Dlaczego nie będzie żadnych ekshumacji

https://dziennikzarazy.pl/28-12-dlaczego-nie-bedzie-zadnych-ekshumacji

Jak już pisałem, a wielu mówiło, Ukraina ułożyła się z polskim rządem co do przeprowadzenia ekshumacji ofiar Rzezi Wołyńskiej. Jak zwykle chytrze odczekałem czy news się ostanie, czy to tylko kolejna wrzutka do skarbonki Tuskowej taktyki wyborczo-prezydenckiej. Po tym się poznaje, czy to diament czy zeschłe błoto – trzeba tylko polać toto wodą cierpliwej prawdy i poczekać. I wyszło, że to wrzutka, bo temat ważny, a zaraz go przykryły codzienne łże-newsy, co oznacza, że to była kolejna bramka slalomu giganta polskiej polityki pozornej. Temat legł pod zwałami czy to komisji paraśledczych, czy odklejania przyklejonego ostatniego pokolenia.

Ale ważne by się pochylić nad meritum, bo mieliśmy z tymi ekshumacjami do czynienia ze znakiem. A jest nim fakt, którego nie da się przykryć – żeby skały grzmiały Ukraińcy tych ekshumacji nie zrobią, nas nie zaproszą, temat utopią. I to przy naszej asyście i to z kilku powodów.

Inwestycja w mit założycielski   

Pierwszy powód to taki, że za dużo już Kijów zainwestował w fatalny mit założycielski nowej Ukrainy, na który nie wiadomo po kiego upodobano sobie tam banderyzm. Inwestycje szły w dwóch kierunkach – wewnętrznym i zewnętrznym. Na użytek własny wielu Ukraińców dopiero teraz dowiedziało się od rządu jakimi to bohaterami Bandera z Szukowyczem byli. Przedtem to było jakoś mitygowane, sprowadzane do jakichś ekstremizmów, wręcz egzotycznych. Teraz to główny przekaz. Na użytek zewnętrzny Ukraina robi tu za ofiarę odwieczną wszelkich sił ciemnych, z Polską i Rosją na czele. Pies ich trącał, że się tam naparzali z okupantami, za których uważali zarówno Polaków, jak i Rosjan – ale jakoś Niemców to już nie. Wiem, rachunki wzajemnych krzywd są zawsze niepoliczalne, bo tu nie chodzi o to, kto pierwszy spalił komu dom, na co my spaliliśmy dwa, tylko chodzi o zasadę.

Można nawet od biedy uznać to za koszty walk narodowowyzwoleńczych, co Polacy powinni rozumieć jak nikt inny. Przecież i my rzucaliśmy pod nogi bomby carom, wykonywaliśmy po domach zamachy na hitlerowców, zabijaliśmy ich w zasadzkach i zamachach, walczyliśmy o naszą okupowaną na wiele sposobów Ojczyznę. Dlaczegóż więc mielibyśmy bronić tego Ukraińcom, kiedy to my byliśmy dla nich okupantami, bo to były takie czasy, gdy to oni się z nami zamienili miejscami? No, jest jedna zasadnicza różnica.

Otóż źródła mitu założycielskiego zostały przez Ukraińców nieszczęśliwie ulokowane w ideologii faszystowskiej, a właściwie rasistowskiej, jaką jest idea narodowowyzwoleńcza ukraińskich Ojców Założycieli ukraińskiej myśli politycznej, a właściwie niepodległościowej. Można sobie to poczytać, jak się zajrzy do dzieł Bandery, a właściwie Dmytro Doncewa, bo to on spisał te ideolo do końca i w całości. To tu leżą źródła łatwego przeskoku od teorii do „wykonu” – od marzeń niepodległościowych do przeprowadzenia czystki ludności na terenie uznanym za swój, przy zastosowaniu wyłącznie kryteriów etnicznych. Taki był podtekst tych wszystkich Wołyniów, czy pogromów żydowskich po ukraińskich miastach. Tu też ma swe źródła zagnieżdżona estyma do niemieckiego munduru, który był symbolem poluzowania sił dotąd trzymających żywioł ukraiński pod butem, który sobie po hitlerowskim „wyzwoleniu” mógł pohasać z widłami w jednej ręce i dziełami Doncewa w drugiej. A nad tym wszystkim stała jeszcze niesławna ukraińska cerkiew, błogosławiąc idących w bój bez broni, ale za to z siekierami – na cywilów.

Klęska narracji symetryzmu    

Nie ma więc symetrii tych walk narodowowyzwoleńczych, gdyż Polacy nigdy nie mieli w swych głowach eksterminacji ludności cywilnej okupantów, atakowali ich administrację i kolaborantów. Jeśli ktoś w podziemiu i powstaniach mówił o „Polsce dla Polaków”, to raczej w sensie, żeby Polacy rządzili się u siebie, a nie w czysto etnicznym kraju. Tak jak sobie to umyślili Ukraińcy. Można UPA uznać od bidy za swego rodzaju żołnierzy wyklętych a la ukrainian, ale to oni nosili hitlerowskie mundury.

Ale wróćmy do ekshumacyjnych podtekstów. Ukraińcy nie zgodzą się również dlatego, że porządnie przeprowadzone ekshumacje wykazałyby ich podstawowe kłamstwo w dwóch fundamentalnych aspektach. Pierwszy to taki, że wyszłaby na jaw o dużo większa niż się relatywizuje dziś skala ludobójstwa. I tak obecne „widełki” (sorry za skojarzenie) ofiar Rzezi Wołyńskiej są od kilkudziesięciu tysięcy do ponad stu. Teraz by się okazało, że jest tego prawdopodobnie o wiele więcej. I to by była konstatacja nie tylko słaba dla Kijowa, ale i dla Warszawy, gdyż podwyższyłaby z jednej strony pulę polskich pretensji, ale i wskazałaby na skalę dotychczasowych przemilczeń sprawy ze strony również polskich władz.

Po drugie Ukraińcy się nie zgodzą, bo ekshumacje wskazałyby nie tylko na ludobójczą skalę zbrodni, ale i na niebywałe okrucieństwo tych mordów. Mielibyśmy więc raporty JAK zabijano i mogłyby paść pewne niewygodne pytania. Nie tylko co do sadystycznych motywacji dowódców tego ludobójstwa, ale i co do ciemnych meandrów duszy ukraińskiej, która nie czytała Doncewów, a i tak nie miała tu większych oporów wobec okrucieństw, mało tego wykazywała się swoistą „kreatywnością” potworności. A takie konstatacje, to już poważne, głębokie przepaście dzielące narody.

Ale, jak to mówią – tylko prawda nas wyzwoli, gdyż daje każdej ze stron szansę stanąć w świetle faktów, by umożliwić skruchę, ten wstępny warunek pojednania. Odwrotnie, kiedy ukrywanie faktów powoduje powolne nabrzmiewanie wrzodu wzajemnych niechęci kata i ofiary, i pękanie tego tworu w najbardziej nieoczekiwanych momentach i wymiarach.

Kijev locuta, causa finita

Już się zaczyna kręcenie, że niby będą te ekshumacje, ale jakie i kiedy, to już (nie nasza) pieśń przyszłości. Po deklaracjach pod-rozumiewawczych, gdzie widz miał pod-rozumiewać, że sprawa jest załatwiona – pora na szczegóły. Proszę bardzo. Jak będę wyglądały te ekshumacje i pod jakimi warunkami będą wykonane? Oto mówi szef ukraińskiego IPN-u, pan Drobowycz:

„Ukraina samodzielnie zbada, ustali miejsce pochówku oraz okoliczności śmierci ofiar tragedii wołyńskiej  a dopiero potem przeprowadzi ekshumację. Równocześnie oczekujemy, że Polska wreszcie zakończy ten wstyd, który trwa od 2015 roku, kiedy to na terenie Polski doszło do aktów wandalizmu na ukraińskich grobach. Faktycznie prawie do 10 lat ukraińska społeczność w Polce jest dyskryminowana, a my widzimy, że dochodzi do łamania  umów dwustronnych oraz zasad Unii Europejskiej w stosunku do mniejszości narodowych.”

Jak mówi poseł Grzegorz Płaczek – to się samo komentuje.

Ekshumacji więc nie będzie, ale jeżeli już, to będą wyglądały w stylu badania katastrofy smoleńskiej. Zrobią to Ukraińcy sami, powiedzą gdzie kopać, jak głęboko, my się będziemy mogli przyglądać, coś jak z Kopaczową w Rosji. Nasi, by ukryć tę mizerię będą utrzymywać, że wszystko zostało przekopane dwa metry w głąb, ofiary przebadane, protokoły sporządzone. Jak w Smoleńsku.

A co do ekshumacji, to będzie jak w Jedwabnem, gdzie badania przerwano natychmiast kiedy wśród ciał pojawiły się łuski niemieckich pocisków, które wywracały przyjętą z góry narrację polskiej winy, matki polskiego wstydu za Holokaust.

I odbędzie się to teatrum. Lud skołowany uzna sprawę za zaczętą, a więc załatwioną, Ukraińcy zrobią co chcą, nawet – jak ten szef ukraińskiego IPN – poskarżą się do Brukseli, że w Polsce biją Ukrów i sikają na ich groby. Politycy zaś odfajkują kolejną „załatwioną” sprawę, co oznacza, że nie zostanie załatwiona, czyli doprowadzona do końca. Ale się ją obejdzie tak, że zostanie jak było, a odfajkuje się – głownie w obszarze polskiej niepamięci -, że dawno zapomniana czy zaniedbana, głównie przez politycznych przeciwników, sprawa znalazła swoje zakończenie. W narodzie z postępującą demencja pamięci cyniczni politycy zrobią co chcą. I taki tylko będzie wymiar wymarzonej federacji polsko-ukraińskiej. Będzie to nowa Rzeczypospolita: nie Dwóch Narodów, ale Dwóch Niepamięci.

Napisał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Spalanie drewna to zerowa emisja CO2 netto. Precz z zielonym absurdem!

Karolina Ostrowska

Szanowni Państwo,

od pokoleń moja rodzina użytkuje drewno do ogrzewania, do tworzenia ozdób oraz do celów konstrukcyjnych; do budowy m.in. pergoli, płotów, mostów i budynków.

Mój znajomy wytwarza nawet prąd za pomocą instalacji do zgazowywania drewna – specjalny piec wytwarza nie tylko ciepło ale i może oddać część gazu, który zasila silnik napędzający prądnicę o mocy 11 kVA (kW).

Drewno użyte do celów konstrukcyjnych w większości przypadków po rozbiórce również może również zostać użyte do celów energetycznych.

W ciągu ostatnich ok. 5 lat w środkach masowego przekazu ma miejsce celowa nagonka na drewno jako źródło energii. 

Ta akcja nasila się.

Dziennikarze i redaktorzy np. twierdzą, że drewno nie jest odnawialnym źródłem energii a na pytanie skierowane do jednego z nich co w takim razie jest odnawialnym źródłem energii, padła odpowiedź: „gaz oraz prąd” sic! – Nie przyjmują informacji, że gaz wytworzył się w ciągu wielu milionów lat a prąd wytwarzany jest w 60% – 98% z węgla, gazu. Do produkcji paneli fotowoltaicznych oraz wiatraków zużywa się bardzo duże ilości energii a okres eksploatacji tych urządzeń jest ograniczony z reguły do 20 lat i potem nie wiadomo co z tym zrobić; łopaty turbin się zakopuje a w naszym Kraju nie ma możliwości utylizacji paneli fotowoltaicznych – na Zachodzie Europy są firmy, które za bardzo wysoką opłatą są podobno w stanie zutylizować zużywając przy tym sporo energii. 

Obawiam się że taki trend nie wynika tylko z braku wiedzy a jest celowym działaniem lobbystów.

Uważam, że trzeba się temu trendowi przeciwstawiać, ponieważ chcą nas odciąć od względnie taniego, ekologicznego, dostępnego na miejscu (bez konieczności dalekiego transportu) drewna.

Ja robię to informując dziennikarzy o prawdziwych ww. cechach drewna i piętnując ich błędne przekazy. Informuję też ludzi wokół siebie.

Uważam, że rząd oraz środki masowego przekazu powinni  zająć  się informowaniem społeczeństwa o dobrych sposobach spalania węgla czy drewna (górne spalanie, itd…) co przyniosłoby lepsze skutki ekologiczne niż dotychczasowe działania w ramach różnych programów wymiany źródeł ciepła – np. dofinansowano instalacje gazowe, które będą musiały zniknąć już w roku 2040.

Życzę sukcesów w obronie naszej suwerenności energetycznej.

Karolina Ostrowska

==========================

Komentarz Mirosława Dakowskiego:

Cóż, ja od dziesięcioleci promuje na skalę ogólnopolską energie odnawialne. Mieliśmy w latach 90-tych trzy wielkie konferencje energetyczne [Porąbka, Bielsko-Biała, Szczyrk] na ten temat. Ja sam ogrzewam… przepraszam, ogrzewałem dom tak zwaną odpadową biomasą, to jest ściągniętymi z lasu za niewielką cenę suszkami, pniami zeschłych drzew, makulaturą, łuskami po produkcji kasz itp.

To co Pani pisze jest prawdą. Niestety rządzą nami niewolnicy kłamstwa. Niewolnicy zielonego komunizmu. Zakazują spalania drewna, a to spalanie w sposób oczywisty jest działalnością zero-emisyjną: Ile CO2 wyleci do atmosfery, tyle też zostanie potem zasymilowane. Są kotły CO o wielkiej sprawności specjalnie na drewno, słomę [np. ŻUBR]. Takich kotłów pracuje już w Polsce, na wsiach, pod miastami kilkaset tysięcy.

Musiałem zlikwidować bardzo tanie, trwające 30 lat ogrzewanie dużego domu drewnem, bo jacyś donosiciele sąsiedzi napuszczali na nas straż miejską z mandatami, którą [straż] ja wcześniej na kursach pouczałem o zaletach spalania odpadowej biomasy.

Ten absurd musimy pokonać, ale uda się to dopiero wtedy, gdy w ogóle wyrzucimy na śmietnik kłamliwe, ideologiczne poglądy zielonych komunistów.

===================

Mail:

Podobny argument dotyczy spalania węgla.
Pokłady węgla powstały w wyniku zwęglenia lasów związały duże ilości 
węgla z atmosfery.
Do dzisiaj jednak rosną tzw. żywe skamieniałości, jak metasekwoja 
chińska, wolemia szlachetna czy miłorząb,
które wyrosły w atmosferze zawierającej więcej dwutlenku węgla niż obecnie.
Spalanie węgla, podobnie jak spalanie drewna to zwracanie dwutlenku 
węgla atmosferze.
Zatem zmiana klimatu wywołane dwutlenkiem węgla są tak nieznaczne, że 
nieistotne dla zagrożenia czy podtrzymywania życia na ziemi.

Tolkien: Czciciel Maryi, piewca tradycyjnego katolicyzmu.

Tolkien: czciciel Maryi, piewca tradycyjnej liturgii

https://pch24.pl/tolkien-czciciel-maryi-piewca-tradycyjnej-liturgii

Chociaż wspaniały cykl „Władca Pierścieni” rozpoczął i zainspirował powstanie nowoczesnego, powieściowego nurtu fantasy, który bardzo szybko odszedł na manowce – a więc w stronę dalekich od chrześcijaństwa, a wręcz wrogich mu ścieżek – to jednak pierwowzór ma ducha na wskroś katolickiego. Nieprzypadkowo, jest bowiem owocem nie tylko niezwykłej wyobraźni, erudycji i wiedzy, ale i głębokiej wiary autora.

„Tolkien nie traktował (…) swojej wiary jako sfery wyodrębnionej z życia. Wątkiem przewijającym się we wspomnieniach tych, którzy go znali, jest integralna więź jego wiary z całą jego osobą; w sposobie, w jaki się przejawiała, nie było nic niezręcznego ani ostentacyjnego. Jego przyjaciel Harvard podkreślał, że jego przekonania były jawne […], ale nigdy na pokaz” – pisze Holly Ordway na kartach wydanej właśnie na naszym rynku bardzo bogatej w cenne świadectwa, relacje i fotografie biograficznej pozycji pt. „Wiara Tolkiena”.

Działalność literacką, w tym fantastykę, której nowy rozdział sam otworzył, uważał pisarz za naturalny aspekt ludzkiej aktywności. „(…) tworzymy na swą własną miarę i na swój własny, twórczy sposób, ponieważ my także zostaliśmy stworzeni, i to na obraz i podobieństwo naszego Stwórcy” – podkreślał. Kreatywność uważał wprost za dar od Pana Boga. Wspominał, że opowieść przychodziła do niego w odpowiedzi na modlitwę.

Córka Priscilla zwróciła uwagę, że nawet z jego listów można wywnioskować, iż fałszywy byłby obraz Tolkiena jako wyidealizowanej postaci prowadzącej rzekomo doskonałe życie. Taki wizerunek chcieliby widzieć niektórzy jego czytelnicy, podziwiający – słusznie – wspaniały świat, wprawdzie wykreowany przez pisarza, lecz zgodny z harmonią Bożego stworzenia oraz prawdziwym porządkiem dobra i zła.

„Gipsowy święty? Nie. Papierowy chrześcijanin? Nie. Złożony, fascynujący, pełen wad, pobożny, zabawny i błyskotliwy człowiek – tak, myślę że tak” – precyzuje Ordway skrótową charakterystykę swego bohatera. Zatem jest on tym bliższy ludziom świadomym swych słabości i ułomności, lecz chcącym z Bożą pomocą dążyć do chrześcijańskiego ideału.

Teologia „Władcy Pierścieni”

Sam John Ronald Reuel Tolkien pisał otwarcie o religijności i katolickości swego najgłośniejszego dzieła, uznanego po latach w ojczyźnie za najwybitniejszą powieść wszechczasów. Zwracał jednak uwagę, że dotyczy to zasady, korzeni i istoty trylogii, a nie jej warstwy wierzchniej. Duchowy element utworu, jak podkreślał twórca, „został (…) wchłonięty przez opowieść i symbolikę”, wpleciony w tekst i starannie ukryty.

„Władca Pierścieni” nie jest alegorycznym przedstawieniem Ewangelii ani opowieścią dydaktycznie wykładająca chrześcijaństwo” – zaznacza pani biograf.

„Cały świat Śródziemia wraz ze wszystkim, co w nim znajdujemy, jest przesiąknięty chrześcijańską wizją rzeczywistości, w owej autorskiej wizji zakorzeniony. Według własnych słów Tolkiena, to zakorzenienie, ten nieplanowany, lecz zasadniczy walor jego dzieła wynika z faktu, iż został on wychowany w wierze katolickiej i nią wykarmiony” – podkreśla Holly Ordway.

„Rzeczywiście, we Władcy Pierścieni jest całkiem sporo teologii” – pisał autor dzieła. Wbrew niektórym sądom stwierdził, że istota konfliktu obecnego w powieści – z której przesłaniem utożsamiało się wiele bardzo różnorodnych środowisk i osób – nie dotyczy wolności, lecz „kwestii Boga i Jego wyłącznego prawa do boskiej czci”. Odnosi się też do śmierci i ludzkiego pragnienia nieśmiertelności.

Nauczyciele wiary

O wychowanie syna i ugruntowanie w przywiązaniu do Chrystusa oraz Rzymu zadbała ukochana matka pisarza, Mabel. Wychowana w herezji protestanckiej, odnalazła prawdziwą wiarę, wytrwała w niej mimo wielkiego oporu swego środowiska i potrafiła zaszczepić ją swoim synom. Kilka lat po jej śmierci 21-letni J. R. R. Tolkien zanotował: „Moja kochana matka była prawdziwą męczennicą; nie wszystkim Bóg daje tak łatwą drogę do swych wielkich darów jak [memu bratu] Hillary’emu i mnie; zesłał nam matkę, która zabiła się pracą i kłopotami, starając się, byśmy dochowali wiary”.

Kluczową rolę odegrał też ksiądz Francis, który opiekował się obydwoma chłopcami aż do ich pełnoletności. Był ich prawnym opiekunem z woli wcześnie owdowiałej Mabel. Na ile to możliwe, zastąpił zmarłego w Południowej Afryce ojca.

Oboje, Mabel i ojciec Francis, wypełnili swoje powołania w tym względzie na tyle dobrze, że wiarą młodego, nadzwyczaj zdolnego, otwartego na świat człowieka nie zachwiały ostatecznie bogate, nieraz dramatyczne życiowe doświadczenia, włącznie z wojennymi – jego własnymi oraz synów, na frontach dwóch światowych konfliktów XX wieku. Nie zachwiał kryzys duchowy w wieku studenckim, ani też – w ostatnich latach życia chaos, jaki zapanował w Kościele w związku z rewolucją Soboru Watykańskiego II.

Maryja, „Gwiazda wieczorna” i Pocieszycielka strapionych

W bogatej duchowości pisarza swoje eksponowane miejsce znalazła osoba Matki Najświętszej. Jednym z wyrazów czci dla Niej był napisany na wojennym froncie w 1916 roku wiersz, rozpoczynający się słowami: „O Pani nasza i Matko, zasiadająca na tronie pośród gwiazd”. Miał on dwa tytuły: łacińskie wezwanie z Litanii Loretańskiej Consolatrix Afflictorum („Pocieszycielka strapionych”) oraz Stella Vespertina („Gwiazda wieczorna”). Pierwszy tytuł odnosi się do obrazu piety – Matki tulącej w swoich ramionach martwe ciało Syna. „Na froncie zachodnim, w obliczu rzezi tak wielu mężczyzn – którzy nierzadko dopiero wyszli z wieku chłopięcego – obraz boleściwej Maryi (…) niewątpliwie nabierał jeszcze wyrazistszej głębi: oto duchowa Matka, która może zaoferować pocieszenie, ponieważ sama doznała podobnych okropności” – zauważa Ordway.

Obydwa tytuły wiersza wiążą się ze sobą, wskazując na rolę Maryi, która jest dla wiernych niezawodnym pocieszeniem i światłem błyszczącym pośród mroku. Po latach pisarz nadał przydomek „Gwiazda wieczorna” (w języku elfów: Undomiel) Arwenie, żonie Aragorna. W powieści tytuł ten jest dwa razy zestawiony z pięknem dziennego światła, uosabianym z kolei przez Galadrielę. Krasnolud Gimli stawia wyżej właśnie jej urodę. Innego zdania jest jego towarzysz Eomer, bardziej urzeczony pięknem Arweny. Z kolei Hobbit Frodo, gdy ujrzał Arwenę, „Gwiazdę wieczorną swego plemienia”, mówi: – Odtąd nie tylko dzień będzie miły, ale noc także piękna i szczęśliwa.

Pisarz przełożył na stworzony przez siebie język elficki zarówno modlitwę Zdrowaś Maryjo, jak i niemal cały Różaniec. Istotny był w jego życiu duchowym dogmat o niepokalanym poczęciu Najświętszej Maryi Panny.

Kościół jak drzewo

Jak pisze autorka biografii, dwie ostatnie dekady pisarza stały pod znakiem chaosu zarówno w sferze kultury, jak i ducha. Państwo spuszczało z łańcucha demony, otwierając pole dla prostytucji, antykoncepcji, krwawego procederu zabijania dzieci nienarodzonych. W życiu publicznym coraz bardziej widoczne stawały się różne przejawy obsceniczności. Z jednej strony kraj, zasilany materialnie przez amerykański Plan Marshalla, unowocześniał się, podnosił z kryzysu i zniszczeń wojennych, z drugiej zaś – laicyzował i w pewien sposób dziczał.

Gwałtowne, rewolucyjne zmiany nie ominęły Mistycznego Ciała Chrystusa, stanowiącego w ciągu większości życia Tolkiena jego podporę i niezmienny punkt odniesienia. „Kościół, który niegdyś był schronieniem, teraz często staje się pułapką” – ubolewał w 1967 roku. Już od lat 50. wierni oglądali sceny, które przypominać mogły – jak wskazuje Holly Ordway – „usuwanie ołtarzy” czasów reformacji. Jezuici prowadzący bliską pisarzowi świątynię pod wezwaniem św. Alojzego w Oxfordzie już w 1954 roku zabrali z niej niemal wszystkie figury i obrazy. Wnętrze kościoła, zamiast różnobarwnego wystroju, przybrało po malowaniu jednolity, stalowoniebieski kolor. Dewastatorzy spalili relikwie, zaś szaty liturgiczne – nie wyłączając tych używanych niegdyś przez Ojca Świętego Piusa IX – rozdali, według opisu J. Bertrama, „amatorskim grupom aktorskim”. Tragiczna i symboliczna zapowiedź naszych czasów?…

Około-soborowa rewolucja w Kościele była przedmiotem wielu zmartwień Tolkiena. Autorka jego biografii cytuje słowa Irene Tolkien Cook, żony wnuka pisarza – Michaela: „nieustannie dyskutował z rodziną i przyjaciółmi, powodowany swoim rosnącym niepokojem i poczuciem zdrady ze strony Rzymu, zwłaszcza w czasie Soboru Watykańskiego II, kiedy ze smutkiem ubolewał nad utratą Mszy Świętej w klasycznym rycie rzymskim oraz wszystkiego, co się z tym wiązało”.

Z relacji różnych świadków wynika, że twórca Śródziemia „sprzeciwiał się” reformom i postrzegał je jako „błędne i niepotrzebne”. Nie oznacza to, że z zasady przeciwstawiał się jakimkolwiek zmianom. Doceniał szczególnie zachęty Piusa X do codziennego przyjmowania Komunii Świętej, z czego starał się korzystać. Uważał to za największą reformę tamtych czasów. „Ciekawe, w jakim stanie znajdowałby się Kościół, gdyby nie on” – pisał o papieżu.

Rozważając naturę Kościoła oceniał: „zgodnie z intencją naszego Pana (…) nie miał trwać w stanie wiecznego dzieciństwa, lecz miał stanowić żywy organizm (porównany do rośliny), który rozwija się i zmienia zewnętrznie przez wzajemne oddziaływanie przekazywanego mu Boskiego życia i historii. (…) brak jest podobieństwa między ziarnem gorczycy i w pełni wyrośniętym drzewem”.

Dla Tolkiena historia Kościoła stanowiącego żywy organizm „stanowi część jego egzystencji, a historia tego, co Boskie, jest święta”. Ma się on zmieniać, rozwijać, ale pozostać nienaruszonym w swojej istocie.

Pisarz nie stronił od prywatnej krytyki sposobu odprawiania Mszy także w epoce „przedsoborowej”. Zanim „dekonstrukcja” dotknęła liturgii odprawianej w jego kościele, w liście do syna Michaela zwracał uwagę na częste zjawisko złego odprawiania Najświętszej Ofiary, a także nieuważnego i pozbawionego należnego szacunku sposobu słuchania jej przez wiernych.

W jednym z listów dał wyraz swojej gwałtownej natury i gniewu wyrosłego z nadużyć liturgicznych: „Wiele w życiu wycierpiałem z powodu głupich, zmęczonych, otępiałych, a nawet złych księży”. W tym miejscu autorka zaznacza jednak: „darzył Kościół wielkim szacunkiem, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że pełniący w nim posługę mężczyźni, podobnie, jak i inni, nie są bez skazy”.

Zbuntowany tylko prywatnie

Miłośnik tradycyjnej liturgii, a przy tym doskonały znawca łaciny i lingwista nie przyjął do wiadomości wprowadzenia do Mszału języków narodowych. „Nie tylko rozumiał język łaciński na tyle, by podążać za stałymi częściami liturgii, czego z łatwością uczą się ministranci, ale rozumiał całość używanej łaciny, nawet tej w czytaniach z Pisma Świętego i kolektach, które zmieniają się z dnia na dzień; co więcej, w swoim rozumieniu tego języka doceniał go w sposób lingwistyczny i artystyczny. Takim stopniem znajomości łaciny, jakim odznaczał się Tolkien, nie mogła pochwalić się większość księży” – zapewnia Ordway.

Wnuk Simon wspominał, że gdy po reformie chadzał do świątyni w Bornemouth wraz z dziadkiem, ten bardzo głośno odpowiadał na wezwania po łacinie, w przeciwieństwie do ogółu „dostosowanych” wiernych. Wprowadzało to dziewięcioletniego chłopca w zakłopotanie, ale nie zrażało zupełnie jego siostry Joanny, która przyznała: „Nie miałam najmniejszego problemu z tym, co dziadek robił, więc przyłączałam się do niego”.

Przy całym swym stosunku do zmian liturgicznych – wśród których odejście od łaciny było przecież tylko jednym z przejawów – pisarz powstrzymywał się od publicznego zabierania głosu na ten temat. Nie znajdziemy też jego podpisu pod tak zwanym indultem Agathy Christie. Chodzi o podpisaną w 1971 roku przez wybitnych angielskich pisarzy, uczonych i artystów petycję do Pawła VI o zachowanie tradycyjnej Mszy łacińskiej.

„Listy świętego Mikołaja”

Pisarz dobrze zadbał o religijne wychowanie swych potomków. Chłopcy uczęszczali do szkoły przy Oratorium utworzonym przez świętego Filipa Neri. Córka – do katolickiej szkoły Rye St. Anthony.

Od 1920 roku, gdy John liczył sobie trzy lata, aż do roku 1943, czyli osiągnięcia przez Priscillę wieku 14 lat dzieci otrzymywały każdego roku, w okolicach Bożego Narodzenia, ilustrowane listy „od świętego Mikołaja”. Miał on mieszkać na Biegunie Północnym, w towarzystwie niedźwiedzi polarnych, reniferów, elfów i znosić napastliwość paskudnych goblinów. Autor korespondencji dbał by w baśniowej otoczce adresaci otrzymywali całkiem poważną naukę odnoszącą się do prawd wiary i kalendarza kościelnego. Odnosił się do szczegółów z życia rodzinnego Tolkienów, znał troski, pragnienia dzieci, sam odpowiadał na ich listy i zawarte w nich prośby.

Roman Motoła

Holly Ordway, „Wiara Tolkiena”, wyd. Esprit, Kraków 2024

Czy ostatni papieże są papieżami? Teza z Cassiciacum.

Teza z Cassiciacum w skrócie

[To poglądy jednego z ważniejszych odłamów sedewakantystów. Istotne, sądzę. MD]

https://myslkatolicka.wordpress.com/cassiciacum/

O. Guérard des Lauriers OP, który sformułował tezy z Cassiciacum

Teza z Cassiciacum jest teologicznym rozwiązaniem kwestii Autorytetu w Kościele w dobie po Soborze Watykańskim II.

Katolicy na całym świecie widzący radykalne zmiany, które wskutek tego Soboru i w jego imię zachodziły w doktrynie, dyscyplinie, obrzędach Kościoła, chcąc zachować przeciwko nim wiarę, musieli stawić opór również Autorytetowi, czyli władzy, która je faktycznie narzucała członkom Kościoła. Spontaniczny opór był odruchem słusznym, zgodnym z wiarą, ale ta wymaga również podporządkowania się prawowitej zwierzchności (proboszczom, biskupom, Papieżowi). A to sam „papież” wprowadzał te zmiany. Oczywistą konsekwencją tego stanu rzeczy był dylemat: posłuszeństwo czy jednak opór?

O. Michał Ludwik Guérard des Lauriers OP, jeden z najwybitniejszych teologów XX wieku, należący do grona teologów opracowujących dogmat o Wniebowzięciu Matki Bożej (a także o Wszechpośrednictwie i Współodkupicielstwie, niestety nieogłoszone), krótko nawet spowiednik Piusa XII (zastąpiony przez o. Beę SI), wypracował teologiczną tezę wyjaśniającą utratę władzy papieskiej przez Pawła VI i jego następców. Z tego też powodu nie trzeba stawiać oporu „władzy kościelnej”, co jest herezją i schizmą. Modernistycznych okupantów Rzymu trzeba po prostu ignorować.

Poniżej przedstawiamy w miarę przystępne opracowanie tej tezy, która po raz pierwszy ukazała się pod koniec lat ’70 w „Cahiers de Cassiciacum” („Zeszytach z Cassiciacum”), skąd też wzięła swą nazwę.

Jako uzupełnienie warto zapoznać się z wywiadem z biskupem Guérard des Lauriers OP z 1987 roku, w którym twórca tezy ją dokładnie omawia oraz z krótkim jej opracowaniem autorstwa biskupa Donalda Sanborna.

Redakcja „Myśli Katolickiej”

Teza z Cassiciacum w skrócie

Wstęp

Gdy modernistyczna rewolucja w Kościele, planowana przez dekady pokątnie, a energicznie tępiona i potępiona przez św. Piusa X, na dobre wybuchła wraz z nowymi doktrynami i reformami Soboru Watykańskiego II, świeccy i duchowni na całym świecie stawili jej opór. To, co było zrazu intuicją katolicką, wyrazem sensus catholici, przybrało z czasem różne formy oporu i argumentacji stojącej za nim (różne podejścia „tradycjonalistów” zostały opisane tutaj).

Jednym ze stanowisk, które już w czasie soboru wysunęło się na pierwszy plan (pisze o tym m.in. x. Ricossa w swym artykule z 2003 roku), było to, według którego okupanci Stolicy Apostolskiej nie mogą posiadać władzy Chrystusowej, normalnie nieodłącznej od osoby zajmującej ową Stolicę. Stanowisko to z czasem zaczęło być nazywane sedewakantystycznym (od wakatu stolicy, sede vacante) i taka nazwa się przyjęła.

W wyżej przytoczonym artykule zwróciłem uwagę na dwa zasadnicze sposoby rozumowania sedewakantystów, które prowadzą do tego samego ostatecznego wniosku, ale inną drogą:

Należy dodać, iż odpowiedź „sedewakantystów” na współczesny „problem autorytetu” w Kościele wyraża się na dwa sposoby, choć formalnie się zgadza. Pewna ich część w swym wywodzie opiera się na dyspucie teologicznej, zawartej w traktatach niektórych teologów, która przybrała nazwę hipotezy „papieża heretyka”.

Ci sedewakantyści, opierając się na opiniach różnych teologów i nawet Papieży, doszli do wniosku, że praktycznie wszyscy teologowie, którzy o tym pisali, zgodni są co do tego, że publiczny czy jawny heretyk nie może ważnie zajmować żadnego urzędu w Kościele, tym bardziej więc najwyższego. Jest to niemożliwe do pogodzenia z nieomylnością i niezniszczalnością Kościoła, a także z misją Papieża, którą jest nauczanie, rządzenie i uświęcanie Kościoła, mistycznego Ciała Chrystusa. Stanowisko to można określić nazwą sedewakantyzmu zwykłego (simpliciter). Znowu, nie jest to „osądzanie osoby Papieża” czy „detronizacja”, a po prostu wniosek teologiczny oparty na pewnych przesłankach z wiary i zasadzie niesprzeczności.

Inni sedewakantyści, za wspomnianym wcześniej autorem Krótkiej analizy krytycznej Novus Ordo Missae o. Michałem Ludwikiem Guerard des Lauriers, zauważają, że pewności absolutnej tą drogą nie można osiągnąć. Opinie teologów, jakkolwiek jednomyślne by nie były, mogą być pomocne dla argumentu teologicznego, ale nie wyczerpują znamion pewności teologicznej. Dominikański duchowny, głównie za tomistycznymi teologami z przeszłości twierdził, że nawet w sytuacji publicznej herezji orzeczenie kompetentnej władzy jest konieczne, aby było wiążące dla wszystkich katolików, ponieważ Kościół jest zarówno społecznością widzialną, jak i niewidzialną, a jako widzialna, rządzi się prawem kościelnym. Niemniej jednak, w świetle sprzeczności zaobserwowanych między odwieczną nauką Kościoła a doktrynami soborowymi „promulgowanymi” z zachowaniem wszelkich form i pozorów, zachodzi pewność co do tego, że Paweł VI nie posiadał autorytetu papieskiego lub przestał go posiadać, a Jan Paweł II (i jego następcy) w ogóle go nie mieli.

Według o. Guerard des Lauriers i przyjmujących jego tezę, Montini i inni „soborowi papieże” byli zatem, w świetle norm kanonicznych Kościoła katolickiego, ważnie wybrani na urząd Papieża, ale stawili przeszkodzę (obex) na drodze przyjęcia władzy Chrystusowej, która stanowi istotę papiestwa. Nie są na pewno „Papieżami” w akcie, faktycznie sprawującymi urząd papieski i nie mogą go sprawować póki przyjęciu autorytetu stawiają ową wewnętrzną przeszkodę, która wyraźnie przejawia się w uzewnętrznionej obiektywnej intencji. Przeszkoda ta sprowadza się, w obecnej sytuacji, do trwania przy nauczaniu Soboru Watykańskiego II i soborowych reformach, zwłaszcza nowej „mszy”, które są sprzeczne z wiarą katolicką i szkodliwe dla dusz, jak słusznie zauważa wielu „tradycjonalistów”. Jest sprzeczne z celem Kościoła (chwała Boża i zbawienie dusz). Postępowanie modernistycznych okupantów Watykanu, najpóźniej od daty ogłoszenia Dignitatis humanae (grudzień 1965 r.), we wszystkich ich słowach i czynach jawi się jako sprzeczne z dobrem/celem Kościoła, które jest racją bytu autorytetu w Kościele i dlatego nie posiadają oni autorytetu w Kościele.

Zgodnie z tą tezą, gdyby taki okupant Watykanu potępił i publicznie odżegnał się od Soboru Watykańskiego II i jego reform, wówczas nastąpiłoby usunięcie przeszkody stojącej na drodze objęcia władzy papieskiej, do której ma tytuł z racji ważnego wyboru podczas konklawe i stałby się prawdziwym Papieżem. O odzyskaniu prawowitości przez Papieża pisał już w XVI wieku Hieronim kardynał Albani (cf. wspomniany już tekst x. Ricossy).

Innym sposobem na rozwiązanie sytuacji w tej optyce byłoby wysunięcie wymaganych kanonicznych napomnień i wskutek nieopamiętania się delikwenta stwierdzenie wakatu przez biskupów mających tytuły do urzędów, czyli zasiadających na stolicach diecezyj. Ale również w tym wypadku najoczywistszym warunkiem byłoby całkowite odrzucenie błędów i reform soborowych przez takich biskupów, a nie „reforma reformy” czy „sobór w świetle tradycji” i inne heretyckie pomysły modernistów i niektórych „tradycjonalistów”.

W związku z tym, że okupant Stolicy Piotrowej, wedle tej hipotezy, posiada ważny tytuł do swej stolicy, mówi się, że jest tylko materialnie (materialiter) „Papieżem”. Jest wręcz martwymi „zwłokami” Papieża. Brak mu formy Papiestwa, tego, co czyni że Papież jest Papieżem, czyli autorytetu Chrystusowego obiecanego i sprawowanego przez samego Chrystusa za pośrednictwem Papieża (forma to jest to, dzięki czemu coś jest tym, czym jest). Taki okupant Stolicy Apostolskiej nie jest zatem Papieżem formalnie (formaliter). To rozróżnienie filozoficzne (i dlatego też teologiczne), tak opacznie rozumiane albo wcale nie rozumiane przez wielu (z różnych powodów) stanowiło i nadal niestety stanowi zarzewie niejednego konfliktu. Niemniej jednak „teza z Cassiciacum”, jak zaczęto nazywać tę teorię od pisma, w którym po raz pierwszy się pojawiła („Zeszyty Cassiciacum”, fr. „Cahiers de Cassiciacum”), daje teologicznie pewną odpowiedź na pytanie o ciągłość papiestwa w obecnej sytuacji kryzysu w Kościele. Ale nie jest to miejsce na rozwijanie tematu, który sam w sobie zasługuje na odrębne opracowanie (zamieszczone tutaj). Warto tylko dodać, gwoli ścisłości i sprawiedliwości, że nazywanie tezy „sedeprywacjonizmem” jest wielkim nieporozumieniem, bowiem termin ten miałby oznaczać privatio sedis (pozbawienie/brak stolicy), co jest niemożliwe. Mowa tu natomiast o privatio auctoritatis (pozbawieniu/braku autorytetu), a to rzecz zupełnie inna. Sam zaś (błędny) termin „sedeprywacjonizm” nieco szerzej omówiłem tutaj.

W tym miejscu chciałbym nieco rozwinąć to teologiczne rozwiązanie problemu autorytetu, ponieważ wciąż w języku polskim nie ma w miarę przystępnego wyjaśnienia tezy z Cassiciacum. Nie zostaną tu wyczerpane wszystkie przesłanki, ani nie znajdą się tutaj odpowiedzi na wszystkie zarzuty wobec tezy (to na później, jak Bóg da), ale jako że sprawa nie cierpi zwłoki, a nadal pojawiają się głosy zainteresowane tematem (albo bezmyślnie powtarzające zarzuty świadczące o nieznajomości tematu), postaram się to zrobić dla nieobeznanego z tematem Czytelnika.

Należy jeszcze zwrócić uwagę, że teza z Cassiciacum w swym najprostszym sformułowaniu nie przerasta zdolności umysłowych najprostszych ludzi, natomiast rozwinięcie całego argumentu oczywiście wymaga znajomości pewnych podstawowych pojęć i zasad filozofii arystotelesowsko-tomistycznej. Stąd też wysunięto zarzut, opierający się na sprzeczności między oboma twierdzeniami (teza zrozumiała dla wszystkich vs. teza wymaga znajomości teologii i filozofii). Zarzut ten omówił x. Ricossa w piątej części swego artykułu w odpowiedzi na tekst z „La Tradizione cattolica”). Ale z tego powodu swój wywód podzielę na dwie części, pierwszą przystępniejszą, a w drugiej nieco głębiej omówię ten temat.

Nim to nastąpi, pozwolę sobie na jeszcze jedną uwagę wstępną a propos cechy nowości tezy z Cassiciacum.

Teza i jej „nowość”

Teza z Cassiciacum powstała jako odpowiedź na obecną sytuację autorytetu w Kościele. Odpowiada ona na problem zaistniały w okolicznościach, które są wyjątkowe w historii Kościoła, są zupełnie nowe. Gdyby ich nie było, gdyby ów problem Soboru Watykańskiego II i opór, jaki wywołał, nie istniał i teza z Cassiciacum nie zostałaby sformułowana.

Należy to mieć na uwadze i nie dziwić się, że nowy problem może wymagać nowego rozwiązania, które niemniej jednak pozostaje w zgodzie ze wszystkimi prawdami wiary i zasadami rozumowymi. Na tym też polega teologia, że rozwija pewne twierdzenia wcześniej niedostatecznie odkryte. Teologia nie jest bowiem nauką czysto pozytywną, jest przede wszystkim i to w najwyższym stopniu spekulatywna. Teologia zwana pozytywną rozpatruje tylko cytaty Ojców, teologów, Papieży, soborów, przytacza kanony i orzeczenia (zajmuje się czystymi „faktami”, jak tego chciał August Comte, ojciec nowożytnego pozytywizmu). Jest to oczywiście nieodzowną częścią pracy teologa, ale ograniczanie teologii do tego aspektu jest nieporozumieniem i wielką niesprawiedliwością wyrządzoną tej świętej nauce. Prawdziwi teologowie to tacy, jak św. Tomasz z Akwinu, Kajetan, Salmanticenses, Franzelin, Garrigou-Lagrange, Sertillanges czy Guerard des Lauriers. To tego kalibru myśliciele przyczynili się najwięcej do lepszego zrozumienia prawd objawionych i im pokrewnych.

Dowód sedewakantystyczny

Aby omówić samą tezę, przypomnę ogólny zarys rozumowania sedewakantystycznego, aby na podstawie tego, co lepiej znane, można było uwydatnić to, co mniej znane.

Wiemy, co jest de fide, że Papież jest nieomylny w swym nauczaniu zwyczajnym, na co dzień (czego nauczają wszyscy teologowie i liczni Papieże, zwłaszcza wszyscy po kolei od Piusa IX po Piusa XII) oraz nadzwyczajnym (uroczyste deklaracje). Cały Kościół jest nieomylny w swym nauczaniu (papieskim oraz zwyczajnym powszechnym, zawsze w jedności z Papieżem). Prawa kościelne i dyscyplina ustanowiona przez Kościół są również obwarowane nieomylnością praktyczną (zwaną też negatywną).

To przyjąwszy, sedewakantyści zwracają uwagę na sprzeczności między nauczaniem Soboru Watykańskiego II a nauczaniem uroczyście zdefiniowanym wcześniej przez Kościół. Skoro dane twierdzenie było prawdą i jako takie zostało ogłoszone przez Kościół, zdanie przeciwne nie może pewnego dnia zostać potępione przez Kościół. I odwrotnie, zdanie potępione przez Kościół nie może stać się oficjalnym nauczaniem Kościoła. Sprzeciwiałoby się to nauczaniu o nieomylności.

Widać to najjaśniej porównując Quanta cura Piusa IX z 8 XII 1864 z Dignitatis humanae z 7 grudnia 1965 – wolność kultu została potępiona i to nie może ulec zmianie – i dlatego jest to brane często za pewny punkt wakatu. Jednakże taką sprzeczność czy podważanie prawd wiary zauważono także w odniesieniu do teologii „nowej mszy” (cf. Krótka analiza krytyczna NOM), ekumenizmu, kolegializmu, przepraszania za „grzechy” Kościoła i innych błędów neomodernistycznych.

Wyjątkowość tezy z Cassiciacum zrozumiała dla wszystkich

Z wyżej przytoczonego dowodu ścisłego, czyli dedukcji, korzysta również teza z Cassiciacum. Jednakże jej fundamentem, punktem wyjścia i oryginalną cechą jest wywód innej natury: indukcja, czyli stwierdzenie faktu, jakim jest spontaniczne odrzucenie przez katolików Soboru Watykańskiego II, jego ducha, doktryn, reform i rytów oraz ustawiczne stawianie im oporu przez tyle lat, jeszcze za czasu trwania samego soboru.

Nie jest to ścisły dowód (dedukcja), ale właśnie indukcja, wnioskowanie od danych konkretnych, szczegółowych do konkluzji ogólnej. Jako taką cechuje ją oczywistość (dla o. Guerard des Lauriers brak papiestwa u Pawła VI należy do sfery oczywistości). Rzeczywiste zaistnienie sprzeciwu i stałego oporu katolików świadczy o braku stałej (habitualnej) intencji, zewnętrznie wyrażonej słowem i czynem, u Pawła VI i jego następców w zabieganiu o dobro wspólne Kościoła, czyli chwałę Bożą i zbawienie dusz. Owa stała intencja dbania o dobro czyli cel Kościoła jest warunkiem koniecznym otrzymania władzy papieskiej od Chrystusa, czyli prawowitości władzy papieskiej. A że w słowach i czynach Pawła VI, Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka przebija się obiektywna wola szkodzenia chwale Bożej i zbawieniu dusz, tego nie trzeba dowodzić, to widać na co dzień. Fakt powszechnego oporu pragnących zachować wiarę katolików, opuszczających swoje dotychczasowe parafie, dostatecznie nas o tym przekonuje.

Znana powszechnie wśród sedewakantystów broszurka x. Cekady „Tradycjonaliści, nieomylność i Papież” rozpoczyna się od tego rodzaju wnioskowania indukcyjnego i dochodzi do wniosku tego samego, co teza z Cassiciacum: „Sama Wiara zmusza nas zatem do uznania, że ci, którzy głoszą te błędy i ustanawiają tak złe prawa – bez względu na pozory władzy jakimi zdają się legitymować – w rzeczywistości nie posiadają autorytetu Kościoła Katolickiego”. Ów brak władzy kościelnej czy autorytetu Chrystusowego teza z Cassiciacum ustala przede wszystkim na podstawie indukcji, ale również komplementarnej wobec niej dedukcji (sprzeczność między nauczaniem Kościoła a soborowym, j.w.).

Na tym braku czy pozbawieniu (privatio) prawdziwego, prawowitego autorytetu Chrystusowego u soborowych i posoborowych „papieży” można zakończyć najprostszy wykład tezy z Cassiciacum, dostępny dla wszystkich. Nie trzeba tu roztrząsać wcale opinij teologów i orzeczeń Kościoła dotyczących sprawowania urzędu przez heretyków, utraty urzędu i tym podobnych.

Rozwinięcie tezy z Cassiciacum

Jak zatem ów fakt wyjaśnia teza z Cassiciacum?

Kluczowe dla lepszego zrozumienia tego stanowiska teologicznego jest rozróżnienie zachodzące realnie między materią a formą oraz pewne podstawowe dane filozofii chrześcijańskiej (dobro-cel, dobro wspólne a władza).

Co do pierwszego punktu, wszystkie byty fizyczne składają się z materii i formy. Tylko Bóg i aniołowie nie mają w sobie tej złożoności: u aniołów, czystych form, istnieje jednak złożoność z możności i aktu, a w Bogu nie ma żadnej zmienności, więc i żadnej złożoności.

Materia i forma są zasadami wewnętrznymi bytów fizycznych. Materia jest tym, z czego złożony jest byt w charakterze zasady immanentnej. Forma zaś jest zasadą determinującą byt, pewną doskonałością, i w przeciwieństwie do materii ma swe pochodzenie „na zewnątrz”. Nie należy tego rozumieć zbyt „dziecinnie”, czyli ilościowo, nie są to dwa klocki, które połączone tworzą określony byt. Są to dwie zasady, principia, jedna „wewnętrzna”, immanens, druga pochodząca z zewnątrz, ale nie jako dodana materia czy ilość, lecz jako zasada determinująca, określająca materię w jej bytowaniu i działaniu, to, dzięki czemu coś jest tym, czym jest. Jesteśmy tu na wyższej płaszczyźnie rozumowania niż czysto matematycznej czy materialnej, co może być trudne dla umysłów niewprawionych filozoficznie.

Formy dzielą się na substancjalne (forma substantialis) i przypadłościowe (forma accidentalis). Forma substancjalna determinuje materię pierwszą i konstytuuje wraz z nią daną naturę, na przykład człowieka, którego formą substancjalną jest dusza, a materią ciało nieukonstytuowane przez duszę. Oczywiście przy połączeniu pierwszych dwóch komórek powstaje ciało i otrzymuje natychmiast duszę, ta forma (dusza) determinuje materię, która natychmiast staje się istotą ludzką, aczkolwiek jeszcze niedoskonale ukształtowaną w swych przypadłościach i władzach. Utrata duszy czyli formy substancjalnej oznacza śmierć. Istota ludzka wtedy nie przepada, ale znajduje się w stanie nie do końca normalnym oddzielenia formy od materii i dlatego dopiero katolicka nauka o zmartwychwstaniu ciał dała pełną odpowiedź na ten problem, poszukiwaną od dawna przez filozofów.

Formy przypadłościowe „nakładają się” natomiast na byt już ukonstytuowany w swej istocie. Istota jako taka już istnieje, otrzymując zaś formę przypadłościową nabiera pewnej nowej określonej doskonałości. Przykładowym rodzajem form przypadłościowych jest władza jako taka. Papiestwo, jako gatunek władzy, jest właśnie tego rodzaju formą. Bez niej człowiek pozostaje w pełni człowiekiem, jej otrzymanie czy utrata nie powoduje powstania innej istoty czy jej zaniku. Papież zaś jako taki jest człowiekiem posiadającym władzę papieską, formę władzy papieskiej. Nie ma bowiem istoty papieskiej jako takiej, jest tylko forma (przypadłościowa) papiestwa, która determinuje byt w postaci wybranego na konklawe ochrzczonego mężczyzny.

Należy też zwrócić uwagę, że rozróżnienie na materię i formę jest rozróżnieniem realnym, czyli rzeczywistym, istniejącym w rzeczywistości, distinctio realis, a nie tylko pojęciowym, distinctio rationis. Nie jest czystym skutkiem działania naszego rozumu, ani tym bardziej wyobraźni, ale opiera się na rzeczywistości. W samej rzeczy to rozróżnienie znajduje swoje uzasadnienie i w niej swe ewentualne urzeczywistnienie.

Otóż, Tomasz di Vio, kard. Kajetan (1469-1534), wybitny komentator św. Tomasza z Akwinu, stosuje to rozróżnienie materii i formy do samego papiestwa (które jest formą przypadłościową, jak widzieliśmy). Podobnie, św. Robert Bellarmin (1542-1621) mówi, że osoba elekta jest jakby materią, a elekcja jest usposobieniem do otrzymania formy papiestwa (a wszelkie usposobienie do przyjęcia formy czy doskonałości, jak mówi św. Tomasz, należy do porządku przyczyny materialnej). O. Ludwik Michał Guerard des Lauriers OP, teolog dominikański i były profesor na Lateranie (Uniwersytecie Papieskim), który jako pierwszy opracował tezę z Cassiciacum, rozwija ten temat w aktualnych okolicznościach soborowej rewolucji.

Francuski dominikanin zauważa, że aby zostać Papieżem potrzeba trzech „rzeczy”:

1. Należy być wybranym na konklawe przez ważnych elektorów (oprócz podstawowych warunków takich jak płeć męska, chrzest, nie heretyk, apostata, etc.).

Ów wybór musi być zatem kanoniczny czyli musi być dokonany według obowiązujących przepisów przez kanonicznych wyborców. Ten element pochodzi od człowieka, jest to akt czysto ludzki. To nie Bóg wybiera, ale ludzie, jak w każdej społeczności ludzkiej, gdzie w taki czy inny sposób następuje wskazanie następcy piastuna władzy (obojętnie, czy przez prawa pisane, czy niepisane, przez dziedziczenie, kooptację czy elekcję – i nie ma to nic wspólnego z fanaberią „władzy oddolnej”, czyli „suwerenności ludu”, bowiem wybierać piastuna władzy a przekazywać władzę to dwie formalnie inne rzeczy).

Jest to akt prawny. Kościół jako społeczność doskonała (obok państwa) posiada bowiem z samej swojej natury porządek prawny. Ma swój ustrój, władzę, członków, ale i własny porządek prawny.

Tyle ze strony wyborców.

2. Ze strony wybieranego potrzeba następnie zgody na przyjęcie wyboru. Między wyborem ze strony wyborców a decyzją osobistą (przyjęcia lub odrzucenia) ów „elekt” jest Papieżem tylko materialnie, materialiter. Jest materią bliższą (materia proxima) usposobioną do otrzymania formy papiestwa. Znaczy to, że nikt inny nie może być w tym czasie wybrany zamiast niego (inni katolicy płci męskiej są najwyżej materią dalszą, materia remota). On tylko jest desygnowany do piastowania urzędu, który obejmuje przyjąwszy ów wybór. Dalej, w razie jakichś trudności na tym etapie tylko Kościół aktem prawnym może:

a) cofnąć ten wybór nim oczywiście elekt podejmie decyzję przyjęcia lub odrzucenia wyboru (może przecież być nieobecny na konklawe albo może się okazać, że wybrany nie może z takich czy innych powodów objąć urzędu),

b) albo nawet po jego przyjęciu (które wobec tego jest tylko pozorne) stwierdzić nieważność samego wyboru.

Natomiast należy już tu z całą siłą stwierdzić, że póki Stolica Apostolska jest zajmowana (faktycznie, materialnie) przez takiego wybranego, nikt inny nie może być wybrany na jego miejsce.

I to jest elementem materialnym papiestwa, te dwa czynniki: jeden ze strony wyborców, drugi ze strony elekta.

3. W chwili akceptacji wybrany, Papież materialiter, normalnie otrzymuje od Chrystusa pełnię władzy nad Kościołem, to znaczy, staje się Papieżem formalnie, formaliter. Ten katolik otrzymał formę papiestwa i dlatego też jest Papieżem simpliciter, po prostu Papieżem.

Pierwsze dwa akty, aspekty materialne papiestwa, są aktami ludzkimi i jako takie poddane są wszelkim uwarunkowaniom czynów ludzkich (mogą być nieroztropne, etc.). Otrzymanie władzy Chrystusowej jest tym aspektem formalnym papiestwa, pochodzi od samego Boga.

W czasach obecnych wyraźnie widzimy, że okupanci Stolicy Apostolskiej nie mogą być Papieżami Kościoła, bowiem niszczą wiarę podając do wierzenia fałszywe nauki, wprowadzając szkodliwe dla dusz reformy, ryty, prawa. Rzeczywista zewnętrzna ich intencja jest wyraźna. Moderniści, najwięksi wrogowie Kościoła wg. św. Piusa X (co dziś tak zręcznie się powszechnie minimalizuje), nie mogą posiadać władzy Chrystusowej. To o. Guerard des Lauriers uważał za oczywistość, którą każdy katolik powinien być w stanie dostrzec.

Skoro tak jest, na pewno zatem istnieje jakaś wada czy przeszkoda (vitium) gdzieś w całym tym procederze objęcia papiestwa przez modernistycznych okupantów Watykanu. Jak widzieliśmy wcześniej, sama wiara nie dopuszcza faktu, by Montini, Luciani, Wojtyła, Ratzinger, Bergoglio byli Wikariuszami Chrystusa na ziemi.

Owa wada istnieje:

a) albo w wyborze, który jest jednak aktem prawnym i jako taki podlega w swych uwarunkowaniach kompetentnej władzy. Kardynałowie musieliby na przykład stwierdzić, że ten, który wyszedł na balkon bazyliki św. Piotra nie otrzymał wymaganej ilości głosów albo że przed wyborem był heretykiem formalnym, co nie było wiadome np. większości kardynałów w trakcie konklawe, etc.

b) albo w przyjęciu tego wyboru ze strony elekta.

Przykładem zajścia wady b), często przytaczanym przez duchownych przyjmujących tezę z Cassiciacum, jest sakrament małżeństwa.

Sakrament małżeństwa następuje na podstawie aktu ludzkiego małżonków, a dokładnie, gdy odpowiadają na pytanie kapłana (sama przysięga następuje po zawarciu małżeństwa, jako wzmocnienie obowiązków z umowy wynikających, por. Woroniecki, Katolicka etyka wychowawcza, t. II/2, KUL 1986, §80.3, s. 193).

W tej sytuacji szafarzami sakramentu są sami małżonkowie, kapłan jest tylko świadkiem ze strony Kościoła.

Jeśli zaś z ich strony lub nawet tylko jednej występuje jakaś zatajona przeszkoda unieważniająca, wtedy mamy do czynienia z małżeństwem materialnie, nie zaś formalnie, niezależnie od aktów wykonanych zewnętrznie, w obecności kapłana, rodziny i gości.

Taką przeszkodą może być wewnętrzna (zatajona) wola przeciwna wypełnianiu istotnych obowiązków małżeństwa (e.g. sprzeciw wobec przekazania życia potomstwu). Małżeństwa wtedy (formalnie) nie ma.

Jednakże ta wada czyli przeszkoda ze strony braku przyzwolenia może być odjęta. Małżonkowie lub małżonek może niejako „uważnić” swój związek małżeński, który bez tego pozostaje nieważny. Innym wyjściem jest zewnętrzne odkrycie tej przeszkody i orzeczenie kompetentnej w tej materii władzy, jaką jest Kościół. Mamy wówczas do czynienia ze stwierdzeniem nieważności takiego małżeństwa.

Sytuacja jest analogiczna w sytuacji papiestwa. Nie jest to analogia porównująca dwa sakramenta, bowiem papiestwo do nich nie należy, ale analogia mająca za podstawę relację materii do formy i możliwości zajścia między nimi przeszkody uniemożliwiającej otrzymanie przez materię formy, nawet przy zachowaniu wszystkich materialnych warunków.

Otóż, na drodze przyjęcia wyboru ze strony kanonicznych wyborców można postawić przeszkodę unieważniającą, która w pewien sposób może być cofnięta przez samego elekta, albo cofnięty może być sam wybór przez stwierdzenie jego nieważności ze strony kompetentnych w tej materii elektorów, czyli kardynałów. Są tu więc dwie możliwości: usunięcie przeszkody ze strony elekta albo cofnięcie kanonicznego wyboru ze strony kanonicznych elektorów.

Widzieliśmy, że jest coś takiego, jak aspekt materialny papiestwa, ale oczywiście nie jest on dostateczny, aby być Papieżem.

To sama władza papieska, autorytet (auctoritas) jest formą papiestwa. Ten aspekt formalny papiestwa pochodzi od Boga bezpośrednio, jak każda władza (Rzym. XIII, 1). W Kościele wszelka władza zawsze przez Papieża przechodzi na święte kongregacje rzymskie, biskupów, proboszczów, wikarych, etc., ale Papież otrzymuje władzę od samego Boga.

Jest to prawdziwe zarówno co do władzy świeckiej jak i kościelnej (choć, podkreślam, między Kościołem a państwem zachodzi tylko analogia – dziś jednym z największych błędów, zwłaszcza wśród różnych „tradycjonalistów” i „konserwatystów”, jest naturalizm w odniesieniu do Kościoła, pojmowanego na sposób społeczności przyrodzonej, jak państwo). Bowiem i władza świecka aktem ludzkim zostaje wyznaczona, w zależności od ustaw i ustrojów (nikt nie otrzymuje w ten sposób władzy, ale designatus est), pomimo tego iż jej istota wprost od Boga pochodzi.

Dlatego też ani kardynałowie, ani sobór, ani tym bardziej żadna władza świecka nie może odebrać Papieżowi papiestwa. Można co najwyżej stwierdzić jego brak, czyli nieważność wyboru.

Co zaś stanowi istotę władzy papieskiej?

O. Guerard des Lauriers OP uważa owo „bycie z” (fr. „être avec”), tę asystencję Boską czy obcowanie Chrystusa jako istotę papiestwa, aspekt formalny papiestwa, czyli to, co czyni, że Papież jest formalnie Papieżem.

Cała bowiem doktryna Ciała Mistycznego Chrystusa, którym jest Kościół, sprowadza się do tego właśnie obcowania Chrystusa ze swymi członkami, z których pierwszym jest jego Wikariusz, widzialna Głowa Kościoła na ziemi. Podobnie, jak Chrystus posłany przez Ojca zawsze „jest na łonie Ojca” (św. Jana I, 18), tak też i Kościół, posłany przez Chrystusa, pozostaje zawsze w Chrystusie. Chrystus zawsze jest obecny w swym Kościele, w którym i przez który działa. Pan Jezus „jest ze” swym Kościołem w spełnianiu właściwej misji, którą mu powierzył:

„Idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, nauczając je zachowywać wszystko, cokolwiek wam przykazałem. A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata.” (św. Mat. XXVIII, 19-20).

Tyczy się to primo et principaliter Papieża, bowiem Papież to Kościół, Kościół to Papież (jakże ta podstawowa prawda wiary jest dziś zachwiana w umysłach wielu katolików pod wpływem lefebryzmu i różnych liberalnych prądów).

Widzimy natomiast, że Chrystus nie jest z Bergoglio (a wcześniej z Montinim, Lucianim, Wojtyłą, Ratzingerem), a on nie jest z Chrystusem, w nauczaniu, w rządzeniu, w uświęcaniu Kościoła, w misji zbawczej powierzonej Kościołowi przez Chrystusa. Papież jest Głową widzialną Mistycznego Ciała Chrystusa, zaś Chrystus jego Głową niewidzialną. Jednorodzony Syn Boży, Król królów i Pan panów, przeto uświęca, naucza, rządzi Kościołem za pośrednictwem swego Wikariusza na ziemi, który z tejże racji jest jedną osobą moralną z Chrystusem.

Z jednej strony nie ma orzeczenia prawnego, że Montini, Luciani, Wojtyła, Ratzinger czy Bergoglio nie zostali ważnie wybrani. Póki nie ma tego rodzaju posiadających cechy pewności dowodów, jako że wybór Papieża jest aktem prawnym, mamy uznawać ów wybór i wskutek tego nikt inny nie ma prawa do tego tytułu (tu leży głębokie uzasadnienie aspektu radykalnie antykonklawistycznego tezy z Cassiciacum i jej zwolenników).

Przeszkoda zatem musi leżeć gdzie indziej, czyli w samej osobie elekta. Przejawia się ona bowiem na zewnątrz („po owocach ich poznacie”) w wyrażonym braku habitualnej (stałej) intencji czy woli zabiegania od dobro wspólne społeczności, na której się jest czele. W klasycznej filozofii politycznej (arystotelesowsko-tomistycznej, chrześcijańskiej, nieważne, jak ją nazywać) władza rządzi dla dobra wspólnego, jej fundamentalna prawowitość od tego jest zależna. Oczywiście, między społecznością doskonałą świecką (państwem), a społecznością doskonałą nadprzyrodzoną (Kościołem) zachodzi, jak powiedziałem analogia, ale w faktach, w porządku intencji obiektywnej, i tu i tu władza musi mieć ustawiczną (habitualną) intencję rządzenia, zabiegania o dobro wspólne. W Kościele tym dobrem wspólnym jest: chwała Boga i zbawienie dusz.

Utrzymywanie, że ta władza, która „promulgowała” nową „mszę”, soborowe doktryny wcześniej potępione przez Kościół, dzień w dzień praktykuje ekumenizm i inne rzeczy obrzydliwe w oczach Pana, że ta władza faktyczna (de facto) jest władzą prawowitą (de iure), że tę władzę należy nawracać (na „Tradycję”, etc.) jest bluźnierstwem przeciwko Chrystusowi, jest czymś nie do utrzymania przez katolika.

Te wszystkie błędy i aberracje nie mogą pochodzić od Chrystusa, nie mogą pochodzić od Kościoła. To wszystko jest nie do pogodzenia z habitualną intencją troszczenia się o dobro wspólne Kościoła. I to właśnie stanowi ów obex, ową wewnętrzną przeszkodę na drodze otrzymania od Chrystusa autorytetu przeznaczonego do zabiegania o dobro wspólne Kościoła, to vitium, wadę, w całym procederze.

Brak formy papiestwa przy obecności materii stanowi treść tezy z Cassiciacum. To właśnie oznacza zdanie o. Guerard des Lauriers: papa materialiter, sed non formaliter. Nie oznacza to jednak, że taki Ratzinger czy Bergoglio jest po części czy „w połowie papieżem”, gdyż formy i materii nie można rozumieć ilościowo czy materialnie, ale jako zasady bytu, co wyjaśnione zostało wyżej. Nawet dominikanie z Avrillé, którzy podobno studiują Sumę teologiczną i inne pisma św. Tomasza, dają wyraz swemu niezrozumieniu tych podstawowych pojęć filozofii arystotelesowsko-tomistycznej (cf. „Sodalitium” nr 52 wydania francuskojęzycznego, s. 19, nr 53 włoskojęzycznego, s. 9). Człowiek się zastanawia, czego się tam ich uczy…

Mamy tu jednakże do czynienia z czymś nienaturalnie rozdzielonym, czymś w pewien sposób wbrew naturze, podobnie jak z ciałem ludzkim pozbawionym duszy i dlatego też o. Guerard des Lauriers nazywał kard. Montiniego „zwłokami papieża” (np. w znanym kazaniu w paryskim kościele św. Mikołaja, po którym nie zapraszano go tam więcej).

Teza ta została obmyślona po to, żeby wyjaśnić brak władzy papieskiej u faktycznych okupantów Watykanu. Dopiero z czasem (kilka lat po jej ogłoszeniu) został rozwinięty sam argument o ciągłości materialnej na rzymskiej stolicy, bowiem władza obierania piastuna władzy jest formalnie różna od władzy rządzenia (co mylą wszyscy zwolennicy „suwerenności ludu”, j.w.). W ten sposób jednakże wyjaśnienie problemu autorytetu w Kościele zachowuje ciągłość materialną na Stolicy Apostolskiej przez ważny wybór ze strony kanonicznych elektorów, co daje tytuł do urzędu, póki nie ma dowodów przeciwnych, „jusqu’à la preuve du contraire”, jak mawiał o. Guerard des Lauriers. Jednocześnie jej modernistyczni okupanci nie posiadają władzy papieskiej, formalnie nie są Papieżami i dlatego nie wolno ich traktować jak Papieży (wymieniać w kanonie Mszy, być im posłusznym, pertraktować z nimi w celu uzyskania „kanonicznego” zatwierdzenia – dominikański teolog zawsze był przeciwny dyskusjom abpa Lefebvre’a z modernistami, które dowodziły obiektywnej dwulicowości stanowiska lefebrystycznego).

Jak już pisałem, stanowisko to formalnie się zgadza ze stanowiskiem sedewakantystycznym simpliciter: Papieżem nie jest ten, który jest tylko materialnie „papieżem”, a że ludzie nie rozumieją wyrażenia Papa materialiter, ze względu na prostych ludzi, uważam, że powinno się raczej pisać w takiej sytuacji „papież” w cudzysłowie, przynajmniej pisząc w języku pospolitym. W każdym razie rozpoczynanie roztrząsania tezy wobec maluczkich od słów „papież materialnie” uważam za chybione.

Uwagi końcowe

Jeszcze pozwolę sobie na dwie uwagi, jedną o kanonicznych elektorach Papieża, a drugą o herezji jako przeszkodzie ważnego wyboru Papieża, czyli dwa częste zarzuty wobec tezy ze strony sedewakantystów nie przyjmujących jej.

Teologowie nauczają, że gdy chodzi o wyborców Papieża, nawet gdy mamy do czynienia z wadą formy (gdy brak pewności co do tytułu do prawa wyborczego biernego), jako że ci wyborcy konieczni są do wyboru Papieża i ciągłości Kościoła hierarchicznego, owa wada formy jest uchylana dla celów ważnego konklawe. Obecni kardynałowie są zatem prawowitymi elektorami Papieża, nawet jeśli nie uczestniczą we władzy Chrystusowej w takim zakresie, w jakim im na to pozwala kardynalat (tym bardziej, że nie ma Papieża). Jest to nieodzowne dla zachowania ciągłości, przynajmniej materialnej, na Stolicy Apostolskiej, jest to nieodzowne wręcz dla samego ustroju Kościoła i jego trwania w czasie.

Zwolennicy tezy z Cassiciacum zauważają, że w całej tej argumentacji stojącej za stwierdzeniem braku autorytetu u faktycznych okupantów Watykanu powoływanie się na opinie teologów co do utraty urzędu z powodu herezji czy apostazji nie jest konieczne. Zresztą, ten tok dowodzenia nie posiada znamion pewności, ponieważ w tej materii, która jak widzieliśmy, należy do dziedziny prawa kościelnego, nie ma w chwili obecnej obowiązujących ustaw kanonicznych.

Ponadto, zewnętrzna (materialna) herezja nie jest wystarczająca. Herezja materialna jest zdaniem przeciwnym wierze, formalna zawiera element uporczywości, mający swą siedzibę w woli, przeciwko nauczaniu Kościoła. Ich herezji w słowie i czynie brak formy, wyraźnej woli sprzeciwiania się nauczaniu Kościoła z ich strony. Stwierdzenie tego jest tym trudniejsze, że oni sami uważają się za żywe magisterium Kościoła, za urząd nauczycielski, który „trwa w następcach św. Piotra”, zatem jak mają się sprzeciwiać temu magisterium żywemu, które jedyne ma prawo zobowiązywać, wytaczać procesy kanoniczne, stwierdzać to czy tamto jako obowiązujące katolików w sumieniu? To pomieszanie między doktryną heretycką a herezją formalną stanowi główny błąd sedewakantystycznych przeciwników tezy z Cassiciacum. Stanowisko to, według którego obecni okupanci Watykanu nie mają nawet ważnych tytułów do urzędu Papieża z racji herezji (formalnej) czy apostazji (formalnej), nie posiada zatem cech ścisłej pewności czy konieczności.

Natomiast sedewakantystyczne rozwiązanie w postaci tezy z Cassiciacum zachowuje zarówno wszystkie znamiona Kościoła (włącznie z apostolskością, za pośrednictwem ciągłości materialnej na Stolicy Rzymskiej), jak i te prawdy wiary, którym zaprzeczać muszą, choćby pośrednio, wszyscy zwolennicy „papiestwa” Bergoglio i jego nieszczęsnej pamięci modernistycznych poprzedników. Stwierdza nieprawowitość ich władzy, pociąga za sobą wszystkie tego stwierdzenia konsekwencje, ale zachowuje zgodną z wiarą i rozumem możność przywrócenia prawowitej władzy w Kościele. Wszelkie aparycjonistyczne koncepcje (nie tylko niektórych sedewakantystów!) same w sobie nie ostają się wobec kanonicznych uwarunkowań koniecznych dla zachowania ciągłości apostolskiej w Kościele, chyba że w połączeniu z nimi (na co zwrócił uwagę x. Ricossa wyciągając logiczne wnioski ze zdań x. Grossin, przeciwnika tezy, cf. „Sodalitium”, nr 55 edycji francuskojęzycznej, s. 29).

Choć sessio, czyli zasiadanie na stolicach biskupich (z rzymską włącznie) jest w tej chwili nienaturalnie (ale jest) oderwane od misji zbawczej Kościoła, niemniej jednak owa missio głoszenia Ewangelii aż po krańce ziemi, sprawowania sakramentów (ważnych!) pozostaje u tych, którzy zachowują wiarę świętą, niezmienną, apostolską, pomimo trudności, jakie to pociąga za sobą w naszych czasach katolicyzmu liberalnego i ugodowego oraz szerzącej się apostazji. Wiemy jednak, że Kościół ma trwać aż do skończenia świata i to stanowi fundament naszej niezachwianej nadziei w tej walce z mocami ciemności, która po ludzku wydaje się być przegrana. Jednakże non praevalebunt!

Pelagiusz z Asturii

Dla zainteresowanych tematem, oto najważniejsze i wybrane materiały omawiające tezę z Cassiciacum:

Wywiad z o. Guérard des Lauriers OP z maja 1987, który pojawił się po raz pierwszy w numerze 13 pisma „Sodalitium”. Został opublikowany także w Collana Cassiciacum, tom II. „Le problème de l’autorité et de l’épiscopat dans l’Eglise. Avec des textes de Mgr Guérard des Lauriers” („Problem autorytetu i biskupstwa w Kościele. Z tekstami biskupa Guérard des Lauriers”), Centro Librario Sodalitium, Verrua Savoia (Włochy) 2006, ss. 31-57.

Bp Donald J. Sanborn, „Wyjaśnienie tezy biskupa Guerard des Lauriers” – jest to najprostszy i najkrótszy wykład tezy opracowany przez duchownego

X. Bernard Lucien, „La situation actuelle de l’autorité dans l’Église: la thèse de Cassiciacum»”, wyd. Association Saint-Herménégilde, 1985 (wydane po francusku, tu tłumaczenie na j. angielski) – według mnie (i nie tylko) najbardziej systematyczne opracowanie tezy przez wieloletniego bliskiego współpracownika o. Guérard des Lauriers i redaktora „Zeszytów z Cassiciacum”, w których po raz pierwszy pojawiło się opracowanie tezy autorstwa francuskiego dominikanina

Bp Donald J. Sanborn, „De papatu materiali” (pars I po łacinie, pars II po łacinie, tu cz. II po angielsku, a tu po polsku) – to jest prawdziwy traktat teologiczny, niedostępny raczej dla przeciętnego czytelnika Internetu

Sześć „Zeszytów Cassiciacum”, które można ściągnąć na stronie Ligi św. Amadeusza (stowarzyszenie katolików świeckich w Szwajcarii), na której to stronie znajduje się ich analityczne streszczenie

A także, oczywiście, pismo „Sodalitium”, wydawane od połowy lat osiemdziesiątych przez Instytut Matki Dobrej Rady, który za swoje stanowisko teologiczne przyjmuje tezę z Cassiciacum. Archiwalne numery pisma można ściągnąć ze strony Instytutu: po włosku i po francusku. Oto niektóre numery, które zawierają artykuły traktujące o omawianej tezie:

„Sodalitium” nr 44, wydanie francuskojęzyczne z lipca 1997 roku (cały ten „numer specjalny” poświęcony jest tezie z Cassiciacum)

„Sodalitium” nr 46, wydanie włoskojęzyczne z grudnia 1997 roku (jeden artykuł na temat tezy, ten sam, co w nrze 44 wydania francuskojęzycznego)

„Sodalitium” nr 52, wydanie francuskojęzyczne ze stycznia 2002, nr 53 wydania włoskojęzycznego z grudnia 2001 (m.in. odpowiedź na „mały katechizm o sedewakantyźmie” dominikanów z Avrillé)

„Sodalitium” nr 55, wydanie francuskojęzyczne z listopada 2003 roku, nr 56 wydania włoskojęzycznego (kilka artykułów, dwa z nich zostały przetłumaczone na język polski: „Odpowiedź na dossier o sedewakantyźmie”, w pięciu częściach, oraz tekst polemiczny z lefebrystami i absolutnymi sedewakantystami)

„Sodalitium” nr 61, wydanie francuskojęzyczne z lipca 2008 roku (ciekawa obiekcja i odpowiedź o. Guérard des Lauriers wyjęta z „Zeszytów z Cassiciacum” – przetłumaczona tutaj)

„Sodalitium” nr 63, wydanie francuskojęzyczne z lipca 2010 roku (artykuł o „tradycjonaliźmie teologicznym” – tłumaczenie polskie ze wstępem o naturze teologii)

„Sodalitium” nr 64, wydanie francuskojęzyczne z kwietnia 2012 roku

„Sodalitium” nr 67, wydanie włoskojęzyczne z grudnia 2015, nr 66 wydania francuskojęzycznego (artykuł x. Ricossy „Papież, papiestwo i Sede vacante w tekście św. Antonina i w myśli o. Guérard des Lauriers”)

Inne teksty:

Sprostowanie kilku błędnych pojęć o tezie z Cassiciacum, które pojawiły się po polsku w Internecie. Inne teksty na naszej stronie poruszające tezę lub odpowiadające na zarzuty przeciwko tezie znajdują się w dziale „Teza z Cassiciacum”.

Ale istnieją także wykłady, w których duchowni i świeccy omawiają tezę. Na przykład:

Wywiad z x. Franciszkiem Ricossą z 7 sierpnia 2007 roku: obecna sytuacja w Kościele i teza z Cassiciacum (po włosku).

X. Franciszek Ricossa, na dorocznym sympozjum w Modenie, „Giornata per la Regalità sociale di Gesu Cristo”, 8 X 2012, w trzecim wykładzie dnia zatytułowanym „Wyznanie wiary 50 lat po soborze” (po włosku) w sposób bardzo przystępny omawia stanowisko teologiczne instytutu, którego jest przełożonym.

X. Franciszek Ricossa, trzy wykłady wygłoszone w Paryżu 30 listopada 2014 roku, sympozjum pt. „Teza z Cassiciacum wczoraj i dziś, Kościół w czasach Jerzego Marii Bergoglio”, część I, część II, część III (po francusku).

Te same trzy wykłady, ale po włosku, wygłoszone podczas XIII sympozjum „Studiów Albertariańskich” w Mediolanie, 15 listopada 2014 roku: część I, część II, część III.

– – –

Tekst pierwotnie pojawił się na blogu Pelagiusza z Asturii. Aktualizacja źródeł, zwłaszcza tłumaczeń tekstów na język polski, dla „Myśli Katolickiej”.

Wtargnięcie policji do klasztoru! Nie możemy na to pozwolić !!

Czas na natychmiastową dymisję Adama Bodnara! 

Wtargnięcie policji do klasztoru! Czy możemy na to pozwolić?

„Filip Marinov, CitizenGO” <petycje@citizengo.org>

To, co wydarzyło się w Lublinie, przerasta wszelkie wyobrażenia.

Sześciu zamaskowanych funkcjonariuszy szturmujących na polecenie prokuratury klasztor dominikanów – wdzierających się na teren poświęcony modlitwie i kontemplacji. Ich rzekomy cel? Były wiceminister Marcin Romanowski, który w rzeczywistości przebywał na Węgrzech, gdzie otrzymał azyl polityczny.

Taki pokaz siły nie jest jednorazowym incydentem. Za rządów ministra sprawiedliwości Adama Bodnara nadużycia władzy powtarzają się coraz częściej. 

Przypomnij sobie sprawę księdza Olszewskiego: przez siedem miesięcy przebywał w areszcie, mimo że nie przedstawiono przeciwko niemu żadnych wiarygodnych dowodów. Jego jedyną „winą” były bezpodstawne oskarżenia.

Te działania nie mają nic wspólnego z demokratycznym państwem prawa. Bardziej przypominają metody komunistycznego reżimu, który opierał się na ucisku i przemocy. 

Nalot na klasztor to rażące naruszenie, którego nie wolno tolerować w żadnym cywilizowanym społeczeństwie. Święte miejsca są bezczeszczone, a sprawiedliwość sprowadzana do roli narzędzia politycznego nacisku.

Czas ucieka. Teraz jest nasza szansa, aby zażądać rozliczenia winnych i bronić tego, co święte i sprawiedliwe.

Podpisz petycję, w której wzywamy Premiera RP, Donalda Tuska do odwołania Adama Bodnara z funkcji Ministra Sprawiedliwości. 

Żaden z zakonników w dominikańskim klasztorze nie zetknął się nigdy z Marcinem Romanowskim. Mimo to uzbrojeni funkcjonariusze przeszukali klasztorne cele i kaplicę, naruszając przestrzeń modlitwy i spokoju – wszystko bez cienia wiarygodnych dowodów.

Wyobraź sobie, że poprzednio do podobnej akcji doszło tutaj w czasie II wojny światowej.

To przerażające przypomnienie, że historia wciąż ostrzega nas przed skutkami niekontrolowanej władzy i wzywa do natychmiastowej reakcji, zanim takie policyjne „interwencje” staną się normą.

Rząd Donalda Tuska po raz kolejny łamie prawo i depcze nasze święte wartości. Tak właśnie wygląda ich „przywracanie rządów prawa”.

Musimy jasno pokazać, że nie pozwolimy na naruszanie świętych miejsc i domów modlitwy. Każdy z nas ma prawo do wolności i szacunku dla przestrzeni duchowej – nie pozwólmy, by te fundamenty były lekceważone.

Dołącz do nas w walce o rozliczenie winnych. Panie Premierze, nadszedł czas na natychmiastową dymisję Adama Bodnara! 

Jeżeli się w tej sprawie nie zjednoczymy, pozwolimy na stworzenie niebezpiecznego precedensu, w którym świętość religii i prawa konstytucyjne będą mogły być naruszane bez żadnych konsekwencji, narażając tym samym inne instytucje religijne oraz obywatelskie na podobne nadużycia.

Jeżeli bodnarowcy mogą nasłać policję na klasztor bez dowodów i uzasadnienia, to co ich powstrzyma przed przeszukaniem twojego domu pod równie fałszywym pretekstem?

Minister Bodnar musi odpowiedzieć za swoje działania. Jeśli presja opinii publicznej będzie wystarczająco silna i trwała, premier Tusk nie będzie miał innego wyjścia, jak tylko zareagować.

To przełomowy moment: w Polsce trwa kampania prezydencka, a kandydat Tuska, Rafał Trzaskowski, ryzykuje utratę dużej części społecznego poparcia, jeśli takie postępowanie zostanie zignorowane.

Dlatego musimy działać już teraz – z pełną determinacją. 

Każdy głos, każdy podpis i każde działanie mają ogromne znaczenie. Wspólnie możemy przywrócić sprawiedliwość i zapobiec kolejnym nadużyciom władzy.

Zażądaj od premiera Donalda Tuska natychmiastowej dymisji Adama Bodnara, podpisując naszą pilną petycję! 

Dziękuję za Twoją determinację w walce o sprawiedliwość,

Filip Marinov z całym zespołem CitizenGO

===========================

PS To nie jest tylko sprawa bezpieczeństwa dominikańskich mnichów – chodzi o nas wszystkich, w tym Ciebie, Twoją rodzinę i Twoje dzieci. 

Podpisując petycję, opowiadasz się za wolnością, poszanowaniem świętych miejsc i własnym bezpieczeństwem. Działaj teraz, aby chronić to, co naprawdę ważne! 

Więcej informacji:

Chcieli wszystko załatwić „po cichu” a jest medialny skandal. Prokuratura znowu tłumaczy się z nalotu na klasztor dominikanów

https://pch24.pl/chcieli-wszystko-zalatwic-po-cichu-a-jest-medialny-skandal-prokuratura-znowu-tlumaczy-sie-z-nalotu-na-klasztor-dominikanow

Przeszukanie w klasztorze dominikanów. Policja zabrała głos

https://dorzeczy.pl/kraj/672202/romanowski-i-przeszukanie-w-klasztorze-policja-zabrala-glos.html

Dominikanie będą domagać się wyjaśnień od „bodnarowców”! Przeor: Przeszukania to radykalny środek. Nie znamy pana Romanowskiego

https://wpolityce.pl/kosciol/716987-dominikanie-beda-domagac-sie-wyjasnien-od-bodnarowcow

Dominikanie komentują przeszukanie lubelskiego klasztoru

https://www.niedziela.pl/artykul/108295/Dominikanie-komentuja-przeszukanie-lubelskiego-klasztoru

Komisja Europejska da nam 7 płci do wyboru. Zwariowali, ale bezczelni bandyci.

Komisja Europejska da nam 7 płci do wyboru. Kolejne idiotyczne przepisy, a Polska nie protestuje. Płaczek: Nikt nawet słowem nie wspomniał, że zwariowali

27.12.2024 komisja-europejska-zwariowali

Ursula von der Leyen
Ursula von der Leyen Fot. EPA/YANNIS KOLESIDIS

Komisja Europejska pod rządami Ursuli von der Leyen szykuje „Europejską Tożsamość Cyfrową”. Obywatele państw UE będą wybierać sobie spośród siedmiu płci – dwóch normalnych i pięciu baśniowych. Poseł Konfederacji Grzegorz Płaczek zwrócił uwagę, że Polska w żaden sposób nie sprzeciwiła się temu pomysłowi.

„Uwaga groźne! Obecnie w Komisji Europejskiej trwają prace nad European Digital Identity (EUDI), czyli Europejską Tożsamością Cyfrową, która ma na celu stworzenie powszechnie dostępnego systemu cyfrowej tożsamości dla obywateli. Komisja Europejska zaproponowała, aby użytkownik (w tym również każdy Polak) na etapie rejestracji w EUDI mógł mieć do wyboru SIEDEM PŁCI” – napisał na X poseł Konfederacji Grzegorz Płaczek.

Jak czytamy, moglibyśmy wybrać, niczym w klasę w starych grach RPG, płeć „męską; żeńską; inną; między (ang. 'inter’); 5) zróżnicowaną (ang. 'diverse’); 6) otwartą (ang. 'open’) i 7) nieznaną”.

„Propozycja siedmiu płci (tzw. atrybutów określających płeć użytkowników) została zawarta w projekcie Rozporządzenia z 12.08.2024 r. [Ares(2024)5786783]” – podkreślił Grzegorz Płaczek.

„W odpowiedzi (podpisanej przez Sekretarza Stanu w Ministerstwie Cyfryzacji – BM.WP.056.32.2024) na moją interwencję poselską w tej kwestii, otrzymałem informację, iż Polska przekazała Komisji Europejskiej uwagę, iż… 'w przeważającej większości usług płeć nie ma żadnego znaczenia i co więcej, jest daną wrażliwą.’ Ministerstwo Cyfryzacji zasugerowało zatem, aby wybór SIEDMIU płci był uznawany za 'daną opcjonalną’ na terenie unii” – kontynuował poseł Konfederacji.

„Innymi słowy, strona polska NIE ZGŁOSIŁA sprzeciwy w kwestii planowanych SIEDMIU PŁCI, a jedynie… zgłosiła postulat, aby pole wyboru (które może zawierać aż SIEDEM płci), podczas rejestracji w EUDI, było… opcjonalne. Nikt nawet słowem nie wspomniał, że ktoś w Komisji Europejskiej zwariował” – podkreślił poseł Płaczek.

Poseł Płaczek zaznaczył, że ministerstwo cyfryzacji „nie dostrzega problemu, bowiem SIEDEM płci będzie obowiązywało tylko w tych krajach, które… będą chciały je na terenie Unii Europejskiej uwzględniać”.

„I właśnie dokładnie tutaj leży problem! W ten sposób Polska 'nabrała wody w usta’ i dała ciche przyzwolenie, aby takie groźne lewicowe rozwiązanie 'gdzieś’ na terenie Unii Europejskiej mogło zafunkcjonować. Najwyższy czas, aby Polska jasno sprzeciwiała się takim patologicznym planom, a nie tylko wyrażała tchórzliwe stanowisko, że… nie ma potrzeby publicznie pytać w systemie EUDI o płcie! Co za obrzydliwy unik!” – ocenił poseł Konfederacji.

„Ktoś mi podpowie, dokąd jako kraj zmierzamy?” – podsumował Grzegorz Płaczek.

Polacy nie chcą samochodów elektrycznych! Nie kupują.

Powód do dumy, czy wstyd na całą Europę? Polacy nie chcą samochodów elektrycznych!

https://pch24.pl/powod-do-dumy-czy-wstyd-na-cala-europe-polacy-nie-chca-samochodow-elektrycznych

(fot. Pixabay)

„Najnowszy raport Polskiego Stowarzyszenia Nowej Mobilności nie pozostawia suchej nitki na rynku elektromobilności w Polsce. Udział samochodów elektrycznych w rynku nowych pojazdów osobowych w naszym kraju, wynosi zaledwie 3 proc. To plasuje nas na samym dnie europejskiego zestawienia”, informuje na łamach serwisu Interia.pl Krzysztof Mocek.

W raporcie Polskiego Stowarzyszenia Nowej Mobilności czytamy, że Polska znajduje się na trzecim od końca miejscu w UE, jeśli chodzi o udział samochodów całkowicie elektrycznych na rynku nowych pojazdów osobowych.

„Wśród głównych powodów słabnącej sprzedaży i niechęci Polaków do samochodów elektrycznych, autorzy raportu wskazują niewystarczające tempo rozbudowy ogólnodostępnej infrastruktury ładowania. (…) Kolejnym i równie istotnym powodem jest cena aut bateryjnych”.

„Obywateli biedniejszych państw niezmiennie nie stać na kupowanie samochodów bateryjnych. W Polsce nowe samochody na prąd właściwie nie trafiają w prywatne ręce”, podkreślają autorzy raportu.

Według Polskiego Stowarzyszenia Nowej Mobilności, aby zmienić ten stan rzeczy rząd w Warszawie musi wspierać rozwój elektromobilności. „Bez potężnych środków finansowych przeznaczonych na dopłaty, rozwój infrastruktury ładowania oraz przebudowę całego systemu energetycznego Polski, wciąż w większości opartego na węglu, nie ma szans, by auta na baterie stanowiły konkurencję dla samochodów spalinowych, czytamy.

Źródło: Interia.pl TG

Niedziela. Siedlce – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy.

29.12.24 Siedlce – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy

27/12/2024 antyk2013

Zapraszamy 29 grudnia, niedziela, na 98 Pokutny Marsz Różańcowy, który przejdzie ulicami Siedlec w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Zaczynamy o godzinie 14:00, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Msza Święta w intencji Ojczyzny zostanie odprawiona w katedrze siedleckiej o godzinie 16:00. Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu. Szczegóły na plakacie.

Z Panem Bogiem,

Andrzej Woroszyło

Z kim walczy „demokracja walcząca”.

Z kim walczy demokracja walcząca

Autor: AlterCabrio , 27 grudnia 2024

Oto stały i odwieczny cel demokracji liberalnej. Wspólny dla różokrzyżowców, iluminatów, masonów, socjalistów, komunistów, globalistów, UE, ONZ, współczesnych demokracji zachodnich. Kabała dla gojów. Ufajcie dalej w te gnostyckie opowieści, specyficznie zabarwione na sposób talmudyczny, a wtedy pogrążycie się w zjednoczeniu z Absolutem – totalitarną władzą, biowładzą, jak ją opisał Michel Foucault.

−∗−

Obraz tytułowy: Jean-Jacques Rousseau, filozof z Genewy. LINK

Z kim walczy demokracja walcząca

Ostatnimi czasy dużą popularność zdobyło mało wcześniej znane pojęcie „demokracji walczącej”. Mało znane oczywiście poza środowiskiem politologów. Pojęcie to ukuł niemiecko – amerykański prawnik – konstytucjonalista wiadomego pochodzenia.

Oznacza ono konieczność podjęcia przez demokrację stanowczych działań w obronie demokracji, wtedy, gdy takie wystąpią. Obejmują one miedzy innymi ograniczenie praw i wolności obywatelskich w celu obrony porządku publicznego, opartego na demokracji, oraz demokratycznego charakteru instytucji publicznych. Jemu też zawdzięczamy pojęcie demokracji opancerzonej – działań zapobiegawczych, mających „opancerzyć” instytucje publiczne i społeczeństwo przed tendencjami niedemokratycznymi. Te działania obejmują przede wszystkim odpowiednie oddziaływanie propagandowe i edukacyjne na społeczeństwo oraz wczesne wykrywanie zachowań niedemokratycznych. Natomiast działania w obszarze demokracji walczącej obejmują konkretne reakcje na występujące w społeczeństwie zagrożenia demokracji, w ramach których demokracja używa środków przymusu.

Kto odważy się nie być demokratą? Okazuje się, że wielu jest takich wrogów demokracji. Kryją się podstępnie za plecami nieświadomego społeczeństwa, korzystając z demokratycznej wolności. Demokracja wie, jak ich nazwać – populiści, faszyści, nacjonaliści, homofobowie, dezinformatorzy, ruskie onuce, agenci złego Putina (kiedyś był dobry), szowiniści – to tylko część z repertuaru określeń, mających charakter wyzwisk. Każdy dobry człowiek musi być zwolennikiem demokracji. Dobry, znaczy praworządny. Praworządny, znaczy akceptujący i wykonujący wszystkie prawa i zalecenia demokracji, nawet, jeśli obiektywnie są niezgodne z prawem. W demokracji najwyższym prawem jest konstytucja, a konstytucją jest aktualna wola demokracji. Nie należy przesadzać z pozytywizmem prawniczym i przesadnie się przywiązywać do brzmienia przepisów. One były ustalane w dawnych czasach, bardziej homofobicznych, teraz są nowe potrzeby i nowe zagrożenia demokracji. Nie liczą się więc prawa, tylko działanie, wynikające z aktualnych potrzeb.

Ci podstępni, prawicowi podżegacze, sprzeciwiający się demokracji myślą, że do forsowania swoich chorych, ksenofobicznych poglądów będą używać narzędzi demokracji – wyborów, konstytucji, ustaw, sądów. Niedoczekanie ich! Nie rozumieją konieczności dziejowej, wynikającej z dialektyki dziejów, na przemian materialistycznej i idealistycznej. O wyborze zawsze decyduje demokracja, i zawsze jest to ścieranie się przeciwieństw – tezy i antytezy, z których wynika zawsze ta sama synteza – więcej władzy dla demokracji.

Czym więc jest demokracja? Wolą ludu, oczywiście, wyrażoną większością głosów. Jak się ją ustala? W wyborach, oczywiście. A kto organizuje wybory? Demokracja, oczywiście. A kto liczy głosy? Demokracja. A kto wybiera rząd? Czyżby lud? Nie, w demokracji rządu nie wybiera lud, tylko demokracja. Jakże to? Przecież demokracja to wola ludu! Ale lud nie pamięta, że koncepcja nowoczesnej demokracji wywodzi się od J.J.Rousseau, który widział absolutną suwerenność ludu w tym, że lud się zbiera na wielkiej polanie, zawiera umowę społeczną, ustanawia swoją nową Konstytucję, nie patrząc, co było wcześniej. W ten sposób lud wybiera demokrację, czyli całkowicie nowy ustrój, mający doprowadzić lud do pełni doskonałego szczęścia. Tym samym aktem lud, korzystając ze swojej absolutnej wolności ceduje swoje demokratyczne prawa, w sposób nieodwołalny. Oznacza to, że raz ustanowiona demokracja Rousseau, czyli liberalna, przyjęta w Europie Zachodniej otrzymuje od ludu pełną suwerenność raz na zawsze. Dalej wyrazicielem woli ludu jest już tylko i zawsze demokracja. Jeśli więc lud zagłosuje inaczej, niż chce demokracja, to jest to wybór niedemokratyczny, więc demokracja ma prawo i obowiązek nie uznawać tego wyboru.

Zabezpieczeniem przed niedemokratycznym wyborem ludu jest demokracja opancerzona, w Polsce realizowane przez polskojęzyczne media, uczelnie, przejęte po II Wojnie przez bermanowców (pobratymców tow. Jakuba Bermana z PPR, gorliwego bezpieczniaka, zajmującego się nauką i edukacją), celebrytów i tzw. „autorytety”.

O zgrozo, okazało się , że pancerz przerdzewiały kruszy się, i ci krnąbrni Polacy znów nie chcą być posłuszni demokracji, trzeba więc było uruchomić tryb demokracji walczącej. Znamy go na wschodzie Europy, już u nas panował ten porządek pod nazwą demokracji ludowej. Tam też demokracja realizowała wolę ludu , nawet, gdy ten lud pałowała, wsadzała do więzień, masakrowała, głodziła i upadlała. Koncepcja się nie zmieniła, tylko kierunek podległości i nazwa partii.

Jaki więc jest cel tej demokracji, że dla jego realizacji gotowa poświęcić lud, w imieniu którego sprawuje rządy? Cel demokracji zawsze jest ten sam – szczęście ludu, ale nie jego fragmentów, takich, jak narodu – szczęście całego ludu, globalnego. Nie może być tak, że jakaś grupa ludu realizuje swoje interesy, i przy tym nie myśli i nie dba o dobro pozostałego ludu całego świata. To niesprawiedliwe i niezgodne z prawdziwą wolą ludu. Każdy przecież chce być szczęśliwy, prawda? A czy może być szczęśliwy ktoś, kto wie, że gdzieś jest jakaś osoba nieszczęśliwa? Dopóki na świecie będzie istniało zło, dopóty ludzie będą nieszczęśliwi. Złem jest egoizm, który oddziela ludzi od siebie i wprowadza nierówności. Przecież ludzkość jest jedną wielka rodziną, a rodzina chce być razem. Żaden członek rodziny ludzkości nie może być oddzielony od pozostałych, bo wtedy zarówno on będzie nieszczęśliwy, jak i wszyscy pozostali, nieszczęśliwi z powodu jego nieszczęścia. A wraz ze szczęśliwymi, zjednoczonymi, połączonymi ludźmi będą szczęśliwe wszystkie zwierzątka, zapanuje wreszcie dobrostan roślin, oszczędzane będą zasoby dla przyszłych pokoleń, nie będzie wyzysku, tylko zrównoważony rozwój.

Ktoś oczywiście w imieniu ludzkiej, globalnej rodziny będzie zarządzał wspólnymi zasobami i rozwiązywał wspólne problemy. Będą to demokratycznie wybrani przedstawiciele, współpracujący z demokratycznymi naukowcami. Każdy będzie tak szczęśliwy, że w ogóle nie będzie musiał mieć niczego swojego, powszechne szczęście wystarczy. Czy dla osiągnięcia tego odwiecznego marzenia ludzkości, jakim jest ziemski raj, nie warto poświęcić jakichś drobnych, egoistycznych interesików, takich, jak wiara chrześcijańska, moralność, prawda obiektywna, naród, państwo narodowe, małżeństwo, rodzina, własność prywatna? Czy nie warto dla tak szczytnego celu poświęcić własnej, egoistycznej wolności i dobrobytu? Oczywiście, że warto, a jeśli lud tego nie rozumie i nadal się opiera, demokracja walcząca mu to wyjaśni i skieruje na świetlaną ścieżkę rozwoju.

Czytaj też:

Zachód, jakiego nie znacie

Wschód, i czego o nim nie wiecie

Oto stały i odwieczny cel demokracji liberalnej. Wspólny dla różokrzyżowców, iluminatów, masonów, socjalistów, komunistów, globalistów, UE, ONZ, współczesnych demokracji zachodnich. Kabała dla gojów. Ufajcie dalej w te gnostyckie opowieści, specyficznie zabarwione na sposób talmudyczny, a wtedy pogrążycie się w zjednoczeniu z Absolutem – totalitarną władzą, biowładzą, jak ją opisał Michel Foucault. Wasz wybór, możecie podążać szeroką drogą państwa globalnego, do eutanazji włącznie. Dla tych, którzy tego nie chcą, otwarta jest ścieżka własnego narodowego państwa. Tym bardziej kusząca, im wyraźniej widać debilizację demokracji liberalnej.

_______________

Z kim walczy demokracja walcząca, Bartosz Kopczyński, 27 grudnia 2024

−∗−

Więcej o demokracji walczące – tutaj.

A o debilizacji – tutaj.

Islam to kara za apostazję Europy. Dostaniemy ciemność zamiast światłości

26 grudnia 2024 https://pch24.pl/ks-guy-pages-islam-to-kara-za-apostazje-europy-dostaniemy-ciemnosc-zamiast-swiatlosci

Ks. Guy Pages: Islam to kara za apostazję Europy. Dostaniemy ciemność zamiast światłości

Islam jest karą za apostazję Europy. Nie chcieliśmy światła Chrystusa, więc będziemy mieć ciemność Antychrysta – mówi w rozmowie z PCh24 TV ks. Guy Pages, francuski kapłan, który nawraca muzułmanów.

Paweł Chmielewski: Papież Franciszek powiedział niedawno w Dżakarcie i Singapurze, że chrześcijaństwo oraz islam są różnymi drogami do Boga. Po co w takim razie jeszcze nawracać się na Chrystusa?…

Ks. Guy Pages: Sam otrzymuję świadectwa od muzułmanów, którzy mówią mi: „Dlaczego chcesz, abym wstąpił do Kościoła Katolickiego skoro wasz papież sam mówi, że islam jest wolą Boga? Jeśli islam jest wolą Boga, to chcąc mnie nawrócić, sprzeciwiasz się woli Boga!”. Albo pytają: „Dlaczego chcesz, żebym dołączył do waszego Kościoła, skoro wasz papież zezwala na błogosławienie par homoseksualnych, a ja osobiście nie mogę zaakceptować wspólnoty, w której błogosławi się homoseksualistów!”

Papież zniechęca do „prozelityzmu”. Trudno to w praktyce odróżnić od nawracania w ogóle. Jak w tej sytuacji zachęcać muzułmanów do przyjęcia wiary katolickiej?

Wolą Jezusa jest głoszenie Ewangelii. Postawa, za którą się opowiada Franciszek, czyli „głoszenia poprzez przykład, ale bez słów”, to tak, jakby powiedzieć ludziom: zobaczcie, jaki ja jestem dobry, ale już bez odniesienia się do źródła tego dobra! Dlatego papież Paweł VI powiedział, że żadne dzieło ewangelizacji nie jest zakończone, dopóki nie zostanie wypowiedziane imię Jezusa. Uważam więc, że dyskurs papieża Franciszka jest sprzeczny z prawdą katolicką, która głosi, że istnieje tylko jedna prawdziwa religia. Jezus nie powiedział: Ja jestem jedną z dróg do Boga. Powiedział: Ja jestem drogą.

Tak więc twierdzenie, że wszystkie religie prowadzą do Boga, tak jak papież ogłosił w Indonezji, oznacza zaprzeczenie Chrystusowi, który jest jedyną drogą. To jest dramat. Jeśli wszystkie religie prowadzą do Boga, to po co być katolikiem? Po co ci wszyscy męczennicy? Po co próbować nawracać muzułmanów czy kogokolwiek innego? To nie ma sensu!

Czy w islamie jest powszechne przekonanie, że chrześcijaństwo też jest drogą do Boga?

Nie. Dla islamu chrześcijaństwo jest na wskroś wypaczone. Dla islamu chrześcijanie to nic innego jak nieczystość. „Najgorsze stworzenia”, „wszyscy pójdą do piekła”. Jedynym grzechem, którego Allah nie może wybaczyć, jest wiara w Trójcę. Tak więc chrześcijaństwo w islamie jest skazane na wyeliminowanie i zastąpienie przez islam. Sury wzywają do wytępienia chrześcijan. Aby uzasadnić swoje istnienie, islam, przychodząc po Chrystusie, który jest absolutną doskonałością, musi powiedzieć, że to, co było przed nim, jest nieprawdziwe, sfałszowane i ma zostać zastąpione. Tak więc dla muzułmanów bycie muzułmaninem oznacza to szczęście, że nie są chrześcijanami. Ponieważ każdy muzułmanin wie, że wszyscy chrześcijanie idą do piekła!

Islam jest więc anty-chrystianizmem?

Muzułmańskie wyznanie wiary streszcza się w następującym stwierdzeniu: Nie ma innego boga niż Allah. Innymi słowy, „nie” dla Trójjedynego Boga, „nie” dla Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, Zbawiciela ludzkości. Islam miał zastąpić chrześcijaństwo. Jest dosłownie antychrystem. Święty Jan, w swoim pierwszym liście pyta, kim jest Antychryst. Odpowiada: Tym, który zaprzecza Ojcu i Synowi. Islam nadchodzi, aby zniszczyć Kościół i go zastąpić. Pomysł, że będziemy szukać wspólnej płaszczyzny, przyjaźni i tak dalej, jest całkowicie błędny. Na poziomie ludzkim to co innego. Przyjaciół można mieć wszędzie, ale nie dlatego, że są muzułmanami, z pewnością nie. Święty Jan w swoim drugim liście mówi: Jeśli ktokolwiek przychodzi do was, nie przynosząc Ewangelii, lub – moglibyśmy powiedzieć – odrzucając Ewangelię, nie przyjmujcie go do swoich domów.

Papież w 2019 roku podpisał też deklarację z Abu Zabi o ludzkim braterstwie, gdzie mówi się, że Bóg chce różnych religii, w tym islamu…

Dokument który podpisał, opiera się na porządku naturalnym. Twierdzi się tam, iż Bóg chce pluralizmu religii, tak jak chce pluralizmu ras, płci, kolorów skóry i tak dalej. Tak więc specyficzna różnica porządku nadprzyrodzonego zostaje zanegowana. Religia staje się jedną z rzeczy stworzonych przez Boga. Jeśli więc porządek nadprzyrodzony nie istnieje, nie istnieje również objawienie. Tak więc Jezus Chrystus również nie istnieje.

Skoro islam jest anty-chrystianizmem, to dlaczego Bóg dopuścił, żeby mahometanie podbili tak wiele dawniej chrześcijańskich terytoriów – w Afryce Północnej, na Bliskim Wschodzie?

Faktem jest, że w 711 roku islam przekroczył Cieśninę Gibraltarską i dokonał inwazji na Hiszpanię. Jednocześnie znajdował się u bram Chin. Tak więc w 80 lat po śmierci Mahometa podbił wszystkie te terytoria, które były de facto chrześcijańskie. Sama Arabia Saudyjska była obsadzona biskupstwami. W Jemenie wciąż można znaleźć fundamenty klasztorów. Tak więc wszystkie te ludy były chrześcijańskie. Dlaczego zostały podbite? Ponieważ popadły w herezję. Czyli, na przykład w Egipcie, przyjęto monofizytyzm – głoszący, że Jezus ma tylko jedną naturę; w Afryce Północnej przyjęto donatyzm; w Hiszpanii przyjęto arianizm, podobnie jak na południu Francji. I tylko plemieniu Franków udało się odeprzeć tę inwazję na Europę Zachodnią, celebrując zwycięstwo pod Poitiers w 732 roku. Dlaczego plemię Franków? Było to jedyne plemię, które pozostało katolickie pośród całej masy plemion, które upadły.

Czy w ocenie księdza islam podbije teraz również upadłą Europę?

To już się dzieje. W moim wystąpieniu na kongresie przytoczyłem dane podane przez kardynała Turksona w 2012 r., podczas synodu poświęconego nowej ewangelizacji. Powiedział on wówczas, że 30% dzieci poniżej 20. roku życia we Francji to muzułmanie, a więc do 2027 r. co piąty Francuz będzie muzułmaninem i że w ciągu czterech dekad Francja stanie się republiką islamską, oraz że w tamtym czasie 50% dzieci w krajach Beneluksu było muzułmanami. W 2050 r. Niemcy będą republiką islamską. Do 2050 roku! Statystycznie jest to więc oczywiste. Islam jest już drugą religią w wielu krajach niemuzułmańskich. Z jednej strony Europejczycy zabijają swoje dzieci poprzez aborcję, po pierwsze po to, aby zachować swój czas wolny, a teraz także po to, aby ocalić planetę. Z drugiej strony sprowadzamy imigrantów, aby ich zastąpić, ponieważ nie mamy wystarczającej liczby ludzi do zapewnienia usług. Ale ci ludzie, którzy przyjeżdżają, są ukształtowani przez islam i myślą, że ich misją daną im przez Allaha, kiedy przyjeżdżają do Europy, jest oczywiście doprowadzenie do panowania islamu. Jeśli jesteś muzułmaninem, służysz Allahowi. A czego chce Allah? Chce, aby prawo szariatu obowiązywało na całym świecie. Takie jest powołanie islamu od samego początku: totalitarna władza nad całym światem.

Islamizacja Europy byłaby zatem karą za poddanie się liberalizmowi w polityce i modernizmowi w teologii?

Ma Pan całkowitą rację. Mówiłem o historii i dotyczyło to tego, że kraje, które zostały zislamizowane, były krajami, które stały się heretyckie. Z tego powodu, nie mając już łaski Bożej, dzięki której otrzymały Jego pomoc, zostały również podzielone politycznie, a zatem osłabione. Dzisiejsza Europa, która odrzuciła wiarę, jest w podobnej sytuacji. Jan Paweł II mówił w Ecclesia in Europea o milczącej apostazji Europy. Odrzuciliśmy wiarę, więc Bóg mówi: Nie chcecie Chrystusa, będziecie mieli Antychrysta. Nie chcecie światła, będziecie mieli ciemność. Nie chcecie Boga, dostaniecie diabła. Jeśli zgasimy światło, otrzymamy ciemność. Albo jedno, albo drugie. Islam jest więc karą za naszą apostazję. Ponieważ życie pod panowaniem Antychrysta, to znaczy przeciwko prawdzie, przeciwko wcielonej miłości, już jest piekłem.

To jest proces nieodwracalny?

To jest kara za naszą apostazję, ale jednocześnie, ponieważ wciąż żyjemy w czasie, wszystko jest możliwe, jeśli mamy wiarę. Bóg, w tym samym czasie, gdy w imię Swojej sprawiedliwości karze nasze narody, jednocześnie daje nam, w tym samym ruchu, możliwość skorzystania z miłosierdzia, otrzymania Jego miłosierdzia. A na czym polega to miłosierdzie? Mianowicie na tym, że jeśli będziemy ewangelizować muzułmanów, którzy znajdują się na naszej ziemi, oni staną się nową krwią Kościoła. Bóg posługuje się wszystkim, jak mówi święty Paweł w Liście do Rzymian 8, 37, wszystko służy dobru tych, którzy miłują Boga – ale tych, którzy miłują Go w prawdzie. Tak więc ci muzułmanie, którzy są w Europie, nie prosiliby o nic innego, jak tylko o przyjęcie chrześcijaństwa, gdybyśmy pokazali im piękno Chrystusa. Jeżeli jednak mówimy: wszystkie religie pochodzą od Boga, to po co ich ewangelizować? Niech pozostaną muzułmanami! W ten sposób sami się prosimy o karę polegającą na staniu się muzułmanami, o ich dominację nad nami. Antychryst, jak mówi apokalipsa, jest bestią z siedmioma głowami. Widzimy tego smoka w apokalipsie, który chce pożreć kobietę i jej dziecko, reprezentujących Maryję i Jezusa, ale także Kościół i chrześcijan. 7 głów, ponieważ niezależnie od tego, czy jesteś muzułmaninem, masonem, żydem, LGBT czy kimkolwiek innym – wszystkie te rzeczy łączy odrzucenie Chrystusa. Bestia ma wiele głów.

Więcej w nagraniu.

Źródło: PCh24 TV

Pach

Rekordy (nie)sprawiedliwości

28 grudnia 2024 r. | Nr 52/2024 (704) mtodd

Rekordy (nie)sprawiedliwości

       Szanowni Państwo!  Z Nowym Rokiem lubimy się pocieszać (lub straszyć) przepowiedniami. Ostateczna reforma sądownictwa będzie zarówno pociechą dla przestępców wszelkiej maści, jak i ostateczną klęską ludzi uczciwych.
       Obawiam się, że Resort (nie)Sprawiedliwości sięgnie po rekord Guinness’a, w kategorii sądów najwolniejszych i najbardziej niezależnych od prawa, logiki i zdrowego rozsądku.
Gdyby to się Tuskowi udało wprowadzić, to mógłby zmienić nazwisko na Koniecpolski.
       Na szczęście większość przepowiedni się nie sprawdza. W tym wypadku wiele zależy od nas samych. Spróbujmy odsunąć od władzy mafię, która po 13 grudnia ubiegłego roku dorwała się do władzy. Bo jak nie, to zostanie nam odebrane wszystko z wolnością na czele.
Uwaga!!! To już trwa! A zatem życzmy sobie przywrócenia prawa, jak rozumieją je zwykli Polacy, nie tylko chrześcijanie.

     Z pozdrowieniami
Małgorzata Todd

Zwrot przez kruchtę, czyli Eins Zwei Drei! Vschrut Notznej Tschishy!

Zwrot przez kruchtę, czyli Eins Zwei Drei! Vschrut Notznej Tschishy!

Autor: Ewaryst Fedorowicz , 26 grudnia 2024

Ja rozumiem, że tzw. okoliczności zewnętrzne są dla aktualnych (do 20 stycznia 2025) dzierżawców nadwiślańskiej kolonii niekorzystne:

zawiodła próba obsadzenia na stanowisku prezydenta (bez feminatywów) USA osoby o umyśle ćpającej nastolatki (staram się być uprzejmym) i to pomimo podjęcia dwóch prób ostatecznego rozwiązania kwestii trumpowskiej.
Wprawdzie Rosjanie twierdzą, że Бог тройцу любит i próby trzeciej w ciągu kilku miesięcy wykluczyć nie można, ale to nie Rosjanie , a inni szatani byli tu czynni, a poza tym, skoro z obu zamachów Trump uszedł z życiem, to trzeci może doprowadzić do tzw. destabilizacji wewnętrznej (eufemizm), a ta Rotszyldom (jeszcze) na rękę nie jest.

Po drugie, komtur sopocki, trzymający od roku za twarz nadwiślańskich tubylców, ma w kartotece strzelanie w plecy Trumpowi, że o bohatersko rzucanych, w stronę (wydawałoby się pchniętego w polityczny niebyt) Trumpa, epitetach nie wspomnę.

A że wynik nadwiślańskiego, majowego głosowania (nie mylić z wyborami) niepewny, bo ostatecznie zdecyduje o nim nowy Ambasador USA, który zastąpi tego, za przeproszeniem, Brzezinskiego, zaordynowali platformiarscy – i tu użyję swojego określenia – spinfelczerzy, zwrot przez kruchtę (no co – skoro można przez rufę, to i można przez kruchtę) pod dwoma, kompatybilnymi hasłami:

Kiedy trwoga – to do Boga!
i Ratuj się kto w Boga wierzy!

Zwracam uwagę na fakt, że w obu hasłach, zwyczajową u nich pisownię słowa bóg małą literą, zastąpiła litera duża – taka mądrość etapu.

***

W polityce nadwiślańskiej, cudowne nawrócenia są nie tyle starą, co wręcz przestarzałą tradycją:

nikt tak się w czasie mszy świętej transmitowanej (jest taka kategoria mszy) nie walił w piersi, jak prezydentowa Komorowska, z przezacnej, żydowskiej i ubeckiej w jednym, rodziny rodem.
A miała w co walić!

A nowogrodzka ferajna, w kolejce pchająca się i nastawiająca otwory gębowe do komunii świętej przy dowolnej okazji?

Strategia taka jest wprawdzie kusząca, ale i zawodna:
wystarczy przypomnieć nowogrodzkie, pisowskie grzmocenie się po (własnych) klatach i hurtowe nadstawianie otworów gębowych podczas prymicyjnej mszy syna premier z broszką.

Cóż to był za spektakl!

Ale nie tak długo potem sprawa się rypła, ksiądz poczuł prymat woli Bożej nad powołaniem i…. no właśnie.

***

Dla wdrożenia strategii pt zwrot przez kruchtę, najbardziej odpowiednie są święta kościelne, najlepiej z tych wielkich, jak Boże Narodzenie czy Wielkanoc.
Ulice puste, Ciemny Lud (© Jacek Bernsteinowicz Kurski) po domach, a jak po domach – to i blisko telewizorów: no nic tylko im w głowach namieszać.

Już w Adwencie, lider w wyścigu do Pałacu Namiestnikowskiego zadeklarował się jako katolik, co na mnie akurat żadnego wrażenia nie robi, bo mam dużo lat i pamiętam, że nawet tacy biskupi jak Życiński, Pieronek, też tak się deklarowali.

A w Wigilię obejrzeliśmy tzw. śpiewanie kolęd, najdosłowniej zarządzone przez komtura sopockiego, który tym razem wcielił się nie tylko w rolę scenarzysty, reżysera, ale i dyrygenta, a nawet zapiewajły.

W kategorii programów rozrywkowych to powinien być Wigilijny hit hitów!

Urzekł mnie neo-prawicowiec Gawkowski, kolędujący zamaszyście, że hej!
Ale i neo-prawicówka (tu akurat na feminatyw sobie pozwolę) Kotula, mamrocąca najwyraźniej z obrzydzeniem, …Bóg się nam rodzi!

Ale cóż, Pan każe – sługa musi! (to nie ja – to Mickiewicz), to i reszta tej neo-prawackiej zbieraniny młóciła …przywitać Pana, aż mikrofony pękały.

No, ale (parafrazując klasyka) Pałac Namiestnikowski wart mszy!, a co dopiero jakiejś kolędy.
***
Z tym neoprawackim kolędowaniem rzecz o tyle ciekawa, że jak złe media donosiły, w domu komtura kolędy śpiewano ….po niemiecku.

A tu, na potrzeby tzw. chwili – trzeba było je po polsku zaprezentować.

I kiedy tak patrzyłem na komtura, który te wszystkie swoje neo-prawaczki i neo-prawaków w rządku ustawił, komendę wydał i nawet zaintonował, to ja najmocniej przepraszam, ale moje, subtelne (w końcu wiele lat nauki gry na skrzypcach) ucho zamiast

Raz, dwa, trzy i Wśród nocnej ciszy”, usłyszało – jak w tytule .
https://ewaryst-fedorowicz.szkolanawigatorow.pl/juszczyniada-czyli-kasciarze-do-wziecia

https://www.salon24.pl/u/ewarystfedorowicz/180202,pis-ma-haslo-slusznie-brzmiace

https://twitter.com/DariuszMatecki/status/1871520504789778721

https://wpolityce.pl/polityka/191223-donald-tusk-w-zetce-premier-przyznal-sie-ze-spiewa-w-swieta-po-niemiecku-i-popiera-rejestracje-zwiazkow-homoseksualnych

Czym jest bestia?! Bandom Bestii przewodzi zawsze Szatan.

Czym jest bestia?! – Marek T. Chodorowski 43 minuty

Autor: AlterCabrio , 22 grudnia 2024

Wydaje się, że większość Polaków, a na pewno potężna część w ogóle nie rozumie tego systemu III RP, czyli udało się wmówić im, że żyją w państwie wolnym, że tzw. demokracja jest jakąś nieprawdopodobną wartością, że Unia Europejska jest jakąś nieprawdopodobną wartością i że konsumpcja jest wartością.

(…)

My jesteśmy, nie chcę powiedzieć obciążeni, ale uszlachetnieni pewnymi normami, pewnymi zakazami. A więc gdyby nie Bestia, to z takimi naturalnymi ludzkimi wadami dawno byśmy sobie poradzili.

−∗−

Czym jest bestia?! – Marek Tomasz Chodorowski

Jezioro spermy, dziecko w słoiku i inne bajki Glorii Polo

[przypominam, bo na zaprzyjaźnionym portalu ktoś umieścił [znów? nieuważnie?] głupotki tej pani. MD]

https://ekspedyt.org/2013/04/06/jezioro-spermy-dziecko-w-sloiku-i-inne-bajki-glorii-polo/

Autor: Mirosław Dakowski , 6 kwietnia 2013

Jezioro spermy, dziecko w słoiku i inne bajki Glorii Polo

[Muszę wpisać sam, bo powtarzanie tych bredni w roku 2013 jest żałosne, ale straszne. O “tigrie” ledwie wspomnę. A w 2024???

Próbowałem dotrzeć z ostrzeżeniami i prośbami o wyjaśnienia i ew. korektę takich, jak opisane niżej, bzdur do Tłumaczy, też do Księdza promującego te świadectwa. Bez skutku. Dlatego umieszczam ostrzeżenie p. TT. Jest klarowne i rozumne. Odróżnia się od wielu głosów „dyskutantów” na Forum Frondy, którym logiki i rozumu jakby zabrakło. MD

====================================

12 marca 2009; Autor ukrywa się pod pseudonimem Tomek Torquemada
http://fronda.pl/2441/blog/jezioro_spermy_dziecko_w_sloiku_i_inne_bajki_glorii_polo

Od ładnych paru miesięcy krąży po internecie świadectwo Glorii Polo. Kolumbijka owa opowiada jak to trafiona przez piorun odbyła podróż w zaświaty, skąd powróciła do świata żywych, została cudownie uzdrowiona z oparzeń IV stopnia i nawróciła się.
Historia ta jest bardzo poważnie traktowana przez wiele osób. Niestety, mimo pozytywnego przesłania moralnego, jest ona nieprawdziwa i pełna niedorzeczności, a nawet błędów teologicznych. Oto dlaczego tak uważam:


NAŁADOWANA ELEKTRYCZNIE ZIEMIA
Gloria Polo:
Piorun opuścił moje ciało przez lewą nogę. Moje nerki doznały poważnych oparzeń, podobnie jak płuca i jeden z moich jajników. Używałam spirali jako środka antykoncepcyjnego. Ta była z miedzi, a miedź jest przecież dobrym przewodnikiem prądu. Dlatego też moje jajniki zostały tak mocno spalone. Były tak małe jak dwa winogrona. Moje serce przestało bić i byłam praktycznie bez życia. Moje ciało drgało i wibrowało wskutek wstrząsów elektrycznych, które wytworzył piorun. Mokra ziemia była także pod napięciem elektrycznym. Początkowo więc nikt nie mógł mi pomóc, gdyż przez dłuższy czas niemożliwością było dotknięcie mnie.
Widziałam, jak moje nieruchome ciało leżało na noszach na oddziale uniwersytetu medycznego w Bogocie. Widziałam lekarzy, jak się o mnie starali i aplikowali mi elektrowstrząsy, by wznowić pracę serca. Przedtem ja i mój siostrzeniec leżeliśmy ponad dwie godziny na ziemi, ponieważ nie można nas było dotknąć z powodu wyładowań, jakie wychodziły z naszych naładowanych prądem ciał. Dopiero teraz mogli się nami zająć i dopiero teraz podjęto moją reanimację.
Stan faktyczny:
Mokra ziemia nie gromadzi ładunków elektrycznych. Każdy absolwent szkoły podstawowej powinien wiedzieć jak działa instalacja odgromowa. Naładowane elektrycznie ciało położone na mokrej ziemi błyskawicznie by się rozładowało. Iskry strzelające przez dwie godziny z naładowanych prądem ciał to czysty absurd.
Kolejny absurd: po 2 godzinach od ustania pracy serca nikt by nie podejmował prób reanimacji. Już po kilku minutach od zatrzymania krążenia następują nieodwracalne zmiany w mózgu spowodowane niedotlenieniem.


KWARC ŚCIĄGAJĄCY PIORUNY
Gloria Polo:
Piorun trafił go od tyłu i spalił jego całe wnętrzności. Na zewnątrz pozostał nienaruszony. Mimo swego tak młodego wieku był całkowicie oddany Bogu. Czcił w sposób szczególny Dzieciątko Jezus. Nosił na szyi kwarcowy medalik z Jego wizerunkiem. Biegli medycyny sądowej powiedzieli, że to kwarc przyciągnął piorun. Piorun wniknął bezpośrednio w jego serce. Natychmiast ustała jego praca. Spaliły się wszystkie organy, po czym prąd pioruna opuścił ciało przez nogi. Próby reanimacji były daremne. Na zewnątrz jednakże nie miał żadnych oparzeń.
Stan faktyczny:
Kwarc (kryształ górski) nie jest przewodnikiem prądu elektrycznego, więc nie ma żadnego wpływu na pioruny. Podpieranie się rzekomą opinią biegłych sądowych to zwykłe wciskanie kitu.


JAJNIKI SPALONE DZIĘKI SPIRALI
Gloria Polo:
Piorun opuścił moje ciało przez lewą nogę. Moje nerki doznały poważnych oparzeń, podobnie jak płuca i jeden z moich jajników. Używałam spirali jako środka antykoncepcyjnego. Ta była z miedzi, a miedź jest przecież dobrym przewodnikiem prądu. Dlatego też moje jajniki zostały tak mocno spalone. Były tak małe jak dwa winogrona. Moje serce przestało bić i byłam praktycznie bez życia. Moje ciało drgało i wibrowało wskutek wstrząsów elektrycznych, które wytworzył piorun. Mokra ziemia była także pod napięciem elektrycznym. Początkowo więc nikt nie mógł mi pomóc, gdyż przez dłuższy czas niemożliwością było dotknięcie mnie.
Stan faktyczny:
Przy napięciach i natężeniach prądu z wyładowania atmosferycznego, ludzkie ciało działa jak całkiem niezły przewodnik. Piorun nie musiałby sobie szukać małego drucika we wnętrzu ciała, mogąc spływać do ziemi całą jego objętością. To po pierwsze.
A po drugie, nawet założywszy, że spirala była z czystej miedzi, i przepłynęło przez nią znacząco więcej prądu niż przez resztę ciała – nie mogłoby to mieć wpływu na jajniki, gdyż spirala ich nie dotyka. Ma ona bowiem kształt litery T, jeden jej koniec jest ulokowany w pobliżu szyjki macicy, a dwa pozostałe bliżej ujść jajowodów. Po szczegóły dotyczące budowy kobiecych narządów rozrodczych odsyłam do atlasu anatomicznego.


DZIECKO W SŁOIKU I BLIZNA PO ABORCJI
Gloria Polo:
Gdy miałam 13 lat, moja przyjaciółka Estela zaszła w ciążę. Gdy mi opowiedziała o swojej ciąży, zapytałam się jej: ?Ale chyba wzięłaś pigułki? Odparła: ?Tak, ale na nic się to zdało.? Powiedziałam: ?I co teraz? Co zrobisz? Kto jest ojcem? Odpowiedziała: ?Nie wiem.? Nie wiedziała, czy było to podczas tego spaceru, czy tamtego, lub na tym festynie, czy też czy ojcem dziecka jest jej narzeczony. Powiedziała mi: ?Powiem po prostu, że to jego (jej narzeczonego).?
W czerwcu ona i jej rodzina pojechali na wakacje. Była już w piątym miesiącu ciąży. Kiedy powróciła, byłam zaskoczona. Nie było już oznak ciąży. Nie było widać dużego brzucha, ale wyglądała jak trup. Była tak blada i nic nie pozostało z tej ekstrawertycznej, żywej dziewczyny, która tak chętnie się bawiła. Mówiąc w skrócie: Nie była tą samą dziewczyną. (…)
Gdy Estela powróciła z wakacji, nie była już tym radosnym podlotkiem co niegdyś, skłonnym do zabaw. Miała zamglone spojrzenie. Nie chciała mi w ogóle opowiedzieć, co się stało. Ale pewnego razu byłam u niej w domu i wtedy pokazała mi bliznę po operacji, z aborcji. Powiedziała: ?Gdy moja matka dowiedziała się, że jestem w ciąży, tak się wściekła, że natychmiast wzięła mnie za rękę, wcisnęła do samochodu i zawiozła do ginekologa. Gdy tam dotarłyśmy, rzekła mu: ?Jest w ciąży. Proszę, niech Pan żąda, czego chce, ale natychmiast trzeba operować moją córkę i usunąć ten problem (jak rzeczowo: problem).??
Po tym jak mi to powiedziała, otworzyła szafę i pokazała mi słoik, w którym w roztworze spirytusowym znajdował się płód. To było jej dziecko. Było już całkowicie rozwinięte, zakonserwowane w tym słoiku. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Jej matka obstawała, aby Estela miała przed swymi oczyma konsekwencje swego błędnego postępowania. A na wieczku tego słoika stało pudełko z pigułkami antykoncepcyjnymi, aby nigdy nie zapomniała ich brać. Wyobrażacie sobie coś takiego???
Stan faktyczny
Po aborcji nie zostają blizny. Aborcję z chirurgicznym przecięciem powłok brzusznych stosuje się tylko w niezwykle rzadkich przypadkach ciąży pozamacicznej (zagnieżdżenie się zarodka w jajowodzie lub “wypadnięcie” go do jamy brzusznej). W normalnej sytuacji dzieci nienarodzone morduje się za pomocą:
– Farmakologii (środki wczesnoporonne) – stosowane w początkowym okresie ciąży. Następuje poronienie podobne do naturalnego, po którym oczywiście blizny nie pozostają.
– Mechanicznie – za pomocą wyłyżeczkowania jamy macicy lub poćwiartowania dziecka innymi narzędziami. Ciało dziecka wydobywa się w kawałkach drogami naturalnymi, więc blizny na brzuchu nie ma również w tym przypadku.
– Późne aborcje przeprowadza się barbarzyńskimi sposobami, ale również bez cięcia brzucha. Zarówno przy wstrzyknięciu roztworu soli do worka owodniowego, jak przy aborcji przez “poród częściowy” (miażdżenie główki dziecka podczas wywołanej przedwcześnie akcji porodowej) ciało wydobywa się drogą naturalną.
Bliznę na brzuchu wkładamy więc między bajki. Pozostaje problem dziecka w słoiku.
W przypadku aborcji farmakologicznej – zarodek jest zbyt mały, by dobrze prezentować się w słoiku – wystarczyłaby fiolka.
W przypadku aborcji w I lub II trymestrze ciąży – dziecko jest ćwiartowane żywcem, więc w słoiku nie pływałoby ciało, lecz zakrwawione członki.
W przypadku późnej aborcji z kolei dziecko by się w słoiku po prostu nie zmieściło.
Tak więc trup w szafie również trafia na półkę z horrorami.


JEZIORO SPERMY W CZYŚĆCU
Gloria Polo:
W tym stanie dotarłam do swego rodzaju grzęzawiska, gdzie wiele osób tkwiło po szyję w bagnie i jęczało. Pojęłam, że to bagno złożone było z nasienia, które wytrysnęło w grzesznych związkach i podczas seksualnych zboczeń, za które my ludzie na ziemi jesteśmy odpowiedzialni. Jedynie stosunek płciowy, który dokonuje się w związku sakramentalnym, jest pobłogosławiony przez Boga, gdyż On Sam obecny jest przy tym akcie i jest właśnie trzecią Osobą w tym związku małżeńskim. On jest miłością, która uświęca i uszlachetnia każdy akt małżeński. Seksualność pozbawiona sakramentalnych fundamentów jest tylko czystą żądzą, zaspokojeniem, egoizmem. Właśnie z tego powodu ci ludzie cierpią w tym bagnie, które sami zgotowali sobie na ziemi niepohamowanymi namiętnościami. Każdy, kto uczestniczył w takich grzesznych i pozamałżeńskich stosunkach płciowych, tkwi w owym bezkresnym i cuchnącym bagnie i cierpi niezmiernie z tego powodu. Wstydzi się swoich złych uczynków.
Nagle odkryłam w tym bagnie również mojego tatę. Ujrzałam go zanurzonego po szyję w tej cuchnącej mazi. Przeszył mnie ból i głośno krzyknęłam: ?Tato, co tu robisz?? Odpowiedział płaczącym głosem: ?Moja córko, ach moja córko, cudzołóstwo, niewierność!?
Stan faktyczny:
Abstrahując od kuriozalności sytuacji i niesmaku, jaki pozostawia, żadna ze znanych mi opinii teologicznych nie wspomina o jeziorze nasienia w czyśćcu. Wszystkie znane mi opinie mówią o ogniu czyśćcowym.
ŚLEPE POSŁUSZEŃSTWO BISKUPOM I KAPŁANOM
Gloria Polo:
Całym sercem i całą duszą wdzięczna jestem w imieniu Jezusa Chrystusa Papieżowi, Jego zastępcy na ziemi, kapłanom i osobom konsekrowanym Kościoła Rzymsko-katolickiego. Ślepo słucham ich wszystkich, gdyż takie było właśnie polecenie naszego Pana Jezusa Chrystusa, gdy pozwolił mi powrócić do ziemskiego życia
Stan faktyczny:
Kościół nie żąda ślepego posłuszeństwa, lecz posłuszeństwa poddanego wierze i rozumowi. Gdy władza (również kościelna) nakazuje czyny sprzeczne z prawem Bożym – należy się jej sprzeciwić. Patrz encyklika Diuturnum illud Leona XIII, encyklika Ad beatissimi Apostolorum Benedykta XV oraz św. Tomasz z Akwinu – Suma Teologiczna II a II ae, q. 33 a. 4 ad. 2
Źródło ZŁA I MOC DIABŁA
Gloria Polo:
Kto oglądał film „Pasja” Mela Gibsona, ten przypomni sobie, że szatan był ukazany podczas biczowania Pana jako dziecko, które patrzyło na Jezusa i uśmiechało się do Niego. Szatan jednak nie jest dzieckiem, lecz potworem, przyczyną i sprawcą wszelkiego zła, perwersyjnym, wstrętnym typem, który zniewolił wielu ludzi żądzą ciała, czarami i fałszywymi naukami, np. że diabeł nie istnieje. Wyobraźcie sobie, jaki jest sprytny, że daje się zanegować. Wmawia nam, że go nie ma, aby mógł spokojnie czynić z nami wszystko, co chce. Nawet wierzących okłamuje na wszelkie możliwe sposoby. Sieje zamęt wśród ludzi na tysiące sposobów i wykorzystuje słabe punkty każdej osoby.
Stan faktyczny:
Gloria Polo mocno przecenia znaczenie i rolę diabła. Jest on co prawda “głównym sprawcą grzechu” (patrz rytuał chrzcielny), ale nie jest “przyczyną i sprawcą wszelkiego zła”. Pokusy, zło i grzechy mogą być skutkiem natchnień szatańskich, ale równie dobrze pożądliwości ciała czy wolnej woli człowieka. Szatan też nie może “spokojnie czynić z nami wszystko, co chce”: granicą jest wolna wola człowieka oraz zakres dopustu Bożego (nikt nie jest kuszony bardziej, niż może znieść).


Tak więc “świadectwo” Glorii Polo to zwykła pobożna historyjka, w większej części zwyczajnie wymyślona. Z uwagi na błędy urągające zdrowemu rozsądkowi oraz nieścisłości teologiczne – nie powinna być propagowana w obecnej formie, gdyż naraża wiarę katolicką na zwyczajne ośmieszenie. Natomiast po wprowadzaniu korekt mogłaby być moim zdaniem rozpowszechniana, ale z wyraźną adnotacją, że jest to fikcja literacka.

Och, ty Brahmaputra ! Chiny planują największą zaporę wodną na świecie.

Chiny planują największą zaporę wodną na świecie. To potężne zagrożenie

26.12.2024 https://www.tysol.pl/a132933-chiny-planuja-najwieksza-zapore-wodna-na-swiecie

Władze Chin zatwierdziły projekt budowy największej zapory wodnej na świecie – podała w czwartek Agencja Reutera. Obawy co do projektu wyraziły położone w dolnym biegu rzeki Indie i Bangladesz.

zdjęcie ilustracyjne Chiny planują największą zaporę wodną na świecie. To potężne zagrożenie

zdjęcie ilustracyjne / Pixabay

Władze Chin zatwierdziły projekt budowy największej zapory wodnej na świecie, która ma powstać na rzece Yarlung Tsangpo (Brahmaputra) na Wyżynie Tybetańskiej – podała w czwartek Agencja Reutera. Obawy co do wpływu projektu na środowisko wyraziły położone w dolnym biegu rzeki Indie i Bangladesz.

Chiny planują największą zaporę wodną na świecie

Według szacunków chińskiej spółki państwowej Power Construction Corp. z 2020 roku połączona z zaporą hydroelektrownia będzie w stanie wyprodukować 300 mld MWh energii elektrycznej rocznie.

To ponad trzy razy więcej, niż produkuje Tama Trzech Przełomów (88,2 mld kWh) w środkowych Chinach, obecnie największa na świecie zauważył Reuters.

To potężne zagrożenie dla środowiska

Jak dodała agencja, spodziewany koszt przedsięwzięcia również ma być większy. Postawienie Tamy Trzech Przełomów kosztowało ponad 254 mln juanów (ok. 35 mld dolarów), czyli ponad czterokrotnie więcej, niż pierwotnie zakładano, i wiązało się z wysiedleniem ok. 1,4 mln osób.

Nowy projekt ma odegrać kluczową rolę w osiągnięciu przez Chiny celów dotyczących ograniczenia emisji dwutlenku węgla i neutralności węglowej, a także dać impuls do rozwoju pokrewnym gałęziom przemysłu i stworzyć miejsca pracy w regionie – podała agencja prasowa Xinhua.

Chińskie władze nie poinformowały, ile osób będzie musiało zostać przesiedlonych w związku z realizacją projektu.

Mimo uspokajających zapewnień władz w Pekinie obawy dotyczące budowy zapory wyraziły Indie i Bangladesz, położone w dolnym biegu rzeki. Państwa te podkreśliły, że projekt może zmienić nie tylko lokalny ekosystem, ale także bieg rzeki w jej dolnym odcinku.

Chanuka: Franciszek złożył życzenia swoim żydowskim braciom i siostrom.

Franciszek złożył życzenia wyznawcom judaizmu z okazji Chanuki

https://pch24.pl/franciszek-zlozyl-zyczenia-wyznawcom-judaizmu-z-okazji-chanuki

Po odmówieniu modlitwy „Anioł Pański” i udzieleniu apostolskiego błogosławieństwa Ojciec Święty podziękował za otrzymane życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia i… złożył życzenia wyznawcom judaizmu z okazji święta chanuki.

Drodzy bracia i siostry, ponownie składam Wam wszystkim życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia. W tych dniach otrzymałem wiele przesłań i znaków bliskości, dziękuję. Pragnę podziękować wszystkim, każdej osobie, każdej rodzinie, parafiom, stowarzyszeniom. Dziękuję wszystkim.

Wczoraj wieczorem rozpoczęły się obchody święta świata – chanuka, celebrowane przez osiem dni przez „naszych żydowskich braci i siostry” na świecie, którym przesyłam najlepsze życzenia pokoju i braterstwa – powiedział Franciszek.

Jak podkreślał wielokrotnie ks. prof. Waldemar Chrostowski, błędne byłoby przekonanie, że współczesny judaizm stanowi kontynuację Starego Przymierza i z tego powodu miałby być bardzo bliski chrześcijaństwu. Różni się on bowiem fundamentalnie od dawnego testamentu, którego sednem była zapowiedź i przygotowanie do przyjścia na świat Mesjasza, którym był Jezus Chrystus. 

Spontaniczna i kierowana

Spontaniczna i kierowana

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    24 grudnia 2024 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5741

W dzisiejszych czasach coraz mniej jest świętości. Kiedyś, za pierwszej komuny, do świętości należał ustrój socjalistyczny i sojusze, a zwłaszcza jeden – ze Związkiem Radzieckim. Edward Gierek, którego Naczelnik Państwa jeszcze niedawno zachwalał, jako „polskiego patriotę”, kazał nawet ten sojusz wpisać do konstytucji, razem z przewodnią rolą Partii w budowie socjalizmu. Wprawdzie konstytucją Partia się specjalnie nie przejmowała, a w każdym razie nie tak, jak teraz, kiedy nawet Kukuniek nie zdejmuje przepoconej koszulki z napisem „konstytucja” – ale na podstawie tego przepisu Związek Radziecki zyskiwał wobec Polski roszczenie, że musi się z nim przyjaźnić. Gdyby, dajmy na to, Polska przyjaźnić się nie chciała, to dopuszczałaby się deliktu konstytucyjnego, a wtedy ZSRR mógłby legalnie przywrócić stan zgodny z prawem na przykład przy pomocy „bratniej pomocy”. Jak widzimy, „polscy patrioci” chadzają bardzo krętymi ścieżkami i nie jestem pewien, czy przypadkiem nie dlatego Naczelnik Państwa tak wychwalał patriotyzm Edwarda Gierka, że sam – to znaczy , do spółki z Tuskiem Donaldem – stręczył Polakom w roku 2003 Anschluss, którego skutki okazują się właśnie bardzo podobne do skutków wpisania przyjaźni ze Związkiem Radzieckim do konstytucji?

Ale mniejsza o Naczelnika, któremu teraz Volksdeutsche Partei właśnie uchyliła immunitet z powodu spoliczkowania pana Komosy. Ten pan Komosa przedstawia się jako „przedsiębiorca”, tak samo, jak jegomość, co to spenetrował prawdę o dyplomie wystawionym panu marszałkowi Hołowni przez Collegium Tumanum – że leży on sobie w aktach prokuratury. Zachodzę w głowę („zachodzim we um z Podgornym Kolą…”) skąd prości przedsiębiorcy mogą wiedzieć takie rzeczy i dlaczego nie mają większych zmartwień, jak tylko za własną krwawicę puszczać wianki na smoleńskich miesięcznicach – chyba, że za te wianki płaci ktoś z jakiegoś gadzinowego funduszu? Inni przedsiębiorcy wiją się w uścisku urzędów skarbowych i ledwo zipią w ich objęciach – a tu – proszę – co miesiąc wianuszek i żadnych zmartwień. Co tu ukrywać; daj Boże każdemu!

Wróćmy jednak do świętości. Za pierwszej komuny był to ustrój socjalistyczny i sojusze. W ramach dopuszczalnej wolności słowa dopuszczalna była wprawdzie krytyka, ale tylko w stosunku do „niedociągnięć”, co to zdarzały się „tu i ówdzie” – bo zasadniczo wszystko było gites tenteges, a jeśli nawet nie było, to winne były „trudności wzrostu” – tak samo, jak i dzisiaj. Jest źle, bo jest dobrze, tak samo, jak jest zimno, bo jest ciepło – co właśnie napisali w swoim orędziu do narodu polskiego młodzi ludkowie z „ostatniego pokolenia”.

Z rozbrajającą szczerością podają, że ich protest spowodowany jest „stanami lękowymi”. Dlaczego zatem, zamiast pójść do wariatkowa, gdzie wracze poddaliby ich elektrowstrząsom, przyklejają się do jezdni i to w najbardziej ruchliwych punktach miasta? Trudno to pojąć, ale tak już jest z wariatami. Z łajdakiem można się jakoś dogadać, ale z wariatem – nigdy. Więc wracając do krytyki z czasów pierwszej komuny, to mogła być ona wyłącznie „konstruktywna”, to znaczy – nieugięcie stojąca na nieubłaganym gruncie akceptacji ustroju i sojuszów. W przeciwnym razie stawała się „krytykanctwem”, które mogło być powodem wszczynania przez SB wobec takiego delikwenta „sprawy operacyjnego rozpracowania”.

Teraz ustrój socjalistyczny przestał być świętością, podobnie jak „sojusze” – ale nie wszystkie, tylko tamte, bo te nowe – na przykład z Naszym Najważniejszym Sojusznikiem, czy też powstałe wskutek Anschlussu – nadal są świętością, a w każdym razie – taki kult propaguje w naszym bantustanie Judenrat „Gazety Wyborczej”. Oprócz sojuszów za świętość uchodzi teraz demokracja. Jak ktoś nie wierzy w „demokrację” to zostaje napiętnowany jako „ekstremista” najlepiej „prawicowy”, albo nawet – „skrajnie prawicowy” – co jest odpowiednikiem „kontrrewolucjonisty” z czasów pierwszej komuny – za co szło się do dołu z wapnem, a w najlepszym razie – na Kołymę z tak zwaną „ćwiarą”, czyli 25-letnim wyrokiem, wymierzanym przez ówczesne niezawisłe sądy.

Więc demokracja jest dzisiaj jedną z nielicznych już świętości – ale warto odnotować, że występuje ona w dwóch postaciach: demokracji spontanicznej i demokracji kierowanej. Tak się szczęśliwie złożyło, że właśnie w tym roku, a nawet „w dniach ostatnich”, mogliśmy obejrzeć sobie obydwie postacie demokracji w działaniu. Demokracja spontaniczna objawiła się w Ameryce podczas tegorocznych wyborów prezydenckich. Wprawdzie był rozkaz, że „wszyscy” mają głosować na panią Kamalę Harris, co to była zatwierdzona również przez tamtejszy Judenrat, na którego usługi oddała swoje pióro nasza Jabłoneczka – ale wyszło jak zawsze, to znaczy – głupie goje nie głosowały zgodnie z rozkazem, tylko – jak który chciał. W rezultacie prezydentem-elektem został Donald Trump, przeciwko któremu tamtejsze panienki z amerykańskiego „ostatniego pokolenia” proklamowały „czteroletni strajk seksualny”. Ciekawe, czy do tego strajku przyłączyła się Jabłoneczka, czy może jednak żal się jej zrobiło Księcia-Małżonka?

Na podstawie tego przypadku możemy ustanowić spiżową prawidłowość – na czym polega istota demokracji spontanicznej. Otóż polega ona na tym, że suwerenowie głosują, jak chcą. Z tego powodu Judenraty na całym świecie przeżywają potężne dysonanse poznawcze i doświadczają zgryzot, bo zdecydowana większość głupich gojów do demokracji nie dojrzała, z czego potem wynikają straszliwe katiusze, które zasmucają pana redaktora Michnika i cały Judenrat. Ale oto pojawiło się światełko w tunelu i to gdzie? W Rumunii. Odbyła się tam pierwsza tura wyborów prezydenckich w której najlepszy wynik uzyskał kandydat nie zatwierdzony przez Sanhedryn. Zapanowała konsternacja, którą przerwał tamtejszy Sąd Najwyższy, unieważniając wybory, które w związku z tym odbędą się „w terminie późniejszym”, to znaczy – jak się rumuńskie goje zreflektują, że trzeba głosować nie tak, jak się komuś chce, tylko tak, jak trzeba. To jest właśnie przykład drugiej postaci demokracji, mianowicie demokracji kierowanej, w ramach której głupie goje głosują zgodnie ze światłymi wskazaniami Judenratu. Dopiero stawiamy na tej drodze pierwsze kroki, ale tylko patrzeć, jak się okaże, że nie ma potrzeby rejestrowania wielu kandydatów, czy rozmaitych list. Czy nie wystarczy jeden, właściwy kandydat i jedna lista?. Tak było za klasyka demokracji Józefa Stalina i świat się nie zawalił, to i teraz też się nie zawali.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.