Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 23 sierpnia 2026 michalkiewicz
Tegoroczne obchody Święta Wojska Polskiego odbyły się pod znakiem sporu między panem prezydentem Karolem Nawrockim, a vaginetem obywatela Tuska Donalda. Jak zwykle poszło o pieniądze – bo powiedzmy sami – o cóż innego może spierać się z kimkolwiek vaginet obywatela Tuska Donalda, albo i Volksdeutsche Partei? Tym razem chodziło o to, za jakie pieniądze najlepiej wyposażać naszą niezwyciężoną armię. Obywatel Władysław Kosiniak-Kamysz uważa mianowicie, że najlepiej wyposażać naszą niezwyciężoną armię za pieniądze pożyczone, podczas gdy pan prezydent Nawrocki uważa, że jeszcze lepiej – za własne.
Chodziło oczywiście o pożyczkę SAFE, którą wprawdzie prezydent Nawrocki ustawowo zawetował, ale vaginet obywatela Tuska Donalda machnął ręką na te wszystkie veta i pożyczkę wziął. Akurat wtedy pelnomocniczką vaginetu do sprawy pożyczki była pani Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, której wysiłki musiała zauważyć i docenić sama Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, bo wkrótce potem pani Magdalena została wiceministrem obrony narodowej u boku obywatela Kosiniaka-Kamysza Władysława – czy przypadkiem nie gwoli dopilnowania, by pieniądze trafiły tam, gdzie trzeba – zgodnie z kolejnością dziobania?
Gdyby tak było, to by znaczyło, że panią Magdalenę prowadzi Mocna Ręka, kto wie, czy nie mocniejsza od ręki, która w swoim czasie prowadziła obywatela Tuska Donalda po brukselskich salonach, gdzie zrobiono z niego człowieka? Dopiero na tym tle lepiej rozumiemy fałszywe pogłoski, według których pani Magdalena – tylko patrzeć – jak wygryzie obywatela Tuska Donalda ze stanowiska premiera i sama nim zostanie. Tymczasem pan prezydent Nawrocki uważa, że naszą niezwyciężoną armię najlepiej byłoby wyekwipować z pieniędzy własnych, które uciułał Narodowy Bank Polski w postaci złota w ilości ponad 600 ton.
Toteż w przemówieniu poprzedzającym defiladę pan prezydent zauważył, że na sztandarach Wojska Polskiego wypisane było hasło „Bóg, Honor i Ojczyzna” – ale nie żadne SAFE. W słowach pełnych treści odpowiadał mu przez 40 minut obywatel Władysław Kosiniak-Kamysz, a swoje dołożył odbierający defiladę morską i kolonialną obywatel Tusk Donald, który poszedł na całość i oskarżył pana prezydenta Nawrockiego w związku z SAFE o „zdradę”. Ponieważ i pan prezydent przemawiał też około 40 minut, a po nim – obywatel Kamysz-Kosiniak – to żołnierze stojący przez tyle czasu na palącym słońcu podobno zaczęli mdleć. Na szczęście przemówienia się skończyły i defilada odbyła się już bez żadnych zakłóceń – chociaż ruski minister spraw zagranicznych Ławrow odgrażał się, że Rosja będzie karcić kraje wspierające Ukrainę.
Nie znaczy to, że te okazjonalne przemówienia nie wywołały żadnego rezonansu. Odezwała się niezawodna pani Joanna Szczepkowska, która nie zostawiła na panu prezydencie suchej nitki zarówno za „Boga, Honor i Ojczyznę”, jak i za pochwałę „obrońców Monte Cassino”. Od razu widać było, że pani Szczepkowska pana prezydenta nie kocha. A kogo kocha? Tego, rzecz prosta, nie wiemy, ale nie można wykluczyć, że jeśli już, to kocha pana Rafała Trzaskowskiego i – podobnie jak wiele innych autorytetów moralnych – nie może przeboleć, że to nie on został prezydentem. A teraz jeszcze wrogie siły pod nim ryją i zebrały już 40 tys. podpisów za zorganizowaniem referendum, w następstwie którego Rafał Trzaskowski straciłby stanowisko prezydenta Warszawy.
O ile pani Szczepkowska mogła kierować się rozmaitymi sentymentami, o tyle spięcie, do jakiego doszło na antenie telewizji „Polsat” między panią red. Gozdyrą Agnieszką, a panem red. Jankowskim Grzegorzem, miało już inne tło. Pani Agnieszka ma w Polsacie fuchę prowadzącej tak zwane „debaty”, w ramach których sztorcuje gości udzielających jej nieprawidłowych odpowiedzi na zadawane pytania, podczas gdy pan Grzegorz często podnosi głos, symulując uczucie zgrozy na widok rozmaitych bolączek. Gwoli podniesienia wiarygodności, „Polsat” puszczał na swojej antenie reklamę obydwu programów Najsampierw dowiadywaliśmy się, że „krzyk nie rozwiąże żadnego problemu”, „a milczenie nie zatrzyma ważnych pytań”, a potem pani Agnieszka i pan Grzegorz pokazywali, jak pięknie się różnią. Tym razem sytuacja wymknęła się spod kontroli i w pewnym momencie rozwścieczona pani Agnieszka poleciła panu Grzegorzowi, by „się nie darł”. Inna rzecz, że tym razem chodziło o Ukrainę – a wiadomo, że z Ukrainą nie ma żartów. Jak ujawnił już dawno pan Grzegorz Jasina, Polska ma być „sługą narodu ukraińskiego” – i najwyraźniej pani Agnieszka czuje się postawiona na straży, więc reaguje na każdą próbę „szczucia”. „Szczucie” bowiem zostało pryncypialnie potępione przez Judenrat, którego Główny Cadyk, to znaczy – pan red. Adam Michnik – zaraz po ogłoszeniu strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, nie tylko rzucił hasło: „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, ale również na lamach „Gazety Wyborczej” doniósł gdzie trzeba, że w Polsce panuje „atmosfera przedpogromowa”, a w ogóle to „Polska brunatnieje”.
W przekonaniu, że na taką poważną zastawkę oddźwięk musi być natychmiastowy, Judenrat zamarł w oczekiwaniu na rezonans. Niestety, poza codziennymi doniesieniami Propaganda Abteilung o „atakach” na „Ukraińców”, żadnego odzewu nie było – aż Judenrat musiał podkręcić „Kościół”, że „milczy”, chociaż „larum grają”. Toteż, co prawda, bodaj po tygodniu, odezwał się jednak Jego Eminencja Grzegorz kardynał Ryś, surowo napominając parafian, że Ukraińcom powinni nadstawiać „drugi policzek”. W tej sytuacji trudno się dziwić i pani Agnieszce, że nie mogła już „pięknie się różnić” z panem Jankowskim, tylko sobie ulżyła. Ukraiński prezydent też nie czekał, tylko urządził z przytupem pochówek Jewgienijowi Konowalcowi, twórcy i pierwszemu przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, od której zaczęły się wszystkie paroksyzmy. Znaczy – pierwszy kandydat do „Panteonu” już jest, no a po nim przyjdą następni. My zaś będziemy nadstawiali drugi policzek, a jak policzków nie wystarczy, to nadstawimy co innego – bo skoro „wszyscy jesteśmy Ukraińcami” – jak zarządził pan red. Adam Michnik – to widać, że z aktualnego rozdania taki los wypadł nam.
Tymczasem prezydent Donald Trump wpadł na pomysł, by zakończyć wojnę ze złowrogim Iranem, rozciągając amerykańską suwerenność nad cieśniną Ormuz. To świetny pomysł, a ja bym dodał, że na świecie jest jeszcze bardzo wiele miejsc, które można by przyłączyć do Ameryki – między innymi nasz bantustan, z którego utrzymaniem mamy coraz większe zgryzoty. Jeśli nie teraz – to kiedy?
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Stanisław Michalkiewicz; serwis „Prawy.pl” 22 sierpnia 2026 michalkiewicz
Wprawdzie do 1 kwietnia jeszcze daleko, ale mimo to prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump już 15 sierpnia ogłosił, że „wkrótce” cieśnina Ormuz stanie się częścią terytorium Stanów Zjednoczonych. Niektórzy obserwatorzy widzą w tym akt desperacji prezydenta Trumpa, który już nie wie, jak zakończyć, a właściwie – jak wyplątać Amerykę z wojny, w którą wkręcił ją bezcenny Izrael. Rzeczywiście – wiele wskazuje na to, że prezydent Trump nie został przez premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela nawet poinformowany o celach tej wojny.
Inna sprawa, że Beniamin Netanjahu wcześniej publicznie deklarował, iż „czuje się związany” ideą „wielkiego Izraela” – a więc Izraela rozciągającego się „od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat” – zgodnie z obietnicą, jaką Stwórca Wszechświata miał złożyć pewnemu mezopotamskiemu koczownikowi. Realizacja tej idei jest już całkiem zaawansowana; Izrael, przy pomocy Stanów Zjednoczonych, doprowadził już do politycznego obezwładnienia państw leżących na tym obszarze – tak, że jedynie złowrogi Iran staje okoniem. Z punktu widzenia bezcennego Izraela rozgromienie złowrogiego Iranu nabiera zatem pozorów racjonalności.
Gorzej to wygląda z punktu widzenia interesów Stanów Zjednoczonych – ale wiadomo przecież, że amerykańscy twardziele w podskokach wykonują wszystkie zachcianki, jakich zażądają od nich Żydowie, a nawet zgadują ich życzenia. Niech by któryś amerykański twardziel się zawahał, albo ociągał, to zaraz jakieś dziecko by sobie przypomniało, że 40 lat temu włożył mu rękę pod spódniczkę i zanim by się wyjaśniło, że to nieprawda, to trzeba by pożegnać się nie tylko z karierą, ale i majątkiem, bezlitośnie wyszlamowanym za pośrednictwem tamtejszych nienawisłych sądów. Jeśli wiemy to nawet my, w których bantustanie przemysł molestowania jest dziś chyba najbardziej dynamicznie rozwijającą się dziedziną gospodarki, to cóż dopiero – amerykańscy twardziele – skoro ta gałąź przemysłu narodziła się właśnie w Ameryce?
No dobrze – ale jeśli nawet Izraelowi uda się zrealizować ideę „Wielkiego Izraela”, to co z tego będzie miała Ameryka? Wygląda na to, że same zgryzoty, bo skoro na obronę i utrzymanie „małego Izraela” USA muszą co roku nie tylko wydawać krocie, ale również antagonizować przeciwko sobie narody, które wcale nie musiałyby być zantagonizowane – to cóż dopiero, gdy mały Izrael rozrósłby się w Izrael Wielki? Obawiam się, ze zasoby całej Ameryki mogłyby nie wystarczyć do sfinansowania tego eksperymentu, zwłaszcza gdyby władze bezcennego Izraela kontynuowały na całym tym obszarze politykę, jaką uprawiają w Strefie Gazy, Libanie, czy Zachodnim Brzegu. Ludobójstwo bowiem sprawia, ze na podbitych terytoriach jest coraz mniej osób, a w konsekwencji może nie być nawet nikogo, komu można by pożyczać pieniądze na procent – co jest głównym zajęciem środowisk żydowskich – oczywiście poza gorzelnictwem i wyszynkiem alkoholu. Ale wódkę też trzeba komuś sprzedawać, żeby biznes sze kręczył – a komu – jeśli w następstwie ludobójstwa obszar Wielkiego Izraela się wyludni?
Zresztą nawet gdyby się nie wyludnił, to i tak byłby problem, bo muzułmanie picie wódki mają przecież od proroka Mahometa surowo zakazane. Może z wyjątkiem muzułmanów spolonizowanych. Jak pisze autor opowiadania „Łostaje”, kwestarz bernardyn zaproszony przez pana Amurata, szlachcica polskiego tatarskiego pochodzenia na obiad, spotkał się z propozycją wypicia przed obiadem wódeczki dla konkokcji. – „Wódeczka u was?” – zdumiał się ojciec bernardyn – ale pan Amurat mu wyjaśnił: „Mahomet zabronił nam wina, miłościwy księżulu – ale o wódeczce w Al Koranie cyt!” Ale u nas muzułmanów jak na lekarstwo, więc z punktu widzenia biznesowego to żaden interes.
Więc w sytuacji gdy bezcenny Izrael skutecznie wkręcił Amerykę w tę wojnę, a teraz się z niej wycofał, prezydent Trump nie widzi innego wyjścia, jak kombinować po swojemu. Wojna, w którą został wkręcony, doprowadziła nie tylko do zablokowania cieśniny Ormuz, ale złowrogi Iran zamierza rozciągnąć nad jej obszarem własną suwerenność. Wcześniej, jak pamiętamy, ogłosił zamiar pobierania opłat od każdego statku, który tamtędy przepływa – a zdesperowany prezydent Donald Trump ogłosił, że opłaty w wysokości 20 procent wartości ładunku będzie pobierał on. Widocznie jednak ktoś starszy i mądrzejszy mu to wyperswadował – ale co z tego, skoro tej nieszczęsnej wojnie końca nie widać? Skoro tedy złowrogi Iran odgraża się, że rozciągnie swoją suwerenność na obszar cieśniny Ormuz, to prezydent Trump pomyślał sobie, że równie dobrze on może rozciągnąć na obszar cieśniny Ormuz suwerenność amerykańską.
To świetny pomysł – problem tylko – jak to zrobić. Trzeba by w tym celu kontynuować wojnę ze złowrogim Iranem – ale tego właśnie prezydent Trump wolałby uniknąć tym bardziej, że otrzymał niedawno wiadomość od generała dowodzącego siłami amerykańskimi na Bliskim Wschodzie, że dotychczasowe obrzucanie złowrogiego Iranu ponaddźwiękowymi dzidami tak zredukowało ich zapasy, że wojska amerykańskie nie byłyby już w stanie zapewnić bezpieczeństwa bezcennemu Izraelowi, gdyby złowrogi Iran zaczął znowu obrzucać go swoimi ponaddźwiękowymi dzidami. To jest dla Ameryki bardzo poważna zastawka, z której prezydent Trump musi wyciągnąć wnioski, jeśli nie chce zostać przez amerykańskich Żydów przerobiony na marmoladę. W takiej sytuacji tonący nawet brzytwy się chwyta, więc nic dziwnego, że również prezydent Trump wykombinował sobie, że najprościej będzie przyłączyć cieśninę Ormuz do terytorium amerykańskiego.
Dlaczego jednak tylko cieśninę Ormuz? Na świecie jest przecież mnóstwo miejsc, które też można by przyłączyć do USA. Na przykład – nasz bantustan. Wprawdzie obywatel Tusk Donald na defiladzie w Gdyni mówił o niepodległości – ale kto wierzy obywatelu Tusku, ten sam sobie szkodzi. Zresztą nawet gdyby – to z tą niepodległością są same zgryzoty; trzeba jej bronić, niczym socjalizmu i w ogóle. Gdyby zatem nasz bantustan został przyłączony do Ameryki, to Amerykanie musieliby się martwić nie tylko, jakby nas, to znaczy – nie „nas”, tylko siebie – obronić, ale również nie dopuścić, by Żydowie realizowali z naszego terytorium roszczenia majątkowe dotyczące „własności bezdziedzicznej”.
Do terytorium amerykańskiego Żydowie żadnych roszczeń majątkowych nie wysuwają, więc czy nie powinniśmy wyciągnąć z tego wniosków? Zamiast tedy proponować referendum w sprawie „Zielonego Wała”, które Senat, pod przewodnictwem posągowej Małgorzaty Kidawy-Błońskiej zresztą odrzucił, czy nie lepiej byłoby, by pan prezydent Karol Nawrocki zaproponował referendum w sprawie przyłączenia do Stanów Zjednoczonych również naszego bantustanu? Jak przyłączać, to przyłączać – nieprawdaż?
Dr. hab. Barbara Mróz-Gorgoń, autorka fatalnego raportu. (fot. prtscr/ youtube/ Grzegorz Brief Kiszluk)
Sprawa pełnego błędów raportu rządowej pełnomocnik trafi do organów ścigania? Ich reakcji na pracę zatytułowaną „Polaków Portret Własny” chce prezes klubu parlamentarnego PiS. Zdaniem Mariusza Błaszczaka jego autorka wykazała się niekompetencją, jednocześnie pobierając sutą zapłatę z publicznych środków.
PiS złoży zawiadomienie do CBA i prokuratury, aby zbadano sprawę „pełnego błędów raportu wygenerowanego w AI” – „Polaków portret własny”; jego autorka Barbara Mróz-Gorgoń powinna zostać błyskawicznie zdymisjonowana – zapowiedział szef klubu PiS Mariusz Błaszczak.
„Do promocji marki Polska Tusk wysyła osobę, która wygenerowała pełen błędów raport w AI i bez skrupułów zainkasowała 200 tys. zł od (ministra Jakuba) Rutnickiego z MSiT. Barbara Mróz-Gorgoń powinna zostać błyskawicznie zdymisjonowana. Prawo i Sprawiedliwość złoży zawiadomienie do CBA i prokuratury o zbadanie tej sprawy” – czytamy we wpisie szefa klubu PiS
„Swoją drogą, kto doradzał Tuskowi wybór Mróz-Gorgoń do promocji marki Polska? Merz? Chcąc skompromitować Polskę, mógł jeszcze dorzucić Wysocką-Schnepf i Jacka Murańskiego” – dodał polityk.
Barbara Mróz-Gorgoń została pełnomocnikiem rządu do spraw promocji marki Polska pod koniec lipca br. W rozporządzeniu zapisano m.in., że pełnomocnik ma koordynować działania administracji rządowej związane z tworzeniem, wdrażaniem i rozwojem spójnej marki narodowej. Celem rozwiązań ma być m.in. skuteczniejsze budowanie i ochrona wizerunku Polski w kraju i za granicą. Raport jej „autorstwa” [nacisnęła guzik?? md] , opublikowany w sieci w sierpniu 2026 roku, pełen błędów i nieścisłości, spowodował skandal.
W Polsce rusza pilotażowy program rehabilitacji dla zdemobilizowanych ukraińskich weteranów. W pierwszym etapie ma do nas przyjechać 30 osób, podzielonych na trzy grupy. Uczestnicy będą przez kilka tygodni korzystać z rehabilitacji fizycznej oraz programu rekonwalescencji. Projekt ma jednak wykraczać poza samą pomoc medyczną — jego organizatorzy chcą, aby weterani przebywali wśród mieszkańców i nawiązywali kontakty z lokalną społecznością.
Rusza ściąganie ukraińskich weteranów do Polski. Program ma być realizowany w Górowie Iławeckim w województwie warmińsko-mazurskim. Do dyspozycji uczestników mają zostać wykorzystane zaplecze miejscowego szpitala oraz infrastruktura uzdrowiskowa.
Projekt został zorganizowany przez polskiego socjologa i prezesa Fundacji Stocznia Jakuba Wygnańskiego oraz Związek Ukraińców w Polsce. Pierwsza grupa ma zostać wyłoniona we współpracy z partnerami z Winnicy. Organizatorzy nie zakończyli jeszcze prac nad szczegółowymi kryteriami kwalifikacji — mają one uwzględniać przede wszystkim to, czy zakres oferowanej rehabilitacji odpowiada indywidualnym potrzebom konkretnego weterana.
W praktyce oznacza to, że nie chodzi o masowy program obejmujący tysiące osób, lecz o stosunkowo niewielki projekt pilotażowy. Jeżeli okaże się skuteczny, może jednak stanowić podstawę do jego dalszego rozwijania.
Jednym z bardziej charakterystycznych elementów programu jest założenie, że rehabilitacja nie powinna kończyć się na sali zabiegowej. Ukraińscy weterani mają mieszkać w lokalnej społeczności i mieć możliwość bezpośredniego kontaktu z jej mieszkańcami. Według organizatorów ma to być element szerszego procesu powrotu do normalnego funkcjonowania po zakończeniu służby wojskowej. W praktyce oznaczać ma to osiedlanie tych weteranów w Polsce.
Wybór Górowa Iławeckiego nie jest przypadkowy. Według informacji przedstawionych przez Censor.NET ponad 10% mieszkańców miejscowości stanowią potomkowie Ukraińców przesiedlonych w ramach akcji „Wisła”. Organizatorzy uznali więc, że właśnie tam łatwiej będzie stworzyć środowisko sprzyjające „kontaktom polsko-ukraińskim”, cokolwiek ma to w tych okolicznościach znaczyć.
To interesujący aspekt projektu, ponieważ pokazuje, że organizatorzy traktują rehabilitację również jako element inżynierii społecznej – wtłaczania do Polski ukraińskich weteranów z PTSD, celem sprawdzenia, jakie będą tego efekty.
Wokół informacji o programie mogą pojawiać się pytania dotyczące jego kosztów. Z opisu projektu wynika, że zasadnicza część pieniędzy nie pochodzi z polskiego budżetu państwa. Pół miliona złotych na ten cel zgromadziła „Polska Rada Biznesu”, korzystając z „indywidualnych wpłat swoich członków”. Środki mają zostać przeznaczone m.in. na transport, zakwaterowanie, wyżywienie oraz samą rehabilitację. Rzekomo zebrano je w ciągu zaledwie jednego weekendu.
Jest to dość podejrzane, zwłaszcza, że w inicjatywę włączył się Związek Ukraińców w Polsce. Ten z kolei jest już futrowany z pieniędzy budżetowych.
To szczególnie ważne dlatego, że w polskim społeczeństwie narasta zmęczenie częścią polityki związanej z wojną oraz sporami polsko-ukraińskimi. Kolejna próba forsowania dziwnych projektów czysto osiedleńczych jest bardzo niemile widziana przez Polaków. Zwłaszcza, że tym razem chodzi stricte o osoby wracające z frontu, obeznane z używaniem broni oraz wojennym okrucieństwem. Takie osoby stanowią łakomy kąsek dla organizacji przestępczych.
Co ciekawe, pod oryginalnym materiałem Censor.NET pojawiły się komentarze Ukraińców, w których krytyka tego programu wielokrotnie przeradza się w atak na Polaków jako naród.
Z punktu widzenia humanitarnego trudno kwestionować sens pomocy ludziom, którzy zostali poszkodowani podczas wojny. Z punktu widzenia polskich interesów, osiedlanie u nas ukraińskich weteranów stanowi poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego. Niestety, rząd warszawski ma ten problem w wiadomym miejscu.
Na Śląsku trwa akcja honorowania niemieckich polityków związanych z okresem germanizacji regionu – alarmuje dr Wacław Jan Kroczek. Publicysta wskazuje na pomniki stawiane w Bytomiu, Rybniku i Świętochłowicach oraz zarzuca zaangażowanie w te działania środowisk separatystycznych i polityków Koalicji Obywatelskiej. „Nie każdy zasługuje na pomnik. Zwłaszcza w kraju, który tyle wycierpiał przez imperialną politykę germanizacyjną” – podkreślił.
Dr Wacław Jan Kroczek, lekarz i publicysta znany z krytycznego stosunku do śląskiego separatyzmu, zwrócił we wtorek uwagę na pojawiające się w śląskich miastach pomniki upamiętniające niemieckich polityków. Jego zdaniem działania te składają się na szersze zjawisko, które określił mianem „niemieckiego znakowania terenu”.
„Trwa niemieckie ZNAKOWANIE TERENU na Śląsku wspierane przez polityków rządzącej KO i separatystów z organizacji Schlesischer Verein postaciami z czasów słusznie minionych – za pieniądze polskich podatników. I to wszystko w ciągu ostatniego zaledwie roku” – napisał Kroczek na platformie X.
Publicysta podkreślił, że jego zastrzeżenia nie dotyczą upamiętniania twórców kultury, lecz osób związanych z niemiecką polityką na Śląsku.
„To nie są pomniki pisarzy, kompozytorów ani filozofów. To są pomniki niemieckich POLITYKÓW, którzy odpowiadają za politykę germanizacji na tych terenach” – zaznaczył.
Kroczek wskazał w tym kontekście na Bytom, Rybnik i Świętochłowice, gdzie – jak napisał – honorowani są dawni niemieccy burmistrzowie. Szczególnie krytycznie odniósł się do upamiętnienia księcia Guido Henckel von Donnersmarcka, jednego z najpotężniejszych przemysłowców Cesarstwa Niemieckiego.
Według Kroczka działalność Donnersmarcka należy rozpatrywać nie tylko w kontekście niemieckiej polityki na Górnym Śląsku, ale również warunków pracy w należących do wielkich przemysłowców zakładach.
„Jego przedsiębiorstwa zatrudniały tysiące robotników, a ich historia obejmuje również pracę w niebezpiecznych warunkach, konflikty płacowe, strajki, skrajny wyzysk i pracę nieletnich” – napisał.
Kroczek przypomniał także o bliskich relacjach Donnersmarcka z kanclerzem Ottonem von Bismarckiem. W swoim wpisie szeroko odniósł się do XIX-wiecznych sporów dotyczących ograniczania pracy dzieci i kobiet w niemieckim przemyśle, wskazując, że Bismarck sprzeciwiał się dalszemu rozszerzaniu przepisów ochronnych.
Szczególne zastrzeżenia publicysty wzbudził sposób, w jaki doszło do postawienia jednego z pomników. Według niego wykorzystano do tego procedurę budżetu obywatelskiego. Kroczek zakwestionował przejrzystość tego mechanizmu i postawił szereg pytań dotyczących m.in. weryfikacji oddawanych głosów, możliwości kontroli głosowania papierowego i elektronicznego oraz audytu systemów informatycznych.
„Łatwo im teraz powoływać się na tezę, że Donnersmarcka honorować chcieli sami mieszkańcy. Tymczasem ścieżka głosowania w BO jest wyjątkowo mało przejrzysta” – ocenił.
Jednocześnie zastrzegł, że nie przesądza o istnieniu celowego działania wymierzonego w polską państwowość. Zaapelował jednak o dokładniejsze zbadanie sposobu przeprowadzania głosowań nad budżetami obywatelskimi w śląskich samorządach.
„Nie twierdzę, że tak jest w tym przypadku, ale uważam, że należy się przyjrzeć jak w poszczególnych miastach na Śląsku wyglądają głosowania w Budżecie Obywatelskim i dlaczego konkretne projekty przechodzą, a następnie mogą liczyć na wyjątkowo mocną promocję medialną, a inne nie” – napisał.
Zdaniem Kroczka coraz bardziej widoczne jest podobieństwo między poszczególnymi inicjatywami upamiętniającymi niemieckie postacie polityczne.
„Coraz bardziej prawdopodobne i widoczne staje się skoordynowanie akcji stawiania pomników niemieckich polityków na Śląsku, co samo w sobie należy uznać za niepożądane, tym bardziej, że postacie te miały swój udział w polityce germanizacyjnej regionu” – stwierdził.
Publicysta zakończył wpis oceną, że samo historyczne znaczenie danej osoby nie oznacza, iż powinna być ona honorowana monumentem.
„Nie każdy zasługuje na pomnik. Zwłaszcza w kraju, który tyle wycierpiał przez imperialną politykę germanizacyjną i kapitalistyczny wyzysk społeczny” – podkreślił.
Kroczek już wcześniej nagłaśniał przypadki, które jego zdaniem świadczą o problemie z niemiecką i separatystyczną symboliką na Śląsku. Jak informowaliśmy, w sierpniu zwrócił uwagę na regularną dewastację pomnika Powstańców Śląskich w Wierzchach na Opolszczyźnie. Na monument naklejano napisy „Oberschlesien”, a podczas jednego z incydentów zrzucono ustawione przy nim polskie flagi. Sprawę zgłoszono policji.
W styczniu Kroczek komentował również Marsz na Zgodę organizowany przez środowiska autonomistyczne. Zwracał wtedy uwagę na eksponowanie niemieckiej flagi, symboliki Schlesischer Verein i herbu dawnej niemieckiej prowincji Górny Śląsk oraz na pojawiające się podczas wydarzenia hasło o „polskich koncentracyjnych lagrach”.
Pamiętam kiedy pracowałem jeszcze w mediach korporacyjnych czas działał inaczej. Trzeba było np. w czerwcu planować akcje na wrzesień, zaś we wrześniu przygotowywać się do akcji „choinka”, bo to przecież wraz ze zdmuchnięciem świeczek na grobach nieistniejącego Święta Zmarłych dzień później wjeżdża Mikołaj z coca-coli na sankach, po listopadowym błocie. Nieświadomy niczego klient doznaje wrażenia cudu, że oto spływają na niego w listopadzie (chyba z ołowianego nieba) skrzynie choinkowych bombek, w rzeczywistości malowanych latem z wiosennych wzorów na nowy sezon. To samo jest w polityce.
Wakacyjne prace
To właśnie teraz po gabinetach i salkach, w świątyniach powerpointa pichci się całe sagi narracji do wystartowania powiedzmy na wrzesień. Rzekłem „powiedzmy”, bo tu – jak w konsumpcji – kto pierwszy ten lepszy, tak jak w innych krajach, np. bez cezury tzw. Święta Zmarłych bożonarodzeniowe święta konsumenckie zaczynają się już w październiku.
Tu też, w polityce, pewne formy kampanii wyborczych zaczynają się już zaraz po święcie demokracji, jakim jest elekcja. Ale jest jedno ograniczenie – nie można zaczynać za wcześnie, bo nikt nie jest w stanie utrzymać (i wytrzymać), oraz zwiększać, bo na tym polega zabawa, wzmożenia wyborczego zbyt długo. Takie napięcia wytrzymują tylko nieliczni, a i ci lądują w grupach o podejrzanie wysokim stanie pobudzenia, które w długoterminowym horyzoncie stawia je w pozycji ostatecznej frustracji. A więc i z tą naszą kampanią wyborczą trzeba ostrożnie, nie na pałę, bo można przedobrzyć.
To plany, ale jak z wleciana rakietą, czy felonią Morawieckiego przydarzają się wypadki, które trzeba łapać jak talerze ze spadającego stołu. Tu nie można nic zaplanować, trzeba mieć tylko albo dyżurujące zespoły kryzysowych narracji, albo nowe narracyjne przykrywki. Albo i to, i to. W sumie na przykład pucz Morawieckiego został medialnie użyty przez Tuska do przykrycia i rakiety, i szpitala. Czyli obu spraw, za które każdy porządny rząd wyleciałby na kopach opinii publicznej. Ta zaś w Polsce jest magnesowana w obie strony mniejszym złem, co prowadzi do tego, że Tusk, który już sam nie ma nawet zmyślonych argumentów na swoje rządzenie, ma dzisiaj ponad 30% poparcia. W sumie wyjście Brauna na skrzydło prawicowe oraz rozczłonkowanie PiS-u po wyjściu Morawieckiego to kłopot dla… Tuska. Nie można już straszyć swego elektoratu Kaczyńskim, bo on traci na znaczeniu. I dlatego za Czarnego Luda wyznaczono w mainstreamie Nawrockiego. Ktoś musi być uosobieniem naszych trosk i winnym niepowodzeń.
Jako się rzekło kampania na następne wybory zaczyna się zaraz po zakończeniu tych poprzednich, ale tu nie chodzi o kampanijne wytryski, afery, czy jakieś sensacje. Po prostu ustala się zaraz po wyborach stały trend, kilka tematów, które w rozpisanych scenariuszach narracyjnych będą powoli osłabiały przeciwników, po to, by na kocówce dopalić całą sprawę – zbiera w ten sposób prochy, by rzucić na nie parę iskier na samej końcówce. Nie można się przecież wystrzelać z sensacyjnych niespodzianek na samym początku, odpali się dopalacze w ostatniej chwili, by przeciwnik nie zdążył zareagować.
Proponuję teraz byście Państwo zamknęli oczy i wzięli mnie za rękę, a spróbuję Was poprowadzić do tych salek, byśmy wspólnie wykoncypowali co tam się dzieje na tych przed-narracyjnych, kampanijnych naradach. Tam praca wre w kilku kierunkach. Po pierwsze pichci się swoje wątki na poszczególnych przeciwników, na różnych – różne. Po drugie, próbuje się przewidzieć narracje przeciwników i znaleźć na nie swojej odpornościowe kontrnarracje. Trzecim elementem jest przygotowanie się do szybkiego reagowania na nieprzewidziane wypadki, które niesie los i złośliwi przeciwnicy.
Jest więc sporo roboty i widzicie państwo, że, nawet na wakacjach, rządzenie to trudna sprawa. Tak trudna, że ta cała zabawa w opowiadanie ja to się rządzi (lub rządziłoby, gdyby się miało władzę) jest zadaniem tak absorbującym, że… zapomina się o samym rządzeniu. Stąd u władzy (oprócz większości kompletnego gamoniarstwa) za państwowotwórczych geniuszy robią odpustowe cyrkuśniki, co to zagadają i rozśmieszą każdy tłum, a najprędzej odwrócą uwagę od podatkowego kieszonkowca, który w czasie tych różnych widowisk ku uciesze ludu, przetrzepuje sakiewki przejętym widzom.
Tuskowe opowieści
Dobra, otworzyliśmy te drzwi i co widzimy? Mamy rządzących – tu, jak mówił towarzysz marszałek Czarzasty: „jak nie idzie, to nie idzie”. A nie idzie. Rząd sobie nie radzi nawet w sondażach, zaś jego twardy elektorat trzyma w kupie już chyba tylko mieszanina nienawiści do PiS-u, wzbudzana nadzieja na PiS-u rozliczenia i chyba konieczność trzymania się tego konia, na kogo się postawiło dwa lata temu, bo inaczej trzeba by było się przed samym sobą przyznać, że się postawiło na kompletną szkapę. Tuski wykańczają Polskę w sposób metodyczny, jak to przy kakistokracji (rządach najgorszych, acz szalonych), nastawiając swoich przeciwko wmawianej im ochlokracji (czyli rządom motłochu, za jakiego Tuskowi uważają prawicę). Ceną za pogorszenie warunków życia, również zauważalną dla wiernych Tuskowi, miał być symboliczny spektakl rozliczeń z PiS-em, ale impreza nie wyszła, choć tylko na tym skupił się calusieńki aparat wymiaru sprawiedliwości. Jest więc źle, ale nie takie rzeczy przykrywa się wrzutkami.
A tu przydarzyła się afera ze Szpitalem Południowym. Jak to mówią w kryminalnej – rozwojowa. Stanowski, oskarżany przez to o pisizm (tu proszę koleżeństwa, nie ma przypadków) zrobił z redaktorem Słowikiem serial w odcinkach. Nie jest to jedne bum!, ale cała seria. Coraz to spadają narracyjne drony z różnych kierunków i dymią trafione całe rafinerie obłudy rządzących. Widok jak z Moskwy czy Kijowa. Obszar wypadł dla Tuska fatalny, bo to każdy się z tym zetknął i przygoda Polaka ze służbą zdrowia to całe traumatyczne epopeje, każdy ma tu swoje określone doświadczenia i opowieści do porównania. Nie jest to więc jakaś aferka gdzieś, choćby u państwa w „stolycy”. To jest cała Polska i nie trzeba tu powszechnych śledztw, by wszyscy wiedzieli, że to również o nich. Co prawda Tuski próbują znowu grać na podział – tym razem wychodzi na konflikt lekarze kontra pacjenci, ale to już gruby numer. Bo pacjentów jest więcej i nawet – uwaga, uwaga! – są oni i w gronie zwolenników Platformy. Bez szans jednak na VIProom.
Temat jest więc dla Tuska fatalny i można na nim dojechać do wyborów, ale jak zwykle rzeczywistość wzmagana przez media dostarcza codziennie tematów przykrywkowych. Jedna okoliczność jest tylko dla Tusków dogodna, choć dla społeczeństwa i tak fatalna. PiS grał na to, że ten Szpital Południowy to nie wypadek przy pracy, jak chce Platforma, ale znaki erozji systemu zdrowia. Tylko, że PiS chce, by zamiast zwalniać radę nadzorczą w feralnym szpitalu, wywalić cały rząd za zaniedbania, a co najmniej panią minister o niezapamiętywalnym (co za szczęście dla kobitki) nazwisku.
Czyli, że winien jest system – tak uważa PiS – i wszędzie po Polsce czai się (może już nie tylko) potencjał dojenia szpitali na lewe fakturki, podpisywane w zaciszu VIP roomów. Tyle, że pomnik polskiej służby zdrowia to dzieło wykuwane przez każdą z ekip rządzących III RP. Jest to więc praca zbiorowa. I platformiarze coraz częściej wytykają to pisowcom. Tylko – i tu wracamy do początkowego zastrzeżenia – co nam, pacjentom z tego?
Lud wyborczy w swej bardziej świadomej, albo i bardziej sfrustrowanej, części elektoratu dał bowiem w wyborach na Nawrockiego wyraźny sygnał, że zabawa w popisowego dupniaka nic temu narodowi nie daje. „Ksiądz wini pana, pan księdza, a nam biednym zewsząd nędza”. Co z tego, że się (w coraz nudniejszy sposób) kłócą, jak poziom życia nam się obniża?
Do tego doszedł obecnie temat okradania powodzian. Moim zdaniem, przy całych proporcjach to coś w rodzaju okradania z pomocy, również militarnej, walczących Ukraińców w wykonaniu tamtejszych oligarchów. Tam żeśmy się pukali w głowę jak lud może akceptować przekręt o takim ładunku już etycznym. Okazało się, że może. I my, ci z wyższością do uczących się demokracji Ukraińców, też ten temat odpuścimy. Tak, nawet okradanie powodzian nas nie wzruszy. Temat tez jest rozwojowy, PiS tego nie pociągnie, bo się wewnętrznie gryzą, nie odłoży tego na kampanię, bo i lud uśmiechnięty doszedł już do takiej nienawiści do prawicy i wyparcia wobec faktów szkodzącym jego wybrańcom, że zagłosuje na tych, którzy okradli ludzi pozbawionych dachu nad głową. I żeby nie było – zapętlenie wojny polsko-polskiej jest tak duże, że nie zdziwię się, że taka Nysa zagłosuje na Tuska, tak jak to zrobili wcześniej mieszkańcy Turoszowa, Ełku, czy Świnoujścia. A jest to temat mocno rozwojowy, gdyż pokazuje nie tylko pazerność rządzących, ale kryształowy przykład „układu zamkniętego” małych ojczyzn, gdzie niepartyjna sitwa lokalnych cwaniaczków obrotowo rozgrywa kolejnych rządzących w kontynuowanym od lat procesie ssania publicznej kasy.
Ukraina jako przykrywka
Uważam, że ten niewdzięczne obszary musiały być koniecznie przykryty i tu Donaldowi jak z nieba spadła afera z Orłem Białym. To tu jest prokurowana przykrywka, która dojedzie do wyborów (nawet, a może zwłaszcza, jak te odbędą się przed terminem). Tak – wojenka werbalna z Ukrainą to niewyczerpalna kopalnia wątków, zwłaszcza, że – w przeciwieństwie do Polaków – Ukraina ma tu wszystko ładnie rozpisane, ma inicjatywę, zaś my tylko reagujemy, łapiąc, a częściej nie łapiąc, spadające z narracyjnego stołu talerze. Kijów więc dostarczy nam tu ekscytacji. Mimo tego, że sytuacja wydawałaby się dla Donka trudna, wszak lud popiera ruch Nawrockiego z Orderem. Po pierwsze to poparcie zaczęło być erodowane przez platformianą kontrofensywę. Wątek jest taki, że oni tam walczą, a my tu im jakieś groby wypominamy, nie tylko metalowy order. (Zresztą Zełenski wybawił Tuska z kłopotu: ukraiński prezydent po prostu zwrócił swój order, a więc dało się uniknąć wojenki o kontrasygnatę do decyzji Nawrockiego, a tu Donek nie miał dobrego wyjścia. Teraz nie musi nic robić i się tłumaczyć z dowolnej swej decyzji. Sprawa po prostu zniknęła).
To normalne odwojowywanie narracji. Ale Tusk dobrze kombinuje – wtłacza swojemu twardemu elektoratowi, że Nawrocki to nóż w plecy Ukrainie i tuskowy elektorat, po pierwszej chwili słabości zrozumienia w sprawie orderu, już wraca na stare tory. A więc temat ukraiński jest i dobrą, i bezpieczną przykrywką tematu szpitalnego, gdzie Tusk ma same słabości. A jak Tusk utrzyma swych twardzieli i jeszcze dodatkowo wyssie już resztki po PSL i Hołowniach, to będzie miał na ordynacji z progiem wyborczym wystarczający zapas, by powalczyć o władzę. Do tego potrzebne mu jeszcze tylko pójście prawicy w rozbiciu i kolega D’Hondt zrobi z mandatami co trzeba. Dostanie władzę jedna duża lista, bo tak ten system rozdaje preferencje, nawet przy takiej samej liczbie głosów. Będzie więc jechane „na Ukrainu”, zwłaszcza, że tu – jak praktycznie ze wszystkim – można w dowolnym momencie wytknąć pisowcom, że przecież i tu są współwinni, tak jak ze służbą zdrowia, gdyż Tuski prowadzą tu pełną ciągłość racji stanu POPiS-u.
Stąd też wziął się wątek poboczny – rozbudowa narracji o tym, że Polacy biją Ukraińców. Jacy tam Polacy? Prawacy! To Kaczyński z Braunem i Bosakiem kopią bezbronne dzieci po piaskownicach. Przecież to jasne. Nawet jak tego nie robią bezpośrednio (bo się spocą?) to napuszczają na to krewkich Polaków, ten odłam prawacki, za którego mają się przed światem wstydzić kosmopolityczni „młodsi, wykształceni, z wielkich ośrodków”. Tu nie ma przypadków – każde ze zdarzeń – trzeba wstawiać pomiędzy dwa bieguny wojny plemiennej. Ukraiński temat Tusk odwojuje stygmatyzując wszelkie, nawet tylko narracyjne pomysły na inne ułożenie się z Ukraińcami – mamy się wypruwać choćby i z Pershingów i schodzić z drogi na chodniku. Jeśli tego nie zrobimy, to jesteśmy poza społeczeństwem cywilizowanym, czyli jesteśmy tą okropną prawicą, co to szumi na stadionach, że wszystkim właduje, a stać ją tylko na szarpanie ukraińskich dzieci za tornister.
Ważny też będzie aspekt międzynarodowy sprawy ukraińskiej. Do tej pory nie mogę dojść do tego, czy Zachód uważa nasze nagłe spory z Ukrainą za ważne, albo tylko zrozumiałe, czy będzie grał, że to kolejna aberracja przewrażliwionych Polaków. Dla Zachodu w ogóle te słowiańskie spory to jakieś waśnie ludów prymitywnych, podzielonych na państwa wedle jakichś niezrozumiałych kryteriów, gdzie wszyscy powinni oddać się pod jedno berło (kiedyś Rosji, dziś Unii), ale tylko jak dorosną i to pod stałym nadzorem. To tu, pewnie przez tych Słowian, odbywają się europejskie i światowe wojny. A na Zachodzie wiedzą oni o nas tyle, co my, powiedzmy o, i dla nas egzotycznych, waśniach w kotle bałkańskich plemion.
Co Zachód myśli o tym konflikcie można się dowiedzieć z polskich mediów. Dowiadujemy się więc dwóch różnych prawd, w zależności, do którego z plemiennych mediów się zwrócimy. A aspekt ten jest ważny wyborczo, bo Polacy, ci zakompleksieni, zawsze przedwyborczo podglądają Zachód, co też on tam o nas nie myśli, jakby miał myśleć o czym innym, niż o własnym interesie. I tak – z mediów rządowych wychodzi, że Zachód patrzy z politowaniem na harce Nawrockiego, od czego cierpieć ma nie tylko Ukraina, nie tylko kolejne wersje koalicji chętnych, ale i sama Polska. Wykazywane jest nam połączenie naszej niewdzięczności z przewrażliwieniem na tematy pomijalne. Psujemy wszystko, a właściwe to psuje nasz prezydent, zaś Donek się z tym męczy, ale co ma zrobić biedaczek? I dlatego, w kwestii ukraińskiej, Tusk się ustawił w roli ubolewającego arbitra, który – uwaga! – obu prezydentów (ukraińskiego i polskiego) upomina z troską o rewizje priorytetów. Tusk więc nie będzie tu zajmował do końca stanowiska, gdyż w ten sposób nie chce sobie palić mostów do tych wyborców, co TO obstają przy decyzji Nawrockiego. W ten sposób i pełowiec będzie miał rozgrzeszenie, że kiedyś w tej (i tylko tej!) sytuacji poparł KIEDYŚ prezydenta, co okazało się nie było felonią, gdyż i Donek tu się zachowuje asertywnie.
Pisowskie żaby
Znowu media plemienne, umownie zwane prawicowymi, mówią nam co innego – że świat się obudził. Zobaczył po raz pierwszy co to za gagatki ci Ukraińcy. I ponoć dlatego teraz Zełenskiemu na szczycie NATO w Ankarze pokazali, nie dali wystąpić, z sali obrad pogonili. Terefere… Może i dla szerszej publiki z tą Ukrainą to zaskoczenie, ale nie dla rządzących w Europie. Ci jak będą chcieli użyć Wołynia jako pały na Ukraińców, to użyją, na razie nie ma na to pogody. I pała nie zostanie wyciągnięta. Film Międlara „Sąsiedzi” bije rekordy na platformie Prime, a więc wielojęzycznie coś się tam na Zachodzie dzieje. Ale lud, nawet zachodni, sobie, a władze sobie. Wiadomo – jak u nas.
A co ma Zachód zrobić Zełenskiemu za Wołyń, nawet za UPA? Nie dać broni, ani pieniędzy? Za to? Za pamięć i symbole, obie rzeczy, z których Europa systemowo zrezygnowała? Jakby się miało Ukrainę pogonić, to by się to może i wyciągnęło, ale nie teraz – teraz Ukraina jest szykowana przez Niemcy do wiecznego przedpokoju do Unii, gdzie wszyscy – oprócz Polaków i prostego ludu ukraińskiego – mają skorzystać. I Niemcy, i USA, i korpo. Nawet – uwaga, uwaga! – Rosja. Nie ma się co więc ładować na serio historią, że świat zobaczył i teraz Zełenski będzie się czuł jak niepyszny. I czemu miałby się tu jakoś Zachód stawiać Ukrainie, jak marudzący o historii i grobach śmierci Polacy sami w tym samym czasie drugą ręką podpisują się pod wielomiliardowymi darowiznami dla Kijowa i wysyłają tam swoje rakiety, których wcześniej odmówili samemu Trumpowi w izraelskiej potrzebie? Tak się więc obejdzie do wyborów wątek międzynarodowy w konflikcie polsko-ukraińskim.
PiS ma na po wakacjach poważny problem. Fiasko misji Czarnka pt. odwojowujemy od Brauna naszych pogubionych pokazało, że w partii Kaczyńskiego nie ma pomysłu na samą siebie. Do tego jeszcze felonia Morawieckiego każe już na wakacjach, zamiast odpoczywać, wzmóc działalność programową i wymyśleć się od nowa po staremu. Trudno więc prowadzić kampanię idąc wąską ścieżką pomiędzy przepaściami. Jedna przepaść to wola prezesa, by się nie przyznawać do jakichkolwiek błędów za czasów PiS-u. Tu wszystko było ok, żeby się ziemia paliła.
Ale mamy i drugą przepaść, po drugiej stronie kampanijnej ścieżyny. To wola ludu, również pisowskiego. Od zwycięstwa wyborczego Nawrockiego PiS-owi szło tylko gorzej. Stracił PiS od wtedy co trzeciego wyborcę. A miało być odwrotnie – nawet po wyborach na prezydenta mówiono coś o klęsce Tuska na poziomie wręcz samorozwiązania się rządu. A tu taka niespodzianka: przegrany Tusk zyskał, zaś zwycięski PiS wszedł na równię pochyłą na poziom 20% poparcia. I PiS nie wie co ma zrobić.
Wyraźnie nieudana akcja Czarnka pokazała, że walenie głupa, oskarżając Tuska o procesy, które PiS sam zapoczątkował, to nie jest ulubiony sport Polaków. Bo gdyby PiS po zwycięstwie Nawrockiego stanął w prawdzie, pozwalał na kowid i Putina, ale przede wszystkim, nawet i pozornie, ulokował źródło nowego otwarcia w pałacu prezydenckim, to nie miałby obecnych kłopotów z poparciem, a tym bardziej z kampanią. Rachunek sumienia i ekspiację za grzechy wtedy trzeba było zrobić, zaraz po zwycięstwie Nawrockiego. Teraz już by było po herbacie, a tu na rok przed wyborami walić się w pierś, to trochę za późno. PiS więc będzie brnął w narrację „Polacy, nic się nie stało!” i fur Deutschland w stosunku do Tuska. Nic więc nowego nas tu nie czeka.
PiS ma gotowe w szufladzie kilkanaście ustaw ratunkowych na przejęcie rządów, ale to nie program do opowiadania, tylko zastopowanie systemowych szkód, a z tego nie ulepi się pozytywnej opowieści kampanijnej. Dla wyborcy wizja, że zatrzyma się krwotok, to żadna opowieść, on chce posłuchać jak będzie leżał z campari, na leżaku pod palmą, jak tylko dobrze zagłosuje. A to oznacza, że PiS może i wie jak zatrzymać konie nad przepaścią, ale nie wie gdzie nimi później powozić, no, chyba, że w kierunku starej drogi z lat 2019-2023, a za tę destynację to PiS-owi wyborcy już raz podziękowali.
PiS-owi grozi narracyjna powtórka z rozrywki, błędów z końcówki poprzedniej kampanii. Będzie znowu atakował swoich jedynych potencjalnych koalicjantów. To już jest jakiś nałóg. Te czas się skończyły, to uchodziło jak się rządziło samemu. Teraz znowu nie mogą się powstrzymać, żeby nie zaatakować Konfederacji, o Koronie nie wspominając.
A przecież – co widać było po wyborach na Nawrockiego, jak i po obecnych sondażach – lud po takich atakach nie dość, że nie przepłynie do PiS-u, ale wręcz od niego odpłynie. Ale widać, że determinacja do powtarzania tych samych błędów jest tam przemożna. Deklaracja Kaczyńskiego o odrzuceniu Brauna jako podmiotu politycznego wcale nie przysporzyła Kaczyńskiemu popularności. Wychodzi na to, że Kaczyński o tym wie, a więc nie robi tego dla swego elektoratu (zwycięstwa?), tylko realizuje czyjeś interesy, choćby i amerykańskiej ambasady, odzianej w talmudyczną czapeczkę amerykańskich interesów w postaci dual-use, przedstawiciela dwóch państw w jednej ambasadorskiej osobie.
Konfy obie
Konfederacja to wielka niewiadoma. Partia dwóch liderów, którzy nie rozmawiają ze sobą dobrze nie wróży. Można tę jedność utrzymywać taktycznie na czas wyborów, ale z perspektywą rozpadu zaraz po wyborach i rozejścia się – uwaga! – może i do dwóch przeciwnych plemion. Oczywiście to zależy od wyniku wyborczego i rachunku konstruowania większości, chyba – tak mówią wszystkie prognozy – na żyletki. Ale o tym wiedzą i wyborcy Konfederacji. Wiedzą, że mogą głosować na partię, która się po wyborach może rozejść w koalicję wcale przez nich, wyborców, nie wymarzoną. Kampanijnie sprawa jest prosta – będzie przekaz atakujący POPiS, na co argumenty walają się wszędzie. Konfederacja wydała z siebie zalążki programowe, z czym jeździ po kraju, pokazując swoje kompetencje i ludzi, budując struktury, wykorzystując peregrynacje programowe do wzmacniania struktur terenowych. Obie partie plemienne tu przysypiają, okazuje się, że tłuste koty to także opozycja.
Koronie diabeł dzieci kołysze. Właściwie wszystko się dobrze jej składa. Cały mainstream dostarcza argumentów na jej korzyść i dowodzi popisowych więc rozmiarów degeneracji elit. I polityka wewnętrzna, i zewnętrzna to pasmo porażek III RP, uzasadniających podstawowy postulat Korony – trzeba odzyskać niepodległość. Pewnym niuansem będzie dla Korony wskazywanie na Konfederację jako część układu, co przychodzić będzie coraz łatwiej, mimo wyraźnych inklinacji obu liderów Konfederacji – Mentzena i Bosaka – do anty-establishmentowego ekstremizmu. Kolejnym wyzwaniem będzie przed Koroną nie tylko kampanijna narracja, ale brak swoich kanałów komunikacji. W ten sposób obie plemienne, ale i mainstreamowe platformy będą w dużej mierze decydowały które z koronnych narracji przedostaną się do publiki, co może być taktycznym obciążeniem braku zarządzania nie tyle narracją, co jej dystrybucją.
Morawieccy harcerze
No i tu, a jakże w wakacje, bo – jako się rzekło – licho nie śpi, nagle wybuchła afera z odejściem z PiS-u grupy Morawieckiego. Strony obwiniają się nawzajem. Że PiS mówi o felonii, to jasne – takie są, pani kierowniczko nieubłagane prawa natury – ja się do zakonu PC zaczęło wpuszczać z zewnątrz, w celu oczywistego rozszerzenia elektoratu i inkorporacji, nowych liderów, to się ma tego skutki: starzy muszą się posunąć, młodzi, a właściwie nowi się przepychają i nieszczęście gotowe. Albo to nowe zostanie zjedzone przez kooptujący organizm, albo wypchnie on nowych na margines. To normalne procesy i tu objawia się jednocząca i równoważąca rola lidera. Nie wyszło, ale też nie mogło wyjść, bo tego się nie dało poskładać. Feloniści od Morawieckiego na to zwracają uwagę – na zastałość układu i jedyną dynamiczną frakcję w „starym” PiS – ziobrystów – którzy jako młodzi ułożeni ze starymi w PiS-ie namówili ponoć prezesa do pozbycia się Mateuszowych konkurentów.
Ten element, wzmocniony ordynacją według D’Hondta, która faworyzuje duże partie kosztem rozdrobnionych obozów, daje zwiększenie szans na rządy Tuska. Ten korzysta na tym rozbiciu i choć słabnie w sondażach do poziomu twardego elektoratu, to może dostać tym samym szanse przy zielonym stoliku przeliczania głosów na mandaty. Jest to niewątpliwy prezent od losu, zaś złośliwi mówią, że od Morawieckiego, może przyszłego Tuskowego koalicjanta. Zresztą – Morawiecki bardziej może liczyć na stanowisko premiera w koalicji z Tuskiem niż w ewentualnej, trudnej i chwiejnej koalicji prawicy z Braunem włącznie.
To jest oczywiście warunek dylematów po widocznym przekroczeniu progu wyborczego w wysokości 5%. Jeśli Morawiecki, czy lewicowe Razem zbiorą powiedzmy 4,5% to do Sejmu się nie dostaną, zaś ich „zmarnowane” głosy w sumie poprzez metodę D’Hondta będą „doliczone” do puli największych zwycięzców. I nawet jeśli Morawiecki nie dostanie się do Sejmu, to swym startem „podprogowym” może zwiększyć Tuskowi szanse na zwycięstwo.
Ktoś nie śpi, by balować mógł ktoś
Jak widać w polityce nie ma wakacji. Kiedyś to były jakieś sezony ogórkowe, teraz to pieśń przeszłości. Kiedy my tu, obywatele-wyborcy, będziemy się pławić w jakimś wakacyjnym morzu – co jest przywilejem coraz bogatszych -, tu pracowite mróweczki, w klimatyzowanym upale, po salkach konferencyjnych będą mieliły koncepcje i projekty.
Tak na wrzesień. Wtedy wszystko ruszy. Znowu – jak w Boże Narodzenie – zobaczymy jakież to polityczne bombki namalowali nam w wakacje macherzy politycznych narracji, wynajęte swatki, które przyjdą z wódką, by zachwalać nowe zalety starzejącego się apsztyfikanta. Znanego nam przecież od dawna, bo mamy takich ze dwóch-trzech na krzyż w tej naszej politycznej wsi. Wsi spokojnej, wsi szczęśliwej.
Eh…., czy to tak a propos, nie nudzi się już państwu?
Historyk prof. Jacek Bartyzel stanowczo skomentował słowa prezydenta Karola Nawrockiego o rzekomym wspólnym zwycięstwie Polaków i Ukraińców nad bolszewikami w 1920 roku. Zarzucił mu „fałsz historyczny” i „polityczny prezentyzm”.
Profesor Jacek Bartyzel odniósł się do słów prezydenta Karola Nawrockiego, który stwierdził w piątek, że w Bitwie Warszawskiej bolszewików pokonało Wojsko Polskie „wspólnie z Ukraińcami”. Swoją opinię profesor zamieścił we wpisie na Facebooku, cytowanym przez portal PCh24.pl. Według niego wypowiedź Nawrockiego „jest zadziwiająca i mówiąc delikatnie rozmija się w istotnych punktach z prawdą historyczną w imię doraźnego politycznego prezentyzmu”.
„Po pierwsze, stwierdzenie, iż bolszewików odparły wspólnie Wojsko Polskie i siły ukraińskie jest w najlepszym grubą przesadą, bo oczywiście po stronie polskiej faktycznie istniały jakieś oddziały uznające zwierzchnictwo tzw. Ukraińskiej Republiki Ludowej, z Petlurą jako jej przywódcą, ale stanowiły one mało znaczący militarnie margines i o niewielkiej wartości bojowej, a sama URL i Petlura byli ignorowani przez większość Ukraińców” – zaznaczył.
Profesor uznał za „groteskowe” przedstawianie roli Ukraińców jako równorzędnej z Polakami w Bitwie Warszawskiej. Porównał to do propagandowego eksponowania przez władze PRL rzekomego udziału „pułków smoleńskich” w bitwie pod Grunwaldem – zabiegu służącego gloryfikacji Armii Czerwonej jako spadkobierczyni tych oddziałów.
Zdaniem prof. Bartyzela, jeśli już mówić o sojusznikach w 1920 roku, to w pierwszej kolejności należałoby wspomnieć Białorusinów i białych Rosjan. Profesor odniósł się także do sposobu, w jaki Nawrocki interpretował historię – jako „narrację historiozoficzną opartą o fałszywe analogie”.
„Ta narracja jednak, mówiąc popularnie, kupy się nie trzyma. Już same podane przez prezydenta Nawrockiego dwa przykłady triumfu oręża polskiego: Orsza i Kłuszyn w jednym ciągu z Warszawą 1920 zupełnie do siebie nie pasują (…)” – napisał profesor, tłumacząc, że Bitwa pod Orszą była wynikiem rywalizacji litewsko-moskiewskiej, a nie rosyjskiego imperializmu. Dowodził nią zresztą Konstanty Ostrogski – prawosławny Rusin, którego trudno jednoznacznie utożsamiać z dzisiejszymi Ukraińcami czy Rosjanami.
Z kolei zwycięstwo hetmana Żółkiewskiego pod Kłuszynem, jak podkreślił Bartyzel, trudno traktować jako przykład obrony przed imperializmem, gdyż było to działanie zaczepne, które zakończyło się okupacją Kremla przez wojska polskie. „Jest raczej symbolem «imperializmu polskiego» – czego zresztą, broń Boże, nie powinniśmy się wstydzić, wprost przeciwnie, powinniśmy się tym chlubić, że byliśmy do ekspansji zdolni” – zaznaczył profesor.
Na zakończenie wyjaśnił, że bolszewicki atak na Polskę w 1920 roku nie miał nic wspólnego z tradycyjnym rosyjskim imperializmem.
„Lenin to nie Katarzyna II, a Trocki to nie Suworow czy Paskiewicz. Na czele Komitetu Rewolucyjnego w Białymstoku stali rdzenni Polacy: Marchlewski i litewski szlachcic Dzierżyński.
To nie imperializm rosyjski stał w 1920 roku pod Warszawą, lecz armia czerwonego Antychrysta, niosąca groźbę zniszczenia każdemu narodowi, tak polskiemu, jak rosyjskiemu i jakiemukolwiek innemu w imię obłąkanej utopii komunizmu. To nie Rosja nam i światu wtedy zagroziła, lecz upiór ideologii wymyślonej zresztą przez europejskiego, niemieckojęzycznego Żyda” – podsumował.
Udział w walkach jednostek ukraińskich sformowanych w Polsce miał wymiar jedynie symboliczny. Obie dywizje ukraińskie nie były przygotowane do walki, a o ich użyciu zdecydowano przede wszystkim ze względów propagandowych.
Kolejna rocznica „Cudu nad Wisłą” , a także wyprawy kijowskiej i wojny polsko-bolszewickiej stały się okazją dla obecnych władz w Kijowie do akcentowania ukraińsko-polskiego braterstwa broni. Realizowana przez nie kampania informacyjna ma przekonać, że tak dobrych i wiernych sojuszników jak Ukraińcy Petlury Polacy nie mieli. Tymczasem prawda jest bardziej złożona. Wyprawa kijowska skończyła się niepowodzeniem, bo właśnie „ukraińscy sojusznicy” całkowicie zawiedli. W szeregach bolszewików było też więcej Ukraińców niż w szeregach armii Petlury, która w znacznej mierze była tworem cokolwiek sztucznym. W wielu przypadkach biła się dzielnie, ale nie odegrała większej roli.
Podjęta przez Piłsudskiego wyprawa kijowska miała na celu wyparcie bolszewików z części Ukrainy wraz z Kijowem i osadzenie w jej stolicy rządu przyjaznego Polsce. Rząd ten miał uznać wschodnią granicę Polski, a także stworzyć państwo będące jej sojusznikiem we wszystkich sferach. Naczelnik państwa liczył, że stanie się ono jednym z buforów oddzielających Polskę od bolszewickiej Rosji. Wyprawa kijowska miała odbyć się pod hasłem „Za naszą i waszą wolność”. Józef Piłsudski liczył, że po błyskotliwych zwycięstwach militarnych, Ukraińcy przejmą inicjatywę z rąk polskich i Polacy będą mogli się wycofać. By plan ten zafunkcjonował, stojący na czele wojsk ukraińskich Symon Petlura musiał zostać poparty przez społeczeństwo ukraińskie. Piłsudski liczył, że tak się stanie. W swojej odezwie z 26 kwietnia 1920 r. skierowanej „Do wszystkich mieszkańców Ukrainy” pisał m.in.: „Wierzę, że naród ukraiński wytęży wszystkie siły, aby z pomocą Rzeczypospolitej Polskiej wywalczyć wolność i zapewnić żyznym ziemiom swej ojczyzny szczęście i dobrobyt, którym cieszyć się będzie po powrocie do pracy i pokoju”.
Rzeczywistość pokazała, że wiara Piłsudskiego w Ukraińców była cokolwiek naiwna, a nadzieje na ich poparcie złudne. Piłsudski, stawiając na Ukraińców, działał jako polityk, jako wódz naczelny wiedział, że przeciwnik czyli bolszewicy gros swoich sił gromadzą na Białorusi i z niej wyprowadzą ofensywę w kierunku Warszawy.
Sformowane w Polsce
Piłsudski musiał też liczyć się z faktem, że wyprawa kijowska zostanie potraktowana przez Ukraińców jako próba osadzenia w Kijowie kolejnego marionetkowego rządu przywiezionego w teczce. Wojska Petlury nie walczyły z bolszewikami na Ukrainie, ale zostały sformowane w Polsce. W lutym 1920 r. z polecenia Piłsudskiego została utworzona Ekspozytura d.s. Ukraińskich zajmująca się tworzeniem wojska ukraińskiego. Jej pracami kierował zaufany współpracownik Piłsudskiego kapitan Juliusz Ulrych. Z ramienia Oddziału II Sztabu Generalnego nad tworzeniem armii ukraińskiej czuwał kapitan Wiktor Czarnocki, który jednak nie wykazywał entuzjazmu do całego przedsięwzięcia. Obowiązki oficera łącznikowego przy Naczelnym Dowództwie Wojska Polskiego pełnił gen. Aleksander Osiecki
Nabór do ukraińskich oddziałów prowadzono w obozie internowanych w Łańcucie, który przemianowano na Ukraińską Stanicę Zbiorczą. Do tworzonej jednostki werbowano głównie jeńców. Niewielki odsetek stanowili ochotnicy z okolic Kamieńca Podolskiego. Ze względu na epidemię tyfusu ośrodek mobilizacyjny przeniesiono do Brześcia.
Dywizja Żelazna
W rejonie Kamieńca Podolskiego, znajdującego się pod polską kontrolą, formowano też 4 Strzelecką Brygadę. W powiatach jampolskim i mohylewskim powstało również kilka jednostek, z których później utworzono Samodzielną Strzelecką Brygadę, która w trakcie polskiej ofensywy została przemianowana na 3 Dywizję Żelazną.
Polacy na wyposażenie sił ukraińskich przekazali od lutego do listopada 1920 r. : 30 tys. karabinów, 298 karabinów maszynowych, 38 dział polowych, 6 ciężkich, 1 tys. pistoletów, 40 tys. mundurów, 29 tys. kompletów bielizny, 2 tys. namiotów i 17 samochodów. Ponadto sporo uzbrojenia przekazała petlurowcom 6 Armia Polska.
Z ilości przekazanego Ukraińcom sprzętu można by wnosić, że ich siły liczyły kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Tymczasem nic z tych rzeczy. W wyprawie kijowskiej brało udział 60 tys. żołnierzy polskich i około 6 tys. żołnierzy i oficerów ukraińskich. Dane podawane przez historyków są rozbieżne. Z. Karpus pisze o 556 oficerach i 3348 szeregowcach. L. Wyszczelski szacuje siły ukraińskie na 4,5 tys. bagnetów, 2 tys. szabli. K. Grunberk i Bolesław Sprengel szacują zaś siły petlurowców na 795 oficerów i 5234 żołnierzy. Wydaje się, że można przyjąć, że w sumie Ukraińcy stanowili około 10 proc. sił polskich, które ruszyły na wyprawę. Ukraińcy byli podzieleni na dwie dywizje, chociaż dywizjami byli tylko z nazwy. Pod względem potencjału bojowego ukraińskie „dywizje” miały siłę pułków. Były one za słabe do prowadzenia samodzielnych działań i zostały operacyjnie podporządkowane armiom polskim. 6 Dywizja Strzelecka trafiła do 2 Armii. Została wzmocniona batalionem 1 Dywizji Piechoty Legionów. Wspólnie z poborowymi 1 DP Legionów i 15 DP miała wziąć udział w ataku na Kijów. Na wyznaczonym jej odcinku bolszewicy bardzo szybko się wycofali i dotarła do Kijowa bez walki. 9 maja 1920 r. dywizja wzięła udział w uroczystej defiladzie wojsk polskich na Kreszczatyku.
Ze względów propagandowych
Druga ukraińska jednostka, czyli 2 Dywizja Strzelecka brała udział w operacjach w rejonie Mohylowa Podolskiego. Nie toczyła tam jednak zaciętych bojów, bolszewicy nie stawiali bowiem większego oporu, wycofując się bez walki. Ukształtowanie terenu, jary i liczne koryta dopływów Dniestru utrudniały pościg za bolszewikami.
W sumie trzeba się zgodzić z Sebastianem Szajdakiem, który w swojej pracy twierdził m.in.: „Udział w walkach jednostek ukraińskich sformowanych w Polsce miał wymiar jedynie symboliczny. Obie dywizje ukraińskie nie były przygotowane do walki, a o ich użyciu zdecydowano przede wszystkim ze względów propagandowych. Zadbano przy tym , aby w trakcie wykonywania powierzonych im zadań ich siła nie została zbytnio naruszona. Jednostki ukraińskie otrzymały więc zadania o drugorzędnym znaczeniu, a sąsiadujące z nimi dywizje polskie otrzymały rozkazy udzielenia natychmiastowej pomocy Ukraińcom w razie wplątania się tych ostatnich w poważniejsze walki. Miało to uchronić dywizje ukraińskie przed nadmiernymi stratami. Ich kadrowy charakter przedstawiał dla strony polskiej większą wartość niż siła militarna. W oparciu o nie i uzupełnienie rekrutami z Ukrainy planowano utworzenie nowych pełnoetatowych dywizji ukraińskich. Miały one przejąć kontrolę nad zdobytym terytorium i zastąpić oddziały polskie”.
Nie było rekruta
9 maja Petlura wydał zarządzenie o poborze rekruta do armii ukraińskiej i powołał biura werbunkowe, nie ogłaszając jednocześnie mobilizacji. Liczył na zaciąg ochotniczy. Ten jednak nie przyniósł efektów. Mobilizacja powszechna też pewnie nic by nie dała, bo Petlura nie dysponował aparatem, który byłby w stanie ją przeprowadzić.
Polakom na początku wyprawy kijowskiej poddali się żołnierze z 2 i 3 brygady Strzelców Siczowych, nie chcąc podzielić losu1 brygady, która została rozbita pod Koziatynem. W sumie „siczowcy” , którzy złożyli broń, tworzyli stosunkowo pokaźną grupę liczącą 11500 ludzi. Wśród nich było sporo wyszkolonych żołnierzy, a zwłaszcza doświadczonych oficerów. Piłsudski chciał, by zasilili oni szeregi wojsk Petlury, ale strona ukraińska nieufnie podchodziła do tego pomysłu. Obawiała się przeniesienia do swojej armii ducha i idei bolszewickich. Ostatecznie zgodzono się na indywidualną akcję werbunkową, z której jednak „strzelcy siczowi” nie chcieli korzystać świadomie wybierając internowanie. Spośród 2400 jeńców z I Brygady akces do petlurowców zgłosiło tylko 330.
Wojsko czy banda?
Zaplecze werbunkowe dla armii Petlury mogły stanowić antybolszewickie oddziały partyzanckie. Niektóre z nich, jak grupa gen. Omelianowycza-Pawłenki były dość liczne. Składała się ona z 4 tys. ludzi. Sęk w tym, że w opinii II Oddziału dowództwa 6 Armii ugrupowanie to bardziej przypominało bandę, a nie regularne wojsko. Według oficera polskiego wywiadu, który sporządzał opinię, aby tę grupę przekształcić w regularne wojsko, należałoby większość jej szeregowców zdemobilizować ze względu na ich wysokie zdemoralizowanie. Na koncie tej grupy oprócz około 50 bitew i potyczek, były też liczne pogromy Żydów, rabunki i inne ekscesy
W grupie nie obowiązywały żadne regulaminy. Dowódca przypominał raczej herszta zbójów niż generała. Cała dyscyplina w oddziale opierała się na jego autorytecie i bezwzględnym egzekwowaniu posłuszeństwa. Grupa nie miała sztabu, była niejednolicie umundurowana i uzbrojona. Formalnie składała się z trzech dywizji piechoty i konnej brygady. Jej wartość bojową dodatkowo obniżał brak amunicji i nieufność, a nawet wrogość wobec Polaków i wizji sojuszu z Polską. Według gen. Krajowskiego dowódcy 18 DP tylko kawaleria oddziału nadawała się do natychmiastowego użycia na froncie. Polski generał wystawił jej wysoką ocenę. Polacy zdecydowali się na dostarczenie grupie gen. Omelianowycza-Pawłenki dostaw niezbędnego zaopatrzenia.
Oczekiwania na wyrost
Nie rozwiązywało to jednak sprawy. Strona polska domagała się od Petlury wystawienia w szybkim czasie 6 dywizji odpowiadających etatom polskim. Petlura w czasie od 6 tygodni do 3 miesięcy miał wystawić 60 tys. żołnierzy. Żołnierze ukraińscy mieli zastąpić polskich, którzy mieli zostać przerzuceni na Front Zachodni na Białoruś.
Sformowanie 6 dywizji było w krótkim czasie nierealne. I to nie tylko z braku ochotników do walki z bolszewikami, ale także braku broni, czego Piłsudski w ogóle nie wziął pod uwagę. Liczył on zapewne, że broń dla Ukraińców zdobędzie się na wrogu, przejmując jego magazyny. Tym można tłumaczyć jego rozkazy nakazujące, by wojsko poruszało się z „szybkością nadzwyczajną, bez względu na zmęczenie koni i ludzi”. Piechota przebywała dziennie do czterdziestu kilometrów, a jazda nawet do osiemdziesięciu. Wykorzystano też kolumny pancerno-samochodowe. Bolszewicy zrobili jednak Piłsudskiemu niespodziankę i odstępowali bez walki, nie dając się okrążyć i zniszczyć, zachowując zdolność bojowa. Piłsudski miał trudności z rozszyfrowaniem planów i rozmieszczeniem sił przeciwnika.
Realizując jego rozkazy, żołnierze polscy często atakowali próżnię. Założenia operacji opierające się na tezie, że Ukraina zawsze była dla Rosji zapleczem żywnościowym, dlatego bolszewicy bez walki jej nie oddadzą i będą jej bronić do upadłego, okazały się fałszywe. Piłsudski się pomylił. O ówczesnym nastroju Piłsudskiego świadczy najlepiej jego list do Sosnkowskiego, w którym pisał: „Te bestie zamiast bronić Kijowa, uciekają stamtąd; również uciekają i cofają się z południa ściągają ku Czerkasom i Kremieńczugowi”. List ten Piłsudski wysłał swojemu przyjacielowi 6 maja 1920 r. nie wiedząc, że w tym samym dniu na północ od Jekaterynosławia Dniepr przekraczały już oddziały 1 Armii Konnej – czerwona, kozacka formacja, na czele której stał kozacki watażka, typu sienkiewiczowskiego Bohuna, cieszący się dużym autorytetem wśród kozackiej braci. Miał on stopień starszego wachmistrza i nie był nawet oficerem, ale miał do dyspozycji „mózg”, kierujący działaniem formacji w postaci sztabu., Kierowali nimi były carski pułkownik Nikołaj Szczołkow i były podpułkownik Sztabu Generalnego Leonid Klujew.
„Konarmia” wchodzi do gry
Formacja ta byłą zaprawiona w bojach. To ona rozbiła m.in. wojska Wrangla nad Donem i Denikina pod Woroneżem. Siła „Konarmii” polegała nie tylko na tym, że jej żołnierze byli kozakami, walczącymi bezwzględnie i zdolnymi, co doskonale opisał Izaak Babel, do największych okrucieństw. Była to formacja na wskroś, jak na owe czasy, nowoczesna. Liczyła 30 tys. ludzi, z których konnica stanowiła tylko połowę. Dysponowała dużą ilością karabinów maszynowych i artylerii. W jej skład wchodziły też dywizjony samochodów pancernych, dywizjon czołgów, 4 pociągi pancerne i 3 eskadry lotnicze. „Konarmia” miała 30 radiostacji, więcej niż cała armia polska. Umożliwiało to jej sztabowi stałe utrzymywanie łączności z jednostkami i dowodzenie nimi w ruchu, który był jej największym atutem.
Nadzieje na dozbrojenie armii ukraińskiej przy pomocy broni zdobytej na bolszewikach niestety się nie sprawdziły. Najwięcej broni, co jest swoistym paradoksem, zdobyto na ukraińskich strzelcach siczowych. Po ich rozbrojeniu Polacy przekazali petlurowcom 7 tys. karabinów, 171 karabinów maszynowych i 43 armaty. Okazało się jednak, że większość sprzętu była niesprawna, bo chytrzy siczowcy przed złożeniem broni ją uszkadzali.
Mimo poważnych trudności, kosztem własnych zapasów, Polacy, wykonując dyrektywę Piłsudskiego, starali się przekazywać jednostkom Petlury broń i wszelkie zaopatrzenie. Uderzenie „Konarmii” i kontrofensywa bolszewicka przekreśliła wszystkie plany związane z wyprawę kijowską. Polacy i armia Petlury zaczęły odwrót. Do momentu odwrotu ta ostatnia zwiększyła swoje szeregi do około 20 tys. Tylko 10 tys. z nich służyło jednak w linii. Reszta znajdowała się taborach nadmiernie zdaniem historyków rozbudowanych, a także w jednostkach zapasowych. Choć zwiększyła ona znacząco swoje szeregi w porównaniu z okresem, gdy razem z Polakami wkraczała na Ukrainę, to jednak jej siły były znacząco mniejsze od samej tylko kozackiej „Konarmii”, w której służyli bracia petlurowców znad Donu. Nie byli to zaś jedyni Ukraińcy walczący w szeregach bolszewików. Ci na całej zadnieprzańskiej Ukrainie mieli sporo zwolenników, których pozyskiwali w czasie kampanii propagandowych, w trakcie której wzywali Ukraińców do walki z „bandami Piłsudskiego i polską soldateską”.
A więc, do broni!
Propaganda bolszewicka znajdowała niestety też posłuch po drugiej stronie Dniepru na terenach, na których miał panować Petlura. Zwrócił się on z dramatycznym apelem do swoich rodaków, kończącym się sowami: ”Jeśli nie chcecie pozostać niewolnikami, musicie i wy zabrać głos i czynami dowieść, żeście dojrzeli do wolności i życia samodzielnego. A wiec do broni!”. Jego wezwanie zostało zignorowane przez Ukraińców. Uaktywnili się też ukraińscy komuniści, kierowani przez Komitet Centralny Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy. 1700 żołnierzy z 5 Chersońskiej Dywizji tworzonej przez Petlurę i złożonej przede wszystkim ze strzelców siczowych do niej przyjętych, zdezerterowało i przeszło na Pokucie, gdzie wybuchło antypolskie powstanie.
Generalnie jednak większość sił należących do armii Petlury biła się z bolszewikami, wspomagając siły polskie w walkach odwrotowych. 6 DS. dowodzona przez płk Marka Bezruczkę cofała się razem z oddziałami polskimi, tocząc ciężkie walki. Kilkakrotnie bolszewicy usiłowali ją rozbić, ale mimo dużych strat udawało jej się utrzymać wyznaczone pozycje. Kryzys w jej szeregach nastąpił w nocy z 19 na 20 lipca, kiedy bolszewicy wdarli się między dywizję ukraińską i polską 7 DP. Groźba otoczenia zmusiła Bezruczkę do wydania rozkazu opuszczania zajmowanych pozycji. W trakcie jego wykonywania jedną z brygad dywizji ogarnęła panika i znad Styru wycofała się na linię Stochodu. Dywizja została wycofana do obwodu, by zregenerowała siły. Na dzień 1 sierpnia 1920 r. liczyła 2 tys. żołnierzy, ale w linii walczyło tylko około 500 z nich. Czterystu było piechurami, 100 kawalerzystami. Na ich wyposażeniu były 4 działa i 24 karabiny maszynowe. Realnie dywizja przedstawiała wartość bojową batalionu. Po przejściu na drugą stronę Bugu, dywizja brała udział w walkach z nacierającymi bolszewikami, ponosząc duże straty. Na dzień 14 sierpnia posiadała 300 bagnetów, wliczając w to sztab i 70 spieszonych kawalerzystów, dla których zabrakło już koni. Cztery armaty z braku koni ciągnęły woły.
Macanie wypadami
Następnie dywizja brała udział w obronie Zamościa, co było jej ostatnim zadaniem. Wchodziła ona w skład kombinowanych sił, które w ostatnim momencie wzmocniły dwa pociągi pancerne i 31 pp z 10 DP pod dowództwem kpt. Mikołaja Bołtucia, liczący 2300 żołnierzy. To im, a nie żołnierzom Bezruczki przypadło główne zadanie w trzydniowej obronie miasta. Dowódca „Konarmii” zrezygnował z jego frontalnego ataku. Macał je nagłymi wypadami, szukając słabych punktów obrony.
Na odcinku południowym wojskami ukraińskimi dowodził gen. Omelianowycz- Pawłenko. Starał się on cofać z nimi tak, by nie dopuścić do ich rozbicia przez bolszewików. Po osiągnięciu linii Zbrucza wojska Omelianowycza-Pawłenki obsadziły ją od Husiatyna aż do ujścia tej rzeki do Dniestru.
Na linii Strypy
W następnych dniach oddziały ukraińskie cofnęły się na linię Strypy, którą z powodzeniem bronili, przeprowadzając liczne kontrataki. Gdy północne skrzydło wojsk musiało się cofnąć, by bronić Lwowa, Ukraińcy zaczęli cofać się w stronę Dniestru, bo groziło im okrążenie. Otrzymała ona rozkaz obsadzenia linii Dniestru od Zaleszczyk do Żurawna. Następnie po bitwie warszawskiej zaczęły się one szykować do generalnej kontrofensywy.
W połowie września cała armia po uzupełnieniu strat liczyła 17 500 żołnierzy, ale w linii tylko 6400. Na ich wyposażeniu było 49 armat i 300 karabinów maszynowych. Z różnym powodzeniem brała udział w walkach aż do października 1920 r. , kiedy to Polska i bolszewicka Rosja podpisały zawieszenie broni.
Udział wojsk ukraińskich w wyprawie kijowskiej i wojnie z bolszewikami można oceniać różnie. Liczby same mówią za siebie. Jednostki ukraińskie były nieliczne i wielkiego strategicznego znaczenia nie miały. Walczyły dzielnie, ale było ich zbyt mało, by mogły zmienić bieg wojny.
Niechaj wodze spierają się i swarzą. To jest Cud nad Wisłą.
…Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna…
[Wstęp do książki płk. Franciszka Arciszewskiego„CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Veritas, Londyn, 1957]
[ Ze zbioru kazań pt. NA PRZEŁOMIE, stronica 251. Nakład Księgarni Świętego Wojciecha. Poznań – Warszawa – Wilno ‹- Lublin, rok 1923. ]
[Jesteśmy dumni, że wiek temu mieliśmyTAKICH arcybiskupów i TAKICHżołnierzy. By się TERAZ przydali.. MD]
Wyciąg z kazania ks. arcybiskupa JÓZEFA TEODOROWICZA wypowiedzianego w katedrze warszawskiej w 1920 r., podczas nabożeństwa dziękczynnego za oswobodzenie stolicy i kraju od najazdu bolszewickiego.
===============
Ciężkie były zmagania się Izraela z Amalekitaini; bitwa rozgorzała wielka. Po jednej i drugiej stronie równy zapał ożywiał żołnierzy i wodzów. Nikt nie mógł rozróżnić, nikt rozpatrzyć, na która stronę przechyli się szala zwycięstwa. A wtedy Mojżesz odszedł, ażeby z dala od wrzawy i zgiełku bitwy do Pana się modlić. I wznosił obie dłonie w błagalnej modlitwie i jął zaklinać Boga, ażeby błogosławił orężowi Izraela. W tej samej chwili szyki wroga zachwiały się i cofać poczęły, a Izrael następował na nie. Lecz wysoko wyciągnione w górę ręce Mojżesza w zemdleniu poczęły opadać. Jak gdyby na dany znak, gdy osłabła modlitwa, wróg w lot poprawił trudne swoje położenie i odwrócił się, ścigany, jak gdyby czując słabość w Izraelu. I znowu losy bitwy poczęły być dla ludu wybranego wątpliwe. Jak fala zawrócona w biegu, odbita od twardej skały, tak duch Izraela cofał się i słabnął. A wtedy Mojżesz wznosił znów dłonie ku Panu i, o dziwo, Izrael na nowo poczynał brać górę. Az się spostrzegli i opatrzyli Mojżesza towarzysze, i wzięli jego ręce w swoje dłonie, i trz mali je wyciągnięte ku niebu. i juz szczęście wojenne trwale było przy Izraelu. I trzymali dłonie Mojżeszowe tak długo, aż ostatecznie zatryumƒował lud wybrany i w surmę zwycięstwa uderzył. (Ks. Wyjścia XVII, 8-16)
Patrzcie, jak w tym wizerunku sprzęgają się i wzajem wspomagają: duch męstwa żołnierza i duch modlitwy. Bitwa ta rozgrywała się niezawodnie podług wszelkich praw znanej ówczesnej strategii. Losy przegranej, czy zwycięstwa ważyć się zdawały tylko podług rachunku ludzkiego, tj. gorszych czy lepszych planów strategicznych, większej czy mniejszej liczby żołnierzy, większej czy mniejszej sprawności wodzów.
I każdy historyk wojenny mógł śmiało uczniom wykładać, gdzie i w której chwili i dlaczego losy bitwy przechyliły się na tę, czy na tamta stronę. A jednak i plany wojenne, i męstwo żołnierza, i zdolności dowódców nie rozegrały tej walki. Wszystko to, co bitwie stanowi, było narzędziem tylko w ręku niewidzialnego Wodza, który podług miary i wagi układa sam swój plan bitwy.
Nie miesza się On cudownie w zastępy walczących, nie zsyła Aniołów swych z nieba, by hufce mdlejące zasilały, bierze jednak w swe ręce to, co się wymyka z wszelkich i najlepszych obliczeń rycerskich dowódców i czego nie dosięgnie ni zapał, ni bohaterstwo żołnierzy; bierze On w swe ręce to, co się wydaje czystym przypadkiem albo jakimś niedopatrzeniem czy nie-doliczeniem, i wciąga to w swój rachunek, w swój plan, i albo daje przegrana albo też darzy zwycięstwem.
Ten obraz żywo mi staje przed oczyma, kiedy dziś wespół z wami wspominam przed Bogiem ciężkie dni oblężenia Warszawy. Wasze wielkie wysiłki i ofiary, złożone w obronie stolicy przed straszliwym wrogiem, ale tez i wasze gorące po świątyniach modlitwy, wasze nowenny, wasze spowiedzi i wasze Komunie św., na intencję wybawienia Polski przyjmowane.
Niechaj wodze spierają się i swarzą, niech długo i uczenie rozprawiają, jaki to plan strategiczny do zwycięstwa dopomógł. Będziemy im wierzyli na słowo i słuszność im przyznamy. Ale cokolwiek wypowiedzą, nigdy nas o jednym nie przekonają, by plan, choćby najmędrszy, sam przez się dokonał zwycięstwa.
Jeżeli w każdej bitwie, nawet najlepiej przygotowanej, przy doborze wodzów i żołnierza, przy planach genialnych, jeszcze zwycięstwo -waha się niepewne, jeszcze zależnym jest od gry przypadków, a raczej od woli Bożej, to cóż dopiero mówić tutaj? – Tu, pod Warszawą, taka była pewność przegranej, że wróg telegramami światu oznajmił na dzień naprzód jej zajęcie. Sam zas wódz francuski, który tyle zasług niespożytych położył około obrony naszej stolicy, gdy go nuncjusz zapytał w przededniu bitwy. czy liczy na zwycięstwo – odpowiedział znacząco: „Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna“. Istotnie modlitwy pomogły. Nie ujęły zasługi wodzom, ni chwały męstwu żołnierzy; nie ujęły tez wartości ofiarom i wysiłkom całego społeczeństwa; ale modły bitwę rozegrały, modły cud nad Wisłą sprowadziły.
Dlatego cokolwiek mówić czy pisać się będzie o bitwie pod Warszawą, wiara powszechna nazwie ją cudem nad Wisła, i jako cud przejdzie ona do historii.
Zupełnie podobny to cud do cudu pod Częstochową. Dzieje pisać o nim będą i takimiż złotymi upamiętnią, go w sercu narodu głoskami, jak pisały i wspominały obronę Częstochowy. Tu i tam czerń zalała Polskę, tu i tam od zdobycia jednego grodu losy Polski zawisły; tu i tam boje i zwycięstwo uwieńczone zostały cudem Pańskim. W niczym cud pod Częstochową nie obniży wartości męstwa broniących grodu żołnierzy; ni jednego nie uszczknie lauru ze skroni Kordeckiego. Bóg, czyniąc cuda, nie przytłacza i nie niszczy chlubnych wysiłków swojego stworzenia; owszem, tam, gdzie i największe ofiary przed przemagającą siłą ustąpić musza, cudem je wspiera zi cudami bohaterstwo wieńczy. Pycha to tylko, bałwochwaląca siebie, zdolna jest tak wysoko się wynieść, iż Bogu samemu urąga, dumnie w przechwałkach wołając: O cudach nam mówicie, cuda nam głosicie? Zali to nie ramię nasze ocaliło Warszawę? zali to nie geniusz wodzów ja zbawił?
Tylko tym, co się mienia bogami na ziemi, wydaje się Bóg i Jego moc i Jego łaska jakąś konkurencją niepożądaną, która z zasług ich odziera. Nie za sługi Pańskie, ale za wcielone bóstwa uważają się ci, którzy ze śmiesznej i zuchwalej nadętości tak mówią.
„Veni, vidi, Deus vicit” – Przyszedłem, zobaczyłem, Bóg zwyciężył – powiedział Sobieski pod Wiedniem. Pytam się was, czy te słowa pokory i wiary umniejszyły w czymkolwiek lub obniżyły bohaterstwo króla i wodza? czy uszczknęły co z wawrzynów, jakie potomność i historia włożyły na skroń jego?
Nic, zaiste, raczej mu ich przymnożyły: bo przepoiły jego bohaterstwo wdziękiem niezwykłym, ze tak kornie o sobie trzymał, a nie nadymał się pysznie i nie wynosił. Rzuciły te słowa na czoło królewskie aureolę, utkaną z promieni wiary, które Jana III pasują na chrześcijańskiego rycerza.
Można więc śmiało powiedzieć, ze te piękne i korne słowa wieńczą i zdobią jego skronie jeszcze wdzięczniej, niż samo męstwo. W słowach jego tkwi prawdziwa filozofia ducha wojen, w których Bóg, rozrządzający losem narodów, przegraną lub zwycięstwem dla swoich posługuje się celów. Tkwi w nich obraz i symbol takich zwycięstw, które, jak zwycięstwo pod Warszawą, tylko w sposób nadprzyrodzony wyjaśnić i wytłumaczyć można. Deus vicit! – powtarzamy za naszym zwycięskim królem, kiedy dzisiaj wspominamy o naszych przejściach strasznych i wielkim zmiłowaniu Bożym. Deus vicit – Bóg zwyciężył! – zawołamy tym wszystkim, którzy by ludzkiej mocy czy zręczności wyłącznie przypisywać chcieli zwycięstwo i wiązać je nie z nadziemska pomocą Bożą, ale tylko z wojennymi planami.
Cóż tu mówić dużo o planach, skoro przejścia do Warszawy dla wroga, jak się pokazało później, podobne były do nici pajęczej, którą trochę silniejszy napór albo trochę słabsza obrona każdej chwili mogły przerwać? Nie plan strategiczny rozstrzygał o ocaleniu Warszawy, skoro pozostawiał punktu obrony niezabezpieczone. Plan to inny ocalenie przyniósł. Plan ten skreślony był ręką Bożą a tworzył go i wykonywał Duch Pański. Czego nie zdołał ni zabezpieczyć ni przewidzieć plan ludzki, to zabezpieczył i przewidział plan Boży. Gdy za słaba była obrona na przedmościu warszawskim i wróg już począł zwycięsko napierać, wtedy, jak spod ziemi dobywa Duch Boży serca bohaterskie… Kiedy szeregi wojsk poczynają się łamać, coƒać i pierzchać, wtedy Wódz Niebieski odkomenderowywa poruszeniem wewnętrznym kapelana Skorupkę i ten pierzchających zawraca, a śmiercią męczeńską zwycięstwo zabezpiecza. Bóg to jeden do warunków, do potrzeb, do chwili odnajdywał i wydobywał serca, poddawał im szczęśliwe natchnienia, uzbrajał męstwem bohaterskim i przez nie swoje przeprowadzał plany.
To, co jest najsłabszą stroną w planie strategicznym człowieka, to właśnie stanie się najsilniejszym w planie nadprzyrodzonym, Bożym… Bóg, który bohaterów wzbudził, który ich przewidział i wybrał, na właściwym miejscu- postawił i w chwili stosownej użył, czyż nie wsławia w nich imienia swojego? czyż przez nich chwały swej nie rozgłasza? A jak jedni papierowe plany, Bożej przeciwstawiają mocy, tak znowu inni twierdza, że zwycięstwo pod Warszawa było łatwe, bo wróg był wyczerpany. Wyczerpany? On przecież gonił, duchem zwycięskim ożywiony, naszego żołnierza aż pod Warszawę. Taka gonitwa wyczerpywała wojsko nasze, ale nie jego siły. Poczucie tryumƒu i zwycięstwa jest i w najsłabszej armii zadatkiem potęgi, podobnie jak poczucie przegranej jest i w najpotężniejszej zadatkiem jej słabości i rozgromu. I gdyby naprawdę wróg czuł się słabym, toć właśnie tutaj skupiłby wszystkie swe siły, ażeby ostatecznym uderzeniem zwycięstwo sobie zapewnić. Czy jednak czuł on naprawdę niemoc swoja? Czyżby rozgłaszał światu swoje zwycięstwo jako dokonane, i narażał tak siebie na ośmieszenie i poniżenie, gdyby zwycięstwa tego nie był sam pewien? A czyżby rozdzielał armie swoje najniepotrzebniej i jedne oddziały wysyłał ku Niemcom, a drugie ku Warszawie, gdyby co do obliczeń swoich nie był upewniony? Zapewne w takim rozdzieleniu sił był olbrzymi błąd strategiczny, który tylko oczywistemu zaślepieniu przypisać można.
Był to błąd podobny do tego jaki popełnił Absalon, ścigając wojsko Dawida. Zamiast uderzyć na oddziały jerozolimskie cała siłą, jak mu radził Ahitophel, poszedł on raczej za złą radą Chuzy i ociągał się, pewien, iż stanie się to, co ma Chuza zapowiadał: „Przypadniemy nań a okryjemy go, jako zwykła rosa padać na ziemię, a nie zostawimy z mężów, którzy z nim są, ani jednego” (Por. II Król. XVII, 12)
Tak samo myślał wróg o grodzie naszym; sądził on, że może swobodnie dzielić wojska, bo i tak stolica Polski, jak dojrzały owoc z drzewa, na pewno mu się dostanie. Bóg dopuścił, że nieprzyjaciel upoił się pycha i pewnością siebie i zaślepił się.
Mówił mi jeden z generałów: ,,Pod Warszawa Bog zdziałał cud”.
Pomijam już wszystko inne, ale podobnie szalony plan, jak rozdzielenie sił wojennych przez bolszewików w pochodzie na Warszawę, tylko jakiemuś szczególniejszemu zaślepieniu przez Boga przypisać się musi. Myśmy zaś wówczas, patrząc na to, mogli powtarzać za Prorokiem: Wypuścicie z piersi waszych okrzyk wojenny, a mimo to zniszczeni będziecie. Wnijdźcie w narady, a one będą rozerwane i unicestwione. Dawajcie jakie chcecie rozporządzenia, a one się staną bez skutku, albowiem Bóg jest z nami. (por. Iz. VIII, 9-10). Prawdziwie, kiedy się rozejrzymy w całym planie i dziele, wołamy z Prorokiem: „Oto Bóg Zbawiciel mój… moc moja i chwała moja Pan, bo stał się wybawieniem“ (Iz. XII, 2).
Nie z nas to, o Panie, nagle wystrzelił promień nadziei. Z nas było tylko przygnębienie, z nas mówiło zrozpaczenie, kiedyśmy hordy dzikie pod Warszawa ujrzeli. Z nas szły tylko cienie, które chmura czarnej nocy przysłaniały oczy nasze. Ty to pośród ciemności rozpaliłeś światło, Ty w zwątpieniu wskrzesiłeś nadzieję, Ty w omdlałej naszej duszy rozpaliłeś płomień życia, miłości i bohaterstwa. Bohaterstwo zatętniło w skroniach naszego polskiego żołnierza, a ono dziełem było rak Twoich. Ty je spuściłeś z niebios na jego rozmodloną przed ołtarzami Twymi duszę. Bo żołnierz w rozsypce, który od tygodni całych miał tylko jedno na myśli – ucieczkę, żołnierz wyczerpany na ciele i na duchu, żołnierz zwątpiały, który wierzył święcie w przegrana, a zrozpaczył o zwycięstwie, taki żołnierz tylko od Ciebie, tylko z serca Twojego mógł zaczerpnąć nowej wiary, nowej ufności i nowego zapału. Czym on był wówczas sam przez się, 0 tym świadczył ten oddział, który w chwili poczynającej się bitwy, wbrew zakazom, cofnął się z pola, oddając na pastwę wroga losy ostatecznej rozegranej. Oto czym był wówczas żołnierz sam z siebie, lecz w lwa się przemienił, gdyś Ty, o Panie, tchnął weń moc Twoją. « A kiedyś nas tak przemądrze wspierał i wspomagał, nie spuszczałeś jednocześnie i wroga. z oczu. – Nas oświecałeś, o Panie, a wroga naszego zaślepiałeś; w nas wskrzeszałeś ufność i wiarę, a jemu zatwardnieć dałeś w wyniosłości i pysze; z nas dobywałeś płomień bohaterstwa i wysiłki najszczytniejsze, kiedy tymczasem u wroga pewność zwycięstwa wywoływała lekceważenie i nieopatrzność.
Teraz już rozumiemy, teraz już wiemy, teraz już czytamy plany Twoje, o Panie. Dziełami Twymi przemawiasz do nas tak, jak przemawiałeś do Izraela przez Izajasza Proroka, który o Tobie i w Twoim imieniu powiedział: Znam Ja me plany, którem powziął względem was – to plany na pokój, a nie na nieszczęście; aby wam przyszłość tworzyć i dać nadzieję (Jer. XXIX, 1,1).
-Jak zaś sama obrona Warszawy, tak i moralne jej skutki świadczą o zmiłowaniu Bożym i o dziele Bożym. Bóg przez swój cud pod Warszawa dał nam odpowiedź wymowną na nasze trwożne pytania, które rozpacz ciskała na usta. Patrząc na zwycięskie hordy, następujące na stolicę, pytaliśmy: Dlaczego dopuściłeś to wszystko na nas, Panie? Bóg odpowiada: Jam was na to nawiedził, ażeby mój lud poznał Imię moje; dlatego pozna on w ten dzień, iż to Ja jestem, który mu mówię.: otom tu jest (por. Iz. LII, 6).
Poznaliśmy Imię Pańskie w dzień wskrzeszenia Polski, ale dusze nasze wkrótce odbieżały od Jego świętego imienia, i pilno nam było imię własne wywyższać i wynosić. I Bóg dopuszcza na nas straszne nawiedzenie i ratuje nas z niego cudem swoim, ażebyśmy przez nowe przeżycie poznali, iż to On prawdziwie jest pośród nas. W odpowiedzi zaś swojej cudzie swoim Bóg nam ukazał przyszłość naszą.
Pod Warszawą zrozumieliśmy: albo ogarnąć się damy hordom i nawale od Wschodu, a wtedy utracimy i byt nasz i duszę naszą, lub tez staniemy przeciw niej, ażeby wybawić siebie, a murem ochronnym stać się dla świata.
Przez cud swój pod Warszawą Bóg powiązał przyszłość naszą z przeszłością. Powiązał i sprzągł myśl swoją względem nas z dnia wczorajszego dniem dzisiejszym i jutrzejszym. I odzywa się do nas Bóg, jak się odzywał do Izraela przez Izajasza Proroka: Narodzie, oczy twoje patrzą na Mistrza twego, i usłyszą uszy twoje słowa napominającego: Ta jest droga, chodźcie po niej, a nie ustępujcie ani na prawo, ani na lewo (por. Iz. XXX, 20-21).
Cud pod Warszawą był też pochodnią, rozpaloną przez Boga, w której blasku ujrzały narody przeznaczenie Polski. Na co to – pytały – i dla jakich to celów Polska powstała i pośród nas stanęła? Na to odpowiada Bóg przez cud pod Warszawa – by murem ochronnym wam była, tarczą waszą i puklerzem waszym.
Bo ani wiedziały, ani się domyśliwały nawet narody, jak wielkie ma Polska dla nich znaczenie i przeznaczenie. Oprócz wiernej sojuszniczki Francji, wszystkie inne państwa zostawiły nas w chwili oblężenia pod Warszawą własnemu losowi. Były pośród nich i takie nawet, które utrudniały dowóz broni i amunicji do stolicy. Inne z uśmiechem sceptycznym na ustach wołały, wzruszając ramionami: Już przepadli, już zginęli! Ze szpalt zaś prasy narodów, nawet z nami sprzymierzonych, dolatywały nas nieraz docinki: Dobrze im tak, zasłużyli na ten los.
Gdyśmy walczyli o byt nasz, ludy i narody patrzyły na nasze zmagania tak, jak się wpatruje widz z galerii w jakieś cyrkowe widowisko.
Nigdy nie uwidocznił się żywiej brak wszelkiej myśli politycznej w Europie, jak w tej pamiętnej chwili. Bo ci, którzy nam płacili obojętnością lekkomyślną, nie byli zdolni zadrżeć chociażby o swoje własne bezpieczeństwo. Jakżeż to więc chcemy, ażeby ludy te, państwa i narody wniknąć miały, pojąć i zrozumieć naszą misję dziejową -względem nich?
Dopiero gdy się rozległ po Europie i świecie okrzyk, iż Warszawa jest wolna, dreszcz przeszedł po wszystkich. Dopiero wtedy jęły się pytać narody: A cóż by to z nami się stało, gdyby Warszawa była padła, a dziki huragan przewalił się po niej i biegł, ażeby potem nam nieść zniszczenie? Dopiero wtedy z piersi narodów dobył się okrzyk: W zwycięstwie Warszawy jest zwycięstwo nasze, a wolność Polski poręcza i nam wolność.
Cud pod Warszawą był dopełnieniem cudu wskrzeszenia Polski. Powstanie narodu związał Bóg z wytrwałością jego w znoszeniu cierpień niewoli; ale cud nad Wisła wywołały nasze nowe przeniewierstwa.
Wskrzeszenie Polski było nowym tworem Bożym; ochrona zaś jej była dziełem zbawienia. Kiedy Polska stanęła pośród narodów, Bóg jeszcze nie wypisał na jej czole jej przeznaczeń. Ani ona sama nie wiedziała, czy ma powrócić do dawnych tradycji przeszłości, ani świat jej dawnego posłannictwa ku obronie świata od Wschodu nie pamiętał.
Cudem pod Warszawą Bóg głoskami krwawymi, ale chwalebnymi, posłannictwo Polski na drogach jej nowych zapisał. W dziele wskrzeszenia Polski Bóg posługuje się narodami, ażeby wespół z Nim, w myśl Jego, współdziałały ku jej powstaniu. Lecz w cudzie nad Wisłą, Bóg chce szczególniej stwierdzić, ze jednak On sam przede wszystkim dzierży naród nasz w ręce i kiedy chce, dopuszcza nań karę, a kiedy zechce, wybawia go.
Bóg łaskę zwycięstwa i cud pod Warszawą dał nam przez ręce Tej, która Polski jest Królowa. Mówił mi kapłan, pracujący w szpitalu wojskowym, iż żołnierze rosyjscy zapewniali go i opisywali, jak pod Warszawa widzieli Najświętsza Pannę, okrywającą swym płaszczem Polski stolicę. I z różnych innych stron szły podobne świadectwa; zupełnie jak pod Częstochową. I właśnie dzień 15 sierpnia dzień poświęcony czci Matki Boskiej, a dzień ostatni wielkiej nowenny narodowej, był dniem pamiętnym zwycięstwa. Na ten dzień wróg zapowiadał był swój tryumf; w tym dniu miał odbyć swój wjazd do stolicy sam naznaczył tę właśnie datę na upokorzenie i na rozgromienie nasze.
I to właśnie w tym dniu stało się coś zgoła nieprzewidzianego, niespodziewanego. Dzień 15 sierpnia, obwołany w biuletynach całego świata – jeszcze przed czasem jako dzień zajęcia Warszawy, obraca się dla pysznego wroga w klęskę, a dla nas w chwałę i zwycięstwo. „Haec dies, quam fecit Dominus, Alleluja. (Ps. CXVII, 24)
To jest prawdziwy dzień Najświętszej Panny – dzień Jej zmiłowania i dzień Jej opieki – dzień cudu nad Polska. Chce Ona w nim przed narodem całym zaświadczyć, że będzie tym Polsce, czym była w całej przeszłości: Panią jej i Obronicielką. Jak ongi nad murami Częstochowy, tak dziś rozbłysnąć zapragnęła nad Warszawą, ażeby przez ten nowy cud wycisnąć w sercu nowej Polski miłość swoją. Cud pod Częstochowa prowadził króla i naród do ślubów świętych, złożonych przed ołtarzem Maryi w archikatedrze Lwowskiej i do obwołania Jej Królową Polskiej Korony.
Niechajże cud pod Warszawą zdziała to samo. Niechaj zwiąże naród cały w jedno bractwo wdzięcznych czcicieli Maryi. I niechaj bractwo to podejmie się dopełnienia zaciągnionych, a jeszcze nie wykonanych ślubów.
Seul, Południowa Korea — prezydent Lee Jae-myung zapowiedział skonfiskowanie majątków zgromadzonych przez japońskich kolaborantów i osoby działające na szkodę narodu koreańskiego w okresie kolonialnym (1910–1945).
Oświadczenie to padło m.in. w czerwcu 2026 roku podczas obchodów Dnia Pamięci w Seulu, w związku z ogłoszeniem specjalnej ustawy.
Rozliczenie po latach
Ustawa wchodzi w życie 3 grudnia 2026 roku, a w tym miesiącu rozpocznie pracę nowa komisja śledczych, która będzie śledzić takie aktywa pozyskane przez potomków. Cel działań, to namierzenie, zbadanie i odzyskanie nielegalnie przejętych dóbr oraz pociągnięcie do odpowiedzialności historycznej spadkobierców kolaborantów na podstawie specjalnej ustawy o konfiskacie majątków japońskich kolaborantów i osób antynarodowych (ogłoszona 2 czerwca 2026 roku). Środki z odzyskanych nieruchomości i aktywów mają zostać przeznaczone na wsparcie oraz uhonorowanie zasłużonych działaczy niepodległościowych i ich rodzin.
Z notatnika Brzezińskiego
Po upadku realnego socjalizmu w Polsce zgromadzony przez powojenne pokolenia Polaków majątek narodowy został rozgrabiony, bądź sprzedany za bezcen. Z zawłaszczonego społecznego majątku całego narodu powstały wielomiliardowe fortuny. To, czego nie dało się ukraść lub sprzedać, bez żadnych zahamowań było niszczone. Powstało piramidalne bezrobocie. Ponad 5 milionów Polaków ruszyło za chlebem. Zasługi za ten stan rzeczy ponoszą politycy z amerykańskiego nadania. Z notatnika Zbigniewa Brzezińskiego. Polska stała się częścią planów globalistów zmierzających do wojny z Rosją i jej podziału.
Interes Polski według Dudy 2.0
Duda 2.0, czyli Karol Nawrocki, w pierwszą rocznicę zaprzysiężenia 6 sierpnia 2026 roku, określił strategiczny interes Polski: „Jeśli chodzi o Ukrainę, to interesem Polski jest to, aby Ukraina i żołnierze ukraińscy radzili sobie jak najlepiej z postsowiecką Federacją Rosyjską, jak najdalej ich trzymali od Polski; to oczywiste, taka jest strategia państwa polskiego. Niech mordują Sowietów, którzy ich napadli, a nas, Polaków, to w ogóle nie boli. W tym zakresie zawsze mogą liczyć na naszą pomoc, bo tam, gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga, nawet jak nie bierze udziału bezpośrednio w tej wojnie. Taki jest strategiczny interes Polski”.
Z głowy, czyli z niczego
W trakcie uroczystości związanej ze Świętem Wojska Polskiego 15 sierpnia prezydent RP Karol Nawrocki, wygłaszając z głowy, czyli z niczego, improwizowane przemówienie pełne tautologii parokrotnie podkreślał militarne sukcesy Polski międzywojennej: „cudu nad Wisłą” odnoszącego się do niespodziewanego i przełomowego zwycięstwa Polaków nad wojskami bolszewickimi w Bitwie Warszawskiej w sierpniu 1920 roku oraz bohaterskiej kampanii wrześniowej 1939 roku. W jego przemówieniu dominował duch walki z bolszewikami i bolszewizmem.
Po 100 latach o tym samym
Słuchając jego kolejnego wystąpienia i na jego podstawie próbując przypisać je do określonej osobowości znanej w psychologii, przyszła mi do głowy osobowość analna. Charakterystyczne cechy osobowości analnej skupiają się wokół uporu, uporządkowania i czystości. W jego wystąpieniu wyraźnie zauważalna jest tendencja do perseweracji polegającej na uporczywym powtarzaniu tych samych fraz, mimo zaniku wywołującej je przyczyny. Bo przecież od ponad 100 lat nie jesteśmy w trakcie wojny z bolszewikami!
[No, nie… byliśmy w 1945-49 czy trochę dalej, ale bojowników złapali i wymordowali. md].
Warto też zwrócić uwagę na jego zachowanie w trakcie tego wystąpienia. Na cykliczne przemieszczanie ciała z od lewej do prawej i z powrotem… Przez cały czas jego wystąpienia. I do tego eksponowanie garnituru śnieżno białego uzębienia.
Jak Macierewicz
Reasumując, patrząc na przemawiającego prezydenta RP Karola Nawrockiego, dostrzegam uderzające podobieństwo do wystąpień i zachowań Antoniego Macierewicza. Obsesyjna, chorobliwa nienawiść do Rosji niczego dobrego Polsce nie wróży. Wręcz odwrotnie – jest zapowiedzią kolejnej klęski. Szanowny Panie Prezydencie, drugiego cudu nad Wisłą nie będzie! Pańskie tromtadrackie przemówienia są w złym stylu. Są słabe! Pozbawione są głębszej treści. Polacy nie chcą wojny z mocarstwem nuklearnym, jakim jest współczesna Rosja.
Nadejdzie czas
Przyjdzie czas, że podobnie jak we wspomnianej na wstępie Korei Południowej w Polsce, pod nowymi rządami wprowadzone zostanie prawo, które pozwoli na osądzenie ludzi odpowiedzialnych za współcześnie prowadzoną politykę wpychającą Polaków w wojenną zawieruchę. Odpowiedzialnych za zniszczenie i grabież, której dopuściły się kolejne ekipy okrągłych stolarzy.
Stało się. Po wielokrotnie pomnażanych w mediach społecznościowych apelach rząd Donalda Tuska zdecydował się na powtórne zastosowanie protezy blokującej wzrost cen paliw, czyli programu Ceny Paliwa Niżej.
CPN 2.0 ma potrwać kilkanaście dni, co samo w sobie jest już kpiną, bo przecież przyczyny wysokich cen paliw nie ustaną wraz z rozpoczęciem roku szkolnego. Będą trwały, gdy zaczniemy wozić nasze dzieci do szkoły. Do tego tym razem rząd zdecydował się jedynie na obniżkę VAT, nie ruszając akcyzy, a to oznacza, że od wczoraj płacimy za paliwa wprawdzie o złotówkę mniej, ale są to ceny nadal horrendalne, pomimo ustanowienia ich górnego limitu.
Niekorzystne porównanie
Oczywiście, to wszystko wielomiliardowe koszty dla budżetu i wzrost jego deficytu. Gdy cztery lata temu poprzedni rząd wprowadzał program Tarczy Antyinflacyjnej, w szeregach ówczesnej opozycji z Koalicji Obywatelskiej podniósł się rejwach, że ekipa Mateusza Morawieckiego napędza inflację. Przypomnijmy, że w 2022 roku rząd zwolnił z podatku VAT artykuły spożywcze, zmniejszył stawkę VAT na paliwa z 23% do 8%, zredukował do minimum akceptowanego przez Unię Europejską podatek akcyzowy na paliwa. Do tego zdecydowano się na dotacje w wysokości 3000 złotych dla gospodarstw domowych używających pieców węglowych oraz zamrożono taryfy na energię elektryczną. Dzięki temu w 2022 roku w kieszeniach Polaków zostało 37 mld złotych, czyli połowa budżetu przeznaczanego na obronę narodową.
Złe wieści
Tymczasem CPN 2.0 to proteza, po której krótkotrwałym zastosowaniu będziemy mieli powrót z rozrywki. Ceny poszybują za kilkanaście dni znów w górę. Powrót z wakacji będzie dla Polaków niezwykle bolesny. Dlaczego? Bo realnie państwo polskie nie ma już pieniędzy. Nie powtórzy rozwiązań z 2022 roku, gdyż znalazło się w kryzysie, jak cała Europa. To kryzys, o którym media i politycy głównego nurtu wolą nie mówić. Ale od tego, że się go nie zauważa, z pewnością on nie minie. I premier Tusk boi się przy tym pewnych, narzucających się w sposób oczywisty pytań. Nikt przecież nie lubi być posłańcem złych wieści.
A wieści są jednoznaczne: mamy porażkę na trzech frontach jednocześnie. Mamy trzy deficyty: energetyczny, budżetowy i handlowy. Informuje o tym nie złośliwa opozycja, lecz analitycy międzynarodowi, na przykład w raporcie Allianz Trade. To właśnie jego eksperci wpisali Polskę na listę 11 najbardziej narażonych na kryzys w związku z blokadą Cieśniny Ormuz krajów świata. Wyliczyli spowolnienie wzrostu gospodarczego o 0,2 do 0,4 punkt procentowego, wzrost inflacji o 1,5 do 3,5% punktów procentowych, a do tego przekroczenie progu nadmiernego deficytu budżetowego dopuszczalnego w Unii Europejskiej. Czym zajmuje się Allianz Trade? To ubezpieczeniowy gigant, z którego usług korzystają również polskie firmy. Jego zadaniem jest zatem właściwą ocena ryzyka, bo to właśnie od niej zależą stawki ubezpieczeniowe, na przykład w przypadku ubezpieczanych transakcji handlowych. Analitycy takich korporacji muszą zatem dobrze liczyć pieniądze.
Front energetyczny
W 2025 roku Polska zapłaciła za surowce energetyczne i paliwo około 104 mld złotych, w tym 51 mld dolarów za ropę naftową i 30 mld złotych za gaz oraz 0,8 mld złotych za węgiel. W ciągu niecałej dekady zależność Polski od importu surowców energetycznych wzrosła z 29% (2014) do 46% (2024). Przy czym nie ma tu mowy o żadnej dywersyfikacji – uzależniliśmy się od kilku kierunków dostaw. Ponad połowa ropy naftowej pochodzi z Arabii Saudyjskiej, która od maja wprowadziła swoistą dodatkową marżę „wojenną” w wysokości 27 dolarów za baryłkę Brent.
Saudyjski gigant Saudi Aramco w 2022 roku podpisał z Orlenem umowę na dostawy około 45% (400 tys. baryłek na dobę) zapotrzebowania należących do niego rafinerii. Jednocześnie Saudyjczycy wykupili 30% udziałów w Rafinerii Gdańskiej. 75% gazu skroplonego pochodzi natomiast ze Stanów Zjednoczonych. Terminal LNG w Świnoujściu przyjął w ubiegłym roku 81 transportów gazu skroplonego, z czego 62 to gaz od amerykańskich korporacji. Drugim dostawcą LNG do Polski jest natomiast Katar. Z uwagi na wojnę w Zatoce Perskiej i blokadę Cieśniny Ormuz katarski surowiec nie dociera do Europy od 16 lipca i zapewne zawieszenie transportów obowiązywać będzie przynajmniej do końca września.
Front handlowy
Kryzys dodatkowo pogłębia osłabianie się naszej waluty. Wyraźny spadek złotego miał miejsce w lipcu. Złożyły się na niego różne przyczyny, ale przede wszystkim sytuacja geopolityczna zwiększająca ryzyko deficytu z pierwszego wspomnianego frontu, czyli energetycznego. Poza tym doszły do tego zapowiadane ruchy Narodowego Banku Polskiego i Rady Polityki Pieniężnej. Mają one polegać na zmniejszeniu stóp procentowych w sytuacji, w której banki centralne UE oraz Stanów Zjednoczonych (złoty uzależniony jest od kondycji dolara i euro) zmierzają w odwrotnym kierunku. „W ostatnich tygodniach złoty pozostawał pod presją rosnących oczekiwań na obniżki stóp NBP, przy jednoczesnym utrzymywaniu się wycen zacieśniania polityki pieniężnej przez EBC i Fed. Zawężenie oczekiwanego dyferencjału stóp ograniczało atrakcyjność PLN w strategiach carry trade. Dodatkowo w ostatnich dniach krajowej walucie ciążyły pogorszenie sytuacji geopolitycznej na Bliskim Wschodzie i towarzyszący mu wzrost awersji do ryzyka oraz wyższe ceny ropy” – napisał niedawno analityk banku PKO BP Andrzej Kiedrowicz. Tani złoty byłby błogosławieństwem dla polskich eksporterów, gdyby nie fakt, że ich działalność uzależniona jest od cen importowanych surowców.
Front budżetowy
Deficyt budżetowy na ten i przyszły rok zakłada się na poziomie 6,8% PKB. To właśnie ta dziura budżetowa pozwalała na dotowanie cen energii elektrycznej dla gospodarstw domowych i odbiorców indywidualnych, a także wspomniany program CPN i najnowszy CPN 2.0, o którym wyżej wspomniano. Ceny prądu elektrycznego nadal mamy nieco niższe od tych w Niemczech czy Włoszech, ale to dzięki generacji prądu z węgla kamiennego. Ta jest jednak – zgodnie z żądaniami Brukseli – całkowicie likwidowana (najnowszym przykładem jest właśnie dokonywane wygaszenie bloków węglowych Zespołu Elektrowni Dolna Odra).
Zamknięty krąg
Czy rząd w jakikolwiek sposób rozwiązuje wspomniane, splecione ze sobą wzajemnie problemy na owych trzech frontach? W zasadzie je dodatkowo pogłębia. Deficyt energetyczny pogłębia deficyt handlowy, subsydiowanie paliw i energii elektrycznej – pogarsza sytuację budżetową, zaś słabnąca waluta jeszcze bardziej nakręca tendencję inflacyjną. Można w tej sytuacji podnieść tylko podatki. Zwiększono podatek CIT dla banków z 19% do 30%, ale już na podwyższenie o 15% akcyzy na alkohol nie zgodził się prezydent, wetując proponowane przepisy.
Pieniędzy z Brukseli żadnych nie dostaniemy, bo już teraz uruchomiono wobec Polski procedurę nadmiernego deficytu i UE żąda od nas działań na rzecz konsolidacji budżetu. W marcu 2023 roku, jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, które dały obecnej koalicji władzę, Tusk stwierdził w jednym z wywiadów: „dzisiaj najdroższym klientem socjalnym władzy jest ta władza… po raz pierwszy od 1989 roku mamy władzę, która wydaje na siebie tyle pieniędzy, że ma to wpływ na procesy makroekonomiczne, takie jak inflacja”. Niewiele się pod tym względem pod jego rządami zmieniło.
Pytanie o dotrzymywanie słowa
Od 1 kwietnia 2024 roku obecny rząd zrezygnował z zerowej stawki podatku VAT na podstawowe produkty żywnościowe. Gdy kilka tygodni wcześniej Donald Tusk informował na konferencji prasowej, że żywność obciążona będzie VATem na poziomie 5%, zaznaczył: „możemy wrócić w każdej chwili do stawki zerowej, jeśli będą powody do takiego rozwiązania”. W ciągu roku paliwa zdrożały o około 16%. Za wzrostem ich cen idą również wzrosty cen artykułów spożywczych. Na co zatem czeka polski rząd? Czy nie zaistniały okoliczności, które uzasadniają spełnienie przez Donalda Tuska jego obietnicy sprzed ponad dwóch lat?
Rzeczywistość a obietnice
Zamiast deklaracji trzymania cen i kosztów życia nas wszystkich w ryzach mamy krzyczące fakty. W ciągu roku paliwa podrożały o 15,8%, a tylko w ciągu kilku tygodni lipca aż o 13,9%. Rząd jeszcze niedawno szczycił się niską inflacją, podkreślając w grudniu ubiegłego roku, że jej wzrost wyhamowano do zaledwie 2,4%. Latem tego roku wróciła ona do 3%, zaś analitycy finansowi spodziewają się, że pod koniec roku powróci do wskaźników na poziomie 3,5-4%. Jej motorem napędowym będą rosnące ceny żywności, a te z kolei to przede wszystkim efekt szalejącej drożyzny na rynku paliwowym (cena każdego produktu to przecież również koszty logistyki, przede wszystkim oparte na cenie oleju napędowego), ale także kryzysu na rynku nawozowym oraz niskiego tegorocznego urodzaju. Zresztą wspomniane nawozy mają te same źródła kryzysu co i paliwa; około 30% światowego eksportu nawozów sztucznych trafia na rynki przez Cieśninę Ormuz. Natomiast produkcja własnych nawozów azotowych uzależniona jest od cen importowanego gazu.
Dlaczego nie będzie taniej
Wbrew obietnicom, na pomoc ze strony rządu liczyć nie możemy. Państwo wyczerpało swe możliwości finansowe w ciągu ostatnich kilku lat i dodatkowo wpadło w niebezpieczną spiralę zadłużenia. Każda interwencja to (rządowi politycy mają rację) miliardy złotych mniej, czyli jeszcze większy deficyt. Polski już na to nie stać. Rząd milczy na temat ewentualnych pomysłów ulżenia doli zwykłych obywateli, bo tych pomysłów już najzwyczajniej w świecie nie ma. Wybory w przyszłym roku, więc pewnie jeszcze będziemy mieli do czynienia z zastosowaniem kilku krótkotrwałych protez w rodzaju CPN 2.0. Ale chwile wytchnienia to nic w porównaniu z zapaścią finansową, jaka czeka większość polskich rodzin. Lepiej już było. Teraz czas, by było coraz gorzej. To konsekwencje lat błędnej polityki i fałszywych paradygmatów.
Zgodnie z przewidywaniami kolejne rozdanie tragikomicznych ról w polskim teatrze politycznym może utrudnić realizację niektórych scenariuszy.
Co zrobią reprezentanci “silnych razem”?
Czy “nienawidzący razem” zdadzą egzamin z ochlokracji?
Adam Wielomski zapomniał doprecyzować “po udanej prowokacji”, bo ostatnia prowokacja nie wyszła idealnie, wzbudzając podobno poważne wątpliwości saperów. Krater im. Kosiniaka Kamysza był zbyt symetryczny jak na rakietę, i został natychmiast zasypany, aby nie wzbudzać kontrowersji. Bardziej złośliwi sugerowali, że zamiast ruskich onuc ślady wskazywały na onuce ukraińskie.
Radosław Sikorski chce wprowadzić na teren unijny – na teren Polski? – obce wojska składające się m.in. z Ukraińców
Zdecydowanie opowiadam się za utworzeniem “Legionu Europejskiego”, oddanej, stałej jednostki, która mogłaby rekrutować doświadczonych profesjonalistów z szerszej rodziny europejskiej, w tym zaprawionych w boju ukraińskich weteranów po wojnie.
Nic bardziej nie zwiększy poczucia bezpieczeństwa Polaków jak świadomość, że na terenie Polski mają przebywać uzbrojeni po zęby banderowcy z bratnią armią niemiecką. A propos nazizmu- temat wciąż aktualny:
Niemiecki sąd uniewinnił kobietę, która porównała działania Izraela do nazistowskich Niemiec. Uznał, że jej wypowiedź mieściła się w granicach chronionej prawem wolności słowa./link/
Ta informacja w kontekście wielu opinii, które coraz częściej pojawiają się w internecie, wzywających do zaprzestania okradania Polski na rzecz neonazistowskiej Ukrainy pod szyldem bezczelnej bredni o “naszej wojnie”.
Do ataków używa się pułków o ideologii banderowskiej i neonazistowskiej…