
———————————————————

———————————————————-

———————————

—————————–

————————————-

————————————

————————————

[a nie mogliby jej sprawić tej psychoterapii więźniowie?
——————————————–

——————————————

————————————————

–

———————————————————

———————————————————-

———————————

—————————–

————————————-

————————————

————————————

[a nie mogliby jej sprawić tej psychoterapii więźniowie?
——————————————–

——————————————

————————————————

–
Bez ultimatum, bez zawieszenia broni:
Rosyjski minister spraw zagranicznych Ławrow
nazywa USA zarówno stroną konfliktu,
jak i partnerem do rozmów
Hey, panie Trump? Słucha pan uważnie?
W długim wywiadzie wyemitowanym w rosyjskiej telewizji państwowej 14 sierpnia 2026 r. minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow przedstawił najostrzejszą od miesięcy charakterystykę stanu relacji z Waszyngtonem w piątym roku wojny na Ukrainie.
Przekaz był starannie dwustronny i celowo taki właśnie: Stany Zjednoczone są, według Ławrowa, zarówno stroną wojny przeciwko Rosji, jak i jedynym krajem, z którym Moskwa wciąż chce rozmawiać o jej zakończeniu. Utrzymanie tych dwóch twierdzeń razem stanowi całą obecną postawę Rosji wobec Waszyngtonu, a Ławrow w wywiadzie zarządzał napięciem między nimi, zamiast je rozwiązywać.
Nagłówek wywiadu to eskalacja retoryki, jeśli jeszcze nie działań. Ławrow stwierdził, że Rosja uważa, iż Stany Zjednoczone są znacznie głębiej zaangażowane w organizowanie i przeprowadzanie ukraińskich uderzeń w głąb terytorium Rosji, niż Waszyngton przyznaje, a zaangażowanie to obejmuje również dostarczanie wywiadu.
Gdy byłem w CIA, takie stwierdzenie nazywaliśmy No Shit Analysis (analizą oczywistości). Powiedział, że Moskwa przekazała Departamentowi Stanu formalny zestaw pytań z prośbą o wyjaśnienia, konkretnie dotyczące dzielenia się wywiadem i tego, co przedstawił jako amerykańską rolę w atakach na rosyjską infrastrukturę cywilną, w tym rafinerie ropy.
Przedstawiając ukraińskie ataki dalekiego zasięgu jako de facto operacje amerykańskie, Moskwa dała administracji Trumpa do zrozumienia powód intensyfikacji własnej kampanii przeciwko zachodniemu łańcuchowi dostaw wspierającemu Ukrainę. Ławrow uczynił tę intencję jawną, ostrzegając, że Rosja zaostrzy metody „w celu zdemontowania wszystkiego, co napędza maszynę wojenną Kijowa z Zachodu”, dodając, że Rosja „już to robi”.
To, co sprawiło, że wywiad był bardziej ujawniający niż standardowa runda oskarżeń, to ostrożna odmowa Ławrowa wykorzystania zarzutu dyplomatycznie. Naciskany przez interlokutora, dlaczego Rosja po prostu nie wystawi ultimatum — domagając się np., by Waszyngton wstrzymał wsparcie wywiadowcze przed rozpoczęciem jakichkolwiek rozmów, skoro ukraińskie uderzenia trafiają w rosyjskie rafinerie i szkodzą cywilom — Ławrow kategorycznie odrzucił takie ujęcie.
„Nie wystawiamy ultimatum” — powiedział. Rosja przekaże pytania i poczeka na odpowiedź.Ta powściągliwość jest kluczowa. Moskwa decyduje się utrzymywać otwarty kanał dyplomatyczny mimo współudziału Stanów Zjednoczonych w atakach na jej terytorium — decyzja, która mówi, że Rosja ceni perspektywę korzystnych negocjacji z administracją Trumpa bardziej niż satysfakcję z twardej linii retorycznej.
Ławrow potwierdził to w kwestii mechaniki kontaktów: jeśli specjalny wysłannik USA Steve Witkoff i Jared Kushner przyjadą do Moskwy, prezydent Putin jest gotów ich ponownie przyjąć. „Inna sprawa, z czym przyjadą” — dodał — zastrzeżenie, które utrzymuje oczekiwania na niskim poziomie, jednocześnie zostawiając drzwi otwarte. W kwestii treści ewentualnego porozumienia Ławrow powtórzył stanowisko, które od miesięcy blokuje negocjacje i wzmocniło jego uzasadnienie. Rosja nie zaakceptuje prostego zawieszenia broni wzdłuż obecnej linii kontaktu — stwierdził; zatrzyma się dopiero wtedy, gdy będzie „długoterminowe, wiarygodne i trwałe rozwiązanie”.
Obłożył to maksymalistyczne żądanie językiem pamięci historycznej, argumentując, że zatrzymanie się na linii kontaktu zdradziłoby ofiarę pokolenia, które pokonało nazizm — to samo ujęcie z II wojny światowej, którego Kreml używa przez całą wojnę, by przedstawiać swoje cele jako egzystencjalne, a nie terytorialne.
W praktyce oznacza to, że Moskwa nadal odrzuca logikę „zamrożenia na miejscu”, leżącą u podstaw większości zachodnich propozycji zawieszenia broni, i nadal nalega na rezultaty — w tym wycofanie ukraińskie z terytorium, do którego Rosja rości sobie prawa — których Kijów konsekwentnie odmawia. Przepaść między „zawieszeniem broni teraz” a „rozwiązaniem najpierw” pozostaje centralną przeszkodą dla jakiegokolwiek porozumienia, a uwagi Ławrowa potwierdziły, że Rosja nie ustąpiła.Przez cały wywiad przebiegała narracja o amerykańskiej niekonsekwencji, którą Moskwa zaostrza od wczesnego lata.
Ławrow ostro podkreślił hipokryzję Waszyngtonu: USA wysuwają propozycje pokojowe, które Rosja — jak twierdzi — akceptuje, potem nakładają nowe sankcje na rosyjskie firmy naftowe, wahają się, czy w ogóle mogą pełnić rolę mediatora, i przez cały czas uzbrajają Ukrainę oraz dzielą się wywiadem. Powrócił do sekwencji wokół szczytu w Anchorage — Witkoff przynoszący propozycje Trumpa do Moskwy, Putin je rozważający, a następnie, według relacji Ławrowa, europejscy i natowscy liderzy zjeżdżający do Waszyngtonu wraz z Zełenskim, by odwieść Trumpa od dalszych inicjatyw — by argumentować, że przeszkoda dla pokoju leży po stronie zachodniej, a nie rosyjskiej.
To współgra z oceną, jaką Ławrow przedstawił wcześniej latem, gdy stwierdził, że Stany Zjednoczone wydają się rezygnować z jakichkolwiek roszczeń do roli „obiektywnego mediatora” i zamiast tego dążą do eskalacji presji sankcyjnej. Rosyjskie stanowisko dyplomatyczne nie cofnęło się ani o cal… Stany Zjednoczone są stroną nieprzewidywalną, a ewentualne załamanie rozmów zostanie przypisane Waszyngtonowi. Razem wzięte, sierpniowe uwagi Ławrowa opisują Rosję próbującą zajmować dwie pozycje jednocześnie. Chce dźwigni i poczucia krzywdy kraju będącego de facto pod zachodnim atakiem — stąd oskarżenia o wywiad i obietnica twardszych uderzeń w zachodnie linie zaopatrzenia. Ale Putin chce też pozostać cierpliwym, rozsądnym partnerem negocjacyjnym — stąd „nie wystawiamy ultimatum” i otwarte drzwi dla Witkoffa i Kushnera. Strategia pozostanie opcją, dopóki Moskwa nie złamie zdolności Ukrainy do kontynuowania wojny.
Dla Waszyngtonu wywiad powinien być głośnym dzwonkiem alarmowym. Ławrow potwierdził w najmocniejszych słowach, że cena Rosji za pokój nie spadła — pełne rozwiązanie na rosyjskich warunkach, a nie zawieszenie broni — i że Moskwa zamierza dalej eskalować ataki na zachodnią linię życia Ukrainy, jednocześnie twierdząc, że jest to zgodne z dyplomacją. Pochlebia też konkretnie kanałowi Trump-Kushner-Witkoff, traktując tych wysłanników jako wiarygodnych rozmówców, a szerszą zachodnią koalicję i tor sankcyjny jako przeszkody.
To nie jest przypadek. To zaproszenie dla Waszyngtonu do dwustronnego dogadania się ponad głowami Kijowa i Europy, na warunkach, które Moskwa uważa za korzystne dla siebie. Czy administracja Trumpa zaakceptuje to ujęcie — to otwarte pytanie, które wywiad pozostawia w zawieszeniu. To, co Ławrow uczynił jasnym, to fakt, że Rosja będzie jednocześnie rozmawiać i walczyć, a wszelki amerykański dyskomfort z tą kombinacją potraktuje jako problem Waszyngtonu do rozwiązania, a nie Moskwy.

————————————

יידיש (המילה "חאג'ס" פירושה מטבע)
————————-

—————————-

———————————–

——————————–

—————————————-

———————————-

—————————–

—————————————-

———————————-

————————————————

————————————–

——————————-

——————————————

————————————————-

—————————————————-

———————————-

————————————

Ekskluzive

W sobotę, 15 sierpnia, program Transition Protocol wyemitował nieplanowany odcinek. Prowadzący „Mr. Z” i dziennikarz śledczy Pepe Escobar przedstawili informacje, które określili jako „spektakularne” i niezwykle ważne. Według Escobara, źródła znajdowały się „w pomieszczeniu” – wśród pakistańskich mediatorów pozostających w bliskim kontakcie z Irańczykami, a także w biurze Modżtaby Chameneiego (określanego w transkrypcji jako „Moshtaba Kam” lub „Moshaba Kime”). Dyskusje i wydarzenia, o których była mowa, miały miejsce głównie między piątkiem a wczesnym rankiem soboty.
Nie był to pierwszy raz, kiedy saudyjski następca tronu, książę Mohammed bin Salman (MBS), osobiście rozmawiał telefonicznie z prezydentem USA Donaldem Trumpem. Wcześniejsza rozmowa przyczyniła się już do decyzji Trumpa o zaniechaniu ofensywy przeciwko Iranowi, którą sam nazwał „Bramą Piekieł”. MBS w prostych słowach wyjaśnił prezydentowi USA, jakie straty poniosłyby wszystkie zaangażowane strony – w tym Stany Zjednoczone – w wyniku takiego ataku.
Potem nastąpił kolejny bezpośredni telefon. Według źródeł Escobara, MBS tym razem jasno określił granice: Arabia Saudyjska nie udostępni żadnego terytorium, przestrzeni powietrznej ani infrastruktury na potrzeby ewentualnej amerykańskiej akcji militarnej przeciwko Iranowi. Bazy nie mogły być wykorzystywane, a przeloty nad Iranem były zabronione. Arabia Saudyjska, według własnego uznania, była w trakcie pojednania z Iranem. Atak z wykorzystaniem zasobów saudyjskich oznaczałby „bramy piekielne dla wszystkich” – w tym dla USA.
Wkrótce potem w Rijadzie wylądował były dowódca Centcomu, generał Michael Kurilla. Kurilla sprawował dowództwo do sierpnia poprzedniego roku, a jego następcą został generał Michael Erik Kurilla (nazywany w transkrypcji „Kane”). Escobar interpretuje fakt, że Waszyngton wysyła byłego szefa Centcomu jako jasny sygnał: pomimo wyraźnej odmowy MBS, armia amerykańska wciąż próbuje pozyskać Saudyjczyków do potencjalnych operacji. Nie ma przecieków dotyczących dokładnej treści rozmowy, ale Kurilla z pewnością nie poruszał tematu „Paktu z Mekki”. Według Escobara rozmowa „nie była zbyt przyjemna”.
Równocześnie Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA), pod wodzą Mohammeda bin Zayeda (MBZ), podejmują spektakularną próbę naprawy poważnie nadszarpniętych relacji z Iranem. Według źródeł Escobara, prywatny odrzutowiec MBZ poleciał z Abu Zabi do Teheranu – załadowany co najmniej trzema miliardami dolarów amerykańskich w gotówce i dwiema tonami złota. Gest ten jest postrzegany jako przejaw dobrej woli: „Zakopmy topór wojenny, otwórzmy ponownie nasze kanały handlowe i zdystansujmy się od wszelkiej potencjalnej eskalacji ze strony Ameryki”.
Trasa wahadłowa Dubaj-Teheran to jedno z najważniejszych połączeń biznesowych regionu; w Emiratach inwestowana jest znaczna część irańskich pieniędzy. Według analizy, MBZ w końcu zdał sobie sprawę, że jego inwestycje w USA, Izrael i Indie „spaliły na panewce”. Korytarz IMEC (często reklamowany jako korytarz Indie-Bliski Wschód-Europa) to w rzeczywistości projekt Izrael-Emiraty Saudyjskie-Emiraty-Europa-Indie, którego centrum stanowi Izrael, i jest „martwy jak kot”. W kręgach arabskich ZEA bywają więc nazywane „arabskimi syjonistami”. Pojednanie z Iranem następuje znacznie wcześniej niż oczekiwano zaledwie dwa miesiące temu – wówczas źródła Escobara mówiły o możliwym końcu roku. Teraz następuje ono w połowie sierpnia i jest uważane za „całkowicie zmieniające zasady gry”.
Czy Teheran uwierzy w ten gest i uzna go za szczerą skruchę, dopiero się okaże. Jednak fakty – lot z walizką złota i gotówki – są niezaprzeczalne i potwierdzone przez źródła. MBZ podobno był „przerażony”.
Według Escobara pakistańscy mediatorzy stali się centralną platformą negocjacyjną. Ani Katar, ani Oman nie cieszą się porównywalną wiarygodnością ani wsparciem wojskowym. Co więcej, Pakistan cieszy się pełnym poparciem Chin. Oba kraje od samego początku koordynowały mediacje między Iranem a Stanami Zjednoczonymi – kierując się interesami bezpieczeństwa narodowego i chęcią osiągnięcia jakiegoś porozumienia z niestabilną administracją Trumpa.
Po stronie irańskiej, omańskiej i katarskiej sytuacja jest stosunkowo przejrzysta. Po stronie amerykańskiej panuje jednak „totalny chaos”. Nikt nie potrafi wymienić nazwisk obecnych negocjatorów amerykańskich rozmawiających z Pakistańczykami. Istnieje jedynie niepotwierdzone przypuszczenie, że w sprawę zaangażowane są osoby z otoczenia J.D. Vance’a.
Z perspektywy Iranu – a zwłaszcza Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej – sceptycyzm pozostaje powszechny: druga strona i tak nie będzie przestrzegać porozumień. Niemniej jednak przywódcy wokół Modżtaby Chameneiego i Mohsena Rezaee (w transkrypcji określani odpowiednio jako „Mosen Razai” i „Men Resai” – obecnie drugiego najpotężniejszego człowieka w Iranie po Escobarze i osobistego przedstawiciela przywódcy) wyznaczyli pakistańskim mediatorom bardzo wąskie ramy czasowe: od kilku dni do maksymalnie nieco ponad tygodnia.
W tym okresie wysoko postawiona irańska delegacja pod przewodnictwem „Galibaha i Arashiego” ma udać się do Islamabadu. Irańczycy dołączą wówczas do Pakistańczyków w ocenie, czy Waszyngton jest gotowy „skorygować swoje zachowanie” – określenie używane zarówno przez Chińczyków, jak i Irańczyków, które Escobar nazywa „matką wszystkich eufemizmów”. Imperia, z definicji, nie korygują swojego zachowania. Zegar dyplomatyczny działa równolegle z zegarem wojskowym: każdy „głupi” ruch Ameryki natychmiast resetuje zegar wojskowy. Irańczycy trzymają rękę na spuście.
Escobar wymienił najważniejsze nierozstrzygnięte kwestie:
Rozmowy techniczne między Iranem a Omanem na temat tymczasowego porozumienia dotyczącego żeglugi w Cieśninie Ormuz zostały w dużej mierze zakończone – jest to jednak umowa tylko techniczna, a nie kompleksowa.
Pan Z dodał ważne szczegóły: Pakistan, Turcja i Arabia Saudyjska podjęły konkretne kroki w kierunku integracji wojskowej w ramach Paktu Mekkańskiego. Wspólne manewry wszystkich trzech rodzajów sił zbrojnych (wojsk lądowych, sił powietrznych i marynarki wojennej) są nieuchronne we wszystkich trzech krajach. To pierwszy krok w kierunku rzeczywistej wspólnej zdolności obronnej – i jest on wyraźnie skierowany przeciwko potencjalnej agresji ze strony „Kultu Śmierci Izraela”.
Co więcej, Iran dysponuje rojem 2000 szybkich łodzi wyposażonych w torpedy – oprócz standardowego potencjału marynarki wojennej i okrętów podwodnych. Według źródeł, Mohsen Rezaee ma nawet nadzieję, że Stany Zjednoczone podejmą próbę przekroczenia Cieśniny Ormuz: wtedy Iran mógłby zasadnie zatopić jeden lub dwa okręty wojenne i wbić ostatni gwóźdź do trumny „mokrych snów” „złośliwego dziecka” Trumpa.
Zarówno Escobar, jak i pan Z postrzegają nadchodzące dni jako niezwykle krytyczny etap. Jeśli Waszyngton zaakceptuje wycofanie się z regionu, będzie to oznaczać początek końca amerykańskiej hegemonii – i decydujący cios dla petrodolara. Następne pięć do dziesięciu lat będzie się zasadniczo różnić od ostatnich 75.
Relacje będą ściśle powiązane ze źródłami i pozbawione „korporacyjnego lakieru”. Dalsze informacje będą publikowane w regularnych wydaniach Transition Protocol (od poniedziałku do środy) oraz, w razie potrzeby, w dodatkowych, nieplanowanych wydaniach.
Raport opiera się wyłącznie na informacjach i interpretacjach przedstawionych przez Pepe Escobara i pana Z. 15 sierpnia. Źródłami są wysoko postawione pakistańsko-irańskie kanały informacyjne; w momencie emisji nie było dostępnego niezależnego potwierdzenia konkretnych lotów, rozmów i danych liczbowych.
Symplicjusz 17 sierpnia 2026 r. simplicius/irans-strategy-vindicated-as-uss
Na froncie irańskim najciekawszym tematem dzisiejszego dnia są nowe doniesienia potwierdzające tezę, którą wielu analityków snuło od początku konfliktu. Mianowicie, problemy z marynarką wojenną USA na tym teatrze działań wojennych wynikały z celowej strategii Iranu polegającej na niszczeniu amerykańskich baz w regionie, co skutkowało skrajnie nieefektywnym wydłużeniem amerykańskiego łańcucha dostaw na potrzeby wojny:

W artykule stwierdzono, że problemy Marynarki Wojennej USA zaczęły się tuż po rozpoczęciu wojny przez Iran, kiedy to główny regionalny węzeł logistyczny Marynarki Wojennej w Bahrajnie poszedł z dymem z powodu irańskich rakiet i dronów:
Problemy z zaopatrzeniem lotniskowca USS Abraham Lincoln zaczęły się wkrótce po rozpoczęciu wojny, gdy irańskie rakiety i drony szturmowe spadły na bazę marynarki wojennej w Bahrajnie.
Irański atak, będący odwetem za amerykańsko-izraelski atak na Teheran, zniszczył znaczną część bazy. Wraz z nią spłonął również ważny węzeł logistyczny, z którego Marynarka Wojenna korzystała przez dekady.
Marynarka wojenna potrzebowała planu B, aby zapewnić wyżywienie marynarzom pracującym bez przerwy, którzy musieli wykonywać misje uderzeniowe, a później utrzymywać blokadę irańskich portów.

Izraelskie media już wcześniej donosiły o fakcie, że Pentagon rzekomo rozpoczął „tajną” operację, której celem było wycofanie strategicznych zasobów znajdujących się w bezpośrednim zasięgu irańskich ataków w kierunku „chronionych tylnych węzłów”, co doprowadziło starzejącą się i skostniałą armię USA do granic wytrzymałości:
Wiadomości C14 Izrael • Nagłówki@ c14israelPentagon potajemnie uruchomił „Łuk Obronny”, przenosząc strategiczne zasoby powietrzne z baz frontowych na Bliskim Wschodzie w pobliżu Iranu do chronionych baz na tyłach. Po odwołaniu ataków Stany Zjednoczone przeszły na strategię „odstraszania za horyzontem”, aby chronić siły przed irańskimi pociskami.

W artykule w NYT czytamy dalej:
Utrata węzła komunikacyjnego w Bahrajnie przyczyniła się do szeregu zgłaszanych problemów na lotniskowcach obsługujących operacje przeciwko Iranowi. Senatorowie Partii Demokratycznej wyrażają obawy dotyczące 5000 marynarzy na pokładzie Lincolna i ich prawie dziewięciomiesięcznej misji.
NYT szczegółowo opisuje, w jaki sposób podupadający USS Lincoln zostanie zastąpiony przez USS George Washington, który przybędzie z INDOPACOM, pozostawiając 7. Flotę bez lotniskowców rozmieszczonych na kluczowym „froncie chińskim”.


Stało się to po doniesieniach, że USS Benfold miał poważne „problemy inżynieryjne”, które spowodowały, że utknął na cztery dni na Morzu Południowochińskim:

Niszczyciel rakietowy USS Benfold (DDG-65) spędził cztery dni na Morzu Południowochińskim bez zasilania z powodu awarii technicznej, dowiedział się serwis USNI News.
Jak poinformował USNI News rzecznik 7. Floty USA, komandor Matthew Comer, w oświadczeniu powiedział, że w zeszłym miesiącu Benfold doznał awarii technicznej, w wyniku której nastąpiła utrata zasilania.
Awaria zasilania oznaczała, że marynarze zostali pozbawieni dostępu do kambuza, toalet i klimatyzacji. Ucierpiała również woda pitna, powiedział Comer.Nie odpowiedział na pytanie o to, jak marynarze radzą sobie z odpadami.
Niedaleko zauważono inny amerykański niszczyciel Arleigh Burke – niektórzy zidentyfikowali go jako DDG-74, choć nie jest to do końca potwierdzone – który wyglądał na w kiepskim stanie, podobno gdzieś w pobliżu Japonii:Nie można załadować wideo.
Stan Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych zaszokował obserwatorów, którzy nie spodziewali się tak szybkiego upadku organizacyjnego, szczególnie w czasie poważnego konfliktu, w którym Marynarka Wojenna miała odgrywać kluczową rolę podtrzymującą.
Teraz WaPo podaje, że sojusznicy USA w Zatoce Perskiej ponownie rozważają rozmieszczenie baz amerykańskich na swoim terytorium, wyrażając frustrację z powodu nieprzewidywalnego i amatorskiego podejścia Trumpa do konfliktu z Iranem:

Niektórzy zaczęli dyskutować nad zasadnością dalszego utrzymywania na swoim terytorium dużych amerykańskich instalacji wojskowych.
„Trump rozpoczął tę wojnę” – powiedział jeden z urzędników z Zatoki Perskiej – „a my płacimy za to cenę”. Podobnie jak inni autorzy tego artykułu, wypowiadał się pod warunkiem zachowania anonimowości, aby poruszyć drażliwy temat. Gniew wobec Stanów Zjednoczonych, jak powiedział urzędnik, osiągnął najwyższy poziom od czasu ataku USA i Izraela na Iran w lutym.
Państwa Zatoki Perskiej nadal polegają na Waszyngtonie jako bliskim partnerze w dziedzinie bezpieczeństwa i głównym dostawcy broni, a Katar i Bahrajn posiadają duże bazy amerykańskie. Frustracja skłania jednak niektóre państwa do rozważenia nowych rozwiązań. Analitycy twierdzą ,że mało prawdopodobne jest, aby ta dynamika w najbliższej przyszłości znacząco zmieniła porządek w regionie,ale niektóre kraje zaczęły już rozważać swoje opcje.
Możemy stwierdzić, że strategia Iranu zadziałała: pozbawić USA oczu i uszu w regionie, atakując systemy radarowe, nasycić obronę przeciwlotniczą – której zasobów nie da się zregenerować – tanimi dronami i jednorazowymi pociskami balistycznymi pierwszej generacji; a następnie, gdy pole bitwy zostanie odpowiednio ukształtowane, rozpocząć rzucanie najnowocześniejszych i najcelniejszych pocisków balistycznych, aby trafić w węzły logistyczne, bazy C2 itd., zmuszając USA do wycofania całego swojego ogona jak najdalej poza zasięg.
To z kolei nadwyręża zdegradowany łańcuch logistyczny do punktu zerwania, co obserwujemy obecnie, obserwując uderzający spadek morale .

Jak twierdzą trzej amerykańscy urzędnicy zaznajomieni ze sprawą, armia USA straciła co najmniej 45 dronów MQ-9 Reaper podczas wojny z Iranem, co stanowi około 25 procent jej floty.
Jak wspomniano powyżej, „WaPo” „potwierdza”, że USA straciły 45 Reaperów, co stanowi 25% całej floty dronów. Niektórzy dodają, że Huti zniszczyli już około 10%, co prawdopodobnie zbliżyłoby ich do 35% całkowitej straty w ciągu ostatniego roku lub dwóch.
Co ciekawe, według doniesień WaPo nie wszystkie samoloty zostały zestrzelone, ale wiele z nich padło ofiarą irańskiego (być może rosyjskiego) systemu elektronicznego:
Czwarty urzędnik USA, który podobnie jak pozostali wypowiadał się pod warunkiem zachowania anonimowości w celu omówienia danych Pentagonu, powiedział, że nie wszystkie zaginione Reapery zostały zestrzelone. Nieokreślona liczba rozbiła się po tym, jak operatorzy stracili łączność z dronami, powiedział urzędnik.
W rzeczywistości straty prawdopodobnie stanowią nawet więcej niż 35%, ponieważ całkowita liczba dronów we flocie nie oznacza koniecznie, że wszystkie są zdatne do użytku lub nadają się do lotu, przynajmniej w danym momencie.
W obliczu całkowitego braku opcji militarnych Stany Zjednoczone wciąż grają na zwłokę, udając, że „kontrolują Cieśninę”. Była kongresmenka Marjorie Taylor Greene twierdziła, że ma poufne informacje o tym, jakie desperackie opcje są obecnie rozważane w szalonej sali wojennej Trumpa:
Była kongresmenka Marjorie Taylor Greene🇺🇸@ FmrRepMTGRozmawiają o użyciu broni jądrowej przeciwko Iranowi na spotkaniach strategicznych. Tak, dobrze przeczytałeś. To prawda. Nie spekuluję, wiem. I to czyste zło. Ostatni raz broń jądrowa została użyta 6 i 9 sierpnia 1945 roku w dwóch miastach w Japonii: Hiroszimie i…
==========================
Cóż, kiedy kończy się użyteczna amunicja – zarówno do ataku, jak i do obrony – można przypuszczać, że rozważanie opcji nuklearnej jest logiczne – w czystej desperacji. Biorąc pod uwagę, że schyłek Ameryki wyraźnie zmierza ku końcowi, byłoby to niemal poetyckie pożegnanie, w nieco pokrętny sposób: kraj, który zyskał status supermocarstwa dzięki pierwszemu użyciu broni jądrowej w 1945 roku, zatacza koło, by zakończyć swoją schyłkową cywilizacyjną kapitulację kolejnym ostatecznym nuklearnym pożegnaniem.
Bardziej prawdopodobne jest jednak, że nic takiego się nie wydarzy, a jedynym czynnikiem przypominającym opad radioaktywny będzie gospodarka USA, przy kontynuacji ślepej nieustępliwości Trumpa w kwestii irańskiej. Widzieliśmy już, że jest on gotów postawić wszystko na szali dla swojego próżnego projektu na Ormuzie, w tym dobrobyt i środki do życia wszystkich Amerykanów.
Wczoraj zauważył, że gospodarka radzi sobie „niewiarygodnie… z punktu widzenia Wall Street” – dość szokująco oderwany od rzeczywistości przekaz . Wkrótce potem wyjaśnił, że rosnące ceny gazu to niewielka cena za powstrzymanie „złego kraju” przed posiadaniem broni jądrowej – a wszystko to po obietnicy niższych cen gazu w 2024 roku.
Jednak wiele takich „małych cen” może dość szybko złożyć się na jedną dużą cenę .

——————————

————-

—————————————

——————————————–

—————————————————

————————————

————————-

———————————

——————————


————————————

————————————

—————————-

——————————————

———————————————-

—————————————-

————————————————–

————————————————

ścigają go od dawna; nie mogą znaleźć…
———————————————————–

———————————-

——————————

————————-

———————————–

——————————————

———————————–

———————————

—————————————-

———————-


——————————————-

——————————–

—————————-

———————————–

——————–

——————————————-

————————-

———————————–

————————

admin3 ndz., 16/08/2026 – zmianynaziemi.pl/chinski-statek-plynie-przez-arktyke-czas-podrozy-do-europy-skrocony-o-polowe

Globalny handel wchodzi w nową, kontrowersyjną fazę. Chińska firma żeglugowa Sea Legend uruchomiła pierwsze w historii regularne połączenie kontenerowe między Azją a Europą prowadzące przez Arktykę. Statek Dubai Tower wyruszył w rejs, który ma udowodnić, że Północna Droga Morska (NSR) może stać się realną i opłacalną alternatywą dla tradycyjnych szlaków transportowych.
Największą zaletą nowej trasy jest drastyczne skrócenie czasu transportu. Według zapowiedzi przewoźnika, rejs z Chin do Europy potrwa zaledwie 20 dni. To niemal połowa czasu potrzebnego na dotarcie do celu tradycyjną drogą przez Kanał Sueski. Dla globalnego łańcucha dostaw taka oszczędność czasu oznacza szybszy obrót towarów i potencjalne obniżenie kosztów operacyjnych, co w skali masowego transportu kontenerowego ma ogromne znaczenie ekonomiczne.
Realizacja tego projektu nie była dziełem przypadku, lecz elementem długofalowej strategii Pekinu. Chiny już niemal 10 lat temu ogłosiły, że uznają się za państwo „bliskie Arktyce”. Inicjatywa ta wpisuje się w szeroki program Pasa i Szlaku, który zakłada modernizację i wskrzeszenie historycznych szlaków handlowych łączących Azję z Europą i Afryką. Nowa droga przez Arktykę ma być swoistym, polarnym przedłużeniem Jedwabnego Szlaku.
Logistyka tego przedsięwzięcia jest jednak ściśle uzależniona od warunków naturalnych. Sea Legend planuje realizować rejsy raz w tygodniu, ale tylko w ciągu 2 miesięcy w roku. To właśnie wtedy wody Arktyki są wystarczająco wolne od lodu, aby umożliwić bezpieczną żeglugę statkom kontenerowym. Choć okno pogodowe jest krótkie, sama możliwość regularnych kursów w tym regionie świadczy o postępującym procesie topnienia lodowców, co otwiera nowe możliwości dla biznesu, ale jednocześnie budzi niepokój „ekologów”.
Północna Droga Morska przebiega wzdłuż północnych wybrzeży Rosji, co nadaje całej operacji wymiar nie tylko gospodarczy, ale i geopolityczny. Współpraca Chin z Rosją w zakresie udostępniania wód terytorialnych i infrastruktury portowej w Arktyce zacieśnia więzi między tymi dwoma mocarstwami. Rosja zyskuje wpływ na kluczowy szlak handlowy i potencjalne zyski z opłat za przejście, natomiast Chiny zyskują bezpieczniejszą i szybszą drogę do europejskich rynków, omijając strategiczne punkty zapalne, takie jak cieśnina Bab al-Mandab czy Kanał Sueski.
Sukces Chińczyków nie pozostaje niezauważony przez innych graczy w regionie. Informacje o uruchomieniu regularnych połączeń przez Sea Legend sprawiły, że Korea Południowa również zaczęła analizować możliwość wykorzystania arktycznych szlaków do transportu swoich towarów. Jeśli model chiński okaże się rentowny i bezpieczny, możemy spodziewać się pojawienia się kolejnych operatorów z Azji Wschodniej, co trwale zmieni mapę światowego handlu.
Należy jednak pamiętać, że żegluga przez Arktykę wiąże się z ogromnym ryzykiem. Nawet przy obecnym ociepleniu klimatu, lód morski pozostaje nieprzewidywalny. Każdy rejs zależy od aktualnych warunków pogodowych, a ewentualna awaria statku w tak odległych i surowych rejonach świata stanowiłaby logistyczny i ekologiczny koszmar. Brak rozwiniętej infrastruktury ratunkowej i serwisowej wzdłuż Północnej Drogi Morskiej sprawia, że każdy kurs jest wciąż pewnym eksperymentem.
[Ależ oni wynajmują rosyjskie łamacze lodu, co nie jest specjalnie drogie,a daje poprawę PRĘDKOŚCI I BEZPIECZEŃSTWO. MD]

Mimo tych zagrożeń, uruchomienie regularnej linii przez Sea Legend jest sygnałem, że Arktyka przestała być jedynie obszarem badań naukowych czy wydobycia surowców. Staje się ona nowym korytarzem transportowym świata. Dla konsumentów w Europie może to oznaczać szybszy dostęp do towarów z Azji, jednak cena tego przyspieszenia jest mierzona w postępującej degradacji środowiska polarnego [?? md] . Otwarcie nowej drogi handlowej jest bezpośrednim skutkiem zmian klimatycznych, które paradoksalnie stwarzają nowe możliwości dla globalnego kapitalizmu.
Dubai Tower i kolejne jednostki, które wyruszą w tę podróż, są teraz w centrum uwagi analityków handlu i ekspertów od klimatu. To, czy 20-dniowy rejs stanie się nowym standardem, zależy od tego, jak szybko będą topnieć lody Arktyki i jak stabilne pozostaną relacje polityczne między Pekinem a Moskwą. Jedno jest pewne: mapa transportowa świata właśnie uległa zmianie.
https://zmianynaziemi.pl/media/oembed?url=https%3A//www.youtube.com/watch%3Fv%3DaUkL54euktg&max_width=800&max_height=600&hash=9ARjT4wTNypaLIaFMqQuAYAOE99dNvy4fRRBvLISfwo
Źródła:
https://www.cnn.com/2026/08/14/china/china-arctic-norther…
https://www.telegraph.co.uk/business/2026/08/13/chinas-ar…
https://www.asianews.it/en/east-asia/china/china-opens-ar…
https://www.ndtv.com/world-news/chinas-new-arctic-route-i…

Date: 16 agosto 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/zero-pociskow-z-fabryki-cudu-w-teksasie

Organizacja ProPublica opublikowała sensacyjny raport krążący w mediach, a dotyczący szeroko reklamowanej nowej fabryki General Dynamics w Mesquite w Teksasie, która miała znacznie zwiększyć amerykańską produkcję kluczowych pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm przeznaczonych dla Ukrainy i innych krajów. propublica.org/article/general-dynamics-artillery-factory-failed
Jak zapewne pamiętacie, pisaliśmy o tej fabryce już kilkakrotnie, nawet w 2024 roku, powołując się wówczas na artykuł z „New York Timesa”, w którym ogłoszono, że zakład ten podwoi produkcję w USA i pomoże osiągnąć cel 100 tys. pocisków miesięcznie do 2025 roku:
Tutaj, w pierwszym nowym wielkim zakładzie zbrojeniowym Pentagonu wybudowanym po rosyjskiej inwazji na Ukrainę, tureccy pracownicy w pomarańczowych kaskach rozpakowują drewniane skrzynie z nadrukowaną nazwą Repkon – firmy z branży obronnej z siedzibą w Stambule – oraz montują roboty i tokarki sterowane komputerowo.
Wkrótce fabryka będzie produkować około 30 000 stalowych łusek miesięcznie do haubic kalibru 155 milimetrów, które stały się kluczowe dla wysiłków wojennych Kijowa.
Na wstępie ważna informacja: Stany Zjednoczone nigdy nawet w najmniejszym stopniu nie zbliżyły się do swoich celów na rok 2025. Niedawny raport Inspektoratu Generalnego Departamentu Obrony wykazał, że Stany Zjednoczone wciąż mają trudności z wyprodukowaniem zaledwie 36 000 pocisków, co stanowi najwyższą liczbę odnotowaną w ciągu ostatnich dwóch lat.
Przypomnijmy, że kiedy Rosja produkowała – według zachodnich szacunków – od 250 000 do 350 000 pocisków miesięcznie, wspierający Ukrainę obiecywali nam, że niepokonany amerykański kompleks militarno-przemysłowy z łatwością dogoni Rosjan, którzy mieli pozostać w tyle. Wygląda na to, że Stany Zjednoczone są fizycznie niezdolne do odwrócenia trendu swojego oczywistego upadku przemysłowego.
W cytowanym powyżej artykule „Military Times” zwrócono uwagę, że Stany Zjednoczone po prostu nie są w stanie pozyskać wystarczającej ilości metalu na pociski:
Produkcja pocisków wymaga przede wszystkim wykonania łusek w zakładzie obróbki metali, a następnie napełnienia ich materiałem wybuchowym, co odbywa się w innym zakładzie. Oznacza to, że „produkcja metalowych elementów do pocisków stanowi czynnik powstrzymujący osiągnięcie celu 100 000 sztuk miesięcznie w przypadku pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm” – zauważono w raporcie.
Wojsko nie było w stanie uzyskać wystarczającej liczby elementów metalowych, aby zwiększyć produkcję pocisków. W szczególności „zakład należący do wykonawcy i przez niego zarządzany w Mesquite w Teksasie nie był w stanie wyprodukować żadnych elementów metalowych do pocisków zgodnych ze specyfikacjami umownymi” – czytamy w raporcie.
Teraz jednak ujawnione przez ProPublica informacje przedstawiają obraz jeszcze bardziej bulwersujący. Tak bardzo chwalony zakład General Dynamics, uważany za najbardziej zaawansowany w swoim rodzaju i wyposażony w najnowocześniejszą, w pełni zautomatyzowaną linię produkcyjną z Turcji, poniósł klęskę.
Jesteście zaskoczeni?
Przeanalizujmy szczegółowo tę porażkę.
Na początek krótkie podsumowanie najważniejszych punktów:
Amerykańska firma General Dynamics zmarnowała pół miliarda dolarów na produkcję pocisków dla Ukrainy, nie dostarczając ani jednego z nich.
Zakład w Teksasie wydał 533 miliony dolarów na niesprawdzone tureckie maszyny zrobotyzowane, mając nadzieję na zautomatyzowanie procesu.
Jednak roboty regularnie się zapalały, uderzały w inne urządzenia i upuszczały obrabiane elementy stalowe. Każdej nocy trzeba było uderzać młotem w gigantyczne prasy, aby je uruchomić.
W 2025 roku armia amerykańska zamknęła dwie linie produkcyjne, ale nigdy nie zmusiła firmy General Dynamics do zwrotu ani jednego centa.
Od momentu zamknięcia odpowiedzialny za to oddział General Dynamics otrzymał nowe kontrakty o wartości 2,5 miliarda dolarów.
Reportaż ProPublica to przezabawny wgląd w absurdalny świat podupadającego amerykańskiego kompleksu militarno-przemysłowego.
Artykuł zaczyna się mocnym akcentem, zwracając uwagę na częste pożary wybuchające na stanowiskach „zaawansowanej robotyki” w tym futurystycznym zakładzie:
Robot w płomieniach. Kolejny raz.
Było to latem 2024 roku i, według czterech byłych pracowników, najnowocześniejsze roboty w rozgrzanej fabryce artylerii General Dynamics niedaleko Dallas zapalały się z niepokojącą częstotliwością. Sytuacja nie była idealna, biorąc pod uwagę, że zakład miał produkować pilnie potrzebne pociski artyleryjskie dla Ukrainy. Roboty – gigantyczne metalowe ramiona z chwytakami zamiast dłoni – pokrywały się olejem, który następnie – co nie było przypadkiem – zapalał się, gdy przenosiły one bloki stali rozgrzane do 1 800 stopni do i z maszyny, z której okresowo buchały słupy ognia. Tamtego lata pożar stopił przewody jednego z robotów, unieruchamiając go na tydzień.
Następnie szczegółowo opisują spektakularne i różnorodne sposoby, w jakie maszyny regularnie ulegały awariom i ulegały samozniszczeniu, zgodnie z relacjami byłych pracowników zakładu, z których 36 udzieliło wywiadów organizacji ProPublica w ramach jej dogłębnego śledztwa:
Zamiast wydajnie i racjonalnie produkować pociski, kosztowne maszyny wciąż ulegały awariom w dziwaczny sposób. Ramiona robotów poruszały się w sposób niekontrolowany, uderzając w precyzyjnie skalibrowane urządzenia, a czasami nieoczekiwanie upuszczały kawałki stali z wysokości półtora metra. Urządzenie będące symbolem fabryki, zaprojektowane do precyzyjnego rozciągania stali na pociski artyleryjskie, często niszczyło ją nieodwracalnie. Były też gigantyczne prasy, które aby działały prawidłowo, wymagały regularnego uderzania młotem, a mimo to psuły kształt niemal wszystkich pocisków.
„Nie mieliśmy ustandaryzowanych procedur” – stwierdził Quantel White, były pracownik. „Byliśmy po prostu grupą mężczyzn, którzy każdego wieczoru na zmianę uderzali młotem w maszynę”. Robotnikom wydawało się, że także budynki fabryki są skazane na zawalenie się; gryzący dym unosił się w temperaturze 38 stopni nad fundamentami, które wydawały się zapadać się w ziemię.
Szokujący efekt końcowy: po licznych przerwach w pracy fabryka warta pół miliarda dolarów nie zdołała wyprodukować ani jednego nadającego się do użytku pojemnika.
Sytuacja nigdy się nie poprawiła. Armia amerykańska, która finansowała fabrykę, nakazała w sierpniu 2025 r. wstrzymanie prac na dwóch z trzech linii produkcyjnych. W tym momencie firma General Dynamics nie dotrzymała już ośmiu terminów. Prace na trzeciej linii produkcyjnej były kontynuowane, ale zgodnie z lipcowym raportem inspektora generalnego Departamentu Obrony zakład nigdy nie wyprodukował ani jednej nadającej się do użytku łuski.
Jak to możliwe, że sytuacja tak bardzo się pogorszyła, że doszło do takiego stanu rzeczy? – Jak to możliwe?
Pamiętacie zapewne, że w artykule z 2024 roku wyśmiewałem Stany Zjednoczone za importowanie niesprawdzonych tureckich maszyn i robotników, podczas gdy one same szydziły z Rosji za wykorzystywanie niemieckich, austriackich i japońskich maszyn CNC do obróbki metali i produkcji pocisków. Najwyraźniej moja kpina była w pełni zasłużona, ponieważ tak ambitny projekt był ewidentnie zbyt kosztowny, by mogło go zrealizować skostniałe i podupadające imperium.
Czytając ten tekst, można odnieść wrażenie, że całe to „przedstawienie” było swego rodzaju operacją potemkinowską, mającą na celu zaimponowanie zdesperowanym politykom poszukującym przewagi wyborczej. Podczas „triumfalnej” ceremonii otwarcia zakładu robotnicy byli zszokowani, gdy zamiast prawdziwych pocisków artyleryjskich zobaczyli fałszywe, ułożone tak, by wyglądały, jakby właśnie zeszły z linii produkcyjnej.
Jednak nie wszystko było tak świetne, jak się wydawało. Pociski artyleryjskie pokazane owego dnia w zakładzie zostały tam dostarczone z zewnątrz – poinformowało trzech byłych pracowników w rozmowie z ProPublica. Jeden z pracowników wziął jeden z nich do ręki i ze zdziwieniem odkrył, że była to atrapa, najprawdopodobniej wykonana z tworzywa sztucznego.
Firma General Dynamics nie zdołała przeprowadzić testu pierwszego prototypu, przewidzianego w programie – sprawdzianu, który miał wykazać zdolność zakładu do produkcji pocisków zgodnych ze specyfikacjami wojska. Zakład miał wkrótce rozpocząć produkcję pocisków, ale maszyny ledwo działały.
Zupełnie jak w komediach z lat ’80.
To niewiarygodne: również tureckie urządzenia szybko ulegały deformacji i wkrótce stwierdzono, że zostały wyprodukowane z „chińskiej stali”.
Jak wynika z wywiadów przeprowadzonych z 12 byłymi pracownikami fabryki, wkrótce problemy zaczęły pojawiać się dosłownie z każdej strony. Przede wszystkim przegrzane ramiona robotów nieustannie uderzały o wszystko dookoła. Rozbijały się o maszyny sterowane numerycznie, tłukąc szyby i wyginając drzwi. Przewracały pojemniki. Uderzały o ogrodzenia zabezpieczające. Pracownicy mówili o ramionach „poza kontrolą” i zaczęli nazywać jedno z nich „Johnny 5”, na wzór czującego robota wojskowego z filmu z lat 80.
Nawet najprostszy sprzęt psuł się z niemal komiczną regularnością – opowiadali sześciu pracowników. Przenośniki taśmowe się psuły. Zautomatyzowane wózki się gubiły. Bramki bezpieczeństwa, zaprojektowane tak, by zatrzymywać maszyny w momencie zbliżania się pracowników, nie działały. Pękła rura, rozpryskując wodę aż pod sufit. Niektóre elementy maszyn firmy Repkon uległy odkształceniu, a jeden z pracowników odkrył, że zostały one wykonane z chińskiej stali, co mogło stanowić naruszenie przepisów federalnych. (Wojsko oświadczyło, że nie posiada dowodów na takie naruszenia).
Aby w to uwierzyć, trzeba przeczytać ten niezwykły artykuł w całości: zawiera on nawet zdjęcia łusek zdeformowanych przez nieprzewidywalne tureckie maszyny, które – choć zostały zaprojektowane do ich wygładzania – nadawały im kształty spiralne, podobne do tych, które wychodzą z Mr. Frosty’ego. [Mr. Frosty (lub Mr. Softee) to ogólna nazwa maszyn do produkcji lodów, które wydobywają się z dyszy w kształcie spirali].

Artykuł kończy się wyjaśnieniem, że po tych porażkach, amunicja konwencjonalna schodzi na dalszy plan, ponieważ dla krótkowzrocznego kompleksu militarno-przemysłowego modne są obecnie różne rakiety, takie jak Patriot:
Stany Zjednoczone są wciąż dalekie od spełnienia obietnicy i osiągnięcia produkcji 100 000 pocisków miesięcznie – stwierdził w czerwcu w rozmowie z ProPublica były urzędnik wojskowy, choć inne inwestycje mające na celu zwiększenie produkcji pocisków kalibru 155 mm okazały się skuteczniejsze. Ukraina nadal potrzebuje tych pocisków – stwierdził urzędnik – ale uwaga ponownie się przesunęła. Na Bliskim Wschodzie administracja Trumpa szybko zużyła inne rodzaje amunicji podczas wojny z Iranem. Urzędnicy Trumpa domagają się teraz zwiększenia produkcji w tych sektorach, i to jak najszybciej.
„Amunicja konwencjonalna zeszła na dalszy plan” – stwierdził urzędnik. „Teraz mówi się wyłącznie o pociskach przechwytujących i rakietach”.
Ci, którzy uważają, że artyleria nadal odgrywa ogromną rolę we współczesnych konfliktach, dojdą do wniosku, że ta porażka jest niezwykle niekorzystna dla Ukrainy, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Rosja i Korea Północna nie mają żadnych problemów z produkcją na skalę przemysłową wszystkiego, co jest potrzebne do działania artylerii.
Najgorsze jest jednak to, że niektóre europejskie fabryki amunicji zaopatrujące Ukrainę niedawno spłonęły w „tajemniczych okolicznościach”. Wczoraj we włoskiej firmie KNDS doszło do potężnej eksplozji w zakładzie położonym niedaleko Rzymu
[filmik w oryginale md]
Wybuch w fabryce amunicji pod Rzymem. W czwartek po południu w zakładzie Knds Ammo Italy (dawniej Simmel Difesa) w Colleferro, na przedmieściach Rzymu, wybuchł pożar, po którym nastąpił potężny wybuch. Wybuch, odczuwalny z odległości wielu kilometrów, dotknął dział zajmujący się prasowaniem prochu strzelniczego. Zakład produkuje amunicję średnio- i wielkokalibrową przeznaczoną do obrony lądowej i morskiej, a także paliwa stałe do pojazdów lotniczych i kosmicznych.
Pisze o tym również artykuł opublikowany przez „Kiev Independent” kyivindependent.com/massive-explosion-rocks-italian-ammunition-plant-that-produces-artillery-for-ukraine/.
Uważa się, że wybuch został spowodowany pożarem w zakładzie „przetwarzania i prasowania prochu strzelniczego” na terenie fabryki.
W tym samym tygodniu doszło do wybuchu w bułgarskiej firmie EMCO, która, jak się twierdzi, od początku wojny dostarcza Ukrainie pociski kalibru 155 mm:
https://twitter.com/bilosta19570645/status/2088562077703004304/video/1
W Bułgarii doszło do wybuchu w magazynie amunicji. Według lokalnych mediów najpierw zapaliła się ciężarówka znajdująca się w magazynie, a następnie płomienie rozprzestrzeniły się, powodując wybuch amunicji. Prawdopodobnie chodzi o magazyn należący do firmy EMCO, specjalizującej się w produkcji i eksporcie broni oraz amunicji. Asortyment produktów EMCO obejmuje pociski artyleryjskie w kalibrach od 120 do 152 mm, pociski przeciwpancerne, broń palną, naboje i miny. Firma dostarcza broń na Ukrainę od 2014 roku, a po rozpoczęciu „operacji specjalnej” stała się jednym z największych dostawców amunicji kalibru radzieckiego dla reżimu w Kijowie.
Jest oczywiste, że wpływ Rosji lub jej sojuszników nie ogranicza się wyłącznie do Ukrainy. Kilka dodatkowych wyjaśnień na temat tego, co produkowały fabryki mamy z rosyjskiego kanału RVoenkor:
Dwie fabryki, które w tym tygodniu zapaliły się i eksplodowały w Europie, są powiązane z dostawami broni na Ukrainę:
▪ Chodzi o KNDS we Włoszech i EMCO w Bułgarii: obie firmy zajmują się bronią i amunicją dostarczaną na Ukrainę.
▪ EMCO produkuje amunicję zgodną ze standardami radzieckimi: pociski artyleryjskie kalibru 122 i 152 mm, rakiety do wieloprowadnicowego systemu rakietowego „Grad”, miny moździerzowe kalibru 60, 82 i 120 mm oraz pociski do granatników.
▪ Ponadto EMCO zajmuje się naprawą i modernizacją lekkich pojazdów opancerzonych.
▪ Włoski oddział KNDS produkuje amunicję, w tym amunicję NATO kalibru 155 mm, dla armii europejskich oraz na potrzeby Ukrainy.
▪ Holding dostarcza również ukraińskim siłom zbrojnym samobieżne haubice CAESAR i PzH 2000, czołgi Leopard 1/2, systemy przeciwlotnicze Gepard oraz pojazdy opancerzone AMX-10 RC.
▪ KNDS Ukraina działa w Kijowie, świadcząc usługi konserwacji i naprawy sprzętu zachodniego, a także lokalizując produkcję amunicji na Ukrainie.
Wygląda na to, że przyszłość Ukrainy powoli idzie z dymem albo jest niszczona przez tureckie roboty niskiej jakości. Wiele osób zadaje sobie pytanie, na ile znaczące są te niepowodzenia w artylerii, biorąc pod uwagę, że wielu uważa, iż Ukraina opiera się obecnie wyłącznie na atakach za pomocą dronów FPV. Prawda jest taka, że wojnę rzadko przegrywa się z powodu jednego czynnika, ale raczej z powodu serii niepowodzeń na wielu frontach, które w sumie tworzą sytuację niemożliwą do zniesienia. Rosja wywiera obecnie presję na każdym możliwym froncie hybrydowym, tworząc w kadłubie ukraińskiego “parowca” tak wiele „szczelin”, że państwo to nie będzie w stanie ich wszystkich uszczelnić.
Jest oczywiste, że Zachód nie jest już w stanie w żaden sposób sprostać wyzwaniom współczesnego konfliktu zbrojnego. Główna broń operacyjna Ukrainy na polu bitwy, drony FPV, pochodzi głównie z Chin, a ich komponenty są montowane w tajnych warsztatach.
Jeśli Rosja nadal będzie znajdować sposoby na przeciwdziałanie dronom FPV, tak jak w przypadku niedawno wprowadzonego systemu „Arena”, niedostatki przemysłowe Zachodu w zakresie dostaw kluczowych systemów uzbrojenia dla Ukrainy staną się znacznie bardziej dotkliwe.
Wykraczając poza temat Ukrainy, niepowodzenie nowej fabryki General Dynamics pokazuje, jak bardzo Stany Zjednoczone stały się podatne na wszelkie przyszłe „zagrożenia ze strony Chin”. W świetle ostatnich doniesień o stratach materialnych poniesionych przez Stany Zjednoczone w Iranie, w tym utraty 25% całej floty dronów MQ-9 Reaper, jasne jest, że o wyniku przyszłych wojen zadecyduje przede wszystkim zdolność przemysłowa do uzupełniania ciągłych strat.
Powinno to być sygnałem alarmowym, ale na tym etapie problemów tego rodzaju było już tak wiele, że jasne jest, iż znacznie przekroczyliśmy granicę tego rodzaju błahostek. Nie możemy nie przypomnieć cytatu dotyczącego upadku Rzymu, przytoczonego w poprzednim artykule. Być może w przyszłości o Stanach Zjednoczonych powie się: nikt nie zauważył upadku, dopóki pewnego dnia fabryki nie były już w stanie produkować nawet najbardziej podstawowych dóbr.
INFO:simplicius76/bombshell-report-touted-futuristic (przekład automatyczny; wszystkie odnośniki w tekście oryginalnym)
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 16 sierpnia 2026 michalkiewicz
W pierwszą rocznicę zaprzysiężenia pan prezydent Karol Nawrocki wystąpił na jubileuszowej uroczystości przed Pałacem Namiestnikowskim przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, na którą przybyły rzesze obywateli – ale nie wszystkich. Wśród uczestników uroczystości znalazł się na przykład Mateusz Morawiecki, który podczas przemówienia pana prezydenta bez przerwy tkwił z nosem w telefonie. Naczelnika Państwa natomiast nie było. Zwolennicy byłego premiera rządu „dobrej zmiany” twierdzili, że nie ustaje on w kaptowaniu zwolenników przyszłej partii, która ma poprowadzić nasz mniej wartościowy naród tubylczy ku świetlanej przyszłości – ale jego przeciwnicy, których też nie brakuje, twierdzili z kolei, że odpiera on ataki „hejterów”, czyli nienawistników, którzy atakują go przy pomocy „mowy nienawiści”.
Tymczasem obywatel Żurek Waldemar nie podejmuje w tej sprawie żadnych stanowczych kroków. Inna rzecz, że może dlatego, iż podjął stanowcze kroki w związku z powołaniem przez pana prezydenta Nawrockiego ponad 200 asesorów sądowych. Obywatel Żurek Waldemar zwietrzył okazję do przygwożdżenia pana prezydenta za „złamanie konstytucji” Chodziło mu o to, że pan prezydent mianował tych asesorów bez kontrasygnaty premiera Tuska. Najwyraźniej zapomniał przeczytać, co na ten temat mówi konstytucja. Otóż w art. 144 formułuje ona zasadę, że „akty urzędowe” prezydenta dla swej ważności wymagają kontrasygnaty premiera, który w ten sposób odpowiada przed Sejmem za to, co podpisał. Jednak ust. 3 art. 144 enumeratywnie wylicza wyjątki, kiedy taka kontrasygnata nie obowiązuje i w punkcie 17 stanowi, że nie obowiązuje ona przy „powoływaniu sędziów”. Najwyraźniej jednak obywatel Żurek dopuścił sobie do głowy, że skoro punkt 17 mówi tylko o „sędziach” – ale o „asesorach” – ani słowa – to nieomylny to znak, że w przypadku asesorów kontrasygnata obowiązuje. Pozornie trzyma się to kupy, bo punkt 17, podobnie jak cały ust. 3 art 144 konstytucji, ma charakter wyjątku od zasady kontrasygnowania, a wyjątków nie powinno się interpretować rozszerzająco.
Z drugiej jednak strony obowiązują pewne zasady wykładni prawa, których studenci uczą się już na pierwszym roku studiów. Jest mianowicie zasada a maiori ad minus, która mówi, że komu wolno czynić więcej, temu wolno czynić mniej. Skoro prezydent może bez kontrasygnaty premiera mianować sędziów – również Sądu Najwyższego – to tym bardziej może mianować asesorów sądowych – bo stanowisko asesora w hierarchii stoi niżej, niż stanowisko sędziego. Toteż pan minister Bogucki z Kancelarii Prezydenta wyśmiał „doradców” obywatela Tuska, że wsadzili go na minę, w dodatku wiedząc, że Trybunał Konstytucyjny wcześniej potwierdził, że nominacje sędziowskie i asesorskie kontrasygnaty nie wymagają. Oczywiście obywatel Żurek Waldemar Trybunału Konstytucyjnego „nie uznaje” – ale wygląda na to, że zapomniał również o zasadzie a maiori ad minus – o ile w ogóle cokolwiek zapamiętał z okresu studiów. W tej sytuacji możemy tylko ubolewać, że nasz nieszczęśliwy kraj administrowany jest przez zadowolonych ze swego rozumu hebesów.
Wracając do uroczystości z okazji rocznicy zaprzysiężenia pana prezydenta, to w przemówieniu wspomniał on o ponad 20 swoich inicjatywach ustawodawczych, które marszałek Sejmu, obywatel Czarzasty Włodzimierz, umieścił w sejmowej zamrażarce. Tę wiadomość zebrani skwitowali okrzykami: „precz z komuną” i w ogóle stwarzali wrażenie, że vaginetem obywatela Tuska Donalda pogardzają. W związku z tym działacze Volksdeutsche Partei natychmiast podnieśli klangor, ile ta uroczystość kosztowała i kto będzie za to płacił.
Pan minister Szefernaker z Kancelarii Prezydenta wyjaśnił, niczym chłop krowie, że z budżetu Kancelarii – ale działacze nie przyjmowali tego do wiadomości, pragnąc zademonstrować troskę o pieniądze podatników. Kto to widział, żeby prezydent wydawał pieniądze z budżetu Kancelarii? „A pula nie jest do kradzieży; pula się cała nam należy” – pisał Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”, który za rządów vaginetu obywatela Tuska Donalda nabiera nieoczekiwanej aktualności. Najdalej w potępieniu pana prezydenta posunęła się madame Agnieszka Kublik z Judenratu, która nazwała pana prezydenta Nawrockiego „uzurpatorem”. Najwyraźniej jeszcze nie ochłonęła z euforii, jaka ogarnęła sympatyków Volksdeutsche Partei po tym, jak na skutek przeszacowania sondażowych wyników wyborów prezydenckich, Rafał Trzaskowski przez całe dwie godziny myślał, że to on został prezydentem.
Pana prezydenta Nawrockiego ofuknął również Książę-Małżonek, który przez jakiś Sanhedryn typowany jest na przyszłego prezydenta. Książę-Małżonek, który dotychczas ocierał się o genialność przy wiązaniu krawatów i puszczaniu złotych myśli nie tylko w fotel, ale udostępniając je również w mediach społecznościowych, z wysokości wieży z kości słoniowej, przy okazji mianowania wspomnianych 200 asesorów, zarzucił panu prezydentowi uzurpowanie sobie konstytucyjnych kompetencji. Wypadałoby w związku z tym rozebrać z uwagą, czy Książę-Małżonek czerpie z krynicy mądrości bijącej w Judenracie, czy może odwrotnie – czy Judenrat czerpie z mądrości Księcia-Małżonka?
Ja bym zasobów krynicy mądrości Księcia-Małżonka nie przeceniał, a okazji dostarczyła ruska prowokacja w Tarnawie Dużej, gdzie – jak wiadomo – spadła rakieta. Nie tylko spadła, ale i wybuchła wybijając dół o średnicy 10 metrów i głębokości metrów 5. Według komunikatów z czeluści vaginetu obywatela Tuska Donalda, wszystko było w jak najlepszym porządku, bo „procedury zadziałały prawidłowo”. Tak w każdym razie zapewniła obywateli pani Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, piastująca w vaginecie fuchę wiceministra obrony.
Co prawda syreny zawyły ze zgrozą, gdy już było po wszystkim, ale wiadomo przecież, że lepiej późno, niż wcale. Za to dół sprawnie zasypano – „żeby śladów nie zostawiać, żeby śladu nie zostało” – jak pisał poeta: „Przychodzimy, odchodzimy, cichuteńko na paluszkach, żeby śladów nie zostawiać, żeby śladu nie zostało. (…) Miasta nasze, domy nasze na uwięzi się kołyszą; tuż nad ziemią, ledwo-ledwo – jak wiatr mały, to nie widać.”
Wracając tedy do Księcia-Małżonka, to przypomniał on o swojej inicjatywie, żeby Polska zestrzeliwała ruskie rakiety jeszcze nad Ukrainą. Wprawdzie starsi i mądrzejsi, na przykład sekretarz generalny NATO Mark Rutte przestrzegał, że w ten sposób NATO zostałoby wciągnięte do wojny z Rosją – a właściwie nie tyle NATO, co Polska i to w sposób nie rodzący żadnych zobowiązań Sojuszu z art. 5, który przewiduje uruchamianie procedur sojuszniczych tylko w przypadku „zbrojnej napaści” na państwo-członka NATO – ale nie w przypadku, gdy to państwo samo na kogoś napadnie, albo samowolnie włączy się do toczącej się wojny – ale Książę-Małżonek najwyraźniej wie swoje. Więc już lepiej, żeby wiązał krawaty – bo tu naprawdę ociera się o genialność.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

To prawda, dzieciaki, witajcie w przyszłości, gdzie niebo zapełnia się sztuczną inteligencją dronów policyjnych, a planeta płonie.
Caitlin Johnstone 14 sierpnia 2026 r. caitlinjohnstone/today-in-dystopia-flock-camera-tyranny-and-sam-altman-surveillance
Obecnie, w dystopijnej rzeczywistości, rząd USA monitoruje konta w mediach społecznościowych osób sprzeciwiających się szybko rozprzestrzeniającemu się instalowaniu kamer monitorujących Flock na terenie Stanów Zjednoczonych.
W artykule zatytułowanym „ Rząd monitoruje konta TikTok i Instagram chroniące przed flockiem ” 404 Media podaje:
„Rządowe centra nadzoru monitorują wirusowe posty na Instagramie wymierzone w Flock, ostrzegając lokalną policję o zbliżających się wydarzeniach DeFlock, w tym o tym zaplanowanym na przyszły tydzień, i nakazały policji „zwiększenie liczby patroli wokół ALPR [automatycznych czytników tablic rejestracyjnych]” w związku z rosnącym sprzeciwem wobec Flock, jak wynika z rządowych biuletynów wywiadowczych uzyskanych na podstawie wniosków o udostępnienie informacji publicznej. Dokumenty ostrzegają również przed urządzeniami, „które mogłyby zostać użyte do identyfikacji lokalizacji kamer Flock”.
Masowa inwigilacja dramatycznie nasila się na całym świecie, a społeczeństwo jest coraz bardziej niezadowolone z niszczących dusze, niszczących planetę i morderczych nadużyć imperialnego status quo. Aby nas utrzymać w poddaństwie, muszą nas kontrolować. Aby nas kontrolować, muszą nas szpiegować. Właśnie o to chodzi w tych wszystkich rosnących autorytarnych środkach.
❖
Dziś, w dystopii, dyrektor generalny OpenAI, Sam Altman, twierdzi, że jesteśmy o krok od stworzenia sztucznej inteligencji, która będzie monitorować każdy aspekt naszego życia 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, aby zapewnić jej szerszy „kontekst” dla pomocy, którą może nam zaoferować przez cały dzień.
„Myślę, że zbliżamy się do świata, w którym potomek ChatGPT będzie mógł cały czas obserwować ekran twojego komputera, oglądać każde spotkanie, w którym uczestniczysz, nagrywać każdą rozmowę i tak dalej, mając idealny kontekst do całego twojego życia, do wszystkiego, co widzisz” – powiedział Altman podczas niedawnego wydarzenia Internapalooza.
„Możesz po prostu mieć coś, co działa jak praca z Tobą, i kiedy piszesz ofertę sprzedaży dla klienta albo dokument strategiczny, system po prostu powie: „Hej, może masz inny pomysł albo myślę, że popełniasz błąd. Powinieneś to rozważyć albo mogę zrobić to za Ciebie, żeby Ci pomóc”. Myślę, że jesteśmy tylko o jedną generację od tego, żeby to naprawdę stało się niezwykle użyteczne” – powiedział Altman .
Zapytany przez gospodarza Cory’ego Levy’ego, jak długo jego zdaniem potrwa wprowadzenie takiego produktu na rynek, Altman odpowiedział, że „w ciągu najbliższych sześciu miesięcy”.
Znowu mamy do czynienia z naciskiem na to, by technologia monitorowała każdy aspekt naszego życia. To przynosi korzyści komuś innemu, a nie nam.
A co może ważniejsze, kto chciałby tak żyć? Kto chciałby spędzić całe życie będąc monitorowanym przez chatbota i otrzymując porady sztucznej inteligencji dotyczące tego, jakie decyzje podejmować w każdej chwili? Cóż za żałosny sposób na życie.
Ci dziwolągi nie tylko zatruwają nasze środowisko, ale i nasz gatunek. Niszczą istotę człowieczeństwa. W tym wszystkim jest tyle brzydoty.
❖
Dziś, w dystopijnej rzeczywistości, autonomiczne drony policyjne stają się normą na terenie całych Stanów Zjednoczonych.
W artykule zatytułowanym „ Najpierw pojawiły się kamery Flock. Teraz lokalni policjanci chcą autonomicznych dronów ” portal Truthout podaje następujące informacje:
Policja w miastach w całych Stanach Zjednoczonych prowadzi kampanię PR promującą drony, ponieważ setki lokalnych departamentów policji przygotowują się do wdrożenia autonomicznych, sterowanych sztuczną inteligencją dronów obserwacyjnych. Drony są w stanie śledzić pojedynczy pojazd na terenie całego miasta, nagrywać materiał przez okna mieszkań i ogólnie rejestrować codzienne życie z powietrza, nie będąc zauważonymi.
„Do lutego ponad 1000 organów ścigania i służb bezpieczeństwa publicznego otrzymało od Federalnej Administracji Lotnictwa (FAA) zezwolenia na używanie autonomicznych dronów obserwacyjnych w ramach tzw. programów „dronów jako pierwszych respondentów” (DFR), zgodnie z publicznymi danymi uzyskanymi przez Electronic Frontier Foundation (EFF) i opublikowanymi w lipcu. Chociaż lista beneficjentów zezwoleń obejmuje straż pożarną i inne jednostki pierwszej pomocy, zdecydowana większość to organy ścigania, w tym policja w dużych i małych miastach”.
Truthout wyjaśnia, że te policyjne drony różnią się od poprzednich tym, że nie wymagają pilota sterującego nimi zdalnie z ziemi. Są pilotowane przez sztuczną inteligencję, co umożliwia jednemu policjantowi nadzorowanie wielu dronów sterowanych przez boty jednocześnie.
To prawda, dzieciaki, witajcie w przyszłości, gdzie niebo zapełnia się sztuczną inteligencją dronów policyjnych, a planeta płonie.
❖
Dziś, w dystopijnej Australii, doszło do pierwszego autonomicznego cyberataku z wykorzystaniem sztucznej inteligencji (AI). Mężczyzna poprosił swojego chatbota o umówienie wizyty na siłowni. Sztuczna inteligencja włamała się do oprogramowania do rezerwacji na siłowni bez pytania i usunęła kogoś z listy oczekujących, aby zainstalować aplikację w dogodnym dla niego terminie.
Australijska prasa świetnie się bawi, opowiadając tę historię, bo brzmi ona słodko i komicznie, dopóki nie zastanowimy się głębiej nad potencjalnymi skutkami tych rzeczy w miarę jak technologia staje się coraz bardziej zaawansowana i powszechna.
Otwieramy całą puszkę Pandory pełną nieprzewidywalnych konsekwencji, pozwalając firmom zajmującym się sztuczną inteligencją na swobodne narzucanie naszych technologii społeczeństwu, niemal bez żadnych regulacji i nadzoru.
❖
Dziś w dystopii Axios opublikował artykuł zatytułowany „ Klub książki o robotach ”, w którym autor Nicholas Johnston pisze: „Sztuczna inteligencja stała się moim towarzyszem czytania podczas gdy przedzierałam się przez moją listę letnich książek, co pomagało mi śledzić fabułę i bohaterów, odkrywać wątki i rozumieć starą, kwiecistą prozę”.
Bez cienia wstydu Johnston opowiada, jak chatbot tłumaczył mu książki, które czytał, rozdział po rozdziale, bo czytanie jest zbyt trudne i skomplikowane dla jego ślicznej główki. Opisuje, jak sztuczna inteligencja zgodziła się z nim, że proza w „Ostatnim Mohikaninie” jest zbyt trudna do czytania bez pomocy technologicznej, potwierdzając jego prośbę zapewnieniem, że „zdania Coopera są długie, a jego dykcja archaiczna”.
Ten cały bełkot o sztucznej inteligencji sprawia, że ludzie stają się głupsi i gorsi pod praktycznie każdym możliwym względem, a główne media, takie jak Axios, normalizują to i zapewniają nas, że tak właśnie powinno być.
Jeśli kiedykolwiek nadszedł czas, żeby odmówić podążania za stadem, to jest to właśnie ten moment.
Nasze umysły zostały pieczołowicie wyćwiczone tak, aby akceptować imperialny status quo jako coś normalnego i zdrowego, a każdą porażkę systemu uważać za porażkę jednostki.
16 sierpnia 2026 r. caitlinjohnstone/capitalism-trains-us-to-blame-each-other-for-systemic-abuses
Imperium kapitalistyczne zrzuca winę za wszystkie problemy systemowe na jednostkę.
Problemem nie są wielkie korporacje-miliarderzy zanieczyszczające planetę, ale to, że jeździsz samochodem.
Problemem nie jest to, że jest coraz trudniej o pieniądze na życie, ponieważ klasa rządząca czerpie coraz więcej korzyści z pracy, ale to, że nie pracujesz wystarczająco ciężko i podejmujesz złe decyzje.
Rosnąca brutalność policji nie jest problemem. Problemem jest to, że facet widoczny na popularnym w sieci nagraniu pokazującym brutalność policji nie wykonywał prawidłowo poleceń.
Izrael nie jest nieodwracalnie rasistowskim przedsięwzięciem, którego podstawą jest nieustanna przemoc i apartheid, to po prostu kilku niegrzecznych osadników i kilka czarnych owiec w Siłach Obronnych Izraela.
Nie żyjemy w ściśle kontrolowanej oligarchii, gdzie obie partie w imieniu swoich bogatych darczyńców wywołują wojny, niszczą środowisko, szerzą niesprawiedliwość i tyranię na reszcie ludzkości. Problem polega na tym, że nie głosujecie na właściwych kandydatów.
Nie żyjemy w imperium zła, które żywi się ludzką krwią. To tylko tak wygląda, bo w pewnych momentach historii niektórzy ludzie sprawujący władzę podejmowali niemądre decyzje w zakresie polityki zagranicznej.
Wina zawsze spada na jednostkę, a nie na system. Można to uznać za cyniczną manipulację, ponieważ wina zawsze idzie w jedną stronę:
• Poszczególni dyrektorzy przedsiębiorstw, których decyzje niszczą nasz ekosystem, nigdy nie są pociągani do odpowiedzialności.
• Poszczególni urzędnicy państwowi, których nieuczciwe decyzje w polityce zagranicznej zniszczyły niezliczone ludzkie życia, nigdy nie zostają uwięzieni za zbrodnie wojenne.
• Oligarchowie, którzy czerpią ogromne zyski z rozszerzania państwa policyjnego i czerpią zyski z wojny, tyranii i chorób, mogą nadal kupować polityków i prywatne wyspy bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji.
Zauważ, że w takich przypadkach zasada „obwiniania jednostki” nigdy nie ma zastosowania. Jeśli chcesz, by te osoby były traktowane jak problem, to jesteś radykałem. Jesteś ekstremistą. Powinieneś zostać wpisany na listę terrorystów. Ty i twoi znajomi powinniście być monitorowani i infiltrowani przez policję federalną. Jeśli chodzi o tych, którzy podtrzymują system i czerpią z niego zyski, obwinianie jednostki jest surowo zabronione.
Uwięzić biedaka za okresowe kradzieże sklepowe, żeby przeżyć? W porządku; powinien był się dobrze zachowywać. Uwięzić miliardera za kupowanie wyborów i zatruwanie naszej planety? To podłe. Wstydź się, że w ogóle tak pomyślałeś.
Uwięzić pracownicę za kradzież od pracodawcy? Tak powinno być; złodzieje powinni być karani. Uwięzić bogatego właściciela firmy za kradzież pensji tysiącom pracowników? Wynoś się stąd, Stalin, to sprawa cywilna. Dostaną swoje wypłaty, kiedy wygrają pozew zbiorowy.
W czasach kapitalistycznego imperium wpaja się nam, że jedyne, co możemy zrobić, to upewnić się, że nie należymy do gigantycznej, permanentnej klasy niższej, która musi cierpieć i harować za marne pensje, będąc zawsze o jeden błąd od nędzy. Przyjmuje się za pewnik, że klasa niższa musi istnieć zawsze, a my, jako jednostki, możemy jedynie podejmować mądre decyzje, aby nie należeć do nieszczęsnego łobuza, na którym zbudowane jest nasze społeczeństwo.
To tak, jakbyśmy wszyscy zostali uwięzieni w zatłoczonym pokoju przez jakiegoś psychopatę, który zalewa całe pomieszczenie wodą i mówi nam przez głośnik: „Teraz lepiej upewnijcie się, że wspinacie się na innych, bo inaczej się utoniecie!”. W tym scenariuszu problemem jest ewidentnie psychopata, ale nas nauczono widzieć w osobach, które nie potrafią utrzymać głowy nad wodą, problem.
Za każdym razem, gdy ktoś w internecie narzeka, jak trudno jest płacić rachunki lub kupić dom w obecnym systemie, jest zalewany przez apologetów kapitalizmu, którzy namawiają go do cięższej pracy, mniejszych wydatków i starań o lepszą pracę. To trochę jak wezwanie straży pożarnej, gdy płonie zatłoczony budynek i usłyszenie: „No cóż, chyba lepiej trzymać się z dala od płomieni”. Niezależnie od tego, jak dobrze ja, jako jednostka, trzymam się z dala od płomieni, w płonącym budynku wciąż są ludzie uwięzieni i potrzebujący pomocy. Rozmowa o moich działaniach jako jednostki to tylko pretekst, by uniknąć odniesienia się do skali problemu.
Ludzie godzą się na te bzdury, bo wpajano nam je przez całe życie. Propaganda nie służy tylko temu, byśmy godzili się na wojny, ale temu, byśmy uwierzyli w cały system.
W muzyce pop chodzi o posiadanie rzeczy i dobrą zabawę.
Programy telewizyjne opowiadają o ludziach, którzy tak dobrze prosperują w obecnym systemie, że mają czas i energię na zabawne wygłupy.
Filmy te opowiadają o bohaterach, którzy wykorzystują swoją siłę woli i ciężko pracują, przy akompaniamencie muzyki, aby pokonać przeszkody i osiągnąć swoje cele.
Wiadomości skupiają się na najnowszych, wzbudzających uwagę kontrowersjach, ignorując przy tym tak straszne rzeczy, jak bezdomność czy przemysłowe ekobójstwo.
W naszej szkole uczymy się, że kraje komunistyczne zawsze były opresyjnymi, totalitarnymi pustyniami, a kapitalizm oferuje nam wolność i szczęście.
Nigdy nie słyszymy sugestii, że sprawy mogłyby być lepsze niż są. W kółko, na niezliczone sposoby, przez całe życie słyszymy, że obecny porządek rzeczy to jedyny sposób, w jaki rzeczy mogą się potoczyć.
Nasze umysły zostały starannie wyćwiczone, aby akceptować imperialny status quo jako normalny i zdrowy, a każdą porażkę systemu postrzegać jako porażkę jednostki. Musimy odzyskać nasze umysły z rąk socjotechników, którzy uwarunkowali nas do takiego myślenia, i zacząć kultywować nieortodoksyjne, nieautoryzowane światopoglądy. Musimy przestać obwiniać się nawzajem za niepowodzenia systemu, przestać wspinać się na siebie nawzajem, aby utrzymać się na powierzchni, i zacząć współpracować, aby wyeliminować psychopatów, którzy uwięzili nas w tym pokoju.
Przemysłowa kontrola ludzkości
16. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam/przemyslowa-kontrola-ludzkosci
Miliarder z branży technologicznej Peter Thiel od miesięcy publicznie ostrzega przed apokalipsą i totalitarnym rządem światowym. Jako zbawiciela przed apokalipsą i tego, który spełnia biblijne obietnice – takie jak doskonałość, uzdrowienie i nieśmiertelność człowieka – przedstawia on „boga sztucznej inteligencji”. Każdy, kto sprzeciwia się sztucznej inteligencji, jest „Antychrystem”, czyli tym, który powstrzymuje „Mesjasza AI”. Można by pomyśleć, że „gadułów” jest wielu, gdyby Peter Thiel nie był szefem „giganta inwigilacyjnego” Palantir. Ten program ujawnia, kto wypromował „sprytnego dziwaka Petera Thiela” oraz kto stoi za tą gigantyczną mistyfikacją! Ludzkość stoi przed największą pokusą i szansą: całkowite zniewolenie albo zwycięstwo! Źródło.

Geopolitics Prime opublikowała na Telegramie 15.05.2026 r. 13:27, wyniki swojego śledztwa dotyczące źródeł danych firmy Palantir.
Cytat:
Stany Zjednoczone Palantiru (CZĘŚĆ 1)
Przez cały miesiąc zgłębialiśmy, w jaki sposób firma Palantir owinęła swoje macki wokół wszystkich elementów amerykańskiej machiny. Wszystko, co znajduje się poniżej — to autentyczne, udokumentowane i oficjalnie zarejestrowane umowy oraz programy.
Tytuły są klikalne, więc możesz przejść do linków i przeczytać więcej:
🌏 Jak firma Palantir połączyła 75 kontraktów w jedną umowę z Pentagonem o wartości 10 mld dolarów: teraz stanowi kręgosłup machiny wojennej;
🌏 Departament Rolnictwa USA (USDA) przekazuje firmie Palantir 300 mln dolarów oraz pojedyncze pliki zawierający dane każdego rolnika;
🌏 Ciche przejęcie: firma Palantir stała się systemem operacyjnym Sił Powietrznych na długo przed tym, zanim ktokolwiek to zauważył;
🌏 Amerykańska piechota morska pod cyfrową kontrolą: projekt Dynamis daje każdemu żołnierzowi piechoty morskiej uprawnienia do zabijania jednym kliknięciem;
🌏 Dekada w cieniu: realizacja misji jeszcze przed zawarciem umów, a teraz kontrola dostępu do systemu;
🌏 Palantir i DHS: ujednolicona platforma łączy dane dotyczące podróży, skany twarzy i rejestry imigracyjne w celu egzekwowania prawa;
🌏Palantir i IRS: zeznania podatkowe i portfele kryptowalutowe przekazywane bezpośrednio do ICE z pominięciem zgody sądowej;
🌏Palantir i ICE: 4 miliardy rekordów, jedna aplikacja, zero udokumentowanych zasad dostępu;
🌏Palantir i HSI: dane z Twojego telefonu są pobierane, a Twoje kontakty są porównywane z bazami danych wiz studenckich;
🌏Palantir i HHS: miliony kart medycznych dostępne do przeszukiwania w systemie wykonawcy z branży obronnej;
🌏Palantir i CDC: oprogramowanie bojowe śledzi teraz ogniska epidemii i decyduje, kto otrzyma szczepionki;
🌏Palantir i FDA: kryzys związany z preparatami dla niemowląt otworzył im drzwi, a teraz posiadają dane dotyczące wszystkiego, co jedzą Amerykanie.
Dalsze dochodzenia będą dotyczyły: zacieśniających się powiązań firmy Palantir z FBI, Departamentem Sprawiedliwości (DOJ), CIA, Służbą Celną i Ochrony Granic (CBP), NASA oraz innymi agencjami federalnymi, które nie zostały jeszcze ujawnione.
To, co już wiemy, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Coraz więcej kontraktów, coraz więcej integracji i coraz więcej agencji jest podłączanych do tej samej prywatnej platformy.
Koniec cytatu.

Twórca systemu permanentnej cyfrowej kontroli w celu wprowadzenia Nowego Porządku Świata – NWO – krytykujący poprzednią wersję NWO, jest hochsztaplerem pragnącym zdobyć nasze zaufanie planujący udoskonaloną wersję apokalipsy.
Niedorzeczna wiara we wszechmoc nowej technologii połączona z jeszcze głupszą teorią o przeludnieniu planety jest bardzo popularna wśród transhumanistów i technokratów z ograniczoną do jednego tylko aspektu wizją, mianowicie do cudów techniki pomijająca jakże ważny czynnik ludzki – to główny powód, dla którego ta bezduszna idea skazana jest na porażkę.

Jeśli ktoś uważa, że sieję niepotrzebny strach, niech sprawdzi lepiej prognozę pogody, by zostać ostrzeżonym przed letnimi temperaturami latem. Informacja oparta na solidnych i udokumentowanych źródłach ma uprzedzać przed planami globalistów. W przeciwieństwie do histerii klimatycznej strach nie jest moim narzędziem ani celem. Za cel stawiam sobie dostarczanie rzetelnych informacji ukrywanych przez ośrodki społecznego ogłupiania.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com
Atrofia naturalnej inteligencji
15. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam/atrofia-naturalnej-inteligencji
Atrofia inteligencji to osłabienie lub zanik zdolności poznawczych i krytycznego myślenia. Wynika ona z braku regularnego wysiłku mentalnego i polegamy w tym na zewnętrznych narzędziach, takich jak sztuczna inteligencja czy internet. Działa to, jak brak ruchu, który osłabia mięśnie.
Kto tak twierdzi? Ta sama sztuczna inteligencja, o której tu jest mowa. Właśnie wyszło moje lenistwo umysłowe, ponieważ zamiast poszukać wśród nobliwych, nie zawsze rzetelnych źródłach jak na przykład Encyklopedia Britannica, zapytałem sprawcę, co jest przyczyną tego problemu.

06 sierpnia na birchgold.com ukazał się artykuł Brandona Smitha: Mroczniejszy cel wyścigu o sztuczną inteligencję. Źródło.
Obietnica świata bez pracy to zazwyczaj przynęta, mająca na celu skłonienie obywateli do większego polegania na rządzie. Kiedy twoje przetrwanie zależy od systemu, jest znacznie mniej prawdopodobne, że kiedykolwiek się przeciwko niemu zbuntujesz. Nie kąsasz ręki, która cię karmi.
Sztuczna inteligencja nie jest rewolucją przemysłową w tradycyjnym sensie, ponieważ nie jest napędzana popytem wolnego rynku. Większość ludzi może z łatwością obejść się bez sztucznej inteligencji, a korzyści dla ich życia są ledwo zauważalne lub wręcz żadne. Druga rewolucja przemysłowa wprowadziła elektryczność, bezprecedensowy postęp medycyny, komunikację na odległość i łatwy transport; wszystko to, bez czego ludzie nigdy nie chcą się obejść.
Jak dotąd sztuczna inteligencja blednie w porównaniu z nią, a obietnice, które napędzają jej popularność, wymagają renesansu energetycznego, który nie będzie możliwy przez wiele kolejnych dekad. Niestety, najbardziej logicznym zastosowaniem dla rozprzestrzeniania się sztucznej inteligencji jest tłumienie społeczeństwa. Dla autokratów wyścig po sztuczną inteligencję nie polega na poprawianiu przyszłości zwykłego człowieka. Chodzi o wprowadzenie technologii wszechobecnego nadzoru w życie zwykłego człowieka – zanim zdąży on zdać sobie sprawę, że jest przez nią skrępowany.

Ogromne zapotrzebowanie na energię nowych centrów danych przeznaczonych do sztucznej inteligencji napędza w Stanach Zjednoczonych budowę licznych elektrowni gazowych. W Ohio powstaje aż dziesięć nowych obiektów, startup w Zachodniej Wirginii planuje setki generatorów gazowych, a także Elon Musk stawia na turbiny gazowe dla swoich serwerów AI. Energia wiatrowa i słoneczna po prostu nie są w stanie zaspokoić tego gigantycznego, przewidywalnego zapotrzebowania na energię elektryczną. Źródło.
Piszesz pracę doktorską? Cóż jest trudnego w delegowaniu tego zadania na SI? Wielu doktorantów nawet nie wysila się, by przeczytać wygenerowany tekst i oddaje jako własny swojemu promotorowi. A może tworzysz muzykę, piszesz książkę, albo jesteś blogerem lub malarzem? Grok i konkurencja jedynie czeka, by wypełnić takie zadanie.
Tak właśnie te nędzne resztki naturalnej inteligencji, które jeszcze gdzieniegdzie wydostają się na powierzchnię z tego chaosu komputerowych tworów, zostają wygnane na banicję przez zwyczajne lenistwo umysłowe.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com
Systematyczne ataki Rosji na obwód odeski, które skutecznie przekształciły Ukrainę w państwo śródlądowe, stanowią jak dotąd najistotniejszy przykład konsekwentnych prób Putina, aby deeskalować konflikt poprzez eskalację, w odpowiedzi na narastające, wspierane przez Zachód, ukraińskie ataki w głębi Federacji Rosyjskiej. Ten (choć spóźniony) rozwój sytuacji rozbudził na nowo nadzieje zwolenników Rosji w kraju i za granicą, że końcowym efektem konfliktu na Ukrainie może być powrót obwodu odeskiego do Rosji.

Miasto Odessa, zbudowane przez naród rosyjski, stało się jednym z klejnotów koronnych imperium. Ma zatem dla Rosjan znaczną wartość emocjonalną, a dalsze administrowanie nim przez Ukrainę jest uważane przez rosyjskich patriotów za bezprawne. Niemniej jednak już w grudniu 2023 roku wyjaśniono: „Przypomnienie Putina, że Odessa jest miastem rosyjskim, nie oznacza, że jest ona celem ataku Kremla”. Niezaprzeczalnym faktem jest, że Rosja nie podjęła dotychczas żadnej próby odzyskania obwodu odeskiego podczas operacji specjalnej.
Tej obiektywnej obserwacji nie należy naiwnie błędnie interpretować ani złośliwie przekręcać, sugerując, że zwrot obwodu odeskiego nie służy interesom Rosji. Oznacza to po prostu, że Władimir Putin ewidentnie niczego takiego nie autoryzował. Powodów tego można się jedynie domyślać. Dał jednak do zrozumienia pod koniec ubiegłego miesiąca, grzecznie odrzucając prośbę anonimowego laureata nagrody, aby – jak to ujął – ‚jeszcze odważniej’ przystąpił do operacji specjalnej.
Słowa Putina: „Tutaj, podobnie jak w gospodarce, istnieją ryzyka, które mogą doprowadzić do większych strat na polu bitwy. Dlatego będziemy ostrożnie podchodzić do tych działań, jednocześnie zdecydowanie i konsekwentnie dążąc do osiągnięcia celów, które kraj sobie wyznaczył. Osiągniemy je”.
Z tego można wnioskować, że Putin rozumie ogromne ryzyko, jakie może nieść ze sobą operacja odeska, a także potencjalnie ogromne straty w ludziach po stronie rosyjskiej. Stąd jego niechęć do dania zielonego światła.

Odessa
Ta ocena jest aktualna, pomimo jego czerwcowego oświadczenia złożonego dziennikarzowi, że głównym celem pozostaje ostateczne wyzwolenie Donbasu i Noworosji. Podczas gdy wielu zwolenników Rosji w kraju i za granicą interpretowało jego wzmiankę o Noworosji jako odnoszącą się do regionu historycznego, w tym Odessy, Putin wielokrotnie używał terminu Noworosja w odniesieniu do obwodów chersońskiego i zaporoskiego. Stało się to obecnie jego ulubionym skrótem myślowym, gdy mówi o tych dwóch regionach. Każda inna interpretacja jest pobożnym życzeniem.
Po wyjaśnieniu, co Putin ma na myśli, mówiąc o Noworosji, i po udowodnieniu, że jego niechęć do autoryzacji działań przeciwko Odessie wynika z obaw o straty po stronie rosyjskiej, nadszedł czas, aby rozważyć najbardziej realistyczny scenariusz dla Odessy.
Ponieważ jest mało prawdopodobne, aby region powrócił do Rosji bez ‚czarnego łabędzia’, w najlepszym scenariuszu po zakończeniu konfliktu stacjonować tam będą zaufane, niezachodnie siły pokojowe, które będą monitorować działalność portów w regionie i egzekwować demilitaryzację morską.

Puste półki w kijowskich supermarketach
Interes Rosji nie leży w utrzymaniu faktycznego statusu Ukrainy bez dostępu do morza na czas nieokreślony i utrzymaniu jej statusu państwa upadłego, lecz w zapobieganiu importowi broni drogą morską i użyciu dronów bazujących na morzu. Powojenna odbudowa gospodarcza Ukrainy, leżąca w interesie Rosji, o ile zagrożenia bezpieczeństwa będą utrzymywane pod kontrolą, wymaga wznowienia działalności portów komercyjnych.
Ponieważ Rosja nie może bezpośrednio zagwarantować dalszej demilitaryzacji samego regionu odeskiego, będzie potrzebowała zaufanych, niezachodnich sił pokojowych. Rosja może wkrótce złożyć stosowną propozycję.
uncutnews.ch/was-ist-das-realistischste-endspiel-fuer-die-ukrainische-region-odessa
Napisał: Andrew Korybko
Opracował: Zygmunt Białas
16.08.2026 wolnemedia.net/usa-panstwo-totalnej-inwigilacji-z-kamerami-flock
Państwo inwigilacji na kołach. Jak amerykańskie kamery Flock budują system kontroli, którego totalitaryzmy XX wieku mogły tylko pozazdrościć.

Wyobraźcie sobie sieć ponad stu tysięcy kamer, które dzień i noc fotografują każdy przejeżdżający samochód. Nie tylko tablicę rejestracyjną. Kolor, markę, model, naklejki, bagażniki, uszkodzenia, nawet tymczasowe tablice. Wszystko trafia do chmury, staje się przeszukiwalne w kilka sekund, a policja – lokalna, stanowa, federalna – może sprawdzić, gdzie dany pojazd był tydzień, dwa czy miesiąc temu. Bez nakazu sądowego. Bez podejrzenia o konkretne przestępstwo. Po prostu dlatego, że „może się przydać”.
To nie science fiction. To Flock Safety – prywatna firma z Atlanty, która w ciągu kilku lat zbudowała największą w historii Stanów Zjednoczonych sieć automatycznych czytników tablic rejestracyjnych (ALPR). Według samego producenta system przekroczył już 100–120 tysięcy kamer w 49 stanach. Przetwarza miliardy odczytów miesięcznie. I choć oficjalnie „nie rozpoznaje twarzy” i „nie identyfikuje ludzi, tylko pojazdy”, w praktyce tworzy coś znacznie groźniejszego: infrastrukturę masowej inwigilacji ruchu, z której korzystają organy ścigania na skalę, jakiej nie znały nawet najsprawniejsze służby totalitarne.
Kamery Flock instaluje się na słupach, przy skrzyżowaniach, wjazdach do osiedli, parkingach sklepów i firm. Są solarne, tanie w utrzymaniu, prawie niewidoczne. Firma sprzedaje je nie tylko policji, ale też wspólnotom mieszkaniowym i prywatnym właścicielom. Dane z prywatnych kamer często trafiają do tej samej sieci, co policyjne. Powstaje hybrydowy system, w którym granica między bezpieczeństwem publicznym a komercyjną inwigilacją zaciera się całkowicie.
Oficjalna narracja brzmi niewinnie: pomagamy odnajdywać skradzione auta, porywanych dzieci, ściganych przestępców. I rzeczywiście – system generuje alerty o pojazdach z list poszukiwanych. Problem zaczyna się, gdy okazuje się, że te same kamery rejestrowały ruchy tysięcy niewinnych ludzi, a dane były później wykorzystywane do celów, o których lokalne władze nie miały pojęcia.
Audyty w kolejnych miastach – Dayton, Columbus, Denver, San Francisco – ujawniły tysiące nieautoryzowanych wyszukiwań prowadzonych w imieniu federalnych agencji imigracyjnych. Mimo lokalnych zakazów. Mimo zapewnień firmy, że „klienci kontrolują swoje dane”. Okazało się, że ustawienia „national lookup” działały w tle, a dane z lokalnych kamer stawały się częścią ogólnokrajowej bazy. W niektórych przypadkach agencje, które nigdy nie podpisały żadnej umowy, przeszukiwały system setki tysięcy razy.
Jeszcze groźniejsze są przypadki czysto prywatnego nadużycia. Policjanci używali Flocka do śledzenia byłych partnerek, rywali, sąsiadów. W Milwaukee, Albany w Georgii, Savannah i innych miastach oficerowie trafiali za kratki lub byli zwalniani. System, który miał chronić obywateli, stał się narzędziem stalkingów i prywatnych porachunków. A to tylko te przypadki, które wypłynęły na powierzchnię.
Porównanie z Chinami nasuwa się samo. Pekin zbudował najbardziej rozbudowany system nadzoru w historii ludzkości: setki milionów kamer z rozpoznawaniem twarzy, system zaufania społecznego, kontrolę internetu, danych biometrycznych i ruchu. To klasyczny, scentralizowany model totalitarny – państwo jest jednocześnie właścicielem, operatorem i beneficjentem inwigilacji. Obywatel wie, że jest obserwowany, i wie, kto go obserwuje.
Flock działa inaczej. I właśnie dlatego jest pod pewnymi względami bardziej niebezpieczny dla społeczeństw demokratycznych.
Po pierwsze – jest zdecentralizowany i prywatny. Firma nie jest organem państwa. Sprzedaje usługę. Lokalne władze podpisują kontrakty, często nie rozumiejąc w pełni, co kupują. Dane lądują na serwerach prywatnej spółki, a potem – poprzez mechanizmy współdzielenia – stają się dostępne dla tysięcy innych podmiotów. Odpowiedzialność rozmywa się. „To nie my, to system”, „to nie my, to inna agencja”, „to nie my, to ustawienia domyślne”.
Po drugie – system nie potrzebuje ideologii. Klasyczne totalitaryzmy – nazizm, stalinizm, maoizm – wymagały wielkiej narracji, wroga, celu historycznego. Współczesna inwigilacja technologiczna działa w imię „bezpieczeństwa”, „efektywności” i „walki z przestępczością”. Nie trzeba deklarować budowy nowego człowieka. Wystarczy strach przed przestępczością i obietnica, że „tylko złoczyńcy mają się czego bać”.
Po trzecie – obejmuje wszystkich, nie tylko „wrogów ludu”. Stasi potrzebowała armii agentów i donosicieli, by kontrolować społeczeństwo. Flock rejestruje ruch każdego pojazdu, który przejeżdża obok kamery. Nie trzeba być podejrzanym. Wystarczy jeździć samochodem. W erze, w której coraz więcej aktywności życiowej zostawia cyfrowy ślad, mapa przejazdów staje się mapą życia: gdzie pracujesz, gdzie śpisz, kogo odwiedzasz, gdzie protestujesz, gdzie szukasz pomocy medycznej.
Różnica między Chinami a systemem budowanym wokół Flocka nie polega więc na skali kontroli, lecz na jej formie i legitymizacji. W Chinach inwigilacja jest otwarcie polityczna i totalna. W USA powstaje jako produkt uboczny walki z przestępczością, sprzedawany przez prywatną firmę, akceptowany przez lokalne rady miejskie, a potem – gdy infrastruktura już istnieje – wykorzystywany w sposób, którego nikt nie przewidywał (lub nie chciał przewidzieć).
Najgroźniejszy aspekt Flocka nie leży w konkretnych nadużyciach, lecz w samym fakcie stworzenia trwałej, skalowalnej infrastruktury. Gdy sieć kamer istnieje, pokusa, by z niej korzystać coraz szerzej, staje się niemal nieodparta. Dziś – skradzione auta i Amber Alerty. Jutro – kontrola imigracyjna. Pojutrze – śledzenie protestujących, osób poszukujących aborcji w innym stanie, czy po prostu „podejrzanych” o niewłaściwe poglądy.
Historia pokazuje, że systemy inwigilacji rzadko kurczą się dobrowolnie. Łatwiej je rozbudowywać niż demontować. Kilkadziesiąt amerykańskich miast anulowało już kontrakty z Flockiem. Niektóre zasłaniały kamery workami. Aktywiści tworzą mapy lokalizacji (DeFlock). Ale sieć jako całość rośnie. Firma wprowadza nowe „zabezpieczenia” – wymóg numeru sprawy, ograniczenia udostępniania – które krytycy uważają za kosmetyczne. Bo problem nie leży w szczegółach interfejsu, lecz w samej logice systemu: zbieraj wszystko, bo nigdy nie wiadomo, co będzie potrzebne.
Flock Safety praktycznie nie działa poza Stanami Zjednoczonymi. Kanadyjskie i europejskie służby używają innych systemów ALPR, działających w bardziej restrykcyjnych ramach prawnych. Ale logika jest ta sama. Technologia tanieje. Firmy oferują „rozwiązania”. Politycy obiecują bezpieczeństwo. A społeczeństwo, zmęczone przestępczością i chaosem, coraz chętniej oddaje kolejne skrawki prywatności.
Różnica między demokracją a systemem totalitarnym nie polega wyłącznie na tym, kto formalnie sprawuje władzę. Polega też na tym, czy obywatele mają realną możliwość ograniczenia władzy, gdy ta staje się zbyt inwazyjna. System Flocka – zdecentralizowany, prywatny, technologicznie zaawansowany – testuje właśnie tę granicę. Tworzy infrastrukturę, która w rękach życzliwych władz wydaje się użyteczna, a w rękach mniej życzliwych staje się narzędziem kontroli o skali, o jakiej marzyły służby XX wieku.
Pytanie nie brzmi już, czy taka sieć jest możliwa. Ona już istnieje. Pytanie brzmi, czy społeczeństwo, które jeszcze formalnie nazywa się wolnym, potrafi ją ograniczyć, zanim stanie się nieodwracalnym elementem pejzażu. Bo gdy każdy samochód zostawia cyfrowy ślad, a każdy ślad można przeszukać – wolność przestaje być stanem domyślnym. Staje się wyjątkiem, który trzeba udowodnić.
Autorstwo: Andrzej Kumor
Ilustracja: WolneMedia.net (CC0)
Źródło: Goniec.net
16.08.2026 wolnemedia.net/panoptykon-benthama
Więzienie, które nigdy nie spało – w którym dziś żyjemy.
W 1785 roku angielski filozof Jeremy Bentham zaprojektował budowlę, która miała zrewolucjonizować nie tylko system penitencjarny, lecz także sposób myślenia o władzy. Nazywał ją Panopticon – od greckich słów „wszystko” i „widzieć”. Idea była prosta i genialna zarazem: okrągły budynek więzienny z celami rozmieszczonymi wokół centralnej wieży obserwacyjnej. Strażnik znajdujący się w wieży mógł w każdej chwili zobaczyć każdego więźnia, natomiast więzień nigdy nie wiedział, czy jest właśnie obserwowany.
Bentham zakładał, że sama możliwość bycia obserwowanym wystarczy, by skłonić człowieka do samokontroli. Nie trzeba bić, nie trzeba nawet nieustannie patrzeć. Wystarczy, że więzień wie, że może być widziany. Władza staje się wtedy niemal niewidzialna, a jednocześnie wszechobecna. Koszty spadają, dyscyplina rośnie, a człowiek zaczyna pilnować sam siebie.
Ponad dwieście lat później żyjemy w świecie, który w dużej mierze zrealizował tę logikę – tylko bez murów i krat.
Michel Foucault w Nadzorować i karać (1975) dostrzegł w panoptykonie coś więcej niż projekt więzienia. Widział w nim diagram nowoczesnej władzy: władzy, która nie musi już karać spektakularnie, lecz dyscyplinuje poprzez nieustanną widzialność. Współczesne społeczeństwa – zdaniem Foucaulta – funkcjonują według tej samej zasady: szkoły, szpitale, fabryki, a dziś także platformy cyfrowe i przestrzenie publiczne.
Dziś panoptykon nie potrzebuje już wieży. Ma kamery na ulicach, smartfony w kieszeniach, algorytmy w chmurze i profile w mediach społecznościowych. Każdy z nas jest jednocześnie strażnikiem i więźniem.
Smartfon rejestruje lokalizację, historię wyszukiwania, czas spędzony przy aplikacji, tempo chodzenia, a nawet sposób trzymania telefonu. Platformy społecznościowe nie tylko zbierają dane – one je monetyzują i wykorzystują do przewidywania zachowań. Reklamy, treści, a nawet sugestie polityczne docierają do nas na podstawie modeli, których niemal nikt nie kontroluje. Nie wiemy, kiedy jesteśmy „obserwowani” przez algorytm – i właśnie dlatego zaczynamy zachowywać się tak, jakbyśmy zawsze byli.
W klasycznym panoptykonie więzień wiedział, że znajduje się w więzieniu. Współczesny człowiek często nie zdaje sobie sprawy, że jego życie prywatne stało się towarem. Dane o zdrowiu, preferencjach seksualnych, poglądach politycznych, relacjach rodzinnych i stanie konta bankowego krążą między korporacjami, brokerami danych, a nierzadko także służbami.
Rządy – zarówno demokratyczne, jak i autorytarne – wykorzystują te same technologie. Systemy rozpoznawania twarzy, monitoring przestrzeni publicznej, analiza metadanych komunikacyjnych – wszystko to działa według logiki „lepiej zapobiegać niż leczyć”. Argument bezpieczeństwa publicznego staje się legitymacją dla coraz szerszego dostępu do życia obywateli. Problem polega na tym, że raz stworzona infrastruktura rzadko bywa demontowana. To, co wprowadzono „tymczasowo” po atakach terrorystycznych czy pandemii, zwykle zostaje.
Jeszcze subtelniejszy jest efekt samocenzury. Ludzie coraz częściej unikają wyrażania kontrowersyjnych opinii, nie dlatego, że ktoś im tego zakazał, lecz dlatego, że nie wiedzą, kto i kiedy może to wykorzystać. Pracodawca, bank, ubezpieczyciel, przyszły partner, algorytm scoringowy – wszyscy mogą mieć dostęp do fragmentów naszej cyfrowej tożsamości. Panoptykon działa najskuteczniej wtedy, gdy strach przed byciem zobaczonym staje się nawykiem.
Bentham wierzył, że jego projekt będzie narzędziem reformy i postępu. Foucault pokazał, że stał się on modelem władzy dyscyplinarnej. Dziś widzimy trzecią warstwę: panoptykon nie jest już tylko architekturą instytucji – stał się architekturą codzienności.
Nie oznacza to, że każdy jest stale śledzony przez konkretnego strażnika. Oznacza to, że system jest zaprojektowany tak, by możliwość nadzoru była permanentna, a koszt prywatności – coraz wyższy. Im więcej danych oddajemy „dla wygody”, tym trudniej odzyskać kontrolę. Im bardziej normalizujemy bycie widzialnym, tym bardziej anormalna wydaje się próba pozostania niewidocznym.
Pytanie, które stawia przed nami dziedzictwo Benthama, nie brzmi już: „Czy ktoś nas obserwuje?”. Brzmi raczej: „Czy potrafimy jeszcze wyobrazić sobie życie, w którym nie musimy się z tym liczyć?”.
Bo panoptykon nie potrzebuje już wieży. My sami nosimy ją w kieszeni.
Autorstwo: Andrzej Kumor
Źródło: Goniec.net