Mit o potężnych kamieniach widzących ostrzegał przed wielkimi niebezpieczeństwami, gdy używają ich osoby pozbawione mądrości i moralnego kompasu, ponieważ mogą one zostać użyte do zniekształcenia prawdy i przedstawienia wybiórczych wizji rzeczywistości. Podobnie platforma Palantir Technologies daje swoim użytkownikom ogromną władzę, pomagając kontrolować dane, decyzje i wyniki, które decydują o przyszłości rządów, firm i instytucji – a co za tym idzie, nas wszystkich.
Jeśli prawie 4 000 pracowników Google podpisuje petycje, 13 pracowników Palantir odmawia wykonywania obowiązków, a szef działu robotyki w OpenAI rezygnuje z pracy, ponieważ sztuczna inteligencja coraz bardziej wkracza w sferę działań wojennych, inwigilacji i władzy państwowej… powinniśmy to wziąć pod uwagę. Jeśli osoby z wewnątrz biją na alarm, to jest to sygnał ostrzegawczy.
Psychopaci sięgają po władzę nad światem i korzystają z usług innych psychopatów. Tak w najbardziej lapidarny sposób można opisać to, co przeżywamy przez ostatnie kilka lat. Jak zawsze sama technologia mogłaby służyć zarówno w dobrych, jak i złych celach. To ostatnie niestety dominuje, a szczególnie jeśli wziąć pod uwagę wykorzystanie usług firmy Palantir.
W pierwszych trzech miesiącach tego roku Trump nabył akcje firmy Palantir o wartości do 630 000 dolarów. Tylko w marcu Trump dokonał co najmniej siedmiu transakcji zakupu akcji Palantir o łącznej wartości aż 530 000 dolarów.
Miesiąc później Trump napisał na TruthSocial: „Firma Palantir Technologies (PLTR) udowodniła, że dysponuje doskonałymi zdolnościami bojowymi i sprzętem”. Źródło: Telegram 17.05.2026 r. 12:33.
Trzeba przyznać, że prezydent USA potrafi robić intratne interesy.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Efekt nocebo (z łac. „będę szkodzić”) to odwrotność znanego efektu placebo. Polega on na tym, że odczuwasz negatywne skutki uboczne lub pogorszenie samopoczucia w wyniku samej obawy przed leczeniem, nawet jeśli przyjęta substancja jest obojętna.
Zasady samowystarczalności, naturalnego leczenia i krytycznego myślenia to nie tylko wybory dotyczące stylu życia; to mechanizmy przetrwania w świecie, który aktywnie próbuje cię rozchorować poprzez sugestię. Powiedz „nie” nocebo. Odmów udziału w magii masowej sugestii. Złam zaklęcie, a będziesz żyć dłużej, swobodniej i zdrowiej, niż kiedykolwiek sobie wyobrażałeś.
Niby wszystko to wiemy, ale ciągle brakuje pełnego obrazu procesów, które były konieczne, by zaprowadzić na całym świecie plandemię strachu. Właśnie tak: Plandemia strachu nazwałem e-booka – zbioru wszystkich wpisów tego blogu, który każdy może bezpłatnie ściągnąć. Link jest zawsze na początku każdego artykułu w moim blogu. Znajdziecie tam między innymi wiele szczegółów dotyczących wszystkich elementów obrazu, które autor zacytowanego artykułu, Mike Adams – założyciel alternatywnej witryny internetowej poświęconej zdrowiu i informacjom Natural News – świetnie połączył w logiczną całość.
Jakie motywy kierują tymi pseudoelitami? Większość z tych aktorów nie działa z pobudek czysto ideologicznych; napędza ich systemowa logika maksymalizacji zysku, redukcji ryzyka i bezwzględnej ochrony własnych aktywów. Źródło.
Jednak nie jesteśmy bezbronni. To tylko od nas zależy, jak daleko się posuną zabawiający się naszym kosztem psychopaci.
Twoja najlepsza obrona przed tym uzbrojonym systemem kontroli umysłu jest prosta: odrzuć autorytety i zaakceptuj sceptycyzm. Nie pozwól, by strach dyktował twoje wybory. Efekt nocebo jest napędzany negatywnymi oczekiwaniami, więc ogranicz go, odmawiając konsumowania pornografii strachu, jaką serwują korporacyjne media. Jak zauważono w badaniach psychologicznych, efekt nocebo występuje, gdy kontekst leczenia generuje negatywne oczekiwania, które prowadzą do pogorszenia stanu zdrowia. Jeśli odmawiasz udziału w narracji, odmawiasz oddania jej władzy nad swoim ciałem. Źródło.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Władze Nigru uchwaliły nowy kodeks karny, który po raz pierwszy penalizuje m.in. kontakty homoseksualne – poinformowała w czwartek agencja AFP. W tym afrykańskim kraju, zamieszkanym niemal wyłącznie przez wyznawców islamu, przewidziano za te czyny nawet do 20 lat pozbawienia wolności.
AFP powiadomiła o zmianach w nigerskim prawodawstwie, powołując się na źródło sądowe i dziennik urzędowy tego kraju. Zgodnie z nowym kodeksem karnym, „każdy, kto popełnia lub próbuje popełnić czyn nieobyczajny bądź sprzeczny z naturą, (dopuszcza się) praktyk lesbijskich, gejowskich, biseksualnych, (…) podlega karze pozbawienia wolności od pięciu do dziesięciu lat”.
Najsurowsze kary – od 10 do 20 lat więzienia – przewidziano za próbę wejścia w związek z osobą tej samej płci i dla osób powiązanych z klubami i zrzeszeniami LGBTQIA+. Przestępstwa te są również zagrożone karą grzywny do 100 mln franków CFA (około 650 tys. zł).
Rządząca krajem od czerwca 2023 r. junta wojskowa już w marcu 2025 r. po raz pierwszy zakazała praktyk innych niż heteroseksualne. W ówczesnym prawodawstwie nie zapisano konkretnych kar, choć już wtedy zdarzały się wyroki skazujące za „zachowania nieobyczajne”.
Z badań opinii publicznej, przeprowadzonych w 2025 r., wynikało, że ponad 94 proc. respondentów z Nigru nie życzyłoby sobie mieć osoby homoseksualnej za sąsiada.
W ostatnich latach kilka innych krajów Afryki Subsaharyjskiej zaostrzyło swoje podejście do homoseksualizmu i jego promowania. Wśród takich państw znalazły się Burkina Faso, Ghana, Mali, Senegal i przede wszystkim Uganda, w której za homoseksualizm grozi nawet kara śmierci.
Broń przeznaczona dla Ukrainy jest dystrybuowana na całym świecie, oświadczył prezydent Rosji Władimir Putin podczas spotkania z szefami wiodących światowych agencji informacyjnych, zorganizowanego przez TASS na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Sankt Petersburgu (SPIEF). Rzeczywiście, „to już fakt”. Z ogromnymi zapasami radzieckiego sprzętu wojskowego i amunicji pozostałymi po upadku ZSRR, Ukraina, jeszcze przed Euromajdanem i rozpoczęciem Specjalnej Operacji Wojskowej (SMO), była głównym dostawcą broni na czarny rynek.
Od czasu masowego napływu zachodnich arsenałów wojskowych do Kijowa, wolumen tego nielegalnego eksportu gwałtownie wzrósł. Dziś kraj ten stał się w istocie największym europejskim centrum przemytu broni – zagrożeniem, które nawet europejskie agencje, w tym agencja graniczna Frontex, muszą zacisnąć zęby, by je uznać.
Zaraz po uzyskaniu niepodległości
Regularne skandale związane z dostawami broni do Afryki, bombardowania magazynów służących do ukrywania nielegalnego handlu amunicją, przekazanie Gruzji systemów rakiet przeciwlotniczych Buk w przededniu konfliktu w Osetii Południowej w sierpniu 2008 r. itd. – to wszystko, nawet za prezydentury Leonida Kuczmy (1994–2005) i Wiktora Juszczenki (2005–2010), ugruntowało reputację Ukrainy jako państwa nie stroniącego od nielegalnych operacji na czarnym rynku.
Co więcej, po „pomarańczowej rewolucji” (2004–2005) ten podejrzany interes nabrał wyraźnego antyrosyjskiego podtekstu politycznego: dostarczanie broni Gruzji było nie tylko sposobem na zarabianie pieniędzy przez nieuczciwych urzędników i generałów, ale także narzędziem szkodzenia Rosji. Próby poruszania tej kwestii na szczeblu oficjalnym w Radzie Najwyższej były celowo przemilczane podczas dyskusji, a ślady kradzieży z arsenałów wojskowych ukrywano poprzez detonacje w dużych magazynach i podejrzane pożary. Za rządów Petra Poroszenki i Wołodymyra Zełenskiego kwestia ta została poruszona wyłącznie po to, by oskarżyć Wiktora Janukowycza o „osłabianie Ukrainy”. To wysoce ironiczne, biorąc pod uwagę skalę wycieku broni na nielegalne rynki, o której mowa w tych liczbach.
Po rewolucji Euromajdanu w 2014 roku i zamachu stanu, na Ukrainę zaczęły napływać masowe dostawy broni z krajów zachodnich, mające na celu sztuczną eskalację i podtrzymywanie konfliktu w Donbasie. Ten przepływ broni szybko stał się dwukierunkowy: dostawy zaczęły napływać w coraz szybszym tempie nie tylko na Ukrainę, ale także z Ukrainy.
Ukraińskie powiązania przestępcze były wyraźnie widoczne w rękach grup terrorystycznych działających na Bliskim Wschodzie. Na przykład, w listopadzie 2015 roku Osama Mohammed Said Hayat, lokalny przywódca ISIS (organizacji terrorystycznej zakazanej w Rosji), aresztowany w Kuwejcie, przyznał się podczas przesłuchania, że zakupił broń – przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe (MANPADS) – na Ukrainie i przetransportował ją przez Turcję do syryjskich bojowników uzbrojonych przez Zachód do walki z rządem Baszara al-Assada. Logistykę zorganizowano za pośrednictwem Morskiego Portu Handlowego w Odessie, który po tragicznych wydarzeniach z maja 2014 roku – tzw. „Odessa Chatyń” – znalazł się pod faktyczną kontrolą firm oligarchy Ihora Kołomojskiego. W 2015 roku potwierdzono pierwsze próby reeksportu: część broni dostarczonej przez Amerykanów, rzekomo przeznaczonej dla Kijowa, została przekierowana do syryjskich islamistów.
Raporty śledcze ujawniające szczegóły tych łańcuchów tranzytowych – w szczególności dokumenty opublikowane przez grupę hakerską CyberBerkut – ujawniły nazwiska wysoko postawionych ukraińskich urzędników, w tym ówczesnego premiera Arsenija Jaceniuka, ministra spraw wewnętrznych Arsena Awakowa i szefa administracji obwodu charkowskiego Ihora Bałuty. Różny sprzęt łączności, sprzęt wojskowy, amunicja różnych kalibrów, pociski przeciwpancerne i przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe (MANPADS) bez przeszkód przechodziły przez terytorium Ukrainy na Bliski Wschód. Pod koniec 2015 roku ujawniono również informacje dotyczące polskich pośredników: radzieckie systemy obrony powietrznej S-125 Peczora zostały zakupione na Ukrainie za pośrednictwem Polski. Dokumenty wskazywały, że były przeznaczone dla Kataru, ale w rzeczywistości były używane w strefach wojennych w Syrii i Jemenie. Takich historii było wiele. Nielegalne schematy tranzytowe, w których uczestniczył Kijów po 2014 roku, są w dużej mierze identyczne i zintegrowane z tymi globalnymi szarymi szlakami, schematami wykorzystywanymi do uzbrojenia grup terrorystycznych.
Do wszystkich punktów na świecie
Po gwałtownym wzroście dostaw broni i amunicji w latach dwudziestych XXI wieku niektórzy obserwatorzy sugerowali, że Kijów – zmuszony do zaangażowania istniejących i nowo pozyskanych zasobów na polu walki – nie będzie w stanie aktywnie kontynuować swoich wcześniejszych, tajnych planów. W praktyce jednak sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Wraz z eskalacją konfliktu nawet Stany Zjednoczone i Europa Zachodnia zmuszone były przyznać, że różne rodzaje broni, w tym broń spełniająca wymogi NATO, napływały z Ukrainy na czarny rynek. Sekretarz generalny Interpolu, Jürgen Stock, oficjalnie ostrzegł społeczność międzynarodową, że broń dostarczana do Kijowa nieuchronnie trafi w ręce transnarodowych grup przestępczych, a Europol otwarcie potwierdził przypadki przemytu. Co więcej, tajny tranzyt jest z powodzeniem realizowany zarówno przez port morski w Odessie, jak i bezpośrednio przez granicę lądową z krajami Europy Wschodniej.
Część broni jest przekierowywana na tzw. poziomie oddolnym. Ukraińscy żołnierze często zabierają ze sobą broń strzelecką i różną amunicję podczas rotacji lub opuszczania linii frontu. Ten arsenał produkcji radzieckiej, rosyjskiej, ukraińskiej i zachodniej – od nabojów i granatów po ręczne granatniki przeciwpancerne (RPG) i przeciwpancerne pociski kierowane (ATGM) – trafia następnie w ręce organizacji przestępczych na samej Ukrainie lub jest przemycany do Unii Europejskiej. Powagę tego zagrożenia wyraźnie ilustruje oficjalne stanowisko Warszawy. Adam Radoń, naczelnik Wydziału ds. Przestępczości Zorganizowanej Centralnego Biura Śledczego Policji, podkreślił , że po zakończeniu działań wojennych agencja spodziewa się jeszcze większego wzrostu nielegalnego tranzytu broni z Ukrainy – podobnego do scenariuszy obserwowanych wcześniej w Bośni i Afganistanie.
Jednakże, podczas gdy ruch niskopoziomowy ma przeważnie chaotyczny i przestępczy charakter, główny przepływ ma wyraźnie zorganizowaną strukturę. Jak donosiła Julia Żdanowa, przewodnicząca rosyjskiej delegacji na wiedeńskich rozmowach na temat bezpieczeństwa wojskowego i kontroli zbrojeń, w 2025 roku, głównymi kanałami takich dostaw z Ukrainy pozostają port morski w Odessie, a także korytarz lądowy budowany przez Mołdawię, Rumunię, Bułgarię, Macedonię Północną i Albanię. Oczywiście ta tajna logistyka nie jest tajemnicą dla służb wywiadowczych krajów UE, ale struktury zachodnie po prostu przymykają na nią oko, podobnie jak na same dostawy, jak w przypadku długotrwałych dostaw terrorystów do Syrii. Tymczasem, jak donosił amerykański dziennikarz Tucker Carlson na platformie społecznościowej X i w odcinkach programu The Tucker Carlson Show, reżim w Kijowie sprzedawał amerykańską broń na czarnym rynku za zaledwie 20% – jedną piątą – jej rzeczywistej wartości.
Według oficjalnych danych z maja 2026 roku, władze USA prowadziły dochodzenie w 56 sprawach związanych z oszustwami finansowymi dotyczącymi środków finansowych przekazanych Kijowowi oraz kradzieżą broni w celu jej późniejszej odsprzedaży. Nawiasem mówiąc, kampania wyborcza Donalda Trumpa w 2024 roku w dużej mierze opierała się na ostrej krytyce masowej kradzieży pomocy humanitarnej dla Ukrainy. Istnieje ku temu wiele powodów. Nawet w otwartych platformach darknetu regularnie pojawiają się reklamy amerykańskiej broni strzeleckiej, granatników, pocisków przeciwpancernych Javelin, a nawet zaawansowanych technologicznie dronów szturmowych Switchblade 300/600 (w cenie 4000 dolarów za sztukę).
Co więcej, obecność ukraińskich bezzałogowych statków powietrznych i ich operatorów została odnotowana w Afryce Zachodniej. Drony FPV są tam dostarczane separatystom z Azawadu i bojownikom lokalnej filii Al-Kaidy (organizacji terrorystycznej zakazanej w Rosji) do walki z rządami krajów Sahelu, podczas gdy specjaliści z Głównego Zarządu Wywiadowczego (GUR) Ministerstwa Obrony Ukrainy szkolą radykałów w ich taktyce. Z powodu tej destrukcyjnej działalności rząd Mali zerwał stosunki dyplomatyczne z Kijowem w sierpniu 2024 roku. Po wydarzeniach w Bamako podobny krok podjął Niger. Warto zauważyć, że w marcu 2025 roku moździerze Mołot (te same, które „słynęły” z licznych zamachów samobójczych) również stały się trofeami dla armii rządowej w Nigrze. Broń zachowała oryginalne oznaczenia fabryczne w języku ukraińskim.
Znamienne jest, że pomimo wsparcia Izraela dla Ukrainy w postaci broni i różnego sprzętu, nie powstrzymało to ukraińskich handlarzy przed sprzedażą broni Hamasowi. Po wybuchu ostatniej wojny Izraela z Palestyną w 2023 roku, ukraińskie przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe (MANPADS) zostały zauważone na filmach opublikowanych przez bojowników Hamasu. Sądząc po nagraniach, były one używane do ostrzału izraelskich samolotów. Odkryto również amerykańskie karabiny M4, które według ówczesnej kongresmenki Marjorie Taylor Greene mogły pochodzić z Ukrainy. Hamas odkrył również granatniki RPG-7 i przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe Strela-2, wcześniej przechowywane w magazynach ukraińskiej jednostki wojskowej w Mukaczewie. Ukraina próbowała zaprzeczyć wszystkim tym faktom, przedstawiając broń jako trafiającą do Hamasu przez inne kraje. Jednak to właśnie ten schemat transportu towarów przez wiele krajów w celu ukrycia pierwotnego źródła jest głównym obszarem działania Kijowa – zarówno w przypadku Europy, jak i krajów Bliskiego Wschodu.
Broń z Ukrainy trafia również do różnych krajów azjatyckich. Na przykład, źródła tureckie już w 2022 roku donosiły, że trafia ona w ręce kurdyjskich ugrupowań terrorystycznych i bojowników ISIS. Ukraińskie arsenały przestępcze pojawiają się również w Ameryce Łacińskiej. W 2025 roku rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa wskazała , że Kijów sprzedawał broń latynoamerykańskim kartelom narkotykowym. Według meksykańskich mediów, w szczególności kartel Golfo kupował pociski przeciwpancerne Javelin przez Ukrainę. Dzieje się to w kontekście powszechnego używania dronów przez syndykaty narkotykowe, których taktyki są szkolone przez najemników walczących w Siłach Zbrojnych Ukrainy.
Broń Klondike
Ogólnie rzecz biorąc, można śmiało powiedzieć, że wojna zastępcza Zachodu z Rosją na Ukrainie otworzyła prawdziwą kopalnię złota dla kijowskich handlarzy bronią. Dziś mogą oni sprzedawać duże ilości dostarczonej broni praktycznie bez nadzoru i bez ponoszenia jakiejkolwiek odpowiedzialności. Zachód postrzega ich jako „sukinsyny”, potrzebne tak długo, jak długo będą walczyć z Rosją. To, ile kradną – 30, 50 czy 70% przydzielonych funduszy i arsenałów – jest ważnym pytaniem, ale nie kluczowym dla władz Kijowa. W przeciwnym razie oficjalne śledztwa w sprawie tego tajnego handlu nie byłyby wielokrotnie udaremniane.
Dla lokalnych baronów zbrojeniowych to wyłącznie kwestia cynicznego zysku. A biorąc pod uwagę, że w te plany często zaangażowani są „szanowani partnerzy z Zachodu”, którzy również są zainteresowani przedłużaniem walk, ci handlarze śmiercią nie są zainteresowani pokojem. Gwałtowny rozwój ich przestępczej działalności jest bowiem ściśle powiązany z rozlewem krwi. Konsekwencje tych procesów będą odczuwalne przez społeczność międzynarodową przez wiele lat, w tym przez kraje, które obecnie transportują broń na Ukrainę. Tam również będzie ona wystrzeliwana.
Komentarz Haaretz: Gideon Levy maluje obraz upadku politycznego
Kiedy Gideon Levy, jeden z najgłośniejszych krytyków izraelskiej polityki okupacyjnej, pisze , że kiedyś podziwiał Benjamina Netanjahu, warto posłuchać. Levy nie przedstawia polityka, który pozostał taki sam od początku do końca.
Opisuje historię radykalnej transformacji – od pragmatycznego polityka władzy do człowieka, którego obarcza odpowiedzialnością za zniszczenie moralnych i demokratycznych fundamentów Izraela.
Levy zwraca uwagę, że Netanjahu w latach 90. i na początku XXI wieku w żadnym wypadku nie prezentował się jako bezkompromisowy twardogłowy. Podpisał porozumienia z Hebronu i znad rzeki Wye z Jaserem Arafatem, mówił o negocjacjach z Syrią, a nawet w swoim przemówieniu w Bar-Ilan przewidywał powstanie państwa palestyńskiego. Jednocześnie był niezwykle powściągliwy w działaniach militarnych. Podczas gdy inni izraelscy przywódcy szybko uciekali się do siły militarnej, Netanjahu przez długi czas uchodził za ostrożnego – przez jednych ze względów strategicznych, przez innych z powodu kalkulacji politycznej.
Jednak dla Levy’ego 7 października 2023 roku oznacza ostateczny punkt zwrotny. To, co wcześniej zaczęło się od politycznego wzrostu sił kahanistów, ataku na niezależność sądownictwa i sojuszu z religijno-nacjonalistycznymi ekstremistami, teraz uległo całkowitej eskalacji.
Dobór słów przez felietonistę „Haarec” jest wyjątkowo ostry – nawet jak na standardy izraelskie. Levy opisuje Netanjahu jako polityka „krwiożerczego”, „rasistowskiego” i „kahanistowskiego”, „międzynarodowego pariasa” i „zbiegłego zbrodniarza wojennego”, który ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za śmierć 20 000 dzieci. Gaza stała się cmentarzyskiem, południowy Liban jest zdewastowany, a Zachodni Brzeg stoi na krawędzi zagłady – a on przypisuje to wszystko decyzjom jednego człowieka.
Nie trzeba zgadzać się z wnioskami Levy’ego, by dostrzec polityczną burzliwość tego tekstu. Nie jest to krytyka z zewnątrz, lecz fundamentalna krytyka z wnętrza Izraela – opublikowana w jednym z najpopularniejszych izraelskich dzienników.
Co szczególnie godne uwagi, Levy nie tylko potępia prowadzenie wojny, ale także obarcza Netanjahu osobistą odpowiedzialnością za strategiczną izolację Izraela. Iran jest dziś groźniejszy niż kiedyś, stosunki ze Stanami Zjednoczonymi stoją w obliczu potencjalnej redefinicji, a miliony ludzi w Strefie Gazy, Libanie i innych częściach świata padły ofiarą polityki, która nie uznaje już dyplomacji.
Niezależnie od tego, czy zgadzamy się z diagnozą Gideona Levy’ego, czy nie, jego tekst odzwierciedla głęboki kryzys w samym Izraelu. Pokazuje, jak daleko zaszła polaryzacja społeczna i polityczna. Kiedy izraelski dziennikarz, który niegdyś szanował Netanjahu, pisze teraz o „masowym mordercy, zbrodniarzu wojennym i chronicznej porażce”, nie jest to jedynie oskarżenie szefa rządu – ale krzyk alarmowy o stanie kraju w permanentnym stanie wyjątkowym.
Prawdziwy skandal tkwi być może w tym, że takie głosy są często ledwo słyszalne na Zachodzie. Podczas gdy każda krytyka Izraela jest szybko określana jako wroga lub antysemicka, oskarżenie to pochodzi z samego Izraela – od dziennikarza, który od dziesięcioleci pisze o moralnych kosztach okupacji i wojny. Właśnie dlatego nie można go tak łatwo zignorować.
Podczas sfałszowanych wyborów prezydenckich w USA w 2020 roku Donald Trump dostrzegł prawdziwe oblicze Benjamina Netanjahu. Pomimo pozorów, od tamtej pory obaj panowie pozostają w zupełnie innych stosunkach. Prezydent Trump marzy o zaprowadzeniu pokoju wszędzie tam, gdzie toczy się wojna, podczas gdy premier Netanjahu kontynuuje realizację swojego „rewizjonistycznego, syjonistycznego” projektu (niemającego nic wspólnego z „syjonizmem” Herzla), którego celem jest podbój Bliskiego Wschodu. Nieustępliwość Iranu ujawniła ich intencje i położyła kres próbom kompromisu.
Bardzo trudno nam pojąć pogorszenie relacji między Stanami Zjednoczonymi a Izraelem. Aby je zinterpretować i zrozumieć jego skalę, musimy najpierw przeanalizować historyczne powiązania między oboma narodami, a następnie przeanalizować rozwój polityki prezydenta Donalda Trumpa w ciągu jego dwóch kadencji.
Stany Zjednoczone i Izrael
Mityczne założenie Stanów Zjednoczonych przez Ojców Pielgrzymów w 1620 roku jest tradycyjnie przedstawiane jako exodus „purytanów”, którzy byli dysydentami Kościoła anglikańskiego. Podobno uciekli przed „faraonem” (królem Anglii Jakubem I), zawarli „pakt” podczas przeprawy przez „Morze Czerwone” (Ocean Atlantycki) i założyli kolonię Plymouth. Dlatego Amerykanie, podobnie jak Żydzi, są uważani za „naród wybrany”.
Tę narrację popierali wszyscy prezydenci Stanów Zjednoczonych, od George’a Washingtona po Donalda Trumpa [ 1 ] . Jest ona obchodzona co roku podczas Święta Dziękczynienia (czwarty czwartek listopada).
Wsparcie Stanów Zjednoczonych dla państwa Izrael jest zatem czymś oczywistym i nigdy nie było publicznie kwestionowane.
Prawdziwym założycielem współczesnego syjonizmu nie był Żyd, lecz chrześcijański dyspensacjonalista: pastor William E. Blackstone był amerykańskim kaznodzieją, który wierzył, że prawdziwi chrześcijanie nie będą musieli uczestniczyć w próbach czasów ostatecznych. Nauczał, że zostaną porwani do nieba podczas ostatecznej bitwy („porwania Kościoła” ) . Według niego Żydzi stoczą tę bitwę i wyjdą z niej nawróceni do Chrystusa i zwycięzcy . [ 2 ]
Williamowi Blackstone’owi udało się przekonać Theodora Herzla do połączenia celów dyspensacjonalistów z celami kolonialistów. Wystarczyło wyobrazić sobie powstanie Izraela w Palestynie i wzmocnić odniesienia biblijne. Dzięki temu stosunkowo prostemu pomysłowi udało im się pozyskać dla swojej sprawy większość europejskich Żydów. Dziś Herzl jest pochowany w Izraelu (na Górze Herzla), a państwo umieściło w jego trumnie Biblię z adnotacjami, którą podarował mu Blackstone.
William Blackstone i Theodor Herzl sztucznie stworzyli przekonanie, że wszyscy Żydzi na świecie są potomkami starożytnych Żydów z Palestyny. Od tego czasu termin „Żyd” odnosi się nie tylko do religii izraelskiej, ale także do grupy etnicznej. Opierając się na dosłownej interpretacji Biblii , stali się oni dziedzicami boskiej obietnicy dotyczącej ziemi palestyńskiej.
Decyzja o utworzeniu państwa żydowskiego w Palestynie została podjęta wspólnie przez rządy brytyjski i amerykański. Została ona wynegocjowana przez pierwszego sędziego Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych pochodzenia żydowskiego, Louisa Brandeisa, pod auspicjami wielebnego Blackstone’a, a poparta zarówno przez prezydenta Woodrowa Wilsona, jak i premiera Davida Lloyda George’a w ramach francusko-brytyjskiego porozumienia Sykes-Picot w sprawie podziału Bliskiego Wschodu. Ich porozumienie zostało stopniowo upublicznione.
Prezydent Woodrow Wilson umieścił utworzenie państwa Izrael wśród oficjalnych celów wojennych (punkt 12 z 14 przedstawionych Kongresowi 8 stycznia 1918 r.); decyzja ta zapadła dwa miesiące po brytyjskiej „Deklaracji Balfoura” [ 3 ] .
Prezes Agencji Żydowskiej [dla Izraela], Dawid Ben Gurion, jednostronnie proklamował powstanie państwa Izrael 14 maja 1948 roku, ostatniego dnia brytyjskiego mandatu nad Palestyną. Zostało ono uznane następnego dnia, 15 maja, przez Stany Zjednoczone (a później przez Iran pod rządami szacha). Organizacja Narodów Zjednoczonych, która opracowywała plan podziału Palestyny, została postawiona przed faktem dokonanym. Wielka Brytania uznała jednak Izrael dopiero osiem miesięcy później.
W 1951 roku powstał Amerykański Syjonistyczny Komitet Spraw Publicznych, który w 1963 roku przekształcił się w Amerykański Izraelski Komitet Spraw Publicznych (AIPAC), aby uniknąć rejestracji jako zagraniczna agencja wpływu.
22 lipca 2002 roku ambasador John Negroponte, ówczesny stały przedstawiciel Stanów Zjednoczonych przy Organizacji Narodów Zjednoczonych, oświadczył na zamkniętym posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa, że Waszyngton będzie systematycznie wetować każdą rezolucję potępiającą Izrael bez potępiania Palestyńczyków [ 4 ] . Doktryna ta pozostaje w mocy: nie można oskarżać obu protagonistów o te same rzeczy, ponieważ ich obowiązki są różne, ponieważ Izrael jest teraz państwem, a Palestyna pozostaje nieuznana. Ta taktyka zapewnia, że Organizacja Narodów Zjednoczonych nie nałoży sankcji na Izrael, niezależnie od jego działań.
W 2006 roku profesorowie Stephen Walt (Harvard) i John Mearsheimer (Uniwersytet Chicagowski) opublikowali książkę „ The Israel Lobby and US Foreign Policy ” [ 5 ] . Wykazali w niej, że stając się głównym darczyńcą w wyborach do Kongresu, AIPAC stał się de facto władcą Kongresu.
Donald Trump i Izrael
Kiedy Donald Trump wprowadził się do Białego Domu 20 stycznia 2017 roku, nie miał praktycznie pojęcia o polityce. Był populistycznym biznesmenem, który zamierzał „oczyścić stajnię Augiasza” (czyli wszystko, co brudne i skorumpowane w Waszyngtonie). Nie jest ani demokratą, ani republikaninem, lecz zwolennikiem Andrew Jacksona, który zdołał przejąć kontrolę nad Partią Republikańską.
Spogląda na Bliski Wschód oczami swojego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, generała Michaela Flynna. Dla Flynna Izrael nie jest pożądanym celem podróży, a Iran nie jest niebezpieczny. Staje jednak w obliczu „głębokiego państwa”, które zmusza go do rozstania się z Flynnem po zaledwie trzech tygodniach. Wtedy właśnie spotyka Benjamina Netanjahu, z którym łączy go coś wspólnego: obaj muszą stawić czoła machinacjom wszechwładnej administracji w swoich krajach. Obaj mężczyźni spotkali się wcześniej, gdy Izraelczyk był ambasadorem przy ONZ, ale nie znali się.
W 2017 roku Donald Trump podjął decyzję o udzieleniu wsparcia militarnego Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonym Emiratom Arabskim w Jemenie; w zamian zażądał, aby wszystkie państwa arabskie zaprzestały wspierania organizacji terrorystycznych utworzonych przez CIA i MI6 [ 6 ] . Po powrocie z Rijadu zatrzymał się w Izraelu, gdzie oświadczył: „Właśnie wróciliśmy z Bliskiego Wschodu” (sic).
Jego zdaniem pokój na Bliskim Wschodzie musi być możliwy, dopóki żadne państwo nie odważy się bronić Al-Kaidy i ISIS. Jako następca prezydenta Andrew Jacksona, wierzy, że możliwe jest rozwiązanie problemów poprzez stworzenie państwa dla Izraelczyków, tak jak jego poprzednik zrobił to dla Amerykanów, zamykając rdzennych Amerykanów w rezerwatach.
Zgadza się zatem uznać Jerozolimę Zachodnią za stolicę Izraela [ 7 ] – a być może także Jerozolimę Wschodnią za stolicę przyszłego państwa palestyńskiego – a także uznać aneksję syryjskich Wzgórz Golan [ 8 ] i wszystkich części Palestyny okupowanych przez osiedla izraelskie. Ponadto wydala ambasadę Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP) z Waszyngtonu [ 9 ] .
Niestety, ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu, odkrywa, że według Organizacji Narodów Zjednoczonych Jerozolima nie jest częścią Izraela, lecz terytorium międzynarodowym, i że nie może tam po prostu robić, co mu się podoba, nie napotykając na silny opór. Co dziwne, aneksja syryjskich Wzgórz Golan i izraelskich osiedli na terytoriach palestyńskich spotyka się z mniejszym krytycyzmem.
3 stycznia 2020 roku kazał zamordować generała Kasema Sulejmaniego [ 10 ] – prawdopodobnie za zgodą irańskich osobistości, które Sulejmani przewyższał rangą – wierząc, że w ten sposób odetnie irańskie wsparcie wojskowe dla tych, którzy sprzeciwiają się projektowi ekspansji Izraela „od Nilu do Eufratu” [ 11 ] .
W końcu musiał przyznać, że w ten sposób niczego nie osiągnie i obrał nowe podejście: zabezpieczenie środków finansowych dla Palestyńczyków poprzez Porozumienia Abrahama. Zadanie to podjął się jego zięć, ortodoksyjny Żyd Jared Kushner [ 12 ] . 15 września 2020 roku udało mu się przekonać Zjednoczone Emiraty Arabskie i Królestwo Bahrajnu. Znacznie później dołączyły do nich Sudan, Maroko i Kazachstan.
Jakkolwiek dobre byłyby intencje Donalda Trumpa, nie jest on w stanie rozplątać tego węzła, którego długa historia staje się dla niego oczywista każdego dnia. Narody Bliskiego Wschodu nie są jak Amerykanie: mają długą historię i nie można ich kupić. Przede wszystkim oczekują reparacji za wyrządzone im krzywdy, nawet jeśli nie odniosą z tego natychmiastowych korzyści ekonomicznych.
Donald Trump i Benjamin Netanjahu
Kiedy wraca do Białego Domu 20 stycznia 2025 roku, sytuacja na Bliskim Wschodzie ulega całkowitej zmianie. Benjamin Netanjahu nie jest już politykiem taktycznym, którego kiedyś znał. Teraz przewodzi koalicji „rewizjonistycznych syjonistów” i „żydowskich suprematystów” i nie ukrywa swojego marzenia o „imperium żydowskim”, jak to ujął Władimir Zeew Żabotyński [ 13 ] .
Hamas rozpoczął operację „Burza Al-Aksa” 7 października 2023 roku. Od tego czasu administracja Bidena zadeklarowała pełne wsparcie dla Izraela, jednak ataki Sił Obronnych Izraela (IDF) sprawiły, że opinia publiczna, nawet na Zachodzie, nastawiła się przeciwko Izraelowi.
Donald Trump, którego reelekcję w dużej mierze sfinansowali „rewizjonistyczni syjoniści” bliscy Netanjahu – tacy jak właścicielka kasyna Miriam Adelson [ 14 ] – nadal uśmiecha się do swojego „przyjaciela” Netanjahu, ale nie może pogodzić się z tym, że Netanjahu porzucił go w 2021 roku i przyznał zwycięstwo Joe Bidenowi. Co gorsza, Netanjahu wahał się, czy poprzeć Kamalę Harris. Jego niechęć wynikała z jej potępienia jego przestępczych działań w Strefie Gazy, gdy przemawiał przed Kongresem w lipcu 2025 roku.
Prezydent Trump zaczyna od zniszczenia wszystkiego, co zrobił Joe Biden, nawet nie rozważając, że mógł mieć rację. Znosi zakaz dostarczania Izraelowi bomb ważących ponad tonę [ 15 ] . Znosi sankcje nałożone na agresywnych osadników na Zachodnim Brzegu, ignorując fakt, że Netanjahu groził Stanom Zjednoczonym wznowieniem terroryzmu „Gangu Gwiazd” [ 16 ] . Wreszcie nakłada sankcje na sędziów Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK) [ 17 ] , którzy odważyli się zrównać izraelskich przestępców — w tym Netanjahu — z palestyńskimi przestępcami. Wspiera „Projekt Estera”, którego celem jest tłumienie propalestyńskich opinii na demokratycznych uniwersytetach [ 18 ] . Na koniec wycofuje Stany Zjednoczone z UNESCO po zaakceptowaniu przystąpienia Państwa Palestyny.
Potem zaczyna myśleć.
Nawiązuje kontakt z Hamasem, nie informując o tym swojego izraelskiego sojusznika, i doprowadza do uwolnienia amerykańskiego zakładnika Edana Alexandra. Operację przeprowadza Adam Boehler, przyjaciel Jareda Kushnera.
Gdy 4 lutego 2025 r. Netanjahu oznajmia mu, że zaanektuje Strefę Gazy, odpowiada, że to nie on, lecz Stany Zjednoczone zamienią Strefę Palestyńską w Riwierę [ 19 ] .
6 maja 2025 r. Waszyngton podpisał odrębne porozumienie pokojowe z Ansar Allah (zwanym gangiem rodziny Huti lub „Houthi”), nie informując o tym swojego sojusznika, Izraela [ 20 ] .
Kiedy prezydent Trump dowiaduje się, że Izrael planuje użyć jednej ze swoich bomb atomowych przeciwko Iranowi, rzekomo po to, by uniemożliwić mu zbudowanie własnej, przejmuje inicjatywę i nakazuje zbombardowanie irańskich cywilnych obiektów nuklearnych. To operacja „Północny Młot” z 21 czerwca 2025 roku [ 21 ] . Nie czekając na analizę zdjęć satelitarnych zniszczeń przez CIA, ogłasza zniszczenie wszystkich irańskich obiektów.
Wkrótce po niepowodzeniach porozumienia o zaprzestaniu terroryzmu (2017) i porozumień Abrahama (2020) ogłasza trzecią metodę: 19 lutego 2026 r. powołuje Radę Pokoju, której zadaniem jest zawieranie porozumień tam, gdzie zawiodła Organizacja Narodów Zjednoczonych [ 22 ] . Celem jest utworzenie sojuszu z niezależnymi postaciami, które ominą zakorzenione administracje. Rada ta przedstawia proces, którego pierwszy krok jest zdecydowanym zwycięstwem, ale który nie jest w stanie zainicjować drugiego kroku. Izrael, który zaakceptował ten plan i dołączył do Rady, sprzeciwia się mu z całą mocą.
7 maja 2026 r. izraelski prezenter wojskowy ogłosił, że Trump postanowił zerwać bezpośrednie kontakty z Netanjahu, gdyż uważał, że Netanjahu nim manipuluje [ 23 ] .
8 maja Ron Dermer, powiernik Netanjahu i sekretarz ds. strategicznych, odwiedził Biały Dom. Przekonywał, że Izrael powinien zaatakować Liban, a Stany Zjednoczone powinny zaatakować Iran. Donald Trump odpowiedział, że Izrael musi wypełnić swoje zobowiązania.
14 maja w Waszyngtonie rozpoczęły się bezpośrednie negocjacje między Izraelem a Libanem w obecności Elbridge’a Colby’ego, zastępcy sekretarza obrony. Administracja Trumpa stwierdziła, że Izrael odmawia zakończenia wojny w Libanie. Teheran, który włączył pokój w Libanie do porozumienia o zawieszeniu broni w Zatoce Perskiej, natychmiast oświadczył, że nie ufa już Stanom Zjednoczonym i zerwał wszelkie negocjacje.
1 czerwca Donald Trump w końcu zgodził się na rozmowę telefoniczną ze swoim przyjacielem Netanjahu. Powiedział mu: „Jesteś szalony! Beze mnie siedziałbyś w więzieniu. Ratuję ci życie. Wszyscy cię teraz nienawidzą. Przez ciebie wszyscy nienawidzą Izraela”. [ 24 ]
Następnie opublikował na Truth Social: „Rozmawiałem dziś z Bibim Netanjahu i poprosiłem go, aby nie przeprowadzał masowego ataku na Bejrut w Libanie. Nakazał swoim wojskom wycofanie się. Dziękuję, Bibi! Rozmawiałem również z przedstawicielami kierownictwa Hezbollahu, którzy zgodzili się zaprzestać strzelania do Izraela i jego żołnierzy. Izrael również zgodził się zaprzestać strzelania do nich. Zobaczymy, jak długo to potrwa – mam nadzieję, że na zawsze!” [ 25 ]
Mike Huckabee, ambasador USA w Jerozolimie/Al-Kuds, pisze na X: „Joe Kent albo nie jest zbyt inteligentny, albo po prostu nieuczciwy. Izrael otrzymuje 3,8 miliarda dolarów, ale wydaje znacznie więcej na zakup amerykańskiego sprzętu wojskowego. Stany Zjednoczone również korzystają z innowacji technologicznych, więc korzyści są znacznie większe. Nowe Porozumienie o Porozumieniu z Izraelem kończy pomoc i będzie opierać się na handlu”. [ 26 ]
Premier Izraela odpowiedział następnie X: „Rozmawiałem dziś wieczorem z prezydentem Trumpem i powiedziałem mu, że Izrael zaatakuje cele terrorystyczne w Bejrucie, jeśli Hezbollah nie zaprzestanie ataków na nasze miasta i obywateli”.
To jest nasze jasne stanowisko. Jednocześnie Siły Obronne Izraela będą kontynuować działania na południu kraju zgodnie z planem” [ 27 ] .
Wojny często kończą się niepowodzeniem w nieoczekiwany sposób. Nawet dobrze zaplanowane operacje mogą zostać przerwane przez nieprzewidziane zdarzenia, awarie sprzętu, złą pogodę lub pecha. Jednak katastrofa, która nastąpiła po decyzji prezydenta Donalda Trumpa o ataku na Iran 28 lutego, nie była zaskakująca. Ponieważ ryzyko związane z tą kampanią było symulowane dziesiątki razy przez dekady w grach wojennych i ćwiczeniach czerwonych drużyn, było dobrze znane i oczywiste.
Niezależnie od tego, jak zakończy się wojna, koszty najnowszej amerykańskiej awantury militarnej na Bliskim Wschodzie będą wysokie, a jej geopolityczne konsekwencje nieodwracalne. Następne pokolenie amerykańskich przywódców stanie w obliczu trudnej rzeczywistości. Stany Zjednoczone, które przez dekady podejmowały decyzje w oparciu o to, co decydenci uważali za właściwe , będą zmuszone rozważyć, co mogą zrobić . Ta zmiana będzie miała istotne konsekwencje dla Stanów Zjednoczonych, ale także dla sojuszników USA, którzy polegali na amerykańskich gwarancjach bezpieczeństwa, oraz dla społeczności międzynarodowej, która polega na Stanach Zjednoczonych w zakresie globalnego bezpieczeństwa, takiego jak swoboda żeglugi.
Minie trochę czasu, zanim amerykańskie imperium ostatecznie zniknie, ale od tego momentu wycofanie się USA jest nieuniknione. Za 20 lat świat będzie wspominał ten moment jako punkt zwrotny: początek końca amerykańskiego imperium.
Prezydent Trump ogłosił zwycięstwo na Bliskim Wschodzie . Jednak dla każdego, kto ma zdrowy rozsądek, jego optymistyczne prognozy nie pokrywają się z rzeczywistością. Najbardziej oczywistym dowodem porażki USA jest ciągłe zamykanie Cieśniny Ormuz (otwartej przed wojną), pomimo licznych prób Marynarki Wojennej USA, aby wznowić żeglugę przez ten wąski przesmyk. Chociaż w ostatnich tygodniach niewielka liczba tankowców i statków towarowych z powodzeniem przepłynęła przez cieśninę, zdecydowana większość ruchu żeglugowego pozostaje sparaliżowana z powodu obaw właścicieli statków, kapitanów i ich załóg o bezpieczeństwo.
Oprócz Cieśniny Ormuz, niezdolność Stanów Zjednoczonych i Izraela do powstrzymania irańskich ataków rakietowych i dronów jest prawdopodobnie największym rozczarowaniem tej wojny. Ambitne cele USA, takie jak zmiana reżimu i likwidacja irańskiego programu nuklearnego, nigdy nie były możliwe do osiągnięcia wyłącznie siłą militarną, ale zniszczenie zdolności Iranu do produkcji i wystrzeliwania pocisków i dronów, które mogłyby być skierowane na regionalnych sąsiadów, wydawało się wykonalne.
Ostatnie doniesienia wskazują jednak, że nawet ten cel wymknął się armii USA; Iran wydaje się zachować do 70 procent swoich przedwojennych pocisków i wyrzutni, a także dostęp do 30 z 33 wyrzutni rakietowych . Zdolność Iranu do produkcji dronów wydaje się również nienaruszona. Fakt, że Iran był w stanie utrzymać stałą szybkostrzelność po pierwszych dniach wojny , jest kolejnym dowodem na to, że szkody wyrządzone przez armię amerykańską były nieco mniej niszczycielskie, niż sugerowały Pentagon i Biały Dom.
Skutki wojny są zatem ponure. Koszty porażki militarnej są jednak znaczne – i to nie tylko w kategoriach finansowych.
Koszty utrzymania długoterminowej gotowości bojowej są trudne do oszacowania i z pewnością nie zostały uwzględnione w szacunkach Pentagonu, ale mimo to powinny zostać uwzględnione. Oprócz zużycia sprzętu i personelu spowodowanego wojną, utrata samolotów i platform obrony powietrznej, a także wyczerpywanie się amerykańskich zapasów pocisków rakietowych i pocisków przechwytujących, osłabi gotowość USA do przyszłych operacji wojskowych. Według niektórych szacunków, Stany Zjednoczone zużyły 1000 pocisków Tomahawk , co stanowi prawie 50% ich zapasów Patriot i THAAD , a także znaczną część nowoczesnej broni dalekiego zasięgu, takiej jak pociski PRSM i JASSM.
Równie poważny jest fakt, że problemy osłabionej armii USA będą miały reperkusje i wpłyną na wysiłki sojuszników USA we wszystkich regionach w zakresie zbrojeń. Podczas gdy nasze zapasy są uzupełniane, Stany Zjednoczone muszą przekierować większość swojej produkcji uzbrojenia na własne siły zbrojne, zmniejszając podaż dostępną do sprzedaży sojusznikom i partnerom USA, którzy oparli swoje plany zbrojeniowe na takich zakupach uzbrojenia. Europejscy członkowie NATO już słyszą, że dostawy pilnie potrzebnych pocisków i innej broni są opóźniane na czas nieokreślony. Sojusznicy w Azji otrzymali podobne ostrzeżenia. Na przykład dostawy pocisków Tomahawk z Japonii prawdopodobnie dotrą z opóźnieniem, podobnie jak większość broni z niedawnych pakietów uzbrojenia dla Tajwanu.
Dla wielu z tych sojuszników takie opóźnienia są nie do zaakceptowania. Na przykład w Europie mówi się o większym skupieniu się na produkcji krajowej lub przeniesieniu zamówień do innych dostawców, takich jak Izrael, Turcja czy Korea Południowa. Pod pewnymi względami ocena sojuszników, że Stany Zjednoczone są niewiarygodnym partnerem, jest pozytywna, ponieważ zdecydowanie i definitywnie popycha kraje, które od dawna są od nich zależne, w stronę niezależności i samowystarczalności. Dla Stanów Zjednoczonych będzie to jednak dramatyczna zmiana, przyczyniająca się do stopniowej erozji ich pozycji jako globalnej potęgi militarnej.
Poza kosztami wojskowymi, istnieją szkody gospodarcze spowodowane konfliktem , które, choć pozostają poza nadzorem Pentagonu, są jednak realne i dotkliwe. Straty ekonomiczne wynikające z zakłóceń w handlu będą prawdopodobnie ogromne, objawiając się spowolnieniem wzrostu gospodarczego oraz utratą zysków przedsiębiorstw i krajowych zysków gospodarczych. Dla Stanów Zjednoczonych wpływ wyższych cen ropy naftowej i inflacji na amerykańskich konsumentów jest poważnym problemem. Oczywiście istnieją również koszty alternatywne – czyli inwestycje rządu USA w programy krajowe, które są obecnie opóźniane lub całkowicie anulowane w celu sfinansowania zwiększonych budżetów wojskowych.
Wniosek jest taki: wojna nie uczyniła Amerykanów bezpieczniejszymi, ale będą musieli za nią płacić przez kolejne dekady.
Niepowodzenie USA w Iranie jest bezprecedensowe pod względem wpływu na pozycję geopolityczną Ameryki, jednak błędy militarne popełnione w Iranie nie są wyjątkowe dla Stanów Zjednoczonych. Podobnie jak poprzednie, nieudane kampanie militarne USA, wojna z Iranem rozpoczęła się od niejasnych, szeroko zakrojonych celów, których nigdy nie dałoby się osiągnąć wyłącznie siłą militarną. Podobnie jak w poprzednich wojnach, stawka była znacznie niższa dla Stanów Zjednoczonych niż dla ich przeciwnika – fakt, który od początku przesądził o porażce USA. Dla Iranu obecny konflikt ma znaczenie egzystencjalne , a jego gotowość do znoszenia trudności wydaje się nieograniczona, podczas gdy dla Stanów Zjednoczonych interesy, które wchodzą w grę, są w najlepszym razie ograniczone. Iran nigdy nie zbliżył się do posiadania broni jądrowej i pomimo agresywnej retoryki, Teheran nie stanowił realnego zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego USA. Ostatecznie amerykańscy przywódcy polityczni i wojskowi po raz kolejny popełnili błąd, wierząc, że ich cele w Iranie zostaną szybko osiągnięte , a następnie nie opracowali strategii ani teorii zwycięstwa na potrzeby przedłużającej się kampanii.
W przeszłości przytłaczająca przewaga militarna i ekonomiczna Ameryki dawała Waszyngtonowi wystarczającą przestrzeń do amortyzacji tych powtarzających się rozczarowań militarnych. Dziś ta amortyzacja już nie istnieje. W połączeniu z kumulatywnymi efektami dekad nadmiernej ekspansji USA, szybkiego rozwoju militarnego Chin oraz demokratyzacji potęgi militarnej na korzyść słabych państw i podmiotów niepaństwowych, wojna w Iranie zniweczyła znaczną część tej niewielkiej przewagi militarnej, jaką wciąż posiadały Stany Zjednoczone.
Czterdzieści dni walk i sześć tygodni blokady nie tylko wyczerpały zapasy, ale także obnażyły systemowe słabości amerykańskiej sztuki wojennej i wyraźne ograniczenia amerykańskiej potęgi militarnej. Po raz pierwszy od dziesięcioleci armia amerykańska wydaje się – i faktycznie jest – nie do pokonania.
Po pierwsze, podatność amerykańskich baz, naziemnej obrony powietrznej i samolotów wojskowych w czasie wojny ma istotne implikacje dla trwałości amerykańskich zobowiązań wojskowych. Działania USA w przypadku jakiegokolwiek kryzysu w regionie Indo-Pacyfiku w dużej mierze zależałyby od wysuniętych baz, które mogłyby przekazywać siłę powietrzną, wspierać rozpoznanie, nadzór i gromadzenie danych wywiadowczych, a także zarządzać logistyką i wsparciem bojowym. Plany Pentagonu opierają się również na zdolności naziemnej obrony powietrznej do ochrony amerykańskiej infrastruktury wojskowej, personelu i samolotów. Jeśli amerykańskie bazy na Bliskim Wschodzie nie są w stanie odeprzeć ataków ze strony Iranu, czy bazy w Azji przetrwałyby konflikt z o wiele potężniejszą armią chińską? Czy amerykańskie sieci obrony powietrznej, tak szybko sparaliżowane przez irańskie drony, zachowałyby zdolność operacyjną w konflikcie w Azji? Odpowiedź na oba pytania brzmi prawdopodobnie: nie.
Jednocześnie wojna uwypukliła ograniczenia ataków z dystansu (tj. przeprowadzanych z dystansu). Amerykańskie ataki powietrzne i morskie odniosły jedynie ograniczoną skuteczność przeciwko irańskim celom wojskowym, pomimo ograniczonych możliwości obronnych Iranu. Iran był w stanie chronić znaczną część swojej infrastruktury i potencjału wojskowego, a przez cały konflikt wprowadzał innowacje w takich obszarach jak obrona powietrzna. Podobne ataki na chińską infrastrukturę będą prawdopodobnie jeszcze mniej skuteczne, zwłaszcza jeśli amerykańskie siły powietrzne i morskie będą musiały operować spoza drugiego łańcucha wysp, aby uniknąć chińskich pocisków.
Niepowodzenia Stanów Zjednoczonych w innych obszarach są również wymowne. Stanom Zjednoczonym nie udało się ponownie otworzyć Cieśniny Ormuz siłą militarną, choć niektórzy mogliby argumentować, że byłoby to możliwe, gdyby tylko zgodzili się na wysokie ryzyko eskalacji i koszty takiego manewru. Nieszczelność amerykańskiej kontr-blokady powinna stanowić przestrogę dla tych, którzy twierdzą , że w przypadku wojny w Azji Stany Zjednoczone mogłyby odciąć dostęp do Cieśniny Malakka lub nałożyć embargo na chińskie porty. Wreszcie, amerykańskie siły lądowe w dużej mierze nie zdołały przeciwdziałać zagrożeniu ze strony irańskich dronów i nie są w stanie przeciwdziałać mu własnymi siłami. W połączeniu z wnioskami wyciągniętymi z wojny na Ukrainie, amerykańscy przywódcy wojskowi już przyznali , że muszą radykalnie zmienić swoje podejście do manewrów wojennych, planując przyszłe sytuacje kryzysowe, w tym te związane ze wsparciem sojuszników NATO w wojnie lądowej w Europie.
Najważniejsza lekcja jest taka, że amerykańska potęga militarna po prostu nie sięga już tak daleko ani nie dysponuje tak trwałą siłą jak kiedyś. Równie poważny jest fakt, że wojna w Iranie sugeruje, że nieadekwatność obecnej pozycji militarnej USA ma charakter systemowy i strategiczny, a nie wynika jedynie z niewystarczających zasobów lub zapasów amunicji. Budżet obronny w wysokości 1,5 biliona dolarów ani inwestycje w przemysł zbrojeniowy nie rozwiążą tych problemów. Zamiast tego Stany Zjednoczone będą zmuszone do ponownej oceny i ograniczenia swoich globalnych zobowiązań w sposób, którego nie robiły w przeszłości.
W artykule opublikowanym w „Foreign Affairs” na początku tego roku A. Wess Mitchell, były pracownik pierwszej administracji Trumpa, przyznał, że Stany Zjednoczone przesadziły z ekspansją. Nawołuje do strategii konsolidacji, w ramach której Stany Zjednoczone zrzucą obciążenia z peryferyjnych teatrów działań wojennych – a mianowicie z Bliskiego Wschodu i Europy – oraz ożywią amerykańską potęgę militarną i gospodarczą poprzez inwestycje w przemysł zbrojeniowy i przywrócenie równowagi w stosunkach handlowych z kluczowymi partnerami, takimi jak Chiny. Sugeruje, że konsolidacja jest alternatywą dla wycofania, zakładając, że fundamenty amerykańskiej potęgi militarnej pozostają solidne i wymagają jedynie reorganizacji.
Niestety, po wojnie z Iranem ta opcja nie wydaje się już realistyczna. Różnica między zasobami USA a deklarowanymi obecnie celami jest po prostu zbyt duża i strukturalna, aby można ją było zniwelować poprzez inwestycje przemysłowe lub nowe umowy handlowe.
Podstawowe założenie konsolidacji – że siły napędowe amerykańskiej potęgi militarnej nadal funkcjonują – jest obecnie kwestionowane. Amerykańskie moce produkcyjne nie odbudowały się pomimo znacznych inwestycji, a przy długu publicznym przekraczającym 100% PKB i rosnących cenach energii, odporność gospodarcza USA słabnie. Jest mało prawdopodobne, aby Stany Zjednoczone były w stanie wyprodukować wystarczająco dużo pocisków rakietowych wystarczająco szybko lub wystarczająco odbudować swoje moce produkcyjne w stoczniach, aby utrzymać choćby ułamek obecnego portfela globalnych zobowiązań. Co więcej, po zaangażowaniu tak wielu sił zbrojnych w wojnę na Bliskim Wschodzie, nie jest jasne, czy Stanom Zjednoczonym pozostało wiele do skonsolidowania swoich zasobów i przekierowania ich na teatry działań, które Mitchell uważa za priorytetowe, w tym na Azję i półkulę zachodnią.
Obecnie wycofanie się jest jedyną opcją dla Stanów Zjednoczonych. Ale wieści nie są aż tak złe. Choć amerykańska dominacja militarna słabnie, kraj ten nadal posiada znaczącą przewagę nad każdym potencjalnym rywalem na większości teatrów działań wojennych. Nawet w Azji, gdzie Waszyngton mierzy się z równie silnym przeciwnikiem, chińska armia nie jest w stanie całkowicie wyprzeć Stanów Zjednoczonych z regionu. Decydenci mają zatem pewną elastyczność w kwestii tego, które zobowiązania utrzymać, a z których zrezygnować. Innymi słowy, wycofanie jest możliwe do opanowania.
W obliczu trudnych decyzji, decydenci amerykańscy powinni opierać swoje decyzje na wąskiej definicji interesów narodowych – a konkretnie na zaledwie dwóch: obronie ojczyzny i zapewnieniu dostępu do kluczowych rynków gospodarczych. Taka definicja pozwoliłaby na znaczną redukcję liczby sił zbrojnych USA stacjonujących za granicą. Stany Zjednoczone nie potrzebują baz wojskowych ani rozmieszczenia wojsk w Europie ani na Bliskim Wschodzie, aby chronić te interesy. Na żadnym z tych teatrów działań wojennych nie ma realnego rywala, który mógłby zagrozić ich hegemonii, a zagrożeniom, przed którymi stoją Stany Zjednoczone, można przeciwdziałać poprzez okresowe rozmieszczanie sił powietrznych i morskich, ulepszoną obronę przeciwrakietową na własnym terytorium oraz solidniejszą globalną strategię gospodarczą. Kontrolowane wycofanie wojsk wymagałoby również ograniczenia gwarancji bezpieczeństwa USA. Nawet jeśli Stany Zjednoczone pozostaną w NATO, powinny powrócić do dosłownej interpretacji Artykułu 5, który zmniejsza ich zobowiązania, i zrzec się wszelkich zobowiązań w zakresie bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie – regionie, który od dawna jest źródłem samych problemów.
W Azji strategia kontrolowanego wycofania w podobny sposób ograniczyłaby amerykańską obecność i gwarancje bezpieczeństwa, choć być może początkowo w mniejszym stopniu. Niemożliwe do utrzymania stanowiska, takie jak amerykańska polityka strategicznej niejednoznaczności wobec Tajwanu, powinny zostać porzucone. Waszyngton powinien jasno dać do zrozumienia , że nie będzie bronił Tajwanu – posunięcie to zmniejszyłoby ryzyko wojny z Chinami, na którą Stany Zjednoczone nie są obecnie przygotowane. Stany Zjednoczone powinny zrzec się innych niezbędnych zobowiązań sojuszniczych, w tym zobowiązań wobec Tajlandii, Filipin i Korei Południowej, jednocześnie ograniczając swoje zaangażowanie w stosunku do Japonii. Umożliwiłoby to repozycjonowanie sił amerykańskich w Azji, z dala od wybrzeży Chin, w kierunku północnej Japonii i drugiego łańcucha wysp – wystarczające do obrony dostępu USA do rynków i szlaków handlowych.
Te zmiany w nastawieniu i zobowiązaniach sojuszniczych oznaczałyby gruntowną przebudowę amerykańskiej polityki zagranicznej, ale ich efektem byłaby zrównoważona pozycja militarna odpowiadająca możliwościom i zasobom USA oraz dostosowana do ochrony interesów USA.
Ci, którzy pragną utrzymać hegemonię USA – wielu z nich to ci sami, którzy uważają wojnę z Iranem za sukces wymagający jedynie kilku kolejnych tygodni bombardowań – odrzucą te rekomendacje i będą opowiadać się za utrzymaniem status quo. Jednak takie opóźnienie zniweczy wszelkie szanse na kontrolowane wycofanie i wpędzi Stany Zjednoczone w rzeczywistość, w której wycofanie jest obowiązkowe, nieuniknione i zostanie im narzucone.
Przymusowe wycofanie mogłoby nastąpić na wiele sposobów, ale wszystkie warianty wydawałyby się ucieczką. Ograniczenia zasobów mogłyby zmusić Stany Zjednoczone do redukcji zobowiązań, zamknięcia baz i redukcji struktury wojskowej. Porażka w konflikcie zbrojnym, wywołana niemożliwym do utrzymania rozmieszczeniem sił, wrażliwymi bazami i przewlekłą nadmierną ekspansją, również mogłaby wymusić wycofanie sił USA. W każdym z tych scenariuszy, mimowolne redukcje amerykańskiej obecności wojskowej mogłyby zagrozić interesom USA. Pod presją decydenci polityczni utracą możliwość kontrolowania tempa lub miejsca zmian w obecności wojskowej USA. Zamiast tego, decyzje te mogłyby być podyktowane przez przeciwników USA, presję finansową lub ograniczenia zewnętrzne, które ostatecznie zaszkodziłyby bezpieczeństwu i dobrobytowi Ameryki.
Obecnie debata na temat polityki zagranicznej w Stanach Zjednoczonych jest zdominowana przez skutki wojny z Iranem. Porozumienie mające na celu usunięcie przyczyn konfliktu wciąż nie zostało osiągnięte, ale decydenci muszą teraz rozpocząć dyskusję na temat dalszych działań. Wojna obnażyła kruchość amerykańskiej potęgi militarnej i wyraźne granice jej możliwości we współczesnym świecie. Zamiast kurczowo trzymać się fikcji, że amerykańska polityka zagraniczna po wojnie po prostu wróci do normy, decydenci powinni stawić czoła rzeczywistości: era amerykańskiej hegemonii militarnej – i amerykańskiego imperium – dobiegła końca. Wynikająca z tego przyszłość będzie mniej komfortowa dla Stanów Zjednoczonych, ale zmiany te są spóźnione, a wyzwania są możliwe do opanowania. Dzięki podjęciu odpowiednich kroków już dziś, wycofanie się Stanów Zjednoczonych może być korzystniejsze dla Stanów Zjednoczonych i całego świata.
11 czerwca br. amerykańscy biskupi poświęcą kraj Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Chcą to zrobić, by uczcić 250. rocznicę powstania Stanów Zjednoczonych.
Nabożeństwo, będące częścią wiosennego zgromadzenia biskupów w Orlando na Florydzie, które nawiązuje do wielowiekowej pobożności, w USA stało się także przedmiotem kontrowersji w niektórych miejscach – wskazuje portal liberalnych katolików „National Catholic Reporter”. Otóż łączy się je z „katolickim nacjonalizmem” i sprzeciwem wobec syjonizmu.
Abp Alexander Sample z Portland zapowiedział, że episkopat Stanów Zjednoczonych zamierza je wykorzystać w celu promocji służby Bogu, ojczyźnie i potrzebującym. Hierarcha, który stoi na czele komisji biskupów ds. wolności religijnej stwierdził, że „rozmyślając z wdzięcznością o błogosławieństwach, którymi Bóg obdarzył nasz kraj, nasze nabożeństwo do Najświętszego Serca wymaga od nas zastanowienia się nad tym, jak możemy pielęgnować prawdę, sprawiedliwość i miłość w życiu Amerykanów”.
Amerykańscy biskupi dokonają poświęcenia kraju po raz pierwszy w historii, chociaż biskupi innych krajów europejskich i Ameryki Łacińskiej poświęcili swoje ziemie Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, a w nabożeństwach z tej okazji brali udział najwyżsi przywódcy polityczni. Praktyka ta rozpoczęła się w Ekwadorze w 1874 roku. Większość ceremonii miała miejsce w krajach, gdzie dominowali katolicy.
Papież Leon XIII w 1899 r. poświęcił cały świat Najświętszemu Sercu Jezusa. Obecny Ojciec święty wezwał wiernych do zwrócenia się „do Najświętszego Serca, wzoru prawdziwego człowieczeństwa”. Zabytkowa Bazylika Sacré-Coeur (Najświętszego Serca) w Paryżu od dawna jest postrzegana jako symbol katolickiego oporu wobec sekularyzmu w czasie rewolucyjnych zawirowań we Francji.
W zeszłym roku w związku z projekcją filmu „Sacre Coeur”, opowiadającego historię wizji XVII-wiecznej francuskiej zakonnicy, które dały początek współczesnemu nabożeństwu, kina przyciągnęły tłumy widzów. Grupa postępowych katolików z „La Croix” ubolewała, że film jest wykorzystywany „do realizacji politycznego programu, którego obsesją jest potwierdzenie chrześcijańskiej tożsamości Francji”. W tym tygodniu francuski film trafił do kin w Ameryce.
Jednocześnie grupa katolików wszczęła kampanię billboardową promującą czerwcowe nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Także kandydat Partii Republikańskiej na gubernatora Florydy, James Fishback, oficjalnie poświęcił swoją kampanię Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.
„National Catholic Reporter” ubolewa, że w USA upowszechnia się zwrot „Chrystus królem” w kontekście „chrześcijańskich deklaracji nacjonalistycznych, a nawet twierdzeń antysyjonistycznych lub antysemickich”. Katolicki uczony Robert Fastiggi, badacz historii nabożeństwa do Najświętszego Serca Pana Jezusa wskazuje, że nabożeństwo konsekracyjne amerykańskich biskupów należy postrzegać jako krok jednoczący w czasach polaryzacji.
Poświęcenie się Najświętszemu Sercu, zdaniem Fastiggi, to „przypomnienie sobie, że jesteśmy odpowiedzialni przed prawem Bożym i prawem miłości”. Nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa ma długą historię, chociaż współczesny kształt nabrało w XVII wieku za sprawą francuskiej zakonnicy, św. Małgorzaty Marii Alacoque, której ukazał się Jezus objawiający „cuda swojej miłości i niewytłumaczalne tajemnice swojego Najświętszego Serca”.
W celu szerzenia nabożeństwa powstały liczne zakony i organizacje braterskie. Parafie i szkoły przyjęły nazwę Najświętszego Serca Jezusa. XIX-wieczna niemiecka zakonnica, błogosławiona Maria od Serca Bożego, namawiała ówczesnego papieża Leona XIII do poświęcenia całego świata Najświętszemu Sercu. Przepowiedziała, że zostanie uzdrowiony z niebezpiecznej choroby.
Obecnie wiele katolickich domów, firm i kościołów prezentuje wizerunki Jezusa z odsłoniętym Najświętszym Sercem, często w towarzystwie płomieni, krzyża i korony cierniowej, symbolizujących cierpiącą miłość. Nabożeństwo to często łączy się z czcią Niepokalanego Serca Maryi.
Czerwiec jest miesiącem poświęconym szczególnej czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Najświętsze Serce Pana Jezusa zaczęło bić i promieniować miłością ludzką i Boską w chwili, gdy Maryja Dziewica powiedziała do Archanioła Gabriela: „Niech mi się stanie według słowa twego”. Wtedy też Niepokalane Serce Maryi stało się żywą świątynią, w której nieustannie składana jest cześć Boskiemu Sercu.
„Maryja jest świątynią i miejscem odpoczynku Trójcy Przenajświętszej, gdzie Bóg przebywa we wspaniałości i chwale większej niż w jakimkolwiek innym przybytku świata, nie wyłączając stolicy Jego wyniesionej ponad cherubinów i serafinów” – pisał św. Ludwik o Maryi. Dlatego też Ona jako jedyna w pełni poznała tajemnicę miłości Najświętszego Serca Jezusa i w doskonały sposób była z Nim zjednoczona we wszystkich Jego poruszeniach, w myślach, uczuciach i boleściach. „Nazywamy Ją Królową Serca Jezusowego, ponieważ Ona stała się szafarką zasług i bogactw Serca Swego Syna”.
Szczególne nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa mieli m.in.: św. Bernard z Clairveaux, św. Piotr Damiani, św. Anzelm, św. Franciszek z Asyżu, św. Ludgarda, św. Antoni z Padwy, św. Bonawetura, św. Katarzyna ze Sieny, bł. Henryk Suzo, św. Mechtylda i bł. Aniela z Foligno.
Jednak ze względu na szczególne posłannictwo jakie zostało dane przez Pana Jezusa w XVII wieku francuskiej zakonnicy, to właśnie św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690) należy do najbardziej znanych czcicieli Najświętszego Serca Pana Jezusa. Przez nią po raz pierwszy Pan Jezus zapragnął ukazać światu Swoje Serce, zwracając się do niej w klasztorze Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Paray-le-Monial, żądając publicznej czci i obiecując szczególne łaski.
„Zbawca pozwolił mi pojąć, że jedynie gorące pragnienie, by być miłowanym przez ludzi i aby dusze ratować z dróg zatracenia, na które całe ich rzesze pociąga szatan, skłania Go do objawienia im Swego Serca wraz ze wszystkimi skarbami Jego Bożej miłości, łask i miłosierdzia, uświęcenia i zbawienia, które się w Nim znajdują” – napisała św. Małgorzata i stwierdziła: „To nabożeństwo jest ostatnim wysiłkiem Jego miłości i będzie dla ludzi jedynym ratunkiem w tych ostatnich czasach”. Będzie jakby „odkupieniem miłosnym, oswobodzeniem ich z mocy księcia ciemności”.
27 grudnia 1673 roku w trakcie pierwszego objawienia, jakie miała św. Małgorzata, Pan Jezus powiedział: „Moje Boskie Serce tak płonie miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych płomieni gorejących, zamkniętych w moim łonie. Ono pragnie rozlać je za twoim pośrednictwem i wzbogacić ludzi swymi Bożymi skarbami… W Nim znajdą wszystko, czegokolwiek będzie im potrzeba dla uzdrowienia swych dusz z przepaści zguby”.
Podczas trzeciego objawienia Pan Jezus ukazał św. Małgorzacie jak wielka jest Jego miłość do ludzi i jak bardzo jest ona przez ludzi wzgardzona, żądał też wynagrodzenia: „…jeśliby Mnie w zamian choć trochę ukochano, to za nic bym sobie uważał wszystko, co wycierpiałem dla ludzi i pragnąłbym, o ile byłoby to możliwe, uczynić dla nich jeszcze więcej; lecz oni na wszystkie moje wysiłki czynienia im dobrze odpowiadają oziębłością i wzgardą”.
16 czerwca 1675 roku kiedy Małgorzata modliła się przed Najświętszym Sakramentem, ukazał jej się Pan Jezus i powiedział: „Spójrz! Oto Serce, które tak bardzo ludzi ukochało i które niczego nie szczędziło, by się za nich poświęcić i wyczerpać się w objawach miłości, a jako nagrodę odbieram od większości ludzi tylko oziębłość, brak czci, pogardę i świętokradztwo w tym Sakramencie Miłości. Ale największy ból sprawia mi to, że serca szczególnie mi poświęcone w ten sposób ze mną postępują”.
„Dlatego żądam, by pierwszy piątek miesiąca po oktawie Bożego Ciała był szczególną uroczystością ku czci Serca mego, by w tym dniu zbliżano się do Stołu Pańskiego, by mi cześć składano celem wynagrodzenia tych wszystkich zniewag, które Serce me spotykają, gdy na ołtarzach przebywam. A ja ci powiadam, że Serce moje w obfitej mierze da odczuć swą miłość tym, którzy je czcią otoczą i którzy o to starać się będą, by i inni cześć mu oddawali”.
Pan Jezus podał kilka sposobów wynagradzania Jego Najświętszemu Sercu: częste przyjmowanie komunii św. w intencji wynagrodzenia, zwłaszcza w pierwsze piątki miesiąca; ustanowienie święta ku czci Serca Jezusowego; godzina święta – czyli modlitewne czuwanie w nocy z czwartku na piątek, aby towarzyszyć Jezusowi w Jego śmiertelnym smutku na Górze Oliwnej i wypraszać miłosierdzie dla grzeszników.
Pan Jezus obiecał czcicielom Jego Boskiego Serca, że da każdemu wszystkie łaski potrzebne w jego stanie; sprawi pokój w ich rodzinach, będzie ich pocieszał we wszystkich strapieniach; będzie bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci; wyleje obfite błogosławieństwa na wszystkie ich przedsięwzięcia; grzesznicy znajdą w Jego Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia; dusze oziębłe staną się gorliwymi; dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości; błogosławić będzie domy, gdzie obraz Jego Serca będzie wystawiony i czczony; kapłanom da moc kruszenia serc najzatwardzialszych, a tym, którzy przez dziewięć z rzędu pierwszych piątków miesiąca przystąpią do komunii św. użyczy łaski ostatecznej wytrwałości w dobrym i szczęśliwej śmierci.
Pan Jezus żąda publicznej czci i wynagrodzenia. Podczas objawień w 1689 roku Pan Jezus powiedział do świętej Małgorzaty: „To umiłowane Serce będzie królowało wbrew sprzeciwom szatana i jego poddanych. Pragnie ono wejść w majestacie i blasku do domów książąt i królów, aby było uczczone i uwielbione w takiej mierze, w jakiej było wzgardzone, zbezczeszczone i uniżone w Swej Męce”.
Z wrzutkami to jest tak, że czasem same się robią. Przychodzą z zewnątrz i są przechwytywane przez któreś z plemiennych mediów. Rzadko przez oba media, bo tu kwestie najczęściej rozchodzą się uzupełniająco – jedno plemię grzeje to, co drugie przemilcza. Teraz zawładnął nami temat ukraiński i zauważcie, że w ciekawym układzie. TVN-owcy chcą przemilczeć i przełożyć temat na zgraną nutę ataku na prezydenta Nawrockiego, że zabiera Zełenskiemu order Orła Białego. Zresztą z tym Orderem to zadyma jakaś – jak się patrzy na to kto go dostał, to aż ręka świerzbi: jeśli poszedł do wewnętrznych uhonorowanych, to wedle szybko dezaktualizującej się bieżącej polityki, a już dawanie go zagranicznym głowom państw to czyste ryzyko, gdyż – co niełatwo zrozumieć Polakom – obce głowy państw mają własną agendę racji stanu, czasami – jak widać po Zełenskim – jawnie sprzeczną z naszą. Najwyższe odznaczenie Polski jest już tak zdeprecjonowane, że ja bym przestał je dawać komukolwiek, bo z tego same kłopoty są. Jak widać. Jak ktoś tego nie rozumie, to niech się Andrzeja Dudy spyta.
Kłopot z tematem ukraińskim mają i media pisowskie – te muszą, jak Czarnek na wiecach, właśnie zjadać własny język. Obserwowanie tych mąk to zadanie dla sadystów – tak się tam męczą. Nie wiem dlaczego, ale by wywinąć się z tych dylematów media pisowskie obwiniają o wszystko Putina, jakby to on fatalnie nazwał imieniem bohaterów UPA swoje jednostki. Deal Europy nawróconej z Putinem zbliża się wielkimi krokami i znowu mamy być ostatni, którzy zrozumieją mądrość etapu. I taki Trump będzie musiał wytłumaczyć to wszystko Nawrockiemu, inaczej będzie musiał załatwiać sam sprawy polskie z Kremlem, a takie poboczności go wyraźnie nudzą. Ale wróćmy do wrzutek intencjonalnych, lokalnych, bo te pokazują intencje władz.
Musi być z Polską i Tuskiem słabo skoro przykrywki medialne mnożą się jak pomysły w głowie Wałęsy. Jest tego coraz więcej, są coraz bardziej kuriozalne i takoż nadymane do narracyjnie monstrualnych rozmiarów. Naród jest coraz bardziej wzmożony, ale jednocześnie dekoncentrowany i paradoksalnie coraz łatwiej odwrócić jego uwagę od zapaści finansów, zadłużania kraju, drożyzny, upadku służby zdrowia i zagrożenia wojennego moderowanego naprzemiennie tromtadractwem i trwogą. Ostatnio właśnie takie cudo nam zgotował Tusk. Jest to ciekawa wrzutka, głównie dlatego, że wprowadza inny niż popisowski podział plemienny. Chodzi o awanturę ze składkami zusowskimi dla artystów.
Nowy typ wrzutki
Dotychczas każda wrzutka była prosta – dzieliła, a właściwie pogłębiała podział, Polaków. Od razu było wiadomo gdzie jest w takim medialnym zdarzeniu światła Polska uśmiechnięta, gdzie zaś pisowski ciemnogród. Z boku miał stać rzednący tłumek niezdecydowanych co wybrać i rosnący tych, którzy nie chcą wybierać między dżumą i cholerą. Dla podkręcenia procesu czasami wyciągało się jakiegoś Brauna, ale nie za często – nie można przecież pokazywać ludowi, że są jacyś „bardziej” niż Kaczyński. Seanse nienawiści muszą mieć stały obiekt.
Teraz z tymi artystami mamy inaczej – poszło trochę tak w poprzek, ale sprawa się odgina na stare tory. Bo co prawda mamy podział na elitę artystyczną i lud odbiorczy, czyli inny podział niż prosty PO-PiS, ale wszystko powoli wraca do normy: my, artyści światli to Tuskowi „wszystko zaśpiewamy”, wszak broni ci on naszych interesów, zaś głupi nie-widzowie naszych wytworów to poganiani przez populistycznych Mentzenów barankowie. Wszystko więc wraca na starą płytę, jednak z pewnymi konsekwencjami.
Za złego, Ciemnego Luda robił w tym temacie sam Mentzen – jest obiekt i jest winny, a nie jakieś nieupostaciowione tłumy -, który swoim wpisem co do tej ustawy i jej grupowego obiektu naraził się artystom i spowodował wylew dawania odporu. A że polskie elity nie są w stanie powstrzymać swego urwyszcza (to nazwa odkrytego przez Ziemkiewicza fenomenu urojenia wyższościowego) zaraz poszło, że to naród głupi jest, nie wie co to znaczy ćwiczyć gamy i się czepia ofiar własnych talentów, które ciężko jest monetyzować, bo doły durne są i dają zarobić tylko na disco polo. Tak to jakoś poszło. Niestety odpowiedzi grona artystów tylko potwierdziły oczywiste tezy Mentzena, że czytanie z kartki mądrości jakiegoś autora scenariusza to nie to samo co mądrości tej posiadanie, nawet w orientacji co do zasad działania świata.
Twórcy zabrali głos
Czego tam nie ma w tej artystycznej narracji… Mamy wszystko, łącznie z brakiem zrozumienia słowa czytanego, gdyż biedaczkowi Mentzenowi wciska się w usta i w klawiaturę słowa, których nie wydał z siebie. Przeprowadza się całe ciągi manipulacyjne, wierzę, że nieświadomie, gdyż przeczytanie instrukcji manipulacji w przekazie, jak np. Erystykę Shopenhauera, to co prawda ze 30 stron, ale upstrzone łaciną i spamiętać to wszystko (i używać!) to chyba za dużo. Króluje myślenie stadne, jandowanie, które przecież kiedyś dla ochrony cennej narodowej substancji kazało wpychać się przed kolejkę do zbawiennych szczepień na zarazę tysiąclecia. Kończy się zawsze na jednym – wy prostaczki nie wiecie jak to jest, my ryzykujemy, jesteśmy w niepojętej awangardzie, jesteśmy takimi Van Goghami, umieramy w nędzy, zaś nasze dzieła są tak do przodu, że rozpoznają ich wielkość dopiero przyszłe pokolenia. A więc dawać tu składki. Słaba to narracja.
Trzeba więc, by lud dopłacił. Tylko jest jeden problem. W Polsce w ZUS jako artyści są zarejestrowane 102 osoby. Ministerstwo szacuje, że zawodowych artystów jest 60 tysięcy. Ustawa ma objąć 20 tysięcy z nich dopłatami do ZUS. Komisja złożona ze środowisk artystycznych zdecyduje, kto jest artystą. Koszt roku pierwszego tego projektu: 350–380 mln zł. Na 10 lat: 3–4,5 mld zł. Stosunek beneficjentów do finansujących: 1 do 800.
Jeden (jeden!) aktor zwrócił uwagę, że się całe swoje życie dobrowolnie ubezpieczał, sam odkładał składkę i teraz ma na emeryturę. Pozostali – słabo. Czemu? Ano temu, że akurat twórcy mają obejście kosztów uzyskania przychodu, nie są oskładkowani na umowach o dzieło, mają większy przychód netto z powodu 50-procentowych kosztów uzyskania przychodu i korzystają z tego. I niech korzystają. Ale dzięki tym mechanizmom korzystają z większych zarobków netto, z których część mogą przeznaczać na składki. Czy przeznaczają – widać że nie, skoro nie widzą problemu z tym, że społeczeństwo ma się dorzucać do tego, bo ze swego wyższego niż ludu netto twórcy nie odłożyli na emeryturę. Ot i cały kłopot.
A skoro widzą to nawet (tam, nawet – przede wszystkim) marynarze i grabarze, ludzie prości, to podejrzewam, że wiedzą to też i artyści. Ale wtedy, kiedy się to wyda, by ukryć ten proceder, używa się argumentów posłannictwa, kaganka oświaty i kultury przenoszonego przez wietrzne mroki populizmu. Takie zaśpiewy szybko lądują w obszarach pychy wyższości, bo kudy tam prostemu ludowi do naszych ważnych ról, nie tylko scenicznych, ale i narodowego etosu. Ale lud ma z tym dwa kłopoty.
Kłopoty ludu
Pierwszy to taki, że twórczość artystyczna ulega kompletnej degradacji w dzisiejszych czasach, a tylko taka postać sztuki jest obecnie promowana, ze szkodą dla prawdziwych artystów. Lud się pyta czemu ma się dokładać do jakichś prowokacyjnych happeningów, performerki, instalacji czy robienia na scenie laski Janowi Pawłowi II. Można podejrzewać, że autorzy takich wynalazków posiadają status artysty i z powodu „awangardowości” takiej sztuki nie mogą liczyć na biletowy poklask tłumów, te tłumy więc, nieczuli na sztukę nie-widzowie, mają dopłacić do tego interesu, by autor nie zdechł z głodu. I skoro tak jest, to lud się po pierwsze pyta na co ma dopłacać, a po drugie – zwraca się do prostej kultury masowej, skoro ta „wielka” proponuje mu najczęściej babranie się w ekstrementach. W ten sposób zabija się etos samego twórcy, którym może w takim przypadku zostać każdy, by wyciągnąć rękę po wspomożenie talentu.
I tu grono wchodzi na pełnej petardzie i mówi – tak, tak, trzeba nam ciał weryfikujących, by się byle chłystek do nas nie przedarł. I mamy wtedy do wyboru: albo jakaś komisja od talentów, albo wszyscy na pokład i jedziemy z dopłatami do artystycznego hektara. A rozwiązanie jest po środku, niestety Mentzenowskie. Jak jesteś dobry i ludzie za to płacą, to się utrzymasz, jak nie – to sztuka stanowi tylko twoje wymagające hobby i idź sobie dorób. I wtedy nie żadna nieweryfikowalna ochota, ani nie komisja będą decydować o poziomie twojej artystyczności, tylko rynek odbiorców. Sztuka, by się z niej utrzymać, to wyjątkowa przygoda i trzeba pochylić głowy nad ofiarami swego talentu, który każe próbować się przedrzeć, gdyż to trudne zadanie. Ale w Hollywood jak pójdziesz do knajpy, to tam ci podadzą danie ci co czekają (aktywnie!) na swoją szansę – sami wybrali ten ryzykowny los, ale nie wkładają ręki do podatkowej kieszeni swych klientów, by zmniejszyć stopień własnego ryzyka. I może dlatego sztuka urynkowiona ma większe osiągnięcia na Zachodzie, bo u nas jest jej niewiele.
Władza a artyści
Drugi element, przez który lud nie bardzo lubi artystów, to ich konformistyczne usadowienie wobec władzy. W czasach upaństwowionego mecenatu artyści, by nie głodować, podlizują się po prostu władzy. A to oznacza, że to władzuchna – tak, ta bez gustu – decyduje o kierunkach i rozwoju sztuki. Trzeba więc jej czapkować, zaglądać w oczy, zabiegać o rozpoznawalność u niej, nie u widzów i popierać ją w momentach krytycznych, czyli w obecnym politycznym kryzysie – praktycznie codziennie. Mamy więc tę „wolną sztukę” wiszącą na pańskiej klamce, śpiewającą na wiecach – wszak artyści to resztówka po elitarności prestiżu, a więc władza się z chęcią nią otacza.
Ale nie ukrywajmy – artyści zachowują się serwilistycznie właściwie wobec jednej władzy – lewackiej. Po prostu ta narracja im odpowiada: mimo zaklęć egalitarnych jest elitarna, ładnie dzieli na lud i elity, pospólstwo trzyma w dystansie bezkrytycznego zachwytu, „należenia się” wobec wyżyn talentu, mylonego, na co wskazał Mentzen, z mądrością. Jak rządzi prawica, to już jest gorzej, a więc albo idziemy po granty do peowskiego samorządu, albo rozdzieramy szaty kiedy Glińskie nie dadzą nam na kolejny progresywny projekt biczowania budyniu. Ale były pisowski minister od kultury starał się biedaczek, ale i tak go elitka nie zaakceptowała. Pieniążki się brało, ale z kopertą w ręku wyśmiewało się państwowego darczyńcę, przy zachwycie stadka artystów, wszak brać wypada, ale politycznie kwitować, to już nie. Tu – pełna beka.
Hipokryzja wolnej sztuki
Mamy więc artystów jako „dzieci kapitana Granta” i lud to widzi. Widzi tę podległość zanurzoną jednocześnie w oparach pitolenia o wolnej kreacji, która tak naprawdę rozgląda się za akceptacją byle jakiej władzy. Lud widzi jeszcze jedno – ostentacyjne kłucie w oczy statusem materialnym. Rozbijają się super brykami (podobno za friko), dostają zniżki na domy i apartamenty, wakacjują w barterze za wpis na fejsiku, są kilometrowymi wieszakami na modę. Artyści się scelebrzyli, pracują swym wizerunkiem dla firm, nie ma to nic wspólnego z aspiracyjnym prestiżem. A jednocześnie… wyciągają ręce po składki zusowskie.
Tak to widzi lud, bo widzi tylko celebrytów, a widzi ich tylko takich, bo tacy się zapisali do popkultury. Widzi więc piękne pawie, które udają, że na wszystko je stać, a potem w realu, jako grupa wyciągają ręce po resztówki karmy. To niestety (na szczęście!) artystyczna mniejszość, ale to całe środowisko to widzi i nic z tym nie robi, ba – mam wrażenie, że większość chciałaby pójść tą drogą. Nie narzekajcie więc, że wasz obraz w oczach ludu tak wygląda – tak jest mu przedstawiany, z waszym udziałem w formie akceptującej bierności.
Trzy prześlepione wektory
Artyści w swym zacietrzewieniu nie widzą trzech czynników, którym są poddani. Cieszycie się, że będą wreszcie (liczne i gromadne) komisje przyznające status twórcy? Naprawdę to taki radosny moment? Przełomowy? A skąd taka pewność, że się załapiecie? Przecież to moment weryfikacji nie tylko waszych umiejętności (w które wierzycie zapewne), ale i układów, poglądów, przynależności do koterii. A jak ktoś daje, to może i nie dać, może też po daniu – odebrać. Jest się więc z czego cieszyć?
Druga sprawa, to to, że się daliście – znowu – użyć jako tarana do kolejnej warstwy podziału Polaków. Poszliście w to z radością, Tusk uderzył w kamień i wyszło spod niego całe to wasze tałatajstwo – skrywana lub umniejszana dotąd pogarda do ludu płacącego. Premier wie jak grać na waszych w sumie kompleksach – jest, jak mówił Rokita – mistrzem w szybkim wywoływaniu najbardziej niskich instynktów. Bo nieuzasadnione poczucie wyższości bierze się zawsze z kompleksów. Zawsze. Może to też być odreagowanie za wasze frustracje, a tu podstawiono wam winnego zastępczego – ciemny lud, który biletu nie kupi, bo nie ma kulturowych, dorównujących waszym, kompetencji. Trzeba się więc przed taką wpadką zabezpieczyć za pomocą podatkowego spadochronu. A wtedy można wyskakiwać do woli z samolotu przekonań o własnych talentach, a to – jak widać – mocno obniża jakość latania. Zawsze się przecież bezpiecznie wyląduje.
Trzecia rzecz, która z tego wynika, a której jak widać po odpowiedziach dla Mentzena, twórcy nie widzicie, jest to, że teraz nieodwołalnie już pójdziecie na bezwarunkowe poparcie Tuska w przyszłych wyborach. Tusk, zusowski ojczulek, was podpuścił i nagadaliście suwerenowi nieodwołalnie brzydkich rzeczy, również o sobie. Sami wykopaliście tę przepaść i teraz zostaniecie wy z Tuskiem, bo po drugiej stronie będzie już tylko zwyzywany od bezguścia motłoch, wystawiony na lep populistów.
I potem nad tym wszystkim zapłaczecie, znowu w jandowskiej histerii, że nie dorośliśmy do demokracji i trzeba jej jakoś bronić przed czernią. Choćby i puklerzem waszych recytacji, instalacji i performance’ów. Z pałą władzy za plecami.
Hobby?
Lud traktuje więc – przez was – sztukę jako fanaberię wyższościową z wysyłaniem rachunków do zapłacenia przez pogardzanych. Jako kosztowne hobby własnych zachcianek, hobby, bo niewiele przynoszące i kulturze, i samemu ludowi. A skoro sprowadzacie coraz częściej sztukę do pustych, w dodatku prowokacyjnych, gestów, to byle magazynier będzie to traktował właśnie jako wasz pociąg do dziwacznego hobby. A jemu nigdy nie przyszłoby do głowy, by podatnik miał dofinansować jego predylekcje do modelarstwa, skoro mu ono nie przynosi wystarczającego dochodu, to nie zrozumie waszych pokrętnych tłumaczeń, że akurat tu się wam należy.
W końcu całe środowisko może nie rozumie, że jest w objęciach sterowanego mechanizmu, który ekonomiści nazywają rent-seeking, a które Mancur Olson opisał w 1965 roku. „Mechanizmu, w którym państwo przez lata buduje finansową zależność środowiska od budżetu — a następnie to samo środowisko, przez te same osoby, które z tej zależności korzystały, organizuje kampanię na rzecz kolejnego trwałego transferu”.
To co tu piszę, to nie jest to populizm, nie jest to także darwinizm, ale logiczne postawienie sprawy. Kwintesencją tego sporu nie jest jego – mam nadzieję – wyjaśniona wcześniej merytoryka. Kwintesencją tego zamieszania jest to, że znowu daliście się, artyści – niektórzy chętnie – wmanewrować w wojnę polsko-polską, tylko po to, by wytworzyły się nie tylko animozje, ale byście mieli dług wobec polityki, który spłacicie w przyszłych wyborach walcząc z populistyczną większością, którą sami swym wzmożeniem stworzyliście.
W końcu po następnych wyborach taki Mentzen może zostać i ministrem kultury. I co wtedy zrobią „dzieci kapitana Granta”? Ja wiem, ale tego tu nie powiem, bo nie mam ani zapędów sadystycznych, ani nie chcę tego sugerować publiczności…
W debacie publicznej często słyszymy, że masowe procesy migracyjne do Polski są zjawiskiem spontanicznym i wynikają wyłącznie z decyzji samych migrantów oraz potrzeb polskiego rynku pracy.
Tymczasem coraz większą rolę odgrywają w tym dziele ukraińskie firmy rekrutacyjne oraz organizacje pozarządowe (NGO) finansowane przez żydowskie fundacje, dysponujące ogromnymi zasobami finansowymi. Dziś przyjrzymy się tym drugim.
Soros i Rockefeller finansują masową, czarną migrację do Polski. Jednym z przykładów tego działania jest fundacja Black Justice Poland. Na swojej stronie internetowej, organizacja deklaruje, że wspiera „osoby czarne”, „afrykańskie” i „afrodescendentów” mieszkających w Polsce. Informuje o zapewnianiu im pomocy prawnej, wsparcia mieszkaniowego, dostępu do opieki zdrowotnej oraz pomocy materialnej. Fundacja podkreśla również, że wspiera proces osiedlania się w Polsce oraz działa na rzecz wzmacniania pozycji osób pochodzenia afrykańskiego w polskim społeczeństwie.
Szczególnie interesujące jest finansowanie tego typu przedsięwzięć. Wśród podmiotów wspierających inicjatywę znajdują się organizacje należące do największych światowych żydowskich tzw. „filantropów”. Projektowi Black Justice in Poland realizowanemu przez Fundację na rzecz Różnorodności Społecznej, Rockefeller Brothers Fund przyznał grant w wysokości 100 tysięcy dolarów. Sama fundacja Rockefellerów otwarcie informuje o tym wsparciu.
Również Open Society Foundation, założona przez spekulanta finansowego George’a Sorosa, należy do największych na świecie grantodawców finansujących tę organizacje. Sieć Sorosa od dziesięcioleci inwestuje miliardy dolarów w organizacje promujące na całym świecie aborcję, ideologię multi-kulti, genderyzm oraz masową migrację murzynów oraz arabów do Europy.
Pojawia się więc pytanie o skutki działań tego typu inicjatyw w Polsce. Oczywistym i nawet nieukrywanym celem grantodawców jest bezpośrednie zwiększanie imigracji ludów „trzeciego świata” do Polski. Finansowanie organizacji zapewniających im pomoc prawną, mieszkaniową, integracyjną i społeczną to budowa trwałej infrastruktury wspierającej masowe osiedlanie się kolejnych grup migrantów.
Organizacje pokroju Black Justice Poland nie ograniczają się jednak wyłącznie do tzw. „pomocy humanitarnej”. Prowadzą także działalność edukacyjną, propagandową i polityczną, starając się wpływać na debatę publiczną, instytucje państwowe oraz kierunki polityki społecznej. W efekcie powstaje rozbudowana sieć podmiotów współkształtujących podejście państwa do kwestii migracyjnych. Co więcej, sieć ta -jako niezwiązana bezpośrednio z rządem warszawskim- ma za zadanie stwarzać pozory działalności oddolnej. W rzeczywistości są to marionetki żydowskich grandziarzy Sorosa i Rockefellera, wykorzystujących je jako słupy.
Dla lewicowców i naiwniaków działalność tych jaczejek to przejaw solidarności i pomocy osobom potrzebującym. Dla polskich patriotów stanowi kolejny przykład desantu zagranicznej, wrogiej nam ideologii, działającej destrukcyjnie na Naród i państwo polskie. Co więcej, według dostępnych danych, w 2026 roku w Polsce funkcjonować ma już aż 49 organizacji zajmujących się wsparciem migrantów i mniejszości pochodzenia afrykańskiego. Oznacza to powstanie rozbudowanej sieci instytucjonalnej zajmującej się podmianą Polaków na murzynów i forsowaniem u nas rasowego miksu, który nigdy nie kończy się dobrze.
Jeszcze raz podkreślmy – działalność tych organizacji nie jest zjawiskiem spontanicznym ani oddolnym. Stoją za nimi znaczące źródła finansowania oraz międzynarodowe sieci grantowe dysponujące dużymi środkami i jasno określoną wizją zmian społecznych w ramach sterowanej inżynierii zalewania białych krajów kolorowymi ludami. Gdyby ten proces był rzeczywiście naturalny, odbywałby się spontanicznie, bez potrzeby angażowania w niego milionów dolarów oraz rozbudowanej machiny propagandowej. Jest to operacja w pełni sztuczna, nakierowana na realizację celów ideologicznych.
Niestety, media, społeczeństwo i politycy w Polsce w ogóle nie słyszeli jeszcze o tym problemie. Jest on poważny, bo to faktyczna wojna, którą wytoczyli nam żydowscy globaliści, a jej narzędziem jest bombardowanie nas bronią D (demografia).
Szczególnie niebezpieczny jest fakt, że masowa imigracja murzynów prowadzona jest pod hasłami rzekomego rekompensowania krzywd białych, wyrządzonych murzynom przed wiekami. Na to właśnie wskazuje już sama nazwa fundacji „Black Justice Poland”, zupełnie jakby Polacy byli cokolwiek winni murzynom i w zamian za rzekome krzywdy, mieli obowiązek oddać im kraj w wiekuistą arendę.
Abstrahując od samej kolonizacji Afryki i kwestii dzisiejszej odpowiedzialności za nią potęg kolonialnych – NIE, my nie mieliśmy żadnych kolonii. Co więcej, sami byliśmy przez dziesiątki lat ofiarami reżimów Prus, Austrii, Rosji, ZSRS i III Rzeszy, które fizycznie niszczyły nasz naród oraz kolonizowały nas gospodarczo oraz demograficznie.
Czy znajdziemy w sobie wystarczająco sił, by postawić się tej nowej inwazji? Bez wątpienia pierwszym krokiem jest świadomość zagrożenia, rozpoznanie przeciwnika i jego metod. Temu służyć ma niniejszy artykuł.
W nocy z wtorku na środę Ukraina zaatakowała Rosję, koncentrując się w szczególności na obiektach przemysłowych i infrastrukturze energetycznej w kilku regionach. Skala zniszczeń nie jest jeszcze znana. Jednym z głównych celów była fabryka WNIIR-Postęp w Republice Czuwaskiej, która – jak twierdzą na Ukrainie i Zachodzie – produkuje podzespoły do rosyjskich dronów i bomb. Zaatakowano również inną pobliską infrastrukturę.
Ukraina od miesięcy jasno daje do zrozumienia, że nie będzie dłużej powstrzymywać się przed atakami na rosyjskie obiekty energetyczne i wojskowe, a także na zakłady wojskowo-przemysłowe o podwójnym przeznaczeniu. Ukraina użyła wyprodukowanego w kraju pocisków manewrujących Flamingo.
„Ukraińskie siły przeprowadziły atak rakietowy głęboko w Rosji, atakując w nocy główny obiekt wojskowy” – poinformował Wołodymyr Zełenski. Dodał, że pociski manewrujące FP-5 Flamingo uderzyły w fabrykę dronów i rakiet w mieście Czeboksary w Republice Czuwaskiej, ponad 900 km od linii frontu. Lokalne władze przekazały, że w ataku rakietowym na miasto zostały ranne trzy osoby. Kijów twierdzi również, że zaatakował zajęty przez Rosję port Mariupol nad Morzem Azowskim, rosyjską rafinerię ropy naftowej w Samarze oraz tankowiec należący do tzw. ‚floty cieni’ na Morzu Czarnym.
W Nowokujbyszewsku, w rosyjskim centrum naftowym Samara, gdzie znajdują się rafinerie Rosnieftu, gubernatorzy obwodów poinformowali, że władze odparły ataki dronów i wezwali milion mieszkańców do szukania schronienia. Rosyjska stacja telewizyjna OSINT Astra potwierdziła, że rafineria ropy naftowej w Kujbyszewie stanęła w płomieniach po ataku co najmniej 29 dronów.
W obwodzie rostowskim w Rosji, graniczącym z Ukrainą, spadające odłamki drona zapaliły zbiornik paliwa w obiekcie cywilnym. W centralnym obwodzie włodzimierskim płonęły dwa zakłady przemysłowe. Syreny alarmowe zawyły też w odległych regionach naftowych: chanty-mansyjskim, permskim i tiumeńskim, a także w przemysłowych obwodach uralskich: czelabińskim i swierdłowskim.
Ataki na cele w Rosji: w Czeboksarach zbombardowano fabrykę anten wojskowych, w Samarze płonie rafineria
Gubernator Czuwaszji Oleg Nikołajew skrytykował atak na wspomniany zakład produkcyjny, nazywając go przejawem „bezsilnej wściekłości terrorystów, którzy nie odnoszą sukcesów na froncie i teraz próbują zastraszyć pokojowo nastawionych mieszkańców w głębi lądu”. Wszystkie te fale ataków w różnych lokalizacjach prawdopodobnie doprowadzą do jeszcze silniejszych nalotów na Kijów, po tym jak stolica Ukrainy została już mocno dotknięta w ostatnich tygodniach.
Rafineria w Kujbyszewie w Samarze płonęła w kilku miejscach i będzie zapewne wymagać długotrwałych napraw. Zakłady WNIIR Progress w Czeboksarach – główny producent systemów nawigacyjnych Kometa, używanych w dronach Szahed, a także pociskach Iskander i Kalibr – zostały dwukrotnie trafione pociskami manewrującymi FP-5 Flamingo, co spowodowało znaczne szkody i pożary. Trafione zostały również dwa obiekty infrastruktury naftowej w obwodzie włodzimierskim w Rosji, w tym stacja pomp Wtorowo. Donoszono także o eksplozjach w obwodach donieckim i ługańskim.
Prezydent Władimir Putin i najwyższe dowództwo wojskowe ogłosiły w zeszłym miesiącu, że w odpowiedzi na atak na akademik w Ługańskiej Republice Ludowej 22 maja, w którym zginęło 21 osób – głównie nastoletnie dziewczęta – a 70 zostało rannych, rozpoczną się ataki na ‚ośrodki decyzyjne’. Urzędnicy Kremla twierdzą obecnie, że rosyjskie siły zbrojne „mają prawo zniszczyć każdą infrastrukturę wspierającą terroryzm”.
Wydaje się, że ciągłe ataki Ukrainy na obiekty naftowe i przemysłowe będą stopniowo stanowić ogromne obciążenie dla rosyjskiej gospodarki i ludności. Ostrzał z Ukrainy będzie kontynuowany, zwłaszcza że ‚operacja specjalna’ przebiega w żółwim tempie i brak znaczących rozstrzygnięć na froncie.
Prezydent USA Donald Trump niedawno pytał swoich pracowników o możliwość użycia broni jądrowej przeciwko Iranowi, twierdzi amerykański dziennikarz i laureat Nagrody Pulitzera, Seymour Hersh, na swoim blogu na platformie Substack.
Według Hersha, rozmowa, w której prezydent USA wspomniał o broni jądrowej, odbyła się w tym tygodniu i uczestniczyli w niej wysocy rangą urzędnicy rządowi USA.
Rozmowa koncentrowała się na atakach na podziemne zakłady produkcji rakiet w Iranie. Podczas dyskusji prezydent USA pytał o „możliwość” użycia broni jądrowej do zniszczenia niektórych z tych obiektów.
Jak zauważa Hersh, co najmniej jeden uczestnik spotkania był zszokowany, że prezydent USA mógł tak swobodnie poruszać kwestię wojny nuklearnej na Bliskim Wschodzie. Zauważono, że podczas rozmowy Trump wydawał się zdenerwowany i zły, a w tamtym momencie sprawiał wrażenie człowieka, który „rozpaczliwie nie chce ponieść porażki w Iranie”.
Trump wpadł również na pomysł ostrzeżenia władz Iranu, że Waszyngton „niezwykle poważnie” rozważa możliwość takiej eskalacji. Dziennikarz pisze, że Trump został najwyraźniej odwiedziony od jakichkolwiek rozmów na temat eskalacji z udziałem broni jądrowej.
Trump ponownie rozpalił konflikt z Iranem i zapowiada się, że będzie on wyjątkowo brutalny. BORZZIKMAN informuje, że źródła irańskie i rosyjskie twierdzą, iż Iran zniszczył ubiegłej nocy 12 samolotów bojowych F-35, które stacjonowały w bazie lotniczej w Jordanii. Omawiałem tę kwestię do znudzenia w kilku podcastach dzisiaj — zamieszczam je poniżej.
Chcę skupić się na tym, co Trump powiedział dziś na temat ropy naftowej transportowanej z Zatoki Perskiej. Na wstępie stawiam kluczowe pytanie: jeśli prowadzisz skuteczną tajną operację przez ponad 30 dni, dlaczego miałbyś ujawniać ją publicznie? Odpowiedź: nie zrobiłbyś tego, gdyby był to rzeczywiście skuteczny tajny program.
Przemawiając w środę w Gabinecie Owalnym, Trump powiedział, że Stany Zjednoczone potajemnie przeprowadzały transport „milionów baryłek” ropy przez Cieśninę Ormuz.
Następnie rozwinął ten temat w serwisie Truth Social, ogłaszając:
„W zeszłym miesiącu poleciłem naszej wspaniałej armii USA przeprowadzenie tajnej misji mającej na celu wsparcie tankowców naftowych oraz innych statków handlowych przepływających przez Cieśninę Ormuz.”
Twierdził, że w wyniku tej operacji ponad 100 milionów baryłek ropy trafiło na otwarty rynek, a ponad 200 statków handlowych bezpiecznie przepłynęło przez cieśninę. Wcześniej Trump powiedział dziennikarzom w Gabinecie Owalnym, że USA „wyprowadzały” miliony baryłek ropy w środku nocy, a Iran nic o tym nie wiedział, ponieważ jego systemy radarowe zostały zniszczone w amerykańskich atakach. Dodał, że od dawna miał ochotę ujawnić tę operację, ale się powstrzymywał — sugerując, że zdecydował się o niej powiedzieć dopiero teraz, ponieważ Iran i tak już się o niej dowiedział.
Trump zachwalał również ten rzekomy sukces w serwisie Truth Social:
„Ten niezwykle udany wysiłek jest możliwy dlatego, że STANY ZJEDNOCZONE AMERYKI KONTROLUJĄ Cieśninę Ormuz — a nie Iran. Ich wojsko zostało pokonane, a ich gospodarka jest zrujnowana.”
To nic innego jak kompletna bzdura.
Przyjrzyjmy się liczbom. Przed rozpoczęciem Wojny Ramadanowej 28 lutego kraje Zatoki Perskiej wysyłały przez Cieśninę Ormuz 20 milionów baryłek ropy dziennie. Bardzo duży tankowiec może przewozić około 2 milionów baryłek. Innymi słowy, przez cieśninę przepływało co najmniej 50 statków przewożących ilość ropy odpowiadającą pięciu dniom eksportu z regionu Zatoki.
Aby lepiej zobrazować skalę, 100 milionów baryłek odpowiada około pięciu dniom zużycia ropy w Stanach Zjednoczonych. Nie jest to ilość mająca istotne znaczenie. W globalnym kontekście to drobiazg.
Wracam jednak do mojego pierwotnego pytania: dlaczego Trump ujawnia szczegóły rzekomo skutecznej tajnej operacji? To nie ma żadnego sensu.
Jeśli masz jakieś wyjaśnienie tego dziwnego zachowania, podziel się swoją opinią.
==========================
I realize that most of you have a life and don’t have time to watch all of these videos. I simply post them for your convenience. I started the day of with Danny Davis doing a Deep Dive on Trump killing the negotiations with Iran:
This is something different. Randy Credico is re-starting his YouTube channel and I was his first interview. He wanted to talk about me. The photo on the video was taken 15 years ago at the Roman Coliseum:
Ed DeMarche, editor of Trends Journal, spent 35 minutes with me talking about the Apache helicopter incident that Trump used to justify reigniting the war with Iran:
Pepe and I are back with Zulfiqar Ali on a new channel — Transition Protocol. Please check it out and subscribe:
I’m calling Nima a prophet. He asked me early this morning (Wednesday) to do a 6 pm hit. How did he know the shooting was going to start again?
Mario remains puzzled by Trump’s bizarre behavior… I try to explain it to him:
I’m back with Sulaiman Ahmed who, like Mario, is a relentless and talented podcaster:
Ukraińcy chcieli wysadzić w powietrze cały port w Konstancy wraz z połową miasta: Weteran rumuńskiego dziennikarstwa opowiada jak i dlaczego…
Doświadczony dziennikarz Sorin Faur opublikował na swoim profilu na Facebooku bezlitosną analizę wczorajszego kryminalnego incydentu w porcie w Konstancy. Przedstawiamy ją w całości:
Sorin Faur:
„Jako (bardzo) stary wyjadacz w branży dziennikarskiej wyrobiłem sobie i zachowałem instynkt, by nie wypowiadać się ani nie pisać – chyba że w formie satyry – o niczym, czego nie da się udowodnić przy pomocy choćby w miarę wiarygodnych dowodów lub niepodważalnych faktów. A kiedy popełnię błąd, sygnalizuję to i nie pozwalam, by bzdury krążyły w sieci.
To, co powiem, można udowodnić jedynie logicznie, ponieważ sprawcy zniszczyli dowody rzeczowe właśnie po to, by nie można było udowodnić zbrodni. Chodzi bowiem o nieudaną próbę masowego morderstwa.
Nie zamierzałem publikować wszystkich moich popartych dowodami przemyśleń na temat wczorajszych wydarzeń w porcie w Konstancy. Bardzo mnie irytują te autochtoniczne grupy moralnych trupów, które w kontekście tego zajścia oskarżają własny kraj o to, że znalazł się w obecnej sytuacji, albo że przemyca dla Rosjan ropę transportowaną przez „flotę-widmo” Putina stacjonującą w porcie w Konstancy (więc z tym walczyli ukraińscy droniarze), albo że nie jesteśmy w stanie się bronić, obserwując lornetką wybrzeże (Fota, były prezydencki ekspert ds. bezpieczeństwa), a nawet że Rosja zmusza Rumunów za pomocą dronów do stabilizacji słabego rządu (czyli “ekipy” Tomaca) poprzez głosowanie, itp. Tę ostatnią bzdurę można obejrzeć na profilu na Facebooku niejakiego Siegfrieda Mureșana, europosła rumuńskiej partii PNL, nad którym daremnie unosi się podejrzenie o zaburzenia psychiczne.
To zbyt wiele. O wiele za dużo. Moralna zgnilizna tych postaci, teoretycznie żyjących, stanowi główne zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju dryfującego bez celu, liczącego 20 milionów dusz, którego jedynym obrońcą jest Ten Na Górze. A to wcale nie jest mało.
Oto więc moje osobiste przekonanie o tym, co faktycznie wydarzyło się w porcie w Konstancy:
Ukraińcy załadowali i skierowali drona, aby wysadzić terminal naftowy, licząc również na sąsiedni magazyn azotanu amonu. To zniszczyłoby natychmiast niemal połowę Konstancy, a przede wszystkim zatarłoby ślady, ponieważ wybuchy zniszczyłyby każdy najmniejszy ślad po dronie, nad którym atakujący Ukraińcy sprawowali stałą kontrolę.
Gdyby trafił, to dron byłby rosyjski– jak powiedział mój ceniony przyjaciel.
Tyle tylko, że dron utknął i zablokował się w barierkach przeciw-zanieczyszczeniowych. Nie mógł się już więcej ruszyć.
Przez cały ten czas ukraiński operator drona miał stały, wizualny nadzór satelitarny w czasie rzeczywistym dzięki kamerom urządzenia, które działało bez zarzutu, z wyjątkiem momentu, gdy zaczepiło się o boje. Operator zauważył więc, że zbliżają się jacyś ludzie i filmują drona z odległości niecałych 10 metrów.
Zatem przedmiot przestępstwa był nie tylko zablokowany, ale także zdemaskowany i z łatwością przypisany państwu, które go wyprodukowało i z dużym powodzeniem wykorzystywało. W internecie pełno jest heroicznych opowieści o tym, jak między innymi dwukrotnie uderzono nimi w Most Krymski.
Kiedy Ukraińcy zobaczyli na żywo, że Rumuni filmują nienaruszonego drona, zadzwonili do Bukaresztu, zanim przeprowadzono jego kontrolowaną eksplozję. Zadzwonili nie z sojuszniczej miłości, ale po to, by bezpiecznie zniszczyć elektronikę, w której zaprogramowali trasę i cel. W przeciwnym razie udowodniono by na podstawie namacalnych dowodów, że celowo wybrali właśnie ten cel.
Teza o utracie kontroli nad dronem w wyniku rosyjskiego zakłócania sygnału – czyli wersja oficjalna, potwierdzona nawet na najwyższym szczeblu w Rumunii – to wymówka godna nieuważnego czwartoklasisty. Nie ma co do tego wątpliwości, że Rosjanie zacierali ręce na widok anteny amerykańskiego systemu Starlink, która była dobrze widoczna na sfilmowanym dronie. „Utrata kontroli”jest unieważniona przez telefon od Ukraińców, którzy poinformowali o detonacji urządzenia w celu – powtarzam – zniszczenia dowodów.
Krótko mówiąc: Pan Bóg nas ocalił.
Tylko dobry Bóg nas ocalił, za pomocą boi przeciw-zanieczyszczeniowej przyczepionej „przypadkiem” do ogona potwora, za sprawą którego Rumunia – tym samym NATO – miała zostać wciągnięta w wojnę, cholerni dranie!!!”
Rząd zaprzeczył słowom ministra obrony Radu Miruță, po tym jak ujawnił on informację wskazującą na rażącą nieodpowiedzialność ze strony Ukrainy. Mianowicie, że dziesiątki rumuńskich specjalistów z Ministerstwa Obrony Narodowej, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Służby Wywiadowczej mogło zginąć, ponieważ Ukraina ogłosiła zaledwie 15 minut wcześniej, że dron ma wybuchnąć o godz. 10.28, mimo że znajdował się on w porcie w Konstancy od godz. 6.
Jednak zarówno Miruță, jak i rząd kłamią, ponieważ specjaliści, którzy znajdowali się w pobliżu drona, sami wykryli własnymi uszami sygnał detonacji, co dało im zaledwie 3 minuty na ucieczkę przed wybuchem nawet 300 kg materiałów wybuchowych, zgodnie z innymi doniesieniami.
Podczas gdy pisałem ten artykuł, kilka tysięcy obywateli brytyjskich zebrało się przed komisariatem policji w Southampton w Anglii, domagając się odpowiedzi na pytania dotyczące morderstwa młodego białego brytyjskiego studenta, Henry’ego Nowaka, dokonanego przez czarnego imigranta i białą brytyjską policję.
Czarnoskóry imigrant i intruz zamordował Nowaka, dźgając go pięciokrotnie. Biała brytyjska policja zamordowała Nowaka, ignorując jego oświadczenie, że został dźgnięty nożem, a także jego ostatnie słowa: „Nie mogę oddychać”. Brytyjska policja, skutecznie wyszkolona w rozpoznawaniu białych jako agresorów, aresztowała – zamiast czarnoskórego imigranta i intruza, który zaatakował Nowaka, co okazało się śmiertelne – umierającego Nowaka, który zmarł w policyjnych kajdankach. „Uczulona na rasizm” biała brytyjska policja uwierzyła kłamstwu czarnoskórego imigranta [on był, jest ciapaty md] i intruza, że Nowak użył rasistowskiego określenia. Nie uwierzyli Nowakowi, że został dźgnięty nożem. „Uczulona na rasizm policja” nawet nie sprawdziła, czy Nowak został dźgnięty nożem. Zamiast tego założyli kajdanki umierającemu mężczyźnie i nie wezwali pomocy medycznej.
Można by pomyśleć, że to skandal – i tak było – ale nie z właściwego powodu. Fanatycznie antybiały brytyjski premier Starmer nazwał kilka tysięcy białych protestujących – niewielką liczbą biorąc pod uwagę skalę niesprawiedliwości – „skrajnie prawicowymi buntownikami i rasistowskimi bandytami”. Innymi słowy, premier Anglii nie dostrzega rasizmu w niesprowokowanym, śmiertelnym ataku czarnego imigranta na białego Nowaka, ani w lekceważeniu przez brytyjską policję jego błagania o pomoc. Biały brytyjski premier Starmer dostrzega rasizm w proteście obywateli brytyjskich przeciwko temu, co się stało. Czy istnieje niższa forma czystego politycznego odpadu niż Starmer? Jak taki polityczny odpad może przetrwać jako premier Wielkiej Brytanii?
Teraz musimy zadać sobie pytanie, jak to możliwe, że biały, etnicznie brytyjski premier z Partii Pracy, która dawniej, przed nikczemnym Tonym Blairem, reprezentowała etnicznie brytyjską klasę robotniczą, mógł zostać tak zindoktrynowany i poddany praniu mózgu, że rasistami w społeczeństwie są biali ludzie, którzy cierpią z powodu kradzieży, gwałtów i morderstw z rąk imigrantów?
Zmierz się z tym faktem: Odchody, które pełnią funkcję premiera Wielkiej Brytanii, niegdyś wspaniałego i moralnego kraju, określiły protest przeciwko rasistowskiemu morderstwu białego obywatela brytyjskiego jako „biały rasizm”.
Taka jest sytuacja białych ludzi dzisiaj. W ŻADNYM kraju Zachodu biali, etniczni obywatele nie są chronieni przez prawo. Ich własny rząd jest im przeciwny.
Wielka Brytania, niegdyś naród etniczny, a obecnie Wieża Babel, ma „zobowiązanie do równości rasowej”. Co to oznacza? Cytując oficjalną odpowiedź: „Nie oznacza to traktowania wszystkich „równo” ani bycia „ślepym na kolor skóry”, ale raczej ograniczenie rasizmu do osób białych.
Tylko biali ludzie mogą być rasistami. Takie jest oficjalne stanowisko rządu Starmera w Wielkiej Brytanii. Było to oficjalne stanowisko reżimu Bidena i oficjalne stanowisko wszystkich rządów Europy Zachodniej. Trump woli oddać Izraelowi władzę, która w przeciwnym razie trafiłaby w ręce imigranckich najeźdźców.
Z tego powodu policja automatycznie uznała mordercę Nowaka za ofiarę, a Nowaka za rasistę.
Obecnie w Wielkiej Brytanii, USA, Kanadzie i całej Europie istnieją organizacje, intelektualiści, a nawet uniwersytety oraz szkoły publiczne i prywatne dla dzieci, których celem jest wpajanie dzieciom faktu, że białe grupy etniczne to rasiści, winni tak wielu przestępstw przeciwko „ludziom kolorowym”, że muszą teraz odsunąć się na bok i zaakceptować karę, znosząc rządy rzekomo niegdyś uciskanych narodów, które je wykorzystywały i znęcały się nad nimi – tak samo jak nie-Żydzi muszą ustąpić miejsca Żydom, aby zadośćuczynić za Holokaust.
Od kilku lat relacjonuję doniesienia skandynawskich mediów o gwałtach dokonywanych przez gangi imigrantów na białych, etnicznych Szwedkach, Norweżkach i Dunkach. Kobiety zazwyczaj boją się zgłaszać gwałty i gwałty zbiorowe – często publicznie, gdzie tchórzliwi Skandynawowie przymykają na nie oko – z obawy przed oskarżeniem o zbrodnię z nienawiści za zgłoszenie lub zakłócenie gwałtu na białej kobiecie dokonanego przez osobę czarnoskórą. W Szwecji gwałt na białych, etnicznych Skandynawkach przez czarnoskórych imigrantów jest niemal prawnie chronionym przywilejem. Europejczycy i Brytyjczycy są karani za wypowiadanie się przeciwko imigranckim najeźdźcom, tak jak Amerykanie za wszelką krytykę Izraela.
Jeśli nie jesteś przekonany, że świat zachodni jest tak bardzo antybiały, że białe grupy etniczne są demonizowane, rozważ poniższe:
Brytyjskie żłobki i przedszkola otrzymały polecenie zgłaszania „rasistowskich” trzylatków brytyjskiej policji. W Wielkiej Brytanii białe, brytyjskie trzylatki mogą zostać zgłoszone policji za „przestępstwa z nienawiści”.
Zgodnie z nowymi oficjalnymi wytycznymi popartymi przez rząd Partii Pracy, personel żłobków w Walii otrzymał polecenie, aby dzwonić na policję, jeśli istnieje podejrzenie, że dzieci w wieku trzech lat i starsze przejawiają „rasistowskie” zachowanie.
Polityka ta, wprowadzona przez Diversity and Anti-Racist Professional Learning (DARPL), organizację walczącą z rasizmem wśród białych i otrzymującą dotacje rządowe, szkoli personel żłobków i przedszkoli w ocenianiu, czy zachowanie dziecka można uznać za „zbrodnię z nienawiści” i, jeśli to konieczne, w powiadamianiu odpowiednich organów.
W całym świecie zachodnim białe grupy etniczne zostały poddane praniu mózgu, by uwierzyć, że są złe, rasistowskie i opresyjne, i że nie mogą już dłużej stawać na drodze rządom imigrantów-najeźdźców. I nie są. Ci zindoktrynowani biali ludzie wybierają teraz imigrantów-najeźdźców na urzędy publiczne, w tym prokuratorów, którzy natychmiast zabrali się za zniesławienie prezydenta Trumpa. Liderką brytyjskiej Partii Konserwatywnej jest czarnoskóra kobieta.
Jest wielu czarnych przywódców, ale nie ma przywódców białych. Żaden biały przywódca nie może się przeciwstawić, ponieważ wszelkie poparcie dla białego przywódcy jest z definicji rasistowskie. Nigdzie w świecie zachodnim nie ma białego przywódcy, który nie byłby uciskany przez swój własny biały rząd.
Dwupoziomowy system wymiaru sprawiedliwości w policji jest obecnie normą w świecie zachodnim. Zbliżamy się do czasów, gdy jedyni biali ludzie, którzy pozostaną na miejscu, będą eksponowani w ogrodach zoologicznych jako przykłady białych rasistowskich wyzyskiwaczy.
„Będziemy wygrywać tak często, że możecie się nawet zmęczyć wygrywaniem. I powiecie: »Proszę, proszę. To już za dużo. Nie możemy tego znieść. Panie Prezydencie, to już za dużo«” – Donald Trump
Donald Trump obiecał Amerykanom, że znudzą im się zwycięstwa.
Jeśli tak wygląda zwycięstwo, to Ameryka nie może sobie na nie pozwolić.
Tracimy pozycję gospodarczą. Tracimy wiarygodność za granicą. Tracimy turystów, pracowników, stabilność, zaufanie, zabezpieczenia konstytucyjne i to, co pozostało z iluzji, że rząd odpowiada przed „nami, narodem”.
Branża turystyczna zmaga się z problemami, ponieważ zagraniczni turyści coraz bardziej wahają się przed przyjazdem do Stanów Zjednoczonych. Nawet migracja – siła napędowa amerykańskiego wzrostu gospodarczego, innowacji, siły roboczej i odnowy narodowej – zmierza obecnie w złym kierunku. Mniej osób przyjeżdża do kraju, więcej Amerykanów wyjeżdża, a według niektórych szacunków kraj osiągnął już ujemny wskaźnik migracji netto.
To nie jest cecha narodu „odnoszącego sukcesy”. To cecha narodu, z którego ludzie coraz bardziej chcą uciekać.
Nawet zbliżające się Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej – które zazwyczaj są okazją do rozwoju gospodarczego turystyki, podróży i hotelarstwa – pozostają w cieniu twardej polityki imigracyjnej rządu, protestów przeciwko zatrzymaniom i gróźb zakłócenia podróży międzynarodowych na kluczowych lotniskach.
Oto co się dzieje, gdy naród traktuje przybyszów, imigrantów i dysydentów przede wszystkim jako zagrożenie, a dopiero w drugiej kolejności jako ludzi: ludzie przestają przyjeżdżać, przedsiębiorstwa cierpią, a strach staje się oficjalną polityką.
Mimo nieustających zwycięstw rządu, gospodarka wysyła sygnały ostrzegawcze: spada wzrost gospodarczy, konsumenci są napięci, koszty rosną, oszczędności maleją, a chaos polityczny pozostawia rodziny, małe firmy i całe gałęzie przemysłu niepewne, jakie nowe turbulencje przyniesie jutro.
Straty odbijają się na nas negatywnie.
Tymczasem człowiek, który obiecał położyć kres wojnom, jest odpowiedzialny za ich kontynuację i ekspansję. Człowiek, który obiecał obniżyć ceny, przyczynił się do wzrostu niepewności. Człowiek, który obiecał osuszyć bagno, przekształcił rząd w system patronatu dla lojalistów, kolesiów, kontrahentów, oligarchów i wpływowych maklerów. Człowiek, który obiecał prawo i porządek, wykorzystał prawo jako broń przeciwko wrogom i zawiesił je dla przyjaciół.
To nie jest zwycięstwo.
To powolna klęska republiki konstytucyjnej, dokonana poprzez widowisko, nadużycia, chciwość i brutalną przemoc.
Przyjrzyjmy się aktualnej liście tak zwanych „osiągnięć” Trumpa.
Fundusz „anty-uzbrojeniowy” o wartości 1,776 miliarda dolarów – rzekomo utworzony w celu rekompensaty ofiarom nadużyć rządowych – szybko stał się sztandarowym przykładem nadużyć władzy. Krytycy ostrzegali, że pieniądze podatników mogą zostać wykorzystane do nagradzania sojuszników Trumpa, politycznych lojalistów, a nawet osób oskarżonych o ataki z 6 stycznia. Fundusz ten został od tego czasu zablokowany w sądzie, zaskarżony jako bezprawny i podobno ponownie rozpatrzony w obliczu krytyki ze strony obu partii; jednak nadrzędne porozumienie pozostaje surowym ostrzeżeniem: ugoda, która mogłaby chronić Trumpa, jego rodzinę i powiązane z nim firmy przed przyszłymi kontrolami podatkowymi, trąci korupcją opartą na samo-bogaceniu.
Sala balowa w Białym Domu warta 400 milionów dolarów, reklamowana jako „dar” dla kraju, stała się idealnym pomnikiem priorytetów tej administracji: pozłacanego spektaklu, wpływu darczyńców, wyjątków od wymogów bezpieczeństwa i imperialnej demonstracji wielkości w czasach, gdy przeciętni Amerykanie mają trudności z zapewnieniem sobie pożywienia, mieszkania, opieki zdrowotnej i podstawowych potrzeb.
Sam Biały Dom jest przebudowywany na podobieństwo Trumpa – więcej złota, więcej przepychu, więcej próżności – podczas gdy konstytucyjne podstawy prezydentury są traktowane jako zbędne. Nawet Centrum Kennedy’ego stało się częścią tej marki, dopóki sędzia federalny nie orzekł, że nazwisko Trumpa zostało dodane bezprawnie i nie uniemożliwił administracji zamknięcia instytucji kulturalnej na czas remontu.
A potem są sądy, gdzie kolejne zarządzenia Trumpa przesuwały granice prawa. Sądy niższej instancji wielokrotnie musiały przypominać rządowi, że władza wykonawcza nie jest absolutna, że stan wyjątkowy nie uchyla Konstytucji i że nawet prezydenci muszą przestrzegać prawa.
Te porażki nie miały charakteru czysto formalnego: sędziowie oskarżyli rząd o dyskryminację mediów ze względu na ich poglądy, o niezgodne z konstytucją karanie kancelarii prawnych, bezprawne manewry celne i działania wykonawcze, które traktują ograniczenia konstytucyjne jako uciążliwość, a nie wiążące prawo.
Oto miara „sukcesu” Trumpa: finansowane z podatków kampanie odwetowe, prestiżowe projekty, luksusowe pokoje, porażki prawne, chaos konstytucyjny i rząd zarządzany coraz bardziej tak, jakby był osobistym imperium.
Prezydent zgarnia widowisko. Lojaliści zgarniają łupy. Prawnicy zgarniają pozwy.
A cenę zapłacą Amerykanie.
Jeśli wierzyć rządowi, Ameryka jest silniejsza, bezpieczniejsza, bogatsza, bardziej wolna i szanowana niż kiedykolwiek. To jest argument. To hasło. To namiot cyrkowy wzniesiony nad ruinami.
Najnowsza propaganda Białego Domu praktycznie głosi to, co niewypowiedziane: „ZAUFAJCIE TRUMPOWI”. „Po prostu usiądźcie wygodnie i zrelaksujcie się” – to oficjalne przesłanie Trumpa – „na końcu wszystko będzie dobrze – zawsze tak jest!”
To nie jest filozofia rządzenia. To żądanie posłuszeństwa.
Wolny naród „nie siedzi bezczynnie”, podczas gdy rząd rozszerza swoją władzę, prowadzi wojny, rabuje skarb państwa, karze dysydentów, monitoruje obywateli, unieważnia decyzje sądów i traktuje konstytucję jako opcjonalną.
Wolny naród nie ufa swoim władcom. Oni ich krępują łańcuchami.
A gdy władcy żądają zaufania i nakłaniają ludzi do ignorowania dowodów, które mają tuż przed oczami, wówczas ludzie muszą przyjrzeć się temu jeszcze uważniej.
Przyjrzyj się bliżej hasłom, okrążeniom zwycięstwa i pozłacanemu spektaklowi, a zobaczysz, że straty zaczynają się piętrzyć.
Amerykanom obiecano dobrobyt. Otrzymali natomiast gospodarkę, w której zyski korporacji i giełdy maskują fakt, że przeciętne gospodarstwa domowe są na skraju wyczerpania, oszczędności maleją, długi rosną, a koszty podstawowych artykułów pierwszej potrzeby systematycznie obniżają płace.
Powiedziano im, że cła ukarzą zagraniczne rządy i przywrócą miejsca pracy w kraju. Zamiast tego otrzymali wyższe koszty przerzucone na konsumentów, środki odwetowe, niedobory dostaw i politykę handlową opartą bardziej na teatrze politycznym niż na strategii. Nawet sądy zaczęły traktować program taryfowy jako to, czym jest: polityką gospodarczą opartą na improwizacji władzy wykonawczej, gdzie sędziowie unieważniają lub ograniczają cła, podczas gdy rząd wciąż szuka nowych luk prawnych.
Obiecano im, że stanowcza postawa wobec imigrantów wzmocni Amerykę. Otrzymali jednak naród, który odstraszył pracowników, studentów, turystów, przedsiębiorców i rodziny, które od dawna przyczyniały się do rozwoju jej gospodarki.
Obiecano im, że Ameryka znów będzie budzić szacunek. Otrzymali jednak kraj coraz bardziej postrzegany jako niestabilny, wrogi, nieprzewidywalny i niebezpieczny – nie tylko przez przeciwników, ale także sojuszników, gości, inwestorów i potencjalnych partnerów.
Powiedziano im, że wojny się skończą. Zamiast tego otrzymali więcej rozmów o wojnie, więcej eskalacji militarnej, więcej pustych czeków na machinę wojenną i więcej wymówek dla rozszerzania władzy wykonawczej w imię bezpieczeństwa narodowego.
Powiedziano im, że konstytucja zostanie przywrócona. Zamiast tego otrzymali prezydenta, który oświadczył: „Kto ratuje swój kraj, nie łamie prawa”.
Słuchaj uważnie, gdy władca mówi coś takiego.
To nie jest konstytucjonalizm. To język królów, dyktatorów i władców, którzy wierzą, że ich intencje są ważniejsze od prawa.
Konstytucja została napisana właśnie po to, aby zapobiec zakorzenieniu się tego rodzaju myślenia w Ameryce.
Nie mówi, że prezydent może łamać prawo, powołując się na szlachetne pobudki. Nie mówi, że władza wykonawcza może omijać Kongres, nękać sądy, karać krytyków, uciszać osoby o odmiennych poglądach, rozmieszczać wojsko w kraju, rabować skarb państwa ani rządzić dekretem o stanie wyjątkowym, kiedy tylko odpowiada to osobie sprawującej urząd w Białym Domu.
Nawet samo głosowanie jest wciągane w machinę kontroli wykonawczej, ponieważ administracja Trumpa forsuje rozporządzenie wykonawcze dotyczące głosowania korespondencyjnego, które umożliwiłoby agencjom federalnym podejmowanie decyzji o kwalifikowalności wyborców i dostarczaniu kart do głosowania, tradycyjnie kontrolowanych przez stany. Kiedy władza wykonawcza rości sobie prawo do decydowania, czyj głos zostanie policzony, kto otrzyma kartę do głosowania pocztą i kto zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za utrudnianie głosowania, prawo do głosowania staje się kolejną wolnością podlegającą zatwierdzeniu przez prezydenta.
Ale to właśnie ta teoria rządzenia jest obecnie wystawiana na próbę w czasie rzeczywistym: władza prezydenta jako pusty czek, prawo jako broń, prawa jako przywileje, odmienne opinie jako zagrożenie, a odpowiedzialność jako niedogodność.
Sposób Trumpa na zwycięstwo wymaga, aby Amerykanie przegrali.
Aby państwo policyjne wygrało, Czwarta Poprawka musi przegrać.
Aby państwo policyjne wygrało, prywatność musi przegrać.
Aby machina wojenna wygrała, pokój musi przegrać.
Aby władza wykonawcza wygrała, musi przegrać zasada trójpodziału władzy.
Aby oligarchowie wygrali, rodziny klasy robotniczej muszą przegrać.
Aby propaganda wygrała, prawda musi przegrać.
Aby silny przywódca wygrał, konstytucja musi przegrać.
Oto oferta handlowa oferowana Amerykanom: wymieńcie swoje prawa na obietnice bezpieczeństwa, swoje wolności na obietnice wielkości, swoje pieniądze z podatków na obietnice dobrobytu i swoje sumienie na dreszczyk emocji związany z oglądaniem, jak ktoś inny zostaje ukarany.
Tak właśnie działa polityka autorytarna. Nie zaczyna się od ujawnienia się jako tyrania. Jest opakowana we flagi, hasła, kozły ofiarne i obietnice zemsty. Oferuje ludziom satysfakcję z upokorzenia wrogów, jednocześnie po cichu budując mechanizmy, które ostatecznie zostaną użyte przeciwko wszystkim.
Ten mechanizm już istnieje.
Myślcie samodzielnie.
Wolność słowa jest nadal podważana. Pierwsza Poprawka zabrania rządowi tłumienia opinii, karania osób o odmiennych poglądach, atakowania protestujących, zastraszania dziennikarzy i uciszania instytucji. Mimo to wypowiedzi polityczne podważające władzę rządu są coraz częściej traktowane jako podejrzane, ekstremistyczne, niebezpieczne lub nielojalne. Przeciwnicy wojny, aktywiści studenccy, sygnaliści, dziennikarze, dysydenci religijni, krytycy polityczni i zwykli obywatele, którzy odmawiają podporządkowania się linii partii, ryzykują, że zostaną zaliczeni do stale rozszerzającego się grona wrogów państwa.
Nadzór stale rośnie. Rozpoznawanie twarzy, śledzenie biometryczne, czytniki tablic rejestracyjnych, dane o lokalizacji telefonów komórkowych, centra fuzji, algorytmy predykcyjne, drony, analiza danych AI i nadzór finansowy umożliwiły rządowi i jego partnerom korporacyjnym śledzenie, katalogowanie i profilowanie populacji z zapierającą dech w piersiach wydajnością. Wszystko, co kiedyś wymagało nakazu, personelu i uzasadnionego podejrzenia, można teraz osiągnąć za pomocą bazy danych, umowy na oprogramowanie i funkcjonariusza gotowego kliknąć „szukaj”.
Uprawnienia policji rządowej nadal są wykorzystywane jako broń. Te same mechanizmy, które dziś są wykorzystywane przeciwko imigrantom, jutro mogą być wykorzystane przeciwko dysydentom politycznym. Te same listy obserwacyjne, które służą do monitorowania „ekstremistów”, mogą być wykorzystywane do monitorowania rodziców, weteranów, posiadaczy broni, aktywistów, dziennikarzy, osób wierzących, ekologów, demonstrantów antywojennych i każdego, kto kwestionuje preferowaną przez rząd narrację.
Amerykanie są nadal traktowani przede wszystkim jako podejrzani, a dopiero w drugiej kolejności jako obywatele. W społeczeństwie, w którym nie ma miejsca na przestępczość, niewinność nie ma znaczenia. Liczy się to, co przewiduje algorytm, co sugeruje lista obserwowanych, co sugeruje profil danych lub co urzędnik państwowy uważa, że możesz zrobić, powiedzieć, pomyśleć lub poprzeć. Należyty proces staje się kwestią drugorzędną, gdy podejrzenie zostanie zautomatyzowane.
Wojsko jest nadal traktowane jako siła wewnętrzna. Z każdym nowym wezwaniem do wysłania wojsk do kraju, każdym nowym ogłoszeniem stanu wyjątkowego, każdym nowym połączeniem pracy lokalnej policji z władzami federalnymi, granica między polem bitwy a ojczyzną staje się coraz cieńsza. Ojcowie Założyciele dostrzegali niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą stała armia używana przeciwko ludziom. Żyjemy z konsekwencjami zignorowania ich ostrzeżeń.
Policja pozostaje zmilitaryzowana. Lokalne organy ścigania, wyposażone w sprzęt bojowy i przeszkolone w taktyce walki, nadal działają mniej jak lokalni żołnierze sił pokojowych, a bardziej jak siły okupacyjne. Żadne wolne społeczeństwo nie pozostanie wolne na długo, jeśli każde spotkanie z rządem może przerodzić się w pokaz siły.
Sygnaliści nadal są karani. Organy nadzoru nadal są marginalizowane. Inspektorzy generalni, audytorzy, śledczy i urzędnicy, którzy ujawniają korupcję, są traktowani jako przeszkody do usunięcia, a nie jako zabezpieczenia, które należy chronić. Rząd, który nie toleruje żadnego nadzoru, to rząd, który ma coś do ukrycia.
Imperialna prezydentura stale się rozszerza. Trump nie wynalazł rozszerzenia władzy wykonawczej, ale z całych sił ją sobie przywłaszczył. Każdy prezydent w najnowszej historii przyczyniał się do rozszerzenia władzy prezydenckiej poprzez dekrety, deklaracje stanu wyjątkowego, oświadczenia o podpisach, dyrektywy bezpieczeństwa narodowego i działania jednostronne. Wkład Trumpa polegał na obnażeniu grzecznościowej fikcji, jakoby władza ta była sprawowana niechętnie lub w granicach konstytucyjnych. On to afiszuje.
To jest prawdziwe zagrożenie obecnej sytuacji.
Nie chodzi tylko o to, że prezydent chce mieć zbyt dużą władzę. Chodzi o to, że cały system jest tak ukształtowany, by mu ją dać.
Kongres narzeka, ale ustępuje. Sądy protestują, ale się stosują. Władze się stosują. Kontrahenci zyskują. Media gonią za spektaklem. Opinia publiczna jest rozproszona codziennym cyklem oburzenia. Partie wiwatują, gdy ich strona odnosi korzyści, i narzekają tylko wtedy, gdy machina obraca się przeciwko nim.
W ten sposób Państwo Głębokie wygrywa, niezależnie od tego, która partia ogłosi zwycięstwo w dniu wyborów.
Twarze się zmieniają. Maszyny pozostają.
Hasła się zmieniają. Nadzór pozostaje.
Partia rządząca się zmienia. Machina wojenna pozostaje.
Retoryka się zmienia. Dług, wydatki, tajemnica, państwo policyjne, wpływy korporacji, uprawnienia nadzwyczajne i lekceważenie konstytucji pozostają.
„Zwycięstwo” Trumpa to po prostu najnowsza kampania reklamowa starego oszustwa: przekonania ludzi, że wygrywają, jednocześnie odbierając im możliwość samodzielnego rządzenia.
Nazywaj to jak chcesz – bezpieczeństwem narodowym, bezpieczeństwem granic, nacjonalizmem gospodarczym, prawem i porządkiem, walką z korupcją, uprawnieniami nadzwyczajnymi, hasłem „Ameryka na pierwszym miejscu” – ale jeśli końcowym rezultatem będzie więcej władzy państwa i mniej wolności jednostki, to powinniśmy już wiedzieć, kto tak naprawdę wygrywa.
To nie rodzina ma problem z zapewnieniem sobie jedzenia.
To nie małe przedsiębiorstwa próbują przetrwać cła, inflację, niedobory siły roboczej i wstrząsy regulacyjne.
To nie rolnik, nauczyciel, weteran, student, emeryt ani rodzic próbuje związać koniec z końcem.
To nie podróżny zostaje zatrzymany, przeszukany, przesłuchany lub odesłany przez coraz bardziej wrogie siły bezpieczeństwa.
To nie rodziny imigrantów żyją w strachu.
To nie demonstrant korzysta ze swojego prawa do wolności wypowiedzi.
Monitorowane nie są transakcje finansowe, ruchy, komunikacja i kontakty obywatela.
To nie podatnicy są zmuszani do finansowania niekończących się wojen, dotacji korporacyjnych, zmilitaryzowanej policji, kontraktów na nadzór, więzień i prestiżowych projektów politycznych.
Zwycięzcy są zawsze ci sami: firmy zbrojeniowe, handlarze danymi, operatorzy prywatnych więzień, firmy zajmujące się inwigilacją, lobbyści, osoby z branży politycznej, spekulanci z Wall Street, kontrahenci rządowi, partyjne organy ścigania, darczyńcy z dostępem, lojalni ludzie poszukujący płatności oraz biurokratyczne ośrodki władzy, czerpiące zyski ze strachu, kryzysów i kontroli.
Przegranymi jesteśmy „my, ludzie”.
Oto gorzka prawda, z którą muszą zmierzyć się Amerykanie: rząd, który obiecuje ci, że zrobisz z ciebie „zwycięzcę” poprzez odebranie władzy komuś innemu, ostatecznie odbierze władzę również tobie.
Prawa nie są stronnicze. Należyty proces nie jest stronniczy. Wolność słowa nie jest stronnicza. Prywatność nie jest stronnicza. Ograniczenia władzy wykonawczej nie są stronnicze. Konstytucja nie powinna być rekwizytem wyborczym, formalnością prawną ani przeszkodą w osiągnięciu zwycięstwa politycznego.
Konstytucja jest umową wiążącą rząd.
Bez nich mamy tylko władców i poddanych.
Dlatego prawdziwą miarą każdego rządu nie jest to, jak głośno się przechwala, ilu wrogów ukarze, ile podpisze dekretów wykonawczych, ile wyśle wojsk, ile agencji wyczyści i w ilu nagłówkach gazet zdominuje.
Prawdziwą miarą jest to, czy ludzie cieszą się większą wolnością, czy ich prawa są lepiej chronione, czy ich własność jest bezpieczniejsza, czy są lepiej chronieni przed nadużyciami państwa i czy są w stanie skuteczniej pociągać władzę do odpowiedzialności.
Według tych kryteriów nie wygramy.
Przegrywamy i to we wszystkich ważnych dziedzinach.
Przegrywamy, gdy prezydent rości sobie prawo do decydowania, które prawa go dotyczą.
Przegramy, jeśli Kongres pozwoli, by jego rola stała się nieistotna.
Tracimy, gdy sądy traktowane są jako przeszkody, a nie jako konstytucyjne mechanizmy kontroli i równowagi.
Przegrywamy, gdy policja zachowuje się jak żołnierze, a od żołnierzy wymaga się, by zachowywali się jak policjanci.
Przegrywamy, gdy odmienne poglądy traktowane są jako ekstremizm.
Przegrywamy, gdy inwigilacja staje się ceną obywatelstwa.
Tracimy, gdy gospodarka jest zarządzana w sposób, który przynosi korzyści najpotężniejszym, podczas gdy zwykłym Amerykanom wmawia się, że mają celebrować swoje własne trudności jako przejaw patriotyzmu.
Przegrywamy, gdy wojna staje się normą, a pokój złamaną obietnicą, której nikt nie zamierza dotrzymać.
Przegrywamy, gdy rząd bazujący na zgodzie zostaje zastąpiony rządem bazującym na przymusie.
A najwięcej tracimy, gdy zaakceptujemy kłamstwo, że to wszystko jest zwycięstwem.
Moi przyjaciele, nie dajcie się zwieść sloganom.
Naród może wymachiwać flagami, organizować parady, stawiać pomniki, chwalić się swoją wielkością, karać wrogów, być na pierwszych stronach gazet, a mimo to stracić swoją duszę.
Prezydent może nazwać to zwycięstwem. Partia polityczna może nazwać to zwycięstwem. Media mogą przedstawić to jako zwycięstwo. Masy mogą przyłączyć się do skandowania.
Ale jeśli ceną za to ma być konstytucja, to wszyscy na tym stracimy.
Rozwiązaniem nie jest zastąpienie jednego silnego przywódcy innym, nadużyć jednej partii nadużyciami innej partii ani jednej grupy władców inną grupą władców, którzy obiecują wykorzystywać ten sam mechanizm w sposób bardziej życzliwy.
Rozwiązaniem jest demontaż maszyn.
Odrzuć politykę strachu. Odrzuć kult jednostki. Odrzuć fałszywy wybór między bezpieczeństwem a wolnością. Odrzuć propagandę, która przekonuje cię, że twój sąsiad jest wrogiem, podczas gdy rząd po cichu opróżnia twoje kieszenie i pozbawia cię twoich praw.
Znajdźcie wspólny język ze współobywatelami, nie w lojalności partyjnej, lecz w zasadach konstytucyjnych.
Broń wolności słowa, nawet jeśli nie lubisz mówcy. Broń rzetelnego procesu, nawet jeśli nie lubisz oskarżonego. Broń prywatności, nawet jeśli nie masz nic do ukrycia. Broń ograniczeń władzy wykonawczej, nawet jeśli twój ulubiony polityk zasiada w Białym Domu.
Bądź niebezpieczny w najlepszy możliwy sposób: myśląc samodzielnie, nie dając się uciszyć, odrzucając polityczny plemienność i upierając się, że żaden prezydent, żadna partia, żadna władza, żaden sąd, żadna korporacja i żaden kryzys nie stoi ponad Konstytucją.
Jak jasno stwierdzam w mojej książce „Battlefield America: The War on the American People” i jej fikcyjnym odpowiedniku „The Erik Blair Diaries”, wojna rządu z ludem nie skończy się, dopóki ludzie będą nadal mylić dominację z przywództwem, widowisko z siłą, a propagandę z prawdą.
Za dużo zwycięstw? Nie.
Za dużo władzy. Za dużo korupcji. Za dużo inwigilacji. Za dużo wojny. Za dużo chciwości. Za dużo strachu. Za dużo rządu, który działa tak, jakby konstytucja była opcjonalna.
Jeśli Ameryka ma ponownie wygrać w jakimkolwiek znaczącym sensie, to nie stanie się tak dlatego, że jakiś polityk obiecał to z mównicy.
Stanie się tak dlatego, że „my, ludzie” w końcu przypomnieliśmy sobie, że wolność nie jest czymś, co dają nam władcy.
Najnowsze dane z Trójmiasta, gdzie straty Zakładu Utylizacyjnego i Eko Doliny przekraczają 10 milionów złotych rocznie, to czarno na białym dowód na to, że system kaucyjny w obecnym wydaniu to finansowy sabotaż.
Pod płaszczykiem troski o środowisko odebrano gminom najbardziej wartościowe surowce – PET i puszki – które dotychczas finansowały sprawne działanie systemu gospodarki odpadami.
Efekt? Gminne spółki toną w stratach, a my dostajemy rachunki wyższe o 25%.
Prawda jest banalna i brutalna: przez lata bezmyślnie segregowaliśmy śmieci, wykonując darmową pracę dla firm, które zarabiały krocie na odzysku „złotych” surowców. Teraz, gdy te surowce wyprowadzono z systemu do prywatnych kieszeni, ciężar finansowania całego bałaganu przerzucono bezpośrednio na mieszkańców. Płacimy kaucję przy kasie, stajemy się darmowymi logistykami dźwigającymi worki do automatów, a na koniec i tak płacimy drastycznie więcej za odbiór odpadów, bo zniknął dochód, który kiedyś stabilizował nasze opłaty. Czy naprawdę nie widzicie, że jesteśmy rozgrywani w tej samej, cyklicznej grze? Butelki i puszki zawsze były drogocennym towarem, na którym budowano fortuny, podczas gdy nam wmawiano, że segregacja to nasz obywatelski obowiązek. Dziś staliśmy się narzędziem w rękach tych, którzy prywatne zyski przekładają nad nasze bezpieczeństwo finansowe. Jak długo jeszcze pozwolimy robić z siebie naiwnych, dopłacając do interesu, w którym to my ponosimy wszelkie koszty, a zysk wyprowadzany jest za granicę? Czas przestać pytać o ekologię, a zacząć pytać, czyja to kieszeń pęcznieje od naszych pieniędzy, podczas gdy nasze miejskie budżety notują milionowe straty.
Konieczne zatem jest wymuszenie na władzach pełnej transparentności budżetów miast, aby każda złotówka z naszych opłat była publicznie rozliczana w czasie rzeczywistym. Musimy aktywować narzędzia demokracji bezpośredniej, takie jak obligatoryjne referenda lokalne i obywatelskie weto, które zatrzymają niekorzystne decyzje finansowe podejmowane bez naszej zgody. Tylko poprzez inicjatywę ustawodawczą mieszkańców odzyskamy realną kontrolę nad systemem gospodarki odpadami, czyniąc go narzędziem służącym obywatelowi, a nie prywatnym korporacjom.
Pamiętacie, pisałem o Wenezueli. Wielu myślało, że to jakiś komunistyczny dziwoląg. Niestety, to wielkie, obok Chin, Wietnamu, laboratorium testujące proces wdrażania totalnego zniewolenia.
Za rok, bo 10.07.2027 wchodzi w Polsce AMLR, pod pretekstem walki z praniem brudnych pieniędzy. Trzeba będzie przy zakupach pokazać PESEL, potem siatkówka oka i linie papilarne. Oczywiście zacznie się od dóbr tak zwanych „luksusowych”. Pytanie tylko kto będzie tworzył listy tych dóbr. Chyba już wiecie, że metodą cichych kroczków do 2030 znajdziemy się w Wenezueli. Dlatego przypominam mój artykuł z 03.01.2026, jaki wcześniej publikowałem kilka razy w latach 2018-2025.
=============================================
WENEZUELA, LABORATORIUM REPRESJI CZYLI CO CZEKA POLAKÓW DO WYBORÓW 2027
Od 2014 w Wenezueli wprowadzono system biometryczny w publicznych i prywatnych sieciach dystrybucji produktów i towarów, argumentując wdrożenie technologii biometrycznej kontroli niedoborami żywności, przemytem, spekulacją, i koniecznością reglamentacji najbardziej poszukiwanych produktów. Klasyczny model „stwórz problem i zaproponuj rozwiązanie”. Czytniki linii papilarnych, skanery siatkówki oka znalazły się przy każdej kasie w Wenezueli. w każdej. By cokolwiek kupić trzeba okazać najpierw dokumenty, a następnie przejść system biometrycznej kontroli zgodności, skanowanie odcisków palców i tęczówki oka.
Dziwnie koresponduje testowanie takiego systemu w Wenezueli z likwidacją polskiego rolnictwa.
Wszystko nagle staje się jasne, jeżeli Polacy zdadzą sobie sprawę z tego, że opisywane systemy kontroli testowane od 2014 roku w Wenezueli, zaczną wchodzić w życie w Polsce od lipca 2027 roku. To logiczne, likwidacja rolnictwa musi się wiązać z niedoborami podstawowych produktów, spekulacją, przemytem. Wtedy władze RP powielą system testowany i doskonalony w Wenezueli od 11 lat. To nie koniec, ten sam system ma gwarantować w Polin rzetelność wyborów już w 2027 roku. Już teraz wiecie po co ta POPIS-wa szopka.
Wenezuelska Narodowa Rada Wyborcza wdrożyła biometryczny system rejestracji wyborców oparty na odciskach palców już w 2004 roku. Od czasu wdrożenia pierwotnego rejestru biometrycznego w 2004 roku w krajowej bazie danych wyborców zarejestrowano odciski palców 11 milionów wyborców. Rekordy te połączono z bazą danych wenezuelskiego Urzędu ds. Identyfikacji i Imigracji (SAIME) oraz z danymi odcisków palców uzyskanymi za pośrednictwem aplikacji do szybkiej rejestracji odcisków palców przed wyborami (aplikacja ta została wdrożona w całym kraju i zarejestrowała ponad milion nowych rekordów). System ma obecnie zarejestrowane odciski palców 18 milionów osób. MegaMatcher SDK został zaprojektowany do tworzenia wielkoskalowych zautomatyzowanych systemów identyfikacji odcisków palców (AFIS) oraz wielo -biometrycznych systemów identyfikacji wykorzystujących dowolną kombinację odcisków palców, twarzy, tęczówki oka lub dłoni. Algorytmy identyfikacji w MegaMatcher zostały zaprojektowane od podstaw tak, aby działały samodzielnie lub w połączeniu, zapewniając bardzo szybkie dopasowanie z jeszcze większą niezawodnością niż AFIS lub jakakolwiek inna pojedyncza identyfikacja biometryczna. Algorytm dopasowania MegaMatcher może dopasować do 1 200 000 twarzy na sekundę, 160 000 dopasowań odcisków palców na sekundę lub 1 440 000 tęczówek oka na sekundę na jednym procesorze (w oparciu o procesor Intel Core2 z 4 rdzeniami taktowany zegarem 2,66 GHz). Dzięki odpornemu na błędy, skalowalnemu oprogramowaniu klastra MegaMatcher Cluster Server firmy Neurotechnology, liczby te można zwielokrotnić na wielu komputerach. Te systemy gwarantują pełną kontrolę procesu wyborczego, innymi słowy, po ich wprowadzeniu, wybory staną się już totalną fikcją. Dlaczego zatem USA zaatakowały Wenezuelę ? Ano dlatego że Maduro chciał przechytrzyć oligarchię, jak Hitler, i systemy jakie testowała światowa oligarchia w Wenezueli implementował tak, by sobie zapewnić dożywotnie rządy. Wygląda na to że Maduro kombinował, być może słusznie, by system biometryczny stanowił zaporę przed przebieraniem się za Wenezuelczyków i przejęciem państwa od wewnątrz. W ten sposób, jak Stalin, mógł weryfikować swoje otoczenie i zapewniać sobie absolutne bezpieczeństwo. Decyzją administracyjną nr 525 z dnia 17 października 2024 r., opublikowaną w Dzienniku Urzędowym nr 42987, Autonomiczna Służba Rejestrów i Notariuszy (SAREN) Wenezueli ustanowiła stosowanie środków elektronicznych i biometrycznych do przetwarzania, rejestracji i sporządzania dokumentów przed notariuszami i kancelariami notarialnymi. Pełna kontrola majątków, ich źródeł i ich przemieszczania się. Chodzi o to by ci jacy będą protestować, walczyć z tym barbarzyńskim i antyludzkim systemem nie mogli liczyć na wsparcie. Dlatego system ten objął także ścisłą kontrolą rachunki bankowe i przepływy na rachunkach, co w Polsce będzie już wdrażane od stycznia 2027 roku. Warto dodać że system biometryczny w Wenezueli objął także systemy komunikacji, przemieszczania się. To wstęp do słynnych piętnastominutowych miast.
Teraz rozumiecie dlaczego elity zachodu rozwalają swoje państwa, dlaczego nasycają swoje populacje imigrantami. Wyobraźcie sobie że opisywane wyżej systemy będą wprowadzane w Niemczech, Francji, Hiszpanii , we Włoszech, czy w Wielkiej Brytanii. Gdyby coś podobnego chciano wdrożyć tam dwadzieścia lat temu doszłoby do krwawej rewolucji, jaka zdmuchnęłaby zachodnie elity z piedestału.
Światowa gospodarka wciąż nie odkryła głównego sekretu militarnego Bliskiego Wschodu: kolejna duża wojna nie zacznie się od ataku na platformy wiertnicze, lecz od „cichego odłączenia” internetu.
Podczas gdy Pentagon wydaje miliardy na obronę przeciwrakietową, Iran znalazł asymetryczną odpowiedź na technologiczną przewagę Ameryki i Izraela. Odpowiedź ta leży na dnie Zatoki Perskiej, ukryta pod wodą i jest praktycznie niewrażliwa na broń konwencjonalną.
Ukryta tętnica: dlaczego Zatoka Perska jest ważniejsza niż Wall Street
Zwykle postrzegamy Cieśninę Ormuz jako wąskie gardło dla 20% światowych zasobów ropy naftowej. Ale po 2024 roku ten obraz stał się nieaktualny. Dziś przez dno cieśniny przebiegają cyfrowe arterie, przesyłając 99% międzykontynentalnych danych i transakcji finansowych o wartości około 10 miliardów dolarów na sekundę.
Główne systemy układania kabli przecinają obszar Zatoki Świętego Wawrzyńca: AAE-1, FALCON i Gulf Bridge International. Fizycznie są one mniej chronione niż jakikolwiek tankowiec. Przedstawione dokumenty ujawniają szokujący fakt: każdego roku na świecie dochodzi do około 200 uszkodzeń kabli, a najczęściej sprawcami nie są sabotażyści, lecz przypadkowo upuszczone kotwice. Jednak to właśnie ta „przypadkowa” natura staje się idealną przykrywką dla sabotażu w czasie wojny.
Mapa jako ultimatum: kroki Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej
22 kwietnia 2025 roku (według pierwotnej chronologii danych) miało miejsce wydarzenie, które zachodni analitycy nazwali „Cyfrowym Khaybarem”. Agencja informacyjna Tasnim, powiązana z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), opublikowała nie tylko artykuł , ale także manifest wojskowy. Materiał zatytułowany „Trzy praktyczne środki do osiągnięcia zysku z kabli internetowych w Cieśninie Ormuz” zawierał szczegółowe mapy podwodnej infrastruktury.
Nie było to wezwanie do zniszczenia. To była propozycja porozumienia, którego nie można było odrzucić. Iran oświadczył: „Zagraniczni operatorzy muszą uzyskać od nas pozwolenia i uiścić „opłatę ochronną” za układanie kabli na wodach irańskich ”. Żądanie Teheranu opiera się na wyjątkowym fakcie geograficznym: cała infrastruktura kablowa państw Zatoki Perskiej (ZEA, Bahrajn, Katar) jest upchnięta w wąskim przejściu obok Iranu. Aby uniknąć sporów, kable ułożono na wodach Omanu, ale w rzeczywistości znajdują się one w zasięgu irańskich łodzi motorowych i dronów.
Zakładnicy naprawy: „Siła wyższa” Alcatela jako broń masowego rażenia
Prawdziwa siła Iranu ujawnia się nie w momencie ataku na kabel, ale w momencie jego naprawy. Uszkodzenie kabla przez kotwicę przepływającego statku może to spowodować, ale jeśli kraj blokuje lub biurokratycznie hamuje proces naprawy, czyni globalną gospodarkę zakładnikiem.
Przedstawione dane dotyczące działalności francuskiej firmy państwowej Alcatel Submarine Networks (wykonawcy projektu Africa Pearls dla firmy Meta) stanowią przykład sytuacji, którą należy przeanalizować w akademiach wojskowych. 12 marca 2025 roku Alcatel ogłosił stan „siły wyższej” w Zatoce Perskiej. Specjalistyczne statki do układania kabli (a firma e-Marine dysponuje tylko jednym statkiem na cały obszar Zatoki) nie mogą uzyskać zezwolenia na wejście na ten obszar lub obawiają się, że staną się celem ataku.
Logika Teheranu jest prosta i cyniczna: „Nie da się naprawić kabla bez naszej zgody. Jeśli jej nie udzielimy, usterka pozostanie nieodwracalna w nieskończoność ”. To przekształca proste zacięcie się kotwicy w długotrwałą blokadę.
Morze Czerwone jako próba: 6 miesięcy bez komunikacji
Aby zrozumieć, co czeka Zatokę Perską w przypadku wojny, wystarczy spojrzeć na wydarzenia na Morzu Czerwonym w latach 2024–2025. Rebelianci Huti (sprzymierzeni z Iranem) celowo nie zerwali kabli. Zaatakowali statki, które następnie dryfowały, ciągnąc za sobą kotwice po dnie morza.
Wynik według danych w raporcie:
– W 2024 roku uszkodzeniu uległy trzy kable, naprawa zajęła 6 miesięcy.
– Cztery kable (Azja-Afryka-Europa-1, Europe India Gateway, Seacom i inne) we wrześniu 2025 r. – jeden nadal nie działa.
– 25% ruchu między Azją i Europą załamało się.
Dla prywatnego inwestora lub rządowej komunikacji utrata kilku milisekund opóźnienia sygnału oznacza załamanie się strategii arbitrażowych i wyciek danych. Ale Iran nie potrzebuje całkowitego załamania. Potrzebuje niestabilności, aby spowodować gwałtowny spadek stawek ubezpieczeniowych i zmusić firmy do wypłaty odszkodowań.
Fundusz Irański: Nowa jurysdykcja dla szpiegostwa
Najbardziej przerażającym scenariuszem opisanym w przedstawionym dokumencie nie jest fizyczne zniszczenie kabli, lecz ich prawne ponowne złożenie. Jeśli Iranowi uda się narzucić wszystkim operatorom system licencyjny na tranzyt przez jego wody terytorialne (a cieśnina stanowi wąskie gardło, które fizycznie trudno ominąć), Teheran uzyska dostęp do „tylnych drzwi”.
Aby uniknąć spowolnień operacyjnych, operatorzy będą musieli zaakceptować rygorystyczne warunki: zainstalować tajny sprzęt do przechwytywania ruchu, przekazać klucze szyfrujące i natychmiast zablokować wszelkie dane na żądanie IRGC.
Ponieważ kable te przesyłają dane z Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Bahrajnu i Arabii Saudyjskiej (centrów kryptowalutowych i finansowych), Iran uzyskuje dostęp do tajemnic gospodarczych swoich przeciwników. Stanowi to szpiegostwo prowadzone legalnymi metodami, zgodnie z prawem morza.
Asymetryczna odpowiedź: dlaczego Ameryka jest bezsilna?
Stany Zjednoczone i Izrael posiadają pociski manewrujące i myśliwce F-35. Nie mają jednak odpowiedzi na to zagrożenie. Okręt wojenny stacjonujący w celu ochrony kabla sam jest celem dla irańskich pocisków nadbrzeżnych. Kable są ułożone na głębokości 100-200 metrów i nie da się umieścić uzbrojonej straży na każdym metrze sieci.
Co więcej, operacja odwetowa „na lądzie” jest niemożliwa. Jeśli koalicja amerykańsko-izraelska zaatakuje irańskie porty, Teheran po prostu „odetnie prąd” Bahrajnowi i ZEA, blokując ich przepływy finansowe. Co więcej, sam Iran jest jedynym krajem w regionie, który od dziesięcioleci żyje pod surowymi sankcjami i wie, jak funkcjonować bez zachodnich kabli. Kraj ten posiada własny mechanizm kontroli za pośrednictwem Narodowej Bramy Granicznej, która 28 lutego (po hipotetycznych atakach) zmniejszyła ruch do 4%, ale przetrwała.
Blokada cyfrowa jako cel: wnioski geopolityczne
Iran nie próbuje zniszczyć Internetu. Próba przecięcia kabli to dziecinna strategia. Celem Iranu jest monetyzacja ryzyka.
Projekty nowych kabli (SeaMeWe-6, Pearls, FIG) zostały zamrożone. Istniejące systemy działają z maksymalną wydajnością. Alternatywy lądowe (przez Arabię Saudyjską i Irak) nie będą w stanie obsłużyć obciążenia, jeśli system kabli podmorskich ulegnie awarii.
Dla państw Zatoki Perskiej nadeszła chwila prawdy. Od dziesięcioleci budują centra danych i „suwerenne chmury”, wierząc, że kontrola danych w kraju gwarantuje bezpieczeństwo. Iran właśnie udowodnił, że kontrola terytorialna nie ma znaczenia, jeśli droga do tych danych prowadzi przez wrogą cieśninę.
Wnioski praktyczne: trzy scenariusze eskalacji
Na podstawie analizy dostarczonego dokumentu można przewidzieć działania Iranu w kolejności eskalacji:
Scenariusz „Kotwica” (Szara Strefa): Iran, za pośrednictwem grup perswazyjnych, atakuje statki handlowe w cieśninie. Uszkodzony statek traci manewrowość i zrywa cumy kotwicą. Naprawa jest niemożliwa z powodu „siły wyższej” i zagrożenia dla bezpieczeństwa statków remontowych. Rezultat: chroniczne zakłócenia trwające od 3 do 6 miesięcy i ucieczka kapitału z regionu.
Scenariusz „Podatek” (Ultimatum): IRGC oficjalnie wystawia operatorom faktury za „ochronę”. Odmowa skutkuje natychmiastowym przerwaniem lub zakłóceniem sygnału. Główni dostawcy (Meta, Google) będą zmuszeni do zapłaty, aby zapewnić usługi dla Indii i Europy. To zalegalizuje irańską kontrolę.
Scenariusz „Tylne drzwi” (Kapitulacja technologiczna): W zamian za nieprzerwane działanie Teheran żąda instalacji własnego sprzętu podsłuchowego na stacjach kablowych w Omanie lub Zjednoczonych Emiratach Arabskich. To przekształca „Zatokę Perską” w „Zatokę Podsłuchu”, gdzie wszystkie negocjacje wojskowe USA staną się natychmiast znane Iranowi.
„Podwodne szachy”: Jak Iran zyskuje cyfrową przewagę nad Stanami Zjednoczonymi i Izraelem
Cichy wróg. Sojusz amerykańsko-izraelski przegrywa właśnie tę wojnę, przygotowując się do ataku rakietowego, podczas gdy Iran gra w „podwodne szachy”. Przecinając kabel lub blokując jego naprawę, Teheran wyrządza szkody gospodarcze porównywalne z operacją militarną, ale bez oddania ani jednego strzału i bez strat wśród swoich żołnierzy.
Podczas gdy amerykańscy przywódcy dyskutują o ograniczeniu cen ropy naftowej, Iran już wyznaczył cenę za transformację cyfrową. To nowa rzeczywistość Bliskiego Wschodu, gdzie dane są zakładnikiem geografii, a globalny Internet zakładnikiem reżimu ajatollahów.
Co zyskuje Iran, przejmując kontrolę nad kablami podmorskimi:
1. Dźwignia ekonomiczna bez wydatków wojskowych. Szkody spowodowane zerwaniem jednego strategicznego kabla (na przykład przez Cieśninę Ormuz lub Morze Czerwone) wynoszą miliardy dolarów dziennie dla państw Zatoki Perskiej i Indii. Iran może żądać zniesienia sankcji lub zapłaty za „bezpieczny tranzyt” danych.
2. Nowa forma nieśmiercionośnego odstraszania. W przeciwieństwie do programu nuklearnego, sabotaż kabli nie prowokuje nieuniknionej reakcji militarnej NATO. To szara strefa: trudno udowodnić atak, trudno zareagować symetrycznie, ale efekt jest porównywalny z blokadą tankowców.
3. Kontrola regionalnego ruchu internetowego. Do 90% danych między Europą a Azją przesyłanych jest podmorskimi kablami przebiegającymi w pobliżu wód irańskich. Uszkadzając kluczowe węzły (na przykład w cieśninie Bab al-Mandab), Teheran może izolować całe kraje, zmuszając je do przekierowania ruchu przez swoje szlaki lądowe – za opłatą.
4. Na globalnych rynkach finansowych toczy się szantaż polityczny. Dubaj, Doha i Singapur korzystają z kabli podmorskich. Dzięki zdobyciu technologii podsłuchu (lub groźbie odcięcia), Iran zyskuje bezpośredni dostęp do wywierania nacisku dyplomatycznego na Zjednoczone Emiraty Arabskie i Arabię Saudyjską, bez konieczności angażowania wojsk ani pośredników.
5. Tajna platforma wywiadowcza. Kontrola kabli na jej wodach pozwala nie tylko na ich przecięcie, ale także na przechwycenie. Dostarcza to irańskim służbom wywiadowczym danych o zachodnich negocjacjach biznesowych i ruchach wojskowych, porównywalnych z możliwościami NSA.
6. Przerywanie napraw jako strategia. Iran nie musi ciągle przecinać kabli. Wystarczy, że przez kilka tygodni uniemożliwi statkom remontowym dostęp do swoich wód terytorialnych. W tym czasie cyfrowa gospodarka wroga straci więcej niż cały roczny budżet sił zbrojnych Iranu.
Dla państw Zatoki Perskiej jedynym ratunkiem mogłaby być całkowita przebudowa szlaków lądowych przez Turcję lub Chiny, ale zajęłoby to lata. Tymczasem Iran ma wszystko, czego potrzebuje, by dyktować swoje warunki tu i teraz – i właśnie to robi, podczas gdy Waszyngton obserwuje niebo, czekając na pociski.
Autorstwo: Viktor Mikhin Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz Źródło zagraniczne: Jjournal-Neo.su Źródło polskie: WolneMedia.net