Zapomniany i zapominany generał Tadeusz Jordan Rozwadowski

Zapomniany generał Tadeusz Jordan Rozwadowski
Jan Engelgard   https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.10200_80.php
23.08.2013.
Filmowy powrót Generała Rozwadowskiego  
Od wielu lat dopominamy się o pamięć o gen. Tadeuszu Rozwadowskim, ale zalała nas fala propagandy piłsudczykowskiej. Dużo by pisać o kuriozach i zwykłych fałszach popełnianych przez zawodowych historyków, którzy na fali koniunkturalizmu zdolni są do wszystkiego. Jednym z takich pól, gdzie jest najwięcej fałszu – jest przebieg Bitwy Warszawskiej 1920 roku.
Swoje apogeum ta prymitywna w sumie propaganda osiągnęła w filmie Jerzego Hoffmana pt „1920 – Bitwa Warszawska”. Rozwadowski został tam przedstawiony jako trzęsący się ze strachu staruszek, któremu rad udziela geniusz nad geniusze – Józef Piłsudski. Można zrozumieć wymogi filmu fabularnego, ale nie można tak ordynarnie fałszować prawdy, o której dzisiaj na każdym kroku krzyczą wszyscy, po czym sami tę prawdę gwałcą. Ale cóż mówić o filmowcach, kiedy zawodowi historycy, nie mogąc już przemilczeć rozkazu Rozwadowskiego nr 10000 z 9 sierpnia 1920 – wedle którego bitwa została rozegrana – piszą w jednej z książek, że rozkaz ten Generał napisał pod dyktando… Piłsudskiego. Twierdzą tak, mimo że sam Piłsudski w swoich wspomnieniach pisze jasno, że uważał koncepcję Rozwadowskiego i Weyganda za nonsens i nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Dlatego przyjął ten rozkaz do wiadomości, ale go nie firmował. Dalsze pisanie o „osiągnięciach” naszych historyków w tej materii nie ma sensu, gdyż jest to zajęcie – jak to się mówi – traumatyczne.
Wracajmy jednak do filmu. Jesienią ubiegłego roku zadzwonił do mnie Piotr Boruszkowski z TVP Historia z informacją o tym, że ma zamiar nakręcić film dokumentalny o Gen. Tadeuszu Rozwadowskim i zapytał, czy bym mu nie wskazał jakichś lektur i dokumentów. Po pierwszym naszym spotkaniu okazało się, że jego zamiarem jest uczciwie pokazanie sylwetki Generała. Przez kilka miesięcy trwała walka o fundusze na realizację filmu – w grę wchodziła suma 100 tys. złotych. Nie jest to suma wielka, ale pozwalała na realizację dokumentu fabularyzowanego na przyzwoitym poziomie. W tym miejscu należą się słowa podziękowania dla TVP Historia i dyrektora tego kanału – dr. Tadeusza Doroszuka, który tę ideę wspierał. Gorącym orędownikiem powstania filmu był także Dariusz Król, także z TVP Historia. Zdjęcia do filmu wypadły w styczniu 2012, ale akurat wtedy nie było zimy. Większość scen kręcono na warszawskiej Cytadeli, gdzie mieści się Muzeum X Pawilonu – Oddział Muzeum Niepodległości w Warszawie. TVP Historia i Muzeum Niepodległości mają podpisaną umowę o współpracy, więc wielkich trudności nie było. Na Cytadeli kręcono sceny szpitalne. Wnętrza Cytadeli Warszawskiej i jej okolice okazały się bardzo przydatne, scenarzyści od razu docenili ich wartość.
To na Cytadeli kręcono sceny szpitalne (imitujące lecznicę św. Józefa w Warszawskie na Hożej, gdzie Generał zmarł), sceny w gabinecie szefa Sztabu Generalnego, wreszcie sceny imitujące wiezienie na Antokolu w Wilnie, gdzie Rozwadowski był więziony w latach 1926-1927. Cytadela, tak samo jak Antokol – była carskim więzieniem. W rolę Generała wcielił się zawodowy aktor, Tomasz Marzecki, którego wybór do tej roli okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie chodzi tu tylko o podobieństwo fizyczne, ale przede wszystkim o grę. Marzecki był jedynym zawodowym aktorem grającym w filmie, bo na zatrudnienie innych nie było środków. Pozostałe role odtwarzają amatorzy, głównie z grupy rekonstrukcyjnej 1. Pułku Ułanów Krechowieckich w mundurach z epoki. Trzeba przyznać, że amatorzy przysporzyli pewnych kłopotów twórcom filmu, ale akurat nie rekonstruktorzy. Czy film spełnia oczekiwania? W moim przekonaniu tak, choć chciałoby się, by pokazać wiele innych wątków, bądź nieco inaczej skomentować pewne wydarzenia. Są to jednak drobiazgi.
Ogólny wydźwięk filmu jest jednoznaczny – pokazuje prawdę o Generale i prawdę o Bitwie Warszawskiej. Nie czyni tego nachalnie, widz nie odniesie wrażenia, że reżyser chce gloryfikować Rozwadowskiego a potępiać Piłsudskiego. Wydarzenia komentują – prof. Wojciech Roszkowski, dr Mariusz Patelski, Piotr Rozwadowski i Kazimiera Rozwadowska-Zabłocka. Zacznijmy od prof. Roszkowskiego. Jego wybór jako komentatora wydawał mi się zabiegiem nieco ryzykownym, bo uchodził on do tej pory za reprezentanta tego nurtu polskiej historiografii, która jednoznacznie stoi po stronie Józefa Piłsudskiego. Jednak widzowie zostaną mile rozczarowani – Roszkowski prezentuje się jako zwolennik „rehabilitacji” Rozwadowskiego i w kilku momentach nie szczędzi krytyki Piłsudskiemu. Może czyni to zbyt ostrożnie, ale rozumiem autorów filmu – opinie wypowiadane przez Roszkowskiego są swego rodzaju „gwarancją bezpieczeństwa”, utrudniają przedstawienie filmu jako tendencyjnego i anty-piłsudczykowskiego. Biograf Rozwadowskiego, dr Mariusz Patelski, jest bardziej jednoznaczny, ale wypowiada swojej opinie z dużą kulturą i bez zacietrzewienia. Piotr Rozwadowski, prezes Stowarzyszenia Rodziny Jordan Rozwadowskich, nie jest historykiem i nieco wzdragał się przed udziałem w filmie w tej roli, ale okazało się, że świetnie czuje się przed kamerą, a jego komentarze są fachowe i znakomicie uzupełniają głosy obu historyków. Ale prawdziwą rewelacją są wypowiedzi naocznego świadka historii – Kazimiery Rozwadowskiej-Zabłockiej. Starsza pani, pamiętająca jeszcze bohatera filmu, z czasów, kiedy wychodził z więzienia – wykazuje ponadto talent medialny i niemałą wiedzę na temat opisywanych wydarzeń. Film został zmontowanym fachowo, z użyciem najnowszej techniki. Ogląda się go z wielkim zainteresowaniem, nie ma w nim dłużyzn i niepotrzebnych wątków. Widać jednak, że materiał dokumentalny (fotografie, zdjęcia filmowe) mógłby być bardziej bogaty, ale brak czasu i środków usprawiedliwia autorów. Wydaje się też, że wątek dotyczący przebiegu Bitwy Warszawskiej jest potraktowany zbyt skrótowo. Jasno wskazuje na twórcę zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej. Uważam, że powinien to być kluczowy fragment filmu, z bardziej rozbudowaną narracją, z zacytowaniem większej ilości opinii i bardziej ostrymi akcentami. A tak, to Bitwa Warszawska może być odebrana jako jedynie epizod, ważny, ale jednak epizod. Nie znaczy to, że ta kwestia została w filmie źle przedstawiona. Wręcz przeciwnie – jest to pierwszy polski film, który tak jasno wskazuje na twórcę zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej. Bez złośliwości, bez zacietrzewienia, co jest zabiegiem słusznym, gdyż i tak dla wielu widzów, to co zobaczą i usłyszą – może być szokujące. Jeśli już mówimy o pewnym niedopowiedzeniach, to widziałbym także bardziej szczegółowe pokazanie narastającej przed 1926 rokiem konfrontacji obozu piłsudczykowskiego z generalicją, której centralną kwestią była interpretacja przebiegu Bitwy Warszawskiej. To była swego rodzaju „padgatowka” do uwięzienia Rozwadowskiego po zamachu majowym.
Rozumiem wszakże, że wówczas należałoby albo wydłużyć film, albo zrezygnować z wielu innych wątków. Co dalej? Teraz należy ten film jak najszerzej rozpropagować. [Jest na CHOMIKUJ, pewnie też gdzie indziej md]. Emisja w TVP Historia powinna być tylko wstępem do propagowania filmu wśród publiczności. Pokazy w wielu miejscowościach z udziałem twórców i historyków – to jedna z metod dotarcia do odbiorcy. Film powinien także być dostępny jako materiał edukacyjny na DVD, np. jako dodatek do książki „Generał Rozwadowski” (reprint z 1929) lub do periodyku „Niepodległość i Pamięć”, wydawanego przez Muzeum Niepodległości. Temu filmowi nie można pozwolić na szybkie „zgaśnięcie”. – – – „Zapomniany generał Tadeusz Jordan Rozwadowski”, film dokumentalny, TVP Historia 2012, scenariusz i reżyseria; Piotr Boruszkowski, zdjęcia: Tadeusz Jarosiński. W roli generała Tadeusza Rozwadowskiego: Tomasz Marzecki.

Cud nad Wisłą: Zaniechania ze strony polskiego Kościoła.

[Wzięte w 2023 roku z Archiwum: https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.23645_80.php

========================

Powinni:

„Kuria Metropolitarna Warszawska rozpoczyna kanoniczne badanie publicznego zjawienia się Bogurodzicy bolszewikom 14 sierpnia roku 1920 w Ossowie i 15 sierpnia w Wólce Radzyńskiej. Uprasza się bezpośrednich i pośrednich świadków o składanie relacji na ręce notariusza Kurii Metropolitalnej”.

St. Krajski

http://prawy.pl/76907-cud-nad-wisla-zaniechania-ze-strony-polskiego-kosciola/

W materiale pt. „Cud nad Wisłą – przebieg wydarzeń nadprzyrodzonych”  opisałem rolę Matki Bożej w Bitwie Warszawskiej, Jej obecność na polu bitwy, zeznania świadków, którzy widzieli jak dwukrotnie (14 i 15 sierpnia 1920 r.) gdy pojawiła się na niebie.

No właśnie.

Były dosłownie tysiące świadectw w tej sprawie i co z nimi robiono? Co Kościół z nimi robił? Tak naprawdę nic. Informacje o objawieniach miał kard. Aleksander Kakowski. Pisał przecież o nich. Był w latach 1913-1938 arcybiskupem metropolitą warszawskim, a w latach 1925- 1938 również prymasem.

To on, jak słusznie zauważają ks. Józef Maria Bartnik i Ewa J. P. Storożyńska, autorzy książki „Matka Boża Łaskawa a cud nad Wisła”, powinien wydać komunikat:

„Kuria Metropolitarna Warszawska rozpoczyna kanoniczne badanie publicznego zjawienia się Bogurodzicy bolszewikom 14 sierpnia roku 1920 w Ossowie i 15 sierpnia w Wólce Radzyńskiej. Uprasza się bezpośrednich i pośrednich świadków o składanie relacji na ręce notariusza Kurii Metropolitalnej”.

To on powinien przypilnować, by odpowiednie komisje przesłuchały pod tym kątem jeńców. To on powinien zadbać, by rzetelne informacje na ten temat docierały do katolików w Polsce i na całym świecie.

Inni biskupi również powinni się w to zaangażować. W Bitwie Warszawskie brali udział ludzie z całej Polski. Najłatwiej było do nich dotrzeć w ich parafiach.

Nikt nie kiwnął palcem? Dlaczego? Przede wszystkim dlaczego taki bierny był kard. Kakowski?

Pełna odpowiedź na to pytanie powinna być poprzedzona szczegółowymi badaniami historycznymi. Bez nich jednak też możemy postawić pewne hipotezy, jak się wydaje bliskie prawdy.

Ze strony polityków, ukrytej w tych środowiskach masonerii, mającej ponadto w tej sferze znaczne wpływy, oraz ze środowisk piłsudczykowskich płynął jeden silny, wyraźny i jednoznaczny sygnał: „Zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej było wyłącznie dziełem człowieka, dziełem armii polskiej, dziełem narodu polskiego, dziełem Piłsudskiego”.

Taki sygnał trafiał na podatny grunt. Cechą polskich ówczesnych biskupów była uległość wobec władzy państwowej. Polscy biskupi ówcześni to byli biskupi, którzy objęli swoje stanowiska podczas zaborów, a zaborcy tolerowali tylko biskupów spolegliwych. Bez zgody zaborców nikt w zasadzie nie mógł zostać biskupem.

Historia życia ks. Kakowskiego potwierdza, jak się wydaje, te prawdy. Interesująca może tu być dla nas rozprawa naukowa ks. Bronisława Czaplickiego pt. „Działalność ks. Aleksandra Kakowskiego w Petersburgu w latach 1910-1913”.

Akademia Duchowna w Petersburgu była jedyną uczelnią katolicką na terenie Rosji (nie było takiej zatem w zaborze rosyjskim).

„Według zamysłu władz rosyjskich – czytamy w pracy ks. Czaplickiego – służyła raczej celom państwa rosyjskiego niż dobru Kościoła katolickiego. Miała przygotowywać posłusznych sług caratu, dlatego znajdowała się pod szczególną presją. Chociaż była ona wyższą uczelnią teologiczną, to jednak znaczną część czasu wykładowego zajmowały lekcje z historii i geografii Rosji oraz literatury i języka rosyjskiego. Władze żądały, aby wykładane było też prawodawstwo rosyjskie. Zarówno objęcie stanowisk w Akademii, jak i jej finansowanie było uzależnione od woli władz państwowych. Kościół katolicki w Rosji, jak i inne tzw. wyznania obce, podlegał ministerstwu spraw wewnętrznych, a w nim Departamentowi Spraw Duchownych Wyznań Obcych (Departament duhovnyh del inostrannyh ispovedanij –DDDII)”.

W 1910 r. arcybiskup mohylewski Wincenty Kluczyński, po odejściu rektora, zaproponował na to stanowisko jej długoletniego profesora, swojego biskupa pomocniczego Jana Cieplaka. Władze carskie nie zaakceptowały tej kandydatury.

Wtedy na to stanowisko zgłosił się ks. Kakowski. Poparł go jego ordynariusz, metropolita warszawski abp Wincenty Popiel uznawany przez władze carskie za „swojego”. W czerwcu 1905 r. odczytano z ambon w diecezji warszawskiej jego list pasterski pt. „Do rodziców polskich”, „nawołujący do zaniechania bojkotu szkoły carskiej”. W liście tym abp Popiel nazwał strajk szkolny „sprzeniewierzeniem wobec wielkich ideałów”. Przypomnijmy, że: „Głównymi postulatami strajkujących było wprowadzenie do szkół języka polskiego jako wykładowego, powszechny i bezpłatny dostęp do edukacji, zniesienie policyjnego nadzoru nad młodzieżą szkolną, wprowadzenie kontroli rodziców nad doborem kadry nauczycielskiej, zniesienie ograniczeń wyznaniowych, narodowościowych i stanowych w przyjmowaniu uczniów, wprowadzenie prawa kobiet do wyższego wykształcenia”.

Władze carskie zaakceptowały kandydaturę Kakowskiego. Dopomogły też w poparciu jego kandydatury przez Watykan (i tak np. agent carski w Rzymie wniósł odpowiednią sumę za przygotowanie dokumentów). Jego działania jako rektora były przez niektórych wykładowców oceniane bardzo negatywnie. I tak np. ks. Karol Dębiński napisał w swoich wspomnieniach, że ks. Kakowski „umiał chodzić około swoich spraw” i był „prorządowy”.

Wreszcie to władze carskie spowodowały, że ks. Kakowski został metropolitą warszawskim. Tak o tym pisze ks. Czaplicki: „Udział władz rosyjskich w wyniesieniu ks. Kakowskiego na stanowisko metropolity warszawskiego widzimy w sprawozdaniach, które minister spraw wewnętrznych składał cesarzowi Mikołajowi II. 10 marca 1913 r. informował on cara O rozpoczęciu rozmów z Watykanem w sprawie naznaczenia kanonika Kakowskiego arcybiskupem warszawskim, 7 kwietnia 1913 r. – składał sprawozdanie O wydatkach, związanych z oczekiwanym naznaczeniem kanonika Kakowskiego…, a 30 maja 1913 r. informował cara O naznaczeniu kanonika Kakowskiego arcybiskupem warszawskim. W tym właśnie dniu Mikołaj II polecił ks. A. Kakowskiemu objąć stanowisko arcybiskupa warszawskiego. Powyższe zestawienie pokazuje, że procedura obsadzenia stolicy metropolitalnej warszawskiej została przeprowadzona przez administrację rządową dość szybko. Brak zastrzeżeń ze strony rządu oznacza, że kandydat był oceniany jako człowiek oddany władzy państwowej lub przynajmniej nieszkodliwy”.

Kard. Kakowski nie nagłaśniając sprawy objawień w dniach 14 i 15 sierpnia 1920 r. nie tylko poszedł na rękę wielu środowiskom politycznym (i masonom), ale ustrzegł się od spodziewanych ataków, w ramach których wyciągano by prawdopodobnie różne fakty z jego przeszłości i zarzucano współpracę z zaborcą.

======================

[Czy tak samo należy interpretować milczenie biskupów w tej sprawie w XXI wieku?? Czy są może inne przyczyny? JAKIE??  Mirosław Dakowski]

===================================

Od redakcji:Są to fragmenty książki Stanisława Krajskiego pt. „Spisek przeciwko Matce Bożej (i Polsce). Czy Matka Boża wzywa nas do walki. (stron 168).

Bratnia „przyjaźń” polsko-ukraińska.

Bratnia „przyjaźń” polsko-ukraińska.

Marta Maciejewska bratnia-przyjazn

„Przyjaźń” polsko-ukraińska kończy się tam, gdzie Warszawa zaczyna dbać o nasze interesy. Dobitnie pokazały to ostatnie tygodnie i napięcia w stosunkach z naszym wschodnim sąsiadem.

Ledwo miesiąc minął od spektaklu pt. „pojednanie polsko-ukraińskie”, jaki odbywał się przy okazji 80. rocznicy apogeum Rzezi Wołyńskiej, a już z Ukrainy płyną donośne grzmienia, że „Polska wybiera konflikt” i winna jest pogorszeniu wzajemnych stosunków. A wszystko dlatego, że „sługa narodu ukraińskiego” porzucił, przynajmniej chwilowo, realizowanie interesów swojego pana.
Już pod koniec lipca prezydent Zełeński pogroził palcem premierowi Morawieckiemu, który oświadczył, że Polska nie otworzy swoich granic dla ukraińskich produktów rolnych po wygaśnięciu moratorium KE. Ukraiński przywódca wskazywał, że takie działanie „jest niedopuszczalne”. Wtórował mu kijowski premier Denys Szmyhal, twierdząc, że decyzja Morawieckiego jest „nieprzyjazna i populistyczna”. „Ostrzeżenia” te jednak nie nawróciły władz warszawskich na „właściwą” drogę. Ukraińcom podpadł bowiem także prezydencki minister i szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz, który w TVP wygłosił niepopularną opinię, że „to, co najważniejsze dziś, to obrona interesu polskiego rolnika”. Podkreślił też, że polskie zboże musi zostać „dystrybuowane po odpowiedniej, godnej cenie”.
Na domiar złego Przydacz przypomniał Ukrainie, że „naprawdę otrzymała dużo wsparcia od Polski”. Słowa te rozjuszyły naszych wschodnich „przyjaciół” do tego stopnia, że swoje święte oburzenie wyraził zastępca szefa Kancelarii Prezydenta Ukrainy Andrij Sibiga. Co więcej, ambasador Bartosz Cichocki został wezwany na dywanik do kijowskiego MSZ. Polski dyplomata usłyszał tam jasny komunikat, że podobne wypowiedzi są „niedopuszczalne”. Sibiga grzmiał natomiast, że słowa ministra Przydacza to „próby narzucenia polskiemu społeczeństwu (…) bezpodstawnych twierdzeń, że Ukraina nie docenia pomocy z Polski”. Ocenił też, że „to oczywista gra, która służy do tego, by realizować własne interesy” – a kto, jak kto, ale Ukraińcy na tym świetnie się znają. I to akurat jest dobra wiadomość, bo właśnie realizowaniem polskich interesów powinny zajmować się polskie władze. Szkoda tylko, że jest to efekt uboczny kampanii wyborczej, a nie stała linia polityczna.

Ukrainiec szybko jednak dodał, że owa gra „nie ma nic wspólnego z rzeczywistością” i zarzucił Warszawie manipulację. Zakomunikował także – do wiadomości „sług narodu ukraińskiego” – jaka jest „prawda”. Otóż „jest nią przyjazny i otwarty dialog między prezydentami Ukrainy i Polski, którzy mają wysoki poziom wzajemnego zrozumienia i zaufania”. Szkoda tylko, że przyjaźń prezydenta Dudy z prezydentem Zełeńskim nijak nie przekłada się na realizację polskich interesów. Nowe światło na tę kwestię rzucają słowa rzecznika ukraińskiego MSZ, który wyjaśnił, że „przyjaźń ukraińsko-polska jest o wiele głębsza niż celowość polityczna”. A skoro tak, to już wiadomo, że będziemy Ukraińcom pomagać za wszelką cenę. Co więcej, ostrzegł, że „żadne deklaracje nie przeszkodzą nam we wspólnym dążeniu do pokoju i budowaniu wspólnej europejskiej przyszłości”.
Wygląda jednak na to, że – przynajmniej przed zbliżającymi się wyborami – władzom warszawskim od tej „przyjaźni” polsko-ukraińska aż się ulewa. Nawet sam premier rządu warszawskiego wyraził opinię, że wezwanie polskiego ambasadora do MSZ w Kijowie było „błędem”, choć pewnie niedługo dowiemy się, że takie błędy przyjaciołom się wybacza. Zapewnił też, że „interes żadnego innego państwa nigdy nie będzie stał ponad interesem Rzeczypospolitej”, co ze strony szefa rządu warszawskiego brzmi dość paradnie.
Widać, że zmiana wajchy nastąpiła także w polskim MSZ, który zdecydował się wezwać na dywanik ambasadora Ukrainy. Pech jednak chciał, że Wasyl Zwarycz nie przebywał wówczas w naszym kraju i ostatecznie na rozmowę udał się charge d’affaires ambasady Ukrainy. Nie przeszkodziło to stronie ukraińskiej, by po raz kolejny zrugać Polaków. Dyplomata stwierdził, że „nie ma nic gorszego, niż gdy twój wybawca żąda od ciebie opłaty za ratunek, nawet gdy krwawisz”. Przykład najwyraźniej idzie z góry, bowiem ukraiński ambasador już nam pokazał, że szczyt bezczelności leży w jego zasięgu. Nie dość przypomnieć, że w rocznicę Krwawej Niedzieli „oddawał hołd wszystkim cywilnym ofiarom – obywatelom II RP, pomordowanym na okupowanych przez III Rzeszę terenach w latach II wojny światowej” (ani słowa o winnych tej zbrodni, ukraińcach). Wówczas Konfederacja domagała się, by Zwarycz został uznany w Polsce za persona non grata, lecz władze warszawskie udawały, że to tylko deszcz pada.
Mimo pojawiających się z rzadka symptomów otrzeźwienia, polska dyplomacja w relacjach z Ukrainą wciąż liczy, że wschodni „przyjaciel” łaskawym okiem spojrzy na nasze, wyrażane nieśmiało, oczekiwania. I choć po spotkaniu w polskim MSZ jego wiceszef Paweł Jabłoński przyznał, że wypowiedzi strony ukraińskiej „szkodzą dobrym relacjom”, to jednocześnie zapewnił, że Polska wciąż będzie wschodniego sąsiada wspierać. Jak się możemy domyślać, bezwarunkowo. W zamian „Polska oczekuje od Ukrainy gotowości do uwzględnienia naszego stanowiska m.in. w sprawie ochrony polskiego rolnictwa, ale też innych kwestii”. W przypływie szczerości Jabłoński ocenił, że wypowiedzi, jakie padały ze strony ukraińskiej, „miały niewłaściwy, niepotrzebny charakter”. Ujawnił także tajemnicę poliszynela, że „w niektórych sprawach trudniej nam osiągnąć porozumienie”. Wskazał tu na kwestię ukraińskiego zboża oraz nierozliczonego ludobójstwa i blokowanych ekshumacji ofiar Rzezi Wołyńskiej.
W reakcji na warszawskie próby zawalczenia o własny interes prezydent Zełeński oświadczył, że Ukraińcy „doceniają historyczne wsparcie Polski, która wraz z nimi stała się prawdziwą tarczą Europy”. Jednocześnie pospieszył z wyjaśnieniem, że na tej tarczy żadnego pęknięcia być nie może. Odnotował też „różne sygnały, że polityka czasami próbuje być ponad jednością, a emocje ponad fundamentalnymi interesami narodów” i zaordynował, co następuje. A mianowicie, że w stosunkach polsko-ukraińskich „emocje zdecydowanie powinny opaść”. O tym, że w ukraińskiej polityce liczy się pragmatyzm i zimna kalkulacja mówił też doradca Zełeńskiego Mychajło Podolak. „Ukraina będzie uważać Polskę za swego bliskiego przyjaciela do zakończenia wojny, a potem między krajami rozpocznie się konkurencja” – przyznał szczerze.
Z kolei ukraiński publicysta Jurij Panczenko walkę władz warszawskich o polski interes złożył na karb kampanii wyborczej i prorokował, że ten ponad dwumiesięczny okres będzie czasem „trudnych relacji”. Zauważył też, że „inwazja na pełną skalę zmusiła polskie władze do zapomnienia o pretensjach wobec Kijowa”. Trudno się z nim nie zgodzić, wszak od lutego 2022 roku słyszymy, że Ukraińcy walczą za „wolność waszą i naszą” i nie wolno teraz od nich niczego wymagać. Panczenko podkreślił, że Polska jest „jednym z liderów”, jeśli chodzi o wsparcie dla Ukrainy. Wskazał też na zjawisko, które dla władz warszawskich może wydawać się szokujące, że „każde wsparcie ma swoje granice”, więc „oczekiwano, że z czasem polska polityka wobec Ukrainy powinna stać się bardziej pragmatyczna”. Odnotował jednak, że do niedawna „tylko polityczne marginesy” w Polsce mogły sobie pozwolić na wygłaszanie takich tez. Ubolewał też, że Polska może w końcu zacząć zgłaszać „swoje roszczenia” i to jeszcze przed końcem wojny. Wysnuł więc wniosek, że to Warszawa „wybiera konflikt” artykułując swoje interesy. Widać zatem, że Ukraińcy w polityce nie kierują się jakąś mityczną „przyjaźnią”, ale twardą niemiecką Realpolitik.
Władze warszawskie zrobiły już wiele, by pokazać kto tu jest sługą, a kto panem. Kijów natomiast regularnie uświadamia nam, że bratnia „przyjaźń” będzie trwała dopóty, dopóki Polska będzie Ukrainie potrzebna. Przy czym relacja ta polega przede wszystkim na oddawaniu Ukraińcom wszystkiego, czego tylko zapragną, zaś wszystkie próby wybicia się w tych stosunkach na niepodległość kończą się złowrogim pogrożeniem ukraińskim palcem.

Czy „zbiorowy” Putin jest pod kontrolą globalistów. To samo dotyczy „zbiorowego Zełeńskiego”. Dziwna wojna na Ukrainie.

Czy „zbiorowy” Putin jest pod kontrolą globalistów. To samo dotyczy „zbiorowego Zełeńskiego”.

Dziwna wojna na Ukrainie
Anthony Ivanowitz 14.08.2023r. o-w-trawie-piszczy
Był taki polityk w „polskim” Sejmie, który widziany na schodach sprawiał wrażenie, że albo wchodzi na schody, albo z nich schodzi. Nikt tego nie wiedział na pewno.
Identyczne refleksje mam obserwują „wojnę” na Ukrainie. Nie wiadomo kto tą wojnę wygrywa czy przegrywa, zaś działanie armii Rosji jest co najmniej zdumiewające.
Otóż dysponując możliwościami łatwego zniszczenie szlaków przerzutowych amunicji i broni z krajów NATO na Ukrainę, Rosjanie tego nie robią. Gigantyczne dostawy uzbrojenia docierają na Ukrainę bez przeszkód, choć w kilka godzin można by ten proceder ukrócić bombardują kilka linii kolejowych i kilkanaście dróg na granicy z Polską.
Jak to wyjaśnić?
Wyjaśnienie jest [chyba md] tylko jedno:
Wojna na Ukrainie to ustawka- drugi etap depopulacji- której głównym celem jest stworzenie światowego straszaka, który usprawiedliwia niszczenie gospodarek państw „białego” człowieka. Winny tej destrukcji jest oczywiście Putin i Rosja, tak to przedstawia chazarska propaganda!
Aby ten rosyjski straszak był skuteczny, wojna musi trwać w nieskończoność, co wymaga ciągłych, niczym nie zakłóconych dostaw broni i amunicji na Ukrainę, oraz ciągłych dostaw „siły żywej”, czyli mięsa armatniego z całego świata.
Jeśli „zbiorowy” Putin na to pozwala, to znaczy, że jest sterowany i pod kontrolą globalistów. To samo dotyczy „zbiorowego Zełeńskiego”. Obaj grają do jednej bramki!
Amerykański Newsweek podał, iż w wyniku wielowątkowego dziennikarskiego śledztwa ustalono, że agencja CIA już trzy miesiące przed wojną rosyjsko-ukraińską wiedziała o nadchodzącej wojnie i ustalała z Rosją reguły gry. (źródło: szokujace-fakty-ws-wojny-na-ukrainie-rosji-i-usa
Czy trzeba aż „wielowątkowego, dziennikarskiego śledztwa” aby dostrzec prawdę „bijącą po oczach”, taką, że „wojna” na Ukrainie to ustawka? 
Żyjemy w rzeczywistości podstawionej nam przez media, na co daje się nabierać większość ludzi w tym tak zwani „analitycy” i blogerzy, w tym niestety również ci  z Neona, onanizujący się „wojną” na Ukrainie od rana do wieczora.
Oto plan globalistów na depopulację ludności świata:
Pandemia- wojna na Ukrainie- sztucznie wywołany krach gospodarczy w państwach „białego” człowieka usprawiedliwiany „wojną” Na Ukrainie. Oczekiwany przez mafię depopulacyjną efekt przedstawionego scenariusza: chaos- bieda- głód-masowa śmiertelność spowodowana szczepionkami i biedą.
I na końcu upragniona przez nich DEPOPULACJA!
Taka jest zaplanowana przez globalistów kolejność wymordowania większości ludzi na Ziemi.
Jesteśmy na drugim etapie (wojna na na Ukrainie) i początkach etapu trzeciego: krachu gospodarczego w krajach „białego” człowieka. Przed nami pozostałe następne „atrakcje”, w tym zapowiedziana przez WHO na rok 2024 następna pandemia choroby o jeszcze nie ustalonych objawach!!
Zostaną one zrealizowane nie napotykając żadnego oporu ze strony ofiar, gdyż te są tak otumanione przez chazarskie media, że nie mają pojęcia co się wokół nich dzieje!

O Ukrainie będzie decydował Biały Dom. Ewentualnie w porozumieniu z Moskwą i Berlinem.

O Ukrainie będzie decydował Biały Dom. Ewentualnie w porozumieniu z Moskwą i Berlinem.

Michalkiewicz o Ukrainie: jedna-z-najwiekszych-tajemnic

W cyklu pytań i odpowiedzi na swoim kanale na YouTube Stanisław Michalkiewicz odniósł się m.in. do kwestii ukraińskich. Publicysta zaznaczył, że Ukraina jest państwem bardzo skorumpowanym.

„Zastanawia mnie, na ile komediowy aktor, któremu przypadło obecnie odgrywać rolę prezydenta Ukrainy, jest wprowadzony, wtajemniczony w dalekosiężne plany wielkich mocarstw dotyczące wojny na Ukrainie. Swoją rolę dyktatora całej Europy, niemalże świata, odgrywa czasem trochę groteskowo, ale zapewne stara się on sam i jego sztab wykorzystać tę sytuację, ile się tylko da, dla swoich własnych korzyści majątkowych” – napisał jeden z widzów.

– Myślę, że nie tylko majątkowych, ale majątkowych też – skomentował Michalkiewicz.

„Jak pan myśli, ile z tej ekonomicznej pomocy, do której jest wiele krajów zmuszanych, trafia na prywatne konta? Ile broni dostarczanej na Ukrainę jest sprzedawane dalej?” – pytał internauta.

– Nie wiem tego, ale myślę, że Ukraina nawet wśród swoich sojuszników, nawet w Stanach Zjednoczonych, ma opinię państwa bardzo skorumpowanego.

– Jak tam była dyskusja o przyjęciu Ukrainy do NATO, to między innymi kładziono nacisk na likwidację korupcji, jako warunek sine qua non. To bardzo trudne na Ukrainie jest do osiągnięcia, obawiam się. – Myślę, że to jest jedna z największych tajemnic – skwitował Michalkiewicz.

– Natomiast myślę, że prezydent Zełenski nie jest tak do końca wtajemniczany albo w ogóle nie jest wtajemniczany. Dobrą ilustracją jest przebieg szczytu NATO w Wilnie. – Tam wszystkie nadzieje prezydenta Zełenskiego, jeśli nie legły w gruzach, to w odległą przyszłość się rozwiały. On początkowo dał wyraz swojemu rozgoryczeniu, rozczarowaniu (…), ale ktoś starszy i mądrzejszy musiał go ofuknąć i powiedzieć: wiecie, rozumiecie Zełenski, cieszcie się, że żywy, zdrowy, nie pokazujcie mi tu żadnych fochów, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa – stwierdził Michalkiewicz.

– O tym, co się z Ukrainą stanie, to nie będzie decydował pan Zełenski, tylko będzie decydował Biały Dom. Ewentualnie w porozumieniu z Moskwą i Berlinem. Myślę, że to tak sprawa wygląda – odparł Michalkiewicz.

Początek dekolonizacji Afryki. Jak Afryka, która ma tyle bogactwa, stała się najbiedniejszym kontynentem na świecie.

Początek dekolonizacji Afryki. Jak Afryka, która ma tyle bogactwa, może stać się najbiedniejszym kontynentem na świecie.

Jochen Mitschka 10 sierpnia 2023 https://apolut.net/afrikas-entkolonialisierung-beginnt-von-jochen-mitschka/

Kryzys w regionie Sahelu, wywołany wojskowym zamachem stanu w Nigrze, wywołał szerokie zainteresowanie mediów alternatywnych. Postaram się przedstawić przegląd kilku ważnych stwierdzeń. Stwierdzenia odzwierciedlające ocenę, że kryzys ten zapoczątkował gorącą fazę dekolonizacji Afryki.

Pierwszy kryzys kolonializmu doprowadził do kilkudziesięcioletniej krwawej walki ze straszliwymi zbrodniami europejskich państw kolonialnych. Zbrodnie, które dziś są niewyobrażalne. Z obozami koncentracyjnymi, masowymi mordami, okaleczeniami. Walki zakończyły się nominalną niepodległością, która została jednak dramatycznie ograniczona nie tylko przez podatki kolonialne, które nadal płaciła Francji, ale także ogólniej przez dominację gospodarczą i militarną, korupcję i zabójstwa przywódców w krajach dążących do prawdziwej niepodległości. Jednym z nich był Thomas Sankara, którego politycznymi spadkobiercami są rewolucjoniści z czterech obecnie krajów Sahelu, Gwinei, Burkina Faso, Mali i Nigru.

Satyra czy polityka?

Martin Sonneborn, satyryk, który przepoczwarzył się w unijnego polityka, wyjaśnił jako jeden z nielicznych unijnych polityków rzeczywistość w długim tweecie , przebranym za satyrę. Nie chcę interpretować i wyjaśniać jego wypowiedzi, ale zacytuję fragmenty:

„We Francji nie ma ani jednej aktywnej kopalni złota. Niemniej jednak to (wcześniej) przestępcze państwo kolonialne ma czwarte co do wielkości rezerwy złota na świecie z 2436 tonami. (Była) francuska kolonia Mali posiada dokładnie 0,0 ton złota, choć ma w kraju kilkadziesiąt kopalń (w tym 14 oficjalnych), które wydobywają go aż 70 ton rocznie. Z zarobków z prawie 60 ton złota, które wydobywa (szacunkowo) 600 000 dzieci w (byłej) francuskiej kolonii Burkina Faso, tylko 10% trafia do kraju, a 90% do międzynarodowych poszukiwaczy złota.

Francja zamknęła ostatnią ze swoich 210 kopalni uranu w 2001 roku. Od tego czasu wszystkie problemy związane z wydobyciem uranu, który jest szkodliwy dla środowiska i zdrowia, w tym niebezpieczeństwa skażenia radioaktywnego, zostały wyeksportowane gdzie indziej jako środek ostrożności. Około jedna czwarta importu uranu do Europy i jedna trzecia importu uranu do Francji pochodzi z zachodnio-afrykańskiego Nigru. Paliwo potrzebne do funkcjonowania reaktorów pozyskuje państwowy gigant nuklearny Orano (dawniej Areva), który na mocy tajnych porozumień, m.in. z Nigrem, gdzie grupa ma trzy ogromne kopalnie uranu i większościowy pakiet udziałów w nigeryjskim państwowym przedsiębiorstwie zajmującym się przetwarzaniem uranu (Somaïr).

(Była) francuska kolonia Niger ma najwyższej jakości rudy uranu w Afryce i jest siódmym co do wielkości producentem uranu na świecie, ale według Banku Światowego 81,4% jej obywateli nie jest nawet podłączonych do sieci elektrycznej. 40% żyje poniżej granicy ubóstwa, jedna trzecia dzieci ma niedowagę, wskaźnik analfabetyzmu wynosi 63%. Tylko połowa mieszkańców ma dostęp do czystej wody pitnej, a tylko 16 procent jest podłączonych do odpowiednich urządzeń sanitarnych. Cały budżet państwa Nigru, kraju trzykrotnie większego od powierzchni Niemiec, wynosi około 4,5 miliarda euro, nie więcej niż roczny obrót francuskiej firmy atomowej. Pomimo złóż uranu i złota Niger zajął ostatnio 189. miejsce na 191 krajów pod względem wskaźnika rozwoju.

W trakcie „dekolonizacji” lat 60. XX wieku Francja przyznała swoim byłym koloniom formalną niepodległość, ale pozostawiła im systemy państwowe i prawne, które – podobnie jak w epoce kolonialnej – miały na celu kontrolę ludności przy jak najmniejszym wysiłku i z drugiej strony, aby eksportować jak najwięcej surowców. Nie dość, że Francja zapewniła sobie prawo pierwokupu wszystkich zasobów naturalnych i uprzywilejowany dostęp do kontraktów rządowych poprzez tzw. trwałe uniemożliwienie autonomicznej polityki monetarnej, gospodarczej lub społecznej państw (formalnie suwerennych).

Czternaście krajów CFA jest nie tylko powiązanych z euro (przynosząc im 50-procentową dewaluację w 1994 r.) na podstawie stałego kursu wymiany ustalonego wyłącznie przez potomków francuskich kolonialnych panów, ale także nie ma dostępu do 85% utraconych rezerw walutowych, które są zmuszeni zdeponować w Agence France Trésor. Wszystkie kraje CFA są bardzo bogate w zasoby i nie mniej zadłużone.

Pomimo swoich ogromnych zasobów naturalnych, Burkina Faso, Mali i Niger należą do najbiedniejszych krajów świata. „Moje pokolenie tego nie rozumie” – mówi 35-letni przywódca Burkina Faso, Ibrahim Traoré. „Jak Afryka, która ma tyle bogactwa, może stać się najbiedniejszym kontynentem na świecie?” Po prostu, mówi amerykański politolog Michael Parenti. Biedne kraje nie są „niedorozwinięte”, ale „nadmiernie wyeksploatowane” (…) Są (dobre) powody, dla których płonie ambasada francuska w Niamey, stolicy Nigru.(…)

Wszystko to nie zostanie rozwiązane dobrymi (lub dobrze udawanymi) słowami, nie usunięciem „bolesnego” słownictwa powieściowego dla dzieci, niezdarnymi unijnymi „wojownikami informacji”, a tym bardziej skoordynowaną burzą bombową, ale tylko dzięki faktowi, że po wiekach ostatecznie zmienią się rzeczywiste relacje między Zachodem a Globalnym Południem. A ucisk, paternalizm, grabież, kradzież surowców i oszukiwanie poprzez (podobne do mafii) nierówne umowy handlowe dobiegają spóźnionego końca”.

Zainteresowany słuchacz podcastu może przeczytać PS w załączniku (13).

Rozwój był już do przewidzenia, kiedy Niemcy wysłały żołnierzy do Mali na „pokaz siły”. Mój post na blogu(2) z listopada 2015 r. na ten temat, wyjaśniający, w jaki sposób Boko Haram rozrosło się poprzez zniszczenie libijskiej państwowości, ujawnił sprzeczności zachodniej polityki już wtedy. Niestety kraje zachodnie nie są zainteresowane faktycznym położeniem kresu terroryzmowi. Używają go raczej do uzasadnienia swoich planów władzy lub, jak w przypadku Syrii, do usprawiedliwienia nielegalnej okupacji i eksploatacji kraju.

Mogłoby to trwać przez wiele lat, gdyby Stany Zjednoczone nie rozpoczęły wojny z Rosją i Chinami, choć początkowo pod przykrywką „wojny gospodarczej”, zamiast pogodzenia się z nimi. Skuteczny opór Rosji przeciwko NATO na Ukrainie, niepokorna krnąbrność Chin, nie tylko pomogły rozkwitnąć wspólnocie BRICS i idei wielobiegunowości, ale także zachęciły państwa Afryki, by wreszcie spróbowały pozbyć się szantażu, wyzysku i ucisku.

Włochy

Ciekawe, że Włochy, kolonialny konkurent Francji np. w Libii, wypadły z chóru NATO. Włoski minister spraw zagranicznych posunął się nawet do twierdzenia: „Należy wykluczyć jakąkolwiek zachodnią inicjatywę wojskową, ponieważ byłaby to postrzegana jako nowa kolonizacja”.

Zobaczymy, ile czasu zajmie uzgodnienie stanowiska Włoch również w tej kwestii. W poniedziałek Włochy zwróciły się do ECOWAS o przedłużenie ultimatum.

Kontrola monetarna

Niestety, nie ma tu wystarczająco dużo miejsca, aby bardziej szczegółowo zbadać rolę francuskiego imperializmu monetarnego w Afryce. Stąd tłumaczenie wpisu na blogu z 2017 roku w załączniku (6), które spełnia to zadanie dla zainteresowanych słuchaczy/czytelników.

Widok z Francji

Również ze względu na krytyczny francuski punkt widzenia proszę o przeczytanie tłumaczenia artykułu z wieloma szczegółami i tłem, które doprowadziły do ​​zamachu stanu w Nigrze jako załącznik (7).

Zapalnik do zamachu stanu

Oprócz tła braku suwerenności pod francuskimi rządami byłej kolonii, pucz miał aktualne przyczyny. Jeśli obalony prezydent Bazoum wygrał wybory obietnicą ukarania terrorystów, to po wyborach był postrzegany jako sprzymierzony z nimi. Można przypuszczać, że państwa kolonialne również tutaj w Afryce próbowały zastosować sprawdzoną politykę, a mianowicie destabilizować niepożądane państwa poprzez wspieranie terrorystów. W tym przypadku celem były Mali i Burkina Faso, w których zagraniczne bazy wojskowe zostały zakazane. Mogli być teraz terroryzowani z Nigru, ich bezpiecznej przystani.

Przeczytaj między wierszami artykuł z 1 sierpnia w The Economist(10), aby zobaczyć, co było zamierzone. W artykule opisano m.in., jak terrorysta, który odciął głowy kilkunastu osobom, już sam dokładnie nie pamiętał ilu, został „zrehabilitowany” przez byłego prezydenta Bazouma.

W artykule nie jest to wyraźnie stwierdzone, ale łatwo sobie wyobrazić, że te grupy terrorystyczne miały teraz bezpieczną przystań w Nigrze, kiedy przeprowadzały naloty na sąsiednie kraje. Po tym, jak zamach stanu zakończył tę współpracę z terrorystami, The Economist cynicznie oświadczył: „Jedną z konsekwencji [przewrotu wojskowego w Nigrze], bez ogródek ujął to zachodni urzędnik wojskowy, będzie„ więcej ataków terrorystycznych ”.

Aleksander Korybko następnie wyjaśnia(11):

„Bez przesady, jakkolwiek rewelacyjnie by to nie brzmiało, Bazoum dosłownie sprzymierzył się z Al-Kaidą (…). Zwykli Nigryjczycy zostali pozostawieni bezbronni po tym, jak ich były przywódca oświadczył kilka miesięcy temu, że „uzbrajanie ludności cywilnej do walki z terrorystami jest tragicznym błędem”.

Łącząc wszystkie te obciążające fakty razem, jest przekonujące, że Bazoum otrzymał rozkaz od swoich zachodnich popleczników, aby sprzymierzył się z Al-Kaidą i ISIS, aby obaj wykorzystali Niger jako bazę do destabilizacji patriotycznych junt wojskowych w Mali i Burkina Faso jako część ich antyrosyjskiej wojny zastępczej.”(11)

Dokładnie taki sam scenariusz miał miejsce również w Jemenie, gdzie władca, wyparty później przez Hutich, sprzymierzył się z Al-Kaidą do walki z rebeliantami, podczas gdy USA pozostawiły po wycofaniu broń i pojazdy, które następnie przejęli i z wdzięcznością korzystali terroryści (12).

ECOWAS

Wróćmy jednak do obecnego kryzysu w Sahelu. Raz po raz mówi się o grupie państw „ECOWAS” (Wspólnota Gospodarcza Państw Afryki Zachodniej), która rzekomo chce przywrócić „demokrację w Nigrze”. Konstatin Dvinsky wyjaśnił na Twitterze(3), o co w tym wszystkim chodzi.

Pisze, że ECOWAS to francuska neokolonialna ponadnarodowa konstrukcja, której głównym zadaniem jest kontrolowanie Afryki Zachodniej. Oprócz uranu Afryka Zachodnia nadal jest ważnym źródłem dochodów francuskiej elity, nawet po uzyskaniu formalnej niepodległości. Francuskie kręgi finansowe powiązane z amerykańskimi bankierami kontrolowały wydobycie metali szlachetnych w regionie poprzez struktury finansowe kontrolowane przez ECOWAS.

Generalnie Afryka Zachodnia jest dla Paryża ważna nie tylko z punktu widzenia interesów państwowych, ale także z punktu widzenia interesów francuskich elit, dla których region pozostaje ostatnim źródłem środków politycznych (pieniądze zamienione na moc). To wyjaśnia, dlaczego Paryż zareagował nerwowo na to, co działo się w Nigrze.

A także, podobnie jak w Syrii, Afganistanie i innych konfliktach, niemałą rolę odgrywa rurociąg. Gazociąg Transsaharyjski ma dostarczać energię z Nigerii przez Niger i Algierię do Morza Śródziemnego, a stamtąd do UE. Zgodnie z planem UE mogłaby pokryć tym gazociągiem prawie 20% swoich potrzeb. Co ważniejsze, po Nord Stream, który dostarczał gaz z Rosji do UE, był politycznie i faktycznie „nieszkodliwy”. Oczywiście Niger, który na pewno będzie chciał pobierać opłaty tranzytowe (podobnie jak Ukraina), nie będzie złośliwie narażał tych wpływów. Jeśli jednak wybuchnie wojna lub zwykłe sankcje spowodują, że państwo nie będzie już miało dostępu do swoich aktywów, ukończenie tego gazociągu nie będzie już pewne.

Macron może stracić kontrolę nad ECOWAS. Nigeria jest nadal mocno w rękach francuskiej polityki, z pomocą USA. Podobnie jak w Syrii, ważnym narzędziem jest tutaj terroryzm. Jak wyjaśniłem w powyższym wpisie na blogu z 2015 roku, patrz Załącznik (10).

Ale ludność krajów jest tym zmęczona. Gdy tylko ECOWAS zagroził wojną Nigrowi, a Senegal zgodził się na to, w kraju wybuchły zamieszki. A po ponad pięciu dniach nadal nie było wiadomo(8), jak to się skończy. Ludność kraju nie wydaje się gotowa na to, by Senegal prowadził wojnę z bratnim krajem jako marionetką Zachodu. Oczywiście ujawnia to, że Senegal jest teraz zaniepokojony demokracją w Nigrze po aresztowaniu najbardziej obiecującego lidera opozycji we własnym kraju i zdelegalizowaniu jego partii(9).

Zachodnie media i służby wywiadowcze intensywnie pracują nad wsparciem zależnych od Zachodu rządów lub ich marionetkowych polityków w Afryce, ale wciąż nie ma pewności, czy uda się to tak jak w przeszłości.

Nigeria, główne narzędzie ECOWAS

Dlaczego prezydent Nigerii Bola Tinubu jest najprawdopodobniej marionetką rządu USA, zostało ujawnione przez The Grayzone w artykule z 5 sierpnia(20), pełnym szczegółów i dokumentów. Tam czytamy:

„Zanim zobowiązał się do interwencji [czyli przeciwko Nigrowi], przewodniczący ECOWAS Bola Tinubu spędził lata na praniu milionów dla chicagowskich handlarzy heroiną i od tego czasu był uwikłany w liczne skandale korupcyjne”.

Trudno będzie odwieść prezydenta znajdującego się tak w rękach zachodnich agencji wywiadowczych od prowadzenia w ich imieniu wojny napastniczej.

Aleksander Korybko prawdopodobnie widzi niebezpieczeństwo, że Rosja mogłaby przesadzić w przypadku pomocy dla państw dążących do niepodległości. Ponieważ Syria i Ukraina to już więcej, niż Rosja może sobie pozwolić ekonomicznie bez narażania rozwoju dobrobytu własnego narodu. Próbuje wytłumaczyć, że z pewnością w interesie Nigerii nie może leżeć pójście na wojnę z niesfornymi krajami w zastępstwie krajów kolonialnych. Więcej o jego argumentach w dodatku (14). Opisuje przykłady tego, jak zachodnie media próbowały wyjaśnić Nigerii jego przydatność. Patrz załącznik (5).

Komentarz z mojej strony, trzeba o tym pamiętać: Od lat Nigeria nie jest w stanie wykorzenić terroryzmu Boko Haram we własnym kraju, nawet przy rzekomej pomocy krajów NATO. A teraz kraj ma stoczyć wojnę z kilkoma sąsiednimi krajami i odnieść sukces? Jak odkrywcze jest to dla „wojny z terroryzmem” z przeszłości?

Korybko zwraca uwagę, że w początkowej reakcji sekretarz prasowy Białego Domu, Karine Jean-Pierre, stwierdziła: „Nie widzieliśmy żadnych dowodów zaangażowania Rosji ani Wagnera”. Kilka dni później potwierdził to także rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego John Kirby.

Zamiast wskazywać na pierwsze oświadczenia z USA, które wyraźnie stwierdzały, że nie ma dowodów na rosyjską ingerencję, ludzie są przekonani, że jakaś żądna władzy armia z rosyjskim poparciem obaliła jedną z demokratycznych ikon globalnego Południa na rzecz terroryzmu by rozprzestrzenić się na świecie. To sztucznie stworzone wrażenie, powiedział Korybko, doprowadziło ludzi do przekonania, że ​​ewentualna zbliżająca się inwazja na Nigerię będzie służyć społeczności międzynarodowej.

Wcześniej jeden na siedmiu mieszkańców miał dostęp do elektryczności, ale po tym, jak Nigeria wstrzymała dostawy energii elektrycznej, mniej osób odniesie z tego korzyści, ponieważ Nigeria dostarczała aż 70% energii elektrycznej Nigru. Zamknięcie granicy przez Benin pogarsza sytuację ludności. Wcześniej uzależniony od importu z atlantyckiego portu w Kotonu, Niger jest teraz skutecznie odcięty od większości świata. Ponowne otwarcie granic z zaprzyjaźnionymi krajami sąsiednimi niewiele pomoże, ponieważ te szlaki handlowe są zagrożone przez terrorystów.

Niger jest już trzecim najbiedniejszym krajem na świecie, ale trudną sytuację jego mieszkańców prawdopodobnie zaostrzą sankcje UE, które mogą wkrótce doprowadzić do poważnego kryzysu społeczno-gospodarczego z bardzo poważnymi konsekwencjami humanitarnymi dla regionu. Nigeria mogłaby wtedy wykorzystać duży napływ uchodźców jako pretekst do inwazji na Niger, mimo że całkowicie winne byłyby wyniszczające sankcje nałożone przez ECOWAS, któremu przewodzi sama Abudża.

5 sierpnia natychmiast zgłoszono pierwszy opór ze strony Nigerii. Nigeryjscy senatorowie odrzucili wezwanie prezydenta Boli Ahmeda Tinubu do inwazji na Republikę Nigru. Prezydent Tinubu został wezwany do większego skupienia się na walce z Boko Haram, bandytami i rebeliantami z rdzennej ludności Biafry. Niech prezydent podejdzie do sytuacji w Nigrze z podejściem dialogu bez kinetyki, aby osiągnąć pokojowe rozwiązanie z juntą wojskową w Nigrze(15).

6 sierpnia nigeryjski think tank wezwał Nigerię do interwencji wojskowej(17). Milion nigeryjskich uchodźców, którzy uciekli do Nigru przed terrorem Boko Haram, znalazłoby się między frontami wojny. To po prostu nie do pomyślenia, jak Nigeria może nawet myśleć o chęci prowadzenia tej wojny. Jedynymi zwycięzcami takiej wojny będą terroryści stojący za walczącymi żołnierzami. Czy to jest cel? Nigeryjskie gazety zgadzają się, że wojna z Nigrem i jego sojusznikami byłaby katastrofalna dla Nigerii(18, 19).

Kiedy ultimatum wygasło w poniedziałek wieczorem, Niger zamknął swoją przestrzeń powietrzną i ogłosił, że może dojść do wojny napastniczej(21). W stolicy utworzono i uzbrojono grupy straży obywatelskiej, czego obalony prezydent odmówił w walce z terroryzmem, pomimo niemal rozpaczliwych próśb ludności. Tymczasem emerytowany nigeryjski generał ostrzegł, że wojna z Nigrem będzie kosztować dwukrotność całego rocznego budżetu wojskowego (22).

Indyjski były dyplomata M.K. W swoim ciekawym artykule (26) Bhadrakumar zwraca uwagę między innymi na to, że pucziści w Nigrze nie wydają się być bezkompromisowo przeciwni obecności wojsk francuskich, co stwarza okazje do negocjacji. Ostrożne są też Stany Zjednoczone, choć utrzymują w kraju 3 bazy wojskowe. Wyraźnie widać, że Niamey nie zamierza ulegać presji z zewnątrz, nie tylko pod wrażeniem „matki wszystkich niespodzianek”, czyli szerokiego poparcia społecznego dla puczystów. Bhadrakumar mówi, że kryzys trwa od dłuższego czasu, między innymi dlatego, że terroryzm, który ogarnął Afrykę Zachodnią po zniszczeniu Libii, wydaje się daleki od zakończenia.

Wniosek

www.linkezeitung.de wyjaśnił w artykule, jak szerokie jest poparcie dla puczu przeciwko prezydentowi, który złamał obietnice wyborcze(23). W relacji z wizyty Nuland Korybko zwraca uwagę, że nawet oficerów, którzy przez lata byli szkoleni przez USA, nie da się już przerobić w marionetki(24). A w Nigerii, po jednoznacznej decyzji Senatu, wszyscy gubernatorzy północnych obszarów Nigerii opowiedzieli się przeciwko wojnie. Nic dziwnego, że terroryści na tych terenach grożą użyciem takiej wojny do własnych celów.

USA wysłały Viktorię Nuland do Nigru, ale nie pozwolono jej rozmawiać z szefem puczystów ani z obalonym prezydentem. Tymczasem junta mianowała na premiera światowej sławy ekonomistę. Ponadto, według krążących w internecie doniesień, pędzące do Nigru siły Wagnera zostały zaatakowane przez terrorystów z Al-Kaidy na granicy z Mali. Właściwie do tej pory unikali Wagnera.

Sytuację pogarsza fakt, że Stany Zjednoczone stacjonują w kraju Nigru ponad 1000 żołnierzy i mają tam ważną bazą dronów i nie chcą wyjeżdżać, a więc prawdopodobnie też „uważają” na ogromne rezerwy ropy (16 ), które znajdują się w kraju, a które nie zostały jeszcze zbadane, o czym do tej pory niewiele powiedziano. Nie jest pewne, co ECOWAS zdecyduje na swoim kolejnym spotkaniu w czwartek, w dniu publikacji tego podcastu, presja ze strony Zachodu jest zbyt duża.

Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.

Załączniki i źródła:

Oryginalny tekst zawiera 26 bardzo obszernych załączników i komentarzy Autora. Czytelnikowi pozostawiam decyzję czy chce do nich zajrzeć na stronie źródłowej czy nie.

Chiny: Władze zatapiają miasta w prowincji, by uchronić od powodzi Pekin. Wstrząsające.

Stracili domy. Są zaskoczeni i wściekli. „Pekin powinien zapłacić rachunek”

TVN24 | Świat

[Wstrząsające filmy. Jeden dałem na końcu, po tekście.MD]

6 sierpnia 2023,

Niemal milion osób z prowincji Hebei zostało przesiedlonych po rekordowych opadach, które zmusiły chińskie władze do przekierowania wody z wezbranych rzek do zaludnionych obszarów. Reuters opisuje, że wywołało to gniew mieszkańców, którzy zwracają uwagę na poświecenie ich domów w celu ratowania Pekinu.

Na przełomie lipca i sierpnia w Pekinie spadło blisko 745 mm deszczu w ciągu pięciu dni. Jak informowało Biuro Meteorologiczne Pekinu, były to największe opady w stolicy Chin od 140 lat. Z końcem lipca przez południowe Chiny przetoczył się tajfun Doksuri. Ucierpiało wówczas ponad 724 tysiące osób, a 124 tysięcy ewakuowano.

Opady podniosły poziom rzeki Hai He, której rozległe dorzecze obejmuje obszar prowincji Hebei, w tym miast Pekin i Tianjin, który jest porównywalny do Polski. W ciągu tygodnia, od końca lipca, region liczący 110 milionów mieszkańców doświadczył najpoważniejszej powodzi od sześciu dekad. Najbardziej dotknięta została właśnie prowincja Hebei, a zwłaszcza prefektura Baoding.

Reuters opisuje, że zgodnie z przepisami dotyczącymi ochrony przeciwpowodziowej, gdy powódź w całym dorzeczu spowoduje, że zbiorniki na pierwszej linii obrony przekroczą swoje limity, woda może być tymczasowo kierowana do tak zwanych „obszarów magazynowania powodziowego”, w tym nisko położonych terenów zaludnionych.

31 lipca prowincja Hebei otworzyła 7 z 13 takich obszarów przeciwpowodziowych, w tym dwa w mieście Zhuozhou na południe od Pekinu i na północ od Xiongan, gdzie prezydent Xi Jinping chce utworzyć strefę ekonomiczną, mającą scalić Tianjin, Pekin i prowincję Hebei.

Według lokalnych mediów państwowych, 1 sierpnia Ni Yuefeng, sekretarz Komunistycznej Partii Chin w Hebei, nazwał Xiongan „najwyższym priorytetem” w zapobieganiu powodziom w prowincji.

W trakcie swojej wizyty na obszarach, gdzie skierowano wodę, w tym w prefekturze Baoding, do której należy Zhuozhou, Ni przekazał, że nakazał „aktywację obszarów przeciwpowodziowych i obszarów przekierowania” w taki sposób, by zmniejszyć presję na system kontroli przeciwpowodziowej w Pekinie. Przyznał też, że konieczne jest utworzenie „fosy” dla chińskiej stolicy.

Decyzje te nie podobają się mieszkańcom z prowincji wokół stolic. „Pekin powinien zapłacić rachunek” – napisał jeden z internautów na popularnej chińskiej platformie Weibo.

„New York Times” podaje że wobec decyzji władz, zmuszonych do ewakuacji w prowincji Hebei i sąsiednich wioskach na obrzeżach Pekinu zostało niemal milion osób. „Na niektórych obszarach powódź zakłóciła dostawy prądu, a także połączenia internetowe i mobilne.” – podano.

„Brązowe, błotniste jezioro” wnoszące się na kilka metrów. „Nikt nas nie poinformował”

Ochrona Pekinu spowodowała potężne zalania między innymi w mieście Zhuozhou. „Ulice i dzielnice zamieniły się tam w brązowe, błotniste jezioro, którego poziom sięgał siedmiu metrów głębokości, co zniszczyło domy i firmy” – opisuje amerykański dziennik. „Chcą chronić Pekin, nikogo nie obchodzi, czy Hebei zostanie zatopione” – skarżył się – chcący zachować anonimowość w obawie przed działaniami rząd – mieszkaniec wioski na obrzeżach Zhuozhou.

Inny mieszkaniec miasta przekazał, że położył swoje najcenniejsze rzeczy na krzesłach, które następnie ustawił na łóżku, po czym uciekł z domu. Woda w tym czasie się podniosła, a jej poziom osiągnął niemal dwa metry, przez co dobytek mężczyzny został zniszczony.

„Nikt nigdy nie poinformował nas o ewentualnej powodzi, nikt nie kazał nam przygotować się do ewakuacji, gdybyśmy widzieli o tym, nie zostawilibyśmy tak wielu rzeczy’ – zaznaczył kolejny mieszkaniec.

„NYT” wymienia, że powódź w różnych częściach Zhuozhou spowodowała u jednego z wydawców książek zniszczenie zbiorów wartych 3,5 miliona dolarów w ciągu doby. Odnotowano także zalania części schronisk dla zwierząt.

We wpisach komentujących tamtejszą sytuację internauci wskazali, że mieszkańcy nie byli świadomi, że mieszkają na obszarze przeznaczonym do skierowania tam wody. „Chciałbym wiedzieć, ilu spośród wszystkich osób tam mieszkających w całym kraju wie, że mieszka na takich obszarach?” – zapytał jeden z internautów.

Szczególną uwagę internautów przykuły słowa Ni o „fosie”, na bazie którego powstał nawet hashtag. Osiągnął on w sieci ponad 60 milionów wyświetleń, zanim został ocenzurowany.

====================================

Tu 8-minutowy, wstrząsający filmik o tej powodzi, tajfunach, celowym zalaniu: https://fakto.pl/index.php/video/swiat-jest-wstrzasniety-powodzia-w-chinach-potworne-nagranie-z-pekinu-i-hebei

Żydowski antypolak z loży B’nai B’rith i zwolennik kazirodztwa, jedynką na liście “Lewicy”

Żydowski antypolak i zwolennik kazirodztwa, jedynką na liście “Lewicy”

zydowski-antypolak-i-zwolennik-kazirodztwa-jedynka-na-liscie-lewicy/

Antypolski i antyklerykalny publicysta, prof. Jan Hartman, ma wystartować z pierwszego miejsca na liście Lewicy w okręgu wyborczym Nowy Sącz.

Żydowski antypolak z loży B’nai B’rith Jan Hartman nie pozwala o sobie zapomnieć. W ciągu ostatnich lat wywołał kilka skandali. Między innymi wyzywał cały Naród Polski w związku z tym, że ktoś dokuczył jego zwierzakowi. Zdarzyło mu się też publicznie promować i bronić kazirodztwa a także pedofilii. Aktualnie ma wystartować z pierwszego miejsca dyzmokratycznej listy wyborczej Lewicy w okręgu nr 14 (Nowy Sącz).

Prawdopodobnie w tym samym okręgu, z list PiS wystartuje wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki.

–Bardzo liczę na to, że marszałek Terlecki nie będzie przede mną uciekał — skomentował  Hartman w rozmowie z Onetem. Dodaje, że w poprzednich wyborach sądeckiej “jedynce” Lewicy (był nią Jakub Bocheński, tragicznie zmarły we wrześniu ubiegłego roku) zabrakło około tysiąca głosów, by zdobyć mandat. –Teraz zdobycie mandatu przez Lewicę jest absolutnie możliwe. Musimy potraktować kampanię bardzo na poważnie, a nie na zasadzie odrobienia zadania domowego – przekonywał kontrowersyjny komentator.

Przypomnijmy kilka nagłówek gazet z udziałem tego człowieka:

Zdjęcie

Zdjęcie
Zdjęcie

NASZ KOMENTARZ: Kazirodztwo i gwałcenie dzieci są dla sejmowej Lewicy w porządku i biorą na swoje listy degeneratów popierających takie praktyki. Inaczej jest gdy chodzi o katolickich księży. Wówczas zamieniają się w obrońców uciśnionych przez niemoralny kler. No cóż, nie od dziś wiadomo, że lewica to stan umysłu.

15.08.23 Bielsko-Biała – Modlitwa różańcowa i Msza święta za Ojczyznę. Śpieszmy na ratunek Polsce!

15.08.23 Bielsko-Biała – Modlitwa różańcowa i Msza święta za Ojczyznę

14/08/2023przez antyk2013

15 sierpnia w parafii sw. Stanisława Biskupa i Męczennika, Głównego Patrona Polski, odbędzie się od godz. 15.00 do 18.00 adoracja Najświętszego Sakramentu i modlitwa różańcowa za Ojczyznę. O godz. 18.00 Msza święta za Ojczyznę.

Śpieszmy na ratunek Polsce!

Bratnia „przyjaźń” polsko-ukraińska

Bratnia „przyjaźń” polsko-ukraińska

Marta Maciejewska 14.08.2023 bratnia-przyjazn

Prezydent Ukrainy Wołodymir Zełenski odbierający Order Orła Białego z rąk prezydenta Polski Andrzeja Dudy. Foto: PAP
Prezydent Ukrainy Wołodymir Zełenski odbierający Order Orła Białego z rąk prezydenta Polski Andrzeja Dudy. Foto: PAP

„Przyjaźń” polsko-ukraińska kończy się tam, gdzie Warszawa zaczyna dbać o swoje interesy. Dobitnie pokazały to ostatnie tygodnie i napięcia w stosunkach z naszym wschodnim sąsiadem.

Ledwo miesiąc minął od spektaklu pt. „pojednanie polsko-ukraińskie”, jaki odbywał się przy okazji 80. rocznicy apogeum Rzezi Wołyńskiej, a już z Ukrainy płyną donośne grzmienia, że „Polska wybiera konflikt” i winna jest pogorszeniu wzajemnych stosunków. A wszystko dlatego, że „sługa narodu ukraińskiego” porzucił, przynajmniej chwilowo, realizowanie interesów swojego pana.

Już pod koniec lipca prezydent Zełeński pogroził palcem premierowi Morawieckiemu, który oświadczył, że Polska nie otworzy swoich granic dla ukraińskich produktów rolnych po wygaśnięciu moratorium KE. Ukraiński przywódca wskazywał, że takie działanie „jest niedopuszczalne”. Wtórował mu kijowski premier Denys Szmyhal, twierdząc, że decyzja Morawieckiego jest „nieprzyjazna i populistyczna”. „Ostrzeżenia” te jednak nie nawróciły władz warszawskich na „właściwą” drogę. Ukraińcom podpadł bowiem także prezydencki minister i szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz, który w TVP wygłosił niepopularną opinię, że „to, co najważniejsze dziś, to obrona interesu polskiego rolnika”. Podkreślił też, że polskie zboże musi zostać „dystrybuowane po odpowiedniej, godnej cenie”.

Na domiar złego Przydacz przypomniał Ukrainie, że „naprawdę otrzymała dużo wsparcia od Polski”. Słowa te rozjuszyły naszych wschodnich „przyjaciół” do tego stopnia, że swoje święte oburzenie wyraził zastępca szefa Kancelarii Prezydenta Ukrainy Andrij Sibiga. Co więcej, ambasador Bartosz Cichocki został wezwany na dywanik do kijowskiego MSZ. Polski dyplomata usłyszał tam jasny komunikat, że podobne wypowiedzi są „niedopuszczalne”. Sibiga grzmiał natomiast, że słowa ministra Przydacza to „próby narzucenia polskiemu społeczeństwu (…) bezpodstawnych twierdzeń, że Ukraina nie docenia pomocy z Polski”. Ocenił też, że „to oczywista gra, która służy do tego, by realizować własne interesy” – a kto, jak kto, ale Ukraińcy na tym świetnie się znają. I to akurat jest dobra wiadomość, bo właśnie realizowaniem polskich interesów powinny zajmować się polskie władze. Szkoda tylko, że jest to efekt uboczny kampanii wyborczej, a nie stała linia polityczna.

Ukrainiec szybko jednak dodał, że owa gra „nie ma nic wspólnego z rzeczywistością” i zarzucił Warszawie manipulację. Zakomunikował także – do wiadomości „sług narodu ukraińskiego” – jaka jest „prawda”. Otóż „jest nią przyjazny i otwarty dialog między prezydentami Ukrainy i Polski, którzy mają wysoki poziom wzajemnego zrozumienia i zaufania”. Szkoda tylko, że przyjaźń prezydenta Dudy z prezydentem Zełeńskim nijak nie przekłada się na realizację polskich interesów. Nowe światło na tę kwestię rzucają słowa rzecznika ukraińskiego MSZ, który wyjaśnił, że „przyjaźń ukraińsko-polska jest o wiele głębsza niż celowość polityczna”. A skoro tak, to już wiadomo, że będziemy Ukraińcom pomagać za wszelką cenę. Co więcej, ostrzegł, że „żadne deklaracje nie przeszkodzą nam we wspólnym dążeniu do pokoju i budowaniu wspólnej europejskiej przyszłości”.

Wygląda jednak na to, że – przynajmniej przed zbliżającymi się wyborami – władzom warszawskim od tej „przyjaźni” polsko-ukraińska aż się ulewa. Nawet sam premier rządu warszawskiego wyraził opinię, że wezwanie polskiego ambasadora do MSZ w Kijowie było „błędem”, choć pewnie niedługo dowiemy się, że takie błędy przyjaciołom się wybacza. Zapewnił też, że „interes żadnego innego państwa nigdy nie będzie stał ponad interesem Rzeczypospolitej”, co ze strony szefa rządu warszawskiego brzmi dość paradnie.

Widać, że zmiana wajchy nastąpiła także w polskim MSZ, który zdecydował się wezwać na dywanik ambasadora Ukrainy. Pech jednak chciał, że Wasyl Zwarycz nie przebywał wówczas w naszym kraju i ostatecznie na rozmowę udał się charge d’affaires ambasady Ukrainy. Nie przeszkodziło to stronie ukraińskiej, by po raz kolejny zrugać Polaków. Dyplomata stwierdził, że „nie ma nic gorszego, niż gdy twój wybawca żąda od ciebie opłaty za ratunek, nawet gdy krwawisz”. Przykład najwyraźniej idzie z góry, bowiem ukraiński ambasador już nam pokazał, że szczyt bezczelności leży w jego zasięgu. Nie dość przypomnieć, że w rocznicę Krwawej Niedzieli „oddawał hołd wszystkim cywilnym ofiarom – obywatelom II RP, pomordowanym na okupowanych przez III Rzeszę terenach w latach II wojny światowej”. Wówczas Konfederacja domagała się, by Zwarycz został uznany w Polsce za persona non grata, lecz władze warszawskie udawały, że to tylko deszcz pada.

Mimo pojawiających się z rzadka symptomów otrzeźwienia, polska dyplomacja w relacjach z Ukrainą wciąż liczy, że wschodni „przyjaciel” łaskawym okiem spojrzy na nasze, wyrażane nieśmiało, oczekiwania. I choć po spotkaniu w polskim MSZ jego wiceszef Paweł Jabłoński przyznał, że wypowiedzi strony ukraińskiej „szkodzą dobrym relacjom”, to jednocześnie zapewnił, że Polska wciąż będzie wschodniego sąsiada wspierać. Jak się możemy domyślać, bezwarunkowo. W zamian „Polska oczekuje od Ukrainy gotowości do uwzględnienia naszego stanowiska m.in. w sprawie ochrony polskiego rolnictwa, ale też innych kwestii”. W przypływie szczerości Jabłoński ocenił, że wypowiedzi, jakie padały ze strony ukraińskiej, „miały niewłaściwy, niepotrzebny charakter”. Ujawnił także tajemnicę poliszynela, że „w niektórych sprawach trudniej nam osiągnąć porozumienie”. Wskazał tu na kwestię ukraińskiego zboża oraz nierozliczonego ludobójstwa i blokowanych ekshumacji ofiar Rzezi Wołyńskiej.

W reakcji na warszawskie próby zawalczenia o własny interes prezydent Zełeński oświadczył, że Ukraińcy „doceniają historyczne wsparcie Polski, która wraz z nimi stała się prawdziwą tarczą Europy”. Jednocześnie pospieszył z wyjaśnieniem, że na tej tarczy żadnego pęknięcia być nie może. Odnotował też „różne sygnały, że polityka czasami próbuje być ponad jednością, a emocje ponad fundamentalnymi interesami narodów” i zaordynował, co następuje. A mianowicie, że w stosunkach polsko-ukraińskich „emocje zdecydowanie powinny opaść”. O tym, że w ukraińskiej polityce liczy się pragmatyzm i zimna kalkulacja mówił też doradca Zełeńskiego Mychajło Podolak. „Ukraina będzie uważać Polskę za swego bliskiego przyjaciela do zakończenia wojny, a potem między krajami rozpocznie się konkurencja” – przyznał szczerze.

Z kolei ukraiński publicysta Jurij Panczenko walkę władz warszawskich o polski interes złożył na karb kampanii wyborczej i prorokował, że ten ponad dwumiesięczny okres będzie czasem „trudnych relacji”. Zauważył też, że „inwazja na pełną skalę zmusiła polskie władze do zapomnienia o pretensjach wobec Kijowa”. Trudno się z nim nie zgodzić, wszak od lutego 2022 roku słyszymy, że Ukraińcy walczą za „wolność waszą i naszą” i nie wolno teraz od nich niczego wymagać. Panczenko podkreślił, że Polska jest „jednym z liderów”, jeśli chodzi o wsparcie dla Ukrainy. Wskazał też na zjawisko, które dla władz warszawskich może wydawać się szokujące, że „każde wsparcie ma swoje granice”, więc „oczekiwano, że z czasem polska polityka wobec Ukrainy powinna stać się bardziej pragmatyczna”. Odnotował jednak, że do niedawna „tylko polityczne marginesy” w Polsce mogły sobie pozwolić na wygłaszanie takich tez. Ubolewał też, że Polska może w końcu zacząć zgłaszać „swoje roszczenia” i to jeszcze przed końcem wojny. Wysnuł więc wniosek, że to Warszawa „wybiera konflikt” artykułując swoje interesy. Widać zatem, że Ukraińcy w polityce nie kierują się jakąś mityczną „przyjaźnią”, ale twardą niemiecką Realpolitik.

Władze warszawskie zrobiły już wiele, by pokazać kto tu jest sługą, a kto panem. Kijów natomiast regularnie uświadamia nam, że bratnia „przyjaźń” będzie trwała dopóty, dopóki Polska będzie Ukrainie potrzebna. Przy czym relacja ta polega przede wszystkim na oddawaniu Ukraińcom wszystkiego, czego tylko zapragną, zaś wszystkie próby wybicia się w tych stosunkach na niepodległość kończą się złowrogim pogrożeniem ukraińskim palcem.

Zboże ukraińskie w Niemczech. Panika na niemieckiej wsi? [Artykuł sponsorowany przez tych u KOryta?]

Zboże ukraińskie w Niemczech. Panika na niemieckiej wsi?

[Mirosław Dakowski: To jest prawdopodobnie „artykuł sponsorowany” przez rządzących w POlsce, by uspokajać polskich rolników: „Widzicie, afera jest już nie u nas.. My was dzielnie bronimy, głosujcie na nas”. Tak zasługuje się pan Sachajko swoim „panom” z PiS.

Jednak umieszczam – może coś opisanego w artykuliku się stanie…???]

Katarzyna Kupczak agrofakt.pl/zboze-ukrainskie-w-niemczech-panika-na-niemieckiej-wsi/

Wszystko na to wskazuje, że uszczelniony transport, którym zboże ukraińskie jest przemieszczane przez kraje przyfrontowe, zdaje egzamin. Obecnie jak donoszą media, ziarno z Ukrainy niekontrolowanie zalewa magazyny w Niemczech. Tamtejsi rolnicy są zaniepokojeni. 

Wśród niemieckich rolników krąży przekaz, że tanie zboże ukraińskie, głównie tania pszenica z Ukrainy jest na rynku w Niemczech. Jak podają tamtejsze media: „krąży plotka, że import taniego zboża z Ukrainy wypiera pszenicę krajową”. Czy to aby tylko plotka?

Spis treści

Co się działo, zanim tani import z Ukrainy zaczął docierać do Niemiec?

Każde „utrudnieni” związane z tym, że zboże ukraińskie nie może być transportowane drogą morską, dokładniej — przez Morze Czarne, odbijały się na unijnych państwach przyfrontowych. Stanowią one bowiem jedyną alternatywną drogę dla eksportu zboża z Ukrainy. Co prawda jak deklarowała KE, miały być zorganizowane korytarze humanitarne, jednak ostatecznie 5 krajów sąsiadujących z Ukrainą musiało samodzielnie borykać się z nadmiarem ukraińskiego zboża zalegającego w ich magazynach. Obecnie dopuszczają one jedynie tranzyt kołowy przez swoje kraje, przy czym uszczelniony. W Polsce wykorzystuje się do tego celu system teleinformatyczny SENT (System Elektronicznego Nadzoru Transportu)

SENT to nic innego jak permanentne monitorowania przez KAS drogowego i kolejowego przewozy tzw. towarów wrażliwych oraz obrotu paliwami opałowymi. Środek transportu przewożący takie towary jest obligatoryjnie wyposażony w geolokalizator, przez co znane jest położenie pojazdu. Od 2017 r., kiedy w Polsce ustawowo zaczął obowiązywać ten system, transportowane sa m.in. alkohol etylowy skażony i nieskażony oraz wyroby go zawierające (np. rozpuszczalniki), susz tytoniowy, paliwa silnikowe, opałowe, preparaty smarowe i oleje, oleje i tłuszcze roślinne. Obecnie także zboże ukraińskie.

Czy zboże ukraińskie jest już w niemieckich magazynach?

W efekcie uszczelnienia tranzytu ziarna przez państwa przyfrontowe zboże ukraińskie jest rozładowywane w pierwszym kraju, w którym to możliwe. Czyli całkiem prawdopodobne, że właśnie w Niemczech.

Okazuje się, że po półtora roku, kiedy Komisja Europejska zostawiła kraje przyfrontowe w tym Polskę, aby same sobie radziły z zalewem ukraińskiego zboża, one rzeczywiście samodzielnie skutecznie rozwiązały problem. Kiedy polski rząd postawił tamę niekontrolowanemu wwozowi zbóż z Ukrainy, obudzili się niemieccy rolnicy — komentuje sytuację w rozmowie z naszym portalem dr Jarosław Sachajko, poseł, Kukiz15, wiceprzewodniczący Sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Dlaczego ukraińskie zboże budzi obawy niemieckich rolników?

Deszczowa pogoda panująca od kilku tygodni w Niemczech sprawiła, że żniwa praktycznie stanęły. Nie ma możliwości zbioru ziarna, którego jakość pogarsza się z każdym dniem. Z tego powodu nerwy tamtejszych rolników są już nadwyrężone. Bezradnie mogą tylko patrzeć, jak jakość i wielkość początkowo dobrze rokujących plonów się zmniejszają.

Wzrost nerwowości potęguje coraz powszechniejszy przekaz ustny, [no właśnie, panie Sachajko], że import taniego zboża z Ukrainy wypiera krajową pszenicę. Czyli ceny niemieckiego zboża są pod presją tego z importu. Wszystko na to wskazuje, że mają przedsmak obecności tego towaru na własnym rynku.

Tak, to niemieckie kiepskie zboże będzie wypierane przez dobre pod względem parametrów technologicznych zboże z Ukrainy. Takie są prawa rynku i stąd taka panika. Nie życzę im źle, bo to nie po chrześcijańsku, ale życzę im refleksji nad tym co wyprawia Komisja Europejska i niemieccy politycy. Za chwilę  Niemcy będą mieć problemy z którymi, na oczach polityków zachodnich, borykali się Polacy — wyjaśnia Jarosław Sachajko.

Szczelność tranzytu zboża przez Polskę działa?

Czy pojawiające się obawy ze strony niemieckich rolników są potwierdzeniem, że tranzyt przez Polskę działa? Mimo że nie jest on obłożony kaucją, o którą wnioskują niektórzy polscy politycy?

Jarosław Sachajko: Trzeba na początek obalić mit kaucyjny. Jeśli jako Polska nałożylibyśmy kaucję, to szybko byśmy płacili kary. Jako państwo nie mamy prawa nakładać ceł ani kaucji, rynek unijny jest wspólny i żaden pojedynczy kraj nie może samodzielnie robić regulacji. Ta część naszych praw została bowiem scedowane na Komisję Europejską. Ale jak potwierdzają niemieccy rolnicy, system SENT, czyli stały monitoring oraz plombowanie przyczep ze zbożem działa. Bo to zboże nie zostaje już w Polsce, ale w najbliższym możliwym kraju, gdzie można go wyładować, czyli w Niemczech.
Transport kołowy zboża jest kilkanaście razy droższy niż morski, jest on mało opłacalny na średnie odległości i nieopłacalny na dalekie dystanse. Dlatego to zboże zostawało głównie na Lubelszczyźnie i na Podkarpaciu, gdyż Ukraińcom nie opłacało się go wieźć dalej. Koszty transportu do Hiszpanii, która potrzebuje dużo zboża, byłyby równe wartości zboża. Hiszpanie mają deficyt zboża, gdyż mają ogromną produkcję zwierzęcą. Dla przykładu trzody chlewnej produkują 35 mln sztuk. Gdyby Polska miała chociaż taką produkcję trzody chlewnej jak w 2007 r. to również potrzebowalibyśmy ukraińskiego zboża, a u nas za PO-PSL ubyło 8 mln, za PIS 2 mln i zamiast sprzedawać „zboże w skórze”, sprzedajemy go po nieopłacalnych, dyktowanych przez MATIF cenach.

Jaka będzie reakcja niemieckich polityków na zalewające ich kraj zboże ukraińskie?

J.S.: Obawiam się, że żadna … Wciąż klasa polityczna Niemiec nie zmądrzała. Cały czas straszy Polskę i polski rząd, że mamy otworzyć nasz rynek, bo inaczej złamiemy wspólnotowe prawo. Dzisiaj już wiemy, dlaczego oni są w takiej panice. Mianowicie chcą, aby to zboże zostało na naszym rynku. Gdyż obawiają się, że dalej będzie docierało do Niemiec, ich rolnicy będą protestowali i bankrutowali.
W mojej opinii polski rząd i tak długo zwlekał, czekając na realizację obietnic utworzenia korytarzy humanitarnych, celem wyekspediowania ukraińskiego zboża do Afryki. Trzeba podkreślić, że zaledwie 3% tego towaru trafiło do Afryki, reszta dopłynęła do Turcji, Hiszpanii, Włoch, Chin. Miejmy nadzieję, że teraz niemieccy rolnicy trafią do rozsądku niemieckich polityków i uporządkujemy rynek zbóż w Europie.
Ale tak naprawdę, będzie go można uporządkować dopiero gdy Rosja przegra tę wojnę. Kiedy odblokuje się porty i wznowi transport przez Morze Czarne. Jest to bowiem najtańszy, najbardziej ekonomiczny korytarz transportowy zboża z Ukrainy do krajów docelowych.

Czy przed problemami niemieckich rolników ugnie się KE?

Przypomnijmy, KE sprzeciwia się apelom pięciu państw członkowskich o przedłużenie zakazu importu zboża ukraińskiego po 15 września?

J.S.: Na zakaz importu, cła czy regulacje ograniczające muszą zgodzić się wszystkie państwa UE, a to jest niemożliwe, od 2014 r. bez cła wjeżdża do Europy pszenica. W tej chwili, kiedy ukraińskie porty czarnomorskie nie działają, państwa przyfrontowe uszczelniły tranzyt, to ukraińskie zboże dociera do Niemiec i tam zostaje. Mam więc nadzieję, że KE i PE, które działają pod dyktando Niemiec, przekonają pozostałe kraje, że to, o czym mówimy od ponad roku, rzeczywiście jest problemem na europejską skalę. Czyli w końcu powstaną kolejowe korytarze humanitarne transportujące zboże do Hiszpanii, Włoch, Turcji. Liczę również na otrzeźwienie niemieckich polityków w zakresie zakończenia wojny na Ukrainie. Przypominam, Niemcy obiecali przekazać 110 czołgów, a przekazali 10.
Odblokowanie portów czarnomorskich przywróciłoby normalność, wówczas tamtędy to zboże będzie docierało nie tylko do Europy, ale także do Egiptu i innych państw Afrykańskich oraz do Chin. Czyli do tych krajów, które naprawdę potrzebują tego towaru. A nie będzie dalej niszczona polska i europejska suwerenność żywnościowa. Bo przez to, że obecnie trudno jest polskim rolnikom sprzedać zboże w pokrywającej koszt produkcji cenie, oni zadłużają się i bankrutują. A jak stracimy rolników, którzy produkują zboża, to równocześnie stracimy rolników produkujących trzodę chlewną, drób. Stracimy suwerenność żywnościową. Niemcom na tym by zależało, bo prą do podpisania umowy z MERCOSUR-em. Stamtąd chcą bowiem sprowadzać mięso, a w zamian sprzedadzą tam swoje maszyny i samochody. Mam nadzieję, że niemieccy rolnicy przekonają swoich polityków, że to jest utopia.2

Czego od KE oczekują niemieccy rolnicy?

Na razie prasa niemiecka próbuje uspokoić swoich obywateli, że te informacje, to bardziej przekaz plotkarski.

Prawdopodobnie działają rosyjskie fabryki trolli — mówi Dietrich Treis z BR mieszkajacy na Ukrainie od 1990 r., gdzie prowadzi duże gospodarstwo rolne na zachód od Kijowa.

Jednak rolnicy prowadzący produkcję roślinną na terenie Niemiec inaczej podchodzą do obecnej sytuacji.

Pilnie potrzebne jest europejskie rozwiązanie. Byłoby naprawdę pożądane, aby dostawy kolejowe i samochodowe były zarządzane w sposób uporządkowany, tak aby mogły trafiać na rynek światowy — mówi Johann Meierhöfer z Niemieckiego Stowarzyszenia Rolników (DBV).

Czytaj również: Za obecne przeceny na rynku zbóż w UE odpowiada m.in. KE

Tarasenko, rzecznik Prawego Sektora: Zbrodnia Bandery na Wołyniu to brednia. Sprawiedliwość nakazywałaby, aby ziemie, na których Ukraińcy żyli od tysięcy lat, wróciły do Ukrainy. To Przemyśl i kilkanaście innych powiatów.

Andrij Tarasenko, rzecznik Prawego Sektora: Zbrodnia Bandery na Wołyniu to brednia. Sprawiedliwość nakazywałaby, aby ziemie, na których Ukraińcy żyli od tysięcy lat, wróciły do Ukrainy. To Przemyśl i kilkanaście innych powiatów.

wiadomosci.onet 30 stycznia 2014

— Sprawiedliwość nakazywałaby, aby ziemie, na których Ukraińcy żyli od tysięcy lat, wróciły do Ukrainy — mówi w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Andrij Tarasenko, rzecznik radykalnej organizacji Prawy Sektor. Jak zaznacza, ma na myśli Przemyśl i kilkanaście innych powiatów. Banderowcy chcą to osiągnąć metodami dyplomatycznymi.

W związku ze wzrastającą popularnością radykalnych organizacji wśród zgromadzonych na Majdanie Ukraińców korespondent „Rzeczpospolitej” przeprowadził wywiad z jednym z liderów Prawego Sektora. Organizacja ta jest koalicją różnych radykalnych i nacjonalistycznych ugrupowań, które odgrywają główną rolę w starciach z Berkutem na Majdanie.

— Chcemy jedynie tego, co nasze — mówi Tarasenko „Rzeczpospolitej”. — Sprawiedliwość nakazywałaby, aby ziemie, na których Ukraińcy żyli od tysięcy lat, wróciły do Ukrainy — dodaje. Działacz podkreśla, że chodzi mu o „zjednoczenie wszystkich ziem etnicznych swojego narodu”, z których Ukraińcy zostali „wyrzuceni”. Tarasenko ma na myśli skutki akcji „Wisła” po II Wojnie Światowej, wskutek której z południowo-wschodnich terenów dzisiejszej Polski przesiedlono ponad 140 tysięcy Ukraińców.

Rzecznik Prawego Sektora podkreśla ponadto, że odpowiedzialność Bandery za ludobójstwo na Wołyniu „to brednie”. — Bandera zalecał stosowanie radykalnych metod, ale przecież z okupantem należy walczyć wszystkimi metodami — ocenił.

Jako „sprzeczne z ideą państwa narodowego”, Tarasenko uznaje ewentualne członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej. Co ważne, rzecznik organizacji Prawy Sektor podkreśla, że banderowcy użyją każdych środków, aby odsunąć Janukowycza od władzy. — Jesteśmy gotowi sięgnąć po wszystkie metody, także te radykalne. Tak jak robił Bandera — ostrzegał.

Rosyjskie media: trzecia siła na Ukrainie

„W ukraińskiej polityce pojawiła się trzecia siła. I żąda kontynuowania rewolucji”, tak w środę, 29 stycznia, rosyjski dziennik „Komsomolska Prawda” pisał o najbardziej radykalnej organizacji w Kijowie, zaangażowanej w walki z milicją wokół Majdanu.

„Wiktor Janukowycz teraz nie wie, z kim ma się dogadywać, ponieważ władza nad Majdanem i połową ukraińskiej administracji jest raczej w rękach Dmytro Jarosza (nieformalnego lidera „Prawego Sektora” — red.) niż słynnego boksera Witalija Kliczki” — można było przeczytać w relacji gazety.

Do „Prawego Sektora” należą m.in. SNA (Patrioci Ukrainy), Tryzub, Biały Młot, UNA-UNSO, C14 (uznawani za neonazistowskie skrzydło partii Swoboda), a także grupy kiboli, głównie Dynama Kijów. Są niekiedy określani jako „armia Majdanu”.

Obecnie najbardziej widocznym liderem tego zrzeszenia jest Dmytro Jarosz. W 1994 roku był jednym z założycieli nacjonalistycznej organizacji Tryzub im. Stiepana Bandery. Teraz uważa się go za nieformalnego lidera Prawego Sektora. Jest to organizacja, która nie kryje dystansu wobec opozycji parlamentarnej. „Jaceniuka lekceważą, a Kliczkę — gdy ten próbował powstrzymać przemoc na Hruszewskiego 19 stycznia — zaatakowali gaśnicą” — pisał w swojej relacji portal tvn24.pl.

Sikorski: wszelkim ekstremizmom mówimy „nie”

Jak pisze w relacji z Ukrainy korespondent „Rzeczpospolitej”, Jędrzej Bielecki, „Stefan Bandera jest dziś największym bohaterem protestujących”, co więcej, „protestów przeciwko kreowaniu Bandery na bohatera Majdanu nie słychać”.

Na Ukrainie od listopada trwają protesty. Sytuacja zaostrzyła się w ubiegłym tygodniu, kiedy podczas starć demonstrantów z milicją w Kijowie śmierć poniosło sześć osób. Dopiero wtedy władze Ukrainy zdecydowały się na ustępstwa — do dymisji podał się premier Mykoła Azarow, a parlament cofnął kontrowersyjne ustawy umożliwiające władzom pacyfikowanie protestujących.

Mówi się też, że na Majdanie do głosu zaczynają dochodzić coraz bardziej radykalne grupy. Ten temat w rozmowie z PAP poruszył minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.

— Wszelkim ekstremizmom, w szczególności antypolskim mówimy stanowcze „nie”. Ale trzeba też pamiętać, że te ekstremizmy pojawiają się z każdym tygodniem konfrontacji, a odpowiedzialność za przeciąganie kryzysu spoczywa, na razie, głównie na władzy — stwierdził Sikorski. Jak dodał, władza mogła przystać na kompromis jeszcze zanim Majdan się zradykalizował, a Ołeh Tiahnybok, lider Swobody jest teraz „partnerem dla prezydenta Janukowycza” i spotykają się z nim dyplomaci europejscy.

Propaganda przed-wyborcza PiS-u; ale akurat TE dane o UE – chyba prawdziwe.

Propaganda przed-wyborcza PiS-u; ale akurat dane – chyba prawdziwe.

Otwartość na imigrantów a liczba przestępstw. Statystyki gwałtów, zabójstw i napaści w UE [TABELE – w oryginale]

tvp.info 13.08.2023,

Barometr nastrojów w krajach, które otworzyły swoje drzwi dla imigrantów, wychyla się ponad miarę. Podobnie – statystyki kryminalne. Na antenie TVP Info przytoczono najnowsze dane na temat odnotowanych przestępstw.

Kradzieże

Belgia jest także niechlubnym liderem jeśli chodzi o unijne statystyki dotyczące kradzieży. W przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców odnotowano tam ponad 1914 tego typu przestępstw. Na drugim miejscu jest Luksemburg ze wskaźnikiem na poziomie 1712, a trzecia Holandia – 1362. Tuż za tymi krajami plasują się Niemcy – 1307 kradzieży; i Austria – 1276. 

Polska daleko w tej statystyce z wynikiem 260. 

Zabójstwa

Kolejna kategoria to zbrodnie umyślnego zabójstwa – również w przeliczeniu na liczbę mieszkańców. Na czele stawki Finlandia, Cypr i (ponownie) Belgia – z kolejno wskaźnikami: 1,63; 1,62 i 1,55 na 100 tys. mieszkańców. Nieco mniej zbrodni odnotowano we Francji (1,16) i Szwecji (1,07). W Polsce to 0,7. 

Gwałty

Ostatnia tabela dotyczy gwałtów. Francja i Belgia są zdecydowanymi niechlubnymi liderami. W pierwszym z tych krajów potwierdzono 29,38 gwałtów w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców, a w drugim – 29,25. 

Kolejne są: Austria (14,93), Luksemburg (12,62), Holandia (11,06) i Niemcy (10,91). W Polsce wskaźnik ten wynosi 1,99. 

Kierowca Tesli spłonął żywcem w swoim samochodzie

13.08.2023 Kierowca-tesli-splonal-zywcem-w-samochodzie

Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay

31-letni kierowca Tesli spłonął żywcem w swoim samochodzie – poinformował portal dziennika „Bild”. Zdarzenie miało miejsce w niedzielę tuż po północy w rejonie Memmingen (Bawaria). Gaszenie elektrycznego pojazdu trwało kilka godzin.

Mężczyzna, który jechał wąską wiejską drogą, zjechał na lewy pas. Jego samochód uderzył w barierki, prześlizgując się po nich na odcinku ok. 38 metrów, po czym zderzył się czołowo z betonowym słupem energetycznym. „Poważnie uszkodzony samochód zaczął się palić” – podała policja.

Kierowca poniósł śmierć na miejscu w płonącym samochodzie.

W gaszeniu pojazdu uczestniczyły służby ratunkowe z czterech okolicznych miejscowości. Jak podkreślił „Bild”, ze względu na elektryczny napęd płonącego samochodu strażacy musieli przez kilka godzin zmagać się z wciąż nagrzewającymi się urządzeniami.

„Pojazd udało się usunąć z miejsca zdarzenia dopiero po kilku godzinach, ze względów bezpieczeństwa musi być teraz przechowywany oddzielnie” – podkreślił „Bild”.

ŹRÓDŁO PAP

Niebiosa zsyłają prowokacje. „Oj dana, dana!”

Niebiosa zsyłają prowokacje

Stanisław Michalkiewicz„Goniec” (Toronto)  •  13 sierpnia 2023 michalkiewicz

Jakże nie współczuć naszym Umiłowanym Przywódcom, którzy uprawianie prawdziwej polityki mają surowo zakazane, a tu zbliżają się wybory i trzeba czymś uwodzić swoich dotychczasowych i potencjalnych wyznawców? Na przykład postępowania naszych mężyków stanu w sprawie Ukrainy w ogóle nie można nazwać polityką. Polityka powinna mieć bowiem jakiś cel, podczas gdy w tym postępowaniu niepodobna się tego dopatrzeć. Tu nie ma żadnej polityki, tu jest tylko nadskakiwanie, z okazji zbliżających się wyborów maskowane tromtadrackimi deklaracjami pana premiera Mateusza Morawieckiego, który najwyraźniej w tej tromtadracji się coraz wyspecjalizował i nabrał eksperiencji – chociaż oczywiście, kiedy już wygłosi swoje, to potem, albo nawet jeszcze przedtem, podpisuje wszystko, co mu tam starsi i mądrzejsi każą. Ale sama tromtadracja nie wystarczy, bo coraz więcej obywateli zaczyna kapować, o co naprawdę chodzi – a to stwarza dla naszych Umiłowanych Przywódców sytuację nie do pozazdroszczenia.

Toteż nic dziwnego, że w tej sytuacji, niczym tonący brzytwy, chwytają się wszelkich okazji, które stwarzają choćby cień szansy zademonstrowania Woli Mocy. Okazję stworzył niedawno doradca prezydenta Zełeńskiego, pan Mychajło Podolak, oświadczając, że Ukraina będzie uważała Polskę za swego umiłowanego przyjaciela – ale tylko do końca wojny. Wprawdzie konferencja w Arabii Saudyjskiej, gdzie przedstawiciele 30 państw, w tym oczywiście Polski, radzili, jak zaprowadzić pokój na Ukrainie, nie doszła do żadnych konkluzji, w związku z czym wojna potrwa chyba aż do listopada przyszłego roku, kiedy w Ameryce odbędą się wybory prezydenckie, ale nie w tym rzecz. Nawiasem mówiąc, jakże by w Arabii Saudyjskiej miało dojść do jakichś konkluzji, skoro nie zaproszono tam Rosji? Ale to nie nasza sprawa; niech się Ukraińcy martwią, ilu jeszcze ich zostało do przepuszczenia przez maszynkę do mięsa.

Nas interesuje bardziej, co w takim razie będzie po wojnie. Wielce Czcigodny pan Jacek Saryusz-Wolski już zdążył podziękować panu Podolakowi za „szczerość”, a tymczasem okazało się, że to tylko kremlowskie kłamstwa, bo pan Podolak tak naprawdę powiedział coś zupełnie innego. Jaka jest tedy ukraińska prawda na czas powojenny – tego jeszcze nie wiemy. Bardzo w tej sytuacji możliwe, że przekonamy się o słuszności nawoływań militarystów, by korzystać z wojny, bo pokój będzie straszny – ale co z tego, skoro przekonaliśmy się, że nasi Umiłowani Przywódcy z wojny też korzystać nie umieją – bo trudno uznać za korzyść sytuację, że Polska na podstawie umowy z 2 grudnia 2016 roku udostępnia Ukrainie za darmo zasoby całego państwa? Chyba już niewiele nam zostało, bo Ukraińcy coraz wyraźniej prezentują wobec Polski postawę mocarstwową i coraz częściej obwąchują się z Niemcami. W takiej sytuacji pokój może stać się jeszcze straszniejszy, bo kiedy wojna się skończy, to może to znaczyć tylko tyle, że Ukraina przestanie wojować z Rosją – ale bynajmniej nie to, że pokój nastanie w ogóle. Cóż; sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało, bo na tym świecie pełnym złości każdy błąd się mści i to nie tylko na błądzącym, ale przede wszystkim na tych, w imieniu których błądzący błądzi.

Ale to tylko jeden – można powiedzieć – epizod w naszych stosunkach z sąsiadami, bo właśnie nasi Umiłowani Przywódcy, wyeksploatowawszy do gołej ziemi prowokację białoruską w postaci przelotu dwóch białoruskich śmigłowców nad Białowieżą, chwycili się kurczowo prowokacji następnej. Nawiasem mówiąc, w przypadku prowokacji białoruskiej nasza niezwyciężona armia początkowo nie była pewna, czy dać się prowokować, czy udawać, że żadnej prowokacji nie było, ale po naradzie, rada w radę uradzono, że jednak była, bo w okresie przedwyborczym taka prowokacja, to prawdziwy dar Niebios, dzięki któremu można napiąć muskuły nie tylko własne, ale przede wszystkim – cudze – w czym nasza sojusznica, ambasadoressa USA przy NATO, okazała się pomocna, dając do zrozumienia, gdy gdyby polską przestrzeń powietrzną naruszyli niechby nawet Marsjanie, to i tak wszystko pójdzie na rachunek Putina.

Więc po wyeksploatowaniu do gołej ziemi prowokacji białoruskiej, Niebiosa szczęśliwie spuściły nam następną. Na Jarmark Dominikański w Gdańsku Dulczessa Wolnego Miasta zaprosiła niemiecki zespół folklorystyczny, który odśpiewał chóralnie XIX-wieczną niemiecką piosenkę biesiadną. W tej piosence występował refren w postaci „heidi, heida”, co znaczy mniej więcej tyle, co nasze: „oj dana, dana!” – ale mnóstwo Umiłowanych Przywódców natychmiast uznało to za „przyśpiewki hitlerowskie”. Takie skojarzenia miała m.in. pani Anna Fotyga, która dumnie piastowała w naszym bantustanie stanowisko ministra spraw zagranicznych i zasłynęła z gwarancji suwerenności, jakich na brukselskim korytarzu, między schodami i toaletą, udzielił na jej ręce dla Polski jakiś jegomość. Wielce Czcigodny pan Płażyński, który też kandyduje w tych wyborach, uznał te przyśpiewki za „nazistowskie” i nie posiadał się z oburzenia. W tej sytuacji swoje oburzenie zaczęli wyrażać też kolejni kandydaci, bo jużci – „nie tylko dla grzeszników Pan Bóg stworzył rzeczy smaczne” – jak mawiał pewien biskup-sybaryta – ale sprawa przycichła za przyczyną pana Manfreda Webera, szefa europejskiej Volksdeutsche Partei, który w niemieckiej telewizji miał powiedzieć, że jego partia będzi zwalczać w Polsce PiS. Takiej prowokacji nie mógł puścić płazem sam pan premier Mateusz Morawiecki, który wyzwał pana Webera na coś w rodzaju pojedynku z tym, że nie na szpady ani szpadryny, tylko na argumenty, czyli – na debatę. „Panie Weber, proszę nie posługiwać się swoim pomocnikiem Donaldem Tuskiem. Proszę stanąć do debaty!” Przypomina mi to trochę uwagę wygłoszoną przez Władysława Gomułkę pod adresem niemieckiego kanclerza Konrada Adenauera: „Prędzej pan, panie Adenauer, odgadnie jakiej płci są anioły, niż my się wyrzekniemy naszych Ziem Zachodnich!” Ale Władysław Gomułka prężył wtedy muskuły sowieckie, podczas gdy pan premier Morawiecki rosyjskich prężyć nie może, ukraińskich też już nie bardzo, a tylko – amerykańskie. Ale co z tego, skoro nawet prezydent Józio Biden skłania się do wniosku, że wybory prezydenckie w Ameryce ustawiał Putin, a w każdym razie w nie „ingerował”? Tak samo w wybory polskie zaingerował pan Weber, który zresztą odmówił osobistego stawienia się na udeptanej ziemi 2 października i zamierza wysłać „reprezentanta”. Nie wiadomo jednak, czy w tej sytuacji pan premier Morawiecki zechce zniżyć się do debaty z „reprezentantem”, czy też tylko ostrzela pole i otrąbi zwycięstwo. Słowem – będzie się działo, tym bardziej, że właśnie pan prezydent Duda ogłosił termin wyborów 15 października. Jakoś musimy do tego dnia dotrwać, a być może Niebiosa miłosiernie obdarzą nas jeszcze jakimiś prowokacjami, bez których nie wiadomo, jak byśmy sobie poradzili.

Europejski Zielony Ład – piramida kłamstwa

Europejski Zielony Ład – piramida kłamstwa

Jacek Musiał zielony-lad-piramida-klamstwa

Spekulacyjny handel świadectwami emisyjnymi CO2 doprowadził do sytuacji, że UE wdała się w wykańczanie konkurencji wewnątrz UE pod pretekstem fałszywej teorii globalnego ocieplenia od węgla.

Część Pierwsza

DEFINICJE

Media szermują całą gamą określeń dotyczących zmian w energetyce, jakie tworzone były na terenie Unii Europejskiej, w Stanach Zjednoczonych i w ciałach ONZ. 

Najbardziej znane to:

  1. Transformacja energetyczna (niem. Energiewende) – lansowana w Niemczech od 1980 roku populistyczna idea całkowitej rezygnacji Niemiec z energii atomowej, węgla i ropy naftowej, z przejściem na niskoemisyjne źródła energii, które na dodatek miały by być tanie, niezawodne i przyjazne dla środowiska. 
  2. Europejski Zielony Ład (European Green Deal) – zbiór inicjatyw Komisji Europejskiej pochodzący z roku 2019 i przypieczętowany przez Radę Europy, ukierunkowanych na osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku. 
  3. 3. Fit for 55 – pakiet aktów prawnych Komisji Europejskiej z 2021 roku, związanych z redukcją emisji CO2 w Unii Europejskiej. 

Kompletny harmonogram zdarzeń wiodących do zapędzenia Unii Europejskiej w ślepy zaułek przedstawił w swoim referacie „Historia globalnego o…” na konferencji w Dychowie w maju 2023 roku profesor dr hab. Marian Miłek. 

PODSTAWA TEORETYCZNA DZIAŁAŃ POLITYKÓW EUROPEJSKICH

Podstawą teoretyczną aktywności polityków w latach 1980 -2021, była, jak się wydaje, wiedza, jaką posiadali z filmu „Niewygodna prawda”, pochodzącego z 2006 roku, powstałego z inicjatywy Ala Gore’a – wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, a także z wytycznych pisanych pod kontrolą Rajendry Pachauriego, przewodniczącego IPCC przy ONZ, a przyjaciela Ala Gore’a. Informacje te utwierdzały polityków w przeświadczeniu, że przyczyną globalnego ocieplenia miałby być dwutlenek węgla. 

Jak udało się wykazać w szeregu artykułów (m.in. Kurier WNET, ABC Niepodłeglość , a wkrótce będzie przedstawione w formie książkowej), działalność człowieka jest ewidentną przyczyną globalnego ocieplenia, przyczyn jest kilka, nie jest nią jednak fałszywie oskarżony dwutlenek węgla. 

GŁĘBSZA HISTORIA TEORII CO2-CENTRYCZNEJ GLOBALNEGO OCIEPLENIA

  1. Interes ZSRR / Rosji.

Jak zostało opisane w innych artykułach, najważniejszym źródłem dezinformacji o powodowaniu przez dwutlenek węgla globalnego ocieplenia był około połowy u. wieku najprawdopodobniej Kirył Kondratiew, dyrektor Instytutu Fizyki Atmosfery w Leningradzie. Celem dezinformacji było takie przekonanie zachodnich społeczeństw, aby same doprowadziły do dekarbonizacji, deindustrializacji, a w konsekwencji – demilitaryzacji Zachodu. 

W latach 70. ub. wieku Niemcy stawały się potęgą w budowie elektrowni atomowych, co budziło obawy Rosji, że Niemcy, pomimo umów międzynarodowych, mogą w pewnym momencie wykorzystać swoje elektrownie do produkcji plutonu niezbędnego do broni atomowej. Dziś już nie jest tajemnicą, że blok wschodni finansował wtedy (i jeszcze do bardzo niedawna) w Niemczech ruchy tzw. ekologiczne. Ponieważ według wspomnianej, sfałszowanej teorii gaz ziemny miałby mniej szkodzić na globalne ocieplenie (choć w rzeczywistości jest odwrotnie, co zostało wykazane w innych artykułach), ZSRR, kusząc niskimi cenami gazu ziemnego, zyskał na wiele lat jego zbyt w Niemczech i innych krajach europejskich, jednocześnie niebezpiecznie uzależniając je od tego źródła energii. W lutym 2022 cały świat się przekonał, że faktycznym, dalekosiężnym celem polityki Putina było takie uzależnienie Zachodu, aby stał się bezbronny militarnie i można było posunąć się do szantażu „Ukraina za gaz” w rewizjonistycznej polityce odbudowy imperium radzieckiego.

2. Interesy Stanów Zjednoczonych.

Drugim kamieniem milowym był pomysł Ala Gore’a, aby zamiast zaprzeczać kłamstwu ekologicznemu, zrobić na nim interes. Założył w Chicago giełdę handlującą pozwoleniami do emisji dwutlenku węgla Climate Exchange PLC, CCX . Handlując CO2, czyli „niczym”, przy obrotach rzędu bilionów $, zysk z prowizji może sięgać miliardów. Ważnymi graczami w całej aferze byli Maurice Strong, Richard Sandor, szereg firm i międzynarodowych banków. Próba dekarbonizacji w Stanach Zjednoczonych dała oręż przemysłowi wydobycia gazu ziemnego do niszczenia swojej konkurencji – węgla jako surowca energetycznego. Chora konkurencja wewnętrzna to radość dla nieprzyjaciół. Obecnie w związku z dekarbonizacją Unii Europejskiej otwiera się dla Stanów Zjednoczonych rynek dla sprzedaży elektrowni atomowych. Ponieważ działania Komisji Europejskiej narzuciły rygory czasowe ostatecznej dekarbonizacji, nabywcy elektrowni muszą się spieszyć, a wtedy nie ma czasu na negocjowanie ceny przez nabywców. 

Kolejnym interesem dekarbonizacji Europy mogła być obawa, że Rosja wchłonie Unię Europejską, jak to zostało przedstawione w profetycznej powieści George’a Orwella Rok 1984, co w przypadku obserwowanego do niedawna zbliżenia UE i Rosji, wzajemnych uzależnień i ekspansji Rosji na Zachód stawało się coraz bardziej realne, a wtedy już Ameryce przestało zależeć na silnej Europie, więc akceptowała, że sobie idzie w ślepy zaułek dekarbonizacji. 

  1. Interesy ChRL.

Dekarbonizacja Zachodu wprost prowadziła do przenoszenia tzw. wysokoemisyjnego przemysłu do Chin, a więc do nieprawdopodobnego wręcz wzrostu gospodarczego tego kraju. Dzięki temu Chiny uzyskują właśnie dominację gospodarczą w świecie. 

Podobnie jak Rosja również ChRL prowadzi ekspansję gospodarczą w krajach trzeciego świata, zastępując neokolonializm zachodni – własnym. Analitycy sugerują, że ChRL przygotowuje się również do ekspansji terytorialnej, w pierwszej kolejności na Tajwan. Dekarbonizacja, deindustrializacja i demilitaryzacja Zachodu są w tej sytuacji bardzo na rękę Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Lobbystą interesów ChRL w obszarze ONZ był m.in. Maurice Strong.

  1. Interesy Indii.

W okresie działalności Rajendry Pachauriego w IPCC przy ONZ dzięki kłamstwu ekologicznemu, że CO2 szkodzi klimatowi na Zachodzie (tak, jakby dwutlenek węgla w powietrzu znał granice) oraz dlatego, że Indie nie zostały zmuszone do spekulacyjnego handlu emisjami CO2, niszczącego gospodarki, doszło, podobnie jak w przypadku ChRL, do transferu przemysłu ciężkiego i nieprawdopodobnego rozwoju gospodarczego Indii (oczywiście również kosztem Zachodu). Pochodzące z IPCC Rajendry Pachauri’ego, a rozpowszechniane na Zachodzie informacje, że to nadmierna populacja odpowiada za nadmierne emisje CO2 i globalne ocieplenie, zasiały na zachodzie ruchy depopulacyjne. W ten sposób na własną prośbę Zachód ogarnięty został już czterema procesami: dekarbonizacją, deindustrializacją, demilitaryzacją i depopulacją.

Można to nazwać polityką 4D. Tym samym czasie Rajendra Pachauri zapewnił swojej ojczyźnie prawdziwą eksplozję demograficzną, dzięki czemu Indie stały się najludniejszym krajem na świecie (obecnie około 1,4 mld) i do tego z 3 razy większą gęstością zaludnienia niż w Chinach. Wyludniające się miasta europejskie to Lebensraum dla imigrantów także z przeludnionych Indii i ekspansja kultury wschodniej, zastępująca tę tradycyjną, lecz wymierającą.

  1. Interesy partykularne krajów Unii Europejskiej. 

Dopuszczając na swój teren spekulacyjny handel świadectwami emisyjnymi CO2 , Komisja Europejska, Rada Europy i (chyba zdezorientowany) Parlament Europejski doprowadziły do sytuacji, że Unia Europejska, zamiast konkurować z państwami zewnętrznymi, na ćwierć wieku wdała się w wykańczanie konkurencji wewnątrz Unii Europejskiej pod pretekstem fałszywej teorii globalnego ocieplenia od węgla.

Do największych przegranych można tu zaliczyć Polskę, która, jak nadgorliwy uczeń, zamiast unowocześniać swój przemysł, ochoczo go likwidowała za nagrodę – płynące (albo tylko obiecane) dopłaty z Unii Europejskiej – przysłowiową miskę soczewicy. Wystarczy spojrzeć do Rocznika Statystycznego, porównując, którą potęgą gospodarczą była Polska jeszcze w 1980 roku, a jakie miejsce w rankingu zajmuje obecnie.

W Polsce wykonują aborcje na dzieciach podejrzewanych o chorobę…

Fundacja Pro-Prawo do życia 
Mariusz Dzierżawski <pomagam@stopaborcji.pl>
Szanowny Panie , 
dowiedzieliśmy się właśnie, że kolejny szpital wykonuje aborcje eugeniczne na dzieciach podejrzanych o chorobę. To szpital w Jeleniej Górze – Wojewódzkie Centrum Szpitalne Kotliny Jeleniogórskiej, który odpisał na nasze pismo. Od stycznia do czerwca br. abortowano tam 3 dzieci z przyczyn eugenicznych w oparciu o formalną przesłankę „zagrożenia zdrowia” ich matek. Jedno z tych abortowanych dzieci było podejrzane o zespół Downa. Informujemy o tym między innymi po to, aby przebić się do świadomości kolejnych Polaków, którzy nie wiedzą, że w naszym kraju ciągle wykonuje się legalne aborcje na chorych dzieciach. Dlaczego nie ma w naszym społeczeństwie takiej świadomości? Proszę przeczytać.Musimy powstrzymać aborcję [foto]Szpital w Jeleniej Górze to już kolejna placówka, która potwierdziła, że wykonuje aborcje na dzieciach podejrzanych o chorobę lub niepełnosprawność.
Wiele osób dobrej woli, które są przeciwko aborcji, nie dowierza, że to wciąż dzieje się w Polsce. Dlaczego tak się dzieje? Gdy w 2020 roku Trybunał Konstytucyjny orzekł, że aborcja z przyczyn eugenicznych jest niezgodna z konstytucją i tym samym nielegalna, u wielu ludzi wybuchł ogromny entuzjazm. Wiele osób zaczęło uważać, że oto teraz mamy niemal doskonałe prawo w zakresie ochrony życia, jedno z najlepszych na świecie, w związku z czym nie musimy już nic robić na rzecz jego zmiany. I tak właśnie się stało – wiele osób zaniechało działań prowadzących do wprowadzenia w Polsce PEŁNEJ i egzekwowalnej obrony życiakażdego dziecka. Zaniechano też nacisków na polityków, aby zajęli się problemem aborcji. Również liczne media przestały informować swoich odbiorców o kwestii aborcji, uznając ją za temat zamknięty. W tym samym czasie aktywiści aborcyjni nie próżnowali i nie byli bierni. Szukali sposobu na to, aby ominąć prawo wynikające z orzeczenia Trybunału w celu legalnego mordowania kolejnych dzieci. Taką luką w prawie okazała się być, dobrze znana w praktyce z innych krajów takich jak np. Hiszpania czy Wielka Brytania, przesłanka umożliwiająca wykonanie legalnej aborcji z powodu „zagrożenia zdrowia” matki, w trym niesprecyzowanego i bliżej nieokreślonego „zdrowia psychicznego”. Na podstawie tej formalnej przesłanki prawnej w Hiszpanii i Wielkiej Brytanii mordowano setki tysięcy dzieci. W ten sam sposób postanowiono zabijać w Polsce. Bardzo szybko po ogłoszeniu przez Trybunał Konstytucyjny orzeczenia znalazły się pierwsze szpitale, które zaczęły wykorzystywać tę lukę w prawie, aby dokonywać aborcji na dzieciach. Doszło nawet do tego, że w 2022 roku w szpitalu w Oleśnicy padł rekord liczby wykonanych aborcji od czasu, gdy w 2016 roku zaczęto ich dokonywać. Teraz kolejne placówki potwierdzają, że wciąż dokonują legalnych aborcji, w tym aborcji na dzieciach podejrzanych o choroby. Panie MirosĹ‚awie, nasza Fundacja przewidywała ten scenariusz od samego początku, gdy tylko Trybunał wydał swoje orzeczenie. Mówiliśmy, że tak będzie na podstawie doświadczeń z innych krajów oraz analizy działań aborcjonistów. Informowaliśmy, że orzeczenie TK to słuszny krok w dobrą stronę, ale krok mały i niewystarczający, który w praktyce niewiele zmieni. Równolegle, niemal od razu podjęliśmy działania prawne – w 2021 roku rozpoczęliśmy obywatelską inicjatywę ustawodawczą „Stop aborcji”, której celem była naprawa polskiego prawa i wprowadzenie pełnej ochrony życia dla każdego dziecka. Nasz projekt rozpoznawał również prawnie dzieci poczęte jako ludzi, ze wszystkimi przysługującymi im prawami. Zebraliśmy wymagane ponad 100 000 podpisów i nasz projekt trafił do Sejmu, gdzie jednak od razu został odrzucony głosami większości posłów PiS, Koalicji Obywatelskiej i Lewicy. Do odrzucenia projektu przyczyniły się też działania wielu osób, które zwalczały naszą inicjatywę i starały się, aby nasz projekt nie wszedł w życie, ponieważ ich zdaniem obecne prawo rzekomo w dobry sposób chroni życie dzieci. Nasz projekt, gwarantujący prawny status człowieka dla wszystkich poczętych dzieci, określano mianem „radykalnego”, „skrajnego” i „niepotrzebnego”. W tym samym czasie media głównego nurtu, sprzyjające lobby aborcyjnemu, głośno krzyczały o rzekomym „łamaniu praw kobiet”, które nie mają tak łatwego dostępu do aborcji, jak chcieliby tego aktywiści aborcyjni. Nie dziwimy się, że w takim zgiełku i zamęcie pełnym kłamstw i manipulacji Polacy nie orientują się w rzeczywistej sytuacji dotyczącej aborcji w Polsce. A prawda jest taka, że obecnie w naszym kraju można dokonywać w szpitalach de facto legalnych aborcji na życzenie, na dowolnym etapie ciąży. Wystarczy tylko przyjść do szpitala z odpowiednim zaświadczeniem od pro-aborcyjnego psychiatry. Nasza Fundacja ostrzega przed tym od niemal 3 lat. Cieszymy się, że w ostatnim czasie coraz więcej osób zaczęło zauważać rzeczywistość i podjęło działania na rzecz powstrzymania aborcji w szpitalach i naprawy polskiego prawa. Otrzymane przez naszą Fundację informacje ze szpitali, potwierdzające dokonywanie kolejnych aborcji eugenicznych na dzieciach, powoli przedostają się do opinii publicznej i zaczynają wywoływać reakcje. Niezbędne są dalsze działania mające na celu kształtowanie świadomości, budzenie sumień i mobilizowanie Polaków do działania w obronie życia dzieci i na rzecz pełnego zakazu aborcji. Działania oparte o rzeczywistość, regularne i konsekwentne, pomimo trudności, przeciwności, prześladowań i pomówień. Działania, których nie da się prowadzić bez stałej pomocy naszych darczyńców. Dlatego proszę Pana o wsparcie naszej walki o wprowadzenie w Polsce pełnej ochrony życia dla każdego dziecka oraz kształtowanie świadomości naszego społeczeństwa, aby aborcja stała się dla Polaków czymś nie do pomyślenia. Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPWNa bieżąco monitorujemy sytuację w polskich szpitalach. Domagamy się informacji, czy zabijają dzieci i podejmujemy stosowne działania – akcje uliczne, billboardowe i furgonetkowe, których celem jest wywarcie presji na powstrzymanie aborcji i wprowadzenie jej zakazu. Prosimy o pomoc, gdyż sami nie możemy prowadzić tej walki. Serdecznie Pana pozdrawiam,Mariusz DzierżawskiFundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszkówstronazycia.pl

Wygrywamy w walce z propagandą LGBTQ+ szerzoną przez „obudzone” [WOKE] korporacje. Teraz nie jest im już do śmiechu.  

Wygrywamy w walce z propagandą LGBTQ+ szerzoną przez „obudzone” korporacje. 

Jestem George Christensen, dyrektor ds. kampanii w CitizenGO i z ogromną radością informuję o naszych niedawnych sukcesach w walce przeciwko radykalnej propagandzie LGBTQ+ promowanej przez „obudzone” korporacje.

Jak Państwo wiecie, CitizenGO koncentruje się na promowaniu i obronie życia, wolności oraz rodziny, a dzięki Państwa nieustannemu wsparciu robimy duże postępy i zyskujemy przewagę. 

Burzymy status quo i powoli przekształcamy społeczeństwo w takie, które szanuje te najważniejsze wartości.

Nasze kampanie przeciwko wydarzeniom „Pride Nite” organizowanym przez Disney, promocjom piwa Bud Light przez aktywistę transpłciowego Dylana Mulvaneya oraz sprzedaży przez firmę Target artykułów związanych z ruchem LGBTQ+ dla dzieci (nawet niemowląt!) nie pozostały niezauważone.

Lewicowe media głównego nurtu, kiedyś lekceważące problem, obecnie informują, że wiele firm wycofuje się z radykalnej propagandy LGBTQ+ ze względu na szkody w reputacji i słabe wyniki finansowe.

CNBC tak napisała ostatnio w jednym nagłówku: „Bojkoty rzadko przynoszą rezultaty – ale sprzeciw wobec społeczności LGBTQ+ zmusza firmy do trudnych wyborów”.

Amerykański portal PBS zauważył, że „sprzeciw zmusił niektóre firmy do przemyślenia swojego podejścia do ruchu Pride”, podczas gdy Axios podkreślił zadziwiającą „utratę wartości rynkowej w wysokości 28,7 miliardów dolarów” wśród trzech firm promujących radykalną agendę LGBTQ+.

NewsWeek również doniósł, że „marki, które ostatnio były przedmiotem krytyki w internecie, nie angażowały się w mediach społecznościowych w pierwszym dniu tzw. Miesiąca Dumy LGBTQ+”.

Podzielenie się taką wiadomością cztery lub pięć lat temu wydawałoby się niemożliwe.

Wówczas rozpoczynaliśmy kampanię przeciwko gigantycznym korporacjom takim jak Disney i Netflix, które otwarcie promowały (i nadal promują) indoktrynację LGBTQ+ oraz seksualizację dzieci w swoich filmach i programach telewizyjnych. Nie brali nas poważnie i śmiali się z nas.

Teraz nie jest im już do śmiechu. 

Teraz boją się nas i Państwa. Gratulujemy!

Nasze wysiłki przynoszą owoce, ale walka się nie skończyła. Batalia przeciwko radykalnej propagandzie LGBTQ+ trwa i potrzebujemy Państwa wsparcia bardziej niż kiedykolwiek.

Dzielcie się Państwo naszymi e-mailami, podpisujcie nasze petycje i stawajcie po naszej stronie. Razem możemy skutecznie bronić życia, wolności i rodziny.

Dziękuję za Państwa wsparcie,

George Christensen z całym zespołem CitizenGO

PS Szala zwycięstwa w walce o dzieci i rodziny przeciwko radykalnej propagandzie LGBTQ+ zaczyna się przechylać na naszą stronę i z Państwa pomocą wygramy tę walkę.

Więcej informacji w języku angielskim:

Boycotts rarely work — but anti-LGBTQ+ backlash is forcing companies into tough choices (CNBC)

https://www.cnbc.com/2023/06/22/the-business-of-boycotts-what-can-corporate-america-do.html

Some retailers pull back Pride plans after conservative backlash (PBS)

https://www.pbs.org/newshour/show/some-retailers-pull-back-pride-plans-after-conservative-backlash

When pride and profits collide: Companies struggle with anti-gay backlash (CBS News)

https://www.cbsnews.com/chicago/news/pride-and-profits-collide-companies-anti-gay-backlash/

The financial toll of right-wing backlash: At least $28B in market value (Axios)

https://www.axios.com/2023/06/16/corporate-america-pride-backlash-stocks

US companies remove Pride Month campaigns over right-wing backlash (ABC Australia)

https://www.abc.net.au/radionational/programs/drive/us-companies-remove-pride-month-campaigns-right-wing-backlash/102446974

Major Brands Silent About Pride Month After Backlash (NewsWeek)

https://www.newsweek.com/brands-silent-lgbtq-pride-month-backlash-1804097

Niedzielski odszedł, zespół ds. mordowania dzieci pozostał !


SKANDAL. Tajne obrady o mordowaniu dzieci

Kaja Godek – Fundacja Życie i Rodzina <kontakt@zycierodzina.pl>

Szanowny Panie!

Adam Niedzielski odszedł, jednak pozostawił po sobie swoją proaborcyjną spuściznę: zespół ds. mordowania dzieci. Okazuje się, że zespół ten obraduje w SKANDALICZNY sposób. Nie wpuszczają na posiedzenia dziennikarzy, nie chcą też dołączenia do zespołu nikogo, kto mógłby się upomnieć o nienarodzonych.

Gdy tylko Adam Niedzielski powołał swój zespół, wysłaliśmy wniosek, aby w jego obradach mogły brać udział osoby polecone przez Fundację ŻiR. Wskazaliśmy m.in. lekarza psychiatrę z wieloletnim stażem i obrończynię życia dr Katarzynę Ratkowską. Przecież w sytuacji, gdy pojawiają się głosy, aby kobietom dotkniętym depresją proponować zabicie dziecka, głos psychiatry pro-lifera jest nie do przecenienia.

Równocześnie szukaliśmy posła, który mógłby przeprowadzić interwencję poselską w Ministerstwie Zdrowia. Taką interwencję wysłał Grzegorz Braun z Konfederacji.

Ministerstwo najpierw odmówiło wejścia na posiedzenia zespołu komukolwiek spoza jego składu – także wskazanej pani doktor psychiatrze.

Następnie odpowiedziało na interwencję poselską w sposób, który potwierdza moje najgorsze przypuszczenia.

Członkowie zespołu są „zobowiązani do poufności”, w protokołach z posiedzeń nie ma żadnej treści – jedynie ramowe punkty spotkania oraz lista uczestników. Dziennikarze nie mogą wejść na posiedzenia, a minister odmawia możliwości uczestnictwa w pracach zespołu (lub choćby przyglądania się tym pracom) organizacji obywatelskiej, jaką jest Fundacja Życie i Rodzina.

W zaciszu ministerialnych gabinetów niejawnie i wbrew jakimkolwiek zasadom państwa prawa ustala się właśnie w tej chwili, kiedy i jak legalnie mordować dzieci. Zapowiedziano też przygotowanie programu szkoleń dla personelu medycznego. Aż strach zapytać, co będzie przedmiotem szkoleń: czy będą uczyć młodych lekarzy rozrywania dzieci na kawałki? A może wstrzykiwania trucizny wprost do malutkich serduszek?

Szanowny Panie, czy widzi Pan, jak skonstruowane są protokoły spotkań zespołu? Nie ma w nich właściwie żadnej treści – nawet nie wiadomo, co mówili uczestnicy spotkań. To straszne. I Pan, i ja wiemy przecież, że zespół ten nie został powołany dla zwiększania ochrony życia, ale do tego, by móc jeszcze łatwiej to życie zakończyć i to w sposób najbardziej brutalny i bezduszny.

Nie ustajemy w obronie życia i uświadamiamy ludziom, czym jest aborcja i którzy politycy ją popierają – to od władzy zależy, jakie będzie prawo oraz jego interpretacja – czyli ile dzieci będzie bezpieczne, a ile przeznaczone do aborcji.

Nie zamierzamy odpuścić pikiet informacyjnych w sprawie proaborcyjnej postawy premiera Morawieckiego. Nie zaprzestaniemy także informować o niechlubnych dokonaniach Adama Niedzielskiego. Ten zdymisjonowany minister wciąż może zostać wciągnięty na listę wyborczą PiS, dostać się do parlamentu i tam działać za mordowaniem nienarodzonych. Trzeba ostrzegać ludzi!

Kampanie Fundacji są niezwykle skuteczne – czy jeszcze miesiąc temu ktoś wyobrażał sobie, że Minister Zdrowia złoży dymisję? A jednak. Kropla drąży skałę i informacja zatacza coraz szersze kręgi.

Kończy się tydzień i muszę koniecznie zlecić druk nowych banerów, a wciąż brak mi na to środków. Jest to duży problem, bo są wakacje i trudno jest pozyskać fundusze, aby dopiąć budżet i zrobić pilne zlecenie.

Powiem wprost: brak mi w tej chwili 3200 złotych, dlatego szukam 32 osób, które mogą wpłacić po 100 złotych, aby spiąć wydatki. 

Czy może Pan być jedną z tych osób? Czy może Pan przekazać 100 złotych bezpośrednio na konto Fundacji 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 lub poprzez systemy przelewowe lub do płatności kartami pod linkiem www.RatujZycie.pl/wesprzyj?

Proszę Pana, bo wiem, że nie chce Pan, aby w Polsce wprowadzono faktyczną aborcję na życzenie. Działania zespołu Niedzielskiego to największe zagrożenie dla ochrony życia dzieci. Potrzebna jest mobilizacja i jak najszybsze rozpoczęcie kampanii.

Ratujmy dzieci, które same nie mogą zrobić nic w swojej obronie.

Serdecznie Pana pozdrawiam!

Kaja Godek
Podpis

Kaja Godek
Inicjatywa #ZATRZYMAJABORCJĘ
Inicjatywa #STOPLGBT
Fundacja Życie i Rodzina
ratujzycie.pl

PS – Razem możemy wiele. Adam Niedzielski podał się do dymisji. Teraz trzeba dopilnować, aby jego zespół nie narobił szkód w ochronie życia. Dlatego proszę Pana o wsparcie kampanii przeciw aborcji już dziś.

Planeta szaleju

Planety szaleją

Stanisław Michalkiewicz 12 sierpnia 2023 szalej

Już kiedyś o tym pisałem, ale przypomnę, bo nigdy dość przypominania w sytuacji, gdy historia się powtarza. Rosyjski historyk Lew Gumilow, syn poetki Anny Achmatowej, zwanej „Anną Wszechrosji”, w monumentalnym dziele „Cywilizacja wielkiego stepu” poświęconym imperium Mongołów, zastanawia się nad przyczynami, dla których narody przez stulecia pozostające w letargu, nagle zaczynają wykazywać niezwykłą dynamikę, wyłaniają z siebie przywódców wyciskających z ziemi krew, zakładają imperia (imperium Czyngis Chana było największym lądowym imperium w dziejach świata), a potem znowu na całe stulecia popadają w letarg. Eliminując po kolei różne prawdopodobne przyczyny, dochodzi do wniosku, że owe – jak to nazywa – przypływy i odpływy „pasjonarności” mają przyczyny kosmiczne. W pierwszym odruchu większość ludzi się z tym nie zgadza, ale kiedy zastanowimy się nad tym głębiej, to to wyjaśnienie Gumilowa już nie jest takie nieprawdopodobne. Bo przecież z wpływami kosmicznymi na ludzi spotykamy się częściej, niż nam się wydaje. Nie mówię już nawet o przypływach i odpływach oceanów, które są następstwem grawitacji Księżyca, ale skoro już o Księżycu mowa, to niepodobna nie zauważyć jego wpływu na kobiety, których cykl życiowy regulowany jest właśnie przez to ciało niebieskie. Wypada też wspomnieć o zapisie w kronice Jana Długosza, który odnotowuje tam wydarzenie, jak to za jego życia gromady dzieci europejskich dlaczegoś ciągnęły na Mont Saint Michel we Francji, gdzie przypływy i odpływy oceaniczne są szczególnie spektakularne. Poza tym Konrad Lorenz twierdzi nawet, że większość zachowań ludzkich uważanych za kulturowe, tak naprawdę ma przyczyny biologiczne, tylko ludzie z powodu pychy nie chcą tego przyznać.

To spostrzeżenie wydaje się godne przypomnienia zwłaszcza dzisiaj, kiedy to w ramach operacji duraczenia miliardów ludzi tak zwane studia genderowe stały się dyscypliną akademicką. Tymczasem jest to szamaństwo, podobne do fantasmagorii Trofima Łysenki, ulubionego naukowca Józefa Stalina, który jego bałamuctwa nazwał „nauką przodującą”. Łysenko zajmował się genetyką i doszedł do wniosku, że z perzu można wyhodować pszenicę, Ponieważ w ZSRR, w odróżnieniu od pszenicy, perzu było od dostatkiem, Stalinowi bardzo się to spodobało. Genderowcy, twierdzący, że płeć jest determinowana kulturowo, a nie biologicznie, są współczesnymi przedstawicielami „nauki przodującej” – szamaństwa, zdemaskowanego właśnie przez Konrada Lorenza.

Ale mamy jeszcze lepszy dowód na rolę wpływów kosmicznych na zachowania ludzkie i to w skali masowej. Wykryła to m.in. słynna „Kora”, śpiewając w piosence „Szał niebieskich ciał”, jak to „planety szaleją”. Rok ziemski, jak wiadomo, jest okresem, w którym Ziemia wykonuje pełny obrót wokół Słońca. Bo mamy jeszcze tzw. „rok platoński”, czyli okres w którym oś ziemska w ramach tzw. precesji, zakreśla wokół bieguna niebieskiego ogromne koło. Rok platoński trwa 26 tysięcy lat i to właśnie precesja jest jedną z prawdopodobnych przyczyn zmian klimatu. Ale mamy jeszcze rok galaktyczny, czyli okres, w którym Układ Słoneczny, wraz z Ziemią, dokonuje pełnego obiegu centrum galaktyki Drogi Mlecznej. Trwa on 250 mln lat i według obliczeń, Układ Słoneczny dokonał do tej pory tylko 20 takich obiegów. Wróćmy jednak do roku ziemskiego. Jest ona zjawiskiem kosmicznym, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości.

Tymczasem widzimy, że wystarczą cztery takie obiegi Ziemi wokół Słońca, by ludzie zaczęli wariować. Oczywiście nie wszyscy w ten sam sposób, co to, to nie, bo Rosjanie w ramach tzw. „kremlowskich kłamstw” twierdzą, że każdy durak po swojemu suma schodit, co się wykłada, że każdy wariat wariuje po swojemu. I wszystko się zgadza. Co cztery lata mamy bowiem u nas wybory parlamentarne, a na przykład w USA co cztery lata mają wybory prezydenckie. No i cóż widzimy? Jak tylko rozpoczyna się rok wyborczy, nasi Umiłowani Przywódcy zaczynają fantazjować, jak to będą przychylali nam nieba, a miliony ludzi, którzy w latach wcześniejszych na nich narzekają, teraz im wierzą i daliby się nawet za nich pokroić.

Wyjaśnić ten fenomen można tylko na gruncie zagadkowych wpływów kosmicznych, do wyjaśnienia których można by batogiem zapędzić genderowskie szmaństwo, sprawdzając w ten sposób przydatność tych osób dla nauki. Na przykład teraz przywódca Volksdeutsche Partei Donald Tusk, który przecież jest już dużym chłopczykiem, tak się przejął rzewnymi opowieściami pani Joanny Parniewskiej, jak to pewnego dnia odkryła w majtkach kleksa, że aż postanowił zwołać na 1 października „marsz miliona serc” oczywiście – serc złamanych. Aliści okazało się, że pani Joanna nie bardzo nadaje się na cierpiętnicę, bo podczas psychodramy, jaka urządzono jej w Sejmie, zaczęła się przechwalać, jaką to jest kochanką i w ogóle. Co teraz Donald Tusk zrobi z tym fantem, skoro nawet Judenrat „Gazety Wyborczej” z dnia na dzień przestał się panią Joanną interesować?

Zresztą mniejsza o to, bo pewnie w miarę pogłębiającego się amoku, w jaki wprowadzają go wpływy kosmiczne, coś tam znowu wymyśli, jak to bywa z wariatami – bo ważniejsze jest do, co wyprawia rząd „dobrej zmiany”. Pan premier Morawiecki, jakby zapominając o Naszym Najważniejszym Sojuszniku, który nie po to w 2014 roku za 5 miliardów dolarów kupił sobie Ukrainę, żeby teraz do niej dokładać, złożył buńczuczne oświadczenie, że nawet jeśli Komisja Europejska nie pozwoli Polsce na podjęcie suwerennej decyzji o przedłużeniu embarga na ukraińskie, a właściwie – amerykańskie „zboże techniczne” – (bo tym zbożem zasypały polskie magazyny trzy koncerny, które na Ukrainie mają 17 milionów hektarów; dwa z nich: Cargill i Du Pont są amerykańskie, a trzeci, Monsanto, też był amerykański, ale kilka lat temu wykupił go niemiecki Bayer za 63 mld dolarów), to Polska „i tak” to embargo przedłuży.

Tymczasem Ukraińcy, udając, że nie rozumieją, że to nie naprawdę, że to tylko z powodu przedwyborczego amoku, sztorcują pana premiera i Polskę za „nieprzyjazne” deklaracje, chociaż pan premier , odzyskując na chwilę poczucie rzeczywistości, zwrócił uwagę, że w sprawie „tranzytu” nic się nie zmieni. Tymczasem pamiętamy, ze to „zboże techniczne”, które zasypało polskie magazyny, też miało przejeżdżać tylko „tranzytem” – ale do dzisiaj nie wiemy, co się stało, że nie przejechało, ani nawet – co to za firmy je tu wysypały, chociaż pan minister Telus wielokrotnie się odgrażał, że je zdemaskuje.

Słowem – wariactwo zatacza coraz szersze kręgi – bo jakby tego było mało, to rząd uczepił się prowokacji – tym razem białoruskiej. Chodzi o to, że dwa białoruskie śmigłowce przeleciały nad Białowieżą. Nasza niezwyciężona armia początkowo wszystkiemu zaprzeczyła, ale po naradzie widocznie ktoś doszedł do wniosku, że to znakomity pretekst do podgrzania nastrojów – żeby wystraszony naród skupił się wokół rządu i Naczelnika Państwa. Toteż okazało się, że prowokacja rzeczywiście miała miejsce, ale to jeszcze nic, bo Książę-Małżonek Radosław Sikorski oświadczył, że jak tak, to trzeba było je zestrzelić. Próżno Wielce Czcigodny Patryk Jaki, tłumaczy mu, że to by wywołało wojnę – o czym marzy Putin – ale to groch o ścianę, bo Książę-Małżonek – jak to on – wie swoje? Kropkę nad „i” postawił Naczelnik Państwa twierdząc, że tylko ktoś „skrajnie niemądry” mógłby się na to nabrać – znaczy się – na tę prowokację. Słuszna jego racja, chociaż z drugiej strony to przecież Naczelnik Państwa nastręczył Polakom Księcia-Małżonka na ministra obrony, podobnie jak przedtem Kukuńka na prezydenta.

Jak widzimy, wpływy kosmiczne sprawiają, że nasz nieszczęśliwy kraj pogrąża się w odmętach szaleństwa. Możemy pocieszać się tym, że nie tylko nasz – bo u Naszego Najważniejszego Sojusznika jest podobnie, skoro urządza debaty nad UFO, oraz opowiada, jak to Putin manipuluje amerykańską demokracją. Na szczęście 31 grudnia rok się skończy i jeśli nawet nadal będziemy pod wpływem „pasjonarnosci”, to już na całkiem inne tematy.