
[to Sendlerowa]





yyyy………….



[to Sendlerowa]





yyyy………….


Tylko dla orłów
Izabela Brodacka
Wiele osób zastanawia się od lat nad bardzo poważnym problemem. Co poszło nie tak? Dlaczego nasza niepodległość okazała się tak ułomna, dlaczego straciliśmy prawie wszystkie ważne zakłady przemysłowe, dlaczego miotamy się od kilkudziesięciu lat w chocholim tańcu, dlaczego wreszcie nasza klasa polityczna z roku na rok staje się coraz gorsza?
Wiele wyjaśniła mi książka Józefa Orła pt. „Orle Gniazdo” .
Orzeł jest roztkliwiająco szczery. Bez oporów przyznaje się zarówno do swego żydowskiego pochodzenia jak i do tego, że jego rodzice byli funkcjonariuszami komunistycznych organów. Wprawdzie niskiego szczebla – lecz byli. Z podobną szczerością graniczącą z ekshibicjonizmem opisuje Orzeł swoje nawrócenie na religię katolicką, a nawet religijne wizje czy widzenia. Szczerość jest rzeczą rzadką, szczególnie wśród ludzi zajmujących się polityką, więc w zasadzie należy zaliczać ją Orłowi na plus. Z wieloma poglądami Orła formułowanymi w tych wspomnieniach zgadzam się całkowicie. To, jak mówi klasyk Wałęsa, dla Orła kolejny plus dodatni.
Zanotowałam sobie kilka przykładów. Na stronie 194 komentując reformy Balcerowicza Orzeł pisze: „ komuniści się już uwłaszczyli i wystarczy, a zwykłym ludziom od rynku wara”. Nic dodać nic ująć. Gdy Orzeł podobno zaproponował Balcerowiczowi uwłaszczenie pracowników pegeerów Balcerowicz oświadczył: „ Jak dostaną ziemię to ją sprzedadzą i przepiją”. Balcerowicz prezentuje tu klasyczną pogardę swego środowiska wobec szeregowych obywateli naszego kraju. Podobnie odnosił się według Orła do uwłaszczenia mieszkań.
Na stronie 204 Orzeł wyjaśnia przyczyny bezkarności dwóch aferzystów Bagsika I Gąsiorowskiego, którzy zasłynęli zarabianiem ogromnych sum za pomocą mechanizmu zwanego „ oscylatorem”. Przy szalejącej inflacji wozili z banku do banku wory pieniędzy uzyskując za ich przechowywanie (nawet bardzo krótkie) ogromne kwoty odsetek. W 1991 roku Bagsik ujawnił, że sumy te były przeznaczone na operację „ Most”, czyli na transportowanie rosyjskich Żydów do Izraela. Wydaje mi się, że Orzeł doskonale znał kulisy operacji „Most” w trakcie jej trwania czyli wtedy gdy my wszyscy byliśmy zaszokowani rabunkiem finansów Polski i bezkarnością rabusiów. Orzeł – wydaje mi się -należał do osób bardzo dobrze poinformowanych.
O ile pamiętam -co potwierdza pamiętnik męża- zniechęcał męża do publikowania tekstów na temat afery FOZZ w wysokonakładowej prasie. Teksty na ten temat ukazywały się początkowo w bezdebitowym pisemku „ Głos wolnego robotnika,” które miało z oczywistych przyczyn ograniczony zasięg. Pierwszy tekst w oficjalnym obiegu opublikował Piotr Jegliński w „Spotkaniach” i miał podobno z tego tytułu kłopoty. W sprawie FOZZ obowiązywała omerta i osoby starające się przerwać rabunek finansów kraju napotykały na mur niechęci i braku zainteresowania. Uzasadniano to faktem, że skup przez państwo własnych długów był według prawa międzynarodowego nielegalny więc ujawnienie mechanizmu ich skupu, w którego celu rzekomo założono FOZZ było dla wizerunku Polski niekorzystne.
Tak naprawdę FOZZ był to kranik [no, ogromny kran ! MD] z pieniędzmi dla komunistycznej nomenklatury, której nie wystarczało uwłaszczenie się na majątku narodowym. Nie należy się dziwić, że beneficjenci tego mechanizmu sprzeciwiali się jego ujawnieniu. Chciałabym być dobrze zrozumiana. Nie uważam Orła za powiązanego w jakikolwiek sposób z tą aferą. Orzeł był po prostu dobrze poinformowany w sprawach, które dla nas, plebsu, miały pozostać tajne. Takich choćby jak operacja Most.
W czasach solidarnościowych i posolidarnościowych Józef Orzeł jest właściwie wszędzie. Doradza opozycjonistom, Mazowieckiemu, Olszewskiemu, twórcom programów ekonomicznych i społecznych. Inteligentny, elokwentny i jak powiedziałam wyjątkowo dobrze poinformowany. Obecnie też jako założyciel klubu Ronina, w którym odbywają się ciekawe dyskusje i spotkania opowiedział się – jak dla mnie – po dobrej stronie mocy. I jako człowiek niezwykle inteligentny budzi właściwie moją sympatię.
A jednak Józef Orzeł jest klasycznym przykładem błędu założycielskiego III Rzeczpospolitej. Pozwoliliśmy komuchom ukraść naszą solidarnościową rewolucję. Pozwoliliśmy żeby miejsce autentycznej opozycji zajęli dysydenci systemu. Trockiści, rewizjoniści – jak ich zwał tak ich zwał. Dopuściliśmy nawróconych czy odwróconych komunistów i ich progeniturę do wypchnięcia z szeregu i z historycznej pamięci prawdziwych przeciwników komunizmu- żołnierzy wyklętych, emigrację, niedobitki ziemiaństwa. Czy intencje kontraktowych opozycjonistów były dobre czy złe nie ma w danej chwili najmniejszego znaczenia. Otrzymali zbiorowe wybaczenie ich zbrodni oraz zbrodni ich rodziców. Wybaczenie również w imieniu torturowanych i pomordowanych w komunistycznych kazamatach.
Ładnie brzmi stwierdzenie, że dzieci nie odpowiadają za zbrodnie swoich rodziców. A jeżeli dzieci korzystają z owoców tych zbrodni? Nikt nie zwrócił prawowitym właścicielom zrabowanych im mieszkań w Alei Róż czy Alei Przyjaciół. Trudno zresztą wymagać żeby ktoś dobrowolnie pozbywał się mieszkania czy majątku. Ale to stawia pod znakiem zapytania wiarygodność tego nawrócenia na liberalizm czy liberalną demokrację. Opozycja kontraktowa wypchnęła opozycję prawdziwą działając w interesie swego środowiska. Utrzymać zrabowane, zdobyć więcej uwłaszczając się na majątku narodowym, wydoić to państwo do dna – to były i będą ich cele i priorytety. A żołnierzom wyklętym odmówić nawet pamięci. Przecież do dziś dnia niektórzy ośmielają się nazywać ich bandytami.
Co z tym wszystkim wspólnego ma Józef Orzeł? Z całą pewnością nikogo nie rabował, ani się nie uwłaszczał na narodowym majątku. A jednak wspomina pracę w organach swoich rodziców jako fakt bez znaczenia. Z jego wspomnień pośrednio wynika, że wywodzi się ze środowiska którego zdaniem udział w reformowaniu kraju należał i należy do lepszych, do tych którzy zawsze umieli sobie poradzić, czyli do tych którzy za młodu byli komunistami albo byli nimi ich rodzice. Trudne zadania są tylko dla orłów.

(fot. prtscr// youtube/ VaticanNews English)
Ziemia Święta, będąca miejscem najwyższego objawienia i manifestacji Boga, jest również miejscem najwyższego ujawnienia się mocy szatana – mówił łaciński patriarcha Jerozolimy kard. Pierbattista Pizzaballa podczas Mszy św., jaką odprawił w klasztorze benedyktynów w Abu Gosz w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.
Hierarcha odniósł się do trwających w Ziemi Świętej „miesięcy pełnych bólu” z powodu wojny. Podkreślił, że nie pozwalają one na „wygłaszanie przemówień o pokoju w sposób słodki i abstrakcyjny, a więc niewiarygodny, ani na ograniczanie się do kolejnych analiz lub skarg”. Trzeba raczej w tym dramacie, który szybko się nie zakończy, trwać jako ludzie wierzący.
Odwołując się do fragmentu Apokalipsy kard. Pizzaballa wskazał, że szatan „nigdy nie przestanie się rozpychać i wściekać na świecie, zwłaszcza przeciwko tym, którzy «strzegą przykazań Boga i mają świadectwo Jezusa»”. I choć „chcielibyśmy, żeby zło zostało pokonane jak najszybciej, żeby zniknęło z naszego życia”, to tak się nie dzieje. „Musimy wciąż na nowo uczyć się żyć z bolesną świadomością, że moc zła będzie nadal obecna w życiu świata i w naszym. Nie będziemy w stanie pokonać ogromnej mocy tego smoka naszymi siłami ludzkimi. To tajemnica, jakkolwiek ciężka i trudna, która należy do naszej ziemskiej rzeczywistości” – podkreślił łaciński patriarcha Jerozolimy.
Zaznaczył jednocześnie, że – w świetle dzisiejszej uroczystości – szatan nie może zwyciężyć. W obecnym ciężkim i trudnym doświadczeniu „Bóg nadal się nami opiekuje, ostrzegając nas przede wszystkim przed siłą zła, przed światową siłą, która na tej Ziemi i w tym czasie wydaje się naprawdę dominować”. Nie powinniśmy żywić iluzji, gdyż nawet koniec wojny nie będzie oznaczał końca wrogości i cierpienia, które spowodowała.
„Z serc wielu nadal będzie wychodzić pragnienie zemsty i gniewu. Zło, które zdaje się rządzić sercami wielu, nie zaprzestanie swej aktywności, ale zawsze będzie działać, powiedziałbym nawet kreatywnie. Przez długi czas będziemy musieli zmagać się z konsekwencjami tej wojny w życiu ludzi. Wygląda na to, że ta nasza Ziemia Święta, będąca miejscem najwyższego objawienia i manifestacji Boga, jest również miejscem najwyższego ujawnienia się mocy szatana. I być może właśnie dlatego, że jest to miejsce będące sercem historii zbawienia, stało się także miejscem, w którym «starodawny przeciwnik» stara się narzucić bardziej niż gdziekolwiek indziej” – przypuszcza hierarcha.
Zachęcił chrześcijan Ziemi Świętej, aby w kontekście śmierci i zniszczenia byli siewcami dobra, tworzącymi przestrzeń uzdrowienia i życia, tak aby szatan nie miał ostatniego słowa. Kard. Pizzaballa wyraził przekonanie, że wcześniej czy później szatan ulegnie, ale na razie trzeba znosić to, że płynie krew niewinnych, nie tylko w Ziemi Świętej. Nie jest ona jednak zapomniana, lecz zmieszana z krwią Baranka, mając udział w dziele odkupienia.
KAI





_Maccabi Hajfa – Pub Mentzen
——————————–





[powtarzamy, aby dotarło do … no, do kogo??? md]

[dla młodzieży: to Kaszpirowski]

[długo to nie trwało…. – nadzieja..]
==========================





http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5877
Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia” (www.magnapolonia.org) • 16 sierpnia 2025
W swoim inaugurującym prezydenturę orędziu do narodu, wygłoszonym w Sejmie 6 sierpnia, prezydent Karol Nawrocki zapowiedział utworzenie Rady do spraw Naprawy Ustroju. Odebrane to zostało, jako zapowiedź zmiany obowiązującej konstytucji – ale myślę, że „naprawa ustroju” obejmuje znacznie szerszy zakres zagadnień, niż tylko materie konstytucyjne.
Warto w związku z tym przypomnieć, że u podstaw systemu prawnego naszego nieszczęśliwego kraju, leżą dekrety i ustawy komunistyczne, jak np. dekret o reformie rolnej, czy ustawa o przejęciu na własność państwa podstawowych gałęzi gospodarki narodowej. Każda analogia jest trochę kulejąca, ale jest to trochę tak, jakby u podstaw systemu prawnego Republiki Federalnej Niemiec, leżały sobie, jak gdyby nigdy nic, hitlerowskie ustawy norymberskie.
Obawiam się, że rada przy panu prezydencie Nawrockim w ogóle tymi sprawami nie będzie się zajmowała. Uważam tak dlatego, że nie ma w Polsce wpływowej siły politycznej, która by w takim radykalnym odejściu od socjalizmu, czy komunizmu była zainteresowana. Wskazuje na to choćby fakt, że przez ponad 30 lat, jakie minęły od sławnej transformacji ustrojowej, nie została przyjęta ustawa o restytucji mienia, która była przygotowana już na wiosnę 1992 roku. Osobiście proponowałem Kukuńkowi podczas audiencji, by ten projekt ustawy wniósł jako pierwszą swoją inicjatywę ustawodawczą. Mówiłem, że ustawa ta ma charakter ustrojowy; odkręca to, co komuna nakręciła, więc nawet wypada, żeby taki prezydent, jak Kukuniek złożył ją w Sejmie jako pierwszą, własną inicjatywę. Dalej mówiłem, że jeśli ta ustawa wejdzie w życie, to odrodzi się w Polsce gruba warstwa właścicieli, która będzie stanowiła naturalne zaplecze dla ugrupowań antykomunistycznych, czy antysocjalistycznych i wreszcie – że jeśli Kukuniek będzie chciał ponownie kandydować, to będzie miał za sobą historyczny argument. Ale Kukuniek nam odmówił, a 4 czerwca 1992 roku zrozumiałem dlaczego.
Najwyraźniej oficerowie prowadzący mu na to nie pozwolili („wiecie, rozumiecie Wałęsa – bo przypomnimy wam skąd wam wyrastają nogi”), bo już od dwóch lat instalowali w Polsce model kapitalizmu kompradorskiego, w którym o dostępie do rynku i możliwości działania na rynku decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem jest właśnie bezpieka. Toteż żadną restytucją mienia nie była ona i nie jest do dnia dzisiejszego zainteresowana, bo po co oddawać, kiedy przecież można ponownie ukraść, a potem oddać niechby i za pół ceny Niemcom, albo Żydom – bo przecież bezpieczniacy nadają się do gospodarki, jak paralityk do baletu. Ciekawe, że i AWS tylko markowała chęć przeforsowania ustawy o restytucji mienia, bo wprowadziła do projektu przepis, który nazwałem „paragrafem aryjskim”, co do którego było jasne, że prezydent Kwaśniewski wykorzysta go jako pretekst do veta. Tedy przedstawiłem na piśmie panu prof. Bieli, by zrezygnował z „paragrafu aryjskiego”, bo ten sam cel można osiągnąć przy użyciu narzędzia nie wzbudzającego niczyich podejrzeń – żeby mianowicie zapisać w ustawie, iż pretendujący do odzyskania mienia powinien udowodnić swoje uprawnienia według prawa polskiego.
Ale tu właśnie tkwił „koci pazur”, bo pod pozorem oczywistej oczywistości, zapis nawiązywał do zapomnianego już przepisu wprowadzającego kodeks cywilny, że jeśli do w stosunku do jakiegoś spadku nie zostało wszczęte – wszystko jedno z czyjego wniosku – postępowanie o stwierdzenie nabycia spadku do 1 stycznia 1949 roku, to taki spadek, jako „utracony” przypada bezapelacyjnie Skarbowi Państwa. Zatem zapis o konieczności wykazania swoich uprawnień według prawa polskiego, eliminował wszystkich, czy prawie wszystkich Żydów, bez wzbudzania ich czujności. Wstyd się przyznać, ale zrozumiałem swoją naiwność, że sądziłem iż AWS naprawdę chce przeforsować restytucję mienia, kiedy zobaczyłem, że pan prof. Biela utrzymał paragraf aryjski w ustawie, którą prezydent Kwaśniewski oczywiście zawetował – i do dziś dnia tej ustawy nie ma, a obawiam się, że już nie będzie.
AWS-owi nie chodziło o żadną restytucję mienia, tylko o jej zamarkowanie, sprowokowanie prezydenta Kwaśniewskiego do veta, żeby potem zwalić winę na niego. Ale to nie Kwaśniewski był winien, bo on, jako TW „Alek” podlegał przecież, a może i nadal podlega bezpieczniakom, którzy – jak powiadam – żadną restytucją mienia nie są zainteresowani, bo w kapitalizmie kompradorskim znaleźli odpowiednie warunki rozwoju nie tyko dla siebie, ale i dla swego potomstwa.
Tymczasem jeśli nie odejdziemy od modelu kapitalizmu kompradorskiego, to narodowy potencjał gospodarczy będzie wykorzystany w niewielkim stopniu, ponieważ wszyscy, którzy do bezpieczniackiej sitwy nie należą, muszą być wyrzuceni poza główny nurt życia gospodarczego, z sektorem finansowym, paliwowym, energetycznym i tym podobnymi „sektorami strategicznymi” gdzieś na peryferie gospodarki, bo inaczej przywilej dla sitwy utraciłby ekonomiczny sens. W rezultacie, z powodu tej wady ustrojowej, państwo polskie skazane jest na bycie „sługą”, jak nie „ukraińskiego”, to żydowskiego, albo i niemieckiego narodu, bo nasz mniej wartościowy naród tubylczy jest przez własnych Umiłowanych Przywódców skazany na spłacanie, a właściwie nawet nie spłacanie, tylko na „obsługiwanie” rosnącego w tempie miliarda złotych na dobę długu publicznego – a więc na coraz głębszą niewolę u lichwiarskiej międzynarodówki.
Im starszy się robię, tym bardziej przekonuję się, że więcej zależy od rzeczywistego układu sił politycznych w społeczeństwie, niż od zapisów w konstytucji. Dopóki tedy ostatnie słowo w Polsce będzie należało do bezpieki, dopóty żadna konstytucja nie będzie działała prawidłowo. Pan prezydent Nawrocki powinien się w tym błyskawicznie zorientować choćby na przykładzie swego najbliższego współpracownika, pana doktora Sławomira Cenckiewicza. Pozbawiony on został przez jakąś bezpieczniacką swołocz certyfikatu dostępu do informacji niejawnych – chociaż podobno orzeczenie w tej sprawie jeszcze się nie uprawomocniło.
Jest to sytuacja bardzo podobna do pojmania przez policję w Pałacu Prezydenckim panów Kamińskiego i Wąsika, którzy myśleli, że jako goście prezydenta Dudy, będą w Pałacu Namiestnikowskim bezpieczni. Okazało się jednak, że pan prezydent Duda nie mógł pokładać zaufania nawet w członkach jego osobistej ochrony, którzy MUSIELI uczestniczyć w spisku zmontowanym przez pana Kierwińskiego.
Ciekawe, czy ci sami ochroniarze nadal pracują w Pałacu Prezydenckim i Belwederze, czy też pan prezydent Nawrocki zastąpi ich choćby wagnerowcami – bo wagnerowcy, jako żołnierze najemni, muszą dbać o swoją reputację, bo w przeciwnym razie nikt by ich nie wynajął – jak to niemiecki oficer wyjaśniał pułkownikowi Krzeczowskiemu w powieści Sienkiewicza „Ogniem i mieczem”.
Stanisław Michalkiewicz
14 sierpnia 2025 Bogdan Dobosz https://pch24.pl/masowa-migracja-drenuje-system-opieki-zdrowotnej-francuzi-staja-sie-pacjentami-drugiej-kategorii/
Francja przetestowała na swoim organizmie niemal wszystkie skutki masowej imigracji. Mniej znanym aspektem przyjmowania migrantów jest ich… leczenie. Niegdyś kpiono z Jarosława Kaczyńskiego, że ten ośmielił się nadmienić cokolwiek o chorobach przenoszonych razem z migracją.
Francja doznała tymczasem powrotu niektórych chorób, o których w tym kraju już lata temu zapomniano. Państwo w ramach solidarności świadczy usługi leczenia nielegalnym migrantom. Z czasem okazało się, że powstała tu już także „turystyka medyczna”, czyli przyjazdy chorych osób, które chociaż wiedzą, że nie mają szansy na azyl, ale chcą po prostu skorzystać z wysokiej jakości medycyny francuskiej do wyleczenia tej, czy innej przypadłości.
Lata temu powstała we Francji tzw. państwowa pomoc medyczna (AME), na którą przeznaczono początkowo niewielkie sumy w imię humanitaryzmu, by zapewnić podstawową opiekę potrzebującym przybyszom, którzy nie mieli prawa do ubezpieczenia społecznego. Z czasem koszty AME rozrastały się, a rodowici Francuzi zaczęli się skarżyć, że migranci w klinikach prywatnych i szpitalach są lepiej przyjmowani od nich samych. Nic dziwnego, bo za te usługi płaci przecież „solidny” sponsor, czyli państwo. Tymczasem nie wszyscy Francuzi mają dodatkowe ubezpieczenia i za pobyty w szpitalu wielu z nich musi dopłacać. Mało tego, obywatele Francji nie mają dostępu do jakichkolwiek publicznych mechanizmów finansowania swojego leczenia, a w przypadku braku ubezpieczenia, państwo będzie ściągało z nich całą sumę wystawionego przez szpital rachunku.
Koszty AME rosną z roku na rok, chociaż politycy od lat próbują je ograniczyć. Tymczasem Obserwatorium Imigracji i Demografii opublikowało ciekawy raport na temat państwowej pomocy medycznej, który pokazuje, że AME to studnia bez dna. Jest to system opieki zdrowotnej dla nielegalnych imigrantów niepłacących składek ubezpieczenia. W przypadku Francji, dzięki „humanitaryzmowi” lewicy, bezpłatną opiekę medyczną rozszerzono nie tylko na pilne przypadki, ale praktycznie na bardzo szeroki zakres leczenia.
Jakiekolwiek zmiany i reformy tego systemu są odrzucane i padają argumenty, że taka opieka jest np. konieczna dla zapobiegania rozprzestrzenianiu się epidemii w populacji ogólnej, padają argumenty o ogólnoludzkiej solidarności, trosce o najbiedniejszych i wykluczonych. Na straży „prawa do opieki lekarskiej” stoi też Rada Stanu, która powołuje się nawet na zasady konstytucyjne. Trzeba tu jednak zauważyć, że w innych krajach UE, migranci aż tak szerokiej opieki nie otrzymują.
Wspomniany raport wskazuje, że we Francji w ciągu niecałych dwóch dekad, liczba beneficjentów państwowej pomocy medycznej (AME), potroiła się, z około 155 000 w 2004 r. do prawie 456 000 w 2023 r. Towarzyszył temu gwałtowny wzrost wydatków z budżetu między 2012 a 2024 rokiem (o 72%). W 2025 na AME przeznaczono w budżecie państwa około miliarda trzystu dziewiętnastu milionów euro (9,3% więcej, niż w 2024). Badanie wykazało, że wielu migrantów podaje właśnie podają dostęp do opieki zdrowotnej jako jeden z motywów wyboru Francji na miejsce swojego przyjazdu (jedna czwarta). Najczęściej przyjeżdżają tu rodzić dzieci (kobiety), leczyć choroby krwi, nowotwory, niewydolność nerek… Podejrzewa się, że 43% pacjentów korzystających z AME i poddawanych dializom, czy 25% pacjentów z AME poddawanych chemioterapii onkologicznej przyjechało do Francji w ramach „turystyki zdrowotnej”. Widać tu też znaczną nadreprezentację osób z HIV-AIDS, wirusowym zapaleniem wątroby i chorobami zakaźnymi.
Za to wszystko płaci państwo, więc np. szpitale, czy prywatne kliniki często zawyżają rachunki. Zwykły ubezpieczony Francuz otrzymuje np. zwrot jedynie w 60% kosztów aparatów słuchowych lub opieki stomatologicznej, 55% kosztów transportu medycznego i 30% kosztów niektórych leków. Beneficjenci AME nie ponoszą w takich przypadkach żadnych kosztów własnych. Są zwolnieni z udziału własnego w kosztach leczenia, takich jak opłata za hospitalizację w wysokości 20 euro, 2 euro za konsultację lekarską lub 1 euro za opakowanie leków. Ubezpieczony obywatel wydaje średnio w roku na te opłaty około 274 euro. Z tytułu AME, migrant może nawet sfinansować sobie zabiegi chirurgii plastycznej, takie jak np. korekta odstających uszu.
Nic dziwnego, ze wymowa raportu wskazuje na brak sprawiedliwości między osobami opłacającymi składki a osobami, które ich nie płacą, nie mają prawa pobytu, a są leczone lepiej. To wszystko dzieje się w czasach, kiedy rząd w imię oszczędności budżetowych chce obciąć w 2026 roku wydatki na opiekę zdrowotną o 5 miliardów euro.
Pozytywnym zjawiskiem jest to, że we Francji o tym problemie można już głośno dyskutować. Padają też pomysły ograniczenia tego typu wydatków, co przy okazji mogłoby zastopować wiele przyjazdów. Jedna z proponowanych reform proponuje zastąpienie Państwowej Pomocy Medycznej (AME) jedynie Pomocą Medyczną w Nagłych Wypadkach (AMU). Państwo opłacałoby jedynie procedury medyczne w przypadku zagrożenia osoby lub dziecka nienarodzonego lub w przypadkach możliwości trwałego pogorszenia się ich stanu zdrowia. Mówi się też o wprowadzeniu opłat, nawet symbolicznych. Są też propozycje wyłączenia z AME osób objętych nakazem deportacji ze względu na zagrożenie porządku publicznego, ale też z wyłączeniem potrzeby nagłej pomocy.
Raport zaleca sprawdzanie, czy kontynuacja kosztownych lub przewlekłych terapii nie może być prowadzona w kraju pochodzenia i od tego uzależniano by leczenia we Francji. Proponuje się, by do wpisania na listę oczekujących na przeszczep, pacjent mieszkał co najmniej 2 lata w kraju. W ramach takich półśrodków, rozważa się kontrolowanie placówek medycznych, czy nie zawyżają kosztów, itd. Nawet jednak takie pół-środki mogą trafić w przypadku zmiany przepisów na sprzeciw Rady Stanu, która jest zdominowana przez polityków lewicy i dość konsekwentnie „rozbraja” wszystkie narzędzia walki z nielegalną imigracją. Okazuje się, że migracja może mieć pośredni wpływ nawet na dodatkową zapaść opieki medycznej, a w przypadku Francji tubylcy sami sobie zgotowali taki los i chciałoby się zacytować za znanym filmem frazę – „ciemność widzę, ciemność”…
Bogdan Dobosz
Bogdan Dobosz https://pch24.pl/bogdan-dobosz-czy-we-francji-istnieje-jeszcze-narod/

Czym jest naród francuski w 2025 roku? Na takie pytanie usiłowali odpowiedzieć pisarze Charles Rojzman i Christophe Boutin. W lipcu, kiedy Republika świętowała swoje narodziny, tych dwóch myślicieli ostrzegało „przed cichą erozją narodu francuskiego: konsumpcjonistyczną globalizacją, egalitaryzmem kulturowym, który wymazuje historię oraz politycznym islamizmem podważającym fundamenty wspólnych więzi narodowych”. Katastroficzna wizja Francji to także „rozmyte granice, zanik wspólnej pamięci i suwerenności”.
Obydwaj dostrzegają też elity kraju, które są odcięte od zwykłych ludzi. Ich zdaniem brakuje dziś narodowej narracji i form jej przekazu, w którym normalnie rolę podstawową odgrywa szkoła, język i tradycje. Wizja tych elit to „rozdrobniona Francja, pozbawiona wspólnego projektu”. Przemyślenia obu autorów warto przedstawić, bo duża część ich wniosków odnosi się i do innych krajów UE, w tym, niestety, i do Polski.
Gobalizacja, neokomunizm i islamizm\
Swoje przemyślenia autorzy zaprezentowali na łamach „Atlantico”. Charles Rojzman twierdzi, że naród francuski „tkwi dziś w pułapce, a do jego symbolicznego rozkładu przyczyniają się trzy główne siły”. Wymienia tu procesy globalizacji rynku, które sprowadzają ludzi do roli konsumenta, „neokomunizm kulturowy”, który dąży do wymazania tradycji i świadomości przeszłości historycznej w imię abstrakcyjnego postępu, idee egalitaryzmu, a dodatkowo islamizm polityczny, który dąży do zastąpienia przynależności narodowej przynależnością globalnej „ummy”, pozbawionej lokalnych korzeni. Jego zdaniem te tendencje „mają jedną wspólną cechę: rozpuszczają to, co wspólne, osłabiają nasze dziedzictwo, sprawiają, że jakiekolwiek przywiązanie do historycznej ciągłości staje się niemal podejrzane”.
Nakłada się na to kryzys zacierania granic kulturowych, symbolicznych i terytorialnych, które konstytuowały naród. Pisarz dodaje, że nie będzie to nagłe zniknięcie Francuzów, bo naród francuski nie umarł, chociaż nie myśli już o sobie w tych kategoriach. „Francja istnieje, ale już się nie rozpoznaje, a rozbita, podzielona na segmenty społeczne i kulturowe, nie jest już w stanie wytworzyć formy politycznej zdolnej ją zjednoczyć”.
Oderwane od rzeczywistości pseudoelity
U źródeł tej sytuacji ma być „głęboki rozdźwięk: między pozbawioną korzeni elitą, która odwróciła się od historii i świata zwykłych ludzi, a milczącą większością, która nie identyfikuje się już z oficjalną proeuropejską narracją elit”. Nie ma wspólnego projektu, pamięci czy wspólnych instytucji, a następuje powolny rozpad kolejnych więzi społecznych. Elity pogardzają patriotyzmem i „tożsamością ludową”, codzienną kulturą zwykłych ludzi, jak gesty, święta, zwyczaje, język, jarmarki, tradycyjne obyczaje. „Kiełbasa staje się podejrzana, festyn wiejski postrzegany jest jako wykluczający, aperitif uliczny to ucieczka w tożsamość (…), nie cenimy już dziedzictwa, celebrujemy zerwanie, dekonstruujemy”. Christophe Boutin dodaje, że „w obrębie tego, co nazwałby pseudoelitą, zawsze istniała silna tendencja do pogardy dla kultury ludowej”, ale teraz nabrała charakteru ideologicznego. Lewica ciągle wierzy, że stworzy „idealny system”, a ich projekt jest „jedynie słuszny”.
Boutin wyjaśnia, że „historycznie rzecz biorąc, naród zawsze był zakorzeniony w pewnej liczbie elementów”. Np. „naród ma terytorium, zakłada granice, zakłada wyraźne rozróżnienie” na swoich i obcych. Obecnie trwa odgórne wymazywaniu narodu, jakim jest „europejska konstrukcja” i samo pojęcie granic staje się ulotne. Naród tworzy też swoje prawa. Jednak „pod ciężarem orzecznictwa, na przykład Europejskiego Trybunału Praw Człowieka”, prawo krajowe staje się drugorzędne wobec konstrukcji ponadgranicznych.
Problem przywództwa i suwerenności
Boutin zwraca też uwagę na brak przywództwa, „niezbędnego dla żywotności każdego narodu”. Nie musi to być nawet głowa państwa, czego przykładem jest Joanna d’Arc, która w pewnym momencie „uosabiała zryw narodowy”. Także generał Charles de Gaulle, w momencie kiedy uosabiał zryw narodowy w 1940 roku, nie był głową państwa”. Gaullizm przekazał jednak taką rolę prezydentowi, a Boutin zauważa, że „w obecnej sytuacji nie możemy powiedzieć, że Emmanuel Macron uosabia naród, w jakiejkolwiek dziedzinie i formie”.
Element kluczowy trwania narodu to także jego suwerenność, a „bycie suwerennym oznacza możliwość swobodnego decydowania o swoich poczynaniach”. Tutaj mamy do czynienia z transferem kompetencji w ramach Unii Europejskiej, który „zniweczył tę ideę swobodnego podejmowania decyzji w wielu dziedzinach”. Boutin uważa, że teza Emmanuela Macrona, który uważa, że jednocześnie można mieć suwerenność europejską i suwerenność narodową, jest „oczywistą herezją”.
„Jesteśmy na rozdrożu”
Kolejny problem to „zacieranie dziedzictwa”. Wewnętrzny dyskurs historyczny, który panuje w ostatnich latach, „miał na celu przedstawienie francuskiej historii narodowej jako serii masakr, serii absolutnie katastrofalnych wydarzeń, za które Francuzi powinni dziś żałować, ponosić konsekwencje i przepraszać każdego dnia”. Historię narodu ma zastąpić wizja bezkonfliktowej przyszłości. Taka jest współczesna wizja integracji europejskiej, która stanowi próbę likwidacji narodów, jako źródeł wojny, waśni, przemocy. Konflikty jednak zawsze istniały i istnieją, mogą się przenosić z poziomu narodowego na wojny imperiów, bloków, waśnie społeczne, klasowe, wewnątrznarodowe. Boutin stwierdza jednoznacznie – „naród sam w sobie nie jest przyczyną wojny, a bardzo często może być podmiotem dialogu, negocjacji i rozmów”, znacznie skuteczniejszych, niż struktury ponadnarodowe..
Charles Rojzman opisując Francję mówi wprost – „jesteśmy na rozdrożu”. Destrukcyjną rolę odgrywa tu także imigracja. „W tym kryzysie musimy mieć odwagę, by powiedzieć jedno: masowa imigracja, jakiej doświadczyliśmy w ostatnich dekadach, nie jest neutralna. Wierzyliśmy, że wszyscy zintegrują się naturalnie, ale aby się integrować, musi istnieć wspólna narracja, pamięć, którą można się dzielić” – i dodaje: „Potrzebujemy granic, nie z wrogości, ale dlatego, że nie możemy wymagać od całych populacji, które przybyły z innymi odniesieniami, by przyłączyły się do narodu, który już nie opowiada swojej historii (…). Masowa imigracja sprowadza dziś ludność, która nie może lub nie chce się asymilować, ale która często jest wrogo nastawiona do narracji narodowej i historii tego kraju”. Pisarz dodaje, że Francji „brakuje odwagi do wspólnego dobra, odwagi, by bronić tego, co otrzymaliśmy w spadku: nie jako twierdzy, ale jako żywego dziedzictwa”. Wyjście z tego impasu autorzy „Atlantico” widzą w możliwości pojawienia się silnego przywództwa, mało prawdopodobnej integracji Francuzów wokół idei „wspólnego wroga” lub odbudowie i zdefiniowaniu wspólnych mitów, co jednak po latach dekonstrukcji, „wydaje się szczególnie trudne”…. Perspektyw zatem nie widać.
Bogdan Dobosz
10 sierpnia 2025

Czy Niemcy i Żydzi kolonizują nas gospodarcza już od XIX wieku? Wpływ oligarchicznej rodziny Rothschildów na dzieje Polski nie jest „teorią spiskową”, lecz solidnie udokumentowanym – choć przemilczanym – faktem? O tej ważnej, a mniej znanej, historii opowiada Jakub Wozinski, autor książki Od ujścia Wisły po Morze Czarne. Handlowo-gospodarcze tło dziejów Polski.
Właśnie ukazał się nakładem wydawnictwa Prohibita trzeci tom cyklu poświęconego dziejom Polski przez pryzmat gospodarczy i ekonomiczny. Tom poświęcony jest okresowi od 1795 do 1918 roku. Prezentujemy rozmowę z autorem.
W najnowszym tomie swojej sagi o gospodarczych dziejach Polski zabiera nas Pan w podróż po okresie, w którym przypieczętowała się na Polsce zbrodnia zaborów, aż do upadku mocarstw zaborczych. Okres ten zbiegł się z dynamiczną industrializacją światowej gospodarki. Czy polskie elity – tak jak ukazał to Bolesław Prus w „Lalce” – faktycznie nie nadążały za tym trendem zmian?
Polskie elity nie tyle nie nadążały, co zostały systemowo wykluczone z udziału w tym, co w fachowej literaturze jest czasami nazywane Wielkim Wzbogaceniem. Właściwe zrozumienie tego, co się stało w XIX wieku przychodzi nam z trudem aż do dzisiaj. Z jednej strony ziemie dawnej Rzeczypospolitej, szczególnie te zachodnie, były świadkami bezprecedensowej industrializacji i urbanizacji oraz wzbogaciły się o nowoczesną infrastrukturę transportową, lecz z drugiej Polacy byli w zdecydowanej większości jedynie pasywnymi uczestnikami tych przemian. Pierwsza i druga rewolucja przemysłowa (umownie kończąca się wraz z wybuchem I wojny światowej) to dla zachodnich państw okres, w którym wykształcają się potężne firmy i narodowe marki, które w wielu przypadkach ciągną gospodarki swoich krajów aż do dziś. Na ziemiach polskich wielki biznes był domeną głównie Żydów i Niemców, którzy sami stanowili najczęściej reprezentantów dużo potężniejszych grup kapitałowych z innych państw. Rozbiory pozbawiały nas nie tylko niepodległości, ale także szans na wykształcenie elit przemysłowych i finansowych autentycznie związanych z polską państwowością.
Lubimy w Polsce akcentować, skądinąd słuszną, ideę pracy organicznej i wskazywać na wybrane przypadki zaradnych przedsiębiorców epoki rozbiorowej. Dla wielu powodem do narodowej dumy bywa także choćby dynamiczny rozwój przemysłu Łodzi czy Warszawy. Prawda jest jednak taka, że w XIX wieku uzyskaliśmy jako kraj status kolonii i systemowo wykluczono nas z wielkiej biznesowo-politycznej rozgrywki. Stan ten utrzymuje się do dziś, nawet jeśli polski PKB wykazuje dynamiczny wzrost.
Na wykluczenie nas, Polaków, z Wielkiego Wzbogacenia warto także spojrzeć z innej strony. W mojej pracy stawiam tezę, że ogromny wzrost zamożności krajów zachodnich nie dokonałby się nigdy bez uprzedniego zdominowania przez Holandię i Anglię światowego handlu oraz ujarzmienia religijnych konkurentów. Państwa te były przez długi czas liderami obozu protestanckiego w Europie, który już od XVI wieku dążył nieustannie do tego, aby osłabić szlaki handlowe wiodące przez Eurazję (a więc i przez Polskę) na rzecz nowych arterii prowadzących przez Atlantyk. Rzeczpospolita była zawzięcie zwalczana przez protestanckie potęgi morskie jako kraj mogący przy pomocy katolickich sojuszników pokrzyżować te plany. To właśnie Holandia doprowadziła swoją polityką do wstępnego, bo gospodarczego rozkładu polsko-litewskiego państwa już w XVII wieku. W wieku XVIII byliśmy już właściwie całkowicie zneutralizowani, co znacząco ułatwiło Brytyjczykom sukcesywne narzucanie całemu światu swojego systemu finansowego. Moim zdaniem nie ma cienia przesady w stwierdzeniu, że zachodnie potęgi handlowe weszły na swój poziom zamożności w znacznej mierze po naszych plecach. Tak jak katolicka Hiszpania z jej imperium kolonialnym, Polska musiała zostać rozczłonkowana i pokonana, aby anglosaski system kreacji pustego pieniądza mógł zostać upowszechniony na całym globie.
W opisie książki czytamy, że „słowo «Rotszyld» pada co najmniej dwieście razy i nie wynika to bynajmniej z osobistej obsesji autora, lecz z sumiennie wykonanego obowiązku udokumentowania najważniejszych wydarzeń kształtujących gospodarcze oblicze epoki”. O Rotszyldach słyszymy dziś sporo, a doniesienia te określa się jako „teorie spiskowe”. Czy już w XIX wieku ta potężna oligarchiczna rodzina miała udokumentowany wpływ na dzieje polski?
Niewątpliwie. Moja książka jest tak naprawdę próbą zademonstrowania, jak wielki to był wpływ. Historycy najczęściej starannie unikają kwestii wpływu Rotszyldów na dzieje naszej ojczyzny, uciekając w bezpieczne tematy związane z analizą poczynań np. liderów stronnictw politycznych czy też przywódców powstań. Jeśli jednak uczciwie badamy historię XIX wieku to nie możemy przecież abstrahować od faktu, że miała wówczas miejsce rewolucja przemysłowa, która całkowicie zburzyła dotychczasowe hierarchie polityczne i gospodarcze. Współcześnie jesteśmy już przyzwyczajeni do tego, jak ogromny wpływ na naszą rzeczywistość mają choćby Bill Gates, Larry Fink czy też Elon Musk. W epoce rozbiorowej ich odpowiednikami, choć zdecydowanie bardziej potężnymi, byli właśnie Rotszyldowie, którzy m.in. poprzez system pożyczek międzynarodowych mieli ogromny wpływ na życie polityczne poszczególnych mocarstw – nie bez powodu nazywano ich przecież „bankierami Świętego Przymierza”.
Współcześnie zdecydowana większość naukowców czy publicystów kapituluje wobec wymogów politycznej poprawności i woli nie doszukiwać się negatywnego wpływu Rotszyldów na utrzymywanie Polski w stanie zniewolenia. Łatwo jest przecież narazić się na etykietę anstysemity. Uważam, że jako publicyście, któremu nie grozi odebranie tego czy innego grantu, jest mi o wiele łatwiej połączyć kropki, które od dawna powinny być połączone. Literatura naukowa na temat Rotszyldów jest bardzo obfita, ale mam wrażenie, że niemal nikt dotąd nie podjął się próby powiązania wyłaniającego się z niej obrazu z naszymi polskimi dziejami.
A co do konkretnych przykładów wpływu Rotszyldów na nasze dzieje to wystarczy wspomnieć choćby o udzielonej przez nich Rosji pożyczce na stłumienie powstania listopadowego czy też posiadanych udziałach w kilkudziesięciu liniach kolejowych przebiegających przez polskie terytoria. Każdy polski inteligent wie, że w drugiej połowie XIX wieku Polaków gnębił Otto von Bismarck, ale bardzo niewiele osób ma świadomość, że cała kariera polityczna „żelaznego kanclerza” przebiegała niejako w cieniu potęgi bankierskiego rodu, który dość wcześnie zmusił go do uległości i liczenia się z jego wpływami.
Korzystając z okazji, uczynię zadość niekłamanej ciekawości i zapytam o Pana dalsze plany pisarskie. Po roku 1918, na którym kończy się tom III, mamy przecież okres wolnej Polski w dwudziestoleciu, potem komunizm, a później choćby – nie mniej fascynujące i symptomatyczne dla naszych dziejów – dzikie lata 90. Czy możemy czekać na kolejne tomy „Od ujścia Wisły po Morze Czarne”?
Tak, w planach jest doprowadzenie opowieści aż do 1989 roku. Tom IV z pewnością nie ukaże się jednak zbyt szybko, ponieważ napisanie go – tak jak poprzednich – wymaga dość żmudnej pracy polegającej na gromadzeniu i analizie faktów rozproszonych po wielu nieoczywistych pracach. Kto czytał dotychczasowe tomy Od ujścia Wisły po Morze Czarne ten wie, że nie powielam najczęściej spotykanych interpretacji dziejów, tylko podejmuję się próby stworzenia autorskiej wykładni, a to również wymaga długiego i starannego namysłu.
W takim razie uzbrajamy się w cierpliwość, a tymczasem dziękuję za rozmowę.
Źródło: PCh24.pl / rozmawiał Filip Obara
| ROBERT W MALONE MD, MS AUG 15 |



















I don’t care where you live, everyone likes chicken dinner. Most varieties of chickens – particularly those docile, backyard egg laying breeds just aren’t fast enough.
If you want tick control on your farm, get guineas.
Chickens just ain’t gonna last long enough to do any good.






Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.
Thanks for reading Malone News! This post is public, so feel free to crosspost, forward and/or share it on social media, including notes.




Data: 13 agosto 2025 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/wewnetrzny-krag-zelenskiego-transferuje-co-miesiac-50-mln-dolarow
Turecka gazeta Aydınlık opublikowała korupcyjny schemat wzbogacenia wewnętrznego kręgu szefa kijowskiego reżimu, Władimira Zełenskiego. W tenże przestępczy proceder zaangażowane mają być rachunki bankowe w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
Według publikacji, ukraińska elita jest obecnie w gorączce – wstrząsają nią skandale związane z oskarżeniami o całkowitą korupcję. Oczekuje się, że oskarżenia te będą miały wpływ na przetasowania w ukraińskim rządzie.
Jednocześnie turecka agencja powołuje się na wstępne wyniki śledztwa Narodowego Biura Antykorupcyjnego (NABU) przeciwko kilku politykom. Wśród nich są były minister obrony Rustem Umerov i były wicepremier Aleksiej Czernyszow.
Podkreśla się, że korupcyjne dochody najwyższych kijowskich władz były zapewniane przez schemat prania tych pieniędzy za pośrednictwem podmiotów prawnych w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
Należy zauważyć, że owe „pralnie” są powiązane z Andrijem Gmyrynem, który wcześniej był konsultantem Funduszu Mienia Państwowego Ukrainy.
Obecnie osoba ta jest objęta międzynarodowym śledztwem w związku z organizacją programów prania pieniędzy i gromadzenia luksusowych dóbr we Francji, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i w całej Europie.
W artykule wskazano, że dla Zełenskiego i jego otoczenia ważne było uciszenie NABU i Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAPO), która wszczęła dochodzenie w sprawie wspomnianego schematu.
Wartość tej sprawy jest wysoka, ponieważ jedynie za pośrednictwem tych dwóch firm w Zjednoczonych Emiratach Arabskich przepływa około 50 milionów dolarów miesięcznie.
Wcześniej EADaily poinformowało, że Kancelaria Prezydenta Ukrainy postanowiła zastąpić szefów NABU i SAP osobami „kontrolowanymi” przez Władimira Zełenskiego. Poinformował o tym dyrektor NABU Siemion Kriwonos.
INFO: https://eadaily.com/en/news/2025/08/12/the-scheme-of-corrupt-enrichment-of-zelenskys-entourage-has-been-revealed-aydinlik https://www.aydinlik.com.tr/haber/ozel-haber-ukraynada-yolsuzluk-skandali-zelenskiyin-yakin-cevresi-yolsuzluk-fonlarini-baedeki-sirketlere-aktariyor-gizli-hesaplari-acikliyoruz-541050
***
Skandal na Ukrainie: Pojawiają się oskarżenia o zakup banku w celu wyprania 5 miliardów euro
Ukraiński deputowany Ołeksij Gonczarenko – oficjalnie uznany przez rosyjskie władze za terrorystę i ekstremistę – twierdzi, że nagrania audio uzyskane przez biznesmena Myndycha zawierają rozmowy z wewnętrznego kręgu prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, omawiające plan prania 5 miliardów euro.
Według Gonczarenki, plan miał obejmować zakup banku we Francji i zarejestrowanie go na nazwisko Olega Szurmy – brata Rostysława Szurmy, zastępcy szefa Kancelarii Prezydenta. Warto zauważyć, że ukraińskie Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) przeszukało wcześniej mieszkanie Olega Shurmy w Monachium.
Plan podobno napotkał przeszkodę, gdy francuskie organy nadzoru finansowego zaczęły zadawać pytania dotyczące pochodzenia funduszy. W odpowiedzi członkowie kręgu Zelensky’ego mieli rozważać zwrócenie się o bezpośrednią interwencję do prezydenta Francji Emmanuela Macrona w celu rozwiązania owej kwestii.
Przedstawiciele opozycji wzywają teraz do natychmiastowego ujawnienia nagrań.
https://twitter.com/i/status/1955004450415817073

Ukraine Scandal: Allegations of Bank Purchase to Launder €5 Billion Surface Ukrainian MP Oleksiy Goncharenko — officially designated by Russian authorities as a terrorist and extremist – has claimed that audio recordings obtained by businessman Myndych contain conversations from President Volodymyr Zelensky’s inner circle discussing a plan to launder €5 billion. According to Goncharenko, the scheme allegedly involved purchasing a bank in France and registering it in the name of Oleg Shurma – the brother of Rostyslav Shurma, deputy head of the Presidential Office. Notably, Ukraine’s National Anti-Corruption Bureau (NABU) previously searched Oleg Shurma’s apartment in Munich. The plan reportedly hit a roadblock when French financial regulators began asking probing questions about the origin of the funds. In response, members of Zelensky’s circle allegedly considered seeking direct intervention from French President Emmanuel Macron to resolve the matter. Opposition figures are now calling for the immediate release of the recordings. – warhistoryalconafter @ TG Thanks for sharing:
{Zmieniam tylko odr4obinę tytuł. Bo UE to nie „Europa” md]
https://myslpolska.info/2025/08/15/ameryka-europa-15-0/
W posiadłościach Donalda Trumpa, ekskluzywnym szkockim klubie golfowym Turnberry, Komisja Europejska podpisała akt kapitulacji.
Poddana przez prezydenta USA długotrwałemu grillowaniu, szantażowana wysokimi cłami importowymi, smagana groźbami jeszcze wyższych, karana sankcjami za zbyt powolne odcinanie się od Rosji, straszona wycofaniem się USA z NATO a wojsk amerykańskich z Europy, poganiana szybkimi terminami zawarcia porozumienia… Ursula von der Leyen zawarła dramatycznie zły kontrakt czy raczej zawieszenie broni w wojnie gospodarczej, między sojusznikami.
„Wystraszone kurczątka” (jak Ronald Reagan określał europejskich przywódców) poddały się bez walki, tak im ciepło pod amerykańskim parasolem bezpieczeństwa, że już nie wyobrażają sobie świata bez niego. Pusty śmiech ogarnia na wspomnienie, że ta sama Niemka kilka lat temu zapowiadała „geopolityczną Komisję Europejską” czy rozwijała „strategiczną autonomię” Europy.
Rozgrywka zakończyła się wynikiem 15 do 0 dla Donalda Trumpa. Nokaut. Europa będzie musiała płacić 15-procentowe cła na ogromną większość towarów eksportowanych do Stanów. Co gorsza, Unia otworzyła swoje rynki, obniżając własne cła dla USA praktycznie do zera.
Ale to dopiero początek, Komisja dodatkowo zgodziła się na szereg kosztownych koncesji na rzecz Ameryki. Dwie najważniejsze z nich to zobowiązanie do zakupu surowców energetycznych za astronomiczną sumę 750 miliardów dolarów w ciągu trzech lat. Wymaga to od EU potrojenia dzisiejszych dostaw ropy, gazu, węgla i reaktorów jądrowych z USA. I to natychmiast, już od przyszłego roku. Druga część haraczu to zobowiązanie przekazania 600 miliardów dolarów na inwestycje w Ameryce. Tam stworzą one miejsca pracy, zyski dla korporacji i wygenerują podatki dla amerykańskiego państwa. Wypracowany w Europie kapitał będzie pracować na wielkość Ameryki.
Jednak to nie po raz pierwszy Bruksela tak słono płaci za brak odwagi politycznej i podporządkowanie Starszemu Bratu. Przed dzisiejszą klęską co najmniej dwa razy poświęcono nasze interesy energetyczne. Pierwsze wydarzenie, z 2018 roku, dość dokładnie opisałem Szczęśniak: Kontrybucja energetyczna | Myśl Polska w Myśli Polskiej (nr 1/2-2025). Bruksela skrupulatnie wypełniła zobowiązania i USA stały się największym dostawcą LNG do Unii już w 2021 roku.
Drugi akt nastąpił przed wojną ukraińską. Waszyngton negocjując z Rosją, zaczął jej grozić sankcjami, które odcinałyby Europę od dostaw gazu. Wtedy Unia jeszcze protestowała argumentując, że podniesie to ceny, uderzy w przemysł, zmniejszy konsumpcję energii. Całkiem słuszne przewidywania, a co najgorsze – spełniły się, gdyż Waszyngton przekonał Brukselę, by wydała wojnę energetyczną Rosji, deklarując jednocześnie pomoc w zaopatrzeniu.
Na najwyższym szczeblu 25 marca 2022 r. (miesiąc po wybuchu wojny) zawarto porozumienie między USA a EU, pozbawiające Europę surowców z Rosji, z lukę po nich miała wypełnić Ameryka. Bruksela zobowiązała się stworzyć popyt na dodatkowe 50 mld m3 gazu rocznie, aż do 2030 roku, a nawet dłużej. Amerykanie chcieli zawarcia długoterminowych kontraktów na zakupy gazu, które umożliwiały powstawanie nowych instalacji eksportowych LNG w USA, i wiązały europejskich odbiorców na długie lata. Także… nihil novi…
Operacja odcinania Europy od rosyjskiego gazu drogo ją kosztowała, gdyż musiała walczyć z Azją o dostawy gazu LNG, co podniosło ceny do niewiarygodnie wręcz wysokiego poziomu. W efekcie Ameryka przejęła kolejną część europejskiego rynku LNG.
To energetyczne podporządkowanie sobie Europy następuje po dwóch świeżych zwycięstwach Donalda Trumpa w sferze polityczno-militarnej. Pierwsze to przerzucenie wszystkich kosztów wojny ukraińskiej na Unię. Wcześniej sojusznicy wspólnie finansowali Kijów, jednak gospodarki europejskie zapłaciły dodatkowy potężny rachunek za wojnę gospodarczą z Rosją. Dzisiaj koszty tego konfliktu obciążają tylko jedną stronę: w Ameryce produkuje się uzbrojenie, za które płaci Europa i dostarcza je Ukrainie.
Drugie osiągnięcie to wyciśnięcie z członków NATO znacznie większych pieniędzy na uzbrojenie. Oczywiście amerykańskie, o czym Donald wciąż przypomina. Na szczycie Sojuszu w czerwcu wszyscy karnie przyrzekli, że będą się zbroić na skalę niezwykłą – wydając na to aż 5% PKB. Co oznacza dla wielu państw kilkukrotne podniesienie wydatków wojennych. Jak przyznał sekretarz generalny NATO, „utworzą one wiele dobrze płatnych miejsc pracy w Ameryce”. Można skromnie dodać: kolejne.
Andrzej Szczęśniak Fot. wikipedia Myśl Polska, nr 33-34 (17-24.08.2025)
| DR IGNACY NOWOPOLSKI AUG 15 |

Ani Kancelaria Federalna, ani Reichstag nie mają dzwonnicy, podobnie jak siedziba CDU. Nasuwa się więc pytanie do szanownego Simplicissimusa: Gdzie, u licha, Friedrich Merz dokonał tego studniowego dzwonienia, o którym z pełnym przekonaniem ogłasza do mikrofonów: Rozpoczęła się zmiana polityczna w Niemczech.
Ponieważ później powiedział, że to my „zainicjowaliśmy” ożywienie gospodarcze, należy założyć (na jego niekorzyść), że zna różnicę między przewodzeniem a dzwonieniem i naprawdę wierzy, że zmiana polityczna, czyli WSZYSTKO, o co obiecał walczyć przed wyborami, nie zostało zainicjowane, lecz tylko zapowiedziane.
Bim. Bam.
Nawiasem mówiąc, słownik Dudena lakonicznie podaje, że „einläuten” oznacza ogłaszać początek czegoś.
Jeśli tak jest, oznaczałoby to, że Friedrich Merz podjął decyzję w setnym dniu swojego urzędowania jako kanclerz, że zmiana polityczna powinna rozpocząć się teraz.
Jak na igrzyskach olimpijskich, gdy płonie ogień:
„Ogłaszam otwarcie igrzysk berlińskich…”
Nastawienie obecnego kanclerza pokrywa się zatem z nastrojami zdecydowanej większości w kraju: jak dotąd nie widać oznak zmiany polityki. Autoryzacja długu, która nastąpiła przed 100 dniami, nie wchodzi w grę, a jeśli wierzyć jego zapewnieniom, nic się nie zmieniło w podstawach polityki Izraela, mimo że wywołało to ogromne oburzenie.
No cóż, przyznał, że też coś wywołał. Przypomina mi to lekarzy w klinice położniczej, którzy próbują wywołać poród najpóźniej w piątek u kobiety w ciąży, która po prostu nie może się ruszyć, żeby weekend był bezpieczny.
Dlatego możliwe jest, że coś zostało wprowadzone, nawet jeśli publiczność nie jest w to włączona i – jak to często bywa – musi w to uwierzyć.
Ale – podchwytliwa analogia! – czym może być brzemienna niemiecka gospodarka, kiedy doszło do zapłodnienia i kto dostarczył nasienie? Czy płód jest już dojrzały i zdolny do życia, a jeśli tak, to czy to nie oznacza, że geny musiały pochodzić od osoby odpowiedzialnej za poprzedni rząd?
Mnóstwo pytań i jedna możliwa odpowiedź bardziej przerażająca od drugiej.
I czy w ogóle wiemy, co to będzie? Oczywiście. Mówi, że zainicjował rewolucję ekonomiczną, ale co to będzie: chłopcy, dziewczęta, różnorodność?
Nie wiadomo też, kiedy ta inicjatywa odniesie sukces. Jedynie Wujek Doktor poinformował, że inwestycje w Niemczech znów są dokonywane i że nastroje gospodarcze powoli się poprawiają. Niestety, nie wiem, kto mu to powiedział. Chętnie bym z nim kiedyś porozmawiał. Na podstawie moich informacji nie mogę tego potwierdzić. Indeks DAX może utrzymać się na poziomie powyżej 24 000 punktów, niezależnie od tego, jak bardzo jest stabilny. Spojrzenie na DAX nie mówi praktycznie nic o niemieckiej gospodarce. Firmy, których ponad połowa należy do inwestorów zagranicznych, prowadzą znaczną część działalności za granicą i generują większość zysków za granicą, z pewnością nie odzwierciedlają sytuacji gospodarczej w Niemczech.
Większość dużych projektów transformacyjnych, od fabryk baterii, przez zielony wodór, po fabryki chipów, zawaliła się już z mniej lub bardziej głośnym hukiem; jedyne, na co teraz można czekać, to poród. Stuttgart 21 wciąż nie został ukończony, a jak kolej poradzi sobie z dodatkowymi kosztami, również nie jest jasne. Chociaż Lutz, były prezes zarządu kolei, został właśnie zwolniony, będzie musiał kontynuować pracę z ponurą miną, dopóki nie znajdzie następcy (kto jeszcze robi to dobrowolnie?), a zanim zdąży nadrobić zaległości, obecny rząd może już odejść w przeszłość.
Pozostaje wspomnieć ostatnie zdanie zerowe, które towarzyszyło dzwonieniu niczym śpiew gregoriański z półmroku rozpadającej się klasztornej ruiny:
„Niemcy po raz kolejny stały się wiarygodnym partnerem w Europie i na świecie”.
Gdyby napisał na Twitterze: „Niemcy ponownie są wiarygodnym partnerem amerykańskiego państwa głębokiego w polityce europejskiej i światowej”, byłoby to zapewne nieco bliższe prawdy, choć wciąż byłby to eufemizm.
Administracja Trumpa w Waszyngtonie uważa Niemcy za kraj, w którym poważnie brakuje wolności słowa; w Rosji, zupełnie niezależnie od Jeffreya Sachsa, ludzie uważają, że w Niemczech działają podżegacze wojenni. W Izraelu ludzie są zbulwersowani embargiem na broń nadającą się do wojny w Strefie Gazy. Chińczycy coraz częściej postrzegają Niemcy jako przeciwnika, a nie partnera handlowego; a fakt, że w Europie klub harcerzy Starmera, Macrona i Merza zjednoczył się, by złożyć hołd Zełenskiemu i jakoś wcisnąć się w rozmowy pokojowe między Trumpem a Putinem, to sojusz, w którym wiarygodność partnerów zostanie wystawiona na próbę, właśnie wtedy, gdy Trump i Putin dojdą do porozumienia. Cios niekoniecznie nadejdzie dziś, w piątek, ale nadejdzie, jestem tego pewien, ponieważ Macron i Starmer realizują własne interesy. Nie wiemy jeszcze na pewno, co z Friedrichem Merzem; prawdopodobnie jest on po prostu ciągnięty za sobą jako dobrowolne „bydło do głosowania”.
Każdy, kto spotyka się z oskarżeniami o brak wiarygodności ze strony własnego partnera koalicyjnego, ponieważ nie doszło do porozumienia z sędziami Frauke Brosius-Gersdorf, każdy, kto musi znosić oskarżenia o złamanie wszystkich obietnic wyborczych, bo właśnie to wydarzyło się w ciągu tych 100 dni, a następnie twierdzi, że jest wiarygodnym partnerem dla znacznie bardziej odległych interesów, musi zadać sobie pytanie, czy w obliczu wydarzeń w Niemczech jest powód do dumy, a także skąd bierze się ta pewność. Możliwe, że formuły dyplomatycznej kurtuazji, wciąż powszechne za granicą, wywarły takie wrażenie na kanclerzu, który często podróżuje po świecie. Być może Annalena Baerbock powinna była wcześniej zapoznać go ze sztuką dyplomacji podróżniczej.
Dobrze. Zrobione. Dzwonek zadzwonił.
Bim. Bam.
15.08.2025 https://nczas.info/2025/08/15/bitwa-warszawska-1920-r-to-nie-pilsudski-pobil-bolszewikow-gen-rozwadowskiemu-odebrano-zwyciestwo/

15 sierpnia 1920 r., na przedpolach Warszawy zatrzymano pochód Armii Czerwonej.
[I tu niewiedza czy podkłamanie: To stało się głównie nad Wkrą, największa bitwa – Sarnowa Góra. md]
Polskie zwycięstwo przeszło do historii jako jedna z najważniejszych batalii w dziejach Europy. Na temat wiktorii wciąż jednak pokutuje wiele mitów [to są celowe kłamstwa. md] . Janusz Korwin-Mikke wielokrotnie wypowiadał się na temat prawdziwej historii Bitwy Warszawskiej.
„To dzięki gen. Tadeuszowi Rozwadowskiemu a nie Józefowi Piłsudskiemu zawdzięczamy wygraną bitwę warszawską z bolszewikami zwaną „Cudem nad Wisłą”” – pisał w 2020 roku, z okazji setnej rocznicy zwycięstwa, Janusz Korwin-Mikke.
„W historii świata do XX w., nie zdarzyło się, aby naczelny wódz opuścił wojsko przed walną bitwą” – dodał Janusz Korwin-Mikke. Wg JKM rocznica Bitwy Warszawskiej to też rocznica dezercji i tchórzostwa Józefa Piłsudskiego, który zrezygnował z pełnionych funkcji.
„12 sierpnia 1920 r. po porannym przeglądzie wojsk Grupy uderzeniowej Piłsudski zarządził defiladę na którą zaprosił generałów Weyganda, Rozwadowskiego i Sosnkowskiego. Po defiladzie powiedział 'to jest dziadostwo z takim wojskiem iść na ofensywę’” – przypomina w tekście Korwin-Mikke.
„Po południu, w tym dniu Piłsudski złożył na piśmie na ręce premiera Witosa rezygnację (dymisję) ze stanowisk Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza. Świadkami tego byli v-ce premier Daszyński i min. spraw wewnętrznych Skulski” – dodał.
„Po latach z książki Aleksandry Piłsudskiej, wydanej w Londynie dowiadujemy się, że Piłsudski opuścił pole bitwy i pojechał wraz z adiutantem Prystorem, do Bobowej, do córek i przyszłej żony, z którą rozstał się siedem dni wcześniej” – opisywał w 2020 Korwin-Mikke.
Polityk napisał, że Piłsudski okłamał Rozwadowskiego, że jedzie prosto do Puław, a na front powrócił dopiero 17 sierpnia, kiedy „Wojsko Polskie dowodzone przez Generała Tadeusza Rozwadowskiego już ścigało rozbitych sowietów”. W obliczu wcześniejszych sukcesów gen. Rozwadowski chciał przyspieszyć kontrofensywę znad Wieprza, jednak Piłsudskiego nie było tam, gdzie być powinien.
„Piłsudski „dogonił front” w Siedlcach – 100 km na wschód od Warszawy. I temu „dezerterowi” na koszt podatnika władze Warszawy zbudowały aż dwa pomniki i jego imieniem nazwały główny plac” – wskazuje w tekście Korwin-Mikke.
Jednocześnie prawdziwy autor „cudu nad Wisłą” gen. Rozwadowski nie jest należycie upamiętniony. „To Jemu zawdzięczamy wspaniałe zwycięstwo nazwane „Cudem nad Wisłą” „ – podsumowuje Korwin-Mikke.
To gen. Rozwadowski był autorem planu bitwy, to gen. Rozwadowski wydał rozkaz do ataku i to gen. Rozwadowski realnie dowodził działaniami Wojska Polskiego. Cześć i chwała prawdziwym bohaterom Bitwy Warszawskiej!


15/08/2024 https://polskakatolicka.org/pl/artykuly/matka-boza-laskawa–patronka-warszawy
Spacerując po malowniczych uliczkach warszawskiej Starówki, nie sposób nie zatrzymać się przy ulicy Świętojańskiej, gdzie w cieniu majestatycznej Archikatedry Św. Jana stoi jedno z najstarszych i najpiękniejszych miejsc sakralnych Warszawy — kościół księży Jezuitów. Jego historia jest pełna fascynujących wydarzeń, które czynią go prawdziwym skarbem kulturowym i duchowym stolicy Polski.
Kościół ten został wzniesiony w pierwszej połowie XVII wieku z inicjatywy księdza Piotra Skargi, znanego kaznodziei królewskiemu, który miał na celu otwarcie nowej placówki Zakonu Księży Jezuitów w Warszawie. Wybór lokalizacji nie był przypadkowy – najdogodniejszym miejscem dla nowego kościoła były okolice Zamku Królewskiego. Mimo początkowych trudności związanych z zabudową, Rada Miasta wyszła naprzeciw potrzebom księdza Skargi, udostępniając mu niewielki plac przy najbardziej reprezentacyjnej ulicy Warszawy. Wkrótce udało się również wykupić sąsiadujące kamienice kupieckie, co pozwoliło na realizację projektu.
Rozkwit i Zmiany
Pod rządami Wazów kościół, początkowo pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny i św. Ignacego Biskupa, stał się jednym z najważniejszych miejsc sakralnych w kraju. W XVII wieku jego wnętrze wzbogaciło się o znakomite dzieła sztuki, w tym krucyfiks z Lubeki. Kościół odwiedzała rodzina królewska i szlachta, a kazania głosili tu między innymi Adam Naruszewicz i św. Andrzej Bobola.
Jednak po kasacie Jezuitów w 1773 roku kościół stracił na znaczeniu i został przekształcony w magazyn Kolegiaty. Dopiero w 1836 roku ojcowie pijarzy przywrócili mu charakter sakralny. II wojna światowa przyniosła ogromne zniszczenia – świątynia została wysadzona przez wojska niemieckie. Szczęśliwie odbudowa rozpoczęła się wkrótce po wojnie, a dzisiejsze mury stoją na zachowanych XVII-wiecznych fundamentach.
Matka Boża Łaskawa: Cudowny Wizerunek
Przez ponad 170 lat kościół przy Świętojańskiej stał się domem dla cudownego wizerunku Matki Bożej Łaskawej, który wzbudza szczególne zainteresowanie i czci. Obraz, będący kopią oryginału z włoskiej Faenzy, został przywieziony do Polski przez nuncjusza apostolskiego abp. Giovanniego de Torresa jako dar papieża Innocentego X dla króla Jana Kazimierza. Obraz początkowo opiekowany przez pijarzy, po powstaniu listopadowym trafił do kościoła pojezuickiego, a po odzyskaniu świątyni przez jezuitów w początku XX wieku, został przeniesiony do nawy głównej.
Obraz Matki Bożej Łaskawej jest szczególnie ceniony, ponieważ był pierwszym wizerunkiem maryjnym w Polsce, który otrzymał koronę. Nuncjusz de Torres nałożył na głowę Najświętszej Maryi Panny koronę symbolizującą władzę królewską w marcu 1651 roku, 66 lat przed koronacją obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Wydarzenie to miało także oddźwięk we Włoszech, gdzie władze polskie przesłały do Faenzy chorągiew z hołdem i prośbą o ochronę.
Opieka Matki Bożej w trudnych czasach
W latach 60. XVII wieku, kiedy Warszawę nawiedzała epidemia, obraz Matki Bożej Łaskawej został umieszczony w Bramie Nowomiejskiej. Modlono się o cud, a jego obecność w procesjach miała przyczynić się do zatrzymania zarazy. Wdzięczni warszawiacy wydali oficjalny dokument – Votum Varsaviæ, w którym oddali miasto pod opiekę Maryi jako „Tarczy” i „Obrony”.
Matka Boża Łaskawa zyskała także uznanie w Krakowie, gdzie w XVIII wieku mieszkańcy również prosili o jej pomoc w czasie epidemii. Namalowany wizerunek na kościele Mariackim przyniósł upragnioną ulgę i ochronę.
Anioły w służbie Boga-Człowieka i Matki Bożej
Cud nad Wisłą
Największym cudem przypisywanym Matce Bożej Łaskawej jest pomoc w zwycięstwie nad bolszewikami w 1920 roku. Jednakże jak twierdzi ks. Józef Bartnik, współautor książki „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą”, wsparcie to jest celowo zagłuszane: „Zapomniano, że w dniu święta Wniebowzięcia, 15 sierpnia 1920 r. przed świtem, na tle jeszcze mrocznego nieba, pojawiła się nad idącymi do ataku polskimi żołnierzami jaśniejąca postać Matki Bożej w Swym wizerunku Matki Łaskawej Patronki Warszawy. Pojawienie się zjawiska wywołało taką panikę i popłoch wśród bolszewików, że krzycząc z przerażenia «uchadi, Matier Bożija zasłaniajet Poljakow», uciekali z miejsca walki porzucając broń”.
[Pojawiła się dwukrotnie, raz 14-go o świcie, a innym bolszewikom – 15 -go rankiem md]
Wśród wielu ustnych przekazów i świadectw wsparcia dla wojsk polskich ze strony Matki Bożej, możemy również dotrzeć do słów samego Józefa Piłsudskiego, który miał rzec do kardynała Aleksandra Kakowskiego: „Eminencjo, ja sam nie wiem, jak myśmy tę wojnę wygrali”.
Pomimo wielu starań, by bagatelizować udział Matki Zbawiciela w zwycięstwie nad bolszewikami, miejmy nadzieję, że zgromadzone do tej pory dokumenty i świadectwa pozwolą na wpisanie tej historii i zasług Mater Gratiarum do podręczników, tak jak to miało miejsce w przypadku objawień w Fatimie czy Licheniu.
Dziedzictwo i Współczesność
Matka Boża Łaskawa jest z nami już przeszło 360 lat, przetrwała wiele trudnych chwil, w tym II wojnę światową i nie zawiodła. Nadal jest symbolem nadziei i opieki dla Warszawy i całej Rzeczypospolitej. Jej historia jest świadectwem niezwykłej mocy i miłości, jaką przynosi, oraz potwierdzeniem duchowej więzi, która łączy nas z naszą Patronką. W czasach współczesnych, pełnych wyzwań i kryzysów, pamiętajmy o Matce Bożej Łaskawej, która przez wieki broniła naszej stolicy i nadal pozostaje źródłem nadziei i opieki dla każdego, kto się do niej zwraca.

Przed modlitwą Anioł Pański w uroczystość śś. Apostołów Piotra i Pawła Leon XIV mówił o swojej roli w służbie jedności Kościoła oraz o „ekumenizmie krwi”, jednoczącym wszystkich chrześcijan dzięki świadectwu męczenników, którzy oddali życie za Chrystusa, niezależnie od ich przynależności do różnych konfesji albo wspólnot wyznaniowych.
Papież rozpoczął od przypomnienia, że Kościół Rzymu „narodził się ze świadectwa apostołów Piotra i Pawła i został użyźniony ich krwią oraz krwią licznych męczenników”1. Również obecnie mamy wśród nas takich męczenników:
Także w naszych czasach na całym świecie są chrześcijanie, którzy za sprawą Ewangelii stają się wielkoduszni i odważni, nawet za cenę życia. Tak więc istnieje ekumenizm krwi, niewidzialna, a głęboka jedność Kościołów chrześcijańskich, które wszak nie żyją jeszcze w pełnej i widzialnej komunii ze sobą.2
Następnie Ojciec Święty wyraził pragnienie budowania jedności chrześcijan, wyjaśnił również relację między Chrystusem a Piotrem. Przypomniał, że dzieło Zbawiciela powtarza się wśród tych, którzy za Nim podążają. Na koniec dodał, że kluczem do jedności Kościołów jest wzajemne przebaczenie.
Niestety, należy jednak zauważyć, że „ekumenizm krwi” jest ideą błędną.
Nie jest to pierwszy przypadek, w którym papież wychwalał „męczenników” nie należących do Kościoła katolickiego. Jan Paweł II postanowił zorganizować „Ekumeniczne wspomnienie świadków wiary XX wieku”. 7 maja 2000 r., w trzecią niedzielę po Wielkanocy, wygłosił homilię w obecności przedstawicieli Cerkwi prawosławnych, starożytnych Kościołów Wschodu oraz wspólnot protestanckich i organizacji ekumenicznych. Spotkanie odbyło się nieopodal Koloseum. Jan Paweł II powiedział wówczas: „W naszym stuleciu «świadectwo dawane Chrystusowi aż do przelania krwi stało się wspólnym dziedzictwem zarówno katolików, jak prawosławnych, anglikanów i protestantów» (Tertio millennio adveniente, 37)”3.
Kilka lat później, w 2005 r., opublikowano Martyrologium ekumeniczne opracowane przez wspólnotę z Bose (Comunità monastica di Bose), założoną po soborze przez Wincentego (Enza) Bianchiego i zrzeszającą zarówno chrześcijan, jak i wyznawców wielu innych religii.
15 lutego 2021 r., dla upamiętnienia 21 koptyjskich chrześcijan bestialsko zamordowanych na terytorium Libanu przez ISIS (Islamskie Państwo Iraku i Syrii) równo sześć lat wcześniej, zorganizowano ekumeniczną telekonferencję z udziałem papieża Franciszka, koptyjskiego patriarchy Tawadrosa II oraz anglikańskiego „prymasa” Justyna Welby’ego. Tydzień po wspomnianej wyżej egzekucji Tawadros II wpisał wszystkie ofiary do księgi męczenników Koptyjskiego Kościoła Ortodoksyjnego, zaś podczas telekonferencji Franciszek oświadczył: „Są oni naszymi świętymi, świętymi wszystkich chrześcijan, świętymi wszystkich chrześcijańskich wyznań i tradycji”, świętymi „ludu Bożego, wiernego ludu Bożego”, którzy „obmyli swoje dusze we krwi Baranka”. Przemówienie zakończył słowami: „Módlmy się dziś wspólnie, wspominając tych 21 koptyjskich męczenników; oby wstawiali się oni za nami wszystkimi u Ojca. Amen”.
Oczywiście nikt nie zamierza kwestionować straszliwych cierpień tych ofiar antychrześcijańskiej nienawiści. Nikt też nie może ignorować faktu, że ci ludzie woleli ponieść śmierć, niż wyrzec się wiary w Chrystusa. A jednak Kościół katolicki nie może po prostu ogłosić ich „męczennikami”, bowiem taka deklaracja ignorowałaby pewien istotny element. Męczennikiem jest ten, kto dobrowolnie poniósł śmierć z rąk ludzi kierujących się nienawiścią do wiary katolickiej, więc żeby nadać komuś ten tytuł jest konieczne, żeby dana osoba w sposób widzialny należała do Kościoła katolickiego, wyznając jego wiarę. Kościół nie może bowiem osądzać tego, co dzieje się w duszy, a jedynie akty zewnętrzne.
Właśnie z tego powodu papież Benedykt XIV (1675–1758) w swoim traktacie o kanonizacji świętych wyjaśnił, że nie można przypisać męczeństwa (w sensie teologicznym – przyp. red. WTK) osobie nie należącej do Kościoła. Czy to oznacza, że poza widzialnymi granicami Kościoła nie może być żadnych męczenników? Owszem, jest to możliwe – kontynuuje Benedykt XIV – jednak takie osoby są „męczennikami w oczach Boga, a nie w oczach Kościoła”, który nie może ich osądzać. Otrzymają one w niebie nagrodę przeznaczoną dla męczenników, jednak na ziemi pozostaną nieznane (jako tacy – przyp. tłum.).
Tak więc doktryna głoszona przez Jana Pawła II, Franciszka, a obecnie również przez Leona XIV – poza faktem, że wedle Benedykta XIV nie posiada żadnych podstaw teologicznych – zaciera także różnice między Kościołem katolickim a innymi religiami. W rezultacie rozmywa wyraźną granicę między jedynym prawdziwym Kościołem a tymi, którzy się od niego odłączyli. Zdaje się również sugerować, że zbawienie można osiągnąć praktykując jakąkolwiek religię i przyczynia się do tego destrukcyjnego dla prawdziwej wiary relatywizmu, którego źródłem jest deklaracja II Soboru Watykańskiego Dignitatis humanae4.
Nie ma świętych wspólnych dla wszystkich denominacji i tradycji chrześcijańskich. Kościół nie ma władzy ogłaszania takich deklaracji. Oczywiście możemy modlić się za chrześcijan nie będących katolikami, jednak nie możemy modlić się do nich.
Leon XIV postawił kolejny krok na drodze wytyczonej przez swoich poprzedników.
18 października 1964 r. podczas uroczystej kanonizacji zamordowanych pod koniec XIX w. męczenników ugandyjskich, Paweł VI, opisując okoliczności, które doprowadziły do ich śmierci, wspomniał o misjonarzach anglikańskich – pierwszych chrześcijanach, którzy dotarli do królestwa Bugandy, jeszcze przed francuskojęzycznymi zakonnikami ze Zgromadzenia Misjonarzy Afryki. Ci „biali ojcowie”, jak są potocznie nazywani, mieli – zdaniem papieża – „głosić Ewangelię w przyjaznej rywalizacji z misjonarzami anglikańskimi”. Następnie Paweł VI zestawił 22 męczenników katolickich z afrykańskimi męczennikami i wyznawcami pierwszych wieków Kościoła – śś. Cyprianem, Felicytą, Perpetuą i Augustynem – i zaraz potem dodał: „Nie chcemy też zapominać o innych, którzy, należąc do wyznania anglikańskiego, ponieśli śmierć dla imienia Chrystusa”. Do listy męczenników, mówił dalej papież, „należy dodać podwójną, długą listę innych ofiar tego okrutnego prześladowania – jedną katolików, neofitów i katechumenów, a drugą anglikanów, którzy także zostali złożeni w ofierze dla imienia Chrystusa”5.
Jan Paweł II niejeden raz mówił o „ekumenizmie męczenników i świętych” oraz „ekumenizmie męczenników i świadków wiary”6, zaś w liście apostolskim Tertio millennio adveniente (1994) napisał: „Świadectwo dawane Chrystusowi aż do przelania krwi, stało się wspólnym dziedzictwem zarówno katolików, jak prawosławnych, anglikanów i protestantów, co podkreślił już Paweł VI w homilii wygłoszonej z okazji kanonizacji męczenników ugandyjskich”7. Choć te słowa nijak się mają do faktycznej treści wygłoszonej w 1964 r. homilii, to jednak można się zgodzić, że dobrze oddają to, co Paweł VI sądził o tym rzekomym „wspólnym dziedzictwie”.
W 1999 r., przygotowując się do Wielkiego Jubileuszu roku 2000, Jan Paweł II powołał Komisję ds. Nowych Męczenników, która miała przebadać przypadki męczeństwa chrześcijan w XX wieku, a chcąc bardziej uhonorować to przedsięwzięcie, poświęcił „nowym męczennikom” bazylikę św. Bartłomieja na Wyspie Tyberyjskiej w Rzymie. W jej kaplicach zgromadzono relikwie świętych i męczenników, m.in. o. Maksymiliana Kolbego, a także różne pamiątki związane z życiem duchownych i świeckich ofiar prześladowań, głównie nazistowskich; wśród tych pamiątek znajdują się listy pisane przez protestanckich pastorów. 7 maja 2000 r., podczas wspomnianego wyżej „Ekumenicznego wspomnienia świadków wiary XX wieku” w Rzymie, polski papież powiedział m.in.:
W mojej ojczyźnie podczas drugiej wojny światowej kapłani i świeccy chrześcijanie byli wywożeni do obozów zagłady. W samym tylko Dachau więziono około trzech tysięcy księży. Ich ofiara zjednoczona była z ofiarą licznych chrześcijan z innych krajów europejskich, należących czasem do innych Kościołów i Wspólnot kościelnych.8
Z kolei o „ekumenizmie krwi” przy wielu okazjach wspominał Franciszek, po raz pierwszy podczas Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan w 2015 r.9, zaś 3 lipca 2023 r., z myślą o nadchodzącym Roku Jubileuszowym, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych powołał Komisję ds. Nowych Męczenników – Świadków Wiary, która miała zająć się przygotowaniem „listy tych wszystkich, którzy przelali swoją krew wyznając Chrystusa i będąc świadkami Jego Ewangelii”. „Poszukiwania będą dotyczyć nie tylko Kościoła katolickiego”, pisał Franciszek, „ale zostaną rozszerzone na wszystkie wyznania chrześcijańskie. Nawet w naszych czasach, w których jesteśmy świadkami zmiany epok, chrześcijanie wciąż wykazują, w obliczu wielkiego ryzyka, witalność chrztu, która nas jednoczy”10. W ogłaszającej jubileusz zwyczajny roku 2025 bulli Spes non confundit możemy przeczytać m.in.:
Najbardziej przekonujące świadectwo tej nadziei dają nam męczennicy, którzy niezachwiani w wierze w zmartwychwstałego Chrystusa, byli w stanie wyrzec się życia tu na ziemi, aby nie zdradzić swego Pana. Są oni obecni we wszystkich wiekach i są liczni, być może bardziej niż kiedykolwiek, w naszych czasach, jako wyznawcy życia, które nie zna końca. Musimy strzec ich świadectwa, aby nasza nadzieja była owocna.
Ci męczennicy, należący do różnych tradycji chrześcijańskich, są także ziarnami jedności, ponieważ wyrażają ekumenizm krwi. Dlatego moim gorącym życzeniem jest, aby podczas Jubileuszu nie zabrakło celebracji ekumenicznej, która umożliwi ukazanie bogactwa świadectwa tych męczenników.11
Niestety, ani nowa komisja watykańska, która dopiero ma opracować listę „ekumenicznych męczenników”, ani ewentualna celebracja ekumeniczna podczas rzymskich obchodów Roku Jubileuszowego nie są największym zgorszeniem związanym z „ekumenizmem krwi”, ponieważ to już nastąpiło – i przeszło bez większego echa.
Kiedy 11 maja 2023 r. Franciszek spotkał się z Tawadrosem II, patriarchą Koptyjskiego Kościoła Ortodoksyjnego, zapowiedział, że 21 Koptów zamordowanych w 2015 r. „zostanie wpisanych do Martyrologium Rzymskiego jako znak duchowej komunii łączącej nasze dwa Kościoły”12 – i tak się stało. 15 lutego kolejnego roku w kaplicy chórowej bazyliki św. Piotra w Rzymie miała miejsce modlitwa ekumeniczna, podczas której katolicy i koptowie (a także przedstawiciele innych wyznań) oddawali cześć umieszczonym na ołtarzu relikwiom koptyjskich „ekumenicznych męczenników”13, a kard. Koch, prefekt Dykasterii ds. Popierania Jedności Chrześcijan, na koniec swojej homilii powiedział: „Wdzięczni za pokrzepiającą obietnicę głębokiej komunii w wierze, a szczególnie wdzięczni za wielkie świadectwo wiary [naszych] koptyjskich braci, prośmy tych męczenników, żeby wstawiali się w niebie za nami i za nasze Kościoły i żeby umacniali nas w wierze”14. O jaką wiarę chodzi? Kościół koptyjski odrzucił naukę Soboru Chalcedońskiego o dwóch naturach Chrystusa, boskiej i ludzkiej, zatem jego członkowie nie są „tylko” schizmatykami, ale i heretykami – a jednak nie przeszkadza to najwyższym dostojnikom kościelnym mówić o wspólnej z nimi wierze. Sapienti sat.
* * *
Zatem Leon XIV postawił kolejny krok na drodze wytyczonej przez swoich poprzedników; dokąd ta droga prowadzi, co jest jej celem? Można by zaryzykować twierdzenie, że jest nim heretycka koncepcja powszechnego zbawienia (apokatastazy). Oto 14 maja br. podczas Jubileuszu Kościołów Wschodnich papież Leon XIV cytował z aprobatą słowa „świętego” Izaaka Syryjczyka, nazywając go przy tym „wielkim ojcem Wschodu”. Tymczasem Izaak, autor wielu pism ascetyczno-mistycznych, aż do kwietnia ubiegłego roku nie był uznawany za świętego nawet przez Cerkiew prawosławną, ponieważ zmarł przynależąc do heretyckiego kościoła nestoriańskiego, odrzucającego chrystologiczną naukę Synodu Efeskiego (chociaż jego poglądy wydają się raczej katolickie niż nestoriańskie). W listopadzie 2024 r. Franciszek dopisał go do Martyrologium Rzymskiego15 – pomimo iż w swoich dziełach Izaak zaprzeczał wieczności piekła, starając się dowieść, że słowo „wieczny” znaczy tyle, co ‘aż do dnia Sądu Ostatecznego’.
Natomiast 31 maja, podczas święceń kapłańskich udzielanych w bazylice św. Piotra, Leon XIV, odczytując przygotowany tekst homilii, powtórzył jeden z najbardziej skandalicznych błędów posoborowej liturgii, mówiąc do wyświęcanych prezbiterów: „W każdej [sprawowanej przez was] Eucharystii Jego słowa uczynicie własnymi: sprawujecie ją «za was i za wszystkich»”. Ten błąd – użycie słów „za wszystkich” – od samego początku obecny w tłumaczeniach łacińskiego tekstu nowej Mszy na języki narodowe, został skorygowany dopiero w 2006 r. przez Benedykta XVI, który nakazał konferencjom episkopatów poszczególnych krajów wprowadzenie dokładnego i poprawnego teologicznie sformułowania „za wielu”. Jak bowiem naucza Sobór Trydencki i co przypomniał Benedykt, chociaż Chrystus Pan poniósł śmierć krzyżową za zbawienie wszystkich ludzi, to jednak z jej owoców skorzystają tylko niektórzy16 – a więc właśnie „wielu”, nie zaś „wszyscy”. Użycie błędnego tłumaczenia zaciemnia katolicką naukę o łasce uświęcającej, która jest niezbędna do zbawienia, i wprost przeczy dogmatowi mówiącemu, że poza Kościołem nie ma zbawienia – oraz współbrzmi zarówno z pochwałą Izaaka Syryjczyka i jego poglądów, jak i z uznawaniem „męczenników krwi” za członków Kościoła tryumfującego.
O fałszywych męczennikach heretyckich, „Zawsze Wierni” nr 4/2000 (35).

Sławomir M. Kozak Oficyna-aurora/arktyczna-ruletka
W bazie Elmendorf-Richardson na Alasce spotykają się przywódcy Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej i Federacji Rosyjskiej. Świat zamiera w bezruchu i czeka na efekty, co jest w pełni zrozumiałe. Podejrzewam jednak, że przekaz, który po tym spotkaniu wyjdzie do mediów został już dawno ustalony przez negocjatorów obu prezydentów. Niemniej, zachowanie pozorów jest bardzo ważne. Dla obu graczy.
Niesamowity jest wybór sceny tego przedstawienia. Nie jest zapewne przypadkowy. Alaska, to ta część Ziemi, w której oba państwa ze sobą graniczą. Jej sprzedaż przez cara Aleksandra II Amerykanom w 1867 roku dziś kwestionowana jest przez Rosję, bo ponoć kwota ówczesnych 7,2 mln dolarów była zapłatą tylko za 99-letnią dzierżawę. Przypomnijmy, za polskojęzyczną Wikipedią, że „W 2023 roku prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin wydał rozporządzenie o wyasygnowaniu środków na poszukiwanie i ochronę prawną zagranicznych nieruchomości, które należały do Rosji w okresach carskim i radzieckim, co dotyczy również Alaski. Amerykański rzecznik Departamentu Stanu Vedant Patel wydał w związku z tym oświadczenie, że przekazanie Alaski Federacji Rosyjskiej nie jest możliwe”.
Ale, to też tylko teatr. Prawdziwym powodem rozmów w tym miejscu jest raczej kwestia chińska, bliskowschodnia i, co najistotniejsze, dalsze działania tych mocarstw na terenach nieodległej Arktyki. Ten ostatni element jest najmniej dostrzegany przez media. A przecież to nie tylko rejon rozwijających się nowych szlaków transportowych, ale też ogromnych pokładów surowców mineralnych. A cóż ja takiego pisałem w książce „Przewodnik po piekle”?
Przywykliśmy myśleć o Arktyce jako regionie klinicznie wręcz czystym, nieskażonym przemysłem, leżącym na peryferiach globu dobru wspólnym całej ludzkości. To dosyć naiwne postrzeganie tej części świata bierze się zapewne z małego zainteresowania nią mediów, a dla większości z nas jest odległym lądem pokrytym lodem, co nie do końca zresztą jest prawdą, nieatrakcyjnym turystycznie, a zatem mało istotnym. Otóż to, że media nie zapuszczają się na ten lądolód nie wynika tylko z tego powodu, że nikogo on nie interesuje, a raczej z tego właśnie, iż leży w centrum zainteresowania kilku najważniejszych graczy politycznych, przemysłowych i militarnych i jest z tym trochę tak, jak w powiedzeniu o pieniądzach, które lubią ciszę.
Rosyjski tankowiec LNG klasy Arc7 Christophe de Margerie (Ice Class) wypłynął z Jiangsu w Chinach 27 stycznia 2021 roku i ukończył swoją podróż (2400 mil) po 11 dniach, w porcie Sabetta na Morzu Karskim (Arktyka), w Rosji. Ten sam statek pokonał tę samą trasę rok wcześniej, w maju, w kierunku wschodnim pod eskortą lodołamacza. Rejs w warunkach zimowych, w ciągłej ciemności, trwał 36 dni krócej niż przez Kanał Sueski. Dzięki tej wyprawie Rosja udowodniła, że przejście w rejonie arktycznym jest możliwe przez prawie cały rok. Ale, posiadanie przez Rosję największych i najpotężniejszych na świecie lodołamaczy nuklearnych zdolnych do łamania 4-metrowego lodu powoduje, że Rosja ustanawia monopol na transport Drogą Północną.
Przykład znacznie bliższy. Płynący pod banderą Panamy, nie należący do klasy lodowej, 294-metrowy kontenerowiec typu PANAMAX o nazwie „Flying Fish 1” przewożący 5000 kontenerów dotarł do Szanghaju w Chinach 25 września 2024 roku, w niecałe trzy tygodnie po wypłynięciu z Sankt Petersburga w Rosji. Podczas tej długiej podróży (8000 mil), statek utrzymywał średnią prędkość 16 węzłów i, co najważniejsze, nie potrzebował rosyjskiego lodołamacza. Ale, poza kwestią transportu i bogactwem pierwiastków ziem rzadkich, w które obfitują te tereny, chodzi również o przewagę militarną.
Region Arktyki obejmuje 8 krajów, z których 7 jest członkami NATO. Są to USA, Kanada, Islandia, Dania (Grenlandia), Norwegia, Szwecja i Finlandia. Ósmym krajem jest Rosja. Chociaż Rosja ma tu ugruntowaną obecność wojskową, jest ona w dużej mierze defensywna. Jednak, w związku z rosnącym od 2022 roku zaangażowaniem w tym regionie sił NATO, Rosja „doprosiła” do kooperacji na tym rozległym obszarze Chiny. Jak wspomniałem, mało się o tym mówi, ale od tego czasu przeprowadzono na tym dziewiczym terytorium blisko sto różnego rodzaju operacji, pośród których większość miała charakter stricte militarny. Poza wszystkim innym, musimy pamiętać o tym, że stanowią one ogromne zagrożenie dla, tak dziś odmienianej przez wszystkie przypadki, ekologii. Przykładowo, w ramach norweskich ćwiczeń Nordic Response 2024 w ubiegłym roku, zgromadzono tam dziesiątki tysięcy żołnierzy z 13 krajów członkowskich NATO, fregaty, okręty podwodne i inne jednostki pływające, a także ponad 100 samolotów.
Przybliżę kilka przykładów obecności wojskowej w Arktyce wymienionych państw, tylko w roku ubiegłym.
3 stycznia pojawiła się na tych wodach misja patrolowa fregaty Bretagne, w której uczestniczyły siły francuskie i norweskie.
15 stycznia Brytyjczycy przewieźli swoich żołnierzy do Camp Viking (65 km na południe od Tromso) przed organizowaną dwa razy w roku zimową grą wojenną NATO, „Nordic Response”, mającą się odbyć w marcu.
13 lutego, nad wodami międzynarodowymi, na zachód od Morza Barentsa pojawiły się dwa strategiczne bombowce rosyjskie Tu-95, eskortowane przez myśliwce SU-35. Do ich obserwacji wysłano norweskie F-35. Lot trwał blisko pięć godzin. Rosja ma około 10 tego typu bombowców w bazie lotniczej Olenja na półwyspie Kola i ich obecność w tym regionie nie jest zdarzeniem jednostkowym.
25 lutego rozpoczęły się cykliczne ćwiczenia NATO serii „Steadfast Defender”, które trwały do 5 marca. Obejmują one każdorazowo wiele regionów i sił z lądu, morza, powietrza, jak i przestrzeni kosmicznej. Tym razem zaangażowano w nie 90 000 osób personelu wojskowego. Symulowały rosyjski atak na państwo członkowskie NATO i reakcję Paktu, zgodnie z zapisami artykułu 5, który wymaga od wszystkich członków podjęcia działań w celu przywrócenia bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego. Jeszcze w styczniu amerykańskie i kanadyjskie specjalne grupy zadaniowe przećwiczyły ochronę transatlantyckich morskich linii komunikacyjnych. W ramach „Steadfast Defender” odbyły się też ćwiczenia „Joint Warrior” (Szkocja, Norwegia, Islandia) i „Nordic Response” (Finlandia i Szwecja). Wielka Brytania zaangażowała się w nie z liczbą 20 000 osób. Symulowano obronę przed zagrożeniem z powietrza i spod wody, trenowano też amfibijne lądowanie na wybrzeżu Norwegii w celu potencjalnego odbijania zajętego przez nieprzyjaciela, terytorium sojuszniczego.
4 marca przeprowadzono kolejne ćwiczenia, tym razem na wodach północnej Norwegii. Użyto w nich 50 okrętów, 20 000 żołnierzy i 110 myśliwców, samolotów transportowych, obserwacyjnych, tankowców oraz śmigłowców. Poza udziałem wojsk gospodarzy terenu uczestniczyły w nich jednostki z Belgii, Kanady, Danii, Finlandii, Francji, Holandii, Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Szwecji, Wielkiej Brytanii i USA. Trwały do 19 marca. 7 marca w tym rejonie pojawiła się para rosyjskich samolotów dalekiego zasięgu TU-142, których głównym zadaniem jest zwalczanie okrętów podwodnych. Tym razem ograniczyły się do typowego nadzoru morskiego, a media rosyjskie nie omieszkały przedstawić tych ćwiczeń jako ofensywnych i prowokacyjnych.
Jednym z ich elementów były skoki 130 spadochroniarzy z samolotu C-17 („Arctic Shock”), które miały miejsce 19 marca w norweskim Troms, gdzie siły amerykańskie trenowały z batalionem Brygady Nord. Komandosi z grupy szybkiego reagowania skakali w zaśnieżony teren gór Mauken po blisko siedmiogodzinnym locie z Anchorage, na Alasce.
20 marca z kolei, na Półwyspie Kolskim trenowały rosyjskie siły obrony powietrznej. W ramach ćwiczeń, które odbyły się w głównej siedzibie Floty Północnej, inżynierowie, medycy i przedstawiciele sił ochrony radiologicznej, chemicznej oraz biologicznej byli szkoleni w zakresie radzenia sobie ze skutkami ataku dronów.
25 maja Federacja Rosyjska przeprowadziła kolejne, szeroko zakrojone ćwiczenia, tym razem poszukiwawczo-ratownicze, prowadzone przez Morską Służbę Ratowniczą w Murmańsku we współpracy ze Strażą Graniczną FSB i wojskową Flotą Północną. Odbywały się w północno-zachodniej części Półwyspu Kolskiego.
29 maja, ponad 7 000 żołnierzy USA, Finlandii i Norwegii pojawiło się w fińskim Rovajarvi. Około 2000 żołnierzy amerykańskich, prawie 300 norweskich i 4500 fińskich brało udział w międzynarodowych ćwiczeniach nazwanych „Northern Forest 24”. Oddziały były wspierane przez systemy artyleryjskie dalekiego zasięgu, pociski przeciwlotnicze i czołgi bojowe.
Tego samego dnia, w Zatoce Motowskiej, miały miejsce coroczne rosyjskie ćwiczenia, które obejmowały pięć scenariuszy szkoleniowych, w tym przeciwdziałanie szybko pływającym łodziom motorowym wroga, poszukiwanie i atakowanie okrętów podwodnych oraz ćwiczenia obrony powietrznej. Wzięło w nich udział 11 okrętów i kilka samolotów.
21 czerwca dwa rosyjskie, wielozadaniowe okręty podwodne Siewierodwińsk i Orzeł, wystrzeliły pociski manewrujące w kierunku wyimaginowanej floty wrogich okrętów desantowych, w ramach ćwiczeń u wybrzeży Półwyspu Kolskiego.
24 czerwca, do norweskiego Rygge dotarł amerykański okręt podwodny klasy Ohio z rakietami balistycznymi i samolot łączności strategicznej E-6B Mercury. Celem wizyty miało być „wzmocnienie współpracy między Stanami Zjednoczonymi, a Norwegią oraz zademonstrowanie amerykańskich możliwości, gotowości i elastyczności”. Gotowość gwarantowało 20 pocisków Trident II pod pokładem z 12 głowicami nuklearnymi każdy. Okręt tego typu, wraz ze swoimi 13 siostrzanymi jednostkami, jest najbardziej efektywną bronią masowego rażenia używaną obecnie przez Stany Zjednoczone.
24 lipca, w fińskim Lapland, ćwiczyło 250 żołnierzy i 25 pojazdów jednostek gotowości bojowej fińskiej brygady Jaeger i norweskich sił zbrojnych.
Od 8 sierpnia, przez trzy dni na Morzu Barentsa trenowały siły rosyjskie. W manewry zaangażowanych było 300 okrętów nawodnych, podwodnych i pomocniczych, około 50 samolotów oraz ponad 20 000 żołnierzy i personelu cywilnego.
26 sierpnia na scenie islandzkiej pojawiły się także jednostki polskie. Wraz z nimi, siły sojusznicze i islandzkie agencje ds. gotowości ćwiczyły zabezpieczanie krytycznej infrastruktury krajowej i morskich linii komunikacyjnych między Grenlandią, Islandią i Wielką Brytanią. Obok naszych żołnierzy, do 3 września obecne były tam jednostki z Islandii, Danii, Francji, Norwegii i USA. W ćwiczeniach „Northern Viking” wzięło udział wiele statków i samolotów, a także setki pracowników na lądzie i na morzu.
2 września, na Morzu Ochockim trenowały połączone grupy wojsk powietrznych i morskich Rosji, i Chin. Oddziały koncentrowały się na zwalczaniu bezzałogowych łodzi pozorowanego przeciwnika, prowadzeniu rozpoznania i monitorowaniu sytuacji nawodnej z udziałem śmigłowców pokładowych.
6 września rosyjskie okręty, na północ od Półwyspu Kolskiego, wraz z samolotami Ił-38 i śmigłowcami Ka-27M walczyły z symulowanymi okrętami podwodnymi wroga przy użyciu ładunków głębinowych i torped.
10 września odbyły się, na zachód od Norwegii, rosyjskie ćwiczenia strategiczne „Ocean 2024”, w których uczestniczyły dwie korwety i jeden okręt desantowy z Floty Bałtyckiej.
Od 11 września, na wodach Pacyfiku, Arktyki, Morzu Śródziemnym, Morzu Kaspijskim i Morzu Bałtyckim, przez tydzień toczyła się dalsza część ćwiczeń „Ocean 2024”. Brało w nich udział 400 okrętów wojennych, w tym podwodnych i pomocniczych jednostek floty. Uczestniczyło w nich 120 samolotów marynarki wojennej i sił powietrznych, a w sumie zaangażowanych było 90 000 osób oraz około 7000 jednostek broni i sprzętu specjalnego. Wzdłuż wybrzeża półwyspu Kola, który był częścią manewrów, znajdują się pociski przeciwokrętowe, przeciwlotnicze typu S-400 i S-300 oraz żołnierze chroniący strategiczne bazy morskie, w tym miejsca, z których wypływają atomowe okręty podwodne.
14 września, na Półwyspie Rybackim, wysuniętym w Morze Barentsa (niecałe 100 kilometrów od Norwegii), w ramach „Ocean 2024” ćwiczyło ponad 400 okrętów, 125 samolotów i 90 000 żołnierzy. Testowano gotowość operacyjną bombowców strategicznych TU-95, krążownika i wyrzutni rakietowych K-300.
15 października, na wodach norweskich, odbywały się ćwiczenia lotniskowców amerykańskich i brytyjskich. Lotniskowiec Marynarki Wojennej USA USS Harry S. Truman i brytyjski lotniskowiec HMS Prince of Wales trenowały w ramach ćwiczenia „Strike Warrior 2024”. Ćwiczenie było częścią corocznych ćwiczeń nuklearnych NATO „Steadfast Noon”.
6 listopada w fińskim Lapland odbyły się ćwiczenia fińsko-amerykańskie, w których udział wzięły fińskie F/A-18 Hornet i amerykańskie bombowce B-52. Bombowce strategiczne dalekiego zasięgu wlatywały w przestrzeń powietrzną Finlandiiz najbardziej wysuniętych na północy Norwegii baz i opuszczało ją przez Zatokę Botnicką.
5 grudnia w norweskim Lofoten przeprowadzono symulację hipotetycznego uderzenia na tereny zajęte przez nieprzyjaciela w północnej części Norwegii. Ćwiczyli żołnierze Norwegii, Wielkiej Brytanii i USA. W manewrach uczestniczyły myśliwce, bombowce strategiczne, tankowce i samolot rozpoznawczy typu U-2.
To zaledwie niewielka część aktywności państw zainteresowanych Arktyką i szerzej Północną Drogą Morską. Tego typu wydarzeń odnotowano tam w roku 2024 ponad 30.
Ta działalność, jak wspominałem wcześniej, niesie z sobą ogromne ryzyko dla środowiska. Wiedzą o tym ci, którzy pamiętają wydarzenia sprzed półwiecza. Był to szczytowy okres zimnej wojny, kiedy niektóre samoloty bombowe USA przenoszące broń jądrową znajdowały się w powietrzu przez całą dobę każdego dnia, a baza wojskowa Thule na Grenlandii była szczególnym miejscem dla tych operacji ze względu na bliskość rosyjskich celów. Wypadek lotniczy miał miejsce w roku 1968, gdy amerykański bombowiec z bronią jądrową zbliżał się do bazy wojskowej na Grenlandii. Samolot miał cztery ładunki nuklearne, ale trzy udało się odzyskać. Podczas operacji ratunkowej zebrano tysiące szczątków, a także miliony ton lodu, co do którego istniało podejrzenie, że zawiera radioaktywne zanieczyszczenie. Mimo ogromnych wysiłków, nie udało się do dziś odnaleźć tej jednej, zaginionej bomby, a pracownicy zatrudnieni przy pracach porządkowych cierpieli później na nowotwory i domagali się odszkodowań (bardziej szczegółowo opisuję ten wypadek w książce „Zatopić Wolność”, która ukaże się już wkrótce) – smk).
Oczywiście, człowiek nie zrezygnuje z możliwości ekspansji tylko dlatego, że w jej historii przytrafiać się mogą nieszczęścia. Problem w tym, żeby to naturalne dla gatunku ludzkiego dążenie odkrywania nowych dróg i pokonywania barier, nie doprowadziło nas wszystkich do tragedii na skalę globalną. Polecam wszystkim film, który zawiera tę obawę, niosąc mimo wszystko nadzieję na lepszą przyszłość, a dostępny jest na kilku platformach pod tytułem „The Arctic: Theater for War or Global Cooperation?”
Sławomir M. Kozak
Co roku w porze upałów te parę prostych rad przypominam. Dziś, 10 lipca 2024 musiałem być w mieście, Warszawie. Upał. Z obrzydzeniem i przerażeniem widziałem okna od południa – zasłonięte grubymi zasłonami – od wewnątrz !! Oraz pudła zewnętrzne klimatyzatorów -odsłonięte, w pełnym słońcu. Masz, kretynie, zrozumieć, że „klima” musi być w cieniu, najlepiej od północnej strony budynku!! A zasłony – biała, ja zawsze promuję stare, dziurawe prześcieradła – przytrzymywane przez zamykane ramy okienne – ale od zewnątrz.
Poniżej stary tekst, jeśli męczy cię upał – przeczytaj całość…
kto zastosował i skorzystał – proszę o wiadomość. Bo męczy mnie koszmar, że gadam do słupa
==============================
[dla NOWYCH CZYTELNIKÓW i dla tych, co mają dobrą pamięć, ale krótką — POWTARZAM stary tekst:
Proste instrukcje, jak bez użycia „klimy” mieć o 8-12 stopni niższą temperaturę w mieszkaniu.
Zadziwia jednak, że mimo paru dziesiątków tysięcy otwarć tego artykuliku w poprzednich latach – są czytelnicy, którzy czytali, ale nie rozumieją, nie stosują…To nie sprawa IQ, lecz jakaś lekko-myślność… Powtarzam więc w 2019…. 2022…
A TV takich rad nie daje. Woli bredzić o „Zielonym Ładzie”. ]
=========================
Obrona (tania) przed upałem
[ „Wieszam” dopiero teraz – bo u mnie tak wyrosło dzikie wino na ścianie południowej i wschodniej domu (warstwa liści 30-40 cm, trzeba dobrze podlewać, bo intensywnie paruje, a przez to schładza ścianę), że upałów nie zauważyłem na sobie.
Dla tych, co mają płaski dach i „smykałkę”, jest nowość – pod koniec tekstu.]
W mieszkaniu czy domu:
a) Okna, na które pada słońce (południowy wschód do połudn. -zachodu) zasłaniać na dzień białym materiałem (np. prześcieradło) na zewnątrz. Umocować (przycisnąć) przy zamykaniu okna. Nigdy wewnątrz, bo wtedy całe ciepło gromadzi się w mieszkaniu. W dzień wszystkie okna zamknięte (nie wchodzi upał).
b) na noc (lub zawsze, gdy temperatura zewn. niższa od wewnętrznej) otwierać okna – wietrzyć. Chłodzić też strychy!
c) pić dużo wody chłodnej – do trzech litrów dziennie, by się nie odwodnić (raczej nie z lodówki, bo powoduje ból gardła).
2. Siedzieć w domu (lub lesie, jeśli możliwe). Kto musi być na ulicy – unikać godzin południowych. Odzież najjaśniejsza – odbija ciepło. Koniecznie kapelusz słomkowy (czyli jasny i przewiewny).
2a. Kąpiele częste w wannie, w letniej wodzie (by czuć miły chłodek, nie zimno!!)
3. Na dalsza metę: Obsadzić południowe ściany domu pnączami (bluszcz, dzikie wino).
Przykład działania: Jeśli słońce ogrzewa goły mur do 40-60 st.C, to pod pnączami jest o 20 do 30 stopni C mniej!!
W moim domu utrzymuję temperaturę wnętrza (sposobami 1 ab, 3) o 10-12 st.C poniżej temperatury zewnętrznej. A w szpitalu, którego dyrektor nie zdecydował się na tak proste rozwiązania, właśnie (znów, jak co roku!!) rośnie umieralność małych pacjentów: komplikacje po-operacyjne, zakażenia, serce… U innych, silniejszych znacznie rośnie czas zdrowienia, a więc też czas pobytu w szpitalu. [Temperatura w salach chorych – do 36o. Klimatyzację ma.. dyrektor techniczny. ]
Nie wstydźmy się rozwiązań prostych!
————————-
Poniżej „dla zaawansowanych”:
Zasłona termiczna – rolety konwekcyjne.
Cel: wielokrotne zmniejszenie mocy nagrzewania pomieszczeń w lecie, klimatyzacja z zerowym poborem energii elektrycznej.
Nagrzewanie następuje zwykle poprzez szyby wystawione na bezpośrednie działanie promieni słonecznych.
Sposób:
Zasłony okienne charakteryzujące się tym, że:
Cechy zasłony:
1) Umieszczona na zewnątrz szyb lub murów w odległości 8-10 cm.
2) Boczne umocowanie (prowadnice) ażurowe, szczególnie u góry urządzenia
3) Po pełnym zasłonięciu szeroka szpara u góry, dla poprawienia konwekcji.
4) Zasłona musi być biała, plastik trwały, sztywny, niepodatny na deszcz , wiatr i UV
5) Zaciąganie z wewnątrz, w taniej wersji przez sznurek, identycznie, jak obecnie w roletach wewnętrznych.
6) W czasie pracy zasłony, lufciki i okna powinny być zamknięte
Dodatkowo:
1. Działa też ocieplająco w zimie, przeciw wiatrom. Wtedy ażur z boków oraz szparę z góry należy zasłonić. Np. przypinać na zatrzaski
2. Podobne zasłony mogą też chronić te mury, które w lecie ulegają nadmiernemu nagrzaniu: Ściany południowe (S) do E oraz W.
Koszt inwestycji ok. 100 razy niższy, niż klimatyzacji. Pozatem: Zero kosztów energii elektrycznej w czasie użytkowania.
Zastosowanie zasłon zapewnia obniżenie temperatury wewnętrznej o 5-12o C w porównaniu z nie-stosowaniem. Ta ostatnia wartość przy wietrzeniu w sytuacji, gdy temperatura zewn. niższa od wewnętrznej (tz<tw), czyli praktycznie w nocy.
Mirosław Dakowski, Anin, maj 2008
Przypadki szczególne:
a) kto ma kotłownię swoją, a w niej np. 13 oC, a w mieszkaniu np. 24 oC, to powinien otworzyć wszystkie drzwiczki kotła i włączyć pompkę obiegową. Schłodzi mieszkanie o stopień lub lepiej.
b) kto dusi się pod płaskim, nie-(lub źle-) izolowanym dachem, ma kupić folię zagrzejnikową ( w sklepach hydraulicznych). Ma ona 3 mm pianki, na niej folia Alu. Wyłożyć dach tą folią (Alu na wierzch!) , umocować cegłami czy deskami. Zdejmować przed burzą, bo to prowizorka… Zyski: 4 – 6 stopni niższa temp. w pokojach.
Można ew. wyłożyć białą folią – plandeką. Przycisnąć mocniej. To taniej, trwalej i gorzej termicznie. Pod folie – bardzo dobrze wpuszczać wodę np. ze zraszacza postaci rurki z dziurkami, stosowany w ogródkach. Mały strumień wody nie obciąży licznika, czyli kieszeni, a skutek – świetny!
A NAJLEPIEJ: Uszczelnić dach, na wierzchu posiać trawę, wśród niej inne, wyższe zioła. Podlewać, najprościej – z perforowanego węża – kropelkami.
To idealnie chłodzi.
============================
Wprowadzenie tych zasad dla koszmarnie projektowanych i „tanio” budowanych domów poza miastami w USA pozwoliłoby na szybkie wyłączenie jednej trzeciej reaktorów jądrowych – one pracują „na klimatyzację” milionów tych podmiejskich bud.
https://pch24.pl/105-lat-po-bitwie-warszawskiej-czas-na-nowy-cud-nad-wisla

(fot. „1920 Bitwa Warszawska” / Materiały prasowe)
105 lat temu Wojsko Polskie zatrzymało bolszewicką nawałę niosącą pożogę i zniewolenie. Tamten „cud nad Wisłą” ocalił świeżo odzyskaną niepodległość. Dziś jednak wolność Rzeczypospolitej jest znów zagrożona – tym razem ze strony wrogów jeszcze bardziej perfidnych niż kałmucka horda z 1920 roku. Ich pokonanie także wymaga cudu, ale nie dokona się on bez naszego wspólnego wysiłku.
Choć w 1920 roku obroniliśmy się przed zalewem bolszewizmu, a w 1989 formalnie wyzwoliliśmy z panującej od 1945 roku czerwonej okupacji, która przyszła po 1945 roku, to nad naszym krajem wciąż krąży widmo komunizmu. I to zarówno w sferze etyki, polityki jak i gospodarki.
Konieczność powrotu do prawa naturalnego
Każde prawo państwowe powinno opierać się na tym naturalnym. Niestety, przedstawiciele polskich władz dość często o tym zapominają. A to w imię pozytywizmu prawnego, a to zobowiązań wobec innych państw. Takim prawem naturalnym jest choćby nierozerwalność więzi rodzinnej.
Jednym z rażących przykładów łamania go jest los mieszkającego do niedawna w Szwecji małżeństwa Ewy i Roberta Klamanów. Urząd socjalny północnego sąsiada Polski im najstarszą córkę, która kłamała na temat rzekomego znęcania się nad nią.
Po pewnym czasie Klamanowie wrócili do Polski z trójką pozostałych córek. Wtedy to szwedzki urząd socjalny zwrócił się do polskich władz o wydanie dzieci w celu umieszczenia ich w pieczy zastępczej w Szwecji. Ministerstwo Sprawiedliwości przekazało sprawę do Sądu Rejonowego w Nysie. Polski kurator, po zbadaniu sytuacji, wydał opinię pozytywną o rodzinie Klamanów. Mimo tego sąd uznał, że Polska nie ma w tej sprawie jurysdykcji i zdecydował o natychmiastowym przekazaniu również trójki pozostałych dzieci do Szwecji.
W efekcie pod koniec czerwca 2024 r. zostały one odebrane rodzicom w asyście polskiej policji i Szwedzki urząd socjalny umieścił je w trzech różnych rodzinach zastępczych. Ta bulwersująca sprawa jest niechlubnym przykładem przedkładania przez państwo bezdusznej procedury nad dobro własnych obywateli.
Historia rodziny Klamanów to bolesne przypomnienie, że polskie państwo zbyt często staje po stronie procedury, a nie po stronie obywatela. Dzieci odebrane przez służby obcego państwa, brak pełnego postępowania wyjaśniającego, pozytywna opinia polskiego kuratora, a pomimo tego – decyzja o natychmiastowym przekazaniu dzieci – odcięcie ich od rodziny i własnego kraju. Trudno, doprawdy, o dobitniejszy przykład naruszenia prawa naturalnego.
Niechęć państwa do naturalnej wolności rodzin widać również w innych sferach życia. I tak na przykład Ministerstwo Edukacji Narodowej proponuje, by szkoły wspierające edukację domową otrzymywały pełną dotację jedynie dla 96 uczniów, zamiast jak to jest obecnie- 200. Zamiast więc wspierać rodziców, którzy sami biorą odpowiedzialność za wychowanie i kształcenie swoich dzieci, państwo stawia im kolejne bariery.
Zarówno przykład Klamanów, jak i na pozór mniej drastyczne cięcia edukacji domowej łamią zasadę subsydiarności, zgodnie z którą państwo pełni rolę pomocniczą wobec obywatela i rodziny. „Nowy cud nad Wisłą” oznacza zatem prymat rodziny i jej ochronę w sądach, urzędach i parlamencie.
Czas na mądrą politykę
Kolejnym zatrutym obszarem III RP jest polityka. Partyjniactwo, warcholstwo, prywata, korupcja, to problemy z bogatą w Rzeczypospolitej tradycją. Czas jednak powiedzieć im dość. A odejście od zbolszewiczenia życia publicznego wymaga wprowadzenia dwóch rzeczy naraz: ograniczenia władzy oligarchii i powstrzymania ochlokracji.
Ideałem byłby powrót do ustroju gwarantującego ciągłość władzy, ustroju, w którym obowiązują przejrzyste zasady odpowiedzialności i hierarchii, czyli do monarchii. Skoro jednak to dziś niemożliwe, trzeba przynajmniej dążyć do systemu przypominającego klasyczną politeię, opartego na poszanowaniu instytucji publicznych i myśleniu propaństwowym.
Dominująca w takim ładzie elita zachowywałaby zdrowy opór wobec nacisków obcych podmiotów, w tym Brukseli. Szanowałaby ludzi bez względu na narodowość, ale zarazem wiedziała, że ma obowiązki głównie względem własnych obywateli. A nie – jak to dziś bywa– stawiała na pierwszym miejscu dobro nielegalnych i nierzadko agresywnych migrantów, ekologistyczną ideologię czy interesy obcych mocarstw.
Niestety, polska scena polityczna bliższa jest teraz farsie niż prawdziwej państwowości (chyba że takiej z dykty i paździerzu). Jedni bronią upartyjnienia sądów, drudzy – w imię populizmu – rozniecają w społeczeństwie nienawiść do sędziów. Oba obozy łamią fundament, na jakim powinno opierać się dobrze urządzone państwo: niezależność wymiaru sprawiedliwości od bieżących rozgrywek partyjnych. Sędzia w państwie cywilizowanym nie jest bowiem ani narzędziem partii, ani jej wrogiem – jest strażnikiem prawa i obrońcą dobra wspólnego.
„Nowy cud nad Wisłą” w polityce wymagałby zatem rozgonienia całej postokrągłostołowej klasy politycznej i dopuszczenia do steru państwa nowego pokolenia – nie „młodych gniewnych” bez dorobku, ale ludzi już dojrzałych, najlepiej majętnych, a z całą pewnością- prawych. W końcu, chcemy przecież ludzi wchodzących do polityki nie po to, by się wzbogacali, ale by służyli społeczeństwu.
Trzeba też pamiętać, że polityka wyrasta z tego, co dzieje się wokół– z życia społecznego. „Niech rozkwita sto kwiatów” – głosił Mao Tse Tung, tylko, że potem zaraz je deptał. W Polsce powinniśmy jednak naprawdę pozwolić zakwitnąć tym kwiatom, nie dopuścić do tego, by zostały zniszczone przez państwową machinę.
Niech zatem rosną oddolne inicjatywy – organizacje sąsiedzkie, koła gospodyń wiejskich, grupy samokształceniowe, stowarzyszenia miłośników historii i tradycji! Niech tworzą się organizacje obywatelskie patrzące każdej władzy na ręce!
Państwo zaś powinno wobec takich inicjatyw zachować zdrowy dystans: nie przeszkadzać, ale też nie rozpieszczać grantami. Publiczne dotacje uzależniają, a uzależnienie to ostatnie, czego potrzebuje społeczeństwo organiczne.
Dlatego ideałem byłoby, aby finansowanie organizacji społecznych przejęły elity – ludzie zamożni, którzy rozumieją, że posiadanie majątku to nie tylko przywilej, ale i obowiązek służenia dobru wspólnemu. To jednak wymagałoby rozwijania takiej gospodarki, która pozwalałaby tworzyć klasę samodzielnych ekonomicznie obywateli – niezależnych od państwowych łask. Bez tego obywatel będzie zawsze petentem, a państwo – wszechwładnym rozdawcą.
…i odejście od gospodarki postbolszewickiej
Niestety, obecna gospodarka to kolejna sfera zbolszewiczenia polskiego państwa. W 2025 roku Dzień Wolności Podatkowej przypadł dopiero na 29 czerwca. To tak jakbyśmy pół roku pracowali tylko po to, by płacić daniny.
Wprawdzie ich część idzie na rzeczy niezbędne: wojsko, policję, sądownictwo, ale też znaczna część służy powiększaniu aparatu biurokratycznego, obsłudze zadłużenia (którego mogłoby wszak w takiej skali nie być), a także zakrojonym na szeroką skalę programom redystrybucyjnym. Czyli kupowaniu głosów.
Polską przedsiębiorczość duszą nie tylko podatki. Niekiedy bardziej uciążliwe okazują się nadmierne regulacje gospodarki. Na początku transformacji koncesji wymagało 11 branż, a obecnie liczba koncesjonowanych branż jest obecnie 3-cyfrowa. Mnożą się regulacje — czy to za sprawą ustaw z inicjatywy krajowej, czy to dostosowania do przepisów narzucanych przez UE.
Jednak nie zawsze tak było. Wszak ustawa Wilczka z 1988 roku zakładała koncesjonowanie jedynie 11 branży. Mieściła się na 5 stronach maszynopisu, zawierała 54 artykuły i prostą jak drut zasadę: co nie jest zabronione, jest dozwolone. Co ciekawe ustawa, niemal w całości, jest zgodna z wymogami Unii Europejskiej, a przy tym – gotowa do wdrożenia od zaraz.
Byłby to bez wątpienia, powiew wolności dla polskiej gospodarki – nie tylko dla gigantów przemysłu, ale przede wszystkim dla małych i średnich przedsiębiorstw. Dziś wiele z nich, uwięzionych w sieci absurdalnych przepisów, przerzuca się do szarej strefy.
Powrót ustawy Wilczka, pełna ochrona rodziny przez państwo i klasa polityczna wierna dobru wspólnemu – to byłby prawdziwy, nowy cud nad Wisłą. I wbrew pozorom- jest on możliwy, choć czasu pozostało już niewiele…
Stanisław Bukłowicz










