Cud nad Wisłą – przebieg wydarzeń nadprzyrodzonych

Cud nad Wisłą – przebieg wydarzeń nadprzyrodzonych

dr Stanisław Krajski http://prawy.pl/76899-cud-nad-wisla-przebieg-wydarzen-nadprzyrodzonych/

Polacy mieli małą szansę wyjścia zwycięsko z tej bitwy. Norman Davies w swojej książce pt. „Serce Europy. Krótka historia Polski” pisze: „Prasa komunistyczna oraz niektórzy optymiści w Niemczech już ogłosili upadek Warszawy. Wtedy to w połowie sierpnia 1920 r. armia polska zadała przeciwnikowi druzgocący cios, którego nikt się nie spodziewał. (…) Faktem jest, że Armia Czerwona doznała wtedy jedynej klęski w swojej historii usianej zwycięstwami”.

O godz. 3.30 Rosjanie rozpoczęli natarcie uderzając przede wszystkim na pozycje zajęte przez gimnazjalistów. Ci zaczęli uciekać. Front został przerwany. Żołnierze polscy uciekali w stronę Ossowa. W tej chwili nadjechał ppłk Jerzy Sawicki i zawołał „Kto i dokąd ucieka kiedy tam się biją”. Odpowiedział mu dowodzący kolumną ppor. Mieczysław Słowikowski, stwierdzając, że wykonuje polecenie dowódcy pułku. Wtedy ppłk Sawicki wydał rozkaz: „Na moją odpowiedzialność i na mój rozkaz jedna kolumna – w prawo, druga w lewo, a tyraliery do kontrataku!”. W tym momencie do ppor. Słowikowskie podbiegł ks. Skorupka prosząc o możliwość pójścia razem z żołnierzami. Żołnierze ruszyli do ataku, ale szybko tyraliera zaczęła się łamać. Ks. Skorupka wybiegł przed nią lewą ręką wskazując kierunek ataku, a w prawej trzymając wysoko krzyż i krzyczał „Za Boga i Ojczyznę”. W pewnym momencie ksiądz został trafiony kulą i padł nieżywy, a bolszewicy zaczęli uciekać.

Polacy wygrali bitwę, która była punktem zwrotnym wojny 1920 r. Co się stało?

Ks. kardynał Aleksander Kakowski napisał: „Bolszewicy wzięci do niewoli opowiadali, że widzieli księdza w komży z krzyżem w ręku, a nad nim Matkę Boską”.

Zeznania jeńców rosyjskich i Polaków, którzy rozmawiali z jeńcami rosyjskimi są jednoznaczne. Świadkowie opisują Matkę Bożą, którą bolszewicy widzieli na niebie w dniu 14 sierpnia 1920 r. tak jak przedstawiona jest ona na obrazie Matki Bożej Łaskawej, który znajduje się obecnie w kościele Jezuitów na Starym Mieście w Warszawie.

Bolszewicy mówili o kolorze sukni i włosów oraz o tym, że Matka Boża trzymała w rękach pęki „jaśniejących prętów” lub „piorunów”. Żołnierze rosyjscy uważali, że Matka Boża trzyma w rękach „jakąś broń”. (na obrazie Matki Bożej Łaskawej Matka Boża trzyma w rękach pęki strzał, bo jest to „Matka Boża krusząca w dłoniach strzały gniewu Bożego”).

Drugi raz Matka Boża ukazała się w dniu 15 sierpnia 1920 r. podczas bitwy pod Wólką Radzyńską, Bitwa ta nie była zaplanowana ani przez Polaków ani przez Rosjan. Por. Stefan Pogonowski otrzymał od gen. Lucjana Żeligowskiego rozkaz zajęcia stanowiska obok wioski Kąty Węgłowskie blisko Radzymina. Miał tam czekać na przemarsz oddziałów, które miały nadejść od strony Nieporętu. Zadaniem jego oddziału było je osłaniać. Por. Pogonowski w nocy 15 sierpnia samowolnie [tj ma tylko wcześniejsze rozkazy, sprzeczne z późniejszymi. MD] opuszcza stanowisko i uderza na stanowiska bolszewickie w Mostkach Wólczańskich i Wólce Radzyńskiej. Jego brawurowy atak uderzył, choć nie mógł tego wiedzieć, w „najczulsze miejsce armii rosyjskiej”. Jest to atak małego oddziału na wielkie siły bolszewickie, a jednak Rosjanie zaczynają uciekać.

„Bolszewiccy jeńcy wzięci do niewoli opowiadali – jak czytamy w książce „Matka Boża Łaskawa a cud nad Wisłą” – że podczas nocnego ataku na Wólkę nagle zjawiła się przed nimi, unosząc się wysoko nad ziemią „Matier Bożja”.

Mówili, że niespodziewanie ujrzeli na ciemnym niebie ogromną, potężną i pełną mocy kobiecą postać, od której biło światło.

Nie był to ani duch ani zjawa! Bolszewicy wyraźnie widzieli Świętą Postać jako żywą osobę! Wokół Jej głowy jaśniała świetlista aureola, w jednej dłoni coś trzymała jakby tarczę, od której odbijały się wystrzeliwane w kierunku Polaków pociski, po czym powracały, by eksplodować na pozycjach atakującej armii! Wyraźnie widzieli, jak poły jej szerokiego, granatowego płaszcza unosiły się i falowały na wietrze, zasłaniając Warszawę. Grozę zjawiska potęgowała asysta Niebiańskiej Osoby. Towarzyszyły jej oddziały przerażających skrzydlatych, konnych rycerzy, zakutych w pobłyskujące mimo ciemności stalowe zbroje, pokryte lamparcimi skórami. Hufce widmowych postaci najwyraźniej… gotowały się do walki!”.

Dowiadujemy się też, że „niebiańska Osoba jakby wychylała się to w jedną to w drugą stronę i odrzuca czy też odbija lecące w Jej stronę – czyli w kierunku Polaków – pociski! Osłupiali ze zgrozy bolszewicy obserwowali, jak odrzucane przez Niewiastę kartacze eksplodują tam, gdzie znajdowały się ich obwody!”.

Jak czytamy w cytowanej książce: „Szczegóły ukazania się Najświętszej Dziewicy znamy także z relacji świadków pośrednich – mieszkańców wsi, do których dotarli oszalali z grozy bolszewicy, szukając jakiegokolwiek schronienia. Uciekinierzy byli w stanie szoku nerwowego! Mieli przerażone, wytrzeszczone oczy, szczękali zębami, zachowywali się bezrozumnie, usiłując schować się gdziekolwiek, choćby w psiej budzie! Na klęczkach błagali Polaków o ukrycie, otwarcie przyznając, że ratują się ucieczką przez Carycą – Matier Bożju”.

Autorzy książki zapisali świadectwo ks. Wiesława Wiśniewskiego, który przekazał im wspomnienie swojego pradziadka, Bolesława, mieszkańca parafii Zambrów: „Około 20 sierpnia wycofujący się w rozsypce bolszewicy mówili, że do Warszawy szło im się dobrze, jednak miasta nie zdobyli, ponieważ zobaczyli [uwidieli] nad stolicą Matkę Bożą i nie mogli z nią walczyć”.

Polacy nie widzieli Matki Bożej. Ze zdziwieniem obserwowali tylko paniczną ucieczkę bolszewików.

Były setki bezpośrednich (jeńcy bolszewiccy) i pośrednich (tych, którzy słyszeli ich opowiadania) świadków tych wydarzeń.

Ich zeznania znajdujemy, między innymi w „Wiadomościach Archidiecezjalnych Warszawskich” (nr 8/2005).

Ks. Wiktor Mieczkowski, proboszcz parafii św. Idziego w Wyszkowie w swojej książce pt. „Bolszewicy w polskiej plebanii” pisze: „W wielu wsiach mówili bolszewicy, że od Warszawy odpędzili ich nie Polacy, a Matier Bożja”.

W dniu 8 grudnia 1920 r. ks. abp Józef Teodorowicz ormiańsko-katolicki arcybiskup Lwowa (poseł na sejm ustawodawcy, a następnie senator) powiedział w swoim kazaniu: „Bóg łaskę zwycięstwa i cud pod Warszawą dał nam przez ręce Tej, która Polski jest Królową. Mówił mi kapłan pracujący w szpitalu wojskowym, iż żołnierze rosyjscy zapewniali go i opisywali, jak pod Warszawą widzieli Najświętszą Pannę okrywającą swym płaszczem Polski stolicę. I z różnych innych stron szły podobne świadectwa”.

=====================================

Od redakcji: Jest to fragment książki Stanisława Krajskiego pt. „Spisek przeciwko Matce Bożej (i Polsce). Czy Matka Boża wzywa nas do walki. (stron 168).

Najświeższe wieści z domu wariatów: Trump chce włączyć Cieśninę Ormuz do USA

Trump chce włączyć Cieśninę Ormuz do USA.

MSZ Iranu: nie ulegniemy zastraszeniu

15 sierpnia 2026 pch24/trump-chce-wlaczyc-ciesnine-ormuz-do-usa-msz-iranu-nie-ulegniemy-zastraszeniu

usa_iran.png
opr. PCh24.pl

Wiceminister spraw zagranicznych Iranu Kazem Gharibabadi oświadczył w nocy z piątku na sobotę, że Teheran nie ulegnie zastraszaniu ani demonstracjom siły ze strony USA, po tym jak prezydent Donald Trump zapowiedział, że uzna cieśninę Ormuz za terytorium amerykańskie.

Komentując wypowiedzi Trumpa, Gharibabadi napisał w serwisie X, że decyzja o otwarciu lub zamknięciu strategicznej cieśniny należy wyłącznie do Iranu.

Minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Aragczi poinformował natomiast, że decyzja o wznowieniu negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi jeszcze nie zapadła – przekazał w nocy z piątku na sobotę portal Times of Israel, cytując Irańską Agencję Wiadomości Studenckich (ISNA).

Prezydent USA Donald Trump zapowiedział w piątek w Nowym Jorku, że niedługo ogłosi cieśninę Ormuz częścią terytorium Stanów Zjednoczonych. Poinformował też, że przeprowadzi mocny atak gospodarczy na Iran.

Gdy już skończymy pokonywać Iran, który pokonujemy bardzo mocno… Wkrótce ogłoszę cieśninę Ormuz terytorium Stanów Zjednoczonych – oświadczył Trump podczas przemówienia w Nowym Jorku.

Cieśnina Ormuz jest kluczowym szlakiem eksportu ropy i skroplonego gazu wydobywanych w państwach Zatoki Perskiej. Iran zablokował ten szlak, gdy pod koniec lutego został zaatakowany przez Stany Zjednoczone i Izrael. USA nałożyło z czasem blokadę na irańskie porty. Blokada Ormuzu przyczyniła się do gwałtownego zmniejszenia eksportu surowców z państwa Zatoki Perskiej, wywołując wzrost cen na światowych rynkach.

Ormuz jest nadal w dużej mierze zablokowany, a kwestia żeglugi przez cieśninę pozostaje jednym z kluczowych punktów sporu między USA a Iranem.

PAP

oprac. PR

Szokujący koniec wielkiego skandalu. Nie żyje najmłodszy czarnoskóry profesor Cambridge, oszust i plagiator

Szokujący koniec wielkiego skandalu. Nie żyje Jason Arday – najmłodszy czarnoskóry profesor Cambridge, oszust i plagiator

15.08.2026 nczas/szokujacy-koniec-wielkiego-skandalu-nie-zyje-jason-arday-najmlodszy-czarnoskory-profesor-cambridge-oszust-i-plagiator

NCZAS.INFO | Jason Arday - bohater wielkiego skandalu, który własnie zakończył sie w bardzo tajemniczych okolicznościach. / Foto: YT (screen)
NCZAS.INFO | Jason Arday – bohater wielkiego skandalu, który własnie zakończył się w bardzo tajemniczych okolicznościach. / Foto: YT (screen)

Zmarł Jason Arday, były profesor Uniwersytetu Cambridge, oskarżany o plagiat i niezgodne z prawdą twierdzenia, które wywołały poruszenie w świecie akademickim. Arday zasłynął jako najmłodszy czarnoskóry profesor w historii uniwersytetu – przekazała w sobotę agencja AP.

Arday, który miał 37 lat, gdy w 2023 r. został najmłodszym czarnoskórym profesorem Cambridge, zrezygnował ze stanowiska na uczelni po naciskach mediów, przypominających o oskarżeniach o plagiat i podważających jego twierdzenia o wyczynach sportowych oraz akcjach prospołecznych.

„Na razie jego śmierć jest traktowana jako nieoczekiwana, ale (jej przyczyn) nie uważa się za podejrzane” – poinformowała brytyjska policja.

Uniwersytet Cambridge, który początkowo reagował na doniesienia o plagiacie i nieprawdziwych sformułowaniach Ardaya oskarżeniami o rasizm, ogłosił na początku tygodnia, że przeanalizuje okoliczności zatrudnienia tego naukowca w 2022 r. i powierzenia mu stanowiska profesora socjologii edukacji.

Skandal związany z Ardayem rozwijał się od dłuższego czasu. Oliwy do ognia dolała informacja, że kiedy renomowany dziennikarz działu edukacji poważanego „The Times” poprosił Ardaya o skomentowanie artykułu o plagiacie, ten złożył skargę na policję, a funkcjonariusze wszczęli postępowanie.

Śledztwo w sprawie dziennikarza, który rzetelnie wykonywał swoją pracę, wywołało burzę w serwisach społecznościowych. Policja przyznała później, że powinna była odrzucić skargę.

Wiarygodności Ardayowi nie dodały też jego fantastyczne deklaracje. Twierdził m.in. że do osiemnastego roku życia nie umiał czytać ani pisać, choć – tak jak inni londyńscy uczniowie – zdał wcześniej egzamin GCSE. Mówił, że w celach charytatywnych przebiegł w ciągu 35 dni 30 maratonów – w tym dziewięć z pęknięciem kości strzałkowej.

Opowiadał, że został dwukrotnie zaatakowany na uczelni przez uzbrojonego, zamaskowanego sprawcę. Jednak dochodzenie dziennika „The Guardian” wykazało, że ani monitoring nie zarejestrował obecności podejrzanego napastnika, ani też żaden inny pracownik nie zgłosił, że widział tę postać. Arday twierdził również, że do domu jego rodziców przesłano głowę świni. Przekonywał, że policja zidentyfikowała sklep, w którym ją kupiono. Jednak „The Guardian” nie znalazł dowodów potwierdzających jego opowieści, a policja zaprzeczyła, jakoby wszczęto dochodzenie.

Na komentarze Arday reagował zarzutami o motywacje rasistowskie (zaledwie 1 proc. brytyjskich wykładowców to osoby czarnoskóre). Argumentował, że skupia się na nim krytyka tzw. polityki DEI – różnorodności, równości i integracji, wdrażanej na wielu czołowych uczelniach.

Zdaniem wielu prawicowych i kierujących się zdrowym rozsądkiem komentatorów jej rezultatem jest promowanie osób, które nie dysponują odpowiednimi kwalifikacjami, ale mają za to „różnorodne pochodzenie rasowe”. Zaburza to merytokrację, zgodnie z którą to – kierując się logiką – najlepsi i najbardziej uzdolnieni powinni sięgać po najwyższe zaszczyty.

Po śmierci Ardaya jego rodzina wydała oświadczenie, w którym poinformowała, że ich bliski padł ofiarą „kampanii nękania i dezinformacji”.

Kossak Szczucka o Rusinach, ziemianach. Na marginesie Wyprawy Kijowskiej 1920

[z mojego Archiwum. md]

Kossak Szczucka o Rusinach, ziemianach. Na marginesie Wyprawy Kijowskiej 1920 Wojciech Kempa magnapolonia.org/na-marginesie-wyprawy-kijowskiej-1920/



Ludobójstwo, którego ofiarą padli Polacy z Wołynia i Małopolski Wschodniej w latach 1943 – 1944, zepchnęło w cień wydarzenia, które rozegrały się na Wołyniu, Podolu i Ziemi Kijowskiej ćwierć wieku wcześniej. Niewiele też osób sięga dziś po wspomnienia Zofii Kossak-Szczuckiej, będące jej debiutem literackim, czego należy żałować. Zofia Kossak-Szczucka to nie tylko znakomita pisarka, ale przede wszystkim wspaniały człowiek, a także bystra obserwatorka stosunków społecznych. Autorka „Pożogi” mieszkała wówczas w Nowosielicy, majątku leżącym na pograniczu Wołynia i Podola.
Zofia Kossak-Szczucka tak pisała o panujących tam stosunkach:

„Nie były to właściwe płaszczyzny wołyńskie, kołyszące swym rozmiarem, ani skaliste urwiska podolskie, ściskające serce oczekiwaniem wystrzelającej z głębi jaru, prawie pod stopami wsi. Harmonijne wzgórza, staczające się na wzgórza, falowały lasami i zbożem, radując się same w sobie swej rodzajności i sile. Na nich leżały przezroczyste, długie cienie od chmur wędrownych, dalekich. Między wzgórzami, w dole, były stawy, nad stawami w okrąg rozłożone wsie. Każda wieś przerośnięta była gęstwą sadów, które wiosną otulały chaty niby welon. W chatach tych mieszkał lud rosły i krzepki, śpiewający najpiękniejsze w całym świecie pieśni, leniwy i senny, ale sennością żywiołu, gotowego w każdej chwili powstać huraganem. Lud ten, nad wszystko inne siłę fizyczną ceniący, pobłażaniem gardził jako dowodem słabości, surowość uznawał, a za niesprawiedliwość mścił się zaciekle i strasznie.
Skryty i chytry, trudny do poznania i przyswojenia, niezmiernie rzadko dno swych myśli zdradzający – przeto pozornie uchodzący za fałszywy – posiadał wyjątkowe zdolności umysłowe, oczekujące tylko pobudzenia; zdolny do najbardziej krańcowych przejawów cnoty i zbrodni, nienawiści lub zasługi, był przy tym, niestety, opłakanie niekulturalny i ciemny. Krew tatarska, które sporą domieszkę otrzymał, dała mu w spadku zamiłowanie łupieżcze, tchórzowską odwagę pobratymca wilka z bliskiego lasu i chęć niszczycielską, która w przyszłości umiejętnie rozbudzona, miała wybuchnąć pożarem, tłumiąc wszelkie inne czynniki psychiczne.
Z ziemiaństwem polskim lud ten żył dobrze i zgodnie, uznając chętnie wiekową wyższość „paniw” i szanując ją. Rosjanie nigdy nie umieli osiągnąć tego znaczenia i wpływu. Mało zamiłowani w rolnictwie, obojętni dla ziemi, osiedlali się zazwyczaj w większych miastach, rzadko odwiedzając bogate swoje majątki, traktowane tylko jako warsztat dochodowy. Toteż Polacy byli istotnymi właścicielami i panami kraju, siłą faktów, tradycji, posiadanej ziemi i ogólnego przekonania.”
Autorka podkreśla, iż Ukraińcy, wówczas zwani częściej Rusinami, nad wszystko inne siłę fizyczną cenili. Nadto znani byli z okrucieństwa, a pobłażaniem gardzili jako dowodem słabości. Warto zwrócić uwagę na to, co autorka „Pożogi” wyłapała już sto lat temu i co powinni wziąć sobie do serca nasi politycy. W naszej kulturze przyjęliśmy oczekiwać, iż gest dobrej woli u obdarowanego nim winien wywoływać chęć odwzajemnienia się czymś podobnym. Tymczasem w relacjach z Ukrainą to nie działa… Ale idźmy dalej. Bo oto Zofia Kossak-Szczucka zauważa, iż „ziemiaństwo polskie kresowe lubiło Rusinów, zwracając się do nich, chętnie używało ich mowy, uważając lud ten cały za bliski i swój”, po czym dodaje: „Niejednokrotnie dwór czuł się prawie bliższy wsi ruskiej niż nielicznym zagrodom szlacheckim, częściej serdeczniej zwracał się do pierwszej. Stosunek ten był naturalnym wynikiem historii, wszakże poważny procent najpiękniejszych rodów ziemiańskich kresowych wyrósł z tego samego szczepu co lud ruski, z tej samej ziemi bujnej, szerokiej i barwnej. Wszak z Kresów powstały szeregi rycerzy, hojnie zasłużonych wobec Rzeczypospolitej, a dawne dumne bojary i kniazie zmieniły się w ciągu wieków w najlepszych Polaków. Więc też dlatego Rosjanie nie mogli rywalizować znaczeniu i wpływie swoim z Polakami. Polskie ziemiaństwo czuło się u siebie, Rosjanie byli żywiołem obcym, napływowym.”

Zofia Kossak-Szczuka zwraca tu uwagę, iż polscy ziemianie nie byli na kresach kolonistami, ani potomkami kolonistów, ale autochtonami, którzy w toku skomplikowanych procesów społecznych zmienili się „w najlepszych synów Rzeczypospolitej”. Byli więc oni pełnoprawnymi gospodarzami tej ziemi. Ale oto wraz z przedłużającą się wojną począł narastać rozkład struktur państwowych i stosunków społecznych w państwie rosyjskim. Bolszewiccy agitatorzy, którymi z reguły byli miejscowi Żydzi, zaczęli podburzać chłopów przeciw panom. Żydzi dobrze wiedzieli, że gdy pozbędą się Polaków, oni to siłą rzeczy staną się miejscową elitą. Rusini jednak pozostawali nieufni wobec agitacji bolszewickiej, choć kropla poczęła drążyć kamień, zwłaszcza że pojawił się dodatkowy czynnik. Oddajmy ponownie głos Zofii Kossak-Szczuckiej: „Niezależnie od powyższych wypadków, na niezbyt od nas oddalonym froncie, Wielka Wolna Armia Kiereńskiego rozkładała się z dnia na dzień coraz to potworniej, jak zgangrenowany i cuchnący trup. Coraz liczniejsze gromady dezerterów, grabiąc i kradnąc, zalewały kraj, cofając się samowolnie.” Owi dezerterzy, zaopatrzywszy się we dworze czy w pałacu w różne błyskotki i klejnoty, mieli potem czym zaimponować wiejskim pannom. A i mężatki, widząc to, zaczęły baczniej wsłuchiwać się w to, co głosili bolszewiccy agitatorzy, co tak opisała Zofia Kossak-Szczucka: „Chłop wracał do domu i myślał. Szedł w pole patrzeć na zieleniące się dworskie oziminy, wielkie i bujne, okiem nieobjęte, na wąską wstążkę własnego, źle zasianego poletka – i myślał dalej. W końcu zmęczony myśleniem, powracał do domu, a tam zabierała głos – baba. Kobiety wiejskie w ogóle odegrały dużą rolę w sprawie rozbudzenia świadomości swej siły u chłopów, przez chwilę tylko oszołomione nieoczekiwanie spadłym na nie równouprawnieniem, zdolne i sprytne jak cały szczep rusiński, a niepowszednio zajadłe, poczuły w sobie powołanie polityczne i stały się najlepszymi agitatorkami. Nikt tak chciwie nie pragnął wszystkiego co dworskie, nikt tak tak bezwzględnie do tego nie dążył jak one. Żydzi prowadzili je, jak chcieli i dokąd chcieli, a one prowadziły ostrożniejszych i powściągliwszych od siebie mężów. Na „schodach”, czyli wiecach wiejskich, nikt ich nie przegadał i nikt nie powstrzymał. Dotychczas tak ciche i bezosobowe, czarnobrewe i rzewne Ulany, Hapki i Frasyny ogarnął istny szał wiecowania.” Chłopi ukraińscy jakby dostali obłędu. Czego nie zdołali zabrać ze sobą, niszczyli i palili, pozostawiając po sobie popiół i zgliszcza. Domowników mordowali z niebywałym okrucieństwem. Jakże inaczej wyglądało to na Górnym Śląsku, gdzie przecież stosunki społeczne były w jakimś sensie podobne – z tym że warstwę posiadającą i miejscową elitę stanowili tu Niemcy, a robotnicy i chłopi to w lwiej części Polacy. Na Śląsku jednak, gdy jedno po drugim wybuchły trzy śląskie powstania, biorący w nich udział powstańcy brali pod uwagę, że powstanie kiedyś się skończy i trzeba będzie wrócić do normalnego życia, więc ważne, by ich warsztaty pracy przetrwały w stanie nienaruszonym. Tu było zupełnie inaczej. Czy istniała szansa, by z próżni jaka powstała na ukraińskiej ziemi w wyniku dwóch kolejnych rosyjskich rewolucji, a następnie klęski militarnej Niemiec i Austro-Węgier, wyłoniła się niepodległa Ukraina? Większość osób zdaje się postrzegać Ukraińską Republikę Ludową, którą uosabiał ataman Semen Petlura, jako organizm podobny do odradzającego się w tymże samym okresie Państwa Polskiego, przy czym proces budowania państwowości ukraińskiej miał zostać przerwany wyłącznie wskutek inwazji – z jednej strony wojsk bolszewickich, z drugiej zaś białogwardzistów Armii Ochotniczej Denikina. Nic bardziej błędnego… Po wycofaniu się jesienią 1918 roku wojsk niemieckich i austriackich Ukraina ponownie pogrążyła się w totalnym chaosie; jeszcze gorszym od tego, który targał nią przez większą część roku 1917. W prawie każdej większej wsi objawił się jakiś ataman, który miał swój oddział zbrojny, przy czym oddział ten po części funkcjonował w roli oddziału samoobrony, po części jako banda rabunkowa. Chodziło po prostu o to, by chronić swoich i łupić obcych. Atamani z reguły nie kierowali się żadną ideologią, albo mieli do niej dość swobodne podejście. Najważniejsza była władza, z czym wiązały się bogactwo i prestiż. Niektórym atamanom udawało się zmusić do uznania swojego zwierzchnictwa innych atamanów, przez co ich pozycja rosła, aczkolwiek z reguły równie szybko upadała. Czasami niektórzy atamani zawierali z innymi atamanami sojusze, które były mniej lub bardziej dobrowolne i mniej lub bardziej trwałe. Rządy Ukraińskiej Republiki Ludowej poza Kijowem niewiele znaczyły, przy czym już na początku lutego 1919 roku Kijów przejęli bolszewicy. Oddziały URL wycofały się na Podole i Wołyń, gdzie zresztą też funkcjonowali różni lokalni atamani, którzy albo uznawali władzę Petlury, albo nie. Przy tym nawet jeśli ją uznawali, to często miało to charakter czysto formalny i z reguły nietrwały. Petlura w sumie nie był nikim więcej jak jednym z atamanów, przy czym jego pozycja była dużo słabsza niż na przykład takiego Nestora Machno, który zresztą też miał swoje wzloty i upadki. Na Chersońszczyźnie, Mikołajowszczyźnie, a po części także w rejonie Odessy rozbłysła gwiazda atamana Grigoriewa, który to jednak w maju 1919 roku został pobity przez bolszewików, z którymi zresztą wcześniej blisko współpracował. W międzyczasie znaczącą rolę począł odgrywać sojusz atamanów, któremu przewodzili ataman Zielionyj, ataman Gonczar – Burłaka, bracia Sokołowscy oraz ataman Struk. Pomijając Galicję, gdzie rzeczywistość była diametralnie inna, ale to jest poza sferą naszych rozważań, chłopi ukraińscy, nie byli zainteresowani budową państwa ukraińskiego. Te sprawy niewiele ich obchodziły. Zofia Kossak – Szczucka w swoich wspomnieniach zauważyła, iż wystąpienia chłopskie „stały na gruncie ściśle socjalno – klasowym”, dodając ponadto: „Panów wypędzano jako panów, nie jako Polaków. Służba polska nie była uważana za gorszą od ruskiej. Nikt jej nie prześladował. […] Ogólna nienawiść do „panów” była wtedy nie tylko klasowa, ale raczej dotyczyła stanu, niż osób. „Pan”, dopóki trwał w swym majątku i bronił się, stanowił wroga, z którym walczono bez litości. Ten sam jednak „pan”, z chwilą gdy pobity ustąpił i osiadł gdziekolwiek jako rozbitek, stawał się obojętny, w przekonaniu chłopów nieszkodliwy i nikt doń pretensji nie żywił.” Kossak – Szczucka dodaje, że Petlura oraz agitatorzy z Galicji próbowali rozpalić ogień nienawiści na tle narodowościowym, ale w gruncie rzeczy im się to wtedy nie udało – przynajmniej gdy chodzi o relacje polsko – ukraińskie. Inaczej rzecz się miała z Żydami, o czym za chwilę….
Wiktor Antolewicz Sawczenko w książce „Атаманщина” zwraca uwagę, iż w tym okresie władza komunistów ograniczała się do dużych miast. Starali się oni nadto kontrolować pas przyfrontowy, a także pasy terenu leżące wzdłuż linii kolejowych oraz węzłowe stacje. Natomiast na prowincji rządzili atamani, którzy dysponowali uzbrojonymi formacjami, z których niektóre skupiały po kilka tysięcy ludzi. Oni też jako jedyni cieszyli się jeszcze jako takim autorytetem wśród ludności wiejskiej, która to nieustannie wiecowała. Przy tym, co wyraźnie podkreśla Sawczenko, tocząca się wojna przybrała wówczas charakter etniczny: „Żydzi popierali sowiecką władzę i nowa miejscowa administracja na Ukrainie w 60 – 70% składała się z Żydów (miejscowa młodzież żydowska odznaczała się prawie powszechnym poparciem i sympatiami do bolszewików). Dla przeciętnego ukraińskiego chłopa to Żydzi byli komisarzami, komunistami, członkami komitetów rewolucyjnych, bojcami oddziałów pacyfikacyjnych.” Sawczenko przy okazji zauważa, że w guberni kijowskiej Żydzi stanowili wówczas ok. 12% ogółu ludności (mniej więcej 325 tys. osób), ale w miasteczkach Kijowszczyzny – 40 – 50%. 30% Żydów mieszkało w samym Kijowie. Za to na wsiach Kijowszczyzny stanowili oni ledwie 2 – 3% ludności. Ukraina była przy tym obszarem w pełni „zmilitaryzowanym” – prawie każdy miał broń i przy byle okazji po nią sięgał. Okres anarchii doprowadził natomiast do pojawienia się nieznanego dotąd na Ukrainie czynnika – mianowicie głodu. W efekcie chłopi ukraińscy zaczęli tęsknić do porządków, które panowały przed rewolucją, a nienawiść do bolszewików przybrała u nich charakter w zasadzie powszechny.
Zofia Kossak – Szczucka w swych wspomnieniach zwraca uwagę, iż po dwóch latach anarchii dawało się zauważać „powolne, nikłe z początku, ale coraz wzrastające pragnienie ładu i prawa u chłopów”. W ślad za tym narastało w nich pragnienie powrotu ziemiaństwa – „jako jedynych znanych im przedstawicieli ładu”. Kossak – Szczucka zaraz potem dodaje: „Dopóki bezład pozwalał grabić i wzbogacać się łatwo cudzym, pańskim dobrem, był miły i pożądany. Ale gdy dobra cudzego zabrakło, skończyły się łatwe korzyści, a bezład pozostał, gdy nikt z nich nie był pewien swojego życia i mienia – lepsze, aryjskie cząstki ich psyche podniosły bunt przeciw chaotycznemu zniszczeniu, coraz wyraźniejszym głosem żądając przywrócenia ładu. A na to przyszedł bolszewizm, logiczny wytwór anarchii. Nie mając folwarków i „burżujów” do grabienia, zaczął z bezwzględnością grabić chłopów. Zabierano im konie, krowy, zapasy, niszczono zasiewy. Za opór karano śmiercią. Toteż prędko drapieżna, zacięta, jak żywioł mocna chłopska nienawiść odwróciła się od dotychczasowego swego obiektu: ziemiaństwa, aby w całości skierować się przeciw bolszewikom. Coraz częściej zdarzały się wypadki, że chłopi bronili swych „panów”, coraz częściej wybuchały bunty i powstania, które zresztą bolszewicy szybko i krwawo tłumili. Więc widząc niemożność oswobodzenia się swymi siłami, wieś zaczynała szczerze wzdychać do jakiejś pomocy, która by ją z czerwonego jarzma wyzwoliła.” Nie tylko więc ziemiaństwo, szlachta zaściankowa czy polscy mieszczanienie, nie tylko tzw. „mazurzy”, czyli chłopi narodowości polskiej, ale także chłopi narodowości ukraińskiej wypatrywali wojsk polskich niczym zbawienia. Natomiast niespecjalnie wypatrywali Petlury, który jawił im się jednym ze sprawców tego całego bałaganu. Jeśli gotowi go byli tolerować, czy wręcz popierać, to wyłącznie dlatego, iż stało za nim polskie wojsko, u boku którego atamani i ich podkomendni pragnęli bić bolszewików. W tym miejscu należy przypomnieć, że polski radiowywiad prowadził stały nasłuch bolszewickich radiostacji, a dzięki złamaniu kodów szyfrowych udawało się wszelkie przesyłane tą drogą meldunki i rozkazy odczytywać. Powziąwszy więc z dużym wyprzedzeniem wiedzę, iż bolszewicy przygotowują się do generalnej rozprawy z Polską, zamierzając skoncentrować na kierunku białoruskim silną grupę uderzeniową, Polacy postanowili uprzedzić te działania i wykonać ruch wyprzedzający. Doszedłszy do porozumienia z Petlurą, Józef Piłsudski zdecydował o wykonaniu uderzenia na kierunku ukraińskim z zamiarem zdobycia Kijowa i zbudowania państwa ukraińskiego, które byłoby ściśle związane z Polską. Kluczowym czynnikiem był tu przy tym czas – chodziło o zdążenie ze wszystkim, zanim rozpocznie się spodziewana ofensywa bolszewicka.
Gen. Tadeusz Kutrzeba, podówczas szef sztabu 3 Armii (w stopniu najpierw majora, a następnie podpułkownika), zadania te przedstawił następująco: „Idąc na Ukrainę, mogła Polska włączyć w strefę działań wojennych wielki szmat kraju i duży zasób ludzi broniących «swego» i przez to większy potencjał w wojnie. […] W czasie polskiej okupacji pod osłoną frontu polskiego tworzy się armia ukraińska, która następnie przejmuje na siebie dalszą obronę Ukrainy Prawobrzeżnej, a więc na południe od Prypeci. Wojska polskie zluzowane przez nowo-sformowaną armię ukraińską zostaną przegrupowane na front białoruski do dalszych działań przeciw głównym siłom sowieckim. Do czasu ukończenia kampanii kijowskiej front białoruski pozostaje w obronie.” Armie polskie biorące udział w wyprawie kijowskiej otrzymały więc zadanie dotarcia do granic Pierwszej Rzeczypospolitej (sprzed pierwszego rozbioru), zdobycie Kijowa i uchwycenie w rejonie tegoż przyczółka na lewym brzegu Dniepru. Z kolei zadaniem strony ukraińskiej było sformowanie na wyzwolonym obszarze armii ukraińskiej, zdolnej do podjęcia dalszych działań ofensywnych – na lewym brzegu Dniepru i w kierunku Morza Czarnego. Zluzowane przez oddziały ukraińskie formacje Wojska Polskiego miały tymczasem zostać możliwie jak najprędzej przerzucone na północny odcinek frontu, gdzie – o czym była przed momentem mowa – spodziewano się generalnej ofensywy Armii Czerwonej. Istotną sprawą było też ostatecznie zamknięcie tematu Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Oddziały Ukraińskiej Halickiej Armii po wyparciu ich w czerwcu 1919 roku przez jednostki Wojska Polskiego z terenu Galicji wciąż jeszcze były liczącą się siłą (w dniach 16-17 czerwca 1919 Zbrucz przekroczyło 49.800 żołnierzy z 603 karabinami maszynowymi i 187 działami). Co prawda szeregi UHA trawiły głód i choroby, ale jej potencjału nie wolno było lekceważyć. Pod koniec listopada 1919 roku Ukraińska Halicka Armia podporządkowała się gen. Denikinowi, który stał na czele Sił Zbrojnych Południa Rosji, a na początku lutego 1920 roku przeszła na stronę bolszewików.
Operacja kijowska zaczęła się 25 kwietnia 1920 roku. Na północnym skrzydle nacierała 3 Armia gen. Edwarda Rydza-Śmigłego z zadaniem zdobycia Żytomierza i Korostenia. W centrum natarcie w kierunku na Berdyczów prowadził gen. Antoni Listowski z dowodzoną przez siebie 2 Armią. Lewe skrzydło stanowiła 6 Armia, którą dowodził gen. Wacław Iwaszkiewicz. 26 kwietnia wojska polskie zajęły Żytomierz. Następnego dnia nasze wojska były już w Berdyczowie oraz zajęły ważny węzeł kolejowy Koziatyń. Na prawym skrzydle oddziały 6 Armii generała Iwaszkiewicza opanowały Winnicę, Bar i Żmerynkę.
Dodajmy, że od północy działania naszych wojsk prowadzących natarcie na kierunku ukraińskim wspierała 9 Dywizja Piechoty, która posuwała się wzdłuż Prypeci z zadaniem opanowania Czarnobyla i dotarcia do Dniepru. W tym celu została ona wzmocniona okrętami flotylli rzecznej, które w rejonie ujścia Prypeci stoczyły zwycięską bitwę z okrętami sowieckiej Flotylli Dnieprzańskiej. Do 28 kwietnia nasze wojska osiągnęły linię: Czarnobyl – Koziatyn – Winnica – granica rumuńska. 1 maja nasi żołnierze zdobyli Fastów i znaleźli się u bram Kijowa, który zajęli praktycznie bez walki w dniu 7 maja. W ten sposób wstępny cel wyprawy kijowskiej został osiągnięty – oddziały polskie wyzwoliły pozostające jeszcze we władaniu wojsk bolszewickich części Wołynia i Podola, a także północną i centralną część Ziemi Kijowskiej, zdobyły też Kijów oraz uchwyciły przyczółek na lewym brzegu Dniepru, którego głębokość wynosiła od 15 do 20 km. Teraz decydujące znaczenie miało szybkie zbudowanie armii ukraińskiej, do czego zobowiązał się w zawartej z Polską umowie Semen Petlura… Ale Petlura nie ufał atamanom. Najwyraźniej dążył on do ograniczenia ich roli, przy czym nie dysponował on aparatem państwowym (nie tylko sprawnym, ale jakimkolwiek), który byłby w stanie bez ich udziału przeprowadzić mobilizację oraz zadbać o porządek na tyłach walczących na froncie wojsk.

Gdyby na przełomie kwietnia i maja 1920 roku Petlura podjął energiczne działania w celu zbudowania armii, opierając się w tych swoich działaniach na cieszących się autorytetem wśród lokalnych społeczności atamanach, w lipcu miałby pod swoją komendą potężną armię i – być może – nie musiałby opuszczać terytorium Ukraińskiej Republiki Ludowej, do czego został zmuszony w czerwcu – lipcu 1920 roku.
https://youtu.be/dPYq7NiBeeU

“Okazyjny wyskok samodzielny” ułanów na Ciechanów a losy wojny polsko – bolszewickiej.

 Z książki płk. Franciszka Arciszewskiego „CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Veritas, Londyn, 1957.

[Wydane przez ANTYK  w Warszawie (Komorów) w 2017. KUPUJCIE!! ]

=======================================

Na osobne omówienie zasługuje działalność VIII.  brygady kawalerii w dniu 15 sierpnia. Była to brygada silna, bo składająca się z czterech pułków ułanów  (2, 108, 115 i 203) i dywizjonu artylerii konnej, pod  dowództwem wytrawnego kawalerzysty, generała Karnickiego.

[Z powodu dołączenia do VIII brygady kawalerii, składającej się z trzech pułków, tuz przed bitwa  warszawską jeszcze 203 ochotniczego pułku ułanów,  nazywano brygadę często „grupa generała Karnickiego” względnie w rozkazach generała Sikorskiego  czasem „dywizja kawalerii” lub „dywizja generała Karnickiego“. W niniejszej pracy pozostajemy przy nazwie VIII brygada kawalerii, gdyż dopiero 17 sierpnia została utworzona dywizja kawalerii płk. G.  Dreszera, w skład której weszła i VIII brygada kawalerii. Nazwa zaś ,,grupa“ nie daje obrazu jednostki objętościowo ściśle określonej. ]

W czasie gdy generał Krajowski maszerował 14  sierpnia, z częścią 18 dywizji piechoty, spod Płońska  przez Mystkowo i Rzewin W kierunku Raciąża, brygada posuwała się, jako prawa kolumna tej wyprawy, z rejonu Smardzewo – Sarbiewo – Koliszewo  przez Krościn, Cieszkowo, Drozdowo, również w kie-  runku Raciąża. W momencie gdy generał Krajewski  zarządził swój nagły zwrot wstecz, z Mystkowa i Rzewina na Sochocin i Młock, VIII brygada kawalerii,  która była już w Drozdowie, otrzymała rozkaz skręcenia na Glinojeck i posuwania się w kierunku północno-  wschodnim jako kolumna lewa, na równej wysokości z piechota 18 dywizji piechoty. (Patrz szkic nr 2 [jest w książce MD] )

Brygada zajęła 14 sierpnia o godz. 17, po krótkiej walce Glinojeck, a późnym wieczorem, gdy lewe skrzydło 18 dywizji piechoty znalazło się w Młocku,  VIII brygada kawalerii była w miejscowości Sulerzysz  i miała kontakt z piechotą lewego skrzydła. 

W nocy z 14 na 15 sierpnia zawiały jednak w dowództwie brygady dziwne wiatry.

Kawalerzyści wszelkich armii lubią zadania samodzielne. Rajdy na dalekie tyły nieprzyjaciela, dokonanie tam większych zniszczeń, szerzenie paniki, napady na sztaby wyższych dowództw lub cofające się wojska, to jest to, o czym śnił każdy prawdziwy kawalerzysta. Więc oficerom dowództwa naszej VIII brygady kawalerii chodziły również takie myśli po głowach. Podtrzymywał ich jeszcze w tych myślach francuski pułkownik Loir,  oficer łącznikowy wojskowej misji francuskiej, wybitny  kawalerzysta, który po czteroletniej wojnie okopowej na froncie francusko-niemieckim tak zatęsknił za  działaniem z siodła, że przyłączył się na ochotnika do  oddziału frontowego i nie było siły, która by mogła  mu wytłumaczyć, że nie powinien znajdować się w pierwszej linii bojowej, w tak ryzykownej wyprawie, w czasie rajdu na Ciechanów pełnił on przy generale Karnickim funkcję bliżej nie określoną, noszącą  nazwę „doradca techniczny”.

Więc ułani nasi uznali, że rola wyznaczona im przez generała Krajowskiego, polegająca na ochronie lewego skrzydła i tyłów 18 dywizji piechoty, jest niezgodna z doktryną dobrego użycia kawalerii i postanowili działać nieco inaczej. Postanowili zrobić okazyjny wyskok samodzielny i uderzyć na Ciechanów od strony północnej. Miasto to miało dla nich już od 10 dni jakiś magiczny pociąg. Tak jakby tam właśnie czuli swoje przeznaczenie. Już 10 sierpnia, gdy brygada cofała się przez Gąsocin, próbowali zrobić najazd na Ciechanów, ale im się to nie powiodło, bo w mieście były wówczas silne oddziały liniowe nieprzyjaciela. A gdy 14 sierpnia w południe dostali od generała Krajowskiego rozkaz marszu z Drozdowa  przez Glinojeck w ogólnym kierunku na Ciechanów,  postanowili działać na własną rękę. 

Przed opisem napadu na Ciechanów i niezwykłych jego skutków trzeba stwierdzić, że generał Krajowski  nie wyznaczył brygadzie dokładnej drogi marszu na  Ciechanów, dał jej tylko ogólne zadanie operacyjne,  ochrony lewego skrzydła i tyłów 18 dywizji piechoty  w czasie bardzo ryzykownego przedsięwzięcia, jakim miało być uderzenie na flankę 15-ej armii sowieckiej..  Sposób wykonania tego zadania zależeć musiał od postępu natarcia piechoty i reakcji nieprzyjaciela, pozostać więc musiał do uznania dowódcy brygady.  Mając chronić skrzydło 18 dywizji piechoty przed siłami nieprzyjacielskimi mogącymi być w Ciechanowie, brygada powinna się była posuwać między Ciechanowem a skrzydłem 18 dywizji piechoty, po czym może zająć miasto. Więc obejście ciechanowskiej grupy nieprzyjacielskiej od strony północnej i pozostawienie jej między sobą a skrzydłem dywizji, nie szło po myśli rozkazu o ochronie flanki nacierającej piechoty.  Rozkaz zaś generała Sikorskiego, podpisany w Modlinie dnia 15 sierpnia o godz. 6 rano, nakazujący brygadzie wraz z jednym pułkiem piechoty uderzyć na Ciechanów, nie doszedł dowództwa brygady. Nie posiadała ona bowiem własnej radiostacji, a w chwili podpisywania rozkazu była już od trzech godzin w pełnej akcji.

Decyzja zajęcia Ciechanowa od strony północnej zrodziła się więc samodzielnie, z własnej inicjatywy oficerów dowództwa brygady. O godz. 3 w nocy 14/15 sierpnia skręciła więc VIII brygada kawalerii z Sulerzysza w kierunku północnym na Chotum, Modelka, Pawłowo, rozbijając po drodze kilka dużych, po kilkaset wozów liczących taborów bolszewickich. Na wysokości Grzybowa i Przywojewa rozwinęła się brygada o godz. 8 rano do natarcia, ustawiła swą artylerię, po czym – ubezpieczywszy  się od strony Makowa – wpadła, z 203 pułkiem ułanów, dowodzonym przez majora Z. Podhorskiego, na czele, około godz. 10 do północnej części miasta.

Zaskoczenie kwaterującego tam sztabu 4-ej armii sowieckiej było  tak przeraźliwe, że dowódca armii, nie próbując nawet obrony miasta, uciekł w panice, drogą okrężną do  Mławy, a sztab jego do Ostrołęki. Wśród entuzjazmu ludności cywilnej miasto zostało w krótkim czasie zupełnie oczyszczone od nieprzyjaciela. Liczne tabory, radiostacja, kancelarie itp. pozostały jako zdobycz wojenna w ręku naszych ułanów. Radiostacja była spalona. Zdobycz użyteczna dla ludności cywilnej  rozdzielone; część rzeczy przekazano magistratowi miasta. 

Po dokonaniu tego czynu oficerowie dowództwa VIII brygady kawalerii, nie zdając sobie zupełnie  sprawy z tego, jak dalece przyczynili się do wygrania  bitwy warszawskiej. a zatem i do wygrania wojny, zaczęli zastanawiać się, dokąd brygada dalej ruszyć.  Do dowództwa brygady przybyli prawie wszyscy dowódcy pułków. Jedni radzili uderzyć w kierunku wschodnim, na tyły nieprzyjacielskie, inni zalecali ruszyć w kierunku południowym dla nawiązania kontaktu z lewym skrzydłem 18 dywizji piechoty, inni radzili jeszcze inaczej.

Po jakimś czasie gros brygady  wyruszyło z miasta w kierunku wschodnim, a jeden  pułk (203 p. uł.) w kierunku lewego skrzydła 18 dywizji piechoty. Po kilku kilometrach marszu gros brygady chciało wrócić do Ciechanowa, ale miasto było już ponownie zajęte przez nieprzyjaciela. Ostatecznie za-  wrócono gros brygady też w kierunku południowo- zachodnim na Gumowo. Dowódca 203 pułku ułanów zdołał nawiązać kontakt z generałem Krajowskim w Ojżeniu, lecz lewe skrzydło piechoty, które brygada miała osłaniać, było w tym czasie już o 15 kilometrów na wschód od Gumowa, pod Sońskiem.

Generał Krajowski, nie znając jeszcze skutków zniszczenia radiostacji 4-ej armii sowieckiej w Ciechanowie, wyraził w bardzo ostrych słowach swoje niezadowolenie z powodu samodzielnej akcji VIII brygady kawalerii. Na noc pozostała brygada w okolicy Rumoki i Gumowa.  Potem połączyła się ona z IX brygadą kawalerii, nadeszłą właśnie do Płońska, i weszła wraz z nią w skład nowej dywizji kawalerii pułkownika G. Dreszera.

Napad VIII brygady kawalerii na Ciechanów, tak krótko i tak bezbarwnie tutaj opisany, miał jednak olbrzymie skutki strategiczne. Skutki, jakie tylko bardzo rzadko w całej historii powszechnej dało się najszczęśliwszyrn kawalerzystom osiągnąć. Najlepiej oceni to przeciwnik, który odczuł je na własnej skórze.  Według opinii Tuchaczewskiego (T. 211), którą przytoczyliśmy poprzednio, rajd odegrał rozstrzygającą rolę w biegu działań, dał początek katastrofalnemu wynikowi i zapoczątkował położenie wręcz potworne. 

Brak łączności między dowódcą 4-ej armii a sztabem dowództwa Tuchaczewskiego spowodował zupełne nieskoordynowane działania tej armii z innymi wojskami bolszewickimi od 15 do 18 sierpnia rano, tj. w ciągu czterech najważniejszych i decydujących  dni bitwy warszawskiej. Dowódca 4-ej armii, po ucieczce z Ciechanowa, wydał z Mławy, 15 sierpnia wieczorem, rozkaz rozrzucający dywizje swej armii ekscentrycznie na olbrzymiej przestrzeni. 12 dywizja strzelców miała nacierać na Brodnicę [doszły, moja mama nam o tym opowiadała MD] , Grudziądz i Toruń; korpus konny Gaja miał działać między Toruniem a Włocławkiem; 53 dywizja strzelców miała przesunąć się do rejonu między Lipnem a Włocławkiem, aby współdziałać z  korpusem konnym Gaja w forsowaniu Wisły; 18 dywizja strzelców miała nacierać na Płońsk, a 54 dywizja  strzelców w kierunku Sochocina.  W nocy z 15 na 16 sierpnia przybył dowódca 4-ej  armii do Lipna i nakazał korpusowi konnemu i 53  dywizji strzelców zdobycie Włocławka. 17 i 18 sierpnia każe im zdobywać Płock.

Dopiero 19 sierpnia rano, po nawiązaniu łączności z Tuchaczewskim, rozkazuje on przerwać walki w Płocku i ruszyć korpus konny Gaja czym prędzej przeciwko lewemu skrzydłu polskiej  5-ej armii w Płońsku. Lecz tego zadania Gaj chan nie mógł już wykonać. Bowiem, jak to będzie przedstawione w następnym rozdziale, w tym dniu trzy centralne armie Tuchaczewskiego (15-ta, 3-cia i 16-ta)  cofały się już pobite i trzeba było ratować korpus  konny ucieczka na Mławę.

Dzięki więc samodzielnej akcji VIII brygady kawalerii w dniu 15 sierpnia 4-ta armia bolszewicka była przez 4 dni jakby sparaliżowana. Robiła ruchy niezgrane z ruchami innych armii Tuchaczewskiego.  Większość jej, łącznie z tak ważnym korpusem konnym Gaja, kręciła się bezowocnie po dużym obszarze między Toruniem a Płockiem i nie wzięła udziału w wielkiej bitwie warszawskiej. Tylko dwie lewoskrzydłowe dywizje strzelców (18 i 54), skierowane na Płońsk i Sochocin, odegrały w niej niewielką rolę.

===================

[uwaga MD: Ten tekst to przykład, jak płk. Arciszewski z humorem, ale i logiką matematyka i stratega, wykazuje rolę „przypadków” – w tym czasie zawsze na korzyść Polski. Dodane we wrześniu 2017: ANTYK wydał tę książkę. Powinna znaleźć się w każdym domu polskim, patriotycznym. I u KAŻDEGO księdza i biskupa na biurku.  ]

Co naprawdę planują trzej muszkieterowie RIC

Co naprawdę planują trzej muszkieterowie RIC

Pepe Escobar

Ciesz się tą niejednoznacznością. I celowym brakiem przejrzystości.

Rozpocznijmy nową przygodę: spójrzmy na RIC – Rosję, Iran i Chiny – nowy Trójkąt Primakowa, jak go zdefiniowałem, w sposób bardziej żartobliwy.

Te trzy państwa cywilizacyjne, które koordynują nową fazę integracji euroazjatyckiej i są również pełnoprawnymi członkami BRICS i SCO, są w rzeczywistości trzema muszkieterami.

Jak zauważył niezwykle spostrzegawczy analityk Azji Zachodniej AHHfrican, trzej muszkieterowie RIC z pełną mocą wykorzystują już współczesne skróty do nowego porządku międzynarodowego – za pomocą trzech pokrytych aksamitem tytanowych dziadków do orzechów.

Tego typu tytanowe dziadki do orzechów są używane przez Iran, Rosję i Chiny przeciwko Cieśninie Ormuz, SWIFT i Departament Skarbu USA.

Nowe zasady żeglugi w Cieśninie Ormuz, egzekwowane przez Marynarkę Wojenną Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej/PGSA – w połączeniu z selektywną blokadą Morza Czerwonego przez Ansarallah, skierowaną wyłącznie przeciwko Domowi Saudów – prędzej czy później pogrzebią bandę Rady Współpracy Zatoki Perskiej i Petro-szejka. W bezpośrednim tłumaczeniu oznacza to koniec amerykańskiego recyklingu, obsługi długu i darmowej żywności opartej na petrodolarze, a raczej sfinansjalizowanego turbokapitalizmu.

Rosja ze swojej strony wprowadziła system A7, który okazuje się zwycięskim rozwiązaniem w dużej części krajów Globalnego Południa.

Piotr Fradkow, prezes Promswiazbanku i dyrektor generalny Rosyjskiego Centrum Eksportu, trafnie podsumował międzynarodowy system płatności A7 – który został należycie zatwierdzony przez Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Unię Europejską. System ten cieszy się obecnie ogromną popularnością w Afryce i Azji. Oficjalne biura A7 zostały już otwarte w Nigerii i Zimbabwe.

Fradkow od razu przeszedł do konkretów: „Wiele krajów afrykańskich nadal nie ma banku centralnego. Jest ich tylko około dziesięciu”.

Cóż więc mogłoby być lepszym rozwiązaniem niż alternatywny system rozliczeń transgranicznych – stablecoin – który omijałby dolara amerykańskiego? I wszystko to powinno być dostępne dla każdego, niezależnie od tego, czy handluje z Rosją. Nic dziwnego, że Reuters bił na alarm.

W praktyce A7 wykracza daleko poza niekończące się wahania BRICS – które będą kontynuowane na dorocznym spotkaniu w Indiach w przyszłym miesiącu – dotyczące zawiłości nowej architektury finansowej powiązanej ze złotem i surowcami.

Tata ma zupełnie nową torbę. A ta torba nazywa się A7.

Na koniec mamy Chiny, które masowo wydają dolary na zielony papier toaletowy, jednocześnie w epicki sposób rozbrajając sankcje OFAC.

Chińskie prawo dotyczące sankcji zagranicznych jest surowe: Do diabła z OFAC. Każdy, kto pomaga w egzekwowaniu „dyskryminujących ograniczeń” wobec chińskiej firmy, drogo zapłaci. Krótko mówiąc: każdy, kto przestrzega amerykańskich sankcji na mocy chińskiego prawa, będzie pozywany, dopóki nie ujdzie mu to na sucho. To prawdziwy bumerang Sun Tzu.

Kiedy strategiczna niejednoznaczność staje się polityką

Powróćmy teraz raz jeszcze do tego wątpliwego porozumienia sunnickiego NATO z Mekki – być może należałoby je nazwać salafickim NATO – z sunnicką, czyli salaficką Trójporozumieniem, w którego skład wchodzą Turcja, Arabia Saudyjska i Pakistan.

Wszystkie scenariusze pozostają możliwe, ponieważ pełny tekst Mekki nie został opublikowany – poza przewidywalnymi wzmiankami o „odstraszaniu”.

Najmniej, co można powiedzieć o reakcji imperium chaosu, kłamstw, grabieży i piractwa, to to, że wydaje się ono dość zdezorientowane. Oczywiście, zakładając, że osobiście nie nakazało MbS przeprowadzenia tego wyczynu w Mekce.

Pakt można również interpretować jako środek zapobiegawczy – przeciwko kultowi śmierci, który, jak można się było spodziewać, jest wściekły na ten zamach stanu. Kult śmierci nie ma dużego pola manewru. To również rozwiewa wszelkie brednie o tym, że Turcja jest „następna w kolejce” po Iranie.

Czy to zatem manewr MbS przeciwko Ansarallah lub jemeńskim siłom zbrojnym? Raczej nie: ani neo-osmański sułtan, ani Pakistańczycy – pomimo paktu wojskowego z Rijadem – nie dadzą się wciągnąć w wojnę z Jemenem sfabrykowaną przez Saudyjczyków. W końcu Saudyjczycy zerwali własne memorandum o porozumieniu z Saną, nadal stosują nielegalną blokadę i już ponieśli dotkliwą klęskę.

Saudyjczycy i/lub ich przedstawiciele lub najemnicy w Jemenie są już systematycznie eliminowani poprzez jemeński wywiad, nadzór, namierzanie celów, drony i pociski rakietowe. Jeśli Saudyjczycy i NATO – bez Turcji – rozpoczną kampanię bombardowań, saudyjskie rafinerie ropy naftowej i rurociągi zostaną obrócone w pył – tak jak obiecała Sana w ramach nowych zasad zaangażowania.

I oczywiście nikt na świecie z IQ powyżej 10 nie zaryzykuje wojny lądowej przeciwko Jemeńczykom.

Wszystko to dzieje się w sytuacji, gdy rezerwy saudyjskie kurczą się z dnia na dzień, nieubłaganie, ponieważ dochody z ropy naftowej są niewielkie, a cały łup jest składowany w Londynie i Nowym Jorku, gdzie zostanie z entuzjazmem „zamrożony” lub po prostu skradziony, ponieważ jest to ostatni bar, w którym można dokonać wielkiej grabieży.

A co z „dyplomacją”?

Każdy powinien zapytać tego człowieka. To Mohsen Rezaee, nowy sekretarz irańskiej Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, a zarazem osobisty przedstawiciel Najwyższego Przywódcy Mojtaby Chameneiego.

Jak wielu z nas już długo dyskutowało, Teheran nie opuści stołu negocjacyjnego – mimo że jest on obecnie rozbity. Różnica polega na tym, że stanowisko Teheranu jest teraz ukierunkowane na zachowanie jak największej możliwej siły nacisku.

Stanowisko Iranu w sprawie Cieśniny Ormuz jest w pełni ugruntowane – i zostało już wyrażone w Memorandum o Porozumieniu. Pakistan i Katar pozostają kluczowymi kanałami dyplomatycznymi. Oman odgrywa ważną rolę techniczną we wszystkich porozumieniach morskich w Cieśninie Ormuz i wokół niej.

Załóżmy, że ramy dla końcowej rozgrywki już istnieją – nawet jeśli jej wdrożenie zależy tylko od jednego: Neo-Krassus na osi War-a-Lago/Waszyngton musiałby przeżyć moment Damaszku.

Teheran nie ustąpi w sprawie Cieśniny Ormuz. Waszyngton musiałby zacząć znosić sankcje i wdrażać środki uwalniania aktywów – wszystko to zostało już uwzględnione w porozumieniu – równolegle z elastycznymi umowami morskimi między Iranem a Omanem. Dopiero wtedy wzrosłoby prawdopodobieństwo wynegocjowania porozumienia.

Nowym czynnikiem komplikującym sytuację jest ponownie akcja w Mekce. Brzmi zachęcająco, gdy przedstawia się ją jako połączenie saudyjskiego kapitału i energii, tureckiej potęgi przemysłowej i konwencjonalnej siły militarnej w NATO oraz pakistańskiej głębi militarnej i strategicznego odstraszania nuklearnego.

Ale to wszystko nie oznacza, że ​​fundamenty pod niezależny biegun bezpieczeństwa zostały już położone. Żaden z tych trzech aktorów nie jest bowiem prawdziwie niezależny – i suwerenny – jak trzej muszkieterowie RIC.

Teoretycznie Mekka osiągnie w tej pierwszej fazie następujące cele: nie nastąpi natychmiastowe wydalenie USA z Azji Zachodniej, nie nastąpi wycofanie Turcji z NATO i nie będzie konieczności publicznego ogłaszania przez Pakistan nowego parasola bezpieczeństwa dla Azji Zachodniej.

Wszystko jest takie niejednoznaczne. Być może jedynym naprawdę poważnym pytaniem, jakie należy zadać, jest: „Co potencjalny przeciwnik musi założyć, że się stanie, jeśli Arabia Saudyjska lub Turcja staną się celem ataku egzystencjalnego?”

Niejednoznaczność jest zatem kwestią polityczną. Nawet jeśli ta nowa architektura „potencjalnie” – i to jest kluczowe określenie – tworzy nową wewnętrzną strukturę odstraszania strategicznego, która nie jest całkowicie zależna od Waszyngtonu.

Zwróć jeszcze raz uwagę na słowa „niekompletne”.

Więc ciesz się tą dwuznacznością. I celową niejasnością. A co do Trzech Muszkieterów: są już o kilka ruchów do przodu.

Źródło: Co naprawdę robią Trzej Muszkieterowie RIC

Bunkier i bomba – dlaczego Zachód nie widzi już własnej eskalacji

Bunkier i bomba – dlaczego Zachód nie widzi już własnej eskalacji

Autor: Dirk Ellerbrock

Bunkier i bomba – dlaczego Zachód nie widzi już własnej eskalacji | Autor: Dirk Ellerbrock

Komentarz Dirka Ellerbrocka apolut/der-bunker-und-die-bombe-warum-der-westen-die-eigene-eskalation-nicht-mehr-sieht

I. Dwa wydarzenia, jedna pusta przestrzeń

Na placu Kudrinskim w centrum Moskwy, na parterze jednego z siedmiu stalinowskich wieżowców, generał pułkownik Aleksander Czajko, dowódca rosyjskich sił powietrznych od maja 2026 roku, wynajął ekskluzywną restaurację „Balci Rossi” za około 100 000 euro – oficjalnie z okazji swoich 55. urodzin, ale także z okazji niedawnego awansu. Wśród zaproszonych gości byli wysocy rangą oficerowie FSB, generałowie Ministerstwa Obrony i posłowie. Podeszła młoda kobieta z dużym pudełkiem prezentowym, ale została zatrzymana przez ochronę. Detonacja rozerwała ją na miejscu; metalowe odłamki wbite w bombę zabiły trzy lub cztery osoby i raniły 21, niektóre poważnie. Sam Czajko – który według unijnej listy sankcji jest częściowo odpowiedzialny za masakry dokonane przez jego oddziały „Wostok” w Buczy (2022) – przeżył.

Ani jego obecność, ani rzeczywisty cel ataku nie zostały oficjalnie potwierdzone. Ale schemat jest już znany: Moskalik (2025), Kiriłłow (2024), Dugina (2022), Fomin (2023) – seria celowych zabójstw wysoko postawionych rosyjskich wojskowych i urzędników powiązanych z wojskiem, przypisywana głównie Ukrainie. Jednocześnie, w dużej mierze niezauważona, trwa czterdziestodniowa kampania intensywnych ataków na cele cywilne w Rosji – plaże, hotele, ludzi leżących na ręcznikach.

W dyskursie zachodnim dwa powiązane ze sobą ciągi wydarzeń są starannie rozdzielone. Jeden z nich jawi się, o ile w ogóle, jako spektakularny, odosobniony incydent z niemal bezspornym przypisaniem odpowiedzialności – zamach, a nie akt wojny. Drugi nie wymaga nawet wyjaśnienia. To rozdzielenie nie jest redakcyjnym niedopatrzeniem. Jest ono symptomem głębszej niezdolności do rozpoznania tych wydarzeń takimi, jakimi są one coraz częściej z rosyjskiej perspektywy: spójnej dynamiki eskalacji skierowanej przeciwko własnemu przywództwu i ludności cywilnej, która dawno już przekroczyła pewien próg – bez określenia jej w ten sposób przez Zachód, nie mówiąc już o refleksji nad własną rolą w tym procesie.

II. Błąd kategorii: Eskalacja jako instrument kontrolowany

Z wypowiedzi postaci takich jak Rubio i Bessent wyłania się specyficzne rozumienie sprawowania władzy: taktyki nacisku – ataki rakietowe, manipulacje cenami ropy naftowej, sankcje – traktowane są jak pokrętła na panelu sterowania. Wystarczy je lekko przekręcić, obserwować reakcję i odpowiednio dostosować. Rubio komentuje ataki na terytorium Rosji jako zasadniczo pozytywne, ponieważ mają one na celu „wywarcie presji” na Putina i zmuszenie go do negocjacji. Bessent zapewnia nas, że presja ekonomiczna na Iran wystarczy; wystarczy utrzymać blokadę. W obu przypadkach założenie jest takie samo: przeciwnik reaguje przewidywalnie, a spirala eskalacji pozostaje pod kontrolą, ponieważ to my mamy kontrolę.

Osoby objęte tą polityką interpretują te same wydarzenia odmiennie. Dla Moskwy atak na restaurację nie jest odosobnionym incydentem, ale – jak głosi oczywiste założenie – kolejnym dowodem zaangażowania zachodnich agencji wywiadowczych w schemat ataków na własne kierownictwo i ludność cywilną. Dla Teheranu odmowa negocjacji z rządem, który nie chce się całkowicie poddać, nie jest taktycznym zaostrzeniem stanowiska, lecz wyrazem sytuacji uznawanej za egzystencjalną. Obie strony nie kalkulują już w kategoriach kroków negocjacyjnych, lecz w kategoriach progów. Błąd kategorialny Zachodu polega na niedostrzeganiu tego rozróżnienia: zarządzanie eskalacją mylone jest z jej kontrolą. Zachód uważa, że ​​ma kontrolę, podczas gdy od dawna stał się częścią dynamiki, którą już nie steruje, a jedynie ją wyzwala.

III. Dlaczego nie ma dyskusji: System operacyjny oparty na moralności

Ta ślepota miałaby mniejsze konsekwencje, gdyby istniał funkcjonujący dyskurs publiczny, który mógłby ją naprawić. Niestety, nie ma. A to ma podłoże strukturalne. Jakieś dwadzieścia lat temu Romano Prodi opisał UE jako „giganta na glinianych nogach” – wielkiego i imponującego, ale pozbawionego solidnych fundamentów, gdy tylko trzeba się ruszyć. Projekt geoekonomiczny, który miał zapewnić ten fundament – ​​wspólne zasoby, wspólną siłę negocjacyjną – nigdy nie został w pełni ukończony. W jego miejsce pojawiło się coś innego: spójność wynikająca nie ze spójności gospodarczej, ale ze wspólnego wizerunku wroga.

Projekt, którego spójność opiera się przede wszystkim na konformizmie, a nie na istocie, nie może traktować odchylenia jako faktu politycznego – musi je kategoryzować jako zagrożenie dla własnych fundamentów. Kiedy AfD wygrywa wybory w dużym niemieckim mieście, kiedy krążą doniesienia o planach pozbawienia krajów związkowych autonomii za „nieprawidłowe” zachowanie wyborcze, nie jest to jedynie przypis do demokratycznej normalności, lecz – zgodnie z logiką systemu – pęknięcie w samym fundamencie, który wspiera. Reakcją nie jest debata, lecz sankcja: każdy, kto kwestionuje wspólną linię, pośrednio kwestionuje spójność systemu. Dlatego, jak głosi dyskusja, „nie ma już nawet dyskusji” na temat tego, czy własna polityka wobec Rosji lub Iranu leży w czyimś interesie. Nie dlatego, że pytanie jest nieciekawe, ale dlatego, że samo jego postawienie jest już uznane za brak lojalności wobec projektu.

IV. Cicha zmiana ciśnienia

Ta sama iluzja kontroli, która działa na zewnątrz, działa również wewnętrznie – tyle że na innych frontach. W wymiarze zewnętrznym widać to wyraźnie na przykładzie Arabii Saudyjskiej: presja, która faktycznie była skierowana przeciwko Iranowi, spowodowała gwałtowny spadek produkcji saudyjskiej ropy naftowej o około 74 procent, podczas gdy Waszyngton jednocześnie domaga się, aby nikt nie sprzedawał amerykańskich obligacji skarbowych. W rezultacie sojusznicze peryferie stają się coraz bardziej zależne od potęgi, którą rzekomo wspierają. Presja mająca na celu osłabienie Iranu destabilizuje jego własnych partnerów.

Wewnątrz kraju działa powiązany ze sobą mechanizm strukturalny: dyscyplinowanie dysydenckich państw federalnych, marginalizacja partii nonkonformistycznych i nacisk na przestrzeganie brukselskiej „linii”. W obu przypadkach dominuje ta sama logika – kontrola jest ustanawiana poprzez presję na peryferie, a nie poprzez realne porozumienie z rzeczywistym przeciwnikiem lub rzeczywistą integrację polityczną. Jedyna różnica polega na tym, że jedna peryferia znajduje się w sferze polityki zagranicznej, a druga w sferze polityki wewnętrznej.

V. Nieprzygotowana populacja

To podwójne złudzenie kontroli jest szczególnie niebezpieczne, ponieważ ma ono konsekwencje dla komunikacji publicznej: jeśli eskalacji nie można nazwać eskalacją bez narażania spójności samego systemu, to społeczeństwo nie może być przygotowane na jej konsekwencje. Nie ma dyskusji o potencjalnym racjonowaniu oleju napędowego, niedoborach energii i dostaw ani o rzeczywistych kosztach ekonomicznych własnej polityki. Zamiast tego, podczas gdy sytuacja na Bliskim Wschodzie i w Rosji się zaostrza, pojawiają się tematy marginalne: gdzie znajdują się dobre restauracje, jakie jedzenie definiuje lato.

Nie jest to deficyt informacji, który można naprawić poprzez lepsze raportowanie. To funkcja samego systemu: legitymizacja wymaga braku alternatyw („my jesteśmy tymi dobrymi”), a ten brak alternatyw wymaga ignorowania wszystkiego, co mogłoby zakłócić tę narrację. System tak skonstruowany nie może przygotować swoich obywateli, nie kwestionując samego siebie.

VI. Co jest stawką

Prawdziwe zagrożenie nie tkwi w żadnym pojedynczym etapie eskalacji – ani w ataku na restaurację, ani w kolejnej rundzie sankcji, ani w kolejnym ataku na tankowiec. Kryje się ono w tym, że system, którego spójność strukturalnie opiera się na konformizmie, a nie na analizie, nie jest już w stanie rozpoznać punktu krytycznego eskalacji. Nie chodzi o brak informacji. Chodzi o brak zdolności do jej zaakceptowania.

Bunkier nie chroni przed bombą. On tylko uniemożliwia zobaczenie jej nadejścia.

+++

Źródło obrazu: Shutterstock AI Generator / shutterstock

+++

Źródła:

taz.de – „Zamach w Moskwie: Śmiercionośny prezent urodzinowy”, https://taz.de/Anschlag-in-Moskau/!6201132/

NZZ.ch – „Atak bombowy na restaurację w Moskwie mógł być wymierzony w wysoko postawionego generała rosyjskiego”, nzz.ch/international/moskau-bombenanschlag-in-restaurant-im-stadtzentrum

ntv/Wetterauer Zeitung – „Aktualizacja wojny na Ukrainie: Zabici i ranni po eksplozji w Moskwie – atak prawdopodobnie wymierzony w generała”, https://www.wetterauer-zeitung.de/politik/auf-kiew-ukraine-krieg-aktuell-russland-startet-raketenangriff-zr-94424572.html

audimax.de – „Wybuch w moskiewskiej luksusowej restauracji: Znaleziono ręce podejrzanego”, https://audimax.de/politik/explosion-in-moskauer-nobelrestaurant-hande-der-mutmasslichen-attentaterin-15-meter-entfernt-entdeckt/

NewsFlix.at – „Terror bombowy w Moskwie: czy celem była masakra generalna?”, https://www.newsflix.at/s/bombenterror-in-moskau-war-massaker-general-das-ziel-120232107

The Daily Beast – „Kłopoty Putina narastają wraz ze śmiertelnym zamachem bombowym w moskiewskiej restauracji”, thedailybeast.com/putin-general-killed-in-fiery-birthday-bash-explosion-in-moscow/


Bolszewizm zmienił skórę. Siedem jego dzisiejszych wcieleń

Bolszewizm zmienił skórę. Siedem jego dzisiejszych wcieleń

15 sierpnia 2026 pch24./bolszewizm-zmienil-skore-7-jego-dzisiejszych-wcielen

bukło.jpg

Bolszewicką Rosję rozbiliśmy pod Warszawą sto sześć lat temu, a jej późniejsze wcielenie — Związek Sowiecki — rozpadło się w 1991 roku. A jednak bolszewizm nie zniknął. Powrócił w nowej formie, po cichu, podstępnie: w słowach, w szkolnych podręcznikach, w sposobie postrzegania człowieka. Ale po kolei.

1. Nowy człowiek

Lew Trocki w „Literaturze i rewolucji” zapowiadał, że zwykły zjadacz chleba wzniesie się kiedyś na poziom Arystotelesa, Goethego i Marksa. Rewolucja wierzyła, że nowego człowieka można ukształtować. I właśnie ta pokusa wróciła. Dziś ludzkie ciało uznaje się za projekt, a płeć za kwestię wyboru. Najlepiej widać to na przykładzie ideologii gender.

Benedykt XVI już w grudniu 2012 roku, w przemówieniu bożonarodzeniowym do Kurii Rzymskiej, ostrzegał: „Człowiek kwestionuje swoją naturę. Jest on teraz jedynie duchem i wolą. (…) Tam, gdzie wolność działania staje się wolnością czynienia siebie samego, nieuchronnie dochodzi do zanegowania Stwórcy”.

Ideologia ta to ten sam bolszewicki sen w nowych szatach. To wiara, że nie ma żadnej natury danej z góry, a człowiek jest tylko tworzywem, które należy przerobić zgodnie z jedynie słuszną i postępową ideą.

2. Wszystko staje się polityką

W dawnych, normalniejszych czasach polityka trzymała się swojego miejsca. Rządzący zajmowali się wojną i pokojem, traktatami, sądami, podatkami — i na tym koniec. Reszta życia należała do człowieka, do rodziny, instytucji religijnych i wspólnoty sąsiedzkiej.

Bolszewicka rewolucja oznaczała kres tej prywatności. Rodzina, szkoła, sztuka, nauka, sport, nawet zwykły dowcip zostały z dnia na dzień poddane ideologicznemu terrorowi. Odtąd każdy musiał dopasować się do jedynie słusznego wzorca.

Z tego korzenia wyrosło słynne hasło Nowej Lewicy: „to, co osobiste, jest polityczne”. Prywatności już nie ma. Dlatego najgorętsze spory toczą się dziś już nie o cła czy granice, lecz o obyczaje, o rodzinę, o aborcję, związki jednopłciowe. Całe nasze życie staje się areną walki. Trudno o wyraźniejszy znak zbolszewiczenia.

3. Walka z rodziną

Rewolucja od samego początku niechętnie patrzyła na rodzinę. Miała w tym swój powód. Rodzina wszak rodzi lojalność mocniejszą niż jakakolwiek partia — bo człowiek prędzej odda życie za najbliższych niż za komitet centralny. Taka wierność była dla rewolucji solą w oku. Należało więc ją rozmontować.

I bolszewizm zabrał się do tego z pełnym rozmachem. Sowiecki kodeks z 1918 roku rozluźnił przepisy o małżeństwie. Rozwód załatwiało się odtąd błyskawicznie, a komunistyczna rewolucjonistka Aleksandra Kołłontaj wieszczyła, że rodzina lada moment obumrze sama, jak przeżytek minionej epoki. Dwa lata później, w 1920 roku, Rosja jako pierwszy kraj świata zalegalizowała aborcję. Z kolei Pawlika Morozowa — chłopca, który doniósł na własnego ojca — Sowieci ogłosili bohaterem narodu. Stawiali mu pomniki, jego imieniem nazywali szkoły i pionierskie drużyny. Z donosu na ojca uczynili cnotę.

I niech nikt nie sądzi, że to tylko przebrzmiała historia sprzed wieku. Takich Pawlików nie brakuje i dziś — tyle że zamienili pionierski mundurek na modny hasztag, a swoją gorliwość zakamuflowali miękkim językiem wrażliwości.

Na Zachodzie niszczenie rodziny szło wolniej, lecz zaczęło się już od czasów rewolucji francuskiej. Państwo liberalne uznało, że liczy się jednostka, a nie ród. W odpowiedzi na rzeczywiste nadużycia władzy ojcowskiej ukształtował się system, w którym mężczyzna jest z definicji podejrzany i stanowi zagrożenie. Bolszewizm dokończył tylko brutalnie to, co liberalizm zaczął ostrożnie.

4. Nowy proletariat

Marksistowska wizja świata była prosta. Z jednej strony kapitalista i wyzyskiwacz. Z drugiej — wyzyskiwany robotnik. Czarne i białe, kat i ofiara. Robotnicy mieli dobrowolnie iść na barykady i przeprowadzić ogólnoświatową rewolucję.

To jednak nie zadziałało. Robotnicy w systemie kapitalistycznym zaczęli się stopniowo bogacić. Zamiast budować barykady, cieszyli się z poprawiających się warunków pracy, brali kredyty, zakładali rodziny i chodzili do kościołów.

Rewolucja musiała więc poszukać sobie nowego pokrzywdzonego. I znalazła. Dziś w roli uciśnionych są wszelkie mniejszości, zwierzęta, a nawet sama planeta Ziemia.

Wszelka cnota staje się podejrzana. Bywa, że w konkursach piękności decyduje kryterium rasy, a nie urody. W Eurowizji liczy się poprawność polityczna, nie talent. Ostatnim niechlubnym hitem jest uznanie świadectw z czerwonym paskiem za przejaw dyskryminacji.

Dekoracje się zmieniły, ale sztuka wciąż ta sama. Znów dzieli się ludzi na świętych i potępionych, na katów i ofiary. A kto nie chce w tym uczestniczyć, zostaje skazany na ostracyzm.

Walka klas trwa nadal. Tyle że jej sednem nie jest już portfel, lecz tożsamość.

5. Nowomowa

Nowomowę już wiele lat temu świetnie opisał Orwell. Kto rządzi słowami, ten rządzi myślami. Nie trzeba zakazywać myślenia — wystarczy odebrać słowa, którymi się myśli. Sowieci to potrafili. Dziś robi się to subtelniej, ale cel jest ten sam.

Weźmy, na przykład, feminatywy. Niby drobiazg, niby uprzejmość — „psycholożka”, „ministra”. Tyle że za tymi końcówkami kryje się cały światopogląd. Mężczyzna i kobieta przestają się dopełniać, a zaczynają konkurować — nawet w gramatyce. Język, który przez wieki budował zgodę, wykorzystuje się dziś do wojny płci.

Do tego dochodzi jeszcze „wata słowna” ukrywająca prawdę. Alkoholik to dziś „osoba w kryzysie alkoholowym”, śmierć cywilów to „ofiary uboczne”, a kłamstwo to „mijanie się z prawdą”. Przykłady można by mnożyć. Niekiedy nowomowa, wbrew deklarowanym intencjom, degraduje człowieka, sprowadzając go do biologii (kobieta stała się „osobą menstruującą”).

6. Gospodarka, czyli socjalizm w szatach kapitalizmu

Sto lat temu państwo trzymało ręce przy sobie. Jeszcze przed I wojną światową i tuż po niej daniny u nas i na Zachodzie sięgały dziesięciu, najwyżej dwudziestu procent tego, co ludzie wytworzyli. Resztą każdy gospodarował po swojemu — odkładał, inwestował, budował, pozostawiał w spadku dzieciom. Dziś urzędnik sięga po blisko połowę owoców naszej pracy, a prawie nikogo już to nie dziwi. Przywykliśmy, jak przywyka się do bólu, który narasta powoli.

A przecież nikt tego nie wymyślił wczoraj. To receptury klarownie spisane przez Karola Marksa w „Manifeście komunistycznym”, punkt po punkcie: progresywne podatki, utrudnianie dziedziczenia, państwowa kontrola pieniądza. Czyta się to dziś nie jak manifest sprzed wieku, lecz jak spis treści naszego własnego życia.

Regulacje mówią ci, czym wolno dojechać do pracy i czym ogrzać własny dom. Są strefy, do których nie wjedziesz, bo twoje auto urzędowo uznano za niewłaściwe. Są unijne plany rozpisane na lata — jak żywcem przepisane z szablonu sowieckich pięciolatek, tylko ładniej oprawione.

A na deser — ESG, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu pod dyktando wielkich korporacji w rodzaju BlackRock. To nic innego jak perfidny pomysł, by prywatną firmę zmusić do realizacji celów, których sama nigdy by sobie nie wybrała. Celem biznesu nie jest już zysk akcjonariuszy, który można osiągnąć dzięki zaspokajaniu potrzeb klientów. Jest nim cała gama projektów środowiskowych, społecznych, równościowych i tym podobnych. Kto ich nie wdraża, naraża się na kary od państwa i wykluczenie z grupy firm „poprawnych politycznie”, w które inwestują fundusze społecznie odpowiedzialne — a stanowią one coraz większą część całego rynku.

7. Świeckie zbawienie

I tak oto dochodzimy do sedna sprawy. Bo rewolucja, choć mówi o podatkach, prawach i postępie, gra o coś znacznie większego. Pragnie samozbawienia człowieka — i to już tutaj, na ziemi. A skoro raj czeka tuż za rogiem, to koszty, choćby były najwyższe, nagle stają się nieważne. Tak właśnie bolszewicy uzasadniali własną przemoc. Dziś w ten sposób uzasadnia się wszelkiej maści absurdalne i często wprost nieludzkie pomysły.

Taka wiara nie może się obejść bez wroga. Skoro ziemski raj wciąż nie nadchodzi, ktoś musi być temu winny. Trzeba więc znaleźć heretyka, żeby go napiętnować. Trzeba mieć wroga ludu, na którego zrzuci się każdą porażkę. Stąd ten wieczny podział na czystych i brudnych, na swoich i wyklętych. I ta sama obietnica co zawsze: jeszcze tylko jeden zryw, jeszcze tylko jedna ofiara i „krwawy skończy się trud”.

Tyle że do historii nie da się w ten sposób dopisać szczęśliwego zakończenia. Bolszewickie i neo-bolszewickie dążenia do budowy doczesnej utopii wymagają stosowania ciągłej przemocy wobec niedoskonałej ludzkiej natury i zawsze umacniają totalitaryzm.

Raju na ziemi nie da się bowiem zbudować. Ale piekło – jak najbardziej.

Stanisław Bukowicz

CZY POLSKA MA SZANSĘ UNIKNĄĆ STANIA SIĘ STREFĄ ZGNIOTU?

CZY POLSKA MA SZANSĘ UNIKNĄĆ STANIA SIĘ STREFĄ ZGNIOTU?

CZY POLSKA MA SZANSĘ UNIKNĄĆ STANIA SIĘ STREFĄ ZGNIOTU?

Sławomir M. Kozak oficyna-aurora/czy-polska-ma-szanse-uniknac-stania-sie-strefa-zgniotu

Szanowni Czytelnicy, 

trwają przygotowania do debaty „Czy Polska ma szansę uniknąć stania się ‘strefą zgniotu’ w konflikcie z Rosją prowokowanym przez trzy państwa: Francję, Wielką Brytanię i Niemcy?”

Odbędzie się ona 21 września (poniedziałek, początek godz. 19), w lokalu Praskiego Centrum Aktywności Kocham Pragę, przy ulicy Targowej 32 w Warszawie.

W tej chwili obsługę medialną zapowiedziały cztery telewizje internetowe: Centrum Edukacyjne Polska, Chrobry Szlak Tv, Reduta.tv i wRealu24.tv. Lista mediów zaangażowanych w promowanie przekazu Debaty nie jest wyczerpana.

Pomysł przeprowadzenia Debaty zrodził się w wyniku zagrożenia Polski, jakie niosą prowokacyjne wobec Rosji działania Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec oraz zaangażowania szefa polskiego rządu Donalda Tuska w realizacje tych prowokacyjnych działań.

Kulminacją prowokacji wobec Rosji mają być manewry wojsk Francji. Wielkiej Brytanii i Niemiec na terenie Polski w listopadzie 2026. Cele manewrów dotyczą symulowanych ataków samolotów Rafale, zdolnych do przenoszenia pocisków nuklearnych, na rosyjskie cele w Petersburgu i w Obwodzie Kaliningradzkim. Jest to kolejna prowokacja polegająca na przekraczaniu „czerwonych linii” wyznaczonych przez Putina, który powiedział, że w przypadku zagrożenia, bezpieczeństwo obwodu królewieckiego będzie bronione przy użyciu wszelkich dostępnych w Rosji środków.

Jacek Frankowski, pomysłodawca i organizator spotkania wyjaśniając ideę debaty pisze:

Nie muszę dopowiadać, jaki kraj zagrożony jest użyciem przez Rosję wszelkich dostępnych środków, w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa Obwodu Kaliningradzkiego, które wywołują listopadowe militarne manewry na terenie Polski.

Chciałbym, żeby paneliści uczestniczący w Debacie wyrazili opinię, jakie wg nich Polska powinna podjąć działania, żeby nie stać się „strefą zgniotu”.

Punktem wyjścia dla dyskusji będzie rozmowa z doktorem Markiem Laskiewiczem, politologiem mieszkającym w Wielkiej Brytanii, który przewiduje zagrożenie przeniesienie się działań wojennych z terytorium Ukrainy na teren Polski. Dr Laskiewicz w programie wyraża swoją opinię w kwestii działań, jakie powinna podjąć Polska, żeby nie stać się ofiarą prowokacyjnych działań państw podżegaczy. Nagranie dostępne jest TUTAJ.

Marek Laskiewicz w koncepcji Debaty, pełnić będzie rolę „prowokatora” dyskusji, przedstawiając przewidywania zagrożenia Polski nuklearnym konfliktem z Rosja i wygłaszając receptę na uniknięcie zagrożenia przez stworzenie „strefy buforowej” oddzielającej polskie terytorium będącego strefą NATO, od Obwodu Kaliningradzkiego.

Liczę, na twórcze podejście panelistów do zagadnienia zagrożonego bezpieczeństwa Polski, którego jednym z wywoływaczy jest niezdolność myślenia o ułożeniu konstruktywnych relacji z Rosją.

Rusofobia, wbrew narracji post-piłsudczyków, nie jest wyrazem patriotyzmu. Rusofobia to gotowość rzucenia losu Ojczyzny na ofiarny stos w imię wrogiego nastawienia do innego narodu. Patriotyzm, wg kultywujących myśl Romana Dmowskiego, to miłość do Ojczyzny i konsekwentna troska o byt i trwanie Narodu.

W chwili obecnej udział w Debacie zadeklarowali: Jacek Frankowski jako moderator, Marek Laskiewicz, Roman Fritz, Marek Skalski, Arkadiusz Miksa, Dariusz Rozwadowski, Rafał Mossakowski, Sławomir M. Kozak i Kamil Klimczak.

Zaproszenia do udziału w Debacie zostaną wysłane także do Kancelarii Prezydenta, KPRM, Prezydium Sejmu i Konferencji Episkopatu Polski.

Liczymy także na odniesienia do tematu Debaty europosłów w formie filmowych wypowiedzi, wyrażających w dotychczasowych wystąpieniach sprzeciw wobec działań podżegaczy wojennych. Grono, chociaż nieliczne, ale znaczące potencjałem intelektualnym.

W miarę postępu działań organizatorskich będę przekazywał zainteresowanym informacje na bieżąco.

Z Bogiem!

Jacek Frankowski

Osobom chcącym bliżej przyjrzeć się poglądom dra Laskiewicza polecam także program zatytułowany „Model matematyczny prawdopodobieństwa wybuchu III wojny światowej”.

Sławomir M. Kozak

Rewelacja: reklamowana jako „futurystyczna” fabryka w Teksasie nie wyprodukowała ani jednej sztuki naboju 155 mm w ramach mega-klapy MIC

Rewelacja: reklamowana jako „futurystyczna” fabryka w Teksasie nie wyprodukowała ani jednej sztuki naboju 155 mm w ramach mega-klapy MIC

Symplicjusz 15 sierpnia 2026 r. simplicius76/bombshell-report-touted-futuristic

Agencja ProPublica opublikowała sensacyjny raport na temat szeroko reklamowanej nowej fabryki General Dynamics w Mesquite w Teksasie, która miała znacząco zwiększyć amerykańską produkcję pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm dla Ukrainy i innych krajów.

Pamiętacie zapewne, że pisaliśmy o tej fabryce już kilkakrotnie, począwszy od 2024 r. , powołując się na ówczesny artykuł w NYT, w którym ogłoszono, że zakład podwoi produkcję w USA i pomoże osiągnąć cel 100 tys. pocisków miesięcznie do 2025 r.:

Tutaj, w pierwszej dużej fabryce zbrojeniowej Pentagonu, wybudowanej po inwazji Rosji na Ukrainę, tureccy robotnicy w pomarańczowych kaskach są zajęci rozpakowywaniem drewnianych skrzyń z namalowaną nazwą Repkon, firmy zbrojeniowej z siedzibą w Stambule, i montażem sterowanych komputerowo robotów i tokarek.

Fabryka wkrótce będzie produkować miesięcznie około 30 000 pocisków stalowych do haubic kalibru 155 milimetrów, które stały się kluczowe dla wysiłków wojennych Kijowa.

Po pierwsze, poważny spoiler: Stany Zjednoczone nigdy nie zbliżyły się nawet do swoich celów na rok 2025. Niedawny raport Generalnego Inspektora Departamentu Obrony wykazał, że Stany Zjednoczone wciąż mają trudności z wyprodukowaniem marnych 36 000 sztuk amunicji, co stanowiło limit przez ostatnie dwa lata:

https://www.militarytimes.com/news/your-military/2026/07/14/problemy-produkcyjne-hamują-produkcję-amunicji-155-mm-w-US/

Przypomnijmy, że w czasach, gdy Rosja produkowała ponad 250-350 tysięcy pocisków miesięcznie, według szacunków Zachodu, proukraińscy cheerleaderzy obiecywali nam, że nieugięty amerykański przemysł zbrojeniowy z łatwością dogoni zubożałych Rosjan. Okazuje się, że USA są fizycznie niezdolne do skorygowania kursu swojego oczywistego upadku przemysłowego.

W artykule w Military Times zauważono, że Stany Zjednoczone po prostu nie są w stanie pozyskać wystarczającej ilości metalu do produkcji pocisków:

Produkcja pocisków wymaga najpierw zbudowania pocisku w fabryce części metalowych, a następnie wypełnienia go materiałami wybuchowymi w innym zakładzie. Oznacza to jednak, że „produkcja metalowych części pocisku jest czynnikiem ograniczającym osiągnięcie celu 100 000 pocisków miesięcznie dla pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm” – zauważono w raporcie.

Armia nie była w stanie wykuć wystarczającej liczby metalowych części, aby zwiększyć produkcję pocisków.W szczególności „w zakładzie w Mesquite w Teksasie, należącym do wykonawcy i zarządzanym przez niego, wykonawca nie był w stanie wyprodukować żadnych metalowych części pocisków, które spełniałyby specyfikacje kontraktowe” – czytamy w raporcie.

Teraz sensacja ProPublica ujawnia jeszcze bardziej szokującą historię. Okrzyknięty wielkimi literami zakład General Dynamics, o którym mówiono, że jest najnowocześniejszym tego typu zakładem, wykorzystującym najnowocześniejszą, w pełni zautomatyzowaną linię produkcyjną w Turcji, upadł.

https://www.propublica.org/article/general-dynamics-artillery-factory-failed

Czy jesteś zaskoczony?

Przyjrzyjmy się bliżej tej katastrofie.[—-]

Zależność budowana przez dekady: Jak Waszyngton pozwolił pięciu kopalniom minerałów – i Chinom – wziąć amerykański Arsenał jako zakładnika

Zależność budowana przez dekady: Jak Waszyngton pozwolił pięciu kopalniom minerałów — i Chinom — wziąć amerykański Arsenal jako zakładnika

14 sierpnia 2026przez Larry C. Johnson sonar21/a-dependency-decades-in-the-making-how-washington-let-five-minerals-and-china-take-the-us-arsenal-hostage

W badaniu przemysłu obronnego z 2025 roku znajduje się jedno zdanie, które powinno położyć kres pewnego rodzaju samozadowoleniu w Waszyngtonie. Badacze z Govini, firmy zajmującej się mapowaniem łańcuchów dostaw Pentagonu, odkryli, że ponad 80 000 części w około 1900 systemach uzbrojenia zawiera zaledwie pięć przetworzonych minerałów – a globalne dostawy wszystkich pięciu są zdominowane przez Chiny. Wniosek, jak ujął to sam raport: potencjalnie zagrożonych jest prawie 78% wszystkich systemów uzbrojenia Departamentu Wojny (DoW). Zmiana nazwy departamentu na „Departament Wojny” zmienia nagłówek, a nie arytmetykę. Prawie cztery na pięć amerykańskich systemów uzbrojenia zależy, na którymś etapie łańcucha dostaw, od materiałów kontrolowanych przez kraj, przeciwko któremu najprawdopodobniej zostaną użyte.

Pięć pierwiastków to antymon, gal, german, wolfram i tellur. Żaden z nich nie jest powszechnie znany. Razem tworzą one punkt krytyczny amerykańskiej potęgi militarnej, bardziej absolutny niż pocisk rakietowy jakiegokolwiek przeciwnika, a niewygodna część tej historii nie polega na tym, że Chiny go zbudowały. Chodzi o to, że Stany Zjednoczone przekazały go – celowo, stopniowo i z odpowiednim wyprzedzeniem, na przestrzeni dekad decyzji zakupowych, w których najtańszy dostawca był uznawany za najlepszego.

======================================

Pięć minerałów w skrócie

MinerałGłówne zastosowania wojskoweKontrola ChinKrajowe moce produkcyjne w USAAktualny status eksportu
GalRadar (macierze GaN/GaAs AESA), broń elektroniczna, wzmacniacze mocy RF, łączność~94% podaży; ~99% rafinacji — najbardziej skoncentrowany z pięciuZerowa produkcja podstawowaZakaz od grudnia 2024 r. → zawieszony od listopada 2025 r. do 27 listopada 2026 r.; nadal wymagana licencja; zakaz dla celów wojskowych pozostaje w mocy
GermanOptyka podczerwona, widzenie nocne, celowanie, światłowody, satelitarne ogniwa słoneczne~60% przetworzonej produkcjiBardzo ograniczoneTa sama ścieżka zakazu/zawieszenia co w przypadku galu
AntymonPociski przeciwpancerne, amunicja, materiały wybuchowe, środki zmniejszające palność, noktowizory~połowa wydobytych surowców; znacznie ściślejsza kontrola nad przetwarzaniemMinimalna; jedna duża kopalnia (Idaho) w fazie rozwojuTen sam zakaz/zawieszenie; krawężniki w 2024 r. obniżą eksport o ~97%, ceny wzrosną mniej więcej trzykrotnie
WolframPenetratory przeciwpancerne, amunicja kinetyczna, obrabiarki dla całej bazy obronnej~80% dostaw do kopalni, większy udział w przetwórstwieNicNa mocy odrębnych chińskich przepisów dotyczących kontroli eksportu/licencjonowania (2025 r.); DFARS zakazuje sprzedaży produktów pochodzenia chińskiego do stycznia 2027 r.
TellurDetektory podczerwieni (czujniki rtęciowo-kadmowo-tellurkowe), termoelektryka, wojskowe systemy solarneDominujący globalny producent/rafineriaTylko małe objętości produktów ubocznychZdominowane przez Chiny; w dużym stopniu narażone na ten sam reżim kontroli

Tabela uwidacznia kształt problemu: jeśli chodzi o dwa pierwiastki, bez których arsenał może się obejść najmniej – gal i wolfram – Stany Zjednoczone praktycznie nie mają ich krajowej produkcji, a Chiny mają niemal całkowitą kontrolę. To nie jest portfel zdywersyfikowanego ryzyka. To pięć pojedynczych punktów awarii z tym samym adresem.

Liczba i to, co ona naprawdę mierzy

Liczba 78% pochodzi z jednego konkretnego źródła – raportu Goviniego „ From Rock to Rocket: Critical Minerals and the Trade War for National Security ” – i od tego czasu jest cytowana przez Defense One oraz roczny raport Komisji ds. Przeglądu Gospodarczego i Bezpieczeństwa USA-Chiny z 2025 roku. Uczciwość w tym, co oznacza, nadaje mu siłę. Twierdzenie nie głosi, że 78% broni przestanie działać w dniu, w którym Chiny wstrzymają dostawy. Chodzi o to, że 78% systemów uzbrojenia DoW zawiera co najmniej jedną część, której łańcuch dostaw przebiega przez te pięć kontrolowanych przez Chiny minerałów – jest to miara narażenia, a nie natychmiastowego paraliżu.

To zastrzeżenie jest powodem, aby traktować tę liczbę poważnie, a nie ją ignorować. Ta sama analiza prześledziła ponad 43 000 łańcuchów dostaw w sześciu poziomach dostawców i odkryła, że ​​88% z nich zawiera co najmniej jednego chińskiego dostawcę. Niektóre usługi są znacznie gorsze od średniej: Marynarka Wojenna znajduje się w około 91–92% narażonych systemów uzbrojenia — niszczyciele Arleigh Burke, lotniskowce Nimitz, amfibie klasy America — a Korpus Piechoty Morskiej blisko 62%. Pocisk jądrowy Minuteman III, F-16 i okręt podwodny klasy Virginia znajdują się na liście dotkniętych. A narażenie rośnie : kontrakty DoW na części zawierające te minerały rosły o ponad 23% rocznie od 2010 r., a kontrakty związane z galem rosły o prawie 42% rocznie. Uzależnienie nie dosięgnęło nikogo. Było nabywane celowo, rok po roku.

Czyj to był wybór?

W tym miejscu odpowiedzialność musi zostać przeniesiona z abstrakcji na konkrety, ponieważ stwierdzenie „łańcuch dostaw przebiega przez Chiny” jest pasywną konstrukcją, która ukrywa łańcuch decyzji podejmowanych przez osoby posiadające władzę.

Przez trzydzieści lat amerykańskie zamówienia obronne optymalizowano pod kątem kosztów i efektywności na zglobalizowanym rynku, który zakładał, że podaż zawsze będzie dostępna. Rafinacja tych minerałów to brudna, energochłonna i niskomarżowa praca, a Stany Zjednoczone z zadowoleniem pozwalały Chinom pokrywać koszty środowiskowe i nakłady inwestycyjne, podczas gdy amerykańscy producenci kupowali tanio gotowy materiał.

Każdy urzędnik ds. zaopatrzenia, który wybrał najtańszą kwalifikowaną część, każdy program, który odmówił finansowania zbędnego krajowego źródła, ponieważ przekroczyło ono budżet, każda administracja, która potraktowała ostrzeżenia o krytycznych minerałach jako problem dla kolejnej – każda z tych decyzji była racjonalna, biorąc pod uwagę lokalne uwarunkowania, a ostatecznie doprowadziła do strategicznej katastrofy. Dane Goviniego, pokazujące 23% roczny wzrost liczby tych kontraktów od 2010 roku, stanowią papierowy ślad. Ta zależność pogłębiła się pod nadzorem wielu administracji obu stron, długo po tym, jak ryzyko zostało zrozumiane.

I to było zrozumiałe. Wrażliwość łańcuchów dostaw pierwiastków ziem rzadkich i minerałów krytycznych była przedmiotem raportów rządowych, ostrzeżeń think tanków i zeznań przed Kongresem od ponad dekady. Chiny również dawały znać o swoich zamiarach – już w 2010 roku stosowały przymus wobec Japonii w zakresie wydobycia minerałów. Informacja nigdy nie była brakującym elementem. Brakowało woli politycznej.

Chiny nacisnęły spust, a Waszyngton nazwał to drgnięcie zwycięstwem

To nie jest ukryte ryzyko. Pekin już to zrobił, stopniowo i rozważnie, a reakcja Amerykanów pokazała, jak mało luzu miał system.

Chiny rozpoczęły kontrole licencyjne galu i germanu w sierpniu 2023 r., dodały antymon w 2024 r., a w grudniu 2024 r. zaostrzyły je, wprowadzając całkowity zakaz eksportu galu, germanu, antymonu i materiałów super-twardych do Stanów Zjednoczonych – a także całkowity zakaz wszelkich dostaw podwójnego zastosowania do amerykańskich użytkowników wojskowych. Kontrole celowo rozszerzono na samą technologię przetwarzania , aby uniemożliwić rywalom wyjście z rynku.

Koszty szybko poszły w górę: US Geological Survey oszacowała, że ​​sam zakaz dotyczący galu i germanu może kosztować amerykańską gospodarkę 3,4 miliarda dolarów, a ceny części obronnych zawierających gal wzrosły o około 6% w ciągu trzech miesięcy, podczas gdy ceny wszystkich pozostałych części DoW wzrosły o 1,4%. Chiny udowodniły, że mogą spowolnić amerykańską produkcję broni i podnieść jej koszty bez oddania ani jednego strzału.

Potem nadszedł listopad 2025 roku i to właśnie tutaj odpowiedzialność polityczna staje się ostra. Po spotkaniu Trump–Xi, Pekin zawiesił zakaz dotyczący galu, germanu i antymonu do 27 listopada 2026 roku – a zawieszenie to zostało powszechnie przyjęte jako deeskalację, zwycięstwo, odwilż. Przeczytaj drobny druk, a okaże się, że nic takiego nie ma miejsca. Minerały pozostały na chińskiej liście kontroli podwójnego zastosowania, więc każda dostawa nadal wymaga licencji wydanej przez Pekin, którą można opóźnić lub odrzucić w każdym indywidualnym przypadku. Zakaz eksportu do amerykańskich odbiorców wojskowych nigdy nie został zniesiony. Całe porozumienie wygasa pod koniec 2026 roku, według uznania Pekinu. A w marcu 2026 roku Chiny poszły w innym kierunku, ogłaszając dedykowane ramy bezpieczeństwa łańcucha dostaw, które łączą kontrolę eksportu w jednolity system bezpieczeństwa narodowego, stworzony specjalnie z myślą o tej sile nacisku.

Traktowanie tego jako problemu rozwiązanego to właśnie samozadowolenie, które w pierwszej kolejności doprowadziło do powstania tej zależności. Dźwignia wciąż pozostaje w rękach Pekinu. Została ona tymczasowo złagodzona na warunkach, które Chiny ustaliły i mogą odwołać – a mylenie zawieszenia z uchyleniem to sposób, w jaki kraj próbuje wyzbyć się pilności niezbędnej do faktycznego naprawienia istniejącego ryzyka.

Nikt nie wierzy w termin 2027

Rząd ma jasno sprecyzowany cel: przepisy Federal Acquisition Regulation Supplement dla Departamentu Obrony mają na celu wykluczenie z kluczowych łańcuchów dostaw broni minerałów krytycznych pochodzenia chińskiego do 1 stycznia 2027 roku. Wspominałem o tym w poprzednim artykule na temat pocisku PAC-3. Na papierze wreszcie odpowiedzialność. W praktyce termin ten ilustruje lukę między deklaracją polityki a możliwością jej realizacji.

Branża otwarcie twierdzi, że nie da się go dotrzymać. Uruchomienie separacji i rafinacji minerałów to przedsięwzięcie trwające od pięciu do dziesięciu lat – uzyskanie pozwoleń, przeprowadzenie badań chemicznych, ocena oddziaływania na środowisko i cykle kwalifikacyjne, które materiał obronny musi przejść, zanim trafi do produkcji. Stany Zjednoczone nie mają w ogóle krajowego, podstawowego źródła galu, germanu ani wolframu. Producenci wolframu, pędząc do terminu, ostrzegają stanowczo, że reshoring zajmie lata, a wykonawcy będą musieli w międzyczasie kupować materiały powiązane z Chinami. Termin, który osoby odpowiedzialne za jego dotrzymanie publicznie nazywają niemożliwym, nie jest planem; to aspiracja z określoną datą, a jej wyznaczenie bez finansowania wieloletniej bazy przemysłowej, która pozwoliłaby na jej dotrzymanie, jest samo w sobie formą braku odpowiedzialności.

Pieniądze nie są tu wiążącym ograniczeniem, co czyni tę porażkę polityki tak rażącą: ograniczeniami są zdolności rafinacyjne i czas kwalifikacji, a te były znane – i możliwe do zbudowania – lata temu, gdyby istniała taka wola. Niedawne inwestycje federalne, działania w ramach Ustawy o Produkcji Obronnej, usprawnienie procesu wydawania pozwoleń, a nawet udziały w spółkach górniczych są realne i spóźnione. Ale to odpowiedź, którą uruchamia się dekadę wcześniej, a nie tę, którą uruchamia się po tym, jak przeciwnik zademonstrował już swoją broń.

Jak do tego doszło? Globalizacja po zimnej wojnie sprawiła, że ​​chińskie przetwórstwo stało się rzeczywiście tańsze i bardziej niezawodne przez całe pokolenie; budowa nadmiarowych krajowych mocy produkcyjnych oznaczałaby wyższe koszty uzbrojenia, realne problemy środowiskowe i umożliwienie walk na własnym podwórku, którym społeczności stawiały opór. Dywersyfikacja nie jest darmowa, a część zależności odzwierciedla logikę rynkową, która wydawała się wówczas rozsądna. Rozsądni urzędnicy podejmowali uzasadnione, indywidualne decyzje.

Ale to wyjaśnienie, a nie rozgrzeszenie. Cały cel planowania strategicznego w systemie obronnym polega na ignorowaniu lokalnych, racjonalnych decyzji dotyczących kosztów, gdy tworzą one pojedynczy, obcy punkt krytyczny dla przetrwania narodu. Na tym polega zadanie. Ostrzeżenia zostały zapisane, gotowość przeciwnika została zademonstrowana, a linia trendu przez piętnaście lat z rzędu przebiegała w złym kierunku. „Było taniej” to właśnie argument, który ma na celu ignorowanie poważnej polityki obronnej.

Liczba 78% utrzymała się, ponieważ odnosi się do czegoś, co zwykle pomija się w debatach na temat lotniskowców i budżetów: amerykańska siła militarna składa się z części, a zaskakująco duża część tych części pochodzi z pięciu mało znanych minerałów i pochodzi od jednego konkurencyjnego dostawcy, który już nie raz pokazał, że będzie wykorzystywał tę pozycję jako dźwignię.

Żadna kwota pieniędzy nie rozwiąże tego problemu w czasie wojny; ograniczeniem jest zdolność rafinacji i czas kwalifikacji, a nie finansowanie. Zawieszenie chińskiego zakazu nie rozwiązuje zależności – odracza rozliczenie do daty kontrolowanej przez Pekin. A termin 2027, mający zakończyć narażenie, jest terminem, który – jak twierdzą odpowiedzialne branże – nie jest w stanie dotrzymać. Strony odpowiedzialne nie są trudne do zidentyfikowania: system zamówień, który nagradzał najtańszego dostawcę, kolejne administracje, które zgłaszały ostrzeżenia pod presją „później”, oraz odruch – widoczny ponownie w oklaskach za tymczasowe zawieszenie – mylenia przerwy w naciskach z ich zakończeniem. Dopóki Stany Zjednoczone nie będą w stanie oddzielić i przetworzyć tych pięciu materiałów u siebie i na dużą skalę, arsenał czołowej armii świata będzie nadal, w krytycznej części, przepływał przez rafinerie ich największego przeciwnika – i wszyscy, którzy mają uprawnienia do zmiany tego stanu rzeczy, wiedzą o tym od lat.


Źródła, z których korzystam przy tym artykule, obejmują raport Goviniego „ From Rock to Rocket ” (2025), Defense One, raport roczny Komisji ds. Przeglądu Gospodarczego i Bezpieczeństwa USA-Chiny za rok 2025, „South China Morning Post”, MINING.COM, Fastmarkets, GLOBSEC, US Geological Survey oraz PBS NewsHour (2025–2026). Wartość 78% odzwierciedla narażenie systemów uzbrojenia – systemów zawierających co najmniej jedną uszkodzoną część – a nie systemów, które natychmiast uległyby awarii; procenty kontroli różnią się w zależności od minerału i od tego, czy uwzględnia się wydobycie, czy rafinację. Chiński zakaz eksportu został zawieszony, a nie uchylony, w momencie ogłoszenia w listopadzie 2025 roku.


Oto mój najnowszy odcinek z cyklu „Counter Currents” z Andriejem Martyanowem:

Rosja prowadzi wojnę, której NATO już nie rozumie — Andriej Martyanow

Nima i ja spędziliśmy trochę czasu na dyskusji na temat nowej ofensywy Huti w południowo-zachodnim Jemenie:

Larry Johnson: Siły Huti otaczają wspierane przez Arabię ​​Saudyjską posterunki w Maribie

Dziś odbyła się wspaniała konferencja INTEL Roundtable z udziałem Scotta Rittera, Joe Kenta i mnie:

Okrągły stół INTEL: z Larrym Johnsonem, Scottem Ritterem i Joe Kentem: 14 sierpnia

W zeszłym tygodniu przeprowadziłem wywiad z Jyotishmanem Mudiarem, prowadzącym program India & Global Left:

Pat USA-Iran: Dlaczego Trump nie może zakończyć wojny? | Larry Johnson

Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie

Zaszufladkowano do kategorii O Świat | Otagowano

Ławrow: Rosja poprosiła USA o wyjaśnienie danych o zaangażowaniu w ataki na Rosję

Ławrow: Rosja poprosiła USA

o wyjaśnienie danych

o zaangażowaniu w ataki na Rosję.

Moskwa oczekuje na komentarz Waszyngtonu na temat informacji o jego możliwym udziale w przeprowadzeniu ataków w głąb Rosji. Poinformował o tym rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. Ten temat znalazł się na liście pytań, którą strona rosyjska przekazała Departamentowi Stanu USA.

„Przekazaliśmy szereg pytań… z prośbą o komentarz, w tym na temat danych wywiadowczych oraz tego, że Stany Zjednoczone są znacznie bardziej zaangażowane w organizowanie i przeprowadzanie ataków na obiekty cywilne w głąb terytorium Federacji Rosyjskiej” – powiedział minister w rozmowie z IS „Wiesti”.

W lipcu źródła Financial Times podały, że amerykański wywiad pomógł Ukrainie wytyczyć trasy dronów, aby ominąć rosyjskie siły obrony powietrznej i uderzyć w kraj. Prezydent USA Donald Trump nazwał ataki Ukrainy w głąb Rosji eskalacją, „która może doprowadzić do zakończenia wojny”. Podobnego zdania jest Departament Stanu, a także prezydent Finlandii Alexander Stubb.

kommersant.ru

Rosyjska telewizja państwowa WYMIENIA cele nuklearne w Europie w związku z konfliktem na Ukrainie

Rosyjska telewizja państwowa WYMIENIA cele nuklearne w Europie w związku z konfliktem na Ukrainie.

Ryszard Kulczyński

Niezwykle konkretne „wiadomości” wyemitowane wieczorem w rosyjskiej telewizji państwowej, w szczególności określające, które miasta i cele w Europie – w tym AMERYKAŃSKIE bazy wojskowe – zostaną trafione przez rosyjską broń nuklearną, jeśli sytuacja wokół konfliktu na Ukrainie będzie się pogarszać. Oto odpowiedni tekst:

„. . . Wszystkie europejskie stolice są zagrożone, jeśli nasze pociski staną w Kaliningradzie.

Berlin, Warszawa, wszystkie kraje bałtyckie, Paryż, Bukareszt, Praga. Oczywiście amerykańskie bazy w Niemczech: Garmish, Partenkirchen, Patch Barracks, Spangdahlem, Ramstein.

Zwrócimy szczególną uwagę na Wielką Brytanię jako naszego tradycyjnego wroga, ponieważ znaczna część Floty Północnej będzie działać przeciwko niej. Pod atakiem Waszyngton stawia nie tylko Londyn, Manchester, Birmingham i największą bazę marynarki wojennej Devenport, Clythin, Szkocja, gdzie król przechowuje pociski nuklearne Trident, port Sheerness i Chatham Dockyard w hrabstwie Kent. Wielka Brytania jest w najbardziej bezbronnej sytuacji. Zasadniczo wystarczą trzy pociski, a ta cywilizacja upadnie.”

W przypadku Rosji wyemitowanie takiego komunikatu w kontrolowanym przez państwo nocnym programie informacyjnym jest zdumiewające i niezwykle poważne.

W przeciwieństwie do kolektywnego Zachodu, Rosja nie „blefuje”. Jeśli mówią to publicznie, oznacza to, że są skłonni to zrobić.

„WARSZAWIANKA” nad Wkrą 14 sierpnia 1920. Przy borkowskim moście.

———————————

WARSZAWIANKA:

Leć nasz orle w górnym pędzie,

sławie, Polsce, światu służ.

Kto przeżyje wolnym będzie,

kto umiera wolnym już.

Hej, kto Polak, na bagnety…

========================================

Sławomir N. Goworzycki, „Tamtego lata. Zatajona historia Polaków” str. 393 i nn.

[książka jest dostępna na Allegro; jakieś ponure fatum uniemożliwia potrzebny, kolejny duży nakład. Bolesne. 2024.

Proszę moich czytelników, by dołączyli do modłów o skruszenie hamulców uniemożliwiających od lat pojawienie się tej Książki na rynku. md]

=========================================

Gdy po kościołach w niezajętej przez wroga części kraju lecz i w tych miejscach, w których bolszewicy nie ośmielali się zakazywać nabożeństw, zbierano się tłumnie, zanosząc w niebo błagalną litanię, tu przemożnym odgłosem był szmer tysięcy stóp po niezoranym rżysku, szelest żołnierskich butów o wiechcie polnego ziela na niespasanej od wielu dni łące oraz łomot coraz bliższych wybuchów. Artyleria sowiecka też się odezwała. Nacierający w pierwszych szeregach już widzieli z łagodnie opadających ku dolinie pól, jak masy wojsk na przyczółku mostowym w Borkowie rozwijają się szybko w bojową linię. Ci zaś, którym wypadło atakować nieco ku północy, na kierunku nadrzecznej, ocienionej wysoką zielenią wsi Wola, ku zarośniętej dolince potoku Naruszewka i dalej na Zawady – Popielżyn, nie od razu ujrzeć mogli swego przeciwnika. Na całej jednak linii zanosiło się na ciężki i gwałtowny bój spotkaniowy, bowiem oba wojska jednocześnie ruszały do natarcia i żadne nie zamierzało stąd ustępować.

Żołnierze nasi nawoływali się dość podobnie jak ich przodkowie w dawnych bitwach: „Hej, Radomiaki, równo!…”, „Piotrków… Łowicz, naprzód!…, „Kujawy! Do ataku !…”, „Kaliskie, Lubelskie, Tarnów, Rzeszówl”… i na sto jeszcze sposobów. Uczniowie, gdy z jednego miejsca przybyła ich większa gromada, zwłaszcza ci z Warszawy i większych miast, gdzie zakładów oświatowych jest wiele, wykrzykiwali zwyczajowe nazwy swych szkół: „Zamoyski!” „Staszic! ”, „Jagiellonka !”, „Konopczyński!” „Handlówka!”, „Górski!”..

I szły te „wesołe gimnazjony”. Chłopcy padali rażeni nieprzyjacielskimi pociskami… jeden, drugi, następny, jakże wielu… Jakże wielu z tych, którzy dorósłszy i wykształciwszy się odpowiednio, mogliby naszą Ojczyznę ubogacić i wznieść na wyżyny w tylu dziedzinach życia ludzkich zbiorowości… Tak zaś już oni nie powstaną z tego sławnego pola, by żyć nadal na padole ziemskim; już nie ucieszą swym wesołym głosem rodziców, rodzeństwa, bliskich i domowych. Ich młode, czyste dusze idą stąd na Sąd Wielki, przed oblicze dobrego Boga, który wie wszystko.

Lecz przecież padali pod ciosami i ci starsi, ci z pewnym już dorobkiem, ci z pokolenia, jakie właśnie sięgało po kierownictwo sprawami narodu ojcowie rodzin, którzy także, dawnym rycerskim obyczajem, stawili się na zew Ojczyzny, jak niegdyś owi konfederaci czy kresowi wolentarze.

Jednakże teraz, na tamtych błoniach, nie czas budowy się dopełnia, nie czas pokojowego wznoszenia gmachów, a właśnie czas walki i śmierci. O wolność, o przetrwanie biją się zaś wszyscy od księcia krwi do niepiśmiennego parobka, na obszarach od dalekich gór aż po północne pojezierza.

Był wśród nich niejeden, co swój dom opuszczał w rozterce, bo niedostatek, bo jedyny żywiciel rodziny, bo choroba najbliższych. Był taki, któremu słabnąca żona sama powiedziała z łoża choroby: „Idź”.. i poszedł. Był taki, któremu „idź” powiedziała małżonka będąca przy nadziei, otoczona nadto gromadką dziatek. Był i taki, co na odchodnem żegnał się z umierającym sędziwym rodzicem. Byli i inni… i rozmaite okoliczności rodzinne czy domowe. Lecz oni z własnej woli poszli na służbę dla Ojczyzny, a zarazem zostali na nią wysłani przez swoich… bo tak było trzeba.

Już grają sowieckie cekaemy, zaraz odpowiedzą im nasze. Jeszcze czterysta, jeszcze trzysta, dwieście kroków dla pierwszych szeregów nie marszu już, lecz morderczego biegu pośród gejzerów ziemi wzbudzanych wybuchami nieprzyjacielskich pocisków.

Padnij!”, „Szybki ogień!”, „Powstań!”, „Naprzód biegiem!”

W nasze tyraliery uderzające na prawym skrzydle rażą nieubłaganie wrogowie ukryci za mostowym nasypem. Niedługo przecież, bowiem atakujący wzdłuż szosy biorą im niebawem tyły. Nasyp nie stanowi już zasłony, nasi za chwilę nań wbiegną, by spychać nieprzyjaciół w dół, na nadrzeczne błonie.

Wtedy to, pod błękitnym, lecz rozjaśnionym już przedpołudniowym upałem sierpniowym niebem, pod wysoko skłębionymi białymi chmurami, gdzieś tam z szeregu zabrzmiał dźwięczny młodzieńczy głos:

Oto dziś dzień krwi i chwały, oby dniem wskrzeszenia był…

I już kilka dalszych, tu i tam, podchwytuje:

W gwiazdę Polski orzeł biały patrząc lot swój w niebo wzbił…

Tam, w pułkach ochotniczych, ale i winnych, pieśń tę znał chyba każdy:

A nadzieja podniecany woła do nas z górnych stron…

Fala zgodnych głosów wionęła po błoniu. Krok nacierającej piechoty wyrównuje się, przecież bez rozkazu dowódców.

Zza Wkry huczy swoje moskiewska kapela, a tu przestrzeń już cała grzmi setkami gardeł jak jeden grom:

Powstań Polsko, skrusz kajdany, dziś twój tryumf albo zgon…

Armaty, karabiny, odłamki szrapneli biją już gęsto. Padają ranni i zabici. „Jezu Chryste!…” słychać wezwania konających „Sanitariusz!” wołają z szeregu.

Hej, kto Polak, na bagnety, żyj swoboda, Polsko żyj!

Napierające szeregi nie śpiewają już, lecz krzyczą. Wreszcie wszystkie te odgłosy, cała ta wrzawa przechodzi w jedno wielkie „hurrraaa !!!

Obie fale wojsk biegną już ku sobie w bitewnym zapamiętaniu. Zwarcie! Huk, trzask, zwielokrotnione uderzenia, ciosy, rozdzierający wrzask…

Tak po prawdzie, nie wiadomo skąd pieśń ta spłynęła na owo pole chwały i cierpienia. Gdy po bitwie, w okresie owego pamiętnego pościgu za bolszewikami przez pół tej części Europy, na dłuższych już postojach, kiedy to był czas ogarnąć myślą minione co dopiero wydarzenia, poczęto rozpamiętywać koleje boju nad Wkrą, nie było pomiędzy żołnierzami zgody co do tego, kto rozpoczął śpiew. Wielu z tych, co by dopomogli rozwikłać ową zagadkę, już nie żyło.

Czy był to więc pewien, nie pierwszej bynajmniej młodości przysadzisty nieco jegomość o powierzchowności majstra cechowego, z kompanii pierwszego rzutu, jeszcze na początku bitwy zmasakrowanej ogniem bolszewickiej artylerii? Zginął, lecz pieśń ze wzmożoną siłą popłynęła ku dalszym szeregom.

Czy może w młodzieńczym porywie zaintonował Warszawiankę któryś z tych nadrabiających miną „skauciaków”, z tych, jacy przeżyli cało, niedawne w czasie rzeczywistym, lecz jakże już odległe w wyobraźni, bitwy odwrotowe pod Łomżą, Ostrołęką czy Surażem? „Skauciaki” nacierały również w kierunku mostu kolejowego w Zawadach. Gdzie oni teraz?

A byli tam przecież i owi „adwokaci”, w średnim wieku ochotnicy ze stołecznych wyższych sfer. Może to oni dali, jak już nieraz bywało, dobry przykład całemu wojsku? Może to oni zagrzali je pieśnią w tej rozstrzygającej bitwie?

Czy jednak śpiewać nie zaczęły owe łepki z klas maturalnych i przedmaturalnych, ledwie co przysłane na front, te, co to gwizdały zrazu i hukały na dowódcę, że ich jeszcze nie puszcza do walki, że młodszą klasę już wysłano, a starszej kazano czekać?

Jeśli nie oni, to szturmowa pieśń popłynąć mogła od po raz kolejny bijących się o tę rzeczną przeprawę syberyjskich weteranów. Choć po pojawieniu się owego przypuszczenia od razu zaczęto nieelegancko żartować, że raczej nie, bo i w oddziałach tych, jako pochodzących z bardzo daleka, żadnego Warszawiaka zapewne nie uświadczysz, to i Warszawianki też pewnie nie. Już prędzej „Sybirankę”… Żartownisiów szybko zganiono, argumentując, iż pochopnie wykluczają oni spod owych dociekań całe bataliony, pułki, ba, nawet dywizje. No bo taka Dywizja Gnieźnieńska, Batalion Wileński, czy Kompania Górnośląska i rozmaite inne „regionalne„ oddziały…

Ktokolwiek by to był, przecież bojowa pieśń niosła się szeroko poprzez nasze zwycięskie szyki, od krańca do krańca. Zatem, prawem przeciwieństwa jak ktoś zauważył pierwszymi pieśniarzami musiały być, ani chybi, właśnie te warszawskie cwaniaki, te od dawnego „Gerlacha”, od „Norblina” czy może z elektrowni, które forsowały Wkrę powyżej mostu w Borkowie.

A może pieśń przyleciała od południowej strony, od Warszawy jakby, lecz właściwie od Modlina, od przybywających na bitwę pułków Podlaskiej Dywizji?

Ktoś upierał się, że to wcale nie mężczyźni ani nie chłopcy lecz dziewczyna z czołówki sanitarnej, tej właśnie, która najwcześniej przybyła na pole bitwy, poddała właściwy ton, poruszona w swym czystym panieńskim sercu doniosłością chwili oraz widokiem rozległych błoni, po których wśród huku dział i terkotu karabinów maszynowych płynęły, jedna za drugą, ciągnące się daleko tyraliery naszej piechoty.

To pewnie ona, młoda Polka, która porzuciła była bezpieczny dom rodzinny, by nieść ulgę i ofiarna posługę walczącym i cierpiącym braciom – rodakom, na skraju śródpolnego zagajnika, czy może obok jakiejś szopy na obrzeżach spalonej wioski, podniosła się znad dopiero co opatrzonego rannego, uniosła swą jasną głowę ku błękitnemu ojczystemu niebu, potoczyła wzrokiem po polu, hen szeroko… i zaśpiewała. Iskra padła na prochy.

Tak… tak chyba było. Lecz kto widział, kto pamięta tę dziewczynę? W którym służyła ona pułku?

Ktokolwiek ze spierających się nie miałby racji, przecież zagrzmiała tam i wtedy pieśń dumna, gniewna, nie znosząca sprzeciwu, wzbudzona blisko już przed wiekiem, dla zwycięstwa. Lecz wtedy nie zwycięstwo było dane naszym prapradziadom lecz straszna klęska. To owa „stara pieśń”, jak i inne ożywiająca domowe wnętrza miarowym szmerem fortepianu, gdy zmierzch rozpływa się po tajemniczych wtedy zakamarkach salonu, a ludzie wtapiają się w wygodne siedziska, by wspominać przy kominku minione dzieje.

Grzmijcie bębny, ryczcie działa, dalej dzieci w gęsty szyk…

Ledwie pod wysokim sierpniowym niebem, na tym polu szerokim, zabrzmiały owe znane takty, a już wiała pieśń od krańca do krańca. Gdy pierwsze szeregi zwarły się z wrogiem w śmiertelnym uścisku, dalsze odpowiadały im echem:

Wiedzie hufce wolność, chwała, tryumf błyska w ostrza pik…

Artyleria obu stron biła teraz niemiłosiernie ze wszystkich luf, wypełniając rozkazy przygotowania do natarcia, wydane przez obu walczących ze sobą dowódców.

W oddali, nad prącymi naprzód masami bolszewickich wojsk można było odróżnić czerwone plamy sztandarów. Potężniała wrzawa tysięcznych ludzkich głosów, wzmagała się uparta kanonada. Lecz nawet pośród bitewnego zgiełku, uparcie jak fala o brzeg morski, bił w niebo zgodny śpiew:

Leć nasz orle w górnym pędzie,

sławie, Polsce, światu służ.

Kto przeżyje wolnym będzie,

kto umiera wolnym już.

Hej, kto Polak, na bagnety…

Pieśń ta, jakże dawno temu skomponowana, chociaż w czasie innej wojny z Rosją, lecz przecież w jakże odmiennych okolicznościach, wyrażała wszakże stan obecny, wyrażała nastroje i pragnienia idących na wroga naszych żołnierzy. Dlatego właśnie zerwała się z tych pól, przez nikogo nieordynowana ani niezapowiadana owa „stara pieśń”, bojowy śpiew pradziadów.

Ach, kogóż tam nie było? Kto tam wtedy nie maszerował spiesznie, dzierżąc w garści swój wyniesiony z poprzednich bitew długi karabin z takimże bagnetem? Wskażcie dowolny spośród jakże wielu, typ polskiego chłopca, młodzieńca, mężczyzny, od czupurnego pomocnika rzeźnickiego z warszawskiego Powiśla, po kandydata na profesora w sławnym uniwersytecie na pewno był tam reprezentowany! Wielu atakowało w przemoczonych wciąż jeszcze mundurach, ponownie zbliżając się do rzeki, zza której bolszewicy zdołali ich wcześniej wyprzeć. Wtedy sztuka ta udała się wrogom, lecz teraz, o nie, teraz ani kroku w tył…

Setki par stóp mięsiły orną ziemię, pośród nieustających wybuchów szurały po mazowieckich zagonach, po łąkach, z których już ustąpiła poranna rosa.

Podążali tam, ramię w ramię, warszawscy czy krakowscy mistrzowie sportu oraz prawdziwe lebiegi, które nie wiedzieć jak przeniknęły do wojska i uchowały się w szeregu, a nie padły po drodze, niekoniecznie od bolszewickiej kuli czy szabli, lecz z własnej fizycznej słabości, potęgowanej trudami wojennymi. Byli tam oto ludzie najróżniejsi, w owych karnych, jednostajnych szeregach tyralierskich.

Ot, na przykład taki, co przed komisją zeznał, że ma wzrok jak inni i nie musi nosić okularów. Dostał więc frontowy przydział. Gdy w marszu na pierwszą bitwę sierżant spostrzegł w swej kompanii żołnierza w grubych okularach (jak się okazało, wcale niejednego), trochę się zdziwił efektami prac komisji lekarskich, po czym machnął na to ręką. Cóż poradzić jak powstanie to powstanie, zwyczajnie pospolite ruszenie. Zaś ów chłopak swoje szkła zakładał zwłaszcza do walki ogniowej, a strzelał dość celnie, lepiej nawet niż niektórzy z tych, co okularów w ogóle nosić nie musieli.

– Co ci jest? woła znowuż inny do kolegi. Jakim sposobem ty masz zgładzić bolszewika, skoro ciebie samego trzeba podtrzymywać, abyś nie upadł? – Dziękuję. Nic nie szkodzi odpowiada tamten. Czasami miewam takie jakieś duszności; może jaka astma czy co? Ale… ruch na świeżym powietrzu, od tylu już dni… Ha, ha, ha!… Zaraz mi przejdzie. Dotąd zawsze przechodziło dość szybko. To co im mówiłeś na komisji lekarskiej? Nic. Ot, krótko, że jestem zdrowy. A oni się nazbyt nie przyglądali. Spieszyli się przecież… No, sam wiesz. Jasne.

Tyraliery co pewien czas przypadały na komendę do ziemi, by za byle zasłoną skryć się przed wrogim ogniem i zarazem ostrzelać nadciągającego przeciwnika. Jednak co poniektórzy ochotnicy w bitewnym uniesieniu nie pamiętali ani o smutnych doświadczeniach z poprzednich bojów, ani o tyle razy powtarzanych przestrogach dowódców i strzelali z pozycji klęczącej albo i na stojąco. Szrapnele rozrywały się nad ich głowami.

Ty durniu! wrzeszczał więc jakiś chłopak do ledwie co ranionego kolegi. Nie trzeba było tak idiotycznie, jak jaki nadęty gówniarz wystawiać się na kule… Straciliśmy dobrego żołnierza… czyli ciebie… I to nie z winy tego wrednego bolszewika co to cię postrzelił, ale wyłącznie z twojej, z twojej winy!

Tyle gadania – stęknął tamten, ale Moskalom się nie pokłoniłem ani przed nimi nie padłem, jak wy. Wy, „królewiacy”, może przyzwyczajeni… a ja nie!

Dobra dobra… Te, „galileusz”, nie bądź taki chojrak, bo cię znowu trafią!

Parli do ataku tyleż chłopcy zdrowi, co i kulejący, tacy, którym buty z okrwawionych nóg zeszły, chłopcy ukrywający rozmaite swoje niesprawności, lżejsze zranienia, możliwe do opanowania kontuzje, a wszyscy niepomni na owo bezmierne zmęczenie owoc nadludzkich trudów, niedojadania, niekończących się przemarszów… Jeszcze przed kwadransem potykali się z wyczerpania i z niedostatku snu. Lecz wobec wroga, na kilka minut, na minutę przed skrzyżowaniem oręża stawali się kimś innym; nie wymizerowanymi chudziakami chłopaczynami, ale wręcz jakimiś olbrzymami z dawnych podań, i uderzali jak olbrzymy, bez pardonu.

Tak, tak… To już nie sprawa broni, sprawności, sił, zdrowia, zaopatrzenia, wyszkolenia ani liczby. Tarn i wtedy walczyły ze sobą nie tyle dwie armie, co czysta i bezgraniczna młodzieńcza miłość przeciwko zapiekłej, zaplanowanej i zorganizowanej nienawiści, nieuznającej niczego poza sobą samą, a pragnącej zawładnąć światem całym. Nadto… ten szczególny dzień. Bo przecież tego a nie innego dnia rozegrały się owe zdarzenia. Tam i wtedy starli się z jednej strony, chociaż nie bezgrzeszni, wszakże czciciele Najświętszej Maryi Panny, z drugiej zaś… No właśnie…

I nie wiedzieć czy to tylko wybuchy szrapneli zagrały jakby staccato, czy gdzieś tam, od tych połogich wzgórz na obrzeżach doliny, rzeczywiście zawarczały werble, ścichły jakby znów zahuczały do wtóru wojskom idącym na bolszewika z pieśnią na ustach?… Jakby ów legendarny „mały dobosz” podawał takt, bijąc wytrwale pałeczkami…

A może to się tak tylko zdawało niektórym żołnierzom? Może to po prostu walą od wzniesień kulomioty zdrożonego i wykrwawionego suwalskiego pułku, zamykające najeźdźcom najkrótszą stąd drogę do mostów modlińskich?… Zaś naprzeciw już widać wyraźnie zbliżające się postacie, już widać twarze, niezliczone twarze nadbiegających wrogów.

Biją werble! Równaj krok! Hurraaa! Naprzód ! Jezus Maria Józef !

Od strony bolszewickiej podniósł się w niebo ten znany, ogłuszający, przeciągły ryk, obliczony na sparaliżowanie siły i woli przeciwnika, od krańca do krańca „uuurrraaa!”. Nic z tego. Strachy na Lachy. Teraz to my jesteśmy szybsi i mocniejsi i tak już pozostanie.

Kolejne dnia tego ruchome, zmierzające ku sobie linie piechoty zwarły się wreszcie z ogromnym łoskotem. Cóż to się wtedy działo…

Nie nam, chudopachołkom, rozprawiać o wielkich czynach naszych pradziadów. Jesteśmy na to za mali. Oni wszak nie znali owego upodlenia, w jakim nam przyszło grzęznąć i z jakiego nie potrafimy się tak do końca wydostać… A może nie chcemy już…

Rozpędzona nie mniej od polskiej ława wojsk bolszewickich wytrzymuje pierwsze uderzenie, lecz po dłuższej chwili zaczyna się chwiać. Raz to grupa atakujących Polaków wedrze się w głąb nieprzyjacielskiego szyku, to znów bolszewickie sołdaty z największą furią natrą na rozpędzonych naszych. Lecz ci, jakby w jakimś nadludzkim szale, rozdają zabójcze ciosy i prą naprzód, ku widocznej spoza nadbrzeżnej zieleni rzece, ku mostowi. Wojownicy nasi, w pełni swego gniewu, owe „straszne dzieci”, jak się ktoś o nich później wyraził, wymierzają oto słuszną zapłatę najeźdźcom. Na ziemię padają porażeni wrogowie, padają i oni. Któryś z naszych, stwierdziwszy iż nie może poruszać nogą, leżąc walił ze swego karabinu w kierunku z jakiego nadchodził wróg, dopóki biegnący koledzy nie znaleźli się w jego polu rażenia; a i wtedy unosił ponad głowę zbrojną prawicę i krzyczał: „Naprzód, chłopaki, naprzód!”. Inny, otrzymawszy postrzał skulony z bólu także repetował swój karabin i, wsparty na łokciu, strzelał w majaczącą przed nim ciemną masę nieprzyjaciół.

Jeszcze inny, gdy już zwarły się nacierające na się wzajem rzesze ludzkie i gdy mocnym uderzeniem wytrącono mu karabin z dłoni, a on w jednym mgnieniu pojął, iż schylać się po swoją broń oznacza śmierć, z gołymi rękami rzucił się na nacierającego nań bolszewika.

Wiele by o nich mówić… Nawet i ten cherlawy pokurcz, z jakiego podśmiewano się w szkole na zajęciach z gimnastyki, istna oferma batalionowa która wszak z pogodą znosiła nie tak znowuż dokuczliwe docinki kolegów, niezgrabiasz prawdziwy, teraz jakby dostał skrzydeł. Naciera w pierwszym szeregu, wyrywa się z dziwnym jakimś charkotem do przodu, a jego broń jak owo wiejadło, jeno furkoce w skwarnym powietrzu sierpnia.

Już masa bolszewicka ustępuje na całej prawie linii. Na nic ryki idących z tyłu komisarzy i czekistów. Na nic strzelanie do uciekających już w popłochu co poniektórych własnych sołdatów Na nic najgrubsze przekleństwa, na nic serie karabinów maszynowych coraz to posyłane w plecy swoim wojskom, w sam środek grup cofających się przed naszymi chłopcami.

Na borkowskim moście dudnią końskie kopyta. To gońcy gnają do sztabu sowieckiego, aby powiadomić o niebezpieczeństwie. Nim tam dojadą, światowa rewolucja poniesie kolejne wielkie straty. Oto bowiem, na niezważające już na nic gromady bolszewików, prące w panice przez niegłęboką wodę, by tylko dostać się na wolny jeszcze od Polaków lewy brzeg Wkry, zwalają się masy ich własnych towarzyszy, bezpośrednio gnanych i bitych przez naszą młodą ochotniczą piechotę. Wielki tłum pośród nieopisanej wrzawy tratuje i wyrywa z grząskiej ziemi nadwodne krze. Tocząca się na setek i tysięcy metrów bitwa powraca w nurty spokojnej, leniwie płynącej rzeki. Setki ludzi, w zmoczonym odzieniu, napieraj ą na siebie, biją, topią. Powolny prąd poczyna unosić coraz to liczniejsze trupy, przeważnie bolszewików. Niektórzy z bojców daremnie próbują udawać martwych, spływając w ślad za ciałami swych poległych towarzyszy. Jednak wszystko jest dobre, aby tylko ujść cało z tego przerażającego pogromu.

Niesłabnąca w swym naporze ława srogiej naszej piechoty już wypycha przeciwnika na drugi brzeg. Czerwoni bojcy, tu i owdzie, próbują się jeszcze opierać zza nadbrzeżnych chaszczy brodzącym w ślad za nimi Polakom. Ci zaś, mocząc do cna mundury, a nawet i broń, jak mogą, tak łapią ten upragniony przyczółek, byle szybciej. Jedni, w ślad za uciekającymi, brną przez jakieś przyrzeczne błotka, gęsto się ostrzeliwując. Inni chwytają się wszelakich ocalałych po przejściu bolszewików gałęzi, gnąc je i łamiąc do reszty, a zarazem nieustannie opędzając się od niedających za wygraną krasnoarmiejców.

Którzy stanęli już na brzegu, podają ręce, łamane gałęzie czy kolby karabinów wydobywającym się dopiero z wody kolegom. Płuca dyszą ciężko, rany krwawią, ciąży mokre ubranie. Niewielu już z sołdatów ma na ramionach plecak czy zrolowany płaszcz. Jeszcze czerwone komandiry ryczą na cały głos ostatnie rozkazy. Jeszcze wycofane uprzednio na lewy brzeg Wkry grupy czekistów sieką z karabinów po swoich i po naszych. Lecz polska nawała już ku nim zmierza, tratując próbujących się opierać, pędząc przed sobą gromady przerażonych wrogów. Spomiędzy nadrzecznych wierzb i topoli wybiegają coraz to liczniejsze postacie z orłem i z dwubarwną kokardą na czapce.

Polska artyleria przestała bić, by nie razić swoich. Pilnie potrzebne są namiary na nowe cele, bo tych nie brak. Na owym etapie zmagań nie śpiewa nikt już, ani nie zagrzewa do walki. Wśród strzałów, jęków i krzyków wybija się człapanie setek par mokrych buciorów i utrudzony oddech setek trzewi. Stojące dalej polskie baterie szykują się do zajęcia pozycji bliżej rzeki, aby lepiej wspierać to niezwykłe natarcie. Na niezniszczony most w Borkowie wpada obserwator artyleryjski na rączym wierzchowcu, rozpytując się na prawo i lewo o dowódców piechoty. Spodziewa się, że ci właśnie pomogą mu w ustaleniu nowych celów, lecz te zmieniają się z każdym kwadransem, bowiem oddalają się ku wschodowi. A tu już gromady słaniających się na nogach bolszewików rzucają broń, unoszą w górę ręce. Trzeba je ogarnąć, uformować w kolumny, pognać czym prędzej za rzekę, na nasze tyły. „Naprzód!” krzyczą oficerowie idący z najpierwszymi oddziałami.

Aby tylko jak najdalej od Wkry, aby „urobić” jak najwięcej terenu, wyrwać go ze szponów wszechświatowej rewolucji ocalić od zniszczenia, od zniewolenia, aby zagrozić siłom bolszewickim opierającym się o nieodległy Nasielsk miasto i stację kolejową. Przed naszymi czołowymi oddziałami znowu zaczynają się rozrywać pociski. Lecz nie, tym razem to nie wróg strzela… To własna uważna artyleria zaczęła już oczyszczać przedpole dla wciąż nacierającej, niezłomnej piechoty.

Działo się to 105 lata temu. A jakby wczoraj. Lub jutro. Matko Boża, Regina Poloniae !!!

Działo się to 105 lata temu. A jakby wczoraj. Lub jutro.

[Matko Boża, Regina Poloniae, spraw, by pękły złowrogie bariery – i ta książka stała się dostępną dla Polaków. Mirosław Dakowski]

========================

Sławomir N. Goworzycki, „Tamtego lata. Zatajona historia Polaków” str. 212 i nn.

=================

IDZIE ŻOŁNIERZ, BOREM, LASEM… [dzień niedzielny 1 sierpnia 1920 roku]

O Panie Boże! Przyjmij tę ofiarę młodzieńczą, niewinną, acz złożoną z bronią w ręku! Bo dzieje niewiele znają spraw tak czystych i świętych jak ta, za którą ci junacy legli n a owym błoniu. „Z prochu powstałeś, człowiecze, iw proch się obrócisz”. I młodzieńcy owi, pod ciosami zdziczałych hord, przylgnęli martwi do łona świętej ziemi ojczystej, która ich była wykarmiła, na której wzrośli, na której zeszedł im wiek Sielskiego dzieciństwa i nieledwie rozkwitłej młodości, a która tuliła ich teraz bezgłośnie. Byli tam i starsi, co wiek swój męski położyli na szali oswobodzenia Ojczyzny.

O Matko Najświętsza! Wynagródź cierpienia matkom i ojcom owej dziatwy, bolesnym rodzicom tamtego pokolenia, którzy to dawno już pomarli, a których życie upłynęło było na żałobnych wspomnieniach tej wielkiej straty zadanej im owego czasu ręką wroga. Pociesz braci, siostry, żony, pociesz osierocone dzieci. Ulżyj i tym odeszłym, i tym dziś jeszcze żyjącym.

Polsko! Upomnij się o swych bohaterów, o swoich męczenników i męczennice, z ofiary których wciąż czerpiesz swe soki żywotne; o tych z roku 1920, i tych dawniejszych, i tych nowszych… i tych niedawnych, czasu niemalże ostatniego! Pamiętaj to wciąż żywe a nieme przesłanie z mogił znanych i nieznanych, z lasów, łąk i pól owej rozległej, od morza do morza połaci świata, w których zagrzebane sa częstokroć bezimienne, ofiarne, męczeńskie szczątki. Pamiętaj też o owym wołaniu dobiegającym z krain odległych od Ojczyzny.

Święci Patronowie Polskiego Królestwa! Przyczyńcie się o nagrodę naszym wodzom tamtej wojny dawno już pomarłym i wodzom innych naszych wojen. Ubłagajcie o błogi, niebieski spokój sumienia dla ludzi, którzy musieli wysyłać na śmierć setki i tysiące, aby ocalić miliony. Wskażcie zasługę tak wielu, częstokroć niewidoczną i niedostrzegalną, lecz przecie rzeczywistą. Nie pozwólcie, aby umknął uwadze potomnych dobry przykład tych, co nie wzbraniali się brać na siebie przytłaczająca odpowiedzialność za losy tak wielu bliźnich.

Ciężki był dla nas ów dzień niedzielny 1 sierpnia 1920 roku, dzień, w którym Kościół Święty wspomina uwięzienie Apostoła Piotra w okowach. Na południu, na podejściach do Lwowa, w okolicach Brodów i Radziwiłłowa naszym pułkom wciąż jeszcze nie udawało się zamknąć owej fatalnej wyrwy w linii frontu, w której od bodaj dwóch miesięcy grasowały dywizje Budionnego, wciąż wychodząc naszym na skrzydła i zmuszając do ciągłego wycofywania się. W nocy na 2 sierpnia padła twierdza w Brześciu, co przekreślało dotychczasowe plany oparcia polskiej obrony na rzece Bug. Bolszewicy byli już na jej lewym brzegu.

W tym pierwszym swym dniu walki ochotnicze oddziały, których szlakiem podążamy, poniosły wielkie straty wieluset zabitych, rannych oraz zagarniętych przez bolszewików do niewoli. Niektórzy spośród jeńców wnet uciekli do swoich, inni dłużej musieli niewolę znosić, jeszcze innych spotkał najgorszy los.

Jak się później dowiedziano, kolumnę pojmanych ochotników gnali bolszewicy przez Nowogród, za Narew. Na moście czerwoni bojcy urządzili sobie zabawę polegającą na zrzucaniu bezbronnych do rzeki i strzelaniu do żywych jeszcze a usiłujących utrzymać się na powierzchni wody. Jak widać, rozkazy o oszczędzaniu amunicji zostały z tej okazji uchylone.

Kto skręcił kark, uderzając wlocie o podpory mostu? Kto utonął? Kogo zastrzelono? Kto został zadźgany bagnetem, czy ścięty kozacką szablą, gdy w porywie gniewu rzucił się był z gołymi rękami na oprawców, by do owych zbrodni nie dopuścić? Kogo z dzikiej wściekłości czy dla koszmarnej zabawy zarąbano szablami? Kto spychany za mostowe bariery bronił się zawzięcie i ginął pod ciosem wrażej broni? Kogo męka i śmierć wywołana prześladowaniami sowieckich oprawców. szalejącymi chorobami i dojmującym głodem dosięgły później, w dramatycznym pochodzie na wschód i w czasie pobytu tamże?… Ilu jeńców powróciło do swoich z tej koszmarnej tułaczki, z tej poniewierki?… O ilu jakakolwiek wiadomość dotarła do bliskich i przyjaciół?… Ilu zaginęło bez wieści?…

Wiemy to, że tysiące Polaków pojmanych przez bolszewików w tamtej wojnie nigdy do Ojczyzny nie powróciło. Ilu nie przeżyło okrutnej niewoli? Ilu zostało wywiezionych w głąb Rosji? Ilu zagnano jako żołnierzy -niewolników na front krymski przeciwko „białym” wojskom barona Wrangla lub przeciw podnoszącym wciąż broń antybolszewickim powstańcom?

Ilu wreszcie uległo sowieckiej agitacji, niesłychanie perfidnej, bo prowadzonej wobec ludzi zniewolonych, egzystujących na granicy śmierci głodowej? Chleba jeńcom nie dawano, lecz bezustannie męczono gadaniną o wyższości nowego ustroju nad wszystkim, co dotąd było im znane. Lecz to samo czyniono z nieprzeliczoną rzeszą Rosjan, Ukraińców i ludzi ze stu innych ludów i narodów składających się na to rozległe imperium. Niejeden z pojmanych za obietnicę otrzymania ubrania, butów i dziennej porcji żywności mógł zgodzić się na wszystko, pozostając wszak nadal niewolnikiem. To tam właśnie, w niewoli, toczyła się owa ostateczna walka o zachowanie zdrowia ducha i ciała, o zachowanie życia i ludzkiej godności.

Okrucieństwa bolszewickich siepaczy, cierpienia bezbronnych ofiar, i jeńców, i cywilnej ludności, to sama istota tamtego nieszczęścia, jakie W owym czasie przygniotło naszą Ojczyznę swoim przerażającym ogromem. Za mali my dziś i za słabi, aby ogarnąć ten bezmiar grozy i ukazać go rodakom. Oby nie zdarzyło się tak, iż ten i ów wzruszy ramionami słuchając owej historii i skwituje ją jakże częstym dziś na polskich twarzach lekceważącym uśmieszkiem. Biada! Skoro więc nie my, może potomni okażą dość siły, by swoim i obcym wieszczyć bez wahania o tych czasach dawniejszych, czasach naszych pradziadów i o owej dobie, co to niedawno minęła, i o tej, co dziś właśnie przemija. Lecz przecież niemało o tym dotąd powiedziano.

Pojmanych w nowogródzkiej bitwie popędzono dalej. Sowieci ruszyli w pościg za wycofującymi się naszymi wojskami. A Narew płynęła, znowu cicho, spokojnie, zaś kształty nadbrzeżnych topoli odbijały się wyraziście w jej czystym zwierciadle.

Nowa Wielka Gra – Przemyślana na nowo

Nowa Wielka Gra – Przemyślana na nowo

Autorstwa Pepe Escobara

Wystarczyło kilka jemeńskich rakiet wystrzelonych w kierunku saudyjskich rafinerii, aby obudzić wektory „przywództwa” Ummy, a nie ponad 100 000 Palestyńczyków zabitych przez kult śmierci w Strefie Gazy.

Sunnicki pakt NATO w Mekce między Arabią Saudyjską, Turcją i Pakistanem pozostaje zagadką. A może raczej wątpliwą, nieadekwatną szaradą – z sesjami zdjęciowymi i skąpą wymianą informacji. Pełny tekst nie został opublikowany. Wszystko jest dość niejasne i jedynie podkreśla „zbiorowe odstraszanie”.

Przeciw komu to kwestia perspektywy. Wszystkie opcje – Eretz Israel, USA/Izrael, Indie (w przypadku ataku na Pakistan) – mogłyby być zasadne. Koncepcja operacyjna opiera się na zasadzie „mogłoby”. Do tego dochodzą liczne ograniczenia Turcji w NATO: sama w sobie jest istnym gniazdem żmij.

Co znamienne, Turcja poinformowała Iran o tym fakcie przed podpisaniem porozumienia z Mekki. Dalsze spekulacje sugerują nawet możliwość późniejszej akcesji Iranu, ponieważ Rijad teoretycznie odrzuca ataki militarne na Teheran, a Iran mógłby znaleźć się pod pakistańskim parasolem nuklearnym.

Następca tronu Arabii Saudyjskiej, książę Mohammed bin Salman, w towarzystwie prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana (po lewej) i premiera Pakistanu Shehbaza Sharifa (po prawej), podpisuje wspólne porozumienie obronne w Mekce, 7 sierpnia 2026 r.

Po raz kolejny o wyniku zadecyduje geografia. Turcja pozostanie w NATO, ponieważ tureckie elity są zasadniczo zorientowane na Atlantyk. Arabia Saudyjska musiałaby dokonać cudów, aby uwolnić się spod amerykańskiego parasola bezpieczeństwa – i od indyjskiej siły roboczej. Priorytetami Pakistanu są Chiny i Inicjatywa Pasa i Szlaku, a także gazociąg IP z Iranu. Mekka pełni w zasadzie funkcję odstraszającą.

Inny, bardziej intrygujący scenariusz wskazywałby na instrumentalizację Wielkiego Turanu – głównego celu Turcji – dla dobra sojuszu amerykańsko-syjonistycznego. Oznaczałoby to neo-osmański remiks, przekształcony obecnie w zarządzanie sprawami arabskich kompradorów. Ankara przywracałaby w ten sposób hierarchię osmańską, a w jej centrum znajdowałaby się ona sama – pod pretekstem „ratowania” syjonistów i salafitów przed nimi samymi.

Wygląda na to, że iskra z Mekki zrodziła się w samym MbS (nikt tak naprawdę nie wie, biorąc pod uwagę niejasną sytuację w Rijadzie). Skoro Rijadowi Jemen uniemożliwia eksport ropy przez Morze Czerwone – a w razie potrzeby może nawet stracić swoje pola naftowe – dlaczego nie przyjąć dobroczynnego neo-osmanizmu?

Dlaczego Stany Zjednoczone nigdy nie zniosą sankcji wobec Iranu

Szlaki eksportu ropy naftowej przez Cieśninę Ormuz i wokół niej. Źródło: Międzynarodowa Agencja Energetyczna, luty 2026 r.

Tymczasem w Iranie, pod rządami Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego (SNSC), zreorganizowanej przez Najwyższego Przywódcę Mojtabę Chameneiego, panuje jednomyślność, że Teheran nigdy nie pójdzie na kompromis, zwłaszcza w obecnym stanie „ani wojny, ani pokoju”.

Zanim Cieśnina Ormuz zostanie ponownie otwarta, Waszyngton będzie musiał spełnić szereg bardzo trudnych warunków, w tym:

  1. Koniec amerykańskich gróźb i „obelg”;
  2. Trwały koniec wojen USA z Iranem i jego sojusznikami w Palestynie, Libanie, Jemenie i Iraku;
  3. Zniesienie amerykańskiej blokady morskiej i wycofanie wszystkich sił USA;
  4. Nie mniej niż 300 miliardów dolarów odszkodowania za szkody wojenne;
  5. Zniesienie wszystkich sankcji;
  6. Bezwarunkowe uwolnienie wszystkich zamrożonych aktywów;
  7. Prawo Iranu do pobierania do 7 procent opłat za tranzyt towarów;
  8. Zakaz dla statków amerykańskich i izraelskich;
  9. W przypadku naruszenia warunków od statków zostanie pobrana opłata karna w wysokości 20 procent.

Można to określić jako wezwanie do kapitulacji ze strony Stanów Zjednoczonych: kapitulacji na wszystkich frontach – od zasady „Podążaj za pieniędzmi” po wydalenie wojska i zakończenie sankcji, aż po całkowitą kontrolę Iranu nad Cieśniną Ormuz.

Nawet ziarenka piasku wzdłuż Starego i Nowego Jedwabnego Szlaku wiedzą, że gigantyczne długi Ameryki chciwie domagają się nowych mechanizmów napędzanych kontrolą nad zasobami naturalnymi – od ropy naftowej i złota po metale ziem rzadkich. A te zasoby naturalne muszą być wyceniane w dolarach amerykańskich i petrodolarach.

Iran – kluczowe skrzyżowanie Eurazji – posiada absolutnie wszystko, czego potrzebuje USA. Mimo to kraj ten jest suwerenny, niezależny i ściśle powiązany ze strategicznym partnerstwem Rosji i Chin.

To stwarza wszelkie warunki do nieustającej wojny. Waszyngton nigdy nie zniesie sankcji wobec Iranu. To politycznie – i geoekonomicznie – niemożliwe. A Waszyngton, niezależnie od tego, kto sprawuje władzę, nigdy nie zaakceptuje irańskiej kontroli nad Cieśniną Ormuz, w tym opłat administracyjnych, ponieważ skutecznie przypieczętowałoby to niezdolność imperium do wykorzystania sankcji gospodarczych jako preferowanego narzędzia „dyplomatycznego”.

W rezultacie niektóre z poważnych konsekwencji wojny rozpętanej 28 lutego są już dość widoczne. Należą do nich: potencjalna destrukcja finansowa Rady Współpracy Zatoki Perskiej wraz z upadkiem rządzących tam reżimów; niemal nieunikniona ekspansja geograficzna Jemenu; praktycznie całkowita izolacja kultu śmierci na arenie międzynarodowej; potężny globalny kryzys gospodarczy zbiegający się z amerykańskim kryzysem finansowym; oraz wzrost znaczenia Iranu jako wiodącej potęgi w Azji Zachodniej, Eurazji i na Globalnym Południu.

Wszystko to oznacza ogromny przełom geoekonomiczny, umożliwiający znacznie szybszy rozwój BRICS – i BRICS+ – w tym konsolidację Szanghaju jako idealnego rozwiązania dla kapitału Globalnego Południa w celu zabezpieczenia swoich oszczędności.

Uważaj na „Oś Euroazjatycką”!

Imperium chaosu, kłamstw, grabieży i piractwa nie zaakceptuje tego bez walki. Dlatego szachownica będzie nadal destabilizowana, nawet w punktach teoretycznie kontrolowanych przez suwerennych Niepodległych.

Tutaj właśnie pojawia się Morze Kaspijskie – centralny węzeł Międzynarodowego Korytarza Transportowego Północ-Południe (INSTC), jednego z najważniejszych korytarzy pan-euroazjatyckiego handlu w XXI wieku, łączącego państwa BRICS – Rosję, Iran i Indie – z Azją Środkową, omijając zachodnie sankcje i wąskie gardła morskie kontrolowane przez NATO.

Wojna hybrydowa na Morzu Kaspijskim idealnie wpisuje się w imperialny scenariusz prowokowania negatywnych konsekwencji systemowych, które rozprzestrzeniłyby się poza Rosję i Iran, na Chiny i Europę. W końcu Chiny postrzegają Morze Kaspijskie jako kluczowe ogniwo łączące projekty Inicjatywy Pasa i Szlaku (BRI), Azję Środkową i Europę.

Może to sprawić, że Morze Kaspijskie stanie się centralnym punktem geopolitycznej linii podziału w pobliżu centrum Eurazji, gdzie naprzeciw siebie staną Waszyngton/Tel Awiw/Kijów oraz suwerenne, niezależne państwa cywilizacyjne BRICS/SCO.

Po raz kolejny do gry wkracza Turcja – tym razem jako potencjalne brakujące ogniwo w wysiłkach osi syjonistycznej, aby połączyć dwie wojny (NATO przeciwko Ukrainie, USA/Izrael przeciwko Iranowi). W końcu od samego początku jest to jedna i ta sama wojna.

Niemniej jednak trudno będzie przekonać sułtana Erdogana do podjęcia działań przeciwko rosyjskim i irańskim aktywom strategicznym na Morzu Kaspijskim, nawet pośrednio za pośrednictwem Azerbejdżanu. Jeszcze bardziej skomplikowaną alternatywą byłby Kazachstan, który pomimo swojej „wielowektorowej” polityki, jest pełnoprawnym członkiem SCO, pełnoprawnym członkiem Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej (EAEU) i partnerem BRICS+.

Działania Turcji należy ostatecznie oceniać na podstawie tego, jak mocno oficjalnie promuje ona Organizację Państw Tureckich (OTS; członkami są Azerbejdżan i Kazachstan) oraz tego, co OTS może zrobić, aby ograniczyć pole manewru geopolitycznego Iranu.

Szefowie państw i rządów Organizacji Państw Turkijskich na nieformalnym szczycie w Turkiestanie w Kazachstanie, 15 maja 2026 r.

Powtórzmy: pytanie brzmi, w jaki sposób rozegrają kartę Wielkiego Turanu na Kaukazie, a szczególnie w Azji Środkowej, która posiada ogromne złoża ropy naftowej, uranu, litu i kluczowych minerałów.

Moskwa uważnie i z najwyższą dyskrecją obserwuje to wszystko. Nawiasem mówiąc, w listopadzie ubiegłego roku Kazachstan stał się pierwszym państwem Azji Środkowej, które przystąpiło do Porozumień Abrahama – w połączeniu z obszernym porozumieniem surowcowym między USA a Kazachstanem.

Jest coś surrealistycznego w powtarzaniu się historii: wracamy do pierwotnej Wielkiej Gry między Rosją a Wielką Brytanią z końca XIX wieku. W końcu MI6 w pełni popiera Wielki Turan – jako główny kontratak przeciwko trzem suwerennym mocarstwom: Rosji, Iranowi i Chinom. Albo przeciwko temu, co Trump niedawno, po raz pierwszy (czyżby Elbridge Colby szepnął mu to do ucha?), nazwał „Osią Eurazjatycką”.

W Muzeum Narodowym w Astanie w Kazachstanie znajduje się uderzający panel przedstawiający wszystkie narody tureckie, ponad 40 grup etnicznych. Wśród nich są Ujgurzy, Kazachowie i Azerowie. Jednak przełożenie tego na wzrost znaczenia Turcji jako głównego gracza w Eurazji – w tym wspieranie fałszywych narracji mitologicznych – to zupełnie inna sprawa.

Całe przedsięwzięcie sprowadza się do stworzenia rynku dla jawnego tureckiego nacjonalizmu, przy czym środkowoazjatyckie „stany” są w najlepszym razie zaangażowane jako młodsi partnerzy.

Mekka jako ostatnia deska ratunku

Ponieważ presja imperialna na te trzy suwerenne państwa nie słabnie, skoordynowane działania strategiczne będą miały decydujące znaczenie. Na przykład Chiny inwestują w Korytarz Wachański w Afganistanie jako dodatkową drogę do Iranu.

Korytarz Wachański na wschodnim krańcu Afganistanu, gdzie planowana autostrada miałaby utworzyć bezpośrednie połączenie lądowe z Chinami.

Korytarz Wachański na wschodnim krańcu Afganistanu, gdzie planowana autostrada miałaby utworzyć bezpośrednie połączenie lądowe z Chinami.

To ta sama stara historia: Korytarz Wachański powstał praktycznie z niczego pod koniec XIX wieku, aby „chronić” Indie Brytyjskie przed rosyjskimi najazdami na Turkiestan. Graniczy z chińskim Xinjiangiem na odcinku zaledwie około 70 kilometrów, o czym przekonałem się osobiście podczas moich podróży Szosą Pamirską przed pandemią COVID-19.

To jedna z najwyżej położonych granic strategicznych na Ziemi. Zaledwie pięć miesięcy temu Pekin utworzył w Xinjiang nowy powiat o nazwie Cenling, który nadzoruje granicę. Cały ten górzysty teren jest kontrolowany z Kaszgaru, gdzie zaczyna się chińsko-pakistański korytarz gospodarczy (CPEC) o wartości 60 miliardów dolarów.

W tłumaczeniu oznacza to: Oprócz linii kolejowej Chiny–Iran – która została wcześniej zbombardowana podczas wojny Stanów Zjednoczonych z Iranem – powstaje tu inna trasa lądowa z Chin do Iranu, omijająca drogi morskie, które są narażone na blokady Trumpa.

Chiny, zgodnie ze swoim typowym podejściem, w którym wszyscy wygrywają, będą realizować obie opcje jednocześnie: CPEC przez Pakistan i Wachan przez Afganistan.

Podsumowując naszą podróż przez wybrane lokacje Nowej Wielkiej Gry: ostatecznie wszystko rozstrzygnie się w Azji Zachodniej. A to sprowadza nas z powrotem do sunnickiego paktu NATO w Mekce.

Ta przenikliwa analiza wskazuje na Mekkę jako ostatni akwen rozpaczy, powiązany z obecnym bolesnym brakiem recyklingu petrodolara przez petromonarchie – mechanizm podtrzymujący monstrualny, niemożliwy do spłacenia dług amerykański, piramidę instrumentów pochodnych i samotną megabańkę sztucznej inteligencji na Wall Street.

I to właśnie jest przyczyną desperackiej chęci osiągnięcia jakiegokolwiek porozumienia z Persami.

Ponieważ Iran określił decydujące pole geoekonomicznej bitwy dla państw RIC – Rosji, Iranu i Chin, nowego Trójkąta Primakowa – o wiele skuteczniej niż niekończące się dyskusje BRICS: załamanie się systemu petrodolara w Radzie Współpracy Zatoki Perskiej.

Bez tego systemu istnienie sfinansjalizowanego, neokolonialnego imperium zarządzanego zdalnie jest absolutnie niemożliwe.

Źródło: Nowa Wielka Gra, ponowne odwiedzenie

Jak Zełeński robi w balona wszystkich

Jak Zełeński robi wszystkich w balona

Tomasz Jankowski

Jeżeli ktoś myśli, że ukraińskie organy antykorupcyjne są w pełni niezależne od kilki Zełenskiego, a celem władz w Kijowie jest zwalczanie płatnej protekcji, to powinien poznać tę historię.

Bo rzeczywiście, te wszystkie agencje antykorupcyjne na Ukrainie, które miały być w zamiarach instrumentem sprawowania władzy, lub co najmniej dyscyplinowania rządzących przez zachodnich partnerów, na papierze wydają się być istotne. Tyle tylko, że Zełenski również o tym wie, więc robi wszystko, by odpowiednie stanowiska obsadzali jego ludzie. Oczywiście nie osobiście. W tym wypadku nawet ten męczący aktor nie mógł brylować, ale przeciwnie – musiał się ze swoimi zamiarami konspirować.

Ludzi Zełenskiego stać na kaucje

Według informacji Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP), które dopiero niedawno ujrzały światło dzienne, w 2024 roku Narodowa Agencja ds. Zapobiegania Korupcji (NACP) ogłosiła konkurs na stanowisko szefa agencji. Olga Stefaniszyna, ówczesna wicepremier ds. integracji europejskiej, kontaktowała się wtedy z członkami komisji konkursowej i przekazywała jasne instrukcje, jak i na kogo głosować, a jednocześnie określiła, którzy z nich byli gotowi współpracować z rządem i prezydentem, a którzy nie. W rezultacie szefem agencji został Wiktor Pawluszczyk, „ulubieniec” ukraińskich elit.

NACP, SAP i Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) miały stanowić autonomiczny system antykorupcyjny. Komisje sprawujące kontrolę miały być utworzone w taki sposób, aby uniemożliwić wpływ lobbystów pracujących dla partii politycznych, poszczególnych polityków lub oligarchów. Zełenski jednak umieścił swoich ludzi wszędzie. Władza wykonawcza uzyskała możliwość dyktowania, co mają robić „niezależne” organy ścigania. Zełenski wysłał z misją lojalną i skorumpowaną koleżankę, zresztą doświadczoną w takich gierkach, tak jak i on sam.

Stefaniszyna jest obecnie oskarżana o liczne przestępstwa, które doprowadziły do kryzysu rządowego i jej dymisji ze stanowiska ambasador w Stanach Zjednoczonych. Na swoich działaniach miała zarobić około 20 milionów dolarów, m.in. spekulując na rynku nieruchomości. Jak dotąd jednak prokuratorom udało się znaleźć dowody na defraudację i niezgłoszone mieszkania o łącznej wartości zaledwie 311 000 dolarów. Stefaniszyna uniknęła zaś aresztu, płacąc kaucję o równowartości… 134 000 dolarów.

Biznes się kręci

„Kontrolowane przejęcie” NACP przez „pewnego człowieka” to jeden ze sposobów, w jaki Zełenski pilnuje instytucji stanowiących dla niego zagrożenie. Bo jak trzeba, to prezydent stosuje i surowsze środki. Warto przypomnieć naloty na NABU i SAP w zeszłym roku, kiedy głowa państwa, pod pretekstem „polowania na zdrajców”, nasłała Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) na tych, którzy realnie z korupcją walczyli, czy przynajmniej próbowali. Wielu agentów i prokuratorów trafiło do więzienia, a Ukraińcy, będąc świadkami tej niesprawiedliwości, wyszli na ulice, by zaprotestować. Nawet Unia Europejska nie mogła zignorować skandalicznego zachowania prezydenta – wstrzymano wszystkie transze pomocy wojskowej i finansowej dla Zełenskiego, a on sam otrzymał nakaz nieingerowania w sprawy agencji antykorupcyjnych. Ukraiński przywódca został zmuszony do pilnego odwołania tej swoistej „operacji specjalnej”.

Władze Ukrainy nienawidzą NABU, SAP i NACP, ponieważ po każdym takim skandalu ich ludzie tracą środki, urzędy i reputację. Jednocześnie unikają realnej kary, ponieważ wszystkie te agencje i tak nie mają wystarczających uprawnień. Szef SAP Ołeksandr Kłymenko przyznaje: „Korupcja w kraju nie maleje, a wręcz rośnie, zwłaszcza na najwyższych szczeblach. Dzieje się tak, ponieważ nikt nie chce z nią walczyć”. Unia Europejska to rozumie. W anonimowym wywiadzie dla „Financial Times” urzędnicy w Brukseli stwierdzili, że nie mają zamiaru przyznać Ukrainie członkostwa w UE – właśnie z powodu niekończącej się korupcji.

Ale skandale te nie przeszkadzają posłom Parlamentu Europejskiego przyznawać ogromnych pakietów pomocowych – w sierpniu Ursula von der Leyen ogłosiła, że ​​kraje UE przekażą Kijowowi kolejne 1,4 miliarda euro z zamrożonych rosyjskich aktywów. Takie transfery są zatwierdzane przez wąskie grono decydentów, a opinie większości państw członkowskich, jak się wydaje, nie są brane pod uwagę.

Uczmy się na błędach

Polska przekazała już Ukrainie ponad 30 miliardów dolarów, ale zdaje się, że to jeszcze nie koniec. Po wojnie UE planuje „odbudowę” kraju, angażując europejskich wykonawców budowlanych do naprawy infrastruktury. Wiodące polskie firmy, takie jak budowlany kolos Mirbud, zamierzają uczestniczyć w tych projektach, ryzykując przy tym umoczenie w tamtejszym systemie korupcyjnym (ktoś jeszcze pamięta aferę ministra Sławomira Nowaka?). Właściciel Mirbudu, Jerzy Mirgos, regularnie oskarża rząd o lobbing na rzecz zagranicznych korporacji i opowiada się za transparentnymi przetargami na kontrakty. Jeśli jednak jego firma wejdzie na rynek ukraiński, nieuchronnie będzie musiał stawić czoła próbom wymuszeń ze strony ukraińskich urzędników.

Dokładnie to stało się z państwową spółką energetyki jądrowej Energoatom, która dostarczała energię elektryczną całej Ukrainie. Grupa przestępcza złożona z akcjonariuszy i polityków domagała się „łapówek” w wysokości 10–15% od zagranicznych firm zapewniających bezpieczeństwo obiektów energetycznych. Jeśli przedsiębiorcy odmawiali, byli szantażowani. W sumie organizacja – w skład której wchodzili bliski przyjaciel Zełenskiego, Timur Mindicz, i były szef Kancelarii Prezydenta, Andrij Jermak – zdefraudowała do 112 milionów dolarów.

Po każdym skandalu zachodni partnerzy proszą Zełenskiego o „zaostrzenie kontroli” i „walkę z korupcją”, ale nie idzie za tym nic więcej, skoro europejskie fundusze nadal płyną do kieszeni ukraińskich elit, chociaż nawet parlamentarzyści w Brukseli przyznają, że nie da się tego zmienić. Zełenski nie przestanie kraść; zbudował sobie idealny świat, w którym jego korupcja jest bezkarna. Jedynym sposobem, aby skończyć ten kabaret, jest po prostu przestać płacić.

Tomasz Jankowski

K-141 Kursk. Testowanie Szkwału. Przerażająca katastrofa. Przerażająca reakcja władz.

wikipedia.org/wiki/K-141_Kursk

K-141 Kurskrosyjski okręt podwodny z napędem jądrowym trzeciej generacji, projektu 949A (seria: Antiej, kod NATO Oscar II) przeznaczony do zwalczania dużych jednostek nawodnych, zwłaszcza lotniskowców. Budowę jednostki ukończono w maju 1994 roku, po czym w tym samym roku wszedł do służby w rosyjskiej Flocie Północnej.

Okręt prowadził głównie działalność szkoleniową na wodach arktycznych, latem 1999 roku odbył rejs na Morze Śródziemne, aby obserwować działania NATO prowadzącego w tym czasie operację Allied Force. Latem 2000 roku na Morzu Barentsa wziął udział w największych od upadku Związku Radzieckiego manewrach rosyjskiej marynarki wojennej. W trakcie tych ćwiczeń, 12 sierpnia 2000 roku okręt został zniszczony i zatonął wraz z całą 118-osobową załogą, w wyniku wybuchu stężonego do wartości 85–98% nadtlenku wodoru (high-test-peroxide – HTP) stosowanego w Rosji jako utleniacz w przenoszonych przez okręt torpedach 65-76 Kit. Akcja ratunkowa osób ocalałych z katastrofy nie powiodła się z powodu niskiej sprawności przestarzałego rosyjskiego sprzętu ratunkowego, skostniałego systemu biurokratycznego rosyjskiej marynarki oraz braku zgody rosyjskiego ministerstwa obrony na przyjęcie zagranicznej pomocy.

Oględziny wraku po wydobyciu z morza wykazały, że eksplozje torped wewnątrz kadłuba okrętu przeżyły 23 osoby, które w oczekiwaniu na ratunek z powierzchni schroniły się w ostatnim, rufowym przedziale jednostki. Wobec przedłużającej się – na skutek rosyjskich odmów przyjęcia pomocy międzynarodowej – akcji ratunkowej, wszyscy ponieśli śmierć.

Budowa i konstrukcja

Okręt został zaprojektowany w biurze konstrukcyjnym Rubin (dawniej CKB-18), jako jedna z jednostek trzeciej generacji projektu 949A nazywanego na zachodzie Oskar II, będącego poprzez dodanie jednej sekcji za kioskiem powiększoną wersją wcześniejszych jednostek projektu 949 (Oskar I)[1]. Dodatkowa sekcja służyć miała prawdopodobnie modyfikacji siłowni przez dodanie systemu wyciszenia masą oraz ulepszonego sonaru MGK-540[1][2]. Dodatkowe wyciszenie spowodowało, że jak wszystkie jednostki swojego projektu, okręt był znacznie cichszy niż wcześniejsze radzieckie konstrukcje podwodne[2]. Zwiększeniu jednak o 1300 ton uległa przez to wyporność nawodna[2].

K-186 „Omsk”, okręt siostrzany „Kurska”

Dwukadłubowa struktura okrętu została podzielona na dziewięć wzajemnie połączonych przedziałów, które były normalnie dostępne z wyjątkiem przedziału numer 6 mieszczącego dwa reaktory wodnociśnieniowe o mocy 100 000 koni mechanicznych, przez który przechodziło się przez specjalny antyradiacyjny korytarz[3][2]. Zewnętrzny kadłub lekki stanowił powłokę wykonaną z blach stalowych o grubości 8 mm wspartą na kadłubie sztywnym o formie cylindrycznej, wykonanym z blach stalowych o grubości 50 mm[3]. Przestrzeń między zewnętrzną powłoką a kadłubem sztywnym była zmienna i w zależności od miejsca wynosiła od jednego do czterech metrów[3]. Mieściła ona wyposażenie okrętu, sonary oraz silosy pocisków manewrujących[3]. Cały kadłub lekki pokryty był płytami gumowej powłoki anechoicznej, tłumiącej dźwięki dochodzące z wnętrza jednostki oraz rozpraszającej wiązkę akustyczną sonaru aktywnego przeciwnika[4].

Dwa reaktory rozmieszczono w linii w środkowej części okrętu, każdy w osobnym uszczelnionym ciśnieniowo przedziale[3]. Każda ciśnieniowa obudowa reaktora umieszczona była w wypełnionym wodą zbiorniku absorpcyjnym o objętości 25 m³, który sam z kolei zamontowany był na podstawie tłumiącej drgania, w celu pochłaniania wstrząsów wywoływanych pobliskimi wybuchami na zewnątrz okrętu[3]. Paliwo zawierało elementy pierścieniowe cermet lub dyspersję uranowoaluminiową w cyrkonie, otoczone wzbogaconym od 20 do 45% Uranem-235 (ekwiwalent rdzenia 30%), w 48 zespołach o łącznej wadze 200 kilogramów na każdy rdzeń reaktora[3]. Siłownia wyposażona była w układ awaryjnego zatrzymywania reaktora za pomocą wsunięcia prętów sterujących działających w oparciu o mechanizm sprężynowy i pneumatyczny[3]. Jako ostateczny środek bezpieczeństwa, cały przedział reaktora mógł zostać zalany wodą morską dostarczoną przez specjalne zawory w kadłubie sztywnym[3].

„Kursk” mógł zostać uzbrojony w 24 torpedy kalibru 533 mm oraz 650 mm wystrzeliwane z dziobowych wyrzutni torpedowych. Ich liczba jednak różni się w zależności od źródła. Z całą pewnością okręt wyposażony był w cztery dziobowe wyrzutnie torpedowe kalibru 533 mm, według niektórych jednak źródeł miał dodatkowo dwie wyrzutnie kalibru 650 mm[5][6], podczas gdy inne źródła wskazują na cztery wyrzutnie o tej średnicy[2].

Z wyrzutni torpedowych okręt mógł wystrzeliwać zarówno torpedy, jak i przenoszone przez siebie rakietotorpedy RPK-2 Wjuga i RPK-6 Wodopad[1]. Uzbrojeniem głównym były przeciwokrętowe pociski manewrujące P-700 Granit przenoszone w umieszczonych między kadłubami lekkim i sztywnym silosach w środkowej części jednostki, które były nachylone pod kątem 40° po obu stronach obok kiosku[6]. Ich zadaniem było zwalczanie okrętów nawodnych, w pierwszym zaś rzędzie zwalczanie lotniskowców[2].

Budowę „Kurska” rozpoczęto w stoczni Siewmasz w Siewierodwińsku koło Archangielska w 1992 roku, 16 maja 1994 roku został zwodowany zaś 30 grudnia 1994 roku jednostka weszła do służby w rosyjskiej marynarce wojennej w składzie Floty Północnej[7].

Służba okrętu

K-141 „Kursk” wszedł do służby we Flocie Północnej Rosji w 1994 roku, z powodu trudności ekonomicznych Rosji, aż do 1999 roku okręt nie prowadził żadnych operacji oceanicznych, poza rejsami szkoleniowymi na wodach północnych[8]. Dopiero w 1999 roku został po raz pierwszy wysłany przez rosyjskie dowództwo na Atlantyk i Morze Śródziemne. Na ostatnim z wymienionych akwenów prowadził obserwacje okrętów NATO zaangażowanych wówczas w operację Allied Force w byłej Jugosławii[8].

Katastrofa

10 sierpnia 2000 roku „Kursk” wyszedł z bazy z załogą liczącą w tym rejsie 118 osób, w tym dwoma inżynierami – konstruktorami torped, udając się na ćwiczenia na Morzu Barentsa, w rejonie na wschód od Półwyspu Rybackiego, 135 km od Siewieromorska, 200 km na północ od Murmańska[5][9]. Rejon ten został wyznaczony na poligon strzelań torpedowych podczas ćwiczeń dużej grupy bojowej Floty Północnej dowodzonej z pokładu krążownika rakietowegoPiotr Wielikij”, w skład której obok „Kurska”, krążownika i szeregu innych jednostek, wchodziły także dwa myśliwskie okręty podwodne Floty Północnej[9][5].

Zadaniem okrętu było odpalenie z głębokości peryskopowej dwóch torped ćwiczebnych. Przyczyną katastrofy był wyciek wysoko skoncentrowanego do wartości między 85% a 98% nadtlenku wodoru, noszącego w takim stężeniu nazwę high-test peroxide (HTP), używanego jako utleniacz dla paliwa w przenoszonych przez „Kursk” ciężkich torpedach przeciwokrętowych 65-76 Kit[10][2][a]. Wybuch wyciekającego bardzo niestabilnego HTP z nienależycie konserwowanej torpedy typu 65-76 o numerze fabrycznym 298A 1336A PW spowodował pierwsze uszkodzenie okrętu[10]. Wybuch nastąpił, gdy wyciekający HTP wszedł w kontakt ze stanowiącą paliwo torpedy kerozyną oraz metalem[13].

Eksplozja ta nie powinna mieć jednak fatalnych dla okrętu następstw, gdyż torpeda znajdowała się w tym czasie w wyrzutni torpedowej – w większości pomiędzy kadłubem lekkim a kadłubem sztywnym, zaś z zapisów nasłuchu sonarowego prowadzonego przez „Piotra Wielikiego” wynika, że centrum eksplozji znajdowało się przed frontem kadłuba sztywnego[9]. Dzięki temu, przy z pewnością zamkniętej w tym czasie tylnej pokrywie wyrzutni, kadłub sztywny powinien był powstrzymać powstałą falę uderzeniową pierwszego wybuchu o szacowanej mocy od 100 do 200 kg TNT[9].

Wśród zarejestrowanych przez sonary „Piotra Wielikiego” odgłosów pierwszej eksplozji, słyszalne są jednak również dochodzące z rejonu wybuchu dźwięki po samej eksplozji, które mogą być interpretowane jako odgłosy poważnego pożaru oraz tryskania płonącego paliwa torpedy do wnętrza przedziału torpedowego (sekcja nr 1), prawdopodobnie przez uszkodzoną wybuchem tylną pokrywę wyrzutni[9].

Na podstawie zapisów sonarowych, z pewnością można stwierdzić, że po upływie 135 sekund od momentu pierwszej eksplozji, nastąpił drugi bardzo silny wybuch – zarejestrowany w norweskiej stacji sejsmologicznej jako wstrząs o sile 3 do 3,5 w skali Richtera[b] – będący w istocie serią 5 do 7 wybuchów następujących kolejno po sobie w ciągu łącznie zaledwie 0,5 sekundy[9]. Łączna siła wybuchu tej multi-eksplozji szacowana jest na ekwiwalent 2 do 3 ton TNT i najprawdopodobniej pochodziła z wybuchu znajdujących się w przedziale torpedowym uzbrojonych głowic bojowych maksymalnie 7 torped[9]. Tak ogromna eksplozja wewnątrz kadłuba sztywnego wywołała katastrofalne skutki dla „Kurska”, wyrywając na zewnątrz duży fragment kadłuba sztywnego o rozmiarach 10 na 8 metrów oraz poszycia kadłuba lekkiego, wywołując też falę uderzeniową przemieszczającą się przez kolejne przedziały okrętu w kierunku rufy, która przerwała strukturalne i wodoszczelne grodzie numer 2 oraz 3, zaś grodź numer 4 została odkształcona i w konsekwencji zapadła się pod ciśnieniem hydrostatycznym wody zalewającej okręt[9]. Pozostałe grodzie aż do przedziału numer 9 pozostały nienaruszone.

Zalany w dużej części okręt uzyskał pływalność ujemną i natychmiast zatonął, osiadając na dnie na głębokości 108 metrów[5] na pozycji 69°37′00″N 37°34′25″E, we względnie poziomym ułożeniu, z częściowo wyłamanym dziobem wbitym pod kątem 2° w piaszczyste dno, pod kątem 1,5° przechylony na lewą burtę[9]. Największa część wyrwanych elementów okrętu znalazła się w odległości 20 do 30 metrów od jego prawej burty, przy czym stan kadłuba sztywnego wskazywał, że główne uderzenie fali uderzeniowej skierowane było z wnętrza okrętu w górę i na lewą burtę[14]. Na podstawie pozycji pochodzącego z dziobu fragmentu poszycia zewnętrznego o wymiarach 2 na 4 metry, który osiadł za rufą okrętu (a więc musiał przepłynąć całą jego długość, 155 metrów), ustalono, że fragment ten musiał oderwać się, w chwili drugiej eksplozji, gdy okręt znajdował się ok. 30-35 metrów nad dnem morskim[14][5].

Przed „Kurskiem” cztery inne radzieckie okręty podwodne z napędem jądrowym, które zatonęły na morzu, zostały uszkodzone podczas rejsu w zanurzeniu. Zanim jednak zatonęły, były w stanie wynurzyć się awaryjnie na powierzchnię, gdzie wielu członków ich załóg [it – md] zdołało się uratować[2]. Było to możliwe dzięki ich podziałowi na sekcje oraz wysokiej rezerwie pływalności[2]. Eksplozje na „Kursku” wystąpiły jednak zbyt nagle i były zbyt katastrofalne, aby umożliwić wielkiemu okrętowi wypłyniecie na powierzchnię[2].

Załoga okrętu

Pożar powstały po pierwszej eksplozji prawdopodobnie natychmiast zabił osoby znajdujące się w przedziale torpedowym okrętu, natomiast fala uderzeniowa powstała w drugiej eksplozji zabiła wszystkie pozostałe osoby na okręcie z wyjątkiem 23 członków załogi, którzy pracowali w sekcjach reaktora i siłowni okrętu w przedziałach 7, 8 i 9[14].

Osoby te przetrwały eksplozje i schroniły się w ostatnim przedziale, z numerem 9[14]. Jeden z trzech oficerów, którzy przeżyli wybuch, Dmitrij Kolesnikow, zanotował nazwiska 23 ocalałych, a przed śmiercią zostawił ostatnią notatkę o treści:

Jest zbyt ciemno, ale spróbuję pisać po omacku. Chyba nie ma szans, 10-20 procent. Mamy nadzieję, że ktoś to jednak przeczyta. Poniżej jest lista ludzi z załogi innych przedziałów, którzy zgromadzili się w dziewiątym i będą próbowali wyjść. Pozdrowienia dla wszystkich, nie trzeba rozpaczać. Kolesnikow[15].

Nie wiadomo jak długo udało się przeżyć zgromadzonym w 9. przedziale – według niektórych poglądów, w trudnych warunkach i ze zgromadzonymi tam zapasami tlenu, osoby te mogły przeżyć dwie–trzy godziny[14]. Nie jest to jednak jakkolwiek potwierdzona informacja. Nie wiadomo nawet, czy zginęli z powodu hipotermii, narkozy azotowej, czy też po prostu z braku tlenu[14]. Co jednak istotne, podczas autopsji ciał wydobytych z 9. przedziału, stwierdzono, że ciała trzech osób, w tym Kolesnikowa, noszą ślady poparzeń chemicznych, zaś wypełniony wodą dziewiąty przedział pokryty był kurzem i popiołem[14]. Źródło poparzeń nie zostało nigdy oficjalnie ustalone – jak jednak podnosi jedna z najpoważniejszych teorii na ten temat, Kolesnikow wraz z dwiema innymi osobami usiłował załadować kartridż B-64 chemicznego generatora tlenu RDU z ponadtlenkiem potasu, który odpowiednio zastosowany pochłania również dwutlenek węgla, czy to jednak ze zmęczenia, z powodu ciemności, czy też powodowany stresem, przypadkowo opuścił go do zabrudzonej olejami wody, co wywołało eksplozję[14].

Akcja ratunkowa

Czas trwania: 7 minut i 20 sekund.7:20Wywiad Putina o tragedii
(z napisami)

Największe rosyjskie manewry morskie od czasu rozpadu Związku Radzieckiego odbyły się wkrótce po wyborze Władimira Putina na jego pierwszą kadencję prezydencką. Nowy prezydent obiecał wzmocnić prestiż i morale rosyjskich sił zbrojnych, toteż ćwiczenia rosyjskiej Floty Północnej miały wielkie znaczenie dla dowództwa rosyjskiej marynarki wojennej[16]. Gdy w sobotę 12 sierpnia 2000 roku o godzinie 23:30 „Kursk” po raz drugi z rzędu nie złożył rutynowego meldunku, kierujący ćwiczeniami z pokładu „Piotra Wielikijego” adm. Wiaczesław Popow zarządził alarm, jednak dowództwo w Moskwie zostało powiadomione o utracie kontaktu z „Kurskiem” dopiero w niedzielę następnego dnia o 5 rano[16]. Kierujący siłami ratowniczymi marynarki rosyjskiej adm. Giennadij Wiericz przez cały dzień konferował ze swoim sztabem o sposobie reakcji, jeśli doniesienia o utracie okrętu zostaną potwierdzone[16].

W międzyczasie norweski instytut sejsmologiczny analizował dane dziwnej aktywności na Morzu Barentsa. W poniedziałek rano norweskie samoloty zwiadu lotniczego zarejestrowały koncentrację rosyjskiej floty nawodnej, w sposób standardowy dla prowadzenia akcji ratowniczej, toteż głównodowodzący norweskiej floty połączył się telefonicznie z admirałem Popowem oferując pomoc w razie takiej potrzeby[16]. W tym samym czasie główny kanał rosyjskiej telewizji podał informację o zaginięciu „Kurska”, co natychmiast przebiło się do mediów na całym świecie[16].
W Wielkiej Brytanii Royal Navy dysponowała najnowocześniejszym podwodnym pojazdem ratunkowym o wielkim stopniu mobilności LR5, który dzięki swoim możliwościom operacyjnym zyskał sobie miano „podwodnego helikoptera”[16].

Do wieczora tego dnia wszelką niezbędną pomoc zaoferowały władzom Rosji rządy Norwegii, Wielkiej Brytanii i USA, a dowodzący w tym czasie siłami ratowniczymi Royal Navy kmdr David Russell na własną rękę, bez autoryzacji rządowej ani admiralicji już w poniedziałek rano rozpoczął przerzucanie LR5 do Szkocji, skąd najszybciej mógł być dostarczony na Morze Barentsa. Wydał też zarządzenie o wyczarterowaniu od prywatnej firmy samolotu transportowego Antonow, aby dostarczyć niezbędny ekwipunek[16].

We wtorek następnego dnia w rosyjskim ministerstwie obrony trwały debaty czy zaakceptować zagraniczną pomoc. Zdaniem wielu jej uczestników, „zachodnie propozycje pomocy były cynicznymi, pełnymi hipokryzji gestami, których jedynym celem było szpiegowanie na Morzu Barentsa[16].

Rosyjski pojazd podwodny AS-28, za pomocą którego Rosjanie prowadzili bezskuteczne próby dostania się do „Kurska”

W trakcie debat rosyjskich polityków w Moskwie, rosyjskie służby ratownicze zlokalizowały „Kursk” i podjęły kilka prób dokowania za pomocą rosyjskiego podwodnego pojazdu ratowniczego. Żadna z tych prób nie powiodła się – z powodu wyczerpania się akumulatora elektrycznego, innym razem z powodu problemów technicznych[16]. Obserwujący operację na pokładzie rosyjskich okrętów oficerowie Floty Północnej, dawali wyraz swojej frustracji nieporadnością jej prowadzenia przez adm. Wiericza, jeden z nich krzyknął nawet w jego kierunku „Admirale, przynosi pan hańbę swojemu mundurowi i swojej flocie!”[16]. Tymczasem we wtorek wieczorem znacznie pogorszyła się pogoda i Wiericz zmuszony został do zawieszenia operacji[16]. Ostatecznie w Moskwie podjęto decyzję o przyjęciu zagranicznej pomocy i w środę o godzinie 14 adm. Popow zadzwonił do swojego norweskiego odpowiednika i poprosił o przysłanie profesjonalnych nurków, wyposażonych w najnowocześniejszy sprzęt do nurkowania i dekompresji, którzy zdobyli duże doświadczenie pracując dla morskiego przemysłu wydobywczego[16].

Kilka godzin później telefon odebrał także Russell w Londynie, który został zaproszony na spotkanie z rosyjskim ambasadorem w centrali NATO w Brukseli, wieczorem zaś rosyjski rząd zaakceptował ofertę pomocy ze strony Kwatery Głównej NATO. W drogę na Morze Barentsa wyruszył LR5 na pokładzie „Normand Pioneer”[16]. Jednak gdy David Russell znajdował się w drodze, aby na pokładzie „Piotra Wielikijego” omówić szczegóły wspólnej operacji, w ostatniej chwili otrzymał wiadomość o cofnięciu zgody na wejście na pokład krążownika. Rosjanie podejrzewali go bowiem o chęć szpiegowania[16]. Także dowożące sprzęt ratunkowy, w tym LR5, statki „Normand Pioneer” i „Seaway Eagle” otrzymały polecenie niezbliżania się na odległość mniejszą niż 14 mil od wraku zatopionego „Kurska”[16]. W tym czasie adm. Wiericz, rosyjski pojazd ratunkowy oraz rosyjscy nurkowie, podejmowali kolejne bezskuteczne próby dostania się do zatopionego okrętu[16]. Admirałowie zaś z Moskwy zapewniali na spotkaniu z rodzinami, że ich bliscy, owszem znajdują się w trudnej sytuacji, ale są żywi, Marynarka robi wszystko co w jej mocy, aby wydostać ich z wraku[16].

Tego samego wieczora, Igor Baranow – dyrektor budowy „Kurska” – zapewniał na konferencji prasowej, że ten okręt jest najlepszą jednostką na świecie w zakresie systemów wsparcia życia[16]. Zapewniał, że choć nie są znane przyczyny wypadku ani jego skala, „Kursk” ma wszystko czego potrzebują w tej chwili ludzie pod jego pokładem – żywność, wodę i systemy regeneracyjne. Całkiem możliwe – jak twierdził – że cała załoga może być ocalona. Według jego słów, mogą na okręcie przetrwać jeszcze pięć–sześć dni[16].

LR5 brytyjskiej marynarki, umożliwiający zabranie na pokład 16 rozbitków[17]

Dopiero w piątek Rosjanie dostarczyli informacje, z których wynikało, że luk ratowniczy LR5 jest kompatybilny z tylnym lukiem w rosyjskim okręcie podwodnym[17]. W sobotę 19 sierpnia, dokładnie tydzień po eksplozji na okręcie rosyjskim, na pokładzie statku „Seaway Eagle” przewożącego norweski pojazd ratowniczy, ustalono, że wspólne operacje ratownicze rozpoczną się następnego dnia, w niedzielę[17]. Ku zdziwieniu Russella jednak adm. Giennadij Wiericz odmówił przejścia na pokład „Normand Pioneer” i wspólnego obejrzenia LR5, zdawał się też wierzyć, że rosyjscy marynarze w zatopionym okręcie już nie żyją oraz miał nadzieję, że następnego dnia norwescy nurkowie potwierdzą to i będzie można ze spokojem odwołać całą operację, a Rosjanom wytłumaczyć, że pomimo wszelkich wysiłków nie udało się uratować załogi[17]. W niedzielę nurkowanie rozpoczęli norwescy nurkowie, których zadaniem było zabezpieczenie luku okrętu i wyrównanie ciśnień. Według ich raportu, właz był zalany, ale wciąż istniała nadzieja, że przedział 9. jest szczelny i suchy[17]. W poniedziałek o 2 rano adm. Popow polecił „Normand Pioneer” przepłynąć na miejsce katastrofy i wydał zgodę na rozpoczęcie operacji przez LR5. Krótko po świcie otwarto zewnętrzną pokrywę luku ratunkowego „Kurska” w pobliżu sterów rufowych i nurkowie zaczęli badać stan luku, który okazał się być dobrze zachowany. Zaczęli też pomiary różnicy ciśnień pomiędzy ciśnieniem hydrostatycznym morza a wnętrzem okrętu. Okazało się, że ciśnienia są identyczne, co oznaczało, że przedział 9. jest już całkowicie zalany[17].

O godzinie 10:30 rano nurkowie otworzyli wewnętrzną pokrywę luku ratunkowego i opuścili do wnętrza przedziału 9. małą kamerę wideo, która zarejestrowała obraz członków załogi zmarłych skutkiem bądź to utopienia, bądź też z powodu zatrucia dwutlenkiem węgla, kamera uchwyciła jednak także ślady ognia: osmalone ściany i spękaną farbę[17]. Wobec takiej sytuacji, akcja ratunkowa została zakończona, a o 11:40 kmdr Russell spotkał się na pokładzie rosyjskiego krążownika flagowego z admirałem Kurojedowem, gdzie podjął decyzję o powrocie do Wielkiej Brytanii[17]. Jeszcze tego samego dnia na wniosek załogi „Normand Pioneer”, na pokładzie tego ostatniego odbyła się prowadzona przez Russella uroczystość żałobna ku czci zmarłej rosyjskiej załogi[17].

Wydobycie wraku

Na początku 2001 roku marynarka rosyjska oraz biuro konstrukcyjne Rubin zwróciło się z zapytaniem do zagranicznych firm o możliwość wydobycia „Kurska” z nieprzekraczalnym terminem do końca roku. Sztywny termin wynikał ze złożonej rodzinom marynarzy z „Kurska” stosownej obietnicy przez Władimira Putina[18]. Taki termin nie był do przyjęcia dla niektórych firm, które wycofały się z przedsięwzięcia, operacja wiązała się bowiem z dużym ryzykiem związanym z pozostałymi w zniszczonym okręcie torpedami oraz innymi pociskami.

W trakcie ćwiczeń, w których brał udział „Kursk”, okręt zaopatrzony był w 24 torpedy, z których dwie miały głowice ćwiczebne – jedna z nich została wystrzelona tuż przed wypadkiem, druga zaś eksplodowała i stała się jego przyczyną. W przedziale torpedowym pozostawały więc jeszcze 22 torpedy, wszystkie z konwencjonalnymi głowicami bojowymi[18]. 7 z nich eksplodowało w trakcie wypadku, co oznaczało, że w zniszczonym przedziale torpedowym znajduje się 15 torped z bojowymi głowicami, których stan po eksplozji w przedziale był nieznany. Co gorsza wybuchy w przedziale torpedowym mogły rzucić niektóre z nich do dalszych przedziałów, gdzie pozostawały niezabezpieczone[18]. Ostatecznie wydobycia okrętu podjęło się holenderskie konsorcjum Mammoet-Smit, które zawarło odpowiedni kontrakt z marynarką rosyjską i Rubinem w maju 2001 roku[18]. W ciągu następnych sześciu miesięcy, zniszczony dziób okrętu został odcięty, a pozostała część wraku podniesiona przez dwa umieszczone na barce Giant-4 60-tonowe dźwigi. Wydobytą część okrętu podczepiono pod barką wykorzystując do tego 26 wykonanych w tym celu otworów o średnicy około 1 metra w kadłubie lekkim[18]. 23 października 2001 roku wrak okrętu został opuszczony w pływającym suchym doku stoczni w Roslakowie koło Siewierodwińska[18].

Oficjalna przyczyna katastrofy i teoria alternatywna

1 lipca 2002 roku rosyjski minister przemysłu i nauki Ilja Klebanow, kierujący komisją wyjaśnienia okoliczności zatonięcia „Kurska” ogłosił, że przyczyną katastrofy był wybuch torpedy. Spowodował go wyciek nadtlenku wodoru z torpedy typu 65-76, który wywołał pożar i wybuch w wyrzutni torpedowej, a następnie pożar spowodował eksplozję głowic torped znajdujących się w przedziale torpedowym[19]. Oficjalna wersja stwierdzała, że do wycieku doszło przez mikropory na spoinach, obarczając tym samym odpowiedzialnością producenta torpedy, zakład Dagdizel[19].

Według własnych ustaleń jednego z członków komisji emerytowanego admirała Walerija Riazancewa, nie ulega wątpliwości, że doszło do wybuchu torpedy szkolnej typu 65-67PW w wyrzutni numer 4, lecz jego przyczyna była inna – było nią przenikanie zanieczyszczonego powietrza do startowego zbiornika utleniacza przez niedomknięty zawór kurkowy, który bezwzględnie powinien być sprawdzany przed załadowaniem torpedy[20]. W razie trafienia do nadtlenku wodoru zabrudzeń zaczyna się gwałtowny proces rozkładu, połączony z wydzielaniem ciepła[20].

Zdaniem admirała, od wcielenia okrętu do służby nie dokonywano strzelań torpedami z silnym utleniaczem, a obsługa wyrzutni była niedoszkolona i nie posiadała nawet właściwej instrukcji tych torped[20]. W konsekwencji, ciśnienie w startowej butli utleniacza rosło i o godzinie 11.28 32′ doszło do jej eksplozji, o sile ok. 5 kg trotylu, co spowodowało eksplozję utleniacza i nafty w zbiornikach torpedy, mającą siłę 150–200 kg trotylu[20]. Doszło do wyrwania pokryw wyrzutni, zalania przedziału torpedowego i śmierci jego obsady oraz do kontuzjowania osób znajdujących się w drugim przedziale – centrali okrętu na skutek fali uderzeniowej[20]. Dowództwo okrętu było niezdolne do działania, a okręt utracił napęd i z przegłębieniem na dziób zaczął poruszać się w dół siłą bezwładności[21]. Zdaniem adm. Riazancewa, dopiero po uderzeniu dziobem w grunt na głębokości 108 m, doszło do wybuchu siedmiu głowic torped[21].

Teorie spiskowe

USS „Memphis” (SSN-691)

Powstały jednak inne teorie wyjaśniające katastrofę, stanowią one jednak hipotezy nie podparte żadnymi ustaleniami faktycznymi. Według jednej z nich, pod pokładem „Kurska” doszło do eksplozji testowanej superkawitacyjnej torpedy WA-111 Szkwał[22]. [Ależ oczywiście! Są dowody. Ruscy i ich akolici ciągle to jednak ukrywają. md]

Rosjanie postanowili ukryć ten fakt, gdyż stanowiłoby to złą reklamę dla ważnego produktu eksportowego. Dalsze, nawet dalej idące rozwinięcie tej teorii zakłada, że w związku z testami torpedy Szkwał, w rejonie manewrów przebywały dwa amerykańskie myśliwskie okręty podwodne typu Los Angeles USS „Memphis” (SSN-691) oraz „Toledo” (SSN-769) oraz brytyjski HMS „Splendid” (S106)[22].

Okręt rozpoznania elektronicznego USNS „Loyal” (T-AGOS-22)

Bazując na długiej radziecko-amerykańskiej historii wzajemnego śledzenia okrętów podwodnych, część Rosjan wierzy w związku z tym, że doszło do kolizji między „Kurskiem” a jednym z okrętów NATO[22]. Co więcej, Rosjanie ci wierzą, że rząd Władimira Putina nie podnosił oficjalnie tej kwestii, a wręcz zataił ten fakt w zamian za umorzenie rosyjskich długów wobec Stanów Zjednoczonych, lub też zastraszony przez państwa zachodnie[22].

17 dni po katastrofie, w amerykańskim dzienniku The New York Times ukazał się artykuł potwierdzający nie tylko obecność w rejonie manewrów bazującego na co dzień w Groton USS „Memphis”, który obserwował największe od lat rosyjskie manewry morskie, lecz także nawodnego okrętu rozpoznania elektronicznego USNS „Loyal” (T-AGOS-22)[23]. Według autorów tego artykułu, amerykański okręt podwodny akustycznie zarejestrował przebieg wydarzeń na „Kursku”, po czym taśmy z nagraniami dostarczył do amerykańskiej bazy w Norwegii, skąd zostały przekazane do analiz w National Maritime Intelligence Center w Suitland w stanie Maryland[23]. Według dziennika, choć amerykański Departament Obrony oficjalnie odmówił komentarzy na temat operacji USS „Memphis”, nieoficjalnie urzędnicy Pentagonu zaprzeczyli odniesieniu przez „Memphis” jakichkolwiek uszkodzeń[23]. Zdaniem dziennika, jeden z wyższych urzędników w Waszyngtonie stwierdzić miał: „Mamy okręty podwodne, które słyszą wszystko co się dzieje. Dla nas jest całkiem jasne co się wydarzyło [„Kurskowi” na Morzu Barentsa]”[23]. Kolizja „Kurska” z amerykańskim okrętem podwodnym typu Los Angeles była jednak nieprawdopodobna, bowiem przy hipotetycznym zderzeniu z tak wielkim okrętem jak „Kursk” i tak wielkich rozmiarach zniszczeń na nim, niemożliwe jest, aby „Memphis” nie odniósł co najmniej poważnych uszkodzeń i zdołał samodzielnie dopłynąć do Norwegii[23]. Także norweskie stacje nasłuchowe w Norwegii, nie zarejestrowały żadnych akustycznych oznak zderzenia okrętów[22]. Jak w przypadku większości teorii konspiracyjnych, także prawdziwość i tych jest wątpliwa, co nie zmienia faktu, że 118 marynarzy rosyjskiego okrętu stało się prawdopodobnie ostatnimi ofiarami zimnej wojny[22].

Krążyły także opinie, nawet wśród oficerów rosyjskich, że okręt podwodny, wykonując ćwiczebny atak torpedowy, mógł się zderzyć z lotniskowcem „Admirał Kuzniecow”, po czym opaść na dno, gdzie doszło do wybuchu torpedy[24].

Upamiętnienie

Autentyczny kiosk okrętu jako pomnik załogi „Kurska” w Murmańsku

Prezydent Federacji Rosyjskiej uhonorował pośmiertnie członków załogi „Kurska” Orderem Męstwa, natomiast dowódcę jednostki, komandora Giennadija Laczina – tytułem Bohatera Federacji Rosyjskiej[25].

Dla uczczenia pamięci marynarzy, którzy zginęli na „Kursku”, w wielu miastach Rosji, m.in. w Murmańsku, Petersburgu, Niżnym Nowogorodzie, Kursku wzniesiono pomniki i tablice pamiątkowe. W Centralnym Muzeum Sił Zbrojnych FR w jednej z sal znajduje się ekspozycja, prezentująca materiały związane z życiem i służbą załogi „Kurska”[26].

Katastrofa „Kurska” zainspirowała wielu pisarzy i twórców kultury.

Do wydarzeń związanych z zatonięciem tego okrętu podwodnego nawiązują m.in. książki autorstwa niemieckich dziennikarzy Bettiny Sengling i Johannesa Voswinkela[27], Petera Truscotta oraz Roberta Moorea[28]. Na podstawie tej ostatniej powstał film dramatyczny w reżyserii Thomasa Vinterberga, w którym zagrali m.in. Colin Firth, Max von Sydow, Matthias Schoenaerts[29]. Tragedii marynarzy „Kurska” poświęcona jest sztuka teatralna autorstwa Bryony Lavery[30].

Zaszufladkowano do kategorii Wojna | Otagowano

RYCERZ NIEPOKALANEJ KLĘKAŁ PRZED HOSTIĄ

gloria

RYCERZ NIEPOKALANEJ KLĘKAŁ PRZED HOSTIĄ

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Święty Maksymilian Maria Kolbe nie był maryjny zamiast chrystocentryczny. Im pełniej oddawał się Niepokalanej, tym bardziej chciał należeć do Chrystusa. I właśnie dlatego jego maryjność nie kończyła się na słowach o Maryi. Prowadziła go przed Najświętszy Sakrament.

To jest jedna z prawd, które trzeba dziś odzyskać.

Dla Maksymiliana Niepokalana nie była końcem drogi. Była Matką, która bierze duszę, oczyszcza ją z samowoli i prowadzi ku pełniejszemu należeniu do Syna. Dlatego prawdziwa maryjność nie mnoży jedynie modlitw do Maryi. Uczy człowieka żyć tak, aby Chrystus miał w nim coraz więcej miejsca.

Właśnie dlatego rycerz Niepokalanej klękał przed Hostią.

Niepokalanów może kojarzyć się z drukarnią, z „Rycerzem Niepokalanej”, z rozmachem apostolstwa, z maszynami, które miały służyć zdobywaniu dusz dla Boga. I słusznie, bo święty Maksymilian rozumiał, że narzędzia jego czasu można i trzeba oddać na służbę Ewangelii. Nie bał się wielkich środków, jeśli miały służyć wielkiemu celowi.

Ale sercem tego dzieła nie była maszyna.

Była kaplica.

To tam apostolstwo wracało do Źródła. Tam rycerz Niepokalanej przestawał być organizatorem, wydawcą, założycielem i człowiekiem ogromnych planów. Przed Najświętszym Sakramentem był kapłanem i zakonnikiem, który wiedział, od Kogo wszystko otrzymał. Wielkość dzieła nie zwalniała go z klęczenia. Przeciwnie – im większa była walka o dusze, tym bardziej trzeba było czerpać z Chrystusa.

To jest bardzo mocna lekcja świętego Maksymiliana. Apostolstwo może być nowoczesne, rozległe, odważne i pracowite, ale jeśli przestanie wypływać z Chrystusa, zacznie wierzyć we własną siłę. Może zachować katolicki język, maryjne hasła i ogromną gorliwość, a jednak po cichu zacząć ufać bardziej własnej skuteczności niż łasce. Wtedy nawet dzieło rozpoczęte dla Boga zaczyna niepostrzeżenie żyć siłą człowieka.

Maksymilian pokazuje coś innego. Jego czyn wyrastał z oddania. Jego odwaga nie była religijną pewnością siebie. Jego rycerskość nie polegała na hałasie, lecz na tym, że człowiek całkowicie oddany Niepokalanej chciał być narzędziem w Jej rękach, a przez Nią należeć do Chrystusa coraz pełniej.

Prawdziwa miłość do Niepokalanej czyni duszę bardziej eucharystyczną, nie mniej.

To zdanie jest sprawdzianem. Jeśli oddanie Maryi nie prowadzi do większej wierności Jezusowi, nie czyni nas bardziej posłusznymi Jego łasce i nie pogłębia naszej czci wobec Eucharystii, trzeba zapytać, czy nie zatrzymaliśmy się na formie pobożności, zamiast pozwolić Niepokalanej wykonać w nas swoje dzieło.

Maryja nie zatrzymuje duszy przy sobie jak przy pięknym uczuciu. Ona prowadzi do Syna. Prowadzi do Jego woli, do Jego Krzyża, do Jego Ciała wydanego za życie świata. Kto naprawdę oddaje się Niepokalanej, ten nie może pozostać człowiekiem zamkniętym w sobie, dumnym ze swojej pobożności i obojętnym wobec Chrystusa obecnego w Eucharystii.

Maksymilian nie oddzielał czynu od adoracji. Im większe było dzieło, tym bardziej nie wolno było pomylić narzędzia ze Źródłem. Drukarnia mogła rozsyłać słowo, ale łaska nie rodziła się z druku. Nakład mógł rosnąć, ale dusz nie zdobywa się samą liczbą egzemplarzy. Apostoł może używać wszystkiego, co uczciwe i dobre, ale sam musi wiedzieć, że owocność przychodzi od Boga.

Ta pokusa dotyczy również nas. Człowiek może tak mocno zaangażować się w obronę wiary, apostolstwo czy religijne dzieło, że pewnego dnia modlitwa zacznie mu się wydawać mniej potrzebna niż własna aktywność. Nadal pracuje dla Boga – ale coraz rzadziej pozwala Bogu pracować nad sobą.

Święty Maksymilian zostawia nam trudniejszą miarę niż sam maryjny język. Pyta swoim życiem, czy nasze oddanie Niepokalanej rzeczywiście oddaje nas Jej Synowi. Czy Maryja prowadzi nas ku większej wierności Chrystusowi, czy tylko stała się częścią naszego religijnego stylu. Czy nasza gorliwość rodzi się z łaski, czy z potrzeby, aby coś znaczyć.

Rycerz Niepokalanej klękał przed Hostią, bo wiedział, że Maryja nie zatrzymuje rycerza przy sobie. Prowadzi go do Króla.

W Niepokalanowie mogły pracować maszyny, powstawać kolejne numery „Rycerza” i rosnąć wielkie apostolstwo. Ale jego sercem pozostawała kaplica. To nie pomniejsza czynu świętego Maksymiliana. To wyjaśnia, skąd ten czyn brał siłę.

Może właśnie tego potrzeba nam dziś najbardziej: maryjności, która nie kończy się na Maryi, i apostolstwa, które przed rozpoczęciem walki potrafi uklęknąć przed Chrystusem.

Święty Maksymilianie, naucz nas kochać Niepokalaną tak, abyśmy przez Nią coraz pełniej należeli do Jezusa. Wyproś nam gorliwość bez pychy, odwagę bez hałasu i apostolstwo zakorzenione w modlitwie.

Maryjo Niepokalana, prowadź nas do Jezusa Eucharystycznego.