>>Ukraińskie wojska zaatakowały irański statek handlowy na Morzu Kaspijskim; jeden członek załogi zginął, a dwóch zostało rannych – poinformowało MSZ Iranu.
„Iran nigdy nie uczestniczył w konflikcie między Rosją a Ukrainą i zwraca uwagę Rady Bezpieczeństwa ONZ, krajów europejskich i wszystkich członków ONZ na oczywisty fakt, że atakując irański statek handlowy, ukraiński reżim nie tylko dopuścił się naruszenia prawa międzynarodowego, ale także niebezpiecznie dążył do podsycenia wojny i niestabilności” – czytamy w komunikacie.
„Każda strona zainteresowana pokojem i bezpieczeństwem w Europie Wschodniej i sąsiednich regionach, powinna zająć odpowiedzialne stanowisko wobec tych niebezpiecznych działań ukraińskiego reżimu i pociągnąć ukraiński rząd do odpowiedzialności za ten przestępczy i prowokacyjny akt” – dodano.
Jak podkreślono, Teheran zastrzega sobie prawo do odwetu.<<
Nie jestem konwertytą na religię pseudoekologiczną; nie zamierzam ratować planety kupując samochód elektryczny, ani odpokutować za grzechy cywilizacji przemysłowej baterią litową. Jednakże witam rosnący bunt w Stanach Zjednoczonych — centrum i sile napędowej Imperium — przeciwko zaawansowanym technologicznie centrom danych, obecnie w dużej mierze poświęconym sztucznej inteligencji. Nie jestem też żadnym luddystą, przekonanym naiwnie, że niszcząc lub sabotując maszyny, powstrzymam ogromny postęp technologiczny, tak jak legendarny Ned Ludd u progu rewolucji przemysłowej. Innowacja postępuje sama, a wszystko, co może zostać osiągnięte technicznie, ktoś osiągnie (prawo Gabora).
A tym bardziej w epoce rozkwitu kapitalizmu absolutnego, wolnego od wszelkich ograniczeń, barier i zależności. Co więcej, szefowie wielkich firm technologicznych, tacy jak Peter Thiel z Palantir (tzw. „widzące kamienie”), pracują nad deterytorializacją swoich przedsiębiorstw, aby wyrwać je spod resztek władzy państwowej i sprawić, by znalazły się poza sferą publiczną oraz debatą społeczeństwa obywatelskiego.
Należę do grupy osób, które patrzą na innowacje z obawą, których postawa nazywa się techno-negatywnością. Termin ten jest stosunkowo nowy; nastawienie, które opisuje, jest jednak tak stare, jak pierwsza maszyna, która odebrała pracę ludzkim rękom. Nie chodzi tylko o niepokój wywołany przez sztuczną inteligencję, algorytmy i centra danych; rozprzestrzenia się język o znaczeniu politycznym, który w Stanach Zjednoczonych staje się repertuarem działań.
Technonegatywizm zaczyna się na poziomie indywidualnym, ale przechodzi w kampanie prawne przeciwko centrom danych oraz zaangażowanie obywatelskie przeciwko nadmiernej władzy gigantów z branży Big Tech. Nie wiem, czy konieczne jest pociągnięcie za hamulec bezpieczeństwa, czy też wykolejanie pociągu sztucznej inteligencji. Z pewnością potrzebna jest świadomość tego, co się dzieje, a o czym media głównego nurtu w dużej mierze milczą.
Sztuczna inteligencja, na pierwszy rzut oka, wydaje się niematerialna. Zgodnie z wygodną metaforą marketingową, żyje w “chmurze” – magazynie danych, surowcu teraźniejszości i niedalekiej przyszłości. Centrum danych nadaje jej fizyczną formę: ogromne szare budynki, gołe ściany, ogromne wentylatory, transformatory, kilometry kabli, gigantyczne zużycie wody i energii elektrycznej. Jestem technonegatywistą również dlatego, że uważam, iż niektóre dobra wspólne należy wyłączyć z obrotu rynkowego. Woda jest pierwszym z nich – symbolem odrażającej, wszechogarniającej prywatyzacji.
W 2026 roku ONZ ogłosiła światowy stan wyjątkowy związany z niedoborem wody. Czy po to, by uchronić ją przed nienasyconymi apetytami kapitalizmu i jego „instynktami zwierzęcymi”? – Nie, aby poddać ją kontroli międzynarodowych agencji zarządzanych przez oligarchię techno-finansową. W roku 2030, ilość wody potrzebnej do chłodzenia centrów gromadzenia i przetwarzania danych będzie równa zużyciu ponad piętnastu procent ludzkości. Zasoby wodne, które są źródłem życia, stają się ich własnością. „Chmura” (cloud) to zwodnicza metafora poetycka, która odnosi się do ogromnej liczby serwerów, komputerów, elektrowni i kabli podmorskich.
Każdy nasz pozornie niematerialny gest bazuje na gigantycznej infrastrukturze. Centrum danych to katedra Mamony: trzeba w tej sprawie zająć stanowisko. Być może postęp nie polega już więcej na poszerzaniu ludzkich możliwości; być może polega na uczeniu ludzi, by domagali się ograniczeń, rozumieli zalety i wady nowego stanu technologicznego, by powrócili do partycypacji społecznej. Jeśli energia jest ogromnym wyzwaniem dla przyszłości, nie możemy pozostawać biernymi obserwatorami wywłaszczania na szkodę narodów i ludzkości. Jest to jedna z bitew w wojnie „dołu” przeciwko „górze”, tj. społeczeństwa przeciwko oligarchii.
Amerykański bunt przeciwko sztucznej inteligencji przybiera na sile. Prelegenci są wygwizdywani, centra danych blokowane, wyniki sondaży gwałtownie spadają: dynamicznie rozwijająca się branża boryka się z jeszcze szybszym kryzysem. Miasto Detroit sprzeciwiło się planowi przedsiębiorstwa użyteczności publicznej dotyczącemu dostarczania energii do centrum danych na obszarze wiejskim. Nastawienie do sztucznej inteligencji i centrów danych gwałtownie się pogarsza, co wpływa na decyzje głosujących. Stany Zjednoczone są źródłem wielu nieszczęść, ale nadal mają silne i aktywne społeczeństwo obywatelskie. Autor niniejszego tekstu odczuwa instynktowną sympatię do Theodore Kaczynskiego, znanego jako Unabomber – wroga dominacji technologicznej oraz wszystkiego, co narzuca dynamika postępu i przekształcanie człowieka w trybik wielkiej maszyny oderwanej od natury. Jego Manifest zapoczątkował radykalną refleksję nad rolą techniki, kierunkiem rozwoju współczesnego społeczeństwa oraz istotą postępu. Zupełnie inną kwestią jest ocena Unabombera, który stał się terrorystą i mordercą. en.wikipedia.org/wiki/Ted_Kaczynski
Wśród Amerykanów narasta negatywny stosunek do sztucznej inteligencji, co zauważył były dyrektor generalny Google, Eric Schmidt. W przemówieniu wygłoszonym na Uniwersytecie Arizony Schmidt powiedział studentom, że „transformacja technologiczna” spowodowana przez sztuczną inteligencję będzie „szersza, szybsza i bardziej znacząca niż poprzednia”.Został wtedy zasypany gromkimi gwizdami. Liczne sondaże potwierdzają powszechne obawy związane ze sztuczną inteligencją, podważając oficjalną narrację, zgodnie z którą nowe technologie mają poprawiać jakość naszego życia.
Konsumentów irytują podwyżki cen energii, potęgowane przez rozprzestrzenianie się centrów danych. Pracownicy obawiają się poważnej utraty miejsc pracy. Silny jest sprzeciw wobec zawłaszczania zasobów wodnych i źródeł energii elektrycznej. Wielu rodziców obawia się, że sztuczna inteligencja może podważyć jakość edukacji i zaszkodzić zdrowiu psychicznemu dzieci.
W ostatnich miesiącach fala gniewu doprowadziła do protestów, wpłynęła na wyniki głosowań i wywołała pojedyncze akty przemocy. Dwudziestolatek z Teksasu miał rzucić koktajlem Mołotowa w dom szefa OpenAI, Sama Altmana. Ktoś strzelał do drzwi radnego miejskiego z Indianapolis, który zatwierdził budowę centrum danych. Inny polityk popierający centra danych otrzymał wiadomość zawierającą obelgi i sprzeciw wobec inicjatyw wielkich firm technologicznych. Główne media w USA zostały zmuszone do zajęcia się tą kwestią: wszystkie sondaże potwierdzają szybki wzrost niechęci wobec technologii. Tylko nieco ponad jedna trzecia wyborców uważa, że Ameryka powinna przyspieszyć innowacje w dziedzinie sztucznej inteligencji.
Po tym, jak temat ten pojawił się podczas niektórych wyborów lokalnych w zeszłym roku, w tym roku nabrał ogromnego rozgłosu. Wyborcy z Festus w stanie Missouri odwołali czterech członków rady miejskiej tydzień po tym, jak zatwierdzili oni budowę centrum danych o wartości sześciu miliardów dolarów. Dziesiątki społeczności od stanu Maine po Arizonę próbują zakazać budowy nowych „technologicznych potworów”.Inwestycje rosną, ale nie przekładają się na konkretne działania: KKR uruchamia wartą 10 miliardów dolarów firmę zajmującą się infrastrukturą dla sztucznej inteligencji we współpracy z Nvidią i Vistrą. Amazon pracuje nad siecią światłowodową dla centrów danych. Google poszukuje 80 miliardów dolarów na rozwój sztucznej inteligencji, ale liczba grup sprzeciwu na Facebooku i w innych mediach społecznościowych wzrosła czterokrotnie w porównaniu z grudniem.
„Ludzie czują się jakby byli w oblężeniu” – stwierdził senator Josh, który zaproponował ustawy nakładające rygorystyczne wymagania na centra danych i firmy zajmujące się sztuczną inteligencją. Kwestia ta zyskuje coraz większe znaczenie wśród tematów politycznych w Stanach Zjednoczonych. Inwestorzy postawili dziesiątki miliardów dolarów na zdolność firm takich jak OpenAI, Anthropic i innych do uzyskania coraz większej mocy obliczeniowej.
Znaczna część tego kapitału jest przeznaczana na budowę centrów danych, co budzi sprzeciw. Wielkie firmy technologiczne i wielu dużych inwestorów wydaje setki milionów dolarów, aby przeciwdziałać krytyce. Jednak w całym kraju zorganizowane protesty zdołały zablokować wiele projektów. W bieżącym roku, z powodu silnego sprzeciwu zrezygnowano z dziesiątek z nich. Pewna posłanka zaproponowała roczne moratorium na budowę nowych centrów danych. Komisarz ds. rolnictwa w Teksasie zaapelował o zakaz budowy nowych obiektów w stanie ze względu na obciążenie sieci energetycznej.
Przeciwko OpenAI i Anthropic zapowiadane są kolejne zakrojone na szeroką skalę inicjatywy. Są tacy, którzy twierdzą, że sztuczna inteligencja cieszy się mniejszą popularnością niż politycy. Znany reklamowiec walczy z przedsiębiorstwem publicznym, które zamierza zasilać centrum danych Oracle w stanie Michigan. „Nie chcemy centrów danych, zwłaszcza w Michigan” – napisał. A gdzie indziej tak? – Istnieje ryzyko, że słuszny masowy protest przeciwko interesom plutokratycznym i technologicznym utknie w paraliżującej zasadzie NIMBY(not in my back yard – nie na moim podwórku). Wpływ na środowisko i zużycie energii nie różnią się w zależności od lokalizacji.
Niedawno wniesiono pozew przeciwko firmie X.AI należącej do Elona Muska z zarzutem, że firma ta nielegalnie eksploatuje turbiny gazowe bez odpowiedniego zezwolenia. Wielkie firmy technologiczne obiecały płacić więcej za energię elektryczną zasilającą centra danych, ale ich kierownictwo domaga się skoordynowanych działań, które podkreślą korzyści płynące z dochodów podatkowych generowanych przez centra danych oraz tego, w jaki sposób sztuczna inteligencja poprawia jakość codziennego życia.
OpenAI atakuje „katastrofistów”, którzy rozpowszechniają techno-negatywne scenariusze i podsycają „pesymizm” w społeczeństwie i mediach wobec firm technologicznych. „Jako branża musimy znacznie dokładniej wykazać, dlaczego ta technologia jest korzystna dla kraju i dla świata” – dodaje. Jeden z wysokich rangą menedżerów stwierdził, że branża ma do czynienia z osobami o zacofanych poglądach, które sprzeciwiają się wszelkim zmianom. Tak nie jest, a oni o tym wiedzą. Niestety, dysponują środkami, by przeciwstawić się zdrowemu rozsądkowi oraz korumpować polityków i instytucje.
Na szczęście, pozostaje pozytywny sygnał ze strony amerykańskiej opinii publicznej. Miejmy nadzieję, że choć raz “wiatr” ten przedostanie się przez ocean i wpłynie na śpiącą Europę – bierną obserwatorkę historii.
Urodzili się w czasach, kiedy niemal wszystkie problemy zostały już rozwiązane jeszcze przed ich przyjściem na świat. Z kranów płynęła czysta woda, półki w supermarketach były pełne jedzenia, elektryczność była cichą obecnością, a Państwo jawiło się jako niewidzialna ręka, zdolna złagodzić każdy upadek. Ich rodzice doświadczyli niedostatku, kryzysów i wyrzeczeń; oni natomiast odziedziczyli spokój.
Nie byli silni. Nie byli też niezależni. Mieli trudności z podejmowaniem decyzji bez wcześniejszego sprawdzenia informacji na ekranie lub skonsultowania się ze specjalistą. Długotrwały wysiłek wydawał im się niesprawiedliwością, a każda frustracja – aktem agresji. Nie dlatego, że byli źli, ale dlatego, że dorastali w świecie, który przekształcił wygodę w prawo, a trudności w porażkę.
Kiedy rozpoczął się wielki kryzys, nikt nie rozpoznał go od razu. Nie było bomb ani inwazji. Tylko krótkie przerwy w dostawach prądu, szpitale bez środków medycznych, zaniedbane drogi, utracone zbiory oraz urzędy publiczne, które zamykały się na tydzień, potem na miesiąc, a w końcu na zawsze.
Społeczeństwo konsumpcyjne umierało powoli.
Najpierw zniknęły ulubione marki. Potem aplikacje przestały działać. Następnie pieniądze straciły na wartości. Pewnego dnia ludzie zrozumieli, że żaden algorytm nie jest w stanie zasiać pola, naprawić mostu ani ponownie uruchomić elektrowni.
Pokolenie to stanęło nagie w obliczu rzeczywistości, do której nigdy nie zostało przygotowane. Potrafiło wyrażać opinie na każdy temat, ale niewiele potrafiło zrobić. Nauczyło się konsumować, a nie wytwarzać; domagać się, a nie tworzyć.
Wśród nich był Giuliano. Był człowiekiem wrażliwym i emocjonalnym. Ciężka praca powodowała u niego zmęczenie, które wydawało się dotyczyć bardziej duszy niż ciała. Kiedy po raz pierwszy próbował ciąć drewno, skończyło się to pęcherzami na dłoniach i cichym wstydem.
Starsi mieszkańcy osady – ostatni, którzy pamiętali inny sposób życia, nie gardzili nimi. Nauczyli ich uprawiać ziemię, naprawiać narzędzia, konserwować żywność i budować dach zanim nadciągnie burza. Każda nowa umiejętność wymagała tygodni błędów, wysiłku i frustracji.
Wielu z nich zrezygnowało. Czekali na powrót starego Państwa, niczym na ojca, który po prostu spaźniał się trochę.
Ale ono nigdy nie wróciło.
Mijały lata. Dzieci owego pokolenia dorastały, obserwując swoich rodziców pracujących ze stwardniałymi dłońmi i zmęczonymi plecami. Nie odziedziczyły już dostatku, lecz wysiłek.
Kiedy pytano ich, co było początkiem tego wszystkiego, nikt nie wspominał o załamaniu gospodarczym ani o upadku Państwa. Mówili po prostu:
– Był to dzień, w którym przestaliśmy wierzyć, że ktoś inny będzie żył za nas.
Zrozumieli bowiem zbyt późno, że społeczeństwo może przekazywać bogactwo przez wiele pokoleń, ale jeśli przestanie przekazywać siłę, odpowiedzialność i umiejętności, prędzej czy później zniknie również bogactwo.
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 26 lipca 2026 michalkiewicz
„Dziś moja moc się przesili; dziś poznam, czym najwyższy, czylim tylko dumny” – będzie mógł za mickiewiczowskim Konradem z III części „Dziadów” powtórzyć w najbliższy czwartek Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński. Akurat we czwartek upływa bowiem termin ultimatum, jakie Naczelnik przedstawił swojej trzódce, która zaczęła mu się rozbisurmaniać w stowarzyszeniach. Pierwsze takie stowarzyszenie pod nazwą „Rozwój Plus” założył były premier rządu „dobrej zmiany” czyli Mateusz Morawiecki – oczywiście Wielce Czcigodny. Według mojej ulubionej teorii spiskowej, Wielce Czcigodny Mateusz Morawiecki przystąpił w ten sposób do trzeciej części swego zadania, które wyznaczyli mu jego mocodawcy w naszym nieszczęśliwym kraju.
Pierwsza część zadania polegała na przeniknięciu ze struktur Volksdeutsche Partei do struktur Prawa i Sprawiedliwości. Bo trzeba nam pamiętać, że Mateusz Morawiecki, po przepoczwarzeniu się z historyka na finansistę i bankstera, w tym charakterze był doradcą doskonałym obywatela Tuska. I Naczelnik Państwa w korcu maku musiał znaleźć akurat jego. Nie tylko znaleźć, ale w dodatku uczynić wicepremierem w rządzie Beaty Szydło, utworzonym jesienią 2015 roku. Jak zatem widzimy, pierwszą część zadania Mateusz Morawiecki wykonał. W roku 2017, kiedy to prezydent Andrzej Duda dopuścił się felonii przeciwko swemu wynalazcy, czyli Naczelnikowi Państwa, po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią z Berlina wetując PiS-owskie ustawy sądowe, osłabiony tą zdradą Naczelnik Państwa musiał pójść na jeszcze głębszy kompromis i pod koniec 2017 roku przeprowadził głęboką rekonstrukcję rządu. Polegała ona przede wszystkim na spuszczeniu z wodą pani Szydło do luksusowego przytułku dla „byłych ludzi”, czyli – Parlamentu Europejskiego – a mianowaniu na miejsce premiera właśnie Mateusza Morawieckiego. Dodatkowym elementem głębokiej rekonstrukcji było też spuszczenie z wodą Antoniego Macierewicza, który naraził się nie tylko autorytetom moralnym ze stajni Judenratu pana red. Michnika, ale również – starym kiejkutom, no i naszej niezwyciężonej armii.
Wtedy Wielce Czcigodny Mateusz Morawiecki przystąpił do realizacji drugiej części swego zadania, polegającej na podpisywaniu w imieniu Polski wszystkiego, co mu Niemcy, czy to bezpośrednio, czy za pośrednictwem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, podsunęli do podpisania. No a teraz przystąpił do realizacji części trzeciej, polegającej na neutralizacji PiS.
Do stowarzyszenia „Rozwój Plus” przystąpiło około 40 parlamentarzystów PiS – a w każdym razie – tylu podpisało się pod „listem otwartym” do Naczelnika Państwa, tłumacząc mu, że nie zrezygnują z członkostwa w tym stowarzyszeniu, oczywiście „dla dobra Polski”. Naczelnik Państwa bowiem, kiedy tylko okazało się, że stare kiejkuty lansują partię „Unia Centrum” z panią Pauliną Hening-Kloską na fasadzie – ale i z panem Michałem Kobosko oraz wyciągniętym z naftaliny panem Januszem Onyszkiewiczem w tle, zorientował się, że żarty się skończyły i postawił swojej trzódce wspomniane ultimatum – że mają zlikwidować wszystkie stowarzyszenia. Pan Jacek Sasin z frakcji „maślarzy” natychmiast swoje stowarzyszenie zlikwidował, ale Mateusz Morawiecki swojego ani myśli likwidować. Przeciwnie – niezależnie od wspomnianego listu otwartego – zaplanował na 31 lipca ostentacyjnego „grilla”.
Wyznawcy Naczelnika Państwa, który uchodzi wśród nich za wirtuoza intrygi uważają, iż to tylko taka ustawka, która ma zwrócić uwagę opinii publicznej na PiS, którego notowań nie zwiększyła nominacja pana Przemysława Czarnka na kandydata na przyszłego premiera. Intryga miałaby polegać na tym, że teraz zamarkują rozłam, a na pół roku przed przyszłorocznymi wyborami rozłamowcy morawieccy „zleją się” z kaczyńską Macierzą i będzie gites tenteges. Inni jednak uważają, że to nie żadna ustawka, tylko operacja serio.
Obawiam się, że tym razem może nie być żadnej ustawki. Chodzi o to, że po proklamowaniu w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, Niemcy postanowiły zlikwidować w naszym bantustanie PiS-owski listek figowy. Dotychczas bowiem był on użyteczny, bo pozwalał Naczelnikowi Państwa uwodzić patriotycznie zorientowaną część opinii publicznej, dzięki czemu można było stopniowo podporządkowywać nasz nieszczęśliwy kraj Niemcom pod osłoną tromtadrackiej retoryki. Teraz jednak, gdy Niemcy przyjęły linię polityczną Cesarstwa Niemieckiego z 1917 roku i uczyniły sobie w Europie Wschodniej strategicznego partnera z Ukrainy, by za jej pośrednictwem szachować Rosję i utrzymywać w ryzach Polaków, ten listek figowy przestał być już potrzebny.
Polski patriotyzm ma się odtąd manifestować w postaci posłuszeństwa wobec Ukrainy. Widać to nie tylko na podstawie dyrektyw dla policji, prokuratury i niezawisłych sądów, które odtąd mają okrutnie karać wszelkie zbrodnie „z nienawiści”, to znaczy – wszelkie czyny skierowane przeciw Ukraińcom – ale również na podstawie skwapliwości, z jaką nasi Umiłowani Przywódcy rzucili się na ochłap, który przygotował dla nich prezydent Zełeński w postaci obiecanki, że „otworzy” archiwa SBU i służby Wywiadu Zagranicznego Ukrainy dotyczące „tragicznych wydarzeń na Wołyniu” i pozwoli na ekshumacje. Nie mogą się tedy prezydenta Zełeńskiego nachwalić, jednocześnie powtarzając mantrę, że „polska racja stanu” polega na służeniu narodowi ukraińskiemu. W tej sytuacji model sceny politycznej, zaprojektowany na przełomie lat 80-tych i 90-tych w Magdalence jest już passe – co może otworzyć drogę do jej pożytecznej przebudowy – chociaż niekoniecznie. Oto w dniach ostatnich niemiecki kanclerz Merz ofuknął amerykańskiego prezydenta Trumpa za intencję interwencji w niemieckie wybory. Chodzi o amerykańską inicjatywę wspierania w Europie wolności słowa i wolności wyznania. Z drugiej jednak strony
amerykański ambasador w Warszawie, pan Tomasz Róża deklaruje, że „nie wyobraża sobie” żadnego polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej. Co prawda pan Róża swoją deklarację złożył znacznie wcześniej, zanim prezydent Trump zapowiedział wspieranie w Europie wolności słowa i wyznania, które tak wzburzyło niemieckiego kanclerza, więc być może wkrótce zacznie on ćwierkać z innego klucza – ale to wszystko wydaje się widłami na wodzie pisane. Na razie mamy do czynienia z pogłębiającym się strategicznym partnerstwem niemiecko-ukraińskim, które sprawia, że ani Niemcom, ani Ukrainie Polska nie jest już do niczego potrzebna, więc trzeba odpowiednio do tego ukształtować tubylczą scenę polityczną – i właśnie na naszych oczach to się odbywa.
Stanisław Michalkiewicz
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Nieobliczalny, nieprzewidywalny – to chyba są najbardziej trafne przymiotniki opisujące aktualnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki. Gdy słuchamy ekspertów od geopolityki, to słyszymy z reguły opinie, ich własne lub zamówione przez sponsorów, które wskazują na jedną część zachowań Trumpa, na tę która wzmacnia przekazywaną tezę. Niektórzy twierdzą, że jest chory psychicznie.
Po tym, jak opowiadał o wyimaginowanych rozmowach z przywódcami Iranu, nie dziwi mnie takie podejście. Inni uważają, że Trump realizuje skrupulatnie zaplanowaną strategię mającą na celu pozbycie się strupa na głowie USA, czyli drapieżnego państwa okupującego Palestynę.
Podczas przemówienia w Georgii, mężczyzna siedzący za Donaldem Trumpem naśladuje wszystkie jego gesty rękami, Źródło.
Tylko źli ludzie mogą przejść przez liczne mechanizmy kontroli dostępu do urzędu prezydenta. Aby pomóc w zarządzaniu morderczym imperium napędzanym ludzką krwią, trzeba być psychopatą. Nie wpuszczą cię, dopóki nie upewnią się, że jesteś wystarczająco psychopatyczny, by podołać zadaniu.
Moim zdaniem Donald Trump jest właśnie przykładem błędu w tym systemie. Gdyby tak nie było, to nikt by się nie odważył zorganizować zamachu w Pensylwanii 13 lipca 2024 r. Są tacy, którzy twierdzą, że to był teatrzyk, wyreżyserowany zamach przez ekipę wyborczą Trumpa w celu zwiększenia poparcia wśród wyborców. Śmierć zamachowca można nawet uznać za element scenariusza, jednak ofiara życia odważnego strażaka, który własnym ciałem zasłonił swoich bliskich i został śmiertelnie trafiony kulą przeznaczoną dla Trumpa, daleko wybiega od spektaklu teatralnego.
Jaką rolę odegrał przypadek, a jakie były plany, tego się zapewne nie dowiemy. Także spór o intencje polityki prezydenta nie zostanie szybko rozstrzygnięty. Najczęściej w polityce mamy do czynienia z planowaniem intryg. Jednak przypadek nieraz sprawił politykom psikusa i pokrzyżował pierwotne plany. Bywa też, że taki przypadek wspomagany jest przez przeciwników politycznych, ale tego rodzaju dywagacje do niczego nas nie doprowadzą.
Wielokrotnie pisałem na tym blogu, że oprócz wielkich mocarstw i karłowatych państw terrorystycznych, istnieje inna siła, której nie można przyporządkować jednoznacznie żadnemu państwu ani politycznie, ani geograficznie. Nazywa się ich Deep State, globaliści, oligarchowie lub po prostu bezwzględni przestępcy walczący o wpływ na przemiany globalne tego świata. Dopiero uwzględnienie tych wszystkich sił pozwala lepiej zrozumieć zmiany zachodzące na naszych oczach.
Argument, że Trump mógłby zakończyć wojnę na Ukrainie, wstrzymując wszelką pomoc dla nazistowskiego reżimu w Kijowie, świadczy o braku zrozumienia, na czym polega władza prezydencka w USA. Mógł przecież wstrzymać opłacaną przez Polskę komunikację Starlink dla Ukrainy. Teoretycznie mógł. Praktycznie miałoby to olbrzymi wpływ na losy tej wojny i nie pozbyłby się zarzutów, że to jedynie z winy Trumpa Ukraina nie zdobyła Kremla.
Najpotężniejszy ponoć człowiek świata musi liczyć się z siłami, które mają wpływ na politykę zarówno międzynarodową, jak i militarną oraz ekonomiczną. Trump doskonale wie, dlaczego J. F. Kennedy musiał umrzeć i kto się o to postarał. Podobnie zamach na Charliego Kirka we wrześniu ubiegłego roku, był wyraźnym sygnałem pokazującym granicę wolności wyboru prezydenta USA. Niedawną „naturalną” śmierć podżegacza wojennego Lindseya Grahama, również zaliczyłbym do tej kategorii ostrzeżeń pod adresem Trumpa.
Moim zdaniem jedyny powód, dla którego Trump chciałby wprowadzić pokój, jest jego własny interes polityczny przeplatany ze słynnym już trumpowskim egocentryzmem. Jeśli uda mu się do listopada wprowadzić choćby pozory pokoju na świecie, może liczyć się z większym wsparciem wyborców dla Republikanów.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
W tym samym tygodniu odbyły się dwa wywiady na temat tej samej wojny, przeprowadzone przez osoby, które od lat intensywnie badają Rosję i które nie są na ogół kojarzone z narracją kijowską. Jeden z nich przeprowadził Glenn Diesen w rozmowie z historykiem Gilbertem Doctorowem. Drugi – Diesen w rozmowie z Alexandrem Mercourisem, gospodarzem programu „The Duran”.
Oba wywiady prowadzą do niemal identycznych ustaleń faktycznych – i diametralnie odmiennych osądów. Doctorow nazywa to, co dzieje się w Donbasie i na Krymie, pyrrusowym zwycięstwem, które w rzeczywistości maskuje strategiczną porażkę. Mercouris przytacza dokładnie tę samą linię frontu i sytuację gospodarczą jako dowód na to, że Ukraina przegrywa, a Zachód oszukuje sam siebie. To nie przypadek ani problem ze zrozumieniem ze strony któregokolwiek z analityków. To błąd kategorialny, sięgający głębiej niż pytanie, kto ma rację.
Obie rozmowy zgadzają się co do tego, że…
Główne fakty obu rozmów są zadziwiająco podobne. Według obu wersji Rosja kontroluje obecnie większość Donbasu i wkracza dalej w głąb Zaporoża i Chersonia; ostatnie ufortyfikowane miasta Kramatorsk i Słowiańsk są w obu rozmowach uważane za ostatnią linię obrony przed otwartym terenem rozciągającym się aż do Dniepru. Obie strony opisują praktycznie całkowitą blokadę Odessy i ukraińskiego wybrzeża Morza Czarnego po tym, jak Kijów podważył porozumienie zbożowe z 2022 roku, przeprowadzając własne ataki na rosyjskie okręty na Morzu Azowskim. Obie strony postrzegają kryzys przywództwa w Kijowie – dymisję Fiodorowa i Syrskiego – jako objaw wyczerpywania się zasobów armii. Obie strony zakładają również, że NATO nie jest już biernym obserwatorem, lecz stroną konfliktu: z bronią, rozpoznaniem celów i, jak to ujmuje Doktorow, bez dostrzegalnego strachu przed odwetem ze strony Rosji.
Niedawne spotkanie Marco Rubio i Siergieja Ławrowa 23 lipca w Manili również wpisuje się w ten schemat. Ławrow powtórzył, że Moskwa przestrzega porozumień zawartych w Anchorage i zażądał zaprzestania dalszych dostaw broni do Kijowa; Rubio z kolei publicznie przyznał, że propozycje z Anchorage upadły, ponieważ Ukraina nie wyraziła na nie zgody. Dwóch ministrów spraw zagranicznych, którzy – jak sami przyznają – zgadzają się co do obecnej sytuacji – a mimo to nie widać postępu. To dyplomatyczny odpowiednik tego, co obie rozmowy opisują w kontekście wojskowym: znają fakty. Po prostu wyciągają odmienne wnioski co do ich znaczenia.
Gdzie opinie się rozchodzą – i dlaczego
Doctorow mierzy zwycięstwo celami wojny ogłoszonymi w lutym 2022 roku: neutralnością Ukrainy, przywróceniem jej statusu konstytucyjnego z 1992 roku, wykluczeniem z NATO i denazyfikacjami. Według niego, Rosja, pomimo zdobyczy terytorialnych, nie osiągnęła żadnego z nich – a jednocześnie jej własny potencjał odstraszający uległ erozji, ponieważ ataki NATO wnikają coraz głębiej w Rosję, a Moskwa nie oferuje żadnego wiarygodnego odwetu. Jego dowody są uderzająco mało spektakularne: podczas wideokonferencji na temat zbrodni wojennych w Chersoniu, zorganizowanej przez rosyjską delegację ONZ w Wiedniu, gubernator Chersonia sam poinformował, że jego własny region stał się niezamieszkany z powodu codziennych ataków dronów – co miało być dowodem rosyjskiego cierpienia, ale Doctorow zinterpretował jako przyznanie się do utraty prowincji.
Ta sama obserwacja dotyczy Krymu: kiedyś podróżowali tam rosyjscy wczasowicze i uczniowie, a teraz ich długoletni znajomi z Petersburga opowiadają mu o brakach paliwa, przerwach w dostawie prądu i o moście Kerczeńskim, który był zamknięty przez wiele godzin.
Mercouris i ta firma stosują inną miarę: potencjał militarny i gospodarczy Ukrainy. W porównaniu z tym standardem obraz jest jasny.
Donbas całkowicie upadnie w dającej się przewidzieć przyszłości, Charków i Sumy znajdują się pod presją, rosyjska gospodarka ustabilizowała się i jest gotowa do wojny pomimo okresów inflacji i podwyżek stóp procentowych, podczas gdy w Kijowie mobilizacja napotyka coraz większy opór społeczny. Dla nich zachodnia narracja o „odwróceniu sytuacji” nie jest analizą, lecz – jak sami stwierdzają, cytując artykuł redakcyjny w „Financial Times” o „wyczerpanej i przeciążonej” armii ukraińskiej – symptomem cyklu euforii, paniki i ponownej eskalacji, który powtarza się od 2022 roku, nie zmieniając nigdy zasadniczej sytuacji.
Dwóch analityków, te same fronty, ta sama sytuacja gospodarcza, to samo zaangażowanie NATO w wojnę – i sprzeczna ocena. Sprzeczność nie zostaje rozwiązana przez uznanie jednego z nich za trafniejszego obserwatora. Rozwiązuje się ona sama, gdy tylko uświadomimy sobie, że „zwycięstwo” odnosi się tu do dwóch zupełnie różnych rzeczy: z jednej strony do spełnienia deklarowanych celów politycznych, a z drugiej do militarnej kontroli nad przestrzenią i czasem. Obie te rzeczy są zasadnie mierzalne. Jednak nie są tym samym – a każdy, kto myli oba te pojęcia jednym słowem, popełnia błąd kategorialny, który ta wojna powoduje na każdym poziomie: niemożność zmierzenia egzystencjalnych stawek i taktycznych rezultatów tą samą miarą.
John Mearsheimer opisał tę samą strukturę w analizie przyczyn tej wojny: Zachód traktował rozszerzenie NATO na wschód jako czystą formalność, podczas gdy dla Moskwy było to od początku pytanie egzystencjalne – błędna ocena, przed którą ostrzegał już ówczesny ambasador USA William Burns w swojej notatce z 2008 r. „Nyet Means Nyet”, która później wyciekła do WikiLeaks.
Kto korzysta na tej dwuznaczności?
Ta niejednoznaczność nie jest wadą; jest funkcjonalna. Dopóki „zwycięstwo” pozostaje nieokreślone, każdy rozwój sytuacji – zdobyty region, zablokowane miasto portowe, zdymisjonowany szef sztabu – może jednocześnie służyć jako dowód zbliżającego się zwycięstwa i pretekst do dalszej eskalacji. Ci i Mercouris precyzyjnie opisują ten mechanizm jako cykl: po euforii następuje panika, a po panice nie dyplomacja, lecz kolejna dostawa broni. Każdy, kto w tej sytuacji domaga się pokoju, jest w Brukseli, podobnie jak w Londynie, uważany za osobę dzielącą Europę lub wspierającą Putina. Tym samym kluczowe pytanie – czyim interesom tak naprawdę służy ten stan rzeczy, skoro nie pozwala on ani Rosji ponieść wyraźnej porażki, ani Ukrainie na wyraźne zwycięstwo – praktycznie zniknęło z debaty.
Odpowiedź leży nie w kategoriach militarnych, lecz strukturalnych. Wojna, której wynik pozostaje trwale niepewny, jest bardziej produktywna ekonomicznie niż wojna, która została już przesądzona. Uzasadnia ona trwające zbrojenia w Niemczech i Europie, utrzymuje „partię wojny” – używając terminologii Diesen i Mercouris, oś Kai Kallas, Ursuli von der Leyen i wspierających je mediów – u władzy i na właściwej pozycji, a także uniemożliwia jakiekolwiek rozliczenie kosztów, ponieważ tylko ktoś, kto wie, czy wojna została wygrana, czy przegrana, może sporządzić rozliczenie.
To jest sedno tego, co gdzie indziej opisałem jako „Wojna karmi klasę”: nie zwycięstwo lub porażka są istotnymi kategoriami, lecz kontynuacja. Właśnie to Diesen i Mercouris opisują jako podwójne standardy mediów w odniesieniu do wzajemnych ataków na statki cywilne na Morzu Czarnym i Azowskim – celebrowane, gdy jedna strona je popełnia, potępiane, gdy robi to druga.
Sam Mercouris nawiązuje do orwellowskiej paraleli z „Roku 1984”: państwo celebruje okrucieństwa popełniane przez własną stronę i potępia dokładnie ten sam czyn, gdy jest on skierowany przeciwko niej. Nie jest to błąd w wojnie informacyjnej, lecz jej system operacyjny: podział na dobro i zło, ocenianie tego samego czynu według jego źródła, a nie celu, legitymizacja jednej strony i sankcjonowanie drugiej.
Prawdziwe pytanie
Najciekawszy punkt porozumienia między Doctorowem, Diesenem i Mercourisem leży nie w sytuacji na linii frontu, lecz w ich diagnozie, dokąd prowadzi ta niejednoznaczność. Niezależnie od ich oceny zwycięstwa, wszyscy trzej dochodzą do tego samego wniosku: dopóki Zachód będzie definiował pokój jako bezwarunkowe zawieszenie broni na obecnej linii frontu oraz dalsze zaangażowanie w członkostwo w NATO, nie będzie negocjacji godnych tej nazwy. Ci, którzy, podobnie jak Doctorow, uważają, że Rosja stoi w obliczu pyrrusowego zwycięstwa, oczekują ostrzejszej reakcji Rosji, aby odzyskać utraconą siłę odstraszania. Ci, którzy, podobnie jak Mercouris, uważają, że Ukraina jest na skraju upadku, spodziewają się tej samej eskalacji – wywołanej jedynie przez drugą stronę, za pośrednictwem europejskich wojsk lądowych lub stref zakazu lotów po załamaniu się linii frontu. Obie ścieżki prowadzą do tego samego ryzyka.
Prawdziwe pytanie, jakie stawia ta wojna, nie brzmi zatem: „Czy Rosja wygra, czy przegra?”. To niewłaściwa kategoria – dopóki standard, według którego mierzy się wynik, pozostaje nieokreślony, pytanie pozostaje nierozstrzygnięte, a co ważniejsze, celowo utrzymywane w stanie nierozstrzygniętym. Prawdziwe pytanie brzmi: kto ma interes w tym, by pozostawało nierozstrzygnięte?
Nie potrafię znaleźć filmu, całości „ceremonii”. Proszę o znalezienie i przysłanie mi adresu. Jak jednak takie satanistyczne akty „znikają”… md]
Image caption, We’re not sure what this was all about either
From the World Cup to the Olympics, it is not a significant event if you don’t have an unusual opening ceremony to go with it.
This was also the case when the Gotthard base tunnel, the longest and deepest in the world, was inaugurated on Wednesday.
Here are some of the most striking moments from the ceremony – we have tried to explain what is going on as far as possible. It was not always possible.
Warning: This article contains partial nudity
Image caption, The ceremony represented different aspects of Swiss culture – at this point, milk floats drove in a processionImage caption, In the middle of all of this, an actor sat down, looked rather underwhelmed by everything, and ate his lunchImage caption, A topless woman decked as a bird hovered above actors representing the nine construction workers who died during the building of the tunnelImage caption, It is unclear what the German, French and Italian leaders, who were all present, made of the ceremonyImage caption, Parts of the show proved very popular with some of those in the audience, howeverImage caption, Some viewers were left baffled, as, perhaps, were some participantsImage caption, At one point, there were lots of people rolling around in white underwearImage caption, They, too, looked a bit blank about the whole thing – it was put together by German director Volker Hesse, whose most famous work has been done in SwitzerlandImage caption, The ibex, that is native to the Alps, played a prominent part in the ceremonyImage caption, One Twitter user wrote: „We’re opening a tunnel, and here are two people dressed as ibex pretending to have sex”Image caption, More than 600 actors reportedly took part in the ceremony – an experience they are unlikely to forget any time soon
W wyniku potężnego trzęsienia ziemi (o magnitudzie 7,2 i 7,5), które nawiedziło Wenezuelę 24 czerwca, zginęło ponad 4,3 tysiąca osób. Rannych zostało ponad 16,7 tysiąca, a dziesiątki tysięcy ludzi straciły dach nad głową.
=======================================
Sytuację w regionach Wenezueli dotkniętych pod koniec czerwca trzęsieniami ziemi prezes wykonawczy międzynarodowej organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie, (ACN) Regina Lynch określiła jako „apokaliptyczną”. Po zakończeniu wizyty zapewniła o kontynuacji wsparcia dla lokalnego Kościoła, obejmującego zarówno pomoc humanitarną, jak i długofalowe działania odbudowujące.
„Nie spodziewałam się tak ogromnych zniszczeń. Góry gruzu, ciężki sprzęt przedzierający się przez rumowiska i całe osiedla, które nie nadają się już do zamieszkania, robią ogromne wrażenie” – powiedziała Lynch po powrocie z Wenezueli.
Podkreśliła jednocześnie wyjątkowe zaangażowanie miejscowego Kościoła. Jak zaznaczyła, wolontariusze z wielkim poświęceniem współpracują przy organizowaniu pomocy dla poszkodowanych. „To działało jak ul” – relacjonowała po wizycie w kościelnym centrum dystrybucji pomocy humanitarnej.
Przedstawiciele ACN zwracają uwagę, że mieszkańcy potrzebują nie tylko wsparcia materialnego, ale także psychologicznego i duszpasterskiego. W katolickim szpitalu w La Guaira wielu pracowników straciło bliskich i domy, a wśród ofiar katastrofy znalazło się również dwóch lekarzy. Organizacja zapowiedziała objęcie pomocą osób zmagających się z traumą.
Szczególnie poruszające było spotkanie delegacji z 31-letnią Gismely, która przeżyła upadek z dwunastego piętra zawalonego budynku, lecz straciła nogę. Dzięki wsparciu parafialnej wolontariuszki odzyskała nadzieję. „Wiem, że bez nogi nie będzie łatwo, ale moje życie to coś więcej” – powiedziała.
Według oficjalnych danych liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła 5 tys. W jednej z parafii trzęsienie ziemi pochłonęło życie około 80 proc. wiernych. Poważnie uszkodzone zostało także seminarium duchowne w La Guaira. Tamtejszy biskup, Pablo Modesto González Pérez oraz seminarzyści ocaleli, choć budynek doznał znacznych zniszczeń. „Jesteśmy tutaj, aby odbudować ten kraj. Wierzę, że jest to dziś jedno z najważniejszych zadań Kościoła” – podkreślił hierarcha należący do Towarzystwa Salezjańskiego.
Bezpośrednio po katastrofie Pomoc Kościołowi w Potrzebie przeznaczyła 100 tys. euro na pomoc doraźną. Środki wspierają obecnie księży, siostry zakonne i wolontariuszy niosących pomoc humanitarną oraz duszpasterską. ACN przygotowuje również kolejne projekty, obejmujące odbudowę infrastruktury kościelnej i długofalową pomoc osobom dotkniętym skutkami tragedii. „Na szczęście w Wenezueli jest Kościół” – podsumowała Regina Lynch.
Od wybuchu rewolucji na Ukrainie – zwanej przez światowe media Euromajdanem – minęło 7 lat. Pretekstem do wszczęcia masowych protestów i obalenia władzy było niepodpisanie przez prezydenta Wiktora Janukowycza umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. W efekcie – w imię pustych haseł o wolności i demokracji – tępym narzędziem rozszarpano kraj na strzępy. A wszystko dlatego, bo grupa szaleńców z Ukrainy – wsparta przez szaleńców z Zachodu – zapragnęła integracji z unijnym tworem, który de facto gardzi wartościami cywilizacji europejskiej.
Ubolewać przy tym należy, że dokonano tego przy haniebnym udziale znacznej części tzw. „polskich elit”, które bezkrytycznie poparły kijowski przewrót. Dość wspomnieć czynne zaangażowanie wielu polskich polityków i zniekształcające rzeczywistość relacje w polskojęzycznych mediach. Swoje dobre samopoczucie tłumaczyli tym, że należało „wyzwolić” Ukrainę spod dominacji Rosji. Szkoda, że nie liczono się z opinią znacznej części obywateli Ukrainy, którzy nie życzyli sobie radykalnych zmian, pchających ich państwo w szpony… No właśnie, czyje szpony? Przecież Ukraina nie stała się częścią Zachodu i śmiem twierdzić, że nigdy to nie nastąpi. Niebezpieczna zabawa w narzucanie innym jak mają żyć, skończyła się tym, że kraj został zdewastowany i podzielony, zginęło wiele niewinnych osób, oderwał się Donbas, a Krym przyłączono do Federacji Rosyjskiej. Co znamienne, po Majdanie Ukraińcom wcale nie żyje się lepiej – wielu z nich wyjechało za pracą i lepszym życiem do Polski i… Rosji.
Należy przy tym zauważyć, że jakiekolwiek głosy rozsądku płynące z Polski – a było ich też całkiem sporo – natychmiast spotykały się z oskarżeniami o powielanie „propagandy Kremla”. Z tego właśnie klucza – tj. pomówieniami o bycie „ruską agenturą” – na Ukrainie rozpoczęto walkę z własnymi obywatelami, którzy nie poparli Majdanu i głośno o tym powiedzieli. Obrzucanie prymitywnymi epitetami (bo brakuje racjonalnych argumentów) w walce politycznej specjalnie już mnie nie dziwi – co najwyżej wzbudza zażenowanie, że tak nisko upadła debata publiczna. Problem w tym, że u naszego wschodniego sąsiada takimi właśnie epitetami przykrywa się najokrutniejsze zbrodnie nowego ukraińskiego reżimu. Tragicznym tego przykładem jest masowe morderstwo dokonane w Odessie na kilkudziesięciu obywatelach Ukrainy – przeciwnikach „nowego porządku”. Ponieśli oni śmierć tylko dlatego, że mieli inne poglądy od władzy. Oto jakimi metodami Ukraina pcha się na europejskie salony.
Zaplanowana akcja
Masakry na niewinnej ludności Odessy dokonano 2 maja 2014 roku. Kilka lat później dotarłam do naocznych świadków tych wydarzeń: Aleksandra Naumowa i Olega Muzyki,szefa przymorskiego oddziału partii «Ojczyzna». Z ich wstrząsających relacji wynika, że tragicznego dnia przygotowano w Odessie zasadzkę na obywateli Ukrainy, którzy nie akceptowali zamachu stanu w tym kraju. Wszystko wskazuje na to, że podstępna intryga miała konkretny cel: zabicie wielu ludzi, zastraszenie pozostałych i zatuszowanie zbrodni. Moi rozmówcy zgodzili się podzielić swoimi przemyśleniami z Czytelnikami „Myśli Polskiej”. Wcześniej jednak zacytuję wywiady jakich udzielili w ubiegłych latach.
Oleg Muzyka tragicznego dnia znalazł się w środku budynku Domu Związków Zawodowych w Odessie, który został celowo podpalony. Był pewien, że zginie – zdążył już nawet pożegnać się rodziną przez telefon. Opatrzność miała inne plany. Muzyka ocalał i kilkanaście dni później udzielił wywiadu portalowi timer-odessa.net [„Таймер”]. Na pytanie dziennikarki czy jego zdaniem pożar to była zaplanowana akcja czy przypadek, Muzyka odpowiedział: «Sądząc po tym, że policja i strażacy nie reagowali na to, co się działo, można przypuszczać, że ofiary były potrzebne. W końcu ktoś wydał rozkaz strażakom, aby nie gasili budynku, a policji, by nie przeszkadzali. Jestem przekonany, że 2 maja już rano wielu policjantów i SBU wiedziało, że coś się wydarzy.» Na poparcie tej tezy Muzyka podał szereg przykładów, w tym wyłączenie kamery monitorującej teren czy pojawienie się funkcjonariuszy Ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa na kilka godzin przed masakrą. Mówił też o tym, że do miasta ściągnięto wcześniej oddziały „Samoobrony Majdanu” i „Prawego Sektora”.
Aleksander Naumow w płomieniach Domu Związków Zawodowych stracił przyjaciela. Sam uniknął zasadzki z pożarem, ponieważ został na pobliskim placu, by towarzyszyć znajomym, którzy zostali poważnie ranni w wyniku zamieszek. A jak do zamieszek doszło? Tego dnia w Odessie miał się odbyć mecz piłki nożnej, poprzedzony proukraińskim pochodem kibiców Czornomorcia Odessa i Metalista Charków. Przy tej okazji do miasta ściągnęły tłumy tzw. ultrasów i bojówkarzy batalionu Ajdar. Świadkowie przyznają, że właśnie te grupy wszczęły tragiczne w skutkach prowokacje. Co znamienne, w wywiadzie dla czeskiego dziennika „Haló noviny” [udzielonym w trzecią rocznicę masakry], Naumow powiedział: «Tego dnia wszyscy dowódcy policji byli na specjalnym zebraniu. Byli dosłownie zamknięci w jednej sali, musieli wyłączyć telefony komórkowe. To było zamierzone. Jeśli tego dnia miał się odbyć taki problematyczny mecz sportowy, a dowódcy policji są odcięci od informacji, to jest dziwne…»
Z relacji Aleksandra Naumowa przekazanej czeskiej gazecie, geneza wydarzeń wyglądała następująco. Znaczna część ukraińskiego społeczeństwa nie akceptowała zasad Majdanu, które ich zdaniem doprowadziły do rozkładu państwa. W związku z tym proponowali swoim przeciwnikom powołanie federacji. By wyrazić swoje niezadowolenie wobec nowej sytuacji, odescy przeciwnicy zamachu stanu przez kilka miesięcy spotykali się na placu Kulikowe Pole w Odessie, gdzie zorganizowali miasteczko namiotowe. Spotkania gromadziły wiele osób. Najwięcej demonstrantów docierało w weekendy. W marcu pojawiało się nawet kilkanaście tysięcy osób. Naumow zapewniał, że protesty były pokojowe, więc nie było powodów do użycia siły wobec przeciwników władzy.
2 maja 2014 r. Antymajdanowcy z Odessy i okolicznych miejscowości tradycyjnie zaczęli gromadzić się na Kulikowym Polu. Ok. godz. 11:00 w pobliżu miasteczka namiotowego zaczęli pojawiać się bojówkarze batalionu Ajdar wyposażani w narzędzia świadczące o gotowości do akcji z użyciem siły. Wyczuwając, że coś się szykuje, na miejscu pojawiła się ochrona z organizacji strzegącej bezpieczeństwa miasteczka namiotowego. Chwilę po tym, pojawili się ultrasi, którzy zaczęli rzucać kamieniami w mężczyzn ochraniających miasteczko namiotowe, wywabiając ich w kierunku Placu Greckiego. Plac ten otoczony jest kamienicami i wąskimi ulicami, przez co biegnących za ultrasami Antymajdanowców z łatwością otoczyła i ogrodziła policja. Doszło do zamieszek. W międzyczasie ultrasi zaczęli strzelać i rzucać kostką brukową w ludzi zgromadzonych na Kulikowym Polu. Pojawili się pierwsi zabici i ranni. Nagle jeden z ultrasów przeszedł jakby na stronę Antymajdanowców, a następnie oddał z ich otoczenia strzał w kierunku ludzi stojących po przeciwnej stronie, zabijając przy tym jednego z ultrasów. Zdaniem Naumowa była to celowa prowokacja mająca na celu wywołanie wielkiego konfliktu. Mówiąc o ultrasach, zaakcentował, że na Ukrainie takie określenie dotyczy nie tylko kibiców – ultrasi, to także opłacani najemnicy, którzy robią to, czego „ktoś” od nich chce.
Tymczasem w wyniku starć na Placu Greckim zginęło już ok. 5 osób, z czego w większości Antymajdanowcy. Z kolei pokojowi demonstranci z miasteczka namiotowego zostali otoczeni przez ultrasów i bojówkarzy z Ajdaru, a następnie rozproszeni – część z nich zepchnięto na plac Przemienia Pańskiego, część została na placu Kulikowe Pole, w tym wiele kobiet. W obliczu niebezpiecznej sytuacji spowodowanej zamieszkami, wystraszeni ludzie uciekli do Domu Związków Zawodowych, by się w nim schronić. Wtedy podpalono namioty i budynek. Ultrasi otoczyli płonący dom związkowców i nikogo nie wypuszczali. Żadnej karetki, żadnych strażaków, żadnej policji – relacjonował Naumow, który został na Kulikowym Polu z ciężko rannymi przyjaciółmi, gdyż bali się oni udać do placówki medycznej w obawie przed zatrzymaniem.
Na YouTube znalazłam materiał filmowy, który potwierdza relacje cytowanych przeze mnie świadków. Zachęcam Czytelników „Myśli Polskiej” do weryfikacji na kanale «Вся Одесса на Odessa1.com». Nagranie opublikowano 4 maja 2014 roku pod tytułem: «2 мая в Одессе (материалы для следствия)». Na filmie widać przerażająco agresywny tłum ukraińskich nacjonalistów (kibiców, ultrasów, bojówkarzy) wznoszących okrzyki „Sława Ukrajini! Herojam sława!” [organizacyjne przywitanie członków OUN i UPA w czasach II wojny światowej]; rozwalają oni kilofami i młotami kostkę brukową (wyłupane kawałki kamieni służyły następnie do rzucania w ludzi i wszczynania prowokacji), a stojący obok kordon policji nie reaguje na bandyckie zachowania prowokatorów. Na nagraniu widać też licznie przybyłych bojówkarzy ubranych w odzież militarną, z hełmami na głowie. Ponadto widać podpalenie miasteczka namiotowego, rzucanie koktajlami Mołotowa z dachu Domu Związków Zawodowych i uwięzionych w budynku przeciwników Majdanu, w tym nastoletnie dzieci. [LINK: https://www.youtube.com/watch?v=Cq1OhkuLzeA].
Zbiorowa egzekucja
Oleg Muzyka opowiedział w wywiadzie dla „Tajmera” jak wszedł do Domu Związków Zawodowych za ludźmi, którzy poszli tam się schronić. Następnie budynek został otoczony, obrzucony koktajlami Mołotowa i podpalony. Dodatkowo ktoś w środku puszczał specyficzną substancję dymną. Zdaniem Muzyki nie był to dym z ognia, gdyż miał zabarwienie zielonkawożółte z brązowym odcieniem i nie unosił się do góry lecz opadał tworząc wokół ludzi duszącą zasłonę i zaślepiając ich. Z relacji Muzyki wynika, że w budynku byli prowokatorzy, słychać było ich klaskanie, po czym szybko znikali za osłoną dymną. Późniejsze relacje z miejsca zrządzenia potwierdziły przerażający fakt, że ludzie ginęli nie tylko w płomieniach, ale byli też mordowani bezpośrednio.
Muzyka wraz z kilkoma ludźmi wszedł się schronić do jednego z biur. Kiedy dym zaczął opadać na parapet wychylili się do okna. Wtedy zaczęto z zewnątrz obrzucać ich kamieniami. Będący z nimi staruszek oberwał w głowę, pojawiło się dużo krwi. W całym budynku było słychać huki i krzyki. Oleg Muzyka zrozumiał, że śmierć jest blisko – zadzwonił do żony i dziecka, by się z nimi pożegnać.
Zwolennicy Majdanu twierdzili później, że pomagali ludziom wydostać się z płonącego budynku – mieli rzekomo umieścić pod oknami opony dla tych, którzy wyskoczyli. Muzyka w rozmowie z „Tajmerem” powiedział, że to kłamstwo. Co więcej, z jego relacji wynika, że zwolennicy Majdanu przygotowali płonące stosy – dym z tych ognisk unosił się wzdłuż zewnętrznej ściany budynku i nie pozwalał oddychać nawet tym, którzy wystawiali głowy przez okno. Do ludzi uwięzionych w budynku zaczęło docierać, że są tylko dwie możliwości: albo przeżyją więcej minut w tym dymie na górze, albo natychmiast zabiją ich na dole.
2424669 02.05.2014 Массовые беспорядки у здания Дома профсоюзов в Одессе. Максим Войтенко/Агентство „Одесса-медиа”
Na YouTube znalazłam kolejne dowody potwierdzające relacje cytowanych świadków, tym razem na kanale «Dima kotov». Nagranie zatytułowane «Одесса 2мая ПОЖАР, ДОМ ПРОФСОЮЗОВ» [opublikowane 24 maja 2014 r.], znowu ukazuje agresywnych zwolenników Majdanu wykrzykujących banderowskie pozdrowienie: „Sława Ukrajini! Herojam sława!”. Na materialne filmowym widać m.in. płonące stosy rozpalone pod okami domu związkowców czy szturmujących wnętrze budynku ukraińskich nacjonalistów. Agresorzy wyposażeni w kije do bicia i dewastacji wybijali szyby, rozpalali ogień, wyważali drzwi do pomieszczeń, w których ukryli się przeciwnicy Majdanu. Ujęcia kręcone z zewnątrz pokazują na rannych (i martwych?) leżących pod oknami budynku, zaś w oknach widać uwięzionych ludzi, w tym przerażone kobiety. Czuję się w obowiązku ostrzec, że dalsza część nagrania jest szczególnie drastyczna – widać pełno trupów, w tym zwęglone zwłoki. [LINK: https://www.youtube.com/watch?v=7PqztnhCg98].
Oleg Muzyka powiedział w wywiadzie dla odeskiego portalu, iż ma informacje, że polecono strażakom nie reagować. Zaznaczył, że oczywiście nikt nie potwierdzi tego oficjalnie. Po czym dodał, że jego znajomi i krewni dzwonili zarówno do strażaków, jak i na policję, ale po prostu nie odbierali telefonu. Ponadto, rozmówca „Tajmera” przyznał, że widział tego dnia wysokich rangą funkcjonariuszy policji, którzy nic nie zrobili, gdy na ich oczach zabijano ludzi.
Czarę goryczy przelała postawa władz i mediów. Muzyka podał przykład deputowanego rady regionalnej Aleksieja Gonczarenko, który był na miejscu i wszystko widział. Na jego oczach zabijano ludzi, lecz przedstawiciel władzy nie stanął przed brutalnym tłumem i nie wezwał do powstrzymania morderstwa. Zamiast tego poinformował na żywo w telewizyjnym talk-show Sawika Szustera, że Kulikowe Pole zostało oczyszczone z separatystów, za co zebrał oklaski w studiu.
Aleksander Naumow w rozmowie z czeską gazetą przyznał, że na Ukrainie panuje bardzo silna presja propagandowa i strach. Dlatego ludzie boją się mówić o tragedii w Odessie i przeciwstawić władzy. Tymczasem pożar domu związkowców został przedstawiony w mediach jednoznacznie: «w płomieniach zginęli separatyści». Podpalenie Domu Związków Zawodowych było transmitowane na żywo w trzech ukraińskich stacjach telewizyjnych, które kierowały kamerę na zwłoki ludzi! Medialny komentarz brzmiał: «Dom związkowców sam się podpalił, zabijając rosyjskich separatystów i rosyjskich najemników.» W wywiadzie dla „Haló noviny” Naumow powiedział, że w tym kłamstwie pomagał fakt, że jedna z ofiar miała rosyjskie obywatelstwo, a jedna mołdawskie. Tymczasem wszyscy inni byli obywatelami Ukrainy, odessyjczykami!
Oleg Muzyka wydostał się z Domu Związków Zawodowych w kordonie policji. Wraz z innymi ocalałymi trafił na komisariat. Na miejscu zobaczył kolejnych kilkudziesięciu zatrzymanych, w większości poważnie rannych, z czego jeden z mężczyzn miał wybite wszystkie przednie zęby. Muzyka zaczął wyjaśniać ludziom ich prawa, po czym został wezwany do gabinetu przez zastępcę szefa miejskiej policji. W środku czekali funkcjonariusze Ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa [SBU]. Rozpoczęło się przesłuchanie, w trakcie którego jeden z funkcjonariuszy – przeklinając i krzycząc – zarzucił szefowi przymorskiej «Ojczyzny», że „uwielbiał dostawać rosyjskie pieniądze”. Muzyka odpowiedział, że powinni znaleźć przynajmniej jedną osobę, która potwierdzi, że brał lub rozdawał pieniądze. Podczas przesłuchania zrozumiał, że chcą z nich zrobić kozły ofiarne.
Aleksander Naumow stracił w pożarze przyjaciela. Niedługo po tragedii wszedł do Domu Związków Zawodowych kilka razy – 4, 5 i 6 maja. Zobaczył, że ściany wewnątrz budynku były skropione krwią. To potwierdza, że strzelano do ludzi, którzy otwierali okna, by zaczerpnąć świeżego powietrza, gdy rozprzestrzeniał się duszący dym. Na miejscu były też poplamione krwią młoty z resztkami ludzkich włosów.
Oficjalna liczba ofiar masakry w Odessie to 48 zabitych, 248 osób odniosło rany. Jako że mam pięcioletni zakaz wjazdu na Ukrainę, nie mogłam pojechać do Odessy, by zapytać miejscowych urzędników i przedstawicieli służb mundurowych o ich wersję wydarzeń. Wysłałam więc oficjalnie pismo do Ambasady Ukrainy w Warszawie, z prośbą o udzielenie odpowiedzi na kilka pytań: Jakie jest oficjalne stanowisko władz Ukrainy nt. wydarzeń w Odessie z dnia 2 maja 2014 roku? Czy to prawda, że policja celowo nie reagowała na prowokacje ultrasów i członków batalionu Ajdar? Czy to prawda, że policja nie reagowała, gdy zaczęto zabijać przeciwników władzy? Jakie obywatelstwo mieli ludzie, którzy tego dnia zginęli w Domu Związków Zawodowych? Czy to prawda, że rodziny ofiar były zastraszane? Czy rodziny ofiar otrzymały jakiekolwiek wsparcie od ukraińskich władz? Czy winni prowokacji i zabójstw zostali schwytani i postawieni przed sądem? Na żadne z tych pytań nie otrzymałam odpowiedzi.
Wołanie o pomstę do Nieba
Do świadków, których relacje wyżej zacytowałam, dotarłam kilka lat po masakrze w Odessie. Zgodzili się wypowiedzieć dla „Myśli Polskiej”. Poniżej przedstawiam ich odpowiedzi na moje pytania.
AP: Czy światowa społeczność zareagowała na tragedię w Odessie, do której doszło 2 maja 2014 roku? Oleg Muzyka: «Światową społeczność należy podzielić na dwie grupy. Cały świat jest podzielony na dwie grupy. Nie wierzę w trzecią grupę, która wyznaje neutralność wobec sytuacji kontrowersyjnych i konfliktowych. Stało się to również po wydarzeniach w Odessie 2 maja 2014 r., kiedy to w budynku Domu Związków Zawodowych zginęło kilkudziesięciu obywateli Ukrainy, mieszkańców Odessy. Celowo wskazuję na śmierć dziesiątek, nie podając żadnych liczb, ponieważ oficjalna liczba deklarowana przez ówczesne władze kryminalne została celowo zaniżona. Wróćmy do światowej społeczności. Wspierała nas część światowej społeczności. Byli wśród nich zwykli obywatele, osoby publiczne, niewielka część dziennikarzy i bardzo mała część polityków. W pierwszych miesiącach po tragedii w Parlamencie Europejskim zorganizowano przesłuchania, na które przybyli krewni ofiar i uczestnicy wydarzeń. Mieliśmy nadzieję, że tragedia przyciągnie uwagę w szeregach eurodeputowanych. Jakie było zaskoczenie, gdy okazało się, że na sali pojawiło się zaledwie 10 posłów PE, z siedmiuset. O przesłuchaniach nawet nie wspomnę, bo rozczarowało mnie i moich kolegów. Tylko ja odwiedziłem 15 krajów Unii Europejskiej z misją „PAMIĘTAJ ODESSA”, a moi towarzysze również organizowali podobne spotkania ze wspólnotą europejską. I rezultat był taki, że powtarzały się te same twarze na spotkaniach.»
Aleksander Naumow: «Termin „społeczność światowa” w twojej interpretacji oznacza prawdopodobnie społeczeństwo zjednoczone wspólnymi wartościami (na przykład: prawo do wolności słowa, prawo do życia, prawo do prawa jako podstawa sprawiedliwości). Reakcja na wydarzenia, które miały miejsce 2 maja 2014 roku w Odessie, przekonała mnie osobiście, że społeczeństwo jest podzielone na tych, którzy dla osiągnięcia swoich celów są gotowi usprawiedliwić wszelkie okrucieństwa – jak spalenie ludzi, mordowanie rannych i ocalałych – oraz tych, którzy są krytyczni nie tylko dla swoich przeciwników, ale przede wszystkim dla ich działań. Ci drudzy nadal wierzą w możliwość zachowania odchodzącego ładu świata i jego wartości. Mija 7 lat od masakry mieszkańców Odessy dokonanej przez ukraińskich nacjonalistów. W tym czasie wiele materiałów i dowodów zostało opublikowanych na całym świecie przez tych, którzy wierzą w znaczenie przestrzegania podstawowych wartości ludzkich. Nie nabrały one jednak uprawnionej mocy ani w umysłach większości społeczeństwa, ani w orzecznictwie sądowym. „Społeczność światowa” nie zaakceptowała tych faktów jako zagrożenia dla umowy społecznej między ludźmi o różnych punktach widzenia. Umowy opartej na traktacie, którego podstawą jest prawo (a tymczasem państwo ma wyłączne prawo do przemocy); traktacie, który chroni świat przed chaosem; traktacie, który jest podstawą rozwoju ludzkości. Aby utrzymać się przy władzy, przedstawiciele zdeklarowanej większości, czyli tzw. „światowej społeczności”, próbują zniwelować swoją odpowiedzialność za popełnione zbrodnie, uderzając w fundamenty, na których opiera się ich władza – wiarę większości społeczeństwa w sprawiedliwość prawa. Jeśli spojrzymy wstecz oraz przyjrzymy się temu, co się dzisiaj dzieje, zobaczymy, że dokonali już ogromnego postępu w tym procesie. Coraz więcej ludzi zaczyna zdawać sobie sprawę, że poprzednie porozumienia powstrzymujące świat przed wojną wszystkich przeciwko wszystkim nie są już prawomocne.»
AP: Jak ocenia Pan zagraniczne przekazy medialne dotyczące tych tragicznych wydarzeń w Odessie? Czy dziennikarze z zagranicy rzetelnie przedstawili to co się wydarzyło 2 maja 2014 roku? Oleg Muzyka: «Jak już powiedziałem, społeczność światowa została podzielona na dwa obozy. Granicę tę wytyczono między społeczeństwem, politykami i dziennikarzami. I tych, którzy byli gotowi do relacjonowania wspomnianych wydarzeń – nie chcę powiedzieć, że prawdziwych, bo każda grupa ma swoją prawdę – ale przeciwnych do wersji struktur państwowych, to nie było ich tak wiele. Jednak ci, którzy byli gotowi napisać o tragedii w Odessie, dostali przekaz od agencji rządowych, znajdowali się pod presją różnych grup nacjonalistycznych (w krajach, w których mieszka dziennikarz), z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ukrainy dziennikarze zostali włączeni do listy strony „Peacemaker” (Ukraina / SBU). Przykład: Paul Moreira, francuski reżyser filmu „Ukraina”, był prześladowany przez ambasadę Ukrainy we Francji, a następnie miał proces sądowy z tłumaczem. Niemieccy dziennikarze Saadi Isakov i Ulrich Heiden zostali deportowani z Ukrainy w 2016 roku za publikację artykułów o tragedii w Odessie. Do listy deportowanych dodano dziennikarzy z Polski, Hiszpanii i Holandii. Tymczasem przeciwny obóz dziennikarzy miał pełne poparcie europejskich struktur państwowych, pisali i piszą wszystko, co jest korzystne dla tych, którzy zorganizowali zbrojne przejęcie władzy na Ukrainie. Nigdy nie przestanę mieć urazy do podwójnych standardów polityki europejskiej i amerykańskiej. Potwierdzają to dzisiejsze wydarzenia. Spójrzmy, jak światowe media relacjonują wydarzenia, które mają miejsce dziś w Rosji wokół osoby A. Nawalnego, jak chronieni są zatrzymani, jakie jest to zamieszanie. I jak zignorowali tragedię, która wydarzyła się w Odessie 2 maja 2014 roku. Przeciwnicy zamachu stanu czy etykietka „separatyści” i to wystarczyło, aby usprawiedliwić mord na cywilach w 2014 roku i kontynuować zabijanie przez 7 lat.»
Aleksander Naumow: «Uważam, że niezależni dziennikarze zachodnich mediów zrobili wszystko, co w ich mocy, aby przekazać swoim odbiorcom cały horror egzekucji mieszkańców Odessy. Szkoda, że ich głosy utonęły w oceanie kłamstw propagandzistów, którzy w obawie przed utratą kapitału społecznego wciąż podżegają do nienawiści i swoimi działaniami przyczyniają się do wzrostu liczby ofiar wojny domowej na Ukrainie. Najprawdopodobniej nie zdają sobie z tego sprawy, ale mają na rękach krew kobiet i starców z Odessy.»
AP: Czy winni masakry w Odessie stanęli przed sądem? Oleg Muzyka: «Dla każdej z grup zidentyfikowano własnych sprawców tej tragedii. Dlatego odpowiem w ten sposób, że na ławie oskarżonych byli tylko przedstawiciele „Antymajdanu” – ci, którzy wypowiadali się przeciwko zamachowi stanu, dojściu do władzy ukraińskich nacjonalistów i ich zwolenników. Nawet wszystkie zebrane przez nas dowody, które wyraźnie wskazują na udział zwolenników „Euromajdanu” w zabijaniu ludności cywilnej, nie zostały przyjęte do rozpatrzenia przez prokuraturę ukraińską, MSW i SBU. Wręcz przeciwnie, przedstawiciele „Euromajdanu” zostali uznani za obrońców integralności Ukrainy i zwolnieni z odpowiedzialności.»
Aleksander Naumow: «Sprawcy nie zostali postawieni przed sądem. Aby tak się stało, Ukraina musiałby mieć wysoki poziom podmiotowości. Tymczasem współczesna Ukraina to kolonia, w której nikt nie odważy się samodzielnie podejmować decyzji. Mieszkańcy kolonii są zależni od woli kolonialistów i celowości politycznej chwili. Dotyczy to wszystkich szczebli władzy na Ukrainie – od sędziów po prezydenta. Trudno mi sobie wyobrazić okoliczności, w których kolonialiści pociągają do odpowiedzialności swoich sług, stawiając ich przed wymiarem sprawiedliwości za zbrodnie przeciwko geopolitycznym wrogom.»
AP: Czy rodziny ofiar otrzymały jakiekolwiek wsparcie / rekompensatę od państwa ukraińskiego? Oleg Muzyka: «Nie słyszałem o jakiejkolwiek pomocy ze strony władz ukraińskich dla rodzin ofiar. Wsparcie pochodziło od osób prywatnych, ruchów społecznych. Ale obelgi i upokorzenia ze strony ukraińskich nacjonalistów, przedstawicieli Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Prokuratury i Służby Bezpieczeństwa Ukrainy trwają do dziś.»
Aleksander Naumow: «Nie wiem na pewno, ale czytałem w gazetach, że zaraz po zabójstwach krewnym ofiar zaoferowano pieniądze. Nie wiem dokładnie ile i na jakich warunkach, ale wtedy krewni odmówili przyjęcia tych pieniędzy.»
W trakcie pisania tekstu o tragicznych wydarzeniach w Odessie przypomniałam sobie pewną sytuację. Kilka lat temu poznałam w Gliwicach młodego Ukraińca. Podczas luźnej rozmowy zapytałam dlaczego przyjechał do Polski. Odpowiedział, że wyjechał z Ukrainy, bo chcieli go wziąć do wojska. Po czym wyjaśnił, że nie mógł pójść w kamasze, gdyż jego matka jest Rosjanką, a on nie chciał zabijać swoich braci. Wspomniałam o tym dlatego, bo tak naprawdę chcę zakończyć mój artykuł jednym prostym pytaniem. Czy politycy i dziennikarze z Polski, którzy poparli kijowski przewrót, pomyśleli choć przez chwilę – jaki dramat twórcy Majdanu zafundowali mieszkańcom Ukrainy?
Agnieszka Piwar
Pierwodruk w tygodniku „Myśl Polska”, nr 11-12 (14-21.03.2021)
Pamiętacie Euro 2012, które Polska organizowała razem z Ukrainą? Choć wyczyny naszej reprezentacji nie należały do popisowych, mnie utkwiło pewne wydarzenie, któremu przyglądałam się z bliska. Chodzi o mordobicie na ulicach Warszawy, poprzedzające mecz Polska-Rosja na Stadionie Narodowym, wokół którego służby wszelakie rozegrały sobie ćwiczenia (?).
Tak się jakoś złożyło, że termin meczu przypadł na 12 czerwca, kiedy Rosjanie obchodzą Święto Rosji. W związku z tą datą kibice rosyjskiej reprezentacji zwrócili się do prezydent Warszawy z prośbą o pozwolenie na uroczysty przemarsz ulicami polskiej stolicy. Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała zgodę na pochód Rosjan, co uruchomiło spiralę wydarzeń.
Na polskojęzycznych forach rozpętała się istna burza. Ktoś puścił famę, że Rosjanie szykują prowokację. Pamiętam między innymi takie przekazy, że straszono, iż rosyjscy kibice będą maszerować z portretem Stalina i flagą Związku Sowieckiego. W nakręcanie emocji włączyli się dziennikarze, politycy i wszelkiej maści „eksperci”, wskutek czego wybuchła ogólnopolska histeria.
NA WŁASNE OCZY
Jako że mieszkałam wówczas w Warszawie, nie mogłam przegapić takiej okazji, by zobaczyć to bezpośrednio, zamiast z przekazów medialnych. Wraz z przyjaciółką dotarłam w okolice ronda de Gaulle’a, skąd miał rozpocząć się pochód Rosjan w kierunku Stadionu Narodowego. Nie widziałam portretu Stalina ani sowieckiej symboliki. Zamiast tego zobaczyłam rozjuszony tłum, polskojęzycznych prowokatorów oraz świetnie przygotowanych do akcji policjantów i tajniaków.
Wyglądało to na celowo przygotowaną prowokację: najpierw wydano zgodę na przemarsz Rosjan, a następnie rozpętano przeciwko nim medialną nagonkę. Ta z kolei zmobilizowała chuliganów z całej Polski, którzy przyjechali do Warszawy, by spuścić lanie rosyjskim „prowokatorom”. Z w miarę bliskiej, choć bezpiecznej odległości – nie pchałam się pod lecące kamienie ani pod czyjeś pięści – można było naprawdę wiele dostrzec.
Dla przykładu widziałam, jak w stronę kilkuosobowej grupy spokojnie idących Rosjan i Rosjanek jakiś krewki Polak rzucił okrzyk: „ruskie kurwy”. W odpowiedzi na zaczepkę jeden z Rosjan nie wytrzymał i ruszył z impetem w stronę obrażającego ich Polaka. Nie zdążyli nawet porządnie się pobić, gdyż z tłumu kibiców nagle wyłonili się tajniacy, którzy zgarnęli ich obu do natychmiast podstawionego auta.
Generalnie na trasie pochodu dochodziło do licznych agresywnych zachowań i prowokacji. W stronę parady rzucano butelki i petardy, a w okolicach stadionu i stacji Warszawa Powiśle wybuchły regularne walki uliczne z pseudokibicami.
Do zabezpieczenia wydarzenia skierowano znaczne siły prewencji, które użyły gazu łzawiącego, armatek wodnych i gładkolufowej broni.
W międzyczasie, podczas trwających zamieszek, widziałam, jak z Dworca Centralnego Alejami Jerozolimskimi nadciągały kolejne grupy kibiców, z czego większość zapewne chciała po prostu zobaczyć mecz. Doskonale przygotowani policjanci – było ich zatrzęsienie – tworzyli między nimi zwarte kordony, co pozwalało kontrolować napływające tłumy.
Pomyślałam wówczas, że właśnie tak organizuje się praktyczne szkolenie dla służb mundurowych. Ćwiczenia przy okazji dorocznego Marszu Niepodległości to przy tym pikuś.
PRÓBA GENERALNA?
Według oficjalnych danych, w starciach poprzedzających mecz Polska–Rosja rannych zostało kilkanaście osób, w tym policjanci. Funkcjonariusze zatrzymali ponad 180 uczestników zamieszek po obu stronach konfliktu.
Zagraniczne media uznały wydarzenia za brutalny, lecz odizolowany incydent wywołany przez pseudokibiców, jednocześnie chwaląc polskie służby za profesjonalizm, zdecydowaną interwencję i skuteczne zapewnienie bezpieczeństwa podczas całego turnieju Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej 2012.
Moim zdaniem wszystko było specjalnie przygotowaną prowokacją, mającą na celu rozjuszyć emocjonalnych Słowian po obu stronach. Podczas tamtej akcji przetestowano między innymi, jakimi metodami najłatwiej napuścić jednych na drugich. W tym przypadku straszenie komunistyczną symboliką zadziałało jak płachta na byka.
Od jakiegoś czasu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że podobną prowokację – tylko na o wiele szerszą skalę i stanowiącą śmiertelne zagrożenie dla narodu polskiego – rozpisano z użyciem Ukraińców.Jest znacznie poważniej i nie chodzi już jedynie o ćwiczenia, choć modus operandi pozostał ten sam.
Wtedy osoba na decyzyjnym stanowisku wydała zgodę na przemarsz kilku tysięcy Rosjan, a następnie rozkręcono machinę mającą na celu napuścić krewkich Polaków przeciwko rosyjskim kibicom (straszenie komunizmem, etc.), co doprowadziło do ulicznej nawalanki.
Dziesięć lat później osoba na decyzyjnym stanowisku – konkretnie ówczesny premier Mateusz Morawiecki – wydał zgodę na wpuszczenie do Polski milionów Ukraińców i obdarowanie ich wszelkimi przywilejami. Po jakimś czasie rozkręcono w Polsce potężną antyukraińską nagonkę, mając bombę – w postaci Ukraińców – na pokładzie.
Co znamienne, w antyukraińską narrację – w tym straszenie banderyzmem, etc. – z całą mocą włączył się w ostatnich tygodniach ten sam Morawiecki i jego środowisko polityczne. Przypominam, że to za rządów PiS Polska należała do największych darczyńców Ukrainy, wysyłając tam między innymi polskie uzbrojenie (doprowadzając tym samym do rozbrojenia Polski) oraz grubą kasę wydartą z kieszeni polskich podatników.
ZBIOROWA PSYCHOZA
Kiedy przeglądam media społecznościowe, przecieram oczy ze zdumienia, widząc, jak Polacy dają się podpuszczać przez scenarzystów teatru, w którym spisano nasz naród na straty. Nie dostrzegam racjonalnych głosów po żadnej ze stron sceny politycznej ani wśród publicystów czy dziennikarzy – nawet tych uchodzących za niezależnych lub antysystemowych.
Zresztą nie widziałam ich także wtedy, gdy odpalono Euromajdan, ani tym bardziej przy okazji wojny na Ukrainie. Nie przypominam sobie apeli płynących z Polski, wzywających do podjęcia rozmów pokojowych i zaprzestania przelewu słowiańskiej krwi za naszą wschodnią granicą. Zdaję sobie sprawę z tego, że Polska niewiele może wskórać, ale taki gest zostałby przynajmniej odnotowany jako coś pozytywnego.
Zamiast tego w kraju nad Wisłą przedstawiciele głównego nurtu zagrzewali Ukraińców do walki z Rosjanami (i dostarczali im broń). Z kolei tzw. antysystem rzucał komentarze sugerujące, iż „dobrze tak Ukrom, że Ruscy ich dojechali”, gdyż w mniemaniu wielu każdy Ukrainiec to banderowiec. W ten sposób obozy polaryzujące Polaków nakręciły totalną fiksację.
Modelowym przykładem tego szaleństwa jest niedawna afera, która rozgorzała po incydencie w autobusie w Bielsku-Białej. Do internetu trafiło niespełna minutowe nagranie wykonane przez 11-letnią Ukrainkę, na którym słychać wulgarne i agresywne wyzwiska kierowane przez 54-letniego Polaka pod adresem młodocianych Ukrainek. Reakcje w polskojęzycznej przestrzeni publicznej pokazały skalę emocji i absurdalnego amoku, w jakim znalazła się Polska.
Politycy głównego nurtu – głównie ekipa z koalicji obecnie rządzących – i usłużni im publicyści zlinczowali Polaka, który obrażał młode Ukrainki.
Problem w tym, że to samo środowisko nie robiło afery, gdy w Polsce dochodziło do agresji ze strony Ukraińców. Nie przypominam sobie ich stanowczej reakcji choćby wtedy, gdy rok wcześniej w Krakowie 37-letni obywatel Ukrainy kopnął w twarz 11-letniego polskiego chłopca, co doprowadziło do utraty przytomności dziecka i konieczności przewiezienia go do szpitala.
Tzw. antysystem – występujący często jako „polscy patrioci” i „prawdziwi prawicowcy”, etc. – wypada równie nieciekawie. W mediach społecznościowych wykreowali narrację, jakoby w autobusie doszło do banderowskiej prowokacji, a wszystko było doskonale przygotowaną ustawką, której ofiarą padł niewinny Polak.
Zwieńczeniem tego stały się masowo powielane w mediach społecznościowych zdjęcia 11-letniej Ukrainki z bielskiego autobusu, przerobione przy użyciu AI. Na jednym z nich przyklejono jej szyderczy uśmiech, na innym odziano w ubranie w barwach OUN-UPA, a do rąk włożono kosę i siekierę – narzędzia, którymi mordowano Polaków na Wołyniu.
Obserwując to wszystko – powyżej przytoczyłam zaledwie promil przykładów – utwierdziłam się w przekonaniu, że w Polsce nie ma poważnego środowiska, na którym można byłoby polegać. Po prostu nie ma komu ratować tego kraju. Nikt nie próbuje kierować się zdrowym rozsądkiem. Zamiast tego z każdej strony widać nakręcanie emocji i granie nimi na całego, co nie rozwiązuje problemu z Ukraińcami, a jedynie go wzmacnia.
ROZGRYWANIE GOJÓW
Na YouTube znajduje się fragment nagrania rosyjskiej telewizji państwowej Rossija 1, która transmitowała huczną imprezę noworoczną, podczas której Rosjanie witali 2013 rok. W rozrywkowym programie na scenie popisywał się Wołodymyr Zełenski (zanim został prezydentem Ukrainy, był aktorem-komikiem), którego występ podziwiał siedzący na widowni Władimir Sołowjow. Wszyscy świetnie się bawili.
Jak to możliwe? Przecież Władimir Sołowjow – jeden z najbardziej znanych w Rosji dziennikarzy i propagandystów telewizyjnych, prowadzący programy polityczne na kanałach Rossija 1 i Rossija 24 – jest znany z agresywnej retoryki wobec Ukrainy, popierania polityki Kremla oraz nawoływania do konfrontacyjnego podejścia wobec władz w Kijowie.
Otóż Sołowjowa i Zełenskiego łączy jedno – oboje są żydami, a co się z tym wiąże, mają wspólne interesy. O jakie interesy chodzi?
Żeby to wyjaśnić zacytuję kluczowy fragment pamiętnika naocznego świadka i uczestnika konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, który jako dowódca oddziału „Prizrak” (Widmo) zobaczył ów konflikt od środka. Sierżant Aleksiej Mozgowoj – bo o nim mowa – był jednym z najbardziej znanych dowódców prorosyjskich sił separatystycznych w Donbasie, podczas wojny we wschodniej Ukrainie w latach 2014–2015.
W trakcie walk nawiązał bezpośredni dialog z przedstawicielami strony ukraińskiej, dzięki czemu (miał analityczny umysł i był dobrym obserwatorem) zrozumiał, że jest nad nimi – Rosjanami i Ukraińcami – trzecia siła, która tym wszystkim steruje. Swoje przemyślenia opisał następująco:
„Zostaliśmy zapędzeni do Koloseum i powoli jesteśmy niszczeni! To jest wykorzystanie ludności… Żeby ludzie się w coś zaangażowali, trzeba coś stworzyć, coś zorganizować. Najlepszą opcją pozbycia się wymagających ludzi jest po prostu zawiezienie ich do Koloseum, w którym teraz się znajdujemy. Stwórz dwie przeciwne strony i pozwól im powoli się zniszczyć…
Ty i ja nazywamy się «gojami», ty i ja jesteśmy zmuszeni walczyć ze sobą i zabijać się nawzajem. Niczym gladiatorzy zostaliśmy wepchnięci na arenę nienawiści, otoczeni wysokim i mocnym płotem kanałów telewizyjnych i radiowych.
Dostojni goście, kaganowie chazarscy i ich świta, obserwują naszą bitwę na śmierć i życie z mównicy. Kiedy się pozabijamy, oni po prostu oczyszczą «arenę gladiatorów» z naszych ciał, ustawią na niej scenę i będą świętować odrodzenie Kaganatu Chazarskiego pieśniami i tańcami…”
Z inicjatywy dowódcy oddziału „Prizrak” doszło do rozmów z ukraińskimi wojskowymi, których celem było ograniczenie walk i znalezienie sposobu na zakończenie konfliktu. Mozgowoj utrzymywał również kontakty z ukraińskim negocjatorem ds. wymiany jeńców Wołodymyrem Rubanem. Dzięki tym kontaktom dochodziło do wymiany jeńców oraz rozmów o lokalnych zawieszeniach broni, mimo trwających działań wojennych.
Beneficjentom wojny to się nie spodobało. Aleksej Mozgowoj zginął 23 maja 2015 roku w zamachu pod Ałczewskiem. Sprawców oficjalnie nie ustalono.
POLACY NASTĘPNI?
O tym, że szykują potężną prowokację mającą na celu doprowadzenie do konfliktu między Polakami i Ukraińcami, ostrzegałam od wielu lat. W ostatnim czasie zrobiło się szczególnie gorąco, więc w mediach społecznościowych ponowiłam apele do rodaków, by nie dali się sprowokować.
Wypunktowałam też obłudę polityków PiS, z Mateuszem Morawieckim na czele, którzy dziś dokonują gwałtownego zwrotu narracji i krytykują kult OUN-UPA, choć za ich rządów nie dostrzegali ewidentnego banderyzmu i Polska była największym darczyńcą Ukrainy.
W odpowiedzi na moją krytykę tych, którzy nagle zaczęli straszyć banderyzmem, mimo że wcześniej utrzymywali bliskie relacje z ukraińskimi władzami i nie dostrzegali problemu gloryfikacji OUN-UPA, zarzucono mi komentarzach lekceważenie pamięci ofiar Wołynia, a nawet sympatyzowanie z banderowcami.
Przypuszczam, że po tym artykule reakcje mogą być jeszcze mocniejsze, dlatego przytoczę kilka faktów. O ofiarach Wołynia pamiętałam i ostrzegałam przed odradzającym się na Ukrainie kultem OUN-UPA, zanim stało się to „modne” i zanim zaczęto wykorzystywać ten temat do budowania kapitału politycznego.
13 lat temu otrzymałam Krzyż Pamięci Ofiar Banderowskiego Ludobójstwa za czynny udział i wsparcie w upamiętnianiu ofiar.
W 2013 roku przeprowadziłam wywiad z płk. Janem Niewińskim, komendantem Placówki Armii Krajowej i dowódcą Samoobrony wsi Rybcza w powiecie Krzemienieckim na Wołyniu, Przewodniczącym Kresowego Ruchu Patriotycznego, Wiceprzewodniczącym Społecznego Komitetu Obchodów 70. rocznicy banderowskiego ludobójstwa.
Mój rozmówca zarzucił polskim rządzącym podporządkowanie polityki wobec Ukrainy interesom geopolitycznym kosztem pamięci o ofiarach Wołynia. Niewiński za pośrednictwem naszego wywiadu wytknął elitom politycznym III RP ustępstwa wobec ukraińskiego nacjonalizmu i unikanie pełnego rozliczenia zbrodni.
W 2016 roku wlepiono mi do paszportu pieczątkę z zakazem wjazdu na Ukrainę, co uargumentowano tym, że zdaniem Kijowa stanowię zagrożenie dla bezpieczeństwa tego państwa.
W 2018 roku przeprowadziłam wywiad z byłym premierem Leszkiem Millerem pt. „Banderyzm kwitnie na Ukrainie”, za co oberwałam wtedy w komentarzach od polskich „patriotów” i „prawicowców” – bo gadałam z „komuchem” – choć dzisiaj wielu z nich pieje z zachwytu nad nim.
W 2021 roku dotarłam do świadków egzekucji kilkudziesięciu rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy – przeciwników Euromajdanu – do której doszło 2 maja 2014 roku w budynku Domu Związków Zawodowych w Odessie. Ich relacje opisałam w artykule pt. „Odessa – zbrodnia nieukarana”. W związku z publikacją otrzymywałam pogróżki sugerujące, że skończę tak jak ci, którzy zostali spaleni żywcem w Odessie.
W pierwszym kwartale 2022 roku skrytykowałam ówczesny rząd za dostarczanie broni na Ukrainę i przestrzegałam przed wpuszczaniem do Polski milionów przybyszy z Ukrainy. Czyżby w odwecie ówczesny premier Mateusz Morawiecki wydał polecenie podległej mu bezpiece, aby zrobili ze mną porządek?
Funkcjonariusze ABW natychmiast nakazali nałożenie na mojego bloga blokady na poziomie operatorów internetowych pod pretekstem, że stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Z dnia na dzień straciłam pracę w archiwum Telewizji Polskiej – jedyne źródło utrzymania. Usłużni systemowi dziennikarze sugerowali, że jestem „ruską agentką”. Doświadczyłam też potężnego hejtu w internecie.
Tymczasem kilka lat później Morawiecki i jemu podobni politycy, dokonują nagłego zwrotu akcji, krytykują Ukrainę i wyzywają ukraińskich polityków od banderowców, choć jeszcze chwilę temu obściskiwali się z nimi w najlepsze. Zełenski i Sołowiow też kiedyś świetnie się razem bawili, a następnie pod publikę stali się wrogami. Wojnę trzeba jakoś uwiarygodnić przed ludem posyłanym na rzeź.
Nikt mi nie zleca pisania artykułów ani tym bardziej nie finansuje, co zresztą widać po ich treści – nie są na rękę żadnemu środowisku politycznemu. Mieszkam z dala od polsko-ukraińskiego kotła, żyję w bezpiecznym miejscu i mam spokojne życie, więc teoretycznie mogłabym mieć na to wszystko wywalone.
Po co więc piszę? Po prostu martwię się o moich rodaków, którzy ulegają prowokacji i dają się wciągać w cudzą grę, w której są jedynie pionkami przeznaczonymi do odstrzału. Miejcie się na baczności, bo kiedy wpływowi polskojęzyczni politycy i dziennikarze głównego ścieku nagle zaczynają zmieniać narrację ws. Ukrainy, którą chwilę wcześniej wspierali, to znaczy, że coś się szykuje.
Agnieszka Piwar
PS Znajomy Zbyszek często mi powtarza, że dobrze mu się czyta moje artykuły, ale jego zdaniem brakuje w nich recepty co robić. W tym przypadku – nie ulegać prowokacjom i dążyć do odseparowania Ukraińców od Polaków. Nasze narody powinny egzystować oddzielnie.
Weronika Krawczyk, matka trójki dzieci, w tym jednego z niepełnosprawnością, ośmieliła się publicznie ostrzec inne kobiety przed ginekologiem, który namawiał ją do zabicia nienarodzonego syna. Sąd w Gdańsku uznał jej słowa za zniesławienie i wymierzył karę prac społecznych, grzywnę oraz nakaz przeprosin abortera, a gdy dzielna kobieta odmówiła, zawisła nad nią groźba kary więzienia. Dopiero apel Grzegorza Brauna i decyzja prezydenta Karola Nawrockiego o ułaskawieniu zakończyły tę haniebną historię.
Sąd chroni abortera, karze matkę
Lekarz zaproponował Weronice Krawczyk aborcję, twierdząc, że dziecko urodzi się z zespołem Downa. Kobieta odmówiła. Urodziła zdrowego synka. Medyk nie poniósł żadnej odpowiedzialności karnej. Za to pani Weronika, która na forum internetowym odradziła innym kobietom korzystanie z usług tego ginekologa i wyraziła sprzeciw wobec jego praktyk, została oskarżona o zniesławienie (art. 212 § 2 Kodeksu karnego). Sąd w Gdańsku skazał ją na 60 godzin prac społecznych, karę finansową i zobowiązał do publicznych przeprosin.
Jak napisał Grzegorz Braun: „Ponieważ dzielna matka nie wyobrażała sobie możliwości przeproszenia abortera, który chciał zabić jej dziecko, groziło jej realnie więzienie”. Polski wymiar sprawiedliwości w pigułce: ten, kto broni życia, staje się przestępcą, a ten, kto namawia do zabijania nienarodzonych – wychodzi bez szwanku.
Dzielna kobieta nie ugięła się przed systemem
Weronika Krawczyk nie zamierzała klękać przed sądem i przepraszać człowieka, który chciał odebrać życie jej synowi. Stanęły za nią środowiska pro-life, a później także biskup diecezji pelplińskiej. Jako matka trojga dzieci, z których jedno jest niepełnosprawne, sama złożyła wniosek o ułaskawienie, powołując się m.in. na dobro swojej rodziny.
System jednak nie odpuszczał. Wyrok był prawomocny, a odmowa wykonania nakazu przeprosin groziła zamianą kary na pozbawienie wolności.
W kraju, w którym głośno mówi się o „prawach kobiet”, matkę karze się za to, że nie chciała zabić własnego dziecka i ostrzegła inne przed tym samym losem.
Interwencja Brauna i prezydenckie ułaskawienie – sprawiedliwość zwyciężyła
W marcu 2026 roku Grzegorz Braun skierował do Prezydenta RP pisemny apel o ułaskawienie Weroniki Krawczyk. Prezydent Karol Nawrocki postanowieniem z 13 kwietnia 2026 r. skorzystał z prawa łaski: darował karę ograniczenia wolności, środek karny w postaci podania wyroku do publicznej wiadomości oraz obowiązek przeprosin, a także zarządził zatarcie skazania.
Jak podkreślił Braun w swoim wpisie: „Cieszę się, że moją pisemną interwencją-apelem do Prezydenta RP również mogłem się do tego przyczynić. […] Deo gratias”. Dokument z Kancelarii Prezydenta potwierdzający ułaskawienie trafił do biura europosła w lipcu.
To symboliczny triumf matczynej miłości i zdrowego rozsądku nad ideologiczną maszynerią, która woli chronić aborterów niż życie.
„Czort z nami” !! Satanistyczna impreza przed katastrofą czarnobylską.
1 maja 2025. Właśnie mija 49-ta rocznica znanego nam „Czarnobyla”. Rany narodów się nie leczą, więc przypominam grę wstępną. MD
Чёрт с нами !!
Чёрт с нами
„Jak nie zgrzeszysz, to nie odpokutujesz !!”
[Rosjanie wierzący w Boga znaleźli i ośmielili się wreszcie opublikować fragmenty satanistycznejimprezy „atomistów”].
=============================
Uściślenie:
Materiał był nakręcony nie w Czarnobylu, tylko kilka lat przed katastrofą, w Instytucie Energii Atomowej im. Akademika Kurczatowa w Moskwie, który projektował „tanie AES” [Атомная электростанция], w tym RBMK, zgodnie z nakazami Polit-biura. MD]
Kadry filmowe z satanistycznej parady krótko przed katastrofą w czarnobylskiej elektrowni atomowej.
Na video widoczna jest parada atomistów, a raczej jej fragment, która odbyła się na kilka lat przed największą w historii ludzkości katastrofą technologiczną, której prawdziwa skala ukrywana jest do dzisiaj.
Na video widać jakprezes Akademii Nauk ZSRR oklaskuje maszerujących pracowników Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej z satanistycznymi hasłamii w satanistycznych kostiumach. Są też inni „atomiści„]
Parada satanistyczno – kostiumowa projektantów i przyszłych pracowników Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej odbyła się pod auspicjami sił ciemności.
WystępujeCZORT, na transparentach: „Czort z nami” co jest hasłem głównym imprezy.
Парад атомщиков, который произошел за несколько лeт до самой крупной в истории человечества техногенной катастрофы, подлинные масштабы которой скрываются и по сей день.
На видео президент Академии Наук СССР аплодирует костюмированному шествию работников АЭС.
Чёрт с нами !!
================================
Съемки относятся к 1) ИАЭ имени И. В. Курчатова, директором которого был академик Анатолий Петрович Александров с 1960 года. 2) Диктор произносит имя Исаака Константиновича Кикоина, который скончался в декабре 1984 года (0:57). 3) Валерий Алексеевич Легасов стал первым заместителем директора ИАЭ с 1983 года (0:45 мин). Следовательно, съемка сделана за 2-3 года до аварии, в ИАЭ. ИАЭ был научным руководителем ввода в эксплуатацию на ЧАЭС реактора на 1000 МВт, который заработал в полную мощность за 6 лет до аварии.
=========================
Tyle uściślenia.
To ten sam Legasow, który nakłamał w referacie w MAEA pod koniec 1986 roku, a później popełnił samobójstwo. Jego wstrząsającego listu pożegnalnego już nie potrafiłem już znaleźć – „znikli go”.
Podobne imprezy odbywały się [może odbywają?] w parkach w Konstancinie, z udziałem „elit” profesorskich, w tym z Politechniki. Otwarcie Tunelu i Diabelskiego Miasta pod St. Gotard było już gdzie indziej upublicznione: MD.Jak widać, czorcie, w Internecie NIC NIE GINIE.
Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 25 lipca 2026michalkiewicz
Ach, co za zawód, w dodatku – miłosny! Nic więc dziwnego, że Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna jest nieutulona w żalu, a z kolei obywatel Tusk Donald nie ukrywa irytacji. Chodzi oczywiście o zawetowanie przez pana prezydenta Karola Nawrockiego ustawy o „statusie osoby najbliższej”, będącej wstępem do legalizacji tak zwanych „małżeństw” jednopłciowych. Sodomczykowie i gomorytki już od dawna próbowały mobilizować tak zwaną postępową półinteligencję w tym kierunku, podając pozory uzasadnienia, nie tylko logicznego, ale i sentymentalnego.
Pozór uzasadnienia natury logicznej jest taki, że bez odrębnej ustawy sodomczykowie i gomoryki nie mogłyby po sobie dziedziczyć, ani uzyskiwać informacji medycznych w szpitalach. Kiedy jeszcze byłem prezesem UPR, przekonywałem działacza sodomczykowskiego stowarzyszenia „Lambda”, że to nieprawda. – Jak to „nie możecie” dziedziczyć, kiedy przecież możecie? Jeśli zapiszecie sobie nawzajem majątki w testamencie, to nikt tego przecież nie podważy, podobnie, jak pełnomocnictwa do uzyskiwania informacji medycznej. – No tak – powiedział ów działacz – ale wtedy musielibyśmy płacić wyższy podatek spadkowy.
– Tak mi pan mów – ja na to. – UPR jest za zniesieniem podatku od spadków i darowizn, więc możecie śmiało na nas głosować.
Pozór argumentacji sentymentalnej jest taki, że sodomczykowie i gomorytki nie mogą się „kochać”. Pierwsze słyszę, żeby ludzie, wszystko jedno; sodomczykowie, czy normalni, nie mogli się kochać bez ustawy. Chyba, że brak ustawy powoduje zaburzenia erekcji u mężczyzn, albo anorgazmię u kobiet – ale medycyna na ten temat milczy. Zatem mamy do czynienia z pozorami uzasadnień logicznych, a nawet – sentymentalnych, więc nie ulega wątpliwości – jak mawiała stara niania – że chodzi o legalizację tak zwanych „małżeństw” jednopłciowych – a pan prezydent Karol Nawrocki jeszcze podczas kampanii zapowiadał, że do tego nie dopuści. I nie dopuścił.
Co będzie dalej – to zależy od tego, w jakim kierunku będzie popychać nasz nieszczęśliwy kraj pani mecenas Sylwia Gregorczyk- Abram, którą koalicja 13 grudnia właśnie wybrała na Rzecznika Praw Obywatelskich. Ten urząd ma wprawdzie charakter operetkowy, bo taki Rzecznik w gruncie rzeczy może wysyłać pisma do różnych instytucji – a to przecież wolno robić każdemu obywatelowi – ale każde wystąpienie operetkowego rzecznika ma oczywiście swój propagandowy ciężar gatunkowy, którego zwłaszcza w demokracji podszytej bezpieczniakami – a z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w naszym nieszczęśliwym kraju, w dodatku popychanym w tym właśnie kierunku przez biurokratyczne gangi brukselskie i luksemburskich przebierańców.
Dodajmy do tego, że pani mecenas Sylwia Gregorczyk-Abram jest – być może zadaniowaną przez stare kiejkuty – osobą, która dla nieubłaganego postępu gotowa jest na wszystko. Tak właśnie uważa „minister-koordynator” bezpieczniaków w vaginecie obywatela Tuska Donalda, wielce Czcigodny Siemoniak Tomasz, więc jest oczywiste, że niczego dobrego po pani mecenas spodziewać się nie powinniśmy.
Tak się akurat złożyło, że tego samego dnia w Zamościu przypadkowo („a czy w ogóle są przypadki? – pyta poeta) przez tamtejszą niezawisłą sędzię, madame Dagmarę Grzyb, 21-letnia Oliwia Olejniczak została skazana na grzywnę w wysokości 3 tys złotych za to, że – jak relacjonuje na łamach pisma „Fakt” funkcjonariuszka Propaganda Abteilung Piechota Karolina – „bredziła” o „przepędzeniu z Polski murzyństwa”.
Najwyraźniej wytyczne Propaganda Abteilung nakazują traktować postulaty w sprawie „murzyństwa”, jako „bredzenie”. Rzeczywiście, kto to widział, żeby sekować „murzyństwo” kiedy przecież jest rozkaz, by traktować je, jako sól ziemi – koniecznie czarnej? Toteż pani sędzia Grzyb, podobnie jak w swoim czasie pan sędzia Michnik, czy pan sędzia Widaj, powinność swej służby w lot zrozumiała, a w dodatku – zakadziła smrodem dydaktycznym, że deklaracje Oliwii Olejniczak miały na celu „wzbudzenie strachu, lęku, głębokiej wrogości wobec migrantów”. Słowem – napiętnowała ją przykładnie, niczym pani sędzia Maria Gurowska (nee Sand) generała Emila Fieldorfa.
Ten przypadek („a czy w ogóle są przypadki?”) pokazuje, że wchodzimy w etap surowości, w dodatku zgodnie z wytycznymi wybitnego przywódcy socjalistycznego Adolfa Hitlera. W „Rozmowach przy stole” dowodził on, że „nasz dzisiejszy wymiar sprawiedliwości już dawno doprowadziłby Rzeszę do rozpadu, gdybym nie stworzył korekty w postaci samopomocy państwowej. Oficer i sędzia – to dwaj nosiciele światopoglądu, a to oznacza władzę.”
Wprawdzie Hitler nie precyzuje o jakiego oficera tu chodzi, ale i bez tego rozumiemy, że chodzi o oficera prowadzącego, których przecież i u nas nie brakuje zwłaszcza gdy w roku 1990, kiedy tylko rozwiązała się PZPR, będąca transmisją bezpieki do środowiska sędziowskiego, zaraz utworzone zostało Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”, a wkrótce potem – stowarzyszenie „Themis”, które nawet w nazwie nawiązuje do operacji „Temida”, którą prowadziła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego w celu werbunku agentury w środowisku sędziowskim.
Nawiasem mówiąc, w III Rzeszy zdarzali się sędziowie z prawdziwego zdarzenia, o czym świadczy sprawa generała Hoepnera. Ponieważ Hitler nie był zadowolony ze sposobu, w jaki ten generał w roku 1942 dowodził swoją armią, nie tylko pozbawił go dowództwa, ale w ogóle usunął z wojska. Generał, który był w wieku emerytalnym, odwołał się do sądu i powołując się na „prawa nabyte”, proces wygrał ku wściekłości Fuhrera. U nas nic takiego chyba by się nie zdarzyło, zwłaszcza pod dyrekcją obywatela Żurka Waldemara, który prowadzi nas świetlistym szlakiem ku Generalnej Guberni, w której już żadnych niespodzianek nie będzie.
Nie tylko zresztą u nas. Oto w słodkiej Francji Zgromadzenie Narodowe zalegalizowało eutanazję. Co prawda ograniczyło ją tylko do obywateli Republiki Francuskiej, co oznacza, że tego radosnego przywileju zostało pozbawione „murzyństwo” oraz pozostałe bicoty i meteki – ale jestem pewien, że tamtejsza pani Sylwia Gregorek-Abram naprawi to niedopatrzenie i wkrótce nie tylko obywatele Republiki Francuskiej, ale również „murzyństwo” oraz inne bicoty i meteki będą mogly korzystać z przywileju „dobrej śmierci”. Oczywiście to dopiero pierwszy krok na drodze nieubłaganego postępu, na której końcu każdy będzie musiał zrobić ten ostateczny krok – a jeśli Państwo mu w tym dopomoże, to choćby z tego powodu będzie szczęśliwy, niezależnie od tego, czy pójdzie do Nieba, czy nie.
Polska historia jest używana przez, no tak po prostu, przez obcych, przez obcych narodowo, kulturowo, cywilizacyjnie, obcych i wrogich, do tego, żeby obsługiwać Polaków, żeby zarządzać ich percepcją. A tacy Polacy, którymi obcy zarządzają, stają się łatwi w obsłudze i potem służą jako podpałka, jako materiał łatwopalny do rozpętywania jakichś kolejnych majdanów środkowoeuropejskich
W rozmowie z Grzegorzem Braunem dowiadujemy się o biesach polskiej historii. To trudna rozmowa, gdyż odbrązawia polskie historyczne postacie, do tej pory stojące na piedestałach polskiej historii. Pochylamy się nad polską skłonnością do pięknych gestów, zamiast do pragmatyzmu. Okazuje się, że ta przywara polskiego charakteru zdaje się być mocno zewnętrznie stymulowana. Braun omawia tez skutki sprowadzania polskiej historii do insurekcjonizmu.
Omawiamy trzy obszary: instytucję – tu Komisję Edukacji Narodowej, datę – Konstytucję 3 maja oraz postać: Tadeusza Kościuszko.
Obalanie polskich mitów nie jest u Brauna przyczynkiem do ojkofobii, przeciwnie – postuluje wydobycie się z fałszywych postaci i mitów w bolesnym niekiedy procesie dojścia do prawdy. Każe także uważać na polskie biesy, które pojawiły się grubo przed Dostojewskim.
Abstrakcjonizm, to znaczy nie prowadzimy rachunkowości, tylko uprawiamy gesty i uwaga, nam się zdaje, że to nasze własne gesty. A myśmy zostali zaproszeni na scenę w cudzym teatrze…
Otóż błąd, problem Polaków w diagnozowaniu, w rozpoznaniu własnej historii, do tego się w pewnym skrócie sprowadza, że gest został podniesiony do rangi czynu politycznego, że emocjonalność zastąpiła racjonalność i że parada łże bohaterów przesłoniła… parada marionetek tak skupiła na sobie uwagę, że nie patrzymy po tej nitce do góry kto tam pociąga sznurki.
04.03.2013. [No cóż, przypominam… 25 lipca 2026. md]
SATANIŚCI TAŃCZYLI na zwłokach Anny Walentynowicz?
[… i innych ofiar Zbrodni: np. pani Teresy Przyjałkowskiej , Przemysława Gosiewskiego… md] Janusz Walentynowicz o komunikacie prokuratury: totalne lekceważenie wszystkiego i wszystkich. Najmocniej w łeb dostają rodziny
[kogo chroni – tak nieudolnie – prokuratura wojskowa? Tytuł –mój, na podstawie analizy dostępnych i wiarygodnych zeznań – MD] 28 lutego, 19:38 wpolityce
[W powyższym: Prokuratura ujawnia główne wnioski wynikające z uzyskanych opinii: Przyczyną zgonu obu ofiar katastrofy były rozległe obrażenia czaszkowo – mózgowe i obrażenia klatki piersiowej, co koresponduje z wnioskami zawartymi w opiniach wydanych po sekcjach zwłok przeprowadzonych w Moskwie.Tego typu obrażenia powstają od działania z dużą siłą narzędzi bądź przedmiotów tępych, tępokrawędzistych.. md]
Prokuratorzy oświadczyli, że „powiadomili rodziny obu ofiar katastrofy oraz ich pełnomocników o możliwości zapoznania się z opiniami”. Nie pisze jednak całej prawdy.
Janusz Walentynowicz (syn Anny Walentynowicz) dowiedział się o możliwości wglądu w dokumenty telefonicznie 26 lutego, Piotr Walentynowicz (wnuk) 25 lutego, a z ich pełnomocnikiem mec. Stefanem Hamburą śledczy nie kontaktowali się wcale. Zachowanie prokuratury komentuje dla portalu wPolityce.pl syn Anny „Solidarność” Janusz Walentynowicz.
wPolityce.pl: – Jak pan przyjął to oświadczenie? Wiedział pan, że takowe się pojawi?
Janusz Walentynowicz: – Przyznam szczerze, że nie czytałem jeszcze osobiście tego komunikatu. Jestem bardzo zadziwiony tym, że prokuratura go opublikowała bez pytania nas o jakąkolwiek zgodę. Może nie życzylibyśmy sobie, by te informacje były podawane publicznie. Poza tym wydaje mi się, że w pierwszej kolejności my, rodzina, powinniśmy się z nimi zapoznać. Cóż, to są standardowe działania prokuratury, która ma wszystko i wszystkich w nosie. A czy wie pan, jakie informacje w tym komunikacie się znalazły? Tak, większość przeczytał mi telefonicznie mój pełnomocnik, mec. Stefan Hambura. Nie za bardzo wiem, co posłużyło tym panom do stworzenia takiego właśnie opisu. Oglądałem ciało Mamy w czasie identyfikacji w Rosji oraz podczas sekcji w Polsce.Trudno stwierdzić obrażenia głowy, mózgu, skoro tego w trumnie po prostu nie było. Twarzy mamy nie było. A szereg osób, oprócz mnie, na moskiewskiej identyfikacji rozpoznało mamę po twarzy – m.in. pan Antoni Wolański, krewny pani Teresy Przyjałkowskiej, a także lekarz oraz psycholog, która nam towarzyszyła. Nie jest tak, że ja sobie coś wymyśliłem. Rozpoznaliśmy ją po twarzy, która była nienaruszona, z malutką ranką po ubytku pieprzyka pod nosem. To było jedyne obrażenie na całym ciele, jakie zauważyłem. Siniaków, zadrapań, rozcięć – nie było. Gdy natomiast ciało zostało wyjęte z trumny (rzekomo mojej mamy) twarzy nie miało. Praktycznie nie było głowy. Wszystko, co zostało z kości czaszki mieściłoby się mniej więcej w jednej dłoni. Gdzie jest reszta? Nie wiem, skąd w ekspertyzie pojawił się „uraz mózgu”, skoro mózgu tam w ogóle nie było. Zupełnie nie rozumiem tej radosnej twórczości panów prokuratorów. Ale może ja się na czymś nie znam… W komunikacie czytamy m.in.: „Przyczyną zgonu obu ofiar katastrofy były rozległe obrażenia czaszkowo – mózgowe i obrażenia klatki piersiowej, co koresponduje z wnioskami zawartymi w opiniach wydanych po sekcjach zwłok przeprowadzonych w Moskwie.” Pan wie najlepiej, jak znacząco różniło się ciało w Rosji i Polsce. Jak więc może jedno z drugim korespondować? To jest pytanie do prokuratorów i kogoś, kto pisał te bzdury. Nie potrafię wytłumaczyć, jak ma się jedno do drugiego. Czy ktokolwiek próbował panu wyjaśnić tak radykalną różnicę w wyglądzie ciała pana mamy? Nie. Doznałem potężnego szoku, gdy odwinięto ciało mamy z worka i zobaczyłem, że praktycznie nie ma ono głowy. Myślałem, że zwariuję. Dokładnie widziałem, jak mama wyglądała w Moskwie przed sekcją. Ciało było przewracane z pleców na brzuch, mogłem więc dostrzec, że nie ma żadnych blizn posekcyjnych. To, co zobaczyłem po wyjęciu ciała mamy z trumny, przyprawiło mnie więc o zawrót głowy. Pytałem: co się stało, gdzie są kości? Nikt nie potrafił mi odpowiedzieć. Czyli to się musiało stać w Moskwie – pomiędzy identyfikacją a złożeniem ciała w trumnie. Tak. Być może przed, a być może po sekcji w Rosji. Ciało mamy po ekshumacji nosiło wyraźne ślady sekcyjne. W trumnie znajdowały się też rzeczy, których być tam nie powinno – śmieci, szmaty. To, co się stało z ciałem mamy musiało się stać po identyfikacji w Zakładzie Medycyny Sądowej w Moskwie. Jak pan ocenia, że ten komunikat – już abstrahując nawet od tego, że został opublikowany bez pytania pana o zgodę – jest tak zdawkowy? Dotyczy bardzo ogólnych wniosków, nie ma w nim ani słowa o wynikach badań fizykochemicznych czy o tych dziwnych znaleziskach w czasie sekcji – m.in. nicie z tupolewa. Właśnie ciekawi mnie, co się stał z badaniami tego nita wyjętego z ciała mamy… Mogę powiedzieć, że to jest kolejny komunikat typu: wina pilotów, zeszli za nisko, uderzyli w brzozę, odłamali skrzydło i się rozbili. Poziom analizy jest mniej więcej taki sam. Będzie pan występował o udostępnienie dokumentacji? Oczywiście, tylko jeszcze nie teraz. Muszę wracać do pracy do Niemiec. Zapewne więc w okresie świątecznym wybiorę się do prokuratury, by przestudiować te wypociny. Nie wiem nawet, jak to nazwać. Po prostu brakuje mi słów. Dlaczego pana zdaniem prokuratura tak się zachowuje – nie informuje rodzin o upublicznianiu szczegółowych opisów stanu ciał ofiar, nie czeka aż bliscy zgłoszą się po dokumenty? To przypadek? To jest otwarta wojna prokuratury z rodzinami ofiar. W świetle prawa teoretycznie możemy wszystko – składać wnioski czy powoływać biegłych. Ale gdy przychodzi co do czego, śledczy mówią: „nie” i jest pozamiatane. Wszystko, z czym zwracaliśmy się do prokuratorów, było ignorowane. Składałem wniosek o odwołanie pani prof. Świątek. Nie ujmuję jej kwalifikacji zawodowych, broń Boże. Nie od tego jestem i się na tym nie znam. Ale kwestionuję jej uczciwość. Dlaczego? To ona stwierdziła, że Stanisław Pyjas spadł ze schodów. Generalna konkluzja nadzorowanej przez nią sekcji była taka, że był sam winien swojej śmierci – gdyby nie właził po schodach, to by nie spadł; a gdyby nie spadł, to by się nie zabił. Chciałem więc, aby tę panią wykluczono z zespołu biegłych, by nie przewodniczyła lekarzom przeprowadzającym sekcje. Złożyłem wniosek, a prokurator Pyra powiedział: wniosek został odrzucony. I rozmowa się skończyła. To jest totalne lekceważenie wszystkiego i wszystkich, co wiąże się z katastrofą smoleńską. A już najmocniej w łeb dostają rodziny ofiar. Rozmawiał Marek Pyza
Jesteśmy świadkami poważnej eskalacji na Morzu Czerwonym w niewypowiedzianej wojnie między AnsarAllah a Arabią Saudyjską, która może przełożyć się na wojnę, jaką USA toczą z Iranem. W chwili pisania tego tekstu Huti odpowiedzieli na atak Arabii Saudyjskiej na port Al-Hudajda, kontrolowany przez Hutich.
Przyjrzyjmy się więc wydarzeniom z tego tygodnia.
W środę 22 lipca rzecznik wojskowy Huti, Yahya Saree, przyznał się do ataku na dwa saudyjskie tankowce, Encelia i Layla, przepływające przez Morze Czerwone, przy użyciu dronów i pocisków. Jako uzasadnienie podano, że statki naruszyły blokadę morską Huti.
Saudyjska Agencja Prasowa, powołując się na urzędnika Generalnego Urzędu Transportu (TGM), potwierdziła trafienie Encelii, informując o pożarze na dziobie i bezpieczeństwie całej załogi. Agencja UKMTO odnotowała, że kapitan tankowca został trafiony nieznanym pociskiem, a załoga walczyła z pożarem na pokładzie. Zatem Encelia jest potwierdzona przez państwo bandery; Layla jak dotąd jest własnością jedynie Hutich – SPA nie podało szczegółów na ten temat.
Po ataku na Encelia (środa) i kolejnym ataku w piątek na saudyjski statek NCC MASA (niewielkie uszkodzenie kadłuba, kontynuowany do miejsca przeznaczenia zgodnie z SPA), koalicja pod przewodnictwem Arabii Saudyjskiej zaatakowała kontrolowaną przez Huti Al-Hudajdę późnym wieczorem w piątek 24 lipca. Al-Maliki określił to jako „proporcjonalną odpowiedź militarną przeciwko legalnym celom wojskowym” — miejscami wykorzystywanymi do zagrażania żegludze handlowej — i wyraźnie nalegał, że sam port nie został trafiony i pozostaje otwarty.
Huti widzą to inaczej: Al Masirah twierdzi, że ataki uderzyły w państwowe obiekty telekomunikacyjne w mieście Al-Hudajda i na wyspie Kamaran (jedna kobieta została tam ranna), a Reuters poinformował o eksplozjach w porcie. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Huti ostrzegło, że Rijad uczynił „eskalację za eskalację” cechą definiującą nadchodzącą fazę i że atak „okaże się kosztowny”.
I rzeczywiście, w ciągu kilku godzin Huti wystrzelili pięć pocisków balistycznych w kierunku terminalu naftowego ARAMCO w porcie Dżazan w Arabii Saudyjskiej. Zakłady Saudi Aramco w Dżazanie (pisane również jako Dżizan) reprezentują jeden z najbardziej ambitnych i zaawansowanych technologicznie projektów downstream firmy – w pełni zintegrowaną rafinerię, kompleks petrochemiczny i centrum wytwarzania energii, zlokalizowane na dalekim południowym zachodzie królestwa, nad Morzem Czerwonym. Rafineria jest rafinerią o pełnym cyklu konwersji , co oznacza, że może przetwarzać ciężką ropę na wysokowartościowe produkty lekkie, zamiast po prostu rozdzielać surowiec na frakcje. Dżazan to największa na świecie elektrownia oparta na zgazowaniu .
Kompleks Dżazan to nie tylko rafineria – to w pełni zintegrowany ekosystem energetyczny , który przetwarza ropę naftową w produkty rafinowane, petrochemikalia, energię elektryczną, wodór i metale przemysłowe, jednocześnie minimalizując ilość odpadów i emisji. Reprezentuje on wizję Saudi Aramco dotyczącą inteligentniejszej, niskoemisyjnej przyszłości downstream i stanowi ekonomiczną kotwicę dla jednej z najbardziej ambitnych inicjatyw rozwojowych Królestwa w regionie. Innymi słowy, Huti uderzyli w niezwykle ważny saudyjski zasób energetyczny.
Piłka jest teraz po stronie Arabii Saudyjskiej. Czy eskalują konflikt i atakują port w Al-Hudajdzie, czy też zdecydują się przerwać operacje wojskowe i szukać rozwiązania dyplomatycznego?
Mądrym posunięciem będzie pójście drogą dyplomatyczną. Jeśli zdecydują się zaatakować kolejne cele na terytorium kontrolowanym przez Huti, kolejnym logicznym celem Hutich będą terminale naftowe w Janbu. W Janbu w Arabii Saudyjskiej znajdują się dwa główne terminale eksportowe ropy naftowej. Te dwa terminale, zarządzane przez Saudi Aramco, obsługują większość eksportu ropy naftowej z portu nad Morzem Czerwonym (połączonego rurociągiem Wschód-Zachód). Łączna nominalna przepustowość wynosi około 4,5 miliona baryłek dziennie (około 1,5 miliona baryłek dziennie w terminalu północnym i 3 miliony baryłek dziennie w terminalu południowym). Atak, który uszkodzi lub zniszczy te terminale, pogłębiłby globalny niedobór ropy. To zapowiada się co najmniej interesujący weekend.
Podczas gdy Iran nadal atakował Kuwejt i Bahrajn, Stany Zjednoczone zachowywały się niezwykle spokojnie na froncie militarnym…
Nima i ja o tym rozmawialiśmy:
Dzisiaj był emocjonujący dzień dla INTEL Roundtable. Mój drogi, stary przyjaciel Ray McGovern odchodzi z programu sędziowskiego. Joe Kent zgodził się zastąpić niezastąpionego Raya i jestem zachwycony, że Joe zgodził się przejąć pałeczkę. Ray nie zniknie, ale w wieku 87 lat zasługuje na przerwę:
Mario i ja przejrzeliśmy wiadomości dnia… Niewiele na temat frontu wojskowego:
W porównaniu do typowych „pilnych wiadomości”, które dominują w jego regularnych programach, program Sulaimana był stosunkowo spokojny:
Jak zauważył Jerzy Orwell w „Folwarku zwierzęcym”, wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych. Dlatego właśnie z Związku Radzieckim tacy na przykład pisarze mieli specjalne przydziały – co nawet znalazło wyraz w ówczesnej, postępowej literaturze, a konkretnie – w wierszu Włodzimierza Majakowskiego.
Opisuje on panującą mizerię, w następstwie której jego własna narzeczona zapadła na chorobę oczu i poszła do doktora. Oddajmy mu głos: „Wracz nabołtał: cztob głaza gladieli, nużna tiepłota, nużna zieleń”. (Doktor jej nagadał: żeby oczy patrzyły, trzeba ciepła, trzeba zieleniny). Więc Majakowski pisze dalej: „Mnie legcze czem drugim. Ja Majakowski. Siżu i jem kusok konskij” (Mnie lżej niż innym. Ja Majakowski. Siedzę i jem kawałek koniny). A co dla narzeczonej? „A k’liubimoj w gosti dwie markowieńki niesu za zielonyj chwostik”. (A idąc w gości do ukochanej, niosę jej dwie marcheweczki, trzymając je za zieloną natkę).
Słonimski wspomina, jak to przed wojną PEN Club wydał w „Bristolu” przyjęcie na cześć Majakowskiego. Ten, gwoli zademonstrowania lekceważenia dla burżuazyjnych konwenansów, sięgnął ręką do salaterki z kiszonymi ogórkami i ostentacyjnie zakąsił. W odpowiedzi Słonimski z drugiej salaterki nabrał pełną garścią majonezową sałatkę. Widząc tę demonstrację, Majakowski odłożył ogórek na talerzyk i już nie epatował polskich burżujów lekceważeniem tutejszych konwenansów.
No, a kiedy za sprawą dziejowych ustaleń naszych sojuszników z naszym sojusznikiem w Jałcie socjalizm zawitał i do nas, zaraz objawiły się typowe dla tego ustroju niedobory. Typowe – bo jak pisze Józef Mackiewicz w „Drodze donikąd” – jak tylko Armia Czerwona w 1939 roku „wkroczyła” na Kresy Wschodnie, zaraz wszystkiego zabrakło. Stwarzało to pewne kłopoty agitatorom, ale wybrnęli z nich obietnicą, że teraz, owszem, są trudności, ale już wkrótce wszystko „podwiozą”. Jednak na pewnym wiecu pewien uczestnik zapytał, czy w Związku Radzieckim jest dużo nędzy. Użył jednak polskiego słowa „nędza”, a nie rosyjskiego: „niszczeta”. Agitator odparł, że owszem, nędzy jest pod dostatkiem i wkrótce „podwiozą”. Wywołało to huragan śmiechu, ale kiedy panowie z NKWD skapowali, w czym rzecz, zaraz zainteresowali się pytającym. „Co z nim się stało – nie wiem” – śpiewał Maciej Zembaty w „piosence polskiej o charakterze rosyjskim”: „A potem przekazałem na punkt NKWD. Co z nim się stało – nie wiem, nie spotkaliśmy się”. Nędzę nam podwieziono.
Gospodarka chronicznych niedoborów
Z powodu tych niedoborów partia zaraz utworzyła sklepy za żółtymi firankami, w których zwierzęta równiejsze od innych mogły zaspokajać różne swoje potrzeby. Ciekawe, że chociaż od tamtej pory minęły dziesięciolecia, a podobno nawet zmieniło się oblicze świata, potomstwo zwierząt równiejszych od innych nadal uważa, że jest równiejsze. Weźmy na przykład taką panią reżyserową Holland Agnieszkę. Nie waha się ona pouczać mniej wartościowy naród tubylczy, co ma myśleć i jak się powinien zachowywać – a czyni to z poczuciem takiej wyższości, jakby odziedziczyła ją po królu, swoim ojcu.
Jednak sklepy za żółtymi firankami zostały na VIII Plenum w październiku 1956 roku pryncypialnie skrytykowane i zniknęły, przynajmniej oficjalnie. Jednak w miarę rozwoju socjalizmu coraz częściej pojawiały się tak zwane „trudności wzrostu”, czyli – mówiąc wprost – chroniczne niedobory, toteż partia postanowiła odświeżyć tradycję sklepów za żółtymi firankami – ale ożenić ją z elementami gospodarki rynkowej. Tak pojawiły się „peweksy”, w których można było kupić towary niedostępne na zwykłym rynku – jednak albo za „cenne dewizy”, albo tak zwane „bony”, których wartość wyrażana była w amerykańskich dolarach. Wprawdzie handel dewizami był zakazany pod groźbą kary, ale „bonami” – już nie – toteż stosowne ogłoszenia pojawiały się nawet w gazetach.
Inną formą sklepów za żółtymi firankami były tak zwane „sklepy komercyjne”, w których można było kupić np. mięso poza przydziałami kartkowymi – ale po wyższej cenie. Nawiasem mówiąc, te wynalazki wprowadzały osobliwości językowe, bo na przykład „peweksy” nazywały się oficjalnie „przedsiębiorstwami eksportu wewnętrznego”. Eksport wewnętrzny, to nic innego jak wydalanie do środka, podobnie jak sklepy komercyjne, czyli – mówiąc wprost – handlowe. Była w tym osobliwa logika, bo zwykłe sklepy z handlem miały rzeczywiście coraz mniej wspólnego. Był to raczej rodzaj rozdzielni, w których pieniądze nie miały znaczenia, jeśli nie były wsparte przydziałem, czyli „kartką”. Pociągało to za sobą pewne skutki społeczne, bo osoby rozdzielające dobra były uważane, a co ciekawsze – same też się uważały za przedstawicieli władzy.
Salonik VIP, czyli socjalizm w ochronie zdrowia
Dzisiaj za sprawą zbrodniczego liberalizmu będącego też „herezją wszech czasów” przejściowe trudności wzrostu na odcinku zaopatrzenia w mięso i w jego przetwory przestały nam już dokuczać – ale socjalizm nie były socjalizmem, gdyby nie wytwarzał niedoborów. Skoro na odcinku zaopatrzenia w mięso i jego przetwory ustrój socjalistyczny jakby przestał obowiązywać, ale przecież zlikwidowany w ogóle nie został, więc nic dziwnego, że niedobory dały znać o sobie w dziedzinie, w której socjalizm zatriumfował, to znaczy – w sektorze ochrony zdrowia. I co Państwo powiedzą?
Zaraz też pojawiły się na tym odcinku sklepy za żółtymi firankami, oczywiście znacznie wytworniejsze niż ich zgrzebni protoplaści z czasów stalinowskich. Nawiasem mówiąc, Józef Stalin w kwestii ustroju socjalistycznego bywał czasami bardzo elastyczny. Tak było na przykład w roku 1940, podczas tak zwanej „wojny zimowej” z Finlandią. Pojawiła się mianowicie konieczność zbudowania linii kolejowej na bezludnych obszarach Karelii. Stalin wezwał Naftalego Aronowicza Frenkla, twórcę „systemu kotłów” w sowieckich łagrach, który pociągnął za sobą co najmniej tyle samo – o ile nie więcej – ofiar niż „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Warto o tym pamiętać, kiedy Żydowie próbują narzucić światu swój monopol na martyrologię – a tymczasem okazuje się, że owszem – bywali ofiarami – ale też znakomicie sprawdzali się w roli katów.
Wracając do Frenkla, to Stalin zapytał go, czy nie podjąłby się wybudowania wspomnianej linii kolejowej w trzy miesiące. Frenkiel poprosił o jeden dzień do namysłu, a potem powiedział Stalinowi, że owszem – ale pod warunkiem, że na tej budowie nie będą obowiązywały zasady ustroju socjalistycznego. I Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju się zgodził!
Ustrój socjalistyczny ze wszystkimi przypadłościami objawił się nam ostatnio najpierw w warszawskim Szpitalu Południowym – ale zaczynają dobiegać skrzydlate wieści, że podobnie jest gdzie indziej. Działacze Volksdeutsche Partei próbują podważać objawione fakty, w czym pomaga im, jak tylko może, niezależna prokuratura, a tylko patrzeć, jak włączą się do operacji nienawistne sądy. Beneficjenci ustroju socjalistycznego próbują kierować ostrze nienawiści opinii publicznej w stronę lekarzy – ale ich wina jest tu stosunkowo niewielka w porównaniu z hałastrą korzystającą z synekur związanych z ochroną zdrowia. Lekarze – owszem – korzystają z możliwości, jakich dostarcza im żerowisko – ale przynajmniej leczą ludzi, podczas gdy reszta uczestników żerowiska nawet nie udaje, że to robi.
Powstanie żerowiska
Przypomnijmy tedy, jak doszło do tej sytuacji, jaka jest natura „systemu”, na który Volksdeutsche Partei i vaginet obywatela Tuska Donalda zamierza zwalić odpowiedzialność. To jest sprytny wybieg, bo „systemu” nie można wpakować do lochu, nawet jeśli mądrale z prokuratury i nienawistnych sądów czarno na białym udowodnią, że skoro winien jest „system”, to ludzi krzywdzić nam nie wolno. Musimy tedy cofnąć się w czasie do roku 1997, kiedy to rządy nad naszym nieszczęśliwym krajem objęła koalicja AW„S” – UW, a premierem został charyzmatyczny Jerzy Buzek, kawaler dwojga pseudonimów operacyjnych SB. Poprzedni rząd SLD-PSL oskarżany był, całkiem zresztą słusznie, że „zawłaszczył państwo”, to znaczy – obsadził swoimi zaufańcami wszystkie synekury w sektorze publicznym i w dodatku obwarował je gwarancjami prawnymi, że nawet zmiana rządu niczego tu nie zmieniała.
Toteż charyzmatyczny premier Buzek postanowił wprowadzić cztery wiekopomne reformy, których celem było stworzenie nowych synekur w sektorze publicznym, żeby stworzyć żerowisko dla zaufańców dla nowej koalicji AW„S” – UW. Jedną z nich była reforma ochrony zdrowia, która polegała na tym, że utworzone zostały Kasy Chorych: 16 terenowych i siedemnasta – mundurowa. Hasłem reformy było, by pieniądze „szły za pacjentem”. Może i szły, ale prawie natychmiast wszelki kontakt, nie tylko wzrokowy, między pieniędzmi i pacjentem został zerwany – za to powstało żerowisko. Dla kogo? Beneficjentów żerowiska stworzyła nowa wiekopomna reforma – reforma samorządowa. Polegała ona na dodaniu do istniejących samorządów gminnych, dwóch dodatkowych szczebli samorządowych – samorządów powiatowych i sejmików wojewódzkich. Tu już nawet nikt się nie krył, że chodzi o żerowisko – bo najpierw zostały powołane te dodatkowe samorządy, a dopiero potem zaczęto się zastanawiać, jakie by tu kompetencje im poprzydzielać – bo przecież pozory musiały być zachowane. Cztery wiekopomne reformy przyniosły skokowy wzrost liczby synekur w sektorze publicznym i skokowy wzrost kosztów funkcjonowania państwa – na początek o 100 mld złotych rocznie.
Aliści w roku 2001 AW„S” i UW zostały zastąpione przez koalicję SLD-PSL, która znowu chciała „zawłaszczyć państwo”. Okazało się wszelako, że charyzmatyczny premier Buzek swoim zaufańcom też stworzył gwarancje prawne, że nawet zmiana rządu – i tak dalej. Toteż premier Miller nie miał innego wyjścia, jak rozgonić Kasy Chorych, a na ich miejsce zainstalować nowy biurokratyczny gniot w postaci Narodowego Funduszu Zdrowia, który można by już obsadzić prawidłowo. I tak jest do dnia dzisiejszego.
Skoro stworzone zostało żerowisko, w którym niczym w „czarnej dziurze” znikają coraz większe pieniądze, to dlaczego tu się dziwić tym, którzy wydrążyli sobie nisze ekologiczne w radach nadzorczych i zarządach – bo jużci – czymś przecież „zarządzać” muszą, no nie? Tymczasem szczucie nie idzie nawet w ich kierunku, a jeśli nawet – to wybiórcze, wedle barw politycznych. Nikt przecież nie mówi, że samorządy powiatowe i sejmiki wojewódzkie trzeba by rozpędzić – i nikt nie zauważyłby różnicy.
Pieniądz nie „za”, ale „razem” z pacjentem
I na koniec przypomnę, jak to w roku 1995 w Centrum im. Adama Smitha zrobiliśmy badania, jaką część dochodu rodziny pracowników najemnych spoza rolnictwa państwo konfiskuje nie tylko w podatkach, ale również innych przymusowych świadczeniach finansowych, np. składkach na ubezpieczenie społeczne czy zdrowotne. Okazało się, że aż 83 procent! W tej sytuacji ci ludzie już sami poradzić sobie nie mogą i skazani są na tzw. konsumpcję zbiorową, m.in. postaci ochrony zdrowia.
Gdyby jednak zreformować system finansowy państwa tak, by nie konfiskowało ono tej rodzinie więcej jak 20 procent dochodu, to ci ludzie sami poradziliby sobie z ochroną zdrowia i edukacją dzieci bez niczyjej łaski. Wtedy pieniądze nie szłyby ZA pacjentem, tylko RAZEM Z NIM – bo nikt by ich mu nie odebrał. W takiej sytuacji pacjent byłby przez doktorów noszony na rękach – i tylko zniknęłoby żerowisko dla Naszych Umiłowanych Przywódców.
Czy jednak do tego dojdzie? Wątpię – bo Nasi Umiłowani Przywódcy nie po to zblatowali sobie telewizje, by mówiły one ludziom prawdę – tylko po to, by wmawiały im, że żerowisko musi być, że inaczej nie można, bo wtedy nastałaby Sodomia i Gomoria.
I dopóki ludzie w to wierzą, dopóty będą bezlitośnie eksploatowani, jak nie przez Volksdeutsche Partei, to przez wyznawców Naczelnika Państwa.