Covid, respiratory, remdesiwir, eugenika, nazi. Lekarze.

https://gloria.tv

https://gloria.tv/post/ssWZxsiNzPpw1KMBmh9awjYnf

Roj

„Aktualna wiedza medyczna” stosowana w praktyce

Vera Sharav, ocalała z nazistowskiego obozu koncentracyjnego, dostrzega podobieństwo między nazistowskimi lekarzami zabijającymi ludzi a lekarzami zajmującymi się Covid-19, którzy również zabijają ludzi

Nazi Concentration Camp Survivor Vera Sharav …

„Protokoły stosowane w szpitalach podczas pandemii Covid były mordercze… i… przypominają doświadczenia z czasów nazistowskich, kiedy szpitale zamieniono w miejsca morderczych operacji”


„Tak właśnie było podczas pandemii Covid. Zarówno respiratory, jak i remdesiwir – mam na myśli to, że nie były to wcale środki lecznicze. Nie.”

„A naziści nazywali niegodnych »bezużytecznymi konsumentami«, co oczywiście ma również aspekt ekonomiczny, i w czasie pandemii Covid widzieliśmy, jak to się faktycznie rozgrywało w szpitalach”.

„Dość szybko to dostrzegłam w kontekście Covid… przejęcie kontroli nad środowiskiem medycznym, nad zawodami medycznymi. Lekarze stanowili największą grupę profesjonalistów, którzy wstąpili do partii nazistowskiej, gdy było to dobrowolne. I to właśnie naziści wybierali ofiary przeznaczone do eksterminacji”.

„I nie zaczęło się to od Żydów; zaczęło się od niemieckich niemowląt i małych dzieci, które uznano za zanieczyszczających pulę genetyczną, ponieważ nie były idealne”.

„Eugenika jest tak naprawdę prawdziwym wirusem. To wirus, który jest najbardziej zaraźliwy i zatruwa społeczeństwo od samego początku. Istniała ona już nawet w czasach starożytnej Grecji”.

Pełna wersja wideo
youtube.com/watch?v=wbtscdyPqr4

Radar geopolityczny Hollistera, 10–16 sierpnia 2026 r.

Radar geopolityczny Hollistera, 10–16 sierpnia 2026 r.

Radar geopolityczny Hollistera, 10–16 sierpnia 2026 r.

Linie frontu tego tygodnia nie ograniczają się tylko do miejsc, gdzie padają strzały: Waszyngton eskaluje wojnę gospodarczą z Iranem, wpływając tym samym na chińskie zaopatrzenie energetyczne; porty i szlaki handlowe na Morzu Czarnym stają się drugim frontem; a amerykański plan wobec Strefy Gazy zostaje udaremniony przez opór Izraela.

„Geopolitics Radar” Hollistera ujawnia, jak sankcje, surowce, szlaki morskie i układy polityczne zmieniają równowagę sił – i dlaczego ostatecznie rachunek często płacą ci, którzy nie uczestniczą w negocjacjach.

Radar geopolityczny z okresu 10–16 sierpnia 2026 r.

Artykuł publicystyczny autorstwa  Michaela Hollistera. apolut-net/hollisters-geopolitik-radar-vom-10-16-august

USA nałożą ósmą rundę sankcji na Iran w 2026 r., Waszyngton będzie opierał się na presji gospodarczej (7 sierpnia 2026 r.)

W tym tygodniu zabrakło bezpośrednich ataków między USA a Iranem – Waszyngton przeniósł presję na arenę gospodarczą. Departament Skarbu USA poinformował, że obrał sobie za cel osoby, kantory wymiany walut i firmy w kilku krajach, które rzekomo pomagały irańskiemu Bankowi Shahr w potajemnym transferze setek milionów dolarów; według obliczeń departamentu, była to ósma runda sankcji wobec Iranu w 2026 roku w ramach deklarowanej polityki „maksymalnej presji”. Sekretarz Skarbu Scott Bessent ogłosił izolację gospodarczą, jakiej świat „nigdy nie widział”; prezydent Trump stwierdził, że wyższe ceny benzyny są warte kosztów zapobieżenia irańskiej broni jądrowej. Iran odrzucił wizję zbliżającego się upadku, wskazując na obejścia wypracowane przez lata; niezależne dowody skuteczności najnowszych środków były niedostępne do weekendu. W książce „ Three Levers, Four Counters” omówiono, jak blokady morskie, oznaczenia OFAC i dźwignie taryfowe łączą się w jedną klawiaturę . Szczegółowy tydzień jest oddzielony aktualizacją dotyczącą Iranu z 12 sierpnia i aktualizacją dotyczącą Iranu z 16 sierpnia .

HORMUS: POROZUMIENIE IRAN-OMAN W TOKU, TEHERAN ODMAWIA NACISKÓW (14 SIERPNIA 2026)

Po raz pierwszy od tygodni pojawia się ruch w sprawie Cieśniny Ormuz: Według amerykańskiego urzędnika Iran i Oman pracują nad porozumieniem o przywróceniu wolnego handlu przez cieśninę; Waszyngton zniesie blokadę irańskich portów po przywróceniu swobodnego ruchu. Teheran jednocześnie odrzucił amerykańskie naciski – irański wiceminister spraw zagranicznych oświadczył, że Ormuz nie może zostać zdobyty „za pomocą tweeta” ani przy użyciu lotniskowca. Jednocześnie irański parlament rozważał projekt ustawy, która nakładałaby opłaty i blokowałaby statki z USA i Izraela. Procedura pozostaje odwołalna w dowolnym momencie i wiąże jej wdrożenie z ustępstwami ze strony Iranu; dla państw nadbrzeżnych pozostaje niejasne, kto będzie ustalał zasady, żądał płatności i egzekwował ich przestrzeganie w przyszłości. Film dokumentalny „ Kto korzysta na wojnie w Zatoce Perskiej? ” analizuje kształtujący się porządek w Zatoce Perskiej, który stoi za tymi zmianami, i przedstawia początkową sytuację państw nadbrzeżnych w filmie „ Podążając za ropą, część 3 ”.

USA PRZENOSZĄ STOWARZYSZENIE NASTĘPCY W CELU ZASTĄPIENIA USS ABRAHAM LINCOLN (14 SIERPNIA 2026 R.)

Stany Zjednoczone wysyłają na Bliski Wschód kolejną grupę uderzeniową lotniskowców, która ma zastąpić USS Abraham Lincoln, operujący tam od miesięcy. Ten krok zbiega się z doniesieniami o niepewnych warunkach na pokładzie Lincolna, na które publicznie zwracali uwagę niektórzy członkowie Kongresu. Oznaczałoby to, że dwie grupy lotniskowców znajdowałyby się czasami w zasięgu Zatoki Perskiej – sytuacja ta zwiększa presję na negocjacje dotyczące kwestii Ormuzu. Rolą lotniskowca jest nie tyle prowadzenie bezpośredniej wojny, co tworzenie czynnika odstraszającego w toczących się rozmowach na temat cieśniny i irańskiego eksportu ropy naftowej. Film dokumentalny „ When Osprey and Marines Arrive” wyjaśnia, dlaczego to połączenie ciężkiego lotnictwa i sił desantowych przede wszystkim stwarza możliwości działania, a nie tylko sygnalizuje obecność.

UKRAIŃSKIE DRONY SPOTYKAJĄ SIĘ Z INFRASTRUKTURĄ NAFTOWĄ I LOGISTYKĄ JAGÓD W BASHKORTOSTANIE (12–13 SIERPNIA 2026)

W nocy 13 sierpnia ukraińskie drony zaatakowały cele położone głęboko w głębi Rosji: Według ukraińskich źródeł, zaatakowano infrastrukturę naftową i centra logistyczne należące do internetowego sprzedawcy Wildberries w Baszkirii, ponad 1000 kilometrów od granicy. Rosja poinformowała o zestrzeleniu wielu dronów i odpowiedziała zmasowanym atakiem około 133 dronów. Analiza zdjęć satelitarnych wskazuje, że znaczna część zasobów magazynowych została uszkodzona. W ten sposób Ukraina po raz kolejny przenosi wojnę do regionów, które wcześniej uważały się za bezpieczne – i do codziennego życia dziesiątek tysięcy drobnych sprzedawców detalicznych. Fakt, że europejskie komponenty nadal trafiają do rosyjskich dronów szturmowych, udokumentowano w artykule „Niemieckie chipy dla rosyjskich dronów” ; sytuację z tego tygodnia podsumowano w aktualizacji z Ukrainy z 14 sierpnia .

ATAK NA BAZĘ MORSKĄ W NOWOROSSIJSKU (13-14 SIERPNIA 2026)

Ukraina rozpoczęła zakrojony na szeroką skalę atak na rosyjską bazę nad Morzem Czarnym w Noworosyjsku; prezydent Zełenski mówił o „unikalnej operacji”, w której po raz pierwszy wykorzystano 14 krajowych dronów powietrznych i morskich, rozmieszczonych w skoordynowany sposób. Według Sztabu Generalnego, cztery okręty wojenne – fregaty Admirał Makarow i Admirał Essen, okręt rakietowy Bujan-M oraz okręt patrolowy Wasilij Bykow – zostały uszkodzone przez drony Palianycia, pociski manewrujące Neptun i drony nawodne. Atak przenosi punkt ciężkości działań wojennych na morze, w głąb rosyjskiej infrastruktury bazowej. Artykuł „Wieczny wyścig” wyjaśnia, dlaczego nawet silniejsze systemy obronne wyczerpują się w wyścigu zbrojeń ; sytuację z tego tygodnia podsumowano w aktualizacji „Ukraina” z 14 sierpnia .

TATARSTAN: ATAK DRONA POWODUJE ZGINĘCIE CO NAJMNIEJ DWUNASTU OSÓB (15 SIERPNIA 2026 R.)

W ataku ukraińskiego drona w Rosyjskiej Republice Tatarstanu zginęło podobno co najmniej dwanaście osób – to jeden z najtragiczniejszych pojedynczych ataków od lat. Tatarstan leży daleko poza granicami i przez długi czas był uważany za bezpieczny. Incydent ten pokazuje rosnący zasięg i wpływ ukraińskiej kampanii dronów. Film dokumentalny „Schron, który opuszczają Niemcy” analizuje skalę zaangażowania samych Niemiec w produkcję broni na potrzeby tej wojny.

SELENSKYJ ŻĄDA PIĘCIU PROCENT AKCJI AMERYKAŃSKIEJ FIRMY PATRIOT Z WASZYNGTONU (13–14 SIERPNIA 2026)

Prezydent Zełenski publicznie zwrócił się do Waszyngtonu z prośbą o część amerykańskich rakiet Patriot: pięć procent, aby pomóc Ukrainie przetrwać zimę, i dziesięć procent na kompleksową ochronę. Prośba ta wynika z dotkliwego niedoboru pocisków przechwytujących, który sprawia, że ​​ukraińska obrona powietrzna ledwo jest w stanie bronić się przed atakami balistycznymi; system krajowy jest wciąż w fazie rozwoju. Brak dostaw z Zachodu pogłębiłby tę lukę w okresie zimowym, kiedy Rosja, opierając się na dotychczasowych doświadczeniach, atakuje infrastrukturę energetyczną i mieszkaniową. Artykuł „Wieczny wyścig ” wyjaśnia, dlaczego nawet technicznie zaawansowane systemy rakietowe uwikłane są strukturalnie w wyścig kosztów i ilości; dossier „ISCANDER” i „KINSHAL” opisują podstawowe klasy uzbrojenia .

ZERWANIE UMOWY ZABIJA ROSYJSKIEGO KAPITANA NA MORZU W SEWASTOPOLU (13 SIERPNIA 2026)

W Sewastopolu, na anektowanym przez Rosję Krymie, ładunek wybuchowy zabił kapitana marynarki wojennej, jak podają rosyjskie władze; podejrzany został aresztowany. Władze zaklasyfikowały incydent jako atak ukierunkowany. Półwysep służy Rosji zarówno jako baza wypadowa, jak i zaopatrzeniowa i od miesięcy jest poddawany wzmożonym atakom. Ataki na poszczególnych oficerów na terytorium kontrolowanym przez Rosję stają się coraz częstsze i wiążą siły bezpieczeństwa; incydent ten ma miejsce w tygodniu, w którym obie strony coraz częściej prowadzą wojnę na swoich tyłach. Szczegóły podsumowano w aktualizacji dotyczącej Ukrainy z 14 sierpnia .

Rosja informuje o postępach w pobliżu Kupjańskiego i Słowiańskiego (10–16 sierpnia 2026 r.)

Na froncie wschodnim Rosja odnotowała zdobycze terytorialne w kierunku Kupiańska i Słowiańska. Wiarygodne, niezależne potwierdzenia dokładnej linii frontu nie były dostępne pod koniec okresu sprawozdawczego; obie strony przedstawiają rozbieżne wersje sytuacji. Miasta te od miesięcy uważane są za sporne punkty centralne w Donbasie i obwodzie charkowskim. Chociaż linia frontu praktycznie się nie zmieniła, centrum wojny przesuwa się dalej w głąb lądu – w kierunku rafinerii, portów i węzłów komunikacyjnych. Aktualizacja dotycząca Ukrainy z 14 sierpnia rozróżnia zweryfikowane informacje od jednostronnych narracji.

NETANJAHU ODRZUCA 15-PUNKTOWY PLAN USA, KTÓRY MOŻE ZOSTAĆ ZAAKCEPTOWANY PRZEZ HAMAS (10 SIERPNIA 2026)

Rząd Izraela odrzucił piętnastopunktowy plan USA, na który Hamas wcześniej wyraził zgodę: premier Netanjahu uzależnił wycofanie się od całkowitego rozbrojenia Hamasu. Plan, oparty na „Radzie Pokoju” Donalda Trumpa, przewiduje stopniowe przejście Strefy Gazy. Hamas ze swojej strony oświadczył, że podtrzymuje swoje porozumienie, ale powiąże rozbrojenie z gwarancjami politycznymi. Zatem impas leży po stronie, która nie podpisała planu – a kwestia jego wykonalności pozostaje otwarta. Seria „ Rada Pokoju”, część 1 , część 2 i część 3 , analizuje strukturę tego organu i to, kto sprawuje władzę ; dossier „Hamas” kontekstualizuje wewnętrzną strukturę strony przeciwnej .

PORT BAŁTYCKI UST-ŁUGA UDERZONY, REAKCJA FLANKI NATO (14 SIERPNIA 2026)

Ataki dronów uszkodziły obszar wokół rosyjskiego portu bałtyckiego Ust-Ługa, kluczowego węzła eksportu ropy naftowej, poinformował gubernator regionu. W rezultacie łotewskie wojsko ogłosiło alarm powietrzny, a Finlandia ustanowiła strefę wykluczenia. Te ukraińskie ataki dalekiego zasięgu na rosyjski eksport energetyczny coraz bardziej dotykają sąsiadów NATO. Powody, dla których dostęp do ropy naftowej i zasobów energetycznych od lat ma strategiczne znaczenie, opisano w artykule „Follow the Oil, Part 1 ”.

POŁUDNIOWY LIBAN: ATAKI IZRAELA, HISBOLLAH PRZECHODZI DO ATRYBUCJI (10–16 SIERPNIA 2026)

W południowym Libanie Izrael przeprowadził kolejne naloty, uzasadniając je rzekomymi naruszeniami zawieszenia broni przez Hezbollah. Według analizy przeprowadzonej przez grupę monitorującą konflikt ACLED, ruch ten coraz bardziej skłania się ku strategii wyniszczania, co zapewnia Iranowi trwałą przewagę nad Izraelem i Stanami Zjednoczonymi. Sytuację wzdłuż granicy nadal charakteryzują ofiary cywilne i zniszczenia miast. Armia libańska znajduje się w niepewnej sytuacji między presją ze strony Izraela a obecnością Hezbollahu. Raport „Hezbollah” opisuje genezę ruchu, jego bazę społeczną i strukturę władzy.

TRUMP I IRAN ŻĄDAJĄ WZAJEMNEGO ODSZKODOWANIA, POSTĘPUJĄ NIESPRAWIEDLIWIE (10–11 SIERPNIA 2026)

Podczas gdy Teheran domaga się od Waszyngtonu odszkodowania za szkody wojenne, uwolnienia aktywów i zakończenia wojny, prezydent Trump z kolei domaga się odszkodowania od Iranu – dla ofiar improwizowanych ładunków wybuchowych (IED) i demonstrantów zabitych przez dekady. Spór o warunki wstępne zagraża Porozumieniu z Ormuzu, zanim jeszcze zostało podpisane. W dokumencie „ Three Levers, Four Countermeasures ” analizuje się, jak blokada, nominacje OFAC i cła łączą się w grę ekonomiczną; walka o władzę w Zatoce Perskiej jest tematem aktualizacji z Iranu z 16 sierpnia .

Rosja informuje o odparciu 635 dronów, co stanowi rekord w prowadzeniu wojny dronów (14 sierpnia 2026 r.)

Rosyjskie Ministerstwo Obrony ogłosiło, że w ciągu nocy przechwyciło 635 ukraińskich dronów – co wskazuje na rekordową liczbę, jaką Kijów obecnie rozmieścił na terytorium Rosji. Obserwatorzy interpretują masową reakcję Rosji z użyciem rakiet i dronów jako reakcję na kampanię Ukrainy przeciwko jej sieciom energetycznym i logistycznym. Wojna powietrzna osiągnęła zatem nowy poziom skali. Raport KINSHAL opisuje rodzaj broni wykorzystywanej w rosyjskich kontratakach .

WENEZUELA: USA sprzedadzą dwa zajęte tankowce objęte sankcjami na złom (11 sierpnia 2026 r.)

Rząd USA sprzedał dwa objęte sankcjami tankowce zajęte po operacji wojskowej przeciwko Wenezueli – „Era” (dawniej Marinera/Bella 1) i „Lileo” (dawniej Galileo/Veronica) – dubajskiej firmie recyklingowej Global Marketing Systems; statki mają zostać zezłomowane w Indiach. Sprzedaż odbyła się na mocy nakazu sądowego, choć według prezesa GMS nie zawsze można było jednoznacznie zidentyfikować poprzednich właścicieli. Oba tankowce zostały zajęte w styczniu 2026 roku; łącznie Stany Zjednoczone zajęły do ​​dziesięciu tankowców. Iran potępił to działanie, nazywając je „piractwem”. Precedens ustanowiony przez działania przeciwko Caracas został przeanalizowany w książce „Wenezuela: Breaking Democracy ”; powiązanie decyzji w polityce zagranicznej z akumulacją majątku prywatnego zostało ukazane w książce „Insider Trading off Caracas” .

W NASZYM WŁASNYM IMIENIU

Cztery aktualne analizy z dala od pola bitwy – dwie o pieniądzach i władzy, dwie o nadzorze, który zanika w tym procesie.

Przed wyborami uzupełniającymi do Kongresu w USA w 2026 roku cyfrowa infrastruktura pozyskiwania funduszy obu głównych partii jest pod presją: ActBlue zmaga się z niedostatecznie kontrolowanymi darowiznami zagranicznymi i załamanym działem ds. zgodności, podczas gdy WinRed zmaga się z manipulacyjnymi mechanizmami pozyskiwania darowizn, które skłoniły głównie osoby starsze do dokonywania niechcianych wpłat – a wszystko to w czasie, gdy odpowiedzialna za nadzór nad wyborami Komisja Wyborcza (FEC) jest sparaliżowana. Chodzi tu nie tyle o odosobniony incydent, co o to, kto kontroluje infrastrukturę wyborczą, gdy sędzia jest niezdolny do jej przeprowadzenia. „The Fundraising Machine” analizuje powody, dla których obie strony prowadzą śledztwa wyłącznie przeciwko sobie .

Największa w Europie rafineria tlenku glinu znajduje się u ujścia rzeki Shannon w Irlandii i dostarcza połowę swojej produkcji rosyjskiemu koncernowi, na który UE nałożyła 21 pakietów sankcji. Podczas gdy Bruksela gromadzi tlenek glinu jako kluczowy surowiec obronny, ta sama substancja przepływa bez przeszkód do objętego sankcjami przeciwnika. Ten przypadek pokazuje, jak architektura sankcji może zawieść w swoim własnym łańcuchu dostaw; film dokumentalny „Pułapka tlenku glinu” rekonstruuje, dlaczego Europa nie zajmuje się tym problemem .

W 2026 roku zbiegły się trzy wydarzenia: sąd odebrał najwyższemu organowi ochrony danych środki umożliwiające egzekwowanie jego praw nadzorczych wobec BND (Federalnej Służby Wywiadowczej), rząd niemiecki starał się przyznać tej służbie nowe uprawnienia, a podstawa prawna samej ustawy o BND była przedmiotem przeglądu w Strasburgu. Więcej uprawnień dla służby, mniej dostępu dla organu nadzoru – stopniowa erozja kontroli nad zagranicznymi służbami wywiadowczymi została udokumentowana w dokumencie „ Przestrzenie wolne od kontroli ”.

Federalny Urząd Ochrony Konstytucji i Federalna Służba Wywiadowcza (BND) mają otrzymać uprawnienia do hakowania , analizowania danych biometrycznych w czasie rzeczywistym, wkraczania do domów i tworzenia zautomatyzowanych profili osobowości – podczas gdy organy nadzoru i rozliczania publicznego są likwidowane. Projekt ustawy obiecuje większą kontrolę, ale w rzeczywistości ogranicza ją właśnie tam, gdzie rozszerzane są uprawnienia. Trzecia część analizy, zatytułowana „Luka w kontroli”, ujawnia prawdziwy wpływ tej restrukturyzacji .

TEMATY FOKUSOWE

Od pola bitwy do broni ekonomicznej

W tym tygodniu między USA a Iranem nie padł prawie ani jeden strzał – a jednak konflikt eskalował. Przeniósł się z areny militarnej na ekonomiczną: ósma runda sankcji wobec irańskich banków cieni, zapowiedź bezprecedensowej izolacji gospodarczej, zagrożenie ze strony grupy przewoźników i spór o każdą opłatę, która w przyszłości przepłynie przez rzekę Ormuz. To, co wydaje się chwilowym wyciszeniem, jest w rzeczywistości kontynuacją wojny innymi środkami: handel, energia i infrastruktura finansowa stają się bronią. Ta zmiana nie jest deeskalacją konfliktu, lecz raczej wyborem terenu, na którym sukcesy trudniej zmierzyć, a porażki wolniej się materializują. Kto tu przegrywa, nie przegrywa bitwy, ale dostęp – do kapitału, klientów, kanałów płatności. Dla Teheranu pole bitwy przesuwa się zatem w stronę bilansów: inflacja, kursy walut i dochody z eksportu stają się liniami frontu, gdzie decyduje się o odporności, tak jak w przypadku każdego poligonu rakietowego. Sankcje rzadko mają natychmiastowy skutek; ich siła tkwi w czasie – a czasu jest niewiele w roku wyborczym.

Ujawnia to logikę wykraczającą daleko poza Iran i mającą jeden główny cel: każdy, kto kupuje irańską ropę, staje się celem – a największym nabywcą są Chiny. Właśnie tu leży decyzja: czy Waszyngton może uderzyć gospodarczo w rywala, nie szkodząc własnej gospodarce? Jednocześnie Teheran wskazuje na sieci obejścia sankcji, które przez lata budowały się i amortyzowały poprzednie fale sankcji; otwarte pytanie, czy ósma runda sankcji rzeczywiście wpłynie na te sieci, czy jedynie zwiększy ich koszty, pozostaje eskalacją. Dlaczego dostęp do chińskich zasobów energetycznych był strategicznie planowany od lat, opisano w artykule „ Follow the Oil, Part 1 ”; kto wygrywa, a kto traci w nowym porządku naftowym w Zatoce Perskiej, przeanalizowano w artykule „ Who Benefits from the War in the Gulf?” ; a dlaczego zależność Ameryki od surowców krytycznych ogranicza jej wpływy, pokazano w artykule „The US Materials Paradox ”. Szczegóły tygodnia podsumowano w Iran Update z 16 sierpnia .

Pytania

  • Kiedy presja ekonomiczna przestaje być narzędziem odstraszania i staje się niezależnym środkiem prowadzenia wojny?
  • Czy Waszyngton może ograniczyć import ropy naftowej do Chin, nie wpływając przy tym na własne łańcuchy dostaw i ceny dla konsumentów?
  • Co pozostaje z wojny, w której nikt już nie strzela, a wszystkie strony nadal przegrywają?

Drugi front: Morze Czarne

W tym tygodniu wojna na Ukrainie wyraźnie przenosi się na morze. Ukraińskie drony atakują porty i infrastrukturę naftową głęboko w głębi Rosji, Rosja odpowiada odwetem na porcie w Czarnomorsku, a eksport zboża przez Morze Czarne słabnie. Jednocześnie Kijów, za pośrednictwem państwa trzeciego, oferuje wzajemne porozumienie o powstrzymaniu się od ataków na Morze Czarne – propozycję, którą Moskwa początkowo ignoruje. Morze nie jest już zatem drugorzędnym teatrem działań, lecz samodzielnym frontem. Oba działania – ukraińska ofensywa w głębi lądu i rosyjska odpowiedź na porty – opierają się na tym samym założeniu: uderzyć wroga nie na linii styku, ale na jego liniach zaopatrzeniowych. Tam, gdzie kiedyś liczyły się zdobycze terytorialne, teraz liczy się to, czyje rafinerie działają, czyje porty pozostają otwarte i czyje dostawy docierają na front. Im dłużej front lądowy pozostaje statyczny, tym bardziej wojna będzie rozstrzygać się właśnie na tych obrzeżach.

Podczas gdy Ukraina staje się coraz bardziej ofensywna, jednocześnie staje się coraz bardziej podatna na ataki powietrzne: Zełenski prosi Waszyngton o część zapasów pocisków Patriot, ponieważ jego pociski przechwytujące się wyczerpują. To właśnie jest prawdziwe pytanie tygodnia – czy system obrony powietrznej może być skuteczny bez uzupełnień. Artykuł „Wieczny wyścig” wyjaśnia, dlaczego tarcza bez wystarczającej liczby pocisków przechwytujących jest strukturalnie uwikłana w wyścig ilościowy i kosztowy; aktualizacja z 14 sierpnia dotycząca Ukrainy podsumowuje, jak wojna rozprzestrzenia się poprzez energię, porty i produkcję . Fakt, że nie tylko ukraińska gospodarka wojenna, ale także zaopatrzenie całych regionów świata zależy od tej drogi, sprawia, że ​​Morze Czarne staje się strategicznym punktem zwrotnym tygodnia, w którym linia frontu jest statyczna, a jej peryferie są w stanie niestabilności.

Pytania

  • Czy przyszłe wojny będą rozstrzygane na froncie lądowym, czy na morzu i szlakach handlowych?
  • Cóż jest warta oferta wzajemnego niestosowania przemocy, jeśli druga strona milczy?
  • Jak długo system obrony powietrznej może pozostać skuteczny bez dostaw rakiet przechwytujących?

Plan, którego nikt nie realizuje.

Po raz pierwszy od miesięcy na stole leżał w pełni opracowany plan dla Gazy – i zawiódł nie z powodu Hamasu, a z powodu Izraela. Ruch ten zgodził się na piętnastopunktowy plan USA; premier Netanjahu go odrzucił i uzależnił wycofanie od całkowitego rozbrojenia Hamasu. To odwróciło dotychczasowy schemat: blokadę ponosi strona uważana za najbliższego partnera Waszyngtonu. Dla ludności cywilnej w Gazie oznacza to przede wszystkim, że obiecana transformacja wciąż trwa, podczas gdy ataki trwają, a sytuacja zaopatrzeniowa pozostaje niepewna. Plan, który istnieje na papierze, ale nikogo nie wiąże, przedłuża dokładnie sytuację, którą miał zakończyć. Mediatorzy z Kataru i Egiptu podobno kontynuowali wysiłki na rzecz ożywienia procesu, ale tym razem zdecydowany opór wyszedł z Jerozolimy.

Rodzi to pytanie wykraczające poza Gazę: Jaka jest wartość planu, który jedna strona może bezkarnie odrzucić, mimo że druga się na niego zgodziła – a którego architektura została zaprojektowana przez tych, którzy i tak czerpią zyski z odbudowy? Seria „ Rada Pokoju”, część 1 , część 2 i część 3 , analizuje strukturę organu stanowiącego podstawę, „Rady Pokoju” Trumpa, oraz to, kto sprawuje w niej kontrolę. „Niezbędna Trzecia Strona” analizuje, dlaczego Berlin broni się przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości nie w kwestiach merytorycznych, lecz w kwestiach jurysdykcyjnych; dossier „Hamas” kontekstualizuje wewnętrzną strukturę i interesy Hamasu .

Pytania

  • Jaką wartość ma plan, na który zgadza się jedna strona, a druga sprzeciwia się bez żadnych konsekwencji?
  • Kto przeprowadzi transformację, jeśli najbardziej asertywna strona będzie ją blokować?
  • Czy pokój mogą zapewnić ci, którzy czerpią zyski z odbudowy?

Rok po Alasce: dwa plany Trumpa

Rok temu, 15 sierpnia 2025 roku, Donald Trump i Władimir Putin spotkali się w Anchorage. Rok później międzynarodowa prasa dokonuje podsumowania – a ocena jest otrzeźwiająca: wojna trwa, linie frontu prawie się nie zmieniają, a kluczowe rozmowy o Ukrainie toczą się bez udziału Europy. Jednak rocznica zwraca uwagę na metodę, która nie ogranicza się do Ukrainy. To metoda, która opiera się mniej na traktatach i instytucjach, a bardziej na osobistych układach, groźbach i gotowości do uwzględnienia sojuszników w tym równaniu. Anchorage było nie tyle szczytem, ​​co modelem: dwóch mężczyzn, uścisk dłoni i porządek, który zmienia się w głowach zaangażowanych. Ci, którzy nieobecni przy stole, zazwyczaj pojawiają się ponownie na rachunku.

Ponieważ Trump gra na dwóch planszach jednocześnie. Na jednej chodzi o ziemię, linie frontu i zamrożone miliardy — grę w pokera, której logika obejmuje Trumpa, Rosję, Anchorage i 197 miliardów dolarów , a której europejska pustka zostaje obnażona przez Genewę 2026: umowę bez Europy . Na drugiej leży Arktyka: w ciągu dwudziestu minut w Davos Waszyngton zapewnił sobie strategiczną kontrolę nad Grenlandią, bez traktatu, bez ceny zakupu — a rachunek płaci Europa. Jak działają te ramy, zbadano w Greenland—The Arctic Business, Part 1 and Part 2 ; kto naprawdę korzysta na „interesie bezpieczeństwa narodowego”, ujawniono w Greenland’s Gold Rush . Tym, co łączy obie plansze, jest schemat, który podważa starszą logikę sojuszu: nie przeciwnik, ale partner ponosi koszty — czy to w Kijowie, Brukseli, czy Nuuk. Wspólnym mianownikiem jest typ negocjatora sportretowany przez Steve’a Witkoffa w książce The Dealmaker : transakcyjny, nastawiony na wyniki i pozbawiony obaw dyplomatycznych.

Pytania

  • Czy dyplomacja szczytowa bez udziału poszkodowanych sąsiadów to coś więcej niż tylko zdjęcie?
  • Kto chroni sojusz, gdy presja pochodzi z jego własnych szeregów?
  • Jaką logiką kieruje się Waszyngton przy wyborze kolejnej rady nadzorczej i kto płaci rachunek w każdym przypadku?

+++

Michael Hollister  służył sześć lat w niemieckich siłach zbrojnych (SFOR, KFOR) i posiada wiedzę na temat wewnętrznych mechanizmów strategii wojskowych. Po 14 latach pracy w dziedzinie bezpieczeństwa IT analizuje militaryzację Europy, politykę interwencjonizmu Zachodu oraz geopolityczne zmiany sił, korzystając ze źródeł pierwotnych. Jego praca koncentruje się na Azji, a zwłaszcza na Azji Południowo-Wschodniej, gdzie bada zależności strategiczne, strefy wpływów i architekturę bezpieczeństwa. Hollister łączy wiedzę operacyjną z bezkompromisową krytyką systemową – daleką od dziennikarstwa opiniotwórczego. Jego prace są publikowane dwujęzycznie na stronie www.michael-hollister.com  oraz w krytycznych mediach w krajach niemiecko- i anglojęzycznych. 

+++

Źródło obrazu: Michael Hollister

+++

Lista źródeł

A) Źródła pierwotne (źródła zewnętrzne)

Iran / Sankcje / Ormuz / Zatoka Perska

Gaza / Izrael / Liban

Ukraina / Rosja

Kaukaz Południowy (Komentarz/Kontekst)

  • news.am, „Specjalny wysłannik USA Witkoff: Trump przekształcił konflikt azerbejdżano-armeński w wzorcowy model pokoju” (~11.08.) – Komentarz do umowy z 8 sierpnia 2025 r.: https://news.am/en/news/1054720

Agregatory (dopasowywanie wtórne)

B) Analizy własne


Reforma wywiadu Niemiec: Pożyczona suwerenność. Pegasus.

Reforma wywiadu: Pożyczona suwerenność

Reforma wywiadu: pożyczona suwerenność

Jak Niemcy powierzyły swoje agencje bezpieczeństwa izraelskiej firmie prywatnej

Artykuł Dirka Ellerbrocka. apolut/geheimdienstreform-die-geliehene-souveranitat

12 sierpnia 2026 roku niemiecki rząd federalny podjął decyzję o reformie architektury niemieckich służb wywiadowczych: rozwiązaniu Komisji G10 w jej obecnej formie, zmniejszeniu składu Komisji Kontroli Parlamentarnej oraz przyznaniu władzy wykonawczej prawa weta w stosunku do jej decyzji. Jest to uzasadnione potrzebą szybszych i skuteczniejszych organów bezpieczeństwa.

W debacie brakuje precedensu, który pokazałby, co takie ograniczenie nadzoru oznacza w praktyce – ponieważ precedens ten istnieje już od zaledwie siedmiu lat i nosi nazwę Pegasus.

Uścisk dłoni jako znak

11 stycznia 2026 roku niemiecki minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt udał się do Jerozolimy. Tam, jak poinformowało w komunikacie prasowym samo Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, spotkał się z premierem Benjaminem Netanjahu i ministrem spraw zagranicznych Gideonem Sa’arem. Wspólnie podpisali oni pakt o cyberbezpieczeństwie, który pogłębił współpracę obu krajów w zakresie cyberbezpieczeństwa, zwalczania terroryzmu i sztucznej inteligencji.

Według ministerstwa Izrael jest najważniejszym partnerem Niemiec w dziedzinie bezpieczeństwa poza NATO i UE. Minister odpowiedzialny za izraelską policję, Itamar Ben-Gvir, nie pojawia się w żadnych dostępnych źródłach dotyczących tej wizyty. Nie można udowodnić, czy był to zbieg okoliczności, czy celowe działanie. Pewne jest, że wizyta miała na celu zbliżenie się do szefa rządu, wobec którego Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakaz aresztowania, a nie do ministra, którego retoryka może być zbyt niewygodna nawet dla życzliwych partnerów. To jest pierwszy punkt tej historii i, jak się wkrótce okaże, nie chodzi o symbolikę, ale o znacznie bardziej konkretne pytanie: Kto tak naprawdę sprawuje kontrolę nad niemiecką technologią nadzoru?

Zakup i jego nieujawniony stan

Pod koniec 2019 roku niemiecki Federalny Urząd Policji Kryminalnej (BKA) nabył oprogramowanie szpiegujące Pegasus od izraelskiej grupy NSO. Zakup został oficjalnie potwierdzony.

Rzadziej wspomina się o warunku, pod jakim w ogóle dokonano tego zakupu: BKA nie może samodzielnie obsługiwać Pegasusa. Nie jest to przesada, ale oświadczenie złożone przez samą agencję w Komisji Spraw Wewnętrznych Bundestagu – zgodnie z tym oświadczeniem BKA jest zależna od współpracy z grupą NSO w przypadku każdego pojedynczego środka inwigilacji i musi dostarczyć firmie niezbędnych informacji docelowych, takich jak numer telefonu, który ma być monitorowany. Niemiecka agencja bezpieczeństwa nie kupuje zatem narzędzia, którym może następnie zarządzać samodzielnie. Kupuje usługę, której wykonanie musi powierzyć prywatnej firmie zagranicznej przy każdym indywidualnym działaniu. BKA do dziś odmawia ujawnienia umowy kupna – w rezultacie netzpolitik.org i FragDenStaat po raz trzeci składają pozwy.

Właśnie w tym miejscu nowa reforma wywiadu zyskuje prawdziwe znaczenie: jeśli nawet istniejąca, formalnie nadal istniejąca, Komisja Kontroli Parlamentarnej (PKGr) nie została poinformowana o takiej umowie, co oznacza organ kontrolny dysponujący prawem weta władzy wykonawczej w kolejnej sprawie tego rodzaju?

Zapora sieciowa, która nie jest zaporą

Aby rozwiązać kwestie konstytucyjne, NSO zaproponowało BKA rozwiązanie kompromisowe: rodzaj zapory sieciowej, mającej na celu ograniczenie dostępu funkcjonariuszy do przechwyconych danych. Federalny Trybunał Konstytucyjny zezwala na używanie takiego oprogramowania wyłącznie w ściśle określonych, wyjątkowych przypadkach. Jednak zasadnicza słabość tej konstrukcji zapory sieciowej leży gdzie indziej: jest ona kontrolowana przez tę samą firmę, której dostęp ma ograniczać.

Batalia prawna z Meta pokazuje, jak słabo NSO przestrzega narzuconych sobie lub sądowych ograniczeń. W maju 2025 roku ława przysięgłych w amerykańskim sądzie federalnym w Kalifornii przyznała spółce macierzystej WhatsApp odszkodowanie – początkowo około 167 milionów dolarów w formie odszkodowania karnego, które później sąd znacznie obniżył do około 4 milionów dolarów. Postępowanie udowodniło w sądzie to, co NSO zaprzeczało latami: firma aktywnie wykorzystywała infrastrukturę serwerową WhatsApp do infekowania wybranych osób – około 1400 użytkowników, w tym dziennikarzy i obrońców praw człowieka. Sąd wydał następnie nakaz sądowy z mocą obowiązującą od 28 stycznia 2026 roku. W czerwcu 2026 roku Meta stwierdziła, że ​​NSO zignorowało nakaz i ponownie zaatakowało użytkowników WhatsApp w lutym i kwietniu – i wnioskowała o grzywnę. Sąd zakazał tego. NSO kontynuowało. To prawdziwy dowód na to, że „zapora sieciowa”, która ma sugerować niemieckim władzom kontrolę, opiera się na dobrym zachowaniu firmy, która ewidentnie nie przestrzega wiążących nakazów sądowych.

Komitet, którego członkowie stali się celem

Na szczeblu europejskim, specjalnie powołana przez Parlament Europejski komisja PEGA doszła do jednoznacznego wniosku: Pegasus jest strukturalnie nieodpowiedni do celów egzekwowania prawa, ponieważ oprogramowanie umożliwia podrzucanie dowodów wybranym osobom po fakcie. Nie jest to kwestia podwójnego zastosowania, lecz raczej fundamentalna niezgodność z zasadą praworządności, która jest nieodłączną cechą tej technologii. Komisja zaleciła wprowadzenie ścisłych regulacji. Niemcy, wraz z Francją, zawetowały tę rekomendację, powołując się na interesy bezpieczeństwa narodowego.

Słuszność ostrzeżeń komisji stała się oczywista w jej własnych szeregach: grecki europoseł Stelios Kouloglou, który zasiadał w komisji, padł ofiarą kilku ataków hakerskich z użyciem oprogramowania Pegasus, będąc jednocześnie aktywnym członkiem komisji. Citizen Lab nie był w stanie jednoznacznie przypisać ataku żadnemu konkretnemu rządowi, ale znalazł powiązania z wcześniejszymi kampaniami przeciwko rosyjskim i białoruskim dziennikarzom na wygnaniu. Jeśli nawet wybrany członek organu nadzorczego nie jest bezpieczny przed oprogramowaniem, które bada, to opór Europy wobec surowszych regulacji sam w sobie staje się zagrożeniem dla bezpieczeństwa.

Nie jest to firma taka jak każda inna

NSO zawsze przedstawiało się jako niezależna firma, która nie zna swoich klientów i nie ma wpływu na ich działania. Niedawne dochodzenie przeprowadzone przez OCCRP, Código Morse i Shomrim podważa tę narrację: panamskie dokumenty wjazdowe dowodzą, że współzałożyciel NSO, Shalev Hulio, wjechał do Panamy w grudniu 2013 roku z izraelskim paszportem dyplomatycznym, wpisał zawód „dyplomata” i podał ambasadę Izraela jako swój adres. Hulio zaprzecza, jakoby reprezentował Państwo Izrael – same dokumenty są bezsporne.

Ta bliska relacja z państwem jest również widoczna strukturalnie: każdy eksport Pegasusa wymaga zgody izraelskiego Ministerstwa Obrony. Nie jest to jedynie formalność. Śledztwo przeprowadzone w 2022 roku przez „New York Times” ujawniło, że Izrael zatwierdził sprzedaż do Azerbejdżanu, Maroka, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Arabii Saudyjskiej w celu zawarcia sojuszu przeciwko Iranowi – jednocześnie blokując sprzedaż do Ukrainy i Estonii, aby uniknąć antagonizowania Rosji. Dostęp do Pegasusa zbiegł się z podpisaniem Porozumień Abrahama. Kiedy w 2016 roku izraelski poseł wraz z prawnikiem specjalizującym się w prawach człowieka próbował uzyskać cofnięcie licencji eksportowej przed Sądem Najwyższym, sprawa upadła – przewodniczący składu sędziowskiego uzasadnił tę decyzję, powołując się na gospodarcze znaczenie handlu eksportowego dla Izraela.

W tej sytuacji Niemcy nie negocjują ze zwykłym dostawcą technologii. Negocjują z podmiotem, którego decyzje eksportowe państwo izraelskie wykorzystuje jako instrument polityki zagranicznej – tyle że bez narzędzi dyplomatycznych, które w przeciwnym razie istniałyby w przypadku zależności międzypaństwowych: bez kontroli eksportu broni, bez dwustronnej umowy o ochronie danych, bez parlamentarnego nadzoru po stronie niemieckiej, godnego tej nazwy.

Lekcja z Hiszpanii

Przypadek Hiszpanii ilustruje, co oznacza zetknięcie się z tą zależnością, nawet przy najlepszych intencjach. Sam premier Pedro Sánchez stał się celem ataku: jego telefon był zainfekowany Pegasusem pięć razy w latach 2020-2021, a ponad 2,5 gigabajta danych zostało skradzionych. Zainfekowane zostały również telefony ministrów obrony, spraw wewnętrznych i rolnictwa. Hiszpański sędzia śledczy próbował ustalić, kto za tym stoi – podejrzenia padły na Maroko. Jednak w styczniu 2026 roku Sąd Najwyższy Hiszpanii musiał wstrzymać śledztwo. Podany powód: Izrael po prostu zignorował pięć wniosków o pomoc prawną. Sędzia mówił o naruszeniu zasad dobrej wiary w prawie międzynarodowym. Nawet państwo z udowodnioną wolą polityczną do wszczęcia śledztwa – w przeciwieństwie do Niemiec, Hiszpania przynajmniej wszczęła postępowanie sądowe – osiąga granicę wyznaczoną nie przez własne sądownictwo, lecz przez izraelski system eksportowy.

Konstytucja bez egzekwowania

Ta strukturalna bezsilność wobec decyzji Izraela nie jest odosobnionym zjawiskiem służb bezpieczeństwa. Przejawia się ona w innej formie, nawet tam, gdzie Ustawa Zasadnicza faktycznie zawiera jasne wytyczne. Artykuł 25 Ustawy Zasadniczej stanowi, że ogólne zasady prawa międzynarodowego stanowią integralną część prawa federalnego i mają pierwszeństwo przed prawem powszechnym – zakaz ludobójstwa jest niewątpliwie jedną z tych ogólnych zasad.

Od końca 2023 roku Republika Południowej Afryki prowadzi postępowanie sądowe przeciwko Izraelowi przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości (MTS) w związku z domniemanymi naruszeniami Konwencji o ludobójstwie w Strefie Gazy; w styczniu 2024 roku MTS uznał zarzut za „prawdopodobny” i nakazał Izraelowi wdrożenie środków ochronnych, ale ostateczne orzeczenie co do istoty sprawy wciąż nie zapadło. Niemcy początkowo rozważały interwencję w imieniu Izraela, ale wycofały się z tego zamiaru w marcu 2026 roku. Nadal toczy się również odrębne postępowanie wszczęte przez Nikaraguę przeciwko Niemcom w związku z ich wsparciem zbrojeniowym dla Izraela.

Teoretyczne obietnice artykułu 25 Ustawy Zasadniczej okazują się w praktyce nieistotne: 3 lutego 2026 r. Federalny Trybunał Konstytucyjny oddalił skargę konstytucyjną Palestyńczyka z Gazy dotyczącą zatwierdzenia niemieckiego eksportu części czołgów – nie ze względu na merytoryczną stronę sporu, lecz z powodu braku legitymacji procesowej. Według sądów niższej instancji, niemieckie prawo o handlu zagranicznym po prostu nie przyznaje osobom zagranicznym, których dotyczą dostawy broni, podmiotowego prawa do zakwestionowania zatwierdzenia.

Nie jest to zatem kwestia niechętnego organu, lecz samo prawo nie zapewnia żadnego powiązania między prawem konstytucyjnym zapisanym w artykule 25 Ustawy Zasadniczej a rzeczywistą praktyką eksportową. Każdy, kto chce ocenić, jak suwerenny jest mechanizm kontroli, musi zadać sobie pytanie nie tylko o to, kto decyduje, ale także kto może tę decyzję zakwestionować. W obu opisanych tu przypadkach – Pegasusa i eksportu broni – odpowiedź brzmi: praktycznie nikt.

Podwójny ruch

Ten outsourcing nie odbywa się w próżni. Zbiega się on z równoległym demontażem mechanizmów kontroli wewnętrznej: rozwiązaniem Komisji G10, niedoborami kadrowymi w Komisji Kontroli Parlamentarnej oraz prawem weta władzy wykonawczej w ramach niedawnej reformy wywiadu.

Niemcy jednocześnie demontują parlamentarny nadzór nad własnymi służbami wywiadowczymi i pogłębiają swoją zależność technologiczną od podmiotu, który sam nie podlega niemieckiej kontroli. Oznacza to podwójną utratę suwerenności – zarówno w kraju, jak i za granicą.

Co to nie znaczy

Tego ustalenia nie należy nadinterpretować. Udokumentowana zależność w obszarze bezpieczeństwa wewnętrznego nie implikuje ogólnej kontroli Izraela nad niemiecką polityką zagraniczną – nie ma na to porównywalnych dowodów w innych obszarach polityki, takich jak handel czy sposób głosowania w ONZ. Bardziej zasadna teza jest węższa, ale nie mniej poważna: w obszarze bezpieczeństwa wewnętrznego Niemcy zaakceptowały strukturę zależności, która jest niezgodna z ich własnymi roszczeniami do nadzoru parlamentarnego i suwerenności narodowej – i która obecnie, wraz z nową reformą wywiadu, ulega dalszemu pogłębieniu, a nie korekcie.

Obrońcy współpracy argumentowaliby, że Niemcy jedynie kupują specjalistyczną wiedzę, której im brakuje na rynku krajowym, a umowa o zaporze sieciowej miała być rzeczywistym kompromisem – podobne zależności od prywatnych dostawców usług bezpieczeństwa są powszechne w całej zachodniej architekturze nadzoru, przytaczając jako przykłady Palantir czy Clearview AI. Ten zarzut jest zasadniczo uzasadniony.

Pomija on jednak unikatowy aspekt tej sprawy: żaden inny dostawca nie sprzedaje komercyjnie państwowych możliwości cybernetycznych do ponad 140 krajów, a żaden porównywalny przypadek nie wykazuje tak bliskiego, udokumentowanego powiązania między założycielem firmy a aparatem państwowym, jak panamski paszport dyplomatyczny. Jeśli chodzi o Pegasusa, Izrael nie jest symptomem ogólnego problemu. Jest to najmniej uregulowany indywidualny przypadek do tej pory – a Niemcy, siedem lat po pierwotnym zakupie i zaledwie kilka dni po kolejnej rundzie deregulacji, nadal nie zdecydowały się na żadne zmiany.

+++

Źródło obrazu: motioncenter / shutterstock

+++

Źródła:



Decyzja gabinetu/reforma służb specjalnych

  • Decyzja Gabinetu z 12 sierpnia 2026 r. – Gert Ewen Ungar, „Puszka Pandory”, RT DE

Dobrindta w Jerozolimie, 11 stycznia 2026 r

  • BMI, komunikat prasowy: „Rozszerzono współpracę z Izraelem w zakresie cyberbezpieczeństwa” – bmi.bund.de/SharedDocs/kurzmelden/EN/2026/01/israel-dobrindt-en.html
  • israelnetz.com: „Izrael i Niemcy zacieśniają współpracę w zakresie cyberbezpieczeństwa” (13 stycznia 2026 r.)
  • Times of Israel: „Izrael i Niemcy zgadzają się na zacieśnienie współpracy antyterrorystycznej w obliczu zagrożenia ze strony Iranu” (14.01.2026)

Zakup BKA i zależność od NSO

  • Legal Tribune Online (LTO), 2021 – Raport w sprawie oświadczenia BKA złożonego Komisji Spraw Wewnętrznych Bundestagu w sprawie braku autonomicznej użyteczności Pegasusa

Projektowanie zapór sieciowych / Meta-metody

  • heise online: „Postanowienie sądu zignorowane: Meta podejmuje kroki prawne przeciwko producentowi Pegasusa, NSO Group” – heise.de/news/Gerichtsbeschluss-missachtet-Meta-geht-gegen-Pegasus-Hersteller-NSO-Group-vor-11322252.html
  • wallstreet-online.de (8 czerwca 2026 r.): Dane dotyczące zmniejszenia odszkodowań karnych do 4 mln USD
  • ad-hoc-news.de (12 czerwca 2026 r.): Chronologia nakazu z 28 stycznia 2026 r. i ponownych ataków w lutym/kwietniu 2026 r.
  • it-boltwise.de (12 czerwca 2026 r.): Wniosek o karę administracyjną, szczegóły dotyczące procedury dotyczącej pogardy sądu

Komitet PEGA

  • Parlament Europejski, oficjalny raport komisji: „SPRAWOZDANIE w sprawie dochodzenia w sprawie domniemanych naruszeń prawa Unii… w związku z wdrożeniem programu Pegasus” (A9-0189/2023, sprawozdawczyni Sophie in 't Veld) – europarl.europa.eu/doceo/document/A-9-2023-0189_DE.html
  • Netzpolitik.org / Citizen Lab – Raport o incydentach hakerskich z udziałem Steliosa Kouloglou

NSO/Shalev Hulio, Izraelska polityka eksportowa

  • OCCRP: „Współzałożyciel kontrowersyjnej firmy produkującej oprogramowanie szpiegujące miał izraelski paszport dyplomatyczny” – occrp.org/en/project/the-pegasus-project/co-founder-of-controversial-spyware-firm-had-israeli-diplomatic-passport
  • Haaretz (17 lipca 2026 r.): „Izraelskie oprogramowanie szpiegowskie w Maroku, francuskie cele i paszport dyplomatyczny założyciela NSO”
  • Middle East Eye / Antony Loewenstein: „Dlaczego Izrael jest przyjacielem początkujących autokratów na całym świecie”
  • taz.de (22 lipca 2021 r.): „Izraelskie oprogramowanie szpiegujące Pegasus: ściśle powiązane z wojskiem” (sprawa Zandberg/Mack z 2016 r., cytat z sędziego przewodniczącego)
  • netzpolitik.org (25.03.2022): „Państwowy trojan NSO: Izrael zablokował sprzedaż Pegasusa Ukrainie”
  • New York Times, 2022 – Badania dotyczące licencji eksportowych Pegasus jako instrumentu polityki zagranicznej (Azerbejdżan/Maroko/ZEA/Arabia Saudyjska kontra Ukraina/Estonia) (sprawdzono wyłącznie na podstawie źródeł wtórnych)

Hiszpania

  • jungewelt.de (27 stycznia 2026 r.): „Skandal podsłuchowy: brak wyjaśnień” – śledztwo umorzone, cytat o „bezczynności” Izraela
  • UPI/Yahoo News (23 stycznia 2026 r.): „Hiszpania wznawia dochodzenie w sprawie ataku na Pedra Sancheza za pomocą oprogramowania szpiegującego Pegasus” – Szczegóły decyzji Calama, ministerstwa, których ona dotyczy
  • Deutsche Welle / Al Jazeera (maj 2022): pierwsze potwierdzenie ataków hakerskich na Sáncheza i Roblesa

Artykuł 25 Ustawy Zasadniczej / Postępowanie przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości / Federalny Trybunał Konstytucyjny

  • Wikipedia (DE): „RPA kontra Izrael (Konwencja o ludobójstwie)” – chronologia uwzględniająca zmianę stanowiska Niemiec w marcu 2026 r.
  • LTO (26 stycznia 2024 r.): „MTS zobowiązuje Izrael do podjęcia natychmiastowych działań w Strefie Gazy”
  • Federalny Trybunał Konstytucyjny, orzeczenie z dnia 3 lutego 2026 r., sygnatura akt 2 BvR 1626/25 – bundesverfassungsgericht.de/SharedDocs/Entscheidungen/DE/2026/02/rk20260203_2bvr162625.html
  • LTO (12.02.2026 / 20.10.2025): Historia postępowania w sprawie skargi konstytucyjnej, cytat dotyczący braku legitymacji procesowej
  • ECCHR: „Żadnej niemieckiej broni dla Izraela” – Przegląd sprawy

Ogon, który nie nadążył: Jak amerykańska marynarka wojenna sama pozbawiła swoich marynarzy żywności i mydła

Ogon, który nie nadążył: Jak amerykańska marynarka wojenna sama pozbawiła swoich marynarzy żywności i mydła

16 sierpnia 2026; Larry C. Johnson

sonar21/the-tail-that-couldnt-keep-up-how-the-us-navy-ran-its-own-sailors-short-on-food-and-soap

T-AOE 6 Dostawa: Szybki statek wspomagający walkę

———————————————-

Zdjęcia były banalne w sposób, który uderzał mocniej niż jakiekolwiek materiały z pola walki: półpuste tacki z posiłkami, szara płyta przetworzonego mięsa, marynarze racjonujący między sobą jedzenie, żeby nikt nie dostał więcej niż inni.

Wiosną i latem 2026 roku załogi lotniskowca USS Abraham Lincoln oraz okrętu desantowego USS Tripoli zmagały się z brakami żywności, długimi kolejkami do stołówki, zepsutymi toaletami, pleśnią w prysznicach, niesprawnymi pralkami i niedoborami podstawowych rzeczy, takich jak mydło i pasta do zębów — na okrętach wojennych działających na Morzu Arabskim i na szerszym Oceanie Indyjskim po ponad 250 dniach w morzu. Napięcie dawało się we znaki morale, a w najgorszych przypadkach – bezpieczeństwu załogi. Gdy warunki wyszły na jaw, instynktowną reakcją władz marynarki było zaprzeczenie.

Nikczemny sekretarz wojny Pete Hegseth odrzucił wczesne doniesienia jako „fake news”, a rzecznik 5. Floty zapewniał, że załoga „pozostaje odporna i gotowa”, a okręt „w pełni zdolny do wykonywania wszystkich zadań misyjnych”. Tę odpowiedź warto zapamiętać, bo jest częścią porażki, a nie jej zaprzeczeniem – łańcuchem dowodzenia bardziej przygotowanym do obrony narracji o gotowości niż do rozliczenia się z tym, dlaczego marynarze byli pozbawieni podstaw. Warunki były prawdziwe.

Ważniejsze pytanie brzmi: dlaczego okręty wojenne najlepiej finansowanej marynarki świata w ogóle zaczęły odczuwać brak żywności i środków higieny?

Odpowiedź nie dotyczy przede wszystkim jednego lotniskowca ani jednego oficera zaopatrzenia. Jest strukturalna, budowała się przez piętnaście lat i tkwi w części floty, której opinia publiczna nigdy nie widzi — w okrętach, które karmią i zaopatrują w paliwo okręty bojowe.

Flota stojąca za flotą

Okręty wojenne nie przewożą wystarczająco dużo zaopatrzenia, , by samodzielnie pozostawać w morzu w nieskończoność. To, co pozwala grupie uderzeniowej lotniskowca pozostać nakarmioną, zaopatrzoną w paliwo i uzbrojoną bez powrotu do portu, to dedykowana flota okrętów zaopatrzeniowych zwana Combat Logistics Force (CLF) — okręty do uzupełniania zapasów w trakcie rejsu, obsługiwane przez Military Sealift Command, w większości z cywilnymi załogami. Płyną one obok okrętów wojennych i przekazują paliwo, amunicję, żywność oraz inne zapasy za pomocą lin i węży, gdy obie jednostki są w ruchu.

CLF występuje w trzech odmianach. Tankowce floty (T-AO) przewożą paliwo. Okręty do ładunków suchych i amunicji (T-AKE) — amunicję, części zamienne i żywność. A szybkie okręty wsparcia bojowego (T-AOE) to jednostka premium — „sklep z wszystkim”, który zabiera paliwo, amunicję i prowiant naraz i jest na tyle szybki, by pływać wewnątrz grupy uderzeniowej lotniskowca, zamiast kursować do niej tam i z powrotem. To właśnie ten ostatni typ okrętu jest potrzebny, gdy pojedynczy lotniskowiec utrzymuje pozycję na odległym morzu przez miesiące. I właśnie tę kategorię marynarka systematycznie zredukowała.Stałe liczby, wydrążone możliwości.

Oto sedno problemu.

Combat Logistics Force liczy dziś około 34 okrętów – liczba, która od ponad dekady pozostaje zasadniczo niezmienna. Na papierze stabilność. W praktyce powolne wydrążanie, bo wymagania wobec tej siły rosły, podczas gdy jej najbardziej zdolne jednostki znikały. Około 2010 roku marynarka eksploatowała wszystkie cztery szybkie okręty wsparcia bojowego klasy Supply. Dziś pozostały tylko dwa. W połowie lat 2010. marynarka wycofała dwa z nich do rezerwy, by zaoszczędzić około 30 milionów dolarów rocznie na kosztach eksploatacji każdego — decyzja, która wyglądała rozsądnie w arkuszu kalkulacyjnym, a z pokładu głodnego okrętu wygląda na nie do obrony.

Powód, dla którego to boli, jest arytmetyczny: zastąpienie łącznej zdolności jednego szybkiego okrętu wsparcia zazwyczaj wymaga tankowca plus okrętu do ładunków suchych – dwóch kadłubów, dwóch załóg, dwóch harmonogramów – by przenieść paliwo, amunicję i żywność, które wcześniej jedna jednostka zabierała w jednym pakiecie. Zmniejsz flotę szybkich okrętów wsparcia o połowę, a każda długotrwała misja pojedynczego lotniskowca staje się trudniejsza do zaopatrzenia.Reszta siły starzeje się pod płaskim nagłówkiem.

Tankowce klasy Henry J. Kaiser, stanowiące trzon, pochodzą z lat 80. i są wycofywane szybciej, niż pojawiają się ich następcy. Nowy program tankowców klasy John Lewis ma odnowić flotę około dwudziestoma jednostkami, ale pierwszy okręt dostarczono dopiero w 2022 roku, a do połowy 2025 roku w pełni operacyjny był tylko jeden. Nowsza odpowiedź marynarki — mniejszy, liczniejszy „lekki tankowiec uzupełniający” T-AOL — zacznie być budowany dopiero w roku budżetowym 2027 i w znaczących liczbach pojawi się dopiero w latach 30. Analityczny konsensus wśród badaczy obronności jest bezceremonialny: siła logistyczna nie jest wystarczająca i nie jest wystarczająco szybka wobec wymagań, jakie się na nią nakłada.

Dlaczego Morze Arabskie to najgorsze miejsce na braki

Geografia zamieniła flotową cienkość w braki na pokładzie, a wody u wybrzeży Arabii i na Oceanie Indyjskim są bliskie najgorszego scenariusza. Lotniskowiec utrzymujący pozycję na północnym Morzu Arabskim działa na samym końcu bardzo długiego łańcucha dostaw, często bez łatwego, przyjaznego i wysoko-przepustowego dostępu do portów, jakim cieszy się np. rozmieszczenie na Morzu Śródziemnym. Wszystko, co załoga je i zużywa, albo zostało zabrane przed wyjściem w morze, albo musi zostać dowiezione przez tę samą flotę uzupełniającą, która jest już przeciążona.

Gdy misja się przedłużyła – a w przypadku Lincolna tak było, ponad 250 dni, wciągnięta i przedłużona przez wojnę z Iranem w 2026 roku – okręt zużywał materiały eksploatacyjne szybciej i dłużej, niż planowano, dokładnie wtedy, gdy ogon logistyczny był najmniej zdolny do dodatkowych rejsów na odległe morze. Długie misje i cienka flota zaopatrzeniowa to zła kombinacja wszędzie. Na Oceanie Indyjskim łączą się w puste półki.

Dlatego właśnie szybki okręt wsparcia bojowego ma tak duże znaczenie właśnie na tym teatrze. Cały jego projektowy cel to utrzymanie grupy lotniskowca daleko do przodu bez ciągłego kursowania osobnych tankowców i okrętów cargo. Operacje na Morzu Czerwonym z ostatnich dwóch lat wbiły tę lekcję marynarce do głowy – że wielozadaniowy okręt, na którego oszczędzaniu trwoniono lata 2010, jest dziś tym, którego najbardziej potrzebuje do długotrwałej, odległej, o wysokim tempie obecności. Brak tego typu jednostek był odczuwalny najostrzej w misji, do której zostały stworzone, a marynarze z Lincolna zapłacili rachunek za decyzję zakupową podjętą dekadę wcześniej, zanim wielu z nich wstąpiło do służby.

Od liczby tankowców do pustych tacek

Linia od przerzedzonej siły logistycznej do konkretnej pustej tacki przebiega przez system, w którym prawie nie zostało już luzu. Marynarka prowadząca długie misje na odległych wodach z flotą zaopatrzeniową, która pozostała stała liczebnie, a jednocześnie pozbyła się najbardziej zdolnych jednostek i starzeje swoje tankowce, działa z zanikającym marginesem. Gdy margines jest cienki, awarie pojawiają się najpierw w najmniej efektownych miejscach — nie w rakiecie, która nie odpali, lecz w pralni, która nie działa, i w kuchni, w której zaczyna brakować. Żywność, mydło i czysta woda to wskaźniki wyprzedzające systemu utrzymania działającego na granicy, a u wybrzeży Arabii w 2026 roku te wskaźniki zapaliły się na czerwono.

Koszt ludzki potęgował materialny. Załoga wyczerpana ponad ośmioma miesiącami w morzu, pozbawiona podstaw, które czynią życie na okręcie znośnym, to załoga pod napięciem głębszym niż niedogodność — napięciem, które objawiało się załamującym się morale, a w najgorszych przypadkach obawami o samobójstwa marynarzy. Byłoby zbyt proste i niesprawiedliwe wobec zaangażowanych ludzi sprowadzać ten ludzki koszt do jednej przyczyny; morale i zdrowie psychiczne na okręcie wojennym zależą od wielu rzeczy. Ale uczciwie można powiedzieć, że flota nie może wymagać od swoich marynarzy coraz dłuższych misji, jednocześnie tnąc margines, który pozwala im być najedzonymi i czystymi, i oczekiwać, że nie odbije się to na samopoczuciu ludzi wewnątrz kadłuba. Zaopatrzenie to nie komfort. To warunek wytrzymałości załogi.

Konkluzja

Kuszące jest czytać to, co wydarzyło się na Lincolnie, jako historię o jednym okręcie czy jednej misji. Bardziej użyteczne jest uznanie, że był to symptom wychodzący na koniec łańcucha dostaw. Przez piętnaście lat Stany Zjednoczone utrzymywały Combat Logistics Force w mniej więcej stałej liczebności, jednocześnie tnąc najbardziej zdolne okręty uzupełniające, starzejąc tankowce i opóźniając ich następców — a jednocześnie wymagając od floty dłuższych misji na coraz odleglejszych i bardziej spornych wodach.

Siła tak rozciągnięta nie zawodzi głośno od razu. Zawodzi po cichu — w kuchni, pod prysznicem i w pralni — na okrętach działających na samym końcu najdłuższych linii zaopatrzeniowych, jakie marynarka ma. Braki u wybrzeży Arabii nie były przypadkiem, plotką ani złym tygodniem oficera zaopatrzenia. Były przewidywalnym skutkiem półtorej dekady decyzji, które pozwoliły erodować margines, który im zapobiegał — a potem, gdy konsekwencje dotarły do pokładu stołówki, instynktem na szczycie, by twierdzić, że wszystko jest w porządku. Flota, której nie da się niezawodnie zaopatrzyć, nie może być niezawodnie utrzymywana. Głód i braki na Lincolnie były dźwiękiem ostatecznego wyczerpania tego marginesu, a marynarze, którzy to przeżyli, zasługiwali na coś lepszego niż zarówno na braki, jak i na zaprzeczanie.


Jeśli Ty lub ktoś, kogo znasz, jest żołnierzem, weteranem lub członkiem rodziny wojskowej w kryzysie, Veterans/Military Crisis Line działa 24/7: zadzwoń 988, a następnie naciśnij 1, wyślij SMS na 838255 lub odwiedź VeteransCrisisLine.net.

=========================

ŻYĆ BEZ KŁAMSTWA !

ALEKSANDER SOŁŻENICYN,
12 lutego 1974 roku

ŻYĆ BEZ KŁAMSTWA!

Był czas, kiedy nie mieliśmy odwagi zaszeptać nawet. A teraz piszemy i czytamy samizdat, a już jak się zejdziemy w palarniach instytutów naukowych to narzekamy z całego serca: czego to oni znowu nie wymyślą, dokąd nas znowu ciągną! I to na nic niepotrzebne fałszywe samochwalstwo wobec spustoszenia i biedy w domu; i umacnianie odległych dzikich rządów; i wzniecanie wojen domowych; i to, jak bezmyślnie wyhodowali (naszym kosztem) Mao-Tse Tunga — a pognają na niego nas i trzeba będzie iść, bo gdzie się skryć? i e sądzą kogo chcą, zdrowych przemieniają w obłąkanych — wszystko to oni, a my jesteśmy bezsilni. Już do dna dochodzą, już nas wszystkich dosięgła duchowa wszechogarniająca zguba, a i fizyczna tu-tu, w jej ogniu spłoniemy i my i dzieci nasze.

A my jak dawniej — wciąż się trwożliwie uśmiechamy i nieporadnie jąkamy: Cóż możemy poradzić? Sił nie mamy. Tak bez reszty utraciliśmy poczucie człowieczeństwa, że za nędzną dzisiejszą strawę oddamy wszystkie zasady, duszę, wszystkie wysiłki naszych przodków, wszystkie nadzieje naszych spadkobierców byle tylko nie zostało zburzone nasze żałosne bytowanie. Nie ma już w nas ani hartu, ani dumy, ani serca. Nawet śmierci atomowej się nie boimy, trzeciej wojny światowej też się nie boimy (w jakąś szczelinę zawsze się schowamy) — boimy się tylko gestu odwagi cywilnej!

Byle by się od stada nie oderwać, byle by nie zrobić samodzielnego kroku i nie ocknąć się nagle bez białej bułki, bez piecyka gazowego i bez przepustki do Moskwy!Co nam wbijali we łby na szkoleniach politycznych to w nas i wrosło, żyć tak wygodniej, cały wiek tak można: środowisko, warunki socjalne, im się nie wymkniesz, byt określa świadomość, a my co? Nic nie możemy poradzić.A właśnie że możemy. Wszystko! — tylko dla własnego spokoju sami siebie okłamujemy. To nie oni są wszystkiemu winni, to my sami, tylko MY.

Apel ten jest ostatnim tekstem napisanym przez A. Sołżenicyna przed wygnaniem. Napisał go 12-go lutego w czasie godzin poprzedzających aresztowanie.


Od KŁAMSTWA.

Kiedy przemoc wdziera się w spokojne ludzkie życie, twarz jej pała pewnością siebie, prze z krzykiem a na sztandarach ma wypisane: „Jam PRZEMOC! Rozejść się, rozstąpić, bo rozdepczę!” Ale przemoc szybko się starzeje, parę lat i brak jej już wiary w siebie, a żeby się utrzymać, żeby wyglądać przyzwoicie, nieodmiennie sprzymierza się z kłamstwem. Gwałt bowiem może się okryć tylko kłamstwem, a kłamstwo może się utrzymać tylko gwałtem. Nie co dzień i nie na każdy grzbiet przemoc kładzie swoją ciężką łapę: żąda od nas tylko pokory wobec kłamstwa i codziennego w kłamstwie uczestnictwa — na tym polega wiernopoddańczość.

Tutaj też leży lekceważony przez nas, najprostszy, najłatwiej dostępny klucz do naszego wyzwolenia: NIEUCZESTNICZENIE W KŁAMSTWIE! Choćby kłamstwo wszystko zalało, choćby wszystkim zawładnęło, trwajmy przy minimum: niech włada NIE PRZEZE MNIE! To będzie wyłom w zaczarowanym kręgu naszej bezczynności! dla nas najłatwiejszy a dla kłamstwa najbardziej zgubny. Bo kiedy ludzie od kłamstwa się odwracają — ono po prostu istnieć przestaje. Jak zaraza, ona też tylko ludźmi się żywi.Nie nawołujmy się, nie dojrzeliśmy jeszcze do wyjścia na place i głoszenia prawdy, do głośnego mówienia co myślimy — nie trzeba, to nas przeraża. Ale odmówmy choć mówienia tego, czego nie myślimy!Oto i nasza droga wobec przenikającej nas organicznej tchórzliwości najłatwiejsza i dostępna, znacznie łatwiejsza (ciężko to przyznać) od cywilnego oporu Gandhiego.

Droga nasza: NICZYM ŚWIADOMIE NIE PODTRZYMYWAĆ KŁAMSTWA! Rozpoznawszy, gdzie jest granica kłamstwa (każdy ją jeszcze inaczej postrzega) — odstąpić od tej linii gangreny! Nie sklejajmy martwych kostek i łusek Ideologii, nie zszywajmy przegniłych szmat, a staniemy osłupiali, jak szybko i bezradnie kłamstwo upadnie, a to co powinno być nagie, stanie przed światem w całej swojej nagości.I tak, w bojaźni naszej każdy niech dokona wyboru: czy zostanie świadomym sługą kłamstwa (o, nie z zamiłowania, oczywiście, lecz by wyżywić rodzinę, aby wychować dzieci w duchu kłamstwa!) czy też nadszedł czas by się otrząsnąć, by zacząć żyć jak człowiek uczciwy, godny szacunku i dzieci swoich i swoich współczesnych.I począwszy od dnia tego:

  • nie napisze, nie podpisze, nie opublikuje ani jednego zdania, które według niego prawdę wypacza;
  • prywatnie czy publicznie, takiego zdania nie wypowie ani od siebie ani jako agitator, nauczyciel, wychowawca czy aktor;
  • w malarstwie, w rzeźbie, w fotografii, w technice, w muzyce, nie przedstawi, nie przekaże ani jednej kłamliwej myśli, ani jednej skażonej prawdy, której skażenia byłby świadom;
  • nie zacytuje ani ustnie ani na piśmie żadnej „autorytatywnej” wypowiedzi ani dla pochlebstwa, własnego zabezpieczenia, ani dla zapewnienia sukcesu swojej pracy, o ile nie podziela w pełni cytowanej myśli lub jeśli nie odnosi się ona dokładnie do przedmiotu sprawy;
  • nie da się zmusić wbrew swojej chęci i woli do pójścia na żadną manifestację ani zebranie. Nie weźmie do ręki, nie podniesie transparentu ze sloganem, z którego treścią nie zgadza się w całości;
  • nie podniesie w głosowaniu ręki za propozycją której szczerze nie popiera;
  • nie będzie głosował tajnie ani jawnie na osobę, którą uważa za niegodną lub niepewną;
  • nie da się zapędzić na zebranie, na którym ma się odbyć zakłamana, wymuszona dyskusja;
  • natychmiast opuści zebranie, wykład, przedstawienie teatralne, salę kinową, gdy tylko usłyszy kłamstwo, ideologiczną bzdurę lub bezwstydną propagandę;
  • nie zaabonuje i nie kupi gazety czy czasopisma, w którym informacje są zdeformowane a podstawowe fakty przemilczane…

Oczywiście, nie jest to pełna lista wszystkich możliwych i koniecznych sposobów przeciwstawiania się kłamstwu. Lecz ten kto wstąpi na drogę oczyszczenia łatwo dostrzeże i inne sposoby.Tak, początek będzie trudny. Niektórzy na czas pewien stracą pracę. Młodym, pragnącym żyć podług prawdy, wcześnie się życie skomplikuje: przecież nawet zadawane lekcje nadziane są kłamstwem — trzeba wybierać.

Lecz dla nikogo kto chce być uczciwym nie ma ucieczki: codziennie, każdy z nas — nawet ci, którzy parają się w technicznych, najbezpieczniejszych naukach — musi dokonywać wyboru, czy zrobić krok w stronę prawdy czy w stronę kłamstwa, w stronę duchowej niezależności czy duchowego poddaństwa.A ten, komu odwagi nie starczy nawet na to, by bronić swej duszy niech nie szczyci się swymi postępowymi poglądami, niech nie chlubi się swą pozycją akademika czy znanego artysty, zasłużonego działacza, generała — niech raczej powie sobie: bydlak jestem, tchórz, któremu tylko strawy i ciepła potrzeba.Nawet i ta droga — najbardziej umiarkowana ze wszystkich dróg oporu — będzie dla nas, zgnuśniałych, nielekka. Lecz o ile łatwiejsza od samopalenia czy głodówki: płomień nie obejmie twego ciała, oczy nie pękną od gorąca, a chleb czarny i woda czysta zawsze dla twojej rodziny się znajdą.Zdradzony i okłamany przez nas prawdziwie wielki naród Europy — naród czechosłowacki, czy nie pokazał nam jak czołgom nawet stawia czoła bezbronny człowiek, o ile w nim dusza godna?

Trudna to będzie droga? — ale z możliwych najłatwiejsza. Wybór nie łatwy dla ciała ale jedyny dla duszy. Nielekka to droga lecz są wśród nas ludzie, dziesiątki ich nawet, którzy OD LAT żyją według tych zasad, żyją podług prawdy.

Nie idzie więc o to, by pierwszemu wstąpić na tę drogę lecz by się PRZYŁĄCZYĆ DO INNYCH! Lżejsza i krótsza wyda nam się ta droga jeśli wielu nas będzie, jeśli razem na nią wstąpimy! Będą nas tysiące — i rady sobie nie dadzą, nikomu nie zdołają nic zrobić. Będą nas dziesiątki tysięcy — i nie poznamy naszego kraju.

Jeśli stchórzymy to przestańmy się skarżyć, że oddychać nam nie dają — sami sobie nie dajemy! Jeszcze trochę karku nagniemy, jeszcze trochę poczekamy, a bracia biolodzy przybliżą moment, gdy myśli nasze można będzie odczytać i geny podmienić.

Jeśli i tu stchórzymy to nędzniśmy i nie ma nadziei i dla nas pogarda Puszkina:

A po cóż stadom dar swobody?
Dziedzictwem ich z wieku na wiek
Jarzmo z dzwonkami oraz bicz.


12 lutego 1974 roku.

Zarządzają strachem

Zarządzają strachem

prof. Anna Raźny

Ci z nas, którzy pamiętają epokę PRL i jej zdeterminowanie przez totalitaryzm komunistyczny – bądź ci młodsi, którzy zdobyli sporą wiedzę na ten temat – rozumieją czym jest strach jako instrument nie tylko dyscyplinowania społeczeństwa, ale również kształtowania nowego człowieka – homo sovieticusa.

W pracach poświęconych antropologii tej utopii społeczno-politycznej powtarza się określenie okresu jej realizacji – trwającego od rewolucji bolszewickiej do rozpadu Związku Radzieckiego – epoką wielkiego strachu. I nie był to strach metafizyczny, wywołany czynnikami od ludzkiej woli i ludzkiego statusu ontycznego niezależnymi – takimi jak skończoność istnienia i nieuchronność śmierci, niezawinione cierpienie i wina, kataklizmy w przyrodzie etc. To był strach zdeterminowany geopolitycznie, społecznie, ekonomicznie, cywilizacyjnie. Strach przed władzą i ideologami realizowanej utopii, wobec których sprzeciw groził represjami – od więzienia i utraty pracy po wyrok śmierci.

Przemoc i kłamstwo były podstawowymi instrumentami wywoływania w społeczeństwie strachu, którego celem było nade wszystko paraliżowanie woli i myśli zarówno pojedynczego człowieka, jak i całej wspólnoty. Ten mechanizm dławienia wolności przedstawił na przykładzie środowiska literacko-artystycznego Czesław Miłosz w Zniewolonym umyśle. Autor nie zdobył się w nim jednak na klarowną konkluzję, iż poprzez zniewalanie umysłu władza komunistyczna dążyła do ukształtowania nowego człowieka, będącego celem przyjętej przez nią utopijnej antropologii.

Nowa epoka strachu

Trwająca dziesięcioleciami dyskredytacja komunizmu jako dehumanizującej utopii oraz totalitaryzmu jako sposobu sprawowanej w jej imię władzy została oficjalnie przypieczętowana pieriestrojką Michaiła Gorbaczowa, wyzwalającą społeczeństwa bloku socjalistycznego ze strachu i kłamstwa ideologiczno-politycznego. Hasło napisanego w 1974 roku przez Aleksandra Sołżenicyna manifestu Nie żyć w kłamstwie stało się rzeczywistością. W jej wywalczeniu miał duży udział polski naród, organizując się w pokojową armię wielomilionowej Solidarności, która miała odwagę zakwestionować uzurpację komunistycznej władzy do rządu naszych dusz.

Będąc uczestnikami tych przemian, Polacy byli przekonani, że „wybiliśmy się na niepodległość” – wyzwolenie nie tylko spod politycznego jarzma Jałty, ale również od istotnych dla naszej tożsamości narodowej i cywilizacyjno-kulturowej obciążeń komunizmu: kłamstwa ideologiczno-politycznego oraz strachu jako instrumentu sprawowania władzy. Byliśmy przekonani, że stając się częścią kolektywnego Zachodu – pod szyldem NATO, UE i USA jako światowego hegemona – osiągniemy nie tylko dobrobyt jego społeczeństw i poczucie bezpieczeństwa – wraz z gwarancją pokoju – ale również wolność od niegdysiejszego strachu przed władzą. Strachu przed władzą oderwaną od narodu, który zmuszany był przez komunistyczną propagandę przypisywać jej atrybuty tajemnicy, cudu i autorytetu – jak trafnie ujął jej wizerunek Michaił Heller w książce Maszyna i śrubki. Jak hartował się człowiek radziecki.

Wybierane w demokratycznych wyborach władze III RP miały być zaprzeczeniem komunistycznego modelu, wcieleniem sługi narodu – tylko polskiego, żadnego innego. Decyzje w sprawach Polaków i Polski miały być racjonalne, klarowne, skoncentrowane na naszym interesie narodowym. Taki był etap oczekiwań na wcielenie w struktury zachodnie, któremu towarzyszyła powszechna westernizacja społeczna i cywilizacyjno-kulturowa. Gdy staliśmy się członkami NATO i UE oraz „sojusznikami” –wasalami  USA,  powinniśmy poczuć ulgę, odnieść satysfakcję z odniesionego sukcesu politycznego i czerpać z niego korzyści – bo jakieś niewątpliwie można wyliczyć.

Niepokoi jednak stan umysłów polskiego społeczeństwa, zdeterminowany strachem przed Rosją i grożącej nam z nią wojną. I nie jest to tylko reakcja Polaków na toczącą się na Ukrainie wojnę. Należymy przecież do sytego i bezpiecznego – w ramach natowskich gwarancji – Zachodu, do którego wyniszczana przez wojnę Ukraina dopiero aspiruje. Dlaczego więc Polacy boją się i Rosji i wojny z nią? Odpowiedź jest prosta: bo ich strach podsyca władza oraz powiązane z nimi środowiska opiniotwórcze i media. Straszą nas, bo przestraszonymi łatwiej rządzić i bez skrupułów wydawać ich podatki na nieprzemyślane zbrojenia. Nieustannie więc słyszymy o atakujących nas ze strony Rosji dronach, rakietach, podpalających nasz kraj dywersantach, planowanych akcjach terroru i oczywiście niemal codziennych cyberatakach. Wszystkie te  wrogie działanie przedstawiane są jako rosyjskie, nawet wtedy, gdy są dowody na ich ukraińskie pochodzenie. Mamy więc do czynienia z nową wersją komunistycznej propagandy, opartej na kłamstwie i instrumencie strachu. Ta nowa wersja dyscyplinującej społeczeństwo propagandy nie jest jednak polskim wymysłem.

Geopolityczny terror

Polscy decydenci stali się jedynie sługami geopolitycznych liderów Zachodu z każdym prezydentem USA na czele. Specjalnością tych drugich jest bowiem sianie strachu globalnego przed ich hegemoniczną rolą i ”nieprzezwyciężoną potęgą”, których świadectwem miały być amerykańskie działania wojenne na Bliskim Wschodzie oraz wsparcie dla Ukrainy. I w jednym i drugim przypadku „nieprzezwyciężona potęga” wspiera reżimy nazistowskie: ukraiński neo-banderyzm oraz izraelski syjonizm. Czy dlatego Ameryka patronowała narodzinom rusofobii – największej w Polsce – aby Zachód uwierzył w zagrożenie większe od tych dwóch nazistowskich reżimów? Polityka Waszyngtonu ostatnich lat na to właśnie wskazuje. Zgodnie z jej opcją zagrożeniem dla Europy i świata jest Rosja. Nie są nim rosnące coraz bardziej w siłę – wspierane przez USA – wymienione nazizmy. Mamy się bać Rosji i zbroić do wojny z nią, natomiast nazizmy wspierać.

Nie bez znaczenia jest w tym wypadku wsparcie dla Ukrainy i Izraela, jakie okazują panującym w nich reżimom Niemcy, gdzie słyszymy już pogłos nazistowski w wypowiedziach niektórych polityków AFD.  Władze niemieckie wzięły do serca amerykańskie wezwania – i niestety, polskie – do zwiększenia nakładów na zbrojenia i postanowiły uczynić swoją armię największą potęgą w Europie. Jeśli więc reżim ukraiński przetrwa, a Niemcy osiągną zamierzony cel – realnym zagrożeniem dla Polski będzie  nie Rosja, lecz sojusz ukraińsko-niemiecki, budowany na programie  technofaszystów z Palantir Technologies – największej z istniejących cyfrowej korporacji. Jej szefowie – Alex Karp i Peter Thiel (na zdjęciu) głoszą otwarcie budowę nowego porządku świata w oparciu o sztuczną inteligencję i siłę militarną. Jednocześnie wzywają, aby przezwyciężyć „przymusowy pacyfizm” Niemiec i Japonii narzucony im jako przegranym w II wojnie światowej. Jakby tego było mało amerykański prezydent hasłu swej obecnej kadencji America First usiłuje nadawać metafizyczny wymiar, mówiąc o jej globalnej misji i wybraniu przez Opatrzność.

Owa „misja” budzi jednak niedowierzanie i osłabia budzony przez Amerykę strach przed Rosją. Irańska wersja owej „misji” uświadamia nam, że wprawdzie normalizacja – legalizacja – kłamstwa propagandowego osiągnęła na Zachodzie apogeum, nie zdelegalizowała jednak prawdy, która zawsze znajdzie swych obrońców. Misyjny wizerunek USA, które – jak zapowiadał prezydent Trump – miały zetrzeć z powierzchni ziemi Iran w imię zaprowadzenia „sprawiedliwości” na Bliskim Wschodzie – legł w gruzach. Iran nie przestraszył się tej dziejowej misji Ameryki i stawił jej opór, dając przykład jak walczyć nie tylko z  jej przewagą militarną, ale również kłamstwem propagandowy. Strachy na Iran okazały się straszydłami.

Strach, jakim Trump chciał złamać ten starożytny naród, nie jest bowiem strachem  metafizycznym, opisanym m.in. przez Sorena Kierkegaarda w traktacie Choroba na śmierć czy w pracy Maxa Schelera  Cierpienie. śmierć, dalsze życie. Taki strach zmusza bowiem do refleksji nad statusem naszego istnienia, nad naszymi powiązaniami ze źródłem wszelkiego bytu; pozwala zrozumieć istotę naszej ograniczoności, kruszy wszelkie samoubóstwienie.  Takim strachem, na szczęście, nie jest w stanie zarządzać żadna władza, żadne służby specjalne, żadna propaganda ani żaden Palantir. .

Ten strach, którym zarządzają atlantyści i globaliści kolektywnego Zachodu to w rzeczywistości strach nie o nas,  lecz o ich „tu i teraz’. O utrzymanie ich władzy nad nami i płynące z niej ich partykularne korzyści. To strach o zachowanie dobrze prosperującego ich feudalizmu intelektualnego, polegającego na utrzymywaniu naszych umysłów w zniewoleniu kłamstwami proamerykańskiej, probanderowskiej czy proizraelskiej propagandy, a jednocześnie narzucającego nam dehumanizującą nas rusofobię, która przekształca się w formę kolektywnego zachodniego nazizmu.

Cel zastraszania

Ideologowie i politycy kolektywnego Zachodu – atlantyści i globaliści z szyldem liberalizmu – poprzez zastraszanie społeczeństw osiągają cele nie tylko geopolityczne, ale również cywilizacyjno-kulturowe. Strach obywateli państw zachodnich stał się skutecznym środkiem ich ubezwłasnowolnienia w sferze idei i wartości. Przestraszeni ludzie widmem wojny z Rosją nie weryfikują narzucanych im przez propagandę scenariuszy tej wojny i godzą się na niespotykany w historii wyścig zbrojeń z ich podatków. Nie biorą odpowiedzialności ani za te scenariusze, ani za ten wyścig. Obywatele Zachodu przekształceni zostali bowiem przez instrument strachu w infantylne osoby, za których los odpowiedzialność biorą władze realizujące plany dyskredytującego się na naszych oczach trans-atlantyzmu i globalnego liberalizmu.

Te władze zapominają o jednym: człowiek zdolny jest nie tylko do przezwyciężenia strachu w aktach odwagi, ale również do heroizmu, w którym swoje „tu i teraz” poświęca w imię tego, co je przewyższa.  Zapominają, że zawsze wśród nas – śmiertelników – znajdą się ci, których niezwykle trudno przestraszyć. W każdym pokoleniu i w każdym czasie pojawiają się nieustraszeni, którzy nie tylko obnażają prawdę o istocie zastraszającego nas mechanizmu, ale  również potrafią wskazać sposoby przeciwdziałania tym, którzy nim zarządzają – politykom, finansjerze, mediom.

Antropologia komunistyczna miała wybitnie negatywny i zarazem utopijny charakter. Wysunęła koncepcję człowieka odciętego od Transcendencji, jednowymiarowego, słabego, niezdolnego do przekraczania swych ograniczeń i do takiej wolności, której nieodłącznym atrybutem jest odpowiedzialność. Wysunęła koncepcję włączającą w jego ukształtowanie instrument strachu. Ten eksperyment antropologiczny nie powiódł się.

W ludziach dawnego bloku socjalistycznego zwyciężyła tęsknota za Transcendencją, pragnienie wolności i wola ponoszenia za jej skutki odpowiedzialności. Takie są bowiem atrybuty naszego człowieczeństwa. Taką lekcję antropologii przechodziliśmy w niedawnej przeszłości. Płynie z niej jeden prawidłowy wniosek: wszelkie próby ponowienia we współczesnej wersji koncepcji nowego człowieka – z wykorzystaniem instrumentu strachu i pomocą najnowszych technologii, sztucznej inteligencji i wszelkich służb – skazane są również na fiasko.

prof. Anna Raźny

Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)

Unijne normy azotowe niszczą europejskie rolnictwo

Czy unijne normy azotowe zniszczą europejskie rolnictwo

admin3 ndz., 16/08/2026 zmianynaziemi/czy-unijne-normy-azotowe-zniszcza-europejskie-rolnictwo

W połowie sierpnia 2026 roku prowincja Noord-Brabant stała się areną kolejnej fali protestów holenderskich rolników. Setki traktorów zjechało do Den Bosch przed siedzibę władz prowincji. Demonstranci sprzeciwiali się planom cofnięcia pozwoleń środowiskowych pięciu fermom drobiu z powodu rzekomo nadmiernych emisji azotu w pobliżu obszarów Natura 2000, takich jak De Peel i Kampina.

To nie był lokalny incydent, lecz kolejny etap systematycznego demontażu europejskiego rolnictwa, prowadzonego pod hasłem ochrony klimatu i przyrody.

Holandia od lat zmaga się z tzw. kryzysem azotowym. W 2019 roku Rada Stanu unieważniła dotychczasowy system pozwoleń, powołując się na unijne dyrektywy. Od tego czasu rolnicy żyją w niepewności, a całe regiony zostały sparaliżowane. W czerwcu 2026 roku rząd premiera Roba Jettena (z ministrem rolnictwa Jaimim van Essen z D66) przedstawił nowy pakiet wart 20 miliardów euro. Zakłada on obniżenie emisji azotu w rolnictwie o 42–46 proc. do 2035 roku, limit 2,6 krowy na hektar oraz wprowadzenie szerokich stref buforowych wokół obszarów chronionych.

Te cele nie wynikają z realnej troski o przyrodę. Są elementem panującej w Unii Europejskiej ideologii, która pod pretekstem zielonej transformacji celowo niszczy tradycyjne rolnictwo i przemysł. Holandia jest jednym z największych eksporterów żywności na świecie. Jej rolnictwo jest nowoczesne, wydajne i już dokonało znaczących redukcji emisji. Mimo to władze – zarówno krajowe, jak i unijne – forsują rozwiązania prowadzące do likwidacji tysięcy rodzinnych gospodarstw. Chodzi o ograniczenie produkcji, przejęcie ziemi i podporządkowanie sektora rolnego agendzie klimatycznej, która faworyzuje wielkie korporacje i import z krajów o niższych standardach.

14 sierpnia 2026 roku rolnicy zorganizowali demonstrację przed Provinciehuis. Traktory zablokowały drogi, a transparenty głosiły hasła takie jak No Farmers No Food oraz Vergund = Vergund. Władze prowincji argumentowały, że fermy drobiu zbyt mocno obciążają przyrodę, powołując się na wyrok sądu z 2025 roku. Rolnicy wskazują, że pozwolenia są ważne, a ich propozycje redukcji emisji zostały zignorowane. To klasyczny mechanizm: najpierw tworzy się nierealne normy, a potem karze za ich niespełnienie.

W trakcie protestów doszło do tragicznego wypadku na autostradzie A59 – w korku zginęła starsza para. Premier Jetten natychmiast wykorzystał tę sytuację, by potępić protesty na drogach, zamiast zająć się źródłem problemu.

Video URL

Najbardziej uderzające jest jednak to, jak tradycyjne media – zwłaszcza telewizja – starają się te wydarzenia marginalizować lub całkowicie pomijać. Relacje są skąpe, kontekst ograniczony, a skala protestów bagatelizowana. Cel jest oczywisty: nie inspirować rolników w innych krajach Unii Europejskiej. Gdyby holenderskie demonstracje były szeroko pokazywane w telewizji we Francji, Niemczech, Polsce czy Hiszpanii, mogłyby wywołać falę podobnych działań. Dlatego mainstreamowe stacje wolą milczeć lub przedstawiać rolników jako przeszkodę w walce z klimatem. Informacje krążą głównie dzięki niezależnym kanałom i mediom społecznościowym.

Unijna polityka klimatyczna i azotowa nie jest neutralnym narzędziem ochrony środowiska. To ideologiczny projekt, który od lat osłabia europejską suwerenność żywnościową i przemysłową. Najpierw regulacje uderzają w rolnictwo, potem w energetykę i przemysł ciężki. Efektem jest wzrost kosztów, zależność od importu i likwidacja miejsc pracy na obszarach wiejskich. Holenderscy rolnicy rozumieją to doskonale – dlatego wychodzą na ulice z traktorami, a nie z prośbami o dialog.

Organizacja Farmers Defence Force oraz inne grupy rolnicze ostrzegają, że cofnięcie pozwoleń pięciu fermom to tylko początek. Podobne decyzje mogą objąć kolejne tysiące gospodarstw. Rząd mówi o wsparciu i innowacjach, ale w praktyce narzuca warunki, których większość małych i średnich firm nie jest w stanie spełnić.

Protesty w Noord-Brabant pokazują, że rolnicy nie dają się już przekonać narracją [namolnym gadaniem md] o kryzysie klimatycznym. Widzą w niej pretekst do celowego niszczenia sektora, który od pokoleń karmi Europę. Milczenie telewizji tylko potwierdza, jak bardzo establishment boi się, że przykład Holandii może zainspirować opór w innych krajach UE.

Europejskie rolnictwo nie jest wrogiem przyrody. Jest ofiarą ideologii, która pod hasłem ochrony klimatu systematycznie demontuje realną gospodarkę. Dopóki ta ideologia będzie panować w Brukseli i stolicach państw członkowskich, protesty traktorów będą się powtarzać.

Źródła:

https://www.farmer.pl/produkcja-roslinna/nawozy/ue-policz…

https://nowyswiat24.com.pl/2022/08/08/holenderski-problem…

https://www.tygodnik-rolniczy.pl/wiadomosci-rolnicze/roln…

https://woda.cdr.gov.pl/index.php/zanieczyszczenia-rolnic…

https://eur-lex.europa.eu/legal-content/PL/TXT/HTML/?uri=…

Amerykańskie media ujawniają: Utrata zaufania – Arabia Saudyjska i państwa Zatoki Perskiej wątpią w amerykańską tarczę ochronną.

Amerykańskie media ujawniają konflikt: Utrata zaufania – Arabia Saudyjska i państwa Zatoki Perskiej wątpią w amerykańską tarczę ochronną.

Bazy USA na Bliskim Wschodzie za pośrednictwem Wikimedia

———————————————————

Amerykańskie media ujawniają konflikt: Utrata zaufania – Arabia Saudyjska i państwa Zatoki Perskiej wątpią w amerykańską tarczę ochronną.

Niezwykły artykuł w Washington Post” z 15 sierpnia ujawnia skalę rozłamu między Waszyngtonem a jego kluczowymi sojusznikami w Zatoce Perskiej. Powołując się na przedstawicieli władz arabskich i zachodnich, gazeta donosi, że Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar, Kuwejt i Bahrajn jednoczą się w narastającej niechęci do administracji Trumpa. Niektóre z tych krajów dyskutują nawet o dalszych korzyściach płynących z utrzymywania dużych amerykańskich baz wojskowych na swoim terytorium.

Oświadczenie jednego z sędziów Golfu doskonale podsumowuje nastrój:

„Trump rozpoczął tę wojnę, a my płacimy cenę”.

Według urzędnika, gniew wobec Waszyngtonu jest obecnie najwyższy od początku amerykańsko-izraelskich ataków na Iran w lutym. To, co się tu wyłania, może być czymś znacznie więcej niż tylko chwilowym konfliktem dyplomatycznym. Przez dekady amerykański porządek w Zatoce Perskiej opierał się na prostej obietnicy: monarchie Zatoki zapewniają terytorium, bazy wojskowe, wsparcie polityczne i więzi gospodarcze – w zamian Waszyngton gwarantuje ich bezpieczeństwo.

Jednak obecnie obietnica ta jest poddawana w wątpliwość.

Od tarczy ochronnej do zagrożenia bezpieczeństwa?

Centralne pytanie w Rijadzie, Abu Zabi, Dosze, Kuwejcie i Manamie coraz częściej brzmi: Czy USA zapewnią nam większe bezpieczeństwo, czy też wciągną nas w wojnę, której konsekwencje będziemy musieli ponieść?

Anna Jacobs z Arab Gulf States Institute powiedziała dziennikowi „Washington Post” , że nastąpiła znaczna utrata zaufania. Dodała, że ​​sojusznicy Ameryki coraz częściej uważają, że zachowanie USA w regionie czyni ich „mniej bezpiecznymi, a nie bezpieczniejszymi”. Ekspert ds. Bliskiego Wschodu, Firas Maksad, stwierdził, że państwa Zatoki Perskiej czują się „niepotrzebnie” wciągnięte w wojnę, którą Trumpowi będzie teraz trudno zakończyć. Jego polityka wobec Iranu jest postrzegana w regionie jako „chaotyczna” i „nieprzewidywalna”.

To niezwykły rozwój sytuacji.

Przez dekady uzasadniano masową obecność wojskową USA w Zatoce Perskiej dokładnie przeciwnym argumentem: miała ona gwarantować stabilność, odstraszać przeciwników i chronić monarchie Zatoki Perskiej. Teraz te same państwa zaczynają się zastanawiać, czy obecność USA nie czyni z nich samych celów.

Pewien zachodni dyplomata stwierdził w rozmowie z gazetą, że wojska amerykańskie nie były przyjmowane z entuzjazmem nawet przed wojną. Postrzegano je raczej jako „zło konieczne”.

Teraz kwestionuje się nawet konieczność istnienia tego zła .

Trump grozi – a potem się wycofuje

Według „Washington Post” główną przyczyną rosnącego zdenerwowania jest zmienna polityka Trumpa wobec Iranu.

Prezydent USA wielokrotnie groził Teheranowi kolejnymi atakami w ostatnich tygodniach, ale potem wycofał się z tych gróźb, powołując się na postępy w negocjacjach. Ta zmiana zdań stanowi ogromne ryzyko dla państw Zatoki Perskiej. Nie są one oddalone o tysiące kilometrów od strefy wojny, lecz znajdują się tuż obok niej.

Irańskie rakiety i drony mogą docierać do ich obiektów energetycznych, portów, baz wojskowych i infrastruktury krytycznej. Jednocześnie na ich terytorium znajdują się kluczowe obiekty amerykańskich sił zbrojnych.

Może to oznaczać, że amerykańskie bazy, które przez dziesięciolecia były uważane za polisę ubezpieczeniową dla monarchii Zatoki Perskiej, mogłyby stać się magnesem dla irańskich ataków w obliczu eskalacji wojny.

Amerykański gwarant bezpieczeństwa pokazuje swoje ograniczenia

Ponadto istnieje problem, którego nie da się rozwiązać drogą dyplomatyczną: zasoby militarne USA nie są nieograniczone.

Na początku sierpnia „ Washington Post” opublikował oddzielny raport na temat niedoborów amerykańskich niszczycieli morskich potrzebnych do obrony przed irańskimi pociskami balistycznymi. Według doniesień, amerykański generał ostrzegł Pentagon, że nie ma wystarczających sił, aby jednocześnie zrealizować wszystkie niezbędne zadania obronne. Jest to strategicznie niepożądana konstatacja dla państw Zatoki Perskiej.

Co się stanie, jeśli Iran jednocześnie zaatakuje amerykańskie obiekty, Izrael i infrastrukturę w Zatoce Perskiej? Kto będzie chroniony w pierwszej kolejności? Izrael? Wojska amerykańskie? Arabia Saudyjska? Katar? Kuwejt?

Wartość obietnicy bezpieczeństwa zależy od środków militarnych, za pomocą których można ją zrealizować w sytuacji kryzysowej.

Wojna z Iranem zmieniła równanie.

Arabia Saudyjska, w szczególności, znajduje się obecnie pod ogromną presją. Według „Washington Post”, królestwo jest atakowane nie tylko przez Iran i siły sprzymierzone z Teheranem w Iraku, ale także przez Hutich w Jemenie.

Dochodzi do tego strategiczne położenie szlaków morskich.

Odkąd Iran zamknął Cieśninę Ormuz, Arabia Saudyjska stała się coraz bardziej zależna od swoich portów Morza Czerwonego w eksporcie ropy naftowej na rynek globalny. Jednocześnie Huti atakują saudyjską infrastrukturę energetyczną i próbują zakłócić saudyjską żeglugę w cieśninie Bab al-Mandab.

Stawia to Rijad nagle między dwoma strategicznymi wąskimi gardłami: Ormuz na wschodzie i Bab al-Mandab na zachodzie.

To, co przez dziesięciolecia wydawało się być architekturą energetyczną wspieraną przez Amerykanów, w ciągu kilku miesięcy stało się strategiczną słabością.

Początkowo istniały najwyraźniej nadzieje na szybkie zwycięstwo.

Jeszcze jeden szczegół raportu jest szczególnie wymowny.

Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Bahrajn początkowo nie były jednomyślnie przeciwne wojnie. Według wysokiego rangą urzędnika europejskiego, Rijad i Abu Zabi najwyraźniej liczyły na to, że szybkie i zdecydowane zwycięstwo nad Iranem okaże się dla nich korzystne.

Ale to zwycięstwo się nie zmaterializowało. System irański nie załamał się. A Teheran nie otworzył ponownie Cieśniny Ormuz. To zmieniło kalkulacje.

To, co miało być krótką wojną z potencjalnymi korzyściami strategicznymi, przerodziło się w długotrwały konflikt, którego koszty ekonomiczne i militarne coraz bardziej obciążają bezpośrednich sąsiadów Iranu.

„Porozumienie było żartem”

Nawet dyplomatyczne rozwiązanie Trumpa wydaje się nieprzekonujące.

Bader Al-Saif z Uniwersytetu w Kuwejcie bez ogródek opisał w rozmowie z Washington Post porozumienie zawarte w czerwcu między Waszyngtonem a Teheranem:

„żart”.

Z punktu widzenia państw Zatoki Perskiej umowa nie uwzględniała w wystarczającym stopniu kluczowych kwestii bezpieczeństwa, w tym irańskiego arsenału rakiet balistycznych i wsparcia udzielanego przez Teheran sojuszniczym grupom zbrojnym w regionie.

Stawia to Waszyngton w dylemacie. Wojna nie przynosi jednoznacznego zwycięstwa. Dalsza eskalacja zwiększa ryzyko dla sojuszników Ameryki. A dyplomacja jak dotąd nie zdołała wypracować porozumienia, któremu sojusznicy ufają.

Mekka mogła być ostrzeżeniem dla Waszyngtonu

Na tym tle nowa umowa obronna pomiędzy Arabią Saudyjską, Turcją i Pakistanem nabiera zupełnie innego znaczenia.

Wysoko postawiony urzędnik europejski wprost nazwał pakt w wywiadzie dla Washington Post „sygnałem dla USA” .

Trzy potężne państwa sunnickie starały się zdywersyfikować swoje partnerstwa w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony.

Kluczowe oświadczenie urzędnika: „W ich oczach USA to za mało”.

Jest to prawdopodobnie najważniejsze zdanie w całym raporcie.

Przez dziesięciolecia amerykańska dominacja w Zatoce Perskiej opierała się właśnie na tym, że tamtejsze monarchie nie miały żadnej realnej alternatywy dla Waszyngtonu .

Teraz przynajmniej zaczynają się o to starać. Pakistan oferuje potencjał militarny i potencjał odstraszania nuklearnego. Turcja ma dużą armię konwencjonalną i znaczący przemysł zbrojeniowy. Arabia Saudyjska ma kapitał, energię i wpływy polityczne.

Ta sytuacja w żadnym wypadku nie zastępuje amerykańskiego parasola bezpieczeństwa. Pokazuje jednak, że Rijad najwyraźniej nie chce już opierać całej swojej strategicznej przyszłości wyłącznie na Waszyngtonie.

Prawdziwy dylemat Amerykanów

Pomimo całego gniewu, państwa Zatoki Perskiej nie mogą po prostu w krótkim okresie odłączyć się od Stanów Zjednoczonych.

Ich siły zbrojne są, w niektórych przypadkach, ściśle zintegrowane z amerykańskimi systemami uzbrojenia, amunicją, rozpoznaniem i infrastrukturą wojskową.

Pewien sędzia golfa przyznał w wywiadzie dla „Washington Post” , że to właśnie stanowi problem:

„Cokolwiek zrobimy, nie możemy powiedzieć Stanom Zjednoczonym nie”.

Jednak w tym właśnie tkwi ironia obecnej sytuacji.

Państwa Zatoki Perskiej są wściekłe na Waszyngton, ponieważ czują się wciągnięte w wojnę przez amerykańskie decyzje – a jednocześnie potrzebują Waszyngtonu, aby uchronić się przed konsekwencjami tej wojny. Były ambasador USA Douglas Silliman opisuje tę sytuację jako dziwną sprzeczność: są wściekli na Stany Zjednoczone za rozpoczęcie wojny, a jednocześnie są od nich zależni w kwestii sprzętu, amunicji i danych wywiadowczych.

Waszyngton może zniszczyć dokładnie to, co budował przez dziesięciolecia.

Nadal byłoby przesadą mówienie o załamaniu się amerykańskiego porządku w Zatoce Perskiej.

Sam „ Washington Post” podkreśla, że ​​w krótkiej perspektywie nie należy oczekiwać gruntownej reorganizacji regionu. Zależność od Stanów Zjednoczonych pozostaje znaczna. Państwa Zatoki Perskiej bynajmniej nie są zjednoczone po stronie Teheranu – wręcz przeciwnie, ciągły ostrzał ze strony Iranu również podsyca narastający gniew.

Jednak strategiczne zmiany rzadko zaczynają się od spektakularnego przełomu.

Zaczynają się od wątpliwości. Od poszukiwania alternatyw. Od nowych umów obronnych.

I wreszcie, pojawia się pytanie, czy amerykańskie bazy wojskowe nadal zapewniają ochronę, czy też same stały się zagrożeniem dla bezpieczeństwa.

Jak podaje „Washington Post”, to właśnie to pytanie zadaje się obecnie w Zatoce Perskiej.

Jeśli te wątpliwości się pogłębią, wojna z Iranem może mieć dla Waszyngtonu konsekwencje wykraczające daleko poza sam Iran: próbując bronić swojej dominacji w regionie militarnie, USA mogą stracić zaufanie właśnie tych państw, na których dominacja ta opiera się od dziesięcioleci.

Źródło: Urzędnicy twierdzą, że wśród sojuszników USA w Zatoce Perskiej rośnie frustracja wobec Trumpa

NIEOCZEKIWANY ATAK? USS Lincoln UNIERUCHOMIONY – Iran demaskuje Trumpa

NIEOCZEKIWANY ATAK? USS Lincoln UNIERUCHOMIONY – Iran demaskuje Trumpa

Seyed M. Marandi uncutnews-ch/ueberraschungsangriff-uss-lincoln-ausser-gefecht-gesetzt-iran-stellt-trump-bloss

W niedawnym wywiadzie irański profesor Seyed Mohammad Marandi analizuje najnowsze wydarzenia w konflikcie między USA a Iranem. Analizuje kryzys na pokładzie lotniskowca USS Abraham Lincoln, sprzeczne sygnały z Waszyngtonu oraz rosnącą pozycję strategiczną Teheranu. Marandi argumentuje, że Zachód systematycznie nie doceniał potencjału Iranu, a obecna sytuacja ujawnia granice amerykańskiej potęgi.

https://youtube.com/watch?v=jl6Bdb0pJ7o%3Ffeature%3Doembed

Marynarka Wojenna USA pogrążona jest w głębokim kryzysie wewnętrznym, ponieważ konflikt z Iranem wciąż trwa. Lotniskowiec USS Abraham Lincoln ma wkrótce zostać zastąpiony przez USS George Washington. Powodem tego nie są straty operacyjne w walce, ale poważny kryzys moralny i personalny na pokładzie: kilku marynarzy popełniło samobójstwo, a warunki na morzu po miesiącach spędzonych na Oceanie Indyjskim określane są jako niezwykle wyczerpujące.

Jednocześnie sekretarz skarbu USA Scott Bessent grozi Iranowi „środkami gospodarczymi, jakich nigdy wcześniej nie widziano”. Jednocześnie wiceprezydent J.D. Vance deklaruje, że ceny benzyny w USA są absolutnym priorytetem administracji. Według Marandiego te sprzeczności nie są przypadkowe.

Marandi podkreśla, że ​​oświadczenia Waszyngtonu należy traktować z ogromnym sceptycyzmem: „Wszystko, co wychodzi z Waszyngtonu, jest prawdopodobnie kłamstwem lub oszustwem”. Podczas gdy Trump i jego administracja twierdzą, że Cieśnina Ormuz jest całkowicie otwarta i znajduje się pod amerykańską kontrolą, ceny ropy naftowej rosną, a globalne niedobory podaży narastają.

Rzeczywistość jest inna: liczba statków przepływających przez cieśninę dziennie drastycznie spadła – z 30 do 180 do zaledwie 7-17. Iran wybiórczo przepuszcza statki, takie jak te z Chin, Iraku czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, które zachowały wobec niego dyplomatyczny dystans. Szczególnie dotknięta jest ropa naftowa, a zwłaszcza hel, siarka, nawozy, produkty rafineryjne, produkty petrochemiczne i LNG. Równoczesna eskalacja konfliktu na Morzu Czerwonym między Jemenem a Arabią Saudyjską dodatkowo zwiększa presję.

W ostatnich dniach Stany Zjednoczone wysyłały Iranowi groźby za pośrednictwem stron trzecich i zwiększyły swoją obecność wojskową w regionie. Teheran odpowiednio się przygotowuje: produkcja pocisków rakietowych i dronów działa pełną parą, a podziemne bazy i struktury dowodzenia są rozbudowywane. Jeśli Waszyngton ponownie zaatakuje infrastrukturę cywilną, Iran grozi „bezlitosnym odwetem” wszystkim państwom zapewniającym wsparcie logistyczne Stanom Zjednoczonym i Izraelowi – w tym Arabii Saudyjskiej, ZEA, Kuwejtowi, Bahrajnowi, Katarowi, a potencjalnie także Omanowi i Jordanii. Kraje te już zatankowały amerykańskie i izraelskie samoloty podczas dwunastodniowej wojny i w związku z tym są zagrożone.

Marandi odpowiada na pytanie, jak Iran był w stanie przeciwstawić się zdecydowanej przewadze amerykańskich sił zbrojnych, łącząc historię, ideologię i długoterminowe przygotowania. Iran, jak argumentuje, jest państwem cywilizacyjnym z tysiącletnim doświadczeniem i szyicką tradycją, która kładzie nacisk na opór wobec ucisku i solidarność z uciskanymi. Od czasu inwazji USA na Afganistan i Irak – a zwłaszcza w świetle ekspansji NATO na wschód – Teheran systematycznie budował podziemne bazy rakietowe i dronów. Irańska technologia dronów stała się znana na całym świecie dopiero dzięki jej wykorzystaniu na Ukrainie, po latach drwin zachodnich mediów.

USA uwierzyły we własną propagandę: Iran był upadającym, niepopularnym reżimem z nieistotnym uzbrojeniem. Mimo to po 40 dniach bombardowań nie zniszczono ani jednej podziemnej bazy rakietowej. Marandi uważa zatem za mało prawdopodobne, aby irańskie obiekty jądrowe – również znajdujące się głęboko pod ziemią i pod nadzorem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej – zostały faktycznie zniszczone.

Wizerunek amerykańskiej niezwyciężoności został w ten sposób trwale nadszarpnięty. Marandi wskazuje na kolejne oznaki słabości: rzekomo odkryte i zabite przez rybaków w Korei Północnej jednostki US SEAL; ataki na kutry rybackie na Karaibach, rzekomo sfałszowane w celu przewozu narkotyków; oraz traktowanie amerykańskich żołnierzy na pokładach tych jednostek. Hollywoodzkie mity, takie jak „Top Gun”, stoją w jaskrawej sprzeczności z rzeczywistością.

Nawet historia o tym, że Trump ukrył się w furgonetce cateringowej w Ankarze, ponieważ izraelski wywiad ostrzegał przed atakiem ze strony Iranu, jest dla Marandiego symbolem zależności Waszyngtonu od Tel Awiwu. Teraz podważa nawet oficjalną wersję wydarzeń związanych z zamachem na Trumpa i 11 września – stanowisko, które sam wcześniej odrzucał.

Iran umacnia się regionalnie i globalnie w wyniku konfliktu. Marandi postrzega ten kraj jako zdecydowanie najpotężniejszą siłę w Azji Zachodniej i Afryce Północnej. Przystąpienie Iranu do Nowego Banku Rozwoju BRICS w Szanghaju wpisuje się w szerszy trend: instytucje i kolaboracje spoza Zachodu – BRICS, Szanghajska Organizacja Współpracy – zyskują na znaczeniu, ponieważ Zachód otwarcie traktuje Iran jako wroga. Nawet irańscy liberałowie, którzy wcześniej polegali na Zachodzie, zmienili swoje poglądy po wojnie. Masowe uroczystości żałobne dla ofiar – z udziałem dziesiątek milionów uczestników – nie mogły być dłużej ignorowane nawet przez zachodnie media.

W regionie Teheran ostrzega Syrię przed interwencją przeciwko Hezbollahowi w Libanie i grozi setkom wcześniej przygotowanych celów. Jednocześnie Iran jednoznacznie domaga się zakończenia walk w Libanie, Palestynie (w tym w Strefie Gazy), Jemenie i Iraku jako warunku zawarcia jakiegokolwiek porozumienia. Pierwotne Memorandum of Understanding wspominało już o „wszystkich frontach, w tym w Libanie”; zostało to później doprecyzowane. Arabia Saudyjska boryka się z trudnościami w konflikcie z Jemenem. Oś oporu – Iran, Hezbollah i Jemen – jest jedyną siłą udzielającą Palestyńczykom konkretnego wsparcia.

Marandi podkreśla, że ​​wojna jeszcze się nie skończyła. Stany Zjednoczone będą nadal próbować szkodzić narodowi irańskiemu. Motywacje są jednak różne: Irańczycy walczą o przetrwanie swojej cywilizacji, podczas gdy wielu Amerykanów postrzega konflikt jako ofiarę złożoną „ludobójczemu reżimowi syjonistycznemu” i odrzuca go. Niezłomność Iranu wynika ze świadomości, że są ofiarami. Wina Irańczyków, jak sarkastycznie mówi Marandi, leży w ich odmowie tolerowania ludobójstwa w Strefie Gazy – i właśnie to czyni je nie do zniesienia dla zachodnich elit.

Pod koniec wywiadu Marandi apeluje, aby uwaga skupiła się na Gazie: na cierpiących tam dzieciach, kobietach i mężczyznach. Hezbollah, Jemen i Iran stają w obronie mieszkańców Gazy – i to jest odpowiedzialność, którą wszyscy musimy dzielić.

Bitwa Warszawska – Cud nad Wisłą – WSPOMNIENIA PREMIERA WINCENTEGO WITOSA

1920-2020 – Niech przemówią świadkowie (2) WSPOMNIENIA PREMIERA WINCENTEGO WITOSA

Przez Redakcja Polityka Polska – 6 sierpnia 2020

https://politykapolska.eu/2020/08/06/1920-2020-niech-przemowia-swiadkowie-2-wspomnienia-premiera-wincentego-witosa/

Od redakcji PP: Na oficjalnej stronie rządowej poświęconej Bitwie Warszawskiej 1920 roku [bitwa1920.gov.pl] wciąż jest, mimo upływu 100 lat, mowa o planie Marszałka Piłsudskiego zwanego tym razem „Wielką Kombinacją”.

Jak skrótowo przedstawialiśmy to już TUTAJ, autorem planu Bitwy Warszawskiej 1920 roku był gen. Tadeusz Jordan Rozwadowski, który wydał symboliczny rozkaz nr 10.000, gdy tymczasem Marszałek Piłsudski 12 sierpnia opuścił Warszawę i udał się w okolice Tarnowa do p. Aleksandry Szczerbińskiej na ok. 2 dni, po czym zagościł w Puławach oczekując na rezultat potyczki polsko-bolszewickiej. Następnie wykonał opóźniony w stosunku do planów manewr znad rzeki Wieprz i dlatego nieskuteczny.

Polacy, czas po 100 latach stanąć w prawdzie i odkłamać mity i legendy stworzone przez sanację i „chłopców Piłsudskiego”, którzy bohaterów Bitwy Warszawskiej 1920 roku, szczególnie po zamachu 1926 roku, skazywali na zapomnienie, więzienia, a nawet śmierć (gen. Włodzimierz Zagórski i prawdopodobnie gen. Tadeusz Rozwadowski i inni). W PRL nie było nam to dane, w III RP ponownie zakwitł, na nasze polskie nieszczęście, „kult Piłsudskiego”, dyktatora i niszczyciela demokracji parlamentarnej.

Niech Maryja Królowa Polski nam w tym dopomoże !


Przedstawiamy w odcinkach, dzień po dniu, wspomnienia uczestników tamtych wydarzeń.

ODCINEK II. WSPOMNIENIA PREMIERA WINCENTEGO WITOSA

Urywki wybrane przez Romana Galińskiego z książki Wincentego Witosa „Moje wspomnienia”, tom II, Paryż 1964, Instytut Literacki i ogłoszone w „Komunikatach Tow. im. R. Dmowskiego w Londynie, tom I, rok 1970/71, str. 388-397. Podtytuły Galińskiego, podkreślenia moje – J.Giertych. Witos był w owym czasie premierem (prezesem rady
ministrów).

„Wojną polsko-bolszewicką jak i jej przebiegiem zajmowałem się bardzo gorliwie. (…) Starając się w granicach możliwości robić wszystko, co się mogło przyczynić do szczęśliwego przebiegu walki i zapewnienia zwycięstwa, nie mieszałem się nigdy do tego, na czym się nie znałem i co było obowiązkiem i prawem fachowców, przed państwem i rządem odpowiedzialnych. Moja więc ocena większych czy mniejszych zasług poszczególnych osób, w tej wojnie wybitniejszy udział biorących może być podyktowana obiektywną oceną chłopskiego, a sądzę i zdrowego rozumu. Nie przeczę, że w tych sprawach może on się okazać niewystarczający.

Wiem, że wielu opinię moją potraktuje wzruszeniem ramion, inni zapewne ze świętym oburzeniem. To mnie jednak niewiele obchodzi wtenczas, gdy trzeba dać świadectwo prawdzie i uznać rzeczywiste zasługi ludzi, o których tak łatwo zapomniano, a którzy nie chcieli, czy nie umieli się reklamować”. (Witos, ibid., str. 354).

ZAŁAMANIE PSYCHICZNE ARMII I SPOŁECZEŃSTWA

„Sprawą niezwykle wielkiego znaczenia było przywrócenie zaufania w wojsku i społeczeństwie tak do Naczelnego Dowództwa jak i do dowództw poszczególnych części armii, gdyż i tam nie było wcale dobrze. Gen. Rydz-Śmigły zawiódł zupełnie na południu, mimo użycia znacznych sił i doskonałej sposobności. Szef sztabu, gen. Stanisław Haller, sumienny, prawy i dobry człowiek, nie miał żadnej własnej koncepcji, będąc lojalnym, a często ślepym wykonawcą rozkazów Naczelnego Wodza. Nie dopisał także dowódca pomocnego frontu, gen. Szeptycki, złamany niepowodzeniami, które przewidywał, ale którym nie mógł zapobiec.

Należało przeprowadzić zmiany, by z nowymi ludźmi przyszło zaufanie. Tak się też stało. Szefem sztabu w miejsce gen. St. Hallera został mianowany 22 lipca gen. Tadeusz Rozwadowski, który nie tylko, że odznaczał się wielką odwagą i niewyczerpanym bogactwem pomysłów operacyjnych, ale pewnością siebie i wprost bezgranicznym optymizmem. Dowództwo zaś po Szeptyckim objął gen. Józef Haller, który przyniósł z sobą pomiędzy innymi zaletami entuzjazm, religijną wiarę w zwycięstwo, osobiste męstwo i zdolność porywania żołnierzy.

Na skutek bardzo poważnych zarzutów, podnoszonych przeciw Piłsudskiemu, odbyło się kilka poufnych konferencji, ale znaczna większość przedstawicieli stronnictw oświadczyła się za utrzymaniem go na dotychczasowym stanowisku, żeby nie drażnić jego dość licznych i zaciętych zwolenników, a przy tym uniknąć walki kandydatów na stanowisko po nim”. (Ibid., str. 273)

NOWY SZEF SZTABU PRZYWRACA WIARĘ W ZWYCIĘSTWO

„Po kilku dniach po objęciu swego urzędu gen. Rozwadowski przedstawił Radzie Ministrów plan obrony, mający na celu co najmniej zatrzymanie pochodu wojsk bolszewickich. Plan ów nazywał on swoim. Nie przyszło mi nawet na myśl zapytać, czy on wyłącznie od niego pochodzi, czy też był wynikiem pracy wspólnej.

Nowy szef sztabu, zupełnie pewny siebie, zapewniał kategorycznie wpatrzoną w niego Radę Ministrów, że jest w możności wstrzymania bolszewików, przynajmniej nad brzegami Bugu, gdyż wojska polskie zajęły tam bardzo silne, świeżo umocnione pozycje. Dostały też rozkaz nie opuszczania ich za żadną cenę.

Rada Ministrów zarówno plan jak i oświadczenie gen. Rozwadowskiego przyjęła do wiadomości zadowolona, że znalazł się przecież ktoś, co ma głowę na karku i wiarę w zwycięstwo. Osobno i poufnie informował mnie gen. Rozwadowski, iż polecił, żeby linię tę specjalnie umocniono i jest w stu procentach pewny, że sobie tam bolszewicy karki na dobre połamią. Wierzyłem mu zupełnie.

Minęły dwa dni na dość niespokojnym oczekiwaniu, gdyż różne wieści dostawały się do Rady Ministrów. Przekonaliśmy się wkrótce, że nie były one w zupełności pozbawione podstawy. Na posiedzenie Rady Ministrów, które odbywało się prawie w permanencji, przy szedł zaproszony przeze mnie gen. Rozwadowski. Obserwowałem go bardzo pilnie i zauważyłem, że ma minę nieco strapioną. Niestety, nie pomyliłem się wcale.

Zabrawszy głos, zakomunikował zdziwionej i przerażonej Radzie Ministrów że bolszewicy linię Bugu przekroczyli i to bez większych trudności, bo woda w rzece niemal że wyschła, a zresztą z punktu widzenia wojskowego obrona tej linii byłaby zupełnie bezcelowa.

Po jego całkiem spokojnym oświadczeniu nam się zrobiło zupełnie gorąco. Pierwotny optymizm uległ miejsca głębokiej trosce i niedowierzaniu. Nastąpiło też dłuższe przykre milczenie. Ministrowie pytającym wzrokiem spoglądali to na siebie, to na szefa sztabu. Wcale tym nie zrażony gen. Rozwadowski, zabrawszy powtórnie głos, dowodził z widocznym przekonaniem i przejęciem, że się nic złego nie stało, bo walkę z bolszewikami należy przenieść na nowe, skrócone linie, a już najlepszym ze wszystkiego byłoby ściągnąć ich w okolice Warszawy i tu do jednego wystrzelać. Tego planu musi jednak na razie zaniechać, mimo że go uważa za wykonalny.

W czasie jego przemówienia obserwowałem poszczególnych ministrów, widząc jak jego argumenty, nie opuszczająca go pewność siebie, wiara i szczerość zaczęły ich znowu przekonywać, a kiedy zaręczył, że obecnie jest zdolny wojska bolszewickie zatrzymać na szereg tygodni, wiara u wszystkich odżyła prawie zupełnie na nowo. Nie przekonany został tylko minister Skulski”. (Ibid., str. 282-283).

JEDEN GEN. ROZWADOWSKI NIE TRACI NADZIEI

Za dalsze dwa dni Rada Ministrów dowiedziała się znowu od tego samego szefa sztabu, że wojska bolszewickie postępują znowu naprzód, przeszły już pomiędzy innymi linię Osowiec-Grajewo i zagrażają Łomży, zaś gen. Sikorski, który się długo trzymał w Brześciu, zmuszony będzie przez wojska bolszewickie się przebijać, gdyż mu przecięły odwrót. Na południu bolszewicy przekroczyli rzekę Zbrucz.

Atakowany pytaniami, czasem nawet bardzo nieprzyjemnymi, odpowiedział spokojnie i niemal dobrodusznie, że to są drobne uchybienia, które się wnet odrobi. Bolszewicy zaś wcale nie zwyciężyli w bitwie, ale tylko tak sobie «podstępem podleźli». On już zresztą wydał rozkazy, aby ich z powrotem wyrzucić. Kiedy to powiedział, wśród ministrów odezwały się przyciszone śmiechy. Dalszym naradom towarzyszył bardzo ponury nastrój.

Gen. Rozwadowski opuścił posiedzenie wcześniej, wywołany do sztabu dla jakiejś ważnej sprawy, a późnym wieczorem przyszedł znowu do mnie. Zauważyłem, że był nieco zmieniony. Okazywał znacznie mniej optymizmu, choć nie tracił wiary w zwycięstwo, a ostatnie niepowodzenia przypisywał rozkazom Piłsudskiego, które niweczyły jego zamierzenia, a którym musiał się podporządkować.

«Nie mogę taić przed panem, – mówił – że wojska bolszewickie postępują wciąż jeszcze bardzo szybko naprzód, nie trafiając przy tym na poważniejszy opór, gdyż nieraz uciekają przed nimi całe nasze nawet silne oddziały, rzucają broń z takim trudem nabytą, nie chcąc stawić czoła nieprzyjacielowi».

Wielu nawet wyższych oficerów całkowicie zawiodło. Na Radzie Ministrów wszystkiego nie mówił, gdyż miał obawę, aby niepotrzebne wiadomości nie rozszerzały się zbytnio i nie dawały powodu do popłochu i depresji. Ministrom raczej należy zakomunikować pojedynczo, co będzie potrzebne”. (Ibid., str. 283-284).

PIŁSUDSKI PARALIŻUJE SKUTECZNOŚĆ AKCJI

„Skarżył się znowu szeroko, że Piłsudski, nie mając ani nauki, ani potrzebnego doświadczenia, a uważając się za wszystko wiedzącego, przeszkadza w celowej akcji. Bolszewicy nauczyli się bardzo wiele i stali się groźnymi przeciwnikami. Twierdził, że z winy Piłsudskiego bitwa pod Brodami z Budiennym nie przyniosła pełnego zwycięstwa, gdyż na wiadomość o upadku Brześcia kazał ją przerwać zupełnie niepotrzebnie. Siły wycofane stamtąd nie mogą już zdążyć, żeby wziąć udział w walce nad Bugiem, a Budienny pozostaje w dalszym ciągu dla nas groźną potęgą, mając możność odpoczynku i przegrupowania. W końcu zaznaczył, że jakkolwiek się dzieje, to on jest pewny zwycięstwa”. (Ibid., str. 284).

KTO OPRACOWAŁ PLAN BITWY POD WARSZAWĄ

„W rządzie panowało ogólne przekonanie, że cały plan operacyjny, mający się przeciw bolszewikom przeprowadzić, zostanie opracowany wspólnie przez Piłsudskiego, gen. Rozwadowskiego i gen. Weyganda; Czy był on dziełem ich wspólnej pracy, czy jednego z nich, nie wiedział nikt z nas dokładnie. Wiem, że tak Piłsudski jak i Rozwadowski przypisywali sobie jego autorstwo i nieraz o tym mówili, natomiast generał Weygand uparcie milczał. Kiedy raz zapytałem ministra spraw wojskowych, gen. Sosnkowskiego, odpowiedział mi wzruszeniem ramion i słowami: «Weygand się niczym nie chwali, choć się dość napracował». Niewiele znowu z tego wiedziałem.

Istota planu polegała początkowo na wycofaniu wojsk frontu północnego nad Wisłę i utworzeniu nowej armii manewrowej pod nazwą «frontu północnego». Zadaniem frontu północnego gen. Hallera było nie dopuścić do oskrzydlenia wzdłuż granicy niemieckiej i osłabić rozmach uderzenia ewentualnego na przyczółek warszawski. Zadaniem zaś frontu środkowego miało być uderzenie na bok i tyły nieprzyjaciela atakującego Warszawę i rozbicie go przy współdziałaniu wojsk frontu północnego. Ażeby te plany i prowadzoną stosownie do nich koncentrację wojska utrzymać w tajemnicy, nawet na posiedzeniu Rady Obrony Państwa Piłsudski był bardzo wstrzemięźliwy, dając informacje nie zdradzając w szczegółach zamierzonych planów”. (Ibid., str. 287-288).

PIŁSUDSKI PODAJE SIĘ DO DYMISJI

„W dniu 10 lub 11 sierpnia 1920 r. na kilka dni przed rozpoczęciem ofensywy przeciw bolszewikom Piłsudski zaprosił mnie, wicepremiera Daszyńskiego i ministra Skulskiego na osobną, a jak mówił, bardzo ważną i poufną konferencję. Odbyła się ona w prezydium Rady Ministrów. Naczelny Wódz był mocno skupiony i poważny, a jak mi się wydawało, przybity, niepewny, wahający się i mocno zdenerwowany.

W rozmowie, którą sam rozpoczął, był niesłychanie ostrożny, a dotykając spraw bieżących, stawiał raczej bardzo smutne horoskopy. Twierdził, że stawia na ostatnią kartę, nie mając żadnej pewności wygranej. Poza sprawami ogólnymi mówił także dość długo o swojej osobie. W ciągu rozmowy wyjął z kieszeni niezapieczętowany list i odczytał go głosem ogromnie niewyraźnym i zmienionym. Na czterech kartkach małego formatu mieściła się dość obszernie umotywowana jego dymisja ze stanowiska Naczelnika Państwa.

W piśmie tym zaznaczał między innymi, że nie wiedząc, czy i kiedy będzie mu dane wrócić z placu boju, którego losy uważa za niepewne, mnie prosi i upoważnia do zastępowania go na jego urzędzie. Co zaś do samej rzeczy i pisma, prosi o zachowanie bezwzględnej tajemnicy tak długo, jak tego będą wymagały stosunki, i ja sam uznam za potrzebne. Treść więc tego pisma była znana ministrom Daszyńskiemu i Skulskiemu, a wydaje mi się, że także i Sapieże, choć dobrze tego szczegółu nie pamiętam.

Nigdy nie miałem zupełnego zaufania do Piłsudskiego, czułem jakieś niezrozumiałe może nawet uprzedzenie, byłem zadowolony jak nie musiałem się z nim stykać. Poza tym uprzedzeniem nie mogłem się pogodzić z jego posunięciami politycznymi, szczególnie z okresu rządów Moraczewskiego, musiało mnie razić jego stanowisko w sprawie obrony Małopolski Wschodniej, upór przy swoim sposobie tworzenia armii, stare, często bardzo niesympatyczne praktyki z Legionów, błędy szczególnie w ostatnich czasach popełnione, tak wyraźne i tak bardzo kosztowne – to jednak wtenczas widząc u niego wielką troskę odbijającą się wprost na twarzy, szczerość w rozmowie, głęboką obawę o wolność i całość Ojczyzny, miałem wrażenie, ze się grubo mylą ci wszyscy, którzy mu robią zarzuty lekkomyślności, a nawet zdrady i że ja sam byłem także czasem w błędzie, posądzając go o osobiste ambicje i brak dobrej woli. Prawda, że pod ciężarem tych wielkich wypadków trudno było nieraz należycie zebrać biegające myśli.

Jeszcze w obecności Piłsudskiego pismo jego zamknąłem do kasy ogniotrwałej w prezydium Rady Ministrów, zaglądając codziennie, czy go kto przypadkiem nie ukradł albo nie naruszył. Kiedy zaś minęły ciężkie dni wojenne, pojechałem do Belwederu i oddałem pismo jego autorowi, będącemu wówczas w innym zupełnie nastroju. Biorąc je ode mnie i dziękując za solidne, jak mówił, postępowanie, twierdził, że o tym zupełnie zapomniał.

Opiekując się troskliwie tym dokumentem przez parę tygodni, miałem pewne skrupuły co do zrobienia sobie z niego odpisu. Ciekawość jednak zwyciężyła, odpisu dokonałem. Niewiele mi jednak z tego przyszło, gdyż w czasie wypadków majowych w r. 1926 nieznani sprawcy ukradli mi go, zabierając przy tym i inne dokumenty.

Moje zachowanie się wobec Piłsudskiego było chyba zupełnie bez zarzutu, niestety, pan Naczelnik wcale się wobec mnie dżentelmenem nie okazał. Mimo wszystko swego postępowania nie żałuję, choć nieraz gorycz przychodzi”. (Wincenty Witos „Moje wspomnienia”, tom II, Biblioteka „Kultury”, tom XCIX, Paryż 1964, Instytut Literacki, str. 289-291).


Komentarz Jędrzeja Giertycha. Tekst złożonej na ręce Witosa dymisji Piłsudskiego zachował się jednak. Podaję go niżej.

Witos przytoczył w swoim wspomnieniu treść dymisji Piłsudskiego w sposób niepełny (a może w sposób niepełny zapamiętał), była to bowiem dymisja nie tylko ze stanowiska Naczelnika Państwa, ale i Wodza Naczelnego.

Pierwsza rzecz, nad którą się tu trzeba zastanowić, to jest pytanie, jakie znaczenie miał akt dymisji Piłsudskiego. Czy był to akt na wypadek jego śmierci w boju? Nie potrzeba było na ten wypadek jego dymisji: zakończenie się jego roli jako Naczelnika Państwa i Wodza Naczelnego byłoby wtedy automatyczne. A nie był to także rodzaj testamentu: nie ma w tym akcie dymisji żadnych zarządzeń co do tego, kto ma w razie jego śmierci zająć jego miejsce.

Jest oczywiste, że akt dymisji Piłsudskiego był aktem nie związanym z przewidywaniem śmierci i dotyczył sytuacji, jaka istnieć będzie wciąż jeszcze za jego życia. Narzuca się tu od razu przypuszczenie, że chodzi tu o zabezpieczenie sobie możności nie ponoszenia odpowiedzialności za mogącą nastąpić klęskę.

Witos zapewne myli się, pisząc że rozmowa jego z Piłsudskim w obecności Daszyńskiego i Skulskiego odbyła się 10 lub 11 sierpnia. Akt dymisji nosi datę 12 sierpnia. Jest mało prawdopodobne, by Piłsudski doręczał Witosowi akt, podpisany z datą o jeden lub dwa dni późniejszą. Jest więc prawdopodobne, że pamięć Witosa zawiodła i że owa rozmowa odbyła się dopiero 12 sierpnia. Jest to zresztą okoliczność bez większego znaczenia.

Z listu Weyganda do Focha pod datą 13 sierpnia wiemy, że „Naczelnik Państwa wyjechał tej nocy ku rejonowi Wieprza”. (Vide „La guerre polono-sovietique de 1919-1920”, Collection Historique de rinstitut d’Etudes Slaves”, XXII Paryż 1975, Institut d’Etudes Slaves, str. 120-121). „Tej nocy” – to znaczy w noc z 12 na 13 sierpnia. J.G.


AKT DYMISJI PIŁSUDSKIEGO

Belweder, 12.VIII.1920 r.

Wielce Szanowny Panie Prezydencie!

Przed swym wyjazdem na front, rozważywszy wszystkie okoliczności nasze wewnętrzne i zewnętrzne, przyszedłem do przekonania, że obowiązkiem moim wobec Ojczyzny jest zostawić w ręku Pana, Panie Prezydencie, moją dymisję ze stanowiska Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza Wojsk Polskich.

Powody i przyczyny, które mnie do tego kroku skłoniły, są następujące:

1) Już na jednym z posiedzeń R.O.P. (Rady Obrony Państwa – przypisek wydawców) miałem zaszczyt wypowiedzieć jeden z najbardziej zasadniczych powodów. Sytuacja, w której Polska się znalazła, wymaga wzmocnienia poczucia odpowiedzialności, a przeciętna opinia słusznie żądać musi i coraz natarczywiej żądać będzie, aby ta odpowiedzialność nie była czczym frazesem tylko, lecz zupełnie realną rzeczą. Sądzę, że jestem odpowiedzialny zarówno za sławę i siłę Polski w dobie poprzedniej, jak i za bezsiłę oraz upokorzenie teraźniejsze. Przynajmniej do tej odpowiedzialności się poczuwam zawsze i dlatego naturalną konsekwencją dla mnie jest podanie się do dymisji. I chociaż R.O.P., gdy tę sprawę podniosłem, wyraziła mi pełne zaufanie i upoważniła w ten sposób do pozostania przy władzy, nie mogę ukryć, że pozostają we mnie i działają z wielką siłą te moralne motywy, które wyłuszczyłem przed R.O.P. parę tygodni temu.

2) Byłem i jestem stronnikiem wojny „a outrance” z bolszewikami dlatego, że nie widzę najzupełniej gwarancji, aby te czy inne umowy czy traktaty były przez nich dotrzymane. Staję więc z sobą teraz w ciągłej sprzeczności, gdy zmuszony jestem do stałych ustępstw w tej dziedzinie, prowadzących w niniejszej sytuacji, zdaniem moim, do częstych upokorzeń zarówno dla Polski, a specjalnie dla mnie osobiście.

3) Po prawdopodobnym zerwaniu rokowań pokojowych w Mińsku pozostaje nam atut w rezerwie – atut Ententy. Warunki postawione przez nią są skierowane przeciwko funkcji państwowej, którą od prawie dwu lat wypełniam. Ja i R.O.P., rząd czy sejm, wszyscy mieliby do wyboru albo zostawić mnie przy jednej funkcji, albo usunąć zupełnie. Co do mnie wybieram drugą ewentualność. Jest ona bardziej zgodna z godnością osobistą i jest praktyczniejsza. Pozostawienie mnie na jednym z urzędów zmniejsza mój autorytet i tak silnie poderwany i doprowadza z konieczności do powolnego zniszczenia tej siły moralnej, którą dotąd jeszcze reprezentuję dla walki i dla kraju. Biorę następnie pod uwagę mój charakter bardzo niezależny i przyzwyczajenie do postępowania według własnego zdania, co z warunkami, postawionymi przez ententę nie zgadza się. Wreszcie przeczy to systemowi, któremu służyłem w Polsce od początku swojej pracy politycznej i społecznej, której podstawą zawsze była możliwie samodzielna praca nad odbudowaniem Ojczyzny, ta bowiem wydawała mi się jedynie wartościową i trwałą. Obawiam się więc, że przy pozostawieniu przy funkcjach przodujących oraz przy moim charakterze i przyzwyczajeniach wyniknąć mogą ze szkodą dla kraju tarcia mniejsze i większe, które nie będąc przyjemne dla żadnej ze stron, wszystko jedno skończyć by się musiały moim usunięciem się.

Wreszcie ostatnie. Rozumie (sic) dobrze, że ta wartość, którą w Polsce reprezentuję nie należy do mnie, lecz do Ojczyzny całej. Dotąd rozporządzałem nią jak umiałem samodzielnie.

Z chwilą napisania tego listu uważam, że ustać to musi i rozporządzalność moją osobą przejść musi do rządu, który szczęśliwie skleciłem z reprezentantów całej Polski.

Dlatego też pozostawiam Panu, Panie Prezydencie, rozstrzygnięcie co do czasu opublikowania aktu mojej dymisji. Również Panu wraz z Jego Kolegami z Rządu pozostawiam sposób wprowadzenia w życie mojej dymisji i wreszcie oczekiwać wówczas będę rozkazu Rządu co do zużytkowania moich sił w tej czy innej pracy. Co do ostatniego proszę tylko nie krępować się ani wysoką szarżą, którą piastuję ani wysokim stanowiskiem, które posiadam. Nie chciałbym bowiem mnożyć swoją osobą licznej rzeszy ludzi, nie układających się w żaden system, czy to z powodu kaprysów i ambicji osobistej, czy to z powodu słabości charakteru polskiego, skłonnego do wytwarzania najniepotrzebniejszych funkcji dla względów osobistych.

Proszę Pana Prezydenta przyjąć zapewnienie wysokiego szacunku i poważania z jakim pozostaję.

(-) Józef Piłsudski

=========================================


Fragment komentarza J. Giertycha:

Czy generał Rozwadowski wiedział o tym, że Piłsudski podał się do dymisji? I że wobec tego, jako Szef Sztabu staje się automatycznie pełniącym funkcje Naczelnego Wodza?

Nie wiemy o tym. Nie posiadamy żadnego dokumentu, czy relacji, które dawałyby na to pytanie odpowiedź.

Z treści relacji Witosa zdaje się wynikać, że chyba Rozwadowskiego o dymisji Piłsudskiego nie powiadomił. Choć nie jest to zupełnie pewne. Ostatecznie, mogło się zdarzyć, że w następnych godzinach i dniach mógł o tym Rozwadowskiemu powiedzieć, ale wzmianki o tym w swoich pamiętnikach nie uczynił. Natomiast bardziej możliwe jest, że sam Piłsudski mógł przy jakiejś okazji w owym dniu Rozwadowskiego o tym powiadomić.

Jest jednak również możliwe, że Rozwadowski o tej dymisji nie dowiedział się nigdy. Nie dowiedział się nawet post factum, już po bitwie, lub po latach.

Ale był on Szefem Sztabu, a więc automatycznym zastępcą Wodza Naczelnego. A Piłsudski wyjechał z Warszawy. Już od szeregu dni czynności Wodza Naczelnego nie spełniał, ale wyjazdem swoim zamanifestował w sposób ostateczny że kierować całością toczących się operacji nie zamierza. Dla Rozwadowskiego stwarzało to oczywisty obowiązek przejęcia w sposób ostateczny i całkiem formalny odpowiedzialności za dalszy bieg wojny i za zaczynającą się wielką bitwę.

Rozwadowski był faktycznym wodzem naczelnym, bo formalny wódz naczelny wyjechał i tym samym przerzucił całkowitą odpowiedzialność na niego jako zastępcę. Rozwadowski kierował bitwą, bo uważał to jako zastępca Wodza Naczelnego za swój obowiązek, oraz bo wiedział dobrze co ma teraz robić i bo bitwę wygrać chciał i uważał, że potrafi. Nawet i bez dymisji Piłsudskiego jego faktyczne kierowanie bitwą byłoby faktem oczywistym i nieuniknionym. Ale od strony Piłsudskiego, doręczona Witosowi na piśmie dymisja była nadaniem wodzostwu Rozwadowskiego cechy formalnej. Była zrzeczeniem się odpowiedzialności samemu po to, by ją dźwigał Rozwadowski. – J.G.


GENERAŁ ROZWADOWSKI WPROWADZA PLAN W CZYN

„Wśród ciągłej niepewności i rosnącego naprężenia gen. Rozwadowski przyszedłszy do mnie powiedział poufnie, że rozpoczęcie naszej wielkiej ofensywy zostało wyznaczone na dzień 12 sierpnia, o ile nie zajdą jakieś wielkie i nieprzewidziane przeszkody. Kiedy dzień ten przyszedł, a ofensywy nie rozpoczęto, przybył znowu nazajutrz do mnie, usprawiedliwiając niedotrzymanie terminu spóźnieniem przy załadowaniu ciężkich dział na jakiejś małej stacyjce kolejowej nie doszkoloną jeszcze dostatecznie obsługą i postanowieniami Nacz. Wodza, którego on nie może często zrozumieć, ale musi się podporządkować. Wyraził też obawę, że ofensywa Piłsudskiego może być spóźniona, gdyż ciężar walki przenosi się na północ od Warszawy. Akcja Piłsudskiego znad Wieprza będzie bardzo efektowna, ale dla wojny ma jego zdaniem znaczenie drugorzędne.

Powodem odłożenia terminu rozpoczęcia ofensywy miały być także nieukończone prace fortyfikacyjne w okolicy Warszawy. (…)

Zniecierpliwienie i obawy jeszcze się wzmogły, gdy nadeszły sprawdzone wiadomości, że dowództwo bolszewickie przygotowuje wielkie uderzenie w okolicy Modlina, mające na celu złamanie polskiego oporu i przejście Wisły w tych okolicach. Gen. Rozwadowski miał duże obawy, czy słabe polskie oddziały mogą uderzenie zwycięsko odeprzeć, o ile Piłsudski nie ruszy się prędzej od południa. (Ibid., str. 296-297).

„Na drugi dzień gen. Rozwadowski oznajmił Radzie Ministrów, że bolszewicy napierając coraz mocniej na stolicę, zajęli Radzymin i zbliżają się do miejscowości Marki, położonej zaledwie 12 kilometrów od Warszawy, przeszli też bez dużego oporu naszych wojsk przez dwie linie obronne, świeżo zbudowane i niesłychanie słabe. Dalej przyznał, że i na innych frontach nie jest dobrze, gdyż doszli oni prawie pod Toruń, zajęli Płock i kilka innych miejscowości, bardzo ważnych pod względem wojskowym. Na froncie południowym posunęli się pod Zamość i Lwów. Trzymający się najmocniej odcinek frontu pod dowództwem generała Sikorskiego zmuszony był się cofnąć i przejść na inne pozycje.

Niespodziewane przez nikogo te wiadomości wywołały w Radzie Ministrów chwilowo przygnębiające wrażenie, gdyż szef sztabu przed paru godzinami mówił zupełnie co innego, a teraz zapowiada tak wielkie i niebezpieczne zmiany w sytuacji. Zaczęto go obsypywać pytaniami. Generał Rozwadowski; jakby zupełnie zapomniał o tym; co dopiero mówił, z zupełną pewnością siebie opowiadał, że on wykonywa swój plan sprowadzenia bolszewików pod Warszawę i rozprawienia się z nimi przy bramach stolicy.

Gdy to jego oświadczenie w przerażoną Radę Ministrów uderzyło jak piorun, on śmiejąc się dodał, że wszystkich bolszewików wystrzela «na sztrece». Ten jego optymizm trudno już było zrozumieć”. (Ibid., str. 298-299).

Po wycieczce na front „do Warszawy powracaliśmy w ciężkim nastroju (…) Oczekujący mnie gen. Rozwadowski miał natomiast twarz rozpromienioną, dowodząc mi dość długo, że najgroźniejsze niebezpieczeństwo minęło, jeżeli ono w ogóle istniało, a pełne zwycięstwo nad bolszewikami jest co godzina bliższe.

Nie mogłem pojąć, na czym opierał te swoje nadzieje, gdyż dopiero sam mi mówił, ze Radzymin dostał się w ręce bolszewików w tych godzinach, a przeciwdziałanie dywizji litewsko-białoruskiej zostało złamane, wojska zaś bolszewickie zaczęły podchodzić pod Jabłonnę i Nieporęt. Kiedy go zapytałem, czy w związku z wytworzoną sytuacją nie należy poczynić potrzebnych zarządzeń, gdyż bolszewicy mogą nas wziąć jak do saka, odpowiedział mi lekko uśmiechnięty, że nie ma do tego żadnej potrzeby bo gen. Haller da bolszewikom za to zuchwalstwo porządną nauczkę.

Stosunek sił w okolicy Warszawy jest dla naszych wojsk bardzo korzystny, a można by bolszewików zupełnie połamać, gdyby Piłsudski był już uderzył znad Wieprza. Skutkiem jego zwlekania stan wytworzył się taki, że ofensywa Piłsudskiego ma zapewnione zupełne powodzenie, gdyż przed nią stoją bardzo słabe siły bolszewickie. Niesłusznie też jego zdaniem zaniepokoiło się Naczelne Dowództwo i gen. Weygand, gdyż do zajęcia Warszawy przez bolszewików on bezwarunkowo nie dopuści, mając do tego potrzebną siłę i ducha w narodzie. W wojsku następuje także bardzo korzystna zmiana. Jeżeli Piłsudski uderzy ze swoją armią na bolszewików dopiero 17 sierpnia, jak to zamierza, to przed sobą prawie nic mieć nie będzie, bo całe siły bolszewickie zwalą się na Warszawę, a wtenczas dopiero mogło by być złe. Spodziewając się tego, tak on jak i gen. Weygand starają się nakłonić Piłsudskiego do wcześniejszego wystąpienia i mają nadzieję, że jego niezrozumiały upór uda się przełamać”. (Ibid., str. 302).

NAJTRUDNIEJSZE ZADANIE PRZYPADŁO GEN. SIKORSKIEMU

„Według raportu, jaki świeżo otrzymał, gen Sikorski usiłując atakować, natrafił zupełnie niespodziewanie na główne siły dwóch armii sowieckich, nie wiedząc, że inna armia i korpus Gaja wymijają go od strony północnej, wkraczając w obszar tyłowy. «Ma on tam do czynienia z ogromną przewagą wroga, ale jestem pewny, że da sobie radę, bo ma głowę na karku, a zresztą dziś mu posłałem potrzebne posiłki». Jemu przypadło w tym czasie najtrudniejsze, ale i najważniejsze zadanie do spełnienia.

Na drugi dzień o godzinie 9-tej rano rozpoczęła Rada Ministrów swoje posiedzenie. Gen. Rozwadowski złożył krótkie sprawozdanie z sytuacji wojskowej, nie tając, że jest ona bardzo ciężka, jednak nie ma powodu do obaw, bo zmieni się ona na lepsze, może nawet w najbliższych godzinach. Gorąco przemawiał w obronie Piłsudskiego, usprawiedliwiając spóźnienie jego ofensywy”. (Ibid., str. 303). „Gen. Sikorskiego bardzo mało znałem. (…) W służbie dla państwa polskiego miał już wtedy dobre i zasłużone imię, a gen. Rozwadowski mówił, że w walkach i odwrocie zachował się on najlepiej ze wszystkich polskich dowódców w tej wojnie. Twierdził, że mimo iż wytrwał najdłużej, najmniejsze poniósł straty. On go uważa za prawdziwie mądrego i zdolnego oficera, z którym mało kto mógł się mierzyć.

Przybywszy do Modlina, zastaliśmy gen, Sikorskiego. (…) Twierdził, że silny nacisk rosyjski mógłby tu zostać zupełnie złamany, co by miało rozstrzygające znaczenie dla całej wojny, gdyby rozporządzał większymi siłami i gdyby jazda. gen. Dreszera była spełniła poruczone jej zadanie. Ciężar walki jego zdaniem znajduje się na froncie północnym szczególnie zaś na odcinku, który on zajmuje. (…) Mówiąc o oficerach francuskich do jego armii przydzielonych, gen. Sikorski wyrażał się o nich z największym uznaniem, twierdząc, że oni okazują niesłychaną odwagę i pracują tak pilnie i gorliwie, że oficerowie polscy powinni z nich brać przykład”. (Ibid., str. 304-305).

„Zaraz po moim powrocie do Warszawy przybył gen. Rozwadowski. Obawiając się znowu niepomyślnych wiadomości, patrzyłem na niego z dużym niepokojem, starając się poznać po jego twarzy. Był jak zawsze pewny siebie, uśmiechnięty. Zaznaczył szybko, że dziś przynosi mi same dobre wiadomości.

A to: Piłsudski, nalegany przez niego, gen. Weyganda i innych, zdecydował się na rozpoczęcie ofensywy o jeden dzień wcześniej i już jest w pełni akcji, która postępuje nadzwyczaj szczęśliwie. Gen. Sikorski po bardzo ciężkich walkach z ogromną przewagą nieprzyjacielską nie tylko zdołał przerwać otaczającą go już obręcz sił bolszewickich, ale zmusił je do puszczenia zajętych stanowisk i zupełnej zmiany pierwotnych planów. Wielkie odciążenie nastąpiło także na froncie gen. Hallera. Obecnie Rozwadowski ma tylko jedno zmartwienie, ażeby bolszewicy zbyt szybko nie uciekali. Ja tego zmartwienia nie miałem”. (Ibid., str. 316).

Po podróży do Poznania „przybywszy do Warszawy, zastałem znacznie, zmienione położenie. Gen. Rozwadowski zakomunikował mi, że według umówionego planu pomiędzy nim a Piłsudskim i gen. Weygandem, rano w dniu 17 sierpnia wyszło spod Warszawy uderzenie kilku batalionów, zaopatrzonych w pociągi pancerne i czołgi w stronę Mińska Mazowieckiego, który też wieczorem został zajęty. Generał Haller wszedł do Mińska z czołowymi oddziałami.

Wojska frontu środkowego już w pierwszym dniu walki pod komendą Piłsudskiego rozbiły grupę mozyrską [ bo jej nie było, jak później pisze Piłsudski.. md] , która im stanęła na drodze, a następnie znosząc liczne mniejsze oddziały bolszewickie, postępowały z niesłychaną szybkością, tak, że już 17 sierpnia, w walce z 16 armią bolszewicką, prawie równocześnie z gen. Hallerem dotarły do Mińska. Opowiadając mi to wesołe i wielkie zdarzenie, gen. Rozwadowski z miną tryumfującą nie omieszkał mi przypomnieć, że on przecież miał rację; Nie mogłem mu tego rzecz prosta odmówić”. (Ibid., str. 323).

POWODZENIE PLANU ZMNIEJSZONE UPOREM PIŁSUDSKIEGO

„Po przyjeździe do Warszawy przybył do mnie gen. Rozwadowski z wiadomością, że Lwów znajduje się znowu w dużym niebezpieczeństwie, choć on jest pewny, że się to w ciągu kilku godzin zmieni. Przedstawiając mi sytuację szczegółowo podkreślił, że skutki opóźnienia ofensywy Piłsudskiego mają już teraz fatalne następstwa, gdyż znaczna część pobitej armii bolszewickiej uratuje się w odwrocie. Gdyby jego rad posłuchano, byłoby zupełnie inaczej. Uporu niezrozumiałego nie dało się przełamać a szkoda, niepowetowana szkoda. Powtarzając wielokrotnie te wyrazy, jakby dla utrwalenia w pamięci, gen. Rozwadowski wyszedł”. (Ibid., str. 341).

„Gen. Rozwadowski stale niezadowolony i zarazem zmartwiony, gdyż Piłsudski jakoby znowuż przekreślił jego plany. Dążył on do zniszczenia sił bolszewickich, pobicia Litwinów i przez Wilno i Białystok wkroczenia na Litwę kowieńską, ażeby tą drogą dotrzeć do Bałtyku i tam pozostać. (…) Wbrew temu Piłsudski poszedł nad Niemen z zamiarem rzucenia wojsk bolszewickich na błota pińskie. Gen. Rozwadowski zawsze był zdania, że to posunięcie chybiło celu, gdyż wojska bolszewickie nie zostały zniszczone natomiast wojskom litewskim dało możność wycofania się bez strat i zatrzymania w swoim ręku Wilna”. (Ibid., str. 353).

FRONT PÓŁNOCNY ZADECYDOWAŁ O ZWYCIĘSTWIE

„Wbrew urabianej tendencyjnie i stale opinii, rozstrzygnięcie polskie w bolszewickiej wojnie r. 1920 zapadło nie na południu, lecz na północy, a więc nie na froncie dowodzonym przez Piłsudskiego bezpośrednio, ale na froncie gen. Hallera. Szale zwycięstwa i klęski w naszej rozprawie z bolszewikami zdecydowały się w kilkudniowej, bardzo ciężkiej i krwawej bitwie, jaka się toczyła na północ od Modlina, od 14 sierpnia począwszy. Stwierdzały to zresztą komunikaty Naczelnego Dowództwa, przyznawali także bolszewicy.

Dostępne obecnie ich komunikaty i publikacje głoszą bez ogródek, że przesilenie wojny w r. 1920 nastąpiło na odcinku piątej armii prowadzonej przez gen. Sikorskiego i to jeszcze wtenczas zanim ofensywa znad Wieprza dała się odczuć na polach bitew nad Wisłą i Wkrą. O ile wiem, Nacz. Dowództwo o ugrupowaniu wojsk bolszewickich miało zupełnie fałszywe wiadomości. Usiłował je też sprostować gen. Weygand, widać lepiej zorientowany w tym, że ogromna większość wojsk bolszewickich zgromadzona była na północ od Bugu i Narwi. Piłsudski jednak nie chciał się dać przekonać. Przecież jeszcze w swojej książce stwierdza, że dnia 17 sierpnia, a więc po przełomowej bitwie pod Nasielskiem, poszukiwał on większości wojsk bolszewickich na drodze swego pochodu, a więc na północ od Wieprza”. [czyli na południe od Warszawy] (Ibid., str. 358-359).

GENERAŁ SIKORSKI

„Jak wynikało z relacji gen. Sikorskiego w czasie rozmowy ze mną, miał on przeciw sobie ogromną przewagę wojsk bolszewickich, gdy rozpoczynał uderzenie na północ od Modlina. Nie należy zapominać przy tym, że przeciw niemu stały wojska bolszewickie, upojone zwycięskim pościgiem już od Dźwiny, gdy większość oddziałów gen. Sikorskiego miała za sobą wiele klęsk i ciężki, długi odwrót.

Toteż w tych warunkach tym silniejszej trzeba było woli, energii i uporczywej konsekwencji ażeby tak wyczerpane wojska rzucać do ataku i z nimi zwyciężać. Wola została narażona na bardzo ciężką próbę pomiędzy innymi, gdy bolszewicy wielkimi siłami, zebranymi pod Płockiem i Płońskiem rozpoczęli uderzenie na odsłonięte zupełnie tyły armii gen. Sikorskiego.

Na wynik tej walki oczekiwaliśmy z niesłychanym niepokojem, mimo zaufania żywionego do gen. Sikorskiego. Nie małą obawę miał także i gen. Rozwadowski widząc że wojska stojące pod Radzyminem nie mogły obronić Warszawy. Mimo, że sam uważał to za bardzo ryzykowne, gdyż oddziały tej armii były za mało skupione, a żołnierze pozbawieni środków walki i żywności, zwożonych dopiero pospiesznie do rejonów Modlina, polecił on akcję Sikorskiego na gwałt przyspieszać. Nie widział bowiem innego wyjścia, zwłaszcza gdy pod Radzyminem zaczął się front łamać daleko prędzej niż można się było tego spodziewać.

Armia ta musiała rozpocząć nierówną walkę w czasie, kiedy znaczna część sił w skład jej wchodzących nie przybyła jeszcze na miejsce przeznaczenia. Toteż w początku było jej bardzo ciężko. Pomimo tego zdołała nie tylko ulżyć Warszawie, zatrzymać bolszewików, którzy pod Modlinem chcieli przekroczyć Wisłę, ale spowodowała dalszą i to znaczną ulgę pod Radzyminem. Kiedy razem z innymi ministrami składałem gen. Sikorskiemu, gratulacje w zdobytym Nasielsku, mogliśmy być niemal pewni zwycięstwa, chociaż liczne dywizje bolszewickie w tym samym czasie szturmowały zawzięcie tak niedaleko położony Płock. W przekonaniu tym utwierdzały nas i pewność wodza i znakomite nastroje i postawa jego żołnierzy. Zasługi gen. Sikorskiego wszyscy uznawali i wszyscy też milczeli, gdy Piłsudski wywierając na nim jak na wielu innych swoją zemstę, odsunął go nawet od służby w wojsku, do której ma lepsze od wielu kwalifikacje.” (Ibid., str. 359-360).

USUNIĘCI Z WIDOWNI

„Nie mogę wiedzieć z dokumentami w ręku, czy się to stało rozmyślnie, czy tylko dzięki przypadkowi, że konkurenci do zasług po zwycięstwie nad bolszewikami pod Warszawą zostali z widowni zupełnie usunięci. Z gen. Rozwadowskim skończono na wieki, starając się nakryć potwarzą jego imię, generałów Hallera i Sikorskiego odstawiono, nie pozwalając im pracować dalej w uratowanej przez nich ojczyźnie. Nie wymieniam już tej wielkiej i skrzywdzonej gromady ludzi.

Ponieważ Piłsudski nie mógł unicestwić gen. Weyganda, swoją niechęć do niego przeniósł na Francję. Znając jego niepohamowaną pychę, mogę śmiało wnioskować, że jego nieprzyjazny stosunek do niej był w dużej mierze także i tymi przesłankami podyktowany.” (Ibid., str. 362).

GENERAŁ ROZWADOWSKI

„Cokolwiek się będzie pisać i mówić, kogo się będzie chciało ubierać w laury i zasługi, to rok 1920, 'Cud nad Wisłą’ i zwycięstwo nad bolszewikami odniesione pozostać muszą na zawsze z nazwiskiem gen. Rozwadowskiego związane.

Ja osobiście nie znałem go zupełnie aż do czasu objęcia przez niego obowiązków szefa sztabu. Raz tylko słyszałem o nim na posiedzeniu krakowskiego Naczelnego Komitetu Narodowego, kiedy przy jakiejś sposobności z jednej strony przedstawiono go jako wykształconego i bardzo zdolnego oficera, a przy tym gorącego Polaka, z drugiej strony zwalczano zawzięcie jako zapalonego endeka i reakcjonistę o wstecznych niesłychanie poglądach. Na czym miała polegać ta jego reakcyjność, tego nie mówiono.

Na moim urzędzie prezydenta ministrów, zwłaszcza z początku, sprawił on mi przykry zawód, kiedy jego bardzo stanowcze zapowiedzi, dotyczące postępów naszego wojska wręcz się nie spełniły, a niebezpieczeństwo zwiększało się gwałtownie z godziny na godzinę.

Według mego niefachowego zdania nie rozwinął on wcale swojego talentu w czasie przewrotu majowego. (…) Każdemu jednak może się powinąć noga, a wojna domowa nie dla wszystkich jest walką z nieprzyjacielem, którego należy tępić wszelkimi środkami. (…)

Co innego r. 1920 i walka z bolszewikami. Tam miałem co dzień możność i sposobność widzieć i podziwiać jego niczym nie naruszony spokój, nadludzką wytrwałość, optymizm nie opuszczający go nawet w najcięższych chwilach, bezgraniczne oddanie się sprawie i wiarę w zwycięstwo, którą umiał przenieść w swoje otoczenie.

Mnie się wydawał czasami trochę nieopatrznym, choć zawsze prostolinijnym i zupełnie bezinteresownym. Toteż zarzuty natury moralnej, stawiane mu przez Piłsudskiego po przewrocie majowym, naruszające jego cześć osobistą, uważałem za rozmyślne oszczerstwo, potrzebne naonczas Piłsudskiemu do wykonania na gen. Rozwadowskim nieludzkiej zemsty i zdeptania go moralnie i fizycznie.

Jeśli byłyby bodaj nikłe podstawy dla stawianych zarzutów, wytoczono by mu proces. Tego Piłsudski nie zrobił, choć mógł być pewny uległości sądów, lecz zamęczał Rozwadowskiego więzieniem i wyszukanymi torturami, które zniszczyły jego zdrowie i przybliżyły śmierć. Tej poniewierki byłby nie wytrzymał żaden człowiek, uległo jej też zdrowie gen. Rozwadowskiego, tym bardziej, gdy widział, że nikt nie stanął w jego obronie.

Ja opinię te powtarzałem, gdzie należało, nie mogłem jednak nic zrobić, gdyż sam byłem obezwładniony, ludzie zaś do których się zwracałem, oburzali się na bezecne postępowanie, ale się nie chcieli narażać. Toteż przeważnie zachowywali milczenie nawet i wtenczas, gdy nastąpią śmierć gen. Rozwadowskiego, otoczona dziwnym urokiem tajemniczości. Lewicowych polityków wypadki te nie poruszyły.

Niezwykła jego lojalność wobec Piłsudskiego ujawniła się w całej pełni szczególnie wtenczas, gdy w dniu 12 sierpnia 1920 r. Piłsudski niespodziewanie opuścił Warszawę, a jego funkcje wojskowe objął Rozwadowski. Miałem sposobność nieraz patrzeć na to, jak na każdym kroku i przy każdej sposobności z niezwykłą otwartością, poświęceniem się i odwagą bronił nie tylko zamierzeń, ale autorytetu i osobistej czci Piłsudskiego. A przecież nie było to rzeczą łatwą, ani popularną bo ciężkie zarzuty przeciw Piłsudskiemu sypały się jak z rogu obfitości.

Jego wielkie zasługi i charakter przecież sam Piłsudski uznał, dając temu mocny wyraz w publicznym rozkazie. No, ale było to w czasie walki, która nie pozwalała na przemyślane kombinacje. Od Piłsudskiego różnił się gen. Rozwadowski tym, że pozostawiając swoją osobę na boku, wierzył w naród i armię i stale to powtarzał. Idąc niezachwianie z tą wiarą naprzód, w bardzo wielkiej mierze przyczynił się też do uchronienia narodu od hańby, nie zarobiwszy jak dotąd na jego wdzięczność, gdy inni niezasłużenie hołdy zbierają.” (Ibid., str. 356-357).

GENERAŁ HALLER

„Niepoślednia rola w tych decydujących o losie państwa momentach przypada gen. Józefowi Hallerowi. Opierała się ona u niego przede wszystkim na czynniku moralnym. (…) Świeżą, nie nadwyrężoną żadnymi zarazkami wolę przynieśli na front ochotnicy, stanowiący przeszło sto tysięcy ludzi. Stało się to w największej mierze dzięki niezmordowanej i wprost nadludzkiej pracy generała Józefa Hallera. On stał się wyrazicielem tego ożywczego prądu w dowództwie i niejako gwarancją trwałej pod tym względem odmiany.

Mianowany dowódcą północnego frontu, od pierwszego momentu starał się cofające w pośpiechu wojska opanować i ustabilizować rozbity front. Tego nie można było dokonać bez zmiany nastrojów i powrotu wiary w zwycięstwo, która opuściła zdziesiątkowane i rozbite szeregi. Na to potrzeba było i trochę czasu. (…) Sprawić to jeno mógł nowy duch, który z czasem wstąpił w osłabione zwątpieniem szeregi i to jest wielką, historyczną zasługą gen. Hallera. Niestrudzony w pracy, był on zawsze na podległym mu froncie, gdzie się tylko decydował jego los, nie ograniczając się do pracy sztabowej. W chwilach najcięższych stał obok żołnierza dręczonego głodem i pościgiem, dodając mu otuchy i starając się przelać w niego gorącą wiarę w zwycięstwo, do którego sam się w wielkiej mierze przyczynił, nie reklamując tego nigdy”. (Ibid., str. 358).

PIŁSUDSKI

„Nigdy nie miałem zupełnego zaufania do Piłsudskiego, czułem jakieś niezrozumiałe może nawet uprzedzenie. Byłem zadowolony, jak nie musiałem się z nim stykać. Poza tym uprzedzeniem nie mogłem się pogodzić z jego posunięciami politycznymi, szczególnie z okresu rządów Moraczewskiego, musiało mnie razić jego stanowisko w sprawie obrony Małopolski Wschodniej, upór przy swoim sposobie tworzenia armii, stare, często bardzo niesympatyczne praktyki z Legionów, błędy szczególnie w czasach ostatnich popełnione, tak wyraźne i tak bardzo kosztowne – to jednak widząc u niego wielką troskę, odbijającą się wprost na twarzy, szczerość w rozmowie, głęboką obawę o wolność i całość ojczyzny, miałem wrażenie, że się grubo mylą ci wszyscy, którzy mu robią zarzuty lekkomyślności a nawet zdrady i że ja sam byłem także czasem w błędzie, posądzając go o osobiste ambicje i brak dobrej woli. Prawda, pod ciężarem tych wielkich wypadków trudno było nieraz należycie zebrać biegające myśli”. (Ibid., str. 290).

„Jako szef rządu w czasie zmagania się z bolszewikami czułem się w obowiązku solidarnej odpowiedzialności z tymi z którymi współpracowałem. Stąd też w czasie największej nagonki na Piłsudskiego broniłem go z całą siłą, na jaką mogłem się zdobyć, mimo że ludzie znający go lepiej, radzili mi być ostrożniejszym tak ze względu na opinię, jak i na postępowanie Piłsudskiego. Tak gen. Rozwadowski jak Roja i inni, którzy go lepiej ode mnie znali, twierdzili że Piłsudski prawie zawsze i wszystko zaczynał i robił z myślą o sobie, choć się to starał jak najbardziej ukrywać. Z bardzo też dużą łatwością przerzucał odpowiedzialność na innych, zapominając rychło, że on był autorem popełnionej winy. Zawsze też umiał znaleźć świadków powolnych jak i wielbicieli jego talentu, których rozmachu nie tylko nie powstrzymywał, ale swoim postępowaniem zachęcał. Bez wszelkiego wahania poświęcał tak życie ludzkie, jak i najbliższych przyjaciół, jeżeli tego wymagały jego plany, nie zawsze idące po drodze publicznego dobra. W takich razach potrafił być nieugięty, bezwzględny, a nawet okrutny.

Bardzo wiele opowiadał mi na ten temat poseł dr. Lieberman w więzieniu brzeskim, oburzając się na te straszne praktyki. Szkoda, że tak późno. Swoimi metodami musiał też górować nad wszystkimi, którzy tak postępować nie umieli, albo nie chcieli. Zostali też zepchnięci i wyrzuceni przez niego jak sprzęt nieużyteczny, odarci nie tylko z zasług i czci, ale jak gen. Rozwadowski nawet pozbawieni życia. Jest to tym bardziej znamienne i przykre zarazem, że niektórzy z nich byli nie tylko jego wiernymi towarzyszami broni, ratowali państwo i swoimi wysiłkami naprawiali błędy przezeń popełnione, ale – mogę to stwierdzić – byli mu szczerze oddani.

Do sporu, czyją zasługą były plany, na podstawie których osiągnięto zwycięstwo, 'Cud nad Wisłą’, wiele nie umiem dorzucić, gdyż oprócz bardzo dyplomatycznej i dla mnie nie zrozumiałej opinii ministra spraw wojskowych gen. Sosnkowskiego i wstrzemięźliwego nadzwyczaj zachowania się gen. Rozwadowskiego, który to uważał za bardzo delikatną materię, od nikogo więcej nic miarodajnego nie starałem się dowiedzieć. Między urzędnikami moimi panowało przekonanie, że plan byt dziełem gen. Weyganda, mimo że do tego nigdy się nie przyznał, nie chcąc drażnić ambicji Piłsudskiego, a podobno także i gen. Rozwadowskiego. To jednak nie było miarodajne”. (Ibid., str. 355-356).

GENERAŁ WEYGAND

„Gen. Weygand przebywał w Polsce od 25 lipca do 24 sierpnia 1920r. (…) Przybył on do Warszawy w momencie, w którym wojska polskie cofały się po kilkadziesiąt kilometrów na dzień i w którym większość frontu była w zupełnej rozsypce. Warszawę zaś opuścił po rozgromieniu bolszewików nad Wisłą i wyrzuceniu ich za Niemen i Bug.

Nie dziw więc, że się w Polsce utarła opinia, iż do wygrania bitwy nad Wisłą on się nie mało przyczynił, a świetny manewr znad Wieprza uważano powszechnie za jego pomysł.

Jaka istotnie była jego rola? Już od dnia 4 lipca rozpoczął się odwrót wojska polskiego z północnego frontu. Fałszywy obrachunek sił bolszewickich dokonany przez Piłsudskiego na północy sprawił, że wojska gen. Szeptyckiego walcząc z olbrzymią przewagą poniosły w tym dniu bardzo ciężką, prawie że decydującą klęskę. O naprawieniu jej nie mogło być mowy, gdyż na południu, po stracie Kijowa uwaga nasza była całkowicie zaprzątnięta armią konną Budiennego. Wtenczas też wyszły jaskrawo na wierzch popełnione błędy. Wojsko ustawione jak nagonka na polowaniu nigdzie nie było [w stanie] stawić prawie żadnego oporu. (…)

Misja gen. Weyganda nie była określona. Pierwotnie miał on tylko zbadać sytuację i zdać sprawę konferencji międzysojuszniczej w Spa, a w pierwszym rzędzie marszałkowi Fochowi. Bezład, jaki panował wówczas w Naczelnym Dowództwie i załamanie się widoczne Naczelnego Wodza, skłoniły rząd do zwrócenia się do gen. Weyganda z prośbą o pomoc. Sytuacja była drażliwa i delikatna zarazem. Gen. Weygand nie przybył bowiem z dywizjami francuskimi, czego się spodziewał i o co go interpelował Piłsudski, nie mógł też objąć faktycznego dowództwa. Stanowisko zaś jego jako doradcy technicznego było bardzo trudne, odpowiedzialne i delikatne zarazem. Mimo to gen. Weygand stanowisko to przyjął i oddał na nim ogromne usługi naszej ojczyźnie w tak ciężkich czasach.

Gruntowny, metodyczny, jasny w ocenie i postanowieniach, a przy tym nieugięty, od razu uczynił wszystko ażeby do działań polskich wprowadzić ład i celowość. Zwrócił uwagę na brak rezerw i konieczność radykalnej zmiany dotychczasowych sposobów wojowania. Podkreślił bardzo silnie konieczność oderwania się od bolszewików, przegrupowania sił i dopiero przejścia wtedy do poważnej akcji. Wskazywał na każdy błąd, sprzeczności i niedokładności. Jego naprawdę mądre i fachowe wskazówki wydały pełny plon, szczególnie w bitwie nad Wisłą. Zasługi tak gen. Weyganda jak i oficerów francuskich, których znaczna ilość znajdowała się w szeregach naszego wojska, są bardzo wielkie tak ze stanowiska moralnego jak i wojskowego. W czasach, w których Polska była całkowicie izolowana, a defetyzm w kraju panował niemal ogólny, stanęli oni obok naszych żołnierzy i oficerów ramię w ramię porywając ich do walki nieugiętej, zawstydzając często swoją odwagą i niepospolitym męstwem.

Te zasługi gen. Weyganda potraktowano u nas w sposób co najmniej małostkowy. Zrobili to szczególnie ci, którzy wcześnie i przezornie budowali sobie bożka i szukali dla niego jak najwięcej powodów do kadzidła. Z mojego stanowiska, uważałem dociekanie tego, kto był autorem planu zwycięskiej bitwy pod Warszawą za rzecz mniejszej wagi. Jeżeli to zrobił Piłsudski czy Rozwadowski, nie stało się nic nadzwyczajnego, bo to należało do ich praw i obowiązków. Inaczej by się sprawa przedstawiała, gdyby gen. Weygand był jego autorem. Dla mnie ważniejsze od tych dociekań było zachowanie się tak gen. Weyganda jak i oficerów francuskich. Nie można zapomnieć nie tylko o ich męstwie i poświęceniu, ale także i o tym, że tak ofiarnie narażali się nie za swoją sprawę, a mimo to nie zgłaszali żadnych pretensji.

Jeżeli nie chce wiedzieć o tym nadęta i pijana obcymi zasługami piłsudczyzna, to powinna wiedzieć i pamiętać trzeźwa i przyzwoita opinia polska”. (Ibid., str. 360-362).


Komentarz Jędrzeja Giertycha. Relacja Witosa jest bardzo cenna, gdyż jako prezes Rady Ministrów był w okresie bitwy warszawskiej w codziennym kontakcie z generałem Rozwadowskim i z innymi osobistościami, odgrywającymi w tej bitwie i w przygotowaniu do niej wybitną rolę. Jego informacje są więc informacjami z pierwszego źródła. Szczególnie cenne są zanotowane przez niego wypowiedzi generała Rozwadowskiego. Są to wypowiedzi, których Rozwadowski poza tym nigdzie nie powtórzył, a więc najwidoczniej uczynione były pod wrażeniem chwili, w nastroju zupełnej szczerości. Dowiadujemy się z tych wypowiedzi co Rozwadowski w czasie bitwy i tuż po bitwie naprawdę myślał. Dowiadujemy się przede wszystkim jak bardzo krytycznie patrzał na Piłsudskiego, a zwłaszcza na opóźnienie przez niego kontrofensywy znad Wieprza. W okresie późniejszym najwidoczniej wolał nie wypowiadać się w tej sprawie tak szczerze.

Relacja Witosa daje nam żywy i przekonywający obraz tego, jak sytuacja wojenna wyglądała w krytycznych dniach, oglądana od strony cywilnego rządu ale będącego w codziennym kontakcie z najwyższymi władzami wojskowymi. Wiemy zresztą z tej relacji, że Witos jeździł w owym czasie także i na front i stykał się np. z generałem Sikorskim w miejscu jego postoju.

Sylwetki ludzi, jakie swoją relacją narysował – generałów Rozwadowskiego, Hallera, Sikorskiego i innych – są bardzo cenne, uzupełniają bowiem w sposób żywy to co o tych ludziach wiemy z dokumentów. Ciekawe są jego informacje o tym, jak generał Rozwadowski w rozmowach z cywilnymi politykami wykazywał jeszcze przed bitwą optymizm może przesadny. Trudno się oprzeć podejrzeniu, że może i trochę i umyślnie wprowadzał ich chwilami w błąd, chcąc podnieść ich na duchu, oraz chcąc ukryć przed nimi sekrety, o których plotkarskie rozszerzenie się żywił obawy. Co jest istotne w tym, co o rozmowach z Rozwadowskim Witos pisze, to jest niezłomna wiara Rozwadowskiego w zwycięstwo i jego siła ducha. W relacji Witosa Rozwadowski rysuje się jako postać naprawdę o cechach wielkości. Witos zresztą z całą stanowczością stwierdza, że to co będzie w przyszłości wypowiadane o bitwie warszawskiej, będzie „na zawsze z nazwiskiem Rozwadowskiego związane.”

Witos przywiązuje także bardzo wielką wagę do roli Weyganda. Podkreśla przede wszystkim, że cokolwiek zrobione było przez Rozwadowskiego i Piłsudskiego, było wykonywaniem przez nich ich obowiązków, natomiast wszelka pomoc i współpraca okazana Polsce przez Weyganda, była aktem bezinteresownej pomocy i darem.

Relacje Witosa o Weygandzie nie robią zresztą wrażenia relacji opartych na własnej obserwacji, czy własnych rozmów z nim. Są to relacje z drugiej ręki. Budzą one o wiele mniej zaufania niż jego relacje o wodzach Polakach. Niektóre z podanych przez niego informacji, dotyczących Weyganda, nie są prawdziwe. Witos zdaje się nic o tym nie wiedzieć, że Weygand jechał do Polski z nałożonym na niego przez rządy alianckie zadaniem objęcia dowództwa, a więc rzeczywistej władzy nad polską armią. Wydaje mi się także, że Witos się myli, przypisując Weygandowi postulat „oderwania się od bolszewików”. Myślę, że chyba nie jestem w błędzie, twierdząc, że to właśnie Rozwadowski miał taki plan: oderwać się od bolszewików, wycofać się, przegrupować, wyłonić potrzebne rezerwy – i wtedy z całym impetem, planowo, na bolszewików uderzyć. Weygand przeciwnie, radził bolszewików zatrzymać, nie odrywając się od nich, stworzyć mocny front, umocnić wojsko długą kampanią obronną i dopiero wtedy zacząć myśleć o ofensywie. Pas avant.

Wnioski zresztą Witosa dotyczące ustosunkowania się Polaków do Weyganda są bardzo słuszne i szlachetne.

Piłsudski w relacji Witosa rysuje się bardzo źle. Znajdujemy w tej relacji potwierdzenie tego, co wiemy z innych źródeł, że Piłsudski uparcie, a bez rzeczowego powodu odwlekał rozpoczęcie swojej ofensywy z nad Wieprza, przez co spowodował wybitne zmniejszenie skutków polskiego zwycięstwa, bo pozwolił znacznej części armii bolszewickiej wymknąć się z osaczenia, w jakim się znalazła. Dlaczego tak zwlekał? Widocznie na coś czekał: Na co?

Relacja Witosa umacnia nas w przeświadczeniu, że Piłsudski czekał na wyjaśnienie się sytuacji na froncie północnym. Liczył się z możliwością, że Rozwadowski, Haller, Sikorski, Latinik, a wraz z nimi także i Weygand bitwę warszawską przegrają. A w takim wypadku lepiej dla niego będzie do bitwy tej się nie mieszać – i szybko wycofać się pod Częstochowę, po to, by oddać się ze swoimi sześciu dywizjami pod opiekę Anglików i być może Niemców dla dalszej walki z bolszewikami w roli wodza Polski zredukowanej do roli małego państewka-satelity. Relacja Witosa umacnia mnie w przeświadczeniu – jest to oczywiście tylko wrażenie subiektywne – że bitwa warszawska wzmocniła rządy Piłsudskiego w Polsce, a przez to utorowała mu drogę do zwycięskiego zamachu stanu w 1926 roku. Zarówno splot okoliczności, jak zręczna i pozbawiona skrupułów propaganda pozwoliła Piłsudskiemu zdobyć sobie pozycję wodza zarówno narodu, jak armii; wprawdzie uznawanego nie przez cały naród i nie przez całą armię, ale jednak mającego po swojej stronie potężny obóz, zarówno jak potężną mafię.

Bez wyprawy kijowskiej i bez bitwy warszawskiej Piłsudski byłby tylko jednym z głów państwa – mało co wybitniejszym jako postać historyczna, niż prezydenci Wojciechowski i Mościcki – oraz tylko jednym z polskich generałów, nie większym od Hallera, Dowbor-Muśnickiego, Szeptyckiego i innych. Bitwa warszawska w której potrafił sobie przypisać główną rolę, uczyniła z niego postać epicką, trochę przypominającą takich samych laików w sprawach wojskowych a jednak mających reputację wielkich wodzów, jak Stalin, Hitler i Mussolini. W dużym stopniu przyczyniła się do tego Francja, traktując Piłsudskiego jako taką właśnie, wyjątkową, nietykalną i czcigodną postać i w praktyce go podpierając. Przyczynił się do tego osobiście Weygand.

Ale przyczynili się także Rozwadowski i Witos, broniąc go przed krytyką i opozycją, jak to sami stwierdzają, Witos w swej relacji, a Rozwadowski w rozmowach, które Witos przytacza.

Cud nad Wisłą i modlitwa za wstawiennictwem św. Andrzeja Boboli. Ukrywany epizod z 1920 roku.

Cud nad Wisłą i modlitwa za wstawiennictwem św. Andrzeja Boboli. Ukrywany epizod z 1920 roku.

pch24.pl/cud-nad-wisla-i-modlitwa-za-wstawiennictwem-sw-andrzeja-boboli-zapomniany-epizod-z-1920-roku

Przed Bitwą Warszawską w lipcu i sierpniu 1920 r. w stolicy trwały żarliwe modlitwy za wstawiennictwem św. Andrzeja Boboli. Jego relikwie, specjalnie przywiezione z Krakowa, były wystawiane na ołtarze i noszone w procesjach, a polscy biskupi zwrócili się z prośbą do papieża o ogłoszenie Boboli patronem kraju. Po zwycięstwie dziękowano mu za orędownictwo. Jednak po II wojnie światowej ten epizod wojny polsko-bolszewickiej został niemal zapomniany. Przypominamy fragment książki Joanny i Włodzimierza Operaczów: „Boży wojownik. Opowieść o św. Andrzeju Boboli”.

Bohater wschodniego frontu

Po beatyfikacji Andrzeja Boboli [w 1853 r. – przyp. red.] jego kult powoli rósł w kraju, do czego przyczyniła się przepowiednia przekazana w 1819 r. dominikaninowi o. Marcinowi Godebskiemu, że Polska odzyska niepodległość, kiedy Bobola zostanie ogłoszony jej patronem. Nad popularyzacją postaci błogosławionego najbardziej pracowali jezuici, którzy głosili kazania na jego temat, publikowali artykuły i broszury i podejmowali wiele innych przedsięwzięć. Współbracia Boboli, którzy posługiwali po kryjomu wśród podlaskich unitów, brutalnie prześladowanych przez władze carskie, oddawali mu się w opiekę i ponoć na każdym kroku doznawali jego wsparcia. W czasie I wojny światowej był on dla polskich żołnierzy popularnym orędownikiem.

Gdy w 1920 roku bolszewicy stanęli na przedmieściach stolicy, z polskiej strony nastąpiła bezprecedensowa mobilizacja – przede wszystkim militarna i organizacyjna, ale również duchowa. Jak ocenia historyk prof. Wiesław Jan Wysocki, Kościół katolicki w Polsce nigdy w swojej historii nie wykazał się takim zaangażowaniem w sprawy narodowe. […]

W Warszawie organizowano liczne msze i modlitwy. […] W nabożeństwach, które odbywały się przy akompaniamencie dział grzmiących na przedmieściach miasta, wzięło udział około stu tysięcy osób. Proszono o orędownictwo Matkę Bożą oraz […] bł. Andrzeja Bobolę i bł. Władysława z Gielniowa. Ich relikwie były noszone w procesjach i wystawiane podczas nabożeństw (w przypadku świętego Andrzeja był to kawałek żebra pobrany z ciała w 1917 roku w Połocku i specjalnie przywieziony do Warszawy z kościoła świętej Barbary w Krakowie). W obliczu zagrożenia, które nadciągnęło ze Wschodu, zwłaszcza Andrzej, zadręczony przez prawosławnych Kozaków, wydawał się warszawianom szczególnie bliski. Kardynał Aleksander Kakowski tak mówił o nim w jednym z kazań:

Błogosławiony Bobola, którego relikwie spoczywają w tej chwili na tym ołtarzu, to wielki Patron Polski, który za te same hasła, za które Polska obecnie walczy, i z rąk tych samych wrogów, którzy jej istnieniu zagrażają, najokrutniejsze poniósł męczeństwo. Andrzej Bobola to w najściślejszym słowa znaczeniu bohater wschodniego frontu! I jak w Polsce jej zmartwychwstanie przepowiedział, tak dziś o jej ocalenie modlić się nie przestaje.

Prośba o patrona

W lipcu 1920 roku polscy biskupi zwrócili się do papieża Benedykta XV z prośbą o kanonizację bł. Andrzeja Boboli i ogłoszenie go patronem Polski. Wyrazili wówczas ufność, że ten męczennik wojen na Wschodzie może uchronić ojczyznę od nieszczęścia, jakie stamtąd przyszło. Do prośby hierarchów dołączono list marszałka Józefa Piłsudskiego, który pisał:

Ojcze Święty! Od początku wojny światowej, która się zda obecnie dobiegać do końca, Bóg Wszechmogący widocznie błogosławił wysiłkom naszej bohaterskiej armii. Wbrew zamiarom naszych wrogów, Ojczyzna nasza zmartwychwstała, co według rachub ludzkich zdawało się prawie niemożliwym. Przypisujemy to dokonanie się aktu sprawiedliwości dziejowej możnemu wstawiennictwu naszych Świętych Patronów, a zwłaszcza Błogosławionemu Andrzejowi Boboli, w sposób szczególny czczonemu przez naród polski, który w nim położył swą ufność. Pragniemy mu okazać wdzięczność za Jego opiekę nad Polską i zapewnić ją sobie na przyszłość dla dalszego rozwoju naszego Państwa. Dlatego błagamy Cię, Ojcze Święty, by Wasza Świątobliwość raczył zaliczyć w poczet świętych Błogosławionego Andrzeja Bobolę. Ufamy, że jako Patron Kresów Wschodnich, na których poniósł śmierć męczeńską, wyprosi nam u Boga, że Polska w dalszym ciągu będzie przedmurzem chrześcijaństwa na rubieżach wschodnich.

Cud (św. Andrzeja) nad Wisłą

Zarządzona przez kard. Kakowskiego nowenna o ubłaganie ratunku dla Polski zaczęła się 6 sierpnia, a zakończyła 14 sierpnia – w wigilię uroczystości Wniebowzięcia Matki Bożej i dzień przed bitwą, która przeszła do historii jako Cud na Wisłą. Zwycięstwo przypisywano przede wszystkim Matce Bożej, ale pamiętano również o św. Andrzeju. Jego współbrat o. Marcin Czermiński tak pisał dwa lata później o orędownictwie Boboli [w biografii „Andrzej Bobola: jego życie, męczeństwo i kult” – przyp. red.], zapewne dając wyraz czemuś więcej niż tylko własnemu przekonaniu:

W pięć dni po procesji, wyżej opisanej, lecz jeszcze w czasie odprawiania nowenny, wojska polskie odniosły pierwsze wielkie zwycięstwo nad znacznie przeważającymi armiami bolszewickimi. Nieprzyjaciel stracił w zabitych 50.000 żołnierzy i dwie trzecie wszystkich swoich armat, a do niewoli wzięto 107.000 z bolszewickiej armii. Wszyscy mówili, iż to cud. Cud nad Wisłą opisywały dzienniki zagraniczne. Błogosławiony Andrzej Bobola uprosił go u Pana Boga. […]

Przy obrazie Andrzeja Boboli w kościele Matki Bożej Łaskawej, który na czas odprawiania nowenny został przeniesiony z ołtarza bocznego do głównego, a później wrócił na swoje miejsce, umieszczono pamiątkową tabliczkę:

Obywatele Warszawy w ciężkich dniach sierpnia 1920 roku
Gdy wróg stał u wrót stolicy
Przed tym ołtarzem Błogosławionego Andrzeja Boboli
Zanosili modły o zwycięstwo
Które świat współczesny nazwał Cudem nad Wisłą.

Wróg przyjaźni polsko-radzieckiej

Po przejęciu władzy w Polsce po drugiej wojnie światowej komuniści rozpoczęli walkę z Kościołem. […] Kult świętego Andrzeja Boboli oraz wszelkie wzmianki podlegały tym samym ograniczeniom co reszta działalności religijnej. Ale jego przypadek był „gorszy” i to z aż trzech powodów – Bobola został uznany za świętego kresowego, antybolszewickiego i związanego z unitami.

Kiedy po 1945 r. wcielono wschodnią połowę II Rzeczpospolitej do ZSRR, komuniści wprowadzili embargo na wszelkie informacje o Kresach. Mówienie czy pisanie o Andrzeju Boboli wiązałoby się z przypominaniem o obecności Polski i Kościoła na Litwie i Pińszczyźnie, co było niedopuszczalne. Ponadto Andrzej Bobola nawracał prawosławnych na katolicyzm na obszarach, co do których moskiewska Cerkiew rościła sobie pretensje do religijnego zwierzchnictwa.

W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej wszelkie publikacje czy audycje obowiązywała zasada, że w historii Polski nie wydarzyło się coś takiego, jak wojna polsko-bolszewicka 1920 roku.

W 1946 roku Józef Stalin nakazał likwidację Kościoła greckokatolickiego na terenie ZSRR. Formalnie odbyło się to poprzez wcielenie unitów do Kościoła prawosławnego, który był całkowicie podporządkowany władzom. W PRL istnienie grekokatolików również było dla rządzących sporym kłopotem. Cenzura dostała więc nakaz przemilczania tego tematu:

Należy eliminować wszelkie informacje o istnieniu – aktualnie w Polsce – obrządku grecko-katolickiego, jego podporządkowaniu ks. Wyszyńskiemu oraz jakiejkolwiek działalności unitów w naszym kraju (Tomasz Strzyżewski, „Wielka księga cenzury PRL w dokumentach”, Warszawa 2015, s. 101.). Te wytyczne rykoszetem uderzyły również w kult świętego Andrzeja Boboli.

Z tych powodów Bobola najprawdopodobniej trafił na cenzorską listę postaci, o których w ogóle nie można było mówić ani pisać – nawet w negatywnych kontekście. Nie można było nawet wydrukować obrazków z jego podobizną.

Źródło: KAI / Joanna Operacz, Włodzimierz Operacz, „Boży wojownik. Opowieść o św. Andrzeju Boboli”, Kraków 2022, Wydawnictwo Esprit.

W nocy spłonął kościół pw. św. Mikołaja. To nie skansen. To atak na Wiarę.

Niepowetowane straty w skansenie.

W nocy spłonął kościół pw. św. Mikołaja

[ZDJĘCIA]

16 sierpnia 2026 rzeszow/pozar-skansenu-sanok-splonal-kosciol

W nocy z soboty na niedzielę wybuchł pożar na terenie Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku. Ogień strawił drewniany kościół pw. św. Mikołaja wraz z wyposażeniem. Uszkodzone zostały również dwa znajdujące się w pobliżu budynki. Trwa dogaszanie pogorzeliska.

Jak podało Muzeum, w związku z pożarem skansen został zamknięty do odwołania. – Dla nas jest to niepowetowana strata – mówił o zniszczonym kościele pw. św. Mikołaja dyrektor Muzeum Marcin Krowiak.

Strażacy zastali na miejscu płonący kościół

Jak powiedział oficer prasowy PSP w Sanoku st. kpt. Paweł Giba, zgłoszenie o pożarze strażacy otrzymali po godz. 1 w nocy. Na miejsce skierowano siły i środki Państwowej Straży Pożarnej oraz Ochotniczej Straży Pożarnej. W sumie – powiedział – zadysponowano 27 jednostek i prawie 140 strażaków.

– Po przybyciu pierwszych zastępów na miejsce, pożarem objęty był już cały budynek drewnianego kościoła św. Mikołaja oraz zagrożone były budynki znajdujące się w bliskiej odległości, to jest około 10 drewnianych budynków znajdujących się w promieniu około 50 metrów – mówił st. kpt. Giba.

Dodał, że w pierwszej kolejności strażacy zastosowali prądy gaśnicze w celu ochrony zagrożonych budynków, ponieważ kościół był już całkowicie objęty pożarem. Jak powiedział, ogień z kościoła objął dwa budynki – Chałupę z Niebocka i stodołę – które uległy uszkodzeniu. Pozostałe zagrożone budynki udało się uratować.

Niepowetowana strata

Na porannej konferencji oficer prasowa Komendanta Powiatowego Policji w Sanoku, aspirant sztabowy Anna Oleniacz, powiedziała, że policjanci zabezpieczali miejsce zdarzenia do czasu zakończenia akcji gaśniczej.

Jak podała, oględziny miejsca po pożarze zostaną przeprowadzone w niedzielę o godz. 11 z udziałem biegłego z zakresu pożarnictwa. – Zebrany materiał dowodowy i zabezpieczone dowody posłużą do wyjaśnienia okoliczności i przyczyn tego zdarzenia – powiedziała.

Dyrektor Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku Marcin Krowiak podkreślił, że część wyposażenia Chałupy z Niebocka udało się uratować. W przypadku kościoła pw. św. Mikołaja nie udało się natomiast uratować znajdującego się w nim wyposażenia. – Dla nas jest to niepowetowana strata. Jeden z najstarszych kościołów nie tylko na Podkarpaciu, ale i w Polsce, nasza perła uległa dzisiejszej nocy całkowitemu zniszczeniu – mówił. Podziękował straży pożarnej, policji oraz pracownikom skansenu za profesjonalizm, dzięki któremu udało się możliwie zminimalizować straty.

Muzeum będzie zamknięte

Jednocześnie poinformował, że w związku z pożarem Muzeum będzie w najbliższym czasie zamknięte. Odwołane zostały także wszystkie zaplanowane imprezy oraz wydarzenia w skansenie.Zdjęcie: PSP Sanok, mł. bryg. K. Adamczyk Państwowa Straż Pożarna 2026

– Postaramy się w porozumieniu z policją i strażą pożarną jak najszybciej przeprowadzić wszelkie sprawy, oględziny i zabezpieczenie pogorzelisk. Będziemy chcieli też jak najszybciej udostępnić Muzeum dla zwiedzających. Chcemy, żeby muzeum dalej żyło, żeby cieszyło zwiedzających tym, czym możemy jeszcze się pochwalić – podkreślił Krowiak.

Pożar nie pochłonął drewnianego krzyża

Dodał, że obmurowanie kościoła zostało zachowane, a drewniany krzyż znajdujący się w okolicy około sześciu do dziesięciu metrów nie został praktycznie dotknięty pożarem.

Przypomniał, że skansen w Sanoku to blisko 180 obiektów architektury drewnianej. Jak dodał, w historii całego Muzeum jest do drugi pożar – pierwszy wybuchł w 1994 roku, w którym spłonęło 13 obiektów.

Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku powstało w 1958 r. Zgromadzono w nim niemal 200 obiektów charakterystycznych dla budownictwa w południowo-wschodniej Polsce. Każdego roku skansen odwiedza ok. 140 tys. osób.

Wybudowanie znajdującego się w sanockim skansenie kościoła pw. św. Mikołaja datowane jest na 1667 roku. Do Muzeum przeniesiony został natomiast w latach 70. XX wieku. (PAP / Zdjęcia: PSP Sanok, mł. bryg. K. Adamczyk Państwowa Straż Pożarna 2026)

Licho nie śpi, nawet na wakacjach

Licho nie śpi, nawet na wakacjach

wak

16 sierpnia, wpis nr 1421

Pamiętam kiedy pracowałem jeszcze w mediach korporacyjnych czas działał inaczej. Trzeba było np. w czerwcu planować akcje na wrzesień, zaś we wrześniu przygotowywać się do akcji „choinka”, bo to przecież wraz ze zdmuchnięciem świeczek na grobach nieistniejącego Święta Zmarłych dzień później wjeżdża Mikołaj z coca-coli na sankach, po listopadowym błocie. Nieświadomy niczego klient doznaje wrażenia cudu, że oto spływają na niego w listopadzie (chyba z ołowianego nieba) skrzynie choinkowych bombek, w rzeczywistości malowanych latem z wiosennych wzorów na nowy sezon. To samo jest w polityce.

Wakacyjne prace

To właśnie teraz po gabinetach i salkach, w świątyniach powerpointa pichci się całe sagi narracji do wystartowania powiedzmy na wrzesień. Rzekłem „powiedzmy”, bo tu – jak w konsumpcji – kto pierwszy ten lepszy, tak jak w innych krajach, np. bez cezury tzw. Święta Zmarłych bożonarodzeniowe święta konsumenckie zaczynają się już w październiku. Tu też, w polityce, pewne formy kampanii wyborczych zaczynają się już zaraz po święcie demokracji, jakim jest elekcja. Ale jest jedno ograniczenie – nie można zaczynać za wcześnie, bo nikt nie jest w stanie utrzymać (i wytrzymać), oraz zwiększać, bo na tym polega zabawa, wzmożenia wyborczego zbyt długo. Takie napięcia wytrzymują tylko nieliczni, a i ci lądują w grupach o podejrzanie wysokim stanie pobudzenia, które w długoterminowym horyzoncie stawia je w pozycji ostatecznej frustracji. A więc i z tą naszą kampanią wyborczą trzeba ostrożnie, nie na pałę, bo można przedobrzyć.

To plany, ale jak z wleciana rakietą, czy felonią Morawieckiego przydarzają się wypadki, które trzeba łapać jak talerze ze spadającego stołu. Tu nie można nic zaplanować, trzeba mieć tylko albo dyżurujące zespoły kryzysowych narracji, albo nowe narracyjne przykrywki. Albo i to, i to. W sumie na przykład pucz Morawieckiego został medialnie użyty przez Tuska do przykrycia i rakiety, i szpitala. Czyli obu spraw, za które każdy porządny rząd wyleciałby na kopach opinii publicznej. Ta zaś w Polsce jest magnesowana w obie strony mniejszym złem, co prowadzi do tego, że Tusk, który już sam nie ma nawet zmyślonych argumentów na swoje rządzenie, ma dzisiaj ponad 30% poparcia. W sumie wyjście Brauna na skrzydło prawicowe oraz rozczłonkowanie PiS-u po wyjściu Morawieckiego to kłopot dla… Tuska. Nie można już straszyć swego elektoratu Kaczyńskim, bo on traci na znaczeniu. I dlatego za Czarnego Luda wyznaczono w mainstreamie Nawrockiego. Ktoś musi być uosobieniem naszych trosk i winnym niepowodzeń.

Proponuję teraz byście Państwo zamknęli oczy i wzięli mnie za rękę, a spróbuję Was poprowadzić do tych salek, byśmy wspólnie wykoncypowali co tam się dzieje na tych przed-narracyjnych, kampanijnych naradach. Tam praca wre w kilku kierunkach. Po pierwsze pichci się swoje wątki na poszczególnych przeciwników, na różnych – różne. Po drugie, próbuje się przewidzieć narracje przeciwników i znaleźć na nie swojej odpornościowe kontrnarracje. Trzecim elementem jest przygotowanie się do szybkiego reagowania na nieprzewidziane wypadki, które niesie los i złośliwi przeciwnicy. Jest więc sporo roboty i widzicie państwo, że, nawet na wakacjach, rządzenie to trudna sprawa. Tak trudna, że ta cała zabawa w opowiadanie ja to się rządzi (lub rządziłoby, gdyby się miało władzę) jest zadaniem tak absorbującym, że… zapomina się o samym rządzeniu. Stąd u władzy (oprócz większości kompletnego gamoniarstwa) za państwowotwórczych geniuszy robią odpustowe cyrkuśniki, co to zagadają i rozśmieszą każdy tłum, a najprędzej odwrócą uwagę od podatkowego kieszonkowca, który w czasie tych różnych widowisk ku uciesze ludu, przetrzepuje sakiewki przejętym widzom.

Jako się rzekło kampania na następne wybory zaczyna się zaraz po zakończeniu tych poprzednich, ale tu nie chodzi o kampanijne wytryski, afery, czy jakieś sensacje. Po prostu ustala się zaraz po wyborach stały trend, kilka tematów, które w rozpisanych scenariuszach narracyjnych będą powoli osłabiały przeciwników, po to, by na kocówce dopalić całą sprawę – zbiera w ten sposób prochy, by rzucić na nie parę iskier na samej końcówce. Nie można się przecież wystrzelać z sensacyjnych niespodzianek na samym początku, odpali się dopalacze w ostatniej chwili, by przeciwnik nie zdążył zareagować.

Tuskowe opowieści

Dobra, otworzyliśmy te drzwi i co widzimy? Mamy rządzących – tu, jak mówił towarzysz marszałek Czarzasty: „jak nie idzie, to nie idzie”. A nie idzie. Rząd sobie nie radzi nawet w sondażach, zaś jego twardy elektorat trzyma w kupie już chyba tylko mieszanina nienawiści do PiS-u, wzbudzana nadzieja na PiS-u rozliczenia i chyba konieczność trzymania się tego konia, na kogo się postawiło dwa lata temu, bo inaczej trzeba by było się przed samym sobą przyznać, że się postawiło na kompletną szkapę. Tuski wykańczają Polskę w sposób metodyczny, jak to przy kakistokracji (rządach najgorszych, acz szalonych), nastawiając swoich przeciwko wmawianej im ochlokracji (czyli rządom motłochu, za jakiego Tuskowi uważają prawicę). Ceną za pogorszenie warunków życia, również zauważalną dla wiernych Tuskowi, miał być symboliczny spektakl rozliczeń z PiS-em, ale impreza nie wyszła, choć tylko na tym skupił się calusieńki aparat wymiaru sprawiedliwości. Jest więc źle, ale nie takie rzeczy przykrywa się wrzutkami.

A tu przydarzyła się afera ze Szpitalem Południowym. Jak to mówią w kryminalnej – rozwojowa. Stanowski, oskarżany przez to o pisizm (tu proszę koleżeństwa, nie ma przypadków) zrobił z redaktorem Słowikiem serial w odcinkach. Nie jest to jedne bum!, ale cała seria. Coraz to spadają narracyjne drony z różnych kierunków i dymią trafione całe rafinerie obłudy rządzących. Widok jak z Moskwy czy Kijowa. Obszar wypadł dla Tuska fatalny, bo to każdy się z tym zetknął i przygoda Polaka ze służbą zdrowia to całe traumatyczne epopeje, każdy ma tu swoje określone doświadczenia i opowieści do porównania. Nie jest to więc jakaś aferka gdzieś, choćby u państwa w „stolycy”. To jest cała Polska i nie trzeba tu powszechnych śledztw, by wszyscy wiedzieli, że to również o nich. Co prawda Tuski próbują znowu grać na podział – tym razem wychodzi na konflikt lekarze kontra pacjenci, ale to już gruby numer. Bo pacjentów jest więcej i nawet – uwaga, uwaga! – są oni i w gronie zwolenników Platformy. Bez szans jednak na VIProom.

Temat jest więc dla Tuska fatalny i można na nim dojechać do wyborów, ale jak zwykle rzeczywistość wzmagana przez media dostarcza codziennie tematów przykrywkowych. Jedna okoliczność jest tylko dla Tusków dogodna, choć dla społeczeństwa i tak fatalna. PiS grał na to, że ten Szpital Południowy to nie wypadek przy pracy, jak chce Platforma, ale znaki erozji systemu zdrowia. Tylko, że PiS chce, by zamiast zwalniać radę nadzorczą w feralnym szpitalu, wywalić cały rząd za zaniedbania, a co najmniej panią minister o niezapamiętywalnym (co za szczęście dla kobitki) nazwisku.

Czyli, że winien jest system – tak uważa PiS – i wszędzie po Polsce czai się (może już nie tylko) potencjał dojenia szpitali na lewe fakturki, podpisywane w zaciszu VIP roomów. Tyle, że pomnik polskiej służby zdrowia to dzieło wykuwane przez każdą z ekip rządzących III RP. Jest to więc praca zbiorowa. I platformiarze coraz częściej wytykają to pisowcom. Tylko – i tu wracamy do początkowego zastrzeżenia – co nam, pacjentom z tego? Lud wyborczy w swej bardziej świadomej, albo i bardziej sfrustrowanej, części elektoratu dał bowiem w wyborach na Nawrockiego wyraźny sygnał, że zabawa w popisowego dupniaka nic temu narodowi nie daje. „Ksiądz wini pana, pan księdza, a nam biednym zewsząd nędza”. Co z tego, że się (w coraz nudniejszy sposób) kłócą, jak poziom życia nam się obniża?

Do tego doszedł obecnie temat okradania powodzian. Moim zdaniem, przy całych proporcjach to coś w rodzaju okradania z pomocy, również militarnej, walczących Ukraińców w wykonaniu tamtejszych oligarchów. Tam żeśmy się pukali w głowę jak lud może akceptować przekręt o takim ładunku już etycznym. Okazało się, że może. I my, ci z wyższością do uczących się demokracji Ukraińców, też ten temat odpuścimy. Tak, nawet okradanie powodzian nas nie wzruszy. Temat tez jest rozwojowy, PiS tego nie pociągnie, bo się wewnętrznie gryzą, nie odłoży tego na kampanię, bo i lud uśmiechnięty doszedł już do takiej nienawiści do prawicy i wyparcia wobec faktów szkodzącym jego wybrańcom, że zagłosuje na tych, którzy okradli ludzi pozbawionych dachu nad głową. I żeby nie było – zapętlenie wojny polsko-polskiej jest tak duże, że nie zdziwię się, że taka Nysa zagłosuje na Tuska, tak jak to zrobili wcześniej mieszkańcy Turoszowa, Ełku, czy Świnoujścia. A jest to temat mocno rozwojowy, gdyż pokazuje nie tylko pazerność rządzących, ale kryształowy przykład „układu zamkniętego” małych ojczyzn, gdzie niepartyjna sitwa lokalnych cwaniaczków obrotowo rozgrywa kolejnych rządzących w kontynuowanym od lat procesie ssania publicznej kasy.

Ukraina jako przykrywka

Uważam, że ten niewdzięczne obszary musiały być koniecznie przykryty i tu Donaldowi jak z nieba spadła afera z Orłem Białym. To tu jest prokurowana przykrywka, która dojedzie do wyborów (nawet, a może zwłaszcza, jak te odbędą się przed terminem). Tak – wojenka werbalna z Ukrainą to niewyczerpalna kopalnia wątków, zwłaszcza, że – w przeciwieństwie do Polaków – Ukraina ma tu wszystko ładnie rozpisane, ma inicjatywę, zaś my tylko reagujemy, łapiąc, a częściej nie łapiąc, spadające z narracyjnego stołu talerze. Kijów więc dostarczy nam tu ekscytacji. Mimo tego, że sytuacja wydawałaby się dla Donka trudna, wszak lud popiera ruch Nawrockiego z Orderem. Po pierwsze to poparcie zaczęło być erodowane przez platformianą kontrofensywę. Wątek jest taki, że oni tam walczą, a my tu im jakieś groby wypominamy, nie tylko metalowy order. (Zresztą Zełenski wybawił Tuska z kłopotu: ukraiński prezydent po prostu zwrócił swój order, a więc dało się uniknąć wojenki o kontrasygnatę do decyzji Nawrockiego, a tu Donek nie miał dobrego wyjścia. Teraz nie musi nic robić i się tłumaczyć z dowolnej swej decyzji. Sprawa po prostu zniknęła).

To normalne odwojowywanie narracji. Ale Tusk dobrze kombinuje – wtłacza swojemu twardemu elektoratowi, że Nawrocki to nóż w plecy Ukrainie i tuskowy elektorat, po pierwszej chwili słabości zrozumienia w sprawie orderu, już wraca na stare tory. A więc temat ukraiński jest i dobrą, i bezpieczną przykrywką tematu szpitalnego, gdzie Tusk ma same słabości. A jak Tusk utrzyma swych twardzieli i jeszcze dodatkowo wyssie już resztki po PSL i Hołowniach, to będzie miał na ordynacji a progiem wyborczym wystarczający zapas, by powalczyć o władzę. Do tego potrzebne mu jeszcze tylko pójście prawicy w rozbiciu i kolega D’Hondt zrobi z mandatami co trzeba. Dostanie władzę jedna duża lista, bo tak ten system rozdaje preferencje, nawet przy takiej samej liczbie głosów. Będzie więc jechane „na Ukrainu”, zwłaszcza, że tu – jak praktycznie ze wszystkim – można w dowolnym momencie wytknąć pisowcom, że przecież i tu są współwinni, tak jak ze służbą zdrowia, gdyż Tuski prowadzą tu pełną ciągłość racji stanu POPiS-u.

Stąd też wziął się wątek poboczny – rozbudowa narracji o tym, że Polacy biją Ukraińców. Jacy tam Polacy? Prawacy! To Kaczyński z Braunem i Bosakiem kopią bezbronne dzieci po piaskownicach. Przecież to jasne. Nawet jak tego nie robią bezpośrednio (bo się spocą?) to napuszczają na to krewkich Polaków, ten odłam prawacki, za którego mają się przed światem wstydzić kosmopolityczni „młodsi, wykształceni, z wielkich ośrodków”. Tu nie ma przypadków – każde ze zdarzeń – trzeba wstawiać pomiędzy dwa bieguny wojny plemiennej. Ukraiński temat Tusk odwojuje stygmatyzując wszelkie, nawet tylko narracyjne pomysły na inne ułożenie się z Ukraińcami – mamy się wypruwać choćby i z Pershingów i schodzić z drogi na chodniku. Jeśli tego nie zrobimy, to jesteśmy poza społeczeństwem cywilizowanym, czyli jesteśmy tą okropną prawicą, co to szumi na stadionach, że wszystkim właduje, a stać ją tylko na szarpanie ukraińskich dzieci za tornister.   

Ważny też będzie aspekt międzynarodowy sprawy ukraińskiej. Do tej pory nie mogę dojść do tego, czy Zachód uważa nasze nagłe spory z Ukrainą za ważne, albo tylko zrozumiałe, czy będzie grał, że to kolejna aberracja przewrażliwionych Polaków. Dla Zachodu w ogóle te słowiańskie spory to jakieś waśnie ludów prymitywnych, podzielonych na państwa wedle jakichś niezrozumiałych kryteriów, gdzie wszyscy powinni oddać się pod jedno berło (kiedyś Rosji, dziś Unii), ale tylko jak dorosną i to pod stałym nadzorem. To tu, pewnie przez tych Słowian, odbywają się europejskie i światowe wojny. A na Zachodzie wiedzą oni o nas tyle, co my, powiedzmy o, i dla nas egzotycznych, waśniach w kotle bałkańskich plemion.

Co Zachód myśli o tym konflikcie można się dowiedzieć z polskich mediów. Dowiadujemy się więc dwóch różnych prawd, w zależności, do którego z plemiennych mediów się zwrócimy. A aspekt ten jest ważny wyborczo, bo Polacy, ci zakompleksieni, zawsze przedwyborczo podglądają Zachód, co też on tam o nas nie myśli, jakby miał myśleć o czym innym, niż o własnym interesie. I tak – z mediów rządowych wychodzi, że Zachód patrzy z politowaniem na harce Nawrockiego, od czego cierpieć ma nie tylko Ukraina, nie tylko kolejne wersje koalicji chętnych, ale i sama Polska. Wykazywane jest nam połączenie naszej niewdzięczności z przewrażliwieniem na tematy pomijalne. Psujemy wszystko, a właściwe to psuje nasz prezydent, zaś Donek się z tym męczy, ale co ma zrobić biedaczek? I dlatego, w kwestii ukraińskiej, Tusk się ustawił w roli ubolewającego arbitra, który – uwaga! – obu prezydentów (ukraińskiego i polskiego) upomina z troską o rewizje priorytetów. Tusk więc nie będzie tu zajmował do końca stanowiska, gdyż w ten sposób nie chce sobie palić mostów do tych wyborców, co TO obstają przy decyzji Nawrockiego. W ten sposób i pełowiec będzie miał rozgrzeszenie, że kiedyś w tej (i tylko tej!) sytuacji poparł KIEDYŚ prezydenta, co okazało się nie było felonią, gdyż i Donek tu się zachowuje asertywnie.

Pisowskie żaby

Znowu media plemienne, umownie zwane prawicowymi, mówią nam co innego – że świat się obudził. Zobaczył po raz pierwszy co to za gagatki ci Ukraińcy. I ponoć dlatego teraz Zełenskiemu na szczycie NATO w Ankarze pokazali, nie dali wystąpić, z sali obrad pogonili. Terefere… Może i dla szerszej publiki z tą Ukrainą to zaskoczenie, ale nie dla rządzących w Europie. Ci jak będą chcieli użyć Wołynia jako pały na Ukraińców, to użyją, na razie nie ma na to pogody. I pała nie zostanie wyciągnięta. Film Międlara „Sąsiedzi” bije rekordy na platformie Prime, a więc wielo-języcznie coś się tam na Zachodzie dzieje. Ale lud, nawet zachodni, sobie, a władze sobie. Wiadomo – jak u nas.

A co ma Zachód zrobić Zełenskiemu za Wołyń, nawet za UPA? Nie dać broni, ani pieniędzy? Za to? Za pamięć i symbole, obie rzeczy, z których Europa systemowo zrezygnowała? Jakby się miało Ukrainę pogonić, to by się to może i wyciągnęło, ale nie teraz – teraz Ukraina jest szykowana przez Niemcy do wiecznego przedpokoju do Unii, gdzie wszyscy – oprócz Polaków i prostego ludu ukraińskiego – mają skorzystać. I Niemcy, i USA, i korpo. Nawet – uwaga, uwaga! – Rosja. Nie ma się co więc ładować na serio historią, że świat zobaczył i teraz Zełenski będzie się czuł jak niepyszny. I czemu miałby się tu jakoś Zachód stawiać Ukrainie, jak marudzący o historii i grobach śmierci Polacy sami w tym samym czasie drugą ręką podpisują się pod wielomiliardowymi darowiznami dla Kijowa i wysyłają tam swoje rakiety, których wcześniej odmówili samemu Trumpowi w izraelskiej potrzebie? Tak się więc obejdzie do wyborów wątek międzynarodowy w konflikcie polsko-ukraińskim.

PiS ma na po wakacjach poważny problem. Fiasko misji Czarnka pt. odwojowujemy od Brauna naszych pogubionych pokazało, że w partii Kaczyńskiego nie ma pomysłu na samą siebie. Do tego jeszcze felonia Morawieckiego każe już na wakacjach, zamiast odpoczywać, wzmóc działalność programową i wymyśleć się od nowa po staremu.

Trudno więc prowadzić kampanię idąc wąską ścieżką pomiędzy przepaściami. Jedna przepaść to wola prezesa, by się nie przyznawać do jakichkolwiek błędów za czasów PiS-u. Tu wszystko było ok, żeby się ziemia paliła. Ale mamy i drugą przepaść, po drugiej stronie kampanijnej ścieżyny. To wola ludu, również pisowskiego. Od zwycięstwa wyborczego Nawrockiego PiS-owi szło tylko gorzej. Stracił PiS od wtedy co trzeciego wyborcę. A miało być odwrotnie – nawet po wyborach na prezydenta mówiono coś o klęsce Tuska na poziomie wręcz samorozwiązania się rządu. A tu taka niespodzianka: przegrany Tusk zyskał, zaś zwycięski PiS wszedł na równię pochyłą na poziom 20% poparcia. I PiS nie wie co ma zrobić.

Wyraźnie nieudana akcja Czarnka pokazała, że walenie głupa, oskarżając Tuska o procesy, które PiS sam zapoczątkował, to nie jest ulubiony sport Polaków. Bo gdyby PiS po zwycięstwie Nawrockiego stanął w prawdzie, pozwalał na kowid i Putina, ale przede wszystkim, nawet i pozornie, ulokował źródło nowego otwarcia w pałacu prezydenckim, to nie miałby obecnych kłopotów z poparciem, a tym bardziej z kampanią.

Rachunek sumienia i ekspiację za grzechy wtedy trzeba było zrobić, zaraz po zwycięstwie Nawrockiego. Teraz już by było po herbacie, a tu na rok przed wyborami walić się w pierś, to trochę za późno. PiS więc będzie brnął w narrację „Polacy, nic się nie stało!” i fur Deutschland w stosunku do Tuska. Nic więc nowego nas tu nie czeka.

PiS ma gotowe w szufladzie kilkanaście ustaw ratunkowych na przejęcie rządów, ale to nie program do opowiadania, tylko zastopowanie systemowych szkód, a z tego nie ulepi się pozytywnej opowieści kampanijnej. Dla wyborcy wizja, że zatrzyma się krwotok, to żadna opowieść, on chce posłuchać jak będzie leżał z campari, na leżaku pod palmą, jak tylko dobrze zagłosuje. A to oznacza, że PiS może i wie jak zatrzymać konie nad przepaścią, ale nie wie gdzie nimi później powozić, no, chyba, że w kierunku starej drogi z lat 2019-2023, a za tę destynację to PiS-owi wyborcy już raz podziękowali.

PiS-owi grozi narracyjna powtórka z rozrywki, błędów z końcówki poprzedniej kampanii. Będzie znowu atakował swoich jedynych potencjalnych koalicjantów. To już jest jakiś nałóg. Te czas się skończyły, to uchodziło jak się rządziło samemu. Teraz znowu nie mogą się powstrzymać, żeby nie zaatakować Konfederacji, o Koronie nie wspominając. A przecież – co widać było po wyborach na Nawrockiego, jak i po obecnych sondażach – lud po takich atakach nie dość, że nie przepłynie do PiS-u, ale wręcz od niego odpłynie.

Ale widać, że determinacja do powtarzania tych samych błędów jest tam przemożna. Deklaracja Kaczyńskiego o odrzuceniu Brauna jako podmiotu politycznego wcale nie przysporzyła Kaczyńskiemu popularności. Wychodzi na to, że Kaczyński o tym wie, a więc nie robi tego dla swego elektoratu (zwycięstwa?), tylko realizuje czyjeś interesy, choćby i amerykańskiej ambasady, odzianej w talmudyczną czapeczkę amerykańskich interesów w postaci dual-use, przedstawiciela dwóch państw w jednej ambasadorskiej osobie.

Konfy obie

Konfederacja to wielka niewiadoma. Partia dwóch liderów, którzy nie rozmawiają ze sobą dobrze nie wróży. Można tę jedność utrzymywać taktycznie na czas wyborów, ale z perspektywą rozpadu zaraz po wyborach i rozejścia się – uwaga! –może i do dwóch przeciwnych plemion. Oczywiście to zależy od wyniku wyborczego i rachunku konstruowania większości, chyba – tak mówią wszystkie prognozy – na żyletki. Ale o tym wiedzą i wyborcy Konfederacji. Wiedzą, że mogą głosować na partię, która się po wyborach może rozejść w koalicję wcale przez nich, wyborców, nie wymarzoną.

Kampanijnie sprawa jest prosta – będzie przekaz atakujący POPiS, na co argumenty walają się wszędzie. Konfederacja wydała z siebie zalążki programowe, z czym jeździ po kraju, pokazując swoje kompetencje i ludzi, budując struktury, wykorzystując peregrynacje programowe do wzmacniania struktur terenowych. Obie partie plemienne tu przysypiają, okazuje się, że tłuste koty to także opozycja.

Koronie diabeł dzieci kołysze. Właściwie wszystko się dobrze jej składa. Cały mainstream dostarcza argumentów na jej korzyść i dowodzi popisowych więc rozmiarów degeneracji elit. I polityka wewnętrzna, i zewnętrzna to pasmo porażek III RP, uzasadniających podstawowy postulat Korony – trzeba odzyskać niepodległość. Pewnym niuansem będzie dla Korony wskazywanie na Konfederację jako część układu, co przychodzić będzie coraz łatwiej, mimo wyraźnych inklinacji obu liderów Konfederacji – Mentzena i Bosaka – do anty-establishmentowego ekstremizmu. Kolejnym wyzwaniem będzie przed Koroną nie tylko kampanijna narracja, ale brak swoich kanałów komunikacji. W ten sposób obie plemienne, ale i mainstreamowe platformy będą w dużej mierze decydowały które z koronnych narracji przedostaną się do publiki, co może być taktycznym obciążeniem braku zarządzania nie tyle narracją, co jej dystrybucją.

Morawieccy harcerze

No i tu, a jakże w wakacje, bo – jako się rzekło – licho nie śpi, nagle wybuchła afera z odejściem z PiS-u grupy Morawieckiego. Strony obwiniają się nawzajem. Że PiS mówi o felonii, to jasne – takie są, pani kierowniczko nieubłagane prawa natury – jak się do zakonu PC zaczęło wpuszczać z zewnątrz, w celu oczywistego rozszerzenia elektoratu i inkorporacji, nowych liderów, to się ma tego skutki: starzy muszą się posunąć, młodzi, a właściwie nowi się przepychają i nieszczęście gotowe. Albo to nowe zostanie zjedzone przez kooptujący organizm, albo wypchnie on nowych na margines. To normalne procesy i tu objawia się jednocząca i równoważąca rola lidera. Nie wyszło, ale też nie mogło wyjść, bo tego się nie dało poskładać. Feloniści od Morawieckiego na to zwracają uwagę – na zastałość układu i jedyną dynamiczną frakcję w „starym” PiS – ziobrystów – którzy jako młodzi ułożeni ze starymi w PiS-ie namówili ponoć prezesa do pozbycia się Mateuszowych konkurentów.

Ten element, wzmocniony ordynacją według D’Hondta, która faworyzuje duże partie kosztem rozdrobnionych obozów, daje zwiększenie szans na rządy Tuska. Ten korzysta na tym rozbiciu i choć słabnie w sondażach do poziomu twardego elektoratu, to może dostać tym samym szanse przy zielonym stoliku przeliczania głosów na mandaty. Jest to niewątpliwy prezent od losu, zaś złośliwi mówią, że od Morawieckiego, może przyszłego Tuskowego koalicjanta. Zresztą – Morawiecki bardziej może liczyć na stanowisko premiera w koalicji z Tuskiem niż w ewentualnej, trudnej i chwiejnej koalicji prawicy z Braunem włącznie.

To jest oczywiście warunek dylematów po widocznym przekroczeniu progu wyborczego w wysokości 5%. Jeśli Morawiecki, czy lewicowe Razem zbiorą powiedzmy 4,5% to do Sejmu się nie dostaną, zaś ich „zmarnowane” głosy w sumie poprzez metodę D’Hondta będą „doliczone” do puli największych zwycięzców. I nawet jeśli Morawiecki nie dostanie się do Sejmu, to swym startem „podprogowym” może zwiększyć Tuskowi szanse na zwycięstwo.    

Ktoś nie śpi, by balować mógł ktoś

Jak widać w polityce nie ma wakacji. Kiedyś to były jakieś sezony ogórkowe, teraz to pieśń przeszłości. Kiedy my tu, obywatele-wyborcy, będziemy się pławić w jakimś wakacyjnym morzu – co jest przywilejem coraz bogatszych -, tu pracowite mróweczki, w klimatyzowanym upale, po salkach konferencyjnych będą mieliły koncepcje i projekty.

Tak na wrzesień. Wtedy wszystko ruszy. Znowu – jak w Boże Narodzenie – zobaczymy jakież to polityczne bombki namalowali nam w wakacje macherzy politycznych narracji, wynajęte swatki, które przyjdą z wódką, by zachwalać nowe zalety starzejącego się absztyfikanta. Znanego nam przecież od dawna, bo mamy takich ze dwóch-trzech na krzyż w tej naszej politycznej wsi. Wsi spokojnej, wsi szczęśliwej.

Eh…., czy to tak a propos, nie nudzi się już państwu?                              

Jerzy Karwelis

Watykan. Intronizacja Lucyfera w Capella Paolina 29 czerwca 1963. Skutki widać gołym okiem.

Intronizacja  Archanioła Lucyfera w Capella Paolina na Watykanie 29 czerwca 1963

[Przypominam jak co roku. To już 62 lata – skutki widać gołym okiem.

Módlmy się by nastał Papież, który będzie miał siłę, by to ODWRÓCIĆ, egzorcyzmować.

No to przypominam, w związku z mianowaniem Umberto Longo, dyrektora Włoskiego Instytutu Historycznego Średniowiecza oraz profesora historii średniowiecza na Uniwersytecie La Sapienza w Rzymie, członkiem Papieskiej Komisji Nauk Historycznych w sierpniu 2026. MD]

=====================

Anno Domini 2017.

Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa.

A 29-go – świętych Piotra i Pawła. Zmasowany atak satanistów w te dni jest atakiem rytualistycznym.

Święty Michale Archaniele, broń nas w walce. Sancte Michael Archangele, defende nos in prǽlio.

Przypominam FAKT, który miał miejsce przed 60 laty. Jest prawie pewne, że kolejni Papieże jak dotąd nie unicestwili tego bluźnierczego aktu, a potrzebną do tego MOC BOŻĄ – mają.

Stąd zapewne ciągle taka słabość obrońców. MD]

—————————

[Jest w ANTYKU najważniejsza książka Malachi Martina o Papieżach i obecnym Katolicyzmie.

Oto wyjątek.

Dom smagany wiatrem

Malachi Martin  

Powieść watykańska. Dedykowane papieżowi Piusowi V na cześć Maryi Królowej Różańca Świętego


1963,  Capella Paolina, Watykan

– Wierzę, że Książę tego świata zostanie tej nocy intronizowany do Starożytnej Cytadeli  i z tego miejsca stworzy Nową Wspólnotę.

I przyszła odpowiedź, robiąca przerażające wrażenie nawet w tym upiornym otoczeniu:

– A imię jej będzie Powszechny Kościół Człowieka.

Intronizacja upadłego Archanioła Lucyfera dokonała się w Cytadeli Kościoła katolickiego 29 czerwca 1963 roku. Był to „właściwy czas” dla spełnienia się historycznej przepowiedni. Główni aktorzy tej ceremonii doskonale wiedzieli, że tradycja satanistyczna już dawno przepowiedziała, że Czas Księcia nadejdzie wówczas, gdy papież przybierze imię Apostoła Pawła. Warunek ten – Znak, że nadszedł właściwy czas – został spełniony dokładnie osiem dni temu przez wybór najnowszego następcy św. Piotra.

W tym krótkim czasie, jaki upłynął od elekcji papieża, nie dało się ukończyć skomplikowanych przygotowań; Najwyższy Trybunał zdecydował jednak, że trudno o lepszy czas na Intronizację Księcia niż ten uroczysty dzień bliźniaczych książąt Cytadeli, świętych Piotra i Pawła. I nie było stosowniejszego miejsca niż Kaplica św. Pawła w Watykanie, usytuowana tak blisko Pałacu Apostolskiego.

Skomplikowane przygotowania podyktowane były głównie naturą mającego się odbyć Wydarzenia Ceremonialnego. Ochrona budynków watykańskich, pośród których leżał klejnot w postaci Kaplicy św. Pawła, była tak staranna, że z pewnością nie uda się ukryć uroczystego ceremoniału. Jeśli przedsięwzięcie miało zostać uwieńczone sukcesem – jeśli Wejście Księcia miało się dokonać we Właściwym Czasie – każdy element celebracji ofiary kalwaryjskiej musi zostać postawiony na głowie w przebiegu tej drugiej, przeciwstawnej celebracji. Sacrum musi zostać sprofanowane. Bluźnierstwo adorowane. Bezkrwawa reprezentacja ofiary Bezimiennego Słabego musi być zastąpiona przez najwyższą i krwawą deprawację godności Bezimiennego. Wina musi stać się niewinnością. Cierpienie musi dawać radość. Łaska, skrucha, przebaczenie muszą być utopione w orgii przeciwieństw. A wszystko to musi być wykonane bezbłędnie. Sekwencja wydarzeń, znaczenie słów, waga czynności – wszystko to musi być opatrzone perfekcyjnie wykonanym świętokradztwem, ostatecznym rytuałem zdrady.

Cała ta delikatna operacja została złożona w doświadczone ręce zaufanego STRAŻNIKA Księcia w Rzymie. Mistrz skomplikowanego ceremoniału Kościoła rzymskiego, dostojnik o granitowej twarzy i cierpkim języku, był jeszcze większym mistrzem książęcego ceremoniału ciemności i ognia. Wiedział, że bezpośrednim celem każdego ceremoniału jest oddanie czci „obeldze rozpaczy”. Lecz obecnie istniał jeszcze dalszy cel polegający na przeciwstawieniu się Bezimiennemu Słabemu w jego bastionie, opanowania Cytadeli Słabego we właściwym czasie, zapewnienie wejścia Księcia do Cytadeli jako nieodpartej siły, wyparcie Strażnika Cytadeli, przejęcie pełnej władzy nad kluczami wręczonymi strażnikowi przez Słabego.

STRAŻNIK próbował zmierzyć się z problemem bezpieczeństwa. Takie niewinne elementy, jak pentagram, czarne świecie i odpowiednie draperie ujdą jako rzymski ceremoniał. Lecz pozostałe rubryki – Misa z Piszczelami i Rytuał Din na przykład, zwierzęta ofiarne i sama Ofiara – tego byłoby już za wiele. Musi się więc odbyć dwie równoczesne celebracje. Koncelebracja mogłaby być dokonana z równym skutkiem przez braci w Autoryzowanej Kaplicy Celującej.

Gdyby wszyscy uczestnicy  w obu miejscach „wzięli na cel” każdy element wydarzenia w Kaplicy Rzymskiej, wówczas wydarzenie w całej swej pełni dokonałoby się w sposób szczególny w obszarze docelowym. Byłoby to tylko sprawą jedności serc, tożsamości intencji i perfekcyjnej synchronizacji słów i czynności pomiędzy kaplicą celującą a kaplicą docelową. Żywa wole i myślące umysły uczestników skoncentrowałyby się na Przybytku Księcia, odległość przestałaby mieć znaczenie.

Dla człowieka tak doświadczonego jak STRAŻNIK wybór kaplicy celującej nie nastręczał najmniejszych trudności. Wystarczyło zadzwonić do Stanów Zjednoczonych. W ciągu tych wszystkich lat wyznawcy Księcia w Rzymie osiągnęli doskonałą jedność serc i i taką samą jedność intencji z przyjacielem STRAŻNIKA Leonem, biskupem Kaplicy w Południowej Karolinie.

Imię Leon nie było prawdziwym imieniem tego człowieka, lecz raczej opisem jego wyglądu. Srebrna grzywa na wielkiej głowie każdemu, kto na niego patrzył, kojarzyła się z rozwianą grzywą lwa. Od kiedy jego ekscelencja, gdzieś w latach czterdziestych, ustanowił tę kaplicę, okazał się niezrównanym mistrzem operacji – dzięki liczbie i znaczeniu Uczestników, jakich potrafił przyciągnąć, dzięki częstej i szybkiej współpracy z tymi, którzy uznawali jego przekonania i ostateczne cele. Obecnie jego kaplica cieszyła się powszechnym szacunkiem inicjatów jako kaplica matka Stanów Zjednoczonych.

Wiadomość, że jego Kaplica została autoryzowana jako Kaplica Celująca w tak wielkim wydarzeniu, jakim miała być Intronizacja Księcia w samym sercu rzymskiej Cytadeli, przyjęta została przez Leona z najwyższą satysfakcją. A co do spraw praktycznych, to jego ogromna wiedza i doświadczenie w przeprowadzaniu ceremoniału oszczędzi im obu wiele czasu. Nie było na przykład potrzeby przypominania mu o wadze zasady sprzeczności, na której opiera się cała struktura kultu Archanioła. Nie mogło też być najmniejszych wątpliwości co do jego pragnienia włączenia się w ostateczną strategię tej bitwy, której celem był koniec Kościoła rzymskokatolickiego jako instytucji papieskiej, jaką była od chwili założenia jej przez Bezimiennego Słabego.

STRAŻNIK nie musiał mu nawet wyjaśniać, że ostatecznym celem operacji nie była w sensie dosłownym likwidacja rzymskiej organizacji katolickiej. Leon doskonale rozumiał, że byłoby to posunięcie znamionujące brak inteligencji i najzupełniej nieekonomiczne. O wiele lepiej było zamienić tę organizację w coś naprawdę użytecznego, zhomogenizowanie jej i przystosowanie do wielkiego światowego porządku ludzkości. Postawienie przed nią uniwersalnych humanistycznych – i tylko humanistycznych – celów.

Dwaj identycznie myślący eksperci – STRAŻNIK i amerykański Biskup – ograniczyli więc konieczne ustalenia dotyczące bliźniaczych wydarzeń ceremonialnych do listy nazwisk i inwentarza rubryk.

Lista STRAŻNIKA – uczestników w kaplicy rzymskiej – zawierała imiona ludzi najwyższego kalibru, wysokich rangą dostojników kościelnych i liczących się prawników. Byli to oddani słudzy Księcia w Cytadeli. Niektórzy zostali wybrani, dokooptowani, przeszkoleni i wypromowani w ciągu dziesięcioleci w ramach falangi rzymskiej, pozostali reprezentowali nowe pokolenie gotowe rozwijać program Księcia przez kolejne dziesięciolecia. Wszyscy doskonale rozumieli potrzebę pozostania w ukryciu. Reguła mówiła bowiem jasno: „Gwarancją naszego jutra jest przekonanie ludzi dzisiejszych, że my nie istniejemy”.

Grafik Leona obejmujący mężczyzn i kobiety, którzy zdobyli sobie znaczącą pozycję w biznesie, rządzie i życiu społecznym, był imponujący, ku pełnemu zadowoleniu STRAŻNIKA. A Ofiara – dziecko – jak powiedział jego ekscelencja, będzie prawdziwym majstersztykiem złamania niewinności.

Lista rubryk potrzebnych do wykonania równoległej ceremonii sprowadzała się głównie do elementów, które będą zrealizowane w Rzymie. Co się zaś tyczyło Kaplicy Celującej Leona, to musi ona mieć kilka naczyń zawierających Ziemię, Powietrze, Ogień i Wodę. Załatwione. Musi mieć Misę z Piszczelami. Załatwione. Czerwone i czarne Filary. Załatwione. Tarczę. Załatwione. IW ten sposób przeszli do końca listę niezbędnych rekwizytów. Załatwione. Załatwione.

Sposób synchronizacji ceremonii w obu kaplicach nie był Leonowi obcy. Jak zwykle zostaną przygotowane wydruki, przez niewierzących nazywane mszałami, do użytku uczestników ceremonii w obu kaplicach. Jak zwykle będą to teksty w nieskazitelnej łacinie. Po obu stronach Gońcy Ceremonialni będą pilnować połączenia telefonicznego, tak by uczestnicy mogli wykonywać swoje części w doskonałej harmonii z braćmi współ-celebrującymi.

W trakcie trwania wydarzenia serce każdego uczestnika musi być doskonale wypełnione nienawiścią zamiast miłości. Zadośćuczynienie bólu i konsumacja muszą się wypełnić w sposób doskonały w kaplicy celującej pod przewodnictwem Leona. Autoryzacja, instrukcje i dowody – końcowe i kulminacyjne momenty właściwe na tę okazję – będzie miał honor osobiście zaaranżować w Watykanie STRAŻNIK.

A jeśli każdy wypełni dokładnie to, czego wymaga reguła, Książę nareszcie skonsumuje prastary odwet nad Słabym, Bezlitosnym Wrogiem, który przez wieki paradował w przebraniu Najwyższego Miłosiernego, który widział wszystko nawet w najciemniejszych mrokach.

 Leon mógł sobie wyobrazić resztę. W wydarzeniu Intronizacji w sposób niewidoczny i bezkolizyjny dokona się doskonałe nałożenie ceremonii, w wyniku którego Książę stanie się oficjalnie utajonym członkiem Kościoła w rzymskiej Cytadeli. Intronizowany w ciemności, Książę będzie mógł pogłębiać tę ciemność, jak nigdy dotąd. Będzie to dotyczyło w jednakim stopniu przyjaciół i wrogów. Wola pogrąży się w tak głębokiej ciemności, że omroczy nawet oficjalny cel istnienia Cytadeli: wieczną adorację Bezimiennego. W samą porę – i nareszcie – Kozioł wyprze Baranka i wejdzie w posiadanie Cytadeli. Książę zawładnie Domem – Domem pisanym dużą literą – który do niego nie należy.

– Pamiętaj o tym, przyjacielu – biskup Leon drżał z niecierpliwości. –  Dokona się niedokonane. Będzie to przypieczętowanie mojej kariery. Wydarzenie przypieczętowujące los dwudziestego wieku.

Leon nie bardzo się pomylił.

Była noc. Strażnik wraz kilkoma akolitami pracował w ciszy nad przygotowaniem wszystkiego w Kaplicy Docelowej – św. Pawła w Watykanie. Na wprost ołtarza ustawiono półkolem klęczniki. W pięciu świecznikach stojących na ołtarzu pyszniły się eleganckie czarne ogarki. Na tabernakulum umieszczono srebrny pentagram i przykryto go krwawoczerwoną zasłoną. Po lewej stronie ołtarza umieszczony był tron – symbol Księcia Panującego. Ściany pokryte ślicznymi freskami wyobrażającymi sceny z życia Chrystusa i Apostołów zostały zasłonięte czarnymi draperiami bramowanymi złotem w kształcie figur symbolizujących historię Księcia.

Kiedy zbliżyła się wyznaczona godzina, oddani słudzy Księcia poczęli wypełniać Cytadelę. Byli to członkowie Rzymskiej Falangi. Pośród nich znajdowało się kilku najwybitniejszych członków kolegium kardynalskiego, hierarchii i biurokracji Kościoła rzymskokatolickiego. Byli też pośród nich świeccy reprezentanci Falangi, równie znakomici, jak członkowie Hierarchii.

Weźmy choćby tego Prusaka, który właśnie ukazał się w drzwiach. Pokazowy egzemplarz nowego narybku prawniczego. Nie miał nawet czterdziestu lat, gdy zaczął odgrywać znaczącą rolę w pewnych krytycznych wydarzeniach transnarodowych. Nawet światła czarnych świec odbijały się w jego okularach w stalowej oprawie i łysinie, jakby go chciały wyróżnić. Wybrany jako Delegat Międzynarodowy i Nadzwyczajny Pełnomocnik na ten Akt Intronizacji, Prusak zaniósł na Ołtarz skórzany mieszek zawierający list Autoryzacyjny i Instrukcję, a następnie zajął miejsce na jednym z klęczników.

Jakieś pół godziny przed północą wszystkie klęczniki były już zajęte przez aktualne pokłosie tradycji Księcia, która została zasiana, zaszczepiona i była kultywowana w starożytnej Cytadeli w ciągu ostatnich osiemdziesięciu lat. Jakkolwiek na razie ograniczona liczebnie, grupa ta pozostawała w ochronnym mroku jako ciało obce i duch pozaziemski w swym Gospodarzu i zarazem Ofierze. Przenikali do urzędów i działań podejmowanych przez rzymską Cytadelę, rozsiewając swoje symptomy w krwiobiegu Kościoła Powszechnego niby podskórna infekcja. Symptomy te to cynizm i indyferentyzm, przestępstwa i partactwo na wysokich posadach, lekceważenie prawdziwej doktryny, odrzucenie osądu moralnego, utrata czujności w sprawach świętych, zamazywanie podstawowych zasad tradycji oraz wyrazów i gestów, które ją przywołują.

Tacy to ludzie zgromadzili się w Watykanie na uroczystość Intronizacji. I taka była ich tradycja, którą utwierdzali w kwaterze głównej światowej administracji – w rzymskiej Cytadeli. Trzymając w ręku kartki z wydrukowanym Ceremoniałem, z oczami utkwionymi w ołtarz i tron, skupiając umysł i wolę, czekali w ciszy, aż wybije północ, wprowadzając ich w uroczystość świętych Piotra i Pawła, tego najważniejszego świętego dnia Rzymu.

 Kaplica Celująca – przestronny hol na parterze szkółki parafialnej – została urządzona ściśle zgodnie z regułą. Biskup Leon wszystkiego doglądał osobiście. W tej chwili wybrani specjalnie na tę okazję Akolici spokojnie poprawiali ostatnie szczegóły, podczas gdy on sprawdzał wszystko po kolei.

A więc najpierw Ołtarz umieszczony w północnej części kaplicy. Na ołtarzu okazały krucyfiks, szczytem zwrócony na północ. O włos dalej Pentagram osłonięty czerwoną zasłoną, umieszczony pomiędzy dwiema czarnymi świecami. U góry czerwona wieczna lampka żarząca się Rytualnym Płomieniem. Po wschodniej stronie Ołtarza – klatka; a w klatce sześciotygodniowe szczenię, pod wpływem środków uspokajających czekające cierpliwie na ten krótki moment, gdy będzie użyteczne dla Księcia. Za ołtarzem – hebanowe świecie czekające, by rytualny płomień dotknął ich knotów.

Szybkie spojrzenie na ścianę południową. Na małym kredensie – kadzielnica oraz puszka zawierająca kawałki węgla drzewnego i kadzidło. Przed kredensem ustawiono czerwone i czarne Kolumny, z których zwisa Tarcza Węża i Dzwon Nieskończoności. Rzut oka w kierunku wschodnim: pojemniki z Ziemią, Powietrzem, Ogniem i Wodą otaczające drugą klatkę. W klatce – gołąb, nieświadomy swego losu jako parodii nie tylko Bezimiennego Słabego, lecz całej Trójcy Świętej. Pod ścianą zachodnią pulpit i Księga w gotowości. Półkole klęczników obrócone na północ, w kierunku ołtarza. Po obu stronach rzędu klęczników emblematy Wejścia: Misa z Piszczelami po stronie zachodniej, najbliżej drzwi; po stronie wschodniej – wschodzący Księżyc i pięcioramienna gwiazda, skierowana ku górze rogami Kozła. Na każdym klęczniku kopia mszału dla każdego z uczestników.

Wreszcie Leon kieruje wzrok na wejście do kaplicy. Specjalne ornaty intronizacyjne, identyczne z tymi, jakie on i jego Akolici mają już na sobie, wiszą na stojaku tuż za drzwiami wejściowymi. Sprawdził godzinę na dużym zegarze ściennym w chwili nadejścia pierwszych uczestników. Zadowolony z przygotowań, skierował się do obszernej przylegającej szatni służącej za zakrystię. Arcykapłan i ojciec Medico zapewne zdążyli już przygotować Ofiarę. Jeszcze tylko niecałe pół godziny i jego Goniec Ceremonialny zainauguruje połączenie telefoniczne z Kaplicą Docelową w Watykanie. Wtedy nadejdzie godzina.

Określone wymogi co do fizycznego przygotowania obu kaplic dotyczyły także przygotowania uczestników. Ci w Kaplicy św. Pawła – sami mężczyźni – mieli na sobie szaty i paliusze, stosownie do kościelnej rangi, lub nienagannie skrojone czarne garnitury w przypadku osób świeckich. Skoncentrowani na jednym celu, z oczami utkwionymi w ołtarz i pusty Tron, wydawali się pobożnymi duchownymi rzymskimi lub świeckimi uczestnikami nabożeństwa, za których byli powszechnie uważani.

Rangą dorównując Rzymskiej Falandze, uczestnicy amerykańscy w kaplicy celującej stanowili jednak ostry kontrast do swoich kolegów w Watykanie. Tutaj zjawiali się mężczyźni i kobiety. Nie zasiadali oni w klęcznikach w eleganckich ubraniach, lecz zaraz po wejściu rozbierali się do naga, a następnie zakładali pojedynczą szatę bez szwów, przepisaną na okazję intronizacji; szata była krwistoczerwona na znak ofiary, długa do kolan, bez rękawów, z wycięciem pod szyją w kształcie litery V, otwarta z przodu. Rozbieranie i ubieranie odbywało się w milczeniu, bez pośpiechu i podniecenia. Całkowita koncentracja, rytualny spokój.

Po przebraniu się uczestnicy przechodzili obok Misy z Piszczelami i zanurzali w niej rękę, wyciągali garstkę Kości i zajmowali miejsca na klęcznikach ustawionych w półkolu na wprost ołtarza. Misa stopniowo opróżniała się, uczestnicy wypełniali klęczniki, ciszę wypełnił rytualny hałas. Nieustannie potrząsając kośćmi, każdy z Uczestników zaczął mówić – do siebie, do innych, do Księcia, po prostu w pustą przestrzeń. Na początku nie były to głosy ochrypłe, lecz rozbrzmiewające chaotycznie w rytualnej kadencji.

Wciąż przybywali nowi uczestnicy. Brali kości, wypełniali pozostałe klęczniki. Bezładna kadencja poczęła przybierać na sile w delikatnym, kakofonicznym sussurro. Wzbierająca fala niezrozumiałych modłów i błagań, potrząsania kośćmi przerodziła się w rodzaj kontrolowanej ekstazy. Dźwięki stawały się gniewne, nabrzmiałe przemocą. Stawały się kontrolowanym koncertem chaosu. Rozdzierającym duszę wyciem nienawiści i buntu. Ześrodkowanym preludium mającej nastąpić Intronizacji Księcia tego świata do Cytadeli Słabego.

W powiewającej wdzięcznie krwistoczerwonej szacie Leon wstąpił do zakrystii. W pierwszej chwili wydawało mu się, że wszystko jest w idealnym porządku. Jego koncelebrans, łysy arcykapłan w okularach, zapalił pojedynczą świecę w przygotowaniu do procesji. Napełnił ogromny złoty kielich czerwonym winem i przykrył go srebrną pateną. Na patenie ułożył ogromny biały opłatek przaśnego chleba.

Trzeci mężczyzna, ojciec Medico, siedział na ławce. Ubrany tak samo jak pozostali dwaj, trzymał na kolanach dziecko. Własną córkę Agnieszkę. Leon z zadowoleniem odnotował, że Agnieszka była spokojna i pogodzona z czekającą ją przemianą. Rzeczywiście, tym razem wydawała się gotowa. Ubrano ją w luźną białą szatę do kostek. I podobnie jak jej pieskowi zaaplikowano jej środki uspokajające mające działać do czasu, gdy zacznie się jej rola w misterium.

Agnisiu – szepnął Medico do ucha dziecka. – Za chwilę nadejdzie pora, by pójść z tatusiem.

– To nie mój tatuś…

Mimo zażytych leków udało jej się podnieść oczy na ojca. Jej głosik był słaby, lecz słyszalny.

– Bozia jest moim tatusiem…

– BLUŹNIERSTWO!

Słowa Agnieszki błyskawicznie zgasiły zadowolenie Leona, jego oczy ciskały błyskawice.

– Bluźnierstwo! – wyrzucił z siebie ponownie to słowo niczym pocisk.

Jego usta zamieniły się w wylot armaty, zasypując Medica gradem wyrzutów. Ten człowiek, chociaż lekarz, był po prostu partaczem! Dziecko trzeba było odpowiednio przygotować! Było na to dość czasu!

Słysząc wyrzuty biskupa Leona, Medico zrobił się szary na twarzy. Lecz na jego córce gniew biskupa nie zrobił żadnego wrażenia. Próbowała skierować spojrzenie swych niezwykłych oczu na kipiącego gniewem Leona; z trudem pokonując omdlenie, powtórzyła swój sprzeciw:

– Bozia jest moim tatusiem…!

Drżąc z podniecenia, ojciec Medico ujął główkę córki, próbując odwrócić jej twarz ku sobie.

Kochanie – perswadował. – Ja jestem twoim tatusiem. Zawsze byłem twoim tatusiem. I twoją mamusią, od kiedy odeszła.

– Nie moim tatusiem… Pozwoliłeś zabrać Flinnie… Nie róbcie krzywdy Flinniemu… To… tylko mały szczeniak… Bozia stworzyła małe pieski…

– Posłuchaj mnie, Agnisiu. Ja jestem twoim tatusiem. Już czas…

– Nie moim tatusiem… Bozia jest moim tatusiem… Bozia jest moją mamusią… Tatusiowie nie robią rzeczy, które nie podobają się Bozi… Nie moim…

Świadom, że kaplica w Watykanie czeka na uruchomienie ceremonialnego połączenia, Leon gwałtownym skinieniem głowy dał znak arcykapłanowi. Jak tyle razy w przeszłości, jedynym wyjściem była procedura awaryjna. A jeśli Ofiara – zgodnie z regułą – ma być świadoma podczas pierwszej rytualnej konsumacji, musieli to zrobić teraz.

Spełniając kapłańską powinność, Arcykapłan usiadł obok ojca Medico i przeniósł omdlałe od narkotyków ciało Agnieszki na własne kolana.

– Agnisiu, posłuchaj. Ja też jestem twoim tatusiem. Pamiętasz, jak bardzo się kochaliśmy? Pamiętasz?

  Lecz Agnieszka walczyła uparcie.

– Nie mój tatuś… tatusiowie nie robią mi złych rzeczy… nie krzywdźcie mnie… nie krzywdźcie Pana Jezusa…”

W późniejszych latach pamięć Agnieszki o tej nocy – bo jednak ją pamiętała – nie zachowa dotykania jej ciała, całej pornograficznej otoczki. Pamięć o tej nocy, kiedy już ją sobie przypomni, zleje się z pamięcią całego dzieciństwa. Z pamięcią nieustannego ataku zła. Z pamięcią – nigdy nie zawodzącym ją poczuciem – zalanej światłem głębi tabernakulum w jej dziecinnej duszy, gdzie światłość przemieniała jej męczarnie w odwagę, dzięki której mogła walczyć.

W jakiś sposób wiedziała, choć jeszcze tego nie rozumiała, że to wewnętrzne tabernakulum było miejscem, w którym naprawdę żyła. To centrum jej istoty było nietykalnym azylem zamieszkującej w niej siły, miłości i ufności; miejscem, gdzie cierpiąca Ofiara – prawdziwy cel ataków złego na Agnieszkę – na zawsze uświęciła jej cierpienie Swym własnym cierpieniem.

To właśnie z wnętrza tego azylu Agnieszka słyszała każde słowo wypowiadane w zakrystii w Noc Intronizacji. To z głębi tego azylu widziała przebijające ją twarde oczy biskupa Leona i nieruchomy wzrok arcykapłana. Znała cenę oporu. Czuła, że zabrano jej ciało z kolan ojca. Widziała światło odbijające się w okularach arcykapłana. Widziała, jak ojciec przysuwa się do niej. Widziała igłę w jego dłoni. Poczuła ukłucie. Znów poczuła działanie leku. Czuła, że ktoś ją podnosi. Lecz nadal walczyła. Walczyła, by widzieć. Walczyła z bluźnierstwem; ze skutkami gwałtu; ze śpiewami; z horrorem, który miał dopiero nadejść.

Sparaliżowana lekiem, nie mogła się nawet poruszyć; wezwała na pomoc całą swoją wolę jako jedyną broń i ponownie wyszeptała słowa oporu i udręki:

– Nie mój tatuś… Nie czyńcie krzywdy Panu Jezusowi… Nie czyńcie mi krzywdy…

Wreszcie nadeszła godzina. Początek właściwego czasu wejścia Księcia do Cytadeli. Na dźwięk dzwonu nieskończoności wszyscy uczestnicy w kaplicy Leona wstali jak jeden mąż. Trzymając w rękach kartki mszalne, przy niemilknącym, przerażającym akompaniamencie klekocących kości, zaintonowali na całe gardło procesjonał, triumfalną profanację hymnu świętego Pawła Apostoła:

Maran Atha! Przybądź, Panie! Przybądź, Książę. Przybądź! O przybądź!…

Wprawni akolici – mężczyźni i kobiety – poprowadzili procesję z zakrystii do ołtarza. Z tyłu za nimi, przygnębiony, lecz godnie wyglądający nawet w swym krwistoczerwonym stroju, postępował ojciec Medico niosący na rękach ofiarę, którą ułożył na ołtarzu obok krucyfiksu. W migotliwym cieniu zasłoniętego pentagramu jej włosy prawie dotykały klatki z małym pieskiem. Teraz – stosownie do swej godności, z oczami błyszczącymi za okularami – arcykapłan wziął do ręki jedyną czarną świecę  i zajął miejsce po lewej stronie ołtarza. Na końcu szedł biskup Leon, niosący kielich i hostię; przyłączył się do śpiewu zebranych, intonujących hymn na Wejście.

Niech się tak stanie! – wionęły ponad ołtarzem końcowe słowa hymnu w kaplicy celującej.

„Niech się tak stanie!” Starożytna pieśń musnęła bezwładne ciało Agnieszki, spowijając mgłą jej duszę głębiej niż leki, potęgując uczucie chłodu, który, jak wiedziała z doświadczenia, miał ją całkowicie ogarnąć.

– Niech się tak stanie! Amen! Amen! – wionęły starożytne słowa ponad ołtarzem Kaplicy św. Pawła. Łącząc w jedno swe serca i wolę z sercami i wolą celujących uczestników w Ameryce, Falanga Rzymska zaintonowała wybrany, zmieniony fragment z mszału rzymskiego, zaczynający się od Hymnu do Dziewicy Zgwałconej, a kończący się Inwokacją Korony Cierniowej.

W Kaplicy Celującej biskup Leon zdjął z szyi mieszek ofiarny i ułożył go ze czcią pomiędzy szczytem krucyfiksu a podstawą pentagramu. Następnie przy akompaniamencie podjętego na nowo chóralnego mruczando i klekotania kości, akolici umieścili trzy kawałki kadziła na rozżarzonych węglach w kadzielnicy. Prawie natychmiast niebieski dym rozszedł się po holu, a ostra woń kadzidła spowiła ofiarę, celebransów i uczestników.

W omdlałej duszy Agnieszki dym, zapach kadzidła, działanie leków oraz chłód i rytualny hałas – wszystko zmieszało się w jedną ohydną kadencję.

Choć nikt nie dał sygnału, doskonale wyszkolony Posłaniec Ceremonialny poinformował swego watykańskiego odpowiednika, że inwokacje właśnie się zaczynają. Nagła cisza spowiła amerykańską kaplicę. Biskup Leon uroczyście uniósł krucyfiks leżący obok ciała Agnieszki, oparł go szczytem w dół o ołtarz i zwracając się twarzą do zgromadzenia, podniósł lewą rękę do odwróconego znaku błogosławieństwa: grzbiet dłoni zwrócony ku zgromadzeniu, kciuk i dwa palce środkowe przyciśnięte do wewnętrznej strony dłoni, mały i wskazujący palec uniesione jako symbol rogów Kozła.

– Módlmy się!

W atmosferze mroku i ognia główny celebrans w każdej z kaplic zaintonował serię inwokacji do Księcia. Uczestnicy w każdej z kaplic odpowiadali na wezwania celebransów. Następnie – ale tylko w amerykańskiej Kaplicy Celującej – każdemu responsowi towarzyszyło odpowiednie działanie – rytualne wykonanie ducha i znaczenia słów. Nad osiągnięciem kadencji doskonałej słów i woli między obiema kaplicami czuwali Gońcy Ceremonialni.  Od tej właśnie kadencji doskonałej zależało odpowiednie uformowanie intencji ludzi, w które miał być przybrany dramat intronizacji Księcia.

Wierzę w jedną Moc – wyrzekł z przekonaniem biskup Leon.

A imię jej Kosmos – zaintonowali uczestnicy w obu kaplicach, odwracając odpowiedź mszału rzymskiego. Towarzyszyło jej odpowiednie działanie w kaplicy celującej. Dwaj akolici okadzili ołtarz, dwaj inni ustawili na ołtarzu pojemniki z Ziemią, Powietrzem, Ogniem i Wodą, skłonili się przed biskupem i powrócili na swoje miejsca.

I w Jednorodzonego Syna Kosmicznego Brzasku – zaintonował Leon.

– A imię jego Lucyfer – brzmiał drugi respons.

Akolici Leona zapalili świece i okadzili Pentagram.

Trzecia inwokacja:

– Wierzę w Tajemniczego.

I trzecia odpowiedź:

– Którym jest Wąż Jadowity na Drzewie Życia.

Przy akompaniamencie klekocących kości pomocnicy podeszli do czerwonego Filara i odwrócili Tarczę Węża, ukazując odwrotną jej stronę wyobrażającą Drzewo Znajomości Dobra i Zła.

Wtedy Stróż w Rzymie i biskup w Ameryce zgodnie zaintonowali czwartą inwokację:

– Wierzę w Pradawnego Lewiatana.

I unisono poprzez ocean i kontynent popłynęła czwarta odpowiedź:

– A imię jego Nienawiść.

Nastąpiło okadzenie czerwonego filaru z Drzewem Wiadomości Dobrego i Złego.

Piąta inwokacja brzmiała:

– Wierzę w Pradawnego Lisa.

I piąty donośny respons:

– A imię jego Kłamstwo.

Tu okadzono czarną kolumnę jako symbol rozpaczy i wszelkiej obrzydliwości.

W migotliwym świetle ogarków, spowity kłębami niebieskiego dymu, Leon skierował wzrok na klatkę z Flinnim stojącą tuż obok ciała Agnieszki rozciągniętego na ołtarzu. Szczeniak przebudził się z letargu, podniósł się na cztery łapy, podniecony hałasem śpiewów, klekotania kości.

– Wierzę w Pradawnego Kraba – zaintonował Leon szóstą inwokację.

– A imię jego jest Żywy Ból – zagrzmiała szósta odpowiedź, a kości klekotały miarowo.

Teraz oczy wszystkich zwróciły się na akolitę, który podszedł do ołtarza i sięgnął ręką do klatki. Piesek zamachał ogonkiem, spodziewając się pieszczoty. Tymczasem akolita wprawnym ruchem wyszarpnął zwierzę z klatki, drugą ręką dokonując błyskawicznej wiwisekcji, poczynając od usunięcia genitaliów wyjącego szczeniaka. Ekspert w swoim fachu, umiejętnie przedłużał cierpienie psa i frenetyczną radość uczestników rytuału zadawania bólu.

Lecz nie wszystkie odgłosy zagłuszał piekielny hałas przerażającej celebracji. Był jeszcze słabiutki głosik śmiertelnej walki Agnieszki. Bezgłośnego jej krzyku w odpowiedzi na agonię pieska. Dźwięk niesłyszalnych słów. Dźwięk błagania i cierpienia.

– Bozia jest moim tatusiem!… Święta Bozia!… Mój pieseczek!… Nie róbcie krzywdy Flinniemu!… Bozia jest moim tatusiem!…Nie róbcie krzywdy Panu Jezusowi… Święta Bozia…

Czujny na każdy szczegół, biskup Leon rzucił okiem na Ofiarę. Będąc w stanie bliskim nieświadomości, Ofiara wciąż walczyła. Wciąż protestowała. Wciąż jeszcze czuła ból. Wciąż jeszcze się modliła z tym swoim nieustępliwym oporem. Leon był zachwycony. Co za doskonała Ofiara. Jak przyjemna musi być Księciu. Bezlitośnie i bez najmniejszej przerwy Leon i Strażnik  przeprowadzili swoje zgromadzenia przez resztę czternastu w sumie inwokacji, a odpowiednie działania towarzyszące każdej odpowiedzi stawały się zgiełkliwym teatrem perwersji. Wreszcie biskup Leon zakończył pierwszą część ceremonii wielką inwokacją:

– Wierzę, że Książę tego świata zostanie tej nocy intronizowany do Starożytnej Cytadeli  i z tego miejsca stworzy Nową Wspólnotę.

I przyszła odpowiedź, robiąca przerażające wrażenie nawet w tym upiornym otoczeniu:

– A imię jej będzie Powszechny Kościół Człowieka.

Teraz nadeszła pora, by Leon podniósł z ołtarza Agnieszkę. Pora, by arcykapłan uniósł prawą ręką kielich, a lewą ogromną hostię. Pora, by Leon przewodniczył modlitwie Ofiarowania, po każdym rytualnym pytaniu czekając na odpowiedzi zawarte w mszałach trzymanych przez uczestników.

– Jakie było imię tej ofiary przy pierwszych narodzinach?

– Agnieszka!

– Jakie było imię tej ofiary przy drugim narodzeniu?

– Agnieszka Zuzanna!

– Jakie było imię tej ofiary przy trzecich narodzinach?

– Rahab Jerycho!

Teraz Leon ponownie ułożył Agnieszkę na ołtarzu, a następnie nakłuł wskazujący palec jej lewej ręki, a z małej ranki wypłynęła krew.

Chłód przeszywał jej ciało, miała mdłości, czuła, jak podnoszą ją z ołtarza, lecz już nie była w stanie poruszać oczami. Czuła ostre ukłucie w lewej ręce. Docierały do niej słowa zawierające zagrożenie, którego nie potrafiła wysłowić: „Ofiara… Agnieszka… narodzona po raz trzeci… Rehab Jerycho…”

Leon umoczył wskazujący palec lewej ręki we krwi Agnieszki i unosząc go tak, by mogli to zobaczyć uczestnicy, rozpoczął modlitwę ofiarowania.

– Krew naszej Ofiary została przelana * aby nasza służba Księciu była doskonała. * Aby sprawował najwyższą władzę w Domu Jakuba * W Ziemi Obiecanej Wybrańca.

Teraz przyszła kolej na arcykapłana. Trzymając wysoko kielich i hostię, wygłosił rytualną odpowiedź ofiarowania:

– Zabieram cię ze sobą, przeczysta ofiaro * Zabieram cię do nieświętej północy – Zabieram cię na wzgórze Księcia.

Arcykapłan ułożył hostię na piersiach Agnieszki, trzymając kielich z winem nad jej piersią.

Mając po prawicy i po lewicy arcykapłana i akolitę Medica, biskup Leon spojrzał na Gońca Ceremonialnego. Upewniwszy się, że Stróż o granitowej twarzy i jego rzymska falanga tworzą wraz z nim doskonały tandem, znów zaintonował wraz ze współ-celebransami modlitwę ofiarowania:

– Prosimy cię, Panie, Lucyferze, Książę Ciemności * Który gromadzisz wszystkie nasze ofiary * Wejrzyj łaskawie na naszą ofiarę * Złożoną na popełnienie wielu grzechów.

A potem bezbłędnym unisono, jakiego nabiera się po latach praktyk, biskup i arcykapłan wygłosili najświętsze słowa łacińskiej mszy. Przy podniesieniu hostii:

– HOC EST ENIM CORPUS MEUM.

Przy podniesieniu kielicha:

HIC EST ENIM CALIX SANGUINIS MEI, NOVI ET AETERNI TESTAMENTI, MYSTERIUM FIDEI QUI PRO VOBIS ET PRO MULTIS EFFUNDETUR IN REMISSIONEM PECCATORUM. HAEC QUOTIESCUMQUE FECERITIS IN MEI MEMORIAM FACIETIS.

Zebrani natychmiast odpowiedzieli wznowieniem rytualnego hałasu, kakofonią dźwięków, mieszaniną wyrazów i klekotu kości, i towarzyszących temu lubieżnych gestów wszelkiego rodzaju. Tymczasem biskup spożył odrobinę hostii i upił łyczek wina z kielicha.

Na sygnał Leona – ponownie odwrócone błogosławieństwo znakiem – rytualny hałas przybrał formę nieco bardziej uporządkowanego chaosu, kiedy uczestnicy posłusznie ustawili się w kolejce. Przechodząc obok ołtarza, gdzie otrzymywali komunię – odrobinę hostii, łyczek z kielicha – mieli też okazję podziwiać Agnieszkę. Lecz nie chcąc uronić nic z pierwszego rytualnego gwałtu na ofierze, szybko wracali do swoich klęczników, patrząc w napięciu, jak biskup skupia całą uwagę na dziecku.

Uczuwszy na sobie ciężar ciała biskupa, Agnieszka z całej siły próbowała uwolnić się od niego. Nawet teraz usiłowała wykręcić głowę, jakby szukała pomocy w tym bezlitosnym miejscu. Lecz pomoc nie znikąd nie nadchodziła. Był tylko arcykapłan czekający na swoją kolej w tym niewyobrażalnym świętokradztwie. Czekał także jej ojciec. I był ogień palących się czarnych świec, odbijający się czerwienią w ich oczach. Ogień zapalał się w ich oczach. Wewnątrz tych wszystkich oczu. Ogień, który będzie jeszcze palił długo, gdy pogasną świece. Palił już zawsze…

Cierpienie, które owładnęło Agnieszką tamtej nocy, jej ciałem i duszą, było tak głębokie, że chyba ogarniało cały świat. Lecz ani na chwilę nie było to tylko jej konanie. Tego była przez cały czas pewna. Kiedy słudzy Lucyfera gwałcili ją na zbezczeszczonym, nieświętym ołtarzu, gwałcili równocześnie tego Pana, który był jej tatusiem i mamusią. Tak jak On przemienił jej słabość Swoją odwagą, tak też uświęcił jej profanację swymi niewypowiedzianymi udrękami i jej długotrwałe cierpienie Swoją Męką. To do Niego – tego Pana, który był jej jedynym ojcem i jedyną matką, i jedynym obrońcą – słała bezgłośne krzyki męki, przerażenia i bólu. I to do Niego, tracąc przytomność, modliła się o ratunek.

Leon znów stał obok ołtarza, na jego zlanej potem twarzy malowało się podniecenie, była to najwyższa chwila jego triumfu. Skinienie głowy w kierunku gońca ceremonialnego czuwającego przy telefonie. Chwila oczekiwania. Skinięcie głowy tamtego w odpowiedzi. Rzym był gotów

.

– Mocą przekazaną mi jako równoczesnemu celebransowi ofiary i równoczesnemu wykonawcy intronizacji, przewodniczę wszystkim tu i w Rzymie, wzywając ciebie, Książę Wszelkiego Stworzenia! W imieniu wszystkich zebranych w tej kaplicy i wszystkich braci zgromadzonych w Kaplicy Rzymskiej, wzywam Cię, o Książę, przybądź!

Drugiej modlitwie intronizacyjnej miał przewodniczyć arcykapłan. W tej niezwykłej chwili, gdy spełniało się najwyższe, na co kiedykolwiek czekał, recytowane przez niego łacińskie zdania były wzorem kontrolowanej emocji:

– Przybądź, obejmij w posiadanie Dom Wroga. * Wejdź do miejsca, które było dla Ciebie przygotowane. * Zstąp pomiędzy Swoje wierne Sługi * Którzy przygotowali dla Ciebie łoże, * Którzy wznieśli Twój Ołtarz i pobłogosławili go infamią.

Było godne i sprawiedliwe, by to właśnie biskup Leon zaintonował ostatnią modlitwę wprowadzenia w kaplicy celującej:

– Zgodnie ze świętymi instrukcjami z Wierzchołka Góry, * W imieniu wszystkich Braci * ja Ciebie pragnę uwielbić, Książę Ciemności. * Stułę wszystkiego, co Nieświęte * Wkładam oto w Twoje ręce * Potrójną Koronę Piotra * Zgodnie z nieugiętą wolą Lucyfera * Byś tu rządził. * Aby był Jeden Kościół, * Jeden Kościół od Morza do Morza, * Jedno Wielkie i Potężne Zgromadzenie * Mężczyzn i Kobiety, * zwierząt i roślin. * Aby nasz Kosmos znów * Był jeden, niezwiązany i wolny.

Przy ostatnim słowie, na znak dany przez Leona, wszyscy w jego kaplicy usiedli. Rytuał został przekazany do Kaplicy Docelowej w Rzymie.

W ten sposób Intronizacja Księcia do Cytadeli Słabego prawie już dobiegła końca. Pozostała jeszcze tylko Autoryzacja, Ustawa Instrukcyjna i Dowód. Strażnik podniósł oczy znad ołtarza i skierował ponure wejrzenie na Międzynarodowego Delegata, który przyniósł mieszek zawierający list Autoryzacyjny i Instrukcję. Wszyscy odprowadzali go wzrokiem, gdy wstał i skierował się do ołtarza, wziął do ręki mieszek, wyjął papiery i twardym pruskim akcentem przeczytał Ustawę Autoryzacyjną:

– „Z mandatu Zgromadzenia i Świętych Starszych wyznaczam, autoryzuję i uznaję tę kaplicę, która odtąd będzie się nazywała Kaplicą Wewnętrzną, za zajętą, posiadaną i będącą całkowitą własnością Tego, którego intronizowaliśmy jako Pana i Mistrza naszego ludzkiego losu.

Ktokolwiek środkami tej kaplicy będzie desygnowany i wybrany na ostatniego sukcesora Urzędu Piotrowego, mocą swej urzędowej przysięgi poświęci siebie i wszystkich, którym rozkazuje, aby byli gorliwymi instrumentami i współpracownikami Budowniczych Domu Człowieczego na Ziemi i w całym Kosmosie Człowieka.Przemieni on prastarą Wrogość w Przyjaźń, Tolerancję i Asymilację, i będzie to zastosowane do narodzin, edukacji, pracy, finansów, handlu, przemysłu, nauki, kultury, życia i dawania życia, umierania i udzielania śmierci. Niechaj tedy zostanie uformowana Nowa Era Człowieka”.

Niech się tak stanie! – zaintonował Stróż odpowiedź rzymskiej falangi.

– Niech się tak stanie! – zaintonował biskup Leon – na znak dany przez gońca ceremonialnego – wyrażając zgodę uczestników.

Następny rytualny nakaz, Ustawa Instrukcyjna, była to w rzeczywistości uroczysta przysięga zdrady, mocą której każdy duchowny obecny na ceremonii w Kaplicy św. Pawła w Watykanie  – czy to kardynał, biskup czy prałat – celowo i rozmyślnie sprofanuje sakrament święceń, mocą którego niegdyś otrzymał łaskę i władzę uświęcania innych.

Delegat Międzynarodowy uniósł lewą rękę, czyniąc znak.

– Czy wszyscy tu obecni i każdy z osobna – odczytywał tekst przysięgi – usłyszawszy tę Autoryzację, teraz uroczyście przysięgają przyjąć ją chętnie, jednogłośnie, natychmiast, bez żadnych zastrzeżeń lub wybiegów?

– Przysięgamy!

– Czy wy wszyscy i każdy z osobna przysięgacie uroczyście, że będziecie wykonywać swoje obowiązki z myślą o wypełnieniu celów Powszechnego Kościoła Człowieka?

– Przysięgamy uroczyście.

– Czy wy wszyscy i każdy z osobna jesteście gotowi podpisać to jednogłośne postanowienie własną krwią, oby Lucyfer cię uderzył, jeślibyś się sprzeniewierzył tej Przysiędze Zgody?

– Jesteśmy gotowi.

– Czy wy wszyscy i każdy z osobna zgadzacie się mocą tej Przysięgi przenieść Panowanie i Posiadanie waszych dusz z Prastarego Wroga, Najwyższego Słabego, we Wszechpotężne ręce naszego Pana, Lucyfera?

– Zgadzamy się.

Teraz nadeszła pora na Rytuał Końcowy. Na Dowód.

Umieściwszy oba dokumenty na ołtarzu, delegat wyciągnął rękę do Strażnika. Wówczas rzymianin o granitowej twarzy złotą pincetą nakłuł opuszkę kciuka lewej ręki delegata i złożył krwawą pieczęć przy jego nazwisku na Ustawie Autoryzacyjnej.

Uczestnicy watykańskiej uroczystości szybko poszli w ślady Delegata. A kiedy już każdy członek Rzymskiej Falangi zadośćuczynił ostatniemu rytualnemu wymogowi, w Capella Paolina rozbrzmiała srebrna sygnaturka.

W Kaplicy amerykańskiej trzykrotnie zawtórował jej delikatny, melodyjny głos dzwonu nieskończoności. Ding! Dong! Ding! Wyjątkowo gustowny dźwięk – pomyślał Leon – gdy oba zgromadzenia zaintonowały pieśń na wyjście:

– Bim! Bom! Bam!* Nic nie Przemoże Prastarych Bram! * Upadnie Skała i Krzyż sam * Na zawsze * Bim! Bom! Bam!

Procesja wyjściowa uformowała się odpowiednio do rang. Na początku szli akolici. Potem ojciec Medico z bezwładnym i trupiobladym ciałem Agnieszki w ramionach. Na końcu Arcykapłan i biskup Leon, którzy podjęli śpiew, znikając w zakrystii.

Członkowie Falangi Rzymskiej wyszli na dziedziniec św. Damazego we wczesnych godzinach rannych w święto Piotra i Pawła. Wsiadając do czekających limuzyn niektórzy kardynałowie i biskupi odpowiedzieli na pełne czci saluty gwardzistów, czyniąc machinalny gest błogosławieństwa. \

Dziedziniec opustoszał i tylko mury Kaplicy św. Pawła jak zawsze jaśniały wspaniałymi freskami przedstawiającymi Chrystusa i św. Pawła Apostoła, którego imię przybrał ostatni sukcesor na Stolicy Piotrowej.

Umberto Longo: Mason mianowany członkiem Papieskiej Komisji Nauk Historycznych

Umberto Longo: Mason mianowany członkiem Papieskiej Komisji Nauk Historycznych

Date: 15 agosto 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/umberto-longo-mason-mianowany-czlonkiem-papieskiej-komisji-nauk-historycznych

13 sierpnia 2026, papież Leon XIV mianował Umberto Longo, dyrektora Włoskiego Instytutu Historycznego Średniowiecza oraz profesora historii średniowiecza na Uniwersytecie La Sapienza w Rzymie, członkiem Papieskiej Komisji Nauk Historycznych. press.vatican.va/salastampa/en/bollettino/pubblico

phd.uniroma1.it/web/Umberto-LONGO

Nominacja ta nastąpiła pomimo istnienia dowodów dokumentalnych łączących go z masonerią, w tym zapisów ze Starożytnego i Uznanego Rytu Szkockiego oraz wystąpień Longo podczas imprez organizowanych w ramach aktywności największej loży masońskiej we Włoszech, Wielkiego Orientu Włoch (GOI).

Na przykład, 9 lutego 2019 r. Longo wziął udział w konferencji „Bóg i ludzie. Republika Rzymska. 170 lat miłości”, zorganizowanej w Rzymie przez GOI oraz Okręgową Radę Czcigodnych Mistrzów z Lacjum. Zachowane nagranie wideo stanowi wizualny dowód wystąpienia Longo podczas owego spotkania, które otworzył Giuseppe Bramucci, mistrz masoński.

Longo wygłosił w szczególności wykład zatytułowany „Dziedzictwo Republiki Rzymskiej”.

grandeoriente.it/roma-i-170-anni-della-repubblica-romana-convegno-della-loggia-dio-e-popolo

radioradicale.it/dio-e-popolo-repubblica-romana-170-anni-di-amore

Republika Rzymska z 1849 r. pozostawała pod głębokim wpływem ideałów wolności, równości i braterstwa, które rozprzestrzeniły się w Europie po okresie Oświecenia i rewolucji francuskiej, a jej powstanie wynikało z nienawiści wobec papieża. Przywódcy Republiki – w tym Giuseppe Mazzini – byli w większości masonami i podzielali charakterystyczną dla tradycji masońskiej wizję moralnej i obywatelskiej odnowy ludzkości, opartej na rozumie i powszechnym braterstwie, a nie na autorytecie religijnym.

W numerze czasopisma „Logos” z 2013 roku, wydawanego przez Starożytny i Uznany Ryt Szkocki we Włoszech, znajduje się artykuł napisany przez „Brata Mówcę Umberto Longo 4°”, należącego do grona funkcjonariuszy Loży Doskonałości Tajemnych Mistrzów „Giano” w Rzymie. Artykuł dotyczy historii, rytuałów oraz rozwoju inicjacyjnego Rytu Szkockiego. ritoscozzese.it/wp-content/uploads/2017/12/LOGOS

Tytuł „Fr.” jest używany w publikacji jako skrót od „Fratello” („Brat”), natomiast liczba wskazuje stopień masoński. W szczególności liczba „4°” oznacza, że osiągnął on czwarty stopień Starożytnego i Uznanego Rytu Szkockiego.

Do tej dokumentacji dochodzi drugie oficjalne źródło, tym razem pochodzące z Wielkiego Wschodu Włoch. Jego czasopismo „Erasmo”, numer 7–8 z 2013 roku, informuje o „Zgromadzeniu I stopnia”, które odbyło się 25 marca w Rzymskiej Loży Masońskiej przy Piazzale degli Archivi. W relacji wyjaśniono, że w spotkaniu wzięło udział wielu braci i Czcigodnych Mistrzów, a wśród tych ostatnich wyraźnie wymieniono Umberto Longo. Nie była to otwarta konferencja naukowa, lecz obrzędy masońskie pierwszego stopnia. grandeoriente.it/wp/2015/05/erasmo (strona 27 PDF)

Jednak prawdopodobnie najbardziej znaczący dowód dokumentalny wynika z zestawienia dwóch odrębnych źródeł z 2014 roku. 8 lipca 2014 r. oficjalna strona internetowa Wielkiego Wschodu Włoch ogłosiła, że następnego dnia, w ramach tzw. „Szkockiego lipca” organizowanego przez Regionalny Inspektorat Lacjum, Umberto Longo wygłosi wykład zatytułowany „Dynamiczna droga doskonalenia się Rycerzy Szkockich. Tradycja i rytuały, odnowa i uniwersalność”. grandeoriente.it/luglio-scozzese-due-appuntamenti-dedicati-alla-tradizione-alla-ritualita-e-ai-percorsi-esoterici-ed-essoterici

Ta sama praca, pod dokładnie tym samym tytułem, ukazała się w numerze czasopisma „Logos” z 2014 roku, wydawanego przez Ryt Szkocki. Tam autor jest jednoznacznie wskazany jako „Brat U. Longo 9 °”. Wielki Orient publicznie przypisuje ten wykład Umberto Longo; publikacja Rytu Szkockiego zawiera ten sam tekst i przypisuje go „Bratu U. Longo”, dziewiątego stopnia. W tym samym numerze zamieszczono ponadto „Tavola d’Agape 2013 Brata Mówcy U. Longo 9°”: tj. coroczną uroczystą kolację loży „Giano”, podczas której modlitwę wygłosił po raz kolejny ten sam “Mówca”, którego magazyn w poprzednim roku zidentyfikował, podając jego pełne imię i nazwisko.

Równie wiele mówi sama treść tekstu. Longo nie pisze z perspektywy zewnętrznego badacza, który opisuje rytuały jako przedmiot badań historycznych. Mówi o „przywileju uczestniczenia w rytuale inicjacyjnym”, o korzystaniu z narzędzi, które „udostępnia masoneria”, a także o dążeniach masonów i obowiązkach rycerzy szkockich. ritoscozzese.it/wp-content/uploads/2017/12/LOGOS

Dokumentacja nie kończy się w 2014 roku. W czasopiśmie „Logos” z 2015 roku pojawia się kolejny artykuł zatytułowany „Szkocka piramida rytualna”, podpisany „Fr. U. Longo 9°”. Tekst ten został bez wątpienia napisany przez osobę należącą do tego Rytu. Longo używa sformułowań takich jak „w rytuale IV stopnia kazano nam wykonać” oraz, jeszcze bardziej dosadnie, „Jako masoni i szkoci mamy zatem…””. Trudno wyobrazić sobie bardziej bezpośrednie sformułowanie dotyczące sytuacji, z której pisze autor. ritoscozzese.it/wp-content/uploads/2017/12/LOGOS

W grudniu 2022 roku, Longo wziął udział w konferencji poświęconej Hugo Prattowi, znanemu włoskiemu rysownikowi komiksowemu, który był masonem. Konferencję zorganizowała „Fondazione Scozzese Triveneta” – instytucja kulturalna powiązana ze środowiskiem Starożytnego i Uznanego Rytu Szkockiego.

W swoim wykładzie, Longo z niezwykłą precyzją opisuje etapy masońskiego rytuału inicjacyjnego: “komnatę refleksji”, “pozbywanie się metali”, “wewnętrzną podróż”. Przedstawia je nie tylko jako przedmiot badań historycznych, ale jako „kompletną reprezentację”, którą interpretuje, posługując się językiem osoby dobrze zorientowanej w symbolice Zakonu.

Na zakończenie swojego wykładu Longo podsumowuje, zaliczając siebie, Hugo Pratta, Corto Maltese oraz publiczność do jednej wspólnej kategorii: „Corto i Ugo doskonale wiedzą, że wtajemniczony może być jedynie podróżnikiem… Pratt i Corto uosabiają to wszystko, z łagodnym uśmiechem, bez dogmatów, bez roszczeń do prymatu; są dżentelmenami losu. I w końcu my też tacy jesteśmy”.

Jeszcze bardziej uderzające jest to, że na zakończenie konferencji głos zabrał mężczyzna przedstawiony jako Najwyższy Wielki Komandor Starożytnego i Uznanego Rytu Szkockiego, aby podziękować prelegentowi, zwracając się do niego dosłownie jako do „brata profesora Longo”. (ustawić suwak video na 1.00.00)

https://youtube.com/watch?v=556WWS7zMxI%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dit%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent
https://youtube.com/watch?v=nW4Ug8ghWrY%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dit%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent

INFO: infovaticana.com/it/umberto-longo-un-massone-designato-al-comitato-pontificio-di-scienze-storiche

lifesitenews.com/news/breaking-pope-leo-xiv-appoints-freemason-to-vatican-committee

“Non praevalebunt”: Oto krucyfiks cudownie ocalały z pożaru lasu…

Zrobione 26 lipca 2026 roku, zdjęcie tego oto krucyfiksu błyskawicznie obiegło świat. Krzyż ten znajdował się w samym centrum ogniska pożaru, który spustoszył lasy we francuskim departamencie Gironde. Ten piękny krucyfiks, pozostający nienaruszony pośród całkowicie spalonych drzew, ocalał, co wywołało falę spontanicznych komentarzy o „cudzie” w mediach społecznościowych i prasie.

Zdjęcie kalwarii w Saumos, wykonane 26 lipca przez fotoreportera Patricka Bernarda, wzbudziło natychmiastowy entuzjazm. Wielu dostrzegło w nim cud, znak z Nieba i znak nadziei, przypominający o zwycięstwie Chrystusa nad piekłem.

Tenże entuzjazm i zapał wiary nie spotkały się jednak z przychylnością wśród duchowieństwa miasta Bordeaux. Na stronie internetowej diecezji Bordeaux opublikowano bowiem artykuł ks. Clémenta Barré, który kategorycznie sprzeciwił się nazywaniu tego wydarzenia cudem.

Napisał:

„Jeśli twierdzimy, że Bóg interweniował, aby ocalić ten krucyfiks, to tym samym twierdzimy, że nie interweniował na rzecz domów, lasów, zwierząt, poległych lub rannych strażaków oraz tych, którzy stracili wszystko. Bóg, który miałby ocalić swój wizerunek, a pozwolić spłonąć swoim stworzeniom, nie byłby Ojcem Jezusa Chrystusa. Byłby to bożek, zazdrosny o swoje drewno i obojętny na ciało”. bordeaux.catholique.fr/meditation-sur-le-calvaire-de-saumos/

INFO: fsspx.news/fr/news/un-crucifix-miraculeusement-epargne-par-un-incendie-foret

Brawo Leon !

Sancta Ecclesia Catholica

PILNE: Papież Leon XIV mianował masona do watykańskiej komisji

Umberto Longo, mianowany członkiem Papieskiego Komitetu Nauk Historycznych, wielokrotnie pojawia się w dokumentach masońskich.

WATYKAN (LifeSiteNews) — Papież Leon mianował historyka, który pojawia się wielokrotnie w dokumentach masońskich, członkiem watykańskiej komisji zajmującej się historią.

13 sierpnia papież Leon XIV mianował Umberta Longo, dyrektora Włoskiego Instytutu Historycznego Średniowiecza oraz profesora historii średniowiecznej na Uniwersytecie Sapienza w Rzymie, członkiem Papieskiego Komitetu Nauk Historycznych.

Nominacja nastąpiła pomimo dokumentów wskazujących na jego związki z masonerią, w tym zapisów dotyczących Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego, a także późniejszych wystąpień Longo podczas wydarzeń organizowanych w środowisku związanym z największą włoską obediencją masońską — Wielkim Wschodem Włoch (Grand Orient of Italy, GOI).

Przykładowo, 9 lutego 2019 r. Longo uczestniczył w konferencji zatytułowanej „Bóg i ludzie. Republika Rzymska. 170 lat miłości”, zorganizowanej w Rzymie przez Wielki Wschód Włoch oraz Okręgowe Kolegium Czcigodnych Mistrzów Lacjum. Zachowane nagranie wideo pokazuje Longo przemawiającego podczas tego wydarzenia, którego otwarcia dokonał Giuseppe Bramucci, mistrz masoński. Longo wygłosił wykład zatytułowany „Dziedzictwo Republiki Rzymskiej”.

Republika Rzymska z 1849 r. była głęboko inspirowana ideałami wolności, równości i braterstwa, które rozpowszechniły się w Europie po oświeceniu i rewolucji francuskiej. Została ustanowiona w opozycji do papieża rzymskiego. Jej przywódcy — w tym Giuseppe Mazzini — byli w większości masonami i podzielali masońską wizję moralnej oraz obywatelskiej odnowy ludzkości, opartej na rozumie i powszechnym braterstwie, a nie na autorytecie religijnym.

Chociaż samo nagranie nie stanowi wystarczającego dowodu na przynależność Longo do masonerii — loże masońskie często zapraszają na publiczne konferencje osoby sympatyzujące z myślą masońską, które nie są członkami masonerii — to jednak stanowi dowód jego wyraźnie przychylnego stosunku do masońskiej kultury i jej ideałów.

Istnieją jednak również inne elementy, które należy wziąć pod uwagę.

W szczególności wydanie czasopisma „Logos” z 2014 r., publikowanego przez włoski Ryt Szkocki Dawny i Uznany, zawiera artykuł autorstwa „Fr. Oratore Umberto Longo 9°”, wymienionego wśród funkcjonariuszy Loży Doskonałości Tajnych Mistrzów „Giano” w Rzymie. Artykuł dotyczy historii, rytuału oraz rozwoju inicjacyjnego Rytu Szkockiego.

Skrót „Fr.” użyty w publikacji oznacza Fratello, czyli „Brat”, natomiast liczba wskazuje na stopień masoński. W tym przypadku „9°” oznacza dziewiąty stopień Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego — Wybranego Dziewięciu (Elect of the Nine).

Nie stanowi to absolutnie rozstrzygającego dowodu, że Longo przedstawiony w „Logos” jako brat-mason jest tą samą osobą, która uczestniczyła w masońskiej konferencji w Rzymie w 2019 r. Jednak zbieżność dwóch osób o tym samym nazwisku, pochodzących z Rzymu i będących specjalistami w zakresie historii Rytu Szkockiego, wydaje się bardzo mało prawdopodobna.

Co więcej, na stronie internetowej Wielkiego Wschodu Włoch Umberto Longo jest wielokrotnie wymieniany jako stały gość ich konferencji.

Oprócz informacji o wydarzeniu w Rzymie z 2019 r. pojawia się on również wśród prelegentów konferencji z 2014 r., poświęconej — ponownie — historii Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego.

W grudniu 2022 r. Longo uczestniczył także w konferencji poświęconej Hugo Prattowi, słynnemu włoskiemu autorowi komiksów, który sam był masonem. Konferencję zorganizowała Fondazione Scozzese Triveneta, instytucja kulturalna związana ze środowiskiem Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego.

Podczas swojego wykładu Longo z niezwykłą dokładnością opisywał kolejne etapy masońskiego rytuału inicjacyjnego: komnatę rozmyślań, pozbawienie metali oraz wewnętrzną podróż. Przedstawiał je nie tylko jako przedmiot badań historycznych, ale używał języka osoby dobrze zaznajomionej z symboliką Zakonu.

Pod koniec wykładu Longo umieścił siebie, Hugo Pratta, Corto Maltese oraz publiczność w jednej wspólnej kategorii:

„Corto i Ugo dobrze wiedzą, że wtajemniczony może być tylko podróżnikiem… Pratt i Corto ucieleśniają to wszystko, z łagodnym uśmiechem, bez dogmatów, bez roszczeń do pierwszeństwa; są dżentelmenami fortuny. A przecież ostatecznie my również nimi jesteśmy”.

Jeszcze bardziej wymowny jest fakt, że na zakończenie konferencji głos zabrał mężczyzna przedstawiony jako Suwerenny Wielki Komandor Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego, który podziękował prelegentowi, zwracając się do niego wprost słowami „Bracie Profesorze Longo”.

Źródło: lifesitenews.com/…/breaking-pope-leo…/…

Nihil novi sub sole. To перестройка или передышка?

Nihil novi sub sole 

Izabela BRODACKA

Klinika przy ulicy Hożej 80 w Warszawie, róg Emilii Plater powstała około 1910 roku dla Sanatorium Towarzystwa Pielęgnowania Chorych pod wezwaniem Świętego Józefa. W skład zespołu wchodził pawilon dla chorych oraz dwupiętrowy pawilon chirurgiczny.

W latach 1931-32 klinikę przebudowano według projektu Ludwika Tokara. Nadbudowano budynek narożny oraz rozbudowano go wzdłuż ulicy Hożej. 
Budynek przetrwał okupację niemiecką. W czasie Powstania Warszawskiego mieścił się tam szpital polowy dla walczącego Śródmieścia. 

Natychmiast po “wyzwoleniu” w budynku urządzono szpital rządowy. Urządzono zamkniętą klinikę dla partyjnej komunistycznej nomenklatury wyposażoną w najnowszy sprzęt, zatrudniającą najlepszych lekarzy i oferującą wybranym luksusowe warunki. Leki stosowane przy leczeniu uprzywilejowanych pacjentów były niedostępne w aptekach i zwykłych szpitalach. Na przykład pacjenci kliniki rządowej dziury w zębach mieli wypełniane amerykańskimi plombami kompozytowymi podczas gdy zwykli śmiertelnicy szczerzyli zęby zeszpecone czarnym amalgamatem. Podobno właśnie po plombach rozpoznawano na Zachodzie przy autopsji zwłoki ofiar pochodzących z krajów Europy Środkowo Wschodniej. 

Bodajże w 1964 roku usuwała sobie w tej klinice wrastające paznokcie pani Tomiła Blinowska, słynna Mizia żona Franciszka Blinowskiego członka czy zastępcy członka KC PZPR,  posła na sejm i wówczas przewodniczącego PKPG. Mizia była znana mojej matce i ciotce z Kresów. Była z nimi po prostu na tej samej pensji. Wówczas to Franciszek Blinowski komunizujący gołodupiec emablował poleskie panny i szukał żony w odwiedzanych dworach oraz mieszczańskich zamożnych domach. Wśród nich była Tomiła Luberadzka i ją właśnie udało mu się upolować. Rodzina Tomiły zapewniła mu wygodne życie na Kresach. 

Zrewanżował się zapewniając jej luksusowe życie, godne komunistycznej partyjnej nomenklatury, w powojennej Polsce. W tym usuwanie wrastających paznokci (miał rację stary Marks mówiąc, że historia powtarza się jako farsa) w rządowej klinice przy Emilii Plater gdzie zajmowała w tym celu dwupokojowy apartament. Wiem, bo odwiedziłam ją tam z konieczności. Miałam za zadanie oddać jej jakąś książkę. Chciała poczęstować mnie kawą z ciasteczkami serwowaną przez pielęgniarką w fikuśnym fartuszku. Wybiegłam zbulwersowana. W tych czasach, dokładnie jak obecnie, wepchnięcie się do szpitala graniczyło z cudem. Trzeba natomiast przyznać, że chorych  już przyjętych wówczas leczono a nie poddawano protokołowi terapii daremnej. Dlatego niektórzy uważają, że za komuny ze Służbą Zdrowia było lepiej. 

W sobotę 26 kwietnia 1986 roku, gdy poprzedniej nocy wybuchł reaktor w Czarnobylu, byłam z synkiem w Rokicinach Podhalańskich w pensjonacie sióstr zakonnych. Tego samego dnia wróciłam do Warszawy. Dowiedziałam się, że młodsze dziecko spędziło cały upalny dzień w przedszkolnym ogródku, a pozostałe były ze szkołą na wycieczce po Warszawie. Nikt nie powiadomił wychowawców o zagrożeniu, usiłowano utrzymać katastrofę w tajemnicy. 

Tymczasem w klinice rządowej podawano specjalnie wezwanym  prominentom i ich rodzinom w najgłębszej tajemnicy płyn Lugola. Płyn Lugola to wodny roztwór jodu i jodku potasu. Sporządzenie go nie wymaga szczególnej wiedzy ani trudno dostępnych składników. W warunkach awaryjnych można skorzystać ze sporządzonego w domu  roztworu zwykłej jodyny. Komunistyczne władze wolały jednak narazić swoich obywateli, w tym małe dzieci, na poważne choroby niż przyznać się do katastrofy elektrowni należącej przecież do sąsiada, a nie do Polski. 

Przypadki śmierci pacjentów, którym nie udzielono pomocy nie są także niczym nowym. Wszyscy pamiętamy zapewne  „łowców skór” czyli grupę pracowników łódzkiego pogotowia ratunkowego (lekarzy, sanitariuszy i dyspozytorów), którzy handlowali informacjami o zgonach pacjentów z właścicielami zakładów pogrzebowych i celowo uśmiercali chorych Pavulonem aby nie stracić zysku z prowizji. Ten zysk to horrendum – 300 złotych od „skóry” czyli od zabitego w okrutny sposób człowieka. Pavulon to środek zwiotczający mięśnie, w tym oddechowe. Kiedy duszący się pacjent umierał pan doktor spokojnie palił papierosa. 

Nie pamiętam daty ale już w tak zwanej wolnej Polsce w pogotowiu przy Hożej zmarła wybitna działaczka Związku Niewidomych pani Siekierzyńska. Czekając na pomoc spadła w korytarzu z krzesełka i skonała w kałuży krwi. Wezwany do jej domu lekarz pogotowia stwierdził (sic!) histerię choć był to wylew. Ordynator pogotowia odmawiał jakiejkolwiek  informacji na ten temat, lekarz czy nie lekarz, (nie udało się tego ustalić) wyjechał pospiesznie  na Ukrainę.

Saloniki dla vipów, operowanie wrastających paznokci. Jak w tytule- to nic nowego pod słońcem. Życie społeczne wraca dokładnie w stare błotniste koryto. Przemoc ideologiczna- przecież wszystko jedno czy pod czerwonym czy pod zielonym sztandarem. Przemoc fiskalna. Przemoc prawna. Wyroki pisane przez polityków, wydawane przez dyspozycyjnych sędziów i egzekwowane przez aparat władzy wobec niewinnych osób takich jak choćby ksiądz Olszewski. No i zwierzęta – równe i równiejsze. Te równiejsze wobec prawa, w kolejce do lekarza,  a nawet na oddziale ratunkowym. Optymiści twierdzą, że jest to efekt bezwładności zjawisk społecznych. Twierdzą, że zmiana starych nawyków i stereotypów to tylko kwestia czasu. Ja to widzę bardziej pesymistycznie.

 Uważam, że trzeba sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie. Tak zwana transformacja ustrojowa była to перестройка или передышка? Po rosyjsku bo przemiany w Europie Środkowo-Wschodniej były realizowane dokładnie według „modelu Andropowa” to znaczy według koncepcji kontrolowanej transformacji ustrojowej, zapoczątkowanej w ZSRR. Zakładała ona przeprowadzenie ewolucyjnych reform gospodarczych i politycznych pod ścisłą kontrolą aparatu bezpieczeństwa. Miało to na celu dominację ekonomiczną starych oraz na nowo wykreowanych elit. Ekipa Tuska i on sam należą do tych elit wystruganych ze zgniłego banana. Ich podstawową cechą jest służalczość i oportunizm. 

Nowa Jerozolima skrywanym celem wojny na Ukrainie?

Agnieszka Piwar https://www.bibula.com/?p=139032


[przypominam md]

Pierwsza rocznica rozpoczęcia specjalnej operacji wojskowej Rosji na Ukrainie – gdzie od 2014 roku trwa wojna – skłania do pewnych przemyśleń i podsumowań. Znawcy tematu nie pozostawiają wątpliwości. Konflikt za naszą wschodnią granicą rozgrywa się w interesie i z inicjatywy mocarstwa zza Oceanu. Tymczasem warto zagłębić temat zaangażowania Żydów, o którym skrzętnie milczą redakcje w Polsce, także te będące w opozycji do głównego nurtu.

Miałam dużo czasu na obserwację i dedukcję, wszak wkrótce po tym jak Rosjanie wkroczyli na Ukrainę straciłam pracę. Czy miało to jakiś związek? Nie poinformowano mnie o powodzie rozwiązania ze mną umowy w trybie natychmiastowym, ale mogę się tego domyślać, gdyż pracowałam w archiwum publicznej telewizji. Utrata pracy zbiegła się w czasie, kiedy uruchomiono wobec mnie lawinę ataków, w tym publicznych zniesławień, zakłamanych artykułów czy nawet pogróżek wysyłanych w prywatnych wiadomościach. Byłam oczerniana, wyzywana od „ruskich agentów”, etc. Hejt wylewał z każdej strony. Mój przypadek nie jest odosobniony. Z podobną nagonką i problemami spotkali się inni polscy publicyści czy komentatorzy, którzy nie powielali narracji mainstreamu o „złej Rosji” i „niewinnej Ukrainie”.

Czym sobie zasłużyłam na nagonkę i problemy? Być może uwagą skierowaną pod adresem szefa rządu RP. Jeszcze przed rozpoczęciem tzw. rosyjskiej operacji specjalnej, Mateusz Morawiecki chwalił się w mediach społecznościowych, że Polska przekaże broń Ukrainie. W komentarzu, pod własnym nazwiskiem wytknęłam premierowi, że dostarczanie broni Ukraińcom to zły pomysł, gdyż przez 8 lat prześladowali i mordowali oni własnych obywateli, którzy mówili po rosyjsku czy sprzeciwiali się Euromajdanowi. Jako przykładowy dowód wkleiłam zdjęcia i relacje z masakry w Odessie, do jakiej doszło 2 maja 2014 roku.

Uciszyć za niewygodne fakty

Moją pierwszą publikację po 24 lutego 2022 roku – a więc po militarnym wejściu Rosjan na Ukrainę – rozpoczęłam od słów: «Kilka lat temu, już po wybuchu Euromajdanu, poznałam w Gliwicach młodego Ukraińca. Podczas luźnej rozmowy zapytałam dlaczego właściwie przyjechał do Polski. Odpowiedział, że wyjechał z Ukrainy, by wymigać się przed przymusowym wcieleniem do wojska. Wyjaśnił, że jego matka jest Rosjanką, a on po prostu nie chciał strzelać do swoich. Czy któryś z majdanowych podżegaczy z Polski pomyślał choć przez chwilę, że wpychanie Ukraińców na prozachodni kurs sprowadzi na zwykłych mieszkańców Ukrainy tego typu dramatyczne dylematy?».

W tamtych dniach udostępniłam też w mediach społecznościowych wypowiedź profesora Johna Mearsheimera, słynnego amerykańskiego politologa, twórcy teorii realizmu ofensywnego, wykładowcy nauk politycznych na uniwersytecie w Chicago. W wywiadzie zamieszczonym na kanale „King’s Politics” omówił on pochodzenie i historię kryzysu na Ukrainie. Jego analizę uznałam za bardzo ciekawą i odważną jak na dzisiejsze czasy, dlatego zamieściłam to na swoim profilu.

Mearsheimer powiedział wprost, że «głównymi winowajcami za ten kryzys są Stany Zjednoczone i ich sojusznicy, a nie Putin, ani Rosja». Ten były oficer sił powietrznych USA wyjaśnił, że pierwszy i najważniejszy wymiar to ekspansja NATO. Amerykanin powiedział: «Pomysł był taki, że mieliśmy rozszerzyć NATO na Wschód, tak aby obejmowało to Ukrainę». Po czym skwitował: «Pomysł aby wziąć sojusz wojskowy, któremu przewodzi USA, najpotężniejszy kraj na świecie i doprowadzić ten sojusz do granic Rosji licząc na to, że ten fakt nie wzruszy Rosjan, jest nie do pomyślenia».

Ponadto, udostępniłam wtedy nagranie z wypowiedzią Douglasa Macgregora, emerytowanego pułkownika armii USA, doradcy p.o. szefa Pentagonu za czasów prezydentury Donalda Trumpa. W wywiedzie dla telewizji „Fox News” Macgregor powiedział: «Władimir Putin robi to, przed czym ostrzegał nas przez mniej więcej ostatnie 15 lat, a mianowicie, że nie będzie tolerować wojsk Stanów Zjednoczonych lub naszych rakiet na swoich granicach. Dokładnie tak samo, jak my nie tolerujemy rosyjskich wojsk i rakiet na Kubie. Zignorowaliśmy go i on w końcu zaczął działać. W żadnym wypadku nie pozwoli Ukrainie dołączyć do NATO».

Za publikowanie wypowiedzi wyżej wymienionych zostałam zwyzywana w komentarzach. Zarzucono mi, że powielam rosyjską propagandę i sugerowano, że opłaca mnie Kreml. Absurdalność tych zarzutów podbija fakt, że cytowane przeze mnie osoby to Amerykanie.

W międzyczasie polskojęzyczna bezpieka zablokowała przed czytelnikami z Polski dostęp do mojej autorskiej strony. Po wielomiesięcznej korespondencji jeden z operatorów (z którego internetu korzystałam) wreszcie przyznał, że zablokował dostęp do mojego bloga na żądanie „uprawnionych podmiotów”, gdyż uznano, że mój blog stanowi „zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa i obronności”.

Zdumiewający powód, zważywszy na to, że w moich publikacjach opowiadam się za pokojem i przeciwko wojnie, nigdy też nie popierałam żadnej interwencji zbrojnej. Co więcej, zawsze byłam stanowczo przeciwna angażowaniu Polski w konflikt rosyjsko-ukraiński, gdyż uważam, że sprowadzi to na nas wielkie niebezpieczeństwo. Tymczasem władze w Polsce nieustannie wpychają nas w ten konflikt.

To wszystko daje solidne podstawy przypuszczać, że utrata pracy i jedynego źródła utrzymania mogła mieć związek z moimi poglądami oraz wyżej przytoczonymi komentarzami.

Prawdziwy początek wojny

Wbrew obiegowej opinii wojna na Ukrainie nie rozpoczęła się 24 lutego 2022 roku, lecz osiem lat wcześniej. Cofnijmy się zatem do Euromajdanu na Ukrainie. Przewrót został zorganizowany i sfinansowany przez Amerykanów oraz ich sojuszników z NATO. Pretekstem do rozpętania masowych protestów i obalenia władzy było niepodpisanie przez ówczesnego prezydenta Wiktora Janukowycza umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Celem Euromajdanu było osłabienie Rosji, co miało pomóc Stanom Zjednoczonych w utrzymaniu pozycji światowego hegemona.

W konsekwencji na Ukrainie przez osiem lat działy się niewyobrażalne tragedie. Dokonano licznych zbrodni na ludności cywilnej Donbasu, prześladowano rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy, likwidowano język rosyjski, będący dla wielu językiem ojczystym. I wreszcie, zorganizowano masakrę w Odessie, gdzie 2 maja 2014 roku bestialsko zamordowano i spalono kilkadziesiąt niewinnych osób, a kilkaset zostało rannych. Naiwny jest ten, kto uważał, że sprowokowana Rosja nie zareaguje.

Kilka lat temu, podczas konferencji prasowej zorganizowanej przez ambasadę Syrii w Warszawie, usłyszałam jak jeden z polskich uczestników przedstawił tezę, że odpalenie Euromajdanu na Ukrainie to także odwet Amerykanów za zaangażowanie Rosji w pomoc Syrii. W podobnym czasie, a konkretnie 29 listopada 2016 roku, wysłuchałam w Sejmie RP wystąpienia chińskiego ekonomisty Songa Hongbinga, autora serii książek pt. „Wojna o pieniądz”. Gość z Chin przyjechał wtedy do Polski na specjalne zaproszenie Wydawnictwa Wektory. Hongbing powiedział wówczas, że przeszkodą w budowie Nowego Jedwabnego Szlaku jest wojna w Syrii oraz możliwość rozprzestrzenienia się konfliktu na Bliskim Wschodzie na Eurazję.

Z powyższego nasuwa się następujący wniosek. Wieloletnia wojna w Syrii, zainspirowana przez USA (i sojuszników) pod fałszywą flagą, opóźniła sfinalizowanie budowy południowej gałęzi Nowego Jedwabnego Szlaku, zaś wojna na Ukrainie powstrzymuje dokończenie budowy jego północnej odnogi.

Dlaczego Amerykanom na tym tak zależało? Kiedy budowa chińskiego projektu zostanie dokończona, wówczas Państwo Środka przejmie dominującą kontrolę nad transportem lądowym. Tym samym Chiny wyprą z roli światowego hegemona Stany Zjednoczone, które kontrolują obecnie szlaki morskie. Dlatego w interesie Amerykanów jest to, aby zarówno na Bliskim Wschodzie jak i w Europie Środkowo-Wschodniej wciąż się tliło, wszak konflikty i niepokoje w tych regionach powstrzymują dokończenie wielkiej chińskiej inwestycji.

Tragedia za naszą wschodnią granicą jest więc de facto wojną amerykańsko-chińską, gdzie główny prowokator – czyli NATO «szczekające pod drzwiami Rosji» – wykorzystuje jako mięso armatnie napuszczonych na siebie Rosjan i Ukraińców.

Tymczasem znając historię Żydów, za wielce prawdopodobne należy uznać, że przy okazji rywalizacji największych mocarstw będą próbować ubić własny geszeft. Jakby nie patrzeć, w myśl zasady «gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta» niejako nadarzyła się okazja stworzenia nowego państwa na terenach objętych działaniami zbrojnymi.

Przecież historia pokazuje, że Żydzi w przeszłości wykorzystali już globalny konflikt, by ugrać dla siebie państwo. W czasie pierwszej wojny światowej syjoniści zrzeszeni potężnej organizacji pod przywództwem Dawida Ben Guriona oraz Żydzi z wpływowej amerykańskiej rodziny Rothschildów zaproponowali Brytyjczykom, że wciągną Amerykanów w wojnę. W zamian zażądali Palestyny. Brytyjczycy na to przystali i podpisali deklarację Balfoura, w której rząd brytyjski przyrzekł syjonistom Palestynę jako „narodowy dom dla Żydów”. Słowa dotrzymali i po drugiej wojnie światowej na Bliskim Wschodzie stworzono tzw. państwo Izrael.

Choćby z tego względu warto się zastanowić czy projekt utworzenia nowego państwa dla Żydów – tym razem nad Morzem Czarnym – to realny zamiar.


Nowa ziemia obiecana

Na odebranych Palestyńczykom terenach sytuacja Żydów wygląda nieciekawie. Prześladowani Palestyńczycy stawiają opór; wokół wrogo nastawione państwa arabskie; nieopodal potężny Iran, który za punkt honoru wyznaczył sobie wyzwolenie Al-Quds (Jerozolimy) spod syjonistycznej okupacji. W tej sytuacji wydaje się być zasadne, że Żydzi mogą szukać dla siebie wyjścia awaryjnego i nowego miejsca. A jeśli już, to najlepiej z żyznymi ziemiami, dochodowymi kopalniami, dostępem do morza i portów.

Taką idealną nową ziemią obiecaną mogą być właśnie tereny południowo-wschodniej Ukrainy, dawnego państwa Chazarów. Sęk w tym, że od pokoleń mieszkają tam Rosjanie i Ukraińcy. Czyżby bratobójcza wojna miała przy okazji pomóc zlikwidować wielu z nich, by wyludnić teren pod nowe zasiedlenie? Brzmi niedorzecznie? Ale przecież jeszcze bardziej niedorzeczne jest to, że każdego dnia giną tam ludzie, a Zachód – zamiast zabiegać o rozmowy pokojowe i przerwanie masakry – dostarcza coraz to więcej broni.

Przyjrzyjmy się zatem projektowi, o którym nie wypada w Polsce głośno mówić. Milczy się o tym zarówno w głównym nurcie (co oczywiste), ale także w przeciwnych kręgach (co daje do myślenia), tj. środowiskach wyrażających krytyczne stanowisko wobec obecnych władz Ukrainy i usprawiedliwiających stanowisko Rosji.

Oczywiście gdzieniegdzie zdarzą się w Polsce jednostkowe przypadki, które podnoszą ten temat. Jednak reakcja mainstreamu na ten głos do złudzenia przypomina metody, które dobrze wszyscy pamiętamy z czasów apogeum szaleństwa mniemanej pandemii.

Przechodząc do sedna sprawy. Oficjalnym wizjonerem idei związanej powstaniem Nowej Jerozolimy / Niebiańskiej Jerozolimy jest Igor Berkut. Nieliczne wzmianki na ten temat kończą się w Polsce natychmiastowym oskarżeniem o powielanie „teorii spiskowych” oraz „fake newsów”, a także szerzenie „rosyjski propagandy” i „antysemickiej nagonki”. Nerwowa reakcja świadczy o tym, że jest to bardzo niewygodny temat, który tym bardziej warto poddać analizie.

Jakie środowisko w Polsce najgłośniej obala tezę o szykowaniu Nowej Jerozolimy? Tę rolę przyjęło na siebie Stowarzyszenie Demagog. Na stronie internetowej demagog.org.pl reklamują się następująco: «Naszym głównym celem jest poprawa jakości debaty publicznej poprzez dostarczanie obywatelom bezstronnej i wiarygodnej informacji».

Na czym polega ich „bezstronność”? Możemy to wywnioskować z zakładki dotyczącej finansowania organizacji. Wśród hojnych sponsorów Stowarzyszenia Demagog znajduje się m.in. Fundacja Batorego (założona przez żydowskiego finansistę Georga Sorosa) oraz ambasada Stanów Zjednoczonych. Przy takich donatorach nie sposób oczekiwać, że mamy tu do czynienia ze środowiskiem niezależnym i wiarygodnym.

Jeśli osoby finansowane przez takie podmioty nerwowo zapewniają, że projekt Niebiańska Jerozolima to fake news, to tym bardziej powinno to skłaniać do refleksji, że coś jednak jest na rzeczy.

Oczywiście zaprzeczają też sami Żydzi. Przykładem jest Jakow Kedmi, izraelski dyplomata urodzony w Moskwie, były szef Biura ds. Łączności „Nativ” – izraelskiej rządowej organizacji zajmującej się utrzymywaniem kontaktów z Żydami mieszkającymi na obszarze postsowieckim. W wywiadzie dla kanału „Waldman-LINE” Kedmi totalnie zaprzeczył, że istnieją jakiekolwiek plany „Nowej Chazarii” czy „Niebiańskiej Jerozolimy”, nazywając to „bredniami łysej kobyły”.


Mrzonki, prowokacja czy realny plan?

Kim jest wspomniany Igor Berkut? To lider partii Wielka Ukraina, weteran wojny w Afganistanie. Berkut ma oficjalnie poglądy lewicowe, antysystemowe i mocne kontakty w Izraelu, a nawet tamtejsze obywatelstwo.

Na nagraniu udostępnionym na YouTube w 2017 roku, Igor Berkut bez ogórek opowiada o „przełomowym wydarzeniu początku 2017 roku” jakim było wylądowanie w porcie Odessy imigrantów z Izraela. «Grupa 183 żydowskich pionierów przybyła na Ukrainę z Hajfy, aby położyć pierwszy kamień pod fundament Niebiańskiej Jerozolimy na żyznej ziemi pięciu regionów południowej Ukrainy». Z zapowiedzi Berkuta, dyrektora wykonawczego projektu, wynika, że Nowa Jerozolima do 2027 roku ma się stać ośrodkiem dobrobytu dla osadników żydowskich. Według Berkuta pieniądze i decydujące przełomowe technologie dla Niebiańskiej Jerozolimy mają zostać przekazane przez największe domy bankowe i międzynarodowe korporacje, z których większość należy do Żydów.

Na portalu „Moskwa – Trzeci Rzym” [3rm.info], czytamy: «Według tego projektu Ukraina nie przestanie istnieć, nawet jeśli pozostało jej 9 czy 7 regionów. Ilu z nich pozostanie, zdecyduje naród Ukrainy. Projekt „Nowej Jerozolimy” jest następujący: 5+5+5. Pierwsze 5 lat, począwszy od 2014 roku, to rozpad i dekompozycja dotychczasowego systemu władzy, systemu edukacji publicznej (prezydent Poroszenko). Kolejne 5 lat to destrukcja i fragmentacja, która rozpocznie się po 2019 roku (prezydent Zełenski – przyp. red.). A następne 5 lat to przeformatowanie i wchłonięcie oraz ustrukturyzowanie tych nowych stowarzyszeń politycznych, geograficznych i innych, które zastąpią tę Ukrainę, jaką znaliśmy, poczynając od Ukraińskiej SRR.»

Igor Berkut zapowiada: „Według naszego projektu rok 2029 jest rokiem, w którym w szczególności zacznie istnieć projekt Nowa Jerozolima i zrobi pierwszy krok. A 15 lat to normalny okres, po którym nowe, co najważniejsze, żywotne, dobrze prosperujące, zorientowane na przyszłość formacje pojawią się w miejsce istniejących podmiotów (państwo Ukraina – red.), w tym oczywiście Ukrainy”.

I wreszcie Berkut przyznaje: „Budowa Nowej Jerozolimy na Ukrainie rozpoczęła się zamachem stanu w lutym 2014 roku. Ukraina została wyjęta spod wpływów Rosji i Chin. Z powodu konfliktu na Ukrainie nie ma rosyjskich pieniędzy. W bitwie trzech stolic zwyciężył kapitał amerykański, w większości żydowski – to pieniądze światowej społeczności żydowskiej. Żydzi wygrali tę bitwę z Rosją i Chinami, ponieważ Ukraina jest „przyszłością narodu żydowskiego na planecie Ziemia”.

Co ciekawe, o Beniaminie Netanjahu – który jest najdłużej sprawującym urząd premierem Izraela – Igor Berkut powiedział, że będzie przyszłym premierem Nowej Jerozolimy. Pikanterii dodaje fakt, że Netanjahu przyznał niedawno, iż rozważy podjęcie roli mediatora pomiędzy Ukrainą a Rosją, jeśli go o to poproszą oba walczące kraje oraz Stany Zjednoczone. Poinformował, że został poproszony o bycie mediatorem krótko po inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku, ale wówczas odmówił, ponieważ był wtedy liderem opozycji w Izraelu, a nie szefem rządu. Nie chciał ujawnić, kto go poprosił o podjęcie się roli mediatora, ponieważ prośba była nieoficjalna.

Ponadto, Berkut przyznaje, że wyznaczeni są już członkowie nowego rządu Niebiańskiej Jerozolimy. Jakow Kedmi, który tak żarliwie zaprzecza projektowi, ma objąć funkcję w randze ministra resortu spraw wewnętrznych.

Zwykli ludzie – tacy jak niżej podpisana – nie mają bezpośredniego dostępu do decydentów i wielkiej polityki, ani wglądu do międzynarodowych dokumentów, w tym cichaczem podpisanych porozumień. Mamy jednak do dyspozycji narzędzie jakim jest dedukcja. I za jego pomocą możemy spróbować wyprowadzić wnioski. Także te dotyczące projektu jakim jest Nowa Jerozolima.

Żyd Wołodymyr Zelenski zostaje prezydentem Ukrainy. Z dokumentów Pandory wynika, że w przeddzień wyborów zostało mu wypłacone 40 milionów dolarów przez żydowskiego miliardera Ihora Kołomojskiego za pośrednictwem kont w rajach podatkowych. Oligarchowie z Ukrainy to Żydzi wiodący luksusowe życie, podczas gdy ukraińskie społeczeństwo od lat żyje w biedzie i niedostatku. Na przełomie ostatniego roku hitem w mediach społecznościowych stał się fragment archiwalnego nagrania z imprezy sylwestrowej w Rosji, która kilka lat temu była transmitowana w rosyjskiej telewizji. Na scenie tańczył i wygłupiał się Zelenski (zanim został prezydentem był komikiem), a na widowni oklaskiwał go rozbawiony Władimir Sołowjow. Kim jest ten ostatni? To słynny rosyjski dziennikarz o korzeniach żydowskich. W swoich popularnych programach telewizyjnych na kanałach Rossija 1 i Rossija 24, z niezwykłą agresją i arogancją nieustannie podżega do konfliktu rosyjsko-ukraińskiego.

A jaka jest w tym wszystkim rola zwykłych Ukraińców i Rosjan, którzy dali się podpuścić i wykorzystać w grze? Mają ginąć na froncie. I wszystko wskazuje na to, że podobny scenariusz rozpisano też dla Polaków. A co z tymi, którzy przeżyją? W ich „leczeniu” z wojennych traum mają zapewne pomóc specjalnie wyszkoleni psychoterapeuci z Izraela. Pierwsza grupa tychże przybyła w tym celu do Polski jeszcze wiosną 2022 roku.

Żydzi już w przeszłości wykazali, że mają w największej pogardzie Rosję i narody słowiańskie, dlatego 1917 roku odpalili rewolucję bolszewicką, którą sfinansowały zachodnie banki. Dzieło zniszczenia chrześcijańskiej Rosji firmowane przez zbrodniarza Lenina przyczyniło się do śmierci milionów niewinnych ludzi, w tym głównie Rosjan, a także Ukraińców, Polaków, Białorusinów i wielu innych narodów. Przeraża, że z tej strasznej lekcji historii nikt nie wyciąga wniosków.

Agnieszka Piwar

Agnieszka Piwar – Ur. w 1982 r. w Pyskowicach. Absolwentka filozofii na Uniwersytecie Wrocławskim oraz Podyplomowego Studium Dziennikarskiego PAT w Krakowie. Przez lata związana z kwartalnikiem „Opcja na Prawo” i tygodnikiem „Myśl Polska”. Obecnie publicystka w „Bibuła – pismo niezależne”. Autorka dwóch filmów dokumentalnych o Międzynarodowym Motocyklowym Rajdzie Katyńskim. Autorka książki „Widziane z Moskwy i nie tylko”, zawierającej zbiór reportaży z Federacji Rosyjskiej i wywiadów z osobami publicznymi w Rosji; współautor książek: „Białoruś. Anatomia kryzysu”, „Ukraina w ogniu – komu potrzebna jest ta wojna?” (Wyd. Biblioteczka Myśli Polskiej) oraz „Przegrana wojna. Konflikt na Ukrainie, beneficjenci i bankruci” (Wyd. Wektory). KONTAKT: agnieszka.piwar@gmail.com

https://www.bibula.com/?p=139032

KONNA ARMIA BUDIENNEGO – nauki dla nas po stu latach.

KONNA ARMIA BUDIENNEGO – nauki dla nas po stu latach.

[piszę o tym po stu latach, ale to nie „wspominki historyczne”, gdyż nasza sytuacja jest w 2017 dramatyczna, na tamtych zmaganiach należy się wzorować. MD]

Z książki płk. Franciszka Arciszewskiego „CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Wyd. ANTYK, 2017, wg Veritas, Londyn, 1957]

[Zauważmy, że tak odważna analiza została opublikowana dopiero prawie cztery dziesięciolecia po BITWIE, gdy już tak marsz. Piłsudski, jak i gen. Sikorski byli na sądzie Bożym. O sądzie nad STALINEM ledwo wspominam. . MD]

Narzekanie pobitych wodzów na spóźnienie się jakiegoś oddziału wojskowego do bitwy jest zjawiskiem w historii wojennej dość częstym, i nie ma w tym nic dziwnego, że i Tuchaczewski chwyta się tej obrony, wskazując na opóźnienie się armii konnej Budiennego i 12-ej armii bolszewickiej do bitwy warszawskiej. Zadziwiająca jest raczej bezradność wyższych władz bolszewickich, zazwyczaj bardzo radykalnych, wobec ośmiodniowej niesubordynacji podwładnego dowódcy armii.

A może to nie tylko Budiennego była wina? Budienny i jego konna armia kozacka zasłużyli się bolszewikom głównie w walkach domowych, a zwłaszcza w likwidowaniu armii Denikina. Ich zupełnie swoiste metody pacyfikacji opozycyjnych okręgów w Kazachstanie, Gruzji etc., wyrzynanie całej ludności – dziesiątek i setek tysięcy, łącznie z kobietami i dziećmi – a także bestialskie postępowanie z jeńcami wojsk Denikina, stały się postrachem dla całej Rosji i rozbestwiały kozaków coraz. bardziej.

A gdy oddziały tej armii morderców pojawiły się w 1920 r. na Podolu i Wołyniu, zasłynęły szybko i u nas ze swego okrucieństwa. Ich konie stepowe były przeważnie nędzne, ale niezmiernie wytrzymałe na wszelki niedostatek, Większość miała częściowe umundurowanie kozaków carskich uzupełnione dowo1nie. Niektórzy mieli płaszcze, kurtki lub spodnie zdarte z jeńców polskich, albo części garderoby cywilnej, zrabowane w ostatniej miejscowości. Na głowie nosili bądź czapy futrzane z kolorowym dnem zwieszającym na bok, albo hełmy francuskie. Mieli szablę rosyjską, karabinek przewieszony przez plecy i ładownice najróżnorodniejsze. Każdy szwadron posiadał po kilka ciężkich karabinów maszynowych na tzw. ta- czankach, tj. lekkich, zwrotnych wózkach lub bryczkach, zaprzęgniętych w parę mocnych koni. Obsługa karabinu maszynowego siedziała na taczance, a często też strzelała z niej. Artyleria konna, której każda dywizja jazdy miała po dywizjonie, miała 3-calowe polówki rosyjskie. Obsługa tych armat musiała składać się z wytrawnych konnych artylerzystów byłej armii carskiej, bo manewrowała i strzelała z wielką precyzją.

W czasie ofensywy przeciw Polsce armia konna, Budiennego i III korpus konny Gaja odgrywały przodującą rolę operacyjną. Przebiwszy się raz przez frontowe oddziały polskie parły potem – w tej wojnie małych sił na wielkich przestrzeniach – niepowstrzymanie naprzód i na tyły naszych wojsk i powodowały załamywanie się jednej polskiej pozycji po drugiej. Na oddziały piechoty lub artylerii w szyku bojowym nacierały tylko w razie konieczności, trzymając się raczej taktyki wilków atakujących jednostki odosobnione lub wyczerpane pościgiem. Najchętniej wyżywały się w niszczeniu taborów i urządzeń etapowych, gorzej uzbrojonych i zaskoczonych, siejąc tam panikę i rozprzężenie. Ale i nasze wojska liniowe ulegały w czasie odwrotu, a zwłaszcza tabory bojowe w kolumnie marszowej, łatwemu zdenerwowaniu na widok ławy kozaków, zbliżającej się z boku.

Pod względem okrucieństwa oddziały korpusu konnego Gaja nie różniły się od kozaków armii Budiennego. Dnia 22 sierpnia na przykład wymordowały one pod Szydłowem przeszło 200 rozbrojonych jeńców z 49 pułku. piechoty tylko dlatego, że w gwałtownym. swoim odwrocie nie mogły uprowadzić ich z sobą. Komunikat wojenny polskiego naczelnego dowództwa z 23 sierpnia 1920 r. wspomina o tej masowej zbrodni wojennej i o represjach przez nas zastosowanych. Następnego dnia, pod Chorzelami, wymordowali znów jeńców z brygady syberyjskiej. O tej zbrodni wspomina generał Żeligowski słowami: „Widok pola walki robił przykre wrażenie. Leżała na nim wielka ilość trupów. Byli to, w ogromnej większości nasi żołnierze, ale nie tyle ranni i zabici w czasie walk, ile pozabijani po walce. Całe długie szeregi trupów, w bieliźnie tylko i bez butów, leżały wzdłuż płotów i w pobliskich krzakach. Byli pokłóci szablami i bagnetami, mieli zmasakrowane twarze i powykłuwane oczy.”

Toteż wpływu demoralizującego, a także siły bojowej, armii Budiennego i korpusu Gaja chana nie można było lekceważyć, jak to początkowo czynili niektórzy dowódcy polscy. Gdyby armia konna Budiennego, zaraz po boju pod Równem, 8 lipca 1920 r. poszła z Łucka wprost na Brześć nad Bugiem, na tyły naszych wojsk, cofających się znad Auty i Berezyny (a w drodze do Brześcia nie spotkałaby żadnych większych oddziałów polskich), byłaby może cała wojna polsko-bolszewicka wzięła inny obrót.

Ale Budienny otrzymał rozkazy kierujące go na Lwów, Rawę Ruska, Sieniawę nad Sanem i Przemyśl. Były też pewne zamiary polityczne bolszewików w kierunku Dniestru i Rumunii. Nawet jeszcze w początku sierpnia 1920 r., .po boju pod Brodami, gdy polski wódz naczelny wyciągał siły z Małopolski Wschodniej i Wołynia do obrony Warszawy i dla utworzenia grupy przeciwuderzeniowej nad Wieprzem, była dla armii Budiennego – co prawda już lekko nadbitej – okazja do uderzenia w kierunku Lublina i pokrzyżowania planu przeciwnatarcia polskiego. Tym razem jednak już nie jakieś wielkie plany polityki sowieckiej, ale najzwyklejsza, żadnymi zwyczajami wojskowymi nie usprawiedliwiona niesubordynacj a Jegorowa (i Stalina) w stosunku do swego naczelnego wodza uratowała nas od poważnego zakłócenia planu bitwy warszawskiej.

Tuchaczewski tłumaczy się w sposób następujący: „Lewe skrzydło, to jest ugrupowanie frontu południowo-wschodniego, cały czas niepokoiło front zachodni. Oczekując co chwila oddania armii konnej do rozporządzenia frontu zachodniego i nawiązania z nią łączności, projektowano stworzenie silnego ośrodka, w kierunku Lublina, przez skoncentrowanie tam sił głównych armij l2-ej i l-ej konnej… Było oczywiste, że na podstawie zwycięstwa częściowego, na podstawie rozgromienia naprzód jednego z odcinków frontu polskiego, można było wygrać bitwę rozstrzygająca.”

I dalej: „Naczelne dowództwo biorąc pod uwagę konieczność utrwalenia lewego skrzydła frontu zachodniego, daje 11 sierpnia o godz. 3 frontowi południowo-zachodniemu dyrektywę o niezbędności zmiany ugrupowania i wysłania bez najmniejszej zwłoki armii konnej w kierunku Zamość – Hrubieszów. Obliczenie czasu i przestrzeni wykazuje, że to wskazanie naczelnego dowództwa mogło być bezwarunkowo wykonane przed przejściem polskiego ugrupowania południowego do natarcia. Gdyby nawet wykonanie opóźniło się nieco, to oddziały polskie, które przeszły do natarcia, byłyby postawione wobec nieuniknionego zupełnie pogromu, bo tyły ich otrzymałyby uderzenie naszej zwycięskiej armii konnej. Jednakże wobec położenia, wynikłego w Galicji, gdzie kolejne ugrupowania, przeprowadzone do tej pory, kierowane były ku Lwowu, wykonanie tego wskazania zostało zatrzymane. 12 sierpnia głównodowodzący w rozmowie hughesowej [proto- dalekopis md] zaznacza, że ta zwłoka w wykonaniu jego dyrektyw jest dla niego niezrozumiała i potwierdza swoją dyrektywę.

Kiedy wreszcie przystąpiono do wykonania, było już prawie poniewczasie. Ale, najgorsze, nasza zwycięska armia konna wplątała się w owych dniach w zacięte walki o Lwów, tracąc bezpłodnie czas i siły na jego umocnionych pozycjach w walce z piechota. jazdą i potężnymi eskadrami lotniczymi. Walki całkowicie pochłonęły armię konna, która do wykonania przegrupowania wzięła się tak późno, że nic pożytecznego W kierunku Lublina zdziałać już 'nie mogła.” (T. 212-213) „Jweżelibyśmy w swoim czasie byli skoncentrowali w_ kierunku Lublina oddziały armii konnej, to i tutaj ugrupowanie nasze byłoby groźne dla »białych polskich oddziałów. Polacy wówczas nie tylko nie mogliby myśleć o natarciu z rejonu Dęblin – Lublin, ale sami znaleźliby się w bardzo ciężkim położeniu i bezwzględnie musieliby być odrzuceni na zachodni brzeg Wisły.”

Czy rzeczywiście skutki uderzenia armii Budiennego na Lublin byłyby aż tak duże, to nie jest prawdopodobne, bo przecież nad Wieprzem było kilka doborowych polskich dywizji piechoty, które by się tak zaraz za Wisłę odrzucić nie dały; ale dywersja byłaby pewnie poważna.

Marszałek Piłsudski omawia sprawę następująco: „Wyciągnąwszy z południa 1 i 3 legionowe dywizje, otworzyłem niejako bramę wpadową pomiędzy innymi i dla konnej armii Budiennego. Pomimo zaś, że istnieje tam nasza jazda z nakazem zatrzymywania konnej armii Budiennego w pochodzie ku nam, doświadczenie jednak dotychczasowe nie pozwala mi być pewnym.. Oczekiwać mogę, że w krótkim przebiegu czasu mogę mieć na swoich bezpośrednich tyłach od Sokala i Hrubieszowa, maszerującą konną armię Budiennego lub jej część, co może w wielkim stopniu udaremnić moje usiłowania. Zaznaczam przy tym, że na Bugu przeciwko 12-ej armii sowieckiej zostawiam bardzo słabe siły – 7 dywizję w okolicach Chełma i bardzo słabą ukraińską dywizję na południe od niej.”

A oto, co o tym sądzi generał Sikorski: „Trudno dzisiaj powiedzieć, jakie skutki pociągnęłoby za sobą wmieszanie się w warszawską bitwę konnej armii i 12-ej armii sowieckiej. Osobiście nie podzielam optymizmu tych wojskowych, którzy twierdzą, że epizod ten nie odegrałby poważniejszej roli, i dlatego sądzę, że niewykonanie w czas otrzymanego „przez Budiennego i dowódcę 12-ej armii rozkazu jest 'jednym z poważniejszych powodów rosyjskiej prze» granej nad Wisłą W 1920 r.” Mimo wspomnianego rozkazu Kamieniewa z 11 sierpnia wydał Jegorow (i Stalin) 12 sierpnia Budiennemu rozkaz opanowania Lwowa. 14 sierpnia Kamieniew podporządkował konną armię Budionnego Tuchaczewskiemu. 16 sierpnia, po walkach pod Buskiem i Kamionka Strumiłową, wydał Budienny rozkaz zdobycia Lwowa. 17 sierpnia wydał Tuchaczewski rozkaz (406/010): „Pierwsza konna armia. powinna wytężyć wszystkie swe siły, by zgrupować się za wszelką cenę w oznaczonym terminie w rejonie Włodzimierz Wołyński – Uściług, majac na celu W przyszłości natarcie na tyły uderzeniowej grupy przeciwnika” . 19 sierpnia armia konna walczyła pod Żółkwią i pod Winnikami. Dopiero wieczorem tego dnia otrzymała ona rozkaz wycofania się do obszaru Włodzimierza wołyńskiego celem uderzenia na Lublin, a rada rewolucyjna armii wydała rozkaz zmiany kierunku działań dopiero 20 sierpnia.

Kamieniew, sowiecki „naczelny wódz”, w rozmowie z Jegorowem, dowódca frontu południowo-zachoda [—] jego fantastyczny plan zdobycia Lwowa, oraz plan zajęcia Przemyśla i Sambora, a następnie sforsowania Dniestru i zagrożenia Rumunii, czego dokonać chciano już po oddaniu konnej armii Budiennego do dyspozycji Tuchaczewskiego, poprzestaje jedynie na żałosnym wspomnieniu faktu, że zwłoka w wykonaniu jego instrukcji, zarządzającej przegrupowanie 12-ej i i-ej konnej armii w kierunku Lublina, wydaje już dzisiaj ujemne rezultaty. Przeciwstawić się jednak zdecydowanie tym następstwom jak gdyby nie był w stanie.”

Mamy więc obraz nieposłuszeństwa na polu bitwy... Nieposłuszeństwa tak długotrwałego, że stało się jednym z powodów przegrania bitwy pod Warszawą.

Jakie były powody tego nieposłuszeństwa, względnie kto wpłynął najbardziej na to, że zostało ono popełnione, byłoby bardzo ważne ustalić. Niestety historiografia sowiecka, licząc się z nadal bardzo wysoka pozycja Budionnego w partii bolszewickiej, a także z tym, że jednym z komisarzy rady rewolucyjnej przy dowództwie frontu Jegorowa był sam Stalin, nie ma jeszcze możności przedstawienia tego drażliwego tematu w sposób bezstronny. Za życia Stalina historycy sowieccy wykazywali, że zwrócenie się konnej armii w stronę Lublina już 11 sierpnia nie dałoby wyników pożądanych, i że po 17 sierpnia było ono niemożliwe i że należało dokończyć wpierw ofensywę na froncie południowym.

Opinia potępionego już w tym czasie Tuchaczewskiego nie miała już dla historyków znaczenia. Ale ponieważ w systemie komunistycznym historia jest ustalona zależnie od potrzeb politycznych tych, którzy są chwilowo u władzy, więc może doczekamy się jeszcze kilku różnych opisów omawianych wypadków. Być może, że częściowe wyjaśnienie sprawy daje nam rozmowa hughesowa Tuchaczewskiego z Kamieniewem, odbyta 18 sierpnia, w której ten ostatni; stwierdza:

Jeszcze 11 sierpnia wydałem zarządzenie o przegrupowaniu Budiennego. Ze względu na szereg nieprzyjemnych wydarzeń przegrupowanie to jeszcze nie zaczęło się i dziś nie ma pewności, czy zacznie się jutro, gdyż rewolucyjna rada wojenna. konnej armii, otrzymawszy instrukcje z jednym tylko waszym podpisem, nie jest pewna jego autentyczności i żąda potwierdzenia jej przez członka Wojennej rady rewolucyjnej frontu, co też zróbcie natychmiast, ażeby zarządzenie to otrzymało ton kategoryczny.

Wina ośmiodniowego opóźnienia się konnej armii Budiennego do akcji na Lublin może więc leżeć po części i w systemie bolszewickiego rozkazodawstwa. Ale ta sprawa datuje się dopiero od 17 sierpnia. Poprzednio Jegorow (i Stalin) popychali armię konną, bez zgody swego naczelnego dowództwa, w kierunku ma Lwów i Sambor, Więc na to, że konna armia Budiennego nie weszła do bitwy pod Warszawą, złożyły się co najmniej dwa czynniki: rozkazy Jegorowa (i Stalina) i brak podpisów komisarzy rady rewolucyjnej u Tuchaczewskiego.

Skutki zaś były większe, aniżeli brak czterech konnych dywizji Budionnego, bo w konsekwencji i 12 armia sowiecka nie weszła do bitwy głównej. Toteż popularne mniemanie, że to Tuchaczewski przegrał wojnę z Polska 1920 r., jest niesłuszne. Kamieniew zatwierdził plan Tuchaczewskiego przejścia Wisły na północ od Warszawy i uderzenia na stolicę od strony zachodniej, a zatem przejął odpowiedzialność za tę operację na siebie. To on obiecał Tuchaczewskiemu pomoc wojsk Jegorowa po przekroczeniu Bugu i nie dotrzymał przyrzeczenia. To on powinien był bardziej energicznie interweniować, by Budienny rozkaz jego wykonał. To on wreszcie, wiedząc o ciągłym powiększaniu się luki między wojskami Jegorowa i Tuchaczewskiego, pozostawił Tuchaczewskiego przed rozstrzygającą bitwa bez odwodów strategicznych dowództwa głównego.

Z innej strony sprawę oświetlając, można by się domyślać, że to Stalin, komisarz rady rewolucyjnej przy dowództwie frontu w Kijowie, ze względów czysto politycznych, bez zrozumienia wymogów operacyjnych, żądał od Jegorowa posuwania armii Budionnego na Lwów, a innych wojsk frontu południowo -zachodniego w kierunku granicy węgierskiej. Jeżeli tak, to on byłby głównym sprawca opóźnienia odmarszu armii Budiennego do bitwy warszawskiej. A że Tuchaczewski wyraźnie wskazał na to opóźnienie, jako na jeden z powodów klęski 1920 r., stad nienawiść Stalina do Tuchaczewskiego i późniejsze jego rozstrzelanie, pod innym pretekstem.

Dla nas, Polaków, skutki przewlekłej niesubordynacji Jegorowa, Stalina i Budionnego, a także nieumiejętności dowodzenia ze strony Kamieniewa były błogosławione. Dały nam możność wykończenia czterech armii Tuchaczewskiego zgodnie z planem z 6 sierpnia, a armia konna Budiennego i 12-ta armia sowiecka nie odegrały w wielkiej bitwie pod Warszawa żadnej roli.

ZBIEGI okoliczności, ZNAKI, prawdopodobieństwa, niesubordynacje. Strateg, pułkownik, uczestnik – o szansach „bitwy warszawskiej”: – Jak 1 : 16 miliardów

ZBIEGI okoliczności, ZNAKI, prawdopodobieństwa, niesubordynacje.

Strateg, pułkownik, uczestnik o szansach „bitwy warszawskiej”

[Z książki płk. Franciszka Arciszewskiego „CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Veritas, Londyn, 1957]

Przypominam:

[Wydane przez ANTYK  w Warszawie (Komorów) w 2017. KUPUJCIE!! ]

[Zauważmy, że tak odważna analiza została opublikowana dopiero prawie cztery dziesięciolecia po BITWIE, gdy już tak marsz. Piłsudski, jak i gen. Sikorski byli na sądzie Bożym. MD]

===================================

 W wypadku cudownego uzdrowienia chorych, w różnych miejscach świętych, chory odzyskuje zdrowie albo natychmiast, na oczach wielu świadków, albo też  stopniowo, od dnia swej pielgrzymki począwszy, w ciągu niedługiego czasu, aż do pełnego wyzdrowienia.  W obu wypadkach lekarze stwierdzają zwykle protokolarnie, że zabiegami medycyny dotychczas nam znanej nie można było chorego uleczyć i że wyzdrowienie nastąpiło w sposób dla wiedzy lekarskiej niewytłumaczalny.

W naszym wypadku nie możemy ustalić chwili, np. godziny, w której cud. nastąpił, bo sprawa nie dotyczy jednego człowieka, ale setek tysięcy ludzi na  polu bitwy, ba, dotyczy losów całego narodu polskiego.  Natomiast możemy ustalić szereg elementów nadzwyczajnych, nie dających się każde z osobna wytłumaczyć wiedzą wojskową lub zwyczajami wojennymi, a składających się w sumie na rezultat, nazwany cudem w rozdziale pt. „Ogólny obraz bitwy“. Każdy z tych poszczególnych elementów można by nazwać przypadkiem. Lecz zbieg tak wielu przypadków w jedną całość (i prawie w jednym czasie) nie da się już określić jako zjawisko zwyczajne. 

Jeżelibyśmy przypadkiem nazwali zdarzenie, które  zdarza się bardzo rzadko, np. raz na sto wypadków (co jest cyfra raczej za niską) to zbieg okoliczności,  w którym zdarzyły się dwa przypadki, można by  porównać z tym, co w loteryjce numerowej nazywamy ambo. Prawdopodobieństwo wygrania ambo (tzn. gdy  przy np. pięciu cyfrach, na które gracz postawił,  i pięciu cyfrach wylosowanych przez organizatorów loterii, gracz trafił dwie takie same cyfry jak los)  wymaga szczęścia jak 1 : 54. Prawdopodobieństwo trafienia trzech cyfr spośród pięciu wylosowanych,  tzw. terno, wymaga szczęścia jak 1 : 1680, a zbieg  okoliczności, w którym graczowi udałoby się trafić aż  cztery cyfry, wymagałby szczęścia jak 1 : 158.000.  Ile było w bitwie pod Warszawa 1920 r. „przypadków”, którymi „los” nas obdarzył?

1) Naczelnik Piłsudski powziął decyzję użycia tylko 5 i ½ dywizji do kontruderzenia znad Wieprza  wyraźnie wbrew własnemu przekonaniu. Wszelka wiedza wojskowa nakazywała mu użyć do tego celu większych sił i bardziej je skoncentrować. Zdawał on sobie z tego dokładnie sprawę i ciężko bardzo przyszło mu wydać rozkaz ,,nonsensowego”, jak się sam wyraża, podziału wojsk. Z powojennej rozmowy mojej z marszałkiem Piłsudskim wiem np., że bardzo wiele myślał o przydzieleniu 18 dywizji piechoty i może jeszcze jednej dywizji do grupy przeciwuderzeniowej  znad Wieprza. Potem jednak jak wiadomo uległ nieznanemu sobie przymusowi. 18 dywizja piechoty została rozkazem z 6 sierpnia przydzielona do składu 1-ej armii, na przyczółek warszawski. W kilka dni później przydział ten został zmieniony i wysłano ją na lewe skrzydło 5-ej armii. Jeszcze 12 sierpnia, gdy naczelnik Piłsudski wyjeżdżał z Warszawy, był on pod wrażeniem, że podzielił swe wojska źle.

Nawet Tuchaczewski nie może się powstrzymać od uwagi: „Oceniając ugrupowanie białych sił polskich, trzeba uznać jego zupełną celowość wobec powstałych warunków i położenia. Jednakże wydaje się, że pomimo iż w wyniku swoim dało ono całkowite zwycięstwo, w kierunku rozstrzygającym (lubelskim) skupiono za mało sił. O ile by nie było błędów z naszej strony i ubezpieczenie tego kierunku zostało zmasowane, ugrupowanie to nie tylko nie mogłoby się było  zachować czynnie, ale byłoby ponadto zgniecione (T. 209).

Więc wiedza wojskowa była po stronie Piłsudskiego. Tymczasem właśnie niezastosowanie się do nakazów wiedzy wojskowej dało fundament do wspaniałego zwycięstwa. Bo gdyby w grupie kontratakującej. znad Wieprza było np. o jedną lub dwie dywizje piechoty więcej kosztem osłabienia 5-ej i 1-ej armii, zwycięstwo nie byłoby pełniejsze i szybsze niż faktycznie było. Natomiast gdyby lewoskrzydłowa 5-ta armia polska była o jedną dywizję (np. 18 dywizję piechoty) słabsza, albo gdyby pod Wólka Radzymińską było w składzie 1-ej armii, o jedną dywizję (np. 10 dywizję  piechoty) mniej, wypadki potoczyłyby się może zupełnie inaczej.

Nie byłoby marszu i kontrmarszu generała Krajowskiego i uderzenia na flankę 15-ej armii sowieckiej, nie byłoby może rajdu VIII brygady kawalerii na Ciechanów i zniszczenia radiostacji 4-ej armii bolszewickiej, nie byłoby tak pełnego zlikwidowania przełomu nieprzyjacielskiego pod Wólka Radzymińskaą.

 ,,Nonsensowy“ podział wojsk okazał się zatem celowy i skuteczny. Stąd wniosek, że wiedza wojskowa nie mogła dać nam takiego zwycięstwa jakie dało działanie wbrew wiedzy, wydaje się prosty.

2) Fakt wymknięcia się dowodzenia lewym skrzydłem 5-ej armii, w dniach 13, 14 i 15 sierpnia, z rąk generała Sikorskiego i przejęcie inicjatywy działania na skrzydle armii przez tak wytrawnego taktyka jakim był generał Krajowski, był aktem zupełnie niezwykłym, a dał rezultaty dodatnie dla całej wielkiej bitwy.  Źródłem tego faktu było upoważnienie generała Krajowskiego, na konferencji modlińskiej z 12 sierpnia do swobodnego działania zależnie od bardzo zmiennej sytuacji i niekrępowania się szczegółami otrzymanych rozkazów. Zaś rozkazy generała Sikorskiego wychodziły zbyt późno, by mogły mieć natychmiastowy wpływ na działania rozpoczęte o świcie, a kierowane z pierwszej linii bojowej przez generała upoważnionego do decyzji samodzielnych.

Lecz akcja generała Krajowskiego zmieniła się, na pół drogi między Płońskiem a Raciążem, z akcji przeciw korpusowi konnemu Gaja w akcję przeciwko 15-ej armii sowieckiej. Jego marsz na miraż wielkich wojsk nieprzyjacielskich pod Mystkowem i Rzewinem, i kontrmarsz na kanonadę nad Wkrą, robią wrażenie celowego odciągnięcia go w bok dla umożliwienia natarcia flankowego na wojska 15-ej armii sowieckiej.  Błyskawiczna decyzja kontrmarszu na Sochocin i Młock była odruchem, o którego możliwości generał  Krajowski nie myślał jeszcze rano tego dnia. Wydarzenia te miały miejsce dokładnie w tych samych godzinach co przerwanie drugiej linii obrony Warszawy pod Wólką Radzymińską, względnie załamanie się przeciwnatarcia 1 dywizji litewsko- białoruskiej pod  Radzyminem.

Ksiądz kapelan Skorupka, który poległ śmiercią żołnierska tego samego dnia około godziny 5.30 rano, to jest w chwili rozpoczęcia marszu generała Krajowskiego z Płońska na Raciąż, stał może wkrótce po śmierci przed Brama Niebios i błagał o pomoc dla oręża polskiego.

Kontrmarsz z Rzewina i Mystkowa w kierunku słyszanej kanonady nad Wkrą jest wprawdzie zgodny z jedną z podstawowych zasad nauki napoleońskiej,  ale nagłe porzucenie zamiaru związania Gaj-chana w walce i odwrócenie się do niego plecami, aby ruszyć na flankę 15-ej armii, było aktem niezwykłej samodzielności. Gdybyśmy za generałem Sikorskim przyjęli, że powodem nagłego kontrmarszu generała Krajowskiego była tylko chęć niesienia pomocy dwu pułkom 18 dywizji piechoty pozostawionym nad Wkrą (S. 130),  pozostałoby niezrozumiałe, dlaczego kazał on jednemu z pułków maszerować na Młock, odległy od linii frontu nad Wkrą o 12 kilometrów, a stamtąd na Sońsk, a brygadzie kawalerii aż na Glinojeck i Sulerzysz. Źródłem jego decyzji był nagły zamiar uderzenia na prawe skrzydło 15-ej armii, co też dnia następnego wykonał.

Tak czy inaczej, błyskawiczna decyzja zwrotu generała Krajowskíego była aktem artystycznym, aktem iskry Bożej, przez nikogo przedtem nie zaplanowanym. A efekt uderzenia na skrzydło 15-ej armii nieprzyjacielskiej był tak duży, że nie tylko generał Sikorski świadczy, iż posiadał decydujące znaczenie dla nierozegranego jeszcze boju o Nasielsk, ale nawet generał Żeligowski stwierdza, że odczuł ulgę aż pod Radzyminem, gdy nieprzyjacielska 21 dywizja strzelców została odwołana na północny brzeg Bugu-Narwi  do odwodu 3-ej armii, broniącej Nasielska. Miał on też, jak podaje generał Sikorski, wielkie znaczenie dla regeneracji moralnej żołnierza i spowodował, że „duch zwycięstwa wstąpił w żołnierzy”.

Generał Sikorski sądzi nawet, że sukces 5-ej armii odniesiony 15 sierpnia nie mógł pozostać bez wpływu moralnego na wojska przygotowujące się do uderzenia znad Wieprza.  Fakt przypadkowego wykorzystania, w czasie manewru generała Krajowskíego, zaledwie powstałej luki między 15-ta i 4-tą armią nieprzyjacielską i natrafienie na radiostację w Ciechanowie dodaje decyzjom generała Krajowskíego mistycyzmu.

3) Zajęcie miasta Ciechanów przez VIII brygadę  kawalerii w dniu 15 sierpnia od strony północnej wykonane było z natchnienia wyższych oficerów dowództwa brygady, a nie było nakazane przez władze  przełożone. Ostatni rozkaz generała Sikorskiego, który może jeszcze doszedł dowództwa brygady (chociaż i to nie jest pewne), tj. rozkaz z 13 sierpnia, przewidywał na dzień 14 sierpnia uderzenie 18 dywizji piechoty  z Płońska na Ciechanów, a VIII brygadzie kawalerii  nakazywał osłanianie lewego skrzydła piechoty. Potem miała brygada nawiązać łączność w rejonie Glinojecka z grupą Mława i ubezpieczyć tyły 18 dywizji  piechoty.

Na 15 sierpnia przewidywał generał Sikorski uderzenie „dywizji” jazdy wraz z jednym pułkiem piechoty na Ciechanów od strony Sochocina, ale  rozkaz ten, z powodu braku łączności z VIII brygada  kawalerii, nigdy dowództwa brygady nie doszedł. Generał Krajowski zaś nakazał brygadzie na 15 sierpnia osłonę lewego skrzydła i tyłów 18 dywizji piechoty  W czasie natarcia na skrzydło 15-ej armii nieprzyjacielskiej. Więc rajd całej brygady na Ciechanów od  strony północnej, i powrót do rejonu Gumowa i Rumoki, był dość dowolną interpretacja rozkazu generała Krajowskiego, co spowodowało ostre wyrazy jego  niezadowolenia.

Kto w sztabie VIII brygady kawalerii poddał myśl oderwania się od skrzydła 18 dywizji piechoty i urządzenia 15 sierpnia rajdu całej brygady na Ciechanów od strony północnej, dotąd nie ustalono. Pozostaje faktem, że było to natchnieniem podwładnych, bez rozkazu, albo wbrew rozkazom, przełożonych, a zatem  czyn W zwyczajach wojennych bardzo niezwykły i ryzykowny. Lecz rezultaty samodzielnej inicjatywy VIII brygady kawalerii w dniu 15 sierpnia były nie  tylko dodatnie, ale były tak nadzwyczajne, tak niepomiernie przekraczające normalne osiągnięcia małej  stosunkowo jednostki taktycznej, że wyższe dowództwa polskie długo jeszcze tych rezultatów nie doceniły.

Zaś wykonawcy rajdu nie zdawali sobie w ogóle sprawy z wielkości czynu dokonanego. Został on wykonany ich rękami bez ich świadomości. Nawet po wojnie, gdy ustalane w całym wojsku dnie świąt pułkowych, na pamiątkę najchwalebniejszych czynów wszystkich pułków, święta pułkowego 203 pułku ułanów (późniejszego 27 pułku ułanów) nie wyznaczono  na rocznicę sławnego zniszczenia radiostacji w Ciechanowie, lecz na inny dzień, dużo mniejszego znaczenia.

Dopiero z powojennej pracy wodza strony przeciwnej, Tuchaczewskiego, dowiedzieliśmy się, że wypadek ten odegrał, w jego zrozumieniu, „rozstrzygającą“ rolę w biegu działań i dał początek ,,katastrofalnego“ wyniku dla strony sowieckiej. (T. 210)

Zadziwiające jest też zachowanie się oficerów  dowództwa VIII brygady kawalerii po zniszczeniu  radiostacji w Ciechanowie. Podczas gdy do tej chwili okazywali oni zupełnie niezwykłą inicjatywę planowania i działania, przekraczającą normalne zwyczaje wojskowe, to po dokonaniu tego „rozstrzygającego o katastrofie” sowieckiej czynu stracili nagle koncepcję dalszego działania; stworzyli jakaś naradę, w której każdy radził co innego i z której już nic poważniejszego nie wynikło.

 4) Zniszczenie radiostacji w Ciechanowie spowodowało wyeliminowanie większości 4-ej armii bolszewickiej z bitwy od 15 do 18 sierpnia. Tuchaczewski zamierzał koncentryczne przeciwuderzenie swoich 4-ej,  15-ej i 3-ej armii na polska 5-tą armię. Zdawało mu się, że zguba 5-ej armii jest nieunikniona i sadził, że  jej unicestwienie pociągnęłoby za sobą najdonioślejsze  skutki. W dalszym biegu wszystkich działań jednakże „Polakom dopisało szczęście” i Tuchaczewski nie  zdołał tego rozkazu przekazać 4-ej armii. Przez „niezrozumiałą“ dla niego dalsza działalność 4-ej armii wytworzyło się położenie, które nazywa „wręcz potworne“ i które, jego zdaniem, pomogło Polakom nie tylko zatrzymać ofensywę 3-ej i 15-ej armii, ale jeszcze krok za krokiem wypierać je w kierunku wschodnim.

Zapewne, można to nazwać i szczęściem. Czyż ktoś uratowany od kalectwa cudem Chrystusa Pana lub Matki Boskiej nie miał szczęścia? Zapewne, że miał nawet bardzo wielkie szczęście. A że Tuchaczewski, którego ponosiła poprzednio piekielna radość, uznał swe późniejsze położenie za ,,potworne“, z powodu udzielenia nam pomocy Boskiej w formie szczęścia i wyrwania nas z nastawionych szponów komunistycznych, temu nie można się dziwić.

5) Akcja porucznika Pogonowskiego pod Wólką Radzymińską była szczęśliwym zbiegiem nieporozumień.

Pierwsze nieporozumienie – między generałem  Żeligowskim a generałem Latinikiem o miejsce ustawienia batalionu I/28 – spowodowało, że batalion znalazł się o 4 kilometry bliżej Wólki Radzymińskiej i na południowej stronie przełomu nieprzyjacielskiego, zamiast na zachodniej. Gdyby batalion stał w Kątach Węgierskich albo w Pustelniku, akcja jego na Wólkę byłaby co najmniej o godzinę późniejsza, względnie nie byłaby się odbyła wcale i nie byłoby paniki wśród oddziałów bolszewickich, która miała tak wielkie konsekwencje.  Drugie nieporozumienie polegało na tym, że generał Żeligowski zamierzał stworzyć z batalionu I/28 „punkt nieruchomy“, ale nie ujawnił tej swej intencji  na piśmie, tak że dowódca brygady podpułkownik Thommee i dowódca 28 pp. wydali batalionowi rozkaz  natychmiastowego natarcia na Wólkę.  Trzecie nieporozumienie wynikło z tego, że generał Żeligowski zmienił godzinę natarcia, z wieczoru 14 sierpnia na świt 15 sierpnia, a porucznik Pogonowski nie został o tym powiadomiony.  Gdyby się stało, jak generał Żeligowski nakazał  porucznikowi Pogonowskiemu, nie byłoby natarcia  nocnego na Wólkę Radzymińska. Gdyby się stało, jak kazał generał Latinik, batalion byłby w ogóle na  innym odcinku boju. A gdyby nie było natarcia nocnego i paniki wśród wojsk bolszewickich w Wólce Radzymińskiej i w Izabelinie, atak poranny brygady  polskiej z Nieporętu i z fortu Beniaminów poszedłby jeszcze trudniej niż faktycznie poszedł (W. 481),  wynikłaby zacięta walka z oddziałami bolszewickimi, które były w lesie na wschód od Nieporętu, pułki 21 dywizji strzelców przyszłyby z pomocą, tak jak uczyniły to dnia poprzedniego pod Radzyminem, i całe  przeciwnatarcie 10 dywizji piechoty mogło ugrząźć w miejscu, a może nawet podzielić los przeciwnatarcia  1 dywizji litewsko-białoruskiej pod Radzyminem.  Kto spowodował, że pomimo tylu nieporozumień między rozkazodawcami, pomimo ordre i contr-ordre,  nie nastąpił désordre, a akcja słabego batalionu  piechoty dała tak niezwykle szczęśliwe rezultaty?  Nawet dowódca przeciwnatarcia generał Żeligowski szuka wytłumaczenia w „nadzwyczajnym instynkcie“  porucznika Pogonowskiego.

6) Tuchaczewski twierdzi, że ,,...armia 12-ta  przejęła rozkaz do 3-ej armii polskiej, z którego  wynikało jasno, że Polacy gotują się do ofensywy  przeciwko naszemu lewemu skrzydłu w rejonie rzeki  Wieprz. Nawiasem mówiąc, rozkaz ten wydał się nieprawdopodobnym sztabowi polowemu...“, a dalej pisze ,, …o ofensywie polskiej (znad Wieprza) dowództwo frontu dowiedziało się dopiero 18 sierpnia z rozmowy hughesowej z dowódcą armii 16-ej. Ten ostatni o ofensywie dowiedział się dopiero 17-go. Grupa mozyrska nic nie dała znać o tym co się stało.“ (T. 213) 

Mamy więc do czynienia z dwoma zjawiskami  niezwykłymi w praktyce wojennej. Jednym jest fakt, że polski rozkaz operacyjny o podstawowym znaczeniu wpadł w ręce nieprzyjaciela i został zignorowany, a drugim, fakt dotarcia wiadomości o faktycznym rozpoczęciu natarcia polskiego znad Wieprza z dwudniowym opóźnieniem.  Jeżeli grupa mozyrska nie została co najmniej powiadomiona o przejęciu wspomnianego rozkazu polskiego i o możliwości zagrożenia jej od strony południowej, znaczyłoby to, że ujawnienie tego rozkazu wzmocniło raczej bolszewicką pewność siebie.

Dowództwo grupy mozyrskiej tak czuło się pewnie i tak niczego się nie spodziewało, że gdy otrzymało wiadomości o starciach z Polakami pod Łaskarzewem, Żelechowem i Parczewem, nie meldowało nawet natychmiast o tym do swego dowództwa armii.  Z cytat przytoczonych wynika, że połączenie telegraficzne między sztabem 16-ej armii a sztabem Tuchaczewskiego w Mińsku było dobre. Nie wynika z nich, by połączenie z grupą mozyrską było zerwane.

Więc dowództwo grupy mozyrskiej mogło co najmniej 16 sierpnia wieczorem meldować o spotkaniach 57  dywizji strzelców z nacierającymi od południa Polakami. Fakt, że dowództwo 16-ej armii dowiedziało się o tym dopiero 17 sierpnia, jest więc zadziwiający, ale fakt, że sztab Tuchaczewskiego dowiedział się o tym  jakoby dopiero 18 sierpnia, jest jeszcze bardziej  zdumiewający. Słowami bolszewickimi można by mówić o sabotażu zorganizowanym przez kogoś nieznanego.  W rozmowie hughesowej Tuchaczewskiego, odbytej we wczesnych godzinach rannych 18 sierpnia z jego naczelnym wodzem (Kamieniewem), jest wprawdzie mowa o tym, że 57 dywizja strzelców grupy mozyrskiej odrzucona została na linię Łaskarzew  – Żelechów – Parczew, ale zaraz następny ustęp tej  rozmowy brzmi: ,,Z przejętych rozkazów przeciwnika  widać, że w lubelskim rejonie, między Wisła a Wieprzem, koncentruje się nowa armia, celem przeprowadzenia uderzenia na północ.“ (S. 165)

Więc Tuchaczewski jeszcze w czasie tej rozmowy, a zatem 18 sierpnia rano, nie zdawał sobie sprawy z tego, że wielka kontrofensywa polska znad Wieprza była już od dwu dni „w takcie wściekłego galopu“ w toku. W konsekwencji został on zaskoczony natarciem naczelnika Piłsudskiego nie z rejonu Wieprza, ale znad  szosy Warszawa – Brześć, gdy sytuacja jego wojsk  była już zupełnie beznadziejna.

7) Wyeliminowanie armii konnej Budionnego  i 12-ej armii bolszewickiej z bitwy (z powodu szeregu  nieporozumień wewnętrznych w sztabach bolszewickich) miało znaczenie kapitalne. Marszałek Piłsudski pisze, jak wspomnieliśmy poprzednio, że na Bugu przeciwko 12-ej armii sowieckiej zostawił bardzo słabe siły tj. 7 dywizję piechoty w okolicach Chełma i bardzo  słabą 6 ukraińska dywizję na południe od niej. Więc ruchom wspomnianych dwu armii bolszewickich niewiele stało na przeszkodzie. Zaś ukazanie się armii Budiennego np. 16 sierpnia w rejonie między Włodawą  a Lublinem mogło spowodować poważne zmiany naszych planów. Jakkolwiek nie jest prawdopodobne, by powstrzymało to wszystkie wojska naszej grupy przeciwuderzeniowej od rozpoczęcia planowanego przeciwnatarcia  znad Wieprza, lub, jak to chce Tuchaczewski (T. 210),  odrzuciło wojska nasze za Wisłę, to jednak jest prawdopodobne, że uderzenie Budiennego na Lublin mogło w pewnym stopniu udaremnić usiłowania polskiego  naczelnego wodza (P. 122). Być może, że jedna dywizja piechoty i brygada kawalerii, z grupy generała Rydza  Śmigłego, musiałyby pozostać na miejscu, by wzmocnić opór 3-ej armii polskiej, a może i 2 dywizja piechoty spod Dęblina musiałaby ruszyć na Lublin.  Przeciwnatarcie pozostałych polskich dywizji na wojska Tuchaczewskiego byłoby o tyle słabsze.

Zupełne zaś wyłączenie armii konnej Budiennego i 12-ej armii  bolszewickiej z pola bitwy warszawskiej dało nam swobodę działania.  A gdy się weźmie pod uwagę, co omówiliśmy w punkcie 4, że w tym czasie większość 4-ej armii  bolszewickiej, ze swym korpusem konnym Gaja, była  również wyłączona z bitwy, a w czasie nieobecności  tych dwóch potężnych sił skrzydłowych nastąpił pogrom trzech centralnych armii Tuchaczewskiego, nie  można nad takim zbiegiem okoliczności przejść do  porządku dziennego.  Wspomnieliśmy już o tym, że zarówno na wyeliminowanie większości 4-ej armii bolszewickiej, jak  i na wyeliminowanie konnej armii Budiennego, z  bitwy, złożyło się po kilka „przypadków” lokalnych.  Każda z tych dwu armii nieprzyjacielskich miała  konkretne i na czas wydane rozkazy swoich przełożonych do uderzenia na skrzydła wojsk polskich.  Obie nie zdołały zleceń tych wykonać.

***

ZAKOŃCZENIE

 Może ktoś nadal twierdzić, że jedynym źródłem  zwycięstwa był plan operacyjny naczelnika Piłsudskiego. pomimo albo z powodu ,,nonsensowego” ugrupowania wojsk. i nie bacząc na to, że marszałek Piłsudski sam szuka bezwiednie ,,nadzwyczajnych” przyczyn piorunującego przewrotu, a także i na to, że on sam wyrażał się nieraz, że w sierpniu 1920 r.  „Palec Boży ziemi dotykał”.

Może ktoś w akcji VIII  brygady kawalerii pod Ciechanowem dopatrywać się tylko działalności doskonałych kawalerzystów, pomimo tego, że oni sami nie zdawali sobie sprawy z doniosłości swego czynu, a po nim stracili koncepcję  dalszego działania. Może ktoś, za Tuchaczewskim, twierdzić, że Polacy mieli tylko szczęście, pomimo tego, że on sam widzi coś ,,potwornego“ w sparaliżowaniu  swej 4-ej armii.

Może ktoś twierdzić, że w decyzji  generała Krajowskiego pod Mystkowem i Rzewínem  nie było iskry Bożej artysty taktyka, a tylko normalne  postępowanie dobrego generała, albo, że pod Wólka  Radzymińską nie było zbiegu szczęśliwych nieporozumień, lecz tylko wykonanie rozkazu otrzymanego  przez porucznika Pogonowskiego, pomimo tego, że generał Żeligowski mówi o „nadzwyczajnym instynkcie“.

Może ktoś twierdzić, że opóźnienie wiadomości  o rozpoczęciu polskiego przeciwnatarcia znad Wieprza  do sztabu Tuchaczewskiego o dwa dni było przypadkiem albo, że wyłączenie z bitwy armii konnej Budiennego i 12-ej armii bolszewickiej, równocześnie  z wyłączeniem większości 4-ej armii z korpusem konnym Gaja, było zbiegiem okoliczności, a może też, że  wspaniała jedność narodowa w chwili widocznego już  dla wszystkich zagrożenia ojczyzny była naturalnym  odruchem narodu albo wynikiem dobrej organizacji  i propagandy.

Gdybyśmy jednak wszystkie te wydarzenia niezwykłe, które grały na naszą korzyść, nazwać chcieli przypadkami albo zaliczyć je chcieli do imponderabiliów, to obliczenie prawdopodobieństwa zbiegu aż siedmiu szczęśliwych dla nas wypadków wykazałoby nam, że jest ono jak 1 : 16 miliardów, czyli, że nie ma  już prawdopodobieństwa realnego.

Takie szczęście trudno sobie wyobrazić. Za takie szczęście trzeba Panu Bogu dziękować.  Z przeprowadzonej analizy bitwy nie wynika, że uzyskaliśmy zwycięstwo pod Warszawa 1920 r., utrwalili naszą niepodległość i uratowali Europę zachodnią od zalewu komunistycznego tylko dzięki własnym zdolnościom strategicznym, doskonałemu dowodzeniu na wszystkich szczeblach hierarchii wojskowej i dobrej organizacji. Nie wynika także, że zawdzięczamy zwycięstwo jakimś podstawowym planom doradców francuskich, jak się tego domyślali niektórzy komentatorzy zachodniej Europy. nie mogący pojąć tak nagłego zwrotu losów wojny. Natomiast nie ulega wątpliwości, że liczne wypadki niezwykłe przyczyniły się do zwycięstwa bardzo poważnie.  Przy całym szacunku i wdzięczności, jakie winniśmy naszym przywódcom wojskowym i cywilnym i poszczególnym żołnierzom za ich wielką pracę fachową, za ich trud i nie szczędzenie swego życia dla Ojczyzny, musimy uznać, że bez natchnienia Bożego  w chwilach pobierania ważnych decyzji i bez pomocy  Bożej na polu bitwy nie byliby w stanie wygrać bitwy  pod Warszawa 1920 r. w tak szybki i tak decydujący  sposób.

Wydaje się więc, że popularne w Polsce nazwanie zwycięstwa tego CUDEM NAD WISŁĄ ma swoje uzasadnienie.  A słowa modlitwy naszej, wyrażające wiarę w to, że Bóg przez tak liczne wieki osłaniał Polskę „tarczą Swej opieki od nieszczęść, które przygnębić ją miały”, mają w odniesieniu do omawianej bitwy pod Warszawą 1920 roku poważne oparcie o fakty historyczne.

KONIEC