„Wojna się skończy, problemy Polski z Ukrainą dopiero się zaczną” –
— to tytuł 37-minutowego wywiadu przeprowadzonego przez Tomasza Pichóra z prof. Jackiem Izydorczykiem:
Nasłuchaliśmy się już sporo na temat relacji, jakie mają łączyć Polskę i Ukrainę – mówi Tomasz Pichór. – Jest nieformalny sojusz. Czy będzie obowiązywał po wojnie?
Nie ma żadnego sojuszu – odpowiada prof. Jacek Izydorczyk. – Jest tylko nakaz pana zza Oceanu.
To jest tak zgniłe u podstaw, że to nie jest żaden sojusz. Wszystkie działania rządów III RP na rzecz utrzymania Ukrainy oraz wojny Kijowa z Moskwą to nakaz amerykański wykonywany przez pseudoelitę warszawską. Ukraina od początku swego powstania jest państwem wrogim Polsce. W każdej chwili może być użyte przeciw nam, także przez Rosję.
Andrzej Duda i Wołodymyr Zełenski
Andrzej Duda w amoku krzyczał, że będzie zniesiona granica, że będzie wspólne państwo, a to oznaczałoby wejście do wojny przeciwko Rosji. Niezrozumiały jest szał humanitaryzmu w 2022 roku. Polacy nie znają historii, muszą widocznie przeżyć u siebie w domu to, co będą robić Ukraińcy.
T. Pichór: Czy Warszawy i Kijowa nie łączy wspólne zagrożenie ze strony Rosji?
J. Izydorczyk: Jakie wspólne zagrożenie?! W interesie Rosji jest podporządkowanie Ukrainy. Jeśli chodzi o Polskę, to Rosja ryzykowałaby gorącą wojnę z Zachodem i NATO. Zabezpieczenie ukraińskich terytoriów jest kwestią interesu narodowego i bezpieczeństwa Rosji. Wchłonięcie Polski przez Rosję nie jest istotne dla bezpieczeństwa Rosji, przyniosłoby odwrotne skutki.
Skoro nie udał się Rosji plan zmiany rządu w Kijowie, istotne dla Kremla jest opanowanie ziem do Dniepru. Nie porozumiały się USA z Rosją, wojna się toczy, a Polacy ponoszą tego koszty, finansowe na razie.
T. Pichór: Jak będą wyglądały relacje polsko-ukraińskie po zakończeniu wojny?
J. Izydorczyk: To zależy od wyniku wojny. W przypadku rozejmu czy pokoju Ukraina straci Krym i ziemie za Dnieprem. Ukraińcy muszą wtedy przekierować swą złość i nienawiść na wroga zastępczego, a naturalnym wrogiem zastępczym jest Polska. Ukraina ma roszczenia do aktualnych terytoriów państwa polskiego.
Półwysep Krymski
Ukraina jest niejednorodna etnicznie – na wschodzie żyją ludzie rosyjskojęzyczni (profesor nazywa ich radzieckimi, co wydaje mi się terminem nieścisłym – przypis ZB), na zachodzie rozwinął się dziki banderyzm, z którym przyjdzie nam graniczyć. W sumie sojusz z Ukrainą to taki, jakbyśmy zawarli sojusz z ludożercami.
T. Pichór: Jaki wynik wojny jest najbardziej korzystny dla Polski?
J. Izydorczyk: Likwidacja Ukrainy – polityczna i ekonomiczna. Po wojnie będziemy ewentualnie zagrożeni ze strony Ukrainy – zagrożeni politycznie, ekonomicznie, militarnie. Przybędzie do nas wielomilionowa mniejszość, możliwe będą akcje dywersyjne, sabotaż, terroryzm. Przeżyliśmy to już przed II wojną światową.
No i trzeba się zastanowić, jakie Polska ma i może mieć korzyści wynikające z istnienia Ukrainy. Przypomnę tu, że Kijów w tajemnicy przed Warszawą zaproponował Waszyngtonowi, by te wycofały personel wojskowy z Polski, a w to miejsce weszłyby siły ukraińskie.
T. Pichór: Co było przyczyną, że reminiscencje historyczne nagle z taką siłą wybuchły w Polsce?
J. Izydorczyk: Pamięć zawsze była. Polityka ZSRR i PRL polegała na wyciszeniu bolesnych problemów, a po 1989 roku władze postsolidarnościowe chciały nam za wszelką cenę obrzydzić polskość i polską historię.
T. Pichór:Z pańskich wypowiedzi wynika, że nie mamy szans na urealnienie polityki wobec Ukrainy, dokąd nie będzie zmiany elit politycznych.
J. Izydorczyk: Mamy – jeśli Waszyngton powie, że ‚macie teraz inaczej postąpić’, to wtedy władze III RP zrobią to w podskokach.
Rzeczywistość okazała się parodią składanych ludziom wcześniej obietnic. Zamiast wolności mamy subtelną, wszechobecną formę kontroli umysłów. Zamiast prawdy – nieskończony szum, w którym najgłośniej brzmią wrogość i kłamstwo.
Każdego ranka miliony ludzi w Polsce, w Europie oraz w innych miejscach na świecie budzą się z tym samym, trudnym do zdefiniowania uczuciem. To nie jest zwykłe fizyczne zmęczenie, które mija po filiżance kawy lub przespanej nocy. To głęboki, egzystencjalny ciężar – poczucie, że świat wokół nas stał się permanentnie wrogi, niestabilny i niesprawiedliwy. Przez dekady wmawiano nam, że postęp technologiczny, globalizacja i powszechny dostęp do informacji przyniosą ludzkości wyzwolenie. Obiecano nam cyfrową agorę, na której wolne jednostki będą wymieniać myśli w poszukiwaniu prawdy.
Rzeczywistość okazała się jednak ironiczną parodią tych obietnic. Zamiast wolności otrzymaliśmy subtelną, wszechobecną formę kontroli umysłów. Zamiast prawdy – nieskończony szum, w którym najgłośniej brzmią kłamstwo i nienawiść. Ludzka cierpienie i krzywda zostały sprowadzone do roli powszedniego, algorytmicznego tła w serwisach informacyjnych. Należy przestać traktować ten stan jedynie jako dzieło przypadku, kryzys geopolityczny czy „naturalny etap rozwoju cywilizacji”. To, czego doświadczamy, to precyzyjnie zaprojektowany i bezwzględnie egzekwowany algorytm.
Współczesny świat nie jest rządzony przez karykaturalne postacie, które spotykają się w ciemnych pokojach, by knuć spiski przeciwko ludzkości. To archaiczne wyobrażenie, które mieszacze informacyjni chętnie podtrzymują, aby każdą próbę buntu i wyzwolenia ośmieszyć jako „teorię spiskową”. Prawdziwa władza ma dziś charakter bezosobowy. Kryje się za zimną architekturą algorytmów, strukturami funduszy inwestycyjnych, monopolami technologicznymi i mechanizmami rynków finansowych. To rozproszona sieć interesów, która działa według jednej, prostej zasady: maksymalizacja zysku i kontroli poprzez permanentne zarządzanie kryzysem. To aksjomat naszych czasów, który musimy wreszcie głośno nazwać po imieniu, by móc go przeciąć jednym, zdecydowanym ciosem.
Fabryka podziałów i mechanizm polaryzacji
Aby zrozumieć, jak działa ten mechanizm, na którym wspierają się elity globalne, należy przyjrzeć się surowcowi, na którym bazuje. Tym surowcem jesteśmy my sami – nasza uwaga, nasze emocje, a przede wszystkim nasz strach. W dawnym świecie bogactwo budowano na ziemi, złocie lub ropie naftowej. W XXI wieku najcenniejszą walutą stała się informacja. Algorytmy wielkich platform społecznościowych, które kontrolują cyfrowy obieg informacji, zostały zaprojektowane w jednym celu: utrzymać nas przed ekranami jak najdłużej.
Analityczne badania neurobiologiczne i beheviorystyczne bezlitośnie odkrywają bezlitosną prawdę: nic nie przyciąga ludzkiej uwagi skuteczniej niż gniew, oburzenie i lęk. Spokojna dyskusja, merytoryczna argumentacja i dążenie do kompromisu są z punktu widzenia systemu masowego zniewolenia nieopłacalne. One nie generują kliknięć, nie wywołują lawiny komentarzy, nie zatrzymują wzroku na reklamach. Dlatego system opart na cywilizacji dominacji celowo promuje skrajności. Codziennie jesteśmy karmieni spreparowanymi informacjami, które mają nas utwierdzić w przekonaniu, że nasi sąsiedzi, współpracownicy czy rodacy o odmiennych poglądach są naszymi wielkimi wrogami.
Sztuczna polaryzacja społeczeństwa to arcydzieło inżynierii społecznej dzisiejszych elit światowych. Skłóconym, przerażonym i podzielonym na zwalczające się plemiona społeczeństwem rządzi się najprościej, podobnie jak skłóconymi i walczącymi ze sobą Słowianami. Ludzie, którzy nieustannie kłócą się ze sobą o kwestie światopoglądowe, historyczne, kulturowe czy polityczne, nie mają wyższej wizji, by spojrzeć ponad, w górę i zobaczyć, kto ciągnie za sznurki tej marionetkowej sceny. Podczas gdy podzielona ludzkość siły w bratobójczych walkach i sporach, ukryta elita finansowa i informacyjna transferuje globalny kapitał, ogranicza swobody obywatelskie oraz monopolizuje kolejne sektory życia.
Gdy prawo staje się narzędziem ucisku
W tym perfidnym układzie sił tradycyjne instytucje państwowe, które z założenia miały chronić obywateli i stać na straży sprawiedliwości, zostały w dużej mierze skorumpowane lub zredukowane do roli wykonawców woli silniejszych. Prawo przestało być tarczą dla słabych, a stało się mieczem w rękach korporacyjnych i politycznych gigantów. Patrząc na to z perspektywy historycznej i prawnej, dostrzegamy przerażający proces: normy prawne są celowo komplikowane i zamieniane w nieczytelny labirynt, w którym odnaleźć mogą się wyłącznie ci, których stać na armie najlepiej opłacanych prawników.
Widzimy to na każdym kroku. Mały, lokalny przedsiębiorca jest niszczony przez biurokrację i bezwzględne kontrole za najmniejsze uchybienie, podczas gdy globalne korporacje legalnie unikają opodatkowania, transferując miliardy dolarów do rajów podatkowych. Obywatel domagający się prawdy jest inwigilowany i uciszany, podczas gdy instytucje odpowiedzialne za dezinformację na masową skalę zasłaniają się wolnością słowa lub tajemnicą korporacyjną. To nie jest błąd w systemie. To jest system w pełnej krasie.
Ta niesprawiedliwość rodzi potężny gniew, który elity potrafią jednak doskonale kanalizować. Zamiast pozwolić, by ten gniew uderzył w źródło ucisku, system przekierowuje go na kolejne mniejszości, inne grupy społeczne czy zewnętrzne zagrożenia. W ten sposób pętla cyfrowej iluzji zaciska się coraz mocniej. Ludzie dobrowolnie oddają swoje prawa i wolności w zamian za obietnicę bezpieczeństwa – bezpieczeństwa przed zagrożeniami, które ten sam system najpierw sztucznie wykreował.
Prawda jako miecz i tarcza
Stajemy dziś przed pytaniem: jak walczyć z przeciwnikiem, który dysponuje nieskończonym kapitałem, kontroluje infrastrukturę technologiczną i posiada monopol na dystrybucję informacji? Odpowiedź brzmi: należy uderzyć tam, gdzie system jest najbardziej wrażliwy – w jego globalną narrację. Każda tyrania, nawet ta najbardziej nowoczesna i cyfrowa, opiera się na jednym fundamentalnym warunku: posłuszeństwie i wierze rządzonych w nienaruszalność panującego porządku. Gdy ludzie przestają wierzyć w kłamstwo, system zaczyna pękać od środka.
Naszą bronią jest celne pióro, przenikliwa myśl, jasne zrozumienie, uczciwe i trafne słowo, zamienione w rycerski miecz prawdy. Do tej walki musimy wnieść intelektualną elegancję i szlachetny styl, który potrafi przebić się przez mur apatii. Musimy pisać językiem faktów, chłodnej logiki i empatii dla ofiar globalnego systemu. Każdy tekst, każdy ujawniony dokument, każde obnażone kłamstwo algorytmu to cios zadany prosto w serce cyfrowej iluzji.
To nie jest czas na dyplomatyczne półśrodki czy litość dla struktur, które bez mrugnięcia okiem niszczą ludzkie życia dla słupków poparcia czy wykresów giełdowych. Musimy działać z żelazną konsekwencją. Prawda oparta na twardych, niepodważalnych danych to jedyna siła, której elity informacyjne nie potrafią przekupić ani kontrolować. Mogą nas cenzurować, mogą blokować nasze konta, ale nie potrafią wymazać prawdy, która raz zakorzeniła się w ludzkich umysłach.
Higiena cyfrowa i wezwanie do działania
Sam opis problemu, choćby najbardziej płomienny, nie wystarczy. Prawdziwa rewolucja informacyjna wymaga twardej logistyki i pragmatycznego planu działania. Każda strategia musi mieć swoje przełożenie na rzeczywistość. Jeśli chcemy odciąć ukrytą elitę od jej źródeł władzy, musimy przestać karmić system naszą uwagą i naszymi danymi.
Pierwszym krokiem jest budowa całkowicie niezależnych, zdecentralizowanych kanałów dystrybucji wiedzy. Musimy wyjść poza platformy kontrolowane przez cyfrowych monopolistów. Czas na powrót do bezpośredniej komunikacji, do szyfrowanych sieci, do niezależnych wydawnictw i lokalnych grup dyskusyjnych. Musimy stworzyć alternatywną infrastrukturę informacyjną, której nie da się wyłączyć jednym kliknięciem w kalifornijskiej czy pekińskiej serwerowni.
Drugim krokiem jest radykalna higiena cyfrowa. Świadome odrzucenie sensacji, bojkot mediów żywiących się nienawiścią i polaryzacją, a zamiast tego wspieranie rzetelnego, niezależnego dziennikarstwa śledczego. Prawdziwa suwerenność zaczyna się w umyśle – w odmowie uczestnictwa w spektaklu strachu. Kiedy odmawiamy nienawiści wobec drugiego człowieka tylko dlatego, że podsunięto nam taki algorytmiczny skrypt, system traci swoją niszczycielską moc.
Kairos to termin, który w starożytnej Grecji oznaczał „właściwy”, „odpowiedni” lub „najlepszy” czas na działanie. Ten krytyczny, ulotny punkt zwrotny, w którym los stwarza okazję, nadszedł Teraz. Czasu mamy dokładnie tyle, ile potrzeba na przeciwstawienie się cyfrowej manipulacji i zmobilizowanie intelektualnych sił cywilizacji doskonałości, czyli prawdziwej spuścizny cywilizacyjnej Zachodu i całego świata.
Prof. W. Julian Korab-Karpowicz
Julian Korab-Karpowicz jest profesorem Wyższej Szkoły Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki w Warszawie oraz autorem wielu książek, w tym monografii Realizm polityczny: Ewolucyjna teoria stosunków międzynarodowych (Scholar 2026).
Rosyjski minister spraw zagranicznych skomentował oświadczenia niemieckiego rządu, nazywając niemieckie oskarżenia dotyczące drona w Lipsku początkiem prawdziwej wojny. Były to jak dotąd najdobitniejsze słowa, jakie Moskwa skierowała do Berlina.
Anti-Spiegel 6 wrzesień 2026
Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow w wywiadzie dla agencji informacyjnej „Wiesti” odniósł się do oskarżeń Niemiec i UE wobec Rosji w związku z incydentem z dronem w Lipsku, określając decyzje niemieckiego rządu jako początek prawdziwej wojny:
„Znaleźli jakiegoś drona na lotnisku w Lipsku. Powiedzieli, że to rosyjski dron, ale nikt tego nie zbadał. W gruncie rzeczy to początek prawdziwej wojny. Usunęli konsulat generalny w Bonn i ogłosili zerwanie umowy. Zamykają Dom Rosyjski w Berlinie. Przypominam, że Niemcy zamknęli również swoje placówki dyplomatyczne przed wybuchem II wojny światowej, Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”.
Określił taką grę jako „absolutnie niedopuszczalną” i dodał:
„Nie sądzę, żeby to wymagało wielu wyjaśnień. Oni znowu chcą wojny”.
To charakteryzuje sposób, w jaki polityka niemieckiego rządu i UE jest odbierana i interpretowana w Moskwie. I nie ma żadnych sygnałów z Europy, które wskazywałyby na coś innego.
Kiedy myślimy o tym, co to oznacza dla przyszłości, słowa Ławrowa wydają się szczególnie trafne: Nie sądzę, żeby to wymagało wielu wyjaśnień.
Tropienie analogii jest zwodnicze, ale w sumie pożyteczne. Zwodnicze, bo się trzeba zastrzegać coraz to, że są jakieś różnice, gdyż należy umysłom prostolinijnym, w tym własnemu, tłumaczyć, żeby nie przekładał wszystkiego dosłownie. Pożyteczne to jest nie tylko dla gimnastyki umysłowej, ale głównie po to, że widząc pewne analogie wobec zdarzeń już byłych można z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć rozwój wypadków zdarzeń przyszłych. Tak samo jest z analogiami związanymi z migracją. Tą zachodnią i naszą, polsko-ukraińską.
Migracyjne przygody Zachodu
Najpierw zaczniemy od postawienia pewnej tezy, w oparciu o znane fakty. Mamy do czynienia na Zachodzie z różnorakimi falami migracyjnymi. Wszystkie one mają dwa uzasadnienia – jedno fałszywe, wykorzystywane do tego, by uzasadnić to prawdziwe, choć skrywane. Na razie mówimy o Zachodzie, później poszukamy w tym względzie analogii u nas.
Potrzeby migracyjne Zachodu były uzasadniane słabnącą demografią, zwłaszcza Starego Kontynentu oraz wstydliwym sekretem zachodniego dobrobytu – nie wszystkim się chce pracować, a zwłaszcza wykonywać prac niegodnych, gdy trzeba obsługiwać innych, czy sprzątać po nich. Po prostu „pany” europejskie nie chcą się już schylać, nie po to budowały swoje bogactwo, często wiekami łupiąc inne nacje, by teraz zamiatać, podawać do stołu czy wymieniać baseny przy łóżkach szpitalnych.
To był wstydliwy szczegół, zaś migracyjne potrzeby tłumaczyło się bardziej kwestiami wymierania, niż tego, że potrzeba nam ludzi do robót brudnych, bo my już coraz bardziej na sutych emeryturach. Mówiło się o demograficznej zapaści, nieodnawialności pokoleń i tym, że nas coraz mniej, ale tak naprawdę chodziło o sprowadzenie całych nacji do nas tu obsługi. Tak było do mniej więcej lat dziewięćdziesiątych. To była oficjalna wersja, ale powoli stająca się coraz bardziej fałszywą.
Demografia jako element destrukcyjny
Wszedł bowiem na pełnej petardzie aspekt kulturowy w wykonaniu globalistycznym. Mieliśmy ideolo multi-kulti, że „wszystkie kultury nasze są”, nie ma lepszych czy gorszych. Ale tu od razu był zgrzyt – nikt nie mówi (no, może niewielu) o tym które kultury są lepsze, czy gorsze, ale chodziło o to, że – przynajmniej według Feliksa Konecznego – dwie kultury nie mogą długo koegzystować bezkonfliktowo, a na dłuższą metę – nigdy. Projekt ideologiczny znacznie poprzedził realne fale migracyjne, ale i przygotował tzw. podglebie pod przyszłe fakty. Kiedy pierwsze łodzie ochoczo wypłynęły na zapraszające zawołanie kanclerki Merkel „Wir schaffen das!” wszystko na brzegu było już gotowe. Projekt globalistyczny, który jest w rezultacie rewolucyjny jak żaden inny, nanizywał na sznurek nowego wspaniałego świata destrukcyjne koraliki, jeden po drugim. Jednym z ważniejszych koralików była i jest dezintegracja państw narodowych, a cóż lepiej temu może służyć, niż kulturowa wojna pomiędzy migrantami o innej kulturze a tzw. goszczącymi, choć często bez udziału, lub nawet wbrew, tych goszczących woli?
Migracja, a właściwie jej bezwarunkowa akceptacja przy zaniku tu polityki wielu państw, była uzasadniana humanistycznie, czasami ekspiacyjnie – chociażby za kolonialne zbrodnie przodków danego goszczącego kraju. Te były unurzane we wstydzie za przemoc i wyzysk jakichś tambylców uprawiany pod pretekstem cywilizowania, a zwłaszcza pod pretekstem religijnego nawracania. Namnożyło się więc przewin sprzed wieków, które wciskane ludowi goszczącemu przez procesy globalizacyjne wywoływały u niego poczucie uzasadnionej winy i chęć rekompensaty. Pług migracyjny przeorał miedze spoistości narodowych i etnicznych, osłabił integralność demograficzną i kulturową. Przodowało w tej orce lewactwo, jako ideologia uzasadnienia nie tylko odkupienia klasowo-rasowych przewin, ale i realizacje misji zbawienia przez bożka równości. Nie od dziś mamy do czynienia tu z mariażem dotychczas sprzecznych intencji globalistycznego kapitału i lewackiej ideologii. Cele globalistyczne realizuje się pod sztandarami lewicowymi, gdyż przesłanie globalistów wprost (nie będziesz miał nic i będziesz szczęśliwy) jest raczej niestrawne. Prędzej lud o farbowanych włosach nabierze się na bajki o równości i inkluzywnym odkupowaniu win rodziców, twórców systemowego suprematyzmu.
Demograficzna dyskryminacja pozytywna
Do tego doszły dwie kwestie wynikające z zasady dyskryminacji pozytywnej: pierwsza – narracyjna, że o migrantach nie można złego słowa powiedzieć. Druga – ważniejsza -, że ta nierówność zaczęła przeciekać nie tylko do procedur policyjnych ale i linii orzeczniczych sądów. Powstały dwie kategorie ludzi – goszczący i goście, z tym, że goście zaczęli mieć lepsze prawa niż gospodarze. Po prostu destrukcjonizm globalizmu dołączył do swego instrumentarium kolejny aspekt – rozpadu integralności narodu. W sensie narracyjnym widzimy to na przykładzie takiej Wielkiej Brytanii jak w soczewce. Na Wyspach siedzi za „mowę nienawiści” więcej ludzi niż w Rosji czy na Białorusi. Stworzono pojemny worek pojęciowy, procedury policyjne do łowienia i linie orzecznicze do skazywania głównie za kwestionowanie efektów polityki (bo samej polityki nie ma) migracyjnej. W mediach nie uświadczysz nic krytycznego na ten temat, nawet tożsamości narodowe, a więc i imiona sprawców wypadków są skrywane, co kuriozalnie – właśnie przy takiej anonimizacji powoduje skutek odwrotny – każdy wtedy „wie” kto, a właściwie jaka ukrywana rasa, dopuściła się występku.
To narracja, zaś gorsze jako się rzekło, staje się nierówne traktowanie cudzoziemców przez policję, prokuraturę i sądy. Przykład Polaka (Henry’ego Nowaka) zasztyletowanego w Anglii pokazuje jak to się kończy. Wystarczyło tylko, że pigmento-pozytywny morderca wskazał na rasistowski kontekst zachowań domniemanego agresora, a już policja zakuła zasztyletowaną i umierającą ofiarę. Myślicie, że ktoś za to beknął? Nawet nie wiadomo co się dzieje ze sprawcą. W sądzie doczeka się pewnie pobłażliwego traktowania, wszak to też ofiara naszego przecież systemowego suprematyzmu. My, biali wszystkiemuśmy winni. I nie można nic powiedzieć, bo z drugiej strony pilnuje wszystkiego całkiem już więzienny kaganiec cenzury i bańka się domyka.
Do tego dochodzi gargantuiczny wręcz socjal, preferencje w szkolnictwie czy dostępie do służby zdrowia i rodzą się dwie klasy. Proces ten trwa dość długo, by z jednej strony się już sprzykrzyć, ale i z drugiej strony wyprodukować całe pokłady samobójczej akceptacji. Nawet na poziomie głosowania za ugrupowaniami, które sprowadzają bezpośrednie zagrożenie na nasze domy i najbliższych. Widać to na zachwyconych, czy tylko zdziwionych, filmikach gości z Zachodu, którzy na polskich ulicach dziwią się, że tu można (jeszcze?) chodzić samotnie dziewuszce po nocy, ulice są czyste i nikt ci nie wchodzi na posesję, by cię obrabować, czy tylko się wysikać. Migracja stała się tematem politycznym, grupującym ludzi, którzy mają już tego dość, ale ten dekiel jest mocno przytwierdzony do gara poprawności – co prawda w takich wypadkach ciśnienie tylko rośnie, ale nie ma się co cieszyć, bo jak gar walnie, to w całości.
Polskie analogie
I teraz pora na naszą, polską analogię. My też tak my, ale od niedawna. Gościmy u siebie Ukraińców w dużej mierze od początku transformacji, ale ważne są dwie fale. Jedna – z kulminacją po 2014 roku i tzw. pierwszej wojnie ukraińskiej, miała charakter stricte zarobkowy. Nikt tu do nas stamtąd nie przyjeżdżał owinięty we flagi cierpienia, a tym bardziej roszczeń. Ta fala była nastawiona na asymilację, chciała się wtopić w polski żywioł. Ta emigracja jest najbardziej wroga, bardziej niż polskie ksenofoby, w stosunku do… drugiej fali ukraińskiej migracji, tej po 2022 roku. Ci pierwsi uważają, że ta druga fala psuje im cały dorobek, już nawet nie materialny, ale kapitał akceptacji przez Polaków. Roszczeniowe postulaty drugiej fali stają w sprzeczności w sumie z dezerterskimi motywacjami ich tu pobytu, zaś ostatnie wypadki, kiedy nabrały już charakteru otwarcie wrogiej ideologii banderyzmu, spowodowały, że konflikt polsko-ukraiński rozkwitł w formie wielkiego wora, gdzie obie strony wrzucają niewinnych Ukraińców, którzy po prostu chcieli sobie w Polsce ułożyć życie, a nie przynosić do Polski roszczenia w postaci rachunków krzywd, w dodatku zmyślonych przez kijowskich cwaniaków.
Kiedy na konferencji poświęconej Obronie Cywilnej rozmawiałem z wysoko postawioną mundurową Ukrainką i zeszło nam na banderyzm, dowiedziałem się, że nie ma na Ukrainie żadnej innej idei, która by zagoniła lud do okopów. Po prostu – państwo ukraińskie, jak słyszymy o grubo ponadtysiącletniej historii – nie dorobiło się żadnego innego etosu, niż idea czystości rasowej wolnej od historycznych ciemiężców. A więc ideologia banderyzmu jest używana taktycznie do mieszania ludowi okopowemu w głowach. By tam siedział i walczył, bo przecież powiedzenie mu, że walczy o dobrostan oligarchów mogłoby nie wywołać już takiego entuzjazmu. A jako, że mamy i w Polsce takich polityków (i to nie tylko mowa o Janie Marii Rokicie), którzy uważają, że na Ukrainie może rządzić i sam diabeł, byleby walczył z Rosją, to czemu się dziwić, że sami Ukraińcy używają tego do zaganiania do okopów kolejnych dostaw mięsa armatniego.
Order jako przełom
My z Ukraińcami, zwłaszcza po roku 2022 weszliśmy w wydeptane buty Zachodu. Wszystko jest takie samo – najpierw, do afery z Orderem było po zachodniemu. Pełna zgoda polityczna, preferencje socjalne, medyczne, szkolne, mieszkaniowe, daleko przekraczające wsparcie państwa wobec jego obywateli. Pełna na to zgoda w mediach i ławach sejmowych. Coś bąkała Konfederacja, ale nieśmiało, ośmielił ją dopiero Braun. Teraz „pożyczają” od niego na prawicy wszyscy, choć wielu – tak jak PiS – sami przyłożyli rączki do procesów, nad którymi dziś wylewają krokodyle łzy.
Przełom ukraińskiej omerty nastąpił z powodu afery z odebraniem Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Tu pękła zmowa milczenia, już nawet nie chcę spekulować czy przypadkiem, czy po prostu PiS zobaczył z badań, że dalsze brnięcie w „sługi Ukrainy” podrzuca wyborców już tylko Braunowi, Nowogrodzka zdecydowała się otworzyć zatrzaśniętą dotąd tzw. „puszkę z Pandorą”. Tak czy siak mleko się rozlało i można było o tych ukraińskich przypadkach mówić, choć tylko – uwaga – w sferze pamięci historycznej. Bo w pozostałych kwestiach jest po staremu – tu oba plemiona służą na wyprzódki. Prapremier Czarnek tylko się zająknął o jakiejś ekwiwalentności pomocy dla Ukrainy i już musiał w przysiadach czyścić dywanik na karnym ochrzanie na Nowogrodzkiej.
Jedziemy po zachodniemu z małym wyjątkiem na to, że u takiego Niemca, to o innoziemcach może mówić źle tylko AfD, a u nas parę partii i telewizji, zaś w Anglii to w ogóle. Ktoś powie, że przecież tam na Zachodzie mamy do czynienia z konfliktem kulturowym, bo to inne ludy, inne kontynenty, inne kultury. My zaś mamy na głowie Słowian, z pewnym potencjałem jeśli już nie asymilacyjnym, to chociażby integracyjnym. I tu natrafiamy na pewien fenomen. Nasza kultura jest krańcowo odległa od ukraińskiej. Nie tylko dlatego, że to kultura turańska, a my jesteśmy łacińska, ale dlatego, że jest… gorzej.
Kwalifikacja Feliksa Konecznego wymaga tu pewnego omówienia.
[Sprostuję poniższe: Feliks Koneczny widzi na wschód od Polski nie cywilizację turańską, lecz potworną mieszankę cywilizacyj, czyli „kołobłęd” atrocinium magnum. I tak to jest. MD]
Kiedy słuchałem wykładu profesora Osadczego zorientowałem się, że nie jest tak do końca prosta ta turańskość Rosjan czy Ukraińców. Tam jest bardzo duży ładunek nihilizmu kulturowego, braku innych niż darwinowskie norm. Kto kogo, jak nie kopiesz – jesteś kopany, przed władzą nie fikaj, ta sama się wybiera – masz dwie drogi: bierność, albo ryzykowana walka o awans w strukturze wręcz mafijnej. Turanie to jednak jakaś kultura materialna, zaś tu nie buduje się niczego, Boga nie ma, życie pozagrobowe nie istnieje, a więc walczymy pazurami o materialną doczesność. I nie jako społeczeństwo, ale dostęp do szajki, która nim rządzi. Tak tam jest na wschodzie, za naszymi granicami. Nota bene –, żeby tu nie podbijać sobie bębenka, my zmierzamy w tempie stachanowskim w tym samym kierunku. Kulturowo nie mamy więc na razie prawie żadnych punktów stycznych, jesteśmy tak daleko od siebie jak sub-saharyjczyk od Hiszpana czy Belga.
Migracja jako kolejny dzielnik Polaków
Jak się zastrzegłem na początku – przyglądniemy się tutaj pewnym analogiom. Tak jak na Zachodzie kwestia migracji została użyta do celów politycznych, tak samo stało się i w Polsce. Wybrzmiało to oficjalnie właśnie po aferze z orderem. Ja się zastanawiałem – tu mnie chyba znowu przyćmiło, bo sprawa była prosta – jak z tego wyjdzie Tusk, ale okazało się, że samo zastanawianie się nad tym tematem dowodzi spadku mojej formy umysłowej. Przecież to proste – temat został wrzucony pomiędzy bieguny wojny polsko-polskiej, jak wszystko w tym kraju. Nie mogło być inaczej.
Tak jak na Zachodzie, tak i w Polsce, sprawa migracji od razu ładnie podzieliła społeczeństwo na część godną i cywilizowaną oraz na tę czarnosecinną i niegodną. I nie stało się to mimochodem, tylko w ramach przemyślanej operacji komunikacyjnej. Linia podziału została z premedytacją sfastrygowana nitką przemocy (niechby i słownej) wobec biednych Ukraińców. Przeciekło – vide Zachód – i do nas to inne traktowanie procedur policyjnych wobec Ukraińców, inne traktowanie w sądach. Nie tylko w przypadku przestępstw w wyniku konfliktów rasowych, ale przestępstw pospolitych w ogóle.
Ostatnie rewelacje ogłaszane przez ministra Żurka, że powołał ponad setkę prokuratorów do ścigania aktów przemocy wobec Ukraińców wpisuje się w zachodnie trendy. Nic tu nie mamy nowego, tyle, że przed aferą z orderem niby ani Polacy gremialnie nie bili Ukraińców, ani Ukraińcy nie bili Polaków. Wszyscy się kochali, a teraz jakoś przestali? Figę prawda – po prostu dęty problem znowu służy do dzielenia Polaków i zbieraniu pod flagą mniemanej przyzwoitości kolejnych wzmożonych zastępów pożytecznych ukrainofilów. Ale państwo się tu będzie srożyć w realu, tak jakby nie miało ważniejszych tematów niż ochrzanione prowokacyjne dziewuszki z autobusu.
Przy analogii z Zachodem mamy tu też podobną kwestię jak z AfD czy innymi partiami antysytemowymi. Migracja robi się naczelnym problemem i stanowi najpoważniejszy, bo powszechny problem establishmentu z ludem. Agenda migracyjna, tak jak klimatyczna, są wciąż w realizacji, przynajmniej europejskiej. Tu się nie odpuszcza, będą tylko zagadywać. A objawy tej polityki nasilają się, zwłaszcza po hiszpańskiej pokazówie w Ceucie, gdzie lud wziął sprawy w swoje ręce, za co ostrzelała go, tego ludu, policja. Wokół migracji będą narastały zrozumiałe i proste w przekazie partie polityczne, niechby nawet nazywane populistycznymi. Zobaczymy jak to będzie u nas – bo na razie problem jest w dużej mierze „tylko” ukraiński, zaś zaraz po wyborach – co za przypadek – otworzy się pakt migracyjny i do ukraińskich problemów dojdzie masówka CIC (Centrów Integracji Cudzoziemców), w tym centrów rozproszonych, gdzie ludek migracyjny będzie rozwodniony po okolicy, by nie drażnić obozowością, zaś będzie się spotykał jedynie na imprezach integracyjnych. Ot, żeby pogadać jak się żyje, wymienić know-how na temat kolejnych form socjalu i podzielić rachunkami krzywd ze strony goszczących, lub wysunąć kolejne roszczenia.
Pamiętacie?
Jest jeszcze jedna sprawa, tu sam siebie zacytuję z czerwca 2020 roku z mojego „Dziennika Zarazy”. Wpis z 4 czerwca: „Facet zachodzi ją z boku i nagrywa. Jest sama na chodniku. Zatrzymuje ją. Dziewczyna się boi. Facet mówi, że jest z „Black Lives Matter” i jego szef (tak, CEO, mówi o swej organizacji jako o firmie, w której pracuje) kazał mu zaczepiać takie osoby jak ona, by dać im szansę na kolanach przeprosić za swoje białych przywileje w duchu solidarności z gnębionymi czarnoskórymi (nie mogę użyć słowa na M z czytanki, bo mi Youtube nie puści). Dziewczyna klęka i przeprasza. Nie wiem czy dlatego, że się boi, czy dlatego, że tak myśli. A może tak myśli, bo się boi?
Ta dziewczyna to Ameryka. Na kolanach, przestraszona, bo widzi na ulicach i ekranach co z białymi robią obrońcy praw czarnoskórej… większości. A jeśli nie jest przestraszona, to co najmniej biorąca na siebie winy pra-pra-pra-ojców za zniewolenie czarnoskórych Afrykanów sprzed 200-300 lat. W Ameryce całe seriale takich ekspiacji: żołnierze Gwardii Narodowej i policjanci z jednostek szturmowych klęczą przed Afroamerykaninami i proszą o wybaczenie, całe rzesze zbierają się na ekspiacyjnych spędach i na kolanach błagają o zbawienie od grzechów swych supremacyjnych praojców. A paru czarnoskórych, stoi i patrzy się z satysfakcją na samoponiżenie swoich byłych panów. Zbiorowa histeria.”
Brzmi kuriozalnie, ale to fakty sprzed nieledwie sześciu lat. Tak sobie poczynało Black Lives Matter. „Myśmy wszystko zapomnieli…”, co? Teraz ci sami ludzie w Stanach mijają się na ulicy, zaglądają sobie po sąsiedzku przez płoty. Wcześniej zmuszani do lizania butów czarnoskórym kolegom z klasy czy sąsiadom. Jak się teraz żyje w USA po takiej zbiorowej ekspiacji? Nie wspominam o tym dla wątpliwej satysfakcji z zagonienia się Zachodu do kąta. Nie.
ULM
Uważam, że mamy wszelkie podstawy do powstania w Polsce ruchu Ukrainian Lives Matter. Wszystko jest jak wtedy w USA – pretensje do polskich praojców za okupowanie „odwiecznych ziem ukraińskich”, traktowanie z góry przez Lachów i są też, jak w Ameryce… grupy chętnych wzmożonych do klękania i lizania butów ofiar. I możemy mieć dużą chęć, jak domniemywam, naszych gości do takich form powetowania sobie za wmuszane poczucie wyższości „polaczków”, którzy ich nie szanują, używają do robót niechcianych i nie widzą ich (zdalnego) wysiłku zbrojnego w walce przecież o waszą, Lachów, wolność na polach Ukrainy.
Mamy tu wszystko na tacy, nawet widać potencjalnych przywódców, sponsorów i media wspierające. Brakuje jednego – Floyda. Pamiętajmy, że BLM zaczął się od uświęcenia ofiary, na którą wybrano porno-przestępcę, naćpanego męta, który terroryzował ciężarną kobietę przykładając jej pistolet do brzucha. Widać z tego, że ofiarą wyświęcająca cały ruch może być dosłownie każdy, nawet najgorsza szumowina. Wystarczy, że mu się coś przydarzy, a takie rzeczy można i zorganizować, jeśli tylko każą na siebie długo czekać.
Nieodwzajemniona miłość
Ostatnio, po aferze z Orderem, Kijów brał po uwagę dwa warianty reakcji. Umiędzynarodowienie kwestii „fali” przemocy wobec Ukraińców w Polsce – miano nas skarżyć do Unii i do trybunałów od praw człowieka, że u nas biją Ukraińców. Druga frakcja w Kijowie opowiadała się za dialogiem, to znaczy działaniami dyplomatycznymi i powołaniem grup roboczych od gadania o niczym. Wybrano układ hybrydowy – oficjalnie Kijów wzmógł narrację ofiary, jednak łaskawie spraw nam nie wytoczył. Podobno obawiano się, że jak dojdzie do skarg i procesów międzynarodowych to się Polacy wkurzą i realna pomoc, a nie pitolenie o historii, się skończy. Zaniechano więc dalej idących kroków.
Wydaje mi się jednak, że Ukraińcy przeceniają naszą możliwą reakcję. Nie ma takich możliwości, łącznie z międzynarodowymi skargami na Polaków, że się krzywo patrzą, by Polska przestała pomagać Ukrainie. Będziemy jej pomagać, nawet jak zrobi wszystko, żebyśmy przestali. Dla jej dobra i naszego, by ruskie tanki nie stały nad polskimi granicami.
Ukraino, tak cię kochamy, że nigdy nie przestaniemy, nawet gdybyś nas nienawidziła (o co małodusznie cię podejrzewamy). Mamy taką cwaną politykę, że nie masz na to rady – będziemy ci pomagać. Jesteśmy nieodrodnymi dziećmi Albina Siwaka, jedynego robotnika z KC PZPR, tego który przeprowadzał staruszki przez ulicę, nawet jak tego nie chciały.
[A to był mądry i odważny człowiek, tylko żydostwo tak go ośmieszało M. Dakowski]
Nie zmienia to oczywiście paradygmatu dzisiejszej ochlokracji: „polskość to nienormalność”, lecz jest wyrazem niepokoju i zatroskania o dalsze wspieranie środowiska nazywanego przez Stanisława Michalkiewicza „Volksdeutsche Partei”.
Na pewno nie można mieć pretensji do Donalda Tuska o użyte słowo “trochę”, tym bardziej, że podobnych przypadków z moralną i intelektualną dysfunkcją jest w KO zdecydowanie więcej niż “trochę”, a gwoli zobrazowania sytuacji możemy nawet użyć słowa – zatrzęsienie.
Funkcjonariusze partyjni z KO nie lubią AfD, co nie jest oczywiście powodem do potępienia, ale za to sympatyzują z niemiecką neokomuną praktykującą unijny faszyzm oraz wspierają, okradając Polaków, ukraiński banderyzm w skali większej niż „trochę”. [patrz obrazki poniżej…]
Niepokój wybitnego post-europejskiego polityka, jakim jest bez wątpienia idol Olaków, jest uzasadniony. Powód do niepokoju mają również inne środowiska lewicowe. Tam, gdzie AfD ma wpływy, tam dotacje na lewicę w Polsce mogą zostać nadwyrężone lub skasowane. Na pewno nie wszystkie, bo przypomnijmy: nie jest to formacja przyjaźnie nastawiona do Polaków.
Nazwa restauracji może budzić skojarzenia. Temat rozmowy również, tym bardziej, że głębia strategiczna towarzysząca pytaniu „Jak długo jeszcze będzie umierać Polska”, kryje w sobie wiele wariantów.
– Jak długo? Jak długo jeszcze mamy czekać ? – polityk prawie wykrzyczał swoje pytanie.
– Nie wiem, naprawdę nie wiem – Odpowiedział Szarlatan. Na jego kostropatej twarzy pojawił się dodatkowy grymas znużenia. – Nie wiem… przystawiliśmy pijawki…
– No i co z tego?! – wybuchł po raz drugi polityk – pytam jak długo?
– Przystawiliśmy pijawki – kontynuował Szarlatan – z zachodu i wschodu, a całkiem nowa porcja czeka na transport z Afryki. Może… – zawiesił głos.
– Co „może”?
– Może trzeba będzie dodatkowo upuścić krwi, o wiele więcej niż zazwyczaj – dodał Szarlatan.
– Tym akurat zajmie się nasz… polityk przez chwilę szukał odpowiedniego słowa – nasz przyjaciel.
– A to… nie powinno pana interesować – ton głosu polityka stał się wyjątkowo nieprzyjemny. Po chwili milczenia zadał kolejne pytanie – co jeszcze możemy zrobić?
– Dezintegrujemy, wprowadzamy chaos i strach, oddzielając jeszcze bardziej głowę od emocji i od tułowia. Głowa już w tej chwili nie kontroluje wgranych przez nas odruchów warunkowych… poza tym, od nowego roku planujemy nową szczepionkę…
– Co tam się dzieje? – rzucił niespodziewanie polityk do asystentki, wskazując na drugi, pogrążony w cieniu kąt Restauracji.
– Co tam się dzieje? – spytała asystentka przywołanego ochroniarza
– Informuję, że pani minister się gzi.
– Jak to się gzi? Z kim? – polityk nie krył zaskoczenia
– Nie wiem. Sprawdzić?
– Tak… czekaj! Nie teraz, potem … o czym to my… – zwrócił się do Szarlatana – to chyba byłoby na tyle. Za tydzień, w tym samym miejscu.
Szarlatan wstał, kiwnął głową i odszedł w milczeniu
– Jak on się nazywa? – spytał polityk, zwracając się do asystentki
– Szarlaten – odpowiedziała asystentka
– Jak? Szarlaten czy Szarlatan?
– Szarlaten – powtórzyła asystentka. – Tak jest w papierach.
– A kto robił kwerendę? AI? – spytał ironicznie polityk.
– Proszę wybaczyć, szefie, ale jaka to różnica? – odpowiedziała asystentka
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 6 września 2026 michalkiewicz
Powoli wakacje – również parlamentarne – dobiegają końca. Przed nami jeszcze rocznicowe uroczystości, związane z podpisaniem porozumień gdańskich między strajkującymi i rządem, no i oczywiście – z rocznicą wybuchu II wojny światowej, która rozpoczęła się od napaści Związku Ra… – ach, co ja piszę takie rzeczy! Nie od napaści Związku Radzieckiego, bo ten „wkroczył” (warto zwrócić uwagę, że Armia Czerwona na nikogo mnie napadała, tylko albo „wkraczała”, albo „wyzwalała”) – tylko od napaści na Polskę Niemiec – naszego obecnego sojusznika.
Jeśli chodzi o rocznicę słynnych „porozumień”, to warto przypomnieć, że wszystkimi wielkimi strajkami w roku 1980 kierowali tajni współpracownicy, jak nie Służby Bezpieczeństwa, to wywiadu wojskowego. W Gdańsku – Kukuniek, w Szczecinie – Marian Jurczyk, a w Jastrzębiu-Zdroju – Jarosław Sienkiewicz – i stosowne porozumienia też podpisali. Czy ten wątek zostanie w tegorocznych obchodach wyeksponowany, czy też pominięty, jako tak zwany „wstydliwy zakątek”? Myślę, że nikt tego wątku eksponował specjalnie nie będzie, bo to rzuciłoby cień na naszą młodą demokrację, skłaniając do podejrzeń, że jest ona podszyta bezpieczniakami, którzy również po sławnej transformacji ustrojowej na przełomie lat 80-tych i 90-tych, nadal stanowią najtwardsze jej jądro, ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Podobnie może być z obchodami wybuchu II wojny światowej, Jak wiadomo, jest rozkaz, że wywołali ją „naziści”, który najpierw okupowali Niemcy, a potem – resztę Europy. Dzisiaj oczywiście o żadnej „okupacji” mowy być nie może, bo dzisiaj Europa „jednoczy się” dobrowolnie, chociaż niestety nie cała, bo są tu i ówdzie kraje, które sypią piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów. Weźmy taką choćby Islandię, która nie tylko nie zagłosowała za Anschlussem, ale nawet sprzeciwiła się wszelkim negocjacjom na ten temat.
U nas coś takiego jest uważane za straszliwą myślozbrodnię, Niebu obrzydłą i Grzegorz Braun, m,in. z tego powodu ciągany jest po prokuraturach i niezawisłych sądach, a tu proszę – Islandia odmówiła nawet negocjowania warunków Anschlussu i nikogo z tego powodu nie umieszczono nawet w areszcie wydobywczym. Daleko z tolerowaniem takiej samowolki nie zajedziemy, bo jak tak dalej pójdzie to masy ludowe mogą sobie pomyśleć, że z tą demokracją to wszystko naprawdę, podczas gdy przecież wiadomo, że prawdziwa demokracja jest wtedy, gdy większość podejmuje decyzje jedynie słuszne. A które decyzje są jedynie słuszne? To proste, jak budowa cepa: jedynie słuszne są te decyzje, za którymi opowiada się Judenrat i stare kiejkuty.
Szkoda, że ten wątek nie został wyeksponowany na obydwu konkurencyjnych piknikach; tym w Olszynie, zorganizowanym przez Volksdeutsche Partei i tym w Juracie, któremu patronował pan prezydent Karol Nawrocki. W związku z tym uwagę opinii publicznej przyciągały dwie rzeczy – po pierwsze – gdzie przyjechało więcej młodzieży i jakie towarzyszyły tym piknikom atrakcje. Piknik w Juracie ubarwił występ piosenkarza Skolima, przeciwko któremu zdrowe siły w partii podniosły, że śpiewa z niewłaściwego klucza, wskutek czego jego piosenek nie powinny słuchać dzieci. Nie wiem, czy śpiewał on tam swój przebój, że „rozkładam nogi twoje i biorę to, co moje”, czy też utwory bardziej umiarkowane – ale to nieważne, bo na pikniku w Olsztynie wystąpiła „Mery”, która w swojej piosence przechwalała się, że jest „suką”: „Koleżanki wege, a ja rzucam mięsem. Ujdzie mi na sucho, bo jestem suką”. Autorytety moralne próbują tłumaczyć, że jest to utwór „o poszukiwaniu miłości”. Wszytko to być może, bo „Mery” taktownie wystąpiła na estradzie nie na golasa, tylko w majtkach i biustonoszu – pewnie gwoli wyeksponowania swoich walorów intelektualnych – co stanowiło znakomite pendant do wystąpień dygnitarzy z vaginetu obywatela Tuska Donalda.
Obiecał on młodzieży, że obłoży ją podatkami – ale wszystkich przelicytował pan marszałek Czarzasty Włodzimierz, który powtórzył rozkaz Józefa Stalina: „ani kroku wstecz!” – oczywiście – przed „prawicą”. Potwierdził w ten sposób trafność przysłowia, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym potem trąci. Z kolei obywatel Tusk, najwyraźniej pod wpływem swobodnej atmosfery, przestał panować nad zaimkami i dał wyraz nadziei, że „we wrześniu” „musi mieć pewność”, że „nasi sędziowie” wejdą do Trybunału Konstytucyjnego. Trudno o lepszą ilustrację, że sędziowie dzielą się na „naszych” i jakichś takich nie naszych, a ci „nasi”, jeden przez drugiego, przechwalają się swoją „niezawisłością”, która w tej sytuacji oznacza całkowitą dyspozycyjność i zdolność do wszystkiego. Jakimi zaletami odznaczają się ci drudzy – nawet nie śmiem się domyślać – ale pewnie też zdolni są do wszystkiego.
A – jak pisałem – sezon łowiecki już się rozpoczął i dynamicznie się rozwija. Na razie prokuratura zgromadziła „twarde dowody” przeciwko prezesowi PKOl, panu Piesiewiczowi, którego w związku z tym niezawisły sąd – niewątpliwie „nasz” – w podskokach umieścił w areszcie wydobywczym pod pretekstem „obawy matactwa”. Ale jakie tu może być „matactwo” w obliczu takich „twardych dowodów”? Tajemnica to wielka – ale widocznie musimy zacząć się oswajać z sytuacją, gdy w walce o socjalistyczną praworządność będziemy co i rusz natrafiali na coraz to nowe tajemnice. Wszystko wskazuje na to, że w tym sezonie łowieckim pan prezes Piesiewicz jest zaledwie pierwszą zwierzyną na pokocie. Chodzi o to, że prezes Zondakrypto, świadek koronny obywatela Żurka Waldemara, pan Przemysław Kral, z bezpiecznego oddalenia w bezcennym Izraelu, będzie realizował społeczne zamówienia na rewelacje, zgodnie ze wskazówkami swoich pełnomocników: Wielce Czcigodnego Giertycha Romana i pana mec. Dubois. Na wszelki tedy wypadek, kandydaci na podejrzanych uwijają się wedle dostarczenia przykładów, że pan Kral futrował działaczy ponad podziałami. Na dowód czego pokazane zostało zdjęcie obywatela Tuska Donalda z koszulką Zondakrypto.
Jedynie pan Mateusz Morawiecki zachowuje w tej sytuacji spokój, oświadczając, że „niczego” się nie boi. I ja mu wierzę, bo skoro wykonuje trzecią część swojego zadania – obecnie w postaci neutralizowania PiS – to czy ze strony Volksdeutsche Partei, albo starych kiejkutów mogłoby spotkać go coś złego? Niechby tylko ktoś spróbował mu zaszkodzić, to zaraz przypomniano by mu, skąd wyrastają mu nogi. Skoro my to wiemy, to tym bardziej wiedzą to płomienni szermierze socjalistycznej praworządności – i dlatego pan Mateusz może w tym zamęcie zachować olimpijski spokój.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Wyciek informacji, nazwany przez niektórych „buntem generałów”, ujawnił, że garstka wysokich rangą dowódców amerykańskich formalnie sprzeciwiła się Hegsethowi, ostrzegając jednocześnie, że plany USA dotyczące Bliskiego Wschodu są nie do utrzymania.
„Bunt generałów” w Pentagonie w związku z wojną z Iranem: czterech wysokich rangą dowódców USA sprzeciwia się niekończącemu się uwikłaniu na Bliskim Wschodzie
Szefowie Dowództwa Europejskiego, Indo-Pacyfiku i Południowego, a także Szef Operacji Morskich, formalnie „nie zgodzili się” z naciskiem Sekretarza Obrony Pete’a Hegsetha, aby utrzymać ponad 50 000 żołnierzy na Bliskim Wschodzie — ostrzegając, że przedłużone rozmieszczenie jest nie do utrzymania i osłabia gotowość USA gdzie indziej, w tym w kraju. Sprzeciw został odnotowany w tajnej Księdze Rozkazów Sekretarza Obrony, o której jako pierwszy poinformował The Washington Post.
Ponad 50 000 żołnierzy USA pozostaje w regionie; niektóre jednostki mają pozostać do września, inne do 2027 roku. Dowódcy sygnalizowali wyczerpanie zapasów pocisków Patriot, THAAD i Tomahawk — a USA zużyły około jednej czwartej swojej floty dronów MQ-9 Reaper. Rzecznik Pentagonu, Sean Parnell, nazwał przeciek „zbrodnią” i „zdradą sił zbrojnych” – przyznając jednocześnie, że same zastrzeżenia są prawdziwe: „odmowy zgody są standardem… Sekretarz widzi je stale”.
Chaos na tym się nie kończy: Sekretarz Armii Dan Driscoll – sojusznik Vance’a, który pomógł ukształtować ścieżkę negocjacji rosyjsko-ukraińskich – właśnie zrezygnował ze stanowiska po miesiącach wojny o wpływy z Hegsethem.
Z powyższego artykułu WaPo, który ujawnił tę historię:
Jak twierdzą osoby zaznajomione z oceną przygotowaną niedawno dla szefa Pentagonu, kilku amerykańskich przywódców wojskowych poinformowało ministra obrony Pete’a Hegsetha, że przedłużanie zakrojonych na szeroką skalę operacji przeciwko Iranowi jest niemożliwe do utrzymania i grozi osłabieniem zdolności USA do stawiania czoła zagrożeniom w innych miejscach,w tym na terytorium USA.
Ostrzeżenia – wydane Hegsethowi przez dowódców armii, marynarki wojennej i sił powietrznych oraz czterogwiazdkowych dowódców nadzorujących operacje USA w Europie, Azji i Ameryce Łacińskiej – pojawiły się w wydaniu „Secretary of Defense Orders Book” (SDOB) z 14 sierpnia – twierdzą te osoby. Opisali oni tę ocenę w „The Washington Post” pod warunkiem zachowania anonimowości, ponieważ dokument jest tajny.
Jak widać powyżej, ostrzeżenia rzekomo pojawiły się w wewnętrznym tajnym dokumencie, a ich opisy są uważane za poważne przecieki, co doprowadziło Trumpa do szału:
Skupmy się jednak na najważniejszej części, która wiąże się z ogólną tezą, do której przejdziemy później:
W związku z tym Centralne Dowództwo USA, czyli kwatera główna odpowiedzialna za prowadzenie wojny z Iranem, przez wiele miesięcy utrzymywało w gotowości siły liczące ponad 50 tys. żołnierzy na wypadek, gdyby prezydent wydał rozkaz przeprowadzenia kolejnych ataków.
Stany Zjednoczone utrzymują w gotowości około 50 000 żołnierzy na wypadek kontynuacji wojny z Iranem, a najwyżsi rangą generałowie Pentagonu w zasadzie deklarują, że taki stan rzeczy jest nie do utrzymania, szczególnie po tym, jak amerykańskie bazy w Bahrajnie i innych miejscach zostały starte z mapy.
Szef Operacji Morskich, admirał Daryl Caudle, podobno jest jednym z głównych przeciwników. On sam oświadczył w tym tygodniu , że Marynarka Wojenna USA nie wróci do Bahrajnu w najbliższym czasie:
Marynarka Wojenna USA nie powróci wkrótce do Bahrajnu, a USS Theodore Roosevelt będzie kolejnym lotniskowcem, który rozpocznie służbę na Morzu Arabskim.Taką decyzję podjął w poniedziałek główny admirał Marynarki Wojennej podczas „światowego spotkania z marynarzami”, w trakcie którego poruszono również tematykę wynagrodzeń, zakwaterowania, opieki zdrowotnej, a nawet kosztów strzyżenia.
Jeśli chodzi o „brak zgody”, oznacza to, że generałowie nie zgadzają się z oceną Hegsetha, ale mimo to wykonają rozkazy:
Dowódcy Dowództwa Europejskiego USA, Dowództwa Pacyfiku USA i Dowództwa Południa USA, wraz z najwyższym rangą admirałem Marynarki Wojennej, odpowiedzieli w sposób określony przez SDOB jako „brak zgody” – twierdzą osoby zaznajomione z oceną, co oznacza, że nie zgadzają się z rozkazem sekretarza o rozszerzeniu swoich sił, ale mimo to go wykonają.
Ogólnie rzecz biorąc, ton dowództwa wojskowego jest taki, że trwająca juższeść miesięcy operacja przeciwko Iranowijest „zbyt intensywna i trwa zbyt długo” – powiedziała osoba zaznajomiona z oceną.
Stało się to zaledwie kilka dni po tym, jak sekretarz armii Dan Driscoll zrezygnował ze stanowiska z powodu nieporozumień z Hegsethem, zwłaszcza dotyczących „czystek” przeprowadzanych przez sekretarza obrony:
WASZYNGTON — Sekretarz Armii Dan Driscoll złożył rezygnację na ręce prezydenta Trumpa po miesiącach napięć z sekretarzem obrony Pete’em Hegsetem na temat kierownictwa sił zbrojnych i odsunięcia wielu wysokich rangą oficerów armii.
Oczekuje się, że opuści Pentagon w najbliższych dniach.
Po odejściu Driscolla w armii zabraknie czołowych cywilnych i wojskowych dowódców zatwierdzonych przez Senat. Generał Christopher LaNeve pełni obowiązki szefa sił zbrojnych od czasu, gdy Hegseth zwolnił swojego poprzednika, generała Randy’ego George’a. Mike Obadal, podsekretarz armii, byłby najwyższym rangą cywilem po odejściu Driscolla.
Choć na pierwszy rzut oka wygląda na spokojną, pod tą fasadą armia amerykańska, a zwłaszcza Marynarka Wojenna, zdaje się ulegać bezprecedensowemu rozkładowi. Kilka dni temu USS Lincoln zawinął do portu w Tajlandii, wyglądając jak żywcem wyjęte z kiepskiej karykatury sztucznej inteligencji:
Could not load video.
Podczas gdy Trump wykrzykiwał standardowe slogany o domniemanej porażce Iranu:
Porusza jednak ostatnią kwestię, do której nawiązaliśmy wcześniej. Trump najwyraźniej wierzy, że czas działa na korzyść USA i że kontynuując gospodarcze dławienie Iranu, Stany Zjednoczone mogą powalić ten kraj na kolana szybciej, niż same USA staną w obliczu jakiegokolwiek poważnego zagrożenia. Niektórzy krytykowali nasze relacje z wojny w Iranie, wskazując na ich stronniczość wobec Iranu i ignorując rzeczywisty wpływ blokady USA, która rzekomo wpędza Iran w kryzys gospodarczy, masową inflację, dewaluację waluty itp.
Pośród popularnych tzw. teorii spiskowych (z których wiele po trzech miesiącach staje się faktem), znajdujemy także tę o „Niebiańskiej Jerozolimie”. Koncepcja ta mówi, że politycy z Izraela, a także wpływowe na świecie lobby żydowskie, uznali, iż na dłuższą metę otoczonego przez wrogie państwa islamskie Państwa Izraela nie sposób utrzymać. Szczególnie przy spadku potęgi Stanów Zjednoczonych. W tej sytuacji „wiadome kręgi” miały podjąć decyzję o stworzeniu na Ukrainie państwa „zapasowego”, do którego będą mogli wyemigrować uchodzący z upadającego Izraela Żydzi. To miałoby też tłumaczyć poparcie przez państwa zachodnie Ukrainy w wojnie przeciwko Rosji: miałoby nie chodzić o poparcie dla Kijowa, lecz o dolewanie benzyny do toczącej się wojny tak, aby wyginęło jak najwięcej Ukraińców, a jeszcze więcej na trwale wyemigrowało. W ten sposób miałoby powstać wolne miejsce dla „zapasowego Izraela”.
Patrząc na tę koncepcję racjonalnie, rzeczywiście jest to teoria spiskowa i to zaliczająca się do takich, które nie wydają się być realizowalne i autentyczne. Nie oznacza to jednak, że przesłanki, na których powstała, są zmyślone. Raczej chodzi o znaczącą nadinterpretację i wyciągnięcie z realnych przesłanek zbyt radykalnych wniosków.
Przesłanką, na której opiera się idea Niebiańskiej Jerozolimy, jest znaczący wpływ w Kijowie polityków pochodzenia żydowskiego, a także finansowych oligarchów. Pośród polityków tworzących obecną elitę rządzącą i mających takie korzenie, których potwierdzenie znajduje się w poważnych źródłach (a nie w fejkach w Internecie), można wyliczyć: Wołodymyra Zełenskiego (prezydenta); Witalija Kliczko (mera Kijowa); Ołeksija Reznikowa (ministra obrony i wicepremiera, 2021–2023); Andrija Jermaka (byłego szefa Biura Prezydenta, 2020–2025); Irynę Mudrę (wicedyrektorkę Biura Prezydenta). Prawdopodobnie żydowskie korzenie ma także była premier Julia Tymoszenko, ale sprawę bagatelizuje i nie chce na ten temat nic mówić. W tym kontekście często pojawia się także Kyrylo Budanov (szef Biura Prezydenta Ukrainy), ale jest to prawdopodobnie plotka wynikła z jego filosemityzmu, którego wyrazem jest trzymana w gabinecie menora i udział w obchodzeniu Chanuki.
Rzeczywiście liczba znaczących politycznie osób mających żydowskie korzenie jest w tej elicie znaczna. Na niekorzyść teorii Niebiańskiej Jerozolimy przemawia fakt, że żadna z tych osób nie jest zaangażowana w propagowanie syjonizmu. Zwykle odwołują się do ukraińskiego nacjonalizmu czy neonazistowskiej symboliki (banderyzm).
Racjonalny rdzeń teorii o Niebiańskiej Jerozolimie tutaj wydaje się mieć swoje źródło: przeciętny Polak nie potrafi zrozumieć, dlaczego mający duże wpływy polityczne w Kijowie Żydzi popierają banderyzm, sprowadzają do Kijowa prochy nazistów z OUN i UPA, gdy w czasie wojny Żydzi – obok Polaków, Rosjan i Czechów – byli masowo i bestialsko mordowani przez banderowców? Teoria spisku wyjaśnia to, czego nie możemy racjonalnie zrozumieć i wytłumaczyć. Tyle że takie wytłumaczenie może istnieć, lecz z powodu zbyt małej wiedzy o polityce ukraińskiej znaczące elementy układanki nie docierają do Polski.
Emmanuel Todd w głośnej książce „Klęska Zachodu” (wyd. pol. 2025) zamieszcza mapę Ukrainy z podziałem na obwody i wyliczeniem, ilu z każdego z nich pochodzi znaczących polityków i oligarchów. Z zestawienia wynikają ciekawe obserwacje: z południowej rosyjskojęzycznej części kraju (zwanej przez Rosjan Noworosją) nie pochodzi praktycznie nikt i ta część państwa nie ma żadnego wpływu na politykę.
Zdecydowana większość elit politycznych pochodzi z części środkowej, czyli z Kijowa i okolic. Kijów z przyległościami sprawuje bezpośrednią władzę polityczną. Większość oligarchów (często także o żydowskich korzeniach) pochodzi z rosyjskojęzycznej Ukrainy wschodniej. To jest najsilniejsze lobby polityczne.
Z dawnej Galicji Wschodniej, czyli ziem byłej II RP (Lwów i okolice) nie rekrutuje się praktycznie nikt spośród członków elity politycznej i biznesowej.
Emmanuel Todd interpretuje te dane (moim zdaniem słusznie) następująco: wykorzystując zamieszanie po upadku Związku Radzieckiego, lokalna i peryferyjna dotąd elita polityczna Kijowa uzmysłowiła sobie, że oddzielając się od Rosji i konstytuując suwerenne państwo, uzyskuje dziejową szansę sprawowania władzy nie w samorządach, ale w państwie. Stąd hasło suwerennej Ukrainy.
Pomysł finansowo poparli oligarchowie, którzy jak ognia bali się Putina i możliwości rozciągnięcia przezeń swojej kontroli nad nowo powstałym państwie. Dlaczego? Bo widzieli rozgonienie nieposłusznych Kremlowi rosyjskich oligarchów. Putin kojarzył im się z porządkiem i końcem bezkarnego rozkradania ukraińskiej gospodarki (i zapewne było to skojarzenie zasadne). Dlatego oligarchowie zaczęli finansować polityków z Kijowa.
Dla tych ostatnich największym problemem był brak doktryny, ideologii czy choćby idei, dlaczego Ukraina miałaby być państwem oddzielnym od Rosji – idei nośnej społecznie, aby Ukraińcy zaakceptowali, że są oddzielnym narodem, a nie jakimś lokalno-etnicznym separatyzmem od imperium, w skład którego wchodzili przez setki lat. Potrzebowali ideologii uzasadniającej masom odpadnięcie od „Świętej Rusi”, ideologii na tyle nośnej, aby w razie czego Ukraińcy byli gotowi bić się zbrojnie o własne państwo.
I tutaj z odsieczą przyszli neobanderowcy ze Lwowa i okolic, ponieważ oni taką ideologię posiadali. Mieli historię, symbole, tradycję i całe uzasadnienie dla ukraińskiego separatyzmu. W ten sposób powstała dziwna konstrukcja: bezideowa ekipa polityczna z Kijowa (z licznymi osobami pochodzenia żydowskiego) zaczerpnęła od zachodniej części kraju szowinistyczną ideologię banderyzmu, oczyściła ją z elementów antysemickich, a całą operację wsparli oligarchowie biznesowi z rosyjskojęzycznej Ukrainy wschodniej, bojący się ukrócenia swojej „złotej wolności” przez Putina.
I oto cała konstrukcja staje się zrozumiała bez mitu Niebiańskiej Jerozolimy, który jest zdecydowanie na wyrost, acz przesłanki, z którego wyrasta, są rzeczywiste.
NCZAS.INFO | Śmigłowce Wojska Polskiego. Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: PAP
Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych poinformowało w niedzielę po południu, że prowadzi czynności sprawdzające w związku z podejrzeniem naruszenia przestrzeni powietrznej Polski przez niezidentyfikowany obiekt nadlatujący z kierunku Białorusi. Po godzinie 14.00 DORSZ wydał komunikat, że tym obiektem było stado ptaków.
„W związku z podejrzeniem naruszenia przestrzeni powietrznej Rzeczypospolitej Polskiej przez niezidentyfikowany obiekt nadlatujący z kierunku Białorusi, Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych, poprzez Centrum Operacji Powietrznych – Dowództwo Komponentu Powietrznego, prowadzi czynności sprawdzające” – poinformowało Dowództwo na platformie X.
Dodano, że w ramach weryfikacji zapisów systemów radiolokacyjnych w rejon skierowany został wojskowy śmigłowiec. „Prowadzone działania mają na celu potwierdzenie charakteru zarejestrowanego obiektu oraz wykluczenie m. in. możliwości, że zarejestrowany sygnał był efektem zjawisk lub anomalii meteorologicznych” – podkreśliło DORSZ.
Jednocześnie przekazało, że „w ostatnich godzinach nie obserwowano aktywności lotnictwa dalekiego zasięgu Federacji Rosyjskiej związanej z uderzeniami na cele znajdujące się na terytorium Ukrainy”. „Sytuacja jest na bieżąco monitorowana” – zapewniło DORSZ.
Rzecznik Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych podpułkownik Jacek Goryszewski, powiedział w niedzielę w Polsat News, że ograniczona została część przestrzeni powietrznej na wschód od Lublina, do granicy kraju.
Zaznaczył, że niezidentyfikowany obiekt wykryły polskie systemy radiolokacyjne, prowadzone działania mają na celu potwierdzenie charakteru zarejestrowanego obiektu, a także wykluczenie m.in. możliwości, że zarejestrowany sygnał był efektem zjawisk lub anomalii meteorologicznych.
Rzecznik prasowy Portu Lotniczego Lublin Piotr Jankowski poinformował w niedzielę PAP, że przestrzeń powietrzna jest zamknięta od godz. 12.45, ale częściowo. – Na razie nie ma to wpływu na planowane operacje lotnicze – zaznaczył. Jak dodał, odleciał samolot do Burgas; według rozkładu to godz. 12.15. Na godz. 14.30 planowany jest przylot samolotu z Warszawy.
Stado ptaków
Krótko po godzinie 14.00 Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych wydało komunikat, że tym „niezidentyfikowanym obiektem” okazało się… stado ptaków.
„Czynności sprawdzające dotyczące podejrzenia naruszenia przestrzeni powietrznej Rzeczypospolitej Polskiej zostały zakończone” – poinformowało DORSZ.
„W wyniku przeprowadzonej weryfikacji ustalono, że zarejestrowane przez systemy radiolokacyjne wskazania nie były związane z naruszeniem polskiej przestrzeni powietrznej. Ich przyczyną było duże stado ptaków, którego przelot został zarejestrowany przez systemy obserwacji przestrzeni powietrznej.”
„Nie odnotowano zagrożenia dla bezpieczeństwa przestrzeni powietrznej Rzeczypospolitej Polskiej.”
„Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych na bieżąco monitoruje sytuację, a podległe siły i środki pozostają w gotowości do realizacji powierzonych zadań.”
„Zerkało Niedieli” sprawdziło, ile ukraińskie siły bezpieczeństwa zarabiają na call center.
Jak podaje znany ukraiński tygodnik „Зеркало недели”, kwota ta wynosi ponad 24 miliony dolarów miesięcznie w zamian za m.in. ochronę przed przeszukaniami.
Na Ukrainie działa około 2000 fałszywych call center, a siły bezpieczeństwa zarabiają ponad 24 miliony dolarów miesięcznie, chroniąc połowę z nich, według ukraińskiej publikacji „Zerkało Niedieli”.
Według jego źródeł, ponad 1000 call center płaci miesięczną „opłatę abonamentową”, która gwarantuje im ochronę i pozwala uniknąć przeszukań. Środki są rozdzielane między agencje, w tym przedstawicieli Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, Głównego Zarządu Wywiadowczego, Policji Narodowej, Prokuratury, Służby Monitoringu Finansowego i Państwowej Straży Granicznej.
W publikacji zauważono, że miesięczna opłata za każde call center [centrum kontaktów z klientami] wynosiła wcześniej ponad 20 000 dolarów. 3000 dolarów z każdej płatności było przeznaczone dla prokuratorów. Jednak po objęciu stanowiska prokuratora generalnego przez Ruslana Krawczenkę miesięczna opłata za call center wzrosła do 24 000 dolarów, a udział prokuratorów do ponad 7000 dolarów. W ten sposób, za kadencji Krawczenki, miesięczne płatności na rzecz organów ścigania wzrosły z 20 milionów dolarów do ponad 24 milionów dolarów.
4 września Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy ogłosiło nową operację o nazwie „Kartagina”, mającą na celu wykrycie organizacji przestępczej kierowanej przez zastępcę naczelnika wydziału Prokuratury Generalnej. Według śledczych, organizacja zajmowała się ochroną fałszywych call center i praniem pieniędzy.
Przeszukania przeprowadzono w biurach Prokuratora Generalnego, jego pierwszego zastępcy i innych pracowników.
Jedni przez zagapienie, inni przez oszołomienie nie zauważyli, że mamy ordynarną recydywę. To, co było jeszcze niedawno na poziomie anegdoty, dziś przybrało formę realnej opresji sądowej na razie w formie „śmiesznie niskich” wyroków – grzywna pieniężna, prace społeczne, trzy miesiące więzienia… „śmieszne wyroki”… czy jakikolwiek wyrok sądowy za mówienie prawdy może być powodem do tak niefrasobliwych określeń?
“Za komuny strzelano , a w neokomunistycznej trzeciej eRP nikt do nikogo nie strzela”
„Nikt do nikogo” czyli władza nie strzela do Polaków. Nie musi. Wystarczy seryjny samobójca, a ten przecież nie robi w hurcie, lecz w detalu, nie będąc mocno zapracowanym, bo też nie musi. Ale przecież każdy kto chce może puścić wodze fantazji, co by było, gdyby… gdyby na polskie ulice wyszli przeniesieni w czasie demonstranci z lat pierwszej komuny.
Dziś władza dmucha na zimne czyli prześladuje osoby, które wygłaszają publicznie swoje opinie. W czasach stalinowskich mówienie prawdy o Rosjanach i Żydach było surowo karane. Nie można było też źle mówić o ustroju i sojuszach. W 1968 roku polskie chamy odsunęły od koryta żydokumunę, a stan ten trwał do jej ponownego, oficjalnego powrotu do polityki czyli do 1989 roku.
Dziś Rosjan zastąpili Ukraińcy ochraniani przywilejem nietykalności i tolerancji represywnej prawie w takim samym stopniu jak Żydzi i w podobny sposób jak „migranci”. To element wojny kulturowej mającej na celu stłamsić w Polakach poczucie godności i tożsamości, poczucie sprawczości i świadomości bycia gospodarzem we własnym kraju. Władza, która upokarza i terroryzuje prawowitych, rdzennych mieszkańców danego kraju, okradając ich na rzecz obcych, traci mandat.
Zasięgi ideowe prawicy – co to jest?
Wśród znaczących bytów politycznych o niepodległości bez limitów i wolności ograniczonej jedynie dekalogiem mówi tylko KKP. Inne środowiska wyrzekły się tej idei lub poczyniły kompromitujące kompromisy. Stąd wzięło się określenie, którego ostatnio użyłem „targowice różnych prędkości”. Bez odzyskania niepodległości równoznacznej z restytucją polskiej państwowości, wszystko inne stanie się jedynie pozorem.
Europoseł Konfederacji Wolność i Niepodległość Ewa Zajączkowska-Hernik alarmuje, że Ursula von der Leyen chce zlikwidować prawo weta dla państw członkowskich w sprawach międzynarodowych. W ocenie polityk to „ogromne zagrożenie dla Polski”.
Zajączkowska-Henrik we wpisie w mediach społecznościowych wskazała, że pomysł von der Leyen zyskał poparcie już wśród 11 państw – na czele z Niemcami. Wyjaśniła też, co oznacza zniesienie prawa weta w sprawach międzynarodowych.
„Jeśli dopną swego to już żadne państwo w pojedynkę nie będzie mogło się sprzeciwić np. wielomiliardowym pożyczkom dla Ukrainy na koszt nas wszystkich. Dziś chodzi o Ukrainę, w przyszłości mogą być to inne kierunki i inne powody, ale strumienie forsy będą mogły płynąć bez oporów. Zniesienie jednomyślności w głosowaniach ws. polityki zagranicznej, a najlepiej we wszystkich obszarach, to mokry sen Komisji Europejskiej i Niemców, który odebrałby nam resztki suwerenności” – stwierdziła europoseł Konfederacji.
„Po wyborach na Węgrzech von der Leyen wypaliła, że «powinniśmy wykorzystać ten impet, żeby ruszyć naprzód w tym temacie». Teraz okazuje się, że Niemcy mają dziesięć kolejnych państw (Francja, Austria, Belgia, Dania, Finlandia, Francja, Hiszpania, Luksemburg, Holandia, Rumunia i Szwecja) i już oficjalnie apelują o likwidację prawa weta 🤯” – dodała polityk.
W kontekście unijnych pomysłów Zajączkowska-Hernik wskazała na wypowiedź szefa polskiego MSZ Radosława Sikorskiego. – Myślę, że polskie społeczeństwo poprze rezygnację z jednomyślności w niektórych obszarach – powiedział cytowany przez nią minister.
„A ja myślę, że nie poprze. I powiedzcie mi kim trzeba być, by z pełną premedytacją popierać odebranie Polsce prawa weta w wielu sprawach, abyśmy jeszcze mocniej byli pod niemiecko-brukselskim butem?” – napisała.
„Mało tego. Przypominam, że antypolscy europosłowie z KO, Lewicy i PSL już pod koniec kwietnia zdążyli głosować w Parlamencie Europejskim za przepisami dążącymi do odebrania http://m.in. Polsce prawa weta w niektórych obszarach, co znalazło się w poprawce do projektu budżetu UE!
„Ci ludzie są w stanie sprzedać Polskę w moment! Dlatego przyszłoroczne wybory w naszej Ojczyźnie będą fundamentalne. Bądźmy tym państwem, które stanie w obronie suwerenności i zdrowego rozsądku! 🇵🇱” – podsumowała europoseł.
Donald Trump twierdzi, że problemem wojny na Ukrainie jest nienawiść między Zełenskim a Putinem.
[Spalenie żywcem kilkudziesięciu Rosjan, bombardowanie ludności w Donbasie, zabijanie cywilów – to pestka, to się nie liczy. Najważniejsza jest „nienawiść”. Zapewne z powodu źle dobranego krawata – admin]
Wysłał więc Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera najpierw do Moskwy, a potem do Kijowa z pomysłem na pokój. Wysłannicy wylądowali w Rosji w sobotę. Jutro mają odwiedzić Zełenskiego. Na czas wizyty ogłoszono tymczasowe wstrzymanie ataków.
Z perspektywy Waszyngtonu wygląda to jak kolejna próba zakończenia konfliktu. Z Moskwy widać to inaczej. Trump chce zdjąć Ukrainę z biurka, ponieważ ma drugi, wciąż niezamknięty front: Iran. I właśnie dlatego Putin może stawiać warunki, zamiast je przyjmować.
Wojna z Iranem, rozpoczęta uderzeniami USA i Izraela pod koniec lutego, na miesiące zepchnęła Ukrainę na drugi plan. Te same osoby, które dziś jeżdżą do Putina i Zełenskiego — Witkoff i Kushner — prowadziły rozmowy wokół cieśniny Ormuz i zawieszenia broni z Teheranem. Amunicja, systemy Patriot i uwaga Białego Domu trafiły wtedy głównie na Bliski Wschód. Ukraińskie rozmowy zamarzły.
Amerykańskie służby raportowały później, że Putin odczytał to jako osłabienie Trumpa. Skoro Waszyngton jest związany Iranem, Moskwa może czekać i podbijać stawkę w Ukrainie. Szef CIA John Ratcliffe jeździł do Moskwy między innymi po to, by ostrzec Kreml, aby nie liczył zbyt mocno na rozproszenie uwagi Amerykanów. Sam fakt, że taki komunikat trzeba było dostarczyć osobiście, pokazuje, jak Kreml interpretuje sytuację.
Trump od początku traktuje wojnę w Ukrainie jako spadek po Joe Bidenie. Obiecywał szybkie zamknięcie tematu, czego nie zrobił. Teraz wraca do niego w momencie, gdy Iran nadal uszczupla jego kapitał polityczny, a Stany chcą od Rosji przynajmniej częściowego odcięcia Teheranu od wsparcia i handlu.
Dla Putina to nie jest prośba o pokój. To sygnał, że Waszyngton potrzebuje porządku w Europie, aby opanować sytuację na Bliskim Wschodzie.
Dlatego rosyjskie warunki nie łagodnieją. Kreml wciąż mówi o Donbasie, neutralności Ukrainy, ograniczeniu jej armii, sankcjach oraz pisemnej deklaracji Zachodu, że NATO nie przesunie się dalej na wschód. Źródła zbliżone do Moskwy przed tym weekendem mówiły wprost: oczekiwania są niskie, a Putin zgodzi się tylko na własnych warunkach, gdyż uważa, że ma przewagę.
Opowieść o osobistej nienawiści dwóch prezydentów jest wygodna. Pozwala Trumpowi przedstawić impas jako problem charakterów, a nie rozkładu sił. Nienawiść naprawdę istnieje i utrudnia bezpośrednie rozmowy. Jednak wojna nie stoi w miejscu od lat dlatego, że dwaj przywódcy się nie lubią. Trwa, bo Moskwa chce ziemi i określonego statusu Ukrainy, a Kijów tego nie oddaje. Wysłannicy mogą przywieźć propozycję, ale nie zmienią faktu, że to Trump bardziej zależy na wygaszeniu tematu.
Produkcja mniej zaawansowanych Patriotów w Ukrainie wpisuje się w ten obraz. Waszyngton nie chce oddawać najnowszej technologii, ale chce pokazać Kijowowi gest. Dla Moskwy nie jest to argument do ustępstw. To potwierdzenie, że Amerykanie szukają tańszego sposobu na wycofanie się z linii frontu.
Jeśli w ten weekend nie pojawi się nic poza kolejnym konstruktywnym komunikatem, logika Kremla tylko się wzmocni. Trump potrzebuje zamknięcia ukraińskiego frontu bardziej niż Putin potrzebuje amerykańskiej zgody. W takiej konfiguracji warunki dyktuje ten, kto może poczekać. A poczekać może Moskwa.
Komentarze 2 to “Misja Trumpa w Moskwie i Kijowie. Dlaczego to Putin dyktuje warunki?”
Быдлошевский Л.З. said 2026-09-05 (Sobota) @ 22:05:06 https://www.youtube.com/embed/1NnQMZ1Dghk?version=3&rel=1&showsearch=0&showinfo=1&iv_load_policy=1&fs=1&hl=pl&autohide=2&wmode=transparent 13 minut. Константин Сивков – pułkownik i bardzo mądry człowiek dzisiaj powiedział że Banderowiec Буданов ocenił miesięczne straty jego armii na 30 000 Banderowca w miesiąc a Putin rzekł że 12 000 Banderowca na miesiąc i wszystko się zgadza Putin ocenił tylko zabitych a Буданов zabitych i rannych niezdolnych do walki…Dobry rok temu wyczytałem w „Nowinach Rzeszowskich” że jest ponad 100 000 Banderowców bez ręki, nogi, a nawet bez dwóch rąk i bez dwóch nog. Glupi prezydent miasta z dumą opowiadał że Polska tym ludziom oczywiście że za darmo daje protezy i ich leczy…Jak to glupia Polska… 🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦
Быдлошевский Л.З. said 2026-09-05 (Sobota) @ 22:23:15 https://www.youtube.com/embed/eZ6S0NPaRmc?version=3&rel=1&showsearch=0&showinfo=1&iv_load_policy=1&fs=1&hl=pl&autohide=2&wmode=transparent 14 minut.
W Moskwie się odbywają rozmowy z Putinem i dwoma Amerykancami a już są dobre filmy z tego spotkania i komentarz dziennikarza…
„Nie chcemy z wami wojny” – ambasador Rosji Nieczajew o Lipsku, NATO i stosunkach niemiecko-rosyjskich
W obszernym wywiadzie dla podcastu Bena Berndta „ungeskriptet” rosyjski ambasador w Niemczech, Siergiej Nieczajew, odrzucił oskarżenia po incydencie z dronem na lotnisku Lipsk/Halle, określił niedawne działania dyplomatyczne jako bezprecedensową eskalację i wielokrotnie podkreślał, że Rosja nie chce wojny z NATO ani z Niemcami. Jednocześnie mówił o walce z NATO na Ukrainie, ostrzegał przed ograniczoną cierpliwością i przedstawił rosyjską interpretację przyczyn konfliktu. Wywiad odbył się wkrótce po jego wezwaniu do Ministerstwa Spraw Zagranicznych i ogłoszeniu zamknięcia konsulatu generalnego w Bonn oraz Domu Rosyjskiego w Berlinie.
Nieczajew określił wezwanie jako normalną praktykę dyplomatyczną: państwo przyjmujące mogło wyrazić niezadowolenie, a argumenty miały zostać wymienione. Określił jednak konkretny czynnik wyzwalający, incydent w Lipsku, jako „czystą prowokację przeciwko Rosji” i „celową prowokację”, na którą nie było dowodów ani solidnego uzasadnienia. Gdyby Rosja rzeczywiście zamierzała wywołać zamieszki w Lipsku, „mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej”. Podjęte później środki – zamknięcie wszystkich pięciu konsulatów generalnych, a zwłaszcza dużego w Nadrenii Północnej-Westfalii (dawnej ambasady radzieckiej) oraz eksmisja Domu Rosyjskiego przy Friedrichstrasse w Berlinie w ciągu tygodnia – były „drastyczne i niezwykle surowe”. Takie terminy i interwencje były bezprecedensowe w stosunkach dwustronnych od czasów II wojny światowej. Władze polityczne w Moskwie uznały to za poważny błąd polityczny. Sytuacja nie pozostała bez odpowiedzi. Relacje niemiecko-rosyjskie były w najgorszym momencie, a zaufanie zostało poważnie nadszarpnięte.
Wsparcie konsularne dla licznej rosyjskojęzycznej społeczności w Niemczech – dobrze zintegrowanych podatników z rodzinami niemieckimi i rosyjskimi – jest szczególnie problematyczne. Przez dziesięciolecia Rosja „nie zrobiła nic złego” Niemcom i dążyła do znalezienia wspólnego języka z politykami wszelkiej maści dla obopólnych korzyści. Obejmuje to historyczne pojednanie po 27 milionach ofiar sowieckich w II wojnie światowej, zjednoczenie Niemiec w 1990 roku oraz unikalną formę współpracy.
Od partnera numer jeden do rozstania
Przez całą swoją długą karierę w Niemczech i Austrii Netschajew określał relacje jako niegdyś wzorowe. Niemcy były partnerem numer jeden w biznesie i handlu: w 2013 roku wymieniono towary o wartości 83 miliardów euro, a na rynku rosyjskim działało ponad 6000 niemieckich firm, z których wiele to przedsiębiorstwa średniej wielkości i przedsiębiorstwa rodzinne, działające w branży czekoladowej. Ponad 400 partnerstw uniwersyteckich i badawczych, formaty dialogu, takie jak Dialog Petersburski z licznymi okrągłymi stołami, Forum Niemiecko-Rosyjskie oraz kwitnąca scena kulturalna (występy gościnne, Dom Rosyjski) ukształtowały te relacje. Partnerstwa miejskie – takie jak Kolonia-Wołgograd czy Düsseldorf-Moskwa – oraz wymiany studentów i uczniów były powszechne.
Rosja nie zniszczyła z własnej woli ani jednego mostu, porozumienia ani partnerstwa. Niektórzy zachodni i niemieccy politycy obrali ścieżkę eskalacji i podważania zaufania. Odrzucił doniesienia, że Rosja może być zmuszona do rozpoczęcia wojny z Niemcami w 2029 lub 2030 roku: „Nie chcemy wojny z NATO, nie chcemy wojny z Niemcami”. Relacje z Saksonią sięgają wieków; konsulat w Lipsku jest jednym z najstarszych.
Media, zmieniające się nastroje i opinia publiczna
Nieczajew tłumaczył tę 180-stopniową zmianę w niemieckim postrzeganiu przede wszystkim stronniczym relacjonowaniem. Władimir Putin zna Niemcy lepiej niż większość zagranicznych polityków, ponieważ pracował tutaj i władał tym językiem. Dzisiejsi niemieccy politycy najwyraźniej nie potrzebują już dialogu. Społeczeństwu wmawia się na wszystkich szczeblach i we wszystkich mediach, że Rosjanie są źli i agresorzy. Alternatywne źródła, takie jak RT, są blokowane, a dziennikarze wydalani. Ci, którzy stale słyszą tylko jedną stronę, wierzą w to. Rosyjskie media i domeny zostały zablokowane, podczas gdy zachodnie media konsekwentnie przedstawiają konflikt jako „rosyjską wojnę agresji” – w przeciwieństwie do innych wojen.
Nieczajew nie walczy z mediami, które działają zgodnie z dyrektywami swoich redaktorów naczelnych i wydawców. Niektóre wydawnictwa mają siedzibę za granicą. Historycznie rzecz biorąc, nie wszyscy w Europie byli zadowoleni z pojednania między Niemcami a Rosją; niektórzy chcieli je zakłócić.
Korzenie konfliktu na Ukrainie: rozszerzenie NATO, Majdan i Mińsk
Ambasador datował konflikt na lata 90. XX wieku, po upadku Związku Radzieckiego. Państwa zachodnie chciały jak najbardziej odizolować Ukrainę od Rosji i przekształcić ją w bastion antyrosyjski. Pojawiły się tendencje nacjonalistyczne i kult jednostki wokół kolaborantów nazistowskich – nawet Polska zwróciła na to uwagę. Nazizm w jakiejkolwiek formie jest dla Rosji nie do przyjęcia.
Drugim problemem była ekspansja NATO na wschód. Porozumienie Dwa Plus Cztery obiecywało, że NATO „nie ruszy się ani o cal na wschód”. Atrament był jeszcze suchy, gdy rozpoczęła się pierwsza z sześciu fal ekspansji. Infrastruktura wojskowa w pobliżu granic Rosji budziła niepokój. Oferty Rosji dotyczące przystąpienia do NATO zostały odrzucone. Ukraina była celem ekspansji, w tym bazy na południu.
Nieczajew określił protesty na Majdanie w 2014 roku mianem zamachu stanu. Argumentował, że prezydent Janukowycz działał zgodnie z prawem; porozumienie w sprawie przedterminowych wyborów, zatwierdzone przez trzech europejskich ministrów spraw zagranicznych (Niemiec, Polski i Francji), zostało zerwane następnego dnia w wyniku zbrojnego zamachu stanu. Rosja, jak twierdził, nie interweniowała na prośbę Zachodu. Następnie z ukraińskiej konstytucji usunięto neutralność, wielojęzyczność i zakaz sojuszy wojskowych.
Referenda na Krymie i Donbasie były zgodne z prawem do samostanowienia. Poniosły tam tysiące ofiar „operacji antyterrorystycznej”. Regiony te są w przeważającej mierze rosyjskojęzyczne i historycznie związane z Rosją. Przez osiem lat podejmowano próby wdrożenia porozumień mińskich; Ukraina nie wywiązała się ze swoich zobowiązań (w tym autonomii i praw językowych). Później okazało się, że celem było zyskanie na czasie i dozbrojenie Ukrainy. Propozycje złożone Stanom Zjednoczonym i NATO w grudniu 2021 roku zostały odrzucone.
Groby wojenne jako ostatni most
Pomimo eskalacji, podejmowane są wysiłki, aby ocalić to, co da się uratować. Dotyczy to w szczególności kultury pamięci: ponad 4000 rosyjskich i radzieckich grobów wojennych w Niemczech, zawierających szczątki około 700 000 poległych (żołnierzy, jeńców wojennych, robotników przymusowych), jest utrzymywanych wspólnie z Niemiecką Komisją Grobów Wojennych. Porozumienie z 1993 roku funkcjonuje. W przeciwieństwie do niektórych innych krajów, pomniki nie są burzone. Nieczajew zapowiedział wizyty na grobach w Nadrenii Północnej-Westfalii, w tym na terenach stalagów, gdzie spoczywają dziesiątki tysięcy zmarłych.
2022 do chwili obecnej: wojna zastępcza, broń jądrowa i warunki pokoju
„Operacja specjalna” pierwotnie nie miała być wielką wojną i miała się szybko zakończyć. Parafowane propozycje ukraińskie leżały już na stole w marcu 2022 roku. Wojska rosyjskie zostały wycofane przez Kijów w dobrej wierze. Następnie zorganizowano Buczę, a brytyjski premier Johnson zabronił Ukraińcom podpisania umowy. Celem niektórych zachodnich polityków było strategiczne pokonanie Rosji i osłabienie obu krajów.
Dziś Rosja walczy „przeciwko NATO w obecnej sytuacji”. Broń, amunicja, doradcy, szkolenia, finansowanie, a nawet wsparcie kosmiczne pochodzą z państw NATO. Twierdzenie, że nie jest stroną konfliktu, nie przekonuje Moskwy. Niemieckie czołgi Leopard w obwodzie kurskim są postrzegane w ten sposób. Ukraina nie jest w stanie samodzielnie kontrolować niektórych systemów uzbrojenia.
Zapytany, kiedy pozycje NATO poza Ukrainą zostaną zaatakowane, Nieczajew odpowiedział, że nie jest wojskowym. Dodał, że jak dotąd najwyższe szczeble zapewniały, że nie ma zamiaru wojny z NATO ani z Niemcami. Zapowiedź państw zachodnich, że dostarczą Ukrainie rakiety dalekiego zasięgu do ataków na głębokie morze, wywołała oburzenie: gdyby tak się stało, takie cele byłyby również uzasadnione dla Rosji. Wyraził nadzieję, że do tego nie dojdzie i że rozsądek zwycięży.
Rosja „nie jest jeszcze gotowa” do użycia swojej najpotężniejszej broni; ma doktryny nuklearne. „Ale nasza cierpliwość też nie jest nieograniczona”. Szczególnie oburzające są ukierunkowane ukraińskie ataki na cele cywilne, takie jak szkoły. Rosja nie walczy z cywilami, ale z instalacjami wojskowymi, energią, logistyką i infrastrukturą – a Ukraina ukrywa instalacje wojskowe pod obiektami cywilnymi.
Pokój wymaga dobrej woli ukraińskich władz (których konstytucyjną legitymację kwestionował), rozsądnego stanowiska państw europejskich zamiast ultimatum oraz trwałego pokoju z gwarancjami bezpieczeństwa zamiast tymczasowego zawieszenia broni. Te przesłanki są dobrze znane i były wielokrotnie wspominane przez Putina i ministra spraw zagranicznych. Nowa administracja USA pod przewodnictwem Trumpa wykazuje autentyczne zainteresowanie; opór pojawia się z Europy.
Nieczajew zakończył przestrogą: Przyjaźń i zaufanie z Rosją zawsze przynosiły pozytywne rezultaty narodowi niemieckiemu. Jednak złe stosunki przyniosły obu narodom katastrofy i tragedie. „Dość tego”.
Rozmowa zakończyła się, ponieważ ambasador miał kolejne spotkania po sankcjach. Moderator podkreślił, że rozmawia ze wszystkimi stronami, aby wyrobić sobie własną opinię.
Jeszcze o przypadku «Lute» i jego aspektach mających bezpośredni związek z Prevostem
Tak zwana sprawa «Lute» (przydomek księdza Eleuterio Vásqueza Gonzáleza, proboszcza diecezji Chiclayo w Peru) nadal budzi kontrowersje i to nie tylko w Kościele. Vásquez został oskarżony o molestowanie seksualne trzech nieletnich sióstr, które miał zabrać ze sobą na noc do rezydencji parafialnej w górach. Zarzuty zostały zgłoszone bezpośrednio ówczesnemu biskupowi Chiclayo, Robertowi Francisowi Prevostowi – obecnemu papieżowi Leonowi XIV. W listopadzie 2025 r., Watykan udzielił księdzu Lute zwolnienia ze stanu duchownego (co było przysługą, a nie karą). Natomiast adwokat reprezentujący ofiary, ksiądz i kanonista Ricardo Coronado Arrascue, został pozbawiony uprawnień do prowadzenia ich sprawy.
Kiedy ofiary, którym pomagał Coronado, w lipcu 2024 r. złożyły formalny wniosek o wgląd do akt sprawy «Lute», Peruwiańska Konferencja Biskupów odpowiedziała komunikatem, w którym ogłosiła, że Coronado „nie może otrzymać zgody na pełnienie funkcji adwokata kościelnego”i zakazała mu prowadzenia spraw kanonicznych.
Aby uzasadnić ten środek, komunikat, wydany po posiedzeniu plenarnym biskupów peruwiańskich, powoływał się na kanon 1483 Kodeksu Prawa Kanonicznego. Tyle że konferencje biskupów nie mają uprawnień do pozbawiania adwokatów uprawnień. Znajdujemy się zatem w sytuacji, w której organ pozbawiony kompetencji sądowych wydał publiczne oświadczenie skierowane przeciwko adwokatowi ofiar nadużyć.
Peruwiańscy biskupi pozbawili Coronado uprawnień na podstawie zarzutów wobec niego, opartych zasadniczo na zeznaniach osoby dorosłej, oznaczonej inicjałami M.V.T., która opowiedziała o spotkaniu o charakterze intymnym z Coronado w Limie oraz o ich obscenicznych rozmowach w mediach społecznościowych. Coronado wyjaśnia jednak, że: “Spotkanie z M.V.T. nie miało w żadnym sensie charakteru intymnego”. „Było to spotkanie w charakterze prywatnym. W relacji przedstawionej przez tę osobę pod kierunkiem Prevosta sugeruje się, że żyłem w konkubinacie”.W Limie toczy się obecnie proces o zniesławienie przeciwko M.V.T.
W grudniu 2024 roku Coronado otrzymał zawiadomienie o zwolnieniu go ze stanu duchownego na mocy dekretu papieskiego, ale dokument ten zawierał nieprawidłowość: nie był opatrzony własnoręcznym podpisem Franciszka.
W tamtym okresie, gdy papież był osłabiony fizycznie i psychicznie, wiele mówiono o decyzjach przypisywanych papieżowi, podejmowanych jednak w sposób co najmniej niejasny. Sprawa Coronado wpisuje się w ten właśnie klimat: sankcja nałożona na niego została „sfabrykowana”, by ukarać go za to, że poprosił o wgląd w akta «Lute». W międzyczasie, nikt w Kościele nie zadbał o to, by zapewnić ofiarom innego prawnika specjalizującego się w prawie kanonicznym.
Łączenie tych dwóch środków w jedną kategorię byłoby jednak mylące, tak jakby chodziło jedynie o dysproporcję w surowości: sposób potraktowania Lute’a i Coronado nie jest porównywalny, ponieważ wynika z dwóch różnych logik. Zwolnienie udzielone pierwszemu miało na celu zamknięcie sprawy; zaciekłość wobec drugiego miała na celu zapobieżenie jej wszczęciu. Niezwykle surowe środki podjęte wobec kanonisty, pozbawienie uprawnień orzeczone przez organ, który nie miał do tego uprawnień, a cztery miesiące później – wydalenie go ze stanu duchownego na mocy dekretu pozbawionego własnoręcznego podpisu papieża – służyły ostatecznie awansowi Prevosta na tron piotrowy: trzeba było w porę usunąć jedyną osobę, która za pomocą środków prawnych była w stanie ujawnić sprawę dotyczącą Chiclayo.
W tym miejscu należy odrzucić pocieszającą interpretację, która krąży również w kręgach krytycznych: tę, zgodnie z którą inne osoby miałyby wykorzystać wątpliwą kondycję Bergoglio, by bez jego wiedzy manipulować mechanizmami wymiaru sprawiedliwości kościelnej. Nie jest to prawdą. Bergoglio miał przygotować swojego następcę i usunąć wszelkie przeszkody stojące na drodze tego planu i uczynił to z trzeźwością umysłu, która charakteryzowała go do samego końca. Przypisywanie chorobie tego, co było w rzeczywistości celowym aktem sprawowania władzy, oznacza uznanie stanu niezdolności za okoliczność łagodzącą właśnie tam, gdzie ujawnia się premedytacja.
Niedawno dowiedzieliśmy się również, że obecny sekretarz osobisty Leona XIV, ksiądz Edgard Rimaycuna, był uczniem ojca Eleuterio Vásqueza. Informacja ta znajduje się w książce „El pastor y los lobos” autorstwa Santiago Roncagliolo, będącą hołdem dla Leona XIV. To odkrycie umieszcza zatem najbliższego współpracownika papieża w kręgu Lute.
W tamtym okresie Rimaycuna przebywał we Włoszech już od prawie roku: opuścił Chiclayo w październiku 2023 r., aby dołączyć do świty ówczesnego kardynała Roberta Prevosta, prefekta Dykasterii ds. Biskupów. A po wyborze Prevosta na papieża Leona XIV, 8 maja 2025 r. został mianowany jego osobistym sekretarzem, a w listopadzie 2025 r. kapelanem Jego Świątobliwości.
Rimaycuna odprawił swoją pierwszą mszę w 2014 r. w parafii San José Obrero de La Victoria, gdzie Lute był proboszczem i gdzie ofiary umiejscawiają część zgłoszonych zdarzeń.
W grudniu 2023 r. diecezja Chiclayo odrzuciła wszystkie zarzuty, stwierdzając, że Prevost osobiście spotkał się z ofiarami, wszczął dochodzenie kanoniczne i regularnie przesyłał jego wyniki do Dykasterii ds. Doktryny Wiary.
Pozostaje jeszcze jeden element, który mówi więcej niż wiele analiz. Teza, zgodnie z którą zwolnienie ze stanu duchownego powoduje wygaśnięcie postępowania karnego kanonicznego – czyli teza, która pozwoliła zamknąć sprawę Lute bez ustalenia faktów i bez zadośćuczynienia – nie jest improwizacją tego czy innego delegata. Ma ona swojego autora i swoją doktrynę: chodzi o prałata Jordiego Bertomeu Farnósa, urzędnika Dykasterii ds. Doktryny Wiary i papieskiego komisarza ds. sprawy wspólnoty Sodalitium Christianae Vitae, który sformułował tę tezę na piśmie w 2021 roku w czasopiśmie„Ius Canonicum” Uniwersytetu w Navarrze, wyraźnie stwierdzając, że tego rodzaju decyzja przerywa toczące się dochodzenie lub proces bez wyciągnięcia jakichkolwiek wniosków wobec oskarżonego, oraz uzasadniając ją w imię bonum commune. revistas.unav.edu/index.php/ius-canonicum/article
No cóż: to właśnie ten sam prałat Bertomeu był urzędnikiem Dykasterii ds. Doktryny Wiary, którego 13 sierpnia tego roku sfilmowano w Cusco, kiedy podczas spotkania kościelnego określanego jako etap przygotowawczy do podróży Leona do Peru, z wykalkulowaną powagą składał w ramach „ofiary dla ziemi”, czyli rytualnej ofiary dla pachamamy, swoje liście kokihttps://www.hoyenlaiglesia.org/p/jordi-bertomeu-y-la-pachamama. Oficjalna relacja serwisu Vatican News, która co prawda umieściła to wydarzenie w kontekście przygotowań do papieskiej podróży, pominęła zarówno samą ceremonię, jak i obecność Bertomeu.
Nie jest to jednak błahostką ani epizodem drugoplanowym. To dokładny obraz kryzysu Kościoła, przez który przechodzimy: ten sam duchowny, który opracowuje doktrynę, na mocy której oskarżony o molestowanie trzech nieletnich sióstr wychodzi z postępowania bez wyroku, publicznie oddaje cześć piekielnemu bożkowi.
Te dwa fakty nie są od siebie niezależne i naiwnością byłoby traktować je jako takie. Wiara i sprawiedliwość istnieją razem lub upadają razem: ten, kto oddaje cześć ziemi, nie będzie miał skrupułów, by odmówić ofiarom chleba prawdy, ponieważ już odmówił Bogu tego, co należy się wyłącznie Bogu. Kiedy kult Żywego i Prawdziwego Boga ulega zepsuciu i zastępuje go akt bałwochwalstwa i przesądu, prawo staje się narzędziem w rękach rządzących, a Świątynia, pozbawiona swojego Boskiego Gościa, sprowadza się do urzędu, w którym archiwizuje się sprawy. Nie stanowi to jednak problemu dla tego, kto zaledwie kilka dni temu wezwał do nawrócenia się(sic !!!) na ideologię ekologiczną(1 września 2026, Prevost odprawił mszę św. w intencji Opieki nad Stworzeniem w Ogrodzie Matki Boskiej z Borgo „Laudato si’”, znajdującym się w Ogrodach Papieskich w Castel Gandolfo.vaticannews.va/papa-leone-messa-custodia-creato-borgo-laudato-si l)
Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka – głosi popularne przysłowie. Jak wszystkie popularne przysłowia, również i to ma to do siebie, że albo się sprawdzi, albo nie.
W przypadku wilka pewnie się prędzej czy później sprawdzi, bo kto tak naprawdę będzie ujmował się za wilkami, zwłaszcza że sławna w swoim czasie francuska aktorka Brigitte Bardot już prawie od roku nie żyje? Bardzo starzy ludzie mogą przywołać jeszcze św. Franciszka z Asyżu, który skutecznie ujął się za wilkiem z Gubbio, co to pustoszył okolice.
Jak czytamy w „Kwiatkach św. Franciszka”, święty wyszedł wilkowi na spotkanie, a ten nie tylko nie rzucił się na niego i go nie rozszarpał, ale spokojnie go wysłuchał, w następstwie czego Franciszek doprowadził do porozumienia między mieszkańcami Gubbio i okolic. Mieszkańcy zobowiązali się wilka żywić, za co on ze swej strony obiecał, że nie będzie czynił żadnych szkód ani tamtejszym ludziom, ani nawet domowym zwierzętom.
Zresztą nie tylko z wilkiem św. Franciszkowi się udało. Znacznie trudniejszym zadaniem była z pewnością próba nawrócenia „sułtana Babilonu”. Z tym sułtanem wszyscy bali się rozmawiać, prawie tak jak teraz z Putinem, ale św. Franciszek się nie przestraszył ani sułtana, ani nawet tego, co o nim powie pani red. Agnieszka Gozdyra. Dotarł tedy na miejsce, odbył z sułtanem rozmowę, w której zachęcał go do porzucenia sprośnych błędów Niebu obrzydłych i nawrócenia się na chrześcijaństwo.
Sułtan nie tylko nie kazał obedrzeć go ze skóry, ale na jego zachęty udzielił mu odpowiedzi wymijającej, że najpierw musi załatwić wiele nie cierpiących zwłoki spraw, po czym dał mu eskortę do granicy, żeby nie spotkała go żadna zła przygoda.
Stanisław Cat-Mackiewicz przypuszcza w związku z tym, że św. Franciszek miał nadzwyczajne zdolności perswazyjne i nawet porównywał go pod tym względem do… Adolfa Hitlera. Teraz na skutek uporczywej polityki historycznej Adolfowi Hitlerowi nie przypisuje się żadnych nadzwyczajnych zdolności, wskutek czego trudno zrozumieć, w jaki właściwie sposób udało mu się oczarować Niemców do tego stopnia, że dochowali mu wierności aż do samego końca. Terrorem wszystkiego tłumaczyć chyba nie można, bo Stalin też stosował terror i to znacznie surowszy niż Hitler – a jednak zwłaszcza na początku wojny Niemcom poddawały się całe dywizje, a – jak mnie zapewniła znajoma, nieżyjąca już Rosjanka – również rosyjscy cywile na powitanie Niemców wznosili bramy triumfalne.
Dzisiaj takie opowieści musiałyby zostać pryncypialnie potępione przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu – ale czy przypadkiem nie dlatego coraz więcej ludzi nie wierzy w żadne oficjalne wyjaśnienia i chętnie skłania się ku rozmaitym teoriom spiskowym? Skrajny przypadek takiego sceptycyzmu przypomina Antoni Słonimski – jak to pewien uczeń szkoły podstawowej przyniósł do domu wiadomość, że nauczycielka podczas lekcji twierdziła, iż Fenicjanie robili szkło z piasku. „To nie jej wina – wyjaśniał. – Ona tak musi, bo inaczej wywaliliby ją z roboty”.
————————————–
Ale dość już tych dygresji, bo zaczynając od wilka, który nosił razy kilka, myślałem o bezcennym Izraelu, który w końcu chyba się doigrał. Na pierwszy rzut oka państwo to nie tylko leży tam, gdzie chce, ale i robi, co chce, najwyraźniej dufne w swój arsenał nuklearny, którego oficjalnie „nie ma”, podobnie jak Wojskowych Służb Informacyjnych – chociaż wiadomo, że i w jednym, i w drugim przypadku ta oficjalna nieobecność jest tylko wyższą formą obecności. Nie mówię już nawet o przekonaniu, że Żydowie są faworytami Stwórcy Wszechświata, co musi przecież mieć jakieś konsekwencje, na przykład – polityczne.
Wspomniany Adolf Hitler myślał, że faworytami Stwórcy Wszechświata są Niemcy – ale nie muszę chyba nikogo przekonywać, jak bardzo się pomylił. Toteż z uwagi na te wszystkie okoliczności Żydowie doszli do wniosku, że nie tylko mogą, ale kto wie, czy nie powinni traktować wszystkie inne narody instrumentalnie jako tzw. „głupich gojów”, którzy tylko zewnętrznie są podobni do prawdziwego rodzaju ludzkiego. Najbardziej instrumentalnie byli przez Żydów traktowani nawet nie Palestyńczycy, tylko – amerykańscy twardziele, którzy wskutek długotrwałej tresury nie tylko nauczyli się skakać przed Żydami z gałęzi na gałąź, ale chyba uznali to za stan naturalny.
W tej sytuacji nikogo nie dziwi, że Izrael nie tylko olewał wszystkie rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ, ale coraz częściej olewał – a nawet wręcz ośmieszał – Swego Największego Sojusznika. Świat co prawda już się przyzwyczaił, że ogon wywija psem – ale ostatnio ogon tak zhardział, że zaczął się nawet z psa na oczach całego świata naigrawać. Żeby nie być gołosłownym, to podam przykład, jak to Rada Pokoju zaprezentowała 15-punktowy plan dla Strefy Gazy autorstwa prezydenta Donalda Trumpa – a Izrael co? A Izrael w całości go odrzucił, wystawiając w ten sposób amerykańskiego prezydenta na pośmiewisko.
W odróżnieniu od naszego bantustanu, który nawet nie ośmiela się myśleć w sposób niedozwolony, inne bantustany nie tylko myślą, ale nawet – wyciągają z tego wnioski. Kiedy zatem okazało się, że wiarygodność sojusznicza Ameryki w rejonie Bliskiego Wschodu zmalała, tamtejsze bantustany najwyraźniej postanowiły przestać orientować się na egzotyczne sojusze, tylko wzięły sprawy w swoje ręce. Następstwem tej decyzji było zawarcie traktatu obronnego między Turcją, Arabią Saudyjską i Pakistanem. Turcja ma najsilniejszą w regionie armię, Arabia Saudyjska już sama nie wie, co robić z pieniędzmi, a z kolei Pakistan dorobił się arsenału jądrowego. Kiedy zaczynał, tamtejszy prezydent zapowiedział, że „będziemy jedli trawę”, ale pozyskamy broń jądrową. Teraz, gdy w grę wchodzą saudyjskie pieniądze, każdy rozumie, że pakistański arsenał będzie mógł rozwijać się w tempie stachanowskim.
I kiedy wydawało się, że to tylko taka jaskółka, która nie musi zwiastować wiosny, to wkrótce Zjednoczone Emiraty Arabskie, Egipt, Jordania, Arabia Saudyjska, Turcja, Indonezja i Pakistan, potępiły odrzucenie przez Izrael pokojowego planu Donalda Trumpa dla Strefy Gazy. Być może Donald Trump w jakiś sposób zachęcił te państwa do zajęcia takiego stanowiska – ale może nie musiał ich specjalnie zachęcać – bo niby dlaczego one same nie miałyby wiedzieć, co przystoi im w tej sytuacji czynić? Inna rzecz, że wysłannicy prezydenta Trumpa, wśród nich – również zięć – namawiali się w Kairze z bisurmanami, co pokazuje, że również prezydent Trump – chociaż twardziel – najwyraźniej poczuł się tym zlekceważeniem dotknięty.
Najnowsze dane GUS wskazują, że współczynnik dzietności kobiet (TFR – total fertility rate) w Polsce w 2025 r. wyniósł 1,068.
Oznacza to spadek z 1,099 w 2024 r. (wcześniej: ok. 1,16 w 2023 r., 1,26 w 2022 r.).
Współczynnik dzietności to przeciętna liczba dzieci, które urodziłaby kobieta w ciągu całego okresu rozrodczego (15–49 lat), przy założeniu, że w poszczególnych fazach tego okresu rodziłaby z intensywnością obserwowaną w danym roku (suma cząstkowych współczynników płodności). Wartość zapewniająca prostą zastępowalność pokoleń to ok. 2,1.
Dane pochodzą m.in. z publikacji GUS „Polska w liczbach 2026” (maj 2026) oraz Banku Danych Lokalnych (dane za lata 2002–2025, aktualizacja czerwiec 2026). bdl.stat.gov.pl
W 2025 r. odnotowano ok. 238 tys. urodzeń żywych (spadek o ok. 14 tys. względem 2024 r.).
Średni wiek kobiety przy urodzeniu pierwszego dziecka w 2025 r. wyniósł 29,5 roku.
Liczba ludności Polski na koniec 2025 r. spadła do ok. 37,33 mln.
To rekordowo niski poziom w historii powojennej Polski. Dane regionalne i bardziej szczegółowe są dostępne w Banku Danych Lokalnych GUS (bdl.stat.gov.pl).
Pojęcie „nawrócenia ekologicznego” nie jest wynalazkiem ostatnich lat. Jako pierwszy użył go Jan Paweł II w 2001 roku. Papież Polak wiązał je jednak z czymś zupełnie innym niż dzisiejsza watykańska retoryka. Chodziło mu o odnowienie relacji człowieka ze stworzeniem jako darem Stwórcy, a nie o podporządkowanie wiary globalnym agendom klimatycznym. Człowiek pozostawał w centrum: istota obdarzona godnością, wezwana do panowania nad ziemią w sposób odpowiedzialny, nie drapieżny, ale też nie jako jej niewolnik.
Dziś to samo sformułowanie funkcjonuje w zupełnie innym kontekście. Encyklika Laudato si’ z 2015 roku i adhortacja Laudate Deum z 2023 roku papieża Franciszka uczyniły z troski o „wspólny dom” jeden z głównych tematów pontyfikatu. Kryzys ekologiczny został przedstawiony niemal jako kryzys eschatologiczny. Wezwanie do zmiany stylu życia, ograniczenia konsumpcji i odejścia od paliw kopalnych zyskało rangę moralnego obowiązku. W dokumentach pojawia się ostra krytyka „paradygmatu technokratycznego” i gospodarki opartej na zysku, przy jednoczesnym mocnym akcentowaniu odpowiedzialności krajów bogatszych wobec Południa.
Linia ta nie zakończyła się wraz ze śmiercią Franciszka. 2 września 2026 roku Międzynarodowa Komisja Teologiczna opublikowała dokument „Troszczyć się o nasz wspólny dom – odpowiedzialna i braterska odpowiedź Bogu Trójjedynemu”, zatwierdzony przez papieża Leona XIV. Tekst idzie dalej. Proponuje mówić o „grzechu przeciwko światu stworzonemu i przeciwko Stwórcy”. Eucharystię nazywa „szkołą ekologiczną”. Nawrócenie ekologiczne zostaje wpisane w naśladowanie Jezusa i w samą liturgię. Komisja przywołuje alarmujące dane o utracie bioróżnorodności, zanieczyszczeniu i skutkach dla najuboższych, wzywając nie tylko do rozwiązań technicznych, ale przede wszystkim do zmiany wartości kulturowych i stylu życia.
Watykan nie ogranicza się do słów. Realizuje własne projekty: farmy agro-woltaiczne pod Rzymem, panele na dachach, plan neutralności klimatycznej Państwa Watykańskiego, stacje ładowania pojazdów elektrycznych. Bazylika św. Piotra ma stać się obiektem neutralnym klimatycznie. To konkretne działania, które mają być wzorem. Jednocześnie Stolica Apostolska uczestniczy w szczytach klimatycznych, wzywa do przyspieszenia transformacji energetycznej i popiera międzynarodowe mechanizmy ograniczania emisji.
Tu pojawia się napięcie, które wielu wiernych odczuwa jako coraz trudniejsze do zaakceptowania. Jan Paweł II mówił o „ekologii ludzkiej”. Niszczenie środowiska łączył z niszczeniem środowiska człowieka: rodziny, pracy, miasta, kultury. Ostrzegał zarówno przed bezmyślną eksploatacją, jak i przed ideologiami, które odzierają człowieka z wyjątkowości. Benedykt XVI, nazywany czasem „zielonym papieżem”, instalował panele słoneczne, ale jednocześnie zdecydowanie odrzucał neopogańskie akcenty w niektórych nurtach ekologicznych.
Obecne nauczanie przesuwa środek ciężkości. Duchowe nawrócenie – odwrócenie od grzechu, zwrócenie się ku Bogu, życie sakramentalne, walka o świętość – ustępuje miejsca nawróceniu ekologicznemu rozumianemu jako zmiana nawyków konsumpcyjnych, poparcie dla określonych polityk energetycznych i akceptacja narracji o niemal nieodwracalnym kryzysie klimatycznym spowodowanym głównie przez człowieka.
Krytycy wskazują, że Kościół w ten sposób wpisuje się w szerszy nurt, w którym kwestie klimatyczne stają się nową ortodoksją, a sprzeciw wobec konkretnych rozwiązań (podatki węglowe, ograniczenia wydobycia, cele zeroemisyjne) bywa traktowany jako brak wrażliwości moralnej.
Nie chodzi o to, by bagatelizować zanieczyszczenie, utratę gatunków czy odpowiedzialność za przyszłe pokolenia. Chrześcijaństwo od początku uczyło szacunku dla dzieła stworzenia. Święty Franciszek z Asyżu, ogłoszony patronem ekologów właśnie przez Jana Pawła II, kochał stworzenie, ponieważ kochał Stwórcę. Problem zaczyna się wtedy, gdy troska o planetę zaczyna dominować nad troską o duszę, a Kościół staje się jednym z wielu aktorów promujących określoną agendę polityczno-gospodarczą.
W praktyce oznacza to, że wierni słyszą coraz częściej o konieczności ograniczeń, haraczach klimatycznych i zmianie cywilizacyjnej, a coraz rzadziej o piekle, łasce, nawróceniu osobistym i nadziei eschatologicznej, która nie zależy od poziomu dwutlenku węgla. Dokumenty watykańskie łączą „krzyk ziemi” z „krzykiem ubogich”, co jest szlachetnym odruchem, ale w wykonaniu politycznym często oznacza poparcie dla rozwiązań, które ubogich w krajach rozwijających się mogą pozbawić taniej energii i drogi do dobrobytu.
Jan Paweł II nigdy nie uczynił z ekologii głównego tematu pontyfikatu. Jego wielkim tematem była godność osoby ludzkiej – od poczęcia do naturalnej śmierci, w rodzinie, w pracy, w narodzie, wobec Boga. Obecny Watykan, kontynuując linię Franciszka, wydaje się traktować religię jako zaplecze moralne dla projektów, które mają charakter bardziej polityczny niż teologiczny. Nawrócenie ekologiczne nie zastępuje nawrócenia duchowego. Jeśli jednak staje się jego substytutem, Kościół ryzykuje, że przestanie być znakiem sprzeciwu wobec ducha czasu, a zacznie być jego kapelanem.