Prawda o Ukrainie jest w Niemczech nieznana

Prawda o Ukrainie jest w Niemczech nieznana

– rozmowa z Żaklin Nastić,

byłą posłanką do Bundestagu

Zacząć musimy chyba jednak od „wyjaśnień”. O dziwo jest Pani mało rozpoznawalna w Polsce, a przecież przez dwie kadencje była Pani w Bundestagu. Zanim jednak znalazła się Pani w niemieckim parlamencie, urodziła się Pani tutaj i rozmawiamy zresztą po polsku. Nazwisko ma Pani jednak… południowosłowiańskie!

– Rzeczywiście moja biografia przeplata się z różnymi krajami i tożsamościami. Moja rodzina pochodzi z Pomorza. Urodziłam się w Gdyni, w 1999 roku wyjechałam do Niemiec. Korzenie naszej rodziny są polskie, niemieckie, kaszubskie, a podobno nawet i żydowskie. Z domu nazywam się Grinholc, aczkolwiek moja mama miała na nazwisko… Jankowska. Używane nazwisko mam jednak po byłym mężu z Serbii. No i tak wylądowałam tutaj, przyjechałam wraz z mamą jako dziesięciolatka, do ojca i brata, którzy wyjechali wcześniej. Mieszkałam w Hamburgu, w Niemczech, działałam w Die Linke, dochodząc do stanowiska regionalnej szefowej, a potem przez 8 lat byłam posłanką wybieraną z jej list do niemieckiego Bundestagu. Skupiałam się tam w Komisji Obrony na prawach człowieka w szerokim rozumieniu. Potem razem z Sahrą Wagenknecht i innymi liderami Die Linke zdecydowaliśmy się na stworzenie nowej formacji politycznej, BSW.

To biografia, jak rozumiem, skierowała Panią do formacji lewicowych. Do tej naszej rozmowy właściwie też doszło trochę przez przypadek. Otóż na jednym z portali społecznościowych pokazał mi się właśnie Pani wpis związany ze sprzeciwem wobec kultu Bandery na Ukrainie, w kontekście zbrodni wołyńskiej. To rzadki głos, także w Niemczech, a bardzo nam potrzebny w momencie, gdy Polacy chyba już przejrzeli na oczy. To teraz jest w Polsce bodaj najważniejszy temat publicznych dyskusji.

Ale czy w Niemczech w ogóle istnieje jakakolwiek wiedza na ten temat? Wydawałoby się, że właśnie Niemcy powinni być szczególnie wyczuleni na przejawy odradzania się nazizmu.

– Tutaj niewiele się o tym wie i nikt nie ma interesu w tym, by się tematyką na poważnie zająć. Ukraina jest na wojnie z Rosją, więc „nie wypada” o tym rozmawiać. Było to dla mnie problemem już w Die Linke, kiedy po wybuchu obecnej fazy tej wojny ostrzegałam partyjnych towarzyszy przed przybyszami z Ukrainy i ich poglądami. Tu, w Hamburgu, mieszkali przecież bracia Kliczko, więc odbywały się różne demonstracje i z niepokojem słuchałam pojawiających się tam haseł. Jako urodzona w Polsce, zawsze interesowałam się polską historią i to, co działo się wokół poparcia dla takiej Ukrainy, to dla mnie jak policzek. W Bundestagu próbowałam uzyskać informacje na temat finansowania osławionego batalionu Azow i to dzięki działającej tam służbie naukowej udało się ustalić, że oddział finansowany był przez ukraińsko-żydowskiego oligarchę, Ihora Kołomojskiego, który był także sponsorem kariery Zełenskiego. Członkowie Azowa mieli dostawać po 400 dolarów miesięcznie. Nie można jednak o tym w Niemczech mówić, bo to jest traktowane jako „wpisywanie się w narrację Putina”.

Cóż, zagrajmy w tę grę: może jednak w tej argumentacji rosyjskiej coś było na rzeczy? Jeśli się wsłuchać w cele, jakie Federacja Rosyjska deklaruje w konflikcie zbrojnym, to przecież jednym z nich jest właśnie „denazyfikacja”. Rosjanie od dawna starają się alarmować opinię publiczną nie tylko u siebie, ale także na Zachodzie, że na Ukrainie mamy do czynienia z odradzającą się ideą nazistowską. Nie chcę tutaj wyjść na człowieka naiwnego, wierzącego, iż światem rządzi starcie idei, bo oczywiście najistotniejszy jest rachunek sił, ale dosyć niezrozumiałe jest, że nawet w Die Linke problem jest niedoceniany, tym bardziej w Hamburgu z jego legendą Ernsta Thalmanna. Wydawałoby się, że to właśnie do Niemców powinno docierać w pierwszej kolejności.

– Die Linke w ogóle oddaliła się od tego co pierwotne, w tym problemów ludzi pracy, skupiając się na tematyce kulturowej i tożsamościowej. Dlatego zresztą stamtąd odeszłam i zaangażowałam się w projekt Sahry Wagenknecht. Wracając jednak do pytania, jeszcze w Die Linke próbowałam razem z Andrejem Hunko w tym kierunku działać. Spotykałam się także z aktywistami z Ukrainy, którzy ostrzegali przed tym co dzieje się tam po przewrocie na Majdanie. Próbowałam pokazywać działaczy stamtąd, którzy wzywali do pokoju. Moją poprzednią partię też próbowałam przed efektami wspomnianego zjawiska ostrzegać. I szybko się okazało, że miałam rację. Wśród uchodźców z Ukrainy bardzo często słyszeliśmy szowinistyczne przekonania ukształtowane przez całe lata oficjalnie funkcjonującego kultu OUN-UPA. Dochodziły niepokojące sygnały z ośrodków dla uchodźców, gdzie mieli się uważać za lepszych od tych z Syrii czy Afganistanu.

Wracając do Pani afiliacji politycznych. Nie jest już Pani w BSW?

– Tak, ja na początku zakładałam tę formację, ale pod koniec marca z niej odeszłam, ponieważ moim zdaniem BSW popełnia błędy i nie wypełnia tej luki reprezentacyjnej, którą wypełnić miała. Za dużo jest tam niekonsekwencji. Z jednej strony byliśmy przeciwko „kordonowi sanitarnemu” wymierzonemu w Alternatywę dla Niemiec (AfD), a potem w regionach wchodzimy w takie koalicje, które motywowane są wyłącznie tym, by nie dopuścić przedstawiciela tej partii do funkcji premiera landu. A poparcie dla AfD nie wzięło się znikąd. W niektórych regionach to jest już ponad 40%, a w skali kraju nawet 27%. Nie można tego dłużej ignorować. Niemcy chcą po prostu zmian, a to nie AfD odpowiada za problemy, które stworzyły w ostatnich latach federalne rządy. Nasz przemysł się zwija, wisi nam nad głowami zagrożenie terrorystyczne, rząd prze do wojny, a establishment opowiada ludziom, że to AfD jest problemem.

Czyli rozumiem, że to bardziej kwestie taktyczne niż ideologiczne na razie dzielą Panią z tą formacją, ale czy to jest już dla Pani zamknięty rozdział, czy może jest jakaś szansa na współpracę w przyszłości?

– Ja sobie życzę po prostu w Niemczech innej polityki, na przykład takiej że nie chcę III wojny światowej. To dzisiaj mówi Tino Chrupalla z AfD, a nie ktoś inny. Że na niemieckiej ziemi nigdy więcej nie powinno być wojny. A tymczasem kanclerz Friedrich Merz ubiera się w mundurek i mówi, że musimy być gotowi do wojny każdej nocy (fight tonight). Minister obrony zaś ogłasza, że Niemcy mają stać się jak najszybciej zdolnymi do wojny. Do wojny przeciw komu? Przeciw Rosji! Rzekomo przeciwko atomowemu zagrożeniu. Moim zdaniem to jest szaleństwo i w tych czasach jest ciężko już powiedzieć, tu w Niemczech, co jest prawicą, co lewicą, bo ten świat nie jest już czarno-biały. Ja będę zawsze popierać wszystkich którzy chcą pokoju: w Europie, w Niemczech, pokoju z Polską, pokoju z Rosją. Gdyby BSW rzeczywiście trzymała się swoich postanowień o niezawieraniu sojuszy z establishmentem ws. blokowania AfD, to te formacje wspólnie, pomimo wszystkich różnic, mogłyby jakoś wpłynąć na sytuację w Niemczech, a w końcu także na zmianę polityki zagranicznej RFN. Tego niestety nie ma.

A czy Pani zdaniem przyszedł w Europie czas na suwerenistyczną lewicę, taką jaką w sensie ideowym miało być właśnie BSW? Przykładów takich formacji mamy przecież więcej. To przecież nie tylko Niemcy, ale też Francja Nieujarzmiona Jean-Luca Mélenchona, zaś sukcesy odnoszą Rumen Radew w Bułgarii, Robert Fico i jego słowacki SMER. W Czechach działała koalicja Stacilo!, a Sahra Wagenknecht była także gościem kongresu włoskiego Ruchu Pięciu Gwiazd, który zdaje się, że też przyjął ostatecznie format takiej idei naczelnej.

– Niewątpliwie takie ruchy pojawiają się już w całej Europie, a ja również takie wątki zauważam u duńskiej premier, Mette Frederiksen. Na przykład na gruncie sprzeciwu wobec niekontrolowanej imigracji, co od razu rodzi oskarżenia o „nacjonalizm” czy „rasizm”, tak jakby lewica miała nie brać pod uwagę kalkulacji ekonomicznej. A przecież gdy przyjeżdża do kraju tylu ludzi, którzy np. nie pracują, a przysługują im zasiłki socjalne, to w końcu system pomocy zostanie przeciążony. Kolejna rzecz to właśnie stanowisko antywojenne. Bardzo liczyłam na to, że właśnie w BSW będziemy podejmować ponad podziałami inicjatywy na rzecz np. wstrzymania dostaw broni do Ukrainy czy Izraela. Natomiast to nie może być wszystko. Partia musi mieć też odpowiedź na problemy czysto socjalne: funkcjonowanie służby zdrowia, finansowanie systemu edukacji czy opieki nad emerytami. Mam wrażenie, że BSW brakuje tutaj konkretnego planu.

Żaklin Nastić

———————

To jest kwestia chyba w Niemczech trochę terytorialna. Wiemy, że elektoraty w dawnej NRD i RFN różnią się między sobą. To jest temat tabu, oficjalnie przez wszystkich potępiany, ale czy w Die Linke bądź BSW dało się wyczuć jakieś formy nostalgii za NRD?

– Raczej nie, bo większość kadr wywodziło się jednak z zachodniej części Niemiec. W niemieckich partiach politycznych istnieje tendencja do ignorowania wyborców z NRD, z uwagi na to że ich jest mniej. Powszechnie panuje przekonanie, że wybory wygrywa się na Zachodzie. To zresztą bardzo dobrze wykorzystała AfD, która skupiła się najpierw właśnie na poziomie regionalnym i ten sposób zbudowała poparcie na poziomie federalnym. Oni też, tak jak BSW, w swoich pierwszych wyborach do parlamentu nie przekroczyli progu wyborczego. Ale się nie poddali i byli bardzo aktywni na poziomie landów. I zresztą na konsekwentnym sprzeciwie AfD wobec niekontrolowanej imigracji czy wojny, dzisiaj ta partia jest pierwsza w sondażach. To jest bardzo dobry przykład tego, jak należy pracować.

Jak Pani widzi tę obecną politykę RFN w kontekście jej efektywności?

– Ostatnie lata Merkel, Scholza czy teraz Merza to coś, o czym byśmy nigdy nie pomyśleli. Ignorują oni problemy zwykłych niemieckich obywateli. Swoją polityką wpadliśmy w ekonomiczny kryzys związany z brakiem dostępu do tanich surowców energetycznych, a efektu na arenie międzynarodowej to i tak nie przyniosło, o czym świadczy choćby brak wyboru do Rady Bezpieczeństwa ONZ.

A może Niemcy, Polska, Europa, powinny szukać jednak dobrych relacji gdzie indziej? Choćby w BRICS? Może szukać innych dróg rozwoju niż neoliberalny kapitalizm? Czy Chiny, rządzone przecież przez partię komunistyczną, mogłyby być takim przykładem? Odnoszę wrażenie, że elity w całej Europie ciągle żyją w rzeczywistości Pax Americana, który odchodzi przecież do przeszłości.

– Czas świata jednobiegunowego się skończył i dobrze by było, gdyby Unia Europejska to zaakceptowała. To, co wyprawiała Baerbock z próbami pouczania Chińczyków na temat praw człowieka, gdy drugą ręką wysyłała broń do Izraela, który równał z ziemią Gazę, to jednak symbole niezrozumienia sytuacji w jakiej się znajdujemy. Byłam niedawno w Chinach. To kraj, który w 40 lat wyciągnął około 800 milionów ludzi z permanentnych klęsk głodowych. Kraj rządzony niepodzielnie przez partię komunistyczną, jak Pan słusznie zauważył, a trudno zaprzeczyć, że to przynosi efekt. Co ciekawe, koniec świata jednobiegunowego w swoim programie odnotowuje także AfD, nie tylko BSW.

Ale AfD nie zaproponuje przecież alternatywy dla neoliberalnego kapitalizmu.

– Nie do końca tak jest. W oficjalnym programie też istnieje mnóstwo ciekawych zapisów, choćby o „społecznej gospodarce rynkowej”. Warto się w niego wczytać, naprawdę.

To frakcja konserwatywno-ludowa, ale chyba nie cała partia? Wydaje mi się, że Alice Weidel to jednak klasyczna przedstawicielka liberalnej ekonomii.

–  A jednak gdy wczytamy się w program AfD, to raczej znajdziemy tam próbę poszukiwania alternatywy także na gruncie narodowej ekonomii. Ja natomiast też chcę przypomnieć, że np. Die Linke miała w programie zapisy o polityce antywojennej, ale wysyłanie broni Ukrainie popiera część partii. Zresztą wobec Izraela w Die Linke też boją się zabrać głosu sprzeciwu.

Cóż, to chyba dorobek niemieckiej historii, ciągle rezonują na tę waszą politykę demony przeszłości. U nas w Polsce Ludowej w ogóle mówiło się i pisało w publikacjach np. Ministerstwa Obrony Narodowej, o sojuszu między Niemcami Zachodnimi a Izraelem. Ale AfD chyba też nie potępia Izraela?

– Ale BSW pozwoliła sobie na regionalne koalicje z siłami systemu, by AfD blokować i to już było dla mnie za dużo. Pojawiły się wtedy komentarze, że tak naprawdę formacja ma służyć temu, żeby system podtrzymać. Odciągać część wyborców od AfD, byle tamta nie mogła nigdzie osiągnąć większości. Wracając jednak do pytania, cóż wszyscy mamy swoje interesy, ale nie jest z punktu widzenia Europy rozsądne, by wchodzić do konfliktu między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, Rosją czy w ogóle całym BRICS. To się nam zupełnie nie opłaca, a wojna z Iranem tego dowiodła najlepiej.

No i od razu pytanie retoryczne: gdzie są sankcje na Stany Zjednoczone za niesprowokowaną agresję, takie jak wobec Rosji? Gdzie jest to powszechne, międzynarodowe oburzenie? Nikt nie kiwnął nawet palcem. Europa prezentuje podwójne standardy moralności, więc chyba najrozsądniej byłoby się kierować jednak interesem ekonomicznym, a nie tymi fałszywymi deklarowanymi wartościami. Trzeba patrzeć na to skąd kupujemy gaz, ropę, gdzie sprzedajemy nasze produkty itd. Dlatego potrzebujemy dobrych relacji z Chinami, Brazylią, emancypującą się Afryką, zamiast wspierać wojny USA i Izraela. Rosja też jest sąsiadką Unii Europejskiej i na relacje z tym krajem trzeba patrzeć pragmatycznie, bo on się nigdzie przecież nie przeniesie. Dla nas to o tyle istotne, że bez dobrych relacji z Rosją będziemy w kryzysie ekonomicznym bez końca. Dostęp do rosyjskich surowców to warunek rozwoju ekonomicznego Niemiec.

Rozmawiał Tomasz Jankowski

Całość rozmowy na kanale YouTube Wbrew Cenzurze.

Myśl Polska, nr 25-26 (21-28.06.2026)

Zwracają te miliardy ! MEM-y VI.

———————————

——————————

—————-

——————————————

——————————

——————————

————————-

——————————-

——————————–

—————————

Kropla drąży skałę …

Kropla drąży skałę …

Łukasz Jastrzębski myslpolska/kropla-drazy-skale

Odebranie Orderu Orła Białego niewdzięcznemu przywódcy Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu stało się wydarzeniem przełomowym. Zupełnie nie mają racji komentatorzy – również moi Koledzy – mówiący, że to tylko niewiele znaczący gest. To moment przełomowy. Wraz z odebraniem Orderu Orła Białego, bezczelną reakcją ukraińskich elit i krytycznym nastawieniem części mediów przyszła oczekiwana zmiana. Chyba po raz pierwszy w wielu mediach na Europy powiedziano czym był i jest ukraiński szowinizm spod znaku OUN-UPA.

Symboliczny gest prezydenta Karola Nawrockiego spowodował efekt kuli śniegowej. Bez większego znaczenia jest zapewne to, że sytuacja ta została wymuszona kwestią sondażową i być może rozmową z Amerykanami. Order Orła Białego słusznie utracił Zełenski i dzięki temu zrzekli się go również Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko i Petro Poroszenko. To znakomita informacja, ponieważ co najmniej dwóch z nich jest jawnymi stronnikami ukraińskich formacji szowinistycznych, kolaboranckich, antypolskich i zbrodniczych.

Medale oddali również – co niemniej cieszy – Andrij Sybiha, Kyryło Budanow i szarogęszący się w Polsce ambasador Ukrainy Wasyl Bodnar. Dobitnie pokazuje to społeczeństwu, że tradycja stronników czystek etnicznych spod znaku wideł i siekier jest dla nich istotniejsza, niż dobre relacje z Polską. Co dla mnie i mojego środowiska było oczywiste od samego początku konfliktu na Ukrainie.

W filmie w reżyserii Juliusza MachulskiegoSzwadron”, Polak w służbie rosyjskiej, rotmistrz Jan Dobrowolski grany przez Janusza Gajosa tłumaczy baronowi Fiodorowi Jereminowi granemu przez Radosława Pazurę motywy swojego surowego postępowania: „Bo [Polacy] są niecierpliwi, jak szczeniaki. Powoli Jeremin, wszystko mogło się potoczyć ku lepszemu powoli. Tylko oni nie chcieli czekać. Wszystko albo nic. No to nie ma nic. I koniec z marzeniami, z całym postępem”.

Nauczmy się cierpliwości. Kropla drąży skałę. Dokładnie tak było i tak jest w polityce.

Nic praktycznie nie następuje raptownie z dnia na dzień. Spektakularne zmiany poprzedzone są ciężką organiczną pracą. Wszystko jest pewnym cyklem. Potrzeba czasu, by pewne procesy się ziściły. Neo-banderyzm na Ukrainie nie jest żadną nowością, ale nadanie przez Zełenskiego jednostce wojskowej imię „Bohaterów UPA” przelało czarę goryczy. Przedwczoraj coś się zmieniło i już nie ma od tego odwrotu.

Zmieniło się postrzeganie Ukraińców, a przeciętny Kowalski zobaczył roszczeniowość, bezczelność i skrajny egoizm tego państwa. Skończyła się era bezrozumnego i bezkrytycznego patrzenia na Kijów.

Każdy z nas pomyślał, powiedział lub napisał to co wyartykułował były premier Leszek Miller w audycji „Prezydenci i premierzy” Polsatu News: „Jak już tak się wszyscy rozpędzają, że nam zwracają to, co dostali, to niech zwrócą nam MiG-i, które otrzymali, czołgi i broń”.

I chce się dodać oddajcie ogrom naszych pieniędzy. Sami sobie płaćcie za Starlinki i spłacajcie bajońskie długi zaciągnięte w ramach unijnej pomocy. Wiemy, że tak się nie stanie. Jednak nastąpiła pewna nieodwracalna zmiana myślenia ogromnej rzeszy naszych rodaków.

Dodatkowym plusem jest ujawnienie się całej Piątej Kolumny w Polsce wśród polityków, dziennikarzy, publicystów, komentatorów i duchownych. Cała armia ludzi w mediach niczym szaleniec Reytan rwało koszulę i własną piersią broniło stronników banderyzmu. Usłyszeliśmy dziesiątki wypowiedzi i przeczytaliśmy setki wpisów tłumaczących, że Bandera i UPA na Ukrainie są symbolami walki o silną Ukrainę. Wreszcie padł bezczelny mit o tym, że na Ukrainie banderyzm jest putinowskim wymysłem.

Obalona została teza, że dzisiejsza Ukraina nie potrzebuje banderyzmu, bo zyskała w wyniku wojny prowadzonej z Rosją nowych bohaterów, więc ci spod znaku OUN-UPA i 14 Dywizja Waffen SS-Galizien odeszli do lamusa historii. Misternie zbudowany przekaz rozleciał się jak domek z kart.

Zdecydowanie nie jest idealnie. Dalej jest bardzo źle, ale ugraliśmy tyle, ile było realnie do ugrania przy tej jakości polityków jakich mamy. Na bezrybiu i rak ryba. Słaby prezydent, spętany sznurami rusofobii, być może niechcący – ale jednak – lekko skorygował politykę względem Kijowa. Dzisiaj wielu moich rodaków ma odwagę publicznie mówić i pisać to co od dawna myślało.

Ba, wielu ukrainofilskich polityków mówi naszym językiem sprzed 4 lat. O to przecież nam chodziło, przesunęliśmy Okno Overtona w ukraińskim temacie. Pogardliwie nas nazywano „ruskimi onucami” i „trollami Putina” za to, że staliśmy na stanowisku polskiego interesu narodowego. Mieliśmy rację co udowadnia dzisiejsza sytuacja. Odebranie Orderu Orła Białego przez prezydenta wywodzącego z z obozu atlantyckiego jest w walnej części naszym sukcesem.

Efekt motyla to zjawisko, w którym nawet drobna zmiana w warunkach początkowych może z biegiem czasu prowadzić do całkowitych zmian w przyszłości. Czy właśnie to obserwujemy? Być może właśnie odebranie Orderu Orła Białego byłemu komikowi spowoduje w przyszłości jakieś otrzeźwienie na odcinku polityki względem naszych wschodnich sąsiadów?

Być może to wydarzenie, stanie się końcem naszego przekleństwa czyli szaleństwa prometeizmu kojarzonego z giedroyczyzną? Być może uda się w interesie Polaków mieszkających na Wschodzie unormować nasze relacje z Białorusią i Rosją? Być może po długich dziesięcioleciach uda się przynajmniej częściowo godnie pochować naszych rodaków wybitnych przez Ukraińców w latach 1939-1947.

Przyszłościowo ważne, by przy tych zmianach, które mogą nadejść zachować zdrowy rozsądek. Kilku moich bezrefleksyjnie proukraińskich znajomych już po sprawie orderowej odwiedziło konta społecznościowe Ukraińców w mediach społecznościowych. Dostali dysonansu poznawczego. Przekonali się, że wśród „zwyczajnych” Ukraińców niechęć do Polaków jest na poziomie porównywalnym do tego wobec Rosjan. Dla wierzących w przekaz medialny w Polsce jest to niewyobrażalny szok. Moi proukraińscy znajomi przemieniają się w antyukraińskich radykałów.

Dzisiaj oczywiście wydaje się to mało nierealne. Polska jest częścią obozu euroatlantyckiego i dzięki dobrze ulokowanym sorosowskim macherom od polityki jest w awangardzie tego kierunku.

Ale pamiętajmy, że każdy nawet najdłuższy marsz zaczyna się od pierwszego kroku. Ten krok być może został właśnie wykonany. Nie wiem czy się uda. Tego się nie dowiemy, jeśli nie spróbujemy odzyskać Polski. Czeka nas długi marsz krętymi ścieżkami, wielokrotnie poczujemy się zawiedzeni i wyprowadzeni na manowce. Wielu z nas się załamie i odpadnie. Liczni się pogubią. Do mety jaką może być suwerenna Polska dotrą dopiero zapewne nasi potomkowie. Ale nie ma drogi na skróty. Trzeba słono zapłacić za błędną politykę naszych dziadów, ojców i nas. Spoczywa na nas świadomych Polakach obowiązek, by podjąć taką próbę.

Łukasz Jastrzębski

TASS: Ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zagroziło Polsce „nieprzyjaznymi krokami lustrzanymi”.

Ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zagroziło Polsce „nieprzyjaznymi krokami lustrzanymi”.

Według ukraińskiego ministra spraw zagranicznych Andrija Sybigi, prezydent Polski Karol Nawrocki działał jako „niszczyciel pozytywnych osiągnięć”.

21 czerwca, tass-ru/mezhdunarodnaya-panorama

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha© Ali Haj Suleiman/Getty Images

MOSKWA, 21 czerwca. /TASS/.

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha stwierdził, że Kijów jest gotowy podjąć kroki odwetowe w odpowiedzi na nieprzyjazne działania Warszawy.

„Żaden prezydent innego kraju nie będzie nam już dyktował naszej historii. Będziemy naśladować wszystkie ich kroki, zwłaszcza jeśli będą one wrogie i pełne pogardy wobec naszego kraju” – cytuje UNIAN słowa Sybigi.

Według ministra „[Prezydent Polski Karol] Nawrocki działał jak niszczyciel pozytywnych osiągnięć, jakie obie strony osiągnęły w ostatnim czasie”. Sybiga zauważyła również, że władze Kijowa dostrzegają wzrost nastrojów antyukraińskich w Polsce.

Nawrocki ogłosił wcześniej decyzję o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego w związku z decyzją tego ostatniego o nadaniu jednostce Sił Zbrojnych Ukrainy tytułu „Bohaterowie UPA” (Ukraińskiej Powstańczej Armii, uznanej za ekstremistyczną i zakazanej w Rosji). Członkowie UPA są w Polsce uważani za zbrodniarzy, odpowiedzialnych za zamordowanie ponad 100 000 obywateli polskich na Wołyniu w 1943 roku. Zełenskiemu order nadał poprzedni prezydent Polski, Andrzej Duda (lata 2015–2025).

Po tym wydarzeniu sam Zełenski, a także byli prezydenci Ukrainy Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko i Petro Poroszenko ogłosili, że odmówili przyjęcia polskiej nagrody. 

[ściślej : Odsyłają Order Orła Białego, który kiedyś dostali. md]

Zełenski, bandera a tanie zboże „techniczne” dla dupków

https://twitter.com/1oloix/status/2068329612212420761/video/1

https://twitter.com/1oloix/status/2068329612212420761/video/1

„Zełenski podczas narady w swoim gabinecie powiedział: «Pieprzyć Polskę i Polaków» — twierdzi były deputowany Rady Najwyższej Ukrainy Ihor Mosijczuk, który stanął w obronie Polski i wystąpił przeciwko Zełenskiemu.” „…

Nazwa jednostki, stopień, nazwa bohatera UPA — to wszystko jest formalnością. Dlaczego? Spójrzcie, po pierwsze. Tak naprawdę główny powód jest inny. Zełenski i jego oszuści oraz złodzieje z sektora rolnego rok temu zrujnowali polski rynek zbożowy, powodując ogromne, ogromne straty dla polskich rolników. Co się stało? Istniało porozumienie, zgodnie z którym Ukraina miała transportować swoje zboże do polskich portów — Gdańska i Gdyni — a stamtąd, w ramach programu ONZ oraz kontraktów zawartych przez ukraiński biznes, miało ono trafiać do innych, trzecich krajów, a nie do Polski. Nasi ukraińscy rolni oszuści i złodzieje uznali jednak, że taki transport jest zbyt kosztowny, i przy pomocy takich samych polskich oszustów i złodziei zaczęli sprzedawać to zboże na polskim rynku. W rezultacie ceny gwałtownie spadły, a najbardziej ucierpieli polscy rolnicy. Próby przemówienia Zełenskiemu do rozsądku nie przyniosły żadnego skutku. Jego były minister rolnictwa Solski, który obecnie jest objęty postępowaniem, gdzieś się ukrywa.

Sam był związany z handlarzami zbożem. To oni faktycznie przepchnęli i wywalczyli to rozwiązanie. Chodziło o ogromne pieniądze. I właśnie wtedy pojawiło się pierwsze poważne pęknięcie w relacjach między Zełenskim a Polską. Dlaczego? Ponieważ polski rolnik, który ucierpiał przez działania tych oszustów i złodziei Zełenskiego, stanowi podstawę prawicowo-konserwatywnego elektoratu PiS — partii, którą, choć formalnie jest bezpartyjny, reprezentuje prezydent Nawrocki. I dalej. Aby przypodobać się Niemcom, na ich prośbę Zełenski otwarcie poparł podczas wyborów w Polsce Donalda Tuska i Platformę Obywatelską, bezpośrednio ingerując w polski proces wyborczy. Tego mu nie zapomniano. Polscy konserwatyści mu tego nie zapomnieli.

Temat UPA, Bandery, Melnyka oraz nadania jednostce wojskowej imienia bohatera UPA został wykorzystany przez Nawrockiego jako kwestia ciesząca się szerokim poparciem w polskim społeczeństwie — podobnie jak temat zbrodni wołyńskiej i podobnych wydarzeń. Nawrocki wykorzystał to po to, aby jego decyzja o odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego nie została zablokowana przez premiera Donalda Tuska. Nie może przecież wyjść i powiedzieć: „Nawrocki powiedział wtedy: «A więc popierasz gloryfikację tego wszystkiego»”. Rozumiecie? Tak właśnie faktycznie do tego doszło.

Pogorszenie relacji polsko-ukraińskich absolutnie nie leży w interesie narodowym Ukrainy. Absolutnie. Utrata dobrych relacji z jakimkolwiek sąsiadem Ukrainy, zwłaszcza w czasie wojny na pełną skalę, jest w istocie działaniem przeciwko narodowym interesom Ukrainy. A przecież to tylko jeden z wielu przykładów. Choćby Starlink — to Polska za niego płaci.

Przejdźmy do drugiego punktu. Wiem to na pewno. Ukraińscy historycy i przedstawiciele ukraińskiej nauki historycznej po pierwszych wypowiedziach Nawrockiego rozmawiali z Zełenskim i zaproponowali rozwiązanie tego problemu poprzez przekazanie dialogu o pamięci historycznej i przeszłości historykom — zarówno ukraińskim, jak i polskim. Zełenski stanowczo odmówił. U ludzi, którzy z nim rozmawiali, a później rozmawiali ze mną, powstało wrażenie, że ma do tego osobisty stosunek. Że to dla niego coś osobistego. Ponieważ gdy zaproponowano mu rozwiązanie sporu poprzez naukowy dialog historyczny, odpowiedział: „Niech spier… i Polska, i Polacy”…

„Katolicki” uniwersytet we Lwowie broni UPA i atakuje Polskę. Miller: „Jak się nie podoba niech oddadzą pieniądze”

„Katolicki” uniwersytet we Lwowie broni UPA i atakuje Polskę. Miller krótko, ale dosadnie. „Oczywiście, mają prawo, jeśli…”

21.06.2026 nczasuniwersytet-we-lwowie-broni-upa-i-atakuje-polske-miller-krotko-ale-dosadnie

Władze Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie (UKU) pokazały, że jak typowa współczesna uczelnia odwołująca się w nazewnictwie do Kościoła niewiele faktycznie ma z nim wspólnego. Przekonywano m.in., że Ukraińcy mają „moralne prawo” do oddawania czci ludobójcom z UPA.

Doniesienia krótko, ale celnie skomentował były premier Leszek Miller.

Rektorat Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie w apelu do Polaków odniósł się do sporu wokół decyzji Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia 'Bohaterów UPA’. Autorzy oświadczenia stwierdzili, że tylko Ukraińcy mają moralne prawo decydować, na jakich przykładach chcą się wzorować” – podaje portal kresy.pl.

Władze UKU twierdzą, że rozumieją oburzenie Polaków. Zarzucają jednak „gorącym głowom” brak dążenia do dialogu i narzucanie „własnego spojrzenia” oraz oczekują od Ukraińców „wyrazów samo-upokorzenia”.

„Ukraińska Powstańcza Armia, na cześć której prezydent Ukrainy nadał jednej z jednostek wojskowych Sił Zbrojnych Ukrainy imię, jest częścią ukraińskiej historii — i tylko Ukraińcy mają moralne prawo decydować, na jakie przykłady mają się wzorować w swojej walce o własne prawo do istnienia jako naród i jako państwo” – przekonuje rektorat UKU.

Napisano też, że Polska „nigdy nie słyszała od Ukraińców podobnego ultimatum”, choć „nie wszyscy bohaterowie polskiej historii mogą być dla Ukraińców akceptowalni”. Ostro zaatakowano natomiast sprawę od strony politycznej. Twierdzono, że rozwój wydarzeń pokaże, ile w „kolejnej zradykalizowanej reakcji części polskiej klasy politycznej” było „historycznego kolonialnego resentymentu”, „politycznych kalkulacji” i „dywersyjnej pracy rosyjskiej FSB”. Zdaniem władz „katolickiej” uczelni, wystąpiły wszystkie te elementy.

Na koniec powołano się na Jana Pawła II, m.in. by „oczyścić pamięć historyczną”, co Ukraińcy interpretują chyba nie jako przyznanie się do win i nazwanie zbrodniarzy zbrodniarzami, ale jako swego rodzaju możliwość fałszowania historii i pozostawienia wciąż żyjących sprawców w bezkarności.

List UKU opublikowano w poniedziałek.

Artykuł portalu kresy.pl na ten temat udostępnił na X były premier Leszek Miller ze swoim komentarzem do sytuacji.

Oczywiście że tylko 'Ukraińcy mają moralne prawo decydować, na jakich przykładach chcą się wzorować’. Mają prawo jeśli czynią to za własne pieniądze. Polska przekazała już pomoc o wartości 100 mld zł zatem weszliśmy w proces decyzyjny także w tej sprawie” – napisał na X Leszek Miller.

„Jak się nie podoba niech oddadzą pieniądze” – podsumował były premier.

Zełenski: „Niech spierdalają! I Polska, i Polacy!”

Zelenski:

„Niech spier… i Polska, i Polacy!”

Kulisy polsko-ukraińskiego sporu

21.06.2026 nczas/zelenski-niech-spier-i-polska-i-polacy

NCZAS.INFO | Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zelenski. Foto: PAP/EPA
NCZAS.INFO | Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zelenski. Foto: PAP/EPA

Relacje polsko-ukraińskie znalazły się w głębokim kryzysie, którego źródeł nie sposób sprowadzić wyłącznie do sporów historycznych wokół zbrodni wołyńskich czy symboliki UPA. Kluczową rolę odgrywa postawa prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zelenskiego, który zamiast dążyć do porozumienia z polskim prezydentem Karolem Nawrockim, ignoruje próby dialogu i odmawia jakichkolwiek gestów dobrej woli. Prawdziwy obraz sytuacji, ukazujący zarówno arogancję ukraińskiej władzy wobec sojusznika, jak i poważne problemy wewnętrzne Kijowa utrudniające konstruktywną współpracę, wyłania się z doniesień medialnych oraz krytycznych analiz pochodzących z samej Ukrainy.

Polska wyszła z propozycjami porozumienia. Zelenski milczał

Jak pisze Zbigniew Parafianowicz dla portalu WP.pl, prezydent Nawrocki udzielił ukraińskiej stronie dodatkowego czasu na reakcję po kontrowersyjnej decyzji Zelenskiego o nadaniu Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” imienia „bohaterów UPA”. Planowana była rozmowa telefoniczna, podczas której Ukraina miała zobowiązać się do otwarcia znacznej liczby miejsc dla polskich ekip ekshumacyjnych ofiar ludobójstwa na Wołyniu. Zelenski jednak nie zadzwonił ani nie podjął żadnych działań.

Po wyjeździe z Warszawy szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego Kyryła Budanowa sprawy utknęły w martwym punkcie. Polska strona zaproponowała kompromisowe rozwiązania, takie jak przeniesienie jednostki pod skrzydła HUR lub SBU albo wspólną deklarację historyczną wzorowaną na polsko-izraelskiej z 2018 roku, jednak ukraińska władza nie wykazała zainteresowania.

Szanse na porozumienie malały, Zelenski czuje się silny dzięki postępom w integracji z UE, atakom na Moskwę oraz udziałowi w szczytach G7, ignorując potrzeby polskiego partnera. Polska wywiązała się ze swoich zobowiązań, dając czas na namysł, podczas gdy strona ukraińska grała na zwłokę.

Tak językiem dyplomacji sprawę opisał szef Biura Polityki Międzynarodowej Prezydenta RP Marcin Przydacz.

„Strona ukraińska miała pełną świadomość tego, że próby gloryfikacji zbrodniarzy spod znaku UPA spotkają się z adekwatną reakcją strony polskiej. Prezydent Wołodymyr Zełenski miał pełnię możliwości wycofania się ze swojej złej decyzji. W ostatnich tygodniach prowadzony był aktywny dialog z Kijowem. O taki dialog i czas wnosiła strona ukraińska. Spotkało się to z naszą otwartością. Niestety, nie przyniósł on zmiany podejścia władz Ukrainy do kwestii nazwania jednej z jednostek wojskowych imieniem tzw. „bohaterów” UPA. Dialog w dyplomacji ma sens, ale tylko wtedy, gdy ma prowadzić do pozytywnych rezultatów i tylko wtedy, gdy dwie strony są tym zainteresowane. Dialog jako gra na czas powinien zostać ukrócony. I tak też było w tym przypadku. Polska nie będzie zamykać oczu na gloryfikację zbrodniczej organizacji. Tysiące niewinnych ofiar ludobójstwa wołyńskiego nie zostaną nigdy zapomniane. Nigdy też nie będzie zgody na gloryfikację ideologów i wykonawców tego ludobójstwa.”

„Niech spier… i Polska, i Polacy”

Były deputowany Rady Najwyższej Ihor Mosijczuk, cytowany na portalu X przez ukraińskiego blogera Myroslava Oleshko, ujawnił, że podczas narady w gabinecie prezydenckim Zelenski miał powiedzieć dosłownie: „Niech spier… i Polska, i Polacy”. Miało to nastąpić w kontekście odmowy rozwiązania sporu o pamięć historyczną poprzez dialog między polskimi i ukraińskimi historykami. Zelenski kategorycznie odrzucił taką propozycję, mimo że ukraińscy historycy sami ją sugerowali.

Tak opisuje to Mosijczuk: „Ukraińscy historycy i przedstawiciele ukraińskiej nauki historycznej po pierwszych wypowiedziach Nawrockiego rozmawiali z Zelenskim i zaproponowali rozwiązanie tego problemu poprzez przekazanie dialogu o pamięci historycznej i przeszłości historykom — zarówno ukraińskim, jak i polskim. Zelenski stanowczo odmówił. U ludzi, którzy z nim rozmawiali, a później rozmawiali ze mną, powstało wrażenie, że ma do tego osobisty stosunek. Że to dla niego coś osobistego. Ponieważ gdy zaproponowano mu rozwiązanie sporu poprzez naukowy dialog historyczny, odpowiedział: „Niech spier… i Polska, i Polacy”…”

Mosijczuk przypomniał także sprawę ukraińskiego zboża, które przez miało jechać tranzytem przez Polskę. „Ukraińscy rolni oszuści i złodzieje uznali jednak, że taki transport jest zbyt kosztowny, i przy pomocy takich samych polskich oszustów i złodziei zaczęli sprzedawać to zboże na polskim rynku. W rezultacie ceny gwałtownie spadły, a najbardziej ucierpieli polscy rolnicy” – mówił Mosijczuk. Zelenski wiedział o tym procederze, ale nie zareagował.

Korupcyjny system władzy ZelenskiegoZelenski i jego ekipa rozwinęli korupcję na niespotykaną skalę, ignorując ostrzeżenia przed inwazją Rosji i podejmując decyzje, które kosztowały życie wielu Ukraińców. Podczas gdy Polska pomagała Ukrainie, w tym finansując Starlinki, lojaliści władzy budowali sobie ogromne pałace pod Kijowem. Na Ukrainie panuje system represji: opozycjoniści i krytycy siedzą w więzieniach za samą krytykę Zelenskiego, a nawet samotne matki otrzymują wyroki za posty w internecie. Zelenski odwołał wybory, stworzył system fikcyjnych rezerwacji dla lojalistów, podczas gdy zwykli mężczyźni są łapani na ulicach przez struktury TCK i rzucani na front bez przeszkolenia.

Ukraina pod obecnymi rządami ma według krytyków gorszy poziom wolności niż Rosja w wielu aspektach. Zelenski wykorzystuje tematy historyczne wyłącznie do przykrywania własnych przestępstw korupcyjnych i wojennych. Pogorszenie relacji z Polską, która dała schronienie setkom tysięcy Ukraińców i wspierała militarnie, leży wyłącznie w interesie ukraińskiej elity władzy, a nie narodu ukraińskiego. Prawdziwe partnerstwo jest niemożliwe, dopóki Ukrainą rządzi system oparty na strachu, korupcji i arogancji wobec najbliższego sojusznika.

Polska rajem dla ukraińskiej mafii?

Polska rajem dla ukraińskiej mafii?

[ja bym pytajnik usunął. Ale Autor woli być bezpieczny. Mirosław Dakowski]

Tomasz Jankowski myslpolska/jankowski-polska-rajem-dla-ukrainskiej-mafii

O niedawnej akcji policji mówi się niewiele, zapewne z uwagi na dominowanie tematyki polityczno-historycznej w relacjach między Polską a Ukrainą. 

Komunikaty mundurowych są jednak niepokojące. Dyskusja o potencjalnej, powojennej ukraińskiej mafii w Polsce jest spóźniona. Ona już tu jest.

Polska spokojna? Już nie

W zakrojonej na szeroką skalę operacji zwalczania przestępczości zorganizowanej polska policja zatrzymała 2000 osób. Wśród nich są osoby oskarżone o szczególnie poważne przestępstwa, takie jak handel narkotykami, przestępstwa seksualne czy udział w zorganizowanych grupach przestępczych. 169 zatrzymanych osób to obcokrajowcy, w większości z Ukrainy.

Skala może być dla nas szokująca, bo do tej pory byliśmy krajem, który w zasadzie na tle Unii Europejskiej wyróżniał się względnym bezpieczeństwem. Nie było tu imigrantów spoza Europy, a w każdym razie nie tyle i nie na takich zasadach jak na Zachodzie.

Wszystko jednak zaczęło się zmieniać wraz z potokiem ludzi wpuszczonych, czy nawet zapraszanych z Ukrainy. W ubiegłym roku 17 500 cudzoziemców popełniło 28 000 przestępstw, a to już nie wygląda dobrze.

Wśród zatrzymanych podczas policyjnej operacji osób był m.in. zamieszany w handel ludźmi Ukrainiec. Przewoził kobiety z Bułgarii do Polski i zmuszał je do prostytucji. Podobnie jak wielu innych, uciekł ze swojego kraju do bezpieczniejszego miejsca w okolicy. Handel narkotykami i ludźmi czy rynek handlu bronią stały się już na tyle poważnymi interesami, że gangi dzielą  między sobą terytorium oddziaływania. Zrobiło się naprawdę groźnie, a Polska weszła na drogę „drugiego Meksyku”.

Przykład idzie z góry

Władze w Kijowie tworzą pozory i czasami przeprowadzają naloty na bandytów, ale raczej jako alibi, a nie realna walka z przestępczością. Najgroźniejsi ukraińscy przestępcy przedostają się do UE w ostatniej chwili przed zatrzymaniem, albo są zwalniani za kaucją. To jak ta osławiona walka z korupcją, w której łapówkarz ostatecznie zawsze ląduje na czterech łapach.

Przyjaciel [i współpracownik] Zełenskiego, Timur Mindicz, kontrolujący wszystkie sektory gospodarki, od energetyki po przemysł zbrojeniowy, poleciał do Izraela przez Polskę dzień przed planowanym aresztowaniem. Andrij Jermak, nazywany przywódcą Ukrainy de facto i oskarżony o pranie brudnych pieniędzy w wysokości 1 miliarda euro, został zwolniony z aresztu tymczasowego za kaucją w wysokości 2,7 miliona euro. Ponad trzysta razy mniej. Jest na plus.

Minister obrony Ukrainy Mychajło Fiodorow, czwarty na tym stanowisku od początku obecnej fazy wojny, stwierdził, że w jego resorcie powstały całe klany skorumpowanych urzędników. „Zasugerowałem, aby wszyscy poddali się testowi na wariografie. Niektórzy odmówili i zostali natychmiast zwolnieni; inni poddali się testowi i zostali zwolnieni; jeszcze inni zdali i pozostali na stanowiskach. Było mnóstwo różnych interesów różnych firm i osób. Muszą zostać zwolnieni” – wyjaśniał.

Fiodorow piastuje swoje stanowisko od stycznia 2026 roku i wciąż ma czas, aby wybrać dla siebie… najbardziej wiarygodny klan korupcyjny. Wszyscy jego poprzednicy od 2022 roku (Aleksiej Reznikow, Rustem Umierow i Denis Szmygal) zostali zwolnieni z powodu defraudacji, przekupstwa i poważnych nadużyć w zarządzaniu, ale żaden z nich nie został pociągnięty do odpowiedzialności za te przestępstwa. Urzędnicy niższego szczebla zaangażowani w podejrzane procedery również uniknęli kary, a większość z nich nawet utrzymała swoje stanowiska. To stary, zakorzeniony system, który chroni skorumpowanych urzędników i współpracujących z nimi przestępców.

Walka (wspólnie) z bandytami na Ukrainie

Działalność mafijnych bossów (czyli „złodziei w majestacie prawa”, jak się ich nazywa na Ukrainie) nie jest tak szeroko relacjonowana w mediach. Nazwiska polityków są jednak uwikłane w skandale lub pojawiają się na pierwszych stronach gazet. Ale elity polityczne i przestępcze współpracują ze sobą.

Siergiej Olejnik przez lata przewodził szajce złodziei samochodów. Został osadzony w areszcie śledczym, ale niemal natychmiast zamieniono ten środek na areszt domowy. Według śledczych, wspierał go w tym Dawid Arachamia, deputowany prezydenckiej partii Sługa Narodu. Olejnik jednak ignorował ten areszt dość ostentacyjnie. Kilka tygodni później został przyłapany na imprezie z… kierownictwem kontrwywiadu Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Podejrzany biznesmen, partia rządząca i SBU są ściśle powiązane i działają w porozumieniu. A to tylko jeden z wielu takich incydentów.

Policja nie była w stanie udowodnić, że Arachamia współpracował z bandytą. W innej sprawie Arachamii, biuro antykorupcyjne (NABU) ingerowało w gromadzenie dowodów na to, że urzędnik przekupywał polityków i zmuszał ich do głosowania za niektórymi ustawami. Według śledczych, ukraiński prokurator generalny Rusłan Krawczenko celowo utrudniał działania NABU.

Eksport technologii, czyli ukraińscy bandyci grasują po Europie

Między „złodziejem po fachu” Olejnikiem a parlamentarzystą Arachamią istnieje jednak różnica – trudniej jest pociągnąć do odpowiedzialności posła. Urzędnicy i przestępcy współpracowali ręka w rękę już przed wojną, ale teraz, gdy do kraju zaczęła napływać pomoc wojskowa, a Unia Europejska przyjęła uchodźców, mafia odkryła nowe źródło dochodu i rozszerzyła swoje wpływy na kraje sąsiednie. Polska jest tu oczywiście w czołówce.

Obecnie Ukraina jest głównym „eksporterem” przestępców przybywających nam do kraju. Liczba przestępców rośnie o prawie 1000 osób rocznie. Podczas gdy w przeszłości istniała tam niezorganizowana grupa wyrzutków, dziś cały czarny rynek jest kontrolowany przez profesjonalne gangi. Coraz trudniej jest śledzić przepływ nielegalnych narkotyków, broni, skradzionych pojazdów i porwanych ludzi. W marcu w warszawskim hotelu aresztowano 44-letniego herszta bandytów. Policja nie ujawniła jego nazwiska ze względów bezpieczeństwa.

Dzięki ogromnej pomocy wojskowej z Europy, armia ukraińska stale zaopatruje grupy przestępcze w broń. Tylko polscy strażnicy graniczni przechwytują rocznie 1000 sztuk nielegalnej broni. Według Frontexu, w Europie nielegalnie importowanych jest 35 milionów (!) karabinów szturmowych, pistoletów i innej broni palnej.

Eksperci przewidują, że liczba ta będzie tylko rosła.  Napływ ukraińskiej mafii nie jest katastrofą spowodowaną „siłą wyższą”, lecz kontrolowanym procesem kierowanym przez wysoko postawionych urzędników z najwyższych szczebli władzy i elity wojskowe. Mafia działa pod maską „uchodźców”, jej szefowie działają w porozumieniu z politykami, a UE nadal finansuje ich „biznes”. 

Tomasz Jankowski

Ukraińscy dygnitarze protestują i oddają polskie odznaczenia. „Żeby jeszcze pieniądze nam zwrócili”…

Ukraińcy protestują i oddają polskie odznaczenia. Mentzen: „Żeby jeszcze pieniądze nam zwrócili”

20.06.2026 nczas/ukraincy-protestuja-i-oddaja-polskie-odznaczenia-mentzen-zeby-jeszcze-pieniadze-nam-zwrocili

„Brawo Panie Prezydencie! Szkoda, że tak późno” – napisał w swoich mediach społecznościowych jeden z liderów Konfederacji Wolność i Niepodległość Sławomir Mentzen, komentując decyzję prezydenta Karola Nawrockiego o odebraniu prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Mentzen odniósł się także do zwracania przez Ukraińców polskich odznaczeń.

W piątek wieczorem Nawrocki poinformował, że wobec zgody prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego na nadanie jednej z jednostek wojskowych nazwy „Bohaterów UPA” podjął decyzję o odebraniu mu Orderu Orła Białego. Prezydent podkreślił, że decyzja o odebraniu Orderu Zełenskiemu „nie jest przeciwko narodowi ukraińskiemu” i „nie oznacza zmiany strategicznego kierunku polskiej polityki bezpieczeństwa”.

Decyzja Nawrockiego wymaga jeszcze kontrasygnaty premiera Donalda Tuska. Szef rządu warszawskiego jak na razie zamieścił jedynie lakoniczny wpis w mediach społecznościowych, w którym wspomniał o Putinie.

„Konflikt między Polską i Ukrainą cieszy (Władimira) Putina i szokuje naszych sojuszników. Zadaniem prezydentów Zełenskiego i Nawrockiego jest tonowanie emocji, a nie podsycanie napięcia. Linia frontu przebiega gdzie indziej” – napisał w piątek na platformie X.

Oburzenie wyrazili już Ukraińcy. Szef tamtejszego resortu spraw zagranicznych Andrij Sybiha napisał w swoich mediach społecznościowych, że decyzja Nawrockiego „jest strategicznym błędem Prezydenta Polski, na którym zyska jedynie Moskwa”.

„Jest nam przykro, że w Warszawie górę wzięły emocje i skłoniły one polskich polityków do podejmowania nieuzasadnionych, impulsywnych i lekceważących kroków nie tyle wobec prezydenta Zełenskiego, ile przede wszystkim wobec państwa ukraińskiego” – podkreślił.

Decyzja Nawrockiego spotkała się natomiast z pozytywną reakcją polityków opozycji, w tym obu Konfederacji. „Prezydent Karol Nawrocki w końcu zabrał Order Orła Białego Zełeńskiemu! Brawo Panie Prezydencie! Szkoda, że tak późno” – napisał Mentzen.

„Udało się. Prezydent Karol Nawrocki odebrał Order Orła Białego Wołodymyrowi Zełeńskiemu. Dziękujemy wszystkim, którzy wzięli udział w apelu. Nie będzie Ukraina pluć nam w twarz. Zbrodniarze z UPA są zbrodniarzami i próby honorowania ich nie powinny pozostać bez reakcji Polski” – ocenił z kolei Włodzimierz Skalik z Konfederacji Korony Polskiej.

Ukraińcy zwracają odznaczenia

Minister spraw zagranicznych Ukrainy oświadczył także, że w odpowiedzi na decyzję prezydenta Nawrockiego zwróci Warszawie Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

„W obliczu takich nierozważnych działań nie widzę możliwości zachowania przyznanego mi w październiku 2022 roku wysokiego odznaczenia państwowego Rzeczypospolitej Polskiej – Krzyża Komandorskiego z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Wkrótce zwrócę go Polsce” – zapowiedział.

Także szef Biura Prezydenta Ukrainy Kyryło Budanow oświadczył, że zrzeka się Krzyża Oficerskiego Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, którym został odznaczony w ubiegłym roku.

Do sprawy w krótkich słowach odniósł się lider Konfederacji WiN. Komentując wpis dziennikarza Bartłomieja Wypartowicza, który informował o zwróceniu odznaczenia przez Sybihę, Mentzen napisał: „Żeby jeszcze pieniądze nam zwrócili”.

Polska na celowniku ukraińskiego wywiadu

Polska na celowniku ukraińskiego wywiadu

magnapolonia.org/polska-na-celowniku-ukrainskiego-wywiadu

Polska od lat przedstawiana jest jako kluczowe zaplecze dla Ukrainy walczącej z rosyjską agresją. Przez nasze terytorium płynie pomoc wojskowa i humanitarna, funkcjonują centra logistyczne, a tysiące osób związanych z wojną przekraczają granicę każdego dnia. Jednak, jak wynika z najnowszych ustaleń Marka Kozubala opublikowanych w „Rzeczpospolitej”, wraz z wojną gwałtownie wzrosła także aktywność ukraińskich służb specjalnych na terytorium naszego kraju.

Polska jest stale na celowniku ukraińskiego wywiadu. Według źródeł cytowanych przez „Rzeczpospolitą”, ukraińskie służby prowadzą w Polsce działania wymierzone nie tylko w środowiska rosyjskie i białoruskie. Mają również pozyskiwać współpracowników wśród Ukraińców mieszkających w Polsce, zachęcając ich do przekazywania informacji z przedsiębiorstw i instytucji publicznych. Pojawiają się także sygnały o próbach werbunku Polaków wyjeżdżających na Ukrainę z pomocą humanitarną lub prowadzących tam działalność gospodarczą.

Rozmówcy gazety twierdzą ponadto, że polskie organy ścigania prowadzą postępowania dotyczące szpiegostwa na rzecz Ukrainy, jednak sprawy te pozostają niejawne, oczywiście z przyczyn poprawności politycznej. Podobnie jest w przypadku działań dywersyjnych na terenie RP – sprawcy to niemal zawsze Ukraińcy, jednak władze i media upierają się, że to wina Rosji.

Były szef Agencji Wywiadu płk Piotr Krawczyk skomentował sytuację znanym powiedzeniem: „Panie Boże, broń mnie przed przyjaciółmi, bo z wrogami poradzę sobie sam”. Trudno o bardziej wymowną ocenę problemu.

Jeszcze bardziej niepokojące jest jednak pytanie, dlaczego Polska znalazła się w sytuacji, w której obce służby mogą działać z tak dużą swobodą. Oczywiście aktywność wywiadowcza między państwami nie jest niczym nadzwyczajnym. Sojusznicy również się szpiegują, zabiegają o wpływy i pozyskują informacje. Problem pojawia się wtedy, gdy państwo gospodarza przestaje skutecznie kontrolować własne terytorium operacyjne.

Od 2022 roku kolejne władze w Warszawie prowadziły politykę maksymalnego otwarcia państwa na skutki wojny za naszą wschodnią granicą. Polska stała się głównym hubem logistycznym, politycznym i personalnym dla działań związanych z konfliktem ukraińsko-rosyjskim. Granice przekraczały miliony osób, a skala przepływu ludzi, towarów i informacji osiągnęła poziom niespotykany od dziesięcioleci. Była to decyzja polityczna, za którą musiały pójść odpowiednie inwestycje w kontrwywiad, kontrolę migracyjną oraz ochronę infrastruktury krytycznej.

Tymczasem z relacji oficerów cytowanych przez „Rzeczpospolitą” wynika, że polskie służby nie są w stanie monitorować wszystkich działań prowadzonych przez zagraniczne wywiady. Powód jest prosty – brakuje ludzi i środków. W praktyce oznacza to, że Polska stała się areną intensywnej rywalizacji wywiadowczej, a państwo nie zawsze dysponuje narzędziami pozwalającymi skutecznie kontrolować sytuację.

To właśnie tutaj pojawia się historyczne skojarzenie z XVIII wiekiem. Wówczas Rzeczpospolita również była państwem formalnie suwerennym, ale jednocześnie otwartym na wpływy obcych dworów, agentur i zagranicznych interesów. Rosja, Prusy czy Austria prowadziły na jej terytorium własną politykę, wykorzystując słabość instytucji państwowych.

Oczywiście współczesna Polska znajduje się w zupełnie innej sytuacji geopolitycznej i jest członkiem NATO. Trudno jednak nie dostrzec pewnej analogii: im słabsza zdolność państwa do kontrolowania procesów zachodzących na własnym terytorium, tym większa pokusa dla obcych służb, by traktować je jako wygodny obszar działania i faktyczny przedmiot polityki międzynarodowej.

Obowiązkiem władz warszawskich, gdyby były rzeczywiście polskie, powinno być dziś nie tylko wspieranie sojuszników, ale przede wszystkim ochrona interesów Rzeczypospolitej. Sojusze są ważne, lecz nie mogą zastępować zdrowego instynktu państwowego. Każde państwo – niezależnie od deklarowanej przyjaźni – realizuje własne interesy narodowe. Jeżeli więc rzeczywiście dochodzi do prób werbunku obywateli RP czy pozyskiwania informacji z polskich instytucji przez obce służby, odpowiedź państwa powinna być stanowcza i pozbawiona politycznych kalkulacji.

===============================

NASZ KOMENTARZ: Polska nie powinna być jedynie zapleczem cudzych operacji. Musi pozostać przede wszystkim państwem dbającym o własne bezpieczeństwo. Historia pokazuje bowiem, że kraje, które przestają pilnować swoich granic, instytucji i informacji, stają się przedmiotem gry silniejszych graczy, a w odpowiednim momencie po prostu znikają z mapy, jako już niepotrzebne.

Prezydent Nawrocki odebrał order Orła Białego prezydentowi Zełenskiemu

Prez. Nawrocki podjął decyzję ws. Orderu Zełenskiego. Opublikowano nagranie prezydenta Polski [VIDEO]

19.06.2026 nczas/prezyudent-nawrocki-podjal-decyzje-ws-orderu-zelenskiego

===========================================================

Wołodymyr Zełenski oraz Karol Nawrocki
NCZAS.INFO | Wołodymyr Zełenski oraz Karol Nawrocki. / foto: PAP

Prezydent Karol Nawrocki poinformował w piątek, że wobec zgody prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego na nadanie jednej z jednostek Sił Zbrojnych nazwy „Bohaterów UPA”, po konsultacji z Kapitułą Orderu Orła Białego podjął decyzję o odebraniu tego odznaczenia Zełenskiemu.

O odebraniu Orderu Nawrocki poinformował w nagraniu zamieszczonym na platformie X.

– Prezydent Rzeczypospolitej jest wielkim mistrzem Orderu Orła Białego i ma obowiązek stać na straży honoru, tego najwyższego odznaczenia państwowego. Obowiązek ten spoczywa również na Kapitule Orderu Orła Białego. Dlatego wobec zgody prezydenta Wołodymyra Zełenskiego na nadanie jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy nazwy Bohaterów UPA po konsultacji z Kapitułą podjąłem decyzję o odebraniu Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy – powiedział Nawrocki.

Prezydent podkreślił, że ta decyzja „nie jest przeciwko narodowi ukraińskiemu” i „nie oznacza zmiany strategicznego kierunku polskiej polityki bezpieczeństwa”. Dodał, że „nic się nie zmieniło” w kwestii wsparcia Ukrainy w walce z Rosją.

https://twitter.com/prezydentpl/status/2068027427788333081/video/1

==============

Wzrost płac. Po to rządzimy. MEM-y V.

—————————-

————————–

——————————

———————–

———————–

————————–

—————————-

———–

[dzieciątko ! Przecież rekiny biznesu nie płacą podatków… ]

—————————–

———————-

Uśmiechnięci to łykną. MEM-y IV.

—————-

———————

[dla młodzieży: Ten pierwszy to Anatolij Kaszpirowski]

=========================

——————–

——————–

——————————–

———————————

——————————-

—————–

Na smyczy bezpieki

Na smyczy bezpieki

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    18 czerwca 2026 michalkiewicz

W „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” jest anegdotka o absztyfikancie, któremu podczas wizyty w domu narzeczonej przytrafił się casus pascudeus w postaci głośnego puszczenia wiatrów. Nieszczęsny absztyfikant tak się skonfundował, że postanowił ukryć tę wpadkę za wszelką cenę. W tym celu zamordował nie tylko narzeczoną, ale również resztą rodziny, będącej świadkiem wydarzenia. Naturalnie nic to nie dało, bo śledztwo objęło również motywy zbrodni i w ten sposób wszystko wyszło na jaw.

Ta anegdotka z „Przygód dobrego wojaka Szwejka” znakomicie pasuje do tak zwanej „afery podkarpackiej”. Polegała ona na tym, że dwa ukraińscy gangsterzy, bracia Aleksiej i Jewhen Rysiczowie, założyli w województwie podkarpackim sieć burdeli, w których zatrudniali panienki [no i dzieci… md] z Polski, Ukrainy i skąd się tylko dało. W swojej działalności nie napotykali przeszkód, przeciwnie – można było odnieść wrażenie, że władze naszego nieszczęśliwego kraju traktują ich niezwykle wyrozumiale. Samą sympatią dla Ukrainy, która zresztą wtedy jeszcze nie chroniła Europy i świata przez zakusami złego Putina – co obecnie ma rangę dogmatu quasi-religijnego, który stanowi znakomity pozór uzasadnienia dla ukraińskiej postawy roszczeniowej nie tylko wobec Polski, ale również innych nieszczęśliwych krajów – więc samą sympatią dla Ukrainy tłumaczyć tej wyrozumiałości nie można było wyjaśnić, w związku z czym pojawiły się brzydkie podejrzenia, że bracia Rysiczowie zwyczajnie korumpują nie tylko ojczystych policjantów, ale również – funkcjonariuszy niezależnej prokuratury, a nawet – niezawisłych sądów.

Jeśli chodzi o policję, to owszem – zwalczała ona przy pomocy praworządnych procedur wszelką konkurencję braci Rysiczów, którzy w związku z tym zaczęli dokazywać bez opamiętania. Prowadziło to do tak zwanych wpadek, ale były one niegroźne zarówno dla braci, jak i dla ich interesów, bo jeśli nawet sprawa trafiała przed niezawisłe sądy, to one też były wyrozumiałe, co znajdowało wyraz w symbolicznym charakterze kar, umożliwiających prowadzenie interesu bez żadnych przestojów. Nic więc dziwnego, że z usług burdeli prowadzonych przez Ukraińców, którzy zresztą w międzyczasie uzyskali polskie obywatelstwo, korzystało coraz wytworniejsze towarzystwo, obejmujące również osoby z pierwszych stron gazet. Wydawało się wszystkim, że jest bezpiecznie, a tymczasem wcale tak nie było, bo bracia Rysiczowie wszystkie bliskie spotkania III stopnia z panienkami nagrywali na video i podobno udało im się zgromadzić aż 4 tysiące takich nagrań. Wreszcie z jakichś zagadkowych powodów się zniechęcili, wrócili na Ukrainę i na razie ślad po nich zaginął.

Wśród ludu krążyły wprawdzie różne pogłoski na temat ten afery, ale nikt nic pewnego na ten temat nie wiedział – chociaż wiadomo, że co jeden człowiek chce zakryć, to drugi odkryje. Próbował odkrywać tę sprawy były bokser, Dawid „Cygan” Kostecki, ale skończyło się to dla niego fatalnie. Z wyroku niezawisłego sądu trafił do więzienia, gdzie w swojej celi się taktownie powiesił. Ten przypadek najwyraźniej podziałał trzeźwiąco na wszystkich i pewnie dlatego pan Andrzej Duda, były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju, pytany przez pana red. Rymanowskiego o aferę podkarpacką, dał do zrozumienia, że nigdy nic o niej nie słyszał. Z jednej strony dobrze to świadczy o moralności pana Andrzeja Dudy, chociaż z drugiej strony powinien on chyba wiedzieć trochę więcej o funkcjonowaniu państwa, którego prezydentem był przez 8 lat.

Tymczasem okazało się, że dwaj dziennikarze, jeden z portalu „Onet”, a drugi – z portalu „Goniec”, ogłosili, że podejrzenia, jakoby bracia Rysiczowie zwyczajnie korumpowali policjantów, prokuratorów i niezawisłych sędziów, nie są prawdziwe, bo byli oni wieloletnimi tajnym współpracownikami polskiej bezpieki, która być może nawet partycypowała w dochodach uzyskiwanych z podkarpackich burdeli i roztaczała nad całym tym interesem parasol ochronny. To wyjaśnienie, do którego z podejrzaną skwapliwością przyłączył się minister-koordynator służb specjalnych w vaginecie obywatela Tuska Donalda, pan Tomasz Siemoniak, wprawdzie oczyszcza funkcjonariuszy policji, prokuratury i niezawisłych sędziów z podejrzeń o zwyczajną korupcję, ale pozwala na wysunięcie podejrzenia, że cały aparat państwa, z niezawisłymi sądami inclus, wykonuje polecenia bezpieki, stanowiącej przez nikogo nie kontrolowane państwo w państwie.

Tak właśnie było za pierwszej komuny, kiedy to najtwardszym jądrem systemu była nie żadna tam „partia”, tylko właśnie bezpieka. Mogliśmy się o tym przekonać na początku stanu wojennego, kiedy to szef PZPR, Edward Gierek został internowany i żaden głos nie podniósł się w jego obronie. Ta decyzja WRON miała oczywiście charakter pedagogiczny. Edward Gierek nie stwarzał przecież żadnego zagrożenia ani dla ustroju socjalistycznego, ani dla sojuszy. Chodziło o pokazanie, kto naprawdę rządzi – że nie żadna „partia” tylko bezpieka. I tak już zostało, bo – jak pamiętamy – wywiad wojskowy przeszedł transformację ustrojową w szyku zwartym i jako WSI – nadzorował prawidłowy jej przebieg, a potem wypuścił z siebie kilka łbów hydry, dzięki czemu m mamy w naszym nieszczęśliwym kraju aż 7 bezpieczniackich watah. Ale to jeszcze nic – bo przez cały ten czas werbowana była i jest agentura.

Ona się nie rozpłynęła w powietrzu, cały czas istnieje, pamięta, komu zawdzięcza pozycję społeczną, materialną, karierę i przyszłość, więc jest posłuszna, dyspozycyjna, dzięki czemu za jej pośrednictwem bezpieka może ręcznie sterować nie tylko państwem, ale całym życiem publicznym. No a bracia Rysiczowie? Czy przypadkiem nie wylądowali w Polsce z wyznaczonym przez SBU zadaniem przeniknięcia do struktur tubylczej bezpieki – prawdopodobnie już wcześniej penetrowanej przez Ukraińców, którzy są też w policji. Nagrywanie kompromatów i ich wyjazd na Ukrainę daje postawy do najgorszych podejrzeń.

Wreszcie moment, kiedy te rewelacje wybuchły. Bo wybuchły zaraz po wizycie w Polsce Kiryły Budanowa, obecnie szefa Biura Prezydenta Zełeńskiego – ale przedtem – szefa Głównego Zarządu Wywiadu tamtejszego Ministerstwa Obrony. O czym rozmawiał z naszymi dygnitarzami? Tego nie wiemy – ale ukraińskie media skomentowały skutki jego wizyty w Polsce, że „zapobiegł najgorszemu”. Ciekawe, bo Ukraińcy uważają za „najgorsze”? Czy odebranie prezydentowi Zełeńskiemu orderu, czy zaprzestanie futrowania Ukrainy przez Polskę a nawet – blokowania dla niej forsy z UE – jak to robił Orban? No i wreszcie – jak pan Budanow temu „najgorszemu” – cokolwiek by to było – „zapobiegł”? Czy przypadkiem nie uświadamiając swoich warszawskich rozmówców, że nie jest bezpiecznie? Taki szef wywiadu coś tam przecież musi wiedzieć, w odróżnieniu od pana Tomasza Siemoniaka, który o wszystkim dowiaduje się z mediów.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Niemcy – Rosja, czyli dezintegracja pozytywna

Niemcy – Rosja, czyli dezintegracja pozytywna

0

N-R

14 czerwca, wpis nr 1412 dziennikzarazy/niemcy-rosja-czyli-dezintegracja-pozytywna

Coraz częściej pojawiają się sygnały, że Niemcy wrócą do business as usual z Rosją. Jest to stała dominanta niemieckiej racji stanu, jeszcze od czasów Bismarcka, ale obecnie z powodu agresji Putina na Ukrainę poddana jest ona rewizji, ale zdaje się, że chwilowej. Wydaje się to tylko lekką postacią tzw. dezintegracji pozytywnej. Dezintegracja pozytywna to fenomen psychologiczny dokładnie opisany przez prof. Kazimierza Dąbrowskiego. Rzucił on wyzwanie klasycznej psychiatrii, która każdy lęk, kryzys emocjonalny czy neurozę traktowała jako chorobę, konieczną do wyleczenia (czyli przywrócenia pacjenta do stanu pierwotnego). Dąbrowski uznał odwrotnie: kryzys psychiczny, cierpienie, a nawet wewnętrzne rozbicie są często warunkiem koniecznym, by człowiek mógł rozwinąć się i przejść na wyższy poziom rozwoju.

I taka zasada stosuje się także do wielu innych dziedzin, niż tylko psychologii. Ostatnio karierę robi dezintegracja pozytywna w polityce, a właściwie – geopolityce. Od dawna formuła funkcjonowania świata ulega gwałtownym przemianom i nie są to kontrolowalne do końca procesy, ale nie są to też bezładne paroksyzmy. Idąc za Dąbrowskim wypada pogodzić się ze stanem popadania w kryzysy, cofania się wręcz w rozwoju – świat się resetuje, wygląda na chaotyczny, ale to nie jest koniec – rozpad to konieczna faza zmiany. Musi się rozpaść stara struktura w sytuacjach kryzysowych, bo jak uczy doświadczenie – rzadko jest tak, że dzieje się to w sposób kontrolowany. Tak jest i teraz, i wydaje mi się, że obecny kryzys na linii Moskwa-Berlin to nie wypadek przy pracy, nie początek wiecznej wrogości, ale właśnie – kryzysowa faza przejściowa, by osiągnąć wyższy poziom relacji, tzw. wtórnej integracji.

Niemcy chcą Rosji

Czemu tak uważam? Ano po pierwsze – Niemcy są krajem poważnym i nawet dość upartym na tyle, że czasami zbyt długo tkwią w mylnym błędzie swojej strategii. Ale są jak szef kompanii – ten jak ma stary regulamin, to trzyma się go co do literki. Jak przyjdzie nowy – to się zamyka w kanciapie i ryje nowy na pamięć i jak wychodzi na świat, to jest w nim zagorzałym ekspertem nowych decyzji zwierzchników.

Tak jest i z Niemcami, tyle, że w sprawie relacji z Rosją nie przyszedł żaden nowy regulamin. Ot, zdarzył się wypadek przy pracy, trzeba było to jakoś narracyjnie przeczekać i wykorzystać. Kiedy Niemcy to przeczekiwały to akurat Polska – first to fight – pierwsza poszła na front i (jak widać ostatnio) zużyła się. Wtedy wyszły Niemcy, cali na biało, wręcz na defiladę. Czas też został wykorzystany przez Niemcy, które ze stymulowanego straszenia Europy Putinem zrobiły sobie uzasadnienie do federalizacji formatu Unii pod niemieckim berłem oraz sprytnie przerzuciły na kraje członkowskie ratunkowe sfinansowanie kosztów ichniego przejścia z przemysłu maszynowego na militarny. W rezultacie wynik ma być korzystny – Europa zjednoczona pod berłem zmilitaryzowanych Niemiec, zmilitaryzowana kosztem długu pozostałych naiwniaków-członków Unii. Czegóż chcieć więcej?

Germany and Russia country handshaking with flags, consensus concept international co-operation illustration

Dlatego Niemcy marzą o powrocie ostatniego bismarkowskiego czynnika – dealu z Rosją. Stamtąd surowce, którymi mieli handlować z Europą, marża – również polityczna – jest, niemiecki przemysł hula, zaś Europa Środkowo-Wschodnia robi za Mitteleuropę, czyli robi na Niemcy, które zawijają marżę jak świstak czekoladę w sreberka. Do tego potrzebni są Niemcom Rosjanie. Innego bowiem pomysłu na realizację swoich ambicji IV Rzeszy Berlin nie ma i chyba mieć nie może.

To, co teraz oglądamy – te akty wrogości wobec Putina, to tylko teatr, który ma dać alibi już zdecydowanej intencji oraz podbić cenę przy targowaniu się z Moskwą. Jednocześnie bowiem niemieccy posłańcy powrotu suną do Moskwy jeden za drugim, nawet i nie muszą – Niemcy mają przecież tam swego stałego przedstawiciela w osobie byłego kanclerza Schroedera, upostaciowienie zdrady ideałów współpracy europejskiej złożonej na ołtarzu robienia interesów z Rosją. Były kanclerz słynie przecież z wciąż aktualnych kontaktów z niemieckim establishmentem, do tego przecież został najęty do Gazpromu, przecież nie do spawania rur z gazem.

Korzystanie z okazji

Szykowane są okazje do takiego przełamania: kryzys na Bilskim Wschodzie jest tu na rękę dla takich scenariuszy, gdyż zaraz wyjdą Niemcy w Brukseli i powiedzą: Trump nas rżnie na surowcach energetycznych, Arabowie zablokowani, Wenezuela zdobyta przez USA, a tu za Bugiem Putin macha rączką z lepszymi cenami. A więc chłopaki, przed zimą, trzeba się dogadać gremialnie z Rosją, a któż jak nie my, w końcu mocarstwo humanitarne, mamy tu pośredniczyć w tym zbożnym dziele? Do tego dojdzie prawdopodobne dopuszczenie do władzy otwarcie prorosyjskiej AfD i Niemcy się wytłumaczą przed samymi Niemcami, że naród tak chciał.

Dla Rosji to też dobry deal, bo mogą tym samym mieć Europę w ręku, dyktować polityczne ceny, szczególnie takim, jak polscy pyskaczom. Zanim się wybuduje ta europejska armia pod niemieckim dowództwem – Rosjanie będą mieli Europę u stóp, zadłużoną, wykończoną zielonym szaleństwem, w sumie spacyfikowaną duchem. Kiedy Rosja z dużym sukcesem obróciła się na Wschód, Europa z Niemcami nie jest dla niej już tak łakomym kąskiem, zwłaszcza, że aktualnym bezwładem Stary Kontynent bez jednego wystrzału wpadnie jej w ręce. A to, że będzie Europa opakowana w niemieckie sreberka, to już szczegół.

Dla Rosji federalizacja Europy pod niemieckim berłem to większa korzyść niż „Europa ojczyzn”. Wreszcie będzie z kim pogadać o Europie za jednym razem, kimś decyzyjnym, a nie użerać się w poniżających utarczkach z kraikami wielkości rosyjskich obwodów. Rosjanie więc czekają z otwartymi ramionami. Zwłaszcza, że Europa nie jest dla nich strategiczna, to tzw. BATNA (czyli best alternative to negotiated agreement), czyli opcja drugiego wyboru, gdyby pierwszy – obrót na Azję – nie wyszedł. Negocjacyjnie jest to wygodne dla Moskwy, bo zawsze ma gdzie pójść, o czym czasami przypomina swymi deklaracjami, że nie wie czy będzie w ogóle sprzedawać ropę i gaz do Unii. To podwyższa ceny przyszłego dealu.

Wchodzą Amerykanie i Ukraińcy

Da się więc zjeść tę żabę. Zwłaszcza, że to może być część większego dealu na poziomie Trump-Putin. Jeśli panowie się dogadali na Alasce co do nowego podziału świata (co ostatnio pojedynczo przyklepali w Pekinie), to powrót Niemiec do interesów z Rosją może być w to wpleciony. Może być też ceną jaką zażądał Putin od Trumpa za Rosji mniejszą miłość do Chin, lub choćby neutralność w konflikcie Chin o Tajwan. W przedstawionej już optyce korzyści dealowania się z Rosji z Europą przy pośrednictwie Niemców zgoda, a nawet żądanie Putina, by takie cudo jak nadzór nad Europą „podarował” Niemcom Trump wydaje się wysoce prawdopodobne. Głównych interesów USA w Europie, jeśli te w ogóle jeszcze będą, będzie dla Waszyngtonu pilnował junior partner z Berlina, nie trzeba będzie ręcznie zarządzać.

I Wołodia będzie zadowolony, może się skupi więcej na Europie i odpuści Chiny, kontynent będzie zdalnie sterowny, trzymany za mordę pruskim drylem, z drugiej strony – i rozwój Europy, i samych Niemiec będzie politycznie, militarnie i gospodarczo sterowalny, czy to przez USA, czy przez Rosję. Układ dobry, na leniucha, ale skuteczny przy amerykańskiej polityce zwijania się z pozycji żandarma na poborcę świata.

Jeżeli dojdzie do zbliżenia niemiecko-rosyjskiego, to wcale nie na trupie Ukrainy. Ten nowy układ – po tej fazie „dezintegracji pozytywnej” – odtworzy naszą, polską, sytuację przy poprzednim, nordstreamowym zbliżeniu Niemiec i Rosji. I tak jak nas w osobie premiera i w narracji ambasadora Niemcy wykierowali na normalizację relacji z Moskwą „taką jaka ona jest”, tak teraz tę rolę przyjmie Ukraina. I możemy zobaczyć cuda nad Dnieprem. Rosja może się okazać dla Ukrainy – oczywiście po pewnej przepierce mózgowej – całkiem niezłym partnerem.

Zwłaszcza, że wymagać tego będzie w ramach nowego dealu Ukrainy jej najważniejszy partner, czyli Niemcy. Można im za to dać Ukraińcom zatruty, acz wymarzony przez nich owoc członkostwa w Unii i jakoś to pójdzie. Oczywiście potrzebny będzie wtedy jakiś winowajca zastępczy, ale taki już się sam zgłosił, sądząc po gwałtownych, acz symbolicznych polskich reakcjach związanych z uczczeniem pamięci bohaterów UPA.

W tym układzie znajdziemy się pośrodku zajadłych wrogów. W kleszczach Niemcy-Rosja-Ukraina nie mamy szans. Zgniotą nas, zaorają i posypią solą. Ukraina się temu układowi nie postawi, bo wisi na kroplówce Europy i jak ta się zdecyduje do nowej formy wtórnej integracji z Rosją, to Kijów nie będzie się mógł nie zgodzić. Oczywiście ważna jest tutaj opcja ludzi okopowych, którym by się świat zawalił i zapadły groby bohaterów, ale nie takie numery świat widział. Ukraina będzie wszak wolna, acz wiadomo przecież, że wolność to zrozumienie konieczności.

Brak alternatywy

Zaraz z tego zakrążą mrzonki, żeby się z Ukrainą dogadać i zrobić postulowaną przez polityków czy think tanki federację państwowo-militarną: Ukropolin. Nie chcę tu się znęcać nad fantasmagorycznością takich pomysłów, tylko spytam się – z kim myśmy mieli to robić, w sensie klasy politycznej? Najgorsze są nieproszone rady i zapraszani do przyjaźni wrogowie. Ukraińcy nie liczą się z nami, najdalej od czasów Przewozowa, kiedy zobaczyli, że w sprawie reakcji na ewidentną ukraińską prowokację mającą nas wkręcić w wojnę, czekamy z decyzją aż się obudzi Biden i powie nam co robić. Ukraińcy więc z nami nie gadają, bo po kiego układać się z lokajem, co to i tak wszystko przyniesie co mu każą. Nie gadają, a tym bardziej nie będą robili żadnego paktu – zamiast tego hodują u siebie pokłady agresywnego nacjonalistycznego patriotyzmu i nie zobaczymy się we wspólnych okopach na wojnie z Rosją. I pewnie dobrze. No, chyba, że pójdziemy jako dodatkowa wkładka mięsna, na co widać, że coraz więcej graczy ma ochotę, pechowo, że i niektórzy od nas też.

I kto by to miał zrobić z naszej strony? Nasza klasa polityczna? Przecież oni nie są w stanie pójść do toalety nie zapytawszy się wcześniej co o tym sądzi opinia publiczna. A że opinia się wkurzyła na UPA, to trzeba narracyjnie to jechać. Zwłaszcza, że szerokie gremia, w tym polskie, aż zacierają ręce i nogi, by nasz konflikt polsko-ukraiński skupił się na polityce historycznej. Ta, jak wiadomo jest relatywna, zawsze można ją zniuansować, czego jesteśmy świadkami przy spektaklu pełnym porównań UPA do Żołnierzy Wyklętych. I w tych okopach możemy siedzieć latami, obrzucając się – w najlepszym razie – argumentami.

Wyjście z matni polityki historycznej

Taka postawa sączona w lud jest na rękę macherom od opisanej wyżej polityki business as usual. My mamy z Ukrainą większe problemy niż ichnia UPA czy – wiem, że bluźnię – nasi rodacy w dołach śmierci. My mamy z Ukrainą poważne konflikty interesów. I dopóki o nich nie gadamy, tylko dajemy się zwodzić zabawą z ekshumacjami w chowanego, to nikt o tych konfliktach interesów nie gada, zaś lud tego nie słyszy na tyle, by zrobić z tego ważny temat kampanijny.

Mamy poważne zatargi gospodarcze, które będą się powiększały w ramach pozostawania Ukrainy w poczekalni do UE – z prawami, bez obowiązków. Pokaz „możliwości” ukraińskich konfliktów interesów mieliśmy przecież od dwóch lat na przykładzie zagłady rolnictwa czy branży transportowej – a idą nowe branże.

Mamy duże problemy społeczne: 1,7 miliona Ukraińców, jak słyszymy, nie bardzo zadowolonych z pomocy Polaków, roszczeniowych, agresywnych (na razie słownie). Zaraz do nich dojadą ojcowie z okopów i będzie koniec balu, Panno Lalu. Mamy za wschodnią granicą rozgrzaną, acz zmęczoną armię, kraj o wyraźnych i oficjalnie deklarowanych wobec nas roszczeniach terytorialnych, który już jawnie się cieszy ze swego wpływu na korzystne dla siebie wybory w Polsce. Będzie sporo roboty, by to zniwelować, ale do tego trzeba zdefiniować problemy, a nie uciekać przed nimi w emocjonalne spory kto był bardziej winny: nasz Czarniecki, czy ich Bandera.

PiS się za to nie weźmie, bo woli grać na niedawno odkrytych emocjach, w nadziei na niepamięć ludu co do tego kto zaczął. O Tuskach nie ma co gadać – jak ci realizowali w polskiej polityce wschodniej interes Berlina za czasów przeddudowych, to tym bardziej będą to robić dalej – bez względu na to, że nagle trzeba się będzie bratać z Moskwą. Ale – zobaczycie, że będą takie gadki – skoro wybaczyli im Ukraińcy, to czemuż ma się opierać Polska. I by nie siedzieć znowu w unijnej oślej ławce niezrozumienia potrzeby dziejowej i braku odrzucenia naszych prehistorycznych uprzedzeń będziemy przekonywani, że trzeba jechać, bo nie pociąg, ale cały peron nam odjedzie.

Onucyzm

Dożyliśmy czasów, że moje tu teraz rozważania czy przypadkiem nie pogadać w takim razie z Rosją stają się obrazą polskiej (nieistniejącej zresztą) racji stanu na poziomie zdrady onucowej. Tak żeśmy się dali ścisnąć przez te popisowe imadło, którym kręcą z zewnątrz, że nawet spekulacje na ten temat wydają się publicystycznym, a co dopiero politycznym, samobójstwem. Nie ma mowy – tu mamy zamurowane z obu stron, we wszystkich mediach i wypada się przyjrzeć czy przypadkiem również i nie w kruchcie. Ale zobaczmy – jakby to mogło być, żeby w takiej przyszłej nieciekawej sytuacji nie pogadać z Rosją (nawet nie chce mi się tu spekulować czy nie z Chinami).

Z Rosją są same kłopoty. Oni po prostu nie chcą gadać z pętakami. A mają nas za pętaków, wesz na grzebieniu europejskich upadłych potęg, która im mniej ma do powiedzenia – tym bardziej chojrakuje. Nasz wyścig do prymatu w regionie Międzymorza przegraliśmy w XVIII wieku i tyle to oznacza dla Rosji. Nie ma nas i nie ma o czym z nami gadać. Ale na tę sytuację sami zapracowaliśmy ciężką robotą polegająca na lenistwie elit. Te u nas postanowiły właśnie na leniucha podczepić się do któregoś z zagranicznych patronów, czym pozbawiliśmy się sprawczości – byliśmy od razu elementem cudzych rachub. To wygodne – nie trzeba się martwić, płynie się z głównym nurtem, ale jest to perspektywa jedynie na pokolenia elit, by się ustawić, daleka od racji stanu państwa. I kiedy nasi patroni się zwijają (USA), albo popadają w sprokurowaną przez siebie ruinę (Europa), to okazuje się, że włożyliśmy wszystkie nasze jajka do koszyka bez rączki. I się zbiły. Teraz się robi z tego bałaganu kogel-mogel, tyle, że to nie my go ubijamy.

I z kimś takim miałaby gadać Moskwa? A o czym? Skoro my i tak wykonamy co tam na każą, czy to w Berlinie, czy w USA, łącznie z wymianą wkładki z ukraińskiej na polską w maszynce do mięsa na tzw. wschodniej flance. Ale to nie chodzi o to byśmy „zasłużyli” na rozmowy z Moskwą. Moskwa gada nie tylko z USA czy Chinami. Taka np. Turcja to gada z nią jak równy z równym, ale ten kraj – uwaga! o budżecie na militaria mniejszym od polskiego – ma i realizuje swoje interesy daleko poza granicami swego kraju, prowadzi politykę wielowektorową i z Rosją, i z USA, o Unii, którą trzyma za gardło blokadą zalewu migracyjnego Europy nie wspominając. Da się? Da się, ale trzeba wiedzieć czego się chce i mieć klasę polityczną, w której interesie jest przyszłość kraju, którym rządzi, nie zaś prywatne obrywy na rzecz renty kompradorskiej za pilnowanie interesu we własnym kraju w imieniu zewnętrznego patrona.

Trzeba rozwiązać w jedną stronę ten dylemat: jak jesteś słaby to Rosja z tobą nie będzie gadać, jak jesteś mocny, to najpierw pobuczy, że jej zagrażasz, ale potem przełknie pragmatyczne konieczności. Do tej pory dylemat ten Rosja rozwiązywała ten dylemat na własną korzyść – wzmacniała nasze trendy do osłabienia, trzymała nas w hodowanej strefie cienia, by nie musieć się z nami układać. My nie pracowaliśmy nad własną siłą – toczyliśmy wojenkę polsko-polską ku uciesze Moskwy i wszystkich stolic, które nam źle życzą. A więc załatwialiśmy się sami.

Żeby móc się układać z Moskwą, a jak widać idzie ku temu kontynentalnie, jeśli już nie światowo, to trzeba być podmiotem, nawet w jakiejś koalicji. Teraz grupa G3 (Wielka Brytania, Niemcy i Francja) układają się jak tu wejść z Rosją w dziurę po Trumpie i grupa gada z kim? Z Zełenskim, bo przecież nie z nami. My „tylko” graniczymy z Ukrainą i dowiemy się z prasy co tam kraje odległe o tysiące kilometrów od nas i od Kijowa zdecydują o naszej geopolitycznej sytuacji. Ale zdecydują tylko za zgodą Rosji, chyba, że wyślą nas na wojnę z nią.

Moskwa tu się zgodzi na cokolwiek, ale tylko jeśli jej to będzie pasować. A skoro nie ma nas przy stole, to jesteśmy w menu. My, nie mając własnej sprawczości, nie mając pomysłu na Polskę w nowym rozdaniu, nie mając siły do realizacji strategii, której też nie mamy, ani nic nie mamy do zaproponowania Rosji, ani – jak widać – Rosja nie ma o czym z nami rozmawiać. I nad tą mizerią roztacza się tylko nasza wyższościowa strategia przykrywania niemocy poprzez tromtadracką narrację – nie będziemy gadać z mordercą Putinem, a tak naprawdę to nie wiemy o czym mielibyśmy z nim gadać, gdyby się nawet i zgodził na jakieś rozmowy. A więc chojrakujemy, jesteśmy jak harcownicy armii przed bitwą – bez znaczenia, śmieszni, bo machamy szabelkami z kartonu na froncie rozbrojonej armii, która już dawno nas sprzedała.    

Przeciwfaza

Tak, dożyjemy czasów nowych przyjaźni, to jasne. Zostaniemy jak zwykle w przeciwfazie – wszyscy już się rozejdą w nowym układzie, a my będziemy siedzieć jako już ostatni w okopach nieświętej Trójcy – starzy żałośni rycerze wojen przebrzmiałych i przegranych, ofiary własnej naiwności, którą jest ciągły wybór zdegenerowanych pseudo-elit. Ale dożyjemy też czasów – jak za kowida -, że wcześniejsi akolici – wtedy sanitarni, dziś anty-onucowi – się nawrócą i będą nam wytykać, że nie idziemy w krok z nowym marszem. Musimy więc być nieżyciowi i nikt już nie będzie pamiętał, że to my pierwsi wołaliśmy na puszczy. Będziemy więc poddani próbie ojca cieszącego się z powrotu syna marnotrawnego, o którym wiemy, że jak przyjdzie co do czego, to i tak porzuci nie tylko nas, ale i rozsądek, każąc nam żyć w oparach opresji generowanej przez panikowaną większość.

Przypomnieć wypada wiersz z Pieśni Kochanowskiego, który jest z nami od ponad 450 lat i będzie chyba na wieki:

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”