Błąd bazy danych WordPressa: [Duplicate entry '8388607' for key 'wp_visitors_stat.id'] INSERT INTO `wp_visitors_stat` (`time`, `ip`) VALUES ('1792266208', '216.73.216.90')
„Tylko dla dorosłych”. Porno. Filmy, obrazy. To wszystko jest kuszeniem, oczywiście. Cały przemysł porno jest nastawiony jednak głównie na dzieci, młodzież. Na ich zniszczenie. Ale niszczy też dorosłych.
Przecież zdrowy, normalny dorosły nie interesuje się obrzydliwymi filmami, obrazkami. To go brzydzi. Powiedzą na to: „Nieprawda. Wszyscy się tym interesują, podniecają, jest to więc naturalne”. Nie, nie wszyscy, lecz tylko ci już zwiedzeni, popsuci..
Fakt że dziecko pięcio czy ośmioletnie może zostać zgwałcone, i to do tego stopnia, że orgazmy itp polubi, i nawet będzie ich szukać – świadczy tylko o ogromie zbrodni sprawców, nie zaś o „potrzebach” dziecka. To samo dotyczy młodzieży, młodych, ale też dorosłych czy starych.
Zerwanie barier nie jest wyzwoleniem, jest uszkodzeniem, zwichnięciem, zniszczeniem skłonności naturalnych, natury.
Obecnie bezczelność sług i kapłanów szatana sięga dalej. Przyzwyczajają najpierw słowem i obrazem, a później też czynem, do kolejnych obrzydliwości: z samym sobą, ze zwierzętami – „dla dorosłych ” na razie, a później też z niemowlętami, jak opisywał to prekursor, Kinsey [Institute for Research in Sex, Gender and Reproduction].
Wiek temu dzieci w Fatimie miały wizję piekła, pokazała im ją Matka Boża. One widziały ogromną rzekę dusz wciąganych do piekła.
Przecież agresja szatańskiej rozpusty w mediach, w internecie, wzrosła od tamtych czasów miliony razy. Jak wygląda więc ta rzeka teraz?
Pewnie ponad 90% potępionych idzie tam przez wmuszoną w nie rozpustę, przyzwolenie na nią – i potem potrzebę. Część zgorszonych, to jest uczynionych gorszymi, usiłuje się wyrwać, na przykład wybierając zakon czy kapłaństwo. Bardzo wielu z nich się to udaje. Ale nie wszystkim. Biedne zakonniczki od O. Marko Rupnika uległy jemu oraz rozpuście. O. Marko Rupnki (Jezuita) – satanista i zbrodniczy rozpustnik – ciągle pod opieką Franciszka… Czemu on jest hołubiony i chroniony przez p.o. papieża, to już misterium iniquitatis – tajemnica nieprawości. Dalej o tym wątku myśleć ani pisać tu nie będę.
A za duchownych szarpiących się i czasem ulegających – musimy się módlić. Gorąco, to Matka Boska ich uratuje.
Agresja „pana tego świata” na – i po Soborze V2 – wyraziła się w tolerancji, na przykład grzechu, współczuciu nieprawym, rozpustnikom i zboczeńcom. A „świat” eksplodował złem.
W okresie normalnego rozwoju Kościoła spowodowałoby to ogromne reakcje pasterzy, między innymi ich listy pasterskie, odczytywane z ambon w kościołach. Teraz – ani ambon, ani listów ani innej zauważalnej kontrrewolucji.
Czyżby Arcypasterze oraz Pasterze stali się już jedynie urzędnikami Konferencji Episkopatu?
==========================
Następnego dnia: Ten tytuł przyciąga…
Ma trzy razy więcej wejść, niż jeden z sąsiednich, a piętnaście razy – niż drugi... MD
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!
Bardzo dziękuję za dotychczasową pomoc Krucjacie Różańcowej za Ojczyznę i jednocześnie proszę o nagłośnienie kolejnej modlitwy w Siedlcach w poniższej lub podobnej treści:
Zapraszamy 30 kwietnia, niedziela, na 78 Pokutny Marsz Różańcowy ulicami Siedlec w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski.
Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.
Tym razem, będziemy szczególnie modlić się o pokój w Polsce, na Ukrainie i na całym świecie. O to aby wszyscy ludzie żyli chrześcijańską miłością bliźniego, bez przemocy, oszustw i manipulacji. Abyśmy wszyscy cieszyli się z daru życia, pojmowanego nie egoistycznie ale w przyjaźni wobec innych ludzi, miłości nie tylko wobec swego narodu ale także wobec innych narodów. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni przed Bogiem, wszyscy chrześcijanie jesteśmy dziećmi jednego Ojca, który jest w niebie.
Zaczynamy o 14,00 , pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Kończymy Mszą Św. która rozpocznie się o godzinie 16,00 w katedrze siedleckiej.
Rodzice coraz częściej nie poddają obowiązkowym szczepieniom swoich dzieci. Trend ten rósł od lat, ale po covidowym cyrku, jaki zafundowali politycy do spółki z mediami głównego nurtu, w ostatnim czasie jeszcze narasta.
W ostatnich latach coraz więcej rodziców decyduje się nie szczepić swoich dzieci przeciwko chorobom zakaźnym, takim jak odra, świnka czy różyczka.
Według danych PZH – Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego, w 2022 roku liczba odmów szczepień obowiązkowych wyniosła 72,7 tysiąca, co oznacza dwukrotny wzrost w porównaniu z 2018 rokiem.
PZH przedstawił też dane, jak wygląda kwestia uchyleń w poszczególnych województwach. Najwięcej odmów szczepień w przeliczeniu no 1000 osób w wieku do 19 lat jest w woj. podlaskim, wielkopolskim i śląskim. Na przeciwnym biegunie są woj. świętokrzyskie, lubuskie i podkarpackie.
Dlaczego rodzice odmawiają szczepień? Zaufanie do systemu spadało od lat, ale ciężko wyzbyć się wrażenia, że nachalna promocja preparatu covidowego dodatkowo sprawiła, że gros rodziców nie pokłada wiary nawet w szczepionki, które przeszły normalny proces badawczy i są stosowane – zazwyczaj z powodzeniem – od wielu lat.
Najbardziej wszechstronne i ważne jak dotąd badanie COVID-19 zostało opublikowane w Wielkiej Brytanii 7 lipca. Chociaż w dużej mierze ignorowane przez prasę głównego nurtu, badanie ma ogromne znaczenie, ponieważ w rzeczywistości określa ilościowo zagrożenia dla zdrowia związane z COVID wśród dzieci i nastolatków.
Co imponujące, naukowcy z prestiżowych brytyjskich instytucji medycznych dokonali przeglądu każdego przypadku COVID z udziałem dzieci i młodzieży (CYP) hospitalizowanych w Wielkiej Brytanii w ciągu pierwszych 12 miesięcy pandemii.
Wśród kluczowych ustaleń badania:
Tylko 25 dzieci w wieku od 0 do 17 lat w Wielkiej Brytanii zmarło na COVID w ciągu pierwszych 12 miesięcy pandemii.
Spośród tych 25 zgonów 19 (76 %) miało miejsce wśród pacjentów, którzy mieli wcześniej „przewlekłe choroby współistniejące” i / lub „ograniczające życie” schorzenia. Tylko 24 % zgonów z powodu COVID miało miejsce wśród dzieci bez „uwarunkowań zdrowotnych”.
Oznacza to, że tylko sześcioro „zdrowych” dzieci i młodych ludzi w tym 68-milionowym kraju zmarło na COVID.
Wśród 12,023 mln dzieci i młodzieży w Wielkiej Brytanii śmiertelność wyniosła 0,002 proc. Wyrażona jako prawdopodobieństwo, śmiertelność dzieci i młodzieży z powodu COVID wyniosła 1 na 480 942.
Jednak zdecydowana większość dzieci i młodzieży w Wielkiej Brytanii (lub jakimkolwiek kraju zachodnim, w tym w USA) NIE ma „przewlekłych chorób współistniejących” i/lub nie cierpi na schorzenia „ograniczające życie”.
Przypis w badaniu definiuje stany ograniczające życie jako „choroby bez rozsądnej nadziei na wyleczenie, które ostatecznie zakończą się śmiercią”. Około 3 na 1000 młodych ludzi cierpi na schorzenia określane jako „ograniczające życie”.
„Nasze odkrycia podkreślają znaczenie chorób współistniejących jako głównego czynnika ryzyka śmierci, ponieważ 76% miało choroby przewlekłe, 64% miało wiele chorób współistniejących, a 60% miało warunki ograniczające życie”.
Spośród 25 brytyjskich dzieci, które zmarły z powodu COVID, 15 miało „ograniczający życie stan neurologiczny”, z czego 13 „miało złożoną niepełnosprawność nerwową spowodowaną kombinacją podstawowej choroby genetycznej lub metabolicznej, incydentów niedotlenienia-niedokrwienia lub wcześniactwa”.
Według badania, chociaż wiele „przewlekłych” schorzeń może wpływać na dzieci, większości z tych powszechnych schorzeń nie zaobserwowano u bardzo małej liczby dzieci, które zmarły na COVID. Autorzy zauważyli: „Ważne jest, aby zauważyć, że nie zaobserwowaliśmy zgonów w grupach, które zostały uznane za bardziej narażone na infekcje dróg oddechowych, takie jak astma, mukowiscydoza, cukrzyca typu 1 lub trisomia 21”. Z wyjątkiem sześciorga dzieci, ci, którzy zmarli na COVID-19, byli „skrajnie podatni klinicznie”.
Biorąc pod uwagę powyższe informacje przedstawione dla kontekstu, prawdopodobnie ostrożnie szacuje się, że 2 procent dzieci w Wielkiej Brytanii (1 na 50) żyje z wyjątkowo poważnymi schorzeniami opisanymi powyżej. Oznaczałoby to, że 98 procent młodych ludzi tego nie robi. Zakładając, że moje założenia są rozsądne, można obliczyć krajową śmiertelność wśród dzieci, które nie są uważane za szczególnie wrażliwe. Odsetek ten wynosi 0,0001 (6 zgonów podzielonych przez szacunkową liczbę 11,783 mln „zdrowych” dzieci i młodzieży ). Wyrażone jako prawdopodobieństwo śmierci, byłoby to 1 na 1,964 miliona (około 1 na 2 miliony).
Według tego i innych badań wskaźniki śmiertelności z powodu COVID różnią się znacznie w zależności od kategorii rasowej. Na przykład wśród populacji młodych białych w Wielkiej Brytanii tylko 7 dzieci i nastolatków zmarło na COVID. Około 86 procent dzieci i młodzieży w Wielkiej Brytanii to biali. Jednak ta kohorta obejmowała zaledwie 28 procent z 25 zgonów z powodu COVID-19. Ponieważ 24 procent osób, które zmarły z powodu COVID, nie miało ciężkich współistniejących chorób, możemy ekstrapolować, że tylko 2 dzieci nienależących do mniejszości (7 x 0,24) bez wcześniejszej choroby przewlekłej lub „ograniczającej życie” stan zmarł z powodu COVID.
Ekstrapolując te 2 zgony na szacowaną populację 10,133 miliona młodych białych, którzy nie cierpią na ekstremalne schorzenia, otrzymujemy ten nagłówek „zatrzymaj prasę”: śmiertelność Covid wśród młodych, „zdrowych” białych w pierwszym roku pandemia wynosiła około 1 na 5,066 miliona (0,0001 procent). Ta informacja kwalifikuje się jako najlepsza wiadomość o COVID, jaką do tej pory przeczytałem. Zasadniczo prawdopodobieństwo, że jedno z moich dwojga małych dzieci umrze z powodu COVID, jest mniejsze niż prawdopodobieństwo, że prawidłowo wytypuję sześć zwycięskich liczb w loterii. (Chociaż prawdopodobieństwo, że zdrowe dziecko z mniejszości narodowych umrze z powodu COVID, jest wyższe, jest również skrajnie odległe).
Chociaż wiedziałem, że te szanse są mikroskopijne, nie wiedziałem, że są AŻ TAK mikroskopijne. Współczynnik śmiertelności równy 0,0001 jest niemierzalnie bliski 0,0000,. W rzeczywistości, gdyby te prawdopodobieństwa zostały wyrażone z trzema miejscami po przecinku (zamiast czterech), procent śmiertelności wyniósłby 0,000. Rzeczywiście, ponieważ zdecydowana większość dzieci w Wielkiej Brytanii jest biała i nie cierpi na chroniczne lub ograniczające życie schorzenia, prawdopodobieństwo śmierci z powodu COVID dla zdecydowanej większości młodych ludzi w tym kraju wynosiło 0,000 (do 28 lutego, 2021).
Porównanie śmiertelności z powodu COVID do śmiertelności z powodu grypy
Badanie to potwierdza również, że śmiertelność dzieci z powodu COVID jest znacznie niższa niż śmiertelność z powodu grypy.
W przypadku dzieci w Wielkiej Brytanii w wieku poniżej 18 lat autorzy badania obliczyli, że wskaźnik śmiertelności z powodu infekcji (IFR) dla COVID wśród dzieci wynosi 0,005 procent (25 zgonów z powodu COVID podzielonych przez szacunkowo 470 000 skumulowanych „przypadków” COVID wśród dzieci i młodzieży według stanu na luty. 28). Być może łatwiejsze do uchwycenia, wśród dzieci poniżej 18 roku życia w Wielkiej Brytanii, 1 na 20 000 zakażonych tym wirusem później zmarło z jego powodu. Wśród osób poniżej 18 roku życia szacowany IFR dla grypy wynosi 1 na 10 000 (0,01 procent). Tak więc dla dzieci i młodzieży grypa jest dwa razy bardziej śmiertelna niż COVID. (IFR dla COVID-19 byłby jeszcze niższy, gdyby mianownik – „szacunkowa” liczba przypadków – był większy, co, jak podejrzewam, było).
To badanie jest ważne z innego powodu: odkrycia skutecznie zmniejszyły szacunkową liczbę CYP w Wielkiej Brytanii, którzy zmarli „z powodu” COVID o 59 procent – z 61 zgonów do 25. W badaniu zauważono, że 61 hospitalizowanych dzieci i młodzieży w Wielkiej Brytanii zmarło w ciągu dwóch tygodni pozytywnego wyniku testu PCR.
Jednak badanie rozróżnia młodych ludzi, którzy zmarli z wirusem, i tych, którzy według naukowców najprawdopodobniej zmarli „od” lub z powodu wirusa. Autorzy doszli do wniosku, że główną przyczyną śmierci w ponad połowie z 61 zbadanych przez nich przypadków śmiertelnych nie był COVID-19. I, jak zauważono, tylko sześć z 25 zgonów z powodu COVID miało miejsce wśród dzieci bez wcześniejszych poważnych schorzeń.
Dokładne oceny przyczyn zgonów przeprowadzone w tej analizie sugerują, że jest bardzo prawdopodobne, że liczba zgonów przypisywanych COVID była również zawyżona w innych kohortach wiekowych. Wskaźniki śmiertelności i śmiertelności z powodu infekcji we wszystkich kohortach wiekowych mogą być również znacznie niższe niż obecnie zgłaszane.
Autorzy, choć delikatnie, zwrócili uwagę na kolejny sprzeczny punkt, zauważając, że „ryzyko usunięcia dzieci i młodzieży z ich normalnych czynności podczas edukacji i wydarzeń towarzyskich może okazać się większym ryzykiem niż sam SARS-CoV-2”.
Gdybym napisał ten raport, porzuciłbym słowa kwalifikujące „może udowodnić” i zastąpił je „udowodnił”. Oznacza to, że mnogość środków „osłony” – brak szkoły, brak zajęć towarzyskich, brak zajęć rekreacyjnych, obowiązkowe maseczki, wymuszony „dystans społeczny” – bez wątpienia spowodowały ogromne szkody dla zdrowia fizycznego i psychicznego osób poniżej wieku z 18.
Z pewnością, zgodnie z wynikami tego badania, COVID-19 nie wyrządził wielkiej szkody zdrowiu osób w badanej kohorcie wiekowej. Podczas gdy badanie skupiało się na dzieciach w wieku poniżej 18 lat, można sobie wyobrazić, że wyniki byłyby podobne, gdyby dane zawierały informacje medyczne dotyczące brytyjskiej populacji w wieku od 18 do 22 lat.
Implikacje dla debaty na temat szczepionek
Chociaż autorzy badania nie przedstawiają stanowczej i jednoznacznej opinii na ten temat, wydaje się jasne, że nie popierają obowiązkowych szczepień w kohorcie wiekowej, co do której ich badanie dowodzi, że ryzyko śmierci z powodu COVID jest prawie zerowe. Szkodliwych skutków zdrowotnych, jakie mogły wywołać szczepienia u młodych ludzi, nie poddano analizie; istnieją jednak niezliczone obawy, które zostały udokumentowane w różnych raportach krajowych i międzynarodowych.
Na przykład kilka wiarygodnych raportów silnie sugeruje korelację między szczepieniami a przypadkami zapalenia mięśnia sercowego i zapalenia osierdzia w kohorcie wiekowej od nastolatków do wczesnych lat dwudziestych . To pozorne „podwyższone ryzyko” jest szczególnie uderzające wśród młodych mężczyzn. Rzeczywiście, wydaje się możliwe, że częstość występowania zapalenia mięśnia sercowego wśród w pełni zaszczepionych młodych mężczyzn może sięgać nawet 1 na 3000 (0,033 procent). Nawet jeśli częstość występowania zapalenia mięśnia sercowego jest znacznie rzadsza, niż wskazują na to wczesne ustalenia, ryzyko to nadal byłoby o rząd wielkości większe niż ryzyko śmierci 1 na 2 miliony (0,0001), jakie COVID stwarza dla zdrowych młodych ludzi.
Kiedy eksperci, politycy, urzędnicy ds. zdrowia i komisarze lig sportowych besztają rodziców i młodych dorosłych za nieszczepienie się, niezmiennie zachęcają tych, których upominają, do poszukiwania odpowiednich informacji zdrowotnych i ignorowania „dezinformacji”. Można założyć, że ci oficjalni besztacze jeszcze nie przejrzeli medycznych „informacji” zawartych w tym ważnym badaniu. Lub, jeśli tak, prawdopodobnie odrzucili „najbardziej wszechstronne badania tego rodzaju ” przeprowadzone do tej pory jako „dezinformację”.
Niezależnie od tego, dziwne jest to, że badanie, którego wyniki są fantastyczną wiadomością dla rodziców na całym świecie, przyniosło niewiele agencji międzynarodowych.
Być może jeden oczywisty wniosek z tego badania – jeśli zdarzy ci się znaleźć się w grupie, w której prawdopodobieństwo śmierci z powodu COVID-19 wynosi 1 na 2 miliony, nie potrzebujesz szczepionki, aby się „chronić” – oficjalnie nie uważa się tych wiadomości za „odpowiednie”, aby je drukować.
Trans nastolatka zmarł [??]a z powodu powikłań po waginoplastyce
Z życia piekielnych zbrodniarzy:
Trans nastolatka zmarł [??]a z powodu powikłań po waginoplastyce podczas przełomowego holenderskiego „badania” wykorzystywanego do uzasadniania zmian płci u dzieci.
„Rekonstrukcja pochwy” ma „pozytywny wpływ” na jakość życia „kobiet niepłciowych i transpłciowych”.
„Wszyscy chłopcy, u których wcześnie zablokowano dojrzewanie, nigdy nie doświadczą orgazmu”.
[pozostawiam wygibsy z płcią ofiary: on, ona.. To też piekielne. MD]
Artykuł medyczny z 2016 r. dokumentujący tragiczną śmierć jednego z uczestników przełomowego holenderskiego „badania”, na którym opiera się cały eksperyment zmiany płci u dzieci, wskazuje, że winę za śmierć młodego człowieka ponosiło zahamowanie dojrzewania.
Chodzi o 18-letniego trans-identyfikowanego mężczyznę, którego dojrzewanie zostało zablokowane przez holenderskich badaczy na bardzo wczesnym etapie, co oznacza, że nie było wystarczającej ilości tkanki prącia, którą chirurdzy mogliby wykorzystać do stworzenia „nowej pochwy”. Dlatego też konieczny był bardziej ryzykowny zabieg z wykorzystaniem fragmentu jelita pacjenta, który zakończył się śmiertelnym martwiczym zapaleniem powięzi.
Manuskrypt autorstwa Negenborn i wsp. rozpoczyna się od stwierdzenia, że „brak funkcjonalnej pochwy ma negatywny wpływ na (seksualną) jakość życia (transgenderowych) kobiet” i wyjaśnia, że opisano wiele procedur chirurgicznych mających na celu „rekonstrukcję” pochwy u tych pacjentek. [męskich ofiar, bydlaku!! MD]
Pacjentka opisana jest jako „zdrowa” 18-latka, dla której standardowa operacja waginoplastyki była „niewykonalna” ze względu na posiadanie nierozwiniętych genitaliów w wyniku wczesnego zahamowania dojrzewania.
„Transgenderowe kobiety z wczesną dysforią płciową, leczone hormonami hamującymi dojrzewanie, zgłaszają mniej problemów behawioralnych i emocjonalnych oraz poprawę ogólnego funkcjonowania” – zapewnia się w tym miejscu czytelników.
Poważne powikłania rozpoczęły się w ciągu 24 godzin od operacji, a martwicze zapalenie powięzi [?? md ] zostało potwierdzone w kolejnych dniach. Pomimo dużych dawek antybiotyków podawanych dożylnie i „wielokrotnego chirurgicznego usuwania ran”, wcześniej zdrowy pacjent popadł w niewydolność wielonarządową i zmarł.
Po raz kolejny, po tej wstrząsającej relacji o niepotrzebnej śmierci młodej osoby, badacze zapewniają czytelnika, że „rekonstrukcja pochwy” ma „pozytywny wpływ” na jakość życia „kobiet niepłciowych i transpłciowych”, ale ostrzegają, że „lekarze i pacjenci muszą być świadomi poważnych powikłań, które mogą się pojawić”.
Śledztwo w sprawie śmierci młodej osoby ujawniło, że śmiertelny szczep E-Coli najprawdopodobniej pochodził z własnych jelit pacjentki [chłopaka md] , a nie ze środowiska szpitalnego, co oznacza, że bardziej ryzykowna operacja waginoplastyki, konieczna ze względu na wczesne tłumienie dojrzewania, prawie na pewno spowodowała zgon.
Dr Michael Biggs, socjolog, który odegrał kluczową rolę w ujawnieniu skandalu, jaki wybuchł w wkrótce zamkniętej klinice genderowej Tavistock w Londynie, mówił o tym tragicznym przypadku w niedawnym wywiadzie w podcaście Wider Lens.
Biggs zauważył, że podczas gdy wczesne tłumienie dojrzewania u chłopców, którzy doświadczają dysforii płciowej w dzieciństwie, ma tę „zaletę”, że pozwala na uzyskanie bardziej kobiecego wyglądu w dorosłym życiu, główną wadą jest to, że penis pozostaje u małego chłopca, co sprawia, że waginoplastyka jest znacznie bardziej ryzykowna.
„Zamiast używać tkanki prącia, będą musieli użyć części twojej okrężnicy” – wyjaśnił Biggs. „Teraz oczywiście oznacza to otwarcie jelit, a to oczywiście jest znacznie bardziej ryzykowne, ponieważ wtedy masz inną stronę [pewnie: „ciała” md] i oczywiście jelita są również niechlujne” [niesterylne md].
Biggs powiedział dalej, że holenderski zespół nie przyjmuje do wiadomości, że śmierć młodej osoby nie była spowodowana przypadkową infekcją szpitalną, ale raczej była pośrednim skutkiem hamowania dojrzewania.[Aha, to oni nie siedzą w areszcie, czekając na wyrok?? MD]
Jazz Jennings, gwiazda telewizyjnego reality show „I Am Jazz”, stanęła przed podobnym problemem, gdy przyszedł czas na operację genitaliów. Jennings była dzieckiem o „skrajnej niezgodności płci”, które prawie na pewno wyrosłoby na geja, ale zamiast tego poddano ją transformacji w bardzo młodym wieku.
Dojrzewanie Jenningsa zostało również zablokowane bardzo wcześnie, co oznaczało, że standardowa waginoplastyka nie była możliwa. Jennings wymagał trzech operacji naprawczych, wciąż ma problemy w świecie randek i nigdy nie doświadczył orgazmu.
Dr Marci Bowers, chirurg Jenningsa i prezes Światowego Stowarzyszenia Zawodowego na rzecz Zdrowia Osób Transpłciowych, twierdzi, że wszyscy chłopcy, u których wcześnie zablokowano dojrzewanie, nigdy nie doświadczą orgazmu, co z pewnością poddaje w wątpliwość wnioski holenderskich badaczy, że „rekonstrukcja pochwy ma pozytywny wpływ na jakość życia (transpłciowych) kobiet”.
Ukraińska firma EcoCulture, która produkuje owady na skalę przemysłową, zdecydowała się na inwestycję w Polsce po tym, jak musiała szukać nowych miejsc do lokowania swoich zakładów w związku z rosyjską agresją. Wybrała okolice Legnicy na Dolnym Śląsku.
Według informacji podanych przez firmę, ich działania obejmują wiedzę[?? jak to? Działanie – obejmuje wiedzę?? MD] w zakresie skutecznej hodowli kolonii owadów, a ich obecna linia produktów obejmuje gatunki owadów zapylających i roztoczy drapieżnych do zwalczania szkodników w ogrodnictwie i uprawach ozdobnych, a także dystrybucję biostymulatorów, biopestycydów, pułapek na szkodniki i feromonów.
EcoCulture ma siedzibę główną i zakłady produkcyjne na Ukrainie, ale posiada również magazyny w Kazachstanie, Kirgistanie i Azerbejdżanie.
Ukraińska firma zamierza hodować owady i robaki do jedzenia w Polsce
Ta spółka biotechnologiczna działa na poziomie międzynarodowym i zajmuje się „produkcją pożytecznych owadów” w skali przemysłowej oraz wdrażaniem proekologicznych metod ochrony roślin przed chorobami i szkodnikami.
– Decyzja o wsparciu dla ukraińskiej firmy wydana przez Legnicką Specjalną Strefę Ekonomiczną, ułatwi firmie przystosowanie się do nowej rzeczywistości biznesowej, – wskazał cytowany w komunikacie Przemysław Bożek, prezes Legnickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.
Zwrócił uwagę, że w ostatnich latach „rośnie świadomość ekologiczna” – także wśród biznesu.
– Mam nadzieję, że ta inwestycja przyniesie korzyści dla sektora rolniczego nie tylko w Legnicy, ale i na całym Dolnym Śląsku. Cieszę się, że oprócz wiodącej w LSSE branży automotive, coraz częściej współpracujemy m.in. z przedsiębiorstwami spożywczymi, czy jak dziś – biotechnologicznymi – dodał.
Ukraińska spółka będzie poszukiwać specjalistów
Według Sergii Antonenkova, prezesa zarządu EcoCulture, decyzja o uzyskaniu wsparcia finansowego od Legnickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej przyczyni się do poprawy efektywności organizacji produkcji przez firmę.
– Wyremontujemy budynek, który stał pusty przez ponad dwa lata, odbudujemy infrastrukturę i uporządkujemy otoczenie. Inwestycja obejmuje zakup i instalację systemów klimatycznych na powierzchni ponad 1000 m2, organizację czystych stref do pracy laboratoryjnej oraz utworzenie ponad 20 nowych miejsc pracy dla wykwalifikowanych specjalistów – wyjaśnił dodając, że inwestycja szacowana na ponad 2,3 mln zł ma zostać zrealizowana do końca I kwartału 2024 r.
EcoCulture to firma biotechnologiczna, która zajmuje się „produkcją pożytecznych owadów” i wdrażaniem proekologicznych metod ochrony roślin przed chorobami i szkodnikami. Firma oferuje know-how w zakresie skutecznej hodowli kolonii owadów i ma w swojej linii produktowej gatunki owadów zapylających oraz roztoczy drapieżnych do zwalczania szkodników w ogrodnictwie i uprawach ozdobnych.
Ponadto oferuje dystrybucję biostymulatorów, biopestycydów, pułapek na szkodniki oraz feromonów. Siedziba główna oraz zakłady produkcyjne firmy znajdują się na Ukrainie, a firma posiada również magazyny w Kazachstanie, Kirgistanie i Azerbejdżanie.
Prezes zarządu EcoCulture, Sergii Antonenkov, podkreślił, że wsparcie od Legnickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej pozwoli firmie na wydajniejszą organizację produkcji.
Dziś będzie o dekalogu kłamstw kowidowych. Mamy bowiem dzisiaj analizę oszustwa pandemicznego w 10 odsłonach. To taki spis najczęstszych mitów sanitarystycznych, wraz z każdego z nich demaskacją. Myślę, że się przyda, bo jest dość kompaktowy, ale i rzeczowy. Dotyczy co prawda tylko Ameryki, ale nie tylko wirus, ale i walka z nim to była nowa międzynarodówka i stosowana była z grubsza tak samo na całym świecie. Zobaczmy na czym stała (i stoi) ta łże-wiara.
W ciągu ostatnich kilku tygodni seria analiz opublikowanych przez wielce szanownych badaczy ujawniła prawdę o urzędnikach zdrowia publicznego podczas COVID: w większości przypadków się mylili. Żeby było jasne, urzędnicy zdrowia publicznego nie mylili się, wydając zalecenia na podstawie tego, co było wówczas znane. To zrozumiałe. Idziesz z danymi, które masz. Nie – mylili się, ponieważ odmówili zmiany swoich dyrektyw w obliczu nowych dowodów. Kiedy badanie nie wspierało ich polityki, odrzucali je i cenzurowali przeciwne opinie.
W tym samym czasie Centrum Kontroli i Prewencji Chorób (CDC) samo odpaliło badania, publikując własne błędne wyniki we własnym nierecenzowanym czasopiśmie medycznym MMWR. W ostatecznym rozrachunku urzędnicy ds. zdrowia publicznego aktywnie propagowali dezinformację, która zrujnowała życie ludziom i na zawsze nadszarpnęła zaufanie opinii publicznej do zawodu lekarza.
===========================
Oto 10 sposobów, w jakie wprowadzono Amerykanów w błąd:
Dezinformacja nr 1: Naturalna odporność zapewnia niewielką ochronę w porównaniu z odpornością wszczepioną
Badanie Lancet przyjrzało się 65 poważnym badaniom w 19 krajach dotyczących naturalnej odporności. Naukowcy doszli do wniosku, że naturalna odporność była co najmniej tak samo skuteczna jak podstawowa seria szczepionek przeciwko COVID. W rzeczywistości te dane naukowe były dostępne przez cały czas — ze 160 badań, mimo że wyniki tych badań naruszały politykę Facebooka dotyczącą „dezinformacji”.
Od czasu plagi ateńskiej w 430 r. p.n.e. zaobserwowano, że osoby, które wyzdrowiały po infekcji, były chronione przed poważną chorobą w przypadku ponownego zakażenia. Taka była też obserwacja niemal każdego praktykującego lekarza podczas pierwszych 18 miesięcy pandemii COVID. Większość Amerykanów, którzy zostali zwolnieni za brak szczepionki na COVID, miała już przeciwciała, które skutecznie neutralizowały wirusa, ale były to przeciwciała, których rząd nie rozpoznał.
Dezinformacja nr 2: Maski zapobiegają przenoszeniu COVID
Przeglądy Cochran są uważane za najbardziej autorytatywną i niezależną ocenę dowodów w medycynie. A jeden opublikowany w zeszłym miesiącu przez bardzo szanowany zespół badawczy z Oksfordu wykazał, że maski nie miały znaczącego wpływu na transmisję COVID.
Zapytana o tę ostateczną recenzję, dyrektor CDC, dr Rochelle Walensky, zbagatelizowała ją, argumentując, że była wadliwa, ponieważ skupiała się na randomizowanych badaniach kontrolowanych. Ale to była największa siła recenzji! Randomizowane badania są uważane za złoty standard dowodów medycznych. Gdyby cała energia wykorzystywana przez urzędników zdrowia publicznego do maskowania małych dzieci mogła zostać skierowana na zmniejszenie otyłości wśród najmłodszych poprzez zachęcanie do aktywności na świeżym powietrzu, bylibyśmy w lepszej sytuacji.
Dezinformacja nr 3: Zamknięcie szkół ogranicza transmisję COVID
Teraz wiemy, że zapalenie mięśnia sercowego występuje od 6 do 28 razy częściej po szczepionce przeciwko COVID niż po zakażeniu wśród mężczyzn w wieku od 16 do 24 lat. Dziesiątki tysięcy dzieci prawdopodobnie dostało zapalenia mięśnia sercowego, w większości subklinicznego po szczepionce na COVID, której nie potrzebowały, ponieważ były całkowicie zdrowe lub miały już COVID.
Dezinformacja nr 5: Młodzi ludzie odnoszą korzyści ze szczepionki przypominającej
Szczepionkowe dopalacze zmniejszyły liczbę hospitalizacji u starszych Amerykanów wysokiego ryzyka. Ale nigdy nie było dowodów na to, że zmniejszają śmiertelność z powodu COVID u młodych, zdrowych ludzi. Prawdopodobnie dlatego CDC zdecydowała się nie publikować swoich danych na temat wskaźników hospitalizacji wśród dopalonych szczepionką Amerykanów poniżej 50 roku życia, podczas kiedy opublikowała te same wskaźniki dla osób powyżej 50 roku życia. Ostatecznie presja Białego Domu, by zalecać dawki przypominające dla wszystkich, była tak silna, że dwóch czołowych ekspertów ds. szczepionek opuściło agencję w proteście, pisząc zjadliwe artykuły o tym, że dane nie rekomendują dawek przypominających dla młodych ludzi.
Dezinformacja nr 6: Szczepienne nakazy a zwiększenie liczby szczepień
Prezydent Biden i inni urzędnicy zażądali zwolnienia nieszczepionych pracowników, niezależnie od ich ryzyka lub naturalnej odporności. Domagali się niehonorowego zwolnienia żołnierzy i zwolnienia pielęgniarek w środku kryzysu kadrowego. Obostrzenie opierało się na teorii, że szczepienie zmniejsza szybkość transmisji – pogląd ten później okazał się fałszywy.
Ale po powszechnym uznaniu, że szczepienie nie zmniejsza transmisji, obostrzenia i nakazy przetrwały i obowiązują do dziś. Niedawne badanie z George Mason University szczegółowo opisuje, w jaki sposób nakazy szczepień w dziewięciu głównych miastach USA nie miały wpływu na wskaźniki szczepień. Nie miały również wpływu na wskaźniki transmisji COVID.
Dezinformacja nr 7: COVID pochodzący z laboratorium w Wuhan to teoria spiskowa
Google przyznało się do tłumienia wyszukiwań „wycieku z laboratorium” podczas pandemii. Dr Francis Collins, szef National Institutes of Health, twierdził (i nadal twierdzi), że nie wierzy, że wirus pochodzi z laboratorium. Ostatecznie przytłaczające poszlaki wskazują na źródło wycieku z laboratorium – to samo źródło, które zasugerowało dr Anthony Fauci’emu dwóch bardzo wybitnych wirusologów na spotkaniu w styczniu 2020 r., które odbyło się na początku pandemii.
Zgodnie z dokumentami uzyskanymi przez Breta Baiera z Fox News, powiedzieli Fauci i Collinsowi, że wirus mógł zostać zmanipulowany i powstał w laboratorium, ale nagle zmienili zdanie w publicznych komentarzach kilka dni po spotkaniu z urzędnikami NIH. Wirusolodzy otrzymali później prawie 9 milionów dolarów od agencji Fauci’ego.
Dezinformacja nr 8: Ważne było, aby otrzymać drugą dawkę trzy lub cztery tygodnie po pierwszej dawce
Dane z wiosny 2021 r., zaledwie kilka miesięcy po wprowadzeniu szczepionki, były jasne, że odstęp między szczepieniami o trzy miesiące zmniejsza częstość powikłań i zwiększa odporność. Rozłożenie szczepionek uratowałoby również więcej istnień ludzkich, gdyby Amerykanie racjonowali ograniczone zapasy szczepionek w szczytowym momencie epidemii.
Dezinformacja nr 9: Dane dotyczące szczepionki dwuwartościowej są „krystalicznie czyste”
Dr Ashish Jha powiedział to słynne zdanie, mimo iż szczepionka biwalentna została zatwierdzona na podstawie danych uzyskanych od ośmiu myszy. Do tej pory nigdy nie przeprowadzono randomizowanej kontrolowanej próby szczepionki dwuwektorowej. Moim zdaniem dane są tak krystalicznie czyste, że młodzi ludzie nie powinni otrzymywać szczepionki biwalentnej. Oszczędziłoby to także wielu dzieciom zapalenia mięśnia sercowego.
Dezinformacja nr 10: Jedna na pięć osób choruje na COVID-19
Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom twierdzi, że 20% infekcji COVID może skutkować long-covidem. Jednak badanie przeprowadzone w Wielkiej Brytanii wykazało, że tylko 3% pacjentów z COVID miało objawy resztkowe trwające 12 tygodni. Co wyjaśnia rozbieżność? Często normalne jest odczuwanie łagodnego zmęczenia lub osłabienia przez kilka tygodni po chorobie, braku aktywności i złym jedzeniu. Nazywanie tych przypadków long-covidem to medykalizacja zwykłego życia.
Najbardziej zdumiewające we wszystkich dezinformacjach przekazywanych przez CDC i urzędników ds. zdrowia publicznego jest to, że nie było przeprosin za trzymanie się ich zaleceń tak długo po tym, jak dane stały się oczywiste, że się mylili. Urzędnicy ds. zdrowia publicznego powiedzieli „musisz”, podczas gdy poprawna odpowiedź powinna brzmieć „nie jesteśmy pewni”.
Na początku, z braku dobrych danych, urzędnicy zdrowia publicznego wybrali ścieżkę surowego paternalizmu. Dziś zaprzeczają stosowi mocnych badań wykazujących, że się mylili. Przynajmniej CDC powinno być czyste, a FDA powinna dodać etykietę ostrzegawczą do szczepionek przeciwko COVID, jasno określając to, co jest obecnie znane.
Mea culpa ze strony tych, którzy sprowadzili nas na manowce, byłaby pierwszym krokiem do odbudowy zaufania.
Gail Macrae powiedziała, że chciała zaufać organizacjom takim jak CDC i AMA, ale doszła do przekonania, że praktyki i protokoły przez nie zlecane równają się „medycznemu morderstwu”.
Jest kalifornijską pielęgniarką, która została zwolniona za odmowę przyjęcia zastrzyku COVID-19. W tym tygodniu przyszła, aby opowiedzieć o tym, czego była świadkiem pracując w służbie zdrowia podczas pandemii.
======================
Pracowała w szpitalach, na oddziałach intensywnej opieki medycznej i jako położna. Pracowała w Kaiser Permanente Santa Rosa Medical Center w Kalifornii od 2015 do 2021 roku, kiedy to została zwolniona za odmowę zaszczepienia się przeciwko COVID-19.
Gdy COVID wybuchł, wiosną 2020 roku, media szalały, że szpitale były przepełnione pacjentami, ale to nie jest to, co Macrae widziała.
„Nigdy nie były pełne pacjentów. W rzeczywistości, od początku COVID, przez cały pierwszy rok tej pandemii, nie tylko nasz szpital był pustawy”, powiedziała.
Praca Macrae w szpitalu była „per diem”, co oznacza, że może zaplanować sobie, kiedy chce pracować, a nie przychodzić, gdy nie było wystarczająco dużo pacjentów.
Zima 2020 roku była „standardowa”, powiedział Macrae. Szpital wypełnił się dwukrotnie, co nie jest niczym nadzwyczajnym w zimie. Więc kiedy musiała powiedzieć rodzinom pacjentów, że nie wolno im odwiedzić, czuła, że „narusza” swoją etykę i krzywdzi swoich pacjentów.
Protokół nakazywał podawanie pacjentom COVID-19 leku przeciwwirusowego, remdesiviru, nawet gdy minął tydzień od wystąpienia objawów.
„I nie widzimy żadnej poprawy. A w rzeczywistości widzimy pacjentów, którzy zaczynają mieć objawy niewydolności wielonarządowej” – powiedziała.
Chciała zaufać organizacjom takim jak CDC i AMA, ale doszła do przekonania, że praktyki i protokoły, które oni nakazują, równają się „medycznemu morderstwu”.
„Myślę, że to pochodzi z kombinacji, – remdesivir, oraz izolacja pacjentów. To tygodnie, wiesz, bez dostępu do żywności i wody,” powiedziała. „Wszystkie te protokoły, straszenie, izolacja, toksyczne leki – odeszłam czując się jakbym uczestniczyła w medycznym morderstwie”.
Pracowała jako pielęgniarka w czerwcu 2021 roku, kiedy szpital rozpaczliwie potrzebował więcej personelu, i zauważyła podczas podwójnej zmiany, że 50 lub 60 pacjentów, których widziała, wszyscy potrzebowali pomocy z powodu ataku serca lub udaru. W tym okresie zauważyła również wzrost liczby wezwań „code blue”, co oznacza, że potrzebna jest reanimacja lub natychmiastowa pomoc medyczna.
„I dziewięć na 10 razy te wezwania były z kliniki, gdzie szczepili ludzi. I [dwaj] moi koledzy rzeczywiście przeszli anafilaksję, po otrzymaniu zastrzyków” – Macrae.
Powiedziano jej, że nie wolno jej zgłaszać tego, co widzi. Zaangażowała się w kilka procesów sądowych z zamiarem stanięcia w obronie praw swoich i innych pracowników służby zdrowia. Uruchomiła również projekt o nazwie standfirmnow.org.
Alpha News skontaktowała się z Kaiser Permanente w celu uzyskania komentarza, ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
================
mail:
Jak napisał Robert Kennedy Jr.:
„Pfizer i Moderna tak naprawdę nie są właścicielami tych szczepionek. Przylepiają do nich swoje etykiety, był to projekt Pentagonu”.
Na pierwszy rzut oka wygląda to jak scenariusz filmów o Jamesie Bondzie. Oto ekscentryczny superbogacz, który okazuje się psychopatą, szaleńcem wchodzi w posiadanie technologii, dzięki której ma wpływ na całą Ziemię. Może sobie zaszantażować ludzkość, zniszczyć jakieś państwo, wywołać globalny głód, pandemię. Niestety to nie są fantazje piszących scenariusze, ale rzeczywistość, którą chce wykreować teraz grupa brytyjskich naukowców, a o której ledwie 2 miesiące temu na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium mówił George Soros. Chodzi o geoinżynierię słoneczną i dokonywanie zmian klimatycznych na skalę globalną
George Soros lewacki miliarder i spekulant, który pierwsze pieniądze zarobił na szabrowaniu mienia swych wywożonych do obozów śmierci żydowskich rodaków, współpracuje z Davidem Kingiem, doradcą ds. klimatycznych kilku rządów brytyjskich i szefem „Centrum Naprawy Klimatu – Centre for Climate Repair” na Uniwersytecie w Cambridge. King pracuje nad stworzeniem technologii pozwalającej przesłonić Słońce.
Sir David King ma plan naprawy systemu klimatycznego. Chce odtworzyć efekt albedo, tworząc białe chmury wysoko nad ziemią – mówił Soros.
Efekt albedo to zdolność powierzchni do odbijania promieni światła. King i Soros chcą zawiesić sztucznie stworzone chmury nad Arktyką, Himalajami i Biegunem Południowym, by odbijały światło słoneczne. W Monachium Soros pokazał film z Kingiem opowiadającym o swym pomyśle i zachęcającym do wielkiego eksperymentu nad Antarktydą, która ma stabilizować system klimatyczny całego globu.
Są różne technologie „siania” chmur, by wywołać opady, lub nie dopuszczać do nich. Na większą skalę eksperymenty przeprowadzała Australia, ale wiele z nich porzucono z powodu nieprzewidywalności skutków i nie zbadanych wpływów sztucznych deszczów na rośliny, zwierzęta i ludzi. W październiku 2009 roku nad Pekinem rozpylono jodek srebra, by po czterech miesiącach suszy wywołać deszcz. Zamiast tego przez 3 dni padał śnieg, który całkowicie sparaliżował drogi wokół miasta.
Podobne pomysły ma ONZ. Program Środowiskowy organizacji proponuje modyfikację promieniowania słonecznego – solar radiation modification (SRM) poprzez umieszczenie na orbicie luster odbijających promienie.
SRM to jedyne znane podejście, które można zastosować do ochłodzenia Ziemi w ciągu kilku lat – piszą w raporcie „naukowcy” zajmujący się kosmicznymi projektami Programu Środowiskowego ONZ.
Symulacje modeli klimatycznych konsekwentnie pokazują, że SRM może zrównoważyć niektóre skutki zwiększania się emisji gazów cieplarnianych na klimat globalny i regionalny, w tym cykle węgla i wody, ale mogą wystąpić nadmierne kompensacje zmian klimatycznych w skali regionalnej.
Podobne plany bawienia się w „boga” miał przez długi czas Bill Gates. Na Uniwersytecie Harvarda naukowcy martwiący się tym, że na Ziemi może być cieplej, pracowali nad projektem „przyciemnienia” Słońca. Stratospheric Controlled Perturbation Experiment (ScoPEx – Eksperyment Kontrolowanych Zakłóceń w Stratosferze) miał polegać na rozpyleniu w tej warstwie atmosfery węglanu wapnia występującego w naturze – np. w kredzie, używanego w przemyśle spożywczym jako barwnik i utwardzacz.
Cząsteczki związku odbijałyby promienie Słońca, nie pozwalając im docierać na Ziemię.
Pomysł bardzo spodobał się Gatesowi, który zaczął finansować badania na Harvardzie i prace Szwedzkiej Korporacji Kosmicznej SSC. Nad Kirunę w północnej Szwecji miał wzlecieć balon i rozpylić węglan wapnia.
Ostatecznie szwedzcy naukowcy przestraszyli się i projekt upadł. Gates w tym czasie przeżywał kłopoty rozwodowe, podział wartego 144 miliardów dolarów majątku, wychodzące na jaw skandale romansowe i zażyłe kontakty z organizatorem pedofilskich imprez dla władców i właścicieli świata Jeffreyem Epsteinem.
Na razie ludzkość ma szczęście, ale problem pozostaje otwarty. Co się stanie gdy jakiś bawiący się w Boga szaleniec, dysponujący nieprzebranymi zasobami jak Gates, czy Soros umyśli sobie, że on zmieni klimat na całej planecie, bo jemu akurat podobałby się inny, albo też za zbawcę ludzkości się uważa? Coraz częściej mowa jest o tym jakie zagrożenie niesie sztuczna inteligencja. Kolejnym może być niekontrolowana geoinżynieria.
Według Pomorskiej Rady Rolnictwa sytuacja rolników jest dramatyczna a rząd próbuję to za wszelką cenę ukrywać. W przyjętym stanowisku PRR domaga się kontroli ukraińskiego zboża i zniszczenia go, jeśli nie spełnia norm jakościowych. Trudna sytuacja dotyka również inne rolnicze branże.
O bieżącej sytuacji na Pomorzu związanej z importem zboża i innych produktów z Ukrainy Pomorska Rada Rolnictwa rozmawiała podczas spotkania w Pruszczu Gdańskim. Brał w nim udział marszałek województwa pomorskiego Mieczysław Struk.
Rolnictwo się sypie
Polski rząd w ogóle nie panuje nad sytuacją związaną z nadmiernym importem zboża i innych produktów rolno-spożywczych z Ukrainy. Według rolników nic się nie zmieniło oprócz nazw produktów rolnych wjeżdżających z Ukrainy do naszego kraju (dziś już nie „zboże techniczne”, a „czyściwo młynarskie”).
Padają pytania o zboże, które rząd już wpuścił do Polski. Minister rolnictwa zapewnia, że z Polski wyeksportuje 4 miliony ton zboża do żniw. Zapomina tylko, że przy możliwościach przeładunkowych polskich portów jest to nierealne – mówili rolnicy podczas spotkania w Pruszczu Gdańskim. Podkreślali, że ukraińskiego zboża nie da się w takiej ilości wyeksportować do tego czasu.
Z kolei przedstawiciele drobiarstwa mówili, że podobny kryzys dotyka ich branży, podobnie jest też z miodem.
W przyjętym stanowisku ponownie zaapelowali do polskiego rządu o pilną pomoc.
„Wobec sytuacji związanej z nadmiernym importem surowców z Ukrainy, brakiem adekwatnej pomocy ze strony rządowej, narażaniem obywateli na niebezpieczeństwo związane ze spożywaniem surowców i produktów, które nie spełniają norm europejskich, wzbudzaniem społecznych napięć, wzywamy agendy rządowe do zaprzestania propagandy mającej na celu ukrycie tragicznej sytuacji w polskim rolnictwie” – czytamy w przyjętym przez PRR stanowisku.
Chcemy wiedzieć, co jemy
Rada zaapelowała też do instytucji kontrolnych o zbadanie, czy importowane i zmagazynowane zboże, określane jako „techniczne”, spełnia wszystkie wymogi jakościowe obowiązujące na terenie Unii Europejskiej.
– Gdyby normy jakościowe nie zostały spełnione, takie zboże powinno być przekazane do utylizacji na koszt importera – mówił Andrzej Sobociński jeden z członków PRR.
Pomorska Rada Rolnictwa uznaje za konieczne podjęcie działań ukierunkowanych na ochronę polskiego rynku płodów rolnych, mięsa i drobiu, mleka, miodu i produktów pszczelich oraz innych artykułów rolno-spożywczych wobec nadzwyczajnych okoliczności związanych z importem z Ukrainy.
Dodatkowo zwraca uwagę, iż sytuacja powoduje tragiczne w konsekwencjach napięcia społeczne pomiędzy rolnikami, producentami a konsumentami, oraz pomiędzy społeczeństwem polskim a ukraińskim.[—-]
Książka Abigail Shrier „Nieodwracalna krzywda. Tragiczne losy nastolatek, które zmieniły płeć” Mariusz Dzierżawski pomagam@stopaborcji.pl Szanowny Panie , chciałbym polecić Panu lekturę wstrząsającej książki, która właśnie została opublikowana w języku polskim. To międzynarodowy bestseller pod tytułem: „Nieodwracalna krzywda”.
Jej autorka Abigail Shrier zagłębiła się w świat młodych osób zainfekowanych propagandą LGBT, rozmawiając z poranionymi dziećmi i ich udręczonymi rodzicami. Dzisiaj ogromne grupy dzieci i nastolatków uznają same siebie za osoby „transpłciowe”. Kolejni rodzice z przerażeniem odkrywają, że ich synowie i córki są pod mocnym wpływem transpłciowych gwiazd YouTube oraz rozmaitych „edukatorów seksualnych”, aktywistów, pedagogów i terapeutów, którzy zachęcają do tzw. „tranzycji” czyli okaleczenia siebie oraz zażywania niebezpiecznych blokerów hormonalnych. Również w Polsce to zjawisko bardzo szybko narasta. Aby lepiej je zrozumieć i dowiedzieć się, co odkryła autorka książki, proponuje Panu pewne ćwiczenie intelektualne.
Proszę sobie przez chwilę wyobrazić, że jest Pan „postępowym” ojcem. Cieszy się Pan, gdy Pana córka identyfikuje się, ze słabszymi i uciśnionymi. Aprobuje Pan, gdy angażuje się w działalność klubu wsparcia dla osób LGBTQ, chodzi na parady równości i bierze aktywny udział w szkolnych miesiącach dumy gejowskiej. Kocha Pan swoje dziecko i jest przekonany, że wrażliwość wobec odmienności to coś dobrego. Ma Pan przyjaciółki, które są lesbijkami i przyjaciół, którzy są gejami. Jest Pan otwarty na każdy wybór córki. Jest Pan jednak nieco zaskoczony, kiedy 12-letnia córka oznajmia, że jest chłopcem uwięzionym w ciele, które staje się coraz bardziej kobiece. Jest Pan zakłopotany. Nie spodziewał się Pan tego, bo jeszcze niedawno mało kto o tym słyszał. Rozmawia Pan z córką i dowiaduje się, że wiele dziewcząt z jej klasy jest trans. Córka mówi również, że w mediach społecznościowych zjawisko to jest jeszcze częstsze. Wiele jest w Internecie grup specjalnie dla dziewcząt, które „odkryły, że są innej płci”. Spotykają się tam z bezwarunkową akceptacją i zachętą, żeby dostosowały swoje ciało do swoich przekonań. Wybiera się Pan z córką do terapeuty, który potwierdza diagnozę znajomych córki z mediów społecznościowych. Zachęca zarówno Pana i ją do dalszych kroków dostosowujących ciało do wyobrażeń. Pierwszym krokiem jest spłaszczanie piersi, używa się do tego urządzeń zwanych binderami. Oczywiście stały ucisk klatki piersiowej musi powodować poważne problemy w rozwijającym się organizmie, ale żaden terapeuta o tym się nie zająknie. Następnym krokiem jest zastosowanie hormonalnych blokerów dojrzewania. Blokery powstrzymują nie tylko przemiany w ciele; blokują również rozwój mózgu. Dla „lekarzy” i innych specjalistów nie jest to problem. Zachęcą za to w kolejnym kroku pacjentkę do przyjmowania testosteronu . Podawany długotrwale testosteron może jednak spowodować nowotwory narządów rozrodczych, dlatego rekomendowane są amputacje piersi, macicy i jajników. Rozmaite kliniki tranzycyjne chętnie podejmą się tych operacji. Uczestnicząc w tych przedsięwzięciach orientuje się Pan, że córka bynajmniej nie jest szczęśliwsza niż na początku tego procesu. Wydaje się, że jest zdecydowanie bardziej nieszczęśliwa. Być może zorientował się Pan wcześniej, że próba zmiany płci nie skończy się niczym dobrym i usiłuje ją przed tym powstrzymać. Przekonuje się Pan wtedy, że jest traktowany jako wróg przez własną, ukochaną córkę. Ale nie tylko przez nią. Władze szkolne, nauczyciele, terapeuci, lekarze, pracownicy socjalni traktują Pana jak prześladowcę własnego dziecka. Ostrzegają, że próby powstrzymania „tranzycji” córki mogą doprowadzić do samobójstwa dziewczynki. To oczywiście historia teoretyczna, ale książka Abigail Shrier „Nieodwracalna krzywda. Tragiczne losy nastolatek, które zmieniły płeć” przedstawia historie prawdziwe. Autorka przeprowadziła setki wywiadów z osobami, które znalazły się w takiej sytuacji. Ich opowieści są wstrząsające. Shrier pokazuje też tło społeczne, w którym dokonuje się trans-rewolucja. Możemy się łudzić, że to zjawisko amerykańskie, dalekie od realiów polskich. Niestety to nadmierny optymizm. Od wielu lat również w Polsce wpływowe środowiska ciężko pracują nad tym aby zaszczepić tranzycyjną epidemię w naszym kraju. W propagandzie LGBT reklamowanej przez media i wspieranej przez korporacje, polityków lokalnych, a także szkoły i uniwersytety, uczestniczą tysiące polskich dzieci. To potencjalne ofiary trans-zarazy. Książka Shrier opisuje realia amerykańskie, ale niestety niewiele odbiegają one od polskich. Co ważne, autorka jest sama osobą bardzo „postępową”: wydaje się sympatyczką m.in. związków homoseksualnych i legalnej aborcji. Jednak nie jest wystarczająco „postępowa”, aby zaakceptować masowe okaleczenia dzieci, choć dopuszcza wyjątki. Jej przypadek pokazuje, że prawda może dotrzeć nawet do osób bardzo zainfekowanych propagandą LGBT, otworzyć oczy i przebudzić sumienie. „Nieodwracalna krzywda” przedstawia wstrząsające historie. Warto się z nimi zapoznać aby wiedzieć, z jaką plagą już wkrótce będziemy mieli do czynienia w Polsce, jeśli nie będziemy stanowczo i konsekwentnie działać. Jako odbiorca naszego newslettera może Pan skorzystać ze specjalnego kodu rabatowego i kupić książkę 50% taniej. Kod: NIEODWRACALNAPRO ważny jest przy zakupach online na stronie religijna.pl oraz telefonicznie pod numerem: 12 345 42 00. Serdecznie Pana pozdrawiam,
Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków stronazycia.pl
W cyklu pytań i odpowiedzi na antenie TVASME zapytano Stanisława Michalkiewicza, „czy nie ma Pan wrażenia, że w polskich miastach celowo realizuje się kretyńskie pomysły w zakresie ruchu drogowego, żeby uniemożliwić
używanie samochodów?”.
Jak podkreślał widz, „w moim mieście za grube miliony powstał ćwierć-inteligentny system transportowy, który wcale nie usprawnił ruchu, ale wręcz przeciwnie”.
Pytał, „czy to celowy zabieg czy to po prostu odpowiedzialni za to urzędnicy i inżynierowie to zwykłe tumany, a ten cały interes kręci się wyłącznie dzięki unijnym dotacjom?”.
– Ja myślę, że urzędnicy i inżynierowie to nie są tumany, natomiast rządzą miastami polskimi wariaci w sensie medycznym – odparł Michalkiewicz.
– Na czym polega ich wariactwo? Na tym, że wierzą, że ludzie mają wpływ na zmiany klimatyczne. Zmiany klimatyczne rzeczywiście następują, ale wpływ ludzi na te zmiany jest bliski zera – stwierdził.
– Ale tu konkretne takie właśnie wariackie posunięcia (…) są efektem tej wiary. I to jest problem, bo inżynierowie raczej przynajmniej w swojej specjalności, muszą się trzymać, że tak powiem, realiów, bo mosty nie mogą się walić, samoloty nie mogą spadać – wskazał.
Jak mówił publicysta, „według oficjalnych statystyk, które uważam za stanowczo zaniżone, wariatów w Polsce jest 20 procent, myślę, że ten odsetek jest znacznie większy i obawiam się, że niedługo przekroczy 50 procent”.
– Wtedy wariaci, korzystając z procedur demokratycznych, mogą przechwycić władzę polityczną i niech nas Bóg ma wtedy w swojej opiece. Już teraz nie jest dobrze, a cóż dopiero w takiej sytuacji – skwitował Michalkiewicz.
===========================
mail:
Gdyby wariaci, nie byłoby to najgorzej. Rządzą automaty, gotowe wykonać KAŻDE polecenie idące z góry,
W niedzielę (23.04.2023) Polskie Sieci Elektroenergetyczne ogłosiły zagrożenie bezpieczeństwa dostaw energii elektrycznej. Przyczyną była nadprodukcja energii z OZE, głównie z paneli fotowoltaicznych, wynosząca aż 3 GW względem zapotrzebowania.
Aby zapobiec zakłóceniom w dostawach prądu operator musiał dokonać redukcji generacji źródeł fotowoltaicznych przyłączonych do sieci przesyłowej. Do ograniczenia działania instalacji OZE doszło w godz. 11.00-17.00. Zastosowano też awaryjny eksport energii w wysokości 1,7 GW.
To drugi raz w historii, gdy w polskiej energetyce ogłoszono zagrożenie bezpieczeństwa dostaw energii elektrycznej. Pierwszy raz miał miejsce 23 września 2022 roku, gdy w systemie było za mało mocy, żeby pokryć zapotrzebowanie. W godz. 19-21 w stan gotowości postawiono wszystkie elektrownie, a przedsiębiorcy, którzy zgodzili się wcześniej na udział w rynku mocy i dostają za to wynagrodzenie, zostali zobowiązani do zmniejszenia poboru energii.
Przyczyną niedoboru mocy była niska produkcja energii z wiatraków spowodowana niekorzystnymi warunkami wietrznymi. Do tego elektrownie węglowe nie mogły wyprodukować wystarczającej ilości prądu albo ze względu na awarie, albo z uwagi na konieczność oszczędzania węgla.
Reasumując: produkcja energii z OZE jest niestabilna, co prowadzi do zagrożenia bezpieczeństwa dostaw energii elektrycznej. Albo jest tej energii za mało, albo za dużo, ponieważ powiązana jest ona z warunkami pogodowymi, a nie z zapotrzebowaniem na prąd. Dlatego aby nie dochodziło do blackoutów, OZE muszą mieć zabezpieczenie w postaci konwencjonalnych źródeł energii. To oznacza, że system jest dublowany, przy czym stabilizujące go źródła konwencjonalne są obłożone haraczem od emisji CO2. To wszystko sprawia, że im więcej OZE, tym prąd jest coraz droższy, a nie coraz tańszy, jak opowiadają wyznawcy sekty klimatyzmu.
Źródło informacji: businessinsider.com.pl
=====================
Mirosław Dakowski: Nie, miła niedoinformowana pani, oraz ci dyletanci rządzący Polską energetyką, którzy powinni być poinformowani.
Otóż od 30 lat mówimy, apelujemy, by zbudować odpowiednie do zapotrzebowania energetycznego Polski, magazyny energii. Takie technologie są, są one sprawdzone, i są wielokrotnie tańsze, niż skutki sztucznie generowanych „kłopotów z nadmiarem energii”. Konieczne byłoby jednak usunięcie durniów, którzy trzymają się uparcie swoich foteli decydentów.
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 25 kwietnia 2023 michalkiewicz
Nie jest dobrze. To znaczy – nie jest dobrze dla rządu „dobrej zmiany”, bo wprawdzie notowania Zjednoczonej Prawicy utrzymują się na mniej więcej niezmienionym poziomie, ale poziom ten, chociaż gwarantuje tej formacji uzyskanie najlepszego wyniku wyborczego, to jednak nie zapewnia możliwości samodzielnego utworzenia rządu. Wprawdzie PiS mogłoby bez specjalnego trudu znaleźć kolaborantów, na przykład w postaci PSL, które ma stuprocentową, a w patriotycznych porywach – nawet wyższą zdolność koalicyjną, ale takie rozwiązanie ma wiele plusów ujemnych, przede wszystkim w postaci konieczności dzielenia się z kolaborantem konfiturami władzy. Tymczasem Zjednoczona Prawica już się od tego odzwyczaiła i uważa – a ściślej – tak uważa jej polityczne zaplecze – że „pula nie jest do kradzieży! Pula się cała nam należy!” – toteż ewentualna konieczność podziału puli napawa działaczy „trwogą, że im zdobycze zabrać mogą”.
A tu jeszcze jak na złość ujawniły się nieprzewidziane konsekwencje wprzęgnięcia Polski w służbę narodowi ukraińskiemu. Nawiasem mówiąc, wiele wskazuje na to, że ten naród jest uparty. Oto na portalu „Bibuła” reprodukowana jest tytułowa strona „Naszego Słowa” – pisma wydawanego przez Związek Ukraińców w Polsce. Przedstawiona jest tam czarnobrewa z koszykiem do wielkanocnej święconki. Na pierwszym planie w koszyku widzimy – jak Pan Bóg przykazał – wielkanocne jajo w barwach niebiesko-złotych z Tryzubem, ale tuż za nim – jajo węża w barwach czerwono-czarnych, też z Tryzubem wpisanym w krąg. Ale to jeszcze nic w porównaniu w świąteczną kartką, wydaną przez Patriarchat Kijowski Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej. Obok wielkanocnych bazi mamy tak trzy wielkanocne jajka – każde z jakimś emblematem ukraińskich formacji SS z czasów II wojny światowej. Na pierwszym jajku – trupia główka, a drugim – Krzyż Żelazny, a na trzecim – emblemat dywizji „Das Reich”. Kartka kosztowała 50 hrywien, co w porównaniu do dotychczasowej wartości polskiej pomocy dla Ukrainy, czyli 50 miliardów złotych – to doprawdy niewiele. Ale dlaczego Ukraińcy mają sobie żałować tych kombatanckich wspomnień, skoro i oni wiedzą i my wiemy, że polski rząd – wszystko jedno, czy wywodzący się z „dobrej zmiany”, czy z obozu zdrady i zaprzaństwa – będzie im nadskakiwał na rozkaz Pana Naszego z Waszyngtonu?
Ale to oczywiście drobiazg, tym bardziej, że święta już minęły, tymczasem nieprzewidziane konsekwencje wprzęgnięcia Polski w służbę narodu ukraińskiego ujawniły się ostatnio w całej straszliwej postaci. Ukraińskie „zboże techniczne” [dla niewtajemniczonych: chodzi o ,„czyściwo przemysłowe” md ] wbrew solennym zapewnieniom rządu „dobrej zmiany”, zamiast przemknąć tranzytem przez Polskę do bałtyckich portów, a stamtąd – w siną dal, do głodujących Murzynów – utknęło dlaczegoś w polskich magazynach i nie wiadomo, jak się go stamtąd pozbyć. To znaczy – niby wiadomo, bo poprzedni minister rolnictwa pana Kowalczyk, podobnie jak obecny minister rolnictwa, pan Telus, bredzą unisono, że tylko patrzeć, jak podwiozą to „zboże techniczne” do portów, a stamtąd popłynie ono dalej.
Dokąd? Aaaa, tego jeszcze nie wiadomo, bo nie wiadomo, czy ktokolwiek ten Scheiss kupi, skoro nie nadaje się ono nawet na paszę? Toteż rolnicy, których, pozostający w służbie narodu ukraińskiego rząd „dobrej zmiany” zachęcał do powstrzymywania się ze sprzedażą zboża – niby w nadziei na zwyżkę cen – ale tak naprawdę, by zrobić w magazynach miejsce dla ukraińskiego Scheissu – zaczęli się buntować. Ponieważ w rządzie „dobrej zmiany” nic się nie robi bez gospodarza, a gospodarz, to znaczy – Naczelnik Państwa – akurat był dlaczegoś niedysponowany – zapanowało wrażenie bezradności – no bo jakże inaczej określić śmiałą inicjatywę pana ministra Telusa, żeby wszystkie bantustany graniczące z Ukrainą, albo przez ląd, albo przez morze – jak Bułgaria – które przez naszego Najważniejszego Sojusznika zostały uszczęśliwione ukraińskim Scheissem, wyprodukowanym przez tamtejszych latyfundystów – oligarchów – powiązanych również z Ameryką, wspólnie wystąpiły do Komisji Europejskiej z supliką, żeby wprowadziła cła?
Na domiar złego, przy okazji wydało się, jak ogromny kawał suwerenności przefrymarczył rząd „dobrej zmiany” i to wbrew solennym zaklęciom Naczelnika Państwa, że własną piersią zablokuje budowę IV Rzeszy! Toteż Naczelnik Państwa, zaniepokojony możliwością utraty głosów mieszkańców wsi, podjął energiczne działania pozorne. Przybrały one postać podjętego w tempie stachanowskim rozporządzenia Rady Ministrów, żeby z dnia na dzień wstrzymać wszelki import produktów rolnych z Ukrainy. Nie ma jednak pewności, czy ktoś się do tego surowego rozporządzenia zastosował i czy rzeczywiście produkty rolnicze z Ukrainy, a także – tamtejszy spirytus – przestały docierać do Polski – ponieważ wszyscy chyba wiedzą, że to taka demonstracja dla wyznawców Naczelnika Państwa, rodzaj „poprawki dla pasażerów”.
W okresie międzywojennym, kapitanem jednego z polskich transatlantyków był Eustazy Borkowski. Żeby zachwycić pasażerów, zapraszał ich w nocy na mostek i tam pytał oficera wachtowego, jakim kursem idzie statek. Usłyszawszy odpowiedź, wyciągał ramiona w kierunku nieba – że to niby namierza tam gwiazdy – po czym nakazywał poprawkę o pół stopnia. Pasażerowie byli zachwyceni; oto stary wilk morski czuwa. Skorygował młodych oficerów, którzy się pomylili. Któregoś razu nowy sternik, nie znający jeszcze okrętowych obyczajów, usiłował skorygować kurs o pół stopnia, aż oficer wachtowy musiał mu szeptem wyjaśnić: uspokój się! To poprawka dla pasażerów!
Rzecz w tym, że Komisja Europejska, słodszymi od malin ustami pani Urszuli von der Leyen wyjaśniła, że sprawy importu na teren Unii Europejskiej stanowią wyłączną kompetencję Komisji Europejskiej, a w tej sytuacji poszczególne bantustany, czyli landy IV Rzeszy, nie mają tu nic do gadania. Toteż ominięcie srogiego zakazu importu z Ukrainy będzie bardzo łatwe, bo Unia Europejska ma charakter rynku jednolitego, toteż jeśli takie transporty nadejdą z jakichś innych landów IV Rzeszy, a nie z Ukrainy, to nie bardzo będzie można je zatrzymać.
Prawo Murphy’ego stanowi, że jeśli tylko coś złego może się stać, to na pewno się stanie, w związku z tym nie tylko blokada będzie nieskuteczna, ale w dodatku Komisja Europejska prawdopodobnie nałoży na Polskę kary finansowe, co zresztą już zapowiedziała. Jak wiadomo, Polska już te kary płaci, to znaczy – nie płaci – ale Unia Europejska sobie je potrąca z kwot, które teoretycznie się Polsce należały. To najwyraźniej na obozie „dobrej zmiany” nie robi wrażenia, bo przecież nie płaci on tych kar z własnej kieszeni, tylko przerzuca je na podatników, którzy już na nikogo przerzucić ich nie mogą.
Ta „poprawka dla pasażerów” ma obowiązywać do czerwca, bo w czerwcu Komisja Europejska ma podjąć decyzję w sprawie ceł. Może odpowie pozytywnie na pokorną suplikę państw graniczących z Ukrainą, bo w niektórych państwach poważnych narasta zniecierpliwienie sytuacją, kiedy Stany Zjednoczone pod pretekstem wojny, jaką prowadzą na Ukrainie z Rosją do ostatniego Ukraińca, chwyciły całą Europę za twarz. Polska oczywiście nie ma nic przeciwko temu, bo wprawdzie znana jest na całym świecie z umiłowania wolności, ale lubi, jak ktoś przynajmniej od czasu do czasu chwyci ją za twarz. Wtedy wydaje z siebie tromtadrackie kwiki, które oczywiście nie przekładają się na nic, bo nasi Umiłowani Przywódcy uprawianie prawdziwej polityki mają surowo zakazane, toteż wyżywają się albo w „poprawkach dla pasażerów”, albo właśnie – w tromtadrackich kwikach, które na wyznawcach Naczelnika Państwa, czy sympatykach Volksdeutsche Partei zawsze robią wrażenie.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Komunistyczna Kalifornia zadekretowała nieograniczoną ilość energii elektrycznej jako „usługę podstawową” przy stałych miesięcznych stawkach dla konsumentów – To z całą pewnością skończy się katastrofą sieci.
Będziesz płacić $20 / miesiąc, jeśli zarabiasz mniej niż $ 69,000 rocznie
Komunistyczny stan Kalifornia nakazał stałe miesięczne stawki „usługi podstawowej”, które oferują konsumentom nieograniczoną ilość energii elektrycznej, tworząc nieodpartą zachętę dla ludzi do nadużywania energii na dużą skalę w swoich domach, bo po sztucznie niskich kosztach. To z całą pewnością załamie sieć energetyczną.
=======================
Ustalenie stałej stawki za prąd stało się już prawem i oznacza, że firmy energetyczne są zmuszone do oferowania konsumentom nieograniczonych ilości kilowatogodzin przy zerowym koszcie „przyrostowym” [tj. za większe zużycie md] za ich „usługę elektryczną”.
Jak informuje MSN.com: Southern California Edison, Pacific Gas & Electric oraz San Diego Gas & Electric złożyły w zeszłym tygodniu wspólną propozycję do stanowej Public Utilities Commission, która określila nową strukturę stawek. To następuje na skutek przyjęcia w zeszłym roku Assembly Bill 205, który wymaga stałej stawki i ogólnie „prostsze rachunki” za energię.
W ramach nowego planu, będziesz płacić tylko $20 / miesiąc, jeśli zarabiasz mniej niż $69,000 rocznie. Jest to miesięczna opłata dla osób obsługiwanych przez Edison, z nieco wyższymi opłatami dla PG&E i SDG&E. Jeśli zarabiasz do $180,000 rocznie, zapłacisz $51 miesięcznie jako opłatę stałą, bez względu na to, ile energii elektrycznej zużyjesz. Powyżej $180,000 w rocznym dochodzie dostaniesz $85 / miesiąc za nieograniczone zużycie energii elektrycznej. Większość rachunku za energię elektryczną pozostaje taka sama bez względu na to, ile energii zużywasz. Skąd wiemy na pewno, że dotyczy to nieograniczonego korzystania z energii elektrycznej? SDG&E faktycznie chwali się tym w jednej ze swoich informacji prasowych na temat programu, deklarując: W ramach planu SDG&E klienci zapłacą stałą cenę, która obejmujewiększość usług dostawy energii, które nie zmieni się z miesiąca na miesiąc, niezależnie od tego, ile energii elektrycznej jest zużywane.
Nieograniczone zużycie energii elektrycznej, innymi słowy, przy tym samym stałym koszcie miesięcznym. Co ciekawe, w komunikacie prasowym SDG&E czytamy, że pewna „część” rachunku klienta będzie się różnić, jeśli będzie on korzystał z czystej energii, takiej jak gaz ziemny, wiatr czy słońce. Wydaje się to sprzeczne, prawie tak, jakby firma elektryczna mówiła, że czysta energia będzie kosztować więcej, jeśli ją wykorzystasz, ale brudna energia będzie darmowa i nieograniczona. (Zostaw to urojeniom lewicowych biurokratów i komunistów, aby wymyślić taką strukturę, która będzie zniechęcać do oszczędzania energii, powodując tym samym, że więcej ludzi będzie używać więcej energii, która spala więcej zasobów paliw kopalnych, takich jak węgiel).
Komunikat prasowy chwali się nawet, że zapewni to „natychmiastową ulgę finansową” dla rodzin, ponieważ nie będą one w pełni płacić za rzeczywistą ilość energii elektrycznej, którą zużywają. Cały ten program jest przedstawiany jako rodzaj „programu opieki nad energią elektryczną, który ma obniżyć rachunki za prąd dla wszystkich”.
Nie jest zaskoczeniem, że dzieje się to w państwie rządzonym przez szaleńców, którzy praktykują magiczne myślenie, takie jak wiara, że biologiczny mężczyzna może stać się kobietą. Najwyraźniej wierzą również, że elektryczność jest tworzona przez magiczne kilowatowe wróżki lub pierdzące amperami jednorożce, które zasilają sieć energetyczną za darmo.
Z tego programu, stan Kalifornia po prostu usunął wszelkie zachęty dla ludzi do oszczędzania energii elektrycznej. Co gorsza, oczywiście będą bankrutować firmy energetyczne i wymagać, by rząd Kalifornii albo mocno subsydiował je lub nawet przejął, tworząc państwowe firmy energetyczne, które działają dokładnie tak, jak można oczekiwać: katastrofalnie. Mieszkańcy Kalifornii i firmy powinny przygotować się na rolling blackouts i upadek infrastruktury po tym, jak program ten zostanie uruchomiony około lipca 2024 roku. Stan Kalifornia będzie dotować koszty energii elektrycznej, aby pojazdy elektryczne wydały się być bardziej przystępne poprzez sztuczne obniżenie kosztów ładowania. Oznacza to, że stan Kalifornia będzie konfiskować pieniądze od produktywnych obywateli, aby zapłacić firmom energetycznym za sztucznie obniżone stawki, tak aby ludzie o niższych dochodach mogły sobie pozwolić na ładowanie EV.
W miarę wzrostu kosztów wytwarzania energii elektrycznej, Kalifornia będzie coraz bardziej subsydiować te koszty, aby mieszkańcom wydawało się, że zużycie energii jest przystępne. Jest to dokładnie ten rodzaj programu, który ma miejsce w upadających gospodarkach trzeciego świata, gdzie despotyczne reżimy u władzy próbują zapobiec powstaniom i rewoltom poprzez subsydiowanie podstawowych kosztów życia dla osób o niższych dochodach. [aha, to tak, jak w Polsce PiS „daje” coraz to nowe 500+… md]
Kalifornia twierdzi, że stanie się „neutralna węglowo” do 2024 roku, co spowoduje, że rzeczywiste, realne koszty energii elektrycznej gwałtownie wzrosną. Stan zamierza ukryć ten koszt przed konsumentami poprzez dotowanie firm energetycznych i udawanie, że czysta energia jest również niezwykle przystępna. Ale jak wiele innych rzeczy w Kalifornii, to wszystko opiera się na złudnym myśleniu, które nie może być utrzymane w realnym świecie. California Dreamin’, innymi słowy. Przewidujemy, że ten eksperyment z „nieograniczonym użytkowaniem” energii elektrycznej zakończy się katastrofalnym upadkiem, po którym nastąpi chaos i rozpacz.
Hiszpania: Rolnicy atakują Sáncheza za zniszczenie zbiorników wody podczas suszy: “Czy my zwariowaliśmy?”
Rząd Hiszpanii zmierza do całkowitego “wyzwolenie rzek”, tak aby “węgorze, łososie i jesiotry” mogły bez przeszkód przemieszczać się pod prąd.
Rolnicy, zdesperowani z powodu suszy, ostrzegają, że grozi im “całkowita utrata okresu wegetacyjnego”. Mimo to rząd niszczy tamy, aby zapewnić swobodny przepływ rzek i nieograniczoną cyrkulację ryb. Faktem jest, że w zeszłym roku rząd Sáncheza zburzył 108 tam i jazów w ramach działań Agendy 2030https://www.ern.org/en/dam-removal-europe/.
Przy już gwałtownie rosnących cenach żywności, rolnicy ostrzegają, że sytuacja może być jeszcze bardziej katastrofalna, jeśli nie będą mieli wody w zbiornikach umożliwiających nawadnianie.
Hiszpania przeżywa długotrwałą suszę meteorologiczną. Piętnaście procent półwyspu znajduje się w sytuacji kryzysowej, a 28,4 procent w stanie alarmowym i przed-alarmowym. Nie zanosi się na poprawę sytuacji w pozostałej części kwietnia, który jest na drodze, aby stać się najsuchszym miesiącem od czasu rozpoczęcia pomiarów w roku 1961. Według organizacji rolniczej UPA sytuacja jest dramatyczna, ponieważ większość gospodarstw rolnych i hodowlanych znajduje się w stanie “technicznego bankructwa” wraz z “całkowitą utratą sezonu”. Rolnicy w dorzeczu Gwadalkiwiru, ci, którzy mogą, zaczną nawadniać, aby uratować to, co mogą, mając do dyspozycji zaledwie 385 hektometrów sześciennych, czyli ilość wody, która jest wyraźnie niewystarczająca. [ hektometr – 100 m3 md]
Przy tego rodzaju scenariuszu suszy rząd chwali się, że przoduje w niszczeniu tam w Europie. Według danych samego Ministerstwa Transformacji Ekologicznej w roku 2021 Hiszpania była krajem w Europie, który zlikwidował najwięcej zapór: 108, czyli prawie połowę z 239 rozebranych na kontynencie. Ostatnią, którą nakazano rozebrać, mimo sprzeciwu okolicznych mieszkańców, jest niewielki zbiornik Valdecaballeros (Estremadura), który o pojemności 13 hektometrów sześciennych zaopatruje w wodę kilka okolicznych wsi. el-gobierno-ordena-derribar-la-presa-de-valdecaballeros-ultimo-vestigio-de-la-frustrada-central-nuclear
Zapora Yecla de Yeltes (Salamanka) należy już do przeszłości, podobnie jak zapora Presa do Inferno (Pontevedra) i zapora Hozseca (Guadalajara). Zapora Los Toranes (Teruel) została uratowana dzięki walce mieszkańców, którzy podkreślali jej znaczenie w dostarczaniu wody do nawadniania, gaszenia pożarów i jako atrakcji turystycznej. Ostatecznie tama została uratowana przed rozbiórką, ponieważ Diputación de Teruel uznała ją za obiekt dziedzictwa kulturowego Aragonese.
Zniszczyć zbiorniki wodne, aby “wyzwolić rzeki”.
To właśnie rząd José Luisa Rodrígueza Zapatero stworzył w roku 2005 Narodową Strategię Odnowy Rzek, w kontekście Ramowej Dyrektywy Wodnej Unii Europejskiej i zgodnie z celami Agendy 2030 ONZ. Głównym powodem demontażu zapór jest “uwolnienie rzek”, aby mogły wrócić do swoich naturalnych biegów i aby “węgorze, łososie i jesiotry” mogły bez przeszkód podróżować pod prąd rzeki. jose-luis-rodriguez-zapatero
Powołując się na wypowiedzi w TVE komisarza ds. wody w Konfederacji Hydrograficznej rzeki Duero, Ignacio Rodrígueza, w Hiszpanii wyburzamy tamy, które dostarczają wodę rolnikom, ponieważ “tutaj jest pewna liczba ludzi, którzy lubią rzeki, a nie rupiecie, a my mamy wszystko pełne rupieci”. Dodał: “Odzyskanie naturalności rzek jest konieczne, piękne i produktywne ze wszystkich punktów widzenia”, ponieważ ryby “nie mogą już płynąc w górę ani w dół”.
Víctor Viciedo z SOS Rural, platformy zrzeszającej ponad sto stowarzyszeń wiejskich, podkreśla, że w tym rozumowaniu “jest wielkie kłamstwo”, ponieważ przeszkody na rzece, naturalne lub sztuczne, “stworzyły zbiorniki, który mają swoje własne życie”. Ponadto, dodaje, “być może w Europie rzeki mają dużą łatwość przepływu, ale Hiszpania jest sucha i jeśli nie zaporujemy wody, latem do Morza Śródziemnego nie dociera ani kropla wody”.sos-rural-la-plataforma-que-ha-unido-al-mundo
“Musimy magazynować wodę, aby ludzie mogli pić, aby ludzie mogli jeść i aby generować czystą energię elektryczną. Głupotą tego wszystkiego jest to, że potrzebujemy wody do nawadniania i do generowania energii, a to, co robi rząd, to niszczenie tam, aby woda mogła płynąć i małe rybki mogły dotrzeć do morza? Więc czy my jesteśmy zdrowi na rozumie?” – pyta Viciedo.
Tamy “przestarzałe”
Według danych samego Ministerstwa Transformacji Ekologicznej do roku 2021 “na hiszpańskich rzekach zburzono łącznie 634 przestarzałe tamy i jazy oraz zbudowano do 612 systemów przepuszczania ryb”.
W tym przypadku określenie “przestarzałe” jest mylące. Nie oznacza on zapór, które są “przestarzałe lub nieadekwatne do obecnych okoliczności, mód lub potrzeb”, co jest definicją RAE. Oznacza po prostu, że koncesja wygasła, mimo że zapora nadal jest potrzebna do zaopatrzenia w wodę.
“Gdy wygasała koncesja na budowę zapory, państwo albo przejmowało jej eksploatację, albo ponownie ogłaszało przetarg. A teraz, zamiast utrzymać zaporę, aby wioski w okolicy mogły nadal korzystać z nawadniania, państwo wyburza zaporę. Nie ma jednak niczego przestarzałego. Tamy nadal przechowują wodę, rolnicy nadal z niej korzystają, a także służą do powstrzymywania rzek przed wzbieraniem” – podkreśla Viciedo.
Działalność św. Wojciecha przypadła na czasy znacznego zepsucia Kościoła i upadku duchowieństwa. Patron Polski pozostał jednak wierny Chrystusowi, za co był prześladowany także przez katolików, a z rąk pogan poniósł śmierć. Kto w dzisiejszych czasach zachowa skarb wiary dla naszego narodu?
ks. Mateusz Grabowski Kazanie
Św. Wojciecha, Biskupa i Męczennika, Głównego Patrona Polski – Warszawa / 23.04.2023
Sprzeciw wobec bezmyślnej polityce „ekologicznej”, uderzającej w mieszkańców miasta, jaką są „Strefy Czystego Transportu” oraz obrona konstytucyjnych praw – do własności i swobody poruszania się – to pierwsze pola działalności Ruchu Społecznego „Nie oddamy miasta!”. Ruch, który chce uczciwej, naukowej debaty na tematy polityki transportowej miast zapowiada nie tylko szeroką akcję informacyjną, ale i pomoc mieszkańcom poszkodowanym „ekologicznymi” pomysłami włodarzy miast.
Ruch Społeczny „Nie oddamy miasta!” zrzesza kilkanaście lokalnych organizacji, które chcą pod tym szyldem „pilnować” spraw obywatelskich narażanych na szwank takimi choćby rozwiązaniami jak „Strefy Czystego Transportu”. Ale nie tylko, bo Ruch „pod lupę” wziął również przepisy prawa krajowego. Kliknij TUTAJ i dowiedz się więcej o Ruchu Społecznym „Nie oddamy miasta!”.
– Ruch powstał w oparciu o naszą społeczną niezgodę na odbieranie miasta – nie tylko Krakowa, ale i innych miast w Polsce – mieszkańcom, którzy są wypychani z miasta. Władze utrudniają im życie wprowadzając i testując coraz to nowe rozwiązania, tak naprawdę prowadząc eksperymenty na żywym organizmie. A skutków tych działań będziemy doświadczali wszyscy – podkreślił Sławomir Skiba, reprezentant Ruchu Społecznego „Nie oddamy miasta!” i prezes Stowarzyszenia Polonia Christiana.
Przykładem takiego działania jest krakowska „Strefa Czystego Transportu”. Wprowadzając to „ekologiczne” rozwiązanie włodarze miasta zakazują poruszania się po Krakowie ok. 100 tys. do nawet 200 tys. pojazdów. Owym wykluczeniem objęci będą jednak także ci, którzy odwiedzają Kraków.
Adam Hareńczyk, reprezentant Ruchu Społecznego „Nie oddamy miasta!” i koordynator krajowy Ruchu 16 Postulatów podkreślał z kolei, że potrzebne jest działanie, by ideologia nie zawładnęła naszą rzeczywistością, by Kraków nie stał się skansenem turystycznym, ale miastem przyjaznym dla mieszkańców. –Włodarze miasta nigdy nie konsultowali i nie zamierzają konsultować ze społeczeństwem swoim pomysłów. Udają konsultacje społeczne, które odbyły się w tzw. panelu transportowym, w którym wzięliśmy udział. Ale to „ustawiana demokracja” i konkluzje tego panelu są takie, by z góry narzucone założenie zostało zaakceptowane – wskazywał. Więcej o tym jak „działał” panel transportowy można dowiedzieć się TUTAJ.
Dlatego Ruch chce – niejako za władze miasta – przeprowadzić szeroką akcję informacyjną na temat skutków wprowadzenia STC. Bo za działaniami „ekologicznymi” nie idą rzetelne badania naukowe, a wszelka argumentacja ma służyć jedynie potwierdzeniu słuszności wprowadzania strefy. Tak np. w Krakowie nie dokonano analizy wpływu lotniska na jakość powietrza w mieście, dane dotyczące zanieczyszczeń z ruchu samochodowego zinterpretowane zostały tak, że nie odzwierciedlają stanu faktycznego. A do tego nie ma jasnego celu ekodziałań – choćby z jakiego punktu startujemy i jaki cel mamy osiągnąć poprzez wprowadzenie STC.
Te wszystkie kwestie i wątpliwości zostały skierowane w Liście Otwartym przez Ruch Społeczny „Nie oddamy miasta!” do władz Krakowa z prośbą o wyjaśnienie. Dotąd wystąpienie to nie doczekało się reakcji.
Jak wskazał Sławomir Skiba, już uruchomiona została strona nieoddamymiasta.pl, na której Ruch Społeczny będzie informował o podejmowanych przez włodarzy miast działaniach uderzających w interes mieszkańców. Znajdą się tam takie informacje jak wykaz pojazdów, które nie wjadą do STC.
– Będziemy informować mieszkańców w różnych kampaniach społecznych, zapewne wyjdziemy też na ulice. Będziemy również starali się reprezentować poszkodowanych STC przed sądem. Będziemy wspierać wszystkich tych, których strefa i inne poczynania miasta będą dotykały, będziemy kierowali wnioski do sądów i reprezentować mieszkańców. Otworzymy też biuro interwencji, w którym będziemy przyjmowali wnioski i informacje o tym, w których miejscach miasto z premedytacją ogranicza swobody obywatelskie i uniemożliwia normalne funkcjonowania mieszkańców – zapewnił.
Prawdziwe oblicze praworządności
Jak podkreślają przedstawiciele Ruchu, politycy głównych obozów przerzucają się oskarżeniami, czy to o łamanie praworządności, czy też o zdradę interesu narodowego. Cały spór pomiędzy rządem Zjednoczonej Prawicy a Komisją Europejską ugruntowany jest na wielokrotnie wyrażanym przez polityków tej drugiej przekonaniu, że ustawy przyjmowane w Polsce naruszają unijną zasadę praworządności. Nikt jednak nie zwraca uwagi na te akty prawne, które z naruszeniem elementarnych zasad ustrojowych wprowadza się w imię realizacji transformacji energetycznej. Akty, których już pobieżna lektura jeży włosy na głowie, pozwalając, bez wnikliwej znajomości konstytucji lub ustaw, na stwierdzenie, iż ktoś sobie kpi z podstawowych zasad rządzących polskim państwem, a co gorsza – z jego obywateli.
Między innymi o tej sprawie informuje Ruch Społeczny „Nie oddamy miasta!”, który zamierza walczyć o elementarne prawa i wolności obywatelskie – czy to w zakresie ochrony własności, czy swobody przemieszczania się. Ruch zainicjował swą działalność w Krakowie, gdzie w sposób godzący w obywateli wprowadzono Strefę Czystego Transportu, a polityka transportowa kształtowana jest „w imię ekologimzu”. Ruch obejmie jednak swoim działaniem także inne miasta w Polsce i zamierza zająć się aktami prawnymi dotykającymi nas wszystkich.
Jak zauważa Ruch, w styczniu 2018 r. polski parlament przyjął jeden ze sztandarowych projektów ekorewolucji – Ustawę o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Przypomnijmy, iż za ustawą głosował cały ówczesny klub PiS, większość koła poselskiego Kukiz’15 oraz pięciu posłów Platformy Obywatelskiej. Bez poprawek zaaprobował ją Senat. I na podstawie tej właśnie ustawy władze samorządów, w których rządzą politycy PO i lewicy, rozpoczęły prace nad wprowadzeniem niezwykle szkodliwego społeczne i ekonomicznie konstruktu pod nazwą „Strefy Czystego Transportu”.
O samym strefach pisaliśmy na łamach PCh24.pl już wiele, natomiast kilka słów warto poświęcić analizie prawnej przepisów je stanowiących – zarówno Ustawie o elektromobilności, jak i pierwszej przegłosowanej w Polsce uchwale instalującej „strefę” – uchwale Rady Miasta Krakowa z listopada 2022 roku.
W dniu 19 kwietnia koalicja organizacji pozarządowych występująca jako Ruch Społeczny „Nie oddamy miasta!” skierowała do Rzecznika Praw Obywatelskich wnioski, w których apeluje o natychmiastową interwencję urzędu kierowanego przez dr. hab. Marcina Wiącka w sprawie wymienionych wyżej aktów. Przedstawiciele Ruchu proszą Rzecznika o interwencję w Radzie Miasta Krakowa, której to głosami w listopadzie 2022 r. przyjęto bezprecedensową uchwałę nr C/2707/22, instalującą w grodzie Kraka tzw. Strefę Czystego Transportu. Domagają się także włączenia przez Urząd Rzecznika Praw Obywatelskich do postępowania prowadzonego przez Wojewódzki Sąd Administracyjny, który bada legalność uchwały Rady Miasta Krakowa. Akt ten kilka dni wcześniej zaskarżył Wojewoda Małopolski Łukasz Kmita, o czym pisaliśmy TUTAJ. Sugerują również, iż koniecznym jest zbadanie ustawy ze stycznia 2018 r. przez Trybunał Konstytucyjny.
Kaliber przewinień zarzucanych autorom Ustawy o elektromobilności oraz Uchwały C/2707/22 jest znaczny. Po pierwsze, jak czytamy we wniosku, kluczowe zapisy Ustawy o elektromobilności łamią konstytucyjną swobodę przemieszczania się, jak również w sposób skrajnie nieproporcjonalny naruszają prawo własności. W uzasadnieniu wniosku możemy również przeczytać, iż rzeczona ustawa w sposób niezgodny z konstytucją deleguje na organy samorządu terytorialnego kompetencje, których delegować jej nie wolno. Żaden prezydent miasta nie może własnym rozporządzeniem, bądź też jakąkolwiek uchwałą, tworzoną pod rękę z radą gminy, ograniczyć prawa własności!
Jakby tego było mało, autorzy wniosku zauważają, iż sama krakowska uchwała ustanawiająca „Strefę Czystego Transportu”, pozostaje w sprzeczności zarówno z Ustawą o elektromobilności, jak i z Konstytucją RP. Podobne wnioski można było odnaleźć w motywach przekazanych przez Małopolski Urząd Wojewódzki przy okazji zaskarżania rzeczonej uchwały Rady Miasta Krakowa do WSA. Nikt z krakowskich radnych nie zadbał choćby o to, by uchwała ustanawiająca pseudo-ekologiczną strefę określała nowe zasady organizacji ruchu drogowego na obszarze tejże strefy, a do tego obliguje ją Ustawa o elektromobilności. Takich przewinień – jak wskazuje Ruch Społeczny „Nie oddamy miasta!” – jest więcej. Wszystkie znalazły się we wniosku przekazanym Rzecznikowi Praw Obywatelskich.
Zrównoważony transport
Władze miasta Krakowa nie kryją, że kierują się ideą „zrównoważonego transportu”. Nazwa ta nie jest przypadkowa, bo sięga do założeń idei zrównoważonego rozwoju”. A forsowane rozwiązania często nie mają wiele wspólnego roztropnością, ale podejmowane są wedle ideologicznych wytycznych. Zatem nie o dbałość o środowisko czy zdrowie mieszkańców tu chodzi, jak często się przekonuje mieszkańców, ale o wdrażanie odgórnie narzuconych postulatów Agendy 2030.
Stąd też właśnie podczas konferencji Ruchu zaprezentowany został raport naświetlający zagrożenia bezpośrednio wynikające z realizacji zapisów Agendy 2030 – kliknij TUTAJ i pobierz raport. Znajomość zagrożeń jest ważna, bo pozwala łatwiej identyfikować działania, które nie mają służyć człowiekowi, a tylko ideologii.
– Z powodu trudnych warunków życia, osłabienia, wybuchały epidemie chorób. Choroby dziesiątkowały ludzi. Ludzie padali jak muchy, od czerwonki i tyfusu. Szczególnie groźny był tyfus. Moja mama przeszła i przeżyła tę chorobę, ale wiele osób zmarło. Po takiej fali tyfusu, Ruscy kopali jeden wielki dół i tam wszystkich zmarłych chowali – wspomina w rozmowie z Adamem Białousem, Franciszka Roszkowska, wywieziona w 1941 roku przez NKWD do Kazachstanu.
Skąd pani pochodzi?
Urodziłam się w Kobylinie koło Jeżewa, w dawnym województwie białostockim. Naszą gospodarską rodzinę Sowieci uznali za kułacką, wrogą ZSRR. Mój ojciec Czesław Pogorzelski był sołtysem dużej wsi – Kobylina, a dziadek był wójtem. NKWD aresztowało ojca w kwietniu 1941 roku, a po nas – czyli mamę i siedmioro rodzeństwa przyszli, żeby nas deportować, kilka dni później. Ja miałam wówczas 7 lat. Co mogliśmy to ze sobą wzięliśmy. NKWD odnosiło się do nas Polaków z nienawiścią.
A jakie były losy Pani ojca, po aresztowaniu przez NKWD?
Ojca, wraz z innymi więźniami, NKWD zamierzało rozstrzelać. Oni siedzieli w więzieniu w Łomży. Dzięki Bogu Sowieci nie zdążyli tego zrobić, bo w czerwcu 1941 roku Niemcy na nich uderzyły. Ruscy w popłochu uciekli z Łomży. Mieszkańcy miasta weszli wtedy do więzienia, wyłamali drzwi wszystkich celi i wypuścili rodaków, między innymi mojego ojca. Ojciec wrócił do domu, ale nas już tam nie było, bo nas Sowieci wywieźli. Wziął do domu swoją mamę i razem, całą wojnę i parę lat po niej, gospodarzyli i czekali, aż wrócimy z Kazachstanu.
Skąd ruszył transport na Wschód, do którego was włączono?
W Łapach wsadzili nas do towarowych, bydlęcych wagonów i tak wieźli w nieludzkich warunkach przez trzy miesiące. Czasem pociąg jechał dzień i noc bez przerwy – czasem się zatrzymywał i stał, czy to na stacji czy w szczerym polu, przez kilka dni. Sanitariat stanowiła dziura wycięta w podłodze wagonu, zasłonięta parawanem. W sumie upchnęli nas do wagonu około 70 osób, łącznie ze starcami i dziećmi. Do picia na cały dzień przeznaczono, dla tych wszystkich ludzi, jedno wiadro wody. Jedzenia nie dawali wcale. Trzeba było jeść, to co się komu udało zabrać z domu. Ludzie płakali, wołali ratunku, śpiewali pieśni Maryjne. My, dzieci wydłubywaliśmy między deskami stanowiącymi ściany wagonu małe otwory, przez które podglądaliśmy co się znajduje na zewnątrz.
Miejscem docelowym waszej katorgi był Kazachstan…
Dowieźli nas do Kazachstanu i osadzili w kołchozie, 200 kilometrów od dużego miasta Kokczetaw. Obok tego kołchozu była mała wieś, którą zbudowali niemieccy zesłańcy. Wielu tam było Niemców. My w tej wsi zamieszkaliśmy. A dookoła tylko step, step i step – jak okiem sięgnąć. Kirgizki lud, który od wieków zamieszkiwał te stepowe, bezkresne przestrzenie był na wpół zdziczały. Przed bolszewicką rewolucją Kirgizi wiedli swobodne i dostatnie życie wędrownych pasterzy. Komuniści ziemie Kirgizji nazwali republiką Kazachską, a z jej mieszkańców uczynili niewolniczą siłę roboczą kołchozów. Kazach nigdy nie opuszczał miejsca swego zamieszkania, dlatego o wielkim, dalekim świecie nie wiedział prawie nic. Wiedział tyle, że rano musi wstać do pracy, a wieczorem położyć się spać. Wtedy rolnictwo oraz wszystkie inne działy gospodarki sowieckiej Rosji wytwarzały niemal wyłącznie na potrzeby armii.
Czy doskwierał wam głód?
Przynosili nam zamarznięte kartofle. Jedliśmy to, bo głód był straszny. Mama nie miała tam pokarmów, które nadawałby się dla małych dzieci. Więc wszyscy jedliśmy takie – byle co. Przez pewien czas, na początku naszego tam pobytu, był taki głód, że moja dwuletnia siostrzyczka zmarła z niedożywienia. Najpierw cała spuchła, a potem umarła. W kolejnych latach nauczyliśmy się sobie radzić. Ziarno i otręby podbieraliśmy z kołchozu. Tam były ogromne magazyny ziarna. Mama gdzieś wynalazła żarna i to ziarno mieliliśmy na nich. Raz za to podbieranie pszenicy Ruscy mamę aresztowali i trzymali w areszcie kilka dni. Z jedzeniem najgorzej było zimą, przy wielkich mrozach, bo wtedy trudno było, a czasem nawet było to niemożliwe, wyjść z domu po żywność. Jadło się nawet padłe od chorób zwierzęta. Ruscy je zakopywali, a zesłańcy odkopywali i jedli.
Jak wspomina Pani trudne warunki naturalne jakie trzeba było znosić na kazachskiej ziemi?
Lata były krótkie, ale strasznie gorące i duszne. Dobrze, że chociaż była tam rzeka. To wszystkie dzieci latem w niej siedziały. Zimą były straszne mrozy, nawet do minus pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Zimą wiał zabójczo mroźny wiatr ze śniegiem zwany „buranem”. Jednej takiej zimy mamie tak przemarzły kolana, że przez jakiś czas nie mogła chodzić. Nas ratowało to, że obok kołchozu była fabryka walonków, takich – jakby długich butów, zrobionych z wełny. Trochę tam pracowaliśmy, to każdemu dali po parze walonków. Dostaliśmy też takie robocze kufajki, ale na zimę były one za słabe. Trzeba było się jeszcze czymś dodatkowo okrywać. Każdy więc starał się cos sobie zdobyć. Niektórzy ściągali skórę ze zdechłych psów i szyli sobie takie jakby „kożuchy”.
Czy w kołchozie można było zarobić na dodatkowe porcje jedzenia ?
Mama pracowała w kołchozie. Tam racje żywnościowe były głodowe. Latem woziła więc transporty jajek z kołchozu do miasta. Za to mieliśmy dodatkowe porcje żywnościowe, ale mamy, jak pojechała z tymi jajkami, to czasem dwa miesiące nie widzieliśmy. Raz mój brat skaleczył się w nogę, mamy nie było, i brat o mało co nie umarł. Ale jakoś, dzięki Bogu, wyszedł z tego. My dzieci mieliśmy też dodatkowe porcje żywieniowe za dbanie o konia szefa kołchozu. Musieliśmy go wypasać, czesać i zimą karmić. Moi bracia chodzi też do kołchozowej szkoły, ja nie chciałam tam chodzić. Tam ruscy nauczyciele prowadzili indoktrynację. Wpajali dzieciom komunizm i ateizm. Trzeba się było uczyć wierszyków o tym, że „to nie Bóg daje chleb, ale kołchoz i maszyny”.
Kto najgorzej znosił życie na wywózce?
Jeżeli na wywózkę trafiali prości ludzie ze wsi, przyzwyczajeni do trudnych warunków życia, jakoś się tam klimatyzowali, ale gorzej było z kobietami, dziećmi z wyższych sfer. Te kobiety dostawały pomieszania zmysłów. One nie mogły sobie wyobrazić, że można w takich warunkach żyć. Sowieci zamykali te osoby w zakładach psychiatrycznych. Tam, w Kazachstanie, trzeba było być bardzo zaradnym żeby przeżyć.
Często chorowaliście?
Higiena była w bardzo ograniczonym stopniu. Boleśnie gryzły nas pluskwy, dokuczały wszy. Jedynym środkiem higienicznym, który posiadaliśmy, był ług zrobiony z popiołu. Tym ługiem prało się ubrania. Zesłańcom w ich skąpej diecie najbardziej brakowało witamin i mikroelementów. Dosłownie wszyscy zapadali z tego powodu na chorobę oczu tzw. „kurzą ślepotę”. Jej skutki były takie, że po zachodzie słońca traciło się niemal wzrok. Bardzo dokuczał szkorbut, który powodował wypadanie zębów. A z powodu trudnych warunków życia, osłabienia, wybuchały epidemie chorób. Choroby dziesiątkowały ludzi. Ludzie padali jak muchy, od czerwonki i tyfusu. Szczególnie groźny był tyfus. Moja mama przeszła i przeżyła tę chorobę, ale wiele osób zmarło. Po takiej fali tyfusu, Ruscy kopali jeden wielki dół i tam wszystkich zmarłych chowali.
Czy ktoś z waszej rodziny wstąpił do armii generała Andersa, tworzonej od sierpnia 1941 roku na Wschodzie?
Mój rodzony brat, kiedy generał Anders zaczął tworzyć armię na Wschodzie, to się do niej zaciągnął. Moja mama sama go tego namawiała. Mówiła „Idź do Andersa, a my tu sobie jakoś poradzimy”. Brat był w Armii Polskiej czołgistą. Zginął pod Monte Cassino i tam spoczywa na cmentarzu wojskowym. Drugi brat, który jeszcze przed wojną wyjechał do USA, też był w Polskiej Armii na Zachodzie, został lotnikiem. Brał udział w bitwie o Anglię. Przeżył, ale po wojnie porzucił lotnictwo. Mówił, że za dużo przerażających rzeczy doświadczył walcząc w powietrzu i nie da rady już dłużej latać.
Kiedy wróciliście z Kazachstanu do Polski?
Na wywózce w Kazachstanie byliśmy 6 długich lat. Groziło nam, mogliśmy tam nawet zostać na stałe, bo nie chcieli nas wypuścić. Nawet jeden miejscowy chciał się żenić z moją mamą, która przecież była żonata. Na szczęście narobiliśmy szumu, uparliśmy się i jakoś nas wypuścili. Wróciliśmy do Polski w maju roku 1947. Przyjechaliśmy pociągiem do Łap, skąd nas wywożono 6 lat wcześniej. Z dworca do naszej wsi jechaliśmy już furmanką. W końcu spotkaliśmy się z ojcem i byliśmy już razem. Te czasy powojenne w Polsce też były niełatwe. Wszystko poniszczone przez wojnę. Przychodzili do nas po prowiant Niezłomni. Komuniści ścigali ich po lasach. Żal mi ich było. Młode chłopaki, a tylu ich zginęło.
Czy chciałby się Pani podzielić z nami, szczególnie z młodzieżą, przesłaniem dotyczącym sybirackich przeżyć?
My Sybiracy, przekazujemy młodym pokoleniom prawdziwe historie o naszych losach podczas sowieckich wywózek. Robimy to, aby pamięć o tamtych tragicznych wydarzeniach pozostała w świadomości narodu. A wy młodzi zróbcie wszystko co w waszej mocy, aby te straszne czasy nigdy więcej nie wróciły.
„Należy powiedzieć, że zaczyna się także robić problem z drobiem, którego Polska jest obecnie największym producentem w Europie. To w ostatnich latach rozwijało się bardzo dobrze. W tej chwili natomiast jest zagrożenie importem mięsa drobiowego z Ukrainy. Tam są potężne kombinaty, które to mięso produkują. My się martwimy zbożem z Ukrainy, ale za chwilę będzie ogromny, już widoczny, problem upadku drobiarstwa w Polsce, ponieważ pomimo tego, że u nas drobiarstwo bardzo mocno się rozwinęło, to my tej konkurencji z Ukrainy nie będziemy w stanie sprostać” – mówi portalowi Fronda.pl były minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski.
Mariusz Paszko, portal Fronda.pl: Po 2002 roku obserwowany jest w Polsce dość nagły spadek pogłowia trzody chlewnej. Liczy są wręcz alarmujące – z 760 tys. gospodarstw zajmujących się świńmi w roku 2002 pozostało około 56 tys. w roku 2023, a więc ilość gospodarstw utrzymujących trzodę chlewną spadła 13.5 raza. Czy taka sytuacja stanowi już bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa żywnościowego Polski?
Jan Krzysztof Ardanowski, były minister rolnictwa, doradca Prezydenta RP, szef Rady do spraw Rolnictwa i Obszarów Wiejskich przy Kancelarii Prezydenta RP: Bezpieczeństwu żywnościowemu to raczej nie zagrozi, natomiast rodzima wieprzowina, która jest podstawowym i najbardziej ulubionym mięsem Polaków, zaczyna stawać się rzadkością i w większości pochodzi obecnie z zagranicy. Ten spadek jest bardzo duży i jest on spowodowany kilkoma przyczynami. Przede wszystkim Unia Europejska dąży do wyeliminowania małych hodowli, a więc tych, które w Polsce dotychczas były dominujące. Większość trzody chlewnej była hodowana w gospodarstwach po kilka czy kilkanaście, czasem kilkadziesiąt sztuk. Jest to obecnie różnymi decyzjami Komisji Europejskiej eliminowane. Kolejna sprawa to Afrykański Pomór Świń (ASF), który bardzo zaszkodził hodowlom w Polsce, ponieważ wiele gospodarstw zostało zlikwidowanych, a jednocześnie normy bioasekuracji narzucane przez Unię Europejską w wielu gospodarstwach były niemożliwe do spełnienia ze względu na rodzaj budynków, w których świnie były hodowane. Wiązało się to z koniecznością poniesienia dużych wydatków i nowych inwestycji, żeby zabezpieczyć stada świń przed możliwością zakażenia z zewnątrz. W związku z tymi utrudnieniami wielu rolników po prostu zrezygnowało z utrzymywania świń. Dalej, to jest również wielka presja koncernów międzynarodowych – duńskich, niemieckich, holenderskich – żeby uzależnić polskich rolników od tak zwanego „tuczu kontraktowego”, zwanego też „tuczem nakładczym”. Polega on na tym, że rolnik nie korzysta już z własnych prosiąt od własnych matek, których jest właścicielem, ale z powierzonych mu warchlaków produkuje wieprzowinę, będąc praktycznie robotnikiem w międzynarodowej korporacji, gdyż ona dostarcza mu zarówno materiał hodowlany, jak również pasze i – co więcej – nie wolno takiemu rolnikowi używać innej paszy poza tą dostarczaną przez korporację. Ci, którzy się na to decydują stają się właściwie pracownikami korporacji, a nie podejmującymi samodzielne decyzje rolnikami. Ponadto istnieje wielki problem opłacalności produkcji trzody chlewnej, ponieważ te wielkie fermy zaczynają dominować i mniejsze gospodarstwa nie wytrzymują z nimi konkurencji. Kolejny problem, to rozwój hodowli świń przede wszystkim w Hiszpanii, gdzie jest cieplejszy klimat, gdzie nie potrzeba solidnych, masywnych, dobrze docieplonych budynków. Wprost przeciwnie, czasem należy starać się budować budynki bardzo lekkie, żeby chroniły tylko przed upałami, a nie przed mrozem. W warunkach polskich te budynki muszą być solidniejsze i w związku z tym również i koszty ich budowy są wyższe. Dalej, zasady zagospodarowania obornika i gnojowicy są w Unii Europejskiej bardzo restrykcyjne i wymuszane również w Polsce, podczas gdy w klimacie cieplejszym nie stosuje się takich norm dotyczących ich składowania, stosując tzw. laguny, czyli jeziora odchodów na terenach pustynnych i wtedy koszty są również zdecydowanie niższe. Jest to poważny problem, ponieważ wieprzowina, którą jemy – jak już wspomniałem – w większości pochodzi z importu.
MP: Czy te działania w opinii Pana Ministra były celowe, żeby te polskie małe i średnie gospodarstwa doprowadzić do upadku?
JKA: Trudno powiedzieć, żeby one zostały zaplanowane w Polsce. W mojej opinii to raczej nieumiejętność przeciwstawienia się temu trendowi, która trwała przez lata. Na pewno były to jednak działania zamierzone ze strony Duńczyków, którzy chcieli przenieść dużą część hodowli świń do innych krajów i upatrzyli sobie Polskę. Powód tego jest taki, że Dania posiada już tak dużą ilość trzody chlewnej, że więcej nie jest w stanie u siebie pomieścić. U siebie ponadto zatruli środowisko, zatruli wodny gruntowe. Trzeba uczciwie powiedzieć, że są jednak mistrzami w hodowli świń i mają dobry materiał hodowlany. Wypychają to więc głównie do Polski. Dotychczas nie umieliśmy temu przeciwdziałać. Nie umieliśmy też przeciwdziałać spadkowi ilości macior w Polsce, bo przecież hodowla powinna się odbywać głównie w oparciu o własny materiał hodowlany, czyli o to, co w Polsce się urodzi. To są niedopatrzenia ciągnące się przez lata, ale też niestety polityka Unii Europejskiej, która redukuje i likwiduje mniejsze hodowle, wprowadzając zasady, które właściwie tylko te wielkie fermy są w stanie spełnić.
MP: A jak wygląda sprawa innych hodowli w Polsce? Czy pogłowie bydła, owiec i drobiu też u nas spada?
JKA: Jeśli chodzi o bydło mleczne, pomimo że ubywa nam krów, to produkcja mleka utrzymuje się na podobnym, wysokim poziomie. Ma to związek z poprawą genetyczną jakości tego bydła, wydajności, mleczności. To wszystko sprawia, że mleka nie ubywa i Polska jest liczącym się jego producentem, chociaż pogłowie krów fizycznie się zmniejsza. Warto podkreślić, że moglibyśmy być dużym producentem bydła mięsnego. To jest wręcz polska szansa. Mamy dużą ilość trwałych użytków zielonych (TUZ), których na nic innego przeznaczyć nie można. Jest też ok. 2 mln hektarów faktycznych nieużytków, udających łąki i pastwiska, do których jest pobierana dopłata unijna, a nic tam nie jest uprawiane, ani sprzątane. To są miejsca, gdzie przede wszystkim bydło powinno być hodowane. Dotyczy to między innymi terenów w górach. Bydła tam właściwie teraz nie ma. Tam powinny wrócić odpowiednie rasy bydła dostosowanego do warunków górskich. Tam poza bydłem powinny być także owce – już nie na futra i kożuchy, ponieważ klimat chyba się zmienia, ale jest na świecie moda na jagnięcinę. To jest znakomite mięso i Polska właśnie mogłaby być dużym producentem wysokojakościowej wołowiny i jagnięciny. Tutaj były jednak wielkie problemy. Między innymi chodzi o tzw. piątkę dla zwierząt, która, gdyby weszła w życie, zniszczyłaby hodowlę bydła mięsnego w Polsce, ponieważ podstawowym rynkiem zbytu na wołowinę na świecie jest rynek muzułmański, który wymaga odpowiedniego uboju tego zwierzęcia, zgodnie z tzw. „halal”, czyli sposobem uboju, którego wymagają właśnie muzułmanie. Muzułmanów jest około 1 miliarda 650 milionów na świecie. To jest ogromny rynek. Co więcej, przybywa ich w Europie. Ta tzw. piątka dla zwierząt, której zdecydowanie się przeciwstawiłem, płacąc za to odwołaniem ze stanowiska ministra rolnictwa, była wielkim zagrożeniem dla hodowli bydła mięsnego w Polsce, ponieważ odcięłaby nas od tych rynków podstawowych, gdzie to mięso odpowiednio ubite można sprzedawać. Należy powiedzieć, że zaczyna się także robić problem z drobiem, którego Polska jest obecnie największym producentem w Europie. To w ostatnich latach rozwijało się bardzo dobrze. W tej chwili natomiast jest zagrożenie importem mięsa drobiowego z Ukrainy. Tam są potężne kombinaty, które to mięso produkują. My się martwimy zbożem z Ukrainy, ale za chwilę będzie ogromny, już właściwie widoczny, problem upadku drobiarstwa w Polsce, ponieważ pomimo tego, że u nas drobiarstwo bardzo mocno się rozwinęło, to my tej konkurencji z Ukrainy nie będziemy w stanie sprostać.
MP: Wyszła ostatnio sprawa budowy linii kolejowych do CPK z Ukrainy. Mówi się, że mają one przebiegać przez ziemie pierwszej i drugiej klasy. Dochodzą informacje, że może to spowodować utratę wielu miejsce pracy w tamtym regionie. Mieszkańcy i reprezentujące je organizacje mieli już protestować w tej sprawie i zaproponować trasę alternatywną przebiegającą przez nieużytki, a ministerstwo podobno ma nie być za bardzo zainteresowane słuchaniem tych głosów. Z kolei Pan Majszyk, rzecznik prasowy CPK przekazał, że konsultacjom społecznym zostały poddane cztery warianty trasy. Jakby to Pan Minister skomentował?
JKA: Panie Redaktorze, Centralny Port Komunikacyjny, to nie jest tylko lotnisko, ale ogromny projekt cywilizacyjny budowy zarówno wielkiego hubu lotniczego i jednocześnie skomunikowania kolejowego całej Polski z tym centralnym ośrodkiem komunikacyjnym. Problem wytyczania tras, zarówno kolejowych, jak też dróg i autostrad jest coraz bardziej dokuczliwy, ponieważ wielu ludzi chciałoby mieć autostradę i linię kolejową w pobliżu, ale broń Panie Boże nie za blisko i „nie na moim polu”. Tam gdzie jest alternatywa nie zwiększająca istotnie kosztów i nie wkraczająca także w obszary przyrodniczo cenne, to oczywiście należy starać się dopasować te linie w taki sposób, żeby jak najmniej były uciążliwe, czy też zajmowały dobrej jakości grunty rolne. Czasami nie ma jednak możliwości znalezienia alternatywnej trasy. To zawsze będzie budziło emocje i napięcia. W każdym województwie w Polsce są tego rodzaju spory i dyskusje. Ja nie jestem w stanie szczegółowo tego komentować, ale oczywiście należy się starać wykorzystywać takie tereny nieprzydatne rolniczo, których strata jest jak najmniej dokuczliwa. To oczywiste, że trzeba chronić najbardziej żyzne grunty rolne, ponieważ jest ich coraz mniej. Przede wszystkim więc powinniśmy chronić te najlepsze i szukać alternatywnych rozwiązań. Każdy przypadek musi być jednak rozpatrywany indywidualnie.
MP: Uprzejmie dziękuję Panie Ministrze za rozmowę.