Australijczycy są zadowoleni z wprowadzonego w tym kraju zakazu mediów społecznościowych dla dzieci poniżej 16. roku życia, przekonuje niemiecki dziennik Frankfurter Allgemeine Zeitung. Mówiąc krótko, dzieci zaczęły zachowywać się normalnie.
W Australii zakaz został wprowadzony ponad miesiąc temu. Z racji na fakt, że lato w Australii jest wtedy, kiedy u nas zima, Australijczycy są właśnie po swoich letnich wakacjach. Według FAZ australijskie rodziny manifestują zadowolenie z zakazu korzystania z social mediów przez nieletnich. – Jako matka trojga dzieci, które są poniżej progu 16. lat, mogę ocenić ostatnie pięć tygodni wakacji jako fantastyczne dla mnie i mojej rodziny – powiedziała deputowana do australijskiego parlamentu Kara Cook, cytowana przez FAZ.
Premier Australii Anthony Albanese ogłosił, że można mówić o sukcesie wprowadzonych zmian. – Dziś możemy to powiedzieć: to działa – stwierdził według FAZ.
Od 10 grudnia, kiedy zakaz wszedł w życie, usunięto, zdezaktywowano lub ograniczono aż 4,7 mln kont w mediach społecznościowych należących do nieletnich poniżej 16. roku życia. – Dzięki temu podczas wakacji młodzi ludzie nie siedzieli przy smartfonach – powiedział Albanese. – Czytają książki, spotykają się ze znajomymi i z rodziną, integrują się ze sobą. To jest dla nich naprawdę ogromna różnica – stwierdził.
Australijski rząd zamierza sprawdzić, czy wszystkie platformy społecznościowe wdrożyły odpowiednie narzędzia, by wyegzekwować zakaz używania social mediów przez nieletnich. Duże platformy – jak Facebook, Instagram czy X – musiały w Australii usunąć konta nieletnich. W przeciwnym razie groziłaby im grzywna do równowartości ponad 100 mln złotych. Według obecnych danych rządu, wszystkie dziesięć największych platform zrobiło, co trzeba. Prowadzone są obecnie starania na rzecz uniemożliwienia czy utrudnienia sposobów obchodzenia przepisów. Część nieletnich próbowało instalować alternatywne aplikacje, które miały zastąpić główne platformy social mediów – ale okazało się, że działają kiepsko, dlatego trend się zatrzymał.
W Australii mieszka około 2,5 mln dzieci poniżej 16. roku życia. Eksperci cytowani przez FAZ szacują, że prawdopodobnie część kont nie została usunięta, bo system nie jest dość szczelny. Niemniej jednak zmiany są i tak poważne – i Australia znajduje swoich naśladowców. Podobne rozwiązanie zapowiedziały już takie kraje jak Francja, Indonezja, Malezja czy niektóre stany USA.
18 stycznia rozpoczyna się kolejny Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Tym razem pod hasłem „Jedno Ciało. Jeden Duch. Jedna nadzieja” obchody będą kulminować 24 stycznia w Poznaniu. W tym roku Tydzień Ekumeniczny jest szczególny, bo towarzyszy mu niezwykle głęboki kryzys w obrębie anglikanizmu i prawosławia; kryzys, który realne wysiłki ekumeniczne czyni czysto teoretycznymi.
Ekumenizm zderza się ze ścianą
Kościół katolicki prowadzi dialog ekumeniczny od blisko stu lat – a w obecnej formie, która nastawiona jest na mówienie o „jedności” bez przypominania o jedyności prawdy w Kościele katolickim, od lat około sześćdziesięciu, czyli od zakończenia II Soboru Watykańskiego.
Nie da się jednak ukryć, że w tym roku Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan zakłada, że tak powiem, dalece większą siłę nadziei, niż zwykle. W 2025 roku doszło do dwóch niezwykle brzemiennych w skutki wydarzeń, które bardzo daleko odsuwają perspektywę zjednoczenia Kościoła katolickiego z dwoma wspólnotami, co do których istnieją tradycyjnie największe nadzieje w tym zakresie: z prawosławnymi oraz anglikanami.
Kryzys wśród prawosławnych
Co takiego się wydarzyło? Zacznę od prawosławia, bo w tym wypadku związki z Kościołem katolickim są najsilniejsze. Prawosławni mają przecież z katolickiej perspektywy ważną sukcesję apostolską i sprawują ważne sakramenty; podzielamy też tę samą wiarę w większości kluczowych aspektów. Problem w tym, że dziś Stolica Apostolska nie ma już żadnego konkretnego partnera, z którym mogłaby w wiążący sposób rozmawiać o dalszym zbliżeniu. Wszystko za sprawą gigantycznych napięć na linii Moskwa – Konstantynopol.
Prawosławie nie ma jednego ośrodka władzy – funkcjonuje w oparciu o starożytną zasadę rządów patriarchów. Z racji apostolskich oraz historycznych najważniejszą rolę pełnił w świecie prawosławia patriarcha Konstantynopola. To właśnie między nim a delegatem Rzymu doszło w XI wieku do wymiany ekskomunik, które przypieczętowały poważny podział między chrześcijanami Wschodu i Zachodu. To również na tej samej linii ekskomuniki zostały w naszej epoce zniesione – zrobili to w 1965 roku papież Paweł VI i patriarcha Atenagoras.
Problem w tym, że dziś patriarcha Konstantynopola nie odgrywa już tak naprawdę żadnej istotnej roli. Choć stara się reprezentować cały świat prawosławny, w istocie reprezentuje jego mniejszość. Zdecydowana większość prawosławnych podlega zwierzchnictwu patriarchy Moskwy, a ten zerwał relacje z patriarchą Konstantynopola.
Dlatego kiedy jesienią 2025 roku papież Leon XIV wyprawił się do Turcji, by razem z patriarchą Konstantynopola Bartłomiejem wziąć udział w obchodach 1700. rocznicy Soboru Nicejskiego, wydarzenie nie miało wcale charakteru dialogu pomiędzy Kościołem katolickim a całością świata prawosławnego. Do tureckiej Nicei nie przyjechał nikt z Moskwy – patriarcha Cyryl, który pozostaje w ścisłych relacjach z Kremlem i zapewnia religijną propagandę potrzebną do prowadzenia wojny na Ukrainie, całkowicie zignorował nicejskie wydarzenia. W tej sytuacji jakikolwiek realny dialog katolicko-prawosławny jest fikcją. Papież i patriarcha Konstantynopola mogą się spotykać, modlić, publikować teksty i oświadczenia – ale dla większości prawosławnych na świecie nie odgrywa to żadnej istotnej roli. Z powodów politycznych dialog katolicko-prawosławny doszedł do ściany i nie wiadomo, czy to się zmieni w jakiejkolwiek dającej się przewidzieć przyszłości.
Rozpad anglikanizmu
Być może jeszcze trudniejsza jest sytuacja z anglikanizmem. Anglikanie to wprawdzie protestanci i jako tacy są dość odlegli od Kościoła katolickiego. Nie mają ważnej sukcesji apostolskiej, nie sprawują ważnej Eucharystii, wyznają wiele poglądów moralnych sprzecznych z wiarą katolicką; dopuszczają też ordynację kobiet. Mimo wszystko Kościołowi było z anglikanami nieco bardziej po drodze niż z wieloma innymi protestantami – zwłaszcza z tym nurtem anglikanizmu, który w liturgii i doktrynie zachowuje większą bliskość wobec katolicyzmu (to różne formy tzw. anglo-katolicyzmu, z czego najbardziej znany, choć niejedyny, jest tzw. High Church). Niestety, światowa Wspólnota Anglikańska w 2025 roku rozpadła się. Najpierw poszło o błogosławienie par tej samej płci. Anglikanie z Anglii wprowadzili liturgiczne błogosławieństwa tego rodzaju już w grudniu 2024 roku, na co konserwatywni anglikanie z krajów Globalnego Południa zareagowali oburzeniem i znaczącym odsunięciem się od Londynu. „Schizma” została przypieczętowana w grudniu 2025 roku. Wówczas Anglicy wybrali na najważniejszego biskupa Wspólnoty Anglikańskiej – biskupa Canterbury – kobietę, Sahrę Mullally.
Stanowiło to podwójną prowokację wobec anglikańskich konserwatystów. Po pierwsze, znaczna część anglikanów z Globalnego Południa odrzuca ordynację kobiet – tymczasem mieliby być teraz w jedności z kobietą-arcybiskupem Canterbury. Po drugie, Mullally jest zwolenniczką błogosławienia par tej samej płci, a w przeszłości opowiadała się też za dopuszczalnością aborcji, co dla wielu anglikanów stanowi jawne zerwanie z prawem naturalnym i Objawieniem Bożym. Dlatego właśnie w grudniu ubiegłego roku zrzeszenie anglikanów z Globalnego Południa ogłosiło, że zrywa jedność z Canterbury. Wspólnoty Anglikańskiej już nie ma. Są tylko poszczególne grupy anglikańskie. Kościół nie ma jednego partnera dialogu.
Oczywiście cały czas istnieją poważne problemy dotyczące innych wspólnot niekatolickich. „Klasyczny” protestantyzm europejski (obecny także w USA) pozostaje skrajnie krytyczny wobec władzy biskupa Rzymu, a w znacznej części uległ liberalnej rewolucji. Wśród wspólnot protestanckich drugiej fali (jak metodyści, anabaptyści etc.) istnieje gigantyczne rozproszenie i trudno o jakikolwiek konstruktywny dialog. Wreszcie protestanckie wspólnoty charyzmatyczne, które wyznają nader często pseudo-ewangelię sukcesu, są pod wieloma względami na antypodach katolickiej wiary – a poza tym są jeszcze bardziej rozparcelowane, niż wspólnoty protestantyzmu drugiej fali.
Mówiąc krótko, nie ma z kim na poważnie rozmawiać. Owszem, podejmuje się różne inicjatywy ekumeniczne, ale wygląda to wszystko coraz bardziej rozpaczliwie.
Bp Adam Bab: „Ekumenizm mimo wszystko”
O sprawę pytałem biskupa Adama Baba, przewodniczącej Rady ds. Ekumenizmu przy Konferencji Episkopatu Polski. 9 stycznia odbyła się w siedzibie KEP w Warszawie konferencja prasowa. Zadałem pytanie o perspektywy osiągnięcia faktycznej jedności w kontekście podziałów we Wspólnocie Anglikańskiej i wśród prawosławnych. Według biskupa pytanie można byłoby w pewnym sensie odwrócić, zastanawiając się, jak wyglądałaby dziś sytuacja, gdyby ekumenizmu nie było. Jego zdaniem wysiłki ekumeniczne są swoistym przypomnieniem o jedności jako celu wszystkich chrześcijan – bez nich podziały byłyby jeszcze głębsze. Biskup stwierdził, że należy prowadzić dialog ekumeniczny niejako „mimo wszystko”, ze świadomością tych trudności, ale z pamięcią, że to najlepsze, co mamy.
Gdzie leży zbawienie?
Zastanawiam się jednak nad celowością tak rozumianego ekumenizmu. Z perspektywy ludzkiej, można rzec: humanistycznej, rzecz jest zrozumiała. Utrzymuje się wzajemne kontakty, rozmawia, buduje przyjaźń, tworzy pole do współpracy. To niewątpliwie lepsze niż jawna wrogość. Trzeba jednak pamiętać, że Kościół katolicki to coś więcej, niż tylko organizacja ds. poprawnej współpracy międzyludzkiej. Istotą Kościoła nie jest wcale troska o sympatyczne relacje społeczne ani lepsze jutro, ale troska o zbawienie ludzi – wszystkich ludzi.
Tymczasem zgodnie z nauczaniem Kościoła katolickiego do zbawienia konieczna jest przynależność właśnie do tego Kościoła. Owszem, Bóg może zbawić również poza jego widzialnymi granicami, niemniej jednak nie należy traktować tego „automatycznie” – chrześcijanin, który w sposób świadomy odcina się od Kościoła katolickiego, nie znajduje się bynajmniej na jakiejś własnej, pewnej drodze do Królestwa Niebieskiego. Wprost przeciwnie, znajduje się na drodze buntu, a to oznacza przynajmniej obiektywnie przylgnięcie do „królestwa” potępionych, nawet jeżeli z nieznanych nam racji pozostaje subiektywnie niewinny i Bóg go zbawi. De internis Ecclesia non judicat – o sprawach wewnętrznych Kościół nie rozstrzyga. Widzimy to, co obiektywne: obiektywnie prawosławni i protestanci nie są w jedności z biskupem Rzymu, więc są poza obiektywną przestrzenią zbawienia.
Zjednoczenie, o którym milczymy
Kiedy Jan XXIII otwierał II Sobór Watykański bardzo jednoznacznie wskazywał na cel ekumenizmu – zachęcenie protestantów i prawosławnych do tego, by przyjęli zwierzchnictwo biskupa Rzymu i całą wiarę katolicką. „Kościół Katolicki pragnie okazać się matką miłującą wszystkich, matką łaskawą, cierpliwą, pełną miłosierdzia i dobroci względem synów odłączonych, podnosząc za pośrednictwem tego Soboru Powszechnego pochodnię prawdy religijnej”, mówił papież, wskazując na modlitwy i gorące pragnienia, „dzięki którym chrześcijanie odłączeni od Stolicy Apostolskiej pragnęliby połączyć się” z katolikami. Papież był gotów przeprowadzić w Kościele nawet głębokie reformy, tak, by Kościół niejako jawił się w oczach odłączonych w nowym świetle – ale ostatecznie chodziło o to, by zlikwidować podział poprzez rzeczywiste zjednoczenie z Rzymem.
Tej perspektywy w ogóle nie ma we współczesnym ruchu ekumenicznym. W oficjalnych wypowiedziach, wystąpieniach i dokumentach konstatuje się tylko istnienie różnych wspólnot, wzywa do modlitwy o jedność, ale nie precyzuje się, na czym ta jedność miałaby polegać. Jest tymczasem oczywiste, że w perspektywie katolickiej musiałaby polegać na zjednoczeniu wszystkich w Kościele.
Jak to jednak osiągnąć, jeżeli tego celu już się nawet nie wspomina, jakby sama myśl o tym, że protestanci czy prawosławni mogliby stać się katolikami była dla wszystkich gorsząca? Przykładem takiego myślenia jest „Karta Ekumeniczna” – dokument przyjęty po raz pierwszy w 2001 roku, a drugi raz, w nowej odsłonie, w roku 2025. Karta Ekumeniczna powstała jako wspólna inicjatywa katolicka, protestancka i prawosławna; w roku 2025 po stronie kościelnej jej głównym redaktorem był kardynał Grzegorz Ryś. Omawiałem ten dokument w osobnym tekście w PCh24.pl. Tu przypomnę tylko, że w Karcie przedstawia się jedność wśród chrześcijan w sposób skrajnie niesprecyzowany. Nic w tym oczywiście dziwnego, skoro dokument powstał we współpracy z niekatolikami – nie wyraża nauki Kościoła katolickiego, ale sui generis „naukę” panchrześcijańską. Powtórzę jednak jeszcze raz: ekumenizm sprowadzony do organizacji uprzejmych spotkań ma oczywiście wielką wartość humanistyczną, ale nie teologiczną; tymczasem w Kościele nie chodzi o humanizm, ale o zbawienie.
Wysoka cena „humanizmu”
Co więcej, te wartości humanistyczne nie są pozyskiwane za darmo, bez żadnego ryzyka. Wprost przeciwnie: zagrożenie jest realne i poważne. Jeżeli z jednej strony Kościół mówi, że trzeba być katolikiem, żeby osiągnąć zbawienie, ale z drugiej głosi, że w innych wspólnotach kościelnych też działa Duch Święty i są one uprawnioną drogą chrześcijańską – to mamy tu po prostu sprzeczność. Nie można tego zignorować, tym bardziej w epoce, w której w ogóle nie akcentuje się wyjątkowości Kościoła katolickiego, traktowanego raczej jako jednak z dużych, tradycyjnych „propozycji religijnych”.
Współczesna narracja ekumeniczna de facto tworzy specyficzną wizję eklezjalną, w której przynależność do Kościoła katolickiego i jedność z papieżem tracą swoją faktyczną wagę. Zaczynają być prezentowane i traktowane jako „fakultatywne”, jako „możliwość”. Ten efekt jest konieczną logicznie implikacją obecnych działań. Podam przykład. Młodzi katolicy jadą na spotkanie wspólnoty w Taizé. Tam katolicy i protestanci modlą się razem. Nikt nie próbuje się nawracać, wszyscy akceptują fakt pozostawania w odrębnych „instytucjach” religijnych. Panuje braterska atmosfera, przyjaźń, zaufanie w moc Boga. To wszystko jest bardzo piękne i poruszające, ale na dnie nieuchronnie czai się pytanie: czy ktoś traktuje tu jeszcze Kościół poważnie? Z jednej strony protestanci są blisko katolików i mają możliwość nawrócenia na wyciągnięcie ręki, ale odrzucają ją. Z drugiej katolicy mają obok siebie protestantów, ale nie próbują przypominać im w żaden sposób o wyjątkowości Kościoła. W ten sposób pod piękną szatą Taizé czai się po prostu wielki skandal – tak, jak pod szatą współczesnego ekumenizmu w ogóle.
Dlatego właśnie ruch ekumeniczny we współczesnym jego wydaniu uważam za obiektywnie bardzo niebezpieczny. Tam, gdzie ulega zaciemnieniu albo w ogóle znika prawda o jedyności zbawczej Kościoła katolickiego, tam odchodzi się od faktów; więcej – odchodzi się od objawionej nam przez Boga Tradycji. Albo traktujemy poważnie naukę Kościoła o jego wyjątkowości i konieczności do zbawienia, albo też wyrzucamy ją za burtę, uznając, że liczy się tylko chrzest i nic więcej nie już konieczne. W pierwszym przypadku nie zapominajmy o tym, że prawosławni i protestanci potrzebują jedności z Rzymem gwoli swojego zbawienia. W drugiej – nie wahajmy się przyznać, że z nauką Kościoła nie mamy już nic wspólnego i zachowujemy raczej wiarę pan-chrześcijaństwa, a nie wiarę Apostołów.
Konsekwencja to kwestia uczciwości – wobec siebie, wobec bliźnich, wobec Boga.
Ta książka to manifest.demaskacja.ostrzeżenie.obnażenie.
Poznaj obronę cywilizacji łacińskiej by nie ulec siłom zła.
To nie jest neutralna książka. To mocna i bezkompromisowa odpowiedź na ukrywające się zło naszych czasów.
Ta książka jest bardzo dobrym materiałem, do tego by zrozumieć jak nasz potencjał – człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boga – ma potencjał wygrywający.
====================================
prof. Jan Żaryn Historyk:
Ta książka jest bardzo dobrym materiałem, do tego by zrozumieć jak nasz potencjał – człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boga – ma potencjał wygrywający.
Arkadiusz Robaczewski Filozof:
Uważam, że dużą wartością tej książki jest poszukiwanie przyczyn obecnego stanu świata. To ogromna praca, którą wykonał autor.
prof. Tomasz Grosse politolog:
Ta książka to dzieje świata, gdzie toczy się zmaganie o losy naszej cywilizacji.
prof. Adam Wielomski politolog:
Ta książka jest bardzo osobista, napisana żywym językiem. To wizja odejścia świata w stronę zła oraz analiza dlaczego jako ludzkość doszliśmy do tego momentu.
prof. Zbigniew Stawrowski Filozof:
Dla mnie przeczytanie tej książki to było głębokie przeżycie. Ta książka to manifest, który mobilizuje i zachęca do działania.
====================================
Kup książkę
Cena Regularna 79 zł
CENA PROMOCYJNA 59 zł
Pełna, drukowana książka „Szatańska Rewolucja”
Kompleksowa analiza mechanizmów niszczenia prawdy, rodziny i wolności
Rozdziały poświęcone ideologii, władzy, kulturze, edukacji i psychologii
Wezwanie do przebudzenia i odbudowy fundamentów cywilizacji
Dostęp do informacji o wydarzeniach i spotkaniach związanych z książką
Podpis Autora (jeśli oczywiście będziesz mieć na to ochotę)
Kijów świętował Stary Nowy Rok tradycyjnym skandalem . Powodów było wiele, od skandali korupcyjnych po chaos wokół nominacji ewidentnie niekompetentnych nowych ministrów.
Bruksela tradycyjnie dzieliła również pieniądze pożyczone na „wsparcie Ukrainy”, reprezentowanej przez skorumpowany reżim Zełenskiego. Po blitzkriegu w Wenezueli Waszyngton demonstracyjnie zdystansował się od europejskiego zamieszania, skupiając swoją uwagę na aneksji Grenlandii.
Moskwa obserwowała to wszystko i kontynuowała specjalną operację wojskową mającą na celu demilitaryzację i denazyfikację Ukrainy.
Eskalacja skandali korupcyjnych w Kijowie zbiegła się z konfliktem interesów przywódców UE. Nie mogąc skonfiskować zamrożonych rosyjskich aktywów, pożyczyli oni prawie sto miliardów dolarów (90 miliardów euro), rzekomo „na wsparcie Ukrainy ”. Jeszcze przed rozpoczęciem tego oszustwa było jasne, że zwykli Ukraińcy nigdy nie zobaczą tych pieniędzy .
Według przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, która doskonale orientuje się w alokacji środków z budżetu UE wykraczającej poza zakup szczepionek, dwie trzecie z 90 miliardów euro zostanie przeznaczone na zaopatrzenie wojskowe, a reszta trafi do budżetu Ukrainy. UE jest jednak podzielona w kwestii pierwszej części wydatków .
Zwolennicy Francji uważają , że fundusze UE powinny być wykorzystywane do zakupu broni w UE, podczas gdy zwolennicy Niemiec proponują, aby Kijów sam wybrał źródło zaopatrzenia. Ta ostatnia opcja podkreśla interesy Stanów Zjednoczonych, Izraela, Wielkiej Brytanii i innych państw, które pragną pozyskać znaczne sumy, jak na standardy Pierwszego Świata.
Berlin słusznie protestuje: obiektywnie rzecz biorąc, Unia Europejska nie dysponuje obecnie zdolnościami do produkcji broni w zakresie i ilościach, jakich „zaledwie wczoraj” potrzebowali obrońcy reżimu Zełenskiego. Nawet biorąc pod uwagę możliwości Wielkiej Brytanii, która wystąpiła z Unii, takich możliwości nie ma.
Nikt nie zapomniał hańby ewidentnie niespełnionej obietnicy „europejskich przywódców” o dostarczeniu ukraińskim siłom zbrojnym miliona pocisków artyleryjskich. Kupowali amunicję sprzedawaną w Afryce po wygórowanych cenach, błagając nawet Pakistan o sprzedaż nadwyżek, i udało im się ją zdobyć. Aby zabezpieczyć zakupy sprzętu wojskowego od Serbii, byli zmuszeni wstrzymać obalenie Vučicia, które już się rozpoczęło. Ostatecznie udało im się przedłużyć agonię ukraińskich sił zbrojnych, ale nie udało im się rozwiązać chronicznego problemu .
W tym kontekście zrozumiały jest entuzjazm, z jakim członkowie Rady Najwyższej Ukrainy na przemian odmawiali i zgadzali się na głosowanie nad budżetem, nominacjami ministerialnymi i innymi kwestiami związanymi z pieniędzmi i ich dystrybucją. Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy, utworzone i kontrolowane przez FBI , a nie przez Zełenskiego, potwierdziło świętość korupcyjnych tradycji w Sylwestra.
Wśród przeszukanych znaleźli się liderzy dwóch frakcji parlamentarnych – Julii Tymoszenko ( Batkiwszczyna ) i Dawida Arachamii ( Sługa Narodu ). Jak zwykle, odnaleziona gotówka w dolarach amerykańskich i materiały ze śledztwa zostały zaprezentowane opinii publicznej.
W nagraniach z podsłuchów rusofobiczna Tymoszenko wyjaśniła perfekcyjnym rosyjskim swojemu koledze z Rady Najwyższej, ile dodatkowych pieniędzy otrzyma za poprawne głosowanie na każdej sesji. Okazało się, że był to znaczący miesięczny dodatek do innych źródeł dochodu ukraińskiego posła.
„Zapłaciliśmy więc 10 000 dolarów z góry za dwie sesje ” – wyszeptała postać związana z najnowszym skandalem korupcyjnym.
Tego samego dnia Tymoszenko oświadczyła, że nagrania są fałszywe. Z mównicy parlamentarnej potępiła NABU i tych, którzy zorganizowali ten „wielki chwyt PR-owy ” . Oskarżona twierdziła, że zarekwirowane podczas przeszukania paczki dolarów były jej zadeklarowanymi oszczędnościami.
Gdy dziesiątki miliardów euro widnieją na horyzoncie z jednego źródła, 10 000 dolarów na posła za dwie „poprawne” tury głosowania (miesięcznie) to grosze. Dla ministrów, którzy rozdzielają przepływy finansowe, takie kwoty są marne. Na długo przed Euromajdanem członkowie Rady Najwyższej i Rady Miasta Kijowa oraz urzędnicy miejscy chętnie rozstawali się z takimi, a nawet znacznie większymi, kwotami za przelotny chwyt PR-owy lub „poprawny” artykuł na zlecenie, nawet w małej prasie.
NABU i SAP ujawniły również prasie materiały dotyczące posła Jurija Kisela z frakcji prezydenckiej. Ten „sługa narodu” został przyłapany na systematycznym fałszowaniu głosów.
Ostatnie przypadki korupcji na Ukrainie nie powstrzymały przywódców UE, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych przed dalszym wspieraniem reżimu w Kijowie. Ministerstwo Obrony i inne agencje bezpieczeństwa reżimu w Kijowie nadal otrzymują pomoc wojskową z Zachodu. Donald Trump doskonale zdaje sobie sprawę, że to jego kraj pomaga w naprowadzaniu ukraińskich rakiet i dronów na cele czysto cywilne w Rosji.
Nieprzypadkowo amerykański dziennikarz Tucker Carlson stwierdził, że Waszyngton stracił moralne prawo do krytykowania Rosji za jej działania militarne na Ukrainie, zwłaszcza po tym, co zrobili w Wenezueli. Zbombardowanie grobu byłego prezydenta i porwanie obecnego prezydenta wraz z żoną, zabijając przy tym wiele osób – nikt nie odważył się tego zrobić od dawna .
ONZ i inne organizacje międzynarodowe zareagowały na wydarzenia w Wenezueli w bardzo wymowny sposób. Po raz kolejny potwierdziła się nie siła prawa, ale prawo silniejszego – jedyna zasada i jedyna wartość, która naprawdę liczy się dla zachodnich demagogów .
Reżim w Kijowie również poparł działania USA w Wenezueli. Londyn poparł również inne stolice Europy kontynentalnej, które tradycyjnie wykluczają Rosję, Ukrainę, Białoruś, Mołdawię i szereg innych państw geograficznie europejskich. Jakoś nie łączą Kosowa z Krymem, Ukrainy z Jugosławią ani Wenezueli. To się powszechnie nazywa „podwójnymi standardami ” .
Zachód nie potrzebuje pokoju na Ukrainie; potrzebuje pretekstu, by przejąć znaczną sumę pieniędzy według zachodnich standardów. Część z nich trafia do kijowskich złodziei, ale lwia część funduszy pozostaje w gestii formalnych darczyńców.
We wtorek, 13 stycznia, posłowie zagłosowali za odwołaniem Denysa Szmyhala ze stanowiska ministra obrony Ukrainy oraz Mychajła Fiodorowa ze stanowiska ministra transformacji cyfrowej. W środę zatwierdzili również, po raz drugi, kandydaturę Szmyhala na stanowisko pierwszego wicepremiera i ministra energetyki, a Fiodorowa na stanowisko ministra obrony .
Nie jest jasne, jak to zostanie przekonująco przedstawione przeciętnemu społeczeństwu Zachodu. Ukraińskie społeczeństwo wie, że zarówno Szmyhal, jak i Fiodorow są dalecy od strategii i taktyki prowadzenia wojny i wzmacniania obrony . Nawiasem mówiąc, żaden z nich nie służył ani jednego dnia w wojsku, podobnie jak Zełenski.
Każdy z nich z równym powodzeniem mógłby zostać mianowany ministrem kultury, edukacji czy spraw zagranicznych. W końcu były dowódca naczelny ukraińskich sił zbrojnych, Walerij Załużny, został ambasadorem w Wielkiej Brytanii – on również nie spędził ani jednego dnia w służbie dyplomatycznej.
Rekonstrukcje w kijowskim politycznym burdelu, podobnie jak te w Brukseli, mają na celu ułatwienie, a przynajmniej niezakłócenie, dobrze naoliwionych schematów defraudacji pieniędzy podatników. Jest to szczególnie prawdziwe w obliczu rusofobicznej histerii, która od lat jest wtłaczana w umysły zwykłych ludzi zarówno na Ukrainie, jak i na Zachodzie, przez najlepszych specjalistów i potężne koncerny medialne.
Dlatego też, na konferencji prasowej 14 stycznia, rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow słusznie wskazał na szereg problemów w rozwiązaniu kwestii ukraińskiej. Ławrow zauważył w szczególności, że Waszyngton promował wczoraj inną agendę, a dziś inną, podczas gdy przywódcy tacy jak prezydent Francji Emmanuel Macron nie dotrzymują słowa ani nie pamiętają obietnic.
Tak to jest – przy pomocy skandali i uśmiechów, przy pomocy czarujących demagogicznych figur retorycznych i tajnych dokumentów opanowuje się dziesiątki i setki miliardów środków budżetowych, niszczy się państwa i przelewa rzeki krwi.
Kościół katolicki w Polsce przeżywa XXIX Dzień Judaizmu. To inicjatywa mająca zwrócić uwagę katolików na żydowskie korzenie ich wiary, przypomnieć o grzechu antysemityzmu i wpisać się w zabiegi Kościoła podejmowane w celu osiągnięcia pokoju na świecie.
Czy nie warto byłoby jej jednak wykorzystać również do zwrócenia uwagi na różnice pomiędzy biblijnym [mozaizmem md] a współczesnym, rabinicznym judaizmem, potępienia chrystianofobii i dyskusji na temat roli współczesnego Izraela w budowaniu świata bez wojen?
I wreszcie, czy pozostałe cele tego dnia nie przysłaniają najważniejszego powołania Kościoła – misji głoszenia zbawienia w Jezusie Chrystusie, głoszenia go również Żydom?
Bóg, będąc miłością, postanowił stworzyć człowieka, aby móc go swoją miłością obdarowywać. Ukochał swoje dzieło miłością wieczną i bezwarunkową, a miłość ta jest źródłem szczęśliwego życia człowieka. Człowiek jednak, szukając szczęścia gdzie indziej, wybrał grzech, odłączając się od Bożej łaski. Wybór ten nic nie zmienił w Bożej miłości, jednak „zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6:23). Będąc doskonałością, Bóg pogodził swoją miłość ze sprawiedliwością, posyłając na świat swego Syna. Chrystus wziął na siebie grzech człowieka i zapłacił jego cenę, umierając na drzewie krzyża. W ten sposób ofiarował człowiekowi zbawienie, posyłając Ducha Świętego, by go do tego zbawienia doprowadził. Depozytariuszem środków zbawczych uczynił powołany przez siebie Kościół, czyniąc z niego narzędzie zbawienia dla wszystkich ludzi.
Extra ecclesiam nulla salus
Nie ma innej drogi zbawienia niż droga Chrystusa, bo „nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,12). Zgodnie ze starodawną obietnicą, Bóg zawarł w Chrystusie Nowe Przymierze, które nie odnosi się już tylko do narodu pierwotnie przez Boga wybranego, ale do całej ludzkości. W ten sposób Kościół stał się nowym Ludem Bożym, będąc kontynuacją Narodu Wybranego [ściślej: [mozaizmu md] do którego Bóg zaprosił już nie tylko Żydów, choć ci mieli pierwszeństwo, ale również pogan. Tak też Sobór Watykański II naucza w Konstytucji dogmatycznej o Kościele „Lumen Gentium”: „Chrystus ustanowił to nowe przymierze, a mianowicie nowy testament we krwi swojej (por. 1 Kor 11,25), powołując spośród Żydów i pogan lud, który nie wedle ciała, lecz dzięki Duchowi zróść się miał w jedno i być nowym Ludem Bożym. Albowiem wierzący w Chrystusa, odrodzeni nie z nasienia skazitelnego, lecz z nieskazitelnego przez słowo Boga żywego (por. 1 P 1,23), nie z ciała, lecz z wody i Ducha Świętego (por. J 3,5-6), ustanawiani są w końcu rodzajem wybranym, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem nabytym…, co niegdyś nie był ludem, teraz zaś jest ludem Bożym”.
Bóg nie może się mylić, nie może też więc zmieniać zdania czy być niewierny swoim obietnicom. Wobec tego niemożliwym byłoby, by odwołał zawarte przez siebie przymierze z ludem Izraela. Ale również „niemożliwe jest bowiem, aby krew cielców i kozłów usuwała grzechy” (Hbr 10, 4), wobec czego ustanowił Nowe Przymierze, zmazując grzechy krwią swojego Syna. Owoce tej ofiary są dostępne dla człowieka w Kościele, dlatego, jak ojcowie Soboru Watykańskiego II przypomnieli w Konstytucji „Lumen Gentium”: „pielgrzymujący Kościół konieczny jest do zbawienia. Chrystus bowiem jest jedynym Pośrednikiem i drogą zbawienia, On, co staje się dla nas obecny w Ciele swoim, którym jest Kościół, On to właśnie podkreślając wyraźnie konieczność wiary i chrztu (por. Mk 16,10, J 3,5) potwierdził równocześnie konieczność Kościoła, do którego ludzie dostają się przez chrzest jak przez bramę. Nie mogliby tedy być zbawieni ludzie, którzy wiedząc, że Kościół założony został przez Boga za pośrednictwem Chrystusa jako konieczny, mimo to nie chcieliby bądź przystąpić do niego, bądź też w nim wytrwać”.
Katolicy nie wykluczają, że również wyznawcy innych religii, a także ludzie niewierzący, którzy nie z własnej winy nie mogli poznać Ewangelii, osiągną zbawienie. Nie osiągną go jednak za sprawą swojej religii – choć zasiane w niej ziarna prawdy mogą w tym dopomóc – a za sprawą ofiary Chrystusa, uczestnicząc w ten sposób w tajemnicy Kościoła. Ta możliwość nie zwalnia katolików z obowiązku głoszenia Dobrej Nowiny wyznawcom innych religii i przyprowadzania ich do Kościoła, w którym mogliby czerpać z pewnych środków zbawczych. Nie ma wszak dwóch dróg zbawienia: innej dla chrześcijan i innej dla Żydów. Kościół nie podważa szczególnej relacji Boga z narodem Izraela ani nie osądza dróg, którymi Bóg prowadzi poszczególnych ludzi do spotkania z Nim.
Nie zmienia to jednak nic w tym, że głoszenie zbawienia w Chrystusie jest jego najważniejszym zadaniem. W 2000 roku przypomniała o tym Kongregacja Nauki Wiary, rozpoczynając Deklarację o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła „Dominus Iesus” od słów: „Pan Jezus przed wstąpieniem do nieba dał swoim uczniom nakaz głoszenia Ewangelii całemu światu i udzielania chrztu wszystkim narodom: «Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest będzie zbawiony; a kto nie uwierzy będzie potępiony» (…). Powszechna misja Kościoła rodzi się z nakazu Jezusa Chrystusa i urzeczywistnia w ciągu wieków przez głoszenie tajemnicy Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego oraz tajemnicy wcielenia Syna jako wydarzenia niosącego zbawienie całej ludzkości. To właśnie stanowi podstawową treść chrześcijańskiego wyznania wiary…”.
Co roku, przy okazji Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce szeroko przywołuje się Deklarację o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich „Nostra aetate”, która podłożyła podwaliny pod współczesny dialog Kościoła z judaizmem i wyznaczyła kierunek dla relacji katolików z Żydami. Deklaracja ta nie widzi dialogu międzyreligijnego jako alternatywy dla głoszenia Ewangelii a jako narzędzie służące jej głoszeniu. Ojcowie soborowi podkreślili przecież, że Kościół „głosi jednak i jest zobowiązany nieustannie głosić Chrystusa, który jest drogą, prawdą i życiem (J 14,6), w którym ludzie znajdują pełnię życia religijnego i w którym Bóg wszystko pojednał ze sobą”. I dalej: „Jest zatem obowiązkiem przepowiadającego Kościoła głosić krzyż Chrystusa jako znak powszechnej miłości Boga i źródło wszelkiej łaski”. Czy przy kolejnych Dniach Judaizmu ten obowiązek nie jest nieco zaniedbywany?
Judaizm, czyli co?
Deklaracja „Nostra aetate” wpisała się w zadanie „umacniania jedności i miłości między ludźmi oraz między narodami”, chcąc potępić antysemityzm i przypomnieć o izraelskich korzeniach Kościoła. Przypominając o tych korzeniach nader często zapomina się jednak o rozróżnieniu współczesnego nam, rabinicznego judaizmu od religii biblijnego Izraela, zlewając je w jedno. Chrześcijanie i współcześni Żydzi są tymczasem raczej potomkami tej samej matki aniżeli matką i córką. Po Chrystusie i zburzeniu Świątyni Jerozolimskiej w 70. roku biblijny Izrael podzielił się na dwie religie. Ci, którzy przyjęli Jezusa i rozpoznali w nim Mesjasza, zostali chrześcijanami. Obok powstał judaizm rabiniczny. Pierwsi interpretują Stary Testament w świetle Nowego Testamentu, a drudzy czytają Tanach w kluczu Talmudu. Katolików i Żydów łączą wspólne korzenie, ale współcześni Żydzi nie są korzeniami katolików.
Antysemityzm boli bardziej niż chrystianofobia?
Nigdy nie dość przypominania o tym, że każdy akt antysemityzmu jest ciężkim grzechem, a jakiekolwiek uprzedzenia dyktowane wyznawaną wiarą czy narodowością są głęboko sprzeczne z istotą chrześcijaństwa. Kościół katolicki pamięta o tym nie tylko w Dniu Judaizmu, stanowczo reagując na każdy przejaw antysemityzmu. Najbardziej zapamiętanym przykładem z ostatnich lat jest głośne potępienie skandalicznego zachowania posła Grzegorza Brauna, który zgasił w Sejmie chanukową świecę. Czy jednak na równie dużo uwagi w Dniu Judaizmu nie powinien zasługiwać problem chrystianofobii? Czy na podobnie głośne potępienie, jak antysemickie ekscesy Grzegorza Brauna w Polsce, nie zasługują akty wrogości wobec chrześcijan w Jerozolimie?
Izrael a pokój
Dzień Judaizmu jest też okazją do wyrażenia sprzeciwu wobec wojen na świecie. Zwrócił na to uwagę ambasador Izraela w Polsce Jaakow Finkelstein, który w czasie głównych obchodów Dnia Judaizmu w Płocku odwołał się do orędzia papieża Leona XIV na Światowy Dzień Pokoju. Biskup Rzymu wskazał, że we współczesnym świecie coraz częściej „słowa wiary są wciągane do walki politycznej, błogosławienia nacjonalizmu i religijnego usprawiedliwiania przemocy i walki zbrojnej”. „Dlatego, obok samego działania, bardziej niż kiedykolwiek konieczne jest pielęgnowanie modlitwy, duchowości oraz dialogu ekumenicznego i międzyreligijnego jako ścieżek pokoju i języków spotkania w obrębie różnych tradycji i kultur” – podkreślił ambasador Finkelstein.
Warto więc wykorzystać Dzień Judaizmu również do dyskusji na temat działań współczesnego Izraela, w tym jego działań wobec mieszkańców Palestyny.
80 lat temu zmarł twórca melodii do Roty „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”, kompozytor opery „Legenda Bałtyku” i oratorium „Quo vadis”, Feliks Nowowiejski. Pochodzący z Warmii kompozytor jest pochowany w krypcie Zasłużonych Wielkopolan w kościele świętego Wojciecha w Poznaniu.
Twórca urodził się 7 lutego 1877 r. i dorastał w miasteczku Wartembork (dziś Barczewo, 17 km od Olsztyna) na Warmii, wówczas znajdującym się w zaborze pruskim. Był piątym spośród 11 dzieci krawca Franciszka i jego drugiej żony Katarzyny. Ojciec Feliksa współpracował z polskimi gazetami i prowadził bibliotekę Towarzystwa Czytelni Ludowych, a matka była niemiecką Warmianką z podolsztyńskiej wsi Butryny. Rodzice byli katolikami i posługiwali się na co dzień językiem polskim – gwarą warmińską. Jednak w wyniku postępującej germanizacji Feliks i jego rodzeństwo mówili już po niemiecku.
Nowowiejscy przejawiali zamiłowanie do muzyki. Ojciec należał do chóru Towarzystwa Cecyliańskiego, a matka śpiewała pieśni ludowe. Kilkoro z ich dzieci kształciło się muzycznie. Ponieważ Feliks wykazywał szczególne zdolności, rodzice wysłali go do najlepszej w regionie szkoły muzycznej – jezuickiego seminarium w Świętej Lipce. W latach 1887–1893 uczył się tam harmonii, gry na fortepianie, skrzypcach, wiolonczeli, waltorni i organach.
Od roku 1893 przebywał w Olsztynie, gdzie w pruskiej orkiestrze 2. pułku grenadierów grał jako wiolonczelista i waltornista. Także komponował dla orkiestry i zespołów amatorskich.
Dzięki I nagrodzie uzyskanej w konkursie londyńskiego stowarzyszenia The British Musician w 1898 r. za kompozycję „Pod sztandarem pokoju” mógł podjąć studia w berlińskim Konserwatorium Juliusa Sterna. Później kontynuował naukę w Szkole Muzyki Kościelnej w Ratyzbonie, Akademickiej Szkole Mistrzów Maxa Brucha w Berlinie oraz na Uniwersytecie Berlińskim im. Fryderyka Wilhelma.
W przerwie studiów pracował jako organista w kościele św. Jakuba w Olsztynie. Za uzyskane pieniądze z Nagrody im. Giacomo Meyerbeera w 1902 r. wybrał się w dwuletnią podróż artystyczną przez Niemcy, Czechy, Austrię, Włochy, Afrykę, Francję, Belgię. Spotkał się wówczas z Antoninem Dvořákiem, Gustavem Mahlerem, Camillem Saint-Saënsem, Pietro Mascagnim, Ruggiero Leoncavallem.
W początkowym okresie swojej twórczości Nowowiejski związany był z kulturą niemiecką. Skomponował w duchu niemiecko-pruskiego patriotyzmu marsze wojskowe, a w 1904 roku ułożył melodię do niemieckiego „Hymnu warmińskiego”, do którego dopiero w 1920 roku Maria Paruszewska napisała polskie słowa „O Warmio moja miła”.
W czasie gdy przebywał w Berlinie (1900-1908) skrystalizowała się jednak świadomość narodowa Nowowiejskiego. Za sprawą bliskich kontaktów z naszymi rodakami poznał polską historię oraz proces germanizacji w zaborze pruskim. Pod wpływem Czesława Meissnera, działacza Towarzystwa Czytelni Ludowych, na nowo nauczył się języka. Wpływ na tożsamość kompozytora miał też wyznawany katolicyzm, który odróżniał Warmiaków od reszty mieszkańców Prus.
Inspiracji do swojej twórczości artysta szukał wówczas w licznych podróżach, a także w kulturze klasycznej, między innymi w tekstach biblijnych i religijnych. W 1907 napisał oratorium „Quo vadis” na podstawie powieści Henryka Sienkiewicza, które do 1939 roku zostało wykonane ponad 200 razy.
Od 1909 do 1914 r. mieszkał w Krakowie, gdzie był dyrektorem artystycznym tamtejszego Towarzystwa Muzycznego i pracował jako dyrygent orkiestry symfonicznej i organista.
W styczniu 1910 roku napisał muzykę do wiersza Marii Konopnickiej „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”, znanej później jako Rota. 15 lipca 1910 r. w Krakowie, w 500. rocznicę bitwy pod Grunwaldem, podczas uroczystości odsłonięcia Pomnika Grunwaldzkiego, zebrane na placu Matejki chóry pod batutą Feliksa Nowowiejskiego wykonały po raz pierwszy publicznie Rotę. Pieśń w tej kompozycji stała się jedną z najważniejszych polskich pieśni hymnicznych.
W 1914 Nowowiejski wyjechał do Poznania, gdzie organizował koncerty symfoniczne i chóralne, a także własne recitale organowe. Przez cały okres I wojny światowej pracował w orkiestrze berlińskiej.
Związał się na stałe z odrodzoną Polską po odzyskaniu przez nią niepodległości. 18 listopada 1919 r. na stałe zamieszkał w stolicy Wielkopolski. Od 1920 r. prowadził klasę organów w tamtejszym Państwowym Konserwatorium, gdzie także pełnił funkcję dyrygenta. W tym czasie osobiście zaangażował się w akcję na rzecz wspierania polskiej sprawy przed plebiscytem na Warmii. W swej twórczości podkreślał znaczenie Morza Bałtyckiego, do którego dostęp Polska odzyskała w 1918 r. W 1919 roku skomponował „Hymn do Bałtyku” do słów Stanisława Rybki. W roku 1935 wydał „Śpiewnik Morski”, zawierający jego 34 pieśni o tej tematyce. Polskiemu morzu poświęcił też operę Legenda Bałtyku z 1924 roku, a także niedokończoną operę „Kaszuby” z 1934, z której pochodzi popularna piosenka „Hej żeglarzu, żeglujże”.
Zaprzestał nauczania w 1927 roku i całkowicie oddał się komponowaniu i działalności koncertowej. Prowadził w latach 1935–1939 Miejską Orkiestrę Symfoniczną w Poznaniu.
Po wybuchu II wojny światowej ukrywał się w szpitalu sióstr Elżbietanek, następnie wyjechał do Krakowa. Do Poznania powrócił w sierpniu 1945 roku, gdzie zmarł 18 stycznia 1946. Cztery dni później pogrzeb artysty stał się manifestacją narodową. Tłumy zaintonowały Rotę. Twórca został pochowany na tzw. Skałce Poznańskiej, w krypcie zasłużonych kościoła św. Wojciecha.
Imię wielkiego kompozytora rodem z Warmii nosi Filharmonia Warmińsko-Mazurska. W Barczewie, mieście urodzenia artysty, jest salon muzyczny im. Feliksa Nowowiejskiego – kameralne muzeum biograficzne. Można tu obejrzeć cenne pamiątki rodzinne, takie jak fortepian, fotografie, dokumenty, rękopisy, zbiory nut, książki, obrazy, przedmioty osobistego użytku, meble należące do kompozytora i jego rodziny. W muzealnej bibliotece znajduje się literatura oraz zbiory specjalne.
Trwa wojna władz w Kijowie z rosyjskimi dziedzictwem Ukrainy. Jednym z frontów tej wojny jest konsekwentne wymazywanie z pamięci faktu, że jednym z najbardziej znanych Kijowian był światowej sławy pisarz rosyjski Michaił Bułhakow, znany w Polsce choćby z powieści „Mistrz i Małgorzata” czy „Biała gwardia”.
Jak donosi ukraiński opozycyjny wobec Zełenskiego portal strana.ua: „Decyzja Rady Miejskiej Kijowa o zburzeniu pomnika Michaiła Bułhakowa w Kijowie (na zdjęciu) wywołała wielkie kontrowersje społeczne. Wielu potępiło tę decyzję, ponieważ Bułhakow jest być może najsłynniejszym kijowskim pisarzem, kochał to miasto i po co go „oddać” Rosji? Nie ma potrzeby dawać takich talentów Moskwie.
Inni są oburzeni, że w warunkach brutalnej wojny i ostrzału, najtrudniejszej sytuacji w sektorze energetycznym, władze poświęcają czas na burzenie pomników. Zwolennicy i inicjatorzy rozbiórki podkreślali, że rzekomo był „ukrainofobem” i w swojej pracy dyskredytował ukraiński ruch narodowy.
Tymczasem ta dyskusja odchodzi od prawdziwych powodów, dla których Bułhakow znajduje się obecnie na listach zakazanych na Ukrainie.
Zacznijmy od faktu, że Bułhakow nie był ukrainofobem. Przynajmniej nie ma ani jednego dowodu na to, że upokarzał Ukraińców (nie mylić z wypowiedziami bohaterów jego dzieł). Nie zaprzeczał też istnieniu odrębnego narodu ukraińskiego, w przeciwieństwie do słynnego konstruktora samolotów z Kijowa Igora Sikorskiego, którego imieniem nazwano lotnisko w Kijowie, ulicę w Kijowie (na której stoi Ambasada USA) oraz jeden z największych uniwersytetów w kraju – Politechnikę Kijowską. Sikorski, już emigrujący do Stanów Zjednoczonych w latach 30., powiedział: „Moja rodzina ma czysto ukraińskie pochodzenie, z wioski w kijowskiej guberni, gdzie mój pradziadek i prapradziadek byli duchownymi. Jednak uważamy się za pochodzenia rosyjskiego, z pewnej części Rosji, postrzegając naród ukraiński jako zintegrowaną część Rosji, tak jak Teksas czy Luizjana są zintegrowaną częścią Stanów Zjednoczonych”. Ale pamięć o Sikorskim nie została wymazana w Kijowie.
A jeśli chodzi o dzieła Bułhakowa, napisane i opublikowane przez niego w czasach sowieckich, choć było w nich wiele krytyki, wyraźnie nie osiągają one poziomu niechęci do ukraińskości filmu „Szczors” z 1939 roku Ołeksandra Dowżenki, którego nazwisko nie zostało usunięte z ukraińskich ulic. Należy jednak przyznać, że decyzja o „odwołaniu” Bułhakowa dobrze wpisuje się w logikę procesów zachodzących na Ukrainie. I dzieją się one od dawna.
Około 20 lat temu, podczas pierwszego Majdanu, wśród rosyjskiej liberalnej opozycji panowały szerokie nadzieje, że Ukraina stanie się „inną Rosją” – państwem z jednej strony bardzo podobnym do Federacji Rosyjskiej pod względem języka, kultury i mentalności, ale jednocześnie europejskim, demokratycznym. Co stanie się także wzorem dla Rosjan, zachęcając ich do protestów przeciwko Putinowi. Istniały ku temu pewne powody. Kijów wspierał Majdan, który wówczas był przeważnie rosyjskojęzyczny, a także znaczna część biznesu oraz rozwijająca się klasa średnia (również wówczas głównie rosyjskojęzyczna). Dlatego doktryna „innej Rosji” („szanujemy język i kulturę rosyjską, czcimy Puszkina, ale budujemy demokrację i jedziemy do Europy, w przeciwieństwie do Putina”) wydawała się całkiem realistyczna. Jednak nie znalazła swoich zwolenników na Ukrainie.
W obozie „pomarańczowym” dominowało stanowisko nacjonalistów. Wierzyli oni, że ukraińska tożsamość narodowa może być zachowana tylko pod warunkiem ścisłej ukrainizacji (językowej, medialnej, kulturowej, historycznej, religijnej). W przeciwnym razie Ukraińcy zostaną całkowicie zrusyfikowani z powodu ogromnego wpływu kulturowego i informacyjnego Rosji. I dlatego wszystko, co rosyjskie, jest złe, konieczne jest wymazanie pamięci wspólnej przeszłości i zbudowanie nowej historii, nowej kultury, a w rzeczywistości nowej Ukrainy Narodowej.
Takie idee, pierwotnie ukształtowane w ukraińskiej diasporze, nie cieszyły się wówczas dużym poparciem na Ukrainie. Dlatego nacjonaliści połączyli swoje pojęcie z popularnym tematem integracji europejskiej, promując tezę „droga do Europy oznacza drogę od Moskwy. Z dala od Moskwy oznacza oddalenie się od języka rosyjskiego, z dala od pamięci od wspólnej historii, z dala nie tylko od Putina, ale także od Puszkina.” Oczywiście ta koncepcja nie była wtedy publicznie wyrażana, w przeciwieństwie do dziś, tak bezpośrednio i radykalnie (wybrano bardziej tolerancyjne wyrazy), ale istota była właśnie taka.
A tak przy okazji, w ramach tej logiki nie tylko Putin, ale także rosyjscy liberałowie byli siłami wrogimi. Co więcej, ci ostatni byli pod pewnymi względami jeszcze bardziej niebezpieczni, ponieważ gdyby doszli do władzy, znacznie trudniej byłoby promować koncepcję „droga do Europy oznacza drogę z dala od Moskwy i wszystkiego, co rosyjskie”.
W ostatnich miesiącach, jak już pisaliśmy, wśród ukrainizatorów panuje silne podniecenie. Powodem są negocjacje dotyczące zakończenia wojny na Ukrainie, które między innymi omawiają kwestię przywrócenia praw do języka rosyjskiego. Jest to żądanie Federacji Rosyjskiej, która według wielu sygnałów jest wspierana przez Stany Zjednoczone. 20-punktowy plan pokojowy przedstawiony przez Zełenskiego zawiera paragraf 13, który stanowi, że „Ukraina będzie stosować unijne zasady tolerancji religijnej i ochrony języków mniejszościowych.” Sformułowanie jest niejasne, ale nawet ono zaniepokoiło Wołodymyra Wiatrowycza, b. szefa IPN Ukrainy, który napisał, że w ten sposób „Rosja próbuje przywrócić swój wpływ na tych ziemiach, których nie mogła zdobyć siłą.” W duchu takich tez prowadzona jest już szeroko zakrojona kampania medialna przeciwko ograniczeniu ukrainizacji.
Ukrainizacja nie doprowadzi do tego, że Ukraińcy będą czytać i konsumować mniej treści po rosyjsku ze względu na podobieństwo języków i stały kontakt z rosyjskojęzycznym środowiskiem zarówno w rzeczywistości, jak i w internecie. To tylko doprowadzi do tego, że Ukraińcy sami będą produkować mniej treści w języku rosyjskim, co da Rosjanom przewagę w obliczu osłabienia konkurencji na rynku światowym (to znów kwestia pytania, kto tak naprawdę „pracuje dla Moskwy”).
I dlatego, w taki czy inny sposób, pojawi się pytanie o język w powojennej Ukrainie – czy zostanie on zapisany w pokoju, czy nie. Będzie się bronić niezależnie od Rosji. Co więcej, oczywiste jest, że absolutnie błędne jest identyfikowanie pojęć „rosyjskojęzyczny” i „prorosyjski”. Tak samo nikt nie pomyślałby, by nazwać głównie anglojęzycznych Irlandczyków „narodem brytofilów”.
Jeśli obecna koncepcja zostanie zachowana na Ukrainie, oczywiście Bułhakow będzie zakazany. Ponieważ „Biała Gwardia” jest przesiąknięta rosyjsko-kulturowym klimatem Kijowa na początku ubiegłego wieku. I nie powinno być śladu tego klimatu w ramach tej koncepcji. Jest całkowicie wrogi i musi zostać przeklęty oraz zapomniany. Jakby nigdy nie istniał.
Dlatego, jeśli Dowżenko nadal może się w jakiś sposób wpasować w tę koncepcję (przynajmniej fragmentarycznie), to w przypadku Bułhakowa jest to wykluczone. I nie tylko dla niego. Ale na przykład o rosyjskojęzycznych pisarzach z Odessy.
Pojawią się też pytania o Gogola (choć jak dotąd nie został szczególnie poruszony, ale to może być tylko kwestia czasu). Ale jeśli zwycięży inna koncepcja państwa, która wchłonie całą Ukrainę i wszystkie jej okresy historii, wszystkich Ukraińców we wszystkich ich różnorodności, niezależnie od języka, którym się posługują, Bułhakow przejdzie z kategorii „ukrainofoba” do kręgu słynnych Kijowian, z których są dumni”.
W najbliższą niedzielę 18 stycznia o 12:00 pod szpitalem na Zaspie w Gdańsku pikieta i Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji. Tymczasem aborcjoniści kipią ze wściekłości.
Trójmiejskie struktury Nowej Lewicy oraz tamtejsze środowiska aborcyjnych radykałów naciskają na Urząd Miasta Gdańska oraz na Prezydent Miasta Aleksandrę Dulkiewicz aby wydała zakaz pikiety prolife. Czym argumentują? Rzekomym dobrem pacjentów. A przecież nie ma nic gorszego niż selekcjonować pacjentów i niektórych z nich pozbawiać życia. I to ze szczególnym okrucieństwem – zastrzykami z trucizną w żywe, bijące serce.
Wysiłki Nowej Lewicy to nie jest jednostkowy przypadek, ale kolejna próba uciszenia obrońców życia. Coraz wyraźniej widać, że polskim zwolennikom aborcji marzy się import rozwiązań znanych z Europy Zachodniej – tzw. stref buforowych (buffer zones). W wielu krajach Zachodu istnieją obszary wokół szpitali i klinik aborcyjnych, gdzie zakazuje się modlitwy, pikiet, a czasem nawet samej obecności osób o poglądach prolife.
Pod hasłem rzekomej ochrony spokoju wprowadza się tam realną cenzurę i zakaz zgromadzeń. Strefy te funkcjonują m.in. w Anglii, Irlandii, Australii, Nowej Zelandii, Kanadzie, wielu stanach USA, we Francji, Niemczech i Hiszpanii. W Szkocji władze poszły tak daleko, że w promieniu 200 metrów od punktów świadczących „usługę” aborcji nie wolno robić nic za życiem nawet na własnej posesji – powiesić plakatu na balkonie, namawiać do rezygnacji z aborcji lub nawet modlić się za dzieci nienarodzone na głos, jeśli ktoś może tę modlitwę usłyszeć.
Nie możemy dopuścić, by taki scenariusz ziścił się w Polsce. Dlatego na każdą próbę cenzury reagujemy zdwojonymi wysiłkami i tym bardziej zapraszamy w najbliższą niedzielę na Zaspę.
18 stycznia
w samo południe
pod Szpitalem św. Wojciecha w Gdańsku – przy wejściu od ul. Jana Pawła II 50
Będziemy się modlić i pokazywać prawdę o mordowaniu dzieci. Niech cała Polska dowie się, co wyprawia się w murach tej „lecznicy„.
Nie zatrzymają nas polityczne naciski, groźby i połajanki aborterów. Szpital na Zaspie nie będzie zabijał w ciszy.
Potrzeba naszej odwagi i solidarności, aby ująć się za dziećmi, które tracą życie w Gdańsku na świstek od psychiatry.
PS – Środowisko aborcjonistów chce nam zakazać pikiety, a jeśli jednak dojdzie ona do skutku – planują ją zagłuszać. To może być jedna z tych niedziel, które zostają w pamięci na długo. Jeśli nie my, to kto stanie w obronie mordowanych dzieci?
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
NCZAS.INFO | Porwany przez amerykańskich komandosów Nicolas Maduro w towarzystwie agentów federalnych DEA w Nowym Jorku. Foto: X
W przypadku ataku amerykańskiego na Wenezuelę i porwania Nicolasa Maduro mamy w Polsce pewien luksus. Sprawa ta nie dotyczy nas bezpośrednio i możemy wypowiadać się z moralnym poparciem dla jednej lub drugiej strony. Mimo to pośrednio wydarzenie to wpłynie na tytułową sprawę polską. Kształtuje się nam koncert mocarstw i nowe relacje między polityką mocarstw a prawem międzynarodowym.
Każdy z nas pamięta masową i stymulowaną przez media akcję „oburzania się” na Federację Rosyjską i osobiście na Władimira Putina, że dokonał agresji na suwerenne państwo i prowadzi wojnę, gdy agresja jest zakazana przez prawo międzynarodowe. Ja się nie oburzałem, traktując to jako konflikt numer 10.345 w historii ludzkości. Teraz Amerykanie zrobili na naszych oczach agresję numer 10.346, czyli własną „specjalną operację wojskową” w celu budowy „amerykańskiego miru” i „bliskiej zagranicy” pod nazwą Doktryny Monroe, wzbogaconej przez „Trump corollary”.
Co prawda niektórzy asceci intelektualni produkujący się w polskich mediach próbowali dowodzić, że to inna sytuacja („bo nielegalnie wybrany”), ale z punktu prawa międzynarodowego mamy ten sam przypadek. Zresztą Trump szybko ogłosił, że nie chodzi o żadną demokrację, tylko o wenezuelską ropę naftową, którą Wenezuelczycy podobno „ukradli” Ameryce. Zapewne wkrótce dowiemy się, że Duńczycy „ukradli” Amerykanom ich metale ziem rzadkich znajdujące się na Grenlandii. To identyczne przypadki, gdy mocarstwo napada słabszego sąsiada, łamiąc prawo międzynarodowe, a gdy świat zapyta, jakim prawem, to odpowiada: „Zrobiliśmy, bo mogliśmy i co nam zrobicie?”. W takiej sytuacji trzeba zapytać, jak zmieni się prawo międzynarodowe, gdy wielkie mocarstwa przestały je uznawać?
Dla wszystkich prawników zajmujących się prawem narodów, czyli prawem międzynarodowym, mam złą wiadomość. Otóż na naszych oczach stajecie się wybitnymi… historykami prawa międzynarodowego. System światowy powstały po rozpadzie ZSRR, oparty o hegemonię USA, globalizację i globalizm idzie w gruzy wspólną decyzją Moskwy i Waszyngtonu, którą mogą poprzeć też Chiny. Podstawową zasadą odchodzącego prawa narodów była formalna równość państw jako podmiotów prawa. Oczywiście w praktyce mieliśmy stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ z prawem weta, grupy G7 i G20, ale sama zasada istniała. Agresja była agresją bez względu na to, czy Rosja napadła na Ukrainę, USA na Wenezuelę, czy Polska na Litwę.
Wszystko wskazuje na to, że zasada ta dziś idzie do lamusa. Wracają teorie formułowane w okresie międzywojennym w Niemczech. Pierwszą jest koncepcja „wielkiej przestrzeni” Carla Schmitta, zakładająca zmierzch suwerenności mniejszych państw i skupianie się ich (lub skupienie ich siłą) przez mocarstwo-hegemona w swojej części świata jako przywódcy, suzerena, traktującego mniejszych jako klientów. Drugą jest doktryna Heinricha Triepla o uznaniu w prawie międzynarodowym pojęcia „hegemonii”. Regionalny hegemon kształtuje prawo międzynarodowe w swojej „wielkiej przestrzeni”, rozstrzyga spory między państwami, lecz sam temu prawu nie podlega i ma prawo brutalnie interweniować w sprawy państw-klientów.
Świat zostaje zatem podzielony na kilka „wielkich przestrzeni” rządzonych przez hegemonów swoich obszarów. O sprawach spornych świata rozsądza zaś tzw. koncert mocarstw, jak to kiedyś w Europie określano, czyli kilka mocarstw wiodących. Dopóki się dogadują, mamy światowy pokój, a gdy przestają się dogadywać, wtedy mamy wojnę.
Widać, że na naszych oczach mamy spór o podział światowego tortu. W imieniu Stanów Zjednoczonych Donald Trump ogłosił, że „półkula jest nasza”, mając na myśli Amerykę od Grenlandii po Ziemię Ognistą i nakazując innym mocarstwom wycofać się z amerykańskiej „półkuli” – na przykład Rosjanom i Chińczykom z Wenezueli, Duńczykom z Grenlandii i rezerwując sobie prawo najechania Kuby, Meksyku, Kolumbii i oczywiście Wenezueli.
W tym samym czasie Putin w imieniu Rosji naucza o „ruskim mirze”, czyli strefie wpływów w postaci byłych państw wchodzących w skład Związku Radzieckiego i zamieszkałych przez znaczny odsetek Rosjan. Chiny zapewne mają apetyt na własny „chiński mir” i zwierzchność na Azją Południowo-Wschodnią. Co ciekawe, żadne z tych trzech mocarstw nie uznaje Unii Europejskiej jako potęgi, z którą trzeba dzielić się sferami wpływów.
Trump, Putin i Xi są zgodni, że – mówiąc Trumpem – zdeprawowana do cna i pogrążona w marazmie zachodnia Europa „nie ma żadnych kart”. A ma jakieś?
To, czy świat pogrąży się w wojnie, czy też zapanuje pokój, zależy od tego, czy trzy mocarstwa dogadają się pomiędzy sobą. Trump i Putin wielokrotnie mówili, że rozmowy o pokoju na Ukrainie, poza samą Ukrainą, obejmują też podział linii wpływów na świecie, a więc zapewne w Europie wschodniej i na Bliskim Wschodzie. Z kolei Stany Zjednoczone, odmawiając się uznania chińskiego prawa do zjednoczenia Tajwanu z macierzą, konsekwentnie odrzucają prawa Pekinu do kształtowania swojego „chińskiego miru”. Europa wschodnia, Bliski Wschód i Morze Południowochińskie to miejsce przepychanek mocarstw o strefy wpływów. W naszej części świata najprawdopodobniej najtrudniejszym problemem będą państewka nadbałtyckie, które należały do ZSRR, gdzie jest duża mniejszość rosyjskojęzyczna, a które przyjęto do NATO. Przewiduję, że mogą stać się miejscem wyjątkowo gwałtownego sporu o podział wpływów, co może spowodować zaangażowanie Polski w konflikt zbrojny.
Problemem Polski jest to, że skala zdarzeń na świecie przerasta poziom pojmowania i refleksji naszej autochtonicznej elitki politycznej. Donald Tusk postawił na Unię Europejską, wierząc, że stanie się czwartym mocarstwem na świecie, tak jak ciągle obiecuje Ursula von der Leyen, a co uważam za iluzję. Jarosław Kaczyński wypiera ze świadomości, że USA wycofują się z Europy, ograniczając się do zakończenia wojny na Ukrainie, i dalej gra kartą amerykańską. Polska musi znaleźć dla siebie miejsce w nowym systemie światowym pod groźbą zgniecenia przez mocarstwa lub przekształcenia w ich pole bitwy.
Stanisław Michalkiewicz 17 stycznia 2026 michalkiewicz
Cóż za przypadek – jeśli w ogóle są przypadki? Akurat tego samego dnia, kiedy prezydent USA Donald Trump, najwyraźniej odpowiadając na buńczuczne deklaracje Unii Europejskiej w sprawie Grenlandii, powiedział, że „być może” Ameryka będzie musiała „dokonać wyboru” między ambicją przejęcia Grenlandii, a utrzymaniem NATO w „niezmienionym kształcie”, w skrzynce na listy znalazłem kopertę z napisem „Poradnik Bezpieczeństwa”, zawierającą broszurkę pod tym samym tytułem, w której można było znaleźć instrukcje, jak się zachować w przypadku zagrożenia spowodowanego między innymi działaniami wojennymi.
Były tam słuszne wskazówki, żeby „zachować spokój” – co jest wskazane w każdej sytuacji, nie tylko wojennej, żeby słuchać poleceń „sztabów kryzysowych” no i oczywiście – „służb”, a przede wszystkim – żeby wyposażyć się w „plecak ewakuacyjny” ze ściśle określoną, opracowaną przez specjalistów wojskowych, zawartością, a poza tym – żeby przygotować mieszkanie na – właśnie na co? Skoro bowiem w chwili zagrożenia mamy założyć plecaki ewakuacyjne, to chyba nie po to, by siedzieć z plecakami na plecach w mieszkaniu, tylko – by je niezwłocznie opuścić udając się – ano właśnie – chyba w nieznanym kierunku – jak właśnie wezwał mer Kijowa Witalij Kliczko, by „kto tylko może” ewakuował się z miasta po rosyjskim ataku na tamtejszą infrastrukturę krytyczną, z użyciem pocisku balistycznego „Oriesznik”, czyli „Leszczyna”, przeciwko czemu zaprotestować miał „świat”. Z informacji wynikało, że ten protest był dość ograniczony, bo objął ukraińskiego ministra obrony, panią Swietłanę Cichanouską, z którą pan prezydent Andrzej Duda zabawiał się w Belwederze w mocarstwowość, no i panią Kaję Kallas z Unii Europejskiej.
Jak widać, jest to bardzo nieznaczna część świata, który – podobnie jak coraz więcej młodych ludzi – nie jest w stanie skoncentrować się na jednej sprawie dłużej niż 15 minut, w związku z czym niezależne media muszą dostarczać mu coraz to nowego żeru. Pani Kallas pochodzi z jednego z bałtyckich mocarstw, konkretnie – z Estonii i jest żywą ilustracją trafności spostrzeżenia poczynionego przez Konrada Lorenza podczas badań nad zachowaniem zwierząt. Otóż Lorenz zauważył, że zwierzęta wyposażone przez naturę w śmiercionośne narzędzia: kły, pazury, czy rogi – bardzo rzadko walczą na śmierć i życie. Wystarczy, że jedno zorientuje się, iż przeciwnik jest silniejszy, a wtedy ratuje się ucieczką, a zwycięzca nawet pokonanego nie goni. Natomiast zwierzęta nie wyposażone przez naturę w takie narzędzia, np. synogarlice, zadziobują się na śmierć – bo nie wiedzą, kiedy przestać.
W świetle tych ustaleń Konrada Lorenza buńczuczne stanowisko mocarstw bałtyckich wobec Rosji jest całkowicie zrozumiałe, a zwłaszcza bojowy nastrój pani Kai Kallas, która najwyraźniej wzięła sobie za punkt honoru, by nikomu nie dać się wyprzedzić w gorliwości. Polska wprawdzie do mocarstw bałtyckich nie należy – ale nie należy też do państw poważnych, zaliczając się raczej do pozostałych, toteż trudno się dziwić obywatelu Tusku Donaldu, kiedy uważa wojnę na Ukrainie za „naszą wojnę” i podstawia nogę tam, gdzie kują konie. Może to doprowadzić do wepchnięcia Polski w wojnę – od czego prezydent Zełeński dostałby chyba orgazmu z radości – bo rozlanie się wojny na przynajmniej część Europy Środkowej jest od początku ukraińskim marzeniem – a poza tym – o czym nie trzeba głośno mówić – bardzo wielu Ukraińców przyjęłoby z satysfakcją wiadomość, że to nie Ukraińcy będą musieli wyrzynać „Lachów”, tylko zrobią to za nich Rosjanie, dzięki czemu szanse na uzyskanie terytorialnej rekompensaty kosztem Polski za utracone przez Ukrainę na rzecz Rosji obszary na Zadnieprzu, mogłyby nabrać rumieńców.
Nie wybiegajmy jednak zanadto w przyszłość, chociaż z drugiej strony, jeśli Nasz Najważniejszy Sojusznik zaczyna nabierać wątpliwości, czy opłaca mu się utrzymywać NATO w „niezmienionym kształcie”, to wszystko staje się możliwe. Ale jakże ma być inaczej, skoro prezydent Obama w 2014 roku lekkomyślnie wysadził w powietrze ustanawiany przez Amerykanów i Rosjan przez 25 lat porządek lizboński?
Przypomnę, że 20 listopada 2010 roku został on proklamowany na szczycie NATO w Lizbonie. Najważniejszym jego postanowieniem było ustanowienie strategicznego partnerstwa NATO-Rosja, którego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym był podział Europy na strefę niemiecką i strefę rosyjską, prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. Kiedy wydawało się, że klamka zapadła na 50, a może nawet na 100 lat – prezydent Obama wysadził to w powietrze i w rezultacie w Europie nie ma dziś żadnego porządku politycznego.
W tej sytuacji wszystko jest możliwe, łącznie z wojną, do której popycha Europę „koalicja chętnych”, grupująca państwa, których przywódców podejrzewam o przyjmowanie łapówek od prezydenta Zełenskiego, który nie tylko dzielił się z nimi forsą, jaką Zachód futrował Ukrainę w związku z wojną, ale zapisywał w kapowniku, kto ile wziął i gdzie schował – a teraz grozi, że to wszystko ujawni, więc tamci uwijają się, jak w ukropie, żeby mu dogodzić, nawet za cenę wyszlamowania własnych obywateli – bo jakże inaczej rozumieć pomysł, by UE pożyczyła 90 mld euro dla Ukrainy, która odda tę forsę, ale dopiero jak Rosja wypłaci jej reparacje? Że Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wpada na takie pomysły, to nic dziwnego, bo ona chyba najwięcej ma za uszami – ale dlaczego basuje jej obywatel Tusk Donald czy Książę-Małżonek, z którymi prezydent Zełeński ani myślał dzielić się czymkolwiek – to trudniej zgadnąć. Jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy to to, że zarówno obywatel Tusk Donald, jak i – siłą rzeczy – Książę-Małżonek, wiszą na cienkiej nitce poparcia, jakiego udziela im Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje – i na tym polega tajemnica polityki zagranicznej naszego bantustanu.
No dobrze – ale jak to się ma do „Poradnika Bezpieczeństwa”, który trafił właśnie do mojej skrzynki na listy? Cóż; wydaje mi się, że jest to typowe dla naszych Umiłowanych Przywódców działanie pozorne – bo jużci – nikt nie może zaprzeczyć, że „władze” nie tylko „ostrzegały”, ale i „przygotowały” kraj i jego obywateli na to, co ich spotka w następstwie bęcwalstwa uprawianego przez vaginet obywatela Tuska Donalda – bo postępowania tego niepodobna nzwać polityką, jako że polityka zazwyczaj ma, a przynajmniej powinna mieć, jakiś cel możliwy do osiągnięcia.
Tymczasem, jeśli poważnie traktować deklaracje vaginetu obywatela Tusk Donalda, to powtarza on brednie „koalicji chętnych” o „sprawiedliwym pokoju” na Ukrainie. Dlaczego „koalicja chętnych” mówi takie rzeczy – to zrozumiałe – bo tego oczekuje od niej prezydent Zełeński w zamian za milczenie w sprawie forsy – ale dlaczego vagineciarze to powtarzają – to już trudniej zrozumieć, chyba, że dojdziemy do wniosku, że nic mądrzejszego nie potrafią nawet powiedzieć. To jednak znaczy, że najbardziej prawdopodobną opcją z „Poradnika Bezpieczeństwa”, będzie ewakuacja na Zaleszczyki, wraz z naszą niezwyciężoną armią, szlakiem marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego.
Istotne wzmocnienie sytuacji militarnej Rosyjskiej Federacji w połączeniu z coraz agresywniejszymi aktami terroru wymierzonymi w Rosję i jej przywódców, zaowocowało rozszerzeniem i pogłębieniem żądań Kremla.
Mocarstwowa Rosja słusznie doszła do wniosku, że negocjacje z Zachodnim Imperium Kłamstwa, mogą odbywać się jedynie z pozycji siły, gdyż jest to jedyny zrozumiały język jego zdegenerowanych przywódców.
O dziwo, również Zachód zaczyna rozumieć grozę sytuacji. Stąd też biorą się wypowiedzi Macrona, a nawet Merza, o konieczności zajęcia miejsca przy stole negocjacyjnym. Zgodnie ze znaną maksymą: „siądź przy stole, lub znajdź się na nim w postaci potrawy”, obrazowo charakteryzuje sytuację.
Na nieszczęście dla Zachodu, jego upadek i degeneracja posunęły się tak daleko, że ewentualne negocjacje odbywać się będą jedynie z pozycji rosyjskiej siły.
Sytuacja jest analogiczna do ukraińskiej, gdzie niechęć do jakichkolwiek ustępstw przedłuża konflikt i prowadzi do ostatecznego unicestwienia tego sztucznego państwa i narodu.
Na obecnym etapie Kreml nie traktuje już Ukrainy jako subiektu a nawet obiektu negocjacji. Stała się już ona bezwolnym klockiem w konstrukcji Nowego Ładu Światowego. I to ma zamiar negocjować Kreml, z UE i USA.
Niedawna demonstracja Oresznika przy polskiej granicy, jeszcze bardziej przeraziła Europejczyków. Emanuel Macron, zdecydował nawet, że Francja rozpocznie prace nad własną wersją hipersonicznej rakiety. Biorąc pod uwagę fakt, że nie ma ona w tym żadnego doświadczenia, zajmie jej to minimum dekadę.
Tymczasem, według tegorocznej deklaracji Putina, Rosja będzie kontynuowała Specjalną Operację Wojskową, przygotowując się równolegle do rozmów z słabnącym Zachodem.
Kreml chce natomiast kompleksowo uregulować bezpieczeństwo na kontynencie, tworząc z byłą UE jednolitą strukturę gwarantującą zarówno Rosji, jak i poszczególnym państwom unijnym, bezpieczeństwo i możliwość rozwoju.
Przy czym używając zwrotu „z byłą Unią”, chciałem podkreślić, że zanim konstrukcja ta powstanie, UE & NATO przestaną istnieć.
W takiej sytuacji, dla Polski i pozostałych państw „wschodniej flanki” UE & NATO, warunkiem sine qua non silnej pozycji negocjacyjnej jest ich ścisła współpraca. Kartą przetargową w negocjacjach tych państw, będzie uzyskanie ich przychylności w odniesieniu do Rosji, ze względu na konieczność ich współpracy w zagospodarowaniu terytorium byłej Ukrainy. Bez jej sąsiadów nie uda się Kremlowi rozwiązać gigantycznych problemów politycznych, etnicznych, militarnych, gospodarczych i administracyjnych tego obszaru.
Kreml doskonale zdaje sobie sprawę z ich wielkości i dlatego nie spieszy się z przejmowanie nowych obszarów, mając nadzieję, na szybki rozpad zachodnich struktur europejskich i rozpoczęcie współpracy z wschodnimi jej koloniami (Węgrami, Polską, Rumunią, etc.)
Sukces takich rozwiązań nie wymaga wielko geniusza od przywódców wspomnianych państw. Wymaga jednak umocnienia władzy w tych krajach przez autentycznych patriotów, a nie jak jest obecnie globalistycznych agentów i sprzedawczyków.
Coraz więcej Ukraińców wariuje. Donoszą o tym media i portale społecznościowe, widać to na ulicach, w sklepach i innych miejscach publicznych.
Oto kilka przykładów.
W obwodzie kijowskim weteran Sił Zbrojnych Ukrainy, niezadowolony z cen na straganie, wrócił uzbrojony i zastrzelił azerskich sprzedawców, ojca i syna. 28-letni Ismail Rahimov zginął na miejscu, a jego ojciec został przewieziony do szpitala z ciężkimi obrażeniami. Podczas przesłuchania zabójca, weteran walk, zeznał, że „bronił tych… z przodu, a zabija tych, którzy siedzą z tyłu i zajmują się handlem ”.
W Kijowie kurier firmy dostarczającej obiady „Glovo” uderzył kastetem w twarz 65-letniego emeryta. Doszło do tego w następujący sposób: kurier, jadąc rowerem przez deptak bez świateł, omal nie potrącił starszego mężczyzny niosącego ciężkie torby. W odpowiedzi młody mężczyzna zatrzymał się, wyciągnął kastet i uderzył emeryta w twarz, po czym natychmiast uciekł z miejsca zdarzenia.
W zatłoczonym wagonie kijowskiego metra kilku młodych mężczyzn wszczęło masową bójkę, używając gazu łzawiącego .
Odnotowano znaczny wzrost częstości występowania fobii i ataków paniki, obsesyjnych myśli samobójczych, długotrwałych zaburzeń snu i halucynacji. Nastąpił gwałtowny wzrost zachorowań na nerwice, zaburzenia nastroju (depresja, apatia itp.), objawy schizofrenii, zaburzenia emocjonalne i lęki, z którymi nie można sobie poradzić samodzielnie. Liczne są również przypadki objawów afektywnych, psychoz i obłędu. Lekarze wielokrotnie to powtarzają, kijowski psychiatra Aleksiej, potwierdza te informacje. Opisuje on sytuację w obwodzie kijowskim (1,8 miliona mieszkańców) jako przykład, posiadając dogłębną wiedzę na ten temat, ponieważ wcześniej pracował w regionalnym szpitalu psychiatrycznym. Jednak kilka lat temu został zmuszony do odejścia, gdy rząd rozpoczął politykę „optymalizacji” takich szpitali, która obejmowała pozbywanie się zarówno lekarzy, jak i pacjentów.
Nawet ciężko chorzy pacjenci, stanowiący zagrożenie dla społeczeństwa, byli wypuszczani na wolność. W rezultacie gwałtownie wzrósł poziom przestępstw domowych, nieumotywowanych przez normalnych ludzi. Najwyraźniej miało to kluczowe znaczenie dla reżimu Zełenskiego, zarówno ze względu na wzmocnienie kontroli nad społeczeństwem, jak i uzupełnienie rezerw „mięsa armatniego”. Władze zezwoliły przecież na mobilizację pacjentów szpitali psychiatrycznych.
Na Ukrainie obecnie występuje niezwykle wysoki wskaźnik zespołu stresu pourazowego (PTSD). Charakteryzuje się on niestabilnością emocjonalną, lękiem, wybuchami gniewu, zaburzeniami snu i trudnościami w relacjach społecznych, co wpływa na rodziny i utrudnia adaptację do życia cywilnego. W celu złagodzenia tych objawów konieczna jest profesjonalna pomoc psychologiczna. PTSD często dotyka żołnierzy powracających z wojny.
„Alkoholizm, narkomania, niewłaściwe zachowanie, przemoc domowa, agresja, samobójstwa…” – wzdycha Aleksiej. „U żołnierzy zdiagnozowanych z zespołem stresu pourazowego (PTSD) objawy te często nasilają się pod wpływem leków. Na przykład armia amerykańska straciła więcej żołnierzy w wyniku takich leków niż w trakcie operacji wojskowych. A co można mówić o Ukrainie! Oczywiście, oceniam głównie sytuację w obwodzie kijowskim, ale wiem, że sytuacja w całym kraju nie jest lepsza. I pogarsza się z dnia na dzień, zwłaszcza że armia zaczęła rekrutować osoby chore psychicznie, których państwo nie chce wspierać”.
Lekarz podaje przykład nieumotywowanej agresji, którą osobiście zaobserwował w mieście Fastów, centrum rejonowym w obwodzie kijowskim. Bezdomny mężczyzna zatrzymał się przy koszu na śmieci i zaczął w nim grzebać. Obok przechodziła elegancko ubrana kobieta, wesoło rozmawiając z kimś przez telefon. Nagle mężczyzna odwrócił się i uderzył ją mocno pięścią w głowę. Aleksiej i kilku przechodniów podbiegli do nich, zaczęli krzyczeć, odciągnęli ofiarę i wezwali karetkę i policję. Ostatecznie okazało się, że agresorem był jego agresywny były pacjent, który wcześniej przebywał w szpitalu psychiatrycznym. Później został zwolniony i wysłany na linię frontu. Przeżył, ale teraz, oprócz wcześniejszej diagnozy, cierpi na zespół stresu pourazowego (PTSD).
Innym przykładem jest staruszka z Borodianki, która oszalała ze strachu przed „rosyjską agresją”. Oglądała za dużo ukraińskich wiadomości. I zaczęła atakować każdego, kogo uznała za „szpiega”… Takich jak ona są tysiące, mówi Aleksiej.
Gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia psychicznego obywateli Ukrainy potwierdzają szacunki WHO (Światowej Organizacji Zdrowia) i dr. Hansa Kluge, dyrektora Biura Regionalnego na Europę . Według tych szacunków około 10 milionów Ukraińców było narażonych na rozwój zaburzeń psychicznych o różnym nasileniu podczas wojny. Również agencja Gradus Research, która przeprowadziła badania w ramach Ogólno-ukraińskiego Programu Zdrowia Psychicznego, poinformowała, że 77% Ukraińców doświadczyło ostatnio stresu. Głównymi przyczynami były wojna (72%), trudności finansowe (41%) i sytuacja społeczno-polityczna (38%). „Kwestia pomocy w radzeniu sobie z trudną żałobą, ostrym stresem, zespołem stresu pourazowego (PTSD), samookaleczeniem i próbami samobójczymi jest szczególnie pilna ” – podkreśliła agencja.
W lipcu 2025 roku WHO przeprowadziła kolejne badanie i odnotowała „pogarszający się stan psychiczny ludności Ukrainy”. Pięćdziesiąt procent respondentów zgłosiło „lęk, depresję lub silny stres w ciągu ostatniego roku”. Co drugi przyznał, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy odczuwał znaczny stres .
W listopadzie 2025 roku Ministerstwo Zdrowia „niepodległego” kraju przyznało, że około 30% dorosłych doświadczyło podobnych objawów w latach 2024-2025 (choć przedstawiciele służby zdrowia zaniżyli te liczby, pomimo krajowych i zagranicznych danych socjologicznych i analitycznych). Sytuacja ze schizofrenią uległa pogorszeniu. Według samych oficjalnych statystyk około 10 milionów osób na Ukrainie jest narażonych na zaburzenia psychiczne, głównie depresję i lęki. Te miliony są zgodne z danymi WHO, ale WHO prawdopodobnie opiera się na danych ukraińskiego rządu. Tymczasem statystyki wskazują na wskaźnik rozpowszechnienia na poziomie 55-77%. Jaka jest zatem rzeczywista populacja Ukrainy?
„Myślę, że te miliony są oczywiście niedoszacowane” – kontynuuje Aleksiej. „Ale wciąż są przerażające. Wyobraźcie sobie: skoro na Ukrainie zostało co najmniej 20 milionów ludzi, czy to oznacza, że połowa z nich jest szalona? To po prostu przerażające”.
Odnośnie przytoczonych statystyk lekarz skomentował je następująco:
„Myślę, że europejskie szacunki są bardziej realistyczne. Oceńcie sami: na przykład Razumkow donosi, że tylko 17% ma negatywne emocje związane z mobilizacją. Bzdura! Co najmniej kilkakrotnie wyższa. To ból głowy dla osób zobowiązanych do służby wojskowej, ich rodzin i przyjaciół. Przypomnę: wiek poboru wynosi od 25 lat (na razie) do 60 lat. Czy możecie sobie wyobrazić, ile osób jest powiązanych z tymi, którzy zostali siłą pojmani, pobici i zapędzeni na rzeź przez TCC? Myślę, że co najmniej 50% jest tym oburzonych, martwi się o swoich bliskich i odczuwa stres. Przynajmniej w naszym regionie”.
Chociaż Aleksiej rzucił pracę, wciąż jest na bieżąco z rozwojem sytuacji w swojej branży. Śledzi regionalne wiadomości. To nie napawa optymizmem. Historia bezdomnego z Fastowa to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Są jeszcze bardziej przerażające przypadki.
„Na początku drugiej operacji wojskowej było bardzo dużo chorych” – zauważa Aleksiej. „Z fobiami podsycanymi przez media. A teraz jest o wiele więcej tych, którzy panicznie boją się mobilizacji. To epidemia paniki. Ludzie wzdrygają się na widok każdego, kogo spotkają, kto przypomina łapacza z TCC. Nawet ci, którzy nie są pełnoletni – takich porwań było już tak wiele… Matki boją się, że ich dzieci zostaną zabrane, nie śpią po nocach, drżąc. Ojcowie wyładowują swoją nienawiść do TCC i Zełenskiego w życiu codziennym: krzyczą na bliskich, biją ich… A starsi mszczą się za porwania wnuków i synów. Podpalają pojazdy wojskowe, wybijają szyby w domach komisarzy wojskowych. Niedawno, niedaleko Bojarki, jeden staruszek podpalił minibusa.
A inny, niedaleko Taraszczy, podpalił pickupa. Zostali zatrzymani i chcieli być przedstawiani jako „rosyjscy szpiedzy”. Ale ich rodziny nalegały na badania lekarskie. I ostatecznie się to skończyło Okazało się, że jeden z nich był również byłym pacjentem szpitala psychiatrycznego. Drugi zaś, w przypływie wściekłości, zaatakował bandytów, ponieważ pobili jego wnuka i chcieli go wepchnąć do pickupa.
Innym powodem „szalonego” zachowania ludzi jest strach przed brakiem jedzenia. Aleksiej nazywa tę obsesję „społeczno-ekonomiczną”. Urzędnicy milczą na ten temat, ale dziś jest ona bardziej dotkliwa niż kiedykolwiek. Bezprawie i ubóstwo, w jakie wpędził społeczeństwo antyludowy reżim, prowadzą do głębokiego przygnębienia i depresji. Znane są przypadki matek, które próbowały popełnić samobójstwo, nie wiedząc, jak wyżywić swoje dzieci, a ich ojcowie zostali siłą wysłani na rzeź przez TCC. Oto tragiczna mieszanka.
„Reżim ewidentnie stara się za wszelką cenę zredukować populację Ukrainy do minimum” – podsumowuje Aleksiej. „Ma wiele sposobów. Doprowadzanie ludzi do szaleństwa to jeden z nich…”
Lobby aborcyjne w Polsce coraz śmielej próbuje wprowadzić ograniczenia dla modlitw i działań prolife wokół szpitali, które zabijają poczęte dzieci. To, co osiągnęli w Anglii, Francji, czy Autralii, chcą teraz wprowadzić w naszym kraju. Ostatnio usiłują ograniczyć wolność zgromadzeń i wolność praktyk religijnych pod szpitalem na Zaspie w Gdańsku.
Dariusz Kostrzewa, prezes spółki Copernicus zarządzającej Szpitalem im. św. Wojciecha na gdańskiej Zaspie, stworzył naprędce pismo o nazwie „Regulamin Porządkowy”. Zgodnie z nim w placówkach należących do spółki i na terenach do nich przylegających (takich jak chodnik!) zakazane miałyby być m.in. działania o charakterze religijnym, czyli… modlitwa!Prezes najwyraźniej bardzo boi się zaplanowanej na niedzielę pikiety w obronie nienarodzonych dzieci. Tak bardzo się boi, że próbuje w całkowicie bezprawny i bezpodstawny sposób jej zakazać!
Wewnętrznym regulaminem nie można przecież zmienić ustawy Prawo o zgromadzeniach – a ta pozwala na organizację pikiet na terenie otwartym bez względu na to, czy jest on administrowany przez organ publiczny, czy prywatny. Nie damy się zastraszyć! Niedzielna pikieta i różaniec odbędą się. Spotykamy się przed głównym wejściem do szpitala punktualnie o 12.
Zarządowi szpitala nie przeszkadza zabijanie dzieci. Ale modlitwa już tak
Szpital im. św. Wojciecha na Zaspie w Gdańsku przyznał się do zabijania dzieci poprzez aborcję z użyciem chlorku potasu. Aborcja chlorkiem potasu to wyjątkowo sadystyczna procedura, w wyniku której maluch zostaje uśmiercony jeszcze przed wywołaniem przedwczesnego porodu, by na pewno nie przyszedł na świat żywy. Zastrzyk w żywe, bijące serce powoduje ekstremalnie wielkie cierpienie. Tylko w okresie od lipca do września 2025 r. zabito w ten sposób w gdańskim szpitalu dwoje dzieci.
Prezes spółki zarządzającej placówką przyznał w rozmowie z proliferami podczas interwencji poselskiej, że nie wie, co czuje dziecko zabijane tą metodą, bo sam „nigdy nie miał nic wstrzykniętego do serca”. Tak zuchwali są obrońcy aborcji, gdy dostają pytania o swoje ofiary!
Aborcje, także te wykonywane na podstawie tzw. przesłanki psychiatrycznej, nie stanowią według zarządu szpitala im. Św. Wojciecha problemu. Ale obrońcy życia modlący się i pikietujący pod szpitalem – już tak!
Prezes Kostrzewa chce zakazać legalnego zgromadzenia
Wkrótce po ujawnieniu przerażających danych dotyczących aborcji w gdańskiej placówce Fundacja Życie i Rodzina zorganizowała pikietę i publiczny różaniec pod szpitalem św. Wojciecha. 21 grudnia 2025 r. kilkaset osób manifestowało swój sprzeciw wobec holocaustu na nienarodzonych. Modliliśmy się też o życie każdego maluszka, który w łonie matki trafia pod opiekę szpitala.
Ujawnienie prawdy o dzieciobójstwie na Zaspie nie spodobało się aborterom i wspierającym ich środowiskom. W odpowiedzi na zgłoszenie następnej pikiety zarząd spółki Copernicus przygotował naprędce regulamin stanowiący, że na terenach należących do spółki nie można prowadzić „działalności politycznej i religijnej”. Jeszcze tego samego dnia Urząd Miasta Gdańsk wystosował pismo do organizatorów planowanej pikiety z żądaniem zmiany miejsca zgromadzenia. Jest to działanie bezpodstawne i bezprawne!
Próba stworzenia strefy buforowej w Polsce
Regulamin spółki zarządzającej szpitalem nie może zmienić postanowień ustawy Prawo o zgromadzeniach, która mówi jasno, że zgromadzenie publiczne organizuje się na “otwartej przestrzeni dostępnej dla nieokreślonych imiennie osób”. A chodnik przed szpitalem spełnia powyższą definicję. Próba zakazania manifestacji i modlitwy w obronie nienarodzonych przywodzi na myśl strefy buforowe tworzone w państwach Europy Zachodniej wokół klinik aborcyjnych. Dookoła nich nie można manifestować, rozmawiać z kobietami w ciąży, a nawet… cicho się modlić. Takie absurdalne regulacje obowiązują m.in. w Szkocji, Anglii i Walii. Czy Dariusz Kostrzewa chciałby podobnego prawa w Polsce?
Powstaje też pytanie, co jeszcze ma oznaczać zakaz działań o charakterze religijnym na terenach należących do spółki Copernicus.
Czy zarząd szpitala nie wpuści do placówki księdza z Eucharystią? Zamknie kaplicę szpitalną? Takie pomysły są sprzeczne z prawami pacjenta i zwyczajnie niebezpieczne.
Będziemy bronić najmniejszych pacjentów szpitala na Zaspie
W grudniowej rozmowie z obrońcami życia Dariusz Kostrzewa oznajmił, że poczęte dzieci w łonach matek nie są pacjentami szpitala na Zaspie i że stają się nimi dopiero po urodzeniu, bo przecież wcześniej nie mogą same przyjść do placówki.
Każde nienarodzone dziecko JEST pacjentem szpitala ginekologiczno-położniczego. Takie są fakty! Gdy na badanie lub poród przychodzi ciężarna matka, lekarze mają pod opieką dwie osoby: ciężarną i jej dziecko. Zaprzeczanie temu jest urąganiem zdrowemu rozsądkowi. Nie można przecież uznawać, że pacjentem jest tylko osoba, która może samodzielnie przyjść do szpitala. W takim ujęciu pacjentami nie byłyby też np. osoby przywiezione nieprzytomne przez ambulans. Albo kilkumiesięczne czy kilkuletnie dzieci, które są wciąż zależne od rodziców i przyjeżdżają w wózkach.
Mali pacjenci szpitala na Zaspie potrzebują obrony przed śmiercią. O ich cierpieniu nie można milczeć! Dlatego tak długo, jak odbywają się tam aborcje, będziemy o tym informować, pikietować i modlić się. Nie powstrzyma nas przed tym bezprawny dokument, przygotowany naprędce we współpracy ze środowiskiem trójmiejskiej skrajnej lewicy, błyskawicznie przesłany do Urzędu Miasta Gdańsk i używany jako straszak na obrońców życia.
Spotykamy się w niedzielę 18.01 o 12.00 przed głównym wejściem do szpitala.
Ewolucjonizm dla przedszkolaków i pierwszych klas szkoły podstawowej.
Mirosław Dakowski
Dzieci, dawno temu, mój synek miał wtedy 3 czy 4 lata, krzyknął radośnie: – kościół wielki zbudowałam!!
I rzeczywiście na podłodze zbudował wysoką wieżę z klocków. A mówił tak, bo uczył się mówienia od trochę starszej siostry.
I rzeczywiście, to on zbudował kościół, który przecież sam by się z klocków nie złożył.
Podobnie gdy jesteście na plaży nad morzem i widzicie zamek z piasku z narysowanymi drzwiami i oknami, to wiecie że zbudowało to jakieś dziecko. Przecież fale morskie nigdy takiego zamku zbudować by nie mogły.
Podobnie jest z różnymi stworzeniami, jak ryby, koty, czy nawet ludzie.
Czy myślisz że to wszystko mogło sobie powstać samo? Dawno temu, jakieś 150 lat, był taki młody naukowiec, nazywał się Darwin. I on próbował udowodnić, że jedne zwierzątka tak się zmieniają, że powstają z nich inne.
Ale wtedy był jeszcze na tyle uczciwy, że powiedział: Nie wiem w jaki sposób mogłoby powstać spojrzenie, wzrok. Tak samo nie potrafię wytłumaczyć skąd wzięły się u zwierząt pióra, a bez nich nie ma przecież ptaków.
Otóż moje przypuszczenie [hipoteza] – powiedział, będzie wtedy prawdziwe, sprawdzone, gdy znajdę przyczyny powstania wzroku i skrzydeł.
Potem jednak, gdy już stał się sławny i został profesorem, starał się o tamtych swoich przypuszczeniach zapomnieć, i co najważniejsze – starał się by inni o nich zapomnieli.
I rzeczywiście, ci ludzie którzy żyją z tego, to znaczy zarabiają pieniądze na wygłaszaniu takich nieprawdziwych wiadomości, jak to że jedne zwierzątka mogą się zamieniać w inne, nigdy o tych zaprzeczeniach nie wspominają.
Spytałem pewnego znanego dyrektora Instytutu Ewolucjonizmu pod Warszawą, jak może takie twierdzenia, o których wie że są nieprawdziwe, głosić.
Powiedział, trochę zawstydzony, że przecież jako dyrektor to on dobrze zarabia, a inaczej byłby w biedzie z rodziną.
Pamiętajcie dzieci: Uczony to mądry i uczciwy człowiek, który poznaje, jak to naprawdę było czy jest. Szuka prawdy.
A naukowiec, to taki zawód, jak kominiarz czy sprzedawca, bo sprzedaje towar jaki ma, czasem nawet zepsuty, a nie to co jest prawdziwe i dobre.
Czy można sobie wyobrazić, że sól [NaCl] i piasek [SO2] i jeszcze jakieś inne śmieci zdecydowały się na zbudowanie ameby albo żaby?
A tymczasem w szkołach i na uniwersytetach uczą czegoś takiego.
Już z 20 lat temu jedna pani profesor na wielkiej Konferencji Ewolucjonizmu powiedziała, że znani jej naukowcy zrobią życie za rok. No i nic, oczywiście.
Gdy więc pani w szkole opowie wam jak z myszki powstał bardzo szybko [w czasie 8 milionów lat] wieloryb i również, zmieniając się w inną stronę – nietoperz, albo jak „zrobił się” koń, to powiedz jej, że „pani musi tak mówić bo by inaczej wylali ją z pracy”.
Znasz przecież pułapkę na myszy, prawda? Ona się składa tylko z siedmiu części. No i trzeba na haczyku zawiesić kawałek serka albo słoninkę. I potem starannie i ostrożnie napiąć sprężynkę. Ale czy można sobie wyobrazić, że taka pułapka na myszy powstaje sama, na przykład przy silnym wietrze na złomowisku metali?
Właściwie wszystkie składniki istot żywych, a tym bardziej wszystkie zwierzęta i rośliny należą do takich „złożoności nieredukowalnych”, jak mówią dorośli.
Naprawdę wszystko to wskazuje, że stworzył te różne cuda Pan Bóg, bo tylko On to potrafi. Prawda?
===============================
A rodzice:
Porozmawiajcie z dziećmi o takich ciekawych sprawach.
Bo potem, gdy je zaczadzą w szkole, to mogą spaść umysłowo do poziomu żałosnego i działać jak Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (Rodzina, Praca i Polityka Społeczna), Paulina Hennig-Kloska (Klimat i Środowisko), Barbara Nowacka (Edukacja), Marta Cienkowska (Kultura i Dziedzictwo Narodowe), czyKatarzyna Pełczyńska-Nałęcz
Na Rządowym Centrum Legislacyjnym wisi procedowanie zmian w aktach małżeństwa. Znika kobieta i mężczyzna a pojawia się „pierwszy małżonek” i „drugi małżonek”. Tusk dekomponuje rodzinę. Gdzie tutaj konstytucja? https://legislacja.rcl.gov.pl/projekt/12406153
Prawdopodobnie znajdujemy się obecnie w burzliwej fazie przejściowej, w której w bólach rodzi się nowy ład międzynarodowy. To przejście od momentu jednobiegunowego (tak określił to niegdyś Charles Krauthammer) do epoki wielobiegunowości.
Jak każda transformacja ładu międzynarodowego w historii, również i ta charakteryzuje się wstrząsami, bólami porodowymi i zaburzeniami. Chwilowo zatem konkurują między sobą trzy różne systemy wartości mające porządkować relacje między państwami. Trzy, bo do dwóch dotychczasowych dołączył system nowy, reprezentowany przez Donalda Trumpa i jego administrację w Waszyngtonie.
Nadmieńmy, że już wcześniej amerykański prezydent sygnalizował swój preferowany model stosunków z innymi krajami. Robił to jednak wyłącznie na poziomie retoryki. Po niecałym roku prezydentury przeszedł do czynów (agresja na Wenezuelę i sposób jej uzasadnienia).
Spróbujmy się zatem przyjrzeć owym trzem różnym systemom, zaczynając właśnie od preferowanego i realizowanego obecnie przez Amerykanów. Choć wywodzi się on z perspektywy realistycznej stosunków międzynarodowych, przechodzi na poziom od niej zdecydowanie bardziej ekspansywny.
Waszyngton uznaje bowiem obecnie, że stosowanie siły lub jej groźba stanowią warunek przejmowania nowych zasobów deklarowany jako ich cel w sposób całkowicie otwarty, publiczny, bez żadnych ogródek i poszukiwań pretekstów, uzasadnień.
Nie jest to perspektywa do końca realistyczna z prostej przyczyny:
Amerykanie wykraczają daleko poza swój realny potencjał, poruszając się nie tylko na obszarze obowiązywania tradycyjnej doktryny Monroe’a (dominacja na Półkuli Zachodniej), ale mając ambicje do przejęcia monopolistycznej kontroli nad określonymi zasobami w różnych zakątkach globu. Określmy ich system wartości w relacjach międzynarodowych mianem gangsteryzmu, choć będzie to oczywiście nazwa robocza i wyraźnie wartościująca. Nie wiadomo czy którakolwiek z istniejących obecnie potęg globalnych i regionalnych zdecyduje się na przyjęcie podobnego podejścia. Raczej będzie to fenomen czysto amerykański.
W Europie króluje nadal perspektywa mocno zdezaktualizowana, jeśli chodzi o ujęcie relacji międzynarodowych – globalistyczny liberalizm. Jego aksjologia stała się zbiorem pustych haseł. Dziś oświadczenia o obronie wspólnych wartości brzmią nieco absurdalnie, bo praktycznie nikt już nie wie jakie miałyby to być wartości. Chyba przecież nie można traktować poważnie deklaracji o przestrzeganiu praw człowieka przez mordujące opozycjonistów i zamykające ich do więzień władze kijowskie. Podobnie jak respektowania zasad wolności słowa przez narzucające kolejne kagańce cenzury władze Unii Europejskiej i większości jej krajów członkowskich.
Choć wartości stały się nic nie znaczącą wydmuszką, nadal w ich imię prowadzona jest polityka europejska. Globalistyczny liberalizm jest martwy, ale Stary Kontynent gotów jest, przynajmniej na razie, utonąć wraz z jego gnijącym trupem. Wraz z Europejczykami chcieliby w tym samym kierunku dryfować liberałowie amerykańscy, chwilowo jednak pozbawieni władzy przez gangsteryzm.
Trzecia perspektywa ma charakter dość zachowawczy. Wiąże się on bowiem z przekonaniem, że do uporządkowania stosunków międzynarodowych niezbędne jest przestrzeganie reguł prawnych, tych wypracowanych jeszcze wraz z przyjęciem Karty Narodów Zjednoczonych. Podejście takie zakłada kluczową rolę przepisów jako regulatora stosunków między państwami. Jest to propozycja nie pozbawiona do końca perspektywy realistycznej, akceptująca kategorię suwerenności i interesu narodowego oraz prawa do prowadzenia polityki mającej ten interes realizować.
Na gruncie takiego systemu stoją obecnie Chiny, pozostałe podmioty Globalnego Południa oraz częściowo Rosja. Pamiętajmy bowiem, że ta ostatnia, dokonując ataku na Ukrainę, starała się jednak – w sposób mniej lub bardziej udany – uzasadniać interwencję militarną w kategoriach prawno-międzynarodowych. Nie był to zatem z jej strony gangsteryzm, lecz sporna interpretacja prawa międzynarodowego.
Polska jest w zarysowanym kontekście, wśród trzech obozów na świecie zbyt mała, by móc swobodnie wybierać któryś z wymienionych wyżej modeli, a tym bardziej narzucać go innym. Możemy jednak z uwagi na nasz własny interes kibicować światu przewidywalnemu, a taki istnieć może wyłącznie w oparciu o ramy prawa międzynarodowego, a nie regułę brutalnego rozboju czy zwietrzałych „wartości”, w które nikt już nie wierzy i których nikt nie realizuje.
W środę 14 stycznia 2026 roku podczas przesłuchania w Senacie USA doszło do wymiany zdań, która błyskawicznie stała się viralem i wywołała burzę w mediach społecznościowych. Senator Josh Hawley z Missouri wielokrotnie zadał proste z pozoru pytanie: „Czy mężczyźni mogą zachodzić w ciążę?”. Odpowiedź, a właściwie jej brak, ze strony lekarki ginekolog, dr Nishy Vermy, pokazuje jak głęboko zaszły zmiany w psychice pod wpływem presji ideologicznej.
Przesłuchanie odbywało się w ramach posiedzenia senackiej Komisji Zdrowia, Edukacji, Pracy i Emerytur (HELP), zatytułowanego „Ochrona kobiet: ujawnianie niebezpieczeństw związanych z chemicznymi środkami do aborcji”. Celem spotkania była analiza bezpieczeństwa i regulacji dotyczących mifepristonu – tabletki aborcyjnej. Jednak to nie kwestie związane z aborcją, lecz wymiana zdań dotycząca podstawowych faktów biologicznych przykuła uwagę mediów.
Senator Hawley, republikanin z Missouri, w trakcie swojego pięciominutowego czasu na pytania, co najmniej dziewięciokrotnie zadał dr Vermie to samo pytanie: „Czy mężczyźni mogą zachodzić w ciążę?”. Jak podkreślał, chciał ustalić „biologiczną rzeczywistość”. Odpowiedź, której udzieliła lekarka pochodzenia indyjskiego, zeznająca jako świadek ze strony Demokratów, okazała się zaskakująca.
Dr Verma konsekwentnie unikała udzielenia prostej odpowiedzi „tak” lub „nie”. Zamiast tego stwierdziła: „Opiekuję się osobami o wielu tożsamościach” oraz „Zajmuję się osobami, które nie identyfikują się jako kobiety, a mogą zajść w ciążę”. Jej odpowiedzi były utrzymane w języku, który priorytetowo traktował tożsamość płciową nad biologią.
Ta wymiana zdań szybko przekroczyła granice sali przesłuchań i stała się tematem gorących dyskusji w mediach społecznościowych. Dla wielu obserwatorów fakt, że lekarz specjalista nie chce lub nie może jednoznacznie odpowiedzieć na podstawowe pytanie z zakresu biologii człowieka, jest symptomatyczny dla szerszego problemu w nauce i medycynie.
Krytycy wskazują, że nauka coraz częściej ulega presji ideologicznej, co prowadzi do sytuacji, w których nawet specjaliści unikają wypowiadania się na temat podstawowych faktów biologicznych z obawy przed konsekwencjami społecznymi lub zawodowymi. Z kolei zwolennicy podejścia dr Vermy argumentują, że jej odpowiedzi odzwierciedlają bardziej inkluzywne podejście do opieki medycznej, uwzględniające osoby transpłciowe i niebinarne.
Warto zauważyć, że przesłuchanie miało miejsce w kontekście trwających w USA sporów dotyczących praw reprodukcyjnych, dostępu do aborcji oraz definicji płci. Pytanie senatora Hawleya, choć pozornie proste, dotyka głębszych podziałów ideologicznych w amerykańskim społeczeństwie.
Dla jednej strony debaty ciąża jest funkcją biologiczną, możliwą wyłącznie u osób posiadających żeńskie narządy rozrodcze, niezależnie od tego, jak dana osoba się identyfikuje. Dla drugiej strony, używanie języka inkluzywnego i uznawanie tożsamości płciowej za równie ważną jak biologia jest kwestią szacunku i godności pacjentów.
Ta kontrowersja pokazuje, jak bardzo zmieniła się przestrzeń debaty publicznej. Pytania, które jeszcze dekadę temu wydawałyby się mieć oczywiste odpowiedzi, dziś stają się polem bitwy ideologicznej. Przesłuchanie w Senacie USA stało się symbolem tych przemian – momentem, w którym nawet podstawowe fakty biologiczne podlegają negocjacjom językowym i ideologicznym.
Sytuacja ta rodzi pytania o granice między nauką a polityką, między faktami a ideologią, między biologią a tożsamością. Dla wielu obserwatorów fakt, że przesłuchanie w Kongresie na temat tak fundamentalnej kwestii biologicznej zamienia się w internetowego mema, świadczy o tym, jak daleko zaszliśmy w szalonym redefiniowaniu granic dyskursu naukowego i publicznego.
Kościół – odkąd papież Jan XXIII zdecydował się wyjść naprzeciw oczekiwaniom masonerii i zmieszać go ze światem – jest odzwierciedleniem tych samych chorób duchowych, które toczą świecką rzeczywistość. Świat już parę wieków temu zatracił rozum w jego klasycznym, arystotelesowskim, pojęciu. Co smutniejsze, w Kościele – po wyrugowaniu tomistycznej formacji z seminariów – zapanował zamęt dotykający samej istoty ludzkiej natury i spraw Boskich. Czy wiara – ta tradycyjna, niezmienna w swojej istocie – jest ostatnią deską ratunku, dzięki której będziemy mogli znów korzystać z rozumu?
Na temat wzajemnego stosunku wiary i rozumu napisano wiele. W największym skrócie można powiedzieć, że Pan Bóg stworzył człowieka w stanie pierwotnej doskonałości i od razu wyniósł go do godności nadprzyrodzonej. Wtedy człowiek funkcjonował w idealnej harmonii pomiędzy pierwiastkiem stworzonym (rozumną istotą psychofizyczną) a nadprzyrodzonym (łaską i zdolnością odczytywania woli Bożej).
Gdy jednak człowiek zapragnął być równy Bogu i popełnił grzech pierworodny, utracił łaskę i wszedł na drogę degradacji własnej natury. Rozdzieliły się też w pewnym sensie nasze władze poznawcze. Jak uczy katolicka apologetyka, z jednej strony zachowaliśmy wątlejące z pokolenia na pokolenie resztki objawienia pierwotnego, a z drugiej – rozum jako władzę duszy zdolną do poznania w zakreślonych sobie ramach.
Istnieje koncepcja, wedle której Opatrzność Boża prowadziła te dwie rozdzielone części osobno. Z jednej strony dając ludowi niegdyś wybranemu objawienie, a z drugiej pobudzając rozum Greków do odkrycia prawdy na temat ludzkiej natury i prawideł rządzących światem. Następnie te dwie równoległe perspektywy zaczęły znów łączyć się po narodzeniu Chrystusa i założeniu Kościoła.
Spotkałem się z opinią, że Arystoteles był ostatnim z ludzi, którzy wiedzieli wszystko, to jest posiadali całokształt ówczesnej wiedzy ze znanych człowiekowi dziedzin. Cały system, który zbudował, oparł wyłącznie o przyrodzoną zdolność ludzkiego rozumu do poznania rzeczywistości – aż do ostatecznych granic, a więc wywiedzenia z obserwacji natury konieczności istnienia jakiegoś pierwszego „poruszyciela” (w naszym języku – Boga Stwórcy). Jest to punkt, po którym do dalszego poznania potrzebne jest już objawienie.
Po co nam rozum, jeśli mamy wiarę?
Skoro Arystoteles wyczerpał zakres naturalnego poznania ludzkiej natury i stosunków międzyludzkich (społecznych, państwowych), to co wiara może wnieść do życia umysłowego? Pomijając samą kwestię uszlachetnienia naszego poznania, wzbogacenia go o kwestie cnót nadprzyrodzonych i poukładanie pewnych kwestii (rozumienie grzechu pierworodnego i jego praktycznych skutków, co stanowi najpewniejszą podstawę realizmu poznawczego i politycznego), to musimy wziąć pod uwagę, w jakim momencie historii jesteśmy.
Tomasz Terlikowski w debacie z Pawłem Chmielewskim u Bogdana Rymanowskiego przekonywał, że Kościół oddalił się od świata, ponieważ ten rozwijał nowe filozofie. Ale cóż jest nowego, czego nie wymyślili wcześniej sofiści, a potem heretycy, nominaliści i znów heretycy, aż do ideologów masonerii i oświecenia?
Nic nie masz nowego pod słońcem, jak twierdził mędrzec, oprócz tego, że na pośmiewisko rozumu tzw. oświeceniowcy wymyślili nurt zwany racjonalizmem, który faktycznie pogrążył umysł ludzki w mrokach subiektywizmu i dowolnej, uznaniowej wykładni świata, która nie ogląda się na prawdę i na naturę rzeczy.
Sam grzech pierworodny doprowadził do „zranienia” i pewnej dysfunkcji władz duszy. Skoro więc nieuporządkowane namiętności, pożądliwości i uczucia zaciemniają działanie rozumu, to potrzebny jest jakiś bodziec moralny (ascetyczny), żeby prowadzić życie umysłowe. Wiedzieli o tym już poganie i dlatego – na poziomie naturalnym – sformułowali pojęcie cnoty i rozwinęli naukę dobrego życia. Z perspektywy wiary, łaska Boża wprowadza nie tylko cnoty nadprzyrodzone, ale nawet uczynkom naturalnym – ze względu na intencję – nadaje wartość zasługującą na życie wieczne. Za pośrednictwem sakramentów wspomaga wreszcie proces dążenia do doskonałości, który staje się wydatniejszy i bardziej pogłębiony, a nieraz nawet szybszy.
Rozum doprowadził starożytnych do przekonania o moralnym uwarunkowaniu ludzkiego życia. W dzisiejszych warunkach akt woli prowadzący do nawrócenia stawia człowieka w obliczu dobroci Bożej, a żal za grzechy (niezbędny w konfesjonale) urzeczywistnia się ze względu właśnie na dobroć i miłość Boga do człowieka. To w oczywisty sposób otwiera nas na perspektywę moralną, ta zaś pomaga usunąć nieuporządkowania stojące na drodze do używania rozumu. Tak dochodzimy do tego samego celu, choć inną drogą. Ostatecznie, dzięki zasługom Męki Pana Jezusa jako nowego Adama, zyskujemy szansę odbudowania tej doskonałości, w którą Stwórca wyposażył pierwszego Adama i jego towarzyszkę Ewę.
O tym zaś, jak rozumu pozbawiony wiary łatwo popada w błędy, trafnie pisze o. Adolphe Tanquerey w Zarysie teologii ascetycznej i mistycznej. Francuski dominikanin i tomista wskazuje, że rozum jest jak najbardziej zdolny do poznania, ale napotyka na niezliczone przeszkody z powodu swoich „upokarzających słabości”. Czytamy: Zamiast zwrócić się dobrowolnie ku Bogu i rzeczom Bożym, zamiast wznieść się od stworzeń do Stwórcy, rozum skłonny jest do pogrążania się w badaniu rzeczy stworzonych, nie szukając ich pierwszej przyczyny. Podobnie, skupiając się na „tym, co zadowala ciekawość”, zatracamy sprzed oczu celowość naszego życia.
Sekta scjentystów ogarnia ziemski glob
Ten telegraficzny skrót prowadzi nas poprzez historyczne narodziny Chrystusa do każdorazowego osobistego narodzenia Syna Bożego w nas poprzez łaskę uświęcającą. Jednocześnie dochodzimy do trwającego na naszych oczach momentu w historii zbawienia, w której faktem staje się już nie tylko upadek wiary, ale i samego przyrodzonego. Popadamy w tak daleko idący subiektywizm, że podważamy samą nawet rozumną zdolność do obiektywnego poznania, a za „pewną” uznajemy jedynie tę wiedzę, którą potwierdzają nauki eksperymentalne (określiłbym to jako rodzaj powszechnego scjentystycznego sekciarstwa).
Problem polega jednak na tym, że nauki te dysponują warsztatem obejmującym wyłącznie materię, podczas gdy najważniejsze procesy życiowe odbywają się w nas na poziomie duszy, a więc na poziomie niematerialnym. Grzechem fundacyjnym dzisiejszego światopoglądu (tłuczonego naszym dzieciom do głów w szkołach!) jest negacja duszy i wszystkiego, co niematerialne, choć każdy rozumny jest w stanie stwierdzić istnienie duszy, ponieważ widzi objawy jej działalności.
Wmawia się nam (i naszym dzieciom!), że mózg jest ośrodkiem myślenia. Nic bardziej mylnego. Jesteśmy jednością psychofizyczną, w której mózg jest warunkiem koniecznym funkcjonowania, podobnie jak całe ciało, ale nie jest ani źródłem myśli, ani żadnego rodzaju „organem nadrzędnym” wobec całości naszej istoty. Pełni on funkcję służebną wobec umysłu, który nie jest funkcją mózgu, lecz określeniem całokształtu władz duszy, dzięki którym myślimy. Intelekt, odpowiedzialny za poznanie istoty rzeczy (myślenie abstrakcyjne), jest najwyższą częścią ludzkiego rozumu, czyli szczytem duchowych władz poznawczych. W każdym razie, proces myślowy rodzi się w niematerialnej części człowieka, a mózg służy jedynie do ekspresji i komunikowania myśli.
Jaki ma to skutek dla kierunku nauk? Otóż, gdy wrócimy do cytowanych wyżej spostrzeżeń o. Tanquereya, zrozumiemy, że pominięcie przyczyny i celowości, a skupianie się wyłącznie na „tu i teraz”, prowadzi do wyabstrahowania nauk od rzeczywistości. Nauki ścisłe, w swoim ograniczonym do dowodów materialnych aparacie, dochodzą nieraz do wniosków sprzecznych z rozumem, a więc z konieczności – nieprawdziwych. Tego typu nauka traci sens. Widzimy to nawet w humanistyce, która, popadając w hermetyczność, zatraca nie tylko walory estetyczne (piękno języka), ale i zwyczajnie pojętą przydatność dla „przeciętnego” człowieka.
Nie może być sprzeczności pomiędzy wiarą a rozumem
Wiara katolicka – trochę na zasadzie wpisanej w jej istotę antynomii wobec świata – ma jedną cechę, której nie chcieliby jej przypisać współcześni scjentystyczni obskuranci i pogrobowcy Voltaire’a, mianowicie uwalnia umysł od uprzedzeń. Oczywiście, tylko wiara prawdziwa, tzw. „tradycyjna”, bo w dobie niekończącego się aggiornamento w najradykalniejszych „odłamach” Kościoła posoborowego pojawiają się tak sprzeczne wewnętrzne, nielogiczne i nierozumne poglądy, jak na przykład potępianie kary śmierci czy praktyczna akceptacja dla czynów niemoralnych i wewnętrznie złych, jak aborcja czy homoseksualizm.
Skoro wierzyć po katolicku znaczy praktykować nadprzyrodzoną cnotę posłuszeństwa rozumu wobec prawdy objawionej, to już z tej podstawowej perspektywy jasne jest, po co nam rozum w procesie wyznawania Boga. Dlatego właśnie filozofia klasyczna, arystotelesowska (zwana realistyczną) – którą rozumiem jako sztukę korzystania z rozumu – legła u podstaw metody najlepszych tradycji katolickiej teologii. Rozum prowadzi nas do cnoty roztropności, ta zaś wyznacza miarę praktykowania innych cnót i pozwala uniknąć wielu błędów, co dotyczy także wiary.
Wiara rozumna jest najtrwalszą postawą, na której budujemy relację z Bogiem i jesteśmy wierni pomimo przeciwności. Gdy nie mamy wiary rozumnej, zaczynamy szukać w Kościele rzeczy, do których on nie został (przynajmniej w sposób pierwszorzędny) założony: doświadczeń religijnych, uczuć i emocji, oparcia we wspólnocie, kontaktu z charyzmatycznym przywódcą duchowym, aktywizmu i tak dalej. Taka wiara często nie przechodzi próby, ponieważ jest zbudowana na błędnym zdefiniowaniu celu. Wierzymy po to i należymy do Kościoła po to, żeby poznać Pana Boga, oddawać mu cześć, okazywać mu miłość poprzez zachowywanie Jego nauki i przez to zbawić swoje dusze. To banał, ale zniknął nam sprzed oczu: Kościół jest teocentryczny, a nie antropocentryczny – jego model jest wertykalny, a nie horyzontalny, jak życzą sobie tego protestanci i działający wewnątrz Kościoła moderniści.
Tradycyjna katolicka roztropność nakazuje przyjmować w życiu religijnym tylko to, co zgadza się ze zdrowym rozumem. Uzasadnienie jest proste: ten sam Bóg, który stworzył naturę i nadał jej prawa, nie może – jako miłosierny Zbawiciel pokonujący grzech i śmierć – przeczyć samemu sobie i stanowić czegoś sprzecznego z rozumem, w który sam nas wyposażył.
Wiara jest „jedną z cnót zdobiących rozum”, jak mówi św. Tomasz z Akwinu, ale nie tylko o ozdobę tu idzie. W innym miejscu Doktor Anielski stwierdza: Poznanie zaś zasad znanych z natury Bóg w nas wszczepił, skoro sam Bóg jest twórcą naszej natury. Te zasady więc zawiera także sama mądrość Boża. Cokolwiek się więc sprzeciwia tego rodzaju zasadom, sprzeciwia się mądrości Bożej. Zatem nie może to być od Boga. Te więc rzeczy, które się posiada z objawienia Bożego przez wiarę, nie mogą być przeciwne poznaniu naturalnemu (rozdział VII księgi pierwszej tzw. sumy filozoficznej – Summa contra gentiles).
Zatem wiara przekracza zdolności rozumowe i to rozum ma się jej podporządkować w tym, czego sam nie jest zdolny poznać, jednak pomiędzy jednym i drugim nie może być sprzeczności, co skodyfikował ostatecznie Sobór Watykański I: Chociaż jednak wiara jest ponad rozumem, nigdy nie może zaistnieć prawdziwa rozbieżność miedzy wiarą a rozumem; Ten sam Bóg który objawia tajemnice i udziela wiary, rozniecił też w ludzkim umyśle światło rozumu, nie może zatem tenże Bóg wyprzeć się samego siebie ani też prawda nie może zaprzeczać prawdzie.
Odpowiedź na dzisiejszy kryzys Kościoła i świata spoczywa zatem na styku tego, co przyrodzone i nadprzyrodzone. Wiara zaś – choć w sposób konieczny potrzebuje rozumu jako narzędzia – otwiera nas na ten powrót, który w logice świata wydaje się niemożliwy: do prawdziwych źródeł naszego człowieczeństwa. Narodzony w ciele Chrystus odwraca bowiem logikę upadku i degradacji ludzkiej natury, a rozum oświecony wiarą jest najpewniejszym sposobem na ponowne rozświetlenie mroków, które sprowadził wciąż pogłębiający się „oświeceniowy” bunt ludzkiego umysłu przeciwko Bogu i naturze.