Śmieszne i straszne. [Znów o Tygrysie, ale Naszym, Rodzimym]

Śmieszne i straszne. [Znów o Tygrysie]

Izabela BRODACKA

Znane rosyjskie przysłowie mówi, że coś może być jednocześnie straszne jak i śmieszne. Na przykład (trochę to przysłowie cywilizując) głaskanie tygrysa. Zabrzmiałoby to po rosyjsku tak: „Это как гладить тигра-и: страшно и смешно”.

Dokładnie takie są działania obecnego rządu. Takim jest choćby widowiskowe zatrzymanie przez ABW Dariusza Mateckiego w celu dowiezienia go do prokuratury, do której właśnie się udawał, a akcja ABW mu to skutecznie uniemożliwiła. Dariusz Matecki jest między innymi oskarżony o zaniedbania w świadczeniu usług na rzecz Lasów Państwowych. Za mało paproci posadził? Nie podlewał sosenek? Tego samego dnia silna grupa wojskowych poszukiwała w komórce piwnicznej należącej do pani Ewy Stankiewicz wraku Tupolewa. Widzowie telewizji „W Polsce ” mogli na własne oczy podziwiać wojaka grzebiącego w poszukiwaniu tego samolotu w skrzynce ze słoikami wyglądającymi na konfitury. Decyzję w sprawie zatrzymania Mateckiego wydał prokurator nomen omen Ślepokura. Nie znalazł się dyspozycyjny prokurator o mniej wyrazistym nazwisku?

Sejm Rzeczypospolitej zamienił się obecnie w maszynkę do uchylania immunitetów. Uchyla się ich po kilka dziennie. To fenomen nie znany w historii światowego parlamentaryzmu. Obrady Sejmu swym poziomem przypominają tani kabaret uświetniający wieczorek zapoznawczo- pożegnalny Funduszu Wczasów Pracowniczych za czasów realnego socjalizmu. Nie wiadomo czy śmiać się czy płakać.

Podobne wrażenia wywołują wypowiedzi członków komisji śledczych. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski porównuje Putina ze Stalinem na korzyść Putina. „Rosja nie jest naszym wrogiem, a Putin to nie Stalin. Jeśli morduje to detalicznie, a nie hurtowo” – twierdzi i dodaje, że dla zamordowanych jest to wielka różnica.

Szanowny Panie. Dla zamordowanych to naprawdę żadna różnica czy ich zabito w hurcie czy w detalu, różnica jest być może dla pana i dla historii. Sikorski zasłynął również zamieszczonym swego czasu . na Twitterze wpisu, w którym pojawiło się zdjęcie wycieku z gazociągu Nord Stream 2 z dopiskiem „Thank you, USA” .

Natomiast ostatnio Sikorski zaatakował wprost sekretarza stanu USA Marco Rubio oraz szefa Departamentu Wydajności Państwa Elona Muska. W odpowiedzi dowiedział się, że jest małym człowieczkiem i marionetką Sorosa i jedyne co może zrobić to siedzieć cicho. Sikorski jest jak ta przysłowiowa żaba, która podstawia łapę gdy kują konie. Czego można zresztą po nim oczekiwać. Jego perspektywa intelektualna nie przekracza pyskówek odbywających się na Twitterze.

Zauważmy, że Twitter stał się współczesnym maglem gdzie każdy może zaprezentować swoje poglądy i wylewać swoje pretensje do świata. Uprawianie polityki poprzez komentarze na Twitterze jest dokładnie na poziomie dawnego magla. To tak jakby moc sprawczą czy znaczenie dyplomatyczne miały rozmówki sąsiadek czekających na wymaglowanie ich obrusów i prześcieradeł.

Utarczkami na Twitterze jak wiadomo zajmuje się również premier Tusk. Jaki pan taki kram. Ten kram to ludzie, których poziom intelektualny odpowiada jednak chyba premierowi. Jest wśród nich posłanka Jachira która swe życie duchowe realizuje przez inwokacje do włoszczyzny, czy poseł Józefaciuk, który choć jest dumny ze swego przyrodzenia nie zamierza nim publicznie machać i uważa za stosowne poinformować o tym ważnym postanowieniu cały kraj.

To co oni wygadują jest śmieszne lecz jednocześnie straszne gdy się pomyśli, że takie tuzy intelektualne nami rządzą i stanowią prawo. Ministrowie tego rządu nie znają się na niczym, w tym zupełnie się nie znają na problemach swego resortu, Anna Maria Żukowska uważa, że generał Nil i generał Fieldorf to dwie różne osoby. Dała temu wyraz mówiąc: „ Generał Nil, generał Fieldorf, to są bohaterowie”. Rafał Trzaskowski wymienia NATO oraz Sojusz Północnoatlantycki jako dwie odrębne struktury a premier Tusk zapowiada zerwanie przez Polskę konwencji dublińskiej dotyczącej zakazu stosowania amunicji kasetowej, której Polska wcale nie podpisywała. Na czym zna się premier w ogóle trudno ustalić. Gdyby nie kariera polityczna zapewne uczyłby dzieci historii w szkole podstawowej w Kartuzach.

Jakiś czas temu pani Lubnauer pomyliła pisarza Jarosława Marka Rymkiewicza z piosenkarzem Ryszardem Rynkowskim. Prawdziwą burzę w sieci wywołała jednak minister oświaty pani Barbara Nowacka mówiąc o usunięciu z listy lektur szkolnych niejakiego Rymkiewicza . Powinno to spowodować natychmiastowe usunięcie niejakiej Nowackiej ze stanowiska. Nie miałaby okazji bredzić o polskich nazistach, którzy zbudowali obozy koncentracyjne.

Natomiast pewien europoseł cytując rozmowę księcia Bogusława z Kmicicem powiedział: „ Rzeczpospolita to połeć czerwonego sukna”. Pan poseł nie odróżniał znaczenia słowa połeć ( kawał słoniny) od słowa postaw ( staropolska jednostka miary tkanin, na przykład sukna).

Ten sam poseł – jak opowiedziała mi pewna tłumaczka – w oficjalnej rozmowie z ważnymi zagranicznymi gośćmi użył sformułowania : „otworzono puszkę z Pandorą”. Tłumaczka przetłumaczyła oczywiście na „Pandora’s box” . Poseł poprawił ją. Chcąc ratować mu twarz tłumaczka powiedziała „pan poseł oczywiście żartuje” Poseł kazał jej wrócić do zwrotu „puszka z Pandorą” i powiedzieć, że wcale nie żartuje. Jego nazwiska przez litość nie podaję.

Joanna Wielgus zaproponowała w imieniu lewicy 35 godzinny dzień pracy. To oczywisty lapsus, pani Wielgus chodziło zapewne o 35 godzinny tydzień pracy. Jednak dla przeciętnego wyborcy zbyt dużo zdarza się członkom rządzącej formacji tych przypadkowych pomyłek i przejęzyczeń. Jakby powiedział zwolennik dialektyki marksistowskiej – ilość przeszła już w jakość. Rządzący powinni zatrudnić specjalistę, może psychiatrę, który tłumaczyłby te ich freudowskie przejęzyczenia stresem związanym ze sprawowaniem władzy.

A obiektywnych przyczyn tego stresu jest wiele. Jak kiedyś trafnie żartował Rafał Ziemkiewicz – zła wiadomość to ta, że rządzi nami gang, dobra, że jest to gang Olsena, który potyka się o własne sznurowadła.

I na to liczymy.

Seven Actions that NATO Countries are Taking which Indicate that Something Really Big is Coming

[To tylko dla pokazania, jak histerię rozlewają… i ten obrazek – właściwie to leń może dalej nie przeglądać. md]

7 Actions That NATO Countries Are Taking Which Indicate That Something Really Big Is Coming

Michael Snyder Mar 20, 2025 michaeltsnyder/7-actions-that-nato-countries

If peace is on the way, why are they feverishly preparing for World War III? It appears to me that NATO countries are convinced that something really big is coming. Is there something that they know that they aren’t telling the rest of us? As I discussed yesterday, things in the Middle East are really heating up, and the conflict in Ukraine has reached a very dangerous stage. If negotiations with Russia fail, both sides are likely to significantly escalate matters in a desperate attempt to win the war, and the Russians could come to the conclusion that a final showdown with NATO has begun. We do not want the Russians to view the conflict in Ukraine in those terms, because they are already extremely paranoid and it wouldn’t take much to push them over the edge. Unfortunately, NATO countries continue to do things that will raise tensions instead of easing them. The following are 7 actions that NATO countries are taking which indicate that something really big is coming…

Michael Snyder’s Substack is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.

#1 France is getting ready to distribute a 20 page survival manual that instructs citizens what to do if a full-blown war erupts

France is the latest country set to issue an invasion survival how-to guide for its citizens.

The 20-page booklet will give advice to French civilians on how to defend the republic in the face of an invasion by signing up to reserve units or local defence efforts.

It will also have tips on how to create a survival kit with essentials including six litres of water, canned food, batteries, and basic medical supplies.

#2 The French government is also telling their citizens to leave Iran “immediately”

French authorities on Thursday requested its citizens to immediately leave the territory of Iran.

The French Foreign Ministry has issued a warning to its citizens amid the release of one of its nationals who had been imprisoned in Iran for over 880 days.

#3 It is being reported that military planners in the UK have ordered special forces units to get ready to be sent to Ukraine…

Special Forces units were told to prepare for mobilisation to Ukraine by military planners tasked with readying forces by the Cabinet Office, according to two military sources with knowledge of the directive.

The command centre for UK military planning, the Permanent Joint Headquarters (PJHQ), was sent directives last week to begin the process for the deployment of personnel and resources.

The orders, which also applied to Special Forces reservists, put personnel on standby in order to ensure military equipment is in working order before receiving a notice to mobilise to Ukraine.

#4 Turkey has announced that it would also be willing to deploy troops to Ukraine “if needed”

Turkey would be ready to deploy troops to Ukraine as part of a broader peacekeeping mission if needed, a Turkish defence ministry source said on Thursday.

“The issue of contributing to a mission … will be evaluated with all relevant parties if deemed necessary for the establishment of regional stability and peace,” the source said.

The Russians have already stated that they will never accept NATO troops on Ukrainian soil under any circumstances.

So why are these nations preparing to send troops anyway?

#5 Poland is preparing for a showdown with Russia by “conscripting every adult male for military training”

Warsaw is preparing to face down any invasion by Vladimir Putin by conscripting every adult male for military training.

But the Eastern European nation also wants nukes and President Andrzej Duda has now said the US could send some of its arsenal to his country.

#6 The Baltic states are jointly constructing a massive defense line that includes six hundred bunkers, tank ditches, dragon’s teeth and rocket systems…

The Baltics are building a joint defence line on their border with Russia that will have some six-hundred bunkers across each border.

It will also include tank ditches, forests, dragon’s teeth, hedgehogs, and rocket systems.

Poland and the Baltics have also withdrawn an international treaty banning anti-personnel landmines as they prepare to stop an advancing Russian army in its tracks.

#7 In a letter that was delivered to the Iranians, Donald Trump has given Iran only two months to reach a peace agreement…

President Donald Trump has given Iran a two-month deadline to reach a new nuclear agreement, according to a report by Axios.

A letter sent earlier this month to Supreme Leader Ayatollah Ali Khamenei warned of consequences if Tehran continued its nuclear program while also offering renewed talks. The message, described as uncompromising, made clear that prolonged negotiations were not an option.

According to Axios, it “isn’t clear whether the two-month clock begins from the time the letter was delivered or from when negotiations start”.

Since the Iranians have already said that there will be no negotiations, I would assume that the clock started when the letter was delivered.

So the good news is that the bombing of Iran will probably not happen next month.

But if Trump is serious, there is a very good chance that it could happen before the midpoint of this year.

Meanwhile, the Ukrainians just conducted an absolutely massive drone strike on a Russian strategic bomber airfield that is located hundreds of miles from the front lines

Ukrainian forces backed by Western munitions and technology struck a major Russian strategic bomber airfield on Thursday with drones, 435 miles from the Ukrainian front lines.

The strike ignited a massive explosion and sent a huge blast of fire into the air at Engels-2 airbase in Russia.

Videos posted by Reuters showed a huge blast spreading out from the airfield and wrecking nearby cottages.

Russia reportedly called this the largest drone attack ever.

The Ukrainians keep trying to provoke the Russians into doing something really dramatic.

One of these days, the Ukrainians might just succeed.

The Russians are fed up with the government in Kyiv. If negotiations with Trump fail, I expect the Russians to bring down the hammer.

We really are right on the verge of an apocalyptic conflict with Russia, and we really are right on the verge of an apocalyptic conflict in the Middle East.

The final exit ramps for both of these conflicts are rapidly approaching, and so let us hope that global leaders make very wise decisions in the months ahead. [hi….hi… pojękuje… md]

===============================

Michael’s new book entitled “Why” is available in paperback and for the Kindle on Amazon.com, and you can subscribe to his Substack newsletter at michaeltsnyder.substack.com.

About the Author: Michael Snyder’s new book entitled “Why” is available in paperback and for the Kindle on Amazon.com. He has also written eight other books that are available on Amazon.com including “Chaos”, “End Times”, “7 Year Apocalypse”, “Lost Prophecies Of The Future Of America”, “The Beginning Of The End”, and “Living A Life That Really Matters”. When you purchase any of Michael’s books you help to support the work that he is doing. You can also get his articles by email as soon as he publishes them by subscribing to his Substack newsletter. Michael has published thousands of articles on The Economic Collapse Blog, End Of The American Dream and The Most Important News, and he always freely and happily allows others to republish those articles on their own websites. These are such troubled times, and people need hope. John 3:16 tells us about the hope that God has given us through Jesus Christ: “For God so loved the world, that he gave his only begotten Son, that whosoever believeth in him should not perish, but have everlasting life.” If you have not already done so, we strongly urge you to invite Jesus Christ to be your Lord and Savior today.

Zuchwałe są te kurwy zboczone. 299 ofiar lekarza, głównie dzieci.

299 ofiar lekarza, głównie dzieci. Przełom w śledztwie

Karol Żak 21 marca rmf/299-ofiar-lekarza-glownie-dzieci

74-letni były francuski chirurg, który stanął przed sądem za molestowanie seksualne 299 swoich pacjentów, przyznał się do wszystkich zarzutów. To przełom w tej sprawie. Jego ofiarami były głównie dzieci. Proces ten stał się największym procesem o molestowanie dzieci w historii Francji.

Joel Le Scouarnec został oskarżony o napaść i gwałt na pacjentach, często będących pod narkozą lub w trakcie wybudzania po operacjach, w latach 1989-2014. Proces w mieście Vannes w zachodniej Francji rozpoczął się na początku marca.

Średni wiek domniemanych ofiar wynosił zaledwie 11 lat. Były to zarówno dziewczynki, jak i chłopcy.

„Mam obowiązek mówić prawdę”

Dotychczas 74-latek przyznawał się tylko do części zarzutów. W wielu przypadkach twierdził, że po prostu wykonywał swoje obowiązki medyczne.

Podczas czwartkowego przesłuchania nastąpił przełom w tej sprawie.

Mam obowiązek mówić prawdę – powiedział Le Scoaurnec podczas czwartkowego procesu za zamkniętymi drzwiami. Jego słowa przekazał agencji AFP Maxime Tessier – prawnik byłego chirurga.

Dalsza część artykułu pod materiałem video:

Zapytałem go, czy zgadza się, że te 299 zarzutów to przestępstwa, odpowiedział „tak”przekazał Tessier.

Przyznanie się do winy jest kluczowym krokiem umożliwiającym ofiarom pójście dalej i dobrze, że nastąpiło to na tym etapie procesu – powiedziała z kolei Frederique Giffard, prawniczka reprezentująca około 15 ofiar. Myślę, że w końcu zrozumiał, słuchając zeznań stron cywilnych w ciągu ostatnich 10 dni, że nie będzie w stanie wiarygodnie utrzymać swojego stanowiska, polegającego na dalszym zaprzeczaniu faktom w niektórych przypadkach – dodała, cytowana przez agencję AFP.

Szokujące odkrycie w domu

Joel Le Scouarnec został zatrzymany po przejściu na emeryturę w 2017 r., kiedy jego 6-letnia sąsiadka powiedziała matce, że molestował ją seksualnie, gdy bawiła się w ogrodzie.

Kiedy policja przeszukała dom mężczyzny, znaleziono 300 tys. nieprzyzwoitych zdjęć i filmów wideo przedstawiających dzieci, 70 lalek wielkości dziecka (niektóre były przykute łańcuchami), peruki oraz setki notatników i pamiętników szczegółowo opisujących akty, których się dopuścił.

W 2020 roku został skazany za gwałt i napaści seksualne na czworgu dzieci, w tym dwojgu z własnej rodziny.

Goebbelsowska propaganda wrze z powodu pokojowych wysiłków Trumpa na Ukrainie

Niemieccy komentatorzy tracą opanowanie z powodu pokojowych wysiłków Trumpa na Ukrainie, nazywają Trumpa „despotą” stosującym taktyki „mafii”

Prawie całą niemiecką klasę polityczną i medialną można nazwać „kurczaczymi jastrzębiami” i te kurczakI p0rzebrane za jastrzębie będą dziobać Trumpa przez następne cztery lata, III RP podąża tym samym tropem.

DR IGNACY NOWOPOLSKI MAR 22

Niemieccy komentatorzy narzekają na wtorkową rozmowę telefoniczną między prezydentem USA Donaldem Trumpem a jego rosyjskim odpowiednikiem Władimirem Putinem, której celem było zakończenie wojny i ostateczne zaprowadzenie pokoju.

Ci komentatorzy coraz częściej uciekają się do bardziej ekstremalnej retoryki przeciwko Trumpowi, nazywając go „despotą” lub oskarżając o stosowanie „mafijnych” taktyk wobec Ukrainy.

Przez cztery lata pierwszej kadencji Trumpa niemieckie gazety obsesyjnie zajmowały się Trumpem, co graniczyło z obłędem. Pierwsze strony gazet były często wypełnione wiadomościami bardziej skupionymi na USA niż na Niemczech.

Ponieważ Trump jest u władzy od nieco ponad dwóch miesięcy, ten trend może być tym razem jeszcze bardziej ekstremalny, szczególnie ze względu na wysiłki Trumpa, aby zaprowadzić pokój na Ukrainie.

Co ciekawe, żaden z tych komentatorów, pomimo ich głębokiego patriotycznego zapału do wspierania Ukrainy przeciwko złemu Putinowi, nie pojawił się nigdzie w pobliżu frontu. Zamiast tego chcą wysłać tam więcej Ukraińców, aby zginęli na wojnie, podobnie jak szef niemieckiego wywiadu Bruno Kahl otwarcie mówi, że powinno się to kontynuować — przez kolejne pięć lat, nie krócej.

Na wypadek, gdyby na Ukrainie zabrakło rekrutów, Berlin jest gotowy wysłać do walki WP III RP, samodzielnie lub w ramach “europejskiej Bundeswery”.

Źródło: german-commentators-lose-their-minds-over-trump-peace-efforts

Grzegorz Braun miał za duże poparcie w sondzie, więc ją usunęli [FOTO]

Braun miał za duże poparcie w sondzie, więc ją usunęli [FOTO]

21.03.2025 braun-mial-za-duze-poparcie-w-sondzie-wiec-ja-usuneli

grzegorz braun
Grzegorz Braun / fot. X / Konfederacja Korony Polskiej

Na stronie gazeta.pl znajdowała się sonda. Jak przyznaje redakcja portalu, z powodu dużego poparcia dla Grzegorza Brauna została ona usunięta z serwisu.

Demokracja jest dla demokratów dobra, jeśli wygrywa „właściwy” kandydat. Jeśli wygrywa ktoś, kogo nie lubią, to wówczas jest populizm, faszyzm, rasizm, antyszczepionkizm i ruska agentura.

Idealnym przykładem na to jest to, co zrobił serwis gazeta.pl. Jak jedna z wielu redakcji wykorzystujących kampanię wyborczą do zwiększenia ruchu, zamieściła luźną sondę dla internautów, by oddali głos, którego kandydata popierają.

Jak się okazuje, pojawiło się ogromne poparcie dla Grzegorza Brauna. Widzieli to inni użytkownicy.

Efekt? Sondę usunięto ze strony.

W tym miejscu była sonda dotycząca szans wyborczych kandydatów, jednak w krótkim czasie jeden z nich (Grzegorz Braun) uzyskał kilka tysięcy głosów. Z uwagi na skrajną nie-reprezentatywność tej sondy, zdecydowaliśmy się ją wyłączyć” – czytamy na stronie gazeta.pl pod artykułem na temat wyborów.

Warto zwrócić uwagę, że zabieg cenzorski zredagowany jest jakby w formie zarzutu. Jak bowiem Grzegorz Braun śmiał mieć zwolenników więcej, niż podają trefne sondażownie?

Screen z portalu zaczął krążyć po Internecie i stał się istnym hitem. Przykład cenzury antysystemowego kandydata ze strony niby-demokratycznego medium wywołał wielkie emocje.

„Widocznie demokracja była mało demokratyczna” – przekonywał Rezydencja Bukietów.

„Oczywiście że nie reprezentatywna, bo nie klei im się w całość. Taki mały wariant rumuński jak dla mnie” – zwrócił uwagę Serwis.

Gdyby nie unijne opłaty, mielibyśmy najtańszy prąd w Europie. A tak…mamy Kloskę

Gdyby nie unijne opłaty, mielibyśmy najtańszy prąd w Europie.

A tak czeka nas cenowa apokalipsa

21.03.2025 nczas/gdyby-nie-unijne-oplaty-mielibysmy-najtanszy-prad-w-europie

Elektrownia Bełchatów.
Elektrownia Bełchatów. / Fot. PAP

Polska Izba Gospodarcza Sprzedawców Węgla (PIGSW) stwierdziła, że „gdyby nie opłaty ETS moglibyśmy mieć praktycznie najtańszy prąd w Europie, z opłatami ETS mamy niemal najdroższy”.

Z opublikowanego w ubiegłym tygodniu raportu PIGSW wynika jasno, że powodem drożyzny energetycznej, która bezpośrednio uderza w Polaków i będzie uderzać coraz mocniej nie jest jakiś „kryzys energetyczny”. Powodem jest unijny system ETS.

PIGSW w swoim raporcie powołuje się na informacje analityków Biura Maklerskiego Pekao SA.

„Koszty emisji CO2 stanowią od 59 proc. (stare bloki na węgiel kamienny) do 68 proc. (bloki na węgiel brunatny) kosztów wytwarzania energii elektrycznej” – czytamy.

„W przypadku gazu koszty emisji CO2 to 25 proc. ceny wytwarzania energii elektrycznej, jednak sam gaz jest o ponad 80 proc. droższy od węgla, co finalnie daje zbliżoną cenę energii elektrycznej wynoszącą ponad 400zł/MWh. Warto zauważyć, że koszt wytworzenia jednej megawatogodziny energii po odliczeniu opłaty emisyjnej dla węgla kamiennego wynosi jedynie od 133 zł (nowe bloki węglowe) do 181 zł (stare bloki węglowe). W przypadku węgla brunatnego koszt wytworzenia jednej megawatogodziny energii to jedynie 138 zł” – podaje PIGSW.

Nowy system handlu emisjami ETS2, który ma zacząć obowiązywać już od 2027 roku obejmie także sektor transportu i budownictwa. Nałożony zostanie dodatkowy haracz do zapłaty pod pretekstem emisji CO2.

Średnie gospodarstwo domowe emituje rocznie około 6 ton CO2. Oznacza to dodatkowy koszt 1,2 tys. zł w skali roku na gospodarstwo.

„Dla przeciętnej polskiej rodziny (statystycznie średniej na bazie danych GUS) skumulowany dodatkowy koszt ETS2 w przypadku ogrzewania gazem wyniesie w latach 2027–2030: 6 338 zł, a w latach 2027–2035: 24 018 zł. W przypadku wykorzystania węgla będzie to odpowiednio 10 311 zł i 39 074 zł. Aby pokryć dodatkowe koszty związane z ETS2 przeciętna polska rodzina w 2027 roku w przypadku ogrzewania gazem będzie musiała wydać równowartość 45 proc. (w 2030 r. – 82 proc.) miesięcznego minimalnego wynagrodzenia, a w przypadku ogrzewania węglem 73 proc. (w 2030 r. – 134 proc.)” – wyliczono w raporcie „Analiza wpływu ETS2 na koszty życia Polaków”.

Warto zauważyć, że oznaczać to będzie w przypadku najuboższych rodzin, że na samo ogrzewanie wydana zostanie ponad jedna pensja minimalna. I to nie z powodu braku możliwości, tylko z powodu klimatycznej ideologii.

ETS2 związane jest z unijnym pakietem Fit for 55. Zakłada on ograniczenie emisyjności CO2 o co najmniej 55 proc. do 2030 roku w stosunku do poziomu z 1990 roku.

Führer Niemiec – Friedrich Merz – w szale wojennym i zakupowym. Ile to jest 1,7 biliona?

Führer Niemiec – Friedrich Merz – w szale wojennym i zakupowym – ile to jest 1,7 biliona?

Po ponad 80 latach Niemcy znów mają Führera, który w niczym nie ustępuje staremu pod względem kłamstwa i megalomanii, wydając jednocześnie kwoty, które dla większości ludzi są niewyobrażalne

DR IGNACY NOWOPOLSKI MAR 21

Wstęp

Wczoraj przeczytałem w Internecie następujące słowa – niestety bez podania autora: Coś takiego jeszcze się nie zdarzyło: człowiek, który nie został jeszcze wybrany na kanclerza, a mimo to negocjuje największe zadłużenie w historii Republiki Federalnej Niemiec z partiami, które przegrały wybory, w Bundestagu, który już dawno został rozwiązany.

Gdybyś 10 lat temu opisał Niemcowi obecne zachowanie Friedricha Merza, uznano by cię za niepoczytalnego i umieszczono w klinice bez wzbudzania żadnego zamieszania.

Friedrich Merz, który odmawia utworzenia koalicji z AFD, ponieważ oskarża ich o prawicowy ekstremizm, przygotowuje Niemcy do wojny z Rosją. AFD chce pokoju z Rosją, Rosja szuka pokoju, Amerykanie chcą pokoju, a Merz sprzeciwia się wszystkim, którzy szukają pokoju.

W tym tygodniu Handelsblatt poinformował, że można wydać do 1,7 biliona. Ten artykuł udowodni, że ten plan to szaleństwo, po prostu przedstawiając tę ​​astronomiczną liczbę w perspektywie dla zwykłych ludzi.

Ile to jest bilion sekund?

Uważam, że niewiele osób jest w stanie określić wielkość tej liczby.

Spróbujmy:

Ile czasu upływa w ciągu miliona sekund? – Prawidłowo, 12 dni

Ile czasu upływa w bilionie sekund? – Pomylisz się, jeśli powiesz kilka lat. To dokładnie 31 709 lat. To rzeczywiście dawno temu. Ziemię zamieszkiwały tygrysy szablozębne i mamuty włochate, miała miejsce ostatnia epoka lodowcowa. Rzym został założony dopiero dobre 28 000 lat później.

Zakładam, że wszyscy czytelnicy są w pewnym sensie przytłoczeni faktem, że bilion to tak dużo.

1,7 biliona dolarów

Obecny dług Niemiec na szczeblu federalnym

Na dzień 30 czerwca dług federalny Niemiec wynosił 1,621 biliona – czyli 1621 miliardów euro. Odpowiada to stosunkowi długu publicznego do produktu krajowego brutto wynoszącemu 62,4%.

1,7 biliona dolarów to sto razy więcej, niż wszystkie spółki indeksu DAX razem wzięte zarobiły w 2023 roku.

Friedrich Merz podwoi ten dług. Doprowadziłoby to do wskaźnika zadłużenia wynoszącego 125% – co umieściłoby kraj w sąsiedztwie Grecji (158%) .

Dodatkowe obciążenie odsetkami

Dodatkowe obciążenie odsetkami od kwoty 1,7 biliona euro wyniesie 47,6 miliarda euro rocznie, jeśli do obliczeń zostanie użyta obecna stopa oprocentowania 10-letnich niemieckich obligacji skarbowych wynosząca 2,8%.

Łączny zysk Volkswagena, Mercedesa-Benza i BMW wyniósł w 2024 r. 29,2 mld euro. Niemieckie koncerny motoryzacyjne nie byłyby więc w stanie zapłacić odsetek od tego szaleństwa, gdyby wszystkie swoje zyski wysyłały do ​​Berlina.

Nie ma szans na spłatę tego długu

W 2024 r. Niemcy zebrały podatki dochodowe w wysokości 181,95 mld euro na szczeblu federalnym. Oznacza to, że przez prawie 10 lat 100% całkowitych podatków dochodowych musiałoby zostać wydane na spłatę 1700 mld euro.

Wniosek

Nawet nie wspominając, że działania Friedricha Merza są więcej niż prawnie wątpliwe, już z kwoty 1,7 biliona euro jasno wynika, że ​​stracił rozum. Ta bonanza długu doprowadzi byłego mistrza świata eksportu i byłą perłę przemysłu do finansowej ruiny.

Przez wiele lat niemiecka elita polityczna skarżyła się na Rosję, kraj, któremu zawdzięczała tanią energię, dzięki której Niemcy stały się przemysłowym klejnotem świata. Rosja wybaczyła Niemcom, którzy mieli na sumieniu 27 milionów Rosjan; Rosjanie nie zapomnieli o tych okrucieństwach, ale Niemcy, a raczej niemieckie kierownictwo, tak, ponieważ to, co myślą, wybierają lub chcą Niemcy, jest w Germanii ponownie rzeczą przeszłości. Niemcy zwróciły się wówczas władczo przeciwko Chinom, obecnemu klejnotowi przemysłowemu, który w przeciwieństwie do Niemców nie przespał głównych trendów. Na koniec, ale nie mniej ważne, niemieckie kierownictwo ślini się na USA, kolonialnego władcę Niemiec, który dokonał politycznego zwrotu o 180 stopni i teraz dąży do pokoju z Rosją. Dlatego też nie jest w żadnym wypadku niestosowne opisanie zachowania Friedricha Merza jako megalomanii.

Pani Baerbock, która w czasie pełnienia funkcji ministra spraw zagranicznych uczyniła z Niemiec pośmiewisko na arenie międzynarodowej, tuli się do nowego rządu syryjskiego, który składa się z terrorystów. Od około dwóch tygodni w Syrii morduje się cywilów, kobietom i dzieciom odcina się głowy, co jest oczywistą koniecznością na drodze do demokracji. Pani Baerbock wydaje się zgadzać z tym. Nawiasem mówiąc, nie polecam naszym czytelnikom oglądania filmów z tych wydarzeń, których tysiące są zamieszczane w mediach społecznościowych; to koszmary, które pozbawią was snu. Pani Baerbock przelewa 300 milionów euro tym właśnie panom. Pani Baerbock, która wkrótce straci pracę, wydaje się mieć szczególne talenty. Ma zostać nową przewodniczącą Zgromadzenia Ogólnego ONZ .

Zdolna pani Baerbock – nie może to być zasługą wykształcenia, inteligencji ani manier, ale jej poprzedniego zawodu prostytutki

ŹRÓDŁO: sonar21he-fuhrer-of-germany-friedrich-merz-in-a-war-and-spending-frenzy-how-much-is-1-7-trillion

Trump kasuje resort edukacji.

[„Nowacka i Lubnauer na bezrobocie” – może na seks-workerki?? md]

Trump kasuje resort edukacji. „Powinniśmy jak najszybciej zrobić to samo”

21.03.2025 hnczastrump-kasuje-resort-edukacji

Donald Trump podpisał w czwartek rozporządzenie wykonawcze o zlikwidowaniu resortu edukacji. Prezydent de facto pogrzebał ministerstwo – pisze AFP. Ale zapowiadając na konferencji prasowej jego rozmontowanie, oznajmił, że nie ucierpią „uśmiechnięte buźki dzieci”.

Rozporządzenie nakazuje szefowej ministerstwa Lindy McMahon „podjęcie wszelkich niezbędnych kroków w celu ułatwienia zamknięcia Departamentu Edukacji i zwrócenia władzy edukacyjnej amerykańskim stanom, przy jednoczesnym zapewnieniu skutecznego i nieprzerwanego dostarczania niezbędnych świadczeń i programów”. Trump ogłosił wcześniej w czwartek, że zadaniem McMahon jest zlikwidowanie własnego stanowiska.

Pozostałe fundusze resortu nie mogą „promować DEI (Diversity, Equity and Inclusion – co można przetłumaczyć jako Różnorodność, Równość i „Inkluzywność”), ani też ideologii gender”.

Podatnicy nie będą już musieli wydawać dziesiątek miliardów dolarów na progresywne eksperymenty społeczne i przestarzałe programy” – oświadczył Biały Dom, który skrytykował też szkoły za propagowanie „radykalnych, lewicowych” idei w szkołach – relacjonuje AFP.

Trump wielokrotnie wzywał do likwidacji resortu, nazywając go „wielkim oszustwem”. Zaproponował jego zamknięcie w okresie swojej pierwszej prezydentury, ale Kongres nie podjął takich starań. Republikanie od dawna starali się uszczuplić finansowanie i wpływy resortu.

McMahon obiecała, że federalne finansowanie szkół przyznane przez Kongres w celu pomocy okręgom i uczniom o niskich dochodach będzie kontynuowane, utrzymane mają zostać pożyczki studenckie i skodyfikowane usługi dla dzieci niepełnosprawnych, ale amerykańskie media podkreślają w czwartek, że z pewnością wprowadzone przez Trumpa zmiany odbiją się na uczniach szkół w najbiedniejszych okręgach. [Tak, tak, szczególnie tych, co kuleją, biedactwa, na lewą nóżkę md]

Federalne subwencje dla takich placówek czy pomoc dla dzieci mających problemy z nauką staną pod znakiem zapytania.

Trump przyznał w zeszłym miesiącu, że będzie potrzebował poparcia Kongresu. Ministerstwo nie może zostać bowiem zlikwidowane bez przyjęcia ustawy głosami 60 senatorów, podczas gdy Republikanie dysponują w Senacie 53 miejscami.

W minionym tygodniu grupa demokratycznych prokuratorów złożyła pozew sądowy, aby zablokować likwidację resortu oraz zwolnienia prawie połowy jego personelu.

Resort edukacji nadzoruje w USA około 100 tys. szkół publicznych i 34 tys. szkół prywatnych, jakkolwiek ponad 85 proc. finansowania szkół publicznych pochodzi od władz stanowych i lokalnych. Zapewnia m.in. federalne dotacje dla szkół i programów, pensje nauczycieli zajmujących się dziećmi ze specjalnymi potrzebami, finansowanie programów artystycznych oraz wymianę przestarzałej infrastruktury. Nadzoruje również wydatkowanie 1,6 bln dolarów na pożyczki studenckie.

„Nowacka i Lubnauer na bezrobocie”

Do informacji o likwidacji resortu edukacji w USA odnieśli się m.in. poseł Konfederacji Korony Polskiej Roman Fritz oraz polityk Konfederacji Jacek Wilk.

„Wyobrażacie sobie ten wspaniały dzień, gdy urzędasy nie będą mieć wpływu na wychowanie naszych pociech?
Przestaje istnieć @MEN_GOVPL, a @barbaraanowacka i @KLubnauer na bezrobocie!
Dzieci wolne od deprawacji i demoralizacji!
=======

„Trump zlikwidował ministerstwo edukacji.

Można? MOŻNA

Jeśli chcemy podnieść poziom nauczania, powinniśmy jak najszybciej zrobić to samo” – skwitował Jacek Wilk.

Bruno Kahl (szef BND) : Zakończenie wojny na Ukrainie przed 2029 – niekorzystne dla „Europy”. Oburzenie na Ukrainie.

Ostateczna zagłada Ukrainy; identyczny scenariusz jest gotowy dla III RP!

Źródło:rmx/outrage-after-german-intelligence-chief-says-ukraine-war-should-keep-going-for-another-5-years

DR IGNACY NOWOPOLSKI MAR 21

Wojna na Ukrainie pochłonęła już setki tysięcy istnień ludzkich, jednak szef niemieckiego wywiadu przewiduje, że straty będą o wiele większe, a ukraińska opozycja reaguje oburzeniem.

Bruno Kahl, szef Federalnej Służby Wywiadowczej (BND), skomentował to w wywiadzie, mówiąc: „Jeśli wojna na Ukrainie zakończy się wcześniej niż (w 2029 lub 2030 r.), wówczas wszystkie środki (Rosji) – zarówno techniczne, jak i materialne – będą w stanie znacznie wcześniej zagrozić Europie”.

Na Ukrainie ta część wywiadu spotkała się z ostrą krytyką.

Niemiecka gazeta Berliner Zeitung pyta teraz: „Czy wojna będzie prowadzona na plecach Ukrainy?” Być może śmieszne pytanie na ten temat jest już prowadzone na ich plecach przez ostatnie trzy lata.

Gazeta pisze dalej: „Na Ukrainie ten fragment wywołuje emocje. Odczytano w Kijowie: Szef niemieckiego wywiadu publicznie oświadcza, że ​​wojna na Ukrainie nie powinna zakończyć się przed 2029 r. W przeciwnym razie Rosja mogłaby szybciej wykorzystać swoje zasoby, aby zagrozić Europie”.

Innymi słowy, porozumienie pokojowe nie przyniosłoby korzyści Europie, gdyby doszło do niego przed upływem najbliższych pięciu lat. Zamiast tego niemiecki szef sugeruje, że w interesie Europy leży dalsze wysyłanie fal ukraińskich mężczyzn na śmierć na froncie.

Była premier Ukrainy, która nadal pozostaje jednym z najpotężniejszych głosów w kraju, Julia Tymoszenko, zareagowała na wypowiedzi Kahla. Na swojej stronie na Facebooku napisała, że ​​„coś wymknęło się” z ust Kahla, czego Ukraińcy „nie chcieli przyznać” sami przed sobą.

„Czy ktoś postanowił zapłacić za wyczerpanie Rosji w imię bezpieczeństwa w Europie istnieniem Ukrainy i życiem setek tysięcy Ukraińców? Nigdy nie myślałam, że będzie to omawiane tak oficjalnie i otwarcie” – napisała. Następnie wezwała Zełenskiego do natychmiastowego zakończenia wojny i podpisania porozumienia pokojowego.

Jako przewodnicząca opozycyjnego Stowarzyszenia Ojczyzna Tymoszenko [Батьківщина] skarżyła się, że nawet najbliżsi sojusznicy Ukrainy przede wszystkim realizują własne interesy. Wzywa ukraiński parlament do zajęcia się oświadczeniem Kahla.

Oleksij Hontscharenko z Europejskiej Grupy Solidarności również złożył podobne oświadczenie na Telegramie: „Nie za pięć czy dziesięć lat. Zakończmy to. Aby odbudować gospodarkę i rozbudować armię. Ważne jest, aby zachować nasz kraj teraz. Nie musimy nikogo ratować. Musimy ratować siebie”.

Ukraiński politolog Anatolij Oktysjuk powiedział, że wypowiedzi Kahla tylko potwierdzają to, co mówił od jakiegoś czasu. „Oczywiście, negocjacje pokojowe i zakończenie naszej wojny są niekorzystne dla Europy. Czy Ukraińcy powinni walczyć tak długo, jak to możliwe, aby w Europie pozostał spokój?”

W mediach społecznościowych Oktysjuk napisał, że Kahl dopiero teraz szczerze przyznał się do tego, o czym Oktysjuk mówił przez ostatnie dwa lata.

Na Ukrainie rośnie niepokój z powodu ogromnych strat, jakie wojna zbiera wśród ludności ukraińskiej, która przeżywa najgorszy upadek demograficzny w całym świecie ze względu na wysoki wskaźnik śmiertelności, niski wskaźnik urodzeń i ogromną falę emigracji.

Krótko mówiąc, Ukraińcy coraz bardziej walczą o ziemię, która może nie istnieć, gdy wojna się skończy. Już teraz pojawiają się apele ze strony liderów biznesu na Ukrainie, aby importować migrantów z Trzeciego Świata w celu zastąpienia mężczyzn, którzy zostali straceni.

Tymoszenko stała się bardziej otwarta w mediach w ostatnich miesiącach i zaczęła krytykować Zełenskiego. Zełenski jednak nie ma się czego obawiać, ponieważ wybory zostały zawieszone na Ukrainie, dopóki trwa wojna. [g. od niego pajaca, to zależy ! md]

The demographic implosion of Ukraine: Women fleeing Ukraine and finding new partners while men find death at the front.

Demograficzna implozja na Ukrainie: Kobiety uciekają z kraju i znajdują nowych partnerów, podczas gdy mężczyźni giną na froncie.

————

NOWOPOLSKI: W III RP mamy tego “przedsmak” od 30 z górą lat: kobiety do zachodnich burdeli, a mężczyźni na zmywaki!

Polskie Radio „Trujka”: Jak rozmawiać o zdrowiu seksualnym z „osobą partnerską”?

Fundacja Pro-Prawo do życia
 Najlepsza profilaktyka dla zdrowia związanego ze sferą cielesną i seksualną to po prostu przestrzeganie szóstego przykazania.

===========================

A zboczeńcy: Najpierw rozwiązłość a potem HIV – „edukacja zdrowotna” w praktyce

Szanowny Panie Mirosławie! 
Polskie Radio opublikowało wywiad z „edukatorką seksualną” i aktywistką na rzecz wprowadzenia tzw. „edukacji zdrowotnej” do polskich szkół. Płynący z rozmowy przekaz można streścić krótko: współżyj kiedy tylko masz ochotę i z kim masz ochotę. Pamiętaj tylko, aby „dla zdrowia” po zmianie kolejnego partnera seksualnego zrobić badania na HIV, HCV, kiłę, grzybicę i szereg innych chorób.
Najlepszą ochroną przed tego typu chorobami jest przestrzeganie 6 przykazania i wierność w związku małżeńskim. Taka perspektywa w ogóle nie mieści się jednak w głowach „edukatorów seksualnych”. Środowiska te zachęcają najpierw do totalnej rozwiązłości seksualnej, a następnie do „profilaktyki zdrowotnej”, którą ma być nieustanne badanie się na HIV i inne zakażenia intymne.
Właśnie tak rozumianego „zdrowia” będą nauczać już od 1 września, kiedy to nowy przedmiot „edukacja zdrowotna” wejdzie do wszystkich szkół. Trzeba dotrzeć z ostrzeżeniem do kolejnych rodziców!
Kilka dni temu Polskie Radio Trójka wyemitowało program na temat tego: jak nauczyć się rozmawiać o zdrowiu seksualnym z „osobą partnerską”? Gościem rozmowy była Magdalena Ankiersztejn-Bartczak – „edukatorka seksualna”, która działa m.in. na rzecz wprowadzenia do polskich szkół „edukacji zdrowotnej”.

Oto fragment tej rozmowy:

„Choroby przenoszone drogą płciową to nie tylko HIV, kiła czy grzybica: to może być np. WZW typu B i C. Jak nauczyć młodych ludzi, by rozpoczynając aktywność seksualną, były wolne od wstydu, który tak często paraliżował (i paraliżuje wciąż) ich rodziców? – Przede wszystkim otwarcie rozmawiać. Nie chodzi o to, by straszyć, że seks to tylko choroby albo nieplanowana ciąża. Nie! Seks ma być przyjemnością wtedy, kiedy mamy na to ochotę, jesteśmy na to gotowi, kiedy czujemy, że ta druga osoba jest dla nas dobrym partnerem czy partnerką. I bez lęku o te wszystkie sprawy chorobowe. Powinniśmy umieć zadbać przede wszystkim o siebie. Czyli kiedy kończymy relację, robimy sobie badania i to jest dla nas oczywiste. A kiedy wchodzimy w nową relację, to też razem z partnerem idziemy takie badania wykonać: są punkty anonimowego, bezpłatnego badania w kierunku HIV, HCV i kiły.” 

Innymi słowy – „edukatorka seksualna” zachęca odbiorców do tego, aby współżyli kiedy tylko mają na to ochotę i z kim mają na to ochotę. Proszę zwrócić uwagę, że mowa jest przy tym o „osobie partnerskiej”, a nawet nie o „partnerze” lub „partnerce”, gdyż w świetle ideologii LGBT, którą kierują się „edukatorzy seksualni”, dozwolone są wszelkie konfiguracje – homoseksualne, biseksualne, transseksualne itp. „Zdrowie” polega w tym wszystkim na tym, aby po zakończeniu kolejnej takiej relacji seksualnej razem z nową „osobą partnerską” udać się na badania w kierunku HIV, syfilisa, kiły, grzybicy i innych chorób przenoszących się przede wszystkim poprzez kontakty seksualne. 

Warto w tym momencie po raz kolejny przypomnieć fragment wywiadu z seksuologiem Zbigniewem Izdebskim, który z ramienia rządu Tuska został koordynatorem powstania podstawy programowej do przedmiotu „edukacja zdrowotna”. Izdebski zapytany w jednym z wywiadów medialnych, czy to prawda, że przeciętny homoseksualista ma ok. 200 partnerów seksualnych w ciągu życia, odpowiedział:

„Moje badania pokazują, ilu partnerów może mieć, ale nie musi mężczyzna homoseksualny. Mamy tu bowiem też do czynienia z dużymi różnicami indywidualnymi. Tak, około dwustu. W związku ze stylem życia mężczyzn homoseksualnych ta liczba partnerów seksualnych może szokować na tle mężczyzn heteroseksualnych. Ale to jest pewna forma obyczajowości przyjętej w tej grupie.”

Podsumowując: „róbta co chceta” a potem HIV i syfilis – oto recepta na „zdrowie”, która ma być już od 1 września upowszechniana we wszystkich szkołach w Polsce.
 Ktoś mógłby zadać w tym momencie pytanie – a co jeżeli ktoś naprawdę się zarazi, bo przy takim „stylu życia” to przecież bardzo prawdopodobne? W takim przypadku „edukatorzy zdrowotni” rozkładają ręce i nie mają już nic do zaoferowania, oprócz odesłania młodego człowieka na leczenie polegające na długotrwałej terapii i przyjmowaniu rozmaitych preparatów medycznych, często do końca życia. 

Proszę zwrócić uwagę, że to bardzo podobny proces jak w przypadku aktywistów aborcyjnych, którzy są ściśle powiązani z „edukatorami seksualnymi” i aktywistami LGBT. Działalność organizacji aborcyjnych polega przede wszystkim na tym, aby namówić kobietę (zwłaszcza młodą dziewczynę w trudnej sytuacji życiowej) do aborcji. Najlepiej, aby takiej aborcji dokonać za pomocą pigułek poronnych kupionych od aborcjonistów.

 Po zakupie tabletki śmierci i połknięciu jej aborcjoniści przestają się interesować kobietą. Na aborcyjnych grupach dyskusyjnych można znaleźć wiele świadectw i relacji kobiet, które omal nie umarły na skutek komplikacji i powikłań po samodzielnych aborcjach wywołanych w domu pigułkami. Pod tzw. „kliniki aborcyjne” w krajach Zachodu regularnie podjeżdżają karetki i wywożą z nich kobiety z silnym krwotokiem oraz innymi poważnymi dolegliwościami po aborcji. Ale to już aborcjonistów nie interesuje – dla nich najważniejsze jest, aby namówić kobiety do aborcji i kupna pigułek. Podobnie jak „edukatorów seksualnych” interesuje to, aby namówić młodych ludzi do rozwiązłości i eksperymentów seksualnych, a co potem to już nie ich problem. 

Tak właśnie będzie rozumiane „zdrowie”, które już od 1 września tego roku będzie nauczane we wszystkich szkołach w ramach „edukacji zdrowotnej”. To wszystko z prawdziwym zdrowiem nie ma nic wspólnego, gdyż rozmaici „edukatorzy” i aktywiści używają tego terminu w znaczeniu wyłącznie ideologicznym i w oderwaniu od jakiejkolwiek rzeczywistości. Najlepsza profilaktyka dla zdrowia związanego ze sferą cielesną i seksualną to po prostu przestrzeganie 6 przykazania. Taka perspektywa w ogóle nie mieści się jednak w głowach „edukatorów seksualnych” i „zdrowotnych”, ponieważ ideologia LGBT, którą się kierują, nie posiada takich kryteriów jak czystość, wierność i odpowiedzialność. 

Ujawniona przez MEN podstawa programowa do „edukacji zdrowotnej” prezentuje seksualność w całkowitym oderwaniu od małżeństwa i rodziny. Małżeństwo mężczyzny i kobiety jest co najwyżej wymieniane jako jedna z dostępnych możliwości na równi z homoseksualnym związkiem partnerskim, konkubinatem oraz rozmaitymi innymi „typami związków” dwóch lub nawet większej liczby osób jednocześnie. Jednym z zakładanych przez MEN celów „edukacji zdrowotnej” jest wyrobienie w uczniach szacunku do takich „stylów życia”. Podstawa programowa do „edukacji zdrowotnej” słowem nie wspomina również o tym, że współżycie seksualne musi się wiązać z miłością i odpowiedzialnością. Zamiast tego, uczniowie dowiedzą się, że masturbacja w okresie dojrzewania to „norma medyczna”, poznają różne rodzaje „rodzin” i „orientacji seksualnych”, nauczą się argumentować na rzecz „prawa do aborcji” oraz poznają rozmaite formy „aktywności seksualnych”. To wszystko ma doprowadzić do wytworzenia w uczniach konkretnej postawy – postawy moralnego przyzwolenia na rozwiązłość seksualną.
Dlatego za pomocą kolejnych niezależnych kampanii społecznych trzeba docierać do kolejnych Polaków, w szczególności do rodziców, kształtować ich świadomość i mobilizować do działania. Takie działania budzą kolejnych rodziców w całej Polsce, którzy organizują się i zaczynają wspierać się nawzajem, tworząc zdrowe środowisko dla rozwoju i przejmując odpowiedzialność za wychowanie swoich dzieci. Chcemy, aby takich osób było coraz więcej. Niezbędna jest organizacja kolejnych akcji, kampanii i różańców oraz wydruk tysięcy kolejnych broszur, które trafią do rąk Polaków. Potrzebujemy na te działania w najbliższym czasie ok. 15 000 zł.
Proszę Państwa o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest dla Państwa w obecnej sytuacji możliwa, aby dotrzeć do kolejnych rodziców z ostrzeżeniem przed przymusową deprawacją ich dzieci, która pojawi się w szkołach już od 1 września przyszłego roku.
Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Z wyrazami szacunkuMariusz Dzierżawski
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
stronazycia.pl

Przewodnik po piekle: Kozak

Przewodnik po piekle

Przewodnik po piekle

Sławomir M. Kozak oficyna-aurora/przewodnik-po-piekle

Rok wydania: 2025 Ilość stron: 298

Zarejestruj się i otrzymaj rabat -15%*Promocja dotyczy klientów detalicznych

60 zł

Niniejsza książka jest moim pożegnaniem z szeroko rozumianą publicystyką, którą uprawiałem przez kilka ostatnich lat, a na jej zawartość składają się teksty pisane w roku 2024 i kilku pierwszych miesiącach roku 2025. Jest ona więc z tego powodu, logiczną w rozumieniu technicznym, kontynuacją książek „Rocznik Sadystyczny 2020/2022” i „Wrota Magadanu”. 

Pomieszczone tu teksty są przy tym nie tylko suchym opisem istotnych wydarzeń, ale też mojego ich widzenia i stosunku do nich wyrażanego na gorąco. Moich, niezmiennych przez lata na sprawy najważniejsze, poglądów. To szczególnie ważne dziś, kiedy wiele osób wypowiadających się publicznie, pod wpływem zmiany kierunku politycznego wiatru, przestawia żagle i płynie na fali koniunkturalizmu.

Nie tylko sami pogrążają się przez to w kolejnych kręgach piekła, ale ciągną za sobą ludzi ich słuchających, oglądających i czytających. Stąd też i tytuł tej pozycji, bo choć zaczerpnięty z jednego z rozdziałów, nie tylko przecież odnosi się do opisywanych w nim kwestii, a do całego naszego, jakże krótkiego żywota.

Śmierć dziecka. Zachorowało 30 minut po zastrzykach. Zmarło po następnych 30 minutach.

Nagła śmierć dziecka

20. marca 2025 Ostrzeszów 20.03.2025 nagla-smierc-dziecka

Cały blog jako bezpłatny eBook w formacie pdf.

Najmłodszym przypadkiem był dwumiesięczny chłopiec, który zmarł dzień po otrzymaniu szczepionek przeciwko HIB, rotawirusom i pneumokokom. Dziecko, które zmarło 23 stycznia 2024 r., zachorowało nagle 30 minut po zastrzykach. Asystolia (zatrzymanie pracy serca) wystąpiła w szpitalu 59 minut po szczepieniu. Urywek z dzisiejszego artykułu na tkp.at: Wzrasta liczba zgonów wśród zaszczepionych dzieci. Źródło.

Sanepid może próbować zmusić rodziców do szczepienia dzieci. Sanepid nie odczuje żadnych skutków szczepień – wręcz przeciwnie zastraszy rodziców zmarłego dziecka konsekwencjami szerzenia „dezinformacji”, jeśli zechcą opisać tragiczną historię na niezależnych mediach. Nie medycyna lub związane z nią urzędy, ale rodzice są odpowiedzialni za życie ich dziecka. Niezależnie od tego, czy zdają sobie z tej odpowiedzialności sprawę, czy nie.

Kto ma walczyć o życie i zdrowie dziecka jak nie rodzice? Może ciągle jeszcze polegacie na dobrej woli Ministerstwa Zdrowia, Izb Lekarskich i Sanepidu? Wola owszem jest, ale czy dobra? Pokazała nam epoka wielkiej, zakłamanej korony, jak można na nich polegać. Zakaz wstępu do lasu z pewnością stymulował nasze zdrowie. Ci urzędnicy, podobnie jak polscy politycy – obojętne czy z PiS-u, PO czy którejkolwiek z rządzących partii, są zaprzedani siłom globalistycznym i reprezentują w Polsce interesy z Davos. Poniższy film naturalnie, że pokazuje z przesadą tendencje władzy, ale czy jest aż tak bardzo nierealny?

„Dobrowolne” szczepienia.
Firma Boosta chętnie cię zawiezie do punktu szczepień.
Źródło: Telegram 10.12.2022 r. 12:41.

Cóż więc możemy zrobi? W majowych wyborach prezydenckich kandyduje tylko jedna osoba, która jest zagrożeniem dla globalistów. Wszyscy inni zostaną przez nich zaaprobowani, bo to są ich ludzie. Pomyślcie, który z nich jest solą w oku urzędników wielbiących zielony ład? Jest tylko jeden taki kandydat, który swoim ruchem gaśnicowym przekonuje coraz więcej Polaków, że warto walczyć o nasze, Polskie interesy.

Konopie indyjskie mają 34 elementy leczące raka i nie są zatwierdzone przez FDA.
Chemioterapia bazuje na zatruwaniu ludzi gazem musztardowym i jest zatwierdzona przez FDA.

Niech to do ciebie dotrze.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

COVID odszedł, „Komunia na rękę” została… Bugninim się… przypomina

COVID odszedł, „Komunia na rękę” została. To znak egalitarnej rewolucji w Kościele  

pch/covid-odszedl-komunia-na-reke-zostala

Czasy „pandemii” wszystkim nam utkwiły głęboko w pamięci. Wizyty w kościele w tym okresie należały do szczególnie „symptomatycznych”. Z jednej strony świątynie świeciły pustkami – ale z drugiej sama liturgia naznaczona była „sanitarną” specyfiką. Dotknęła ona i tego, co dla nas najświętsze – Ciała Chrystusa. W czasach obostrzeń zalecono w końcu rozdawanie Komunii na rękę. Obłęd „lockdownu” przeminął, ale ta praktyka została z polskimi katolikami na dobre. Była, widać, czymś więcej, niż „mądrością etapu”. Wszak do obrońców Komunii na rękę należał sam współtwórca „reformy liturgicznej” – abp Annibale Bugnini. Duchowny ten dostrzegał specyficzne „zapotrzebowanie” na zmieniony sposób komunikowania, w którym to sam wierny kładzie Ciało pańskie w swoje usta.

Komunia na rękę: odporna na uwagi wiernych, biskupów… i papieża   

Już na początku „pandemii” koronawirusa polski episkopat wpadł na pomysł, aby w tych okolicznościach zachęcić do częstszego udzielania Komunii w postawie stojącej na rękę. W ramach przeciwdziałania zarażeniom abp Stanisław Gądecki apelował, by instruować wiernych o możliwości przystępowania w ten sposób do Eucharystii. Ówczesny przewodniczący KEP wydał komunikat w tej sprawie jeszcze nim nad Wisłą wykryto pierwszy przypadek zarażenia.

Zostawmy na marginesie pytanie, czy zakażenie koronawirusem było groźbą na tyle poważną, by silić się na te wyjątkową ostrożność. COVID, który zapamiętamy z „bezobjawowych” infekcji i wątpliwej skuteczności testów, odszedł. Komunia na rękę została zaś z nami. Obecnie już 5 lat minęło odkąd zawitała na tak szeroką skalę do polskich świątyń…

Ale to nie jedyna rocznica. Niemal dokładnie przed dwudziestoma laty– w marcu 2005 roku – polski episkopat jednogłośną decyzją dopuścił przyjmowanie Komunii świętej w ten zmieniony sposób w naszym kraju. Pandemiczna rzeczywistość miała zatem jedynie rolę popularyzującą tę praktykę. To, co stanowiło dawniej sporadycznie widywaną rzadkość, sanitarna gorliwość uczyniła normą.

To nie jedyne okoliczności, które przetrwała Komunia na rękę. W najnowszej historii Kościoła wykazała się ona niebywałą wręcz żywotnością. Ostała się mimo niechęci sporej części wiernych i niejednego duchownego. Nie doprowadziły do jej ograniczenia obawy o utratę partykuł Hostii i zmartwienie wiernych o brak należnej czci dla Eucharystii, wyrażane prywatnie, jak i w zorganizowanych akcjach polskich katolików w ostatnich latach.

Sumień nie poruszyły i zastrzeżenia części hierarchów wobec podawania najświętszego Sakramentu do rąk komunikujących. Wyraził je na przykład bp Krzysztof Białasik, polski ordynariusz diecezji Oruro. W dekrecie z 2015 roku hierarcha zakazał przyjmowania Komunii na rękę. Jak przypominał, praktyka ta nie została przez Kościół dopuszczona na równych zasadach, co przyjmowanie Ciała Pańskiego do ust. W „Memoriale Domini” Paweł VI zastrzegał, że przyjmowanie Komunii świętej do ust właściwie wyraża cześć dla realnej obecności Chrystusa w Eucharystii i stanowi uniwersalne prawo Kościoła – podkreślał polski biskup boliwijskiej diecezji.  

Wspominany papieski dokument ma kluczowe znaczenie w dyskusji o Komunii na rękę. To bowiem interwencja Pawła VI w sprawie Komunii na rękę, której praktyka również zdołała się oprzeć. Nie jest tajemnicą, że taki sposób przyjmowania Ciała Pańskiego pojawił się w Kościele w skutek samowoli niektórych zachodnioeuropejskich duchownych. Ci m.in. w Holandii i Niemczech zaczęli w okresie soborowym udzielać Najświętszego Sakramentu wbrew przepisom liturgicznym i tradycji do rąk komunikujących.W wydanym w 1969 roku „Memoriale Domini” Paweł VI odpowiadał na popularyzację tej praktyki. Instrukcja Ojca świętego przypomniała wprost, że powszechnym prawem Kościoła, które należy utrzymać, jest komunikowanie wprost do ust.

„Z punktu widzenia całego współczesnego Kościoła, należy zachować ten sposób rozdawania Komunii świętej, nie tylko dlatego, iż opiera się on na tradycji wielu wieków, ale szczególnie dlatego, iż jest on oznaką czci wiernych dla Eucharystii. Praktyka ta w żaden sposób nie umniejsza godności tych, którzy przystępują do tego wielkiego sakramentu, ale jest częścią przygotowania, niezbędnego dla jak najbardziej owocnego przejęcia Ciała Pańskiego”, czytamy w dokumencie z końca lat 60-tych.

„Na dodatek, ten sposób komunikowania, który należy teraz rozważać jako zwyczajowo nakazany, daje lepsze zapewnienie, iż Komunia święta będzie rozdawana z odpowiednią czcią, oprawą i godnością; że uniknie się jakiegokolwiek niebezpieczeństwa sprofanowania Eucharystii, w której: cały i pełen Chrystus, Bóg i człowiek, jest substancjalnie zawarty i niezmiennie obecny w szczególny sposób. A wreszcie, że szczególna ostrożność, jaką Kościół zawsze nakazywał wobec najmniejszych nawet kawałków konsekrowanego chleba, będzie zachowana: Skoro pozwoliłeś, iż cokolwiek się straciło, pomyśl o tym, jakbyś stracił swoje własne członki”, dodawał papież.

Rozstrzygnięcie Pawła VI w sprawie Komunii na rękę było więc jasnym opowiedzeniem się przeciwko jej szerokiemu zastosowaniu. W dokumencie Ojciec Święty zgodził się na jej zastosowanie przez niektóre episkopaty, ale wyjątek ten miał dotyczyć jedynie tych miejsc, gdzie praktyka Komunii na rękę była już głęboko zakorzeniona.   

„Jeżeli przeciwny temu sposób, a konkretnie, rozdawanie Komunii świętej na rękę, rozwinął się już w jakimś miejscu, to, aby pomóc konferencjom episkopatów wypełnić ich pasterski obowiązek w jakże często trudnej obecnie sytuacji, Stolica Apostolska powierza konferencjom obowiązek i funkcję osądu konkretnych uwarunkowań, jeżeli takie zachodzą. Mogą one dokonać tego osądu, pod warunkiem, iż wnikliwie zadba się o usunięcie wszelkiego niebezpieczeństwa braku czci albo złego mniemania o Eucharystii świętej, które mogłoby pojawić się w umysłach wiernych, jak również wszelkich innych niestosowność”.

W tych słowach w „Memoriale Domini” Paweł VI zagwarantował niektórym diecezjom specjalny indult, pozwalający na praktykę, której rozszerzenia nie chciał i któremu sprzeciwiła się również większość katolickich biskupów. W papieskim dokumencie poznać można również odpowiedzi hierarchów na pytania Stolicy Apostolskiej o ich aprobatę dla zmienionego sposobu przyjmowania Komunii. Była ona wyraźnie mniejszościowa.

A jednak – podczas, gdy również sprawowana na zasadach indultu Msza w tradycyjnym rycie rzymskim dziś traktowana jest coraz mniej chętnie, Komunia na rękę awansowała do rangi obowiązującej reguły i w wielu kościołach stanowi dominantę. Krytyka tej formy – nieakceptowanej dawniej przez większość biskupów i ocenionej z rezerwą przez samego Pawła VI jest już „nie na miejscu”. W komunikacie polskiego episkopatu na temat Komunii na rękę z 3 października 2020 roku dowiedzieć się można w zasadzie, że sięganie po podobne zastrzeżenia to rodzaj siania niepotrzebnego zamętu.

„Prawo oceniania i zmieniania praktyki liturgicznej należy do Stolicy Apostolskiej i dopóki ona uznaje Komunię na rękę za godziwy sposób udzielania wiernym Ciała Pańskiego, nikt nie powinien tego sposobu potępiać. Kto zaś to czyni, wprowadza nieład i podział w rodzinie Kościoła”, czytamy w sygnowanym przez bp. Adama Bałabucha. Niestety, pełny stosunek stolicy apostolskiej nie został przy tym nawet wspomniany w episkopalnym orzeczeniu. Jego świadomość wyparowała. Jakimś cudem Komunia na rękę stała się już równoprawną i tak samo wartościową formą przyjmowania Ciała Pańskiego.

Obawy o brak czci dla Eucharystii według dokumentu Konferencji Episkopatu Polski z jesieni 2020 roku można rozwiązać wskazaniem, by „szafarze udzielający Komunii na rękę poczuwali się do szczególnie wielkiej dbałości o cześć wobec Najśw. Sakramentu, zwracając uwagę na to, aby przy Komunii nie dopuścić do gubienia okruszyn Hostii. W tym celu powinni dbać o jakość stosowanych do Mszy hostii, z wielką uwagą dbając o to, aby się nie kruszyły i nie pozostawiały na dłoniach wiernych okruszyn (…)”.

Nawet gdyby to – zdaje się – nie mające przełożenia na praktykę zalecenie wypełniano, widać doskonale, że problemu Komunii na rękę nie sposób sprowadzić jedynie do tej kwestii. Paweł VI zaznaczał, że komunikowanie wprost do ust gwarantuje „odpowiednią cześć, oprawę i godność” kultu eucharystycznego. Nie chciał ekspansji innego sposobu przyjmowania Ciała Pańskiego, ze względu na jego symboliczny wymiar…

Hannibal ante portas

A to właśnie rewolucyjna tendencja, jaką wyraża ten ostatni zdaje się stać za żywotnością i rozszerzeniem zmienionego sposobu przyjmowania Ciała Pańskiego. „Ducha”, o którym mowa, uwidacznia słynny artykuł o Komunii na rękę abp. Annibale Bugniniego z 1973 roku. Jest on o tyle wart uwagi, że hierarcha ten uznawany jest za jednego z głównych autorów posoborowych zmian liturgicznych. W swoim tekście duchowny Komunię na rękę wiązał ścisłą logiką z rewolucją w rycie rzymskim. 

W opublikowanym na łamach L’Osservatore Romano tekście duchowny przekonywał, że podawanie Eucharystii na rękę było powszechne w starożytności. To zdaje się dobrze poświadczone przez historię twierdzenie. Trzeba jednak zastrzec, że dawna komunia na rękę nie miała wiele wspólnego z obecnym jej wydaniem.

Tak, czy inaczej za przyczynę odejścia od tego zwyczaju abp Bugnigni uważał swojego rodzaju „klerykalizację” kultu bożego. Zdaniem hierarchy podawanie Komunii świętej wprost do ust od VIII lub IX wieku miało źródło w „stopniowym usunięciu laikatu z liturgii i w ogóle z całej przestrzeni sakralnej, zastrzeżonej wyłącznie dla konsekrowanych, a w niektórych wypadkach jedynie wyświęconych kapłanów”.

„Liturgia w gruncie rzeczy z bycia czynnością całej wspólnoty kościelnej, jak była na początku przez cały okres wczesnego chrześcijaństwa, stała się stopniowo res clerici (łac. sprawą kleryków). Na przełomie VIII i IX weku świeccy zostali niemal całkowicie wykluczeni z celebracji”, przekonywał w swojej popularnej publikacji abp Bugnini. Według niego odwrócenie kapłana twarzą ku ołtarzowi, czy odmawianie kanonu w ciszy, dawniej obecne w rycie rzymskim, miły taki sam rodowód.  

Ten wektor liturgicznych zmian w „Memoriale Domini” Paweł VI ukazał jako sam w sobie dodatni. Papież zaznaczył w dokumencie, że stopniowe otoczenie Najświętszego Sakramentu coraz większą czcią było źródłem dobrej normy, jaką jest udzielanie Komunii świętej wprost do ust. W ujęciu Bugnieniego historyczny rozwój katolickiej liturgii to wyraz wykluczenia świeckich z celebracji. „Obawa, by uniknąć lub zapobiec brakowi czci była silniejsza, niż ta o udział wiernych przy stole eucharystycznym. Nowy sposób przyjmowania, zabraniający świeckim dotykania Eucharystii, wydawał się bardziej zgodny ze świętością Tajemnicy Eucharystycznej: tylko poświęcone ręce mogły ważyć się dotknąć Ciała Pańskiego”, tłumaczył wpływowy arcybiskup.

W opisie tym wydaje się tkwić nieco fałszywej mitologii. O ile bowiem świeccy zostali rzeczywiście postawieni w roli mniej aktywnej, to przecież uwagi o ich wykluczeniu z uczestnictwa w najświętszych obrzędach są zgoła bezpodstawne. Wszak uczestnictwo w liturgii nie polega na aktywizmie, ale uzyskaniu dostępu do nadprzyrodzonych łask dzięki sakramentowi. Dychotomii – powaga kultu i cześć dla Eucharystii i wykluczenie wiernych nie ma. Udoskonalenie liturgii w kierunku bardziej skupienia na kulcie i uczczenia świętości nie odrzuca świeckich, a po prostu stawia ich w roli przyjmujących… adekwatnej do faktu, że żadnego udziału w łaskach wysłużonych nam przez Chrystusową Mękę dzięki własnej aktywności nie mamy…

Jak zaznaczał w artykule „Historia obrzędu udzielania Komunii świętej” ks. Martin Lugmayr FSSP opublikowanym na łamach „Christianitas” odejście od Komunii na rękę dokonało się zarówno w zachodnim, jak i wschodnim chrześcijaństwie. Była to więc szeroka zmiana praktyki, wynikająca z podniosłości kultu. Przeznaczenie Komunii świętej wyświęconym jedynie szafarzom nie było sprzeczne z zasadami pierwszego chrześcijaństwa – a stanowiło raczej powszechnie wyciągnięcie konsekwencji z czci dla Ciała Pańskiego. Przecież święto Bożego Ciała i procesje z Najświętszym Sakramentem też nie są starożytną, a dopiero wypracowaną w średniowieczu praktyką. Podobnie nie wiadomo, by pierwsi chrześcijanie umieszczali Najświętszy Sakrament w monstrancjach i adorowali go, tak jak czynimy to my – ich następcy w wierze. A jednak – to cenne praktyki wyrażające wspólną dla wszystkich pokoleń Kościoła wiarę – w realną obecność Chrystusa w konsekrowanej Hostii… a nawet w jej najmniejszej partykule.

Można więc powiedzieć, że udzielanie Komunii świętej wprost do ust jest wyrazem myślenia o liturgii, w której zasadniczą troską jest uczczenie boskiego majestatu. Tymczasem współcześnie – jak sygnalizowały to przekonania Bugniniego – kult ma stać się planszą egalitarnego wysiłku, zmierzającego do zmniejszenia dystansu pomiędzy kapłanem a wiernym. Tym właśnie przewodniczący soborowej komisji liturgicznej kierował się pochwalając Komunię na rękę i taki duch przenika żyrowaną przez niego reformę liturgiczną. Zmiany, za których twarz uchodzi właśnie abp Bugnini, dotknęły przede wszystkim tych elementów celebracji Najświętszej Ofiary, których kapłan nie sprawował wspólnie z wiernymi, lub w sposób dla nich niezrozumiały.

Wiele w tym kontekście mówi inny charakterystyczny obraz stosunku do Najświętszego Sakramentu w ostatnich dekadach. Rozszerzenie dostępu „nadzwyczajnych szafarzy” do Komunii świętej urosło tak znacznie, że sama nazwa tej posługi stała się pozbawioną treści etykietą. Trwa przy tym emancypacyjna walka, by w imię wyzwolenia do szafarstwa zachęcić kobiety. W niektórych kościołach lokalnych liturgiczne „akcje” przybierają rolę otwartego manifestu na rzecz zmian… Tak właśnie było z głośnym w 2022 roku dopuszczeniem do współprowadzenia za ołtarzem Modlitwy eucharystycznej świeckich kobiet w jednej ze szwajcarskich parafii…

Podobne działania zdaje się inspirować duch egalitarnej rewolucji, który z liturgii czyni przestrzeń rywalizacji o władzę. Kluczowe jest zapewnienie każdemu aktywnego i czynnego uczestnictwa – a dbałość o kult i uczczenie tego, co najświętsze, schodzą na dalszy plan. „Deklerykalizacja” jest tu najlepszą przyjaciółką braku rewerencji. Przekształcenie liturgii tak, by nie zachowywała jasnego podziału na wyświęconych szafarzy sakramentu i jego świeckich odbiorców, niesie w sobie jasny symbol demokratyzacji, a chwila, w której wierny własną ręką prowadza Chrystusa do swoich ust jest jej uderzająco czytelnym znakiem.

Nic dziwnego, że próby upominania się o cześć dla najświętszych postaci nie są w stanie ograniczyć nadużyć „Komunii na rękę”. Ten już nie nowy trend w kulcie eucharystycznym wywodzi się wszak z myśli, która skupienie na uwielbieniu Boga w liturgii wiąże z przesadną „klerykalizacją”. Cześć pada ofiarą programu emancypacji świeckich. Gdy polski episkopat raz zdecydował się dopuścić taki sposób przyjmowania sakramentu, a przy okazji „pandemii” rozszerzyć go, brak dzisiaj kapłanów gotowych zgłosić zastrzeżenia. Kto śmiałby bowiem „narzucić” wiernym, jak mają podchodzić do Komunii świętej? Kościół nie chce dziś przecież rządzić, a rewolucja nie znosi kroków wstecz.

Filip Adamus 

Globalne ocieplenie zaskoczyło klimato-ideologów: 300 ekspertów od płonącej Ziemi uwięzionych w śniegu…

Globalne ocieplenie zaskoczyło klimato-ideologów: 300 ekspertów od płonącej Ziemi uwięzionych w śniegu…


13 marca 2025 roku natura postanowiła zażartować sobie z ekspertów od płonącej Ziemi i globalnego ocieplenia. Około 300 uczestników konferencji klimatycznej zostało uwięzionych przez potężną burzę śnieżną w górach Big Bear w Kalifornii. Ci sami eksperci, którzy zapewne podczas obrad w YMCA Camp Whittle w Fawnskin alarmowali o topniejących lodowcach i zanikających opadach śniegu, zostali zmuszeni do przedłużenia pobytu z powodu… nadmiaru śniegu.

Matka Natura wykazała się wyjątkowym poczuciem humoru, zasypując okolicę około 60-centymetrową warstwą białego puchu, skutecznie zamykając drogę ucieczki dla naukowców i aktywistów, którzy prawdopodobnie właśnie skończyli ostrzegać przed ocieplającym się klimatem. Trudno o bardziej obrazową lekcję pokory wobec sił natury – te same osoby, które na co dzień analizują wieloletnie trendy klimatyczne, nie przewidziały zwykłej burzy śnieżnej na dzień swojego wyjazdu.

Sytuacja nabrała komicznego wymiaru, gdy okazało się, że autobusy mające odwieźć uczestników do domów utknęły w śniegu. Według raportów straży pożarnej hrabstwa San Bernardino, początkowo siedem autobusów nie mogło ruszyć, a później dwa kolejne utknęły na drodze Highway 18. Trudno wyobrazić sobie lepszą ilustrację przepaści między teorią a praktyką – eksperci od klimatu musieli zostać uratowani przez straż pożarną wyposażoną w pojazdy specjalnie przystosowane do poruszania się w śniegu, których istnienie w świecie „globalnego ocieplenia” miało przecież stać się zbędne.

Straż pożarna hrabstwa San Bernardino przeprowadziła akcję ratunkową używając pojazdów typu „snow cat”, ewakuując tych, którzy nie mogli opuścić obozu o własnych siłach. Stacja 96 w Fawnskin została przekształcona w punkt ogrzewania dla przemarzniętych bojowników o redukcję emisji CO2. Ironiczny jest fakt, że uczestnicy konferencji, którzy zapewne dyskutowali o kurczących się zapasach wody pitnej i zagrożeniach dla bezpieczeństwa żywnościowego, sami stanęli przed podobnymi problemami – zapasy jedzenia przygotowane na czas konferencji szybko się wyczerpały.

Co ciekawe, nie wszyscy zgadzają się co do braku zapasów. Fernando Sarmiento, pracownik obozu, zaprzeczył w mediach społecznościowych, twierdząc, że obóz miał wystarczającą ilość jedzenia i wody. Czyżby alarm o braku zasobów był tak samo przesadzony jak niektóre alarmistyczne prognozy klimatyczne?

Wydarzenie wywołało falę komentarzy w mediach społecznościowych. Użytkownik platformy X o pseudonimie TonyClimate trafnie zauważył, że „naukowcy klimatyczni lepiej przewidują przyszłość za 100 lat niż pogodę na następny dzień”. Trudno o celniejszy komentarz. Ci sami eksperci, którzy z pewnością przedstawiają szczegółowe modele klimatyczne sięgające 2100 roku, nie byli w stanie przewidzieć zwykłej burzy śnieżnej i odpowiednio zaplanować powrotu do domów.

Straż pożarna przypomniała przy okazji o konieczności używania łańcuchów śniegowych podczas podróży w góry zimą – rada, która najprawdopodobniej nie straci na aktualności w najbliższych latach, wbrew tezom o drastycznie ocieplającym się klimacie.

Konferencja była wydarzeniem lokalnym, a nie międzynarodowym szczytem klimatycznym. Możemy się tylko domyślać, czy w programie znalazły się wykłady o zmniejszającej się pokrywie śnieżnej w górach Kalifornii. Jeśli tak, to natura dostarczyła uczestnikom 60 centymetrów dowodów podważających ich teorie, zmuszając ich jednocześnie do przedłużenia pobytu w miejscu obrad – w końcu, kto lepiej usłyszy przesłanie natury niż ci, którzy twierdzą, że mówią w jej imieniu?

„Wielki Nieobecny”. Dlaczego kultura milczy o pandemii?

„Wielki Nieobecny”. Dlaczego kultura milczy o pandemii?

Filip Obara pch24/wielki-nieobecny-dlaczego-kultura-milczy-o-pandemii

Covid w wymiarze symbolicznym. Kulturowym. Czy kojarzą Państwo jakieś dzieła czy refleksje – choćby eseistyczne –które traktowałyby niedawną „pandemię” w ten sposób? Wśród niewielu ujęć literackich czy filmowych jest książka Zaraza, której autor – Krystian Kratiuk – zadaje pytanie: Co jest prawdziwą zarazą naszych czasów? To, czy wielka mistyfikacja, jaką był Covid, nie pokazuje w krzywym zwierciadle znacznie poważniejszej choroby – choroby naszej duszy – to ważne pytanie. Ale dziś chciałbym zadać inne: Dlaczego kultura milczy o „pandemii koronawirusa”?

Natchniony autor księgi Eklezjastyka (w nowym tłumaczeniu: Mądrości Syracha) – rozszerzając opis stworzenia człowieka, który znamy z księgi Genesis – wskazuje, że Bóg, stwarzając mężczyznę i kobietę, „dał im radę i język, i oczy, i uszy, i serce ku myśleniu i nauką rozumu napełnił ich”. Czyż można krócej i trafniej opisać, czym jest człowiek? Chciałbym zwrócić uwagę szczególnie na język. Oczywiście nie jako narząd, tylko jako obraz świata, bo język jest przecież nie tylko narzędziem komunikacji, ale i niesamowitym – właściwym tylko człowiekowi – skarbcem znaczeń i oknem na rzeczywistość. Zresztą sam Eklezjastyk, czy też Syrach, używa tego słowa, by opisać również moralną kondycję człowieka, gdy wspomina o ludziach „dwoistego języka”, przeciwstawiając ich tym, których cechuje „wdzięczny język”.

Dlaczego o tym piszę? By zwrócić uwagę, jak ważne jest to, co się pisze, a także to, co się pokazuje na ekranie. To mówi o tym, kim jesteśmy i w jakim momencie swych dziejów się znajdujemy. Problem z Covidem polega na tym, że o nim… się nie pisze. Nie pokazuje się go. Właściwie to nawet się o nim nie mówi, bo wszyscy chcą zapomnieć. Bo trudno zrozumieć to, co się wydarzyło. Bo realia lockdownów i przymusu medycznego przerastają nasze wyobrażenie. To jest absurdalne. Nie da się tego przypisać do żadnego znanego nam z doświadczenia zjawiska. Z drugiej strony, ci, którzy wprowadzali pandemię i którzy w nią wierzyli, też nabrali wody w usta, bo trudno przyznać się do błędu, nawet kiedy już wszystko jest oczywiste.

„Wielki Nieobecny” – tak skrajni sceptycy mówili o wirusie z Wuhan. Negowanie istnienia wirusa uważam za przesadę, ale niewątpliwie Wielkim Nieobecnym jest on w światowej kulturze. A chyba nie powinien. Przecież „pandemia” była najpoważniejszym doświadczeniem zbiorowym w naszym życiu. Dla Polaków ważniejszym niż atak na WTC, bo to – choć udzieliło nam się w nastroju – jednak działo się daleko, za oceanem. Nie przeżyliśmy żadnej wojny na swojej ziemi. Nie przeżyliśmy kataklizmów. Przeżyliśmy „pandemię”.

Przeżyliśmy czas, w którym wszystkich nas bombardowano dezinformacją, a dzieci z lękiem zamykały okna, gdy policyjne „szczekaczki” obwieszczały: „UWAGA, UWAGA! MAMY STAN PANDEMII. PROSZĘ NIE WYCHODZIĆ Z DOMÓW”. Przeżyliśmy czas zbiorowej psychozy i zbiorowej wrogości. Czas, w którym staruszki na osiedlu agresywnie zwracały uwagę mamom, że ośmieliły się wyjść z dziećmi na spacer. Czas, w którym za swobodne oddychanie świeżym powietrzem bez maski na twarzy można było być zwyzywanym na ulicy od „płaskoziemców”. Czas, w którym bezprawnie (czego dowiedziono potem w sądach) zamykano restauracje i inne biznesy. Czas, w którym pogwałcono najświętsze z praw – prawo do sprawowania kultu Bożego i zamknięto kościoły przy aprobacie duchowieństwa. Czas, w którym można było stracić pracę za niepoddanie się eksperymentowi medycznemu. Czy mam wymieniać dalej? Nie ma takiej potrzeby. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że milczenie w tym przypadku nie jest normalne. Tak wielkie i tak ważne doświadczenie powinno było doczekać się „swoich” dzieł w kulturze.

Pandemia jest niefotogeniczna

Tymczasem, gdy o tym myślę, to przychodzi mi jeden przykład do głowy: Miłość, seks & pandemia – obsceniczna ramota największego hochsztaplera polskiego kina, Patryka Vegi. Zapytałem nawet chataGPT, który wymienił mi kilka różnych książek i filmów, które pierwszy raz widziałem na oczy. Można wchodzić w takie ciekawostki, jak to, że już w listopadzie roku 2020 wydano antologię wierszy pandemicznych (Together in a Sudden Strangeness: America’s Poets Respond to the Pandemic), ale faktem pozostaje, że zbiorowa wyobraźnia nie miała okazji „przepracować” twórczo tego największego z naszych zbiorowych doświadczeń.

O ile łatwiej odpowiedzieć na pytanie „Co mówią o nas dzieła, które powstały?”, o tyle kłopotliwe wydaje się to, gdy powiemy: „Co mówią o nas dzieła, które nie powstały?”. Brak danych utrudnia klarowną odpowiedź. Pozostaje nam sfera luźnej refleksji. A do tego absurdalnej. Bo czy można oberwać po głowie młotkiem… którego nie ma? Równie trudno byłoby nakręcić o nim film. A jednak wszyscy oberwaliśmy! Dlaczego więc to doświadczenie zostało owiane swoistym tabu?

Pandemii nie było. Myślę, że od przyznania tego faktu należałoby zacząć naszą zbiorową terapię. Bo skoro nie było prawdziwej pandemii, to musiało być co innego. Młotka nie było, ale guzy na głowach niektórzy noszą do dziś albo już nie noszą, bo zmarli przedwczesną śmiercią (mowa o poszkodowanych przez eksperyment „szczepień” czy tych, których nie przyjęto do szpitali).

Ale co było? Oszustwo, mistyfikacja, spisek, eksperyment socjotechniczny? Czy te motywy nie pojawiają się w filmach i książkach?

A może problem jest dużo łatwiejszy do rozwiązania, ponieważ powodem, dla którego główny nurt kultury nie podejmuje tematu Covida nie jest wstyd, lecz to, że pandemia, której nie było, jest siłą rzeczy… niefotogeniczna? Dzieła o prawdziwych zarazach robią wrażenie, bo z jednej strony mamy pomór, a z drugiej przykłady bohaterstwa osób, które poświęcają się, by pomagać cierpiącym i umierającym. Nawet film Epidemia strachu (nota bene, nienajlepszy) opowiada o prawdziwej zarazie, choć jedną z postaci jest „foliarz” z YouTube’a, który tę zarazę neguje.

Jak opowiadać językiem literatury czy kina o wielkim przekręcie, który uknuto w ustronnych gabinetach „Władców Świata”? Czy nie byłoby to pretensjonalne? Nudne? Taki motyw mógłby być tłem dla fabuły kryminalnej (jak „kabała” możnych tego świata jest tłem dla akcji serialu Czarna lista), ale jak go ująć „solo”? Pokazuje to, że ten wielki przekręt jest czymś nowym, ponieważ nigdy wcześniej nie umożliwiały go warunki techniczne, a więc to wszystko, czego Zachód nauczył się od komunistycznego reżimu w Chinach (kontrola elektroniczna czy też stłumienie zrywu narodowego w Kanadzie przy pomocy zamrożenia środków bankowych online).

Szczerze mówiąc, nie przychodzi mi do głowy, co ciekawego (i nie niszowego) można by napisać albo nakręcić na temat Wielkiego Nieobecnego i jego arcydziwnych czasów. A może się mylę i wcale nie jest on niefotogeniczny? Co Państwo o tym myślą?

Filip Obara

Minister Kotula donosi do Prokuratury. Czemu? ABOTAK…


Minister Kotula donosi na nas do Prokuratury
RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Minister (pseudo)Równości Katarzyna Kotula chce zakazać manifestacji prolife pod Abotakiem.

Złożyła zawiadomienie do organów ścigania, aby usunęły nas sprzed aborcyjnej rzeźni.

Kotuli przeszkadza, że protestujemy przeciw zabijaniu dzieci. Przez pikiety ŻiR-u ośrodek aborcyjny wciąż nie może wystartować z działalnością, a jego pracownice narzekają, że jest niekomfortowo i nikt do nich nie chce przyjść.

Potwierdzam. Stoimy na Wiejskiej w Warszawie już dobre kilka dni i poza starymi lewicowymi działaczami nie pojawia się tam nikt nowy. Faktycznie, w obliczu zmasowanych protestów może być trudno zrobić tu aborcję.

Z pewnością zapyta Pan teraz: ale co konkretnie napisała Kotula w zawiadomieniu przeciw prolajferom? Już odpowiadam. Minister twierdzi, że pod Abotakiem ktoś klnie. Jestem zaskoczony, bo Różaniec i puszczane z megafonu teksty o aborcji to nie przekleństwa. Za to sama Kotula wiele razy publicznie wykrzykiwała na ulicach niecenzuralne teksty. 

Czy pamięta Pan aborcyjne strajki po wyroku Trybunału Konstytucyjnego o aborcji eugenicznej w 2020 roku? Katarzyna Kotula wiodła prym na licznych wiecach, krzycząc słowo „wyp…” oraz hasło zapisywane w formie charakterystycznych ośmiu gwiazdek. Aborterzy wzywali wtedy także, aby zrobić „dym w kościołach”, podjudzali tłum, by niszczyć mienie publicznepluli na policjantów (zostali za to uniewinnieni w sądzie).

Protesty prolife pod Abotakiem są całkowicie pokojowe, a Fundacja Życie i Rodzina rejestrując legalnie kolejne pikiety, korzysta z prawa do wolności zgromadzeń, które gwarantuje nam Konstytucja RP oraz stosowne ustawy.

Rozdźwięk pomiędzy metodami aborterów a naszymi jest aż nadto widoczny.

Ale to właśnie metoda skrajnej lewicy: zamknąć usta obrońcom dzieci, zakazać im manifestacji, nałożyć kary za to, że sprzeciwiali się aborcji. Jednocześnie – kryć przestępców i nie reagować, gdy ktoś nakłania do aborcji, popularyzuje ją, handluje nielegalnymi tabletkami do mordowania dzieci.

Drogi Panie, sytuacja z Kotulą przypomina mi wiele podobnych spraw poza granicami Polski. W Irlandii, Anglii, Hiszpanii, Francji i wielu innych krajach pokojowe protesty przed klinikami aborcyjnymi są już zakazane. 

W Szkocji specjalne strefy buforowe wokół klinik dotyczą nawet posesji prywatnych – nie wolno już nawet we własnym domu robić nic przeciw aborcji (np. na głos się modlić), jeśli czynność ta może zostać usłyszana z zewnątrz przez klientów zmierzających na zabieg zamordowania dziecka.

W USA 23 osoby odsiadywały niesprawiedliwe wyroki za opór przeciw aborcji, dopóki nowy prezydent Donald Trump nie doszedł do władzy i ich nie ułaskawił.

W Polsce ma nastać proaborcyjny zamordyzm, a ośrodek Abotak i zawiadomienie złożone przez Katarzynę Kotulę, to test, jak się zachowamy my, obrońcy życia.

Dlatego kontynuujemy protest i zapraszamy do niego wszystkich. Będziemy od teraz pod Abotakiem, przy ul. Wiejskiej 9 w Warszawie w każdą sobotę od godziny 16 – wtedy aborterki chcą otwierać swoją placówkę.

Oprócz tego na stronie www.StopAbotak.pl podamy kolejne daty i godziny protestów. Będziemy pokazywać aborcję i głośno przeciw niej protestować, a także modlić się o zamknięcie tego lokalu i o uniemożliwienie działania wszystkim, którzy chcą zabijać polskie dzieci.

Akcję tę przeprowadzamy dzięki hojności Darczyńców Fundacji Życie i Rodzina. Bardzo proszę o wsparcie, bo polegamy w tym trudnym czasie na Dobrych Ludziach – takich jak Pan. 

Wspieram Stop Abotak!

Dziękuję za każdą wpłatę, a także – to ważne – za modlitwędobre słowopodawanie tej informacji dalej.

Serdecznie Pana pozdrawiam,

Krzysztof Kasprzak
Krzysztof Kasprzak
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Musimy ratować życie dzieci, którym zagraża Aborcyjny Dream Team. Nie możemy dać się usunąć spod Abotaku. Pańskie wsparcie jest w tej chwili nie do przecenienia. Za każdą jego formę – z serca dziękuję.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Wycinają hektary puszczy amazońskiej pod autostradę. Pojadą nią na… szczyt klimatyczny

Wycinają hektary puszczy amazońskiej pod autostradę. Pojadą nią na… szczyt klimatyczny

https://pch24.pl/wycinaja-hektary-puszczy-amazonskiej-pod-autostrade-pojada-nia-na-szczyt-klimatyczny

Jak donosi BBC, tysiące kilometrów kraratowych chronionych obszarów Puszczy Amazońskiej zostało wycięte w Brazylii pod budowę czteropasmowej autostrady. Jak na ironię, droga powstaje w ramach przygotowań do konferencji klimatycznej COP30.

30. doroczna konferencja klimatyczna konferencja ONZ w sprawie zmian klimatu ma odbyć się w brazylijskim Belém (stan Pará) w dniach 10–21 listopada. Na COP30 spodziewanych jest ponad 50 tys. uczestników, w tym wielu światowych przywódców.

Organizacja wydarzenia przyczynia się jednak do dewastacji całych połaci lasów deszczowych Amazonii, o których ochronę tak głośno gardłują uczestnicy światowych konferencji. Do miasta Belem budowana jest bowiem czteropasmowa autostrada, pochłaniająca tysiące hektarów bezcennej dla środowiska dżungli.

Co ciekawe, za decyzję odpowiedzialny jest urzędujący prezydent Brazylii, lewicowiec Luiz Inácio Lula da Silva. Polityk chwali się, że w końcu odbędzie się „COP w Amazonii, a nie COP o Amazonii”. Konieczność organizacji wydarzenia została wykorzystana jako pretekst do wznowienia prac nad arterią komunikacyjną, które trwają z przerwami od 2012 r.

Adler Silveria, sekretarz ds. infrastruktury stanu Pará, przekonuje, że projekt jest nie tylko „zrównoważony”, ale także ważny dla mobilności w regionie. Twierdzi, że autostrada będzie wyposażona w ekologiczne rozwiązania, takie jak przejścia dla dzikich zwierząt, ścieżki rowerowe i panele słoneczne.

Wycinka amazońskiej dżungli dla celów konferencji ekologicznej to kolejny z mnóstwa przykładów klimatystycznej hipokryzji. Goście, którzy co roku zjeżdżają obradować o zmianach klimatu, swoją działalnością generują ślad węglowy dalece przekraczający obciążenia dla środowiska szarego Kowalskiego. Niektórzy z nich, jak Bill Gates, ostentacyjnie twierdzą, że są częścią „rozwiązania problemu”, co ma usprawiedliwiać ich koszty środowiskowe.

Korzyści z wydobywania i sprzedaży paliw kopalnych czerpią nawet organizatorzy klimatycznych wydarzeń. Podczas COP28 w Dubaju, okazało się, że Sultan al-Dżaber ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich wykorzystał konferencję do zawarcia… kontraktów naftowo-gazowych z 15 krajami.

W przesłaniu uczestników COP nie zmienia się jedno. Wszelkie koszty transformacji energetyczno-społecznej konsekwentnie przerzucane są na barki całego społeczeństwa. Za klimatyczną fanaberię elit przyjdzie nam zapłacić, jak wyliczono w zeszłym roku w Baku,  31,5 BILIONA dolarów do 2030 r. [po naszemu – to ponad trzydzieści tysięcy miliardów. md]

Źródło:  auto-swiat.pl / własne PCh24.pl

Jan Pospieszalski: Wszystkie „dogmaty” przyjęte podczas pandemii jako konsensus naukowy okazały się nieprawdą! 

Jan Pospieszalski: wszystkie „dogmaty” przyjęte podczas pandemii jako „konsensus naukowy” okazały się nieprawdą! 

https://pch24.pl/jan-pospieszalski-wszystkie-dogmaty-przyjete-podczas-pandemii-jako-konsensus-naukowy-okazaly-sie-nieprawda


O tym, że to, co nazywa się teraz, w sprawach tak zwanych zmian klimatycznych, konsensusem naukowym, przyjęto i w dobie pandemii. Wielokrotnie powtarzałem, że wszystkie dogmaty przyjęte jako konsensus podczas pandemii okazały się nieprawdą.

Pierwszy dogmat: że covid jest śmiertelny i nie ma na niego lekarstwa.

Drugi dogmat: że jedynym ratunkiem są pozafarmaceutyczne środki medyczne, czyli izolacja, śledzenie kontaktów, kwarantanna, dystans społeczny, przyłbice, maseczki, spryskiwanie wszystkiego spirytusem, rękawiczki lateksowe, zamykanie szkół, zamykanie szpitali, zamykanie przychodni, zamykanie lasów i cmentarzy.

Trzeci dogmat: że o chorobie nie decyduje zespół objawów – wysoka gorączka, bóle głowy i osłabienie – lecz patyk wsadzony do nosa, czyli test.

I czwarty dogmat: że wybawieniem będzie powszechna immunizacja zastrzykiem mRNA stworzonym według nowej technologii – mówi Jan Pospieszalski w książkowej rozmowie „Warto grać czysto”, poprowadzonej przez Krystiana Kratiuka.

Poniżej, dzięki uprzejmości Wydawnictwa Esprit, prezentujemy fragment książki

***

KK: Czy po wyrzuceniu z TVP nadal uważasz, że warto było rozmawiać?

JP: Oczywiście. Wręcz umocniłem się w tym przekonaniu.

Warto było rozmawiać nawet o covidzie?

Szczególnie o tym. To jedno z największych przeżyć pokoleniowych kilku generacji, w dodatku globalne. Jak można byłoby o nim nie rozmawiać?

Trwasz przy swoim mimo tego, jak cię potraktowali: wyrzucili z pracy i dorobili łatkę szaleńca?

Nie szaleńca, tylko szura, foliarza i płaskoziemcy.

Spełniasz kryteria definicji tych barwnych pojęć?

Oczywiście, zwłaszcza płaskoziemcy. To sformułowanie zresztą jest mi szczególnie bliskie, co zapewne pamiętasz jako redaktor PCh24.pl. Opowieścią o nim podzieliłem się bowiem z widzami tego portalu. Stało się to po tym, jak w jednym z esemesów do mnie użył go główny zamordysta czasów pandemii, profesor Andrzej Horban.

I wcale nie miał na myśli ciebie… Przypomnij więc, jak to było.

Profesor miał na myśli doktora Włodzimierza Bodnara. Otóż docierały wtedy do nas, do ekipy Warto rozmawiać, informacje o lekarzu, który skutecznie radzi sobie z wirusem „kaszel-19”, stosując prosty preparat antygrypowy sprzed wielu lat, produkowany na Węgrzech, gdzie fiolka takiego refundowanego leku kosztuje dziesięć złotych. Słyszeliśmy, że pomaga na najsłynniejszą wówczas chorobę. Zbadałem temat z pomocą ludzi z Rzeszowa, w międzyczasie zaś doktor napisał do ministerstwa o swojej propozycji, by w ogólnokrajową politykę walki z pandemią włączyć amantadynę, środek produkowany na Węgrzech, sprzedawaną pod nazwą Viregyt K.

Zaprosiłem doktora Bodnara do programu. Chciałem jednak, by wystąpił w nim również właśnie profesor Horban, konsultant krajowy w dziedzinie chorób zakaźnych, wtedy też główny doradca prezesa Rady Ministrów do spraw COVID-19. Potwierdził i zapytał, o której i gdzie ma się zjawić. „Dziś zapraszam na Woronicza o godzinie dwudziestej dziesięć, startujemy o dwudziestej trzydzieści pięć” – odparłem. „Okej” – otrzymałem odpowiedź. Chciałem być jednak fair i napisałem, że w programie wystąpią jeszcze doktor Włodzimierz Bodnar z Przemyśla oraz minister Michał Dworczyk.

Jak brzmiała odpowiedź?

Dosłownie tak: „O k…a to obawiam się, że ja nie będę”. Natychmiast zapytałem więc: „Dlaczego, panie profesorze? Błagam, ministra Dworczyka dam osobno na koniec, na dziesięć minut”. Wtedy padła odpowiedź: „To k… nie dotyczyło ministra, tylko dżentelmena z Przemyśla. Nie mam ani ochoty, ani czasu na dyskusję z …”. Tak to dosłownie brzmi, spójrz na telefon.

Rzeczywiście.

Piszę więc dalej: „Panie profesorze, warto rozmawiać w trosce o pacjentów, o to, czy ulegną mitom, czy będą słuchali autorytetów, bardzo pana proszę…”. Zaraz nadchodzi odpowiedź: „Tak, ale istnieje granica, trudno się dyskutuje z płaskoziemcami (choć mają rację)”.

Co to miało znaczyć?

Niech każdy sam się domyśli, profesor Horban nigdy się do tego nie odniósł, mimo iż opisałem już tę korespondencję w mediach.

Do programu jednak przyszedł.

Przyszedł, ale zamiast rozmawiać o wspomnianych osiągnięciach Bodnara, próbował go egzaminować, choćby z ustawy o zawodzie lekarza. Wypadł fatalnie, bo jednak program dotyczył sprawy interesującej wszystkich, kiedy mieliśmy do czynienia ze śmiertelną chorobą, która była przedstawiana jako coś, na co nie ma lekarstwa i co jest zabójcze na masową skalę: przekonywano, że zaraz wszyscy umrzemy, a ci, którzy nie umrą, idąc do Biedronki, będą potykali się o trupy. Skoro pojawił się jakiś ślad, nawet niesprawdzony sygnał, że ktoś może znalazł jakieś rozwiązanie, to w normalnych warunkach takiemu komuś powinno się poświęcić odrobinę czasu, porozmawiać z nim, zrobić wywiady ze świadkami, z pacjentami i tak dalej. Tu do niczego takiego nie doszło. Profesor Horban nie był nastawiony na żadną formę dialogu, porozumienia czy dopytywania, nie był w ogóle ciekawy tego, co się dzieje. Zresztą ten esemes pozwala wnioskować, że on wiedział, że amantadyna działa.

Trudno w to uwierzyć.

Mnie było tym bardziej trudno uwierzyć, zwłaszcza że później dotarłem do dokumentów, z których jasno wynika, że dekadę wcześniej profesor Horban rekomendował amantadynę jako świetny, skuteczny lek przeciwko grypie typu A. Zatem on doskonale wiedział, o co chodzi, doskonale znał ten środek.

W tym kontekście potwierdzam, że jestem płaskoziemcą – skoro nawet profesor Horban przyznaje, że ci wykpiwani ludzie próbujący rozwiązać problem COVID-19 mieli rację. Zachowali zdrowy sceptycyzm, domagali się debaty, sprawdzali źródła naukowe, nie tylko te najpowszechniej cytowane: mieli odwagę szukać w innych miejscach niż punktowane periodyki.

Czy więc nauka abdykowała w okresie pandemii, skoro ci ludzie zostali pogardliwie nazwani płaskoziemcami, szurami i foliarzami?

Nic bardziej mylnego. Istniała przecież grupa rzetelnych, uczciwych naukowców, która podjęła wyzwanie i dekonstruowała tę całą oficjalną pandemiczną narrację. Byli i są też dziennikarze i politycy, którzy do dzisiaj nie odpuszczają. Wiem, że w różnych krajach powoływane są również komisje śledcze, powstają raporty. Więc nauka nie abdykowała, uczciwi dziennikarze nie abdykowali. Już po pandemii, we wrześniu 2022 roku, na łamach „Politico”, które nie jest przecież foliarskim medium, opublikowano efekty dziennikarskiego śledztwa przeprowadzonego wraz z ekipą „Die Welt”. Wykazano, że konstrukcja polityki WHO implementowanej powszechnie na wszystkie kraje przygotowywana była nie przez pracowników, specjalistów czy ekspertów WHO, ale przez ludzi z dużych organizacji pozarządowych, które funkcjonują na obrzeżach WHO.

Oto cytat z tego tekstu: „Największą i najpotężniejszą była Fundacja Billa i Melindy Gatesów. Następna była Gavi, globalna organizacja zajmująca się szczepieniami, którą Gates pomógł założyć, by zaszczepić ludzi w krajach o niskich dochodach, oraz Wellcome Trust, brytyjska fundacja badawcza z wielomiliardowym funduszem, która współpracowała z fundacją Gatesa w poprzednich latach. Wreszcie: Coalition for Epidemic Preparedness Innovations (CEPI), międzynarodowa grupa badawczo-rozwojowa zajmująca się szczepionkami, którą Gates i Wellcome pomogli stworzyć w 2017 r.”.

Te cztery organizacje pozarządowe, wszystkie – o dziwo – związane z Billem Gatesem, bez mandatu demokratycznego, bez jakichkolwiek uprawnień i możliwości publicznej kontroli, zadecydowały o tym, jaką politykę będzie realizować WHO wobec nowego, groźnego wirusa, a tym samym – jaką politykę narzuci krajom członkowskim. Ta historia pokazuje głębszą rzecz, to znaczy jak działa dzisiaj WHO: że jest to organizacja, która zajmuje się nie zdrowiem ludzkości, tylko zmianą społeczną. Szkoda tylko, że ten tekst „Politico” powstał tak późno.

Wracając jeszcze do programu z profesorem Horbanem – to nie był jeszcze program, po którym się z tobą pożegnano.

Nie. Ale już wówczas zauważyłem pewne symptomy zagrożenia. Wspomniałem, że w programie wystąpił też minister Dworczyk, którego zaprosiłem, bo wiedziałem, że z wielkim zaangażowaniem pracuje nad zapewnieniem szpitalom i innym ośrodkom ważnym w pandemii wszelkiego zaopatrzenia. Przyszedł przerażony; ktoś z naszego staffu opowiadał, że do ostatniej chwili w przedpokoju studia nerwowo odbierał esemesy, rozmawiał przyciszonym głosem, zachowywał się rzeczywiście bardzo, bardzo niepewnie.

A już następnego dnia, 15 grudnia, odbyła się konferencja prasowa ministra Niedzielskiego, którego dziennikarz Polsatu zapytał, co z tą amantadyną. Niedzielski wtedy żachnął się: tak, podjęliśmy decyzję, będą prowadzone badania.

I prowadzili je?

Przyglądaliśmy się temu z ekipą programu. To był skandal. Przeciąganie procedur, przetrzymywanie decyzji dotyczących badań w kolejnych instytucjach – a to w komisji bioetycznej, a to w Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Biobójczych. Same badania rozpoczęto z ogromnym opóźnieniem, bo już w maju, kiedy zimowa fala zachorowań osiągnęła najniższy poziom – jak grypa w maju.

Co więcej, dotarłem do informacji, że jeden ze szpitali, który miał najwięcej doświadczenia właśnie w tych ciężkich przypadkach covidu, czyli szpital MSWiA, mimo iż podpisał umowę i proceduralnie został włączony do tego badania, nigdy się go nie podjął. Dyrekcja szpitala nie była tym zainteresowana, a może miała „prikaz”, żeby się w te badania nie włączyć.

Wiesz, ile osób w końcu zostało objętych badaniem?

Nie wiem, chorowały podobno miliony, więc pewnie z pięćdziesiąt tysięcy?

Nie.

Pięć tysięcy?

Nie. Siedemdziesiąt osiem osób. Wyniki zostały opublikowane przez profesora Adama Barczyka z Katowic, z Górnośląskiego Centrum Medycznego. Stwierdzono, że amantadyna nie działa. Pamiętam triumfalistyczny ton Bartosza Chmielowca, Rzecznika Praw Pacjenta, który oświadczył, że nie ma dowodów naukowych, które potwierdzałyby skuteczność leczenia COVID-19 amantadyną – zatem nie jest ona w tym przypadku zalecana. W jego tonie można było usłyszeć: zobaczcie, wszyscy foliarze, szury, mamy tutaj twarde dowody. A przecież to były żadne dowody.

Równolegle prowadzono drugie badanie, robił to profesor Konrad Rejdak z Lublina. Mimo medialnej nagonki już po owej pamiętnej konferencji udało się mu dokończyć badania. Profesor Rejdak miał niemałe doświadczenie w dziedzinie chorób neurologicznych, prowadzi bowiem ośrodek zajmujący się ciężkimi przypadkami parkinsona i podobnymi. Co się okazało? Otóż amantadyna dwie dekady temu znana była jako lek grypowy, po czym nagle na rynek wszedł specyfik o nazwie Theraflu i wszyscy zaczęli podawać właśnie to. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – zadziałały jakieś tajemnicze siły lub dziwny determinizm dziejowy – amantadyna przestała być modna. Mimo to w dalszym ciągu była powszechnie w populacji chorych neurologicznie stosowana, ponieważ odkryto jej pozytywne działanie u chorych z objawami parkinsona czy pacjentów ze stwardnieniem rozsianym.

Profesor Rejdak, mając u siebie na oddziale kilkadziesiąt osób z parkinsonem, które jednocześnie zapadły na covid, zauważył, że pacjenci, którzy przyjmowali amantadynę, przechodzą covid o wiele łagodniej i wychodzą z niego szybciej. Uznał to za mocne wskazanie, że można w ten sposób ratować chorych na COVID-19, i zaczął sam, we własnym zakresie, realizować to, co – jak widział – dawało efekty. Wiele miesięcy zabiegał o uruchomienie profesjonalnych badań i gdy tylko ogłoszono taką możliwość, zgłosił się na ochotnika, by przeprowadzić ten projekt. Niezależnie doktor Włodzimierz Bodnar także starał się o prowadzenie badań nad chlorowodorkiem amantadyny i wiem, że był w kontakcie z ośrodkiem profesora Barczyka i profesora Rejdaka. Nie wchodząc w szczegóły: po wielu miesiącach na placu boju zostali profesor Barczyk z Katowic i profesor Rejdak z Lublina. Znamienne, że Agencja Badań Medycznych nie czekała z ogłoszeniem wyników na zakończenie badań w Lublinie; gdy tylko w Katowicach profesor Barczyk z tymi swoimi siedemdziesięcioma ośmioma pacjentami był gotów, na początku lutego 2022 roku zorganizowano wspomnianą konferencję. A potem, jak wiemy, 24 lutego Putin odwołał pandemię i sprawa ucichła.

Mimo to w Lublinie zespół profesora Rejdaka pracował nadal i w sierpniu 2023 roku opublikował wyniki w prestiżowym piśmie „European Journal of Neurology”. Badania przeprowadzone na znacznie większej grupie pacjentów wykazały korzystne działanie amantadyny.

To też nie przekonało profesora Horbana, szefa rady medycznej przy premierze?

Nie wiem, czy przekonało. Nawet gdyby, to jakie to ma teraz znaczenie? Publikacja badań profesora Rejdaka nastąpiła półtora roku po odwołaniu pandemii. Zakładam, że profesor Horban i cała jego rada medyczna znają konkluzje badań profesora Rejdaka. Rodzi się inne pytanie: Co my, jako obywatele, możemy zrobić? Mamy bowiem sytuację, gdy szef Rady Medycznej przy premierze przyznał rację lekarzowi („płaskoziemcy” skutecznie leczącemu amantadyną), a jednocześnie rozporządzenia ministerstwa utrudniają Polakom dostęp do tego leku. W międzyczasie umierają tysiące ludzi, a na koniec badania potwierdzają, że lek może być skuteczny.

To się chyba nadaje do prokuratury?

Ty to powiedziałeś…

Jednak pandemia była przecież wydarzeniem globalnym. W Polsce może i dorwał się do władzy Horban, ale byli też Horbanowie innych krajów – i podejrzewam, że oni także mieli wiedzę o skuteczności amantadyny. O czym to świadczy?

O tym, że to, co nazywa się teraz, w sprawach tak zwanych zmian klimatycznych, konsensusem naukowym, przyjęto i w dobie pandemii. Wielokrotnie powtarzałem, że wszystkie dogmaty przyjęte jako konsensus podczas pandemii okazały się nieprawdą. Pierwszy dogmat: że covid jest śmiertelny i nie ma na niego lekarstwa. Drugi dogmat: że jedynym ratunkiem są pozafarmaceutyczne środki medyczne, czyli izolacja, śledzenie kontaktów, kwarantanna, dystans społeczny, przyłbice, maseczki, spryskiwanie wszystkiego spirytusem, rękawiczki lateksowe, zamykanie szkół, zamykanie szpitali, zamykanie przychodni, zamykanie lasów i cmentarzy. Trzeci dogmat: że o chorobie nie decyduje zespół objawów – wysoka gorączka, bóle głowy i osłabienie – lecz patyk wsadzony do nosa, czyli test. I czwarty dogmat: że wybawieniem będzie powszechna immunizacja zastrzykiem mRNA stworzonym według nowej technologii. Odpowiednicy Horbana w wielu krajach rzeczywiście nie chcieli tych prawd objawionych podważać, choć były miejsca na świecie, gdzie pełnomocnicy rządów podejmowali niezależne decyzje, nie traktując dogmatycznie rekomendacji WHO (czytaj: Billa Gatesa), na przykład wiele krajów Afryki, Szwecja, Białoruś, Floryda. Wszędzie też znajdowali się lekarze, którzy kwestionowali wszystkie te dogmaty.

Pozostańmy jednak na naszym podwórku. Doktor Basiukiewicz na przykład kwestionował amantadynę, ale miał też zestaw innych lekarstw. Profesor Frydrychowski polecał zwykły węgiel, tylko podany w dużej ilości i natychmiast po wystąpieniu pierwszych symptomów choroby. Lekarze ci twierdzili, że podanie w pierwszych dniach po zakażeniu czy to amantadyny, czy hydroksychlorochiny, czy iwermektyny, czy środków takich nawet jak choćby węgiel mogło zahamować rozwój wirusa, a więc że w pierwszej fazie skuteczna pomoc pacjentowi była możliwa.

Sprawdziłeś to na sobie, prawda?

Tak. Sprawdziły też moja córka i moja żona: wszyscy leczyliśmy się amantadyną. Mało tego, moja sześćdziesięcioletnia niepełnosprawna siostra, która cierpi na schorzenia neurologiczne, po amantadynie i, uwaga, po wlewach dożylnych koktajlu witaminowego wyszła z choroby niemal po tygodniu. Takich przypadków znam naprawdę sporo, właściwie moglibyśmy im poświęcić osobną książkę.

Tak jak i osobna publikacja należy się ludziom, którzy zmarli wyłącznie dlatego, że ktoś postanowił zamknąć kraj, wywołując pandemiczną psychozę. Jesienią w programie rozmawiałem z profesorem Robertem Gilem, szefem gildii polskich kardiologów i oddziału kardiologicznego w MSWiA. Elita. Pokazałem mu badania statystyczne, z których wynikało, że w 2019 roku jego szpital wykonał ponad trzy tysiące sześćset operacji, zaś w 2020 tylko jedną piątą tego. Spytałem: „Panie doktorze, co się stało, dlaczego tak mało?”. Odpowiedział: „No nie wiem”. Dopytywałem: „Ale co z tymi pacjentami? Nagle ozdrowieli, przestali chorować, przestali mieć problemy z sercem?”. A on na to: „Nie, nie przestali chorować, ale się nie zgłaszają”. No, nie zgłaszali się przez tę panikę. A jak chorzy się nie zgłaszają i nie leczą, to lądują na cmentarzu.

My już we wrześniu 2020 roku z redakcją Warto rozmawiać dotarliśmy do wybitnych polskich onkologów, między innymi do profesora Macieja Krzakowskiego – konsultanta krajowego w dziedzinie onkologii, profesora Andrzeja Deptały, profesora Marka Wojtukiewicza i oni wszyscy apelowali o natychmiastowe przywrócenie normalnych procedur – diagnostyki i chirurgii onkologicznej. Lockdowny i paraliż systemu zablokowały pacjentom dostęp do diagnostyki i zabiegów, co w konsekwencji okazało się wyrokiem śmierci dla wielu chorych. Nigdy nie wolno o tym zapomnieć.

Wróćmy może jeszcze do początku pandemii. Kiedy zacząłeś się orientować, że coś jest nie tak?

Przede wszystkim wściekłem się, że zostaliśmy zablokowani. Wśród decyzji telewizyjnych związanych z ogłoszeniem pandemii pojawiły się i te o wyrzuceniu z ramówki całej masy programów, gdyż były… zagrożeniem. Ponieważ publiczność siedzi za blisko, nie ma dystansu społecznego, nie jesteśmy w stanie utrzymać reżimu sanitarnego, który wtedy zaczynał obowiązywać, a właściwie był nam narzucony. Dzisiaj wiemy, skąd on przyszedł, że te wytyczne zaaplikowane nam zostały nie przez polskie Ministerstwo Zdrowia, lecz przez te Gavi, CEPI, Wellcome Trust i innych podopiecznych Billa Gatesa.

Miałeś moment lęku? Większość z nas na początku, w tej całkowicie nowej sytuacji, dość poważnie się przestraszyła.

Przyznam szczerze, że nie pamiętam, żebym się bał. Miałem poczucie, że mój organizm jest silny, dobrze się czułem, uznałem się za człowieka sprawnego, raczej się nie bałem tego, że umrę ja lub ktoś z mojej rodziny.

Nie przeraziły cię obrazki z Chin, a potem z Włoch? Słynne ciężarówki pełne lombardzkich trumien?

Nie, natomiast bardzo mnie interesowała ta nowa, sensacyjna rzeczywistość. Doświadczenie w skali globalnej, angażujące miliony ludzi, to było niespotykane wydarzenie społeczne. Poczułem się rzeczywiście elementem globalnej wioski.

Uznałem, że faktycznie chyba trzeba się jakoś zabezpieczać: zaczęliśmy brać więcej witaminy D, zacząłem stosować po kąpieli codzienny zimny prysznic, co zostało mi zresztą do dziś. Każdego dnia przynajmniej dwie minuty stoję pod lodowatą wodą, to taki rodzaj hartowania. Ale przez fakt, że wtedy życie stanęło, postanowiliśmy więcej się modlić. Kościół do tego wzywał, w świątyniach śpiewano czy recytowano suplikacje. Skoro program został zawieszony, nagle znalazło się więcej czasu na inne działalności niż zawodowa, więc zaczęliśmy też codziennie chodzić na Mszę Świętą. Bo przez moment było jeszcze wolno…

Potem, jak zjechaliśmy do domu na wsi, zabraliśmy ze sobą kapłana, który od tego momentu nam towarzyszył. Dostał swój pokój i wprowadzał nam takie zwyczaje jak odmawianie Liturgii godzin – codzienny brewiarz. To nam dawało poczucie rytmu dnia, porządku i sensu, a jednocześnie wzmacniało nas. Dlatego chyba udało się nam uniknąć lęku. Uwierzyłem jednak, że zaraza jest groźna, i czekałem z obawą, że ludzie zaczną masowo umierać.

Tyle tylko, że nie umierali. I dowiedziałem się o tym kilka tygodni później, gdy Wirtualna Polska przedrukowała wywiad z szefem przedsiębiorców pogrzebowych, który skarżył się, że pójdzie chyba do Mateusza Morawieckiego po tarczę, gdyż spadły im dochody.

Pamiętam tę informację, zrobiła na nas wszystkich wrażenie. Jak sobie to tłumaczyłeś? Tak jak oficjalne czynniki, ONZ, polska władza i posłuszne jej media? Że najpierw musi być mniej ofiar, żeby potem było więcej?

Na początku myślałem, że może te ciała są przetrzymywane gdzieś w chłodniach, ze względów bezpieczeństwa albo badawczych, ale nie. Okazało się, że po prostu śmiertelność była mniejsza niż każdego innego roku w tym okresie. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że coś tu jest nie tak. Zaczęliśmy więc szukać.

Trafiłem na sensacyjny wywiad z profesorem Wolfgangiem Wodargiem, ważnym niemieckim lekarzem i politykiem. Jego wypowiedzi bardzo mnie zaciekawiły. W międzyczasie zacząłem też mieć poczucie, że to chyba jakaś ustawka ze służbami, element globalnej rozgrywki: Stany Zjednoczone, Chiny, jakaś proxy war. Podobnie myślących ludzi, tych sceptyków, z czasem było coraz więcej. Maciek Pawlicki opublikował tekst w sieci, Witek Gadowski zaczął drążyć temat i cyklicznie nagrywać felietony na swój kanał, pojawił się Grzegorz Płaczek, który na swoim profilu facebookowym wklejał pytania do Ministerstwa Zdrowia i odpowiedzi resortu, a doktor Mariusz Błochowiak wypuścił pierwszą z cyklu, niezwykle ciekawą książkę Fałszywa pandemia. W tym samym czasie doktor Zbigniew Martyka publikował swoje opinie na Facebooku. Miejsc, z których można było czerpać informacje, przybywało, stąd w momencie, gdy okazało się, że możemy wrócić do programu, a były to wakacje…

Bo wirus zaczął być w odwrocie tuż przed wyborami prezydenckimi.

Otóż to. Wtedy, właśnie przed wyborami, wyszła sprawa pani Jolanty Gontarczyk vel Lange, agentki SB, współodpowiedzialnej za śmierć księdza Franciszka Blachnickiego. Została ujawniona jako szefowa fundacji Pro Humanum, która to organizacja korzysta z hojnego wsparcia Rafała Trzaskowskiego, prowadząc politykę promocji mniejszości seksualnych. W związku z tym uznaliśmy, że to będzie pretekst, aby przekonać Jacka Kurskiego, że powinniśmy wrócić na antenę. Mówiąc wprost, zaproponowałem, że zrobimy o tym program. W kontekście zbliżających się wyborów „grzanie” tematu Jolanty Lange i pokazanie, jak Trzaskowski finansuje z kasy miejskiej byłą agentkę PRL-owskich służb wszystkim się przyda. Dał się przekonać i wróciliśmy.

***

„Warto grać czysto”, Jan Pospieszalski, Krystian Kratiuk, Wydawnictwo Esprit 2024