„Resztki nadziei zniknęły, skandaliczny list Episkopatu został oficjalnie zamieszczony na stronie KEP” – napisał prof. Jacek Bartyzel. Filozof zdecydowanie skrytykował inicjatywę polskich biskupów, którzy zachęcają w nim m.in. do odwiedzenia synagogi. Prof. Bartyzel radykalnie jednak odrzuca tę możliwość.
Z okazji 40. rocznicy wizyty Jana Pawła II w synagodze, Episkopat Polski przygotował list do odczytania w niedzielę 22 marca. Jego treść wywołała konsternację i krytykę wielu intelektualistów, pracowników akademickich czy katolickich publicystów. Bardzo mocnych słów w swoim komentarzu użył prof. Jacek Bartyzel z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Znany filozof idzie daleko w krytyce listu Episkopatu mówiąc, że „resztki nadziei zniknęły”. Wskazuje, że dokument zawiera „jawną i oczywistą herezję, iż istnieje kategoria osób – a mianowicie wyznających judaizm żydów – które mogą uzyskać zbawienie bez przyjęcia Chrystusa, uznania Go za Mesjasza i Zbawiciela, będącego jedyną Drogą do Boga, i jeszcze przewrotnego uzasadnienia tej herezji „tajemnicą Bożą”.
Prof. Jacek Bartyzel w swoim wpisie zwraca uwagę na pojęcie antysemityzmu, które przez biskupów miałoby być określane „deficytem miłości”. To sformułowanie uznaje za „pospolite brednie”, które „się same kompromitują w kontekście politycznym izraelskich zbrodni wojennych”.
„Nadto jeszcze w tekście pada oskarżenie Kościoła nauczającego, że przez 1500 lat głosił jakoby błędną naukę na temat żydów – co jeśli byłoby prawdą, oznaczałoby, że Kościół nie jest nieomylny w swoim dogmatycznym nauczaniu, a więc stanowi to właściwie kolejną herezję” – wskazuje filozof.
„Grozę tego listu wzmaga ból, że zabrakło, jak widać, w KEP, choćby jednego prawowiernego biskupa, który uderzył w stół i powiedział: dosyć, nie wolno nam zdradzić Chrystusa! Domyślamy się oczywiście kto był inspiratorem i autorem tego haniebnego dokumentu, sprzecznego nawet z powoływanymi deklaracjami SV2. Ale żeby nie znalazł się choćby jeden odważny, kiedy nie grozi przecież za to nawet żadne męczeństwo!” – zdecydowanie skomentował prof. Jacek Bartyzel.
Na koniec podkreślił, że nie zamierza skorzystać z sugestii i zaproszenia biskupów do odwiedzenia synagogi. „W takim razie to my, zwykli laici, którzy zachowali sensus catholicus, musimy powiedzieć: non possumus! Nie możemy słuchać waszej kacerskiej mowy, nie będziemy podążać za nią. Nie będziemy odwiedzać synagog, bo synagoga, która odrzuciła Chrystusa jest Synagogą Szatana” – skwitował.
Dziś małe święto: tysiąc czterysta wpisów do tej pory. A miałem pisać pamiętniczek z dwóch tygodni kwarantanny… Zeszło się, c’nie?
Mamy różny poziom dyskusji o polityce w Polsce. Króluje bieżączka, codzienna nawalanka plemiennych wzmożeń na poziomie newsów dnia i dziennych przekazów. Pojawiają się dłuższe wątki, ale te są ciągnione wyłącznie w celach eskalowania podziału Polaków na dwa szczekające na siebie stada. Wszystko temu służy, byśmy się kłócili, gdyż walcząc ze sobą na dole nie spoglądamy wzwyż, nie widzimy, że to wszystko idzie z góry: do nas na dół dzielący syf podszczuwania, do nich na górę – nasza bezradność owinięta w podatki. Ale to nasz chleb codzienny, czerstwy i coraz bardziej gorzki.
Drugi poziom to komentariat bardziej zaawansowany – to w nim pojawiają się wątki mechanizmów partyjnych, politycznego grzebania w prawie, unijnych wrzutek regulacyjnych. Tu króluje odczytywanie niepisanych, acz wdrażanych planów. Codziennie liczy się głosy, rozpatruje frakcje, znów przelicza się głosy. Takie taktyczne przesuwanie figurek po szachownicy demokracji przedstawicielskiej. Ważny motyw w tym wymiarze pojawia się po prawej stronie tej niepowszechnej medialnej debaty. Lewa dzisiaj, jak to mówi Bartosiak, poleruje berło rządzących i oprócz tropienia pisizmu nie masz tam żadnej myśli państwowej.
Błędy genetyczne
Wartościowa część tego prawicowego wątku odkrywa kolejną warstwę III RP, jej zaklęte w ustroju błędy genetyczne, które my widzimy coraz częściej w formie politycznych patologii, nie do końca identyfikując ich źródeł. A więc roztrząsa się zaklęte w naszej konstytucji wady i błędy, w końcu stare i podrdzewiałe trybiki, które kiedyś pracowały, choćby i na korzyść wyłącznie elitarnej warstwy kliki. Teraz, kiedy czasy się mocno zmieniły, zacinają się, trzęsą, łamią. Maszyna polskiego ustroju przeżywa konwulsje, zaś lud suwerenny widzi tylko przemalowane co kadencję obudowy, zaś wstrząsy tłumaczy mu się tym, że owszem – konstrukcja jest zacna – tylko poprzednicy ją popsuli. No, jest jeszcze Putin, winny za wszystko.
Mówię tu o pewnym publicznym trendzie do naprawy Rzeczpospolitej. Ma on dwa przejawy, ale jedną fatalną dominantę. Ten zbiór wspólny polega na tym, że właściwie cała III RP wciąż zajmuje się głównie… poprawianiem samej siebie. To tak jakby sam ustrój wiedział, że jest źródłem własnych kłopotów. Przecież cała ta biegunka legislacyjna – pomijając wsad dostosowawczy naszego prawa do unijnych dyrektyw – to są poprawki do istniejących ustaw. W sumie każda zmieniająca się ekipa zaczyna grzebać w ustawach od nowa, zamiast realizować jednolitą politykę wzrostu. Ta zmienność podejścia to nawet nie inne poglądy społeczno-gospodarcze kolejnych ekip, to by było jeszcze nieźle. Gros ustaw to zamiana, zawrócenie redystrybucyjnych strumieni środków publicznych w te strony społeczne, które akurat dana ekipa polityczna uzna za korzystne dla siebie pod względem wyborczym. Nie ma to nic wspólnego z dobrem państwa, tylko chodzi o to, by – właśnie jego kosztem, a właściwie kosztem jego rozwoju – kontynuować pobywanie w promieniach władzy, w tym wypadku dla samej władzy. O wątku agenturalnym, czyli czynieniu prawa i polityki dla realizacji cudzych interesów nie wspomnę, gdyż to sprawa oczywista.
Poprawianie III RP w permanencji
Ale nie po to zacząłem ten tekst, by głosić tu takie komunały. Mamy wysyp prób, widać, że często pozornych, naprawy kraju, ale służą one jednak taktycznym celom politycznym, są więc zasłoną dymną, która ma przysłonić nicnierobienie. III RP jest powoli jak socjalizm – walczy dzielnie z problemami, które sama tworzy poprzez system, na którym się opiera. I mamy do czynienia z pierwszym przejawem troski o Polskę: chodzi o kolejne – co kadencja – próby deregulacji. Praktycznie każda ekipa to obiecuje (oczywiście przed wyborami), zwłaszcza kieruje ten postulat wobec dyżurnych przedsiębiorców, których zaraz po wyborach w tej kwestii… zdradza. A to Palikoty stają na pryzmie papierów z regulacjami, a to powołuje się kolejne komisje do tropienia przerostów administracji, które same wkrótce stają się… jej przejawem. Kolejne podejścia w tym względzie, szczególnie dla przedsiębiorców, stają się już taką udręką, że niektórzy wolą, żeby nic nie deregulować, bo z tego tylko kłopoty.
Dyżurnym przykładem takich prób daremnych, a właściwie kontrproduktywnych, był Polski Ład, który miał wprowadzić porządek, stał się zaś gwoździem do trumny przedsiębiorców, a zwłaszcza PiS-u, który wydał to cudo na świat. Przedsiębiorcy znaleźli się w sytuacji jak ze słynnej bajki, kiedy „wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły”. Tak bardzo się wszyscy starali im pomóc, że wyszło z tego nieszczęście. Ale to był przykład politycznego podejścia do samozreformowania w końcu własnych regulacji, co prawda dziedziczonych z pokolenia na pokolenie polskiej plemiennej sztafety, ale będącej produktem markowym III RP.
Przypadek prezesa Brzoski
Ale mamy też różne próby niepolitycznego podejścia do tematu poprawienia Polski poprzez deregulacje – są to liczne inicjatywy, czy to samych przedsiębiorców, jakichś organizacji, nawet stowarzyszeń pracodawców, ale te są bardziej reaktywne i najczęściej ograniczają się do krytyki jakiejś jednej wyizolowanej regulacji. Nie mają więc nic wspólnego z systemem, zaś ich łatanie na łacie utrwala tylko system polskiej dziurawej kapoty. Ostatnio mieliśmy do czynienia z dużą próbą deregulacyjną, którą zapoczątkowała przygoda biznesmena Brzoski (ten od InPostowych paczkomatów) z premierem Tuskiem. Wyszedł z tego niezły projekt, dużo fajnych pomysłów, zgrabnie zebranych i skonsultowanych. I co? I nic.
Większość tu zacznie utyskiwać, że to była podpucha ze strony Tuska, który miał wrobić biznes w propozycje deregulacyjne. Zamiast sam się zająć tymi sprawami, to pod publiczkę powiedział – marudzicie, marudzicie, to wreszcie coś sami zaproponujcie. I stało się – Tusk dostał niezłą pakę pomysłów i… nic z tym nie zrobił. (Może to był ruch przekuty przez Brzoskę na zdobycie sztandaru przewodnictwa polskiemu biznesowi i założenie – również z przygotowaną w tym trybie paczką postulatów przedsiębiorców – ruchu politycznego, który wystartuje w tych wyborach). A więc po zwyczajowej klapie pomysłów na deregulacje odbitych przez rządzących wszyscy się rzucili na gęganie – no tak, jak zwykle nie dało się. Ale nie tu jest pogrzebany pies polskiego przekleństwa niemożności.
Głównym problemem jest „łatkowatość” podejścia. W ustawie o czymś tam, w paragrafie 3, ustęp 2 wystarczy dodać „i wynosi 16%”, w innym rozporządzeniu wykreślić słowo „podstawę liczy się od średniej krajowej” i będzie dobrze. Poważnie? Będzie dobrze od takiego łatania? Nie może być! Takie łatanie oddala nas od myślenia o tym czy w ogóle ten prawie już 40-letni płaszcz Najjaśniejszej w ogóle został dobrze skrojony od początku, a już w szczególności czy nie sparciał do tej pory, po takim czasie, czy przypadkiem nie pasuje już do polskiej geopolitycznej pogody? Nie – my będziemy łatać na łacie, podszywać stary rękaw nową podszewką. A że wieje przez ten płaszcz coraz bardziej, to napychamy szpary zwitkami pożyczonych pieniędzy i gazetami narracji. Tak dalej to nie pojedzie.
Analizy ale czy remedia?
Drugim aspektem troski o naprawę Polski jest coraz częściej szukanie właśnie dobrego kroju dla Polski na nowe czasy. Coraz częściej mówi się o systemie, ustroju i – też coraz częściej – o jego zmianie w sposób generalny, czyli zahacza się o kwestię konstytucji. I jest to racja z kilku powodów: po pierwsze jeśli traktować konstytucję jako instrukcję obsługi, a właściwie rozwoju potencjału naszego kraju i zamieszkujących go rodaków, to za mało o tym mówimy. Owszem – jako się rzekło w rozwiniętym, a więc nieczęstym komentariacie, wskazuje się na nasze życiowe konsekwencje błędów ustrojowych zawartych w konstytucji, ale jest to tylko (konieczny) początek, analiza przed remediami, których nam wciąż brakuje.
Po drugie Polacy nie potrafią rozmawiać o konstytucji. Owszem potrafią nią wymachiwać z taktycznych inspiracji rządzących. Taktycznych, gdyż na przykład w przypadku kiedy Tuski były w opozycji, to czytali ją dzieciom do snu i biedakom uwięzionym w tramwajach, zaś jak się towarzystwo dorwało do władzy, to niedawna bohaterka ich odniesień ustrojowych stała się momentalnie lekturą przeszkadzającą, którą poddano interpretacji „tak jak ją rozumiemy”. Jeżeli są jakieś głosy jak i gdzie jest niedobra ta nasza ustawa zasadnicza, tak w ogóle nie ma dyskusji na temat jak miałaby być ona lepsza i w których obszarach.
Polacy też nie rozmawiają o konstytucji z jednego naczelnego powodu – nasza ustawa ustaw pasuje bowiem całemu systemowi politycznemu, gdyż to dzięki jej regulacjom ten system jest taki jaki jest i może być tak słaby jakościowo i ludzko, a jednocześnie dochodzić do władzy i utrzymywać się przy niej. Dlatego konstytucja RP należy nie tyle do jednego z elementów POPiS-u, ale jest jego fundamentem. To jej zawdzięczają swoje przewagi dwa plemiona, to ona wytycza to zagrodzone pole, na którym odbywa się już tylko walka które z dwóch plemion wygra. Dlatego POPiS, ale i praktycznie cała klasa polityczna będzie tej konstytucji bronić jak kiedyś Jaruzel socjalizmu, czyli jak niepodległości.
Duda referendalny
Było parę nieśmiałych podejść do konstytucji, ale należy wskazać, że o skromnym wymiarze takich prób świadczy to, że najpoważniejszą była inicjatywa konstytucyjna prezydenta Dudy, co świadczy o tym, że jeśli to była próba najpoważniejsza, to cały interes jest nic nie wart. Prezydent Duda zaproponował dziwny proces dochodzenia do zmian w konstytucji: ogłosił referendum konsultacyjne, nie zaś referendum zmieniające konstytucję. Po prostu miano się zapytać, i to wariantowo, o różne pryncypia, niestety w większości tu nie nadające się do konstytucji. No bo co ma konstytucja do pytań typu: „Czy jest Pani/Pan za odwołaniem się w preambule Konstytucji RP do ponadtysiącletniego chrześcijańskiego dziedzictwa Polski i Europy jako ważnego źródła naszej tradycji, kultury i narodowej tożsamości?”, czy „Czy jest Pani/Pan za konstytucyjnym zagwarantowaniem szczególnego wsparcia dla rodziny, polegającego na wprowadzeniu zasady nienaruszalności praw nabytych (takich jak świadczenia „500+”)?”.
Inicjatywa Dudy okazała się kapiszonem i chyba dobrze, że nie doszło do tego referendum, bo temat byłby spalony i obecnie zamknięty. Myślę, że ten pomysł jednak Dudzie utopił… PiS, gdyż jest to formacja jak najbardziej żyjąca z konstytucyjnych patologii, z zapisem o ordynacji proporcjonalnej w wyborach włącznie. Duda chciał się zapytać narodu w którą stronę ma pójść myślenie o zmianach konstytucji. Ale – właśnie – zabrakło tam pytań zasadniczych, bo ustrojowych. Skupiono się na przynależności do NATO czy Unii oraz gwarancjach pozycji rodziny czy choćby… roli w niej ojca. Projekt więc poległ, zaś swym poziomem mocno i na długo spłycił poziom dyskusji o ustawie zasadniczej. Mało tego – zaproponował jakąś dziwną formułę, gdzie znowu, tak jak w roku przyjęcia konstytucji w referendum, będziemy mieli tylko jeden projekt konstytucji, napisany przez polityków w ramach referendalnych konsultacji.
Jak można zmienić konstytucję?
Z tych nielicznych, którzy jeszcze rozprawiają o zmianie konstytucji (głównie jako się rzekło – dziennikarze) większość snuje dramatyczne scenariusze imposybilizmu. Żeby zmienić konstytucję – tak straszą lud – trzeba osiągnąć niemożliwy poziom konsensusu walczących ze sobą plemion. I to w obu przypadkach, to znaczy wtedy, kiedy miałaby to zrobić sama klasa polityczna reprezentowana w parlamencie, a także gdyby chciano zmienić konstytcuję w ramach referendum stanowiącego. Zmiana Konstytucji RP na nową w Polsce wymaga przeprowadzenia rygorystycznej procedury opisanej w art. 235, która obejmuje uchwalenie ustawy konstytucyjnej przez Sejm (większością 2/3) i Senat (większością bezwzględną). Projekt mogą zgłosić: 1/5 posłów, Senat lub Prezydent. A więc biorąc pod uwagę takie ostre wymogi zgody uważa się ten pomysł za niemożliwy, albo wręcz przeciwnie – nakazujący pełną mobilizację do zdobycia wręcz orbanowskich większości w obu izbach.
Ale drugą drogą, często zapominaną, acz o wiele łatwiejszą do osiągnięcia celu jest ścieżka prezydenckiego referendum konsultacyjnego w oparciu o art. 125 konstytucji. Wcale nie trzeba znokautować innych w wyborach, na mandatowy wynik których nałożony jest wypaczający filtr ordynacji wg. D’Hondta. W referendum, jak to w referendum, odwołujemy się do pojedynczych głosów mas liczonych wprost. Cały proces wygląda inaczej niż proces referendum konstytucyjnego. Referendum konstytucyjne jest decydujące, ale zamieszanie w niego Sejmu powoduje niemożność osiągnięcia progu 2/3 zgody i nie będzie nad czym „referendować”. Trzeba wrócić do przypalonego przez Dudę referendum konsultacyjnego.
Ma ono kilka wad i klika zalet. Co do wad – nie jest stanowiące, nie musi być uwzględnione przez ciała przedstawicielskie. Ale jeżeli naród się gremialnie opowie za konkretną zmianą, to może się tak stać, że cała klasa polityczna będzie się bała przeciwstawić woli ludu. Odpowiedź ludu musi być więc konkretna nie zaś ogólnikowa, bo jak się niekonkretami zajmą politycy, to przerobią każdą wolę ludu na swoje kopyto. Na pewno taki referendalny ruch konstytucyjny musiałby przeformułować postrzeganie priorytetów politycznych przez wyborców na skalę systemową, a więc warto tu zmienić paradygmaty myślenia ludu na rzeczywiste. Samo określenie pytań referendalnych byłoby poważnym pretekstem do konkretnej debaty nad analizą i przyszłością kraju. Pojawić by się mogły nowe struktury, idące w poprzek plemienności podziałów sceny politycznej, objawiliby się może nowi liderzy, może zaczątki nowych, tłumionych, acz potencjalnych elit. Byłby jakichś ruch i to konkretny, nie kolejne narzekanie, ale rzeczowe remedia dla kraju. I jeśli wyszedłby z tego dobry pakiet, to nawet gdyby III RP go olała politycznie, to stanowiłby on znakomity zaczyn konkretyzacji postulatów politycznych na przyszłe wybory.
Gracze zmiany
Ruch z referendum konsultacyjnym wymaga zaangażowania i zgody prezydenta oraz Senatu RP. A to ustawia już z góry i graczy, i teren walki politycznej. Dla prezydenta Nawrockiego byłby to egzamin z tego, czy jest bytem samodzielnym politycznie, czy będzie w kwestii dyskursu konstytucyjnego hamulcowym, gdyż – jako się rzekło – dla systemu III RP, a więc i dla PiS, obecna konstytucja jest gwarantem trwania tego dysfunkcyjnego układu politycznej dwójpolówki. Sztandar konstytucji mógłby zostać podjęty przez prezydenta i okazałoby się, czy to w ogóle jakiś ośrodek polityczny. Poza tym to prezydent mógłby być przekazicielem w górę energii do zmian, organizacyjnie pochodzących spoza dużego pałacu. Otworzyłoby to drogę do pozytywnej i konstruktywnej presji na prezydenta, by podjął ten pomysł i inicjatywę. Ustrojowo jest do tego niezbędny.
Drugim graczem potrzebnym do tego ruchu jest Senat, najwyraźniej przez PiS odpuszczany. I nie dziwota, jak człowiek sobie przypomni jego ustrojowe źródła w III RP. Senat to dziecko Okrągłego Stołu, zaproponowane przez Kwaśniewskiego jako otarcie łez dla wtedy opozycji solidarnościowej, która miała być tylko 35% kwiatkiem do kożucha rządzących w Sejmie komunistów. Kwaśniewski zaproponował więc powołanie Senatu, gdzie wybory nie będą limitowane i tam się mogą solidaruchy odkuć. I odkuły się, biorąc w 1989 roku 99% miejsc w Senacie, co pokazuje gdzie wtedy była umiejscowiona narodowa popularka. Ale Kwaśniewski dając szanse na Senat od razu się zabezpieczył – Senat mógł dawać poprawki do ustaw Sejmu, ale izba niższa i tak mogła zwykłą większością je unieważnić, co miało wtedy chronić komunistyczną większość w Sejmie. A więc Senat był na tamte czas taktyczny, zaś i wtedy, i teraz jest bezzębnym SENATORIUM, izbą choć wyższą, to nie mającą nic dogadania.
Ale fakt jego umieszczenia jako ważnego gracza w referendum każe się nad nim pochylić. I nagle w takim scenariuszu staje się ważnym na tyle, że można o niego zabiegać. PiS kiedy miał przez pierwszą kadencję po 2015 roku i Sejm, i Senat nic z nim nie zrobił, tylko używał go do przepychania ustaw w dwa dni. Ale jak Senat utracił w kadencji kolejnej to uznał, że jedyne co mu może wraży Senat zrobić przy pisowskiej większości w Sejmie, to tylko opóźniać proces legislacyjny, a więc była to strata tylko tempa. Widać to podejście w PiS-ie i teraz, kiedy powoli godzi się na przegraną w Senacie, będzie z tego, jak wylicza Marcin Palade, z 15 mandatów na 100.
Ale Senat można byłoby odbić, tylko trzeba byłoby zrobić to samo, co strona przeciwna – zrobić pakt senacki, ale prawacki. Ale coś się PiS-owi do tego nie spieszy, co jest kolejnym dowodem, że partia Kaczyńskiego nie umie w koalicje. Jest to też słaby prognostyk na koalicje sejmowe. I, o dziwo, na pakt senacki Kaczyńskiego namawiają obie Konfederacje, zaś PiS nie chce. A pakt senacki to wymarzony projekt dla Nawrockiego, który w ten sposób „oddałby” przysługę 3 milionom konfederatów, którym zawdzięcza swoje prezydenckie zwycięstwo. Wydaje się – ja wiąż jestem jednak optymistą, pytanie czy niepoprawnym -, że PiS zmądrzeje, kiedy już porzuci nadzieje na to, że premier in spe, czyli profesor Czarnek miałby doprowadzić do powstrzymania przepływu pisowców do Brauna. Wtedy można udać, że to inicjatywa Nawrockiego, chyba, że i jego przekona ambasador amerykańsko-izraelski, że nie wolno siadać z Braunem, nawet do chanukowej wieczerzy.
Ruch konstytucyjny
Moim zdaniem kwestia konstytucji będzie papierkiem lakmusowym dla prawdziwych intencji całej klasy politycznej. Szczególnie dla określenia „współczynnika antysystemowości” w każdej z partii. Można będzie się naocznie przekonać kto broni gnijącego systemu opartego na tej konstytucji. Zweryfikuje się też postawa Konfederacji Mentzena i Bosaka, gdyż trzeba będzie konkretnie odnieść się do rzeczywistej antystemowości, w znaczeniu systemu jako pookrągłostołowej III RP. Najprościej ma tu Korona Brauna, gdyż to ona będzie depozytariuszem tej weryfikującej wszystkich antysystemowości. Patrząc się na program Korony, to jest on mocno zaawansowany na poziomie ustrojowym. Wygląda jak piękny obraz przy plakatowych propozycjach konkurentów, licytantów na rozdawnictwo.
Instrukcja obsługi naszego potencjału wzrostów wymaga zmiany zasadniczej. Napisana na inne czasy, na inny potencjał, taktyczna w dodatku rozmyta kompetencyjnie konstytucja nie daje nam szans na rozwój. Wszystkie postulaty łatania a la Brzoska tylko mumifikują ten układ. W końcu dochodzą do poziomu implementacyjnego i tu wchodzi na pełnej petardzie III RP, która nie pozwoli na inne niż kosmetyczne zmiany. Postulat nowej konstytucji ułożyłby cały scenariusz działań politycznych, zweryfikowałby obecną scenę, wyzwoliłby, mam nadzieję, że istniejące, potencjały energii Polaków i przeniósłby dyskurs o Polsce w obszary pragmatycznej racjonalności. W końcu wszystkie dobre pomysły na Polskę kończą się na progu implementacji sprawczości, co wskazuje na słuszność postulatu Brauna, że żeby się ziściły choćby i najlepsze pomysły na Najjaśniejszą to „trzeba odzyskać niepodległość”. Zdobycie nowej konstytucji może więc stać się i drogą, i celem do wykonania tego szczytnego zadania prawdziwej naprawy Najjaśniejszej.
Janusz Cieszyński opublikował listę porodówek zamkniętych od lipca 2025 roku. Wpis pojawił się po słowach premiera Donalda Tuska dot. sytuacji w Lesku w woj. podkarpackim.
Poseł PiS Janusz Cieszyński opublikował w sobotę wpis, w którym odniósł się do medialnej burzy wokół słów Donalda Tuska o porodówce w Lesku w woj. podkarpackim. Przypomnijmy, że w piątek na antenie TVN24 Tusk zapytany o sprawę porodówki w Lesku zarzekał się, że nie jest zamknięta. Jak ujawniono, porodówka w Lesku nie tylko zniknęła z początkiem 2026 r., ale szpital nie planuje nawet utworzenia tzw. pokoju narodzin.
„Warto mieć pod ręką garść faktów. A fakty są takie, że za zgodą wojewodów z rządu Donalda Tuska od lipca 2025 zamknięto lub zawieszono oddziały położnicze/neonatologiczne w 39 szpitalach (25 zamkniętych na stałe, 14 zawieszonych)” – napisał na platformie X Janusz Cieszyński.
Jest lista zamkniętych porodówek
Polityk PiS przedstawił listę zamkniętych oddziałów położniczych od lipca 2025 roku.
Z powodów finansowych od 1 stycznia 2026 r. oddział ginekologiczno-położniczy w Lesku w woj. podkarpackim został zamknięty. Warto podkreślić, że funkcjonowanie porodówki, mimo protestów, było zawieszone już do lipca 2025 r. Wcześniej zamknięto takie oddziały w dwóch innych bieszczadzkich szpitalach: w Sanoku i Ustrzykach Dolnych.
Jak tłumaczyło w ubiegłym roku ministerstwo zdrowia, utrzymywanie jednego punktu porodowego w regionie o tak niskiej liczbie porodów jest ekonomicznie nieopłacalne.
Na oficjalnej stronie Szpitala Powiatowego w Lesku w zakładce „oddziały” wymienione są obecnie: oddział anestezjologii i intensywnej terapii, szpitalny oddział ratunkowy, oddział dziecięcy, oddział rehabilitacji z pododdziałem neurologicznym, oddział chorób wewnętrznych oraz oddział chirurgii ogólnej z pododdziałem ortopedycznym. Na liście nie ma oddziału ginekologiczno-położniczego, czyli tzw. porodówki.
Oddział ginekologiczno-położniczy widniał na stronie internetowej szpitala jeszcze 17 października 2025 r.
Doskonała zwięzła analiza sytuacji na froncie i na zapleczu wojny usraelsko-irańskiej. Pułkownik Douglas McGregor, jak zawsze z precyzją i chłodem zawodowego żołnierza, przeprowadza wiwisekcję nieudolności, głupoty, próżności i pozoranctwa “elit Epsteina” rządzących dziś USA, wespół z ich zbójeckimi szefami w Tel Aviwie. Ta szajka, po totalnej kompromitacji czterodniowego blitzkriegu, wymyślonego przez tych bywalców Wyspy Rozkoszy, nie ma dziś żadnego racjonalnego planu jak ciągnąć tę krwawą awanturę inaczej, niż pchając narody w III Wojnę Światową wobec odważnej i bezwzględnej reakcji świetnie uzbrojonego Iranu. Nie maja oni innego pomysłu, jak tylko bombardować, bombardować, choćby celem były już tylko ewakuowane wcześniej w głąb Iranu opustoszałe fabryki i osiedla i choćby miliardy dolarów dziennie wyrzucane w błoto na te nieistotne cele, nie rujnowały przede wszystkim amerykańskiej gospodarki.
Taka obłąkana polityka prowadzi naczelną do niedawna gospodarkę świata do bankructwa i izolacji od głównych dzisiaj graczy, Chin i Rosji. Zwłaszcza, wobec ewidentnych głupot wygłaszanych do tego prawie co dzień przez “głównego w Białym Domu” (tak się teraz mówi na Trumpa, jego nazwisko już nie przechodzi dziennikarzom przez gardło) i “wojennych sukcesów” amerykańsko-izraelskiego gangu podżegaczy, otrąbianych prze kamerami z zapalczywością godną mów podpitego teścia na weselu, przez szefa obrony USA i amatora mocnych trunków, Petera Hegsetha.
Całość przypomina coraz bardziej słynne zdanie kończące poemat T.S. Eliota “Wydrążeni ludzie”: I tak się właśnie kończy świat, nie hukiem ale skomleniem.
This is the way the world ends not with a bang but a whimper
POSPIESZALSKI O SZOKUJĄCYM DOKUMENCIE! “TEGO PANA JUŻ NIE LECZYMY?”
Jan Pospieszalski mówi o tym, na podstawie czego lekarze będą decydować o naszym życiu lub śmierci.
◊
Koniecznie należy porównać:
Nowe przepisy o “terapii daremnej” wywołują niepokój pacjentów Jeżeli sądzicie, że konstytucja gwarantuje równy dostęp obywateli do służby zdrowia, to mam dla Was złą wiadomość. Już nie! Obecnie lekarz – nawet jednoosobowo internista z SOR – może zdecydować […]
Polscy biskupi albo stracili rozum, albo przeszli na judaizm. Nie można znaleźć innego wyjaśnienia na list Komisji Episkopatu Polski, który zostanie odczytany w niedzielę w polskich kościołach.
„13 kwietnia br. minie czterdzieści lat od dnia, gdy biskup Rzymu, następca św. Piotra, po raz pierwszy od czasów apostolskich przekroczył próg żydowskiego domu modlitwy” – piszą polscy biskupi w Liście Konferencji Episkopatu Polski z okazji 40. rocznicy wizyty Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej.
Wg katolickich publicystów i komentatorów list KEP jest skrajnie judeofilski i zaprzecza nauce Kościoła katolickiego.
Paweł Chmielewski, publicysta katolicki, w komentarzu na profilu X podsumowuje to „dzieło” biskupów tak:
„List KEP szokuje. Nie wiem, jak go pogodzić z nauczaniem Kościoła katolickiego. Nawet II Sobór Watykański jest przeciwko treści listu. Choćby konstytucja „Lumen gentium” wyraźnie mówi, że to Kościół jest Nowym Izraelem.
List KEP głosi, jakoby Izrael był nadal narodem wybranym, imputuje błędy nauczaniu Kościoła, które głoszono przez 1500 lat… Jestem ciekawy, w jaki sposób ideologicznie prosemicka frakcja w KEP przeforsowała ten skandaliczny dokument.
Jego publikacja jest jednak kamieniem milowym. Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by w liście KEP były tak ewidentne sprzeczności względem nauki Kościoła. To niewytłumaczalne bez odwołania do ideologii. O tym skandalu będą pisać podręczniki historii Kościoła. Niestety, nie będą to rozdziały poświęcone ortodoksji.”
W kolejnym wpisie Chmielewski dodaje:
„Kardynał Grzegorz Ryś już wiele tygodni temu zapowiadał, że powstanie taki list. Wszystko, co jest w nim obecne, było już wcześniej obecne w jego wypowiedziach.
Byłem wtedy na konferencji prasowej. Kardynał mówił, że planował pozyskać Stolicę Apostolską do ogólnoświatowych obchodów 40. lecia odwiedzi Jana Pawła II w synagodze, centrum tych obchodów miałoby być w Polsce.
Wydaje się, że Stolica Apostolska nie przychyliła się do planów kardynała. List jednak powstał. Jego treść jest doktrynalna skandaliczna. Przeczy „Lumen gentium”, przeczy nawet „Nostra aetate”, kluczowym dla tej kwestii dokumentom II Soboru Watykańskiego.
Proszę też zwrócić uwagę na kontekst: środek wojny w Iranie. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak biskupi mogli tego nie wziąć pod uwagę. Zaplanowali publikację listu na ten temat… i przeprowadzili plan, nie bacząc na to, że kontekst międzynarodowy jest skrajnie niewygodny. To się nazywa „rozeznanie”, nie ma co!”
Redaktor naczelny „Najwyższego CZASu!” Tomasz Sommer także nie kryje oburzenia.
„W kontekście skandalicznego listu episkopatu, który ma być odczytany w kościołach w niedzielę (jeśli rzeczywiście będzie odczytany) warto bez końca przypominać relację św. Pawła z 1 Listu do Tesaloniczan: ’15 Żydzi zabili Pana Jezusa i proroków, i nas także prześladowali. A nie podobają się oni Bogu i sprzeciwiają się wszystkim ludziom. 16 Zabraniają nam przemawiać do pogan celem zbawienia ich; tak dopełniają zawsze miary swych grzechów. Ale przyszedł na nich ostateczny gniew Boży9.’ Coś trzeba dodawać na ten temat?” – napisał Sommer na X.
W kolejnym wpisie Sommer dodał:
„Czyli jednak to prawda: polscy biskupi wysyłają katolików do synagog i twierdzą, że możliwe jest zbawienie bez Chrystusa i jutro to ogłoszą w kościołach. W przeddzień Wielkanocy. Nabieram podejrzenia, że to wszystko przebierańcy.”
List skomentował także Paweł Lisicki, katolicki publicysta i redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”.
Lisicki wskazał, że polski Episkopat formułuje list, którego głównym celem ma być „walka z antysemityzmem”, a to jest narzędzie, „którym lobby izraelskie i lobby chrześcijańskich syjonistów posługuje się jak maczugą”.
– Tą maczugą bije po głowie wszystkich tych, którzy krytykują obecną politykę Izraela. Brutalna prawda jest taka, że kto dzisiaj w Stanach Zjednoczonych krytykuje politykę Izraela, kto krytykuje tą agresywną ideologię syjonistyczną, natychmiast jest oskarżany o antysemityzm. (…) Polski episkopat nagle włącza się do tej operacji i okazuje się, że on też będzie walczył z antysemityzmem, czyli włącza się de facto w najbardziej dziwaczną, najbardziej nieodpowiedzialną kampanię propagandową, jaką sobie można było wyobrazić – mówi Lisicki.
Publicysta odniósł się do fragmentu listu, który mówi, że Żydzi są nadal narodem wybranym.
– Zdaniem autorów tego listu, przez 1500 lat Kościół się mylił. Mylili się papieże, doktorzy, święci, nauczyciele, wszyscy się mylili. Wszyscy kształtowali błędne postawy, wszyscy nauczali błędów, wszyscy nauczali nienawiści, wszyscy nauczali antysemityzmu. Gdybym ja chciał być na miejscu autorów tego listu i tak uważał jak oni uważają, że przez półtora tysiąca lat Kościół tkwił w błędzie, to nie mógłbym uczciwie uważać siebie za katolika – powiedział Paweł Lisicki.
– To jest nieprawda. To jest jawne, bezczelne, wręcz skandaliczne zaprzeczenie jasnym i wyraźnym naukom nie tylko całej tradycji Kościoła, ale wyraźnym naukom zawartym w Nowym Testamencie. Otóż jedynym narodem wybranym, o którym wie i słyszał Nowy Testament i o tym nauczali wyraźnie apostołowie, są w oczywisty sposób wyznawcy Chrystusa, czyli Kościół, czyli ciało mistyczne Chrystusa – mówił Lisicki podsumowując herezje listu biskupów.
[Szokujące – chyba dla totalnie odklejonych od rzeczywistości indywiduów… – admin]
Czy na świecie mamy do czynienia z systemem „celowego obniżania poziomu poznawczego dzieci, planowej produkcji półanalfabetów sterowalnych emocjonalnie i likwidacji elity intelektualnej”? Taka teza pojawia się w popularnym wpisie opublikowanym w serwisie społecznościowym X.
Jak zwraca uwagę jego autor, Krzysztof Szczawiński, „od ok. 2012–2015 we wszystkich krajach Zachodu obserwujemy spadek umiejętności matematycznych, spadek rozumienia tekstu, spadek myślenia logicznego”.
To pierwsza generacja, która będzie mniej lotna od swoich rodziców – zwraca uwagę.
Zjawisko to najmocniej uwidoczniło się w USA, Kanadzie, UK, Francji, Niemczech, Skandynawii, z kolei nie obejmuje państw Azji Wschodniej (Chiny, Korea, Japonia, Singapur).
To jest efekt zmian systemowych w edukacji – uważa Szczawiński.
Zmiany te mają obejmować m.in. dostosowywanie poziomu edukacji do najsłabszych uczniów, a nie najsilniejszych, degradację programów nauczania.
W matematyce: mniej dowodów, algebry, geometrii, mniej logiki formalnej, a więcej „kontekstów życiowych”…W językach: mniej analizy tekstu, gramatyki, składni, a więcej „interpretacji emocjonalnej” – wylicza Szczawiński.
Zauważa, że kosztem logiki, precyzji, dyscypliny i rygoru intelektualnego dominuje w edukacji empatia, wrażliwość, komunikacja, współpraca, inkluzywność, czy samoocena. [czyli sralizm-mazgalizm – admin]
Coraz większy odsetek absolwentów nie rozumie dłuższych tekstów, nie potrafi logicznie argumentować, nie potrafi rozwiązywać problemów, myśli narracyjnie, nie analitycznie. W UE 30–45% młodych dorosłych to funkcjonalny analfabetyzm… To nie „wyzwanie edukacyjne”, tylko katastrofa cywilizacyjna – stwierdza.
Zdaniem Szczawińskiego takie działania mają być podejmowane nieprzypadkowo.
Społeczeństwo inteligentne, logiczne, zdolne do abstrakcji, jest trudne do kontroli narracyjnej. Społeczeństwo poznawczo słabe, emocjonalne, reaktywne, jest idealne do zarządzania strachem, winą i moralnym szantażem. Dlatego produkcja głupoty jest racjonalną strategią władzy miękkiej – podkreśla.
Informacje o spadku wyników, na które powołuje się Szczawiński, można było rzeczywiście w ostatnich latach odnaleźć w fachowych raportach. Choćby w ramach programu międzynarodowej oceny uczniów (lepiej znanego jako PISA) w 2022 r. odnotowano „bezprecedensowy spadek wyników” we wszystkich regionach OECD. W porównaniu z wcześniejszą edycją z 2018 r. średni wynik w czytaniu spadł o 10 punktów, a w matematyce o prawie 15 punktów. Spadek wyników z matematyki był szczególnie widoczny w krajach takich jak Niemcy, Islandia, Holandia, Norwegia i Polska, które odnotowały spadek o 25 punktów lub więcej, jak podało OECD.
Jako jeden z istotnych czynników podawano wówczas pandemię COVID-19 i jej wpływ na naukę, ale już wówczas wskazywano, że to tylko część przyczyny, ponieważ spadki wyników z matematyki i nauk ścisłych były widoczne już przed 2018 r.
„COVID prawdopodobnie odegrał pewną rolę, ale nie przeceniłbym jej” – powiedział w 2022 roku dyrektor ds. edukacji OECD Andreas Schleicher. „Istnieją podstawowe czynniki strukturalne, które są znacznie bardziej prawdopodobne jako trwałe cechy naszych systemów edukacyjnych, które decydenci powinni naprawdę potraktować poważnie”. [Nie COVID, do k… nędzy, ale sposób jego „zwalczania”!!! – admin]
Na te problemy zwracał uwagę też w swoim artykule z 2024 roku prof. Enrico Colombatto z Uniwersytetu w Turynie.
Główne pytanie wynikające z wyników badania PISA dotyczy jakości i charakterystyki dzisiejszych systemów edukacyjnych, zwłaszcza w świecie zachodnim. Do końca lat 60. XX wieku powszechnie uważano, że edukacja powinna wyposażać młodych ludzi w odpowiednią wiedzę z zakresu języka i literatury, historii, geografii, matematyki i nauk ścisłych. (…) Nacisk kładziono na umiejętności poznawcze (czyli przyswajanie systematycznej wiedzy), umiejętności ilościowe, zdolność rozwiązywania problemów oraz abstrakcyjne i logiczne rozumowanie. Obecnie takie systemy oceniania są uważane za dyskryminujące, upokarzające i wywołujące stres – zauważył.
Włoski naukowiec ocenił, że zmiany, jakie dokonano we współczesnej edukacji, doprowadziły do pogorszenia jej jakości.
Pewną rolę odegrał również szybki postęp technologiczny. Z jednej strony technologia zwiększa wydajność pracy, a rozszerzone możliwości kształcenia rekompensowały braki w umiejętnościach. Z drugiej jednak strony uczniowie używają smartfonów i laptopów do celów niezwiązanych z nauką podczas zajęć i łatwo się rozpraszają, wykonując zadania szkolne. Wciągający świat zaawansowanych technologicznie gadżetów wydaje się utrudniać młodemu pokoleniu koncentrację, zapamiętywanie, robienie notatek, opracowywanie fragmentarycznej wiedzy oraz samodzielne rozwijanie krytycznego myślenia i umiejętności językowych – dodał.
Wybraliście temat ideologii równościowej jako systemu celowego obniżania poziomu poznawczego dzieci, planowej produkcji półanalfabetów sterowalnych emocjonalnie i likwidacji elity intelektualnej.
Wyniki PISA, TIMSS i PIRLS są jednoznaczne: Od ok. 2012–2015 we wszystkich krajach Zachodu obserwujemy spadek umiejętności matematycznych, spadek rozumienia tekstu, spadek myślenia logicznego. Najsilniej w USA, Kanadzie, UK, Francji, Niemczech, Skandynawii. To pierwsza generacja, która będzie mniej lotna od swoich rodziców.
Spadki nie dotyczą Azji Wschodniej (Chiny, Korea, Japonia, Singapur), czyli nie jest to zjawisko biologiczne ani technologiczne. To jest efekt zmian systemowych w edukacji.
2. Mechanizm – jak realnie obniża się poziom – Likwidacja selekcji: znoszenie progów, znoszenie egzaminów selekcyjnych, znoszenie szkół elitarnych, integracja klas bez względu na poziom
Efekt: tempo nauczania dostosowuje się do najsłabszych, nawet nie tyle przez ideologię, co z konieczności… – Degradacja programów nauczania
W matematyce: mniej dowodów, algebry, geometrii, mniej logiki formalnej, a więcej „kontekstów życiowych”…
W językach: mniej analizy tekstu, gramatyki, składni, a więcej „interpretacji emocjonalnej” Efekt: rozwój narracyjno-emocjonalny zamiast poznawczego.
– Zastąpienie wiedzy „kompetencjami miękkimi”
W dokumentach programowych dominują: empatia, wrażliwość, komunikacja, współpraca, inkluzywność, samoocena
Kosztem: logiki, precyzji, dyscypliny i rygoru intelektualnego Efekt: szkoła tresuje emocje, nie rozwija umysłu.
– Zakaz frustracji poznawczej: „nie wolno stresować dzieci” nie wolno stawiać wysokich wymagań nie wolno porównywać nie wolno oceniać ostro
Tylko że bez frustracji poznawczej trudno o rozwój poznawczy. Mózg rozwija się w wysiłku, nie w komforcie.
3. Inflacja ocen = realny spadek poziomu
W USA, UK, Francji, Polsce, od lat 90-ych średnie oceny systematycznie rosną, realne kompetencje systematycznie spadają. To znaczy że system statystycznie kłamie, żeby maskować degenerację.
4. Efekt: produkcja półanalfabetów funkcjonalnych
Coraz większy odsetek absolwentów nie rozumie dłuższych tekstów, nie potrafi logicznie argumentować, nie potrafi rozwiązywać problemów, myśli narracyjnie, nie analitycznie. W UE 30–45% młodych dorosłych to funkcjonalny analfabetyzm… To nie „wyzwanie edukacyjne”, tylko katastrofa cywilizacyjna.
5. Dlaczego ideologia równościowa MUSI niszczyć elity
Bo: elity ujawniają nierówności biologiczne. nierówności biologiczne obalają dogmat równości a dogmat równości jest fundamentem tej ideologii
Więc system musi zlikwidować elity, żeby zachować spójność narracyjną. Czyli: niszczenie elitarnych liceów zwijanie klas matematycznych walka z „przeładowanymi programami” demonizowanie ambicji
6. Przykłady systemowe Finlandia – Ikona „równościowej edukacji”
Efekt po 20 latach: jeden z największych spadków PISA w Europie, regres matematyczny regres czytelniczy, paniczne reformy cofające wcześniejsze zmiany .
USA – No Child Left Behind → Every Student Succeeds Act
Hasło: nikt nie może zostać z tyłu Efekt: cały system został cofnięty do poziomu najsłabszych. Rezultat: załamanie matematyki katastrofa czytania eksplozja ADHD, leków, terapii
UK – likwidacja grammar schools
7. Dlaczego to nie jest błąd, tylko logika systemu
Społeczeństwo inteligentne, logiczne, zdolne do abstrakcji, jest trudne do kontroli narracyjnej. Społeczeństwo poznawczo słabe, emocjonalne, reaktywne, jest idealne do zarządzania strachem, winą i moralnym szantażem. Dlatego produkcja głupoty jest racjonalną strategią władzy miękkiej.
8. Likwidacja elity to konieczność cywilizacyjna nowego systemu
Elity widzą dalej, rozumieją procesy, wykrywają manipulację i burzą narracje Dlatego muszą zostać rozmyte, zdegradowane, lub wchłonięte i rozproszone. Efekt: cywilizacja bez mózgu strategicznego.
19 marca 2026 roku przejdzie do historii jako dzień, w którym globalny wyścig technologiczny uderzył w niewidzialną ścianę. Nad ranem światowe agencje informacyjne podały wiadomość o zmasowanym ataku irańskich dronów i rakiet balistycznych na Ras Laffan – gigantyczny kompleks przemysłowy w Katarze. Choć pierwsze doniesienia skupiały się na zagrożeniu dla dostaw gazu ziemnego, prawdziwy wstrząs wywołała informacja o całkowitym wstrzymaniu produkcji helu.
W jednej chwili z globalnego rynku wyparowała jedna trzecia podaży tego pierwiastka, bez którego nowoczesna cywilizacja nie jest w stanie funkcjonować. To nie był pierwszy incydent w tym regionie, ponieważ niepokoje trwały od początku marca, jednak nocny atak z 18 na 19 marca okazał się decydujący, niszcząc kluczową infrastrukturę i zmuszając giganta QatarEnergy do ogłoszenia stanu siły wyższej.
Hel to surowiec paradoksalny. Choć jest drugim najczęściej występującym pierwiastkiem we wszechświecie, na Ziemi stanowi zasób skrajnie rzadki i nieodnawialny. Nie można go wytworzyć syntetycznie w laboratorium. Powstaje on przez miliony lat w wyniku powolnego rozpadu radioaktywnego [alfa] pierwiastków w skorupie ziemskiej, gromadząc się w tych samych niszach geologicznych co gaz ziemny.
Gdy zostanie uwolniony do atmosfery, nie pozostaje w niej, lecz unosi się przez kolejne warstwy powietrza, aż ostatecznie ucieka w przestrzeń kosmiczną. Każdy litr helu, który wypuszczamy z urodzinowego balonu, jest stracony dla planety na zawsze. Eksperci od lat ostrzegali, że marnowanie tego gazu na rozrywkę to luksus, na który nas nie stać, jednak dopiero marcowy kryzys uświadomił opinii publicznej, jak głęboko hel jest zakorzeniony w fundamentach technologii.
Katar w ostatnich latach wyrósł na helowe imperium. W 2025 roku kraj ten odpowiadał za około 30–36 proc. światowej produkcji, dostarczając 63 miliony metrów sześciennych tego gazu. System produkcji helu jest nierozerwalnie związany z procesem skraplania gazu ziemnego (LNG). Hel odzyskuje się jako produkt uboczny podczas schładzania metanu do ekstremalnie niskich temperatur.
Atak na Ras Laffan uszkodził dwa z 14 kluczowych ciągów technologicznych oraz instalacje GTL, co według wstępnych szacunków przełoży się na 17 proc. spadku zdolności eksportowych LNG w perspektywie najbliższych 3–5 lat. Dla rynku helu oznacza to jednak katastrofę o znacznie większej skali. Straty finansowe Kataru szacuje się na 20 miliardów dolarów rocznie, ale dla reszty świata koszty mogą być niemożliwe do udźwignięcia w pieniądzu.
Najmocniejszy cios spadł na sektor wysokich technologii, a konkretnie na produkcję półprzewodników. Korea Południowa, będąca sercem światowej elektroniki, importuje z Kataru niemal 65 proc. zapotrzebowania na hel. Giganci tacy jak Samsung i SK Hynix wykorzystują ten gaz w najbardziej krytycznych procesach produkcji pamięci DRAM i HBM, które są niezbędne do działania akceleratorów sztucznej inteligencji.
Hel pełni funkcję chłodziwa dla płytek krzemowych, jest nośnikiem w procesach trawienia i osadzania warstw atomowych, a także elementem niezbędnym w litografii ekstremalnego ultrafioletu (EUV). Bez stabilnych dostaw helu, precyzyjne maszyny produkcyjne muszą zostać zatrzymane. Zapasy w koreańskich fabrykach wystarczą na maksymalnie 3 miesiące. Jeśli produkcja w Katarze nie zostanie przywrócona, światowy łańcuch dostaw AI, od serwerów chmurowych po procesory w smartfonach, po prostu stanie w miejscu.
Równie dramatyczna sytuacja panuje w medycynie. Na całym świecie pracuje ponad 14 tysięcy aparatów do rezonansu magnetycznego (MRI). Ich działanie opiera się na nadprzewodzących magnesach, które muszą być stale zanurzone w ciekłym helu, aby utrzymać temperaturę bliską zeru absolutnemu. Bez tego chłodzenia magnesy tracą swoje właściwości, co prowadzi do trwałego uszkodzenia aparatury.
Eksperci od polityki zdrowotnej, biją na alarm: helu nie da się zastąpić niczym innym, a jego brak w szpitalach oznacza odwołane badania diagnostyczne, opóźnienia w wykrywaniu nowotworów i paraliż nowoczesnej neurologii. W krajach rozwijających się, które nie posiadają rozbudowanych systemów recyklingu gazów technicznych, pierwsze skanery MRI mogą przestać działać już za kilka tygodni.
Kryzys uderza także w marzenia o podboju kosmosu i wielką naukę. Hel jest niezbędny w przemyśle rakietowym do utrzymywania odpowiedniego ciśnienia w zbiornikach paliwa oraz do oczyszczania układów napędowych przed startem. Bez niego rakiety SpaceX, NASA czy europejskiej Ariane nie opuszczą wyrzutni. Podobne problemy ma CERN w Genewie, gdzie największy na świecie akcelerator cząstek wymaga setek ton helu do chłodzenia swoich systemów. Nawet produkcja światłowodów, spawanie specjalistyczne czy systemy poduszek powietrznych w samochodach zależą od tego jednego, ulotnego gazu.
Obecnie ceny helu na rynku spotowym podwoiły się w zaledwie kilka dni, a kontrakty terminowe osiągają rekordowe pułapy 2000 dolarów za tysiąc stóp sześciennych. Rezerwy federalne USA, które przez dekady stanowiły światowy bufor bezpieczeństwa, są na wyczerpaniu po latach prywatyzacji i wyprzedaży. Inni producenci, tacy jak Algieria, Rosja czy Kanada, nie są w stanie zwiększyć wydobycia z dnia na dzień, by załatać lukę po Katarze.
To brutalna lekcja geopolityki: jeden precyzyjny atak w Zatoce Perskiej obnażył kruchość globalnego systemu opartego na jedynym źródle kluczowego surowca. Świat musi teraz drastycznie zmienić podejście do helu – wprowadzić całkowity zakaz jego używania w celach rozrywkowych, zainwestować w technologie recyklingu w każdym szpitalu i fabryce oraz przyspieszyć poszukiwania nowych złóż. W przeciwnym razie rok 2026 zapamiętamy jako moment, w którym nowoczesność zaczęła tracić swój blask z powodu braku najprostszego gazu we wszechświecie.
Kilka dni temu prominentny Republikanin i zadeklarowany sojusznik Trumpa Ted Cruz udostępnił artykuł, którego autor porównouje katolików do „pasożytów” i przekonuje o konieczności ograniczenia procesji Bożego Ciała w Stanach Zjednoczonych. Portal LifeSite News zauważa, że za wzmorzeniem agresji ze strony chrześcijańskich syjonistów stoi przekonanie, że tradycyjni katolicy zdobywają coraz większy wpływ na politykę wewnętrzną kraju.
„Pod hasłem „Chrystus Królem” coraz więcej katolików zaczyna dostrzegać, że nie muszą nawiązywać współpracy z ewangelicznymi protestantami i innymi grupami, aby osiągnąć swoje cele” – zauważa Stephen Kokx na łamach amerykańsko-kanadyjskiego portalu.
Autor nawiązuje do niedawnego zgromadzenia politycznego „Katolicy dla katolików” w Waszyngtonie, które ocenił jako „akt sprzeciwu wobec trwającego od dziesięcioleci pro-syjonistycznego sojuszu politycznego, który zbyt długo traktował katolików jak swój podnóżek”.
Administracja Trumpa, zdominowana przez obóz ewangelikalnych chrześcijan ma coraz większy problem z katolikami wśród ruchu MAGA. Katolicy, zwłaszcza wywodzący się ze środowisk przywiązanych do Tradycji otwarcie sprzeciwiają się ingerencji lobby żydowskiego w wewnętrzną politykę USA. Nie podzielają teologicznego uzasadnienia dla bezwzględnego wspierania polityki Izraela, który zdominował przekaz chrześcijańskich syjonistów.
Najgłośniejszym przedstawicielem tego ruchu jest konwertytka z protestantyzmu Candace Owens, influencerka zwolniona z konserwatywnej platformy Daily Wire za swój sprzeciw wobec usprawiedliwiania działań IDF w Strefie Gazy. Influecerka zdobyła w ostatnim czasie rekordową publiczność, sięgającą ponad 7 mln subskrybcji w serwisie YouTube, stając się jednym z wiodących prawicowych głosów w amerykańskim i światowym internecie. Głośnym skandalem odbiło się również wykluczenie z Komisji ds. Wolności Religijnej byłej miss Kalifornii Carrie Prejean-Boller, za sprzeciw wobec presji, jaką na katolików wywierają zwolennicy pro-izraelskiej polityki.
Wzrastająca popularność obozu „antysyjonistycznego”, z przewodnią rolą tradycyjnych katolików zwróciła uwagę czołowych zwolenników sojuszu z Izraelem. Oprócz wspomnianego już Teda Cruza, głos w sprawie zabrali m.in. James Lindsay oraz Eric Metaxas. Komentatorzy przekonują, że w Stanach Zjednoczonych nie może obowiązywać idea integralizmu wyrażona w encyklice Piusa XI „Quas Primas” o społecznym panowaniu Jezusa Chrystusa.
„Gdy ludzie uznają, zarówno w życiu prywatnym, jak i publicznym, że Chrystus jest Królem, społeczeństwo w końcu otrzyma wielkie błogosławieństwa prawdziwej wolności, uporządkowanej dyscypliny, pokoju i harmonii” – pisał papież w 1925 r.
„Metaxas i jego sojusznicy zamierzają wywierać presję na katolików na arenie politycznej, by potępili bardziej „radykalnych” członków Kościoła. Wydaje się, że ma to na celu stworzenie Cruzowi – który bez wątpienia wystartuje w wyborach prezydenckich w 2028 roku jako kandydat syjonistów – argumentu pozwalającego na podział elektoratu w starciu z JD Vance’em [katolickim konwertytą – red.]” – zauważa Kokx.
Mimo wzrastającej presji, „konserwatywni i tradycyjnie nastawieni katolicy w Stanach Zjednoczonych zaczynają zdawać sobie sprawę ze swojej siły politycznej” – przekonuje publicysta. „Zaczynają dostrzegać, że nie muszą nawiązywać współpracy z ewangelickimi protestantami i innymi grupami, aby osiągnąć swoje cele” – dodaje.
„Co więcej, wyraźnie mają już dość wpływu, jaki grupy żydowskie, takie jak AIPAC, i ich ewangeliczni syjonistyczni poplecznicy wywierają na politykę Stanów Zjednoczonych, ponieważ skutkuje to wywieraniem presji na katolików, aby powstrzymali się od nauczania prawd wiary” – podkreśla Kokx.
„Pod hasłem „Chrystus Królem” coraz więcej katolików zaczyna dostrzegać, że muszą odciąć się od dominującej koalicji politycznej prawicy i stworzyć coś nowego” – dodaje, przekonując, że na naszych oczach wyłania się obraz przyszłego, prawicowego i katolickiego ruchu zdolnego kształtować politykę wewnętrzną Stanów Zjednoczonych.
Izrael jest nadal narodem wybranym, nauczanie Kościoła przez półtora tysiąca lat przyczyniło się do nienawiści, chrześcijan i Żydów łączy nadzieja mesjańska… W środku wojny z Iranem Episkopat publikuje list na temat Żydów i antysemityzmu. O co tu chodzi?
Dialog z Żydami? Ale… dlaczego
W polskich kościołach odczytano list KEP z okazji 40. rocznicy wizyty Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej. Do tej wizyty doszło 13 kwietnia 1986 roku. To wydarzenie niewątpliwie ważne z perspektywy dialogu katolicko-żydowskiego – pozytywne czy negatywne, to inna sprawa; ale ważne.
Nie wiem jednak, dlaczego miałoby specjalnie interesować akurat nas, Polaków. Żydów w naszym kraju nie ma zbyt wielu, a dialog z wyznawcami judaizmu stanowi jakiś kompletny margines, który interesuje tylko wąskie grono zawodowych dialogistów albo niektórych intelektualistów. Dla absolutnej większości polskich wiernych relacja z judaizmem jest rzeczą czysto abstrakcyjną i kompletnie obojętną.
Owszem, czyta się Stary Testament – to przecież zwykły element liturgii. Uczymy się o historii starożytnego Izraela, bo to część naszej kultury duchowej. Staramy się zrozumieć świat duchowy i intelektualny starożytnych Izraelitów, bo to pozwala nam odczytać lepiej nauczanie naszego Pana Jezusa Chrystusa.
Jednak dialog ze współczesnymi wyznawcami judaizmu? To nie jest rzecz, która może interesować Polaków. Zajmują się tym może chrześcijanie w Ziemi Świętej, o ile jeszcze jacyś tam zostali – państwo Izrael nie jest do nich nastawione szczególnie przychylnie. Z perspektywy polskich chrześcijan, powtórzę to raz jeszcze, dialog z judaizmem to kompletny margines, któremu – wydawałoby się – nie warto poświęcać większej uwagi. Mamy dużo znacznie poważniejszych i bardziej palących problemów.
Wojny Izraela A jednak episkopat zdecydował się na przygotowanie listu poświęconego właśnie Żydom. No, dobrze, niechby… Tylko dlaczego akurat teraz? 40. rocznica wizyty Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej to jest „jakaś rocznica”, ale została kompletnie przykryta przez wydarzenia międzynarodowe. W październiku 2023 roku wybuchła krwawa wojna między Izraelem a Hamasem, w której na skutek działań izraelskich zginęły dziesiątki tysięcy palestyńskich cywili, w tym mnóstwo dzieci. Bezmiar cierpienia ludności cywilnej był jeszcze do niedawna tematem numer jeden w światowej prasie. Protestowali przeciwko temu również duchowni – w tym łaciński patriarcha Jerozolimy, kardynał Pierbattista Pizzaballa czy papieże, Franciszek i Leon XIV. Nawet ci Polacy, którzy mają na ogół pozytywne nastawienie do judaizmu i Żydów, nie kryli swojego oburzenia. Czymś innym jest przecież uprawniona walka z terroryzmem Hamasu, a czymś innym masakrowanie ludności cywilnej…
Teraz przyszła kolejna tragedia: wojna z Iranem. Izrael i Stany Zjednoczone napadły na Islamską Republikę. Pomimo obrzydliwości reżimu ajatollahów w Teheranie nie da się zaprzeczyć, że to właśnie Izrael i USA są stroną agresywną. W bombardowaniach są też ofiary cywilne – na czele z niewinnymi dziewczynkami, które zginęły ataku na szkołę na samym początku tej wojny. Uwaga całego świata znowu skupiła się na Bliskim Wschodzie i tak jak poprzednio, krytyka wobec polityki Izraela jest powszechna. Każdy rozumie, że Izrael, jak wszystkie inne państwa, ma swoje interesy i chce bronić swojej suwerenności. Kiedy dzieje się to jednak z rażącym pogwałceniem prawa międzynarodowego i z wywołaniem ogólnoświatowego kryzysu – trudno o sympatię do Tel Awiwu.
Publikowanie listu episkopatu poświęconego Żydom właśnie w tym kontekście jest dlatego przedsięwzięciem z natury ryzykownym, by nie rzec wątpliwym. Nader łatwo przekroczyć cienką granicę, która sprawi, że episkopat zacznie jawić się w oczach wiernych jako gremium wspierające izraelską politykę.
Antysemityzm… a co z syjonizmem? Czy ta granica została przekroczona? List, który odczytano w kościołach, musi budzić zdumienie większości katolików. Z niezwykłą ostrością potępia się w nim antysemityzm. Dobrze, ale dlaczego ani słowem nie wspomina się o ideologii agresywnego syjonizmu, która kieruje rządem Izraela i wieloma politykami w USA, prowadząc do wszczynania kolejnych krwawych wojen? Jeżeli w dzisiejszym kontekście chce się zachować obiektywizm, to nie można patrzeć na Żydów wyłącznie jako na ofiary przemocy. Tak mogło być w latach 1933-1945, kiedy starał się ich wygubić pogański reżim III Rzeszy. W XXI wieku Żydzi nadal padają ofiarami antysemityzmu, ale polityka żydowskiego państwa nie jest polityką ofiar – bywa polityką agresywnych, cynicznych i brutalnych napastników. W liście episkopatu nie ma jednak o tym ani słowa. Wydaje się, jakby to właśnie antysemityzm był jedynym problemem związanym z Żydami. Tak nie jest!
Żydzi są podzieleni, a list tego nie dostrzega Co bardzo istotne, list pomija też niezwykle istotny aspekt: podziałów między Żydami. Wśród współczesnych Żydów są skrajni syjoniści, ale są też tacy, którzy syjonizm ostro krytykują. Do tej grupy należy choćby znany na całym świecie profesor Jeffrey Sachs, człowiek, który od dawna krytykuje politykę Izraela jako absolutnie niedopuszczalną. Sachs nie jest religijnym Żydem, ale również wśród Żydów religijnych są podziały. Część z Żydów ortodoksyjnych to zagorzali przeciwnicy syjonizmu, którzy uważają poczynania władz Izraela za sprzeczne z wolą Boga.
List Episkopatu w ogóle Żydów nie różnicuje. Nie uwzględnia podziałów światopoglądowych, traktując tych ludzi jako jakieś zwarte plemię, z perspektywy czysto etnicznej. Taka perspektywa nie jest właściwa dla Kościoła katolickiego i zarazem nie jest adekwatna do rzeczywistości. W efekcie tylko pogłębia zamieszanie i kontrowersje wokół sprawy izraelskiej. Może być tak, że choć list ma pewnie szlachetne intencje, to paradoksalnie tylko zaszkodzi relacjom chrześcijańsko-żydowskim, bo przyczyni się do umacniania fałszywego obrazu Żydów wśród chrześcijan.
Doktryna… Jeszcze poważniejszy problem dotyczy doktryny. Treść listu budzi pod tym względem wręcz zdziwienie. Czytamy na przykład, że istnieje „konieczność odczytywania nauki Jezusa i Jego uczniów w perspektywie żydowskiej, w kontekście żywej tradycji Izraela”, którą to „konieczność” miałaby „potwierdzić Stolica Apostolska”. List odwołuje się tutaj do dokumentu „Bo dary łaski i wezwania Boże są nieodwołalne”, który w 2015 roku ogłosiła, jak pisze dokument, „Komisja Stolicy Apostolskiej ds. Relacji Religijnych z Judaizmem”.
To bardzo ciekawa atrybucja, bo komisja, o której mowa, działa tak właściwie przy Dykasterii ds. Promowania Jedności Chrześcijan – jest zatem jedną z jednostek działających wewnątrz jednego z urzędów Kurii Rzymskiej. Stąd ma pewien autorytet, ale nie jest to autorytet zbyt duży, w żadnej mierze nie jest porównywalny z autorytetem oficjalnych dokumentów soborów czy papieży.
W samym dokumencie czytamy zresztą, co następuje: „Nie można zrozumieć nauczania Jezusa lub Jego uczniów jeśli nie umiejscawia się go w perspektywie żydowskiej w kontekście żywej tradycji Izraela”. Trudno nie zgodzić się z tym zdaniem. Jednak czymś innym jest „niemożność zrozumienia”, a czymś innym „konieczność odczytywania”. Fraza użyta w liście jest o wiele mocniejsza. Przez nieobecność kontekstu całego dokumentu może też sugerować, że „żywa tradycja Izraela” to również… współczesny judaizm. To prowadziłoby do myśli, jakoby trzeba było pytać współczesnych rabinów o to, czego nauczał Pan Jezus…
Następnie list oskarża… nauczanie Kościoła katolickiego o sianie nienawiści. Odwołując się do jednego z wystąpień Jana Pawła II list mówi o przeciwstawieniu się postawie, która przedstawia Żydów jako „odrzuconych albo przeklętych”. List głosi dalej: „Przez ponad półtora tysiąca lat treści te, obecne w katolickim nauczaniu i błędnej interpretacji Pisma Świętego, kształtowały postawy chrześcijan, przyczyniając się do nienawiści, prześladowań i manifestacji antysemityzmu”. Oczywiście jest prawdą, że w nauczaniu ludzi Kościoła mogła i rzeczywiście była obecna przesada czy błędy – ale zdanie sugeruje, że nie chodzi o poszczególnych ludzi Kościoła, tylko o katolicką Tradycję. Co miałoby konkretnie zawierać te błędy, tego nie wiadomo – ale odwołajmy się do szerszego kontekstu. Kardynał Grzegorz Ryś często krytykuje na przykład dawną formułę liturgii wielkopiątkowej. Prawdopodobnie i tutaj o to chodzi: to katolicka liturgia (sic!) miałaby zawierać błędy…
Na tym nie koniec. Dalej list twierdzi: „Żydzi są nadal umiłowani przez Boga, który wezwał ich nieodwołalnym powołaniem. Bóg bowiem, wierny swym obietnicom, nie odwołał Pierwszego Przymierza. Izrael pozostaje nadal narodem wybranym”.
Jest oczywiste, że Żydzi są umiłowani przez Boga, bo Bóg miłuje wszystkich ludzi. Jest prawdą, że Bóg nie odwołał Pierwszego Przymierza; Bóg przecież niczego nie odwołuje. Dawne przymierze po prostu wypełniło się w Chrystusie. Dlatego nasz Pan mógł mówić i rzeczywiście mówił o „nowym” przymierzu. To właśnie Kościół jest Ludem Nowego Przymierza. Twierdzenie, ze „Izrael pozostaje nadal narodem wybranym”, nie wydaje się, delikatnie mówiąc, teologicznie rzetelne. Przecież zgodnie z nauczaniem Kościoła to właśnie Kościół jest Nowym Izraelem… Jak pisał niedawno biblista, prof. Waldemar Rakocy CM, „wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną. W wybraństwie uczestniczy ten, kto odpowiada na Boże wezwanie. Celem wybrania Izraela było obwieszczenie światu przyjścia Mesjasza, Chrystusa. Cel był zbawczy. I z tym celem było związane jego wybranie”.
W tym sensie, owszem, Izrael jest narodem wybranym – ale ten Izrael to Nowy Izrael, czyli Kościół – a nie obywatele państwa Izrael czy wyznawcy judaizmu, którzy odrzucają Jezusa Chrystusa jako Mesjasza. W cytowanych słowach listu można wręcz dopatrywać się sugestii jakiejś „równoległej” drogi do zbawienia, tak, jakby Żydzi właściwie nie potrzebowali Chrystusa.
Warto przypomnieć, że jasno pisze o tym konstytucja II Soboru Watykańskiego „Lumen gentium”. W rozdziale II pt. „Lud Boży” w paragrafie 9 wyraźnie mówi się, że Kościół katolicki jest „nowym Izraelem”, który Chrystus nabył za cenę swojej krwi. Konstytucja przypomina, że Bóg powołał zgromadzenie wierzących w Chrystusa, a Kościół przekracza wszystkie czasy i granice ludów. Tu nie ma perspektywy etnicznej, jest tylko perspektywa wiary.
W liście przywołuje się też słowa Jana Pawła II, według którego trwanie Izraela jest „faktem nadprzyrodzonym”. Niezależnie od tego, jaka była intencja tych słów papieża Wojtyły, nie da się zaprzeczyć, że przywoływanie ich właśnie dziś, w środku wojny irańskiej, może budzić skrajne emocje wiernych. Państwo żydowskie, które chce być reprezentacją narodu Izraelskiego, prowadzi brutalne bombardowania, a polscy katolicy słyszą w kościołach na Mszy świętej, że „trwanie Izraela jest faktem nadprzyrodzonym”?
Dalej w liście słyszymy o „więzach łączących Żydów i chrześcijan”. List definiuje je następująco: „Cześć dla Słowa Bożego, modlitwa i liturgia, a także mesjańska nadzieja przyszłości. Bo «gdy lud Boży Starego i Nowego Przymierza rozważa przyszłość, zmierza on – nawet jeśli wychodzi z dwu różnych punktów widzenia – ku analogicznym celom: przybyciu lub powrotowi Mesjasza»”.
Cześć dla Słowa Bożego, modlitwa, liturgia? Jest tu, oczywiście, wspólnota historyczna – ale chrześcijanie czytają Słowo Boże i sprawują liturgię w kluczu Chrystusowym. Bez Chrystusa nie ma naturalnie żadnej wspólnoty z żydowską liturgią czy interpretacją Pisma. Modlimy się też jako chrześcijanie słowami, których nauczył nas Zbawiciel. Tu znowu nie ma wspólnoty… Jak tłumaczył cytowany wcześniej ks. prof. Rakocy, „Izraelitom (Żydom) objawił się Bóg prawdziwy, ale odrzucając Chrystusa, odrzucają oni prawdziwego Boga. Nie wygląda to tak, że Izrael odrzucił Syna Bożego, a trwa przy Bogu. Kto odrzuca Syna, nie ma też Ojca (1 J 2, 23), bo Bóg jest jeden. Izrael odwołuje się do prawdziwego Boga, ale Go nie zna, bo On objawił się w Chrystusie”.
Wreszcie: mesjańska nadzieja przyszłości, podana jako zmierzanie do „analogicznych celów”. Jednak chrześcijanie czekają na powtórne przyjście Chrystusa, a Żydzi czekają na pierwsze przyjście mesjasza, który ex definitione musi być fałszywym mesjaszem. Ponownie, tu nie ma żadnej analogii. To raczej antyteza!
W jakim celu? Wracam jeszcze raz do pytania postawionego na początku. W jakim celu publikowany jest ten list? Czy Polacy nie mają dziś innych problemów? Czy nie szerzy się demoralizacja, antykoncepcja, zło w rządach? W środku Wielkiego Postu wszyscy katolicy przygotowują się na Triduum Paschalne.
Zamiast otrzymywać od pasterzy wsparcie w drodze pokornego nawrócenia, słyszymy w kościołach list, który wzbudza skrajne emocje, w sposób nieuchronny dotyka drażliwych kwestii politycznych, a teologicznie jest po prostu głęboko wątpliwy. Wszystko po to, by uczcić rocznicę, która z perspektywy faktycznego życia Kościoła w Polsce nie jest w żaden sposób istotna…
Kościół katolicki potrzebuje dialogu z Żydami, ale dialogu opartego na prawdzie, którą wyraża katolickie nauczanie. Jeżeli rzetelną teologię zaczną zastępować ideowe założenia, to nie przysłuży się to nikomu. Co więcej, w obecnym kontekście politycznym dialog katolicko-żydowski musi być prowadzony ze szczególną ostrożnością, a również tego w tym liście ewidentnie zabrakło.
A więc to nie był fejk, to nie był żart. Biskupi nie dość, że postanowili wysłać nas do synagog, to w dodatku powtarzają zdumiewające słowa o tym, że wyznawcy judaizmu idą drogą zbawienia bez Chrystusa. I że jest to możliwe w jakiś „tajemniczy” sposób. List ukazał się właśnie na stronie KEP.
Kończy się następującym akapitem: <<Pamiętając, że zawsze modlimy się za nich w liturgii wielkopiątkowej, prosząc Boga, aby lud, który On jako pierwszy nabył na własność, „wzrastał w wierności Jego przymierzu” i mógł „osiągnąć pełnię odkupienia”. Bo „nie ma żadnych wątpliwości, że Żydzi są uczestnikami Bożego zbawienia, ale jak to może być możliwe bez wyraźnego wyznawania Chrystusa – jest i pozostanie niezgłębioną tajemnicą Bożą>>.
=============================
md; A przecież taka jest modlitwa Wielkiego Piątku:
Oremus et pro perfidis Iudaeis: ut Deus et Dominus noster auferat velamen de cordibus eorum; ut et ipsi agnoscant Iesum Christum, Dominum nostrum.
=================================================
List nie jest podpisany przez jednego, konkretnego biskupa, ale przez cały episkopat. To szczególnie dojmujące. Doprawdy nie było nikogo, kto by wstał i zapytał – co wy robicie?
Gdy pojawiły się pierwsze przecieki o treści tego listu, wielu z was w mediach społecznościowych, a także Paweł Lisicki na swoim kanale YT, mówiło już o herezji, namawianiu do apostazji, skandalu, hańbie itp. Ja jednak napiszę o czymś innym: o towarzyszącym mi w tej chwili dojmującym, przerażającym smutku. Smutku wynikającym z tego, że nikt z następców apostołów w Polsce nie zaprotestował. Głębokiego smutku, z którym trudno sobie poradzić, wynikającego – proszę wybaczyć, ale takie jest moje przeświadczenie – z ciosu w serce Chrystusa, ciosu w serce Tego, który powiedział o sobie, że nikt nie przychodzi do Ojca jak tylko przez Niego, który JEST Drogą, Prawdą i Życiem. Biskupi piszą o deficycie miłości – owszem, zauważam tu olbrzymi deficyt miłości tak do Chrystusa jak i do wyznawców judaizmu. Oto wyklucza się z Serca Jezusowego naród, do którego On przyszedł.
Od lat niektórzy pragną ustanowienia innej drogi zbawienia dla żydów – tak jakby Chrystus nie był potrzebny do zbawienia każdemu bez wyjątku człowiekowi na świecie. Zamyka się tym samym dusze i serca tak wielu ludzi na miłość Chrystusa, na to, że On na nich czeka, że oto On stoi u ich drzwi i kołacze, a jeśli kto posłyszy Jego głos i drzwi otworzy, On wejdzie do niego i będzie z nim wieczerzał. To doprawdy smutne.
Szerzej nie będę się do tego odnosił, zamiast tego polecę państwu tekst Pawła Chmielewskiego o tym liście – już dostępny na naszej stronie, linkuję w komentarzu. Podobnie jak tekst Ojca Profesora Rakocego, napisany kilka tygodni temu, a dementujący informacje o tym, jakoby do wniosku o dwóch oddzielnych drogach zbawienia nauczał Sobór Watykański II. Również linkuję w komentarzu – zobaczcie jak długą drogę przebyła egzegeza soborowych dokumentów. Nie dalej jak w czwartek rozmawiałem o tym z o. Janem Strumiłowskim – pierwsze 25 minut programu jest właśnie o tym. Też wrzucam linka.
Najlepsze jest to, że niezgadzających się z teologicznymi wnioskami wynikającymi z tego listu, zrazu łatwo będzie wrzucić do worka antysemitów – tak ten list jest przecież skonstruowany. W dodatku zostaje on opublikowany w wyjątkowym czasie – i nie myślę nawet o Wielkim Poście, ale o skomplikowanej sytuacji międzynarodowej, gorąco komentowanej także w Polsce. Wiemy, że istnieją poważne i głębokie podziały wśród samych Żydów — od zwolenników syjonizmu po jego zdecydowanych krytyków, zarówno wśród intelektualistów, jak i części ortodoksyjnych Żydów, co sprawia, że osobom spoza tej wspólnoty trudno właściwie uchwycić złożoność problemu. Brak świadomości tych różnic wśród wielu Polaków prowadzi do uproszczeń, w których wszyscy Żydzi są traktowani jako jednolita grupa utożsamiana z biblijnym Izraelem, co stanowi istotne zafałszowanie rzeczywistości. Nie uwzględnia się przy tym wyraźnych rozróżnień między Żydami epoki Starego Przymierza, współczesnymi nurtami judaizmu oraz państwem Izrael jako konkretnym podmiotem politycznym, co w konsekwencji może potęgować nieporozumienia i kontrowersje.
W tej sytuacji uważam, że list KEP — mimo prawdopodobnie dobrych intencji, które ciężko mi jednak zrozumieć — może w praktyce przynieść zupełnie odwrotny od zamierzonego skutek w stosunku Polaków do przedstawicieli tamtego narodu.
Strasznie to wszystko smutne.
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.
Paweł Chmielewski
@PaChmielewski
List KEP szokuje. Nie wiem, jak go pogodzić z nauczaniem Kościoła katolickiego.
Nawet II Sobór Watykański jest przeciwko treści listu. Choćby konstytucja “Lumen gentium” wyraźnie mówi, że to Kościół jest Nowym Izraelem.
List KEP głosi, jakoby Izrael był nadal narodem wybranym, imputuje błędy nauczaniu Kościoła, które głoszono przez 1500 lat… Jestem ciekawy, w jaki sposób ideologicznie prosemicka frakcja w KEP przeforsowała ten skandaliczny dokument.
Jego publikacja jest jednak kamieniem milowym. Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by w liście KEP były tak ewidentne sprzeczności względem nauki Kościoła.
To niewytłumaczalne bez odwołania do ideologii.
O tym skandalu będą pisać podręczniki historii Kościoła.
Brytyjczyk, szpieg sowietów Harold „Kim” Philby, który Oddał Polskę Stalinowi! Zdrajca Wszech Czasów.
Był uosobieniem brytyjskiej elity. Elegancki, czarujący absolwent Cambridge i wschodząca gwiazda wywiadu MI6, której Winston Churchill powierzył najważniejsze zadanie: ochronę wolnego świata przed sowiecką infiltracją. Dlaczego więc to właśnie on stał się najkrwawszym i najskuteczniejszym katem polskiego podziemia niepodległościowego? W tym śledztwie dokumentalnym obnażamy największą i najbardziej wstrząsającą zdradę w historii zimnej wojny.
Poznajcie mroczną historię Harolda „Kima” Philby’ego – człowieka, który rano pił herbatę z oficerami zachodniego wywiadu, a wieczorem z zimną krwią wydawał tysiące polskich bohaterów na pewną śmierć w ubeckich katowniach. 🔍 W tym filmie ujawniamy: Jak to możliwe, że szef brytyjskiej sekcji do walki z KGB od samego początku był fanatycznym sowieckim agentem?
Szokujące kulisy rozbicia Armii Krajowej i siatek wywiadowczych w powojennej Polsce. Jak Philby przez dekady manipulował potężnym amerykańskim CIA i brytyjskim MI6. Dlaczego po zdemaskowaniu zdrady, brytyjski establishment wolał pozwolić mu uciec do Moskwy, niż postawić go przed sądem?
To nie jest zwykła opowieść szpiegowska z kart powieści Iana Fleminga. To brutalna lekcja historii o arogancji elit i o tym, jak naiwna wiara w zachodnie sojusze kosztowała Polskę ocean krwi.
Zdrada Philby’ego to zbrodnia, której zachodni świat nigdy w pełni nie rozliczył.
💬 A Ty jak myślisz? Czy to Philby był największym potworem, czy może system, który ze strachu przed kompromitacją wolał go chronić? Zostaw swoją opinię w komentarzu!
Przez 2 000 lat Kościół naucza, że jesteśmy nowym Izraelem. Ojcowie Kościoła dosłownie przewracaliby się w grobach, gdyby ktoś im powiedział, że powstałe w 1948 roku państwo Izrael jest spełnieniem jakiegoś biblijnego proroctwa – powiedziała w popularnym programie Tuckera Carlsona na platformie You Tube była Miss Kalifornii (2009) Carrie Prejean Boller.
Niespełna dwugodzinny wywiad w ciągu tygodnia od premiery zdążyły obejrzeć już ponad 3 miliony użytkowników platformy X oraz 1,3 miliona widzów You Tube. Eks-modelka opowiadała historię swojej znajomości z Donaldem Trumpem. Znajomości, która doprowadziła ją do udziału w prezydenckiej Komisji Wolności Religijnej. Teraz z tego grona chce usunąć ją syjonistyczne lobby – za internetowe „niepoprawne” komentarze na temat ludobójstwa w strefie Gazy.
Obecny przywódca Stanów Zjednoczonych zarządzał przed 15 laty organizacją konkursów Miss USA. Wzięła w nich udział Carrie Prejean, obecnie Boller. – Odważyłam się powiedzieć na scenie, że uważam, iż małżeństwo to związek jednego mężczyzny i jednej kobiety. Powiedziałam, że wolę być poprawną biblijnie niż politycznie – wspominała w audycji Carlsona.
Opinia na temat instytucji i natury małżeństwa kosztowała wtedy młodą kobietę koronę najpiękniejszej Amerykanki. Została też pozbawiona zdobytego wcześniej stanowego tytułu Miss. Cała aferę sprowokował członek jury, zadeklarowany homoseksualista Perez Hilton. Spytał bowiem kandydatkę, czy jej zdaniem amerykańskie stany powinny zalegalizować związki jednopłciowe. Zdecydowana odpowiedź, a następnie konsekwencja pomimo nacisków sprawiły, że sprawa była przemielana przez największe media nieustannie przez 4 miesiące. Nie trzeba dodawać, w jakim świetle ukazywano w tych publikacjach jej główną bohaterkę.
W audycji Carlsona 38-latka przyznała, że od tamtych czasów utrzymywała znajomość z Trumpem, który okazywał jej wsparcie. Zwracał uwagę, że w trakcie konkursu nie powiedziała nic złego, a jedynie zachowała wierność swoim zasadom. Boller rewanżowała się później, broniąc milionera przed oskarżeniami o mizoginię, rasizm, wykorzystywanie kobiet…
Wreszcie, niedługo po ponownym wyborze jej przyjaciela – sama określiła go w ten sposób – na fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych, otrzymała z Białego Domu telefon z zaproszeniem do udziału w prezydenckiej Komisji Wolności Religijnej. Było to w kwietniu 2025 roku, krótko po tym, jak nawróciła się na katolicyzm.
Wolność, ale tylko dla „swoich”
Zadaniem 12-osobowego gremium jest – przynajmniej oficjalnie – podejmowanie interwencji na rzecz Amerykanów, którzy doświadczają prześladowań religijnych. Raz w miesiącu są oni wysłuchiwani w Waszyngtonie przez komisję z udziałem Dana Patricka, zastępcy gubernatora Teksasu. Cały organ podlega zaś Departamentowi Sprawiedliwości, kierowanemu obecnie przez prokurator generalną Pam Bondi.
Przed komisją stanął na przykład chłopiec zmuszany w swej szkole do czytania książki promującej transseksualizm. Innym razem – weteran słynnej formacji wojskowej NAVY Seals, pozbawiony emerytury za odmowę przyjmowania zastrzyków mRNA przeciwko Covid-19.
Boller osobiście stawała po stronie matek, które napotkały problemy w szkołach swoich dzieci, gdyż nie chciały zgodzić się na podawanie im preparatów medycznych o wątpliwym działaniu.
Ex-miss czuła się zaszczycona faktem udziału w tym przedsięwzięciu, tym bardziej, że – jak podkreślała – znalazła się tam pośród cenionych przez siebie osób, takich jak kardynał Timothy Dolan, biskup Robert Barron czy znany w USA prawnik, obrońca chrześcijan Kelly Shackelford.
Na zakończenie swojej rocznej kadencji komisja ma przedstawić prezydentowi raport i własne rekomendacje dotyczące zmian w prawie na rzecz wolności wyznaniowej.
Gdy zbliżało się powakacyjne posiedzenie komisji, Boller otrzymała telefon z Białego Domu od Mary Margaret Bush, dyrektor Komisji Wolności Religijnej w ramach administracji Trumpa.
– Hej, Carrie, zauważyłam, że publikujesz coś w internecie. W Białym Domu pojawiły się pogłoski, że jesteś antysemitką – usłyszała w słuchawce. – Nie wiem, kto to jest, ale pewnie jakaś podła osoba, która tylko próbuje stwarzać problemy. Zignorowałabym to, ale chciałam się upewnić, że jesteś świadoma tego, co publikujesz – dodała Bush.
Odpowiedź była bardzo konkretna, choć padła w formie pytań: – Mówisz mi, że jako członek komisji do spraw wolności religijnej, mający chronić wolność religijną, nie mam wolności religijnej, by publikować o tym, co ma wpływ na moją religię i moje przekonania religijne? – ripostowała była miss.
Okazało się, że zarzuty dotyczyły propagowania w mediach społecznościowych wywiadów Tuckera Carlsona z Anthonym Aguilarem, emerytowanym żołnierzem, który opowiadał o zbrodniach Izraela na ludności cywilnej w strefie Gazy.
– Tak – powiedziałam – jestem chrześcijanką pro-life. Mam obowiązek zabrać głos. I byłoby zdradą sumienia, gdybym tego nie zrobiła – relacjonowała dalej Boller.
Urzędniczka z Białego Domu wyraziła też pretensje za opublikowanie zdań papieża Leona na temat sytuacji w Palestynie, z dopiskiem, że panuje tam cierpienie i dochodzi do ludobójstwa.
– Wiesz, po prostu nie powinnaś używać takiego języka – stwierdziła Bush. – I nie możesz też mówić o syjonizmie. Syjonizm to ich prawo do istnienia. Kiedy postujesz o syjonizmie, Carrie, mówisz tym samym, że oni nie mają prawa istnieć – przekonywała.
Na wyrażoną wątpliwość, czy ta sprawa nie zagrozi jej wymarzonej (chociaż bezpłatnej) pracy w komisji, Boller usłyszała zapewnienie, że nie ma takich obaw.
Publikowała więc nadal swoje opinie w mediach społecznościowych, aż w sierpniu zadzwonił telefon z Biura Personelu Prezydenckiego (PPO). Urzędniczka, która przedstawiła się jako Mary Sprowls, poprosiła Boller o rezygnację, i to jeszcze tego samego dnia. Nie chciała podać konkretnych powodów ani przyznać, kto polecił jej tę misję. Spotkała się z odmową, gdyż to jedynie prezydent, który powoływał skład komisji, może dymisjonować jej członków.
Ex-modelka nie dała za wygraną. Niedługo potem to ona zadzwoniła do Sprowls i wydusiła z niej, że próba nakłonienia Boller do odejścia z komisji była efektem rozmów z „Paulą White, Danem Patrickiem i Brittany Baldwin, która kiedyś pracowała dla Teda Cruza”. Próbowała się więc skontaktować z całą trójką, ale bezskutecznie.
W tym okresie zwracała się do niemal wszystkich członków komisji, włącznie z katolickimi hierarchami, i z każdej strony otrzymywała – w rozmowach prywatnych – aprobatę i wsparcie.
Dopiero po dłuższym czasie Patrick i White odezwali się. – Zadzwonili do mnie i powiedzieli: „Cześć, Carrie. Wiem, że martwiłaś się przez ostatnie kilka tygodni, ale Dan zaczął i powiedział: „Chciałbym tylko dać ci znać, że rozmawialiśmy o twojej sytuacji. Wiesz, chcę ci tylko powiedzieć, żebyś kontynuowała swoją pracę w tej komisji. Twoim zadaniem tam jest ochrona prezydenta i jego reputacji”. Powiedział mi to jako pierwsze – relacjonowała Boller.
– Nie mogłam w to uwierzyć. Zastanawiałam się, co mam zrobić. Myślałam, że moim zadaniem jest ochrona wolności religijnej. Sądziłam, że właśnie do tego mnie powołano. A on na to: „wiesz, Carrie, gadałaś w internecie różne rzeczy i naprawdę powinnaś trzymać się z dala od mediów społecznościowych. Nie korzystaj z mediów społecznościowych do końca kadencji” – usłyszała od Patricka.
Wtedy – według relacji Boller – wtrąciła się Paula White. – Carrie, wiesz co? Naprawdę nie powinnaś pisać o teologii zastąpienia [żydów jako narodu wybranego, przez Kościół – PCh24.pl]. Nie powinnaś pisać o tym. I wielu ludzi mówi, że jesteś antysemitką, Carrie, po twoich postach. Krytykujesz syjonizm. Krytykujesz Izrael. I mamy z tym problem – miała mówić protestancka liderka.
Rozmówczyni Carlsona zwróciła wtedy uwagę, że takie oczekiwania są sprzeczne z zasadami komisji, ponieważ te nie wymagają powstrzymywania się od publikacji w mediach społecznościowych. Wskazała, że mówi otwarcie o sprawach, którymi się interesuje, jest osobą religijną, chrześcijanką.
Patrick miał wtedy twierdzić, że Boller wygłasza opinie „niezgodne z poglądami prezydenta, Paulą White i niektórymi innymi członkami tej komisji”. – I wtedy zrozumiałam, że ta komisja to oszustwo. To była fikcja – wspominała gość Carlsona. – Nie chodziło o wolność religijną. Chodziło o to, żebyś był syjonistą – „lepiej forsuj nasz program, bo inaczej znikniesz” – dodała.
Na odpowiedź, że Boller nie zamierza rezygnować z social mediów, Patrick popadł w irytację. Z kolei White określiła się jako „ekspert od Gazy”, do której należy się zwracać przed publikowaniem wpisów dotyczących konfliktu na Bliskim Wschodzie.
– Wiesz, właśnie stamtąd wróciłam i nie ma tam głodujących dzieci. To wszystko jest na niby, Carrie. To wszystko jest udawane – przekonywała pastor.
– Chcę, żebyś powiedziała, jeśli masz jakieś pytania. Jeśli chcesz coś opublikować, najpierw skonsultuj to ze mną – dodała.
Gospodarz programu, były prezenter telewizji Fox News nie ukrywał swojego poruszenia tą relacją.
– Cóż, to jest kompletnie złe. Powiem tylko, że znam Paulę White, trochę. Znam Dana Patricka bardzo dobrze. On jest o wiele bardziej liberalny niż ja. Jest dość liberalny, ale zawsze go lubiłem. Wiesz, on nie jest głupi. I jestem tym zszokowany. Byłem tym zszokowany. To haniebne – skomentował Carlson.
– Dan określa siebie jako chrześcijanina. Paula White jest chyba jakimś chrześcijańskim duchownym. Chcę jasno powiedzieć, że nie wygląda mi to na chrześcijaństwo, ale staram się nie osądzać. Ale czy któreś z nich wyjaśniło, dlaczego wymogiem wiary chrześcijańskiej jest wspieranie rządu Netanjahu? Czy wyjaśnili tamtą teologię? Nie rozumiem jej – dopytywał dziennikarz.
– Nigdy tego nie wyjaśnili. Powiedzieli tylko: nie możesz mieć swojej teologii. Nie możesz wierzyć w to, w co chcesz. Musisz się podporządkować ich [teologii] – odpowiedziała Boller.
Czy zatem chrześcijanie mają – według rządzących dzisiaj Stanami Zjednoczonymi – wynikający z wiary obowiązek popierania rządu Izraela?
– „Ci, którzy błogosławią Izraelowi, będą błogosławieni” – dokładnie tak powiedział Ted [Cruz] – odparła katolicka konwertytka. Jak wskazała, według syjonistów to przez nich – a nie przez Kościół, który przyjął Chrystusa – wypełniają się Boże zapowiedzi dotyczące narodu wybranego – biblijnego Izraela.
„Wojna, która resetuje świat”
– (…) przez 2 000 lat Kościół, a już wszyscy wcześni Ojcowie Kościoła nauczali, że jesteśmy nowym Izraelem, duchowymi Semitami. Dosłownie przewracaliby się w grobach, gdyby ktoś im powiedział, że Izrael powstały w 1948 roku jest spełnieniem jakiegoś biblijnego proroctwa. Już samo to jest szaleństwem – że uważają, iż polityczne państwo Izrael, stworzone w 1948 roku, głównie przez ateistów, to spełnienie jakiegoś biblijnego proroctwa – podkreślała Boller. Opowiedziała, że gdy pytała o to jednego ze znajomych księży, „spojrzał na nią jak na wariatkę”, gdyż nigdy Kościół nie nauczał czegoś podobnego.
Carlson uznał takie przekonania za przerażające. Zwłaszcza – zaznaczył – że doprowadziły one Amerykę do zaangażowania w obecną wojnę na Bliskim Wschodzie. Jak to określił – „wojny, która resetuje świat”.
Po opisywanej rozmowie ex-miss postanowiła powiedzieć: „sprawdzam” i rzeczywiście próbowała „konsultować” swoje publikacje z Paulą White. Napisała do niej na przykład: „Hej, Paula, w Izraelu jest zatrzymany dzieciak. Obywatel USA. Musimy coś z tym zrobić. Wiem, że masz powiązania z Bibim. Może zadzwoń do Bibiego i zapytaj, czy uda się go uwolnić”.
Drugi mail do pastorki-syjonistki brzmiał: „Hej, Paula, jest tu sporo nauczycieli. Chrześcijańskie szkoły w Izraelu są zamykane, ponieważ palestyńskim nauczycielom mówi się, że nie mogą przyjechać i uczyć. Więc te chrześcijańskie szkoły zostaną zamknięte. Czy możesz pomóc? Czy możesz coś z tym zrobić?”.
Wiadomości nie doczekały się odpowiedzi, więc Boller publikowała swoje społecznościowe opinie dalej. – Wrzucałam coraz więcej postów każdego dnia. Nie mogłam pozwolić żeby tak ze mną postąpili. Nie, zadarli z niewłaściwą osobą – skomentowała w rozmowie z Carlsonem.
Na uwagę dziennikarza, że chciałby widzieć podobną postawę u dzisiejszych mężczyzn, zauważyła: – Boją się. To… Cóż, nikt nie chce być nazywany antysemitą. Nikt nie chce być nazwany rasistą. Nikt nie chce przechodzić przez to, przez co ty przechodzisz, przez to, co ja przechodzę. Wiesz, wsadzają cię do tego pudełka, zamykają drzwi i mówią: „Zamknij się, antysemito. Nie masz wstępu do społeczeństwa. Zawstydzimy cię. Zlikwidujemy cię. Zniszczymy cię”. Tak właśnie robią.
Carlson nawiązał w tym miejscu do niedawnego zamordowania bardzo popularnego w Stanach konserwatywnego działacza. – Tak, i oczywiście ogromnie zwiększa to prawdopodobieństwo, że zostaniesz postrzelony na śmierć, co jest jednym z powodów, dla których to robią, prawda? Więc mieliśmy taki moment porozumienia po śmierci Charliego Kirka, że – wiesz – nazywanie ludzi nazistami może ich zabić. Więc natychmiast zadzwoniłem do Marka Levina i Bena Shapiro [czołowych syjonistów amerykańskich – PCh24.pl] i pomyślałem: „wow, wiecie, nie powinniśmy walczyć”. Obydwaj się zgodzili. I zanim się obejrzysz – bo oni to rozumieją – wzrasta prawdopodobieństwo, że zginiesz – powiedział dziennikarz.
– Oczywiście, że są całkowicie za przemocą. Tak, stawka jest bardzo wysoka – ocenił.
– Bardzo wysoka. Mam małe dzieci – zgodziła się Boller.
Antysyjonizm = antysemityzm?
Wysłane do Pauli White interwencyjne wiadomości e-mail nie doczekały się reakcji. Ich adresatka została więc spytana, czy inni członkowie również otrzymali tego rodzaju wytyczne dotyczące swoich publikacji w mediach społecznościowych. „„No cóż, trzeba zachować ostrożność, publikując” – odpowiedziała. Jednak żaden z pozostałych uczestników prezydenckiego gremium dedykowanego wolności religijnej, nie jest w żaden sposób ograniczany.
W lutym obecnego roku doszło na posiedzeniu komisji do przesłuchania w sprawie „antysemityzmu”. Wbrew zwyczajowi, Boller nie otrzymała tym razem zestawu informacji na temat wezwanych świadków. Z kolei czterej amerykańscy Żydzi, których sama chciała zaprosić, nie zostali zaakceptowani przez szefostwo komisji. Jak uważa rozmówczyni Carlsona – stało się tak, ponieważ nie są oni syjonistami.
Jedną z tych odrzuconych osób był Norman Finkelstein, syn ocalałych z wojennej zagłady Żydów, autor słynnej książki „Przedsiębiorstwo Holokaust”. Drugim świadkiem – nowojorski rabin, wyznawca judaizmu opartego na Torze.
Tuż przed posiedzeniem Boller otrzymała od Dana Patricka wiadomość z propozycją dyskretnego spotkania w towarzystwie Pauli White. Nie odpowiedziała. W Muzeum Biblii, gdzie miała obradować komisja, podeszła do niej Brittany Baldwin (przypomnijmy: dawna pracownica Teda Cruza, wymieniona przez Mary Sprowls z PPO pośród osób, które miały domagać się ustąpienia Carrie Boller z komisji). Ponowiła zaproszenie na spotkanie. Boller poszła tam z dwojgiem świadków, których poprosiła o towarzyszenie.
Ben Carson, Patrick, White i Baldwin próbowali dowiedzieć się, co „politycznie niepoprawna” katoliczka zamierza powiedzieć na otwartym spotkaniu. Przywołali – z wyraźnym wyrzutem – jej świeży wpis z mediów społecznościowych o tym, że jest dumna z przynależności do komisji i nie da się zastraszyć „syjonistycznym suprematystom”. W odpowiedzi Boller spytała, dlaczego nie zaakceptowali jej świadków, którzy doświadczają antysemityzmu. Zapowiedziała upublicznienie restrykcji, jakie próbowali nałożyć na nią liderzy komisji. W zamian usłyszała, że nadużywa przywileju zasiadania w tym gremium i głosi opinie sprzeczne z postawą prezydenta.
Na posiedzeniu spytała świadka, który na swojej uczelni spotkał się z przejawami wrogości, czy można równocześnie potępić i to, co go spotkało, i zabicie 70 tysięcy cywilów w Gazie? Młody Żyd zaprzeczył odpowiadając, że ludobójstwo miało miejsce 7 października (czyli podczas ataku Hamasu, będącego pretekstem do czystki etnicznej na terenie Strefy Gazy).
Boller wykazywała, że sprzeciw wobec syjonizmu nie oznacza równocześnie antysemityzmu. W przeciwnym razie wszyscy chrześcijanie byliby automatycznie zakwalifikowani jako wrogowie Żydów.
Jednak nikt spośród członków komisji nie poparł tej konkluzji (biskup Barron i kardynał Dolan nie byli obecni). Część widowni, na której siedziało wielu rabinów, na każde wspomnienie Boller, że jest katoliczką, reagowała buczeniem. Nie brakowało docinków i krzyków pod jej adresem.
Następnego dnia po posiedzeniu jedyna otwarta „antysyjonistka” w tym gremium dostała wiadomość SMS od Dana Patricka, że została usunięta z Komisji Wolności Religijnej. Tyle, że Patrick w hierarchii uczestników tego gremium nie znajdował się wyżej od niej. Przeczytał więc w odpowiedzi, że nie ma prawa jej usunąć.
Po posiedzeniu kilku członków komisji zaczęło otwarcie atakować w mediach Carrie Boller. Wśród nich był Eric Metaxas, „konserwatywny” pisarz i prezenter, poproszony wcześniej przez nią o obecność podczas zakulisowego spotkania z czołowymi syjonistami. Teraz nazywał katoliczkę bigotką i antysemitką.
Gość Tuckera Carlsona przyznała, że nie poparł jej otwarcie nikt z członków komisji. – Skontaktowałam się z Kellym Shackelfordem, kardynałem Dolanem, biskupem Barronem. Skontaktowałam się z biskupem [Salvatore] Cordileonem z San Francisco, który zasiada w radzie doradczej. I powiedziałam: „Hej, czuję się jak owca otoczona wilkami i potrzebuję pasterza. Możesz mi pomóc?”. I wielu z nich – myślę, Tucker – szczerze mówiąc, jest zbyt przestraszonych – powiedziała.
– Po co więc to przesłuchanie? Właściwie liczyłam, ile razy mówili tam o Izraelu 7 października. Musiałam przestać liczyć. A mówiliśmy o obcym kraju. Spojrzałem na Dana i pomyślałam: „Mówimy o obcym kraju. O co więc chodzi w tym przesłuchaniu? Jaki jest cel tego przesłuchania?”. Myślałam, że chodzi o przesłuchanie w sprawie prawdziwego antysemityzmu w Ameryce. Ale zostało ono przejęte przez Dana Patricka, Paulę White i kogoś, kto odmówił [moim świadkom] prawa głosu, bo nie byli syjonistami. Przesłuchanie zostało przejęte przez tych ludzi. Chodzi więc o to, że jeśli krytykujesz Izrael, to jesteś zgubiony. Chcą cię zniszczyć. A jeśli odważysz się mówić o Gazie… – mówiła.
Około tygodnia przed rozmową z Carlsonem Boller natknęła się w swojej poczcie internetowej na przeoczony wcześniej e-mail od wspomnianej tu wcześniej „kadrowej” Białego Domu, Mary Sprowls.
„W imieniu Prezydenta Stanów Zjednoczonych, wysyłam Pani e-mail z informacją, że została usunięta z Komisji Wolności Religijnej ze skutkiem natychmiastowym. Dziękuję za Pani służbę” – napisała urzędniczka.
Droga do Kościoła
Pod koniec rozmowy Carrie Boller opowiedziała historię swojego nawrócenia. Przez całe dotychczasowe życie należała do protestanckich wspólnot ewangelikalnych. Z czasem zaczęła nabierać coraz większych wątpliwości, właśnie ze względu na rażące nadinterpretacje dotyczące Pisma Świętego.
– Zaczęłam zgłębiać dyspensacjonalizm [teologia protestancka dosłownie interpretująca Stary Testament, przypisując np. politycznemu Izraelowi prawo do zajęcia Ziemi Świętej – PCh24.pl]. To nawet nie podlega dyskusji. Nie wiem nawet, po co w ogóle toczymy tę debatę, dlatego biskup Barron i kardynał Dolan powinni powiedzieć: „Tak, w to wierzymy. Jesteśmy [Kościół] nowym Izraelem”. (…) – zauważyła.
– Pomyślałam: „Chwileczkę. Jak oni [tak zwani syjoniści chrześcijańscy] mogą interpretować Pismo Święte według własnej woli? Przekręcać je, manipulować nim i mówić, że ci, którzy błogosławią Izraelowi, będą błogosławieni?”; Ci, którzy błogosławią Bibiego, będą błogosławieni. A jeśli nie błogosławisz Bibiemu, zostaniesz przeklęty, według Lindseya Grahama – opowiadała Boller.
– Pomyślałam: to szaleństwo. Zaczęłam więc studiować pisma wczesnych Ojców Kościoła i to, czego nauczali, doprowadziło mnie do Kościoła katolickiego. Dosłownie, nauka o dyspensacjonalizmie doprowadziła mnie do pism wczesnych Ojców Kościoła, a potem zostałam katoliczką. A zatem wiem, czego naucza Kościół katolicki. Jesteśmy nowym Izraelem. Tego naucza Kościół. Jesteśmy dopełnieniem starego Izraela. Spójrz – Pan Jezus wypełnił to wszystko na krzyżu. On tego dokonał. Gdy powiedział „wykonało się”, Stary Testament został całkowicie dopełniony. Teraz jest Nowe Przymierze. Ci, którzy trwają w Chrystusie, to nowy lud Boży. To jest bardzo jasne – wskazała.
===============================
[Według dyspensacjonalizmu należy ciągle dosłownie interpretować Pismo Święte (w szczególności proroctwa) oraz odróżniać Izrael (w rozumieniu ludu Bożego) od Kościoła, który nie ma udziału w Bożym przymierzu z Abrahamem, Dawidem i Izraelem. to z internetu. md]
============================================
Kolejny fragment rozmowy dotyczył cierpienia i męczeństwa, a nawet śmierci, jako zapowiedzianego przez Chrystusa udziału ludzi, którzy w Niego uwierzyli.
– I tak oto mamy teraz liderów, którzy nie chcą znosić żadnego dyskomfortu, Tucker. Nie chcą być wyzywani, bo to by ich za bardzo zraniło. Zraniłoby ich uczucia. Więc schowają się za 38-letnią mamą i będą szeptać: „Dalej! Modlę się za ciebie” – mówiła ironicznie Boller o postawie wielu czołowych katolików.
– Rozmawiałam z kilkoma księżmi. Pytałam: wiesz, czy możesz złożyć publiczne oświadczenie [w mojej sprawie]? „Och, ja nie składam publicznych oświadczeń. Ja prowadzę ludzi do nieba”. Rozmawiałam z kilkoma księżmi. „Dobra, OK. Więc schowaj się za mamą, a ja przyjmę kule, kiedy pasterze będą uciekać na bok” – dodała.
Stanisław Michalkiewicz (prawy.pl) • 21 marca 2026michalkiewicz
„Zdrada panowie, ale stójcie cicho!” – nawołuje poeta. Rzeczywiście, po zawetowaniu przez pana prezydenta Karola Nawrockiego ustawy o SAFE, nie szczędzono mu gorzkich słów krytyki, w których słowo „zdrada” pojawiało się bardzo często. Przypomina mi to lawinę krytyki, jaka runęła na mnie po opublikowaniu w paryskim „Głosie Katolickim” informacji, że autorytet moralny, prof. K. z Lublina, był wieloletnim tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. [Jerzy Kazimierz Kłoczowski, znany mi osobiście . md]
Na KUL zebrano podpisy pod potępieniem mojego postępku, a „Rzeczpospolita” opublikowała list podpisany przez ponad 30 sygnatariuszy, którzy zarzucili mi „barbarzyństwo moralne”, czy coś w tym rodzaju. Bardzo mnie to zmartwiło, ale gdy wśród sygnatariuszy listu zauważyłem chyba ze czterech konfidentów SB, to przyznam, że to mi znacznie ulżyło.
Mam nadzieję, że i panu prezydentowi Karolowi Nawrockiemu też będzie lżej znosić te kalumnie, jeśli zauważy, że spora część krytyków, to konfidenci, jak nie starych kiejkutów, to niemieckiej BND, a z kolei demonstrujący tak zwane święte oburzenie, to osobnicy przyjmujący takie obstalunki albo za pieniądze, albo za obcmokiwanie ze strony Judenratu „Gazety Wyborczej”, albo za jedno i drugie.
Gdyby wynajął ich pan prezydent Nawrocki, to ćwierkaliby z całkiem innego klucza – ale pan prezydent nie ma przełożenia na Judenrat, a z pieniędzy też musi się wyliczać przez NIK-iem, więc nic dziwnego, że wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, ćwierkają z klucza krytycznego i potępieńczego. Nowością jest włączenie się do tego chóru przedstawicieli naszej niezwyciężonej armii. Nieomylny to znak, że już strząsnęła z siebie odium po stanie wojennym, w związku z czym demonstruje gotowość przyjęcia zadania trzymania w ryzach mniej wartościowego narodu tubylczego – tym razem już nie gwoli udelektowania Związku Radzieckiego, tylko – IV Rzeszy pod przewodnictwem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje. Inna sprawa, że tu chodzi o forsę – a to jest sprawa znacznie poważniejsza, niż jakiej niepodległościowe dyrdymały.
Obywatel Tusk Donald już po ogłoszeniu prezydenckiego weta zapowiedział reakcję swojego vaginetu. Skoro padł zarzut „zdrady” to można by pomyśleć, iż pan prezydent Karol Nawrocki zostanie zaciągnięty przed Trybunał Stanu. Zgodnie z art. 143 konstytucji, samo zaciągnięcie prezydenta przed Trybunał Stanu powoduje „zawieszenie” go w sprawowaniu urzędu, a wtedy obowiązki prezydenta obejmuje marszałek Sejmu, – w tym przypadku – Wielce Czcigodny Czarzasty Włodzimierz, który zdążył się już na wszystkie strony wygimnastykować zarówno w służbie Związku Radzieckiego, jak i Rzeszy Niemieckiej. Jest atoli pewna trudność, bo zgodnie z art. 143 ust. 2 konstytucji, do postawienia prezydenta przed Trybunałem Stanu potrzebna jest większość 2/3 ustawowej liczby członków Zgromadzenia Narodowego, czyli Sejmu i Senatu.
Tymczasem vaginet obywatela Tuska Donalda może zmobilizować maksymalnie około 340 członków ZG, wliczając w to posłów „niezrzeszonych”, czyli ofiar różnych partyjnych rozłamów i smrodliwych intryg – co oznacza, że do postawienia pana prezydenta Karola Nawrockiego przed Trybunałem Stanu brakuje mu około 30 głosów. W tej sytuacji Wielce Czcigodny Czarzasty Włodzimierz może tylko stosować obstrukcję wobec prezydenckiego projektu ustawy o alternatywnym sposobie sfinansowania zbrojeń naszej niezwyciężonej.
Ciekawe, że chociaż pan marszałek z góry tę obstrukcję zapowiedział, to żadnemu mądremu, roztropnemu i przyzwoitemu, co to rozpoznają się po zapachu, nie przychodzi do głowy, by zarzucić mu „zdradę”. A przecież prezydencka propozycja „SAFE zero procent” oznacza, że forsa do naszej niezwyciężonej armii w kwocie 180 mld złotych trafiłaby.
Widać wyraźnie, że nie o pieniądze tu chodzi, bo pieniądze są – tylko o coś zupełnie innego. Na ten trop naprowadzają nas nie tylko wynurzenia Madame Sobkowiak-Czarneckiej, która już wcześniej wychlapała, że „cztery do pięciu” procent sumy prawie 44 mld euro, które zaoferowała Polsce Komisja Europejska, od razu trafi na Ukrainę – żeby tamtejsi oligarchowie, co to już zdążyli się trochę wypościć, mogli sobie znowu pyszczki umoczyć w melasie – ale przede wszystkim – deklaracja rzecznika Komisji Europejskiej, z której wynikało, że otrąbiany przez vaginet obywatela Tuska Donalda „sukces” w postaci „załatwienia” tej pożyczki, tak naprawdę został przygotowany przez podległych Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje: brukselskich biurokratów jako rodzaj pułapki, w którą nasz nieszczęśliwy kraj ma wpaść, żeby tym łatwiej przerobić go na Generalną Gubernię w ramach IV Rzeszy.
Jeśli komuś to jeszcze by nie wystarczyło, to mamy dodatkowe potwierdzenie tych podejrzeń. Już następnego dnia po ogłoszeniu weta prezydenta Nawrockiego do ustawy o SAFE, Komisja Europejska rozpoczęła przygotowania do realizowania „Planu B” – chociaż obywatel Tusk Donald jeszcze nie zdążył przekazać jej stosownego wniosku. „Jesteśmy ZOBOWIĄZANI do natychmiastowego wdrożenia planu” – wychlapał rzecznik KE Tomasz Regnier. Ten „Plan B” polega na tym, że Polska jednak weźmie pożyczkę bez specjalnego ustawowego upoważnienia, chociaż według art. 216 ust. 4 konstytucji, zaciąganie pożyczek przez państwo następuje na zasadach i w trybie określonym w ustawie. Forsa trafi do Banku Gospodarstwa Krajowego na Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, skąd rząd będzie sobie brał i wypłacał – komu tam akurat będzie trzeba.
W tej sytuacji lepiej rozumiemy, po co potrzebna jest osłona całej operacji w postaci klangoru wykonywanego przez chór mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, wzmocniony przez barytony prześwietnej Generalicji naszej niezwyciężonej. Ma to robić wrażenie na maluczkich, których w naszym nieszczęśliwym kraju jest całkiem sporo, a którzy myślą, że to wszystko naprawdę i zapewnić Volksdeutsche Partei jeśli nie zwycięstwo, to przynajmniej jakiś przyzwoity wynik w wyborach w roku 2027. Bo nie tylko PiS przygotowuje sie do nich, namaszczając Wielce Czcigodnego Czarnka Przemysława na kandydata na premiera – ale obóz zdrady i zaprzaństwa również.
Nie tylko na odcinku komisyjno-europejskim, ale również na odcinku praworządności. Mam na myśli m.in. obsadzenie wakatów w Trybunale Konstytucyjnym przez 6 kandydatów rekomendowanych przez organizacje sędziowskie „Iustitia” i „Themis”, które podejrzewam, iż zostały utworzone z inicjatywy Wojskowych Służb Informacyjnych („Iustitia”) oraz ABW („Themis”). Chodzi o to, by „prawidłowo” obsadzony Trybunał Konstytucyjny podjął decyzję o delegalizacji przynajmniej Konfederacji Korony Polskiej, a jeśli by się dało – to i Konfederacji „Imperium Kontratakuje” – żeby w ten sposób oczyścić polityczną scenę naszego bantustanu dla Volksdeutsche Partei i PiS i przywrócić w ten sposób zaprojektowany przez generała Kiszczaka model „okrągłostołowy” – nawet bez konieczności tworzenia przez stare kiejkuty kolejnej partii jednorazowego użytku pod nazwą „Róbmy Sobie Na Rękę”.
Whether or not the German chancellor grasped the significance of Israel’s request for funds, it was clear to him that the understandings reached had to be kept under wraps.Credit: imago images/Sven Simon via Reuters
For 12 years, via completely secret channels, the German chancellor funneled the equivalent of 20 billion shekels to Israel. The goal: to fund its Dimona nuclear reactor and secure the country’s future
Since December 1960, when the existence of a nuclear reactor in the Negev city of Dimona was no longer a secret, countless books and articles have been published regarding this sensitive project – which Israel, with impressive obstinacy, still clouds with ambiguity. The most important of these works, Avner Cohen’s 1998 book, „Israel and the Bomb,” laid the groundwork, upon which other important researchers – such as Seymour Hersh, Zaki Shalom and Adam Raz – based their extensive works. In 2024, investigative journalist Shany Haziza created an excellent documentary series, „The Atom and…
Pół tysiąca dziennie na gastronomię. Do tego paliwo, którego jego auto zupełnie nie potrzebuje
Radio ZET ustaliło, że w BOŚ przeprowadzono wewnętrzny audyt, który zlecił prezes banku, Bartosz Kublik. Kontrola miała sprawdzić wydatki członków zarządu i to właśnie wtedy wyszły na jaw kwoty, które dziś wywołują niesmak.
W dokumentach znalazły się m.in.:
• ogromne rachunki za gastronomię,
• 43 tysiące złotych na olej napędowy, mimo że służbowy samochód Kuźmińskiego jest benzynowy.
Raport miał trafić do rady nadzorczej, ale nie trafił.
Prezes, który zlecił audyt, został odwołany zanim zdążył go przedstawić
Zanim Kublik przekazał raport radzie nadzorczej, został natychmiast odwołany. Decyzja zapadła bez konsultacji z głównym udziałowcem banku, co tylko wzmocniło podejrzenia, że ktoś chciał zatrzymać sprawę, zanim stanie się publiczna.
W tle jest polityczny kontekst: BOŚ podlega NFOŚiGW, a ten, po wyborach w 2023, kiedy to powstała Koalicja 13 grudnia, trafił pod nadzór Ministerstwa Klimatu kierowanego przez Paulinę Hennig‑Kloskę z Polski 2050. To w ramach tej wymiany kadr Kuźmiński został powołany do zarządu.
A jeśli założyć, że służbową kartą nie płacił w weekendy, to jego realne wydatki w dni robocze były jeszcze wyższe niż 500 zł dziennie.
„Tłusty kot”? Określenie pasuje tu aż za dobrze
Patrząc na liczby, trudno się dziwić, że w sieci pojawiło się określenie Kuźmińskiego „tłusty kot”. Bo jeśli ktoś potrafi „przejeść” takie kwoty, dorzucić paliwo, którego jego auto nawet nie potrzebuje, a potem patrzeć, jak prezes wylatuje za próbę ujawnienia sprawy, to naprawdę trudno o bardziej trafne podsumowanie.
Czy Izrael jest „narodem wybranym”? Ostra burza wokół listu Episkopatu
Wokół przygotowanego przez Konferencję Episkopatu Polski listu z okazji 40. rocznicy wizyty św. Jana Pawła II w rzymskiej synagodze narasta poważny spór. Dokument, który miał zostać odczytany w kościołach, na krótko pojawił się w Internecie, po czym zniknął ze stron niektórych diecezji. Już sam ten fakt wywołał lawinę komentarzy i spekulacji.
Jednym z najbardziej dyskutowanych fragmentów listu jest jego początek, w którym autorzy podnoszą temat antysemityzmu: „Jednym z takich śmiertelnych deficytów miłości, był (i niestety ciągle jeszcze pozostaje) antysemityzm”.
Dla części komentatorów takie ujęcie tematu budzi kontrowersje. Niektórzy autorzy wskazują, że problem ten został w dokumencie postawiony w centrum, bez jednoznacznego zdefiniowania, co wyraźnie może prowadzić do uproszczeń i napięć interpretacyjnych.
Jeszcze większe emocje wywołuje fragment odnoszący się do historii nauczania Kościoła: „Przez ponad półtora tysiąca lat treści te (…) kształtowały postawy chrześcijan, przyczyniając się do nienawiści, prześladowań i manifestacji antysemityzmu”.
Zdaniem krytyków taka diagnoza stawia pod znakiem zapytania ciągłość tradycji Kościoła katolickiego.
Najostrzejszą reakcję wywołał jednak fragment: „Bóg bowiem, wierny swym obietnicom, nie odwołał Pierwszego Przymierza. Izrael pozostaje nadal narodem wybranym”.
Publicyści zwracają uwagę na fakt, że sporne fragmenty listu za sprzeczne z nauczaniem Kościoła i tradycją apostolską. Piszą nawet wprost, że takie sformułowania oznaczają poważne odejście od utrwalonej doktryny i podważają ciągłość nauczania.
To właśnie ten element dokumentu stał się osią sporu. Dla jednych jest on przejawem rozwijającej się refleksji teologicznej oraz próbą pogłębienia dialogu międzyreligijnego, dla innych natomiast stanowi niebezpieczne przesunięcie interpretacyjne, które może prowadzić do relatywizacji dotychczasowych podstaw wiary.
Dodatkowe napięcia wywołuje także fragment odnoszący się do kwestii zbawienia, który – zdaniem krytyków – sugeruje możliwość uczestnictwa w nim bez jednoznacznego odniesienia do Chrystusa. W ocenie przeciwników takiej interpretacji rodzi to poważne konsekwencje teologiczne i może prowadzić do osłabienia tradycyjnego nauczania o konieczności nawrócenia.
Kontrowersje wzbudza również apel o odwiedzenie synagogi. Część środowisk postrzega go jako wyraz otwartości i kontynuację linii dialogu zapoczątkowanej przez św. Jana Pawła II. Inni jednak interpretują go jako krok zbyt daleko idący, który – w ich ocenie – może być odczytywany jako rozmywanie granic tożsamości religijnej.
Jak czytamy, dokument zawiera liczne niejasności i interpretacje, które mogą prowadzić do błędnych wniosków, a jego publikacja mogłaby mieć poważne konsekwencje dla odbioru nauczania Kościoła w Polsce.
Na chwilę obecną nie jest jasne, czy dokument ostatecznie zostanie opublikowany i odczytany w kościołach. Jedno pozostaje pewne – wywołana przez niego debata szybko nie wygaśnie.