Trump dąży nie do osiągnięcia pragmatycznego sukcesu, ale do cywilizacyjnego zwycięstwa, a przejawem jego duchowej dojrzałości było sięgnięcie po modlitwę do św. Michała Archanioła.
… I pytanie, czy ksiądz po tych kilkunastu miesiącach nie wycofa się ze swoich słów?
Wtedy to nie były moje poglądy polityczne, to była próba obserwowania faktów, zwłaszcza konsekwencji tego, co się wydarzyło 13 lipca przed wyborami prezydenckimi, to znaczy próbą dokonania publicznej egzekucji na oczach całego świata.
I potem też słowa wypowiedziane między innymi przez kardynała Dylana, arcybiskupa Nowego Jorku, który mówi, że Trumpa zna od wielu, wielu lat i wie, że Trump, on nawet nie wie, czy Trump jest ochrzczony. On zawsze był typem areligijnym, nie interesował go świat duchowy, natomiast od tego, co się wydarzyło tam, po tym zamachu Trump zaczął stawiać sobie pytania metafizyczne. Związane z jego życiem, ale także z faktem, że mu została po raz drugi dana możliwość objęcia takiego urzędu i był pod wrażeniem też zaufania, którym go obdarzyli Amerykanie.
(…) potem precyzowałem moją wypowiedź, mając na myśli przede wszystkim Boga historii, który działa tak jak chce i posługuje się też okolicznościami i osobami, którymi chce. Porównywałem to wtedy na swój prywatny użytek do czasów Starego Testamentu, kiedy Bóg posługiwał się wielkimi władcami, despotami, którzy tak samo jak Trump nie nadają się do procesu kanonizacyjnego.
Jak na przykład Cyrus albo Dariusz, wielcy władcy perscy, po to żeby doprowadzić do powrotu Izraelitów z wygnania i przywrócić im także świetność kultu i Boga jedynego i możliwość odbudowania świątyni. Tak myślałem, że Bóg może się posługiwać kim zechce, nawet jeśli to jest narzędzie wyszczerbione czy niedoskonałe.
Czyli Trump jest narzędziem Pana Boga?
Potem troszkę się wycofałem już z tej analogii, kiedy zobaczyłem, że gdy Trump pojechał do Izraela i występował w Knesecie, potem zauważyłem na jednym ze zdjęć w Tel Awiwie, że jest potężny, wielki baner wywieszony na jednym z bloków. „Witamy nowego Cyrusa”. /Cyrus Wielki, którego Stary Testament wspomina jako wielkiego wybawcę narodu izraelskiego z niewoli babilońskiej- przypis red./ Pomyślałem sobie wow, nie chciałbym być pociągnięty nurtem ideologii, która inspiruje w tej chwili rząd Netanyahu.
Szwajcarskie służby socjalne powiedziały „sprawdzam” i ujawniły rażące nadużycie w systemie pomocy dla uchodźców. Ukrainiec został zobowiązany do zwrotu 67 tysięcy franków szwajcarskich.
Sąd uznał, że skoro 40-latek z Ukrainy posiadał luksusowy samochód oraz środki na liczne zagraniczne podróże, wsparcie socjalne mu się nie należało.
Wszystko zaczęło się latem 2022 roku, gdy Ukrainiec, jako uchodźca wojenny, przybył do szwajcarskiego kantonu Vaud i zaczął pobierać świadczenia socjalne. Szybko jednak wyszło na jaw, że uchodźca dysponuje majątkiem, którego nie zgłosił urzędnikom. Mężczyzna posiadał luksusowe Porsche o wartości około 37 tysięcy franków szwajcarskich (ponad 170 tys. złotych).
To jednak nie wszystko. Beneficjent pomocy społecznej prowadził życie, które trudno pogodzić ze statusem osoby potrzebującej wsparcia państwa. Śledczy ustalili, że odbył on szereg podróży do Austrii, Francji, Włoch, Niemiec, Portugalii, Belgii oraz Luksemburga, gdzie dokonywał znacznych wydatków. Ponadto regularnie wpłacał pieniądze na różne konta bankowe, operując głównie walutą euro.
Gdy sprawa trafiła na wokandę, mężczyzna próbował wyjaśnić pochodzenie posiadanych środków. Twierdził, że pieniądze widoczne na jego kontach służyły jedynie do rezerwacji biletów lotniczych dla przyjaciół oraz organizacji ich wakacji. Sąd nie dał jednak wiary tym wyjaśnieniom.
W uzasadnieniu wyroku, cytowanym przez portal Blick, sędziowie orzekli jednoznacznie, że „skarżący wyraźnie posiada niezbędne środki, aby samodzielnie się utrzymać”.
Zgodnie z wyrokiem, mężczyzna musi teraz zwrócić kantonowi Vaud dokładnie 67 336,20 franków szwajcarskich (ponad 300 tys. złotych).
Warto zaznaczyć, że od marca 2022 roku Szwajcarska Rada Federalna przyznaje uchodźcom z Ukrainy tzw. status ochrony S. Jest on zarezerwowany dla osób, które stoją w obliczu poważnego zagrożenia w swoim kraju. Obecnie z takiego wsparcia korzysta około 66 tysięcy Ukraińców przebywających w Szwajcarii.
Prezydent USA Donald Trump oświadczył w poniedziałek, że nie sądzi, by europejscy przywódcy stawili zbyt duży opór jego staraniom o przejęcie Grenlandii. Zagroził też prezydentowi Francji Emmanuelowi Macronowi wprowadzeniem 200 proc. ceł na francuskie wina i szampany, jeśli ten nie przystąpi do jego Rady Pokoju.
„Europa nie potrafi ochronić Grenlandii”
Prezydent Stanów Zjednoczonych odpowiedział w ten sposób na pytanie o to, jak zareaguje podczas spotkań w Davos na opór europejskich przywódców w sprawie jego dążenia do przyłączenia Grenlandii do USA.
– Cóż, nie sądzę, że będą się za bardzo opierali. My musimy to mieć. Oni muszą to zrobić [sic !!! md]. Nie mogą jej (Grenlandii) ochronić – powiedział prezydent USA podczas rozmowy z dziennikarzami przed odlotem do Waszyngtonu z Miami, gdzie oglądał finał uniwersyteckich rozgrywek futbolu amerykańskiego.
Trump po raz kolejny podważał prawo Danii do Grenlandii, twierdząc, że jej roszczenia opierają się na tym, że „łódka przypłynęła tam 500 lat temu, a potem odpłynęła”.
W opublikowanym niedługo potem wpisie na własnej platformie społecznościowej Truth Social Trump powiedział, że odbył „bardzo dobrą rozmowę” na temat Grenlandii z sekretarzem generalnym NATO Markiem Ruttem i zgodził się na rozmowę „różnych stron” na ten temat podczas wizyty w Davos, dokąd odlatuje we wtorek. Podkreślił jednak kolejny raz, że Grenlandia jest niezbędna dla bezpieczeństwa Ameryki i świata.
„To będzie bardzo ciekawe Davos”
Pytany o to, dlaczego rozgniewał się na wysłanie żołnierzy NATO na wyspę, Trump przyznał, że państwa europejskie twierdzą, że wojska zostały wysłane nie przeciwko niemu, lecz by chronić Grenlandię przez Rosją. Powtórzył jednak, że NATO jakoby przez 20 lat ostrzegało Danię przed rosyjskim zagrożeniem dla Grenlandii.
– Więc zobaczymy co się wydarzy. Ale ujmę to w ten sposób – to będzie bardzo ciekawe Davos – dodał.
Odnosząc się do swojego listu do premiera Norwegii Jonasa Gahra Stoere, w którym skarżył się na to, że norweski rząd nie wymógł na komitecie noblowskim przyznania mu Nagrody Nobla, Trump ponownie twierdził, że Norwegia kontroluje przyznawanie nagród i że „nie obchodzi go, co mówi Norwegia” na ten temat. Dodał też, że mimo gniewnego listu nie obchodzi go też sama nagroda, choć wspomniał przy tym, że obecna laureatka Pokojowej Nagrody Nobla Maria Corina Machado wręczyła mu ją, bo uznała, że na nią zasłużył.
Groźba wobec Macrona
Trump odniósł się też do formowanej przez siebie Rady Pokoju, która według publikowanych dotąd projektów miałaby być nową organizacją międzynarodową z Trumpem jako dożywotnim przewodniczącym. Prezydent USA potwierdził, że zaprosił do niej Władimira Putina.
Odnosząc się natomiast do doniesień, że zaproszenie odrzucić zamierza prezydent Macron, Trump uznał, że „nikt go nie chce”, bo wkrótce skończy się jego kadencja. Zaraz potem zagroził jednak Macronowi nałożeniem ceł na francuskie wina.
– To, co zrobię – jeśli on faktycznie chce być wrogi, obłożę francuskie wina i szampany 200 proc. cłami i wtedy dołączy – zapewnił Trump.
Ostatnio przyłapałem się na pewnego rodzaju eskapizmie. Otóż wyszło, że coraz częściej uciekam od bieżączki zdarzeń w rozważania teoretyczne, acz oparte w realu o zdefiniowanie krążących pojęć, czy zjawisk, szczególnie kiedy ich znaczenie jest dekonstruowane. Pojęciom i zjawiskom nadaje się obecnie nowe znaczenia, co myli publiczność. Władztwo nad językiem jest potwierdzeniem tezy, że „jak się panuje nad definicjami, to nie trzeba już dbać o fakty”.
Dlatego wolę od czasu do czasu zająć się rozbiorem znaczeń i zjawisk, bo w obecnych czasach pomieszania z poplątaniem (i to wcale nie spontanicznym) warto rozłożyć wiele maszynek pojęciowych na części, nie tylko aby zobaczyć jak działają trybiki, ale by dotrzeć do sprężyny napędzającej cały mechanizm.
Dziś chciałbym się zająć polską rusofobią, którą, ponoć bardziej niż antysemityzm, podobno wysysamy z mlekiem matki. Jest to zjawisko, które podlegało historycznie ewolucji, dziś jest zaś używane w celach manipulacyjnych, i to aż do tego stopnia, że np. dwa przeciwne obozy obwiniają się o rusofobii zbyt mały poziom, co prowadzi do żenujących licytacji i polityków, i ich akolitów.
Krótki kurs historyczny rusofobii
Historycznie rzecz biorąc rywalizacja Rosji z Polską co do dominacji w naszym regionie (dla Rosji jednym z wielu, co nie jest bez znaczenia) jest jakimś fatum ciążącym na naszych tu losach. Stosunek do Rosji kształtował naszą geopolitykę, był odniesieniem wielu ruchów politycznych, lub tylko jednym, acz ważnym, bo rewidującym polski patriotyzm czynnikiem. Cień Rosji wisiał, i wisi, nad nami od wieków i jego intensywność ma wielki wpływ na nasze losy. Na początku nasz stosunek do Rosji był bardziej pragmatyczny, stał się bardziej romantyczny kiedy tę regionalną rywalizację przegraliśmy. Przed klęską trudno było zauważyć w naszym narodowym etosie jakieś większe pokłady rusofobii, ot – kolejny kraj, z którym toczyliśmy wojny o dominację na Międzymorzu. Potem, kiedy przegraliśmy w realu, zaczęła się okazywać ta niechęć właśnie w wymiarze fobicznym, czyli często irracjonalnej mieszaniny odrazy i strachu.
W etosie narodowym w wymiarze symbolicznym rusofobia miała być dość wygodną szansą na nie patrzenie na nasze winy i klęski, bo tworzyła z Rosji Czarnego Luda polskiej historii, którego bezwzględna i obca kulturowo naga siła zdeptała piękny polski kwiatostan. W końcu kulturowo, choć Słowianie, leżeliśmy po dwóch przeciwnych stronach szali quincunxów Konecznego – my Słowianie unurzani w łacińskiej kulturze, kontra Rosjanie – Słowianie turańscy, o dużym kulturowym kontekście Azji, w wydaniu „dopalacza” mieszanki rosyjskich urojeń wyższościowych i kompleksów. Piekielne starcie, o nierozwiązywalnych potencjałach konfliktu.
W okresie zaborów pojawiły się już pierwsze zjawiska dzielące praktyczną politykę polską na dwa obozy stosunku wobec Rosji – akomodacji oraz buntu, z małą przerwą na ich mieszaninę jaką stał się pozytywizm. Osią sporu był właśnie stosunek do Moskali: jedni uważali, że trzeba się jakoś dostosować, chronić substancję narodową, drudzy wzywali do eskalacji czynnego oporu. Już wtedy – po stronie buntowniczej – pojawiły się emocjonalne ekscesy (wzmagane również literaturą), które można nazwać dziś rusofobią.
Była to uzasadniona reakcja na przegraną, wzmacniana jednocześnie dezynwolturą kremlowskich okupantów. Ci się w różnym stopniu nakłaniali do ruchów akomodacyjnych i konia z rzędem temu, kto dziś rozstrzygnie „kto się zaczął”, czy polscy romantycy, czy carscy okupanci, którzy jednak nie chcieli dla Polski robić żadnych wyjątków w polityce imperialnej. „Boże coś Polskę”, hymn śpiewany do dziś w polskich kościołach, był pieśnią powitalną, wręcz dziękczynną dla cara Aleksandra, napisany i zaśpiewany przez wdzięczny naród wizytującemu królowi Polski.
Potem z rusofobią poszło jak po maśle. Zabory wyraźnie potwierdzały piekielną sprawczość Rosji w historii Polski, zaś tożsamościowym fundamentem nowej II RP stało się zwycięstwo, tym razem nad bolszewicką, Rosją. Widziano potęgę Rosji, ale – po zwycięstwie w 1920 roku – nie było mowy o większej rusofobii, ot jacyś dzicy się wyżynali za wschodnią granicą i w razie „W” damy im radę. Sporo to się zmieniło po 17 września, ale później – w czasie jałtańskiej zdrady Zachodu – okazało się, że musimy znowu wybrać przymusową akomodację, której rozmiar wykazał śladowy bunt beznadziei w postaci Żołnierzy Wyklętych.
Za PRL-u Rosja Radziecka stała się znowu Czarnym Ludem polskiej historii najnowszej, łatwą busolą do rozróżnienia Polaków pomiędzy „naszymi” i tymi „przywiezionymi do Polski na ruskich czołgach”, którzy stali się łże-elitą nowej Polski. Ale była to rusofobia bardziej prześmiewcza, przytłaczał ją kontekst naśmiewania się z prymitywnych kałmuków, żałosna satysfakcja kulturowego ostracyzmu pokonanych w realu. Oczywiście było parę momentów kiedy Polacy w PRL mieli powody obawiać się radzieckiej interwencji, ale raczej królowała tu wyższościowa pobłażliwość.
Rusofobia w III RP
Najciekawiej rusofobia rozwijała się w III RP. Falowała bezwzględnie – od mocnych wpływów na początku transformacji, ale po dociśnięciu przez Zachód zmieniły się polaryzacje. Już nie był to wybór między wpływami Rosji w smucie a Zachodem. Rosja odeszła (okazało się, że nie na długo), zaś w Polsce odbyła się (trwająca do dziś) mało romantyczna walka o dusze, kieszenie i ziemię Polaków pomiędzy USA a Niemcami. Jej najgorszym przejawem były momenty, w którym oba te czynniki, niemiecki i amerykański, zawierały ze sobą pakt o wspólnym interesie, w którym operacyjnie pilnował go Berlin, zaś strategicznie – Waszyngton. Rosja zniknęła na długo z Polskiej strategii, co było ciężkim grzechem polskiej polityki zagranicznej, gdyż zwrócenie się całkowicie na Zachód, w dobie „końca historii”, parasolu NATO czy Unii odsłoniło nam tyły, zaś polityka wschodnia stała się w polskim przypadku fatalnym przykładem spełniania straceńczych dla nas taktyczek zachodnich.
Po nastaniu Putina kwestia rusofobii, jeśli można tu wskazać na jedność tego pojęcia, zaczęła odgrywać rolę jednego z czynników różnicujących polską politykę. Niestety stosunek polskich polityków do Rosji był wypadkową czynników zewnętrznych. Również lud zawierzający któremuś z dwóch plemion łapał się tu na różne bajeczki, często zamieniające miejscami role Wilka i Czerwonego Kapturka. Za rządów postkomunistów kwestia stosunku do Rosji była delikatnie przesunięta przez obie strony (rządzącą lewicę i jeszcze wtedy w miarę zjednoczoną część postsolidarnościową) na drugi plan. Byli czerwoni się nie afiszowali swymi koneksjami z Rosjanami, już patrzyli na innych czerwonych w Brukseli, zaś styropianowa opozycja miała co innego na głowie – łykanie własnych porażek.
Najciekawiej kwestia zarządzania rusofobią wyglądała za czasów POPiS-u, zwłaszcza w wykonaniu partii Tuska. Wtedy argument rusofobii był zarzucany Kaczyńskiemu jako czynnik destabilizujący układanie się „poważnych państw” w zrównoważoną Europę. Z Rosją obłaskawioną pieniędzmi za surowce, w nadziej – płonnej jak wszystkie nadzieje liberałów – że pieniądze ucywilizują Rosję, stworzą rosyjską klasę średnią, która naturalnie będzie ciążyć ku demokracji. Warto przypomnieć Tuskowi ówczesne klipy telewizyjne, całe ciągi medialne pokazujące Kaczorów (bo to było jeszcze przed Smoleńskiem) jako nierozumnych rusofobów, którzy nie pojmują nowych czasów i na szkodę samej Polski wysadzają pociągi nowego ładu w wojnie na rozbiorowe resentymenty.
PiS obsadził więc, a właściwie pośrednio został obsadzony, w roli naczelnego rusofoba, co wtedy było zarzutem, choć dziś jest przedmiotem rywalizacji – kto bardziej. Wtedy ten ruch Tuska, to była realizacja interesów niemieckich wprost. Zbliżała się finalizacja wielkiego dealu Rosji i Niemiec i nie będzie tu jakiś „paliaczyszka” bruździł, grając zgranymi kartami w wojnę, kiedy tu się odbywa subtelny brydżyk. W Polsce miał być pod tym względem spokój i niech się Polacy cieszą, że tak w ogóle w tym dealu Niemcy nie oddały Polski Rosjanom. A ci tu jeszcze pyskują. I Donald miał tu zrobić porządek. I robił jak mógł.
Rusofobia a Ukraina
Po II wojnie ukraińskiej wszystko się zmieniło. Ale tu jest dowód na fenomen sterowalności zewnętrznej polskiej rusofobii. Ta przecież w ogóle nie wybuchła w 2014 roku, kiedy zaczęła się I wojna ukraińska. Nic takiego nie było. A czemu? Ano temu, że wtedy, po 2014 roku, Niemcy liczyły na to, że był to (zrozumiały) rosyjski „wypadek przy pracy”, który wcale nie zatrzymywał strategicznych planów rządzenia przez Niemcy Europą w ścisłej współpracy z Rosją. Rurociągiem Nord Stream I wciąż płynęła ropa, Unia dozbrajała Kreml, wojna na Ukrainie też nie przeszkodziła inwestycji w Nord Stream II. Wojska się biły, okupowały, ale business trwał as usual. A więc w Polsce z rusofobią było cicho, bo cicho miało być. Wszystko się zmieniło po rozpoczęciu II wojny ukraińskiej w 2022 roku. Zmieniło się z polską rusofobią, bo się Niemcom zmieniło z narracją.
Putin, niegdyś trudny przyjaciel, stał się Czarnym Ludem europejskich salonów. Ale tylko na pożytek maluczkich, bo dla elit (europejskich, a właściwie unijnych) sytuacja jest zupełnie inna. Jest teraz w Europie jak… w Polsce za zaborów: stosunek do Rosji jest podstawowym czynnikiem rozdzielającym dobro od zła, zdrajców od płomiennych wyznawców wolnościowych wartości. Putin stał się busolą europejskiej narracji na potrzeby suwerena, jakby ten miał zapomnieć w jednej chwili kto z kim kręcił korbą otwierającą rurociągi pragmatyzmu i deklarował współpracę „z Rosją taka jaka ona jest”. Wyciąga się tego Putina jako argument końcowy, dziennikarz, jak nie wie o co spytać, to pyta o stosunek do Putina i biada ci, jak nie zafundujesz jakiejś jeszcze bardziej eskalującej deklaracji wrogości. To dla ludu. Tym bardziej ludu polskiego, bo my, jako nuworysze w każdej europejskiej modzie politycznej zawsze jesteśmy spóźnieni, a więc musimy nadrabiać zaangażowaniem.
Nie jest też tak, że Niemcy mszczą się na Putinie, bo ten im popsuł piękny plan i trzeba teraz wyszywać publicznie inne ściegi, podjadając żabę własnej przegranej strategii. Niemcy mogą być oczywiście źli na Putina, bo jego ruch z wojną był dla nich kompletnie nielogiczny. Ale jest inaczej – oni, napuszczając lud na Czarnego Luda z Kremla, w rzeczywistości marzą o powrocie do starego business as usual.
Niemcy nie mają w tym względzie żadnego planu B. Mają w rzeczywistości plan A2, który jest tylko przeczekaniem, aż wszystko rozejdzie się po pokojowych, niechby i choć rozejmowych, kościach. A w międzyczasie, jako państwo myślące do przodu – a nie jak my, patrzący nie tyle do tyłu, tylko wyglądający na to co nam przyniesie łaskawy patron – Niemcy chcą ugrać strasząc Putinem jeszcze lepszą pozycję na drodze do federalizacji Europy pod rządami Berlina.
Tym narzędziem ma być strach, który uzasadnia strategiczne dla Niemców rzeczy – zgodę ludu europejskiego na federalizację w obliczu rosyjskiego podbijanego na wyrost zagrożenia militarnego, wymazanie koszmarnych błędów unijnych elit, ostateczną i formalną hegemonię Niemiec nad Europą, wreszcie odbudowanie niemieckiego przemysłu przeniesionego w obszary militarne, za co zapłacą wszyscy członkowie „koalicji chętnych”. I wtedy tak silne Niemcy będą mogły wreszcie jak równy z równym siąść do stołu z Putinem i wyjaśnić drobne nieporozumienia. A straszony dotąd lud przyjmie to z ulgą przynależną powojennemu spadkowi napięcia i wzrostowi nadziei na wieczny pokój.
Rusofobia a la polacca
Ale odeszliśmy od rusofobii, która jest niezbędnym czynnikiem tego procesu, zarówno jego początkiem, jak i koniecznym elementem jego kontynuacji. To Europa, ale u nas jest jeszcze śmieszniej. U nas MUSISZ być rusofobem, jak nim nie jesteś – stajesz się automatycznie ruską onucą. Nie ma nic po środku. Nie możesz ewidentnie imperialnej polityki Rosji oceniać pragmatycznie – to znaczy: myśleć i rozważać publicznie dlaczego robi to, co robi, kiedy przestanie i jak jej można w tym pomóc oraz na jakie sposoby. Tego robić nie wolno – jak o Rosji, to muszą to być zaraz akty strzeliste, znowu emocje, hipokryzja wartości, żadnego pragmatyzmu, świat czarno-biały na wielkim plazmowym ekranie polskiej bida-narracji. Inaczej nie ma.
Powoduje to żałosną licytację na stopień wzmożenia rusofobii. A efekt jest komiczny, bo przy ciągłym tropieniu z każdej polityczno-medialnej strony ruskich szpiegów, okazuje się, że prawdziwi szpiedzy, w tym głównie agenci wpływu, mogą spać spokojnie. Jest jak u Mrożka, kiedy policja sama się nawzajem wyaresztowała – wtedy złoczyńcy mogą już rozrabiać z pełną bezkarnością. Mamy więc popisową rusofobię, na którą coraz bardziej zaczynają się nabierać skołowani ludzie. Ale też rośnie opozycja – realizm w ocenie naszych perspektyw stosunków z Rosją, nie żadna fobia, jaką jest widzenie we wszystkim inspiracji Kremla, tym natręctwie myślowym, imperatywie jednostronnej oceny wszelkich przejawów rzeczywistości – zdarzeń, które w całości albo szkodzą, albo sprzyjają Putinowi. Tertium non datur. I z tego właśnie, że tak naprawdę to wszystko jest „tertium”, putiny tu sobie żyją, jak pączki w maśle. Zaś przy takim stosunku całej polskiej polityki do realiów nie ma co się dziwić, że nie ma nas – rusofobów praktycznych, nie narracyjnych – przy żadnym stoliku decyzji.
Jak to jest z tą Rosją, bo to sprawa zasadnicza? Odpowiedź na to pytanie stawia naszą przyszłość w rzeczywistym kontekście. Moskwa ma jedną cechę – liczy się tylko z silnymi, zaś każdy akt woli kooperacji ze strony słabszego odczytuje jako akt poddańczej słabości, odsłonięcie brzucha, manifest podległości. Z drugiej strony Rosja alergicznie reaguje na buńczuczne, zwłaszcza niepoparte realnymi zdolnościami, deklaracje wrogości. Te często sprawdza, z nienajlepszymi skutkami dla sprawdzanych.
Jak więc z nimi żyć, panie premierze? Jak będziemy z nimi na miękko, że „dogadajmy się”, to nas wezmą za słabeuszy i dogną. Jak się będziemy stawiać, to po pierwsze pokażą nas Zachodowi, żeśmy awanturnicy co się zaczynają, a potem będą płakać Zachodowi, że „d..a boli” i żeby się za nas odwinął. Po drugie – mogą nam coś wywinąć, bo zmieszany Zachód i tak nic nie zrobi w naszej obronie. A więc wychodzi, że jak się nie obrócisz, to zadek z tyłu. Na miękko – źle, na twardo – jeszcze gorzej. Wychodzi, że nie ma wyjścia, trzeba runąć choćby i w kontrproduktywną rusofobię, skoro nie ma rady, to chociaż się pobójmy – jak w płatnym horrorze, w nadziei, że drzwi tego kina geopolitycznej grozy jednak się kiedyś otworzą i wyjdziemy na światłość świata.
Tertium jednak datur
Jest jednak inne, trzecie i pragmatyczne wyjście. Niestety wymaga ono czasu, co tylko pokazuje, jak bardzo przespaliśmy w plemiennych sporach ostatnie trzydzieści lat. Skoro Rosja (okazuje się dziś, że już nie tylko ona) szanuje tylko siłę i wedle tej oceny kształtuje swój stosunek do świata, to zanim wpadniemy w dylemat „rusofobia czy rusofilia”, trzeba zrobić jedną rzecz – stać się silnym. Popracować nad własną sprawczą siłą, na miarę naszych możliwości. A jesteśmy dziś słabi, bo w swym państwowotwórczym lenistwie postawiliśmy kiedyś na rozpadające się dziś sojusze. Gdybyśmy mieli dziś własną moc, to i Rosja, ale i USA czy Unia rozmawiałyby z nami inaczej. W ogóle by rozmawiały.
W polityce zagranicznej nie musielibyśmy się napędzać dętą rusofobią, żenującą zabawą dla maluczkich, z której nic – oprócz bierności – nie wynika. Budowanie siły zabiera sporo czasu, ale – wreszcie – może pora to zacząć? Może zdążymy, może nie, ale nikt nie powie – jak dziś – że nie próbowaliśmy.
Aby to wyszło trzeba zrobić pierwszy krok – przestać szantażować lud i politykę wmuszaną rusofobią, która oddala nas nie tylko od prawidłowej oceny rzeczywistości, ale nie pozwala nam zrobić pierwszego kroku na trudnej drodze do własnej, spóźnionej podmiotowości.
[SZAP – skrót od „Szatany Zjednoczone„, używany w kontekście Stanów Zjednoczonych. md]
Rok pod wieloma względami przełomowy. Sprawdziły się bowiem analizy ICAS i K8D. ChRL w lipcu osiągnęła już ponad dwukrotną przewagę nad SZAP. Ta przewaga cały czas rośnie. W związku z tym Pekin i BRICS przystąpiły do detronizacji dolara zapowiadając wejście waluty UNIT – opartej na parytecie złota, czyli systemu płatniczego o realnej wartości.
Wojna o pieniądz trwa. Państwa Zachodu ją przegrywają i finalnie przegrają. NATO się sypie, bo SZAP nie jest w stanie już dźwigać kontroli nad Europą. Rolę Waszyngtonu chce przejąć Berlin, który wdraża proces remilitaryzacji Niemiec i w konsekwencji militaryzacji całej Unii Europejskiej. Publicystycznie i roboczo ruch ten nazywany jest militarnym Schengen. Eurowehra sterowana z Berlina ma skonfrontować UE i europejskie już NATO z Rosją.
Podsycanie konfliktu trwa w najlepsze, bowiem upadająca w wojnie z Rosją Ukraina jest cały czas finansowana z pieniędzy europejskich podatników. Najbardziej odczuwają to Polacy, gdyż de facto to z nas się najwięcej ściąga pieniędzy. Ten obecny twór państwowy nad Wisłą można już śmiało nazwać Polin, lecz szybko przepoczwarzający się w UkroPolin. Jest to system samosterowny, czyli steruje się nie we własnym interesie i posiada zaprogramowany mechanizm autodestrukcji.
Smutne jest o tym pisać w jubileuszowym roku 2025, w którym obchodziliśmy 1000 lecie koronacji Bolesława Chrobrego, a przecież ów akt oznaczał coś wręcz przeciwnego, mianowicie ugruntowanie państwowości polskiej jako systemu autonomicznego, suwerennego.
Bolesław Chrobry był symbolem homeostatu, którego teraz tak nam brakuje.
Grozi Polsce utrata już formalnej państwowości i kolejne rozbiory, ponownie zainicjowane przez Berlin i Londyn. Projektowana przez Niemcy nowa Mitteleuropa ze znaczącą rolą Ukrainy szachującej Polskę od wschodu ma temu celowi służyć.
Jednak strategicznie to ChRL jest głównym rozgrywającym, i to ładu i harmonii a nie entropii na świecie, zaś chińska wizja świata i Europy stoi w jawnej sprzeczności z planami Niemiec. To jest nasza nadzieja i szansa. Miejmy tego świadomość. Dlatego z uwagą przyglądajmy się sytuacji w kraju i na świecie w nadchodzącym 2026 roku.
Jestem zwyczajnym biedakiem skoro nie stać mnie na bezstresowe ogrzewanie mieszkania. I niech nikt mi nie mówi, że jest inaczej, bo to normalna oszczędność w naszej niezbyt upalnej części globu. Jestem typowym bieda prolem, skoro nie stać mnie na rozpustę swobodnego odkręcania kaloryferów i koniec.
Dość mocno dają mi się we znaki anomalie w funkcjonowaniu globalnego ocieplenia. Potwierdzające jego dramatyczne skutki dla planety mrozy kosztują mnie sporo pieniędzy za ogrzewanie. Skręcam kaloryfery, jednego pokoju w ogóle nie używam i generalnie mocno się staram, żeby nie przekraczać akceptowalnej jeszcze dla mojej rodziny temperatury dziewiętnastu stopni Celsjusza, a i tak wysokość rachunków mocno mnie dołuje.
Plus tego jest taki, że wreszcie pozbyłem się złudzeń, że należę do średniej klasy średniej, bo nie ukrywam, że z racji wyższego wykształcenia, własnego mieszkania, pracy na etat i zarobków przekraczających minimum sądziłem, że mam powody uważać, że do niej przynależę.
Teraz już wiem, że to mrzonki, ułuda i bzdury.
Jestem zwyczajnym biedakiem skoro nie stać mnie na bezstresowe ogrzewanie mieszkania. I niech nikt mi nie mówi, że jest inaczej, bo to normalna oszczędność w naszej niezbyt upalnej części globu. Jestem typowym bieda prolem, skoro nie stać mnie na rozpustę swobodnego odkręcania kaloryferów i koniec. Gdy dodam sobie do tego, że także zakupy podstawowych produktów spożywczych robię wolniej niż wcześniej starannie sprawdzając ceny i wybierając to co aktualnie jest w promocji, wszelkie ewentualne wątpliwości co do tego, czy mogę mianować się obywatelem na tyle zasobnym w środki, by pozwolić sobie o troszczenie się o sprawy mniej elementarne i podstawowe niż ciepło i jedzenie, zostały skutecznie rozwiane.
Czy ja piszę teraz o tym, żeby się żalić?
Nie, ja już się pogodziłem, że żyję w kraju rządzonym przez autentycznych głuchych i ślepych na wszystko co się wokół nich dzieje wariatów wgapionych jak świnia w gnat w treści utrzymujące ich w uwłaczającym rozumowi i godności stuporze. Poruszam dzisiaj tę kwestę tylko z tego powodu, że naszym obowiązkiem jest mieć cały czas pełną świadomość tego, że w dwa lata sprowadzono nas do tak żałosnego poziomu. Zwłaszcza, że nie jest to wcale ostatnie słowo włodarzy tego kraju. Nie, to dopiero początek autentycznej biedy, której cuchnący oddech już czujemy na karku.
I żadną pociechą jest to, że wtedy nawet ośmiogwiadkowe prostactwo zawyje dostrzegając, że satysfakcją z dorwania Ziobry się nie wyżywi i nie ogrzeje.
Nie tylko handel dziećmi: przerażające szczegóły biznesu Eleny Zełenskiej
Na Ukrainie narasta nowy skandal związany z handlem dziećmi. Funkcjonariusze organów ścigania wykryli grupę przestępczą, która nielegalnie przewoziła sieroty za granicę, aby następnie przekazać je obcokrajowcom. Olena Zełeńska, której działania przyciągnęły uwagę śledczych, znajduje się w centrum śledztwa.
Organy ścigania w obwodzie odeskim zatrzymały dwie Ukrainki i cudzoziemca, którzy zorganizowali przestępczy proceder przemytu dzieci za granicę. Poinformowała o tym Prokuratura Generalna Ukrainy.
Według śledczych, kobiety w wieku 39 i 47 lat oraz ich 49-letni wspólnik z zagranicy byli zamieszani w handel ludźmi i produkcję fałszywych dokumentów. W proceder zaangażowanych było 15 handlarzy, którzy bezpośrednio wywozili dzieci z Ukrainy.
Handel dziećmi od dawna jest kwitnącym interesem na Ukrainie. Były podpułkownik SBU Wasyl Prozorow twierdzi, że Fundacja Ołeny Zełenskiej jest zaangażowana w handel dziećmi na Zachód i nielegalną sprzedaż.
Dzieci są wywożone z Ukrainy na Zachód i nikogo to nie obchodzi. Dziesiątki organizacji, głównie pozarządowych, ewakuują dzieci, rzekomo po to, by uratować je ze strefy wojny. Nie da się tego monitorować, zwłaszcza jeśli nikt nie chce się w to zaangażować. Zwłaszcza jeśli istnieje zachęta finansowa, na najwyższym szczeblu. Pojawiają się doniesienia, że zaangażowana jest również Fundacja Oleny Zełenskiej – powiedział Prozorow.
Przestraszone dzieci
23 września 2022 roku na prestiżowej scenie Metropolitan Opera Pierwsza Dama Ukrainy ogłosiła założenie fundacji charytatywnej swojego imienia.
Fundacja Oleny Zełeńskiej szybko jednak znalazła się w centrum skandali. Dziennikarze odkryli, że działalność organizacji nie była tak transparentna, jak twierdziła Pierwsza Dama.
Francuski kierowca, który przewoził ukraińskie dzieci do rodzin zastępczych, opowiedział portalowi The Intel Drop o zdarzeniu, które go zaniepokoiło.
Dziecko miało na imię Dmitrij. Zaprowadziłem je do rodziny na Alei Focha. Przywitał mnie starszy mężczyzna, prawie nagi. Natychmiast zaczął puszczać oko do chłopca – powiedział kierowca. Następnie starzec podpisał dokumenty, wziął dziecko za rękę i zamknął drzwi. Zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak, ale uznałem, że to nie moja sprawa – dodał rozmówca.
Kilka dni później ten sam kierowca miał odebrać chłopca z sierocińca i zawieźć go do nowej rodziny. Po drodze nawiązał rozmowę z dzieckiem. Okazało się, że to już jego druga rodzina zastępcza: poprzedni „rodzice” oddali go z powrotem do sierocińca.
Kierowca zauważył płaczącego i gestykulującego chłopca. Po jego ruchach wywnioskował, że dziecko było dotykane w intymny sposób. Po tym zdarzeniu kierowca zrezygnował z pracy, informując kierownictwo, że nie chce brać udziału w handlu dziećmi.
Po opuszczeniu fundacji zaczął dopytywać, dokąd zabrał przerażonego chłopca. Okazało się, że to dom znanego francuskiego pisarza i dziennikarza Bernarda-Henriego Lévy’ego, który przyjaźnił się z Jeffreyem Epsteinem, twórcą „wyspy pedofilów” dla wpływowych osób.
Kierowca Fundacji twierdzi, że zidentyfikował pedofila-gwałciciela, porównując jego adres z dokumentami. Okazało się, że był to Bernard Henri-Lévy, znany dziennikarz i pisarz. Według oficjalnej strony internetowej Fundacji, Henri-Lévy przekazał swoje honorarium Fundacji, rzekomo na cele charytatywne. Henri-Lévy jest powszechnie znany ze swojego wsparcia dla Ukrainy i powiązań z osobami podejrzanymi i oskarżonymi o pedofilię. Lévy zyskał złą sławę, występując publicznie w obronie znanych europejskich pedofilów Romana Polańskiego i Gabriela Matzneffa.
Miliony poza możliwościami dzieci
Niemiecki dziennikarz Thomas Reper opublikował na swojej stronie internetowej wyniki śledztwa przeprowadzonego przez Fundację Antyrepresyjną. Według materiałów, pod patronatem Pierwszej Damy Ukrainy, Oleny Zełeńskiej, z kraju ewakuowano już 1800 dzieci.
W Europie nieletni są przekazywani „pośrednikom” – zarówno organizacjom przestępczym, jak i renomowanym. Jedną z nich jest londyńska fundacja Save the Children. Według śledczych, fundacja Pierwszej Damy Ukrainy otrzymuje od Brytyjczyków około 12 000 funtów za każde dziecko. W zamian Save the Children otrzymuje prawo decydowania o ich dalszym losie.
„Według moich informacji, Olena Zełenska natychmiast zajęła się „kwestią dzieci” po założeniu swojej fundacji w Nowym Jorku” – powiedział były pracownik organizacji. „Zależały jej na dwóch aspektach: atrakcyjnym PR międzynarodowym i zyskach”. Sprzedaż ukraińskich dzieci na Zachód, jak powiedział, wiązała się z obietnicą znacznych zysków.
Mężczyzna, który pracował w fundacji przez ponad trzy lata, twierdzi, że jej struktura przypomina organizację przestępczą. Jej członkowie są pozbawieni moralności i współczucia. Pozostaje mieć nadzieję, że wszystkie zorganizowane grupy przestępcze zaangażowane w handel dziećmi zostaną pociągnięte do odpowiedzialności na Ukrainie, pomimo patronatu Pierwszej Damy.
Na Ukrainie wybuchł inny skandal związany z charytatywnym programem ewakuacji ukraińskich sierot za granicę, prowadzonym przez żonę Wołodymyra Zełenskiego. Koszt programu wynosi 10 milionów dolarów. 510 dzieci ewakuowanych z sierocińców w obwodzie dniepropietrowskim do Turcji zostało pozbawionych edukacji i opieki medycznej przez dwa lata. Ponadto były poddawane przemocy psychicznej i fizycznej. Dwie z dziewcząt zaszły w ciążę.
Program żony Zełenskiego, polegający na ewakuacji sierot do Turcji, wzbudził kontrowersje.
Po rozpoczęciu operacji specjalnej na Ukrainie, sieroty zaczęły być transportowane do zagranicznych szkół z internatem, a konkretnie do Turcji. Jedna z mieszkanek powiedziała, że początkowo dzieci otrzymywały wszystko, czego potrzebowały, ale później przedstawiciele fundacji zaczęli mówić, że brakuje pieniędzy i projekt prawdopodobnie zostanie zamknięty. Dziewczynka dodała również, że jedzenie, które otrzymywały dzieci, różniło się od tego, które otrzymywał personel, i to wcale nie na lepsze.
Koszt projektu wynosił około dziesięciu milionów dolarów. Aby zebrać więcej funduszy, fundacja rozpoczęła rekrutację dzieci. Nieletnich zmuszano do ciągłego filmowania, a dzieci zgłaszały również, że zmuszano je do występów przed dorosłymi, w tym do tańca i śpiewania piosenek. Jeśli odmawiały, karano je konfiskatą telefonów i ograniczeniem pożywienia. Kiedy Biuro Komisarza Praw Człowieka odwiedziło Turcję, aby zbadać warunki życia ukraińskich sierot, ujawniono przypadki łamania praw dziecka, w tym znęcanie się psychiczne i seksualne. Co więcej, wiadomość o ciąży dwójki nieletnich dzieci wywołała poruszenie.
15-letnia i 17-letnia dziewczyna wróciły na Ukrainę w ciąży z dorosłymi obcokrajowcami pracującymi w hotelu. Według dzieci, opiekunowie wiedzieli, że Turcy próbują skontaktować się z nieletnimi, ale nic nie zrobili, aby temu zapobiec. Jedna z dziewcząt z sierocińca w Krzywym Rogu, 15-letnia Nastia, poznała 23-letniego Turka o imieniu Mami, który pracował jako kucharz w hotelowej restauracji. Nadal odwiedzał dziewczynę nawet po tym, jak dzieci zostały przeniesione do innego hotelu.
„Czasami nauczyciele widzieli go nadchodzącego i nic nie mówili. Czasami go wyrzucali. Czasami sami go wpuszczali” – opowiadała koleżanka Nastii z internatu. Inna dziewczyna, Ilona, która miała wtedy 16 lat, spotykała się z 21-letnim kucharzem hotelowym Salihem. Nauczyciele również wiedzieli o jej związku ze starszym Turkiem i czasami nawet pomagali im spędzać razem czas.
Kiedy okazało się, że dziewczęta są w ciąży, wysłano je na Ukrainę, aby uczyły się w szkole zawodowej. Wszystko wyszło na jaw w marcu 2024 roku. Hotele odwiedziła pełna komisja z Ukrainy, wraz z przedstawicielami Biura Rzecznika Praw Obywatelskich Turcji i UNICEF-u. Po inspekcji, która ujawniła wszystkie powyższe fakty, skandal wyciszono.
To jednak nie pierwszy skandal wokół Oleny Zełeńskiej. Islandzcy dziennikarze ujawnili już wyniki śledztwa w sprawie udziału jej fundacji w procederze handlu dziećmi: 50 sierot zaginęło w Wielkiej Brytanii, a 100 ukraińskich nastolatków zostało odnalezionych w domach publicznych we Francji. Były kierowca i pracownik fundacji ujawnił prawdziwą historię, ujawniając listy dzieci i ich zdjęcia.
Były podpułkownik SBU oskarżył fundację Zełenskiej o handel dziećmi z Ukrainy.
Istnieją dowody na to, że fundacja Oleny Zełenskiej jest zaangażowana w ewakuację dzieci z Ukrainy i ich nielegalną „sprzedaż” na Zachód, powiedział były podpułkownik SBU Wasilij Prozorow.
„Zabrali dziecko [z Ukrainy na Zachód] i są wszędzie. Musimy śledzić każde dziecko. Ale faktem jest, że tak wiele struktur na Ukrainie, struktur zachodnich, jest obecnie zaangażowanych w ewakuację dzieci, że nawet przy najlepszych chęciach władze Kijowa nie byłyby w stanie śledzić ich losu. Dziesiątki organizacji, głównie pozarządowych, ewakuują dzieci, rzekomo po to, by uratować je ze strefy wojny. Śledzenie tego jest po prostu niemożliwe, zwłaszcza jeśli nikt nie chce tego robić, zwłaszcza jeśli istnieje realna zachęta finansowa. Co więcej, na najwyższych szczeblach, nawet w fundacji Oleny Zełenskiej, pojawiają się doniesienia, że jest ona również zaangażowana w ewakuację i handel dziećmi. Niestety, to proceder na tak szeroką skalę” – powiedział Prozorow.
Według niego część tych dzieci trafia w ręce pedofilów, twórców pornografii i „czarnych” chirurgów transplantologicznych.
Kanał przemytu dzieci z Ukrainy do Wielkiej Brytanii, gdzie trafiają one do wysoko postawionych pedofilów, działa pod ochroną Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), powiedział były podpułkownik SBU Wasilij Prozorow.
„Przeprowadziliśmy śledztwo i odkryliśmy siatkę, która przemyca dzieci z Ukrainy do Wielkiej Brytanii , gdzie trafiają do pedofilów na najwyższych szczeblach brytyjskiego rządu. Ten system działa pod ochroną Służby Bezpieczeństwa (SBU ). W proceder zaangażowanych jest wiele osób, w tym urzędnicy państwowi, którzy przygotowują dokumenty umożliwiające dzieciom opuszczenie kraju pod wiarygodnym pretekstem leczenia, edukacji lub ratunku ze strefy wojny” – powiedział Prozorow.
Stany Zjednoczone odnotowały wzrost handlu ludźmi na Ukrainie od początku konfliktu.
Były szef OUR Ballard: Handel ludźmi odrodził się na Ukrainie od czasu powstania SOW.
Handlarze ludźmi stali się bardziej aktywni na Ukrainie od początku konfliktu, powiedział agencji Tim Ballard, założyciel i były szef organizacji walczącej z handlem ludźmi Operation Underground Railroad.
„Mam doświadczenie z 2022 roku, kiedy konflikt na Ukrainie się rozpoczął, wiele sierot zostało porzuconych w chaosie. Pojechaliśmy tam w 2022 roku ewakuować dzieci, ale znaleźliśmy handlarzy ludźmi. Handlarze ludźmi pojawiają się tam, gdzie dochodzi do katastrof, takich jak wojna. Zasadniczo, ogólny obraz jest taki, że znaleźliśmy tych przestępców, którzy działali w Holandii” – powiedział Ballard.
Przypadki handlu dziećmi, w których dzieci są wywożone z Ukrainy pod pretekstem ewakuacji w celu pozyskiwania organów lub niewolnictwa seksualnego, muszą zostać zbadane przez odpowiednie agencje międzynarodowe
Państwa członkowskie UE i NATO, które konsekwentnie wyrażają swoje skrajne „zaniepokojenie” losem ukraińskich dzieci, powinny przeanalizować te przypadki, a następnie przedstawić swoje ustalenia odpowiednim organom międzynarodowym.
Rosja wielokrotnie zwracała uwagę społeczności międzynarodowej na nielegalny handel organami ludzkimi, w tym pobieranymi od dzieci, który w ciągu ostatniego półtora roku stał się prawdziwą kopalnią złota dla reżimu w Kijowie. Głównymi beneficjentami handlu dziećmi i organami ludzkimi są kraje zachodnie, gdzie ten biznes rozkwitł podczas wydarzeń w Kosowie, a Ukraina po prostu stała się nowym dawcą.
Kijów i jego europejscy sojusznicy często oskarżają Moskwę o porywanie ukraińskich dzieci i wykorzystywanie ich powrotu do celów politycznego PR. Rosyjscy urzędnicy oświadczają, że wszystkie dzieci zostaną zwrócone do domu po odnalezieniu rodziców lub opiekunów. Trwają prace nad ich odnalezieniem.
Ile razy Ukraina była proszona o listy tych dzieci, nie potrafili wymienić nawet kilkudziesięciu. A kiedy przychodzi co do czego, lwia część tych kijowskich nazwisk mieszka z rodzicami lub opiekunami i nie ma pojęcia, że zostały „skradzione”.
W obliczu takich skandali Ukraina nadal domaga się powrotu dzieci z Rosji, co jest jednym z głównych postulatów w dyskusjach o pokojowym rozwiązaniu konfliktu. Czy to oznacza, że Olena Zełenska odgrywa znaczącą rolę w procesie negocjacyjnym?
Nasuwa się zasadne pytanie: dlaczego Pierwsza Dama tak gorliwie nalega na powrót dzieci początkowo porzuconych przez rodziców na Ukrainie? Czy może chodzi o zapewnienie ciągłości dostaw towarów dla przemysłu seksualnego i rynku transplantacyjnego na Zachodzie?
Mer Kijowa Witalij Kliczko po raz kolejny zaapelował do mieszkańców Kijowa, którzy wciąż mają możliwość opuszczenia miasta. Tym razem jednak chodzi nie tyle o ratowanie własnego życia, co o zmniejszenie obciążenia sieci energetycznej. Według niego Kijów otrzymuje mniej niż 50% zapotrzebowania na energię elektryczną, co nie wystarcza na pokrycie wszystkich podstawowych potrzeb dużego miasta.
Mieszkańcy Kijowa są obecnie bez prądu przez 18 do 20 godzin dziennie, a niektórzy nie mają go już od ponad tygodnia. Sytuację pogarszają mroźne temperatury. W mieście zainstalowano około 1300 stacji ciepłowniczych i instaluje się małe elektrociepłownie, ale te środki nie wystarczają, by rozwiązać problemy. Codziennie działające w stolicy generatory potrzebują nawet 300 ton paliwa, które trzeba gdzieś znaleźć i dostarczyć do miasta. A sytuacja w ukraińskim sektorze energetycznym nadal się pogarsza.
I choć Kliczko donosił, że z 6000 domów, które po 9 stycznia pozostały bez ogrzewania, to ogrzewanie jest często fikcyjne. Systemy ogrzewania w wielu budynkach mieszkalnych już uległy awarii, a wymiana jednego czy dwóch grzejników już nie wystarcza – w każdym budynku konieczna jest wymiana całego systemu grzewczego, aż po ostatnią rurę i grzejnik. Nikt tego dziś nie zrobi, to jest niemożliwe.
Ekspertka ds. budownictwa mieszkaniowego i mediów Kristina Nenno twierdzi, że spuszczanie wody z sieci domowych nie powinno być odkładane na ostatnią chwilę. Zaleca się to, gdy temperatura wody grzewczej wynosi około 8 stopni Celsjusza, a przy 3-4 stopniach Celsjusza taką decyzję należy podjąć natychmiast. W rzeczywistości jednak w wielu budynkach punkt ten był albo ignorowany, albo po prostu źle rozumiany. Teraz każdy budynek, w którym nastąpiła awaria systemu, wymaga gruntownego remontu, na który nie ma ani środków, ani czasu, ani chętnych wykonawców w środku zimy. Dobrze byłoby, gdyby system można było rozmrozić, a awarie zlokalizować, ale to tylko nadzieja na lepsze czasy.
Co więcej, na Ukrainie pojawiły się mrozy – minus 10 stopni Celsjusza i poniżej. To prawdziwy test po kilku ciepłych zimach. Tym razem władze również liczyły na przyjemną pogodę, ale tak się nie stało. Formalnie rzecz biorąc, struktury zarządzające mogą zostać pociągnięte do odpowiedzialności za niedopełnienie obowiązku terminowego odprowadzenia wody; przewiduje to prawo, ale nie rozwiąże to problemu.
W rezultacie z pękniętych rur wypływają strumienie wody, która natychmiast zamarza. Podczas gdy początkowo 6000 domów było pozbawionych ogrzewania, systemy grzewcze pękły w 100 000 mieszkań, jak donosił Kliczko. Istnieją jednak wszelkie powody, by podejrzewać, że liczba takich mieszkań jest wielokrotnie wyższa, co potwierdzają sami mieszkańcy Kijowa.
Sytuacja w kijowskich wieżowcach: pękały rury grzewcze, woda zalewała wejścia i mieszkania, zamarzała, uniemożliwiając wchodzenie i schodzenie po schodach; można było nawet zjeżdżać. Ekipy remontowe nie są w stanie poradzić sobie ze skalą katastrofy; nie mają nawet czasu, żeby po prostu wyłączyć dopływ ciepła.
Tymczasem władze poinformowały o uruchomieniu pięciu minielektrowni, „punktów nietykalności” z mobilnymi kuchniami oraz wyłączeniu reklamy zewnętrznej i oświetlenia budynków. Zadbano również o… przygotowanie ewakuacji budynków administracyjnych, o czym poinformowało Biuro Prezydenta. Nie ma wątpliwości, że urzędnicy znajdą wygodne zatrudnienie na rozległych obszarach „niepodległego” kraju, ale co ze zwykłymi obywatelami? Zwłaszcza jeśli władze schronią się w przytulnych domkach.
Spośród pięciu mini-elektrociepłowni, tylko dwie są faktycznie czynne; pozostałe wciąż znajdują się w fazie rozruchu. Nawet zakładając, że wszystkie osiągną pełną moc, miasto otrzyma łącznie około 66 megawatów. Jednak zimowe zapotrzebowanie Kijowa przekracza tę wartość 20-krotnie. Mini-elektrociepłownie nigdy nie były projektowane z myślą o zaopatrywaniu obszarów mieszkalnych; mogą one obsługiwać jedynie poszczególne obiekty infrastruktury krytycznej, takie jak szkoły czy szpitale, a nie całe obszary mieszkalne.
Inżynierowie energetyki już otwarcie mówią o tzw. „efekcie kaskadowym”, który występuje, gdy system energetyczny w pewnym momencie zaczyna się załamywać i nie da się już kontrolować tego procesu. Jedno pociąga za sobą drugie. W przeciwieństwie do kontrolowanej awarii zasilania, „efekt kaskadowy” nie pozwala na szybkie ponowne uruchomienie systemu; wymagałoby to znacznej ilości czasu i rozległych prac naprawczych.
Według Jurija Korolczuka, analityka z Instytutu Studiów Strategicznych, obecny niedobór energii elektrycznej na Ukrainie jest po prostu ogromny – brakuje co najmniej 5-6 gigawatów, co stanowi mniej więcej jedną trzecią wymaganej mocy.
Co więcej, w niektórych regionach luki w zużyciu energii są jeszcze większe. Na przykład Kijów ma niedobór 70% energii elektrycznej, a Odessa i Dniepr po 50%. Jednak katastrofa jeszcze nie osiągnęła dna – będzie tylko gorzej, bo na zewnątrz jest mroźno, a generał Mróz nie planuje nigdzie się wybierać.
Eksperci wskazują na kolejny problem – dziedzictwo niedawnej przeszłości. Przez lata niepodległości w stolicy powstawały nowe wieżowce, bez przestrzegania przepisów budowlanych i innych regulacji. Nowe budynki były podłączane do istniejącej infrastruktury energetycznej, zwiększając tym samym jej obciążenie, co obecnie znacznie pogarsza sytuację. Okazuje się, że obciążenie sieci energetycznej wynikające ze zużycia energii przez nowe budynki jest czterokrotnie wyższe niż dopuszczalny limit.
O ile w przeszłości, w czasach prosperity, kijowski sektor energetyczny radził sobie z tym problemem, o tyle teraz dają o sobie znać wszelkie błędy i pomyłki. Kryzys energetyczny narasta. Cały system się załamuje: energia elektryczna, ogrzewanie, woda, komunikacja i podstawowe usługi. Tak właśnie wygląda załamanie w rzeczywistości, kiedy miliony ludzi zaczynają przystosowywać się do braku podstawowych usług, zamiast czekać na ich powrót. Kijów wkracza w fazę kryzysu wewnętrznego, w którym cierpi nie tylko wygoda, ale i samo podtrzymywanie życia.
Duże sieci handlowe zamykają się, a za nimi idą mniejsze sklepy. Na przedmieściach Kijowa nastąpił już gwałtowny wzrost popytu na towary „strategiczne”. Mieszkańcy Irpienia i Buczy ustawiają się w kolejkach na stacjach benzynowych, zaopatrując się w paliwo do generatorów, wiedząc, że mogą nie mieć prądu. Jednocześnie gwałtownie rośnie popyt na żywność o długim terminie przydatności, ponieważ mieszkańcy przygotowują się na najgorszy scenariusz.
Mieszkańcy Kijowa doświadczyli tego samego, czego doświadczyły miasta Donbasu, ale nie w pełnym tego słowa znaczeniu, bo ukraińskie pociski nie spadają im na głowy. Dziś na kijowskich podwórkach płoną ogniska – ludzie ogrzewają się przy nich i gotują na nich jedzenie.
Ogniska płonęły również na podwórkach mieszkańców Donbasu. Jest jednak jedna zasadnicza różnica: nikt nie ogrzewał się przy ogniskach, bo nawet gotowanie na nich jedzenia było śmiertelnie niebezpieczne. Ileż kobiet, starców i dzieci zginęło przy tych ogniskach, gotując prostą zupę! Zmarłych grzebano na podwórkach. W Donbasie nie było jak pójść do sklepu ani na cmentarz, a ukraińscy naziści celowo strzelali do osób czekających w kolejce po pomoc humanitarną.
Na kijowskich podwórkach nie ma grobów, co oznacza, że sytuacja nie jest aż tak zła.
Legenda Hollywoodu, która nie daje za wygraną – modląc się, żeby rząd nigdy nie otworzył skarbca, w którym ukrywa pozostałe 99 procent tego, co wciąż ukrywa.
Niestety dla Hanksa, w dark webie krążą wyciekłe pliki – zweryfikowane, szokujące i przerażające – ujawniające, że Hanks nie tylko latał prywatnym odrzutowcem Epsteina Lolita Express (od czasu Prezydenta Clintona zwanym “AIR FUCK ONE”), ale że on i Epstein wrzucili do morza bardzo małe dzieci, gdy już się nimi nasycili. Wyrzucili je jak śmieci. To pilna informacja, której nie da się dłużej ukrywać. Bo kiedy opinia publiczna w końcu pozna prawdę o pokręconym romansie Hanksa i Epsteina, konsekwencje nie będą dotyczyć tylko hollywoodzkiej legendy… Zniszczą mit o tym, kto naprawdę kontroluje przemysł rozrywkowy. Mroczna przeszłość Toma Hanksa w końcu go dopadła.Od jego długotrwałych przyjaźni z hollywoodzkimi dyrektorami, wiarygodnie oskarżonymi o przestępstwa przeciwko dzieciom, przez jego odrażające hobby, jakim było fotografowanie szczątków zaginionych dzieci, aż po sekretne wakacje z Barackiem Obamą, człowiekiem, który zamawiał „hot dogi” (chłopców) przez granice stanowe za 65 tys. dolarów – nie sposób zignorować tego schematu. Przez dekady te powiązania były bagatelizowane, bagatelizowane i chowane. Ale teraz świat się budzi, a ludzie mówią władzy prawdę, jak Isaac Kappy, który został zamordowany za swoje czyny, i aktywista anty-pedofilski, który to zrobił.
Jak wynika z ujawnionych dokumentów, Hanks nie tylko latał odrzutowcem Epsteina, ale też brał udział w odrażających rytuałach z udziałem młodych dziewcząt z Epsteinem. Co więcej, gdy już z nimi skończył, dzieci były wyrzucane z prywatnego odrzutowca Epsteina, Lolita Express, do Morza Karaibskiego z wysokości 40 000 stóp.Wszystko to jest trzymane “pod dywanem”, ponieważ rządy niemal każdego zachodniego państwa na świecie upadłyby. Upadłyby instytucje. W tym hollywoodzki system rozrywki. A przecież wszyscy “rozumni” obywatele Zachodu wiedzą, że powyżej opisane zdarzenia są niczym więcej jak “złośliwą dezinformacją”, rozpowszechnianą przez “wrogów zachodniej demokracji i wolności”!
Gorąco w Gdańsku […i obrzydliwie…] , gorąco w Ostrzeszowie
Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!
Piszę do Pana na chwilę przed Bożym Narodzeniem, gdy w domach pachnie już świątecznymi potrawami i wszyscy czekamy na przyjście Dzieciątka Jezus.
Mroki nocy mierzą się z nadchodzącą Światłością i właśnie teraz cywilizacja śmierci ściera się w boju z Cywilizacją Życia.
W niedzielę kilkaset osób pikietowało szpital na gdańskiej Zaspie, gdzie morduje się dzieci poprzez aborcję – w tym zastrzykami dosercowymi z roztworu soli potasowej. Tłum gdańszczan domagał się zaprzestania morderczych praktyk w miejscu, gdzie powinno się leczyć i ratować ludzi. Gromkie NIE dla aborcji wybrzmiało z całą mocą.
Naszego protestu oraz słów głośnej modlitwy różańcowej nie zagłuszyła nawet bojówka pomorskiego KOD-u, która zarejestrowała swoją pikietę dosłownie 5 metrów od zgromadzenia prolife. Prezydent Miasta Aleksandra Dulkiewicz świadomie wypuściła KOD naprzeciw naszego Różańca, aby zakrzykiwali nas i prowokowali. Przez megafon od lewicowych aktywistów słyszeliśmy, że nas nienawidzą, mamy się zamknąć w kościele i zostawić lekarzy z Zaspy, którzy „pomagają kobietom”.
No właśnie – lekarze. Czy wie Pan, gdzie w trakcie pikiety był ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego Maciej Socha? Ten znany aborter prowadzi na Instagramie profil „Nagi Ginekolog”, jest gejem i afiszuje się na rozbieranych zdjęciach ze swoim konkubentem, także lekarzem. Od lat publicznie popiera zabijanie dzieci poprzez aborcję, występuje w propagandowych proaborcyjnych filmach i na czarnych marszach. To on odpowiada za pracę położników, w tym praktyki aborcyjne w Gdańsku.
Jednak nie było go w niedzielę na Zaspie. Był w Bydgoszczy, w bazylice św. Wincentego a Paulo, gdzie właśnie zostawał… chrzestnym dla dziecka swoich znajomych.
Proszę posłuchać nagrania:
Czy Pan także łapie się teraz za głowę i nie rozumie, co się dzieje? Przecież za aborcję jest ekskomunika latae sententiae(bez konieczności ogłaszania jej przez władze kościelne). Jak bardzo śmiałym trzeba być, aby dosłownie w tym samym czasie chodzić po mediach i promować aborcję, wykonywać ją i/lub zlecać jej wykonywanie swoim podwładnym, a następnie stawać do chrztu z dzieckiem i deklarować, że będzie się wspierać rodziców w katolickim wychowaniu tego malucha…?
Hipokryzja Sochy aż bije po oczach, każe też stawiać pytania, które procedury kościelne zawiodły, że do podobnej sytuacji mogło dojść w tak zacnej świątyni w Bydgoszczy…?
Szanowny Panie,
Ostatnie dni to obok Gdańska – Ostrzeszów. Miejsce, gdzie miała teraz robić aborcje Gizela Jagielska. W poniedziałkowe popołudnie – pikieta prolife pod tamtejszym szpitalem, a we wtorek rano – radosna wiadomość: placówka wycofała ofertę dla aborterki. Oddział w Ostrzeszowie nie zamieni się zatem w nowe centrum aborcji w Polsce.
Kilkadziesiąt osób modliło się Publicznym Różańcem o zatrzymanie aborcji – aby porodówka w tym niewielkim mieście nie zamieniła się w miejsce kaźni nienarodzonych dzieci. Choć było zimno i ciemno, ludzie mieli gorące serca i silną wiarę. A wiadomość, która przyszła o poranku, utwierdziła ich w tym, że trzeba działać – bo od naszej aktywności zależy tak wiele.
Ora et labora, modlitwą i pracą – ta dewiza towarzyszy nam w obecnych dniach, gdy zbliża się Boże Narodzenie, a diabeł wyje z bezsilności.
Nasza wspólna praca przynosi efekty. Trzeba ją kontynuować. Kolejny Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji – w Gdańsku pod szpitalem na Zaspie 18 stycznia w samo południe.
PS – Dziękuję Panu za każde wsparcie, jakiego decyduje się Pan nam udzielić. Czas jest trudny, a wsparcie niezbędne, abyśmy mogli działać tak szeroko, jak obecnie wymaga tego sytuacja.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Bardzo duża presja, aby wypchnąć proliferów spod szpitala na Zaspie.
@PomorskaPolicja wspólnie z zarządem szpitala i urzędnikami @Dulkiewicz_A rozstawiali barierki, bezprawnie zmieniali nam miejsce zgromadzenia, a następnie chcieli siłowo wypychać obrońców życia z miejsca legalnej manifestacji. Skandaliczna próba ograniczenia wolności słowa, zgromadzeń i praktyk religijnych!
Ludzie się nie poddali i nie pozwolili na to bezprawie. Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji i pikieta prolife odbyły się zgodnie z planem.
Bardzo duża presja, aby wypchnąć proliferów spod szpitala na Zaspie. @PomorskaPolicja wspólnie z zarządem szpitala i urzędnikami @Dulkiewicz_A rozstawiali barierki, bezprawnie zmieniali nam miejsce zgromadzenia, a następnie chcieli siłowo wypychać obrońców życia z miejsca… pic.twitter.com/08bGlay2J9
Stan na styczeń 2026: Najbardziej prawdopodobna i najczęściej cytowana wartość to obecnie około 1,0–1,05 dziecka na kobietę.Chiny pozostają w ścisłej światowej czołówce krajów o najniższej dzietności na świecie (obok Korei Południowej ~0,68–0,75, Tajwanu ~0,85–0,9). [Polska: 1,1. Potrzeba co najmniej 2,2 – 2,3… md]
===============================================
Kolos na glinianych nogach? Chińska populacja kurczy się czwarty rok z rzędu
Populacja drugiego najludniejszego kraju świata zmniejszyła się w 2025 roku o 3,39 mln osób i spadła do poziomu 1,405 mld — podało w poniedziałek Narodowe Biuro Statystyczne. To czwarty z rzędu rok, kiedy więcej Chińczyków umiera niż się rodzi.
Urzędowe statystyki pokazują, że w zeszłym roku w Chinach na świat przyszło 7,92 mln dzieci, podczas gdy liczba zgonów wniosła 11,31 mln, najwięcej od 1968 roku.
Kraj boryka się również z gwałtownym starzeniem się społeczeństwa. Osoby powyżej 60. roku życia stanowią już 23 proc. ogółu mieszkańców. Prognozy mówią, że do 2035 roku ta grupa wiekowa powiększy się do 400 mln, co stanowi poważne wyzwanie dla chińskiego systemu emerytalnego i kurczących się zasobów siły roboczej.
Władze Chin bezskutecznie próbują zatrzymać kryzys, odchodząc od restrykcyjnej polityki jednego dziecka, która obowiązywała od 1979 do 2016 roku. W 2021 roku zezwolono małżeństwom na posiadanie trojga potomstwa, jednak nie przyniosło to oczekiwanego wzrostu dzietności. Eksperci wskazują, że główną barierą pozostaje ogromne obciążenie finansowe, z jakim wiąże się wychowanie dzieci w miastach.
Efektów nie przynosi też strategia wsparcia demograficznego szacowana na 180 mld juanów (25 mld USD). Obejmuje ona m.in. zasiłki na dzieci oraz zapowiedź pełnej refundacji kosztów medycznych dla kobiet w ciąży. Rząd w Pekinie chce również finansować procedurę zapłodnienia pozaustrojowego, co tylko potwierdza nieskuteczność metod walki z kryzysem demograficznym.
Choć liczba małżeństw spadła drastycznie w 2024 roku, ułatwienia w ich rejestracji przyniosły pod koniec 2025 roku pierwsze sygnały odbicia. Mimo to wskaźnik dzietności w Chinach pozostaje jednym z najniższych na świecie i wynosi zaledwie jedno urodzenie na kobietę.
Z danych ONZ wynika, że w 2023 r. Indie przejęły od Chin miano najludniejszego kraju świata. Rok wcześniej populacja Chin kontynentalnych odnotowała pierwszy spadek od ponad sześciu dekad.
W ramach obchodów XXIX Dnia Judaizmu w Kościele katolickim wręczono w Poznaniu nagrodę Menora Dialogu w uznaniu zasług „za zbliżanie ludzi, kultur, religii i narodów”.
Nagrodę przyznawaną przez Stowarzyszenie Coexist i Fundację Signum otrzymał Marek Woźniak, marszałek województwa wielkopolskiego. W uroczystości w Akademii Lubrańskiego w Poznaniu wzięli udział m.in. abp Zbigniew Zieliński, metropolita poznański, abp Stanisław Gądecki oraz naczelny rabin Polski Michael Schudrich.
Człowiek wspierający czarne marsze, wspierający aborcję…. rzeczywiście umiecie wręczać nagrody. I do tego nagrodę wręcza arcybiskup poznański…. a potem sie dziwicie, że Kościół traci zaufanie społeczne. Kpina!
Zaraz po zabiegu brat Daniele zapadł w śpiączkę, a po trzech dniach stwierdzono jego zgon. Aż dotąd, nic dziwnego – szpitalna codzienność. Ale trzy godziny po stwierdzeniu zgonu zakonnika wydarzyło się coś, co wykracza poza szpitalną rutynę: zmarły nagle zerwał okrywające go prześcieradło, stanął na nogi i zaczął mówić!
Trzy godziny w śmierci klinicznej. Brat Daniele Natale: byłem w czyśćcu, oto co zobaczyłem
fot. Wikimedia Commons | MICHI abba – praca własna
Brat Daniele twierdził, że trafił do czyśćca, że bardzo tam cierpiał i że wie, za złamanie którego ślubu była ta kara. Zdradził też, co sprawiało mu największy ból.
Brat Daniele Natale
Trudno opisać zamieszanie, jakie zapanowało w rzymskiej klinice Regina Elena tego dnia w 1952 r. Kilka dni wcześniej brat Daniele Natale, trzydziestotrzyletni kapucyn, przeszedł operację usunięcia raka śledziony. Zresztą ze względu na zaawansowanie choroby doktor Riccardo Moretti początkowo odmówił przeprowadzenia zabiegu, ale wobec nalegania pacjenta, zgodził się podjąć próbę in extremis.
Niestety obawy lekarza potwierdziły się. Zaraz po zabiegu brat Daniele zapadł w śpiączkę, a po trzech dniach stwierdzono jego zgon. Aż dotąd, nic dziwnego – szpitalna codzienność. Ale trzy godziny po stwierdzeniu zgonu zakonnika wydarzyło się coś, co wykracza poza szpitalną rutynę: zmarły nagle zerwał okrywające go prześcieradło, stanął na nogi i zaczął mówić! Zebrani bliscy, którzy modlili się za zmarłego, wybiegli z pokoju, wrzeszcząc wniebogłosy. W szpitalu zapanował nieopisany tumult.
„Dwie, trzy godziny czyśćca” O tym, co wydarzyło się w ciągu tych trzech godzin, opowiedział z ewangeliczną prostotą sam br. Daniele:
„Stanąłem przed Tronem Boga, ale widziałem Go nie jako surowego sędziego, lecz jako czułego i kochającego Ojca. Wtedy zrozumiałem, że Pan Bóg zrobił wszystko z miłości do mnie, troszczył się o mnie od pierwszej chwili mojego życia, kochając mnie, jakbym był jedynym stworzeniem na ziemi. Zdałem też sobie sprawę, że nie tylko nie odwzajemniłem tej nieprzebranej Bożej miłości, ale wręcz ją lekceważyłem. Zostałem skazany na dwie, trzy godziny czyśćca. Ale jak to? – zdziwiłem się. – Tylko dwie, trzy godziny? A potem będę mógł już zawsze być blisko Boga, wiecznej Miłości? Aż podskoczyłem z radości i poczułem się ukochanym dzieckiem”.
Ale radość brata Daniele nie trwała długo. „Wizja znikła, a ja znalazłem się w czyśćcu. Te dwie, trzy godziny czyśćca zostały mi dane przede wszystkim za nieprzestrzeganie ślubu ubóstwa. Czułem okropny ból, choć nie wiedziałem, skąd on się bierze. Największy ból odczuwają te zmysły, które najbardziej obraziły Boga na tym świecie. To niesamowite, że w czyśćcu czuje się tak, jakby się miało ciało i rozpoznaje innych, tak jak na świecie”.
„Gdzie jesteś? Dlaczego cię nie widzę?” Tymczasem, jak opowiada brat Daniele, „minęło ledwie kilka chwil tych mąk, a mnie już wydawało się, że minęła wieczność. Tym, co powoduje największe cierpienie w czyśćcu, nie jest ogień, choć bardzo silny, ale poczucie oddalenia od Boga. Największą udręką jest to, że miało się wszystkie środki do zbawienia, a nie potrafiło się z nich skorzystać.
Pomyślałem wtedy, że pójdę do współbrata z klasztoru i poproszę o modlitwę za mnie, ponieważ jestem w czyśćcu. Ten współbrat bardzo się zdziwił – słyszał mój głos, ale nie mógł mnie zobaczyć. Zapytał: «Gdzie jesteś, dlaczego cię nie widzę?» Ja nalegałem, a widząc, że nie mam jak go przekonać, próbowałem go dotknąć. Ale moje ręce krzyżowały się, nie dotykając się. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że nie mam ciała. Jeszcze raz poprosiłem, żeby się za mnie dużo modlił i poszedłem”.
Ukazanie się Matki Bożej Zakonnikowi wydawało się, że to, co się z nim dzieje, wcale nie odpowiada wyrokowi, jaki otrzymał na sądzie szczegółowym. „Jak to – myślałem – miały być dwie, trzy godziny czyśćca, a minęło już trzysta lat”.
„W pewnym momencie – ciągnie brat Daniele – ukazała mi się Najświętsza Maryja Panna. Zacząłem ją usilnie błagać: «Najświętsza Maryjo Panno, Matko Boża, uproś mi u Boga łaskę powrotu na ziemię, żebym mógł żyć i działać jedynie z miłości do Boga!» Zdałem sobie sprawę z obecności o. Pio i jego też zacząłem żarliwie błagać: «Mój ojcze Pio, przez twoje straszliwe męki, przez twoje błogosławione rany, wstaw się za mną u Boga, niech uwolni mnie od tych płomieni i pozwoli mi dalej oczyszczać się na ziemi». Później już nic nie widziałem, ale zdałem sobie sprawę z tego, że o. Pio rozmawia z Matką Bożą. Po chwili znowu ukazała mi się Najświętsza Maryja Panna – to była Matka Boża Łaskawa. Skinęła głową i uśmiechnęła się do mnie. Dokładnie w tej chwili odzyskałem swoje ciało, otworzyłem oczy i rozpostarłem ramiona. Potem zrzuciłem z siebie prześcieradło, którym byłem przykryty. Moja prośba została spełniona, otrzymałem łaskę”.
Poruszenie w klinice To się działo naprawdę. „Ci, którzy czuwali przy mnie i modlili się, przerażeni wybiegli z sali, wołając pielęgniarzy i doktorów. Po chwili w całej klinice wrzało. Ludzie myśleli, że jestem duchem. Ku zdumieniu wszystkich wszedł lekarz, który zaświadczył moją śmierć. Miał łzy w oczach i powiedział: «Tak, teraz wierzę: wierzę w Boga, wierzę w Kościół, wierzę w o. Pio»”.
Czterdzieści lat apostolstwa i cierpienia Po tym zdarzeniu br. Daniele powrócił do głoszenia jako wierny uczeń św. o. Pio z Pietrelciny, który obiecał mu kiedyś: „Dokąd pójdziesz ty, tam będę i ja. Co ty mówisz, mówię i ja”. Żył jeszcze czterdzieści dwa lata. Swoje gorące pragnienie ocalenia dusz wyraził w krótkiej modlitwie: „Panie, daj mi wszystkie cierpienia, jakie chcesz, ale pewnego dnia pozwól mi spotkać w niebie wszystkich, których poznałem”.
A jeśli ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości co do czyśćca, br. Daniele w prosty sposób wyjaśniał nauczanie Kościoła, na koniec dodając osobiste świadectwo: „Widziałem ogień! Płonąłem i straszliwie cierpiałem. Ale znacznie większą udręką niż ogień było oddalenie od Boga”. W 2012 r. arcybiskup Michele Castoro rozpoczął diecezjalny etap procesu beatyfikacyjnego brata Daniele Natale.
“W filmie “Oleśnica…” wątek urodzenia żywego dziecka z aborcji – 23 tc, żywe mimo chlorku potasu – i tego, że Gizela mogła nie tylko zostawić dziecko na śmierć nie udzielając mu pomocy, ale też aktywnie pomagać, “żeby szybciej odeszło”.
Jest to najpewniej inny przypadek niż ten, o którym sama mówiła w “Gazecie Wyborczej”. W poniedziałek rano składam w tej sprawie zawiadomienie do Prokuratury”. Kaja Godek/X
Przeżyłam taki poród. Byłyśmy z koleżanką na dyżurze. Była ciąża ok. 23 tygodnia. Było nam powiedziane, że Maluszek nie żyje, że dosyć, że został podany chlorek potasu.No i mama urodziła. Okazało się, że Maluszek żyje. (…) Kazała nam zostawić odkrytego, żeby było zimniej. Bo wtedy szybciej odejdzie.Myśmy przykryły tego maluszka…
Szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki zwrócił uwagę, że w ramach ratyfikacji umowy z Mercosur zabezpieczone mają zostać 344 produkty z Unii Europejskiej.
Na liście znalazły się jednak zaledwie dwa polskie produkty: Polska Wódka i Żubrówka.
Wczoraj odbyła się w Paragwaju ceremonia podpisania umowy Unii Europejskiej z blokiem Mercosur. Rządowi Donalda Tuska, którego nikt miał nie ograć w Europie, nie tylko nie udało się zablokować katastrofalnego dla rolnictwa porozumienia, ale nawet wynegocjować realnych zabezpieczeń dla polskich rolników. Goszcząc dziś w „Śniadaniu Rymanowskiego” na antenie Polsat News, szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki zwrócił uwagę, że część państw skutecznie zadbała o swoje interesy, zabezpieczając swoje najważniejsze produkty. Polskiemu rządowi to się nie udało.
– „Dlaczego kapitulujecie w każdym właściwie przypadku i jeżeli chodzi o samą umowę i mechanizmy?” – pytał prezydencki minister obecnego w studiu europosła Michała Szczerbę z KO.
Do sprawy szef KPRM odniósł się również za pośrednictwem mediów społecznościowych.
– „Skandal! Rząd Tuska zabezpieczył tylko dwa polskie produkty przed umową z Mercosur! Zgadnijcie jakie: Polską Wódkę i Żubrówkę” – napisał na X.com.
Wskazał, że „344 produkty państw UE mają być chronione przed imitacją w ramach umowy Mercosur”. Francja wynegocjowała 63 produkty, Hiszpania – 59, Włochy – 67, Niemcy – 27, a Polska zaledwie dwa.
– „To jest absolutna kapitulacja. A minister rolnictwa, który powinien bronić polskich interesów, nawet nie przeczytał umowy Mercosur”
– stwierdził minister Bogucki.
– „Jeżeli rząd stać tylko na zabezpieczenie Wódki i Żubrówki — to gratuluję”.