Właśnie zakończyła się doroczna Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa. Jest to bardzo ważna impreza międzynarodowa, acz w polskich mediach nigdy nie cieszyła się większym zainteresowaniem. Zapewne dlatego, że wyrażane tam treści są zbyt trudne dla pelikanatu przed telewizorami. Nie jest to bowiem impreza propagandowa, lecz merytoryczna. Konsekwentnie, wielkie media, wspominając o jej tegorocznej edycji, skupiły się na wystąpieniu Marco Rubio, który – wbrew przewidywaniom – nie rozjechał zachodniej Europy, tak jak rok temu uczynił to J.D. Vance.
W moim przekonaniu, dwa najważniejsze przemówienia wygłosiła dwójka czołowych niemieckich imperialistów, a mianowicie kanclerz Friedrich Merz i przewodnicząca Komisji Europejskiej Frau Ursula von der Leyen. Merz wygłosił wielką mową o upadku świata opartego na „zasadach”. Pod pojęciem tym propaganda zachodnia rozumie zasady, które Zachód narzucił całemu światu, a wynikłe z liberalnej teorii stosunków międzynarodowych, gdzie pod pretekstem demokracji, praw człowieka i prawa międzynarodowego przez całe dziesięciolecia uprawiano politykę neokolonialną kosztem Globalnego Południa.
Kanclerz oświadczył, że „zasady” łamią już nie tylko Rosja i Chiny, lecz i Stany Zjednoczone zaczynają być w swojej polityce nieprzewidywalne. Dlatego też RFN musi stworzyć największą armię konwencjonalną w Europie, aby militarnie przewodzić kontynentowi na wypadek rosyjskiej agresji. W tym też celu należy dokonać szybkiej federalizacji Unii Europejskiej i dlatego „wspólnie opracowujemy teraz wspólną mapę drogową dla silnej i suwerennej Europy. Europa musi stać się czynnikiem światowej polityki z własną strategią bezpieczeństwa”. Następnie Merz wyjaśnił nam, że ma to się stać na podstawie art. 42, ust. 7 Traktatu Unii Europejskiej, nie rozwijając szczegółów.
Dlaczego kanclerz Merz nie rozwinął szczegółów? Dlatego, że dwa dni wcześniej art. 42, ust. 7 starannie omówiła Frau Ursula von der Leyen w swoim przemówieniu. Dowiedzieliśmy się z jej mowy, że gdy tylko Ukraina zostanie przyjęta do Unii Europejskiej, to natychmiast artykuł ten zostanie uruchomiony i na jego podstawie zostanie zniesiona fundamentalna dla UE zasada jednomyślności państw. Z zaciekawieniem sięgnąłem do przywoływanego artykułu. Nie jestem specjalistą od prawa unijnego, ale wiedziony instynktem czułem, że coś się tutaj nie zgadza, szczególnie, iż szefowa Komisji Europejskiej sama wspomniała o jego „kreatywnej” interpretacji. Oto interesujący nas art. 42, ust. 7:
„W przypadku gdy jakiekolwiek Państwo Członkowskie stanie się ofiarą zbrojnej agresji na jego terytorium, pozostałe Państwa Członkowskie mają w stosunku do niego obowiązek udzielenia pomocy i wsparcia przy zastosowaniu wszelkich dostępnych im środków, zgodnie z artykułem 51 Karty Narodów Zjednoczonych. Nie ma to wpływu na szczególny charakter polityki bezpieczeństwa i obrony niektórych Państw Członkowskich. Zobowiązania i współpraca w tej dziedzinie pozostają zgodne ze zobowiązaniami zaciągniętymi w ramach Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego, która dla państw będących jej członkami pozostaje podstawą ich zbiorowej obrony i forum dla jej wykonywania”.
Zaiste, potrzebna jest typowo niemiecka „kreatywność”, aby na podstawie tego zapisu wyprowadzić możliwość zniesienia veta narodowego i zmienić zasadę podejmowania decyzji na większościową, gdyż cytowany fragment nic o tym nie mówi. Zresztą mówi w ogóle o sytuacji „zbrojnej agresji” na któreś z państw członkowskich, a nic takiego nie ma miejsca. Jak więc Friedrich Merz i Frau Ursula doszli do takiej konkluzji?
Mogę się jedynie domyślać, że na podstawie takiego oto ciągu pseudo-logicznego: Ukraina w końcu zawrze pokój z Rosją (bo wymuszą to na Kijowie Amerykanie) → Unia Europejska nie uzna tego pokoju formalnie lub potraktuje go tylko jako czasowy rozejm do czasu odbicia Krymu i Donbasu, a nie za zakończenie wojny → Ukraina zostanie przyjęta do UE → Komisja Europejska i najważniejsze państwa uznają, że w składzie UE jest państwo w stanie wojny, więc aktywują art. 42, ust. 7 → powołując się na sytuację ekscepcjonalną, jaką jest „zbrojna agresja” na państwo członkowskie, Komisja Europejska ogłosi, że „chwilowo” zasada veta państw członkowskich zostaje zawieszona → z biegiem czasu sytuacja „chwilowa” przekształci się w stan permanentny, a kto się będzie sprzeciwiał, ten okaże się „niepraworządny” i zostaną mu obcięte dotacje unijne. I czego Państwo nie rozumiecie?
W takt tej niemieckiej muzyki w Monachium tańczyli Donald Tusk i Radosław Sikorski. Ten pierwszy okazał się nowym wcieleniem „sług narodu ukraińskiego” i obok rozmaitych laudacji dla Wołodymira Żeleńskiego – fatalnego polityka, który dał wciągnąć własny kraj w proxy war między USA a Rosją, użyczając swojego terytorium – wygłosił ciekawe zdanie. Musiało ono wydać się ważne rządowi, gdyż jego rzecznik Adam Szłapka zamieścił je na swoim profilu X: „Niech żyje wolna i niepodległa Ukraina! Niech żyje silna i zjednoczona Europa!”.
To ciekawe hasło, z którego logicznie wynika, że Ukraina ma być „wolna i niepodległa”, podczas gdy Polskę czeka los marchii wschodniej „silnego i zjednoczonego” niemieckiego imperium. Równie komiczny był Radosław Sikorski, który stwierdził, że skoro Europa tyle dopłaciła na wojnę na Ukrainie, to ma moralne prawo do uczestnictwa w rozmowach pokojowych. Jeśli Trump i Putin słuchali tych słów, to turlali się po dywanach z tą samą myślą: „Toczyliśmy sobie proxy war na Ukrainie. Europejczycy z własnej i nieprzymuszonej woli zaczęli finansować jedną ze stron, a teraz skomlą o udział w konferencji pokojowej, która ureguluje globalne stosunki Rosji i Stanów Zjednoczonych. W głowach (i nie tylko głowach) im się poprzewracało!”.
Tak, poprzewracało się. Nad całą konferencją unosił się bowiem narcystyczny samozachwyt elit europejskich nad samymi sobą, nad swoją siłą, moralną wyższością i nad ich „zasadami”. Trump paląc cygaro rzekł sobie pod nosem: „Nie macie żadnych kart!”
Wojna na Bliskim Wschodzie przyłożyła europejskiej energetyce z plaskacza po raz trzeci w ciągu kilku lat. Skończyły się żarty, bo skończyły się pomysły na alternatywne źródła taniej energii. Słupki i procenty szybko zaczęły lecieć w dół po tym, gdy okazało się, że konflikt będzie nieco dłuższy niż założyli sobie w Waszyngtonie.
To, co eurokraci ogłaszali jako „epokowy sukces”, czyli rezygnacja z dostaw surowców z Rosji, szybko weryfikuje się poprzez rzeczywistość w rachunkach i na stacjach benzynowych. Ale nie tylko. Bo mowa także o gospodarce, która się dusi. I choć urzędnicy w Brukseli robią dobrą minę do złej gry, to niebawem kontynent stanie przed tytułowym wyborem.
Niech przemówią liczby
Żeby nie był gołosłownym, bo zawsze taki zarzut może się pojawić. W 2025 roku rosyjskie paliwo kosztowało od 20 do 27 euro za megawatogodzinę, podczas gdy amerykański LNG kosztował od 33 do 50 euro. Zastępując 120–150 miliardów metrów sześciennych rocznie, Europa od 2022 roku przepaliła w piecu 200–300 miliardów dolarów.
Aby zdać sobie sprawę z kruchości tego, co nazywa się „strategią energetyczną UE”, wyobraźmy sobie, że przeprowadzamy się w mieście z wynajmowanego mieszkania o stabilnej cenie do hotelu, w którym stawki dzienne zależą od pogody czy popytu turystycznego. Bo to również istotny fakt: brak stabilnej ceny LNG zależny jest od rynku, a ten z kolei od dostępności szlaków transportowych, które właśnie ulegają zniszczeniu przez wojnę z Iranem. W obliczu eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie Iran systematycznie atakuje infrastrukturę energetyczną Zatoki Perskiej, skutecznie blokując Cieśninę Ormuz. Obecnie tylko rosyjskie i chińskie statki bezpiecznie żeglują po tych wodach.
Ale nawet gdyby tej wojny nie było, według omawianej już „strategii”, do 2029 roku Stany Zjednoczone będą dostarczać aż do 70% europejskiego zapotrzebowania na LNG. Bez ceny stałej. Czyli silny mróz w Teksasie lub rosnący popyt ze strony azjatyckich koncernów natychmiast podniosą rachunki za ogrzewanie w Niemczech. Tak to działa.
To nie czasowy przestój
Donald Trump, zgodnie z tradycją podaje różne terminy zakończenia konfliktu. Albo w nie sam nie wierzy, albo ich na następny dzień już nie pamięta. Trudno się do tego przywiązywać. W każdym razie administracja Białego Domu już wie, że kryzys dostaw gazu i ropy naftowej z kierunku bliskowschodniego to zjawisko mogące istnieć długo. Pojawiają się więc mniej lub bardziej poważne pomysły jego rozwiązania.
Prezydent USA zasugerował np. wykorzystanie… Marynarki Wojennej do eskortowania tankowców, bo firmy żeglugowe odmawiają podjęcia ryzyka poruszania się Cieśniną Ormuz. Wielcy armatorzy, w tym MSC, Maersk i Hapag-Lloyd, w ogóle zawiesili trasy przez cieśninę po atakach dronów. W rezultacie globalne koszty frachtu gwałtownie wzrosły i to na tyle, że cała operacja podniosłaby koszty finalnego produktu jeszcze bardziej. A nie o to przecież chodzi.
Z drugiej strony, wraca temat wykorzystania rurociągu NordStream. Mówią o tym bynajmniej nie w Europie, ale w… Stanach Zjednoczonych właśnie. Amerykański miliarder Stephen Lynchzwrócił się niedawno do Waszyngtonu o pozwolenie na zakup tej infrastruktury na aukcji upadłościowej po cenie… złomu, mimo że aktywa te szacowane są na 11 miliardów dolarów. Jeśli transakcja dojdzie do skutku, zmaterializuje się sprytny plan: amerykańskie firmy będą wysyłać swój LNG na wysoce dochodowe rynki azjatyckie, jednocześnie zaopatrując Europę w gaz za pośrednictwem sprywatyzowanego rosyjskiego gazociągu.
Zełenski pomoże. Niechcący.
Tymczasem napięcia wokół rurociągu naftowego „Przyjaźń” sięgają zenitu. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zakręcił kurek, uderzając w gospodarkę Budapesztu zaledwie miesiąc przed wyborami parlamentarnymi na Węgrzech, co słusznie wywołuje podejrzenia o chęć ingerencji Ukraińców w węgierskie wybory. Początkowo Komisja Europejska odrzuciła możliwość interwencji określając to jako „lokalny spór”, ale teraz blokada rurociągu przeradza się w poważne zagrożenie dla całej sieci energetycznej Unii Europejskiej.
Może więc właśnie dlatego upadły dyskusje o 20. pakiecie sankcji przeciwko Rosji. Wspólnota jednak szybko traci czas na manewry. Prezydent Rosji Władimir Putin otwarcie zasugerował natychmiastowe zakręcenie kurka gazowego, wyprzedzając ewentualne europejskie embargo i umożliwiając Rosji skierowanie się w stronę nowych rynków. Choć to tylko publicystyczna zapowiedź, to jego ostrzeżenie oznacza, że okno na kompromis zamyka się z hukiem.
Ewentualne porozumienie byłoby oczywiście zależne od zmiany stanowiska Brukseli wobec Ukrainy. Ale Europa nie bardzo ma wyjście. Dostęp do rosyjskich surowców dałby gospodarce kontynentu oddech i przywrócił szanse na stanowienie jakiejkolwiek konkurencji w wysoko przetworzonej produkcji. Tym bardziej w związku z brakiem stabilności dostaw np. do Chin. Inaczej Unia Europejska stanie się tylko podrzędnym nabywcą i płatnikiem dla energetyki amerykańskiej. Bardzo zresztą możliwe, że również opartej o… te same rosyjskie zasoby.
Chwała Mateuszowi Piskorskiemu oraz polskim liderom politycznym: Januszowi Korwin-Mikkemu oraz Grzegorzowi Braunowi za wpisanie się do księgi kondolencyjnej wystawionej w ambasadzie Islamskiej Republiki Iranu w Warszawie w związku z tragiczną śmiercią irańskiego przywódcy, ajatollaha Aliego Chameneiego.
Polacy zawsze byli przyjmowani i traktowani z życzliwością przez Irańczyków. Jesteśmy wdzięczni za tę pomoc, niesioną nam w przeszłości przez Irańczyków i pozostajemy świadomi tej chwili w naszej pamięci w godzinach próby gdy na Iran spadają rakiety koalicji Epsteina niosące śmierć cywilnej ludności.
II Rzeczpospolita z Persją
W naszej wspólnej historii możemy odnaleźć kilka wyjątkowych momentów, które ukazują nasz wzajemny szacunek i przyjaźń. Persja i Turcja były jedynymi krajami, które nigdy nie uznały rozbioru Polski w 1795 roku. Polska odrodzona, przywracając niepodległość, była zdeterminowana, aby odnowić swoje kontakty z Iranem. W 1927 roku został zawarty Traktat o przyjaźni i ustanowiono legacje Persji w Warszawie i Polski w Teheranie.
Irańczycy ratowali polskie dzieci
Iran pomagał Polsce i Polakom w czasie II wojny światowej, przyjmując tysiące polskich uchodźców (w tym ok. 40 tys. kobiet i dzieci, tzw. dzieci Isfahanu), zapewniając im schronienie, żywność i tworząc ośrodki życia polskiego, w tym szkoły i szpitale, co było wyrazem niezwykłej gościnności i solidarności. Ten akt humanitaryzmu umożliwił przetrwanie wielu Polakom i stworzył trwałe więzi między narodami, pamięć o których pielęgnowana jest do dziś, a Irańczycy nadal cenią polskie tradycje, o czym pisze polski historyk w „Teheran Times” – Iran pomógł Polakom walczącym o niepodległość.
Zbrodnia w Minab
Aktualnie w polskojęzycznych mediach panuje „bliskowschodnie wzmożenie”, którego celem jest dehumanizacja tego szlachetnego narodu walczącego o przetrwanie. Przypominam, że zamordowany wraz z najbliższą rodziną kilka dni temu irański przywódca ajatollah Ali Chamenei, w przeszłości wydał dwie fatwy zabraniające Irańczykom posiadania broni nuklearnej!!! Gdyby Irańczycy ją mieli, wówczas nie byłoby podstępnej, podłej inwazji militarnej na ten kraj, rozpoczętej bezprecedensową amerykańską zbrodnią wojenną. 28 lutego, w pierwszym dniu operacji „Epic Fury”, szkoła podstawowa dla dziewcząt Shajareh Tayyebeh została zniszczona w małym irańskim mieście Minab na południu kraju. W jej wyniku zginęło od 165 do 186 osób — prawie wszystkie były nastolatkami.
Groźby eskalacji pod adresem Turcji
Nad bliskowschodnim horyzontem narasta kolejny poważny konflikt zbrojny. Były premier Izraela Naftali Bennett wezwał do podjęcia działań przeciwko Turcji, którą nazwał strategicznym zagrożeniem – donosi i24news. NazwałRecepa Erdoǧana„przebiegłym i niebezpiecznym przeciwnikiem, dążącym do otoczenia Izraela” i wezwał do „nie zamykania na to ponownie oczu”„Podczas gdy niektórzy izraelscy urzędnicy otrzymują pieniądze od Kataru, Katar i Turcja, z siedzibą w Syrii i za zgodą Izraela w Strefie Gazy, zasilają nową potworną oś Braci Muzułmanów, podobną do irańskiej. Pojawia się nowe zagrożenie ze strony Turcji. Musimy działać w różny sposób, ale jednocześnie przeciwko zagrożeniu ze strony Teheranu i wrogości ze strony Ankary” – powiedział Bennett.
Kurs polityki koalicji Epsteina „bliskowschodniego wzmożenia”, kompetentnie wyjaśniony jest w audycjiPawła Lisickiego na YouTube Totalna wojna Izraela drogą do III świątyni.
Powiedzenie „Zemsta najlepiej smakuje na zimno” pochodzi z języka francuskiego („La vengeance se mange froide”) i pojawiło się w XIX-wiecznej literaturze angielskiej. Większość Amerykanów nie zna francuskiego pochodzenia tego powiedzenia. Weszło ono do kultury popularnej dzięki Star Trekowi. W filmie „Star Trek II: Gniew Khana” (1982) Khan Noonien Singh wypowiada tę kwestię podczas napiętej rozmowy wideo z admirałem Kirkiem.
Ach, Kirk, mój stary przyjacielu… znasz klingońskie przysłowie? „Zemsta to danie, które najlepiej smakuje na zimno”. I jest bardzo zimna… w kosmosie.
=================================================
W obliczu eskalacji wojny z Iranem, Rosja ma silną pozycję do negocjacji z Radą Współpracy Zatoki Perskiej (GCC), która podporządkowała się Stanom Zjednoczonym i umożliwiła swoją dominację militarną w Zatoce Perskiej na korzyść Izraela, oraz z Indiami, które wykorzystały swoją długoletnią przyjaźń z Rosją, aby zyskać przychylność Izraela kosztem Iranu, członka BRICS. Rosja wysłała jasny sygnał dyplomatyczny do obu państw.
Podczas spotkania ambasadorów w Moskwie 5 marca 2026 roku Siergiej Ławrow zwrócił się do ambasadorów państw Zatoki Perskiej, którzy przybyli do Moskwy z prośbą o interwencję Putina w celu zakończenia irańskich działań wojskowych w odwecie za niespodziewany atak Izraela i Stanów Zjednoczonych. Wydarzenie miało rzekomo koncentrować się na kryzysie na Ukrainie, zagrożeniach cyfrowych i międzynarodowym bezpieczeństwie informacyjnym, ale Ławrow poświęcił sporo uwagi eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie, a w szczególności amerykańsko-izraelskim atakom wojskowym na Iran oraz irańskim działaniom odwetowym przeciwko państwom Zatoki Perskiej.
Według doniesień, ambasadorzy Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) wezwali Rosję do wywarcia presji na Iran, aby ten zaprzestał ataków rakietowych i dronów na swoje terytorium lub nad nim (np. na cele powiązane z USA i Izraelem) oraz stanowczo odrzucił jednostronne działania. Ławrow odrzucił te żądania w niezwykle energicznej demonstracji. Nagranie z jego przemówienia można znaleźć poniżej.
Ławrow rozpoczął od złożenia kondolencji z powodu ofiar cywilnych i zniszczeń infrastruktury cywilnej w państwach Zatoki Perskiej spowodowanych trwającym konfliktem. Natychmiast jednak skrytykował wybiórczą krytykę Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC). Zapytał, czy Rada potępiła „ amerykańsko-izraelską wojnę agresji przeciwko Iranowi ” lub konkretne incydenty, takie jak zabójstwo 170 uczennic w Minab przez działania USA i Izraela. Auć!
Następnie podkreślił ich hipokryzję, gdyż wywierają presję tylko na Iran, nie potępiając jednocześnie w równym stopniu podżegaczy (Stanów Zjednoczonych i Izraela), i zauważył, że zaakceptowanie takiego żądania oznaczałoby zaakceptowanie pierwotnej agresji.
Ławrow twierdził, że trwające działania USA i Izraela mają na celu wbicie klina między Iranem a jego arabskimi sąsiadami (państwami Rady Współpracy Zatoki Perskiej) i zauważył, że działania te są próbą sabotowania ostatnich pozytywnych trendów normalizacyjnych (np. pojednania między Arabią Saudyjską a Iranem, zaangażowania ZEA w sprawy Iranu).
Opowiadał się za jednolitą i zrównoważoną odpowiedzią międzynarodową: natychmiastowym zaprzestaniem wszelkich działań wojennych (nie tylko irańskich), polityczno-dyplomatycznym rozwiązaniem konfliktu i ochroną uzasadnionych interesów bezpieczeństwa wszystkich państw Zatoki Perskiej.
Przypomniał ambasadorom, że Rosja od ponad 20 lat promuje koncepcję zbiorowego bezpieczeństwa w Zatoce Perskiej i docenił wysiłki Rady Współpracy Państw Zatoki Perskiej w tym zakresie (np. rozmowy trójstronne w Abu Zabi). Na zakończenie wezwał Radę Współpracy Państw Zatoki Perskiej i inne podmioty do przyłączenia się do apeli o deeskalację i odrzucenia wybranych rezolucji ONZ (np. wszelkich projektów zgłoszonych przez Bahrajn, które potępiają wyłącznie Iran). Bez bezpośredniej groźby, Ławrow jasno dał do zrozumienia Radzie Współpracy Państw Zatoki Perskiej, że Rosja oczekuje, że pociągnie Izrael i Stany Zjednoczone do odpowiedzialności za kryzys gospodarczy, z którym Rada się zmaga.
A potem są Indie. Niedawna wizyta premiera Narendry Modiego w Izraelu była niefortunnie zaplanowana, ponieważ miała miejsce trzy dni przed izraelsko-amerykańskim atakiem na Iran. Pomimo bycia członkiem-założycielem BRICS, Indie zorganizowały podniesienie poziomu stosunków indyjsko-izraelskich z „partnerstwa strategicznego” do „ specjalnego partnerstwa strategicznego na rzecz pokoju, innowacji i dobrobytu ”.
Modi podpisał 16 porozumień i ogłosił 11 wspólnych inicjatyw w takich obszarach jak obronność (wspólny rozwój/produkcja z transferem technologii), technologie krytyczne/nowoczesne (pod kierownictwem doradców ds. bezpieczeństwa narodowego), cyberbezpieczeństwo (Indyjsko-Izraelskie Centrum Doskonałości Cybernetycznej w Indiach), rolnictwo, gospodarka wodna, mobilność siły roboczej (wsparcie dla ponad 50 000 indyjskich pracowników w Izraelu w ciągu pięciu lat), kultura, edukacja i wiele innych.
Modi i Netanjahu ogłosili postępy w negocjacjach w sprawie umowy o wolnym handlu (pierwsza runda została zakończona, a kolejna zaplanowana jest na maj; Modi oświadczył, że porozumienie zostanie osiągnięte „wkrótce”). Potwierdził również ścisłą współpracę Indii z Izraelem w dziedzinie obrony i walki z terroryzmem, w tym w zakresie potencjalnych transferów technologii, takich jak technologia Żelaznej Kopuły. Moment nie mógł być gorszy. Uniżające zachowanie Modiego w Izraelu było bezpośrednią zniewagą dla pozostałych członków BRICS. Propagowanie serdecznych relacji z krajem winnym ludobójstwa spotkało się z niewielkim entuzjazmem ze strony pozostałych członków BRICS.
Izraelsko-amerykański atak na Iran, członka BRICS, stworzył potencjalnie katastrofalny problem gospodarczy dla Modiego i Indii. Indie importują większość ropy naftowej (około 85–88% całkowitego zużycia) z powodu ograniczonej produkcji krajowej. Według obecnych danych (początek 2026 r.) indyjski import ropy naftowej wynosi średnio około 5 milionów baryłek dziennie. Kraje Zatoki Perskiej (głównie Irak, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA), Kuwejt i Katar; sporadycznie inni dostawcy z Bliskiego Wschodu) są kluczowym źródłem surowca, szczególnie poprzez Cieśninę Ormuz , przez którą przechodzi znaczna część tych dostaw. De facto irańska blokada Cieśniny Ormuz stworzyła kryzys dla Indii.
Wojna z Iranem dała Rosji ogromny wpływ na Indie. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow podkreślił 6 marca 2026 roku, że Rosja nie opublikuje konkretnych danych dotyczących eksportu ropy naftowej do Indii z powodu „zbyt dużej liczby krytyków” i obaw o bezpieczeństwo. Stało się to w odpowiedzi na doniesienia o potencjalnie dużych dostawach (np. do 22 milionów baryłek tygodniowo) w obliczu niedoborów dostaw w Indiach. Pieskow zauważył również, że wojna z Iranem znacznie zwiększyła popyt na rosyjskie surowce energetyczne i umocniła pozycję Rosji jako wiarygodnego dostawcy ropy i gazu.
Zamiast porzucić Indie, Rosja podkreśliła swoją gotowość do wsparcia tego kraju – ale nie bez czegoś w zamian. Źródła donosiły na początku marca (około 4 marca), że Rosja jest gotowa przekierować dostawy ropy (np. około 9,5 miliona baryłek w pobliżu wód indyjskich) i potencjalnie zwiększyć udział Indii w rosyjskim imporcie ropy naftowej nawet do 40%. Wicepremier Rosji Aleksandr Nowak wspomniał, że w związku z kryzysem otrzymał „sygnały ponownego zainteresowania” ze strony Indii większymi wolumenami importu.
W obliczu rosnącego popytu na rosyjską ropę Urals, Rosja dyplomatycznie przypomniała Indiom o konsekwencjach zdrady przyjaciela. Przed atakiem na Iran Rosja sprzedawała ropę Indiom z dużymi rabatami (10–13 USD poniżej ceny ropy Brent sprzed konfliktu). Chociaż Rosja obiecała Indiom wsparcie w rekompensowaniu strat ropy z Zatoki Perskiej, poinformowała premiera Modiego, że Indie będą musiały zapłacić premię w wysokości 4–5 USD ponad cenę ropy Brent za dostawy w marcu/kwietniu. Odzwierciedla to raczej mechanizmy rynkowe niż wyraźne zobowiązania do dalszych rabatów; niektóre doniesienia sugerują, że Rosja traktuje tę sprawę raczej jako „umowę biznesową” bez wcześniejszych, opartych na przyjaźni ustępstw.
To tylko spekulacja, ale myślę, że Modi rozważy ponownie porozumienia zawarte z Izraelem… zwłaszcza jeśli Cieśnina Ormuz pozostanie zamknięta przez sześć miesięcy lub dłużej. Co o tym myślisz?
Doniesienia sugerują, że administracja prezydenta Donalda Trumpa wpadła w panikę, ponieważ nowe irańskie władze, w świetle swojej zdecydowanej i skutecznej odpowiedzi militarnej, rozwiały niezachwiane oczekiwania Trumpa co do wojny trwającej zaledwie kilka dni i triumfalnego zwycięstwa USA.
Podobnie jak na początku 12-dniowej wojny w czerwcu ubiegłego roku, brutalne ataki amerykańsko-syjonistyczne na przywódców politycznych i wojskowych, polegające na dekapitacji, zakończyły się niepowodzeniem. Chociaż amerykańsko-syjonistyczni przestępcy międzynarodowi odnieśli sukces, zgodnie z oczekiwaniami, w zabójstwach kilku czołowych irańskich przywódców, którzy szybko zostali zastąpieni przez nie mniej skutecznych, młodszych ludzi, którzy teraz realizują plan opracowany przez dekady i uderzają w napastników z zabójczą siłą.
Różnica w porównaniu z czerwcem 2025 roku polega na tym, że Irańczycy nie okazują teraz żadnych zahamowań (dla nich to wojna egzystencjalna, podczas gdy dla USA to wojna arbitralnie wywołana z ich własnego wyboru), oraz dowództwo przejęli radykalni generałowie. To, co obecnie się ujawnia – wbrew temu, co przedstawia amerykańska i izraelska machina propagandowa – wskazuje, że Iran wdraża plan mający na celu nie tylko wydalenie sił zbrojnych USA i ich baz z regionu, ale także zniszczenie reżimu izraelskiego – a nie narodu izraelskiego! Wielu ekspertów ds. Bliskiego Wschodu uważa, że Iran ma duże szanse na sukces.
Postradał rozum?
Zamknięcie Cieśniny Ormuz jest w praktyce w pełni wdrożone. Doniesienia wskazują, że obecnie zezwala się na przepływanie tylko chińskim i rosyjskim statkom. Zaledwie dzień po bombastycznym oświadczeniu prezydenta Trumpa, że amerykańskie okręty wojenne będą chronić konwoje tankowców przepływające przez Cieśninę Ormuz, Marynarka Wojenna USA rozsądnie odwołała ten rozkaz. Dowództwo marynarki wojennej doskonale zdawało sobie sprawę z ogromnych strat, jakie poniosłoby wdrożenie tego niebezpiecznie nierozsądnego pomysłu prezydenckiego dla Stanów Zjednoczonych. Krytycy Trumpa określili jego propozycję konwoju jako kolejny dowód na to, że „stracił rozum”.
Ostatnie wydarzenia coraz bardziej sugerują, że zdolności poznawcze Trumpa zawodzą. Oznacza to, że rośnie prawdopodobieństwo, że Trump popełni katastrofalny błąd w krytycznej sytuacji, mający katastrofalne konsekwencje nie tylko dla USA, ale i dla całego świata. Tymczasem „optymiści” mają nadzieję, że zbliżająca się katastrofa gospodarcza, zwłaszcza dla gospodarek zachodnich, wywrze wystarczającą presję na Waszyngton, by politycznie zneutralizować Trumpa.
W środę wieczorem do Waszyngtonu dotarły wieści z Iranu, które prawdopodobnie jeszcze bardziej podsyciły panikę w Białym Domu dotyczącą trwającej wojny. Doniesiono, że IRGC (Irański Korpus Gwardii Republikańskiej) zniszczył większość amerykańskich radarów wczesnego ostrzegania w całym regionie. Kanał Telegram powiązany z IRGC odnotował, że irańskie kierownictwo wydało komunikat stwierdzający, że Izrael i USA są „ślepe”. Początkową reakcją Zachodu było niedowierzanie. Według doniesień zachodnich mediów Irańczycy zostali już pokonani i byli na skraju załamania. W konsekwencji zachodnie elity zbagatelizowały tę wiadomość, uznając ją za desperacką próbę utrzymania się irańskiego przywództwa, które było na skraju załamania.
Jednak coraz więcej źródeł – zarówno z Iranu, jak i z zagranicy – zdawało się potwierdzać informacje o systematycznym niszczeniu niezwykle kosztownych amerykańskich systemów radarowych i komunikacyjnych w 27 amerykańskich bazach w regionie, które zostały już skutecznie zaatakowane przez irańskie rakiety. Co więcej, narastały doniesienia, że Iran zestrzeliwuje coraz większą liczbę amerykańskich i izraelskich dronów w coraz szybszym tempie.
Amerykańskie rakiety przechwytujące oślepły
Ale to nie kanał Telegram, rosyjskie media ani przyjazny Iranowi konglomerat prasowy, lecz szacowny New York Times (NYT) opublikował we wtorek, 3 marca, zdjęcia satelitarne, potwierdzające to, co Iran twierdził od dawna, ale w co nikt na Zachodzie nie chciał uwierzyć. Podczas gdy Waszyngton najwyraźniej był zajęty sprzedawaniem światu swojej narracji o szybkim – choć nierealnym – zwycięstwie nad Iranem, Iran systematycznie i metodycznie atakował rakietami i dronami każdą większą bazę USA w regionie.
Artykuł w „New York Timesie”
Artykuł „Infrastruktura komunikacyjna na Bliskim Wschodzie. Iran atakuje amerykańską wojskową infrastrukturę komunikacyjną na Bliskim Wschodzie” jest istotny, ponieważ opublikowano w nim zdjęcia satelitarne potwierdzające szkody wyrządzone przez irańskie ataki na amerykańskie bazy wojskowe w regionie Zatoki Perskiej. Artykuł analizuje zdjęcia satelitarne i zweryfikowane nagrania wideo, szczegółowo opisując irańskie ataki odwetowe z zeszłego weekendu i poniedziałku, uszkodzone lub zniszczone przez nie obiekty oraz ich funkcje wojskowe. Warto zauważyć, że wszystkie zniszczone cele były częścią amerykańskiego systemu łączności i radarów w co najmniej siedmiu amerykańskich bazach wojskowych na Bliskim Wschodzie, w tym w bazach w Bahrajnie, Kuwejcie, Katarze, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
Chociaż artykuł w „New York Timesie” nie wymienia wprost „wszystkich głównych baz USA” i podkreśla, że infrastruktura komunikacyjna jest ściśle tajna, systematyczny wybór celów (w wielu krajach) świadczy o metodycznym podejściu. Analiza sugeruje, że systematyczne podejście Iranu ma na celu zniszczenie amerykańskich zdolności komunikacyjnych i koordynacyjnych, na przykład poprzez atakowanie osłon radarów, anten satelitarnych i innego krytycznego sprzętu.
Każda główna baza USA w Zatoce Perskiej została systematycznie i metodycznie zdemontowana przez Iran.
Bahrajn. Serce Piątej Floty. Bijące centrum nerwowe amerykańskiej potęgi morskiej na całym Bliskim Wschodzie – trafione.
Al Udeid, Katar. Radar AN/TPY-2 o wartości 1,1 miliarda dolarów – „oko, które widzi wszystko” – zlikwidowany za jednym zamachem.
Obóz Arifyan, Kuwejt. Ali Al Salem. Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej. Bazy w Emiratach.
Terminale SATCOM obrócone w gruzy. Osłony anten radarowych rozerwane jak skorupki jajek. Anteny satelitarne po prostu zmiecione z powierzchni ziemi.
Cała infrastruktura wykrywania i śledzenia pocisków wroga, systemy AN/TPY-2, które synchronizują każdą baterię Patriotów i każdą baterię THAAD na całym obszarze działań – zniszczone z chirurgiczną precyzją. To nie był przypadek. To nie był szczęśliwy zbieg okoliczności. Ale mistrzowski architektoniczny demontaż.
Iran nie tylko zbombardował bazy USA. Iran zmapował system nerwowy, który sprawia, że amerykański system obrony przeciwrakietowej staje się jednym, oddychającym organizmem – a następnie, baza po bazie, w pięciu krajach jednocześnie, zdemontował go z zimną krwią.
To nie odwet, to doktryna
Trzy dekady skrupulatnych badań nad tym, jak działa amerykańska machina wojenna – jak działa, jak widzi, jak komunikuje się i koordynuje ze swoimi komponentami. A kiedy nadszedł ten moment, Teheran nie zawahał się – uderzył amerykańską machinę prosto w oko. Stare władze prawdopodobnie zawahałyby się przed podjęciem tego zdecydowanego kroku, ale nowe, młodsze kierownictwo chciało w końcu podjąć stanowczą decyzję.
Wstępny wynik jest taki, że amerykańskie pociski przechwytujące są teraz bezużyteczne. Co więcej, amerykańskie rezerwy pocisków przechwytujących są już na wyczerpaniu. Magazyny są puste. [przesada: Puścieją md]
Marynarka Wojenna USA nie może eskortować konwojów przez Cieśninę Ormuz bez popełnienia samobójstwa. A Korea Południowa, która do tej pory uważała się za chronioną przez amerykańskie systemy obrony przeciwrakietowej, musi teraz czuć się całkowicie odsłonięta i bezbronna.
Państwa wasalne USA w Zatoce Perskiej, które do tej pory wierzyły, że bazy amerykańskie zapewniają im najwyższą ochronę, muszą, w świetle płonących instalacji naftowych i zniszczonych baz USA, dojść do otrzeźwiającego wniosku, że armia amerykańska nie zapewnia ani ochrony, ani bezpieczeństwa w ich krajach, a wręcz przeciwnie: irańskie ataki odwetowe na agresora i państwo zbójeckie, czyli USA. Waszyngton zbudował najdroższą, najbardziej złożoną i pozornie niezniszczalną architekturę militarną w historii ludzkości. Iran właśnie w ciągu kilku dni przedstawił plan jej demontażu.
Autorstwo: Rainer Rupp Tłumaczenie: Paweł Jakubas (proszę o jedno „Zdrowaś Maryjo” za moją pracę) Źródło zagraniczne: Apolut.net
Uważam, że wciąganie Chin do globalnego imperium rozpoczęło się od wojen opiumowych w połowie XIX wieku, kiedy to – jak to ujmuje Carroll Quigley – „Chiński opór wobec europejskiej penetracji został zmiażdżony przez zbrojenia mocarstw zachodnich, a Chinom narzucono wszelkiego rodzaju ustępstwa na rzecz tych mocarstw”
Zawsze mnie zadziwia, że są ludzie, którzy sprzeciwiają się globalizmowi, jednocześnie odmawiając uznania, że on naprawdę jest… globalny!
Najwyraźniej nie mogą uwierzyć, że Rosja Putina, a tym bardziej komunistyczne Chiny, mogą być kontrolowane przez ten sam gang, który dominuje w naszych społeczeństwach.
Jednak dzięki książce Pierre’a Hillarda Archives du mondialisme [2] („Archiwa globalistów”) z 2019r. udało mi się zdobyć kilka przydatnych nowych informacji. To prawdziwa kopalnia wiedzy, z której zamierzam wydobyć kolejne cenne perełki w przyszłych esejach.
Tom liczący 770 stron zawiera rozdział z książki Yanna Moncomble’a z 1981r. zatytułowanej L’irrésistable expansion du mondialisme („Nieodparta ekspansja globalizmu”), który zaczyna się od stwierdzenia: „Oczywiście wprowadzenie Nowego Porządku Świata nie mogłoby mieć miejsca bez Chin”. [3]
Uważam, że wciąganie Chin do globalnego imperium rozpoczęło się od wojen opiumowych w połowie XIX wieku, kiedy to – jak to ujmuje Carroll Quigley – „Chiński opór wobec europejskiej penetracji został zmiażdżony przez zbrojenia mocarstw zachodnich, a Chinom narzucono wszelkiego rodzaju ustępstwa na rzecz tych mocarstw”. [4]
Moncomble rozpoczyna jednak opowieść w roku 1890, kiedy „John D. Rockefeller podarował Chińczykom 300 000 małych lamp naftowych, aby ich „zachęcić” do stosowania jego oleju. Dziesięć lat później Chińczycy kupowali już 450 milionów litrów nafty rocznie, z czego ponad 90% pochodziło od Standard Oil”. [5]
Standard Oil był oczywiście interesem Rockefellerów, choć powinienem zaznaczyć, że na tym etapie rodzina została już przejęta przez Rothschildów i stanowiła jedynie „amerykański protestancki” listek figowy dla machinacji City of London – więcej na ten temat w mojej broszurze z 2024r. pt. „The Single Global Mafia: The Rockefeller Foundation’s multiple links to Zionism and military-industrial-financial neo-imperialism” (Jedna globalna mafia: wielorakie powiązania Fundacji Rockefellera z syjonizmem i militarno-przemysłowo-finansowym neoimperializmem). [6]
Hillard ze swojej strony powołuje się na esej Franka Ninkovicha z 1984r. zatytułowany „Fundacja Rockefellera, Chiny i zmiany kulturowe”, w którym opisuje plany Fundacji Rockefellera z 1915r. dotyczące założenia szkoły medycznej w Pekinie. [7]
W artykule stwierdzono: „Próba Fundacji Rockefellera, podejmowana przez czterdzieści lat, aby ukierunkować modernizację Chin w kierunku liberalnym, jest uosobieniem połączenia interesu narodowego z polityką prywatną”. [8]
Korporacjonizm publiczno-prywatny i „modernizacja” znów idą w parze!
Jeśli nazwa brzmi dziwnie znajomo, to prawdopodobnie dlatego, że jest to organizacja siostrzana Królewskiego Instytutu Spraw Zagranicznych w Londynie, znanego również jako Chatham House, którego rolę jako narzędzia globalnej intrygi również wcześniej ustaliłem [10], a także jego amerykańskiego odpowiednika, Rady Stosunków Zagranicznych [Council on Foreign Relations].
Moncomble wskazuje, że jedną z osób zaangażowanych w utworzenie CPIFA był Chester Ronning, który podczas II wojny światowej pracował dla wywiadu kanadyjskich sił powietrznych, a następnie podjął próbę przekonania świata do uznania komunistycznych Chin.
Twierdzi, że Kanada była jednym z pierwszych krajów, które w latach 70. XX wieku znormalizowały stosunki z Chinami, a osobisty przyjaciel Ronninga, Huang Hua, został ambasadorem Chin w tym kraju. [11]
Jednak główną postacią stojącą za CPIFA był Walter Lockhart Gordon, „założyciel firmy Clarkson and Gordon, której zadaniem było zatwierdzanie rachunków trzech z pięciu największych banków w Kanadzie: Bank of Nova Scotia, Toronto Dominion Bank i Canadian Imperial Bank”.
„Jakby przez przypadek, WL Gordon był jednym z najdłużej działających liderów Kanadyjskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (CIIA) – założonego przez RIIA [Chatham House] – i tak się składa, że spotykamy go również w Grupie Bilderberg”. [12]
Ta ręka bankierów dała się ponownie zauważyć w 1966r., gdy Fundacja Rockefellera połączyła się z Fundacją Forda – której imperialistyczną naturę również wyraźnie wykazałem [13] – tworząc Narodowy Komitet ds. Stosunków USA–Chiny. [14]
Moncomble opisuje tę jednostkę, która istnieje do dziś, jako „narzędzie propagandowe na rzecz bardziej umiarkowanej polityki wobec czerwonych Chin”. [15]
Dodaje: „Dwa lata później, w 1968 roku, roku wyborów w USA, pan Nelson Rockefeller mówił o potrzebie dialogu z komunistycznymi Chinami, o „poprawie” stosunków z ZSRR i o stworzeniu „Nowego Porządku Świata””. [16]
Już w następnym roku, 22 marca 1969r., w Nowym Jorku odbyła się ważna konferencja na temat stosunków między Zachodem a Chinami.
Moncomble wyjaśnia: „Głównymi uczestnikami, którzy skierowali konferencję ku pewnemu rozstrzygnięciu, byli senator Partii Demokratycznej Arthur Goldberg, prezes Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego, oraz senator Partii Republikańskiej Jacob Javits, honorowy prezes Żydowskich Weteranów Wojennych i wiceprezes Niezależnego Zakonu B’nai B’rith”. [17]
Dla nieświadomych: B’nai B’rith to organizacja wolnomularska o judeo-supremacjnym charakterze, znana z tego, że krytyków Izraela/syjonizmu „unieważnia” i zastrasza za rzekomy „antysemityzm”. [18]
Konferencja oczywiście opowiedziała się za pojednaniem między USA i Chinami.
Moncomble twierdzi, że Goldberg w szczególności zabiegał o przyjęcie komunistycznych Chin do Organizacji Narodów Zjednoczonych – co nastąpiło około dwa lata później, w 1971 roku – podczas gdy Javits prosił o dostarczenie Chińczykom zdjęć ich kraju zrobionych przez amerykańskie satelity. [19]
Co zabawne, spotkanie w Nowym Jorku zbiegło się w czasie z ogłoszeniem przez nowy rząd USA pod przewodnictwem prezydenta Richarda Nixona chęci budowania bardziej konstruktywnych stosunków z Chinami, co doprowadziło do prestiżowej wizyty prezydenta w tym rządzonym przez komunistów kraju w lutym 1972r.
Prasa wiele uwagi poświęciła tej wizycie – dodaje Moncomble – „lecz systematycznie zapominała poinformować swoich czytelników o wcześniejszych negocjacjach”. [20]
Przeprowadził je znany żydowski globalista Henry Kissinger z Rady Stosunków Zagranicznych, Bilderberg i Komisji Trójstronnej. [21]
Następnie zawarto szereg lukratywnych umów biznesowych z Chinami, jak na przykład kontrakt o wartości 290 milionów dolarów, który w 1973 roku spółka Pullman Kellog z Teksasu i jej holenderska spółka zależna Kellog Continental podpisały na budowę ośmiu kompleksów agrochemicznych. [22]
Ponadto firma Louis Dreyfus & Co, specjalizująca się w transporcie zbóż, sprzedała komunistycznym Chinom 400 000 ton amerykańskiej pszenicy. [23]
Za prezydentury Jimmy’ego Cartera w 1977 roku sekretarz stanu Cyrus Vance – a przy okazji również członek Rady Stosunków Zagranicznych, Bilderberg i Komisji Trójstronnej, a także Fundacji Rockefellera – odwiedził Chiny, rozmawiając o wyprowadzeniu stosunków z impasu. [24]
Jak się okazało, David Rockefeller przebywał w tym samym roku w stolicy Chin w sprawach biznesowych. [25]
Następnie w 1978 roku inny czołowy globalista, Zbigniew Brzeziński (Rada Stosunków Zagranicznych, Bilderberg i Komisja Trójstronna), odwiedził władze chińskie. [26]
Moncomble twierdzi, że „16 miesięcy tajnych rozmów” zakończyło się uznaniem przez Stany Zjednoczone reżimu komunistycznego w Chinach w grudniu 1978r. i oficjalnym przywróceniem stosunków 1 stycznia 1979r. [27]
Cytuje Georges’a Berthoina, który napisał w Le Monde 22–23 kwietnia 1979r., że „władze chińskie zdają się aprobować ideę Nowego Porządku Świata”. [28]
„Poświęcenie” nastąpiło w maju 1981r., kiedy globalistyczna Komisja Trójstronna zorganizowała spotkanie w Pekinie z inicjatywy współpracowników Chatham House’a z CPIFA. [29]
Wśród uczestników byli m.in. Peter Shore, poseł brytyjskiej Partii Pracy i Fabian; Winston Lord, prezes Rady Stosunków Zagranicznych i członek Bilderberg; Bruce MacLaury, prezes Federal Reserve Bank of Minneapolis i Brookings Institution oraz członek Bilderberg i Rady Stosunków Zagranicznych, a także, rzecz jasna, David Rockefeller. [30]
Relacja Moncomble’a kończy się w tym miejscu, w roku publikacji jego książki, ale Hillard odnosi się do niektórych późniejszych wydarzeń z perspektywy roku 2019, zauważając, że „stopniowy wzrost potęgi Chin doprowadził do tego, że obecnie stanowią one jeden z filarów globalnej organizacji politycznej”. [31]
Jako przykład podaje raport agencji Reuters z 7 lipca 2009r. zatytułowany „Rosja i Chiny będą promować globalną walutę na szczycie G8” [32] – szczyt ten, nawiasem mówiąc, odbył się we Włoszech i spotkał się z masowymi protestami antyglobalistycznymi.
W raporcie tym stwierdzono: „Chiny, których 70 procent oficjalnych rezerw walutowych o wartości 1,95 biliona dolarów utrzymywane są w dolarach, podkreślają, że dolar nadal jest najważniejszą walutą rezerwową.”
„Uważają jednak, że nadmierne poleganie na dolarze zaostrzyło kryzys finansowy i postrzegają specjalne prawa ciągnienia (SDR-y) Międzynarodowego Funduszu Walutowego, oparte na koszyku walut, jako realną alternatywę na przyszłość”. [33]
Hillard podaje również link do artykułu z 2017r. opublikowanego w czasopiśmie „Foreign Affairs”, będącym „bardzo globalistycznym” przeglądem Rady ds. Spraw Zagranicznych. [34]
Odnosi się to do długoletniego stanowiska Chin, że SDR – syntetyczna waluta stworzona przez MFW – powinna odgrywać większą rolę w międzynarodowym systemie monetarnym. [35]
Hillard pisze, że Chiny są ostatnim elementem układanki kontroli globalistycznej. [36]
Opisuje notoryczne wykorzystywanie technologii rozpoznawania twarzy w połączeniu z systemem oceny społecznej, który nagradza lub karze za zachowania w zależności od uznania państwa.
„Chiny są wymarzonym modelem dla globalnej oligarchii, która pragnie wdrożyć te metody na całej planecie… oficjalnie dla naszego bezpieczeństwa”. [37]
Aby uświadomić czytelnikom rzeczywistą i poważną rolę, jaką Chiny odegrały w dążeniu globalistów do światowej tyranii, chciałbym odesłać ich do wykładu wygłoszonego w Pekinie na chińskim forum Lanting przez ministra spraw zagranicznych H.E. Wang Yi, członka Biura Politycznego Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin, 27 października 2025r.
Prezentowany na stronie internetowej CPIFA (chiński Chatham House) dokument nosi tytuł „Implementing the Global Governance Initiative for a Community with a Shared Future for Humanity” [Wdrażanie inicjatywy na rzecz globalnego zarządzania dla społeczności o wspólnej przyszłości dla ludzkości]. [38]
Wang Yi twierdzi, że „przez ostatnie 80 lat system międzynarodowy, którego rdzeniem jest ONZ, stanowił fundament światowego pokoju i rozwoju”.
Mówi, że w obliczu przeszkód prezydent Xi Jinping „uroczyście przedstawił Inicjatywę na rzecz Globalnego Zarządzania (GGI), oferując chińską odpowiedź na to pytanie naszych czasów”.
Oczywiste jest, że to te same sieci, które stoją za podobnymi wysiłkami na „Zachodzie”, bo wszędzie słyszymy ten sam obrzydliwy język!
Chodzi o „międzynarodowe rządy prawa na rzecz sprawiedliwego i uporządkowanego systemu globalnego zarządzania”, „podejście skoncentrowane na ludziach na rzecz powszechnie korzystnych i inkluzywnych wyników globalnego zarządzania” oraz „rzeczywiste wyniki pragmatycznego i efektywnego procesu globalnego zarządzania”.
Kłamiąc jak z nut, Wang Yi oświadcza: „GGI odpowiada na potrzeby świata i pragnienia ludzi.”
„Wraz z Globalną Inicjatywą Rozwoju (GDI), Globalną Inicjatywą Bezpieczeństwa (GSI) i Globalną Inicjatywą Cywilizacji (GCI) obiecuje ona bardzo potrzebną stabilność i zapewnia pewność w tym niestabilnym świecie, a także otrzymała szybkie i wyraźne wsparcie od ponad 140 krajów i organizacji międzynarodowych”.
Tutaj myli nikczemne cele państw i podmiotów kontrolowanych przez globalistów z „potrzebami świata i życzeniami ludzi”.
Za tym wszystkim kryje się dobrze znany imperialistyczny plan grabieży i zysku.
Wang Yi mówi: „Powinniśmy na nowo umieścić rozwój w centrum [tej] agendy międzynarodowej, zmobilizować globalne zasoby na rzecz rozwoju i wspierać równe i zrównoważone partnerstwo na rzecz globalnego rozwoju.”
„Chiny rozwijają wysokiej jakości współpracę w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku z krajami partnerskimi, przynosząc korzyści ponad trzem czwartym wszystkich krajów na świecie.”
„Wdrożyliśmy 10 działań partnerskich na rzecz modernizacji z krajami afrykańskimi, przeprowadziliśmy pięć programów z krajami Ameryki Łacińskiej i Karaibów, opracowaliśmy pięć ram współpracy z państwami arabskimi i zbudowaliśmy siedem platform współpracy dostosowanych do krajów wysp Pacyfiku, co pozwoliło nam osiągnąć wspólny postęp na drodze do modernizacji.”
„Chiny aktywnie wdrażają inicjatywę Global AI Governance Initiative i powołały do życia Światową Organizację Współpracy w dziedzinie AI (WAICO), której celem jest promowanie sztucznej inteligencji na rzecz dobra wszystkich oraz wspieranie budowania potencjału w krajach Globalnego Południa.”
„Wspieramy Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych i Nowy Bank Rozwoju w odgrywaniu większej roli jako użyteczne uzupełnienie istniejących instytucji finansowych, wspólnie przyczyniając się do globalnej stabilności finansowej”.
Możesz wierzyć Wang Yi, że to wszystko jest miłe, przytulne i nieszkodliwe, ponieważ jest „wielobiegunowe”. On upiera się: „Najbardziej pożądaną wizją GGI jest przyszłość sprawiedliwości”.
Jednak cel narzucenia Państwa Światowego jest bardzo jasny, gdy polityk komunistyczny podkreśla: „Powinniśmy zjednoczyć się, aby stawić czoła pilnym wyzwaniom i wzmocnić słabe ogniwa w globalnym zarządzaniu”.
Rzecznik irańskiego MSZ Esmail Bagei oświadczył w poniedziałek, że siły zbrojne Iranu nie atakowały Azerbejdżanu, Turcji ani Cypru – poinformowała irańska agencja SNN.
Według rzecznika irańskie działania obronne „w żadnym wypadku nie powinny być interpretowane jako wrogość wobec któregokolwiek z krajów regionu”. Dodał, że sztab generalny sił zbrojnych „wyraźnie i oficjalnie ogłosił, że (…) ataki nie zostały przeprowadzone z terytorium Iranu ani przez nasze siły zbrojne”.
Bagei wypowiedział się po oskarżeniach władz Azerbejdżanu, że cztery drony wdarły się na terytorium kraju, uderzyły w terminal lotniska i eksplodowały w pobliżu szkoły, raniąc cywilów. Prezydent Ilham Alijew nazwał incydent „aktem terroru”, zażądał wyjaśnień i przeprosin od władz w Teheranie oraz nakazał wycofanie azerbejdżańskiego personelu dyplomatycznego z Iranu – przypomniał portal Iran International.
Wcześniej również minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Aragczi zaprzeczył, jakoby siły irańskie wystrzeliły drony w kierunku Azerbejdżanu.
W ubiegłym tygodniu również władze Cypru informowały o ataku drona na brytyjską bazę lotnicza na wyspie. Według władz w Nikozji atak ten został najprawdopodobniej przeprowadzony przez proirański Hezbollah, a nie bezpośrednio przez Iran.
Rząd Turcji powiadomił natomiast w czwartek, że obrona powietrzna NATO przechwyciła irański pocisk balistyczny, który wleciał w turecką przestrzeń powietrzną. Ankara złożyła protest w Teheranie i poinformowała, że wysłała sześć myśliwców F-16 i systemy obrony powietrznej do północnej części Cypru, aby – jak przekazał resort obrony – „zwiększyć bezpieczeństwo społeczności Turków cypryjskich” w obliczu wojny USA i Izraela z Iranem.
Wyspa Cypr jest podzielona na Republikę Cypryjską, będącą członkiem Unii Europejskiej, oraz Turecką Republikę Cypru Północnego, uznawaną na arenie międzynarodowej jedynie przez Turcję.
Kilka dni temu przegłosowano rezolucję, która penalizuje odmowę przyjęcia ideologii gender oraz jej krytykę. Przegłosowało ją Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy przy prawie pustej sali. Zgromadzenie liczy ponad 300 członków – 71 osób głosowało „za”, 26-„ przeciw”, a dwie osoby wstrzymały się od głosu co razem stanowi jedną trzecią uprawnionych.
Rezolucja otwiera drzwi do karania rodziców, lekarzy czy duchownych za formułowanie swoich poglądów w sprawach identyfikacji płciowej dzieci i wychowanków, a nawet w kwestiach tak drastycznych jak chirurgiczna zmiana płci bez zgody opiekunów. Zachęca się również dzieci do donoszenia na swoich rodziców.
Tego typu ustalenia są zwykle lekceważone przez ich zdecydowanych przeciwników. Zdarza się, że podpisują oni cyrograf w przeświadczeniu, że nikt czegoś tak idiotycznego jak podpisywana ustawa nie będzie przestrzegał. Wydaje mi się, że z takim przeświadczeniem premier Morawiecki popisywał tak zwane „Kamienie milowe” oraz pakiet „Fit for 55”. Potem okazuje się jednak, że „słowo się rzekło – kobyłka u płota” ( jak podobno pozwolił sobie zażartować szlachcic Jakub Zaleski sprowokowany przez króla Jana III Sobieskiego ) i trzeba ją niżej ogona pocałować.
Rezolucja Rady Europy to próbny strzał, to symbolicznie rzecz biorąc wystrzał z Aurory.
Wypowiada nam wszystkim wojnę, której finał nie został wprawdzie jeszcze przesądzony, lecz ta rezolucja będzie stanowiła punkt odniesienia dla dalszego przykręcania nam śruby. Będzie chwalona w mediach jako dobra praktyka, będzie służyła w sądach jako podstawa precedensowych wyroków.
Już chyba służy – gdyż sąd w Rzeszowie nakazał ostatnio szkole honorowanie urojeń pewnego ucznia dotyczących płci, a nawet przyznał mu odszkodowanie.
Dobrym przykładem funkcjonowania precedensu w systemie prawnym nie zawierającym precedensów jest proceder odbierania w Polsce dzieci w powołaniu się na syndrom Gardnera. Wiele lat po tym jak okryty niesławą Gardner popełnił samobójstwo, a jego ofiary otrzymują w USA sute odszkodowania, polskie sądy rodzinne w uzasadnieniu odbierania matce dziecka powołują się na zdiagnozowanie u niej tego nieistniejącego prawnie i skompromitowanego w psychologii syndromu PAS.
Dr Richard Gardner, amerykański psychiatra sądowy popełnił samobójstwo 25 maja 2003 roku. Richard Ducote, prokurator powiedział po jego śmierci: „Módlmy się, aby głupota jego niedorzecznej teorii PAS umarła razem z nim”. Jak się okazało Gardner zeznawał na rzecz mężczyzn pobierając od nich 500 dolarów za godzinę badania czy konsultacji, po czym polecając, aby sąd przyznawał opiekę rodzicowi, który znęcał się nad dziećmi lub je molestował. Nie potępiał w swoich pismach pedofilii. Aprobował również kazirodztwo.
Oczywiście często zdarza się, że jedna ze stron sporu rozwodzących się małżeństw czy rozstających się par „napuszcza” dziecko na byłego partnera wypowiadając się o nim negatywnie lub obarczając go winą za rozwód. To czasami nieuniknione koszty rozstania.
W USA istnieje stowarzyszenie ofiar syndromu Gardnera. To dzieci które sąd odebrał matce i oddał w ręce gwałciciela i pedofila, albo odebrane rodzinie poniewierały się w kolejnych rodzinach zastępczych i sierocińcach. Do polskich sądów rodzinnych informacja o wykreśleniu syndromu Gardnera z rejestru schorzeń uprawniających do odebrania dzieci biologicznym rodzinom nie dotarła do dziś dnia.
Ustawodawcy uchwalający co chwila sprzeczne wewnętrznie czy wręcz kryminogenne przepisy nie zdają sobie chyba sprawy jakich mają prekursorów i w czym uczestniczą. Wzorem donosiciela na własnych rodziców jest przecież bohater ZSRR Pawka Morozow (Павлик Морозов: герой CCCR). Nikt obecnie nie traktuje jego historii poważnie lecz powstawały o nim książki, pieśni, a nawet powstała opera i przez całe lata był stawiany jako wzór sowieckim dzieciom. Przeświadczenie, że dzieci powinny być wychowywane w specjalnych placówkach dzielili stalinowcy z hitlerowcami. Hitlerowcy rabowali nawet niższe rasowo (ich zdaniem) dzieci, na przykład dzieci Zamojszczyzny aby odpowiednio je wychować dla potrzeb państwa niemieckiego. Przeświadczenie, że o zamykaniu kopalni, instalowaniu energetyki jądrowej, wiatraków czy paneli fotowoltaicznych mają prawo decydować psychologowie i historycy to znaczy humaniści (według popularnej definicji to ci, którzy nigdy nie zrozumieli definicji logarytmu) dzielą nasi rządzący z Pol Potem, który wieśniakom kazał wykonywać skomplikowane operacje neurochirurgiczne, a chirurgom kopać rowy.
Wdrażany w medycynie „ protokół terapii daremnej” to wypisz wymaluj hitlerowskie zarządzenia o eliminacji ludzi starych, chorych psychicznie czy niepełnosprawnych dzieci. To wcielanie w życie niemieckich nazistowskich kategorii Lebensunwertes Leben (życie niewarte życia) albo Unnütze Esser ( nieużyteczni zjadacze).
Rewizjoniści historyczni oskarżają o faszyzm i rasizm tych którzy jak Julian Tuwim w znanym wierszyku „Murzynek Bambo” odważą się używać terminu Murzyn. Tymczasem naprawdę nie jest istotne czy nazwiemy czarnoskórego Murzynem czy Afroamerykaninem, a Roma Cyganem.
Natomiast prawdziwą zbrodnią jest odmówienie tylko na podstawie arbitralnej decyzji dwóch czy trzech konowałów terapii osobie, która tej terapii oczekuje, a przez całe życie płaciła przymusowe składki na NFZ. Uporczywej terapii ma prawo odmówić sam pacjent natomiast nie ma prawa decydować za niego lekarz działający być może na rzecz gangu transplantologów.
Rzekomo nie wypada powoływać się w dyskusjach na przykłady wielkich dwudziestowiecznych totalitaryzmów i największych dwudziestowiecznych zbrodniarzy. To kompletna bzdura. Gdyby współcześni Hitlera, Stalina czy Pol Pota wykazali więcej roztropności, gdyby nie lekceważyli pierwszych sygnałów rozwijających się groźnych systemów przemocy, gdyby wreszcie gorliwie popierając postępowanie tyranów nie okazali się pożytecznymi idiotami, nie dopuściliby do sytuacji w której oni sami łatwo stawali się ofiarami.
Dlatego nie tylko wolno lecz nawet trzeba o tym mówić.
Dzień dobry Panie Mirosławie. Piszę dzisiaj do Pana, ponieważ chciałbym, aby zobaczył Pan poruszającą rolkę video nagraną przez naszą młodą wolontariuszkę Zuzię. 18-letnia Zuzia zdecydowała się mówić przed kamerą o tym, co spotkało ją, gdy jako 12-latka chodziła do szkoły w Anglii. Od najmłodszych lat zmuszano ją do rozwiązłości i homoseksualnego stylu życia, a jej nauczycielka religii w katolickiej szkole była… ateistką i lesbijką. Zuzia odważyła się nagrać tę krótką rolkę, aby ostrzec rodziców w Polsce, że to wszystko już dzieje się w naszych szkołach. Proszę zobaczyć:
Zuzia, mimo młodego wieku, nie boi się wychodzić na ulice i brać udziału w kolejnych akcjach informacyjnych. Może Pan umocnić ją w działaniu i dodać jej odwagi poprzez wsparcie naszej Fundacji oraz udostępnienie dalej tej rolki swoim znajomym. Z wyrazami szacunku, Mariusz Dzierżawski Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080 NIP: 1231051050 REGON: 010083573 ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Od dziś będę swoje wpisy w formie audio/video publikował na kanale Do Rzeczy w formacie „Karwelis komentuje”. Videoblogi będą się ukazywały w każdą sobotę o 12.00. W związku z tym przesuwam publikację w formie tekstu na każdą niedzielę na godzinę 12.00. Mam nadzieję, że Państwu się spodoba. Żeby obejrzeć tu mój kolejny videoblog aktualnego tekstu proszę tylko wcisnąć przycisk „Videoblog”.
Jakoś tak jest w dzisiejszych czasach, że ludzie spodziewają się czegoś, gadają o tym, martwią się, a jak coś takiego przychodzi, to wszyscy latają zdziwieni. I wtedy myślenie o dawno przewidywanym zdarzeniu zaczyna się jak gdyby od początku. Tak jest z tą wojną z Iranem – jakby nas ona zaskoczyła. Mnożą się kosmiczne spekulacje co do jej motywów, przebiegu i przyszłych losów. To na razie wróżenie z fusów podrzucanych narracji. Bo trzeba przyznać co najmniej dwie rzeczy – mamy znowu wojnę na narracje, te – różnią się zasadniczo od faktów, skrywają rzeczywiste motywacje stron, są narzędziem wojny, której pierwszą ofiarą jest zawsze prawda.
Druga rzecz pewna w tej niepewności to są reakcje całego świata: uczestników wojny, sojuszników każdej ze stron, ludu w ogóle i mediów w szczególności. Nawet jeśli wiele z tych reakcji ma charakter manipulacyjny, to są one faktami i warto je przeanalizować w pomieszaniu dynamicznych zdarzeń, bo przynajmniej są one, te reakcje, pewne. Kiedy kamień wojny runął na powierzchnię zdarzeń rozeszły się od niego różne fale. Ich analiza da nam więcej niż obecne zgadywanki – po rozchodzeniu się fal, wlewaniu się na brzegi interesariuszy, ofiar i świadków można wywieść kształt tego kamienia. Obecnie spada on na dno rozstrzygnięć, sytuacja jest dynamiczna, ale kręgi pokazują nam kształt i potencjał tego głazu, co daje nam jakąś szansę na pojęcie do czego dojść może, większe niż z analizy kto do kogo strzelił. Obecny bowiem horyzont zdarzeń mocno wykracza – czasowo i geograficznie – poza konflikt lokalny w ograniczonym czasie. A więc popatrzmy na światową reakcję na wojnę.
Antysemickie dylematy
Zanim jednak zobaczymy jak fala wojenna dobijała na poszczególne brzegi pozwolę sobie na jedną generalną uwagę: mamy do czynienia z pewnym pomieszaniem postaw i wahaniem się w przypadku dotychczasowych prostych narracji. Otóż kwestię stosunku do tej wojny zaburza jedna sprawa: gdyby to USA napadły samotnie na Iran – sprawa by była prosta. Znowu by się mówiło o imperializmie Trumpa, końcu prawa międzynarodowego, Wenezueli do kwadratu. Europejscy włodarze kontynentalnego globalizmu znowu by się z mediami wyżywali na Jankesach, rodziłoby się współczucie do Irańczyków.
Ale kłopot w tym, że to wojna wszczęta przez Stany wraz z Izraelem, a ten ma zakodowane w medialnym światowym obrocie specjalne fory. Jak tam mordował cywilnych Palestyńczyków, to jeszcze ktoś tam mógł się krzywić na Zachodzie. Ale teraz, jak walczy ze strasznym atomowym reżymem terrorystów religijnych, to jemu już wolno.
W związku z tym udział, a właściwie inspiracja – o czym później – Izraela chroni Stany przed atakami ze strony społeczności świata, jest listkiem figowym i intencji, i samych działań. Powoduje to zachwianie głównie mediów liberalnych, które jak dotąd krytykowały wszystkie poczynania Trumpa w czambuł, tak teraz nie wiedzą jak relacjonować tę wojnę, bo tam siedzi po uszy bezcenny Izrael.
Zacznijmy od samego Izraela. Jego reakcja, nawet militarna, jest objęta szczególną cenzurą ze strony Zachodu. Co do kwestii militarnych, to doszło do cudownego przeskoku, gdyż to Iran jest coraz bardziej przedstawiany jako… agresor, zaś działania USraela (tak nazwiemy tu połączone siły obu sojuszników) jako… działania w ramach samoobrony napadniętego. Zwłaszcza kiedy Iran w swej przemyślnej strategii zaatakował większość krajów regionu. Wychodzi na to, że to on napadł na niewinnych, kiedy zapomina się, że po pierwsze zaatakował głównie zachodnie bazy w krajach regionu, które dokładnym pierścieniem otaczały Iran, po drugie – Iran jest jak Ukraina: jego żywotnym interesem jest maksymalne umiędzynarodowienie tego konfliktu. Nie bawi się więc w jakieś „pomyłki” a la Przewodowo w Polsce, tylko wali z czego ma do sąsiadów. Chce pokazać – co warto zapamiętać wobec polskiej dziecinnej strategii –, że posiadanie na swym terenie baz amerykańskiego wojska wcale nie gwarantuje jego reakcji obronnej, nie gwarantuje nawet bezpieczeństwa. Wychodzi, że nawet przeciwnie, bo amerykańskie bazy zdają się przyciągać rakiety..
Jeśli celem wojny, a tak zadeklarował w swym przemówieniu Trump, jest zmiana reżymu irańskiego na rząd powolny USraelowi poprzez wywołanie w Iranie wojny domowej, to i pomysł był kiepski, i wykonanie – fatalne. Pomysł był kiepski, bo trochę przypominał lotnicze próby rzucenia na kolana Brytyjczyków przez hitlerowców w II wojnie światowej. Tam też w wyniku bombardowań miało dojść do upadku morale, zmiany władzy, otwarcia na inwazję, a skończyło się narodową konsolidacją. Z powietrza trudno zmienić atakowany reżym, o czym wiedziały Stany w czasie wojny w Iraku, ale widać, że teraz jakoś zapomniały. Jak zareagował sam lud irański na takie kalkulacje?
Co na to sam Iran?
W Iranie mamy do czynienia z podzielonym narodem. Jedni są za fundamentalizmem religijnym republiki islamskiej, drudzy za kierunkiem prozachodnim. Ten ostatni trend ujawnił swój wysoce manipulacyjny i zewnątrzsterowny charakter, kiedy w czerwcu zeszłego roku – jeszcze bez tej wojny – tłumy spontanicznie wyszły na ulice, wyraźnie inspirowane przez Mossad, który sam się do tego przyznał. I demonstracje skończyły się dopiero wtedy, kiedy Iran zagroził, że powiesi z 800 osobników najwyraźniej pochodzących z zasobów izraelskich służb.
Teraz mamy co innego: podoba mi się porównanie, którego użył jeden z polskich publicystów – to jest tak, jakby 13 grudnia 1981 roku w dniu stanu wojennego Amerykanie zabili bombą w domu generała Jaruzelskiego. Jedni by się cieszyli, drudzy by pomstowali. Ale nawet przeciwnicy Jaruzela mogliby się zastanowić nad suwerennością kraju własnego oraz intencjami zewnętrznego zbawcy od wewnętrznego konfliktu. Jest jednak inaczej.
Pies tam trącał wewnętrzne spory Irańczyków, tu chodzi o to, czy taki atak nie będzie kontrproduktywny do założeń, bo po prostu zintegruje naród, który zostanie postawiony przed wyborem między zgodą na utratę swej podmiotowości a utrzymaniem choćby minimum poczucia własnej wartości. Moim zdaniem w wojnie zawsze dojdzie do jakiejś integracji wokół choćby i najbardziej zbójniczej władzy, czego dowodem może być choćby i Związek Radziecki zaatakowany 22 czerwca 1941 roku, kiedy naród – oczywiście, że poganiany – zdecydował przecież, że są rachunki krzywd, których „obca dłoń nie przekreśli”. I wystarczy tylko, że w pierwszy dzień wojny izraelska bomba spadnie na szkołę dla dziewcząt i zabije ich ponad setkę by oba walczące plemiona irańskie znalazły się w jednym koszyku empatii.
To są rzeczy ostateczne, które kasują dotychczasowe konflikty, no, może z wyjątkiem Polski, gdzie zdziczenie obyczajów mogłoby dojść do poziomów, gdzie taka bomba byłaby całkiem akceptowalna dla choćby wzmożonych uśmiechniętych, byleby wybiła setkę pisiorowskich dzieciaków, zanim wyrosłaby z nich obraza dla cywilizowanego świata.
Reakcja Irańczyków, w ten sposób napędzana wstecznie do swych zamiarów przez USrael, prowadzi jednak do ich integracji. Ci wywiesili podobno czerwoną flagę, co oznacza bój do końca i tak się prawdopodobnie skończą rachuby Trumpa na wywołanie wojny domowej, która miałaby zmieść reżym ajatollahów.
Jak się tłumaczy USA?
Co do USA to mamy tu też porządne pomieszanie. Ameryka nie musi reagować na tę wojnę, sama ją bowiem wszczęła, ale warto popatrzeć jak ją opowiada. Na początku Trump się zacukał, bo w jednym i tym samym przemówieniu wojnę inaugurującym powiedział dwie sprzeczne rzeczy: że w czerwcu zeszłego roku swymi śmiałymi atakami rozwalił Irańczykom ich program atomowy, by za chwilę powiedzieć, że w ostatni dzień lutego roku obecnego napadł na Iran, by zapobiec rozwojowi programu atomowego, którego rozwaleniem przed chwilą się chwalił.
Potem jako pretekst wszedł wątek ideologiczny praw człowieka, że bombardujemy wraży im reżym, by lud przejął władzę, ale to też jest kiepskie, bo można – również wśród sojuszników USA – znaleźć przypadki przynajmniej takiej samej satrapii, jak choćby w Arabii Saudyjskiej. I jakoś tak USrael bomb tam nie zrzuca. Powody więc wskazywane przez Waszyngton są coraz bardziej dęte, zwłaszcza, że – co już wskazywałem – wektory się odwracają: to Iran powoli staje się agresorem, zaś USrael – samoobronnym odwetowcem.
Tu pora na pewną uwagę. Od początku narracji stron atakujących używa się pojęcia „wojna prewencyjna”. Prawo międzynarodowe nie zna takiego pojęcia, zna natomiast pojęcie „wojny napastniczej”, dobrze opisanej w międzynarodowych konwencjach i obłożonej sankcjami. Skoro – jak usłyszeliśmy – Trump w czerwcu wysadził bombami Irańczykom ich program nuklearny, to przed czym miałaby być ta obecna prewencja?
W międzyczasie prowadzono przecież zaawansowane w Genewie i Omanie rokowania nad wyrzeczeniem się przez Iran prac nad programem atomowym, nawet dla formuł cywilnych i energetycznych. Irańczycy godzili się już wręcz na upokarzający poziom ustępstw, dlatego – jak mówią złośliwi – trzeba było szybko wszcząć wojnę „prewencyjną”, bo jakby Irańczycy coś już podpisali, to zniknąłby powód, a właściwie pretekst do ataku.
W Ameryce mamy w reakcjach medialnych na wojnę wspomniane zawahanie. Jakby Trump poszedł na tę wojnę solo, to by go tam w USA dawno zjedli. I tak ma przerąbane, bo poszedł na tę wojnę bez żadnego gadania o zgodzie Kongresu, co mu zostanie – szczególnie w obliczu porażki – wyciągnięte.
Ale Trump poszedł na te wojnę pod rękę z Izraelem i tu nie za bardzo można wieszać na tej akcji psy. Właściwie nie wiadomo jak się zachować i ustosunkować: chwalić głupio, ganić – strach. Wyjdzie na to – zobaczycie -, że w odbiorze narracji będzie się konsekwentnie przechodzić na stanowisko, że to właściwie Iran zaatakował, zaś reszta – w tym kraje regionu – bronią się przed najeźdźcą.
Dla Trumpa to sprawa gardłowa. Już obecnie ponad 50 do 70% Amerykanów jest przeciwna tej wojnie i jeszcze jak mu w niej pójdzie nie najlepiej, to w wyborach uzupełniających dostanie jesienią w Stanach bęcki i może być „koniec balu, panno Lalu”. W dodatku jego MAGA pamięta mu dwie rzeczy – jego dojście do władzy z obietnicą zakończenia udziału USA w wojnach bez sensu, czemu Trump przeczy od dnia wejścia po raz drugi na Kapitol i druga sprawa – to coraz mniej podskórne i mniej hamowane przeświadczenie jego elektoratu, że to Stany robią za „sługę Izraela”, który jest od dawna ogonem machającym amerykańskim psem, z tym, że amplituda takiego machania może tego psa roztrzaskać już teraz o ścianę.
Co mówią Izrael i Rosja?
Z kolei dla Izraela to normalka – w narracji zewnętrznej i wewnętrznej już się tak zużyli w tematach wojennych, że teraz się nie starają, bo już bardziej nie mogą. Jest tam co prawda kolejny i chyba setny element liczenia na konsolidację narodu w obliczu wojny, bo dla Netanjahu zbliżają się wybory. A te – bez wojny – mogłyby się ciężko dla niego skończyć. Jedyna różnica jest taka, że sobie Żydzi trochę posiedzą w schronach, w czym są wprawieni, nawet tam sobie podśpiewują, ale jak zejdzie im dłużej, to śpiewy może zostaną zamienione na dyskusje w którym kierunku idzie całe państwo. Może Żydzi się zorientują, że częścią ich narodowej strategii, ale i tragedii własnej i całego regionu jest taktyka ich wodza, by przez wywołanie kolejnej wojny kolejny raz odroczyć swe pójście za kratki?
Rosja zareagowała dość przewidywalnie i sztampowo. Ot, potępiła co trzeba i czeka. Najbardziej dziwią mnie zachodnie, w tym multum polskich, spekulacje co do tego, że wojna Irańska wskazała na słabość przegranej Rosji. Miało tego dowieść to, że Rosja przed wojną wzmocniła ponoć militarnie Iran, co – jak widać po efektach – nie przyniosło żadnego dobrego skutku. Ale, przynajmniej w przypadku Rosji, to kompletne bzdury – myślę bowiem, że Kreml się cieszy z kilku rzeczy. Po pierwsze – wzmacnia się ich pozycja wobec Chin. Te, jeśli stracą w Iranie swego dostawcę ropy, to zwrócą się po nią w większym stopniu do Rosji. Po drugie – ten kryzys zapracuje na zwiększenie cen i dostępności ropy, a z niej Rosja żyje najbardziej, a to osłabi oddziaływanie nałożonych na nią sankcji. Po trzecie – ta wojna odwraca zainteresowanie wojną na Ukrainie, w tym od zaopatrzenia materiałowego. Po czwarte – udało się Rosji nanizać na przyszłość wiele argumentów na poziomie prawa międzynarodowego, a właściwie jego atrofii w wykonaniu Zachodu. Okazuje się bowiem, że w świetle enuncjacji Trumpa to i Putin może sprzedawać swoją aktywność na Ukrainie jako operację specjalną, mającą charakter prewencyjny przed zbliżeniem się NATO do granic Rosji, co niweluje zarzucaną Putinowi wojnę napastniczą. Skoro Trump może, to czemu nie Rosja? To samo z odstrzeliwaniem głów państw – teraz nie dałbym grosza za życie Zełenskiego.
Rosja więc zyskuje na tym. Chiny zaś mniej, bo wzrośnie cena ropy, ich uzależnienie od Rosji, ale Iran to było tylko zaopatrzenie na poziomie 13,5% miksu Chin, który teraz się chwieje. Ale Chiny maja sporą dywersyfikację dostawców ropy. Daje ta wojna pewną wolną rękę Chinom na ich kierunkach geopolitycznych. Takie zaangażowanie się USA w Iranie otwiera całkiem nowe możliwości chińskiej ekspansji, lub choćby tylko blokady Tajwanu. Ameryka jest zaangażowana w Iranie w wojnę na zasoby, których nie będzie mogła użyć ani na Ukrainie, ani na Tajwanie. Ta wojna polega na liczeniu rakiet i przeciwrakiet. A te pierwsze są tańsze od tych drugich i jak Iran zacznie, a zaczął, walić swymi środkami dookoła, to nie starczy na długo zasobów do obrony.
Ten argument przywiódł w czerwcu zeszłego roku Izrael po prośbie do USA, by jakoś wyjść z twarzą z rozpętanego przez Tel Aviv konfliktu z Iranem. Teraz, jak się Iran zaprze, to może się stronie prewencyjnej skończyć całe amo. I Ameryce nie starczy na inne kierunki. Co widzą i Rosja, i Chiny.
Narracja bratnia – dylematy
Kraje arabskie to złożona sprawa. Czemu Iran po nich strzela? Ano, jako się rzekło, żeby pokazać im, że trzymanie u siebie amerykańskich baz to raczej kłopot. Chce także wywołać reakcję krajów regionu, w której te miałyby się zwrócić do USA po pomoc, której Ameryka musiałby odmówić. Głównie z powodów braku środków obrony przeciwrakietowej, w większości alokowanej na kierunku obrony Izraela. Atak ma więc na celu osłabienie pozycji USA jako wiarygodnego sojusznika, który nie dość, że swoją obecnością sprowadza kłopoty, to jeszcze nie gwarantuje dowiezienia gwarancji bezpieczeństwa.
W regionie to cwany ruch Iranu, bo jeszcze dochodzi kwestia podziałów wzdłuż szwów religijnych. Wiadomo tu Persowie – tam Arabowie, tu szyici – tam sunnici, ale to jeden islam. A ta cała reszta to raczej niewierni. Mogą się pojawić – i pojawiają się – ruchy solidarystyczne. W dodatku wzbudzają się przyschnięte konflikty – Pakistan wojuje z Afganistanem, zaraz zapłonie cały region i cały misterny i coraz bardziej na kredyt plan amerykańskiego ułożenia kwestii bliskowschodnich, by USA mogła się stamtąd udać do raju splendid isolation – weźmie w łeb. Może to być na korzyść jedynie Izraelowi, który realizuje swoją politykę bezpieczeństwa podpalając cały region arabskiego otoczenia.
Arabskie więc kraje regionu mają swoje dylematy, stąd ich reakcja jest nie tak bardzo jednoznaczna, jak by wskazywała logika – wcale nie pomstują na Iran, myślą bardziej jak z tego wyjść w inny sposób niż kosztowna wojna. Takie raje biznesowo-turystyczne jak Dubai, walą się w proch i będą robić wszystko, by konflikt zażegnać. A skoro Iran będzie, jak deklaruje, walczył do końca i może pociągnąć za sobą wszystkich w regionie na dno, to i region będzie zastanawiał nad innymi niż usraleskie scenariuszami, jakimi jest zniszczenie Iranu.
Europa a wojna
Unia Europejska też się szykuje. Tam też obowiązuje ten dylemat, że jednak w czambuł tego Trumpa za wojnę potępiać nie można, bo Izrael, ale te wszystkie E3 i E4 się szykują – z jednej strony się zarzekają na niezaangażowanie, z drugiej – jak Wielka Brytania, ale ta nie w Unii – strzelają do irańskich dronów. Jednak Unia ma jeszcze jeden problem z reakcją. Jest powściągliwa, bo ma u siebie na terenie V kolumnę – miliony islamskich migrantów. Ci tylko czekają na jakieś większe deklaracje poparcia ze strony krajów ich goszczących wobec agresji USraela. Ta sprawa może pogodzić w Europie szyitów z sunnitami w jeden dzień. A więc w Brukseli jedziemy ostrożnie. Na razie, bo już się pojawiają jakieś podżegackie głosy, szczególnie w kontekście „zapominania” o wojnie na Ukrainie.
Unia ma nieciekawą sytuację: jak będzie kłopot z dostawami, co dopiero mówić o cenach, ropy z kierunku Zatoki, to będzie kryzys na Starym Kontynencie. Dywersyfikacja na dostawy ropy (i gazu!) po bojkocie Putina za atak na Ukrainę zredukowała znacznie europejskich miks dostawców. Teraz zostanie już tylko znienawidzona Ameryka, uszczęśliwiona obrotem spraw Norwegia i… Rosja. Moim zdaniem, jak dojdzie do kryzysu, szczególnie na jesień z gazem, to jastrzębie bojkotu Kremla będą się musiały przeprosić z Moskwą i zjeść gazowo-ropną żabę. Może to też być pretekst do użycia przez Niemców, które od dawna marzą o powrocie do rosyjskiego business as usual.
Ale Putin ostro przeczołguje brukselczyków, mówi: skoro jeszcze przed ta wojną zadeklarowaliście stopniowe odejście od mojego gazu, to czemu czekać, wstrzymam wam dostawy od zaraz. I Europa znalazłaby się z dnia na dzień w kłopocie. Bez znienawidzonego, a jednak branego gazu od Putina, ale przed ogarnięciem nowych kierunków dostaw, pomniejszonych o gaz choćby z takiego, wciągniętego teraz w konflikt – Kataru.
Ciekawa jest też reakcja samej Ukrainy – ta wiadomo: będzie biła na alarm, żeby Iran jej nie przysłonił. Będzie się dopominała niegasnącej uwagi, choć kłopot nie tylko polega na samej narracji, ale i operacyjnym zaangażowaniu pomocy militarnej Zachodu. Ameryka tu już odjechała na całego, Europa jeszcze nie gotowa (SAFE się przecież musi zdążyć wydać, a do efektów to jeszcze hoho!). Jest więc kiepsko i Zełeński kombinuje jak może, by… połączyć jakoś obie wojny. Ostatnio Ukraina zadeklarowała, że pomoże krajom regionu w obronie przed irańskimi dronami, zna się bowiem na ich zwalczaniu z własnego teatru wojny. Ale w zamian za to zaproponowała (Rosji!), że ta na czas tego „leasingu” zaprzestanie walk na froncie ukraińskim, wszak żołnierze ukraińscy będą wtedy zajęci gdzie indziej. To jakieś kuriozum, na które jakby się zgodził Putin, to by wreszcie dowiódł że jednak jest wariatem.
Ukraina się martwi, bo głowa Trumpa jest teraz gdzie indziej i będzie tam coraz bardziej, ponieważ chyba się jednak z tym Iranem dał podpuścić Netanjahu. Rosja ma tu na Ukrainie wolną rękę dziś bardziej niż kiedykolwiek, a więc może się przydarzyć wiele.
NATO to już chyba końcówka. Co widać jak na patelni. Iran, znowu sprytnie, zaatakował bowiem i Cypr, i Francję i Wielką Brytanię, co dopiero USA, istnieją więc powody na… wdrożenie słynnego artykułu piątego Traktatu Północnoatlantyckiego. A tu nic – ni widu, ni słychu. Jakiś tam Iran przetestował i okazało się, że goście w kieszeniach mają tylko łuski. Jak się popatrzy na mapki zasięgu, to irańskie rakiety dolecą do – niestety naszej – połowy Europy. I jak walą teraz po amerykańskich bazach u siebie w regionie, to czemu nie mieliby walnąć i po natowskich w Europie, wszak np. taka Wielka Brytania aktywnie obecnie uczestniczy w zestrzeliwaniu dronów irańskich, jest więc i NATO w wojnie z Iranem.
Sprawa polska
W końcu wylądowaliśmy w Polsce i jej reakcjach. Tu – przynajmniej do dziś – nie skończyło się to tym, że reakcja na wojnę z Iranem sprowadziła się do wzajemnych zarzutów plemiennych, że jedno się stara bardziej od drugiego. Reakcja rządu Tuska, ustami Sikorskiego i Kamysza, powiela schemat pomieszania – z jednej strony ten straszny Trump i by się walnęło, z drugiej – nietykalny Izrael. Kto ma zadatki sadystyczne to może sobie oglądać jak z tym spektaklem się męczy np. TVN. Pojawiły się też wątki solidaryzmu Polski z krajami regionu, co wskazuje na utrwalenie trendu ustawienia Iranu jako agresora. Tematem zastępczym jest suflowana troska o zatrzaśniętych w regionie Polaków, co stoi w sprzeczności z realiami.
Nasi tam nie wysyłali żadnych samolotów po swoich, tłumacząc się, że jest tam strzelanina i się nie lata. Potem zrobiono badania opinii publicznej i wyszło, że to jest jednak źle odbierane i jakoś argumenty na NIE w sprawie lotów zniknęły czarodziejsko. Nieżyczliwi pokazywali tu przykład choćby Czechów, którzy autobusami przewożą swoich do krajów o swobodzie ruchu lotniczego. A więc i tu klapa. Tuski grają tu na raczej przemilczanie swego stanowiska wobec wojny, udając strategiczną postawę niezaangażowania, choć jest to raczej wybieg taktyczny i wzorowany na postawie unijnej. Sikorski w swoim exposé sprzed kilku dni nawet nie wspomniał o Iranie i naszej postawie wobec nieuchronnej wojny – teraz udaje, że wszystko miał przemyślane.
Niepokoi, po raz kolejny, prezydent Nawrocki. Z jego pierwszego oświadczenia wynikało, że popiera w całej rozciągłości atak na Iran, choć w polskim prawie pochwała (tu ewidentnej) wojny napastniczej ma swoje sankcje, nawet karne. Dowiedzieliśmy się także od prezydenta, że popieramy w tej wojnie naszych sojuszników, choć jako żywo Izrael, jeden z dwóch napastników, nie jest z nami w żadnych (formalnych i jawnych) sojuszach.
Druga wpadka Nawrockiego to już kuriozum. Prezydent nie mógł nie wiedzieć o tragedii w irańskiej szkole, gdzie bomba zamordowała ponad 150 dziewczynek. O czym pisze w tym dniu Nawrocki? O tym, że USA straciły trzech swoich synów na froncie, i że się modlimy i solidaryzujemy. Lepiej – moim zdaniem – w tej sytuacji nie deklarować nic, żadnego poparcia, skoro można tak kończyć.
W oświadczeniach i rządu, i prezydenta jest jeden element wspólny – Ukraina. Atak na Iran tłumaczy się jego zaangażowaniem w militarną pomoc Rosji, co jest kompletnym absurdem, bo to nie ma nic wspólnego ani z powodami tej wojny, ani z motywacjami stron.
To ukrainofilstowo jest już w formach obsesyjnych. Świat dzieli się tu na tych co pomagają Rosji (zawsze wrogowie, choć w rosyjskich rakietach latają i francuskie, i niemieckie podzespoły) i ci, co jej nie pomagają (ci są zawsze naszymi przyjaciółmi, w ten sposób naszym sojusznikiem jest choćby Urugwaj, dopóki rzecz jasne nie przyłapie się go na używaniu ruskich nawozów, a takowych używa, z tym, że się – w ramach unijnego Mercosuru – go nie przyłapuje).
Tasują się karty świata
Reakcja świata na tę wojnę mówi więcej o świecie niż o tej wojnie. Kraje się pozycjonują, teraz wokół i tej latarni. Zapowiada się na ostry wiraż i to wielu pojazdów. Możliwe są dodatkowe kolizje, blokowanie całych dróg, w tym witalnych dla całego świata. Dla wielu krajów, w tym USA, losy tej wojny to sprawa krytyczna. Ja tam nie spekuluję o losach tej wojny, gdyż sprawa jest wielowątkowa. Myślę sobie tylko jedno – jak to jest tak, że Trump z jakichś powodów (tym bardziej z możliwego powodu sieci zastawionej przez Izrael za pomocą listy Epsteina) dał się wmanewrować Netanjahu w wojnę, na której sam przerżnie wewnętrznie. A wtedy powróci na pełnej petardzie lewacki globalizm. Tym razem na całym świecie. I okaże się, że chore ambicje narodu wybranego zaciążyły na losach całego globu i nas wszystkich.
Widzimy obecnie tylko powierzchnię zjawisk. Mamy pomieszanie, bo cele tej wojny są albo ukryte, albo nieuświadomione, boje się, że również wśród jej inicjatorów. Jeśli mamy do czynienia z czasami, w których wojny są wszczynane bez wyraźnych powodów i celów, to grozi nam jedno – ciągły konflikt, rosnący i rozprzestrzeniający się. Tak to jest w wojnach, które nie mają wizji zwycięstwa, choćby najbardziej niesprawiedliwego. Wtedy takie wojny nie mają perspektywy celu, którego osiągnięcie prowadziłoby do jakiegokolwiek pokoju. A to oznacza wojnę permanentną, coś blisko idei permanentnej rewolucji Trockiego.
Ta Trockiego doprowadziła do zapaści jednego wielkiego kraju z odczynami na całe regiony świata. Wojna permanentna, jaka nam się zapowiada, może prowadzić do resetu całej planety. Obyśmy przeżyli ten eksperyment, choćby tylko po to, by zobaczyć jakie po tym resecie będzie wgrane nowe oprogramowanie świata.
W połowie lutego Facebook zablokował moje konto z „obawy” przed hakerami. Założyłem drugie konto i, pomimo że nie jest zbyt rozpowszechnione jakoś działa. Długo trwało, zanim odzyskałem pierwotne konto. Facebookowe „szczęście” trwało jednak krótko. Zuckerberger postanowił sprawdzić, czy nie jestem wirtualnym krokodylem i postawił przede mną zadanie, którego nie zamierzam wykonać.
Powiedzmy, że jestem nieśmiały przed kamerą i nie lubię, kiedy ktoś pod płaszczykiem walki z robotami – walki przy użyciu mocno sztucznej pseudointeligencji – usiłuje tanim kosztem zdobyć aktualne nagrania mojej fizjonomii. Jak przy aresztowaniu, musiałbym pokazać moją twarz z profilu i en face.
Proponuję, by technokraci zastosowali klasyczną metodę i wysłali kogoś, by nagrał mnie na ulicy, czy w sklepie. Nie zrobią tego, ponieważ Palantir nie pokryje kosztów. Tak więc moje konto na tym mało-społecznościowym medium pozostanie nieaktywne. Przynajmniej to stare. Wiem, że takim cyrkowym sztuczkom poddawani są także inni użytkownicy. Wiem też, że wielu z was nie wyobraża sobie życia bez Facebooka. Ja sobie wyobrażam.
Parlamentarzyści zagłosowali za poprawkami wspierającymi cyfrowe euro, które będzie funkcjonować zarówno online, jak i offline, zgodnie z wizją banku centralnego UE dotyczącą publicznie emitowanej cyfrowej formy pieniądza. Głosowanie zostało przyjęte zdecydowaną większością głosów. Uzasadnieniem były rosnące obawy dotyczące struktury globalnych systemów płatności. Znaczna część transakcji cyfrowych w UE odbywa się obecnie za pośrednictwem sieci takich jak Visa i Mastercard, których firmy mają siedziby poza UE. Mogłoby to umożliwić obywatelom unikanie kontroli UE.
Trudno uwierzyć, że europejscy globaliści obawiają się konkurencji globalnych globalistów reprezentowanych przez firmy usługowe kart kredytowych. Jeśli jednak to jest prawda, to mamy do czynienia z podziałami wśród Deep State, które są dla nas tak samo korzystne, jak dla uzurpatorów do władzy nad światem dzielenie nas na lewicę i prawicę, jak podsycanie nienawiści pomiędzy narodami albo dzieleniem na zwolenników preparatów mRNA i przeciwników.
Z rozbawieniem przeczytałem, że pieniądz cyfrowy będzie funkcjonował zarówno online, jak i offline. Czyli ma być niezależny od internetu. W związku z „dalekowzroczną” polityką energetyczną eurokratów postawiłbym tu raczej inne pytanie: czy pieniądz cyfrowy będzie działał, gdy zabraknie prądu?
A może zastosujemy czytniki kart na korbkę? Zasilane siłą mięśni i co ważniejsze wielkie komputery bankowe zapewne podłączone do przenośnych reaktorów atomowych? Albo jeszcze lepiej – możemy przecież polegać na wiatrakach lub fotowoltaice.
Jedno jest pewne, tak jak do tej pory było z pieniędzmi nie będzie trwało długo. Czym będziemy płacić, zależy od rozwoju napiętej sytuacji w świecie finansów. Dolar skazany jest na galopującą inflację.
By przedłużyć jego agonię, FED zostanie zmuszony do produkowania zielonych banknotów zarówno papierowych jak wirtualnych. Aktualnie puszcza na rynek niewielką kwotę 40 miliardów miesięcznie, ale będzie zmuszony, by zwiększyć wytwarzanie tych pustych pieniędzy przynajmniej dziesięciokrotnie.
Ten problem dotknie praktycznie wszystkie papierowe i wirtualne waluty. Jedne wcześniej inne później. Ten proces można porównać do dolewania wody do piwa przez karczmarza. Przy niewielkich dolewkach piwosz nie odczuje różnicy, jednak gdy karczmarz posmakuje w łatwych zarobkach, trudno będzie wyczuć smak resztek piwa w wodzie.
Dlaczego kryzys zacznie się od dolara? Jeden z argumentów znajdziecie na poniższym obrazku.
Taxpayer to płatnik podatków – resztę łatwo można zrozumieć także bez wiedzy lingwistycznej.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Ukraińskie gangi zdominowały polskie podziemie przestępcze. Służby specjalne i policja nie radzą sobie z ich działalnością.
36 zlikwidowanych laboratoriów narkotykowych, setki przeszukań i tony zabezpieczonych substancji – taki jest wynik wielkiej polsko-ukraińskiej akcji policyjnej wymierzonej w zorganizowaną przestępczość. W czwartek, 19 lutego, Centralne Biuro Śledcze Policji znienacka zaatakowało ponad 500 adresów, gdzie według śledztwa miały się znajdować fabryki narkotykowe.
Znaleziono 36 laboratoriów i 74 magazyny do przechowywania zakazanych substancji. Znaleziono ponad 20 tys. litrów prekursorów do produkcji narkotyków syntetycznych, ponad 220 kg alfa-PVP, ponad 150 kg amfetaminy, ponad 65 kg mefedronu w formie kryształu oraz 350 litrów w postaci płynnej, 47 kg marihuany, ponad 5 tys. tabletek MDMA i ponad 2 tys. tabletek ecstasy oraz 7 kg metaamfetaminy. To jedna z największych akcji w historii polskiej policji, ale zaledwie wierzchołek góry lodowej.
Tajny raport
W lipcu na biurka oficerów Biura Wywiadu Kryminalnego i Centralnego Biura Śledczego Policji trafił alarmujący raport amerykańskiej DEA (Drug Enforcement Agency – Agencja Zwalczania Przestępczości Narkotykowej). Wynikało z niego, że DEA zaobserwowała niepokojący trend współpracy ukraińskich gangsterów z meksykańskimi kartelami narkotykowymi. DEA opiera raport głównie na meldunkach tzw. „Confidential Source”, czyli tajnych informatorów uplasowanych w strukturach przestępczych (odpowiednik polskich Osobowych Źródeł Informacji). Dokument opisuje zjawisko polegające na tym, że gangsterzy z Ukrainy kupują dziesiątki kilogramów meksykańskich narkotyków, głównie fenatylu, marihuany i heroiny.
Wszystko po to, aby sprzedawać z dużym zyskiem na rynku europejskim. Raport DEA wskazuje dwa polskie miasta jako dotknięte już tym zjawiskiem. Są to Kraków i Wrocław. Zdaniem analityków amerykańskich tam właśnie ukraińskie gangi działają z największą siłą. I tam rozpoczyna się nowy, przestępczy proceder – sprzedaż fentanylu. Fentanyl – lek pochodzenia opoidalnego (tzn. wytwarzany z opium) pomaga uśmierzać ból. W Polsce wszystkie leki zawierające fentanyl sprzedawane są na receptę.
Narkotyk polityczny
W 2020 roku w Stanach Zjednoczonych zaczęła się prawdziwa epidemia uzależnień od fentanylu. Przyczyną była popularność tego syntetyku w procesach medycznych. Jako substancja pomagająca uśmierzyć nawet najsilniejszy ból, fentanyl był wykorzystywany w terapiach medycznych i w lekach. Jednak zgodnie z prawem można było go stosować wyłącznie za zgodą lekarza i wyłącznie w szpitalach, a każde zastosowanie musiało być udokumentowane. Fentanyl miał jednak zasadniczą wadę – uzależniał 18 razy szybciej niż heroina (dotychczas uznawana za najsilniejszy narkotyk).
To spowodowało, że pacjenci w USA już po oficjalnych terapiach wychodzili w pełni uzależnieni od syntetyku. I zaczynali go szukać na własną rękę. Uzależnieni od fentanylu Amerykanie stawiali się klientami dostawców narkotyku.
Tyle że u oficjalnych producentów, zaopatrujących apteki i szpitale, regulowanych przez przepisy federalne, nie mogli kupić dla siebie leku poza systemem. To zapotrzebowanie zaczęły zaspokajać meksykańskie kartele – główni producenci opium i fentanylu. Od 2020 roku narkotyk z meksykańskich pól szlakami przemytu przez granicę do Tekasu, przez tajne, podziemne tunele mafii, zaczęły płynąć dziesiątki kilogramów narkotyku. Konsekwencje były tragiczne. Jak wynika ze statystyk amerykańskiego Departamentu Zdrowia (odpowiednik naszego Ministerstwa Zdrowia), w latach 2020–2021 wskutek przedawkowania fentanylu zmarło w USA 129 tys. osób. Liczba tych, którzy kupowali u przemytników, nie jest znana.
Efekty popularności fentanylu były tak straszne, że sprawą postanowił się zająć sam prezydent USA. 15 karteli trafiło na listę organizacji terrorystycznych, w tym sześć karteli meksykańskich, w tym osławiony Sinaloa. Następnego dnia Pentagon wysłał drony i samoloty szpiegowskie, aby patrolowały granicę z Meksykiem i identyfikowały wszystkich przemytników. Sam Donald Trump zapowiedział, że do ścigania narkotykowych gangsterów wyśle wojsko. 3 marca Trump ogłosił cła na Kanadę i Meksyk, przy czym nie ukrywał, że cła na ten drugi kraj są konsekwencją nieudolnej polityki walki z kartelami.
Ta decyzja uderzyła w meksykańską gospodarkę, dla której eksport do USA jest istotnym źródłem przychodu. Stało się to akurat w czasie, kiedy nowa prezydent kraju Claudia Scheinbaum zapowiedziała dążenie do poprawy stosunków bilateralnych z USA. Chcąc pokazać, że to nie słowa a czyny, Scheinbaum wysłała wojsko najpierw do pacyfikowania mafii, a potem na granicę z USA. W ramach akcji wojskowych, spłonęło kilka ważnych plantacji narkotykowych, a kilkudziesięciu gangsterów trafiło do więzień. W konsekwencji kartele straciły główny rynek zbytu – Stany Zjednoczone. Dla kontynuowania miliardowych interesów trzeba więc było znaleźć nowy kierunek. I właśnie, jak wynika z cytowanego raportu DEA, stała się nim Europa.
Wielkie pieniądze
Skąd jednak nagle partnerem dla meksykańskich karteli stały się ukraińskie gangi?
Raport DEA wskazuje na trzy przyczyny. Po pierwsze te środowiska – podobnie jak Meksykanie – są bardzo hermetyczne, a przez to trudne do rozpracowania dla policji i służb. Po drugie są brutalne i zdeterminowane, przez co zyskują coraz poważniejszą pozycję w europejskim świecie przestępczym, spychając do drugiej ligi grupy przestępcze składające się z obywateli państw Starego Kontynentu. Po trzecie wreszcie gangi ukraińskie mają do swojej dyspozycji ogromne środki finansowe.
W tym kontekście raport DEA wspomina o tym, że amerykańska administracja w czasach Joe Bidena nie była w stanie skontrolować wsparcia finansowego dla walczącej Ukrainy. Choć kraj stawiający opór agresywnej Rosji wsparto setkami miliardów dolarów, nie wiadomo, co dokładnie stało się z tymi pieniędzmi. Dofinansowywaną zachodnimi pieniędzmi Ukrainą wstrząsały liczne skandale korupcyjne – np. liczne przypadki zakupów drogich willi przez kijowskich dostojników. Wiele wskazuje na to, że pieniądze przeznaczone na pomoc dla walczącej Ukrainy w części zostały rozkradzione i trafiły m.in. do gangsterów. Nie wiadomo również, co działo się z bronią i amunicją dostarczaną na front, bo nie ewidencjonowano jej faktycznego wykorzystania. Za to od 2022 roku policje w całej Europie zabezpieczają u gangsterów broń i amunicję, która oficjalnie powinna być na froncie w Donbasie. Ukraińscy gangsterzy mają broń i potężne pieniądze i apetyty na wielkie, przestępcze biznesy. Meksykańscy bossowie mają gigantyczne zasoby narkotyków i zablokowany główny dotychczasowy kanał zbytu, czyli rynek USA za to potrzebują pieniędzy i broni. Stwarza to więc pole do wspólnych interesów.
Niewydolne państwo
Jest jednak jeszcze jedna przyczyna. To ułomność prawa w państwach europejskich, w tym w Polsce. „Polskie przepisy karne przewidują za handel narkotykami sankcję do 20 lat więzienia” – mówi dr Mateusz Mickiewicz – warszawski prawnik specjalizujący się w sprawach karnych. – „Taki maksymalny wyrok grozi niezależnie od tego, czy sprawca próbuje zarobić, sprzedając tonę czy 10 gramów narkotyku. To wprost zachęca przestępcę, który sprzedaje zakazane substancje do tego, by sprzedawał jak największe ilości”. Ale nie tylko to. Adwokat Mickiewicz ze swojej sądowej praktyki wskazuje również na drugi problem: coraz bardziej przeciążone sądy i coraz większe problemy kadrowe policji.
„Poważne sprawy o międzynarodowy handel narkotykami liczą setki tomów i ciągną się latami” – mówi adwokat. – „W tym czasie wielu cudzoziemskich gangsterów trzeba zwalniać z aresztów. Oni mimo sądowych zakazów wyjeżdżają z Polski, co dodatkowo przedłuża postępowania. A borykająca się z coraz większymi brakami ludzi i sprzętu, polska policja i prokuratura, ma coraz więcej zadań w zakresie zwalczania zorganizowanej przestępczości i coraz trudniej jej się z tych zadań wywiązywać”.
Kilka miesięcy temu, ujawniając rozwijającą się przestępczość ukraińskich gangów, pisaliśmy, że rozbijanie mafii czeczeńskich i ukraińskich, będzie największym wyzwaniem dla Centralnego Biura Śledczego Policji. I właśnie to wyzwanie się zaczęło.
Od Sigonelli przez ostrzeżenie Gheddafi’ego po operację “Mani Pulite” i wygnanie do Tunezji
Bettino Craxi, lider Włoskiej Partii Socjalistycznej (PSI) i premier Włoch w latach 1983–1987https://it.wikipedia.org/wiki/Bettino_Craxi, wszedł w ostry konflikt z administracją Ronalda Reagana za swoją niezależną politykę śródziemnomorską. Dwa kluczowe wydarzenia z lat 1985–1986 stały się symbolem owej konfrontacji i – według licznych poszlak – przyczyną długofalowej amerykańskiej zemsty.
Incydent w Sigonelli (1985)
Po porwaniu statku „Achille Lauro” przez palestyńskich terrorystów (zabito amerykańskiego pasażera), siły USA przechwyciły sprawców na pokładzie egipskiego samolotu i chciały ich przetransportować do Ameryki. Craxi odmówił ekstradycji, twierdząc, że przestępstwo popełniono na włoskim statku, więc jurysdykcja należy do Włoch. Doszło do bezpośredniej konfrontacji na bazie NATO w Sigonelli: włoskie siły (karabinierzy i VAM) zablokowały amerykańskim komandosom Delta Force dostęp do samolotu. Craxi publicznie oświadczył, że Włochy nie będą „wasalami” i że „jeśli myślą, że mnie podepczą, złamię im kości – Włochy muszą być autonomiczne”.
Incydent zakończył się kompromisem, ale zniszczył zaufanie Waszyngtonu. Craxi stał się dla Amerykanów „człowiekiem, który powiedział im »nie«”.
Kilka miesięcy później, w kwietniu 1986 r., Craxi posunął się jeszcze dalej. Gdy Reagan przygotowywał operację „El Dorado Canyon” (bombardowanie Libii po zamachu w berlińskiej dyskotece La Belle) wikipedia/Operation_El_Dorado_Canyon, włoski premier osobiście ostrzegł libijskiego dyktatora Muammara Kaddafiego. Dzięki temu Gheddafi uniknął śmierci(choć zginęła jego adoptowana córka Hanna). Fakt ten potwierdzili później libijski minister spraw zagranicznych Abdel Rahman Shalgham oraz Giulio Andreotti. Była to jawna demonstracja przyjaźni Craxi z reżimem libijskim i kolejny policzek dla USA, które właśnie żądały solidarności NATO.
……….
Noc, podczas której Bettino Craxi ostrzegł Gheddafiego
W przeddzień 14 kwietnia 1986 roku szef włoskiego rządu Bettino Craxi poinformował libijskiego przywódcę Muammara Gheddafiego, że amerykański bombardowanie Trypolisu jest nieuchronne. Wczoraj (to artykuł archiwalny z roku 2008) przypomniał o tym libijski minister spraw zagranicznych Mohammed Abdel-Rahman Shalgam podczas konferencji zorganizowanej przez włoskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Pałacu Farnesina z okazji niedawno podpisanego traktatu o przyjaźni włosko-libijskiej.
„Nie sądzę, że zdradzam tajemnicę, jeśli powiem, że Włochy poinformowały nas dzień wcześniej, że dojdzie do amerykańskiej agresji przeciwko Libii” – powiedział Shalgam, który doskonale pamięta te wydarzenia, ponieważ wówczas był ambasadorem Libii we Włoszech.
Atak amerykańskiego lotnictwa rzeczywiście miał miejsce w nocy z 14 na 15 kwietnia 1986 roku. Został on zarządzony przez ówczesnego prezydenta USA Ronalda Reagana w odwecie za zamach z 5 kwietnia w berlińskiej dyskotece „La Belle”, popularnej wśród amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Niemczech (wówczas jeszcze podzielonych murem). Zamach spowodował śmierć 3 osób i ranił 250.
Odpowiedzialnością obarczono agentów libijskich, a odwet przybrał formę „precyzyjnego” ataku: bombowce F-111 wystartowały z baz w Lakenheath i Upper Heyford w Wielkiej Brytanii i zbombardowały w Trypolisie niektóre instalacje wojskowe, koszary Bab el Azizia, rezydencję samego Gheddafiego oraz niektóre dzielnice cywilne.
Jednocześnie inne samoloty należące do VI Floty (stacjonującej na Morzu Śródziemnym, z dowództwem we Włoszech) zbombardowały koszary i bazę wojskową w Bengazi. Cały atak trwał zaledwie 12 minut; zginęło około dwudziestu osób, w tym adoptowana córka pułkownika Gheddafiego – mała dziewczynka.
Były to czasy, gdy włoskie rządy pozwalały sobie na gesty autonomii wobec sojusznika zza Atlantyku. Już wcześniej wiedzieliśmy, że rząd włoski nie udzielił Stanom Zjednoczonym prawa przelotu nad terytorium Włoch w celu przeprowadzenia ataku na Libię (żaden inny rząd europejski poza Wielką Brytanią Margaret Thatcher nie wyraził na to zgody). Teraz dowiadujemy się, że rząd Craxi poszedł jeszcze dalej i wykorzystał dostępne kanały, by ostrzec libijskiego przywódcę o zbliżającym się ataku.
„Stany Zjednoczone wykorzystały bazę na Lampedusie, ale zrobiły to wbrew woli rządu włoskiego, ponieważ Rzym był przeciwny użyciu przestrzeni powietrznej i morskiej do agresji” – dodał minister Shalgam. „O wszystkim zostałem osobiście poinformowany”.
Słowa libijskiego ministra znalazły liczne potwierdzenia. Przede wszystkim ze strony Giulio Andreottiego, ówczesnego ministra spraw zagranicznych Włoch: obecny na konferencji we włoskim ministerstwie spraw zagranicznych, potwierdził, że rząd włoski ostrzegł Libię. Określił on nalot na Trypolis i Bengazi w 1986 roku jako „inicjatywę całkowicie niewłaściwą, błąd o charakterze międzynarodowym”.
Margherita Boniver, wówczas odpowiedzialna za sprawy zagraniczne we Włoskiej Partii Socjalistycznej Bettina Craxi’ego, również potwierdza: Włochy nie tylko odmówiły prawa przelotu, ale wykorzystały wszystkie dostępne kanały, by ostrzec Gheddafiego. To właśnie była słynna noc, podczas której Amerykanom zabroniono lądowania w bazie NATO w Comiso na Sycylii.
Ostrzeżenie najprawdopodobniej uratowało życie pułkownikowi – owej nocy nie dał się zaskoczyć w swojej rezydencji: być może chodziło o minuty – dodaje senator SDI, Cesare Marini, który – jak twierdzi – od dawna wiedział, w jaki sposób Włochom udało się „zapobiec zamordowaniu Gheddafiego” (wspominał o tym już w 2003 roku podczas posiedzenia Komisji Spraw Zagranicznych i Obrony Senatu).
………………..
Dwa powyżej opisane tj. gesty – obrona suwerenności w Sigonelli i uratowanie Kaddafiego – stworzyły trwały motyw zemsty.
Jak pisano później: „Celem był Bettino Craxi, człowiek, który w Sigonelli odważył się powiedzieć Amerykanom »nie«”.
W lutym 1992 r. wybuchła największa w powojennych Włoszech afera korupcyjna – operacja „Mani Pulite” (Czyste Ręce) prowadzona przez mediolański zespół prokuratorów pod wodzą prokuratora Antonia Di Pietro. W ciągu dwóch lat upadła cała I Republika: rozpadły się chadecja (DC), socjaliści Craxi’ego i inne partie rządzące od 1945 r.
Craxi został skazany za korupcję, stracił immunitet parlamentarny i w 1994 r. uciekł do Tunezji (Hammamet), gdzie zmarł w 2000 r. w przekonaniu, że padł ofiarą politycznej zemsty.
Na podstawie ujawnionych dokumentów i zeznań wielu źródeł wskazuje, że za kulisami stała amerykańska „reżyseria”:
Bezpośrednie kontakty konsulatu USA z prokuratorami. Były ambasador USA Reginald Bartholomew (w latach 1993–1997) ujawnił przed śmiercią, że musiał interweniować, by przerwać „zbyt bliskie” powiązania konsulatu w Mediolanie z zespołem Di Pietro. Twierdził. że peracja „poszła za daleko”, naruszając prawa oskarżonych. Bartholomew zorganizował nawet spotkanie włoskich sędziów z amerykańskim sędzią Sądu Najwyższego Antoninem Scalią, który skrytykował włoskie aresztowania prewencyjne.
Wiedza z wyprzedzeniem i wsparcie logistyczne. Konsul USA w Mediolanie Peter Semler już pod koniec 1991 r. wiedział od Di Pietro o planowanych aresztowaniach Craxi’ego oraz chadecji. Di Pietro wielokrotnie podróżował do USA (podróże organizowane przez ambasadę i United States Information Agency). Po aferze otrzymał nagrodę od firmy Kroll (powiązanej z amerykańskimi służbami).
Depesze dyplomatyczne i ocena Waszyngtonu. W 1993 r. dyplomata Daniel Serwer pisał: „Mówi się, że jeden z protagonistów sędziowskiej inkwizycji może być marionetką sterowaną przez USA”.Amerykanie nie bronili swoich dotychczasowych sojuszników (Craxi, Andreotti, Martelli), bo „nadeszła godzina oczyszczenia”. Obserwatorzy USA monitorowali pracę prokuratorów, twierdząc, że „coś tam było”.
Ostatnie słowa Craxi’ego z wygnania. W Hammamet (Tunezja), Craxi zostawił notatkę: „Nigdy nie powiedziałem, że Di Pietro został wyszkolony przez CIA, ale jego działanie było silnie wspierane przez rząd amerykański”. Bruno De Mico informował prokuratora Davigo już w lipcu 1992 r., że „amerykańskie środowiska” chcą współpracy w sprawie Ligresti i Craxi.
Syn Bettino Craxi’ego, Bobo Craxi, mówił wprost o „niepokojącym splocie między mediolańskim pool’em prokuratorów a konsulatem amerykańskiego sojusznika” i domagał się komisji śledczej. Córka, Stefania Craxi stwierdzała: „prawda powoli wychodzi na jaw”.
Podsumowanie – dlaczego „amerykańska reżyseria” jest bardzo prawdopodobna?
Nie ma „dymiącego rewolwera” (ostatecznego dowodu), ale poszlaki są liczne i spójne: wcześniejsze konflikty, tj. ten w Sigonelli i ten związany z ostrzeżeniem Kaddafiego, wiedza amerykańskich dyplomatów o dochodzeniu z wyprzedzeniem, bliskie kontakty prokuratora Di Pietro z USA, rezygnacja Waszyngtonu z obrony sojuszników, a wreszcie ucieczka Craxi’ego właśnie do Tunezji – kraju zaprzyjaźnionego z Gheddafim. Operacja Mani Pulite nie tylko zniszczyła Craxi’ego, ale otworzyła drogę do prywatyzacji włoskiego majątku na warunkach korzystnych dla zachodnich (w tym amerykańskich) kapitałów.
Jak podsumował jeden z komentatorów: „Bez udziału czynników międzynarodowych nie da się obalić całej klasy rządzącej i zdestabilizować kraju”. Zemsta za Sigonellę i za ostrzeżenie dla Kaddafiego przyszła z opóźnieniem – ale była miażdżąca. To nie przypadek, lecz logiczna konsekwencja polityki suwerenności, za którą Bettino Craxi zapłacił życiem i śmiercią na wygnaniu w tunezyjskim Hammamet.
………………
Cofnijmy się jeszcze do roku 1980…
Katastrofa nad Usticą: Bettino Craxi ostrzega Muammara Kadafiego
Katastrofa lotnicza nad wyspą Usticą, która miała miejsce 27 czerwca 1980 roku, pozostaje jedną z największych zagadek w historii włoskiej awiacji. Samolot DC-9 linii Itavia, lecący z Bolonii do Palermo, eksplodował w powietrzu, powodując śmierć wszystkich 81 osób na pokładzie.
Przez lata pojawiały się liczne teorie spiskowe, w tym ta, że katastrofa była wynikiem pomyłki podczas próby zestrzelenia samolotu libijskiego przywódcy Muammara Kadafiego. W kontekście owych wydarzeń kluczową rolę miało odegrać ostrzeżenie ze strony ówczesnego premiera Włoch, Bettino Craxiego.
Według relacji Giuliano Amato, byłego premiera Włoch, w wywiadzie udzielonym w 2023 roku, katastrofa nad Usticą była spowodowana francuskim pociskiem, który miał trafić w samolot Kadafiego. Plan zakładał, że libijski przywódca zostanie zestrzelony w ramach operacji wojskowej, jednak Craxi, dowiedziawszy się o tym, ostrzegł Kadafiego, co pozwoliło mu na uniknięcie zagrożenia. W rezultacie, pocisk trafił w cywilny samolot Itavia, mylnie wzięty za samolot przywódcy libijskiego.
Amato wezwał także prezydenta Francji Emmanuela Macrona do przeprosin za ową tragedię, podkreślając, że Francja powinna wziąć odpowiedzialność za incydent, który miał miejsce w kontekście napiętych relacji międzynarodowych w rejonie Morza Śródziemnego w tamtym czasie.
Do niedawna tzw. demokracje liberalne na czele z USA prowadziły jawną i bezczelną krucjatę ideologiczną. Kto nie odpowiadał ich wzorcom i praktykom ustrojowym, mentalnym, obyczajowym – musiał być usunięty, a przynajmniej napiętnowany jako oczywiste zło.
Sypały się przewroty, zamachy, nagonki, sankcje, a w razie wyższej konieczności czyli głębszego strachu przed „zarazą” ideową – wojny prewencyjne. Narzucano „właściwe” rządy, tj. marionetkowe, skundlone, uległe, a najlepiej – korupcyjne. Za pomocą rozmaitych manewrów i kampanii ogłupiających osiągano trwałą degenerację obyczajową i triumf dewiacji wszelkich kategorii. Skuteczności tego pseudo-porządku upadłościowego pilnowała i pilnuje „tolerancja represywna” w stylu Marcusego.
W ostatnim czasie system przemocy globalnej został udoskonalony. Nadal obowiązuje ideologia degeneracyjna (szczególnie w Eurokołchozie), ale amerykański hegemon światowy w dobie Trumpa przyjął prostszą procedurę. Kto występuje przeciw interesom USA w skali globalnej lub Izraela w skali regionalnej (kryterium zagrożenia jest czysto uznaniowe) podlega wojennej likwidacji. Apelacji się nie uwzględnia. Stosowane jest agresja jawna, nawet bez opakowania w jakikolwiek sensowny pretekst. Sprawcy łamią z premedytacją wszelkie normy prawa międzynarodowego.
Trump zilustrował kilkakrotnie, jakimi metodami należy wprowadzić ten ład przemocy. W Wenezueli postanowił zniewolić kraj „tanimi” środkami: poprzez bandyckie porwanie prezydenta Nicolasa Maduro, a następnie opanowanie złóż i rafinerii nafty, czyli podstawowego źródła dochodu.
Motywy ideologiczne zostały na razie pod kocem. Najeźdźcy formalnie nie naruszyli poprzedniego ustroju (rodzimego socjalizmu wprowadzonego przez Zjednoczoną Socjalistyczną Partię Wenezueli PSUC od 1999 r.) i utrzymali praktycznie cały poprzedni aparat administracyjny. Jednak warunki postawione przez agresora: potulność i uległość rządu wenezuelskiego wobec Waszyngtonu oraz oddanie bogactwa narodowego w pacht koncernom USA oczywiście niweczą sens przetrwania poprzedniego systemu. Jest to neokolonializm w formie krystalicznej. Lud wenezuelski dlatego uparcie popierał Chaveza i Maduro przez 27 lat, bo wprowadzając państwowy monopol w przemyśle naftowym kierowali większość zysków na cele opieki społecznej, powszechnego zatrudniania i taniej edukacji. Tę politykę torpedowały kolejne sankcje i blokady USA, ale jednak trwała. Skoro obecnie nafta znalazła się w szponach agresora, rządy PSUC nie mają uzasadnienia. Przewiduję bunty biednych i głodnych, oczywiście daremne.
W wariancie brutalniejszym (Iran) złamanie oporu mężnego narodu i państwa wymaga dłuższej wojny ludobójczej. Cel ten sam: stworzenie władz marionetkowych o właściwym (dla agresorów) obliczu ustrojowym i przejęcie kolejnych bogactw naftowych. USA zupełnie jawnie zagarniają wszelkie możliwe zasoby energetyczne na świecie. W ordynarnej propagandzie ważne miejsce zajmuje odpowiednia nomenklatura. „Specjalna operacja wojskowa” Rosji na Ukrainie nazywana jest przez Zachód „zbrodniczą wojną”, a zbrodnicza wojna wywołana przez USA oraz Izrael w Iranie określana jest jako „operacja” lub „interwencja”. Orwellowskie ministerium prawdy działa bez zarzutu. Masy poddanych, pardon – obywateli „wolnego świata” przełkną każdą brednię.
Kompletny blamaż ONZ w obliczu tych jawnych agresji pozwolił Trumpowi na utworzenie podręcznej atrapy w postaci Rady Pokoju (?). Zgłosiły tam akces państwa o bardzo zróżnicowanych ustrojach oraz interesach. Wszystkie przypuszczają, że pod peleryną USA będzie bezpieczniej, a może nawet uda się coś zarobić. Np. bohatersko broniące niepodległości od 2010 r. Węgry Victora Orbána znalazły się tam dlatego, że administracja Trumpa na złość UE wsparła Fidesz także w perspektywie najbliższych wyborów. Moją uwagę wzbudziła obecność Alijewa z Azerbejdżanu i Paszyniana z Armenii. Kilkakrotnie pisałem o Armenii w „Myśli Polskiej” w ubiegłym roku. Jest to świetny przykład, czego można się spodziewać po Radzie Pokoju. Trump pyszni się wymuszeniem w 2025 r. „historycznego” pojednania między Armenią a Azerbejdżanem. Komentowałem to wydarzenie.
Polega ono na całkowitej kapitulacji Armenii pokonanej przez spółkę turecko-azerską. Musiała się zrzec praw do stratowanego wojną Arcachu (Górskiego Karabachu). Nie wolno jej przypomnieć o losie okręgu Nachiczewania, gdzie Azerowie wyczyścili nawet groby Ormian [sic]. Mało tego. Armenia akceptowała eksterytorialną de facto szosę nad Araksem na linii Azerbejdżan-Turcja, która odcina ją od dotąd życzliwego Iranu. Oto pokój w stylu Trumpa. Za to USA dostaną spory udział w nafcie Azerbejdżanu i swobodę w eksploatacji gospodarczej Armenii.
Najazdy na słabsze i mniejsze państwa będą zjawiskiem trwałym. Za uległością polityczną pójdzie zniewolenie gospodarcze. Rządy marionetkowe i neokolonialne szybko wyzbędą się iluzji, że parasol ochronny USA będzie wieczny. Nadejdzie gorzkie rozczarowanie. Liczne wydarzenia z XX w., o których pisałem kiedyś obszerniej, dowodzą, że Amerykanie porzucali nawet najwierniejszych protegowanych z zimną konsekwencją. Upartym miłośnikom sojuszy z USA dedykuję odnowę pamięci o losach wielu krajów w Indochinach, Chinach i Ameryce Łacińskiej. A jak zachowały się Stany Zjednoczone wobec arcy-wiernego prezydenta Egiptu Hosni Mubaraka w 2011 r.? Typowo. Jedna zasada będzie obowiązywać stale: kto chce być po prostu inny i niezależny, nawet jeśli nikomu nie zagraża – zostanie zgładzony.