Płk Doug Macgregor ostrzega: Wojska lądowe USA mogą wpaść w śmiertelną pułapkę w Iranie

Pułkownik (w stanie spoczynku) Doug Macgregor ostrzega: Wojska lądowe USA mogą wpaść w śmiertelną pułapkę w Iranie

W niedawnym wywiadzie z ekspertem wojskowym Danielem Davisem („Deep Dive”), wysoko odznaczony emerytowany pułkownik Douglas Macgregor wydał surowe ostrzeżenie przed potencjalną ofensywą lądową wojsk amerykańskich w Iranie. Porównuje planowane operacje – takie jak okupacja wysp czy kontrola nad Cieśniną Ormuz – do historycznych katastrof, takich jak kampania w Gallipoli w 1915 roku i inwazja na Normandię w 1944 roku. Pomimo całej przewagi technologicznej Stanów Zjednoczonych, argumentuje Macgregor, wojska lądowe mogą wpaść w pułapkę, z której nie ma łatwej ucieczki. Poniższy fragment transkryptu (zaczynający się od 11:52) stanowi sedno jego ostrzeżenia i pokazuje, dlaczego nawet pozornie lepsze operacje wojskowe są niezwykle ryzykowne.

Lekcja historyczna z Normandii – i jej gorzkie znaczenie dzisiaj

Macgregor rozpoczyna od przypomnienia wydarzeń poprzedzających lądowanie aliantów w Normandii w czerwcu 1944 roku. Do tego czasu niemiecka Luftwaffe na Zachodzie została praktycznie unicestwiona:

„Wszyscy zapominają, że przed naszą inwazją na Normandię w Europie Zachodniej prawie nie było niemieckich sił powietrznych… Kiedy wylądowaliśmy w Normandii w czerwcu 1944 roku, w niemieckich siłach powietrznych pozostały tylko dwa myśliwce, które mogły wystartować i walczyć z nami… W 1943 roku, zanim to się stało, były setki, a nawet tysiące myśliwców, które mogły wyrządzić nam ogromne szkody… Ale wszystkie były na froncie wschodnim. Na Zachodzie niewiele zostało. A co tam było? Cóż, po prostu nie było to coś z najwyższej półki”.

Pomimo drastycznego osłabienia wroga i pomimo ogromnej przewagi powietrznej własnych sił – Alianci mieli 5000 samolotów myśliwskich operujących nad Normandią – Niemcom udało się odpierać ataki sił inwazyjnych przez ponad miesiąc.

„Mieliśmy 5000 myśliwców w powietrzu nad Normandią. Mimo to Niemcy powstrzymywali nas przez ponad miesiąc. W pewnym momencie wyglądało na to, że zepchną nas do morza”.

Macgregor wyciąga z tego jasny wniosek, który bezpośrednio odnosi do możliwych operacji USA w Iranie:

„Musimy więc zrozumieć, że takie operacje są niezwykle niebezpieczne i bardzo trudne do przeprowadzenia. Mam nadzieję, że ktoś gdzieś powie o tym światu”.

Dlaczego Iran może stać się pułapką

Pułkownik wyjaśnia: Współczesna wojna wymaga nie tylko przewagi powietrznej, ale także całkowitej dominacji w zakresie gromadzenia informacji wywiadowczych (ISR), zniszczenia wrogiego wsparcia rakietowego, dronów i satelitarnego oraz pełnej kontroli nad terenem. Właśnie tych warunków brakuje w scenariuszu irańskim.

Iran dysponuje ogromnym arsenałem pocisków balistycznych, pocisków manewrujących, systemów bezzałogowych i mobilnych wyrzutni – wiele z nich rozmieszczonych w podziemnych bazach. Do tego dochodzą atuty topograficzne: strome klify nadbrzeżne, wąskie cieśniny i teren sprzyjający obrońcom – podobnie jak w Gallipoli, gdzie wojska brytyjskie i alianckie, pomimo miażdżącej przewagi, wpadły w katastrofalną pułapkę.

Macgregor ostro krytykuje obecne plany:

Stany Zjednoczone wysyłają lekkie jednostki piechoty (np. piechotę morską z 31. Jednostki Powietrznodesantowej lub elementy 82. Dywizji Powietrznodesantowej) z okrętami desantowymi, takimi jak USS Tripoli czy USS New Orleans. Takie „lekkie i szybkie” operacje mają na celu zabezpieczenie wysp lub odcinków Cieśniny Ormuz. Jednak bez uprzedniego całkowitego wyeliminowania zagrożenia ze strony Iranu, wojska te byłyby niezwykle podatne na ataki precyzyjne, roje dronów, a nawet łodzie motorowe i pojazdy podwodne. Nawet jeśli Stany Zjednoczone odniosą krótkotrwałe sukcesy, okupacja nie będzie mogła być kontynuowana. Historia pokazuje, argumentuje Macgregor, że takich celów nie da się zdobyć „po drodze”.

Wymiar polityczny i niebezpieczeństwo samooszukiwania się

Emerytowany pułkownik, były doradca ministra obrony i wysoko odznaczony weteran, postrzega debatę na temat wojsk lądowych w Iranie jako powtarzający się wzór nadmiernej pewności siebie Zachodu. Uważa, że ​​lekcje z Gallipoli (ponad 300 000 tureckich obrońców, silny ostrzał artyleryjski, przewaga terenowa) i Normandii popadają w zapomnienie.

Zamiast uznać rzeczywistość – że Iran może liczyć na wsparcie Rosji i Chin, posiada praktycznie niewyczerpany arsenał rakietowy i jest gotowy do walki asymetrycznej – kurczowo trzymają się iluzji „szybkiego zwycięstwa”.

Macgregor domaga się zatem: Ktoś musi jasno i jednoznacznie przedstawić te twarde fakty osobom odpowiedzialnym w Waszyngtonie. Wysłanie wojsk lądowych do Iranu bez stworzenia niezbędnych warunków byłoby nie tylko niezwykle niebezpieczne pod względem militarnym – mogłoby doprowadzić do strategicznej katastrofy, która kosztowałaby życie tysięcy amerykańskich żołnierzy i jeszcze bardziej zdestabilizowałaby region.

Wniosek

Ostrzeżenie pułkownika Douga Macgregora nie jest pacyfistycznym apelem, lecz trzeźwą analizą doświadczonego stratega wojskowego. Normandia pokazała, nawet w idealnych warunkach, że operacje lądowe przeciwko zdeterminowanemu wrogowi są kosztowne, krwawe i nieprzewidywalne.

W Iranie, gdzie warunki są znacznie mniej sprzyjające, pojawia się pułapka, która może być o wiele poważniejsza niż wszystko, czego Stany Zjednoczone doświadczyły od dziesięcioleci.

Czy to ostrzeżenie zostanie wzięte pod uwagę, czas pokaże – ale historia uczy nas, że takich głosów nie należy ignorować.

Iran, atom, ropa, gaz, Polska

Iran, atom, ropa, gaz, Polska


Andrzej Szczęśniak myslpolska/iran-atom-ropa-gaz-polska

Jesteśmy świadkami najpoważniejszego kryzysu energetyczne obecnego wieku. Trwa kolejna wojna o najnowocześniejsze źródło energii współczesnej cywilizacji – atom.

Ale skutki odczujemy przede wszystkim w paliwach. Polska i Europa zapłacą także słony rachunek za gaz ziemny. Dzisiejsze bezpieczeństwo energetyczne Polski jest iluzoryczne i bardzo kosztowne. 28 lutego dokonał się kolejny akt nuklearnego terroryzmu (myslpolska/nuklearny-terroryzm/ – dwa państwa posiadające broń atomową napadły na kraj, oskarżany o chęć, powtarzam – chęć – uzyskania tej broni. To było uzasadnienie tej militarnej agresji, choć całkowicie niewiarygodne – nawet kontrolowana przez USA Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej zapewnia, że Iran nie pracuje nad bronią atomową.

Pomimo tego Stany Zjednoczone i Izrael użyły swej potęgi wywiadowczej, militarnej, gospodarczej i technologicznej, by wdeptać w ziemię Iran. Dzisiaj to państwo może gorzko pożałować, że nie weszło w posiadanie tej broni. Wtedy do agresji po prostu by nie doszło. Przykład Korei Północnej, pokazuje, że Zachód nie napada nawet dużo mniejszego państwa, gdy to ma jądrowy potencjał odwetu. A jest też i przykład Libii, która chcąc się pogodzić z dawnymi wrogami, zrezygnowała w 2003 r. z tworzenia arsenału atomowego. A już w 2011 roku Zachód przez osiem miesięcy bombardował ten kraj, Muammar Kadafi, został okrutnie zamordowany, a państwo na długie lata pogrążyło się w wojnie domowej, chaosie i nędzy.

USA i Izrael już drugi raz w ciągu roku próbują zniszczyć Iran. Niedawna próba (13 – 24 czerwca 2025 r.) także uzasadniana była zagrożeniem nuklearnym ze strony Iranu. Cynizm tego uzasadnienia polega na tym, że jak dość powszechnie wiadomo – Izrael to takie ciche, nielegalne, ale wyjątkowo agresywne mocarstwo nuklearne (myslpolska/ciche-mocarstwo-nuklearne). Dla świata najważniejsze jest jednak, że USA i Izrael zaatakowały samo serce światowych zasobów węglowodorów – Zatoka Perska to co trzecia wydobyta na świecie baryłka ropy, której ogromna większość przeznaczona jest na eksport. W efekcie mamy najpoważniejszy kryzys energetyczny w nowoczesnej historii ropy i gazu. Nawet przy arabskim embargo naftowym z 1973 r. (myslpolska/szczesniak-piecdziesiat-lat-pozniej ) nie zabrakło aż tyle ropy naftowej, co dzisiaj. Około 16 procent globalnych potrzeb – to 2-krotnie więcej niż przy największych wcześniejszych kryzysach naftowych lat 70- i 80-tych.

Równie ważny dla nas, świata jest gaz skroplony z Zatoki Perskiej. Katar to 20% światowej produkcji LNG, Oman i ZEA dodatkowe 4%. I już dzisiaj widać konsekwencje, choć koszty tej agresji są bardzo nierówno rozłożone. Dla USA są one zerowe, nie odczuły one żadnych perturbacji – ceny gazu nie drgnęły od początku konfliktu, a eksport wciąż rośnie. Dla Azji (JKM) i Europy (TTF) skutki są katastrofalne. Europejskie ceny gazu od początku wojny wybiły w górę o 90%. To cios dla gospodarki i odbiorców, podobny do kryzysu roku 2022.

Dla Polski pewność dostaw ropy i gazu jest realnie zagrożona. Saudowie dostarczają ponad połowę surowca dla polskich rafinerii, prawie cały eksport prowadząc przez dziś zablokowaną Cieśninę Ormuz. Katar jest kluczowym dostawcą LNG dla Polski, w ubiegłym roku importowaliśmy 1,5 mln ton, zniszczenie jego instalacji to ubytek ponad 10% naszego zaopatrzenia, i to na wiele lat.

Nasi politycy, wciąż klepiące zaklęcia o „bezpieczeństwie energetycznym”, doczekały się brutalnego „sprawdzam”. Gdy tylko sami odcięliśmy się od ropy i gazu z Rosji, nasi sojusznicy przez wojnę w Zatoce Perskiej, zacisnęli garotę na wąskim gardle (myslpolska/waskie-gardlo-polskiego-bezpieczenstwa-energetycznego ) naszego łańcucha dostaw węglowodorów. Ale zanim urwą się fizyczne dostawy, już dziś płacimy bardzo drogo za paliwa, to taki „haracz energetyczny” (myslpolska/szczesniak-kontrybucja-energetyczna).

Spekulacyjnie wywindowane ceny ropy i marże rafineryjne w dieslu, niezwykle mocno obciążają tak kierowców, jak i gospodarkę. Przy wzroście cen ON  od początku konfliktu o 3 złote, dziennym zużyciu w Polsce 60 mln litrów, kierowcy muszą każdego dnia płacić 180 mln zł więcej za diesla niż przed wojną.

Płacimy przy dystrybutorze za złą politykę energetyczną naszego państwa. Za posłuszne spełnianie żądań silniejszych od nas – czy to Stanów, czy Brukseli. Oczywiście, część tego haraczu inkasują producenci ropy, ale większość idzie do budżetu państwa i quasi-państwowego monopolisty. Więc w tym finansowym wymiarze nasz fiskus jest po stronie profitentów tej napaści. My po stronie płatników.

Andrzej Szczęśniak

Myśl Polska, nr `13-14 (29.03-5.04.2026)

Apel polskiego kapłana do Polaków

Apel polskiego kapłana do Polaków

26.03.2026 Ks. Beniamin Sęktas nczas/apel-polskiego-kaplana-do-polakow

NCZAS.INFO | Kardynał Grzegorz Ryś, metropolita krakowski, ze swoim umiłowanym rabinem Michaelem Schudrichem, naczelnym rabinem Polski. Foto: X
NCZAS.INFO | Kardynał Grzegorz Ryś, metropolita krakowski, ze swoim umiłowanym rabinem Michaelem Schudrichem, naczelnym rabinem Polski. Foto: X

25 marca 2026 roku
Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

APEL POLSKIEGO KAPŁANA DO POLAKÓW

Bracia i Siostry! Rodacy!

Zwracam się do was z gorącym apelem w związku z zaistniałą 22 marca 2026 roku historyczną hańbą. W licznych świątyniach w Piątą Niedzielę Wielkiego Postu został odczytany List Konferencji Episkopatu Polski z okazji 40. rocznicy wizyty Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej. Wielu z was, wsłuchując się w jego treść, przeżywało zdziwienie, smutek i gniew.

Już na wstępie zadziwia okoliczność, dla której napisano ten list. Pasterze Kościoła w Polsce wezwali do uczczenia rocznicy, której nigdy wcześniej jako wspólnota wierzących nie obchodziliśmy. Nie było pierwszej ani dziesiątej rocznicy wizyty w synagodze, tym bardziej nie jest to stulecie ani tysiąclecie. Ponadto samo wydarzenie nie odbyło się w Polsce. Być może stosowne byłoby obchodzenie tej rocznicy w Rzymie i to tylko w gmachu nawiedzonej przez papieża synagogi oraz z inicjatywy jej gospodarzy.

Zaskakuje również i zasmuca przedstawienie przez autorów intencji publicznego zabrania głosu, którą jest wskazanie antysemityzmu Polaków jako „śmierci”, z której w ciągu ostatnich 60 lat „wyprowadził (i wyprowadza) nas Pan”. W domyśle oznacza to, że powinniśmy pokoleniowo za niego pokutować.

W końcu oburza forma ogólnopolskiego listu pasterskiego o wizycie w synagodze do odczytania w kościołach i kaplicach w Polsce, które służą wyłącznej czci naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa, i to w niedzielę poprzedzającą Wielki Tydzień.

Łatwo domyśleć się, kim jest pomysłodawca tego listu: kardynał Grzegorz Ryś, znany sympatyk środowisk żydowskich i – jak można wnioskować – wyraziciel ich interesów. Za swoje zaangażowanie w dialog żydowski wielokrotnie był nagradzany. Liczni katolicy gorszą się jego postawą i sposobem sprawowania posługi pasterskiej. W ostatnim czasie spotkał się z transseksualnym aktywistą Markiem Minakowskim, byłym ministrem obrony narodowej w rządzie Donalda Tuska Bogdanem Klichem i rabinem Michaelem Schudrichem. Kardynał często gości w mediach sprzyjających żydowskiemu punktowi widzenia. Za napisanie listu potępiającego sprzeciw Polaków wobec przyjmowania nielegalnych imigrantów został nagrodzony zdjęciem na stronie tytułowej „Gazety Wyborczej”.

Mnożą się skandale z udziałem kardynała Rysia. Zatrważa jednak akceptacja tego przez resztę biskupów polskich, czego wyrazem jest ostatni ich wspólny list. Za ich przyzwoleniem i poparciem doszło do groźnej przecież prowokacji. Usłyszeliśmy z kościelnych ambon, że udziałem wierzących był i bywa antysemityzm. Kiedy zagłębiałem się w pierwsze akapity listu zamieszczonego na stronie KEP-u, przypomniałem sobie, czytany jeszcze w czasach kleryckich, Raport biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka przekazany ambasadorowi USA w Warszawie Arthurowi Bliss Lane’owi.

Był on reakcją biskupa katolickiego na zarzut antysemityzmu stawiany przez komunistów podziemiu niepodległościowemu. Narzucona Polakom komunistyczna władza przypisywała wówczas obrońcom narodu odpowiedzialność za lincze, które dokonały się w Kielcach 4 lipca 1946 roku, a których ofiarą padli żydowscy mieszkańcy miasta. Biskup Czesław Kaczmarek stanął w obronie pomawianych fałszywie Polaków będących jednocześnie powierzonymi jego duszpasterskiej pieczy. Raport Biskupa zawiera w sobie syntetyczny wykład o stanie relacji polsko-żydowskich w okresie powojennym. Rzuca on cenne światło na wspomniane przez autorów Listu KEP dziesięciolecia „wydobywania się z grzechu antysemityzmu”. W mojej ocenie rzutuje on również na współczesne stosunki polsko-żydowskie. Biskup Czesław Kaczmarek pisał wtedy:

Wszyscy współczuli Żydom, nawet ich najwięksi wrogowie. Wielu Żydów ocalili Polacy, boć przecież bez pomocy polskiej nie ocalałby żaden. Ratowano ich, choć były za to surowe kary, aż do kary śmierci włącznie. Tak było w roku 1944 i na początku roku 1945. Po wejściu wojsk sowieckich, po rozciągnięciu władzy rządu lubelskiego na całą Polskę ten stan rzeczy zmienił się gruntownie. Zaczyna się niechęć do Żydów, szerzy się szybko, ogarniając szerokie masy społeczeństwa polskiego – wszędzie, a więc i w Kielcach, Żydzi są nielubiani, a nawet znienawidzeni na całym obszarze Polski. Jest to zjawisko nieulegające najmniejszej wątpliwości. Nie lubią Żydów nie tylko ci Polacy, którzy nie należą do żadnej partii lub też są w opozycji, ale nawet wielu spośród tych, którzy oficjalnie należą do partii rządowych.

Powody tej niechęci ogólnej są powszechnie znane, w każdym razie nie wynikają one ze względów rasowych. Żydzi w Polsce są głównymi propagatorami ustroju komunistycznego, którego naród polski nie chce, który mu jest narzucany przemocą, wbrew jego woli. Każdy Żyd ma poza tym dobrą posadę lub nieograniczone możliwości i ułatwienia w handlu i przemyśle, Żydów jest pełno w ministerstwach, na placówkach zagranicznych, w fabrykach, urzędach, w wojsku i to wszędzie na stanowiskach głównych, zasadniczych i kierowniczych. Oni kierują prasą rządową, mają w ręku tak surową dziś w Polsce cenzurę, kierują urzędami bezpieczeństwa, dokonują aresztowań. Niezależnie od szerzenia komunizmu, nie odznaczają się oni taktem, zwłaszcza w stosunku do ludzi o przekonaniach niekomunistycznych. Są często aroganccy i brutalni. Wielu z nich nawet nie pochodzi z Polski. Przybywszy z Rosji, słabo mówią po polsku, jeszcze słabiej orientują się w stosunkach polskich. Na podstawie powyższych powodów powiedzieć zatem można, że sami Żydzi ponoszą lwią część odpowiedzialności za nienawiść, jaka ich otacza. Przeciętny Polak sądzi (mniejsza o to, słusznie czy niesłusznie), że prawdziwymi i szczerymi zwolennikami komunizmu w Polsce są tylko Żydzi, bo olbrzymia większość komunistów Polaków – to zdaniem ogółu – ludzie interesu, bezideowi, którzy są komunistami tylko dlatego, że im się to sowicie opłaca”.

W świetle powyższych słów niezłomnego polskiego biskupa Czesława Kaczmarka, który dla obrony dobrego imienia Polski i Polaków wiele przecierpiał, którego pozbawiono dobrego imienia i wtrącono do więzienia, gdzie był torturowany, nie można zaprzeczyć, że zarzut antysemityzmu często stawiają Polakom nasi wrogowie. Na przykład Niemcy używają tego określenia wobec nas, aby zmniejszyć własną odpowiedzialność za zbrodnie podczas drugiej wojny światowej. Dla Sowietów i postkomunistów zarzut antysemityzmu ma na celu odrzucenie wielowiekowej spuścizny gościnności i heroizmu Polaków za pomocą wmówienia poczucia winy jako formy pedagogiki wstydu. Dla współczesnych lobbystów żydowskich tworzenie mitu Polaka-antysemity służy roszczeniom majątkowym ze względu tzw. mienie bezspadkowe.

Wobec tego wszystkiego mamy prawo zapytać naszych biskupów: Komu służy napisany przez nich mętny list z obrazoburczą tezą o antysemityzmie?! Dlaczego antysemityzm jest ujmowany w taki sposób, że trzeba go potępić za pomocą teologicznego wywodu? Uczciwość intelektualna domaga się zdefiniowania, jak autorzy listu pojmują żydowskość. Mamy przecież różnych Żydów. Niektórzy są obywatelami Izraela, a inni zaś to religijni ortodoksi, dla których państwo izraelskie jest przeklętym tworem zsekularyzowanych żydów, syjonistów. Żydowskie korzenie posiadają miliarderzy-filantropi, którzy za pomocą ogromnych nakładów finansują fundacje, instytuty i komitety, aby oddziaływać na globalne procesy polityczne, promując kosmopolityzm i liberalną demokrację.

W Polsce mamy formację ideową żydów o komunistycznym rodowodzie, którzy aktywnie biorą udział w aktualnym dyskursie politycznym. Kształtują oni polską politykę po transformacji ustrojowej, a łączy ich poczucie elitarności z racji wspólnych korzeni. W całej tej różnorodności wspólne jest odrzucanie osoby Jezusa Chrystusa jako Zbawiciela i chrześcijaństwa jako fundamentu polskości. Dla porządku życia zbiorowego oznacza to postawienie narcyzmu wybrania ponad osiem ewangelicznych błogosławieństw.

Należy pamiętać, że antysemityzm jako pojęcie nie przynależy do porządku religijnego. Autorzy listu chcą jednak, by w Polsce antysemityzm nabrał znaczenia teologicznego. Z tego powodu powołują się na Nostra aetate, dokument soborowy o stosunku Kościoła do innych religii. Wylicza on elementy prawdziwe w religiach niechrześcijańskich jako coś, co może wskazywać na Chrystusa, ale Go nie zastępuje.

Zbawcza wartość tych religii jest ostatecznie nikła ze względu na zmieszanie prawdy z fałszem. Mimo że Prawo i prorocy, ale już nie cały Stary Testament, bo judaizm odrzuca księgi deuterokanoniczne, stanowi wspólne materialne dziedzictwo chrześcijan i żydów, to jednak „starsi bracia” na podobieństwo Ezawa wyzbyli się go za miskę talmudycznej soczewicy. Odrzucili Pana Jezusa jako Mesjasza i Syna Bożego, a przylgnęli do komentarzy rabinów, które zaciemniły im prawdę Bożego Objawienia zawartą w pismach. Zaistniała w ten sposób cywilizacyjna odrębność chrześcijan i żydów.

Spotkanie z żydowskością jest zatem spotkaniem nie tylko z religią, ale z całokształtem myślenia i działania. Żydzi, nawet niewierzący w Boga, wierzą w swoje specjalne wybranie i przeznaczenie ponad inne narody. Jest to przyczyną ich zadufania w sobie i korzystania nawet z najniegodziwszych środków dla osiągnięcia swoich rasistowskich celów. W tej optyce dialog międzyreligijny zamienia się w wydawanie stronie chrześcijańskiej poleceń. Taka sytuacja miała miejsce podczas konfliktu w latach 1995-1999 wokół obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu rozgrywającego się o klasztor sióstr karmelitanek i obecność chrześcijańskich symboli.

Spór zakończył się kapitulacją władz kościelnych. Siostry opuściły klasztor, a episkopat odciął się od protestów społeczno-religijnych. Mimo to postawa pasterzy Kościoła nie zadowoliła w pełni środowisk żydowskich. Przykładem tego były słowa rabina Pinchasa Menechema Joskowicza wypowiedziane w polskim sejmie 11 czerwca 1999 roku do papieża Jana Pawła II: „Proszę, aby pan papież dał wezwanie do swoich ludzi, by także ten ostatni krzyż wyprowadzili z tego obozu”.

Doświadczenia polskiego Kościoła z ostatnich dziesięcioleci domagałyby się zatem spojrzenia z większym realizmem na dialog chrześcijańsko-żydowski. Czyż nie grzeszy on naiwnością i słabością strony kościelnej? Takie postrzeganie spraw wzmacnia aktualna sytuacja międzynarodowa, gdzie za sprawą państwa Izrael toczą się liczne wojny zagrażające porządkowi światowemu. Czy zbrodnie na ludności cywilnej w Palestynie, w tym na licznych chrześcijanach, i napastnicze wojny na Bliskim Wschodzie nie powinny raczej skłaniać do odłożenia celebracji rocznicy wizyty w synagodze? Czyż w Polsce brakuje nam naszych świąt i rocznic? Przed nami Wielki Tydzień i Wielkanoc, pamiątka śmierci i zmartwychwstania naszego Pana Jezusa Chrystusa.

W liście episkopatu pojawia się stwierdzenie, że to chrześcijanie są winni śmierci Chrystusa. Jest to teologiczna konkluzja, która domaga się szerszego wywodu, którego próżno szukać w liście poza enigmatycznym powołaniem się na Sobór Trydencki, mimo że w cytowanym punkcie aktualnego Katechizmu jest w tym miejscu odniesienie do Katechizmu Rzymskiego, co osłabia dogmatyczność tezy na rzecz kontekstu pastoralnego. Czymś oczywistym jest, że grzechy wszystkich ludzi przyczyniły się do cierpienia ukrzyżowanego przez żydów rękami pogan Chrystusa. Jasne jest, że cierpienie i śmierć Chrystusa miały charakter odkupieńczy dla wszystkich narodów. Wszyscy żyjący przed Jego przyjściem mogli osiągnąć zbawienie dzięki dziełu Chrystusa.

Przekonanie, że wybraństwo żydów czy innych narodów na zasadzie pochodzenia materialnego, a nie przez wiarę, ich zbawi, nie ma nic wspólnego z Ewangelią. Chrystus posłał apostołów, by pouczali narody o Królestwie Bożym. Od początku towarzyszył temu opór ze strony tych, którzy odrzucili Pana Jezusa w ramach narodu żydowskiego. Przeciwnicy Dobrej Nowiny nie poprzestawali na zamknięciu się na zbawczą prawdę, ale tworzyli antychrześcijański judaizm rabiniczny i opartą na nim cywilizację. Przykładem tego jest przyjęcie w VIII wieku religii żydowskiej przez Chazarów. Wtedy Kaganat Chazarski stał się wrogi dla swoich sąsiadów jako wyznawców innych religii. Musiało to doprowadzić do reakcji ze strony chrześcijańskich państw Rusi i Cesarstwa Bizantyjskiego. W X wieku Chazarowie zostali wyparci na tereny dzisiejszej Ukrainy.

Mniej więcej w tym samym czasie książę Mieszko I przyjął chrzest. Od 966 roku dzieje Polski na trwałe złączyły się z Kościołem katolickim, który przedłuża i zachowuje dzieło zbawienia. Wraz z tym opatrznościowym początkiem została postawiona tama handlowi słowiańskimi niewolnikami dokonywanemu przez żydowskich kupców na naszych ziemiach. Sam proceder został uwieczniony przez średniowieczną sztukę: drzwi gnieźnieńskiej katedry przedstawiają wśród scen z życia świętego Wojciecha wykup słowiańskich niewolników z rąk żydowskich.

Pod koniec swojego listu z 22 marca biskupi zaproponowali, żeby 13 kwietnia Polacy odwiedzali synagogi. Nie czyńmy tego aktu taniego naśladownictwa, teatralnego lub wręcz komediowego gestu „pójścia w ślady Jana Pawła II”! Dzień 13 kwietnia jest wigilią rocznicy Chrztu Polski i to wydarzenie raczej należy uczcić: pójściem do własnego kościoła parafialnego, aby przed chrzcielnicą podziękować za wiarę katolicką. Zamiast pochodów synagogalnych lepiej udać się na Mszę świętą, albo wybrać się w pielgrzymce do relikwii świętych Patronów Polski, uprzątnąć i udekorować krzyże i kapliczki, wywiesić polską flagę, odwiedzić pomniki i groby bohaterów, w tym miejsca pamięci żołnierzy niezłomnych, których dokładnie 14 kwietnia 1950 roku w zgniłym porozumieniu między komunistycznym państwem a Kościołem nazwano „bandytami”.

Niech 14 kwietnia, dzień Chrztu Polski wpisze się na trwałe w świadomość Polaków, a z głębi serc popłynie dziękczynne Ciebie Boga wysławiamy za Polskę, która jest chrześcijańska!

Ks. Beniamin Sęktas

—————————————–

Z okazji śmierci pornografa: Chlewnia i jej zarządcy

Z okazji śmierci pornografa: Chlewnia i jej zarządcy

Date: 25 marzo 2026 Author: Uczta Baltazara

Zmarł co tylko Leonid Radvinsky, właściciel i zarządca serwisu OnlyFans –  czołowej, płatnej platformy społecznościowej poświęconej pornografii amatorskiej. Miał 43 lata. en.wikipedia.org/wiki/Leonid_Radvinsky

Ten potężny alfons – izraelsko-amerykański multimilioner urodzony w Odessie w rodzinie żydowskiej, przeniósł się do Stanów Zjednoczonych jeszcze jako nastolatek, by wzbogacić się na branży porno.

W roku 2018 przejął serwis OnlyFans. Według artykułów opublikowanych przez magazyn „Rolling Stone” w 2024 roku, Radvinsky miał być jednym z najważniejszych darczyńców AIPAC – głównego lobby syjonistycznego w Stanach Zjednoczonych.

Radvisky, który nie miał zbyt wiele czasu, by cieszyć się ogromnym bogactwem zgromadzonym dzięki sutenerstwu, tworzył duet z innym „porno-kapitalistą” – 55-letnim Michaelem Lucasem, Żydem urodzonym w Moskwie i posiadającym obywatelstwo amerykańskie, który kieruje nowojorską firmą Lucas Entertainment – największą na świecie wytwórnią filmów pornograficznych o tematyce homoseksualnej. Również Lucas otwarcie popiera Izrael. en.wikipedia.org/wiki/Michael_Lucas_(director)

Na koniec, w tym porno-plutokratycznym przeglądzie nie może zabraknąć Solomona Friedmana, profesora prawa w Ottawie i doktora teologii rabinicznej. Jest on jednym z właścicieli MindGeekfirmy zarządzającej serwisami PornHub oraz YouPorn. forward.com/culture/pornhub-rabbi-solomon-friedman-jewish/ Prawdopodobnie, też popiera Izrael.

Cóż tu powiedzieć? – Mamy do czynienia z systemem orgiastyczno-merkantylnym. Najpierw «Daleki Zachód» zredukował świat do targowiska, a później obrócił go w chlew.

INFO: aldomariavalli.it/commento-la-porcilaia-e-i-suoi-gestori-in-morte-di-un-pornografo/

babylonianempire/pornhub-zaprzecza-twierdzeniom-o-zamrozeniu-dochodow-mii-khalify-i-przekierowaniu-ich-do-izraela

Kościół Chrystusa w demolce, czyli kardynał Ryś i chuligani z episkopatu Polski

Kościół Chrystusa w demolce,

czyli kardynał Ryś i

chuligani z episkopatu Polski

Bazyli1969

=============================

„W polityce nie ma przypadków, ani zbiegów okoliczności. A jeśli są, to dobrze wyreżyserowane”. –  Kard. Richelieu

=====================================


salon24.pl/u/bazyli1969/kosciol-chrystusa-w-demolce-czyli-kardynal-rys-i-chuligani-z-episkopatu-polski

Czy zdrajca zdradza także siebie? A.    Kurosawa

===========================================

Są wśród nas abderyci. Posługujący się naszym językiem, wyglądający jak my i marszczący brew na skutek opowieści o zagrożeniach dla naszej Ojczyzny. Ot choćby taki dyżurny „katolik” o nazwisku T. Terlikowski. Klepie to i tamto, a zasadniczo nie ma nic do powiedzenia, gdyż jego elukubracje nadają się jedynie na podpałkę przy harcerskim ognisku. Taki dyżurny strażak Sam, którego zadaniem jest gaszenie ognisk zapalnych w zakresie sporów ideowych.  Problem w tym, że osoby pokroju Terlikowskiego potrafią namieszać w głowach sporemu gronu miejscowej ludności. Oczywiście nie tym świadomym, mający  pojęcie o wartościach, przyzwoitości i szanujących  samych siebie ale tym, którzy nie potrafią zliczyć do czterech, mają negatywny stosunek do wszystkiego co opiera się o fundamenty, nienawidzących miejsca w którym żyją  i kierujący się przekazem durniów oraz agentów z pierwszej linii wojny ideowej. Krzyż na drogę z nimi! Łatwo powiedzieć…

Oczywiście każdy normalny człowiek posiadający kręgosłup moralny i szacunek dla swoich przodków lekceważy brednie Terlikowskiego, ale gdy w podobnym tonie do wspomnianego hucpiarza wypowiada się Episkopat Polski, to sprawa nabiera poważnych rozmiarów. I z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w dniach ostatnich. O d razu zaznaczę, że nie trzeba być wiernych synem lub córką Kościoła i nauki chrystusowej, aby zauważyć, że „List Konferencji Episkopatu Polski z okazji 40. rocznicy wizyty Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej” to co najmniej prowokacja albo nawet dywersja.

Nie będę wchodził szczegóły. Są od tego inni, lecz przesłanie tego listu jest dosłownie policzkiem wymierzonym przez biskupów w moją twarz. I to bez żadnego obcyndalania. Zwyczajnie i po prostu purpuraci żyjący nad Wisłą uznali, że ich „owieczki” to durnie i biomasa, pozbawieni jakichkolwiek odruchów samozachowawczych. Stwierdzili bowiem, że ich „trzoda” da się manipulować bez trudu i wszystko co wypełźnie z ust pierwszoplanowych postaci Episkopatu zostanie łyknięte bez popitki. Nawet to, że wiara milionów Polaków zostanie sponiewierana i sprowadzona do poziomu prymitywnego chłamu.

Przesadzam? A skąd! Wszak goście przybrani w fioletowe sutanny oświadczyli swoim owieczkom, że przez dwa tysiąclecia Kościół ich oszukiwał. Jakoś tak gadał – ustami Ewangelistów, Doktorów i Ojców Kościoła, że jedyną drogą zbawienia jest droga Chrystusowa. My jesteśmy Ludem Bożym. Zdaniem hucpiarzy z Episkopatu byliśmy w błędzie!

Na nic przekazy Ewangelistów. Na nic nauka św. Pawła. Na nic Tradycja. Dziś rabi…. Pardon! Kardynał Ryś przekazuje milionom polskich chrześcijan, że „nie ma żadnych wątpliwości, że Żydzi są uczestnikami Bożego zbawienia, ale jak to może być możliwe bez wyraźnego wyznawania Chrystusa – jest i pozostanie niezgłębioną tajemnicą Bożą”. No proszę. Okazuje się  zatem, że dziesiątki pokoleń naszych przodków było w błędzie. Uznawali bowiem, iż jedyną droga do zbawienia jest naśladowanie Chrystusa.

Nic też nie znaczy, że Żydzi rozpychają się niczym Moskale na Bliskim Wschodzie i hurtowo wysyłają na tamten świat tysiące kobiet i dzieci. W  imię chorej fantasmagorii, czyli tzw. Wielkiego Izraela. Ale Grzegorz Ryś, wraz ze swymi akolitami, uważa inaczej. Czy w takim razie jego „autorytet” przewyższa autorytet Ojców Kościoła i samego Jezusa, który określał Żydów „plemieniem żmijowym” i zarzucał im odejście z drogi prawdy? Odpowiedź jawi się jako oczywista. Ale to nie wszystko.

Patrzę na samozaoranie nadwiślańskich purpuratów i przychodzą mi do głowy dwie wątpliwości. Otóż od dziś nie mam nawet grama zaufania do tego grona, ponieważ nie wykazało się ono żadną odwagą. Absolutnie żadną! Milczenie i brak kontrakcji wobec wspomnianego listu to dowód na to, że obecnie naszymi przewodnikami duchowymi są ludzie mali, miałcy, bez odwagi  honoru. Nie trzeba  wywlekać braku reakcji na wspomniany list, ale wystarczy przypomnieć, iż żaden (prawie żaden) z biskupów nie zajął jasnego stanowiska wobec łamania prawa w Polsce, mordów dokonywanych przez Izrael w Gazie, Libanie oraz Iranie i nie zdobył się pokazanie drogi ku naprawie Rzeczypospolitej.

Smutne to cholernie. Jestem pewien, że kardynał Wyszyński patrzy  na swych braci w kapłaństwie i przewraca się w grobie.   Po drugie, odnoszę wrażenie, że przywołany list ma oprócz przesłania religijnego ma także przesłanie polityczne. Powiem więcej… W dobie, gdy państwo Izrael zaatakowało Iran (daleko mi do pochwały panującego tam reżymu) i nie potrafi go pokonać, rysuje się jasno, że może zdarzyć się sytuacja, iż całe masy mieszkańców państwa położonego w Palestynie w wyniku zagrożenia zechcą poszukać miejsc bezpiecznych. Jednym z nich jest „Polin”. Wiem, że jako wspólnota nie życzymy sobie setek tysięcy bliskowschodnich i północnoafrykańskich inżynierów. Tu znaczna większość Polaków jest zgodna.

Czy jednak ta sama większość jest gotowa na przyjęcie dziesiątek lub setek tysięcy Izraelczyków? A ci z kraju położonego „tam gdzie chce” tysiącami pozyskują polskie paszporty… Rok w rok. Od dekad. No nie sądzę, aby podobało się mieszkańców Odrowiśla. Nawet tym popierającym uśmiechniętych dewastatorów.  A jednak kardynał Ryś, wraz z równie etycznymi kolegami, stara się nas oswajać z tą potencjalną sytuacją i skrycie namawia do odwiedzania synagog. Synagog! Zamiast zachęcać Żydów do odwiedzania kościołów, on zapędza chrześcijan do bożnic. Od niedzieli nie uważam księdza Rysia za katolickiego i chrześcijańskiego kapłana. Trudno, inaczej się nie da. 

Przyznam się otwarcie, że jestem człowiekiem wielkiego serca. Pomagam potrzebującym jak mogę, czyli na miarę moich możliwości. Widzę istotę ludzką w każdym. Również w tych, którzy kierują się w swym życiu paranoicznymi i rasistowskimi zasadami z Talmudu.  Nie godzę się jednak na gwałcenie mojej tradycji, przekonań i zdrowego rozsądku. Nie tylko dlatego, że nauczono mnie trzymania  moralnego azymutu. Zawsze i wszędzie. 

Również z tej przyczyny, że nie chcę aby dom moich przodków i potomków stał się placem zabaw, na którym każdy chętny może wywijać dowolne fikołki. Episkopat polski, który winien stać na straży wiary, tradycji chrześcijańskiej oraz dobrostanu swojej „trzody”, zwyczajnie i po prostu nas… zdradził. Zdradził, po trzykroć zdradził. Czemu? Tu – moim zdaniem – nie powinno być wątpliwości. Głupota lub interes. Tertium non datur.

Panie Ryś, przynosisz wstyd naszemu Kościołowi oraz wszystkim rozsądnym ludziom. Nawróć się pan albo zajmij się zbieraniem znaczków. 

PS Warto zaznaczyć, że poza kanałami internetowymi żadna większa telewizja nie zajęła się tym tematem. Włącznie z „Republiką” i „WPolsce24”. Wstyd!

=============================================================

Stykulis25 marca 2026,

Wprawdzie nie znamy póki co szczegółów tego, w jaki sposób pomysł Rysiowy przerodził się w list KEP. Jednak jest dość oczywiste, że to jemu udało się w jakiś sposób „przekonać” innych biskupów do tego pomysłu. Istotnym elementem tego „przekonywania” jest zapewne fakt, że on dzięki rządom bergogliańskim jest dość znacząco osadzony w Kurii Rzymskiej, gdyż należy do dykasterii ds. sprawa biskupów, która zajmuje się nie tylko nominacjami biskupów lecz także wykopywaniem ich z posad, co się działo nadzwyczaj często za owych rządów i bez wyjątku dotyczyło jedynie biskupów myślących po katolicku, których jedyną zbrodnią było nauczanie po katolicku, przez co popadli w niełaskę u bergogliańskiej bandy. 

Odpowiedni jest też poziom teologiczny tego tekstu, typowy dla jego właściwego autora. Po kolei.

1. 

„Śmierć Jezusa jest ceną życia, które wrócone jest Łazarzowi.”

Ktoś tu gruntownie pomieszał. Śmierć Jezusa Chrystusa była po to, żeby Łazarz powrócił do życia doczesnego? Przecież to jest absurd na poziomie najwyżej pierwszych klas szkoły podstawowej. 

2. 

„Więcej: śmierć Jezusa jest ceną życia, które wrócone jest każdej i każdemu z nas.”

O jakie życie chodzi? To jest istotne pytanie. Jeśli chodzi o życie wieczne, to nie zostało ono wrócone, gdyż z powodu grzechu pierworodnego nie mieliśmy go. A jeśli chodzi o życie doczesne – bo tylko ono może zostać przywrócone jak we wskrzeszeniu Łazarza – to z całą pewnością Jezus Chrystus nie umarł dlatego celu, a to chociażby dlatego, że KAŻDY człowiek w końcu umiera, nawet jeśli został wskrzeszony. To jest także absurd na poziomie najwyżej pierwszych klas szkoły podstawowej. 

3.

„Jednym z takich śmiertelnych deficytów miłości, był (i niestety ciągle jeszcze pozostaje) ANTYSEMITYZM. Ale i z tej „śmierci” wyprowadził (i wyprowadza) nas Pan – szczególnie w ciągu ostatnich 60 lat – dzięki wydarzeniom, które czujemy się zobowiązani wszystkim nam przypomnieć.”

Tutaj przede wszystkim brakuje definicji antysemityzmu, czy choćby opisu. Z kontekstu wynika, że według autora tekstu antysemityzmem jest katolicki, nauczany przez Kościół począwszy od pism Nowego Testamentu stosunek religii Chrystusowej do religii judaistycznej. A jest to nic innego jak oszczerstwo i bluźnierstwo, gdyż przypisuje się tutaj bliżej nie określone zło nazwane antysemityzmem nie tylko nauczaniu Doktorów Kościoła i papieży, lecz także natchnionym przez Ducha Świętego księgom Apostołów i Ewangelistów. Jest to zabieg perfidny, typowy zresztą dla wyznawców judaizmu, gdyż jest po pierwsze z gruntu fałszywy, a po drugie uderza w tożsamość chrześcijaństwa, która jest określona przez relację względem zarówno religii starotestamentalnej jak też judaistycznej czyli faryzejsko-rabinicznej.

kelkeszos25 marca 2026, 19:01

Tak swoją drogą – dziwi się Pan postawie „naszych” telewizji. Ja już od dawna mam je dobrze rozpoznane. Od czasów „zarazy” nie biorę pisma Karnowskich do ręki, a „Republiki” też już nie oglądam. Zresztą, wszystkie plagi  jakie organizowały naszą rzeczywistość ostatnich lat, zaczynają układać się w adekwatne związki przyczynowe.

A-Tem25 marca 2026,

@deda  święty przykład historyczny →  

Św. Jan Chryzostom, IV wiek

„Mowy przeciwko judaizantom i Żydom.” 

Przekład i opracowanie Jan Iluk, Wydawnictwo WAM Źródła Myśli Teologicznej 41, Kraków 2007, s. 330, 

Huaskar 25 marca 2026,

„W polityce nie ma przypadków, ani zbiegów okoliczności. A jeśli są, to dobrze wyreżyserowane”.

–  Kard. Richelieu

Analiza listu KEP z 12 bądź 21 marca 2026 roku

Krótka analiza listu KEP z 12 bądź 21 marca 2026 roku

Konrad Dan


salon24.pl/u/analiza-listu-kep-z-12-badz-21-marca-2026-roku

Piszę tę notkę dla siebie, żeby uporządkować myśli, Upubliczniam bo być może ktoś inny uzna ją za wartościową bądź będzie w stanie wskazać błędy w moim rozumowaniu.

1. Data listu i zarazem bardzo ważna kwestia – kiedy ten list powstał? 12 marca czy 21? Dlaczego nie był dyskutowany podczas 404 Konferencji Episkopatu Polski, tylko od ręki poddany pod głosowanie? Dlaczego nie podano którzy biskupi byli za a którzy przeciw? List nie został przyjęty jednogłośnie a quasi-oficjalne tłumaczenie jest takie, że głosowanie przerwano po upewnieniu się, że ponad 50% biskupów jest za. Jak się upewniono? Wizualnie? Kto liczył? Dlaczego list nie został podpisany przez konkretnych biskupów? Czy w ogóle odczytano go biskupom przed głosowaniem? Dlaczego nie podano którzy biskupi byli za a którzy przeciw?

To jest pierwsza, moim zdaniem bardzo ważna, konkluzja własna. Trzeba wymóc na EP podanie listy obecnych na 404 KEP. Niech się po kolei pochwalą, że głosowali za. No przecież tacy są z siebie dumni. To dlaczego nie chcieli się podpisać? Naprawmy to…

I dlaczego list został „przyjęty/opublikowany ale utajniony do godziny 18.00 21 marca (czyli efektywnie do niedzieli, która w Kościele Katolickim zaczyna się przecież po zachodzie słońca dnia w sobotę? Sobotnia Msza Święta o 18.00 jest już Mszą „niedzielną”).

2. Kolejna kwestia powiązana z poprzednią – dlaczego zdecydowano się opublikować taki właśnie, abstrahując od innych, jeszcze poważniejszych zarzutów, jątrzący i siejący ferment i niezgodę list w czasie Wielkiego Postu? To ważne! I można to wykorzystać praktycznie!

3. Powiązane z 2 ale ważne samo z siebie – Jeśli list naprawdę miał na celu przypomnienie wizyty JPII to przecież ta wizyta miała miejsce 13 kwietnia a nie 22 marca? 

4. Abstrahując od tego, że określenie dotyczyło niektórych Izraelitów sprzed wielu tysięcy lat, czyli czasów Starego Testamentu, to jaki naród wybrany? Przecież tak absurdalne sformułowanie występuje wyłącznie w języku polskim. Po łacinie, włosku, angielsku a pewnie i w suahili to LUD wybrany. Jak niby KEP chce to przenieść na cały naród żydowski? O tym, że Żydzi nie potrzebują Jezusa Chrystusa do zbawienia decyduje haplogrupa, linia krwi, obywatelstwo izraelskie czy wyznawanie judaizmu? W jakiej wersji?

Rozumiem, że problem nie dotyczy tylko listu KEP a również tego nic nie znaczącego dokumentu, nic nie znaczącej watykańskiej komisji synodalno-synagogalnej, na którą KEP się powołuje ale to przecież dalej ten sam problem – jak oni definiują lud/naród wybrany?

5. Tak, wiem. 

Temat jest bardzo poważny i sam się na poważnie zastanawiam co robić.

Moim zdaniem, najprościej i najrozsądniej chyba, wykorzystać narzędzia dostarczone przez … papieża Franciszka (motu propio Come una madre amorevole i dodatkowo Vos estis lux mundi) i złożyć skargę na „poważne zaniedbanie obowiązków pasterskich” przez kard. abp. Grzegorza Rysia bezpośrednio do Watykanu, żądając jego usunięcia za to i za sianie publicznego zgorszenia. Jeśli podejdziemy do tego poważnie, to naprawdę jest szansa na oczyszczenie bagna i odnowienie Kościoła w Polsce.

Potencjalne uzasadnienie takiej skargi:

„Uzasadnienie:

    Poważne zaniedbanie obowiązku strzeżenia i przekazywania integralnej wiary katolickiej (kan. 386 §1 KPK oraz kan. 392 §1-2 KPK)

Kard. Ryś od wielu lat konsekwentnie głosi tezy, które znalazły odzwierciedlenie w Liście pasterskim KEP z 12 marca 2026 r. (przyjętym pod jego wpływem). Fragmenty listu o Żydach jako „uczestnikach Bożego zbawienia bez wyraźnego wyznawania Chrystusa” (jako „niezgłębiona tajemnica Boża”), o „Izraelu pozostającym narodem wybranym” oraz nieodwołalności „Pierwszego Przymierza” powtarzają wcześniejsze publiczne wypowiedzi kard. Rysia (m.in. z 2023 r. i stycznia 2026 r.).

    Takie sformułowania wprowadzają dwuznaczność i relatywizację wyłączności zbawienia w Chrystusie (Dz 4,12; KKK 846-848), co stanowi zaniedbanie obowiązku nauczyciela wiary. Potwierdzają to ekspertyzy:  

        ks. prof. Waldemara Rakoczego CM (eKAI, luty 2026),  

        analiza „Parasynagogalne herezje listu KEP” (blog Teolog katolicki, marzec 2026).


    Sianie poważnego zgorszenia wśród wiernych, zwłaszcza w czasie Wielkiego Postu (kan. 1339 §2 KPK oraz kan. 1399 KPK)

    List odczytano w kościołach [w większości – nie odczytano md] w V Niedzielę Wielkiego Postu (22 marca 2026) – w okresie pokuty i kontemplacji Męki Pańskiej. Zamiast umacniać wiarę w Chrystusa Ukrzyżowanego jako jedynego Zbawiciela, dokument wywołał masowe zgorszenie, zamęt i podziały. Wierni czują się zdradzeni w fundamentalnej prawdzie o Nowym Przymierzu. Zgorszenie jest publiczne i udokumentowane w mediach, komentarzach oraz bojkocie odczytania listu przez część księży.

    Szkoda dla jedności Kościoła w Polsce (kan. 392 §1 KPK oraz motu proprio Come una madre amorevole z 4 czerwca 2016)

    Działalność kard. Rysia (modus operandi – konsekwentne promowanie tej linii teologicznej) oraz publikacja listu pod jego wpływem pogłębiły podziały, osłabiły zaufanie do Episkopatu i communio ecclesiale. Abp Wojda ponosi dodatkową odpowiedzialność za zaakceptowanie i rozpowszechnienie dokumentu.

6. Uzupełnienie – Właściwie kardynał Ryś się bardzo podłożył tym listem. Jeśli to dobrze rozegrać, to można teraz usunąć jego i innych prezentujących tę samą heretycką ale i jawnie absurdalną linię „teologiczną”, ze stołków.

Dugin: Iran i wojna bez rzeczywistości

Iran i wojna bez rzeczywistości

Narracje, władza i konflikt postmodernistyczny

Aleksander Dugin 24 marca 2026 r.

Aleksander Dugin o wojnie postmodernistycznej i upadku prawdy.

Rozmowa z Aleksandrem Duginem w programie Eskalacja na kanale Sputnik .

Prowadzący: Na początek proponuję skomentować oświadczenia i ultimatum wydane przez prezydenta USA, skierowane zarówno do Iranu, jak i innych krajów regionu. Z jednej strony Donald Trump żąda od Teheranu natychmiastowego ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz, grożąc w przeciwnym razie przeprowadzeniem masowych ataków na irańską infrastrukturę energetyczną – zapowiedział już, że zacznie od największych elektrowni.

Z drugiej strony, doniesienia wskazują, że Trump zwrócił się również do arabskich monarchii Zatoki Perskiej. Według dziennikarzy, przedstawił im bezprecedensowe żądanie finansowe – opiewające na biliony dolarów – za dalszą obecność sił amerykańskich. Dzieje się to w regionach gęsto zaludnionych amerykańskimi bazami, gdzie lokalni przywódcy od dawna polegają na ochronie USA w kwestii bezpieczeństwa.

Jak ocenia Pan tę sytuację: czy jest to jawny szantaż geopolityczny, czy też próba radykalnej zmiany reguł gry na Bliskim Wschodzie ze strony Trumpa?

Alexander Dugin: Wydaje mi się, że w tej wojnie – która balansuje na krawędzi przeistoczenia się w Trzecią Wojnę Światową – wciąż nie do końca rozumiemy, czy już się rozpoczęła, czy dopiero się zbliża. Być może uda się jeszcze opóźnić, a może nawet całkowicie uniknąć tych wydarzeń.

W tej wojnie – i powinniśmy być ostrożni z definicjami – wszystko jest ściśle powiązane z dyskursem, z tym, co się mówi. Słowa Stanów Zjednoczonych, Izraela, Iranu i państw Zatoki Perskiej coraz bardziej odbiegają od tego, co faktycznie dzieje się na miejscu i od decyzji podejmowanych w praktyce. Ta wojna toczy się jednocześnie na dwóch płaszczyznach: narracji i faktów. I te dwie płaszczyzny stają się nierozerwalnie ze sobą powiązane.

Klasyczna propaganda służyła gloryfikowaniu własnej strony i dyskredytowaniu wroga – wyolbrzymianiu jego strat, a jednocześnie bagatelizowaniu własnych porażek. Ale to, co widzimy teraz, jest inne. W przeszłości rzeczywistość istniała niezależnie, a propaganda jedynie próbowała ją upiększyć. Przypomnę: opowieści o „komorach gazowych” w Niemczech krążyły już w czasie I wojny światowej – państwa zawsze oskarżały się wzajemnie o okrucieństwa. Ale dzisiejsza wojna różni się tym, że szala przesunęła się dramatycznie w stronę narracji.

Posty Trumpa na Truth Social, jego publiczne wypowiedzi i filmy z odpowiedzią Iranu nie są już zwykłą propagandą. Irańczycy, na przykład, tworzą niezwykle skuteczne treści z wykorzystaniem sztucznej inteligencji – całe wizualne narracje ukazujące, jak Iran miażdży swoich wrogów.

W tę wymianę wirtualnych ataków wplecione są fragmenty prawdziwych wydarzeń, przez co niemal niemożliwe jest oddzielenie ich od siebie. Dlaczego na kilku nagraniach Netanjahu wyglądał, jakby miał sześć palców? Natychmiast rozeszły się pogłoski, że nie żyje, a to, co widzimy, to symulakrum. Potem na tle ruin pojawia się „prawdziwy” Netanjahu – ale czyje to ruiny? Po raz kolejny pojawia się pytanie: czy to rzeczywistość, czy wykreowana scena?

To samo dotyczy wymiany ultimatum: to wojna narracji. Trump żąda otwarcia Cieśniny Ormuz, a Iran odpowiada: „Trwa wojna, zabiliście nasze przywództwo, cieśnina jest pod naszą kontrolą i zrobimy, co zechcemy”. Jeśli zechcą, mogą zerwać podmorskie kable internetowe; jeśli zechcą, mogą zablokować ruch tankowców lub zaatakować zakłady odsalania wody.

Nie zapominajmy: Półwysep Arabski, poza południowym Jemenem, to w zasadzie rozległa pustynia. Życie tam – w tym w Izraelu – zależy od odsolonej wody morskiej, a Iran ma wszelkie możliwości, by ten system sparaliżować. Teheran wzywa Amerykanów: „Wynoście się. Opuśćcie swoje bazy. Zapłaćcie nam bilion dolarów. Zabierzcie ze sobą Izrael, żeby to nieporozumienie przestało istnieć”. W odpowiedzi Trump grozi wysłaniem wojsk lądowych, rozmieszczeniem ogromnej floty i sforsowaniem otwarcia cieśniny.

Tymczasem Izrael otwarcie mówi o rozszerzeniu działań: okupacji południowego Libanu (faza lądowa najwyraźniej się rozpoczęła), atakach na Damaszek i budowie „Wielkiego Izraela”. Dotyczy to nawet działań na Wzgórzu Świątynnym. Niedawno pojawiły się nagrania pokazujące szczątki rakiety w pobliżu meczetu Al-Aksa – dokładnie tam, gdzie radykałowie dążą do budowy Trzeciej Świątyni. Nie jest jasne, czy to prawda, czy sztuczna inteligencja. Bazylika Grobu Pańskiego została zamknięta i może nie zostać ponownie otwarta nawet na Wielkanoc. Istnieje groźba eksplozji w Al-Aksa. Jednocześnie Iran wyraźnie eskaluje konflikt i nie wykazuje zamiaru negocjacji.

Izraelscy politycy dziś otwarcie nawołują do zabijania dzieci przywódców politycznych – zwłaszcza irańskich. Tymczasem monarchie Zatoki Perskiej nieustannie wysyłają sprzeczne sygnały: „Dołączmy do koalicji USA i Izraela przeciwko Iranowi”, a potem „nie mieszajmy się do tego”. Wydaje się, że pytają Amerykanów: „Dlaczego nas naraziliście? Umieściliśmy wasze bazy, aby zapewnić bezpieczeństwo, a nie stwarzać zagrożenie. Mieliście nas chronić, a chronicie tylko Izrael. Chcemy wycofać się z tego sojuszu”. Chwilę później pojawia się przeciwstawny komunikat: „Zaatakujmy Iran razem”. Ten sam szejk może wydawać wzajemnie sprzeczne oświadczenia w ciągu kilku minut lub godzin.

Ponieważ sam Trump nieustannie zmienia swoje stanowisko, zaczynamy zakładać, że wszyscy inni mogą zrobić to samo. Co ważniejsze, nie możemy nawet być pewni, czy szejk rzeczywiście powiedział cokolwiek z tego, czy to ta sama osoba, ani czy w ogóle istnieje. Jednak gdy takie oświadczenia krążą, miliony – w tym rządy – zaczynają podejmować realne decyzje w oparciu o nie. Wirtualny wymiar tej Trzeciej Wojny Światowej dowiódł swojej wagi.

Wnikliwy analityk Kees van der Pijl zauważył niedawno, że współczesny kapitalizm nie opiera się już przede wszystkim na pieniądzach, popycie czy zasobach, lecz na triadzie: służbach wywiadowczych, mediach masowych i technologiach informatycznych. To właśnie tam wszystko się rozstrzyga. Media tworzą obrazy, sektor IT dystrybuuje je i osadza w sieciach, a służby wywiadowcze – których zadaniem jest ukrywanie prawdy i ujawnianie sekretów – dodają własną warstwę kontroli. Jesteśmy świadkami nowej formy wojny kapitalistycznej, w której ta „trójca” determinuje rezultaty, narracje i warunki.

Teraz wszyscy dyskutują o wypowiedzi Douglasa Macgregora w rozmowie z Mario Nawfalem na X. Twierdził on, że prezydent Rosji ostrzegł Izrael, że Rosja użyje broni jądrowej, jeśli Izrael użyje jej najpierw przeciwko Iranowi. Nawiasem mówiąc, dzięki Trumpowi otwarcie przyznano, że Izrael posiada broń jądrową – poprzedni prezydenci unikali mówienia o tym wprost, podczas gdy Trump stwierdza po prostu: „mają ją i jej nie użyją”. Kiedy takie słowa padają z ust prezydenta USA, mają one znaczenie. Jednocześnie twierdzenie Macgregora nie pasuje do stylu naszego prezydenta, który nie wypowiadałby się tak bezpośrednio. I nie wiemy, skąd Macgregor wziął te informacje.

Mój główny argument jest jednak taki: To nie jest jedynie „mgła wojny” czy tradycyjna propaganda. To zupełnie nowy sposób prowadzenia wojny – taki, który jest prowadzony, a może nawet rozstrzygany, głównie w sferze wirtualnej.

To właśnie chcę podkreślić.

To niezwykle utrudnia ocenę ultimatum Trumpa i faktycznych działań poszczególnych aktorów. To samo dotyczy Unii Europejskiej: słyszymy całkowicie sprzeczne doniesienia. Niektórzy twierdzą, że UE przyłączyła się do Trumpa i wysyła wojska przeciwko Iranowi; inni twierdzą coś wręcz przeciwnego – że Europa krytykuje Trumpa i Izrael i odmawia im poparcia. Z niektórych wpisów Trumpa wynika jeden wniosek; z innych – wręcz przeciwny.

Czy nasz statek zmierza, by wesprzeć kubański sektor energetyczny, czy też został zawrócony przez siły USA? Nawet to pozostaje niejasne. Mapy są krążące, podawane są pozycje – ale czy faktycznie pomagamy Kubie, czy nie? Czy wspieramy Iran, czy tylko czekamy? Co robią Chiny – w pełni wspierają Teheran, czy powstrzymują się? Prawdę mówiąc, nic nie wiemy.

Popularny mem o strategii Trumpa krąży teraz: „Skoro nie wiem, co robię, moi wrogowie również będą zdezorientowani i nie będą w stanie zrozumieć, co robi Ameryka. W ten sposób ukrywamy nasze plany – nawet jeśli ich nie mamy”. Wszystko to staje się nowym, postmodernistycznym systemem w duchu Tarantino. Gdyby nie prawdziwe ofiary – cierpienie setek tysięcy osób uwikłanych w ten krwawy spektakl – mogłoby się to nawet wydawać absurdalnie zabawne, niczym filmy Tarantino czy Lyncha. Sam Lynch radził kiedyś widzom, by nie szukali sensu w jego twórczości: dlaczego zakładać, że dzieło postmodernistyczne musi go mieć?

To ostrzeżenie może dotyczyć sztuki. Na wojnie, gdzie giną dzieci i niewinni ludzie, staje się ona potworna. Być może jest to pierwsza wojna w historii ludzkości, w której sens jest albo całkowicie nieobecny, albo tak głęboko ukryty, że nawet jej twórcy stracili wątek – albo też jest częścią niezwykle złożonego planu, w którym wszyscy udają ignorancję.

Prowadzący: Czy jednak nie wynika z tego, że konkretne działania – obserwowalne rezultaty – pozostają jedyną wiarygodną podstawą osądu? W końcu żyjemy w 2026 roku, kiedy każde stwierdzenie może zostać sfabrykowane, zniekształcone lub przypisane komuś innemu. Czy nie powinniśmy skupić się na rezultatach?

Alexander Dugin: To prawda. Kiedyś rzeczywistość stanowiła kryterium prawdy. Ale przegapiliśmy kluczową zmianę intelektualną, która nastąpiła na Zachodzie – zwłaszcza we Francji – czterdzieści lub pięćdziesiąt lat temu.

Filozofia postmodernistyczna wysunęła radykalne twierdzenie: rzeczywistość nie jest już kryterium prawdy. Prawda tkwi w samym dyskursie – w tekstach, narracjach i interpretacjach – podczas gdy rzeczywistość staje się drugorzędna, a nawet opcjonalna.

Nie jest to jedynie wymysł ekscentrycznych myślicieli, takich jak Deleuze czy Guattari. Ma on swoje korzenie w poważnej lingwistyce strukturalnej, zwłaszcza w pracach Ferdinanda de Saussure’a. Jeden z centralnych wniosków filozofii XX wieku brzmi właśnie tak: rzeczywistość, jako stabilny punkt odniesienia, przestała istnieć jako kryterium.

Nadal mówimy: „Zbadajmy rzeczywiste działania”. Ale w postmodernizmie ta metoda już nie działa. Jeśli rzeczywistość kształtowana jest przez interpretację, to działanie, które nigdy nie zostało wyartykułowane, nie istnieje. I odwrotnie, działanie, które zostało zadeklarowane, istnieje – nawet jeśli nigdy nie nastąpiło.

Ta metoda weryfikacji należy do czasów współczesnych. Działała, gdy propaganda mówiła jedno, a rzeczywistość można było zweryfikować. Te ramy uległy fundamentalnej zmianie.

Prowadzący: Nadal jednak sugerowałbym ocenianie nie intencji, a konkretnych rezultatów. Trump napisał na swoim portalu Truth Social, że po „porażce” Iranu zwróci się teraz ku wrogom wewnętrznym – Partii Demokratycznej. Ale jeśli spojrzymy na wynik bezstronnie: czy Iran rzeczywiście został pokonany? Owszem, poniósł kolosalne straty w wielu obszarach, ale ostateczny cel ewidentnie nie został osiągnięty. Dziś, 23 marca, Trump ogłosił pięciodniową przerwę w atakach na irańską infrastrukturę energetyczną, rzekomo z powodu „udanych negocjacji”, choć Teheran temu zaprzecza.

Być może jest jeszcze za wcześnie na wyciąganie jednoznacznych wniosków, ale w naszych czasach czekanie nie jest już w zwyczaju – każdy chce rezultatu tu i teraz. Czy sądzi Pan, że historia w końcu ułoży wszystko na swoim miejscu, czy też w świecie postmodernistycznym sam „wynik” również stanie się kwestią interpretacji?

Aleksandr Dugin: Historia się skończyła – zaczęła się post-historia. A to zupełnie inna sprawa. Dzisiejsze rezultaty to również jedynie gadanie o nich, kolejny element powszechnego dyskursu. Żyjemy w świecie, który sami tworzymy. Dlatego nie możemy biernie czekać na urzeczywistnienie się pewnych „rezultatów”, lecz aktywnie konstruować własną rzeczywistość: rzeczywistość rosyjskocentryczną, rosyjską wirtualność – że tak powiem, rosyjską postmodernę. W przeciwnym razie po prostu nigdy nie wydostaniemy się z tej pułapki cudzych interpretacji.

Prowadzący: W ostatnich tygodniach przerażały nas nagrania wideo z Bliskiego Wschodu – i można się tylko domyślać, co tak naprawdę się za nimi kryje. Najwyżsi rangą urzędnicy Rosji aktywnie komentują tę sytuację. Rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow po raz kolejny podkreślił dziś, że ataki na irańskie obiekty jądrowe, w tym w Buszehr i Natanz, to niezwykle niebezpieczna gra, niosąca ze sobą nieodwracalne konsekwencje dla całego regionu.

W swoim charakterystycznym stylu przypomniał wszystkim, że sytuacja powinna już wczoraj wejść w fazę politycznego i dyplomatycznego rozwiązania. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Stany Zjednoczone, a także sam Trump – który w jednej chwili grozi „zmieceniem irańskich elektrowni z powierzchni ziemi”, a w następnej ogłasza pięciodniową przerwę – zdają się mieć w sobie pewną dozę dyplomacji. Czy te podejścia da się w ogóle sprowadzić do wspólnego mianownika i czy w takich warunkach istnieje jakakolwiek szansa na prawdziwy dialog?

Alexander Dugin: Widzisz, ważny jest tu jeszcze jeden aspekt filozofii. Żyjemy w świecie postmodernistycznym, podczas gdy jeszcze wczoraj istniał świat nowoczesny – i on się skończył.

Cała ludzkość gorzko tego żałuje, nie rozumiejąc tak naprawdę, co się z nią dzieje, ponieważ nie interesuje się filozofią. Gilles’a Deleuze’a powinno się czytać na najwyższych szczeblach każdego społeczeństwa, które chce zrozumieć politykę światową – nie po to, by przyswoić sobie jego idee, ale by mieć pojęcie o rzeczywistych rozmiarach tego, co się dzieje.

Tkwimy w tym „dopiero wczoraj”: „dopiero wczoraj to powinno było być zrobione”, „dopiero wczoraj obiecano”, „dopiero wczoraj tak było”. Ale dziś wszystko jest inaczej. Nadeszła inna epoka: historia się skończyła, rozpoczęła się post-historia. A jedną z jej głównych cech jest przyspieszenie, prędkość. To właśnie Paul Virilio nazwał „dromokracją” – zasadą szybkości.

Ta zasada wyjaśnia niemal wszystko, co dzieje się obecnie na Bliskim Wschodzie. W akceleracjonizmie liczy się nie robienie tego, co słuszne, ale robienie czegoś szybko. Zrób to szybko – a będziesz miał rację. A co właściwie należy zrobić? Cokolwiek: szybko uderzyć wroga, szybko zrobić unik, szybko mówić, szybko zapomnieć lub wyrzec się własnych słów. Najważniejsze jest tempo.

My tymczasem staramy się przywrócić sytuację „jak wczoraj”. To po ludzku zrozumiałe; wydaje się bardziej normalne. „Dopiero wczoraj” istniała Organizacja Narodów Zjednoczonych, istniał świat dwubiegunowy, istniały „czerwone linie” i traktaty o kontroli zbrojeń. Ludzie podpisywali porozumienia i – co najważniejsze – dotrzymywali ich. Ale to już nie istnieje.

Jak wytłumaczyć naszym najwyższym kierownictwu politycznemu, że filozofowie nie są botanikami ani szaleńcami, którzy czytają Kanta, Hegla czy Heideggera, bo nie mają nic lepszego do roboty? To nie kaprys. Ludzie studiujący filozofię polityki i stosunków międzynarodowych próbują zrozumieć samą istotę procesów światowych. Z drugiej strony, w Stanach Zjednoczonych, rozumieją to: spójrzmy na Petera Thiela, człowieka, który doprowadził Trumpa do władzy. Jest miliarderem z Doliny Krzemowej, twórcą Palantira, a mimo to wygłasza wykłady o Antychryście i Katechonie. On i jego współzałożyciel Alex Karp interesują się eschatologią, końcem historii i rządem światowym.

Wydarzenia na Bliskim Wschodzie wpisują się w ten postmodernistyczny układ współrzędnych. A my wciąż mówimy o „naruszeniu norm ONZ”. Oczywiście, że są one naruszane, ponieważ ONZ należy „tylko do wczoraj”. Organizacja istnieje jedynie jako fantomowy ból. To system, który ukształtował się po II wojnie światowej, w zależności od tego, kto go wygrał. Gdyby Hitler wygrał, istniałby inny system. Gdybyśmy nie wyzwolili połowy Europy spod nazizmu, trzeci. Ale kiedy Związek Radziecki – zdradziecko zniszczony przez wrogów, których nawet nie potępiliśmy, a którym czasem nawet stawiamy pomniki – został wytrącony z tego systemu, nasza świadomość pozostała uwięziona w tych fantomowych bólach przeszłości.

Nadal nie do końca rozumiemy, co stało się po upadku świata dwubiegunowego. Ta kolumna została uderzona z zewnątrz, ale wysadziliśmy ją w powietrze od wewnątrz – robota wewnętrzna, nasza własna sprawa. Sami podkopaliśmy Związek Radziecki. Nasz prezydent, Władimir Władimirowicz, wielokrotnie powtarzał, że była to największa katastrofa geopolityczna i że dokonaliśmy jej własnymi rękami. Demontaż nastąpił w Moskwie. I to jest najstraszniejsze: wraz z ZSRR zawalił się świat jałtański, traktaty zostały zerwane, a równowaga sił została zachwiana. Przestaliśmy być poddanym. Przestaliśmy być wielkim mocarstwem.

Putin zaczął to przywracać, ale jakże patologicznie zapóźniliśmy się w tej sytuacji! I to nie tylko w produkcji broni, choć i w tym przypadku. Straciliśmy potencjał przemysłowy z powodu braku reform, które wczoraj czy przedwczoraj należało przeprowadzić w naszym systemie intelektualnym i edukacyjnym. Potwornie się zapóźniliśmy i zupełnie nie rozumiemy świata, w którym żyjemy, gdzie wydarzenia toczą się w niewiarygodnym tempie. Myśleliśmy, że wszystko potoczy się według jednego scenariusza, a okazało się zupełnie inaczej.

Nie do końca rozumiemy motywacje Trumpa, logikę Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej rządzącego Iranem ani działania petromonarchii Zatoki Perskiej, Izraela i świata islamskiego. Nie rozumiemy siebie ani swojego miejsca w świecie. Owszem, trafnie zrozumieliśmy zbawczą ideę wielobiegunowości – to było awangardowe i słuszne.

Państwo cywilizacyjne, geopolityka euroazjatycka, tradycyjne wartości – to przebłyski intuicji, adekwatne odpowiedzi na wyzwanie. Jednak tempo, w jakim wdrażamy te filozoficzne i ideologiczne zasady w życiu, jest absolutnie nieproporcjonalne do skali zagrożeń. Staje się wręcz absurdalne.

Dlatego jestem przekonany: w żadnym wypadku nie należy zaniedbywać filozofii. Dostarcza ona najtrafniejszych, najbardziej ogólnych punktów odniesienia. Filozofia nie podpowie politykowi, który przycisk nacisnąć – decyzję tę zawsze podejmuje przywódca. Filozofia pozwala jednak trafnie opisać, czym jest współczesny Zachód – a dokładniej, pięć różnych Zachodów.

Spójrzmy na dzisiejszy Zachód: Po przyjściu Trumpa rozpadł się na pięć biegunów. Nadal jest to Zachód zbiorowy, ale wykształciło się w nim pięć centrów, z których każde ma swoją własną podmiotowość.

Pierwszym biegunem jest sam Trump. Różni się on fundamentalnie od Bidena. Niezależnie od tego, jaką strategię wybierze, jakkolwiek zmieni swoje decyzje, to zupełnie inna linia rozwoju Ameryki – odrębny i odmienny Zachód.

Drugim biegunem jest Izrael. Stał się pełnoprawnym centrum decyzyjnym. Wcześniej wydawał się jedynie siłą zastępczą, przyczółkiem Zachodu w świecie islamskim, żyjącym z amerykańskich i europejskich subsydiów. Ale teraz widzimy, że nie jest on ogonem psa, lecz mózgiem. Stanowisko Netanjahu to stanowisko podmiotu, który sam determinuje politykę Zachodu. W istocie mówi on: „Cywilizacja zachodnia to my, a wy jesteście jedynie naszą kontynuacją”. Ameryka dziś dosłownie eksploduje od dyskusji o decydującym wpływie izraelskiego lobby na fundamentalne decyzje państwa.

Trzecim biegunem jest Unia Europejska – Francja i Niemcy. Stara Europa próbuje przebić się przez liberalną warstwę Macrona i Merza. Widzimy zsynchronizowane ciosy: niesamowity sukces Marine Le Pen we Francji i Alternatywy dla Niemiec w Niemczech. Nie wiadomo, dokąd ten proces doprowadzi. Sami Macron i Merz wahają się: w jednej chwili rzucają wyzwanie Trumpowi, w drugiej posłusznie za nim podążają.

Czwartym biegunem jest Wielka Brytania. To już nie Unia Europejska, nie tylko amerykańska baza, ani nawet nie tylko część bezosobowego świata anglosaskiego. Londyn ma własne plany i metody szybkiej interwencji. Wiele decyzji dotyczących Ukrainy zapada właśnie tam: MI6 może zainicjować operację nawet bez konsultacji z CIA czy Brukselą.

Piąty biegun to globaliści. Nie odeszli daleko. Dziś uosabiają ich amerykańska Partia Demokratyczna i struktury Sorosa. Mają inny punkt widzenia: są przeciwnikami wojny z Iranem i przeciwnikami Netanjahu, a jednocześnie fanatycznymi zwolennikami wojny z Rosją na Ukrainie.

Pomiędzy tymi pięcioma ośrodkami toczy się złożona gra, a każdy z nich niesie w sobie postmodernistyczny wymiar. Polityka Netanjahu, na przykład, jest przesiąknięta mesjanizmem, o którym prawie nikt nie mówi publicznie, choć stanowi on jej jedyną prawdziwą treść: idee Czasów Ostatecznych, Trzeciej Świątyni, czerwonych jałówek i przyjścia Mesjasza. Następuje przejście od archetypu cierpiącego Mesjasza – Ben Józefa – do Mesjasza silnego i zwycięskiego – Ben Dawida. Jeśli zastosuje się ten klucz, wszystko w izraelskiej polityce staje się zrozumiałe, choć nikt nie odważy się o tym oficjalnie dyskutować.

To samo dzieje się w Europie: obecna Unia Europejska również jest rodzajem postmodernizmu. Wielka Brytania ma swoją własną post-modernę. Trump jest czystą post-moderną, absolutnie. A globaliści, ze swoimi programami transpłciowymi i zielonymi nakazami, również żyją w postmodernizmie. Te światy nie pokrywają się, ale mogą się konsolidować, składając się i rozkładając jak kalejdoskop: obracając instrument, kawałki kolorowego szkła tworzą nowy fraktal.

Ale gdzie jest nasza odpowiednia analiza tego wszystkiego? Nadal widzimy albo „kolektywny Zachód”, albo Zachód taki, jaki istniał w dawnych czasach. A jednak wszystko zmienia się z zawrotną prędkością. Ta „dromokracja” – rządy szybkości w rozumieniu Virilio – domaga się badań. Czas powołać państwowy zarząd filozoficzny lub komisję ds. postmodernizmu, ponieważ już teraz mierzymy się z tym wszystkim w sferze technologii cyfrowych, wojen sieciowych, dronów i robotów. W tym roku najprawdopodobniej zobaczymy roboty lądowe na polu bitwy po obu stronach. Parametry naszej egzystencji się zmieniają, podczas gdy nasze media i nasz komentarz ekspercki pozostają w stanie embrionalnym.

Musimy znaleźć właściwy rejestr do analizy wydarzeń: wojny irańskiej, mesjanizmu Izraela, trumpizmu. Nawet nasza wojna na Ukrainie musi zostać umieszczona w tym nowym i adekwatnym kontekście. Wszystkie pięć „Zachodów”, w określonej konfiguracji, może bowiem ustawić się niczym parada planet w twardym froncie przeciwko wielobiegunowemu światu. Niektóre są bardziej przeciwne nam, inne bardziej przeciwne biegunowi islamskiemu lub przeciwne Chinom. Indie teraz ciążą ku nam; to państwo-cywilizacja o ogromnym potencjale duchowym. Ale są też słabym ogniwem ze względu na bardzo silny wpływ Zachodu. Musimy o tym stale myśleć.

Nasze media muszą zmienić swoje warunki. Propaganda „starego porządku” już nie działa – potrzebujemy nowego porządku werbalnego, nowego porządku narracji. Żądanie od analityków gotowych rozwiązań jest teraz farsą. Dopóki nie stworzymy mapy nowej rzeczywistości, nowych znaczeń i nowych ontologii, nasza analiza będzie się ślizgać po powierzchni, której praw sami nie rozumiemy.

Jeśli rzeczywistość już nie istnieje, ta wiadomość jest o wiele ważniejsza niż to, czy Cieśnina Ormuz jest otwarta, czy zamknięta. Nawiasem mówiąc, sama nazwa cieśniny wywodzi się od zaratusztriańskiego boga światła – Ahury Mazdy, Ormuzda.

To właśnie irańska tradycja jako pierwsza stworzyła szczegółowy obraz czasu liniowego i ostatecznej bitwy dni ostatnich. I tak wracamy do punktu wyjścia. Starożytne mity, żywa religia i postmodernistyczne strategie wplecione są w tkankę świata, z którym mamy do czynienia na co dzień.

Jak słusznie zauważył Pieskow: „To powinno było zostać zrobione wczoraj”. Wczoraj istniał świat, a dziś istnieje post-świat, post-wszechświat z zupełnie innymi prawami. Rozpaczliwie potrzebujemy platform i programów, w których ludzie mogliby myśleć trzeźwo i adekwatnie do sytuacji.

Prowadzący: Chciałbym jeszcze wyjaśnić jedną rzecz: zakładam, że Dmitrij Pieskow miał na myśli, że sam proces dyplomatyczny powinien rozpocząć się znacznie wcześniej. Nie w sensie powrotu do „dawnego świata”, ale w sensie, że strony zbyt długo zwlekały z podjęciem kroków w kierunku rozwiązania politycznego.

Jeśli chodzi o Twój podział na „pięć Zachodów”…

Ale czy kiedykolwiek było inaczej? Wspomniałeś o Europie kontynentalnej jako o jednym centrum, ale nawet tam można wyróżnić różne bieguny – na przykład Niemcy i Francuzi przez wieki stali naprzeciw siebie w perspektywie historycznej. W pozostałych kwestiach niektóre siły zbliżają się do siebie, a inne wycofują się z pola wpływów drugiej strony.

Weźmy na przykład Izrael: czy Stany Zjednoczone kiedykolwiek podjęły realny krok przeciwko izraelskiemu lobby? Czy Tel Awiw kiedykolwiek podjął znaczącą inicjatywę, której Waszyngton nie poparł? Za republikanów dzieje się to bardziej aktywnie, za demokratów nieco ostrożniej, ale fakt pozostaje ten sam: Stany Zjednoczone nigdy nie dopuściły do ​​przyjęcia prawdziwie antyizraelskiej rezolucji na szczeblu ONZ. To tylko jeden z przykładów pokazujących, że pewne stałe elementy polityki pozostają niezmienne, pomimo wszelkich postmodernistycznych transformacji.

Alexander Dugin: Oczywiście, pewne sprzeczności zawsze istniały. Ale za czasów Clintona, George’a W. Busha, Obamy, a zwłaszcza Bidena, zbiorowość Zachodu stopniowo przekształcała się w coś zjednoczonego. Siły globalistyczne i liberalna demokracja – to, co dziś stało się tylko jednym z pięciu biegunów – dominowały wówczas niemal bez podziałów.

Izrael, oczywiście, stał nieco na uboczu tego harmonijnego systemu, ale podejmowano próby jego ograniczenia. Biden i jego poprzednicy, w poprzednich okresach konfliktu libańskiego, postrzegali Tel Awiw jako najważniejszego sojusznika, ale bynajmniej nie jako niezależny ośrodek decyzyjny. Jednak teraz, w dużej mierze dzięki radykalnej i nieprzewidywalnej polityce Trumpa, te ukryte ośrodki ujawniły się w najbardziej nieoczekiwany sposób.

Nie tylko dały o sobie znać – czasami znajdują się w bezpośredniej opozycji, jak na przykład w konflikcie interesów między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską w sprawie Grenlandii. Dokonuje się kolosalna zmiana równowagi, a te bieguny nabierają zupełnie nowego znaczenia. Właśnie na tę fundamentalną transformację chciałem zwrócić uwagę.

Saint-Denis, stolicą Królów Francji, rządzą teraz murzyni, lewacy i bandyci

Adam Gwiazda @delestoile x.com/delestoile

Nowy mer Saint-Denis, Malijczyk Bally Bagayoko zaczął swoje urzędowanie z grubej rury: chce rozbroić policję miejską i zlikwidować monitoring, odwołał się do kwestii etnicznej mówiąc o „Nowej Francji”, zapowiedział czystki wśród urzędników i pracowników gminnych nie zgadzających się z jego linią ideologiczną, afiszował się z bossami narkotykowymi i rozmaitymi szemranymi typami, a teraz kolejny numer.

Ledwie tydzień po wyborach, wybrana z listy poprzedniego mera Oriane Filhol złożyła rezygnację z mandatu w radzie miejskiej Saint-Denis oskarżając nowego mera LFI o bliskie powiązania z człowiekiem, który zlecił jej brutalne pobicie. W grudniu 2023 r. 57-letni Mouloud Bezzouh, biznesmen żyjący z subwencji i administrator mieszkań socjalnych, zapłacił trzem „młodym mężczyznom” po 2500 euro za pobicie radnej. Niedawno został skazany na 2 lata więzienia i 2 lata w zawieszeniu, ale Oriane Filhol opublikowała w mediach społecznościowych zdjęcie, na którym nowy mer Bally Bagayoko obściskuje się z Bezzouhem tuż po ogłoszeniu wyników wyborów.

Napisała: „Nie czuję się już bezpieczna w tej radzie miejskiej”. Opozycja i sama radna mówią wprost o „klimacie gróźb i zastraszania”, który panował podczas kampanii.

Adam Gwiazda @delestoile 17 mar

Po pierwszej turze wyborów samorządowych we Francji uwagę komentatorów przyciąga zwycięstwo skrajnie lewicowej LFI (mélenchoniści) w podparyskim Saint-Denis. Oto garść egzotycznych ciekawostek. Bally Bagayoko został wybrany przy niskiej frekwencji zaledwie 13 506 głosami w

x.com/delestoile/sta…

0:10 / 2:08

67,9 tys. wyświetleń

By Abolishing the Hereditary Lords in the British Parliament, Something of England Died

By Abolishing the Hereditary Lords in the British Parliament, Something of England Died

by John Horvat II March 24, 2026 tfp.org/by-abolishing-the-hereditary-lords-in-the-british-parliament-something-of-england-died

By Abolishing the Hereditary Lords in the British Parliament, Something of England Died
By Abolishing the Hereditary Lords in the British Parliament, Something of England Died

When the current session of the British Parliament ends this spring, the nation will abruptly bring to a close a 700-year institution. On March 10, the House of Commons voted to abolish the hereditary lords in the House of Lords.

The effort ends a process started in 1999 by then-Prime Minister Tony Blair. His Labour government reduced the number of hereditary lords from 750 to 92. Now, even these remnants of an ancient order must go in the name of a radical egalitarian ideal.

When King Charles gives his royal assent to the bill, the lords will bid adieu to Parliament and fade away. Their pomp and pageantry, that so enchanted the world, will not be returning. Something of England will have died.

Origins and History

Hereditary lords are those House of Lords members who inherit the right to sit in the upper house based on past services their families rendered to the realm. Many storied families have retained this right in their lineage for generations. Over the centuries, they have passed on their experience to their successors.

The House of Lords originated in the eleventh century, as a council of religious and temporal leaders which the king convoked to fulfill the difficult duty of rendering “counsel and aid” to their sovereign. It later developed into a more formal government institution in the thirteenth century.

In the nineteen fifties, Parliament created “life peers,” who are appointed by prime ministers to serve for life. Many have criticized these appointments as party cronies who receive the office as a political favor or because of donations to the party. They do not need to form a legacy that projects into the future.

The House of Lords has no legislative power but exercises an advisory role, correcting legislation from the House of Commons based on its members’ experience. The upper parliamentary chamber can slow down populist passions by delaying passage, proposing amendments or taking other deliberative measures.

An Egalitarian Agenda

The determined move to abolish the hereditary lords is part of an egalitarian agenda to rid the nation of this institution, which leftists deem “anti-democratic.”

Parliament’s upper chamber will now be changed into something like a modern senate composed almost entirely of life peers. However, this “democratic” makeover still consists of unelected appointees. The more radically egalitarian leftists would like to see even these appointees abolished and an elected chamber installed.

The Nation’s Ablest Leaders

Britain has everything to lose with the abolition of the hereditary lords. The legislative process will be deprived of some of the nation’s ablest leaders who excel in their leadership, business success and social brilliance.

Unlike the House of Commons, the lords are not salaried and can only claim minimal reimbursement for their expenses. They are required by law to offer counsel freely to the realm, as they have, from time immemorial.

Finally, hereditary lords take their tasks much more seriously since they must uphold their family names over generations. Since attendance is not obligatory, life peers often do not bother to attend when Parliament is in session, yet still benefit from the prestige of the appointment.

An Ideological Agenda

The left’s vicious attacks on the lords make no sense. Advice from highly qualified, well-connected individuals at little cost to the public purse clearly benefits the common good. The nation has everything to gain by accepting these nearly free consultants, whose fame extends worldwide by their colorful pageantry and history.

The real reason for abolishing the hereditary lords is the left’s egalitarian ideology. The left rejects any expression of inequality, especially when splendrously manifested as do the lords. The upper house’s beautiful traditions and customs speak of a Christian social order that attracts the English masses. The left must further level the distinctions and privileges that recognize and reward excellence, drawing on a past that projects into the future.

The hereditary lords represent a lost beauty that lingers from an ancient past associated with England. Their noble manners, magnificent robes and legendary names evoke a fairy-tale innocence that dazzles all with wonder and awe.

Thus, abolishing the hereditary lords takes away something from the English soul. Something intangible will be lost, and it can never be recovered.

When Merrie England Was Merrie

Pope Saint Gregory the Great sent Saint Augustine of Canterbury to bring the Catholic Faith to the fair people called Angles who inhabited Britain. According to Venerable Bede, he said “Non Angli, sed angeli si forent Christiani,” which means “Not Angles, but angels if they were Christians.”

The evangelization of these Anglo-Saxons gave rise to Merrie England and the flourishing of the Faith and society.

The joy of the Catholic Church faded with Henry VIII’s plundering of the monasteries, the rise of Protestantism and Puritanism, and later the economic upheaval of the Industrial Revolution. Alas, England was Merrie no longer.

The End of England?

The loss of the hereditary lords in Parliament is part of this process of self-destruction. The lords are part of the mythical bulwark that sustains England.

It will eventually lead to the end of the British afternoon tea, pubs, cricket, English gardens, and so many other popular manifestations of what it means to be English.
What replaces this vision of England is a cosmopolitan mixture of global cultures that express no values but only gratification and pleasure.

***

The left reduces all to the basest materialism and a class struggle narrative. It seeks to make everything devoid of pomp and circumstance. Destroying such splendor is tragic because it touches on something special in the English soul that resonates in the American one, and which must not be allowed to die.

England must be Christian again. Then she will be merrie and be inhabited by angels.

Rośliny NGT – mogą cię dopaść szybciej niż myślisz

Rośliny NGT – mogą Ciebie dopaść szybciej niż myślisz

Dr Jacek J. Nowak

Motto:

CRISPR zwrócił nam w rzeczywistości uwagę na to, jak mało

rozumiemynasz genom i genomy innych organizmów”.

(wyznanie Jennifer Doudny, uczonej, która współodkryła CRISPR,

główną podstawę NGT, laureatki nagrody Nobla za to odkrycie)

Wyobraźmy sobie kraj, w którym zapewnione jest bezpieczeństwo i suwerenność żywnościowa. Zapewniają to liczne rodzinne gospodarstwa rolne (a do końca II-giej wojny światowej dodatkowo część gospodarstw rolnych ziemian), które przez stulecia utrzymywały dobrej jakości glebę i odpowiednie bogactwo gatunkowe uprawianych roślin i hodowanych ras zwierzęcych – na bazie rodzimych odmian roślin uprawnych, najlepiej dostosowanych do rodzimych warunków glebowo-klimatycznych – i potrafiły przetrwać przeróżne niesprzyjające sytuacje zagrożeń przyrodniczych, politycznych, ekonomicznych i społecznych.

Takim krajem jest obecnie Polska.

A teraz wyobraź sobie, Czytelniku, że po cichu i niepostrzeżenie, nasz kraj może stracić to bezpieczeństwo i suwerenność żywnościową.

Jak to możliwe?

Otóż współcześnie rozwijają się co najmniej dwa procesy zagrażające bezpieczeństwu żywnościowemu świata i poszczególnych krajów – rozwijają się poza świadomością społeczeństw. Są to:

1)stała degradacja gleb na wielkich obszarach, a główną jej przyczyną jest stosowanie dużych ilości chemii rolnej oraz

2)przejmowanie przez wielkie korporacje kontroli nad łańcuchem żywnościowym poprzez patentowanie odmian roślin oraz poprzez wprowadzanie do upraw GMO (genetycznie zmodyfikowanych roślin).

Uwaga! Z kolei rośliny będące GMO, jak to rośliny, krzyżują się z roślinami odmian nie-GMO. Taka krzyżówka traktowana jest jako GMO i prawa do niej może zyskać (i zyskuje, jak dowodzi to praktyka w ojczyźnie GMO, w USA) właściciel praw do pierwotnego GMO, czyli najczęściej korporacja.

W ten sposób, po „wpuszczeniu” upraw GMO do jakiegoś kraju, ten kraj może stracić – po przekrzyżowaniu się roślin GMO z roślinami rodzimych odmian – najpierw suwerenność żywnościową, a potem bezpieczeństwo żywnościowe. Bo prawa do tych roślin uprawnych przejmą korporacje, właściciele praw do opatentowanych odmian roślin…

Co więcej, jest wiele uzasadnionych zastrzeżeń, także naukowych, co do bezpieczeństwa GMO dla zdrowia ludzi, zwierząt i dla środowiska (zob. np. John Fagan, Michael Antoniou, Claire Robinson, GMO Myths and Truths. An evidence-based examination of the claims made for the safety and efficacy of genetically modified crops and foods, 2nd edition, Earth Open Source, London 2014).

I oto współcześnie wchodzą na scenę nowe rośliny uprawne – zwane roślinami NGT.

A tak naprawdę wchodzą zakulisowo, po cichu, bez informowania z fanfarami opinii publicznej o tym, jakie to wspaniałe cechy mają mieć te rośliny oraz jak bezpieczne i precyzyjne są techniki, z pomocą których są lub mają być otrzymywane…

Techniki te nazwano nowymi technikami genomowymi (ang.: new genomic techniques – stąd skrót NGT). Podstawą olbrzymiej większości tych technik jest system CRISPR – cytowany w Motto. I są to techniki inżynierii genetycznej, a rośliny NGT są genetycznie zmodyfikowanymi roślinami

Używanie zaś tylko nazwy „rośliny NGT” sprawia, że ten fakt, że rośliny NGT to GMO, można dość długo ukrywać przed większością decydentów i opinią publiczną…

Ale dlaczego rośliny NGT wchodzą po cichu??

Przecież polityków, europosłów i innych decydentów, od których zależy legalizacja upraw roślin NGT oraz studentów i część rolników zwolennicy roślin NGT zasypują deklaracjami właśnie o tym, jakie to wspaniałe cechy mają mieć nowe rośliny uprawne – zwane roślinami NGT – oraz jak bezpieczne i precyzyjne są techniki, z pomocą których są lub mają być otrzymywane…

Dlaczego te wspaniałe wiadomości nie są szeroko rozgłaszane?

Bo rzeczywistość jest zupełnie inna. Zacytuję parę wypowiedzi ze świata nauki jako odpowiedzi na te deklaracje o roślinach i technikach NGT:

1. Otóż deklaruje się, że NGT to techniki:

– Naśladujące naturalne procesy

– Bezpieczne

– Precyzyjne

– O przewidywalnych efektach

Prof. Michael Antoniou, genetyk i toksykolog, kierownik Gene Expression and Therapy Group (Department of Medical and Molecular Genetics, King’s College London School of Medicine) stwierdza:

NGT to sztuczne techniki, stworzone w laboratorium. Produkują one niezamierzone uszkodzenia DNA poza docelowymi miejscami (tzw. off-target mutations).

Mogą powodować niezamierzone mutacje w docelowym miejscu w DNA (tzw. on-target mutations).

W wyniku off-target i on-target mutacji może dojść do zmiany funkcji wielu genów,

prowadzących do zmienionej biochemii rośliny, skutkującej produkcją toksyn lub alergenów.

Z uwagi na wyżej wymienione fakty:

a) deklaracje precyzji i przewidywalności nie mają uzasadnienia w praktyce doświadczalnej,

b) deklaracje bezpieczeństwa są hipotetyczne. Nie przeprowadzono żadnego testowania bezpieczeństwa nowych GMO.

Z kolei liczne badania od wielu lat wykazują ryzyko dla zdrowia ze strony pierwszej generacji genetycznie modyfikowanej żywności.”

Polska uczona, dr hab. med. Anna Wójcicka z Uniwersytetu Warszawskiego i Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, współzałożycielka i prezes firmy Warsaw Genomics, już nie mówi ostrożnie, że „mogą powodować…”, Stwierdza ona zdecydowanie, cytuję: „… metoda CRISPR ma to do siebie, że poza jedną konkretną zmianą, którą ma wprowadzić, wprowadza także liczne losowe zmiany w DNA. Ich znaczenia nie jesteśmy w stanie przewidzieć.”

Niemiecka zaś Federalna Agencja ds. Ochrony Przyrody (BfN) w swoim oficjalnym stanowisku „For a science-based regulation of plants from new genetic techniques” skrytykowała zdecydowanie argument „naturalności” NGT stwierdzając: „W kontekście nowych technik genomowych wszelkie odniesienia do „naturalności” są mylące i nie oznaczają zmniejszenia ryzyka. (…) niewielkie zmiany informacji genetycznej (…) mogą przekładać się na wysokie ryzyko dla środowiska oraz zdrowia ludzi i zwierząt”.

2. Deklaruje się też, że rośliny NGT dadzą lepsze, wyższe plony, będą odporne na różne warunki i zmiany klimatyczne. To będzie super-żywność:

– odporna na choroby

– odporna na szkodniki

– odporna na susze

– odporna na powodzie

Brak na to dowodów. Dotychczasowa praktyka wykazała, żedotychczasowerośliny genetycznie modyfikowane nie dają ani lepszych, ani większych plonów. Ponadto są mniej odporne na zmienne warunki klimatyczne.

Edycja genów może manipulować tylko jednym lub niewielką liczbą genów i stąd nie może zaprojektować złożonych cech w roślinach uprawnych (np. tolerancji na suszę, odporności na szkodniki/choroby, wyższe plony), które posiadają charakter „wszechgeniczny, wymagający zintegrowanej, zrównoważonej funkcji wszystkich genów…” – twierdzi prof. M. Antoniou w wywiadzie pt. 7 Reasons Why Gene Editing is Dangerous and Unpredictable.

Co prawda, obecnie można stosować tzw. multipleksowanie, czyli jednoczesne wprowadzeniu do komórek wielu narzędzi CRISPR/Cas9 do edycji danego genomu, w celu dotarcia do różnych miejsc w DNA organizmu. Pozwala to jednocześnie edytować więcej genów jednocześnie. Ale nawet jeśli będzie można jednocześnie otrzymać 100, a może nawet 200 zmodyfikowanych (edytowanych) genów, to cóż to jest wobec kilkunastu tysięcy do kilkudziesięciu tysięcy genów zawartych w genomach roślin uprawnych (np. jęczmień ma około 60 000 genów…), gdy potrzebne jest osiągnięcie zintegrowanej, zrównoważonej funkcji wszystkich genów.

Należy przy tym wiedzieć, że multipleksowanie „powoduje jednoczesne powstanie kilku rozcięć w DNA komórek, a w konsekwencji istnieje bardzo wysokie ryzyko wystąpienia dużych delecji i rearanżacji podczas naprawy DNA” – jak przestrzega prof. M. Antoniou.

Powyższe dwa punkty na temat deklaracji zacytowałem z pracy „Fakty, mity i prawda na temat NGT (nowych GMO)” opublikowanej na stronie https://doprawdy.info/2023/09/fakty-mity/, w której można znaleźć znacznie więcej omówień deklaracji o roślinach NGT, które okazują się być mitami na bazie współczesnej wiedzy naukowej. Praca ta zadedykowana została zwłaszcza europosłom i innym politykom, nie zwykłym sprawdzać deklaracji przedstawianych, że to postęp i nowoczesność…

Zmanipulowani powyższymi i innymi deklaracjami, stanowiącymi mity lub tylko oczekiwania, a nie fakty, politycy, członkowie rządów i europosłowie przygotowują nam wszystkim nowy, „wspaniały” świat, z uprawami rolniczymi patentowanych, genetycznie modyfikowanych roślin NGT, pod kontrolą obcych korporacji i o nieznanym ryzyku dla zdrowia ludzi i zwierząt oraz dla środowiska.

Przygotowują poprzez popieranie projektu unijnego rozporządzenia o roślinach NGT, które już może być przegłosowane w kwietniu br.

Rozporządzenia, które zwalnia olbrzymią większość genetycznie modyfikowanych, nieprzetestowanych roślin NGT – tzw. nowych GMO – od obowiązku spełniania warunków ustanowionych w prawie o GMO dla zabezpieczenia zdrowia naszego i zwierząt oraz środowiska…, jak:

– analiz ryzyka dla zdrowia ludzi i zwierząt oraz środowiska,

– identyfikacji i monitorowania GMO/NGT,

– etykietowania żywności i pasz.

Jeśli nic nie zrobimy – nie napiszemy przynajmniej listów do europosłów w tej sprawie – to może nas czekać niedługo przyszłość, w której będziemy podawać genetycznie modyfikowaną, nieprzetestowaną żywność naszym dzieciom i bliskim, nawet o tym nie wiedząc…

A o jakości żywności na naszych talerzach, a więc naszym zdrowiu i o bezpieczeństwie żywnościowym Polski będą decydować obce korporacje…

Takie przykładowe listy do europosłów wraz z listą e-maili do nich zostały opublikowane na: https://doprawdy.info/2026/03/wzywamy-do-obrony-naszych-rolnikow-i-dobrej-polskiej-zywnosci-2/.

Dr Jacek J. Nowak, emerytowany profesor Szkoły Wyższej im. Bogdana Jańskiego w Warszawie

Czwartek. Bielsko-Biała – Msza Święta i Różańcowy szturm do Nieba za Ojczyznę

26.03.25 Bielsko-Biała – Msza Święta i Różańcowy szturm do Nieba za Ojczyznę

25/03/2026 przez antyk2013

Nasze Różańce święte uratują Polskę!

Zapraszamy w czwartek do różańcowego szturmu modlitewnego za Kościół, naszą Ojczyznę i nasze rodziny – od godz.15:00 do Parafii Matki Boskiej Królowej Świata (Lasek Cygański).

Tylko modląc się na Różańcu Świętym i poprzez POKUTĘ możemy wybłagać tryumf Niepokalanego Serca Maryi Panny w Kościele, w Polsce, w naszych rodzinach i na całym świecie

Dokąd zaprowadzi nas wojna?

Dokąd zaprowadzi nas wojna?

Jestem rozczarowany, że Trump zniszczył ruch MAGA, przekształcając go w ruch MIGA i wciągnął Amerykę w kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie, służącą syjonistycznemu planowi Wielkiego Izraela.

Pod pretekstem „wojny z terroryzmem” Stany Zjednoczone spędziły pierwszą ćwierć XXI wieku niszcząc, amerykańską krwią i amerykańskimi pieniędzmi, kraje, które stanowiły przeszkodę dla Wielkiego Izraela – terytorium obejmującego muzułmański Bliski Wschód od Nilu po Pakistan. Irak, Libia i Syria nie są już funkcjonującymi państwami arabskimi.

Trump i Netanjahu wierzyli, że Iran upadnie równie łatwo, jak pozostali, ale okazało się, że to nieprawda. W rzeczywistości wygląda na to, że Iran wygrywa. Iran wygrywa, ponieważ był lepiej przygotowany. Spodziewając się szybkiego i łatwego zwycięstwa, Trump i Netanjahu ruszyli na wojnę bez wystarczającej liczby pocisków, by podtrzymać walkę. Jedną z konsekwencji jest zniszczenie amerykańskich instalacji radarowych i baz wojskowych w Zatoce Perskiej. Inną jest niezdolność Izraela do przechwytywania nadlatujących irańskich pocisków – niezdolność, która będzie się pogłębiać, gdy Iran wyczerpie swoje starsze zapasy rakiet i zacznie używać nowoczesnych hipersonicznych pocisków balistycznych. Możliwe, że Izrael skończy jak Gaza.

Według doniesień prasowych, jedno z bogatych w ropę naftową miast-państw w Zatoce Perskiej, w którym znajdują się amerykańskie bazy wojskowe, zwróciło się do Stanów Zjednoczonych z prośbą o opuszczenie regionu, twierdząc, że obecność USA nie zapewnia już ochrony. Podobne żądanie mogą wysunąć inni gospodarze amerykańskich baz, co oznaczałoby, że wojna Trumpa o Izrael doprowadziłaby do usunięcia Waszyngtonu z Bliskiego Wschodu i porażkę długoterminowych planów Waszyngtonu, mających na celu kontrolowanie przepływu ropy z Zatoki Perskiej.

Trump i Netanjahu najwyraźniej znaleźli się w trudnej sytuacji. Obaj stoją w tym roku przed wyborami – wyborami, które raczej nie pójdą dobrze, jeśli Trump i Netanjahu przegrają wojnę. Marynarka Wojenna USA została zmuszona do wycofania się poza zasięg irańskich pocisków zatapiających okręty, a Trump musiał zwrócić się do innych krajów – Chin, Japonii, Korei Południowej, Francji i Wielkiej Brytanii – o wysłanie okrętów wojennych, które pomogłyby Stanom Zjednoczonym przejąć kontrolę nad Cieśniną Ormuz z rąk Iranu. Ta prośba jest jasnym oświadczeniem prezydenta Stanów Zjednoczonych o ograniczeniach amerykańskiego potencjału militarnego. Trump nie otrzymał żadnych zobowiązań. Doradcy Trumpa mówią o lądowaniu wojsk na wyspie Kharg – z pewnością będzie to misja samobójcza.

Innymi słowy, Trump nie wie, co robić.

Netanjahu wie, co robić – zaatakować Iran bronią jądrową, aby uratować Izrael.

Świadomy tej możliwości, Iran mógłby zrezygnować ze zwycięstwa i zamiast tego dążyć do porozumienia, w którym Waszyngton i Izrael zgodzą się na normalizację stosunków z narodem irańskim. Takie porozumienie nie byłoby trwałe, ponieważ jest niezgodne z syjonistycznym programem Wielkiego Izraela. Dlatego też, w okresie obowiązywania takiego porozumienia, Iran musiałby opracować i rozmieścić broń jądrową, w przeciwnym razie stałby się celem izraelskiej broni jądrowej.

Skutkiem wojny Trumpa i Izraela mogłoby zatem łatwo być proliferacja broni jądrowej i osłabienie izraelsko-amerykańskiej potęgi na Bliskim Wschodzie. Mogłoby to być korzystne, ponieważ zarówno Izraelczycy, jak i Amerykanie uznaliby, że program Wielkiego Izraela ma konsekwencje zbyt poważne, by je usprawiedliwić.

Jeśli rząd Iranu pozostanie nieugięty i wyciągnie wnioski z doświadczeń, wojna Trumpa wraz z Izraelem może mieć nawet pozytywny aspekt. Program syjonistyczny okazałby się zbyt kosztowny i musiałby zostać porzucony zarówno przez Izrael, jak i Waszyngton.

Słabe rządy w Moskwie i Pekinie zdałyby sobie sprawę, że rzeczywiście można przeciwstawić się zdominowanemu przez Izrael Waszyngtonowi, a nawet mogłyby zacząć się mu przeciwstawiać, zamiast zdradzać sojuszników. Gdyby tak się stało, narodziłby się świat wielobiegunowy, o którym tak często mówi prezydent Rosji Putin, ale którego możliwość zaistnienia podważa swoim uległym zachowaniem. Być może Xi zrozumiałby, że lepiej mieć armię zdecydowaną, taką jak ta, którą właśnie wyczyścił, niż umiarkowaną, która – jak Putin – zachęca do coraz poważniejszych prowokacji, odmawiając uznania ich za akty wojny.

Przyszłość świata zależy od tego, czy jego przywódcy powrócą do rzeczywistości, czy też nadal będą tkwić w wygodniejszej nierzeczywistości, w której obecnie funkcjonują.

Źródło: Dokąd zaprowadzi nas wojna?

Dlaczego USRAEL zaatakował Iran?

substack.com/session-attribution-frame

Raport Corbetta

Dlaczego USA zaatakowały Iran?

Raport Corbetta 22 marca 2026 r.

przez Jamesa Corbetta
corbettreport.com
22 marca 2026 r.

Wojna amerykańsko-hiszpańska miała hasło „ Pamiętasz Maine !”

W czasie I wojny światowej dzieci były na bagnetach .

II wojna światowa miała miejsce w Pearl Harbor .

Wietnam miał Zatokę Tonkińską .

Podczas I Wojny w Zatoce Perskiej dzieci były wyrzucane z inkubatorów .

W czasie II wojny w Zatoce Perskiej używana była broń masowego rażenia .

W Libii wybuchło „ spontaniczne powstanie ludowe ” przeciwko oddziałom gwałcicieli Kaddafiego, którzy używali viagry .

W Syrii szaleniec Assad gazował własnych obywateli.

======================================================

Każdy z tych casus belli był oczywiście oszustwem – fałszywą flagą, sprowokowanym incydentem lub całkowicie fikcyjną, pozorną akcją, mającą na celu rozbudzenie w masach żądzy krwi i pragnienia zemsty. Warto jednak zauważyć, że w każdym z tych przypadków marionetkarze amerykańskiego imperium musieli przynajmniej spróbować oszukać opinię publiczną, aby zyskać jej poparcie dla wojny w jakimś odległym kraju.

——————————————————————————————–

Jakie więc uzasadnienie dano nam dla wojny z Iranem? Dlaczego USA i Izrael dopiero teraz podjęły tę wojnę ?

Jak zwykle, są trzy odpowiedzi: bzdura podawana masom; bzdura podawana przeciętnym, którzy uważają się za lepszych od mas; i prawda.

Dzisiaj przyjrzyjmy się kłamstwom i znajdźmy ziarno prawdy na dnie dymiącego krateru, który pozostał po wojnie z Iranem.

======================================================================

DLACZEGO AMERYKA ZAATAKOWAŁA?

Ustalmy to: mamy uwierzyć, że Donald Trump tak bardzo przestraszył się „ bezpośredniego zagrożenia ” atakiem ze strony Iranu (którego program nuklearny CAŁKOWICIE ZNISZCZYŁ w zeszłym roku), że musiał nagle zacząć bombardować Iran w trakcie negocjacji pokojowych — negocjacji, co do których nawet osoby z wewnątrz przyznają, że Iran podejmował je w dobrej wierze?

I on WYGRYWA tę wojnę tak zdecydowanie, że musi błagać swoich sojuszników z NATO o pomoc w zabezpieczeniu Cieśniny Ormuz, a potem ostro krytykować tych samych sojuszników, nazywając ich niepotrzebnymi, gdy odmawiają?

A ci sami etatyści o inteligencji na poziomie temperatury pokojowej, którzy upierali się, że Trump będzie „prezydentem pokoju” i którzy bełkotali, że będzie „lepszy od Kamali”, teraz mówią nam, że to wszystko jest częścią jakiegoś 16-wymiarowego manewru w backgammonie [(tryktrak)] , mającego na celu osłabienie państwa głębokiego, odwrócenie losów Netanjahu, uwolnienie narodu irańskiego lub cokolwiek innego, czym wariaci QAnonsense i wyborcy Trumpa się obecnie pocieszają? [„QAnonsense” is a derogatory blending of the terms „QAnon” and „nonsense,” used to describe the unfounded conspiracy theories. md]

…Ale chwila. Jeśli to wszystko naprawdę miało na celu unicestwienie Wielkiego Złego Ajatollaha i zapewnienie wolnego i demokratycznego Iranu, to dlaczego irański rząd ma teraz czerpać korzyści finansowe z tych ataków?

Dlaczego to zachodnie firmy ubezpieczeniowe, a nie Irańczycy, zamknęły Cieśninę Ormuz?

A w jaki sposób cieśnina jest właściwie zamknięta ?

Hmmm. Gdybym nie wiedział lepiej, powiedziałbym, że okłamują nas w sprawie tej „wojny”. Co o tym myślisz?

Tak, nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić, że w tej wojnie na pewno nie chodzi o irański program nuklearny ani o zapobieżenie jakiemukolwiek postrzeganemu zagrożeniu ze strony Iranu.

W rzeczywistości nie musimy nawet ryzykować, aby dojść do takiego wniosku. Możemy zawierzyć brytyjskiemu doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Jonathanowi Powellowi, który był obecny na rozmowach USA z Iranem w Genewie w lutym i który twierdzi, że był „zaskoczony tym, co Irańczycy przedstawili” i tym, jak blisko byli porozumienia pokojowego.

Następnie mamy tu Tulsi Gabbard, dyrektor amerykańskiego wywiadu narodowego, która zeznawała przed senacką komisją ds. wywiadu, że „irański program wzbogacania uranu został zniszczony” w wyniku ubiegłorocznego ataku i że nie podjęto „żadnych wysiłków w celu odbudowy potencjału w zakresie wzbogacania”.

A żeby nie było żadnych wątpliwości, Joe Kent zrezygnował w zeszłym tygodniu ze stanowiska dyrektora Narodowego Centrum ds. Zwalczania Terroryzmu, stwierdzając, że Iran „nie stanowi bezpośredniego zagrożenia” dla Stanów Zjednoczonych.

Dlaczego więc USA poszły na wojnę ?

Powell nie przebierał w słowach, mówiąc o tym, co zobaczył podczas negocjacji w Genewie: „Uważaliśmy [amerykańskich negocjatorów] Witkoffa i Kushnera za izraelskie narzędzia, które wciągnęły prezydenta w wojnę, z której chce się wydostać”.

Kent nie przebierał w słowach, wyrażając swoją własną interpretację sytuacji: „Izraelczycy podjęli decyzję o podjęciu takich działań, o których wiedzieliśmy, że doprowadzą do serii zdarzeń, ponieważ Irańczycy odpowiedzą odwetem”.

A jeśli to wszystko jest dla Ciebie za mało, co powiesz na to: jak zauważa Stephen McIntyre , komunikat prasowy Białego Domu z 2 marca na temat „ Dekad terroryzmu irańskiego wobec obywateli amerykańskich ” został niemal dosłownie skopiowany z dokumentu z czerwca 2025 r. sporządzonego przez byłego pracownika AIPAC pracującego dla Fundacji Obrony Demokracji, finansowanej przez syjonistów, prowojennej, antyirańskiej grupy lobbystycznej, której celem jest „poprawa wizerunku Izraela w Ameryce Północnej”.

Ale nie musimy brać tego od tych znanych, wysoko postawionych wariatów spiskowych. Czemu nie wziąć tego od arcy-neokonserwatywnego (i sprawdzonego przez Larry’ego Ellisona ) pachołka państwa głębokiego, Marco Rubio? Wywołał on zamieszanie na początku miesiąca, kiedy powiedział głośno tę cichą część :

Było zupełnie jasne, że gdyby Iran został zaatakowany przez kogokolwiek – Stany Zjednoczone, Izrael czy kogokolwiek innego – [Irańczycy] zareagowaliby i to przeciwko Stanom Zjednoczonym. Wiedzieliśmy, że nastąpi akcja izraelska. Wiedzieliśmy, że doprowadzi to do ataku na siły amerykańskie i wiedzieliśmy, że jeśli nie zaatakujemy ich prewencyjnie, zanim rozpoczną te ataki, poniesiemy większe straty.

Innymi słowy: Izrael zamierzał zaatakować Iran, co skłoniłoby Iran do odwetu na amerykańskich celach w regionie. W związku z tym Stany Zjednoczone musiały uderzyć prewencyjnie na Iran, zanim Irańczycy zdołają odpowiedzieć na ataki, które jeszcze nie nastąpiły.

Brzmi dla mnie jak idealna logika Alicji w Krainie Czarów!

W każdym razie wygląda na to, że znaleźliśmy odpowiedź: USA zaatakowały, ponieważ Izrael podjął taką decyzję.

Teraz doszliśmy do kolejnego pytania: dlaczego Izrael zaatakował Iran?

DLACZEGO IZRAEL ZAATAKOWAŁ?

Gdy już przejdziemy przez prymitywną, karykaturalną propagandę serwowaną widzom Fox News, wyborcom Trumpa i innym prostakom, docieramy do drugiego poziomu tej propagandowej piramidy: Izrael to zrobił!

A kiedy już uznamy, że izraelski marionetkarz pociąga za sznurki amerykańskiego imperium, możemy zacząć analizować motywy tego marionetki. Jaki powód ma Izrael, by wciągać USA w kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie?

Po raz kolejny możemy przeanalizować (i szybko odrzucić) propagandę serwowaną przez rząd Izraela, aby wyjaśnić te ataki masom. W rzeczywistości wystarczy zapytać premiera Izraela (i nieskazanego zbrodniarza wojennego ) Benjamina Netanjahu, dlaczego tak bardzo zależy mu na bombardowaniu Iranu, a z przyjemnością nam odpowie. Jedyne pytanie brzmi, której dekady niekończącej się retoryki Netanjahu na temat wojny z Iranem powinniśmy posłuchać.

Był rok 2025, Netanjahu : „Jeśli nikt go nie powstrzyma, Iran może w bardzo krótkim czasie wyprodukować broń jądrową”.

A Netanjahu z lat 2010 .: „Do przyszłej wiosny, a najpóźniej do przyszłego lata, przy obecnym tempie wzbogacania, [Irańczycy] zakończą etap średniego wzbogacania i przejdą do etapu końcowego. Stamtąd zajmie im tylko kilka miesięcy, być może kilka tygodni, zanim zdobędą wystarczającą ilość wzbogaconego uranu do pierwszej bomby”.

A Netanjahu z lat 2000 .: „Sądzę, że Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) właśnie znalazła ślady plutonu i uranu do produkcji bomb atomowych. Te bomby są w pierwszej kolejności wymierzone w Izrael. Nie ma co do tego wątpliwości. Ale nie zamierzają uderzyć tylko w Izrael. Iran przygotowuje się do produkcji 25 bomb – bomb atomowych – rocznie. 250 bomb w ciągu dekady”.

I kto mógłby zapomnieć o słowach Netanjahu z lat 90 .: „Iran będzie w stanie samodzielnie — bez importowania czegokolwiek — wyprodukować bomby atomowe w ciągu trzech do pięciu lat”.

Usłyszeliście to tutaj pierwsi, ludzie! Ajatollahowie byli o tygodnie od zrzucenia bomby atomowej na cały świat przez ostatnie 30 lat! W związku z tym Izrael musiał wypowiedzieć wojnę Iranowi (oczywiście za pośrednictwem USA).

Naturalnie, obawy dotyczące nieistniejącego irańskiego programu nuklearnego były i są teatralnym zabiegiem rodem z wrestlingu, uzupełnionym o bomby w stylu kreskówek Looney Tunes i inne tanie chwyty mające na celu przyciągnięcie uwagi i oszukanie tych, których łatwo wprowadzić w błąd.

W rzeczywistości geopolityczna pozycja Izraela wobec Iranu ewoluowała od czasu sojuszu izraelsko-irańskiego, który panował za czasów dynastii Pahlawich, rządzącej Iranem od 1925 roku do obalenia szacha w 1979 roku. Iran był w rzeczywistości drugim krajem o muzułmańskiej większości, który uznał państwo Izrael. Oba państwa łączyła w tym okresie bliska współpraca, a izraelski Mossad pomagał w szkoleniu budzącej grozę tajnej policji szacha, SAVAK. W latach 70. XX wieku kraje te wymieniły się nawet ambasadorami.

Jednak wraz z rewolucją islamską w 1979 roku stanowisko Izraela wobec Iranu uległo zmianie. Izrael rzeczywiście pośredniczył w aferze Iran-Contras dla Stanów Zjednoczonych , dostarczając broń Iranowi w imieniu Wujka Sama, ale za tym działaniem krył się ukryty motyw. Jak później przyznał były minister obrony Izraela Mosze Arens , prawdziwym celem Izraela w przekazywaniu broni Iranowi „było sprawdzenie, czy uda nam się znaleźć jakieś punkty kontaktu z irańskim wojskiem, aby obalić reżim Chomeiniego”.

Do 1996 roku strategia Izraela wobec Iranu uległa ponownej zmianie. To właśnie w tym roku proto-neokonserwatyści Richard Perle, Douglas Feith i David Wurmser pomogli w opracowaniu dokumentu „ Czysty przełom: Nowa strategia bezpieczeństwa królestwa ” (A Clean Break: A New Strategy for Securing the Realm), dokumentu planowania polityki zagranicznej dla ówczesnego premiera Izraela Netanjahu. W dokumencie tym izraelskie planowanie koncentrowało się na destabilizacji irańskich sojuszników w regionie, w tym Syrii i Libanu, jako sposobie na ograniczenie wpływów Iranu na Bliskim Wschodzie.

W latach 2000. Izrael — wzmocniony sukcesem, jaki osiągnął, wciągając USA do wojny w Iraku — nabrał odwagi do prowadzenia tajnej wojny z Iranem.

W swoim artykule z 2007 roku pt. „ The Redirection ” dziennikarz Seymour Hersh opisał, jak administracja Busha, kierując się wskazówkami izraelskiego wywiadu, zmieniała swoją politykę wobec Bliskiego Wschodu, aby osłabić Iran. W 2012 roku Hersh opublikował raport „ Our Men in Iran ”, w którym szczegółowo opisał, jak amerykańskie Połączone Dowództwo Operacji Specjalnych (Joint Special Operations Command) współpracowało z izraelskim Mosadem w celu szkolenia Mudżahedinów-e-Khalq, „irańskiego ugrupowania opozycyjnego”, które cieszyło się podwójnym przywilejem: znajdowało się na liście zagranicznych organizacji terrorystycznych Departamentu Stanu USA i było ulubioną sektą terrorystyczną neokonserwatystów syjonistycznych .

Ale machinacje amerykańskiego państwa głębokiego w Iranie w tym okresie się na tym nie skończyły. To ten sam okres, w którym potwierdzono współpracę CIA z Dżundullahem, sunnicko-salaficką organizacją bojowników w południowo-wschodnim Iranie, którą agencja rozważała wykorzystać „jako element tajnej kampanii przeciwko Iranowi”, zanim rzekomo uznała, że ​​grupa jest „niekontrolowana i zbyt blisko powiązana z Al-Kaidą”.

W tym samym czasie cyber-wojownicy ze Stanów Zjednoczonych i Izraela opracowywali Stuxnet — pierwszą ofensywną cyberbroń przeznaczoną do szpiegowania i destabilizowania systemów przemysłowych — w ramach jeszcze większego cyberataku na Iran.

Był to również okres, w którym Izrael bezkarnie mordował irańskich naukowców .

Dopiero gdy Trump powrócił do Gabinetu Owalnego w styczniu 2025 r., Netanjahu i jego towarzysze, syjonistyczni podżegacze wojenni, zdali sobie sprawę, że w końcu osiągną swoje marzenie, któremu od dziesięcioleci poświęcali uwagę: skłonią Stany Zjednoczone do zbombardowania Iranu.

Znamy machinacje, które doprowadziły do ​​bombardowań irańskich obiektów nuklearnych w czerwcu ubiegłego roku, tzw. „ wojny dwunastodniowej ”, która rzekomo „ zniszczyła ” irański program nuklearny.

Wiemy na przykład, że Palantir odegrał rolę w zapoczątkowaniu dziwnego ciągu wydarzeń, które doprowadziły do ​​tego, że Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej nagle przegłosowała naganę dla Iranu za niestosowanie się do poleceń inspektorów , odwracając w ten sposób swoje długoletnie stanowisko , że Iran nie przeznaczył swojego materiału jądrowego na program zbrojeniowy.

Wiemy, że to Izrael zainicjował tę wojnę, rozpoczynając „Operację Powstającego Lwa”, czyli falę ataków na Iran, które Netanjahu nazwał „celową operacją militarną mającą na celu odparcie irańskiego zagrożenia dla przetrwania Izraela”, a które zakończyły się użyciem przez USA bomb bunkrowych w silnie ufortyfikowanym irańskim ośrodku nuklearnym Fordow.

Potem pytanie tylko, kiedy Netanjahu ponownie poprosi swojego wiernego sługę Trumpa, by wrócił i dokończył dzieło, dokonując totalnej inwazji na Iran. Po drodze doświadczyliśmy kilku naprawdę niezwykłych izraelskich zbrodni wojennych: nie tylko trwającego, rozwijającego się ludobójstwa w Strefie Gazy – które Trump próbował legitymizować swoją śmiesznie nazwaną „ Radą Pokoju ” – ale także bombardowania Kataru , neutralnej strony trzeciej, która gościła trwające negocjacje między Hamasem a Izraelem.

A teraz wszystkie figury na szachownicy ułożyły się po myśli Izraela. Rozkaz został wydany i, według Rubio, Kenta i innych kompetentnych źródeł, Izrael zdecydował się rozpocząć wojnę z Iranem za pośrednictwem USA.

No i proszę: Izrael zaatakował Iran za pośrednictwem USA. Sprawa zamknięta!

…I tu właśnie ci, którym udało się przejrzeć pierwszy poziom oszustwa – kaczkę w stylu „oni mieli nas zaatakować!” – zadowolą się tym, że przestaną. Izrael to zrobił. I tyle.

===================================

Ale są też inne elementy tej układanki, które wskazują na coś jeszcze większego, co odgrywa rolę w tych wydarzeniach.

CZYM JEST RZECZYWISTOŚĆ 3D?

No dobrze. Teraz wszystko wydaje się całkiem jasne: Netanjahu wykorzystał swoją przewagę nad Trumpem, aby skłonić USA do przyłączenia się do jego wojny z Iranem, w celu zapewnienia Izraelowi regionalnej dominacji.

…Ale jeśli taka jest narracja, to musimy się na chwilę zatrzymać. Są pewne elementy tej układanki, które wydają się nie do końca do siebie pasować.

Widzicie, zamiast pokazywać nieodpartą, niesamowitą, niepowstrzymaną potęgę amerykańskiego molocha, ten konflikt pokazuje wręcz coś przeciwnego: USA nie są w stanie nawet zabezpieczyć Cieśniny Ormuz, nie mówiąc już o obaleniu irańskiego rządu. W rzeczywistości Iran nie tylko może ogłosić, że to on „ wygrywa ” ten konflikt, ale wręcz ujawnia, że ​​jego sprzęt wojskowy jest bardziej zaawansowany, niż wcześniej sądzono .

A wynikający z tego kryzys naftowy skłonił Stany Zjednoczone do zniesienia sankcji na irańską ropę , co bezpośrednio sprzyja „reżimowi”, który Waszyngton tak bardzo pragnie zmienić.

Jak zauważa Kit Knightly w Off Guardian, być może najbardziej wymownym elementem tej wyreżyserowanej wojny jest bardzo dziwna rozgrywka nad Cieśniną Ormuz. Jak słusznie zauważa Knightly, wyraźnie zmanipulowana inscenizacja zamknięcia Cieśniny — Irańczycy zamknęli Cieśninę, zanim zaprzeczyli, że zamknęli Cieśninę , zanim firmy ubezpieczeniowe faktycznie zamknęły Cieśninę — i wyraźnie zmanipulowana inscenizacja zaminowania Cieśniny — z anonimowymi źródłami „zaufaj mi, bracie” mówiącymi Rothschild Reuters, że Cieśnina była zaminowana zanim Iran oficjalnie zaprzeczył zaminowaniu Cieśniny, zanim Trump zażądał, aby Iran usunął miny z Cieśniny, zanim Sekretarz Wojny USA Pete Hegseth potwierdził, że nie ma dowodów na obecność min w Cieśninie wkrótce po tym, jak Marynarka Wojenna USA nagle wycofała z eksploatacji cztery trałowce w regionie po 40 latach służby — doprowadziła do kolejnej narracji zaproponowanej przez prasę establishmentu : kłótnia o Cieśninę doprowadzi do niekończącego się stanu permanentnej wojny między Zachodem a tym, kto kontroluje Iran.

Trump nie jest w stanie ponownie otworzyć tego ważnego szlaku morskiego, ogłaszając zwycięstwo i odchodząc. Zamiast tego jego wojna z Iranem – i konkretna kwestia Cieśniny Ormuz – zdefiniują resztę jego prezydentury i mogą dręczyć jego następców.

Dzieje się tak, ponieważ zamknięcie cieśniny stwarza zarówno natychmiastowy kryzys, jak i długoterminowy dylemat strategiczny. Obecny problem polega na tym, że im dłużej jest ona zamknięta, tym większe jest zagrożenie globalną recesją. Przyszły dylemat polega na tym, że Iran zdaje sobie sprawę, że kontrola nad Cieśniną Ormuz daje mu całkowitą kontrolę nad światową gospodarką. Nawet jeśli na krótko rozluźni swoją kontrolę, może ją ponownie zacieśnić w przyszłości.

Och, świetnie. Więc nawet w absolutnie najlepszym scenariuszu – gdyby Trump miał się z tego wydostać, ogłosić zwycięstwo, spakować wojska i wrócić do domu – państwo głębokie już zapewniło, że wojna nigdy się tak naprawdę nie skończy. W każdej chwili mogą wykorzystać swoje anonimowe źródła, by podłożyć kolejną straszną historyjkę o nieistniejących minach morskich (lub jakimkolwiek innym fikcyjnym zagrożeniu, jakie zechcą wykreować), a światowa gospodarka znów padnie na kolana.

Nie, w tej wojnie nie chodzi o „uwolnienie narodu irańskiego” ani o „zatrzymanie irańskiego programu nuklearnego”. Ale każdy, kto miał choć trochę oleju w głowie, już o tym wiedział.

Ta wojna nie wybuchła również dlatego, że po trzydziestu latach prób nakłonienia USA do zbombardowania Iranu, Izrael po prostu uznał, że nadszedł czas.

Raczej, jak każde inne wydarzenie o znaczeniu historycznym dla świata, to wydarzenie ma miejsce, ponieważ spełnia kryteria wielu graczy w globalnej strukturze władzy. Ostatecznie, w tej bitwie nie chodzi o realizację geopolitycznych interesów pojedynczego państwa narodowego. Chodzi o rozwój narracji tych samych interesów bankowych, które sterują wszystkimi graczami na globalnej szachownicy.

Tak, moi czytelnicy nie będą zaskoczeni, gdy odkryją, że ten konflikt jest częścią trójwymiarowej rozgrywki szachowej , która definiuje naszą globalną rzeczywistość spiskową.

Nie będą też zaskoczeni odkryciem, że ogólnie rzecz biorąc, wojna z Iranem jest prowadzona w ramach realizacji Wielkiego (Globalnego) Resetu™, aby odbudować świat na lepsze™, w jaśniejszym, szczęśliwszym i nowszym Nowym Porządku Świata!

Mogą być jednak zaskoczeni, gdy dowiedzą się, jaka konkretna część planu Wielkiego Resetu jest tu realizowana.

A o co dokładnie chodzi? Czekajcie na kolejny odcinek podcastu The Corbett Report, żeby poznać odpowiedź na to pytanie!

Tymczasem zostawię Wam taką wskazówkę: nagłówek, który niedawno pojawił się w mediach, ale który w dużej mierze zginął w natłoku wiadomości na temat wojny:

Iran rozważa zezwolenie tankowcom na przepływanie przez Cieśninę Ormuz, jeśli handel będzie prowadzony w juanach ”.

Uważajcie na siebie!

Pielgrzymka autokarowa z Warszawy na święcenia kapłańskie i biskupie Bractwa św. Piusa X.

[też jest z Poznania]

Pielgrzymka autokarowa z Warszawy na święcenia kapłańskie i biskupie

początek 24.06.2026 r. (środa)

koniec 03.07.2026 r. (piątek)

Z okazji konsekracji biskupich w Ecône oraz święceń kapłańskich w Zaitzkofen jest organizowana dziesięciodniowa pielgrzymka autokarowa. Ma ona cztery cele:

  1. udział w uroczystościach święceń i konsekracji;
  2. rekolekcje o miłości do Kościoła;
  3. nawiedzenie świętych miejsc, które znajdują się na trasie przejazdu;
  4. ofiarowanie trudu pielgrzymowania w intencji Kościoła oraz nowych biskupów Bractwa.

Plan pielgrzymki

24.06: Warszawa – Częstochowa – Bawaria

Wyjazd z Warszawy w godzinach porannych. Przejazd do Częstochowy. Modlitwa przed cudownym obrazem na rozpoczęcie pielgrzymki. Nawiedzenie sanktuarium w Gidlach. Następnie dalszy przejazd do Bawarii. Zakwaterowanie w hotelu, obiadokolacja i nocleg.

25.06: Altötting

Śniadanie. Przejazd do sanktuarium maryjnego w Altötting, jednego z najważniejszych ośrodków pielgrzymkowych w Niemczech. Nawiedzenie Kaplica Łask w Altötting, modlitwa przed cudowną figurą Matki Bożej. Zwiedzanie bazyliki św. Anny i modlitwa w bazylice. Przejazd na kolację i nocleg.

26.06: Ratyzbona – Zaitzkofen

Śniadanie. Przejazd do Ratyzbony. Zwiedzanie kościołów: katedra św. Piotra, kościół św. Emmerama, Bazylika Narodzenia NMP, portal kościoła Szkotów (modlitwa i konferencje rekolekcyjne w kościołach), kamienny most na Dunaju. Po południu przejazd na kolację i nocleg. Przejazd na kolację i nocleg.

27.06: Zaitzkofen

Śniadanie, pobyt w Zaitzkofen. Święcenia kapłańskie. Kolacja i nocleg.

28.06: Zaitzkofen

Śniadanie, pobyt w Zaitzkofen. Msze prymicyjne. Kolacja i nocleg.

29.06: Monachium

Śniadanie. Przejazd do Monachium. Zwiedzanie najważniejszych kościołów w mieście, m.in: katedra Najświętszej Marii Panny – Frauenkirche, kościół św. Piotra (modlitwa i konferencje rekolekcyjne w kościołach), Marienplatz oraz spacer po historycznym centrum. Przejazd na kolację i nocleg.

30.06: Przejazd do Szwajcarii

Śniadanie. Przejazd do Szwajcarii. Po drodze nawiedzenie najważniejszego sanktuarium maryjnego w Szwajcarii –Einsiedeln. Modlitwa w Opactwo Einsiedeln, gdzie znajduje się słynna kaplica z cudowną figurą Czarnej Madonny, od wieków będąca celem licznych pielgrzymek. Czas na modlitwę i krótki spacer po placu klasztornym. Następnie dalszy przejazd w kierunku kantonu Valais i zakwaterowanie w okolicy Ecône. Nocleg.

01.07: Ecône

Śniadanie, przejazd do Ecône. Konsekracje biskupie. Wieczorem przejazd na kolację i nocleg.

02.07: Trydent

Śniadanie. Przejazd do Trydentu. Nawiedzenie katedry św. Wirgilusza w Trydencie oraz zwiedzanie historycznych miejsc w mieście. Przejazd na kolację i nocleg.

03.07: powrót do Polski

Po drodze nawiedzenie jasnogórskiego sanktuarium i dziękczynienie za nowych biskupów Bractwa.

Odpłatność

Cena udziału w pielgrzymce wyniesie 6320 6290 zł i 200 euro.

Płatność: 30% bezpośrednio po podpisaniu umowy; pozostała kwota do 20 maja 2026 r.

Ukraińscy fachowcy w akcji. Codziennik z Mordoru.

Codziennik z Mordoru

@mordownik4u

Emerytowany specjalista IT z ukraińskich służb fałszował polskie 500-złotówki! Były funkcjonariusz ukraińskich służb, ekspert IT i samouk, stworzył prawdziwą fabrykę fałszywych banknotów. Razem z grupą Polaków wprowadzali do obiegu „lewe” pięćsetki na dużą skalę.

Do tego planowali produkcję metamfetaminy. Akcja CBŚP + antyterroryści – zatrzymania, przeszukania i koniec działalności grupy [no, chyba przesada.. To odłam przecież md] . Sprawcom grozi nawet 25 lat więzienia!

Jak jeden człowiek z doświadczeniem w służbach i umiejętnościami IT może zorganizować taki proceder na terytorium Polski? To pokazuje, że fałszerze idą z duchem czasu…

Zdjęcie

50,6 tys.

Jaka jest różnica między teorią spiskową a prawdą? MEM-y II.

——————————-

—————————-

—————————————-

————————————-

————————————

———————————————————

————————————————————–

——————————————-

—————————————————————-

Bill Gates, BlackRock & Co.: Dlaczego nagle wszystko kręci się wokół wody

Bill Gates, BlackRock & Co.: Dlaczego nagle wszystko kręci się wokół wody

Nie trafiło to na pierwsze strony gazet.

Brak oficjalnego oświadczenia. Brak konferencji prasowej. Jedynie powolne zbliżenie – nazwiska, które rzadko pojawiają się w jednym zdaniu, teraz zmierzają w podobnym kierunku.

Bill Gates. Nestle. BlackRock.

Na pierwszy rzut oka ich zainteresowania są różne. Technologia. Żywność. Finanse. Oddzielne obszary, oddzielne zadania. Ale ostatnio te granice zaczęły się subtelnie zacierać – zwłaszcza w kontekście czegoś znacznie bardziej fundamentalnego niż wszystkie te branże.

Woda.

Nie takiego, który napełnia szklankę albo bezmyślnie płynie z kranu. Ale takiego, który leży pod ziemią, przepływa przez infrastrukturę i po cichu decyduje, kto ma dostęp – a kto nie.

Idea, że ​​woda jest cenna, nie jest nowa. Ale ton się zmienił. Nie w komunikacji publicznej, która nadal koncentruje się na zrównoważonym rozwoju i odpowiedzialnym użytkowaniu, ale w pozycjonowaniu.

Własność. Kontrola. Długoterminowy dostęp.

Są to słowa, które pojawiają się częściej, jeśli przyjrzeć się im bliżej.

I właśnie w tym momencie sprawy zaczynają wyglądać inaczej.

Ponieważ woda – w przeciwieństwie do ropy naftowej czy danych – nie ma substytutu

======================================================.

—======================================================

Nasuwa się jedno podstawowe pytanie, które rezonuje z tym wszystkim:

Kiedy niezbędne zasoby stają się aktywami inwestycyjnymi, dla kogo właściwie są przeznaczone?

Na to pytanie nie ma bezpośredniej odpowiedzi. Zazwyczaj rozpływa się ono w języku politycznym, ramach ESG i starannie skonstruowanych partnerstwach. Ale wciąż powraca.

Zwłaszcza gdy zakup gruntów rolnych na dużą skalę zbiega się z prawami do wody.

Zwłaszcza, gdy fundusze infrastrukturalne zaczynają koncentrować się na przedsiębiorstwach użyteczności publicznej.

Zwłaszcza gdy producenci wody butelkowanej rozszerzają swoją działalność na regiony, które już borykają się z problemami.

Staje się to jaśniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę sposób, w jaki omawia się niedobór wody – nie tylko jako problem środowiskowy, ale także jako sygnał rynkowy.

Coś, co można przewidzieć.

Coś, czemu można się przeciwstawić.

Przez lata ruchy te uważano za odosobnione.

Tutaj zakup ziemi. Tam fundusz wodny. Ekspansja korporacyjna, przedstawiana jako odpowiedź na globalny popyt.

Jednak biorąc wszystko pod uwagę, zaczyna wyłaniać się pewien schemat.

Cichy. Metodyczny. Cierpliwy.

Nie pospiesznie. Nie chaotycznie.

Ale celowo.

Uderzająca jest nie tylko sama czynność, ale także jej czas.

Ponieważ problemy z wodą nie są już tylko teorią. W wielu miejscach są już widoczne. Spadające poziomy w zbiornikach. Zaostrzone ograniczenia. Rosnące koszty, które nie zawsze są od razu zrozumiałe.

To, co wydarzyło się później, rodzi jeszcze więcej pytań.

Dlaczego teraz?

Skąd taki poziom zgody, skoro nie jest to wyraźnie powiedziane?

W tym kontekście na pierwszy plan wysuwa się jeszcze inny aspekt.

Technologia.

Systemy monitorowania wody. Akwizycja danych. Modele predykcyjne, które mapują zużycie, dostępność i zagrożenia z wieloletnim wyprzedzeniem.

Te narzędzia są przydatne same w sobie. Wydajność. Planowanie. Konserwacja.

Jednakże w połączeniu ze strategiami inwestycyjnymi na dużą skalę otwierają one inną możliwość.

Informacja staje się wpływem.

A wpływ, w kontekście ograniczonych zasobów, zmienia sposób podejmowania decyzji.

Podobny schemat pojawił się lata temu na rynkach energii – na długo zanim opinia publiczna w pełni zrozumiała, co się dzieje. Infrastruktura była budowana po cichu, a następnie stopniowo stawała się widoczna poprzez ceny, politykę i dostęp.

Woda może podążyć podobną ścieżką, choć oznaki tego są jeszcze wczesne.

Jest również kwestia narracji.

W centrum uwagi opinii publicznej pozostają zrównoważony rozwój, adaptacja do zmian klimatu i odpowiedzialne zarządzanie. To uzasadnione obawy. A nawet konieczne.

Tworzą one jednak także ramy, w których konsolidacja może przebiegać bez zwracania na siebie uwagi.

Bo któż sprzeciwiłby się ochronie wody?

Pytanie, po raz kolejny, nie dotyczy wyłącznie intencji.

Ale chodzi o strukturę.

Kto ma prawa? Kto kontroluje dystrybucję? Kto decyduje o alokacji, gdy niedobór staje się czymś więcej niż tylko przewidywaniem?

I tak wracamy do początku.

Cicha konwergencja.

Nieogłoszone, ale możliwe do zaobserwowania.

Nie wyjaśnione, ale zrozumiałe.

Nie trzeba zakładać koordynacji, aby rozpoznać trend. Duzi gracze często poruszają się w tym samym kierunku, gdy bodźce na to wskazują.

Woda płynie w jednym z tych kierunków.

Taka, która zmienia branże powoli – a potem wszystko naraz.

Nie jest jasne, jak daleko to zajdzie.

Czy pozostanie to serią strategicznych inwestycji… czy rozwinie się w coś bardziej scentralizowanego.

Czy dostęp pozostanie szeroko rozpowszechniony… czy też stopniowo się zawęzi ze względu na poziom administracji i cen.

I czy społeczeństwo dostrzeże tę zmianę, gdy ona dopiero następuje – czy dopiero wtedy, gdy będzie już zakończona.

Ponieważ gdy wzorce te staną się oczywiste, zazwyczaj nie są już elastyczne.

Są już ustalone.

Ostatnie wydarzenia związane z globalnym zakupem gruntów mogą zmienić nasze spojrzenie na tę kwestię.

Dokładniejsze przyjrzenie się prawom wodnym i finansowaniu infrastruktury ujawnia coś nieoczekiwanego.

Może to być związane z większą zmianą, która już trwa.

Źródło: The Quiet Convergence Around Water

Pierwsza wojna wielobiegunowa

Pierwsza wojna wielobiegunowa

Teraz stało się boleśnie oczywiste, że wojna z Iranem ma jakościowo inny charakter niż większość wojen toczonych przez Stany Zjednoczone w ostatnich dziesięcioleciach.

Weźmy Wietnam, Afganistan, Libię, Irak, Serbię i tak dalej (lista jest niestety bardzo długa): schemat był mniej więcej zawsze taki sam, z ogromną nierównowagą sił między agresorem a ofiarą. Wojny te miały w dużej mierze charakter imperialny: imperium próbowało zmiażdżyć znacznie słabszy naród, którego jedyną realną opcją był opór partyzancki. I to zakładając, że w ogóle mieli wolę stawiania oporu: niektóre – jak Libia – ledwo się starały; po prostu godziły się ze swoim losem.

Jako widz tych wojen, jeśli ktoś posiadał choć trochę poczucia moralności, przeważnie odczuwał bezradną odrazę: patrzył, jak olbrzym depcze czyjś dom.

Owszem, Stany Zjednoczone przegrały wiele – jeśli nie większość – z tych wojen, słynąc z zastępowania jednych talibów innymi lub wypędzania ich [amerykanów md] z Wietnamu z podkulonym ogonem, ale nierównowaga sił nie była przez to mniej realna. Po prostu siła nie zawsze gwarantuje zwycięstwo: czasami gigant nie może zabić wszystkich i w końcu się męczy. Jednak „zwycięstwa” odniesione w ten sposób były w najlepszym razie pyrrusowe: ludzie wytrwali, owszem, ale to, co im pozostało, to kraj w ruinie. Tymczasem, w szerszej perspektywie, gigantowi udało się uniknąć kary, mając jedynie zranione ego.

Co zaskakujące, Iran okazuje się być przeciwnikiem zupełnie innego kalibru: podczas gdy inni ledwo przetrwali starcie z gigantem, Iran wydaje się być w stanie stawić mu czoła.

Przyjrzyjmy się obecnej sytuacji.

Po pierwsze, Iran nadal jest zdolny do odwetu na atakach USA i Izraela – w ten sam sposób, symetrycznie i systematycznie. Sam ten fakt jest absolutnie niezwykły i bezprecedensowy.

Weźmy na przykład niedawny amerykańsko-izraelski atak na irański kompleks nuklearny w Natanz. Iran od dawna ostrzegał, że nie zawaha się przed odwetem, atakując izraelski ośrodek nuklearny w Dimonie – prawdopodobnie będący siedzibą izraelskiego programu broni jądrowej – co wielu odrzuciło jako puste przechwałki, biorąc pod uwagę, że jest to jeden z najlepiej chronionych obiektów strategicznych na świecie, chroniony przez pełen wachlarz połączonych systemów obronnych Izraela i USA.

No i stało się: w sobotę Iranowi udało się zaatakować bezpośrednie sąsiedztwo elektrowni jądrowej nie raz, ale dwa razy, przeprowadzając dwa oddzielne ataki na miasta Dimona i Arad. I nie jest to irańska propaganda; szeroko relacjonowały to izraelskie media, a oficjalnie potwierdził to sam Netanjahu.

Pomijając straty ludzkie, które zawsze są godne ubolewania (choć szczerze mówiąc, trudno współczuć Izraelowi, biorąc pod uwagę nieskończenie większe straty, jakie zadaje innym), poświęć chwilę na zastanowienie się, jak obiektywnie niezwykłe jest to wydarzenie i co mówi o rzeczywistych możliwościach Iranu. Żaden przeciwnik Stanów Zjednoczonych w historii nie był zdolny do czegoś takiego: ogłoszenia celu z kilkutygodniowym wyprzedzeniem – i to nie byle jakiego, lecz jednego z najsilniej ufortyfikowanych miejsc na świecie – stawienia czoła pełnemu połączonemu arsenałowi obronnemu Stanów Zjednoczonych i Izraela, a mimo to przebicia się – dwukrotnie.

Jesteśmy o wiele dalej niż partyzanci podkładający pułapkę z ładunkiem wybuchowym przy drodze lub Wietkong zastawiający pułapki w dżungli…

I nie był to przypadek. W rzeczywistości Iran z powodzeniem przeprowadził praktycznie każdy atak, jaki zapowiedział w odwecie za ataki USA i Izraela.

Innym wymownym przykładem jest atak na rafinerię w Hajfie w Izraelu – produkującą około połowę krajowego zaopatrzenia w paliwo – w odwecie za izraelski atak na gazociąg South Pars. Również w tym przypadku schemat jest ten sam: jasno zapowiedziana, symetryczna odpowiedź – wy pokonujecie naszą energię, my pokonujemy waszą – przeprowadzona przeciwko jednemu z najważniejszych strategicznie i silnie bronionych obiektów w Izraelu.

Albo weźmy być może najbardziej symboliczny przykład: 19 marca irańska obrona powietrzna przechwyciła amerykański F-35 podczas lotu bojowego nad Iranem, zmuszając go do awaryjnego lądowania – incydent potwierdzony przez Centralne Dowództwo USA. To pierwszy raz w historii, kiedy myśliwiec stealth piątej generacji doznał uszkodzeń bojowych w wyniku ostrzału wroga. F-35 – kosztujący ponad 100 milionów dolarów za sztukę – to klejnot w koronie amerykańskiej potęgi powietrznej, samolot, wokół którego zbudowana jest cała przyszła doktryna militarna USA, od dawna reklamowany jako praktycznie niezniszczalny przez konwencjonalną obronę powietrzną.

Jakby tego było mało, Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) opublikował tego samego dnia nagranie wideo, na którym rzekomo niewidzialny i niemożliwy do namierzenia samolot był śledzony i trafiany, wyraźnie widoczny na irańskim ekranie celowniczym. Według kilku analityków, Iran prawdopodobnie użył pasywnych czujników podczerwieni, które wykrywają ciepło silnika, zamiast radaru – co oznacza, że ​​cała filozofia projektowania F-35, jego warta 1,7 biliona dolarów racja bytu jako platformy maskującej radary, stała się przestarzała. Iran pokonał amerykańską technologię stealth.

I nie był to odosobniony przypadek: jak dotąd w tej wojnie aż pięć samolotów F-15 zostało wycofanych z walki. Wszystkie – według Centralnego Dowództwa USA – były spowodowane „ogniem własnym” lub „awariami technicznymi”, co byłoby dość dziwnym zbiegiem okoliczności i uczyniłoby ten okres najbardziej podatnym na wypadki w historii programu F-15. Według potwierdzonych danych USA, od początku wojny zniszczono co najmniej 16 amerykańskich samolotów wojskowych, a pół tuzina innych zostało poważnie uszkodzonych w atakach lub wypadkach.

I wreszcie, być może najbardziej ironiczny przykład ze wszystkich: Iran zniszczył co najmniej jedną amerykańską baterię obrony przeciwrakietowej THAAD stacjonującą w bazie lotniczej Muwaffaq Salti w Jordanii – fakt potwierdzony przez przedstawiciela USA i potwierdzony zdjęciami satelitarnymi opublikowanymi przez CNN, ukazującymi zwęglone pozostałości systemu. THAAD (Terminal High Altitude Area Defense) to właśnie system zaprojektowany do przechwytywania i niszczenia nadlatujących pocisków balistycznych. To dosłownie tarcza. A Iran zniszczył ją bronią, dla której został stworzony. System wart 300 milionów dolarów, „oczy” najnowocześniejszej amerykańskiej architektury obrony przeciwrakietowej, unieruchomiony przez pociski, które miał wyczuć…

Warto zauważyć, że Stany Zjednoczone posiadają zaledwie osiem baterii THAAD na świecie. Iran twierdzi, że zniszczył cztery z nich w ciągu 24 godzin – co, jeśli jest prawdą, oznaczałoby, że połowa światowych zapasów najnowocześniejszych amerykańskich czujników obrony przeciwrakietowej została zniszczona w ciągu jednego dnia. Potwierdzono, że uszkodzenia były na tyle poważne, że zmusiły Pentagon do przeniesienia kolejnego systemu THAAD z Korei Południowej na Bliski Wschód – wbrew wyraźnym sprzeciwom Seulu.

Innymi słowy, aby odbudować tarczę, którą Iran zniszczył na Bliskim Wschodzie, Stany Zjednoczone musiały wycofać się z Azji. Iran nie tylko kwestionuje amerykańską potęgę na jednym polu bitwy; zmusza Stany Zjednoczone do globalnej redystrybucji swojej siły.

Oto pierwszy punkt: Po raz pierwszy od dekad Stany Zjednoczone walczą bezpośrednio z przeciwnikiem, który nie tylko przyjmuje ciosy, ale i odpowiada na nie. Nie poprzez wojnę partyzancką, nie za pomocą improwizowanych ładunków wybuchowych i systemów tunelowych, ale poprzez bezpośredni, symetryczny, militarny odwet na jedne z najlepiej chronionych celów na świecie. Zaatakujcie naszą elektrownię jądrową, a my zaatakujemy waszą. Zaatakujcie naszą infrastrukturę energetyczną, a my zaatakujemy waszą. Myślicie, że wasze najbardziej zaawansowane systemy uzbrojenia was chronią? Zastanówcie się jeszcze raz.

To sprawia, że ​​sytuacja jest niezwykle – a być może bezprecedensowa – niebezpieczna. Tak niebezpieczna, że ​​stoimy w obliczu realnej możliwości, że duże obszary Bliskiego Wschodu staną się praktycznie niezdatne do zamieszkania. Nawet niektórzy doradcy Trumpa, tacy jak często dalekowzroczny David Sacks, otwarcie to przyznają (jego dokładny cytat brzmiał: „Jeśli tego rodzaju zniszczenia będą się powtarzać, Zatoka Perska może stać się praktycznie niezdatna do zamieszkania”).

Chciałbym przesadzać, ale tak właśnie wyglądała sytuacja jeszcze kilka godzin temu – i być może wciąż dzieli nas od tego jeden błąd w ocenie.

Trump zagroził w sobotę, że USA „zaatakują i zniszczą różne irańskie elektrownie, zaczynając od największych”, jeśli Iran „w pełni i bez zagrożenia nie otworzy Cieśniny Ormuz w ciągu 48 godzin od tego momentu”.

Iran odpowiedział, że w razie podjęcia przez USA takich działań, „zaatakują infrastrukturę energetyczną i informatyczną połączoną ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem, a także zakłady odsalania wody w regionie”.

Zagrożenie odsalaniem to właśnie to, co może sprawić, że Zatoka stanie się niezamieszkana, ponieważ duże obszary regionu są niemal całkowicie uzależnione od odsalania wody pitnej. Katar pozyskuje 99% swojej wody pitnej z odsalania, Kuwejt i Bahrajn ponad 90%, a Arabia Saudyjska 70%.

Według notatki z 2008 roku z ambasady USA w Arabii Saudyjskiej, opublikowanej przez WikiLeaks, Rijad musiałby zostać ewakuowany w ciągu tygodnia, gdyby Iran zaatakował tylko zakład odsalania wody w Dżubajl w Arabii Saudyjskiej. To 8,5 miliona ludzi, jedno z największych miast świata. W notatce stwierdzono również, że gdyby zakład odsalania wody w Dżubajl został zaatakowany, „obecna struktura rządu Arabii Saudyjskiej nie mogłaby istnieć”.

Istnieje zatem bardzo realne prawdopodobieństwo, że będziemy musieli zmierzyć się z przymusowym przesiedleniem dziesiątek milionów ludzi i upadkiem kilku państw Zatoki Perskiej, podczas gdy jeden z najważniejszych regionów świata – prawdziwa kolebka ludzkości – stanie się niezamieszkany.

W każdym razie groźba Iranu najwyraźniej zadziałała. Zanim minęło 48 godzin od wygaśnięcia ultimatum, Trump ogłosił, że „odracza wszystkie ataki wojskowe na irańskie elektrownie i infrastrukturę energetyczną na okres pięciu dni” i przypisał swoją zmianę zdania „bardzo dobrym i produktywnym rozmowom”, które Stany Zjednoczone przeprowadziły „z Iranem w ciągu ostatnich dwóch dni”.

Iran natychmiast i stanowczo zaprzeczył, że jakiekolwiek rozmowy miały miejsce. Przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf opublikował na portalu X informację, że „nie prowadzono żadnych negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi”, a irańskie ambasady otwarcie oświadczyły, że Trump wycofał się z powodu irańskiej groźby „ataku na infrastrukturę energetyczną całego regionu”.

Oznacza to, co niezwykłe, że Iran w tym przypadku udowodnił, że posiada przewagę w eskalacji nad Stanami Zjednoczonymi. To znaczy, że jest w stanie wiarygodnie zagrozić tak poważnymi konsekwencjami, że Stany Zjednoczone – być może po raz pierwszy od czasów zimnej wojny – zdecydowały się ustąpić.

Po raz kolejny jesteśmy o lata świetlne od przydrożnych ładunków wybuchowych i pułapek w dżungli: Iran okazuje się naprawdę potężnym przeciwnikiem, który jest w stanie dosłownie zamienić Zatokę Perską w pustkowie, jeśli zostanie popchnięty za daleko – i co najważniejsze, jest na tyle wiarygodny, że Waszyngton w to wierzy.

Żeby było jasne, jesteśmy jeszcze daleko od wyjścia z opresji. Wojna się nie skończyła, nowe ultimatum Trumpa wygasa za pięć dni, a trzy oddzielne, 2500-osobowe morskie siły ekspedycyjne podobno zbliżają się do Zatoki Perskiej, podczas gdy Pentagon podobno opracowuje szczegółowe plany zdobycia wyspy Kharg. Pięciodniowa przerwa w atakach energetycznych może mieć mniej wspólnego z „negocjacjami”, a więcej z zyskaniem czasu na przygotowania.

Jak jednak wyjaśnia Responsible Statecraft, operacja zdobycia wyspy Kharg wydaje się kolejnym neokonserwatywnym marzeniem, „znajdującym się gdzieś pomiędzy misją samobójczą a sytuacją samobójczego wzięcia zakładnika”. A nawet gdyby się powiodła, nie dałaby Stanom Zjednoczonym realnych możliwości nacisku – który irański przywódca zrzekłby się suwerenności w zamian za terminal naftowy, którego wysadzenia się spodziewał? – i nie przyczyniłaby się absolutnie do ponownego otwarcia drogi oddalonej o 800 kilometrów. To niewiele więcej niż fantazja o cudownej broni, którą neokonserwatyści wciskają od dziesięcioleci – zawsze z tą samą obietnicą, że kolejny śmiały ruch zapewni zwycięstwo w wojnie, i prawie zawsze się mylą.

Można również rozważyć wymiar ekonomiczny. Iran – i to właśnie było powodem groźby Trumpa – kontroluje najważniejsze strategicznie wąskie gardło energetyczne świata, Cieśninę Ormuz. Udało mu się również zaatakować obiekty energetyczne w co najmniej sześciu krajach, rzekomo bronionych przez USA, z których wszystkie posiadają na swoim terytorium duże amerykańskie instalacje wojskowe.

  • Izrael – Rafineria ropy naftowej w Hajfie, jak już widzieliśmy
  • Katar – Terminal LNG Ras Laffan (ogromna strata 20 miliardów dolarów przychodów rocznie dla Kataru)
  • Arabia Saudyjska – Rafineria SAMREF (Yanbu), Ras Tanura
  • ZEA – pole gazowe Shah, Habshan, zakład naftowy Fujairah
  • Kuwejt – Rafineria Mina al-Ahmadi, Rafineria Mina Abdullah
  • Bahrajn – Rafineria ropy naftowej BAPCO

To wywołało najgorszy szok energetyczny czasów nowożytnych – gorszy niż w 1973 roku i gorszy niż w 2022 roku. Jedna piąta światowych zasobów ropy naftowej, jedna trzecia światowego skroplonego gazu ziemnego (LNG), jedna trzecia światowego eksportu nawozów i prawie połowa światowego wydobycia siarki – wszystko to zostało praktycznie wyłączone z użytku. Zniszczona infrastruktura, taka jak katarski terminal Ras Laffan – który sam produkuje 20% światowego LNG – będzie wyłączona z użytku przez lata.

Ceny ropy wzrosły już o ponad 60%. Kraje w całej Azji już racjonują paliwo. Sri Lanka przeszła na czterodniowy tydzień pracy. A to dopiero początek: 40% światowego eksportu nawozów jest zagrożone, tuż przed rozpoczęciem sezonu siewu na całym świecie, a my stoimy w obliczu prawdziwego globalnego kryzysu żywnościowego – nie tylko wyższych cen (choć to również nastąpi), ale także rzeczywistych niedoborów i potencjalnego głodu na całym świecie.

Jak ktoś trafnie (choć gorzko) zauważył na Twitterze:

„Które akcje powinienem teraz kupić?”
Bracie, powinieneś raczej uprawiać kapustę.

Giełda rzeczywiście spadła (indeks S&P500 spadł aż o -5%, niemal wyłącznie z powodu wojny z Iranem), ale to powinno być najmniejszym zmartwieniem ludzi w tej chwili…

Na koniec można rozważyć wymiar polityczny – który ostatecznie może okazać się najważniejszy ze wszystkich, ponieważ to, co się tu dzieje, to nie tylko kampania wojskowa, to rozpad całej architektury politycznej amerykańskiej potęgi na Bliskim Wschodzie.

Zacznijmy od Iraku. Wspierane przez Iran frakcje ruchu oporu skutecznie zmusiły USA i NATO do opuszczenia kraju poprzez ciągłe ataki dronów i rakiet na bazy amerykańskie i ambasadę USA w Bagdadzie. NATO wycofało całą swoją misję – około 600 żołnierzy – z Włoch, co określiło jako „tymczasową korektę stanowiska”. Rumunia ewakuowała wszystkich 114 swoich żołnierzy. Polska, Hiszpania i Włochy – wszystkie państwa wycofały się. Samoloty NATO S-30 nie mogły nawet wylądować w ironicznie nazwanej „Bazie Zwycięstwa” z powodu intensywności ostrzału.

A potem nadeszła najbardziej niezwykła część: USA i NATO musiały zwrócić się do irackich frakcji ruchu oporu – za pośrednictwem rządu irackiego działającego jako mediator – o 24-godzinne zawieszenie broni, aby zapewnić bezpieczne zakończenie ich wycofania. Niech to dotrze do was. Wojsko amerykańskie – które najechało Irak w 2003 roku, obaliło tamtejszy rząd i okupowało kraj przez prawie dwie dekady – musiało zwrócić się do ludzi, których kiedyś uznawało za rebeliantów, o pozwolenie na opuszczenie kraju bez narażania się na ostrzał.

Można śmiało powiedzieć, że jest to najbardziej symboliczne wycofanie wojsk USA od czasów Afganistanu – i przerażająco podobne.

Przyjrzyjmy się teraz monarchiom Zatoki Perskiej. W tej chwili wydaje się, że sprzymierzają się ze Stanami Zjednoczonymi – ale precedens, który tworzą, jest druzgocący dla Ameryki jako gwaranta bezpieczeństwa. Jak właśnie widzieliśmy, Iran zaatakował obiekty energetyczne w sześciu państwach Zatoki Perskiej, które są sojusznikami USA, mimo że w każdym z nich znajdują się duże amerykańskie instalacje wojskowe. Wynikająca z tego polityczna lekcja jest oczywista: sojusz ze Stanami Zjednoczonymi nie chroni – on czyni cię podatnym na ataki.

Oto, co dosłownie mówią niektóre kraje w regionie: minister spraw zagranicznych Omanu – ten sam dyplomata, który pośredniczył w rozmowach nuklearnych między USA a Iranem – opublikował niezwykły felieton w „The Economist”, w którym wprost stwierdził, że państwa Zatoki Perskiej, które „ufały amerykańskiej współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa, teraz postrzegają tę współpracę jako stan poważnej podatności”. Nie można tego wyrazić jaśniej.

Uczciwie rzecz biorąc, nie wszyscy aktorzy w regionie wyciągają ten sam wniosek. Abdullah bin Zayed z ZEA odpowiedział na kryzys deklaracją: „Nigdy nie damy się szantażować terrorystom” – odpowiedzią byłego ambasadora Francji Gérarda Arauda, ​​który wskazał, że zależność ZEA od Stanów Zjednoczonych doprowadziła je do katastrofalnego konfliktu, bez względu na własne interesy. Istnieje zatem podział między tymi, którzy już dostrzegają znaki czasu, a tymi, którzy stawiają na sojusz, który właśnie zbombardował ich kraje. Ale nawet dla tych, którzy stawiają na hazard, strukturalna logika jest niezaprzeczalna: Iran zademonstrował swoją zdolność do zaatakowania, a potencjalnie nawet całkowitego unicestwienia każdego państwa Zatoki Perskiej, pomimo pełnej obecności amerykańskiej infrastruktury wojskowej. Tej rzeczywistości nie da się zignorować, nazywając to szantażem.

Zakładając, że Iran nie zostanie pokonany w tej wojnie – a jak dotąd nic na to nie wskazuje – monarchie Zatoki Perskiej będą musiały ostatecznie wybrać między dwiema opcjami bezpieczeństwa. Pierwsza to związanie się z odległym supermocarstwem, które właśnie udowodniło, że a) nie tylko nie jest w stanie chronić swoich rafinerii, węzłów komunikacyjnych ani wody pitnej, ale b) atakuje wszystkie te obszary. Druga opcja: zawarcie pokoju z regionalnym mocarstwem, które właśnie udowodniło, że może zaatakować wszystkie trzy w dowolnym momencie. Można to nazywać „szantażem”, jak się chce, ale oburzenie nie jest strategią bezpieczeństwa.

Wahania monarchii Zatoki Perskiej to tylko jeden z elementów znacznie szerszego obrazu politycznego. Poza regionem, w skali globalnej, Stany Zjednoczone i Izrael nigdy nie były tak wyraźnie odizolowane. Trump publicznie – nie ma na to innego słowa – błagał Chiny, Francję, Japonię, Koreę Południową, Wielką Brytanię – wszystkich! – o wysłanie okrętów wojennych w celu wsparcia ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz. Reakcje wahały się zasadniczo od „pieprzyć was” do „pieprzyć was, ale grzecznie”. Najbardziej podobał mi się niemiecki minister obrony Boris Pistorius, który szyderczo zażartował: „Czego Trump oczekuje, że garstka europejskich fregat potrafi to, czego nie potrafi potężna Marynarka Wojenna USA? To nie nasza wojna i nie my ją rozpoczęliśmy”.

Odpowiedź Chin brzmiała w zasadzie: „Żartujecie sobie? Wy zaczęliście tę wojnę i musicie ją zakończyć”. Przynajmniej tak przetłumaczył to „Global Times”, który opisał prośbę Trumpa jako próbę „podzielenia ryzyka wojny, którą Waszyngton rozpoczął i nie może zakończyć”.

Można też docenić ogromną ironię sytuacji, w której Trump prosi Chiny o pomoc w zabezpieczeniu Cieśniny Ormuz, podczas gdy otaczający go neokonserwatyści – jak Lindsey Graham – na początku wojny twierdzili, że okaże się to „koszmarem Chin”. W rezultacie, jak sarkastycznie zauważył irański minister spraw zagranicznych – posypując solą ranę – Ameryka „błaga teraz innych, nawet Chiny, o pomoc w zabezpieczeniu Cieśniny Ormuz”.

W odpowiedzi Trump zrobił to, co potrafi najlepiej: zamiast krytykować samą siebie i tłumaczyć, dlaczego cała planeta odmawia mu pomocy, zaatakował. Nazwał NATO „papierowym tygrysem”, a jego członków „tchórzami”. Co oczywiście jest kontrproduktywne, ponieważ może tylko jeszcze bardziej zniechęcić ich do pomocy…

I to wykracza poza kalkulacje na poziomie rządowym. W wielu częściach świata wojna wywołała istne powstanie ludowe. Nawet w samych Stanach Zjednoczonych zdecydowana większość Amerykanów sprzeciwia się wojnie. Według YouGov, tylko 33% popiera ją, a 61% chce jej jak najszybszego zakończenia. Nie udało mi się znaleźć żadnych konkretnych sondaży na ten temat, ale nie zdziwiłbym się, gdyby więcej Amerykanów sympatyzowało z Iranem w tej walce niż z własnym rządem. Spójrzcie na to: 46% Amerykanów uważa, że ​​USA są odpowiedzialne za zbombardowanie szkoły dla dziewcząt w Iranie, w którym zginęło 165 osób – w porównaniu z zaledwie 17%, które twierdzą, że tak nie jest. Kiedy prawie połowa populacji wierzy, że zabijasz niewinne uczennice, „wspieraj wojsko” brzmi dość pusto.

Istnieją również warunki polityczne, jakie Iran nałożył na przejście przez Cieśninę Ormuz, która wbrew amerykańskiej propagandzie NIE jest zamknięta, a jedynie dla nich i innych krajów, które wspierają ich w atakach na Iran. Jak wyjaśnił minister spraw zagranicznych Araghchi: „Nie zamknęliśmy cieśniny. Naszym zdaniem cieśnina jest otwarta. Jest zamknięta tylko dla statków należących do naszych wrogów, do krajów, które nas atakują. Statki z innych krajów mogą przepływać przez cieśninę”.

A to rozróżnienie – niezrozumiałe dla większości komentatorów – może się okazać z czasem być może najważniejszym posunięciem politycznym całej wojny.

W praktyce Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) utworzył kontrolowany korytarz żeglugowy na irańskich wodach terytorialnych, wijący się między wyspami Larak i Keszm – przepływając bezpośrednio obok bazy morskiej IRGC – gdzie zatwierdzone jednostki przechodzą inspekcje wizualne po przejściu. Statki, które chcą przejść, muszą z wyprzedzeniem przedstawić IRGC szczegółowe informacje o właścicielu, wykazy ładunków, narodowości załogi i porty docelowe. Jak wprost stwierdziła kuwejcka firma konsultingowa: „To nie jest ponowne otwarcie. To system oparty na zezwoleniach, selektywnie udzielający dostępu statkom powiązanym z państwami niebędącymi wrogimi lub strategicznie sojuszniczymi”.

Zatrzymaj się i zastanów, co to oznacza. Indie wynegocjowały przejście. Pakistan wynegocjował przejście. Turcja wynegocjowała przejście. Według doniesień „Financial Times” nawet Francja i Włochy rozpoczęły rozmowy z Teheranem. Jeden po drugim, kraje świata zwracają się do Iranu z kapeluszem w dłoni, z prośbą o pozwolenie na korzystanie z drogi wodnej, którą Stany Zjednoczone od dawna twierdzą, że monitorują jako globalny gwarant „wolności żeglugi”.

Iran wykorzystuje tę przewagę nie tylko do pobierania opłat tranzytowych, ale także do realizacji swojej wizji politycznej. Araghchi powiedział w wywiadzie dla Al Jazeery, że pierwszym krokiem „po wojnie” powinno być „opracowanie nowych mechanizmów dla Cieśniny Ormuz i sposobu, w jaki statki przez nią przepływają, aby zapewnić stały, pokojowy tranzyt zgodnie z określonymi przepisami”, zgodnymi z interesami Iranu i regionu. Przewodniczący irańskiego parlamentu, Ghalibaf, wyraził się jeszcze dobitniej: „Sytuacja w Cieśninie Ormuz nie powróci do stanu sprzed wojny”.

Iran w istocie wywraca do góry nogami zasadę „wolności żeglugi”, najczęściej cytowaną przez Amerykę zasadę projekcji władzy nad oceanami świata: plan wydaje się być bardzo konkretny i to oni będą decydować o „wolności żeglugi” w Cieśninie Ormuz, z całą dźwignią, jaką to im daje.

Jeszcze bardziej zdumiewające jest to, że Trump wydaje się przynajmniej częściowo potwierdzać ten plan, deklarując wczoraj, zaraz po wycofaniu swojego ultimatum, że przewiduje, iż Cieśnina Ormuz będzie „wspólnie kontrolowana przeze mnie i ajatollaha”. Ku uciesze irańskiej dyplomacji.

Trump to Trump; jutro prawdopodobnie nic to nie będzie znaczyło. Ale nawet jako pusta retoryka, stanowi to niezwykłe ustępstwo: Stany Zjednoczone publicznie wyobrażają sobie wspólną kontrolę nad najważniejszym strategicznie szlakiem wodnym świata z samym krajem, z którym toczą wojnę, pokazując, jak bardzo zmienił się krajobraz polityczny.

Nie tylko Trump: Każdy kraj, który dzwoni do Teheranu, aby negocjować przejście graniczne, milcząco uznaje – niezależnie od tego, czy się do tego przyznaje, czy nie – nową rzeczywistość, w której Iran jest suwerennym podmiotem z uzasadnionymi interesami bezpieczeństwa w swoim sąsiedztwie i że interesy te należy szanować, a nie łamać. Każdy tankowiec przepływający przez korytarz Larak-Keszm za zgodą Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej jest cichym, cichym głosem na rzecz post-amerykańskiego porządku na Bliskim Wschodzie.

A co najbardziej niezwykłe? Stany Zjednoczone najwyraźniej nie mają odpowiedzi. Nawet błaganie innych, w tym przeciwników, o pomoc – co musiało być ogromnym obciążeniem, biorąc pod uwagę ego Trumpa – nie przyniosło rezultatu.

Podsumujmy zatem. Pod względem militarnym Iran osiągnął to, czego żaden przeciwnik USA nie dokonał od dziesięcioleci: nie tylko przetrwał amerykańską siłę ognia, ale także zmierzył się z nią – atakując najsilniej chronione cele na świecie, uszkadzając najnowocześniejsze amerykańskie samoloty i niszcząc systemy obrony przeciwrakietowej zbudowane, aby go powstrzymać. Pod względem ekonomicznym wywołał najgorszy wstrząs energetyczny współczesności i przejął kontrolę nad najważniejszym strategicznie wąskim gardłem świata – podczas gdy Stany Zjednoczone przyglądają się, nie mogąc ponownie otworzyć cieśniny, nawet przy pełnej potędze morskiej. Pod względem politycznym wyparł Stany Zjednoczone z Iraku, obnażył puste obietnice amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa dla swoich rzekomych „sojuszników”, osiągnął eskalację dominacji nad samym Waszyngtonem i – co być może najważniejsze – ustanowił oparty na zezwoleniach system tranzytowy przez Cieśninę Ormuz, który po cichu ustala reguły panujące na post-amerykańskim Bliskim Wschodzie, wynegocjowane przejście po przejściu. Tymczasem Stany Zjednoczone są izolowane na arenie międzynarodowej, odrzucane na własnym terytorium i zmuszone do błagania przeciwników o pomoc, która nigdy nie nadchodzi.

Wszystko to w ciągu 3 tygodni.

Niniejszy artykuł nie ma na celu gloryfikacji Iranu, lecz uczciwą analizę tego, czego jesteśmy świadkami. Nazwijmy to po imieniu: pierwszą prawdziwie wielobiegunową wojną. Historycy mogą patrzeć na tę wojnę tak, jak patrzą na Kanadę Sueską w 1956 roku – nie jako na wydarzenie militarne, lecz jako na objawienie: moment, w którym realność nowego porządku stała się niezaprzeczalna.

Czym ostatecznie jest wielobiegunowość? Z definicji jest to istnienie ośrodków władzy, których nie da się podporządkować innym ośrodkom. Wiedzieliśmy już, że Rosja i Chiny są ośrodkami władzy i właśnie dlatego Stany Zjednoczone nie wypowiedziały im wojny – i prawdopodobnie nigdy tego nie zrobią – ale Iran został umieszczony w innej kategorii: małej regionalnej potęgi, którą można by zmiażdżyć, gdyby zaszła taka potrzeba.

Ta wojna pokazuje, że ta klasyfikacja była błędna. Iran rzeczywiście może wytrzymać całą siłę amerykańskiej potęgi militarnej.

Nie wiemy jeszcze, jak ani kiedy ta wojna się zakończy. Iran wciąż może przegrać. Wiemy jednak na pewno, że wojna ta stworzyła już kilka precedensów, z których każdy ma ogromne konsekwencje.

  • Nawet mocarstwo średnie nieposiadające broni jądrowej może osiągnąć pewną formę dominacji eskalacyjnej nad Stanami Zjednoczonymi. Nie musi koniecznie posiadać broni jądrowej, wystarczy, że będzie w stanie wiarygodnie zagrozić wystarczająco poważnymi konsekwencjami.
  • Najbardziej zaawansowane amerykańskie systemy uzbrojenia są o wiele bardziej podatne na ataki, niż wcześniej sądzono – nie teoretycznie, lecz w praktyce.
  • Gwarancja bezpieczeństwa USA została empirycznie obalona w czasie rzeczywistym. Sześć krajów, w których znajdują się bazy wojskowe USA, zaatakowało ich infrastrukturę krytyczną.
  • Pojedyncza potęga regionalna może wziąć gospodarkę światową w zakładnika, kontrolując strategiczne wąskie gardło, a żadnej sile militarnej nie udało się tej kontroli przełamać.
  • Prezydent USA publicznie rozważał możliwość wspólnej kontroli Cieśniny Ormuz z Iranem, co niewątpliwie byłoby niezwykłym ustępstwem.

Zastanów się, co te precedensy oznaczają, jeśli jesteś na przykład Turcją, Brazylią, Indonezją lub jednym z dziesiątek mocarstw średniej wielkości, którym powiedziano, że ich jedynymi opcjami są podporządkowanie lub unicestwienie. Menu stało się teraz znacznie dłuższe.

Zastanów się, co to oznacza, jeśli jesteś Arabią Saudyjską i w milczeniu obserwujesz, jak amerykańskie systemy obronne nie chronią twoich własnych rafinerii. Albo jakimkolwiek krajem europejskim, który zmaga się z najgorszym szokiem energetycznym od 1973 roku, spowodowanym nie przez wroga, a przez sojusznika, i zdaje sobie sprawę, że ten rzekomy „sojusznik”, rzekomo odpowiedzialny za twoją „ochronę”, nie był w stanie ochronić nawet najważniejszych strategicznie miejsc Izraela – kraju, z którym jest nierozerwalnie związany.

Nie mówię nawet o Chinach czy Rosji, których światopogląd potwierdza się niemal na każdej osi jednocześnie. Amerykańska przewaga militarna została wyolbrzymiona? Zgadza się. Gwarancje bezpieczeństwa USA nie są warte papieru, na którym zostały spisane? Zgadza się. Zachodni system sojuszy to w dużej mierze fikcja? Zgadza się (nawet Trump nazwał NATO „papierowym tygrysem”!). Sankcje nie działają? Zgadza się. Nie można budować swojego bezpieczeństwa kosztem innych? Zgadza się (sześć krajów właśnie przekonało się o tym na własnej skórze). Że inwestowanie bilionów dolarów w zieloną energię było strategiczną dalekowzrocznością, a nie „nadwyżką mocy produkcyjnych”? Zgadza się – Chiny są jedną z najmniej narażonych na największy szok energetyczny współczesności. I oczywiście, że Stany Zjednoczone są agresorem, głównym źródłem niestabilności na świecie? Zgadza się – rozpoczęły tę wojnę bez prowokacji.

Działania Stanów Zjednoczonych w ostatnim czasie nabrały niemal grecko-tragicznego charakteru, gdzie każdy krok podejmowany w celu uniknięcia własnego losu staje się mechanizmem, który go doprowadza. USA wypowiedziały wojnę, by potwierdzić swoją dominację – i udowodniły, że nie są już w stanie dominować. Wezwały sojuszników do wysłania okrętów wojennych – i pokazały, że nie mają prawdziwych sojuszników. Przez czterdzieści lat prowadziły politykę maksymalnej presji, by złamać Iran, zanim ten moment nadszedł – i zamiast tego stworzyły przeciwnika, który teraz z nimi rywalizuje. Rozpoczęły wojnę między innymi po to, by wywrzeć dodatkową presję na Chiny – i dały światu widowisko błagania Chin o pomoc. Proroctwem była wielobiegunowość. Każde amerykańskie działanie, by jej zapobiec, ją ujawnia.

Źródło: Pierwsza wojna wielobiegunowa

Gietrzwałd – do czwartku 26.03 wyślij list polecony do Gminy Gietrzwałd. Można mail’em. [uzup.]

Gietrzwałd – do czwartku 26.03 wyślij list polecony do Gminy Gietrzwałd!

25/03/2026 przez antyk2013

WAŻNA SPRAWA Samorząd gminy Gietrzwałd zaordynował „konsultacje” do planu przestrzennego. Termin składania „Pisma dotyczącego aktu planowania przestrzennego” upływa w najbliższy czwartek. Przesyłam trzy załączniki w pdf. które już są wypełnione w punkcie 7 w treści postulowanej przez Komitet Obrony Gietrzwałdu dotyczącej wdrożenia planów rozwoju gminy i Gietrzwałdu pod kątem rozwoju infrastruktury pielgrzymkowej i budownictwa prywatnego. Jednocześnie chodzi o definitywne zablokowanie dla infrastruktury przemysłowej. Należy wypełnić dane osobowe w punkcie 4 (po wydrukowaniu wszystkich załączników) i złożyć własnoręczny podpis na końcu każdego z załączników. Następnie należy wysłać list polecony Pocztą Polską – NAJPÓŹNIEJ W CZWARTEK 26 marca (decyduje data stempla pocztowego). BRONIMY GIETRZWAŁDU !!! Pan Bóg zapłać…

Aby wysłać list w tej sprawie napisz maila…

mail do mnie: arteemocje@gmail.com

===============================

adres do Gietrzwałdu:

Urząd Gminy w Gietrzwałdzie,

ul. Olsztyńska 2, 11-036 Gietrzwałd

formularz1Pobierz

formularz2Pobierz

formularz3Pobierz

====================================

mail:

Zamiast „spamować” i dawać zarobić firmie Poczt Polska,
Pismo „polecone” można wysłać za darmo, przez EPUAP2.

Logowanie przez 
bank lub Mobywatel. Waga pisma i materiał dowodowy, taki sam, jak 
„polecony”.

pozdrawiam,
Rafal Dudziak