, sromotną klęskę frakcji rewolucyjnej przedstawia się jako koniec Polski w ogóle” (str. 214).
Konsekwencją braku podziału na władzę duchową i władzę świecką jest, że od dekretów jednej władzy nie można się odwołać do drugiej. „Rewolucje eliminują kluczową dla naszej cywilizacji zasadę rozdzielenia władz, wynikająca wprost z dyrektywy ewangelicznej: Bogu, co Boskie, cesarzowi, co cesarskie. Rewolucja protestancka czyni to pod pretekstem walki o ‘czystą Ewangelię’, a rewolucja masońska – pod hasłem walki z ‘ciemnotą i zabobonem’ o ‘oświecenie ludzkości’. Efekt jest ten sam: wyrugowanie dualizmu władzy świeckiej i duchownej skutkuje wyeliminowaniem zbawiennej dla poddanych konkurencji i równowagi wpływów – w świecie łacińskim od decyzji księcia zawsze można odwołać się do biskupa, od decyzji cesarza – do papieża i odwrotnie. Rewolucja protestancka gwarantuje monopol władzy świeckiej ze wszystkimi tego konsekwencjami” (str. 98). W konsekwencji państwo staje się totalitarne także w sensie zakresu rządzenia. Stara się bowiem objąć swoją kompetencją wszystko. Rewolucyjna zasada jedności władzy, obowiązująca także w prawosławiu, protestantyzmie, czy islamie logicznie prowadzi do faszyzmu (wszystko w państwie) oraz globalizmu (wszystko państwem).
Powszechna religia człowieka
Nic lepiej nie oddaje atrakcji tkwiącej w rewolucyjnej mentalności niż bluźniercza filozofia Georga Wilhelma Friedricha Hegla (1770-1831). Widzi ona w państwie (z typowym brakiem logiki przede wszystkim w państwie pruskim) samo-poznającego się Boga. Boska samoświadomość jest przy tym per procura udziałem państwowych elit, bo przecież nie samego, pozbawionego świadomości państwa, jako takiego. To oznacza faktyczne ubóstwienie człowieka, co jest – przyznajmy – bardziej atrakcyjne niż wypominane przez Brauna bycie płatnym propagandystą na państwowym wikcie.
Przed taką samo-deifikacją człowieka Kościół katolicki bronił się do II Soboru Watykańskiego. Kapitulację wyraził dobitnie papież Paweł VI w przemówieniu na zakończenie soboru. „Świecki humanizm, w swoim okropnym antyklerykalnym wcieleniu, w pewnym sensie rzucił wyzwanie soborowi. Religia Boga, który stał się człowiekiem spotkała się z religią (bo takową jest) człowieka, który czyni siebie Bogiem. I co się wydarzyło? Czy było starcie, bitwa, klątwa? Mogło tak być – lecz tak się nie stało. […] Uczucie bezgranicznej sympatii do człowieka bez reszty zawładnęło soborem. Uwaga naszego soboru skupiła się na odkrywaniu potrzeb człowieka (a potrzeby te rosną stosownie do rangi, jaką syn ziemi sobie nadaje). Wzywamy was nowocześni humaniści, którzy odrzuciliście nadprzyrodzoną wartość rzeczy wyższych, doceńcie sobór choć za to i uznajcie nasz nowy rodzaj humanizmu: istotnie, my także, bardziej niż ktokolwiek inny, jesteśmy czcicielami człowieka” (podkr. W.K.).
Wraz z religią humanizmu do Kościoła wlało się wyżej wspomniane totalitarne rozumienie władzy. Za jej przejaw można uznać niedawne ekskomuniki dla tradycjonalistów z Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X za wyświecenie biskupów bez zgody papieża. Ich szerokie uznanie w Kościele świadczy o tym, że katolicy nie odróżniają już władzy administracyjno – prawnej od władzy nauczania (Magisterium). Zasada, że wszystkie rozkazy papieża są nieomylne, nawet jeśli wzajemnie sobie przeczą, jest typowo rewolucyjna. Czyja władza, tego religia.
Słowa o tym, że II Sobór Watykański był „rewolucją francuską w Kościele”, wypowiedział z ogromnym entuzjazmem, celebrując triumf nowej teologii nad dotychczasowym porządkiem kardynał Léon-Joseph Suenens, arcybiskup Brukseli i jeden z głównych liderów liberalnego (progresywnego) skrzydła na soborze.
W literaturze przedmiotu ten sam fakt zidentyfikował i potwierdził kardynał Joseph Ratzinger (późniejszy papież Benedykt XVI). W swojej głośnej książce „Raport o stanie wiary” (1985) określił on soborową konstytucję „Gaudium et spes” mianem „Anty-Syllabusa”. Ratzinger napisał wprost, że dokument ten stanowił próbę urzędowego pogodzenia Kościoła z zasadami roku 1789, czyli z dziedzictwem Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, które wcześniej Pius IX w „Syllabus Errorum” oraz kolejni papieże jednoznacznie potępiali.
Z cybernetycznego i historycznego punktu widzenia te porównania są trafne – soborowy zwrot oznaczał wdrożenie do wewnątrzkościelnej matrycy haseł rewolucji 1789 roku (wolność, równość, braterstwo) pod pojęciami wolności religijnej, kolegializmu i ekumenizmu, nad którymi bezlitośnie znęca się Grzegorz Braun. Kolejne tomy braunowskiej gawędy: tom 2, XIX wiek „Wielka gra i zwycięstwa prowokacji” oraz tom 3, 1877-1920 „Widma komunizmu i cuda nad Wisłą” zapowiadają dalszy ciąg historycznego śledztwa w sprawie polskiej drogi do religii światowej, drogi na której kościół polski ze względu na swoją specyfikę, okazał się prekursorem II Soboru Watykańskiego.
Włodzimierz Kowalik
Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)

———————————————-

—————

——————-

————————————–

—————————————

———————————-

————————————-

————————–

—————————————-

———————————–

————————————–

————-

——————————————

—————————————-

—————————-

————————————————

————

——————————————-

——————–

——————————

——————————————————-


20 września, wpis nr 1426
Zacytuję Państwu kilka ostatnich kawałków, które obiły się pewnie Państwu o uszy, ale obijały się w oderwaniu, osobno, tak jakby pojedyncze instrumenty narracyjnej orkiestry ćwiczyły w solo swoje kwestie. Ja spróbuję złożyć je w jeden utwór, by obnażyć pewną manipulację. Otóż tak właśnie tworzy się narracyjną manipulację: aby nie wyszło, że mamy do czynienia z całą orkiestrą, z rozpisanym na instrumenty zwartym utworem, nagrywa się w ludzkim umyśle pojedyncze ścieżki. Te mocą kognitywnych procesów scalają się w ludzkim mózgu w jeden utwór narracyjny i nagranie jest zakończone. Pacjent jest nagrany. Ale ponieważ nie dzieje się to naraz, przy całej orkiestrze, nie tylko nie widać jej samej, nie tylko nie widać, że to wielościeżkowy i rozpisany utwór, ale nie widać też… dyrygenta. Pozwólcie, że teraz rozczytam tę partyturę, najpierw po instrumencie, a potem spróbuję z Wami przysłuchać się tak zdekonstruowanej melodii.
Po pierwsze – jaki jest tytuł tej melodii: oficjalny i ten prawdziwy i ukryty, czyli co jest grane? Grana jest wojna. Co jest do uzyskania? Ano mnóstwo rzeczy: przykrycie nieudolności rządu prowadzącej do zapaści finansów publicznych, chęć skupienia ludu pod flagą atakowanego państwa, bez względu na jakość rządzących, zakłócenie niekorzystnego procesu wyborczego, pognębienie opozycji wciskaną jej niefrasobliwością, czy zrobienie ogólnopolskiego karnawału tropienia onucyzmu. Do tego dochodzą, najczęściej zlecone, cele globalistyczno-unijne, z których chyba najważniejszym jest użycie wrażenia zagrożenia, powtarzam – wrażenia, wojennego do przyspieszenia procesu centralizmu Unii i kontynentu pod osłoną cenzury na wzór czasów wojennych. Już tu wiele razy mówiłem, że po jeźdźcu Apokalipsy Zaraza przygalopował obecnie jeździec Wojna. Wszyscy zaś jadą na szkapach karmionych strachem. To jest główne paliwo tych obu procesów, z czego jeździec Zaraza zdaje się był tylko testem jak daleko można zajechać na obroku paniki. Testem zdaje się, że udanym, widząc teraz rącze cwały następnego konia – Wojny. Ten jest dźgany do galopu medialnymi ostrogami w dawkach o wiele bardziej przekraczających te promujące zabawnego wirusa z nie wiadomo skąd wziętymi przyssawkami.
Uwertura
A więc uwertura tego koncertu jest napisana na pięcioliniach strachu. Ale, jak to w uwerturze, pojawiają się tu pierwsze sygnały, wariacje przyszłych tematów. Tu, po pierwsze, trzeba – dla uproszczenia, ale i urealnienia – spersonifikować odgrywany temat. Mamy więc go – Putina. Tu jest centrum całego zła. Gdyby Putin wpadł pod walec w wieku dziecięcym – wszystko na świecie potoczyłoby się inaczej, czyli lepiej, bo gorzej już być nie może. Czasami jego, Putina, przywary rozlewają się na jego naród: ruskie, kacapy, zawsze z małej litery, pogarda do wschodnich ćwoków.
Ale bez przesady – nagrany globalnie widz musi być przygotowany na przyszłe zmiany, jeśli chodzi o stosunek do Rosji, nie może więc być nagrany na twardo i przeciwko każdemu kacapowi. No bo jak Niemcy – zaraz i to zimą? – będą chcieli wrócić z Rosją do business as usual, to nie mogą być spalone dziś wszystkie mosty, po których będą niedługo jeździć europejskie euro w jedną stronę, zaś paliwko z gazem – w drugą. Muszą też – odwrotnie – być hodowani dobrzy bojarzy i zły car, tak by któregoś z nich móc wyciągnąć w przyszłości za uszy, by z nim robić interesy.
W tej putinowskiej uwerturze pojawiać się zaczynają pewne elementy, rozwinięte później w części allegro i andante: jest to kontrapunkt. W sumie brzmi w całości jako całkiem sensowny akord, choć złożony jest z kognitywnego oksymoronu, odgrywanego w różnych tonacjach. Ten kontrapunkt polega na jednoczesnym naciskaniu wydawałoby się gryzących się dźwiękowo, a właściwie pojęciowo, klawiszy: jeden to klawisz strachu, drugi to klawisz zadowolenia z naszego przygotowania na niebezpieczeństwo. Wydawałoby się, że ten drugi niweluje brzmienie tego pierwszego, ale tak nie jest – to właśnie musi wybrzmieć razem: strach i tromtadractwo.
I tak jest z Putinem i Rosją. W tym samym dniu w narracyjnych rewelacjach raz jest ci on na ostatnich nogach i grozi nam śmiertelnie. Może nam zrobić kuku, ale my się nie boimy i tak potrząśniemy swoją kartonową szabelką, że kacapom walonki pospadają jak będą pociesznie uciekać za Ural. Z drugiej strony, w tym samym zdaniu, boimy się Putina i pogardzamy nim, nie tylko z powodów wyższości kulturowej, ale i pewności, że jak przyjdzie co do czego, to damy mu bobu. Tylko tym wciskanym mu w brzuch strachem przed nami motywujemy fenomen, że się jeszcze z nami nie zaczął. Po pierwsze – zbłaźnił się przegryw i utknął na Ukrainie, po drugie nie ma sił walczyć, bo gdyby miał, to… by nas zaatakował. Ma to przecież w genach ruskiego imperializmu.
I tak ten gryzący się akord mieszania sprzecznych rzeczy brzmi dumnie na chwałę naszej potęgi. Dlatego to się trzyma kupy – Putin jest słaby, ale i niebezpieczny. Ktoś kiedyś użył argumentu z „tamtej strony”, że choć słaby może w desperacji ugryźć, bo jest przyparty do muru. Trzeba się więc strzec przed zębami, ale nikt z tych „analityków” nie wyjaśnił jednego – skoro słaby, acz niebezpieczny, bo samobójczo zdesperowany, może dziabnąć przyparty, to po co go… przypierać?
A co, że my go nie przypieramy? No, jak – piszemy przecież, że dzięki naszemu wspólnemu wysiłkowi wojennemu właśnie go przyparliśmy i ledwo dyszy! To jest tak, albo siak. Jak by nie było w tej uwerturze, mamy dwa elementy – upostaciowienie tematu przyszłych wariacji i podstawowy akord dwóch sprzecznych motywacji naszych działań: strachu i lekceważenia jego źródła.
Allegro
Pora na allegro, a więc symfonia tu przyspiesza. Straszymy. Posłuchajmy Radka Sikorskiego: „Wojna jest już kinetyczna, jeżeli mamy wybuch rakiety manewrującej, na posterunku straży granicznej drżą szyby, a w województwach wyją syreny, to już nie jest jakieś tam blokowanie stron internetowych”. A dwa dni wcześniej – tu mamy już pełny kontrapunkt zaznaczony w uwerturze – tromtadracka pogarda: „Gdyby Rosja nas zaatakowała i gdybyśmy zdjęli rękawice, myślę, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu, nawet jeśli do tego potencjału nie wliczymy sił amerykańskich. Jeśli Ukraina wyłączyła połowę rosyjskich rafinerii w ciągu sześciu miesięcy, to my wyłączylibyśmy drugą połowę w sześć tygodni.”
Już na następny dzień po tej wypowiedzi dron rozwalił pociąg obok pociągu z VIP-ami wracającymi z kijowskiej konferencji, gdzie podobne dęcie w pustą dętkę swoich urojeń było na porządku dziennym. Na następny dzień miał więc Sikorski „sprawdzam”, ze strony Putina jak słyszymy, bo przecież to na bank on był z tymi dronami na przejściu granicznym. (Choć szury rozprawiają o dętej prowokacji, widowisku dla VIP-ów, które to Ukraińcy zgotowali, by jeszcze raz podkręcić termometr wojennej temperatury. O piątej rano Ukraińcy wiedzieli gdzie uderzy dron, który walnął dokładnie tam gdzie ostrzegali, tyle, że pół godziny później. Ale pal licho, może tam mają taki wywiad, że wiedzą gdzie celują Rosjanie zanim ich dron wystartuje). Czyli Rosja, jak słyszymy od samego Radka, zaatakowała kinetycznie, i to – też Radek – nie pierwszy raz, a my co? Nie zdjęliśmy rękawic? Nie odgryźliśmy się na rafineriach w sześć tygodni? Bez Amerykanów? To jak – jesteśmy tak silni i nie reagujemy, choć obiecaliśmy? Na drugi dzień zweryfikowano te nasze groźby i okazało się, że to zwykłe tromtadractwo.
Andante
Teraz andante, czyli część wolniejsza. Skoro postraszyliśmy, to teraz kontrapunkt: nie ma się czego bać bośmy silni, zwarci, gotowi. Następny cytat: „Absolutnie jesteśmy gotowi [do wojny]. To, co robimy, to tylko wzmacniamy naszą siłę, naszym pierwszym zadaniem jest odstraszanie.” – to wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka. Pani wiceminister „od SAFE” jest kolejnym, wręcz systemowym przykładem, rządu Tuska, który dowodzi prawdziwości tezy, w której palce maczał nasz Mikołaj z Fromborka: słabszy pieniądz wypiera lepszy. Wystarczy, okazuje się, parę grantów i stypendium w Niemczech, by stać się w Polsce bezpośrednim pasem transmisyjnym kasy z Najjaśniejszej do niemieckiej Najciemniejszej. A pas – jak to pas – nie musi nawet wiedzieć co po nim lata, ma tylko kręcić w jedną stronę.
Ta więc persona zapewniła nas głosem lekko drżącym (organizm jeszcze się broni przed wypowiadaniem najcięższych głupot z przekonaniem, pani nowa jest, uczy się dopiero) o naszym całkowitym przygotowaniu się do wojny. Zobaczmy więc, zaglądając do części tematów z części allegro – Radek mówił, że jak nas zaatakują, to się odwiniemy. To nie jest mistrzostwo odstraszania. Ono zaczyna się od publicznych gwarancji, nie deklaracji, że pierwszy cios w ogóle ustaniemy. Bo dopiero wtedy można się odwinąć, a więc popatrzmy:
Dzień po „deklaracji Sikorskiej” kiedy drony walnęły w przejście graniczne odezwały się syreny (hura!) w kilku wschodnich powiatach. Syreny informują o tym, że jest zagrożenie i żeby coś ze sobą zrobić. Inaczej nie miałoby to sensu i używalibyśmy ich tylko raz do roku, na 1 sierpnia. Jednocześnie (hura! hura, bo w przypadkach poprzednich ani syren, ani smsów nie było, albo były po fakcie) odezwało się RCB i przesłało esemesami ostrzeżenie. Ostrzeżenia brzmiało mniej więcej tak: „Zagrożenie atakiem powietrznym. Znajdź bezpieczne schronienie.” No, przy braku schronów i miejsc ukrycia i nawet wiedzy gdzie takie miejsca są, jeśli w ogóle są, to taki komunikat można przyrównać do dobrej rady, typu: na chłodny spacer weź szalik, albo – wojenne – trzymaj głowę nisko.
Scherzo, czyli część żartobliwa
No, ale gdyby nas zaatakowali to byśmy im wszystko zbili i nie trzeba byłoby się cywilom chować, taką mam (ich) koncepcję. Tak? No to popatrzmy. Panie Radek – w poprzednich przypadkach nic nie strąciliśmy, oprócz jednego dachu jakiemuś nieszczęśnikowi, zaś po każdym wypadku zbierał się na miejscu rząd i robił konferencję prasową, z której wynikało, że wszystko jest w porządku – tak miało być, miało wlecieć, walnąć gdzie Bóg da, bo my wiemy (może od Ukraińców?), że to spadnie na rzepak.
A jak dronów i rakiet będzie (jak na Ukrainie) atakować ze 200-300 na raz? Będzie tyle konferencji? Rząd się powieli? Bilokuje? Wyleci 300 odrzutowców i walnie w toto cały nas zasób z naszych wszystkich szesnastu patriotów? W 300 rakiet i dronów? Tak wytrzymamy napad, by się odwinąć?
No dobra – powiedzmy, że cywile się gdzieś tam upchali i odpowiedzieliśmy im naszymi „środkami napadu powietrznego”. Ok. Nawet nie chce porównywać potencjału obu stron – Rosji i NATO, tego bez USA, jak słyszymy. Nie mam zapędów sadystycznych porównywania przetrzepanych magazynów europejskich na fazę „długiej ręki” wojny ukraińskiej i rozhulanej od lat machiny rosyjskiego przemysłu pracującego w reżymie wojennym od czasu, kiedy zawaliła się Kremlowi koncepcja szybkiej operacji specjalnej. Proszę zajrzeć do doktryny rosyjskiej – Rosja zagwarantowała sobie reakcję nuklearną na wszelkie działania mogące zachwiać jej suwerennością lub kluczową i strategiczną infrastrukturą. Może więc do tej kategorii zaliczyć i atak na rafinerie. A to, że nie robi tego w stosunku do Ukrainy, to już jej suwerenna decyzja. I trzeba raczej zaglądać w oczy Putinowi i modlić się, by tego nie robił. I paradoksalnie – Putin moim zdaniem prędzej walnie nukiem w NATO, niż w Ukrainę. W Ukrainę nie może, bo surowo mu tego zabronił chiński partner. A jak NATO walnie Radkiem w rafinerie, to Putin nie będzie się musiał Xi tłumaczyć z odwinięcia, bo ten zrozumie.
No i same rafinerie, jako cel. Wiadomo – Rosję boli, bo to jej dochody. A czy zaboli świat i Polskę? No, zaboli i to śmiertelnie. No bo może pan Radek nie wie, że nasza ropa to w wielu przypadkach chrzczona przez marże pośredników ropa rosyjska. Ormuz stoi i stać będzie i jak jeszcze stanie Rosja, to nawet amerykańskiej ropy z Wenezueli może nie starczyć, a jak starczy to po paskarskich cenach. A więc te groźby to strzał w Radka, ale i w nasze kolano, za pomocą rakiety dalekiego zasięgu.
Grande Finale
Pora więc na finał. No i rozbrzmiał akord na całego, teraz już nie w pojedynczych liniach melodycznych, ale złożonych tu w jeden utwór. Jedni grają na strach, inni na lekceważenie jego źródeł, najgorsze, że są to czasami ci sami ludzie. I to jest całe clou. Wydaje się to niespójne: z jednej strony ten sam gość straszy wojną, z drugiej kłamie na żywca, przekonuje żeśmy gotowi i im pokarzemy, które to kłamstwo widzi dziecko w przedszkolu, które ostatnio musiało zbiegać do piwnicy, bo tak. Nic nie latało, nic nie świstało, nikt nawet nie ogłosił, że to ćwiczenia.
To jest ten kontrapunkt, który jest grany w celu wywołania zamieszania. Mamy się i bać, i olewać, czyli być podatni na bujanie od ściany do ściany. Przy takim bujaniu nikt nie spyta o podstawowe rzeczy: to gdzie mam biec na esemes z RCB, gdzie jest mój schron? Czy polskiego nieba będziemy bronić nad Ukrainą, wyprztykując się z naszych i tak rachitycznych zasobów środków obrony powietrznej? O czym dowiadujemy się od ukraińskiego MON-u, bo nam to nie honor się przyznać przed swoimi. Czy nasze dywizje – ile ich jest? – w ogóle wyjdą z koszar? Kiedy przyjdą nam z pomocą ci z NATO, jak słyszymy bez USA? Ilu ich będzie i czy będą chcieli umierać za Jasionkę?
Tylko bujanie, oliwione groźbą onucyzmu i wojenną cenzurą, jest w stanie powstrzymać lud od zadawania takich pytań. Drogi polityczne są zagwożdżone, nawet opozycja milczy w tej śmiertelnej ciszy współsprawstwa w nieprzygotowaniu. System przedstawicielski sam się wybrał, naród nie ma żadnego przełożenia na swoich reprezentantów.
A może to wszystko przygotowanie do wersji „pobite gary”, czyli: nikt nie chce pokoju? Takiemu Zełenskiemu rządzi się (i kradnie) pod parasolem wojny całkiem fajnie. Można się nauczyć lub/i brać przykład. Sytuacje ekstraordynaryjne są dla władzy najlepsze – znikają ostatki kontroli politycznej, systemowej i społecznej. Nikt władzy nie weryfikuje wyborczo – ba, można złapać kogo się chce za mordę za szpiegostwo lub tylko pożyteczny onucyzm. Mnożna przeciągać, wstrzymywać, przyspieszać wybory wedle woli, bankrutować kraj. Prowadzić komisaryczny nadzór nad państwem – w naszym przypadku chyba już tylko jako likwidator polskiej masy upadłościowej.
Koncertmistrz
Do tego potrzebna jest ta cała orkiestra, którą trzeba słyszeć na raz. Ale jest jeden wyjątek – nie dyrygent Tusk, ale koncertmistrz, pierwsze skrzypce: Radek Sikorski. Mam niepowstrzymaną pewność, że jego rewelacje to odreagowanie kompleksu atencjusza. Po prostu musi zabłysnąć, a więc wyrywa się do solówek, swoich własnych interpretacji tematów, by zawrócić w głowach zaskoczonej brutalną prostolinijnością przekazu publiczności. Ma mówić mało i mądrze – do cytowania. To, co ten gościu wygaduje wyzwala w rzeczywistości efekt odwrotny – wzbudza śmiech pogardy. Albo sypnie coś tajnego, a więc go (go! – Polskę!) nie zapraszają, albo walnie jaką tromtadracką bzdurę, z której nawet nie wiadomo jak się później inni mieliby tłumaczyć. Zachód to obśmiał z zażenowaniem, Putin popukał się w głowę swej rzeczniczki, choć część polskiego komentariatu zawyła z zachwytu jak to (słownie) Radek przywalił Putinowi, który się (jak Donek?) wściekł. Tak – poszło Putinowi w pięty i teraz nie wie, co ze sobą zrobić. Polska mu pokazała – na twitterze.
Radek chce zwrócić na siebie uwagę. Tak, polska dyplomacja, ba – racja stanu jest w rękach zakompleksionego typka, zakochanego w sobie z wzajemnością, którego skuteczność liczy sobie sam za pomocą zasięgów na platformach społecznościowych. Wicepremier, tak – wicepremier polskiego rządu, może i konkurent wobec Nawrockiego na najbliższą kadencję. Daleko zajechaliśmy panowie i panie. Ale samiście (samiśmy?) sobie winni i nie wyrzekać później mi (i wnukom), że wszystko przez jakiś marginalny dziś PiS, że miało być inaczej, a wyszło jak zwykle. Atencjusz z kompleksami w polską racją stanu w ręku.
Samiście go tam postawili.
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

———————-

——————————————–

———————————-

————————————

——————————-

——————————

—————————

————————————————-

——————–


—————-

————

—————————————————-

————————-

——————————————————-

—————————–

—————–

——————————–

————————————————–

Wybory do Dumy zgodnie z oczekiwaniami wygrała Jedna Rosja – według badania exit poll zdobyła 49% głosów, co powinno zapewnić jej samodzielną większość. Dalej były Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej (15%), nacjonaliści z LdPR (10%), Nowi Ludzie (9%) oraz socjalistyczna Sprawiedliwa Rosja (5,5 proc.). Wyniki niemal identyczne jak pięć lat temu. Frekwencja była rekordowa i wyniosła ponad 56%.

Prezydent Rosji Władimir Putin
Wybory odbyły się także na wyzwolonych przez Rosję terytoriach. Ogłoszono, że frekwencja w byłej Donieckiej Republice Ludowej wyniosła 81%, a w Ługańskiej RL 79%, a więc znacznie powyżej średniej krajowej.
Setki ukraińskich dronów i pociski balistyczne zaatakowały w czasie wyborów rosyjskie miasta. Był to największy ukraiński nalot od początku pełnoskalowej wojny. Szczególnym celem była Moskwa. Trafiono w rafinerię, nad miastem unosił się czarny dym. Ucierpiały bloki mieszkalne. Zginęły dwie osoby, 20 zostało rannych. Zamknięto lotniska, a Centralna Komisja Wyborcza informowała, że stała się celem zmasowanej cyberagresji. Można spodziewać się w najbliższym czasie srogiego odwetu ze strony Rosji.
====================================
Także w Niemczech głosowali mieszkańcy do Landtagów w dwóch landach. Wstępny oficjalny wynik wyborów krajowych w Meklemburgii-Pomorzu Przednim potwierdza sensację: CDU kanclerza Friedricha Merza po raz pierwszy w historii została wykluczona z parlamentu krajowego. Według danych opublikowanych przez Krajową Komisję Wyborczą w Schwerinie krótko po godzinie 23:30, CDU uzyskała zaledwie 4,9% głosów i tym samym nie przekroczyła progu pięciu procent.
Tino Chrupalla i Alice Weidel
AfD (Alternative für Deutschland) okazała się najsilniejszą partią, zdobywając 38,2% głosów. SPD, kierowana przez urzędującą Manuelę Schwesig, zajęła drugie miejsce z wynikiem 35,5%. Lewica (die Linke) z 6,5% i Partia Zielonych (Bündnis 90/Die Grünen) z 5,7% również przekroczyły próg pięciu procent. BSW (Bündnis Sarah Wagenknecht) uzyskała 4,8% głosów i nie zasiądzie w przyszłym parlamencie krajowym w Schwerinie.
SPD i Lewica poniosły straty w porównaniu z ostatnimi wyborami krajowymi, podczas gdy AfD ponad dwukrotnie zwiększyła swój udział w Landtagu. Frekwencja wyborcza wyniosła 78%, czyli o 7,2 punktu procentowego więcej niż w 2021 roku.
W Berlinie wygrała Lewica z wynikiem 25,7%. Następne były: CDU – 18,8%, AfD – 16,2%, Zieloni – 14,3% oraz SPD – 12,1%. Poniżej progu znalazła się partia S. Wagenknecht, osiągając 4,7%.
Tak więc w obu wyborach do parlamentów krajowych AfD polepszyła dwukrotnie swe wyniki, a CDU straciła połowę swych wyborców. Tak zareagowali wyborcy na militarystyczną i antyspołeczną politykę najgorszego powojennego kanclerza Friedricha Merza.
Zygmunt Białas
wpisał: AlterCabrio, 20 września 2026
W swoim wystąpieniu podczas wieczoru promującego najnowszą książkę “Ukropolin od A do Z” Krzysztof Baliński skupił się na bardzo niebezpiecznym, masowym zdobywaniu polskiego obywatelstwa..
◊
Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem?
Krzysztof Baliński i jego wieczór autorski w księgarni Multibook.pl
W swoim wystąpieniu poruszył następujące tematy:
– Jak Ukraińcy mogą w łatwy sposób zdobyć polskie obywatelstwo?
– Ilu Ukraińców w najbliższym czasie ma szansę otrzymać polski paszport?
– Kto nadaje obcokrajowcom obywatelstwo?
– Czy w ogóle wiemy ile już przyznano paszportów obcokrajowcom?
– Czy obecne, masowe wręcz rozdawanie polskiego paszportu można powstrzymać?
– Czy prezydencki projekt ustawy o polskim obywatelstwie to krok we właściwym kierunku?
– Po co Zełensky podpisał ustawę o wielokrotnym obywatelstwie i jaki znajduje się w niej haczyk?
20.09.2026 nczas/smierc-zachodu-do-2050-roku-rdzenni-francuzi-stana-sie-mniejszoscia-w-swoim-kraju

Badanie przeprowadzone przez Obserwatorium Imigracji i Demografii mierzy możliwą ewolucję populacji francuskiej w ramach trzech polityk migracyjnych. W dwóch scenariuszach osoby bez pochodzenia migracyjnego staną się mniejszością między 2050 a 2060 rokiem.
Badanie ujawnia, że niezależnie od wariantu polityki imigracyjnej, do 2050 roku nastąpią poważne zmiany demograficzne. Jak będzie więc wyglądać Francja w 2050 roku? Pytanie nie dotyczy już tylko liczebności populacji, starzenia się społeczeństwa czy finansowania emerytur. Teraz chodzi o sam skład populacji.
Badanie przeprowadzone przez Obserwatorium Imigracji i Demografii dla magazynu „Le Figaro” , zostało oparte na danych publicznych z INSEE i INED i próbuje zmierzyć transformacje, jakie zachodzą w tym kraju na przestrzeni stulecia. Redakcja zaznacza, że jest to bo badanie „politycznie i statystycznie delikatne”.
OID nie rości sobie prawa do przewidywania przyszłości. Wybiera trzy warianty trajektorii migracyjnych, aby ocenić ich konsekwencje demograficzne. Ma to pozwolić zaobserwować trend, z którym francuska debata publiczna wciąż się zmaga. Do 2024 roku ponad 30% dzieci urodzonych we Francji miało już co najmniej jednego rodzica urodzonego poza Unią Europejską. W badaniu uwzględnia się pochodzenie na przestrzeni trzech pokoleń.
Transformacja demograficzna napędzana jest zarówno ciągłymi przepływami migracyjnymi , jak i dysproporcjami w płodności między różnymi populacjami. Pierwszy scenariusz rozszerza obecne trendy migracyjne. Zakłada on 350 000 stałych wjazdów rocznie. OID uważa ten poziom za zgodny z liczbą około 500 000 wjazdów migrantów na terytorium, o których mówiło Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w 2024 roku, zakładając, że około dwie trzecie tych przyjazdów miało charakter stały.
W tym scenariuszu dzieci pochodzenia pozaeuropejskiego w ciągu trzech pokoleń będą stanowiły większość narodzin po 2040 roku. Ich udział osiągnie około 65% około 2070 roku. Transformacja całej populacji przebiegałaby naturalnie wolniej. Osoby bez pochodzenia migracyjnego staną się mniejszością około 2050 roku. Francuzi z pozaeuropejskim pochodzeniem w ciągu trzech pokoleń przekroczyliby jednak 50% całkowitej populacji i to do połowy lat 70. XXI wieku.
Scenariusz pośredni zakłada 250 000 stałych przyjazdów rocznie, co stanowi umiarkowaną redukcję. Ten sam trend utrzymałby się, ale z opóźnieniem o jedno pokolenie. Odsetek narodzin osób pochodzenia pozaeuropejskiego stanowiłby większość zaraz po 2050 roku, a następnie ustabilizowałby się na poziomie około 55% do 2080 roku. Odsetek osób bez pochodzenia migracyjnego spadłby poniżej 50% około 2060 roku. Większość osób pochodzenia pozaeuropejskiego w populacji ogólnej wystąpiłaby dopiero w latach 90. XXI wieku.
W obu przypadkach Francja w drugiej połowie stulecia stałaby się krajem, w którym większość mieszkańców miałaby w różnym stopniu, historię rodzinną związaną z niedawną imigracją .
Trzeci scenariusz pokazuje, że trend ten może być odwracalny, ale ze znacznym wpływem migracji. OID przewiduje tu czterokrotny spadek imigracji spoza Europy w porównaniu ze scenariuszem pośrednim. Wymagałoby to radykalnych decyzji politycznych, w szczególności dotyczących azylu, łączenia rodzin oraz przepisów unijnych, a nawet zmian konstytucyjnych.
W tym scenariuszu odsetek osób pochodzenia pozaeuropejskiego także będzie rósł przez kolejne dekady, napędzany obecnymi przepływami migracyjnymi i kontynuacją demograficzną. Około 2050 roku osiągnie prawie 35% wszystkich urodzeń, po czym zacznie jednak spadać. W całej populacji ustabilizuje się na poziomie około 30% od lat 70. XXI wieku, nigdy nie osiągając poziomu większości.
Pod koniec XXI stulecia różnica między scenariuszem wysokim a restrykcyjnym wyniosłaby zatem około trzydziestu punktów procentowych. Ta różnica stanowi główny wniosek polityczny badania i zakłada, że wzrost populacji nie zależałby od całkowicie niekontrolowanego mechanizmu, ale również od decyzji podejmowanych obecnie.
Prognozy tego typu są mocno hipotetyczne. Nie da się precyzyjnie określić, jak będą się kształtować wskaźniki dzietności, ani przyszłe przepływy migracyjne. Wybrana granica trzech pokoleń też nie jest dokładna i oznacza, że od czwartego pokolenia potomek imigrantów zalicza się do kategorii osób „bez przeszłości migracyjnej”.
Kandydat lewicy na prezydenta, Jean-Luc Mélenchon przewiduje, że do 2050 roku Francja i tak będzie w 50% „rasowo mieszana”. Prawica twierdzi, że kontrola nad imigracją może te trendy odwrócić. Demografia stopniowo wychodzi poza sferę abstrakcji i staje się przedmiotem debaty wyborczej. Na razie w tym temacie nic się nie zmienia.
Inne badanie przeprowadzone przez Hexagone Institute wykazało, że NGO-sy zajmujące się wspieraniem imigracji, procesów otrzymania azylu i integracji stanowią największą pozycję (23 miliardy euro rocznie) w wydatkach państwa na wsparcie stowarzyszeń… Podział środków państwowych pozwala na lepsze zrozumienie realizowanych we Francji priorytetów.
I jak tu nie być fatalistą..?
Źródło: Le Figaro/ Valeurs
19.09.2026 wolnemedia/nato-korupcja-i-neonazizm-sa-wrogami-ukrainy
Według byłej rzeczniczki prasowej Wołodymyra Zełenskiego, to on i jego kijowski reżim są największymi przeszkodami dla pokoju.
Afera ta powinna się stać głośnym tematem medialnym w tym tygodniu, lecz tak się nie stało. Byłej rzeczniczce prasowej ukraińskiego prezydenta uniemożliwiono wystąpienie przed Parlamentem Europejskim. Dlaczego? Ponieważ Julia Mendel planowała przedstawić druzgocące informacje na temat wszechobecnej korupcji w reżimie Zełenskiego oraz procederów, dzięki którym wspierana przez NATO wojna w jej kraju stała się sposobem na czerpanie zysków.
Cóż za ironia, że takie świadectwo nie może zostać przedstawione publicznie w miejscu uchodzącym za ostoję europejskiej demokracji i wartości. Świadczy to o tym, że wolność słowa nie obowiązuje, jeśli podważa oficjalną narrację. Jedyną dopuszczalną wersją pozostaje ta, wedle której Ukraina jest wzorową demokracją dążącą do członkostwa w Unii Europejskiej i w NATO, której plany krzyżuje rosyjska agresja.
Jakże kruchy musi być ten obraz, skoro każdy, kto prezentuje odmienny punkt widzenia i fakty, jest bezceremonialnie kneblowany i szkalowany jako rosyjski propagandysta! Co znamienne, prawie żadne zachodnie media nie poinformowały o tym fiasku.
Julia Mendel pełniła funkcję osobistej doradczyni Zełenskiego do spraw mediów w latach 2019–2021, kiedy to zrezygnowała ze stanowiska, rozczarowana jego skorumpowaniem. Z bliska obserwowała zakulisowe machinacje, maniakalne zachowania prezydenta i jego otoczenia oraz jego pogardę dla demokracji. Swoje świadectwo traktuje jako moralny obowiązek – chce powiedzieć rodakom i reszcie świata, kim naprawdę jest jej były szef.
Opisuje go jako oszusta o skłonnościach psychopatycznych, któremu los Ukraińców jest całkowicie obojętny. Jedyne, co go interesuje, to utrzymanie się u władzy tak długo, jak to możliwe, i wzbogacenie się na miliardach dolarów z pieniędzy zachodnich podatników, które płyną do jego reżimu.
Zełenski i jego kijowski reżim to największe przeszkody na drodze do pokoju – twierdzi Mendel, która po tym, jak nie wpuszczono jej do Parlamentu Europejskiego, udzieliła wywiadu tygodnikowi „Weltwoche”. Jak zauważa, korupcja na Ukrainie jest nieodłącznie związana z prowadzeniem wojny. Właśnie dlatego reżim w Kijowie blokuje wszelkie wysiłki dyplomatyczne mające na celu zakończenie tego konfliktu, trwającego już niemal pięć lat.
Każdy, kto sprzeciwia się wojnie i wzywa do dyplomacji, naraża się na sankcje, więzienie lub wysłanie na linię frontu, gdzie czeka go śmierć. Zełenski stoi na czele junty wojskowej – przez Zachód nazywanej demokracją – z ramienia której siepacze wyłapują ludzi na ulicach, by wcielić ich do armii. Aby uniknąć trafienia do tej maszynki do mięsa, trzeba zapłacić łapówkę sięgającą nawet 20 tysięcy dolarów.
O Mendel zrobiło się głośno, gdy w maju tego roku udzieliła wywiadu amerykańskiemu dziennikarzowi Tuckerowi Carlsonowi. Opisała w nim Zełenskiego jako uzależnionego od narkotyków dyktatora o chwiejnej równowadze emocjonalnej – cechach, które ukrywa dzięki umiejętnościom aktorskim wyniesionym z wcześniejszej kariery w branży rozrywkowej. Zachodni politycy i media biorą ochoczo udział w tej farsie, kreując go na bohatera wojennego na miarę Churchilla.
Ten miraż to jednak nikczemny szwindel, którego ofiarami padają zachodni podatnicy oraz długo cierpiący naród ukraiński. Za ujawnienie prawdy o swoim byłym szefie Mendel trafiła na wspieraną przez ukraińskie władze czarną listę serwisu „Mirotworec” jako rosyjska propagandystka. Portal ten zyskał ponurą sławę listy śmierci, gdyż zamordowano kilka osób figurujących w jego rejestrze.
Mendel twierdzi, że zachodnie koncerny medialne, takie jak Meta (właściciel Facebooka), uniemożliwiają jej kierowanie publicznych przekazów do rodaków. Na początku tego tygodnia – zaledwie kilka dni przed planowanym wystąpieniem w Parlamencie Europejskim – reżim Zełenskiego ogłosił nałożenie sankcji na Mendel. Nie ma ona dostępu do swoich ukraińskich aktywów i nie może wrócić do kraju w obawie o własne życie. Boi się, że jej rodzina na Ukrainie może paść ofiarą prześladowań lub zostać wysłana na linię frontu w ramach odwetu za jej rzekomą zdradę.
Decyzję o zablokowaniu jej wystąpienia przed zgromadzeniem w Strasburgu podjęła prawdopodobnie przewodnicząca Parlamentu Europejskiego Roberta Metsola. Metsola – podobnie jak inni czołowi unijni politycy, tacy jak przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen czy przewodniczący Rady Europejskiej António Costa – jest zagorzałą zwolenniczką Ukrainy i orędowniczką przekazywania miliardów w ramach pomocy dla tamtejszego reżimu.
Mendel jawi się jako osoba uczciwa, kierująca się zasadami moralnymi i autentycznie niezależna. Kategorycznie odrzuca zarzut, jakoby była prorosyjska. W wywiadach udzielonych Carlsonowi i „Weltwoche” wypowiada się bardzo krytycznie o Rosji, potępiając to, co nazywa okrutną inwazją na swój kraj. Wydaje się, że jej główną troską jest zakończenie niszczącej jej ojczyznę wojny. Jest to jednak niemożliwe, ponieważ reżim Zełenskiego oraz wspierające go europejskie państwa NATO są zainteresowane jej kontynuacją.
Korupcja kijowskiego reżimu jest nierozerwalnie związana z paranoją rusofobii, która powszechnie panuje wśród europejskich elit. Pogląd ten znalazł w tym tygodniu potwierdzenie w wypowiedziach dwóch innych wiarygodnych ekspertów. Podobnie jak w przypadku Mendel, osoby te są ignorowane przez zachodnie media.
Głos ekspertów: korupcja, neonazizm i geopolityka
Profesor Iwan Kaczanowski z Uniwersytetu w Ottawie udzielił wywiadu Lenie Petrowej, w którym omówił wszechobecną korupcję oraz neonazistowski charakter kijowskiego reżimu. Przełomowe badania Kaczanowskiego ujawniły, że masakra na Majdanie – podczas której w lutym 2014 roku zamordowano w Kijowie ponad 100 demonstrantów i funkcjonariuszy policji – była operacją typu fałszywa flaga (false flag), przeprowadzoną przez środowiska neonazistowskie i ich mocodawców z NATO, co doprowadziło do przewrotu rządowego.
Zamach stanu umożliwił przejęcie władzy w państwie i kontroli nad siłami bezpieczeństwa przez ugrupowania faszystowskie, co z kolei doprowadziło do konfliktu z Rosją w 2022 roku. Zełenski, który z pochodzenia jest Żydem, paradoksalnie opiera swoje polityczne przetrwanie oraz utrzymanie wszechobecnej w reżimie korupcji na współpracy z siłami neonazistowskimi.
Pochodzący z Ukrainy prof. Kaczanowski zwraca uwagę, że wielu ministrów, doradców i wysokich rangą urzędników wymiaru sprawiedliwości z otoczenia Zełenskiego musiało ustąpić ze stanowisk lub uciec z kraju w wyniku ciągłych skandali korupcyjnych. Trudno uwierzyć, by sam Zełenski nie był głęboko uwikłany w te przestępcze procedery. Korupcja, wojna i neonazizm są ze sobą ściśle powiązane w następstwie mieszania się NATO w sprawy tego kraju od momentu uzyskania przez niego niepodległości po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku.
Kolejnym potwierdzeniem tej tezy są spostrzeżenia wybitnego amerykańskiego badacza, profesora Johna Mearsheimera. W tym tygodniu przedstawił on szczegółową relację ze swojej niedawnej wizyty w Rosji, podczas której spotkał się z wysokimi rangą przedstawicielami władz, decydentami politycznymi i dyplomatami.
Mearsheimer stwierdził – co dla niektórych może być zaskoczeniem – że w trakcie licznych rozmów nie dostrzegł u swoich rosyjskich rozmówców, ani nawet u zwykłych Rosjan, głębokiej wrogości wobec Ukrainy czy narodu ukraińskiego. Wielu spotkanych przez niego Rosjan ma rodzinę na Ukrainie i łączy ich wspólne dziedzictwo kulturowe.
Mearsheimer upatruje przyczyn tragicznego losu Ukrainy i zerwania jej historycznych więzi z Rosją w polityce NATO, dążącego do włączenia tego nowo niepodległego państwa do sojuszu wojskowego pod wodzą USA, co zapoczątkowano deklaracją bukareszteńską w 2008 roku. Polityka ta sprawiła, że oba kraje znalazły się na kursie kolizyjnym, co ostatecznie doprowadziło do wybuchu konfliktu w Donbasie w 2022 roku. Szerszym celem Zachodu było wykorzystanie Ukrainy jako narzędzia zastępczego do prowadzenia wojny i destabilizacji Rosji, a krótko mówiąc – doprowadzenia do jej strategicznej klęski.
W dążeniu do tego imperialistycznego celu Ukraina została zainfekowana neonazizmem i korupcją, a także popadła w stan faktycznej dyktatury pod rządami nadużywającego narkotyków błazna, który bezwzględnie tłumi wszelką opozycję. Miliony ludzi zostały przesiedlone, zabite lub okaleczone, a społeczeństwo i gospodarka popadły w ruinę.
Zachodni ideolodzy i kontrolowane przez nich media nie dopuszczają jednak do głosu tej prawdy. Trwają przy swoich rusofobicznych fantazjach, ignorując zniszczenia, cierpienie oraz bardzo realne ryzyko wybuchu wojny totalnej w Europie. Zachodnie elity są gotowe przymknąć oko na wszelkie zło, byle tylko pokonać Rosję. Ukraina została zrujnowana przez dążenie Zachodu do realizacji jego imperialistycznych planów. A mimo to w tym przerażającym, zbrodniczym przedsięwzięciu rolę czarnego charakteru uporczywie przypisuje się rzekomo agresywnej Rosji.
Tłumaczenie: Pesymista
Źródło zagraniczne: Strategic-Culture.su
Źródło polskie: WolneMedia.net
Zarówno oficjalne media, jak i większość komentatorów pomijają teoretyczną podstawę zachodniej – czyli w praktyce amerykańskiej – polityki międzynarodowej, jaką jest „Wielka szachownica” Zbigniewa Brzezińskiego. Według tej koncepcji geostrategiczne sworznie mają decydujące znaczenie dla dominacji nad globem, a takimi punktami są właśnie Ukraina i Iran. Życie i realia wydają się obecnie decydującym dowodem na realizację założeń tej teorii przez Stany Zjednoczone i ich zachodnich wasalów, co tłumaczy nonsensowne z pozoru i ryzykowne przeznaczanie kolosalnych środków na tamtejsze wojny.
Nie każdy to pamięta, ale był czas, kiedy było to niemal niemożliwe do wyobrażenia.
caitlinjohnstone-au/assange-returns-to-public-commentary
Julian Assange oficjalnie powrócił na Twittera , przywracając światu ważny głos, którego zostaliśmy pozbawieni w wyniku wieloletniej kampanii amerykańskiego imperium, mającej na celu uciszenie założyciela WikiLeaks poprzez skazanie go na dożywocie za zakazane akty dziennikarskie.
Nie wszyscy będą to pamiętać, ale był czas, kiedy było to niemal niemożliwe do wyobrażenia. Wydawało się niemal pewne, że ten człowiek umrze w więzieniu Belmarsh albo spędzi resztę życia w jakimś piekle w Ameryce.
Teraz, ilekroć mój siostrzeniec przyłapie mnie lub mojego męża na wyrażaniu pesymizmu co do tego, że coś się uda, mówi nam: „Hej. Assange jest już wolny”. To stało się naszym rodzinnym hasłem oznaczającym: „Wszystko jest możliwe. Nie traćcie nadziei”.
Naprawdę powinniśmy to docenić. Nigdy nie pozwólmy umrzeć nadziei. Lepszy świat jest możliwy. Wszystko może się wydarzyć.
W innych wiadomościach, cieszymy się, że świat odrzuca politykę pozornej neutralności Eda Sheerana w kwestii Gazy. „Nie opowiadam się po żadnej ze stron” to błędne przekonanie, gdy mamy do czynienia z ogromną nierównowagą sił i wyraźnym agresorem, zwłaszcza gdy twój kraj ponosi częściową odpowiedzialność za to, co się dzieje. Jeśli twój mąż znęca się nad twoim dzieckiem, a ty nic nie robisz, nie jesteś stroną neutralną w takiej sytuacji, a kiedy twoje dziecko dorośnie, prawdopodobnie będziesz obwiniana tak samo jak ojciec.
Nowoczesne siły zbrojne, niszczące gigantyczny obóz koncentracyjny pełen skolonizowanych ludzi za pomocą zaawansowanej technologicznie broni masowego mordu, za pieniądze z twoich podatków, to nie jest „wojna”, wobec której możesz być „neutralny”. To ludobójstwo i albo jesteś za, albo przeciw. Nie ma wygodnej trzeciej opcji, która pozwoli ci uniknąć opowiedzenia się po którejkolwiek ze stron i jednocześnie uniknąć wystawienia się na idiotę.
Jednym z najbardziej idiotycznych argumentów, jakie można dziś usłyszeć, jest twierdzenie, że krytykowanie Izraela bez jednoczesnego krytykowania Hamasu jest złe. Co masz na myśli? Mówisz, że nie mogę krytykować uzbrojonej w broń jądrową, zaawansowanej technologicznie armii popełniającej zbrodnie wojenne przy wsparciu mojego kraju i jego sojuszników, jeśli nie krytykuję jednocześnie małej grupy oblężonych bojowników? Mówisz mi, że nie mogę nic powiedzieć o nadużyciach państwa apartheidu, którego zwolennicy bezlitośnie atakują moje prawo do wolności słowa i podważają wolności obywatelskie w całym świecie zachodnim, chyba że jednocześnie skrytykuję kilka tysięcy palestyńskich bojowników ruchu oporu, którzy nie wyrządzili mi żadnej krzywdy? O czym ty w ogóle mówisz?
Nie, zamierzam po prostu skrytykować Izrael, bardzo dziękuję. Zamierzam skrytykować państwo, którego ludobójcze okrucieństwa są wspierane przez strukturę władzy, w której żyję i płacę podatki, a której sieć wsparcia systematycznie niszczy prawa moje i moich rodaków. Jeśli ci się to nie podoba, to idź się odpieprzyć.
Mam jeszcze kilka myśli na dziś.
Po pierwsze, uwielbiam, gdy widzę, jak obrońcy Izraela narzekają na ludzi odpowiadających na ich tyrady słowami: „Nie będę tego wszystkiego czytał. Wolna Palestyna”. Hasbarzyści mają jedynie niekończące się góry wywodów, wyjaśniających, dlaczego zrzucanie ładunków wybuchowych na budynki pełne dzieci jest w porządku i normalne, więc wścieka ich, gdy ktoś odbiera im jedyną broń.
Nie mają po swojej stronie prawdy i moralności, więc mają tylko słowa, słowa, słowa, słowa, słowa. Zabierz im to, a nie mają nic i wiedzą o tym.
I wreszcie nowa zasada: jeśli zaprzeczasz, że Izrael jest winny ludobójstwa w Strefie Gazy, to na tobie spoczywa obowiązek przedstawienia przekonującego wyjaśnienia, dlaczego każda grupa obrońców praw człowieka na świecie (w tym izraelska) uważa, że jest to ludobójstwo.
Jeśli uważasz, że istnieje spisek o podłożu antysemickim między wszystkimi grupami obrońców praw człowieka, to na tobie spoczywa ciężar udowodnienia, że taki spisek faktycznie ma miejsce.
Jeśli uważasz, że istnieje spisek islamistów mający na celu infiltrację wszystkich organizacji obrońców praw człowieka, to musisz przedstawić dowód tego spisku.
Jeśli uważasz, że nie ma żadnego spisku i że to tylko zbieg okoliczności, że wszystkie grupy obrońców praw człowieka uważają, że Izrael dopuszcza się naruszeń praw człowieka, to musisz przedstawić przekonujący argument, dlaczego wszystkie instytucje ekspertów w dziedzinie praw człowieka przypadkowo doszły do tych samych wniosków i nadal się mylą.
Nie można po prostu powiedzieć: „Nie zgadzam się z ich ustaleniami” albo „Ta jedna grupa przedstawiła argument, który uważam za słaby” albo „To nie jest ludobójstwo, bo bla bla bla”. Trzeba odnieść się do jednomyślnego konsensusu, bo to teraz część debaty.
Nawet płaskoziemcy i negacjoniści zmian klimatycznych [ Co ta idiotka wypisuje ?? A ja muszę ją cytować, co w całości tekstu ma rację… Mirosław Dakowski], którzy twierdzą, że wszyscy eksperci się mylą, przynajmniej próbują przedstawić argumenty na rzecz istnienia tajnego spisku, którego celem jest wzmacnianie błędnych wniosków w środowisku naukowym. Natomiast negacjoniści ludobójstwa w Strefie Gazy jakoś uważają, że nie muszą odnosić się do swojego sprzeciwu z przytłaczającą większością ekspertów w danej dziedzinie.
Nie macie prawa tego robić, chłopaki. To nie ma sensu. Jeśli twierdzicie, że eksperci kłamią na temat konkretnego kraju, to musicie podać szczegółowe i wiarygodne wyjaśnienie, dlaczego tak jest.
Nie spotkałem jeszcze ani jednego negacjonisty ludobójstwa, który by to potrafił, w sieci czy gdziekolwiek indziej. Ani jednego.
PS
Twierdzenie, że nie można oskarżyć Izraela o ludobójstwo, dopóki MTS nie orzeknie, że było to ludobójstwo, jest dokładnie tym samym, co twierdzenie, że nie można powiedzieć, że Charlie Kirk został zamordowany, dopóki jego zabójca nie zostanie oficjalnie skazany za morderstwo.
#Plastusie #Hałabała #Doktorat
— Barbara Piela (@baspiela) September 20, 2026
Na wszystkie zarzuty odpowie podobno na obronie: pic.twitter.com/En2v2NXcKe
Jest to urzędnik rządu USA wyznaczony przez Trumpa, który świadomie okłamuje opinię publiczną, aby umożliwić jej dalsze wspieranie izraelskich nadużyć wobec narodu palestyńskiego, dokonywanych przy wsparciu USA.
Caitlin Johnstone caitlinjohnstone/mike-huckabee-is-the-most-evil-person-in-the-trump-administration
W administracji Trumpa jest kilku naprawdę psychopatycznych upiorów, łącznie z samym Trumpem, ale jak na razie jestem przekonana, że ambasador USA w Izraelu Mike Huckabee jest najgorszym z nich.
Podczas gdy izraelscy urzędnicy stają się coraz bardziej otwarci na temat swoich planów „czystek etnicznych” [rzezi md] Palestyńczyków ze Strefy Gazy, a kontrowersje wokół Macklemore’a ponownie skupiają uwagę opinii publicznej na nadużyciach syjonizmu, pro-izraelscy spin-mistrzowie zarówno w mediach masowego przekazu, jak i w rządzie USA prześcigają się w próbach odzyskania kontroli nad narracją.
Podczas szaleńczej propagandy na kanale Newsmax na temat Macklemore’a i ruchu propalestyńskiego, Huckabee powtórzył dawno zdyskredytowaną propagandę o okrucieństwach ataku Hamasu z 7 października, aby wyjaśnić, dlaczego nikt nie powinien sprzeciwiać się działaniom Izraela w Strefie Gazy.
„To są ludzie, którzy gwałcili kobiety na oczach ich własnych dzieci” – powiedział Huckabee prowadzącemu program Newsmax Robowi Schmittowi . „Odcinali im genitalia na oczach ich rodzin. Podpalali starszych ludzi i palili ich żywcem, gdy siedzieli na wózkach inwalidzkich. Robili dzieciom niewypowiedziane rzeczy. Obcinali głowy niemowlętom i wsadzali inne niemowlęta do pieca, gdy jeszcze żyły. Każdy, kto to popiera, nie jest po prostu chory, jest psychopatą”.
„Jeśli ktoś powie, że to się nie wydarzyło, to my wiemy, że się wydarzyło, Rob, bo Hamas nagrał to sam. Mamy to na wideo” – twierdził Huckabee.
==============================
Żeby było jasne, wszystko, co mówi Huckabee, to kłamstwo. Twierdzenia o obciętych głowach i pieczonych w piecach niemowlętach zostały bezlitośnie obalone w 2023 roku, również w izraelskiej prasie . Nigdzie nie ma żadnego nagrania z okrucieństw opisanych przez Huckabee’ego. Apologeci Izraela często wymyślają wszelkiego rodzaju fałszywe twierdzenia na temat nagrania wideo z 7 października przez kamery GoPro Hamasu, ufając, że przeciętny obywatel będzie zbyt wrażliwy, by obejrzeć te brutalne nagrania na własne oczy. Zapewniam jednak, że jeśli zechcesz zagłębić się w tę króliczą norę nagrań, nie znajdziesz żadnych dowodów na którykolwiek z czynów, które właśnie wymienił Huckabee.
Trudno znaleźć słowa, by opisać, jak bardzo to jest złe. Huckabee wie, że kłamie, mówiąc takie rzeczy. Jest w stu procentach świadomy, że szerzy propagandę okrucieństw, by usprawiedliwić dalsze izraelskie okrucieństwa.
Kiedy Huckabee po raz pierwszy powtórzył te twierdzenia w październiku i listopadzie 2023 r., można powiedzieć, że być może nie zdawał sobie sprawy, że szerzy propagandę okrucieństw, ponieważ minęło kilka tygodni, zanim główne media obaliły te twierdzenia, a świadomość ich nieprawdziwości dotarła do głównego nurtu dyskursu.
Gdy powtórzył to twierdzenie we wrześniu 2025 r. , można by argumentować, że BYĆ MOŻE Huckabee po prostu żył w szczelnie odizolowanej syjonistycznej komorze echa i w jakiś sposób wciąż nie zdawał sobie sprawy, że twierdzenie to zostało całkowicie obalone.
Jednak powtarzając te twierdzenia w maju i ponownie we wrześniu 2026 r., po tym jak został szeroko i wielokrotnie potępiony za szerzenie kłamstw i propagandy okrucieństw, bezsprzecznie patrzy światu w oczy i kłamie nam w twarz, mając pełną i całkowitą świadomość tego, co robi.
Co pokazuje, że przez cały czas świadomie kłamał. To mianowany przez Trumpa urzędnik rządu USA, który świadomie okłamuje opinię publiczną, aby nadal wspierała wspierane przez USA nadużycia Izraela wobec narodu palestyńskiego.
Pomyśl, jak bardzo trzeba być popieprzonym, żeby zrobić coś takiego. A ten świr ma czelność nazywać zwolenników Palestyny „psychopatami”.
W tym samym oszukańczym, propagandowym wywiadzie dla Newsmax Rob Schmitt powiedział, że tak naprawdę to przeciwnicy ludobójstwa padają ofiarą propagandy.
„To niesamowite, jak skuteczna może być propaganda, jak oślepiająca może być dla ludzi, których można by uznać za rozsądnych” – powiedział Schmitt Huckabeemu, dodając: „Nienawidzę tego mówić, ale wydaje mi się, że islamiści wygrywają tę wojnę propagandową. Teraz czuję, że w stosunku do Izraela jest więcej gniewu i furii niż wobec ohydnych rzeczy, których byliśmy świadkami 7 października”.
No więc, według popleczników Trumpa w jego administracji i w ich prasie, dawno obalona propaganda okrucieństw wobec Palestyńczyków jest w rzeczywistości prawdą, a to właśnie ludzie, którzy uważają, że Izrael dopuszcza się przestępstw, są propagandą, a to właśnie ludzie sprzeciwiający się ludobójstwu są psychopatami. Góra to dół, noc to dzień. Wojna to pokój, wolność to niewola, ignorancja to siła.
Światem zachodnim rządzą kłamliwi, manipulujący przestępcy. Rewolucja nie może nadejść wystarczająco szybko.
Cyfrowy Gułag
Aleksandra S. Villers
https://www.benews.media/post/the-digital-gulag
15 czerwca 2026 r.
Europa von der Leyen z dumą prezentuje się jako kolebka wolności. Oświecenie, demokratyczne rządy
prawa i wolność słowa należą do fundamentów, na których Europa zbudowała swoją cywilizację i
którymi inspirowała resztę świata. Jednak za tą pewną siebie manifestacją kryje się coś, co coraz trudniej
zignorować: kryminalizacja nieortodoksyjnych poglądów. Ostrzeżenia przed postępującą erozją wolności
słowa przez lata odrzucano jako przesadzone lub po prostu paranoiczne. Dziś ostrzeżenia te nie pochodzą
już wyłącznie od dysydentów i osób z marginesu. Na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa
wiceprezydent USA J.D. Vance ostrzegał, że podstawowe wolności w Europie są coraz bardziej
zagrożone. Wkrótce potem „The Economist” opublikował serię artykułów, które doszły do niemal tego
samego wniosku: Europa ma problem z wolnością słowa.
A opinie, które są obecnie poddawane krytyce, niekoniecznie stanowią nawoływanie do przemocy, co
słusznie jest nielegalne. Coraz częściej celem są wypowiedzi uznawane za obraźliwe, krzywdzące lub
znieważające. Lub, by użyć terminu popularnego w całej anglosferze: mowa nienawiści. „Mowa
nienawiści” jest powszechnie definiowana jako wypowiedź ustna lub pisemna wyrażająca nienawiść, a
znany antysemita Herman Brusselmans udowodnił Flandrii, że taka mowa z pewnością istnieje.
Społeczności żydowskie w największych miastach Europy coraz częściej spotykają się z surowym i
niesfiltrowanym antysemityzmem, który przywołuje mroczniejsze czasy, kiedy Żydów porównywano do
robactwa, które należało wytępić. To, że taka retoryka może szybko przełożyć się na rzeczywistą
przemoc, pokazały krwawe masakry na plaży Bondi i w Kapitolu. Jednak to nie ten autentycznie
nienawistny język wydaje się być obiektem najsurowszej krytyki. Częściej jest to mowa obrażająca osoby
sprawujące władzę.
Mowa nienawiści to mowa, której nienawidzą.
W Wielkiej Brytanii, kraju, który dał światu jednych z czołowych obrońców tradycji liberalnej – wśród
nich „trzech Johnów”: Miltona, Locke’a i Milla – co roku dokonuje się około 12 000 aresztowań na
podstawie przepisów o mowie nienawiści, według niedawnego raportu „The Times”. Ponad trzydzieści
dziennie. Czy wszyscy ci ludzie rzeczywiście szerzą nienawiść? A może po prostu obrażają dogmaty
patologicznie poprawnej politycznie kultury, w której uczucia coraz bardziej przeważają nad prawdą?
Nawet błędne myślenie stało się przestępstwem podlegającym karze. Adam Smith-Connor i Isabel
Vaughan-Spruce zostali oskarżeni za cichą modlitwę w pobliżu kliniki aborcyjnej. Nie podeszli do
nikogo, nie rozdawali ulotek i nie spowodowali żadnego zakłócenia porządku. Niezależnie od stanowiska
w sprawie aborcji, pytanie pozostaje to samo: od kiedy spokojna myśl stała się sprawą dla policji i sądów?
Tendencja ta nie ogranicza się do przestrzeni publicznej. W Finlandii była posłanka Päivi Räsänen przez
lata była prześladowana za to, że podzieliła się fragmentem Biblii i skrytykowała stanowisko swojego
kościoła w kwestiach LGBT. Sprawa Räsänen niesie ze sobą niepokojący sygnał: osoby, które są
świadkami tego, co dzieje się z głosami sprzeciwu, szybko uczą się, które opinie najlepiej przemilczeć.
Obywateli nie ucisza się poprzez masowe aresztowania, ale poprzez autocenzurę. Najbardziej podstępna
walka z wolnością słowa toczy się teraz w internecie. Wraz z ustawą o usługach cyfrowych na horyzoncie
pojawiła się europejska policja myśli, której zadaniem było pilnowanie granic dopuszczalnego dyskursu
online. Platformy mediów społecznościowych były kiedyś zachęcane do przesyłania wątpliwych treści
weryfikatorom faktów, którzy sami nigdy nie zostali poddani weryfikacji. Dziś ambicje sięgają dalej. Nie
tylko tzw. dezinformacja jest już celem ataku, ale także opinie odbiegające od przyjętego konsensusu.
Krytyka niekontrolowanej imigracji, erozji kultury europejskiej, islamizmu i perwersji seksualnych stała
się niemile widziana, podobnie jak poglądy afirmujące tożsamość narodową, zachowanie cywilizacji
europejskiej i jej wartości, chrześcijaństwo, samozachowanie kulturowe i tradycyjne wartości rodzinne.
Takie anatemy są coraz częściej przedstawiane jako zagrożenie dla demokracji, nawet gdy niewybrani w
wyborach przywódcy Unii Europejskiej stanowią żywe świadectwo głęboko niedemokratycznej natury instytucji, którą reprezentują. Historia pokazuje, że cenzura nigdy nie zaczyna się od frontalnego ataku na
wolność. Pojawia się jako rozsądny, konieczny i dobrze przemyślany środek mający na celu ochronę
społeczeństwa. Kontrowersyjne głosy są jedynie pierwszym celem; każdy, kto odmawia
podporządkowania się panującej ortodoksji, w końcu idzie w jej ślady. Europejczycy stoją dziś przed
fundamentalnym wyborem. Czy chcą żyć w wolnym społeczeństwie, w którym jednostki mogą wyrażać
swoje przekonania bez obawy przed represjami, nawet jeśli są one niewygodne? Czy też wolą
orwellowski porządek, w którym rządy i biurokraci decydują, jakie słowa mogą nadal płynąć z ich ust?
Wojna Europy z wolnością słowa to coś więcej niż erozja demokracji. Stawką jest sama możliwość
debaty – a wraz z nią poszukiwanie Prawdy. Ci, którzy dziś godzą się na cyfrowy gułag, jutro mogą
znaleźć się w prawdziwym, skazani nie za zbrodnię, ale za najmniejszy akt ideologicznego
nieposłuszeństwa.
Zostałeś strażnikiem własnego gułagu
20. września 2026 Marek Wojcik world-scam/zostales-straznikiem-wlasnego-gulagu
Stale rosnące wykorzystanie sztucznej inteligencji, a co za tym idzie gwałtownie rosnące zapotrzebowanie na pamięć masową i moc obliczeniową, powoduje obecnie na całym świecie boom budowlany związany z powstaniem ogromnych centrów danych. Jednocześnie politycy na całym świecie narzucają działania na rzecz ochrony klimatu w celu ograniczenia emisji CO². Natomiast gigantyczne zużycie energii i wody przez centra sztucznej inteligencji nigdy nie jest poruszane. Dziennikarz śledczy David Icke wyjaśnia, dlaczego budowa centrów danych i rewolucja w dziedzinie sztucznej inteligencji mają dla polityków wyższy priorytet niż rzekomo zbliżająca się globalna katastrofa klimatyczna. Źródło.

David Icke twierdzi, a ja się z nim zgadzam, że nie powinieneś mieć możliwości samodzielnego kierowania swoim życiem i opłacania rachunków, lecz twoje przetrwanie powinno całkowicie zależeć od rządu. Taki jest plan. A jeśli po prostu będziemy tam stać i patrzeć, to tak się stanie. Ale nie musi tak być. Garstka ludzi nie może rządzić 8 miliardami, chyba że te 8 miliardów to po prostu zaakceptuje i podporządkuje się tej garstce. Koniec historii.

Wyjaśniam tym, którzy nie wiedzą: Gułag (lub GUŁag) to radziecki system obozów pracy przymusowej, który istniał w ZSRR od 1930 do lat 50. i 60. XX wieku. Były to miejsca „resocjalizacji” dla podejrzanych o niesprzyjanie totalitarnej władzy. Te obozy stały się pierwowzorem dla niemieckich obozów koncentracyjnych. Pierwszy niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny w Dachau otwarto 22 marca 1933 roku. Także i niemieckie obozy broniły totalitarnego systemu przed wrogimi ideologiami. W rzeczywistości służyły w utrzymaniu terroru nad własnym społeczeństwem.
Ależ to przecież odległa historia, cóż my mamy z tym wspólnego? System totalitarny to ustrój polityczny, w którym państwo kontroluje wszystkie dziedziny życia społecznego i prywatnego, dążąc do całkowitego podporządkowania sobie obywateli. Tę i wcześniejsze definicje otrzymałem od SI – Sztucznej Indoktrynacji. My żyjemy wszakże w demokracji – nieprawdaż? Nasze rządy nigdy przecież nie będą propagować społecznej kontroli poprzez media, system kamer i szerzenie strachu przed konsekwencjami za myślozbrodnię.
Nawet błędne myślenie stało się przestępstwem podlegającym karze. Adam Smith-Connor i Isabel Vaughan-Spruce zostali oskarżeni za cichą modlitwę w pobliżu kliniki aborcyjnej. Nie podeszli do nikogo, nie rozdawali ulotek i nie spowodowali żadnego zakłócenia porządku. Niezależnie od stanowiska w sprawie aborcji, pytanie pozostaje to samo: od kiedy spokojna myśl stała się sprawą dla policji i sądów?
Przedstawiony fragment nie opisuje historii z czasów drugiej wojny światowej – to się wydarzyło niedawno na Wyspach Brytyjskich – kolebce europejskiej demokracji. Cytat pochodzi z opublikowanego w czerwcu artykułu na benews.media: Cyfrowy Gułag. Źródło.
Winston Smith pokochał już Wielkiego Brata, jak przepowiedział George Orwell w swojej słynnej książce.

Już od dawna jesteśmy strażnikami naszego gułagu. Niepotrzebne koszty na drut kolczasty, wieże strażnicze ze strażnikami zostały wyeliminowane. Wystarczy telewizja, komórka i bardzo sztuczna inteligencja zastąpiona atrofią tej niegdyś wszechobecnej naturalnej inteligencji. Wydajemy nawet spore pieniądze na zakup jeszcze lepiej kontrolującej nas komórki oraz wielkiego płaskiego ekranu nieprawdy. Stalin i Hitler patrzyliby z zawiścią na taki rozwój wydarzeń.

Pomyśl, ile twoich myśli wcale nie jest twoich, tylko zostało ci po cichu wpojone na zasadzie kukułczego jaja. Ta metafora została dobrze wyjaśniona w artykule sprzed 7 laty, czyli tuż przed kowidowym gułagiem:
Kukułka to wyrodny rodzic [ależ nie!! sprytny, bo ma więcej sił na następne jaja... MD] , gdyż podrzuca jaja innym ptakom. W życiu ptaków decydujące znaczenie mają reakcje instynktowne. Jajo czy pisklątko w naszym gnieździe jest nasze, nawet jeśli inaczej wygląda. Wykluje się z niego potwór. Rośnie szybko, jest bardziej przebojowy i szerzej rozdziawia dziób przy karmieniu. Jeśli znajdzie obok siebie jajo czy przybranych braci, szybko wyrzuci ich na ziemię. A na koniec oszust i morderca w jednej osobie dorasta wieku dojrzałego. Źródło.
Nasze myśli nie są już nasze – to są te kukułcze jaja, które odebrały nam wolność.
Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com
20.09.2026 wolnemedia.net/kiedy-ai-klamie
Informacja, jaka dotarła drogą pantoflową, skłoniła mnie do konieczności weryfikacji. Chodziło o ustalenie obiektu szczególnego znaczenia, związanego z adresem warszawskim – według AI adres nie istnieje, albo budynek jest przeznaczony do rozbiórki. Jednak odmiennie sformułowanie pytanie, przyniosło potwierdzenie kojarzące się paskudnie.
Rzecz idzie o instalowanie na terenie Polski Ukraińców w ośrodkach deklarowanych jako ośrodki wypoczynkowe, które mają stać się miejscami „rehabilitacji weteranów”. Na zdrowy rozum – kraj wysyłający ludzi na wojnę powinien zapewnić im opiekę, skoro przeżyli, ale ponieśli uszczerbek na zdrowiu. Trudno akceptować, że znowu my mamy naprawiać to, co ktoś inny z premedytacją i z wyboru zmarnował.
Ogrom podłości w tej wojnie, jak i bliskowschodniej, podpowiada pytanie, gdzie jeszcze w Polsce są takie „ośrodki rehabilitacyjne” z przeznaczeniem dla weteranów batalionu posługującego się nieco zmodyfikowanymi symbolami podwójnego „S”.
Odpowiedź nadeszła w mig. Rząd, który odmawia, lub ogranicza polskim szpitalom wykonywania pełnego zakresu świadczeń, chwali się łaskawością dla żądań władz ukraińskich na stronie Gov.pl.
Kolejne źródła: DoRzeczy.pl i Kresy.pl, potwierdzają szczegóły roztaczanej szeroko opieki nad Ukraińcami, wymieniając fundację-patrona zwanego „Korpusem Weteranów”, działającego w Warszawie. Placówka powstająca w Warszawie (w rejonie Mokotowa) ma adres ul. Obrzeżnej 7 i „służy jako miejsce wsparcia dla byłych ukraińskich wojskowych oraz członków ich rodzin”. Zatem, adres istnieje i nie jest obiektem przeznaczonym do rozbiórki. „Korpus” w zestawieniu z weteranami, ma znaczenie kwatery głównej.
Źródła potwierdzają, że inicjatywa wiąże się ze środowiskami skupionymi wokół 3. Samodzielnej Brygady Szturmowej oraz dawnego pułku Azow, co w mediach i debacie publicznej wywołało zarówno dyskusje o zasadności pomocy dla weteranów, jak i kontrowersje związane z historią oraz symboliką tych formacji.
Informując o zakresie pomocy, ujawniają się podobne ośrodki, oferujące wsparcie psychologiczne, doradztwo zawodowe (?!) oraz pomoc socjalną dla osób powracających z frontu. Nie ma raczej mowy o inwalidach, operacjach, rekonwalescencji, skoro głównym zakresem działania jest psychologia. Całkowicie podważa deklarowany charakter pomocy fakt współpracy organizacji pozarządowych z tymi ośrodkami, o jakim mówi strona rządowa.
Organizacje pozarządowe przejęły od dawna stery rządzenia Polakami, wnosząc forsowane przez nie ideologiczne ustawy krępujące nowym ładem rządy i samorządy lokalne. Krzycząc o prawach człowieka, odbierają wolność w każdej dziedzinie życia. Rząd afirmując ich rolę skapitulował przed odpowiedzialnością za rozległe szkodnictwo.
Prowadzone w Polsce również mniejsze, wyselekcjonowane programy medyczne i rehabilitacyjne dla żołnierzy z Ukrainy, często organizowane są w mniejszych grupach we współpracy z organizacjami pozarządowymi, głosi oficjalna strona.
Kiedy powstawały na Ukrainie laboratoria medyczne, tylko wtajemniczeni wiedzieli, że są to zakłady produkujące broń biologiczną. Jedną z pierwszych istotnych nowin w tej wojnie było przejęcie 27 takich obiektów z dokumentacją. Odkryte w nich zapisy potwierdzały pełną świadomość Amerykanów o nastąpieniu zbrojnej reakcji Rosji, dlatego już od stycznia 2022 roku, likwidowano, bądź wywożono zasoby laboratoriów z Ukrainy.
Kwestią jest więc nie tylko zaistnienie „Korpusu Weteranów” w Warszawie, roztaczającego wyłącznie opiekę nad członkami batalionu Azow, ale kontrola polskich władz nad nimi. Chyba, że ma być odwrotnie.
Skoro o bieżącym stanie państwa posługującego się nazwą własną „Ukraina”, Scott Ritter, w najnowszej wypowiedzi diagnozuje jego kondycję jako „będącego na wymarciu”. Z najnowszych danych z frontu wynika, że straty w ludziach na linii walk, liczone są w kolosalnej dysproporcji 36:1. Po co Polsce pozostałości niechlubnego Azowa, wyglądające na adopcję OUN/UPA. Gorzka ocena Rittera wynika z drastycznie prowadzonej „mobilizacji do walki”, która dosłownie sprowadzona jest do łapanki mężczyzn, a kobiety usiłują bronić ich ( matki, żony, siostry) brutalnie traktowane przez werbowników. Wiedzą one, że wysłanie na front jest gwarantowaną śmiercią. Tym bardziej niejasne jest kim są weterani poddani psycho-zabiegom i dlaczego ośrodki Azowców, rozproszone po naszym kraju leczą ich ze skutków wojny, do kontynuacji której politycy Polaków przekonują. Jakie zawody będą wykonywać po kursie reorientacji ze strzelca wyborowego, czy werbunkowego na …nauczyciela języka ukraińskiego, czy szkoleniowca w klasach, lub szkołach o profilu wojskowym?
Strona sprawdzamto.pl/artykul/2026-09/azow-osrodek-warszawa-korpus-weteranow, opisuje efekty swojej weryfikacji: „Ośrodka nie otwiera ukraiński Azow, a organizacja pozarządowa powiązana z ruchem azowskim. Placówka ma, według zapowiedzi, prowadzić działalność społeczną, nie militarną. Nie znaleźliśmy podstaw do nazwania Korpusu Weteranów organizacją faszystowską”.
Inne miejsca przeznaczone na ten sam cel, to na ogół ośrodki wypoczynkowe, takie jak Mrzeżyno (ośrodek SUS Travel) które gościły w ramach projektów rehabilitacyjnych grupy weteranów, oraz rodzin (228 osób w turnusie). Fundacja „Uniters” z prezes Viktorią Batryn, wspiera ukraińskich weteranów i ich rodziny. Finansującym przedsięwzięcie jest korporacja Lockheed Martin.
„Pobyt w Mrzeżynie nie ogranicza się jednak wyłącznie do rehabilitacji. Uczestnicy aktywnie włączają się także w życie lokalnej społeczności i wydarzenia patriotyczne organizowane w regionie. Już jutro polscy i ukraińscy weterani wspólnie wezmą udział w obchodach 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego w Trzebiatowie. Później staną również na starcie III Trzebiatowskiego Biegu Pamięci Powstania Warszawskiego” – chwalą się organizatorzy. Czyli z wojny wyszli, by przypominać im inną wojnę; perwersja w rodzaju leczenia alkoholizmu klinem.
Od początku trwania wojny, mądrzy wiedzą czym ona skutkuje. Kto na nią godzi się jako brutalną bijatykę międzynarodową, powinien zdawać sobie sprawę, jak uniknięcie wojny na drodze dyplomacji jest racjonalne i nie pochłania ofiar w ludziach, ani ich nie okalecza. Wojna jest wyborem polityków, ale dlaczego pokojowe społeczeństwo państwa sąsiadującego ma ponosić niekończące się koszty bijatyki idiotów?
„Defence 24” informuje w swoich analizach o skali strat zwycięskiej Ukrainy przyznając, jak ogromna jest skala zjawiska. Na Ukrainie liczba żołnierzy z doświadczeniem frontowym szacowana jest na 1,5 do 2 milionów osób, a systemowe wsparcie (w tym leczenie i protezowanie) zmaga się z ogromnym obciążeniem i brakiem wystarczających mocy medycznych.
Eksperci „Defence 24” wskazują na konieczność budowy głębokiego systemu opieki psychologicznej nad żołnierzami cierpiącymi na stres bojowy i traumę wojenną.
Wokół środowisk weteranów pojawiają się projekty zagraniczne i lokalne (np. zapowiedzi tworzenia placówek wsparcia, lub ośrodków reintegracji), które w przestrzeni publicznej bywają również przedmiotem kontrowersji i debat geopolitycznych.
Tak dzielnie i programowo zagrzewać do atakowania potrafili wcześniej eksperci artykułami, by uzasadniać maczanie palców w skutkach wojennego bagna. Zgodnie z nazwą własną portalu, przydałoby się wydobyć z zapomnienia, że prewencja przynosi dużo lepszy skutek, a jest efektywniejszym mechanizmem obrony.
Po wojennych dokonaniach Azowców, aktualnej polityce polskich speców i ukraińskich, zamiast fałszywego miłosierdzia wobec skutków, do jakich doprowadzili, najwyższa pora na rozmowy o pokoju, by Ukraińcy wrócili do własnych rodzin i domów, by tam doznać błogości życia i odbudowy.
Wydaje się rozbieżny z intencją rehabilitacji, proces integracji weteranów z lokalną społecznością i współobecność polskich weteranów wojskowych misji zagranicznych na tychże turnusach. Wolałabym się mylić, ale suma zjawisk wokół inicjatywy bardziej przypomina szkolenia i wymianę doświadczeń pod chytrym zabiegiem rehabilitacji. Jeśli ktoś działa fałszywie jak zdrajca, kłamie jak zdrajca i wygląda jak zdrajca, to zdrajcą być musi. Wisienką na torcie jest w całym przedsięwzięciu Lockheed Martin, który „przejął” PZL Mielec włączając go w strukturę Sikorsky Aircraft Corporation w 2007 roku. Jego kwaterą główną jest siedziba w Stratford, stanie Connecticut USA. Jaką korzyść miałby plutokrata z rehabilitacji ludzi niezdolnych do zadań?
Korpus Weteranów jest kolejną wrzutką migracyjną mającą oswoić Polaków z drwiną ekipy rządzącej i upokorzeniem, zarzucając ludowi rzekomy brak poczucia miłosierdzia. Napływ niedawnej fali migrantów w Ceucie zdestabilizował nie tylko lokalną ludność, ale odmienił hiszpańską politykę. Bazy amerykańskie, które nie dały gwarancji bezpieczeństwa krajom arabskim, nie dają także Hiszpanom, dlatego kontyngent w Hiszpanii został zakwalifikowany do redukcji i wyjazdu; podobnie zdecydowano o tym we Włoszech. Tym bardziej, że Izrael rozbrajająco szczerze przyznał, że stał za procederem chaosu w Ceucie.
Osadnicy w Palestynie pojawili się tylko po to, by z gwarancją posiadania broni przejmować pustostany i gospodarstwa po wypędzonych siłą palestyńskich właścicielach, dając tymczasową możność pobytu w obozach dla uchodźców. Uciekający przed wojną obywatele Izraela, starają się głównie zajmować atrakcyjne obiekty wypoczynkowe na Cyprze.
Kto jeszcze nie odkrył, że organizacja pozarządowa działa w sposób niezgodny z wolą społeczeństwa, co więcej – kodeksem karnym przewidującym karę za popieranie, propagowanie symboliki totalitarnej, nadal wierzy w charyzmat postaci filantropa z kręgów producentów broni. Należy tylko współczuć. [ Ale i przeciwdziałać ! md]
Opracowanie: Jola
Na podstawie: Gov.pl, YouTube.com
Źródło: WolneMedia.net
Wczoraj, 19 września, rozpoczął działalność ukraiński Korpus Weteranów. Wcześniej mogliśmy przeczytać na portalu kresy24.pl oraz https://dorzeczy.pl/ zapowiedź o rozpoczęciu działalności w Warszawie przy ul. Obrzeżnej 7 na Mokotowie. Organizacja ta została utworzona przez część wojska ukraińskiego wywodzącego się z batalionu ‚Azow’. Informacja na razie nie pojawiła się szerzej w mediach.

Jak pisze portal Kresy24 – Korpus Weteranów to organizacja skupiającą wojskowych, weteranów, członków rodzin poległych oraz osoby związane ze środowiskiem sił zbrojnych Ukrainy. Jej deklarowanym zadaniem ma być pomoc prawna, psychologiczna, a także zawodowa oraz wspieranie rodzin i reintegracja byłych żołnierzy.
Według oficjalnego komunikatu Lwowskiej Obwodowej Administracji Wojskowej organizacja została utworzona przez 3. Korpus Armii Sił Zbrojnych Ukrainy. Na czele Korpusu Weteranów stoi Jan Kliszajew. Na oficjalnej stronie organizacji możemy przeczytać, że, jednym z jej celów jest przygotowywanie weteranów do działalności gospodarczej, społecznej i publicznej.
Problem w tym, że 3. Korpus Armii powstał na bazie 3. Samodzielnej Brygady Szturmowej i jest dowodzony przez Andrija Biłeckiego, powołującego się w swych działaniach na Banderę, Konowalca i UPA. Ośrodek Studiów Wschodnich wskazał, że zarówno 3. Korpus Armii, jak i 1. Korpus Azow wywodzą się z ruchu neobanderowskiego, którego początki sięgają utworzonego w 2014 roku batalionu Azow. Członkowie Korpusu Weteranów nie kryją zresztą genezy ugrupowania. W materiałach organizacji pojawiało się zestawienie kolejnych etapów działalności środowiska Biłeckiego.

Mer Drohobycza Taras Kuczma przemawia pod pomnikiem Stiepana Bandery
Pisze o tym wydarzeniu żyjąca na uchodźstwie ukraińska historyk Marta Hawryszko:
„Tak więc Azow otwiera dziś swój własny przyczółek w Warszawie. Osoby związane ze środowiskiem oskarżonym o gloryfikację OUN i UPA, odpowiedzialnym za mordowanie polskich kobiet i dzieci; produkującym naszywkę ‚Wołyńska Duma’ w środku już i tak toksycznego polsko-ukraińskiego sporu historycznego; rozpowszechniającym naszywki i mapy ‚Wielkiej Ukrainy’, które sięgają obecnego terytorium Polski; oraz wychwalającym Dywizję Waffen-SS Galizien — związaną z pacyfikacją Huty Pieniackiej i innych polskich wsi — będą teraz miały kolejne miejsce, by zbierać pieniądze od Polaków”.
„Trzeba się zastanowić: kto to zatwierdził? Kto za tym lobbował? I być może najciekawsze: jak długo dokładnie to świadectwo historycznego masochizmu będzie działało w sercu Polski?” – zapytała Marta Hawryszko.
Na platformie strajk.eu mówi Bojan Stanisławski o banderowskiej ekspozyturze: „Jest to przykrywka do czegoś bardzo niebezpiecznego: mieliby zastraszać niepokornych Polaków? – To są psychopatyczni naziolscy mordercy. Zaczyna się robić niebezpiecznie na kryminalnym poziomie. To może być siłowy element dyscyplinujący polską opinię społeczną”.
Zygmunt Białas

——————

———————–

—————————————-

——————————–

—————————————————

————————–

——————

————————-


Przez Agnieszka Piwar 2026-09-19 piwar/romantyzowanie-ludobojstwa-czyli-po-co-netflix-wyprodukowal-serial-fauda
Tym wyznaniem zapewne zaskoczę Czytelników śledzących moje publikacje, w których stanowczo i bezkompromisowo krytykuję Izrael. Otóż zanim zabrałam się za zbieranie materiału do książki „Holokaust Palestyńczyków”, zawierającej wstrząsające relacje ofiar Izraela, oglądałam – z wypiekami na twarzy – izraelską propagandę. Co więcej, robię to nadal.
Wychodzę z założenia, że trzeba poznać metody wroga. Syjoniści – zakała ludzkości – to nie tylko wrogowie Palestyńczyków, ale całego cywilizowanego świata. Wejdan Abu Shammala, dziennikarka z Gazy, powiedziała mi, że „milczenie świata to współudział w zbrodni”. Dlatego uważam, że demaskowanie kłamstw Izraela to obowiązek każdego, kto jest świadomy popełnianych przez nich okrucieństw.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że jestem na beznadziejnej pozycji, bo w przeciwieństwie do syjonistów nie dysponuję środkami finansowymi, nie mam dostępu do mediów głównego nurtu oraz platform streamingowych, nie steruję algorytmami, ani nie trzymam na smyczy polityków i dziennikarzy większości krajów świata.
Mimo to, robię swoje na miarę skromnych możliwości. Kiedy żydowscy zbrodniarze kłamią, że walczą z terrorystami, ja odpowiadam spisanymi relacjami naocznych świadków, którzy przedstawiają dowody, że Izrael morduje przede wszystkim bezbronnych cywilów, w tym kobiety i dzieci.
Kiedy zbrodniarze – oraz ich słudzy pokroju prezydenta Karola Nawrockiego – twierdzą, że „Izrael ma prawo do samoobrony”, ja wykazuję, że Izrael jest okupantem Palestyny i bezwzględnym agresorem. Kiedy ignorant premier Donald Tusk publicznie oświadcza, że „Polska była, jest i będzie po stronie Izraela w jego konfrontacji z islamskim terroryzmem”, ja mu odpowiadam listem otwartym, w którym łopatologicznie tłumaczę, że nie byłoby Hamasu, gdyby nie Izrael.
MANIPULACJA WIDZAMI
To właśnie wspomniany Hamas jest głównym antagonistą izraelskich żołnierzy jednostki specjalnej – bohaterów propagandowego serialu „Fauda” (z arabskiego „chaos”). Głośna produkcja platformy Netflix koncentruje się na konflikcie izraelsko-palestyńskim, pomijając jednak kluczowe fakty dotyczące jego źródła.
W realnym życiu zaczęło się od tego, że żydowscy najeźdźcy ukradli ziemię Palestyńczykom i jako pierwsi odpalili szereg brutalnych działań. Serial „Fauda” oczywiście to przemilczał.
Przypominam więc o Nakbie w 1948 roku, kiedy żydowscy przybysze z innych krajów zmusili do ucieczki od 700 tysięcy do miliona Palestyńczyków. Generalnie powstanie państwa Izrael wiąże się z konfiskatą palestyńskiej ziemi, niszczeniem palestyńskich wiosek, wyburzaniem palestyńskich domów, przymusowymi przesiedleniami czy ograniczaniem swobody przemieszczania się Palestyńczyków.
Do tego dochodzi fizyczna przemoc żydowskich osadników wobec Palestyńczyków, w tym brutalne porwania i aresztowania, bezpodstawne przetrzymanie w więzieniach cywilów, z kobietami i dziećmi włącznie, poniżanie, torturowanie i zabijanie.
Jest więc naturalne, że po takim traktowaniu – trwającym od dekad – Palestyńczycy zaczęli się buntować. Z definicji taki bunt nazywa się ruchem oporu, czyli tajną i zorganizowaną działalnością ludzi, którzy walczą z okupantem lub z niesprawiedliwą władzą. Tym więc właśnie jest Hamas, który zresztą powstał nie bez inspiracji Izraela, chcącego mieć pod kontrolą także buntowników.
Tego całego kontekstu brakuje w produkcji Netflixa, która opowiada o konflikcie, pomijając jego faktyczne przyczyny. Ktoś powie, że to przecież tylko fabuła, a nie dokument, więc autorzy mają prawo tworzyć scenariusz według własnego widzimisię.
Problem w tym, że Lior Raz i Avi Issacharoff – pomysłodawcy i twórcy serialu „Fauda” – twierdzą, iż scenariusz został zainspirowany ich własnymi doświadczeniami wojskowymi i dziennikarskimi oraz prawdziwymi wydarzeniami. Nie wątpię, że po części tak było. Jednak bez kluczowego kontekstu dotyczącego faktycznych źródeł konfliktu zbyt wielu widzów uwierzyło w kłamstwo, że Izraelczycy są ofiarą, a Palestyńczycy agresorem zasługującym na śmierć.
MORDERCY Z LUDZKĄ TWARZĄ
Perfidia twórców serialu ma wiele wymiarów. Całkowicie pominięto chociażby obrzydliwy rasizm syjonistów, na którym oparto państwo Izrael. Tymczasem główna postać „Faudy” – Doron Kabilio (w tej roli współtwórca Lior Raz) – choć zabija Palestyńczyków na potęgę, to bywa przy tym wrażliwy i uczuciowy wobec okupowanego narodu.
Dla przykładu, w 1., 2. i 4. sezonie Doron szczerze zakochał się w palestyńskich kobietach, które wykorzystywał w ramach operacji specjalnych, by dorwać ich krewnych powiązanych kolejno z Hamasem i Hezbollahem. Następnie dzielnie próbował je ochronić. W 3. sezonie miał romans z żydowską koleżanką z pracy, ale ani wobec niej – ani wobec żydowskiej żony, którą zdradzał – nie był już taki sentymentalny jak do Palestynek.
Innym razem dręczyły go wyrzuty sumienia, gdy cynicznie oszukiwał młodego niewinnego Palestyńczyka, żeby w ramach tajnej misji rozpracować członków jego rodziny powiązanych z Hamasem. Doron jest Izraelczykiem pochodzenia irackiego, więc świetnie mówi po arabsku, dzięki czemu łatwo przenika na stronę przeciwnika, udając jednego z nich.
Tamta akcja skończyła się katastrofą. Gdy palestyński chłopak poznał prawdę, poczuł się zdradzony. Dodatkowo dotknęła go hańba, że dał się podejść izraelskiemu agentowi. Palestyńczyk musiał więc się „oczyścić” i zemścić. Zradykalizował się, co w konsekwencji doprowadziło do krwawej jatki. „Fauda” pokazuje więc czasem, że Izraelczycy również popełniają błędy, co ma uwiarygodnić propagandową serię.
Dzięki tym sprytnym zabiegom nawet i ja mam swój ulubiony wątek w serialu. Dzieje się to w 4. sezonie, kiedy Gabi Ayub (w tej roli Itzik Cohen), dowódca izraelskiej jednostki do zadań specjalnych, zostaje porwany przez Hezbollah.
We wcześniejszych sezonach bezwzględnie przesłuchiwał palestyńskich więźniów, w tym kobiety, by ich złamać, wydobyć informacje i zmusić do zdrady swoich. Kiedy sam trafił w niewolę bojowników Hezbollahu, kapitan Ayub pod wpływem tortur „wyśpiewał” dosłownie wszystko, łącznie z nazwiskami i adresami zamieszkania izraelskich agentów, którymi dowodził. Ta „słabość” kosztowała życie części z nich.
„Ludzkie oblicze” izraelskich bohaterów „Faudy” – którzy na co dzień zajmują się bezwzględnym zabijaniem – przewija się przez całą serię. Pokazywane są ich słabości, walka w wewnętrznymi demonami, trudności z normalnym funkcjonowaniem, rodzinne dramaty, cierpienie po stracie przyjaciół z jednostki, którzy zginęli podczas akcji.
Widząc to wszystko, nawet zatwardziały przeciwnik Izraela – a za takiego się uważam – może poczuć jakieś współczucie wobec głównych postaci „Faudy”. Dlatego uważam, że jest to świetnie zrealizowany serial propagandowy. Oczywiście piszę to nie bez żalu i obrzydzenia wobec twórców, którzy najmocniej przegięli w najnowszym 5. sezonie.
KŁAMSTWO DLA ŚWIATA
Nie byłam zaskoczona, że ostatni sezon „Faudy” – który miał premierę we wrześniu 2026 roku i był zrealizowany po dłuższej przerwie – koncentruje się wokół wydarzeń 7 października 2023 roku, kiedy Hamas zaatakował Izrael. To przełomowy moment w historii konfliktu izraelsko-palestyńskiego, który i mnie „pchnął” do wzmożonej aktywności dziennikarskiej w tym temacie, w wyniku czego powstała książka „Holokaust Palestyńczyków”.
5. sezon obejrzałam z największymi emocjami, bo w pamięci miałam rozmowy z Palestyńczykami – świadkami trwającego w Strefie Gazy ludobójstwa – którzy opowiadali o izraelskich bombardowaniach zrównujących z ziemią szpitale, szkoły, całe osiedla. Wiem też o celowym ostrzeliwaniu przez Izrael karetek pogotowia czy atakowaniu zagranicznych wolontariuszy próbujących dostarczyć leki i żywność dla konających cywilów. To wszystko pomija produkcja Netflixa.
Jest za to Eli, który powołuje się na „Boga zemsty”, bo Hamasowcy zabili w kibucu żonę i dzieci. Nie zdążył ich ocalić, bo zatrzymały go akcje zbrojne Hamasu wzdłuż granicy z Gazą. Nie zdążył też Doron, bo w międzyczasie ruszył z pomocą izraelskiej młodzieży, zaatakowanej przez Palestyńczyków podczas festiwalu.
Najbliżsi Eliego zginęli tragicznie, a ich ostatnie chwile, kiedy próbowali przetrwać w obliczu brutalnego zagrożenia, budzą u widza współczucie. Znaczna część fabuły skupia się na ogromnym uczuciu łączącym tę żydowską rodzinę. Chodzi o to, aby odbiorca – wzruszony cierpieniem romantycznego żołnierza – dał mu niejako prawo do krwawej zemsty.
Dwa lata później, kiedy Eli poznaje nazwisko i adres zabójcy, wyrusza do Marsylii we Francji, by pomścić rodzinę. Dołącza do niego Doron, zmagający się zespołem stresu pourazowego. Oprócz prywatnej zemsty, mają za zadanie udaremnić kolejny atak na Izrael, tym razem z udziałem pro-palstyńskich działaczy z Europy.
Ale jak to? Ktoś z oświeconej Europy popiera tych złych Palestyńczyków? Spokojnie, na to syjoniści mają „argument”. Do obsady „Faudy” dołącza blondwłosa Francuska (Mélanie Laurent), której serce zdobył bojownik Hamasu. Izrael znalazł więc sobie „wytłumaczenie”: jeśli ktoś opowiada się po stronie Palestyńczyków, to znaczy, że ślepe zakochanie odebrało temu komuś rozum i rozeznanie.
Tak mniej więcej poprowadzono ten wątek w „Faudzie”, ale nie tylko. Sama wielokrotnie czytałam o sobie komentarze w Internecie – prawdopodobnie produkowane przez izraelskie boty – sugerujące, że w życiu prywatnym musiałam być uwiedziona przez jakiegoś muslima, skoro opisuję Palestyńczyków jako ofiary.
I wreszcie, zmagający się z traumami po 7 października bohaterowie „Faudy” wciskają widzom Netflixa ściemę, że Izrael dał się zaskoczyć. Nic bardziej mylnego. Przed szykowanym przez Hamas zamachu ostrzegała chociażby egipska bezpieka. Poza tym Izrael ma doskonały wywiad, śmiem przypuszczać, że najlepszy na świecie. Moim zdaniem atak był wręcz Izraelowi na rękę.
Według oficjalnych danych (strach pomyśleć, co kryje się za nieoficjalnymi) wydarzenia zapoczątkowane 7 października 2023 roku przyniosły 61,5 razy więcej ofiar śmiertelnych po stronie palestyńskiej niż po stronie izraelskiej. Od trzech lat trwa metodyczne ludobójstwo na narodzie palestyńskim w Gazie.
Zbrodni Izraela nie da się już ukryć, bo Palestyńczycy mają telefony z kamerami. Skoro więc nie da się ukryć niewygodnych faktów, można próbować zagłuszyć je innym przekazem. Uważam, że właśnie taką funkcję pełni serial „Fauda” – ma odwracać uwagę od okrucieństw Izraela i faktycznych powodów konfliktu. A żeby lepiej się to sprzedało, fabułę podlano sosem romantycznych uniesień.
Agnieszka Piwar
PS Dwa dni po premierze „Faudy”, podczas 83. Festiwalu Filmowego w Wenecji, miał światową premierę w konkursie głównym dokument „NAZA” Yuvala Abrahama i Rachel Szor, poświęcony systemowi izraelskich ataków w Gazie i ich skutkom dla ludności cywilnej. Projekcję zakończyła ponad 24-minutowa owacja na stojąco, co stanowi rekord w historii festiwalu. Film otrzymał następnie Nagrodę Specjalną Jury.
Od tamtej pory algorytmy w mediach społecznościowych pokazują mi niezliczoną ilość postów i przerobionych przez AI filmów oczerniających twórców nagrodzonego dokumentu. Jak długo żyję, nie widziałam tak potężnej nagonki jak ta wobec tych odważnych izraelskich filmowców, którzy zdemaskowali zbrodnie dokonywane przez ich państwo.
Fot. Netflix