Według jakiejś karkołomnej logiki, dawny lider Młodzieży Wszechpolskiej oraz Ligi Polskich Rodzin stara się godzić swoje obecne zaangażowanie po stronie lewicowo-liberalnego, proaborcyjnego obozu władzy z praktykami religijnymi w Kościele katolickim. Roman Giertych przyznał się ostatnio do tego, że jeden z kapłanów odmówił mu udzielenia Komunii świętej.
– Chciałem przystąpić do Komunii, a on mi jej nie dał – skarżył się adwokat „Gazecie Wyborczej”. Opisał jak po odmowie udzielenia Najświętszego Sakramentu ksiądz wyjaśnił polityko-prawnikowi, że chodzi o jego postawę w kwestii zapłodnienia pozaustrojowego. Z naiwnością nastolatka Giertych skomentował: – Powiedział: „To za in vitro”. Zupełnie tego nie rozumiem. Czy ja mam ludziom poczętym z in vitro powiedzieć, że to źle, że oni się urodzili? Przecież to brak empatii, to zło – żalił się gazecie.
Rozmówca GW wpisał się w sposób charakteryzowania duchowieństwa typowy dla GW. – Księża nie są wykształceni, często niewiele wiedzą – zrecenzował w kontekście ustawy pozwalającej na refundowaną przez państwo laboratoryjną „hodowlę” ludzkich zarodków.
„Polityk postanowił przekonać księdza, że in vitro zmieniło się na przestrzeni lat i nie trzeba zamrażać zarodków. – Odpowiedział, że nie muszą zamrażać, ale mogą. Ale ja nie jestem od tego, żeby ludziom mówić, co mają robić. Ten ksiądz mnie przeprosił” – czytamy w relacji „Wyborczej” cytat z byłego naczelnego Wszechpolaka.
– Mam trzy córki i staram się o prawo jak najlepsze dla kobiet. Zaproponowałem, aby aborcja do 12. tygodnia była ścigana wyłącznie na wniosek kobiety, która jej dokonała. Mówiąc językiem prawnym, to zamiana przestępstwa publiczno-skargowego na wnioskowe. W takim trybie kiedyś ścigano gwałty – tłumaczył Giertych.
Tylko po co mu w tym wszystkim, przy takiej postawie wobec eugenicznej selekcji ludzi, Kościół i sakramenty?
W grudniu minie rok od momentu, gdy Javier Milei objął urząd prezydenta Argentyny, zdobywając 56 proc. głosów w wyborach. Jako pierwszy w historii kraju ekonomista i libertarianin na najwyższym stanowisku Milei wzbudza skrajne emocje — od zachwytu po krytykę. Jego prezydentura to moment przełomowy, kończący 80 lat socjalistycznych rządów, które pozostawiły Argentynę na skraju upadku, z dziewięcioma bankructwami na koncie, w tym dwoma w ostatniej dekadzie.
Czy Argentyna pod wodzą Milei weszła na drogę odrodzenia, czy chaosu? Jakie są efekty tej bezprecedensowej rewolucji? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w poniższym artykule.
Gdy Javier Milei obejmował urząd prezydenta Argentyny w grudniu 2023 roku, przejął kraj w stanie głębokiego kryzysu gospodarczego i finansowego. Deficyt Skarbu Państwa wynosił 4,6 proc. PKB. Całkowite zadłużenie publiczne osiągnęło 155 proc. PKB, co w połączeniu z inflacją na poziomie 211 proc. — najwyższą od 32 lat — oraz skurczeniem się gospodarki o 1,61 proc. w 2023 roku, pozostawiło kraj w dramatycznym położeniu. Rozbudowana administracja rządowa, niskie oceny kredytowe od agencji, takich jak Moody’s, S&P i Fitch, a także niemal całkowity brak zaufania międzynarodowych inwestorów, pogłębiały obraz chaosu.
Źródła tego kryzysu tkwiły w błędach poprzednich rządów. Państwo przez dekady wydawało więcej, niż wynosiły jego przychody, a deficyt finansowano emisją świeżo wykreowanej waluty, ponieważ nikt już nie chciał udzielać kolejnych pożyczek Argentynie. Dodruk peso zasilający Skarb Państwa skutkował nadmiarem środka płatniczego w obiegu, na który społeczeństwo nie zgłaszało zapotrzebowania. To prowadziło do gwałtownego wzrostu cen i spadku siły nabywczej lokalnej waluty. Poniżej wykres inflacji za ostatnie 5 lat.
Jak widzicie, inflacja osiągnęła swój szczytowy poziom ok. 290 proc. tuż po wyborze Milei na urząd prezydenta, po czym zaczęła spadać.
Co robić, gdy jest bardzo źle? Reformy Milei w obliczu kryzysu
W obliczu tak złej sytuacji Milei podjął radykalne kroki mające na celu wyjście z kryzysu. Jedną z pierwszych decyzji była dewaluacja peso jeszcze w grudniu 2023 roku. Oficjalny kurs wymiany został zmieniony z 366,5 na 800 peso za dolara, co oznaczało dewaluację o ponad 50 proc. Wprowadzono także politykę miesięcznej dewaluacji na poziomie 2 proc., aby stopniowo dostosowywać walutę do warunków rynkowych. Dolar, choć nie jest akceptowany jako prawny środek płatniczy, to używany jest równolegle do argentyńskiego peso w bieżących płatnościach i pozostaje głównym odniesieniem cenowym w kraju.
Kolejnym krokiem Milei stały się radykalne cięcia wydatków. Pod symboliczną „piłę łańcuchową” trafiło 13 z 22 ministerstw, co pozwoliło zredukować zatrudnienie o ponad 33 tys. osób (ok. 10 proc. pracowników sektora publicznego), a tym, którzy pozostali, zmniejszono wynagrodzenia. Argentyński Urząd Skarbowy, który od dawna uważany był za jedno z głównych źródeł korupcji, został zastąpiony przez Agencję Poboru i Kontroli Celnej (ARCA). Szacuje się, że przyniesie to oszczędności rzędu 6,5 mln dolarów rocznie i zmniejszy obciążenia biurokratyczne dla przedsiębiorców.
Reforma objęła także m.in. ograniczenie transferów funduszy do prowincji, wstrzymanie finansowania robót publicznych oraz zniesienie dotacji na transport, paliwo i energię. W obszarze gospodarki Milei zlikwidował restrykcje handlowe, kontrolę cen najmu nieruchomości i zapoczątkował maksymalne ograniczenie interwencji państwa w sektorze prywatnym. Tylko w czerwcu 2024 roku Senat zatwierdził ustawę „Podstawy i punkty wyjścia dla wolności Argentyńczyków”, która obejmowała ponad 200 artykułów mających na celu deregulację gospodarki i rynku pracy, sprzyjanie dużym inwestycjom oraz umożliwienie prywatyzacji niektórych przedsiębiorstw państwowych.
Reformy te, choć kontrowersyjne, mają na celu przekształcenie Argentyny w gospodarkę wolnorynkową oraz przyciągnięcie dużych inwestycji, jednocześnie zmniejszając rolę państwa. Jakie przyniosło to rezultaty?
Krótkoterminowe skutki reform Milei – trudny początek na drodze do odbudowy
Wprowadzone przez Javiera Milei reformy, choć zgodne z jego programem, w krótkim czasie spowodowały znaczące napięcia społeczne i gospodarcze. Bezrobocie wzrosło z 5,7 proc. pod koniec 2023 roku do 7,7 proc. w pierwszym kwartale 2024 roku, a dewaluacja peso oraz uwolnienie cen doprowadziły do gwałtownego wzrostu kosztów życia. Przykładem może być chociażby podwyżka cen transportu publicznego, która wyniosła 360 proc. Transport jest szczególnie delikatnym aspektem w krajach Ameryki Południowej. Wystarczy przypomnieć to, co stało się w Chile. Podwyżka o około 3,75 proc. stała się iskrą, która wywołała masowe protesty w całym kraju.
Trudności gospodarcze kładą się również cieniem na PKB Argentyny, które w 2024 roku ma spaść o 3,5 proc. Przytłaczające są również dane wskazujące, że liczba populacji żyjąca w ubóstwie ponownie wzrosła, przekraczając już 50 proc. Protesty i niezadowolenie podsycane przez związki zawodowe w rękach lewicy wstrząsają krajem. Szczególnie podatne są grupy najbardziej wrażliwe na ceny, takie jak emeryci, studenci i klasa średnia. Prowincjom, którym zamknięto kurek federalnych transferów finansowych, ciężko zrozumieć, że od teraz powinny dbać o siebie poprzez optymalizację podatków, przyciąganie inwestycji prywatnych, redukcję wydatków i rozwój partnerstw publiczno-prywatnych.
Co ważne, Milei jeszcze w kampanii prezydenckiej mówił jasno, że pod jego rządami sytuacja najpierw się pogorszy, zanim zacznie się poprawiać. Drastyczne cięcia, choć bolesne w krótkim okresie, są niezbędne do przezwyciężenia skutków 80 lat konsekwentnego niszczenia argentyńskiej gospodarki. Nierealne są więc oczekiwania pozytywnych rezultatów w mniej niż rok. A mimo to widać już pierwsze oznaki poprawy…
Światełko w tunelu dla Argentyny
Choć początki nie należały do prostych, zaczynają przynosić pierwsze wymierne efekty. Argentyna po raz pierwszy od 12 lat osiągnęła nadwyżkę budżetową, która utrzymuje się konsekwentnie miesiąc po miesiącu od stycznia bieżącego roku. Dzięki redukcji kosztów obsługi długu oraz większej dyscyplinie fiskalnej kraj odbudowuje swoją wiarygodność na rynkach finansowych. Wzrost wartości argentyńskich obligacji dolarowych z 20 centów do 70 centów świadczy o stopniowym odzyskiwaniu wiary inwestorów w wypłacalność kraju.
Rząd Milei dąży do obniżenia inflacji. Jest to jego główna obietnica wyborcza. W przedstawionym we wrześniu budżecie na 2025 rok szacuje, że inflacja na koniec 2024 roku wyniesie 104,4 proc., co stanowiłoby znaczny spadek w porównaniu z rekordowym poziomem 211 proc. w 2023 roku. Prognozy na 2025 rok są jeszcze bardziej ambitne – 18,3 proc. rocznie. Rynek pozostaje nieco bardziej ostrożny, ale uznaje, że inflacja wyraźnie spowolni. Prognozy Banku Centralnego Argentyny wskazują, że na koniec 2024 roku inflacja osiągnie poziom 123,6 proc., co jest niższym wynikiem niż szacunki MFW, wynoszące 140 proc.
Czy jest to realne?
Nie jest to wykluczone, biorąc pod uwagę obecne osiągnięcia. Wg danych inflacja w ujęciu miesięcznym spadła z 25 proc. na początku bieżącego roku do ok. 3 proc. w październiku.
Bardzo dobrym pomysłem okazał się również program amnestii podatkowej wprowadzonej przez Milei. Zła sytuacja ekonomiczna kraju oraz socjalistyczny rząd nauczył Argentyńczyków trzymać swoje oszczędności poza lokalnymi bankami. Powrót dolarów do tych instytucji ma dać im możliwość oferowania różnego rodzaju linii kredytowych, które z kolei mają „pobudzić” sektor prywatny.
Pozytywne zmiany widoczne są również na rynku nieruchomości. Zniesienie kontroli cen wywołało prawdziwy boom, który doprowadził do zwiększenia podaży mieszkań i spadku cen. Przyjrzyjmy się temu bliżej.
Mniejsza regulacja równa się większa podaż
29 grudnia 2023 roku Milei poprzez nadzwyczajny dekret zniósł ustawę o kontroli cen najmu. Była ona w mocy od 2020 roku i należała do jednych z najbardziej restrykcyjnych na świecie. Decyzja ta miała na celu rozwiązanie problemu wygórowanych cen wynajmowania lokali i braku ofert, które wcześniej destabilizowały rynek. Na reakcje nie trzeba było długo czekać. W 9 miesięcy w Buenos Aires, stolicy kraju, podaż mieszkań na wynajem wzrosła o 170 proc.
Zmiany te przyczyniły się do spadku cen najmu o 40 proc. (wartości realne po uwzględnieniu inflacji), jak wynika z danych podanych za „The Wall Street Journal”. Wcześniej wielu właścicieli mieszkań wolało trzymać je puste lub przeznaczać na wynajem krótkoterminowy, unikając regulacji narzuconych przez poprzedni rząd. Dla przykładu, w 2022 roku w Buenos Aires odnotowano około 200 tysięcy pustych mieszkań, o 45 proc. więcej niż w 2018 roku, co dodatkowo ograniczało dostępność takich lokali.
Dziś sytuacja zmienia się diametralnie. Według raportu portalu Zonaprop (największy portal nieruchomości w Argentynie) miesięczny wzrost cen najmu osiągnął najniższy poziom od 2021 roku, a liczba dostępnych ofert w sierpniu 2024 roku była 3,2 razy wyższa niż w lutym 2023 roku. Ten stosunkowo krótki okres rządów Milei pokazał, że jeśli państwo rezygnuje z regulowania rynku, to liczba ofert rośnie, a ceny najmu spadają.
Javier Milei. Nowe rozdanie dla Argentyny
Javier Milei pozostaje wierny swojej polityce „zerowego deficytu”, wierząc, że to klucz do obniżenia inflacji – jednej z jego głównych obietnic wyborczych. Wciąż towarzyszy mu wsparcie 50 proc. społeczeństwa. Owszem gospodarka Argentyny zmaga się z trudnościami, niemniej od początku były one wliczone jako część procesu przejściowego. Pomimo spadku PKB o 1,6 proc. w 2023 roku i prognozowanego spadku o 3,5 proc. w 2024 roku, przyszłość zaczyna rysować się w jaśniejszych barwach. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że w 2025 roku PKB wzrośnie o 5 proc., a w kolejnych latach gospodarka utrzyma się na podobnym poziomie, odrabiając straty z ostatnich dwóch lat.
Tym samym według prognoz Banku Światowego i MFW Argentyna może w 2025 roku przejść z pozycji gospodarki o największym spadku w Ameryce Łacińskiej do lidera wzrostu gospodarczego w regionie. Napędzane zwiększonymi inwestycjami, stabilnością monetarną, reformą rynku pracy i rosnącą konsumpcją, zmiany te mogą zapoczątkować nową erę dla argentyńskiej gospodarki, przywracając jej miejsce wśród liderów tego regionu.
Tak wygląda Centrum Kulturalne Menora, które zostało otworzone w październiku 2012 r. Jest to nowoczesny budynek składający się z siedmiu segmentów o wysokości sześciu, jedenastu, szesnastu i dwudziestu jeden pięter, o łącznej powierzchni około 50 000 metrów kwadratowych. Liczba segmentów budynku odpowiada liczbie ramion menory. Jest to największy na świecie ośrodek społeczności żydowskiej.
Ester Katz szacuje liczbę Żydów w Dniepropetrowsku na 50.000-60.000 osób.
Widzimy jaki wpływ na Francję, Anglię, Niemcy mają muzułmanie.
Nie sposób przeoczyć wpływu Lubawiczów na Ukrainę…….
Co jest interesujące w tym budynku będącym podróbką menory mieści się między innymi:
centrum Informacyjne,
biuro podróży,
ekskluzywny sklep z chałatami szytymi przez najdroższych krawców,
sklep z pamiątkami.
Święte z nieświętymi….
Budowa Centrum Menora została sfinansowana przez dwóch żydowskich przedsiębiorców Giennadija Bogolubowa przewodniczącego gminy żydowskiej Dniepropetrowska oraz Igora Kołomojskiego przewodniczącego Zjednoczonej Żydowskiej Wspólnoty Ukrainy oraz gubernatora obwodu Dniepropetrowskiego.
====================
Chabad-Lubawicz (hebr. חסידות חב”ד) – grupa chasydów powstała przed 250 laty, pod koniec XVIII wieku w rosyjskiej miejscowości Lubawicze (ros. Любавичи, Lubawiczi na terenie obecnego rejonu rudniańskiego obwodu smoleńskiego), założona przez rabiego Szneura Zalmana. W swej historii Chabad-Lubawicz miało 7 rebe wywodzących się z jednej dynastii. Ostatni i uważany dość powszechnie za najwybitniejszego Menachem Mendel Schneerson zaniechał wyboru następcy i od jego śmierci w 1994 grupa nie posiada swego rebe.
Obecnie jest najszybciej rozwijającą się grupą chasydzką – liczącą ok. 200 tysięcy wyznawców na całym świecie. Znana jest z licznych akcji misyjnych wśród Żydów.
Chabad-Lubawicz zachęca osoby o żydowskich korzeniach, ale nieposiadające żydowskiej matki, do konwersji na judaizm.
————————–
Nazwa Chabad hebr. חב”ד (Ch-B-D) jest hebrajskim akronimem trzech hebrajskich słów zwanych sefirami, wchodzących w skład kabalistycznego Drzewa Życia[1]:
Chochma (hebr. חכמה) – druga sefira, określenie oznaczające mądrość,
Bina (hebr. בינה) – trzecia sefira, określenie oznaczające zrozumienie,
Daat (hebr. דעת) – jedenasta sefira, określenie oznaczające wiedzę.
Chasydzi z Chabad-Lubawicz mają swoją synagogę w Warszawie.
Poniżej chasydzi Lubawicz, Kaczyński i słynny Daniels – wojewoda polski Izraela.
Lubawiczowie i Wałęsa;
Lubawiczowie i Bush
Tusk i Lubawiczowie:
Tak żebyście wiedzieli, że Polski nie ma już dawno. Jesteśmy województwem Izraela i trzeba się z ta myślą niewoli oswoić.
” Gdy Rabbi Sholom Ber Stambler wręczył Donaldowi mezuzę z intencją, aby chroniła jego i jego dom (mezuzę zawiesza się na na zewnętrznej prawej framudze drzwi), a potem chciał ją trzymać w ozdobnej szkatułce, żeby nie przeszkadzała premierowi w dalszej drodze i przeżywaniu świętych dla judaizmu miejsc – p.Tusk nie oddał jej, powiedział, że będzie ją sam niósł”
Poniżej pastor Olechnowicz liderów ruchu Polska dla Jezusa powiedział do Żydówki Hanny:
Pastor wskazuje w niej na mesjańską misję Polski i Polaków, którą będzie można zrealizować dopiero pod przewodnictwem nowych, wybranych przez Boga przywódców. Jego zdaniem wybrańcami z pokolenia Dawida jest właśnie Platforma – Donald Tusk i Bronisław Komorowski, którzy po zakończeniu starej epoki katastrofą smoleńską, poprowadzą Polskę do odnowy i jedności.
Bóg dał naszemu narodowi, nie boję się tego powiedzieć, przywódców o sercu Dawida. To nie jest deklaracja polityczna, to jest deklaracja duchowa. Kiedy Dawid został królem, bo Bóg tak chciał, to nie była polityka, to było Królestwo Boże, które przychodzi. Bóg dał temu narodowi przywódców o sercu Dawida. I Kościół, najlepszą rzecz, jaką może zrobić, to ich błogosławić. Nie wszystko musimy rozumieć i nie wszystko musimy wiedzieć, nie wszystkiego musimy być świadkami. Troszkę czasami trzeba zaufać temu, co Bóg wkłada w wasze serca. Zaufajcie nam. Jedyna rzecz, którą mamy zrobić w tym okresie, to modlić się i błogosławić”
Dlatego uważam, że wszelkie polityczne ruchy wolnościowe nie mają sensu. Żydzi są wszędzie i przy takiej niemocy dopiero sobie uświadamiam, jak potężne i niezniszczalne jest Królestwo Niebieskie. Jest niezniszczalne ponieważ nie ma granic ziemskich, nie ma wpływu żaden żydowski polityk. Nawet jeśli kościoły przepełnione są Żydami, to i tak wspólnotą Królestwa Bożego jest wspólnota w Duchu Bożym, a tutaj agentów nie ma.
geopolityka : Chabadyści uważają Menahema Schnersona, urodzonego w Dniepropietrowsku, za Żydowskiego Mesjasza. Centrum Menora wybudowano właśnie w celu umożliwienia jego ponownego przyjścia na Ziemię.
W mieście Dnipro ma nastąpić ponowne przyjście Żydowskiego Mesjasza, wyczekiwane przez najbardziej prężną i wpływową organizację żydowską na Ziemi.
===============
mail:
Z rosyjskością miasteczka Lubawicze sprawy się mają następująco:
Do rozbiorów Lubawicze należały do książąt Lubomirskich. Dopiero po 1772 roku miejscowość trafiła w granice Imperium Rosyjskiego.
Zasyczał w zimnej ciszy samowar Ukrop nalewam w szklanki Przy wigilijnym stole bez słowa Świętują polscy zesłańcy Na ścianach mroźny osad wilgoci Obrus podszyty słomą Płomieniem ciemnym świeca się kopci Słowem – wszystko jak w domu!
„Słyszę z nieba muzykę i anielskie pieśni Sławią Boga że nam się do stajenki mieści Nie chce rozum pojąć tego Chyba okiem dojrzy czego Czy się mu to nie śni…”
Nie będzie tylko gwiazdy na niebie Grzybów w świątecznym barszczu Jest nóż z żelaza przy czarnym chlebie Cukier dzielony na kartce Talerz podstawiam by nie uronić Tego czym życie się słodzi Inny w talerzu pustym twarz schronił Bóg się nam jutro urodzi!
„Król wiecznej chwały już się nam narodził Z kajdan niewoli lud swój wyswobodził Brzmij wesoło świecie cały Oddaj ukłon Panu chwały Bo to się spełniło Co nas nabawiło Serca radością…”
Nie, nie jesteśmy biedni i smutni Chustka przy twarzy to katar Nie będzie klusek z makiem i kutii Będzie chleb i herbata Siedzę i sam się w sobie nie mieszczę Patrząc na swoje życie Jesteśmy razem – czegóż chcieć jeszcze Jutro przyjdzie Zbawiciel!
„Lulajże Jezuniu moja perełko Lulaj ulubione me pieścidełko Lulajże Jezuniu lulajże, lulaj A ty go Matulu w płaczu utulaj…”
Byleby świecy starczyło na noc Długo się czeka na Niego By jak co roku sobie nad ranem Życzyć tego samego Znów się urodzi umrze w cierpieniu Znowu dopali się świeca Po ciemku wolność w Jego imieniu Jeden drugiemu obieca…
Film o aborcji „Miało nie żyć” zdobył Nagrodę Publiczności na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Maksymiliany.
Ale to nie wszystko. Film otrzymał także od samego jury festiwalu Wyróżnienie w kategorii film dokumentalny. Tak więc wracamy z festiwalu z dwiema nagrodami.
Pragnę z całego serca podziękować wszystkim, którzy głosowali na film w plebiscycie na Nagrodę Publiczności. To właśnie dzięki takim Dobrym Ludziom prawda o aborcji została uhonorowana. Głosowanie było też gestem miłości wobec bliźniego – by śmierć dzieci, które są bohaterami „Miało nie żyć” była jak najdonośniejszym krzykiem do świata. To dobrze, że także jury doceniło wartość tego ważnego dokumentu, szczególnie w chwili, gdy w Polsce trwa zamach na życie dzieci.
Dopóki aborcja trwa, nie odstąpimy od pokazywania jej prawdziwego oblicza. Tylko w ten sposób można zwalczać to najgorsze ludobójstwo w historii ludzkości.
Czy organizowała Pani już pokaz filmu w swojej miejscowości? Wciąż czekamy na zgłoszenia i jesteśmy gotowi do emisji w każdym miejscu w Polsce. Wystarczy napisać na kontakt@RatujZycie.pl. Każdy pokaz to wielkie wydarzenie i doskonała okazja, aby zgromadzić Przyjaciół Życia razem na wspólny seans i rozmowę, bo najczęściej po filmie pada wiele ważnych pytań.
Jeszcze raz bardzo dziękuję za udane głosowanie. I dzielę się z Panią radością z obu nagród dla „Miało nie żyć”.
PS – Produkcja filmu „Miało nie żyć” oraz jego trasa po Polsce są możliwe dzięki wsparciu Darczyńców Fundacji. Ogromne podziękowania za tę ważną pomoc i inwestycję w ratowanie życia dzieci.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Szanowni Państwo! Mieliśmy już Milicję Obywatelską, Platformę Obywatelską, Koalicję Obywatelską (założoną dla upamiętnienia 13 grudnia), czyli wprowadzenia stanu wojennego przez Jaruzelskiego, który nie mógł się doprosić od Kremla wkroczenia do Polski wojsk radzieckich. Czas na dobitniejsze określenie demokracji. Była „ludowa” w odróżnieniu od „sanacyjnej”. Dlaczego nie miałaby być „obywatelska” w odróżnieniu od „PiS-owskiej”? Pytanie chyba na miejscu. Jak to się ma do zapowiedzianej – zuchwałej kradzieży? Niepotwierdzone źródło podało, że jeden z kilkuset ministrów w obecnym rządzie zapytany, o to co jest ważniejsze: słońce, czy księżyc? Odparł bez wahania: Księżyc oczywiście, bo świeci nocą, a słońce świeci za dnia, kiedy i tak jest widno. Ten geniusz spostrzegawczości ma podobno obiecany awans do samej Brukseli, jeśli tylko uda mu się sformułować oskarżenie przeciwko dwóm takim… co ukradli księżyc. Będzie poważny problem, bo jeden ze złodziei nie żyje. Pozostał już tylko ten drugi, ale nie oznacza to, że może uniknąć kary za próbę zuchwałej kradzieży i udział w dwuosobowej zorganizowanej grupie przestępczej, której przewodził niejaki Makuszyński. Na szczęście, w tamtych czasach działało dzielne ZOMO udaremniając niecny zamiar kradzieży księżyca. Potomkowie tamtej formacji żądają jednak ukarania niedoszłego złodzieja choćby za sam złodziejski zamiar. W tym celu zawiązali nową fundację pod nazwą „Uwolnić księżyc”. Nastąpiło to oczywiście 13 grudnia br. na forum Wolnej Demokracji Obywatelskiej pod przewodnictwem samego Szambolana Warszawy, który pretenduje do stanowiska prezydenta… kto wie, może nawet srebrnego globu? Mógł Twardowski wylądować na księżycu, oferując duszę diabłu, może też Trzaskowski. Z pozdrowieniami Małgorzata Todd
„Odkupieni przez Pana powrócą, przybędą na Syjon z radosnym śpiewem; ze szczęściem wiecznym na czołach; osiągną radość i szczęście, a smutek i wzdychanie przeminą” (Iz 35,10)
To już Trzecia Niedziela Adwentu. Nasze przygotowania, duchowe i doczesne, nabierają bardziej gorliwego charakteru oczekiwania. Im bliżej do dnia Narodzin Bożego Dzieciątka, tym większa jest nasza radość.
Papież Benedykt XVI podkreśla radosny charakter naszej wiary:
„Kiedy archanioł Gabriel zwiastuje Maryi Pannie, że zostanie Matką Zbawiciela, jego pierwszym słowem jest ‘Raduj się!’ Po narodzinach Jezusa anioł Pański mówi do pasterzy: ‘Oto zwiastuję wam radość wielką…’ Mędrcy, którzy szukali Dzieciątka, ‘gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali’. Powodem tej radości jest bliskość Boga, który stał się jednym z nas.”
(fragmenty Orędzia z 15 marca 2012 r. na Światowy Dzień Młodzieży „Radujcie się zawsze w Panu”)
Gaudete in Domino semper!
„Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! Niech będzie znana wszystkim ludziom wasza wyrozumiała łagodność. Pan jest blisko!” (Flp 4, 4-5)
Pierwszym słowem antyfony na wejście w Trzecią Niedzielę Adwentu jest Gaudete – radujcie się!, dlatego tradycyjnie nazywana jest Niedzielą Gaudete.
Radość świętowania przyjścia naszego Pana podkreśla różnica w naszych zewnętrznych celebracjach: szaty kapłańskie i trzecia świeca na wieńcu adwentowym są różowe.
Kolor różowy kojarzy się z radością i świętowaniem. Zapalenie różowej świecy przypomina nam o radości, jakiej doświadczył świat w momencie narodzin Zbawiciela Świata.
Trzecia świeca jest również nazywana „świecą pasterzy”, ponieważ wyobrażamy sobie, niesamowitą radość, którą musieli odczuwać ci skromni chłopi, gdy aniołowie zwiastowali im: Gloria in Excelsis Deo!
Dlatego pośród modlitwy i pokuty właściwe jest radowanie się, gdy widzimy zbliżający się cel tego okresu wyczekiwania: Pan jest blisko.
Bóg, który daje radość mojej młodości – Ad Deum qui laetificat iuventutem meam
Nikt nie potrafi okazywać swojej radości tak jak dzieci. Teraz jest więc doskonały moment, aby zwrócić ich uwagę na największy „prezent”, jaki można otrzymać na Boże Narodzenie – samego Jezusa.
Niezależnie od tego, czy masz własne dzieci lub wnuki, siostrzenice lub siostrzeńców, Adwent to idealny czas, aby zwrócić ich uwagę na prawdziwy powód naszego świętowania.
Wprowadźmy dzieci w pobożne przeżywanie tajemnic naszej wiary. Przedstawiamy tu kilka sugestii, które z pewnością będą w tym pomocne:
• uczestniczenie wraz z dziećmi w porannych Mszach świętych roratnich;
• czytanie dzieciom i rozważanie fragmentów Ewangelii oraz historii związanych z narodzinami Chrystusa;
• wspólne rodzinne śpiewanie pieśni adwentowych;
• przygotowywanie wraz z dziećmi szopki Betlejemskiej;
• wspólne pisanie życzeń świątecznych do rodziny i przyjaciół. Pamiętaj przy tym, aby zawsze używać odpowiednich kartek z motywem Narodzenia Pańskiego.
Kilka przemyśleń
Święty Paweł zachęcał Filipian do radości, ponieważ „Pan jest blisko”. To właśnie na obecności Boga powinniśmy się skupiać, ponieważ pomoże nam to w innych sprawach, które wymagają zmiany w naszym życiu osobistym i na świecie.
Co przyniosłoby nam dziś radość:
Nawrócenie w naszych rodzinach i wspólnotach?
Zakończenie grzechu aborcji?
Nowy duch pobożności i powagi w liturgii?
Z pewnością największą radością w naszej epoce byłoby to, że Matka Najświętsza naprawdę stałaby się Królową wszystkich serc. Spełniłaby się tym samym obietnica z Fatimy: „w końcu moje Niepokalane Serce zatriumfuje”.
Uczestniczmy z ufną radością w tej obietnicy, szczególnie w Niedzielę Gaudete, wiedząc, że tak jak obietnica Boża o Zbawicielu spełniła się dwa tysiące lat temu, tak samo urzeczywistni się Królowanie Maryi!
Zapalając trzecią świecę…
W Trzecią Niedzielę Adwentu, wraz z bliskimi zgromadzonymi wokół wieńca adwentowego lub pamięcią o nich, zapalamy trzecią – różową świecę, która zapłonie wraz z pierwszą i drugą.
Temu zapaleniu może towarzyszyć wybrana przez ciebie modlitwa lub kontynuacja modlitwy przewidzianej w Pierwszą Niedzielę Adwentu:
Boże, radując się, pamiętamy obietnicę Twojego Syna.
Jak światło z tej świecy, niech błogosławieństwo Chrystusa spłynie na nas,
rozjaśniając naszą drogę światłem Jego Prawdy.
Niech Chrystus, nasz Zbawiciel, przyniesie życie w ciemność naszego świata i naszych serc,
Nowelizacja ustawy o elektromobilności wejdzie w życie. Wiąże się to z obowiązkiem wprowadzania przez samorządy większych miast Stref Czystego Transportu. Wyeliminuje to z ruchu ulicznego znaczną część pojazdów – te, które nie spełniają coraz bardziej rygorystycznych norm emisji spalin. Podpisem pod nowelizacją prezydent Andrzej Duda dołączył do globalistycznego trendu stopniowego ograniczania wolności i własności prywatnej w imię mrzonek o „ratowaniu klimatu”.
O podpisie prezydenta poinformowała w piątek jego kancelaria. Zgodnie z nowym prawem miasta liczące powyżej 100 tysięcy mieszkańców będą musiały kupować wyłącznie zeroemisyjne autobusy oraz – w przypadku przekroczenia dopuszczalnego poziomu dwutlenku azotu (NO2) w powietrzu – wprowadzać SCT. Do władz lokalnych należy jednak wyznaczanie zakresu stref. Jeśli samorządy pójdą po rozum do głowy i będą kierować się dobrem mieszkańców, mogą postawić na strefy w wersji skrajnie minimalistycznej i nieuciążliwej.
Ustawa przewiduje, że rada gminy może dopuścić dla aut niemieszczących się w normach płatny wjazd do SCT, w określonych godzinach, w okresie nie dłuższym niż 3 lata od strefy.
Od 2026 roku miasta powyżej 100 tys. mieszkańców będą musiały kupować wyłącznie „zeroemisyjne” autobusy. Jednocześnie odciążone zostaną samorządy o liczbie mieszkańców powyżej 50 tys., które obecnie muszą realizować to zadanie publiczne z wykorzystaniem tzw. pojazdów zero- i niskoemisyjnych. Ustawa znosi te wymagania.
Według nowego prawa, dyrektor parku narodowego będzie mógł ustalić, że jego działalność edukacyjna oraz udostępnianie może odbywać się z pomocą pojazdów zeroemisyjnych. Ma to znaczenie w przypadku dopuszczenia pojazdów elektrycznych np. na trasie do Morskiego Oka.
Nowelą wyłączono też siły zbrojne z konieczności zapewnienia odpowiedniego udziału pojazdów elektrycznych w transporcie.
Jednostki samorządu terytorialnego, z wyłączeniem gmin i powiatów, których liczba mieszkańców nie przekracza 50 tys., mają zapewnić, aby udział pojazdów elektrycznych we flocie użytkowanych pojazdów samochodowych w obsługujących je urzędach wynosił co najmniej 22 proc. Taki wymóg dotyczyć będzie też naczelnych i centralnych urzędów administracji państwowej.
Ładny interes! Wygląda na to, że będziemy mieli do czynienia nie z niwelacją terenu pod Generalne Gubernatorstwo, ale z głęboką orką. Inna rzecz, że taka orka, to dowód, że niemiecka BND najwyraźniej zgadza się z moją ulubioną teorią spiskową, według której nasza demokracja ludowa jest podszyta bezpieką i że to bezpieczniackie watahy reżyserują scenę polityczną naszego bantustanu. Skoro tak, to przecież nie można zadowolić się przetasowaniem politycznych ekspozytur poszczególnych Stronnictw (jak wiadomo, rządy w naszym bantustanie rotacyjnie sprawują trzy Stronnictwa: Ruskie, Pruskie i Amerykańsko-Żydowskie), ale trzeba uporządkować same Stronnictwa, żeby w Generalnym Gubernatorstwie wszyscy wiedzieli, że tubylczy Volk podlega Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen, w której imieniu rękę na pulsie trzymać ma u nas Gestapo, a dla zachowania pozorów, w charakterze dekoracji, będzie występował vaginet obywatela Tuska Donalda, z tymi wszystkimi Katarzynami Kotulami, Barbarami Nowackimi, Izabelami Leszczynami, Paulinami Hening-Kloskami, Robertami Biedroniami, Krzysztofami Śmiszkami i mężykami stanu drobniejszego płazu w rodzaju ministra sportu, pana Sławomira Nitrasa.
Nawiasem mówiąc, przewidział to jeszcze przed wojną Konstanty Ildefons Gałczyński, pisząc w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś”, iż „czyli, że co do tych okien – to każdy kraj ma Gestapo”. Każdy – a skoro tak, to i nasz bantustan, w którym dodatkowo odbywa się fermentacja obyczajowa. Niedawno Wielce Czcigodna Katarzyna Kotula przypomniała sobie, jak to była w młodości molestowana przez trenera od penisa, czy może od tenisa – bo nie dosłyszałem – ale oczywiście żadnych szczegółów nie podaje, a szkoda, bo przecież podatnikom też coś się należy, za te wszystkie zgryzoty.
Mniejsza jednak w tej chwili o tę obyczajową fermentację, która zresztą może się nasilić, jeśli tylko pani Nowacka Barbara przeforsuje pornografizację dzieci i młodzieży pod pretekstem „edukacji zdrowotnej”. Dzieci są ciekawe, więc jak tylko czegoś się dowiedzą, to będą chciały się przekonać, czy to prawda.
A kto potrafi je przekonać? Wyjaśnił to już dawno znawca przedmiotu, Tadeusz Boy-Żeleński pisząc, że „tylko poważni panowie” – bo „młody – głupie to, płoche, tylko pobrudzi pończochę”. W tej sytuacji molestowanie z patologicznego marginesu przekształci się w regułę, żeby nie powiedzieć – w rutynę – i wszystkie damy stęsknione za dreszczykami młodości, będą mogły wrócić do czaru dawnych wspomnień na jawie. W tej sytuacji przemysł molestowania, o którym w swoim czasie wspominałem, co tak zbulwersowało drogiego pana mecenasa Jarosława Głuchowskiego z Poznania, że aż naskarżył na mnie do niezawisłego sądu – więc ten cały przemysł molestowania może stać się podstawową gałęzią gospodarki narodowej – bo jużci – inne gałęzie nie będą mogły się rozwijać, by nie konkurować z gospodarką niemiecką, zgodnie z ustaleniami projektu „Mitteleuropa” z roku 1915, który od 1 maja 2004 roku to znaczy – od Anschlussu – cały czas obowiązuje.
Skoro już mniej więcej wiemy, czego możemy spodziewać się na odcinku gospodarczym frontu ideologicznego, wróćmy do owej głębokiej orki, o której wspomniałem na wstępie. Wygląda na to, że obywatel Tusk Donald chyba nie do końca pojął intencje Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen w tej kwestii, bo w stosunku do takiego Centralnego Biura Antykorupcyjnego chciał zastosować frontalny atak z marszu. Kiedy jednak CBA w ramach pierwszego, poważnego ostrzeżenia, zatrzymało prezydenta Wrocławia, pana Jacka Sutryka, obywatelowi Tuskowi Donaldowi mogła przypomnieć się konfrontacja ze starymi kiejkuty w roku 2008, która – niewiele brakowało – a źle by się dla niego skończyła, gdyby Nasza Złota Pani nie załatwiła mu nagrody im. Karola Wielkiego, a potem, na wszelki wypadek, przeniosła go mocną ręką na brukselskie salony, gdzie – ja mówią – zrobiła z niego człowieka – oczywiście wedle stawu grobla, czyli – jak na garbatego. Toteż kiedy w ramach wspomnianego pierwszego poważnego ostrzeżenia piorun strzelił tak blisko, że aż obywatela Tuska Donalda owiało gorąco, natychmiast się zreflektował.
Inna rzecz, że i CBA też się zreflektowało i żeby pokazać swoją użyteczność, „weszło” do siedziby Fundacji Lux Veritatis ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka – wykonując rozkaz Prokuratury Regionalnej – dlaczegoś akurat z Rzeszowa – nazwiskiem Barbara Bandyga. Możliwości są dwie; albo ta Pani Prokuratura w Rzeszowie jest znana na całym świecie z niezależności i – jak to mówią – „daje rękojmię”, że wszystko będzie gites tenteges, albo odwrotnie – że w każdej sytuacji można na niej polegać, jako że powinność swej służby rozumie, niczym policmajster z opowiadania Telimeny o petersburskich krotochwilach w „Panu Tadeuszu”. Właśnie tutaj widać całą ostrożność, żeby nie powiedzieć – finezję – z jaką Pani Prokuratura zabiera się do rzeczy. Wprawdzie ojciec dyrektor Tadeusz Rydzyk od prawie 30 lat jest solą w oku pana redaktora Michnika i całego Judenratu „Gazety Wyborczej”, który dopatruje się z jego strony nieuczciwej konkurencji w staraniach o rząd dusz mniej wartościowego narodu tubylczego, ale na razie dostał tylko rykoszetem, bo strzał wymierzony jest w pana Piotra Glińskiego, który z ramienia rządu „dobrej zmiany” wspomniane „dzieła” futrował.
Więc CBA pokazało, że może sobie poradzić ze wszystkimi („z każdom pciom mogę spać, z każdom pciom; zmysły drzemiom, zmysły drzemiom, ale som” – śpiewały doświadczone artystki kabaretowe w czasach, gdy Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna chyba nawet nie mogła marzyć o molestowaniu). Krótko mówiąc – wszystko po kolei; na każdego przyjdzie kryska, a CBA, podobnie jak ABW, na zlecenie BND, przekazane im za pośrednictwem obywatela Tuska Donalda, który w roli postillon d’amour sprawdza się znakomicie, wykona kazdy obstalunek – żeby miało nawet aresztować samego Naczelnika Państwa, Jarosława Kaczyńskiego. Nawiasem mówiąc, za niego na razie zabrał się policmajster, którym tak wstrząsnęło „wykroczenie” w postaci zniszczenia wieńca (czy przypadkiem nie był on zakupiony z gadzinowego funduszu ABW?), że aż wystąpił do Sejmu o pozbawienie go immunitetu i zamierzony cel osiągnął. Najwyraźniej zasada, która przez 30 lat tkwiła u podstaw III Rzeczypospolitej: my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych – już nie obowiązuje i teraz wszyscy będą ruszać się ze wszystkimi – oczywiście dopóki CIA nie nakaże przeprowadzenia przesilenia rządowego w naszym bantustanie.
Właśnie przesilenie takie nastąpiło w Niemczech i we Francji, a w Rumunii „masy” na polecenie BND protestują przeciwko wygranej Calina Georgescu. Poruszony tymi protestami rumuński Sąd Najwyższy „jednogłośnie” unieważnił wybory. Okazuje się, że skoro Mikołaj Ceaucescu mógł na rumuńskich sądach polegać – chociaż oczywiście do czasu – to dlaczego nie mogłaby liczyć na nie choćby niemiecka BND, która co do Rumunii ma też swoje plany?
U nas tymczasem w Sądzie Najwyższym sędziowie okładają się po łbach kodeksami i smagają łańcuchami – a w rezultacie obywatel Tusk Donald niweluje teren, a nawet głęboko orze pod Generalną Gubernię. Centralna Agencjo Wywiadowcza! Larum grają! Pobudka!
Katolicki Uniwersytet Lubelski nie przestaje oburzać. Poważne „odloty” byłych rektorów Katedry Etyki, rezygnacja ze ściśle katolickiego charakteru Collegium Medicum, doktorat honoris causa dla Chantal Delsol… A to jeszcze nie wszystko. Niedawno na uczelni w prominentnej roli pojawił się też prof. Zbigniew Izdebski, koordynator zespołu opracowującego tzw. edukację zdrowotną Barbary Nowackiej. Co tak właściwie dzieje się w Lublinie?
14 listopada rektor KUL ks. prof. Mirosław Kalinowski otrzymał nagrodę im. Księdza Idziego Radziszewskiego. Nagrodę przyznaje Zarząd Towarzystwa Naukowego KUL. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby wybór osoby, która wygłosiła laudację. Był to prof. Zbigniew Izdebski, seksuolog i pedagog, człowiek powiązany z wieloma międzynarodowymi organizacjami promującymi niekatolicką wizję seksualności – a zarazem koordynator zespołu ds. nowego przedmiotu w polskiej szkole, czyli edukacji zdrowotnej.
22 listopada tego roku Konferencja Episkopatu Polski wydała oficjalne stanowisko w sprawie przedmiotu edukacja zdrowotna. W stanowisku tym stwierdzono jednoznacznie, że nowy przedmiot jest sprzeczny z polską konstytucją i zawiera również deprawujące elementy. Przeciwko temu samemu przedmiotowi od tygodni protestują polscy katolicy; 1 grudnia duża manifestacja odbyła się na Placu Zamkowym w Warszawie.
Przed zagrożeniami płynącymi z permisywnej edukacji seksualnej – a to właśnie jest elementem tzw. edukacji zdrowotnej – przestrzegali wówczas eksperci z kilku krajów: Niemiec, Austrii, Wielkiej Brytanii i Chorwacji. Niekatolicki charakter tego przedmiotu jest ewidentny dla każdego, kto przeczyta propozycję Barbary Nowackiej. Przedstawianie seksualności w oderwaniu od małżeństwa, hedonizm, normalizacja genderyzmu, antykoncepcji, a potencjalnie nawet aborcji… Nic dziwnego, że biskupi ostro ten przedmiot skrytykowali.
Dlaczego jednak koordynator zespołu, która opracował program edukacji zdrowotnej, wygłosił na KUL laudację rektora? Ktoś mógłby powiedzieć, że 14 listopada nie było jeszcze oficjalnej stanowiska KEP w tej sprawie. To prawda; ale o samym przedmiocie mówiono już od dawna – jego treść była poddawana ostrej i drobiazgowej krytyce w wielu mediach.
Co więcej profesor Zbigniew Izdebski to nie jest bynajmniej anonimowa postać. Obszerne dossier na jego temat przygotowała niedawno Fundacja Pro-Prawo do Życia.
W materiale czytamy, że Izdebski jest współpracownikiem WHO – organizacji, która opracowała permisywne standardy edukacji seksualnej, które nie tak dawno w Warszawie próbował wdrażać w życie Rafał Trzaskowski. Ten sam „uczony” [cudzysłów – md] współpracuje też z Instytutem Kinseya – jednostką badawczą założoną przez amerykańskiego badacza, który posługiwał się wielokrotnie krytykowaną metodologią i korzystał z informacji przekazywanych przez czynnych pedofilów. Izdebski został też odznaczony przez Niemieckie Towarzystwo Społeczno-Naukowych Badań nad Seksualnością (DGSS). Jednym z prezesów tej organizacji był Helmut Kentler, psycholog i seksuolog, który promował „eksperyment” polegający na przekazywaniu dzieci odebranych rodzinom przez Jugendamty w ręce pedofilów. Kentler wiedział, że będzie wiązać się to z gwałtami, ale uważał, że może to mieć dobry wpływ wychowawczy.
W specyficznym świecie seksuologii prawdopodobnie mało który uczony może uniknąć takich czy innych powiązań ze skompromitowanymi instytucjami, bo nauka ta jest w dużej mierze oparta na działalności wyjątkowo szemranych podmiotów. Zbigniew Izdebski może osobiście mieć całkowicie odmienne poglądy na wiele spraw, niż Kinsey czy Kentler. Był wprawdzie uczniem i współpracownikiem Andrzeja Jaczewskiego, człowieka, który – jak przypomina Fundacja Pro-Prawo do Życia – bagatelizował fotografowanie nagich dzieci, postulował niekaralność dobrowolnych kontaktów seksualnych z dziećmi od 9. roku życia i przekonywał, że pedofile mogą być dobrymi wychowawcami (później się od tego odcinał); sam Izdebski jest znany ze zdecydowanej krytyki pedofilii. Tak czy inaczej, jego środowiskowe powiązania są – siłą rzeczy – kontrowersyjne; natomiast jego poglądy na temat edukacji seksualnej – po prostu otwarcie niekatolickie. Dlatego powierzenie Izdebskiemu misji wygłoszenia laudacji rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego budzi ogromne zdziwienie.
A może lepiej: budziłoby, gdyby nie wcześniejsze skandale związane z KUL.
Przypomnijmy. 1 września 2024 roku na KUL zaczęło działać Collegium Medicum. Ma dwóch prorektorów: kardiologa prof. Macieja Banacha oraz kardiochirurga prof. Michała Zembalę. Przed rozpoczęciem prac Banach i Zembala mówili o swoich planach w rozmowie z portalem „Rynek Zdrowia”. Zembala przekonywał, że Collegium Medicum na KUL musi „pokazać dokonania, wiedzę i doświadczenie współczesnej medycyny w takich obszarach, które dla Kościoła bywają trudne” i wymienił wprost „wspomaganie rozrodu, in vitro, terapię uporczywa”. Banach deklarował z kolei, że jednostka będzie nauczać „medycyny opartej na faktach” i Collegium Medicum „w żaden sposób nie może i nie będzie się różnić od innych”, bo – jak deklarowali już obaj – należy uczyć medycyny „bez względu na światopogląd”.
W październiku tego roku doktorat honoris causa KUL otrzymała z kolei francuska filozof prof. Chantal Delsol, autorka słynnej książki „Koniec świata chrześcijańskiego”. Jej zasadniczą treścią jest postulat rezygnacji z kontrrewolucyjnej walki o cywilizację chrześcijańską i pogodzenie się z dominacją liberalizmu.
W ostatnich latach skandale wywoływali też dwaj byli kierownicy Katedry Etyki KUL, księża profesorowie Andrzej Szostek i Alfred Wierzbicki. W 2020 roku podpisali niesławny „Apel zwykłych księży”, który stanowił wyraz poparcia dla protestów po wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie uśmiercania chorych dzieci nienarodzonych. Pomimo krytyki, obaj bronili swojego negatywnego stosunku do wyroku TK. Nie można w tym kontekście nie zapytać, jaką etykę wykładali przez lata swoim studentom: katolicką czy raczej liberalną…
By nie pozostawić wątpliwości: na uczelni działa mnóstwo w pełni katolickich uczonych, którzy dokładają wszelkich starań, kształcąc studentów zgodnie z nauczaniem Kościoła. Nie można jednak zamykać oczu na narastające problemy. Biorąc je wszystkie pod uwagę trudno o inną reakcję, niż wyrażenie poważnego niepokoju o dalszy kurs Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Nagromadzenie faktów nie pozwala mówić o incydentach; chodzi raczej o strukturalną penetrację uczelni przez myślenie obce duchowi katolickiemu. Można mieć nadzieję, że polscy biskupi nie będą wobec tego bezczynni i skorzystają z przysługujących im uprawnień nadzorczych, przekierowując KUL na właściwe tory.
Przejęcie władzy w Polsce przez obóz niemiecki to coś dużo groźniejszego niż tylko niedoprowadzenie do powstania CPK w pierwotnej formie.
Stawką w tej grze jest wręcz biologiczne przetrwanie narodu.
Służalczość i uniżoność względem Niemców obecnego obozu rządzącego to fakt dla wszystkich oczywisty, nie wymagający żadnych dalszych wyjaśnień. Zbyt często jednak nasza uwaga kieruje się ku kwestiom ściśle biznesowym czy politycznym, przez co tracimy z oczu obszary, w których to podporządkowanie okazuje się najbardziej niebezpieczne. Zagrożenie, przed którym stoi Polska, nie dotyczy więc tylko i wyłącznie rozgrywki o porty na Bałtyku, żeglugi na Odrze czy budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, lecz także takich obszarów jak zdrowie, ochrona życia, religia czy kultura.
Zwijanie porodówek
W razie przyszłorocznego zwycięstwa w wyborach prezydenckich Rafała Trzaskowskiego Polsce grozi całkowite domknięcie systemu przez Niemcy. Odebranie im władzy może być trudne, nawet jeśli Trump zdecyduje się wymienić rządzących w Warszawie na bardziej mu sprzyjających. Niemcy dążyli do tego przejęcia przez wiele lat, m.in. inwestując w środowisko gdańskich liberałów już w latach osiemdziesiątych. Kluczowe okazało się jednak przejęcie środowiska Lewicy, które pierwotnie podporządkowane było Moskwie, lecz od dłuższego czasu finansowane jest z już głównie z Berlina.
O co dokładnie chodzi Niemcom? Wygaszenie wszelkich inwestycji infrastrukturalnych wspierających suwerennościowe aspiracje Polski to tylko część planu. Jak pokazuje planowy kryzys w służbie zdrowia, rządzący chcą najzwyczajniej w świecie uderzyć w biologiczne podstawy istnienia narodu. Nie oznacza to oczywiście, że Berlin zamierza przywrócić w Polsce obozy zagłady. Chodzi wyłącznie o taki model zarządzania w służbie zdrowia, który pod pretekstem wprowadzania zmian organizacyjnych, restrukturyzacji jednostek czy naprawiania rzekomych błędów przeciwników, przyspieszy proces wymierania polskiego narodu.
Najbardziej oczywistym przykładem jest chociażby masowa likwidacja oddziałów położniczych w całej Polsce. Zgodnie z zapowiedziami rządu gauleitera Tuska ma zniknąć aż jedna trzecia z nich, co w kontekście naszej katastrofy demograficznej przedstawia się jak wstęp do ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej. W naszej obecnej sytuacji wysiłki rządzących powinny przecież zmierzać w kierunku wprowadzenia możliwie jak największych udogodnień dla rodzących matek, które obecnie na ogół są wciąż poddawane szpitalnemu reżimowi sanitarno-organizacyjnemu. Oddziały położnicze nie tylko nie powinny być likwidowane, ale powinno się tworzyć nowe, bo jeśli nie będą się rodziły dzieci i nie będzie się kobietom ułatwiało rodzenie, to wkrótce zniknie potrzeba utrzymywania wszystkich innych szpitalnych oddziałów – może za wyjątkiem geriatrycznych.
Planowa deprawacja
Obóz demokracji walczącej swoją polityką przybliża Polskę do scenariusza popadnięcia w spiralę depopulacji. Uzupełnieniem dla destrukcji porodówek i cięć środków dla służby zdrowia są także wysiłki na rzecz pełnej legalizacji aborcji, deprawacja młodzieży pod pozorami „edukacji zdrowotnej”, upowszechnienie lewackiej polityki równościowej oraz promocja tęczowej ideologii. W tych depopulacyjnych wysiłkach rząd jest nieustannie wspierany przez media należące do niemieckiego kapitału, w których promuje się m.in. poliamorię, prostytucję i wszelkie możliwe dewiacje seksualne.
Przebiegłość tego planu, a mamy niewątpliwie do czynienia z planem, sprowadza się do nasilenia kryzysu i zamętu w warstwie obyczajowej oraz kulturowej, w sytuacji gdy Polska znalazła się na największym depopulacyjnym zakręcie w dziejach. Funkcjonowanie tego schematu odsłoniło się najbardziej w okresie tzw. czarnych protestów z jesieni 2021 roku, gdy należące do niemieckiego kapitału gazety regionalne z grupy Polska Press bezpośrednio zaangażowały się w protesty, koordynując przekaz informacji od organizatorów i podburzając czytelników. Ów sterowany z Niemiec rzekomo spontaniczny wybuch niezadowolenia stał się niestety mitem założycielskim całego pokolenia apostatów i zwolenników aborcji.
Ktoś mógłby wprawdzie zauważyć, że w Niemczech również dominuje polityka równościowa, aborcja jest wykonywana masowo, a młodzież masowo okalecza się w imię rzekomej zmiany płci. To prawda, Niemcy również ze względu na masową imigrację i islamizację igrają ze swoim przetrwaniem, ale wciąż nie zmienia to faktu, że to niemieckie, a nie polskie elity kontrolują najważniejsze organy Unii Europejskiej. Niemiecki plan zakłada ustanowienie nowego europejskiego narodu, do którego akces zgłosić może każdy lojalny wykonawca odgórnie narzuconej polityki.
Ukryte intencje rządzących Polską wyszły na jaw szczególnie przy okazji wrześniowej powodzi. Opieszałość w uruchamianiu funduszy, skandaliczna bezczynność i co najważniejsze celowe zwalczanie projektów retencyjnych w imię ekologii udowodniły niezbicie, że długofalowa strategia zakłada degradację całych regionów Polski. Wiele mówiący jest fakt, że tragedia powodzi dotknęła w zdecydowanej większości tzw. ziem odzyskanych, których Republika Federalna Niemiec nie zrzekła się nigdy w sposób ostateczny i nie pozostawiający wątpliwości. Niemcy dokonały już faktycznej politycznej kolonizacji wielu polskich dużych miast, co pokazuje choćby ich sponsoring Campusu Polska, lecz za polityką degradacji Polski powiatowej na ziemiach zachodnich stoi dokładnie to samo dążenie.
Pielgrzymka do Berlina
Nie mniej ważnym czynnikiem od tych, które opisano powyżej, są zjawiska dokonujące się w obszarze religijnym. W tym kontekście wielce znamiennym była zorganizowana we wrześniu Ekumeniczna Pielgrzymka dla Sprawiedliwości Klimatycznej, która przy współudziale prymasa Wojciecha Polaka i przedstawicieli innych wyznań pokonała trasę z Gniezna do Berlina. Wybór Berlina jako kulminacyjnego punktu sprawiedliwości klimatycznej wydaje się wielce frapujący, choć da się go zapewne uzasadnić lokalizacją służb wywiadowczych, które patronowały całemu przedsięwzięciu.
Trwająca w Kościele tzw. droga synodalna szczególnie wielkich entuzjastów znajduje w Niemczech, a wywrotowemu duchowi przemian ulega niestety znaczna część hierarchów w Polsce. Dziś nie trzeba już prowadzić żadnego otwarcie wyrażającego wrogość Kulturkampfu, lecz jedynie umiejętnie podsycać tendencje odśrodkowe wśród wierzących. Polski Episkopat niestety coraz mniej różni się od niemieckiego.
O naszej polskiej katastrofie demograficznej mówi się bardzo wiele, ale niestety zbyt rzadko w kontekście działań podejmowanych przez Niemcy i ich podwykonawców z rządzącej koalicji. Z każdym dniem coraz bardziej oczywiste staje się to, że przeciwko nam wdrożona jest strategia nastawiona na umyślne spotęgowanie procesu depopulacji. Ogromnego wsparcia w tym zakresie udziela Unia Europejska ze swoją klimatystyczną i genderową agendą. Obciążona horrendalnymi kosztami zielonej transformacji Polska ma dokonywać eutanazji swojego przemysłu i pokrywać coraz bardziej bezludne tereny wiatrakami.
Październikowy Synod o synodalności zakończył się, a Bergoglio nadał dokumentowi końcowemu autorytet Magisterium:
Cytat Bergoglio: „Dokument końcowy jest częścią zwyczajnego Magisterium Następcy św. Piotra i jako taki proszę, by został przyjęty”.
Katolicy zadają zasadnicze pytanie: kim jest ten Jorge Bergoglio, który pozwala nazywać się Następcą Piotra? Czy jest on, czy nie jest ważnym papieżem? Jeśli jest ważnym papieżem, w takim przypadku już nie działa ani Ewangelia Chrystusa, ani moralność chrześcijańska, ani prawa Boże, ani wiara chrześcijańska wraz z Credo. Pod rządami Bergoglio nie jest to już Kościół Chrystusowy. On transformował oszukanych katolików poprzez „Fiducia supplicans” w ramach fałszywego posłuszeństwa w synagogę szatana. Ktokolwiek dzisiaj uważa Bergoglio za papieża, zaprzecza dogmatowi o nieomylności papieża. Bergoglio głosi ex cathedra herezje, które niszczą samą istotę Kościoła u jego korzeni. Zobowiązuje zatem cały Kościół do przyjęcia tych herezji jako nauki katolickiej. W tym celu wykorzystał także tzw. dokument końcowy Synodu o synodalności.
Czym jest droga synodalna Bergoglio? To zaprogramowane samobójstwo Kościoła! W doktrynalnej pseudo-deklaracji „Fiducia supplicans” ogłosił nową naukę, sodomską anty-ewangelię, która diametralnie zaprzecza naukom Chrystusa. Jeden z najcięższych grzechów – sodomię – nie tylko legalizuje, ale nawet nakazuje biskupom i księżom błogosławić sodomię. Czyniąc to, zniszczył cały moralny fundament Pisma Świętego i Tradycji. De facto znosi nie tylko Dekalog, ale także prawa Boże, przykazania Chrystusa i Credo. Odnosząc się do dokumentu końcowego, Bergoglio powiedział:
„Droga synodalna Kościoła katolickiego potrzebuje, aby dzieleniu się słowem towarzyszyły czyny”.
Więc na drodze synodalnej Bergoglio nie potrzebuje już słowa Bożego. Rzekomo potrzebuje tylko tak zwanego dzielenia się słowem. Kto wypowiedział słowa dzielenia? Na bergogliańskim synodzie ich wypowiadali oczywiste heretycy, podobnie jak członkowie i promotorzy LGBTQ. Bergoglio nie wystarczą jednak same słowa, żąda czynów. Wymaga prawdziwego buntu przeciwko Bogu. Domaga się konsekwentnej satanizacji Kościoła katolickiego aż do jego ostatniego członka. Dziś ocalony zostanie tylko ten, kto na czas ucieknie z Babilonu Bergoglio!
To tragedia, że z wyjątkiem biskupów Afryki i niektórych krajów Europy Wschodniej, wszyscy inni biskupi zaakceptowali publiczną apostazję „Fiducia supplicans” za pośrednictwem swoich konferencji biskupów. Czyniąc to, przyłączyli się do buntu przeciwko Bogu i ściągnęli na siebie najcięższe kary kościelne – wykluczyli się z Kościoła i Mistycznego Ciała Chrystusa. Niezrozumiałe jest, dlaczego w tym stanie buntu przeciwko Bogu nadal służą Liturgii? Jaki jest tego sens? Odpowiedź na pytanie, czy ta Liturgia jest ważna, jest prosta.
Ale największym problemem jest to, że wszyscy ci zdradzieccy biskupi odmawiają zbawczej pokuty. Zdradzili Chrystusa i Jego naukę, zeszli z drogi zbawienia, ale nie żałują. Jaką pokutę musi odprawić za tę najcięższą zbrodnię przeciwko Chrystusowi i Kościołowi? Muszą bezwzględnie oddzielić się od samobójczej drogi synodalnej, to znaczy odrzucić bluźnierczą „Fiducia supplicans”!
Pismo Święte napomina: „Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych! Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia”. Wcale nie musicie dożyć jutra. A jeśli dożyjecie w zatwardziałości, przestaniecie słyszeć głos Boży, a droga łaski i zbawienia zostanie dla was zamknięta. Jedyne, co wam pozostaje, to samobójcza droga synodalna, która kończy się w piekle. Na tym etapie, na którym znajdujecie się ze swojej winy, nie wystarczy już po prostu odrzucić „Fiducia supplicans”. Musicie teraz uwolnić się od podporządkowania uzurpatorowi papiestwa. On jest oczywistym arcy-heretykiem i sługą antychrysta, który publicznie i bezpośrednio prowokacyjnie poświęcił się szatanowi.
Szanowni biskupi, ale wy jesteście bardziej winni niż on. Gdybyś się od niego oddzielili, zdemaskowalibyście kim on jest. Zamiast tego stwarzacie mu warunki do zniszczenia Kościoła i was. Czy zdajecie sobie sprawę, szanowni następcy apostołów, w jakiej sytuacji postawił was Bergoglio? Staliście się kościelnymi oszustami i cynicznymi mordercami nieśmiertelnych dusz. To bardzo poważna sprawa! Jesteście już na skraju zgrzeszenia przeciwko Duchowi Świętemu.
Jeśli nawet to słowo, szanowny biskupie, nie poruszy Twojej zatwardziałości, to znak, że jesteś już żywym trupem. Ale nie tylko trupem, jesteś już medium antychrysta. Rozsiewasz śmiertelną zarazę na dusze, które Bóg ci powierzył.
Bergoglio powołał dziesięć komisji, aby dokończyć zmianę nauczania katolickiego i wprowadzić je w życie. Wszystko to pod fałszywym posłuszeństwem słudze antychrysta, poświęconego szatanowi. Jakie zmiany wprowadzą komisje? Na przykład każdy, kto odmówi błogosławienia homoseksualnym i queer parom, zostanie ekskomunikowany. Proces satanizacji poprzez błogosławieństwo sodomii i wdrążenia ducha pogaństwa w Liturgię będzie kontynuowany wraz z wyświęcaniem kobiet na diakonisy i kapłanki. Pierwszeństwo będą miały feministki i lesbijki, a także pogańskie czarodziejki.
Bergoglio, jak przyznał, będzie monitorował każdego biskupa, aby sprawdzić, czy jest konsekwentny we wprowadzaniu zmian. Sam powiedział:
„W raportach wymaganych na wizytę ad limina każdy biskup zadba, aby poinformować, jakich wyborów dokonano w powierzonym mu Kościele lokalnym w odniesieniu do wskazań Dokumentu końcowego, jakie trudności napotkano i jakie były owoce tych działań”.
Nie będzie to więc formalność. Każdy z Was, biskupi, będzie musiał osobiście opowiedzieć o trudnościach, jakie napotkał przy błogosławieniu grzechu i promowaniu ideologii LGBTQ w Kościele. Będziesz musiał zdać relację z tego, jak pokonałeś trudności i pokazać, jakie owoce przyniósł, wprowadzając w życie rewolucyjne zmiany drogi synodalnej. W rzeczywistości będziesz musiał wdrożyć proces satanizacji Bergoglio w diecezji, którą Bóg ci powierzył, aż do ostatniej parafii i ostatniego katolika. Członkowie zarządu LGBTQ będą cię obserwować, więc wizyta ad limina nie ujdzie ci na sucho. Jeśli będziesz mniej gorliwy w promowaniu dokumentu końcowego, możesz spodziewać się wyrzucenia z biskupstwa.
Szanowny biskupie, mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, co Cię czeka. Przede wszystkim nie zapominaj, że jeśli pozostaniesz na tej drodze anty-pokuty, będziesz cierpieć wiecznie w piekle. Na cmentarzu na Twoim pomniku będzie napisane: „Tutaj leży zdrajca Chrystusa, który brał udział w samozagładzie Kościoła katolickiego”.
Wreszcie opamiętaj się! Nadchodzi Adwent roku 2024, czas pokuty. Stań po stronie Chrystusa! W czasie Adwentu napisz list pasterski, w którym wyrzekniesz się „Fiducia supplicans”, zbrodniczej drogi synodalnej i podporządkowania się nieważnemu uzurpatorowi papiestwa. Skreśl jego imię z tekstów liturgicznych. Dziś jest to rozwiązanie ratunkowe dla Ciebie i twojej diecezji. Uświadom sobie, że nie masz już nic do stracenia, jedynie kajdany, które dobrowolnie założyłeś, poddając się uzurpatorowi papiestwa. Teraz do Ciebie należy zrzucenie kajdan, które tak haniebnie nosisz. Dlatego dla twego doczesnego i wiecznego zbawienia przy tym wezwaniu nie zatwardzaj swego serca! Teraz jest dla ciebie czas zbawienia, jutro będzie za późno.
W Sądzie Okręgowym w Kaliszu ruszył w piątek proces cywilny o zadośćuczynienie za powikłania po szczepieniu przeciw COVID-19. Dziewiętnastolatka, mieszkanka powiatu ostrzeszowskiego domaga się od Skarbu Państwa 201 tys. zł.
fot. MikeDotta / / Shutterstock
Pozwanym w sprawie jest Skarb Państwa – Minister Zdrowia, reprezentowany przez Prokuratorię Generalną Rzeczypospolitej Polskiej.
Sędzia SO Arleta Konieczna, na wniosek obrońcy powódki, podjęła decyzję o prowadzeniu sprawy za zamkniętymi drzwiami, ale – jak podkreśliła – ze względu na szacunek do opinii publicznej i wagi społecznej sprawy przed rozpoczęciem przesłuchań i opuszczeniem sali przez dziennikarzy wyjaśniła okoliczności sporu i stanowisko stron.
Sędzia podkreśliła, że sprawa jest trudna merytorycznie, wymagająca wiedzy specjalistycznej z dziedziny prawa i medycyny oraz ma wielowątkowy charakter.
Roszczenie powódki oparte jest na podstawie artykułu Kodeksu cywilnego, który mówi: „Jeżeli przez zgodne z prawem wykonywanie władzy publicznej została wyrządzona szkoda na osobie, poszkodowany może żądać całkowitego lub częściowego jej naprawienia oraz zadośćuczynienia pieniężnego za doznaną krzywdę, gdy okoliczności, a zwłaszcza niezdolność poszkodowanego do pracy lub jego ciężkie położenie materialne wskazują, że wymagają tego względy słuszności”.
Powódka wniosła o zadośćuczynienie w wysokości 201 tys. zł wraz z odsetkami i kosztami sądowymi za doznaną krzywdę.
Zdaniem 19-latki tuż po szczepieniu zaistniały u niej powikłania natury neurologicznej – znaczne, o dużym nasileniu, wpływające na życie i funkcjonowanie.
„W tej chwili jest dorosła, ale boryka się z tymi problemami, twierdząc, że jest to wprost powikłanie poszczepienne. Zostało ono zgłoszone jako niepożądany odczyn poszczepienny w trybie właściwych przepisów i uznane przez organy nadzorcze. To uznanie powoduje jednak tylko tyle, że zostało uznane do statystyki, a z problemem boryka się powódka, pozostawiona sama sobie” – stwierdziła sędzia.
W odpowiedzi na pozew Skarb Państwa, który – jak przypomniała przewodnicząca – uczestniczył we wprowadzeniu Narodowego Programu Szczepień – wniósł o oddalenie powództwa w całości i zakwestionował swoją odpowiedzialność co do jej wysokości oraz wskazany rodzaj uszczerbku na zdrowiu. W odpowiedzi na pozew wskazał na inne podmioty, których odpowiedzialność należy rozważyć np. producenta, placówkę medyczną lub osobę podającą preparat.
Według SP szczepionki na COVID-19 były świadczeniem całkowicie dobrowolnym i nie istniał żaden mechanizm prawny przymusowego, obowiązkowego szczepienia. „Narodowy Program Szczepień został przyjęty uchwałą Rady Ministrów, która to uchwała nie jest źródłem powszechnie obowiązującego prawa, ma jedynie charakter wewnętrzny i obowiązuje jednostki organizacyjne podległe Radzie Ministrów” – zacytowała sędzia odpowiedź pozwanego.
Zdaniem sędzi sprawa jest trudna. „Tutaj na ten moment nie ma rzeczy oczywistych. Dysponuję sporą wiedzą, ale nie wiem, na ile wystarczającą, żeby zadowolić opinię publiczną, żeby ten proces poprowadzić prawidłowo, zgodnie z wymogami i sprawiedliwie. Trzeba przez to przebrnąć” – powiedziała sędzia Konieczna. Dla przykładu wskazała, że np. charakterystyka produktu leczniczego firmy Pfizer liczy 730 stron A4 wiedzy wysokospecjalistycznej. „Próbowałam przez to przebrnąć. Jest to trudne” – oświadczyła.
Młodej kobiecie towarzyszyli w sądzie rodzice oraz jej siostra bliźniaczka. Jak powiedzieli w rozmowie z PAP, wszyscy przyjęli szczepionki. „Jedna z naszych córek okazała się słabsza. Następnego dnia od rana bardzo źle się czuła, po wstaniu z łóżka straciła przytomność i upadła na podłogę. Od tego momentu jej życie zmieniło się. Nie funkcjonuje normalnie, jest przygaszona, smutna, wylękniona i samotna, ponieważ unika towarzystwa. Zamiast kontaktów z rówieśnikami ciągle jeździmy po lekarzach, szukając dla niej pomocy” – powiedziała matka dziewczyny.
Ojciec dodał, że córka przyjmuje codziennie silne tabletki, które utrudniają jej normalne funkcjonowanie. Wcześniej rozwijała się normalnie, nie chorowała. Rodzice od razu nabrali podejrzeń, że problemy zdrowotne ich dziecka mają związek ze szczepieniem.
Z prośbą o pomoc udali się do kancelarii adwokackiej we Wrocławiu. „Tam usłyszeliśmy, że na proces przysługiwał nam tylko rok czasu od zdarzenia, że nic nie da się już w tej sprawie zrobić” – powiedzieli.
Nie zrezygnowali, szukali dalej. W końcu trafili na adwokata, który miał im powiedzieć, że „nie zna wyniku sprawy ale trzeba próbować i walczyć o dziecko” – powiedzieli.
Jak poinformował PAP sędzia Marek Urbaniak, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Kaliszu, rozprawa została odroczona bez terminu w celu powołania biegłych. „Ich zadaniem będzie określenia związku przyczynowo skutkowego między schorzeniami powódki a szczepieniem” – przekazał. (PAP)
Perfidna metoda liberalnej demokracji polega na tym, że daje się ludziom złudzenie, iż mają jakiś wybór i mogą o czymkolwiek decydować. Pod przykrywką populizmu politycznego organizuje się szyderczy spektakl. System podsuwa wyborcom starannie wyselekcjonowanych kandydatów, którzy odgrywają życiowe role – mają udawać, że różnią się od innych w fundamentalnych sprawach.
Dzięki temu zabiegowi w Stanach Zjednoczonych nieprzerwanie rządzi szajka Republikanów i Demokratów, a w III RP łupy [ochłapy, miła pani… Łupy oczywiście idą wyżej. md] dzielą post-okrągłostołowe partie z przystawkami. Wszyscy oni kłócą się między sobą pod publiczkę, jednocześnie wiernie służąc globalistom. Wystarczy popatrzeć za czym głosują i jakie ustawy przepychają. Tak to mniej więcej się kręci.
Wygląda na to, że mistrzowski poziom osiągnięto w Rumunii. Tamtejszy Trybunał Konstytucyjny podjął właśnie decyzję o unieważnieniu wyborów prezydenckich. Powód? Dopatrzono się nieprawidłowości podczas kampanii kandydata, który wygrał pierwszą turę. Calin Georgescu miał być beneficjentem operacji prowadzonej spoza granic Rumunii. Podejrzenia padają na Rosję.
Przyglądając się sylwetce Georgescu, nasuwa się szereg pytań. Oto bowiem przed Rumunami postawiono kandydata, który stanowczo krytykuje globalistów i broni chrześcijańskich wartości. Na pierwszy rzut oka wygląda więc na to, że globaliści użyli swoich wpływów, aby wyeliminować go z gry. Sęk w tym, że najwyraźniej jest to ich własny człowiek. Czego nie rozumiecie?
TRADYCYJNY KRAJ
Rumunia to taka Polska sprzed lat. Społeczeństwo (jeszcze) szanuje tradycję, jest całkiem konserwatywne i religijne. Wieloletnie rządy komunistów z czasów Układu Warszawskiego nie zdołały zniszczyć do reszty tego bałkańskiego narodu. W związku z tym, z dużym prawdopodobieństwem należy założyć, że dla Rumunów rozpisano podobny scenariusz jak dla Polaków.
U nas mniej więcej wyglądało to tak. Zainstalowano Radio Maryja z dyrektorem Tadeuszem Rydzykiem na czele. Następnie wszczęto potężną nagonkę na toruńską rozgłośnię. W naturalnym odruchu znaczna część religijnego społeczeństwa stanęła po stronie prześladowanych. W efekcie, wpływy Rydzyka i jego stacji rosły w najlepsze.
Potem z Torunia popłynęło oficjalne poparcie dla Jarosława Kaczyńskiego i jego partii Prawo i Sprawiedliwość. Zadaniem tego towarzystwa było odegrać rolę obrońców chrześcijańskich wartości. Polacy łyknęli jak pelikany. Tymczasem po wygranej wyborów politycy PiS przepychali jak leci wytyczne globalistów, z agendą na rzecz zrównoważonego rozwoju włącznie.
Czym w poprzednich latach trudnił się Georgescu, który w ostatnich wyborach jechał ostro po globalistach? Jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku zajmował wysokie stanowiska w ministerstwie środowiska Rumunii, gdzie koordynował projekty dotyczące zrównoważonego rozwoju, a także kierował pracami zespołów opracowujących krajowe strategie w tej dziedzinie. W latach 2000–2011 był dyrektorem wykonawczym CNDD, centrum zajmującego się zrównoważonym rozwojem.
Rumuński polityk był też ekspertem w biurze wysokiego komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw praw człowieka. W latach 2013–2015 kierował centrum badawczym Klubu Rzymskiego, a od 2015 do 2016 zarządzał instytutem United Nations Global Sustainability Index Institute.
Po tych wszystkich latach spędzonych na realizacji wytycznych organizacji ściśle powiązanych z globalistami, Georgescu stanął przed Rumunami jako niezależny kandydat na prezydenta i obwieścił publicznie, że globaliści nie są jednak cacy.
Początkowo nie dawano mu dużych szans, ale zawojował TikToka, gdzie masowo udostępniano filmiki z Georgescu w roli głównej. Na jednym z nich kandydat na prezydenta poszedł do Cerkwi Prawosławnej, gdzie ucałował świętą ikonę, a następnie przemówił do rumuńskiego ludu tymi oto słowami:
«Dziś walczą z Bogiem, ale globaliści nie rozumieją, że Boga nie można pokonać i nie można Go zastąpić. Dziś jest to w zasadzie kryzys duchowy. To bitwa Archanioła Michała z szatanem. Chcą usunąć chrześcijaństwo. Wzywamy do chrześcijańskiej świadomości. Mamy nieograniczoną wiarę w nasz starożytny kościół. Mamy nieograniczoną wiarę w Jezusa Chrystusa i w nasz naród».
W tle płomiennego przemówienia rozbrzmiewała piękna prawosławna pieśń. Serca Rumunów zostały poruszone i tłumnie ruszyli do urn wyborczych, zapewniając Georgescu wygraną w pierwszej turze.
Wkrótce potem upokorzono wyborców tego kandydata, wywalając ich głosy do śmietnika. Decyzją o anulowaniu wyborów wprowadzono Rumunów w konsternację. Oto bowiem w systemie liberalnej demokracji nie ma miejsca na stabilizację. Wszystko opiera się na chaosie i wielkim przekręcie, aby zwykły człowiek nie był w stanie połapać się w rozmaitych konfiguracjach.
PRZEBIEGŁY SYSTEM
Wyniki wyborów wzbudziły sensację w zagranicznych mediach. Także w Polsce poświęcono sporo uwagi kandydatowi, który zdeklasował konkurentów. U nas głównie rozpisywano się o tym, że to człowiek Putina, czyli zastosowano sprawdzone techniki obrzydzania (dla jednych) i uwiarygadniania (dla drugich), w zależności od upodobań.
Jeszcze większą sensację spowodował fakt, że wybory zostały anulowane. Decyzja Sądu Konstytucyjnego Rumunii wywołała falę oburzenia. Czy unieważnienie wyborów prezydenckich, to zemsta globalistów, bo ich człowiek urwał się ze smyczy? A może to tylko część operacji, aby uwiarygodnić i wykreować nowego bohatera narodowego?
Nie wykluczam żadnej z tych możliwości, łącznie z taką, że jest to marionetka Kremla (jako że Putin też trzyma z globalistami, to wszystko zostaje w rodzinie). Warto przy tym odnotować, że dzień przed decyzją o anulowaniu wyborów, Georgescu zapowiedział, że zakończy wszelkie wsparcie dla Ukrainy, jeśli obejmie najwyższy urząd w państwie.
Wersja o dzielnym i uczciwym Rumunie, który pracując dla globalistycznych struktur zrozumiał z jakim złem ma do czynienia, wydaje się najmniej prawdopodobna. Nie jest jednak niemożliwa.[bold- md] Z dziejów historii znam bowiem przypadki wielkich nawróceń, także wśród przywódców.
Zanim jednak rozczulimy się nad bohaterem niniejszego artykułu, warto przyjrzeć się bliżej Klubowi Rzymskiemu, dla którego Calin Georgescu swego czasu pracował. Ta nieformalna międzynarodowa organizacja typu think tank ma konkretne plany na poszczególne narody. Dla przykładu, Polaków musi ubyć, najlepiej zredukować nas do 15 milionów, co przyznał guru organizacji.
W 1975 roku prof. Dennis Meadows z Klubu Rzymskiego udzielił na ten temat wywiadu miesięcznikowi „Kultura”. Powiedział wtedy wprost:
«(…) Państwa powinny prowadzić taką politykę, która zagwarantowałaby stan stały – równowagę ludności, zużycia materiałów i surowców, energii i żywności. (…) Na przykład, jeżeli chodzi o Polskę, to sądzę, że macie zbyt duży przyrost ludności. 15 milionów ludności gwarantowałoby równowagę. Dalej: jeżeli chodzi o Polskę, widzę takie problemy – po pierwsze: właśnie zahamowanie eksplozji demograficznej (…)».
Generalnie pod pretekstem „równowagi” globaliści dążą do drastycznej redukcji ludności. Plan ten opisano w książce pt. „Granice wzrostu”, wydanej w 1972 roku przez Klub Rzymski. Współautorem publikacji jest wspomniany Dennis Meadows. Oto kluczowy fragment:
«Stan równowagi światowej można by zaplanować w ten sposób, żeby podstawowe potrzeby materialne każdego człowieka na ziemi były zaspokojone i żeby każdy z nich miał jednakowe szanse wykorzystania swoich osobistych możliwości.»
Dla podkręcenia powyższej utopii powołano Agendę ONZ na rzecz zrównoważonego rozwoju. Pod przykrywką rzekomego wyrównywania szans, dokonuje się depopulacji (aborcja, szpryce, fałszywa pandemia, sterylizacja, eutanazja, etc.), bo nie ma takiej możliwości, aby po równo zaspokoić materialne i osobiste potrzeby całej ludności. Globaliści ubzdurali więc sobie, że uda się tego dokonać, jeśli ludzi na świecie będzie znacznie mniej.
Czy Calin Georgescu pracując dla globalistów odkrył ich przekręty i postanowił uwolnić Rumunię z pajęczyny zła? Niczego wykluczyć nie można, ale trzeba zachować ostrożność wobec kogoś z taką biografią.
Tymczasem, w związku z wyżej wymienionymi faktami, pozostaje życzyć Rumunom (i Polakom) obalenia liberalnej demokracji. W systemie tym nie zostanie bowiem wybrany kandydat, który faktycznie występuje przeciw globalistom. Przecież to właśnie globaliści – którzy chcą zastąpić Boga – zainstalowali w naszych krajach liberalną demokrację, aby każde wybory przebiegały po ich myśli.
Mondo cane czy mondo humanum. Cywilizacja schodzi nie na psy lecz „na ludzi”.
Izabela Brodacka
Za czasów komuny lecznictwo weterynaryjne było na poziomie nieosiągalnym w państwowej służbie zdrowia. Weterynarze okazywali pacjentom więcej empatii i wielkoduszności niż zwykli lekarze. Bardzo lubię zwierzęta, zawsze starałam się im pomóc na własną rękę i za własne pieniądze. Weterynarze wiedząc, że leczę zwierzęta z wypadku lub przybłąkane wielokrotnie nie brali ode mnie z własnej inicjatywy pieniędzy, ofiarowywali leki i starali się o miejsce dla wyleczonego zwierzaka. Aby nie być gołosłowną pozwolę sobie opisać kilka takich przypadków. Pewnego dnia na moich oczach na ulicy wówczas Marchlewskiego (obecnie Jana Pawła II) w Warszawie taksówkarz celowo potrącił a właściwie przejechał ogromnego mieszańca wilczarza. Z najwyższym trudem zniosłam z jezdni zalane krwią ogromne psisko i stałam bezradnie nie wiedząc co zrobić. Zatrzymał się następny taksówkarz i mówiąc, że wstyd mu za kolegę zawiózł mnie ( za darmo) do lecznicy weterynaryjnej SGGW mieszczącej się wówczas przy ulicy Grochowskiej. Okazało się, że pies ma złamaną szyjkę kości udowej i został zakwalifikowany do tak zwanego „ gwoździowania” . Bardzo trudna operacja trwała przeszło 4 godziny, lekarze wzięli jednak opłatę tylko za zszycie łapy czyli najniższą z możliwych. Pies spędził u nas w domu cały miesiąc co było trudne gdyż trzeba było pilnować żeby nie położył się na chorej łapie. Gdyby gwóźdź wypadł operacji nie dałoby się powtórzyć gdyż ułamek kości od strony stawu był zbyt krótki. Wszystko skończyło się dobrze, pies wyzdrowiał i odnalazł się jego prawdziwy właściciel. Co ciekawe po powrocie z lecznicy do domu znalazłam w kieszeni płaszcza sporą sumę pieniędzy, którą wsunęli mi zapewne świadkowie wypadku. Byłam zbyt zszokowana żeby to zarejestrować. Przechodnie pomagali mi zresztą jak mogli, przynieśli jakieś koce i tektury żeby nie brudzić taksówkarzowi samochodu krwią, a wpychając mi do kieszeni pieniądze praktycznie złożyli się na operację i utrzymanie chorego zwierzaka.
Kiedy indziej znany doktor Marek Salewicz z lecznicy weterynaryjnej przy ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie nie tylko wyleczył za darmo szczeniaka znalezionego w mroźny dzień w śniegu na Polu Mokotowskim lecz oddał mi swoje własne kartki na mięso żebym mogła go dobrze odżywiać po operacji. Takie dobre uczynki nie tylko się długo pamięta lecz warto je przypominać. Gdyby nie doktor Salewicz musiałabym w ponurych czasach kartek dobrze karmić psa kosztem dzieci.
Kolejna prawdziwa historia. Pewnego dnia sroki wydziobały oczko dzikiemu kociakowi na daszku nad bramą mojej kamienicy. Sąsiad usiłujący ratować kotka został przez niego pogryziony i spadli razem z drabiny. W lecznicy przy Gagarina zaopiekowano się kotkiem za darmo. Oka nie dało się uratować ale miał dodatkowo składaną złamaną przy upadku łapkę. Został nazwany Cyklopem, wyrósł na pięknego kota i znalazł dobry dom. Nie był to odosobniony przypadek. Lecznica przy Gagarina wyleczyła zabłąkaną fretkę i namówiła na jej adoptowanie mego syna. Fretka podróżowała potem z synem nawet na Kostarykę. Pewna znajoma została również namówiona aby wziąć z lecznicy przy Gagarina bezdomnego ślepego boksera.
Służba zdrowia pierwsza zeszła na psy. Do szpitala nie sposób się obecnie dostać nawet ze skierowaniem, udając się z pilnym problemem na SOR czeka się na pomoc nawet kilkanaście godzin, na wizytę u specjalisty kilka do kilkunastu miesięcy, podobnie na niezbędną operację.
Przez wiele lat za wzór opieki medycznej stawiano właśnie opiekę weterynaryjną. W przekonaniu, że sprawił to wolny rynek wielu reformatorów postulowało prywatyzację służby zdrowia. Uważali, że płacąc za leczenie – jak u weterynarza- będzie można wymagać właściwego poziomu usług, że wolny rynek wyeliminuje lekarzy gorszych czy niezbyt uczciwych. Za wzór stawiano również usługi stomatologiczne, które sprywatyzowały się praktycznie jeszcze za czasów komuny. W przychodniach państwowych leczyli zęby wyłącznie ludzie bardzo ubodzy albo straceńcy. Uczciwi stomatolodzy pracujący w przychodniach państwowych nie mieli dostępu do dobrych materiałów więc ich usługi z konieczności nie były na wystarczającym poziomie. Niskie zarobki w „uspołecznionej” służbie zdrowia rekompensowali sobie prywatną praktyką używając w niej sprowadzane za dewizy materiały i leki.
Obecnie lecznice weterynaryjne też zeszły na psy. Po prostu całkowicie się skomercjalizowały. Jest recepcja , komputery, elegancka poczekalnia i cukierki dla klientów, ale nie ma już tej atmosfery życzliwości dla zwierząt oraz dla ludzi którzy ratują je na własny rachunek. Każdy zwierzak poddawany jest na ogół licznym – potrzebnym lub nie – drogim badaniom, a koszty leczenia są koszmarne. Mojemu psu po wypadku badano poziom cholesterolu i echo serca, a nie rozpoznano zapalenia otrzewnej. Po zainkasowaniu 3000 zł. za całkowicie zbędne moim zdaniem badania weterynarze zaproponowali mi łaskawie, że mogą psa „ dośpić”.
Nie podaję nazwy lecznicy bo nie jest to tekst interwencyjny. Dowcipny mechanik samochodowy powiedział, że znalezienie uczciwego weterynarza jest obecnie tak samo trudne jak znalezienie uczciwego mechanika samochodowego. Mam nadzieję, że on sam jest uczciwy.
„Zejść na psy” jest to określenie potoczne, a jak obecnie brzydko mówią dziennikarze i politycy – „kolokwialne”. Oznacza ono całkowity upadek. Na psy zeszła etyka lekarska nakazująca przede wszystkim nie szkodzić pacjentowi, indywidualną odpowiedzialność zastąpiły procedury. Nie tylko w medycynie.
Słynny pilot „Sully” Chesley Sullenberger, który 15 stycznia 2009 roku wylądował na rzece Hudson w Nowym Jorku, ratując wszystkich pasażerów został oskarżony o naruszenie procedur. Uratował tych ludzi po prostu bezprawnie, natomiast gdyby zginęli zgodnie z procedurą wszystko byłoby w porządku.
Zastąpienie ducha prawa literą prawa to jak twierdzi Feliks Koneczny kwestia cywilizacyjna. Cała nasza cywilizacja schodzi na psy.
A może jest inaczej. Cywilizacja schodzi nie na psy lecz na ludzi. Tak jak na ludzi zeszła weterynaria.
Aborcja to nie jest sprawa prywatna, ale fundamentalna kwestia ustrojowa. Państwo ma obowiązek chronić życie najsłabszych. Jan Pospieszalski ostro ocenił słowa prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego.
2 grudnia prezes PiS Jarosław Kaczyński w rozmowie z „Tygodnikiem Solidarność” powiedział, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego został odebrany przez ludzi jako „ingerencja w prywatność”, a jego partia powinna dążyć dziś do „kompromisu” z opozycją „w sprawach obyczajowych”.
W kanale PCh24 TV bardzo ostro ocenił te słowa dziennikarz i muzyk Jak Pospieszalski. Jak wskazał, kilka dni wcześniej kandydat na prezydenta Karol Nawrocki udzielił w mediach wypowiedzi na temat ochrony życia, która z perspektywy Nowogrodzkiej była niezadowalająca. Dlatego prezes Kaczyński postanowił pospieszyć Karolowi Nawrockiemu „z pomocą” i zasuflował mu przekaz dnia. – Tym przekazem dnia, jak słyszymy, ma być próba zbudowania kompromisu w „sprawach obyczajowych” – powiedział Pospieszalski.
– Jeśli prezes Kaczyński mówi, że kwestia życia ludzkiego jest kwestią obyczajową, to ja przepraszam bardzo, ale mamy do czynienia z jakimś dysonansem semantycznym– dodał.
Jak wskazał, obyczaj to jest przepuszczanie kobiet przodem albo posłanie rano łóżka, ale nie zabijanie dzieci nienarodzonych.
– Ochrona życia dzieci należy do fundamentalnych kwestii moralnych i do podstawowych zagadnień ustrojowych. Po co powstało państwo? Jego pierwszą funkcją jest zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom. Fundamentem ustrojowym państwa jest ochrona tych najsłabszych, także tych, którzy się jeszcze nie zdążyli urodzić – stwierdził.
–Aborcja to nie jest sprawa prywatna. Żadna pani nie implantuje sobie życia przez samorództwo. Musiał być do tego mężczyzna, jakaś sytuacja społeczna. To nie jest sprawa prywatna. Poza tym, tu chodzi o zabicie życia ludzkiego – o zabicie obywatela. Gdyby ten obywatel urodził się jako wcześniak, a matka zginęłaby w wypadku samochodowym, to wszystko by po niej odziedziczył. Prawo rozpoznaje go jako obywatela. Ustawa o rzeczniku praw dziecka mówi, że dzieckiem jest osoba od poczęcia do 18. roku życia. To mamy w prawie! – wskazał.
–Albo przyjmujemy prawo i konstytucje, albo budujemy sobie jakieś prywatne opowieści – dodał Jan Pospieszalski.
Szanowny Panie Mirosławie! Trzecia niedziela Adwentu to Niedziela Radości. Oba czytania i psalm pełne są nadziei i wesela. W naszych czasachobserwujemy jednak deficyt radości. Dlaczego tak się dzieje? Zachęcam Pana do lektury trzeciej części naszych krótkich rozważań adwentowych. Może ich Pan również odsłuchać w formie podcastu. Prorok Sofoniasz pisze: „Mocarz, który zbawia uniesie się weselem nad tobą, odnowi cię swoją miłością”. W Psalmie śpiewamy: „Wznoś okrzyki i wołaj radośnie, mieszkanko Syjonu, bo wielki jest wśród ciebie Święty Izraela”. Święty Paweł wzywa nas: „Bracia: Radujcie się zawsze w Panu: jeszcze raz powtarzam: radujcie się!”Z czego płynie ta radość? Apostoł wyjaśnia: „Pan jest blisko.” W naszych czasach obserwujemy deficyt radości. Wprawdzie poziom materialny i wygoda życia znacznie wzrosły w ostatnich dziesięcioleciach, ale bynajmniej nie przekłada się to na radość. Ci którzy się wzbogacili martwią się czy ich majątek nie zmaleje, wielu innych, którym powiodło się gorzej jest sfrustrowanych. Liczni, w pogoni za dobrami materialnymi pracują od rana do nocy i nawet nie mają czasu aby się ucieszyć. Zmęczeni pracoholicy poszukują rozrywki w mediach, aby szybko się zorientować, że emocje które tam znajdują są sztuczne i prędzej doprowadzą ich do depresji niż do radości.
Jeśli porównamy to z treścią czytań zobaczymy, że smutek wielu współczesnych bierze się ze straty, z której nawet nie zdają sobie sprawy: zostali obrabowani z Boga. Uwierzyli kłamstwom medialnych celebrytów, którzy zapewniali ich, że dobrobyt i przyjemności zapewnią im szczęście. Nie odnaleźli go. Pieniądze szczęścia nie dają, ale ich brak również. Poczucie zagrożenia, zazdrość i frustracja odbijają się negatywnie na relacjach między ludźmi. Z drugiej strony wiara w Boga nie zapewnia szczęścia automatycznie. Żydzi w czasach Jezusa byli ludźmi wierzącymi, ale zdawali sobie sprawę, że czegoś im brakuje. Dlatego tłumy przybywały nad Jordan do Jana Chrzciciela i pytały: Cóż mamy czynić? Jan odpowiadał: Kto ma dwie suknie niech się podzieli z tym, który nie ma: a kto ma żywność niech tak samo czyni. Sprawdzianem wiary są uczynki. Dzieląc się, nawet w niedostatku, okazujemy wiarę w Opatrzność Bożą, a jednocześnie świadczymy bliźnim miłość.
Już niedługo będziemy patrzeć na Jezusa, Maryję i Józefa, dla których nie było miejsca w gospodzie. Pomyślmy o tych, dla których nie ma miejsca w dzisiejszym świecie. Służąc najsłabszym, służymy samemu Bogu i dzięki temu odnajdujemy radość. Takie potrzebujące osoby zgłaszają się do prowadzonego przez naszą Fundację programu Ocalone.org. Aktualnie wspieramy m.in. odważne rodziny, które spodziewają się narodzin dzieci, będąc jednocześnie w naprawdę ciężkiej sytuacji finansowej. W najbliższym czasie chcemy ufundować także dwie wyprawki dla noworodków i będziemy dalej wspierać dwie już urodzone „ocalone” dziewczynki. Razem z zaprzyjaźnionymi ekspertami wspieramy też trójkę samotnych mam, które znalazły się z dnia na dzień w bardzo trudnej sytuacji, a mimo to zawalczyły o swoje dzieci.
To tylko kilka przykładów, gdyż osób potrzebujących pomocy zgłasza się do naszego programu Ocalone.org coraz więcej. Możemy je wspierać dzięki zaangażowaniu wolontariuszy oraz ofiarności naszych Darczyńców. Proszę Pana o przekazanie adwentowej jałmużny na ten cel. Może Pan przekazać 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolną inną kwotę, jaka jest dla Pana w obecnej sytuacji możliwa, i umożliwić nam w ten sposób dalsze głoszenie prawdy, mobilizowanie Polaków do działania oraz pomaganie osobom potrzebującym, w szczególności kobietom nakłanianym i przymuszanym do aborcji.Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW Z wyrazami szacunku Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków stronazycia.pl
Wojna polsko-jaruzelska. 43 lata temu komuniści wprowadzili stan wojenny
(GS/PCh24.pl)
W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r., wprowadzono stan wojenny. Władzę w Polsce przejęła junta wojskowa pod przywództwem gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Celem reżimu komunistycznego było zniszczenie wielomilionowego ruchu „Solidarności”. Wojskowy zamach stanu kosztował życie co najmniej kilkudziesięciu Polaków.
Powstanie NSZZ „Solidarność” stanowiło wyłom w systemie komunistycznym. Przez wielu zachodnich komentatorów zostało uznane za bezkrwawą rewolucję. Na Kremlu utworzenie „Solidarności” uznano za „klęskę polskich towarzyszy”, która miała zostać naprawiona wszelkimi dostępnymi środkami. Już 3 września 1980 r. władze sowieckie przygotowały wskazówki dla nowego kierownictwa PZPR. Zalecano „przygotowanie kontrataku”, którego celem miał być „powrót na utracone pozycje w klasie robotniczej”. Założeniem ZSRS było zniszczenie ruchu „Solidarności” siłami polskich komunistów.
Przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego nadzorowali naczelny dowódca wojsk Układu Warszawskiego marszałek ZSRS Wiktor Kulikow oraz oficerowie jego sztabu. Od początku prace toczyły się jednak w Sztabie Generalnym WP. Już 22 października 1980 r., a więc jeszcze przed formalną rejestracją NSZZ „Solidarność”, Biuro Polityczne KC PZPR zwróciło się do Sztabu Generalnego z wnioskiem o powołanie zespołu, który przygotowałby plany na wypadek strajku generalnego zorganizowanego przez „S”. Jeszcze tego samego dnia na naradzie sztabowej zdecydowano się na opracowanie założeń „wprowadzenia stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa”. Jednocześnie na Kremlu przygotowywano scenariusz bezpośredniej interwencji państw Układu Warszawskiego. Wstępem do jej przeprowadzenia miały być przewidziane na grudzień 1980 r. wielkie manewry „Sojusz-80”. Ostatecznie, w wyniku nacisków dyplomatycznych USA oraz zapewnień ze strony władz PRL, że „same dadzą sobie radę”, Leonid Breżniew zdecydował o ich odwołaniu.
Na potrzeby stanu wojennego sporządzono projekty różnych aktów prawnych, wydrukowano w Związku Sowieckim 100 tys. egzemplarzy obwieszczenia o wprowadzeniu stanu wojennego, ustalono listy komisarzy wojskowych mających przejąć kontrolę nad administracją państwową i większymi zakładami pracy, a także wybrano instytucje i przedsiębiorstwa, które miały zostać zmilitaryzowane.
Od połowy października 1981 r. z obszarem przyszłych działań zapoznawało się ponad tysiąc Wojskowych Terenowych Grup Operacyjnych. Intensywne ćwiczenia w walkach z tłumem przechodziły oddziały ZOMO. W więzieniach przygotowano miejsca dla blisko 5 tys. działaczy „Solidarności” i opozycji, którzy mieli zostać internowani na podstawie list sporządzanych od początku roku.
Elementem przygotowań do stanu wojennego były również zmiany na szczytach reżimu PRL. 18 października 1981 r. na nowego I sekretarza KC PZPR wybrano gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Tym samym skupił on w swoich rękach kontrolę nad rządem, partią i wojskiem. Sprzyjało mu coraz większe zmęczenie społeczeństwa spowodowane permanentnym kryzysem i spadające poparcie dla „Solidarności”. Historyk prof. Andrzej Paczkowski w książce „Wojna polsko-jaruzelska” ocenia, że „S”, opozycja i Kościół nie były przygotowane na wprowadzenie stanu wojennego. „Od lata 1980 r. panował w Polsce właściwie permanentny stan niepokoju, wzmagany przez pogłębiające się trudności życia codziennego. (…) Często powtarzające się okresy mobilizacji i wzrostu poczucia zagrożenia w pewnym sensie uczyniły ludzi obojętnymi na sygnały o planowanych działaniach władz” – pisze.
W kierownictwie „Solidarności” na początku grudnia 1981 r. zdawano sobie sprawę z gwałtownego wzrostu napięcia, liczono jednak, że do konfrontacji z władzami komunistycznymi dojdzie dopiero po przyjęciu przez Sejm rządowej ustawy „O nadzwyczajnych środkach działania w interesie ochrony obywateli i państwa”. Wielu czołowych działaczy „S”, przekonanych o swojej sile i poparciu społecznym, wygłaszało nadmiernie optymistyczne prognozy polityczne. Jacek Kuroń uważał, że gen. Jaruzelski w ostatniej chwili „swoim zwyczajem cofnie rękę”. Niektórzy, m.in. Janusz Pałubicki, sądzili, że siły milicji nie wystąpią przeciwko robotnikom i być może przejdą na ich stronę. Tylko niewielka część działaczy, głównie lokalnych, zdecydowała się na zabezpieczenie środków finansowych oraz maszyn poligraficznych. Po 13 grudnia okazały się one bezcenne dla podziemnych struktur.
Decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego zaakceptowana została 5 grudnia 1981 r. przez Biuro Polityczne KC PZPR. Jaruzelski otrzymał od towarzyszy partyjnych swobodę wyboru konkretnej daty rozpoczęcia operacji. W nocy z 8 na 9 grudnia 1981 r., w trakcie spotkania z przebywającym w Warszawie marszałkiem Kulikowem, gen. Jaruzelski poinformował go o planowanych działaniach, nie podając jednak konkretnej daty ich rozpoczęcia.
Przebieg tego spotkania znany jest z notatki adiutanta marszałka Kulikowa, gen. Wiktora Anoszkina. Wynika z niej, że Jaruzelski prosił Sowietów o udzielenie wsparcia militarnego po wprowadzeniu stanu wojennego, jeśli opór społeczny byłby masowy. „Strajki są dla nas najlepszym wariantem. Robotnicy pozostaną na miejscu. Będzie gorzej, jeśli wyjdą z zakładów pracy i zaczną dewastować komitety partyjne, organizować demonstracje uliczne itd. Gdyby to miało ogarnąć cały kraj, to wy będziecie nam musieli pomóc. Sami nie damy sobie rady” – argumentował towarzysz generał.
Marszałek Kulikow odpowiedział: „Jeżeli nie starczy waszych sił, to pewnie trzeba będzie wykorzystać Tarczę-81 [za tym kryptonimem krył się przypuszczalnie plan operacji Układu Warszawskiego w Polsce]”. I dodał: „Zapewne Wojsko Polskie samo poradzi sobie z tą garstką rewolucjonistów”. Jaruzelski zauważył wtedy, że „np. Katowice liczą ok. 4 mln mieszkańców. To taka Finlandia, a wojska – jeśli nie liczyć dywizji obrony przeciwlotniczej – nie ma. Dlatego bez pomocy nie damy rady”. Kulikow uniknął jednoznacznej odpowiedzi. Powiedział, że „najpierw należy wykorzystać własne możliwości”, i zapytał, czy może zameldować swojemu zwierzchnikowi, że „podjęliście decyzję o przystąpieniu do realizacji planu”. W odpowiedzi Jaruzelski odparł: „Tak, pod warunkiem że udzielicie nam pomocy”. Kulikow na te słowa nie zareagował. O wyznaczonym terminie wprowadzenia stanu wojennego przywódcy sowieccy zostali poinformowani 11 grudnia.
Wojskowy zamach stanu rozpoczął się wieczorem 12 grudnia 1981 r. Jeszcze przed północą jednostki MSW, składające się z grup specjalnych, oddziałów ZOMO, jednostek antyterrorystycznych, funkcjonariuszy SB, oddziałów Jednostek Nadwiślańskich przy wsparciu wojska rozpoczęły działania.
W ramach operacji „Azalia” siły MSW i WP zajęły obiekty Polskiego Radia i Telewizji oraz zablokowały w centrach telekomunikacyjnych połączenia krajowe i zagraniczne. Grupy milicjantów i funkcjonariuszy SB przystąpiły w ramach operacji o kryptonimie Jodła do internowania działaczy „Solidarności” i przywódców opozycji politycznej.
Oddziały ZOMO zajęły lokale zarządów regionalnych „Solidarności”, zatrzymując przebywające tam osoby i zabezpieczając znalezione urządzenia łącznościowe i poligraficzne. Do miast skierowano oddziały pancerne i zmechanizowane, które umieszczono przy najważniejszych węzłach komunikacyjnych, urzędach i innych obiektach strategicznych. Przeprowadzono aresztowania wśród niezależnych intelektualistów, w tym wśród organizatorów i uczestników obradującego w Warszawie Kongresu Kultury Polskiej.
Główne uderzenie nastąpiło w Gdańsku, gdzie w sobotę zebrała się Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność” i gdzie w związku z tym przebywało wielu działaczy i doradców związkowych. W ciągu nocy zatrzymano w Gdańsku ok. 30 członków Komisji Krajowej i kilku doradców. Tylko kilku udało się uniknąć aresztowania.
O godzinie pierwszej w nocy w Belwederze zebrali się członkowie Rady Państwa, formalnie najwyższego organu władzy. Większość z nich nie wiedziała jednak, jaki był cel tej nocnej narady. Po półtoragodzinnych obradach członkowie Rady Państwa przyjęli przedstawiony im dekret o wprowadzeniu stanu wojennego oraz towarzyszące mu dokumenty, przeciwko głosował jedynie przewodniczący PAX, Ryszard Reiff. Wszystkie przyjęte dokumenty były antydatowane i nosiły datę 12 grudnia 1981 r.
Dekret o wprowadzeniu stanu wojennego był niezgodny z obowiązującym wówczas prawem, ponieważ Rada Państwa mogła wydawać dekrety jedynie między sesjami Sejmu. Tymczasem sesja taka trwała, a najbliższe posiedzenie izby było wyznaczone na 15 i 16 grudnia.
Większość Polaków o wprowadzeniu stanu wojennego dowiedziała się dopiero o poranku. Tuż po 6-tej Polskie Radio po raz pierwszy nadało przemówienie Wojciecha Jaruzelskiego. Kilka godzin później zostało wyemitowane także w obu programach telewizyjnych.
W specjalny sposób potraktowany został przez autorów stanu wojennego przewodniczący „Solidarności” Lech Wałęsa. Władze liczyły bowiem, że uda się im wykorzystać go politycznie. Około godziny drugiej w nocy w jego mieszkaniu pojawili się wojewoda gdański Jerzy Kołodziejski i I sekretarz gdańskiego KW PZPR Tadeusz Fiszbach, członek Biura Politycznego. Poinformowali oni Wałęsę o wprowadzeniu stanu wojennego, stwierdzając, że powinien natychmiast udać się do Warszawy na rozmowy z przedstawicielami władz. Ostatecznie Wałęsa oświadczył, iż pod przymusem zgadza się jechać do Warszawy. Przewodniczący „S” odrzucił przedstawiane mu propozycje współpracy. Został internowany i odizolowany od innych działaczy „Solidarności”. Po pobycie w Chylicach i Otwocku umieszczono go ostatecznie w ośrodku rządowym w Arłamowie.
Nieliczni przywódcy „Solidarności”, którzy uniknęli zatrzymań, m.in. Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Bogdan Borusewicz, Aleksander Hall, Tadeusz Jedynak, Bogdan Lis i Eugeniusz Szumiejko, rozpoczęli w wyjątkowo trudnych warunkach tworzenie struktur podziemnych.
W sumie w pierwszych dniach stanu wojennego internowano ok. 5 tys. osób, które przetrzymywano w 49 ośrodkach odosobnienia na terenie całego kraju. Łącznie w czasie stanu wojennego liczba internowanych sięgnęła 10 tys., w więzieniach znalazła się znaczna część krajowych i regionalnych przywódców „Solidarności”, doradców, członków komisji zakładowych dużych fabryk, działaczy opozycji demokratycznej oraz intelektualistów związanych z „S”. W celach propagandowych zatrzymano również kilkadziesiąt osób z poprzedniej ekipy sprawującej władzę, m.in. Edwarda Gierka, Piotra Jaroszewicza i Edwarda Babiucha.
Na podstawie dekretu o stanie wojennym zawieszono podstawowe prawa i wolności obywatelskie, wprowadzono tryb doraźny w sądach, zakazano strajków, demonstracji, milicja i wojsko mogły każdego legitymować i przeszukiwać obywateli. Wprowadzono godzinę milicyjną od godz. 22 do 6 rano, a na wyjazdy poza miejsce zamieszkania potrzebna była przepustka. Korespondencja podlegała oficjalnej cenzurze, wyłączono telefony, uniemożliwiając m.in. wzywanie pogotowia ratunkowego i straży pożarnej. Większość najważniejszych instytucji i zakładów pracy została zmilitaryzowana i była kierowana przez ponad 8 tys. komisarzy wojskowych. Zawieszono wydawanie prasy poza „Trybuną Ludu” i „Żołnierzem Wolności”. Zawieszono działalność wszystkich organizacji społecznych i kulturalnych, a także zajęcia w szkołach i na wyższych uczelniach.
Formalnym „architektem” stanu wojennego była dwudziestojednoosobowa Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego z gen. Jaruzelskim na czele. W praktyce była ona jednak ciałem fasadowym, ale bez jakichkolwiek podstaw prawnych, uzurpującym sobie prawo do zwierzchności nad pozostałymi organami władzy. Najważniejsze decyzje w okresie stanu wojennego podejmowała nieformalna grupa wojskowych oraz członków partii nazywana dyrektoriatem. W jej skład obok Jaruzelskiego wchodzili: gen. Florian Siwicki (wiceminister obrony narodowej), gen. Czesław Kiszczak (minister spraw wewnętrznych), gen. MO Mirosław Milewski (sekretarz KC), Mieczysław F. Rakowski (wicepremier), Kazimierz Barcikowski (sekretarz KC) i Stefan Olszowski (sekretarz KC).
14 grudnia rozpoczęły się niezależnie od siebie strajki okupacyjne w wielu dużych zakładach przemysłowych. Protestowały huty, w tym największa w kraju „Katowice” oraz im. Lenina, większość kopalń, porty, stocznie w Trójmieście i Szczecinie, największe fabryki, takie jak: WSK w Świdniku, Dolmel i Pafawag we Wrocławiu, warszawski Ursus czy Zakłady Przemysłu Odzieżowego im. Marchlewskiego w Łodzi. Strajkowano w sumie w 199 zakładach (w 50 utworzono komitety strajkowe), na blisko 7 tys. istniejących wtedy w Polsce przedsiębiorstw. Władze uznały skalę sprzeciwu społecznego za stosunkowo niewielką i możliwą do opanowania dostępnymi środkami.
W kilkudziesięciu zakładach doszło do brutalnych pacyfikacji strajków z pomocą oddziałów ZOMO i wojska wyposażonego w ciężki sprzęt. Szczególnie dramatyczny przebieg miały strajki w kopalniach na Górnym Śląsku, gdzie górnicy stawili czynny opór. 16 grudnia 1981 r. w Kopalni Węgla Kamiennego „Wujek” w trakcie kilkugodzinnych walk milicjanci użyli broni palnej, zabijając dziewięciu górników. 23 grudnia przy wsparciu czołgów i desantu ze śmigłowców udało się stłumić strajk w Hucie „Katowice”. Najdłużej trwały protesty w kopalniach „Ziemowit” (do 24 grudnia) i „Piast” (do 28 grudnia), w których zdecydowano się prowadzić strajk pod ziemią.
Wprowadzając stan wojenny, władze komunistyczne nie zdecydowały się zaatakować bezpośrednio Kościoła. Prymas Józef Glemp od początku apelował o spokój i zażegnanie bratobójczych walk, domagając się jednocześnie uwolnienia internowanych i aresztowanych oraz powrotu do dialogu z „Solidarnością”. 13 grudnia w kazaniu wygłoszonym w warszawskim Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej apelował o uniknięcie rozlewu krwi: „Będę wzywał o rozsądek nawet za cenę narażenia się na zniewagi i będę prosił, nawet gdybym miał boso iść i na klęczkach błagać: nie podejmujcie walk Polaka przeciw Polakowi”.
Przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego wystąpiły Stany Zjednoczone i inne kraje zachodnie. 23 grudnia 1981 r. prezydent USA Ronald Reagan ogłosił sankcje gospodarcze wobec PRL, a kilka dni później podał do wiadomości, iż obejmą one również Związek Sowiecki, który jego zdaniem ponosił „poważną i bezpośrednią odpowiedzialność za represje”. W ciągu następnych tygodni do sankcji przeciwko Polsce przyłączyły się inne kraje zachodnie, choć rządy niektórych uznały wprowadzenie stanu wojennego za „mniejsze zło” i uniknięcie ryzyka destabilizacji sytuacji w PRL.
[Aaaale… Sowieci ustalili wcześniej z władzami USA, co chcą zrobić. Jaruzel i kolesie oczywiście o tym wiedzieli. Mirosław Dakowski]
31 grudnia 1982 stan wojenny został zawieszony, a 22 lipca 1983 r. odwołany przy zachowaniu części represyjnego ustawodawstwa. Dokładna liczba osób, które w wyniku wprowadzenia stanu wojennego poniosły śmierć, nie jest znana. Przedstawiane listy ofiar liczą od kilkudziesięciu do ponad stu nazwisk. Nieznana pozostaje także liczba osób, które straciły w tym okresie zdrowie na skutek prześladowań, bicia w trakcie śledztw czy podczas demonstracji ulicznych, czy też w efekcie braku możliwości wezwania pomocy z powodu zablokowania połączeń telefonicznych.
Ich głosy przesądziły przed rokiem o powstaniu rządu Donalda Tuska. Dziś młodzi wyborcy nie są już tak entuzjastycznie nastawieni do KO – czytamy w piątkowym wydaniu „Rzeczpospolitej”. Najbardziej popularna wśród nich jest Konfederacja.
Konfederacja jest najbardziej popularną partią wśród młodych ludzi w wieku 18–29 lat – wynika z badania dla More in Common Polska i Fundacji Ważne Sprawy, którego wyniki poznała „Rzeczpospolita”.
Jak pisze dziennik, najmłodsi wyborcy byli ważnym elementem demograficznej siły, która – również poprzez wysoką frekwencję – doprowadziła w ubiegłym roku do zwycięstwa obecnie rządzących partii.
Obecnie wśród ogółu ludzi w wieku 18–29 lat na pierwszym miejscu jest Konfederacja z wynikiem 26 proc. Na kolejnych KO (15 proc.), Polska 2050 i PiS – po 8,5 proc. Nowa Lewica może liczyć na 7,6 proc., Partia Razem na 4 proc., a PSL – na 2 proc.
Co istotne – 22 proc. młodych jest niezdecydowanych, natomiast deklarowana frekwencja jest wysoka, bo wynosi aż 78 proc, w tym 53 proc. „zdecydowanie” chce iść na wybory.
W badaniu sondażowni Opinia24 widać także „dużą demobilizację wśród młodych kobiet”. W tej grupie największe poparcie wciąż ma Koalicja Obywatelska, ale blisko 30 proc. najmłodszych wyborczyń nie wie, na kogo będzie głosować. „To sugeruje duży zawód, będący z kolei efektem braku realizacji obietnic wyborczych dotyczących praw kobiet” – uważa autor tekstu.
Badanie zrealizowano między 4 a 19 listopada 2024 roku na grupie 1002 respondentów. (PAP)