Były pełniący obowiązki pierwszego wiceprezesa państwowego operatora elektrowni jądrowych Enerhoatom został zatrzymany za przywłaszczenie mienia i nadużycie stanowiska służbowego – poinformowało we wtorek ukraińskie Biuro Prokuratora Generalnego.
Portal RBK-Ukraina przekazał, że zatrzymany to Jurij Szejko, który był też pierwszym zastępcą ministra energetyki Ukrainy.
Prokuratura miejska w Kijowie we współpracy z Głównym Zarządem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) w Kijowie i obwodzie kijowskim zatrzymała byłego pełniącego obowiązki pierwszego wiceprezesa Enerhoatomu, który jest również byłym pierwszym zastępcą ministra energetyki Ukrainy.
Przygotowywane jest wobec niego zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, polegającego na przywłaszczeniu mienia poprzez nadużycie stanowiska służbowego, popełnionego w szczególnie dużych rozmiarach, po uprzedniej zmowie grupy osób.
Według informacji opublikowanej przez Biuro Prokuratora Generalnego w komunikatorze Telegram, jest on podejrzany o manipulacje związane z umową obowiązkowego ubezpieczenia od szkód jądrowych, co doprowadziło do zawyżenia jej wartości o 18,6 mln hrywien (439 tys. dolarów).
„Fakt sztucznego zawyżenia wartości potwierdzono w wyniku wewnętrznych kontroli, sprawdzenia dokumentacji oraz ekspertyzy sądowo-ekonomicznej. Wnioski są jednoznaczne: wartość usług została zawyżona o 18,6 mln hrywien i właśnie ta kwota została faktycznie wyprowadzona z przedsiębiorstwa o strategicznym znaczeniu” – zaznaczono w komunikacie.
Według prokuratury chodzi o manipulacje podczas zawierania umowy obowiązkowego ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej za szkody jądrowe, czyli dokumentu, który bezpośrednio dotyczy bezpieczeństwa jądrowego kraju. Ponadto w wyniku śledztwa ustalono sieć powiązanych spółek, prowadzącą do sektora finansowego w Rosji.
Służba Bezpieczeństwa Ukrainy przekazała we wtorek za śledczymi, że podejrzany dopuścił się nadużyć podczas zakupu usług ubezpieczeniowych. W szczególności, urzędnik bezpodstawnie podwyższył wartość umowy obowiązkowego ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej za szkody jądrowe, zawierając dodatkową umowę.
Jak potwierdziły źródła portalowi RBK-Ukraina, zatrzymany to Jurij Szejko, były pełniący obowiązki pierwszego wiceprezesa Enerhoatomu i były pierwszy zastępca ministra energetyki Ukrainy.
Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) i Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna (SAP) ujawniły na początku listopada rozległy system korupcyjny w branży energetycznej.
Według ustaleń śledczych uczestnicy procederu pobierali od kontrahentów Enerhoatomu łapówki w wysokości od 10 do 15 proc. wartości kontraktów. Nielegalne środki miały być legalizowane przez tzw. back office w centrum Kijowa, przez który – jak ustalono – przeszło około 100 mln dolarów.
Do tej pory w śledztwie zatrzymano pięć osób, a siedmiu innym postawiono zarzuty. W aktach sprawy figuruje też nazwisko Tymura Mindicza, biznesmena i współpracownika prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego. Uważany jest on za organizatora całego procederu. Media poinformowały, że „wyjechał za granicę” na kilka godzin przed przeszukaniami u uczestników afery.
W piątek Zełenski poinformował, że szef jego biura (kancelarii) Andrij Jermak, który objęty jest śledztwem przez NABU i SAP w sprawie afery korupcyjnej na szczytach władzy, podał się do dymisji. W aktach śledztwa Jermak figuruje pod pseudonimem Ali Baba.
Wczoraj odbyło się spotkanie przedstawicieli rządu z premierem na czele z NFZ na temat zaplanowanych cięć na ochronę zdrowia. Resort finansów w korespondencji z Ministerstwem Zdrowia planuje ograniczyć wydatki na leczenie o 10 mld złotych w przyszłym roku, co skutkowałoby przesunięciem terminów operacyjnych czy badania tomograficzne pacjentów.
Ujawnione dokumenty: 10 mld zł oszczędności i limity w diagnostyce
Punktem zapalnym w dyskusji nad finansami ochrony zdrowia jest pismo Ministerstwa Zdrowia z 29 października, skierowane do Ministerstwa Finansów, dotyczące planu finansowego NFZ na lata 2025–2026. Ujawniła go lekarka i posłanka PiS, Katarzyna Sójka. Wynika z niego, że resort zaproponował redukcję wydatków w funduszu o blisko 10,4 mld zł w 2026 roku oraz 213 mln zł rok wcześniej. W grę wchodzą szerokie ograniczenia – od zmian w wynagrodzeniach po nowe limity w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej.
Najbardziej znaczącą pozycją są oszczędności w AOS, które miałyby przynieść 4,9 mld zł i objąć większość porad, poza wizytami pierwszorazowymi, zabiegami, usuwaniem zaćmy i wybranymi badaniami obrazowymi. Kolejne 1,3 mld zł resort chciałby uzyskać przez limity w tomografii komputerowej i rezonansie magnetycznym.
Ograniczone posiłki w szpitalach
Dokument przewiduje także zmiany na listach darmowych leków dla dzieci i seniorów, których wprowadzenie obniżyłoby koszty o około 1,5 mld zł. Zakończenie programu „Zdrowy posiłek” w szpitalach przyniosłoby kolejne 0,9 mld zł. Dodatkowe oszczędności – ponad 1,8 mld zł – mają wynikać ze zmian taryf w kardiologii, okulistyce, chirurgii kręgosłupa, teleradioterapii, elektrofizjologii i diagnostyce obrazowej.
Choć oszczędności są ogromne, nie rozwiązują podstawowego problemu finansowego. Przed korektami deficyt NFZ na 2026 rok szacowany jest na ok. 23 mld zł. Po uwzględnieniu planowanych cięć — i niższych o 1,5 mld zł wpływów ze składki zdrowotnej — ma on wynieść około 12,9 mld zł. Do tego dochodzi niemal 2,5 mld zł kosztu przedłużenia pilotażu Centrów Zdrowia Psychicznego, co zwiększa lukę z powrotem do blisko 15,9 mld zł. Dopiero po sumarycznym uwzględnieniu wszystkich zmian systemowych deficyt spadałby ponownie — do ok. 11,4 mld zł. To pokazuje, jak głęboki jest problem i jak ograniczone pole manewru mają dziś władze.
Reforma wynagrodzeń i likwidacja stażu?
Znaczną część dokumentu poświęcono redukcji kosztów płacowych w ochronie zdrowia. Przesunięcie waloryzacji minimalnych wynagrodzeń z lipca na styczeń — począwszy od 2027 r. — miałoby przynieść około 6 mld zł oszczędności. Resort chce również zmienić zasady waloryzacji, powiązując ją ze wzrostem płac w sferze budżetowej, a nie z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce. To obniżyłoby koszt podwyżek z ok. 10 mld zł do 2,7 mld zł w 2027 r. Jednocześnie podniesienie współczynników wynagrodzeń w grupach 5 i 6 pracowników ochrony zdrowia miałoby kosztować 5,2 mld zł.
Do tego dochodzi kontrowersyjny postulat ograniczenia, a docelowo likwidacji stażu podyplomowego lekarzy. Z danych przesłanych do resortu finansów wynika, że pozwoliłoby to zmniejszyć wydatki budżetu o 680 mln zł w 2027 r., 750 mln zł w 2028 r. i ponad 880 mln zł w 2029 r.
„Okradanie pacjentów w biały dzień”
Po ujawnieniu korespondencji w sieci zawrzało. Była minister zdrowia Katarzyna Sójka określiła dokument jako „skandal” i opublikowała jego fragmenty w mediach społecznościowych. Jej zdaniem planowane zmiany to „brutalne oszczędności na pacjentach”, a rząd — jak napisała — „nie da ani grosza na chorych”.
Lider PiS Jarosław Kaczyński pisał wprost o „okradaniu pacjentów w biały dzień”, zarzucając rządowi zabieranie ponad 10 mld zł z pieniędzy na leczenie i wprowadzanie limitów, które uderzą w osoby starsze, przewlekle chore i pacjentów onkologicznych. Politycy opozycji zapowiadają szeroką kampanię sprzeciwu i deklarują, że temat będzie nagłaśniany w każdej miejscowości.
Debata o ochronie zdrowia
Po wtorkowym posiedzeniu rządu doszło do rozmów premiera Donalda Tuska, ministra finansów i gospodarki Andrzeja Domańskiego, minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy oraz kierownictwa NFZ. Omówiono plan oszczędności i przede wszystkim szukano rozwiązania dla narastającego deficytu.[bla-bla md]
Źródła money.pl w Kancelarii Premiera przyznają, że sytuacja jest niezwykle trudna. Proste zwiększenie finansowania mogłoby jedynie odsunąć kryzys, a nie rozwiązać problem. Wskazują również na wysokie, ustawowo gwarantowane, podwyżki dla pracowników ochrony zdrowia, wynikające jeszcze z czasów rządów PiS. To one mają dziś generować znaczną część presji na budżet. Mimo to rząd nie spodziewa się, że opozycja poprze jakiekolwiek zmiany w tej ustawie.
Tak nawet nie robi się w krajach 3 świata. Dla Ukrainy pieniądze muszą być, musi być darmowy prąd, jedzenie i leki oraz gaz. Za to płaca Polacy nie wiedząc jak sa oszukiwani i skubani
Kuria Drohiczyńska otrzymała za pośrednictwem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego wezwanie środowisk żydowskich do usunięcia krzyży, które stoją przy drogach prowadzących do Treblinki. W ocenie środowisk żydowskich, stojące tam krzyże „fałszują historię”.
O sprawie donosi w mediach społecznościowych dziennikarz Wojciech Sumliński, który wskazuje, że powodem ma być fakt, iż krzyże „rażą” odwiedzających dawny niemiecki obóz zagłady i pracy Żydów. Dziennikarz przekazał, że informacje te potwierdził u dwóch księży z diecezji drohiczyńskiej oraz w samym Muzeum Treblinka.
– „Organizacje żydowskie naciskają na Ministerstwo Kultury, który z kolei pod presją Żydów naciska na diecezję drohiczyńską, by ta – bo to jej to podlega – doprowadziła do likwidacji krzyży stojących przy drogach dojazdowych do Treblinki, a także na polach”
– „Żebyście państwo dobrze zrozumieli: nie chodzi o krzyże z muzeum w Treblince. Żydów razi to, że przy drogach dojazdowych do tego muzeum, w pobliżu tych dróg, widzą krzyże. Albo gdzieś nawet na horyzoncie, na polach. I żądają, żeby te krzyże zostały zlikwidowane – dodał.
Betonowe krzyże ustawiono w 1964 roku, oznaczając w ten sposób zbiorowe mogiły ofiar niemieckiego obozu. Portal Kresy.pl przypomina, że we wrześniu portal Jewish.pl opublikował treść listu do szefa MKiDN, którego autorzy stwierdzili, iż na terenie byłego obozu w Treblince i jego okolicach dochodzi do „fałszowania historii”. Ma to się przejawiać m.in. oznaczeniem mogił krzyżami, co w ocenie autorów „pomija fakt”, że 95 proc. ofiar tego obozu stanowili Żydzi.
– „Teren obozu pracy Treblinka I został przekształcony w centrum polskiego i katolickiego męczeństwa, a na terenie masowych egzekucji Żydów wznosi się dziś trzysta krzyży poświęconych pamięci trzystu polskich ofiar obozu” – napisali.
Unia Europejska zawsze aspirowała do bycia moralnym sumieniem Zachodu – strażnikiem praworządności, ostoją przejrzystości, surowym strażnikiem korupcji w innych krajach. Jednak naloty w Brukseli i spektakularne aresztowania wysoko postawionych urzędników UE obnażają gorzką prawdę: ryba psuje się od głowy.
1 grudnia w siedzibie UE wybuchł skandal, przez który nawet afera „Qatargate” wydawała się błahostką. Belgijscy śledczy aresztowali Federicę Mogherini , byłą Wysoką Przedstawiciel UE ds. Zagranicznych i wciąż jedną z najbardziej wpływowych postaci w brukselskiej sieci. Wraz z nią zatrzymano Stefano Sannino , byłego Sekretarza Generalnego Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych, a także starszego menedżera z Kolegium Europejskiego, poligonu szkoleniowego dla kolejnego pokolenia europejskich dyplomatów.
Oskarżenie? Oszustwo, korupcja, konflikt interesów, nadużycie władzy – i systematyczna manipulacja przetargami UE.
Śledczy nakreślili obraz, który głęboko wnika w DNA elit UE: poufne informacje zostały celowo ujawnione, aby przemycić wielomilionowe kontrakty do Kolegium Europejskiego, któremu przewodziła nie kto inny, jak sama Mogherini. Zamknięte grono dyplomatów, polityków i „ekspertów” rzekomo przez lata prowadziło tajną siatkę, wykradając fundusze UE, a jednocześnie namawiając inne kraje do większej transparentności.
Pytanie, które każdy powinien sobie teraz zadać brzmi: Jeśli Mogherini i Sannino zostaną aresztowane, kto będzie następny?
Każdy, kto ma do czynienia z Brukselą, wie: ten system nie działa poprzez samotnych aktorów. Działa poprzez sieci.
A te sieci mają nazwy.
To te same kręgi, które… – zawierają porozumienia w polityce zagranicznej, – legitymizują wojny w imię „wartości”, – piorą pieniądze lobbingowe za pośrednictwem organizacji pozarządowych, – rozdzielają miliardy dolarów z programów finansowania pomiędzy zaprzyjaźnione think tanki, – i jednocześnie krytykują każdego, kto wskazuje na te podwójne standardy.
Najnowszy skandal to nie przypadek. To logiczna konsekwencja systemu, który nigdy nie zaznał prawdziwej kontroli – jedynie samorządności własnej elity.
Czy w końcu dojdzie do śledztw i aresztowań? A może wszystko pozostanie po staremu – drobna burza, a potem wszystko wróci do normy? [na razie dwoje już wypuścili : Rektor Kolegium Europejskiego i była szefowa dyplomacji UE Federica Mogherini oraz dwie inne osoby zatrzymane wczoraj w Brukseli zostały zwolnione z aresztu — poinformowała Prokuratura Europejska.]
Jeśli Belgia rzeczywiście będzie miała odwagę dotrzeć do sedna sprawy, mogą pojawić się nazwiska, które obecnie wydają się nietykalne: – byli komisarze, – wysocy rangą urzędnicy Służby Działań Zewnętrznych UE, – wpływowe sieci organizacji pozarządowych, – organizacje lobbingowe mające bezpośredni dostęp do Komisji.
Aresztowanie Mogherini to dopiero początek. System tej wielkości nie upada od jednego kamienia – upada, gdy pierwszy kamień wprawia w ruch całą sieć.
Skandal pokazuje, że w UE nie ma zbyt wielu przypadków korupcji na obrzeżach. Problem korupcji tkwi w samym sercu jej władzy.
Pytanie nie brzmi już, czy będą dalsze aresztowania. Teraz pozostaje tylko pytanie:
W ciągu zaledwie kilku tygodni wpłynęło aż 50 tys. wniosków o przyznanie tzw. statusu ochronnego w Polsce. Zdecydowana większość z nich należy do młodych ukraińskich mężczyzn.
Od 26 sierpnia do 10 listopada o status ochronny w Polsce powiązany z numerem PESEL (tzw. UKR) wystąpiło 49,7 tys. obywateli Ukrainy – informuje „Rzeczpospolita”. To zdecydowanie więcej niż we wcześniejszych miesiącach.
Status pozwala na korzystanie z opieki medycznej, dostępu do rynku pracy, edukacji i pomocy państwa np. darmowego zakwaterowania i wyżywienia. Traci się go, gdy osoba wyjedzie na powyżej 30 dni z Polski. Status ochronny posiada w Polsce 964,4 tys. obywateli Ukrainy, a ponad drugie tyle wciąż czeka na rozpatrzenie.
Pod koniec sierpnia 2025 r. nastąpiła zmiana przepisów na Ukrainie, która umożliwiła legalny wyjazd z kraju mężczyznom w wieku 18-22 lat. Według danych Komendy Głównej Straży Granicznej, w dniach 29 sierpnia – 24 listopada, do Polski wjechało ponad 121 tys. młodych mężczyzn obywatelstwa ukraińskiego. Straż Graniczna zaznacza, że niektóre osoby mogły przekraczać granicę po kilka razy.
[no pewnie: handelek, narkotyki.. to się opłaca. md]
Była szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini jest jedną z osób zatrzymanych w związku ze śledztwem, w ramach którego we wtorek doszło do przeszukań m.in. w siedzibie unijnej dyplomacji w Brukseli oraz w Kolegium Europejskim w Brugii – podał belgijski dziennik „Le Soir”.
O przeszukaniach wcześniej poinformowała prowadząca śledztwo Prokuratura Europejska (EPPO). Według niej zatrzymane zostały trzy osoby.
Rewizji dokonano w ramach śledztwa w sprawie podejrzenia oszustwa związanego ze szkoleniami dla młodszych dyplomatów, finansowanymi przez UE.
Mogherini, włoska polityk i dyplomata, jest obecnie rektorem Kolegium Europejskiego. Sprawowała funkcję wysokiej przedstawicielki ds. zagranicznych i obronnych UE w latach 2014–2019.
Rewizja policji
Belgijska policja przeprowadziła we wtorek przeszukania m.in. w budynkach unijnej dyplomacji w Brukseli – poinformowała Prokuratura Europejska (EPPO). Według niej zatrzymano trzy osoby podejrzane o oszustwo w przetargu na szkolenia dla dyplomatów, finansowane z pieniędzy UE.
Informację tę potwierdziła Komisja Europejska. – Możemy potwierdzić, że policja była dziś w budynkach Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych (ESDZ) – powiedziała rzecznik KE Anitta Hipper. Na czele ESDZ stoi wysoki przedstawiciel ds. zagranicznych i obronnych, który sprawuje jednocześnie funkcję wiceprzewodniczącego KE.
Przeszukania w domach podejrzanych
Według Hipper przeszukania są częścią trwającego śledztwa w sprawie działań, do których doszło za poprzedniej kadencji KE. W latach 2019–2024 stanowisko wysokiego przedstawiciela zajmował Hiszpan Josep Borrell; obecnie funkcję tę sprawuje Estonka Kaja Kallas.
Według EPPO przeszukania przeprowadzono w budynkach ESDZ w Brukseli, a także w Kolegium Europejskim w Brugii oraz w domach podejrzanych.
EPPO wyjaśniła, że rewizji dokonano w ramach śledztwa w sprawie podejrzenia oszustwa związanego ze szkoleniami dla młodszych dyplomatów, finansowanymi przez UE.
„Przed przeszukaniem Prokuratura Europejska wnioskowała o uchylenie immunitetu kilku podejrzanych, co zostało uwzględnione”
– poinformowano. Zatrzymano trzy osoby.
Czy doszło do zmowy?
Chodzi o finansowany ze środków unijnych program Akademii Dyplomatycznej UE, w ramach którego organizowane są trwające dziewięć miesięcy szkolenia dla młodszych dyplomatów z państw członkowskich. Po przeprowadzeniu procedury przetargowej ESDZ przyznała prowadzenie programu w latach 2021–2022 Kolegium Europejskiemu w Brugii (uczelnia ma swój oddział także w Warszawie).
Śledztwo ma wykazać, czy pracownicy Kolegium w Brugii zostali z wyprzedzeniem poinformowani o kryteriach wyboru w ramach procedury przetargowej i mieli wystarczające powody, by sądzić, że otrzymają zlecenie na realizację projektu przed oficjalną publikacją ogłoszenia o przetargu przez ESDZ.
Istnieją poważne podejrzenia, że w trakcie procedury przetargowej w ramach programu doszło do naruszenia art. 169 rozporządzenia finansowego, dotyczącego uczciwej konkurencji, oraz że poufne informacje dotyczące trwającego postępowania przetargowego zostały udostępnione jednemu z kandydatów biorących udział w przetargu – poinformowała EPPO.
Kolejny skandal
To kolejny skandal, który wstrząsa instytucjami Unii Europejskiej. Wcześniej zaufanie do nich podważyły skandale korupcyjne.
NCZAS.INFO | Donald Trump. / foto: domena publiczna
Prezydent USA Donald Trump oświadczył we wtorek, że nie chce imigrantów z Somalii w Stanach Zjednoczonych, dodając, że niczego nie wnoszą, a ich kraj „śmierdzi”. Skomentował w ten sposób doniesienia o masowych wyłudzeniach publicznych pieniędzy przez somalijskich imigrantów w Minnesocie.
– Słyszałem, że Somalijczycy oszukali to państwo na miliardy dolarów, miliardy każdego roku, miliardy dolarów. I nic nie wnoszą. Jakieś 88 proc. jest na zasiłkach. Nie chcę ich w naszym kraju – powiedział Trump podczas wtorkowego posiedzenia gabinetu w Białym Domu.
– Będę z wami szczery? Ktoś powie: „Och, to niepoprawne politycznie”. Nie obchodzi mnie to. Nie chcę ich w naszym kraju. Ich kraj nie jest dobry z dobrych powodów. Ich kraj śmierdzi i nie chcemy ich w naszym kraju – dodał.
Jak zaznaczył, to samo może powiedzieć o innych krajach. Prezydent nie wymienił ich z nazwy.
Jak stwierdził, kraj będzie zmierzał w złą drogę, jeśli „nadal będzie wpuszczać śmieci”.
– Ilhan Omar (lewicowa kongreswoman pochodząca z Somalii – PAP) jest śmieciem. Jej przyjaciele to śmieci. To nie są ludzie, którzy pracują. To nie ludzie, którzy mówią: Chodźmy, chodźmy, zróbmy to miejsce wspaniałym. To ludzie, którzy nic nie robią, tylko narzekają – powiedział.
Trump odniósł się w ten sposób do tematu wykrycia wielomilionowych oszustw i wyłudzeń świadczeń socjalnych przez podmioty związane z somalijskimi imigrantami w Minnesocie. Choć sprawa miała być znana od lat, ostatnio zyskała rozgłos dzięki artykułom w „New York Times” i prawicowej prasie.
Według federalnego prokuratora Josepha Thompsona, jak dotąd postawiono zarzuty w sprawach opiewających łącznie na ponad 1 mld dolarów. Dotyczą one m.in. świadczenia fikcyjnych usług socjalnych.
Ze względu na skalę oszustw gubernator Minnesoty Tim Walz anulował niektóre programy społeczne w stanie, będącym głównym skupiskiem uchodźców z Somalii.
Według portalu „City Journal”, prowadzonego przez konserwatywnego aktywistę Christophera Rufo, część z pieniędzy wysyłanych przez Somalijczyków do rodzin w kraju trafia w ręce terrorystycznej organizacji al-Szabab. W poniedziałek minister finansów Scott Bessent ogłosił wszczęcie dochodzenia w tej sprawie.
Trump zaostrzył retorykę wobec imigrantów z krajów „trzeciego świata” – a we wtorek mówił też o krajach „czwartego świata” po zamachu na dwójkę żołnierzy Gwardii Narodowej w Waszyngtonie przez imigranta z Afganistanu. W ostatnich dniach zapowiedział m.in. całkowity zakaz migracji z tych państw, a także pozbawienie obywatelstwa naturalizowanych Amerykanów, którzy „podważają spokój”.
Według telewizji CBS, administracja Trumpa rozważa rozszerzenie liczby krajów objętych zakazem wjazdu z 19 do 30
Rozbiory Polski ukazały narodowi daleko jaśniej niebezpieczeństwo żydowskie, aniżeli wszelkie inne wypadki, któreśmy obserwowali w przeszłości.
Niepowodzenia w walce z żydostwem wywarły pod koniec 16-go wieku deprymujący wpływ na mieszczaństwo polskie. Widzimy je jakoby skostniałe, słabiej reagujące na nadużycia żydowskie.
Wykorzystali ten stan rzeczy Żydzi. Organizacja ich postępuje naprzód. Zakładają własne sądownictwo, w skład którego zawsze wchodzi rabin w roli przewodniczącego, mając obok siebie kilku asesorów-sędziów (w języku hebrajskim da- janim od dajan – licz. poj.—sędzia). Przewód sądowy odbywał się na podstawie Talmudu i literatury rabinicznej.
W wypadkach, gdy nie było ustaw pisanych, zapytywano się o opinję wybitniejszych rabinów. Ich odpowiedzi były miarodajnemi i wchodziły do prawodawstwa. Sąd taki posiadał zastosowanie oczywiście, gdy obydwiema stronami byli Żydzi. Jeżeli natomiast powodem był chrześcijanin, a pozwanym Żyd, sąd odbywał się przed wojewodą, względnie sprawa była rozstrzygana w innych kompetentnych sądach.
Dla ujednostajnienia spraw wszystkich sfederowanych gmin żydowskich, skupionych pod kahałami, była ustanowiona instytucja sejmów [ żydowskich md], o czem jużeśmy wspominali wyżej. Sejmy istnieją od roku 1581 do 1764 i odbywają się z początku co roku, potem dwa razy na rok: w lutym w Lublinie, a we wrześniu w Jarosławiu. Na sejmie wybierano marszałka; była to najwyższa godność, jaką Żydzi posiadali w swym autonomicznym polskim ustroju.
Obok sejmu istniał trybunał sejmowy, w skład którego wchodzili rabini większych gmin w Polsce i rozstrzygali sprawy większej doniosłości, jak zatargi pomiędzy gminami itp.
W roku 1623 oderwały się gminy litewskie od sejmu koronnego i zwoływały swój własny sejm, posiadający te same kompetencje, co i w Koronie.
System autonomiczny zaprowadził całą sieć szkół, które nie były kontrolowane przez polskie władze państwowe, Kahały prawie we wszystkich gminach utrzymywały szkoły początkowe, tak zw. beth-sefer, lub Talmud-Tora, albo beth-Tora. Obok szkolnictwa niższego posiadali również Żydzi uczelnię o charakterze seminarjum rabinicznego jeszibę, albo jesziboth. Twórcą takiej szkoły był wzmiankowany Jakób Polak w Krakowie. Wyszedł z niej rabin lubelski, Szalom Szachna, którego ucznem i zięciem był słynny rabin krakowski, Mojżesz Isserles. W roku 1567 zakłada taką szkołę Lublin[1]), a za nim kilka większych gmin żydowskich.
Bezprzykładnie pomyślny rozwój żydostwa w Polsce załamał się niespodzianie w połowie 17-go wieku. Przyczyny tej katastrofy nie zależały od Polaków, lecz od wypadków zewnętrznych, które zaciążyły na losach Polski.
Po śmierci króla Władysława powstaje na wschodnich rubieżach bunt wzniecony przez Bohdana Chmielnickiego (1648). Kozacy, napadając na miasta, wycinali Żydów. Była to straszna pożoga, jakiej nigdy przedtem nie doświadczyli Żydzi na ziemiach polskich.
Po rzezi w Niemirowie i Tulczynie powstała nieopisana panika we wszystkich miastach wschodnich. Rozpoczęła się gwałtowna ucieczka na zachód do Królestwa. Pozostawiono cały dobytek na los szczęścia. Szczęśliwi byli ci, którym udało się zbiedz z terenu walki. Zasław i Ostróg zostały opróżnione przez Żydów.
Armja Chmielnickiego posuwała się zwycięsko naprzód. Z Pińska, Brześcia i Włodawy uciekano do Grodna i Wilna. Z południowych dzielnic szli uciekinierzy na Brody, Lwów, Żółkiew, Zamość, nawet do Lublina.
Chmielnicki podciągnął pod mury Lwowa. Nie chcąc tracić sił na zdobywanie silnie bronionego miasta, zażądał wydania Żydów i za tę cenę przyrzekł pozostawić Lwów w spokoju. Magistrat nie chciał się zgodzić, dając odpowiedź: „Pierwsza, że nie naszymi, ale królewskimi i Rzeczypospolitej są poddanymi, druga, że równo z nami wszystkie koszty i niewczasy ponoszą, gotowi pospołu z nami żyć i dla nas umierać”. Wreszcie po otrzymaniu okupu w sumie 60,000 dukatów, odstąpił od miasta. Żydzi nie chcieli potem zapłacić przypadającej na nich sumy. Ledwo w roku następnym (1649) wydostano od nich 80,000 złp.
Chmielnicki następnie podszedł pod Żółkiew, a wziąwszy okup, wyruszył na Zamość. Gdy w Lublinie otrzymano wiadomość, że Zamość jest oblegany, nieomal wszyscy Żydzi przenieśli się do Kurowa. Pod Zamościem powiadomiono Chmielnickiego, że królem został obrany Jan Kazimierz, który chce z nim pertraktować. Chmielnicki zwinął obóz i powrócił na wschód.
Pertraktacje z Chmielnickim nie doprowadziły do zamierzonego celu. Wielokrotnie napadał na miasta, siejąc wokół zniszczenie i pałając szczególną nienawiścią do Żydów.
Na domiar złego podniosła głowę Moskwa i Szwedzi wyruszyli na podbój Polski. W r. 1655 zajęli Poznań i bez oporu dalej zabierają dzielnice. Ludność polska wiele , podówczas ucierpiała, ale Żydzi szczególnie byli narażeni na niebezpieczeństwo. Gminy zostały rozbite, ludność zdziesiątkowana, majątki rozgrabiono. Wielu uciekło do Czech i Niemiec, opłakując swoją dolę i wspominając szczęśliwe dni pobytu w Polsce.
W dniach potopu, gdzie ogień i miecz działał, jak pięknie opisał Sienkiewicz w swojej Trylogji, zjawił się jeden z najgenialniejszych szarlatanów żydowskich, Sabataj Ceri (1636 i 1676), ogłaszając się mesjaszem żydowskim. Po wielu podróżach osiadł w Turcji na Gallipolis w Abydos, otoczony przepychem i dostatkiem.
Żydzi z całej Europy, uwierzywszy w jego misję, znosili mu dary. Niebrakło tam i Żydów polskich.
Sułtan Mohomet IV miał dosyć tego hołdu oddawanego Sabatajowi, przeniósł go do Adrjanopola i dał do wyboru: albo śmierć, albo mahometanizm. Ceri wraz z żoną wyrzekł się judaizmu i uroczyście przyjął islamizm. Rok 1666, kiedy miała nastąpić era mesyjańska, skończył się smutnie. Żydzi się skompromitowali i ośmieszyli. Ratując sytuację, na swoim sejmie w Jarosławiu (1670) rzucili klątwę na Sabataja, ale to nie wiele pomogło.
Pokój w Oliwie zamyka nieszczęśliwą kartę w historji Polski.
Na wschodzie wre walka z Moskwą, ale zebranie w Andruszowie ustala w 1667 roku pokój, oddając Moskwie wszystkie ziemie na lewym brzegu Dniepru.
Po zawarciu pokoju zaczęto się zastanawiać, kto zdradził Polskę, kto sprowadził na nią wrogów? Powszechna opinja wskazywała na dyssydentów i Żydów.
Rozpoczęły się rugi arjan i pogłębiała się nienawiść w stosunku do Żydów.
Następca Jana Kazimierza, Michał Korybut Wiśniowiecki, aczkolwiek wychowany w zasadach liberalnych, nie był w stanie zmienić opinji o wrogiem stanowisku Żydów względem Polski.
Następcą jego wybrany Jan Sobieski odnosił się do Żydów przychylnie. W swem rodzinnem mieście Żółkwi dał im rozległą swobodę.
Ostatnia ćwierć 17-go wieku była nieszczęśliwą dla Polski.
Wzmagają się wojny tureckie. Żydzi, pomimo przyrzeczeń, odpłacają się Polsce czarną niewdzięcznością. Udowodniono im konszachty i zdrady na rzecz Turcji. Władze polskie są zmuszone do usuwania Żydów z miast kresowych, zwłaszcza posiadających znaczenie strategiczne. Haniebny pokój buczacki (1672) i utrata Podola i Ukrainy wzmaga nienawiść do Żydów. Na sejmach publicznie oskarża się Żydów „pro discommodo publico in hostilitate zostających”.
Szlachta bierze ich w obronę, natomiast mieszczaństwo, jako bezpośrednio stykające się z Żydami, zdecydowane jest prowadzić walkę aż do skutku. Usposobienie społeczeństwa polskiego wchodzi mniej więcej w tę samą fazę, jaka była w Niemczech w 14-tym wieku, że niema innego ratunku, jak tylko usunięcie Żydów z granic Rzeczypospolitej. W wielu miastach powstają tumulty, musi interwenjować władza królewska.
Ze śmiercią Sobieskiego (1696) tracą Żydzi możnego opiekuna.
Niechęć stanu mieszczańskiego jest podsycana nową falą nienawiści przez proces rytualny w Sandomierzu (1698). Nowe walki z Moskwą i ze Szwedami nie pozwoliły narodowi polskiemu na rozstrzygnięcie zatargów z Żydami.
Za rządów saskich kraj pogrążony był niejako w letargu. Nie łatwo było zagoić rany zadane przez wojny szwedzkie, moskiewskie, tureckie i kozackie.
Stan mieszczański bardzo podupadł, a z nim oczywiście zmniejszył się i dobrobyt żydowski. Nieufność przybiera coraz to większe rozmiary; Żydzi odpłacają również wrogim nastrojem.
Mnożą się procesy o mordy rytualne w Żytomierzu, Jampolu i w innych miejscowościach. Miasta w Koronie, na skutek ucieczki ze wschodu, są zbytnio przepełnione elementem żydowskim, co stale pogarsza sytuację. Wśród mieszczaństwa nanowo ożyła walka ekonomiczna, do sądów królewskich, zarówno jak i do magistratów napływają bezustannie skargi na wyzysk żydowski, nieuczciwość w handlu itd. Mieszczaństwo lwowskie postanawia w roku 1709, aby nie wynajmować Żydom w domach chrześcijańskich sklepów i mieszkań.
August II w roku 1710 potwierdza te uchwały. Na skutek napływu Żydów rozrastają się getta. Zajmowane są nowe ulice; to miało miejsce w Wilnie, Poznaniu, Kaliszu, Przemyślu, Opatowie, Piotrkowie itd. W Lublinie po spaleniu dzielnicy żydowskiej przez wojska moskiewskie (1655), Żydzi przenoszą się do dzielnic chrześcijańskich i trudno ich stamtąd wyrugować.
Za Sasów, aczkolwiek nie dochodziło do ekscesów, to jednak napięcie kłótni pomiędzy chrześcijanami a żydostwem ciągle wzrasta. Świadomość o niebezpieczeństwie żydowskiem zaczyna przenikać i do stanu szlacheckiego.
Na sejmach w 18-tym wieku często poruszano kwestję żydowską. Płacenie do tego czasu ryczałtowego podatku od całego żydostwa w sumie 220,000 złp. w stosunku rocznym uważano za śmiesznie mało. Wołano publicznie, że Żydzi za pośrednictwem swoich sejmów zbierają pięciokrotnie większą sumę, a tylko cząstkę wpłacają do skarbu. Na sejmie konwokacyjnym w roku 1764 po burzliwej dyskusji dochodzi wreszcie do uchwały zniesienia sejmów i sejmików żydowskich.
Przez zamknięcie instytucji sejmów żydowskich, Żydzi stracili wiele pod względem organizacyjnym, natomiast gdy chodziło o handel, prawa ich bynajmniej nie zostały uszczuplone.
W Polsce było brak silnej władzy wykonawczej. Ci sami magnaci, lub szlachta, którzy na sejmach domagali się ograniczenia praw żydowskich, udzielali Żydom w swoich prywatnych posiadłościach wielu koncesyj, aby tylko ciągnąć zyski. Zwłaszcza miasta wschodnie, zakładane przez magnatów, dawały pole do rozwoju handlu żydowskiego. Potoccy najbardziej dbali o rozwój handlowy swoich miast; im też należy zawdzięczać, że takie np. Brody stały się miastem zupełnie żydowskiem.
Po rozwiązaniu sejmu żydowskiego przeprowadzono dla względów fiskalnych spis ludności żydowskiej. Źródła żydowskie niedwuznacznie podają, że spis nie był kompletny, ponieważ żydostwo ukrywało się jak mogło, byleby tylko w ten sposób uchronić się przed płaceniem podatków. Naliczono podatków w Kownie 420.589, a na Litwie 157.300, czyli razem 577.889.
Było to poraz pierwszy wysunięcie kwestji na arenę szerszą. Szlachta miała możność przekonania się, w jaki sposób element żydowski może zaważyć na losach Polski. Zaczęto też zajmować się kwestją żydowską od strony naukowej. Statyści i ekonomiści mieli wdzięczne pole do popisu.
Aczkolwiek społeczeństwo polskie podówczas (panowanie Stanisława Augusta) było zdecydowanie krytycznie usposobione do elementu żydowskiego, nie mogło planowo wcielać w życie swoich postulatów. Na widownię bowiem występuje nowy wróg — Rosja, której zadaniem jest podtrzymywanie w kraju anarchji.
Repnin tworzy konfederację radomską, która postanawia dać uprawnienie dyssydentom, uważanym w całym kraju za zdrajców. Rozgoryczona szlachta zawiązuje konfederację barską. Następstwem jej było podburzenie przez Moskwę hajdamaków. Na wschodzie zaczęto napadać na dwory polskie. Rozpoczęły się ruchy podobne do tych, jakie kiedyś wzniecił Chmielnicki, Na czele ruchu hajdamackiego stanęli Żeleźniak i zbuntowany ataman w Humaniu Iwan Gonta. W roku 1768 zdobyli Humań i dopuścili się strasznej rzezi ludności polskiej i żydowskiej.
Mieszczaństwo, korzystając z rozdwojenia szlachty na skutek dwóch konfederacji: barskiej i radomskiej, przeprowadza walkę z żydostwem na tle ekonomicznem.
Na sejmie w roku 1768 powzięto uchwałę, że Żydom wolno handlować tylko w ramach paktów, jakie przedtem zawarto z miastami. Gdzie takich paktów niema, obowiązani są je zawrzeć. A więc nie wolno im zakładać sklepów w dzielnicach, w których do tego czasu nie było, na towary zwożone do miasta są nakładane opłaty itp.
Gdy się to działo, szybkim krokiem zbliża się katastrofa Rzeczypospolitej.
Konfederaci barscy, pokonani na wschodzie, przenoszą się na zachód Polski, a za nimi wkraczają wojska rosyjskie. Wojska konfederatów, zarówno jak i rosyjskie nie lubiły Żydów.
Wysokie okupy pobierane od Żydów, zrujnowały ich kahały i wprowadziły zamieszanie.
W roku 1772 nastąpił pierwszy rozbiór Polski, a tem samem zostały pokrzyżowane wszystkie zamierzenia mieszczan do planowej walki z żydostwem na gruncie ekonomicznym.
Mieszczanie mieli uzasadnioną nadzieję powstrzymania ekspansji żydowskiej, ponieważ i szlachta polska miała możność przekonania się, jak bardzo niebezpiecznym i nieprzychylnie usposobionym jest dla Rzeczypospolitej element żydowski.
Polityczne wypadki na początku 18-go wieku otworzyły szlachcie oczy. Już na kilkadziesiąt lat przed pierwszym rozbiorem Polski biskup kijowski, Samuel z Ossy Ożga, pisał do króla (1740): „Nie tak się dziwuję postronnym potencjom, że nas zawsze chcą widzieć bez porządku, boć z tego siła profitują, ale jako publica Fama volat, że Żydzi polscy siłą przeszkadzali przeszłemu sejmowi, iż nie doszedł. Masz W. Kr. Mość Pan mój miłościwy moc i władzę panowania swego zażyć nad tym chytrym narodem, zabieżeć tym inkonweniencjom. Mnóstwo miast w państwie W. Kr. Mości inaczej się reperować nie może, póki Żydzi handle wszystkie mieć będą, które wszystkie odebrali katolikom przy protekcjach, tak mało kontribuendo ad aerarium;wszystkie omal miasta W. Kr. Mości posiadali za złamaniem prawa i przywilejów, nadanych chrześcijanom od królów, panów i antecesorów W. Kr. Mości”[2]).
Nadzieje na wspólne działanie mieszczaństwa ze szlachtą zawiodły. Wkroczenie wojsk trzech państw zaborczych do Polski unicestwiło dalszą w tym względzie inicjatywę. Pierwszy rozbiór Polski miał dla pozostałych niepodległych dzielnic bardzo zgubne następstwa, gdy chodzi o kwestję żydowską. Niemcy, Rosjanie i Austryjacy rugowali Żydów z zabranych dzielnic i ułatwiali im przeniesienie się do Polski.
Rząd Stanisława Poniatowskiego był za słaby, aby się oprzeć temu zalewowi. Mieszczaństwo było również bezsilne; szlachta rozbita i zdezorjentowana. Gdy w roku 1768 jeszcze piąta część miast była wolna od żydostwa, to w roku 1790 już tylko miasta biskupie miały przywilej nie przyjmowania Żydów na stałych mieszkańców. Spis ludności w Księstwie Warszawskiem z roku 1810 wykazuje mieszkańców, 4,300,000, a Żydów z górą 300,000. W sześć lat później, na skutek rugów żydowskich z zabranych dzielnic, liczba się niemal podwoiła.
Rozbiory Polski ukazały narodowi daleko jaśniej niebezpieczeństwo żydowskie, aniżeli wszelkie inne wypadki, któreśmy obserwowali w przeszłości. To też najwybitniejsi pisarze biorą za pióra, aby przestrzec naród polski przed tem niebezpieczeństwem.
Stanisław Staszic w przedmowie do książki: „Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego” wołał: „Wielki narodzie, czyliż tak ginąć myślisz, aby nic po tobie nie zostało, tylko niesława”? Udzielając jednocześnie przestróg narodowi, nie mógł być obojętnym na sprawę żydowską. Swym genjalnym umysłem dostrzegł całe jej znaczenie i przewidział, że zaciąży ona wielkiem brzemieniem nad narodem polskim, o ile nie przedsięweźmie się odpowiednich reform, zmierzających z jednej strony do zmniejszenia żywiołu żydowskiego, a z drugiej — do uczynienia z Żydów obywateli, którzyby organizacją swoją nie podkopywali bytu państwowego.
Żydzi w Polsce w przekonaniu Sztaszica, byli elementem niezmiernie szkodliwym. W roku 1790, zwiedzając Morawy w okolicy Ołomuńca, uderzony był lepszym stanem chłopa morawskiego, aniżeli w Polsce i tak pisał: „Przecież gruntu ani więcej, ani lepszego nie mają, bo są poddani i pańszczyznę robią. Również mają być krzywdzonymi od pana, jak nasłuchałem się od ludzi. Lecz niema między niemi Żydów, niema pijaństwa”.[3])
Kwestja żydowska stała się żywotną na sejmie Konstytucyjnym. Wielu posłów przedstawiało sobie dokładnie niebezpieczeństwo, wypływające nietylko z wrogiego względem kraju stanowiska Żydów, ale również ze samego ich rozrostu.
Plany odrodzeniowej pracy, powzięte na Sejmie, miały także prowadzić do rozwiązania kwestji żydowskiej. W myśl tych planów, Staszic, poza luźnemi uwagami, dwukrotnie brał pióro do ręki, aby szerzej omówić sprawę żydowską[4]). W pracy „Przestrogi dla Polski”, pisanej w roku 1789 a drukowanej w roku 1790, umieścił artykuł p.t. „Żydzi”. W roku 1815 napisał obszerną rozprawę o Żydach p.t. „O przyczynach szkodliwości Żydów i środkach usposobienia ich, aby się społeczeństwu użytecznymi stali”.
Niestety, smutne ówczesne wypadki polityczne dla Polski unicestwiły wszystkie wysiłki, zmierzające do planowego rozwiązywania kwestji żydowskiej.
Ks. Dr. Józef Kruszyński
Pro Christo: wiara i czyn: organ młodych katolików, rok X, marzec 1934, nr 3, str. 178-194.
[1] W Polsce odrodzonej Żydzi, nawiązując do dawnych tradycyj, stworzyli taką samą jeszibę w Lublinie w r. 1930.
Potwierdza się to, przed czym ostrzegała Międzynarodowa Agencja Energetyczna – nie ma co stawiać na paliwo wodorowe, jako pomoc w szybkiej dekarbonizacji gospodarki światowej. Agencja Unii Europejskiej ds. Współpracy Organów Regulacji Energetyki (ACER) właśnie poinformowała, że UE jest daleka od osiągnięcia ambitnych celów w zakresie produkcji wodoru. Ten „czysty” nośnik energii jest zbyt drogi, pomimo wpompowania w jego produkcję miliardów euro dotacji – ostrzegła ACER.
Jeszcze w 2021 r. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (MAE) w swoim raporcie wezwała kraje rozwinięte do szybszej dekarbonizacji niż to przewiduje porozumienie paryskie z 2015 r. Jednocześnie uznała, że nie ma co stawiać na paliwo wodorowe ani technologię wychwytywania i składowania dwutlenku węgla pod ziemią. Bruksela tymczasem wielkie nadzieje wiązała z paliwem wodorowym.
Raport MAE z 2021 r. dotyczący zmierzania do gospodarki zeroemisyjnej: „Net Zero Roadmap: A Global Pathway to Keep the 1.5 °C Goal in Reach” wzywał kraje rozwinięte do pozbycia się paliw kopalnych: ropy, gazu i węgla przed 2045 r. Agencja podkreśliła, że „wielcy truciciele” muszą nie tylko działać szybciej, aby odzwyczaić się od paliw kopalnych, ale także w mniejszym stopniu polegać na „kosztownych i nieefektywnych technologiach”. O jakie technologie chodziło? Przede wszystkim o wychwytywanie i składowanie dwutlenku węgla pod ziemią, a także o produkcję paliwa wodorowego.
MAE zastrzegła wówczas, że wodór jest „bardziej problem klimatycznym niż jego rozwiązaniem”. W miarę wzrostu zapotrzebowania na wodór rosną także zanieczyszczenia spowodowane procesem produkcyjnym tego paliwa, głównie z udziałem gazu.
MAE dopuszcza paliwo wodorowe jedynie w przypadku dekarbonizacji transportu dalekobieżnego oraz produkcji żelaza i stali, pod warunkiem, że będzie on pochodził ze źródeł „niskoemisyjnych”, takich jak Odnawialne Źródła Energii.
„Wodór był kiedyś uważany za cudowne paliwo” – stwierdził Dave Jones z zespołu doradców ds. energetyki Ember. „Teraz (…) nastąpiła prawdziwa zmiana w rozumieniu jego ograniczonego zastosowania”.
Agencja radziła, by państwa postawiły na Odnawialne Źródła Energii, efektywność energetyczną oraz elektryfikację sektora samochodowego. Przeciwna jest technologii wychwytywania dwutlenku węgla i składowania go pod ziemią (CCS), ponieważ ta metoda jest wyjątkowo nieefektywna.
Według MAE, historia CCS „w dużej mierze składa się z niezaspokojonych oczekiwań”. Postęp w tej dziedzinie dokonuje się powoli. Rozwiązanie to jest wdrażane nierównomiernie i obecnie w ten sposób wychwytuje się zaledwie 0,1% całkowitych rocznych emisji sektora energetycznego.
Zdaniem Catherine Abreu z grupy kampanii Destination Zero, „wyniki małych, niezwykle kosztownych projektów CCS, które już istnieją, jasno pokazują, iż projekty te dotyczą jedynie wydobycia większej ilości paliw kopalnych, a nie ograniczenia zanieczyszczenia klimatu”. Mimo to, agencja dopuściła jej stosowanie w celu zmniejszenia lub wyeliminowania emisji w obszarach, w których inne możliwości są ograniczone, takich jak przemysł ciężki.
Bruksela wyznaczyła ambitny cel osiągnięcia do 2030 r. 40 GW mocy dla elektrolizerów, które wykorzystują energię elektryczną do rozszczepiania wody na wodór i tlen. Przy czym stawiano na energię elektryczną pochodzącą z Odnawialnych Źródeł Energii, takich jak energia wiatrowa czy słoneczna. Wodór wyprodukowany w ten sposób określany jest mianem „zielonego”.
Oprócz Brukseli, także poszczególnie państwa europejskie wyznaczyły sobie swoje cele do osiągnięcia w zakresie produkcji tak zwanego zielonego wodoru. Po ich uwzględnieniu wychodzi na to, że w sumie do końca obecnej dekady powinno się osiągnąć moc „zielonego” wodoru na poziomie 54 GW.
W związku z tymi ambitnymi celami UE przeznaczyła aż 20 mld euro dotacji, dzięki którym udało się zbudować urządzenia o mocy zaledwie 300 MW. To pozwoliło zrealizować zaledwie 0,5% pośredniego celu na 2024 rok, wynoszącego 6 GW.
Jak podaje ACER w swoim raporcie, w ubiegłym roku nastąpił wzrost mocy produkcyjnych o 51%. Unijne plany produkcji 10 milionów ton rocznie „zielonego” wodoru do 2030 roku, który miałby być konkurencyjny cenowo w stosunku do wodoru produkowanego z gazu ziemnego, nie mają szans na spełnienie.
[Socjaliści i idiopaci potrafią wszystko zepsuć. Wystarczało nie „planować”, przymuszać, a zostawić do decyzji przedsiębiorców: Jeśli opłacalne, to robimy: md]
Wynika to z faktu, iż obecnie „zielony” wodór jest czterokrotnie droższy niż wodór produkowany w oparciu o paliwa kopalne, z czym związana jest ogromna emisja tak zwanych gazów cieplarnianych i kosztuje 8 euro za kilogram. Unijny regulator przewiduje, że cena „zielonego” wodoru pozostanie wysoka zarówno w perspektywie krótkoterminowej, jak i średnioterminowej.
Wynik specjalne nie dziwi, bo praktycznie nie ma dnia bez działań wojennych, a czymś przecież strzelać trzeba… Według Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIRPI), sprzedaż broni napędzana głównie wojnami na Ukrainie i w Strefie Gazy, doszła do pułapu 586 miliardów euro, co oznacza wzrost o 5,9%, licząc w ujęciu rok do roku.
Według tego raportu, sprzedaż broni na świecie przez 100 największych producentów osiągnęła w 2024 r. nowy rekord. Raport opublikowano 1 grudnia. Według SIPRI, w 2024 roku sprzedaż broni osiągnęła 679 miliardów dolarów (583,5 miliarda euro), co stanowi wzrost o 5,9% w stosunku do roku 2023. Wówczas, licząc rok do roku, sprzedaż wzrosła o 4,2%. [wg. dykteryjki: Stali nad przepaścią. A w 2025 na pewno „zrobili ogromny krok do przodu”. md]
To najwyższy poziom w historii badań SIPRI, napędził to „silny popyt” – powiedział w oświadczeniu Lorenzo Scarazzato z Działu Wydatków i Produkcji Broni SIPRI. W latach 2015–2024 przychody 100 największych dostawców wzrosły w sumie o 26%.
Okazuje się przy tym, że te rekordy to w dużej mierze „zasługa Europy ”, chociaż wszystkie regiony odnotowały wzrost, z wyjątkiem Azji i Oceanii. Na Starym Kontynencie wiąże się to z wojną na Ukrainie, do której dochodzą wydatki krajów, które opłacały i wysłały tam sprzęt, a teraz muszą uzupełnić także swoje zapasy.
Eksperci wskazują też na „poczucie zagrożenia ze strony Rosji przez państwa europejskie” i dotyczy to nie tylko krajów z tego regionu, jak Polska. Zbroją się Skandynawowie, Francuzi, Anglicy. Najwięcej zarabiają tu Amerykanie, a ich firmy generują połowę przychodów tego sektora.
Spośród 100 największych dostawców uzbrojenia na świecie 39 pochodzi z USA, w tym trzy największe: Lockheed Martin, RTX (dawniej Raytheon Technologies) i Northrop Grumman.
Łączne przychody amerykańskich producentów wzrosły o 3,8% do 334 miliardów dolarów (287 miliardów euro), co stanowi prawie połowę globalnej sprzedaży (49%). W Europie łączne przychody 26 największych firm zbrojeniowych wzrosły o 13%, do 151 miliardów dolarów (130 miliardów euro). Największy zrost odnotowali jednak Czesi, których grupa zbrojeniowa skorzystała z tzw. czeskiej inicjatywy amunicyjnej, obejmującej dostawy pocisków artyleryjskich na Ukrainę, Odnotowała ona wzrost przychodów o 193% (do 3,6 miliarda dolarów).
Jednak europejscy producenci broni mają jednak problemy z dostawą potrzebnych im do produkcji materiałów i podzespołów. Francuskie firmy Airbus i Safran, które przed 2022 rokiem sprowadzały połowę swojego tytanu z Rosji, musiały szukać nowych dostawców. Ograniczenia eksportowe na minerały krytyczne nałożone przez Chiny również doprowadziły do wzrostu kosztów firm takich jak Thales we Francji i Rheinmetall w Niemczech, a łańcuchy dostaw są zakłócone.
Wśród 100 największych dostawców boni znajdują się również dwaj rosyjscy producenci uzbrojenia: Rostec i United Shipbuilding Corporation. Ich łączne przychody wzrosły o 23%, do 31,2 mld dolarów (26,8 mld euro). W ich przypadku popyt krajowy rekompensuje im ograniczenie eksportu spowodowane sankcjami międzynarodowymi.
Nieźle zarabia tu Izrael. Ten kraj ma trzy ze stu największych firm zbrojeniowych, których łączne obroty wynoszą 16,2 miliarda dolarów, czyli 13,9 miliarda euro (wzrost o 16% rok do roku). Krytyka wobec działań Izraela w Strefie Gazy wydaje się mieć niewielki wpływ na zainteresowanie izraelską bronią.
Hollande z Obamami Fot. Wikipedia domena publiczna
Ofiarą włamania jest były prezydent Francji, socjalista François Hollande. W takich przypadkach służby są sprawne. Dwie osoby zostały już oskarżone i uwięzione. Są to dwaj obywatele Algierii urodzeni w grudniu 1994 i w lutym 1995 roku. Włamali się do paryskiego domu, w którym mieszka François Hollande i jego konkubina Julie Gayet. Do włamania doszło 22 listopada.
Natychmiast wszczęto śledztwo w sprawie „zorganizowanego rozboju”, które było prowadzone przez paryską policję. Jak donoszą teraz media, już tydzień później, 28 listopada zatrzymano dwie osoby, którym postawiono formalne zarzuty.
Algierczycy trafili do aresztu tymczasowego. Wybrali chyba zły obiekt… Swoją drogą, Hollande, który obecnie jest deputowanym, przez lata migrację wspierał. Karma wróciła?
Hollande jest uznawany za jednego z najgorszych prezydentów V Republiki. Był prezydentem w latach 2012-17, a także bohaterem kilku skandali obyczajowych. W 2024 powrócił do aktywności politycznej. W przedterminowych wyborach w tym samym roku z ramienia koalicji lewicy – Frontu Ludowego uzyskał mandat posła do Zgromadzenia Narodowego.
François Hollande przez około trzydzieści lat był związany z polityk PS Ségolène Royal, z którą ma czwórkę dzieci.
W październiku 2010 François Hollande ogłosił publicznie, że jest związany z Valérie Trierweiler, dziennikarką „Paris Match”.
W tym samym czasie, od 2013 pojawiły się pogłoski o związku François Hollande’a z aktorką Julie Gayet. François Hollande i Julie Gayet zawarli związek małżeński w 2022r.
„Jeśli Europa rozpocznie wojnę, może nie być już z kim negocjować”.
Zapytany we wtorek, co sądzi o groźbach wojny ze strony UE, Putin nie wykluczył wojny i wyraźnie ostrzegł, że Rosja będzie prowadzić wojnę inaczej niż na Ukrainie.
Anti-Spiegel 2 grudnia 2025
We wtorek prezydent Rosji Putin po raz pierwszy wydał bardzo jasne ostrzeżenie dla państw europejskich. Przetłumaczyłem wypowiedzi Putina, ale najpierw chcę pokazać, jak Der Spiegel o tym doniósł i co zataił przed czytelnikami. Następnie udostępnię tłumaczenie i dodam kilka krótkich przemyśleń na ten temat.
Der Spiegel ponownie
Od prawie czterech lat Der Spiegel praktycznie codziennie donosi, że Rosja – i oczywiście Putin osobiście – grozi Europie wojną, mimo że nigdy nie wystosowała takiej groźby. Aby jeszcze bardziej zaognić sytuację, Der Spiegel twierdzi, że atak Rosji jest nieuchronny – a nawet nie nastąpi to wcześniej niż w 2029 roku – i że Rosja już prowadzi „wojnę hybrydową” przeciwko Europie, mimo że żadne z tych oskarżeń pod adresem Rosji nie zostało udowodnione ani potwierdzone.
To ironia, ponieważ kiedy prezydent Rosji Putin – jak to miało miejsce we wtorek – faktycznie wydaje jasne ostrzeżenie przed wojną dla Europy, Der Spiegel pomija połowę jego treści.
Pod tytułem „Wojna na Ukrainie – Putin oskarża Europę o blokowanie negocjacji pokojowych” ( blokowanie ) Der Spiegel relacjonuje krótkie wystąpienie Putina przed prasą. W artykule Der Spiegel nazywa plan pokojowy Trumpa dla Ukrainy „rosyjską listą życzeń” i wyjaśnia czytelnikom, że Europejczycy renegocjowali plan z USA, a Rosja odrzuca wynik jako „wcale niekonstruktywny”.
Niemiecki magazyn informacyjny Der Spiegel pisze następnie:
Aby wyrazić niezadowolenie Rosji z faktu, że jej domniemana lista życzeń nie została spełniona, Putin otwarcie zagroził Zachodowi we wtorek. Rosja jest gotowa zaangażować Europejczyków w negocjacje. Musieliby jednak uznać realia panujące na polu bitwy na Ukrainie. „Nie zamierzamy walczyć z Europą, mówiłem to już setki razy. Ale jeśli Europa chce walczyć i zacznie, to jesteśmy gotowi zrobić to natychmiast” – powiedział. „Europa stanęła po stronie Ukrainy w wojnie, zerwała bliskie więzi z Rosją i tym samym wycofała się ze stołu negocjacyjnego” – kontynuował Putin”.
To wszystko, czego czytelnicy „Spiegla” dowiedzą się o oświadczeniu Putina. Przyjrzyjmy się więc, co Putin faktycznie powiedział i czy „Der Spiegel” dostarczył czytelnikom wyczerpujących informacji.
Co Putin naprawdę powiedział
Podczas krótkiej konferencji prasowej (całość tutaj Konferencja) Putinowi zadano między innymi dwa pytania dotyczące Ukrainy i stanowiska Europejczyków. Tłumaczę te pytania i odpowiedzi Putina w całości.
Początek tłumaczenia:
Pytanie: Wkrótce spotka się Pan ze Stephenem Witkoffem, który przyjechał do Moskwy specjalnie w tym celu. Obecnie proces negocjacji toczy się wyłącznie ze stroną amerykańską. Dlaczego Europejczycy milczą? Dlaczego trzymają się tak daleko od tego procesu?
Putin: Europejczycy nie milczą. Są wściekli, że zostali wykluczeni z negocjacji. Chciałbym jednak podkreślić, że nikt ich nie wykluczył. Sami się wykluczyli. Przez jakiś czas utrzymywaliśmy z nimi bliskie kontakty. Potem nagle zerwali kontakty z Rosją. To była ich inicjatywa.
Dlaczego to zrobili? Ponieważ przyjęli za punkt wyjścia ideę zadania Rosji strategicznej klęski i najwyraźniej nadal żyją tą iluzją. Rozumieją jednak, intelektualnie, że to już przeszłość, że nie mogło się wydarzyć. Wtedy mylili myślenie życzeniowe z rzeczywistością, ale nie potrafią i nie chcą się do tego przyznać. Sami wycofali się z tego procesu, to po pierwsze.
Po drugie, ponieważ nie podoba im się obecny wynik, utrudniają starania rządu USA i prezydenta Trumpa o osiągnięcie pokoju poprzez negocjacje. Sami odrzucają rozmowy pokojowe i utrudniają prezydentowi Trumpowi działania.
Po trzecie, nie mają żadnego programu pokojowego; są po stronie wojny. I nawet jeśli próbują wprowadzić jakieś propozycje do planu Trumpa – wszyscy to widzimy otwarcie – wszystkie te zmiany mają na celu tylko jedno: zablokowanie całego procesu pokojowego i wysunięcie żądań absolutnie nieakceptowalnych dla Rosji. Rozumieją to i w ten sposób obwiniają Rosję za załamanie procesu pokojowego. To jest ich cel. Widzimy to całkiem wyraźnie.
Jeśli więc faktycznie chcą wrócić do rzeczywistości, biorąc pod uwagę rozwijającą się sytuację „na miejscu”, w porządku, nie wykluczamy tego.
Pytanie: Szijjártó powiedział dziś nawet, że możemy dosłownie znaleźć się w stanie wojny z Europą. Powiedział, że NATO, a dokładniej jego europejskie skrzydło, planuje doprowadzić swoje wojska do pełnej gotowości bojowej do 2029 roku, a do 2030 roku istnieje ryzyko konfliktu zbrojnego. To rzeczywiście bardzo poważna, wręcz sensacyjna sprawa. Co Pan o tym sądzi? Czy naprawdę przygotowujemy się do czegoś?
Putin: Nie chcemy toczyć wojny z Europą; mówiłem to już setki razy. Ale jeśli Europa nagle zdecyduje się na wojnę z nami i zacznie to robić, jesteśmy gotowi już teraz. Nie ma co do tego wątpliwości. Ale jakie jest pytanie? Jeśli Europa nagle rozpocznie wojnę z nami, byłoby to moim zdaniem bardzo szybko…
To nie jest Ukraina. Na Ukrainie postępujemy chirurgicznie, ostrożnie. To zrozumiałe, prawda? To nie jest wojna w dosłownym, współczesnym znaczeniu tego słowa. Jeśli Europa nagle zdecyduje się wypowiedzieć nam wojnę i zacznie to robić, bardzo szybko może dojść do sytuacji, w której nie będzie już nikogo, z kim moglibyśmy negocjować.
Można by argumentować, że Der Spiegel przedstawił dość przydatne podsumowanie wypowiedzi Putina, ale to nieprawda, ponieważ Der Spiegel pominął kluczowe informacje. Der Spiegel nie zrelacjonował tego, co znajduje się w ostatnim akapicie tłumaczenia, co jest kluczowe.
Pomimo całej propagandy zachodnich mediów i polityków na temat rzekomo „brutalnej rosyjskiej wojny agresywnej”, Rosja w rzeczywistości działa na Ukrainie z niezwykłą powściągliwością, o czym świadczy liczba ofiar cywilnych, która nawet po prawie czterech latach wojny wciąż wynosi nieco ponad 10 000. Używam słowa „tylko”, ponieważ przykład Izraela, którego ludobójstwo w Strefie Gazy tak chętnie poparli Europejczycy, pokazuje, czym naprawdę jest brutalna wojna. Izrael wymordował ponad 70 000 cywilów w Strefie Gazy w ciągu zaledwie półtora roku. Jeśli uwzględnić tych, którzy zmarli z głodu, i wszystkie ofiary pogrzebane pod gruzami, liczba ta prawdopodobnie znacznie przekracza 100 000.
… Nawet rosyjskie ataki na ukraińskie dostawy energii, tak gwałtownie potępiane na Zachodzie, są w rzeczywistości przeprowadzane z niezwykłą rozwagą. Podczas wojen w byłej Jugosławii w 1999 roku NATO natychmiast i niemal całkowicie zniszczyło serbskie źródła energii, a także zaatakowało stacje telewizyjne, pociągi pasażerskie i inną infrastrukturę. Kiedy dziennikarz zapytał, dlaczego NATO atakuje infrastrukturę cywilną, taką jak elektrownie i stacje telewizyjne, ówczesny Naczelny Dowódca NATO odpowiedział lakonicznie, że to prezydent Serbii zdecyduje, kiedy te ataki na cele cywilne ustaną; po prostu musi się poddać.
Pomimo wojny i cierpienia, jakie przyniosła ona również Rosji, Rosjanie nadal uważają Ukraińców za bratni naród. Dlatego Rosja robi wszystko, co w jej mocy, aby oszczędzić ludność cywilną na Ukrainie.
Ale Europejczycy nie są uważani przez Rosjan za bratni naród. Gdyby ich żołnierze walczyli z Rosją, Rosja zareaguje bez opanowania, jakie wykazała na Ukrainie, i prawdopodobnie będzie prowadzić wojnę w taki sam sposób, w jaki prowadzi ją Zachód – nie tylko dlatego, że Europejczycy prawdopodobnie postąpią tak samo.
Ostatnie stwierdzenie Putina, że jeśli Europa rozpocznie wojnę z Rosją, „bardzo szybko może dojść do sytuacji, w której nie będzie nikogo, z kim moglibyśmy negocjować”, powinno zostać zrozumiane przez europejskich przywódców jako wyraźne osobiste zagrożenie pod ich adresem.
Putin z pewnością nie miał na myśli użycia broni jądrowej, jak można by przypuszczać, ale raczej stwierdził, że w takiej wojnie zainicjowanej przez Europejczyków, ich urzędnicy państwowi również byliby uzasadnionymi celami dla Rosji.
Innymi słowy, europejscy politycy nie powinni oczekiwać, że będą mogli poświęcić swoich żołnierzy w wojnie z Rosją, kontynuując jednocześnie normalne życie.
Niestety, oświadczenie Putina prawdopodobnie sugeruje również, że Rosja nie będzie szanować ludności cywilnej w wojnie z Europą. Czytelnicy „Spiegla” nie powinni o tym wiedzieć; powinni nadal wierzyć, że Europa jest militarnie zdolna do powstrzymania Rosji.
Ale Zachód zbiorowo już nie zdołał tego zrobić na Ukrainie, więc jak Europa ma sobie z tym poradzić sama – zwłaszcza bez pomocy Stanów Zjednoczonych, które jasno dały do zrozumienia, że to nie jest ich wojna?
Jak wspomniałem na początku, zawsze zabawne jest to, że Spiegel niemal codziennie wymyśla nowe kłamstwa na temat rzekomych gróźb wojennych Rosji (lub cytuje groźby sfabrykowane przez UE), ale milczy, gdy Rosja faktycznie ostrzega przed wojną.
LONDYN, 1 grudnia. /TASS/. Sojusz Północnoatlantycki rozważa podjęcie działań wyprzedzających w odpowiedzi na rzekomo agresywne działania Rosji, ale taka decyzja wiąże się z szeregiem wyzwań prawnych, powiedział admirał Giuseppe Cavo Dragone, szef Komitetu Wojskowego NATO, w wywiadzie dla Financial Times .
„Badamy wszystko. W cyberprzestrzeni działamy bardziej reaktywnie. Rozważamy bardziej agresywne lub wyprzedzające działanie zamiast reagowania” – powiedział dowódca wojskowy. Dodał, że sojusz mógłby uznać „uderzenia wyprzedzające” za „działania obronne”.
Jak jednak przyznał Dragone, „wykracza to poza normalny sposób myślenia i działania NATO”. Wyjaśnił, że trudności dotyczą „ram prawnych, kwestii jurysdykcyjnych” oraz tego, kto dokładnie miałby podejmować takie działania.
Wcześniej ambasador Rosji w Belgii Denis Gonczar oświadczył, że NATO, „zastraszając swoją ludność nieistniejącymi planami Kremla dotyczącymi ataków na kraje sojusznicze”, rozpoczęło „przygotowania do wielkiej wojny z Rosją”.
To wszystko wydarzyło się naprawdę, w Warszawie, pod Biblioteką Uniwersytecką. I było demoniczne.
Studenci wychodzący z zajęć zareagowali na pikietę prolife w sposób skrajnie emocjonalny, wręcz niekontrolowany. W jednej chwili w kontrze do spokojnej rozmowy pojawiły się krzyki, szarpanie materiałów i bluzgi.
Wolontariusze ŻiR-u relacjonowali mi, że próbowali rozpocząć rzeczowy dialog. Początkowo dyskusja przebiegała zgodnie ze znanymi argumentami strony proaborcyjnej: „to wybór”, „to część ciała kobiety”, „a co z gwałtem?”.
Proliferzy odpowiadali – cierpliwie, krok po kroku.
Jednak napięcie po drugiej stronie rosło.
Wszystko zmieniło się w chwili, gdy jedna z naszych wolontariuszek przyniosła foldery ze zdjęciami przedstawiającymi, jak wyglądają dzieci po aborcji. Opisała mechaniczne rozrywanie ciał maleńkich dzieci, użycie pomp próżniowych, szczypiec, zastrzyków wywołujących u dziecka zawał.
I wtedy nastąpił wybuch agresji – gwałtowny, niepokojący, jakby wyzwolony przez sam widok prawdy – takiej, jaka ona naprawdę jest.
Wiem, skąd bierze się ta reakcja. Jeżeli ktoś przez długi czas słucha wyłącznie feministycznej narracji, która przedstawia aborcję jako zwykły zabieg medyczny, to obrazy pokazujące jej rzeczywisty przebieg wstrząsną jego świadomością.
Zdjęcia takie nie pozostawiają miejsca na wygodne wyobrażenia. Nie da się ich zamknąć w kilku neutralnych słowach. Patrzy się na człowieka, którego życie zostało przerwane, na maleńką twarzyczkę zastygłą w bólu. To jest moment, w którym człowiek zostaje skonfrontowany z czymś, od czego dotąd uciekał jak najdalej.
Gwałtowna reakcja studentów była więc, niestety, łatwa do przewidzenia. Zdjęcia z aborcji podważają wszystko, co dotąd słyszeli i w co chcieli wierzyć.
Myślę, że dziś nie przyznają się nawet sami przed sobą, że coś w nich pękło. Ale ten obraz pozostanie. Będzie wracał. I w którymś momencie zmusi ich do refleksji, której nie da się już dłużej odkładać.
Szanowny Panie,
Działamy w warunkach ogromnego napięciai licznych ataków. Każdego dnia mierzymy się z agresją, zniszczeniami, próbami uciszania. Podczas pikiety pod BUW-em zniszczono kilkaset naszych broszur – były to materiały edukacyjne, które przygotowujemy z myślą o tych, którzy nigdy nie widzieli, czym naprawdę jest aborcja. I przy pomocy tych broszur pracujemy na ulicy.
Dla aborterów to był gest buntu. Dla nas – realna strata i konieczność poniesienia kolejnych kosztów druku.
Każde rozdarte zdjęcie to jedno mniej spojrzenie, które mogłoby otworzyć czyjeś sumienie. Każdy odtworzony folder – to nowa szansa na zmianę czyjegoś myślenia.
Nie cofamy się. Wiemy, że potrzeba jeszcze wiele wyjaśniania, pokazywania i cierpliwego działania. Tym bardziej po tym, co wydarzyło się pod BUW-em.
PS – Akcje na ulicach Warszawy będą dalej się odbywać. Najbliższa w sobotę o 12:00 pod Abotakiem na ul. Wiejskiej – będzie to Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji. O innych dowie się Pan z Facebooka Warszawskiej Komórki Fundacji: https://www.facebook.com/zycierodzinawarszawa – ten profil naprawdę warto zaobserwować.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Jak donoszą media, Ukraina wchodzi w nowy etap swojej strategii militarno-ekonomicznej. Kijów zapowiedział utworzenie specjalnych centrów eksportu broni, które mają sprzedawać… nadwyżki ukraińskiego uzbrojenia. Informacja brzmi co najmniej zaskakująco, ale została oficjalnie potwierdzona i wywołała szeroką dyskusję wśród analityków obronnych.
Według zapowiedzi, centra eksportowe mają pomóc w budowaniu ukraińskiego potencjału przemysłowego, zwiększać dochody budżetu oraz wzmacniać pozycję Ukrainy na globalnym rynku zbrojeniowym. [nie mają już skąd brać łapówek? md]
Kijów podkreśla, że nadwyżki dotyczą sprzętu, który nie jest obecnie potrzebny na froncie lub został zastąpiony nowszym wyposażeniem.
„Eksperci” zauważają, że to kolejny krok w kierunku uniezależnienia ukraińskiego przemysłu obronnego i wykorzystania potencjału, jaki powstał dzięki masowej modernizacji armii. Jednocześnie pojawiają się pytania o skalę dostępnych nadwyżek i potencjalne kierunki eksportu.
Sprawa budzi też emocje wśród potencjalnych kupujących — niektórzy widzą w tym dowód na stabilizację ukraińskiej produkcji zbrojeniowej, inni obawiają się, czy sprzedaż sprzętu nie odbije się na bieżących potrzebach armii. Źródła podają, że powstają właśnie dwa pierwsze takie centra.
Każdy człowiek powołany jest do stania się członkiem Ludu Bożego. W tym sensie Kościół katolicki jest z natury „otwarty”, zwraca uwagę w najnowszym felietonie O. Dariusz Kowalczyk SJ. Nie oznacza to jednak, że religia powinna akceptować modne, szkodliwe ideologie. Kościół musi chronić święte skarby, które przechowuje: depozyt wiary, sakramenty i zasady moralności chrześcijańskiej, dodawał kapłan.
„Katolicyzm otwarty bezkrytycznie przyjmuje język lewicowo-liberalnej demokracji, wchodzi z tego rodzaju środowiskami w moralno-polityczną jedność”, pisał w artykule opublikowanym na łamach portalu opoka.org.pl O. Dariusz Kowalczyk.
W tekście jezuita zauważył, że promotorzy „otwartego” Kościoła w rzeczywistości sami ulegli intelektualnej sekularyzacji i dążą do zmiany chrześcijaństwa w narzędzie legitymizacji liberalnych opinii politycznych oraz obyczajowego i kulturowego upadku, przedstawianych jako zbiór „europejskich” i „nowoczesnych” wartości.
Tymczasem, jak przypomniał duchowny, chrześcijańska religia nie może być przychylna podobnym prądom. Oznaczałoby to, że przestałaby chronić powierzoną przez Boga Kościołowi prawdę religijną i doskonałą naukę moralną.
„Otwartość bez granicy nie jest cnotą – jest głupotą albo manipulacją. Już w Księdze Rodzaju Bóg oddziela światło od ciemności, wody od ziemi, dzień od nocy – ustanawia granice (…). Jezus mówi o bramie ciasnej i wąskiej drodze, nie mówi: Otwórzcie wszystko dla wszystkich. Mówi: Wchodźcie przez ciasną bramę; bo szeroka jest brama i przestronna droga, która wiedzie na zatracenie (Mt 7,13). To jest obraz granicy. (…) Prawda i życie mają swoją strukturę, swoje wymagania, swoje granice. Nie można wejść na wąską drogę z bagażem fałszu, grzechu, kompromisu.”, podkreślał jezuita.
Ze względu na panujący w Kościele boski porządek, katolikiem nie można zostać na własnych zasadach. By nim być, trzeba przyjąć prawdziwą religię i ochrzcić się, przypominał O. Dariusz Kowalczyk. Do takiego wstąpienia do Chrystusowej Owczarni powołany jest każdy bez wyjątku. Nie oznacza to jednak, że Kościół powinien stać się przestrzenią skupiającą również tych, którzy żyją wbrew katolickim zasadom.
„Zabobon otwartości polega na tym, że słowo otwarty staje się zaklęciem, które ma automatycznie legitymizować każdą zmianę, każdy kompromis, każde rozmycie granic. To jest manipulacja językowa: przenosi się wymiar moralny i prawdziwościowy na wymiar fasadowy (otwarty = dobry, „zamknięty” = zły). Tymczasem w Biblii zarówno otwieranie, jak i zamykanie mają swoje miejsce. Chrześcijaństwo nie jest religią otwartości. Jest religią prawdy, która nas wyzwala; religią miłości, która ma granice; religią nadziei, która wymaga wyboru. Otwartość, która nie wie, co chronić, nie jest cnotą – jest głupotą, która naraża na zniszczenie to, co najcenniejsze”, zaznaczał jezuita.
Jak podkreślał kapłan, w Polsce pojęcie „Kościoła Otwartego” silne kojarzy się ze środowiskami tzw. lewicy katolickiej, w tym tytułami prasowymi takimi jak „Znak”, „Tygodnik Powszechny”, czy „Więź”. Nad Wisłą „otwarty” katolicyzm jest więc nie tylko podatny na wpływ lewicowej ideologii, ale również na „partyjniactwo” i „sojusz ołtarza z lewicowo- liberalnym tronem”.
Wbrew tym środowiskom, w ocenie O. Dariusza Kowalczyka od lat ulegającym postępującej degeneracji, „trzeba na różne sposoby podkreślać, że autentyczna ewangeliczna otwartość jest wymagająca, a nie letnia; jest zakorzeniona, a nie rozmyta”, kończy jezuita.
W Wydawnictwie Poznańskim ukazała się niedawno praca pt.: „Kraj za murem. Życie codzienne w NRD” autorstwa Katji Hoyer. Autorka urodzona w NRD, mieszka obecnie w Wielkiej Brytanii.
W pracy została bardzo rzetelnie przedstawiona historia Niemieckiej Republiki Demokratycznej, począwszy od początków jakimi była radziecka strefa okupacyjna aż do momentu wchłonięcia tego państwa przez RFN. Autorka nie kryje ciemnych kart historii NRD, takich jak strzelanie do osób próbujących uciekać na Zachód, czy też powszechnej inwigilacji społeczeństwa przez służbę bezpieczeństwa – Stasi. Jednak w przeciwieństwie do większości ukazujących się u nas książek o Polsce Ludowej, przedstawiającej nasz kraj z tamtego okresu w ciemnych barwach, K. Hoyer pokazuje również pozytywne strony życia w NRD i wydaje się, po przeczytaniu pracy, że te pozytywy przewyższają ujemne strony egzystencji NRD. W podsumowaniu K. Hoyer stwierdza: „nadszedł czas by uznać NRD za to czym była – częścią niemieckiej historii”.
W pracy narracja autorki przeplata się ze wspomnieniami mieszkańców b. NRD i trzeba przyznać, że to połączenie jest bardzo udane.
Swoją opowieść K. Hoyer zaczyna od 1945 r. Ukazuje ciężką sytuację mieszkańców radzieckiej strefy okupacyjnej, która nie dość, że byłą uboższą częścią dawnej Rzeszy, mniejszą, mniej ludną, pozbawioną zasobów naturalnych, a do tego mocno zniszczoną i poddaną w pierwszym okresie silnej eksploatacji ze strony organów radzieckich, a nawet pozbawioną naukowców, których na parę lat wywieziono do ZSRR do pracy przy projektach zbrojeniowych.
Na tle trudnych początków osiągnięcia tego socjalistycznego państwa w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych muszą budzić szacunek, zwłaszcza że strefa radziecka, w przeciwieństwie do stref zachodnich, pozbawiona była pomocy w ramach Planu Marshalla.
Autorka zwraca uwagę, że nawet samo powstanie NRD nie było sprawą oczywistą. Przez wiele lat Stalin był do tego nastawiony niechętnie, dążąc do zjednoczenia Niemiec. Wszystkie działania podejmowane w radzieckiej strefie okupacyjnej były następstwem działań podejmowanych w strefach zachodnich i tak NRD powstała dopiero po utworzeniu RFN, a zgodę na budowę armii otrzymała po rozpoczęciu remilitaryzacji RFN. Samo powstanie NRD nie przesądzało początkowo o braku możliwości zjednoczenia Niemiec. Pierwsza konstytucja była zbliżona do zachodnioniemieckiej, kraj podobnie jak jego zachodni sąsiad był podzielony na landy, posiadał dwuizbowy parlament i identyczną jak RFN flagę. Zmiany przy niechętnej postawie ZSRR i to głównie pod naciskiem niemieckich komunistów następowały stopniowo. W 1952 zlikwidowano landy, wprowadzając Bezirki (okręgi), w 1958 dwuizbowy parlament, w 1960 r. urząd prezydenta. Do flagi dopiero w 1959 r. dodano młot, cyrkiel i wieniec zbożowy, a konstytucję po raz pierwszy zmieniono dopiero w 1968 r.
Przełomowym rokiem dla pierwszych prób zjednoczenia Niemiec był rok 1952. Wtedy to kanclerz RFN Konrad Adenauer odrzucił propozycję Stalina, który zaniepokojony przygotowaniami do remilitaryzacji Zachodnich Niemiec, zaproponował zjednoczenie Niemiec, pod warunkiem zachowania przez to państwo neutralności. Zdaniem autorki propozycja Stalina nie była wybiegiem propagandowym, a rzetelną propozycją. Odrzucenie tej propozycji przez władze RFN wykorzystał natychmiast przywódca NRD Walter Ulbricht i 9 lipca 1952 r. podczas II Zjazdu Partii zapowiedział otwarcie program „budowy socjalizmu”, na co Stalin niechętnie zgodził się. Wtedy też zrezygnowano z ustroju federalnego i przystąpiono świadomie do budowy odrębnego państwa niemieckiego.
Jak już napisałem wyżej, sytuacja gospodarcza wschodniej części Niemiec początkowo była bardzo trudnią. Jak podaje autorka łącznie w latach 1945-1953 państwo wschodnioniemieckie utraciło 60% bieżącej produkcji, którą skonfiskował na swoje potrzeby ZSRR. Jednakże obywatele wschodnich Niemiec nie ustawali w wysiłkach i już w 1950 r. udało się osiągnąć poziom produkcji z roku 1938 i to pomimo faktu, że NRD zapłaciła trzykrotnie wyższe reparacje niż jej zachodnia odpowiedniczka.
Jak już wspominałem – tereny, które weszły w skład NRD były praktycznie pozbawione zasobów naturalnych. Praktycznie jedynym bogactwem był węgiel brunatny i z niego wytwarzano ok. 70 % energii. Mimo braku rudy żelaza wybudowano od podstaw nowe miasto Eisenhüttenstadt. Było to wzorcowe miasto socjalistyczne. Biorąc pod uwagę trudne warunki początkowe, osiągnięcia gospodarcze NRD były imponujące. K Hoyer przytacza na ten temat szereg danych i tak: w 1960 r. pralka znajdowała się tylko w 6% gospodarstw domowych, 10 lat później w nieco ponad połowie. Największym sukcesem przemysłu konsumenckiego NRD był postęp w dostawie lodówek. W 1960 r. były one tylko w 6% gospodarstw domowych. W 1970 r. lodówkę elektryczną posiadało już 56,4% gospodarstw domowych, czyli znacznie więcej niż w Niemczech Zachodnich, gdzie miało ją w tym czasie tylko 28% gospodarstw, a w 1980 r. te artykuły gospodarstwa domowego były już praktycznie w każdym domu mieszkańców NRD. Dostęp do telefonów był natomiast znacznie mniejszy w porównaniu z RFN. W 1970 r. połowa zachodnioniemieckich gospodarstw była podłączona do telefonu, podczas gdy w NRD było to zaledwie 6%.
Jeśli chodzi zaś o liczbę samochodów, to jak podaje autorka w roku 1988 nieco ponad połowa wschodnioniemieckich gospodarstw domowych miała samochód, czyli tylko niewiele mniej niż w RFN i tyle samo co w Wielkiej Brytanii.
W 1967 zniesiono pracujące soboty a wymiar etatu zmniejszono do 43,75 godziny za tę samą płacę. Subsydiowanie czynszów, wyżywienia, wydarzeń kulturalnych i komunikacji publicznej sprawiło, że stały się one dostępne dla każdego. Bilet do kina kosztował 50 fenigów przy minimalnej pensji wynoszącej 300 marek. Czteroosobowe gospodarstwo domowe w Niemczech Zachodnich wydawało na czynsze ok. 21% dochodów netto a w NRD jedynie 4,4%.
W 1968 r. prawie w każdym domu było radio, w 3/4 również telewizor. Pod koniec następnej dekady radia i telewizory były już praktycznie w każdym domu. W 1969 r. i w NRD i RFN wprowadzono kolorowe telewizory. Postęp ten dokonywał się z jednej strony dzięki wysiłkowi ciężko pracującej ludności, a z drugiej strony dzięki dostawom taniej ropy i gazu z ZSRR. Dziś zapomina się, że dostawami tanich surowców energetycznych ZSRR subsydiował wszystkie kraje socjalistyczne, w tym i Polskę.
„Trabant 601”
Następował też olbrzymi postęp społeczny. Autorka podkreśla, że 1967 r. około 1/3 studentów szkół wyższych NRD wywodziło się z klas pracujących, podczas gdy w RFN było to zaledwie 3%. W 1989 r. NRD miała najwyższy na świecie odsetek aktywności zawodowej kobiet, niemal wszystkie miały stałą pracę. W RFN pracowała tylko połowa kobiet, a większość z nich tymczasowo. Dla wschodnioniemieckich kobiet rzeczą zupełnie normalną stało się robienie kariery zawodowej i posiadanie dzieci przy niewielu kompromisach. Placówki opiekuńcze były liczne i darmowe. Czynne od godz. 6.00 do 18.00, obejmowały zwykły czas pracy, dzięki czemu oboje rodzice mogli pracować na etatach. Choć system zachodnioniemiecki czynił duże postępy od 1950 r., to opieka nad dziećmi nadal była uważana za osobisty wybór, pokrywany z własnych pieniędzy i wymagający zaangażowania rodziców. K. Hoyer podaje też, że gdy kobiety zaczęły służyć w armii NRD pod koniec lat 80 tych, to kobiety w RFN nadal nie miały prawa służyć w wojsku. W efekcie w 1990 r. po zjednoczeniu Niemiec każda z dwóch tys. kobiet służących w szeregach NVA utraciła pracę i stopień wojskowy. Tylko bardzo nieliczne wstąpiły do Bundeswehry jako pracowniczki cywilne.
Stabilizacja życia powodowała wzrost zadowolenia w kwestiach politycznych. Wydarzenia 1953 r., podczas których w Berlinie na ulice wyszło ponad 100 tys. osób, w Halle i Lipsku odpowiednio 60 i 40 tys. – łącznie w całym kraju w protestach miało wziąć udział milion ludzi – już się nigdy nie powtórzyły. Społeczeństwo Wschodnich Niemiec podzieliło się na dwie grupy. Mniej liczna była głęboko nieszczęśliwa, czuła się prześladowana, wykorzystywana i dławiona przez upolitycznienie wielu aspektów życia. Jednakże znaczna większość ludzi pogodziła się z życiem w NRD. Tak więc j wizja społeczeństwa wschodnioniemieckiego przedstawiona przez K. Hoyer jest zupełnie inna niż lansowana u nas wizja polskiego społeczeństwa, które rzekomo dzieliło się na żołnierzy wyklętych, opozycję z jednej strony oraz kolaborantów z drugiej. Do osądu czytelników pozostawiam ocenę, która wizja jest bardziej prawdziwa. Natomiast do K. Hoyer należy żywić szacunek, że tak szczerze zaprezentowała nastroje ludności NRD. Zresztą jakby nie patrzeć na NRD, był to kraj znacznie mniej opresyjny w porównaniu z III Rzeszą.
Postawienie muru berlińskiego zahamowało dramatyczny odpływ ludzi na Zachód. Autorka podaje, że do końca 1961 r. NRD utraciła już 1,3 miliona ludzi. Wyjeżdżali głownie intelektualiści, przedstawiciele wolnych zawodów, wykwalifikowani robotnicy oraz dawni właściciele dużych gospodarstw. Wg K Hoyer do 1961 r. NRD utraciła 7500 lekarzy, 1200 dentystów, trzecią część naukowców i setki tysięcy wykwalifikowanych robotników.
Autorka zwraca też uwagę, że obok stabilizacji wewnętrznej wzrastało uznanie NRD na arenie międzynarodowej. W 1973 r. wraz z RFN NRD została przyjęta do ONZ, poprawiały się stosunki z zachodnioniemieckim sąsiadem. W 1980 r. wschodnioniemieckie ambasady i konsulaty znajdowały się niemal w 200 krajach świata. Wschodnioniemieckie produkty były eksportowane nawet do Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.
NRD zaczęła odnosić też niebywałe sukcesy sportowe. Od Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 1972 r. do końca swego istnienia NRD zajmowała w klasyfikacji medalowej 1 lub 2 miejsca, bijąc takich gigantów jak ZSRR i USA, a także zachodnioniemieckiego rywala. Choć jest mało prawdopodobne by udało się to osiągnąć bez dopingu, nie tłumaczy on wszystkich sukcesów. Niewielkie państwo zdominowało tabele sportowe na całe dekady, jego reprezentanci zdobyli łącznie 755 olimpijskich medali, w tym 203 złote.
Bardzo interesujące jest przedstawienie przez autorkę stenogramu rozmowy miedzy Helmutem Kohlem a Erichem Honeckerem z 1983 r., podczas której Kohl zapewnił wschodnioniemieckiego przywódcę, że: „rozmawia Pan z człowiekiem, który nie zrobi niczego by zaszkodzić pana pozycji.” Uwieńczeniem relacji międzyniemieckich była wizyta Honeckera w 1987 r. w RFN, gdzie przyjmowano go z najwyższymi honorami. I pomyśleć, że ci sami Niemcy pięć lat później śmiertelnie chorego Honeckera postawili przed sądem. Jakże aktualne do dziś pozostają słowa Piłsudskiego, że Zachód jest parszywieńki.
Erich Honecker
Autorka wskazuje też, że denazyfikacja na Wschodzie była głębsza i wywarła duży wpływ na gospodarkę. Nauczyciele, urzędnicy, politycy, a nawet inżynierowie i policjanci byli usuwani ze stanowisk i zastępowani osobami niedoświadczonymi, lecz bardziej akceptowalnymi ideologicznie. W tym czasie byli naziści w RFN czuli się całkiem dobrze. Takim sztandarowym przykładem jest kariera kata warszawskiej Woli, odpowiedzialnego za zamordowanie kilkudziesięciu tysięcy cywili w sierpniu1944 r. SS Gruppenführera Heinza Reinefartha, który po wojnie został wieloletnim burmistrzem Westerlandu, a potem był posłem do Landtagu Szlezwika-Holsztynu i pobierał generalską emeryturę.
Jednakże kryzysy naftowe uwypukliły słabości NRD i jej uzależnienie od Związku Radzieckiego. Gdy Moskwa wycofała się z obiecanych dostaw ropy i gazu, Niemcy Wschodnie nie były dłużej w stanie utrzymywać standard życia, do którego przywykli ich obywatele, bez narażania kraju na bankructwo. W 1980 r. NRD płaciła ekwiwalent 15 USD za baryłkę surowej ropy w porównaniu z 2-3 USD w 1972 r. Dodatkowo NRD eksportowała produkty ropopochodne, co stanowiło 28% enerdowskiego eksportu do krajów niesocjalistycznych. W 1981 r. ZSRR zerwał podpisane niegdyś porozumienia i zmniejszył eksport ropy do NRD o ponad 10% z 19 do 17 milionów ton, by móc zaoferować więcej na rynkach światowych i złagodzić własne problemy gospodarcze. Skutkiem tego była postępująca w latach osiemdziesiątych stagnacja gospodarcza. NRD nie była już w stanie dotrzymywać kroku w rozwoju gospodarczym swojemu zachodniemu sąsiadowi.
W książce autorka poświęca też wiele miejsca skutkom zjednoczenia Niemiec, a w zasadzie prawidłowo nazywając rzecz po imieniu, wchłonięciu NRD przez RFN. Na dowód tego K. Hoyer przytacza słowa Wolfganga Schäuble, zachodnioniemieckiego ministra spraw wewnętrznych, który kierował negocjacjami zjednoczeniowymi ze Wschodem i zadeklarował, że zmiana musi nadejść wyłącznie ze strony NRD. „To nie jest zjednoczenie dwóch równorzędnych krajów” – podkreślił. „Jest konstytucja i jest RFN. Zacznijmy od założenia, że byliście wykluczeni z obu przez 40 lat. Teraz macie prawo zostać ich częścią”. Kierunek negocjacji nie podlegał dyskusji. Zdaniem autorki większość obywateli NRD w 1989 r. ani nie chciała likwidacji państwa, ani też nie marzyła o rychłym zjednoczeniu z Zachodem. Można było odczuć namacalne oczekiwanie, by NRD zmodernizowała życie polityczne. NRD była społeczeństwem ludzi świetnie wykształconych i upolitycznionych, pewnych siebie, dumnych ze swych osiągnięć i żądnych zmiany. 28 listopada 1989 r. 31 osób publicznych, w tym znani pisarze jak Christa Wolf i Stefan Heym przekazało mediom apel pt. „Za nasz Kraj”. Apelowano w nim za zachowaniem niepodległej NRD, ponieważ „alternatywą była wyprzedaż naszego majątku materialnego i moralnego oraz rychła aneksja NRD przez RFN”.
W ostatniej części pracy K. Hoyer przedstawia ciemne strony procesu „zjednoczenia”. Agencja Powiernicza powołana przez parlament RFN, z zadaniem nadzorowania procesu prywatyzowania państwowej gospodarki, zaczęła działać szybko sprzedając „majątek ludowy” w ręce prywatne. Jak pisze autorka, brak doświadczenia, nadzoru i odpowiedniego personelu Treuhand doprowadziły do chaosu i korupcji. Wielu Niemców wschodnich postrzegało jej działalność jako niegodną wyprzedaż ich kraju. Liczni robotnicy dumni ze swego zawodu i zarobków teraz musieli przygotować maszyny i pojazdy dla zachodnioniemieckich firm, które kupiły enerdowskie przedsiębiorstwa za bezcen (często za symboliczną kwotę jednej marki). Innym kazano rozmontowywać ich własne fabryki, co w praktyce oznaczało pracę, której celem było uczynienie siebie samych zbędnymi. Demontaż kraju wzbudzał często poczucie beznadziei, które nie mijało przez całe dziesięciolecia.
W 2005 r. co piąty Niemiec wschodni był bezrobotny. Wprowadzone programy pracy tymczasowej wiązały się z proponowaniem dumnym i wykształconym pracownikom by zatrudniali się czasowo przy sprzątaniu, utrzymaniu przestrzeni publicznych lub – co najgorsze – do ponurego zadania demontażu fabryk przed ich sprzedażą. Po 1990 r. wiele miejsc pracy z czasów NRD po prostu przestało istnieć. Tylko w ciągu pierwszych dwudziestu miesięcy po zjednoczeniu zlikwidowano 4 tys. przedsiębiorstw, pracę zachował co czwarty pracownik firm państwowych.
W ciągu dwóch pierwszych lat po upadku muru berlińskiego w Niemczech Wschodnich zamknięto połowę żłobków, w celu ograniczenia niezwykle kosztownego enerdowskiego państwa dobrobytu. Procesy te znamy zresztą z naszego polskiego doświadczenia, tyle tylko, że mało kto tak szczerze opisuje procesy degradacji jakie spotkały naszych obywateli i obywateli dawnej NRD, przyzwyczajonych do 1989 r. do tego, że nie musieli obawiać się o przeżycie do pierwszego.
Ze swej strony dodam, że po zjednoczeniu populacja wschodnich landów spadła o 16% – do poziomu 12,4 mln osób. Podobne zjawisko odnotowujemy również w Polsce. Skutkuje to pewnym rozczarowaniem ze strony zachodnioniemieckich polityków. Autorka podaje, że w 2021 r. federalny komisarz do spraw landów wschodnich Marco Wanderwitz stwierdził, że „niektórzy Niemcy Wschodni nie dołączyli do naszej demokracji nawet po 30 latach”. Innym aspektem procesu zjednoczenia, który niepokoi wielu Niemców zachodnich jest fakt, że Niemcy wschodni nie chcą zapomnieć o NRD.
W książęce nie brak tego opisu historii mających posmak anegdotyczny. I tak na przykład opisane zostały podjęte w 1987 r. wysiłki Honeckera mające doprowadzić do powrotu do Poczdamu szczątków Fryderyka Wielkiego i jego ojca. W tym celu specjalny wysłannik Honeckera nawiązał kontakt z Ludwikiem Ferdynandem – głową dynastii Hohenzollernów, wnukiem cesarza Wilhelma II. W zamian za zgodę na sprowadzenie szczątków władców do Poczdamu władze NRD były gotowe ofiarować księciu przywrócenie prawa do zamieszkania w Cecilienhof, pałacu, w którym miała miejsce w 1945 r. konferencja poczdamska. Książę się wahał, a w międzyczasie upadała NRD. Ostatecznie szczątki obu królów Prus powróciły do Poczdamu w 1991 r.
Reasumując, otrzymaliśmy do rąk bardzo wartościową pozycję dotyczącą historii NRD, do tego napisaną przystępnym językiem. Chciałoby się otrzymać równie rzetelną historię Polski Ludowej, z analogiczną konkluzją, że historia PRL jest integralną częścią historii Polski a nie jakąś czarną dziurą. Słowa uznania należą się też tłumaczowi p. Janowi Szkudlińskiemu za bardzo dobre przełożenie książki z języka angielskiego na polski (praca została napisana w języku angielskim), co ostatnio nie jest powszechne. Spotkałem się już z takimi tłumaczeniami, że powstała w ich wyniku treść jest kompletnie niezrozumiała.[ja też.. md]
Jacek Marczyński
Katja Hoyer „Kraj za murem. Życie codzienne w NRD”, Wyd. Poznańskie, Poznań 2025, ss. 525
Kiedy doczekamy się takiej samej współpracy polskiego Prezydenta Nawrockiego z Orbanem w innych politycznych sprawach? Kiedy wreszcie Polska powie NIE unijnemu okupantowi?
Sprawa dotyczyła eksportu ukraińskiego zboża do Unii. Trzy kraje Węgry, Polska, i Słowacja sprzeciwiły się temu, ponieważ, tanie zboże ze wschodu podkopuje rolnictwo wspomnianych krajów.
Ten niewątpliwie słuszny ekonomiczny ruch nie konstatuje jednak znacznie większego zagrożenia, jakie ukraińskie produkty rolne niosą dla każdego konsumenta.
W trakcie czterech lat konfliktu, NATO przekazało Ukrainie ogromną ilość amunicji, która zawiera zubożony Uran. Jest on umieszczony w czubku pocisku dla usprawnienia sterowalności.
Po uderzeniu pocisku sproszkowany Uran skaża całe środowisko naturalne, a jego radioaktywny rozkład połowiczny jest dłuższy niż istnienie naszej Matki Ziemi, co w praktyce oznacza, że słynny ukraiński czarnoziem pozostanie skażony radioaktywnie na wieczność.
W czasie wojen w Iraku (Faludża) i byłej Jugosławii, większość żołnierzy amerykańskich pozostających w obszarze skażenia, zmarło na chorobę popromienna. Oczywiście Zachodnie Imperium Kłamstwa, tym razem w osobie NATO, nigdy się do tego nie przyznało. Do dziś w Faludży masowo rodzą się dzieci potworki, gdyż zubożony Uran jest też teratogenny.
Na dodatek do masowego używania zubożonego Uranu w zachodniej amunicji na Ukrainie, Rosjanom udało się parę lat temu zniszczyć ogromny skład tej amunicji w centralnej Ukrainie, wysyłając na jej czarnoziem gigantyczne ilości tego śmiercionośnego proszku. Aby zubożony Uran był skuteczny jako trucizna, musi on być bezpośrednio wdychany przez ofiarę, lub skonsumowany w formie żywności, czyli płodów rolnych wyhodowanych na czarnoziemie i eksportowanych do Europy.
Zapewne globalistycznym władcom odpowiada taka kolejna, po “pandemii” covid 19, forma powolnego ludobójstwa, stąd też tak nalegają na import produktów rolnych z Ukrainy.