„Związek Nowego Testamentu ze Starym jest jednak w gruncie rzeczy tylko powierzchowny, przypadkowy, ba, wymuszony, a jak już wspomniano, jedynego punktu zaczepienia dostarczyły nauce chrześcijańskiej dzieje grzechu pierworodnego, zresztą w Starym Testamencie odosobnione i z których dalej nie czyni się użytku.”
Co nie przeszkadzało modernistycznemu Kościołowi zmienić Lekcjonarza i codziennie wierni są faszerowani wyłącznie Starym Testamentem. Dobrze, że chociaż Ewangelię jeszcze czytają, ale wiele wskazuje na to, że mogą sięgnąć do Talmudu…
Jedyna „prawdziwa” religia po Wielkim Resecie, czyli „Odnowa” w duchu… masońskim.
Masoni już od wieków powtarzają: „wszystkie religie są sobie równe”; „wszystkie religie powinny stopić się w jedną”. Ich problemem była jednak odpowiedź na pytanie: jak to w praktyce zrobić? I tak, na przykład, w odniesieniu do chrześcijaństwa zastosowali metodę poganizacji bezpośredniej (e odniesieniu do prawosławia) i metodę „reformy’” (w odniesieniu do katolicyzmu).
Metoda zastosowana w stosunku do prawosławia w znacznej mierze się udałą (pisałem o tym dużo w książce pt. „Masoneria polska 2022. Polska w kleszczach masonerii”). Planowali trzy reformy (reformacje) katolicyzmu: pierwsza – luteranizm, druga – kalwinizm, trzecia doktryna różokrzyża, czyli ostatecznie, w efekcie, tzw. chrześcijaństwo wodnikowe.
To nie do końca się udało, choć spowodowało rozczłonkowanie, osłabienie oraz rozwodnienie katolicyzmu. Różokrzyżowcy, którzy pojawili się przed powstaniem protestantyzmu i zainicjowali go oraz starali się przyspieszyć „reformy” mieli, na podorędziu, jeszcze jeden pomysł, który zaczęli realizować powoli w pierwszych latach XX Wieku.
Paul Sedir, jeden z dzisiejszych ideologów Różokrzyża stwierdza w pracy pt. „Różokrzyżowcy. Historia i nauka”, że jedną z najważniejszych postaci, W świetle tej doktryny, jest anioł (a raczej demon), który nazywa się Iilias Artista, i który „ujawnia się światu poprzez nich (Różokrzyżowców dop. S. K.) za ich ofiarną zgodą” — „wciela się w istoty dobrej woli, które „o przywołują”. Max Heindel, inny współczesny ideolog Różokrzyża, mówi, w pracy pt. „Światopogląd Różokrzyżowców. Ezoteryczne chrześcijaństwo przyszłości”, o duchach Lucyferów. Aniołowi ci zagnieżdżają się w ludziach, zyskując w ten sposób, jako duchy, nowe możliwości poznania i działania. Robią to za zgodą ludzi, ofiarowując im za to wolność i elementy boskości. Max Heindel pisze w cytowanej tu już pracy, że po śmierci Chrystusa „Wielki Duch Słońca wyzwolony został z fizycznego ciała Jezusa i z własnymi ciałami wstąpił w Ziemię”. Stwierdza: „Od tej chwili ścieżka wtajemniczenia stoi otworem dla wszystkich, którzy chcą na nią wstąpić”.
W ten sposób, stwierdza Heindel, „rozpoczyna się epoka Ducha Świętego, który jest istotą stojącą wyżej człowieka, kimś innym niż Syn i Ojciec”. Rozpoczęcie się epoki Ducha Świętego spowodowało, że Apostołowie nim napełnieni mówili różnymi językami. „Osiągnąć to może każdy – kto szczerze dąży do zjednoczenia z Duchem Świętym. Wtedy zacznie on mówić różnymi językami”l
Jednym z pierwszych „duchaczy” był, żyjący w XVIII wieku, hrabia St. Germain (późniejsza, jak mówią Różokrzyżowcy, reinkarnacja Christiana Rosenkrauza, założyciela Zakonu Różokrzyżowców), który mówił wszystkimi językami, a ludzie, którzy z nim rozmawiali przekonani byli, że jest on tej samej narodowości, co oni. „On również osiągnął – jak stwierdza Heindel – pełne zjednoczenie z Duchem Świętym”. Duch Święty to był, w założeniu Różokrzyżowców (ojców masonerii), w istocie, Szatan. W poszczególnych wspólnotach tej sekty, gdy objawiał się „Duch Święty” objawiały się, w istocie, różne demony.
Tę koncepcję ukrycia Szatana i demonów pod przykrywką Ducha Świętego podjęło na przełomie XIX i XX wieku kilku amerykańskich masonów.
Najważniejszy był tu niejaki Charles Parham (1873-1929). Można znaleźć wiele wiarygodnych źródeł mówiących o przynależności Parhama do masonerii i zajmowaniu w niej wysokiego stanowiska (podaję je w książce pt. „Masoneria polska 2018.Wojna demonów”). Parham był również przez wiele lat aktywnym członkiem Ku Klux Klanu.
Trzeba przypomnieć, że Ku Klux Klan był organizacją masońską. Założył go ojciec masonerii amerykańskiej Albert Pike uznawany za jeden z największych, o ile nie największy, autorytet masonerii. Dodajmy,że zachował się list Parhama do żony z 1928 r., z jednej z jego podróży, w którym pisał, że wiezie młotek jako prezent dla loży masońskiej będący wyrazem szacunku („I am going to bring a gavel home with me I am going to present it to the Masonic lodge in Baxter Springs with my respects”).
Partham był założycielem ruchu zielonoświątkowców. Za jego sprawą nastąpiło w pierwszy dzień 1901 r. pierwsze „zstąpienie Ducha Świetnego”. Parham „sformułował pierwotną zielonoświątkową doktrynę”. Jej punktem wyjścia było twierdzenie, że gdy ma miejsce „Chrzest w Duchu Świętym”, następuje też „mówienie językami” i jest ono „biblijnym dowodem”, że on się odbył. Do istoty tej doktryny należy zaliczyć przeświadczenie, że „doktrynalne idee” wypracowuje się w „prywatnej medytacji” jako efekt swoistego dialogu z Duchem Świętym.
Parham odrzucał wszelkie autorytety twierdząc, że „Duch Święty porozumiewał się z nim bezpośrednio”. Stąd mógł przyjmować „dogmaty”, których jakiegokolwiek potwierdzenia nie można było znaleźć w Piśmie Świętym. Warto w tym momencie podkreślić, że w takim ujęciu, jakie proponuje Parham, występuje bezpośrednia relacja człowieka z Duchem Świętym, poza Chrystusem.
Zauważmy, że Zielone Świątki – święto Zesłania Ducha Świętego było zawsze (przed Soborem Watykańskim II) świętem powstania Kościoła. Zesłanie Ducha Świętego nastąpiło ten jeden raz i apostołowie zmienili się w biskupów i pojawiła się sukcesja apostolska oraz wszystkie tego konsekwencje.
Następne zesłanie Ducha Świętego, gdyby, teoretycznie rzecz biorąc, się pojawiło byłoby ustanowieniem przez Boga nowego Kościoła. To jednak jest niemożliwe, a oczywiste jest, przynajmniej dla katolika, że duch, który przyszedł na wezwanie Parhama to nie jest Duch Święty, to jest sam Szatan lub któryś z demonów.
Minęło 66 lat (znamienna liczba, prawda?), i jak pisze Maria Kominek w materiale pt. „Odnowa w Duchu Świętym”: „W roku 1967 czterech członków pewnej katolickiej grupy modlitewnej z Pittsburgha, stan Pensylwania nawiązało kontakt z pewną międzywyznaniową grupą protestancką. Ciekawostką jest, że dwie osoby z tej grupy było wykładowcami teologii na uniwersytecie w Pittsburghu. Na kolejnym ”spotkaniu doszło do modlitwy nad nimi, nałożono na nich ręce. Byli to Ralf Keifer i Patrick Bourgeois. Zaledwie w tydzień potem Ralf Keifer nałożył ręce na inne osoby, które też otrzymały dar glosolalii. I tak Pentecostyzm wszedł do Kościoła Katolickiego. Dalej – można prześledzić ciąg nakładania rąk i otrzymywania charyzmatycznych owoców chrztu w Duchu Świętym. Można prześledzić rozprzestrzenianie się ruchu w środowiskach luteranów, metodystów, anglikanów itd. Zawsze będzie tak samo – przekazywanie daru przez nakładanie rąk przez kogoś na kogo uprzednio nałożono ręce. Rzec by można sukcesja metodysty Parhama. O tym się nie mówi, jakoś się tego nie zauważa. Ale jest to bodajże najistotniejszy element ruchu Odnowy”.
Początkowo Odnowa w Duchu Świętym działająca w ramach Kościoła katolickiego starała się o to, by postrzegano ją jako ruch czysto katolicki. Później była coraz bardziej „ekumeniczna”. Coraz więcej jej wspólnot odchodziło z Kościoła przechodząc do protestantów lub tworząc własne „kościoły”. Dobry jest tu przykład z Kalisza. Oto co czytamy w Wikipedii: „Centrum Chrześcijańskie Miecz Ducha w Kaliszu — związek wyznaniowy powstały na bazie początkowo rzymskokatolickiej grupy charyzmatycznej (Ruch Odnowy w Duchu Świętym), zarejestrowanej w 1998 jako niezależny protestancki Kościół Chrześcijański Miecz Ducha”. Obecnie już często nie ukrywa swojego niekatolickiego charakteru, a jej liderzy, tacy jak Marcin Zieliński, mają wsparcie wielu biskupów (np. abp. Grzegorza Rysia).
Charyzmatycy to dziś jedyny chyba żywy ruch w ramach protestantyzmu i liczebnie dominujący. Charyzmatycy przejmują Kościół katolicki i dezintegrują oraz rozwadniają katolicyzm. W sposób wyjątkowy zdominowali całe chrześcijaństwo Ameryki Południowej.
W 2017 r. zareagował na to ks. bp Andrzej Czaja podczas XXVI sympozjum dla księży rekolekcjonistów, ojców duchownych i spowiedników kapłańskich, które odbyło się na Jasnej Górze. Wygłosił tam, w dniu 24 stycznia referat pt. „Problem pentekostalizacji chrześcijaństwa”. Na początku powiedział: „Chodzi o zjawisko, które ma już miejsce w naszym Kościele, a stanowi zagrożenie dla jego tożsamości i jedności oraz rozwoju duchowego poszczególnych wiernych, nie wyłączając duchownych”.
Szatan, za pośrednictwem Różokrzyżowców, a potem masonów i Parhama, wtłoczył ruch charyzmatyczny w chrześcijaństwo. Tego samego dokonał z judaizmem tworząc specyficzny dla niego ruch charyzmatyczny chasydyzm, którego najsilniejszym dziś nurtem jest Chabad Lubawicz.
To samo stało się z islamem, w którym ruchem charyzmatycznym (wysoko cenionym przez Różokrzyżowców i masonów) stał się sufizm (to z reprezentantem sufizmu szejkiem Ahmedem Al-Tayyeb, imamem Al-Azhar w swoim czasie papież Franciszek podpisał umowę o współpracy i „braterstwie”). . Pisałem o tych „charyzmatykach” obszernie w takich choćby książkach jak „Masoneria, islam, uchodźcy” czy „Masoneria polska 2018. Wojna demonów”.
Ruchy charyzmatyczne w trzech wielkich religiach zmierzają do tego, by wtopić się w swoje macierzyste religie. Ich celem, jak łatwo się domyśleć, jest zdominowanie tych religii, a następnie stopienie się w jedna wszechświatową, demoniczną religię.
Jeśli nawet szatanowi i masonerii udałaby się realizacja integracji „ruchów charyzmatycznych” (a jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że to nastąpi) w jedną światowa religię i zepchnięcie na margines chrześcijaństwa, judaizmu i islamu, to i tak, w istocie to nie będzie religia jednego „boga” (Szatana). Ludzkość wróci bowiem wtedy, w ten sposób, do swoich najbardziej prymitywnych, pogańskich początków i zacznie królować, w praktyce, politeizm, a zatem to co jeszcze kilkadziesiąt lat temu nazywano ciemnotą i zabobonem. W każdej bowiem wspólnocie „charyzmatycznej” bogiem będzie inny demon. Początkowo zapewne każdy z nich będzie używał imienia charakterystycznego dla danego „ruchu charyzmatycznego”. Demony w „chrześcijańskich” wspólnotach będą więc, przez jakiś czas, nazywane Duchem Świętym.
Zauważmy, że „kościół” Zielonoświątkowy już u samych swoich początków zaczął się, wśród kłótni i sporów, dzielić. Potem „kościoły” zielonoświątkowe wciąż mnożyły się jak króliki. W samej Polsce takich „kościołów” jest kilkanaście, a razem z tymi, które powstały poprzez odejście wspólnot Odnowy w Duchu Świętym z Kościoła katolickiego kilkadziesiąt.
Najpewniej w przyszłości, po Wielkim Resecie, demony działające w tych wszystkich „kościołach”, wspólnotach „judaistycznych” i „islamskich” ujawnią swoje prawdziwe imiona i nakażą oddawać cześć bezpośrednio sobie.
Zgodnie z Konstytucją, politykę zagraniczną prowadzi rząd oraz Prezydent RP współpracujący z Prezesem Rady Ministrów i ministrami. Tymczasem, mimo że konstytucja się nie zmieniła, dyplomację postanowił wziąć w swoje łapska marszałek Sejmu. Wygłosił przemówienie, w którym obraził prezydenta Stanów Zjednoczonych, i tym samym samozwańczo mianował się trzecim ośrodkiem władzy wykonawczej w Polsce, prowadzącym politykę zagraniczną.
Warto ten przypadek opisać, bo skupia, jak w soczewce, wszystkie patologie polskiej polityki, a w mediach rozegrany została w wyjątkowo fałszywym świetle. To było tak: Spiker Izby Reprezentantów wystąpił z prośbą, by Sejm poparł kandydaturę Donalda Trumpa do pokojowej nagrody Nobla. Kancelaria Sejmu udzieliła odpowiedzi w wyważonym tonie. I na tym by się skończyło, gdyby nie to, że Włodzimierz Czarzasty postanowił urządzić medialny cyrk – wyszedł do kamer i zbeształ Trumpa. Po takiej prowokacyjnej zaczepce, ambasador USA oświadczył, że „ze skutkiem natychmiastowym nie będziemy już utrzymywać kontaktów ani komunikować się z marszałkiem Sejmu”, i podał, jako powód, „oburzające i nieuzasadnione obelgi pod adresem prezydenta USA”. A dalej poszło jak z górki – mieliśmy, jak się dawniej mówiło, awanturę na cztery fajerki. Swoje dołożył Sikorski i jego żona. A potem, jak nakręcane małpki, z pudełka wyskoczyli inni ministrowie, posłowie i redaktorzy od Michnika.
W czyim imieniu wypowiadał się Czarzasty? Od Sejmu nie potrzymał mandatu i nie miał do tego konstytucyjnego prawa. Kto go nakręcił? Tusk, Sikorski i wszyscy, którzy wcześniej atakowali prezydenta RP za mieszanie się do polityki zagranicznej, choć ten ma do tego prawo. Mało tego – Radek Sikorski zapowiedział, że zażąda wyjaśnień, ale nie od Czarzastego, tylko od ambasadora USA, od którego chciał się dowiedzieć, czy zapowiedź zerwania kontaktów z Czarzastym jest oficjalnym stanowiskiem Waszyngtonu.
To nie był podyktowany emocjami wyskok. To była skrojona na zimno prowokacja, obliczona na pogorszenie relacji z USA. Bo wykluczone, aby Czarzasty nie skonsultował wystąpienia z Sikorskim, Sikorski działał bez zgody Tuska, a Tusk bez instrukcji z Berlina. Cele były trzy: Rozbujać emocjonalnie elektorat dyszący skrajną nienawiścią do Trumpa. Sprowokować PiS do obrony „ucieleśniającego butę i arogancję” ambasadora, i tym samym wmówić Polakom, że PiS jest ślepo proamerykański, a oskarża nas o wiszenie u klamki kanclerza Niemiec. No i podlizać się patronom z Berlina. Miało to też szerszy, niż realizacja politycznego zamówienia wymiar. Czarzasty tak naprawdę powiedział: Trump, nienawidzimy cię za wszystko, a szczególnie za to, że zamknąłeś agencję USAID, która futrowała lewaków na całym świecie miliardami dolarów, bez których nie odzyskalibyśmy władzy w Polsce.
Tusk czerpie pełnymi garściami z metod bezpieki stosowanych w czasach partyjnej młodości Czarzastego: „dobry milicjant, zły milicjant”. Przy czym za złego milicjanta robi Czarzasty, a za dobrego milicjanta robi Kosiniak-Kamysz, który przymilał się do ambasadora: Polska to jeden z najpewniejszych sojuszników Stanów Zjednoczonych (…) To jest zauważone i docenione przeze naszych sojuszników ze Stanów Zjednoczonych”. Ale nie najważniejsze jest to, czy na dobrego milicjanta Władka dał się nabierać Tom. Bo jakimi trzeba być durniem i zaprzańcem, żeby z Polski uczynić najbardziej antyamerykańskiego harcownika, lidera w szarpaniu za nogawki Trumpa.
Tom Rose zjednoczył polską scenę polityczną. W obronie Czarzastego zgodne były KO i PiS, skrajna lewica i skrajna prawica, żydokomuna i front gaśnicowy. Słowa ambasadora oburzyły prezydent RP: „To nie jest dobre dla Polski, jeśli ambasador obcego państwa, nawet wielkiego mocarstwa i naszego przyjaciela, dyscyplinuje polskiego marszałka Sejmu”. Przypływ narodowej dumy poczuli internauci, uznając Czarzastego za „prawdziwego męża stanu i patriotą”, który pokazał, że polska to suwerenne państwo, któremu „nikt nie podskoczy”. Ci sami, którzy pielgrzymowali do rezydencji Marka Brzezińskiego, żebrząc o pomoc w obaleniu polskiego rządu i o kasę z USAID, ta sama banda zaprzedanych renegatów przeistoczyła się nagle w niezłomnych obrońców polskiej godności i na wyprzodki jęła wycierać sobie gęby polską racją stanu.
Najbardziej dziwiło, że do akcji włączył się Sławomir Mentzen, biorąc Czarzastego w obronę: To, że posłowie to głąby i wybrali postkomunistę to jedno, ale to jest nasz postkomunista i żadni Amerykanie nie będą nam mówić, kto ma być marszałkiem polskiego Sejmu. Zażądał też, aby MSZ wezwało ambasadora „na dywanik” i wskazało mu „swoje miejsce w szeregu”. Mentzen przeoczył jednak, że ambasador nie żądał dymisji Czarzastego ani nie wskazał, kto ma zająć jego miejsce. Zarzut lidera Konfederacji był więc naciągany i wymyślony na potrzebę obrony „naszego postkomunisty”. Pod tym, że Czarzasty to „nasz postkomunista” nie podpisali się wyborcy Konfederacji. Podpowiedzieli natomiast Mentzenowi, żeby wypowiadał się w swoim imieniu i mówił o „moim postkomuniście”.
Na pochyłe drzewo to i koza wlezie – tak mówi stare polskie porzekadło. Kiedy kilkudziesięciu obcych ambasadorów podpisało się pod listem wspierającym wyuzdany marsz pederastów i lesbijek\, a w ślad za nim ambasador Irlandii wraz ze swoim mężem pląsał się na warszawskich ulicach, ambasador Szwecji złożył kwiaty przy tęczy na Placu Zbawiciela i obściskiwał się publicznie z Robertem Biedroniem, przecieraliśmy oczy ze zdumienia. To był klasyczny przykład mieszania się dyplomatów obcych państw w wewnętrzne sprawy państwa, które ich gości. No, ale trudno się dziwić, skoro polskie państwo – zacytujmy Bartłomieja Sienkiewicza – istnieje tylko teoretycznie. W normalnym, czyli szanującym się państwie, potrzebna była reakcja MSZ, wezwanie wszystkich, którzy list podpisali do MSZ i żądanie wyjaśnień. Tymczasem to premier Mateusz Morawiecki tłumaczył się przed sygnatariuszami listu, jakim to tolerancyjnym krajem od wieków jest Polska, a jego minister wyraził ukontentowanie, że w liście nie powiela się kłamstw o „strefach wolnych od LGBT”. A jaka powinna była być właściwa reakcja? Ambasador RP w Berlinie inicjatorem listu ambasadorów przeciwko „zatrważającemu wzrostowi antysemityzmu w Niemczech”.
W kwietniu 2022 roku rozpoczęła się egzekucja komornicza poradzieckiego kompleksu budynków przy ul. Sobieskiego 100 w Warszawie, znanego jako „Szpiegowo”. Przed bramą posesji pojawili się przedstawiciele miasta. Zjawił się także ambasador Ukrainy w Polsce Andrij Deszczyca, który przekazał mediom, że zamierza wejść na budynek i zawiesić flagę ukraińską oraz autorytatywnie zapewnił, że budynki będą służyć Ukrainie i Ukraińcom. Wygłosił też zaskakujące słowa: Mam dla nich (Rosjan) propozycję. Oni niech dają nam Donbas i Krym, my oddamy wam „Szpiegowo”. A w tym samym czasie deputowani partii Swoboda rozpoczęli w Radzie Najwyższej Ukrainy prace nad ustawą o roszczeniach terytorialnych wobec Polski, a Deszczyca publicznie oskarżał Polaków o ludobójstwo na Ukraińcach. Na te bezczelne słowa nie zareagował MSZ. Nie protestował prezydent Warszawy. A jedyną reakcjąprezydenta Andrzej Duda było nadanie Deszczycy Krzyża Komandorskiego z Gwiazdą Orderu Zasługi, „w uznaniu znamienitych zasług w rozwijaniu współpracy między Polską i Ukrainą”.
Na ambasadora amerykańskiego się oburzali, ale milczeli, gdy w ordynarny sposób traktowali ich dyplomaci z pewnego gównianego, tropikalnego państewka. Za słowa „Język, którym mówi się o PiS, […] mamy być tak traktowani, jak Żydzi przez Goebbelsa”, jak uczniaka obsztorcowała wicepremiera polskiego rządu ambasador Izraela Anna Azari: „Ja po prostu nie chciałabym widzieć więcej takich cytatów”. Piotr Gliński tylko się oblizywał a jego pryncypał premier tchórzliwie milczał. Dodajmy tylko, że tyle pogardy wykazała wobec prożydowskiego fanatyka, który dał 100 milionów na żydowski cmentarz i drugie tyle na żydowski teatr. Podobnie rozbestwiali się jej poprzednicy. Dawid Peleg wezwał do bojkotowania wicepremiera i ministra edukacji Romana Giertycha za to, że na listę lektur szkolnych wpisał książkę Adolfa Dobraczyńskiego. Alexander Ben Zwi pozwolił sobie na ocenę: „Jak Konfederacja wejdzie do Sejmu, to Będziemy mieli problem”. Dlaczego powiedział „My”? Ano dlatego, że ambasador Izraela w Warszawie jest wśród swoich i zawsze zabiera głos, jakby był członkiem polskiego rządu.
Przykładów nieobyczajnych zachowań dyplomatów jest mnóstwo:
1. Ambasador USA Victor Ashe na stronie ambasady zamieszcza informację, że loża B’nai B’rith zajmuje się odzyskiwaniem majątków pożydowskich i obwieszcza, że z szefem loży omawiał „kwestie związane z Radiem Maryja i Telewizją Trwam”.
2. Ambasador Rosji szarogęsi się przy pomniku sowieckiego generała, który decyzją miejscowego samorządu miał zostać rozebrany, bo generał (zresztą żydowskiego pochodzenia) był odpowiedzialny za mordy i zsyłkę do łagrów setek żołnierzy wileńskiej brygady AK.
3. Prezydent Wrocławia przyznaje (albo wygaduje się), że interwencja Policji wobec demonstrujących na wykładzie Zygmunta Baumana odbyła się na żądanie konsula Niemiec.
4. „Otwarta Rzeczpospolita” – zbiegowisko specjalistów od walki z polskim „szowinizmem i antysemityzmem” składa donos do ambasady Holandii, a ta finansuje publikację „Mowa nienawiści”, brutalnie ingerując w wewnętrzne sprawy Polski i nawołując do represji karnych wobec obrońców dobrego imienia Polski.
To nie pierwszy raz, gdy o ambasadorze USA w Polsce robi się głośno. Gdy Georgette Mosbacher zabrała głos w obronie TVN, oskarżano ją, że broni racji żydowskich, że jest wysłanniczką lobby żydowskiego w Waszyngtonie i że jest Żydówką. Tymczasem nie była taka straszna, jak ją malowali. Bo broniła nie interesu żydowskiego, lecz biznesu amerykańskiego, bo miała do tego prawo, a nawet psi obowiązek. No i nie jest Żydówką, ale prostą amerykańską dziewuchą z prowincji, a żydowsko brzmiące nazwisko odziedziczyła (wraz z milionami dolarów) po żydowskim mężu. A polskie władze? Zamiast przekazać do Białego Domu, że TVN to oszczercy Donalda Trumpa, tchórzliwie położyli ruki po szwam i pospieszyli z zapewnieniami o wolności słowa.
W Stanach Zjednoczonych jest taki zwyczaj, że prezydent którzy go wspierali w nagrodę obdziela stanowiskami. Ma to plusy, bo taki ambasador ma bliski kontakt z prezydentem. Mosbacher kilka razy udowodniła, że jest w stanie pomóc w organizowaniu spotkań, i to w błyskawiczny sposób, między prezydentami. To ona pomogła w zniesieniu upokarzających restrykcji wizowych (o co polska dyplomacja – jeśli w ogóle jest coś takiego – zabiegała nieskutecznie przez lata). Innym plusem było to, że nigdy nie podnosiła, w przeciwieństwie do swych poprzedników, kwestii majątków pożydowskich. Dowodem na to, że taka była: Po odejściu Trumpa i odwołaniu Mosbacher z Warszawy, triumfowała żydowska gazeta dla Polaków, firmowana przez Bidena administracja okazała się żydokomunistyczną rekonkwistą, a w osobie Trumpa utraciliśmy sojusznika. I gdy w Warszawie pojawił się Mark Brzezinski… zatęskniliśmy za Mosbacher.
A co do obrony przez Mosbacher amerykańskich biznesów i obrony przez Rose dobrego imienia prezydenta, to odnotujmy, że w historii dyplomacji III RP nie było przypadku, żeby ambasador RP interweniował w obronie prezydenta swego kraju, jak i dobrego imienia Polski. A co do obrony polskich interesów, to polskim biznesmenom doświadczenie mówi, żeby nie tylko nie zwracać się o pomoc do polskiej ambasady, ale unikać z nią wszelkich kontaktów i szerokim łukiem obchodzić jej siedzibę.
Gdy media w Polsce podały sensacyjną wiadomość, że „wychodzący z nocnego klubu studenci izraelscy zostali pobici przez napastników posługujących się językiem arabskim”, reakcja była natychmiastowa – polskie MSZ wydało oświadczenie, a ambasador RP w Izraelu obwieścił: „Ohydny akt barbarzyństwa. Nie ma uzasadnienia dla przemocy. Wierzę, że sprawcy zostaną wkrótce aresztowani. Życzę Yotamowi i innym szybkiego powrotu do zdrowia”. Z banalnego incydentu, którym powinien zająć się policyjny stójkowy, władze polskie zrobiły międzynarodową aferę. Polskie MSZ natomiast tchórzliwie milczało, gdy na ogrodzeniu nasze ambasady w Tel Awiwie namazano swastykę oraz graffiti: „mordercy spieprzajcie” i „polskie gówno”. MSZ nie dało się „sprowokować” nawet wówczas, gdy składający się z marcowych emigrantów tłum wdarł się na teren polskiej placówki i opluł polskiego ambasadora, a na publicznej plaży w Ejlacie kamieniami oraz wyzwiskami „Dobry Polak to martwy Polak” obrzucono polskich turystów. Głosu nie zabrało ani polskie MSZ, ani sam opluty, czyli ten, który podbicie oka Yotamowi nazwał „ohydnym aktem barbarzyństwa”.
Marek Magierowski, bo o nim mowa, okazał się faktycznie ambasadorem Izraela w Tel Awiwie. To dość powszechna praktyka w polskojęzycznej dyplomacji. Ryszard Schnepf był ambasadorem Izraela w Waszyngtonie (równocześnie akredytowanym przy tamtejszej gminie żydowskiej). Jan Piekło był ambasadorem Ukrainy w Kijowie, a pierwszy ambasador Rzeczypospolitej przy Unii Europejskiej, po tym jak odwołano go z urzędu za to, że zezwalał na manifestacje antyrządowe na schodach ambasady, natychmiast przeszedł na obcą służbę – został ambasadorem UE w Warszawie.
Wracając do „Kwestii Czarzastej”, trzeba jasno powiedzieć: Ambasador Tom Rose zachował się prawidłowo. Nie mógł zachować się inaczej. Atak na jego prezydenta musiał spotkać się z reakcją, która nie była ani „szokująca” ani „oburzająca”, tylko „wyważona”. Pokazał różnicę między naszą dyplomacja i dyplomacją państw prawdziwego, polegającą na tym, że politycy znad Wisły zawsze bagatelizują obraźliwe wypowiedzi pod adresem Polski, a amerykańscy w analogicznych sytuacjach reagują natychmiast, że prezydenta własnego kraju trzeba za granicą bronić, nawet jeżeli wywodzi się z przeciwnego obozu politycznego.
Być może reakcja powinna była być łagodniejsza (albo wcale jej nie być), ale pamiętać trzeba, że za Oceanem ma miejsce kontrrewolucja, po tym jak żydokomuna otrząsnęła się z traumy po zwycięstwie Trumpa, które – co trzeba powiedzieć – było korzystne dla Polski, w tym dla Konfederacji lub przede wszystkim dla Konfederacji. Pamiętać też należy, że Rose protestował przeciwko szkalowaniu Polski przez środowiska przypisujące nam udział w Holokauście, i jest rzeczą pewną, że Trump nie przysłał go do Polski po to, aby odzyskał pożydowskie majątki. I jeszcze raz powiedzmy jasno: Tom Rose zachował się, jak trzeba, a polscy politycy, jak nie trzeba.
7 marca w wyłożonej w ambasadzie Iranu po zabójstwie przywódcy duchowego tego kraju księdze kondolencyjnej, wpis złożył Grzegorz Braun. Ambasador USA skomentował to tak: „Ameryka i Donald Trump nie zapomną, kto jest ich przyjacielem, a co ważniejsze, kto nim nie jest”. W kolejnym wpisie udostępnił filmik z udziałem lidera Korony i nazwał go „obrzydliwym”. I akurat tu potrzebna była reakcji Mentzen. Na przykład z argumentem, że „to nasz antysemita i żadni Amerykanie nie będą nam mówić, kto jest obrzydliwy”.
Na koniec pytanie: Czy politycy Konfederacji (jednej i drugiej) są zdolni wytłumaczyć Polakom (przy założeniu, że Polaków to interesuje), o co w tym wszystkim chodzi? Czy muszą, często w sposób chaotyczny i nieprzemyślany zabierać głos na każdy temat, chociażby dlatego, żeby mieć więcej czasu na myślenie?
W kontrataku za zanegowanie przez PKN [to Prezydent md] fatalnego dla naszej suwerenności, niepodległości i przyszłości gospodarczej SAFE, PDT [a to premier md] leje łzy nad przyszłym nieuniknionym Polexitem.
Tymczasem wykluczenie Polski z europejskiego obszaru gospodarczego w razie opuszczenia Unii jest przede wszystkim dużym ciosem dla gospodarki niemieckiej. I z tego prostego powodu wyjście Polski z Unii wcale nie oznaczałoby wykluczenia z jej obszaru gospodarczego.
Oznacza za to przywrócenie suwerenności w obszarach, które już dziś przekroczyły czerwoną linię faktycznej utraty niepodległości. Jak choćby w obszarze decyzji o dysponowaniu polskimi siłami zbrojnymi jeżeli chodzi o uzbrojenie.
I już tylko krok do decyzji poza polską suwerennością o niezgodnym z polskim interesem narodowym użyciu Wojska Polskiego. Do tego przecież prowadzą co i raz rzucane pomysły o tzw. ”europejskich siłach zbrojnych”, czy jakkolwiek by się nazywały.
Kto by nimi dowodził? Bo bardzo trudno przypuścić, że nie niemieckie dowództwo. Wystarczy obserwować poza unijno-traktatowe rozpychanie się Niemców w UE. A jak mówi historia właśnie takie rozpychanie się Niemców w Europie, zawsze kończyło się źle i dla Europy i dla świata.
Możemy tylko mieć nadzieję, że znajdzie się wreszcie w Polsce przywódca polityczny, który zamiast jęczeć o tzw. „reformie Unii”, co jest kiepską bajką dla najmłodszych, oświadczy o opuszczeniu tego gremium coraz bardziej szkodliwego dla naszego bytu jako niepodległego i suwerennego państwa. [A o Grzegorzu Braunie sz. pan jakoś nie słyszał? md] .
W historii politycznej nie tylko Europy, ale przede wszystkim właśnie Europy, wola polityczna zawsze okazywała się bardziej sprawcza niż domaganie się zasad od zagranicznych partnerów politycznego porozumienia.
I na koniec myśl której użył za Aleksandrem Dumasem Rafał Ziemkiewicz – „Dalsze tkwienie Polski w Unii to jak zaszywanie się w worku z trupem” . Czy będziemy czekać aż ten trup zacznie nieznośnie cuchnąć? Bo pięknie pachnieć przestał już dawno.
„Idea europejska jest szeroko rozpowszechniona wśród narodu polskiego. Dotychczas jednak Polacy obawiali się stale, że nie będzie dla nich miejsca w tej zjednoczonej Europie. Jeśli teraz damy im nadzieję, że w tej nowej Europie będą mogli prowadzić i rozwijać życie zgodnie ze swym charakterem i kulturą, to właśnie obecnie w Generalnej Guberni przeważająca większość narodu polskiego przyjmie tę politykę niemiecką z największym zrozumieniem. Z biegiem czasu będzie się też stawało sprawą coraz bardziej oczywistą, że w interesie Zachodu Rzesza niemiecka musi być politycznym, gospodarczym, duchowym i kulturalnym ośrodkiem tej przyszłej Europy”. „Raporty Ludwiga Fischera Gubernatora Dystryktu Warszawskiego 1939-1944″, Warszawa 1987, s. 842
Nie ma się zatem co dziwić, że w Polsce został zainstalowany D.T., który ma za zadanie omamić Polaków (także tzw. SAFE).
Nie znałem tego, ale cytat znakomity. Tę samą rolę wyznaczał Polsce Friedrich Naumann, autor dzieła Mitteleuropa. Napisane w 1915 roku i wtedy wydane. Polski jeszcze nie było na mapie, ale Naumann już tam ją umieścił jako kraj służebny w stosunku do Niemiec. Warto dodać, że dzisiaj Naumann i jego dzieło to obowiązkowy punkt programu na Niemieckich uniwersytetach. Gdyby przeanalizować posunięcia ostatnich lat Unii w stosunku do Polski, to dzieło Naumanna jest adekwatne w działaniach Komisji Europejskiej. O wiele bardziej niż Manifest z Ventotene, który stanowi tylko wygodny kamuflaż w budowaniu niemieckiej Europy.
Odbyła się kolejna, czwarta rozprawa sądowa procesu Grzegorza Brauna reprezentującego interes Rzeczpospolitej. Tak jak za ostatnim razem media głównego nurtu nie zdobyły się na rzetelną relację z jej przebiegu. Po raz kolejny wiodące ośrodki propagandy zadbały o to, aby polski głupiec pozostał pogrążony w ignorancji, nie mając pojęcia o istocie sprawy.
Rzecz polega na tym, że po raz pierwszy polski polityk, nie tylko werbalnie, ale i czynnie sprzeciwił się żydowskiej obecności w polskiej przestrzeni publicznej w formie „satanistycznego i rasistowskiego kultu”.
Niestety, żaden z polityków III RP, prócz sympatyków i członków Konfederacji Korony Polskiej oraz środowisk niezależnych, nie wyraził solidarności z prześladowanym Braunem. Takie są realia, taki jest hart ducha i świadomość rzeczy wśród politycznych elit nazywających się polskimi.
Kto nam wszedł do serca naszej państwowości?
Fragment wypowiedzi Grzegorza Brauna
“Kto nam wszedł do serca naszej państwowości, skoro Wysoki Sąd tego nie wie? Skoro tego nie wie sympatyczny Pan, który wpada raz na jakiś czas pooddychać miłą atmosferą, którą sekta Chabad Lubawicz, jak to sekty bombardują miłością, wytwarza dookoła siebie? Skoro ani sąd, ani ci ludzie będący tak blisko nie wiedzą, że modli się rabin modlitwą rasisty. Dziękuję sobie, na swój obraz i podobieństwo wyobrażonemu Panu Bogu, dziękuję za tryumf nad ludzi, nad podludźmi. I tego nie wiecie.
I dlatego ja staję przed tym sądem, z dumą staję przed tym sądem, ponieważ mam nadzieję, że bieg tej sprawy, no cóż, w minimalnym chociaż stopniu podnosi poziom wiedzy. A to jest przecież najbardziej istotne. Miejmy świadomość z kim mamy do czynienia.
Gdyby Wysoki Sąd nie wiedział o tym, że były, a podobno nawet do dzisiaj w ostępach dżungli różnych egzotycznych, tropikalnych żyją plemiona ludożercze. I gdyby tak Wysoki Sąd miał tutaj, na miejscu dla świadków, takiego ludożercę i w błogiej nieświadomości, że można innych ludzi traktować, no właśnie, jako przedmiot do tego stopnia, żeby ich pozbawiać, odmawiać im cech ludzkich i prawa do życia i do wolności, to by Wysoki Sąd mnie napominał, żebym nie używał słowa ludożerca.
Rasistowskie przekonania i ludobójcze praktyki talmudystów
Nie skorzystał Wysoki Sąd, kiedy proponowałem tutaj lekturę, literaturę przedmiotu, która poszerza w tej sprawie horyzont i pomaga lepiej zrozumieć z kim mamy do czynienia, ale ja zawsze jestem do dyspozycji i na specjalne życzenie Wysokiego Sądu mogę wystąpić z pogadanką na temat rasistowskich przekonań i ludobójczych praktyk talmudystów, którzy w moim z kolei światopoglądzie katolickim podpadają w swojej teorii i praktyce pod kategorię satanistów”.
Czy słyszeliście kiedyś o „Projekcie Artichoke”? Był to amerykański projekt wywiadowczy, którego celem było pranie mózgu ludziom. Badano, czy substancje chemiczne i leki zmieniające umysł mogą być dystrybuowane poprzez szczepionki, a nawet żywność i napoje. To, co przez lata odrzucano jako szaloną teorię spiskową, teraz zostało udowodnione czarno na białym: sensacyjny, odtajniony dokument CIA ujawnia mroczne zakamarki amerykańskich agencji wywiadowczych. Już w latach 50. XX wieku CIA planowała pranie mózgu niczego niepodejrzewającym obywatelom za pomocą zmanipulowanych szczepionek i produktów spożywczych codziennego użytku. W świetle ostatnich lat pandemii koronawirusa i masowych kampanii szczepień te rewelacje przyprawiają o dreszcze. Siedmiostronicowy dokument zatytułowany „Specjalne badania nad karczochem”, datowany na 23 kwietnia 1952 roku, który niedawno pojawił się w internetowej czytelni CIA, ujawnia bezwzględne plany rządu USA. Cel ściśle tajnego „Projektu Karczoch” (1951–1956): absolutna kontrola nad ludzkim zachowaniem. Propozycje zawarte w tajnym pliku są niemal bezprecedensowe w swojej perfidii. Badacze CIA poszukiwali sposobów na tajne podawanie ludziom narkotyków. W dokumencie stwierdzono dosłownie: „Niniejsze badania powinny obejmować substancje chemiczne lub leki, które można skutecznie ukryć w artykułach codziennego użytku, takich jak żywność, woda, Coca-Cola, piwo, alkohol, papierosy itp.”. Ale jest jeszcze gorzej. Agenci wywiadu planowali wstrzykiwać substancje psychoaktywne bezpośrednio do krwiobiegu niczego niepodejrzewających osób – pod przykrywką szczepionek i zwykłych leków: „Ten rodzaj leku powinien być również stosowany podczas standardowych zabiegów medycznych, takich jak szczepienia, zastrzyki itp.” Według doniesień „Daily Mail”, CIA wykorzystywała do tych okrutnych eksperymentów osoby szczególnie wrażliwe: więźniów, żołnierzy i pacjentów psychiatrycznych. Nie było śladu „świadomej zgody”. Był to złowrogi prekursor niesławnego programu MK-Ultra. Krytycy doszukują się analogii do lat pandemii koronawirusa. Każdy, kto wierzy, że te machinacje należą już do przeszłości, jest w błędzie. Eksperci i krytycy dostrzegają alarmujące podobieństwa do niedawnej przeszłości – zwłaszcza do globalnej polityki wobec COVID-19 i bezprecedensowych kampanii szczepień mRNA.
Ben Tapper, chiropraktyk, który w czasie pandemii trafił na niesławną listę „Dwunastu Dezinformacji” za zadawanie niewygodnych pytań, ujmuje to zwięźle: „To nie jest spekulacja ani spisek. Powinno to głęboko zaniepokoić każdego Amerykanina, który ceni autonomię ciała i świadomą zgodę”.
W czasie, kiedy nasza uwaga zwrócona jest na wojnę na Bliskim Wschodzie, mają miejsce niezwiązane z tą wojną wydarzenia, które są bardzo ważne. Wielokrotnie pisałem w tym blogu na temat rozprawy sądowej przed holenderskim sądem w Leeurwarden przeciwko propagatorom i twórcom kowida. Oskarżonymi są: Bill Gates, Albert Bourla, Mark Rutte (obecnie Sekretarz Generalny NATO), holenderscy urzędnicy państwowi i media kontrolowane przez państwo.
Jedną z powołanych biegłych w tej sprawie jest Sasza Łatypowa. Wydała wczoraj komunikat, z którego możemy się dowiedzieć o aktualnym stanie procesu przeciwko głównym sprawcom plandemii. Powrót do Holandii 22 października 2026 r.Źródło.
Na mocy prawa ściśle tajny dokument został po 70 latach opublikowany…
To, co przez lata odrzucano jako szaloną teorię spiskową, teraz zostało udowodnione czarno na białym: sensacyjny, odtajniony dokument CIA ujawnia mroczne zakamarki amerykańskich agencji wywiadowczych. Już w latach 50. XX wieku CIA planowała pranie mózgu niczego niepodejrzewającym obywatelom za pomocą zmanipulowanych szczepionek i produktów spożywczych codziennego użytku.
W świetle ostatnich lat pandemii koronawirusa i masowych kampanii szczepień te rewelacje przyprawiają o dreszcze.
Obsesyjna żądza kontroli nad wszystkim i wszystkimi jest efektem strachu rządzących przed ludźmi umiejącymi ciągle jeszcze myśleć logicznie. Spopularyzowano media społecznościowe, ograniczające w znacznym stopniu swobodę myśli. Schematyczne tworzenie wizji świata przez media zarówno te socjalne, jak i skorumpowane środki manipulacji dla propagowania jedynie słusznych poglądów, ma ułatwiać przenoszenie pożądanych sposobów myślenia właśnie po to, by wykorzystać wrodzone dla większości lenistwo umysłowe.
Role się odwróciły. Jeszcze 20 lat temu, przed erą smartfonów, częściej zdarzało się, że młodzi ludzie pomagali starszym i ułomnym, żeby bezpiecznie przejść przez ulicę.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Izraelski aparat dyplomacji publicznej znalazł się w centrum sporu prawnego dotyczącego wynagrodzeń dla osób zaangażowanych w kampanie informacyjne prowadzone po wydarzeniach z października 2023 roku. Według doniesień izraelskiego dziennika Calcalist byli współpracownicy państwowego departamentu odpowiedzialnego za komunikację strategiczną domagają się milionowych wypłat za pracę wykonywaną bez formalnego wynagrodzenia.
Pozwy skierowano przeciwko jednostce rządowej znanej jako dyrekcja dyplomacji publicznej. W Izraelu instytucja ta funkcjonuje pod nazwą Hasbara i odpowiada za komunikację międzynarodową oraz działania wizerunkowe państwa. Roszczenia zgłosiły firmy oraz prywatni kontrahenci, którzy według własnych relacji uczestniczyli w kampaniach medialnych i działaniach informacyjnych prowadzonych po ataku Hamasu z 7 października 2023 roku oraz w trakcie wojny w Strefa Gazy.
Część aktywistów organizowała wydarzenia informacyjne oraz działania kontrujące demonstracje solidarności z Palestyńczykami.
Prywatne firmy żądają milionów szekli
Z pozwów wynika, że dwie prywatne spółki domagają się łącznie około dwóch milionów szekli od instytucji państwowej nadzorowanej przez kancelarię premiera. Firmy twierdzą, że świadczyły usługi produkcyjne oraz wspierały działania komunikacyjne skierowane do odbiorców zagranicznych. Jedna z firm udostępniała studio telewizyjne wykorzystywane do nagrań wystąpień polityków, w tym premiera Benjamina Netanyahu oraz byłego ministra obrony Yoave Gallanta. Przedsiębiorstwo twierdzi, że należne wynagrodzenie przekracza pół miliona szekli.
Drugą sprawę prowadzi firma Intellect. Spółka domaga się ponad 1,5 miliona szekli za działania prowadzone w Europie oraz finansowanie inicjatyw medialnych i logistycznych. Według ustaleń cytowanych przez dziennik prywatne firmy produkcyjne pełniły rolę pośredników w finansowaniu aktywistów i influencerów działających za granicą.
Eylon Levy poza pozwem, ale z roszczeniami
Jedną z osób powiązanych z kampaniami komunikacyjnymi był były rzecznik rządu Izraela Eylon Levy. Polityk pełnił funkcję oficjalnego rzecznika do marca 2024 roku. Levy nie występuje jako strona w pozwie. Według jego współpracowników uważa jednak, że również nie otrzymał części należnych środków. Rzecznik byłego urzędnika potwierdził, że nie zamierza on angażować się w postępowanie sądowe.
Levy pozostaje aktywny w mediach społecznościowych i nadal uczestniczy w debacie publicznej dotyczącej polityki międzynarodowej Izraela.
Chaos organizacyjny po wybuchu wojny
Z raportu cytowanego przez izraelskie media wynika, że po wydarzeniach z października 2023 roku aparat komunikacyjny państwa stanął przed problemami kadrowymi. W krótkim czasie rozpoczęto współpracę z licznymi freelancerami, firmami produkcyjnymi oraz aktywistami działającymi w internecie.
Część współpracowników pracowała bez formalnych umów z instytucjami państwowymi. Zamiast bezpośrednich kontraktów wykorzystywano pośredników z sektora prywatnego. Według relacji osób zaangażowanych w projekty praca organizowana była w sposób improwizowany. Wiele działań realizowano w trybie pilnym, a rozliczenia finansowe odkładano na później.
Działania w Europie i przed sądami międzynarodowymi
Jednym z elementów działalności komunikacyjnej była obecność aktywistów w międzynarodowych wydarzeniach politycznych i prawnych. W dokumentach sądowych pojawiają się informacje o finansowaniu podróży do Hagi. Według raportu środki przeznaczono między innymi na transport i logistykę osób uczestniczących w działaniach medialnych podczas rozpraw dotyczących konfliktu izraelsko-palestyńskiego.
Biuro premiera Izraela przyznało, że w działalności dyrekcji dyplomacji publicznej mogły wystąpić nieprawidłowości w zakresie zawierania umów. Urzędnicy odmówili jednak szczegółowych komentarzy ze względu na toczące się postępowania sądowe.
Instytucja ta podlega bezpośrednio kancelarii premiera i odpowiada za koordynację komunikacji rządu w sprawach międzynarodowych.
Rosnące budżety na działania informacyjne
Równolegle z toczącymi się sporami finansowymi rząd zwiększył środki przeznaczone na działania komunikacyjne. We wrześniu 2025 roku zatwierdzono dodatkowy budżet w wysokości 150 milionów szekli dla Ministerstwa Spraw Zagranicznych Izraela. Kwota ta została dodana do istniejącego funduszu wynoszącego około 520 milionów szekli przeznaczonych na działalność informacyjną państwa.
Minister spraw zagranicznych Gideon Sa’ar ogłosił także utworzenie nowego departamentu zajmującego się komunikacją w mediach społecznościowych. Jednostka ma współpracować z blogerami oraz influencerami internetowymi.
Kampanie „informacyjne” skierowane do środowisk akademickich
Rządowe inicjatywy komunikacyjne obejmowały również działania w środowisku akademickim za granicą. Minister ds. diaspory Amichai Chikli prowadził projekty skierowane do kampusów uniwersyteckich w Stanach Zjednoczonych. Programy te obejmowały działania informacyjne oraz kampanie mające wpływać na debatę dotyczącą definicji antysemityzmu w amerykańskim systemie prawnym. W kolejnych miesiącach ministerstwo zaproponowało także finansowanie lokalnych inicjatyw komunikacyjnych prowadzonych przez samorządy w Izraelu i za granicą
Pozwy przeciwko dyrekcji dyplomacji publicznej pokazują skalę działań [dez]-informacyjnych prowadzonych w czasie konfliktu. Sprawy sądowe mogą ujawnić szczegóły dotyczące finansowania kampanii medialnych oraz współpracy państwa z prywatnymi podmiotami.
Pomimo wezwań do inwazji lądowej w niektórych kręgach, biorąc pod uwagę połączenie bieżących wydarzeń na ziemi, odporność Iranu i logistykę, jest to [inwazja] po prostu niemożliwe.
Dlatego Stany Zjednoczone stoją w obliczu ograniczonego zestawu opcji w obliczu eskalacji kryzysu egzystencjalnego. Zbieżność krajowego przetrwania politycznego, sojuszniczej desperacji, wojskowego wyczerpania i osobistej psychologii władzy wykonawczej tworzy szybkowar, w którym użycie taktycznej broni jądrowej przechodzi od absolutnego tabu do bardzo realnego ponurego rachunku strategicznego.
Centralnym elementem tego równania jest mściwa natura prezydenta Trumpa, cecha, która przekształca geopolityczne niepowodzenia w osobiste pretensje, potęgowane przez „czynnik Bibi”: czteroletnia obsesja Benjamina Netanjahu na punkcie konfrontacji z Iranem, która teraz osiąga punkt katastrofalnej desperacji, gdy każda strategiczna droga zawodzi.
Netanjahu poświęcił większość swojego życia politycznego konfliktowi z wyłaniającym się Islamskim Iranem. Przez czterdzieści lat opowiadał się, knuł i naciskał na zdecydowane działania. Teraz, gdy Izrael jest codziennie pod ostrzałem, a konwencjonalne opcje prawie wyczerpane, jego wpływ na Waszyngton staje się niestabilnym przyspieszaczem. Ale bardziej niebezpieczną zmienną może nie być izraelska presja na Amerykę, ale raczej Izraelska akcja niezależna od Ameryki. Izrael posiada broń jądrową. Zdesperowany Izrael, w obliczu egzystencjalnego zagrożenia, może obliczyć, że tylko atak nuklearny może powstrzymać atak. Jeśli Izrael wystartuje pierwszy, Stany Zjednoczone natychmiast staną się współwinne. Pytanie przesuwa się z „czy Ameryka użyje broni nuklearnej?” do “jak reaguje Ameryka, gdy robi to jej sojusznik?”
Ten scenariusz wyzwala specyficzną i katastrofalną dynamikę eskalacji. Iran konsekwentnie zasygnalizował, że każdy egzystencjalny atak spotka się z nieproporcjonalnym odwetem na jego głównym adwersarzu: Izraelu. Atak nuklearny nie zmusiłby Teheranu do kapitulacji; gwarantowałby totalny atak Iranu skupiony w przeważającej mierze na izraelskich skupiskach ludności i prawdopodobnie centrum nuklearnym w Dimonie.
Odwet nie byłby mierzony; byłby egzystencjalny. Dla Trumpa stwarza to niemożliwe wiązanie. Jego mściwość wymaga ukarania Iranu, ale jego spuścizna zależy od ochrony Izraela. Jeśli Iran zemści się z niszczycielską siłą, Trump stoi przed dwoma wyborami: zaakceptować bliskie zniszczenie kluczowego sojusznika Ameryki, ugruntować swoją spuściznę jako prezydenta, który stracił Bliski Wschód, lub dalej eskalować. Każda ścieżka pogłębia bagno. Do tego dochodzi pytanie, czy Iran ma lub szybko nabywa broń nuklearną, która byłaby używana w jakiejkolwiek reakcji odwetowej.
Potęgowanie tej pułapki to całkowity upadek zaufania. Każdy dyplomatyczny zjazd wymaga minimalnej rezerwy wiarygodności między przeciwnikami. Administracja Trumpa systematycznie paliła każdy most. Precedens ataku 28 lutego w trakcie negocjacji zasygnalizował, że rozmowy nie są drogą do rozwiązania, ale chwytem, aby powstrzymać przeciwnika. Deeskalacja teraz prawie na pewno wymagałaby od Trumpa podjęcia znaczących, jasnych i weryfikowalnych jednostronnych pierwszych kroków: zawieszenia broni, złagodzenia sankcji i publicznych ustępstw. W obecnym klimacie takie działania nie byłyby odczytywane jako akt męża stanu; byłyby interpretowane jako kapitulacja przez wielu w Ameryce, zwłaszcza jego zagorzałych sojuszników.
Dla przywódcy, którego tożsamość polityczna opiera się na projekcji siły i eksploatowaniu postrzeganych słabości, jednostronna deeskalacja jest politycznie nie do odróżnienia od kapitulacji. Deficyt zaufania nie tylko komplikuje dyplomację; zbliża się do wyeliminowania jej jako realnego instrumentu.
Ten brak zaufania wzmacnia logikę eskalacji na każdym kroku. Iran, wierząc, że amerykańskie zapewnienia są bezwartościowe, nie ma motywacji do okazywania powściągliwości. Izrael, wątpiąc, że dyplomacja może powstrzymać zagrożenie, ma wszelkie zachęty do działania w pojedynkę. Trump, przekonany, że wszelkie oznaki słabości zostaną wykorzystane, nie ma przestrzeni politycznej, by oferować ustępstwa. System staje się samo-wzmacniający: nieufność usprawiedliwia agresję, agresja pogłębia nieufność, a przestrzeń kompromisu wyparowuje. Instytucjonalne poręcze – wojskowa struktura dowodzenia, Rada gabinetu, Nadzór Kongresu – zachowują teoretyczną wagę, ale są przytłoczone rozmachem kryzysu. Kiedy każdy aktor wierzy, że drugi działa w złej wierze, powściągliwość pojawia się jako wrażliwość, a zdesperowanemu człowiekowi eskalacja wydaje się jedyną racjonalną reakcją.
Konsekwencje globalne i krajowe, jakkolwiek katastrofalne, są dyskontowane w rachunku bezpośrednim. Precedens użycia broni jądrowej zniszczyłby reżimy nierozprzestrzeniania i wyrównałby globalną potęgę. Jednak w momencie presji egzystencjalnej to długoterminowe ryzyko jest podporządkowane zapotrzebowaniu na przetrwanie i zemstę. Krajowy sprzeciw pozostaje możliwy, ale stronnicze ekosystemy medialne i kreowanie izraelskiej ofiary mogą raczej zaostrzyć publiczną determinację niż ją złagodzić. Można zauważyć, że polityczny koszt postrzeganej słabości przewyższa koszt eskalacji.
Strach Trumpa przed negatywną spuścizną łączy się z silnym żądaniem ochrony sojusznika pod ostrzałem i ukarania przeciwnika, który jego zdaniem upokarza amerykańską potęgę od prawie pół wieku.
Podsumowując, decyzja opiera się na ostrzu noża, zaostrzonym przez pewność odwetu Iranu na Izraelu i niemożność odwrotu dyplomatycznego. Deficyt zaufania nie jest problemem peryferyjnym; to filar, który blokuje system w procesie eskalacji. Bez opcji naziemnej, bez wiarygodnego zjazdu z rampy, desperackiego sojusznika posiadającego zdolności nuklearne i mściwego lidera, który utożsamia kompromis z porażką, użycie broni jądrowej jawi się nie jako celowy wybór polityki, ale jako wyłaniająca się właściwość upadku systemowego.
Tabu przeciwko broni jądrowej trwa tylko tak długo, jak aktorzy uważają, że powściągliwość służy ich przetrwaniu. Kiedy przetrwanie jest postrzegane jako zależne od eskalacji i kiedy zaufanie – podstawowa waluta deeskalacji – wygasło, to, co nie do pomyślenia, staje się nieuniknione. Stany Zjednoczone mogą nie wykonać pierwszego ruchu, ale mogą nie być w stanie zatrzymać reakcji łańcuchowej, którą umożliwiły. Obawy Trumpa mogą nie być kształtowane przez jego decyzję, ale przez jego niezdolność do ucieczki od logiki, w której każda ścieżka naprzód prowadzi głębiej w katastrofę. Świat nie obserwuje debaty politycznej, ale rozwikłanie odstraszania, dyplomacji i powściągliwości w czasie rzeczywistym. Wynik nie zostanie wybrany, będzie kwestią przetrwania.
Tytuł trochę prowokacyjny, zważywszy na fakt, że obecne państwo polskie istnieje i ma się dobrze (cokolwiek by to znaczyło). Urzędy działają, policja i sądy też, oświata kuleje ale jakoś funkcjonuje, a inwestycje publiczne postępują. W oficjalnych mediach słyszymy o dobrych wynikach makroekonomicznych, o wzrostach, o dużym potencjale gospodarczym Polski, o uznaniu, jakim cieszymy się na świecie. Niby wszystko jest w porządku z obecną magdalenkowo -okrągłostołową Polską ale patrząc na dość ,,gorące” przetasowania na arenie międzynarodowej, czego objawem są liczne wojny i w Europie i poza nią, na tąpnięcia gospodarcze, spowodowane tymi wojnami, to sądzę, że… III RP w obecnym stanie nie przetrwa.
Na dowód podam tylko dwa poważne argumenty, które opisują słabość systemu społeczno-politycznego, w którym żyjemy, słabość, która jest wynikiem konstruktu zwanego III Rzeczpospolitą. Z założenia więc państwo polskie w obecnej konfiguracji jest produktem, na który gwarancja już wygasła. Dalsze użytkowanie nie jest zalecane – jak mawiają czasem napisy na niektórych produktach.
Jednym z powodów obecnego kryzysu jest fakt, że III RP powstała jako plan obcych służb (Zachodu, globalistów, etc.). To państwo, które zorganizowano na bazie ,,przegniłej” PRL czyli wcześniejszego projektu Związku Radzieckiego. Projekt ,,realnego socjalizmu” właściwie dobiegał końca już na początku lat osiemdziesiątych, kiedy to już po stanie wojennym zapadła decyzja o końcu porządku jałtańskiego. Takim oficjalnym wyrazem zmian było ogłoszenie pieriestrojki w Związku Radzieckim i spotkania Gorbaczowa z Reaganem (Genewa, Reykjavik, Waszyngton), a o nadchodzących losie Polski dowiedział się gen. W. Jaruzelski na spotkaniu z D. Rockefellerem, co było pokłosiem tego, co zaplanowano w kręgach globalistycznych i finansowych świata.
Polska po ’89 roku nie była przypadkiem, nie wyłoniła się z niczego, nie odzyskała swojej niepodległości ani pokojowo ani w wyniku wysiłku zbrojnego ale zmieniła swojego protektora. (Uważam, że Polska Rzeczpospolita Ludowa była państwem polskim. Innego państwa po prostu nie mieliśmy). Oczywiście społeczeństwo polskie musiało otrzymać jakieś ,,optymistyczne” sygnały, jakże miło pasujące do naszej mentalności, typu podziemne struktury Solidarności (Państwo Podziemne?), rozmowy Wałęsy z oficjelami PRL-u, ,,okrągły stół”, wybory ,,czerwcowe”, dostęp do mediów. Właściwie to taki oddech wolności, który krył już w sobie zalążki kolejnego zniewolenia, bo był sterowany z zewnątrz.
Był to początek tego projektu zwanego III Rzeczpospolitą, w której przeżyłem całe swoje dorosłe życie i, mam nadzieję, dożyję jej końca. Wszystko na to wskazuje, że mam duże szanse na to, by tak się stało. Swój optymizm czerpię z faktu, że ci, co przejęli Polskę w latach osiemdziesiątych i ją starannie zaplanowali (nie, to nie było niechlujstwo, seria pomyłek czy przypisywana nam nieudolność w działaniu), sami są obecnie w olbrzymim kryzysie. Widocznie globalizacja weszła już w taką fazę, po której następuje już tylko domknięcie systemu, które zamienia się w chaotyczne porzucanie swoich aktywów. Był kryzys 2008 roku, była pandemia, jest wojna na Ukrainie, wojna z Iranem, tzw. zielony ład, wszechobecna cenzura. W rezultacie cały globalny plan zaczyna się zwyczajnie sypać, a wraz z nim projekt III RP traci swojego protektora.
I drugi argument za upadkiem III RP to w zasadzie jej przegniłe struktury państwowe, to ogromna korupcja, olbrzymie zadłużenie, biurokracja przewyższająca znacząco czasy przed ’89 rokiem. To wreszcie chaos w sądownictwie, którego skutkiem jest brak wiary Polaków w system prawny, upadająca służba zdrowia, oświata, której skutkiem jest ,,debilizacja” (słowo spopularyzowane przez p. B. Kopczyńskiego) dzieci i młodzieży. Wprawne oko obserwatora-amatora ale politycznego ,,fachowca” zauważa, że III RP nie nadaje się do jakiejkolwiek naprawy. Niektórzy się łudzą, że istnieje możliwość przeprowadzenia stopniowych zmian drogą parlamentarną: zmieniać prawo tak, by po kolei każda dziedzina naszego państwa była usprawniona i działała w służbie obywateli. Tak myślą zwolennicy Konfederacji Mentzena i Bosaka.
Moim zdaniem jest to niemożliwe, ponieważ III RP jest ogromną budowlą, złożoną z wielu (zbyt wielu) elementów, które są spójne ze sobą, składane latami w jedną konstrukcję (PRL plus III RP) ale w sumie powodują bardzo złe działanie całego systemu. Każde wyjęcie choćby jednego elementu (zmiana ustawy), powoduje konieczność zmian w szeregu innych. Przykładem niech będzie podział terytorialny kraju. Obecnie mamy trzystopniową strukturę podziału terytorialnego. Są gminy, powiaty, województwa. Narzekamy na biurokrację centralną ale to, co się dzieje w administracji lokalnej, to rodzaj potężnego pasożyta, żerującego na ciele Polski prowincjonalnej. Czy jakiekolwiek niewielkie zmiany poprawią sytuację?
III RP nie jest oczywiście bezbronna. Ma kilka milionów beneficjentów, którzy doskonale odnajdują się w taki właśnie przegniłym i źle zorganizowanym systemie. Są dodatkowo jeszcze inne państwa, które są zainteresowane właśnie taką słabą Polską.
Na naszych oczach jednak widzimy dalsze osłabianie się protektorów obecnej Polski, a dodatkowo sytuacja społeczno-gospodarcza będzie stale się pogarszała i Polacy wreszcie zauważą, że winą nie są liczne ,,błędy i wypaczenia” ustroju ale źle zaplanowana konstrukcja tego pookrągłostołowego państwa.
„Mimo, że w powszechnym odbiorze współczesna polityka, a na pewno amerykańska jawi się jako działalność pragmatyczna, cyniczna, nakierowana na realizację celów egoistycznych, wymiernych, biznesowych, jest ona skrajnie
Paweł Lisicki
„Abstrakty rządzą historią… i Żydami także.”
Feliks Koneczny
„Związek Nowego Testamentu ze Starym jest jednak w gruncie rzeczy tylko powierzchowny, przypadkowy, ba, wymuszony, a jak już wspomniano, jedynego punktu zaczepienia dostarczyły nauce chrześcijańskiej dzieje grzechu pierworodnego, zresztą w Starym Testamencie odosobnione i z których dalej nie czyni się użytku.”
Artur Schopenhauer
Na krótko przed najnowszą odsłoną agresji Izraela i USA na Iran Tucker Carlson przeprowadził wywiad z amerykańskim ambasadorem w Izraelu Mikiem Huckabee’em. Zarówno treść wywiadu jak i okoliczności mu towarzyszące warte są uwagi i głębszego zastanowienia, gdyż podważają wiele opinii na temat motywów polityki amerykańskiej, a nawet na temat polityki i jej źródeł w ogóle. Z drugiej strony nasycone ideologią tak zwanego chrześcijańskiego syjonizmu wypowiedzi ambasadora wpisały się wzorcowo w brutalną agresję jaka nastąpiła potem. Jednocześnie były one ważnym impulsem toczonej w USA debaty na temat relacji żydowsko i izraelsko amerykańskich. Po raz pierwszy w najnowszej historii USA mówi się tam w sposób otwarty to co od długiego czasu tak zwani prości ludzie myśleli i mówili po cichu, a co wierzącym w ludzki racjonalizm teoretykom nie mieściło się w inteligenckich głowach i było wypychane ze świadomości za pomocą wygodnych, udających rozsądek i socjologię intelektualnych gotowców w rodzaju oskarżeń o tzw. teorie spiskowe, a przede wszystkim o czające się za jakąkolwiek krytyką Izraela czy żydowskich wpływów; antysemityzm czy wręcz nazizm. To także kolejny przykład tego jak technologia wpływa na bieg dziejów. Gdyby nie internet i nowe demokratyczne media, to głosy Carlsona, Candace Owens oraz innych bojowników o prawdę i honor w Ameryce mogłyby zostać łatwo zagłuszone, zresztą oboje są przykładem, że media tzw. głównego nurtu, w których wcześniej robili wielkie kariery, nie tolerowały ich postawy.
Jakiś czas temu w audycji Minął Tydzień cytowałem fragment wywiadu jaki Carlson przeprowadził z senatorem Tedem Cruzem, w którym republikanin powoływał się na cytat z Pisma Świętego mówiący, że Bóg błogosławi tym, którzy sprzyjają Izraelowi, zapytany o miejsce, nie umiał go wskazać, ale powołał się na szkółkę niedzielną, w której go o tym uczono. Kolega w czasie audycji stwierdził, że tą informacją skradłem mu pomysł na michałek. W wywiadzie z M. Huckabee’em sprawa została uściślona.
Chodzi o następujący fragment w rozdziale 12 Księgi Rodzaju: „Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię; staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli i ja będę złorzeczył.” T. Carlson zapytał jak w takim razie należy rozumieć fragment rozdziału 15 tej samej księgi, który brzmi: „Wtedy to właśnie Pan zawarł przymierze z Abramem, mówiąc: „Potomstwu twemu daję ten kraj, od Rzeki Egipskiej (Nil – przyp. O.S.) aż do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat.”
Dyplomata nie potwierdził wprost aktualności tak daleko idących roszczeń terytorialnych, ale także ich nie zanegował, co wywołało niemrawy protest ze strony Arabii Saudyjskiej. Te wypowiedzi to przykład, że nie brana poważnie w Polsce, dosłowna interpretacja Biblii (taką interpretację przypisuje się głównie świadkom Jehowy) jest traktowana jak najbardziej serio przez ważnych amerykańskich polityków. Dyplomata został też zapytany czy porównanie przez Benjamina Netanjahu Palestyńczyków do Amalekitów oznacza, że Premier Izraela wzywa do realizacji także zawartych w Biblii następujących wersów: „Dlatego teraz idź, pobijesz Amaleka i obłożysz klątwą wszystko, co jest jego własnością; nie lituj się nad nim, lecz zabijaj tak mężczyzn, jak i kobiety, młodzież i dzieci, woły i owce, wielbłądy i osły.”
Co więcej Jehowa miał pokarać Izraelitów za to, że oszczędzili „najlepsze owce i większe bydło”. W tym wypadku ambasador próbował jednak tłumaczyć słowa Netanjahu jako metaforę. Cały wywiad pełen jest uników i dwuznaczności, ale co uderzające; w żadnym wypadku amerykański ambasador nie zgodził się z jakąkolwiek krytyką Izraela i najwyraźniej serio traktował starotestamentową groźbę. Nawet ludobójcze działania w strefie Gazy uznał za zachowania bardziej humanitarne niż te stosowane przez armię USA, gdyż według niego wojsko Izraela ostrzega ludność cywilną przed pobytem w miejscach, które ostrzeliwuje, a armia amerykańska tego nie czyni. Potwierdzeniem dziwnego braku równowagi we wzajemnych relacjach było wcześniejsze przyjęcie przez Huckabee’ego w ambasadzie amerykańskiej Jonathana Pollarda – jednego z najgroźniejszych izraelskich szpiegów, którego w USA skazano na dożywocie i wypuszczono po niemal 30 latach.
Po osiedleniu w Izraelu Pollard nie wykazał skruchy, ale wręcz namawiał Żydów by naśladowali jego postawę. To posunięcie Huckabee’ego wobec izraelskiego szpiega było krańcowo różne od jego zachowania wobec Amerykanina. Choć spotkanie odbyło się z inicjatywy ambasadora, to ambasada USA odmówiła Carlsonowi nie tylko oficjalnej ochrony, ale nawet wysłania samochodu z szoferem na lotnisko, a wszystko w sytuacji gdy Izrael próbował wcześniej zastraszać rodzinę dziennikarza, a premier Netanjahu jego samego nazywał nazistą i antysemitą. W rezultacie wywiad miał miejsce w pomieszczeniu dla dyplomatów na lotnisku. Do kolejnego skandalu doszło po nagraniu, kiedy jak ich określa Carlson niezidentyfikowane zbiry zaczęły pod presją zatrzymania paszportów przesłuchiwać współpracowników Carlsona, pytając o to jak przebiegał wywiad, czy padały wrogie wypowiedzi, ale także o szczegóły nie związane ze spotkaniem na lotnisku.
Huckabee, z którym Carlson zna się od trzech dekad nie tylko nie interweniował, ale nazwał rodaka kłamcą, nie wysłuchawszy jego wersji. Podsumowując całą sytuację Carlson stwierdził, że ambasador jego własnego państwa, któremu jako podatnik płaci pensję, zarówno podczas wywiadu jak i wobec szykanowania amerykańskiego obywatela zachowywał się jakby był reprezentantem interesów Izraela, a nie Stanów Zjednoczonych, co słynny dziennikarz uznał za upokarzające. Ja natomiast miałem déja vue, bo pomyślałem o zachowaniu polskich polityków po morderstwie Damiana Sobóla przez armię izraelską i o śmierci dwóch Polaków w Przewodowie, w wyniku ukraińskiej próby wciągnięcia Polski do nie naszej wojny z Rosją.
Podobieństwa dotyczą jednak całej narracji jaką polska klasa polityczna z chlubnym wyjątkiem Grzegorza Brauna prowadzi wobec Izraela i Ukrainy. W rozmowie obu Amerykanów były zresztą inne elementy sugerujące, że tak jak Polacy są według polskich polityków sługami Ukraińców, tak samo Amerykanie są sługami Żydów. Przez cały wywiad przewijała się kwestia wojen i amerykańskich interwencji na Bliskim Wschodzie. Carlson przypominał, że atak na Irak uzasadniany był fałszywymi informacjami, a sama wojna była w interesie Izraela, a nie USA, a on wolałby żeby zamiast prowadzenia wojen na drugiej półkuli zajęto się warunkami życia w jego dzielnicy w Ameryce. W odpowiedzi usłyszał, że Izrael broni „naszej” cywilizacji, także na granicy z Libanem. Huckabee zbagatelizował też problem agresywnego zachowania Żydów wobec chrześcijan odwiedzających Ziemię Świętą, którzy są często opluwani, (swego czasu podobnie potraktowano tam polskiego ambasadora).
W wywiadzie padło też kluczowe pytanie o to, kto według Huckabbee’ego jest Żydem. Odpowiedź zawierała trzy komponenty: język, etniczność i religię. Ponieważ jednak syjoniści zakładający Izrael byli nacjonalistami lub mocno komunizującymi ateistami mówiącymi w jidysz i najczęściej po polsku pozostała etniczność. Jednak Huckabee nie umiał odpowiedzieć na pytanie dlaczego Izrael nie przeprowadza w takiej sytuacji testów DNA wśród przybyszy z Europy i np. nie porównuje ich z wynikami Palestyńczyków. Dlaczego Netanjahu, którego przodkowie przez wiele wieków mieszkali na terenie Europy Środkowo-Wschodniej ma większe prawa do ziemi w Palestynie od muzułmanów i chrześcijan, którzy mieszkają tam bez przerwy od starożytności. Czy stosując podobną logikę pierwotni mieszkańcy mogliby żądać np. terenów Anglii powołując się na starożytne budowle jak te w Stonehenge? Wszystkie te wątpliwości spotykały się z jednym argumentem: Bóg obiecał Abrahamowi ziemię w Palestynie 3800 lat temu. W wywiadzie nie było o tym mowy, ale każdemu Polakowi powinna się w takim momencie zapalić czerwona lampka z napisem Polin czy Judeopolonia.
Huckabee ma za sobą długą i nie pozbawioną sukcesów karierę polityczną, jednak w świetle powyższych wypowiedzi dla jego politycznej tożsamości ważniejszy wydaje się fakt, że był także pastorem w kościele baptystów. Jest to jedna z wielu protestanckich sekt składających się na ruch tzw. ewangelistów wyznających osobliwą religię chrześcijańskiego syjonizmu. Ich liczbę w USA szacuje się na około 60 milionów. Nie należy ich w żadnym wypadku łączyć ze znanymi w Europie tradycyjnymi wyznaniami protestanckimi jak np. ewangelicy.
Ich praktyki religijne charakteryzuje emocjonalność, której erupcje następują podczas ogromnych mityngów, w czasie których doznają silnych uniesień, a nawet wpadają w swego rodzaju transy, na ogół pozostając pod ogromnym wpływem charyzmatycznych mówców i autorów bestsellerowych książek. Są zdyscyplinowanymi wyborcami kierującymi się wskazaniami liderów w wyborach politycznych. Paweł Lisicki w swoich znakomitych książkach, przedstawił wnikliwe analizy ich wierzeń, a ostatnia praca „Mesjasz i trzecia świątynia. Herezja chrześcijańskiego syjonizmu, jej wyznawcy i ich wojny” w całości poświęcona jest temu zjawisku i powinna stać się lekturą każdego kto chce je zrozumieć.
Wiara chrześcijańskich syjonistów w największym skrócie polega na uznaniu aktualności przyrzeczeń danych plemieniu Abrahama i jego następców. Jak godzą to z wyznawanym jednocześnie komponentem chrześcijańskim, dla którego kluczowa jest postać Jezusa i przekonanie, że jego przyjście na świat i męczeńska śmierć wypełniła dawne proroctwa, a uniwersalny chrześcijański kościół zastąpił naród wybrany? Służy temu teoria dwóch równoległych dróg do zbawienia: jednej chrześcijańskiej, ale także drugiej, wywodzącej się wprost ze Starego Testamentu, która nadal obowiązuje.
Takim karkołomnym zabiegom sprzyja uprawiany w ostatnich dekadach przez kolejnych papieży tzw. dialogizm i zapoczątkowany przez „papieża Polaka” mit „starszych braci w wierze”. Chrześcijanie powinni więc jednocześnie miłować nieprzyjaciół, uznawać, że wobec Boga „nie ma Żyda ani Greka”, ale jednocześnie popierać współczesną wersję masakry Amalekitów i innych ludów czy jednostek, które tak jak Palestyńczycy czy Tucker Carlson sprzeciwiły się Izraelowi, a więc w domyśle woli Bożej.
Znani współcześni rabini nie ustają w zabiegach aby uzyskać od kolejnych papieży deklarację poparcia dla państwa Izrael opartą na Piśmie Świętym. Co więcej, „chrześcijańscy syjoniści” traktują Biblię dosłownie i drobiazgowo przypisują konkretnym zdarzeniom historycznym wypełnienie równie konkretnych proroctw sprzed kilku tysięcy lat. Nowy okres tych realizacji zaczął się w 1948 r. wraz z powstaniem nowoczesnego Izraela, kolejny etap to zajęcie Jerozolimy po agresji w 1967 r. oraz okupacja Samarii i Judei czyli Zachodniego Brzegu Jordanu. Następne jakie mają nastąpić to budowa Trzeciej Świątyni po wyburzeniu zajmujących stosowne miejsce jerozolimskich meczetów Omara i Al – Aksa.
Ponieważ jednak wywołałoby to wojnę z muzułmanami aby tego dokonać trzeba najpierw zdemolować jakiekolwiek zorganizowane siły mogące się temu przeciwstawić. Temu służyło zniszczenie Iraku, Syrii, Libanu i w ciąg takich działań logicznie wpisuje się konsekwentne dążenie do zniszczenia Iranu jako państwa z własną zaawansowaną technologicznie armią i infrastrukturą pozwalającą stawić znaczący opór regionalnemu hegemonowi.
Niektóre z interpretacji identyfikują również w Starym Testamencie Rosję i Moskwę jako wrogie siły Goga i Magoga z kraju Meszek i Tubal opisane w księdze Ezechiela. Co szczególnie niepokojące z tak odbudowanej świątyni najpierw panować ma Antychryst, a dopiero potem nadejdzie 1000 letnie panowanie Mesjasza.
Jak to możliwe, że kojarzeni w Polsce z pragmatyzmem, wolnością i realizmem Amerykanie ulegli tego typu szaleńczym wizjom i pozwolili podporządkować im swoją politykę?
Prawdopodobnie kluczowym momentem, który zaczął ten proces, a miał miejsce jeszcze na starym kontynencie było powstanie protestantyzmu, który położył znacznie większy nacisk na Stary Testament, a następnie emigracja jego najbardziej fanatycznych przedstawicieli do Ameryki. W ten sposób powstało państwo z jednej strony lokujące się w samej szpicy oświeceniowego postępu utożsamianego z rozumem, realizmem i prawami człowieka, ale którego obywatele karmieni byli stale opisami dokonywanych w imię Boga starotestamentowych masakr i jeszcze w XX wieku utrzymywali rasową segregację. Euforia i poczucie mocy związane z sukcesami w walkach z praktycznie bezbronnymi Indianami, łatwo podbijany bogaty, oszałamiający przyrodniczo i przyjazny klimatycznie kraj rodziły przekonanie, że Amerykanie także mają do czynienia z nową ziemią obiecaną, a sami są nowym narodem wybranym lub zaginionym plemieniem Izraela. Wszystko to o wiele bardziej pasowało do ducha Starego Testamentu niż do Chrystusowego „królestwo moje nie jest z tego świata.”
Można więc mówić o silnym pokrewieństwie ducha zrodzonym z podobnych mitów i splątanych z nimi doświadczeń. Jedna z ostatnich książek badającego te zjawiska E. Michaela Jonesa nosi znamienny tytuł: „Z Biblią i z karabinem. Wzrost, upadek i powrót amerykańskiej tożsamości.” (tłum. O.S.) Cytowany przez P. Lisickiego prowadzący przy pomocy najnowocześniejszych samolotów, rakiet i czołgów eksterminację uzbrojonych w karabiny i domowej produkcji rakiety arabskich mieszkańców Palestyny Premier Netanjahu ujął to następująco: „Nasze roszczenie do tej ziemi oparte jest na największym i bezspornym dokumencie w całym stworzonym świecie – Świętej Biblii. To Biblia dała nam prawo do tej ziemi.”
Kolejnym powodem przejmowania ideowej władzy nad amerykańskimi umysłami, a w konsekwencji nad polityką był upadek moralny i religijny tradycyjnych elit, które opisywał krytycznie np. C. Wright Mills w swojej popularnej kiedyś w Polsce „Elicie władzy”, a upadek których zanalizował ostatnio E. Todd w „Klęsce Zachodu”. Todd w odróżnieniu od Millsa wskazywał na pozytywne aspekty dawnego etosu znających się od pokoleń członków rodzin określanych w skrócie jako WASP – Biali, AngloSascy Protestanci.
Akta Epsteina i stopień deprawacji jaki się z nich wyłania to zwieńczenie dłuższego procesu, którego początek datuje się najczęściej na lata rewolucji obyczajowej lat 1960. Równocześnie z upadkiem moralnym i obyczajowym postępował też upadek wpływów politycznych. WASP tracili swoje pozycje kolejno w finansach, w sztuce, w nauce, we władzy sądowniczej, aż przyszła kolej na najbardziej widoczne pozycje jakimi są stanowiska wybieralnych, demokratycznych polityków. Postacie Baracka Obamy, ale także Donalda Trumpa i sporej części jego ekipy dobrze odzwierciedlają tę zmianę, trzeba jednak pamiętać, że polityka, którą widzimy to wierzchołek góry lodowej, zmiany na jej szczycie to rezultat długich i sięgających głębiej procesów.
W sytuacji upadku dawnych elit i zaniku tradycyjnych etosów wzrost znaczenia mniejszościowych, ale silnie zmotywowanych, a nie rzadko wręcz sfanatyzowanych grup religijnych był ułatwiony. Co więcej nakłada się na to kryzys moralny i doktrynalny Kościoła katolickiego. Jak trafnie podsumowuje to P. Lisicki: „Mniejsza, ale dobrze zorganizowana i mająca własny program wspólnota jest nieporównywalnie bardziej potężna niż wspólnota amorficzna, wewnętrznie sparaliżowana.” I znowu nasuwają się smutne analogie do współczesnego społeczeństwa polskiego i jego zadziwiającej podatności na manipulacje obcych, spojonych różnymi typami solidarności grup mniejszościowych.
P. Lisicki poświęca także fragmenty swojej książki datującemu się od prezydentury Ronalda Reagana nagłemu wzrostowi znaczenia wyznającej rasistowskie idee sekty Chabad-Lubawicz. W tym świetle inaczej należy spojrzeć na zgaszenie Chanuki w polskim sejmie przez Grzegorza Brauna. Symbole i rytuały są związane z ideami i tak samo jak tamte mają konsekwencje.
Religia, polityka, pieniądze, ludzkie namiętności mieszają się w historii od zawsze niczym w bulgoczącym tyglu. Dlatego stworzona przez Szekspira mająca miejsce w XV w. scena, w której Henryk V wysłuchuje uzasadnienia swoich pretensji do francuskiego tronu, a zawiłe zależności dynastyczne wyłuszczają niewiele z tego rozumiejącym wojownikom, mający w tym finansowy interes katoliccy zakonnicy, nadal tłumaczy politykę nie gorzej, a w wielu wypadkach lepiej niż analizy nawet utytułowanych autorytetów i ich słuchaczy, którzy nie mogą się nadziwić dlaczego Ameryka działa wbrew logice, rozsądkowi i interesom własnych obywateli. Fakt, że wielu Amerykanów wierzy niczym dawni krzyżowcy iż „Bóg tak chce” nadal nie może być ignorowany, choć miecze i kopie zostały zastąpione przez drony, rakiety, satelity i pozostające póki co w odwodzie bomby atomowe, tylko Chrystusa zastąpił krwiożerczy Jehowa.
W tym miejscu warto zauważyć, że postulat radykalnego zerwania ze Starym Testamentem pojawił się w chrześcijaństwie już w II wieku n.e. w postaci nauki Marcjona, który jednak przegrał i został uznany za heretyka. Z kolei autor motta tego artykułu Artur Schopenhauer patrząc na religie z zewnątrz wskazał na to co odczuwa każdy uważny słuchacz kolejnych czytań w czasie Mszy świętej. Trudno o większy kontrast niż ten jaki zachodzi między tekstami ze Starego i Nowego Testamentu. Ten pierwszy według wielkiego Gdańszczanina jest optymistyczny, skierowany na doczesny sukces, podczas gdy chrześcijaństwo przenosi nasze nadzieje na lepszy świat poza ziemską rzeczywistość, wzywa do wyrzeczeń i ascezy. Dlatego chrześcijaństwo, a szczególnie katolicyzm według autora rozdziału „O zaprzeczeniu woli życia” ma znacznie więcej wspólnego z wzywającymi do uwolnienia się z sansary buddyzmem i Wedami niż jak chciał JPII z religią „naszych starszych braci w wierze”.
Roman Dmowski następująco przełożył to na realia polityki: „Niewątpliwie głębokie rozumienie i szczere wyznawanie zasad chrześcijańskich oraz zasad Ewangelii, które istnieją w katolicyzmie – bo protestantyzm nawrócił od Ewangelii ku staremu Testamentowi – nie godzi się z bezwzględnym egoizmem narodowym. Każe rozróżniać w walce między narodami wojnę sprawiedliwą od niesprawiedliwej, potępia brak skrupułów w wybieraniu środków walki.”
Żyjemy w czasach ciekawych, więc takie pytania może powrócą. Tak jak u Szekspira w cieniu rozważań nad uzasadnieniami prawno – religijnymi toczy się tzw. realna polityka. Akcja na ogół wywołuje reakcję. W obliczu tak jawnego podporządkowania polityki amerykańskiej Izraelowi i lobby żydowskiemu w USA amerykańscy patrioci wracają do spraw upychanych od dekad w worku z napisem teorie spiskowe. Jeffrey Sachs przypomina, że zamordowany w do dzisiaj niewyjaśnionych okolicznościach JF Kennedy przeciwstawiał się uzyskaniu przez Izrael broni jądrowej, a jego politykę sabotowała CIA, T. Carlson pyta dlaczego nie ujawniono akt dotyczących ataku na WTC, Thomas Massie i członkowie ruchu MAGA mówią o wpływie AIPAC i nie pozwalają by bomby na Iran przykryły akta Epsteina. Z głębokiego cienia wyłoni się być może sprawa Rezerwy Federalnej, kreowania pieniądza z niczego, tego kto i dlaczego ma na to monopol. I wtedy zrobi się jeszcze ciekawiej.
Olaf Swolkień Myśl Polska, nr 11-12 (15-22.03.2026)