Die Welt: “dr Oetker” karmi Polaków przeterminowaną czekoladą? I marcepanem…

Niemieckie media: Znany niemiecki koncern karmi Polaków przeterminowaną czekoladą?

03.01.2024 tysol-niemiecki-koncern-karmi-polakow-przeterminowana-czekolada

– Recykling przeterminowanej czekolady? Zarzuty wobec dr. Oetkera w Polsce – czytamy w internetowej wersji Die Welt

Fabryka dr Oetker Niemieckie media: Znany niemiecki koncern karmi Polaków przeterminowaną czekoladą?

Fabryka dr Oetker / Screen YT Magazyn Śledczy Anity Gargas

– Niemiecka Grupa Oetker część swojego asortymentu produkuje w Polsce. Śledztwo prowadzi teraz prokuratura: przeterminowane produkty mają być poddawane ponownemu przetworzeniu. Pracownicy obciążają firmę i zgłaszają, że w pracy panuje atmosfera strachu. – pisze na łamach internetowej wersji Die Welt Aleksandra Fedorska.

Śledztwo Magazynu Śledczego Anity Gargas

W Polsce śledztwem dziennikarskim ws. sytuacji w zakładach niemieckiego koncerny Dr Oetker, zajmował się Magazyn Śledczy Anity Gargas TVP – „Przepakowywanie produktów w nowe opakowania z nową datą, ścieranie znakowań z nakrętek butelek i nadrukowywanie nowych” – twórcy „Magazynu śledczego Anity Gargas” twierdzili, że dotarli do dowodów na niedopuszczalne praktyki znanego niemieckiego koncernu.

– Przepakowywanie orzechów i masy marcepanowej w opakowania z nową datą. W tle niebezpieczne odpady, woda, w której stężenie manganu wielokrotnie przekracza urzędową normę i kontrole sanepidu, które miały być niezapowiedziane, a o których wiedzieli pracownicy. Idziemy tropem kolejnych afer w płockiej fabryce należącej do niemieckiego koncernu spożywczego Dr. Oetker. Ujawniamy bulwersujące filmy, które na przestrzeni ostatnich kliku lat zostały zarejestrowane przez pracowników zakładu. W jaki sposób i w jakim celu “odświeżano” produkty takie jak marcepan oraz orzechy? Jaka była reakcja zarządzających fabryką na sygnały od pracowników, że w wodzie, która trafia na linie produkcyjne jest legionella, a stężenie manganu wielokrotnie przekracza urzędową normę? Na czyje polecenie, na terenie fabryki, jak twierdzą świadkowie, zakopywano odpady, w tym także i te zaliczane do kategorii niebezpiecznych? – informowali twórcy Magazynu

Prezes Agencji Badań Medycznych wyleciał! Liczne kontrowersje wokół znajomego Szumowskich. Ale co zwinął, to jego?

Prezes Agencji Badań Medycznych wyleciał! Liczne kontrowersje wokół znajomego Szumowskich

28.12.2023

Radosław Sierpiński.
Radosław Sierpiński. / Fot. PAP

Prezes Agencji Badań Medycznych z nadania jeszcze Łukasza Szumowskiego, a potem zatwierdzony przez Adama Niedzielskiego, stracił pracę. Radosław Sierpiński żegna się z posadą.

Informację tę podało Radio ZET. Potwierdził już ją resort zdrowia. Nowa minister Izabela Leszczyna nie zdradza na razie, czy agencja zostanie zlikwidowana, czy po prostu wymieni się prezesa na „swojego”.

Agencja Badań Medycznych powstała w marcu 2019 roku. PiS wymyślił, że będzie tam transferowane 0,3% przychodów Narodowego Funduszu Zdrowia. W teorii agencja miała prowadzić niekomercyjne badania medyczne i eksperymenty badawcze.

A skoro nowa agencja, to musiał być i nowy prezes. Fucha ta przypadła Radosławowi Sierpińskiemu, którego mianował poprzedni minister zdrowia Łukasz Szumowski. Pierwotnie Sierpiński był pełniącym obowiązki prezesa ABM.

W czerwcu 2021 roku minister Niedzielski ogłosił konkurs na prezesa. I wygrał go Sierpiński.

Pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze

W czerwcu 2023 roku Najwyższa Izba Kontroli podała, że z roku na rok do Agencji Badań Medycznych (ABM) trafiało coraz więcej pieniędzy, jednak do końca czerwca 2022 r. jej działalność nie przyniosła wymiernych korzyści ani systemowi ochrony zdrowia, ani budżetowi państwa.

„To oznacza, że choć NFZ, którego ponad 90 proc. przychodów stanowią składki zdrowotne, przekazał ABM ponad 888 mln zł, pożytek z jej działalności dla pacjentów był niewielki. Co więcej, w latach 2023-2025 Narodowy Fundusz Zdrowia planuje przekazać Agencji 1,3 mld zł, mimo że ABM nie oceniała korzyści finansowych, jakie wspierane przez nią badania przynoszą co roku budżetowi państwa i systemowi ochrony zdrowia. Jest do tego zobowiązana ustawowo” – napisał rzecznik prasowy NIK Łukasz Pawelski.

NIK zauważyła, że ABM rozpoczęła działalność 22 marca 2019 r., a już 10 miesięcy później premier zdecydował o przyznaniu tej instytucji statusu jednostki o szczególnym znaczeniu dla państwa.

„Tak się stało, mimo że w tym czasie nie stwierdzono jeszcze znaczących rezultatów podejmowanych przez nią działań. Nie zostały także spełnione przesłanki ustawy kominowej, które powinny być w tym wypadku uwzględnione – rodzaj świadczonych przez ABM usług, zasięg działania, obroty i liczba zatrudnionych pracowników” – wskazano.

Poinformowano, że kontrola przeprowadzona przez NIK pokazała, że w 2019 r. Agencja nie przeprowadziła jeszcze żadnych badań, była dopiero w trakcie tworzenia wewnętrznej struktury organizacyjnej, dysponowała jedynie 14 etatami, a Ministerstwo Zdrowia przekazało jej 7 mln zł dotacji wyłącznie na pokrycie bieżących kosztów działalności.

„Tymczasem w efekcie wpisania Agencji na listę podmiotów o szczególnym znaczeniu dla państwa, miesięczne wynagrodzenie brutto jej prezesa (także osoby pełniącej obowiązki prezesa) wzrosło w 2020 r. o ponad 58 proc., a w 2022 r. o niemal 96 proc. – do 47 tys. zł brutto” – dodano.

Kontrowersje wokół prezesa Agencji Badań Medycznych

NIK uważa również, że przeprowadzone przez ówczesnego ministra zdrowia postępowanie konkursowe na stanowisko prezesa ABM, które wygrał Radosław Sierpiński, było nierzetelne.

„Wymagania ustawowe, które musieli spełniać kandydaci dotyczyły m.in. co najmniej pięcioletniego doświadczenia zawodowego, w tym trzyletniego w zarządzaniu zasobami ludzkimi. Z uzyskanych przez kontrolerów Izby informacji wynika, że pracodawcy wymienieni w przedstawionym przez Radosława Sierpińskiego dokumencie nie składali do ZUS raportów, z których wynikałoby, że płacili za niego obowiązkowe składki. Z kolei w Centralnej Ewidencji i Informacji o działalności gospodarczej nie było danych, które wskazywałyby na to, że Radosław Sierpiński prowadził taką działalność, co mogłoby potwierdzać jego doświadczenie na stanowisku kierowniczym” – wskazano.

„Od kandydatów na stanowisko prezesa Agencji wymagano także odpowiedniego wykształcenia; uzyskania co najmniej stopnia doktora habilitowanego nauk medycznych. Radosław Sierpiński uzyskał habilitację w kwietniu 2021 r. na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu, 11 dni przed ogłoszeniem konkursu na prezesa ABM” – stwierdzono.

A skąd w ogóle wziął się Sierpiński w Agencji Badań Medycznych? To dobry znajomy Szumowskich. Dokument zaświadczający o zatrudnieniu, którego nie widać w ZUS-ie, wystawiła firma, której wspólnikiem w 2018 roku była żona Szumowskiego.

Zastrzeżenia NIK dotyczą również tego, że w okresie objętym kontrolą, ABM nie inicjowała i nie prowadziła własnych badań naukowych oraz prac rozwojowych, mimo zapewnionych na ten cel środków. Kontrolerzy NIK uważają, że działania Agencji od początku jej istnienia skupiały się przede wszystkim na organizowaniu konkursów, wyborze projektów badawczych i ich finansowaniu. Nie była ona jednak w stanie ograniczyć ryzyka dofinansowywania takich samych lub bardzo podobnych badań.

W młodym pokoleniu zapanowała obsesja na punkcie źle rozumianego bezpieczeństwa.

Sejfityzm, czyli jak zostało zepsute młode pokolenie

https://www.panstwo.net/6217-sejfityzm-czyli-jak-zostalo-zepsute-mlode-pokolenie


Amerykańscy intelektualiści – dziennikarz Greg Lukianoff i psychiatra Jonathan Haidt – alarmują, że w młodym pokoleniu zapanowała obsesja na punkcie źle rozumianego bezpieczeństwa. Warto przyjrzeć się ich spojrzeniu, zwłaszcza że oni sami prezentują lewicowe poglądy i sami przyłożyli rękę do ukształtowania młodego pokolenia w ten sposób.

Polskiego czytelnika zazwyczaj nie trzeba przekonywać, że „bezstresowe wychowanie” skrzywia charakter, że obecne młode pokolenie jest zbyt delikatne i zbyt rozhisteryzowane. Podczas tzw. strajku kobiet oglądaliśmy sceny egzaltowanych nastolatek przerażonych zagrożeniem własnego życia z powodu zakazu aborcji czy odebrania im telefonu komórkowego, wtedy też rozpowszechniło się potoczne nazywanie lewicowych dziewcząt „Julkami”, które farbują włosy na fioletowo i faszerują ciało kolczykami. Konserwatywni Polacy z niepokojem odnotowują też wpływ gadżetów internetowych na młodzież, zafascynowanie lewicowymi pomysłami i uleganie modnym ideologiom. Można więc w tym smutku znaleźć małe pocieszenie, że te wszystkie intuicje potwierdziło dwóch wyżej wymienionych wybitnych ekspertów, których książka „Rozpieszczony umysł” właśnie ukazała się w języku polskim. 

Wezwanie do odwrotu

Autorzy twierdzą, że pokolenie urodzone po 1995 roku jest głęboko zanurzone w sejfityzmie (od angielskiego: save, bezpieczny), którego przedstawiciele stają się delikatnymi, rozdygotanymi osobowościami, łatwo wpadającymi w histerię. Haidt i Lukianoff przytaczają w tym wiele danych, statystyk i modeli wychowania, które się po prostu nie sprawdziły. Choć obaj popierają amerykańskich demokratów, w książce przyznają na przykład, że uniwersytety stały się zbyt lewicowe i że należy wycofać się z niektórych lewicowych postulatów, zwłaszcza tych genderowych czy rasowych.

Naukowcy zastosowali tu metaforę odporności organizmu na mikroby czy alergeny. Człowiek żyjący w sterylnym otoczeniu staje się bardziej wrażliwy na różne produkty czy choroby, jest na nie bardziej podatny. Podobnie młode pokolenie żyje dzisiaj z dala od krytyki, konfrontacji, debat, sporów i gdy napotyka w życiu – a zwłaszcza na uczelni – odmienne zdanie, czuje się urażone i wpada w różne depresyjne czy histeryczne stany. Lukianoff i Haidt stwierdzają dalej, że uczelnie ulegają tej atmosferze i zamiast kształtować studentów w duchu pracy nad sobą i dochodzenia do prawdy, wolą usuwać nieprzyjemne wykłady, stanowczych profesorów i obniżać wymagania. W książce czytamy, że taka sytuacja ma miejsce od 2013 roku, czyli gdy na studia poszły pierwsze roczniki urodzone po 1995 roku, a więc takie, które spędziły dzieciństwo z urządzeniami cyfrowymi, z internetem, gdzie łatwiej uniknąć treści, z którymi się nie zgadzamy, i pozostać w swojej „bańce informacyjnej”. Przyczyn rozdelikacenia „pokolenia Z” jest jednak więcej.

Pokolenie panikarzy

„Nauczono ich wyolbrzymiać zagrożenia, stosować myślenie dychotomiczne (inaczej binarne), ufać pierwszym reakcjom kierowanym przez emocje i wzmacniać je, a także ulegać zniekształceniom poznawczym” – piszą psychiatrzy. Analizują też szczegółowo, jak do tego doszło, wskazując m.in., że rozszerzono pojęcie bezpieczeństwa. Pierwotnie dotyczyło ono ochrony przed krzywdą fizyczną – zranieniem, upadkiem, pobiciem itp. „Jednak w XXI wieku na niektórych kampusach uniwersyteckich znaczenie słowa »bezpieczeństwo« uległo procesowi znanemu jako »concept creep« (stopniowe rozszerzenie znaczenia terminu określającego daną krzywdę) i objęło również »bezpieczeństwo emocjonalne«“. Doszło do tego, że rektorzy i dziekani zaczęli w ten sposób „troszczyć się” o swoich podopiecznych, że usuwali z programów zajęć treści, które mogły burzyć ich wyobrażenia o świecie. Odpadło wiele klasycznych lektur, bo Murzyni byli tam przedstawieni jako niewolnicy albo kobiety jako gospodynie domowe, podobnie było z kwestią definicji płci, wreszcie wielu wykładowców tak bulwersowało studentów, że ci zaczęli organizować protesty, by albo usunąć ich z uczelni albo – jeśli chodziło o naukowców z zewnątrz – nie dopuścić ich do wizyty i wygłoszenia wykładu. „Rozumowanie jest takie, że jeśli zaproszony mówca wywołuje u studentów zdenerwowanie lub złość, to jest to wystarczający powód, by odmówić mu wstępu na teren kampusu, ponieważ stanowi on »zagrożenie« dla studentów”. Oto sejfityzm w pigułce. Na uniwersytet przyjeżdża gej opowiedzieć, że homoseksualizm nie jest wrodzony? Ależ to uraża homoseksualnych studentów. Profesor biologii chce opowiedzieć o dwóch płciach? Studenci zagłuszają jej wykład. Bywało, że profesorowie tracili pracę albo wykłady, bo zacytowali niewłaściwą bajkę. W Bergen Community College „Profesor wydziału sztuki został wysłany na przymusowy bezpłatny urlop i obowiązkową psychoterapię za umieszczenie posta w mediach społecznościowych. Chodziło o zdjęcie jego córki ubranej w koszulkę przedstawiającą smoka i napis: Wezmę, co moje, ogniem i krwią. Zdaniem uczelni brzmiało to jak »groźba«“. Słowa okazały się cytatem z filmu „Gry o tron”, ale profesora to nie uratowało. Bo sejfityzm polega nie na badaniu intencji danej osoby, lecz skutku, jaki jego słowa wywołują – a rozdelikacone pokolenie może czuć się zagrożone nawet zdjęciem dziecka w koszulce ze smokiem.

Zabrać wolność, dać pseudobezpieczeństwo

W ten sposób edukacja w USA w ogóle skręciła w jakieś odmęty szaleństwa, bo pojawił się konkretny problem z wolnością słowa. Na uczelniach istniały „strefy wolnego słowa”, gdzie zawsze była większa swoboda wypowiedzi. Dosłownie chodziło o miejsce, gdzie tematyka rozmów mogła być bardziej radykalna, kto nie chciał się z tym stykać, ten nie musiał tam chodzić. Jednak w ostatnich latach ofiary sejfityzmu zaczęły wymuszać na władzach uniwersyteckich zamykanie tych stref w imię „bezpieczeństwa” emocjonalnego. „[…] na McNeese State University w stanie Luizjana, grupy studenckie mogły korzystać ze strefy tylko raz na semestr. Inne zostały zniesione przez wyroki sądowe, na przykład strefa na University of Cincinnati, której powierzchnia stanowiła zaledwie 0,1% kampusu uniwersyteckiego, a chęć skorzystania z niej musiała zostać zgłoszona z wyprzedzeniem dziesięciu dni roboczych”.

Szaleństwo bezpieczeństwa emocjonalnego wzmacniają kolejne pseudonaukowe teorie. Derald Wing Suer, profesor Teacher College, spopularyzował pojęcie „mikroagresji”, na której punkcie obsesję przejęli lewicowi aktywiści. Suer tak definiował owe pojęcie: „przelotne, występujące na porządku dziennym, werbalne, zachowawcze lub środowiskowe, zarówno celowe, jak i niecelowe, wrogie, obraźliwe zniewagi na tle rasowym, wymierzone w osoby rasy innej niż biała”. Słowem: Murzyni, Indianie, Eskimosi, Arabowie i wszyscy inni mogą się poczuć urażeni kolorem skóry aktora w filmie, krzywym spojrzeniem, przysłowiem („czarno to widzę”) i wszystkim innym. 

Fanatyzm

Sami autorzy – a przypomnijmy, że są lewicowi – histerie studentów wokół ludzi, którzy wygłaszają poglądy inne niż ich samych, porównują do hunwejbinów, czyli partyjnej młodzieżówki w Chinach Mao Zedonga, która to młodzieżówka atakowała członków partii czy profesorów, w ideologicznym szale bijąc wrogów komunistycznego przywódcy. 

Haidt i Lukianoff wzywają więc do odwrotu, co dla polskiego czytelnika powinno być dobrą wiadomością. Lewicowe wychowanie przyniosło katastrofalne skutki, a badacze wskazują filary tych błędów, jakich dokonano na młodym pokoleniu. Naukowcy wskazują na szereg „czynników wyjaśniających” rozwój sejfityzmu, do których należą m.in paranoidalne rodzicielstwo, upadek nieskrępowanej zabawy, spirala polaryzacji i biurokracja sejfityzmu.

Paranoidalne rodzicielstwo wiąże się z usuwaniem wszelkiego, choćby najmniejszego ryzyka w życiu dziecka. Słowem: nadopiekunczość rodziców niszczy psychikę dziecka. Upadek nieskrępowanej zabawy to ograniczenie tradycyjnych zabaw z elementami ryzyka – walki na miecze, strzelania z dziecięcych łuków, zabawy w lesie. To wszystko współczesnym wychowawcom może wydawać się niebezpieczne, więc aktywność rozrywek często przenosi się do internetu, pogłębiając na przykład uzależenienie od dopaminy czy innych bodźców dostarczanych przez media społecznościowe. Spirala polaryzacji oznacza, że zbyt silne grupy społeczne (a autorzy sami przyznają, że chodzi tu o lewicowe środowisko młodego pokolenia) zbyt łatwo nabierają agresji wobec obcych. 

Lewica jest zbyt silna

Zdaniem psychiatrów, od dekady na emeryturę odchodzi pokolenie naukowców urodzonych po 1945 roku, gdzie rozkład lewicowych i prawicowych badaczy był mniej więcej równomierny, a zastępują ich kadry bardziej postępowe. Młodzież nie ma styczności z konserwatystami, dostaje głównie jeden punkt widzenia i to właśnie lewica okazuje się bardziej agresywna w odwoływaniu prelekcji, które są niezgodne z jej światopoglądem. 

„Wielu studentów kończy uczelnie z błędnym pojęciem o konserwatystach i ze znajomością polityki reprezentowanej tylko przez połowę Stanów Zjednoczonych. Trzy dni po bardzo zaskakującym zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich, redaktorzy najważniejszej studenckiej gazety Uniwersytetu Harvarda wskazali dokładnie na ten problem” – czytamy w „Rozpieszczonym umyśle”. Brak swobody dyskusji, wymiana pokoleniowa profesorów i cały sejfityzm wyobcowały świat akademicki ze świata rzeczywistego. To antagonizuje społeczeństwo, które po zakończeniu zimnej wojny nie ma już wspólnego wroga (komunistów), wobec którego miałoby się jednoczyć, więc zaczyna szukać wroga wewnątrz.

Zepsute pokolenie

Na to nakłada się koniunkturalizm uczelni, które traktując swoich studentów jak klientów, legalizują różne skrajne zachowania i wspierają sejfityzm – na przykład poprzez blokowanie wcześniej opisanych stref wolnego słowa czy zwalnianie naukowców, którzy wykazują „mikroagresję”.

Konsekwencje są bardzo konkretne – m.in rekordowe zachorowania na depresję, przy czym o ile młodzi mężczyźni zapadają dziś na nią dwa–trzy razy częściej, o tyle młode kobiety nawet siedmiokrotnie częściej. 

Obraz młodego amerykańskiego pokolenia, jaki zarysowują autorzy „Rozpieszczonego umysłu”, jest dramatyczny. Młodzi są nauczeni, że mają ufać swoim emocjom, że to, co czują, jest najważniejsze i wyznacza standardy rzeczywistości.

Właśnie w ten sposób człowiek nabawia się chorób psychicznych – czy schizofrenikowi powiemy, że słusznie boi się latających psów? Czy człowiekowi z nerwicami przyznamy rację, że musi drugą godzinę myć ręce, bo tak „czuje”? A właściwie tak często postępuje się wobec generacji urodzonej po 1995 roku, gdy czuje się ona zagrożona, czuje się inną płcią, rasą czy klasą społeczną. Ludzi po prostu wprawia się w paranoje.

Wyznanie autorów

Lukianof i Haidt nie są zwykłymi badaczami. Ten pierwszy zajmował się wolnością słowa zarówno w swoich pracach teoretycznych, jak i aktywizmie społecznym. Ten drugi jest jednym z najbardziej odkrywczych i uznanych psychiatrów na świecie, autorem takich prac jak „Szczęście” czy „Prawy umysł”, gdzie opisał założenia moralne, które ludzi skłaniają do popierania lewicy lub prawicy. Choć obaj panowie sami siebie sytuują w centrum politycznego sporu, to jednak przyznają się do głosowania na demokratów (a więc na lewicę), a w ich tekstach pobrzmiewa nieco politowania dla poglądów konserwatywnych. Będąc w publicystycznym i naukowym mainstreamie, podzielając wiele poglądów w reformowaniu edukacji i szkolnictwa wyższego, jakie prowadziła administracja Clintona czy Obamy, teraz alarmują o owocach tej polityki niczym radykalni prawicowcy. 

Autorzy nadal pozostają na lewo od centrum – z uznaniem cytują i uzasadniają tezy Herberta Marcusego, intelektualnego ojca rewolucji 1968 roku, i jego wezwania do dyskryminowania prawicy, choć twierdzą, że interpretacja Marcusego zaszła za daleko. Właściwie to można powiedzieć, że czytamy w ich rekomendacjach czysto konserwatywne porady, bez porzucania lewicowych szat. 

Autorzy rekomendują zatem, by przy wychowywaniu dzieci stosować więcej dyscypliny, uczyć je (stopniowo) ryzyka, ograniczać dostęp do mediów cyfrowych, organizować sport i interakcje międzyludzkie i po prostu nie pozwalać na wszystko. Coś jak polska rodzina katolicka, tylko nazwane współczesnym językiem.

SKANDAL w resorcie zdrowia! Nasłali policję na posła! – Państwo z dykty, mchu i paproci w pełnej krasie, żeby nie powiedzieć krasce…

SKANDAL w resorcie zdrowia! Nasłali na policję na Brauna i Godek. Funkcjonariusze użyli siły

30.08.2023 skandal-w-resorcie-zdrowia-naslali-policje

FacebookTwitterWhatsApp

Ministerstwo Zdrowia. Policja i poseł Grzegorz Braun / Foto: screen X (kolaż)
Ministerstwo Zdrowia. Policja i poseł Grzegorz Braun / Foto: screen X (kolaż)

We wtorek 29 sierpnia 2023 roku doszło do kolejnej interwencji poselskiej Grzegorza Brauna w Ministerstwie Zdrowia. Dotyczyła ona tajnego posiedzenia Zespołu ds. opracowania wytycznych dla podmiotów leczniczych w zakresie procedur związanych z zakończeniem ciąży. Innymi słowy, poszło o wytyczne pozwalające na zabijanie nienarodzonych Polaków.

Przyczyną interwencji poselskiej była odpowiedź sekretarza stanu w resorcie zdrowia Waldemara Kraski na pytanie posła Konfederacji Grzegorza Brauna. Polityk zamieścił ją w mediach społecznościowych.

„Zgodnie z zarządzeniem Ministra Zdrowia z dnia 12 czerwca 2023 r. w sprawie powołania Zespołu do spraw opracowania wytycznych dla podmiotów leczniczych w zakresie procedur związanych z zakończeniem ciąży (Dz. Urz. Ministra Zdrowia poz. 42), członkowie Zespołu oraz inne osoby zaproszone przez Przewodniczącego lub Zastępcę Przewodniczącego Zespołu, są obowiązane do zachowania poufności informacji związanych z działalnością Zespołu, robocze materiały omawiane w trakcie posiedzeń nie podlegają zatem udostępnieniu (materiał ten nie stanowi załącznika do Protokołu)” – czytamy.

„Prace spec-zespołu ds. rozszerzania praktyk aborcyjnych są prowadzone de facto w konspiracjistąd moja interwencja w Min. Zdrowia wraz z ⁦ @GodekKajaU⁩ i ⁦@Roman_Korona⁩ – nikt nie jest bezpieczny, jeśli nie są bezpieczni najmniejsi i najbardziej bezbronni Polacy” – napisał Braun.

W interwencji poselskiej uczestniczyła m.in. znana z działalności pro-life Kaja Godek. Celem tego przedsięwzięcia było uzyskanie dokumentacji pracy ministerialnego zespołu. Jak podkreślał Braun, „zespół ministerialny nie ma możliwości, nie ma prawa funkcjonować w sposób pozaprawny”.

– Prawo nie przyzwala na konspirowanie działalności urzędów organów państwa. Te urzędy mogą oczywiście klauzulować niektóre informacje, niektóre procedury, jako niejawne, ale musi to mieć umocowanie prawne – wskazał podczas interwencji Braun.

Po około 1,5 godzinie od przekroczenia progów resortu zdrowia Braun i jego współpracownicy wciąż czekali „aż jeden z asystentów ustali, gdzie jest gabinet pani minister Sójki”. – Ponieważ prosiliśmy o wprowadzenie do gabinetu i powiedział „sprawdzę” – relacjonowała Godek.

Podczas interwencji okazało się, że posiedzenie zostało odwołane.To jest to zjawisko, z którym mamy do czynienia, kiedy skierujemy światło latarki na zlew kuchenny w dawno nieużywanym mieszkaniu i wtedy karaluchy uciekają pod poduchy – skwitował Braun.

– Przypomnijmy, że zostaliśmy zapewnieni nie dalej, jak dwie godziny temu, że zespół jest zwołany na godzinę 14.00 i że jego posiedzenie ma odbyć się w sali kolegialnej, czyli w tej sali, do której szczęśliwie dotarliśmy – wskazał poseł.

– Dotarliśmy, szukając jej osobiście, ponieważ nie wskazano nam, dokąd mamy się udać – podkreśliła Godek. – Utrudniając interwencję poselską – uzupełnił Roman Fritz.

– Ponieważ mam pewne skromne doświadczenia krajoznawcze i topografia tego urzędu jest mi częściowo znana, więc trafiliśmy tutaj nie błądząc za bardzo – zaznaczył Braun.

Godek podkreślała, że istnieje obawa, iż po tym, jak poseł Grzegorz Braun i towarzyszące mu podczas interwencji osoby opuszczą budynek resortu zdrowia, posiedzenie zespołu zostanie ponownie zwołane. Braun zaś wskazał, że jeszcze przed godziną byli zapraszani na spotkanie z przewodniczącym tego zespołu.

Poseł i jego asystenci postanowili nie siedzieć bezczynnie i rozpoczęli poszukiwania wiceministra Kraski. Jak się okazało, skutecznie. Ministra jednak nie było, ponieważ „miał ważne spotkanie”. Braun wraz z towarzyszami postanowił poczekać na niego w gabinecie. To nie przypadło do gustu ochronie, która wezwała policję.

W międzyczasie przed budynek resortu przyjechało pięć wozów policji, która rozpoczęła akcję legitymowania. Braun dwukrotnie przyzwał asysty policyjnej do interwencji poselskiej, ta się jednak nie stawiła.

Do gabinetu Kraski wkroczyła natomiast grupa szturmowa policji, która miała za zadanie siłą usunąć posła i jego asystentów. Jak wynika z nagrania, policja dogadała się w tej sprawie z pracownikami Ministerstwa.

Ostatecznie poseł Braun i jego asystenci zostali wyprowadzeni siłą z ministerstwa przez funkcjonariuszy policji, m.in. z Piaseczna.

– W szerokim zakresie zostało naruszone prawo, została udaremniona interwencja poselska. Osoby przybrane przeze mnie do czynności wynikających z pełnienia mandatu posła w zakresie interwencji poselskiej, te osoby zostały z zastosowaniem środków przymusu bezpośredniego wyprowadzone, częściowo wyniesione z budynku ministerstwa, gdzie – uwaga – przez godzinę i kwadrans nie doczekałem się asysty policyjnej, którą wzywałem – ocenił po wyjściu z gmachu ministerstwa Braun.

– Państwo z dykty, mchu i paproci w pełnej krasie, żeby nie powiedzieć krasce, bo siedzieliśmy w gabinecie nieobecnego ministra Kraski. Pani minister Sójka też się gdzieś zdematerializowała – skwitował.

– Jedna rzecz, nie wiem czy dobra, czy gorsza, udało nam się tą interwencją odwołać zaplanowane na dzień dzisiejszy spotkanie – dodał poseł Braun.

https://banbye.com/embed/v_J73syVRYWGs8

ŹRÓDŁOwRealu24

Służba zdrowia w Polsce. Zapaść. – Prywatne pakiety? To wielkie rozczarowanie. – Pięć poziomów dostępu do usług medycznych.

Służba zdrowia w Polsce. Zapaść. Prywatne pakiety? To wielkie rozczarowanie. Pięć poziomów dostępu do usług medycznych.

…„się amerykanizuje”..

Zbigniew Bartuś ,prywatne-pakiety-medyczne-marna-jakosc-i-podobienstwo-do-nfz

Można rzec, że polska opieka medyczna w czasach PiS silnie się amerykanizuje – z zachowaniem bardzo kosztownych i finansowo bolesnych (dla wybranych) pozorów istnienia służby publicznej.

Mamy dziś w Polsce pięć poziomów dostępu do usług medycznych:

– na NFZ,

– w ramach prywatnego pakietu medycznego,

– w ramach prywatnego pakietu VIP/komfort (z gwarancją szybkiego dostępu),

– prywatnie z ulicy i

– prywatnie po znajomości.

Coraz więcej Polek i Polaków płaci za każdy z tych dostępów – bo bez tego nie jest w stanie wykonać pilnych badań, ani uzyskać porady specjalisty. Publiczne ubezpieczenie dawno stało się fikcją, ale to prywatne też nią często jest.

W XXI wieku prywatne pakiety medyczne podzieliły Polaków na lepszych, z przyzwoitym dostępem do opieki medycznej, i gorszych – z dostępem „na NFZ”, czyli często bez dostępu.

Ale to się w ostatnich dwóch latach zmieniło – nie dlatego jednak, że dostęp „na NFZ” się poprawił (bo wręcz przeciwnie). Po prostu usługi oferowane w pakietach przestały się specjalnie różnić od tych „na NFZ”, zwłaszcza poza metropoliami, w tzw. Polsce powiatowej, gdzie dostawcy pakietów zlecają wykonanie usług lokalnym placówkom – poradniom, przychodniom, rzadziej szpitalom.

Właśnie poza największymi miastami najsilniej odczuwalne są skutki – spowodowanych przez politykę rządu – ograniczeń publicznej opieki zdrowotnej. Wielu pacjentów odnosi wrażenie, że ktoś sabotuje podaż usług „na NFZ”, aby podbić ich cenę na (swa)wolnym rynku. Ów, jak się wydaje, powszechny proceder ułatwiony jest przez fakt, że – wedle statystyk światowych – Polska jest krajem o gigantycznym niedoborze kadr medycznych. W praktyce objawia się to często tak, że ci sami lekarze, w tej samej placówce, przyjmują jednocześnie „na NFZ”, na prywatne pakiety medyczne i komercyjnie z ulicy.

Aż dwie trzecie z ponad 100 tysięcy skarg i zawiadomień kierowanych co roku do Rzecznika Praw Pacjenta dotyczy naruszenia prawa do świadczeń zdrowotnych. W swoim sprawozdaniu za 2021 r. (to za 2022 r. jeszcze powstaje) rzecznik napisał, że jest to (jako jedyne) „prawo bardzo często naruszane”.

Lekarze nie rozdwoją się, ani tym bardziej nie roztroją. Większość wybiera to, co im się najbardziej opłaca – czyli żywą gotówkę do ręki. Ci najbardziej szczerzy przyznają już niemal otwarcie, że najpopularniejsze pakiety medyczne nie są w stanie przeciętnemu płatnikowi zapewnić czegokolwiek, a już na pewno nie zagwarantują świadczeń adekwatnych do marzeń, wyobrażeń, albo choćby podstawowych potrzeb.

Ilu Polaków korzysta z prywatnych ubezpieczeń medycznych

Problemy z dostaniem się na badania i do specjalistów, zwłaszcza tych lepszych, w ramach popularnych pakietów medycznych dostrzega coraz więcej pacjentów. Sfrustrowani pytają głośno o sens płacenia abonamentu. Większość nie zdaje sobie sprawy, że ich frustracja wynika z banalnie prostej matematyki.

Wedle danych Polskiej Izby Ubezpieczeń pod koniec trzeciego kwartału 2022 r. liczba Polek i Polaków objętych prywatnym ubezpieczeniem zdrowotnym zbliżyła się do 4,1 mln. Populacja ta rośnie w tempie kilkunastu procent rocznie, a wydatki na abonamenty zwiększają się jeszcze szybciej:

  • kwota przypisanych składek dobiła już do 900 mln zł
  • jak łatwo wyliczyć, daje to średnio 220 zł na osobę
  • ale zdecydowana większość ubezpieczonych płaci sporo mniej – największa grupa ma abonamenty między 100 a 150 zł miesięcznie; przed pandemią było to ok. 70 zł.

Porównajmy tę kwotę z wydatkami NFZ na wszystkie świadczenia „opieki zdrowotnej”. Po czerwcowej nowelizacji budżetu Funduszu mają one w tym roku wynieść ponad 153,1 mld zł, a wraz z kosztami realizacji świadczeń – prawie 161 mld zł.

Po przeliczeniu tej ostatniej sumy przez liczbę ubezpieczonych (na koniec 2022 r. było ich niespełna 34,2 mln) otrzymamy:

  • 4,7 tys. zł na głowę rocznie, czyli
  • 392 zł miesięcznie. To prawie dwa razy więcej niż wynosi najpowszechniejszy prywatny abonament.

Oczywiście, porównujemy tu nieporównywalne: zakres usług świadczonych przez NFZ jest znacznie szerszy (blisko połowę środków pochłania leczenie szpitalne, z czego ok. 10 mld zł kosztują programy lekowe, w tym 2 mld chemioterapia; 9,8 mld zł idzie na refundację leków, 3,4 mld zł na długoterminową opiekę i świadczenia pielęgnacyjne, 1,5 mld na pomoc paliatywną i hospicję).

Mimo to coraz częściej zadawane jest pytanie: jakim cudem prywatne firmy oferujące pakiety medyczne byłyby w stanie za ok. 200 złotych gwarantować przeciętnemu pacjentowi coś, czego publiczna opieka zdrowotna nie jest w stanie zapewnić za 400 zł?

Same firmy przyznają, że 200 złotych to – przy lawinowo rosnących kosztach – zdecydowanie za mało, by uzyskać wyższy poziom dostępu niż na NFZ. I wprowadzają specjalne pakiety – „z gwarancją szybkiego dostępu”. Oczywiście – wyraźnie droższe, a przy tym obwarowane wieloma warunkami.

Przy lawinowo malejącej – za sprawą inflacji – sile nabywczej przeciętnego Polaka, niewiele osób stać na podwojenie lub potrojenie miesięcznych opłat. W efekcie najskuteczniejszymi pakietami prywatnymi dysponuje w tej chwili jedynie elita. Znany krakowski rajdowiec i przedsiębiorca, Rafał Sonik, przyznał ostatnio publicznie, że na badania diagnostyczne swej rodziny wydaje 20 tys. zł miesięcznie.

Kto korzysta z komercyjnych pakietów, a kto tylko z NFZ?

Trzeba również pamiętać, że struktura osób posiadających prywatne pakiety medyczne zdecydowanie różni się od struktury ubezpieczonych w NFZ. Z usług publicznej służby zdrowia korzystają, z natury, przede wszystkim seniorzy oraz ludzie z ciężkimi chorobami przewlekłymi.

Tymczasem w gronie pakietowiczów:

  • największy odsetek stanowią (paradoksalnie) młodzi – w wieku 25-34 lat; im pokolenie starsze, a więc – jak uczy doświadczenie – bardziej potrzebujące wsparcia medycznego, a zwłaszcza dostępu do regularnej diagnostyki, tym pakiety medyczne są mniej powszechne
  • silnie nadreprezentowani są informatycy – z opublikowanego w maju 2023 r. raportu ENEL-MED wynika, że w zasadzie tylko oni uważają pakiet medyczny za „standard zatrudnienia”, a nie bonus, czyli nadzwyczajny dodatek motywacyjny od pracodawcy
  • silnie nadreprezentowani są mieszkańcy kilku metropolii – Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Gdańska, Poznania; i w zasadzie tylko oni mają bezpośredni dostęp do usług medycznych świadczonych przez prywatne placówki zdrowotne (na prowincji jest to bardzo rzadkie)
  • liczy się wielkość pracodawcy – w firmach zatrudniających powyżej 250 osób 63 proc. ankietowanych posiada pakiet medyczny, w średnich 52 proc., a w małych tylko 29 proc.

W sektorach takich jak IT czy GBS (globalne usługi dla biznesu) większość firm prowadzi permanentne rekrutacje i musi oferować nie tylko lepsze płace, ale i atrakcyjne, silnie motywacyjne systemy pozapłacowe. Pakiety medyczne urosły tu do rangi wymaganego bonusu, czy – jak w IT – wręcz standardu. Bez nich oferta pracodawcy wydaje się kandydatom niekompletna i przez to nieatrakcyjna. Z raportu ENEL-MED wynika, że już prawie trzy czwarte pracowników uważa pakiet medyczny oferowany przez pracodawcę za „ważny”. Ale korzystać z tego rozwiązania może mniejszość.

Zdrowie Polaków pogarsza się

Mniej więcej półtora roku temu, po pandemicznej przerwie, Polacy postanowili (a raczej musieli) masowo pójść do lekarzy i na badania. Ostatni raport PIU potwierdza, że w trakcie pandemii narósł w Polsce tzw. dług zdrowotny z uwagi na to, że wiele zabiegów, badań i wizyt u specjalistów trzeba było odłożyć na lepsze czasy. Kiedy owe lepsze (?) czasy nadeszły, skumulowały się dwie kolejki do lekarzy, diagnostów i gabinetów zabiegowych – „standardowa”, znana sprzed zarazy, i nowa, związana właśnie z odrabianiem długu zdrowotnego. To musiało się skończyć dramatycznym ograniczeniem – i tak już mizernego – dostępu do gabinetów lekarskich i diagnostycznych oraz zabiegów. Co szczególnie tragiczne, dotyczy to również chorób onkologicznych czy kardiologicznych, w których przypadku obowiązują – formalnie –szybkie ścieżki; te dziedziny zaczęły się w niespotykanym dotąd tempie prywatyzować.

Z danych resortu zdrowia wynika, że zapotrzebowanie na większość usług zdrowotnych, w tym badań i konsultacji specjalistów, wzrosło średnio o 20 procent, ale w niektórych wypadkach nawet o jedną trzecią. Na logikę, aby zaspokoić ów popyt, nakłady na opiekę zdrowotną winny również wzrosnąć o minimum 20 procent – i to realnie, czyli po uwzględnieniu skutków inflacji, która w sektorze medycznym przekroczyła jesienią 2022 r. 20 proc. Policzmy: jeśli w rok zapotrzebowanie na usługi zdrowotne wzrosło o średnio jedną piątą i zarazem ceny poszczególnych usług skoczyły w górę średnio o jedną piątą, to budżet NFZ winien się zwiększyć o 44 proc. – tylko po to, by utrzymać dotychczasowy (czyli mizerny) poziom usług.

W 2022 roku, po kolejnych nowelizacjach, NFZ wydał na realizację swoich zadań 135,5 mld zł, na 2023 zaplanowano 153,3 mld, czyli o 13,1 proc. więcej, a po czerwcowych poprawkach – wspomniane 161 mld zł, czyli o 18,8 proc. więcej. Ten wzrost nie rekompensuje nawet kosztów inflacji w sektorze zdrowia, co oznacza, że sfinansowanych zostanie MNIEJ świadczeń niż w przerażająco słabym i tragicznym (rekordowa liczba zgonów Polek i Polaków, w tym nadmiarowych) roku 2022. Mimo że nasze potrzeby zdrowotne są coraz większe – i będą rosnąć wraz z bardzo szybkim starzeniem się społeczeństwa.

Kolejne raporty CALPE (Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej) przypominają, że – zgodnie z ustawą zapewniającą wzrost nakładów na ochronę zdrowia – w 2023 r. poziom publicznych wydatków na zdrowie powinien wynieść minimum 6 proc. PKB. Rząd chwali się, że będą jeszcze wyższe, albowiem wyniosą aż 6,65 proc. PKB. To bardzo blisko do pożądanej przez ekspertów unijnej średniej, wynoszącej 7 proc. Fundamentalny problem z tym odsetkiem polega na tym, że jest on kompletnie nieprawdziwy. W majestacie prawa (ustawy) tegoroczne wydatki NFZ odnosi się bowiem do PKB Polski SPRZED DWÓCH LAT, a nie obecnego.

Taki mechanizm nie był nadmiernie szkodliwy w realiach inflacji zbliżonej do zera, natomiast przy jej dwucyfrowym poziomie potężnie zafałszowuje rzeczywistość. Jak wyliczają eksperci CALPE, po uwzględnieniu prognozowanego na 2023 r. PKB, zaplanowane przez rząd wydatki na zdrowie stanowić będą tylko nieco ponad 5 proc. PKB, czyli zdecydowanie za mało, by choćby utrzymać dostępność świadczeń.

Wydatki Polski na ochronę zdrowia w PPS

Po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej (PPS) Polska wydaje na ochronę zdrowia nieco ponad 44 proc. średniej unijnej. Jesteśmy lepsi tylko od Węgier, Rumunii, Grecji, Łotwy, Cypru i Bułgarii (ta ostatnia ledwie przekracza 30 proc. unijnej średniej). Daleko nam nie tylko do liderów: Niemiec (154,4 proc.), Szwecji (135,6), Holandii (131), Danii (130,6), Luksemburga (128), Francji (126,4) i Austrii (121,4), ale i do Czech (77,2) oraz Słowenii (65). Relatywnie więcej wydaje też biedniejsza od Polski Portugalia (56 proc. średniej unijnej).

Reasumując: nominalne PKB Polski rośnie jak na drożdżach za sprawą rekordowo wysokiej inflacji, dwukrotnie wyższej od średniej w UE, natomiast wydatki na ochronę zdrowia nijak nie nadążają za tym wzrostem. Wedle CALPE już dziś trzeba by je zwiększyć o kilkadziesiąt miliardów złotych, by spełnić wymóg ustawy mówiący o minimum 6-procentowym udziale zdrowia w PKB.

Jeśli podejście rządu do finansowania się nie zmieni, w 2027 r. brakująca kwota przekroczy… 100 mld złotych.

Te liczby nie przebiły się, przynajmniej na razie, do świadomości publicznej, więc nie toczy się w tej palącej kwestii – życia i śmierci – znacząca dyskusja. Co może się wydawać dziwne, zważywszy, że z jednej strony wielu Polaków odczuło boleśnie wzrost składki zdrowotnej (z tytułu reform Polskiego Ładu), a z drugiej – równie wielu boryka się z problemem marnego dostępu do publicznych usług zdrowotnych.

Skandalicznie niskie składki rolników

Dzisiaj osoba zarabiająca ponad 7,1 tys. zł brutto – czyli tyle, ile wyniosło przeciętne wynagrodzenie w Polsce za pierwszy kwartał 2023 r. – oddaje państwu ponad 6,6 tys. zł składki zdrowotnej rocznie. Informatyk z sektora GBS (globalnych usług biznesowych) przy etatowej pensji 19 tys. zł wpłaca do NFZ prawie 18 tys. zł rocznie. Rekordziści potrafią oddać na publiczne zdrowie pięć razy więcej… miesięcznie. Problem w tym, że wysokość składek na NFZ ma się nijak do dostępności publicznych usług zdrowotnych.

Teoretycznie system powinien się opierać na solidarności, której fundamentem są składki proporcjonalne do dochodów. Ale tak nie jest.

  • od 34 mln ubezpieczonych w ZUS wpływa do NFZ prawie 134 mld zł, czyli średnio 4 tys. zł od osoby
  • od 1,1 mln ubezpieczonych w KRUS, czyli rolników i ich bliskich, wpływa niespełna 4 mld zł, a więc 360 zł od osoby.
  • w obu tych grupach są jeszcze równi i równiejsi, np. większość rolników płaci na NFZ 12 zł rocznie (od osoby w gospodarstwie), czyli ponad 200 razy mniej niż płatnik ZUS otrzymujący na etacie ustawową płacę minimalną (od 1 lipca – 3,6 tys. zł brutto miesięcznie).

Składki płatników utrzymujących system – przede wszystkim dobrze zarabiających etatowców – drastycznie wzrosły, natomiast składki licznych grup uprzywilejowanych przez władzę stoją w miejscu. Z raportu PIU wynika jednoznacznie, że gwałtowny wzrost kosztów w opiece zdrowotnej (tzw. inflacja medyczna powyżej 20 proc.) sprawił, iż wyższe wpływy ze składki zdrowotnej nie przekładają się ani na większą liczbę świadczeń, ani poprawę stanu zdrowia ubezpieczonych. Sytuację pogorszyło jeszcze przeniesienie finansowania części świadczeń (jak wysokospecjalistyczne procedury, ratownictwo medyczne czy leki dla kobiet w ciąży i osób w wieku 75+) z budżetu państwa do NFZ, gdyż nie poszły za tym odpowiednio duże środki.

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, zwraca uwagę, że – przy obecnym mechanizmie finansowania świadczeń zdrowotnych – rządowy plan wprowadzenia bezpłatnych leków dla dzieci i młodzieży do 18 roku życia oraz seniorów 65+ oznacza znaczące zmniejszenie środków na realizację pozostałych celów, w tym diagnostykę, wizyty u specjalistów i niezbędne zabiegi. Czyli jeszcze większe kolejki.

Jakie są efekty takiej polityki społecznej i zdrowotnej? Z najnowszego biuletynu GUS wynika, że w pierwszych czterech miesiącach 2023 roku urodziło się w Polsce 92 tysiące dzieci, najmniej w tym okresie od czasów II wojny. Jednocześnie zmarło 143 tysiące Polek i Polaków, najwięcej od II wojny. Na koniec kwietnia 2022 roku liczba Polaków wynosiła 37,84 mln, a na koniec kwietnia 2023 roku – o 124 tys. mniej. W dekadę populacja zmniejszyła nam się o prawie pół miliona.

Dlaczego Polacy interesują się prywatnymi pakietami?

Z badań Polskiej Izby Ubezpieczeń z cyklu „Mapy ryzyka Polaków” wynika, że ok. 80 proc. ankietowanych najbardziej boi się tego, że z powodu zawalenia się publicznej służby zdrowia oraz braku środków na usługi prywatne nie będą w stanie leczyć najpoważniejszych chorób, w tym nowotworów. U 70 proc. powodem obaw jest po prostu brak dostępności opieki medycznej. Według raportu PZUW, odsetek Polaków twierdzących, że ich potrzeby w zakresie badań medycznych są niezaspokojone, wzrósł z 4,2 proc. w 2019 r. do 30 proc. w 2022 r.

To właśnie dlatego tak gwałtownie zwiększyło się w ostatnich latach zainteresowanie Polek i Polaków prywatnymi pakietami medycznymi. Skoro publiczna opieka zdrowotna coraz bardziej nie daje rady i nie ma nadziei, by kiedykolwiek się to poprawiło, to wykupienie pakietu mogło dać nadzieję, że za sto, dwieście złotych miesięcznie uda się przyspieszyć niezbędne badania i wizyty u specjalistów. Albo chociaż zapewnić sobie lepsze miejsce w (lepszej) kolejce.

Co bardzo istotne, ta powszechna potrzeba zbiegła się w Polsce z innym trendem: narastającym deficytem pracowników. Szukający ludzi pracodawcy musieli zaoferować nie tylko lepsze płace, ale i atrakcyjne, silnie motywacyjne systemy pozapłacowe. A z opisanych wyżej przyczyn, pakiety medyczne – pożądane przez ok. 75 proc. pracobiorców – znalazły się tutaj na pierwszym miejscu.

Dorota M. Fal, doradczyni zarządu PIU, podkreśla, że prywatni ubezpieczyciele, po przebadaniu potrzeb Polek i Polaków, szybko rozbudowali swe pakiety: oprócz podstawowej ambulatoryjnej opieki zdrowotnej zaoferowali dostęp do kompleksowych badań i profilaktyki. W założeniu ma to ułatwiać systematyczną kontrolę stanu zdrowia. Sęk w tym, że to KOSZTUJE, zwłaszcza w realiach takich jak polskie.

– Mamy niedobór kadry medycznej, na co nakłada się wypalenie zawodowe i syndrom stresu pourazowego po pandemii. Publicznych środków nie wystarczy, aby uzdrowić ten system ‒ przekonuje ekspertka. A szefowie firm sprzedających prywatne pakiety medyczne powtarzają od miesięcy, że konieczne jest „urealnienie stawek”.

Nikt nie powie głośno i wprost, że pakiet za 100-150 złotych nie gwarantuje w zasadzie niczego ponad to, co można – po spędzeniu odpowiedniego czasu w kolejce lub szczęściu – dostać „na NFZ”. Coraz więcej pacjentów twierdzi wręcz, że w publicznej służbie zdrowia da się załatwić wiele kwestii sprawniej i szybciej. Dotyczy to przede wszystkim mniejszych miejscowości, w których firmy oferujące pakiety medyczne nie mają własnych wielospecjalistycznych placówek i podzlecają usługi lokalnym poradniom czy firmom diagnostycznym. Zdarza się, że taka poradnia świadczy usługi klientom kilku ogólnokrajowych firm. Formalnie pacjent z pakietem w firmie M. dzwoni do rejestracji firmy M., pacjent z pakietem od L. – do rejestracji L., a pacjentka z pakietem od S. – do rejestracji S. Ale i tak wszystkie te telefony przekierowywane są na „linię oczekującą” obsługiwaną przez jedną panią Jadzię, rejestratorkę lokalnej poradni zdrowia. I pani Jadzia, wedle zaleceń i prerogatyw, zarządza wszystkimi kolejkami.

Nikt nie powie głośno, że za sprawą kumulacji pacjentów z wielu kolejek oczekujących – na NFZ, na pakiety i komercyjnie z ulicy – pakiety medyczne stają się w coraz większym stopniu, zwłaszcza w Polsce powiatowej, FIKCJĄ. Poniekąd padły ofiarą własnego sukcesu: im więcej ludzi je ma, tym więcej traci realny szybki dostęp do usług.

Pikanterii całemu zjawisku przydaje fakt, że – w ramach walki z dyskryminacją pacjentów – NFZ ściga placówki próbujące dzielić ubezpieczonych na lepszych i gorszych. Jest to w obecnych polskich realiach typowa walka z wiatrakami, bo dzielenie takie stało się powszechną praktyką. Wynika wszakże z samej istoty prywatnych usług medycznych współistniejących na przedziwnych zasadach z publicznymi: skoro płacisz za coś dodatkowo, to chcesz wiedzieć, za co.

No właśnie: za co? I właściwie – dlaczego musisz płacić tyle razy?

Służba zdrowia w Polsce amerykanizuje się

Zarówno publiczna, jak i prywatna opieka zdrowotna w Polsce opierają się na specyficznej matematyce. W tej publicznej duzi płatnicy, odprowadzający do NFZ w ramach składki zdrowotnej od kilku do nawet 100 tys. zł miesięcznie, nie wykupują w zasadzie żadnej usługi – bo nie mają czasu tkwić (i umierać) w kolejkach do lekarzy, ani czekać na odległe wizyty u specjalistów. Na pomoc publicznej opieki medycznej mogą liczyć właściwie tylko wtedy, gdy ich stan zdrowia gwałtownie się pogarsza i karetka zawiezie ich do szpitala. Dalszy ich los stał się już jednak w polskich realiach niepewny: przeciętny szpital nie gwarantuje szybkiego dostępu do wszystkich niezbędnych badań, ani tym bardziej specjalistycznych konsultacji. O wielu zabiegach można – dosłownie – zapomnieć, bo terminy są patologicznie odległe. Jedynym sposobem na przyspieszenie procedur RATUJĄCYCH ZDROWIE I ŻYCIE jest:

  • wyłożenie odpowiednio wielkich pieniędzy z własnej kieszeni (jak ktoś ma)
  • zbiórka na Siepomaga itp. (jak ktoś nie ma)

Można rzec, że polska opieka medyczna w czasach PiS silnie się amerykanizuje – z zachowaniem bardzo kosztownych i finansowo bolesnych (dla wybranych) pozorów istnienia służby publicznej.

Efekt jest taki, że miliony średniaków płacą haracz na NFZ, finansując wizyty innym, m.in. rolnikom, których składka zdrowotna wynosi od lat 1 zł miesięcznie; oraz VIP-om, zwłaszcza wpływowym politykom korzystającym z szybkiej ścieżki do diagnostyki, lekarzy i zabiegów. Ci sami średniacy próbują korzystać z prywatnych pakietów medycznych (czyli płacą drugi raz) – i są nimi coraz bardziej rozczarowani / sfrustrowani. Ostatecznie zmuszeni są bowiem zapłacić trzeci raz – za prywatną wizytę z ulicy. W przypadku wziętych specjalistów również odbiją się tu od długiej kolejki. Chyba że mają status „prywatnie po znajomości”.To najwyższy poziom dostępu.

Równie ciekawa sytuacja powstała w prywatnej opiece zdrowotnej – w systemie pakietów. W relatywnie najlepszej sytuacji są tutaj mieszkańcy czołowych metropolii, ponieważ działają tam placówki własne najważniejszych firm oferujących pakiety. Tu nie ma pani Jadzi ogarniającej rejestrację do pięciu różnych podmiotów i jeszcze dwie inne kolejki (na NFZ i prywatnie z ulicy). Jest jedna rejestracja, do której stosunkowo łatwo się dodzwonić. Poza tym większość pacjentów (przypomnijmy – trzon pakietowców to młodzi przed trzydziestką) korzysta z coraz bardziej funkcjonalnych stron internetowych oraz dedykowanych usługom aplikacji, za pomocą których można sprawdzać terminy, umawiać wizyty i załatwiać inne formalności.

Jednak i w metropoliach pacjenci-abonenci sygnalizują ograniczony dostęp do wielu lekarzy i diagnostyki, terminy bywają „odległe jak na NFZ”; ewentualnie trzeba skorzystać z usług innej placówki, działającej na peryferiach miasta lub w innym mieście, albo z porady mniej cenionego specjalisty.

Jako się rzekło, najgorzej mają mieszkańcy mniejszych miejscowości, w których dużo osób posiada wykupione podstawowe pakiety. Popyt jest wysoki, podaż usług wręcz elitarna. W efekcie podstawowi abonenci – sami z mocno ograniczonym dostępem do usług – w największym stopniu zrzucają się na… arcyszybkie wizyty tych, którzy wykupili sobie (lub pracodawca im opłacił) pakiety VIP, z gwarantowanym dostępem do kluczowych lekarzy i diagnostyki. Najtańszy taki pakiet dla dwóch osób, z licznymi obostrzeniami i ograniczeniami, kosztuje ponad 6 tys. zł rocznie.

– Konieczność zaciskania pasa, co jest spowodowane trudną sytuacją gospodarczą w związku z wysoką inflacją czy stopami procentowymi, przy równoczesnym wzroście świadomości zdrowotnej jako efekcie ubocznym pandemii koronawirusa oraz grypy, rodzi wśród Polaków powszechną frustrację. Chcemy mieć szybki dostęp do najlepszych usług medycznych i specjalistów w jak najniższej cenie. Ale to już nie jest możliwe, bo rzeczywistość zmusza do coraz większej dyscypliny finansowej. Zarówno samych pacjentów, którzy wkładają do koszyka zakupowego coraz mniej, jak i dostawców prywatnej opieki medycznej, którzy mierzą się z coraz wyższymi kosztami prowadzenia działalności. Nowoczesne zaplecze placówek, technologia czy doświadczeni lekarze kosztują i musimy brać to pod uwagę, konstruując naszą ofertę – wyjaśniał niedawno Jacek Rozwadowski, prezes zarządu Centrum Medycznego ENEL-MED, komentując wprowadzenie na rynek pakietów „komfort”, zawierających gwarancje szybkiego dostępu do usług.

Część firm odpowiada w ten sposób na coraz bardziej paranoiczną sytuację. Oto w publicznej opiece medycznej główne koszty funkcjonowania systemu ponosi grupa nieuprzywilejowanych płatników składek, którzy nie uzyskują w ten sposób dostatecznego, ani nawet miernego dostępu do usług. W systemie pakietowym zaczęło być podobnie. Pakiety z gwarancją dostępu są próbą wyjścia z tej paranoi.

Pytanie, czy w obecnej sytuacji kadrowej w polskiej opiece zdrowotnej ta próba może się powieść. A przede wszystkim: ilu podwójnych płatników może się znaleźć w gronie szczęśliwców z gwarantowanym szybkim dostępem do usług, a ilu pozostanie w szarej masie płatników potrójnych…

Komentuje dr Tomasz Lasocki z Katedry Prawa Ubezpieczeń na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego:

Za sprawą umasowienia pakietów medycznych prywatna opieka zdrowotna doszła dziś do tej samej ściany, o którą obija się od wielu lat opieka publiczna i dlatego w niemal identyczny sposób zaczyna się zatykać. Zarządzanie w prywatnych placówkach jest, oczywiście, lepsze – ale nie na tyle, by pokonać fundamentalną barierę – mocno ograniczonych zasobów. Mamy określoną liczbę lekarzy, pielęgniarek i itd., określoną infrastrukturę do diagnostyki i leczenia – a wszystko to nijak nie przystaje do rosnących potrzeb starzejącego się i zarazem coraz bardziej świadomego zdrowotnie społeczeństwa. Zarządzanie polega więc na żonglowaniu czymś, czego mamy za mało. Bez radykalnego zwiększenia liczebności personelu medycznego i rozbudowy nowoczesnej infrastruktury będziemy skazani na wydłużające się kolejki – i w publicznej, i w prywatnej opiece zdrowotnej.

Najskuteczniejszym promotorem prywatnych pakietów medycznych okazał się w Polsce rząd, który kompletnie nie poradził sobie z zarządzaniem publiczną opieką medyczną w chwili największej próby, czyli w pandemii. Byliśmy świadkami totalnego zawalenia się publicznej opieki, wielomiesięcznego braku dostępu do świadczeń, co doprowadziło do rekordowej w historii liczby nadmiarowych zgonów, a zarazem wygenerowało potężny dług zdrowotny – w związku z tym, że ludzie zmuszeni byli odwołać lub odłożyć „na lepsze czasy” nie tylko wizyty u specjalistów czy diagnostykę, ale i ważne zabiegi. Co więcej, lepsze czasy nie nadeszły i odpowiada za to znowu polityka rządu, który nie wykorzystał zwiększonego za sprawą Polskiego Ładu strumienia pieniędzy ze składki zdrowotnejdo radykalnej poprawy dostępu do usług zdrowotnych. Odbijając się od zamkniętych drzwi publicznej służby zdrowia wielu ludzi uznało, że jedynym sposobem na udrożnienie dostępu do usług zdrowotnych jest wykupienie prywatnych pakietów medycznych.

Exodusowi milionów ludzi ku prywatnej opiece zdrowotnej sprzyjały postawy sporej części pracodawców, którzy potrafią liczyć i wiedzą, że – bez zapewnienia pracownikom przyzwoitego standardu badań i leczenia – będą mieli notorycznie chorującą załogę, o wysokim poziomie absencji – a to oznacza straty. Przerażeni taką wizją pracodawcy zaczęli inwestować w grupowe pakiety medyczne. W efekcie wystąpiło zjawisko, które zna każdy, kto kiedykolwiek próbował wlać wielki baniak wody do za małej butelki przez zdecydowanie zbyt wąski lejek…

Dwadzieścia lat temu, kiedy pojawiły się prywatne pakiety medyczne, korzystało z nich bardzo mało osób. Co więcej – byli to głównie trzydziestolatkowie, co do zasady rzadko korzystający z usług zdrowotnych. Żeby ich wszystkich sprawnie obsłużyć, np. w obszarze schorzeń oczu, wystarczyło mieć jednego okulistę na cały powiat. Dzisiaj „pakietowiczów” jest kilkaset razy więcej i mają 50 lub więcej lat, a więc ich potrzeby zdrowotne także niepomiernie wzrosły. Nie da się tych potrzeb zaspokoić poprzez sprzedaż egalitarnych pakietów medycznych, bo to prowadzi do zderzenia ze wspomnianą ścianą ograniczonych zasobów. W moim przekonaniu w segmencie prywatnej opieki zdrowotnej musi dojść do silnego zróżnicowania pakietów – w efekcie tego tylko zasobniejszych klientów będzie stać na zapewnienie sobie szybkiego dostępu do wysokiej klasy usług, reszta będzie tkwić w kolejkach.

Główny Inspektor Sanitarny [GIS] dostanie 28 mln zł m.in. na zatrudnienie 181 uchodźców z Ukrainy.

Główny Inspektor Sanitarny [GIS] dostanie 28 mln zł m.in. na zatrudnienie 181 uchodźców z Ukrainy.

2023-05-05 28-mln-zl-m.in-na-zatrudnienie-uchodzcow-z-ukrainy

181 uchodźców z Ukrainy ma zatrudnić sanepid, a 300 pracowników inspekcji ma mieć lekcje języka ukraińskiego. GIS dostał ekstra pieniądze do wykorzystania w tym roku – chodzi o blisko 28 mln zł.

Sanepid dostanie pieniądze unijne poza konkursem. Chodzi o środki z Unii Europejskiej – są one dla osi priorytetowej VII Wsparcie REACT-EUdla obszaru zdrowia Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój. Ministerstwo Zdrowia, jako instytucja pośrednicząca w przyznawaniu funduszy UE podpisało już z GIS umowę. Kwota przyznanego dofinansowania wynosi 27 745 842 zł. Co za to będzie?

Odpowiedź na braki kadrowe w inspekcji?

Projekt, na który przyznano dotację, nosi nazwę „Wzmocnienie nadzoru sanitarno-epidemiologicznego Polski”. Będzie realizowany przez Głównego Inspektora Sanitarnego przy współudziale organów Państwowej Inspekcji Sanitarnej.

Jak czytamy na ministerialnej stronie, głównym celem projektu jest wzmocnienie systemu nadzoru sanitarno-epidemiologicznego Polski poprzez m.in.:

  • zwiększenie kompetencji miękkich i znajomości języka ukraińskiego 300 pracowników jednostek Państwowej Inspekcji Sanitarnej oraz
  • przeszkolenie i zatrudnienie w organach Inspekcji na terenie całego kraju 181 uchodźców z Ukrainy.

Projekt będzie realizowany do końca tego roku.   

Warto przypomnieć, że inspekcja od lat boryka się z problemami kadrowymi z powodu niskich zarobków.

===========================

[—]

KILKA FAKTÓW O KTÓRYCH SIĘ NIE MÓWI

 *1. Ukraina jest dwa razy większa od Polski, ma 600 000 km kw.

**2. Obrazy zniszczeń, które widzisz w TV to max 20 km kw

**3. To rząd Ukrainy powinien w pierwszej kolejności zapewnić swoim obywatelom schronienie na dużej części terenów nie objętych działaniami wojennymi

.**4. Na Ukrainie jest ponad ćwierć miliona osób z HIV/AIDS, którym media mówią, że leków retrowirusowych starczy na kilka tygodni.

**5. Mężczyźni którzy mogą opuścić Ukrainę, to ci ze zwolnieniem ze służby. Nie są to tylko ojcowie dzieci 3+, ale również osoby serpozytywne HIV/AIDS, osoby z gruźlicą lekooporną i kiłą wrodzoną.

**6. Na Ukrainie jest 600.000 osób ze zdiagnozowaną gruźlicą lekooporną – czyli śmiertelną ( gruźlica jest nadal w pierwszej 10 chorób śmiertelnych)

**7. Dochodzi wysoko zakaźny wirus żółtaczki typu C

**8. Nikt nie bada osób przekraczających teraz granicę… co powoduje śmiertelne zagrożenie.

**9. Polskie Centrum HIV/AIDS już się uruchomiło – terapia, badania i leki mają być darmowe dla uchodźców.

**10. W Polsce szacuje się, że jest 30 tyś osób zakażonych HIV w tym ok 5000 ze zdiagnozowanym AIDS. – Ukraina natomiast zakażonych zdiagnozowanych ma ćwierć miliona!

**11. Kiła wrodzona jest też bardzo niebezpieczna i występowalność wzrosła w ostatnich latach o ponad 70 procent.

**12. Nikt, nikt nie przestrzega ludzi. Nikt nie uczula polskiego społeczeństwa aby zachować ostrożność, aby rodziny z małymi dziećmi i kobietą w ciąży unikały korzystania np. ze wspólnej toalety, wanny, naczyń z obcymi. kiła i gruźlica to choroby roznoszone również drogą kropelkową.

**13. Nie rozumiem dlaczego jest powszechne przekonanie, że Ukraina jest bezpieczna dla Polski…. jakby historia temu przeczy.

Co jeść – według św. Hildegardy.

Osiem składników medycyny tradycyjnej św. Hildegardy, które poprawią Twoje zdrowie

Uznana w 2012 roku przez Kościół katolicki Doktorem Kościoła święta Hildegarda zaskakuje do dziś. Nie dość, że potrafiła pisać niebagatelne dzieła (m.in. z zakresu medycyny i historii naturalnej), uprawiać kaznodziejstwo najwyższej próby (skutkujące licznymi zaproszeniami na wykłady w klasztorach), założyć w 1165 r. własny zakon (w Eibingen), jest genialnym kompozytorem [md] ; zawdzięczamy jej aktualne do dziś porady z dziedziny lecznictwa naturalnego. I to takie, które po przeszło 800 latach właśnie przeżywają swoisty renesans.  

Medycyna tradycyjna św. Hildegardy z Bingen jest i naturalna, i skuteczna. Wpisuje się również w coraz bardziej modny w Europie zdrowy styl życia, wraz z jego bioproduktami, czy „ostrożnością żywieniową” wolną od konserwantów i wszelkiej chemii. Jest bowiem bezpieczna oraz zawiera porady zarówno dla chorych, których zawiodły kuracje farmakologiczne, jak i dla zdrowych, którzy chcieliby stosować skuteczną profilaktykę.

  Jak możemy przeczytać w książce „Program zdrowia świętej Hildegardy. Dawne lekarstwa na współczesne choroby” dr. Wigharda Strehlowa wydanej przez Esprit w 2010 r., kuchnia Hildegardy oferuje urozmaiconą, wielostronną paletę produktów żywnościowych z orkiszem, owocami i warzywami w centrum oraz produktami mięsnymi i mlecznymi w charakterze dodatku lub w przypadku ukierunkowanej diety. Przy wyborze produktów spożywczych decydujące są nie tylko dane analityczne dotyczące pierwiastków śladowych, a na pewno nie ilość kalorii, lecz raczej wartość uzdrawiająca (subtelność), jaką poszczególne artykuły spożywcze mają dla człowieka.

Chcemy być zdrowi? Sięgajmy po produkty z medycznej półki świętej Hildegardy:

Orkisz – na wszystko, absoluty numer jeden

„Orkisz jest najlepszym zbożem, działa rozgrzewająco i natłuszczające, jest wysokowartościowy i łagodniejszy niż wszystkie pozostałe ziarna zbóż. Kto spożywa, orkisz, ten buduje silne mięśnie. Orkisz prowadzi do właściwego obrazu krwi, powoduje rozluźnienie umysłu oraz obdarza pogodą ducha. Niezależnie od tego, w jakiej postaci spożywasz orkisz – tak czy inaczej – w postaci chleba, czy ugotowanej potrawy, orkisz jest jednym słowem dobry i lekkostrawny”  – pisze św. Hildegarda.

Konsekwentne stosowanie orkiszu jako diety zasadniczej sprawdza się w leczeniu m.in.:  biegunki, wrzodziejącego zapalenie jelita grubego, choroby Leśniowskiego-Crohna, celiakii, zatwardzenia, choroby uchyłkowej jelit, hemoroidów, alergii pokarmowych, cukrzycy, podwyższonego poziomu lipidów we krwi, chronicznego zapalenia stawów, czy depresji.

Kasztany jadalne – na wątrobę, śledzionę i Alzhaimera

„Kasztanowiec jest drzewem bardzo ciepłym i z powodu swojego ciepła posiada wielką siłę życiową [virtus = cnota], albowiem symbolizuje discretio [właściwą miarę, środek, firmament] oraz wszystko, co w nim jest, zatem również jego owoc korzystnie zwalcza każdą słabość, która tkwi w człowieku” – pisze św. Hildegrada.

  „Kiedy boli wątroba, zgnieć miąższ kasztanów jadalnych, włóż je do miodu [3 łyżki stołowe na 100 g miodu], a potem spożywaj ten miód często, a twoja wątroba zostanie uzdrowiona” – radzi.

  „Kto cierpi na bóle śledziony, niech często praży te owoce w ogniu, zjada je, kiedy są dość cieple, a jego śledziona będzie ciepła i będzie dążyć do całkowitego zdrowia”.

  „Człowiek, którego mózg z powodu suchości jest pusty i dlatego jego głowa robi się słaba, niech ugotuje owoce w wodzie bez dodatków. Powinien on spożywać je często przed i po posiłku, a jego mózg urośnie i zostanie ponownie napełniony, zaś jego nerwy staną się silne i ustąpią także bóle głowy”.

Koper włoski – na dobry nastrój, ładny oddech i trawienie

„Niezależnie od tego, w jaki sposób spożywany jest koper włoski, sprawia on, że człowiek jest wesoły, koper obdarza go przyjemnym ciepłem, dobrym potem i dobrym trawieniem (…) Albowiem kto codziennie zjada na czczo koper włoski łub jego nasiona, zmniejsza ilość złego śluzu lub zgnilizny w sobie i osłabia nieprzyjemny zapach oddechu”.

  „Kto po zjedzeniu smażonego mięsa, smażonej ryby lub też innych smażonych potraw odczuwa ból, ten niech zje odrobinę kopru włoskiego, a wtedy poczuje się lepiej”.

Fasola – źródło białka

„Fasola posiada rozgrzewającą substancję i jest dobrą potrawą dla zdrowych i silnych ludzi. Fasola wpływa dużo bardziej korzystnie niż groch na chorych, którzy nie odczuwają z jej powodu żadnych dolegliwości, albowiem fasola nie powoduje u nich powstania tak dużej ilości śluzu jak groch”.

Ciecierzyca – na obniżenie temperatury

„Ciecierzyca jest ciepła i przyjemna oraz łatwa do spożycia, poza tym nie przysparza temu, kto ją spożywa, dodatkowych soków. Kto ma gorączkę, niech usmaży ciecierzycę nad świeżym węglem i zje ją, a zostanie uzdrowiony”.

Seler – na reumatyzm i krążenie

„Seler posiada naturę bardziej zieloną niż suchą i ma w sobie dużo soków. Surowy nie nadaje się do jedzenia, bo wywołuje w człowieku powstanie złych soków. Gotowany seler nie szkodzi człowiekowi, lecz przysparza mu raczej zdrowych soków”.

Cebula – tak, ale nie dla żołądkowców

„Jedzona na surowo, cebula jest tak szkodliwa i trująca jak sok z chwastów; ugotowana jest zdrowa, bowiem przez żar ognia złagodzone zostają znajdujące się w niej szkodliwe substancje. Dla tych, którzy cierpią na dreszcze, mają gorączkę lub podagrę, gotowana jest szczególnie dobra. Chorym na żołądek zarówno surowa, jak i gotowana przysparza bólu, albowiem jest zbyt wilgotna”.

Czosnek – na zaburzenia trawienia, wzdęcia, biegunkę i zaparcia

„Zarówno dla zdrowych, jak i chorych jest zdrowszy do jedzenia niż por. Należy jeść go na surowo, bowiem w trakcie gotowania działa niemal jak skwaśniałe wino. Jego sok jest bowiem prawidłowo zrównoważony i odpowiednio ciepły. Nie szkodzi też oczom, nawet jeśli jego ciepło podrażni spojówkę oka, ponieważ później stanie się bardziej przejrzysta. Jednakże czosnek należy jeść z umiarem, aby nazbyt nie rozgrzał krwi człowieka. Kiedy czosnek się zestarzeje, wtedy jego zdrowa i właściwa wilgotność znika, ale może znowu nabrać siły, jeśli zostanie przywrócony do właściwej miary przez inne potrawy”.

https://web.archive.org/web/20201202041320/https://dakowski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=23824&Itemid=53