Iran atakuje amerykański okręt wojenny i Zjednoczone Emiraty Arabskie – Pilne ostrzeżenie dla Trumpa, a tsunami nadchodzi

Iran atakuje amerykański okręt wojenny i Zjednoczone Emiraty Arabskie – pilne ostrzeżenie dla Trumpa, a tsunami nadchodzi

Analiza Larry’ego Johnsona i pułkownika Lawrence’a Wilkersona

W niedawnym odcinku programu Joe Danny’ego Higha, były analityk CIA Larry Johnson i emerytowany pułkownik armii Lawrence Wilkerson, który był również byłym szefem sztabu Colina Powella, omawiają najnowsze eskalacje na Bliskim Wschodzie.

Rozmowa koncentruje się na irańskich atakach na amerykański okręt patrolowy w Zatoce Ormuz oraz ataku dronów i rakiet na port i strefę przemysłową Fudżajra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (ZEA). Eksperci interpretują te wydarzenia jako bezpośrednią reakcję Iranu na „Projekt Wolność” Trumpa i sygnał ostrzegawczy, że konflikt jest daleki od zakończenia.

Wydarzenia ostatnich godzin i dni

Według doniesień irańskich mediów, Iran zaatakował patrolowiec Marynarki Wojennej USA, który – jak twierdzi – naruszył nowe zasady żeglugi w Cieśninie Ormuz. Zaledwie kilka godzin później u wybrzeży Zjednoczonych Emiratów Arabskich zapalił się statek towarowy, a w strefie przemysłowej Fudżajra odnotowano potężny pożar – spowodowany dronami lub pociskami manewrującymi.

Iran przedstawia te działania jako wyraźne ostrzeżenie dla USA: „Projekt Wolność” Donalda Trumpa, mający zagwarantować wolność żeglugi, narusza zawieszenie broni i stanowi prowokację.

Goście są zgodni: wojna rozgorzała na nowo. Larry Johnson opisuje działania Trumpa jako podstępny manewr mający na celu obejście ustawy o uprawnieniach wojennych (War Powers Act). Po 60 dniach Kongres powinien był podjąć decyzję o kontynuacji wojny. Zamiast tego Trump ogłosił zakończenie poprzedniej operacji („Operacja Epic Fury”) i natychmiast rozpoczął nową.

Johnson krytykuje to jako „parodię” i prawnie wątpliwe, ponieważ wojska są już rozlokowane od ponad 64 dni.

Dlaczego „Projekt Wolność” jest skazany na porażkę

Eksperci szczegółowo wyjaśniają, co oznaczałoby faktyczne utrzymanie Cieśniny Ormuz „otwartą”. Iran posiada miny, podwodne drony, okręty podwodne, drony nawodne, drony powietrzne, pociski obrony wybrzeża oraz pociski krótkiego i średniego zasięgu. Wyeliminowanie tych zagrożeń wymagałoby ogromnych sił lądowych i morskich, co wiązałoby się ze znacznymi stratami. Ofensywa lądowa musiałaby wniknąć na 150–200 mil w głąb Iranu – scenariusz militarnie nierealny.

Pułkownik Wilkerson dodał, że ruch odbywał się wcześniej głównie pod irańskim „monitoringiem”. Deklaracja USA o zrobieniu czegoś, czego nie są w stanie zrealizować, poważnie szkodzi ich wiarygodności i światowej gospodarce (ceny ropy naftowej, globalne łańcuchy dostaw). Podobno J.D. Vance przedstawił podobnie trzeźwą ocenę wewnętrzną.

Siła Iranu i zjednoczone przywództwo

Wbrew zachodnim narracjom o wewnętrznym podziale, Johnson podkreśla silną jedność irańskich przywódców. Prezydent Pezeshkian, minister spraw zagranicznych Araghchi, przewodniczący parlamentu i ajatollah Chamenei – wielu z nich pochodzi z Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i wspólnie doświadczyło krwawej wojny iracko-irańskiej (1980–1988). Ta „więź braterstwa” tworzy silniejszą spójność niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu 46 lat istnienia Republiki Islamskiej.

Iran rozszerzył i zaostrzył swój 10-punktowy plan do 14 punktów: żadnych negocjacji w sprawie programu nuklearnego bez solidnego porozumienia pokojowego. Iran zastrzega sobie wszelkie prawa jako sygnatariusz Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Goście uważają, że Iran ma wyraźną przewagę: de facto kontroluje drogę i może decydować, kto może przejechać.

Propaganda amerykańska i rzeczywistość na miejscu

Johnson i Wilkerson ostro krytykują doniesienia CENTCOM-u. Twierdzenia o zniszczeniu sześciu irańskich motorówek zostały zdemaskowane jako propaganda – irańska marynarka wojenna i tak była już poważnie osłabiona. Stany Zjednoczone zaprzeczają własnym stratom (np. uszkodzeniom USS Abraham Lincoln, pożarom na okrętach, awariom systemów nawigacyjnych), jednocześnie wyolbrzymiając swoje sukcesy.

Sam Trump napisał na Twitterze, że wszystko jest „w 100% sprawne”, a Iran został „całkowicie zniszczony”. Rzeczywistość: brak darmowej wysyłki, rosnące napięcia i zbliżający się wstrząs gospodarczy.

Konsekwencje ekonomiczne – nadchodzi tsunami

Goście wydali surowe ostrzeżenie dotyczące globalnego wpływu na gospodarkę:

Utrata około 20% światowych zasobów ropy naftowej.
Niedobory nawozów (mocznik 35%), skroplonego gazu ziemnego (25%), helu i kwasu siarkowego.
Ceny benzyny już zauważalnie rosną (na Florydzie o 50 centów w ciągu kilku dni, w Kalifornii do 6,60 dolara za galon).
Ceny spot ropy naftowej na rynku rzeczywistym są znacznie wyższe niż ceny manipulowanych kontraktów terminowych.

Larry Johnson porównuje sytuację do tsunami: Początkowy „spokój” (opadająca linia wody) jest zwodniczy – fala tsunami już nadciąga. Administracja Trumpa drastycznie niedoceniła reakcji łańcuchowej.

Sytuacja w Izraelu i rola Netanjahu

Pułkownik Wilkerson opisuje Netanjahu jako człowieka schodzącego z klifu, wiszącego w powietrzu. Izrael ponosi ogromne straty w Libanie (w ludziach, sprzęcie i morale), a wskaźniki PTSD i samobójstw są niezwykle wysokie. „Siły Obronne” Izraela ukrywają te straty. Jednocześnie na Zachodnim Brzegu narasta przemoc. Wilkerson postrzega Izrael i Stany Zjednoczone jako uwięzione w samoizolacji.

Czy imperium USA chyli się ku upadkowi?

Obaj goście postrzegają obecną politykę jako oznakę upadku imperium:

Brak sojuszników (nawet Korea Południowa jest proszona o pomoc na próżno).
Wyczerpane zapasy broni (rakiety Patriot, minerały ziem rzadkich z Chin).
Eksplozja długu publicznego.
Izolacja od Chin i Rosji, które otwarcie wspierają Iran.
Wewnętrzne rozczarowanie w Pentagonie.

Chiny jawnie ignorują sankcje USA. Putin ostrzegał przed wysyłaniem wojsk lądowych do Iranu. USA produkują drogie, gorszej jakości systemy uzbrojenia (np. Dark Eagle), podczas gdy ich przeciwnicy działają wydajniej. Wilkerson wskazuje na korporacyjny przemysł zbrojeniowy od czasów II wojny światowej – „złe produkty w wysokich cenach”.

Trump „nie ma żadnych kart”, jak podkreśla Johnson: USA potrzebują od Chin więcej niż odwrotnie. Co więcej, irańskie memy i operacje wywiadowcze pokazują, jak bardzo tracimy kontrolę nad narracją.

Zakończenie dyskusji

Rozmowa kończy się trzeźwiącą perspektywą: Stany Zjednoczone i Izrael tkwią w strategicznym ślepym zaułku, który ryzykują zaostrzeniem poprzez dalszą eskalację (możliwe nowe ataki w ciągu 24 godzin). Zamiast deeskalacji, wisi w powietrzu spirala trudności gospodarczych, strat militarnych i izolacji politycznej. Dla Amerykanów oznacza to przede wszystkim wzrost cen i spadek jakości życia – w połączeniu z erozją wiarygodności międzynarodowej.

Johnson i Wilkerson pośrednio opowiadają się za uczciwą oceną sytuacji i uporządkowanym wycofaniem, zamiast kolejnych błędnych decyzji o kosztach utopionych.

Czy administracja Trumpa jest do tego zdolna, czas pokaże. Nadchodzące dni i tygodnie będą prawdopodobnie kluczowe – nie tylko dla Bliskiego Wschodu, ale i dla porządku globalnego.

Jak „Projekt Wolności” Trumpa zakończył się porażką

Jak „Projekt Wolności” Trumpa zakończył się porażką

Księżyc Alabamy

Wczoraj [4.V.] o godz. 20:35 UTC prezydent USA Donald Trump zdawał się zapowiadać amerykańską ochronę militarną dla statków przepływających przez Cieśninę Ormuz:


Dla dobra Iranu, Bliskiego Wschodu i Stanów Zjednoczonych poinformowaliśmy te [neutralne] kraje, że będziemy bezpiecznie eskortować ich statki z tych zamkniętych szlaków wodnych, aby mogły swobodnie i skutecznie wznowić działalność.
Ten proces, Projekt Wolność, rozpocznie się w poniedziałek rano czasu bliskowschodniego.
Jeśli ten proces humanitarny zostanie w jakikolwiek sposób utrudniony, niestety, należy temu zaradzić stanowczo. Dziękujemy za uwagę.

———————————-

Jasna deklaracja. Centralne Dowództwo USA, armia amerykańska w regionie, nadało temu jeszcze większy nacisk:

Amerykańskie wsparcie wojskowe dla Projektu Wolność obejmuje niszczyciele rakietowe, ponad 100 samolotów bazujących na lądzie i morzu, wielo-domenowe platformy bezzałogowe i 15 000 żołnierzy.

Iran ostrzegł przed takim krokiem:

Irańskie media państwowe poinformowały, że generał dywizji Ali Abdollahi, dowódca Centralnego Dowództwa Wojskowego Chatam Al Anbija, ostrzegł zagraniczne marynarki wojenne przed wpływaniem do Cieśniny Ormuz w celu eskortowania statków handlowych. Stwierdził, że taka obecność mogłaby zaostrzyć napięcia na tym strategicznym szlaku wodnym, którym przepływa znaczna część światowego zaopatrzenia w ropę naftową.
Ostrzeżenie pojawiło się po ogłoszeniu przez prezydenta USA Donalda Trumpa misji morskiej o nazwie Projekt Wolność, mającej na celu ewakuację statków utkniętych w Cieśninie Ormuz.

W ten sposób, po długich przygotowaniach, amerykańska góra urodziła mysz:

Nowa inicjatywa, którą Trump nazwał „Projektem Wolności”, to proces, w ramach którego kraje, firmy ubezpieczeniowe i organizacje żeglugowe mogą koordynować ruch przez cieśninę, jak twierdzi wysoki rangą urzędnik amerykański. Dodał on, że obecnie żaden okręt wojenny Marynarki Wojennej USA nie bierze udziału w eskortowaniu statków przez cieśninę.

Żaden rozsądny właściciel ani firma ubezpieczeniowa nie pozwoli statkom na przepływanie przez cieśninę za „koordynacją” ze strony USA, dopóki Iran odrzuca takie kroki.

Seyed Mohammad Marandi @s_m_marandi – 9:44 UTC · 4 maja 2026 r.

Iran ogłosił strefę kontroli w Cieśninie Ormuz, zgodnie z wytycznymi swoich sił zbrojnych: od południa linią między górą Mubarak w Iranie a Południową Fudżajrą w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a od zachodu linią między krańcem wyspy Keszm w Iranie a Umm al-Kajwajn w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Jak „Projekt Wolności” Trumpa zakończył się porażką

Można spekulować, że Trump rzeczywiście zamierzał otworzyć drogę, ale Marynarka Wojenna odwołała ten krok, bo groził krwawy chaos, jaki spowodowałaby każda próba siłowego otwarcia. Niemniej jednak, przeprowadzili kilka testów.

W ciągu ostatniej godziny okręt marynarki wojennej USA najwyraźniej próbował wpłynąć do cieśniny w pobliżu Jask, ale został zawrócony po tym, jak irańskie wojsko wystrzeliło w jego kierunku dwa pociski. Dowództwo Centralne zdaje się potwierdzać atak, twierdząc, że żaden pocisk nie trafił w cel.

W ciągu kilku godzin ostatnia próba Donalda Trumpa, aby w jakiś sposób zmienić sytuację na ulicy, zakończyła się niepowodzeniem.

Ma nadal trzy możliwości:

  1. Utrzymywanie blokady Iranu (a tym samym Ormuzu), podczas gdy stan światowej gospodarki nadal się pogarsza;
  2. Ponowne zastosowanie siły militarnej przeciwko Iranowi, co prawdopodobnie doprowadzi do jeszcze gorszej sytuacji;
  3. Ogłoś zwycięstwo i odejdź.

Podejrzewam, że Trump przynajmniej spróbuje podjąć krok nr 2, zanim się podda i przejdzie do kroku nr 3.

Źródło: Jak „Projekt Wolność” Trumpa zakończył się porażką

Ameryka jest oficjalnie upadającym imperium

Ameryka jest oficjalnie upadającym imperium

[MD: to nie moje opinie, lecz amerykańskie]

nytimes./opinion/iran-us-empire

Amerykańsko-izraelski atak na Iran był czymś więcej niż złym pomysłem; przekształcił się w przełom w upadku imperium amerykańskiego. Niektórzy woleliby słowo „hegemonia”, aby opisać porządek świata, któremu przewodzą Stany Zjednoczone, ponieważ ich flaga na ogół nie powiewa nad ziemiami, które chronią lub wykorzystują. Ale zasady są takie same: systemy imperialne, jakkolwiek je nazwiesz, trwają tylko tak długo, jak ich środki są adekwatne do ich celów. A wraz z wojną w Iranie prezydent Trump niebezpiecznie nadmiernie rozciągnął Imperium.

Nieszczęście wojskowe USA na Bliskim Wschodzie jest jednym z ostatnich sposobów, w jaki przypadkowy obserwator spodziewałby się, że prezydentura Trumpa się nie powiedzie. Problemy, o których wspominał we wszystkich trzech swoich kampaniach prezydenckich, wynikały głównie z rządzenia naszych przywódców ponad ich możliwości. W polityce wewnętrznej zwolennicy wokeness nie docenili kosztów i trudności związanych z mikrozarządzaniem interakcjami między grupami interesów. Za granicą potężne amerykańskie siły zbrojne okazały się nie mieć szczególnego talentu do promowania demokracji, a niedawna klęska w Iraku to udowodniła. Nadmierne napięcie było niebezpieczeństwem, które prezydent Joe Biden z pogardą odrzucił. „Jesteśmy Stanami Zjednoczonymi Ameryki”, mawiał ,” i nic nie możemy zrobić.”

Pan Trump, ludzie myśleli, byłby inny. Mimo całej wspaniałości wyrażenia „Spraw, by Ameryka znów była wielka”, wyborcy Trumpa nie spodziewali się, że podejmie on nowe problemy. Wielkość dotyczyłaby głównie psychologicznej aury wielkości, a nie awanturnictwa. Stany Zjednoczone mogłyby stać się większe, nawet gdyby wycofały się do mniej ekspansywnej strefy wpływów. Kiedy Trump ogłosił zaktualizowaną doktrynę Monroe, skupiając amerykańską uwagę na półkuli zachodniej, większość ludzi myślała, że dostają oczekiwaną satysfakcję. W listopadowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego dodał: „dni, w których Bliski Wschód zdominował amerykańską politykę zagraniczną zarówno w długoterminowym planowaniu, jak i codziennej realizacji, na szczęście się skończyły.”

To był logiczny, a nawet godny podziwu plan polityki zagranicznej. Co równie ważne, historia pokazała, że jest to wykonalne. Wielka Brytania musiała zrezygnować z rozległego systemu kolonii i protektoratów po II Wojnie Światowej. Zwijanie imperium było często niezręczne i czasami pozostawiało po sobie przemoc. Ale z wyjątkiem niefortunnej próby przyłączenia się do Francji i Izraela w przejęciu Kanału Sueskiego od Egiptu w 1956 roku, Wielka Brytania nie próbowała utrzymać terytoriów, na które nie mogła sobie pozwolić. Skończyło się na dość dobrych stosunkach z dawnymi posiadłościami kolonialnymi. Jej wycofanie zakończyło się sukcesem, choć może to być trudne do zauważenia, ponieważ zarządzano spadkiem. Pan Trump miał szansę na coś podobnego.
Założenie w Waszyngtonie w ciągu ostatniej dekady było takie, że świat jest zaangażowany w grę geostrategicznych krzeseł muzycznych, a muzyka wkrótce się zatrzyma. Chiny mogą wkrótce wyprzedzić USA nie tylko pod względem zdolności wojskowo-przemysłowych, ale także technologii informatycznych. Świat wejdzie w nową, mniej korzystną konfigurację geostrategiczną. To ostatnia chwila, aby zmienić to na korzyść Ameryki.

Początkowo Pan Trump dążył do wyparcia Chin z ich twierdz na półkuli zachodniej. Niemal gdy tylko wrócił na urząd, Stany Zjednoczone naciskały na CK Hutchison, Międzynarodowy konglomerat z siedzibą w Hongkongu połączony z Chinami, aby sprzedał dwa porty w Strefie Kanału Panamskiego. Wenezuela, zależna od Chin jako rynku 80 procent eksportu ropy, doświadczyła, jak wojska amerykańskie porwały jej przywódcę Nicolása Maduro zeszłej zimy. Trump ostrzegł, że Kuba, miejsce docelowe chińskich inwestycji, „jest następna.” Będzie też lepiej, jeśli Stany Zjednoczone będą miały bezpieczniejszy przyczółek w pobliżu bieguna północnego (przyczółek taki jak Grenlandia), gdy nadejdzie czas na podział zasobów energetycznych i mineralnych, które globalne ocieplenie tam odblokowuje. Niezależnie od tego, czy ta półkulista polityka jest możliwa do obrony, istnieje spójność.

Atak na Iran był inny. To nie była konsolidacja obronna; to było założenie niebezpiecznej, otwartej odpowiedzialności. Tak, byłoby lepiej, gdyby mułłowie upadli. Ale dla Stanów Zjednoczonych, niezależnego od importu energii kraju wycofującego się na własną półkulę, nie jest to żywotny interes. Wojna z Iranem nie była na ekranie radaru nikogo w administracji zaledwie kilka miesięcy temu. Dlatego, że Stany Zjednoczone nie mają środków wojskowych, aby narzucić swoją wolę Iranowi w długim konflikcie. W 1991 roku milion żołnierzy z ponad 40 krajów było potrzebnych do usunięcia inwazji na Kuwejt przeprowadzonej przez Irak Saddama Husajna, kraj mniej wyrafinowany niż Iran i stanowiący ułamek jego wielkości. Kiedy Iran i Irak walczyły ze sobą w latach 80., śmierć poniosły setki tysięcy z każdej strony. Stany Zjednoczone musiałyby wysłać znaczną część swoich sił zbrojnych – mając w sumie tylko 1,3 miliona żołnierzy – aby mieć szansę na podbicie Iranu, a ta siła, jeśli by się powiodło, musiałaby pozostać tam przez długi czas.

Można argumentować, że Stany Zjednoczone nie są już uzależnione od gromadzenia ogromnych armii: mają wyrafinowane pociski i inną broń dystansową. Ale ta broń jest potrzebna do obrony sojuszników i interesów w innych rejonach, a Stany Zjednoczone ją wyczerpują. Według doniesień w The Times, użyto już 1100 rakiet manewrujących dalekiego zasięgu, przeznaczonych na potencjalne konflikty w Azji, pozostawiając zaledwie 1500 w zapasach i wystrzelono dodatkowe 1000 pocisków manewrujących Tomahawk, około 10 razy więcej niż wojsko kupuje w przeciętnym roku. Amerykańscy przywódcy od lat besztają swoich europejskich sojuszników za nieadekwatność ich sił bojowych. Ale jeśli ktoś mierzy potęgę militarną Ameryki wobec naszych pretensji, a nie naszego G. D. P. (PNB) jest to równie nieodpowiednie.
Błędem byłoby twierdzenie, że Stany Zjednoczone są uwięzione w rozpoczętej wojnie. Mają opcje, ale teraz zapłacą bardzo wysoką cenę, bez względu na to, którą z nich wybiorą. Mogą zrezygnować w Iranie – wykazując, że ich siły zbrojne są znacznie mniej dominujące, niż zakładał świat. Albo mogą czerpać zasoby z teatrów, które mają żywotny interes narodowy, takich jak Europa i Azja Wschodnia, aby sfinansować to, co prezydent nazywa swoją irańską „wycieczką”. Albo mogą uciekać się do skrajnych opcji wojskowych. Mr. Trump mrocznie nawiązał do postów w mediach społecznościowych od początku kwietnia, co przerodzi się w wieczny wstyd kraju, który on prowadzi. Stany Zjednoczone mogą stracić swoją reputację, przyjaciół lub duszę.

Premier Izraela Benjamin Netanjahu wezwał do tej wojny pana Trumpa, ponieważ on również rozpoznał logikę muzycznych krzeseł w obecnym czasie. Gdy muzyka się zatrzyma, Stanom Zjednoczonym może brakować siły ognia, aby chronić Izrael przed sąsiadami w tradycyjny sposób i prawdopodobnie będzie brakować do tego chęci. Jak na ironię, katastrofalny wynik wojny pokazuje, że podstawowe rozumowanie Netanjahu było rozsądne: perspektywy Izraela na zaciągnięcie Stanów Zjednoczonych do tak anachronicznych przygód malały. Łatwowierność Trumpa dała Netanjahu ostatnią szansę.

Kuszące jest pytanie, gdzie w procesie imperialnego upadku znajdują się teraz Stany Zjednoczone? Z pewnością mają elementy wspólne z Wielką Brytanią sto lat temu: deindustrializacja, nadmierne zaangażowanie, samozadowolenie. W przededniu I wojny światowej Wielka Brytania była zależna od Niemiec w zakresie technologii przemysłowej, a nawet wojskowej — i nie chciała ponownie zbadać systemu wolnego handlu, na którym zbudowano niemiecką supremację. W przededniu II Wojny Światowej Wielka Brytania była zasadniczo bankrutem. Istnieją podobieństwa w zależności Ameryki od Chin dzisiaj.

Sceptycyzm wobec amerykańskiej hegemonii, który skłonił Amerykanów do zwrócenia się do pana Trumpa, był zdrowy. Jeśli globalistyczny system zbudowany na wolnym handlu, promocji demokracji i masowej migracji jest tak wielki, pytali wyborcy Trumpa, to dlaczego musieliśmy pożyczyć 35 bilionów dolarów, odkąd go podjęliśmy? To naprawdę dobre pytanie. Pan Trump był idealnym kandydatem dla Amerykanów, którzy podejrzewali, że coś poszło nie tak z ich elitami. Jego argumentem było w zasadzie to, że globalizm kierowany przez Amerykanów był tak korzystny dla polityków, że mając władzę, bronili go nawet przed swoimi wyborcami, bez względu na to, co powiedzieli podczas kampanii. Wydarzenia, niestety, dowiodły, że to wyborcy mieli rację.

https://www.nytimes.com/2026/05/03/opinion/iran-us-empire.html

Czarno widzę. Pieniądze idą „za pacjentem”… a nie z nim.

Czarno widzę

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    5 maja 2026 michalkiewicz

Ostatnio przetacza się przez nasz nieszczęśliwy kraj czarny protest”. Uczestniczą w nim zadłużone po uszy szpitale powiatowe, oraz te, które są bankructwem zagrożone. Protest polega na wywieszeniu czarnych flag oraz oklejeniu szpitalnych wejść czarnymi plakatami z napisem, że łóżko poczeka, ale choroba – nie. Oczywiście vaginet obywatela Tuska Donalda tym protestem się nie przejmuje, bo znacznie ważniejszy z punktu widzenia vaginetu i jego przyszłości, jest zatarg miedzy dwiema vaginessami: Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz oraz Pauliną Hening – Kloską, które w vaginecie mają fuchy ministerialne. W Knesejmie pojawił się bowiem wniosek o votum nieufności wobec Pauliny Hening-Kloski, za którym zaciekła we wrogości swojej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz nie tylko sama zamierza zagłosować, ale również skłonić do tego kompanionów z lazaretu po rozpadzie partii jednorazowego użytku pana Szymona Hołowni – oczywiście Wielce Czcigodnego.

Tymczasem vaginessa, której obywatel Tusk powierzył w swoim vaginecie fuchę ministra zdrowia, żadnymi protestami się nie przejmuje – bo niby dlaczego miałaby się przejmować, skoro w stosunku do niej nikt nie składa żadnych wniosków o votum nieufności? A dlaczego nikt nie składa? Tego oczywiście nie wiem, ale podejrzewam, że dlatego, iż pozostali Wielce Czcigodni posłowie skwapliwie korzystają z okazji, by siedzieć cicho, bo nie wiedzą, jakie właściwie remedium mieliby zaproponować. Tymczasem remedium jest – ale jego zastosowanie wymagałoby nie tylko od Wielce Czcigodnych podjęcia decyzji, czyim dobrem powinni się kierować – czy dobrem obywateli, czy interesem własnym i biurokratycznego gangu, który pasożytuje na ciele narodu i państwa, a z Wielce Czcigodnymi żyje w symbiozie – ale również od obywateli naszego nieszczęśliwego kraju – czy bliższe są im ich własne interesy, czy też interesy wspomnianego biurokratycznego gangu.

Niestety bowiem, zdecydowana większość naszych współobywateli stoi na nieubłaganym gruncie utrzymania tak zwanych socjalistycznych zdobyczy ludu pracującego miast i wszy – i dopóki tak jest, dopóty nasi Umiłowani Przywódcy mogą wszystkie tego rodzaju protesty olewać ciepłym moczem. Żeby się o tym przekonać, warto przypomnieć historię reform, zapoczątkowanych w tej i w innych dziedzinach przez charyzmatycznego premiera Jerzego Buzka, co to rządził Polską w latach 1997-2001, początkowo pod kuratelą Leszka Balcerowicza, a potem już siłą inercji. Pieniądze idą „za pacjentem

Za pierwszej komuny i nawet w początkach sławnej transformacji ustrojowej, sektor ochrony zdrowia funkcjonował po staremu. Obywatele płacili podatki, rząd rozdzielał forsę i ile tam przypadło na ochronę zdrowia, tyle przypadło. Aliści środowisko władzy zaczęło puszczać nowe wiatry, że to niby trzeba również tę dziedzinę „urynkowić”, co w ówczesnych warunkach oznaczało tylko tyle, żeby – podobnie jak inne dziedziny życia publicznego – również i tę uczynić obfitym żerowiskiem dla bezpieki i konfidentów, rozparcelowanych równomiernie w poszczególnych partiach establishmentu.

Tego zadania podjął się charyzmatyczny premier Jerzy Buzek, rządzący z ramienia „fabrycznych hersztów” – jak nazywał ich Kol. Rafał Ziemkiewicz – którzy doszli do wniosku, że nie będą wozić na własnych plecach jakichś tam panien Suchockich, tylko sami przejdą do polityki i umoczą usta w melasie. Ponieważ jednak rząd SLD-PSL w latach 1993-1997 „zawłaszczył państwo”, to znaczy poobsadzał wszystkie synekury w sektorze publicznym albo podsuniętymi mu konfidentami bezpieki, albo własnym faworytami, charyzmatyczny premier Buzek, ani nawet Leszek Balcerowicz nie miał gdzie wcisnąć swoich faworytów, żeby oni też mogli sobie pochłeptać. Tak narodziła się „koncepcja” – jak powiedziałby Kukuniek – przeprowadzenia wiekopomnych reform.

Tu muszę zwrócić uwagę, że wiekopomne reformy mają dwojakie cele. Cele deklarowane i cele rzeczywiste. Cele deklarowane bywają z reguły bardzo podniosłe i sprowadzają się do tego, by obywatelom przychylać nieba. Mają one jednak to do siebie, że albo się pojawią, albo nie. Z reguły się nie pojawiają. Natomiast cele rzeczywiste pojawić się muszą i to natychmiast. Tak właśnie było i w tym przypadku. Ponieważ w ramach „urynkowienia” sektora ochrony zdrowia pieniądze – po staremu zrabowane obywatelom – miały „iść za pacjentem”. Oczywiście nie samopas, co to, to nie! Kto to widział, żeby tyle zrabowanych pieniędzy pozostawić bez nadzoru? Toteż zapobiegliwy – i oczywiście charyzmatyczny – premier Buzek wykombinował, żeby gwoli nadzorowania zrabowanych obywatelom pieniędzy, utworzyć 16 terenowych Kas Chorych oraz 17 – „mundurową”. W ten sposób stworzone zostały synekury w sektorze publicznym, gdzie można było umieścić nie tylko bezpieczniaków – ale również zaplecze polityczne koalicji rządowej AWS-UW.

Premier Buzek, nauczony doświadczeniem poprzedniego rządu, co to „zawłaszczył państwo”, zadbał o to, by beneficjentom synekur stworzyć takie gwarancje prawne, żeby nawet zmiana rządu nie mogła wysadzić ich z siodła. Oznaczało to, że wprawdzie deklarowane cele reformy ochrony zdrowia w postaci przychylenia nieba pacjentom nie zostały osiągnięte – ale za to zostały osiągnięte cele rzeczywiste – w postaci skokowego zwiększenia liczby synekur w sektorze publicznym oraz skokowego wzrostu kosztów funkcjonowania państwa – o ok. 100 mld złotych rocznie – bo skoro tylu filutów, którzy przecież byle czego nie zjedzą, Rzeczpospolita wzięła na swoje utrzymanie, to musiało to odpowiednio kosztować. Tedy pieniądze „szły za pacjentem” ale w takiej odległości, że wszelki kontakt, nie tylko wzrokowy, ale każdy inny – został natychmiast utracony. Jeszcze raz sprawdziło się spostrzeżenie księcia Saliny z powieści „Lampart”, że trzeba wiele zmienić, żeby wszystko zostało po staremu. Reforma reformy.

Zostało po staremu – ale nie na długo, bo kiedy już „fabryczni hersztowie” objęli swoje synekury, zainteresowanie Akcją Wyborczą Solidarność zmalało do zera i w roku 2001 ta formacja w ogóle ze sceny politycznej zniknęła. Formacja zniknęła – ale biurokratyczny aparat Kas Chorych, jako żerowisko dla wybranych pozostał. Nowy premier Leszek Miller, który w ramach rządu SLD-PSL powrócił do władzy, chciał w tych Kasach usadzić swoich protegowanych i protegowanych PSL – ale okazało się, że na skutek zastosowanych przez charyzmatycznego premiera Buzka blokad prawnych nie jest to możliwe.

W tej sytuacji nie było innego wyjścia, jak zreformować poprzednią reformę. I tak się stało; Kasy Chorych zostały zlikwidowane, a na ich miejsce został powołany Narodowy Fundusz Zdrowia, z 16 oddziałami terenowymi. Była to zupełnie nowa instytucja, więc stare gwarancje już jej nie dotyczyły, toteż została ona już obsadzona prawidłowo, jak się należy, przez nowych totumfackich. Podobnie jak Kasy Chorych, również Narodowy Fundusz Zdrowia nawet nie udaje, że kogoś leczy, czy będzie to robił. Jedyną rzeczywistą racją jego istnienia jest stworzenie żerowiska dla bezpieki i jej konfidentów, a pretekstem, dla którego beneficjenci mogą sobie umoczyć usta w melasie, jest administrowanie pieniędzmi zrabowanymi obywatelom pod pretekstem wyświadczania im przez państwo usług medycznych.

My tutaj rządzim i my dzielim, bez nas by wszystko diabli wzięli” pisze poeta w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”. I tak właśnie się to odbywa. Prześledźmy tedy drogę, jaką pieniądze zrabowane obywatelom podążają, „idąc za pacjentem”.

Otóż najpierw trafiają do vaginetu, gdzie vaginessy je rozdzielają, a to na to, a to na tamto – co przybiera postać ustawy budżetowej. Stamtąd forsa przeznaczona na ochronę zdrowia trafia do biurokratycznego gangu czyli NFZ. Ten najpierw odejmuje od ogólnej sumy to, co ma sam przejeść, a resztę rozpisuje według rozdzielnika między poszczególne komórki ochrony zdrowia – szpitale i przychodnie. Tam forsa jest rozdzielana ostatecznie – na koszty, na płace oraz inwestycje. Oczywiście już w ilości znacznie zmniejszonej – bo przecież NFZ nie pracuje za darmo, co to, to nie! Ta reszta dzielona jest – według skomplikowanego rozdzielnika, opracowanego przez biurokratów. Oczywiście na nic już nie starcza, toteż nie ma innej rady, jak się zadłużać. Ale zadłużanie ma swój kres, bo jeśli dostawcy zaopatrujący szpitale w leki, energię, żywność itd. nie dostają pieniędzy, to wstrzymują dostawy. I właśnie z taką sytuacją mamy już do czynienia, a jej symbolem była zrzutka pracowników jakiegoś szpitala na sfinansowanie technicznego przeglądu urządzenia, bez którego nie można by prowadzić operacji chirurgicznych.

Nie „za pacjentem”, tylko razem z nim

W jakim kierunku powinno iść poszukiwanie dróg wyjścia z tej pułapki? Trzeba by przywrócić normalność, to znaczy – sytuację, w której pieniądze nie idą „za pacjentemw takiej odległości, że wszelki kontakt z nimi został bezpowrotnie utracony, tylko Z PACJENTEM. W tym celu należałoby zmodyfikować system podatkowy w ten sposób, by państwo przestało rabować obywateli pod pretekstem, że będzie ich leczyć, to znaczy – by odpowiednio zmniejszyło podatki. W tej sytuacji pacjent przychodziłby do przychodni, czy szpitala z pieniędzmi, którymi płaciłby za usługę medyczną. Teraz bowiem mamy sytuację taką, że jeśli – dajmy na to, – usługa medyczna kosztuje 100 złotych, to NFZ i inne biurokratyczne gangi zabierają z tego połowę i dopiero ta pozostała połowa jest rozdzielana między szpitale, przychodnie, doktorów, pielęgniarki i salowe.

Gdyby zatem wyeliminować z tego tych biurokratycznych pośredników, którzy nawet nie udają, że kogoś leczą, to ta sama usługa medyczna mogłaby kosztować nie 100, a tylko 75 złotych, które w całości rozdzielane byłoby między tych, którzy pacjentami rzeczywiście się zajmują. Oni mieliby więcej, a pacjent płaciłby mniej. Poszkodowane byłyby tylko wspomniane biurokratyczne gangi – no ale przecież one nawet nie udają, że kogoś leczą. Zatem wszystko sprowadza się do tego, czy obywatele udzielą politycznego poparcia dla likwidacji biurokratycznego żerowiska na sektorze ochrony zdrowia, czy nie. Na to jednak się nie zanosi.

Wprawdzie Józef Stalin mówił, że komunizm pasuje do Polaków, jak siodło do krowy – ale najwyraźniej przez okres pierwszej komuny i jej kontynuacji obecnie, zdążył się dopasować.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Polacy, zostańcie w Kazachstanie i na Sybirze! Wasze miejsca w Ojczyźnie zajęły chachły i chazary

Polacy, zostańcie w Kazachstanie! Wasze miejsca w Ojczyźnie zajęły chachły i chazary

Autor: pokutujący łotr, 4 maja 2026

Marcin Palade, w pigułce, podaje przerażający Raport Najwyższej Izby Kontroli z lipca 2024 r. w którym przyjrzano się realizacji w ostatnich latach programu repatriacji Polaków ze wschodu do Rzeczpospolitej Polskiej. Danych tych niestety, nie znajdzie się w TV Republice, w Gazecie Polskiej czy innych piso- oraz ukro-lubnych szmatławcach.

Okazuje się, że po 1989 r. aż do 2024 (danych za rok 2025 jeszcze nie ma) Rzeczpospolita Polska zdołała sprowadzić do kraju zaledwie 9 % Polaków zamieszkałych w dawnej sowieckiej Rosji, głównie na przedwojennych Kresach polskich oraz w Kazachstanie.

Oblicza się, że tym czasie zamieszkiwało sam Kazachstan 125 tys. Polaków, z których przytłaczająca większość marzyła o powrocie do kraju.  Niestety, zarówno postkomuniści jak i obóz “prawdziwych patriotów” – o który gorzko mówi Palade, że “bardziej nienawidzą Rosji, niż kochają Polskę” nie zdobył się na nic, poza paroma pokazowymi “ułatwieniami” formalnymi dla starających się o przesiedlenie Polaków, pozostającymi jednak głównie na papierze i mających charakter propagandowy, gdyż nie towarzyszyło temu udawaniu realne wspomożenie tych programów realnymi środkami finansowymi na zasiedlenie, remonty domów do zamieszkania, opiekę medyczną, naukę języka, przyuczanie zawodowe itp.  

W tym samym  czasie, z mniejszości niemieckiej zamieszkującej również Kazachstan i tereny Powołża (po likwidacji przez Stalina Niemieckiej Republiki Autonomicznej w 1941 r. ) i liczącej prawie 1 mln osób, zdołało DO DZIŚ wrócić do Niemiec 99 %!

[My jechaliśmy trzy dni z Nowosybirska na wschód – podobnymi ciężarówkami, ale na Holtz-gaz, bo Niemcy dostarczali. Co jakiś czas obstawa szła z siekierami i wycinała nowe paliwo. Dalej, do lagry „Krasnyj Oktjabr’ ” -3 dni saniami. MD]

Wywózka Polaków odkrytymi ciężarówkami na Syberię, 1940 r.

Jednocześnie, w tak zwanej “wolnej Polsce” zdołano wydać w Tel Aviwie aż do dzisiejszego dnia w sumie ok. 100 tys, polskich paszportów, co czyni całkowicie jasną tę podmiankę ludności: usraelczycy, jak najbardziej! prosimy, prosimy do Polski! Na miejsce niechcianych a starających się powrócić do kraju Polaków.

Polska rodzina wysiedlona z Kresów w śniegi Kazachstanu, luty 1940s.

Słuchając tej przerażającej opowieści Paladego o tym, kto naprawdę rządzi nami – jacy “Polacy” jedynie z nazwy i polskojęzyczni, bo NIE CZUJĄCY po polsku. Gdyby mieli polskie serca, to na głowie  by stawali aby dopomóc rodakom! Za to, na przykład, wymowny wielce  pan minister kultury Gliński, gorąco wzywając Polaków do “uczynienia wszystkiego, aby wzmocnić więź z rodakami mieszkającymi za granicą” (jednak o setkach tysięcy byłych zesłańców z II Rzeczpospolitej – ani słowa) przez dwie swoje kadencje nie znalazł ANI grosza by realnie wesprzeć te programy, choć na pstryknięcie palcami znalazł 100 milionów na renowację cmentarza żydowskiego w  Warszawie.

Palade podaje nazwiska tych renegatów, znów pchających się do władzy, a najwyraźniej  noszących polskie nazwiska tylko od parady – głównie pis-owskich,  bo szczyt podań o powrót do Polski przypadł na okres pisowskich rządów w Polsce. Jednak nie uczynili oni literalnie nic, by umęczonych dekadami prześladowań rodaków objąć choćby w części takim programem repatriacyjnym , jaki w tym samym czasie bez mrugnięcia okiem wyszykowano od ręki dla rzekomych “uchodźców” z “objętej wojną” Upainy.

Oto nazwiska hańby tych ministrów Spraw Wewn. i Administracji, głównie odpowiedzialnych za tę antypolską zbrodnię: Mariusz Błaszczak, Joachim Brudziński, Elżbieta Witek i Mariusz Kamiński.

A także nazwiska będących wtedy na urzędach ministrów Spraw Zagranicznych, winnych wspierania z urzędu tych programów, którzy jednak – też od 2017 r. – NIE UCZYNILI ABSOLUTNIE NIC w tej sprawie. To Witold Waszczykowski, Jacek Czaputowicz, Zbigniew Rau i Szymon Szynkowski vel Sęk.

Na koniec – rzecz najtragiczniejsza. Wielu Polaków w Kazachstanie, widząc, że Polska ich nie chce – gdy tymczasem inne mniejszości dziesiątkami tysięcy opuszczały ziemię zesłania, by wrócić do swych ojczyzn –  przyjmowało ofertę rosyjską, przesiedlenia do Rosji, by choć w jakiejś części, opuszczając muzułmański kraj, wrócić do swego chrześcijańskiego rodowodu.

Hańba, hańba, hańba!

==========================================

To z Białowieży, gdy już nasi żydowscy szewcy i krawcy założyli czerwone opaski

========================================

Nasymdżon, Chomrochon (to dziewczyna), Hulomdżon, Rachymdżon, Miruś; Namangan, dolina Fergany, 1944

Nam udało się wyjechać do Polski w czerwcu 1946, gdy już wszyscy Żydzi, członkowie Związku Patriotów Polskich – wyjechali.

Od Poczobuta do… [to sromota dyplomatyczna]

Od Poczobuta do…

Mateusz Piskorski myslpolska/piskorski-od-poczobuta-do

—————————-

Przypadek Andrieja Poczobuta wskazuje na głęboką niesamodzielność polityczną, dyplomatyczną i wywiadowczą Polski

===================================

Przejęcie w Polsce z fanfarami Andrieja Poczobuta, białoruskiego opozycjonisty pochodzenia polskiego, wymienionego w ramach wymiany więźniów zainicjowanej przez Stany Zjednoczone, wydaje się na pierwszy rzut oka sukcesem.

Wszak władze w Warszawie od lat domagały się wyjścia na wolność białoruskiego aktywisty. Sukcesem jednak nie jest. Jest raczej ilustracją porażki, jaką była i pozostaje polska polityka wschodnia.

Po pierwsze, Poczobuta zaangażowano w rozrysowane niekoniecznie w Warszawie plany obalenia władz białoruskich, względnie ich wizerunkowego osłabienia. Gdyby nie on i jego sprawa, należałoby go wymyślić. Poczobut od lat stawał przed sądami w sprawach karnych. Władze białoruskie dawały się, nawiasem mówiąc, wciągać w zastawianą na nie pułapkę. Zatrzymywały bowiem rzeczonego aktywistę za wszystkie, najdrobniejsze nawet wykroczenia. Skazywały go na wyroki w sprawach ewidentnie politycznych. Patroni Poczobuta, niekoniecznie ci z Warszawy, wyznaczyli mu pewną role do odegrania, a on – chcąc, nie chcąc – przez lata ją odgrywał. Niektóre jego działania i wypowiedzi były ewidentnie obliczone na to, by stanąć przed sądem, a najlepiej stać się więźniem politycznym. Poczobuta-więźnia i represjonowanego wykreowały nie tylko władze w Mińsku. Stał się gwiazdą również w mediach polskich i na arenie międzynarodowej (ukoronowaniem jego kariery opozycyjnego „celebryty” było przyznanie mu w ubiegłym roku nagrody im. Andrieja Sacharowa przez Parlament Europejski).

Po drugie, Andriej Poczobut owszem – był więźniem politycznym, ale nie przebywał za kratami w związku ze sprawami dotyczącymi mniejszości polskiej. Władze w Warszawie konsekwentnie zresztą robiły niedźwiedzią przysługę Polakom mieszkającym na Białorusi, czyniąc ich twarzą politycznego aktywistę opozycji. Tymczasem Poczobut sprawami mniejszości polskiej zajmował się jedynie sporadycznie, preferując otwarte wystąpienia przeciwko władzom białoruskim. Przez operację medialną pokazującą na niego jako na istotnego działacza Związku Polaków na Białorusi powstało mylne wrażenie, jakoby owa mniejszość polska popierała określone poglądy polityczne, zdecydowanie sytuując się w opozycji wobec urzędującego prezydenta. A to dla jej interesów szkodliwe (wyobraźmy sobie, że podobną postawę wykazywaliby na przykład przedstawiciele mniejszości niemieckiej w naszym kraju).

Po trzecie – i może najważniejszeAndriej Poczobut nie został zwolniony na wniosek władz polskich prowadzących jakiś dialog na ten temat z władzami białoruskimi.

Jego uwolnienie miało za to bezpośredni związek z polityką amerykańską w naszym regionie Europy. Nieprzypadkowo tuż przed wymianą więźniów w Warszawie pojawił się wysłannik prezydenta Stanów Zjednoczonych ds. białoruskich, John Coale. I to właśnie on wynegocjował wolność dla Poczobuta, a właściwie wymianę więźniów w formacie 5 na 5. Rozmowy w tej sprawie 79-letni amerykański prawnik prowadził zapewne również ze stroną rosyjską. Mamy zatem sytuację, w której przedstawiciel obcego mocarstwa negocjuje na prośbę strony polskiej (takowa miała zostać przekazana Donaldowi Trumpowi przez Karola Nawrockiego) kwestię dotyczącą w zasadzie stosunków bilateralnych Warszawy z Mińskiem. A to oznacza, iż takowe stosunki w rzeczywistości nie istnieją i w efekcie oddajemy naszą politykę wschodnią w obce ręce.

Oczywiście ze szczęścia i wolności samego Andrieja Poczobuta i jego rodziny można się jedynie cieszyć. Pamiętajmy jednak, że do jego uwolnienia doszło nie dzięki staraniom władz polskich, lecz raczej wbrew nim, za sprawą Waszyngtonu. Polska pokazała zatem swą całkowitą niemoc. Żadne z jej apeli wygłaszanych przez lata publicznie i ze świętym oburzeniem nie wywołały najmniejszego nawet skutku. Stało się tak w związku z całkowitym praktycznie zerwaniem przez nas realnych stosunków politycznych oraz dialogu z Mińskiem.

Przypadek Andrieja Poczobuta wskazuje na głęboką niesamodzielność polityczną, dyplomatyczną i wywiadowczą Polski. Brak samodzielności jest nie kwestią podporządkowania nas na siłę jakiejś zewnętrznej potędze, lecz efektem wyboru dokonywanego przez kolejne rządy w Warszawie. Ich wyborem bowiem jest zerwanie kanałów łączności z sąsiadami: Białorusią, ale także Rosją.

Ich wyborem jest zdawanie się w sprawach geograficznie nam najbliższych na pomoc Wielkiego Brata zza oceanu. Przedstawiciele polskiego rządu witający Andrzeja Poczobuta na polsko-białoruskiej granicy powinni zacząć od przeprosin białoruskiego opozycjonisty za własną nieudolność, która kosztowała go kilka lat życia w kolonii karnej.

Miejmy nadzieję, że jego los będzie nauczką dla tych, którzy czują, że za plecami mają Warszawę i za zajmowanie się działalnością polityczną nic im nie grozi. Warszawa nie jest żadnym gwarantem niczyjego bezpieczeństwa. Z prostej przyczyny: geopolitycznie nie istnieje. Sprawa przyjazdu Poczobuta do Polski (z której nie pochodzi) powinna być zatem traktowana jak kompromitacja, a nie polityczny triumf nad Wisłą.

Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 19-20 (10-17.05.2026)

Gra o władzę w Zjednoczonych Emiratach Arabskich

Pepe Escobar: Gra o władzę w Zjednoczonych Emiratach Arabskich

Autorstwa Pepe Escobara uncutnews-ch/pepe-escobar-das-machtspiel-der-vereinigten-arabischen-emirate

Po wycofaniu się z OPEC i OPEC+ Zjednoczone Emiraty Arabskie mogą wystąpić z Ligi Państw Arabskich, a nawet z Rady Współpracy Zatoki Perskiej.

Dlatego MbZ – jedyny władca ZEA – podjął decyzję o wycofaniu się z OPEC i OPEC+.

[Szeik Mohamed bin Zayed Al Nahyan, znany jako MbZ ]

Ludzie z syndykatu Epsteina przedstawiają to jako wyrafinowane posunięcie w ramach „Nowego Porządku Energetycznego”.

Nie bardzo

Na pierwszy rzut oka posunięcie wydaje się rozsądne. ZEA wydało fortunę, aby zwiększyć swoje moce produkcyjne do 5 milionów baryłek ropy dziennie. Jednak zgodnie z zasadami OPEC+ ich kwota była znacznie niższa i wynosiła ok. 3,4 mln baryłek dziennie.

Skupili się więc całkowicie na monetyzacji. Teoretycznie mogą teraz sprzedawać, ile chcą, o ile popyt ze strony azjatyckich klientów, takich jak Chiny, Japonia i Indie, pozostanie wysoki.

Z drugiej strony Arabia Saudyjska – największa potęga OPEC i, obok Rosji, jeden z dwóch wiodących krajów OPEC+ – będzie zmuszona utrzymać produkcję na niskim poziomie, aby zapobiec załamaniu cen.

Relacje między Abu Zabi a Rijadem są niekontrolowanie napięte. W końcu oba państwa konkurują o te same źródła inwestycji zagranicznych.

Abu Zabi założyło, że irański przemysł energetyczny znajduje się w rozpaczliwej sytuacji (co nie jest prawdą: Teheran ma doktorat z „Oporu pod presją” i zawsze znajduje alternatywne rozwiązania). Dla MbZ Iran przestał być zatem znaczącym konkurentem na rynku – i to na długo. W tym miejscu ZEA wkraczają do gry jako stabilny dostawca o dużej przepustowości.

Wreszcie pojawia się „imperium piractwa”. Trump jest opętany ideą, że zwiększona podaż prowadzi do niższych cen ropy. Mamy tu MbZ, bezpośrednio powiązane z Trumpem. Dzieje się tak od czasu Porozumień Abrahama; obietnicy 1,4 biliona dolarów na inwestycje w gospodarkę USA i centra danych w Zatoce Perskiej; oraz jako partner w IMEC: błędnie nazwanym Korytarzu Indie -Bliski Wschód, który w rzeczywistości jest Korytarzem Izrael (ze szczególnym uwzględnieniem Hajfy) -Arabia Saudyjska-ZEA-Europa-Indie.

Nagrodą dla ZEA za dalsze zacieśnianie więzi z pirackim imperium – wszak to dwa mafijne przedsiębiorstwa – są wzmocnione „gwarancje bezpieczeństwa USA”.

Problem w tym, że imperium piratów nie jest już w stanie zaoferować tych korzyści, co pokazała wojna z Iranem. I szczerze mówiąc, Trumpa to po prostu nie obchodzi.

Katastrofalna polityka zagraniczna, jakiej nie było

Terminal w Fudżajrze został okrzyknięty „przełomem” Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Omija on bowiem Cieśninę Ormuz – a tym samym punkt poboru opłat zbudowany przez marynarkę wojenną Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Rurociąg Habszan-Fudżajra umożliwia Abu Zabi pompowanie ropy bezpośrednio do brzegów Oceanu Indyjskiego.

[to ten w lewo, do Morza Czerwonego md]

—————————————-

A jednak MbZ mógł źle ocenić sytuację na szachownicy energetycznej. Po zakończeniu wojny – zakładając, że tak się stanie – ropa eksportowana z Zatoki Perskiej znajdzie się zasadniczo pod kontrolą Iranu. Wpływ „imperium piractwa” nad Zatoką Perską jest skazany na zanik.

Znamienne jest, że ZEA nie znalazły się wśród czterech państw sunnickich, które jako pierwsze spotkały się w Islamabadzie – we wstępnej fazie negocjacji wojennych, które ostatecznie nie przyniosły rezultatu. Były to Pakistan, Turcja, Egipt i Arabia Saudyjska.

Tłumaczenie: Arabia Saudyjska, przynajmniej nominalnie, dąży do pokojowego porozumienia z Iranem. Abu Zabi jest praktycznie w stanie wojny z Iranem.

ZEA straciło fortunę z powodu poboru opłat w Cieśninie Ormuz. Teheran uważa je za państwo wrogie, więc żaden tankowiec nie może przez nie przepłynąć. Szybko zapanowała rozpacz.

Początkowo Abu Zabi odmówiło udzielenia Pakistanowi pożyczki w wysokości 3,5 miliarda dolarów. Następnie zwrócili się do Rezerwy Federalnej USA z prośbą o zawarcie umowy swapowej.

Ucieczka kapitału przerodziła się w lawinę. W końcu wszyscy giganci międzynarodowego świata finansowego są – lub byli – reprezentowani w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Początkowo preferowanym kierunkiem była Tajlandia – z jej doskonałą jakością życia. Teraz jednak większość funduszy płynie do Hongkongu, w wysokości około 40 miliardów dolarów tygodniowo.

ZEA to w rzeczywistości odnoga. Wydzielone z Omanu w 1971 roku: kolejny brytyjski plan, cóż innego? 11 milionów mieszkańców, z czego tylko milion to Arabowie obcego pochodzenia. Większość kraju to pustynia. Armia – licząca 60 000 żołnierzy – składa się z najemników zagranicznych.

W Zjednoczonych Emiratach Arabskich nie ma żadnego przemysłu. Żadnego przemysłu zbrojeniowego. Żadnego rolnictwa. Źródłami dochodu są ropa naftowa, handel finansowy i – jak na razie – turystyka, która przemawia do zdezorientowanych mas, bezradnie zaślepionych blichtrem i przepychem.

Teoretycznie imperium piratów i syndykat Epsteina miały zapewnić bezpieczeństwo. Ups, nie do końca – jak pokazała wojna.

A jeśli chodzi o politykę zagraniczną, mało kto może się równać ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi w kwestii złośliwości.

Byli głęboko zaangażowani w wojskowy zamach stanu w Egipcie, wspierali próbę zamachu stanu w Turcji, ingerowali w wojnę domową w Libii i późniejszą politykę „dziel i rządź”, działali ramię w ramię z kultem śmierci w Azji Zachodniej, aby podzielić Somalię, wspierali separatystów w wojnie domowej w Sudanie i podejmowali wyjątkowo agresywne działania przeciwko Ansarallah i Huti w Jemenie.

Kim więc są ich sojusznicy? „Kult śmierci” [tak Pepe nazywa Izrael md] w Azji Zachodniej. I to wszystko. W szczytowym momencie wojny z Iranem Abu Zabi otrzymało „Żelazną Kopułę” – wraz z personelem Sił Obronnych Izraela.

ZEA rozwściecza praktycznie wszystkich swoich sąsiadów. Ostatnią kroplą jest inwestycja w wojnę energetyczną z Rijadem.

Czy ten rak ma realną przyszłość? Raczej nie. Mądrzy iraccy uczeni – z silnym poczuciem historii – już zaczęli rozważać różne scenariusze.

Fikcja „emiratów” może wkrótce runąć: Republika Szardży, na przykład, jest już bardzo realną możliwością. Abu Zabi może zostać wchłonięte przez Saudyjczyków – a gangster MbZ ​​szuka azylu na Zachodzie. W krótkiej perspektywie Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej może zadać ostateczny cios, jeśli Trump wznowi wojnę, biorąc pod uwagę, jak jego terytorium i bazy były wykorzystywane do ataków na Iran.

W ślad za OPEC i OPEC+, ZEA mogłyby opuścić Ligę Państw Arabskich, a nawet Radę Współpracy Zatoki Perskiej. Nie jest nierozsądne założenie, że mogłyby całkowicie wycofać się z rozmów.

Źródło: Gra w przewadze w Zjednoczonych Emiratach Arabskich

Czy tak chcemy dojechać do celu?

Czy tak chcemy dojechać do celu?

Kategoria: Archiwum Autor: stan orda , 4 maja 2026

Oto w moim przekładzie miniatura rosyjskiego literata-emigranta Jurija Drużnikowa z 2001 r. Oryginalny tytuł w brzmieniu „Kompas” zmieniłem na bardziej adekwatny do aktualnej konstytucyjnej idee fixe. Dodałem cztery przypisy. Dla dociekliwych wyjaśniam, iż jest to powtórzenie mojej notki zamieszczonej w początkach stycznia 2025 r. na  innym portalu („SN” – „Kilka podróży do Erewania”), a to z prozaicznego względu, iż jej tekst wydał mi się nadzwyczaj trafnie korespondujący z ostatnią inicjatywą aktualnego Prezydenta RP odnośnie powołania przezeń rady dla przygotowania projektu nowej konstytucji.

Voilà.

************

Wydarzyło się to w czasach, kiedy  Związek Sowiecki jeszcze oddychał, ale dla niektórych uporczywie nieprzystosowanych obywateli miejsca w nim już brakowało. Ja również znalazłem się w szeregach takich odmieńców, a nawet w gronie odrębnych również i od nich. Dawali nam tyle, aby egzystować, ale nie tyle, aby żyć – choćbyś na głowie kołki ciosał. Przeganiali, ale wyjechać nie pozwalali – taką obmyślili udrękę. Polecali składać co pół roku podanie o wyjazd, po czym z sadystyczną satysfakcją dawali odmowę. Krótko mówiąc, zdarzyło się, że mnie również wypchnęli już na drogę do Ameryki, ale nadal trzymali na krótkiej smyczy w Moskwie.

Mój przyjaciel, stary pisarz i były łagiernik, ślepy na jedno oko i może dlatego wielki przyjaciel wszelakich bezdomnych kotów, psów i innych zwierząt, podśmiewał się ze mnie z tego powodu. Pewnego razu zaszedłem do niego i zapytałem:
– A ty nie masz chęci stąd wyjechać?
– Dokąd miałbym pojechać  – odrzekł.  – Przecież mnie i tutaj źle. Po czym dodał: – a ty wciąż tylko wyjeżdżasz, wyjeżdżasz i wyjeżdżasz. Mija już dziesięć lat jak tak wyjeżdżasz. Ja zaś nigdzie nie wyjeżdżam, to jaka między nami różnica?
– To może powinienem spróbować uciec??
– Niby jak?
– Zwyczajnie: przeczołgam się nocą przez granicę i …

Stary „zek” przyjrzał mi się uważnie.
(„zek”;  ros. – zakliuczonnyj;  pol. –  pensjonariusz zakładu karnego;  ZK.)
– Spieszy ci się? Jak nie, to siadaj w rogu kanapy. Zaraz przyjdzie taki jeden, co w tej kwestii wszystko ci wyjaśni.
– A skąd on?
– Przecież, że nie z Łubianki! Zabrałem go z podjazdu, gdzie siedział na krawężniku, bo nie ma gdzie przenocować.

Na dzwonek do drzwi gospodarz otworzył je, a wtedy wszedł nieduży chłopina około 35 lat, mizerny i marnie ubrany, ostrzyżony na łyso, który trzymał pod pachą bochenek czarnego chleba. I przedstawił się:
– Iwan Iwanycz Iwanow.
– Żartujesz sobie z nas?
– Mówię prawdę, przysięgam!


I z wprawą człowieka, któremu często zdarzały się podobne sytuacje, pokazał swój paszport, abyśmy mogli stwierdzić prawdziwość  jego personaliów. Następnie  zaczął opowiadać historię swojego życia. Iwanycz pracował jako elektryk. W podmoskiewskich skupiskach dacz wchodził na trakcyjne słupy i naprawiał przewody elektryczne zrywane przez wichury. Razem z partnerem Ormianinem wynajmowali pokój 3 na 4 metry, w którym mieli dwa łóżka i dwie nocne szafki. Kiedy definitywnie zbrzydła mu monotonia pracy i życia, powiedział sobie; „Chcę odmiany swojego losu”. Ormianin opowiedział mu, że trasa pociągu relacji Moskwa – Erewań prowadzi miejscami przy samej granicy z Turcją. Granica jest tam dosłownie na wyciągnięcie ręki, jak też jest doskonale widoczna z okien pociągu i dlatego łatwo znaleźć to miejsce, w którym należy zeń wyskoczyć.

Iwanycz wybrał się do sklepu z papeterią, kupił dziecinny kompas za rubel i dwadzieścia kopiejek oraz mapkę konturową dla trzecioklasistów za siedem kopiejek. Współlokator zaznaczył mu na mapce miejsce, gdzie trasa kolejowa przebiega najbliżej granicy. Udał się Iwanycz na dworzec, nabył bilet do Erewania. Nocą, gdy tylko zamierzał wyskoczyć ze stopnia wagonu w miejscu zaznaczonym na mapce, przytrzymali go za rękaw:
–  Dokąd to?
– Jak to dokąd? zdziwił się Iwanycz. – Do Turcji. Powiedzieli mi, że stąd będzie najbliżej.
– A kto ci tak powiedział?
– Tego wam nie zdradzę!
Pogranicznicy zatrzymali Iwanycza. Na rozprawie sądowej prokurator demonstrował narzędzia, które posłużyły obwinionemu do przestępstwa: dziecięcy kompas za rubel dwadzieścia i mapkę konturową dla trzecioklasistów za siedem kopiejek. Wspólnik Ormianin także był nękany, grozili mu wyrokiem za to, że nie doniósł na Iwana. A darowali mu karę, gdy zgodził się informować o tym, kto go będzie pytał w sprawie przebiegu granicy z Turcją.

Jacy to pomysłowi spryciarze nie siedzieli w łagrze razem z Iwanyczem! Np. jeden z nich wykombinował,  że jeśli zakupi czterysta dwadzieścia baloników i napompuje je helem, to gdy uniosą go w górę, wtedy przy sprzyjającym wietrze przeleci z Batumi do Turcji. Ale akurat w chwili, gdy dolatywał do granicy, wiatr ucichł, pogranicznicy przestrzelili czterysta, zaś pozostałych dwadzieścia  baloników wystarczyło akurat na tyle, aby śmiałka dostarczyć wprost do łagru w Mordowii.
Inny wymyślił podwodny rower: nałożył maskę z rurką do oddychania, a gdy zaczął pedałować, to za chwilę pogranicznicy na wodnym kutrze wyrwali rurkę i śmiałek był zmuszony wypłynąć samodzielnie spod wody. Jeszcze kolejny postanowił wykopać tunel pod Bałtykiem do Szwecji, wprost ze swojego ogródka na Łotwie, ale gdy się zaklinował, to musieli wyciągnąć  go stamtąd za nogawki od spodni. O czwartym nie warto szczegółowo opowiadać, bo i tak nikt nie dałby wiary: ten bowiem chciał siłą woli zamienić się w górskiego orła i dopiero za granicą powrócić do poprzedniej postaci. Wszyscy  ci spryciarze odsiadywali wyroki w mordwińskim łagrze z tego samego paragrafu: zdrada ojczyzny przez zamiar przekroczenia granicy Związku Sowieckiego. Udało się tylko temu czwartemu; górskiego orła zamknięto na oddziale psychiatrycznym. Wciąż tam przebywa, gdzie stojąc przy oknie ciągle powtarza „Lećmy już”  .

Iwanycz, co wieczór leżąc na pryczy, czytał na głos krótki słownik rosyjsko-angielski i z tego powodu bywał bijany przez współwięźniów, którzy nie chcieli słuchać obco brzmiących wyrażeń. Za dobre sprawowanie został zwolniony przedterminowo. Pod koniec terminu odsiadki znał na pamięć angielskie słowa od litery A do E. Po wyjściu z łagru przyjechał do Moskwy i natychmiast skierował się do sklepu z papeterią, gdzie kupił kompas za rubel dwadzieścia oraz konturową mapkę dla trzecioklasistów za siedem kopiejek, po czym niezwłocznie nabył w przedsprzedaży bilet na pociąg do Erewania. Na nowej mapce sam zaznaczył miejsce, gdzie powinien wyskoczyć z pociągu.
– A dokąd to!  – zawołali pogranicznicy.
– Nie wasza sprawa! – odciął się Iwanycz. –  Nic nie powiem, choćbyście mieli język uciąć.

Na pryczy kontynuował naukę na pamięć dalszej części małego słownika rosyjsko-angielskiego, czyli  od litery E do K. Współwięźniowie z celi już go za to nie billi, bo w międzyczasie przywykli.

Recydywista Iwanycz odsiedział swój wyrok w całości, a gdy wyszedł na wolność, pojechał do Moskwy, niezwłocznie skierował się do sklepu z papeterią, w którym kupił kompas za rubel dwadzieścia i mapkę konturową dla trzecioklasistów za siedem kopiejek, potem nabył bilet na pociąg relacji Moskwa  – Erewań i pojechał. Dojechał z powrotem do łagru, który dopiero co opuścił. Pozwoliło mu to wyuczyć się na pamięć  słówek ze słownika od litery K do litery O. Tym razem cały barak razem z nim recytował chórem słówka z pamięci.

Po odsiedzeniu trzeciego wyroku Iwanycz przyjechał do Moskwy, co sił w nogach pomknął do sklepu z papeterią i kupił wiadomo co. Po wyjściu ze sklepu chciał udać się na dworzec, ale nie zdążył, bo zatrzymali go, łapiąc pod łokcie, jacyś nieznajomi. Przy rewizji osobistej znaleźli kompas za rubel dwadzieścia i mapkę konturową dla trzecioklasistów za siedem kopiejek. Tym razem nie trafił pod sąd, ale załadowali go do czarnej „Wołgi”, którą powieźli go w nieznane.

W piwnicy Łubianki położyli przed nim czarny garnitur, mocno znoszony, białą koszulę, choć nie pierwszej świeżości oraz krawat nieokreślonego koloru w niebieskie ciapki z gumką i haczykiem (dla tych, którzy nie potrafią zawiązywać węzła). Kazano mu podpisać, że zobowiązuje się w komplecie i w stanie nienaruszonym zwrócić własność państwową, a następnie zakomunikowano, że chce się z nim widzieć i szczerze porozmawiać pewien towarzysz, а konkretnie towarzysz Andropow. I to osobiście. Dlatego ma nie zrobić żadnych głupstw!  Bo inaczej to … i pociągnęli palcem w poprzek jego gardła.
(Jurij Andropow – szef KGB w latach 1967 -1982;)

Doprowadzili Iwanycza do gabinetu, w którym przy długim stole siedzieli generałowie. Zostawili go przed nimi i polecili czekać. Zza tajnych drzwi wyszedł tow. Andropow. Wszyscy generałowie powstali, ten zaś nie oglądając się na boki, usiadł i zaczął łyżeczką mieszać herbatę. Upił łyk, potem podniósł jedną ręką kompas, drugą mapkę konturową i po przyjacielsku zwrócił się do Iwanycza:
– Powiedz mi, Iwanycz, co to takiego?
– Jak to co?- zdziwił się Iwanycz. – No przecież to kompas i mapka konturowa.
– Wiem! Ale pytam, co to za brewerie wyczyniasz?! Dlaczego psujesz piękny wizerunek naszego kraju, w którym wszyscy, poza tobą, skutecznie się reedukują. I co ty chcesz zobaczyć za granicą? Weź przykład choćby ze mnie; nigdy tam nie byłem i nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby tam uciekać.
Andropow zwrócił się do stojących wzdłuż stołu generałów:
–  A wy, towarzysze, chcecie uciekać za granicę?
– Ależ skąd! Nigdy! W żadnym wypadku! –  zabuczeli generałowie.
– Nо widzisz! Doceń to, Iwanow, bo wcześniej takich jak ty rozstrzeliwali za zdradę ojczyzny. Obecnie zaś działamy prewencyjnie. Chcemy, abyś stał się pełnowartościowym obywatelem w humanitarnym systemie sowieckim. Rozumiesz!?
– Czego tu nie rozumieć? – przytaknął ochoczo Iwanycz i poprawił przekrzywiony krawat. Zrozumiałem.
– Odbyliśmy naradę na wasz temat i postanowiliśmy darować wam winę. Jesteś świadomy wagi tego gestu?
– Jestem, dlaczego miałbym nie być.
– Otóż to! Teraz możesz odejść.
Wychodząc Iwanycz niespodzianie przystanął w drzwiach i zapytał::
– Obywatelu naczelniku, to jest towarzyszu Andropow – gdzie tu jest najbliższy sklep z papeterią?
Usłyszawszy to, Andropow splunął do herbaty, rzucił w Iwanycza kompasem, zgniótł konturową mapkę i posłał ją w ślad. Zatupał towarzysz Andropow tak, że aż portret towarzysza Dzierżyńskiego zakołysał się na ścianie, i wykrzyknął:
– Zabierzcie go natychmiast! Zróbcie z nim co chcecie, ale tak żebym o nim już więcej nie słyszał! Pozamykać wszystkie sklepy i magazyny z papeterią, skonfiskować wszystkie kompasy i mapki konturowe, od Moskwy po Władywostok! Za trzy dni zameldować o wykonaniu polecenia!

W piwnicy Łubianki zdjęli z Iwanycza garnitur, białą koszulę i krawat i polecili podpisać dokument potwierdzający ich zwrot. Na powrót założył swoją starą kurtkę i obozowe spodnie. W celu profilaktycznym pieniądze przeznaczone na zakup biletu do Erewania ulotniły się z kieszeni w spodniach. Ledwie udało mu się ocalić kompas i zmiętą mapkę konturową, które złapał w gabinecie towarzysza Andropowa i  niepostrzeżenie przekładał z kieszeni do kieszeni. To w łagrze nabył tak bardzo przydatnych umiejętności, czyli nie siedział tam po próżnicy. I zawieźli go znowu w nieznane mu miejsce. Prowadzili długo, aż doprowadzili. W gabinecie siedział pułkownik.
– Sprawa wygląda następująco – pogładził dłonią pękatą teczkę i po chwili mocno ją przycisnął.
– Wyjedziesz do Izraela.
– Do tego potrzebne jest zaproszenie, a ja nie mam tam żadnych krewnych. I tak się składa, że nie jestem Żydem.
– Krewnych już ci dobraliśmy. I nawet już dzisiaj przysłali zaproszenie. To twoja ciotka w trzecim pokoleniu. Bierz!
Pułkownik wyjął z teczki kopertę i wyekspediował ją kierunku Iwanycza po szklanym blacie stołu.
– O, nie! – odpowiedział Iwanycz i odesłał kopertę tą samą drogą. – W łagrze opowiadali mi, że w Izraelu gorąco. Ja zdecydowałem się na Amerykę.
– Bierz, bierz – zmęczonym głosem powiedział pułkownik – Nie ty pierwszy i nie ostatni. Potruchtaj w OWIR,  ja do nich przedzwonię. Jak by nie patrzeć, Izrael lepszy od Erewania, do którego ty nigdy nie dotrzesz. Pułkownik wykazywał spore poczucie humoru.
(ОВИР /OWIR  – Oddział Wiz i Rejestracji😉
Iwanycz odebrał zaproszenie i udał się do OWIR, tam w kolejce odczekał co swoje i w okienku podał zaproszenie. Po czym usłyszał:
– Biegusiem przynieście siedemset rubli, bo tyle należy się za odebranie obywatelstwa.
–  A niby skąd wytrzasnę tyle pieniędzy?  – zdumiał się Iwanycz. – Ostatni rubel i dwadzieścia siedem kopiejek wydałem na kompas i mapkę konturową.
-To wasz problem, usłyszał w odpowiedzi. I dodali  – Idźcie tam skąd was tu przysłali.
Dziwne, ale Iwanycza zaprowadzili znów do pułkownika.
– Skąd mam wziąć taką sumę – pożalił się Iwanycz – skoro na kompas i mapkę konturową wydałem ostatni  rubel i dwadzieścia siedem kopiejek? Wyjął kompas, rozprostował na stole zmiętą mapkę i wywrócił kieszenie na dowód, że niczego więcej w nich nie ma. Pułkownik po cichu zabrał kompas i mapkę i schował je do biurka. Może i on miał chęć  pojechać do Erewania? Na zaproszeniu zaś napisał:  „Pozbawić nieodpłatnie obywatelstwa obywatela Iwanycza I.I.. Pułkownik ….”. I złożył niewyraźny podpis.

Z powodu takiego zakrętu losu Iwanycz nie zdążył nauczyć się na pamięć krótkiego słownika rosyjsko-angielskiego poza literę O. Gdy o tym opowiadał mi wówczas w Moskwie, pokazał bilet. Tym razem nie do Erewania, ale do Wiednia. I to na koszt KGB. A niektórzy nadal  nie chcą uwierzyć, że to jest solidna, troszcząca się o ludzi instytucja.

W tej historii ani jedno słowo nie zostało zmyślone. Jeśli ktoś wątpi, mam na to świadka.

Jakiś czas temu spotkałem Iwana Iwanycza w  Brighton Beach, w Nowym Jorku. Przebywał tu już od dwudziestu lat. Po angielsku znał słówka tylko w kolejności alfabetycznej od litery A do O. Mieszkańcy Brighton Beach proszą go, aby mówił po rosyjsku, bo sami nie znają zbyt wielu słów angielskich. Nawiasem mówiąc, nie jest im to do niczego potrzebne.
(Brighton Beach; nowojorska dzielnica skupiająca emigrantów ze Związku Sowieckiego i  terenu byłych republik sowieckich. Tzw. „mała Odessa”)

Iwan Iwanycz pracuje jako elektryk, W skupiskach dacz na obrzeżach Long Island wchodzi na trakcyjne słupy i naprawia przewody elektryczne pozrywane przez wichury. Razem z partnerem z Filipin wynajmują po pokoju, 3 na 4 metry, a w każdym stalowe łóżko i nocna szafka. Iwanycz  podsumował: – Haruję, haruję, i co? Zbrzydła mi taka monotonna praca i życie. Chcę odmiany swojego losu.

O autorze: stan orda

lecturi te salutamus

=======================

Blokada Cieśniny Ormuz realizuje cele Światowego Forum Ekonomicznego i Agendy 2030

Ormuz: Kto pociąga za sznurki? Iskra, impas i cieśnina: Rozszyfrowanie.

Blokada Cieśniny Ormuz realizuje cele Światowego Forum Ekonomicznego i Agendy 2030 – przypadek?

Ormuz: Kto pociąga za sznurki?

Iskra, impas i cieśnina:

Rozszyfrowanie wojny z Iranem

Autorstwa Charliego Howdena

Próbuję zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się w wojnie z Iranem. Stany Zjednoczone twierdzą, że blokują Cieśninę Ormuz, aby zniszczyć irańską gospodarkę, ale robiąc to, ryzykują zniszczeniem gospodarki światowej – w tym swojej własnej. Przyjrzyjmy się temu i zobaczmy, czy uda nam się to jakoś zrozumieć. Zapraszam do dyskusji w komentarzach.

Wyobraź sobie: jest koniec kwietnia 2026 roku, a świat wstrzymuje oddech, gdy beczka prochu w Zatoce Perskiej kipi. Po serii nalotów, starć morskich i tajemniczych bitew zastępczych, sytuacja przekształciła się w kruche zawieszenie broni, ale w powietrzu wisi groźba eksplozji. To, co zaczęło się 28 lutego jako potężny atak USA i Izraela, przerodziło się w grę o władzę o wysoką stawkę, na którą nikt nawet nie mrugnie okiem. Zachodnie nagłówki krzyczą o poskromieniu „reżimu zbójeckiego”, irańskie głosy buntu, a mocarstwa takie jak Rosja, Indie i Chiny kręcą głowami na widok chaosu szerzącego się na całym świecie. W centrum? Cieśnina Ormuz, przez którą przepływa obecnie zaledwie około dziesięciu statków dziennie – mniej niż jedna dziesiąta normalnego ruchu.

A jaka właściwie jest strategia Donalda Trumpa? Czy chce zniszczyć Iran? A może Chiny? Czy tworzy nowy porządek świata pod hegemonią USA? A może daje elitom globalistycznym na Światowym Forum Ekonomicznym (WEF) i w ramach Agendy ONZ 2030 niepowtarzalną okazję do przekształcenia świata w globalną tyranię rządową, której pragną?

Wróćmy do początku. Wojna wybuchła, gdy Trump – po 60-dniowym ultimatum postawionym Iranowi, by porzucił ambicje nuklearne i porzucił sojuszników, takich jak Hezbollah i Huti – rozpoczął wspólne ataki z Izraelem. Teheran został zbombardowany, a Najwyższy Przywódca Ali Chamenei zginął. Strategia Trumpa, jak powiedział, była jasna jak słońce: zmiana reżimu, zniszczenie irańskich rakiet, zatopienie marynarki wojennej, zniszczenie sił powietrznych, likwidacja siatki terrorystycznej i ostatecznie porzucenie wszelkich ambicji nuklearnych. Iran jednak nie zastosował się do scenariusza, skutecznie odpowiadając i – co przewidywalne – zamykając Cieśninę Ormuz.

Na początku kwietnia weszło w życie kruche, dwutygodniowe zawieszenie broni, a 7 kwietnia Iran ułatwił ruch tankowców przez Cieśninę. Stany Zjednoczone wstrzymały ataki, a Trump przedłużył je na czas nieokreślony 21 kwietnia, chwaląc się, że zniszczono 75% celów. A potem, po tym jak nazwał irański reżim „gangsterami” za zamknięcie cieśniny, same Stany Zjednoczone nałożyły blokadę, drastycznie ograniczyły ruch, nakazały zawrócenie około 40 statkom i ostrzelały co najmniej jeden z nich. Niemniej jednak, nie widać żadnego poważnego porozumienia. Iran odrzuca amerykańskie żądania dotyczące surowych ograniczeń nuklearnych, a rozmowy, takie jak te w Islamabadzie, załamały się po tym, jak Teheran odmówił kapitulacji, a Trump nagle wycofał swojego wysłannika.

Zachodnie źródła malują obraz przedłużającego się impasu. „Niewygodna ziemia niczyja, gdzie nie ma wojny, nie ma pokoju”, jak to ujmuje „New York Times”, z nieudaną dyplomacją i obiema stronami okopanymi jak we współczesnej Sommie. „Guardian” opisuje „narastający impas”, pomimo gorączkowej dyplomacji wahadłowej w regionie. Trump utrzymuje otwartą linię telefoniczną z Teheranem – „Zadzwoń, jeśli chcesz rozmawiać” – ale nalega na całkowity zakaz broni jądrowej. Liczba ofiar? Jak zawsze niejasna, chociaż amerykańscy wojskowi przyznają, że Iran nadal dysponuje znacznym potencjałem w zakresie rakiet i dronów.

W Teheranie historia opowiadana jest jako opowieść o duchu walki i niesprawiedliwości. PressTV i IRNA przedstawiają wojnę jako brutalny amerykańsko-izraelski buldożer niszczący suwerenne ziemie – 25 kwietnia był już 57. dniem inwazji. Iran przedstawia „realne ramy” dla pokoju, ale z warunkami: żądaniami reparacji wojennych od państw Zatoki Perskiej za zniszczoną infrastrukturę, taką jak mosty i sieci energetyczne, w tym połączenie Karadż-Teheran.

Ich 10-punktowy plan? Otwarcie Cieśniny Ormuz, zniesienie blokady morskiej USA – ale tylko z rzeczywistymi gwarancjami bezpieczeństwa ze strony Zachodu. Żadnych dalszych ustępstw w sprawie programu nuklearnego bez czegoś w zamian. A ostrzeżenia są druzgocące: Teheran grozi chaosem Izraelowi i Stanom Zjednoczonym w przypadku zerwania zawieszenia broni i zapowiada „nowe niespodzianki” w swoim arsenale. Nawet amerykańscy senatorowie nazywają sytuację „katastrofalną”, a próby ograniczenia uprawnień militarnych Trumpa kończą się fiaskiem.

Perspektywa Rosji, jak donoszą RT i Sputnik, to schadenfreude. Ta wojna, jak twierdzą, obnaża piętę achillesową Ameryki, pokazuje ograniczenia amerykańskiej potęgi i przyspiesza rozwój wielobiegunowego porządku świata.

Niezależnie od tego, czy konflikt zakończy się szybko, czy wciągnie wszystkich w otchłań, handlarze bronią i tak na tym skorzystają, a Europa mocno ucierpi z powodu rosnących cen energii. Dmitrij Miedwiediew określa zawieszenie broni jako „zdrowy rozsądek”, ale zauważa, że ​​Stany Zjednoczone przesadziły. Państwa Zatoki Perskiej? Wstrzymują się, zbyt wstrząśnięte skutkami gospodarczymi.

W Indiach „The Hindu” i „Times of India” donoszą w sposób zrównoważony. Trump krytykuje Iran za omijanie kwestii nuklearnej, koncentrując się na Ormuz. Teheran grozi ostrą retoryką, podczas gdy amerykańskie okręty ścigają podejrzane jednostki. Według Trumpa nie ma broni jądrowej, ale mnóstwo bomb, jeśli rozmowy zakończą się fiaskiem. Zjednoczone Emiraty Arabskie przyznają: „Iran uderzył nas mocno, ale nic nie zrobiliśmy”.

Chiny, reprezentowane przez Global Times i Xinhua, krytykują tę sytuację jako przejaw amerykańskiej arogancji. Miesiąc wojny, której końca nie widać. Iran odrzuca słabe zawieszenia broni i proponuje własne rozwiązania. Protesty skierowane są przeciwko „imperialistycznym” atakom, a opór trwa.

Ale uwaga skupia się na Cieśninie Ormuz. Normalnie przepływa przez nią około 20 milionów baryłek ropy naftowej, LNG i innych towarów dziennie – około 120 do 140 statków dziennie. Jednak od czasu irańskiej blokady, którą obecnie wzmacniają Stany Zjednoczone, ruch spadł do 3-6 statków dziennie – co stanowi spadek o 95%. ONZ ostrzega przed poważnymi konsekwencjami dla światowego handlu, od energii po nawozy. Ceny ropy rosną, a bezpieczeństwo żywnościowe jest zagrożone.

Dlaczego więc USA nałożyły blokadę? Oficjalnie po to, by zniszczyć irańską gospodarkę. Ale to wpływa na całą gospodarkę światową. Krytycy mówią o samo-sabotażu: zamiast ukierunkowanych sankcji, rozpętuje się globalny chaos. Czy to rzeczywiście strategia – czy też stawka jest wyższa?

Cel Trumpa jest jasno określony: militarne zniszczenie Iranu. Rezultat jest jednak zmienny. Irańskie władze utrzymują swoją pozycję, armia jest osłabiona, ale nie pokonana. Dyplomacja pozostaje trudna. Rezultat: zerwane sojusze i przyspieszona transformacja w kierunku świata wielobiegunowego.

A teraz pytanie spekulacyjne: Czy ta wojna nieświadomie wspiera cele Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) i Agendy ONZ 2030? Rosnące ceny energii, niedobory dostaw i presja ekonomiczna mogą wymusić właśnie zmiany, które te programy przewidują – mniej własności, więcej kontroli, większą centralizację.

Ostatecznie świat stoi na rozdrożu. Zawieszenie broni jest kruche; jeden błąd może doprowadzić do eskalacji konfliktu. Strategia USA okazuje się skuteczna, ale jej długoterminowe konsekwencje mogą doprowadzić do nowego porządku globalnego – z dalekosiężnymi reperkusjami dla wszystkich.

Źródło: Hormuz: Kto podejmuje decyzje?

Majówki i grille. MEM-y IV.

===========================

————————————–

—————————————–

—————————————-

———————————————————–

————————————————————

———————————————–

———————————

————————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Latające dziki. MEM-y III.

————————————————

—————————–

———————————

——————————————

[i z Sybiru, synku… ]

——————————

—————————————-

—————————————————————

—————————————

———————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Chcieliście niskich podatków? Rząd ciągle takie wprowadza. MEM-y II.

——————————————————

———————————————–

[Przecież, nie tylko ryjem – już nas wpierdolił. MD]

————————————————-

[Nie obrażaj koni ! Chyba, że chodzi o tego adwokata]

—————————-

————————————————————-

———————————————————-


—————————————————–

———————————————-

————————————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Żydzi poza kontrolą. Żołnierze masowo rabują mienie cywilne w Libanie i Strefie Gazy

Żydzi poza kontrolą.

Żołnierze masowo rabują

mienie cywilne

w Libanie i Strefie Gazy

4 maja 2026 pch24/zydzi-poza-kontrola-zolnierze-masowo-rabuja-mienie-cywilne-w-libanie-i-strefie-gazy

74351a20-12a5-4ce8-9895-75b3d85f67d6_medium.webp
Easy-Peasy.AI

Armia Izraela „nie radzi sobie” z falą grabieży mienia cywilnego przez żołnierzy w Libanie i Strefie Gazy – informuje izraelski portal Ynet. Z relacji rezerwistów wynika, że rabunek opuszczonych domów odbywa się rutynowo, a dowództwo nie podejmuje działań dyscyplinarnych.

Według relacji publikowanych przez izraelskie media – zarówno liberalny i niszowy dziennik „Haarec”, jak i najbardziej popularny izraelski portal Ynet – żołnierze wynoszą z libańskich wiosek niemal wszystko.

Na listach skradzionych przedmiotów znajdują się telewizory, motocykle, dywany, obrazy, sofy, pościel, a także sprzęt kuchenny, taki jak lodówki, tostery, czajniki, miksery, a nawet filiżanki.

Jeden z żołnierzy rezerwy opisał, że widział jednostki ładujące na pojazdy całe zestawy mebli oraz biżuterię, a w innym wyznaniu pojawiła się informacja o kradzieży sztabek złota, koców oraz prywatnych zdjęć.

Żołnierze wypowiadający się anonimowo dla izraelskich mediów opisują proceder jako jawny. – Każdy, kto coś bierze – telewizory, papierosy, narzędzia – po prostu wkłada to do swojego pojazdu. Nikt tego nie ukrywa, wszyscy to widzą i rozumieją – relacjonuje jeden z mundurowych w „Haarecu”.

​​- W Strefie Gazy ktoś wsiadł do ciężarówki z kanapą, doszło tam do szalonej bójki. (…) Siedem miesięcy temu każda jednostka umeblowała sobie pomieszczenia wspólne sprzętami ze Strefy, całymi kompletami wypoczynkowymi – powiedział inny żołnierz portalowi Ynet.

Podczas wojny w Strefie Gazy zjawisko grabieży miało osłabnąć – według źródeł Ynetu – jednak nie z powodu zaostrzenia rozkazów, lecz dlatego, że „zostało mało do zabrania”.

Szef Sztabu Generalnego, Ejal Zamir, pod koniec kwietnia potępił rabunki, nazywając je „moralną plamą”, jednak mimo tych deklaracji, żołnierze twierdzą, że dyscyplina nie jest egzekwowana. Choć niektórzy dowódcy niższego szczebla próbują interweniować – grożąc m.in. usunięciem z jednostki – większość ma przymyka oko na zachowanie podwładnych – wynika z raportu Ynet.

„Haarec” podkreśla, że dowódcy obawiają się wyciągania surowych konsekwencji wobec rezerwistów, by nie zniechęcać ich do służby, w czasie, kiedy armia odczuwa braki kadrowe. W efekcie, punkty kontrolne na granicy z Libanem, które miały zapobiegać wywożeniu łupów do Izraela, w wielu miejscach zostały zlikwidowane lub działają jedynie fasadowo.

Żołnierze tłumaczą swoje zachowanie na kilka sposobów. Wielu uważa, że skoro domy i tak zostaną zburzone lub zbombardowane, zabranie z nich mienia nie stanowi realnej szkody, inni postrzegają grabież jako formę „rekompensaty” za trudy wojny i osobiste koszty, jakie ponoszą jako rezerwiści.

Komentatorzy zauważają, że zjawisko grabieży to nie jest nowe w historii wojen toczonych przez Izrael. Podobne incydenty odnotowywano podczas konfliktów w 1948, 1956, 1967 roku oraz podczas pierwszej wojny libańskiej w 1982 roku. Zdaniem „Haareca” obecny problem wyróżnia się systemową biernością państwa. Rząd, choć oficjalnie nie zachęca do grabieży, nie podejmuje też realnych kroków, by je powstrzymać.

Oficjalne dane wojska mogą budzić wątpliwości co do skuteczności śledztw – w 2024 roku wpłynęło jedynie dziewięć zgłoszeń dotyczących grabieży w Strefie Gazy, z czego tylko jedno zakończyło się aktem oskarżenia – podał Ynet.

Operacja Izraela w Strefie Gazy rozpoczęła się po ataku Hamasu na Izrael 7 października 2023 roku, a od października 2025 roku obowiązuje kruche zawieszenie broni między Hamasem a Izraelem.

Z kolei trwająca obecnie izraelska inwazja na Liban jest związana z szerszą eskalacją po atakach USA i Izraela na Iran 28 lutego, po których libański Hezbollah włączył się do walk po stronie Teheranu.

Źródło: PAP / Joanna Baczała

Wykończenie w karbonie. MEM-y I.

———————-

[Nienawiści do Pana Boga, księże.. md]

=========================

———————————————————–

———————————

————————————————————

————————————————

———————————————–

[ależ miał powód: Chciał się zabawić. md]


————————————————

———————————————

—————————————————–

Co łączy UFO, transhumanizm i pogaństwo?

Dzikusy z Doliny Krzemowej.

Co łączy UFO, transhumanizm i pogaństwo?

4 maja 2026 Piotr Relich pch24./dzikusy-z-doliny-krzemowej-co-laczy-ufo-transhumanizm-i-poganstwo

UFO-tranhumanizm-poganstwo.jpg

Co jeśli najtęższe umysły na planecie, odpowiedzialne za przełomowe technologie, posiadają rozumienie Boga i człowieka na poziomie prymitywnego tubylca? 

To nie jest dobre pytanie. Na dawni przodkowie

Chantal Delsol podkreślała, że ludzkość w ogromnej większości nie zna ateizmu. Jako zgniły owoc epoki oświecenia, przekonanie o nieistnieniu Boga stanowiło przez wieki w zasadzie oryginalną koncepcję zachodu. Współczesna rzeczywistość ostatecznie obala ten trwający o wiele za długo eksperyment. Kiedy czołowy ateista świata – Richard Dawkins ogłasza, że jest w zasadzie „kulturowym chrześcijaninem”, pewna epoka dobiega właśnie końca.

Ale żeby dostrzec ponowne „zaczarowanie świata”, wcale nie trzeba sięgać aż do autora „Boga urojonego”. Dzisiaj zsekularyzowane, pławiące się w dobrobycie społeczeństwa zamiast zastąpić sferę religii „racjonalnością”, wypełniają ją przeróżnymi dziwactwami z pogranicza magii, okultyzmu i przesądu. W pustce powstałej po wyparciu religii z życia publicznego, powoli krystalizują się nowe propozycje duchowe dla człowieka XXI wieku. Zamiast jednak napełniać go wiarą, nadzieją i miłością, wzbudzają w nim coraz większą wątpliwość wobec sensu własnego istnienia.

Bo cyfrowa rewolucja, kryzys klimatyczny czy ślepa wiara w postęp skutecznie podważają nie tyle dotychczasowe tradycje religijne, co jej sekularny substytut w postaci liberalnego humanizmu. Człowiek ze swoimi wadami, emocjami i słabościami przestaje stać w centrum Wszechświata, stając się – w najlepszym wypadku – podstarzałym kapitanem rozklekotanej łajby cywilizacji, miotanej falami, których nie zna i nie rozumie. Niczym w przedchrześcijańskich wierzeniach, ponownie zdajemy się na łaskę potężnych i odległych sił, wobec których jawimy się niczym nic nie warty, kosmiczny proch.

Kiedy spojrzymy na przesłanie najpopularniejszej „religii” świata czyli…UFO (tak, tak – w istnienie istot pozaziemskich wierzy ok 60 proc. populacji) uderza nas ten sam powtarzający się, dehumanizacyjny wzór. W tej opowieści, cały postęp ludzkości ma swoje źródło w inteligencji pozaziemskiej, dzielącej się mądrością przez swoich posłańców – aniołów, proroków czy wybitnych naukowców. Sam człowiek okazuje się owocem inżynierii genetycznej obcych, tworzących nas bynajmniej nie z miłości, ale z potrzeby zapewnienia sobie taniej siły roboczej. Według jej zwolenników, to właśnie istotom pozaziemskim oddajemy cześć w naszych kościołach, synagogach i meczetach. Jednak nasze modlitwy mają mniej więcej tyle samo sensu, co starania Polinezyjczyków, stawiających atrapy samolotów w oczekiwaniu na dary z nieba.

Podobny schemat wyłania się z transhumanistycznej wizji superinteligencji (ASI), której nadejścia wyczekują czołowi inżynierowie Doliny Krzemowej. Cyfrowy program przewyższający ludzki umysł w praktycznie każdej dziedzinie, potrafiący konstruować coraz potężniejsze wersje samej siebie, nie znający zmęczenia, emocji i ograniczeń biologicznego ciała, jest w zasadzie technologicznym odpowiednikiem koncepcji Boga. Sam człowiek natomiast staje się w tej wizji wyłącznie katalizatorem następnego ogniwa ewolucji; nowego, doskonalszego pod każdym względem gatunku, który wyrwany spod kontroli człowieka, bez trudu zdominuje planetę i ruszy na podbój wszechświata.

Orędownicy superinteligencji wcale nie kryją swojej pogardy wobec gatunku ludzkiego. Kiedy Harari mówi o „małpie człekokształtnej homo-sapiens”, prof. Dragan opisuje nas jako niewiele bardziej skomplikowane „narzędzie przesyłu informacji” od psa, a Elon Musk sugeruje, że jesteśmy wyłącznie „biologicznym rozrusznikiem” dla nowej, cyfrowej świadomości, ciężko zaufać w obietnice świetlanej przyszłości płynące z Dolin Krzemowych od Kalifornii po Shenzhen.

Przyjaciel czy wróg?

Z ust techno-wizjonerów nieustannie słyszymy, jak to połączenie z omnipotentnym programem zapewni ludzkości złoty wiek dobrobytu, wolność od chorób, a nawet samej śmierci. Ale tylko pod jednym warunkiem…

W odróżnieniu od powszechnego przekonania, przedchrześcijańscy bogowie za grosz nie interesowali się losem człowieka. Nie mieli żadnego interesu wchodzenia z nim w interakcję, chyba że dla własnych, osobistych korzyści. Częściej ta marna i śmiertelna kreatura stanowiła dla nich zazwyczaj przedmiot rozrywki; zabawkę w ręku nieprzewidywalnego fatum i pionek na planszy boskich igrzysk.

Zaraza, wojny, głód, trzęsienia ziemi…by zapewnić sobie pomyślność potęg, należało je obłaskawić, nawet za cenę najwyższej ofiary. Niektóre bóstwa były wyjątkowo żarłoczne – aztecki Hutzilopochtli potrzebował nieustannego dopływu świeżej krwi, by wschodzić o świcie każdego dnia. Kananejski Moloch obdarowywał obfitymi plonami, żywiąc się ofiarą całopalną z niemowląt. Z kolei nordycki Frejr błogosławił wojownikom, którzy do jego świątyni w Uppsali zanosili głowy swoich wrogów.

Również dzisiejsi techno-wizjonerzy przekonują, że superinteligencję trzeba w jakiś sposób przeciągnąć na swoją stronę. Żeby nie dokonała globalnego holokaustu, należy zaprogramować ją w ten sposób by dostosować „cele AI” do naszych interesów. Tylko i tylko wtedy zero-jedynkowy bóg zostanie naszym przyjacielem, albo – jak sugerują – będzie wobec nas obojętny, jak człowiek w odniesieniu do nie wartych większej uwagi zwierząt.

„Nie zabijamy naszych futrzastych pupilów bez potrzeby. Wręcz przeciwnie, często są naszymi przyjaciółmi” – starał się łagodzić swój przekaz Ilya Sutskever, mózg stojący za ChatemGPT. Elon Musk ze znanym sobie optymizmem sugerował, że „jeżeli nie możesz kogoś pokonać, przyłącz się do niego”, z kolei Harari, zachęcając do dobrowolnego utracenia kontroli nad własnym życiem życzył ludzkości „miłej podróży”, ponieważ od teraz „wszystkim zajmą się algorytmy”.

Pozytywna wizja wymaga jednak ofiary. I składamy ją codziennie, świadomie bądź nie, każdego dnia przykuci do ekranów naszych telefonów. Cyfrowy moloch rośnie z każdą sekundą, karmiony niezliczoną ilością informacji. Płacimy zaś naszym czasem, emocjami, relacjami z żywym człowiekiem i zdrowiem. Ale być może przyjcie czas, że przyjdzie i zapłacić życiem. A wtedy kapłani nowej religii chętnie zatopią już nie obsydianowe, ale cyfrowe noże w naszych piersiach, będąc pierwszymi nadzorcami niewolników w nowym, globalnym, elektronicznym obozie koncentracyjnym.

============================

Ale tak długo jak jesteśmy oddani w opiekę Tego, który nazwał nas umiłowanymi dziećmi, kazał aniołom aby nam służyli i ostatecznie przelał za nas swoją boską Krew, prorocy nowego wspaniałego świata nie mają nad nami władzy. Nie pomoże im nawet „superinteligencja”, bożek „ze srebra i złota”, który „ma usta, ale nie mówi, oczy ma, ale nie widzi”. Bo Do nich są podobni ci, którzy je robią, i każdy, który im ufa (Ps 115, 8).

Piotr Relich

Filozofia polityki – wg. Aleksandra Dugina

alexanderdugin.substack.com/philosophy-of-politics

[Te poglądy są zdecydowanie różne od moich. Ale sądzę, że należy je znać. MD]

=========================================================


Aleksander Dugin twierdzi, że polityka i filozofia są nierozłączne,
a polityka funkcjonuje jako filozofia stosowana, a każdy system polityczny ma swoje korzenie w głębszych założeniach filozoficznych.


ALEKSANDER DUGIN, 3 MAJA

Najpierw zastanówmy się nad naturą tej dyscypliny i przedmiotami jej badań.

Jeśli przyjrzymy się historii filozofii i systemów politycznych, zauważymy
następującą prawidłowość. Filozofia i polityka, od samego początku, od samych narodzin tych dwóch dyscyplin, rozwijały się nie tylko równolegle, ale wręcz nierozerwalnie od siebie.

Wśród pierwszych Siedmiu Mędrców, których uważa się za założycieli
tradycji filozoficznej greckich presokratyków, było wielu,
m.in. Solon, który zasłynął z pisania praw politycznych,
konstytucji, kodeksów karnych i który był w istocie aktorem politycznym,
reprezentującym swoje miasta i jednostki polityczne.

Tak więc już na samym początku historii filozofii dostrzegamy
nierozerwalny związek między filozofią a polityką. Stąd polityka
jako zjawisko odrębne, oderwane od filozofii, badane na
przykład metodami filozoficznymi, stanowi zupełnie inne podejście.

W rzeczywistości filozofia polityki to głębsza dziedzina.
To dziedzina, która zajmuje się filozofami, którzy zajmowali się
polityką, filozofami, którzy o niej piszą, oraz
aktorami politycznymi, którzy oparli swoje prawa i ustanowili swój
system polityczny na zasadach filozoficznych.

W istocie, w epoce narodzin filozofii i w epoce
narodzin polityki, te dwie dziedziny wcale nie były od
siebie oddzielone. Zatem przedmiotem filozofii i polityki jest ta
pierwotna sfera, która połączyła filozofię i politykę w pewnej
wspólnej orientacji.

Innymi słowy, chcę powiedzieć, że nie istnieje oddzielne
zjawisko polityki i oddzielne zjawisko filozofii, które
sztucznie łączymy. Nie badamy też polityki za pomocą
filozofii.

Mówimy nie tylko o filozofii politycznej tej czy
innej szkoły, epoki, kultury czy cywilizacji. Mówiąc o filozofii
polityki, mówimy w znacznym stopniu o
istocie polityki, o tym, co czyni politykę polityką – z jednej
strony. Z drugiej strony, mówimy o politycznej istocie
filozofii, która czyni filozofię filozofią.

Ale jest pewna różnica. Filozofia dominuje tutaj, bo polityka
bez filozofii w ogóle nie jest możliwa. Polityka jest formą
filozofii stosowanej, zastosowaniem filozofii do pewnej sfery
życia ludzkiego.

Ale filozofia bez polityki jest teoretycznie możliwa. To znaczy,
istnieje filozofia, która nie zajmuje się polityką, ale
nie ma polityki, która nie opierałaby się na filozofii. Zatem istnieje
tu nierówność: dominuje filozofia.

Niemniej jednak filozofia bada politykę; nie tylko jej filozoficzne
podstawy, ale także polityczne aspekty samej filozofii;
ponieważ polityka nie jest częściowym i przypadkowym zastosowaniem
filozofii, ale jej najogólniejszym, najbardziej podstawowym, a zarazem stosowanym elementem
.

Gdy tylko filozofia się pojawi, to z konieczności, przede wszystkim, gdy
istnieje, zwraca się ku polityce; a wszelka polityka wyłania się z filozofii.
Między nimi istnieje nierówna, ale bardzo głęboka, organiczna
więź.

Tam, gdzie następuje pierwotne zjednoczenie tego, co filozoficzne, i tego, co
polityczne… tam narodziły się wszystkie możliwe systemy polityczne i
jednocześnie
nastąpiła krystalizacja wiedzy filozoficznej.

Choć istnieje filozofia wolna od polityki, zajmująca się
kwestiami apolitycznymi, to jednak nawet taka
wolna, apolityczna filozofia jest w taki czy inny sposób związana
z polityką, ponieważ filozofia i polityka mają wspólne korzenie.

Z tego powodu, jeśli filozofia rozważa kwestie estetyczne,
historyczne, kulturowe, a nie mówi nic o
polityce, nie oznacza to jednak, że jest to
zjawisko zupełnie odrębne.

Każda filozofia, nawet najbardziej abstrakcyjna, ma
wymiar polityczny, w niektórych przypadkach wyraźnie wyrażony. W przypadku Solona, ​​podobnie jak w
przypadku starożytnych greckich presokratyków i mędrców, a także
Platona i Arystotelesa, jest to wyraźny wymiar
filozofii.

Ale istnieje również ukryty wymiar polityczny filozofii, kiedy
filozofia nic nie mówi o polityce, ale sam fakt obecności
jednego czy drugiego paradygmatu filozoficznego niesie
w sobie możliwość istnienia wymiaru politycznego. W jednym przypadku jest on
jedynie wyraźny, otwarty i oczywisty; w drugim – ukryty,
zawarty.

Stąd między filozofią a polityką istnieje bardzo, bardzo głęboki
związek, związek na poziomie ich pochodzenia. A studiowanie
filozofii bez polityki samo w sobie zubaża i osłabia samo
pojęcie filozofii.

Z drugiej strony, studiowanie polityki bez filozofii jest zupełnie
bezcelowe. W takim razie poszliśmy już drogą programowania i
ustaliliśmy regułę Worda: otwórz plik, zamknij plik.

Jesteśmy dobrymi programistami… znamy dwie funkcje: „zapisz” i „zapisz jako”. Potrafimy
doskonale posługiwać się Wordem, potrafimy pisać w nim bardzo dobre teksty,
ale nie jesteśmy programistami.

Ludzie, którzy nie mają filozofii politycznej, którzy nie mają
filozofii, są tak samo politykami jak programiści komputerowi,
tak samo jak ludzie, którzy [niesłyszalne].

W rzeczywistości osoba, która nie zna filozofii, nie może zajmować się
polityką; nie jest politykiem. Jest najemnym urzędnikiem państwowym, który
po prostu stoi przed ścianą. Ktoś mu powiedział: idź tam, zrób to.

Co robić, dokąd się udać… może i jest świetnym użytkownikiem, ale w rzeczywistości
politycy pozbawieni zmysłu filozoficznego są jedynie na
placu budowy, jakimś zagranicznym placu budowy…

W rzeczywistości bez filozofii po prostu nie ma polityki, kropka.
Polityka jest jednym z wymiarów filozofii.

Polityka bez filozofii nie istnieje, ale filozofia bez
polityki tak, ponieważ jest ona podstawowa w stosunku do polityki. Jednakże
każda filozofia ma wymiar polityczny – albo, jak powiedziałem,
jawnie, albo domyślnie, w takim przypadku milczymy na ten temat.

Ale to milczenie filozofii dotyczące jej politycznego wymiaru czy
ekspresji nie jest milczeniem całkowitym; jest raczej powściągliwością niż milczeniem.
Innymi słowy, filozofia, która nie zajmuje się polityką, wie o polityce i ma ją w sobie, ale otwarcie o niej
nie mówi .

To jest osobliwa cisza. Jest cisza mędrca i
jest cisza głupca. Ten milczy, żeby nie
powiedzieć czegoś niewłaściwego, bo czuje, że jeśli zacznie mówić,
nic dobrego z tego nie wyniknie.

Mędrzec milczy z zupełnie innego powodu.
Milczenie filozofii w kwestii polityki jest milczeniem mędrca
. Ale jeśli odpowiednio zapytamy mędrca, powie nam, co
wie o polityce, a to, co powie, będzie całkowicie rozsądne.

Ale on milczy.

Zatem każdy system filozoficzny niesie w sobie wymiar polityczny,
ale nie każdy system filozoficzny rozwija ten model w sposób wyraźny.
To jest najważniejsze dla zrozumienia sfery
przedmiotu, który będziemy studiować w ramach filozofii
polityki.

Innymi słowy, badamy filozoficzne korzenie, podstawy,
podstawy programowania, podstawy matrycy wszelkiej polityki, która w całości
sprowadza się do filozofii – nie ma niczego w polityce, ani jednego
elementu, który nie prowadziłby do filozofii, nie byłby przez nią wyjaśniony i nie
wyłaniałby się z niej.

Po prostu, polityka jest z jednej strony częścią filozofii. Więc będziemy
ją studiować.

Będziemy także badać polityczny wymiar filozofii, który
również [niesłyszalne] dlatego, że służy filozofii; z drugiej strony
filozofia, która niesie w sobie politykę, jest oczywiście
bogatsza od polityki, niemniej jednak w każdym systemie filozoficznym
możemy odkryć, nawet tam, gdzie nic się o niej nie mówi, możliwe
zastosowanie w sferze politycznej, tj. możliwość wyprowadzenia
z filozofii treści politycznej.

[…] Polityka jest, jeśli tak można powiedzieć, najważniejszym przypadkiem zastosowania
filozofii. […] […].

Zatem historia filozofii i historia polityki
tworzą ściśle ten sam wzorzec. To niezwykle ważne.
Istnieje między nimi ścisła homologia.

Jeśli filozofia podąża w jednym kierunku, polityka nie może podążać w innym
. Polityka podąża wraz z filozofią. Jeśli coś
zmieniło się w filozofii, coś zmieni się w polityce. Jeśli coś
zmieniło się w polityce, coś zmieniło się w filozofii, co
z góry przesądziło o tej zmianie w polityce.

Polityka nie jest autonomiczna wobec filozofii. Polityka jest często bardziej
widoczna, choć czasami mniej.

Z perspektywy historii, zmian dynastii, pewnego
przywódcy, księcia, cesarza, rozpoczęcia wojny… jest to oczywiste, jest to
decyzja polityczna, ale nigdy nie jest odrębna od filozofii.

Widzimy to, co jest decyzją polityczną, ale nie widzimy
decyzji filozoficznej, która musi istnieć.

Z perspektywy filozofii polityki, historia polityczna
jest częścią historii filozofii,
całkowicie od niej zależną. Żaden polityk nie jest wolny od
filozofii, a żaden filozof nie może być postrzegany w świetle
swojego ukrytego wymiaru politycznego.

Innymi słowy, obraz historyczny, historia, historia jako taka,
rozkwit i upadek księstw, budowa i upadek
cywilizacji, konflikty między cywilizacjami,
rewolucje polityczne… decyzje dotyczące tramwajów… wszystko to ma pod sobą
wymiar filozoficzny, nie zawsze oczywisty i nie zawsze rozpoznawany,
ale zadaniem tych, którzy badają filozofię polityki, jest
opracowanie całości tej całkowitej homologii… tego równego (homo) znaczenia
(logos).

Znaczenie historii jest polityczno-filozoficzne lub filozoficzno-
polityczne. Każda historia ma te dwie strony. Z jednej strony jest to
historia księstw, z drugiej historia idei.
Historia księstw i historia idei nie są oddzielne; to
jedna i ta sama historia.

Tak więc, jeśli skupimy się na wymiarze filozoficznym, na przykład na
przejściu od idealizmu subiektywnego do idealizmu obiektywnego, to
jest to koniecznie powiązane z identycznym wymiarem politycznym…
przejściem od jednego modelu politycznego do drugiego… zmiany w
konfiguracjach religii – a to jest problem filozoficzny w
pierwszej kolejności, teologii – radykalnie zmieniają treść
procesów politycznych zachodzących w społeczeństwie, w którym
szerzy się ta filozofia.

Możemy podchodzić do tej homologii między tym, co filozoficzne, a tym, co
polityczne, z każdej strony. Możemy powiedzieć, że system polityczny się zmienił, a
w zależności od tego, jak, w jakim kierunku, z jaką szybkością i
jaką treścią ta zmiana się dokonała, możemy, nawet jeśli nie znamy filozofii
tamtego okresu, ustalić, co działo się na poziomie
filozoficznym.

Albo odwrotnie: nie wiemy, co działo się politycznie w danym społeczeństwie, ale zachowała się
historia sporów jednego filozofa z drugim ; na podstawie tej dyskusji, jeśli zostanie ona poprawnie zapisana, możemy odtworzyć cały obraz polityczny tego, co działo się w danym momencie, na agorze, gdzie wszystko decydowano demokratycznie, na wiecu lub na zebraniu, lub przeciwnie, jeśli istniała na przykład monarchia, teokracja lub imperium.



Innymi słowy, aby studiować filozofię polityki, musimy zacząć od
pewnego aksjomatu, aksjomatu absolutnej homologii między tym, co polityczne
, a tym, co filozoficzne.

Oczywiście, możemy dokonać pewnego rozróżnienia między polityką a tym, co
polityczne. Chcę zwrócić uwagę na jednego z najwybitniejszych
filozofów polityki, Carla Schmitta; będziemy się do niego odwoływać w
całym kursie.

W XXI wieku powszechnie uważa się, że Carl Schmitt był
najwybitniejszym filozofem politycznym XX wieku. Czasami
podawano to w wątpliwość; mówiono, że będą inni
filozofowie… ale dziś, gdy powiesz „Carl Schmitt”, wszędzie usłyszysz,
że jest on naszym najwybitniejszym filozofem politycznym; być może
najwybitniejszym, obok Hobbesa i Platona.

To znaczy, Carl Schmitt jest filozofem polityki par excellence.
Chcę zwrócić Państwa uwagę na jego dzieła i zalecić wszystkim, aby
koniecznie i bezzwłocznie zapoznali się z jego pracą o
polityce, das Politische. To bardzo ważne.

Carl Schmitt rozróżnia politykę i to, co polityczne. Uważa, że ​​to, co
polityczne – pisane wielką literą – w tym przypadku jest przymiotnikiem
rozumianym jako rzeczownik… „das” to rodzajnik wskazujący, że mówimy
o rzeczowniku. W języku niemieckim jest to bardzo jasne: „das Politische”, w przeciwieństwie
do „mere politische”.

Aby oddać myśl Schmitta, używamy wielkiej litery,
Polityczny [odtąd nie będę pisał wielką literą; jest to konieczne w
języku rosyjskim, gdzie nie ma określonego rodzajnika].

To – to, co polityczne – Schmitt odróżnia od polityki. Przez
politykę rozumie on zastosowanie tego, co polityczne, do konkretnej
sytuacji społecznej. Konkretyzacja polityki jest konkretyzacją
tego, co polityczne.

Ale czym zatem jest polityka? Polityka – das Politische – to
właśnie ten punkt, w którym syn (polityka) łączy się z
ojcem (filozofią).

Oznacza to, że polityka jest właśnie sferą
polityki filozoficznej, sferą, w której filozofia łączy się bezpośrednio z polityką,
co nazwaliśmy homologią filozofii i polityki.

Innymi słowy, das Politische, według Schmitta, to właśnie ten
punkt homologii, w którym nie mówimy o polityce […], ale jeszcze nie o
filozofii jako o coraz szerszym poziomie. To granica, horyzont,
linia podziału między filozofią a polityką. To właśnie oznacza das Politische
.

Innym interesującym aspektem jest to, że jest to pewna sfera, sfera
, którą definiujemy właśnie jako filozofię polityki. Cała
sfera filozofii polityki zawiera się w tej koncepcji
polityczności, das Politische.

Inną bardzo ważną koncepcją, którą wykorzystuje Schmitt, jest to, co nazywa się
„fore-concept” [Vorgriffe].

Koncepcja wstępna nie jest jeszcze prawem politycznym, nie jest jeszcze
instytucją polityczną, nie jest partią polityczną ani konkretnym
programem politycznym. Koncepcja wstępna jest rodzajem elementu lub osobliwości polityczności
w jej czystej postaci – nie czysto filozoficznej, ale tam, gdzie filozofia
polityki wkracza na swoje własne prawa.

Carl Schmitt nazywa to „fore-koncepcją”. Pole polityki
składa się zatem wyłącznie z fore-koncepcji, politycznych fore-koncepcji.

Polityczna koncepcja jest sama w
sobie bardzo interesującym zjawiskiem. To właśnie ten moment przejściowy, w którym filozofia
staje się polityką. Zwróćcie jednak uwagę na czas: staje się; jeszcze się nie
stała, a dopiero się staje.

Kiedy filozofia staje się polityką, kiedy mamy do czynienia z
koncepcją polityczną. Chodzi tu na przykład o koncepcję polityczną, dotyczącą podziału
władzy, relacji między Kościołem a państwem, pojęć granic,
podmiotu i instytucji politycznych. To już jest
koncepcja polityczna w pełnym tego słowa znaczeniu.

Kiedy zatem jest to przed-pojęcie? Kiedy narodziny [myślę] tego
politycznego pojęcia są przygotowywane na podstawie treści filozoficznych. W
ten sposób sfera polityczności jest sferą istnienia
przed-pojęć.

Polityka składa się z pojęć wstępnych; a badając pojęcia wstępne, badamy
homologię, o której mówiliśmy wcześniej. Badanie homologii
filozofii i polityki, tego, co jest wspólne dla tych
dwóch asymetrycznych sfer, jest badaniem pojęć wstępnych i zadaniem
filozofii polityki.

O tym właśnie mówimy. Mówimy o pewnego rodzaju polu,
które istnieje, gdzie wielość filozofii przecina się
z wielością polityki. Właśnie między nimi jest to,
co wspólne… to, co polityczne, co bada filozofia polityki.

To był wstęp.

Przejdźmy teraz do pytania, jak to się dzieje w praktyce. Platon jest
uważany za twórcę pierwszego w historii pełnoprawnego systemu filozoficznego
.

Sformułował on w sposób najpełniejszy tę filozoficzną agendę, która nie tylko
przesądziła o całej starożytnej historii filozofii, o całym
średniowieczu, w znacznym stopniu o filozofii renesansu,
która [niesłyszalne] o filozofii nowożytności.

Co więcej, w XXI wieku nie ma filozofa bardziej
aktualnego i mniej zrozumiałego niż Platon. Innymi słowy, Platon jest całą
filozofią [całością filozofii; filozofią in toto].

Najbystrzejsi myśliciele XIX, XVIII, XVII, XVI, XV… i tak dalej,
aż do Platona, wszyscy studiują Platona. Właściwie, ściśle rzecz biorąc, istnieje jeden
filozof: Platon, i to jest filozofia.

Do dziś nie znamy [niesłyszalne] jego zamiarów. Wokół każdego
słowa Platona, każdego z jego zdań, do
dziś toczą się zażarte spory i nikt nie jest w stanie w pełni stwierdzić, czy właśnie tak go
rozumiano.

Geniusze powstają, by zająć jakieś stanowisko; geniusze powstają i mu się sprzeciwiają. Nie są to
prości ludzie. Geniusze filozoficzni…

Wszystkie dogmaty chrześcijańskie opierają się na Platonie. W teologii chrześcijańskiej
nie ma tezy, która nie miałaby wymiaru platońskiego. W
teologii islamskiej wszystko opiera się wyłącznie na platonizmie.

Nawet tam, gdzie platonizm nie dotarł, w Indiach,
najprostszym sposobem studiowania hinduskiej filozofii, Wed, religii jest
platonizm, ponieważ analogia jest od razu oczywista.

Platon jest zatem uważany za księcia filozofów, a jego
władzy w filozofii nikt jeszcze nie zdołał podważyć. Tysiące
razy ogłaszano upadek imperium Platona.
Za każdym razem okazywało się to jedynie marginalną halucynacją.

Żyjemy w filozofii Platona, Platon jest księciem filozofii,
i albo temu zaprzeczamy, w takim przypadku […] jesteśmy świadkami powstania niewolników
, którzy próbują wyrwać się spod potęgi księstwa Platona, albo po
prostu akceptujemy to jako lojalni obywatele i podążamy za naszym Cesarzem, Platonem.

Po drugie, twierdzenie, że filozofia wniosła coś uzupełniającego do
Platona, jest całkowicie bezpodstawną, nienaukową hipotezą akademicką. To
rodzaj plotki, której nie potwierdza społeczność naukowa.

Nawet ci, których uważa się za ucieleśnienie filozofii
nowoczesności, studiowali Platona [mówi o Bergsonie, który za pośrednictwem
„prymitywnego i bardzo ograniczonego” Karla Poppera dał nam otwarte społeczeństwo, oraz
o Whiteheadzie, aby pokazać, że obaj, choć nowożytni, inspirowali się
Platonem].

Platon jest wszystkim. Dlatego też, czytając Platona, natyka się
nie tylko na jednego filozofa, autora czy szkołę; natyka
się na filozofię jako taką.

Ponieważ cała filozofia to nic innego jak ruch między kilkoma
tezami Platona. Platon założył całą filozofię naraz: od razu i
w całości. Zatem studiowanie filozofii jest studiowaniem filozofii
Platona.

Wszystko inne, jak powiedział sam Whitehead, filozof analityczny,
logik i matematyk, jest w istocie przypisem do
filozofii Platona.

Musimy więc pamiętać, że filozofia to tylko Platon. A jeśli
nie rozumiemy Platona, nie rozumiemy języka programowania
filozofii.

[…] Studium filozofii zaczyna się od studiowania dzieł
Platona; studiowanie filozofii jest piorunem [porazhaetsya, zdaje się, że
słyszałem] poprzez studiowanie dzieł Platona; studiowanie filozofii
kończy się na studiowaniu dzieł Platona; jest tu tego tyle, że wystarczy na całe
życie.

Zatem można – byłem zbyt ogólny. To program dla
geniuszy. Dla prostego, przeciętnego filozofa możliwe jest wzięcie
jednego z dialogów Platona. Ja biorę Kratylosa [na przykład] i żyję
z Kratylosem.

Do końca mojego życia jasność Kratylosa będzie całkowita. Dla
studentów sprawa się zawęża. Weźmy osobne powiedzenie Platona
i spróbujmy w pewnym momencie je przeżyć. A
nawet to będzie ogromne, bo Platon to filozofia.

Jeśli zatem mówimy o filozofii, mówimy o Platonie. […]

Jeśli chcemy bliżej poznać matrycę, na
której podstawie kształtuje się das Politische i sfera homologii, o której mówiliśmy
, lub te wstępne koncepcje, którymi się zajmujemy, jeśli chcemy
zrozumieć, skąd bierze się polityka, jakie są jej struktury i jak
krystalizuje się i manifestuje poprzez politykę, musimy studiować
Platona.

[…] Pierwszą rzeczą, którą musimy poznać, są pisma Platona.

Tłumaczenie M. Millermana

Wojna z ludzkością

Wojna z ludzkością

3. maja 2026 Marek Wojcik world-scam/wojna-z-ludzkoscia

Za każdą wojną stoją wielkie pieniądze. Gutle Rothschild (żona Mayera Amschela Rothschilda 1753-1849): „Gdyby moi synowie nie chcieli wojen, nie byłoby ich”. Jej małżonek Mayer Amschel Rothschild: „Dajcie mi kontrolę nad pieniędzmi danego kraju, a nie będzie mnie obchodziło, kto ustala jego prawa”. Źródło.

Źródło.

Miliony ludzi, którzy padli w wojnach, w większości nie uświadamiali sobie, że umierali jedynie po to, by garstka banksterów mogła wzmocnić swoją władzę nad naszym globem. Dzisiaj są na świecie jedynie trzy kraje, w których nie ma instytucji prywatnego banku centralnego. Są to: Iran, Północna Korea i Kuba. Zapewne istnieją ponadto obszary na świecie, na które klan Rohschildów nie ma wpływu, ale mało kto o nich słyszał i dlatego nie odgrywają żadnej roli we współczesnym świecie.

Obaj noszą krawaty marki Turnbull & Asser.
Jeśli możesz pukać w pierś króla Karola, jakby był twoją szmatą, to zapewne jesteś Rothschildem…

Wspieranie i podżeganie obu stron do wojny, to najlepszy model finansowy, jaki dotychczas wymyślono. Strona, która wojnę wygra, zdobędzie łupy, którymi spłaci zaciągnięte długi. Przegrana strona zostanie obciążona kontrybucjami, w celu spłacenia długów. Do tego dochodzą zyski pochodzące z produkcji uzbrojenia i odbudowy wojennych zniszczeń. Jest jeszcze jedna „korzyść”: depopulacja.

Analogicznie działała wojny kowidowa ze światem. Producenci broni biologicznej zdobyli miliardy, które zasiliły wielki majątek Rothschildów & Co.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że gniew ludzi skierowany jest na rządy, czy jak w przypadku kowida również na firmy w rodzaju Pfizer, a nie na szare eminencje, które naprawdę stały za tym biznesem. Nie ważne jak ich nazwiemy. Elity – to najmniej adekwatne określenie dla zwyrodniałych bandziorów. Jest jeszcze bagno, Deep State, globaliści i masoneria. Jakaś nazwa jest potrzebna, byśmy wiedzieli o kim mowa.

Kosztami wojny nie będą obciążeni jej sprawcy.
Oni zarobią na odbudowie zniszczeń
.

Wiele osób zadawało pytanie: Dlaczego Watykan nazwał „szczepienia” przeciwko plandemii objawem miłości bliźniego i wydał srebrną monetę dla upamiętnienia tego globalistycznego ludobójstwa? Był to kolejny przejaw wojny kasty Rothschildów przeciw populacji światowej.

W 1823 roku rodzina Rothschildów przejęła całość operacji finansowych Kościoła katolickiego.
Rothschildowie są więc właścicielami Kościoła katolickiego.
Źródło:
Telegram 27.04.2026 r. 10:11.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Oto każda debata izraelsko-palestyńska w pigułce

Caitlin Johnstone

Każda debata izraelsko-palestyńska w pigułce:

Tak więc pierwotnym źródłem żalu jest ewidentnie sztuczne stworzenie państwa etniczno-nacjonalistycznego w połowie XX wieku oraz naciski syjonistów i zachodnich imperialistów, aby to urzeczywistnić.

Caitlin Johnstone 3 maja 2026 r

Zasadniczo każda debata izraelsko-palestyńska przebiega w ten sposób:

„Izrael zrobił X.”

„Tak, bo Hamas zrobił Y.”

„Tak, bo Izrael zrobił Z.”

„Tak, ale tylko dlatego, że Palestyńczycy ciągle robią A.”

„Okej, ale to by się nie wydarzyło, gdyby Izraelczycy nie robili B.”

„Ale to się stało tylko dlatego, że Arabowie zrobili C!”

—————————————

Jeśli jednak cofniemy się w czasie wystarczająco daleko, dotrzemy do momentu, w którym świat zachodni siłą umieścił zupełnie nowe państwo etniczne na szczycie już istniejącej cywilizacji bez zgody — i ze skrajną szkodą dla — ludzi, którzy już tam mieszkali.

Jasne, można cofnąć się jeszcze dalej i powiedzieć: „Och, tak, Żydzi mieszkali tam tysiące lat temu”, ale to po prostu głupota. Nie ma żadnego uzasadnionego powodu, by sądzić, że jakiś Żyd w Nowym Jorku ma jakiekolwiek znaczące pochodzenie łączące go z tą ziemią silniej niż jakikolwiek przypadkowy muzułmanin w Turcji czy gdziekolwiek indziej, a nawet gdyby istniało, to i tak absurdem byłoby powoływanie się na starożytną historię jako podstawę roszczeń terytorialnych. Jestem oddalona zaledwie o kilka pokoleń od moich przodków z Irlandii i Szkocji, ale byłoby absurdem, gdybym pojawiła się i zażądała domu kogoś, kto tam mieszka.

Zatem pierwotnym powodem niezadowolenia jest ewidentnie sztuczne stworzenie państwa etno-nacjonalistycznego w połowie XX wieku oraz naciski syjonistów i zachodnich imperialistów, by to osiągnąć. To właśnie ten pierwotny akt nadużycia doprowadził do powstania całego tego gigantycznego bałaganu.

I jak to się wszystko potoczyło? Historia mówi sama za siebie. Pokolenia nieustannej przemocy i nadużyć, których kulminacją była rzeź i chaos na całym Bliskim Wschodzie, które widzimy dziś.

Oznacza to, że utworzenie Izraela było błędem. Błędem, który należy naprawić.

Syjoniści rozpłyną się w wrzaskliwej stercie jadu i przesady, gdy powiesz to, twierdząc, że nawołujesz do eksterminacji Żydów, ale to nieprawda. Z pewnością naprawienie krzywd przeszłości i położenie kresu porządkowi narodowemu, który opierał się na przedkładaniu interesów Żydów nad interesy Palestyńczyków, byłoby uciążliwe dla wielu Żydów, którzy tam mieszkali, ale nie ma podstaw, by twierdzić, że pociągnęłoby to za sobą ich śmierć. Apartheid w RPA został zniesiony bez eksterminacji milionów białych ludzi i nie ma powodu, by sądzić, że zniesienie apartheidu w Izraelu pociągnęłoby za sobą eksterminację Żydów.

Eksperyment z Izraelem został już przeprowadzony i zakończył się niepowodzeniem. Czas spróbować czegoś innego.

Prawa dotyczące protestów należy postrzegać jako próby zakazania krytyki Izraela

Prawa dotyczące protestów

należy postrzegać jako

próby zakazania krytyki Izraela

Celem władz [Wielkiej Brytanii md] jest dodawanie coraz większej liczby przepisów dotyczących protestów, aż nikt nie będzie chciał uczestniczyć w demonstracji pro-palestyńskiej bez obecności prawnika.

Caitlin Johnstone 2 maja 2026 r. caitlinjohnstone-au/protest-laws-should-be-viewed-as-efforts-to-ban-criticism-of-israel

Przepisy skierowane przeciwko protestom pro-palestyńskim należy zawsze postrzegać jako próby zakazania krytyki Izraela. Właśnie to obserwujemy w Wielkiej Brytanii, gdzie premier zachęca do ścigania każdego, kto mówi: „globalizacja intifady”.

„Jeśli staniesz po stronie ludzi, którzy mówią o globalizacji Intifady, nawołujesz do terroryzmu wobec Żydów, a osoby używające tego sformułowania powinny być ścigane” – powiedział Keir Starmer podczas czwartkowej konferencji prasowej . „To rasizm, skrajny rasizm, który pozostawił mniejszość w tym kraju przestraszoną, zastraszoną i zastanawiającą się, czy jest częścią wspólnoty. Dlatego powtarzam, że ten rząd zrobi wszystko, co w jego mocy, aby wykorzenić tę nienawiść”.

Wielka Brytania zakazała już wszelkich form wyrażania poparcia dla grupy aktywistów Palestine Action, niedawno też zakazała organizowania powtórnych protestów i aresztowała demonstrantów za używanie słowa „intifada” w ich działaniach na rzecz Palestyny, powołując się na „przestępstwa przeciwko porządkowi publicznemu o podłożu rasowym”. Teraz premier chce, by wszyscy zostali oskarżeni ze zwiększoną agresją.

To wszystko jest ledwo zamaskowaną próbą wywołania efektu mrożącego na cały ruch protestacyjny pro-palestyński. Celem jest po prostu dodawanie kolejnych przepisów dotyczących protestów, aż nikt nie będzie chciał uczestniczyć w demonstracji pro-palestyńskiej bez obecności prawnika, który doradziłby im, co dokładnie mogą, a czego nie mogą mówić, jeśli chcą uniknąć więzienia.

Komentarze Starmera były reakcją na nieśmiertelny atak nożem na dwóch mężczyzn pochodzenia żydowskiego, do którego doszło w środę w Golders Green. Premier natychmiast określił to zdarzenie jako „antysemicki atak” i, jak twierdzi policja, traktuje je jako incydent terrorystyczny .

Cała zachodnia klasa polityczna i medialna oczywiście wykorzystała tę okazję, by krzyczeć o antysemityzmie i domagać się represji wobec antyizraelskich wypowiedzi oraz demonstracji pro-palestyńskich. W Australii ta historia spotkała się z gorączkowym rozgłosem w naszej propagandowej prasie głównego nurtu, mimo że dotyczy ona ataku nożem na wyspie po drugiej stronie globu, gdzie w zeszłym roku odnotowano około 53 000 przestępstw z użyciem ostrza .

Niestety, pomimo licznych narracji o nienawiści do Żydów i terroryzmie, które krążą wokół tego tematu, w chwili pisania tego tekstu nie ma żadnych publicznych dowodów na to, że atak był motywowany ideologią nienawiści. Brytyjski kanał informacyjny Channel 4 donosi , że podejrzany, urodzony w Somalii obywatel brytyjski o imieniu Essa Suleiman, opuścił szpital psychiatryczny zaledwie kilka dni przed atakiem i ma długą historię chorób psychicznych i agresywnych zachowań. W 2008 roku Suleiman został podobno uwięziony za napaść na policjanta i jego psa; możemy prawdopodobnie założyć, że pies policyjny nie był Żydem.

Równie niewygodny dla narracji o antysemickim terroryzmie jest fakt, że dwaj Żydzi nie byli jedynymi ofiarami ataku Suleimana tego dnia. Oprócz zarzutów o atak w Golders Green, Suleiman jest również oskarżony o próbę zabójstwa swojego wieloletniego znajomego Ishmaila Husseina, do której doszło wcześniej tego samego dnia. Nie jestem ekspertem w tych sprawach, ale „Hussein” nie brzmi mi jak żydowskie nazwisko i myślę, że możemy śmiało założyć, że gdyby tego dnia zginęła trzecia żydowska ofiara, nie byłoby to ukrywane przed prasą.

Gdybym zobaczyła kogoś, kto zaraz po opuszczeniu szpitala psychiatrycznego wszczyna serię ataków nożowników na Żydów i osoby nieżydowskiego pochodzenia, moją pierwszą myślą nie byłoby: „To zdecydowanie motywowany politycznie akt terroryzmu o podłożu antysemickim”. Moją pierwszą myślą byłoby: „To chory psychicznie człowiek, którego system zawiódł, który wpadł w szał i naraził życie innych podczas jakiegoś psychotycznego załamania”. 

W 2020 roku Sulejman został podobno skierowany do programu Prevent – ​​rządowego programu wczesnej interwencji, mającego na celu odciągnięcie wrażliwych członków społeczeństwa od ekstremizmu – ale wkrótce potem jego wniosek został odłożony na półkę. Na razie możemy jedynie spekulować, ale mogło to nastąpić, ponieważ odpowiednie władze uznały, że wszelkie sygnały ostrzegawcze, jakie mogło wywołać jego zachowanie, były wynikiem choroby psychicznej, a nie niebezpiecznej ideologii, po czym wrzuciły jego akta do kosza z etykietą „nie nasz problem”.

Fakt, że przemoc Sulejmana nie była skierowana wyłącznie przeciwko Żydom, w połączeniu z faktem, że zmagał się wówczas z poważnymi problemami psychicznymi, pozornie bardzo utrudniałby udowodnienie, że jego działania miały polityczne lub religijne motywy terrorystyczne. Być może dlatego w chwili pisania tego tekstu został oskarżony jedynie o usiłowanie zabójstwa, a nie o terroryzm.

Jak widać, narracja, że ​​była to antysemicka zbrodnia z nienawiści, wymagająca radykalnych, autorytarnych środków, jest tak krucha, jak to tylko możliwe. Ale i tak ją przepychają, z całych sił. Robią to nie po to, by chronić Żydów, ale by chronić interesy informacyjne państwa Izrael, z którym imperium zachodnie jest ściśle powiązane.

Mówiłem to już wcześniej i powtórzę raz jeszcze: Nie ma większego zagrożenia dla wolności słowa w świecie zachodnim niż Izrael i jego zwolennicy. Całe społeczeństwo zachodnie musi zaciekle stawić opór szaleńczemu naciskowi na zduszenie naszego prawa do sprzeciwu wobec wojny, ludobójstwa, apartheidu i niesprawiedliwości.