Zabraknie mleka – jak cukru?

Zabraknie mleka – jak cukru? Związek Polskich Przetwórców Mleka alarmuje.

Michał Waligóra https://medianarodowe.com/2022/08/10/zabraknie-mleka-jak-cukru-zwiazek-polskich-przetworcow-mleka-alarmuje/

Jak donosi brnża mleczarska, z powodu wysokich cen energii elektrycznej i gazu, mogą nastąpić niedobory mleka na rynku.

  • W polskich sklepach od pewnego czasu brakuje cukru.
  • Jak donosi Związek Polskich Przetwórców Mleka, problem ten może wkrótce dotyczyć białego napoju.
  • Czy PiS wprowadzi program “krowa plus”?

W ostatnim czasie nad Polską pojawiło się widmo braku cukru. Nastąpiły braki. Niektóre markety wprowadziły nawet limity na zakup .

Teraz pojawiło się nowe widmo – jak donosi branża mleczarska, z powodu wysokich cen energii elektrycznej i gazu, mogą nastąpić niedobory mleka na rynku. Przewiduje się wprowadzanie planów ograniczeń w poborze tych mediów do poziomów niepozwalających na utrzymanie produkcji, magazynowania, a nawet funkcjonowania przyzakładowych oczyszczalni ścieków.

Polscy mleczarze ponoć wielokrotnie apelowali do rządu o zmiany w przepisach. Jako że nie zaowocowało to upragnioną reakcją ze strony władz, Związek Polskich Przetwórców Mleka postanowił wydać specjalny komunikat. Jak twierdzi, rząd nie podejmuje aktywnych działań na rzecz objęcia ochroną naszej branży przed czynnikami mającymi negatywny wpływ na działalność.

Komunikat mleczarzy

W apelu możemy przeczytać, że obecne problemy mleczarzy spowodują

przerwanie procesów produkcyjnych, co skutkować będzie niedoborem wyrobów na rynku i poważnymi stratami finansowymi dla zakładów. Nie należy zapominać, że jednocześnie straty poniosą rolnicy, od których surowiec po prostu nie będzie odbierany. Wtedy pojawi się problem co zrobić z taką ilością niewykorzystanego mleka, jak go zutylizować? Obawiamy się, że konsekwencje takiej sytuacji dla środowiska naturalnego mogą być opłakane.

Jeśli zabraknie mleka, cukru, gazu i węgla, to oby nam [nie?? ] zabrakło cierpliwości.

Mleczarstwu grozi wstrzymanie produkcji przez brak suchego lodu [CO2]

  • https://www.portalspozywczy.pl/mleko/wiadomosci/mleczarstwu-grozi-wstrzymanie-produkcji-przez-brak-co2-i-suchego-lodu,213418.html

Zarówno ANWIL S.A., jak i Grupa Azoty S.A. wstrzymują produkcję nawozów azotowych, przy czym w obu przypadkach jako powód decyzji podano nagły i bezprecedensowy wzrost cen gazu ziemnego. Podkreślono, że sytuacja jest wyjątkowa i całkowicie niezależna od obu spółek. Decyzja ta może skutkować wstrzymaniem pracy całej branży mleczarskiej, a tym samym pozbawić rolników zbytu mleka, a Polaków dostępu do artykułów mleczarskich.

Brak dostaw suchego lodu i dwutlenku węgla

Oba wskazane wyżej podmioty są kluczowymi dostawcami dla wielu producentów ciekłego CO2 [to jest możliwe tylko pod dużym ciśnieniem. M D] oraz suchego lodu, dostarczając tzw. surowy dwutlenek węgla, który stanowi podstawowy surowiec, służący do produkcji ciekłego CO2 i/lub suchego lodu. W konsekwencji producenci dwutlenku węgla i suchego lodu całkowicie wstrzymują produkcję. 

Zaznaczyć trzeba  przy tym, iż dostawy surowego dwutlenku węgla realizowane są za pomocą rurociągów i brak jest możliwości technicznych, które pozwalałyby na realizację dostaw przez inne podmioty (np. za pomocą cystern). 

Jednoczesne zatrzymanie produkcji nawozów azotowych, a w konsekwencji dostaw surowego dwutlenku węgla przez obu kluczowych dostawców spowoduje, iż na rynku polskim i europejskim wystąpi niedobór obu finalnych produktów, tj. ciekłego CO2 i suchego lodu i tym samym niemożliwe będzie paczkowanie produktów w kontrolowanej atmosferze, w tym wielu produktów mleczarskich. 

Dla sektora oznacza to dramatyczną sytuację, ponieważ uniemożliwi to paczkowanie wyrobów takich jak sery i inne, gdyż odbywa się to w mieszance gazów, gdzie dwutlenek węgla jest niezbędnym elementem – mówi Agnieszka Maliszewska, dyrektor Polskiej Izby Mleka

Problemy ze środkami do mycia linii mleczarskich

Ponadto Grupa Azoty wysłała pisma do sektora mleczarskiego z informacją, że nie jest w stanie zapewnić dostaw kwasu azotowego niezbędnego do zachowania higieny linii produkcyjnych. 

[dalej – detale. MD]

„Zielony Ład” – narzucona przez ZŁEGO odwrotność rozsądnego ładu | prof. Mirosław Dakowski. 25 minut.

„Zielony Ład” – narzucona przez ZŁEGO odwrotność rozsądnego ładu | prof. Mirosław Dakowski. Mira Piłaszewicz MiraWizja

25 minut

Zakłady mięsne za kilka dni mogą stanąć. Znów winien CO2 !!!

Damian Słomski https://businessinsider.com.pl/biznes/dwutlenek-wegla-sie-konczy-i-zaklady-miesne-za-kilka-dni-moga-stanac/y8jt13c

Rekordowo drogi gaz zbiera żniwo. Najpierw potężne uderzenie otrzymali producenci nawozów, a teraz alarmują producenci żywności. Brak dwutlenku węgla sprawi, że za kilka dni gigantyczny problem będą mieć np. zakłady mięsne. — Jeśli rząd nic z tym nie zrobi, to 80-90 proc. uboju wieprzowiny i drobiu może stanąć — ostrzega prezes związku Polskie Mięso.

Producenci nawozów z Polski i Europy bardzo mocno ograniczają lub wręcz wstrzymują produkcje ze względu na rekordowo drogi gaz. Tłumaczą, że w takiej sytuacji nie opłaca się produkcja.

Okazuje się, że nie tylko rolnicy mogą mieć problem jesienią, ale już teraz na alarm biją przedstawiciele branży spożywczej.

— To olbrzymi problem, który dotyczy wszystkich producentów piwa, i zresztą nie tylko piwa – mówi Business Insiderowi Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego w Polsce Browary Polskie. Ostrzega, że brak dwutlenku węgla stanowi „bezpośrednie zagrożenie dla ciągłości produkcji”.

— Piwo to jest najmniejszy problem. Zakłady mięsne mają zapasy dwutlenku węgla na pięć lub sześć dni. Później stanie ubój trzody, drobiu, bo nikt nie ma dwutlenku węgla — podkreśla w rozmowie z Business Insiderem Witold Choiński, prezes związku Polskie Mięso.

Gaz ten jest produktem ubocznym właśnie przy produkcji nawozów. Po co jest potrzebny branży mięsnej? Zestalony dwutlenek węgla jest podobny do śniegu. Mówi się o nim „suchy lód”. Jest wykorzystywany m.in. w transporcie.

Carlsberg Polska wstrzyma produkcję piwa. Powodem brak dwutlenku węgla. [O co tym łobuzom- „decydentom” naprawdę chodzi?? MD]

[Przecież CO2 to ich wróg – walczą z „nadmiarem”!! md]

[O co tym łobuzom- „decydentom” naprawdę chodzi?? To świat zbrodniczych wariatów ! MD]

https://www.money.pl/gospodarka/carlsberg-polska-wstrzyma-produkcje-piwa-powodem-brak-dwutlenku-wegla-6805224516102880a.html

Zaledwie dwa dni po tym, jak należąca do PKN Orlen włocławska spółka Anwil podjęła decyzję o tymczasowym wstrzymaniu produkcji nawozów azotowych, kryzys na rynku odbił się również na browarnikach. Carlsberg Polska wstrzyma produkcję w związku ze wstrzymaniem przez Anwil i Grupę Azoty dostaw dwutlenku węgla, niezbędnego do warzenia piwa .

Carlsberg Polska wstrzyma produkcję piwa (Getty Images, Catherine Ivill)

Polub www.money.pl na Facebooku:

Serwis powołuje się na wypowiedź członka zarządu Carlsberg Polska. Informuje, że obecne zapasy dwutlenku węgla pozwolą funkcjonować spółce jeszcze dwie, może trzy doby, po czym browary będą musiały zatrzymać procesy warzenia.

Spółka liczy na natychmiastową reakcję ze strony rządu, wskazuje, że podobna sytuacja może dotknąć wiele firm używających dwutlenku węgla.

[A dyć Polanie pili piwo – a żadnych dwutlenków nie mieli… MD]

Grupa Azoty poinformowała w tym tygodniu o zatrzymaniu pracy instalacji do produkcji nawozów azotowych, kaprolaktamu oraz poliamidu 6.

Zobacz także:

Kolejna państwowa spółka wstrzymuje produkcję. Wszystko przez wysokie ceny gazu

Z kolei wchodzące w skład grupy kapitałowej zakłady w Puławach ograniczyły produkcję amoniaku do około 10 proc. mocy wytwórczych i wstrzymały część produkcji w segmentach tworzyw i agro, a Zakłady Azotowe Kędzierzyn ograniczyły do minimum pracę instalacji w jednostce produkującej nawozy. Produkcję nawozów azotowych tymczasowo wstrzymał też Anwil, spółka z grupy kapitałowej PKN Orlen.

Spółki tłumaczą decyzję bezprecedensowym wzrostem cen gazu ziemnego.

[O co tym łobuzom- „decydentom” naprawdę chodzi?? MD]

Unplugged, czyli jak zostaniemy i bez gazu, i bez prądu

Konrad Rękas https://konserwatyzm.pl/rekas-unplugged-czyli-jak-zostaniemy-i-bez-gazu-i-bez-pradu/

Kolejne rządy najpierw gigantycznymi kosztami przestawiły polską energetykę na zasilanie gazem ziemnym, obecnie nie ustając w staraniach, by gazu w Polsce zabrakło.

Trzymając się tej samej logiki, III RP karnie realizuje założenia polityki energetycznej Unii Europejskiej, czym uniemożliwia sobie powrót do technologii węglowych, ale jednocześnie nie czyni nic, by zgodnie z zaleceniami Brukseli postarać się o własną infrastrukturę energii ze źródeł odnawialnych (RE), czyli obecnie przede wszystkim wielkich ferm wiatrowych umieszczonych na szelfie morskim. Ponure żarty z oparcia polskiej energetyki na chruście stają się więc rzeczywistością. Rząd zaś jest na najlepszej drodze, by za jednym zamachem gazu do kraju nie sprowadzić, za to kolejny kawałek polskiego potencjału oddać w obce ręce.

Mieliśmy czas się przygotować

Jak wiadomo, jedyną dużą siłą opozycyjną w Polsce – jest Najwyższa Izba Kontroli. I to jej właśnie zawdzięczamy kolejną miażdżącą informację pokontrolną, tym razem dotyczącą właśnie odnawialnej bezmyślności kolejnych rządów III RP.

Unijna strategia ograniczenia emisji gazów cieplarnianych jest znana co najmniej od European Union Climate and Energy Package 2008, A Roadmap 2011, Porozumienia Paryskiego z 2015 r. i Clean Energy for All Europeans Package 2016, a jej implementacja do regulacji unijnych odbyła się bez żadnych polskich protestów. Rządy PiS na żadnym etapie nie sprzeciwiały się ani nie starały się zablokować rozwiązań znanych obecnie jak pakiet Fit for 55, zobowiązujący kraje członkowie do redukcji emisji o 55 proc. do 2030 r. Cel ten nie jest żadną miarą do osiągnięcia bez zwiększenia udziału RE w krajowym mixie energetycznym, o czym władze znakomicie wiedziały, na co się godziły i z czym swoim zwyczajem nie uczyniły absolutnie nic, oprócz paru papierowych deklaracji.

Tymczasem niezależnie od tego co wiemy o niskiej energetycznej wydajności RE i od oczywistej absurdalności opierania na nich polityki energetycznej w kraju leżącym na węglu i położonym na naturalnym kierunku transferu gazu ziemnego – dopóki jesteśmy w strukturach zachodnich (nie tylko zresztą unijnych, bo tą samą drogą idzie też np. UK), dopóty nie mamy innego wyjścia niż zwiększać liczbę wiatraków na skalę przemysłową i solarów na lokalną i indywidualną. Koniec, kropka. Albo odcinamy się od Zachodu, albo gramy, świecimy, grzejemy i jeździmy tak jak on. Oto fakty.

Zgadzali się, chociaż nie cieszyli?

Oczywiście, na użytek wewnętrznej polityki w Polsce PiS, a zwłaszcza Solidarna Polska udawały i udają, że są w jakimś sporze z Brukselą. Zamiast zróżnicowanego mixu energetycznego mieliśmy więc pomieszanie konfrontacji z celami KE z propagandą niby-to-etatystyczną i pro-socjalną, w wyniku czego zrezygnowano zarówno z kontynuowania reform rynku energii, jak i ich cofnięcia. Oficjalnie i praktycznie Polska nie odrzuciła paradygmatu neoliberalnego, choć w szczególności polityka obecnego rządu może sprawiać takie wrażenie. W efekcie nie rozwiązano dotąd problemu przestarzałych bloków energetycznych i sieci przesyłowych, z których 47 proc. ma ponad 40 lat. Brak nowych inwestycji każe przewidywać zmierzenie się z problemem brakującej pojemności energetycznej. W przypadku Polski nie sprawdziły się także (bo nie mogły) obietnice i zapewnienia związane z liberalizacją handlu transgranicznego energią. Zamiast pojawienia się rezerw i obniżki kosztów – Polska boryka się z kołowymi przepływami energii między Niemcami a Austrią blokując zarówno udostępnianie zdolności przesyłowych eksportowych, jak i import z Niemiec, w efekcie podwyższając ryzyko blackoutu.

Biurokrata wie lepiej!

W zakresie RE przyjęte rozwiązania prawne, szczególnie odnośnie biomasy oznaczały oparcie tych technologii na importowanych surowcach, a co za tym idzie dalszy drenaż finansowy kraju. Polska zdecydowała się na ograniczenia rozwoju dynamiki lądowej energetyki wiatrowej wprowadzając w 2016 r. restrykcyjne przepisy, przez co zaczęła spadać dynamika inwestycji. Po chwilowym boomie w listopadzie 2021 r. Sejm przyjął równie niekorzystne rozwiązania odnośnie domowych instalacji paneli słonecznych.

Nie wynika to jednak bynajmniej z negatywnego nastawienia rządu wobec samych RE, ale raczej wobec energetyki rozproszonej, czyli możliwie zlokalizowanej, a więc i względnie chociaż mniej zależnej od państwowego bałaganu, korupcji i zamordyzmu. W ramach nowej „Polityki Energetycznej Polski do 2040” przyjętej w lutym 2021 r. założono, że wielkoskalowe inwestycje w sektorze RE mają realizować spółki państwowe, w tym oczywiście ORLEN. Nasza energetyka odnawialna miała być oparta o skomercjalizowane przedsiębiorstwa państwowe, dysponujące ponad 60 proc. zainstalowanych mocy i generujące ponad 2/3 energii elektrycznej. Pomysł sam w sobie nie byłby taki zły (choć powinien być uzupełniony większym udziałem energetyki rozproszonej, bezpieczniejszej w czasach ogólnego kryzysu). Diabeł jednak, jak zwykle w III RP, tkwi w szczegółach, a zwłaszcza w realizacji ogólnikowych deklaracji.

Pierwsza duża instalacja offshore, Morska Farma Wiatrowa Baltic Power, miała ruszyć wg planu w 2024/25 roku. I zdaniem NIK na pewno nie ruszy, bo sama jej budowa zacznie się, być może, w 2026/27 r. Co też się może nie udać, bo jak dotąd nie udało się nawet wskazać lokalizacji głównego terminala inwestycyjnego, czyli technicznego zaplecza takiej instalacji morskiej. To znaczy wskazano, w Gdyni. Potem w Gdańsku. I Szczecinie-Świnoujściu. Chociaż może w duńskim Rønne? Albo niemieckim Sassnitz-Mukran? Wszystkie zakładane inwestycje grzęzną po polsku: w uzgodnieniach, opiniach i zezwoleniach. Każdym wnioskiem każdorazowo zajmuje aż 11 organów administracji, a prowadzone 23 postępowania wymagają co najmniej 40 uzgodnień między instytucjami od samorządów, przez różnej maści nadzory i ABW. A wszystko to po to, by na polskim wietrze i prądzie i tak położyli łapy obcy.

Złoty interes z Norwegami. Dla Norwegów

Bo gadanie o wielkim powrocie państwowej energetyki – to tylko bajki dla patriotycznych i socjalnych wyborców. W rzeczywistości tworzy się wielkie strojki, by część z nich tym łatwiej sprywatyzować, a do części od razu wpuścić zagranicznych udziałowców. Już dziś „partnerem” ORLEN-u jest kanadyjskie NP BALTIC WIND B.V. / NORTHLAND POWER INC., PGE Polska Grupa Energetyczna S. A. tylnymi drzwiami wpuszcza duńskie ØRSTED WIND POWER A/S, 50 proc. w projekcie firmowanym przez POLENERGIĘ S.A. ma norweskie WIND POWER AS, a większość Norwegom zapewni w ramach MFW Bałtyk II i Bałtyk III także kontrolowanie przez OSLO EQUINOR POLSKA sp. z o.o. Zupełnie samodzielnie występują natomiast RWE RENEWABLES INTERNATIONAL PARTICIPATIONS B.V. z Holandii oraz razem EDP RENEWABLES S.A. (Portugalia) i ENGIE S.A. (Francja). I to by było na tyle jeśli chodzi o polską energetykę w polskich rękach.

Oczywiście też jednak jest w tym wszystkim drugie dno, nie tylko zresztą Bałtyku, ale i… Morza Północnego. W zestawieniu najciekawsza jest bowiem obecność firm norweskich i duńskich. Nie jest tajemnicą w branży, że powodzenie ich przedsięwzięć, skrajne ich ułatwienie przez władze polskie, przy jednoczesnym utrudnianiu życia konkurentom – jest warunkiem w ogóle prowadzenia jakichkolwiek rozmów o wypełnieniu Baltic Pipe.

Jak wiemy, początkowo będzie nim płynąć jedynie 2-3 mld m. sześc. gazu ziemnego ze złóż dzierżawionych przez PGNiG na Szelfie Noreweskim. A od 2024 r. być może także 1,28 mld m. sześć. rocznie z duńskiego złoża Ørsted. Tak, to ta sama nazwa. Te same norweskie i duńskie kapitały zainteresowane przejęciem polskiego rynku offshore. I nie tylko offshore, bo także energetyką wodorową, stanowiącą absolutny rdzeń unijnej strategii odchodzenia od rosyjskiego gazu. I wszystko to oddamy Norwegom, byle nam pozwoli przesyłać gaz, który sami wydobywamy dzierżawiąc od nich odpłatnie pola gazowe i Duńczykom, którym za gaz i tak zapłacimy horrendalne stawki. Dzięki temu pozbędziemy się RE i zapłacimy za gaz, za który już raz zapłaciliśmy i którego część własnym kosztem wydobywamy. Słowem – standardowy złoty interes à la la III RP.

Ale cóż, najważniejsze – że to nie Ruscy!

Grupa Azoty S.A. w konsekwencji rekordowo wysokich cen gazu ziemnego zatrzymuje instalacje do produkcji nawozów azotowych, kaprolaktamu oraz poliamidu 6

https://grupaazoty.com/aktualnosci/grupa-azoty-s-a-w-konsekwencji-rekordowo-wysokich-cen-gazu-ziemnego-czasowo-zatrzymuje-instalacje-do-produkcji-nawozow-azotowych-kaprolaktamu-oraz-poliamidu-6

W związku z rekordowymi cenami gazu ziemnego, głównego surowca wykorzystywanego przy produkcji w Grupie Azoty S.A., w dniu 22 sierpnia 2022 r. Spółka podjęła decyzję o czasowym zatrzymaniu z dniem 23 sierpnia 2022 roku instalacji do produkcji nawozów azotowych, kaprolaktamu oraz poliamidu 6.

W wyniku agresji Rosji na Ukrainę, od 24 lutego 2022 r. obserwujemy na europejskich giełdach nadzwyczajne, historycznie wysokie ceny gazu ziemnego. Notowania gazu w okresie ostatniego półrocza wzrosły z poziomu 72 EUR/MWh w dniu 22.02.2022 r., do poziomu 276 EUR/MWh w dniu 22.08.2022 r.

Spółka kontynuuje produkcję katalizatorów, osłonek poliamidowych, kwasów humusowych, skrobi termoplastycznej oraz kwasu azotowego stężonego.

W trakcie ogłoszonego postoju instalacji produkcyjnych realizowane będą procesy inwestycyjne oraz remontowe, w tym planowany wcześniej, główny remont instalacji Poliamidów.

Należy podkreślić, że Grupa Azoty S.A. utrzymywała dotychczas produkcję na maksymalnych możliwych mocach, nawet w obliczu znaczących ograniczeń lub całkowitego wstrzymywania produkcji przez największych europejskich producentów.

W celu utrzymania bezpieczeństwa procesowego instalacji produkcyjnych oraz realizacji zobowiązań dla odbiorców zewnętrznych w zakresie dostaw energii elektrycznej, energii cieplnej i wody pitnej prace będą kontynuować: elektrociepłownia, stacja uzdatniania wody pitnej oraz oczyszczalnie ścieków.

Obecna sytuacja na rynku gazu ziemnego – pomimo jego dostępności – determinująca rentowność prowadzonej produkcji, jest wyjątkowa, całkowicie niezależna od Spółki i nie była możliwa do przewidzenia.

Spółka stale monitoruje poziom cen wszystkich surowców oraz rentowność procesów produkcyjnych i na tej podstawie będzie podejmowała dalsze decyzje biznesowe.

Mądrość zwana sprytem –

Mądrość zwana sprytem – Stanisław Michalkiewicz

W niezapomnianym skeczu kabaretu „Dudek” z Janem Kobuszewskim i Wiesławem Gołasem pt. „Ucz się Jasiu” jest scena, kiedy Jan Kobuszewski, jako właściciel warsztatu hydraulicznego, pyta ucznia Jasia, którego gra Wiesław Gołas, „do czego jest ta rura?” – na co Jasio przygląda się przez chwilę rurze i powiada: „ta rura jest do niczego”. Kto by wtedy pomyślał, że była to scena prorocza, zapowiadająca zgryzoty, jakie będą udziałem Polski w związku z dostawami gazu przez Baltic Pipe, a właściwie w związku z brakiem tych dostaw. Polska uczestniczyła w budowie tego gazociągu, która kosztowała 2,2 mld euro i – jak wielokrotnie byliśmy zapewniani – miał on być gwarantem naszego bezpieczeństwa energetycznego, umożliwiając rezygnację z dostaw gazu rosyjskiego. Wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku, chociaż na przełomie wiosny i lata premier Morawiecki wystąpił z zagadkową pretensją, by rząd norweski podzielił się z Polską zyskami ze sprzedaży gazu, a nawet wezwał mieszkających w Norwegii Polaków, by w tej sprawie zaczęli rząd norweski molestować.

Pan premier Morawiecki już wcześniej wpadał na różne pomysły, ale – przynajmniej na pierwszy rzut oka – mieściły się one w ramach normalności w sensie medycznym, – bo jeśli chodzi o sens ekonomiczny, to już nie. Na przykład program dekarbonizacji Polski wydawał się dziwaczny, bo niby dlaczego państwo miałoby rezygnować z korzystania z nośników energii, którymi dysponuje na rzecz nośników, którymi nie dysponuje, a w każdym razie – nie dysponuje nimi w stopniu wystarczającym do zaspokojenia potrzeb krajowych, wynoszących około 20 mld metrów sześciennych gazu rocznie?

Koniecznością „ratowania planety” wyjaśnić tego nie można, bo – po pierwsze – to uzasadnienie nie wytrzymuje krytyki w sytuacji, gdy znacznie większe gospodarki, niż polska, jak np. gospodarka amerykańska, czy chińska, wcale z węgla nie rezygnują, a – po drugie – zależność dobrostanu „planety” od spalania paliw kopalnych jest oczywista przede wszystkim dla niestabilnej emocjonalnie szwedzkiej panienki Grety Thunberg, z której sprytni rodzice podobno wyciągnęli już mnóstwo szmalu – no i oczywiście – dla rzesz jej młodocianych wyznawców, którzy o „planecie” wiedzą wszystko, chociaż nie bardzo potrafią wyjaśnić – o czym kilkakrotnie się przekonałem – dlaczego właściwie zmieniają się pory roku.

Z drugiej strony jednak wiadomo, że od polityków, zwłaszcza takich, jak pan premier Morawiecki, zbyt wiele wymagać nie można, bo dla doraźnych korzyści partyjnych czy nawet osobistych, gotowi są na rozmaite głupstwa, a poza tym rząd „dobrej zmiany” swojemu postępowaniu nadawał pozory racjonalnego uzasadnienia, właśnie reklamując korzyści, jakie będziemy odnosili, kiedy tylko gazociąg Baltic Pipe zostanie ukończony. Tymczasem gazociąg został ukończony już jakiś czas temu, ale gaz do Polski jak dotąd nim nie płynie i okazuje się, że nie bardzo wiadomo, czy popłynie, przynajmniej w ciągu najbliższych dwóch lat. Słowem – na razie „ta rura jest do niczego” – jakby powiedział Jasio, grany przez Wiesława Gołasa.

Ta rura jest do niczego” przynajmniej na razie, ale nie dlatego, by nie nadawała się do tłoczenia gazu. Ona się nadaje, ale – jak głoszą fałszywe pogłoski – Polska na razie z tego gazu nie będzie mogła skorzystać z powodu jakichś niejasności w umowie z Norwegami i Duńczykami. Wygląda na to, że pan premier Morawiecki o tych niejasnościach i wynikających z nich konsekwencjach, został poinformowany kilka miesięcy temu, właśnie kiedy zaczął kierować pod adresem norweskiego rządu i pracujących w Norwegii Polaków żądania wykraczające poza normalność w sensie medycznym.

Zwróćmy jednak uwagę, że w innych sprawach, na przykład dotyczących osobistego majątku, pan premier Morawiecki sprawia wrażenie człowieka całkiem sprawnego umysłowo, a nawet obdarzonego specyficznym rodzajem mądrości, który nazywamy sprytem. Skąd zatem u niego takie objawy zaćmienia w sprawach publicznych? Warto, by zajęło się tym jakieś konsylium weterynarzy, ale chyba do tego nie dojdzie, więc spróbujmy wyjaśnić ten fenomen na własną rękę.

Zacznijmy od tego, że polityczna kariera pana Mateusza Morawieckiego zaczęła się od stanowiska doradcy doskonałego premiera Donalda Tuska, który już wtedy stał na czele Volksdeutsche Partei i w którym Nasza Złota Pani z Berlina szczególnie sobie upodobała. Jak wiadomo, Donald Tusk Naszej Złotej Pani pozostał wierny aż do chwili obecnej, co z jednej strony nawet dobrze o nim świadczy, że nie jest niewdzięcznikiem – podczas gdy pan Mateusz Morawiecki dokonał politycznej wolty, przechodząc z obozu zdrady i zaprzaństwa do obozu płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, za co został wynagrodzony stanowiskiem wicepremiera w rządzie Beaty Szydło. Takie transfery zdarzały się i wcześniej, na przykład Wielce Czcigodny poseł Antoni Mężydło przeszedł w PiS do Volksdeutsche Partei i – jak publicznie zapewniał – wcale nie musiał z tego powodu zmieniać poglądów. Jak było w przypadku pana Mateusza Morawieckiego – tego nie wiem, bo w duszy u niego nie byłem, natomiast pragnę zwrócić uwagę na kolejny ważny etap w karierze wicepremiera Morawieckiego.

Oto w następstwie „głębokiej rekonstrukcji” rządu „dobrej zmiany”, w ramach której Naczelnik Państwa spuścił z wodą ministra obrony Antoniego Macierewicza, a panią premier Szydło odesłał na emeryturę do Parlamentu Europejskiego, pan wicepremier Morawiecki został premierem z zadaniem – jak pamiętamy – „ocieplenia stosunków z Unią Europejską”. Warto dodać, że ta „głęboka rekonstrukcja” nastąpiła w kilka miesięcy po felonii, jakiej względem swego wynalazcy dopuścił się pan prezydent Andrzej Duda, który po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią, zapowiedział zawetowanie ustaw regulujących funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości w naszym bantustanie, z czym mamy do dzisiaj coraz większe zgryzoty. Czy nominacja pana Mateusza Morawieckiego na premiera rządu „dobrej zmiany”, nie była przypadkiem efektem kompromisu do, którego Naczelnik Państwa, wskutek osłabienia felonią pana prezydenta Dudy został zmuszony?

Tego oczywiście nie wiemy, ale przecież musiała być jakaś ważna przyczyna, dla której wicepremierem, a następnie premierem rządu „dobrej zmiany”, został były doradca doskonały premiera Tuska, w którym Nasza Złota Pani szczególnie sobie upodobała i mocną ręką przeniosła, a następnie prowadziła przez europejskie salony? W międzyczasie wszczęła i prowadzi przeciwko Polsce wojnę hybrydową przy pomocy Donalda Tuska, ale z drugiej strony, przy pomocy premiera Mateusza Morawieckiego, doprowadza do obezwładnienia energetycznego Polski, już to pod pretekstem jej „dekarbonizacji”, już to wskutek „niejasności” w umowie gazowej z Norwegami i Duńczykami, by w rezultacie doprowadzić do tego, by Polska, podobnie jak inne państwa, kupowały od Niemiec rosyjski gaz tłoczony rurociągiem NordStream 2, który – jak tylko uda się tej zimy zorganizować kryzys energetyczny w Europie – chyba będzie musiał zostać uruchomiony?

Stanisław Michalkiewicz

Felieton    Portal Informacyjny „Magna Polonia” (www.magnapolonia.org)    20 sierpnia 2022

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5234

Siedem lat chudych

Izabela Brodacka 20 sierpnia

Po siedmiu latach rządów „dobrej zmiany” czeka nas zapewne przynajmniej siedem lat zimna i głodu. Jedną z głównych tego przyczyn jest mit globalnego ocieplenia. Wątpliwe czy ktokolwiek z rządzących uwierzył w globalne ocieplenie. Jednak wprowadzają oni „zielony ład” realizując cudze przestępcze plany zniewolenia ludzkości. Oznacza to przede wszystkim odejście od energetyki węglowej czyli nie tylko zamykanie czy wręcz zatapianie kopalń lecz płacenie przez producentów ogromnych haraczy za emisję CO2 i śledzenie w ich produktach tak zwanego „śladu węglowego”. Nikt, w naszym kraju, nie ośmielił się sprzeciwić zbiorowemu szaleństwu , nabożnie podejmowano kolejne kroki i zobowiązania. Na przykład do 2035 roku wszystkie samochody mają mieć napęd elektryczny. Nikt się nie zastanawia czy to jest w ogóle możliwe i jakie to będzie miało skutki dla ludzi i dla gospodarki. Nikt się nie zastanawia również nad faktem że technologie fotowoltaiczne powodują ogromne szkody ekologiczne. Aby otrzymać tonę litu trzeba przepłukać dwadzieścia ton rudy zużywając 70 ton wody. 

Podejmując jakiekolwiek działania na masową skalę należy robić tak zwany rachunek ciągniony, oceniać opłacalność tych działań w świadomości ich dalekosiężnych konsekwencji. Za czasów Clintona w jednym z okręgów USA dla oszczędności wody określono maksymalną dopuszczalną pojemność spłuczki klozetowej. Ku zdziwieniu autorów tego pomysłu zużycie wody w ubikacjach wzrosło. Przyczyna była prosta, ludzie spłukiwali muszlę klozetową po kilka razy. W Polsce dowcipni jak zawsze internauci zaproponowali żeby dla oszczędności wody spłukiwać muszlę co trzeci raz. 

„Pięć lat temu dotarło do nas, co się na świecie dzieje. I że nie ma od tego odwrotu, a my musimy iść ze światem, a nie przeciwko niemu – mówią górnicy”. Tak  wiernopoddańczo i kłamliwie twierdziła Rzeczpospolita .w artykule pod tytułem  „Pożegnanie z węglem”.  Podaję link żeby każdy mógł sobie przeczytać te pompatyczne brednie. (https://klimat.rp.pl/walka-o-klimat/art19148051-pozegnanie-z-weglem). 

Dziś nasi rządzący obudzili się jak cтрекоза (konik polny, po rosyjsku rodzaju żeńskiego) z bajki Kryłowa, która „oглянуться не успела, kак зима катит в глаза”. (nie zdążyła się obejrzeć a tu zima zajrzała jej w ślepia). Mam nadzieję że Kryłow nie został w Polsce zdelegalizowany.  

Teraz, gdy pozalewano kopalnie, gdy wypłacono górnikom odprawy wysyłając ich na zieloną trawkę premier Morawiecki zarządza w trybie nagłym import 4,5 miliona ton węgla z przeznaczeniem dla gospodarstw domowych. Jak twierdzi natomiast pani Łukaszewska-Trzeciakowska zakontraktowano 7 milionów ton natomiast sprowadzono 3 miliony. To czysty kabaret – Polska położona na węglu sprowadza węgiel z antypodów. Wymuszanie wiary w dogmat globalnego ocieplenia przypomina jak żywo wymuszanie wiary w dogmaty komunistyczne. Wiary w walkę klas, w dialektykę rozwoju społeczeństw czy choćby w osiągniecia Miczurina i Łysenki. Rezultatem tej wiary był miedzy innymi Wielki Głód-  Hołodomor (po ukraińsku Голодомор czyli zamorzenie głodem ) Przyczyną głodu w ZSRR, najbardziej dotkliwego właśnie na Ukrainie, był pięcioletni plan gospodarczy wprowadzony przez Stalina w 1929. Plan zakładał kolektywizację obszarów rolnych. Chłopi radzieccy mieli być pozbawieni własności i pracować w kołchozach.  Za kradzież kłosa zboża groziła kara śmierci. W grudniu 1932 Stalin wprowadził obowiązek meldunkowy dla mieszkańców miast co praktycznie uniemożliwiało ucieczkę z głodujących  wsi. 

Nikt nie ma wątpliwości, że głód z lat 1932–1933 na Ukrainie był sztuczny. Nie wiadomo jednak czy była to zaplanowana antyukraińska akcja Stalina czy też głód był wynikiem bolszewickiej zbrodniczej głupoty każącej wierzyć w sowiecki raj dla przyszłych pokoleń.  Liczba ofiar głodu szacowana jest na 10 milionów.

Odejście od energetyki węglowej wymusili na Polsce Niemcy. To również Niemcy uzależnili swój kraj i zachodnią Europę od rosyjskiego gazu. Teraz żądają żeby Polska dzieliła się z nimi swoimi rezerwami. 

W zideologizowanej trosce o środowisko holenderski rząd postanowił ostatnio ograniczyć wpływ rolnictwa na emisję gazów cieplarnianych poprzez likwidację 30 procent krajowych hodowli zwierząt oraz wprowadzenie przymusowego wykupu ziemi od rolników. Czy władze Holandii chcą wywołać współczesny Голодомор na świecie przez zbrodniczą w swej głupocie ideologię „zielonego ładu”?

Przez wiele lat nakłaniano w Polsce obywateli do zmiany systemu ogrzewania na gazowe. Teraz plakaty zachęcające: „zamień kopciucha na ogrzewanie ekologiczne” jakoś zniknęły. Opalający swoje domy węglem mają natomiast otrzymać dodatek w wysokości 3 tysiące na gospodarstwo domowe. Można to traktować jako premię za zdrowy rozsądek przejawiający się w fakcie, że ogrzewający swe domy węglem nie podporządkowali się ideologii „zielonego ładu”. Gdyby swego czasu szeregowi Polacy uwierzyli w ideologię komunistyczną tak jak podobno  w nią uwierzyli liczni polscy intelektualiści, choćby na przykład Leszek Kołakowski,  dawno bylibyśmy jedną z sowieckich republik albo ku radości Stalina wymarlibyśmy z głodu.

Ideologia komunistyczna jest jak groźny wirus, nieustannie mutuje, a kolejne mutacje są groźniejsze od poprzednich  bo trudniejsze do rozpoznania. „Zielony ład” to jedna z mutacji marksizmu kulturowego. Wszystkie mutacje marksizmu mają wspólną cechę – w imię brzmiącego szlachetnie lecz  nierealnego, dalekiego celu czyni się i akceptuje doraźne zło. Nie do zrealizowania jest na przykład powszechna równość ludzi choćby dlatego, że  ludzie tego nie chcą i  są różnie obdarowani przez naturę. Podobnie nie do zrealizowania jest troska o wszystkie istoty żywe choćby dlatego, że niektóre z nich, na przykład pasożyty , są naszymi naturalnymi wrogami. W imię równości ze szkodą dla wszystkich wymordowano arystokrację i elity Rosji i mordowano elity naszego kraju.  W imię troski o naszą błękitną planetę i  jej ginące gatunki skazuje się nas obecnie na lata chude. 

Bo lata tłuste już były i właśnie się skończyły. 

Kolejne 𝙤𝙜𝙧𝙖𝙣𝙞𝙘𝙯𝙚𝙣𝙞𝙚 𝙚𝙢𝙞𝙨𝙟𝙞 𝘾𝙊2 a obecna katastrofa gospodarcza

[gospodarcza – bo nie tylko energetyczna; inflacja…, może stagflacja]

[z sieci. MD]

𝙒 2008 𝙧𝙤𝙠𝙪 𝘿𝙤𝙣𝙖𝙡𝙙 𝙏𝙪𝙨𝙠 𝙯𝙜𝙤𝙙𝙯𝙞ł 𝙨𝙞ę 𝙣𝙖 𝙥𝙖𝙠𝙞𝙚𝙩 „3𝙭20”, 𝙯𝙖𝙠ł𝙖𝙙𝙖𝙟ą𝙘𝙮 𝙧𝙚𝙙𝙪𝙠𝙘𝙟ę 𝙤 20 𝙥𝙧𝙤𝙘. 𝙚𝙢𝙞𝙨𝙟𝙞 𝘾𝙊2 𝙙𝙤 𝙧𝙤𝙠𝙪 2020. 𝙋𝙧𝙯𝙮𝙟ę𝙩𝙤 𝙩𝙖𝙠ż𝙚 𝙯𝙢𝙞𝙖𝙣ę 𝙗𝙖𝙯𝙮 𝙧𝙚𝙙𝙪𝙠𝙘𝙟𝙞 𝘾𝙊2 𝙯 𝙧𝙤𝙠𝙪 1990 𝙣𝙖 𝙧𝙤𝙠 2005 𝙤𝙧𝙖𝙯 𝙤𝙗𝙤𝙬𝙞ą𝙯𝙠𝙤𝙬𝙮 𝙝𝙖𝙣𝙙𝙚𝙡 𝙪𝙥𝙧𝙖𝙬𝙣𝙞𝙚𝙣𝙞𝙖𝙢𝙞 𝙙𝙤 𝙚𝙢𝙞𝙨𝙟𝙞 𝙙𝙡𝙖 𝙬𝙮𝙩𝙬𝙖𝙧𝙯𝙖𝙟ą𝙘𝙮𝙘𝙝 𝙚𝙣𝙚𝙧𝙜𝙞ę 𝙚𝙡𝙚𝙠𝙩𝙧𝙮𝙘𝙯𝙣ą, 𝙠𝙩ó𝙧𝙮 𝙯𝙖𝙘𝙯ął 𝙤𝙗𝙤𝙬𝙞ą𝙯𝙮𝙬𝙖ć 𝙤𝙙 1 𝙨𝙩𝙮𝙘𝙯𝙣𝙞𝙖 2013 𝙧𝙤𝙠𝙪.

𝙒 2014 𝙧𝙤𝙠𝙪 𝙆𝙤𝙢𝙞𝙨𝙟𝙖 𝙀𝙪𝙧𝙤𝙥𝙚𝙟𝙨𝙠𝙖 𝙯𝙖𝙥𝙧𝙤𝙥𝙤𝙣𝙤𝙬𝙖ł𝙖 𝙟𝙚𝙨𝙯𝙘𝙯𝙚 𝙗𝙖𝙧𝙙𝙯𝙞𝙚𝙟 𝙧𝙖𝙙𝙮𝙠𝙖𝙡𝙣𝙚 𝙧𝙤𝙯𝙬𝙞ą𝙯𝙖𝙣𝙞𝙖. 𝙉𝙖 𝙥𝙤𝙨𝙞𝙚𝙙𝙯𝙚𝙣𝙞𝙚 𝙍𝙀, 𝙠𝙩ó𝙧ą 𝙠𝙞𝙚𝙧𝙤𝙬𝙖ł 𝙬ó𝙬𝙘𝙯𝙖𝙨 𝙣𝙤𝙬𝙮 𝙥𝙧𝙯𝙚𝙬𝙤𝙙𝙣𝙞𝙘𝙯ą𝙘𝙮 𝘿𝙤𝙣𝙖𝙡𝙙 𝙏𝙪𝙨𝙠, 𝙥𝙤𝙟𝙚𝙘𝙝𝙖ł𝙖 𝙯𝙪𝙥𝙚ł𝙣𝙞𝙚 𝙣𝙞𝙚𝙥𝙧𝙯𝙮𝙜𝙤𝙩𝙤𝙬𝙖𝙣𝙖 𝙥𝙧𝙚𝙢𝙞𝙚𝙧 𝙀𝙬𝙖 𝙆𝙤𝙥𝙖𝙘𝙯, 𝙠𝙩ó𝙧𝙖 𝙯𝙜𝙤𝙙𝙯𝙞ł𝙖 𝙨𝙞ę 𝙣𝙖 𝙠𝙤𝙡𝙚𝙟𝙣𝙚 𝙧𝙚𝙨𝙩𝙧𝙮𝙠𝙘𝙟𝙚, 𝙘𝙯𝙮𝙡𝙞 𝙤𝙜𝙧𝙖𝙣𝙞𝙘𝙯𝙚𝙣𝙞𝙚 𝙚𝙢𝙞𝙨𝙟𝙞 𝘾𝙊2 𝙤 43 𝙥𝙧𝙤𝙘. 𝙙𝙤 2030 𝙤𝙧𝙖𝙯 𝙣𝙖 𝙬𝙥𝙧𝙤𝙬𝙖𝙙𝙯𝙚𝙣𝙞𝙚 𝙩𝙯𝙬. 𝙍𝙚𝙯𝙚𝙧𝙬𝙮 𝙎𝙩𝙖𝙗𝙞𝙡𝙞𝙯𝙖𝙘𝙮𝙟𝙣𝙚𝙟.𝙋𝙤𝙙𝙬𝙖𝙡𝙞𝙣𝙮 𝙥𝙤ł𝙤ż𝙤𝙣𝙚 𝙥𝙤𝙙 𝙧𝙖𝙙𝙮𝙠𝙖𝙡𝙣ą 𝙥𝙤𝙡𝙞𝙩𝙮𝙠ę 𝙚𝙣𝙚𝙧𝙜𝙚𝙩𝙮𝙘𝙯𝙣ą 𝙐𝙀 𝙨𝙠𝙪𝙩𝙠𝙪𝙟ą 𝙬𝙨𝙯𝙚𝙡𝙠𝙞𝙢𝙞 𝙥óź𝙣𝙞𝙚𝙟𝙨𝙯𝙮𝙢𝙞 𝙥𝙧𝙤𝙗𝙡𝙚𝙢𝙖𝙢𝙞 𝙞 𝙗ę𝙙ą 𝙘𝙤𝙧𝙖𝙯 𝙬𝙞ę𝙠𝙨𝙯𝙚.

𝙊𝙗𝙚𝙘𝙣𝙮 𝙧𝙯ą𝙙 𝙢𝙪𝙨𝙞 𝙬𝙮𝙠𝙖𝙯𝙖ć 𝙨𝙞ę 𝙣𝙞𝙚𝙯𝙬𝙮𝙠łą 𝙤𝙙𝙬𝙖𝙜ą 𝙞 𝙘𝙯𝙪𝙟𝙣𝙤ś𝙘𝙞ą, 𝙗𝙮 𝙣𝙞𝙚 𝙖𝙠𝙘𝙚𝙥𝙩𝙤𝙬𝙖ć 𝙨𝙠𝙧𝙖𝙟𝙣𝙞𝙚 𝙙𝙚𝙨𝙩𝙧𝙪𝙠𝙘𝙮𝙟𝙣𝙮𝙘𝙝 𝙧𝙤𝙯𝙬𝙞ą𝙯𝙖ń, 𝙠𝙩ó𝙧𝙮𝙘𝙝 𝙢𝙣ó𝙨𝙩𝙬𝙤 𝙟𝙚𝙨𝙯𝙘𝙯𝙚 𝙥𝙧𝙯𝙚𝙙 𝙣𝙖𝙢𝙞.

𝙉𝙞𝙚𝙢𝙣𝙞𝙚𝙟 𝙥𝙖𝙢𝙞ę𝙩𝙖ć 𝙣𝙖𝙡𝙚ż𝙮, ż𝙚 𝙨𝙩𝙖𝙣 𝙤𝙗𝙚𝙘𝙣𝙚𝙟 𝙙𝙧𝙤ż𝙮𝙯𝙣𝙮 𝙚𝙣𝙚𝙧𝙜𝙚𝙩𝙮𝙘𝙯𝙣𝙚𝙟 𝙯𝙖𝙬𝙙𝙯𝙞ę𝙘𝙯𝙖𝙢𝙮 𝙙𝙚𝙘𝙮𝙯𝙟𝙤𝙢 𝙥𝙤𝙥𝙧𝙯𝙚𝙙𝙣𝙞𝙠ó𝙬.

𝘼ż 59 𝙥𝙧𝙤𝙘. 𝙘𝙚𝙣𝙮 𝙚𝙣𝙚𝙧𝙜𝙞𝙞 𝙚𝙡𝙚𝙠𝙩𝙧𝙮𝙘𝙯𝙣𝙚𝙟 𝙩𝙤 𝙠𝙤𝙨𝙯𝙩𝙮 𝙪𝙥𝙧𝙖𝙬𝙣𝙞𝙚ń 𝙙𝙤 𝙚𝙢𝙞𝙨𝙟𝙞 𝘾𝙊2, 𝙠𝙩ó𝙧𝙮𝙘𝙝 𝙤𝙗𝙚𝙘𝙣𝙚 𝙘𝙚𝙣𝙮 𝙥𝙧𝙯𝙚𝙠𝙧𝙤𝙘𝙯𝙮ł𝙮 90 𝙚𝙪𝙧𝙤 𝙯𝙖 𝙩𝙤𝙣ę 𝙚𝙢𝙞𝙨𝙟𝙞, 𝙠𝙤𝙡𝙚𝙟𝙣𝙚 8 𝙥𝙧𝙤𝙘. 𝙩𝙤 𝙠𝙤𝙨𝙯𝙩𝙮 𝙤𝙗𝙤𝙬𝙞ą𝙯𝙠ó𝙬 𝙯𝙬𝙞ą𝙯𝙖𝙣𝙮𝙘𝙝 𝙯𝙚 𝙬𝙨𝙥𝙞𝙚𝙧𝙖𝙣𝙞𝙚𝙢 𝙊𝙙𝙣𝙖𝙬𝙞𝙖𝙡𝙣𝙮𝙘𝙝 Ź𝙧ó𝙙𝙚ł 𝙀𝙣𝙚𝙧𝙜𝙞𝙞 (𝙊𝙕𝙀) 𝙞 𝙚𝙛𝙚𝙠𝙩𝙮𝙬𝙣𝙤ś𝙘𝙞 𝙚𝙣𝙚𝙧𝙜𝙚𝙩𝙮𝙘𝙯𝙣𝙚𝙟. 𝘼𝙠𝙘𝙮𝙯𝙖 𝙞 𝙢𝙖𝙧ż𝙖 𝙙𝙡𝙖 𝙨𝙥𝙧𝙯𝙚𝙙𝙖𝙟ą𝙘𝙚𝙜𝙤 𝙩𝙤 𝙯𝙖𝙡𝙚𝙙𝙬𝙞𝙚 2 𝙥𝙧𝙤𝙘. 𝙕𝙙𝙪𝙢𝙞𝙚𝙬𝙖𝙟ą𝙘𝙖 𝙟𝙚𝙨𝙩 𝙬𝙞ę𝙘 𝙖𝙢𝙣𝙚𝙯𝙟𝙖 𝙀𝙬𝙮 𝙆𝙤𝙥𝙖𝙘𝙯 𝙞 𝙟𝙚𝙟 𝙗𝙚𝙯𝙧𝙚𝙛𝙡𝙚𝙠𝙨𝙮𝙟𝙣𝙚 𝙤𝙥𝙚𝙧𝙤𝙬𝙖𝙣𝙞𝙚 𝙖𝙣𝙩𝙮𝙥𝙞𝙨𝙤𝙬𝙨𝙠𝙞𝙢 𝙥𝙤𝙥𝙪𝙡𝙞𝙯𝙢𝙚𝙢, 𝙯𝙬ł𝙖𝙨𝙯𝙘𝙯𝙖, ż𝙚 𝙢𝙖 𝙣𝙖 𝙨𝙪𝙢𝙞𝙚𝙣𝙞𝙪 𝙣𝙞𝙚 𝙩𝙮𝙡𝙠𝙤 𝙠𝙬𝙚𝙨𝙩𝙞𝙚 𝙚𝙣𝙚𝙧𝙜𝙚𝙩𝙮𝙘𝙯𝙣𝙚. 𝙍𝙤𝙙𝙯𝙞𝙣𝙮, 𝙤 𝙠𝙩ó𝙧𝙚 𝙩𝙖𝙠 𝙨𝙞ę 𝙪𝙥𝙤𝙢𝙞𝙣𝙖 𝙣𝙞𝙚 𝙢𝙞𝙖ł𝙮 𝙙𝙤𝙗𝙧𝙚𝙜𝙤 𝙘𝙯𝙖𝙨𝙪 𝙯𝙖 𝙟𝙚𝙟 𝙧𝙯ą𝙙ó𝙬. 


Nowa Zelandia walczy z bekającym bydłem. Franciszkowi i Pachamamie na pomoc. Czy ministerki założą sobie baloniki na pupy?

Andrzej Kumor https://www.goniec.net/2022/08/03/nowa-zelandia-walczy-z-bekajacym-bydlem/

Wygląda na to, że rządy w całym świecie zachodnim są zdecydowane zniszczyć hodowców bydła i trzody, a Nowa Zelandia nie jest tu wyjątkiem.

Według radykałów klimatycznych w tym kraju, bekanie krów i owiec jest zbyt szkodliwe dla środowiska ze względu na uwalniany metan i należy to zjawisko  ograniczyć.

„Nie ma wątpliwości, że musimy zmniejszyć ilość metanu, który wprowadzamy do atmosfery, a skuteczny system cen emisji dla rolnictwa będzie odgrywał kluczową rolę w tym, jak to osiągniemy” – powiedziała BBC minister ds. zmian klimatu Nowej Zelandii James Shaw czytamy na portalu https://thecountersignal.com/ [James to dotąd był chłop!! Już jest babą?? MD]

Zgodnie z proponowanymi przepisami, rząd zacząłby opodatkować hodowców za emisje gazów od 2025 r., oferując zachęty i niższe stawki podatkowe rolnikom, którzy karmią  zwierzęta według specjalnej diety zapobiegającej odbijaniu się i sadzą więcej drzew, aby zrównoważyć  domniemane emisje z hodowli zwierząt.

Według WebMD inne zalecane przez rząd rozwiązania obejmują „maski  dla krów, które wychwytują i zamieniają metan w wodę i dwutlenek węgla, metodę, która zmniejsza emisje o ponad 50% ..

Niektórzy rolnicy już eksperymentują z paszą z wodorostów . A naukowcy majstrują przy genetyce krów, aby zwiększyć ich wydajność trawienia”.

[Przecież dobrze nażarta krowa wypiarduje ok 1 m3 metanu na dobę. Też łapać! A ludzie?? Może ministerki zaczęłyby od siebie – balonik na pupie i drugi na gębie.. Może ten Franciszek z Watykanu by sobie i swoim nakazał? Pachamama by go chwaliła! MD]

Ostateczna decyzja w sprawie wprowadzenia podatku od bekania ma zapaść do grudnia tego roku.

Bezpośrednie linie energetyczne: Czemu rządzący blokują szanse na mniej drogą energię?

Konflikt w rządzie. Dwa resorty kłócą się o przepisy. W tle szansa na tanią energię

Agnieszka Zielińska https://www.money.pl/gospodarka/konflikt-w-rzadzie-dwa-resorty-kloca-sie-o-przepisy-w-tle-szansa-na-tania-energie-6799862826028000a.html

Jest pomysł, którego realizacja mogłaby obniżyć ceny energii. Sprawa musiałaby jednak mieć błogosławieństwo rządu i podparcie w przepisach. Mowa o budowie linii bezpośrednich łączących producentów energii z odbiorcami. Wszystko szło dobrze, pojawił się projekt przepisów podpisany przez resort rozwoju. Po czasie jednak ów zapis zniknął. Jak się okazuje – to efekt bratobójczej walki pomiędzy resortami rozwoju i środowiska.

Resort kierowany przez minister Annę Moskwę wykreślił z projektu ustawy przepisy dotyczące budowy linii bezpośrednich.

W Europie linie bezpośrednie jako pomysł na obniżenie cen energii od dawna nie są już żadną nowością. Gdy w Polsce trwa starcie opinii, państwa zachodnie już to realizują. Z takich rozwiązań korzystają już odbiorcy przemysłowi m.in. w Niemczech. Przykładem jest fabryka Airbusa w mieście Donauwörth w Bawarii, która będzie zasilana energią słoneczną. Jednak farma fotowoltaiki, która będzie napędzać zakład, zostanie wybudowana w odległości kilku kilometrów od niego. Z fabryką połączy ją specjalnie postawiona linia średniego napięcia.

Dzięki liniom bezpośrednim obniżą rachunki

Dlaczego przemysł w Europie korzysta z takich rozwiązań? Powód jest prosty. Budowa linii bezpośrednich to same korzyści — umożliwia rozwój OZE (odnawialne źródła energii), zwłaszcza lokalnie, a odbiorcom przemysłowym znacząco pomaga obniżyć rachunki za energię.

Niestety w Polsce dotąd takie rozwiązania nie były dostępne. Główną barierą był brak odpowiednich przepisów. Teoretycznie, zgodnie z obecnymi regulacjami, aby wybudować taką linię, trzeba wystąpić o zgodę do prezesa URE. W praktyce zgody jednak nie dostaniemy, bo takie rozwiązania są zarezerwowane dla odbiorców trwale odłączonych od sieci energetycznej.

Jednak w połowie ubiegłego roku Ministerstwo Klimatu i Środowiska rozpoczęło prace nad nowelizacją ustawy Prawo energetyczne oraz ustawy o odnawialnych źródłach energii, które miały zmienić tę sytuację, czyli w praktyce umożliwić budowę linii bezpośrednich.

Operatorzy sieci są niechętni, bo mniej zarobią

Niestety, od razu zaczęły się schody. Kością niezgody stały się zwłaszcza opłaty dystrybucyjne. Dlaczego? W marcu pisaliśmy, że rozwój linii bezpośrednich jest nie na rękę operatorom sieci. Głównym powodem jest fakt, że takie linie umożliwiają dostarczenie energii z pominięciem transportu energii za pośrednictwem sieci, co teoretycznie oznacza brak konieczności wnoszenia opłaty dystrybucyjnej.

Zdaniem prezesa URE Rafała Gawina to nie jest korzystne. Powód?

– Odbiorcy korzystający z linii bezpośrednich byliby zwolnieni zarówno z opłat dystrybucyjnych, z opłat za korzystanie z sieci energetycznej, jak i z opłaty OZE, opłaty kogeneracyjnej i opłaty mocowej. Powstałaby zatem sytuacja, w której nie ponosiliby adekwatnych kosztów utrzymania funkcjonowania systemu elektroenergetycznego, pomimo że nadal korzystaliby z niego – wyjaśniał w maju na łamach portalu wnp.pl.

Prezes Urzędu Regulacji Energetyki na tym nie poprzestał i zaproponował, aby odbiorcy przyłączeni do linii bezpośredniej byli obciążeni stałymi opłatami związanymi z funkcjonowaniem systemu elektroenergetycznego – w podobnej wysokości, które ponoszą odbiorcy energii elektrycznej przyłączeni do sieci.

Anna Moskwa jest przeciwna, Olga Semeniuk to popiera

Tymczasem organizacje przedsiębiorców, które również chciały zgłosić swoje uwagi do projektu nowelizacji prawa energetycznego oraz ustawy o OZE, dowiedziały się, że resort klimatu, kierowany przez minister Annę Moskwę, całkowicie wykreślił z projektu ustawy przepisy dotyczące budowy linii bezpośrednich.

W dodatku stało się to wbrew stanowisku Ministerstwa Rozwoju i Technologii. Resort ten napisał więc w kolejnych uwagach do projektu, że: „nieprowadzenie rozwiązań ułatwiających wykorzystanie linii bezpośredniej przez poszczególne sektory gospodarki, zwłaszcza przemysł energochłonny, może w istotny sposób niekorzystnie wpłynąć na koszty produkcji, a nawet decydować o rentowności przedsiębiorstw krajowych”.

Olga Semeniuk, wiceminister resortu rozwoju jest wielką orędowniczką budowy linii bezpośrednich. Jej zdaniem mogą one ograniczyć wpływ rosnących cen energii na sektor przesyłu, który boryka się dziś ze wzrostem kosztów spowodowanym m.in. obecną sytuacją gospodarczą i geopolityczną, związaną z inwazją Rosji na Ukrainę i koniecznością zastąpienia importu surowców energetycznych z Rosji.

„Dlatego MRiT zastrzega sobie możliwość wniesienia całościowej propozycji zapisów regulujących tę kwestię na etapie Stałego Komitetu Rady Ministrów” – napisała wiceminister w uwagach do projektu.

To będzie bodziec do inwestowania w OZE

Przedstawiciele przemysłu są również zdziwieni wykreśleniem przepisów. Henryk Kaliś, prezes Izby Energetyki Przemysłowej i Odbiorców Energii, przewodniczący Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu w rozmowie z money.pl zaznacza, że stanowisko przedstawicieli przemysłu w tej kwestii jest jasne. Rezygnacja z budowy linii bezpośrednich przekreśli szansę na transformację polskiego przemysłu.

– Linie bezpośrednie umożliwią rozwój odnawialnej energetyki przemysłowej i stworzą zachęty do inwestowania w odnawialne źródła energii – przekonuje Henryk Kaliś.

Jego zdaniem energię odnawialną dostarczaną linią bezpośrednią należy więc zwolnić z obciążeń finansowych wynikających z funkcjonujących w energetyce systemów wsparcia, a także z podatku akcyzowego.

Henryk Kaliś przypomina także, że we Francji, w Wielkiej Brytanii, a także m.in. na Łotwie, w Holandii oraz w Szwecji budowa linii bezpośrednich nie jest obciążona żadnymi dodatkowymi kosztami.

Bez taniej energii przemysł widzi przyszłość w czarnych barwach

Przedstawiciele sektora przemysłu mówią, że bez dostępu do odnawialnych źródeł nie utrzymają konkurencyjności produkcji, polski przemysł nie będzie mógł także uniezależnić się od rosyjskich surowców.

– Wprowadzanie linii bezpośrednich nie byłoby konieczne, gdyby rząd zaproponował inny sposób, aby dostarczyć energochłonnym branżom tanią energię odnawialną. Problem w tym, że nie ma takich pomysłów. Dlatego perspektywy funkcjonowania firm z energochłonnych branż rysują się dziś w czarnych barwach – twierdzi Henryk Kaliś.

Dodaje, że przemysł nie może dłużej czekać. Budowa elektrowni atomowych się nie rozpoczęła, z kolei elektrownie wiatrowe mają powstać w większej liczbie na Bałtyku dopiero po 2030 roku.

– Dlatego trzeba jak najszybciej uwolnić te zasoby, które są możliwe do wykorzystania już dzisiaj, czyli lądową energetykę wiatrową, która może zapewnić przemysłowi tanią energię produkowaną samodzielnie lub dostarczaną z wykorzystaniem linii bezpośrednich – postuluje prezes.

Bez przepisów inwestorzy też sobie jakoś radzą

Dr hab. Robert Zajdler, ekspert ds. energetycznych Instytutu Sobieskiego uważa, że budowa linii bezpośrednich w Polsce powinna być ułatwiona, bo wynika to także z regulacji UE. Jego zdaniem wprowadzenie możliwości budowy takich linii byłoby także dodatkową presją na monopolistów, aby chętniej przyłączali nowych użytkowników do sieci. Tymczasem obecnie inwestorzy coraz częściej dostają odmowy, zarówno w przypadku przełączeń do sieci gazowej, jak i nowych źródeł OZE, a także farm fotowoltaicznych.

— Dlatego w momencie, gdy nie ma przejrzystych przepisów, inwestorzy radzą sobie w inny sposób, budują takie linie, następnie w umowie deklarują, że są one instalacją wewnętrzną lub źródłem energii na własne potrzeby — komentuje.

Jacek Kosiński, adwokat i partner w kancelarii Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni, także uważa, że wykreślenie przepisów o liniach bezpośrednich jest złe. W dodatku jego zdaniem rządowy projekt ułatwiał ich budowę w ograniczonym stopniu.

– Aktualnie mamy kryzys przyłączania nowych jednostek OZE do sieci elektroenergetycznej. Linia bezpośrednia mogłaby częściowo wyjść naprzeciw potrzebom odbiorców. Ostatni projekt zmian ułatwiał to jednak w niewielkim stopniu – mówi.

Jako przykład podaje, że projekt wprowadzał np. ograniczenia dotyczące własności gruntów, na których mogłaby być zlokalizowana linia bezpośrednia i łącznej maksymalnej mocy przyłączanych jednostek wytwórczych.  Niestety teraz nawet takie zmiany nie wejdą w życie.

Bez zielonej energii nie zbudujemy konkurencyjnej gospodarki

Nasi rozmówcy przyznają nieoficjalnie, że rysuje się wyraźna oś podziału sporu. Resort klimatu bierze pod uwagę głos operatorów sieci, a z kolei ministerstwo rozwoju przedstawicieli przemysłu.

Nasi rozmówcy dodają jednocześnie, że na całym świecie coraz ważniejszym elementem w produkcji przemysłowej staje się tzw. ślad węglowy i  konieczność ograniczenia go. – Do tego celu niezbędna jest zielona energia. Najlepiej byłoby, aby trafiała do przemysłu bezpośrednio – mówi Piotr Czopek, dyrektor ds. regulacji w Polskim Stowarzyszeniu Energetyki Wiatrowej.

Druga sprawa, która jego zdaniem wiąże się z tym tematem, to zielony wodór. Surowiec, który uważany jest za przyszłość energetyki będzie wytwarzany w oparciu o energię elektryczną pochodzącą z OZE.

– Do tego celu niezbędna będzie linia bezpośrednia. Energia, która zostanie wykorzystana do wytworzenia wodoru, musi być energią odnawialną. Jeżeli chcemy więc stworzyć przyszłościową gospodarkę opartą na wodorze, musimy zacząć budować linie bezpośrednie – wyjaśnia.

Ekspert odnosi się także do zastrzeżeń URE związanych z nowymi regulacjami, w tym obaw, że w ich efekcie w sieci będzie mniej energii, dlatego opłaty dystrybucyjne mogą wzrosnąć, co odczują wszyscy odbiorcy.

– Naszym zdaniem to błędna teza, w kontekście linii bezpośrednich mówimy przecież o nowych źródłach wytwórczych i nowych projektach. Gospodarka, która chce się rozwijać, będzie potrzebowała nowej energii, dlatego obawy URE są na wyrost – ocenia Piotr Czopek.

Piotr Czopek uważa, że regulacje umożliwiające budowę linii bezpośrednich są także niezbędne z innego powodu. – Operatorzy sieci wydają coraz więcej odmów dla nowych instalacji OZE, dlatego wprowadzenie nowych regulacji umożliwiających budowę linii bezpośrednich nabiera coraz większego znaczenia. – mówi.

Przygotowując ten artykuł, wysłaliśmy we wtorek pytania do obu resortów, klimatu i rozwoju. Pierwszy zapytaliśmy o to, jaki był powód usunięcia zapisu o budowie linii bezpośrednich z ustawy. Na odpowiedzi obu resortów wciąż czekamy.

Agnieszka Zielińska, dziennikarka money.pl

Wymienili piece, teraz dopłat nie dostaną. „Zostaliśmy oszukani”. [A o inflacji – NIC].

[na podst.: Magdalena Raducha https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-wymienili-piece-teraz-doplat-nie-dostana-zostalismy-oszukani,nId,6183016 MD]

– Ludzie wymienili „kopciuchy”, a teraz rządzący chcą pomagać tym, którzy tego nie zrobili i z ekologią nie mają nic wspólnego.

Gdybym wiedziała, że będzie coś takiego, w życiu bym nie zmieniała pieca – przyznaje w rozmowie z Interią Alina. Tak komentuje sprawę dodatku węglowego w wysokości 3 tys. złotych. Z pomocy wykluczono między innymi osoby, które zainwestowały w czyste źródła ciepła, wymieniły stare piece i teraz do ogrzewania używają pelletu drzewnego. Jak słyszymy, część z nich rozważa powrót do „kopciuchów”. Ministerstwo Klimatu i Środowiska zapewnia, że „rząd pracuje nad rozwiązaniami dla osób używających opału innego niż węgiel”. [—-]

Ten dodatek uderza w osoby, które zainwestowały w czyste źródła ciepła, a teraz są za to karane.

Premier Mateusz Morawiecki powiedział w piątek z mównicy sejmowej, że pellet drzewny kosztuje 1600-1800 zł. – Ja zadzwoniłem do kilku składów i żaden nie oferował pelletu w tej cenie, one oscylowały w granicach 2400-2500 zł za tonę. Albo premier został wprowadzony w błąd i chodziło mu o pół tony, albo ktoś mu powiedział o pellecie ze słomy, który się nie spala w kotle na pellet drzewny.[—-]

– Nie zapominajmy też o osobach, które ogrzewają mieszkania gazem i prądem. Oni również na pomoc państwa nie mogą liczyć. Ceny tych surowców też poszybowały w górę, a będą kolejne podwyżki i za gaz i za energię. [—-]

Spytaliśmy Ministerstwo Klimatu i Środowiska, czy planowane jest również wsparcie tych gospodarstw domowych, które do ogrzewania wykorzystują pellet, gaz lub inne źródła ciepła.

W odpowiedzi wydziału komunikacji medialnej resortu czytamy, że „rząd zajmuje się tą kwestią”. [—-]

CIEMNA STRONA POJAZDÓW ELEKTRYCZNYCH. KRWAWY KOBALT. DZIECI – GÓRNICY.

Z biedaszybów do salonów czyli jazda z prądem

Kategoria: Archiwum, Co piszą inni, Gospodarka, Kontrowersyjne, Polecane, Polityka, Polska, Świat, Ważne AlterCabrio https://www.ekspedyt.org/2022/07/24/z-biedaszybow-do-salonow-czyli-jazda-z-pradem/

Jeśli pracownik umiera, firmy nie zgłaszają tego rządowi. Chowają taką osobę, ukrywają zwłoki i przekupują rodzinę, aby milczała”.

To twój samochód elektryczny, który zabija ludzi, zanim jeszcze wyjedzie na drogę. Czy pisałeś się na to?”

−∗−

Tłumaczenie transkrypcji materiału wideo z serwisu Forbidden Knowledge TV na temat ciemnej strony produkcji pojazdów elektrycznych. Zachęcam nie tylko do lektury tekstu, ale również do obejrzenia samego filmu ze względu na grafikę z danymi. //AlterCabrio

________________***________________

Ciemna strona pojazdów elektrycznych

Palki Sharma z WION z New Delhi w Indiach to świetne źródło prawdziwych wiadomości, a ten odccinek jest świetnym przykładem. Kilka minut oglądania małych dzieci kruszących skały dla przemysłu kobaltowego może na dobre zniechęcić cię do posiadania pojazdu elektrycznego.

Mówi: „Pod lśniącą powierzchnią EV kryje się historia krwawych baterii [blood batteries]. Te samochody są przyczyną łamania praw człowieka, skrajnego ubóstwa i pracy dzieci…”

„Połowa wyprodukowanego kobaltu trafia do samochodów elektrycznych. Mówimy o 4 do 30 kilogramów kobaltu na baterię. Ten metal znajduje się na całym świecie… ale 70% całkowitej podaży pochodzi z jednego kraju… Demokratycznej Republiki Konga”.

„Przyjrzyjmy się temu krajowi. DR Kongo jest drugim co do wielkości krajem Afryki. Jego PKB wynosi około 49 miliardów dolarów… Wydobycie kobaltu w Kongo dzieli się na dwie kategorie: wydobycie przemysłowe lub na dużą skalę oraz wydobycie rzemieślnicze lub na małą skalę”.

„Jaka jest różnica między tymi dwoma? Kopalnie rzemieślnicze są nieuregulowane. Tutaj nie obowiązują przepisy prawa pracy. Podobnie jak protokoły bezpieczeństwa. Kopalnie te produkują od 20% do 30% kongijskiego kobaltu. W tych kopalniach pracuje około 200 000 górników. Co najmniej 40 000 z nich to dzieci, niektóre nawet sześcioletnie”.

„Te dzieci codziennie ryzykują śmiercią. Wchodzą do pionowych tuneli, większość z nich jest zbyt wąska, aby dorośli mogli się w nich pomieścić. To jak piec. Dzieci kopią kobalt w nieludzkich warunkach, czasem mają łopaty, ale najczęściej kopią gołymi rękami”.

„Nie mają masek, rękawiczek, ubrań roboczych, a czasami mają tlenu tylko na 20 minut, ale te małe dzieci kopią godzinami. Po wydobyciu kruszą skały. Myją je i niosą swoje znaleziska na targ, aby znaleźć kupca”.

„Ile te dzieci zarabiają? Czasami ledwie jednego dolara. Kobalt to wielomiliardowy przemysł. Szacuje się, że do 2027r. będzie wart 13,63 miliarda dolarów, ale pieniądze te nigdy nie dotrą do dziecka, które wyszukuje i wydobywa metal”.

„W dotkniętym biedą Kongo nawet jeden dolar wart jest zaryzykowania życia. Wielu ginie, próbując zarobić te pieniądze… Według szacunków co roku w Kongo ginie 2000 nielegalnych górników. Wielu cierpi z powodu trwałego uszkodzenia płuc, infekcji skóry i urazów zmieniających życie. W 2019 roku kilka rodzin z Kongo złożyło pozew. Wskazali firmy takie jak Tesla, oskarżyły je o podżeganie i przyczynianie się do śmierci i okaleczenia dzieci…”

Zapotrzebowanie [na kobalt] potroiło się w ciągu ostatniej dekady. Oczekuje się, że do 2035r. ponownie się podwoi. Popyt napędzają pojazdy elektryczne. Obecnie na drogach jeździ ponad 6,5 miliona pojazdów elektrycznych. Do roku 2040 ta liczba osiągnie 66 milionów, czyli 66 milionów pomnożone przez 30 kilogramów kobaltu. Policzcie sami”.

„Oczekuje się, że do 2050r. zapotrzebowanie na produkcję kobaltu wzrośnie o 585%. Rodziny z Kongo chcą przezwyciężyć tę falę biedy. Wysłanie dzieci do kopalni nie jest dla nich wyborem, ale koniecznością. Te dzieci w końcu pracują jako górnicy na małą skalę [bieda szyby] lub pracownicy nieformalni. Nie są zatrudnieni przez żadną firmę, ale kilka firm ustawia się w kolejce, aby kupić ich znaleziska.

„Widzisz, taniej jest kupić kobalt od dziecka niż w oficjalnej kopalni, a kto lepiej rozumie biznes niż Chiny? Większość z tych firm zajmujących się krwawymi bateriami pochodzi z Chin. Dominują w globalnym łańcuchu dostaw kobaltu. Chiny posiadają do 50% produkcji metalu. Kontrolują około 80% rafinacji kobaltu”.

„W ciągu ostatnich 15 lat chińskie podmioty wykupiły działające w Kongo firmy wydobywcze z Ameryki Północnej i Europy. Dziś chińskie firmy są właścicielami 15 z 19 kopalń przemysłowych w tym kraju”.

„W zamian za kongijski kobalt Chiny obiecały temu krajowi miliardowe inwestycje w infrastrukturę, szkoły i drogi”.

„Teraz Kongo jest kolejnym przykładem tego, że historie z udziałem Chin nigdy nie kończą się dobrze. Dzisiaj Chiny wpuszczają krwawy kobalt do łańcucha dostaw pojazdów elektrycznych. Chińskie firmy kupują kobalt od dzieci, zachęcając je do udziału w handlu krwawymi bateriami”.

„Jednym z największych przetwórców kobaltu w Kongo jest firma CDM czyli Congo Dongfung Mining. Jest spółką zależną chińskiej firmy Xiang Huayou Cobalt. Oczywiście Huayou dostarcza kobalt producentom samochodów elektrycznych, takim jak Volkswagen. 40% kobaltu Huayou pochodzi z Konga. W 2016 roku chińska firma została wezwana do wyjaśnień przez organizację pozarządową. Zostali uznani za beneficjenta pracy dzieci”.

„Huayou obiecał uporządkować swoją działalność, ale czy coś się zmieniło? Raporty napływające z terenu budzą poważne wątpliwości. To jedna z części historii.

W wielkich chińskich kopalniach jest też krew. Tam pracownicy są maltretowani, dyskryminowani, bici i zmuszani do pracy bez umów i wystarczających racji żywnościowych”.

„Jeden z pracowników powiedział mediom, cytuję: «Jeśli pracownik umiera, Chińczycy nie zgłaszają tego rządowi. Chowają taką osobę, ukrywają zwłoki i przekupują rodzinę, aby milczała»”.

„To twój samochód elektryczny, który zabija ludzi, zanim jeszcze wyjedzie na drogę. Czy pisałeś się na to?”

„Najwięksi światowi producenci samochodów są współwinni tych przestępstw. Mówię o firmach takich jak Tesla, Volvo, Renault, Mercedes-Benz, Volkswagen. Wszyscy oni pozyskują kobalt z chińskich kopalń w Kongo…”

„Podobnie jak twierdzenie, że samochody elektryczne są czyste, te samochody są napędzane brudną energią, krwawymi bateriami i nie jest to rozwiązanie klimatyczne. To łamanie praw człowieka i te dwie rzeczy nie mogą współistnieć”.

„Rozwiązanie klimatyczne nie powinno odbywać się kosztem ludzkiego życia. Krótko mówiąc, pojazdy elektryczne muszą przejechać wiele kilometrów, zanim ktoś będzie mógł twierdzić, że są czyste”.

__________________

The Dark Side of Electric Vehicles, Alexandra Bruce, July 24, 2022

„Problemy bloków energetycznych”. Jaworzno raportuje ubytek mocy, brak węgla. Środek lata !!!

https://nczas.com/2022/07/21/problemy-blokow-energetycznych-w-polsce-jaworzno-raportuje-ubytek-mocy-brakuje-wegla/

[Czy również to powoduje żarcie Naimski- Sasin? md]

Nowy, kosztujący 6 miliardów złotych blok w Elektrowni Jaworzno, który z założenia ma być jednym z filarów bezpieczeństwa energetycznego kraju, raportuje ubytki mocy. Są ogromne problemy z dostępnością i jakością węgla.

Problemy notuje nie tylko Jaworzno, ale większość bloków energetycznych w kraju. Według relacji portalu energetyka24, nastąpiły już nieplanowane wyłączenia czterech bloków w Kozienicach, dwóch w Połańcu i jednego w Opolu.

Jaworzno. Ubytek mocy

Dziennikarze „Business Insider Polska” dotarli do wewnętrznej korespondencji między kierownictwem elektrowni w Jaworznie, a spółką Rafako, która blok zbudowała i wspiera jego działanie.

Pismo wysłano 15 lipca. Poinformowano w nim, że w tej chwili są kłopoty z dostawami odpowiedniego jakościowo węgla, który jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania bloków.

Właściwy węgiel miał dostarczać państwowy Tauron, ale tego nie robi. Dlaczego? Zgodnie z ujawnioną treścią pisma, spółka „nie wywiązuje się ze swoich obowiązków z różnych przyczyn, między innymi związanych z praktycznie całkowitym zatrzymaniem wydobycia w kopalni Sobieski (dostawy na poziomie ok. 5 tys. ton węgla na miesiąc), utrudnioną produkcją w innych kopalniach, wojną w Ukrainie i embargiem nałożonym na węgiel rosyjski”.

Przedstawiciel Rafako wskazuje, problemy z dostawą węgla zaczęły się w maju br. Do Jaworzna zaczął przyjeżdżać gorszej jakości węgiel, który „oddziałuje negatywnie na sam proces spalania i na urządzenia bloku”.

„Węgiel, który został podawany na zasobniki, zawierał szereg nieczystości stałych, które w ogóle nie powinny mieć miejsca, co powodowało szereg nieplanowych odstawień urządzeń i ich awarii, co wpływało na ograniczenia w możliwości pełnego wykorzystania potencjału bloku do wykonania prac zgodnie z założonym harmonogramem. Powyższe okoliczności zostały udokumentowane” – czytamy.

Autor korespondencji stwierdza, Tauron był świadomy tego, że dostarcza gorszej jakości węgiel do elektrowni.

Co więcej, w piśmie czytamy, że elektrownia najprawdopodobniej będzie musiała mierzyć się z problemem braku dostaw paliwa zimą.

Wszystko to spowodowało, że w środę, 20 lipca doszło do ubytku mocny na jednym z bloków Elektrowni Jaworzno. W adnotacji zapisano: „brak paliwa”.

=====================

mail:

Bogdanka chce wydobyć 9,5 mln ton węgla i część wyśle na Ukrainę

Międzynarodówka „Ratujmy Planetę. Przeciw Pierdzeniu”.

Źle się bawimy

Stanisław Michalkiewicz    21 lipca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5216

Ciepło energii atomowej stopi lodowce biegunowe, bo siła, którą kryje atom, da ludziom zdrowie, ciepło, światło” – pisał przed laty poeta proletariacki. Na tamtym etapie bowiem, Partia nakazywała wierzyć w „atom”, bo Sowiety właśnie budowały swój arsenał nuklearny, toteż poeci proletariaccy uwijali się, jak w ukropie. Minęło jednak 70 lat, zmieniło się oblicze świata, między innymi w ten sposób, że coraz więcej państw albo już zbudowało, albo właśnie buduje swój arsenał nuklearny, a w tej sytuacji coraz trudniej utrzymywać, że „siła, którą kryje atom, da ludziom zdrowie”. Poza tym, perspektywa „stopienia lodowców biegunowych”, którą wtedy poeci proletariaccy tak się zachwycali, dzisiaj przez pannę Gretę Thunberg i jej licznych wyznawców, zostałaby uznana za początek apokalipsy. Toteż Partia, która pilnie wsłuchuje się w odgłosy dobiegające z czeluści demokratycznych społeczeństw, wyznaczyła inne priorytety. Teraz już nie chcemy topić biegunowych lodowców, przeciwnie; ich topnienie jest koronnym argumentem za globalnym ociepleniem, z którym trzeba walczyć w obronie „planety”.

Tedy aktyw partyjny „już z nowym wrogiem toczy walkę” – jak wspominał autor nieśmiertelnego poematu „Towarzysz Szmaciak” – a Partia nieubłaganym palcem wskazuje tego wroga. Są nim „gazy cieplarniane”, które powstają nie tylko ze spalania węgla, gazu i ropy naftowej, ale również – excusez le mot – z pierdzenia, któremu oddają się z upodobaniem zwierzęta hodowlane.

Na podstawie tych odkryć rozwinął się niebywale dynamiczny ruch społeczny i polityczny, który – w ramach długiego marszu przez instytucje, których w międzyczasie przybywa w tempie stachanowskim – wywiera coraz większy wpływ na postępowanie rządów, skorumpowanych przez rozmaite „unie”, zaczynają swoje pomysły wprowadzać w życie. Lichwiarska międzynarodówka, której przekierowanie uwagi młodych ludzi na walkę z „klimatem”, jest bardzo na rękę, bo pozwala jej utrzymać w cieniu jej własne machinacje, chętnie te przedsięwzięcia finansuje. A ponieważ coraz więcej młodych ludzi chciałoby wypić i zakąsić bez specjalnego wysilania się, to chętnie zostają „aktywistami”, nawet jak losy „planety” specjalnie ich nie obchodzą. A ponieważ polityczne gangi, które pod pretekstem demokracji, pasożytują na historycznych narodach, są zasilane z tej samej kroplówki, chętnie się do „ratowania planety” przyłączają.

W ten sposób doszło do proklamowania w Unii Europejskiej tak zwanego „zielonego ładu”, w ramach którego Europa zaczęła odchodzić od dotychczasowych źródeł energii, ku tak zwanym „źródłom odnawialnym”. Ponieważ w instytucjach Unii Europejskiej odsetek wariatów i szubrawców wydaje się większy, niż gdziekolwiek indziej, to narzuciła ona członkowskim bantustanom program „dekarbonizacji”. Początkowo wyglądało to racjonalnie w tym sensie, że jeśli bantustany wyrzekną się korzystania ze źródeł energii, którymi dysponują, to nie będą miały innego wyboru, jak kupować rosyjski gaz od Niemiec, które do spółki z Rosją, w ramach strategicznego partnerstwa, kończyły właśnie budowę gazociągu Nord Stream 2.

Naprzeciw temu przedsięwzięciu wyszły odkrycia skorumpowanych docentów, którzy zauważyli, że o ile dwutlenek węgla powstający ze spalania węgla kamiennego i brunatnego, jest silną trucizną dla „planety”, to dwutlenek węgla powstający przy spalaniu gazu ziemnego jest gazem szlachetnym, który „planecie” w zasadzie nie zagraża.

I kiedy wydawało się, że trick się udał, w sprawę wtrąciły się Stany Zjednoczone, dla których perspektywa niemieckiego monopolu w rozprowadzaniu rosyjskiego gazu na Europę była nie do przyjęcia, bo któż wtedy chciałby kupować gaz amerykański? Toteż w bantustanach znajdujących się pod amerykańską kuratelą nasiliła się propaganda „dywersyfikacji”. Dywersyfikacja jest bowiem wtedy, gdy zamiast rosyjskiego gazu bantustany kupują gaz amerykański. Toteż rządy, między innymi tubylczy rząd „dobrej zmiany”, istniejące dzięki amerykańskiemu poparciu, skwapliwie się w „dywersyfikację” zaangażowały, podejmując stosowne inwestycje.

Najwidoczniej to jednak nie było wystarczające, bo nie przełamywało niemieckiego monopolu. Ale od czego mamy wojny? Jak zauważył pruski teoretyk wojny, Karol von Clausewitz, wojna jest kontynuacją polityki, tylko prowadzonej innymi środkami. Toteż po wizycie, jaką amerykański prezydent Józio Biden złożył w czerwcu ubiegłego roku w Europie, podczas której odbył dwie długie rozmowy z zimnym ruskim czekistą Putinem, po kilkumiesięcznych przygotowaniach, rozpoczęła się wojna na Ukrainie, która wstrząsnęła całym miłującym pokój światem, a konkretnie – państwami należącymi do NATO, którego politycznym kierownikiem są Stany Zjednoczone oraz państwami zależnymi od USA, jak Tajwan, Korea Południowa, a nawet Japonia, Australia i Nowa Zelandia. Umiłowanie pokoju z kolei polega na tym, że państwa „wstrząśnięte” zostały przez USA nakłonione do zastosowania wobec Rosji całego pakietu sankcji ekonomicznych, między innymi – żeby nie kupować od Rosji surowców energetycznych.

Nasz nieszczęśliwy kraj nie dał się tutaj nikomu wyprzedzić i już z ruskiego gazu nie korzysta, to znaczy – jak wypsnęło się premierowi Morawieckiemu – korzysta, ale oficjalnie nic o tym nie wie, bo gaz kupuje „na giełdzie”. Z węgla też nie korzysta, w związku z czym cena węgla opałowego poszybowała w górę, Toteż rząd „dobrej zmiany”, bohatersko walcząc ze skutkami własnych działań, właśnie wprowadził cenę urzędową w wysokości 996 zł za tonę – ale tylko „dla odbiorców indywidualnych i spółdzielni”. Dzięki temu będzie mogła powstać nowa struktura biurokratyczna, którą będzie kontrolowała, czy nikt nie ulega pokusie łatwego zarobku na spekulowaniu węglem.

Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, że ruscy szachiści właśnie wprowadzili konserwacyjną przerwę w funkcjonowaniu gazociągu Nord Stream 1, która ma potrwać 10 dni, ale wśród odbiorców wywołała przerażenie, co by było, gdyby potrwała dłużej. Toteż Komisja Europejska w podskokach skasowała sankcje w postaci blokowania tranzytu z Rosji przez Litwę do obwodu królewieckiego, a prezydent Zełeński z ubolewaniem zauważył, że poza Stanami Zjednoczonymi i Polską, która, nawiasem mówiąc, już chyba nie ma niczego do przekazania, reszta państw NATO wykazuje coraz większą niechęć do futrowania Ukrainy.

Przede wszystkim jednak nasuwa się pytanie, co w tej sytuacji będzie z „zielonym ładem”? Dopóki bowiem w przewodach płynie tani prąd, dopóki ciepłownie dostarczają ciepłą wodę, dopóki kryzys energetyczny nie zagraża podstawom egzystencji całych krajów, to panna Greta, czy Wielce Czcigodna pani Spurek, może bezkarnie forsować swoje fantasmagorie, Teraz jednak powstała sytuacja o której pisał pozbawiony złudzeń ksiądz biskup Ignacy Krasicki w bajce „Dzieci i żaby”: „Chłopcy przestańcie, bo się źle bawicie; dla was to jest igraszką, nam idzie o życie!

Zimne Słońce. Dlaczego katastrofa klimatyczna nie nadchodzi.

Vahrenholt Fritz, Lüning Sebastian

https://web.archive.org/web/20200923023820/https://aletheia.com.pl/tytul/152/zimne-slonce

Sensacyjna w świetle rozpowszechnionego przekonania o „globalnym ociepleniu” książka Fritza Vahrenholta, niemieckiego specjalisty od ekologicznej energii, i Sebastiana Lüninga, niemieckiego geologa, nie tylko obala ten najnowszy mit, lecz także demaskuje manipulacje usiłujących narzucić go opinii publicznej. Vahrenholt, były minister ochrony środowiska w Hesji, a obecnie jeden z dyrektorów RWE, przeprowadził we współpracy z Lüningiem swoiste naukowe śledztwo, tropiąc grube nadużycia w doborze i interpretacji danych dokonywane przez zwolenników tezy, że główną przyczyną stałego wzrostu globalnej temperatury jest emisja dwutlenku węgla. Okazuje się, że nie „główną przyczyną” ani nie „stałego”. Od 2000 roku średnia temperatura na Ziemi nie rośnie, a w długim okresie mierzonym dekadami, stuleciami czy mileniami za zmiany temperatury odpowiada aktywność Słońca. Tysiąc lat temu Grenlandia (jak wskazuje sama nazwa) była zieloną krainą, a biegun północny był wolny od lodu. Naturalny cykl aktywności Słońca i związaną z nią rolę promieniowania kosmicznego skrzętnie się ukrywa, a dane klimatyczne ekstrapoluje się w sposób rysujący apokaliptyczną przyszłość. Rzetelność naukowa popada w konflikt z – uzasadnionym skądinąd – interesem politycznym: z dążeniem do ograniczenia emisji CO2 za wszelką cenę. Śledząc detektywistyczne tropienie przez autorów prawdy ukrywanej tam, gdzie powinna ona być najbardziej jawna: w nauce, czytelnik dowie się przy okazji mnóstwa rzeczy o klimacie Ziemi i jego historii, a wiedza ta, jak wynika z lektury Zimnego Słońca, może się okazać bardzo przydatna w praktyce. 

Konfrontacja prognoz klimatycznych IPCC z rzeczywistością.[Czytaj, od tego zależy, czy będziesz miał choć 15 stopni w mieszkaniu]

13.07.2015.  https://dakowski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=15905&Itemid=63

Z książki ZIMNE SŁOŃCE. Dlaczego katastrofa klimatyczna nie nadchodzi. F. Vahrenholt i S. Luning,, str. 265 inn.

wyd. Aletheia 2012 http://www.aletheia.com.pl

[Ważna książka, bo ujawnia kłamstwa i oszustwa IPCC z pozycji ministra , i to niemieckiego. Ukazuje, dokumentuje rolę zmian NATURALNYCH, szczególnie cykli słonecznych i oceanicznych. W IPCC panika.. Tylko tłumaczenie koszmarne… MD]

Od 1990 roku IPCC wydał cztery raporty zawierające prognozy tempe­ratur. Dlatego wydaje się zasadne porównanie prognozowanego kształ­towania się temperatur z realnie mierzonymi krzywymi (rys. 73 w oryg. md). Pro­gnoza temperatury w pierwszym raporcie z 1990 roku była zarazem najbardziej agresywną ze wszystkich opublikowanych dotąd przez IPCC. Temperatury realne plasowały się niemal w 100% poniżej pro­gnozy uważanej za najbardziej prawdopodobną. W 2000 roku nożyce rozwarły się zupełnie, kiedy w realnym świecie ocieplenie się skończy­ło, a krzywa prognozowana dalej dzielnie strzelała w górę [rys. 73 w oryginale md].

W związku z tymi ewidentnymi rozbieżnościami w kolejnym rapor­cie z 1995 roku zdecydowanie zredukowano prognozowane temperatu­ry. Nieco w tym jednak przesadzono, tak że tym razem średnia prognoza drugiego raportu o sytuacji klimatycznej plasowała się na ogół poniżej poziomu realnie mierzonych temperatur. Następnie, w trzecim raporcie IPCC z 2001 roku, znów założono, że nastąpi znaczne ocieplenie. Przez pierwsze lata prognoza sprawdzała się całkiem nieźle. Mierzo­ne temperatury mieściły się w zakresie przewidywanym przez IPCC. Jednakże od 2004 roku realne wartości przez większość czasu plasowa­ły się wyraźnie poniżej prognozowanego trendu. Prognoza ocieplenia sformułowana w raporcie z 2007 roku bardzo nieznacznie odbiega od prognozy z poprzedniej wersji i w związku z tym cierpi na tę samą przy­padłość. Przez to, że w pierwszej połowie XXI wieku nie odnotowuje­my ocieplenia, już po krótkim czasie pojawiła się rozbieżność między prognozą a realnymi wartościami pomiarowymi .

Staje się jasne, że żaden z tych modeli nie chce się sprawdzać. Już po kilku latach trzeba zastępować prognozy innymi i dostosowywać je do rzeczywistości. Żaden z modeli nie dowiódł dotąd, by był w stanie przedstawić wiarygodną prognozę. Żaden nie przewidział, że od 2000 roku ocieplenie nie będzie postępowało. Pół biedy, gdyby obecny brak ocieplenia miał zostać nadrobiony w kolejnych latach i wahania tem­peratury mieściłyby się w ogólnym trendzie rosnącym. Na to jednak nie wygląda, ponieważ zarówno aktywność słoneczna, jak i wewnętrz­ne cykle klimatyczne wykazują trend zniżkowy. Rozbieżność stanie się więc jeszcze większa, a prognozy będą coraz bardziej odbiegać od rzeczywistości.

Nasuwa się pytanie, jak coś takiego mogło przydarzyć się IPCC. Co poszło nie tak? Znaczny wzrost temperatur od późnych lat siedemdzie­siątych do 1998 roku najwyraźniej tak bardzo przeraził naukowców, że po prostu ekstrapolowali ten wzrost ocieplenia na daleką przyszłość. Uszło przy tym ich uwagi, że mieli do czynienia ze stromo idącą w górę krzywą 60-letniego cyklu PDO [oceaniczny md]  i że również po chwilowym spadku ak­tywność słoneczna wzrosła znów znacznie w latach siedemdziesiątych XX wieku (rys. 23 i 24). Nie zorientowali się, że gwałtowne ocieple­nie było cyklicznym przypadkiem szczególnym, a nie stanem normal­nym.

Wraz z osiągnięciem punktu kulminacyjnego przez PDO około 2000 roku widmo ocieplenia minęło, a temperatury przestały rosnąć. Dramatyczny spadek aktywności słonecznej oznacza, że w nadchodzą­cych latach nastąpi faza ochłodzenia, którego CO2 nie zdoła zrównoważyć.

Czas uproszczonych prognoz klimatycznych IPCC minął. Już w najbliższym raporcie 2013/2014 IPCC musi się ostatecznie pożegnać ze swoimi rosnącymi liniowo prognozami. Trzeba je będzie zastąpić krzy­wymi o bardziej dopracowanym przebiegu, które uwzględnią trendy rosnące oraz spadkowe i które mają źródło w różnych nakładających się na siebie naturalnych cyklach. Dwutlenek węgla nadal jest integralnym elementem tego równania klimatycznego. Jednakże musi zrezygnować z dominującej roli, którą mylnie mu przypisywano.

W zamian stanie się teraz równoprawnym partnerem wśród wielu czynników klimatotwór­czych, których wspólne oddziaływanie od milionów lat wywierało de­cydujący wpływ na sytuację klimatyczną Ziemi. Człowiek wiele może i z biegiem czasu znacznie zmienił świat. Jednak nie powinniśmy się przeceniać i sądzić, że nagle jesteśmy w stanie odebrać moc naturalnym siłom i procesom.

NASA potwierdza naukową OCZYWISTOŚĆ !! Admits climate change occurs because of the Sun.

Admits climate change occurs because of the Sun.

Changes in Earth’s solar orbit, not because of SUVs and fossil fuels

earth on fire

Ethan Huff Natural News 30 Aug 2019 https://www.sott.net/article/420049-NASA-admits-climate-change-occurs-because-of-changes-in-Earths-solar-orbit-not-because-of-SUVs-and-fossil-fuels

For more than 60 years, the National Aeronautics and Space Administration (NASA) has known that the changes occurring to planetary weather patterns are completely natural and normal. But the space agency, for whatever reason, has chosen to let the man-made global warming hoax persist and spread, to the detriment of human freedom.

It was the year 1958, to be precise, when NASA first observed that changes in the solar orbit of the earth, along with alterations to the earth’s axial tilt, are both responsible for what climate scientists today have dubbed as „warming” (or „cooling,” depending on their agenda). In no way, shape, or form are humans warming or cooling the planet by driving SUVs or eating beef, in other words.

But NASA has thus far failed to set the record straight, and has instead chosen to sit silently back and watch as liberals freak out about the world supposedly ending in 12 years because of too much livestock, or too many plastic straws.

In the year 2000, NASA did publish information on its Earth Observatory website about the Milankovitch Climate Theory, revealing that the planet is, in fact, changing due to extraneous factors that have absolutely nothing to do with human activity. But, again, this information has yet to go mainstream, some 19 years later, which is why deranged, climate-obsessed leftists have now begun to claim that we really only have 18 months left before the planet dies from an excess of carbon dioxide (CO2).

The truth, however, is much more along the lines of what Serbian astrophysicist Milutin Milankovitch, after whom the Milankovitch Climate Theory is named, proposed about how the seasonal and latitudinal variations of solar radiation that hit the earth in different ways, and at different times, have the greatest impact on earth’s changing climate patterns.

[—]

If we had to sum the whole thing up in one simple phrase, it would be this: The biggest factor influencing weather and climate patterns on earth is the sun, period.

[—]

==================================

por. np.: Shit in – shit out. Modele klimatyczne IPCC.

Soc -logika i „Zielony Ład” szaleją: W upały zamkną sklepy, centra i biurowce. Nowe prawo uderzy

Soc -logika i „Zielony Ład” szaleją: W upały zamkną sklepy, centra i biurowce. Nowe prawo uderzy w handel.

Gdy zużycie prądu niebezpiecznie wzrośnie [co za BEŁKOT: „niebezpiecznie wzrośnie ” MD] , np. w efekcie wysokich temperatur, nowe prawo spowoduje, że nie tylko wiele centrów, ale też biurowców czy magazynów przerwie działalność.

14.07.2022 Piotr Mazurkiewicz https://www.rp.pl/biznes/art36702861-upaly-zamkna-sklepy-centra-i-biurowce-nowe-prawo-uderzy-w-handel

„Rzeczpospolita” dotarła do alarmującego pisma podpisanego przez Polską Radę Centrów Handlowych, Polski Związek Firm Deweloperskich, Polską Organizację Handlu i Dystrybucji oraz Polską Izbę Nieruchomości Komercyjnych.

Skierowane do Ministerstwa Klimatu i Środowiska wskazuje, że efektem rozporządzenia z listopada 2021 r. może być zamykanie podczas największych upałów centrów handlowych, biur czy magazynów, co dla gospodarki oznaczałoby miliardowe straty i roszczenia wobec Skarbu Państwa.

W razie ograniczeń firmy muszą obniżyć zużycie prądu, ale punktem odniesienia są poziomy z godzin nocnych, gdy większość urządzeń nie działa, a klimatyzacja pracuje na minimalnym poziomie. {Muszą wyłączać!!! md]

Wyliczone średnie zużycia energii z ostatnich miesięcy uwzględniają okresy ograniczeń spowodowanych pandemią, kiedy centra czy biura pracowały na niższych obrotach.

– Odnoszenie tego do obecnej sytuacji jest oderwane od realiów – alarmują organizacje. I zwracają uwagę, że rozporządzenie nie określa czasu, w jakim mają zostać uprzedzone o tym, iż prąd będzie wyłączany – równie dobrze może stać się to tuż przed tym faktem.

Wcześniej ograniczenia zużycia prądu obejmowały głównie przemysł, teraz po raz pierwszy mogą uderzyć także w handel, ale również w biurowce, magazyny itp. Gdyby takie prawo obowiązywało w 2015 r., kiedy dochodziło do wyłączeń, wówczas sklepy byłyby zamknięte przez trzy dni.

– To też zagrożenie dla ciągłości działalności np. przychodni medycznych, aptek czy sklepów spożywczych. Brak zasilania w tych placówkach oznaczać może zepsucie leków lub żywności – mówi Krzysztof Poznański, dyrektor zarządzający Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Co stanie się ze sklepami zoologicznymi, gdzie żywe zwierzęta wymagają zapewnienia odpowiednich warunków? Problemy można wymieniać długo. – Setki tysięcy Polaków nie będą też mogły pracować, a miliony nie będą w stanie zakupić produktów pierwszej potrzeby oraz skorzystać z usług – dodaje.

Drastyczne ograniczenia w dostawach energii po raz pierwszy uderzą w handel, ale też biurowce czy magazyny. Ich zamknięcie nawet na krótko będzie uciążliwe.

Resort na razie nie widzi powodów do niepokoju, ponieważ ograniczeń dotąd nie było. Choć mogą być, i to niedługo, w Europie Zachodniej znów panują upały, które mogą przenieść się do Polski. „Nasze działania koncentrują się na zapewnieniu bezpieczeństwa dostaw energii do odbiorców. Monitorujemy funkcjonowanie krajowego systemu elektroenergetycznego i kształtujemy przepisy regulujące funkcjonowanie rynku energii elektrycznej w taki sposób, aby minimalizować ryzyka” – odpowiada nam Ministerstwo Klimatu i Środowiska. [Co za bełkot! MD]