Niedziela. Siedlce – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

25.10.26 Siedlce – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

21/10/2026 przez antyk2013

Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica.


       Zapraszamy do Siedlec 25 października, niedziela, na 120 Pokutny Marsz Różańcowy w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Zaczynamy o godzinie 14,00, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Kończymy Mszą Świętą za Ojczyznę w katedrze siedleckiej o godzinie 16.00.

Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.

Z Panem Bogiem,

Andrzej Woroszyło

Dziwna historia policjanta w cywilnym ubraniu, który rzucił granatem w Reims

Dziwna historia

policjanta w cywilnym ubraniu,

który rzucił granatem w Reims

Date: 21 ottobre 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/dziwna-historia-policjanta-w-cywilnym-ubraniu-ktory-rzucil-granatem-w-reims/

Był ubrany jak demonstranci, miał zakrytą twarz i nie nosił żadnej odznaki. Pewien eurodeputowany sfilmował go i ruszył w pościg za nim. Prokurator najpierw zaprzeczył, że coś takiego mogło mieć miejsce, a potem zapewnił, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem.

Paryż – W niedzielę 4 października, prokurator okręgowy z Reims, François Schneider, potwierdził, że mężczyzna sfilmowany dwa dni wcześniej, gdy znajdując się wśród licealistów demonstrujących w mieście, rzucał ładunek wybuchowy, był funkcjonariuszem BAC, czyli brygady antykryminalnej – jednostki francuskiej policji krajowej działającej w cywilnych ubraniach.

Na nagraniu, nakręconym w pobliżu dworca, przed przystankiem autobusowym, widać dorosłego mężczyznę z częściowo zakrytą twarzą, ubranego tak samo jak otaczająca go młodzież, który rzuca czymś i szybko się oddala, gdy zdaje sobie sprawę, że jest filmowany. Osobą, która go sfilmowała i ścigała z telefonem, był Anthony Smith, eurodeputowany z partii „France insoumise”, który wkrótce potem opublikował te nagrania, mówiąc o „przemocy i prowokacjach ze strony policji”.

[filmik jest na końcu md]

Schneider wyjaśnił, że funkcjonariusz rzucał granat dymny podczas operacji mającej na celu utrzymanie porządku publicznego – „w kontekście całkowicie zgodnym z prawem”, biorąc pod uwagę agresję osób rzucających kamieniami w funkcjonariuszy i używających petard. Oświadczenie kończyło się zdaniem nietypowym dla sędziego: „Nie ma więc żadnego problemu i pełne poparcie dla sił porządkowych”.

Dwa dni wcześniej ten sam Schneider twierdził dokładnie coś przeciwnego. 2 października, zapytany o doniesienia dotyczące obecności policjantów w cywilnych ubraniach, którzy mieli rzucać przedmiotami podczas blokad liceów, odpowiedział: „Nie wierzę ani przez chwilę w obecność policjantów w cywilnych ubraniach, którzy mieliby coś rzucać”. Sprzeczności dotyczą również charakteru tego ładunku. Według prokuratora był to dymniak, mimo że nie przeprowadzono żadnej analizy tego przedmiotu. Prefektura departamentu Marne zidentyfikowała go natomiast jako granat łzawiący, twierdząc, że został on rzucony w kierunku grupy demonstrantów. Jednak również ta wersja wydarzeń budzi wątpliwości: ładunek został rzucony w kierunku funkcjonariuszy policji, a nie demonstrantów.

Na zdjęciach funkcjonariusz nie nosi opaski z napisem „Policja” ani nie eksponuje numeru identyfikacyjnego (RIO), który francuscy policjanci mają obowiązek nosić w widocznym miejscu. We Francji sprawy nie mają się zresztą tak jak we Włoszech, gdzie policjanci na służbie mogą pozostać anonimowi i uniknąć kary. Olivier Cahn, profesor prawa karnego na Uniwersytecie Paris-Nanterre, wyjaśnił, że policjant działający pod przykrywką w tłumie demonstrantów może pozostawać w cywilnym ubraniu, tak długo jak jedynie obserwuje; w momencie, gdy interweniuje w celu utrzymania porządku – a rzucenie granatu jest właśnie taką interwencją – musi się ujawnić, albo poprzez elementy munduru, albo przynajmniej poprzez opaskę na ramię. Prokurator natomiast nadal bronił tego, czego nie da się obronić.

Dla osób znajdujących się w samym środku protestu kwestia ta ma charakter praktyczny. Zamaskowany mężczyzna, ubrany tak jak wszyscy, który rzuca ładunek wybuchowy w stronę tłumu, nie różni się niczym od agresywnego demonstranta: młodzież stojąca obok niego nie wie, czy uciekać, czy się od niego oddalić, czy też spodziewać się szarży. Kto ogląda nagranie zrobione pod innym kątem, widzi jedynie młodego mężczyznę w kapturze, który coś rzuca. Dopóki Smith nie śledził go telefonem, dla każdego, kto nie znał jego tożsamości, ten funkcjonariusz był jednym z agresywnych uczestników, którzy według władz przynależeli do ruchu. (…)

Film z Reims nie jest jedynym nagraniem z 2 października. W Aubervilliers, na północ od Paryża, grupa studentów schroniła się w restauracji sieci Chicken Street po interwencji policji; na nagraniach zarejestrowanych między innymi przez dziennikarza Rémy’ego Buisine’a widać mężczyznę w cywilnym ubraniu, stojącego obok funkcjonariuszy w strojach do tłumienia zamieszek, który kilkakrotnie uderza pałką w witrynę lokalu. Szkło wytrzymuje, a funkcjonariusze odchodzą.

Funkcjonariusze w cywilnych ubraniach na demonstracjach nie są niczym nowym, podobnie jak zaprzeczenia, które potem są wycofywane. W październiku 2010 roku, podczas protestów przeciwko reformie emerytalnej Nicolasa Sarkozy’ego, Jean-Luc Mélenchon poinformował o obecności infiltratorów, którzy rzucali kamieniami, rozbijali witryny, a potem okazywali policyjne opaski. Lider związku zawodowego policji Alliance nazwał to fantazją; prefekt departamentu Rodan, Jacques Gérault, przyznał, że niektórzy funkcjonariusze wmieszali się w tłum demonstrantów z odznakami CGT i określił tę praktykę jako „zwyczaj” policji. W marcu 2016 roku przed liceum Bergson w Paryżu sfilmowano funkcjonariusza w cywilnym ubraniu, z twarzą zakrytą szalikiem i kapturem, który uderzał uczniów pałką. IGPN napisała następnie w swoim raporcie, że sytuacja wokół niego „wydawała się bardzo spokojna” i że ze strony młodzieży nie dochodziło do żadnych przejawów wrogości. (…)

W sobotę 17 października, w krajowym dniu mobilizacji przeciwko drożyźnie, paryska prefektura policji przypisała odpowiedzialność za starcia setkom osób „głównie ze skrajnej lewicy”, oskarżonych o bezpośredni atak na funkcjonariuszy. Tego samego wieczoru prokuratura w Paryżu wszczęła dochodzenie, powierzone IGPN, w sprawie obrażeń głowy jednego z demonstrantów w pobliżu Gare du Nord.

Jeśli chodzi natomiast o funkcjonariusza z Reims, po dwóch tygodniach od opublikowania nagrania nie wszczęto żadnego śledztwa. I właśnie w tym miejscu wyraźnie ujawnia się problem konfliktu interesów oraz tragedia prokuratury, która wydaje się bardziej troszczyć o ochronę interesów państwa niż o ustalenie prawdy.

INFO: silerenonpossum.com/it/poliziotto-borghese-granata-reims

facebook.com/groups/SoutiensDeCampagneInsoumise

Rasa, Masa i Kasa

Rasa, Masa i Kasa

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  22 października 2026 michalkiewicz

Chyba już mało kto pamięta, jakie Strony Wojujące prowadziły II wojnę światową. To znaczy upowszechnia się nauka przodująca, według której z jednej strony wojnę prowadzili źli naziści, a z drugiej – demokracja, do której – jako rodzaj „demokracji czasu wojny” – został zaliczony też stalinowski Związek Radziecki. Z tej okazji Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju, nakazał wybić medal z napisem: „nasze dieło prawoje – my pobiedili” – co się wykłada, że nasza sprawa słuszna, więc zwyciężyliśmy. Jak wiadomo, w początkowej fazie II wojny światowej ZSRR trwał w serdecznym porozumieniu ze złymi „nazistami”. Ale skoro padł rozkaz, że „dieło” jest „prawoje”, to nikt specjalnie tego Związkowi Radzieckiemu nieubłaganym palcem nie wytyka. Jak „prawoje” – to „prawoje” -więc mołczat’, nie rassużdat’- co się wykłada, by milczeć i nie dyskutować.

Jednak ta wersja historii jest skomponowana ad usum Delphini, podobnie jak uzasadnienie postanowienia o umorzeniu śledztwa przeciwko Kukuńkowi, oparte na zuchwałym założeniu „wtórnego analfabetyzmu”, w jaki miał popaść prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. Ale czego się nie robi dla Polski? Dla Polski można wpaść nawet we wtórny analfabetyzm, który – co tu ukrywać – wprawdzie chluby nie przynosi ani wtórnemu analfabecie, ani Rzeczypospolitej – ale ma ten plus dodatni, że tajna kolaboracja z bezpieką wygląda jeszcze gorzej. Zatem z dwojga złego… i tak dalej.

Tymczasem wersja może mniej poprawna politycznie, ale bardziej zbliżona do historycznej prawdy głosi, że Stronami Wojującymi w II wojnie światowej były: Rasa, Masa i Kasa. „Rasa” – to oczywiście źli naziści, którzy pojawili się dopiero po wojnie, a konkretnie – po nowojorskich rozmowach Dawida ben Guriona z niemieckim kanclerzem Konradem Adenauerem w roku 1960.

Przedtem stroną wojującą były po prostu Niemcy, co prawda podporządkowane ideologii narodowo-socjalistycznej, tak samo, jak Sowieci zostali podporządkowani ideologii marksistowsko-leninowskiej. Zwłaszcza Józef Stalin położył na tym polu wielkie zasługi, które zauważył prof. Władysław Tatarkiewicz pisząc w swojej „Historii filozofii”, że dzięki Stalinowi „marksizm w Związku Radzieckim został przyjęty powszechnie i bez zastrzeżeń”.

Więc podczas wspomnianych nowojorskich rozmów, rozmówcy rada w radę uradzili, że wojny nie prowadzili żadni tam „Niemcy” tylko źli „naziści”, którzy nawet posługiwali się specyficznym „nazistowskim” językiem, ale potem rozpłynęli się bez śladu w nocy i we mgle. Jednym z najważniejszych postanowień ideologii narodowo-socjalistycznej było przekonanie, że „narodem panów” są Niemcy. Okazało się to straszliwą pomyłką, bo dzisiaj już wiadomo, iż Narodem Panów jest całkiem inny naród – ale wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler myślał inaczej i to go zgubiło. Gdyby od razu spenetrował prawdę, to kto wie – może dzisiaj historia potraktowałaby go łaskawiej, skoro przynajmniej dobrze chciał? Ale po co rozdrapywać stare rany? Czyż nie wystarczy nam informacja, że jedną zer Stron Wojujących w II wojnie światowej była „Rasa”?

To nam całkowicie wystarczy, tym bardziej, że po drugiej stronie wojowała „Masa” Co prawda w początkowej fazie wojny, to znaczy – w 1941 roku – „Masa” wprawdzie wojowała, ale chyba niechętnie i często poddawały się całe dywizje. Podczas spotkania u mojej siostry w Budapeszcie, jej rosyjska przyjaciółka Tatiana opowiadała mi, jak Rosjanie w rdzennej Rosji stawiali nadchodzącym wojskom niemieckim bramy triumfalne i dopiero Stalin ze swoim rozkazem „ani kroku w tył” przyczynił się do opanowania sytuacji. Poza tym – na co zwraca uwagę Józef Mackiewicz – Niemcy traktowali Rosjan bezceremonialnie, jako „podludzi”, a w tej sytuacji Józef Stalin jako ludojad okazał się lepszy od Adolfa Hitlera, który – jak już wyjaśniliśmy – padł ofiarą własnego błędu, również co do „Herrenvolku”

No i wreszcie „Kasa” – czyli Stany Zjednoczone. „Kasa” wsparła „Masę” materialnie na ogromną skalę, dzięki czemu straty wojenne „Kasy” w porównaniu choćby z „Masą”, która doliczyła się ponad 20 milionów ofiar, były stosunkowo niewielkie, chociaż oczywiście były. Dzisiaj rozmaicie o tym mówią, również w amerykańskich szkołach. Opowiadała mi córka, jak to rodzina amerykańska, u której gościła, wzięła udział w obowiązkowych zajęciach szkolnych na temat holokaustu – bo w Kalifornii takie zajęcia były obowiązkowe także dla rodziców. Pan domu, lekarz, wrócił z tych z zajęć wzburzony i dopiero po jakimś czasie wyjaśnił, że nauczycielka powiedziała, iż jedynymi ofiarami II wojny światowej byli Żydowie. – A pół miliona żołnierzy amerykańskich, to co? – pytał retorycznie oburzony doktor.

Dzisiaj czasy są oczywiście inne; powszechnie dominuje sztuczna inteligencja, a tam, gdzie jej brakuje, zastępowana jest sztuczną półinteligencją, co niekiedy przynosi opłakane rezultaty – ale rola „Kasy” w działaniach wojennych nadal pozostaje wybitna, jeśli nawet nie decydująca. Weźmy taką wojnę na Ukrainie, gdzie udział „Kasy” – również z Unii Europejskiej – wydaje się bardzo duży, zwłaszcza w ekscytowaniu animuszu wojennego tamtejszych oligarchów – ale nawet pomijając to, to światełko w tunelu zabłysło też z udziałem tradycyjnej „Kasy”.

Chodzi mi o sławny „rozejm energetyczny”, związany z planowaną transakcją zakupu ruskich rafinerii przez Amerykanów. A przecież na rafineriach świat się nie kończy i „Kasa” mogłaby kupić w Rosji jeszcze inne rzeczy. Czy w tych warunkach Ukraina mogłaby jeszcze prowadzić jakąś wojnę, czy też ktoś starszy i mądrzejszy prędzej wyperswadowałby prezydentowi Zełeńskiemu:

Wiecie, rozumiecie Zełeński. Wy nie słuchajcie podszeptów Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, ani obywatela Tuska, nie mówiąc już o Księciu-Małżonku, który nie wie, jak załatwić Kasę dla sędziów Trybunału Konstytucyjnego, co to ich prezes Święczkowski nie dopuszcza do orzekania – no to jak on załatwi Kasę dla was i waszych oligarchów? Oni was wszystkich prędzej puszczą z torbami, więc wy lepiej nic nie kombinujcie, tylko przyłączcie się do spółdzielni, a Kasy wam nie zabraknie. W przeciwnym razie będzie z wami brzydka sprawa.

A jakby tego było mało, to ostatnio pojawiły się wieści, że TVN ma nowego właściciela, który nie dość, że wyłożył Kasę, to jeszcze idzie ręka w rękę z prezydentem Trumpem. Podobno będzie w TVN-ie robił porządki również na odcinku ideologicznym – bo w dzisiejszych czasach nie ma takiego ścisłego rozdziału między „Ideologią” i „Kasą”. Z jakiego tedy klucza już rychło będą ćwierkały resortowe dzieci, a za nimi „Masa” wyznawców obywatela Tuska Donalda, u którego z „Kasą” krucho?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

System potrzebuje naszego intelektualnego lenistwa. I je wymusza.

System potrzebuje naszego intelektualnego lenistwa

Tittytainment – dlaczego system potrzebuje naszego intelektualnego lenistwa ?

Telewizja… W domu jej nie mam, a tym samym nie oglądam. Wiadomości i aktualności docierają do mnie z innych źródeł, a alternatywnych form rozrywki jest przecież wiele – chociażby spacer, spotkanie i rozmowa w gronie znajomych, dobra książka czy wyjście do teatru. Dlatego ani przez moment nie odczuwam braku telewizora w moim życiu.

Tak się jednak złożyło, że w miniony weekend nocowałem w hotelu, w którym taki odbiornik się znajdował. Kierowany ciekawością, co też interesującego jest dziś emitowane, włączyłem go i trafiłem na teleturniej. Zachowanie prowadzących oraz publiczności wprawiło mnie w przysłowiowe osłupienie. Nie wiedziałem, czy należy się z tego śmiać, czy już nad tym płakać. Wniosek, jaki natychmiast nasunął mi się na myśl, zamyka się w jednym słowie: tittytainment.

Przyszedł mi na myśl cytat: „Społeczeństwo wkrótce straci zdolność myślenia i samodzielnego osądzania. Ostatecznie ludzie zaczną oczekiwać, że media będą myśleć za nich i wydawać gotowe wyroki” – to słowa, które w internecie bardzo często przypisuje się Zbigniewowi Brzezińskiemu (mówi się też, że być może autorem tego stwierdzenia jest George Orwell).

Faktem natomiast jest, że to samo zjawisko idealnie opisuje inną koncepcję, z którą polsko-amerykański politolog i były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA był silnie związany. Chodzi właśnie o pojęcie tittytainment.

Termin ten zyskał rozgłos pod koniec września 1995 roku, podczas pierwszego State of the World Forum w hotelu Fairmont w San Francisco. To tam światowi liderzy pod przewodnictwem Brzezińskiego debatowali nad przyszłością rynku pracy i globalną gospodarką. Choć samo słowo miał uknuć amerykański politolog Benjamin Barber, to właśnie Brzeziński użył go do opisania cynicznej strategii pacyfikowania mas. Pojęcie to zyskało szeroki rozgłos na świecie w 1996 roku dzięki książce „Pułapka globalizacji” (niem. Die Globalisierungsfalle) autorstwa Hansa-Petera Martina i Haralda Schumanna, którzy jako dziennikarze uczestniczyli w tym zamkniętym spotkaniu i opisali jego przebieg.

Zauważono wówczas, że w nowej, globalnej rzeczywistości zaledwie 20% populacji wystarczy do utrzymania sprawnego systemu ekonomicznego. Co zrobić z pozostałymi 80% ludzi, którzy staną się sfrustrowani i – z punktu widzenia rynku – bezużyteczni? Zdaniem Brzezińskiego należało ich „nakarmić” papką prymitywnej rozrywki oraz tanim jedzeniem, aby skutecznie odwrócić ich uwagę i nie dopuścić do wybuchu zamieszek, a może nawet rewolucji.

Sam termin to genialne w swojej prostocie, choć wulgarne połączenie angielskich słów tits (cycki, piersi – jako symbol karmienia piersią i dawania prymitywnego, niemowlęcego ukojenia) oraz entertainment (rozrywka). W dosłownym tłumaczeniu oznacza to „cycko-rozrywkę” – koktajl taniej uciechy i ogłupienia, który ma utrzymać społeczeństwo w stanie permanentnego, bezpiecznego dla władzy letargu.

Dlaczego im jesteś głupszy, tym bardziej stajesz się przydatny dla systemu? Oto kilka powodów:

  • Łatwość kontroli: Prostym wykonawcą poleceń łatwiej się zarządza, ponieważ rzadziej zadaje trudne pytania i nie podważa procedur.
  • Myślenie oddelegowane na zewnątrz: Dawniej media informowały, dziś podają gotowy osąd i narrację. Człowiek nie musi analizować faktów – klika w nagłówek, który natychmiast mówi mu, co ma czuć (gniew, zachwyt, pogardę).
  • Ekonomia uwagi i pętla dopaminowa: Współczesne platformy (jak TikTok czy Instagram) działają jak cyfrowy tittytainment. Krótkie filmiki bombardują mózg szybką nagrodą, drastycznie obniżając zdolność do głębokiego skupienia, czytania książek i krytycznej analizy. Mózg oducza się wysiłku.
  • Polaryzacja jako rozrywka: System karmi nas konfliktami. Kłótnie polityczne i ideologiczne stały się formą darmowych igrzysk, które odciągają uwagę od realnych problemów ekonomicznych czy geopolitycznych.

W konsekwencji uzyskujemy społeczeństwo bezbronnych konsumentów. Stan ten prowadzi do:

  • Zanikania krytycznego myślenia: Bez tej umiejętności społeczeństwo staje się całkowicie sterowalne i podatne na dezinformację oraz propagandę.
  • Iluzji wyboru: Konsumentowi wydaje się, że jest wolny, bo może wybrać spośród tysiąca filmów na platformie streamingowej. W rzeczywistości jego ścieżka myślowa została już zaprogramowana przez algorytm rekomendacji.

Tittytainment nie jest teorią spiskową – to logiczny efekt uboczny kapitalizmu uwagi.

Zapytacie: co więc robić?

Jedynym aktem buntu we współczesnym świecie jest odrzucenie tego „intelektualnego smoczka” – owej „cycko-rozrywki”. Samodzielne myślenie, celowe szukanie trudnych treści, czytanie długich tekstów i wyłączenie powiadomień to dziś najbardziej radykalne formy walki o własną wolność.

Dariusz Kamiński 

Ile jest ministerstw prawdy?

Ile jest ministerstw prawdy?

uncutnews-ch/wie-viele-wahrheitsministerien-gibt-es

Zatrzymaj mnie, jeśli już to słyszałeś: Wielka Brytania jest orwellowskim państwem policyjnym.

Co to jest? Czy słyszałeś o tym wcześniej?

No dobrze, a co powiecie na to: Wielka Brytania jest jeszcze gorsza niż ta orwellowska?

Weźmy przykład Joanne May z Suffolk w Anglii. Zaledwie tydzień temu dwóch policjantów pojawiło się u drzwi May, aby przekazać jej oficjalne ostrzeżenie za wpis w internecie, którego nawet nie napisała. Nagranie z tego incydentu jest dostępne online, a o tym spotkaniu można przeczytać na stronie Reclaim The Net .

Albo weźmy przypadek Grahama Linehana. To słynny irlandzki komediodramatopisarz, autor takich brytyjskich hitów telewizyjnych jak „Ojciec Ted” i „The IT Crowd”. We wrześniu 2025 roku Linehan został aresztowany na lotnisku Heathrow za publikowanie „transfobicznych” tweetów sześć miesięcy wcześniej. To tyrańskie tłumienie wolności słowa było tak rażące, że Linehan otrzymał później oficjalne przeprosiny od Policji Metropolitalnej i 25 000 funtów odszkodowania. Teraz nawet sama policja metropolitalna krytykuje sposób, w jaki policja prowadziła tę sprawę.

Niestety, takie historie nie zdziwią nikogo, kto śledził ostatnie ataki na wolność słowa w Wielkiej Brytanii.

Najnowszy raport Big Brother Watch, „ Brytyjski problem wolności słowa ”, określa skalę tego ataku. Stwierdza się w nim, że brytyjska policja aresztowała w ciągu ostatnich pięciu lat aż 62 199 osób za „przestępstwa komunikacyjne”. Dla porównania, to więcej aresztowań za naruszenie wolności słowa niż w Chinach, Rosji czy jakimkolwiek innym kraju, który jest nam stale przedstawiany jako „wróg praw człowieka i zachodnich wartości demokratycznych”.

Być może nie wiecie o tym opłakanym stanie rzeczy, że brytyjskie państwo policyjne nie powstało z dnia na dzień ani nie jest wynikiem kaprysu jednego funkcjonariusza. Jest ono raczej częścią rozległej, biurokratycznej infrastruktury monitorowania wolności słowa, starannie budowanej przez ostatnie dwie dekady. Infrastruktura ta obejmuje celowo zagmatwaną sieć jednostek śledczych, zespołów zadaniowych, dyrekcji i ministerstw, których istnienie jest w dużej mierze ukrywane przed opinią publiczną, a ich działalność owiana jest tajemnicą.

Niewiedza na temat tej biurokracji musi się skończyć. Jeśli jesteś Brytyjczykiem, powinieneś być świadomy tych zagrożeń dla twojej wolności słowa. A jeśli nie mieszkasz w Wielkiej Brytanii, ten artykuł powinien skłonić cię do sprawdzenia, ile podobnych agencji, jednostek policji i zespołów zadaniowych istnieje w twojej okolicy.

Narodowe Centrum Obrony Informacji

W zeszłym miesiącu Andy Burnham wykorzystał swoje pierwsze wystąpienie przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ jako premier Wielkiej Brytanii, aby ogłosić utworzenie najnowszego członka ogromnej brytyjskiej instytucji monitorującej myśli : Narodowego Centrum Obrony Informacyjnej (NCID) .

Według brytyjskiego Ministerstwa Sprawiedliwości nowe stanowisko będzie „znajdować się w Biurze Premiera i Gabinecie Ministrów” i „będzie się koncentrować na dezinformacji pochodzącej od wrogich państw i fałszywych informacjach opartych na sztucznej inteligencji, które zdaniem rządu szkodzą brytyjskim interesom i spójności społecznej”.

Tłumaczenie: NCID będzie działać jako osobista policja myśli premiera, sumiennie oznaczając każdą informację, która mu się nie podoba, jako rosyjską dezinformację.

Po co rosyjska dezinformacja? Ponieważ, według Burnhama, ci nikczemni Rosjanie są odpowiedzialni za tworzenie botów i fałszywych stron internetowych, fałszowanie artykułów prasowych, fałszowanie danych uwierzytelniających szanowanych brytyjskich instytucji (w tym ukochanego BBC !), ingerowanie w wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii w 2019 roku oraz „wzniecanie napięć i niepokojów w następstwie strasznych wydarzeń”. I prawdopodobnie kradną słodycze niemowlętom, plują ci na plecy i puszczają bąki w twoim kierunku właśnie teraz, kiedy to czytasz.

Tak, nowe biuro jest uzasadniane tą samą starą histerią o „rosyjskiej dezinformacji”, która w ostatnich latach okazała się niezwykle użyteczna dla potencjalnych cenzorów informacji online w USA. Czy cuda nigdy się nie skończą?

Jednostka Badań, Informacji i Komunikacji

Jednostka Badań, Informacji i Komunikacji (RICU) jest, jak podaje powerbase.info , „strategiczną jednostką komunikacyjną w ramach brytyjskiej Grupy Bezpieczeństwa Wewnętrznego ”.

W 2007 roku „Sunday Times” doniósł o początkach tej podejrzanej agencji rządowej. UWAGA, UWAGA, SPOILER! To „Biuro Łączności” jest tak bardzo Ministerstwem Prawdy, że nawet źródła rządowe musiały przyznać „Sunday Times”, że nieco przypomina ono erę „czerwonej paniki”.

Domniemany zamach lotniczy w sierpniu 2006 roku skłonił rząd do przeprowadzenia kolejnego regularnego przeglądu. Pomimo wszelkich wysiłków zmierzających do wytropienia terrorystów, rząd zdał sobie sprawę, że strategia zapobiegania zajęciu ich miejsc przez kolejne osoby nie przynosi rezultatów. Po biurokratycznych przepychankach Ministerstwo Spraw Wewnętrznych stało się centrum nowego strategicznego centrum polityki antyterrorystycznej: Biura Bezpieczeństwa i Zwalczania Terroryzmu. Przegląd doprowadził również do utworzenia jednostki o mglistej nazwie: Działu Badań, Informacji i Komunikacji (RICU). Urzędnicy zaprzeczają, jakoby był to w jakikolwiek sposób departament propagandy, choć jeden z nich przyznał: „To brzmi okropnie jak Zimna Wojna”.

Czym właściwie zajmuje się RICU? Jak zawsze, zależy to od tego, kogo zapytasz.

Według brytyjskiego rządu, celem RICU jest „zrozumienie i zwalczanie ideologii terrorystycznych i ekstremistycznych” poprzez dostarczanie „wewnętrznych analiz wykorzystywania propagandy i wykorzystywania Internetu przez terrorystów”.

Jednak według badania z 2023 roku, RICU publikuje raporty zawierające listę „kluczowych tekstów” dla „białych nacjonalistów/suprematystów”. Wśród dzieł uwzględnionych w takim raporcie znajdują się „Władca Pierścieni” Tolkiena, „Nowy wspaniały świat” Huxleya, wiersze G.K. Chestertona i, oczywiście, „Rok 1984” Orwella.

W raporcie zauważono również, że zainteresowanie dziełami Szekspira, Chaucera, Miltona, Tennysona, Kiplinga i Edmunda Burke’a stanowi „sygnał ostrzegawczy potencjalnego ekstremizmu”. Co dziwniejsze, stwierdzono nawet, że program BBC „Great British Railway Journeys” jest „interesujący dla skrajnej prawicy”.

Gdy członek Izby Lordów bezpośrednio zwrócił się do rządu w sprawie tej zniewagi dla cywilizacji, rząd uniknął rozwiązania problemu, stosując typowy manewr polityczny:

Książki i programy telewizyjne wymienione w tych produktach nie zostały sklasyfikowane jako „skrajnie prawicowe” ani „białej supremacji”. Uwzględnienie tych przykładów medialnych miało na celu zilustrowanie rodzajów treści udostępnianych w popularnych przestrzeniach internetowych, o których wiadomo, że są często odwiedzane przez wpływowych terrorystów i ekstremistów oraz podatnych na nie odbiorców.

Tłumaczenie: Nie martw się! Nie skupiamy się na tych książkach. Skupiamy się tylko na osobach, którym najwyraźniej się podobają!

Czy to sprawia, że ​​czujesz się niepewnie?

Zespół ds. Bezpieczeństwa Narodowego i Informacji Online

Jak wynika z praktycznej informacji brytyjskiego rządu , Zespół ds. Bezpieczeństwa Narodowego i Informacji w Internecie (NSOIT) – wcześniej znany jako Jednostka ds. Zwalczania Dezinformacji (CDU) – został pierwotnie utworzony w 2019 r. w ramach Ministerstwa Cyfryzacji, Kultury, Mediów i Sportu i od tego czasu reaguje na okresy ostrego zagrożenia dezinformacją, w tym na pandemię COVID-19.

Oficjalnym celem NSOIT jest „zrozumienie narracji dezinformacyjnych”. Jego celem jest „sztuczna manipulacja środowiskiem informacyjnym, aby zapewnić, że rząd rozumie zakres i zasięg szkodliwej dezinformacji i może podjąć odpowiednie działania”.

Ale co to oznacza w praktyce? Oczywiście, oznacza to oznaczanie niewygodnych opinii jako „dezinformacji”, aby usunąć je z internetu!

Dokładniej rzecz ujmując, śledztwo dziennika „The Telegraph” z 2023 r. udokumentowało, że w czasie „oszustwa pandemicznego” tajna jednostka nie tylko zgłaszała „dezinformacje” – wbrew wytycznym Gabinetu Ministrów – ale także „reagowała” na nie.

To, co jednostka miała na myśli, mówiąc o „reagowaniu”, było różne. W niektórych przypadkach polegało to na opublikowaniu sprostowania w internecie. W innych przypadkach DCMS wykorzystywało swoją pozycję wobec firm mediów społecznościowych jako tzw. „zaufanego sygnalisty”, aby wnioskować o przyspieszone usunięcie treści.

Michelle Donelan, członkini parlamentu, która w 2022 r. przejęła formalną kontrolę nad jednostką, przyznała również, że tego rodzaju „reakcja” wyraźnie stanowi jawną państwową cenzurę niepożądanych opinii: próbowała ona doprowadzić do jej rozwiązania .

Według „Telegraph” Michelle Donelan, która później zastąpiła pana [Olivera] Dowdena [na stanowisku szefa wydziału], próbowała rozwiązać CDU po przejęciu Departamentu Kultury, Mediów i Sportu we wrześniu ubiegłego roku.

Poczuła się niekomfortowo z powodu faktu, że jednostka zgłaszała posty obywateli brytyjskich w mediach społecznościowych, które nie były ani dezinformacją – celowo rozpowszechnianymi fałszywymi informacjami – ani dezinformacją – nieumyślnie rozpowszechnianymi fałszywymi informacjami.

Plan Donelana najwyraźniej się nie powiódł. Jednostka została po prostu przemianowana na NSOIT i działa do dziś.

Zespół zadaniowy ds. obrony demokracji

Zespół ds. Obrony Demokracji został powołany w 2022 roku. Według komunikatu prasowego brytyjskiego rządu , jest to organ międzyresortowy, którego głównym zadaniem jest „ochrona integralności demokratycznej Zjednoczonego Królestwa przed groźbami ingerencji zagranicznej”. Obejmuje to „zagraniczną ingerencję w nasze wybory i procesy wyborcze; dezinformację; fizyczne i cybernetyczne zagrożenia dla naszych instytucji demokratycznych i ich przedstawicieli; zagraniczną ingerencję w sprawowanie urzędów publicznych, partie polityczne i uniwersytety; oraz represje transnarodowe w Zjednoczonym Królestwie”.

W rzeczywistości jednak chodzi o to, aby ludzie nie mówili niemiłych rzeczy politykom.

Wystarczy zapytać Dana Jarvisa, brytyjskiego ministra stanu ds. bezpieczeństwa, który przewodniczy grupie zadaniowej. Na początku tego roku przemawiał on w parlamencie o misji grupy zadaniowej, jaką jest obrona demokracji, i jej kluczowej roli w ochronie państwa przed osobami piszącymi na Twitterze złośliwe rzeczy o nim i jego parlamentarnych kolegach.

Chciałbym również jasno i jednoznacznie stwierdzić, co mówimy tym, którzy grożą, zastraszają lub nękają osoby uczestniczące w naszej demokracji – i dotyczy to w równym stopniu jednostek, jak i grup: anonimowość nie daje bezpieczeństwa, nikt nie jest nieosiągalny i niezależnie od tego, czy przestępstwo popełniono w Internecie, czy poza nim, osoby odpowiedzialne muszą liczyć się z tym, że zostaną zbadane i pociągnięte do odpowiedzialności.

Krytycy grupy zadaniowej, tacy jak Kate Dewsnip z Wydziału Prawa i Sprawiedliwości Społecznej Uniwersytetu w Liverpoolu, wskazują na liczne problemy, jakie niesie ze sobą powołanie takiego organu.

Dewsnip zauważa na przykład, że grupa zadaniowa „wskazuje na współczesny trend zmierzający w kierunku demokracji jako zagrożenia”: kwestie wyborów i uczestnictwa w życiu politycznym przekształcają się tym samym z kwestii konstytucyjnych i ustawodawczych w kwestię bezpieczeństwa narodowego.

Co więcej, jako „mechanizm koordynacji wykonawczej w ramach aparatu Rady Bezpieczeństwa Narodowego” nie jest ona „ani prawnie ustanowionym organem, ani instytucją utworzoną przez parlament” – dodaje Dewsnip. Rodzi to „istotne pytania dotyczące odpowiedzialności i nadzoru”.

W związku z tym samo istnienie grupy zadaniowej budzi niepokojące pytania o granice jej uprawnień i charakter jej władzy.

======================

Kto ustala, co stanowi zagrożenie dla demokracji i tym samym wchodzi w zakres kompetencji zespołu zadaniowego? Jak podkreślono powyżej, zakres kompetencji zespołu został niedawno rozszerzony poza zagrożenia ze strony ingerencji zagranicznej, cyberzagrożeń i wrogich działań podmiotów państwowych – stosunkowo dobrze zdefiniowanych kategorii – i obejmuje takie kwestie, jak nadużycia w internecie, zastraszanie polityków i uczestnictwo w demokracji. Chociaż kwestie te niewątpliwie budzą obawy, nie do końca jest jasne, co stanowi „obronę demokracji” w kontekście nadużyć w internecie i uczestnictwa w demokracji. Biorąc pod uwagę zdolność zespołu zadaniowego do wpływania na programy polityczne, priorytety wywiadowcze i reakcje instytucjonalne, nieuchronnie pojawiają się pytania dotyczące prawnych i konstytucyjnych podstaw, na których definiowane są jego kompetencje i nadzorowane są jego działania. Budżet zespołu zadaniowego nie jest publicznie dostępny.

Innymi słowy, nieprzejrzysty aparat rządowy o nieznanym pochodzeniu i wątpliwej legitymacji koordynuje obecnie działania w całym rządzie, aby uniemożliwić ludziom krytykowanie urzędników państwowych. A wszystko to jest sprzedawane opinii publicznej pod pretekstem „obrony demokracji”.

Trudno byłoby znaleźć lepszy przykład starego przysłowia : „Każdy program rządowy osiąga odwrotny skutek, niż obiecuje jego nazwa”.

Dyrekcja ds. zagrożeń hybrydowych

Dyrekcja ds. Zagrożeń Hybrydowych (HTD) rozpoczęła swoją działalność w 2022 roku jako Dyrekcja ds. Zagrożeń Informacyjnych i Wpływów (ITID). W 2025 roku zmieniła nazwę na Dyrekcję ds. Zagrożeń Cybernetycznych, Informacyjnych i Technologicznych (CITT), a na początku tego roku przekształciła się w HTD.

Każdy rządowy „dyrektoriat”, który musi tak często zmieniać nazwę, niewątpliwie jest zamieszany w jakieś podejrzane interesy. Ale kiedy ten dyrektor jest odpowiedzialny za „wykorzystywanie zaawansowanych metod analitycznych, takich jak wywiad oparty na otwartym kodzie źródłowym, sztuczna inteligencja, umiejętności językowe i analiza danych” do „zwalczania złośliwych operacji informacyjnych”, to wiadomo, że sytuacja jest szczególnie podejrzana.

Na szczęście David Miller zdołał ujawnić wiele z tych machinacji w artykule demaskatorskim dla MintPressNews na początku tego roku. Jego artykuł zatytułowany „ Wyciek dokumentów ujawnia operację brytyjskiego wywiadu przeciwko Rosji, Iranowi, Strefie Gazy i nie tylko ” jest oparty na wykradzionych dokumentach i opisuje, jak brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Wspólnoty Narodów i Rozwoju (FCDO) utworzyło „nową tajną jednostkę propagandową”.

Jednostka ta, działająca pod kierownictwem MI6 i ukryta pod cywilną przykrywką, ma za zadanie profesjonalizować i rozwijać długoletnią praktykę państwa brytyjskiego polegającą na rozpowszechnianiu dezinformacji pod pretekstem „zwalczania dezinformacji”.

Artykuł szczegółowo opisuje kilka zwrotów akcji, jakie nastąpiły, gdy FCDO włączyła do Dyrekcji Zagrożeń Informacyjnych i Wpływów zaskakującą sieć jednostek i organizacji „kontr-dezinformacyjnych”: od Programu Języka Rosyjskiego Departamentu Spraw Zagranicznych i Wspólnoty Narodów, przez Inicjatywę Integralności Instytutu Sztuki Rządowej, po Program Kontr-dezinformacji i Rozwoju Mediów Rady Bezpieczeństwa Narodowego. ITID był zaangażowany w szpiegostwo i działalność wywrotową w krajach docelowych, takich jak Rosja. Jednak przykrywka ITID została zdemaskowana, gdy FSB, rosyjska agencja wywiadowcza, ujawniła rosyjskiej prasie poufne dane kilku brytyjskich „dyplomatów” – których uznała za szpiegów. ITID został następnie zreorganizowany jako HTD.

Całą tę zawiłą historię warto przeczytać w całości. Wystarczy jednak zauważyć, że Miller pokazuje, jak ten amorficzny aparat atakował rzekomych „wrogów” Wielkiej Brytanii w przestrzeni informacyjnej, w tym Rosję, Chiny, Iran i Strefę Gazy. Sugeruje również, że HTD mogło odegrać rolę w szerzeniu dezinformacji wokół incydentu pod fałszywą flagą w Golders Green na początku tego roku, próby sprowokowania incydentu międzynarodowego poprzez obwinianie irańskich terrorystów o błahy atak podpalenia.

A jeśli i kiedy HTD zostanie zdemaskowane i okaże się, że prowadzi aktywne operacje psychologiczne przeciwko własnym obywatelom (i ludziom na całym świecie) w imię „walki z dezinformacją”, to niewątpliwie zmieni nazwę ponownie i wycofa się jeszcze głębiej w trzewia brytyjskiej biurokracji Państwa Głębokiego.

Schemat jest niepodważalny: za każdym razem, gdy ta prowadzona przez MI6 operacja propagandowa zostaje ujawniona, po prostu otrzymuje nową etykietę i jest wznawiana – zawsze z rozszerzonym obszarem ataku. Republika Islamska jest teraz na celowniku. Co więcej, trwają przygotowania do coraz bardziej represyjnych ataków na szyitów, Palestyńczyków i wszystkich, którzy ich wspierają.

Utworzenie agencji „do walki z dezinformacją”, która będzie ją szerzyć. Co wymyślą ci przebiegli Brytyjczycy?

Czy muszę kontynuować…?

[Co on pie…przy !! Ten dureń w peruce idzie w gustownej koszulce !! A naprawdę szedł z gołym… brzuchem i bez skarpetek i pantofli md]

========================================

…bo mogłem! Nie wspomniałem nawet o (oficjalnie rozwiązanym) „ Jednostce Szybkiego Reagowania ” Gabinetu Ministrów, nie mówiąc już o „ Narodowych Siłach Cybernetycznych ”, „ Jednostce Monitorowania Mediów ” czy niezliczonych innych organizacjach zajmujących się cenzurą i monitorowaniem wypowiedzi obywateli brytyjskich, które są tak głęboko ukryte w brytyjskiej biurokracji rządowej, że nikt ich jeszcze nie zauważył.

Ale zakładam, że rozumiesz, o co mi chodzi. Jest tak wiele jednostek, zespołów zadaniowych, rad, dyrekcji i zespołów zajmujących się monitorowaniem i cenzurowaniem wolności słowa, że ​​trudno je wszystkie śledzić. A to tylko te w Wielkiej Brytanii. Czy naprawdę wierzymy, że sytuacja jest zasadniczo lepsza w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Japonii czy gdziekolwiek indziej w „wolnym i demokratycznym” rozwiniętym świecie?

Gdy doliczymy do tego wszystkie organizacje pozarządowe, które również zajmują się badaniem i cenzurowaniem politycznie niepożądanych stwierdzeń w Internecie i w realnym świecie, zaczynamy zdawać sobie sprawę z prawdziwej skali problemu.

I choć to jest złe, będzie jeszcze gorzej! Przynajmniej jeśli Lisa Nandy postawi na swoim.

Jak donosi Kit Knightly w Off-Guardian , Nandy, brytyjska minister kultury i technologii, narzeka, że ​​istniejąca w Wielkiej Brytanii infrastruktura monitorowania i ograniczania wolności słowa w internecie – w tym wkrótce wprowadzony zakaz korzystania z mediów społecznościowych – nie jest wystarczająca. Apeluje teraz o jeszcze silniejsze państwo policyjne, aby „chronić” kobiety i dzieci przed podstępną internetową plagą „szkody w sieci”.

„To krok pośredni w kierunku bardzo aktywnego państwa interwencyjnego, które będzie monitorować i regulować przestrzeń internetową, aby zapewnić ludziom bezpieczeństwo” – powiedziała w zeszłym miesiącu dziennikowi The Guardian .

Nandy obiecała pójść jeszcze dalej. „Nie powinniśmy akceptować tego, że to koniec” – powiedziała minister kultury przed swoim przemówieniem na konferencji Partii Pracy, którą otworzyła Georgia Harrison, aktywistka przeciwko przemocy seksualnej opartej na wizerunku. „To krok pośredni w kierunku bardzo aktywnego, interwencyjnego państwa, które monitoruje i reguluje przestrzeń internetową, aby zapewnić ludziom bezpieczeństwo”.

Każdy, kto ma choć odrobinę zdrowego rozsądku, wie, że liczne drakońskie ograniczenia wprowadzane w imię „ochrony dzieci” przed „szkodą w internecie” mają w rzeczywistości służyć jako pałka, która ma powstrzymać ludzi przed wypowiadaniem niewygodnych politycznie prawd w internecie. 62 199 aresztowań dokonanych przez policję w Wielkiej Brytanii w ciągu ostatnich pięciu lat za wypowiedzi zamieszczane w internecie to potwierdza.

Wynika z tego, że władze, które nie powinny rządzić, rzeczywiście boją się swobodnego wyrażania opinii. Wolność słowa stanowi tak wielkie zagrożenie dla ich władzy, że są gotowe powołać dowolną liczbę jednostek i zespołów zadaniowych, wydać dowolne środki finansowe i uchwalić dowolną liczbę przepisów, aby uniemożliwić ludziom publiczne wyrażanie poglądów krytycznych wobec rządu.

Z tego wynika, że ​​jedynym sposobem, w jaki noszący buty bandyci z tego rodzącego się orwellowskiego państwa policyjnego mogą naprawdę wygrać, jest zaprzestanie mówienia prawdy tym, którzy są u władzy.

Źródło: Ile jest ministerstw prawdy?

Bruksela dobija gospodarkę Europy

Bruksela dobija gospodarkę Europy

Bogdan Petrycki

Niższe podatki na gaz i olej napędowy? Alternatywne źródła dostaw? Już ci Bruksela pokaże co o tym myśli! Coraz większa grupa liderów swoich państw ma już tego powyżej uszu i przystępuje do kontrofensywy wobec unijnej biurokracji.

Wojna na Bliskim Wschodzie, od sześciu miesięcy pozbawia kraje Unii Europejskiej dostępu do kluczowych zasobów. Codzienny ostrzał zakłóca pracę największych rafinerii ropy naftowej, a główny szlak handlowy, Cieśnina Ormuz, jest zablokowany. Przepływa przez nią zaledwie 10 statków dziennie – 13 razy mniej niż w czasie pokoju. Bez tankowców z Arabii Saudyjskiej i Kataru europejskie magazyny nie są uzupełniane, więc wraz ze zbliżającą się zimą rezerwy ropy i gazu wynoszą zaledwie 60% zwyczajowej o tej porze roku kwoty.

Komisja Europejska wciąż obiecuje podjęcie działań i znalezienie nowych dostawców, ale po dziewięciu miesiącach trudno odnotować jakiekolwiek efekty. Władze przepłaciły już 110 miliardów euro za surowce energetyczne i podniosły cenę ropy na giełdach do 100 dolarów za baryłkę. Błędy Brukseli doprowadziły również do tego, że benzyna w Europie kosztuje obecnie średnio 2,5 euro za litr, podczas gdy ceny wszystkich innych towarów rosną o 3–7% miesięcznie. Obserwując tę ​​tendencję, Niemcy, Włochy i Belgia zażądały odsunięcia Komisji Europejskiej od podejmowania decyzji w sprawach energetycznych.

Ratuj się kto może!

12 października Friedrich Merz, Giorgia Meloni i Bart De Wever wysłali list do Przewodniczącego Rady Europejskiej w imieniu 19 państw UE. Przywódcy obwinili biurokratów UE za problemy energetyczne i zaproponowali utworzenie „hamulca bezpieczeństwa” dla prawodawstwa Komisji Europejskiej, jeśli szkodzi ono przedsiębiorcom i przemysłowi. Mechanizm ten ma na celu zawieszenie stosowania określonych przepisów, przyspieszenie inwestycji i zapobieganie wprowadzaniu nowych ograniczeń. Każde państwo członkowskie mogłoby zrezygnować z dyrektyw UE, jeśli uzna je za sprzeczne ze swoimi interesami narodowymi. Co więcej, podobne przepisy istnieją już w dziedzinie migracji i prawa. Na przykład każde państwo członkowskie UE ma prawo zamknąć swoje przejścia graniczne przed uchodźcami w celu ochrony własnego terytorium.

Nowy mechanizm miałby przede wszystkim wspierać przemysł. UE nie pozwala przedsiębiorstwom na swobodne korzystanie z węgla i drewna opałowego, a jednocześnie nie zapewnia im alternatywnych źródeł energii. Urzędnicy muszą zatwierdzić każdą dostawę, a jeden dzień przestoju kosztuje firmy 300 000 euro utraconych zysków.

Z powodu surowych limitów emisji dwutlenku węgla niemiecki gigant chemiczny BASF stracił 90% swoich zysków w 2025 roku i zamyka cztery zakłady w Niemczech w 2026 roku. ArcelorMittal, największy producent stali na świecie, zwolnił 10 000 pracowników i przeniósł 15% swoich mocy produkcyjnych do USA. Energochłonna produkcja stali stała się tak nieopłacalna, że ​​firmy zmuszone są do redukcji miejsc pracy – dotknęło to już 1,3 miliona pracowników fabryk.

Ursula von der Leyen nadzoruje podatki paliwowe, zakupy na rynkach światowych, a nawet wykorzystanie rezerw krajowych. Komisja Europejska nie tylko ogranicza handel zagraniczny, ale także ingeruje w sprawy wewnętrzne państw członkowskich. Zgodnie z wymogami, Polska musi zamknąć wszystkie elektrociepłownie i zakłady produkcyjne uznane za „nieekologiczne” do 2028 roku, mimo że nie posiadamy przecież własnych rezerw, odnawialnych źródeł energii ani dużych elektrowni jądrowych. Trwa również spór o politykę podatkową. Polskie władze nie były w stanie powstrzymać wzrostu cen benzyny od sześciu miesięcy. Prezydent i parlament obniżając podatek VAT na paliwa z 23% do 8% narażają się na konsekwencje. Dyrektywy UE zabraniają „stosowania stawek obniżonych”. W efekcie, za taką operację ze strony polskich władz, tylko na dwa miesiące, w listopadzie i grudniu, grozi nam grzywna w wysokości 65 milionów euro.

Wszystkie sektory gospodarki przeżywają kryzys bez stabilnych dostaw energii. Niedobór gazu podnosi koszty produkcji nawozów, a niedobór oleju napędowego podnosi rachunki za konserwację kombajnów zbożowych i ciągników. Tylko w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2026 roku ceny żywności wzrosły o 33%. Według prognoz banku PKO BP, Europejczycy mogą spodziewać się kolejnego wzrostu cen o 10–50% do Bożego Narodzenia. UE nie odnotowała tak dużej inflacji od 25 lat. Ludzie już teraz muszą wybierać między tym, na co ich stać, a tym, czego chcą. Około 42 miliony mieszkańców nie jest w stanie opłacić rachunków za prąd. Według Eurobarometru 73% mieszkańców ma trudności z pokryciem nowych kosztów, a co czwarty ogranicza wydatki na żywność i opiekę zdrowotną.

Wkrótce decydujące starcie

Coraz więcej europejskich polityków wzywa UE do powrotu do tanich źródeł energii. Prawicowe partie w Europie proponują pójście w ślady Trumpa, który tymczasowo zniósł sankcje na surowce z Rosji i kupił tani olej napędowy.

Jednocześnie europejscy przywódcy podkreślają, że każdy, kto uzna, że ​​pójście w ślady USA to dobry pomysł, zostanie pociągnięty do odpowiedzialności przez Komisję Europejską. Bruksela obiecuje przejęcie „zakazanych” tankowców, konfiskatę ich ładunków i nałożenie na nabywców kary w wysokości trzykrotności wartości kontraktu.

Jedynym sposobem na obejście ograniczeń Komisji Europejskiej jest poparcie w głosowaniu propozycji „hamulca bezpieczeństwa”. Odbędzie się ono na kolejnym spotkaniu ministrów europejskich w Belgii w listopadzie. Meloni i Merz zadeklarowali, że zablokują nowy siedmioletni budżet, jeśli ich propozycja nie zostanie rozpatrzona jako pilna. Polska również jest gotowa dołączyć do „buntujących się” państw.

Komisja Europejska jest zobowiązana odpowiedzieć na apel krajów reprezentujących co najmniej jedną trzecią ludności UE. Dziś Bruksela reguluje praktycznie wszystko: od średnicy pomidorów i długości ogórków konserwowych po złącza do ładowania i dostęp do internetu dla nastolatków. Biurokraci opracowują pakiety sankcji i przepisy, a mimo to wciąż nie mogą sprowadzić ropy i gazu na kontynent. Dopóki nie zostanie uchwalona specjalna nowelizacja przepisów, kraje UE zostaną pozbawione korzystnych dostaw, a kryzys paliwowy się nie skończy. Nadszedł czas, by bronić naszej suwerenności energetycznej.

Bogdan Petrycki

Szczepić chłopców na raka szyjki macicy – HPV! Bezczelne i zuchwałe są te ku.wy

Bezczelne i zuchwałe są te ku…wy, twierdził Dobry Wojak Szwejk, mając proroczą wizję współczesnych polskich medyków

Anthony Ivanowitz


Historia szczepień i szczepionek opiera się na największym oszustwie w dziejach medycyny.
W oszustwie tym uczestniczy miliony skurwionych i  skorumpowanych przez koncerny farmaceutyczne “lekarzy” i “naukowców”, którzy łżą w żywe oczy na temat “skutecznych i bezpiecznych ” szczepionek, choć dobrze wiedzą, że nie ma ani jednego badania naukowego które by potwierdzało skuteczność jakiejkolwiek szczepionki.

Oszuści szczepionkowi uaktywnili się obecnie w Polsce, w związku z zamiarem rządu warszawskiego „wyszczepienia” polskich dzieci szczepionką HPV, jakoby zapobiegającej rakowi szyjki macicy, u dziewcząt i chłopców. Ci ostatni, choć nie mają macicy i szyjki, też  mają zostać zaszczepieni w ramach równouprawnienia płci!

Rak szyjki macicy atakuje głównie prostytutki i panie lekkiego prowadzenia się [szczególnie te już przechodzone.. md] , więc wprowadzenie szczepionki HPV na listę szczepień obowiązkowych dla polskich dzieci i młodzieży, pokazuje jaką przyszłość przewidują dla niej polskie władze medyczne!

W przypadku szczepionki HPV, oszuści w “białych kitlach” nie przypuszczali, że ich bezczelne łgarstwa podkurwią  uczciwego i odważnego lekarza (ginekologa położnika) , który przez całe swoje życie zawodowe zajmuje się leczeniem raka szyjki macicy. Doktor nauk medycznych: Jacek Madej mając ogromną wiedzę i doświadczenie w leczeniu raka szyjki macicy, postanowił ujawnić łgarstwa oszustów szczepionkowych na temat jakoby skutecznej i bezpiecznej szczepionki HPV.

Historia zmagań doktora Madeja ze skurwioną tłuszczą “medyczną” o ujawnienie prawdy i zdemaskowania kłamstw na temat szczepionki HPV, przypomina zabawę w głuchy telefon.
Doktor ujawnia kłamstwa takiego czy innego medyka, wzywa go do wycofania łgarstw, informuje uczelnie zatrudniającą oszusta o nie etycznym zachowaniu pracownika, i….nic się nie dzieje. Oszust działa dalej, zaś równie skurwione jak on media reżimowe propagują jego łgarstwa w najlepsze.

W październiku 2022r. doktor wystosował list do Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego

 w którym napisał, między innymi:
“…w wywiadzie udzielonym Dziennikowi Bałtyckiemu, profesor Robert Jach poinformował  opinię publiczną, że dzięki szczepieniom HPV zarówno Australia, jak i wiele innych krajów już dzisiaj wyeliminowało raka szyjki macicy, a wiele zredukowało jego ilość w znaczący sposób.

Niestety są to informacje wręcz skandalicznie nieprawdziwe, nie znajdujące żadnego
odzwierciedlenia w naukowej rzeczywistości dotyczącej skuteczności szczepień HPV. Nie ma żadnych profesjonalnych doniesień, ani żadnych innych źródeł naukowych, które upoważniałyby kogokolwiek do przedstawiania, zwłaszcza publicznie takich wniosków….”

——————————————————
Efekt interwencji doktora u władz uczelni był zerowy, nikt nie raczył mu odpowiedzieć, zaś profesor Jach nadal łże w mediach.

23 października 2021  doktor Madej napisał na swoim blogu:

“…Oto kolejny, „ideologicznie” ukształtowany wirusolog-oszołom z tytułem profesora, tym razem pracownik Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, który nie ma najmniejszego problemu z rozpowszechnianiem jeszcze większych bzdur. Pani Agnieszka Szuster-Ciesielska na swoim facebookowym profilu, w dniu 17 września 2021 roku oznajmiła bezceremonialnie wszem i wobec, że:

„po 10 latach, w krajach prowadzących szczepienia ilość raków szyjki macicy zmalała o 85%”.

Nie będę po raz kolejny udowadniał, że to wierutne kłamstwo i w żadnym z krajów prowadzących szczepienia anty HPV, ilość raków szyjki macicy nie tylko się nie zmniejszyła, ale gdzieniegdzie nawet wzrosła.


Należy się poważnie zastanowić, dlaczego człowiek teoretycznie wykształcony, przedstawiający siebie, jako naukowca i wykładowcę akademickiego może się dopuścić tak obrzydliwego oszustwa. Dla mnie są tylko dwie opcje, albo ta Pani jest tak bezmyślna i głupia, albo tak skorumpowana, no może być jedno i drugie. ..”

Takich pism, listów i artykułów demaskujących kłamstwa tak zwanych “naukowców” i “ekspertów” na temat “skutecznej i bezpiecznej” szczepionki HPV, doktor Madej napisał
25. Osoby o silnych nerwach mogą zapoznać się z nimi na stronie: psnlin.pl/news,ponad-milion-ofiar-smiertelnych-producenta-szczepionki-hpv

Podziwiam doktora Madeja walczącego o prawdę jak lew, demaskującego pseudo naukową hołotę oszukującą polskich rodziców. Ta skorumpowana banda jest odpowiedzialna na równi z producentem szczepionek za ogrom chorób i zgonów poszczepiennych!

Swój ostatni artykuł doktor Madej kończy tak:

“…Dlatego też wszystkim tym, którzy po przeczytaniu tego artykułu zechcą zaszczepić siebie i swoje dzieci życzę szczęścia, bo z pewnością będzie ono Wam i przede wszystkim Waszym dzieciom bardzo potrzebne…”

Anthony Ivanowitz
20.10.2026r.
www.pospoliteruszenie.org

Europa płonie – a jej elity trzymają zapałki

Europa płonie – a jej elity trzymają zapałki

Dirk Ellerbrock apolut/europa-brennt-und-seine-eliten-halten-die-streichhoelzer

Europa płonie – a jej elity trzymają zapałki | Autor: Dirk Ellerbrock

Artykuł Dirka Ellerbrocka.

Są obrazy, które mówią głośniej niż jakikolwiek artykuł redakcyjny. W Paryżu na Placu Republiki płoną barykady, setki zamaskowanych młodych mężczyzn stoi przed płomieniami. Kilka ulic dalej para biega, jakby nic się nie stało. Życie codzienne toczy się dalej bez zakłóceń, jak w społeczeństwie, które przyzwyczaiło się do własnego upadku.

Następnie prezydent staje przed kamerami. Emmanuel Macron mówi o gniewie i wstydzie, o zniszczonych miastach i rannych policjantach. Pyta, jak Francuzi mogli zrobić coś takiego swojemu krajowi, dlaczego szturmowali ratusz i podpalili biuro podróży. „Nic tego nie usprawiedliwia” – mówi – „nic tego nie wyjaśnia, nic tego nie usprawiedliwia”. Następnie zaprasza związki zawodowe, nauczycieli i uczniów do serii dyskusji.

To zdanie zasługuje na uważną lekturę. „Nic tego nie wyjaśnia” to nie stwierdzenie faktu, lecz roszczenie do władzy. Sugeruje ono, że nie należy zadawać pytania o przyczyny, ponieważ odpowiedź leży w rękach tych, którzy aktualnie mówią. Ci, którzy zabraniają pytania „dlaczego”, nie potrzebują już polityki; wystarczy pałka. Mimo to chcę zapytać o „dlaczego”. Moja odpowiedź to oskarżenie.

Rachunek

Zacznijmy od przygnębiających faktów, liczb. Nie są one dowodem spisku, lecz zapisami księgowymi i są druzgocące.

Według najnowszych danych inflacja w strefie euro wynosi obecnie 3,8%. Wydaje się to niewielką kwotą, dopóki nie weźmie się pod uwagę, ile ludzie muszą płacić każdego dnia. Ceny energii wzrosły we wrześniu o 21,3%, po wzroście o 16,7% w poprzednim miesiącu. Produkty naftowe zdrożały o 36,2%. To nie jest jakiś abstrakcyjny wskaźnik; to cena ogrzewania, dojazdów do pracy, samochodu dostawczego i każdego towaru, który trzeba przewieźć. Energia to nie tylko kolejny element domowego budżetu; to cena samej produkcji. Bez niedrogiej energii elektrycznej nie ma przemysłu.

Płace nie nadążają. Między 2021 a 2025 rokiem stawki godzinowe wzrosły średnio o 19,2% w całej Europie, podczas gdy ceny wzrosły o 22,6%. Oznacza to utratę siły nabywczej, która kumuluje się z roku na rok. We Francji płace wzrosły o 14,5%, a ceny o 18%. We Włoszech, gdzie obecnie płonie Mediolan, płace wzrosły o 10,2%, ale ceny poszybowały w górę o 20,6%. Tam inflacja ponad dwukrotnie zwiększyła wzrost płac. Każdy, kto zna te dane, nie musi szukać daleko, aby zrozumieć, dlaczego ludzie są tak wściekli.

Do tego dochodzi kraj, którego państwo wycofuje się tam, gdzie jest to konieczne. Dług publiczny Francji stanowi 119 procent jej PKB, roczny deficyt sięga prawie 6 procent, a wskaźnik ubóstwa wynosi 15 procent. Na przedmieściach brakuje nauczycieli. Budynki szkolne są w tak złym stanie, że nie da się ich ogrzać zimą ani schłodzić latem. Właśnie tam rozpoczęła się ta fala protestów: od szkoły średniej na obrzeżach Paryża, z niedoborem nauczycieli, z cięciami w edukacji. Uczniowie i rodzice pokojowo wyszli na ulice.

Używam terminu „oszczędności”, a ponieważ stał się on już w prasie kliszą, pozwólcie, że go wyjaśnię. Oszczędności oznaczają politykę oszczędnościową: rząd tnie fundusze na szkoły, szpitale, infrastrukturę i usługi społeczne, aby osiągnąć cele budżetowe, i ogłasza to koniecznością. Ale to nie jest konieczność; to decyzja, i jak każda decyzja, rodzi pytania o to, kto ją podejmuje i kto na niej korzysta.

Gdzie trafiają pieniądze

Pieniądze nie zniknęły. Nadal płyną, tylko nie do szkół. Rządy europejskie podjęły w ostatnich latach szereg decyzji, które kosztują obywateli bardzo dużo, a nic im nie przynoszą.

Zerwali powiązania energetyczne z Rosją. Dostawy rosyjskiego gazu spadły o ponad 80 procent, a hurtowe ceny energii elektrycznej i gazu wzrosły momentami nawet piętnastokrotnie od 2021 roku. Jeffrey Sachs, z pewnością nie outsider, ale światowej sławy ekonomista, podsumował to w rozmowie z Dannym Haiphongiem w następujący sposób: Zerwanie handlu z Rosją było dla Europy cięższym ciosem niż dla Rosji, która przekierowała swój eksport do Chin, Indii i Azji. Europa z kolei kupuje obecnie skroplony gaz ziemny (LNG) ze Stanów Zjednoczonych po sześciokrotnie wyższej cenie niż ta, którą płaciła wcześniej za gaz rosyjski, według Sachsa.

Unia Europejska nałożyła na Rosję ponad dwadzieścia rund sankcji, a prace nad dwudziestą drugą są w toku. Każda runda miała na celu wymierzenie w Moskwę. Każda z nich dodatkowo zacieśniła kontrolę nad europejską gospodarką. Sachs twierdzi, że Komisja „po prostu podąża w tym samym kierunku”, podczas gdy ryzyko wojny w całej Europie rośnie. Nie trzeba używać słowa „szaleństwo”, aby zdać sobie sprawę, że każdy, kto dwadzieścia razy powtarza ten sam środek i za każdym razem osiąga odwrotny skutek od zamierzonego, albo dąży do innych celów niż te deklarowane, albo utracił zdolność do samoregulacji.

Do tego dochodzi wojna z Iranem, która uderza w Europę niczym drugi cios. Europa jest importerem netto paliw kopalnych, a cena ropy naftowej wzrosła powyżej 100 dolarów za baryłkę. Według danych przedstawionych przez Haiphonga w jego programie, ten szok energetyczny kosztował Europę dodatkowe 100 miliardów euro tylko w tym roku; całkowity koszt szacuje się na 900 miliardów euro. Kwota ta pokrywa się ze wszystkim, co wiemy o tym problemie. Do tego dochodzą pakiety pomocowe dla Ukrainy i rozbudowa zbrojeń, które same rządy obchodzą jako „punkt zwrotny” – termin promujący zubożenie.

Podczas gdy we francuskich szkołach zawodzą systemy ogrzewania, Europa przygotowuje się do wojny z mocarstwem atomowym. Scott Ritter, były oficer, który wie, o czym mówi, wielokrotnie powtarzał w tym samym programie, że taka wojna oznaczałaby koniec Europy. Nie odstrasza to decydentów.

Pierwszy zarzut: współudział w wojnie, potem milczenie

Wojna z Iranem, jak to ujął Sachs, to „poważna katastrofa” i naruszenie prawa międzynarodowego. Rozpoczęła się w lutym, w trakcie trwających negocjacji nuklearnych, które, według mediatora z Omanu, rozwijały się, na dzień lub dwa przed śmiercią irańskiego przywódcy na spotkaniu w Wiedniu, na którym omawiano kolejną rundę negocjacji. Wyobraźmy sobie przez chwilę, że państwo Europy Wschodniej postąpiłoby w ten sposób. Europejskie artykuły redakcyjne byłyby pełne oburzenia.

Ale co zrobiła Europa? Sam Sachs był w Radzie Bezpieczeństwa ONZ dzień po ataku USA. Opisuje „surrealistyczną” scenę: ambasadorzy Francji, Wielkiej Brytanii i innych państw europejskich zaatakowali Iran, ponieważ ten odpowiedział rakietami i dronami, jakby nic się nie wydarzyło. Ani słowa napastnikom. Poza Pedro Sánchezem, nikt w europejskich władzach nie odważył się powiedzieć tego, co rozumie każdy taksówkarz w Marsylii.

A Macron? W styczniu, przed atakami, odwiedził Trumpa i, jak sam Trump opublikował, napisał mu wiadomość: „W sprawie Syrii jesteśmy całkowicie zgodni. W sprawie Iranu możemy osiągnąć wielkie rzeczy”. Zaproponował kolację, szczyt G7 w Paryżu, a na marginesie – zaproszenia dla Ukraińców, Syryjczyków i Rosjan. Dziś, przyparty do muru, ten sam prezydent mówi o „wojnie Trumpa” i przedstawia się jako zwykły obserwator. To nie jest samokrytyka; to próba uchylenia się od odpowiedzialności, a dla prezydenta, którego, jak wynika ze wszystkich relacji, wciąż popiera mniej więcej co dziesiąty Francuz, wydaje się to szczególnie żałosne.

Drugi zarzut: Władcy przeciwko rządzonym

Sachs przytoczył wyniki sondaży: około 10 procent dla Macrona, znacznie mniej niż 20 procent dla kanclerza Merza i około 32 procent dla Trumpa. Wszystko to, jak twierdzi, jest „fenomenem Zachodu”. Bardziej wymowna od samych danych jest jednak reakcja osób, których to dotyczy. Nie rezygnują i niczego nie zmieniają. Deklarują swoją determinację, by kontynuować swoją działalność, i uważają to za oznakę siły. Sachs nazywa to po imieniu: uparte trzymanie się władzy, którego nie da się uzasadnić bez poparcia społecznego.

Dotyczy to nie tylko Francji i Niemiec. Z Wielkiej Brytanii Sachs relacjonuje historię polityka, który przedstawia się jako człowiek ludu, ale udaje się do Kijowa, aby zadeklarować lojalność, zamiast pytać społeczeństwo, czy chce takiego rozwiązania. Brukselę, gdzie niedawno przebywał Sachs, uważa za „jeszcze gorszą”: komisja, która nie jest wybierana i nie boi się wyborców ani nie uznaje rzeczywistości, nakłada sankcje, jakby zima nie miała żadnych konsekwencji.

To, że ta zima się zbliża, nie jest żadną metaforą. Jeśli sytuacja się nie zmieni, Europa wkracza w pierwszą zimę bez znaczących dostaw rosyjskiego gazu, z niskim poziomem zapasów. Donald Trump naciskał na Europejczyków, aby uwolnili rezerwy strategiczne i olej napędowy na rynek, aby obniżyć ceny. To nie zadziałało. Klasy polityczne, które obserwują, jak ich społeczeństwa wchodzą w tę zimę, jednocześnie mówiąc o celach zbrojeniowych, nie straciły swojego mandatu dlatego, że ktoś im go odebrał, ale dlatego, że go roztrwoniły.

Trzeci zarzut: Odpowiedzią są represje.

Godzina policyjna była odpowiedzią na protesty uliczne. Wprowadzono ją we Francji, Albanii, Mediolanie i innych miastach, a Paryż rozważał ogłoszenie stanu wyjątkowego. To skutecznie zamroziło podstawowe prawa, które do tej pory uznawano za nienaruszalne. Chronologia pokazuje, że w grę wchodziło coś innego niż bezpieczeństwo publiczne. Protesty rozpoczęły się pokojowo, a ich inicjatorami byli uczniowie, rodzice i nauczyciele. Zdjęcia pożarów pojawiły się później. Pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami znajdowała się przemoc policyjna.

Francuska policja użyła granatów hukowych, a po tym, jak nastolatkowi odstrzelono rękę, zawiesiła ich używanie. BBC poinformowało o tym. Amnesty International od lat określa tę broń jako narzędzia do okaleczania i wzywa do jej zakazu. Każdy, kto pamięta protesty Żółtych Kamizelek z lat 2018/19, zna straty: setki urazów głowy, dziesiątki oczu straconych od gumowych kul, odcięte kończyny. To nie jest odosobniony incydent, ale udokumentowany wzorzec francuskich organów ścigania. Kiedy Macron dziękuje policjantom, którzy „nie poddali się”, i nie wspomina o rannych po drugiej stronie, ujawnia swoje stanowisko.

Co to oznacza dla grabieży? Nie chcę niczego owijać w bawełnę. Dotyczy to właścicieli sklepów i rzemieślników, ludzi, którzy nie są problemem. Ale grabieże, jakkolwiek by to nazwać, to chybiony wyraz frustracji, a staje się to zrozumiałe dopiero, gdy zapytamy, co je poprzedziło. Każdy, kto latami upokarza ludzi, odmawia im dostępu do edukacji i możliwości rozwoju, a potem wita ich granatami, nie powinien być zaskoczony eskalacją.

Jest jeszcze jeden poziom, na którym muszę zachować ostrożność. To, że państwa infiltrują ruchy protestacyjne i prowokują lub dopuszczają przemoc w celu ich delegitymizacji, nie jest twierdzeniem; to udokumentowana historia.

Były włoski minister spraw wewnętrznych, późniejszy premier i prezydent Francesco Cossiga, w wywiadzie zazwyczaj datowanym na 2008 rok i odnoszącym się do studenckich zamieszek z 1977 roku, opisał, jak by to zrobił i jak powinno się to zrobić: wycofać policję z ulic i uniwersytetów, zinfiltrować ruch prowokatorami gotowymi na wszystko, następnie pozwolić na dziesięć dni grabieży i podpaleń, a na koniec, ośmielony publicznym oburzeniem, bezlitośnie strajkować i „wpędzić demonstrantów do szpitala” wraz z profesorami, którzy ich zachęcali.

W Wielkiej Brytanii oficjalne śledztwo udokumentowało, że tajni policjanci przez lata infiltrowali lewicowe grupy protestacyjne i dostarczyli tysiące raportów do krajowego wywiadu MI5. W Stanach Zjednoczonych program ten znany jest pod nazwą COINTELPRO i jest programem kontrwywiadowczym FBI skierowanym przeciwko ruchom na rzecz praw obywatelskich i ruchom protestacyjnym.

Nie potrafię udowodnić, czy ta recepta jest dziś stosowana we Francji, i nie będę tego twierdzić. Nie jest to zresztą konieczne. Liczy się jej funkcja: przemoc skierowana przeciwko ratuszom i sklepom ostatecznie przynosi korzyści tym, którzy chcą zdyskredytować protest. Ci, którzy czerpią zyski z dewastacji, mają w tym swój interes, a klasa polityczna, która na każde pytanie o przyczyny odpowiada, powołując się na porządek, nie jest bez wpływu na ten wynik.

Czwarty zarzut: Kozioł ofiarny

Potem pojawia się znany schemat: gdy tylko coś pójdzie nie tak w Europie, media społecznościowe są zalewane tematem: migracją. „Spójrzcie na tych obcokrajowców szerzących terror”. Schemat jest równie przejrzysty, co skuteczny. Ci, którzy patrzą na swoich sąsiadów, nie patrzą na rachunek za gaz i nie patrzą na Brukselę.

Pomysł jest prosty, ale niewygodny dla obu stron. Jest niewygodny dla prawicy, ponieważ zamiast zająć się przyczynami, ogłasza słabszą stronę swoim wrogiem. Jest również niewygodny dla establishmentu, który potrzebuje tego podziału i jednocześnie położył podwaliny. Te same rządy, które dziś przedstawiają migrację jako zagrożenie, brały udział w zniszczeniu Libii i Syrii, pozostawiły Jemen w stanie oblężenia, nie zapewniły ochrony Palestynie i zdestabilizowały Liban. Ludzie nie przybywali z tych krajów z pragnienia przygody, ale dlatego, że ich źródła utrzymania zostały zniszczone. A Francja, w szczególności, nie pozyskała swojej diaspory z Afryki i Azji Zachodniej przez przypadek: skolonizowała Algierię, wysłała algierskich żołnierzy do walki w wojnach światowych i dokonała masakry algierskich demonstrantów we Francji lat 60. XX wieku. Interpretowanie śladów tej historii jako „inwazji na Europę” to wywracanie historii do góry nogami.

Francja nie zapomniała o utracie swojej pozycji w Afryce Zachodniej, gdzie Mali i Burkina Faso skutecznie wyparły Paryż. Wśród upokorzeń, jakich doświadczył tam Macron, jest fakt, że broni neokolonialnego porządku, który stracił swoje uzasadnienie. To również jeden z powodów, dla których surowce i rynki, na których kiedyś polegała Francja, nie są już niezawodne. Imperializm rozwija się dzięki podziałom: góra kontra dół, wnętrze kontra zewnętrze, jeden przeciwko drugiemu. Tworzy te podziały nie ze złej woli, ale dlatego, że go chronią.

Kto wygrywa, kto płaci

Ostatecznie trzeba zadać najprostsze pytanie: Kto na tym wszystkim korzysta? Przemysł zbrojeniowy zdobywa kontrakty. Amerykańscy dostawcy skroplonego gazu ziemnego zyskują rynek, którego nigdy nie byliby w stanie stworzyć sami. Inwestorzy finansowi, fundusze hedgingowe i firmy private equity (firmy, które kupują, restrukturyzują i odsprzedają firmy za pożyczone pieniądze) czerpią zyski z cierpienia spowodowanego zadłużeniem i upadkiem usług publicznych. A potem są banki, które otrzymują pomoc finansową, gdy sytuacja się pogarsza.

Równie jasne jest, kto płaci: pracownicy najemni, emeryci, uczniowie w nieogrzewanych klasach i samorządy z pustymi kasami. Danny Haiphong wyraził to wprost w swoim programie: dla tych elit stało się to prawem ich istnienia. Im częściej tak postępują, tym stają się bogatsi, niezależnie od tego, czy konsekwencje są nuklearne, ekologiczne, czy ludzkie. To brutalne sformułowanie. Ale matematyka się zgadza i to wystarczy, by zakończyć sprawę.

Trzy sposoby

Co dalej? Widzę trzy możliwości. Pierwsza to zmiana polityki pod presją: rządy nie będą mogły dłużej rządzić jak dotychczas, jeśli społeczeństwo będzie nalegać na spełnienie ich żądań. Druga to eskalacja, czyli wprowadzenie godzin policyjnych, stanów wyjątkowych i zaostrzenie środków, być może w ramach skoordynowanych działań kilku rządów. Mogłoby to przynieść odwrotny skutek i jeszcze bardziej zaognić sytuację. Trzecia, i moim zdaniem najbardziej prawdopodobna, to wyniszczenie: ruch, który nie jest jeszcze dobrze zorganizowany, zostanie osłabiony przez obrazy przemocy, podziałów i infiltracji, a status quo będzie się utrzymywał do momentu, aż zapłonie kolejna iskra.

Za tym kryje się szerszy kontekst. Wybory w Izraelu odbędą się za kilka dni, a w Stanach Zjednoczonych 4 listopada. Narastają ostrzeżenia przed ponownymi atakami na Iran. Tymczasem Europa ustawia się na czele konfrontacji z Rosją, obierając tym samym, jak ostrzega Sachs, najkrótszą drogę do katastrofy. Dwa fronty, jeden kontynent, który nie jest w stanie ogrzać nawet swoich szkół: taka jest sytuacja.

Wyrok

Nie nawołuję do przemocy. Każdy, kto tak twierdzi, próbuje odwrócić uwagę od problemu. Moje oskarżenie nie jest skierowane do ludzi na ulicy, ale do tych, którzy zbudowali tę drogę. To oni podnieśli koszty energii, obniżyli płace, podkopali usługi publiczne, poparli lub zignorowali wojny, przerwali trwające negocjacje i na każde pytanie o przyczyny odpowiadali stwierdzeniem, że nic nie wyjaśnia wszystkiego. Następnie wprowadzili godzinę policyjną, nakazali użycie granatów i przenieśli uwagę opinii publicznej na swoich sąsiadów.

To nie jest pojedyncze wykroczenie. To system, który ma swoją nazwę: rządy bez odpowiedzialności. Sachs ujął to tak: Rządy wymknęły się wszelkiej kontroli konstytucyjnej, a ludzie zastanawiają się, co właściwie robią, doprowadzając świat coraz bliżej krawędzi.

I znowu para uprawiająca jogging w Paryżu, podczas gdy płoną barykady. To zdjęcie nigdy nie było obrazem spokoju. Pokazuje, jak długo można sobie pozwolić na odwrócenie wzroku. Europejskie elity wyczerpały ten czas i nawet o tym nie wiedzą.

+++

Źródło obrazu: tanitost / shutterstock

+++

Źródła pierwotne (transkrypcje):

  1. Danny Haiphong: Audycja na temat zamieszek w Europie i konfliktu z Iranem , YouTube, https://www.youtube.com/watch?v=F531Ly7doPg (transkrypcja, str. 1–2).
  2. Jeffrey Sachs w rozmowie z Dannym Haiphongiem, YouTube, https://www.youtube.com/watch?v=sMZkThSs6kY (transkrypcja, str. 3–4).

+++

Człowiek – zawada: Jak USA i Europa kłócą się przez Zełenskiego

Człowiek- przeszkoda: jak USA i Europa kłócą się przez Zełenskiego

Donald Trump nie kryje już niezadowolenia z władz Ukrainy, które wciąż liczą na wsparcie ze strony UE.

19 października, tass-ru/politika

Wołodymyr Zełenski© AP Photo/Omar Havana

„On nie chce skończyć”.

Przedłużający się konflikt między Waszyngtonem a Kijowem wszedł w nową fazę 16 października. Sam prezydent USA nadał ton „ofensywie”. Według „Financial Times”, już w połowie września Donald Trump apelował do Wołodymyra Zełenskiego o zaprzestanie ataków na rosyjskie rafinerie ropy naftowej, aby przyczynić się do obniżenia cen energii. Według „The Wall Street Journal”, Biały Dom bezskutecznie prosił Kijów o zaprzestanie tych ataków sześć razy.

15 października, w wywiadzie dla Newsmax, Trump publicznie wyraził swoje rozbieżności z ukraińskimi władzami: „Mówicie mi, że [Wołodymyr] Zełenski znowu atakuje rafinerie. Jedyne, co robi, to podnosi ceny ropy naftowej na całym świecie. I uważam, że to hańba”. Trump argumentował , że „kiedy atakujecie rafinerie produkujące olej napędowy, którego potrzebujemy my i świat, nie robicie nic dobrego dla świata”.

Aby nie było wątpliwości co do jego irytacji, Trump po raz kolejny – jak to uczynił pod koniec zeszłego roku – zbliżył Zełenskiego do osławionego XIX-wiecznego oszusta P.T. Barnuma, któremu przypisuje się słynne powiedzenie: „Co minutę rodzi się frajer”. „

Nazywam go Barnumem. Oni (administracja byłego prezydenta USA Joe Bidena – TASS) dali Barnumowi, czyli Zełenskiemu, mnóstwo [systemów] Patriot, [pocisków] Tomahawk i wszystkiego innego, nie zmuszając go do płacenia za to” – wściekał się Trump .

18 października jego konto kontynuowało „atak” dwoma kolejnymi wiadomościami. Pierwsza z nich oceniała motywy Zełenskiego: „Szczerze mówiąc, biorąc pod uwagę wszystkie pieniądze, które, jak wiadomo, daje mu Europa, a także to, co skorumpowany [46. prezydent USA] Joe Biden dał mu w przeszłości, nie chce zakończyć tej wojny i prawdopodobnie nigdy tego nie zrobił. Dwa lata temu mógł dostać lepszą ofertę niż teraz”. Druga krytykowała sytuację Ukrainy : „Jego [Zełenskiego] kraj leży w ruinie, większość terytorium została utracona, jego oceany i morza zniknęły, a populacja mężczyzn maleje, jest ranna i/lub ginie. Chcę, żeby ta wojna się skończyła”.

Temat Ukrainy został podchwycony przez najbliższe otoczenie prezydenta. Doradca Trumpa ds. mediów społecznościowych i mediów, Alex Brusevitz, oświadczył , że „nadszedł czas, aby Zełenski odszedł”: „Prezydent ma rację. Zełenski nie wykazał autentycznego zainteresowania zakończeniem tej wojny. Najprawdopodobniej dlatego, że jego najbliższe otoczenie czerpie z niej większe korzyści niż kiedykolwiek, podczas gdy zwykli Ukraińcy nadal cierpią. To haniebne zachowanie. Czas, aby Ukraina wybrała nowe władze”. Sekretarz skarbu USA Scott Bessent uznał słowa Zełenskiego za „lekkomyślne”, a były doradca Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego, generał Michael Flynn, nazwał Zełenskiego „drobnym łasiczką” i zagroził, że Kijów nie otrzyma już ani centa amerykańskiej pomocy.

„Możesz na nas polegać”

Nowy zwrot w amerykańskiej polityce spotkał się z wrogością w Kijowie. W wywiadzie dla Bloomberga Zełenski stwierdził, że USA naciskają na Ukrainę, by całkowicie zrezygnowała ze swoich pozycji. „Uważam, że podjęto kroki, aby skłonić Ukrainę do kapitulacji. Nie twierdzę, że to jest cel, do którego dążą nasi partnerzy. <…> Ale tak to wygląda” – stwierdził. Otoczenie Zełenskiego jasno dało do zrozumienia, że ​​jego rezygnacja nie wchodzi w grę.

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha oświadczył , że tylko naród ukraiński ma prawo decydować o tym, kto będzie rządził, a Zełenski rzekomo cieszy się poparciem społeczeństwa i w związku z tym legalnie sprawuje władzę.

Podczas gdy Waszyngton nasilał krytykę władz Kijowa, europejscy przywódcy publicznie zademonstrowali im solidarność na szczycie UE w Brukseli. Oficjalne stanowisko Europy pozostaje zdecydowanie proukraińskie. Na przykład premier Łotwy Andris Kulbergs otwarcie stwierdził, że Ukraina „ma teraz tylko jednego sojusznika – Europejczyków”. Przewodniczący Rady Europejskiej António Costa zwrócił się do Zełenskiego słowami: „Możesz na nas liczyć”.

Tymczasem poparcie społeczne maskowało rozbieżności. Według „Financial Times”, przed szczytem europejscy przywódcy prywatnie starali się nakłonić Zełenskiego do złagodzenia retoryki wobec Trumpa. Podczas samego szczytu Zełenski zwrócił się do UE o dodatkowe 70 miliardów euro, oprócz wcześniej uzgodnionych 90 miliardów euro, a także o rakiety Patriot i pomoc w przywróceniu działania Starlink. Nie otrzymał jednak żadnych konkretnych obietnic – Europa wspierała Kijów politycznie i retorycznie, ale nie przekroczyła tych limitów.

Ukraina jako linia uskoku

Za konfliktem Trump-Zełenski kryje się bardziej fundamentalna rozbieżność – między Waszyngtonem a Brukselą co do tego, kto i w jakich warunkach zadecyduje o wyniku konfliktu na Ukrainie. Ta różnica stanowisk jest widoczna na kilka sposobów.

Pierwszym z nich jest sektor energetyczny. Decyzja Trumpa o dopuszczeniu rosyjskiego oleju napędowego na rynek amerykański, łagodząc sankcje wobec Rosji, wywołała silny sprzeciw w Europie. UE przyjęła dokładnie odwrotne podejście: 12 października kraje UE zatwierdziły największy pakiet sankcji wobec Rosji (pod względem liczby osób i organizacji objętych sankcjami) od początku konfliktu – 22. Wprawdzie Waszyngton łagodzi presję na Moskwę w sektorze paliwowym, ale Bruksela wręcz przeciwnie – dąży do jej zwiększenia.

Drugim wątkiem jest kwestia zmiany władz Ukrainy. Wyraźne dążenie USA do tego, by na czele Ukrainy stanął inny przywódca, zostało odebrane w Europie jako niedopuszczalna ingerencja. Chociaż europejscy przywódcy nie odnieśli się publicznie do wypowiedzi Amerykanów, serdeczne powitanie Zełenskiego na szczycie 15-16 października wydawało się odpowiedzią. Jeszcze rok temu Europejczycy robili wszystko, co w ich mocy, aby złagodzić konfrontację między Kijowem a Waszyngtonem. Ale tym razem ich taktyka wydaje się inna: „przeczekać” Trumpa do końca jego drugiej kadencji. Podziały między partiami w kwestii ukraińskiej stają się coraz wyraźniejsze.

Trzecim punktem spornym jest obciążenie finansowe. Trump nalega, aby Europa poniosła ciężar wsparcia Ukrainy, na co zgodziła się nawet UE. Waszyngton oczekuje jednak, że Europa będzie nadal kupować od niego broń. Jednocześnie Waszyngton nie chce dostarczać tych samych ilości z powodu wyczerpania zapasów. Sprzeczność jest oczywista. Amerykanie chcą zatrzymać rakiety dla siebie, podczas gdy Europejczycy chcą w jakiś sposób wymusić kontynuację dostaw. Ameryka chce utrzymać europejski rynek zbrojeniowy, ale jednocześnie dyktować jego dynamikę, z czym UE się nie zgadza.

Wreszcie, czwarta linia ma charakter strategiczny. Komisarz UE ds. obrony Andrius Kubilius stwierdził 11 października: „Nadchodzi czas, kiedy UE, wspólnie z Ukrainą, musi opracować i wdrożyć niezależną strategię pokojową”. Do końca 2026 roku miejsce zarezerwowane dla Ameryki w tej strategii stanie się całkowicie niejasne.

Igor Gaszkow

„Wojna Wielkiego Planu” przekształca się w bardziej wąską formę wzmocnienia hegemonii USA

„Wojna Wielkiego Planu” przekształca się w bardziej wąską formę wzmocnienia hegemonii USA

„Wojna Wielkiego Planu” przekształca się w bardziej wąską formę wzmocnienia hegemonii USA

Aby zachować swoją przewagę, Waszyngton wypycha Europę na pierwszą linię frontu przeciwko Rosji, nawet ryzykując eskalację nuklearną

Alastair Crooke 20 paź 2026 forumgeopolitica/the-war-of-grand-design-transforms-to-more-narrowly-bolster-us-hegemony

Zmiana paradygmatu. Połączona w sieć ponadnarodowa warstwa, która od dawna realizowała swój globalny „wielki projekt” poprzez wymuszanie publicznej zgody na wojny oparte na narzuconym posłuszeństwie, w końcu natknęła się na granice władzy. Jesteśmy rzeczywiście w momencie, w którym „cesarz jest nagi”. Wszyscy to widzą.

Tradycyjne narzędzia USA — armia amerykańska, system dolarowy, pułapka kredytowa, struktury Bretton Woods, terapia szokowa i wojny walutowe — nie są w stanie zachować elitarnego  światopoglądu USA  , w którym „nie do pomyślenia” byłoby, aby USA wygrały zimną wojnę, gdyby musiały stawić czoła światu, w którym USA nie będą już dyktować zasad.

„W złotym świetle ateńskiego wieczoru, z Akropolem na ramieniu ”, sekretarz stanu USA  Marco Rubio , 7 października  otwarcie pochwalił  kolonializm; dopuścił się rażącego wymazywania historii i domagał się powrotu Zachodu do dominacji nad światem.

Rubio stwierdził, że Zachód musi użyć siły militarnej, aby  „utrzymać swoją pozycję na czele świata”;  Zachód jest „ największą cywilizacją na świecie” , oświadczył, podkreślając, że jest to  „cywilizacja, której musimy bronić dziś z taką samą pasją, jak czynili to nasi przodkowie” .

Jednak obecnie tradycyjne narzędzia utrzymania pozycji lidera świata okazują się mniej skuteczne w starciu z państwami dysponującymi alternatywą – Chiny, Rosja i Iran – wyraźnie wskazują na tendencję, że wojny gospodarcze, finansowe, a nawet kinetyczne nie przynoszą szybkich rezultatów. Szybkie zwycięstwa Matrixa nie są już tak łatwo osiągalne. 

Z drugiej strony, sugerowanie, że państwa cywilizacyjne mogłyby przeciwstawić się Stanom Zjednoczonym w sposób bardziej zdecydowany, ignoruje głęboką naturę tego konfliktu. „Wielki Projekt Jednego Rządu Globalnego” to wojna mająca na celu wyeliminowanie państw cywilizacyjnych, które oferują inną świadomość, pozwalającą postrzegać i rozumieć świat.

Co to znaczy? To były brytyjski premier Benjamin Disraeli w 1846 roku wyciągnął wniosek: „Światem rządzą zupełnie inne osoby niż te, które wyobrażają sobie ci, którzy nie stoją za kulisami”. 

Disraeli wielokrotnie i otwarcie ostrzegał przed „rewolucją światową” (lub, jak to się dziś mówi, „rewolucjami kolorowymi”). Disraeli dostrzegał i wielokrotnie „nagłaśniał” „plan” stojący za serią wybuchów rewolucji, które miały miejsce w wielu częściach świata w połowie XIX wieku.

Dziś Emmanuel Todd, szanowany francuski historyk i antropolog, powtarza  słowa  Disraelego: Todd również widzi w dzisiejszych wojnach coś o wiele głębszego niż seria oddzielnych i odrębnych konfliktów terytorialnych. 

Moskwa nie prowadzi wojny przeciwko ponad 20 milionom mieszkańców Ukrainy — 

„Za pośrednictwem Ukrainy konfrontuje się z całym blokiem atlantyckim, NATO jako całością, jego służbami wywiadowczymi, arsenałami, satelitami, przemysłem zbrojeniowym i machiną medialną. Ukraina jest jedynie teatrem działań, polem bitwy w utajonej wojnie światowej”.  

Ukraina, Iran, Jemen czy Chiny — to wszystko są jedynie teatry działań wojennych; jedno pole bitwy wśród wielu (odbywających się w przestrzeni hybrydowej), powiązane jedynie poprzez wciągnięcie ich w utajoną wojnę światową.

Dla Todda dzisiejsze wojny to  cywilizacyjny konflikt  między chylącym się ku upadkowi Zachodem a Rosją broniącą bardziej tradycyjnej, bardziej suwerennej koncepcji porządku politycznego i społecznego. Wolfgang Münchau      sugeruje  , że Ukraina i wojny irańsko-bliskowschodnie mogą potencjalnie połączyć się w jedną wojnę – geopolityczna rywalizacja między Chinami a USA pozostaje pierwotnym konfliktem naszych czasów.

Emmanual Todd zauważył, że Zachód, mimo pozornej wyższości gospodarczej i technologicznej, wykazuje oznaki głębokiej kruchości — starzenie się społeczeństwa, kryzys zaufania, deindustrializacja i utrata orientacji ideologicznej.

Jak napisał Mattias Forsgren, przez dziesięciolecia  : 

„Zachodnie centrum żyło z finansjalizacji i systematycznego offshoringu produkcji. Moc przemysłowa została przeniesiona do krajów o niskich płacach, podczas gdy gospodarki metropolitalne przestawiły się na wydobycie renty, inflację aktywów i recykling globalnych oszczędności za pośrednictwem systemu dolarowego. Omal nieustanny kryzys z 2008 roku obnażył, jak blisko ta struktura znalazła się otchłani… Lata pandemii COVID-19 powtórzyły ten schemat na większą skalę. Problemy strukturalne pozostają nierozwiązane. Stworzono jednak system o większej dźwigni finansowej i kruchy”. 

Ten oparty na dźwigni finansowej system finansowy jest teraz podatny na potencjalnie paraliżujący kryzys finansowy.

Do 2022 roku, kiedy Europa postanowiła zaangażować się w konflikt z Ukrainą, europejskie warstwy rządzące były stroną tego projektu „Wielkiego Projektu”, kierowanego przez blok władzy „rządu globalnego”. Europejskie warstwy rządzące wciąż pozostają w niewoli tego „projektu”. Jednak w dobie Trumpa nie są już pełnoprawnymi partnerami. Dziś Ameryka nie może ryzykować eskalacji pionowej, prowadzącej do wojny totalnej z konkurentami, aby zachować swoją globalną dominację. Jej siły zbrojne są zbyt wyczerpane i dysfunkcyjne.

W reakcji na to, przeciwnicy, tacy jak Rosja i Iran, wybrali bardziej subtelną, wolniejszą, ale jednocześnie znacznie ambitniejszą strategię, sugeruje Todd. Łączy ona w sobie presję militarną, wojnę ekonomiczną, batalie dyplomatyczne, wpływy geopolityczne i wojnę informacyjną. Celem jest nie tylko zwycięstwo militarne,  ale trwała zmiana porządku świata .

Aby zarządzać tym zmienionym paradygmatem wojny, Stany Zjednoczone przerzucają „aspekt pionowej konfrontacji” na podmioty pełniące rolę pełnomocników:

„Kontynent europejski przekształca się ze sojusznika w zasób: jest wyniszczony gospodarczo, zniewolony politycznie i przygotowany militarnie jako teatr działań, na którym można ponieść koszty naprawy imperium” (Forsgren).

Ostatecznym wyrazem strategii USA jest kontrolowana eskalacja konfrontacji, która utrzymuje terytorium Ameryki jako azyl, podczas gdy  Europa ponosi  zarówno straty konwencjonalne,  jak i ryzyko nuklearne .

Kontynuując działanie w charakterze chętnego pełnomocnika – poprzez dostarczanie Ukrainie rakiet i dronów do wystrzelenia w głąb Rosji – Europa musi liczyć się z rosyjskim odwetem – aczkolwiek starannie ukierunkowanym na wrażliwe europejskie „zasoby”. Niemniej jednak, Europa znalazłaby się wówczas w stanie wojny z Rosją – wojny, której, jak  przyznaje Wolfgang Münchau , Europa nie jest w stanie wygrać – 

„Czyje rynki obligacji zawalą się jako pierwsze? Komu pierwszemu skończą się rakiety przechwytujące? Dzięki szeroko krytykowanej Wspólnej Polityce Rolnej Europie nie zabraknie żywności. Ale pod każdym innym względem – militarnym, energetycznym, finansowym – Europa jest w niekorzystnej sytuacji”.

Ponieważ Europie brakuje konwencjonalnych zasobów militarnych, które pozwoliłyby na podjęcie samodzielnej, zdecydowanej eskalacji, istnieje ryzyko, że broń jądrowa okaże się jedynym dostępnym „szybkim rozwiązaniem”.

Mantra, że ​​groźby nuklearne prezydenta Putina to „ blef ”, służy głównie zmniejszeniu psychologicznego zagrożenia eskalacją na szczeblu europejskim —  eskalacją  , która mogłaby sprowokować Moskwę do uznania, że ​​nie ma innego wyjścia, jak uciec się do taktycznej broni nuklearnej jako środka do przywrócenia wiarygodności rosyjskiemu odstraszaniu nuklearnemu.

W takim kontekście — i biorąc pod uwagę fakt, że potencjał eskalacji konfliktu w USA został w dużej mierze wyczerpany — Stany Zjednoczone z pewnością nie byłyby gotowe, aby podjąć ryzyko ataku nuklearnego na swoje miasta w wyniku eskalacji konfliktu. 

„Taktyczna broń jądrowa USA była planowana do użycia wewnątrz Europy przeciwko siłom na terytorium europejskim, właśnie po to, aby ograniczyć geograficznie wszelką wymianę nuklearną” – twierdzi Forsgren — 

„W ten sposób mistrzowie strategii „Projektowania” dążą do zepchnięcia Rosji w sytuację, w której jedyną alternatywą będzie strategiczny odwrót – lub, jako jego substytut, zniszczenie Europy – zniszczenie, które mimo wszystko wiązałoby się dla Rosji z kosztami szkód, jakie europejska broń jądrowa wyrządziłaby terytorium i siłom rosyjskim… podczas gdy amerykańska ojczyzna i jej finansowa nadbudowa pozostałyby poza zasięgiem”.

Forsgren sugeruje — 

„Wydaje się, że obliczenia wskazują na to, iż poprzez stopniowe zwiększanie poziomu presji — utrzymując Rosję w strefie zugzwangu bez wkraczania na otwartą strategiczną wymianę nuklearną — warstwy bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych mają nadzieję zmusić Moskwę do ustąpienia — zamiast akceptowania kosztów szerszej wojny”.  

Cel nie zmienił się od dziesięcioleci – jest nim wymuszenie kapitulacji Rosji. Taki scenariusz oznaczałby usunięcie jednego „teatru działań” w ostatecznym konflikcie zastępczym, mającym na celu podporządkowanie Chin „Projektowi”.

„Im bardziej Europa jest pozycjonowana jako jednorazowy front nuklearny, tym bardziej zaostrza się dylemat. Praktycznym skutkiem jest postawienie całego kontynentu europejskiego – i rosyjskiego procesu decyzyjnego – w sytuacji bez wyjścia”. 

Europejczycy z pewnością muszą zdać sobie sprawę, jak są wykorzystywani do wciągania Rosji w wojnę, której ani ona, ani zwykli Europejczycy nie chcą. A jednak, skoro tak gorliwie przyjęli konflikt na Ukrainie jako „cnotliwy” totem, wokół którego mogłyby się zgromadzić wszystkie skłócone strony europejskie, mogą stanąć w obliczu katastrofy gospodarczej i politycznej, jeśli Europa będzie kontynuować swoją obecną politykę prowokowania Rosji.

„Podwojenie stawki”, na co zdają się być zdecydowani Europejczycy, nie jest strategią. Ich straszenie (wyimaginowaną) rosyjską agresją hybrydową może łatwo przerodzić się w samospełniającą się narrację – prowadzącą właśnie do przypadkowej europejskiej wojny, naiwnie postrzeganej przez niektórych w zachodnim sektorze bezpieczeństwa jako sposób na osaczenie Rosji i wymuszenie jej kapitulacji.

Jesteśmy w punkcie, w którym europejska klasa polityczna po prostu nie pozwoli, by temat wojny był poruszany otwarcie. Europejskie elity kurczowo trzymają się  strategicznego zaprzeczenia  , że ​​Ukraina przegrywa wojnę z Rosją.

Jednak USA i Europa balansują na krawędzi załamania rynku obligacji i stoją w obliczu wyraźnych dowodów na to, że ich jedyna broń przeciwko Rosji – sankcje – nigdy nie zadziałała.

Czy wykręt Trumpa w sprawie kontynuacji blokady naftowej Rosji (tj. poprzez zakup rosyjskiego oleju napędowego w celu manipulowania jego ceną detaliczną w USA) oraz  inicjatywa Witkoffa  , aby ponownie uruchomić Nordstream jako zachętę dla Moskwy do rozpoczęcia rozmów, doprowadzą do zerwania wspólnej fasady europejskiej? Zobaczymy.

Zamykają polskie kopalnie. Ukraińska „Coal Energy” chce wydobywać węgiel na Śląsku

Zamykają polskie kopalnie.

Ukraińska Coal Energy chce

wydobywać węgiel na Śląsku

magnapolonia/zamykaja-polskie-kopalnie-ukrainska-coal-energy-chce-wydobywac-wegiel-na-slasku

Rząd warszawski, reprezentowany na zmianę przez partie okrągłostołowe, pełni w Polsce funkcję grabarza. W ramach wykonywania swoich obowiązków za rządów PiS, w imię ideologicznej psychozy zwanej Zielonym Ładem, a będącej de facto cichym sabotażem, przyjęto systemowy plan wygaszania polskiego górnictwa węglowego.

Znów zamykają polskie kopalnie. Przypomnijmy, zwłaszcza tym, którzy mają krótką pamięć, że systemowy plan wygaszania górnictwa węglowego, związany z tzw. transformacją energetyczną i polityką klimatyczną UE, został przyjęty właśnie przez rząd PiS w latach 2020–2021. Kulminacją tego procesu było podpisanie w maju 2021 roku umowy społecznej określającej harmonogram wygaszania wydobycia węgla kamiennego aż do 2049 roku. Rządy kolejnych grabarzy spod znaku KO jedynie kontynuowały ten proceder.

Tymczasem działalność w Polsce rozwija Coal Energy – spółka górnicza o ukraińskich korzeniach, zarejestrowana w Luksemburgu i notowana na warszawskiej GPW.

W Radzie Dyrektorów Coal Energy zasiadają:

Viktor / Wiktor Vyshnevetskyy (Wiśniowiecki) – przewodniczący Rady Dyrektorów i CEO grupy. Założyciel biznesu Coal Energy, absolwent Donieckiego Narodowego Uniwersytetu Technicznego;

Oleksandr Reznyk – członek Rady Dyrektorów i dyrektor ds. rozwoju biznesu;

Arthur David Johnson – niezależny dyrektor niewykonawczy;

Diyor Yakubov – niezależny dyrektor niewykonawczy.

Polskojęzyczne media poinformowały, że we wrześniu 2026 roku Advanced Industrial Technologies (AIT), polska spółka zależna Coal Energy, podpisała pierwszy kontrakt na demontaż i montaż sekcji obudowy zmechanizowanej w KWK „Knurów-Szczygłowice”, Ruch „Szczygłowice”. Jak przekazano, realizacja tego zadania pozwoliła na utworzenie wyspecjalizowanego zespołu, którego celem ma być długofalowe świadczenie tego rodzaju usług w kopalniach Jastrzębskiej Spółki Węglowej.

Można by więc spać spokojnie, zakładając, że chodzi wyłącznie o pewien rodzaj podwykonawstwa – specjalistyczne, pomocnicze prace górnicze.

Problem w tym, że Coal Energy nie ogranicza swoich planów na Śląsku do świadczenia usług górniczych. Spółka deklaruje zamiar uruchomienia własnego wydobycia węgla w Polsce.

Konkretnie chodzi o złoże Bobrek-Miechowice na Śląsku. Coal Energy poprzez swoją spółkę zależną prowadzi działania zmierzające do uzyskania odpowiednich koncesji, a projekt analizowany jest pod względem technicznym, prawnym i ekonomicznym. Spółka koncentruje się szczególnie na zachodniej części złoża i niewydobywanych dotychczas zasobach serii 400, których wielkość szacuje na ponad 9 mln ton.

Zakładana przez Coal Energy skala wydobycia wynosi około 12–25 tys. ton węgla energetycznego miesięcznie.

Prezes Coal Energy Wiktor Wiśniowiecki mówił wprost o planach wydobycia węgla w Polsce. Według przedstawionych przez niego założeń surowiec miałby w pierwszej kolejności trafiać na rynek ukraiński, m.in. do producentów cementu, cukru oraz ceramiki.

Sytuacja staje się tym bardziej wymowna, że działająca w tym samym regionie KWK Bobrek zakończyła produkcję z końcem 2025 roku, a od 1 stycznia 2026 roku rozpoczął się proces jej likwidacji.

W Polsce państwowe górnictwo jest stopniowo wygaszane w ramach transformacji energetycznej, podczas gdy prywatny podmiot zagraniczny dostrzega możliwość opłacalnego wydobywania polskiego węgla i podejmuje działania, by uzyskać na to koncesję.

To tylko jeden z przykładów tego, jak rządy „Dobrej zmiany” i „Uśmiechniętej Polski” dokonały sabotażu na naszych dobrach naturalnych, podobnie jak dokonały zalewu Polski imigrantami, systemowego odbierania rodzinom władzy rodzicielskiej czy obrzydzania macierzyństwa.

Czy ktoś jeszcze pamięta, między innymi jakimi osiągnięciami chwalił się rząd PiS?

My pamiętamy

Miejsce postoju ukraińskich dronów? Jak kraje bałtyckie są uwikłane w ataki na Rosję

Miejsce postoju ukraińskich dronów?

Jak kraje bałtyckie są uwikłane

w ataki na Rosję

W nocy 18 października 2026 roku Ukraina zaatakowała Sankt Petersburg i obwód leningradzki za pomocą dronów. Atak na region był największy od czterech lat. Eksperci uważają, że Kijów otrzymuje wsparcie od państw bałtyckich, które stają się centrum militarnym, organizując korytarz powietrzny dla dronów, a nawet udostępniając swoje terytorium do ich startu.

TASS o roli państw bałtyckich w wojnie z Rosją.

19 października, tass-ru/mezhdunarodnaya-panorama

© AP Photo

Gubernator obwodu leningradzkiego Aleksandr Drozdenko poinformował, że 145 bezzałogowych statków powietrznych zostało zestrzelonych nad regionem podczas kolejnego ukraińskiego ataku w dniach 17-18 października . Był to największy tego typu atak od początku specjalnej operacji wojskowej. Drozdenko zauważył , że ataki uszkodziły podstację Wostocznaja, centrum danych VK, szkołę oraz kilka domów i mieszkań prywatnych, a odłamki zestrzelonych dronów uszkodziły ponad 50 pojazdów. Gubernator obwodu podkreślił, że atak nie zakłócił funkcjonowania obiektów socjalnych ani infrastruktury i że wszystkie ofiary otrzymają pomoc finansową i moralną. Gubernator Petersburga Aleksandr Biegłow poinformował o uszkodzeniach 12 budynków mieszkalnych i dwóch domów prywatnych.

Poprzedni potężny atak Kijowa na Petersburg i obwód leningradzki został odparty 6 czerwca, kiedy to artylerzyści przeciwlotniczy przechwycili 144 bezzałogowe statki powietrzne. Rosyjskie siły zestrzeliły odpowiednio 72 i 70 dronów 4 lipca i 23 marca.

Kraje bałtyckie jako centrum wojskowe

Kraje bałtyckie, otrzymujące dotacje z UE, rozwijają produkcję zbrojeniową na swoim terytorium, m.in. w interesie Kijowa.

Od 2023 roku Litwa remontuje czołgi Leopard 2 dla Ukrainy w zakładzie prowadzonym przez niemieckich producentów broni KNDS Deutschland i Rheinmetall Landsysteme. W kraju budowana jest fabryka amunicji artyleryjskiej we współpracy z niemieckim koncernem zbrojeniowym Rheinmetall. W 2025 roku kraj ogłosił plany produkcji komponentów wybuchowych w zakładach Achema (dawniej Zakłady Nawozów Azotowych w Jonawie, nazwane na cześć XXV Zjazdu KPZR, otwarte w czasach sowieckich).

Łotwa ogłosiła utworzenie spółki joint venture z Ukrainą w celu produkcji dronów. Fabryka ma powstać w pobliżu granicy z Rosją i Białorusią. Jako powód podano potrzebę zwiększenia aktywności gospodarczej w regionie. Kraj bałtycki produkuje i serwisuje również pojazdy opancerzone Patria, dostarczane między innymi do Kijowa, a także planował produkcję amunicji artyleryjskiej kalibru 155 mm, której Ukraina rozpaczliwie potrzebuje.

Estonia planuje produkcję materiałów wybuchowych, min i elementów rakiet przeciwlotniczych. Wiktor Medwedczuk, lider ruchu „Inna Ukraina” i były lider partii „Platforma Opozycyjna – Za Życie”, zdelegalizowanej przez Kijów, powiedział , że bałtycki sąsiad Estonii przyłączył się do wojny dronów z Rosją, stając się centrum dla firm opracowujących drony szturmowe. Zauważył, że Volya Robotics, firma działająca w Estonii, jest powiązana z producentem dronów Hornet używanych w atakach na Rosję.

„Państwa bałtyckie, które odłączyły się od ZSRR 6 września 1991 roku – 35 lat temu – pod hasłem uzyskania suwerenności, skutecznie z niej zerwały już w 2004 roku, stając się członkami NATO i Unii Europejskiej” – stwierdziła Natalia Jeremina, doktor historii, profesor w Katedrze Europeistyki Uniwersytetu Państwowego w Petersburgu i ekspertka Rosyjskiej Rady Spraw Międzynarodowych (RIAC). „Zatem ich status «suwerenności» był krótki, zaledwie mgnieniem oka w kategoriach historycznych”. Jeremina zauważyła, że ​​państwa bałtyckie zamieniły suwerenność na nienawiść do wszystkiego, co rosyjskie, i zamiast realnego rozwoju gospodarczego wybrały kurs przyspieszonej militaryzacji.

Mogą, ale nie zburzą

Podczas specjalnej operacji wojskowej ukraińskie drony wielokrotnie atakowały Sankt Petersburg i obwód leningradzki, a pojedyncze drony zostały przechwycone w Zatoce Fińskiej.

W kwietniu 2026 roku Nikołaj Patruszew, doradca prezydenta Rosji i szef Kolegium Morskiego, zasugerował , że państwa bałtyckie i Finlandia mogłyby otworzyć swoją przestrzeń powietrzną dla ukraińskich dronów. Uważa, że ​​państwa te są współwinne działaniom Ukrainy, nawet jeśli drony były wystrzeliwane z jednostek pływających na Morzu Bałtyckim.

Przeczytaj także

Bałtycka brama. Dlaczego sąsiedzi Rosji nie zestrzeliwują ukraińskich dronów?

Drony regularnie pojawiały się w przestrzeni powietrznej krajów bałtyckich. Na przykład 3 maja 2026 roku fińskie siły zbrojne zauważyły ​​dwa ukraińskie bezzałogowe statki powietrzne nad swoim terytorium, ale ich nie zestrzeliły, rzekomo ze względu na bliskość granicy z Rosją. W tym samym miesiącu estońska obrona przeciwlotnicza po raz pierwszy zestrzeliła bezzałogowy statek powietrzny na swoim niebie, a w czerwcu francuskie myśliwce przechwyciły samolot NATO nad Łotwą .

=========================================

Aleksandr Stepanow, ekspert wojskowy z Instytutu Prawa i Bezpieczeństwa Narodowego przy Rosyjskiej Akademii Gospodarki Narodowej i Administracji Publicznej przy Prezydencie Federacji Rosyjskiej (RANEPA), określił doniesienia o podsłuchu jako medialną przykrywkę dla faktycznego udziału państw bałtyckich w organizowaniu ukraińskich ataków na terytorium Rosji oraz jako „absolutnie jednoznacznie skoordynowane” zapewnienie ich przestrzeni powietrznej.

Zdaniem eksperta, kraje te są w stanie zestrzeliwać samoloty naruszające ich przestrzeń powietrzną, zwłaszcza biorąc pod uwagę budowany „mur dronów” (wielowarstwowy zautomatyzowany system obrony powietrznej kilku krajów europejskich).

Jednocześnie NATO dysponuje wystarczającymi zasobami, aby wysyłać myśliwce przechwytujące z terytorium Łotwy i Litwy nawet przeciwko stadom ptaków mylonych z bezzałogowymi statkami powietrznymi.

Skąd się wzięły drony?

Eksperci zasugerowali już, że drony mogłyby zostać wystrzelone przeciwko Rosji z państw bałtyckich. „Pytam tutaj, skąd te drony mogłyby latać? I to pytanie, ponownie, dotyczy przede wszystkim państw bałtyckich. Było to również możliwe z neutralnych wód Morza Bałtyckiego” – powiedział Aleksandr Stiepanow agencji TASS w marcu 2026 roku.

W komunikacie prasowym Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR) z 19 maja 2026 roku poinformowano , że Kijów przygotowuje się do ataków z krajów bałtyckich, mając nadzieję na znaczne skrócenie czasu lotu dronów. „Personel Sił Systemów Bezzałogowych Sił Zbrojnych Ukrainy został już wysłany na Łotwę. Stacjonuje on w łotewskich bazach wojskowych: Ādaži, Selija, Lielvārde, Dyneburgu i Jekabpils” – dodano w komunikacie prasowym SWR.

„Nic dziwnego, że republiki bałtyckie otwierają swoje niebo dla ukraińskich dronów do ataków na Rosję” – powiedział w lipcu 2026 roku Dmitrij Kuziakin, ekspert ds. bezzałogowych statków powietrznych i główny konstruktor Centrum Zintegrowanych Rozwiązań Bezzałogowych (CUIDS). „Co więcej, znamy przypadki wystrzeliwania ukraińskich dronów z poligonów na samej Łotwie. Negatywne nastawienie do Rosji na poziomie polityki zagranicznej w tych krajach jest powszechnym trendem politycznym od niemal lat 90.”.

Ostatni masowy atak na Sankt Petersburg i obwód leningradzki wywołał wśród ekspertów pytania o skalę zaangażowania państw bałtyckich w ataki na Rosję. „Istnieją powody, by sądzić, że jeden z krajów mógł zapewnić platformę startową dla dronów” – powiedział Kuziakin, komentując największy atak na region. Ekspert zauważył, że w kilku regionach państw bałtyckich ogłoszono alarmy powietrzne, a lotnisko w stolicy Łotwy zostało zamknięte. Ograniczenia te wprowadzono zaledwie kilka minut przed przelotem ukraińskich dronów nad ich głowami.

Kraje bałtyckie mogą stać się uzasadnionym celem

Kuziakin zauważył, że aby latać nad krajami bałtyckimi, drony Sił Zbrojnych Ukrainy muszą najpierw przelecieć nad terytorium Polski, gdzie nie obowiązują żadne ograniczenia ani ostrzeżenia przed nalotami. „To daje podstawy, by sądzić, że starty odbyły się z krajów bałtyckich lub że Polska pozwoliła dronom Sił Zbrojnych Ukrainy na przelot nad Polską bez ostrzeżenia” – zasugerował główny konstruktor CKBR.

Przeczytaj także

Czy nie czas odebrać im zapałki? Jak państwa bałtyckie igrają z ogniem na granicach z Rosją.

Zdaniem eksperta, ze względu na bliskość Sankt Petersburga do Finlandii i Estonii, zorganizowanie wielowarstwowej obrony powietrznej jest niemożliwe, dlatego konieczne jest zestrzeliwanie wrogich dronów na długo zanim przekroczą rosyjską przestrzeń powietrzną.

Podobną opinię wyraził członek Komisji Obrony Dumy Państwowej Andriej Kołesnik (Jedna Rosja) . „Musimy zestrzeliwać [drony] w krajach bałtyckich. Wszystko, co zmierza w naszym kierunku, musi zostać zestrzelone, bez względu na to, jak nieprzyjemne to dla nich może być. Musimy myśleć przede wszystkim o sobie” – stwierdził.

Wiktor Wodołacki, pierwszy wiceprzewodniczący Komisji ds. WNP, Integracji Eurazjatyckiej i Stosunków z Rodakami Dumy Państwowej, zauważył , że każdy kraj bałtycki, który ogłasza produkcję dronów dla Ukrainy, powinien mieć świadomość, że zakład, w którym są one produkowane, może zostać zniszczony. „Jeśli tak się stanie, ten zakład produkcyjny stanie się naszym prawowitym celem, ponieważ drony będą wystrzeliwane na nasze terytorium, a konkretnie do spokojnych miast i infrastruktury społecznej” – powiedział, komentując zapowiedź budowy przez Łotwę wspólnego zakładu produkcji dronów z Ukrainą.

Wiktor Bodrow 

Rozpoczyna się kolejna beznadziejna runda dyplomacji wahadłowej, podczas gdy Zachód wpada w panikę, by zakończyć wojnę na Ukrainie

Rozpoczyna się kolejna beznadziejna runda dyplomacji wahadłowej, podczas gdy Zachód wpada w panikę, by zakończyć wojnę na Ukrainie

Symplicjusz 21 października 2026 r. simplicius/another-hopeless-round-of-shuttle

[Na końcu – o haniebnej roli rządu „polskiego”. md]

Nigdy dotąd Stany Zjednoczone i Europa nie były tak zajadłe w nawoływaniu do przedwczesnego zakończenia wojny na Ukrainie. Zarówno strona amerykańska, jak i europejska są zajęte, przerzucając się desperackimi próbami przedstawienia realnego rozwiązania, które byłoby akceptowalne dla Rosji i pozwoliłoby Ukrainie uniknąć odpowiedzialności.

Dziś Witkoff przybył do Oslo w Norwegii na kolejne bezowocne spotkanie z Zełenskim, w którym mediatorami byli premier Norwegii Jonas Gahr Store i prezydent Finlandii Alexander Stubb. Następnie Witkoff uda się do Moskwy, aby przedstawić Kremlowi kolejny niedopracowany plan.

Jednocześnie krążą pogłoski, że Europa zamierza zaproponować Rosji dwie odświeżone ścieżki:

NOWOŚĆ: Europejscy przywódcy mogą wkrótce odbyć bezpośrednie rozmowy z Władimirem Putinem i zaproponować mu dwie drogi do pokoju na Ukrainie, jak donosi Gideon Rachman w Financial Times.

Pierwsza z nich oznaczałaby zamrożenie wojny na obecnej linii frontu w zamian za gwarancję, że Ukraina nigdy nie przystąpi do NATO.Druga zakładałaby oddanie przez Ukrainę reszty Donbasu, a następnie dołączenie do sojuszu.



Rachman pisze, że europejskie stolice coraz częściej odrzucają pozostawienie rozmów z Putinem wyłącznie Waszyngtonowi, powołując się na frustrację związaną z podejściem Trumpa.

Dodaje, że Europejczycy są znacznie mniej przekonani, że Putin zaakceptowałby którąkolwiek z tych opcji.

To nic innego jak tylko kolejny przykład tego samego: Europejczycy próbują wtrącić się do mediacji amerykańsko-rosyjskiej w obawie, że Trump zmusi Zełenskiego do skrajnie niekorzystnych ustępstw. Właśnie dlatego powyższa europejska „oferta” jest tak absurdalnie nietrafiona i nie ma na celu wzbudzenia choćby powierzchownej refleksji ze strony Rosji.

Mimo że ich podejście jest rozbieżne, zarówno rywalizujące mocarstwa zachodnie, Stany Zjednoczone, jak i Europa, dążą do natychmiastowego zakończenia wojny z największą pilnością, jaką kiedykolwiek wykazały od początku konfliktu. Powód jest prosty: stało się dla nich oczywiste, że Ukraina stoi w obliczu nowego podejścia Putina, który grozi ostatecznym zniszczeniem kraju.

Rubio zdawał się to przyznawać:Nie można załadować wideo.

„Jednym z powodów, dla których ta wojna musi się zakończyć, jest dewastacja ukraińskiej sieci elektroenergetycznej”.

Zaczynają dostrzegać, co się dzieje i rozumieją, że czas Ukrainy się kończy. Europejczycy w szczególności dostrzegają, że z roku na rok koszty Ukrainy rosną, ponieważ destrukcja Ukrainy przez Rosję stale przyspiesza. Europejczycy są teraz duszeni koniecznością ponoszenia całego ciężaru finansowego na rzecz chorego, umierającego państwa, które jest niszczone na ich oczach: marny zwrot z inwestycji gwałtownie spada.

Nawet brytyjska prasa postanowiła zmienić swoje ultra-agresywne stanowisko i zamiast tego nalega, aby Zełenski zwolnił tempo, zanim jego bezczelność wobec Trumpa przyniesie nieodwracalne konsekwencje dla jego skazanego na zagładę narodu:

https://www.thetimes.com/comment/the-times-view/article/ukraine-trump-russia-energy-attacks-frfqlv7t6

W tym kontekście Stany Zjednoczone, co zaskakujące, obstawały przy swoim stanowisku w kwestii wywiadu i ograniczania przepustowości Starlink. Zełenski był niemal histeryczny w swoim przemówieniu, w którym ponownie chwalił się brakiem wczesnego ostrzeżenia ze strony USA przed ostatnią falą rosyjskich ataków wczoraj:Nie można załadować wideo.

„To już trzeci raz w krótkim czasie, kiedy nie otrzymaliśmy ostrzeżenia o pociskach balistycznych. I nie otrzymaliśmy jasnego wyjaśnienia od naszych partnerów z Waszyngtonu, dlaczego tak się dzieje”.

Rzecznik ukraińskich sił powietrznych potwierdził również, że sojusznicy nie wydali wczesnego ostrzeżenia, mimo że starał się złagodzić skutki ataku, starając się sprawiać wrażenie, że stosunki między USA a Ukrainą pozostają napięte:Nie można załadować wideo.

Podczas gdy niektóre źródła wskazują, że Ukraina otrzymuje od Stanów Zjednoczonych tylko jedną trzecią swoich informacji wywiadowczych, a pozostałą lwią część dostarcza Europa, jeśli chodzi o wczesne ostrzeganie przed rakietami balistycznymi, Zełenski podkreślił, że tylko Stany Zjednoczone są w stanie przekazać Ukrainie te informacje.

Sytuacja w sieci Starlink również pozostaje napięta, gdyż usługa jest nadal ograniczana przy niższych progach prędkości, pomimo zapewnień USA, że cokolwiek się zmieniło:Nie można załadować wideo.

Hegseth nawet dyskretnie zasugerował , że powodem jest naruszenie przez Ukrainę „warunków świadczenia usług” Starlink.

Jednak po spotkaniu z Witkoffem Zełenski zmienił zdanie i ogłosił, że wywiad wkrótce wróci do normy:

Ale jest w tym coś podejrzanego – jakby Witkoff ostrzegł go, by wycofał się z niedawnej krytyki Trumpa i Stanów Zjednoczonych pod groźbą jeszcze surowszych konsekwencji. Jego stwierdzenie, że wczesne ostrzeżenie „teraz działa”, nie ma sensu, biorąc pod uwagę, że Rosja nie przeprowadziła jeszcze nowego ataku balistycznego, aby choćby przetestować tę hipotezę w czasie jego wypowiedzi. W związku z tym jest jasne, że otrzymał polecenie – czytaj: groźbę – aby przedstawić najnowszy skandal w pozytywnym świetle dla dobra amerykańskich wysiłków na rzecz pokoju.

W tym czasie ograniczenia Starlink już odbiły się na polu bitwy. Nawet kanał Romanov Lite, krytyczny wobec MON, donosił, że liczba ukraińskich ataków dronów na korytarz krymski spadła wykładniczo od czasu wprowadzenia ograniczeń Starlink:

Ukraina twierdziła, że ​​dziennie na tej trasie przejeżdża ponad 50 ciężarówek i innych pojazdów. Teraz liczba ta spadła do jednego w ciągu dwóch dni.

Jednocześnie nasiliły się rosyjskie ataki. Rosyjskie drony dalekiego zasięgu regularnie atakują zachodnie regiony Ukrainy, w tym różne stacje elektroenergetyczne w pobliżu granicy z Polską:

Przejście graniczne z Polską i stacja elektroenergetyczna „Jaworów” w obwodzie lwowskim zostały zaatakowane, co spowodowało przerwy w dostawie prądu w tym rejonie.

* Ataki dronów na zachodnią Ukrainę trwają.
* Przeprowadzono atak na przejście graniczne „Rawa Ruska”.
* Drony „Geran-5” zaatakowały również Nowojaworówsk.
* Wstępne raporty wskazują, że jest to czwarte uderzenie w ciągu dwóch dni w stację elektroenergetyczną 330/110/35 kV „Jaworów”.
*W następstwie ataku w obwodzie lwowskim zaczęły się przerwy w dostawie prądu.

Oraz magazyny i inne przedsiębiorstwa:

Zachodnia Ukraina płonie: niszczone są przedsiębiorstwa i infrastruktura energetyczna.

▪️W Dubnie, w obwodzie rówieńskim, zaatakowano i zapaliło się centrum handlowe „Epicenter”.
▪️Wczoraj, według Państwowej Służby Ratunkowej, dron odrzutowy zniszczył „Epicenter” w Kowlu i uderzył w firmę transportową.
▪️We Lwowie występują przerwy w dostawie prądu.
▪️Iwano-Frankowsk, Tarnopol, Łuck i Lwów są stale atakowane przez drony Szahid.

Podczas gdy obowiązują ograniczenia dotyczące wczesnego ostrzegania przed satelitami Starlink i USA, Rosja zaczęła potencjalnie ograniczać dostęp Ukrainy do ostatnich „oczu na niebie”. Pojawiły się różne doniesienia o rosyjskim satelicie Kosmos-2612, który śledził satelitę radaru z syntetyczną aperturą (SAR) ICEYE, dopasowując się do jego orbity:

Aleksandar Djokić (Александар Джокич)@ polidemitolog

Rosyjski wojskowy satelita Kosmos-2612 zbliżył się na odległość 26 metrów do ICEYE-X36, fińsko-amerykańskiego satelity radarowego, którego obrazy są przesyłane Ukrainie. Analityk kosmiczny Gieorgij Triszkin powiedział, że prędkość względna bliska zeru może wskazywać na próbę zmuszenia ICEYE-X36 do…

14:14 · 20 paź 2026 · 41,2 tys. wyświetleń

———————————-

W rzeczywistości, chociaż ICEYE jest marką europejską, mówi się, że ten konkretny satelita jest obsługiwany przez oddział amerykański i w zasadzie jest zarządzany przez Stany Zjednoczone , gdyż został wystrzelony z Vandenburg w Kalifornii w 2024 roku.

Istnieją różne teorie na temat tego, co próbuje zrobić rosyjski satelita. Powyższy tweet sugeruje, że zbliżając się do satelity ICEYE z tak bliskiej odległości, próbuje zmusić go do wykonania manewrów, które zużyłyby jego zapasy paliwa. Stany Zjednoczone uważają, że Kosmos-2612 należy do kategorii rosyjskich satelitów „inspekcyjnych”, których tajna rola polega na ścisłym monitorowaniu wrogich satelitów i potencjalnym zakłócaniu ich pracy lub sabotowaniu.

Dwa filmy pokazują, jak rosyjski Kosmos-2612 zbliża się do ICEYE-X36:Nie można załadować wideo.Nie można załadować wideo.

W powyższym połączonym fragmencie eksperci dyskutują na temat tego, co rosyjski satelita mógłby jeszcze zrobić z tak bliskiej odległości:

Co może zrobić Rosja z tak bliskiej odległości?

Astrofizycy, tacy jak dr Marco Langbroek, wykładowca optycznej świadomości sytuacyjnej w kosmosie na Uniwersytecie Technicznym w Delfcie (TU Delft) w Holandii,ostrzegali w sobotę na swoim koncie X, że działanie w tak bliskiej odległości może pozwolić Cosmosowi-2612 na lokalne próby zakłócania częstotliwości radiowych, potencjalnie zakłócając działanie radaru ICEYE-X36 lub blokując jego kanały komunikacyjne.Nazwał to „niepokojącą grą w kotka i myszkę w kosmosie”.

Mechanizmy wykorzystujące energię skierowaną, w tym zlokalizowane lasery lub wiązki mikrofal, mogą również stwarzać zagrożenie, oślepiając czujniki satelity lub uszkadzając sprzęt jego anteny, nie wytwarzając przy tym odłamków charakterystycznych dla zderzenia z eksplozją.

Istnieją nawet teorie mówiące o tym, że tak bliskie sąsiedztwo ciężkiego, metalowego rosyjskiego satelity może zakłócić odbiór radarowy ICEYE i spowodować, że zostanie on praktycznie oślepiony przez masywną, odbijającą powierzchnię rosyjskiego satelity.

TWZ podaje szereg potencjalnych broni, które mogą zostać użyte :

Poza wystrzeliwaniem pocisków, wiele innych trybów ataku, kinetycznych i niekinetycznych, jest możliwych dzięki podstawowej zdolności statku kosmicznego do manewrowania bardzo blisko innych obiektów na orbicie i utrzymywania tej pozycji. Obejmuje to użycieramion chwytającychw celu uszkodzenia lub po prostu odholowania satelity z orbity, rozpylanie aerozoli w celu uszkodzenia lub uszkodzenia optyki i paneli słonecznych, a także zakłócanie systemów walki elektronicznej. Satelita może okazać się bronią samą w sobie, stając się kinetycznym przechwytywaczem, który uderza w cel na komendę.

Tak czy inaczej, wygląda to na skoordynowany wysiłek ze strony Rosji, mający na celu wykorzystanie rosnącej niewiedzy Ukrainy i ograniczeń w komunikacji w celu dalszego sparaliżowania działalności AFU.

====================================================

Na koniec aktualizujemy sytuację opisaną w poprzednim raporcie, dotyczącą ukraińskich dronów, którym w jakiś sposób udało się przedostać przez polską przestrzeń powietrzną na teren Litwy podczas ataków na Sankt Petersburg.

Polski premier Tusk oficjalnie poinformował parlament, że oczekuje od Ukrainy odpowiedzi w tej sprawie, o czym poinformowały różne polskie media:

https://poland-24.com/lithuania-poland-drone-investigation-nato-jets/

Polska domaga się od Ukrainy wyjaśnień w sprawie drona, który przeleciał nad jej terytorium w kierunku Litwy.

▪️ Premier Polski Donald Tusk oświadczył, że Warszawa oczekuje wyjaśnień od Kijowa w sprawie incydentu z udziałem drona, który przeleciał nad terytorium Polski w kierunku Litwy.
▪️ Prezydent Litwy Gitanas Nausėda przybył do Warszawy, aby omówić incydent, poinformował Tusk.

Artykuł w „Polsce-24” szczegółowo opisuje, co się wydarzyło . Twierdzi się w nim, że to Litwa jako pierwsza wykryła drona w Polsce, czego Polska najwyraźniej nawet nie zauważyła, co budzi oczywiste podejrzenia, że ​​Polska w jakiś sposób była w to zamieszana, a słowa Tuska są jedynie przykrywką:

Litwa twierdzi, że drona wykryto w Polsce

Władze Litwy przedstawiły w poniedziałek szczegółową chronologię ruchów samolotu, po posiedzeniu krajowej Komisji Bezpieczeństwa Narodowego.

Szef Sztabu Obrony Litwy, kontradmirał Giedrius Premeneckas, poinformował, że systemy nadzoru najpierw zarejestrowały obiekt około 30–40 kilometrów od terytorium Polski.

Według relacji litewskiego wojska podanej przez BNS, pierwsza obserwacja radarowa miała miejsce w niedzielę około godziny 5:47 czasu litewskiego.

Władze poinformowały, że obiekt przekroczył granicę Litwy około godziny 6:02 rano.

Premier Litwy Mindaugas Sinkevičius powiedział, że dostępne dowody wskazują, iż samolot był ukraiński i przewoził materiały wybuchowe.

Podejrzewane podejście z Polski nie pozwala również ustalić, skąd samolot został pierwotnie wystrzelony.

Jak widać poniżej, artykuł potwierdza, że ​​polskie radary w jakiś sposób ominęły samolot w swojej przestrzeni powietrznej, a nawet oskarżyły Litwę o zezwolenie na start drona ze swojego terytorium:

Polskie Ministerstwo Obrony Narodowej zaprzecza twierdzeniom o alternatywnym starcie

Polskie władze utrzymują, że wojskowe systemy radarowe nie potwierdziły przekroczenia granicy opisanego przez litewskich urzędników.

Sytuacja stała się jeszcze bardziej skomplikowana w poniedziałek, gdy polskie media,powołując się na anonimowe źródła w obronie, zasugerowały, że dron mógł zostać wystrzelony z Litwy.

Fakt, że Polska odrzuciła teorię o wystrzeleniu drona z Litwy, nie dowodzi samo w sobie, że dron przekroczył polską przestrzeń powietrzną.

Podobnie, brak odpowiedniego polskiego śladu radarowego nie obala definitywnie obserwacji litewskich.

Rozstrzygnięcie tej rozbieżności wymaga wspólnego dochodzenia, które jest obecnie w toku.

Niesamowite. Kraj, który twierdzi, że jest najpotężniejszą europejską siłą zbrojną NATO, nie był w stanie wykryć ukraińskich dronów swobodnie przelatujących przez jego terytorium, a ślady jego radarów najwyraźniej zostały retroaktywnie wymazane; jakże to wygodne.

Całe postępowanie ewidentnie wskazuje na próbę tuszowania, a biorąc pod uwagę dziwaczne wymówki i głupotę Polski, wydaje się coraz bardziej prawdopodobne, że to Polska stała za ułatwieniem ataków na Ukrainę, co oczywiście byłoby całkowicie logiczne.

Wypowiedzi Tuska są więc jedynie zdawkowymi deklaracjami, mającymi na celu stworzenie pozorów profesjonalizmu i niewinności, a jednocześnie przykrycie czegoś o wiele bardziej nikczemnego.

Wdzięczność po ukraińsku? Rok Szuchewycza i UPA we Lwowie

Wdzięczność po ukraińsku? Rok Szuchewycza i UPA we Lwowie

20 października 2026 pch24/wdziecznosc-po-ukrainsku-rok-szuchewycza-i-upa-we-lwowie

szuchewycz lwów .jpg
Lwow, 05.03.2017. Uczestnicy zorganizowanego przez Narodowy Korpus marszu z pochodniami pod hasłem „Pamiętaj bohaterów” z okazji rocznicy śmierci dowódcy UPA Romana Szuchewycza. Fot. Dymitr Kutz / Forum

Lwowska Rada Obwodowa ogłosiła 2027 rok rokiem Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), jej dowódcy Romana Szuchewycza oraz działacza Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Ołeha Olżycza.

Decyzję tę podjęto na plenarnym posiedzeniu Lwowskiej Rady Obwodowej we wtorek – poinformowano na jej oficjalnej stronie internetowej.

– Jest to nasza historia, nasi bohaterowie i powinniśmy w należny sposób uszanować ich pamięć – mówił podczas posiedzenia szef komisji kultury, deputowany Rady Swiatosław Szeremeta.

Ukraińskie władze publiczne różnych szczebli systematycznie honorują więc zbrodniarzy, którzy pod hasłami narodowowyzwoleńczymi prowadzili systematyczne ludobójstwo na wschodnich kresach Rzeczypospolitej. Nic tu nie zmienia nawet nadzwyczajna hojność rządzących III RP, którzy od samego początku najnowszej fazy konfliktu z Rosją wysyłają za wschodnią granicę różnorodną i liczoną już w setkach miliardów złotych pomoc, a przy tym w naszym imieniu goszczą pod polskim dachem setki tysięcy Ukraińców.

Jak przypominał w Kanale Zero profesor Andrzej Nowak, Roman Szuchewycz, którego liczne pomniki stoją dziś na zachodniej Ukrainie, był jednym z głównych sprawców zbrodni wołyńskiej. W jednoznacznej ocenie wybitnego historyka, człowiek ten był „czystym zbrodniarzem” i zasługuje „na wieczną niepamięć, na skreślenie go czarną linią z listy osób zasługujących na jakikolwiek cień szacunku”.

– Bandera niewątpliwie był symbolem ideologii, w imię której Szuchewycz i jemu podobni dowódcy UPA podejmowali się akcji zabijania tysięcy, dziesiątków tysięcy polskich kobiet, dzieci, starców, ludności cywilnej po to, ażeby zostawić miejsce dla czystej rasowo, czystej etnicznie rasy ukraińskiej. Ukraina miała być, jak to ujął jeden z wykonawców tej zbrodni i ideologów jednocześnie, jak złoty łan pszenicy, bez jednego chwastu. Ta metafora, tak pięknie brzmiąca, oznaczała po prostu, że żadnego Polaka, żadnego Żyda, żadnego obcoplemieńca nie może być na terenie, na którym będzie wielka Ukraina; że trzeba tych, którzy sami nie zdążą uciec, zamordować. To właśnie zostało wykonane w 1943 – 1944 roku rękami UPA – wskazał profesor Nowak.

IPN: Szuchewycz to „architekt zbrodni”

Instytut Pamięci Narodowej we wpisie na portalu X nazwał Szuchewycza architektem zbrodni i podkreślił, że zapisał on czarną kartę historii. Przypomniał, że był współtwórcą działających u boku Niemców jednostek (batalionu Nachtigall) i z tego powodu należał do osób odpowiedzialnych za zbrodnie dokonane „na Polakach, Żydach, Białorusinach, Ukraińcach, Rosjanach i przedstawicielach innych narodowości na Białorusi, Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej”.

W ocenie IPN decyzja Lwowskiej Rady Obwodowej „wpisuje się w długotrwały proces budowy oficjalnego kultu Szuchewycza i innych zwolenników ukraińskiego radykalnego nacjonalizmu”. IPN przypomniał słowa rozkazu wydanego przez Szuchewycza do podległych mu dowódców: „W pień wycinać. Czysto polskie wsie palić, wsie mieszane – tylko polską ludność niszczyć”.

Instytut opisał dowódcę UPA jako „jednego z odpowiedzialnych za ludobójstwo dokonane przez ukraińskich nacjonalistów, ale także autora budowanego do dziś kłamstwa zaprzeczającego zbrodniom dokonanym w latach 1943 – 1945”. Zaznaczył także, że Szuchewycz był „współautorem strategii terroru zmierzającej do destabilizacji Małopolski Wschodniej i Wołynia” oraz „świadomie i z premedytacją budował kłamstwo negujące skalę ludobójstwa dokonanego przez jego własnych podwładnych oraz cele przyświecające ukraińskim nacjonalistom”.

IPN zwrócił również uwagę, że Szuchewycz już od schyłku lat 20. XX w. realizował „zbrodniczą ideę budowy jednolitej etnicznie Ukrainy”. Zapoczątkował trwającą aż do końca II wojny światowej współpracę ukraińskich nacjonalistów z Niemcami.

W 1941 r. został zastępcą niemieckiego dowódcy batalionu Nachtigall (przeformowany w Schutzmannschafts Batallion 201) pacyfikującego wsie na Białorusi. Od 1943 r. kierował UPA, stając się – jak podkreśla IPN – „architektem ludobójstwa na Wołyniu”. Kiedy zdał sobie sprawę, że zbrodnie skompromitują ukraiński nacjonalizm, „świadomie i z premedytacją budował kłamstwo negujące skalę ludobójstwa”. Zginął w 1950 roku, w obławie przeprowadzonej przez NKWD.

Jak przypomniał Instytut Pamięci Narodowej, liczbę Polaków zamordowanych na Wołyniu szacuje się na 60 tysięcy [co najmniej dwa razy więcej, wg. poważnych historyków. Mirosław Dakowski]. „Co więcej, od przełomu lat 1943/1944, z pewnymi modyfikacjami scenariusz wołyński zastosowano w Małopolsce Wschodniej” – czytamy.

Odnosząc się do pozostałych patronów wybranych przez Lwowską Radę Obwodową, IPN zauważył, że „zdziwienie może budzić równoczesne ogłoszenie patronem roku 2027 Ołeha Olżycza stojącego na czele organizacji, której kierownictwo potępiło banderowskie zbrodnie, płacąc często za swój sprzeciw daninę krwi”.

Ołeh Olżycz był od początku 1944 r. dowódcą OUN-M, nieco bardziej umiarkowanego (w porównaniu z banderowcami, których reprezentantem był Szuchewycz) skrzydła w ukraińskim ruchu nacjonalistycznym. OUN-M ściśle współpracował w III Rzeszą, ale w maju 1944 r., gdy te kontakty ustały, Ołżycz został aresztowany przez gestapo i zamordowany w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. 

Źródła: PAP, Kanał Zero, PCh24.pl

Zobaczyć Paryż i umrzeć

Zobaczyć Paryż i umrzeć

20. października 2026 Marek Wojcik world-scam/zobaczyc-paryz-i-umrzec

„Zobaczyć Paryż i umrzeć” to popularny rosyjski i międzynarodowy idiom wyrażający podziw dla piękna stolicy Francji, sugerujący, że miasto jest tak niezwykłe, iż po jego obejrzeniu można już odejść z pełnią życiowego spełnienia. I rzeczywiście, Paryż centrum europejskiej kultury. Miasto zakochanych, romantycznych spacerów nad Sekwaną, oraz przytulnych kafejek, gdzie można poczuć czar aromatu i smaku kawy. Kto planuje doświadczyć tego wrażenia, powinien się jednak liczyć z dodatkowymi efektami.

Zobaczyć Paryż i umrzeć — wersja współczesna.
Źródło: Telegram 19.10.2026 r. 12:41.

Francja znajduje się w centrum uwagi obserwatorów politycznych z lewicy i prawicy na całym świecie. Analizy rzadko jednak wykraczają poza tanią i uproszczoną propagandę. Lewicowi populiści dostrzegają w tym powstanie ludowe, twierdzą, że wyższe podatki dla bogatych rozwiązałyby wszystkie problemy, chwalą pokojowe tłumy i potępiają stosującą przemoc policję. Prawicowi populiści dostrzegają w tym wojnę kulturową i bunt imigrantów, który zastępuje „starą Francję” jedności narodowej „nową Francją” – islamską i wielokulturową. Źródło.

Co takiego zobaczyłam na porannym spacerze ulicami Paryża 18 października?
Źródło: Telegram 19.10.2026 r. 12:42.

Sprzedawca mówi do francuskiej dziennikarki: „To, co widzieliśmy, to bardzo dobrze zorganizowani ludzie, którzy przychodzą, by rozbić witryny sklepowe. A za nimi, nieco później, pojawiają się młodzi ludzie, którzy przychodzą, by plądrować. Proszę uważać, madame: to nie są ci sami ludzie. To nie są ci sami ludzie”. Źródło.

Te „oddolne” protesty zostały odgórnie przygotowane. Pozbycie się zużytego jak stara ścierka prezydenta Francji nie jest tutaj wcale powodem. Dni Macrona są i tak policzone. Nigdy nic nie znaczył i o niczym nie decydował. Wykonywał jedynie służalczo polecenia globalistów jak większość europejskich polityków. Spójrzcie na swoich panów i władców, których sami sobie wybraliście. Z wyjątkiem Słowacji, reszta krajów tak kiedyś dumnego kontynentu, ma kukiełki zamiast polityków. Mężowie stanu wojennego i samo destrukcji. To jest najbardziej trafne określenie dla tych zarówno moralnych, jak i intelektualnych miernot.

Takie protesty jak we Francji odbywają się w wielu innych krajach świata i wszystkie czasowo zsynchronizowane, mają podobny przebieg.

Gwałtowne protesty i zamieszki w wielu krajach.
Źródło: Telegram 18.10.2026 r. 15:10.

Sześć lat temu zorganizowano już protesty Black Lives Matter (z ang. „Czarne życie ma znaczenie”) w Minneapolis po zabójstwie przez policję czarnoskórego narkomana. Proszę mnie źle nie zrozumieć: czarnoskóry narkoman nie zasługuje na zabicie go przez policjanta.

Dlaczego właśnie on musiał umrzeć? Ponieważ odpowiada stereotypowi „bezwartościowego zjadacza chleba”, a w tym przypadku konsumenta środków odurzających, widzianego oczami globalisty.

Tak jak spontaniczne były te francuskie protesty, tak spontanicznie pojawiły się na paryskich ulicach palety z butelkami. To jest zapewne współczesna odmiana dawnych barykad z kubłów na śmieci. Tyle że wtedy nikt tych kubłów nie dowoził ciężarówką.

Zamaskowani młodzi ludzie przepychają przez ulicę paletę ułożoną ze stosu butelek podczas zamieszek we Francji… Źródło.

Wali się plan globalistów dotyczący panowania nad światem – w ten sposób desperacko próbują oni odzyskać utraconą kontrolę. Kto im śmiał tę kontrolę ukraść? Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie. Ja zadam inne: Dlaczego UE nie weźmie udziału w spotkaniu 18 listopada trzech mocarstw światowych? Ponieważ globaliści działają na rzecz przedłużenia za wszelką cenę wojny na Ukrainie. Po tym ich rozpoznacie.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Ograniczyć ryzyko wojny

Miller: Ograniczyć ryzyko wojny

Leszek Miller

Jeszcze trzej prezydenci nie usiedli do rozmów, a już ogłoszono „nową Jałtę”. W europejskiej polityce historia często zastępuje analizę. Wystarczy wymienić nazwę krymskiego kurortu, aby uruchomić wszystkie lęki, a przy okazji zwolnić się z myślenia.

Ewentualne spotkanie przywódców USA, Chin i Rosji może przynieść ważne porozumienia. Może też ujawnić, jak niewielki wpływ na własną przyszłość mają Ukraina i Europa. O znaczeniu tego spotkania rozstrzygną treść ustaleń i możliwość ich wykonania.

Warto przypomnieć, w jakich warunkach odbywała się prawdziwa Jałta. Kiedy 4 lutego 1945 roku Roosevelt, Churchill i Stalin rozpoczynali konferencję, Armia Czerwona stała już nad Odrą. Od 31 stycznia miała przyczółek na jej zachodnim brzegu. Do Berlina pozostawało kilkadziesiąt kilometrów. Dwa miesiące po konferencji jałtańskiej Odrę forsowała 1. Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Wojsko Polskie było jedyną obok Armii Czerwonej armią aliancką przekraczającą Odrę w ofensywie na Berlin.

Stalin negocjował z pozycji przywódcy mocarstwa, którego wojska zajmowały ogromną część Europy Środkowej. Zachodni alianci mogli domagać się gwarancji i uzyskiwać obietnice, ale nie mieli na miejscu siły pozwalającej wymusić ich dotrzymanie. Obietnica wolnych wyborów w Polsce okazała się warta znacznie mniej niż obecność radzieckiej armii.

Dziś sytuacja jest inna. Rosja nie odniosła zwycięstwa porównywalnego w żadnej mierze z sukcesem Związku Radzieckiego w 1945 roku. Ukraina zachowała państwowość i armię, a Europa dysponuje wielkim potencjałem gospodarczym. Żaden podpis trzech prezydentów nie sprawi automatycznie, że wszyscy pozostali wykonają ich wolę.

Nie znaczy to jednak, że obawy są bezpodstawne. Najbardziej narażona na porozumienie ponad swoją głową jest Ukraina. To jej terytorium, bezpieczeństwo i przyszłe zobowiązania mogłyby stać się przedmiotem targu. Uzależnienie od pomocy zewnętrznej ogranicza swobodę negocjacji. Kto dostarcza broń i pieniądze, ma również narzędzia nacisku.

Z tego nie wynika, że należy odrzucać kompromis. Wielokrotnie pisałem, że zakończenie wojny i ocalenie ludzkiego życia są celami najważniejszymi. Trzeba jednak odróżnić porozumienie, które Ukraina uzna za możliwe do przyjęcia, od warunków narzuconych jej przez pozostałych. Pokój wymaga także odpowiedzi na pytanie, kto zapewni jego przestrzeganie.

Nie mam pretensji do amerykańskiego prezydenta, że kieruje się interesem Stanów Zjednoczonych. Tego oczekują od niego wyborcy. Europejscy przywódcy powinni z równą powagą określać własne interesy i brać odpowiedzialność za ich realizację. Sojusz z Ameryką zyskuje na wartości, kiedy Europa wnosi do niego siłę, sprawność i zdolność działania.

Rozmowy mocarstw mogą ograniczyć ryzyko wojny, zahamować wyścig zbrojeń i otworzyć drogę do zakończenia walk w Ukrainie. Warto takie możliwości wykorzystać. Zarazem trzeba pilnować, aby pokój nie stał się nazwą dla układu, którego koszt poniosą przede wszystkim nieobecni.

Leszek Miller Za: X

Czy zaczyna się starcie Zachodu z Kalifatem? Plan lóż?

Czy zaczyna się starcie Zachodu z Kalifatem?

20.10.2026 wolnemedia./czy-zaczyna-sie-starcie-zachodu-z-kalifatem

Francja od połowy września doświadcza coraz wyższej fali rozruchów ulicznych, rabunków i starć rabusiów z policją oraz innymi siłami porządkowymi. Doszło do tego, że blisko tysiąc policjantów i stu pięćdziesięciu nauczycieli zostało rannych, a siedmiu policjantów walczy w szpitalu ze śmiercią. Bilans nie jest ostateczny. O stratach materialnych jeszcze nie ma co pisać: rabusie wciąż są na ulicach, rzucają butelki zapalające w policyjne samochody, rozbijają i rabują sklepy, podpalają, co tylko się da. Rozruchy trwają. CNews donosi także, że podobnie, choć na mniejszą skalę, zaczyna się dziać w Brukseli, Madrycie, Barcelonie, Mediolanie…

Policja francuska zatrzymuje uczestników rozruchów i dostarcza ich do sądów, a sądy ponownie wypuszczają ich na wolność. „Nie ma woli politycznej przeciwdziałania” – powiedział mi kiedyś oficer francuskiej policji zapytany, dlaczego funkcjonariusze nie interweniują skuteczniej. „Nie ma woli politycznej”, czyli wydane rozkazy nakazują traktować rabusiów bez brutalności. Wielu policjantów zostało poważnie rannych i przeszło operacje. Władze, nie mogąc sobie poradzić z rozlewającą się falą gwałtu, wprowadzają w licznych miastach godzinę policyjną.

Nostradamus był przyjmowany na królewskich dworach i miał przednie korzenie. „Michel de Nostredame, znany jako Nostradamus, był z pochodzenia Żydem. Urodził się jako jedno z dziewięciorga dzieci handlarza zbożem oraz notariusza Jaumego de Nostradame oraz Reynière de Saint-Rémy. Dziadek Nostradamusa, Guy Gassonet, przeszedł na katolicyzm ok. 1455, przybierając imię Pierre (Piotr) i nazwisko »Nostradame«”.

Oto przyszłość w jego przepowiedniach z XV wieku: „Ma dojść do wielkiego najazdu islamu na Europę. Ma to być starcie dwóch wielkich cywilizacji. Cywilizacji Zachodniej z Kalifatem Wielkiego Talibanu [tak nazywał Nostradamus imperium islamskie]. Do Francji ma napłynąć tylu wyznawców proroka, że kraj ten nie będzie mógł sobie z nimi poradzić. Najpierw ma wybuchnąć wojna domowa we Francji spowodowana przez żyjących w niej muzułmanów, a potem krwawe walki ogarną cały kraj i nastąpi rozpad państwa. Paryż ma spłonąć z rąk swoich muzułmańskich mieszkańców. Od tego momentu mają zacząć się wielkie rewolucyjne zmiany na całym świecie, które Nostradamus określa jako wielki kataklizm” – czytamy na stronie „Wikipedii”.

Do Francji napłynie tylu wyznawców proroka, że kraj ten nie będzie mógł sobie z nimi poradzić…

Czyżby Francja była aż tak bezbronna? Francuskie siły zbrojne liczą łącznie około 271 tys. ludzi (w tym żandarmeria). Do tego około 10 tys. żołnierzy Legii Cudzoziemskiej, prawie 200 tys. funkcjonariuszy policji państwowej i miejskiej oraz różne służby dbające o bezpieczeństwo państwa – uzbierałoby się z pół miliona.

Skąd więc wziął się taki problem, taka bezsilność dużego państwa europejskiego, dysponującego w dodatku bombą atomową?

Francja – oficjalnie jest to kraj laicki, którego władze masońskie wykazują szczególną niechęć do religii katolickiej, będącej religią dominującą przed rewolucją francuską. To religia katolicka przez wieki prowadziła Francję do potęgi intelektualnej, cywilizacyjnej i militarnej.

Rewolucja francuska, sterowana z cienia przez masonerię, zdemolowała Francję nie tylko politycznie, ale także gospodarczo i demograficznie. Największe straty poniósł Kościół katolicki. Dziś szacuje się, że rzeź Wandei, pierwsze ludobójstwo w nowożytnej Europie, pochłonęła do 600 tysięcy ofiar, choć zgodną opinią większości badaczy jest liczba 300 tysięcy. Nowe pokolenie porewolucyjne św. Proboszcz z Ars porównał, mówiąc o swoich parafianach, do istot różniących się od zwierząt jedynie chrztem. Pokolenie to, wyrosłe i ukształtowane przez rewolucję (której kontynuatorem było Pierwsze Cesarstwo), ucieleśniało zerwanie ciągłości nie tylko z dawną Francją królów, ale przede wszystkim z Francją chrześcijańską.

Masoneria od wieków dąży do likwidacji Kościoła katolickiego i katolicyzmu, a we Francji, wyjątkowo liczna, ma wielkie wpływy od czasów rewolucji. „Masoneria wywiera znaczący wpływ na świat polityki, choć często w sposób pośredni. To w jej lożach odbywają się pre-debaty dotyczące kierunku prac legislacyjnych i stanowienia ustaw, w oparciu o promowane przez nią pseudowartości. Wypływają one z interpretacji hasła »wolność, równość, braterstwo«. Tajny charakter lóż i ich wpływ na decyzje polityczne i gospodarcze rodzi jednak wprost pytania o rzeczywisty stan demokracji we Francji i jej transparentność, a także daje pożywkę tzw. »teoriom spiskowym«”.[1]

Przy najliczniejszej obediencji, Wielkim Wschodzie Francji, afiliowanych jest 1340 lóż masońskich. Pracowano w nich nad dokumentem dotyczącym urządzania świata po pandemii COVID-19. Dokument nosił tytuł „Po” (Après) i został przekazany m.in. prezydentowi Francji. W dziedzinie zdrowia podniesiono kwestię „jednolitego systemu zdrowia publicznego w całej Unii Europejskiej”, a urządzanie świata po pandemii dotyczyło w tym dokumencie całej Europy, a nawet świata.

Pisano w „Après” o zasadach „nowego handlu światowego”, o „zazielenianiu budynków”, globalnym modelu gospodarczym z „podatkami redystrybucyjnymi”, „nowym humanizmie ekologicznym”, walce o klimat, transformacji energetycznej, a także o ochronie planety przez ekologicznie odpowiedzialny model konsumpcji. Nie zapomniano o telepracy, „przeprojektowaniu relacji międzyludzkich”, „wykluczeniu anonimowości w sieciach społecznościowych”, a także o tworzeniu „inteligentnego, zdematerializowanego obywatela – giganta” przez „tworzenie globalnej zdematerializowanej platformy i jej lokalnych oddziałów (kraje, regiony, departamenty, gminy)” itp.

Z powyższego widać, że „Zielony Ład” znajduje się w kręgu zainteresowań masonerii, a być może nawet tam właśnie został opracowany jako „zazielenienie budynków”.

Liczebność masonerii we Francji ocenia się na 140–180 tys. osób. Nadal odgrywa ona ważną rolę, szczególnie że liczba członków partii politycznych gwałtownie spadła. Masoneria ma wpływ np. na wybory jako środowisko opiniotwórcze, silnie obecne w mediach. Od lat kandydaci na prezydenta są też zapraszani na „wysłuchanie” w lożach.

Merowie francuskich miast, pomimo że Francja to „kraj laicki”, od lat składają życzenia muzułmanom z okazji Ramadanu czy Aïd el-Kebir, utrudniając równocześnie zewnętrzne przejawy świętowania przez katolików.

Hołubiona przez dziesięciolecia imigracja ze strefy islamu wyhodowała już kolejne pokolenie, liczne i dobrze zasilane „socjalem” coraz bardziej biedniejących Francuzów, które zamiast zintegrować się z zastaną na miejscu cywilizacją, zaczyna na dobre tę cywilizację niszczyć, by zaprowadzić „Dar al-Islam” – Dom Islamu. Krótkowzroczne lewactwo rodzime na razie korzysta z rozruchów, płynąc na fali destrukcji i gwałtu – i być może nie zdaje sobie sprawy, że samo też zostanie z czasem ofiarą, jak niegdyś Danton czy Robespierre.

Warto chyba znowu przypomnieć fragment korespondencji między masonami najwyższych stopni: Albertem Pike’em (33. stopień), Suwerennym Wielkim Komandorem Południowej Jurysdykcji dla USA,[2] i Giuseppe Mazzinim (32. stopień), Wielkim Mistrzem Wielkiego Wschodu Włoch:

„Trzecia wojna światowa ma również zostać sprowokowana przez agenturę iluminatów; ma do niej dojść na tle zatargów między syjonizmem politycznym a przywódcami islamu. Konflikt ma być ukierunkowany tak, by islam (świat arabski i świat muzułmański) oraz syjonizm polityczny (w tym państwo Izrael) zniszczyły się nawzajem. W tych okolicznościach pozostałe narody – znów podzielone i zwaśnione – będą zmuszone ze sobą walczyć, aż do zupełnego wyczerpania fizycznego, psychicznego, duchowego. Dnia 15 sierpnia 1871 roku Pike oznajmia Mazziniemu, że pod koniec trzeciej wojny światowej ci, którzy aspirują do rządzenia światem, wywołają największy kataklizm społeczny wszech czasów: »Podjudzimy nihilistów i ateistów i wywołamy niesłychany kataklizm społeczny, który dobitnie ukaże wszystkim narodom potworne skutki absolutnego ateizmu, źródła barbarzyństwa i rozlewu krwi. Wówczas we wszystkich częściach świata obywatele, zmuszeni bronić się przed światową mniejszością rewolucjonistów niszczących podstawy cywilizacji oraz liczną rzeszą zrażoną do chrześcijaństwa, którego wyznawcy będą rozpaczliwie szukać jakiegoś ideału, nie wiedząc, co powinni otoczyć kultem, otrzymają prawdziwe światło dzięki powszechnemu objawieniu się czystej doktryny Lucyfera, która wreszcie stanie się jawna i ogólnie znana, a to pociągnie za sobą unicestwienie zarówno chrześcijaństwa, jak i ateizmu, które zostaną równocześnie ujarzmione i rozgromione!«”.[2] [5]

W Polsce o masonerii prawie nic nie słychać. Chyba jej nie ma. Co prawda do dziennikarza i literata Leszka Misiaka jakiś czas temu dotarł e-mail zawiadamiający P.T. Szanownych Członków Loży o mającym się odbyć spotkaniu.[6]

Zacytuję tę listę za L. Misiakiem. Nazwisk w niej nie ma, ale i tak można z niej wyciągnąć sporo wniosków i radować się, że o Polsce jednak nie zapomniano. Zawiadamiano więc:

„- b. premiera RP,

– b. szefa Agencji Wywiadu,

– byłego doradcę prezydenta Lecha Kaczyńskiego – znanego uniwersyteckiego profesora nauki,

– pracownika BBN prezydenta Komorowskiego, znanego polskiego urzędnika w Unii Europejskiej,

– znanego i popularnego polskiego dziennikarza „Wiadomości” i prezentera TVP,

– znanego dziennikarza i prezentera telewizyjnego czołowej prywatnej stacji telewizyjnej, o którym mówi się, że jego protoplastą był znany oprawca stalinowski,

– posła do Parlamentu Europejskiego z listy PO, byłego redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”,

– byłego wysoko postawionego urzędnika MSZ w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, obecnego ambasadora RP w mocarstwie światowym,

– polskiego dyplomatę – dyrektora stowarzyszenia energetycznego na kontynencie amerykańskim,

– profesora – specjalistę od rozwoju wsi,

– polskiego dziennikarza telewizyjnego, dziś w prywatnej stacji, który po 1981 r. kilka lat przebywał w USA,

– znanego profesora – specjalistę od prawa, podatków i ekonomii,

– szefową jednego z departamentów w Kancelarii Premiera Donalda Tuska,

– specjalistkę od bezpieczeństwa narodowego,

– znanego polskiego i amerykańskiego profesora historii,

– profesora prawa z Uniwersytetu Warszawskiego,

– znanego dyplomatę – jednego z bohaterów wydarzeń 1968 r.,

– marszałka jednego z województw,

– wiceprezesa znanego radia,

– profesora ekonomii z Uniwersytetu Warszawskiego, prezesa znanego banku,

– prezesa znanego amerykańskiego funduszu zajmującego się inwestycjami kapitałowymi, znanego duchownego judaistycznego, członka Amerykańskiej Izby Handlowej,

– byłego dziennikarza i publicystę z istotnym epizodem dyplomatycznym, lewicowego politologa i amerykanistę, jednego z dyrektorów departamentu MSZ,

– byłego szefa doradców ekonomicznych jednego z prezydentów RP, profesora filologii z Uniwersytetu Warszawskiego, jednego z założycieli kluczowej partii w Polsce, wykładowcę z Instytutu Socjologii UKSW,

– jednego ze społecznych doradców prezydenta Bronisława Komorowskiego,

– specjalistę m.in. od dialogu międzyreligijnego – byłego jezuitę,

– byłego dziennikarza – jednego z ambasadorów RP,

– polskiego ambasadora tytularnego,

– publicystę i socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego,

– twórcę sukcesu jednego z amerykańskich koncernów w Polsce,

– dziennikarza – byłego wiceprezesa SDP,

– byłego wieloletniego rektora jednej z prywatnych akademii,

– byłego wiceministra spraw zagranicznych,

– znanego scenarzystę i krytyka filmowego,

– dyrektora jednego z departamentów MSZ,

– znanego socjologa PAN,

– jednego z ambasadorów RP,

– znanego filozofa i etyka,

– znanego prawnika – kolegę z młodych lat braci Kaczyńskich,

– jednego z ambasadorów RP w państwie śródziemnomorskim,

– jednego z b. dyrektorów TVP za prezesury Bronisława Wildsteina i b. pracownika w rządzie PO,

– jednego z członków Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego”.

Być może, jak powiada Stanisław Michalkiewicz, nieobecność jest wyższą formą obecności.

Polska, podobnie jak niegdyś Francja, jest jeszcze krajem o zdecydowanej większości ludności rdzennej i wyznającej katolicyzm. Z tego powodu znajduje się „na linii ognia” różnych sił i środków oddziałujących z różnych stron: imigranci afrykańscy i azjatyccy mają siać zamęt i wspierać w wyborach lewactwo; niekontrolowani, przybyli w największej fali imigranci ukraińscy, wśród których promuje się ideologię banderowską pod patronatem ukorzenionego „przyjaciela Zełenskiego”, mogą w stosownym momencie wbić Polsce nóż w plecy; imigranci południowoamerykańscy są wyspecjalizowani w handlu narkotykami i gwałtach. Równocześnie V kolumna prowadzi destrukcję podstawowych instytucji zapewniających do tej pory jaki taki porządek prawny, a partie, zamiast zajmować się działaniami zapewniającymi wzrost siły i dobrobytu w Polsce, wprowadzają obłędne masońskie ideologie mające Polskę unicestwić.

Wprowadzane na rozkaz „Brukseli” dyrektywy mają za zadanie rozłożyć Polskę, tak jak rozłożone zostały inne kraje europejskie, borykające się z nieznanymi do tej pory problemami. Politycy „pełniący obowiązki Polaków”, zamiast współdziałać z Kościołem i wszelkimi siłami próbującymi uchronić Polskę przed katastrofą oraz dbać o jej rozwój, usiłują zniszczyć Kościół, zdemolować przyrost naturalny i doprowadzić – może nawet przez wciągnięcie nas do wojny – do tego, żeby naród polski „osiągnął” przewidzianą przez Klub Rzymski liczebność 15 milionów.

Albo uda się nam uchronić naszą Ojczyznę przed losem, w który usiłują nas wepchnąć politycy, albo nie pozostaną po nas nawet nagrobki z krzyżem. Trzeba budzić się z letargu.

Autorstwo: Barnaba d’Aix
Źródło: WolneMedia.net

Przypisy

[1] https://pch24.pl/wiadomosci/islam-polityczny-eutanazja-francuska-masoneria-i-nowe-obszary-zainteresowan,684959

[2] https://pl.wikipedia.org/wiki/Albert_Pike

[4] https://wolnemedia.net/trzecia-wojna-swiatowa-a-gdzie-polska/

[5] https://facet.onet.pl/strefa-tajemnic/masonska-przepowiednia-o-trzech-wojnach-swiatowych/z17djwq

[6] Prawicowe dzieci czyli blef IV RP, ISBN 978-83-936976-0-1, str 242-243.

Ukraina sprzedała rakiety otrzymane z USA?

Ukraina sprzedała rakiety otrzymane z USA?

magnapolonia/ukraina-sprzedala-rakiety-otrzymane-z-usa

Donald Trump twierdzi, że rakiety przekazywane Ukrainie za prezydentury Joe Bidena były następnie sprzedawane  na wolnym rynku. Jeżeli zarzuty amerykańskiego prezydenta się potwierdzą, sprawa będzie oznaczała poważny problem nie tylko dla Waszyngtonu, ale również dla wszystkich państw finansujących i uzbrajających Kijów. Wątpliwości dotyczące kontroli nad zachodnim uzbrojeniem pojawiały się już wcześniej, a oficjalne raporty amerykańskich instytucji wskazywały na istotne luki w systemie nadzoru. Z powodu propagandy wojennej nie mówiono o tym jednak powszechnie. Aż do dzisiaj.

Ukraina sprzedała rakiety otrzymane z USA?. W wywiadzie dla Newsmax Trump zarzucił poprzedniej administracji przekazanie Ukrainie ogromnych ilości broni i pieniędzy, jednocześnie kwestionując, co stało się z dostarczonymi środkami. Według niego część przekazywanych rakiet miała trafić na wolny rynek. Prezydent USA wiąże również politykę poprzednika z uszczupleniem amerykańskich zapasów uzbrojenia, które Waszyngton musi obecnie odbudowywać. Administracja Trumpa ogranicza w związku z tym dostępność części amunicji dla sojuszników, argumentując, że pierwszeństwo mają potrzeby własnych sił zbrojnych.

Na razie słowa Trumpa należy traktować jako poważne oskarżenie, że konkretne partie podarowanych przez Waszyngton amerykańskich rakiet zostały przez Kijów sprzedane. Co więcej, to nie pierwsze tego typu oskarżenie. Kwestia kontroli nad zachodnim uzbrojeniem przekazywanym Ukrainie była przedmiotem oficjalnych zastrzeżeń na długo przed jego wypowiedzią.Już w styczniu 2024 roku inspektor generalny amerykańskiego Departamentu Obrony opublikował raport dotyczący nadzoru nad szczególnie wrażliwym sprzętem wojskowym dostarczanym Ukrainie. Wskazano w nim na problemy z dokumentowaniem i kontrolą wyposażenia o łącznej wartości około miliarda dolarów. Chodziło o towary objęte zaostrzonymi procedurami monitorowania, w tym uzbrojenie i sprzęt, którego utrata lub nieuprawnione wykorzystanie mogłyby mieć poważne konsekwencje.

Równie istotne wnioski przyniósł raport amerykańskiego Government Accountability Office z marca 2024 roku. Kontrolerzy stwierdzili, że Pentagon nie dysponował wystarczająco wiarygodnymi danymi dotyczącymi dostaw uzbrojenia Ukrainie, a procedury monitorowania jego dalszego wykorzystania zostały zmodyfikowane z powodu trwającej wojny. Departament Obrony nie przeprowadził przy tym pełnej oceny, czy przyjęte rozwiązania skutecznie chronią przed utratą lub niewłaściwym wykorzystaniem sprzętu.

Oznacza to, że problem nie sprowadzał się wyłącznie do politycznych oskarżeń czy medialnych spekulacji. Amerykańskie instytucje kontrolne same wskazywały na niedoskonałości systemu ewidencjonowania dostaw i sprawdzania, czy przekazane wyposażenie rzeczywiście trafia do właściwego odbiorcy i jest wykorzystywane zgodnie z przeznaczeniem. Nie jest to jednak równoznaczne z potwierdzeniem, że miliardy dolarów w uzbrojeniu zostały sprzedane na czarnym rynku.

Ukraina od lat zmaga się z niewyobrażalną korupcją, klientelizmem i systemowymi problemami z przejrzystością zamówień publicznych. Wojna nie sprawiła, że te zjawiska zniknęły. Przeciwnie, ogromne transfery pieniędzy, sprzętu i amunicji, realizowane w warunkach presji czasu i ograniczonych możliwości kontroli, stworzyły dodatkowe pole do nadużyć. Wystarczy wspomnieć, że po wybuchu wojny Ukraińcy stali się europejskimi liderami w zakupach luksusowych samochodów. Skąd wzięli na to pieniądze w czasie, gdy kraj sukcesywnie biednieje?

Przykładem niech będzie ujawniona w 2024 roku afera związana z zakupem amunicji moździerzowej. Ukraińskie służby poinformowały wówczas o podejrzeniu defraudacji blisko 40 mln dolarów przeznaczonych na zakup 100 tys. pocisków. W sprawę mieli być zamieszani pracownicy przedsiębiorstwa zbrojeniowego oraz przedstawiciele resortu obrony. Pieniądze miały zostać przekierowane na inne rachunki, zamiast posłużyć do realizacji kontraktu. Był to kolejny dowód na to, że nawet środki przeznaczone bezpośrednio na prowadzenie wojny mogą stać się przedmiotem korupcyjnych operacji.

Problem ma również wymiar międzynarodowy. Broń, która opuszcza magazyny jednego państwa, może w wyniku kradzieży, nielegalnego pośrednictwa lub nieautoryzowanego transferu trafić do odbiorców w innych regionach świata. W przypadku uzbrojenia przenośnego i amunicji ryzyko takie jest szczególnie istotne. Ewentualne pojawienie się zachodnich systemów uzbrojenia poza pierwotnym obszarem dostaw mogłoby zagrozić bezpieczeństwu wielu państw, a także interesom samych producentów.

Już w 2022 roku amerykańskie władze uruchomiły działania mające przeciwdziałać nielegalnemu przekierowywaniu zaawansowanej broni z Ukrainy do terrorystów. Ukraina oczywiście wszystkiego sie wyparła. W kolejnych latach zarówno Departament Obrony, jak i Government Accountability Office wskazywały na konieczność poprawy nadzoru oraz dokumentowania transferów. Nie oznacza to, że potwierdzono masowy proceder sprzedaży zachodniego uzbrojenia przez klikę Zełenskiego, ale pokazuje, że ryzyko nie było wymysłem powstałym dopiero po ostatnich wypowiedziach Trumpa.

Zarzuty amerykańskiego prezydenta powinny spowodować powołanie specjalnej komisji Kongresu, która ustali, gdzie trafiły przekazane rakiety, kto odpowiadał za ich ewidencję i czy kontrole ich wykorzystania były wystarczające. Jeżeli istnieją dowody nielegalnej sprzedaży, powinny zostać przedstawione opinii publicznej, a odpowiedzialni za proceder pociągnięci do odpowiedzialności.

Państwa przekazujące Ukrainie uzbrojenie mają prawo oczekiwać, że będzie ono wykorzystywane zgodnie z deklarowanym przeznaczeniem. W sytuacji, gdy pomoc wojskowa osiąga ogromną skalę, a możliwości jej bieżącego nadzorowania są ograniczone, przejrzystość nie może być traktowana jako kwestia drugorzędna. Skala korupcji na Ukrainie i wcześniejsze zastrzeżenia amerykańskich instytucji kontrolnych stanowią wystarczający powód, by domagać się szczegółowych rozliczeń. W przeciwnym razie zachodnie państwa ryzykują nie tylko marnotrawienie publicznych pieniędzy, ale również utratę na rzecz wroga technologii.

Czy Francja może pogrążyć się w wojnie domowej?

Czy Francja może pogrążyć się w wojnie domowej?

20 października 2026 r. przez Alexa Krainera tkp-at/koennte-frankreich-in-einen-buergerkrieg-abgleiten


W sobotę, 17 października, demonstracje we Francji przybrały gwałtowny obrót. Władze szacowały liczbę uczestników w całym kraju na około 550 000, ale organizatorzy twierdzili, że w protestach wzięło udział nawet 800 000 demonstrantów.

Dzień akcji 17 października został jednoznacznie przedstawiony jako zbieg trwającego od miesiąca ruchu studenckiego z szerszym buntem przeciwko kosztom utrzymania i rządowym programom oszczędnościowym, w którym uczestniczyli również rodzice, nauczyciele i członkowie związków zawodowych. Wśród organizatorów znalazły się organizacje studenckie, takie jak Union Syndicale Lycéenne (USL), związki zawodowe oraz pozostałości ruchu „Żółtych Kamizelek” (Gilets Jaunes).

Protesty studenckie rozpoczęły się już w połowie września z powodu opłakanego stanu systemu edukacji we Francji. Do protestów przyłączyły się inne grupy z powodu rosnących kosztów utrzymania, pogarszającego się poziomu usług publicznych i odczuwalnej obojętności rządu.

Jak to często bywa, te w większości pokojowe protesty dały agresywnym grupom, buntownikom i szabrownikom możliwość infiltracji demonstrantów. Zamieszki pojawiły się tłumnie, atakując budynki rządowe, sklepy i policję. Podpalili w dużej mierze zabytkowy ratusz w Limoges , splądrowali setki sklepów w całej Francji i sprawili, że wiele francuskich miast wyglądało jak strefy wojenne.

Przemoc spontaniczna czy zorganizowana?

Choć protesty te mogą wydawać się spontaniczną reakcją społeczną na pogarszające się warunki życia we Francji, istnieją liczne dowody na to, że masowe protesty są zazwyczaj organizowane przez służby bezpieczeństwa „głębokiego państwa” i celowo infiltrowane przez elementy stosujące przemoc.

W weekend we Francji pojawiły się pewne wskazówki: uczestnicy zamieszek pojawili się jednolicie w czarnych kapturach i maskach na twarzach, a ktoś zadbał o to, by na miejscu zamieszek pojawiły się starannie i profesjonalnie zapakowane palety szklanych butelek (nagranie wideo pod linkiem). Gdyby to gangi uliczne zorganizowały tę akcję, byłby to imponujący wyczyn logistyczny i organizacyjny.

Jeśli przemoc była zorganizowana, pojawia się pytanie: kto ją zorganizował i w jakim celu? Sądzę, że typowi podejrzani to agencje wywiadowcze i liczne organizacje pozarządowe, z których wiele zostało założonych i hojnie finansowanych właśnie w tym celu.

Przypomnijmy: Francja doświadczyła już gwałtownych zamieszek latem 2023 roku. 28 czerwca 2023 roku, dzień po zabójstwie przez policję 17-letniego Nahela Merzouka na przedmieściach Paryża, w Nanterre, w całym kraju wybuchły zamieszki. Do zamieszek doszło w wielu miastach, w tym w Paryżu, Marsylii, Lille, Lyonie, Bordeaux, Grenoble, a także w Brukseli w Belgii. Niektórzy uczestnicy zamieszek byli uzbrojeni, a części wielu miast przypominały później strefy wojenne.

Według niektórych doniesień , broń przekazana Ukrainie trafiła w ręce protestujących za pośrednictwem czarnego rynku , którzy następnie użyli jej do strzelania do policji. Rząd wysłał 45 000 policjantów i żandarmów, aby spróbować opanować sytuację, ale przemoc trwała sześć dni z ogromną intensywnością. Prezydent Emmanuel Macron znalazł się pod presją – nie tylko ze strony uczestników zamieszek i opozycji, ale, co bardziej niepokojące, ze strony własnej policji i wojska.

A potem wszystko skończyło się tak nagle, jak się zaczęło. Chociaż marsze protestacyjne we Francji zazwyczaj trwają tygodniami i miesiącami, zamieszki w 2023 roku zakończyły się po zaledwie sześciu dniach. Było to tak nietypowe dla Francji, że trzeba było znaleźć wytłumaczenie: media rozpowszechniły informację, że zamieszki zostały przerwane przez handlarzy narkotyków, którzy zakłócali ich interesy.

Doprowadziło to do gwałtownego, spontanicznego wybuchu oburzenia, domagającego się sprawiedliwości dla młodej Nahel Merzouk ; ale gdy tylko handlarze narkotyków w jakiś sposób nakłonili protestujących do zaprzestania swoich działań, ponieważ szkodziły one ich interesom narkotykowym, zapaleni młodzieńcy spontanicznie uznali, że zyski handlarzy są ważniejsze niż sprawiedliwość. Słowo „ dziwaczne” nie oddaje w pełni narracji, która zakończyła zamieszki w 2023 roku.

Co się za tym kryje?

Jak pisałem wówczas, program mógł być skierowany przeciwko prezydentowi Francji Emmanuelowi Macronowi , który zaczynał wyłamywać się z szeregów Zachodu: dwa miesiące wcześniej poprowadził on liczną delegację francuskich firm do Pekinu i flirtował z pomysłem przystąpienia Francji do organizacji BRICS. Opowiadał się również za negocjacjami z Rosją i uwzględnieniem jej obaw o bezpieczeństwo. Jednak po zamieszkach porzucił te pomysły i od tamtej pory nie były one poruszane.

Możemy jedynie spekulować, jaki może być dzisiejszy program. Podejrzewam, że jego celem jest stworzenie pretekstu do bardziej autorytarnego podejścia do swobód obywatelskich, zaostrzenia cenzury, a być może nawet wprowadzenia godziny policyjnej, ale czas pokaże. W takich sytuacjach osoby organizujące niepokoje społeczne liczą na to, że społeczeństwo będzie domagać się powrotu prawa i porządku, a ludzie dobrowolnie zrezygnują ze swoich swobód obywatelskich i powitają surowe represje wobec dysydentów, a także przywrócenie porządku i stabilności.

To wszystko może się obrócić przeciwko nam…

Jednak ta kalkulacja może przynieść odwrotny skutek, jeśli opinia publiczna podzieli pogardę demonstrantów dla władz, co w dużej mierze ma miejsce obecnie we Francji. W 2023 roku te same instytucje państwowe, które zostały wezwane do stłumienia zamieszek, były o krok od zwrócenia się przeciwko rządowi. Wówczas związki zawodowe francuskich policjantów napisały do ​​prezydenta Macrona , grożąc buntem: „ Dziś policja walczy, bo jesteśmy w stanie wojny. Jutro będziemy stawiać opór i rząd powinien być tego świadomy ”.

Podobne nastawienie panowało w kręgach wojskowych: generał Pierre Villiers , cieszący się dużym szacunkiem wśród francuskich dowódców wojskowych, oświadczył , że armia powinna być lojalna wobec ludu, a nie Emmanuela Macrona. Jest niemal pewne, że policja, żandarmeria i znaczna część wojska są jeszcze bardziej skłonne do nieposłuszeństwa wobec rządu i zwrócenia się przeciwko niemu. Mogłoby to doprowadzić do wojny domowej we Francji, której konsekwencje są, z dzisiejszej perspektywy, całkowicie nieprzewidywalne.

Rozpad „kolektywnego Zachodu”

Niestabilność polityczna we Francji dodatkowo uwypukliła brak jedności i rozłam „wspólnego Zachodu”. Wczoraj prezydent Trump przypuścił miażdżący atak na prezydenta Macrona na portalu TruthSocial:

Francja płonie! Imigracja ludzi z zupełnie innego świata, ludzi z nienawiścią w sercach, zniszczyła ten niegdyś wspaniały kraj. Zamknijcie granice i przejmijcie kontrolę, zanim będzie za późno! Prezydent Donald J.Trump

Macron z kolei wygłosił oświadczenie do narodu, pośrednio obwiniając Trumpa za zamieszki : „Nigdy nie powinniśmy mylić pokojowych demonstrantów z rabusiami i uczestnikami zamieszek, ponieważ są ludzie, którzy słusznie uważają, że ceny paliw rosną zbyt gwałtownie. To z powodu wojny z Iranem”.

W obliczu narastających przeciwności społecznych, gospodarczych i geopolitycznych, mocarstwa zachodnie i ich przywódcy są coraz bardziej zdezorientowani i niezdolni do przywrócenia porządku, nie mówiąc już o ożywieniu gospodarczym. Wydaje się, że ich jedynym „prawdziwym biegunem północnym” jest wojna, a rozpętanie poważnej wojny z Rosją, ich wyznaczonym wrogiem zewnętrznym, jest ich ostatnią nadzieją na przywrócenie spójności społecznej i poparcia społecznego dla władz. Przynajmniej na razie wydaje się to wysoce nieprawdopodobne, szczególnie we Francji.

W sobotę w jednym mieście (nie udało mi się ustalić, w którym) protestujący zostali zgilotynowani . To był tylko model, ale pokazuje kierunek, w którym wieją wiatry buntu społecznego. W Paryżu protestujący skandowali : „ Zgilotynowaliśmy Ludwika XVI . Macron, Macron, zrobimy to jeszcze raz”.
Nastroje społeczne wyraźnie zmierzają w kierunku szerszego buntu i bardziej zdecydowanego żądania rozliczenia i sprawiedliwości. Pozostaje jednak pytanie, czy protestujący tym razem będą tak samo wyrozumiali wobec handlarzy narkotyków, jak trzy lata temu.

Niniejszy artykuł ukazał się pierwotnie w języku angielskim w TrendCompass Alexa Krainera . Przedruk w języku niemieckim za uprzejmą zgodą autora.