Krajowa Rada Konfidentów?

Krajowa Rada Konfidentów?

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 21 lutego 2026 michalkiewicz

W przeddzień św. Walentego, którego Jasnogród obwołał patronem bzykających się, Sejm skierował do komisji nadzwyczajnej ustawę o „osobie najbliższej”. Kto to jest „osoba najbliższa”? To proste, jak budowa cepa. To ta osoba, z którą inna osoba akurat się bzyka. Rzeczywiście; żeby się pobzykać, najpierw trzeba się zbliżyć, to znaczy – odbyć bliskie spotkanie III stopnia – no a potem albo paciakujemy w popielnik – w przypadku „osób najbliższych” płci męskiej – albo mlaskamy się po klitorisach – w przypadku „osób najbliższych” płci żeńskiej. Bo trzeba nam wiedzieć, że chodzi o takie „osoby najbliższe”, które należą do tej samej płci.

Pierwotnie bowiem ustawa miała inny tytuł – o małżeństwach jednopłciowych – bez których, z zagadkowych przyczyn, nie może wytrzymać Wielce Czcigodna Katarzyna Kotula – ale pruderyjne PSL, które nie chce utracić poparcia gospodyń wiejskich – zmieniło tę nazwę na obecną. Dlaczego Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna nie może wytrzymać bez „małżeństw jednopłciowych” – tajemnica to wielka, na którą pewne światło rzuca rosyjskie porzekadło, zwane dzisiaj „kremlowską narracją”: „każdy durak po swojemu s uma schodit” – co się wykłada, że każdy wariat wariuje na swój sposób – ale to tylko część prawdy. Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna nigdy się do tego nie przyzna, podobnie jak obywatel Tusk Donald – że nalegając na ustawowe uregulowanie bzykania między osobami tej samej płci, wykonują zadania zlecone przez promotorów komunistycznej rewolucji, która przewala się przez Europę i Amerykę Północną, gdzie próbuje wyhamować jej postępy prezydent Trump, do którego z tej właśnie przyczyny zieje nienawiścią warszawski Judenrat, a za nim – cały Jasnogród.

Kiedy byłem jeszcze działaczem UPR, przed jakimiś wyborami zadzwonił do mnie przedstawiciel sodomczykowskiego stowarzyszenia „Lambda” z zapytaniem, jaki jest nasz stosunek do „małżeństw homoseksualnych”. Odpowiedziałem, że negatywny, z tej przyczyny, że małżeństwo ma ściśle określone znaczenie i jeśli „małżeństwami” zacznie się nazywać coś całkiem innego, stworzy się chaos semantyczny. Jeśli coś ma cztery nogi i oparcie, to nazywamy to krzesłem, a jeśli oparcia nie ma – to stołem – i nie powinniśmy tych znaczeń mieszać. – Ale skoro już pan zadzwonił, to niech mi pan powie, dlaczego wam tak zależy na urzędowym uregulowaniu tej sprawy? – Bo bez tego nie możemy po sobie dziedziczyć, ani na przykład uzyskać informacji w szpitalu. – Jak to „nie możecie”, kiedy przecież możecie – na przykład zapisać sobie nawzajem majątki w testamencie, a co do szpitali – to wystawić sobie nawzajem pełnomocnictwa? – No tak – odpowiedział mój rozmówca – ale wtedy płacilibyśmy podatek od spadków. – Aaaa, to tak mi pan mów! – odparłem. – UPR jest za zniesieniem podatku od spadków, więc możecie śmiało na nas głosować. Więc ta cała retoryka „godnościowa” to tylko zasłona dymna, która ma skrywać rewolucyjną inspirację ze strony żydokomuny.

Mam tedy nadzieję, że żadnej takiej ustawy nie będzie, bo pan prezydent Nawrocki wypocin Wielce Czcigodnej Kotuli Katarzyny i niemniej Czcigodnego Kosiniaka-Kamysza Władysława nie podpisze. Natomiast grozi nam coś znacznie gorszego w postaci „planu B” obywatela Żurka Waldemara, który wykombinował „mędrek wykrętów chytrych”, czyli pan prof. Andrzej Zoll. Jak wiadomo, nakazana nam przez Naszą Złotą Panią z Berlina w roku 2017 walka o praworządność, zatacza coraz szersze kręgi, więc siłą rzeczy wkroczyła już w rejony psychiatryczne. W tym szaleństwie jest jednak metoda – a potwierdzenia tego podejrzenia dostarcza nam właśnie „plan B”. Przewiduje on, że na wypadek, gdyby pan prezydent Nawrocki nie podpisał ustawy przeforsowanej w Sejmie przez obywatela Żurka Waldemara, to on spróbuje obejść tę przeszkodę w sposób następujący: organizacje sędziowskie wysuną kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, Sejm ich wybierze i będzie gites-tenteges – niby zgodnie z ustawami.

Jest atoli pewien problem, na który zwracam uwagę od dawna, a poruszyłem go również podczas panelu na temat sądownictwa w ramach KINGS, zwołanego z inicjatywy Grzegorza Brauna w Łochowie. Chodzi o obecność agentury w środowisku sędziowskim. Podczas wspomnianego panelu, uczestniczący w nim pan sędzia Piotr Schab zwrócił mi uwagę, że mówiąc, iż środowisko sędziowskie jest naszpikowane konfidentami, jak sztufada słoniną, nie mam na to żadnego dowodu. Odpowiedziałem, że jeszcze tego brakowało, żeby prosty felietonista dysponował na tę okoliczność twardymi dowodami. To by znaczyło, że nasze państwo to wydmuszka. Ale – ciągnąłem dalej – pan sędzia jeszcze lepiej ode mnie wie, że są tak zwane procesy poszlakowe, w których nie ma żadnych twardych dowodów, ale oskarżeni bywają skazywani – bo poszlaki układają się w logiczną całość. Otóż w sprawie agentury w środowisku sędziowskim tak właśnie jest.

Nie chodzi już nawet o to, że środowisko sędziowskie, wbrew nadziejom naiwnego pana prof. Adama Strzembosza, wcale samo się nie zlustrowało po transformacji ustrojowej. Tamci konfidenci już przeszli, albo właśnie przechodzą w stan spoczynku, niektórzy nawet wiecznego. Tymczasem w 1990 roku, kiedy rozwiązana została PZPR, która była transmisją bezpieki do sądownictwa, natychmiast powstało Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”. Podejrzewam tedy, że Wojskowe Służby Informacyjne, które u nas przeprowadzały transformację ustrojową, zainicjowały powstanie tej organizacji. Nie twierdzę, że wszyscy jej członkowie są konfidentami, bo może tam być wielu sędziów, myślących, że to wszystko naprawdę – ale najtwardsze jądro Stowarzyszenia, to z pewnością agentura. Utwierdza mnie w tych podejrzeniach dotychczasowa działalność „Iustitii”, która nawet specjalnie nie ukrywa, że jest środowiskowym oddziałem Volksdeutsche Partei.

Jeszcze gorzej wygląda sprawa w przypadku stowarzyszenia „Themis”, które nawet w nazwie nawiązuje wprost do prowadzonej przez ABW operacji „Temida”, której celem był werbunek agentury właśnie w środowisku sędziowskim. Sprawa ta wypłynęła przypadkowo podczas toczącego się w warszawskim Sądzie Okręgowym procesu sędziego Andrzeja Hurasa z Katowic. Prowadzący sprawę pan sędzia Lipiński zażądał od ABW wyjaśnień – ale głuche milczenie było mu odpowiedzą, bo ABW schroniła się za murem tajności.

To właśnie te organizacje sędziowskie miałby zmobilizować obywatel Żurek Waldemar, żeby wystawiły Sejmowi kandydatów do KRS, a Sejm by ich kandydatury przyklepał i w ten sposób Polska miałaby „prawidłową” Krajową Radę Sądownictwa, bez konieczności podpisywania czegokolwiek przez pana prezydenta. Jednak w tych okolicznościach nie byłaby to żadna Krajowa Rada Sądownictwa, tylko Krajowa Rada Konfidentów. Jest to nie do pogodzenia z prawnym warunkiem, by sędzia „dawał rękojmię” bezstronności i „nieskazitelnego charakteru”. Ani o jednym, ani o drugim nie ma mowy w przypadku konfidentów tajnych służb. Co w tej sytuacji można zrobić, by do tego nie dopuścić?

To bardzo trudna sprawa – ale właśnie u pana prezydenta ma się odbyć kolejne spotkanie z szefami tajnych służb. Gdyby tak pan prezydent zażądał od nich dostarczenia jemu osobiście listy konfidentów będących sędziami, a następnie pan prezydent dyskretnie zażądałby od tych osób przejścia w stan spoczynku, to znaczy – rezygnacji z wykonywania funkcji sędziego – to byłoby jakieś wyście z sytuacji, bez wywoływania skandalu na całą Polskę. Bo skierowanie prośby do szefów służb, by sędziów-konfidentów wyrejestrowały, nie wydaje mi się ani możliwe, ani skuteczne, jako że sędziowie są dla nich konfidentami zbyt cennymi, by się ich pozbywać. Wobec tego pan prezydent powinien zdecydować, czy w tej sprawie będzie kierował się interesem bezpieczniaków, czy interesem państwa i obywateli.

Stanisław Michalkiewicz

Od protestantyzmu do ateizmu. Co piąty ewangelik w Norwegii nie wierzy w Boga

Od protestantyzmu do ateizmu.

Co piąty ewangelik w Norwegii

nie wierzy w Boga

pch24/co-piaty-ewangelik-w-norwegii-nie-wierzy-w-boga

(Oprac. PCh24.pl)

Aż 20 proc. członków dominującej w Norwegii wspólnoty ewngelicko-augsburskiej jest przekonanych, że Boga nie ma – wynika z opublikowanego w czwartek badania.

Z dużej ankiety „Kościoła Norwegii” (Den norske kirke) wynika, że 20 proc. członków deklaruje całkowitą pewność, iż Bóg nie istnieje, podczas gdy zaledwie 16 proc. jest przekonanych o jego istnieniu. Reszta nie ma w tej sprawie wyraźnie wyrobionego zdania. Od ostatnich badań z 2023 r. odnotowano wzrost odsetka osób przekonanych, że Bóg nie istnieje o cztery punkty procentowe. Jednocześnie spadł odsetek osób głęboko wierzących.

– Widzimy dalszy spadek wiary w Boga i wzrost ateizmu. To pokazuje, że proces sekularyzacji norweskiego społeczeństwa nie zatrzymał się. Jednocześnie nie możemy oczekiwać od naszych członków pełnej zgodności między osobistą wiarą a formalną przynależnością do Kościoła – skomentował wyniki badań przewodniczący tzw. Rady Kościelnej Harald Hegstad.

Z badania wynika także, że starsi członkowie częściej uczestniczą w życiu wspólnoty i modlą się regularnie, podczas gdy młodsi w kwestiach wiary są bardziej niepewni. Jednocześnie to oni wykazują zainteresowanie tematami egzystencjalnymi i „mistycznym” wymiarem chrześcijaństwa. Co trzeci respondent w wieku 15–29 lat deklaruje chęć pogłębienia wiedzy o wierze.

Badanie przeprowadzono w grudniu 2025 r. wśród niemal 6 tys. członków w ramach cyklicznej, dwuletniej ankiety dotyczącej postaw wobec wiary i instytucji kościelnej. Wspólnota ewangelicko-augsburska jest najliczniejszym związkiem wyznaniowym w kraju. Według urzędu statystycznego SSB na koniec 2025 roku należało do niego ok. 3,4 mln osób, czyli ok. 62 proc. mieszkańców Norwegii.

PAPpap logo / oprac. PR

Urabianie idiotów. MEM-y VII.

———————————————–

——————————————————-

———————————————

————————————————-

————————-

=================================

———————————————————

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Od niego nie wysępisz… MEM-y VI.

——————————-

————————————————————

——————————————————————————-

—————————————————————————–

———————————————

————————————————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Bomba !!! MEM-y V.

—————————————-

———————————–

…oraz całej planety…

—————————————————

————————————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Tusk-jest-super. MEM-y IV.

———————————————-

———————————

——————————————————————–

———————————————-

——————————-

—————————–

———————————————————

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Epstein a UFO. MEM-y I.

————————————

————————————————-

—————————

—————————————————

————————————-

——————————————————————–

————————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Innej Polski nie ma? O „Heniu”…

Innej Polski nie ma?

gabriel-maciejewski.szkolanawigatorow.pl/innej-polski-nie-ma

Dwa razy w ciągu ostatniego miesiąca, dwóch ważnych działaczy PiS wskazało nam na ograniczenia, jakie partia ta stawia swoim wyborcom w zakresie tożsamości politycznej i ideowej. Pierwszy raz uczynił to marszałek Terlecki, na targach w Krynicy, których długo nie zapomnę. Drugi raz zaś uczynił to prof. Zdzisław Krasnodębski zapowiadając na iksie wieczór wspominkowy poświęcony Henrykowi Krzeczkowskiemu.

Ustawmy tę ostatnią zapowiedź we właściwym świetle. Przyjdzie nam to łatwo, albowiem w przeciwieństwie do prof. Krasnodębskiego, każdy z nas miał jakieś doświadczenia z komuną. Mniej lub bardziej dojmujące. Ja akurat miałem mniej, ale i tak mogę coś powiedzieć na ten temat. Jeden z moich wujków, zaczął robić w latach pięćdziesiątych karierę w wojsku. Był człowiekiem zdolnym, biednym, o właściwym pochodzeniu społecznym – rodzice pracowali najpierw we dworze, na folwarku, a potem dziadek został pracownikiem kolei. Codziennie chodził piechotą po wąskich torach z Nałęczowa do Karczmisk, z których zresztą pochodził. Wujek Tadek, jako że wyrósł z proletariatu biedniackiego dostał swoją szansę. I nawet znalazł się na studiach w Moskwie. Od dawna nie żyje, więc chyba mogę o tym mówić ze spokojem. Z tych studiów został usunięty. Niektórzy już zapewne domyślili się dlaczego. Otóż dopatrzono się, nie wiadomo jakim sposobem, że jego dziadek, a mój pradziadek, wyjechał przez I wojną światową do Parany. To skreślało go automatycznie z listy słuchaczy uczelni wojskowej w stolicy Kraju Rad. Nie wiem co to była za uczelnia, a wujka znałem jako bardzo brutalnego alkoholika, który coś mi tam opowiadał, ale przecież w strachu i skrępowaniu nie bardzo wiedziałem o co chodzi.

Z tym pradziadkiem sprawa była taka, że on porzucił rodzinę i pojechał szukać lepszego życia. Był to nicpoń i pewnie oszust, zostawił żonę z trójką albo czwórką dzieci, nie pamiętam dokładnie. Ta żona była nauczycielką, w dobrym miejscu, bo w Karczmiskach, czyli niedaleko dóbr Kleniewskich. Widocznie jednak za daleko, kiedy bowiem umarła w wieku lat trzydziestu, jej córeczki nie dostały żadnej szansy. Nie poszły do szkoły, nie wzięto ich na pensję, co z pewnością by się stało, gdyby ta mama żyła. I tak moja babcia Waleria zepchnięta została, nie ze swojej winy, na dno drabiny społecznej. Nigdy nie nauczyła się pisać, poznała tylko litery i czytała swojemu mężowi, a mojemu dziadkowi, gazety. On bowiem ani pisać, ani czytać nie potrafił. Mieli piątkę dzieci, z których jedno zmarło w wieku lat 11.  

Po śmierci mojej prababci, wszystkie jej dzieci poszły na służbę. Moja babcia służyła u Żydów w Otwocku, potem u jakiegoś pana co miał sad w Warszawie na Wierzbnie. I pewnie jeszcze w innych miejscach. Męża poznała, kiedy wróciła do siebie na wieś. Okoliczności jej życia tam nie są mi znane. Potem była wojna. No i przyszła władza ludowa, która takim jak ona – wyrzuconym na margines – miała dawać szansę. I wydawało się, że dała. Wujek Tadek, który potrafił bardzo wiele rzeczy zrobić i sam wymyślić już jako dziecko, poszedł do wojska. I trafił do tej Moskwy. No i wtedy właśnie okazało się, że władza ludowa, owszem, daje szanse, ale nie takim jak on. Nie wiem czy dla wujka to było lepiej czy gorzej, że wrócił do Polski. Dosłużył się majora i zmarł na zawał z powodu nadużywania, jak wielu przed nim i po nim. Mieszkał w Bydgoszczy i w zasadzie się nie widywaliśmy. Tylko przy okazji pogrzebów. Miałem może z 15 lat kiedy przyszła wiadomość o jego śmierci. Kryterium zaś powodzenia jego kariery, dyplomowanego oficera w końcu, było to, czy jego dziadek łobuz, którego nawet własne córki nie pamiętały, wyjechał na tak zwany zachód czy nie. Na jaki zachód?!!! Do Parany w Brazylii?!!!

W rodzinie krążyła legenda, że nigdzie nie dojechał, albowiem pisał do swojej chorej na raka żony, gdzieś z Prus Wschodnich, żeby mu przysłała psiego sadła, bo jest chory, a to sadło miało go wyleczyć. I to była ostatnia wiadomość od niego.

====================================

I teraz wracamy do ogłoszenia, które umieścił na portalu iks prof. Zdzisław Krasnodębski. Lansuje on tam, żeby nie powiedzieć stręczy, człowieka, który nigdy w dorosłym życiu nie używał swojego własnego nazwiska. Urodził się jako Henryk Grener, ukończył żydowskie gimnazjum w Stanisławowie i ewakuował się w roku 1941 wraz z armią czerwoną na wschód. Po wojnie używał nazwiska Henryk Meysztowicz, był nawet w Rzymie razem z tym nazwiskiem. I to zapewne zdecydowało o kolejnej zmianie w dokumentach, w tym samym czasie bowiem był w Rzymie ksiądz Walerian Meysztowicz, postać znana wśród emigracji polskiej. I to groziło dekonspiracją, więc Henryk Meysztowicz zamienił się w Henryka Krzeczkowskiego.

Jako Krzeczkowski pracował w wydziale zagranicznym sztabu generalnego LWP. Był ekspertem od spraw anglosaskich. Wiki pisze o nim, że nigdy nie poszedł na współpracę z SB. Został za to tłumaczem literatury angielskiej, dostawał liczne nagrody i w końcu zaczął realizować dzieło swojego życia – odegrał wielką rolę w odnowie myśli konserwatywnej w czasach przełomu – jak napisał Zdzisław Krasnodębski.

To znaczy zebrał wokół siebie młodych ludzi, samych mężczyzn i zaczął im mącić w głowach. Czyli odstawiał jakiś intelektualny cyrk, pewnie nawet chodził do kościoła, bo w końcu pochowano go w Tyńcu.

Wróćmy do jego współpracy z SB, której nie było. Człowiek tego pokroju, z taką karierą, który był w dodatku ojczymem Anny German, nie musiał, jak sądzę, niczego podpisywać. Takie rzeczy były dla frajerów, takich jak mój wujek, który zapewne składał deklarację czy posiada rodzinę za granicą. I zapewne napisał, że nie posiada, bo nic o swoim dziadku nie wiedział, ale okazało się co innego. I tak się skończyła jego kariera.

Henryk Krzeczkowski alias Meysztowicz alias Gerner, mógł spokojnie udać, że zostawia za sobą karierę w LWP i zająć się tłumaczeniami oraz deprawacją młodzieży. Kiedyś w wiki pisali jeszcze, że odszedł z wojska w proteście przeciwko sowietyzacji armii. Dziś już tego nie ma.

I z tego faceta, pisowski polityk, prawa ręka Jarosława Kaczyńskiego, czyni bohatera wieczorku wspominkowego, w którym wezmą udział ludzie tacy jak Marek Jurek? Nieprawdopodobne.

Sowieci sprawdzali wszystkich na trzy pokolenia wstecz, żeby nie zaangażować do roboty agenturalnej nikogo, kto miałby jakieś pokusy, czy jakąkolwiek furtkę do wolnego świata. Ludzie związani z PiS, którzy piszą o sobie – zjednoczona prawica – robią młodym sieczkę z mózgu, stawiając na piedestale agenta, którego nawet nie trzeba weryfikować, bo wszystko jest w jego biogramie w wiki. I nikt kto ma w głowie olej nie złapie się na te plewy. No, ale jak ktoś ma 20 lat i zobaczy w jednym miejscu tylu zasłużonych dla Polski i prawicy ludzi, którzy dyskutują o agencie NKWD tak, jakby był on kimś ważniejszym niż Henryk Sienkiewicz, to mogą nie zrozumieć sytuacji. I pewnie nie zrozumieją.

Przyjrzyjmy się jeszcze tej zasłudze Henryka Krzeczkowskiego. Co to może znaczyć dokładnie – odnowa myśli konserwatywnej w czasach przełomu? To znaczy całkowite i ostateczne uniemożliwienie rozwoju tej myśli poprzez ustawienie swoich ludzi w krytycznych miejscach sceny politycznej. Myśl konserwatywna, jak ją rozumie Krasnodębski, skazana została przez Krzeczkowskiego na stałe kolizje ze zdrowym rozsądkiem i polityczną praktyką, realizowaną przez jego kolegów, którzy w strukturach tajnych pozostali. Ludzie zaś ją reprezentujący zajmowali się wyłącznie jej kompromitowaniem.

I  nie inaczej będzie teraz. Po co więc ten cyrk? Myślę, że Hania ma rację, wczoraj w komentarzu napisała, że za dużo ludzi młodych gromadzi się wokół Brauna, a więc ktoś wpadł na pomysł, by odgrzać jakiś konserwatywny kotlet tworząc alternatywę dla nowego pokolenia „młodych konserwatystów”. Ponieważ jednak innego nie ma, wskazano na Krzeczkowskiego i jego uczniów.

Homoseksualizm bohatera konserwatywnej prawicy jest komediowym dopełnieniem całej tej sytuacji. Jego zaś uroczysty pogrzeb w Tyńcu to finał operetki. I aż dziwne, że ten życiorys nie został jeszcze zaadaptowany przez żaden teatr. No i film by się przydał. Może jakby taki obraz zobaczył Zdzisław Krasnodębski, coś by mu w głowie zaświtało. No, ale tak się nie stanie.

Co jakiś czas prezes Kaczyński powtarza – innej Polski nie ma. Otóż jest. I my ją reprezentujemy, wbrew temu co Terlecki pieprzył w Krynicy i wbrew temu co się roi Krasnodębskiemu. Henryk Krzeczkowski to ruski i pewnie nie tylko ruski agent, którego należałoby wygumkować z polskiej historii. Nie można bowiem jednocześnie mówić ludziom, że powinni sławić powstańców styczniowych, Piłsudskiego, żołnierzy wyklętych i Solidarność – i broń Boże nic ponadto – podsuwając im jednocześnie taką swołocz jak Krzeczkowski.

Czas na opamiętanie, chyba…Choć przecież na wiele nie liczę.

==========================

M. Dakowski:

W młodości bywałem w środowiskach, w których brylował „Henio”. Znany był jako zajadły myśliwy na ślicznych młodzieńców. Spedalił i skurwił dużą liczbą młodzieńców. Dwóch z nich poznałem bliżej, jednego udało się uratować. Drugi zmarł w męczarniach z powodu rozpadu zwieraczy odbytu [Mięsak Kaposiego zdaje się ]. A Wojtek Karpiński napisał o nim panegiryczna książkę… Brrr…

==============================

mail:

„Kiedyś w wiki pisali jeszcze, że odszedł z wojska w proteście przeciwko sowietyzacji armii. Dziś już tego nie ma. A tak naprawdę był pierwszą zarejestrowaną ofiarą Aids, z wojska [LWP] zaś usunęli go za molestowanie żołnierzy”

Szpieg – mój przyjaciel. Cz.1. Odwieczne proste prawdy

Szpieg – mój przyjaciel. Cz.1. Odwieczne proste prawdy

=============================

[Po konsultacjach – umieszczam. Argument:

Za dużo ludzi młodych gromadzi się wokół Brauna, a więc ktoś wpadł na pomysł, by odgrzać jakiś konserwatywny kotlet tworząc alternatywę dla nowego pokolenia „młodych konserwatystów”. To [przypominanie tego obrzydliwego pedryla md] naprawdę wygląda na wist przedwyborczy. Ktoś raczej Krasnodębskiego o to poprosił. Z tym, że uczestnicy to dawno pobite gary.

=============================================

Henryk Krzeczkowski, Proste prawdy, wyd. Ararat, Warszawa 1996, książka dofinansowana przez Ministerstwo Kultury i Sztuki

Wspominany tu niedawno przeze mnie szpieg z czasów zygmuntowskich – Mikołaj Nipszyc podpisywał się w korespondencji do księcia Albrechta nieco mniej swojsko brzmiąco imieniem i nazwiskiem: „Nykel NYBSCHYTZ”. Wiktor Szymaniak, który tropił jego działalność nad wyraz dzielnie, ale zdecydowanie zbyt krótko (umarł w wieku 52 lat – w niecałe trzy lata po wydaniu „Roli dworu polskiego w polityce zagranicznej Prus Książęcych”). Opisał modus operandi Nipszyca w innej swojej książce dotyczącej „Organizacji dyplomacji Prus Książęcych na dworze Zygmunta Starego 1525-1548”. Pozwolę sobie zacytować dłuższy fragment:

„Mikołaj Nipszyc, oprócz zaangażowania w pracy służbowej, znajdował czas i na życie towarzyskie, które kwitło na renesansowym dworze Zygmunta I. Trafił do założonego przez Korybuta Koszyrskiego stowarzyszenia „opilców i obżarców” i nawet stał na jego czele wraz z Janem Dantyszkiem i Janem Zambockim. Nipszyc z racji miejsca w tym „triumwiracie” nazywany był krótko „Tertius”. Brał udział w dość częstych bachanaliach, lubił zwłaszcza wina austriackie. Nie stronił także od hazardu i mimo dość znacznych dochodów stale był z tego powodu zadłużony. W listach do Zambockiego i Dantyszka pisał, że w ciągu jednej nocy zgrał się aż do spodni, lecz do rana odegrał się jeszcze o 50 florenów. W biesiadach stowarzyszenia obok „braci” towarzyszyły i „siostry”. Niektóre z nich były bliskimi przyjaciółkami Nipszyca. (Tu pojawia się ciekawy przypis, że K. Hartleb zaliczył do przyjaciółek Nipszyca następujące, nieznane z nazwiska kobiety: Dorotki, Zofki, Prospery oraz Annę, Helenę, Nuscę, Margaretę i Faustę). Należy jednak przypuszczać, że zebrania towarzystwa nie były zwykłymi orgiami pijackimi, lecz miały także charakter literacki. Wskazuje na to skład stowarzyszenia i fakt, że prymat w nim przyznawano poetom: Koszyrskiemu, Krzyckiemu i Dantyszkowi. Nipszyc więc obracał się w środowisku ludzi swobodnych obyczajów, ale wykształconych i nowoczesnych”.

Ostatnie zdania powinni dobrze zapamiętać wszyscy zapamiętali praktycy bachanaliów i orgii pijackich. Jeśli bowiem chcą być dobrze zapamiętani przez historię, która uzna, że nie były to orgie „zwykłe”, to powinni popracować nad ich literackim charakterem – wtedy nie zostaną określone ordynarnymi popijawami, lecz obrotami w sferach nowoczesnej i wykształconej elity.

W skrócie rzec można, że Nipszyc był duszą towarzystwa i mieszał w głowach nie tylko pań swawolnych, lecz pięćset lat później, także w głowach naukowców. Wiktor Szymaniak starał się ulokować jego działalność na szeroko rozpostartej skali semantycznej rozciągniętej między słowami „szpieg” i „ambasador”. Choć skala rozziewu znaczna to i tak nie rekord. Ten bowiem ustanowił nieco wcześniej znany nam tu dobrze Kallimach, umieszczany przez badaczy na skali wielo-oktawowej, czyli pomiędzy  „spiskowiec i niedoszły zabójca papieża” a „wybitny humanista pochowany w krakowskim kościele dominikanów z epitafium przeniesionym w wieku XXI wieku z bocznej kaplicy na prawicę ołtarza głównego”.

Teraz pora dokonać skoku przez mniej więcej pięć stuleci. Aby to uczynić, trzeba się zanurzyć w nurt „Prostych prawd” Henryka Krzeczkowskiego, książki o tyle ciekawej, że oprócz tekstów autorskich, zawiera wspominki osób mniej lub bardziej znanych, na których dziś się skupię.

Marek Skwarnicki wspominając Henryka Krzeczkowskiego pisze o znakomitej herbacie, którą parzył pan Henryk. Przypomina sobie także rzędy książek i fotografię „uszczęśliwionego Henryka, z którym rozmawia Ojciec święty”. „Ileż to w tym pokoiku (…) powstało pomysłów pisarskich i publicystycznych, ileż dyskretnych spraw załatwiono, iluż interesujących spotkało się ludzi”. (s.412).

Marcin Król rozszerzył nieco wachlarz henrykowskich atrybutów: „półki z książkami i płyty, fotel, kanapa, herbata albo (częściej) whisky (s.417)”.

Dwa krótkie cytaty z „prostych prawd” i już widzimy, że nipszycowa zasada jest wiecznie żywa. Jeśli już pić, to w towarzystwie intelektualistów, a wtedy ewentualne grzechy ulegną mocno odmienionej naukowej kwalifikacji.

O dość oczywistej, czyli tak zwanej „prostej prawdzie” dotyczącej pana Henryka napisał w swoim stylu Stefan Kisielewski. Jedynie on nie szczypał się, żeby nazwać Henryka „ubekiem„. Owo rozpoznanie nie uwierało chyba zbyt mocno, bo dalej wokół Krzeczkowskiego wdzięcznie orbitował. Kisielowi wystarczyło zapewnienie, że Henryk czasami „zapomina” o tym co usłyszał:

STEFAN KISIELEWSKI

Warto było go słuchać.

„Henryka poznałem w roku 1952 dzięki Pawłowi Hertzowi. Pamiętam, jak przegadaliśmy we trójkę pierwszą noc naszej znajomości. To było w „Kameralnej”. Bardzo błyskotliwa i inteligentna rozmowa. Następnego dnia rano spotykam jakiegoś znajomego i mówię mu, że poznałem właśnie bardzo ciekawego człowieka, Henryka Krzeczkowskiego. A on na to: „Coś pan, oszalał?! Przecież to ubek”. Idę dalej i natykam się na Henryka. Mówię mu: „Dowiedziałem się, że pan jest z UB, a ja tyle panu nagadałem”. Na co on odpowiada „Owszem, jestem, ale to wszystko, co pan mi powiedział, zapomniałem.” (…)

Ze względu na plotki o wcześniejszych związkach Henryka z UB czy z wywiadem wojskowym, początkowo traktowałem różne jego antykomunistyczne filipki z przymrużeniem oka. Dopiero później, w miarę jak poznawałem jego historię intelektualną i jego poglądy, musiałem przyznać, ze jest umysłem o dużej niezależności sądów i samodzielności w myśleniu. (…) Nie lubił intelektualnej kawiarni warszawskiej, chociaż się przy niej kręcił”. (s. 408-409)

Krzeczkowski od samego początku interesował się „Tygodnikiem Powszechnym” (…) Wprowadził do niego grupę młodych, interesujących, świeżych ludzi – między innymi Wojciecha Karpińskiego i Marcina Króla (…).

Henryk Krzeczkowski miewał genialne intuicje, był jedynym obok Wiesława Chrzanowskiego, człowiekiem, który dokładnie przewidział moment i kształt stanu wojennego, ale popełniał też pomyłki. Mimo to, zawsze chętnie go słuchałem. Warto go było słuchać” (s. 410)

Wydaje mi się trochę nielogiczne, że po demaskacji dokonanej przez Kisiela, wiedzę o nadchodzących wydarzeniach, nazywał „genialnymi intuicjami”

W każdym razie przekonanie o tym, że H.K. był wybitnym wróżbitą rozprzestrzeniało się jak wirus.

KRZYSZTOF MĘTRAK

Wróżbita z ulicy Czackiego

Posiadał rzadki dar jakiejś intuicyjnej mądrości wokół spraw życia, historii, polityki, wiary. Dla mnie pozostanie wróżbitą z ulicy Czackiego, gdyż przewidział wiele spraw i wydarzeń. (…) zawdzięczam Mu kilka najistotniejszych rozmów, które zdecydowały o moim literackim życiu i moich wyborach. Będzie jeszcze czas się z tego rozliczyć. (s. 424)

Teraz fragmencik, który wzmocni tezę o tym, że pan Henryk był prawdziwym humanistą:

BOGDAN POCIEJ

***

Mogę chyba powiedzieć, że Henryk był przyjacielem naszego pisma Ruchu Muzycznego (…).

Należał do tych nie tak licznych humanistów naszych, którym muzyka jest równie bliska jak literatura (…) Sytuował się skromnie na pozycji melomana, zwykłego szarego słuchacza. Z tej pozycji również omawiał na naszych łamach gruntownie i fachowo, dwa dotychczas wydane tomy Encyklopedii Muzycznej PWN. (s.413)

No i teraz pora na działa największego kalibru. Coryllus pyta się, po cholerę prawica organizuje Henrykowi jakieś wspominkowe wieczorki. We fragmencie wyrychtowanym przez guru polskiej myśli konserwatywnej, pojawi się kluczowe słowo „elita”. 

JACEK BARTYZEL

Henryk Krzeczkowski

„Ocalenie kultury wymaga jej troskliwego pielęgnowania przez strażników tradycji i ładu moralnego – a więc przez elitę. Elitę organiczną, to znaczy zachowującą pewną homogeniczność, acz otwartą na świeży dopływ krwi; chroniącą samą siebie przed szalbierzami i moralnymi parweniuszami; obdarzoną pewnymi przywilejami, ale świadomą obowiązków na niej ciążących. Wiedział jednak Krzeczkowski, że sukcesja takich elit możliwa jest tylko wtedy, kiedy nie zostanie przerwany proces przekazywania sensu ładu, w imię którego zbiorowość została powołana do bytu. Dlatego tak bardzo cenił Anglię, która zakonserwowanie sensu brytyjskości zawdzięczała uszanowaniu politycznej i kulturowej roli arystokracji. Ale nawet doświadczenie faktu przerwania owej ciągłości i panoszenia się nowego barbarzyństwa nie zwalnia od obowiązku czuwania nad wartościami nam danymi oraz nad własną rozpaczą. Tym mężnym pesymizmem, odległym od zwątpienia i histerii, bo równoważonym wiarą w sens dziejów kierowanych boską Opatrznością, wnosił Krzeczkowski do myśli polskiej ton nie słyszany w niej bodaj od śmierci Mariana Zdziechowskiego.

Konserwatyzm Krzeczkowskiego to wreszcie przekonanie, ze absolutne normy moralne obowiązywać muszą bez zastrzeżeń w życiu publicznym; Ze system prawny powinien być rozwinięciem Dekalogu, że prawa będące fundamentem społeczeństwa tylko wtedy są przestrzegane, gdy w interpretacji nie ma elementów relatywizmu moralnego (…). (s.430)

Moim zdaniem, tylko mózgu w postaci mielonki zamkniętej w konserwie o grubości czołgowego pancerza,  nie może się odezwać pewien dysonans poznawczy wywołany zestawieniem słów „ubek” i „Dekalog”. Śmiem przypuszczać, że tekst Bartyzela to brawurowa próba osadzenia Krzeczkowskiego w roli „strażnika tradycji i ładu moralnego”. Słowem: strażnik – ubek stojący na straży ładu moralnego, czyli Dekalogu!

Mocne.

Zerknijmy w takim razie jeszcze na projekt owego „moralnego ładu”, który krótko nam wyłuszczy jeden z nieustraszonych strażników Dekalogu:

MAREK JUREK

Krzeczkowski, czyli o nostalgii i nadziei

Evelyn Waugh opisywał zniszczenie, motyw ruiny jakiegoś mikroświata powraca we wszystkich jego książkach. Krzeczkowski tak to interpretuje: „Dwór… został skazany na zagładę… gdy ludzie, którym służył za schronienie, stali się bezdomni, ponieważ nie umieli już usprawiedliwić swojego przebywania we dworze”. (s.465)

Wow. Powiem Wam, że to zdanie to wyzwanie! Próbowałem jego analizę zacząć od końca. Wyszedł mi taki ciąg. Szlachta długo myślała nad usprawiedliwieniem swojego przebywania na dworze. Kiepsko im ten proces szedł, choć przecież szkoły trzymały niezły poziom po przeprowadzeniu oświeceniowo-pozytywistycznych reform. I wtedy mieszkańcy dworu postanowili (zapewne pod wpływem „Ludzi bezdomnych”), że opuszczą schronienie i staną się bezdomni. I tą oto głęboko przemyślaną decyzją, skazali dwór na zagładę…

Jak ktoś ma jakąś inną interpretację, to bardzo proszę. Chętnie się jeszcze czegoś na styku logiki i semantyki nauczę.

A teraz o tym jaką interpretację PRL wyznawał Marek Jurek:

„Refleksja polityczna Krzeczkowskiego miała charakter antykomunistyczny jednak jej wnioski prowadziły do konieczności szukania modus z PRL.

Dla Krzeczkowskiego PRL był kalekim, ale polskim państwem. (…)

Niewątpliwie „państwowa” interpretacja PRL, którą ja sam – niezależnie od przyjaźni z Panem Henrykiem – wyznawałem, okazała się czynnikiem znacznie zaciemniającym realistyczną ocenę położenia Polski, czyli brutalnie rewolucyjnego, a nie tylko okupacyjnego, charakteru komunistycznych rządów”. (s.465-466)

Jak widzimy, Marek Jurek uległ pewnemu „zaciemnieniu”, ale stało się to niezależnie od „przyjaźni z Panem Henrykiem”. Potem uznał (i na dodatek podkreślił), że Polska była rządzona w sposób „brutalnie rewolucyjny”, a nie „okupacyjny”. Nie wiemy w jaki sposób umiejscawiał on w tej historyczno-politycznej topografii „ubeków”, ale wiemy, że prywatnie potrafił się z nimi przyjaźnić.

Oto co jeszcze w swym tekście podkreślił Marek Jurek:

„… sukcesja elit możliwa jest tylko wtedy, kiedy nie zostanie przerwany proces przekazywania sensu ładu, w imię którego zbiorowość została powołana do bytu”. (podkr. Moje – M.J.) (s.465)

Zauważyliście już, że program antyplagiatowy coś by tu miałby tu do roboty? Jacek Bartyzel napisał to w cytowanym już tutaj fragmencie to samo w roku 1994. Przytoczę raz jeszcze:

„Wiedział jednak Krzeczkowski, że sukcesja takich elit możliwa jest tylko wtedy, kiedy nie zostanie przerwany proces przekazywania sensu ładu, w imię którego zbiorowość została powołana do bytu”.

Marek Jurek widocznie słowo w słowo zapamiętał, i dwa lata później (1996) powtórzył nie zaznaczając, że to zerżnięty cytat. Mamy więc do wyboru, albo to taki konserwatywny zwyczaj – „zrzynaj nie pożyczaj”, albo była to obowiązkowa fraza wkuwana na blachę przez wszystkich młodych adeptów na kanapie przy ulicy Czackiego?

Tak, czy inaczej wspominkowy wieczór poświęcony H.K. to chyba chęć szukania sukcesorów. Wiemy już przecież, że „proces przekazywania sensu ładu” potrzebuje „świeżego dopływu krwi”, by chronić nas przed „szalbierzami i moralnymi parweniuszami”. Przynależność do owych elit nie została nikomu z nas zaoferowana, więc na drodze dedukcji spróbujcie w powyższych frazach odnaleźć gdzieś siebie.

Na zakończenie chciałbym podkreślić wyraźny ryt „humanistyczny” w działaniach Henryka Krzeczkowskiego i fakt, że opiera się on o wieki kallimachowej tradycji.

Wrzucam link do „Prostych prawd”. Uwierzcie, że bardzo trudno je wyszperać. Widocznie osób aspirujących do elit jest na tyle dużo, że popyt przewyższa podaż.

https://allegrolokalnie.pl/oferta/henryk-krzeczkowski-proste-prawdy-rwb

=====================================

Jeden z komentarzy pod tekstem „szpieg-moj-przyjaciel-cz1-odwieczne-proste-prawdy”

Relacja Jarosława Iwaszkiewicza o majorze Gernerze vel Meysztowiczu alias Krzeczkowskim w spisanych przezeń „Dziennikach”. Zapis dokonany pod datą 30 marca 1960 roku:

„Parę dni temu miałem przykrą historię. Przyszedł do mnie rano Henio K[rzeczkowski]., że [Tadeusz] Steć prosi do siebie do Sobieszowa na czwartą po południu. Nie chciało mi się iść, ale Henio prosił, mieli tam być jacyś chłopcy itd. Henio kupił dwie butelki wina i poszliśmy. Steć jest obłąkany na punkcie seksualnym, jest to przykra obsesja, która rozmowę z inteligentnym gościem, znającym doskonale warunki tutejsze, zamienia w szereg niezwykle ordynarnych fragmentów. Niecierpliwiło mnie to wszystko. Z oczekiwania na tych „chłopców” wynikało, że to są chłopcy do konsumpcji na miejscu, co mnie przeraziło. Wreszcie przyszli ci chłopcy, trzy chłopaczyska, jak to bywa, w miarę ordynarni i głupi. I z nimi jeszcze jeden pan – nieznajomy, który mnie widział w takim towarzystwie. Zacząłem się rozpytywać o powrotne tramwaje, ten obcy facet wyszedł, a Henio i Steć wzięli tych dwóch chłopaków do bocznych pokoi, jak w burdelu. Nie mogłem wyjść zaraz, bo mój płaszcz był w tym pokoju, gdzie był Henio. Wściekłość moja nie miała granic, chodziłem po stołowym pokoju, roztrącając meble, i gdzie z przerażeniem na mnie podpatrywał trzeci chłopak, „sekretarz” Stecia. Wreszcie wyleciałem jak z procy i piechotą poszedłem do domu, a to jest ze cztery kilometry. Przeraziło mnie to ogromnie. Więc oni myślą, że ja, prawie siedemdziesięcioletni facet, Jarosław Iwaszkiewicz, mąż, ojciec, dziadek – mogę w ten sposób załatwiać swoje sprawy erotyczne. Publiczne chędożyć nieznajomych chłopaków? Coś nieprawdopodobnego. Dlatego, że mam pociąg do mężczyzn, to od razu już tak? Uczułem się do głębi, do żywca, obrażony. Wróciłem do domu, położyłem się do łóżka i rozpłakałem się. Byłem upokorzony i przerażony. Ale świat jest taki”.

=============================

Mizdrzy się, „dla potomności”… md

prawniczka i menedżerka – „ministerka zdrowia” – IQ chyba poniżej 50?

============================

Przegląd od AI:

Jolanta Sobierańska-Grenda to prawniczka i menedżerka, która od lipca 2025 roku pełni funkcję Ministra Zdrowia w rządzie Donalda Tuska, zastępując Izabelę Leszczynę

Ukraińcy, Polacy i Uzbecy. Na Pomorzu rozbito gang handlujący ludźmi.

Na Pomorzu rozbito gang handlujący ludźmi.

Zatrzymano głównie obcokrajowców

20.02.2026 hnczas/gang-handlujacy-ludzmi-zatrzymano-glownie-obcokrajowcow

sg straz graniczna pomorze
NCZAS.INFO | Straż Graniczna rozbija gang handlujący ludźmi. / fot. KGSG

Funkcjonariusze SG rozbili grupę przestępczą trudniącą się handlem ludźmi i praniem brudnych pieniędzy” – poinformował w piątek szef MSWiA Marcin Kierwiński. W ramach działań przeszukano 17 lokali; zatrzymanych zostało osiem osób i zabezpieczono środki o wartości ponad 7,5 mln zł. W kierownictwie grupy był Ukrainiec, gang składał się głównie z obcokrajowców.

„Funkcjonariusze Straży Granicznej rozbili grupę przestępczą zajmującą się handlem ludźmi i braniem brudnych pieniędzy. Zatrzymano 8 osób. Do tej pory zidentyfikowano 50 ofiar tej grupy. Głównie z Ameryki Łacińskiej. Sprawa ma charakter rozwojowy” – napisał w piątek na X szef MSWiA.

Jak poinformowała w piątek Straż Graniczna, funkcjonariusze tej formacji, w ramach śledztwa dotyczącego m.in. handlu ludźmi i prania brudnych pieniędzy, przeszukali 17 lokali mieszkalnych i usługowych w województwie pomorskim oraz kilkanaście samochodów.

W trakcie działań zabezpieczono pieniądze, złoto inwestycyjne, numizmaty oraz biżuterię o łącznej wartości 3,6 mln zł oraz 28 kont bankowych z ponad 3,8 mln zł.

Straż Graniczna podała, że działania odbyły się 11 lutego i były prowadzone na szeroką skalę. W ich wyniku zatrzymano osiem osób; sześć z nich trafiło już do aresztu.

Z informacji przekazanych przez Komendę Główną SG wynika, że funkcjonariusze z Placówki SG Elblągu od 2024 roku rozpracowywali kilkunastoosobową grupę przestępczą. Na jej czele stali Ukrainiec i Polak, a wśród członków grupy byli głównie Ukraińcy, Polacy i Uzbecy. Grupa wykorzystywała spółki zarejestrowane zarówno w Polsce, jak i poza jej granicami do popełniania przestępstw, m.in. handlu ludźmi.

„Proceder polegał na wykorzystywaniu ofiar do pracy o charakterze przymusowym z zastosowaniem przemocy i gróźb, wprowadzenia w błąd oraz nadużycia stosunku zależności i wykorzystania krytycznego położenia ofiar. Ofiarami byli głównie mieszkańcy Ameryki Łacińskiej, w przeważającej części Kolumbijczycy. Sprawcy werbowali ich już na terytorium państw ich pochodzenia, a następnie pozornie delegowali do pracy w Polsce z wykorzystaniem spółek zarejestrowanych poza granicami UE” – poinformowała Straż Graniczna.

Formacja dodała, że w terminie objętym postępowaniem sprawcy zwerbowali około 2 tys. cudzoziemców, których przetrzymywali do czasu przetransportowania do miejsc wykonywania pracy.

„Do tej pory zidentyfikowano 50 ofiar handlu ludźmi. W jego toku funkcjonariusze Straży Granicznej ujawnili materiał wskazujący na prowadzoną również działalność przestępczą tzw. prania brudnych pieniędzy” – przekazano.

SG dodała, że na podstawie informacji ze śledztwa Generalny Inspektor Informacji Finansowej dokonał blokady 28 rachunków bankowych osób uczestniczących w tym procederze oraz firm na łączną zabezpieczoną sumę ponad 3,8 mln. zł.

„Na podstawie postanowień Prokuratora Okręgowego w Elblągu 11 lutego 2026 roku funkcjonariusze zatrzymali w woj. pomorskim 8 osób, przeszukali 17 lokali mieszkalnych i usługowych oraz pojazdy użytkowane przez osoby powiązane z procederem. Zabezpieczono środki pieniężne, złoto inwestycyjne, numizmaty oraz biżuterię. W trakcie działań dwukrotnie miały miejsca na gdańskich ulicach próby ucieczki. Ścigane pojazdy prowadzone przez Ukraińca i Polaka nie zatrzymały się do kontroli. Mundurowi musieli użyć broni. Dopiero przestrzelenie opon tych pojazdów skutecznie je unieruchomiło i pozwoliło ująć uciekinierów” – poinformowała SG.

W trakcie wykonywania czynności funkcjonariusze zabezpieczyli także przedmiot przypominający broń palną oraz niewielkie ilości narkotyków.

Jak podała formacja, prokurator Prokuratury Okręgowej w Elblągu przedstawił podejrzanym zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej i handlu ludźmi. Decyzją Sądu Rejonowego w Elblągu sześć osób zostało aresztowanych na 3 miesiące, a na dwie osoby został nałożony środek zapobiegawczy w postaci dozoru policyjnego, poręczenia majątkowego oraz zakazu opuszczania kraju. Grozi im od 3 do 20 lat więzienia.

Straż Graniczna zwróciła uwagę, że sprawa ma charakter rozwojowy. Planowane są dalsze zatrzymania w tej sprawie.

W działaniach uczestniczyli funkcjonariusze z Placówki SG w Elblągu, Morskiego Oddziału SG w Gdańsku z grupami realizacyjnymi Wydziałów Zabezpieczenia Działań Morskiego, Warmińsko-Mazurskiego, Nadwiślańskiego i Nadodrzańskiego Oddziału SG, a także eksperci od wykrywania i zwalczania zagrożeń cyberbezpieczeństwa z Zarządu Operacyjno-Śledczego Komendy Głównej SG.

Friday Funnies: Morning in America


Friday Funnies: Morning in America

„Prouder, Stronger, Better”

Dr. Robert W. Malone Feb 20
 
READ IN APP
 

Schumer is dirtying the American flag – by using it as a rug… again.






Until our government breaks away from this mindset that we have to feed the world, we can’t fix agriculture in the USA.

America First.



Reagan could tell a joke like no other…

Politicians and diapers should be changed frequently, and for the same reason.”

As long as there are final exams, there will be prayer in schools.

Politics is the second oldest profession and it bares a striking resemblance to the first oldest profession.

Just to show you how youthful I am, I am going to campaign in all thirteen states.



“If you want to tell people the truth, make the laugh, otherwise they will kill you”

Attributed to either George Bernard Shaw or Oscar Wilde














Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support our work, consider becoming a free or paid subscriber.

Upgrade to paid


Thanks for reading Malone News! This post is public so feel free to share it.

Share








You’re currently a free subscriber to Malone News.

For the full experience, upgrade your subscription.

Upgrade to paid

Zbrodnia i nagroda

Zbrodnia i nagroda   8/2026(762)


     Dawniej zbrodnia się opłacała pod warunkiem, że jej sprawca pozostał nieznany. Teraz opłaca się podwójnie i właśnie dlatego, że zbrodniarz jest znany. Oto krótka instrukcja, jak tego dokonać, którą można sobie poczytać przy porannej kawie, lub żurku.
Teraz jest punkt najważniejszy. Trzeba wytropić kogoś majętnego, kto trzyma gotówkę w domu i najlepiej, żeby w ogóle nie interesował się polityką. Wizyta o szóstej rano kompletnie go zaskoczy i obezwładni. Prócz gotówki możecie poczęstować się jeszcze jakimiś wartościowymi przedmiotami, które łatwo spieniężyć. Prokurator to przyklepie, bo podobnie jak wy jest „umoczony”.

     Najpierw trzeba dać się poznać z najgorszej strony, żeby „demokracja warcząca” nabrała do ciebie zaufania. Tu wystarczą wulgarne bluzgi na wszystkich możliwych forach, ale koniecznie skierowane przeciw „polskim faszystom” szeroko pojętym. Jak się upewnisz, że zostałeś zauważony przez kogo trzeba, zaoferuj swoje cenne usługi.

     Może to być udział w napaści na jakąś staruszkę, która krytykuje Owsiaka, albo innego „bohatera/idola” naszych władców. Policja tyle ma wakatów, że przyjmie cię z otwartymi ramionami, tylko upewnij się, czy komendant na pewno jest po właściwej stronie, czyli rozumie prawo jak Tusk z Żurkiem razem wzięci.

=================================



Wyłom w systemie
‒ Nareszcie coś pozytywnego – powiedziała Małgorzata wskazując na ekran komputera.
‒ Rzeczywiście, Polska zajmuje obszar przebogaty w to co pod ziemią, jak i w to, co na jej powierzchni – przyznał DUCH CZASU.
– Przy tym jesteśmy narodem zdolnych ludzi, którzy potrafiliby zrobić należyty użytek z tych skarbów.
‒ To dlaczego tego nie robimy?
‒ Mój znajomy proponuje następujące kroki: zakładanie lokalnych banków, nadzorowanych przez społeczność danego terenu.
‒ Czym by się różniły od już istniejących?
‒ Udziałowcami byliby wyłącznie mieszkańcy. Wpłacaliby przykładowo po 2000zł.
‒ Czyli trzydziestotysięczne miasto mogłoby dysponować kapitałem około sześćdziesięcioma milionami złotych?
‒ Załóżmy. Lokalni przedsiębiorcy mogliby zaciągać kredyty na uczciwych warunkach, a akcjonariusze w przyszłości otrzymywaliby dywidendy.
‒ To dlaczego nikt tego nie robi?
‒ Może należy ludzi uświadomić?
‒ Obawiam się, że im więcej byłoby chętnych, tym bardziej byłoby to niemożliwe.
‒ Dlaczego?
‒ Wyobrażasz sobie, żeby światowi banksterzy dopuścili do takiego wyłomu w systemie?

Po co nam czas pokuty? Czy unikniemy losu Niniwy?

Po co nam czas pokuty?

stronazycia.pl/po-co-nam-czas-pokuty

Rozpoczęliśmy kolejny Wielki Post. Zapewne wielu z nas zadało sobie pytanie: po co nam ten czas pokuty?

W ostatnich latach popularne stały się diety zachęcające do postów ze względów zdrowotnych. Dzięki powstrzymywaniu się od jedzenia pozwalamy organizmowi oczyścić się i pozbyć toksyn, które nas zatruwają. Sekretarz Zdrowia USA, Robert Kennedy powiedział, że przez lata rząd okłamywał Amerykanów w kwestiach dotyczących żywienia, aby chronić zyski korporacji. Można dodać, że nie tylko rząd, ale również wielkie media brały udział w oszukiwaniu i zatruwaniu społeczeństwa. Nikt dziś nie zaprzecza, że wstrzemięźliwość jest rzeczą dobrą. Do tej wstrzemięźliwości od 2 000 lat zachęca wiernych Kościół.

Umiarkowanie, na przykład w jedzeniu, chroni nas przed wieloma chorobami ciała, ale nie tylko o to chodzi. Człowiek, który poszukuje przyjemności staje się niewolnikiem zmysłów. Wybiera to co przyjemne, nawet jeśli jest to szkodliwe. Godzinami wpatruje się w migające obrazki na ekranie, żeby zaspokoić swoją ciekawość (trzeba powiedzieć, że często przy okazji niektórzy robią gorsze rzeczy). Kierowanie się przyjemnością skutecznie uniemożliwia rozwój, który wiąże się z wysiłkiem. Najłatwiej zaobserwować to w przypadku sportowców, którzy wyrzekają się wielu przyjemności, aby osiągnąć mistrzostwo. Rozwój intelektualny również wymaga wysiłku i dyscypliny. Czytanie książek dla przyjemności, nikogo nie doprowadziło do mądrości.

Można więc powiedzieć, że umiarkowanie (nie tylko w jedzeniu) sprzyja zdrowiu, a szukanie prawdziwego dobra, a nie tylko przyjemności, pomaga w rozwoju. Ale nie to jest prawdziwym celem Wielkiego Postu. Ludzie, którzy prowadzą zdrowy tryb życia, dbają o dobrą  kondycję fizyczną i są gruntownie wykształceni, bywają nieznośnymi dla otoczenia pyszałkami.

Prawdziwym celem Wielkiego Postu jest otwarcie na Boga.

Każdy z nas ma słabości, które uzdrowić może tylko Bóg. Post ma prowadzić do tego, abyśmy swoje słabości, często nie zauważane, umieli dostrzec. Największym złem i słabością człowieka jest grzech. Jeśli nie widzimy swoich grzechów, jesteśmy niewolnikami diabła. Dzięki praktykom pokutnym możemy odzyskać wzrok i słuch i poprosić Pana Jezusa o wyzwolenie z niewoli. Nazywa się to skruchą.

Nawrócenie ma też wymiar społeczny. Patrząc na kraje Zachodu, również na Polskę, możemy dostrzec, że odrzucenie Boga prowadzi do koncentracji na dobrobycie i wygodzie. Konsekwencją jest upadek moralny – rozwiązłość, oderwanie od rzeczywistości  i obojętność na cierpienia bliźnich. Mojżesz i prorocy Starego Testamentu ostrzegają Izraelitów, że odrzucenie Boga i zasad moralnych doprowadzi do upadku ludu i zniszczenia jego państwa. Można powiedzieć, że dzieje się to na naszych oczach. Dla niemal całej klasy politycznej kwestia zabijania dzieci w łonach matek jest „tematem zastępczym”. Katastrofa demograficzna, której doświadcza Polska, jest tego skutkiem. Jan Paweł II ostrzegał nas przecież: „Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości”.

Nawracajmy się więc, abyśmy, tak jak mieszkańcy Niniwy, uniknęli zagłady. Nie musimy ubierać się w wory i siadać na popiele. Papież Leon XIV sugeruje nam, abyśmy wsłuchali się w głos ubogich tego świata. A któż jest bardziej ubogi niż dziecko, któremu odmawia się prawa przyjścia na świat, które nawet nie może wydać głosu w swojej obronie? Każdy może stać się głosem najmniejszych angażując się w akcje w ich obronie.

Zachęcamy do tego, aby w tym Wielkim Poście podjąć modlitwę w obronie nienarodzonych oraz przekazać jałmużnę na wsparcie ratowania dzieci przed aborcją.

Fundacja Pro-Prawo do Życia organizuje publiczne modlitwy różańcowe w całej Polsce. Zapraszamy do przyjścia i modlitwy razem z nami. Najlepiej zrobić to poprzez odnalezienie najbliższego takiego wydarzenia w swoim miejscu zamieszkania.

Prosimy również o wsparcie finansowe, które umożliwia organizację kolejnych różańców w całej Polsce:

Zobacz nadchodzące wydarzenia

Wesprzyj nasze działania

PLN

PLN

Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667

Fundacja Pro – Prawo do życia,
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22,
05-800 Pruszków

Dla przelewów zagranicznych:
IBAN PL79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Kod BIC Swift: INGBPLPW

Prosimy o podanie w tytule wpłaty także adresu e-mail.

FSSPX: Komunikat Domu Generalnego w sprawie odpowiedzi danej prefektowi Dykasterii Nauki Wiary

Wiadomości Tradycji Katolickiej

Komunikat Domu Generalnego w sprawie odpowiedzi danej prefektowi Dykasterii Nauki Wiary

  • 19 lutego 2026

Podczas spotkania w dniu 12 lutego br. pomiędzy ks. Davide Pagliaranim, Przełożonym Generalnym Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, a Jego Eminencją kardynałem Víctorem Manuelem Fernándezem, Prefektem Dykasterii Nauki Wiary, zorganizowanego w następstwie zapowiedzi przyszłych konsekracji biskupich w Bractwie, Kardynał zaproponował „ścieżkę ściśle teologicznego dialogu, według precyzyjnie określonej metodologii, […] aby uwypuklić minimalne warunki konieczne do pełnej komunii z Kościołem katolickim”, warunkując tenże dialog zawieszeniem zapowiedzianych konsekracji biskupich.

Na prośbę Prefekta Dykasterii Przełożony Generalny przedstawił tę propozycję członkom swej Rady i poświęcił niezbędny czas na jej ocenę.

W dniu 18 lutego br. ks. Davide Pagliarani przesłał Kardynałowi swą pisemną odpowiedź, opatrzoną kilkoma załącznikami i podpisaną przez pięciu członków Rady Generalnej.

Ponieważ wskutek komunikatu opublikowanego przez Stolicę Apostolską dnia 12 lutego sprawa ta stała się domeną publiczną, wydaje się stosowne udostępnić również publicznie treść tego listu oraz załączników, aby umożliwić zainteresowanym wiernym dokładne zapoznanie się z udzieloną odpowiedzią.

Przełożony Generalny powierza tę sytuację modlitwie członków Bractwa i wszystkich wiernych. Prosi, aby modlitwa różańcowa oraz umartwienia Wielkiego Postu, który właśnie się rozpoczyna, były szczególnie składane w intencji Ojca Świętego, dla dobra Kościoła świętego oraz ku godnemu przygotowaniu dusz na ceremonię dnia 1 lipca.

Menzingen, dnia 19 lutego 2026 r.

List ks. Pagliaraniego do kard. Fernándeza

FSSPX: List ks. Pagliaraniego do kard. Fernándeza

List ks. Pagliaraniego do kard. Fernándeza

  • 19 lutego 2026

Menzingen, dnia 18 lutego 2026 r.
Środa Popielcowa

Najczcigodniejsza Eminencjo,

przede wszystkim dziękuję za przyjęcie mnie dnia 12 lutego, jak również za upublicznienie treści naszego spotkania, co sprzyja całkowitej przejrzystości w komunikacji.

Nie mogę nie przyjąć z zadowoleniem otwarcia na dyskusję doktrynalną, okazanego dziś przez Stolicę Apostolską, z tej prostej przyczyny, że ja sam zaproponowałem ją dokładnie siedem lat temu, w liście z dnia 17 stycznia 2019 r.1 Wówczas Dykasteria nie wyraziła większego zainteresowania taką dyskusją, argumentując – ustnie – że porozumienie doktrynalne pomiędzy Stolicą Apostolską a Bractwem św. Piusa X jest niemożliwe.

Ze strony Bractwa dyskusja doktrynalna była – i nadal pozostaje – pożądana i pożyteczna. Nawet bowiem jeśli nie udałoby się porozumieć, braterskie rozmowy pozwalają lepiej się wzajemnie poznać, udoskonalić i pogłębić własne argumenty, lepiej zrozumieć ducha i intencje, które ożywiają stanowisko rozmówcy, a zwłaszcza jego rzeczywistą miłość do Prawdy, do dusz i do Kościoła. To dotyczy zawsze obu stron.

Taki właśnie był mój zamiar w 2019 r., gdy proponowałem dyskusję w spokojnej i pokojowej atmosferze, bez presji czy groźby ewentualnej ekskomuniki, która uczyniłaby dialog mniej wolnym – co niestety ma obecnie miejsce.

To powiedziawszy, choć oczywiście cieszę się z nowego otwarcia na dialog i z pozytywnej odpowiedzi na moją propozycję z 2019 r., nie mogę jednakże – z uczciwości intelektualnej i kapłańskiej wierności wobec Boga i dusz – zaakceptować ani perspektywy, ani celów, w imię których Dykasteria proponuje wznowienie dialogu w obecnej sytuacji; ani też odroczenia daty 1 lipca.

Pozwalam sobie przedstawić z szacunkiem powody tego stanu rzeczy, do których dodam kilka uzupełniających uwag.

1. Obaj z góry wiemy, że nie możemy dojść do porozumienia na płaszczyźnie doktrynalnej, w szczególności co do fundamentalnych orientacji przyjętych od czasu Soboru Watykańskiego II. Ten brak zgody, ze strony Bractwa, nie wiąże się ze zwykłą różnicą poglądów, lecz z prawdziwą sprawą sumienia, wynikającą z tego, co jawi się jako zerwanie z Tradycją Kościoła. Ta złożona kwestia stała się niestety jeszcze bardziej nierozwiązywalna na skutek ewolucji doktrynalnej i duszpasterskiej ostatnich pontyfikatów.

Nie widzę zatem, jak wspólny proces dialogu mógłby doprowadzić do określenia razem „minimalnych wymagań dla pełnej komunii z Kościołem katolickim”, skoro – jak Eminencja szczerze przypomina – teksty Soboru nie mogą być korygowane, a prawowitość reformy liturgicznej podawana w wątpliwość.

2. Dialog ten miałby z założenia służyć wyjaśnieniu interpretacji Soboru Watykańskiego II. Lecz interpretacja ta została już wyraźnie podana w okresie posoborowym i w późniejszych dokumentach Stolicy Apostolskiej. Sobór Watykański II nie stanowi zbioru tekstów wolno interpretowalnych: został przyjęty, rozwinięty i stosowany od sześćdziesięciu lat przez kolejnych papieży wedle precyzyjnych orientacji doktrynalnych i duszpasterskich.

Ta oficjalna lektura jego treści wyraża się m.in. w tak ważnych tekstach jak Redemptor hominis, Ut unum sint, Evangelii gaudium czy Amoris lætitia. Przejawia się również w reformie liturgicznej, rozumianej w świetle zasad potwierdzonych w Traditionis custodes. Wszystkie te dokumenty pokazują, że ramy doktrynalne i duszpasterskie, w jakich Stolica Apostolska zamierza umieścić wszelką dyskusję, są już z góry określone.

3. Proponowany dialog jawi się dziś w okolicznościach, których nie sposób pominąć. Oczekiwaliśmy bowiem przez siedem lat na pozytywne przyjęcie propozycji dyskusji doktrynalnej z 2019 r. Niedawno dwukrotnie pisaliśmy do Ojca Świętego: wpierw z prośbą o audiencję, potem by jasno i z szacunkiem przedstawić nasze potrzeby i konkretną sytuację Bractwa.

Tymczasem, po długim milczeniu, to dopiero w chwili, gdy wspomniano święcenia biskupie, proponuje się nam wznowienie dialogu, który jawi się zatem jako działanie odwlekające i uwarunkowane. Ręce wyciągniętej w geście otwarcia na dialog towarzyszy niestety druga ręka, gotowa do nałożenia sankcji. Mówi się o zerwaniu łączności, o schizmie2 i o „poważnych konsekwencjach”. Co więcej, groźba ta została już upubliczniona, co tworzy presję trudną do pogodzenia z prawdziwym pragnieniem braterskich rozmów i konstruktywnego dialogu.

4. Ponadto nie wydaje nam się możliwe podejmowanie dialogu w celu określenia, jakie minimalne wymagania byłyby konieczne do komunii eklezjalnej, z tej prostej przyczyny, że takie zadanie do nas nie należy. Na przestrzeni wieków to Kościół ustanowił i określił przez swoje Magisterium kryteria przynależności do Kościoła. To, w co należało obligatoryjnie wierzyć, by być katolikiem, było zawsze nauczane z autorytetem, w stałej wierności Tradycji.

Nie sposób zatem zrozumieć, jak te kryteria mogłyby stać się przedmiotem wspólnego rozeznania poprzez dialog, ani jak mogłyby być dziś na nowo oceniane w sposób nieodpowiadający już temu, co Tradycja Kościoła zawsze nauczała, a co my, z naszej strony, pragniemy wiernie zachowywać.

5. W końcu, jeśli dialog miałby prowadzić do deklaracji doktrynalnej, którą Bractwo mogłoby przyjąć w sprawie Soboru Watykańskiego II, nie możemy pomijać historycznych precedensów podobnych wysiłków. Szczególną uwagę zwracam na ten najbardziej niedawny: Stolica Apostolska i Bractwo prowadziły długi proces dialogu, rozpoczęty w 2009 r., szczególnie intensywny przez dwa lata, a następnie kontynuowany sporadycznie aż do 6 czerwca 2017 r. Przez wszystkie te lata starano się osiągnąć to, co Dykasteria teraz proponuje.

Otóż wszystko to zakończyło się drastycznie jednostronną decyzją prefekta Kongregacji Nauki Wiary, kard. Müllera, który w czerwcu 2017 r. uroczyście ustalił, na swój sposób, „minimalne warunki konieczne do pełnej komunii z Kościołem katolickim”, włączając w nie explicite cały Sobór i okres posoborowy3. Ukazuje to, że upieranie się przy zbyt forsowanym i pozbawionym wystarczającego spokoju dialogu doktrynalnym w dłuższej perspektywie, zamiast osiągnąć satysfakcjonujący rezultat, jedynie pogarsza sytuację.

W obliczu zatem obustronnej konstatacji niemożności osiągnięcia zgody w sprawach doktryny, wydaje mi się, że jedynym punktem, na którym możemy się spotkać, jest nadprzyrodzona miłość wobec dusz i wobec Kościoła.

Jako kardynał i biskup Eminencja jest przede wszystkim pasterzem, i proszę pozwolić mi się zwrócić do Eminencji właśnie w tym charakterze. Bractwo stanowi obiektywną rzeczywistość – ono istnieje. Dlatego też na przestrzeni lat Papieże brali je pod uwagę i poprzez konkretne i znaczące akty uznawali wartość dobra, które może ono czynić mimo swej sytuacji kanonicznej. Również właśnie dlatego dziś rozmawiamy.

To samo Bractwo prosi Eminencję jedynie o możliwość kontynuowania tego samego dobra wobec dusz, którym udziela świętych sakramentów. Nie prosi o nic więcej, o żaden przywilej, ani nawet o uregulowanie kanoniczne, które w obecnym stanie rzeczy jest nie do zastosowania z powodu rozbieżności doktrynalnych. Bractwo nie może porzucić dusz. Potrzeba konsekracji jest konkretną potrzebą na krótką metę dla przetrwania Tradycji, w służbie świętego Kościoła katolickiego.

Możemy zgodzić się co do jednego: żaden z nas nie chce na nowo otwierać ran. Nie będę tu powtarzał wszystkiego, co już wyraziliśmy w liście do papieża Leona XIV, z którym Eminencja bezpośrednio się zapoznał. Podkreślam jedynie, że w obecnej sytuacji jedyną realnie możliwą drogą do przyjęcia jest droga miłości.

W ostatniej dekadzie papież Franciszek i Eminencja bardzo często wzywali do „słuchania” i zrozumienia szczególnych, złożonych, wyjątkowych sytuacji, niemieszczących się w zwykłych ramach. Pragnęliście także, by prawo było stosowane zawsze w sposób duszpasterski, elastyczny i rozsądny, nie pretendując do rozwiązywania wszystkiego przez automatyczne mechanizmy prawne i aprioryczne schematy. Bractwo w chwili obecnej nie prosi o nic innego – a zwłaszcza nie prosi o to dla siebie: prosi o to dla dusz, co do których – jak już przyobiecano Ojcu Świętemu – nie ma innej intencji, jak czynić z nich prawdziwe dzieci Kościoła rzymskiego.

Na koniec, jest jeszcze jeden punkt, co do którego się zgadzamy i który jest krzepiący: czas, który dzieli nas od 1 lipca, jest czasem modlitwy. To chwila, w której błagamy Niebo o szczególną łaskę, a ze strony Stolicy Apostolskiej – o zrozumienie. Modlę się w szczególności za Eminencję do Ducha Świętego i – czego proszę nie odbierać jako prowokacji – do Jego świętej Oblubienicy, Pośredniczki wszelkich łask.

Szczerze dziękuję Eminencji za okazaną mi uwagę i za zainteresowanie, jakie Eminencja zechce poświęcić niniejszej sprawie.

Proszę przyjąć, Najczcigodniejsza Eminencjo, wyraz mojego najwyższego szacunku i oddania w Panu.

Davide Pagliarani
Przełożony Generalny

+ Alfonso de Galarreta
I Asystent Generalny

Christian Bouchacourt
II Asystent Generalny

+ Bernard Fellay
I Radny Generalny
Były Przełożony Generalny

Franz Schmidberger
II Radny Generalny
Były Przełożony Generalny

====================================================

Załącznik nr 1: List ks. Pagliaraniego do abp. Pozzo z 17 stycznia 2019 r.
Załącznik nr 2: Święcenia biskupie a jurysdykcja: bezzasadność zarzutu schizmy
Załącznik nr 3: List kard. Müllera do bp. Fellaya z 6 czerwca 2017 r.

Załącznik nr 1
List ks. Davide Pagliaraniego do abpa Guido Pozzo
z dnia 17 stycznia 2019 r.

Najczcigodniejsza Ekscelencjo,
przede wszystkim pragnę podziękować za życzliwą uwagę, jaką Ekscelencja okazywała przez wszystkie te lata wobec Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, jak również za serdeczne przyjęcie, z jakim spotkałem się podczas naszego spotkania dnia 22 listopada 2018 r. Moja wdzięczność obejmuje naturalnie również Jego Eminencję kardynała Ladarię.

Zgodnie z ustaleniami poczynionymi podczas tego spotkania piszę do Ekscelencji w sprawie przewidzianych dyskusji teologicznych. W porównaniu z tym, co czyniliśmy w przeszłości, proponuję nadać priorytet regularnym wymianom pisemnym pomiędzy teologami Stolicy Apostolskiej i Bractwa, przewidując na przykład dwa spotkania rocznie.

Przedstawicielami Bractwa, których proponuję do rozmów, są kapłani zdolni do dyskusji doktrynalnych. Są to ks. Arnaud Sélégny, ks. Guillaume Gaud oraz ks. Jean-Michel Gleize. Jest zresztą przewidziane, że ks. Sélégny wkrótce zamieszka w Domu Generalnym, co pozwoli na utrzymanie bardziej bezpośredniego kontaktu pomiędzy nami. Nie wyklucza to oczywiście, by inni współbracia mogli dodatkowo wnieść swój wkład.

Uważam, że dobrze byłoby już teraz rozważyć możliwość publikacji wyników tych dyskusji. Pomysł ten przyszedł mi do głowy po lekturze stenogramu spotkania Ekscelencji z moim poprzednikiem z dnia 28 lutego 2018 r. Sama Ekscelencja wyrażała wówczas życzenie takiej publikacji. Dlatego pozwalam sobie przedstawić tę sugestię. Pozostawiam jednak Ekscelencji wskazanie sposobu publikacji wzajemnych syntez naszych dyskusji, jeśli uzna to Ekscelencja za stosowne.

Jeśli chodzi o tematy dyskusji, uważam, że dobrze byłoby, aby dotyczyły one zarówno Soboru, jak i późniejszego Magisterium. W rozwoju posoborowym istnieje bowiem wiele elementów, które pozwalają precyzyjnie określić prawdziwą interpretację, jaką należy nadać Soborowi – stąd zasadność włączenia w rozmowy także Magisterium posoborowego.

Proponuję zatem następującą listę, która powinna pozwolić nam objąć niemal wszystkie tematy do omówienia:
1. Eklezjologiczne podstawy ekumenizmu;
2. Praktyka ekumenizmu przez hierarchię Kościoła;
3. Podstawy i cele dialogu międzyreligijnego;
4. Zbawienie żydów wedle obecnego Magisterium;
5. Nowa koncepcja kapłaństwa: jej podstawy teologiczne i konsekwencje liturgiczne;
6. Urząd Piotrowy w świetle nauczania Jana Pawła II w dokumentach Apostolos Suos, Ut Unum Sint oraz innych;
7. Synodalność w ramach obecnego Magisterium;
8. Obecna doktryna dotycząca moralności małżeńskiej;
9. Prymat i rola sumienia w Magisterium soborowym i posoborowym.

Mam nadzieję, że propozycja ta odpowiada również oczekiwaniom Ekscelencji.

Proszę przyjąć, Najczcigodniejsza Ekscelencjo, wyraz mojego najgłębszego szacunku i oddania w Panu.

ks. Davide Pagliarani

Załącznik nr 2
Święcenia biskupie a jurysdykcja: bezzasadność zarzutu schizmy

Konstytucja dogmatyczna Lumen gentium o Kościele stwierdza w rozdziale III, nr 21, że władza jurysdykcji przekazywana jest przez sakrę biskupią jednocześnie z władzą święceń. Dekret Christus Dominus o pasterskich zadaniach biskupów w Kościele stwierdza to samo w nr preambuły. Twierdzenie to zostało uwzględnione w Kodeksie prawa kanonicznego z 1983 r., w kanonie 375, par. 2. Otóż w Kościele przyjęcie władzy jurysdykcji biskupiej zależy z prawa Bożego od woli Papieża, a schizma definiowana jest właśnie jako akt tego, kto przywłaszcza sobie jurysdykcję autonomicznie i bez uwzględnienia woli Papieża. Dlatego według tych dokumentów konsekracja biskupia dokonana wbrew woli Papieża byłaby z konieczności aktem schizmatyckim.

Ta argumentacja, która zmierzałaby do stwierdzenia schizmy nadchodzących konsekracji w Bractwie, opiera się w całości na założeniu Soboru Watykańskiego II, zgodnie z którym sakra biskupia przekazuje jednocześnie władzę święceń i władzę jurysdykcji.

Otóż zdaniem pasterzy i teologów, których autorytet był uznawany w chwili Soboru Watykańskiego II, to założenie nie jest tradycyjne i jest pozbawione solidnych podstaw. Podczas Soboru kardynał Browne oraz bp Luigi Carli wykazali to w swoich pisemnych uwagach do schematu przyszłej konstytucji Lumen gentium; podobnie i abp Dino Staffa, opierając się na najbardziej pewnych danych Tradycji.

Pius XII oświadczył trzykrotnie – w Mystici Corporis w 1943 r., w Ad Sinarum gentem w 1954 r. oraz w Ad apostolorum principis w 1958 r. – że zwykła władza rządzenia biskupia, którą posiadają biskupi i którą sprawują pod autorytetem Papieża, jest im przekazywana bezpośrednio – to znaczy bez pośrednictwa sakry biskupiej – przez samego Papieża: „immediate sibi ab eodem Pontifice Summo impertita”. Jeśli ta władza jest im przekazywana bezpośrednio samym aktem woli Papieża, nie widać, jak mogłaby wynikać z sakry.

Tym bardziej, że zdecydowana większość teologów i kanonistów stanowczo zaprzecza, jakoby sakra biskupia udzielała władzy jurysdykcji.

Ponadto dyscyplina Kościoła pozostaje w sprzeczności z tą tezą. Jeśli bowiem władza jurysdykcji byłaby udzielana przez sakrę, w jaki sposób Papież, który nie zostałby jeszcze konsekrowany na biskupa, posiada z prawa Bożego pełnię władzy jurysdykcji oraz charyzmat nieomylności już od chwili akceptacji swego wyboru? Według tej samej logiki, jeśli to sakra udziela jurysdykcji, ordynariusze, mianowani, lecz jeszcze nie konsekrowani, choć są już ustanowieni na czele swoich diecezji jako prawdziwi pasterze, nie posiadaliby żadnej władzy jurysdykcji ani prawa uczestniczenia w soborze, podczas gdy w rzeczywistości posiadają obie te prerogatywy przed swoją sakrą biskupią. Co do biskupów tytularnych, którzy nie sprawują żadnej władzy nad żadną diecezją, byliby oni przez wieki pozbawieni wykonywania władzy jurysdykcji, którą według Lumen gentium otrzymaliby na mocy swojej sakry.

Jeśli ktoś zarzuci, że sakra udziela właściwej władzy jurysdykcji, która jednak wymaga interwencji Papieża dla prawidłowego sprawowania, odpowiadamy, że to rozróżnienie jest sztuczne, ponieważ Pius XII wyraźnie mówi, że to właśnie władza jurysdykcji w swej istocie jest przekazywana bezpośrednio przez Papieża, który nie ogranicza się zatem do spełnienia warunku wymaganego do należytego wykonywania tej władzy.

Biskupi, którzy zostaną konsekrowani dnia 1 lipca jako biskupi pomocniczy Bractwa, nie przywłaszczą sobie zatem żadnej jurysdykcji wbrew woli Papieża i w żaden sposób nie będą schizmatykami.

=======================================================

Załącznik nr 3
List kardynała Gerharda Müllera do bp. Bernarda Fellaya
z dnia 6 czerwca 2017 r.

Ekscelencjo,

jak Ekscelencji wiadomo, Papież Franciszek wielokrotnie okazywał swoją życzliwość wobec Waszego Bractwa Kapłańskiego, udzielając w szczególności wszystkim kapłanom członkom Bractwa władzy ważnego spowiadania wiernych oraz upoważniając ordynariuszy miejsca do udzielania delegacji na zawieranie małżeństw wiernych korzystających z posługi duszpasterskiej w Bractwie. Z drugiej strony trwa dyskusja dotycząca kwestii związanych z pełnym przywróceniem komunii Bractwa z Kościołem katolickim.

W tej sprawie, za aprobatą Ojca Świętego, uznałem za konieczne przedłożyć Zwyczajnej Sesji naszej Kongregacji, obradującej dnia 10 maja, tekst Deklaracji doktrynalnej, który został Ekscelencji przekazany podczas spotkania dnia 13 czerwca 2016 r., jako warunek konieczny do pełnego przywrócenia komunii. Oto w tej kwestii jednomyślne decyzje wszystkich Członków naszej Dykasterii:

1. Konieczne jest wymaganie od członków Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X akceptacji nowej formuły Professio fidei z roku 1988. W związku z tym nie wystarcza już żądanie od nich złożenia Professio fidei z roku 1962.

2. Nowy tekst Deklaracji doktrynalnej musi zawierać paragraf, w którym sygnatariusze oświadczają explicite przyjęcie nauczania Soboru Watykańskiego II oraz nauczania posoborowego, przyznając wymienionym twierdzeniom doktrynalnym należny im stopień akceptacji.

3. Członkowie Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X muszą uznać nie tylko ważność, lecz także prawowitość Rytu Mszy Świętej i Sakramentów według ksiąg liturgicznych promulgowanych po Soborze Watykańskim II.

Podczas audiencji udzielonej Kardynałowi Prefektowi dnia 20 maja 2017 r. Ojciec Święty zatwierdził te decyzje.

Przekazując je Ekscelencji, będę wdzięczny za zapoznanie z nimi członków Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X.

Zapewniając o mojej modlitwie za delikatną misję Ekscelencji, proszę przyjąć wyraz moich oddanych uczuć w Panu.

Gerhard kard. Müller, Prefekt

Przypisy

  • 1Zob. załącznik nr 1.
  • 2Bractwo wzbrania się jednakże przed wszelkim oskarżeniem schizmy i uważa, opierając się na tradycyjnej teologii i stałym nauczaniu Kościoła, że święcenia biskupie bez zezwolenia Stolicy Apostolskiej, jeśli nie wiążą się z intencją schizmatycką ani z udzieleniem jurysdykcji, nie stanowią zerwania kościelnej komunii. Zob. załącznik nr 2.
  • 3Zob. załącznik nr 3.

10 lat „nieposiadania niczego i bycia szczęśliwym” – oceń swoje szczęście

10 lat „nieposiadania niczego i bycia szczęśliwym” – oceń swoje szczęście

Autor: AlterCabrio-ekspedyt.org    18 lutego 2026

Pytanie nie brzmi, czy zmiana nadejdzie. Pytanie brzmi, jaką przybierze formę, ile cierpienia ją poprzedzi i czy będziemy wystarczająco mądrzy, by zbudować coś lepszego po drugiej stronie – czy też po prostu zastąpimy jednych panów innymi, jak to już wielokrotnie bywało. Ten wynik nie jest z góry przesądzony. Zależy od wyborów ludzi, którzy rozumieją, o co toczy się gra i nie chcą zaakceptować, że obecny stan rzeczy jest trwały lub nieunikniony.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

10 lat „nieposiadania niczego i bycia szczęśliwym” – oceń swoje szczęście

Uwagi na temat życia w gospodarce, w której finansujesz spaghetti dłużej, niż je jesz.

Szczególne okrucieństwo przejawia się w tym, gdy ktoś każe ci podnieść się za sznurówki, podczas gdy ktoś inny już ukradł ci buty, a jeszcze większe okrucieństwo w tym, gdy wysłuchujesz wykładów o ciężkiej pracy od pokolenia, które kupowało domy za jedną pensję i przechodziło na emeryturę, podczas gdy ty pracujesz na trzech etatach i śpisz w swoim pokoju z dzieciństwa w wieku dwudziestu sześciu lat.

Według TransUnion, pokolenie Z ma obecnie większe zadłużenie na kartach kredytowych niż pokolenie milenialsów w tym samym wieku, co samo w sobie byłoby wystarczająco niezwykłe, gdyby nie fakt, że ich siła nabywcza spadła o około osiemdziesiąt sześć procent w porównaniu z tym, czym cieszyli się przedstawiciele pokolenia wyżu demograficznego, gdy wkraczali w dorosłość.

Niech ta liczba na chwilę zapadnie wam w pamięć. Osiemdziesiąt sześć procent. To nie jest marginalny spadek. To nie jest zwykłe tarcie cykli gospodarczych. To metodyczne, systematyczne wyrywanie przyszłości całego pokolenia, prowadzone przez dekady przez instytucje, które doskonale rozumiały, co robią, i mimo wszystko to robiły.

Liczba osób kupujących dom po raz pierwszy spadła do najniższego poziomu od prawie pięćdziesięciu lat. Inwestorzy instytucjonalni – bezosobowe skupiska kapitału, które traktują schronienie jako wpis w arkuszu kalkulacyjnym, a nie jako ludzką konieczność – według prognoz będą w ciągu najbliższych czterech lat posiadać ponad czterdzieści procent wszystkich domów jednorodzinnych.

Pytanie, które wyłania się z tych statystyk, nie brzmi, czy pokolenie Z spełni amerykański sen, ponieważ marzenie to zostało już przejęte, zlicytowane i przekształcone w nieruchomość pod wynajem zarządzaną przez algorytm BlackRock.

Pytanie brzmi, czy to, co pozostało, można w ogóle nazwać życiem, czy też zostało zredukowane do czegoś, co dokładniej można by określić jako usługę abonamentową — miesięczną opłatę za przywilej istnienia w społeczeństwie, które zamieniło każdy aspekt ludzkiego doświadczenia na pieniądze, nie oferując niczego w zamian poza możliwością dalszego płacenia.

Klasy dobrze sytuowane – te, których bogactwo tak bardzo izoluje je od konsekwencji systemu, którego bronią, że autentycznie nie potrafią pojąć, dlaczego ktokolwiek miałby się z tym zmagać – powiedzą wam z dobrotliwą protekcjonalnością arystokratów objaśniających zasady dobrego wychowania przy stole, że tak właśnie działają rynki. Będą przywoływać świętą liturgię podaży i popytu, jakby recytowali Pismo Święte, klękając przed ołtarzami wydajności i innowacji, twórczej destrukcji i dynamiki gospodarczej. To zaklęcia, rytualne frazy, które mają położyć kres myśleniu, a nie je pobudzić, ekonomiczny odpowiednik „zadumy i modlitw” po strzelaninie w szkole.

Będą sugerować z pogodną pewnością siebie osób, które nigdy w swoim rozpieszczonym życiu nie zaznały zimnego potu przy sprawdzaniu stanu konta w banku przed zakupami spożywczymi, że gdyby młodzi ludzie po prostu ciężej pracowali, oszczędzali bardziej starannie, nauczyli się programowania, przenieśli się do tańszych miast, zrezygnowali z subskrypcji serwisów streamingowych, zrezygnowali z tostów z awokado i przyjęli odpowiednio pozytywne nastawienie, oni również mogliby osiągnąć dobrobyt, do którego poprzednie pokolenia wpadały z całym impetem upadającej kłody.

Osoba z pokolenia wyżu demograficznego, która w 1978 roku kupiła dom za pensję robotnika fabrycznego, będzie ci wygłaszać wykład o odpowiedzialności finansowej, siedząc w domu, którego wartość wzrosła o 1200 procent, nie wymagając od niego ani jednej dodatkowej godziny pracy. Mężczyzna, którego studia kosztowały pięćset dolarów za semestr, szczerze wyjaśni, że twoje pokolenie po prostu nie rozumie wartości edukacji. Ktoś, kto nigdy nie rywalizował z czterystoma kandydatami o niepłatny staż w rozmowie kwalifikacyjnej prowadzonej przez niesprawną sztuczną inteligencję, będzie się głośno zastanawiał, dlaczego „po prostu nie postawiłeś stopy w drzwiach”.

Rady spływają nieubłaganie, z wątków na Twitterze, stołów w Święto Dziękczynienia i felietonów w gazetach, pisanych przez felietonistów, których początkowa pensja w 1985 roku wystarczyłaby na dom, na który ich wnuków nigdy nie będzie stać: przestańcie jeść na mieście, zrezygnujcie z Netflixa, parzcie kawę w domu, przestańcie co roku kupować nowe telefony. Jakby czterysta tysięczną lukę między zarobkami a cenami nieruchomości dało się zniwelować, przechodząc na kawę rozpuszczalną. Jakby każdy poniżej trzydziestego piątego roku życia mógł co roku kupować nowy telefon, zamiast go kredytować lub oddawać w rozliczeniu, gdy tylko bateria padnie po osiemnastu miesiącach przeciętnego użytkowania.

Mój telefon ma sześć lat i wciąż zastanawiam się, kiedy dokładnie będę mogła sobie pozwolić na dom za moją pensję – a co ważniejsze: gdzie? Ziemia Ognista? Warto o tym pomyśleć w tym momencie. Może mogłabym kupić skromne mieszkanie gdzieś w subarktycznej dziczy, z dala od inwestorów instytucjonalnych i algorytmicznych właścicieli nieruchomości, gdzie jedynymi sąsiadami byłyby pingwiny – które, trzeba przyznać, najwyraźniej wykazały się znacznie większą odwagą niż to rozdęte, samouwielbiające się, samozadowolone, śmiertelnie obojętne społeczeństwo, które spędza czas na wygłaszaniu tonącym wykładów na temat ich techniki pływania.

Nihilistyczny Pingwin” pójdzie ku pewnej śmierci, zamiast poddać się warunkom, które uważa za nie do zniesienia. Przeciętny Amerykanin wysłucha kolejnego wykładu o kawie ze Starbucksa (nawiasem mówiąc, nigdy w życiu nie wydałam tam ani grosza) od kogoś, czyj cały majątek netto pochodzi z zakupu domu w 1987 roku, uprzejmie skinie głową i w duchu zastanowi się, co jest z nim nie tak. Pingwiny przynajmniej zachowują godność swoich przekonań. Reszta z nas zamieniła swoje na przywilej usłyszenia, że ​​ponieśliśmy porażkę. Ale proszę, powiedz mi więcej o moich rozrzutnych nawykach zakupowych. Jestem pewna, że kolejny wykład o odpowiedzialności finansowej od kogoś, czyja rata kredytu hipotecznego jest niższa niż moja składka na ubezpieczenie zdrowotne, w końcu złamie ten kod.

Ta rada byłaby po prostu obraźliwa, gdyby nie stanowiła formy manipulacji [gaslighting], tak wszechstronnej, tak nieustępliwej, tak perfekcyjnie wyważonej, by zmusić ofiarę do zwątpienia w jej własne postrzeganie rzeczywistości, że sprowadza się to do wojny psychologicznej prowadzonej przeciwko całej grupie demograficznej. Kiedy pracujesz sześćdziesiąt godzin tygodniowo i nie stać cię na czynsz, a ktoś mówi ci, że problemem jest twój sposób myślenia, nie oferuje on żadnej rady. Mówi ci, że rzeczywistość nie istnieje, że twoje przeżycia to halucynacja, że ​​but na karku to w rzeczywistości masaż i powinieneś być za niego wdzięczny.

Proszą was o udział w waszym własnym wymazaniu – finansowym i etnicznym – i o zaakceptowanie, że wasza niezdolność do rozwoju w ustawionej grze, w której zawsze będziecie d..kami z powodu samego istnienia, odzwierciedla pewne braki w waszym charakterze, a nie architekturę samej gry. A najokrutniejsze jest to, że niektórzy z was im uwierzą, zinternalizują kłamstwo, spędzą lata zastanawiając się, co jest z wami nie tak, zanim zdadzą sobie sprawę, że jedyne, co z wami jest nie tak, to to, że urodziliście się trzydzieści lat za późno, by skorzystać z umowy społecznej, która już została zrealizowana i spalona.

Prawda jest prostsza i mroczniejsza: każde pokolenie wkraczało w dorosłość w pogarszających się warunkach ekonomicznych, czego najbardziej widocznym odzwierciedleniem jest stały spadek liczby właścicieli domów, ale kumulujący się efekt dekad nieudanej polityki – z których każda koncentrowała się wyłącznie na kolejnym cyklu wyborczym lub kwartale finansowym, a nie na spójnej wizji przyszłości – sprawił, że millenialsi i pokolenie Z muszą udźwignąć cały nagromadzony ciężar systemowego rozkładu. Nie zmagają się z lenistwem, poczuciem wyższości czy niewystarczającą przedsiębiorczością. Zmagają się, ponieważ odziedziczyli gospodarkę, która została systemowo zaprojektowana tak, aby wydobywać z ludzi maksymalną wartość, zapewniając jednocześnie minimalne bezpieczeństwo – gospodarkę, która powróciła do warunków niespotykanych od czasów Wieku Pozłacanego [Gilded Age], ery bezprecedensowych nierówności i dominacji korporacji, której miały zapobiegać przepisy antymonopolowe i przepisy dotyczące ochrony pracowników z XX wieku.

Historia, ten wielki nauczyciel, którego nikt nigdy nie słucha, pokazała nam już, do czego to prowadzi. Pod koniec XIX wieku ponad cztery tysiące amerykańskich firm upadło, przekształcając się w około dwieście pięćdziesiąt, oddając kontrolę nad cenami, siłą roboczą i produkcją w ręce wąskiej elity, której nazwiska wciąż rozbrzmiewają w korytarzach bogactwa: Carnegie, Rockefeller, Morgan, Vanderbilt.

Andrew Carnegie kontrolował około dwadzieścia pięć procent światowej produkcji stali, przewyższając produkcję całych krajów uprzemysłowionych, takich jak Wielka Brytania. Standard Oil Johna D. Rockefellera osiągnął dziewięćdziesięcioprocentowy udział w rynku, a sam Rockefeller posiadał prawie dwa procent całkowitego majątku kraju – liczba ta brzmi niemal staromodnie w porównaniu z koncentracją, jakiej jesteśmy świadkami dzisiaj, kiedy siedem firm technologicznych odpowiada za ponad jedną trzecią całego indeksu S&P 500, co stanowi najbardziej skoncentrowany udział w historii rynku amerykańskiego.

Baronowie-rozbójnicy zrozumieli coś, co na nowo odkryli ich współcześni następcy: gdy gospodarka staje się zależna od skoncentrowanej władzy, apele o poprawę płac i warunków pracy można zbagatelizować jako zagrożenie dla samego postępu gospodarczego. Retoryka ta praktycznie nie zmieniła się od stu czterdziestu lat. W epoce Wieku Pozłacanego żądania ochrony podstawowej godności ludzkiej zostały przerobione na niebezpieczną komunistyczną propagandę, zagraniczną agitację zagrażającą amerykańskiemu stylowi życia.

Dziś każda sugestia, że ​​korporacje powinny płacić godziwe płace, że opieka zdrowotna nie powinna doprowadzać chorych do bankructwa, albo że mieszkania powinny być dostępne dla ludzi, którzy faktycznie w nich mieszkają, spotyka się z oskarżeniami o socjalizm, walkę klas, analfabetyzm ekonomiczny lub odwieczny faworyt zamożnych: zazdrość. Robotnicy Wieku Pozłacanego musieli zmagać się nie tylko z bezprecedensową władzą korporacji i skorumpowaną polityką, ale także ze społecznymi pochlebcami, którzy bronili systemu, który ich zmiażdżył – zwykłymi ludźmi tak przesiąkniętymi nachalną propagandą, że wierzyli w swoje własne zubożenie jako naturalne, nieuniknione, a może nawet zasłużone.

Najbardziej druzgocącym przykładem tego zjawiska był sprzeciw wobec reformy dotyczącej pracy dzieci, który nie pochodził głównie od elit przemysłowych czy polityków, lecz od rodziców z klasy robotniczej, których płace spadły tak nisko, że przetrwanie rodziny zależało od dochodów ich dzieci. System stworzył tak brutalne warunki, że wyzysk stał się samonapędzający, a same ofiary broniły niszczących je praktyk, ponieważ nie potrafiły wyobrazić sobie alternatywy. Na tym właśnie polega geniusz wszechstronnego przejęcia ekonomicznego: nie tylko narzuca cierpienie, ale wręcz zmusza cierpiących do obrony źródeł swojego bólu.

Historia jednak również rejestruje to, co się dzieje, gdy nierówności pogłębiają się poza granice tolerancji. W miarę jak niepokoje narastały w całym kraju, strajki przeradzały się w przemoc, a sprzeciw opinii publicznej stawał się niemożliwy do zignorowania, przywódcy polityczni byli coraz bardziej zmuszeni reagować nie na biernych amerykańskich wyborców, zadowolonych z tego, co oferował rynek, ale na siłę roboczą, która odkryła swoją kolektywną siłę poprzez gorzkie doświadczenia. Uchwalenie ustawy antymonopolowej Shermana z 1890 roku stanowiło wczesną próbę zapobieżenia całkowitemu zdominowaniu systemu demokratycznego przez władzę prywatną, ustanawiając precedens, że konsolidacja nie była naturalnym punktem końcowym, który Amerykanie byli zobowiązani zaakceptować. Era Progresywna (tak, używam tego okropnego słowa w kontekście nieobraźliwym!) rozszerzyła te zabezpieczenia poprzez przepisy prasowe, regulacje pracownicze i stopniowe uznawanie, że gospodarka istnieje po to, by służyć ludziom, a nie odwrotnie.

I przez jakiś czas – krótki, świetlany okres, o którym klasy zamożne teraz udają, że nigdy nie istniał – to podejście działało.

Nie tak dawno temu kraj wyszedł z Wieku Pozłacanego w okres, w którym mocny uścisk dłoni i chęć do pracy mogły zagwarantować karierę na całe życie. Gdzie pracownik zarabiający najniższą krajową zaledwie siedemdziesiąt pięć centów za godzinę mógł sobie pozwolić na opłacenie czynszu za cały miesiąc, pracując na pełen etat przez mniej niż półtora tygodnia. Gdzie prawie sześćdziesiąt procent amerykańskich pracowników posiadało domy w cenach odpowiadających dzisiejszej medianie około stu dwudziestu ośmiu tysięcy dolarów. Gdzie blisko czterdzieści pięć procent Cichego Pokolenia [Silent Generation] posiadało domy w wieku dwudziestu pięciu lat – nie dzięki pomocy rodziców czy odziedziczonemu majątkowi, ale dzięki prostemu mechanizmowi płac, które faktycznie odpowiadały kosztom utrzymania.

Roczne koszty opieki zdrowotnej dla przeciętnej rodziny wymagały zaledwie około dwóch do czterech tygodni pracy. Ponieważ około trzydzieści procent siły roboczej było zrzeszonych w związkach zawodowych, pracownicy mieli realną siłę nacisku, aby negocjować wyższe płace, emerytury i świadczenia. Mobilność społeczna nie była inspirującym hasłem na plakatach ani banałem z wykładów TED – była strukturalnie dostępna, wbudowana w architekturę ekonomiczną poprzez przemyślane decyzje polityczne, które traktowały pracowników jako istoty ludzkie, a nie jednorazowy nakład. System nie był idealny, w żadnym wypadku. Jednak podstawowa umowa obowiązywała: jeśli ciężko pracujesz i przestrzegasz zasad, możesz zbudować godne życie. Ta umowa została systemowo zerwana, mimo że tak wielu z tych, którzy mieli szansę skorzystać z jej dobrodziejstw, radośnie ignoruje tę rzeczywistość.

W kolejnych dekadach dewaluacja waluty osłabiła siłę nabywczą płac, podczas gdy ceny aktywów gwałtownie rosły, wzbogacając tych, którzy już posiadali majątek, a jednocześnie czyniąc posiadanie go coraz bardziej niemożliwym dla tych, którzy go nie posiadali. Niekończące się wojny pochłaniały biliony dolarów, które mogłyby zostać przeznaczone na finansowanie infrastruktury, edukacji, opieki zdrowotnej, budownictwa mieszkaniowego – wszystkiego, co mogłoby poprawić życie zwykłych obywateli, a nie marż zysku producentów zbrojeniowych. Przejęcie regulacji przekształciło agencje mające chronić interesy publiczne w lobbingowe ramiona branż, które miały nadzorować. A mimo to obietnica ekonomii skapywania zapewniła ideologiczne uzasadnienie dla tego, co w praktyce było masową redystrybucją bogactwa i władzy w górę w ręce nielicznych.

Wraz ze spadkiem egzekwowania prawa i przyspieszeniem konsolidacji, siła robocza traciła wpływy, własność ustępowała miejsca dostępowi, a bodźce ze strony kierownictwa ponownie nagradzały tłumienie związków zawodowych. Społeczni pochlebcy powrócili, a ich argumenty zostały zaktualizowane do ery cyfrowej, ale zasadniczo niezmienione od czasów ich poprzedników z Wieku Pozłacanego: tak właśnie działają rynki, regulacje niszczą miejsca pracy, związki zawodowe to przeżytek epoki przemysłowej, jeśli nie podobają ci się warunki pracy, możesz znaleźć inną. Nieważne, że dostępne miejsca pracy oferują te same lub gorsze warunki. Nieważne, że „wolność” wyboru między wyzyskiem a bezdomnością nie jest żadną wolnością. Nieważne, że całe ramy prawne zakładają indywidualne rozwiązania problemów systemowych, przerzucając ciężar dostosowania się do zepsutego systemu wyłącznie na tych, którzy są najmniej przygotowani do jego udźwignięcia.

Pokolenie Z wkroczyło w gospodarkę, która pod wieloma względami jest o krok od pamiętnych warunków z Wieku Pozłacanego, którym pierwotnie miały zapobiegać przepisy antymonopolowe i przepisy regulujące pracę. Nigdzie ten powrót nie stał się bardziej szkodliwy niż w sektorze mieszkaniowym – tej najbardziej fundamentalnej ludzkiej potrzebie, która obecnie przekształciła się w spekulacyjną klasę aktywów, której głównym celem jest generowanie zysków dla inwestorów, a nie zapewnienie schronienia ludziom.

Po kryzysie finansowym z 2008 roku – będącym konsekwencją deregulacji i inżynierii finansowej, która wzbogaciła architektów upadku, jednocześnie rujnując zwykłych właścicieli domów – dziesiątki tysięcy małych i regionalnych firm budowlanych zbankrutowało lub zostało przejętych przez większych konkurentów.

Kryzys, który zniszczył tak wiele rodzinnych firm i osobistych oszczędności, stał się dla tych z dużym kapitałem bezprecedensową okazją do zakupu. Nowe inwestycje budowlane w coraz większym stopniu znajdowały się pod kontrolą garstki firm, a dziś dziesięciu największych deweloperów kontroluje prawie 45% wszystkich nowych domów jednorodzinnych, co stanowi najwyższy odsetek w historii. Tylko dwie firmy, DR Horton i Lennar, samodzielnie kontrolują ponad 20% rynku.

Badania Luisa Quintero z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa pokazują, co ta koncentracja oznacza w praktyce: te dominujące firmy mogą teraz kontrolować harmonogram, wielkość i ceny nowych inwestycji bez obawy przed konkurencją z zewnątrz. Zmniejszyły one roczną podaż mieszkań o około sto pięćdziesiąt tysięcy jednostek rocznie, czyli prawie 2,6 miliona domów od czasu recesji, jednocześnie zwiększając zmienność cen o ponad pięćdziesiąt procent. Po co budować mieszkania w przystępnej cenie dla rodzin z klasy średniej, skoro luksusowe i wysokomarżowe projekty są o wiele bardziej rentowne? Według Redfin, rynek mieszkań luksusowych rozwijał się trzy razy szybciej niż rynek głównego nurtu. Pod koniec 2024 roku w całym kraju w budowie było zaledwie 6700 tańszych mieszkań na wynajem, w porównaniu z prawie pół milionem mieszkań wyższej klasy.

W rezultacie rynek staje się coraz bardziej oderwany od dochodów gospodarstw domowych. Według danych Centrum Studiów nad Mieszkalnictwem Uniwersytetu Harvarda, około połowa wszystkich gospodarstw domowych wynajmujących mieszkania wydaje obecnie ponad trzydzieści procent swoich dochodów na mieszkanie – tradycyjny próg, powyżej którego koszty mieszkania stają się uciążliwe. Rekordowa liczba 12,1 miliona gospodarstw domowych wydaje ponad pięćdziesiąt procent tylko po to, by utrzymać dach nad głową.

To nie są ludzie podejmujący złe decyzje finansowe. To ludzie uwięzieni na rynku, który został celowo ukształtowany w celu wyłudzenia maksymalnego czynszu od najemców, którzy nie mają dokąd się udać.

A gdy już budownictwo mieszkaniowe będzie projektowane tak, aby służyć temu, kto da najwięcej, a nie przeciętnemu gospodarstwu domowemu, przyciągnie kapitał, który będzie traktował domy nie jako miejsca do życia, ale jako aktywa generujące dochód, którymi będą zarządzać algorytmy i firmy zarządzające nieruchomościami, które nigdy nie spotkały i nigdy nie spotkają najemców, których życie zależy od ich decyzji.

Tylko w 2021 roku około dwadzieścia osiem procent wszystkich domów sprzedanych w Teksasie trafiło do inwestorów instytucjonalnych. W całym regionie Sun Belt ponad jedna trzecia zakupów domów jednorodzinnych jest obecnie powiązana z funduszami private equity i dużymi operatorami wynajmu. Nie są to osoby prywatne budujące osiedla, lecz podmioty finansowe, które czerpią wartość z ludzkich potrzeb, podnosząc medianę cen domów powyżej czterystu piętnastu tysięcy dolarów i pozostawiając millenialsów i pokolenie Z w obliczu wskaźnika ceny do dochodu na poziomie 10.5, czyli ponad dwukrotnie wyższym niż w przypadku poprzednich pokoleń.

I choć około trzydziestu procent przedstawicieli pokolenia Z teoretycznie zdołało kupić dom do dwudziestego piątego roku życia, prawie siedemdziesiąt osiem procent wymagało w tym celu pomocy rodziców – to najwyższy odsetek w historii. Amerykański sen ma teraz przypiętą gwiazdkę: jest dostępny tylko dla tych, których rodzice mogą sobie na niego pozwolić. Ponad pięćdziesiąt dwa procent przedstawicieli pokolenia Z nadal mieszka z rodzicami, całkowicie pozbawionych możliwości posiadania domu, z odroczonym w czasie osiągnięciem niezależności w oczekiwaniu na korektę rynku, która może nigdy nie nadejść, lub na odziedziczenie zdewaluowanego majątku po pokoleniu, którego polityka w ogóle stworzyła te warunki.

Ta sama konsolidacja, która przekształciła rynek mieszkaniowy, objęła również cały system żywnościowy, choć klasy zamożne, robiące zakupy w Whole Foods i często odwiedzające restauracje oferujące dania z farmy na stół, rzadko to zauważają. Na początku XX wieku Kongres uznał ogromną władzę dominujących zakładów mięsnych i uchwalił ustawę o zakładach mięsnych i rzeźniach z 1921 roku, aby przełamać ich kontrolę nad dostawami żywności. Jednak w ciągu ostatnich czterech dekad słabe egzekwowanie przepisów antymonopolowych i agresywne fuzje korporacyjne pozwoliły, aby ta władza powróciła ze zdwojoną siłą.

Obecnie ponad dziewięćdziesiąt procent wszystkich kurczaków brojlerów jest hodowanych w ramach systemów kontraktowych, w których rolnicy nie są właścicielami ptactwa, paszy ani praw do przetwórstwa. Posiadają jedynie długi zaciągnięte na budowę obiektów wymaganych przez integratorów oraz pracę włożoną w hodowlę zwierząt zgodnie ze specyfikacjami ustalonymi przez korporacje, które mogą w każdej chwili zerwać umowy. Zaledwie cztery firmy – Tyson, JBS, Perdue i Sanderson – kontrolują około sześćdziesięciu procent amerykańskiej produkcji kurczaków, likwidując miliony małych, mieszanych stad, które istniały na początku XIX wieku, i redukując liczbę niezależnych producentów do zaledwie dwudziestu pięciu do trzydziestu tysięcy hodowców kontraktowych, w porównaniu z setkami tysięcy, które działały w połowie XX wieku.

W sektorze wołowiny cztery największe firmy kontrolują obecnie około osiemdziesiąt pięć procent amerykańskiego przetwórstwa, w porównaniu z zaledwie trzydziestoma sześcioma procentami w 1980 roku. W sektorze wieprzowiny cztery firmy wytwarzają około siedemdziesiąt procent całej produkcji. Oskarżenia o zmowy cenowe na tych silnie skoncentrowanych rynkach ujawniły, że firmy koordynują cięcia dostaw, podnosząc ceny hurtowe, dodając setki dolarów rocznie do rachunku za żywność przeciętnej rodziny, jednocześnie pozwalając korporacjom na zwiększanie marż.

Wszystko to skrywane za nagłówkami o inflacji, jakby rosnące ceny były jakimś tajemniczym zjawiskiem naturalnym, a nie przewidywalną konsekwencją pozwolenia garstce firm na kontrolowanie podaży i cen podstawowych towarów.

Koncentracja umożliwiła tym firmom standaryzację produkcji wokół najtańszych i najbardziej nieludzkich metod, jakie są możliwe. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent zwierząt hodowlanych w Stanach Zjednoczonych jest obecnie hodowanych w warunkach farm przemysłowych, pomimo że trzy czwarte amerykańskiego społeczeństwa sprzeciwia się takim warunkom. Jednak opinia publiczna nic nie znaczy, gdy rynek jest kontrolowany przez podmioty na tyle duże, że mogą ją ignorować.

Ta sama dynamika występuje w każdym sektorze: konsolidacja tworzy władzę, władza umożliwia wyzysk, a wyzyskiwani nie mają żadnych realnych możliwości, ponieważ rynek nie oferuje alternatyw.

Aby zrozumieć systemowy rozkład rynku pracy, ekonomiści mierzą koncentrację za pomocą indeksu Herfindahla-Hirschmana (HHI), który śledzi, jak duża część kontroli jest skupiona w rękach kilku firm. Historycznie rzecz biorąc, wartość powyżej 2500 sygnalizuje wysoce skoncentrowany rynek, zdolny do zachowań antykonkurencyjnych – próg ten został od tego czasu obniżony do 1800.

Badania ekonomistów specjalizujących się w prawie antymonopolowym, José Azara i Ioany Marinescu, pokazują, że średni wskaźnik HHI rynku pracy wynosi obecnie około 4378. Na wielu rynkach lokalnych i branżowych pracownicy de facto wybierają między zaledwie dwoma dominującymi pracodawcami. Ten poziom koncentracji skutkuje średnio dwudziestoprocentową obniżką płac, mniejszą liczbą dostępnych miejsc pracy i osłabieniem siły przetargowej, ponieważ przewaga pozostaje w rękach pracodawców, którzy nie muszą już konkurować o pracowników, ponieważ podzielili między siebie rynek.

Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w branży technologicznej. Według raportu Instytutu Samowystarczalności Lokalnej z 2021 roku, ekspansja Amazona przyczyniła się do zniknięcia około czterdziestu procent małych producentów odzieży, zabawek i artykułów sportowych, a także prawie jednej trzeciej małych wydawnictw książkowych. Amazon odegrał kluczową rolę w upadku dużych pracodawców, takich jak Borders i Toys R Us, które łącznie zatrudniały około dziewięćdziesięciu tysięcy pracowników. Firma została przyłapana na wykorzystywaniu swojego funduszu venture capital do inwestowania w startupy, a następnie kopiowania ich pomysłów i wprowadzania na rynek konkurencyjnych produktów, w niektórych przypadkach celowo rujnując firmy, które wspierała.

Amazon nie jest w tym odosobniony. Podczas gdy Federalna Komisja Handlu [FTC] i Departament Sprawiedliwości (DOJ) okazjonalnie blokują głośne fuzje, bardziej powszechną taktyką jest inwestowanie przez dominujące firmy w startupy, zabezpieczanie miejsc w zarządach i ciche wpływanie na ich kierunek – strategia znana jako „kooptacja zakłóceń” [co-opting disruption], czyli odwodzenie przyszłych konkurentów od innowacji, które mogłyby realnie zagrozić ugruntowanej pozycji rynkowej.

Kiedy Nvidia, Microsoft, Apple, Amazon, Google, Meta i Tesla stanowią obecnie ponad jedną trzecią całego indeksu S&P 500 – najbardziej skoncentrowany udział w historii rynku amerykańskiego – znajdujemy się w gospodarce, w której dobrobyt kraju zależy od wyników nielicznych firm, których interesy prawdopodobnie nie idą w parze z dobrobytem zwykłych obywateli.

To uzależnienie sprawia, że ​​Pokolenie Z musi zmierzyć się z masowym outsourcingiem amerykańskich miejsc pracy, zwolnieniami podszywającymi się pod optymalizację AI, zbliżającą się automatyzacją całych zawodów, fałszywymi ofertami pracy zalewającymi platformy rekrutacyjne, mającymi stworzyć iluzję możliwości, których nie ma, oraz z najgorszymi warunkami na rynku pracy, z jakimi absolwenci muszą się zmierzyć od ponad dekady.

Dzisiaj siedemdziesiąt dwa procent pokolenia Z żyje od wypłaty do wypłaty, podczas gdy prawie połowa pracuje na trzech lub więcej etatach, żeby przeżyć. Nie po to, by budować majątek. Nie po to, by rozwijać karierę. Po prostu po to, by przetrwać – zapłacić czynsz, kupić artykuły spożywcze, spłacić minimalne raty zadłużenia na karcie kredytowej, które zgromadzili, próbując sfinansować edukację, która miała być ich przepustką do lepszego życia.

A kiedy garstka firm w istocie kontroluje rynek pracy, dyktuje nie tylko płace, ale także dostęp do opieki zdrowotnej. Według Employee Benefit Research Institute, odsetek pracodawców oferujących ubezpieczenia zdrowotne systematycznie spada wraz z przyspieszeniem konsolidacji. Do 2022 roku jeden lub dwa systemy opieki zdrowotnej kontrolowały cały rynek szpitali stacjonarnych w prawie połowie wszystkich obszarów metropolitalnych. Zgodnie z obecnymi wytycznymi federalnymi, siedemdziesiąt trzy procent rynku szpitali metropolitalnych jest klasyfikowanych jako wysoce skoncentrowane, w porównaniu z siedemdziesięcioma jeden procentami w 2014 roku.

Zgodnie z proponowanymi przez Departament Sprawiedliwości i Federalną Komisję Handlu (FTC) wytycznymi dotyczącymi fuzji, liczba ta wzrośnie do około dziewięćdziesięciu pięciu procent.

Badania przeprowadzone przez Kaiser Family Foundation i Healthcare Costs Institute pokazują, że ta konsolidacja bezpośrednio podnosi ceny. Same fuzje szpitali zwiększają koszty prywatnych ubezpieczycieli o około trzydzieści pięć do czterdziestu pięciu procent, nie poprawiając wyników leczenia pacjentów. Prawie połowa wszystkich obszarów metropolitalnych jest zdominowana przez jednego ubezpieczyciela kontrolującego co najmniej pięćdziesiąt procent obszaru, podczas gdy w skali kraju zaledwie cztery firmy kontrolują prawie połowę wszystkich prywatnych ubezpieczeń.

W miarę jak składki na ubezpieczenie zdrowotne rosną szybciej niż płace, mniejsi pracodawcy coraz częściej nie są w stanie w ogóle oferować ubezpieczenia, co stawia pracowników w sytuacji, w której dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej wymaga dołączenia do jednej z większych, skonsolidowanych firm – tych samych, które outsourcingują i automatyzują amerykańskie miejsca pracy tak szybko, jak pozwalają na to ich algorytmy.

W porównaniu z sytuacją sprzed zaledwie dekady, pokolenie Z płaci obecnie około czterdzieści sześć procent więcej za ubezpieczenie zdrowotne. Dwie trzecie młodych dorosłych rezygnuje z wizyt lekarskich z powodu kosztów. To również silnie zniechęca do samozatrudnienia i przedsiębiorczości – a właśnie te cechy klasy zamożne rzekomo cenią, pouczając młodych ludzi o tym, jak podnieść się z upadku za własne pieniądze.

I choć analiza ta koncentrowała się głównie na Stanach Zjednoczonych, ten sam upadek umowy społecznej ma miejsce w dużej części rozwiniętego świata. W Australii naukowcy z Uniwersytetu w Sydney wskazują na narastający kryzys zdrowia psychicznego pokolenia Z, napędzany niepewnością ekonomiczną i niestabilnością społeczną. W Korei Południowej presja sukcesu stała się tak przytłaczająca, że ​​młodzi ludzie nazywają swój kraj „Hell Joseon” – piekielnym, beznadziejnym społeczeństwem. W Chinach młodzi ludzie nazywają siebie „ludźmi szczurami”, opisując wypalenie, wysokie bezrobocie i rozczarowanie wyścigiem szczurów. W Niemczech pokolenie Z zmaga się z tymi samymi problemami upadającego rynku pracy, jednocześnie obwiniane o lenistwo i poczucie wyższości przez tych, którzy weszli w dorosłość w nieporównywalnie łatwiejszych warunkach w rozkwitających powojennych Niemczech. W Kanadzie, pomimo że pokolenie Z oszczędza więcej niż jakiekolwiek poprzednie pokolenie, w praktyce zrezygnowało z posiadania własnego domu.

To nie jest problem amerykański. To globalny wzorzec – skoordynowana restrukturyzacja życia gospodarczego wokół zasady, że ludzie istnieją, by służyć kapitałowi, a nie odwrotnie, że mieszkania, opieka zdrowotna, żywność i praca to towary, które należy optymalizować pod kątem maksymalnej eksploatacji, a nie potrzeby, które należy zapewnić dla ludzkiego rozwoju. Marzenie o własności zostało zastąpione rzeczywistością użytkowania – życiem składającym się wyłącznie z subskrypcji, gdzie ktoś niczego nie posiada a oczekuje się od niego wdzięczności za przywilej dzierżawy dostępu do podstawowych warunków życia.

Zamożne klasy powiedzą ci, żebyś zachował pozytywne nastawienie. Będą ci sugerować, że negacja nigdy niczego nie wygrała, że ​​powinieneś wziąć życie w swoje ręce i coś z nim zrobić, że nastawienie jest wszystkim, a bycie ofiarą to wybór. Ta rada pochodzi od ludzi, którzy nigdy nie musieli wybierać między zakupami spożywczymi a opieką medyczną, którzy nigdy nie pracowali na trzech etatach, jednocześnie studiując w pełnym wymiarze godzin, którzy nigdy nie kalkulowali, czy stać ich na chorobę w tym miesiącu. Ich pozytywność to pozytywność tych, którzy są chronieni przed konsekwencjami, pogodna pewność siebie zwycięzców loterii, którzy radzą pechowcom, by po prostu bardziej wierzyli.

Ale oto, czego wykłady o pozytywnym myśleniu nigdy nie przyznają: najsilniejszy sprzeciw wobec zmian zawsze pochodzi od tych, którzy zinternalizowali własny wyzysk. Rodzice z Wieku Pozłacanego, którzy zwalczali reformę dotyczącą pracy dzieci, ponieważ potrzebowali zarobków swoich dzieci, aby przeżyć. Współcześni pracownicy, którzy bronią miliarderów przed podatkami, ponieważ są przekonani, że pewnego dnia oni również mogą zostać miliarderami, a przynajmniej że majątek miliarderów w jakiś sposób spływa do nich poprzez mechanizmy, których żaden ekonomista nigdy nie był w stanie zidentyfikować. Młodzi ludzie, którzy atakują swoich rówieśników za „pesymizm”, ponieważ przyznanie się do skali problemu wydaje się zbyt przytłaczające.

Staliśmy się, zwłaszcza w ostatniej dekadzie, tak hiperindywidualistyczni, że wszystkie treści w mediach społecznościowych sprowadzają każdy problem systemowy do porad, trików, sposobów na zwiększenie produktywności i osobistej odpowiedzialności. Po prostu lepiej planuj budżet. Po prostu naucz się wartościowych umiejętności. Po prostu zajmij się jednym z wielu dodatkowych zajęć na przesyconych rynkach. Po prostu pracuj ciężej, poświęcaj się bardziej, wierz w siebie z wystarczającą intensywnością. Ta rada nie jest do końca błędna – osobisty wysiłek ma znaczenie, zawsze miał i zawsze będzie miał. Jednak systematycznie przesłania ona strukturalną rzeczywistość, że żadna indywidualna optymalizacja nie jest w stanie pokonać systemu zaprojektowanego po to, by wyciągać wartość z ludzi, a nie ją dostarczać.

A hiperindywidualizm spełnia swoją funkcję. Rozdziela ludzi, którzy dzielą wspólne interesy. Przekształca zbiorowe problemy w osobiste porażki. Sprawia, że ​​zamiast organizować się, by zmienić warunki, każda osoba zmaga się sama, wierząc, że jej niezdolność do rozwoju odzwierciedla jej własne braki, a nie architekturę systemu, który nigdy nie został zaprojektowany dla jej dobra. Najbardziej samotne pokolenie w historii nie jest samotne z przypadku. Samotność jest zamierzonym rezultatem gospodarki, która korzysta z rozproszonych jednostek, które nie potrafią się koordynować, organizować, nie potrafią sobie wyobrazić, że sprawy mogłyby potoczyć się inaczej.

Miliarderzy wciąż powtarzają, że pieniądze nie dają szczęścia, ale ich własne badania dowodzą czegoś innego. Osoby zarabiające ponad sto tysięcy dolarów rocznie deklarują, że są mniej samotne. Wyższe dochody bezpośrednio korelują ze szczęściem, jak pokazują liczne badania. Bogaci o tym wiedzą – po prostu nie chcą, żebyś ty o tym wiedział, ponieważ społeczeństwo, które rozumie związek między bezpieczeństwem materialnym a dobrobytem, ​​mogłoby zacząć zadawać niewygodne pytania o to, dlaczego takie bezpieczeństwo staje się niemożliwe do osiągnięcia dla coraz większej części populacji.

Na świecie jest obecnie ponad trzy tysiące miliarderów. W ciągu zaledwie trzech miesięcy 2025 roku dodali kolejne pięć bilionów dolarów do swojego zbiorowego majątku. Tempo to przyspiesza. To nie przypadek, że wraz ze wzrostem ich bogactwa rosną również koszty wszystkiego innego. Jesteśmy na dobrej drodze, aby w ciągu najbliższej dekady zobaczyć pięciu bilionerów. Po raz pierwszy w historii nowożytnej więcej miliarderów powstaje w wyniku dziedziczenia niż przedsiębiorczości. Stany Zjednoczone zobaczą dwadzieścia dziewięć bilionów dolarów przekazanych spadkobiercom miliarderów w ciągu najbliższych trzydziestu lat. I to tyle z mitu sukcesu osiągniętego własną pracą. To oni są właścicielami butów. To oni są właścicielami pasków. I pobierają od ciebie opłaty za przywilej próby podciągnięcia się na szczyt.

Dla niektórych mogę teraz brzmieć jak socjalistka. Zapewniam, że nie zaraziłam się tą konkretną chorobą. Nadal nie jestem przekonana, że rozwiązaniem naszych problemów jest oddanie większej władzy temu samemu niekompetentnemu, aroganckiemu aparatowi biurokratycznemu, który je stworzył, i podtrzymuję przekonanie, że socjalizm jest w swej istocie ideologią dla tych, którzy pragną pasożytować na pracy innych, jednocześnie okrywając swoją mierność językiem sprawiedliwości.

Ale w tym miejscu rozjeżdżają się nasze drogi z dobrze sytuowanymi obrońcami status quo, którzy odrzucą wszystko, co napisałam, jako lewicowe żale: żyjemy w czasach, w których nie ma kapitalizmu. To nie jest kapitalizm już od jakiegoś czasu. Mamy do czynienia ze sfałszowanym kasynem zarządzanym przez kartel oligarchów, którzy wykupili państwo regulacyjne, przejęli kontrolę nad procesem legislacyjnym i przekształcili całą gospodarkę w mechanizm wysysania bogactwa z tych, którzy je tworzą, i przekazywania go w górę tym, którzy nim manipulują. Nazywają to wolnym rynkiem. Gary Allen słusznie nazywa to komunizmem.

Spójrzmy na Teslę, skoro już mówimy o bilionerach. Oto firma, która zbudowała swoją markę na byciu przyszłością – smukłym, elektrycznym, autonomicznym pojazdem, wizją jutra sprzedawaną ludziom, którzy chcieli wierzyć, że kupują coś więcej niż samochód. I co przyniosła ta świątynia postępu? W 2026 roku Tesla po cichu przejęła system automatycznego prowadzenia – podstawową funkcję wspomagania utrzymania pasa ruchu, która od lat jest standardem w większości pojazdów, a Honda i Toyota oferują ją w najtańszych modelach – i przeniosła ją do formy miesięcznego abonamentu w wysokości dziewięćdziesięciu dziewięciu dolarów. To, co kiedyś było wliczone w cenę pojazdu, jest teraz opłatą cykliczną. To, co było sprzedawane jako dodatkowa funkcja, teraz jest wynajmowane.

Tesle z 2026 roku są standardowo wyposażone jedynie w podstawowy tempomat z czujnikiem ruchu. Jeśli chcesz, aby samochód utrzymywał się na pasie ruchu, czyli miał funkcję, za którą zapłaciłeś przy zakupie pojazdu, musisz teraz wykupić abonament „Full Self-Driving”. To ma znaczenie nie tylko dla właścicieli Tesli, ponieważ każdy inny producent samochodów obserwuje, co robi Tesla. Kiedy Tesla udowadnia, że ​​można usunąć funkcję bezpieczeństwa z samochodu i pobierać opłatę abonamentową za jej przywrócenie, wszystkie zarządy w Detroit i Monachium biorą to pod uwagę.

A dlaczego Tesla to zrobiła? Ponieważ w listopadzie 2025 roku akcjonariusze zatwierdzili pakiet wynagrodzeń dla Elona Muska o potencjalnej wartości do biliona dolarów. Aby odblokować tę wypłatę, Musk musi osiągnąć pewne kamienie milowe — między innymi dziesięć milionów aktywnych subskrypcji FSD. Każda zakupiona subskrypcja bezpośrednio przyczynia się do uczynienia go pierwszym bilionerem na świecie, podczas gdy on marynuje chętny świat w piekle AI, które kiedyś nazywało się Twitter. Jego obecny majątek netto oscyluje wokół 788 miliardów dolarów. Był już na dobrej drodze do przekroczenia progu biliona dolarów bez tego pakietu. To najczystszy wyraz chciwości, jaki wyprodukowała współczesna gospodarka: człowiek, wart więcej niż większość krajów, pozbawia samochody funkcji, tak że każda miesięczna rata zbliża go do kwoty, której żaden człowiek nigdy nie osiągnął, podczas gdy drobnym druczkiem podają, że oprogramowanie nie robi tego, co sugeruje marketing.

Sąd w Kalifornii orzekł, że Tesla stosowała oszukańczy marketing, używając nazw „Autopilot” i „Full Self-Driving” [FSD], które sugerują autonomię, której pojazdy nie posiadają. Tesla została zobowiązana do wycofania marki „Autopilot”. Jej reakcją nie było rozwiązanie problemu, lecz jego monetyzacja – usunięto etykietę, zintegrowano jej funkcjonalność z FSD i wprowadzono pobieranie opłat abonamentowych za to, co wcześniej było wliczone w cenę. Oficjalna definicja prawna Tesli opisuje FSD jako system wspomagający kierowcę i wymagający od niego ciągłej uwagi.

Tymczasem Musk publikuje na Twitterze nagrania Modelu Y, które prowadzą się same, bez kierowcy w środku, i twierdzi, że są „w pełni autonomiczne” – bez kierowcy czy zdalnego operatora. Waymo oferowało prawdziwie autonomiczne przejazdy autostradami już od 2024 roku. Twierdzenie Muska, że ​​jego film był „pierwszy”, było po prostu fałszywe. Ale marketing trwa, subskrypcje rosną, a meta warta bilion dolarów jest coraz bliżej.

FSD jest obecnie przedmiotem federalnego dochodzenia prowadzonego przez NHTSA. Tesla nie zgłaszała prawidłowo wypadków z udziałem autopilota i FSD. Badania wskazują, że Tesle mają najwyższy wskaźnik śmiertelnych wypadków na miliard mil spośród wszystkich marek samochodowych, a wskaźnik Modelu Y jest kilkakrotnie wyższy niż średnia krajowa.

System ten nie kwalifikuje się jako autonomiczny system jazdy zgodnie z klasyfikacją federalną, dlatego Tesla nie pojawia się w statystykach wypadków pojazdów autonomicznych, pomimo marki „samojezdny”. Sprzedają oni prawnie sklasyfikowany system wspomagania kierowcy, który jest statystycznie bardziej niebezpieczny niż przeciętny, reklamowany tak, jakby był niemal gotowy do działania jako nienadzorowana robotaksówka.

Aby to sprzedać, Musk stosuje taktykę pilności [urgency tactics] starszą niż sam samochód: kup teraz, zanim ceny wzrosną, przenieś swój FSD przed upływem terminu, działaj przed 14 lutego, działaj przed końcem pierwszego kwartału. Te terminy podejrzanie pokrywają się z jego kamieniami milowymi dotyczącymi wynagrodzeń, które obejmują również skumulowane dostawy pojazdów. Cały aparat jest zaprojektowany tak, aby pompować kwartalne liczby, tak aby każdy raport o zyskach przybliżał go do wypłaty przekraczającej PKB większości krajów na Ziemi. Obiecuje, że autonomiczne pojazdy będą „już za dwa lata” każdego roku od dekady. Obiecano milion robotaksówek na 2020 rok. „Bardzo blisko poziomu 5” to refren od czasów administracji Obamy. Obietnice się powtarzają. Subskrypcje się kumulują. Bilion się zbliża.

To nie jest kapitalizm. Kapitalizm oznaczałby, że Tesla konkuruje z innymi producentami samochodów, oferując lepszy produkt w lepszej cenie. Mamy tu firmę, która zbudowała fosy regulacyjne dzięki dotacjom rządowym, zdobyła rynek obietnicami, których nie spełniła, a teraz czerpie powtarzające się przychody od klientów za funkcje, które ci już kupili – wszystko po to, by sfinansować pakiet wynagrodzeń na niespotykaną dotąd skalę dla człowieka o bezprecedensowym bogactwie, który wprowadza na rynek oprogramowanie krytyczne dla bezpieczeństwa, będące przedmiotem federalnego śledztwa z powodu jego szkodliwości. A jeśli zaprotestujesz, usłyszysz, że nie rozumiesz innowacji, że hamujesz postęp, że przyszłość należy do tych, którzy wierzą.

Nie zazdroszczę bogactwa. Nie mam żalu o sukces. Nie cierpię tego, że wmawia mi się, że to wolny rynek, podczas gdy obserwuję, jak miliarderzy kupują sobie przepisy, usuwają funkcje z produktów, pobierają opłaty za systemy bezpieczeństwa i nakładają abonamenty na klasę robotniczą i średnią, aby sfinansować pakiety wynagrodzeń, które zawstydziłyby rzymskiego cesarza – a jednocześnie ci sami miliarderzy pouczają opinię publiczną, jak podnieść się z upadku za własne pieniądze. Paski przy butach zostały sprzedane lata temu. Buty są teraz usługą abonamentową. A ludzie, którzy napinają te paski, mają trzy czwarte biliona dolarów i liczą na więcej.

Więc nie, nie zostałam socjalistką. Nie chcę więcej władzy rządu. Nie chcę więcej niekompetentnych miernot – kierujących się osobistymi odczuciami, drobnymi urazami, światopoglądami zbudowanymi z esejów wideo na YouTube i krótkich filmików na TikToku oglądanych między zbiórkami funduszy na kampanię – by narzucać mi coraz bardziej idiotyczne prawa. Bo to jest wszystko, co robią. To cała ich funkcja. Nie rozwiązują problemów. Tworzą ramy prawne. Nie reprezentują ciebie. Reprezentują każdego, kto zapłacił za ich ostatnią kampanię reelekcyjną, i odziewają tę reprezentację w język służby publicznej, podczas gdy ty płacisz rachunek za ich niepowodzenia.

Czy zauważyłeś, że każde uchwalone prawo zdaje się wpływać na ciebie negatywnie? Nie w teorii – teoretycznie każde prawo służy twojej ochronie, twojemu bezpieczeństwu, twojemu dobru. Ale w praktyce? W realnym życiu? Każdy przepis wiąże się z opłatą. Każda reforma dodaje formę. Każda ochrona chroni kogoś przed tobą lub chroni ciebie przed czymś, o ochronę czego nigdy nie prosiłeś, jednocześnie narażając cię na to, co faktycznie zagraża twojemu bytowi. Przepisy, które mogłyby ograniczać wpływowych, są pisane z lukami prawnymi wielkości hangarów lotniczych. Przepisy, które ograniczają ciebie, są pisane z precyzją skalpela. Miliarder znajduje sposób na obejście, ty znajdujesz grzywnę.

Oto ludzie, których wybraliśmy, by nami rządzili: niekompetentne, skorumpowane kupy g…a, których wiedza ekonomiczna wykształciła się w wyniku czytania na telefonach felietonu Paula Krugmana, których znajomość technologii pochodzi z prezentacji lobbysty w PowerPoincie, których wiedza o polityce zagranicznej pochodzi z wszelkich argumentów, które ich pracownicy wyciągnęli z Twittera tego ranka. Nie potrafiliby poprowadzić stoiska z lemoniadą bez firmy konsultingowej, grupy fokusowej i pomocy finansowej, a mimo to ośmielają się reorganizować całe sektory gospodarki, kierując się uczuciami, które mylą z zasadami. Nigdy niczego nie zbudowali, nigdy niczego nie stworzyli, nigdy niczym nie zaryzykowali – i rządzą tak, jakby konsekwencje były koncepcją dotyczącą tylko ich wyborców.

Obserwuj, jak działają. Obserwuj, jak uchwalają szeroko zakrojone ustawy, których nie czytali, opracowane przez lobbystów branż, których nie rozumieją, wpływające na życie, którego nigdy nie przeżyją. Obserwuj, jak gratulują sobie „zrobienia czegoś”, podczas gdy to, co robią, pogarsza sytuację wszystkich, z wyjątkiem interesów, pod które napisano ustawę. Obserwuj, jak stają na podium i mówią o klasie robotniczej, jakby była egzotycznym gatunkiem, który kiedyś widzieli w filmie dokumentalnym, wygłaszając banały o kuchennych stołach, przy których nigdy nie siedzieli, o zmaganiach, z którymi nigdy się nie zmierzyli, o wyborach, których nigdy nie musieli dokonywać między zakupami spożywczymi a czynszem.

A kiedy ich polityka zawodzi – co nieuchronnie się zdarza, bo przecież porażka dla ciebie często oznacza sukces dla ich darczyńców – nie zastanawiają się nad tym ponownie. Nie adaptują się. Podwajają wysiłki. Obwiniają poprzednią administrację, obstrukcyjną opozycję lub ignorancką opinię publiczną, która po prostu nie rozumie wyrafinowanego geniuszu ich wizji. Nigdy się nie mylą. Nigdy nie ponoszą odpowiedzialności. Są wiecznymi bohaterami swoich własnych historii, dzielnie walczącymi z ciemnymi siłami, które jakimś sposobem zawsze okazują się być tobą: twoim samochodem, twoją dietą, twoim termostatem, twoją małą firmą, twoimi wyborami, twoim nieustającym uporem by żyć po swojemu bez ich pozwolenia.

Zawodowy polityk to gatunek, który ewoluował, by przetrwać wyłącznie w ekosystemie władzy. Usuń go z tego środowiska, a zginie w ciągu kilku tygodni, niezdolny do poruszania się w świecie, gdzie słowa muszą odpowiadać czynom, a czyny muszą przynosić rezultaty. Doprowadzili do perfekcji sztukę mówienia godzinami, nie mówiąc nic, obiecywania wszystkiego, nie dając nic, przypisywania sobie zasług za sukcesy, do których się nie przyczynili, i zrzucania winy na innych za porażki, które sami stworzyli. Są wiarygodni, nie będąc wykształconymi, są doświadczeni, nie będąc kompetentnymi, są pewni siebie, nie będąc do czegoś zdolnymi. I rządzą nami z pogodną pewnością ludzi, którzy nigdy nie ponieśli konsekwencji za swoje błędy.

Nie chcę, żeby ci ludzie mieli więcej władzy. Nie chcę, żeby mieli władzę, którą już posiadają. Chcę, żeby dali mi spokój – żeby przestali udawać, że każdy problem wymaga ich interwencji, że każdy kryzys wymaga ich zarządzania, że ​​każdy aspekt ludzkiej egzystencji podlega ich jurysdykcji. Ale to nie jest opcja w głosowaniu. Jedyne, co nam pozostaje, to wybór, która frakcja wiarygodnych nieudaczników będzie źle zarządzać przez następne cztery lata, która grupa darczyńców napisze kolejny zestaw praw, jaki rodzaj porażki preferujemy. I oczekuje się od nas, że będziemy wdzięczni za przywilej wyboru.

Kapitalizm, który nam wciskali – ten, w którym ciężka praca i dobre produkty wygrywają, gdzie konkurencja napędza innowacje, gdzie konsument jest suwerenny, a rynek wolny – już nie istnieje. Pozostają jedynie haracze pod płaszczykiem postępu, oszustwo owinięte w język destrukcji, świat, w którym najbogatszy człowiek na świecie wymontowuje części z twojego samochodu i pobiera comiesięczną opłatę za ich odzyskanie, oczekując, że podziękujesz mu za ten przywilej. Jeśli przez to zabrzmię jak socjalistka w oczach tych, którzy mylą kolesiowskie zyski z wolną przedsiębiorczością, to może powinni zastanowić się, czego właściwie bronili przez te wszystkie lata – i czyim interesom to tak naprawdę służy.

Pęknięcia zaczynają się ujawniać. System, który wydawał się tak trwały, tak nieunikniony, tak naturalny, okazuje się kruchy i zależny od ciągłej uległości tych, których wykorzystuje. Dziewięćdziesiąt procent respondentów w niedawnym sondażu stwierdziło, że spodziewa się pogorszenia, a nie poprawy, kosztów utrzymania w 2026 roku. Pew Research przeprowadził ankietę w trzydziestu sześciu krajach i odkrył, że pięćdziesiąt cztery procent postrzega lukę majątkową jako ogromny problem, podczas gdy sześćdziesiąt procent uważa, że ​​bogaci zawłaszczyli sobie politykę. Ludzie nie są po prostu niezadowoleni – są wściekli. A odpowiednio ukierunkowana furia od zawsze była warunkiem wstępnym zmiany.

Wiek Pozłacany nie skończył się, ponieważ baronowie-rozbójnicy zmienili zdanie. Skończył się, ponieważ robotnicy się zorganizowali, a reformatorzy agitowali, ponieważ sprzeczności systemu stały się tak dotkliwe, że przywódcy polityczni zostali zmuszeni do wyboru między umiarkowaną reformą a rewolucyjnym przewrotem. Era Postępu nadeszła, ponieważ zwykli ludzie nie chcieli zaakceptować, że degradacja, której doświadczali, była naturalna lub nieunikniona. Tworzyli związki zawodowe, maszerowali, głosowali, organizowali się i zmieniali strukturalne warunki życia w Ameryce w sposób, który przyniósł korzyści przyszłym pokoleniom – włączając w to te same pokolenia, które zlikwidowały te zabezpieczenia i teraz pouczają wnuki, jak podnieść się o własnych siłach.

To nie jest skrajny pesymizm. Skrajny pesymizm oznaczałby akceptację faktu, że nic się nie zmieni, że obecna trajektoria jest ustalona, ​​że ​​najlepsze, na co możemy liczyć, to indywidualna adaptacja do zbiorowej katastrofy. Prawda jest bardziej wymagająca niż pesymizm: wymaga od nas odłożenia telefonu i uświadomienia sobie skali problemu, zrozumienia, jak do tego doszliśmy, zidentyfikowania struktur, które utrwalają te warunki, oraz zbudowania koalicji niezbędnych do ich zmiany. To nie jest dzieło jednego cyklu wyborczego ani jednego życia. To trwający projekt demokratycznego społeczeństwa, odwieczna walka o to, by życie gospodarcze służyło ludzkiemu rozwojowi, a nie odwrotnie.

Pokolenie Z rozwija umiejętności, których poprzednie pokolenia nigdy nie musiały nabywać. Uczą się, na podstawie gorzkich doświadczeń, jak działają systemy i jak zawodzą. Budują solidarność ponad podziałami geograficznymi i demograficznymi za pośrednictwem sieci cyfrowych, których baronowie-rozbójnicy z Wieku Pozłacanego nie mogli sobie nawet wyobrazić. Odrzucają fałszywy wybór między zrezygnowaną akceptacją a bezsilną wściekłością. A gdy obejmą stanowiska kierownicze – co nieuchronnie nastąpi, ponieważ czas płynie tylko w jednym kierunku – przyniosą ze sobą wiedzę, którą nabyli za ogromne osobiste poświęcenia, wiedzę o tym, co się dzieje, gdy konsolidacja przebiega w sposób niekontrolowany, gdy siła robocza traci wpływy, gdy mieszkalnictwo staje się spekulacją, gdy opieka zdrowotna staje się szantażem, gdy we własnym kraju nazywa się ciebie rasistowskim nazistą tylko dlatego, że masz niewłaściwy kolor skóry.

Najbliższa przyszłość rysuje się w ponurych barwach. Udawanie, że jest inaczej, byłoby nieuczciwe, a system opiera się na nieuczciwości – na przekonaniu ludzi, że wszystko jest zasadniczo w porządku, że wszelkie problemy to chwilowe anomalie, a nie cechy strukturalne, że indywidualny wysiłek wystarczy, by przezwyciężyć zbiorowy wyzysk. Jednak ponura przyszłość nie determinuje kształtu nadchodzących dekad. Historia nie jest taśmą produkcyjną, która nieuchronnie prowadzi nas ku z góry określonym celom. To teren sporny, gdzie wynik zależy od tego, co ludzie robią, jak się organizują, jakie stawiają żądania i jak skutecznie na nie naciskają.

Na przedniej szybie jest mnóstwo owadów. Szorowanie będzie wymagało czasu, wysiłku i wytrwałości w obliczu niepowodzeń. Ale alternatywa – akceptacja permanentnego podporządkowania, oddanie przyszłości tym, którzy czerpią zyski z ludzkiego nieszczęścia, uczenie dzieci, by oczekiwały mniej niż ty, a wnuków, by oczekiwały mniej niż one – nie jest żadną alternatywą. To kapitulacja w przebraniu realizmu, defetyzm reklamowany jako dojrzałość.

Rozbójniczy baronowie Wieku Pozłacanego uwierzyli, że odnieśli trwałe zwycięstwo. Kontrolowali rząd, sądy, prasę i gospodarkę. Nie mogli sobie wyobrazić, że ich panowanie może być tymczasowe, że robotnicy, których wyzyskiwali, mogą się zorganizować, że system, który przejęli, może zostać zreformowany. Mylili się. Technofeudałowie naszych czasów popełniają ten sam błąd, a ich pycha jest wzmacniana przez algorytmy i możliwości nadzoru, które pokolenie temu wydawałyby się science fiction. Oni również odkryją, że skoncentrowana władza generuje własną opozycję, że wyzysk ma swoje granice, że ludzie nie są nieskończenie cierpliwi wobec warunków, które sprowadzają ich do pozycji w cudzym rachunku zysków i strat.

Pytanie nie brzmi, czy zmiana nadejdzie. Pytanie brzmi, jaką przybierze formę, ile cierpienia ją poprzedzi i czy będziemy wystarczająco mądrzy, by zbudować coś lepszego po drugiej stronie – czy też po prostu zastąpimy jednych panów innymi, jak to już wielokrotnie bywało. Ten wynik nie jest z góry przesądzony. Zależy od wyborów ludzi, którzy rozumieją, o co toczy się gra i nie chcą zaakceptować, że obecny stan rzeczy jest trwały lub nieunikniony.

Albo pójdziemy na dno razem ze statkiem, albo wszyscy razem damy radę. Nie ma trzeciej opcji, w której spryciarze i szczęśliwcy prosperują, podczas gdy reszta świata płonie.

Współzależność współczesnego życia sprawia, że ​​ta fantazja jest niemożliwa – te same systemy, które pozwalają miliarderom gromadzić bogactwo, wymagają funkcjonalnych społeczeństw z wykształconymi pracownikami i stabilnymi instytucjami. Wystarczy docisnąć wyzysk wystarczająco daleko, a cała konstrukcja runie. Miliarderzy budujący bunkry to rozumieją, nawet jeśli w publicznych wypowiedziach udają, że jest inaczej. Przygotowują się na upadek, który sami pomogli zaaranżować, mając nadzieję, że w wygodnej izolacji przetrwają konsekwencje własnej grabieży.

Ale bunkry nie są rozwiązaniem. Są przyznaniem się do porażki. Przyznaniem, że system, który zbudowali, nie jest w stanie utrzymać się sam, że wyzysk, który stosowali, nigdy nie był zrównoważony, że przyszłość, którą tworzą, jest dla nich samych nie do zniesienia. Mentalność bunkra to końcowy efekt filozofii, która traktuje ludzi jako zasoby do eksploatacji, a nie jako cel sam w sobie. I jest to filozofia, która, pomimo pozornego triumfu, niesie w sobie zalążki własnej destrukcji.

Wybór, przed którym stoimy, nie dotyczy optymizmu czy pesymizmu, akceptacji czy katastrofizmu, indywidualnych dążeń czy zbiorowej rozpaczy. Chodzi o wybór między zrozumieniem systemu na tyle dobrze, by go zmienić, a zaakceptowaniem warunków, które będą się jedynie pogarszać, jeśli nie zostaną zakwestionowane.

Pokolenie Z nie wybrało odziedziczenia tej zepsutej gospodarki, tego zniewolonego rządu, tej skoncentrowanej władzy, tej erozji umowy społecznej. Ale to oni zadecydują o tym, co stanie się dalej – czy wzorce Wieku Pozłacanego będą się pogłębiać, aż coś się tragicznie załamie, czy też ciężka praca nad reformami rozpocznie się na dobre, kierując się trzeźwą analizą, a nie wygodnymi iluzjami.

Zachowaj odrobinę nadziei. Ale uświadom sobie, że jest jeszcze wiele do zrobienia. I zrozum, że tej pracy nie da się wykonać samemu, nie da się jej osiągnąć poprzez indywidualną optymalizację, nie da się jej osiągnąć, prześcigając system zaprojektowany tak, by wycisnąć z ciebie wszystko, co masz. Ta praca wymaga solidarności ponad podziałami, które władza wykorzystuje, by nas izolować. Wymaga organizacji, która dorówna koordynacji kapitału. Wymaga zaangażowania politycznego, które pociąga przywódców do odpowiedzialności za podejmowane decyzje i interesy, którym służą. Wymaga również cierpliwości, by wytrwać pomimo niepowodzeń, mądrości, by wyciągać wnioski z porażek, i odwagi, by iść naprzód, nawet gdy przeszkody wydają się nie do pokonania.

Rozbójniczy baronowie myśleli, że odnieśli zwycięstwo na zawsze. Mylili się. Architekci naszej obecnej sytuacji uważają, że zoptymalizowali ludzką eksploatację do perfekcji. Oni też się mylą. Przyszłość nie jest jeszcze napisana, a pióro wciąż jest w naszych rękach – choć te ręce mogą być stwardniałe i zmęczone. Pytanie tylko, czy będziemy go używać.

Oryginalny tekst ukazał się 31 stycznia 2026 roku na stronie:

________________

10 Years Of “Owning Nothing and Being Happy”—Please Rate Your Happiness, A Lily Bit, Jan 31, 2026

Polskie tłumaczenie ukazało się 18 lutego 2026 roku na stronie: