Dlaczego Trump odmówił pomocy Arabii Saudyjskiej we wznowionej przez nią wojnie z Jemenem? Dlaczego Rosja wstrzymała eksport diesla i USA rozważa podobny krok? Można tłumaczyć takie zachowanie Trumpa zbliżającymi się wyborami połówkowymi w USA. Jasne, że w takiej sytuacji nie będzie się angażował w kolejną awanturę. Z drugiej strony wysokie ceny ropy też nie przekonają wyborców, by oddali głos na jego partię. Ograniczenia eksportu paliw można tłumaczyć względami strategicznymi, jednak Rosja jest eksporterem ropy i cena tego produktu jest ważnym elementem rosyjskiej gospodarki. Przez dłuższy czas trwania wojny na Ukrainie Rosja dostarczała tam ropę do sprezentowanych Ukrainie przez Zachód czołgów.
Wygląda to na nielegalne porozumienie krajów wydobywających ropę. W dużym uproszczeniu: światowy kartel producentów ropy uzgodnił działania w celu maksymalizacji zysków. A Arabia Saudyjska? Stała się ofiarą własnej polityki opartej na sojuszu z USA. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby powtórzyła się historia Saddama Husejna i cichego wsparcia przez CIA jego ataku na Kuwejt, który się zakończył inwazją Stanów Zjednoczonych w Iraku. Tym razem USA nie potrzebuje nawet swojej armii – załatwią to za nich Jemeńczycy. Tak kończy się ignorowanie historii praktycznie wszystkich dotychczasowych sojuszników USA.
Cena ropy jest sztucznie zawyżana przez propagowanie teorii niedoborów tego surowca. Pisałem o tym w artykule Mit paliw kopalnych.
Od miesięcy rosną ceny paliw, a wielu obwinia za to przede wszystkim konflikt wokół Cieśniny Ormuz w kontekście wojny z Iranem. Czy jednak to naprawdę cała prawda? Często pomija się przy tym jeden kluczowy czynnik. Od dziesięcioleci ostrzega się, że światowe rezerwy ropy naftowej się wyczerpują. A co, jeśli to założenie nigdy nie odpowiadało rzeczywistości? Ten film dokumentalny podważa utrwalone przekonania i oddaje głos ekspertom, którzy zasadniczo kwestionują powszechny pogląd na temat powstawania i dostępności ropy naftowej. Czy ceny ropy są sztucznie zawyżane i czy istnieją ustalenia, które w debacie publicznej nie spotykają się z większym zainteresowaniem? Film dokumentalny, który podważa podstawy jednego z najważniejszych pytań naszych czasów: czy energia naprawdę jest dobrem deficytowym – czy też jej niedobór został po prostu wymyślony? Źródło.
Tak popularnie określa się Islandię ze względu na wulkaniczno-lodowcowy krajobraz oraz występowanie licznych gejzerów. To wyspiarskie, europejskie państwo zaliczane do krajów nordyckich, ma około 400 tysięcy mieszkańców – tyle, co Szczecin.
29 sierpnia odbyło się referendum w Islandii w sprawie wznowienia negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską. 52,8% głosujących (przy frekwencji wynoszącej 82,5%), powiedziało nie dla przystąpienia do scentralizowanej i prowojennej Unii.
Kampania anty-UE okazała się w Islandii skuteczna.
Do kolejnej próby przekonania Islandczyków do „dobrodziejstw” skorumpowanej Unii już nie dojdzie, ponieważ ten totalitarno-biurokratyczny stwór opanowany praktycznie w całości przez globalistów zdąży wcześniej doprowadzić siebie do samounicestwienia.
Unijne centra władzy znajdują się poza unijnym terytorium. Decyzje o kierunku i sposobach unijnej degradacji zapadają w City of London i w Davos.
Podobnie wymuszona przez Jemen decyzja Riadu o wstrzymaniu dostaw ropy do UE także nie pochodzi z Brukseli. W związku z tym Europejski Bank Centralny zainicjował projekt wdrożenia nowej, po upadku euro, waluty cyfrowej.
Pod przewodnictwem przewodniczącej Komisji Ursuli von der Leyen Unia Europejska coraz bardziej staje się niedemokratyczną, autorytarną, nieprzejrzystą i centralistyczną strukturą władzy. Taki kierunek narzucił jej globalizm.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia” 17 września 2026 michalkiewicz
Jak pamiętamy, władze izraelskie, a wraz z nimi wszyscy żydofile, w 2023 roku lamentowali, że rakietowy atak Hamasu na Izrael przeprowadzony 7 października był całkowicie „zaskakujący” i dlatego pociągnął za sobą tyle ofiar, a także – tylu zakładników.
Od samego początku wydawało mi się to bardzo wątpliwe i to z kilku powodów. Po pierwsze – wywiad izraelski, czyli Mosad, uchodzi za jeden z najlepszych, a może nawet najlepszy na świecie. Jest to między innymi skutkiem tego, że Żydowie żyją w diasporze, w związku z tym Mosad w każdym kraju, a jeśli nie w „każdym” to w takim, gdzie ta diaspora żydowska się znajduje, może mieć swoją agenturę. Po drugie – że co jak co, ale Strefa Gazy, z której Hamas wyprowadził swój „zaskakujący” atak, z całą pewnością jest naszpikowana izraelskimi agentami, niczym wielkanocna baba rodzynkami. Jeśli zatem – po trzecie – do przeprowadzenia tego „zaskakującego” ataku użyte były tysiące rakiet domowej roboty, to jest rzeczą niemożliwą, żeby argusowemu oku Mosadu umknęła taka masowa produkcja. W takiej sytuacji – po czwarte – jeśli Izrael stworzył wrażenie, jakby mu umknęła, to możliwe to było tylko dlatego, że ktoś nałożył Mosadowi czarne okulary, a uszy zalepił woskiem , niczym Odyseusz swoim marynarzom, kiedy chciał posłuchać śpiewu Syren.
Jedynym człowiekiem, który coś takiego mógł zrobić, by Beniamin Netanjahu, nad którym wtedy wisiała groźba wtrącenia do turmy – czego domagali się liczni demonstranci. Kierując się tedy – po piąte – starożytną, pełną mądrości rzymską sentencją: „is fecit, cui prodest” – co się wykłada, że ten zrobił, kto skorzystał, nieubłagany palec wskazuje nie tylko na premiera Beniamina Netanjahu, który dzięki temu nie tylko uniknął turmy, ale wkrótce stanął na czele „rządu jedności narodowej” bezcennego Izraela i nawet prezydent Józio Biden, który wcześniej kręcił nad nim nosem, po „zaskakującym” ataku Hamasu nie tylko przestał nosem kręcić, ale pogalopował do Izraela, by swojej umiłowanej duszeńce okazać „pełną solidarność”. Czegóż chcieć więcej? W takiej sytuacji – po szóste – wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że tak naprawdę to nie żaden Hamas, tylko bezcenny Izrael, za pośrednictwem swojej agentury w Strefie Gazy doprowadził do tego uderzenia po to, by je następnie wykorzystać jako pretekst do aneksji tego terytorium.
No i właśnie w dniach ostatnich dziennik „Haaretz” doniósł, że premier Beniamin Netanjahu „wiedział” z góry o tym „zaskakującym” ataku Hamasu. Czy tylko „wiedział”, czy dlatego „wiedział” – bo go przygotował i zainicjował? Oczywiście sam zainteresowany temu zaprzecza, chociaż nie bardzo energicznie, a poza tym na taką możliwość wskazuje szczere niewątpliwie wyznanie Beniamina Netanjahu, że „czuje się związany” ideą „wielkiego Izraela”. Idea ta ma stary rodowód, z głębokiej starożytności, kiedy to jeszcze bogowie, a nawet sam Stwórca Wszechświata, układali się z różnymi ciekawymi ludźmi i zawierali z nimi przymierza. Opis takiego bliskiego spotkania III stopnia został zapisany w zbiorze żydowskich sag, zwanym Biblią. Czytam tam m.in. jak to Stwórca Wszechświata upodobał sobie w pewnym mezopotamskim koczowniku i ułożył się z nim, że jeśli ów koczownik będzie Go słuchał i wychwalał, to On, w nagrodę, uczyni go „ojcem wielkiego narodu”, któremu odda w arendę obszar „od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat”. Na tej podstawie Żydowie uważają się za faworytów Stwórcy Wszechświata i w ogóle – prawdziwych ludzi wśród istot człekopodobnych, wyciągają stąd wniosek, że ta wyjątkowa pozycja we Wszechświecie powinna kiedyś przełożyć się na panowanie, jeśli już nie nad Wszechświatem, to przynajmniej – nad Ziemią. Wstępem do tego – przynajmniej według premiera Beniamina Netanjahu – miałaby być realizacja idei „Wielkiego Izraela” – zgodnie z obietnicą nakreśloną przez Stwórcę Wszechświata.
Trzeba przyznać, że idea ta jest już całkiem zaawansowana. Dzięki wykorzystaniu siły amerykańskich twardzieli, którzy przed Żydami skaczą z gałęzi na gałąź, kraje leżące na tym obszarze został już w znacznym stopniu politycznie obezwładnione, więc następnym etapem powinna być aneksja. Jest atoli szkopuł w postaci złowrogiego Iranu, który realizowanie idei Wielkiego Izraela uważa za zagrożenie nie tylko dla siebie, ale i dla całego regionu. Toteż Beniamin Netanjahu nie byłby sobą, gdyby nie wpadł na pomysł wykorzystania w tym celu największego amerykańskiego twardziela w osobie prezydenta Donalda Trumpa.
Jak pamiętamy, wkręcił amerykańskiego prezydenta, chyba nawet „bez jego wiedzy i zgody” w tę wojnę, z której następnie zręcznie się wycofał, pozostawiając jej kontynuowanie Stanom Zjednoczonym. Prezydent Trump chyba już się zorientował, w jaką kabałę został wpakowany, ale sęk w tym, że nie bardzo wie, jak się z niej wymiksować. Ogranicza się więc do ogłaszania triumfalnych komunikatów, że złowrogi Iran już jest passe – ale cóż z tego, kiedy onże Iran nie tylko się odgrywa, obrzucając amerykańskie bazy w rejonie Bliskiego Wschodu swoimi ponaddźwiękowymi dzidami, ale w dodatku się odgraża, że zrobi coś jeszcze gorszego.
Wprawdzie Stany Zjednoczone mogłyby zniszczyć złowrogi Iran na tej samej zasadzie, co Feliks Dzierżyński, który każdego mógł aresztować – ale nie wiedzą, co na takie dictum powiedziałaby reszta świata. Wprawdzie w obronie demokracji można użyć nawet broni atomowej, ale w tym cały jest ambaras, że tą bronią dysponują nie tylko demokracji, ale również – wrogowie demokracji. Jak wrogowie demokracji i pokoju zareagowaliby na unicestwienie złowrogiego Iranu – tego nikt, łącznie z prezydentem Trumpem nie wie, więc rozsądek w tej sytuacji nakazuje zachowanie umiaru w niszczeniu. W rezultacie złowrogi Iran wykorzystuje swój atut w postaci blokady cieśniny Ormuz, w następstwie czego cena baryłki ropy naftowej znowu przekroczyła 100 dolarów, a z pewnością nie jest to ostatnie słowo.
W ten oto sposób, za sprawą sprytnego i co tu ukrywać – obrotnego premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamina Netanjahu, cały świat został zmuszony do płacenia haraczu z tytułu „związania się” izraelskiego premiera z ideą „Wielkiego Izraela”. Czyż to nie początek żydowskiej władzy nad światem? A co będzie później? Strach pomyśleć.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej zapowiedziała, że niewykorzystane pieniądze z SAFE zostaną przeznaczone na realizację ukraińskich projektów obronnych. Państwa UE nie kryją zaskoczenia.
We wczorajszym przemówieniu przed Parlamentem Europejskim Ursula von der Leyen podsumowała najważniejsze działania i osiągnięcia UE ze swojej perspektywy oraz przedstawiła priorytety na kolejny rok. Oprócz zapowiedzi dotyczących zwiększenia innowacyjności oraz utrzymania obecnego kursu polityki klimatycznej, von der Leyen zapowiedziała także uruchomienie wspólnego programu obronnego z Ukrainą. Jego finansowanie będzie pochodziło z niewykorzystanych środków z SAFE. Mowa tu o od 10 do nawet 20 mld euro.
Zdumienie w Polsce
Słowa przewodniczącej KE wywołały zaskoczenie w państwach UE, w tym także w Polsce. Przypomnijmy, że jeszcze kilak tygodni temu rząd zapowiadał, że będziemy chcieli aplikować do drugiego naboru wniosków z SAFE. Jednak po zapowiedzi von der Leyen nie wiadomo, czy wspomniane środków w ogóle będą dostępne dla Polski i innych państw UE.
Państwa UE stoją na stanowisku, że to one powinny decydować, na co zostaną przeznaczone pieniądze z SAFE. Tym bardziej, że program to w praktyce pożyczki, które poszczególne rządu muszą spłacić.
– Takiej rozmowy z KE nie było. Póki co, to my, czyli państwa członkowskie, spłacamy pieniądze z tej pożyczki, a nie Komisja Europejska – mówi w rozmowie z korespondentką RMF FM jeden z unijnych dyplomatów.
Według unijnego komisarza ds. obrony Andriusa Kubiliusa środki z SAFE mogłyby zostać przeznaczone na wspólne projekty, takie jak znany już ukraiński system obrony przeciwrakietowej FREYA.
Według ustaleń radia, podczas roboczych spotkań przedstawiciele Komisji Europejskiej jedynie sygnalizowali, że pieniądze mogłyby być w przyszłości wykorzystywane na inne cele niż obecnie. Państwa członkowskie wskazywały wtedy, że wszelkie zmiany w SAFE muszą być konsultowane z nimi.
Izraelski Instytut Studiów nad Bezpieczeństwem Narodowym uznał przemoc żydowskich osadników wobec Palestyńczyków za strategiczne zagrożenie dla państwa. W pierwszej połowie 2026 roku odnotowano 660 przestępstw na tle szowinistycznym, a zdecydowana większość śledztw prowadzonych w poprzednich latach nie kończyła się aktem oskarżenia. INSS domaga się skuteczniejszego egzekwowania prawa, likwidacji nielegalnych przyczółków osadniczych i odebrania broni osobom używającym jej niezgodnie z prawem.
16 września izraelski dziennik „Haaretz” poinformował o wydaniu przez Instytut Studiów nad Bezpieczeństwem Narodowym (INSS) drugiego w historii tej instytucji alertu strategicznego. Jeden z najważniejszych izraelskich ośrodków analitycznych ostrzegł, że przemoc żydowskich osadników wobec Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu Jordanu przestała być lokalnym problemem i stała się zagrożeniem dla bezpieczeństwa, demokratycznego charakteru oraz międzynarodowej pozycji Izraela. Sam INSS określa to zjawisko jako „żydowski terroryzm”.
Alert wskazuje, że bezkarność sprawców prowadzi do osłabienia instytucji państwa i podważa zasadę jego monopolu na stosowanie siły. INSS zwraca również uwagę na niedostateczne egzekwowanie prawa oraz brak politycznego wsparcia dla służb zajmujących się przemocą na tle nacjonalistycznym.
Problem wpływa również na funkcjonowanie izraelskich sił bezpieczeństwa. W niektórych jednostkach wojskowych nawet 80 proc. rejestrowanych zdarzeń ma dotyczyć przestępczości żydowskich nacjonalistów. Konieczność angażowania wojska w takie incydenty odciąga część sił od innych zadań związanych z bezpieczeństwem.
INSS zwrócił również uwagę na skalę nieskuteczności postępowań wobec sprawców. W latach 2005–2025 około 94 proc. śledztw dotyczących tego rodzaju zdarzeń zamknięto bez aktu oskarżenia, natomiast 3 proc. zakończyło się skazaniem.
Think tank ocenił, że utrzymywanie się takiej sytuacji sprzyja dalszej przemocy wobec Palestyńczyków i przejmowaniu ziemi. W alercie wskazano zarazem na brak wystarczającej reakcji ze strony władz.
INSS chce likwidacji nielegalnych przyczółków
Instytut zaapelował o jednakowe egzekwowanie prawa niezależnie od narodowości sprawców. Zaproponował również utworzenie wspólnego zespołu złożonego z przedstawicieli wojska, policji, kontrwywiadu, administracji cywilnej i prokuratury, który miałby zajmować się przemocą osadników.
INSS postuluje ponadto usunięcie 26 nielegalnych przyczółków osadniczych znajdujących się na obszarach Zachodniego Brzegu, gdzie sprawy cywilne pozostają w gestii Autonomii Palestyńskiej, a za bezpieczeństwo odpowiada Izrael.
Kolejnym postulatem jest odbieranie broni osobom wykorzystującym ją niezgodnie z prawem oraz skuteczne egzekwowanie zakazu wstępu Izraelczyków na obszary znajdujące się pod palestyńską administracją cywilną i kontrolą bezpieczeństwa.
Działania te mają również ograniczyć ryzyko załamania się struktur Autonomii Palestyńskiej. Taki rozwój wydarzeń mógłby doprowadzić do chaosu oraz dalszego wzrostu przemocy na Zachodnim Brzegu.
Przemoc osadników rzadziej obecna w izraelskich mediach
Spośród głównych izraelskich mediów alert szerzej opisał lewicowy dziennik „Haaretz”, którego udział w rynku wynosi kilka procent. Przemoc osadników wobec Palestyńczyków pozostaje na marginesie zainteresowania największych mediów w Izraelu, których relacje z Zachodniego Brzegu koncentrują się przede wszystkim na atakach Palestyńczyków na Izraelczyków.
INSS już w styczniu 2026 roku poświęcił temu problemowi osobną analizę. Ośrodek oceniał wówczas, że przemoc wobec Palestyńczyków przestała mieć charakter marginalny i lokalny, a liczba oraz skala ataków zwiększyły się szczególnie po 7 października 2023 roku.
Ponad 500 tys. żydowskich osadników
Izrael zajął Zachodni Brzeg Jordanu i Wschodnią Jerozolimę podczas wojny sześciodniowej w 1967 roku, a następnie rozpoczął budowę osiedli na przejętych terenach. Obecnie mieszka w nich ponad 500 tys. żydowskich osadników, których enklawy są chronione przez izraelskie wojsko.
Na Zachodnim Brzegu mieszka również około 3,5 mln Palestyńczyków. Obie grupy podlegają odmiennym systemom prawnym. Izraelscy osadnicy podlegają prawu izraelskiemu, natomiast Palestyńczycy prawu wojskowemu i palestyńskiej administracji w zakresie wynikającym z podziału terytorium.
Palestyńczycy uznają izraelskie osiedla oraz obecność wojskową niezbędną do ich ochrony za przeszkodę w utworzeniu własnego państwa na Zachodnim Brzegu.
Rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow udzielił wywiadu, w którym jednoznacznie ostrzegł Europejczyków przed dalszą eskalacją. Przedstawię tu jego odpowiedź na jedno z pytań.
Pytanie: Kiedy widzimy, co mówi i robi Europa, nasuwa się dziwne wrażenie. Z jednej strony mówią, że Rosja nie odważy się na eskalację, nie użyje broni jądrowej i zawaha się przed atakiem odwetowym na terytorium Europy. Z drugiej strony obsesyjnie przygotowują się na lata 2029/2030, kiedy to, jak twierdzą, Rosja najprawdopodobniej zaatakuje. Europa przechodzi gwałtowną militaryzację. Nie chodzi tylko o finansowanie programów zbrojeniowych wartych miliardy, a nawet biliony; raczej sprawiają wrażenie, że zamierzają kontynuować tę militaryzację niezależnie od porozumienia pokojowego na Ukrainie. Mając to na uwadze, zadaję sobie pytanie: Czy naprawdę tak się nas boją? A może pod pretekstem ‚rosyjskiego zagrożenia’ wzmacniają swój przemysł zbrojeniowy i przygotowują się do ataku na Rosję na szeroką skalę?
Ławrow: Myślę, że kręgi militarystyczne po prostu realizują własne interesy. W czasach, gdy problemy się mnożą, nasilają i pogłębiają, środki finansowe są przeznaczane na cele wojskowe: chcą w każdym razie zwiększyć wydatki na obronność do 5% PKB, a partie polityczne domagają się, aby ich parlamenty natychmiast przekazały Ukrainie kolejne 90 miliardów euro na przyszły rok.
Przemysł zbrojeniowy jest zachwycony. Zgarnia ogromne zyski. Na przykład kanclerz Niemiec Friedrich Merz publicznie oświadczył: „Tak, zdaję sobie sprawę, że sytuacja naszej ludności znacznie się pogorszyła, ale jesteśmy zobowiązani do działania – ze względu na Ukrainę, ze względu na wartości europejskie”.
Alice Weidel i Ulrich Siegmund
A jak zareagowali na wyniki wyborów w Saksonii-Anhalt, gdzie AfD odniosła miażdżące zwycięstwo? Próbują oskarżyć ich o odrodzenie narodowego socjalizmu. I to w sytuacji, gdy ta partia – która jest niewątpliwie nacjonalistyczna, nie ma co do tego wątpliwości – po prostu opowiada się za normalnym dialogiem ze wszystkimi zaangażowanymi stronami.
Dążenie do militaryzacji Arktyki jest oczywiście również niepokojące. Ostatnio USA, Norwegia i inni aktorzy przeprowadzili tam manewry, których scenariusz całkiem otwarcie zakładał wojnę z Rosją. Co za tym stoi? Nie sądzę, żeby zaatakowali Rosję, jednocześnie twierdząc, że przygotowujemy się do agresji na Europę.
To absurd. Z jednej strony twierdzi się, że Rosja przegrywa wojnę – dlatego Ukraina potrzebuje ogromnego wsparcia, a ta pomoc musi być zwiększona, aby mogła wygrać – z drugiej strony ta sama Rosja, którą postrzegają jako przegrywającą, rzekomo planuje atak na Europę. Z politycznego punktu widzenia wygłaszanie takich bzdur jest nieszczere. Przecież prezydent Rosji Putin powiedział to i powtórzył to kilkakrotnie: „Nie zamierzamy nikogo atakować. To nonsens, idiotyzm. Świadczy to o całkowitym braku politycznego wyczucia”.
Ale jeśli ta gadanina faktycznie oznacza przygotowania do ataku z ich strony, to zapewniam, że wojna potoczy się zupełnie inaczej [niż na Ukrainie] i będzie bardzo krótka. Radzę zapamiętać te słowa.
Istnieje jednak również możliwość, że impuls, który doprowadził do I wojny światowej, powtórzy się, coś takiego jak zamach na arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Czy coś takiego można by zaaranżować, biorąc pod uwagę europejskie zamiłowanie do intryg i przygód, a także ich przebiegłość? Albo podpalenie Reichstagu? Nie wykluczam takich rzeczy; pomyślcie tylko, jak niedawno spreparowali ten incydent z dronem w Lipsku i jak zorganizowali wokół niego histeryczny spektakl na skalę światową, nie przedstawiając ani jednego dowodu.
Tak jak nigdy nie otrzymaliśmy odpowiedzi na wielokrotnie zadawane pytanie o Buczę, gdzie w kwietniu 2022 roku dziesiątki ciał nagle pojawiły się znikąd, równo ułożone wzdłuż drogi. Do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi od Sekretarza Generalnego ONZ, Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka ani naszych zachodnich rozmówców, w tym Amerykanów, na pytanie: Czy możecie wykorzystać swoje zasoby, aby uzyskać listę osób, których ciała zostały pokazane przez ekipę BBC, która była na miejscu zdarzenia dokładnie w odpowiednim czasie? Nikt nam nie udziela odpowiedzi.
Mówią nam, że krewni tego nie chcą. Ale nic o nich nie słychać. To niedopuszczalne, żeby dziesiątki osób ginęły masowo, a zbrodnie wojenne były popełniane bez zainteresowania ze strony krewnych. Ale tutaj panuje kompletna cisza, więc nie mogę wykluczyć prowokacji.
ZB: Czytelnicy, którzy nie wiedzą lub nie pamiętają, co zdarzyło się w Buczy pod koniec marca 2022 roku, mogą przeczytać relację francuskiego żołnierza i pisarza Adrien Bocqueta, który przypadkowo był świadkiem ukraińskiej prowokacji:
Jak gorliwie przypominają media głównego nurtu, w ten weekend przypada 25. rocznica tragicznych wydarzeń z 11 września 2001 roku – tego przerażającego aktu okrucieństwa, którego dopuścili się tchórzliwi terroryści z Al-Kaidy. #NigdyNieZapomnij
Ale jak właśnie poinformował nas rząd USA, Al-Kaida jest całkiem fajna (przynajmniej w Syrii) – więc dlaczego wy wszyscy tak się podniecacie tym, że Wujek Sam zniesie niektóre z sankcji wobec nich, wy obsesyjni wariaci?!
Tak, gdybyś był Normie Q. Normiesonem i uwierzył w kłamstwo Al-Kaidy, tak jak każdy patriotyczny, płacący podatki i ufający rządowi obywatel przez ostatnie ćwierćwiecze, mógłbyś cynicznie stwierdzić, że nadszedł moment, w którym Al-Kaida „zakończyła swoją misję”. W końcu to oni dokonali zamachu z 11 września, siali spustoszenie w Afganistanie i Iraku, przez dekady zagrażali światu, a teraz są normalizowani i rehabilitowani na arenie międzynarodowej.
„Nie widzisz tego?” – pyta Normie, pieniąc się na ustach i wskazując dziko na gubernatorki w hidżabach i z długopisami z 11 września. „Al-Kaida zwyciężyła!”
Jak zapewne sobie wyobrażasz, ja widzę to trochę inaczej…
WROGIEM MOJEGO WROGA JEST MÓJ…?
Jak zapewne wiecie z najnowszego odcinka programu „New World Next Week”, najnowszym zwrotem akcji w wysoce nieprawdopodobnej historii straszydła Al-Kaidy jest niedawna decyzja administracji Trumpa o usunięciu Frontu Al-Nusra, znanego również jako „Al-Kaida w Syrii”, z listy „Specjalnie Wyznaczonych Globalnych Organizacji Terrorystycznych” (SDGT) Departamentu Skarbu USA.
Decyzja ta jest częścią kompleksowego programu rządu USA, mającego na celu rozwiązanie pozostałych problemów związanych z trwającą od dziesięcioleci operacją zmiany reżimu w Syrii. Program ten zakończył się usunięciem przez Wuja Sama Syrii z listy państw oficjalnie uznanych za „państwa sponsorujące terroryzm”.
Żeby było jasne: kiedy Syria była jeszcze państwem świeckim, rządzonym przez Baszara al-Assada, okulista kształcony w Londynie…
…było to państwo wspierające terroryzm.
Ale teraz, gdy Syrię przejęli wspierani przez USA i powiązani z Al-Kaidą terroryści, którzy dosłownie „obcinają głowy dzieciom i wyrywają im serca”, rozdarli ten kraj na strzępy…
…jest prawowitym państwem narodowym, uznawanym przez USA!
W artykule na ten temat „The Grayzone” zauważa, że Departament Skarbu USA właśnie zniósł sankcje wobec Abdullaha Muhaysiniego, „salafickiego duchownego dżihadysty z Arabii Saudyjskiej, który brał udział w nagrywanych na wideo masakrach pojmanych żołnierzy i w ciągu ostatniej dekady rekrutował hordy młodych cudzoziemców do przeprowadzania ataków samobójczych w całej Syrii”, a także wobec „Abu Sulaymana al-Muhajira, czołowego rekrutera Al-Kaidy w Australii, który uciekł do Syrii; Shafi Sultana Mohammeda al-Ajmiego, głównego kuwejckiego finansisty Frontu Al-Nusra; i Abdula Samreza Jashariego, albańskiego bojownika zagranicznego, który objął wiodącą rolę w syryjskiej armii w ramach Al-Sharaa”.
Dla tych, którzy powoli się orientują, należy podkreślić, że nikt nie chwali Baszara al-Assada ani poprzedniego rządu syryjskiego jako wzoru cnoty i dobroci. Nie, Syria pod rządami Asada nie była przyjemnym miejscem. Właśnie dlatego administracja Busha wykorzystała Syrię jako cel swojego programu „wydawania w trybie nadzwyczajnym” w pierwszej połowie „wojny z terroryzmem”. Przypomnijmy sobie żart Roberta Baera: „Jeśli chcesz poważnego przesłuchania, wyślij więźnia do Jordanii. Jeśli chcesz, żeby był torturowany, wyślij go do Syrii. Jeśli chcesz, żeby ktoś zniknął – żeby nigdy więcej go nie widziano – wyślij go do Egiptu”.
Przejście od Syrii Assada do Syrii Al-Kaidy jest kulminacją trwającego od dziesięcioleci planu, wspieranego przez USA i Izrael, mającego na celu obalenie rządu syryjskiego poprzez finansowanie „opozycji” w kraju… którą, jak się okazało, byli terroryści powiązani z Al-Kaidą, zamierzający przekształcić kraj w muzułmański kalifat.
Widzowie 8. dorocznej gali rozdania nagród „Fake News Awards” zapewne pamiętają, że plan został zrealizowany, gdy powiązany z Al-Kaidą terrorysta o nazwisku „Abu Mohammed al-Jolani”…
…ściął brodę, założył garnitur i został Ahmedem al-Sharaa, prezydentem Syrii.
Przeciętny mieszkaniec Zachodu, zajęty swoimi codziennymi sprawami i nie zwracający uwagi na wiadomości, mógł nie zwrócić uwagi na tę dziwną zmianę władzy w Syrii.
Ci, którzy mają nieco więcej wglądu, mogą się podrapać po głowie ze zdziwieniem. „Chwileczkę, czy Al-Kaida nie była tą złą jeszcze kilka lat temu? Co tu się dzieje?”
Są też moi drodzy czytelnicy, którzy, będąc wśród umysłów w pełni uważnych i inteligentnych, wiedzą, że ta niewiarygodna zmiana, której obecnie doświadczamy – od Al-Kaidy, uosobienia wszelkiego zła, do Al-Kaidy, grupy szanowanych mężów stanu – jest w zasadzie całkowicie przewidywalna.
ZAWSZE W WOJNIE Z EURAZJĄ…
W rzeczywistości każdy, kto śledził historię Al-Kaidy, jest świadomy zwrotów akcji, które doprowadziły nas do tego dziwnego momentu w historii.
Mogą sobie przypomnieć na przykład, jak w 1997 roku Peter Arnett przedstawił łatwowiernym amerykańskim widzom telewizyjnym straszydło Al-Kaidy w swoim „pierwszym ekskluzywnym wywiadzie telewizyjnym z Osamą bin Ladenem!”.
Pamiętacie zapewne wywiad Johna Millera dla OBL z 1998 r ., wyemitowany w czerwcu 1998 r. – zaledwie dwa miesiące przed atakami na ambasady USA w Kenii i Tanzanii w 1998 r.
I oczywiście pamiętacie, że po atakach z 11 września każda stacja telewizyjna w Ameryce, a jak się wydaje, każda stacja telewizyjna na świecie zaczęła bez przerwy relacjonować wydarzenia związane z Osamą bin Ladenem i jego bandą przerażających dżihadystów.
Dla tych, którzy nie urodzili się jeszcze w tamtych czasach, może być to trudne do zrozumienia, ale nie można dość podkreślić, jak bezlitośnie kontrolowane przez władzę media narzucały społeczeństwu zagrożenie terrorystyczne ze strony Al-Kaidy w pierwszych latach „wojny z terroryzmem”.
Każdy dzień przynosił nowe doniesienia o niewiarygodnym globalnym zasięgu tej podstępnej organizacji terrorystycznej. Ataki z użyciem wąglika, zamachowcy w butach, spiski terrorystyczne i ataki na londyńskie metro sprawiały, że zagrożenie to stale pozostawało w centrum uwagi opinii publicznej. Oznaczone kolorami poziomy zagrożenia terrorystycznego stały się prostym narzędziem Pawłowa do utrzymywania mas w stanie ciągłego strachu.
Krótko mówiąc: Al-Kaida i związane z nią zagrożenie terroryzmem stały się zasadą porządkującą nasz wszechświat polityczny. Wmówiono nam, że wojna z terroryzmem jest najważniejszą rzeczą na świecie i że od wyniku tej historycznej walki zależy los całej cywilizacji.
Ale potem wydarzyło się coś dziwnego. Priorytety polityczne zaczęły się zmieniać. Al-Kaida i 11 września przestały być tematem każdej dyskusji politycznej. A gdy widmo Al-Kaidy stopniowo znikało ze świadomości kulturowej, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy zaczęli flirtować z niektórymi brodatymi terrorystami, z którymi rzekomo toczyli śmiertelną walkę.
Ta niezwykła transformacja od „wielkiej, złej Al-Kaidy” do „pożytecznego sojusznika Al-Kaidy” rozpoczęła się w Libii, gdzie wspierana przez USA koalicja NATO otwarcie współpracowała ze znanymi terrorystami, aby osiągnąć swój cel, jakim było obalenie libijskiego przywódcy Muammara al-Kaddafiego. Kampania ta nie tylko doprowadziła do tego, że USA walczyły po tej samej stronie co Państwo Islamskie i inni bojownicy powiązani z Al-Kaidą, ale także do „Benghazigate”, która okazała się katastrofalnym końcem udanej operacji CIA, mającej na celu przemyt broni i zaopatrzenia z Libii dla „grup opozycyjnych” w Syrii.
Ale to w Syrii, a nie w Libii, transformacja Al-Kaidy z przerażającego ucieleśnienia zła w sojusznika doraźnych korzyści osiągnęła punkt kulminacyjny. W latach 2010. ci, którzy wciąż mieli jasny umysł, obserwowali tę niezwykłą transformację z szeroko otwartymi oczami i zdumieniem. Tak, Stany Zjednoczone otwarcie współpracowały teraz z Al-Kaidą, a od opinii publicznej oczekiwano po prostu akceptacji tego sojuszu, jakby nie było w tym całkowitym zwrocie o 180 stopni nic niezwykłego.
Fakt, że Stany Zjednoczone znalazły się w dziwnej sytuacji, wspierając „grupy opozycyjne” Al-Kaidy w Syrii, nie jest wydumaną teorią spiskową. To zimny, twardy fakt, przyznany (z pewnym dyskomfortem) przez takie osobistości jak byli sekretarze stanu USA Hillary Clinton i John Kerry, a bagatelizowany (w żenujący sposób) przez szereg popleczników uznanych ośrodków analitycznych.
Poplecznicy, tacy jak:
Charles Lister, który w 2013 r. napisał artykuł „ Syryjskie powstanie wykraczające poza dobro i zło ” dla Foreign Policy , stwierdził: „Niezależnie od tego, czy się to komuś podoba, czy nie, grupy na bardziej skrajnym krańcu spektrum, zwłaszcza te powiązane z Al-Kaidą, wykazały się niezwykłą sprawnością w rozkładaniu swoich zasobów wojskowych na dużych obszarach terytorium”.
Ed Husain, starszy pracownik naukowy Rady Stosunków Zagranicznych (CFR), który w 2012 r. napisał artykuł „ Widmo Al-Kaidy w Syrii ”, stwierdził: „Gdyby w swoich szeregach nie było Al-Kaidy, syryjscy rebelianci byliby dziś niepomiernie słabsi”.
Barak Mendelson, autor artykułu „ Akceptacja Al-Kaidy: Wróg wroga Stanów Zjednoczonych ” z 2015 roku, argumentował: „Od 11 września Waszyngton postrzega Al-Kaidę jako największe zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych, zagrożenie, które należy wyeliminować bez względu na koszty i czas. […] Jednak niestabilność na Bliskim Wschodzie po Arabskiej Wiośnie i błyskawiczny wzrost Państwa Islamskiego w Iraku i Syrii (ISIS) zmuszają Waszyngton do ponownego rozważenia swojej polityki wobec Al-Kaidy”.
Innymi słowy, parafrazując Orwella: Po 11 września wmówiono nam, że „toczymy wojnę z Al-Kaidą. Zawsze toczyliśmy wojnę z Al-Kaidą”. Jednak podczas interwencji w Syrii powiedziano nam, że Al-Kaida jest naszym sojusznikiem i że „toczymy wojnę z Syrią. Zawsze toczyliśmy wojnę z Syrią”.
Gdyby potraktować historię Al-Kaidy dosłownie, trudno zaprzeczyć, że Al-Kaida odniosła zwycięstwo. 11 września z powodzeniem uderzyła w serce amerykańskiego imperium i teraz cieszy się poparciem Wujka Sama.
Ale przecież nie zamierzamy brać historii o Al-Kaidzie za dobrą monetę, prawda?
CZYM JEST AL-KAIDA?
Każdy, kto ma choć odrobinę inteligencji, niewątpliwie już to wie:
„Al-Kaida” nie zniszczyła trzech budynków w Nowym Jorku dwoma samolotami.
W Al-Kaidzie nie było członków, którzy robiliby sobie zdjęcia, świętując podczas ataków.
„Al-Kaida” nie czerpała korzyści z handlu poufnymi informacjami o atakach, ani z oszustw ubezpieczeniowych związanych z WTC, ani z odzyskanego złota.
„Al-Kaida” nie zaplanowała na 11 września dziesiątek gier wojennych, symulacji i ćwiczeń – w tym „ćwiczeń”, podczas których samoloty miałyby wlatywać w budynki rządowe.
„Al-Kaida” nie ukryła wszystkich dowodów dotyczących tych ataków, nie zleciła Kongresowi przeprowadzenia śledztwa w sprawie tych ataków ani nie była autorem fikcyjnego dzieła, jakim jest Raport Komisji ds. 11 września.
Właściwie każdy, kto obejrzał mój obszerny, trzyczęściowy, pięcioipółgodzinny film dokumentalny „Fałszywe flagi: Tajna historia Al-Kaidy” zrozumie, że „Al-Kaida” powinna się tak naprawdę nazywać „Al-CIA-da”.
Tak, zaczynając od uzbrojenia i finansowania amerykańskiego „wojownika pokoju”, Osamy bin Ladena, podczas wojny radziecko-afgańskiej.
…o niezwykłej historii Alego Mohameda, mało prawdopodobnego „potrójnego agenta” Al-Kaidy w Fort Bragg
… aż po tajemniczą ochronę spiskowców, którzy w 1993 r. przeprowadzili atak na WTC
…w tym tajemnicza ochrona kozłów ofiarnych wśród porywaczy 11 września
… aż po absurdalną historię ucieczki Osamy bin Ladena do Pakistanu i jeszcze bardziej absurdalną historię jego zabicia przez amerykańskie siły specjalne.
… aż do powstania ISIS pod czujnym okiem Agencji Wywiadu Obronnego
… aż po ukierunkowaną współpracę z Al-Kaidą w Syrii –
Historia „Al-Kaidy” to kronika współudziału, wsparcia i finansowania domniemanych terrorystów przez służby wywiadowcze.
Biorąc pod uwagę tę szczegółowo udokumentowaną historię, nie powinno nikogo dziwić, że Al-Kaida jest obecnie tuszowana przez swoich sponsorów ze Stanów Zjednoczonych, NATO i Izraela i otrzymuje klucze do syryjskiego królestwa.
W rzeczywistości „Al-Kaida” w końcu ujawnia się jako to, czym zawsze była: marionetka „Państwa Głębokiego”, pionek na wielkiej szachownicy. Niezależnie od tego, czy pionek ten miał grać po stronie czarnych – jako groźny wróg, którego obecność na jednym lub drugim polu szachownicy mogłaby uzasadnić masową inwazję dzielnych sojuszników USA – czy też miał grać po stronie białych – jako wygodny sojusznik, który mógłby pomóc sojusznikom USA w zdobyciu upragnionego pola szachownicy – rezultat jest ten sam: Al-Kaida to nic więcej i nic mniej niż Al-CIA-da.
Pozytywnym aspektem tego wszystkiego jest to, że całą tę farsę niezwykle łatwo przejrzeć. Wystarczy odrobina pamięci historycznej i umiejętność przejrzenia propagandy establishmentu i rozpoznania faktów, które ona ukrywa. Pytanie tylko, czy wystarczająco dużo osób zostało wyrwanych z letargu przez ruch prawdy o 11 września i ruch oporu wobec COVID-19, aby dotrzeć do tej oczywistej prawdy.
Na Różańcu świętym będziemy się modlić wraz z Maryja Królową Polski o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu. BIAŁYSTOK – O godz. 13.30 wyruszymy sprzed Katedry (ul. Kościelna 2), przejdziemy Rynkiem Kościuszki, ul. Lipową do Bazyliki Mniejszej p. w. św. Rocha. Serdecznie zapraszam, Tadeusz Rosiński
========= POZNAŃ – początek o godz. 12.30 Msza Święta za Ojczyznę w Sanktuarium Bożego Ciała przy ul. Krakowskiej. Po Mszy Świętej Pokutny Marsz Różańcowy poprowadzi Ojciec Jerzy Garda. Zakończenie u Ojców Franciszkanów w Sanktuarium Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej na Wzgórzu Przemysła. ZAMOŚĆ – o godz. 15.00 Koronka do Miłosierdzia Bożego, po modlitwie wyruszy spod kościoła św. Katarzyny Pokutny Marsz Różańcowy. Msza Święta za Ojczyznę w Kościele Rektoralnym Świętej Katarzyny, ul. Kolegiacka 3 o godz. 17.00
Ks. prof. Waldemar Rakocy CM wystosował do Konferencji Episkopatu Polski list na temat stanu dialogu katolicko-żydowskiego. Analizuje w nim pojawiające się błędy i proponuje korektę. Odnosi się między innymi do głośnego listu KEP na temat judaizmu z marca tego roku.
Portal PCh24.pl publikuje całość listu polskiego biblisty.
***
LIST OTWARTY KONFERENCJA EPISKOPATU POLSKI
Temat: Ocena dialogu chrześcijańsko-żydowskiego i potrzeba nowego otwarcia
Wprowadzenie
W pierwszej połowie tego roku toczyła się w kręgach katolickich w Polsce ożywiona dyskusja na temat dialogu chrześcijańsko-żydowskiego oraz sytuacji religijnej judaizmu po nieprzyjęciu Chrystusa. W powyższej dyskusji miałem swój udział, pisząc kilka tekstów. Pragnę wrócić do tematu, przede wszystkim do kwestii dialogu chrześcijańsko-żydowskiego, aby wskazać kierunek naprawy tego, co jest słusznie nieakceptowane przez większość wiernych i duchowieństwa w Polsce. Obecny kształt dialogu stanowi poważne zagrożenie dla nauki i wiary chrześcijańskiej, co skłania mnie do poinformowania o tym organu Kościoła katolickiego w Polsce, jakim jest Konferencja Episkopatu Polski.
Niniejszy tekst piszę jako list otwarty, aby poszerzyć grono jego odbiorców. Kieruję go do Czcigodnych Księży Biskupów, ale również kapłanów i wiernych. List wysyłam na adres Sekretariatu KEP. Księża Biskupi mogą rozesłać tekst kapłanom swoich diecezji.
Tekst składa się z czterech części: I. Sprzeniewierzenie się nauczaniu Nostra aetate, II. Błędna metodologia, III. Błędna teologia, IV. Nowe otwarcie.
Na wstępie pragnę uściślić, że przez judaizm rozumiem w tekście tę część Żydów, która nie uwierzyła w Chrystusa, a co określa się jako judaizm rabiniczny – rzadziej talmudyczny, bo ten jest częścią pierwszego.
I. Sprzeniewierzenie się nauczaniu Nostra aetate
1. Zgodnie z deklaracją soborową Nostra aetate (W naszych czasach) pkt 4 (1965) kontakty chrześcijańsko-żydowskie powinny być ukierunkowane na pogłębienie wzajemnych relacji. Deklaracja tak określa ich główny cel: „[…] obecny święty Sobór pragnie ożywić i zalecić obustronne poznanie się i szanowanie, które można osiągnąć zwłaszcza przez studia biblijne i teologiczne oraz przez braterskie rozmowy”. Przez łaciński termin studia w tekście oryginalnym należy rozumieć proces zgłębiania tematu w duchu wiary, a niekoniecznie podejście czysto naukowe.
Sobór zachęca do obustronnego poznania się i szanowania. Ma się to dokonać w pierwszej kolejności przez zgłębianie Bożego objawienia zawartego na kartach Starego i Nowego Testamentu (studia biblijne) oraz przez wzajemne poznawanie wyznawanej wiary (studia teologiczne). Wzajemne zgłębianie tekstów Pisma św. i prawd wiary ma prowadzić do poznania się i szanowania, co znaczy, że ma być dzieleniem się przeżywaną wiarą („braterskie rozmowy”), a nie przekonywaniem do własnej wiary. To drugie wzbudza nieufność i nie sprzyja budowaniu szacunku.
Deklaracja soborowa stwierdza wyraźnie, że proces poznawania się i szanowania ma mieć charakter obustronny („obustronne poznanie się i szanowanie”). Strona katolicka ma zatem za zadanie zaprezentowanie stronie żydowskiej objawienia nowotestamentowego oraz przybliżenie prawd wiary chrześcijańskiej, aby zrealizować cel obustronnego poznania się. To samo ma uczynić strona żydowska, czyli przedstawić własne rozumienie Bożego objawienia (Tanach) oraz tradycję rabiniczną – w tym talmudyczną. Obustronne poznanie się ma prowadzić do wzajemnego szacunku. Budowanie szacunku nie ma się ograniczać tylko do przedstawicieli obu stron prowadzonych rozmów, ale ostatecznie powinno objąć wyznawców chrześcijaństwa i judaizmu.
W szczerej relacji występuje gotowość na pełne wysłuchanie drugiej strony.
Otóż strona żydowska utrudnia taką możliwość. Nie życzy sobie mówienia o Chrystusie. Strona żydowska ma jednak możliwość mówienia o swojej wierze i jej zaprezentowania, z czego korzysta (rozumienie Bożego objawienia, rabiniczna interpretacja ksiąg świętych, żydowskie święta, praktyki religijne itp.). Taką samą możliwość powinna mieć strona chrześcijańska (katolicka). Spotyka się takie przypadki, ale nie jest to stan ani powszechny, ani stały.
Z racji oporu ze strony żydowskiej nie porusza się tematu Nowego Testamentu, prawd wiary chrześcijańskiej, ale również świąt chrześcijańskich czy praktyk religijnych. Strona katolicka uległa naciskowi swego rozmówcy i realizuje jego agendę. Cel deklaracji soborowej nie jest realizowany: nie ma obustronnego (pełnego) poznawania się, a tym samym budowania wzajemnego szacunku. Odbywa się to ze szkodą dla strony chrześcijańskiej.
Wykluczenie z rozmów osoby Chrystusa i objawienia nowotestamentowego (ale też świąt chrześcijańskich czy praktyk religijnych) sprawia, że obustronne spotkania tracą charakter ‘chrześcijańsko-żydowski’. Nie ma podstaw do takiego ich określania. Bez Chrystusa nie ma chrześcijaństwa ani chrześcijańskiego charakteru relacji. Spotkania mają charakter żydowski. Wyznanie żydowskie jest w nich traktowane z pełnym poszanowaniem. Nieadekwatnym jest zatem określanie ich obecnej formuły jako ‘chrześcijańsko-żydowska’. Nie wystarcza do tego fakt, że w spotkaniach biorą udział przedstawiciele obu stron.
Strona katolicka w kontaktach z judaizmem – w Polsce, ale też w innych krajach – godząc się na niepodejmowanie tematu objawienia nowotestamentowego i prawd wiary chrześcijańskiej, nie wywiązuje się ze swojego zadania: „obustronne poznanie się i szanowanie zwłaszcza przez studia biblijne i teologiczne oraz przez braterskie rozmowy”. Nie wywiązuje się z podstawowego zalecenia deklaracji soborowej. Opór strony żydowskiej względem osoby Chrystusa nie tłumaczy tego stanu rzeczy, ale każe inaczej spojrzeć na obustronne kontakty.
2. W odpowiedzi na deklarację Nostra aetate nawiązano po Soborze Watykańskim II relacje z przedstawicielami judaizmu, a obustronne kontakty określono w wielu krajach mianem dialogu.
Według definicji ‘dialog’ jest rozmową przynajmniej dwustronną, w której strony dążą do osiągnięcia wspólnego punktu widzenia (na drodze przekonania albo kompromisu) lub przynajmniej do zbliżenia stanowisk. Dialog w przypadku stron, jakimi są chrześcijaństwo i judaizm, w wymiarze religijnym jest niemożliwy. Żadna ze stron nie jest gotowa na ustępstwa w wyznawanej wierze. Kiedy dialog staje się niemożliwy, według definicji mówimy o rozmowach. Deklaracja soborowa Nostra aetate zaleca rozmowy (colloquia). Termin ‘dialog’ nie pojawia się w niej ani razu. Deklaracja przewiduje, że dialog w relacjach z judaizmem nie jest właściwą formą. Tak jak dzisiaj rozumiemy dialog, nie tylko jest on niemożliwy na gruncie religijnym (teologicznym), ale jest też niewłaściwy. Zakłada on bowiem ustępstwa w celu zbliżenia stanowisk.
Deklaracja soborowa zaleca rozmowy, które dookreśla jako „braterskie rozmowy” (fraternis colloquiis), czyli szczerą, otwartą wymianę myśli, w której każda ze stron prezentuje drugiej swoją wiarę („obustronne poznanie się”). Skoro strona żydowska nie godzi się na mówienie o Chrystusie i tradycji chrześcijańskiej, cel deklaracji, tj. braterskie rozmowy (o przeżywanej wierze), nie jest realizowany. W tej sytuacji nie są to braterskie rozmowy, ale nie jest to też dialog z racji jednostronnego charakteru. Możemy mówić jedynie o kontaktach z przedstawicielami judaizmu, spotkaniach, jakiejś postaci rozmów. Należy ponownie i poprawnie nazwać wzajemne kontakty.
Wzajemne relacje w wielu krajach nazwano dialogiem. Tak też wygląda to w przypadku ciała działającego w strukturach Konferencji Episkopatu Polski (Komitet ds. Dialogu z Judaizmem). Powstała po Soborze Watykańskim II Komisja (pierwotnie Biuro) do kontaktów z judaizmem nigdy nie miała w swej nazwie słowa ‘dialog’. Od początku była mowa o relacjach, kontaktach religijnych z judaizmem (ds. Relacji Religijnych). Taka nazwa figuruje na oficjalnej stronie Komisji w ramach watykańskiej Dykasterii. Relacje religijne dotyczą przeżywanej wiary, co ma być przedmiotem braterskich rozmów, lecz nie dążą do zbliżenia teologicznego (doktrynalnego), co dopuszcza czy nawet zakłada dialog.
Określanie obustronnych relacji mianem dialogu pociąga ze sobą poważne zagrożenie. Jeżeli dialog dąży do zbliżenia stanowisk, a relacje chrześcijańsko-żydowskie mają wymiar religijny, znaczy to, że zbliżenie ma dokonać się na gruncie wyznawanej wiary, co stanowi zagrożenie dla wiary każdej ze stron. Stąd za Nostra aetate poprawniej i korzystniej jest nazywać model wzajemnych relacji braterskimi rozmowami (na temat przeżywanej wiary bez próby przekonywania drugiej strony), bo to nie wzbudza podejrzliwości, a tym samym nieufności, ale buduje zaufanie i szacunek.
Czasami słyszy się narzekanie, że dialog z judaizmem pomimo upływu kilku dziesięcioleci nie posunął się do przodu ani o krok. Skąd taki osąd? Bo przez dialog rozumie się zbliżenie stanowisk, co obecnie jest niemożliwe. Tymczasem nie ma to być dialog, ale braterskie rozmowy. A te przy szczerych intencjach obu stron będą czyniły postępy (obustronne poznawanie się i coraz większe szanowanie).
Tam, gdzie strona żydowska we wzajemnych relacjach nie godzi się na mówienie o Chrystusie, czyli o tym, co stanowi sedno chrześcijaństwa, nie traktuje ona prowadzonych rozmów z pełnym szacunkiem dla strony chrześcijańskiej. Prowadzone rozmowy nie są ani obustronne, ani braterskie, co zaleca deklaracja soborowa. Nie widać zatem zasadności ich kontynuowania w dotychczasowej postaci. Korzyść z nich odnosi tylko strona żydowska. Strona chrześcijańska (katolicka) nie czerpie korzyści, bo ponosi największą z możliwych strat w postaci przemilczania istoty własnej wiary, Chrystusa.
Należy zatem poprawnie określić kontakty z judaizmem. Obecnie nie są to braterskie rozmowy, jakie zaleca Sobór, ale nie ma to być też dialog. Należy je nazwać odpowiednio do ich obecnego charakteru i dążyć do wdrożenia ich właściwej postaci.
3. Deklaracja soborowa Nostra aetate nigdzie nie zachęca do zbliżenia stanowisk na gruncie teologii (debata teologiczna). Istotę różnicy między chrześcijaństwem a judaizmem stanowi osoba Chrystusa, co na obecnym etapie historii czyni takie zbliżenie niemożliwym. Stąd – jak zostało wcześniej powiedziane – deklaracja nie zaleca dialogu, z czym mogą wiązać się ustępstwa w celu zbliżenia stanowisk, ale braterskie rozmowy.
W pewnym zakresie podobnie uważa strona żydowska, która odrzuca wszelką debatę teologiczną. Różnica polega na tym, że według deklaracji soborowej rozmowy mają dotyczyć przeżywanej wiary – bez przekonywania drugiej strony do własnych poglądów. Według strony żydowskiej (oficjalne stanowisko) rozmowy mają mieć charakter świecki, tj. wymiar społeczno-humanitarny, czyli dotyczyć wspólnego działania na rzecz sprawiedliwości społecznej, walki z antysemityzmem, etyki i pokoju. Jednak strona żydowska korzysta z możliwości wyjaśnienia stronie chrześcijańskiej aspektów własnej wiary i tradycji religijnej (punkt 1). Tak wygląda to w obecnych relacjach. Mówienie o wyłącznie świeckim charakterze rozmów jest zabezpieczeniem się przed chęcią wprowadzenia do nich przez stronę chrześcijańską tematu Chrystusa.
Przy takim podejściu do sprawy przez stronę żydowską należy mieć świadomość tego, że jakiekolwiek zbliżenie teologiczne, czynione przez stronę chrześcijańską (głównie protestancką), będzie jednostronne i bezowocne, ale nade wszystko szkodliwe z punktu widzenia historii zbawienia, bo 1) utwierdzające Żydów w ich przekonaniach 2) kosztem wiary chrześcijańskiej (przemilczanie osoby Chrystusa). Szkoda jest podwójna. Stąd deklaracja soborowa nie zachęca nawet do minimalnego zbliżenia teologicznego. Jeżeli mówimy o jakimś zbliżeniu, to na poziomie personalnym („obustronne poznanie się i szanowanie”), a nie teologicznym.
Deklaracja Nostra aetate jest świadoma powyższego problemu i zagrożenia, i w swej dalekowzroczności i mądrości nie proponuje zbliżenia stanowisk na drodze dialogu, ale braterskie rozmowy, które mają obejmować przeżywaną przez każdą ze stron wiarę.
Widzimy jednak odwrotną tendencję. Strona żydowska nie chce otwartych, braterskich rozmów na temat wiary chrześcijańskiej, a strona chrześcijańska (protestancka, ale też coraz częściej katolicka) dąży do zbliżenia na gruncie teologii, czyli czyni pewne ustępstwa względem judaizmu (zob. poniżej w tym punkcie). Mamy tu z obu stron poważne rozminięcie się z zaleceniem Nostra aetate. Trudno oczekiwać od strony żydowskiej, żeby realizowała wytyczne deklaracji soborowej, ale strona katolicka powinna je realizować, a skoro tego nie czyni, podlega krytyce. Strona żydowska ma prawo stawiać warunki rozmów. Chodzi o to, aby strona chrześcijańska (katolicka) postępowała w tej sytuacji właściwie. Czynienie ustępstw teologicznych jest najgorszym rozwiązaniem.
Przykładem tego jest dokument działającej przy Stolicy Apostolskiej Komisji ds. Relacji Religijnych z Judaizmem z 2015 roku („’Dar i wezwanie Boże są nieodwołalne’ [Rz 11, 29]” tłum. z ang. oryg.), który we wstępie stwierdza, że poczynione w nim refleksje mają służyć „[…] pogłębieniu myśli teologicznej, aby wzbogacić i zintensyfikować wymiar teologiczny dialogu żydowsko-katolickiego”. Po pierwsze, skoro ma to być dialog, a w tym dialogu poruszane mają być kwestie teologiczne, to jest to dążenie do zbliżenia stanowisk na gruncie wyznawanej wiary, co jest błędną i niebezpieczną propozycją rozmijającą się z linią deklaracji soborowej Nostra aetate. W rezultacie dokument czyni ustępstwa teologiczne względem judaizmu.
Po drugie, obustronne relacje zostają określone w katolickim dokumencie jako „żydowsko-katolickie”, a nie katolicko-żydowskie. Znaczy to, że strona katolicka postrzega je najpierw z pozycji wyznania żydowskiego, co stanowi niesłuszne ustępstwo i błędne założenie. Punktem wyjścia i dojścia każdej prawdy zbawczej jest Chrystus, w którym wszystko ma początek jako Bogu i ku któremu zmierza. Chrystus jest zatem racją istnienia Starego Testamentu (dokument będzie omówiony oddzielnie z racji teologicznej wadliwości, punkt 7).
Czynione względem judaizmu ustępstwa ogniskują się wokół czterech głównych tez: 1) nie tylko Kościół stanowi kontynuację Izraela Starego Testamentu, ale również judaizm, co znaczy, że trwa on w wierze ojców Starego Testamentu pomimo nieprzyjęcia Chrystusa, 2) przymierze na Synaju nie zostało odwołane, czyli trwa nadal w przypadku Żydów, 3) Żydzi są nadal ludem (narodem?) wybranym, czyli ludem Bożym, korzystającym z przysługujących ludowi Bożemu przywilejów, 4) Żydzi są naszymi starszymi braćmi w wierze lub naszymi ojcami w wierze, co znaczy, że trwają w tradycji ojców Starego Testamentu (patrz 1).
Tezy te (poglądy) sprzeciwiają się nauczaniu Nostra aetate: po pierwsze, bo wkraczają na obszar różnic teologicznych, starając się je „niwelować”; po drugie, bo są nieprawdziwe teologicznie. Wykroczono poza zalecenie Nostra aetate, że ma to być obustronne poznawanie się i szanowanie przez zgłębianie Bożego objawienia i wyznawanej wiary, a nie szukanie zbliżenia teologicznego. Mówiąc inaczej, mają to być rozmowy o przeżywanej wierze, a nie niwelowanie różnic teologicznych. Rozmowy o przeżywanej wierze ze strony chrześcijańskiej siłą rzeczy obejmują osobę Chrystusa, ale nie usiłują przekonywać do niej przedstawicieli judaizmu, bo to podważa wzajemne zaufanie i szacunek (nie oznacza to rezygnacji z misji ewangelizacyjnej Kościoła, ale chodzi o poprawne relacje w obustronnych kontaktach). Nie stosując się do zaleceń deklaracji soborowej, wkroczono na obszar różnic teologicznych i przyjęto wyżej wymienione nieprawdziwe tezy. Owe tezy mają podłoże ideologiczne, a nie teologiczne (punkt 6), dlatego także z tej racji powinny budzić zastrzeżenia.
Prowadzący rozmowy z judaizmem ze strony Kościoła katolickiego – którzy tak często powołują się na deklarację Nostra aetate i przypominają innym o potrzebie jej wdrożenia w życie – sami po raz kolejny naruszają jej nauczanie w kluczowym elemencie. Skupiają się na temacie walki z antysemityzmem, krzywdach Żydów itp., a naruszają naukę i wiarę chrześcijańską, przemilczając Chrystusa i dążąc do zbliżenia teologicznego kosztem własnej wiary.
Podsumowanie punktów 1-3. W świetle deklaracji Nostra aetate strona katolicka odpowiedzialna za kontakty z judaizmem dopuszcza się następujących wykroczeń: 1) nie dopełnia obowiązku przybliżania stronie żydowskiej chrześcijańskiej wiary i tradycji religijnej, tj. pism Nowego Testamentu, prawd wiary, głównych świąt itd. (punkt 1), 2) przekracza własne uprawnienia i szuka zbliżenia na gruncie teologii (punkt 3) oraz 3) obustronne relacje są nazywane dialogiem, co sprzyja czynieniu ustępstw teologicznych, a z powodu wykluczenia z rozmów tematu Chrystusa niepoprawnym staje się ich określanie jako ‘chrześcijańsko-żydowskie’ (punkt 2). Mamy do czynienia z grzechami zaniechania i nadużycia. Środowisko katolickie (nie tylko w Polsce) prowadzące rozmowy z judaizmem sprzeniewierzyło się nauczaniu deklaracji soborowej.
II. Błędna metodologia
4. Przejdę teraz do dokumentów kościelnych i wypowiedzi papieży na temat judaizmu powstałych po ogłoszeniu Nostra aetate, a dokładnie do tego, jaką mają one wartość w tym temacie. Otóż wadliwa jest stosowana w nich metodologia.
Po pierwsze, należy wyjść od Nostra aetate. Sobór Watykański II zrywa w punkcie 4 deklaracji z obraźliwym i potępiającym podejściem do judaizmu, do czego często dochodziło w minionych wiekach. Jest to słuszne stanowisko – zgodne z duchem Ewangelii. Odejście od potępiających ocen judaizmu przerodziło się w powstających po Nostra aetate dokumentach kościelnych w nadmiernie koncyliacyjne i przychylne podejście, a w przypadku wystąpień papieży kierowanych do Żydów – w kurtuazję. Dla ścisłości, wspomniana deklaracja soborowa nie mówi ani o jednym, ani o drugim, bo niesie to ze sobą zagrożenia, które postaram się ukazać.
W konsekwencji po Soborze Watykańskim II prezentacja judaizmu w dokumentach kościelnych przeszła od wcześniej mocno krytycznej do nadmiernie łagodnej. Przemilcza się często konsekwencje niewiary Izraela w Chrystusa (!), a podkreśla wspólne dziedzictwo, braterstwo, konieczność zwalczania antysemityzmu itp. Mamy do czynienia z wyraźną asymetrią w randze poruszanych tematów. Obraz sytuacji religijnej judaizmu w dokumentach kościelnych i wypowiedziach papieży ostatnich dziesięcioleci z racji jego mocnego złagodzenia jest najczęściej niepełny – pozbawiony obiektywnej oceny, jaką znajdujemy na kartach Nowego Testamentu. Ocena judaizmu została złagodzona w takim stopniu, że nie oddaje jego rzeczywistej sytuacji! Innymi słowy nie odpowiada ona prawdzie. Według zaś Nostra aetate nowe podejście do judaizmu ma dotyczyć poprawy wzajemnych relacji, czyli poznanie się i szanowanie (wymiar personalny), a nie zmiany oceny jego rzeczywistej sytuacji religijnej (wymiar doktrynalny).
W konsekwencji niepełny obraz judaizmu, tj. wybiórczy i jednostronny (błąd metodologiczny), rzutuje na teologiczną wartość stwierdzeń na jego temat obecnych w dokumentach kościelnych i wypowiedziach papieży ostatnich dziesięcioleci.
Po drugie, ocena judaizmu po nieprzyjęciu Chrystusa, obecna w dokumentach kościelnych i wypowiedziach papieży po Soborze Watykańskim II, z racji niepełnej, tj. mocno jednostronnej prezentacji, jest wadliwa teologicznie.
W tym miejscu chodzi przede wszystkim o cztery tezy pojawiające się w dokumentach kościelnych i wypowiedziach papieży, przytoczone w punkcie 3. Wszystkie cztery są wadliwe teologicznie, ponieważ opierają się na niepełnej prawdzie o sytuacji religijnej judaizmu. Ten fakt przesądza ich wartość. Wybiórczy obraz judaizmu (pozbawiony pełnej oceny) obecny w dokumentach kościelnych i wypowiedziach papieży ostatnich dziesięcioleci kładzie się na nich cieniem i nie stanowi rzetelnej podstawy do poznania prawdy. Religijne oceny judaizmu jako skażone metodologicznym błędem – tam, gdzie ma to miejsce – nie mają wartości teologicznej (jako prawda zbawcza ani naukowa), ale są osobistymi poglądami konkretnych osób (np. papieży) czy komisji kościelnych. Widzimy to jasno w przypadku rozbieżności z tym, co stwierdza Nowy Testament.
Z racji wadliwości metodologicznej i następnie teologicznej stwierdzeń na temat sytuacji religijnej judaizmu w dokumentach kościelnych i wypowiedziach papieży ostatnich dziesięcioleci (zwłaszcza cztery w/w tezy) każdy ma prawo nie tylko mieć co do nich wątpliwości, ale zgodnie z własnym sumieniem może je podważać i odrzucić.
5. Postaram się teraz zaprezentować, jak wadliwe są dokumenty kościelne i wypowiedzi papieży ostatnich dziesięcioleci w prezentacji judaizmu, ale również jak niepełne jest w nich chrześcijańskie orędzie. Uczynię to na przykładzie wystąpienia Jana Pawła II w synagodze rzymskiej dnia 13 kwietnia 1986 roku.
Nawiązując do deklaracji soborowej Nostra aetate, papież stwierdza w swoim wystąpieniu: „Sobór podkreślił, że nie można Żydom jako narodowi przypisywać żadnej dziedzicznej ani zbiorowej winy za to, co popełniono podczas męki Jezusa. Nie można jej przypisać wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym ani Żydom dzisiejszym”. Papież przemilcza jednak poprzedzający fragment o odpowiedzialności części Żydów za śmierć Jezusa, który eksponuje deklaracja Nostra aetate: „[…] władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa”. Jakaś część Żydów ponosi odpowiedzialność i winę za śmierć Jezusa, co potwierdzają Ewangelie. Deklaracja daje pełną ocenę odpowiedzialności Żydów, czego nie ma w wystąpieniu papieża.
Jan Paweł II cytuje Nostra aetate: „[…] nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani jako przeklętych, rzekomo na podstawie świętych Ksiąg”, lecz przemilcza powiązany z tym tematycznie fragment deklaracji: „[…] Jerozolima nie poznała czasu swego nawiedzenia i większość Żydów nie przyjęła Ewangelii, a nawet niemało spośród nich przeciwstawiło się jej rozpowszechnieniu”. Ponownie deklaracja daje pełny i obiektywny obraz sytuacji, czego nie ma w wystąpieniu papieża. Według deklaracji Żydzi sprzeciwili się Bogu, nie przyjmując Chrystusa, czego skutkiem było m.in. prześladowanie pierwszych chrześcijan; przykładem jest Szaweł z Tarsu, który zaciekle prześladował wyznawców Chrystusa (zob. Ga 1, 13-14).
Ponadto, w swoim wystąpieniu Jan Paweł II ani razu nie używa kluczowego dla chrześcijaństwa tytułu ‘Chrystus’ (jedynie ‘Kościół Chrystusowy’), a imienia ‘Jezus’ używa wprawdzie dwukrotnie, ale tylko w sensie historycznej postaci. Nie ma zatem w wystąpieniu papieża mowy o Jezusie jako Zbawicielu, co stanowi istotę chrześcijańskiego przesłania. Temat zbawienia nie pojawia się tam w ogóle. Nostra aetate, której inne passusy cytuje papież, daje zaś wyraźne świadectwo: „Chrystus […] mękę swoją i śmierć podjął […] za grzechy wszystkich ludzi, aby wszyscy dostąpili zbawienia”.
Nie jest moim zamiarem krytykowanie Jana Pawła II za treść jego wystąpienia w synagodze w Rzymie, bo rozumiem jego kontekst. Chcę tylko pokazać, jak wadliwe (wybrakowane) teologicznie są teksty powstające w tzw. dialogu z judaizmem! Koncyliacyjne podejście, wola niezadrażniania drugiej strony, skutkuje niepełną prawdą o sytuacji religijnej judaizmu, ale nade wszystko okrojoną prawdą o zbawieniu w Chrystusie. Z punktu widzenia naukowego takie teksty są metodologicznie wadliwe. Nie można na nich budować dalszej argumentacji teologicznej, bo konkluzje będą błędne. Teksty te niestety stają się później podstawą do kreowania i promowania nieprawdziwego obrazu judaizmu (np. w relacjach chrześcijańsko-żydowskich) i do całkowitego wybielania Żydów od winy, co jest poważnym wypaczeniem historii zbawienia. Odrzucenie Syna Bożego – i tu nie tyle ukrzyżowanie, ile niewiara w Niego – stanowi największy z możliwych błędów i występków, dlatego w historii chrześcijaństwa zawsze oceniano to bardzo poważnie i dosadnie określano.
Podsumowanie. Obraz judaizmu w dokumentach kościelnych i wypowiedziach papieży ostatnich dziesięcioleci z racji źle pojętego koncyliacyjnego podejścia (nieuzasadnione złagodzenie oceny teologicznej) jest niepełny, tj. pozbawiony rzetelnej oceny jego sytuacji religijnej, przez co stanowi wadliwą podstawę do wyprowadzania wniosków teologicznych. Mówimy tu o błędnej metodologii, co skutkuje następnie błędnymi wnioskami teologicznymi. Z tej racji głównym źródłem poznania sytuacji religijnej judaizmu jest Nowy Testament, a dokumenty kościelne ostatnich dziesięcioleci mają wartość o tyle, o ile nie stoją w sprzeczności z objawieniem nowotestamentowym.
Jednostronna i tym samym nieprawdziwa prezentacja judaizmu jest następnie wykorzystywana do kreowania i promowania jego obrazu przez stronę katolicką odpowiedzialną za kontakty chrześcijańsko-żydowskie. Towarzyszy temu wyciszanie przesłania chrześcijańskiego, osoby i dzieła Chrystusa, aby nie zadrażniać strony żydowskiej. Skutki tego są destrukcyjne dla chrześcijaństwa: jest to wypieranie się własnej wiary i historiozbawczo cofnięcie się do czasów Starego Testamentu (zawrócenie historii zbawienia). Taki stan stoi w sprzeczności z deklaracją Nostra aetate: „[…] głosić krzyż Chrystusowy jako znak miłości Boga zwróconej ku wszystkim”. Nawiązywanie relacji z judaizmem nie może dokonywać się kosztem wiary chrześcijańskiej.
Koncyliacyjne, pojednawcze podejście do judaizmu ma dotyczyć wzajemnych relacji, a nie doktryny. Jeżeli etykieta wymagała, żeby wystąpienie Jana Pawła II w synagodze wyglądało w ten, a nie inny sposób, powinno być przyjęte, że na takich tekstach – z racji ich wskazanej wadliwości – nie można budować oceny religijnej judaizmu ani wykorzystywać ich jako argumentu w wywodach teologicznych.
III. Błędna teologia
6. Poglądy lansowane przez środowisko nazywane dialogiem chrześcijańsko-żydowskim (zwłaszcza w/w cztery tezy, zob. punkt 3) są błędne teologicznie z następujących powodów:
Po pierwsze, są błędne, bo wynikają z błędnej metodologii, o czym była mowa. Błędne założenia, tj. źle pojęte koncyliacyjne podejście do judaizmu i związana z tym jego niepełna, w dużym stopniu jednostronna prezentacja, skutkują błędnymi wnioskami teologicznymi.
Po drugie, są błędne, bo zrodziły się z ideologii, a nie teologii. Poglądy te doszły do głosu w Niemczech po drugiej wojnie światowej (niektóre z nich pojawiły się już wcześniej) jako gest względem judaizmu ze strony niektórych protestanckich teologów niemieckich z powodu zadanego Żydom cierpienia przez ich ojczyznę. Chciano przedstawić w mniej negatywnym świetle sytuację religijną judaizmu i przez to uczynić bardziej przychylnym nastawienie chrześcijan do Żydów, aby nie doszło ponownie do Holokaustu. Motyw ani uzasadnienie nie pochodzą z teologii, ale z ideologii. Pobudki są szlachetne, ale tezy nieprawdziwe. Zaproponowano tezy, które są wytworem ludzkiej myśli. Dopiero wtórnie starano się je uzasadnić biblijne i teologicznie.
Po trzecie, są błędne, bo przyjęto błędne wyjściowe założenie zrodzone z ideologii, a nie z teologii, że nie tylko Kościół jest kontynuatorem starotestamentowego Izraela, ale również judaizm, który nie przyjął Chrystusa. Skutkuje to ciągiem błędnych konkluzji: jeżeli judaizm pomimo nieprzyjęcia Chrystusa stanowi kontynuację Izraela Starego Testamentu, przymierze zawarte przez Boga na Synaju trwa nadal w przypadku Żydów; skoro przymierze synajskie jest nadal aktualne, Żydzi pomimo nieprzyjęcia Chrystusa, pozostają na mocy przymierza ludem wybranym; z kolei jeżeli są uznawani za lud wybrany, korzystają z przysługujących mu przywilejów; z tych przywilejów czy darów największym zapowiedzianym w Starym Testamencie jest zbawienie dokonane w Chrystusie; wprawdzie judaizm nie przyjmuje Chrystusa, ale domyślnie ma mieć udział w tym darze jako stale będący ludem wybranym; stąd nie ma przeszkód, aby niewierzących w Chrystusa Żydów uważać za naszych starszych braci czy ojców w wierze, ponieważ trwają oni w tradycji Starego Testamentu. Błędne wyjściowe założenie prowadzi do ciągu fałszywych konkluzji, które domykają się wyjściową nieprawdą. Została zatarta różnica, jaką między Kościołem a judaizmem wyznacza osoba Chrystusa. Chrystus zostaje zmarginalizowany.
Nie przytaczam przedstawianych we wcześniejszych artykułach argumentów. Można je przeczytać w Internecie przede wszystkim w obszernym opracowaniu autora tego tekstu, wpisując w Google jego nazwisko i tytuł Sytuacja religijna judaizmu po nieprzyjęciu Chrystusa.
Po czwarte, za największy teologiczny błąd należy uznać wykluczenie osoby Chrystusa z prowadzonych rozmów. Zaprzecza to istocie chrześcijaństwa. Chrystus inauguruje nowy porządek zbawczy, który apostoł Paweł nazywa „nowym stworzeniem” (Ga 6, 15; 2 Kor 5, 17a: Ef 2, 15), co znaczy, że rzeczywistość starotestamentowa ustaje wobec nowej rzeczywistości w Chrystusie. Przez ‘nowe stworzenie’ należy rozumieć powołanie wszystkiego do istnienia od początku, od nowa: „To, co dawne minęło. A oto wszystko stało się nowe” (2 Kor 5, 17b). Św. Tomasz z Akwinu w hymnie eucharystycznym wyraża to w słowach: „Niech przed Nowym Testamentem starych praw ustąpi czas”. Jest to prawda objawiona – potwierdzana przez dwa tysiące lat istnienia Kościoła.
W sprzeczności z powyższym stoi utrzymywanie, że porządek religijny Starego Testamentu w jakimś zakresie trwa nadal w przypadku Żydów (np. trwanie w przymierzu na Synaju czy bycie stale ludem wybranym). W takim razie zbawcze dzieło Chrystusa nie ma wymiaru uniwersalnego. Nie wszystko mu podlega. Chrystus przestaje być Zbawicielem całego świata, bo Żydzi mają swój porządek zbawczy. Taki stan narusza istotę chrześcijańskiej doktryny! Jest cofnięciem się w historii zbawienia do czasów Starego Testamentu. Wyciszanie osoby Chrystusa w rozmowach z przedstawicielami judaizmu jest ustępstwem, które owe rozmowy czyni wadliwymi merytorycznie.
Po piąte, są błędne, bo nie mają oparcia w pełnym przesłaniu Pisma św. Mamy do czynienia z wybiórczym traktowaniem Pisma św., czyli z wybieraniem jednych tekstów (np. Rz 11, 28b i 29) i z pomijaniem innych (np. J 8, 44; Rz 9, 6b nn.; 11, 23. 28a; 2 Kor 3, 6-10; Dz 2, 40; 3, 23). Kryterium doboru stanowi przyświecający cel przedstawienia judaizmu w przychylniejszym świetle. Mamy do czynienia z utrwalaniem błędu metodologicznego, bo ocena judaizmu nie jest dokonywana w oparciu o pełne Boże objawienie, ale w oparciu o dowolnie dobierane teksty, z których niektórym jest ponadto nadawane inne przesłanie niż przyjmowana powszechnie interpretacja (np. Rz 11, 29 czy Hbr 8, 13).
Po szóste, są błędne, bo nie stosują się do nauczania deklaracji soborowej Nostra aetate, która postrzega judaizm w zgodzie z objawieniem Nowego Testamentu. A) W deklaracji nie ma mowy o tym, że judaizm, który nie przyjął Chrystusa, trwa w tradycji ojców Starego Testamentu i realizuje Bożą wolę (potwierdzają to kolejne punkty B i C). B) Przymierze na Synaju jest nazwane w deklaracji ‘starym przymierzem’, co znaczy, że w obliczu ‘nowego przymierza’ w Chrystusie („nowy Lud Boży”) należy do przeszłości, czyli wygasło; inaczej występowałyby równolegle dwa porządki zbawcze. C) Wszystkie wzmianki o ludzie wybranym odnoszą się w deklaracji wyłącznie do Izraela Starego Testamentu lub do Kościoła. Deklaracja ani razu – i nie jest to przypadek – nie odnosi określenia ‘lud wybrany’ do judaizmu, czym potwierdza, że nie jest on kontynuatorem starotestamentowego Izraela (a propos, tekst oryginalny nie mówi w ogóle o narodzie wybranym, ale zawsze o ludzie; stąd za tekstem łacińskim tłumaczenia na jęz. obce mają ‘lud wybrany’). D) Deklaracja nie stwierdza braterstwa w wierze z judaizmem (nasi starsi bracia) ani ojcostwa (nasi ojcowie w wierze), bo to skutkuje przyznaniem, że Żydzi trwają w tradycji ojców Starego Testamentu (ze wszystkimi tego konsekwencjami jak bycie ludem wybranym). Mówi ona o duchowym dziedzictwie. Wyraża się natomiast bardzo ciepło o Izraelu Starego Testamentu.
Po siódme, są błędne, bo w swej argumentacji odwołują się głównie do dokumentów kościelnych i wypowiedzi papieży ostatnich dziesięcioleci, które – jak wykazaliśmy – są wadliwe metodologicznie i błędne teologicznie w temacie oceny sytuacji religijnej judaizmu (przynajmniej w czterech wspominanych już przypadkach, zob. punkt 3). Przyjęte błędne tezy są podbudowywane nieprawdziwymi argumentami (falsum per falsum). Środowisko prowadzące rozmowy z przedstawicielami judaizmu tak chętnie powołuje się na dokumenty kościelne ostatnich dziesięcioleci, bo nie są one krytyczne względem judaizmu, jak krytyczny jest Nowy Testament.
7. Przykładem błędnego teologicznie myślenia w interesującym nas temacie jest wspomniany w punkcie 3 dokument Komisji ds. Relacji Religijnych z Judaizmem z 2015 roku („’Dar i wezwanie Boże są nieodwołalne’ [Rz 11, 29]”).
Dlaczego ten dokument jest wadliwy? Bo przemyca za protestantyzmem tezy, które mają źródło w ideologii, jaka zrodziła się po drugiej wojnie światowej (punkt 6), a nie w teologii. Owe tezy są błędne teologicznie, bo sprzeczne z przesłaniem Nowego Testamentu i z dwutysiącletnią tradycją Kościoła powszechnego. Jeden aspekt wadliwości dokumentu został już przedstawiony w punkcie 3.
Dokument Komisji ds. Relacji Religijnych z Judaizmem głosi, że judaizm stanowi podobnie jak Kościół kontynuację starotestamentowego Izraela, tj. trwa w tradycji ojców pomimo niewiary w Chrystusa (np. pkt 17). Utrzymuje ponadto, że „Żydzi są uczestnikami Bożego zbawienia” dokonanego w Chrystusie (pkt 36), czyli zmierzają drogą do Boga, lecz bez Chrystusa, która to droga nie jest błądzeniem, ale domyślnym przyjęciem Chrystusa (pkt 17). Autorzy dokumentu nie umieją jednak wyjaśnić, jak Żydzi mogą kroczyć do zbawienia drogą bez Chrystusa, gdzie droga do zbawienia – jak sami przyznają – jest tylko jedna i w Chrystusie! Ten zagmatwany i wykluczający się stan Komisja konkluduje stwierdzeniem, że pozostaje to „niezgłębioną tajemnicą Bożą” (pkt 36). Komisja zakłada stan rzeczy, którego nie jest w stanie dowieść i w tej sytuacji podpiera się Bogiem. Stanowi to poważne uchybienie z punktu widzenia teologii jako nauki, ale również wystąpienie przeciwko Bogu, któremu przypisuje się pogląd przeciwny do objawionego przez Niego na kartach Nowego Testamentu.
Dokument stara się też wykazać, że przymierze na Synaju trwa nadal (pkt 34), że judaizmowi w dalszym ciągu przysługuje przywilej wybrania (pkt 22) i nazywa wprost Żydów naszymi starszymi braćmi (np. pkt 14). Wszystkie wymienione tezy należy uznać za błędne, bo niemające uzasadnienia ani w przesłaniu Nowego Testamentu, ani w deklaracji soborowej Nostra aetate. Nie znajdują one potwierdzenia w dwutysiącletniej tradycji Kościoła.
Na szczęście dokument Komisji ds. Relacji Religijnych z Judaizmem jest dokumentem niskiej rangi. W przedmowie do niego czytamy: „Tekst nie jest dokumentem Magisterium ani nauczaniem doktrynalnym Kościoła katolickiego, ale refleksją przygotowaną przez Komisję […]”. Nie jest to nauczanie doktrynalne Kościoła, ale refleksja członków Komisji. Refleksje są luźnymi myślami i mogą być całkowicie błędne. I tak faktycznie jest w tym przypadku, co potwierdzają świadectwa Nowego Testamentu. Dokument można zatem zignorować.
Wpływowi powyższego dokumentu uległ niestety Episkopat Polski. Świadectwem tego jest jego list z dnia 12 marca 2026 roku (odczytany 22 marca tegoż roku) napisany z okazji 40. rocznicy wizyty Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej, który przytacza jako przekaz wiary najbardziej kontrowersyjny i błędny fragment dokumentu (pkt 36).
Podsumowując, dokument Komisji ds. Relacji Religijnych z Judaizmem z 2015 roku („’Dar i wezwanie Boże są nieodwołalne’ [Rz 11, 29]”) jest wyraźnym odejściem od linii deklaracji soborowej Nostra aetate i częściowo od objawienia Nowego Testamentu. Zawiera w różnych miejscach błędne nauczanie, sprzeczne z Bożym objawieniem, i błędne podejście do judaizmu, bo 1) wybiela jego sytuację religijną i 2) stanowi próbę zbliżenia na gruncie teologii, co wyklucza deklaracja soborowa, zalecając jedynie „obustronne poznanie się i szanowanie”.
8. Na gruncie polskim odniosę się do publikacji Kościół katolicki wobec Żydów i judaizmu(red. G. Ryś – A. Perzyński i inni [WAM; Kraków 2025]) zawierającej dokumenty Stolicy Apostolskiej, a powstałej w środowisku utrzymującym kontakty z judaizmem.
W słowie wprowadzającym ks. kard. Grzegorz Ryś wymienia kilka tez, które jego zdaniem potwierdza deklaracja soborowa Nostra aetate. Wśród nich wymienia też tezę, iż „Żydzi nie przestali być narodem wybranym” pomimo niewiary w Chrystusa. Jego zdaniem w deklaracji znajduje się stwierdzenie (!), które to potwierdza.
Po pierwsze, deklaracja Nostra aetate nie może stwierdzać, że Żydzi są narodem wybranym, bo określenie ‘naród wybrany’ ani razu w niej nie występuje. Deklaracja mówi o ludzie (populus) wybranym. Termin ‘naród’ w odniesieniu do Żydów pojawia się tylko w polskim przekładzie – i jest to nieścisłość w tłumaczeniu.
Po drugie, deklaracja soborowa nie stwierdza też, że Żydzi są ludem wybranym. Przywilej Bożego wybrania wiąże ona wyłącznie z Izraelem Starego Testamentu i Kościołem jako kontynuatorem tradycji starotestamentowej – ani razu nie stosuje go do Żydów, którzy nie uwierzyli w Chrystusa.
Po trzecie, bycia przez współczesnych Żydów (judaizm) ludem wybranym nie da się nawet wydedukować z tekstu Nostra aetate. Miejscem w deklaracji, gdzie można by próbować to uczynić, jest cytowany przez nią tekst Rz 9, 4-5. Apostoł Paweł wymienia tam różne przywileje Izraela, jakimi został on obdarowany przez Boga, ale pomija przywilej wybrania. Apostoł przemilcza go umyślnie (z racji jego błędnego rozumienia przez Żydów), aby następnie wytłumaczyć, na czym polega Boże wybranie (ww. 6b nn.), tj. że samo pochodzenie z Izraela, urodzenie się Żydem, nie decyduje o Bożym wybraniu, ale odpowiedź na Boże wezwanie (obecnie jest to uwierzenie w Chrystusa).
Krótko mówiąc, nie jest prawdą, że deklaracja soborowa stwierdza, iż Żydzi są nadal narodem wybranym ani też, że są ludem wybranym. Deklaracja nie stwierdza tego ani też nie da się tego z niej wydedukować. Autor zaś słowa wstępnego, ks. kard. G. Ryś, stwierdza o nieistniejącym w Nostra aetate zapisie, że ma on – razem z innymi tezami – „charakter konstytucyjny: uroczysty, autorytatywny”. Innymi słowy nie da się tego podważyć. Co więcej, inne myślenie nazywa bałamutnym. Używa on autorytarnych stwierdzeń na poparcie nieprawdziwej tezy. Mamy tu przypadek siłowego narzucenia czytelnikowi nieprawdy.
Tymczasem Boże objawienie poucza ustami Mojżesza. W imieniu Boga zapowiada on nowego Proroka (Pwt 18, 15. 18-19), co Nowy Testament odnosi do Jezusa Chrystusa, mówiąc: „Każdy, kto nie posłucha tego Proroka, zostanie usunięty z ludu” (Dz 3, 23). Nieprzyjęcie Chrystusa jest pozbawieniem się udziału w ludzie Bożym, czyli usunięciem z ludu wybranego. Stąd judaizm (rabiniczny) nie uczestniczy w przywileju Bożego wybrania i dlatego deklaracja soborowa nie stwierdza przeciwnego faktu. Nieuczestniczenie przez judaizm w przywileju Bożego wybrania nie znaczy jednak, że można z tego powodu potępiać Żydów. Deklaracja przestrzega przed tym. Osąd sytuacji należy pozostawić Bogu.
W tym samym słowie wstępnym do publikacji Kościół katolicki wobec Żydów i judaizmu ks. kard. G. Ryś stwierdza, że znajdujące się w niej dokumenty są „nauczaniem Magisterium Ecclesiae”. Zamieszczony tam dokument z 2015 roku – omawiany w punkcie 7 tego artykułu („’Dar i wezwanie Boże…”) – w przedmowie mówi sam o sobie, że „nie jest dokumentem Magisterium ani nauczaniem doktrynalnym Kościoła katolickiego”, ale refleksją Komisji. Mamy tu kolejne przekłamanie lub niewiedzę. Sam fakt pochodzenia dokumentu ze Stolicy Apostolskiej nie oznacza jeszcze, że jest on nauczaniem Magisterium Kościoła w sensie doktrynalnym. Jedno nie musi się równać drugiemu. Muszą być spełnione konkretne warunki. Pozostałe opublikowane w w/w publikacji dokumenty, poza Nostra aetate, mają podobną czy zbliżoną rangę co dokument ’Dar i wezwanie Boże…’. Czytelnik zostaje wprowadzony w błąd, że ma przyjąć wszystko, co owe dokumenty stwierdzają, bo jest to doktrynalne nauczanie Magisterium Kościoła katolickiego. Tak jednak nie jest.
Czym jest motywowane takie działanie? Otóż chęcią przeforsowania określonego myślenia na temat judaizmu. Przykładem tego jest wspominany już dokument z 2015 roku („’Dar i wezwanie Boże…”). W jego polskim tłumaczeniu – zamieszczonym w omawianej w tym punkcie publikacji – znalazła się manipulacja (pkt 20). Z wypowiedzi Jana Pawła II w synagodze rzymskiej zostało usunięte względem angielskiego oryginału wyrażenie „w pewnym sensie”, kiedy papież mówił o Żydach „nasi starsi bracia”. Papież stwierdził wówczas, że Żydzi są „w pewnym sensie” naszymi starszymi braćmi, czyli nie w sensie dosłownym. Usunięcie z tekstu polskiego „w pewnym sensie” jest umyślnym działaniem w celu przeforsowania myślenia, że Żydzi są naszymi starszymi braćmi w sensie dosłownym, co znaczy wtedy, że trwają w wierze ojców Starego Testamentu – tym samym są nadal ludem wybranym. Usunięcie z tekstu wyrażenia „w pewnym sensie” zmienia diametralnie obraz sytuacji religijnej judaizmu: od sprzeciwienia się Bogu do realizacji Jego woli. Środowisko odpowiedzialne w Polsce za kontakty z judaizmem stosuje nieuczciwe praktyki, aby przekonać do własnych, błędnych tez.
Wszystkie wymienione przypadki są naganne, a ich pogłębioną ocenę pozostawiam Czytelnikom. Dyskredytują one środowisko odpowiedzialne w Polsce za prowadzenie rozmów z judaizmem.
IV. Nowe otwarcie
9. Z przedstawionego wywodu wynika, że dotychczasowa formuła tzw. dialogu chrześcijańsko-żydowskiego jest wadliwa i w dużej mierze błędna. W tym miejscu w oparciu o Boże objawienie (Pismo św.) i deklarację soborową Nostra aetate proponuję nowe otwarcie oparte na powrocie do źródeł. Jest to perspektywa, która zapewnia poprawne relacje między chrześcijaństwem a judaizmem.
Po pierwsze, jako kluczowe w sprawie sytuacji religijnej judaizmu należy uznać to, co mówi Nowy Testament. Chodzi o jego zobiektywizowane przesłanie, czyli takie, które istnieje poza subiektywnym doświadczeniem jednostki. Chodzi o lekturę Kościoła jako wspólnoty wierzących, która odczytuje na kartach Biblii głos Boga. Błędna lektura i interpretacja Pisma św. jest możliwa wtedy, kiedy nie jest to zobiektywizowana prawda, ale subiektywna lektura jednostki czy jednostek. Przez powyższe należy też rozumieć, że nie może być to wybiórcze posługiwanie się tekstem biblijnym, ale pełny obraz judaizmu, jaki znajdujemy na kartach Nowego Testamentu.
Po drugie, z racji wagi deklaracji soborowej Nostra aetate należy odczytać ją ponownie jako wspólnota Kościoła, przez którą przemawia Duch Boży, aby wykluczyć wypaczenia i nadużycia w interpretacji jej treści. Powinno się przyjąć, że deklaracja soborowa jest nieprzekraczalnym modelem relacji z judaizmem; relacje te nie mogą odbiegać od linii wyznaczonej przez Sobór. Deklaracja powstała w duchu dwutysiącletniej tradycji Kościoła katolickiego: zmienia, co prawda, nastawienie chrześcijan do judaizmu, ale nie ocenę teologiczną jego niewiary w Chrystusa.
Po trzecie, ocena niewiary Izraela utrwalona na kartach Nowego Testamentu ma nie tylko wartość teologiczną, ale również historyczną. Są to świadectwa powstałe od dwudziestu do kilkudziesięciu lat po śmierci Jezusa – w znacznej mierze świadectwa naocznych świadków. Ponadto, poza św. Łukaszem autorzy pism Nowego Testamentu są pochodzenia żydowskiego i jako Żydzi oceniają Żydów, którzy nie uwierzyli w Chrystusa. Na kartach Nowego Testamentu wierzący w Chrystusa Żydzi oceniają niewierzących w Niego Żydów. Żydzi oceniają Żydów. Nie ma zatem mowy o uprzedzeniach etnicznych czy religijnych ani o jakiejkolwiek postaci antysemityzmu. Trzeba powiedzieć, że nie mamy bardziej starożytnej ani też bardziej wiarygodnej oceny niewiary Izraela. Nikt tak dobrze jak ówcześni Żydzi nie znał i nie rozumiał mesjańskich zapowiedzi Starego Testamentu. Cechą zaś wspólną ich świadectwa na kartach Nowego Testamentu jest mocno krytyczna ocena niewiary Izraela w Chrystusa.
Z kolei Nostra aetate (pkt 4) z racji krótkości dokumentu nie daje rozbudowanej oceny niewiary Izraela w Chrystusa, jaką znajdziemy w Nowym Testamencie, ale ją stwierdza jako wydarzenie bolesne i wyraża nadzieję na jej naprawienie w przyszłości: „Kościół oczekuje znanego tylko Bogu dnia, w którym wszystkie ludy będą wzywały Pana jednym głosem”.
Po czwarte, dokumenty kościelne i wypowiedzi papieży na temat sytuacji religijnej judaizmu, powstałe po Soborze Watykańskim II, mają wartość o tyle, o ile nie stoją w sprzeczności z prawdą objawioną na kartach Nowego Testamentu i uwzględniają nauczanie deklaracji soborowej Nostra aetate, która nakazuje przedstawiać Żydów zgodnie „[…] z prawdą ewangeliczną i z duchem Chrystusowym”. To im, Bożemu objawieniu i deklaracji soborowej, należy się pierwszeństwo w kolejności ich wymienienia. Błędem w ocenie sytuacji religijnej judaizmu jest powoływanie się w pierwszej kolejności, czy tym bardziej wyłącznie, na dokumenty kościelne i wypowiedzi papieży powstałe po Nostra aetate, z racji wskazanej wcześniej ich możliwej metodologicznej i teologicznej wadliwości.
Gdzie wypowiedzi dokumentów kościelnych czy papieży na temat judaizmu budzą wątpliwości (zwłaszcza w/w cztery tezy), należy je skorygować w świetle wymienionych powyżej źródeł. Uchroni to w przyszłości przed rozbieżnościami między Bożym objawieniem a dokumentami kościelnymi.
Po piąte, według Nostra aetate celem kontaktów z przedstawicielami judaizmu jest wzajemne poznanie się i szanowanie (wymiar personalny). Obie strony mają realizować ten cel zwłaszcza przez zgłębianie przesłania ksiąg świętych i wyznawanej wiary, i dzielić się tym między sobą („braterskie rozmowy”). W szczerych, braterskich relacjach musi być miejsce na poznanie wiary drugiej strony – w wypadku Żydów na poznawanie chrześcijańskiej wiary i tradycji religijnej. Wynika to z określenia obustronnych spotkań jako chrześcijańsko-żydowskie, czyli że dochodzi w nich do głosu istota wiary każdej ze stron. W innym przypadku jest to niewywiązywanie się przez stronę katolicką z zalecenia deklaracji soborowej. Opór zaś ze strony żydowskiej świadczy o nietraktowaniu obustronnych kontaktów jako partnerskich, opartych na równych zasadach, co podważa zasadność ich kontynuowania w obecnej postaci.
Po szóste, celem rozmów z przedstawicielami judaizmu nie jest zbliżenie na gruncie teologii (wymiar doktrynalny). Deklaracja Nostra aetate w ogóle nie podejmuje takiego tematu, ponieważ kierunek jest błędny. Nie znajdziemy w niej też potwierdzenia żadnej z czterech wcześniej wspominanych tez (punkty 3 i 6). Zbliżenie doktrynalne – z racji różnic na tle osoby Chrystusa – jest niemożliwe, bo domaga się poważnych ustępstw godzących w wiarę każdej ze stron. Należy porzucić wysiłki zmierzające w kierunku nawet minimalnych zbliżeń na gruncie teologii, bo skutkiem tego – jak widzimy to obecnie – jest relatywizowanie przez przedstawicieli strony chrześcijańskiej roli Chrystusa jako Zbawiciela świata. Nawiązywanie relacji z judaizmem nie może dokonywać się kosztem wiary chrześcijańskiej.
Po siódme, obecne po Soborze Watykańskim II koncyliacyjne, pojednawcze podejście do judaizmu należy rozumieć jako budowanie braterskich relacji, a nie zmianę oceny jego rzeczywistej sytuacji religijnej. Zbliżenie ma się dokonać na płaszczyźnie personalnej, a nie teologicznej (doktrynalnej). Gdzie jednak etykieta wymaga złagodzenia stanowiska teologicznego (np. wystąpienie papieża w synagodze), powinno być przyjęte, że na takich tekstach – z racji ich metodologicznej i merytorycznej wadliwości – nie można budować oceny religijnej judaizmu, czyli wykorzystywać ich jako argumentu w prowadzonych dyskusjach ani w tekstach teologicznych. Można jednak korzystać z tych treści, które dają pełny obraz zagadnienia.
Po ósme, należy zmienić formułę spotkań chrześcijańsko-żydowskich i ich nazwę. To, co ma miejsce, nie jest dialogiem i nie powinno nim być. Według Nostra aetate mają to być braterskie rozmowy. Stronie katolickiej powinno zależeć na nieokreślaniu obustronnych relacji mianem dialogu, bo dialog dopuszcza ustępstwa – także w zakresie doktryny. Poważne zastrzeżenia budzi również określanie wzajemnych kontaktów jako „chrześcijańsko-żydowskie”, bo w temacie chrześcijaństwa przemilcza się jego istotę, Chrystusa. Bez Chrystusa nie ma chrześcijaństwa ani chrześcijańskiego charakteru relacji.
Po dziewiąte, nie należy łudzić się, że ustępstwa względem judaizmu mogą prowadzić do jego zbliżenia z chrześcijaństwem. One jedynie utwierdzają Żydów w ich racjach, bo ustępujący przyznaje słuszność drugiej stronie. Nie prowadzi to zatem do zbliżenia, ale do utwierdzenia się judaizmu w swoich przekonaniach. Jego zbliżenie do chrześcijaństwa może zaś nastąpić przez studiowanie Bożego objawienia, czyli ksiąg Starego i Nowego Testamentu, do czego zachęca Nostra aetate. Ze słowa Bożego można poznać Bożą prawdę. Nie dążymy jednak do wzajemnego nawracania się, ale prowadzimy ze sobą szczere, braterskie rozmowy i wzajemnie się szanujemy.
Po dziesiąte, kształt prowadzonych rozmów z przedstawicielami judaizmu powinien być wypracowany przez wspólnotę Kościoła, która będzie popierała taką postać rozmów i się z nią identyfikowała. Nie może tu dochodzić do wymuszeń na znacznej części wiernych. Obecna formuła jest nieakceptowana przez większość wiernych – w tym duchowieństwa. Błąd nie leży po ich stronie. Należy uznać, że przemawia przez nich Duch Boży (sensus populi Dei). Potwierdza to mocna krytyka obecnego kształtu relacji, tj. popełniane w nich poważne błędy oraz świadome przekłamania ze strony środowiska odpowiedzialnego za kontakty z judaizmem, co odbiera jego przekazowi wiarygodność. Należy uwzględnić głos ludu Bożego.
Po jedenaste i jako wniosek końcowy, z racji poważnych błędów (w tym teologicznych) i wypaczeń wynikających z obecnej formuły prowadzenia rozmów ze stroną żydowską należy zawiesić dotychczasową postać kontaktów (nie same kontakty) i wypracować nową. Należy być może zacząć obustronne relacje od początku, gdzie każda ze stron w równym stopniu wyraża wolę prowadzenia rozmów i określa ich równe zasady. W wypadku strony katolickiej wypracowanie nowej formuły powinno opierać się na wytycznych deklaracji soborowej Nostra aetate. Jej zalecenia zaradzają wszystkim dotychczasowym problemom.
Jeżeli strona żydowska nie wyrazi zgody na nową formułę kontaktów, będzie to oznaczało, że nie jest zainteresowana prowadzeniem rozmów na zasadach partnerskich. Należy wówczas zdefiniować ich rzeczywisty charakter: byłyby to jedynie kurtuazyjne spotkania o charakterze świeckim, które można by określić jako polsko-żydowskie (przy czym ‘polski’ należy rozumieć w sensie kulturowym, a nie narodowym).
Zakończenie
Niniejszy tekst pragnie ustawić relacje chrześcijaństwa z judaizmem w zgodzie z nauczaniem deklaracji soborowej Nostra aetate oraz wykluczyć z nich w świetle Nowego Testamentu istniejące błędne poglądy teologiczne.
Prowadzone dotychczas rozmowy przez stronę katolicką z przedstawicielami judaizmu negatywnie ocenia zdecydowana większość wiernych Kościoła katolickiego w Polsce (w tym duchowieństwa), co jest jasnym sygnałem, że zmiany są konieczne.
87 lat temu rozpoczęła się sowiecka agresja na Polskę, a z nią mordowanie polskich patriotów i masowe wywózki na wschód. Wskutek nieludzkich deportacji szczególnie mocno ucierpiał Białystok, tracąc piątą część mieszkańców.
Podobne, szacowane łącznie nawet na ponad milion osób potężne ubytki ludności poniosły także inne polskie kresowe miasta i wsie. Dlatego 17 września obchodzony jest również jako Międzynarodowy Dzień Sybiraka.
Agresja, która nastąpiła 17 września 1939 roku, była wynikiem tajnego układu Ribbentrop – Mołotow. Związek Sowiecki i niemiecka III Rzesza zawarły go kilka tygodni wcześniej, 23 sierpnia, uzupełniając później roboczymi uzgodnieniami. Łącznie siły Armii Czerwonej skierowane w trzech rzutach przeciwko Rzeczypospolitej wynosiły około 1,5 miliona żołnierzy, ponad 6 tysięcy czołgów i około 1 800 samolotów.
Zajęły nasze wschodnie tereny, włączając w granice ZSRS połowę powierzchni przedwojennej Polski wraz z około 13 milionami osób. Najeźdźcy zawartą 28 września umową o „granicy i przyjaźni”, przypieczętowaną wspólną paradą wojsk okupacyjnych w Brześciu, rozdarli Rzeczpospolitą między sobą. Granicę poprowadzili wzdłuż rzek Pisy, Narwi, Bugu i Sanu.
Na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej rozpoczął się czas komunistycznego terroru, zbrodni i nieludzkich wywózek na Sybir. Prezentujemy wspomnienia ich ofiar.
Stanisław Jodkowski (1934 – 2009)
„Nasza rodzina mieszkała w osadzie Popławce niedaleko Grodna. Mój ojciec Hieronim był osadnikiem wojskowym, w randze starszego plutonowego. Mama miała na imię Antonina. Miałem dwie siostry – Annę i Klementynę oraz brata Mieczysława. Kiedy 17 września 1939 roku Sowieci zajęli nasze ziemie, zaraz zaczęły się aresztowania polskich patriotów, wówczas szczególnie wojskowych i leśników. Ojca aresztowano w październiku i słuch po nim zaginął. Dopiero w roku 1994 od prokuratury w Grodnie uzyskałem zaświadczenie następującej treści „Jodkowski Hieronim został aresztowany przez NKWD 3 października 1939 roku i skazany, jako społecznie niebezpieczny element, na 8 lat pracy w łagrze. Zmarł 20 lutego 1941 roku”.
Potem przyszli po nas. 10 lutego 1940 wczesnym rankiem do naszej osady Popławce przyjechało wielu enkawudzistów. Miałem wówczas zaledwie 6 lat. Zrobili rewizje w naszym gospodarstwie. Mamie kazali pakować toboły na daleką podróż. Poradzili, żeby koniecznie wziąć ze sobą ciepłe ubrania i żywność. Dobrze się złożyło, że akurat mieliśmy dużo wędlin od moich stryjków, którzy kilka dni wcześniej nas odwiedzili. Mróz był wielki. Posadzili nas, mamę z czwórką małych dzieci, z tobołami do sań i zawieźli na dworzec kolejowy w Wielkiej Brzostowicy. Następnie kazali wsiadać do wagonu towarowego, wyposażonego w dwupoziomowe prycze do spania, żelazny piecyk i otwór w podłodze do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Do tego niedużego wagonu wepchnięto kilkadziesiąt osób.
Pamiętam, że podczas podróży drewniane drzwi wagonu pokrywały się lodem. Podróż była nieznośnie długa, szczególnie dlatego, że przez cały czas jej trwania w wagonie panowały smród, głód i chłód. W końcu transport dotarł do Ałtajskiego Kraju, do syberyjskiej tajgi. Mieszkaliśmy w drewnianym baraku. Praca tam była ponad siły, panował okropny głód, ziąb i choroby. Dużo ludzi umierało. Mama odeszła na wiosnę 1942 roku – z powodu wycieńczenia organizmu. Naszą czwórką nieletniego rodzeństwa zaopiekowała się pani Maria Zaniewska – sąsiadka z rodzinnej osady w Popławcach, również wywieziona z czwórką swoich dzieci. To była wspaniała kobieta. Opiekowała się nami aż do września roku 1943, kiedy to zawieziono nas do Polskiego Domu Dziecka w Zudziłowie na Syberii. Cały ten dom dziecka (75 wychowanków i 18 opiekunów) w lipcu 1946 przewieziono do Gostynina na Mazowszu. Ja i moje rodzeństwo do osiągnięcia wieku pełnoletniego byliśmy wychowankami domów dziecka”.
Stanisław Pietrewicz ps. „Gałązka” (1926 – 2020), żołnierz dowodzonego przez Władysława Stefanowskiego ps. „Grom” oddziału zdziesiątkowanego przez Sowietów podczas Obławy Augustowskiej – w bardzo krwawej bitwie nad jeziorem Brożane.
„Nasze gospodarstwo znajdowało się na kolonii miasta Lipsk nad Biebrzą. Niedaleko od domu przechodziły ważne trasy komunikacyjne – drogi z Augustowa do Grodna oraz z Dąbrowy Białostockiej do Goniądza. Dlatego zaraz jak 17 września wkroczyli Sowieci, NKWD zrobiło w naszym domu swoją siedzibę. Nas oczywiście wygonili z domu do budynku gospodarczego. Było ich około czterdziestu. Na parterze domu urządzili sobie bazę łączności, a na strychu – obserwację terenu. W piwnicy zrobili areszt i tam trzymali tego, kogo uważali za osobę podejrzaną o wrogi stosunek do ZSRR. Wśród enkawudzistów byli też tajni agenci, którzy przebrani w cywilne ubrania jeździli po okolicznych wsiach i węszyli. Między innymi ustalali, które rodziny należy wywieźć na Sybir. Po cichu werbowali też konfidentów.
Kiedy w roku 1944 Sowieci weszli ponownie na nasze ziemie, mieli już przygotowane przez tych konfidentów listy AK-owców do aresztowania. Wielu ich wywieźli do łagrów. Pierwsze aresztowania były w październiku 1944. Nieco później – w lipcu 1945 podczas Obławy Augustowskiej, na podstawie tych list Ruscy prowadzili aresztowania, a później egzekucje w nieznanym do dziś miejscu. Zostałem zatrzymany, tak zresztą jak wielu innych. Przesłuchiwali, ale na szczęście nie było mnie na tych konfidenckich listach. A kto był, to zaraz wiązali mu sznurem albo drutem na plecach ręce, do samochodu i gdzieś wieźli. Słuch po nich zaginął”.
Czesław Milewski, żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych ps. „Bernard” (1920 – 2013)
„Kiedy wybuchła wojna, byłem w ostatniej klasie gimnazjum. Należałem do Stronnictwa Narodowego. Zaraz jak Białystok zajęli Sowieci, rozpoczęli aresztowania moich starszych kolegów ze Stronnictwa. Mnie NKWD „zaprosiło” na przesłuchanie. Nie aresztowali, ale wiedziałem, że nie dadzą mi już spokoju i w końcu po mnie przyjdą. Dlatego zaraz uciekłem do moich kuzynów, którzy mieszkali w podbiałostockiej wsi. Ukrywałem się u nich jakieś trzy miesiące. Kiedy ustały zatrzymania, wróciłem do domu. Wielu moich kolegów ze Stronnictwa Narodowego Sowieci wysłali na Sybir, niewielu żywych stamtąd wróciło. Ruskim nie udało się jednak zatrzymać działalności naszej organizacji narodowej. Spotykaliśmy się potajemnie i organizowaliśmy akcje dywersyjne.
Za Sowieta było bardzo trudno prowadzić konspirację, gdyż NKWD miało wszędzie szpiegów, inwigilacja była totalna. Komuniści dopadli mnie dopiero po wojnie. To była zima 1946 roku. Wsadzili nas do wagonów i pod eskortą wieźli na Sybir. My się jednak nie daliśmy. W nocy wyrwaliśmy deskę ze ściany wagonu i skakaliśmy w głęboki śnieg. To nas uratowało od śmierci”.
Jan Priachin – Drucki Lubecki (1920 – 2009)
„W czasie agresji Sowietów na Polskę we wrześniu 1939 roku mieszkałem wraz z matką na Polesiu, w miasteczku Raków, niedaleko Mińska, obecnej stolicy Białorusi. 3 kilometry od Rakowa stał dwór majątku Nowopole, który zbudował mój dziadek – książę Hieronim Drucki Lubecki. Kiedy Sowieci weszli do Rakowa, wyprawiały się tam wówczas dantejskie sceny. Dopuszczali się oni gwałtów i zabójstw. Wielu miejscowych Żydów przyłączyło się do bolszewików i wydawało NKWD swoich dawnych polskich sąsiadów. Dla przykładu – Żydzi złapali kapitana KOP, zbili go okrutnie i ledwo żywego oddali bolszewikom, którzy go zabili. Później, kiedy NKWD aresztowało moją mamę, uciekłem do Wilna i niemal do końca okupacji tam się ukrywałem. Dobrze pamiętam jak Wilno w czasie wojny przechodziło co jakiś czas z jednej niewoli w drugą. Najpierw do miasta weszli Sowieci. Przez sześć tygodni robili swoje krwawe porządki, aresztując wybrane osoby. Potem Wilno oddali Litwinom, ci też prześladowali Polaków – no może w mniejszym stopniu niż inni okupanci, ponieważ nie stosowali deportacji.
Po niecałym roku litewskich rządów na powrót do Wilna wkroczyła armia radziecka. Zaczęły się aresztowania polityczne, a od czerwca 1940 masowe deportacje, przerwane dopiero atakiem Niemców na ZSRR w 1941 roku… Moja mama Maria Drucka Lubecka, zmarła w roku 1945, zaraz po wyjściu z więzienia NKWD w Nowej Wilejce. Sowieci zamordowali też mojego brata Jerzego. Mój wuj Konstanty Drucki Lubecki, który w roku 1939 był ostatnim dowódcą Wileńskiej Brygady Kawalerii, został zamordowany przez Rosjan. Mojego drugiego wuja Józefa Druckiego Lubeckiego zamordowali sowieccy partyzanci. Z całej mojej rodziny czasów powojennych doczekałem tylko ja”.
Ks. Władysław Podeszwik (1933 – 2021)
„Pamiętam taką sytuację z sowieckiej okupacji. Miałem wówczas iść do I Komunii Świętej. Przyszedł do naszego gospodarstwa chłopak od sąsiadów i mówi, że jego rodzinę wywożą na Sybir, a on się NKWD wyrwał i przyszedł schować się u nas. Udzieliliśmy mu schronienia. A to był niebezpieczny czas. Rosjanie bombardowali, strzelali na oślep. Taka właśnie zabłąkana kula zraniła poważnie moją ciocię. Sowieci spalili kościół św. Antoniego Padewskiego w Przytułach. Chcieli zamordować księdza proboszcza. Ten ocalał cudem. Schował się za drzwiami zakrystii, a więc powinni go znaleźć, ale on z wielką wiarą odmawiał Różaniec. Matka Boża zasłoniła go przed oczami bolszewików i tak ocaliła”.
Adam Białous
Fragmenty wywiadów ze świadkami historii z archiwum Adama Białousa
Czy uzbrojony rosyjski dron znaleziony wczorajszej nocy na plaży koło Jarosławca to przekroczenie naszej czerwonej linii? Dlaczego oddajemy Ukrainie kosztowne rakiety Patriot? Kto wymusił na polskim rządzie taką decyzję a może jest to suwerenna i odpowiedzialna decyzja wicepremiera Kosiniaka Kamysza ? Co oznacza ostra retoryka Radosława Sikorskiego i groźba Patruszewa o zniszczeniu Warszawy w trzy dni? To tylko eskalacja, a może język adekwatny do dzisiejszych realiów?
Jak bardzo uderzy w polskie kieszenie wstrzymanie dostaw saudyjskiej ropy dla Orlenu po ostatnich atakach Huti? Wreszcie – w jakim stanie realnie znajduje się dziś polska armia: budujemy rzeczywistą siłę, czy tylko armię z papieru i obietnic?
Zapraszam na rozmowę z Jackiem Hogą, ekspertem od wojskowości i prezesem Fundacji Ad Arma.
Ceny oleju napędowego na stacjach pobiły rekord, wzrosły także ceny benzyny i gazu LPG. Najdroższa benzyna jest obecnie w województwie dolnośląskim, diesel – w świętokrzyskim, a LPG – w zachodniopomorskim – wskazali analitycy portalu e-petrol.pl.
„Połowa września to czas horrendalnie drogich paliw na polskich stacjach. Ceny oleju napędowego, które już w zeszłym tygodniu szokowały, jeszcze bardziej wzrosły. Tym samym historyczny rekord cenowy diesla został pobity” – napisali analitycy.
Wzrost średniej ceny diesla o 14 gr/l do 8,89 zł/l to efekt problemów z dostępnością tego paliwa, spowodowanych ograniczeniem przerobu ropy i dostaw paliw z Bliskiego Wschodu – wskazali. Natomiast hurtowe ceny benzyny spadły w ubiegłym tygodniu, dlatego podwyżki cen benzyny są mniejsze – paliwo to podrożało o 9 gr/l do 7,98 zł/l. „Znacznie przyspieszył natomiast wzrost cen LPG, które zdecydowanie podrożało też w dostawach do stacji. Średnia cena autogazu wzrosła o 13 groszy i wynosi 3,08 zł/l” – dodano.
Według monitoringu e-petrol.pl najdrożej jest obecnie na Dolnym Śląsku, gdzie litr benzyny E10 kosztuje przeciętnie 7,96 zł, w województwie świętokrzyskim, w którym za tę samą ilość diesla płaci się 8,90 zł oraz w województwie zachodniopomorskim – ze średnią ceną LPG na poziomie 3,13 zł/l.
„Najtaniej, choć i tak bardzo drogo, jest w Małopolsce, gdzie litr benzyny i oleju napędowego kosztuje odpowiednio 7,89 i 8,83 zł oraz na Warmii i Mazurach, które są jedynym regionem ze średnią ceną za litr autogazu znajdującą się poniżej trzech zł. W tej części Polski wynosi ona 2,97 zł” – zauważyli analitycy.
Cel: Powstrzymanie broni pancernej wroga przy użyciu terytorialnych zasobów hydrologiczno-biologicznych.
I. Strategiczne Rozmieszczenie Sił
Linia Oporu Bóbr-1: Formacje gryzoni zostają przeformowane w Dywizje Inżynieryjno-Kaskadowe. Wprowadza się bezwzględny nakaz budowania tam o wysokości min. 1,5 m wzdłuż granicy państwowej.
System Zasadzek Torfowych: Czołgi przeciwnika nie będą niszczone bronią przeciwpancerną, lecz wchłaniane przez certyfikowane mchy torfowce. Zaplanowano zatopienie gąsienic na głębokość 2,3 metra.
Pancerne Kijanki: Lokalna fauna zostaje przeszkolona w zakresie podgryzania elementów zawieszenia pojazdów gąsienicowych.
II. Pakiety Wsparcia i Finansowanie
Budżet: 500 milionów złotych przeznacza się na hurtowy zakup konewek, odblokowanie rowów melioracyjnych i zakaz suszenia skarpet na polach.
Ochrona Osobista Obywateli: Brak schronów betonowych rekompensuje się darmowym przydziałem kaloszy do kolan oraz wojskowych woderów z atestem UE.
Kamuflowanie Terytorium: Szybki posiew rzęsy wodnej na wszystkich kałużach w kraju w celu dezinformacji wrogiego rozpoznania satelitarnego (każda kałuża ma udawać bezdenne otchłanie).
III. Scenariusz Działań Bojowych
Wróg przekracza granicę.
Wróg wjeżdża w oficjalnie utworzony „Naturą Chroniony Obszar Błotny”.
Czołgi toną po wieżyczki, a załogi zostają unieruchomione przez wysoki poziom wilgotności powietrza i agresywny atak chmar komarów obronnych.
Ministerstwo Środowiska ogłasza sukces
i zgłasza zatopiony sprzęt jako obiekty małej architektury ogrodowej.
================================
Cały ten koncept opiera się na autentycznych wypowiedziach i planach wiceminister klimatu i środowiska Urszuli Zielińskiej oraz powiązanych projektach (m.in. w ramach tzw. Zielonej Tarczy Wschód),
w których odbudowa mokradeł i torfowisk była poważnie omawiana m.in. jako narzędzie mające utrudniać manewrowanie ciężkiemu sprzętowi wojskowemu.
Wielki rzymski mówca Mark Tuliusz Cyceron (106-43 p.n.e) miał rację, gdy pisał, że: „Pieniądz jest nerwem wojny” i że: „W czasie wojny milczą prawa”. Chociaż sam służył w armii ponad trzy lata, to zawsze twierdził, że pokój jest wartością nadrzędną w porównaniu z okrucieństwem działań zbrojnych. Ludzkość jednak ciągle popełnia te same błędy.
https://youtube.com/watch?v=DxxBsHDoCic%3Frel%3D0
Do najgorszych wojen należą napastnicze, wywołane w celu podboju cudzego terytorium lub podporządkowania sobie innego narodu. Cyniczne i prawnie kontrowersyjne są tzw. wojny prewencyjne, podejmowane w celu uprzedzenia „nieuchronnego uderzenia przeciwnika”. W praktyce historycznej i politycznej napaści „zapobiegawcze” są najczęściej wykorzystywane jako pretekst i kamuflaż dla zwykłej wojny zaborczej. Prawo międzynarodowe dopuszcza wyłącznie wojny samoobronne, gdy atak już nastąpił. A tymczasem, mamy sugestywne przepisy antywojenne i niekończące się konflikty zbrojne o coraz mniej oczywistym charakterze.
Problematyczne wojny
Na przykład, błyskawiczna operacja militarna USA w stolicy Wenezueli Caracas o kryptonimie „Absolute Resolve” na początku 2026 roku jest opisywana jako interwencja o charakterze policyjno-wojskowym, a nie klasyczna wojna międzypaństwowa. Motywy tej operacji były według Amerykanów gospodarcze (związane m.in. z bogatymi zasobami ropy naftowej Wenezueli i infrastrukturą naftową, która zdaniem USA została im wcześniej „ukradziona”) oraz interwencyjne (walka z narkoterroryzmem, przemytem i sfałszowaniem wyborów przez władze Caracas). Państwa członkowskie ONZ oraz wielu międzynarodowych ekspertów uznały tą „interwencję” za bezprawny akt agresji i naruszenie Karty Narodów Zjednoczonych. USA oświadczyły, że „kierowały się względami bezpieczeństwa i egzekwowania prawa”. Sytuacja w Wenezueli jest jednak nadal napięta, władze są tymczasowe, w kraju utrzymuje się głęboki kryzys gospodarczy (brakuje stabilnych dostaw prądu oraz bieżącej wody, większość społeczeństwa zmaga się z ubóstwem). Pod koniec sierpnia ogłoszono wieloletnią (na 25 lat) umowę energetyczną między USA a Wenezuelą. Zakłada ona przejęcie przez podmioty amerykańskie większościowej kontroli nad złożami. Zyski z wydobycia ropy mają w przyszłości trafić do obywateli, wypierając z wenezuelskiego sektora paliwowego dotychczasowe wpływy chińskie i rosyjskie. Czy cel interwencji był słuszny w rozumieniu wojny sprawiedliwej? Wenezuela przestała być państwem rządzonym przez Maduro, ocenianym jako przywódca nieudolny, autokratyczny i skorumpowany. W efekcie nastąpił spadek bezpośredniej przemocy politycznej, ale realna wolność Wenezuelczyków nie uległa poprawie. USA częściowo złagodziły i zawiesiły wybrane sankcje wobec Wenezueli, jednak Unia Europejska nadal utrzymuje swoje restrykcje. Część międzynarodowej opinii publicznej ocenia akcję USA jako rażące złamanie suwerenności Wenezueli. Jak jest w istocie?
Niezwykle złożona sytuacja ma miejsce na Bliskim Wschodzie. Wojna w Strefie Gazy, rozpoczęta po ataku Hamasu na Izrael w październiku 2023 roku, jest przedstawiana przez Izrael jako konieczność likwidacji struktur militarnych i politycznych Hamasu. Oficjalnie jest uznawana przez Żydów za klasyczną samoobronę. W rzeczywistości skala zniszczeń, blokada humanitarna oraz długotrwała okupacja terytoriów palestyńskich wykraczają w sposób oczywisty poza ramy legalnej samoobrony i proporcjonalności. Działania Izraela w Gazie są określane jako ludobójstwo przez liczne państwa, komisje pod egidą ONZ, organizacje praw człowieka (w tym nawet izraelskie), ekspertów prawnych i naukowych. Izrael się tym nie przejmuje.
28 lutego 2026 roku USA i Izrael rozpoczęły „kontrowersyjną” (to najdelikatniejsze określenie) wojnę z Iranem. Wielu ekspertów ds. prawa międzynarodowego oraz krytyków politycznych określa działania Waszyngtonu jako nielegalną wojnę napastniczą. Napastnicy nie przyjmują tego do wiadomości. Trump i jego administracja uzasadniali zmasowane bombardowania jako uderzenie „prewencyjne”, mające powstrzymać domniemany irański program nuklearny. Eksperci prawa międzynarodowego wskazują, że ani USA, ani Izrael nie mogą powołać się na prawo do samoobrony na podstawie art. 51 „Karty ONZ”, ponieważ Iran nie dokonał wcześniejszego bezpośredniego ataku na te państwa. Wojna prewencyjna bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ jest traktowana jako złamanie zakazu agresji. W następstwie decyzji Trumpa o ataku na Iran, intelektualiści chrześcijańskiej prawicy wdali się w ożywioną debatę na temat tego, czy posunięcie to spełnia kryteria teorii wojny sprawiedliwej, ustanowione przez św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu. Np. Edward Feser, amerykański filozof, nawrócony na katolicyzm, stanowczo umiejscowił obecną wojnę poza tradycją katolicką. „Podobnie jak człowiek, kraj może być słusznie skrzywdzony tylko za to, co faktycznie zrobił lub do czego aktywnie się przygotowuje, a nie za to, co jedynie mógłby zrobić. Gdyby to, co kraj mógłby zrobić, stanowiło wystarczający casus belli , wówczas każdy kraj mógłby usprawiedliwić wojnę z każdym potencjalnym wrogiem”.
Równocześnie w Libanie są prowadzone przez Izrael działania zbrojne i naloty przeciwko Hezbollahowi, będące odpowiedzią na ostrzały terytorium Izraela. Iskrą do działań Hezbollahu była napaść na Iran. Działania izraelskie są – jak zawsze – skrajnie nieproporcjonalne i skierowane – przy okazji – przeciwko Bogu ducha winnym Libańczykom . Do wojny na Bliskim Wschodzie włączył się też ostatnio jemeński ruch Huti. W tle toczy się „cicha wojna” na Zachodnim Brzegu, gdzie izraelskie działania przeciwko Palestyńczykom łączą elementy operacji przeciwpartyzanckich, prewencyjnego dławienia oporu oraz głębokiej zmiany administracyjno-terytorialnej. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości jednoznacznie orzekł, że Izrael dopuszcza się nielegalnej aneksji suwerennych terytoriów i ma prawny obowiązek zakończenia tej okupacji tak szybko, jak to możliwe.
Spekulacje o zbliżającej się wojnie jądrowej
Na Bliskim Wschodzie ma miejsce pat. Iran nie został pokonany ku zdziwieniu USA i Izraela. Konflikt wszedł w fazę walk na morzu oraz wzajemnych blokad, w tym Cieśniny Ormuz, co destabilizuje rynki surowców. Regionalne zaufanie do Ameryki całkowicie się załamało, a kraje Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) uważają, że USA nie są w stanie ich obronić. Negocjacje z Teheranem nie przynoszą efektów. Ma miejsce przepaść między żądaniami USA i Izraela a irańskim zasadnym poczuciem siły oraz determinacją do obrony. Międzynarodowa opinia publiczna i duża część amerykańskiej traktuje napaść na Iran jako wojnę toczoną w interesie Izraela. Chrześcijańscy syjoniści ją nadal popierają, ale notowania samego Trumpa w USA mocno spadają (także wśród MAGA), co jest istotne przed jesiennymi wyborami połówkowymi do Kongresu. Trump używa nowych argumentów. Ostatnio publicznie zasugerował, że po zakończeniu działań zbrojnych siły amerykańskie mogą pozostać w Iranie, aby „zatrzymać ropę” i przejąć kontrolę nad tamtejszymi złożami naftowymi (porównując to do wcześniejszego porozumienia z Wenezuelą). To zdaniem wielu krytyków potwierdzenie zaborczych intencji USA.
Amerykańscy eksperci powołują się na rozmowy w Białym Domu, podczas których spekuluje się, że USA „nie mają wyboru” i muszą wygrać wojnę z Iranem, nawet sięgając do ataku jądrowego. Spekulacje te mają być wiarygodne, co potwierdzają m.in. profesor John Mearsheimer, była kongresmenka Marjorie Taylor Greene, doskonale poinformowany adwokat Robert Barnes, analityk CIA Larry Johnson, kluczowy ekspert podpułkownik Larry Wilkerson, wpływowy komentator Tucker Carlson, były zastępca dyrektora wywiadu narodowego Joe Kent, i inni. Jeśli desperacja Trumpa rzeczywiście sięga tak daleko, by rozważać użycie broni nuklearnej, to mamy do czynienia z wyjątkowo niebezpiecznym rozwojem wydarzeń. Należałoby mieć nadzieję, że doktryna tzw. “ograniczonej wojny nuklearnej” zostanie jednak oceniona przez amerykańskich decydentów z Pentagonu jako iluzja.
Oficjalne stanowisko Donalda Trumpa przeczy spekulacjom o wojnie jądrowej. Prezydent USA wprost oświadczył, że nie zamierza wykorzystywać broni jądrowej przeciwko Iranowi. Pytania dziennikarzy na ten temat określał mianem „głupich”, twierdząc, że USA są w stanie skutecznie zneutralizować irańskie zagrożenie za pomocą konwencjonalnych środków militarnych i drastycznych sankcji ekonomicznych.
Mimo deklaracji o chęci uniknięcia scenariusza nuklearnego, administracja Trumpa (w tym wiceprezydent J.D. Vance) regularnie powtarza, że w przypadku dalszej eskalacji ze strony Teheranu „wszystkie opcje pozostają otwarte”, a USA posiadają w swoim arsenale potężne narzędzia, których jeszcze nie zdecydowały się użyć.
Spekulacje z końca sierpnia oparte są na realnych wypowiedziach medialnych wymienionych wyżej ekspertów. Przeciwnicy tych spekulacji twierdzą, że stanowią one tylko element wewnętrznej debaty i narracji antywojennej w USA, a nie potwierdzenie oficjalnych planów Pentagonu. Grupa antywojenna tworzy spójne środowisko komentatorów skupionych wokół programu Tuckera Carlsona oraz niezależnych platform (np. kanał Dialogue Works lub podcasty sędziego Andrew Napolitano), na których regularnie goszczą Larry Johnson i płk Larry Wilkerson.
Skąd wzięły się te spekulacje? Pod koniec sierpnia Tucker Carlson wyemitował wywiad z Joe Kentem (byłym dyrektorem ds. walki z terroryzmem), w którym ostro skrytykował administrację za przedłużający się i nieskuteczny konflikt konwencjonalny z Iranem (w tym operację Epic Fury). Carlson podniósł argument, że z powodu powolnego tempa niszczenia głęboko ukrytych irańskich schronów atomowych, w Waszyngtonie „zaczęły się dyskusje o taktycznej amunicji nuklearnej”. Podobne tezy o tym, że USA „rozważają opcję nuklearną”, promował w tym samym czasie płk Larry Wilkerson
Czy te doniesienia są wiarygodne? Ani Pentagon, ani wywiad USA, ani sojusznicy z NATO nie potwierdzają tych doniesień. Sekretarz Wojny Pete Hegseth jednoznacznie oświadczył, że amerykańska strategia opiera się wyłącznie na precyzyjnych uderzeniach konwencjonalnych, cyberwojnie i tłumieniu elektronicznym.
Komentatorzy wskazujący na realność opcji atomowej są krytykowani za motywacje polityczne. Wymienione osoby (jak Marjorie Taylor Greene, Joe Kent czy Robert Barnes) tworzą tzw. izolacjonistyczne, antywojenne skrzydło ruchu MAGA. Ich celem jest wywarcie nacisku na administrację, aby zakończyła interwencje na Bliskim Wschodzie. Mają celowo używać czarnych scenariuszy („stoimy na progu nuklearnej wojny światowej”), aby zmusić Biały Dom do deeskalacji i powrotu do dyplomacji.
Wybitny politolog John Mearsheimer (również goszczący u Carlsona) analizuje sytuację przez pryzmat teorii realizmu. Nie twierdzi on, że USA planują zrzucić bombę, lecz ostrzega przed niekontrolowaną spiralą eskalacji – jeśli Iran odpowie asymetrycznie i zablokuje m.in. Cieśninę Ormuz, zdesperowane mocarstwo może teoretycznie sięgnąć po środki ostateczne, co czyni konflikt skrajnie niebezpiecznym.
Wszyscy wskazują, że doniesienia o niebezpieczeństwie wojny jądrowej są prawdziwe jako opis debaty medialnej. Zdaniem analityków podważających scenariusz użycia broni atomowej traktowanie jednak tej debaty jako twardego dowodu na to, że USA przygotowują atak nuklearny na Iran, jest nadinterpretacją. Służą one jako retoryczne ostrzeżenie przed skutkami wojny, a nie opis oficjalnych planów wojskowych.
Oby mieli rację. Poza tym „Pieniądz jest nerwem wojny”.
Biblioteka Publiczna w Piasecznie odwołała spotkanie z Grzegorzem Braunem. Wcześniej takiej cenzury domagali się lewacy z Razem. „Zasadnicze pytanie: dlaczego istnieją te wszystkie biblioteki i domy kultury, skoro tak naprawdę zawsze służą tylko jednej, skrajnie lewackiej opcji politycznej” – napisał na X redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!” Tomasz Sommer.
Odbieranie możliwości spotkań z Grzegorzem Braunem to nieformalne wyzwanie wśród środowisk lewicowych w Polsce. W Centrum Edukacyjno-Multimedialnym w Piasecznie miało dojść do spotkania z liderem KKP, ale zostało ono odwołane. Informację o tym opublikowano już oficjalnie na facebookowym profilu Biblioteki Publicznej w Piasecznie.
Jak przekonywał administrator, biblioteka „wynajmując na ogólnych zasadach komercyjnych salę widowiskową Organizatorowi spotkania, opierała się na informacji, że ma to być spotkanie autorskie dotyczące książki 'Okruchy historii’”.
„Po przeanalizowaniu pojawiających się w przestrzeni medialnej informacji reklamujących wydarzenie przez Organizatora, który zapraszał na spotkanie dotyczące książki pod innym tytułem – 'Historia bez kłamstw’, Biblioteka podjęła decyzję o nieudostępnianiu sali na potrzeby tego przedsięwzięcia. Decyzja została podjęta z uwzględnieniem obowiązujących zasad udostępniania pomieszczeń Biblioteki, konieczności zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom, użytkownikom i uczestnikom wydarzeń oraz prawidłowej realizacji statutowych zadań Biblioteki” – przekonywano w poście na Facebooku.
„Biblioteka podkreśla, że jej decyzja dotyczy konkretnego wydarzenia i okoliczności związanych z jego organizacją. Nie stanowi natomiast oceny ani stanowiska wobec poglądów politycznych jego uczestników. Biblioteka Publiczna w Piasecznie pozostaje miejscem otwartym dla mieszkańców i realizuje swoją działalność zgodnie z obowiązującymi przepisami oraz zasadami udostępniania swoich przestrzeni” – twierdził administrator profilu.
Tak więc pod pretekstem de facto innego tytułu odwołuje się spotkanie z Braunem. I przy tym zapewnia jednocześnie o „otwartości”.
Do sprawy odniósł się przewodniczący Rady Powiatu piaseczyńskiego Krzysztof Kasprzyk z KO, który – jak podkreślił Tomasz Sommer – miał być jedną z osób naciskających na odwołanie spotkania. Co prawda twierdził, że „nie jest zwolennikiem ograniczania debaty publicznej ze względu na poglądy polityczne jej uczestników”, ale w sumie to dobrze, że Grzegorz Braun został w tym przypadku poddany ostracyzmowi. Dlaczego?
„Nie można jednak udawać, że każda postać życia publicznego i każda treść, z jaką mamy do czynienia, jest obojętna z punktu widzenia standardów, jakie powinny obowiązywać w instytucjach publicznych. W przypadku Grzegorza Brauna mamy do czynienia z polskim posłem, który ma skrajne, niepopularne czy odmienne od większości. To nie ma jednak żadnego znaczenia. Braun to osoba, której Instytut Pamięci Narodowej postawił zarzuty publicznego, dokonanego w świetle kamer, i wbrew faktom zaprzeczania zbrodniom ludobójstwa dokonanym przez funkcjonariuszy III Rzeszy w KL Auschwitz-Birkenau” – twierdził radny na Facebooku.
To fałsz jak i manipulacja. Primo, decyzją o rzekomej słuszności ostracyzmu jest samo postawienie zarzutu. Radny KO defekuje w tym przypadku na jedną z podstawowych zasad cywilizowanego świata, jaką jest zasada domniemania niewinności. Zarzuty bowiem można postawić każdemu za wszystko. Dopóki nie zapadnie prawomocny wyrok, człowiek jest uznawany za niewinnego.
No chyba, że nie podoba się politykowi KO, to wtedy nie.
Secundo – Braun nie negował zbrodni ludobójstwa. Natomiast poddał do dyskusji fakt, że coraz więcej historyków podważa skalę jednej z konkretnych metod uśmiercania ludzi przez Niemców w niemieckim obozie na terenie okupowanej Polski.
„Unieważnił, wymazał, wygumkował w ten sposób świętą, męczeńską śmierć milionów Polek i Polaków” – kontynuował.
Tu też jest pewien „odlot”. Choć śmierć tych osób w sposób oczywisty była okrutna, niezasłużona i poprzedzona koszmarem, Kościół nie kanonizował nigdy „z automatu” ludzi, którzy zostali pomordowani w niemieckim obozie Auschwitz-Birkenau. Do świętych wymordowanych w tamtym miejscu – który swoją drogą nie zginął przecież w komorze gazowej, lecz był przetrzymywany w bunkrze głodowym, a następnie dobity zastrzykiem z fenolu – był św. o. Maksymilian Maria Kolbe OFMConv. Także teza o „wymazywaniu” czy „gumkowaniu” śmierci ludzi jest zwyczajnie odklejona.
Choć można delikatnie z uznaniem wspomnieć, że przynajmniej radny KO nie twierdził tutaj, że w Auschwitz-Birkenau mordowani byli tylko albo głównie Żydzi. Uczciwie stwierdzono tu śmierć milionów Polaków.
„Nie chodzi o cenzurę. Nie chodzi o zakazywanie komukolwiek poglądów nawet skrajnych i kontrowersyjnych. Chodzi o odpowiedzialność za sposób wykorzystywania przestrzeni publicznej i o to, jakie standardy stosujemy w instytucjach finansowanych ze środków publicznych” – przekonywał Kasprzycki z KO, który najwyraźniej uważa, że za sam zarzut – nieważne jak absurdalny – jest powodem do niszczenia ludzi i pozbawiania ich podstawowych praw.
Podobne odwołania spotkań z Grzegorzem Braunem pod pretekstem rzekomego „wprowadzenia w błąd” już się zdarzały. Wystarczy wspomnieć chociażby spotkanie zaplanowane 12 grudnia w Arcybiskupim Wyższym Seminarium Duchownym w Szczecinie.
– Ksiądz rektor uznał, że został wprowadzony w błąd co do rzeczywistego charakteru planowanego spotkania – mówił w grudniu ks. kan. dr Krzysztof Łuszczek, rzecznik prasowy kurii szczecińsko-kamieńskiej w rozmowie z KAI, komentując odwołanie spotkania.
Sytuację w Piasecznie skomentował redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!” Tomasz Sommer.
„I znowu cenzura polityczna w państwowej instytucji. Centrum Edukacyjne w Piasecznie, zbudowane i utrzymywane z pieniędzy podatnika odwołało nasze spotkanie. Poznajmy nazwiska zamordystów z Piaseczna: naciskał Krzysztof Kasprzycki, przewodniczący Rady Powiatu Piaseczyńskiego, decyzję podjęła dyrektorka Biblioteki Publicznej w Piasecznie Sylwia Chojnacka-Tuzimek. Pięknie się uśmiechają cenzorzy z Piaseczna. Nieprawdaż?” – napisał na X Sommer, załączając zdjęcia osób decyzyjnych.
Jak podkreślił, obecnie trwają starania o inną salę, by spotkanie mogło dojść do skutku.
„Powstaje jednak zasadnicze pytanie: dlaczego istnieją te wszystkie biblioteki i domy kultury, skoro tak naprawdę zawsze służą tylko jednej, skrajnie lewackiej opcji politycznej” – zapytał Tomasz Sommer.
XII Kongres Obsługi Gotówki wykazał, że szeleszczący i brzęczący pieniądz to warunek funkcjonowania naszego kraju w trudnych czasach.
– Na ekranie widzą państwo dwa banknoty stuzłotowe. Proszę zdecydować, skanując wybrany kod, który z nich jest prawdziwy, a który fałszywy – powiedziała, na wstępie swojego wykładu o nowej erze fałszowania pieniędzy, dr. Joanna Kołodziej z departamentu emisyjno-skarbcowego Narodowego Banku Polskiego. Słuchało jej kilkaset osób, uczestniczących w XII Kongresie Obsługi Gotówki w Warszawie. Okazało się, że 53 proc. uczestników dobrze rozpoznało oba banknoty. – Na sali są profesjonaliści, więc zrozumiałe, że większość zagłosowała prawidłowo. Niefachowcy mogą jednak mieć kłopoty z wykryciem sfałszowanych banknotów – skomentowała dr. Kołodziej.
O fałszowaniu polskich pieniędzy nie słyszymy zbyt często, a służby nie chwalą się rozbijaniem gangów podrabiających gotówkę. Jest to jednak problem, który trudno całkowicie rozwiązać, bo choć banknoty są coraz lepiej zabezpieczane, to zawsze znajdą się fałszerze próbujący szczęścia. I wciąż, w polskim obrocie gotówkowym można trafić na fałszywki. W 2023 roku wykryto, dokładnie licząc, 3869 sztuk fałszywych banknotów. Rok później nieco więcej, bo 4406. Ubiegły rok utrzymał tendencję wzrostową – 4966 fałszywych polskich banknotów. To wprawdzie bardzo niewiele, bo około 1,3 sztuki na milion, tym niemniej ten przyrost nieco niepokoi. Może w 2026 roku ta liczba trochę spadnie, bo służbom udało się zlikwidować wytwórnię podrobionych pięćsetzłotówek w Sochaczewie. Ale dopóki papierowa gotówka będzie popularna, dopóty będą zdarzać się fałszerstwa.
Gotówka w Polsce wciąż zaś trzyma się mocno, choć banki działające w naszym kraju usiłują najróżniejszymi sposobami zniechęcać klientów do korzystania z papierowych pieniędzy. Nie pomaga jednak utrudnianie dostępu do stacjonarnych oddziałów kasowych z obsługą fizyczną czy zerowe oprocentowanie tradycyjnych kont. Przekorni Polacy, jakby w reakcji na te bankowe szykany, wręcz wracają do gotówki. Badania pokazują, że około 80 proc. polskich klientów załatwia swoje sprawy wyłącznie w bankach posiadających oddziały stacjonarne, mimo przeszkód wymyślanych przez bankierów. Według danych NBP, w maju bieżącego roku, wartość pieniędzy papierowych i metalowych znajdujących się w obiegu osiągnęła 482,5 miliarda złotych.
Pod względem przywiązania do gotówki jesteśmy na drugim miejscu w Unii Europejskiej, zaraz za Niemcami. Polska jest jednak jedynym krajem UE, gdzie udział gotówki w aktywach finansowych gospodarstw domowych przekracza 10 proc. (dokładnie licząc, 11,3 proc na koniec ubiegłego roku). Warto dodać, że w całej Unii Europejskiej ten udział wynosi zaledwie 3,2 proc – czyli prawie cztery razy mniej, niż w naszym kraju
Nasza sympatia do szeleszczącego i brzęczącego pieniądza zaczęła wyraźnie rosnąć w związku z pandemią i napaścią Rosji na Ukrainę – i ta tendencja się utrzymuje. Wolimy trzymać część zasobów w domu, mając świadomość, że w razie jakiegoś ataku hakerskiego na system bankowy, czy w związku z poważnymi zagrożeniami geopolitycznymi, banki po prostu wstrzymają wypłaty środków na zasadzie „Misia”: Nie wypłacimy panu pańskich pieniędzy, i co nam pan zrobi?
To zresztą w Polsce nie pierwszyzna. W 1939 roku, przed niemiecką agresją, Polacy też wycofywali pieniądze z banków – i słusznie robili. Podobnie, również słusznie, zachowywali się pod koniec lat osiemdziesiątych, w czasach wysokiej inflacji, gdy gotówkę wycofywaną z banków zamieniali na dolary, marki zachodnioniemieckie i funty brytyjskie.
W dzisiejszej dobie, banki działające w naszym kraju nie martwią się jednak tym, że Polacy są tak bardzo przywiązani do gotówki. Rzecz w tym, że ogromną część naszych pieniędzy – bo aż ponad 1000 miliardów złotych – przechowujemy na rachunkach bankowych z zerowym lub niemal zerowym oprocentowaniem. To oczywiście olbrzymi zysk dla banków, które nie muszą wypłacać odsetek. Oczywiście, nie robimy bankierom tych finansowych prezentów z sympatii do nich – lecz dlatego, że stosują oni sprawdzoną metodę, mającą w maksymalnym stopniu utrudnić nam korzystanie z bardziej opłacalnych lokat. Chodzi tu o ograniczenie czasu trwania wszelkich promocji bankowych (co ma miejsce zapewne we wszystkich bankach działających w Polsce) jedynie do trzech miesięcy. Po tych trzech miesiącach, wyższe oprocentowanie kont spada do poziomu zerowego lub niemal zerowego. Przykładowo, w państwowym PKO BP, oprocentowanie nowych środków na tzw. koncie oszczędnościowym plus wynosi 4 proc. w skali roku – ale tylko przez 90 dni. Po tym okresie oprocentowanie tego konta spada do 0,1 proc. w skali roku. W BNP Paribas Banku, w ramach trwającej obecnie promocji, oprocentowanie tzw. konta lokacyjnego wynosi 3,75 proc. rocznie – ale po 30 października tego roku spadnie do 0,19 proc. I taka jest właśnie polityka bankierów.
Po upływie wspomnianych trzech miesięcy, banki z reguły proponują kolejne promocje, na bardzo podobnych zasadach ale pod inną nazwą. Oczywiście, można z tych promocji korzystać. Wymaga to jednak zmieniania co trzy miesiące numerów rachunków bankowych, na które trafiają nasze pensje, emerytury oraz przelewy z tytułu faktur. Mało kto ma tyle samozaparcia, by z taką częstotliwością informować swoich pracodawców, Zakład Ubezpieczeń Społecznych i wszelkich kontrahentów, że powinni wysyłać pieniądze na coraz to inne numery kont.
Bankierzy, cynicznie lecz słusznie uważają, iż w ciągu tych trzech miesięcy klient na tyle przyzwyczai się do swojego konta, że po zakończeniu promocji nie będzie mu się chciało zamykać rachunku i przenosić gdzie indziej. Tak więc, chociaż będzie wiedział, że finansowo traci, to nic z tym nie zrobi. W rezultacie, Polacy zostawiają pieniądze na praktycznie nieoprocentowanych rachunkach, ponosząc coraz większe straty z tytułu inflacji. Banki zarabiają zaś gigantyczne sumy z tytułu niewypłacania odsetek. A ponieważ bankierzy chcą zarabiać naszym kosztem jeszcze więcej, to nagminnnie pozwalają swoim klientom na dokonywanie za darmo tylko jednej operacji na rachunku w ciągu miesiąca. Za każdą następną każą już płacić.
Bardzo możliwe, że kiedyś ta polityka banków obróci się przeciwko nim – i miliony Polaków dojdą do wniosku, że przechowywanie pieniędzy na rachunkach bankowych traci sens, skoro z pieniędzy trzymanych w domu można praktycznie w każdej chwili zrobić użytek bez ponoszenia dodatkowych opłat. Już dziś przecież nasz kraj jest europejską, gotówkową twierdzą.
Włodzimierz Kiciński, wiceprezes Związku Banków Polskich, słusznie stwierdził podczas XII Kongresu Obsługi Gotówki, że w Polsce gotówka jest w coraz lepszej formie, pomimo rozmaitych pomysłów i zabiegów marketingowych mających ograniczyć jej znaczenie.
Paweł Szałamacha, członek zarządu NBP podkreślił zaś, iż ludzie chcą mieć pewność, że będą w stanie zaspokoić swoje potrzeby życiowe w niełatwych czasach – i dlatego zapotrzebowanie na gotówkę może nadal w Polsce rosnąć. – Wtedy, gdy na teren naszego kraju wlatywały rosyjskie rakiety lub drony, rosła liczba pobrań gotówki. Polacy trzymają ją w domach w celach ostrożnościowych. Jak deklarują: „na wszelki wypadek” – dodał.
Zrozumiałe więc, że z prac XII Kongresu Obsługi Gotówki popłynął jeden podstawowy wniosek: fizyczny pieniądz, który można schować do portmonetki jest bardzo ważnym elementem odporności całego systemu finansowego – a więc i całego naszego państwa – na wszelki zagrożenia; zarówno informatyczne, jak i te najbardziej bezpośrednie, militarne. W trudnych czasach gotówka jest po prostu niezbędna.
– Ugrupowanie Huti przejęło cieśninę Bab el-Mandab. Nie mogą tam teraz płynąć statki Arabii Saudyjskiej transportujące ropę. Na Ukrainie tuż przy polskiej granicy spadły rosyjskie(?) drony. Nie chodzi więc o to, czy paliwo będzie po 10 złotych – nie będzie go po prostu – mówi Piotr Szlachtowicz w 32-minutowym podcaście, w którym jego rozmówcą jest dr Leszek Sykulski:
Iran zdecydowanie wygrywa wojnę rozpętaną przez USA i Izrael – stwierdza dr L. Sykulski. – Napastnicy nie osiągnęli żadnych ze swych celów wyznaczonych w czerwcu ub.r. oraz w drugiej odsłonie 28 lutego. Jednym z tych nieosiągniętych celów było zniszczenie szyickiej osi oporu, tj. Iranu, Hezbollahu, Huti oraz milicji irackiej. Nie udało się.
W ostatnich dniach Hutis bardzo szybko zdobyli kontrolę nad cieśniną Bab el-Mandab oraz zniszczyli ropociąg Wschód-Zachód. Arabia Saudyjska straciła ostatni kanał eksportu ropy. No i pytanie „Kiedy benzyna po 10 złotych?” – Skutki już widzimy i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miało się coś zmienić.
Donald Trump jest w opałach – na początku listopada odbędą się w USA wybory połówkowe do Kongresu. Republikanie, zaplecze Trumpa, stracą zapewne większość. Trump nie wyjdzie chyba suchą nogą z sytuacji, którą sam stworzył.
Iran otrzymuje dane wywiadowcze od Chin, a Hutis mają wsparcie 200 specjalistów irańskich Strażników Rewolucji.
W sobotę i niedzielę obradowały państwa BRICS. Wzrasta rola globalnego Południa, wśród których wyłaniają się trzy największe mocarstwa: Chiny, Rosja i Indie. Tak więc Rosja nie była, nie jest i nie będzie izolowana na arenie światowej. Jest jednym z mocarstw, które układają nową architekturę porządku międzynarodowego.
W Polsce po staremu. Grzegorz Braun rozwalił pomnik UPA. Było trochę krzyku wokół tej sprawy, ale był ten krzyk jakby przytłumiony. Był to pomnik wystawiony bez administracyjnej zgody. Skąd w ogóle pomniki ludobójców w Polsce? – Dr Sykulski mówi o ogromnych wpływach ukraińskiego lobby. Wywiad, służby i lobby ukraińskie w naszym kraju sprawiają służbom kontrwywiadu liczne problemy, ale polityka rządzących III RP idzie w innym kierunku, w stronę zaostrzenia kar wobec Polaków, którzy krytyczni są wobec proukraińskiej polityki rządu. Zaostrzenie kar ma dotyczyć także tych, którzy zaprzeczają temu, że jest to napastnicza wojna Rosji.
Nastąpiło odwrócenie pojęć, pojawia się określenie ‚żołnierze UPA’, a przecież nie byli to żołnierze, lecz bandyci i ludobójcy. Widać, że politycy III RO są trzymani na ukraińskiej smyczy. Mówi dr Sykulski: „Nie mam wątpliwości, że nie ma w wykazach korzyści majątkowych wielu polityków, oficerów i samorządowców ‚prezentów’ uzyskanych od kijowskiego reżimu”.
No i drony przy polskiej granicy – następuje podbijanie bębenka wojennego pod amerykańskie dyktando. Władze III RP zdają się nie zauważać, że US-armia zaczyna się ulatniać z Europy. Poczucie, że ta armia nas obroni jest bardzo złudne. Jeśli powstałaby stała baza amerykańska, nie będzie ona straszakiem, lecz wabikiem, na co wskazują tegoroczne wydarzenia w Zatoce Perskiej.
I jeszcze parę słów o Rosji i jej zamierzeniach na Ukrainie. Mówił o tym ostatnio szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow: Ukraina (już okrojona lub podzielona) ma stać się dla Federacji strefą buforową, tzn. mieć mocno zredukowane siły zbrojne i nie być członkiem NATO. Wchodzi w rachubę podział Ukrainy na trzy części: wschodnie ziemie (cztery obwody oraz Krym) byłyby częścią Federacji Rosyjskiej. Środkowa Ukraina ze stolicą w Kijowie, z dostępem lub bez dostępu do morza, byłaby państwem niezaangażowanym, a zachodnia, neobanderowska radziłaby sobie sama.
Ogromne problemy mamy jak w banku. Będziemy zapewne sąsiadować z państwem, w którym szerzą się w największym stopniu neobanderowskie i szowinistyczne idee połączone z eksportem broni i terroryzmem. Polska i Unia Europejska znajdują się na równi pochyłej.
Mówi dr L. Sykulski: „Titanic uderzył już w górę lodową, teraz nabiera wody”.
Dziewięć tygodni przed tym, jak Huti zszokowali region, wyrywając się ze swoich północnych bastionów, Karl Miller przewidział, że tak się stanie. W prywatnej notatce z 1 lipca argumentował, że Mohammed bin Salman grał w swoją znaną grę równoważenia sił – rozmieszczając operacje wzdłuż swoich peryferii, aby pozbawić Iran, Turcję i Irak jakichkolwiek dodatkowych wpływów, w tym wpływów Hutich – i wyprowadził z tego założenia dwie konkretne prognozy: że Huti wkroczą na terytorium kontrolowane przez rebeliantów na południu, jeśli chaos da im taką możliwość, oraz że frakcje wspierane przez ZEA i Arabię Saudyjską, które im się sprzeciwiają, są zdezorganizowane. Obie te prognozy się spełniły. We wrześniu Huti natarli na Mochę, zdobyli wyspę Perim i dotarli do wybrzeża Bab al-Mandab, gdy linia koalicji rozpadła się na pustyni. Była to dobrze ugruntowana, oparta na mechanizmach prognoza, a nie rzekomy strzał w dziesiątkę – ale Miller dostrzegł okazję, zanim ta faktycznie się pojawiła.
Zaczynam od tego, ponieważ Miller zastosował tę samą perspektywę analityczną do Jordanii, a jego wniosek jest jednoznaczny: monarchia haszymidzka stoi w obliczu załamania gospodarczego i końca rządów królewskich w ciągu najbliższego roku. Jego nowa prywatna prognoza z 14 września, obejmująca okres do września 2027 roku, nie jest powierzchownym ćwiczeniem think tanku. To briefing dotyczący ciągłości, napisany dla lokalnych podmiotów, a jego argumentacja zasługuje na poważne rozważenie – z uwzględnieniem jego zastrzeżeń. Na koniec odniosę się do ważnej kwestii dotyczącej prawdopodobieństwa historycznego.
Teza
Prognoza Millera opiera się na trzech współzależnych założeniach: że znacząca amerykańska ochrona stanie się zawodna dokładnie wtedy, gdy Pałac będzie jej potrzebował; że zorganizowana opozycja wewnętrzna rozrośnie się do poziomu, który da się jeszcze powstrzymać za pomocą ustępstw lub przymusu; oraz że lojalność dowódców i instytucji, które w pierwszej kolejności umożliwiają egzekwowanie decyzji królewskich, w końcu się załamie.
Łącząc te trzy czynniki, dostrzega on następującą sekwencję załamania: ochrona zewnętrzna traci wiarygodność, opozycja rośnie, środki uspokajające zawodzą, dowódcy dezerterują, autorytet królewski upada, a król jest zmuszony ustąpić ze stanowiska pośród zaciętej walki o to, co pozostało z państwa.
Na jego korzyść przemawia fakt, że starannie zaznacza, iż jest to prognoza, a nie fakt dokonany, i przyznaje się do własnych luk w informacjach. Warto jednak przeanalizować strukturę jego argumentacji krok po kroku, ponieważ każdy z jej filarów ma istotne znaczenie.
Filar pierwszy: wsparcie amerykańskie
Centralne założenie dotyczy wsparcia zewnętrznego. Najbardziej trafne podejście analityczne Millera polega na rozróżnieniu trzech kwestii, które w większości komentarzy są ze sobą mylone: fizycznej obecności, rzeczywistych możliwości i zaangażowania politycznego. Amerykański personel może pozostać w Jordanii, wywiad, finansowanie i logistyka mogą nadal napływać – ale nic z tego nie stanowi automatycznie obietnicy interwencji w konfrontacji wewnętrznej. Monarchia może być otoczona przez sojuszników, a mimo to znaleźć się sama w kluczowym momencie.
Jednocześnie rosną koszty goszczenia tych sojuszników. Miller wskazuje na atak na Wieżę 22 w styczniu 2024 roku, w którym zginęło trzech amerykańskich żołnierzy, a który przypisano Islamskiemu Ruchowi Oporu w Iraku, a także na doniesienia o uszkodzeniach amerykańskich samolotów w Jordanii we wrześniu tego roku. Każdy taki incydent dostarcza krajowym oponentom sojuszu konkretnych argumentów przeciwko sojuszowi i podważa tezę, że relacje ze Stanami Zjednoczonymi zapewniają bezpieczeństwo Pałacowi, a nie narażają go na dodatkowe zagrożenia.
Niebezpieczeństwo, na które wskazuje Miller, nie wiąże się z formalnym wycofaniem się Stanów Zjednoczonych, ale z czymś bardziej subtelnym: wsparciem, które istnieje, ale nie oferuje żadnej realnej ochrony w chwili, gdy zostanie wystawione na próbę.
Filar drugi: luka w legitymacji
Drugi filar to ten, wokół którego obraca się praktycznie każdy analityk Jordanii, a Miller traktuje go z większą dyscypliną niż większość. Jordańczycy pochodzenia palestyńskiego stanowią około 55–70 procent populacji – liczbę tę określa on jednoznacznie jako niepewną, a nie potwierdzoną, z małżeństwami mieszanymi coraz bardziej zacierającymi granice – podczas gdy mieszkańcy wschodniej Jordanii nadal dominują w armii, służbach bezpieczeństwa i aparacie państwowym. Słabość tkwi w rozdźwięku między pozycją społeczną a dostępem do władzy.
Miller nie popełnia jednak prostego błędu, traktując demografię jako przeznaczenie. Jego próg prawdziwego zagrożenia jest organizacyjny, a nie liczbowy: trwała współpraca między ludnością pochodzenia palestyńskiego a ludnością ze wschodniej Jordanii, w połączeniu z grupami zdolnymi do destabilizacji gospodarki, czego dowodem są skoordynowane strajki i – co kluczowe – odejścia od elit, które obecnie utrzymują system w działaniu.
Postrzega zorganizowaną mobilizację zbrojną jako odrębny i znacznie wyższy próg eskalacji, podkreślając, że sama liczba ludności niczego takiego nie dowodzi. Kolejne zabójstwa w Strefie Gazy, w tym te zgłoszone pomimo zawieszenia broni z 13 września, działają jak katalizator, a każdy incydent wzmacnia poczucie, że dyplomacja królewska nie przynosi Palestyńczykom żadnych korzyści. List otwarty z 30 lipca, domagający się wycofania wojsk amerykańskich i podpisany przez przedstawicieli obu społeczności, jest dokładnie tym rodzajem sygnału pojednania, na który, jak twierdzi Miller, należy zwrócić uwagę – ale nie na sam rozwój sytuacji.
Filar trzeci: pieniądze
Sytuacja gospodarcza stanowi iskrę dla tej politycznej narracji. Wzrost gospodarczy w 2025 roku wyniósł około 2,8%, podczas gdy bezrobocie wśród Jordańczyków wynosiło 21,4% – wzrost był zbyt słaby, aby złagodzić presję na budżety domowe.
Rząd opiera się na finansowaniu zewnętrznym, aby zyskać na czasie: niewiążące memorandum o porozumieniu w sprawie amerykańskiej pomocy przewiduje co najmniej 1,45 miliarda dolarów rocznie do roku fiskalnego 2029. Miller słusznie jednak zauważa, że ogłoszone wieloletnie zobowiązanie nie jest tym samym, co posiadanie pieniędzy w banku, a zatwierdzanie budżetu może zostać opóźnione właśnie wtedy, gdy rosną koszty bezpieczeństwa i wymagania społeczne.
Rezerwy stanowią bufor – pod koniec marca dostępne rezerwy brutto wynosiły prawie 27 miliardów dolarów, przy czym znaczna część wzrostu w 2025 roku wynikała z rewaluacji złota, a nie z nowej płynności. Prognoza na połowę 2026 roku nadal zakładała, że dług pozostanie stabilny, a obciążenie rządu umiarkowane. Założenie to opierało się jednak na założeniu, że zakłócenia ustaną około połowy roku. Wrześniowe walki podważają to założenie.
Najmocniejszym punktem jego argumentacji ekonomicznej jest mechanizm transmisji: kryzys dociera do szczytów poprzez wynagrodzenia i wypłaty. Według Millera należy zwrócić uwagę na uporczywe zaległości płacowe, niewywiązywanie się z zobowiązań wobec kluczowych dostawców i ograniczenia w przelewach bankowych – innymi słowy, na oznaki, że napięcie finansowe dotarło do operacyjnego jądra państwa. To właśnie te wskaźniki przekształcają problem budżetowy w polityczny.
Filar czwarty: Woda i infrastruktura
Czwarty filar przenosi potencjał upadku państwa wprost do kuchni. Jordania należy do krajów o największych niedoborach wody na świecie – z około 61 metrami sześciennymi odnawialnej wody słodkiej na osobę rocznie – a jej zaopatrzenie zależy od energii elektrycznej, sprawnego sprzętu i firm użyteczności publicznej, które są w stanie opłacić rachunki.
Awaria paliwa lub prądu może zatem zaostrzyć kryzys wodny bez uszkodzenia choćby jednego rurociągu. Długoterminowe rozwiązania, takie jak projekt budowy rurociągu wodnego z Akaby do Ammanu, nie mogą zostać zrealizowane wystarczająco szybko, aby zapewnić niezbędną pomoc w dotkliwym kryzysie.
Punkt operacyjny Millera jest niepokojący: infrastruktura może zawieść, zanim kwestie polityczne zostaną rozwiązane. Ruch lotniczy, dostęp do portów, transport towarowy, elektryczność i woda – wszystko to może zostać sparaliżowane, zmuszając firmy do zaprzestania działalności, niezależnie od tego, kto sprawuje władzę. Dlatego w swoim briefingu zaleca lokalnym interesariuszom, aby już teraz, w oparciu o mierzalne, niezbędne usługi, określili konkretne warunki wycofywania się, zamiast czekać na ostateczny wynik polityczny.
Kiedy tron upadnie
Miller jasno daje do zrozumienia, że samo usunięcie pałacu nie rozwiąże żadnego z problemów. Następca odziedziczy ten sam niedobór wody, to samo bezrobocie, to samo uzależnienie od zewnętrznego finansowania i te same wrażliwe linie zaopatrzenia – i będzie musiał zapewnić sobie kontrolę nad łańcuchem dowodzenia, udowodnić swoją wiarygodność, wypłacać pensje i dbać o dostawy prądu od pierwszego dnia.
Nakreśla on trzy możliwe scenariusze rozwoju sytuacji: transformację pod przewodnictwem sił zbrojnych, w ramach której duże części państwa zostają zachowane; wynegocjowany porządek cywilny, jeśli instytucje i frakcje dojdą do porozumienia w sprawie władzy przejściowej; lub fragmentację, jeśli zbrojni uczestnicy odrzucą wspólne przywództwo i będą walczyć o terytorium i dochody.
Zachodni Brzeg wisi nad wszystkimi trzema scenariuszami: następca może znaleźć się pod presją, by zająć bardziej zdecydowane stanowisko wobec Izraela, a do tego dochodzi poważne ryzyko, że ingerencja transgraniczna może doprowadzić do bezpośredniej konfrontacji. Mobilizacja, jak to ujął Miller, może obalić władcę; nie zapewnia ona ani budżetu państwa, ani hierarchii służbowej.
W tym miejscu szczególnego podkreślenia wymagają zastrzeżenia samego Millera. Historyczny wskaźnik trafności przewidywań dotyczących upadku monarchii haszymidzkiej jest niski. Monarchia przetrwała Czarny Wrzesień 1970 roku, kiedy to stoczyła i wygrała prawdziwą wojnę domową z uzbrojonymi grupami palestyńskimi. Przetrwała protesty oszczędnościowe z 1989 roku. Przetrwała również Arabską Wiosnę 2011 roku, która doprowadziła do upadku rządów w jej sąsiedztwie.
Zakłady przeciwko temu tronowi mają długą historię niepowodzeń. Prognozę upadku „w ciągu roku” należy zatem rozpatrywać w kontekście historycznym, a nie w oderwaniu od kontekstu.
To, co czyni briefing Millera godnym uwagi, to nie pewność jego wniosków, ale jakość listy sygnałów ostrzegawczych. Co najważniejsze, ważne jest, aby wiedzieć, na co zwracać uwagę: na trwałą wspólną mobilizację obu grup społecznych; publiczne odrzucenie tych postaci establishmentu, które obecnie bronią istniejącego porządku; odmowę sił bezpieczeństwa wykonywania poleceń rządu centralnego; zaległości w wypłatach wynagrodzeń i podstawowych usług; oraz rywalizujące władze kontrolujące terytoria, których państwo nie jest w stanie odzyskać.
Byłyby to oznaki, że to, co nieprawdopodobne, staje się rzeczywistością – i według Millera, właśnie na takie wydarzenia powinniśmy zwracać uwagę. Biorąc pod uwagę, jak ewoluowała jego ocena Jemenu od lipca, nie odrzuciłbym tej prognozy.