






=========================









=========================


11.12.2024 https://nczas.info/2024/12/11/sfingowano-dane-raportu-z-kancelarii-prezydenta-braki-dotyczace-milionow-dla-ukrainskich-studentow/

„Obserwator Gospodarczy” poinformował, że studenci z Ukrainy otrzymują w Polsce zapomogi z polskich kieszeni, których kwoty opiewają na miliony złotych. Natomiast nie ujęto ich w oficjalnym dokumencie, w którym podsumowano polską pomoc.
Kancelaria Prezydenta RP przygotowała raport podsumowujący polską pomoc dla Ukrainy. Wynika z niego, że Polska przeznaczyła na rząd kijowski aż 4,91 proc. swojego PKB.
Jak się okazuje, nie jest on najwyraźniej pełny. Czemu – nie wiadomo, choć można się domyślać.
Na „braki” zwrócił uwagę „Obserwator Gospodarczy”. Redakcja wskazuje, że w szacunkach z raportu prezydenckiej kancelarii „brakuje m.in. pomocy w formie zapomogi, o którą mogli ubiegać się ukraińscy studenci przez fakt wybuchu wojny”.
„Zapomoga przysługuje każdemu studentowi, który znalazł się przejściowo w trudnej sytuacji życiowej. Zapomoga jest świadczeniem jednorazowym, które uczelnia może przyznać do dwóch razy do roku” – czytamy.
„Dlatego wystosowaliśmy prośbę o udostępnienie informacji publicznej do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa wyższego o udzielenie naszej redakcji powyższych danych za lata 2021; 2022 oraz 2023. Zgodnie z odpowiedzią w 2021 roku zapomogę otrzymało 258 studentów z Ukrainy, w 2022 roku 8053 studentów, a w 2023 roku było to 1969 studentów” – wskazał „Obserwator Gospodarczy”.
Urzędy nie skatalogowały konkretnej kwoty przekazanej w ramach zapomogi z powodu wybuchu wojny ani konkretnej kwoty przyznanej Ukraińcom. Główny Urząd Statystyczny jednak opublikował jej średnią wysokość.
W 2021 roku średnia wysokość zapomogi przyznanej studentowi wynosiła 1639,30 zł. Rok później było to 2071,50 zł a w 2023 roku 2303,50 zł.
„Posiadając te dane możemy obliczyć, że zapomogi dla studentów z Ukrainy w 2021 roku wyniosły około 422 939,30 zł; w 2022 roku było to już 16 681 789,50 zł, a w 2023 roku 4 535 591,5 zł. Oczywiście zapomogi zawierają również pomocą inną niż ta dotycząca wojny. W 2021 roku gdy wojna jeszcze nie wybuchła, o pomoc wnioskowało 258 studentów z Ukrainy” – wskazał „Obserwator Gospodarczy”.
„Przyjmij, że i w kolejnych latach 260 obywateli Ukrainy wnioskowało o pomoc na innej podstawie niż trudna sytuacja wynikająca z faktu wybuchu wojny. Daje to kwotę 538 590 zł za 2022 rok oraz 598 910 zł w 2023 roku. Po pomniejszeniu wyniku przez te liczby w 2022 roku zostaje 16 098 199,5 zł oraz 3 936 681,50 zł w 2023 roku. Oznacza to, że kwota nadmiarowych zapomóg z faktu wojny w ciągu dwóch lat wyniosła 20 034 881 zł” – napisano.
Choć teoretycznie zapomogi można przyznawać dwa razy do roku, to ustawa z 12 marca 2022 roku o pomocy obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium Ukrainy zniosła ten limit. Oprócz tego normalnie Ukraińcy mogli ubiegać się o stypendium socjalne i kredyt studencki.
|
| Szanowny Panie Mirosławie! Przyjrzeliśmy się fundacji „edukatorów seksualnych” Antoniny Kopyt – osoby wyznaczonej przez rząd Tuska do współtworzenia podstawy programowej obowiązkowej „edukacji seksualnej”, która ma wejść do polskich szkół od 1 września 2025 r. „Edukatorzy seksualni” oficjalnie współpracują m.in. z „sex-shopem” i dystrybutorem przedmiotów używanych do sadomasochizmu oraz seksu z elementami przemocy. „Edukatorzy” współpracują też z międzynarodową korporacją farmaceutyczną produkującą środki antykoncepcyjne i promującą aborcję. To właśnie takie środowiska chcą, aby polskie dzieci zostały objęte przymusową „edukacją seksualną” w szkole, w trakcie której będą zachęcane do eksperymentów seksualnych i aborcji oraz namawiane do kupowania preparatów antykoncepcyjnych. „Edukacja seksualna” to oprócz deprawacji dział sprzedaży i reklamy „sex-shopów” oraz międzynarodowych korporacji związanych z przemysłem aborcyjnym, antykoncepcyjnym i farmaceutycznym. Trzeba dotrzeć z tymi informacjami do rodziców! Antonina Kopyt to „edukatorka seksualna” i pomysłodawca wprowadzenia obowiązkowej „edukacji seksualnej” do polskich szkół pod nazwą „edukacji zdrowotnej”. Ostrzegaliśmy już, że w mediach społecznościowych sugerowała, że prawo rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami powinno podlegać ograniczeniom ze strony państwa oraz instytucji międzynarodowych. Rząd Tuska wyznaczył Kopyt na członka zespołu do spraw przygotowania podstawy programowej do nowego, przymusowego przedmiotu. To jednak nie wszystko, gdyż Kopyt udziela się także w innych środowiskach. Antonina Kopyt jest m.in. ekspertem fundacji „edukatorów seksualnych” Sexed.pl, założonej przez Anję Rubik – medialną celebrytkę oraz propagatorkę aborcji i LGBT. Na stronie tej organizacji możemy znaleźć oficjalną informację o współpracy m.in. z międzynarodową siecią „sex-shopów”, która prowadzi sprzedaż również w Polsce. Jak możemy przeczytać na stronie tego sklepu: „Naszą misją jest celebrowanie miłości i pożądania w każdej ich formie i rozmiarze. Naszym celem jest zachęcanie ludzi do odkrywania, eksperymentowania i cieszenia się seksem – bez względu na preferencje, fetysze czy fantazje. Wierzymy, że każdy ma prawo do pewności siebie i eksplorowania swojej seksualności. Tabu? Są po to, aby je przełamywać!” Celem tego typu „sex-shopów” jest sprzedaż swoich produktów poprzez zachęcanie ludzi do rozwiązłości i eksperymentów seksualnych bez względu na „preferencje” czy „fantazje”. Stąd w ofercie firmy znaleźć można m.in. akcesoria do sadomasochizmu i seksu z elementami przemocy oraz przedmioty takie jak wibratory. Z kolei na stronie „edukatorów seksualnych” możemy znaleźć artykuły, które zachęcają do używania tego typu rzeczy z informacją, że dany materiał powstał przy współpracy z „sex-shopem”. Panie Mirosławie, „edukatorzy seksualni” i zwolennicy wprowadzenia „edukacji seksualnej” do szkół wmawiają rodzicom, że podczas lekcji dzieciom będą prezentowane wyłącznie „suche fakty” oraz „neutralna światopoglądowo” wiedza naukowa. To zwykłe kłamstwo. Wystarczy wejść na stronę fundacji, z którą współpracuje Antonina Kopyt i przekonać się, że celem tworzonych tam treści jest rozbudzenie seksualne dzieci i młodzieży oraz zachęcenie uczniów do współżycia seksualnego, masturbacji i aktów homoseksualnych. Świadczą o tym liczne zwroty używane przez „edukatorów seksualnych” w materiałach dotyczących masturbacji, rozwiązłości, homoseksualizmu oraz rozmaitych praktyk i perwersji seksualnych. Wyrażenia takie jak: „wypróbować”, „eksperymentować”, „odkrywać”, „spróbować”, „poszukiwać”, „czerpać przyjemność”, „nie bój się”, „nie wstydź się”, „oswoić swoje ciało”, itp. jednoznacznie świadczą o tym, że mamy do czynienia z zachęcaniem i namawianiem do takich czynności jak masturbacja czy oddawanie się aktom homoseksualnym. Niektóre z artykułów opracowanych przez „edukatorów seksualnych” wprost odsyłają do oferty konkretnych „sex-shopów” zachęcając do kupna przedmiotów takich jak wibratory. Dla przykładu, z jednego z tekstów do „edukacji seksualnej”, można się dowiedzieć: „Dlaczego warto używać wibratorów na palec?” „Jeśli chcesz, aby pieszczoty palcami były jeszcze bardziej przyjemne, wypróbuj specjalny wibrator na palec (…) Bez względu na wygląd, wibratory palcowe mają jedno zadanie – dzięki specjalnym wypustkom, oraz wibracjom, maksymalizują przyjemność podczas masturbacji (…) Jeśli szukasz najlepszego dla siebie wibratora, sprawdź nasz poradnik, w którym znajdziesz informacje o rodzajach wibratorów.” O jakich „neutralnych światopoglądowo faktach” możemy mówić, kiedy artykuł wprost mówi o tym „dlaczego warto” się masturbować? Jest to bezpośrednia zachęta! Co więcej, ten sam artykuł zaleca sprawdzenie poradnika na ten masturbacji, w którym możemy wprost znaleźć informację, iż jest to: „materiał reklamowy na zlecenie” jednego z sex-shopów, z którym współpracują „edukatorzy seksualni”. Portal „edukatorów seksualnych”, do których należy współautorka podstawy programowej do obowiązkowej „edukacji seksualnej” w szkołach, spełnia po prostu funkcję działu reklamy perwersji seksualnych i związanych z nimi artykułów. To jednak nie wszystko. „Edukatorzy seksualni” informują także o swojej oficjalnej współpracy z korporacjami farmaceutycznymi. Jedną z nich jest producent tzw. implantów antykoncepcyjnych. Jest to środek wszczepiany kobiecie pod skórę na okres kilku lat, który uwalnia przez ten czas do organizmu hormon hamujący proces owulacji. Lista potencjalnych skutków ubocznych stosowania tego typu preparatów jest długa. Media informują też o wypadkach takich jak m.in. sprawa kobiety z USA, która otrzymała 600 000 dolarów za komplikacje związane z wszczepieniem implantu, który spowodował uszkodzenie jej ciała oraz o przypadku innej kobiety, której implant wszczepiony w ramię przemieścił się i trafił do płuca! Warto w tym momencie przypomnieć, że opublikowana przez MEN podstawa programowa do przymusowej „edukacji seksualnej” w polskich szkołach zakłada, że uczniowie będą uczyć się o metodach antykoncepcji (w tym hormonalnej), a także kształtować w sobie postawę szacunku wobec bezdzietności. W ten sposób „edukacja seksualna” ma również pełnić funkcję działu reklamy przemysłu farmaceutycznego i namawiać do stosowania niebezpiecznych dla zdrowia środków antykoncepcyjnych oraz innych preparatów produkowanych przez zagraniczne koncerny na rynek w Polsce. Panie Mirosławie, większość rodziców w Polsce nie zdaje sobie z tego wszystkiego sprawy. Od kilku miesięcy w niemal wszystkich mediach głównego nurtu regularnie, praktycznie dzień w dzień, publikowane są propagandowe artykuły, materiały i nagrania video, argumentujące za koniecznością objęcia wszystkich dzieci w Polsce przymusową „edukacją zdrowotną” w szkołach. Najróżniejsi „eksperci” oraz znani celebryci przekonują, że obowiązkowa „edukacja zdrowotna” to same korzyści – zapobieganie chorobom, profilaktyka, zachęcanie do ruchu i sportowego trybu życia, zdrowsze zęby, inwestycja w zdrowie przyszłych pokoleń, lepsza ochrona, rzetelna wiedza itp. Tymczasem wystarczy wejść na strony „edukatorów seksualnych”, aby błyskawicznie przekonać się, jak bardzo ta propaganda jest daleka od rzeczywistości. „Edukacja seksualna” to zachęcanie dzieci do rozwiązłości, masturbacji, homoseksualizmu, sadomasochizmu i innych perwersji seksualnych, a wiele materiałów „edukacyjnych” z tego zakresu to zwykłe artykuły sponsorowane pisane na zamówienie „sex-shopów” i koncernów farmaceutycznych produkujących antykoncepcję. Musimy kształtować świadomość Polaków i docierać do kolejnych osób z ostrzeżeniem. W tym celu nasza Fundacja organizuje w całym kraju niezależne kampanie informacyjne. W ostatnim czasie akcje ostrzegające przed przymusową deprawacją w szkołach odbyły się w wielu miastach, m.in. w Nysie. Nasi wolontariusze rozstawili się w centrum miasta z banerami i megafonami. Adam, koordynator naszej akcji, przemawiał do mieszkańców mówiąc: „Zamiast przygotowywać dzieci do życia w małżeństwie i rodzinie, uczniowie w szkołach mają szykować się do inicjacji seksualnej, uczyć się, że masturbacja jest właściwym zachowaniem oraz skupiać swoją uwagę na przyjemności seksualnej bez odpowiedzialności” O takich działaniach często informują lokalne media, co jeszcze bardziej powiększa zasięg naszego oddziaływania. Uruchomiliśmy także nową kampanię billboardową, w ramach której wywieszamy w przestrzeni publicznej wielkoformatowe plakaty ostrzegające przed „edukacją seksualną”. Trwa także dodruk 30 000 kolejnych egzemplarzy naszej broszury informacyjnej dla rodziców, która rozchodzi się w szybkim tempie i buduje świadomość tysięcy kolejnych osób. Aby wywierać dalszą presję na rząd Tuska w celu wycofania się z planów deprawacji polskich dzieci oraz aby dotrzeć do kolejnych Polaków z ostrzeżeniem, potrzebujemy w najbliższym czasie ok. 19 000 zł. Dlatego proszę Pana o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest dla Pana w obecnej sytuacji możliwa, aby umożliwić nam organizację kolejnych akcji informacyjnych i dotarcie do społeczeństwa z ostrzeżeniem przed deprawacją dzieci. Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW Z wyrazami szacunku ![]() Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków stronazycia.pl |

(PCh24TV)
Liczba Polaków, którzy czują się zaniepokojeni tzw. zmianami klimatu maleje. Powodów jest wiele. To sceptycyzm wobec tzw. zeroemisyjności i tzw. czystych źródeł energii, zmęczenie ciągłym mówieniem o płonącej planecie czy negatywna ocena sposobu działania tzw. aktywistów klimatycznych.
Jak podaje „Rzeczpospolita”, w Polsce odnotowano duży i dość niespodziewany skok liczby osób wyrażających zaniepokojenie „zmianami klimatu”. Obecnie takich osób jak wciąż dużo – bo aż 74 proc. respondentów (międzynarodowe badanie prowadziła sieć firm Iris, w Polsce ARC Rynek i Opinia). Ale przed rokiem było ich 81 proc. Co ciekawe, wyniki w Polsce odbiegają od światowych trendów, gdzie ów spadek był na poziomie 3 punktów procentowych.
Polacy zmieniają pogląd na temat możliwości osiągnięcie zeroemisyjności gospodarki – tu rok do roku odnotowano wzrost liczby osób sądzących, że projekt się nie powiedzie (z 43 proc. do 49 proc.). Rośnie też sceptycyzm w podejściu do pozyskiwania tzw. czystej energii – problem nie jest postrzegany już jako działanie pierwszej wagi. Zaś liczba osób uznających to za kwestię ważną, ale nie o najwyższym priorytecie stopniała z 55 do 41 proc.
Eksperci uważają, że społeczeństwo jest zmęczone tematem „zmian klimatycznych”, szczególnie, że często prezentowany jest on w sposób natrętny, ideologiczny, dogmatyczny. Równocześnie brakuje uczciwej debaty. Coraz mniej osób chce słuchać o konieczności wymiany samochodów na elektryczne i ograniczania emisji gazów cieplarnianych. Ludzie martwią się zaś bardziej o bezpieczeństwo. Swoje „trzy grosze” dokładają tu też tzw. aktywiści klimatyczni, którzy obierając terrorystyczne metody działań, skutecznie zniechęcają do „zielonych” tematów.
Źródło: rp.pl MA
29 czerwca 2024 U korzenia homo-herezji. Czyli skąd wzięli się „katolicy LGBT” i synodalność
Filip Adamus https://pch24.pl/u-korzenia-homo-herezji-czyli-skad-wzieli-sie-katolicy-lgbt-i-synodalnosc/

W czerwcu, ogłoszonym przez subkulturę LGBT „miesiącem dumy”, również w katolickich świątyniach zawisły sztandary homo-herezji. W wielu diecezjach Włoch zorganizowano wręcz religijne obchody dla uczczenia tej „nowej, świeckiej tradycji”. Dla pobożnych chrześcijan podobne wydarzenia to wciąż szokująca niespodzianka – w końcu do rzeczywistości polskiej parafii propagatorzy lobby LGBT w Kościele, tacy jak niesławny jezuita James Martin, ciągle pasują jak pięść do nosa.
Nie mamy pełnej świadomości, do jak gigantycznych wpływów doszły na Zachodzie stojące za nim środowiska. To uspokajająca, ale i niebezpieczna ignorancja. W Rzymie właśnie trwa bowiem kulminacja drugiego podejścia progresistów do dewastacji moralnego Magisterium. Dekady temu podobne wysiłki radykałów w Stanach Zjednoczonych otarły się już o sukces na skalę kraju…
Był rok 1974, dokładnie pięć dekad temu. Na okładkę kolejnego wydania magazynu „Gay Liberator” trafiła podobizna Pawła VI. Uwagę przyciągało zresztą nie tylko papieskie lico w tak zaskakującym miejscu – ale i znamienny tytuł. „Gejowska duma uderza w Kościół” – głosił numer wojującego z prawem naturalnym pisemka. Infiltrację różnych wyznań chrześcijańskich przez stręczycieli pro-gejowskiej propagandy uczyniono kwestią wiodącą. Rewolucjoniści zdawali raport z frontu…
Meldunek, który dotarł z Kościoła katolickiego, nie wspominał o wygranej. Był apelem o posiłki. Oto Brian McNaught, dotychczas dziennikarz Michigan Catholic, doczekał się zwolnienia z powodu zgorszenia czytelników. Zarząd miał najlepszy powód, by podziękować koledze za współpracę: redaktor zaczął publicznie obnosić się ze swoim homoseksualizmem. Otwarcie podważał też nauczanie Kościoła o grzesznej naturze homo-erotyzmu.
Zdawałoby się, że w latach 70-tych, na długo przez powszechną akceptacją homoseksualizmu, zwolnienie przejdzie bez sensacji. Dysydenckiego pracownika wyrzucono z pisma mającego trzymać się Objawienia – ot rutyna. A jednak… decyzja władz magazynu wywołała larum. Na łamach „Gay Liberator” sam zainteresowany zapowiedział manifestacje w swojej obronie. Zamieszczone plany wydarzeń nie pozostawiały wątpliwości – wiece poprzedzić miały Msze Święte w intencjach obrony zwolnionego…
Zastęp niegodziwców
Wbrew pozorom 50 lat temu rąk chętnych do sprawowania agitacyjnej liturgii znalazłoby się niemało. Pisząc o „zderzeniu gejowskiej dumy” z Kościołem w 1974 roku redaktorzy „The Gay Liberator” znacząco się pomylili. Homo-herezja nie waliła wtedy do świątynnych wrót – a z szybkością zarazy szerzyła się wewnątrz – moszcząc sobie coraz wygodniejszą i bardziej wpływową pozycję.
Już pięć lat wcześniej, w roku erupcji „rewolucji seksualnej”, ks. Patrick Nidorf powołał w diecezji San Diego pierwsze „duszpasterstwo homoseksualistów”. Wszystko zaczęło się od tajnych spotkań dla gejów-katolików. Aby trafić na zebrania organizowane przez augustianina, uczestnicy musieli zapisywać się przez specjalne formularze. Duchowny wystrzegał się bowiem jawności w obawie przed reakcją władz diecezjalnych i ewentualnym pojawieniem się na miejscu „religijnych fanatyków”.
Nidorf zaangażował się w „posługę” gejom, przekonany o błędach, jakie miał popełniać względem nich Kościół. To ze zdecydowanego wskazania na grzeszność homoseksualizmu wynikało zdaniem augustianina ich „przesadne” poczucie winy, wzmacnianie „czasem” – jak sądził – u kratek konfesjonału. Choć w rzeczywistości problemy z niskim poczuciem własnej wartości dotyczą również np. współczesnych homoseksualistów poddających się tzw. tranzycji, pierwszy „duszpasterz LGBT” mniemał, że należy je zminimalizować przez rewolucyjne zmiany…
W oparciu o takie intencje powstała organizacja gejów-katolików Dignity. Przez kolejne lata bez przeszkód miała ona rozszerzać swoje wpływy w amerykańskim Kościele. A w co wierzyli uczestnicy ruchu Nidorfa?
Założyciel wolał zachować to w tajemnicy. Jednak, gdy w 1970 roku przed „duszpasterstwem” swoje podwoje otworzył kościół pw. św. Bernarda w Los Angeles, jego członkowie poczuli się na tyle bezpiecznie, że zaczęli nalegać na lidera, by przekazał przełożonym, co sądzą podopieczni. Augustianin miał przed tym spore opory – jednak ostatecznie uległ. Spisane przez jednego ze świeckich pismo wskazywało, że sednem walki z niską samooceną gejów w Kościele miała być dewastacja moralności chrześcijańskiej, wyrażona zmianą nauczania o homoseksualizmie.
„Uważamy, że homoseksualizm jest naturalną odmianą używania płciowości. Nie oznacza ani choroby, ani niemoralności. Ludzie o takiej orientacji seksualnej mają naturalne prawo używać ich sił erotycznych w sposób zarówno odpowiedzialny i spełniający… i powinni jej używać z poczuciem dumy [ang. pride]”, prezentowali swoje przekonania ordynariuszowi Los Angeles członkowie Dignity.
Pismo trafiło w ręce rządzącego od niedawna metropolią Abp Timothego Manninga w 1971 roku – i spotkało się z należytą odpowiedzią. Heterodoksyjny ksiądz wraz z bernardyńskim prowincjałem musieli stawić się przed apostolskim następcą na wizycie dyscyplinarnej. Nidorf otrzymał wyraźny zakaz przewodzenia ruchowi, do którego się zastosował, a Dignity musiało przekształciło się w ruch świeckich.
Założyciel duszpasterstwa wyjątkowo sprawnie porzucił kapłańską posługę, gdy stracił możliwość liberalnej agitacji homoseksualnych „katolików”. Już w 1973 roku duchowny znalazł romantyczne zastępstwo dla Chrystusa, któremu ślubował bezżenność, biorąc za żonę kobietę o imieniu Dacia St. John. Zmienił też imię i zaczął tytułować się: „Pax”.
Mimo błędnych przekonań i gorszącego przykładu założyciela, Dignity swobodnie działało w kolejnych latach w amerykańskim Kościele. Na podobne środki jak biskup Manning zdobyło się niewielu jego braci w episkopacie. „Księża oferowali swoją posługę jako liderzy i proponowali doradztwo duszpasterskie. Siostry zakonne i kapłani wchodzili w szeregi Dignity – czasem otwarcie, czasem incognito. Kościoły, kaplice i centra Newmana służyły jako miejsca spotkań. Biskupi współpracowali – wyznaczając kapelanów lub rozwijając to, co nazywano wtedy duszpasterstwami gejów i lesbijek. Niektórzy biskupi przewodniczyli nawet raz na rok, a czasami częściej, celebracjom liturgicznym Dignity”. Tak swobodną infiltrację Mistycznego Ciała Chrystusa przez homo-heretycką „kroplę kwasu” wspomina Marianne Duddy-Burke, obecna przewodnicząca założonego przez Nidorfa „duszpasterstwa”.
W dziele infiltracji spory udział odegrał ksiądz hołubiony przez środowisko jezuity Jamesa Martina. W 2009 roku agitujące za zmianą nauczania Kościoła New Ways Ministry uhonorowało „Nagrodą Budowania Mostów” wydalonego z szeregów Towarzystwa Jezusowego Johna McNeila. Ten ksiądz przez „duszpasterstwo”, w jakim udziela się Martin, bywa nazywany wprost „świętym patronem” ruchu gejowsko- katolickiego…
Ten rzekomy heros wiary najpełniej wyraził oczekiwania tęczowych duszpasterstw, publikując w 1976 roku kanoniczną dla nich pracę „Kościół i Homoseksualizm”, w której agitował za porzuceniem moralności seksualnej. Książka aktywnego geja w sutannie uzyskała mimo swojej treści zgodę władz zakonu na publikację. Dopiero rok później, gdy rewolucyjne tezy dotarły do Watykanu, Kongregacja Nauki Wiary obłożyła McNeila zakazem wystąpień medialnych… i tylko nim. Przez kolejne 9 lat ten pro- homoseksualny agitator głosił referaty, prowadził spotkana i rekolekcje dla członków Dignity. Nie mógł jedynie pojawić się w blasku fleszy…
Tymczasem tezy jakie propagował, wydają się nie do pomyślenia nawet dziś – kiedy homo-herezja uzyskała stabilny przyczółek w Kościele Powszechnym. Wśród refleksji, jakie trafiały do uszu słuchaczy McNeila, znalazło się między innymi „dziękczynienie za omylność nauki Kościoła”. W wystąpieniu z 2009 roku jezuita przekonywał, że najwyższy rozwój religijny oznacza uniezależnienie się od Magisterium i rozsądzanie moralnych dylematów w „wolności swojego sumienia”. Kierując się inspiracją z freudowskiej psycho-analizy McNeil przyrównywał Kościół do rodzica – który musi zawieść swojego wychowanka, by ten zaczął wyglądać ku niezależności…
– Wierzę, że Jezus wyraził podstawowe prawo dotyczące ludzkiego wzrostu ku duchowej dojrzałości. Jako ludzie musimy wzrastać z polegania na zewnętrznych autorytetach w kierunku polegania na autorytecie, który jest wewnątrz nas. By osiągnąć ten cel potrzebujemy zawodnych autorytetów (…). Dzięki Bogu, że władze Kościoła okazały się aż tak zawodne. Rezultatem było dojrzewania Ludu Bożego. Zaczęło się ono, kiedy Watykan spartaczył sprawę kontroli urodzin, zmuszając miliony katolików do praktycznego użycia ich wolności sumienia i wzięcia odpowiedzialności za siebie samych. Jednym z największych beneficjentów zawodności władz kościelnych jest katolicka społeczność LGBT. Zdaliśmy sobie sprawę już wcześniej, że nie możemy zaakceptować i posłuchać nauczania Kościoła na temat homoseksualności bez niszczenia się fizycznie, psychologicznie i duchowo. W rezultacie, to była kwestia przetrwania. Musieliśmy zdystansować się od nauczania Kościoła, rozwinąć naszą wolność sumienia i słuchać, co Duch Boży mówi do nas przez nasze doświadczenia. W konsekwencji społeczność LGBT przoduje na drodze przekształcenia Kościoła Katolickiego w Kościół Ducha Świętego” – mówił McNeil, przyjmując Nagrodę Budowania Mostów.
Wynaturzenie o krok od sukcesu
Piekielne przekształcenie, o jakim marzył jezuita, otarło się o sukces w amerykańskim Kościele lat 70. W ostatniej chwili zatrzymała je reakcja kilku biskupów, ale przede wszystkim… pontyfikaty Jana Pawła II i Benedykta XVI. To wtedy sprzyjające homo-heretykom wiatry zaczęły wiać w zgoła odwrotną stronę. W latach 80. światło dzienne ujrzały watykańskie deklaracje potwierdzające ortodoksyjną naukę na temat homoseksualizmu, a na głównych autorów infiltracyjnego ruchu spadły konsekwencje.
Punktem kulminacyjnym okresu, który działacze tęczowego lobby wspominają z prawdziwą wściekłością, była publikacja Listu do Biskupów Kościoła Katolickiego w Sprawie Opieki Duszpasterskiej nad Osobami Homoseksualnymi. Dokument Kongregacji Nauki Wiary z 1986 roku przypominał, że homoseksualne skłonności nie mogą być uważane za poprawne, a kontakty seksualne osób tej samej płci są „wewnętrznie złe moralnie”.
„Choć sama skłonność osoby homoseksualnej nie jest grzechem, to pozostaje słabszą lub silniejszą tendencją skierowaną ku wewnętrznemu moralnemu złu. Z tego powodu sama skłonność musi być uznawana za obiektywnie zaburzoną”, referuje tekst angielskiego tłumaczenia deklaracji LGBT-owski portal Outreach.
Obrona Magisterium znalazła również swój wyraz praktyczny. W 1988 McNeil odebrał podpisany przez Josepha kard. Ratzingera poszerzony zakaz działalności. Dla homoseksualisty w sutannie było to już za wiele. Duchowny nie poddał się restrykcjom – za co został wydalony z szeregów Towarzystwa Jezusowego. Do końca życia żył ze swoim partnerem: Charlesem Chiarellim, którego świecko „poślubił” w 2008 roku. Zakazy prowadzenia założonego przez siebie New Ways Ministry za pontyfikatu Jana Pawła II otrzymali też ks. Robert Nugent i siostra Jeannine Gramick – ta ostatnia odmówiła podporządkowania się. Ślubowanemu posłuszeństwu sprzeciwiła się… bo watykańskie restrykcje miały naruszać jej „prawa człowieka”.
Grupy Dignity w kraju doczekały się wreszcie wyproszenia z miejsc, w których się spotykały, ich współpraca z hierarchią kościelną osłabła.
Progresiści rozgrywają rewanż. I są na prowadzeniu
Infiltratorzy wspominają pontyfikat Karola Wojtyły z rozgoryczeniem, nie tylko ze względu na obronę wiary przez Stolicę Apostolską. Ich pretensje i zawód są owocem rozczarowania… Progresiści w latach 70- tych mieli olbrzymie nadzieje na zupełne przejęcie Kościoła w USA – niepokojąco bliskie spełniania.
Wszystko za sprawą przodka obecnego procesu synodalnego. Od 1971 roku Konferencja Episkopatu USA prowadziła ogólnokrajowy program zatytułowany Call to Action. Jego skutkiem miało być zaangażowanie Kościoła w walkę o „sprawiedliwość społeczną”. W ramach przedsięwzięcia biskupi rozpoczęli krajowe konsultacje z wiernymi – wsłuchując się ponoć w ich głos i oczekiwania zmian. Projekt ten zapoczątkował synod biskupi, a punkt kulminacyjny przypadł na konferencję organizowaną w Detroit pięć lat później. Jej decyzje komentowano w mediach jako zaczyn „bezklasowego Kościoła dla wszystkich”.
„Ci, którzy przybyli na zgromadzenie, uznali wydarzenie za ustanawiające przełomowy trend, który uwalnia nową siłę w Kościele. (…) Delegaci zachowywali się energicznie, chętnie uczestnicząc w długich sesjach i wykazywali zaskakująco mało animozji nawet podczas najgorętszych debat, w tematach takich jak kontrola urodzin. To był smak demokratycznego procesu na największą krajową skalę (…). Obraz autokratycznego, hierarchicznego Kościoła rozwiał się”, opisywał New York Times spotkanie, na które przybyło ponad 100 biskupów, 1200 świeckich delegatów i 1500 obserwatorów…
Podczas rewolucyjnego wiecu znalazło się miejsce i dla delegatury Dignity. Przedstawiciel pseudo-duszpasterstwa występował na forum zgromadzonych, zgłaszając żądania środowiska gejowsko-katolickiego. Był to nikt inny jak… Brian McNaught – dziennikarz, którego zwolnienie z katolickiej redakcji zaledwie dwa lata wcześniej oprotestował Gay Liberator…
Komentując utratę posady na łamach homoseksualnego medium, mężczyzna zapewniał, że wierzy w powodzenie sprawy infiltratorów. „Walczę dlatego, że zwyciężę”, pisał… Może, gdy McNaught w 1976 słuchał rekomendacji zgromadzenia, już cieszyło go poczucie triumfu? Delegaci pochwalili dopuszczenie do Komunii Świętej rozwodników w ponownych związkach, rozważenie możliwości ordynacji kobiet, upomnieli się o zmianę nauczania o antykoncepcji i szukali pojednania Kościoła z marksizmem. W sprawie gejów zaakceptowali dokument „Personhood”, a w nim apel o wykorzenienia z Kościoła „struktury i podejść” przyczyniających się do dyskryminacji homoseksualistów. Były pracownik „Michigan Catholic” patrzył, jak amerykański Kościół zmierza w kierunku wyśnionym przez Johna McNeila…
Szczęśliwie w 1976 roku Kościół zdołał obudzić się z tego koszmaru. Niedługo po Konferencji pojawili się biskupi, w tym przewodniczący amerykańskiego episkopatu, którzy uznali, że Call to Action zostało przejęte przez rewolucjonistów. Jak wyjaśniał abp Joseph L. Bernardin, przyjęte uchwały nie odzwierciedlały przekonań katolików w kraju. Ordynariusz diecezji Lincol, Bp Bruskewitz, był za to mądry przed szkodą i obłożył ponoć klątwą wszystkich, którzy z jego diecezji wzięliby udział w zgromadzeniu… Gwoździem do trumny pseudo-reformy było objęcie papiestwa przez Jana Pawła II 2 lata później. Stało się jasne, że rewolucyjne zmiany napotkają nie tylko na sprzeciw konserwatywnych biskupów z USA, ale nie zostaną też zaakceptowane przez Rzym.
Dziś – po 48 latach – homo-heretycy i progresiści są gotowi na rewanż. Na Synodzie o Synodalności trwa swoiste Call to Action 2.0. Już nie w Detroit, ale w Rzymie. To znak, że dywersanci mimo kiepskiej passy w ostatnich dekadach urośli w siłę. Bo choć Watykan utrudniał ich działalność, to rzadko kiedy reakcja była odpowiednio zdecydowana. Mimo niesłychanych tez i skandalicznej działalności postaci takie jak mcNeil, czy siostra Gramick nie doczekały się nigdy ciężko zapracowanej ekskomuniki…
Po dekadach ukrycia, w 2013 roku znowu nadszedł ich czas. W zeszłym roku założycielka New Ways Ministry odwiedziła wraz z obecnym zarządem pseudo-duszpasterstwa papieża w Loretto. Czołowy kapłan tego ruchu – James Martin – cieszy się watykańskim urzędem, a pierwsza sesja synodu o synodalności zobligowała Kościół do walki z homofobią… Czy i tym razem, gdy wydaje się, że progresiści są bliscy sukcesu, Chrystus wytrąci im zwycięstwo z ręki?
Filip Adamus

zdjęcie ilustracyjne / Internet
Jolanta Lange vel Gontarczyk, tajny współpracownik komunistycznej SB o pseudonimie „Panna”, podejrzewana o współudział w zamordowaniu ks. Franciszka Blachnickiego, wróciła do Polski. Przed wyjazdem – najpewniej do Nowej Zelandii – finansował ją samorząd warszawski Rafała Trzaskowskiego. Teraz dostaje pieniądze za szkolenia z „inkluzywności” z krakowskiego magistratu Aleksandra Miszalskiego.
27 lutego 1987 r. w niemieckim Carlsbergu zmarł nagle ks. Franciszek Blachnicki, założyciel Ruchu Światło-Życie, w czasie II wojny światowej więzień m.in. KL Auschwitz. Oficjalnie jako przyczynę śmierci wskazano zator płucny. Tymczasem od początku wiele wskazywało na to, że śmierć niezłomnego kapłana „nastąpiła w wyniku ingerencji osób trzecich”.
Skąd takie wnioski? Śledztwo Instytutu Pamięci Narodowej prowadzone w latach 2001–2005 wykazało, że ksiądz był inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa, w czym główną rolę odgrywali jego najbliżsi współpracownicy – małżeństwo Jolanty i Andrzeja Gontarczyków. Blachnicki informacje potwierdzające ich podwójną rolę miał otrzymać na krótko przed śmiercią. Prawdopodobnie dlatego agenci bezpieki postanowili zlikwidować kapłana, po czym wyjechali z Carlsbergu.
Niestety, postępowanie prokuratury IPN zostało umorzone, wobec – jak stwierdzono – „braku danych dostatecznie uzasadniających popełnienie takiego przestępstwa”. Biegli nie wykluczyli jednak otrucia jako przyczyny zgonu. Nie przeprowadzono wszakże ekshumacji szczątków księdza, nie skonfrontowano świadków, ani zeznań. Przede wszystkim nie przesłuchano funkcjonariuszy SB. A tropy wskazywały też na rozpracowywanie ośrodka w Carlsbergu i samego księdza przez enerdowską Stasi.
W jaki sposób ks. Franciszek Blachnicki znalazł się w zachodnich Niemczech? Ogłoszenie przez juntę Jaruzelskiego stanu wojennego w Polsce zastało go w Rzymie. Do Ojczyzny nie mógł wrócić, gdyż był poszukiwany listem gończym. W 1982 r. zamieszkał w ośrodku polskim Marianum w Carlsbergu, gdzie powołał Międzynarodowe Centrum Ewangelizacji Światło-Życie. W tym samym roku założył tam Chrześcijańską Służbę Wyzwolenia Narodów – służącą narodom Europy Wschodniej walczącym o wyzwolenie spod komunizmu.
Prezesem CSWN została w 1984 r. Jolanta Gontarczyk, ps. “Panna”. Podczas II wojny światowej jej ojciec podpisał volkslistę i służył w Wehrmachcie. Po przerzuceniu do RFN ona i jej mąż – Andrzej Gontarczyk, ps. “Yon” otrzymali obywatelstwo niemieckie. W 2006 r., po ujawnieniu przez media agenturalnej działalności Gontarczyk zmieniła nazwisko na Lange. Wcześniej, bo już w latach 90., działała w środowiskach (post)komunistycznych: SdRP, SLD, promując feminizm, aborcję, związki jednopłciowe, itp. W 2000 r szczątki ks. Franciszka Blachnickiego zostały przeniesione do Krościenka i złożone w kościele Chrystusa Dobrego Pasterza.
W 2019 r. jej fundacja reklamująca ideologię LGBT dostała od prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego dwa miliony złotych. W 2020 r. pion śledczy IPN w Katowicach wznowił śledztwo dotyczące okoliczności śmierci kapłana. 14 marca 2023 IPN poinformował, że śmierć ks. Franciszka Blachnickiego w dniu 27 lutego 1987 nastąpiła na skutek zabójstwa poprzez podanie ofierze śmiertelnych substancji toksycznych. Wykazały to czynności procesowe, przeprowadzone w Polsce oraz na terenie Niemiec, Austrii i Węgier przez Oddziałową Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach. Wtedy Jolanta Lange vel Gontarczyk wyjechała z Polski.
Tadeusz Płużański
6/2024 (235): Współczesne zabobony.
https://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/rocznik/2024

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 10 grudnia 2024 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5733
W ostatnim tygodniu ponownie zanurzyłem się w kręgi piekła – to znaczy – ponownie zabrałem się za „Archipelag GUŁ-ag” Aleksandra Sołżenicyna. Ciekawe, że o ile ekscesy Adolfa Hitlera zostały opisane, sfilmowane, przegadane i zanalizowane naukowo, to ekscesami komunistów nikt specjalnie się nie interesuje, a już próżno byłoby oczekiwać takiego zainteresowania na przykład ze strony czy to naszego, warszawskiego Judenratu, czy to ze strony Judenratów z innych, jeszcze bardziej światowych, niż nasza, stolic.
Składa się na to oczywiście szereg zagadkowych przyczyn. Po pierwsze – kręgi piekieł otworzyły się przed Rosją za sprawą bolszewików, a więc wyznawców ideologii sprokurowanej przez Żyda Karola Marksa, a przystosowanej do warunków lokalnych przez innego Żyda, Włodzimierza Eljaszewicza Ulianowa, czyli Lenina (Jak możemy sprawdzić choćby w pamiętnikach Mieczysława Jałowieckiego, przodkiem Lenina ze strony matki (nee Blank) był handełes ze Starokontantynowa na Wołyniu). Ci dwaj Żydowie, nie bez pomocy niemieckiego Sztabu Generalnego, który w czasie Wielkiej Wojny wyekspediował Lenina ze Szwajcarii do Rosji, jak wysyła się zarazki dżumy, rozpętali w narodzie rosyjskim mordercze instynkty, dzięki czemu rewolucja bolszewicka się tam udała. Chłopi, którzy jeden przez drugiego rzucili się mordować i rabować ziemian, mogli liczyć tylko na bolszewików – że ci pozwolą im zatrzymać to, co sobie zrabowali. Ale Nemezis dziejowa nawet nie kazała im długo na siebie czekać; już 20 lat później albo konali z głodu po wsiach otoczonych kordonami uzbrojonych czekistów, albo byli rozstrzeliwani na miejscu, albo wreszcie jechali etapami w najdalsze zakątki, gdzie masowo wymierali. Sołżenicyn pisze o „piętnastu milionach” ofiar „mużyckiego pomoru”.
Nawiasem mówiąc, doświadczenia zdobyte wtedy mogą okazać się przydatne dla walki z klimatem. Tak naprawdę – chociaż na razie nie trzeba o tym głośno mówić – chodzi przecież o redukcję światowej populacji do najwyżej miliarda – ten miliard to dlatego, by było komu pożyczać pieniądze na wysoki procent, bo przecież handełesy nie będą pożyczać ich sobie nawzajem, bo to żaden interes. Jak zlikwidować sześć i pół miliarda ludzi, żeby nie zdewastować drzewostanu – co byłoby nieuchronne, gdyby wszystkich powywieszać, ani nie zanieczyścić środowiska gnilną krwawą masą w inny sposób? Otóż jest precedens! W okresie „mużyckiego pomoru” pewien kontyngent chłopów został wywieziony na Wyspę Zajęczą na Oceanie Lodowatym i tam pozostawiony bez niczego. Po roku specjalna komisja stwierdziła, że nie ma tam już nikogo żywego, a tylko kości, starannie oczyszczone przez morskie ptaki. Recykling – to jest to! Trzeba tylko, żeby państwa leżące nad Oceanem Lodowatym wyznaczyły kilka wysp, dzięki czemu marzenie profesora Paula Ehrlicha z pierwszorzędnymi korzeniami, może zostać zrealizowane bez szkody dla „planety” i to w kilka lat!
No więc porównajmy sobie przynajmniej te „piętnaście milionów” ofiar „mużyckiego pomoru” z całym holokaustem. Okazuje się, że wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler przy bolszewikach, wśród których odsetek Żydowinów był wyjątkowo wysoki, to detalista! Tymczasem Żydowie zazdrośnie strzegą swego monopolu na martyrologię, bo obcinają i mają nadzieję obcinać od tego kupony aż do końca świata – więc przypominanie o kręgach piekła zgotowanego Ludzkości przez żydowskich mełamedów, psuje im ten świetny interes. Nic więc dziwnego, że nadymają tego całego Hitlera, czyniąc zeń uosobienie zła wcielonego, podsuwają światu pod nos tylko swoje męczeństwo, podczas gdy Żydowie w rodzaju Lenina utrzymywani są przez propagandę w stanie bielszym od śniegu, jakby ktoś skropił ich hyzopem, a ich ekscesy okrywa mgła zapomnienia.
Tedy, żeby przywrócić właściwe proporcje, trzeba o tych wszystkich inspiracjach przypominać, a zasłużone dla Piekła postacie eksponować bez względu na przynależność narodową. Jeśli wskutek tego żydowski monopol na martyrologię zostanie nadwątlony, albo nawet złamany, to od tego świat się nie zawali. Przeciwnie – być może właśnie dzięki temu uratuje się on przed ponownym wtrąceniem w piekielne kręgi – bo przecież rewolucja komunistyczna do tej pory była w pełnym natarciu zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej. Nie jest żadną tajemnicą, że wśród czołowych rewolucjonistów, odsetek Żydów jest cały czas bardzo wysoki.
Wprawdzie Donald Trump się odgraża, że tę rewolucję zahamuje i nawet niedawno słyszałem jego przemówienie, w którym zapowiadał natychmiastowe obcięcie funduszy federalnych dla szpitali przeprowadzających na dzieciach operacje zmiany płci, podobnie jak obcięcie funduszy federalnych dla szkół, w których będzie propagowana „zmiana tożsamości płciowej” – ale myślę, że gdyby nawet te wszystkie kontrrewolucyjne posunięcia zostały przeprowadzone, to czteroletnia kadencja, to za mało, wobec półwiecznych przygotowań do rewolucji komunistycznej, prowadzonej według współczesnej strategii. Na odwrócenie skutków komunistycznej propagandy nie wystarczy nawet czterdzieści lat tym bardziej, że Żydom nikt chyba nie wybije z głowy marzenia o władzy nad światem, do której najpewniejszą drogą jest właśnie udana rewolucja komunistyczna. Idee mają konsekwencje, a u podstaw tego marzenia leży przekonanie, iż sam Stwórca Wszechświata dlaczegoś w Żydach specjalnie sobie upodobał, a skoro tak, to to upodobanie jakoś musi się zmaterializować. A jak? A jakże by inaczej, niż w postaci władzy nad światem? Oczywiście takie opinie stemplowane są przez Judenraty, jako „antysemickie” – ale nie powinniśmy się takich oskarżeń obawiać, bo – po pierwsze – to prawda – a po drugie – od kiedy to powinniśmy się podporządkowywać żydowskim wytycznym co do swobody wypowiedzi?
Tymczasem nasz bantustan, to znaczy – jego władze – właśnie odniosły wielki sukces, a w każdym razie tak to przedstawia Książę-Małżonek – że rządzący Ukrainą banderowcy uznali, iż „nie ma przeszkód” by Polska przeprowadziła ekshumację ofiar rzezi wołyńskiej z roku 1943. Ciekawe, co się stało że do tej pory jakieś „przeszkody” były, a teraz już ich „nie ma”? Co sprawiło, że banderowcom tak zmiękła rura? Czyżby znowu Putin, który w swoim czasie z dnia na dzień zlikwidował epidemię zbrodniczego koronawirusa? Ale niezależnie od tego, co by to było, warto odnotować, że ten „sukces” bardzo przypomina nasz program-minimum w stosunku do Niemców, sformułowany w „Rocie” Marii Konopnickiej: „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. No a Ukraińcy? Zgodzili się tylko na ekshumację, więc mogą nam napluć, czy nie?
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Oficjalnie: film o aborcji „Miało nie żyć” startuje w prestiżowym międzynarodowym festiwalu filmowym „Maksymiliany”.

W środę 11 grudnia o godzinie 12:00 zostanie wyświetlony online i skończy się 12:45. Aby go zobaczyć, trzeba się zarejestrować na festiwal pod linkiem: https://maksymiliany.pl/live/wp-login.php?action=register.
A teraz ważna informacja.
Film „Miało nie żyć” ma wielkie szanse na zdobycie nagrody publiczności. Trzeba jednak, aby jak najwięcej osób na niego zagłosowało. Głosowanie odbywa się online pod tym linkiem:
Bardzo Panią proszę, aby okazała Pani solidarność z abortowanymi dziećmi i zagłosowała na „Miało nie żyć” już teraz. Jest to jedyny film o aborcji, którego bohaterami są zabite dzieci. Te dzieci nie mogą same mówić, nie dadzą wywiadu, nie wypowiedzą się do kamery o swoim cierpieniu. Ginęły w męczarniach, samotności, potraktowane jak zwykłe odpady medyczne.
Pomóżmy, aby prawda o aborcji dotarła jak najszerzej do ludzi.
Można tez skorzystać z kodu QR, pod którym znajduje się link do głosowania.

To PILNA sprawa, bo głosowanie trwa tylko do czwartku do godz. 12:00.
Bardzo proszę o głosowanie na „Miało nie żyć”, bo jest to gest solidarności z zabitymi dziećmi – bohaterami tego filmu.
Serdecznie Panią pozdrawiam,
Kaja Godek Fundacja Życie i Rodzinawww.RatujZycie.pl |
PS – Proszę pamiętać, że głosowanie trwa tylko do czwartku do godziny 12:00. Zatem jest to sprawa na TERAZ.
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 8 grudnia 2024 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5732
Ciepło, coraz cieplej… Wprawdzie – jakby to powiedział Piperman, albo Biberglanc – dwaj emerytowani semiccy czekiści, co to prowadzą dialogi na cztery nogi – teraz „do żyme ydże” – ale za to temperatura polityczna rośnie. Zaczęło się oczywiście od wyborczego zwycięstwa Donalda Trumpa w Ameryce, po którym od razu stało się jasne, że pod jego prezydenturą Stany Zjednoczone nie tylko nie będą eksportowały do swoich wasali komunistycznej rewolucji – co za prezydentury Kamali Harris byłoby chyba nieuchronne – ale pojawiła się nadzieja, że będą postępy tej rewolucji hamowały, a może nawet odwracały. Toteż Żydowie, zwłaszcza trockiści, którzy nadają ton Judenratom na świecie, a zwłaszcza w naszym bantustanie, gdzie Judenrat „Gazety Wyborczej” pretenduje do sprawowania rządu dusz mniej wartościowego narodu tubylczego, zgrzytają zębami, krzyczą „gewałt!”, rozpowszechniają „fakty prasowe” przeciwko prezydentowi-elektowi i w ogóle angażują się ponad ludzką miarę, czego przykładem jest choćby nasza Jabłoneczka, co to porównała Donalda Trumpa do Hitlera i Mussoliniego.
Ale Żydowie swoją drogą, a głupie goje – swoją. Toteż kiedy tylko prawybory w Volksdeutsche Partei wygrał Rafał Trzaskowski, o którym na mieście krążą pogłoski, że po mamie (nee Arens, z „tych” Arensów) ma pierwszorzędne korzenie, swoją kandydaturę do przyszłorocznych wyborów wysunął również marszałek Sejmu Szymon Hołownia. Ponieważ Judenrat chyba pragnął uniknąć zbytniej ostentacji, toteż za pana marszałka zabrał się „Newsweek Polska”, opisując jego związki ze sławnym Collegium Humanum – że niby tam studiował. To „Collegium Humanum”, które chyba powinno zmienić nazwę na Collegium Tumanum, jest oskarżane o wydawanie za pieniądze dyplomów ukończenia studiów wyższych, dzięki którym można było ubiegać się o synekury w zarządach i radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Okazało się, że nie ma dymu bez ognia i pan marszałek przyznał, że owszem – złożył podanie o przyjęcia na studia we wspomnianej uczelni, ale tam nie studiował. Słowem – wprawdzie palił, ale się nie zaciągał. Przy okazji dał do zrozumienia, że w związku z wysunięciem swojej kandydatury do wyborów prezydenckich, koło pióra zaczyna mu robić bezpieka, którą – jak wiemy skądinąd – bezpośrednio „nadzoruje” obywatel Tusk Donald. Od razu odezwały się nożyce; Judenrat piórem pani Agnieszki Kublik, oskarżył pana marszałka Hołownię o szkalowanie władz państwowych. Pan marszałek już więcej tego wątku nie poruszał tym bardziej, że obywatel Tusk Donald, co to – i tak dalej – zaraz pryncypialnie zapowiedział, że jeśli takie zarzuty się potwierdzą, to on „następnego dnia” wszystkich bezpieczniaków powyrzuca. Zabrzmiało to szalenie groźnie – ale żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak to w 2008 roku stare kiejkuty już-już przystępowały do zrobienia z Tuska Donalda marmolady i tylko Nasza Złota Pani, co to najpierw załatwiła mu nagrodę im. Karola Wielkiego, a potem, na wszelki wypadek, mocną ręką przeniosła na brukselskie salony, gdzie zrobiła z niego człowieka, w ten sposób uchroniła przed nieuniknioną katastrofą. Słowem – jak partia mówi, że „powyrzuca” – to mówi.
Tak czy owak w koalicji 13 grudnia zazgrzytało – a przecież na tym nie koniec, bo po kilku dniach z rządu wyleciał wiceminister aktywów państwowych, pan Jacek Bartmiński z „Polski 2050”, pod pretekstem zwolnienia prezesa PLL „Lot” – ale tak naprawdę – jak wyjaśniał – za domaganie się „odpolitycznienia” spółek Skarbu Państwa. Pan marszałek Hołownia uniósł się honorem i zapowiedział, że „Polska 2050” żadnego „zastępczego” kandydata do tego ministerstwa nie będzie już wystawiała. W tej sytuacji odezwał się pan Maciej Sagal – „przedsiębiorca” – który twierdzi, że pan marszałek jednak chyba trochę się zaciągał, bo w prokuraturze jest jego dyplom wystawiony właśnie przez Collegium Tumanum. Skąd „przedsiębiorcy” wiedzą takie rzeczy – tajemnica to wielka – ale skoro wiedzą, to nie można wykluczyć, że podejrzenia pana marszałka, kto mu robi koło pióra mogą nie być bezpodstawne.
W tej sytuacji warto przypomnieć sejmową arytmetykę. PiS ma w Sejmie 190 posłów, podczas gdy KO, czyli Volksdeutsche Partei z satelitami – 157. „Polska 2050” ma 32 posłów, podobnie, jak PSL. Lewica ma 21, Konfederacja – 18, partia Razem, która niedawno z koalicji rządowej wyszła, ma mandatów 5, Wolni Republikanie mają posłów 4, a niezrzeszony jest jeden. Otóż gdyby „Polska 2050” opuściła koalicję, to rząd obywatela Tuska Donalda miałby za sobą tylko 210 posłów, więc do bezwzględnej większości brakowałoby mu jeszcze 20. Gdyby zaś koalicję opuściło również PSL i wespół z Polską 2050, w dodatku – odwróciło polityczne sojusze – to z dnia na dzień mogłaby się uformować nowa większość rządowa (254 mandaty), wskutek czego Volksdeutsche Partei z satelitami znalazłaby się w mniejszości, musiałaby przejść do opozycji, a rewolucja komunistyczna w Polsce skończyłaby się, zanim się jeszcze na dobre zaczęła, zaś widmo Generalnej Guberni zostałoby od Polski odsunięte. Czy to nie jest okazja, by dzięki takiemu przesileniu rządowemu Polska odniosła dwie niezaprzeczalne korzyści? Czy nie warto w nagrodę powierzyć panu Władysławowi w dwóch osobach; Kosiniakowi-Kamyszowi, stanowiska premiera, by do tego doprowadzić, zwłaszcza, że w koalicji 13 grudnia właśnie zatrzeszczało? Nie potrzebuję dodawać, że trzeba by to zrobić jeszcze przed wyborami prezydenckimi, które w tej sytuacji też mogłyby przynieść wiele niespodzianek. Myślę, że z punktu widzenia Naszego Najważniejszego Sojusznika to też byłoby korzystne, zwłaszcza w sytuacji, gdyby prezydent Trump nie przedłużył Niemcom pozwolenia na urządzanie Europy po swojemu, udzielonego w marcu ub. roku przez prezydenta Józia Bidena. Polska pod kurateli niemieckiej znowu przeszłaby pod kuratelę amerykańską, więc niech i ona i nasz mniej wartościowy naród tubylczy też wreszcie na tym skorzystają!
Tymczasem na Ukrainie, chociaż oczywiście rozkaz, że ma ona odnieść ostateczne zwycięstwo, na razie nie został odwołany, sytuacja zmierza w kierunku odwrotnym. Dotarło to też w końcu nawet do prezydenta Zełeńskiego, który niedawno zadeklarował, że niech sobie Rosja trzyma to co trzyma – tylko żeby Amerykanie obiecali, że Ukrainę przyjmą do NATO. Naprawdę musi mu cierpnąć skóra, skoro gotów jest łyknąć takie makagigi – bo przecież nie może nie wiedzieć, że zgodnie z traktatem waszyngtońskim, przyjęcie nowego członka do Paktu wymaga jednomyślności, a w tym przypadku jej uzyskanie wcale nie jest takie oczywiste.
Toteż władze ukraińskie stwierdziły niedawno, że „nie ma przeszkód” by przeprowadzić ekshumację ofiar tzw. rzezi wołyńskiej – ale chociaż „przeszkód nie ma”, to nie ma też pozwolenia, by zajął się tym polski IPN, bo te ekshumacje chce przeprowadzać IPN ukraiński. Tak sobie z nas pokpiwają.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
9.12.2024 https://nczas.info/2024/12/09/komunistyczny-terrorysta-chris-hani-takiego-czlowieka-zlikwidowal-janusz-walus-lista-zbrodni/

Paweł Wyrzykowski opublikował listę zbrodni, za które odpowiada lub współodpowiada Chris Hani, komunista którego zlikwidował Janusz Waluś, za co na 30 lat został osadzony w więzieniu.
Wyrzykowski w dosadny sposób nazywając Haniego zbrodniarzem, opublikował listę zbrodni, za które ten był odpowiedzialny lub współodpowiedzialny. Tymczasem to Janusz Waluś uznawany jest za zbrodniarza, a Chris Hani za bohatera.
„Czerwiec 1980 – ataki bombowe na SASOL (firmę zajmująca się wydobyciem węgla i przetwórstwem paliw), straty oszacowano na siedem milionów dolarów; Grudzień 1982 – atak bombowy na ELEKTROWNIĘ ATOMOWĄ w Koeberg w pobliżu Kapsztadu; Maj 1983 – atak bombowy (samochód pułapka) na kwaterę południowoafrykańskich sił powietrznych w Pretorii. Rezultatem ataku jest 19 osób zabitych i ponad 200 rannych” – wyliczał Paweł Wyrzykowski.
W grudniu 1985 roku dokonano dwóch ataków. Jeden był atakiem rakietowym na rafinerię Mobile Oil. Drugi to zamach bombowy na cukiernię w Durbanie, w w wyniku którego zginęło pięć osób.
„Czerwiec 1986 – dwa ataki z użyciem samochodów pułapek w Johannesburgu, kilkanaście osób zabitych, kilkadziesiąt rannych; Październik 1987 – samochód pułapka w Durbanie, pięciu rannych; Maj 1987 – wybuch bomby przed sądem, pięciu policjantów zabitych” – wyliczał dalej Wyrzykowski.
„Lipiec 1987 – wybuch samochodu pułapki przed siedzibą wojska w centrum Johannesburga, rannych 68 osób; Kwiecień 1988 – wybuch trzech bomb przed teatrem w Pretorii, zniszczony budynek, kilkudziesięciu rannych” – czytamy we wpisie.
Czerwiec 1988 roku był kolejnym przypadkiem, gdy doszło do dwóch zamachów. Przed bankiem w Rodeport wybuchła bomba. Rannych zostało ponad 20 osób, a cztery osoby zginęły. W tym samym miesiącu wybuchał bomba przed galerią sztuki. Zginął tylko zamachowiec.
„Lipiec 1988 – wybuch bomby umieszczonej w samochodzie pułapce przed stadionem Ellis Park w Johannesburgu, dwoje ludzi zabitych, 35 rannych” – napisał Wyrzykowski.
„Strach pomyśleć ilu jeszcze niewinnych, postronnych ludzi by zginęło gdyby nie Polak Janusz Waluś” – podsumował.
[różne video – w oryg. MD]














========================
W związku coraz częściejszymi zanikami pamięci wśród zaszczepionych:





Robert W Malone MD, MS Dec 08, 2024
















“There is a reason folks used to have 12 kids…”


“Bad Ass Santa”

Last night on the farm – Gizmo was feeling particularly silly. But it turns out that Gizmo is silly most of the time. The dogs or other poultry only have to run around, which then cranks him up, and off he goes. Off on another silly streak.

7.12.2024 https://www.tysol.pl/a131972-kompromitacja-sztabu-trzaskowskiego-zobacz
Dziś w Gliwicach odbyła się konwencja Koalicji Obywatelskiej, w której wzięli udział m.in. Donald Tusk, Rafał Trzaskowski, a także wielu innych polityków KO. Trzaskowski po zwycięstwie w prawyborach został w sobotę ogłoszony oficjalnym kandydatem formacji w nadchodzących wyborach prezydenckich – Cała Polska naprzód! – powtarzał Rafał Trzaskowski.

Rafał Trzaskowski / (amb) PAP/Jarek Praszkiewicz
Tymczasem jego sztab nie zabezpieczył domeny calapolskanaprzod.pl. Szybko zajęto się się sprawą. wPolityce twierdzi, ze domena została wykupiona przez Prawo i Sprawiedliwość. Tak, czy siak, teraz prowadzi do… wpisu Jarosława Kaczyńskiego na nowo powstałym koncie prezesa PiS na „X”.
– Cała Polska naprzód! – pisze Trzaskowski na „X”.
– Już dziś widać, że wszystkie struktury państwa i służby pracują, żeby Tusk miał swojego prezydenta i absolutnie żadnej kontroli. Potrzebna jest pełna mobilizacja, żeby zatrzymać operację „słup Tuska”. Proszę Was o wielką, niespotykaną dotąd aktywność w sieci. Będę tu z Wami.
– „odpowiada” Jarosław Kaczyński w tweetcie dostępnym pod domeną calapolskanaprzod.pl.
Trzaskowski zaczął swoje wystąpienie od przypuszczenia, że gdyby w 2020 roku to on wygrał wybory prezydenckie, a nie prezydent ubiegający się wówczas o reelekcję Andrzej Duda, nie byłoby w Polsce „olbrzymiej inflacji”, „niszczenia polskiej szkoły” czy „średniowiecznego prawa antyaborcyjnego”.
Mówił też, że wierzy w Polskę, „w której otwarta dłoń może wygrać z zaciśniętą pięścią”.
Stwierdził, że prezydent musi być prezydentem wszystkich Polaków, a nie jednej partii; nie powinien „tylko prężyć muskułów na siłowni” i nie może dopuścić do wojny.
Wskazał, że rozmawiał z Polakami, o czym powinna być ta kampania.
„Są trzy rzeczy, które Polki i Polacy mi za każdym razem przypominają: gospodarka, bezpieczeństwo i równość, o tym będzie ta kampania” – oświadczył.
Poświęcił też uwagę energetyce:
Doprowadzimy do tego, aby ceny energii spadły, nie tylko doraźnymi działaniami, ale strategiczną polityką
– mówił, podkreślając przy okazji, że transformacja energetyczna musi być „procesem społecznym”.
Polskie górnictwo przez lata zapewniało nam bezpieczeństwo
– oświadczył.
Bliska jest mu również dostępność taniej energii.
„Musimy doprowadzimy do tego, żeby ceny energii spadły – i doprowadzimy do tego, nie tylko poprzez doraźne działania rządu, ale poprzez prowadzenie polityki, która jest zaplanowana i strategiczna”- powiedział.
Podkreślił przy tym, że transformacja energetyczna powinna zostać przeprowadzona tak, żeby korzystali z niej wszyscy obywatele.
„Transformacja górnictwa to musi być proces społeczny. Polskie górnictwo przez lata zapewniało nam bezpieczeństwo, godność, pracę, poszanowanie tradycji”- stwierdził.
„Wszyscy potrzebujemy szpitali w swojej najbliższej okolicy, wszyscy potrzebujemy tego, żeby móc dojechać do pracy” – wyliczał Trzaskowski. Podkreślał również, że każdy powinien mieć szanse na ciekawą i dobrze płatną pracę.
Trzaskowski podkreślał w Gliwicach swoją dumę z polskiej żywności i wyraził sprzeciw wobec umowy handlowej UE z państwami Mercosur i solidarność z polskimi rolnikami.
„Nie może być tak, że Unia Europejska śrubuje standardy, żeby bronić bioróżnorodności, a tym samym otwiera swoje granice na towary z Ukrainy czy z Chin. Nie może być tak, że Unia Europejska, chcąc pozyskać nowe rynki w Ameryce Południowej, chce przyjąć tego typu umowę, która niestety zagraża interesom naszych rolników” – mówił Trzaskowski.
„Jestem bardzo dumny z polskiej żywności, z naszej rewelacyjnej gęsiny. Dlaczego cały świat nie miałby jej poznać, nie miałby poznać polskich serów, nie miałby poznać pomidorów, które mają smak, nie miałby poznać polskich malin – a nie ma słodszych nigdzie na świecie, nie miałby poznać polskiego piwa, albo uwaga, białego wina, które jest coraz lepsze i może konkurować z winem francuskim” – dodał Trzaskowski.
„Słuchajcie, ja mam już gotowy slogan: Bonjour! Pijcie polskie wino!”; „Polskie zupy to potęga” – mówił.
Autor: CzarnaLimuzyna 7 grudnia 2024
Ostatnimi czasy nasza demokracja rozmnaża się przez podział. Ta obfitość cieszy. Początki nie były łatwe. Przez kilka dziesięcioleci mieliśmy skromną wersję demokracji socjalistycznej, której fundatorzy i beneficjenci wraz z potomstwem przeszli, zgodnie z planem, suchą stopą, na drugą stronę Mordoru. Aktualnie mamy demokrację liberalną, której bogactwo olśniewa nas każdego dnia.
Wymijająca, podżerająca, podkradająca, warcząca, zabijająca – to tylko niektóre zdolności z bogatego wachlarza naszej królowej na dworze Lewiatana.
Jak zapewne większość Czytelników już wie: siły demokracji walczącej interweniowały w Rumunii unieważniając wyniki I tury wyborów prezydenckich.
U nas będzie inaczej? Wiele wskazuje, że „Ralf von Knack” może być pewien wygranej. Zapowiedział to minister Siemoniak na Twitterze/X pisząc “obronimy Polskę przed podobnym scenariuszem”, mając na myśli zagraniczne manipulacje, dzięki którym w Rumunii wygrał nieodpowiedni kandydat.
Siemoniak, według mnie, trochę przesadza, bo jak do tej pory, prawie każdy kandydat jest odpowiedni łącznie z Nawrockim o którym Beata Szydło napisała, że będzie “godnym następcą Andrzeja Dudy”. Jeżeli tak, to nie ma się czego bać…
O przeszłości rodziny Trzaskowskiego wiemy akurat tyle ile trzeba, ile wyśpiewała swego czasu piosenkarka z okresu demokracji socjalistycznej, Maryla Rodowicz: U nas – wiele i niewiele, bo w sam raz, u nas czerwień, u nas zieleń… Dokładnie tyle ile musi wiedzieć przeciętny Olak, aby zagłosować.
O współpracy z SB swojej matki z domu Arens kandydat obywatelski powiedział:
Wyciągnęli jakieś informacje z IPN i próbowali z mojej matki robić agentkę Służby Bezpieczeństwa
„Informacja o mrocznej przeszłości matki Trzaskowskiego jeszcze niedawno była dostępna na Wikipedii. W jego biogramie można było przeczytać, że ze względu na ułatwiony dostęp do zagranicznych dyplomatów, wynikający z profesji męża, Teresa została zwerbowana jako źródło osobowe Służby Bezpieczeństwa, jako TW Justyna, a źródłem był artykuł na portalu Polsat News, którego autor opisywał ustalenia GP. Historia edycji pokazuje, że tę informację usunięto dopiero 23 listopada 2024, przy okazji innych drobnych poprawek”. / Tego nie dowiesz się z Wikipedii…/

Pixabay
To, jaki dziś jestem, w olbrzymim stopniu zawdzięczam rodzicom. Co konkretnie? Otwartość. Tolerancję. Horyzonty. /Gazeta Wyborcza/
Do polityki wszedł wcześnie jako wolontariusz angażując się na rzecz dawnych członków partii komunistycznej pochodzenia żydowskiego wywodzących się z frakcji „Żydów” walczących z frakcją „Chamów”. Z biegiem lat zyskał zaufanie, które przełożyło się na spotkania w klubie Bilderberg i z Sorosem. Trzaskowski jest filarem demokracji liberalnej w Polsce, sponsorem Antykultury i zwolennikiem całkowitej likwidacji polskiej państwowości – procesu oficjalnie nazywanego pełną integracją unijną.
cdn… O autorze: CzarnaLimuzyna
Wpisy poważne i satyryczne
Stanisław Michalkiewicz • 7 grudnia 2024
Nie jest dobrze. To znaczy – oczywiście jest, jakże by inaczej – ale nigdy przecież nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze dobrzej. A kiedy może być jeszcze dobrzej? A wtedy, gdy ktoś – najlepiej Judenrat „Gazety Wyborczej” – wdroży jakiś projekt racjonalizatorski. Dlaczego najlepiej, że by taki projekt racjonalizatorski wdrażał Judenrat „Gazety Wyborczej”? Składa się na to szereg zagadkowych przyczyn; po pierwsze – że Judenrat, zgodnie z leninowskimi normami życia partyjnego, które pan red. Michnik musiał wchłonąć będąc jeszcze dzieckiem w kolebce – tak czy owak musi uprawiać organizatorską funkcję prasy. W swoim czasie snop światła na tę sprawę rzucił „drogi Bronisław”, czyli pan prof. Bronisław Geremek, mówiąc o tzw. „faktach prasowych”. Fakty bowiem dzielą się na autentyczne i prasowe. O autentycznych nie mówimy tym bardziej, że według niektórych filozofów, tzw. radykalnych solipsystów, takich faktów w ogóle „nie ma”. Według nich bowiem świat mieści się w ciasnej przestrzeni między ich uszami, więc poza tą przestrzenią nie ma nic. Ciekawe, że ci filozofowie, jak tylko dostaną posadę na uniwersytecie, zaczynają ten radykalny solipsyzm głosić na wykładach. Komu? Przecież nie studentom, tylko jakimś fantomom? No a po co solipsyzm fantomom? Tego oczywiście nikt nie wie, więc dobrze, że chociaż pieniądze, które nasi filozofowie inkasują za te wykłady, są już prawdziwe. W tej sytuacji nie ma rady; musimy wrócić do faktów prasowych. W odróżnieniu od faktu autentycznego, faktu prasowego w ogóle nie musi być; wystarczy, jak Judenrat opublikuje na swoich łamach stosowną informację. Od tego momentu fakt prasowy żyje własnym życiem, a Judenrat może obcinać od tego życia kupony.
Żeby nie być gołosłownym, podam przykład hybrydy faktu autentycznego z prasowym. Mam oczywiście na myśli tak zwany „przemysł molestowania”. To określenie tak zbulwersowało (nic tak nie gorszy, jak prawda!) drogiego pana mecenasa Jarosława Głuchowskiego z Poznania, że aż z obfitości serca naskarżył na mnie do niezawisłego sądu. Hybrydowy charakter przemysłu molestowania polega na tym, że fakt autentyczny zaczyna obrastać w fakty prasowe tak, że potem niepodobna odróżnić jednego od drugiego. Poza tym jest to chyba jeśli nawet nie zakazane, to w każdym razie – niemile widziane przez niezawisłe sądy. Taki jeden z drugim niezawisły sąd już wyrobił sobie pogląd na tak zwany „stan faktyczny” na podstawie wspomnianej hybrydy, a tu przychodzi jakaś pozwana Schwein i zaczyna ten stan faktyczny kwestionować. Jak zauważył nieżyjący już laureat Nagrody Nobla z ekonomii z roku 1992 Gary Stanley Becker („Ekonomiczna teoria zachowań ludzkich”), ludzie zachowują się tak, jakby kalkulowali. Słowem – starają się iść po linii najmniejszego oporu. Skoro tedy niezawisły sąd już wyrobił sobie pogląd na temat „stanu faktycznego”, to nic dziwnego, że odczuwa instynktowną niechęć do wszelkich dysonansów poznawczych, których musiałby doznać, gdyby zaczął słuchać, co mu ma do powiedzenia wspomniana Schwein. Na wszelki tedy wypadek odbiera jej głos, odrzuca wszystkie jej wnioski, nie dopuszczając do żadnych dysonansów, dzięki temu może „mądrze i wesoło”, a także niezawiśle „orzekać”.
Tymczasem wytwarzaniem „stanów faktycznych” zajmuje się właśnie Judenrat, podsuwając niezawisłym sądom tak zwane „gotowce”, którym niezawiśli sędziowie dają wiarę nie tylko z wygodnictwa, ale również – kierowani instynktem samozachowawczym. Jeśli bowiem będą orzekać na podstawie wspomnianych „gotowców”, to nie ma obawy, że Judenrat zrobi z nich potem marmoladę i narazi na dyscyplinarkę. Wydawałoby się tedy, że schemat przemysłu molestowania w naszym nieszczęśliwym kraju działa jak w zegarku; najpierw Judenrat komponuje stan faktyczny w postaci „gotowca”, potem zabiera się za to prawnik, który tak kieruje sprawą, by wszyscy byli zadowoleni – również niezawisły sąd, któremu przecież też się nie przelewa – a płacić za to wszystko ma ten, który akurat znajduje się na linii strzału Judenratu.
A tak się akurat składa, że w miarę rozwoju „dialogu z judaizmem” na celowniku Judenratu znalazł się znienawidzony Kościół katolicki. Warto przypomnieć, że wszelkie ruchy rewolucyjne, z których Żydowie zawsze dlaczegoś znajdowali się w awangardzie, zawsze dybały na majątek Kościoła, jako rzecz ponoć nie do pogodzenia z religią, według której Kościół ma być ubogi, a bogaci – ewentualnie Żydowie. Nic więc dziwnego, że i Judenrat w majątku Kościoła szczególnie sobie upodobał – ale że na tym etapie jeszcze nie może doprowadzić do konfiskaty – jak za Lenina – toteż posługuje się dźwignią Archimedesa w postaci właśnie przemysłu molestowania. Skołowani biskupi, którzy w dodatku nie wiedzą, co tam sławna „komisja Michnika” znalazła w archiwach MSW, wyszli naprzeciw potrzebom wspomnianego przemysłu, tworząc Fundację św. Józefa. Na dochody tej fundacji składają się wpłaty poszczególnych parafii, czyli składają się parafianie, a jej zadaniem jest wypłacanie zadośćuczynień tak zwanym „ofiarom”: jurnych księży czy zakonników. Dzięki temu ciężar odpowiedzialności finansowej został przerzucony na parafian, którzy nikogo nie molestowali. Niezawisłym sądom tylko było w to graj, bo forsa leci, więc pani sędzia Anna Łasik ze znanego na całym świecie z niezawisłości sądowej Poznania, precedensowo wprowadziła zasadę odpowiedzialności zbiorowej: za sprawcę odpowiada majątkowo ogół, w tym przypadku parafianie, którzy nawet o tym nie wiedzą – no ale to przecież tym lepiej.
I kiedy wydawało się, że wszystko – jak mówią gitowcy – „gra i koliduje”, Judenrat wpadł na pomysł racjonalizatorski. Po co tutaj jeszcze jacyś „prawnicy” kiedy przecież można by procedurę uprościć: do biskupa zgłasza się panienka, co to przypomniała sobie, że ksiądz wsadził jej rękę pod spódniczkę, a nawet gmerał w majteczkach, więc nie ma rady – trzeba wypłacić jej milion w gotówce oraz dożywotnią rentę, bo inaczej do śmierci będzie cierpiała katiusze. Podobnie jegomość, który przypomni sobie, jak to ksiądz „gwałcił” go nawet bez przerwy na posiłki i sen, przez trzy lata, zaś on, niebożę, teraz z tej traumy, w każdą miesięcznicę popuszcza w gacie. Więc nie ma rady, tylko milion i renta. Widocznie jednak biskupi skapowali, że jak tak dalej pójdzie, to Judenrat wyszlamuje wszystkich parafian, którzy prędzej, czy później też skapują, o co chodzi i wstrzymają finansowanie wspomnianej Fundacji – i stanęli okoniem. Zgorszony Judenrat nie zostawił na nich suchej nitki za tę „skandaliczną reakcję”. Konkretnie zaś chodzi o to, że tym razem nie dali wiary w „fakty prasowe”, że na przykład dwóch wikarych przez całe trzy lata „gwałciło” pewną panienkę, a ona, jak gdyby nigdy nic, tym praktykom się poddawała – ale oczywiście tylko pozornie, bo wewnątrz cała była przeciw – i tak dalej. Okazuje się, że niestety; trzeba będzie jednak dzielić się z „prawnikami”, przynajmniej do momentu, kiedy Reichsfuhrerin, co to właśnie ponownie stanęła na czele Komisji Europejskiej, nie nakaże obywatelu Tusku Donaldu proklamować Generalne Gubernatorstwo. Wtedy nie tylko możliwe będą konfiskaty jako kara za sabotowanie „niemieckiego dzieła odbudowy”, ale – kto wie – może nawet zostanie otwarty chwilowo nieczynny obóz w Dachau?
Stanisław Michalkiewicz
7.12.2024 janusz-walus-juz-w-polsce-przywital-go-grzegorz-braunhttps://nczas.info/2024/12/07/janusz-walus-juz-w-polsce-przywital-go-grzegorz-braun-foto/

Janusz Waluś wrócił już do Polski. Na lotnisku w ojczyźnie przywitał go lider Konfederacji Korony Polskiej, polski poseł do Parlamentu Europejskiego Grzegorz Braun i jeszcze jedna związana z nim osoba. [To Tomasz Grzegorz Stala, właściciela wydawnictwa 3DOM. Czemu, łobuzie – redatorze – jego nazwisko i osiągnięcia cenzurujesz?? md]
Janusz Waluś został deportowany do Polski, po zakończeniu kary więzienia, pierwotnie mając wyrok śmierci. Wyrok zapadł dziesiątki lat temu za zabójstwo komunisty Chrisa Haniego.
Co ciekawe, media mętnego nurtu w Polsce pisząc o tym niejednokrotnie próbują robić ze sprawy rasistowski przypadek mordowania czarnego przez białego. Kwestię zbrodniczych poglądów Haniego w ogóle się pomija.
Deportacja Walusia wywołała wielkie emocje w RPA. Lider ANC Fikile Mbalula twierdził, że jego wypuszczenie jest „niesprawiedliwością”. Pisaliśmy o tym wczoraj.
Dzisiaj Janusz Waluś wylądował na lotnisku Chopina w Warszawie. Towarzyszył mu poseł Grzegorz Braun. Na zdjęciach widać również Tomasza Grzegorza Stalę, właściciela wydawnictwa 3DOM, które organizowało zbiórki dla Janusza Walusia, gdy ten przebywał w niewoli w RPA.
– Janusz Waluś, znany z zabójstwa południowoafrykańskiego działacza Chrisa Haniego, wylądował na lotnisku @ChopinAirport w Warszawie. Do Polski przyleciał w towarzystwie polityka @KONFEDERACJA_ @GrzegorzBraun_ – napisał na X Rafał Górski z „Gazety Wyborczej”.
– Zapytany przeze mnie o odczucia związane z powrotem do kraju i opinią terrorysty tylko coś mruknął. Potem smutni, silni panowie odseparowali mnie od niego – dodał.
W RPA Waluś był eskortowany przez służby tego kraju. W komentarzach można przeczytać oburzenie faktem, że jest „traktowany jak VIP”.
Janusz Waluś spędził w więzieniu w RPA 30 lat. Władze odmówiły wcześniejszej jego deportacji w celu odbycia reszty wyroku w Polsce.
Waluś zrzekł się obywatelstwa RPA. W związku z czym po wyjściu na wolność nie było żadnych podstaw, by przetrzymywać go w afrykańskim kraju.
Janusz Waluś zastrzelił ówczesnego lidera Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej Chrisa Haniego 10 kwietnia 1993 roku. Został skazany za to na karę śmierci. Wyrok został potem zmieniony na 30 lat pozbawienia wolności.
W 2024 roku obchodzimy 170. rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu, który potwierdza, że Maryja została poczęta bez grzechu pierworodnego.
https://polskakatolicka.org/pl/artykuly/swietowanie-niepokalanego-poczecia
Przez wieki Niepokalane Poczęcie Matki Bożej było bronione przez świętych, teologów i świeckich. Potrzeba było jednak stuleci debaty teologicznej, aby osiągnąć konsensus w Kościele. Dopiero w 1854 roku błogosławiony papież Pius IX, po konsultacjach z biskupami całego świata, ogłosił ten dogmat w swojej konstytucji apostolskiej Ineffabilis Deus, potwierdzając w ten sposób jako prawdę objawioną, że Matka Boża została zachowana od grzechu pierworodnego od samego momentu poczęcia.
Wielu broniło tego stanowiska, ponieważ uważali, że chwała Trójcy Przenajświętszej zostałaby nadszarpnięta, gdyby Matka Słowa Wcielonego nie była najdoskonalszym ze wszystkich stworzeń. Byłoby to również sprzeczne z Bożą mądrością i miłosierdziem, gdyby Matka Zbawiciela nie otrzymała najwyższych transcendentnych darów natury i łaski.
Pogodzenie powszechnego odkupienia przez Chrystusa
Chociaż Niepokalane Poczęcie można znaleźć w Objawieniu i jest ono częścią Depozytu Wiary, nie jest ono wyrażone z całą jasnością innych prawd, takich jak Zmartwychwstanie naszego Pana.
Główny sprzeciw wobec dogmatu obracał się wokół faktu, że zgodnie z dogmatem o powszechnym odkupieniu Chrystusa, wszyscy ludzie zostali odkupieni od grzechu pierworodnego przez zasługi naszego Pana Jezusa Chrystusa. Jeśli jednak Matka Boża została poczęta bez grzechu pierworodnego, wydaje się, że nie mogła zostać odkupiona przez zasługi Chrystusa.
Jak można pogodzić te dwa stwierdzenia?
Jak wyjaśnia Pius IX w konstytucji apostolskiej Ineffabilis Deus, Najświętsza Maryja Panna przez te same zasługi swego Boskiego Syna została odkupiona w szczególny, prewencyjny sposób, zachowujący Ją od grzechu pierworodnego.
Jak mówi Papież: „Najświętsza Maryja Panna, Matka Boga (…) Jej dusza, w pierwszej chwili jej stworzenia i w pierwszej chwili wniknięcia duszy w ciało, została, dzięki szczególnej łasce i przywilejowi Boga, ze względu na zasługi Jezusa Chrystusa, Jej Syna i Odkupiciela rodzaju ludzkiego, zachowana była od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego. I w tym sensie wierni zawsze uroczyście obchodzili Święto Poczęcia”.
Chociaż to proste sformułowanie rozwiązało problem, jego odkrycie zajęło kilka stuleci. Nie jest to zaskakujące, ponieważ rozwiązanie delikatnych problemów teologicznych często zajmuje dużo czasu. Tak więc w 1854 roku papież wykorzystał autorytet dany mu przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, aby chronić i nieomylnie interpretować Objawienie i zdefiniował dogmat raz na zawsze.

Pobożność ludowa potwierdziła dogmat
Już w V wieku święty Augustyn twierdził, że „pobożność nakazywała uznanie Maryi za nieposiadającą grzechu”.1 Ludowa pobożność przyjęła to przekonanie i święto Niepokalanego Poczęcia było obchodzone w katolickim Kościele wschodnim już w VI wieku. Począwszy od XI wieku, teologowie przeprowadzili szczegółowe badania w tej sprawie i zweryfikowali fakt, że pobożność ludowa w tej sprawie wzrosła. Powszechny entuzjazm dla święta wzrósł tak bardzo, że w 1476 roku obchodzono je już w całej Europie.
Składanie przysięgi
W XVI, a zwłaszcza XVII wieku, temat ten stał się tak palący, że „w Hiszpanii niemożliwe stało się podtrzymywanie z ambony przeciwnej opinii [o Niepokalanym Poczęciu], ponieważ ludzie reagowali na takich kaznodziejów szemraniem, krzykiem, a nawet przemocą”.2
Począwszy od 1617 roku, na Uniwersytecie w Granadzie w Hiszpanii zapoczątkowano zwyczaj składania votum sanguinis, czyli ślubowania obrony Niepokalanego Poczęcia aż do przelania krwi. Praktyka ta wkrótce rozprzestrzeniła się na zakony, uniwersytety, bractwa i inne podmioty.
Heretycki teolog Muratori zakwestionował ślub, nazywając go nierozważnym, „nieoświeconym”, a nawet poważnie nieodpowiedzialnym. Rozpoczął debatę na ten temat, argumentując, że nie można ryzykować życia dla doktryny, która nie została jeszcze zdefiniowana. Teza ta została obalona przez wielkiego katolickiego moralistę, świętego Alfonsa Marię Liguoriego, który opowiedział się za ślubem z dwóch powodów: 1) istniał powszechny konsensus wśród wiernych w tej kwestii; 2) powszechne obchody święta Niepokalanego Poczęcia zostały już ustanowione.
W obronie Niepokalanego Poczęcia
Do wielkich obrońców i głosicieli przywileju Niepokalanego Poczęcia należeli m.in: święty Leonard, święty Piotr Kanizjusz, święty Robert Bellarmin i wielu innych.
Pragnienie obrony Niepokalanego Poczęcia było tak wielkie, że niektóre uniwersytety odmawiały przyjmowania studentów, którzy nie przysięgali bronić tego szczególnego przywileju Dziewicy. Nawet władze cywilne wymagały takiej przysięgi, jak w przypadku posłów, którzy ogłosili niepodległość Wenezueli. Przysięgali oni bronić niepodległości, religii katolickiej i tajemnicy Niepokalanego Poczęcia.
Czy debata była uzasadniona?
Niektórzy współcześni katolicy, którzy nie są dobrze poinformowani lub zostali zdeformowani przez dzisiejszy relatywizm religijny, mogą się sprzeciwić: Czy tak uparta obrona tego przywileju Matki Bożej nie była przesadzona? Tacy katolicy nie rozumieją głębi dogmatu i jego implikacji.
Jak wyjaśnił prof. Plinio Corrêa de Oliveira:
„dogmat o Niepokalanym Poczęciu rozpatrywany sam w sobie kolidował z zasadniczo egalitarnym duchem rewolucji, który od 1789 roku despotycznie panował na Zachodzie. Widok prostej istoty tak wyniesionej ponad innych dzięki nieocenionemu przywilejowi przyznanemu jej w pierwszej chwili jej istnienia, rozsierdza dzieci Rewolucji, które głoszą absolutną równość między ludźmi jako zasadę wszelkiego porządku, sprawiedliwości i dobra”.5
Jest to jeszcze jeden powód, dla którego Kościół świętuje ten cudowny przywilej Niepokalanego Poczęcia 8 grudnia. To uzasadnienie tego przywileju zostało tak dobrze wyrażone przez francuskiego oratora Bossueta, który powiedział, że Niepokalane Poczęcie reprezentuje „ciało bez kruchości, zmysły bez buntu, życie bez skazy i śmierć bez cierpienia”.6
Święto Niepokalanego Poczęcia jest doskonałą okazją, by prosić Najświętszą Dziewicę o wstawiennictwo za naszym krajem. Niech chroni nas przed złem aborcji, związkami osób tej samej płci i tak wielką rozwiązłością, która niszczy rodzinę. Módlmy się za wszystkie rodziny, które starają się być wierne Kościołowi i wychowywać swoje dzieci w miłości i bojaźni Bożej.
Źródło: americaneedsfatima.org
Przypisy:
1) André Damino, Na escola de Maria, Ed. Paulinas, 1962, s. 39.
2) „A cura di Stefano de Fiores e Salvatore Meo, Tratado De Natura et Gratia”, Nuovo Dizionario de Teologia, 42, PL 44, 267, Ed. Paolinas, 1986, Mediolan, s. 614.
3) Tamże, s. 614.
4) Caracciolo Parra-Perez, Historia de la Primera República de Venezuela, Biblioteca de la Academia Nacional de la Historia, Caracas, 1959, II Vol.
5) Plinio Corrêa de Oliveira, „Primeiro marco do ressurgimento contra-revolucionário”, Catolicismo, luty 1958.
6) André Damino, op. cit., s. 36.

Napisał Jerzy Karwelis 7 grudnia, wpis nr 1323
Ze wszystkich geopolitycznych rachub wynika, że przed Europą ciężkie czasy. Szczególnie takie ostrzeżenia nasiliły się w interpretacjach przyszłej amerykańskiej polityki Trumpa, przynajmniej tak wynika z kasandryczenia co bardziej wyrobionych analityków. Skąd to się bierze, a właściwie co takiego się działo, jakie deficyty gromadziły się na Starym Kontynencie, że kiedy dziś tasują się od nowa karty świata, to karta europejska nie tyle wypada z talii, a staje się bitą blotką?
Trzy błędy Europy
Wydaje się, że złożyły się na to co najmniej trzy czynniki, z których pierwszym był europejski dług rolowany przez lata. Był to kontrakt społeczny europejskich państw, które dystrybuowały resztki swego skumulowanego dobrobytu na transfery socjalne. W Europie żyło się wygodnie, pracowało mniej niż gdzie indziej, gdyż państwo inwestowało w socjal, a gdzieś tam montownie pracowały na europejską marżę, która zamiast być inwestowana w rozwój była przeznaczana na konsumpcję. Wytworzyło to zanik przemysłu w państwach europejskich oraz atrofię kompetencji produkcyjnych wśród obywateli, po agonii klasy średniej wytwarzało klasy odwykłe od pracy, w dodatku mocno roszczeniowe. I tak wyhodowanemu suwerenowi, szukając rozleniwionej większości podlizywała się klasa polityczna, zwiększając socjalne transfery, i na to – nie na projekty rozwojowe – konkurując o głosy demosu.
Ratunkowym, acz desperackim remedium na to zapętlenie miała być europejska polityka migracyjna, która w swej naiwnej postaci – odrzucając na razie w tym dyskursie motywacje ideologiczne – miała uzupełnić tę lukę demograficzno-produkcyjną. Ten projekt jedynie pogłębił problemy, gdyż nowi migranci nie rzucili się do pracy, a rzucili się na socjal, co jeszcze bardziej pogłębiło transfery i zwielokrotniło zadłużanie się zachodnich państw. Okres błogiej laby był także możliwy dlatego, że państwa europejskie, objęte geopolitycznym, ale i militarnym parasolem amerykańskim, u siebie, na kontynencie, mogły się zabrać na gapę, nie płacąc na własne zbrojenia. Okazało się, że w rachunku amerykańskim, kiedy – szczególnie w przypadku Trumpa – rosyjska presja na Europę nie staje się tak kluczowa, to nagle może się okazać, że rozbrojony Stary Kontynent znajdzie się sam na sam z Rosją.
Powrót do przeszłości
Dla wielu w Europie będzie to szansa na powrót do bussines as usual, czyli powrotu do starego handlu z Moskwą, z geopolitycznym buforem Europy Środkowej i Wschodniej jako mostem bezpieczeństwa. Dla innych, tych bardziej rozgarniętych w naukach z historii, jest to niebezpieczny moment, gdyż wiedza każe patrzeć na Moskwę, jako na imperium łatające swe własne dziury poprzez sycenie się niepowstrzymaną ekspansją. Stan europejskich armii, bez amerykańskiego wsadu NATO jest żenująco słaby, jeżeli w ogóle stanowi jakąś siłę, to tylko w interoperacyjności z NATO, co oznacza, że Europa przedstawia pomocniczy jedynie poziom wkładu do Sojuszu, dowodzonego w sumie przez Amerykanów. A ci mogą mieć całkiem inne cele w użyciu tej potencji niż poszczególne kraje europejskie, a już szczególnie w podziale na państwa europejskiego rdzenia i państwa frontowe. Jest więc – bez Amerykanów – Europa kompletnie bezwolna i stanie się, po wejściu Trumpa do Białego Domu, jeszcze bardziej bezradna. Jechała tyle lat na gapę amerykańskim tramwajem, że w końcu ruski kanar złapał gagatka i trzeba będzie zapłacić dziejowy mandacik.
Jakby tego było mało i tak już zdeindustrializowana europejska gospodarka nałożyła sobie na barki dodatkowy ciężar. Jest nim samobójcza polityka Zielonego Ładu. Przyjmując – znowu przy odrzuceniu ideologii, która mam nadzieję jest tylko narracją dla mas -, że chodziło tu o strategiczny pomysł na Europę trzeba stwierdzić, że nie udał się on całkowicie, za to przyspieszył gospodarczy upadek naszego kontynentu. Nawet jeśli przyjmie się dwie różne, choć nie rozłączne wersje uzasadnienia tego ekologicznego szaleństwa. Pierwsza mówi, że był to pomysł Europy na wytworzenie swej strategicznej przewagi technologicznej. Kiedy Europa nie mogła rywalizować produkcyjnie z Chinami, i technologicznie z USA wymyśleć miano ścieżkę, na której wytworzy się czyste ekologicznie technologie i te, z wielką, rzec można emocjonalną marżą (wszak ratujemy planetę), wyeksportuje się na świat. Jednak okazało się, że – szczególnie po przyszłym trumpowskim zielonym resecie – Europa zostanie z tą technologią sama na świecie. Świecie, który będzie dymił ile wlezie zostawiając nas, Europejczyków, jako maruderów rozwoju.
Drugą, ale wcale jako się rzekło nie rozłączną wersją zdarzeń, jest teza, że Zielony Ład był (i jest) narzędziem podporządkowującym Europę dominacji niemieckiej. To Niemcy mieli produkować te technologie, nota bene na jak najbardziej nieekologicznym ruskim gazie. To oni nałożyli, poprzez Unię, najcięższe obciążenia kosztów transformacji na kraje o tradycyjnej energetyce, dlatego Polska ma w wyniku tych działań najwyższe ceny energii. To Niemcy mieli handlować nową energią, przejść na wodór produkowany w Rosji, który cudownie stawać się miał czystym paliwem po przekroczeniu niemieckiej granicy. To oni lobbowali i lobbują poprzez agenturalne wręcz organizacje ekologiczne straszące płonącą planetą lud boży, wreszcie rozpętali chociażby przeciwko takiej Francji wielowektorową grę dyplomatyczno-medialną, która miała spowodować zamknięcie francuskich elektrowni atomowych, ich energetycznej konkurencji wobec niemiecko-ruskiego dealu. W dodatku Berlin tak sterował Unią, że wszystkie kraje popadały w sterowane ubóstwo energetyczne, podczas gdy Niemcy smrodzili na całego, dochodząc w swej hipokryzji do likwidacji farm wiatrakowych, by dobrać się do węgla brunatnego znajdującego się pod nimi.
W dodatku Europa w przebraniu regulacji Unii, zaczęła to zielone wdrażanie od siebie i szybciej montowała regulacje na rynek europejski, mające wymóc używanie w sumie dotowanych technologii, niż montowała wiatraki, samochody elektryczne i fotowoltaikę. Te znacznie taniej wytwarzają już Chiny, które i technologicznie, i produkcyjnie przebiły europejski blef. I to na tyle, że doszło do kompromitacji ideologicznego uzasadnienia kosztów tych technologii. Bo przecież mówiło się, że nie mamy planety B, że działania ekologiczne są na poziomie globalnym i takież wymiary środowiskowych zaniedbań, więc podrozumiewało się, że „wszystkie ręce na pokład”, że każda technologia, im tańsza, tym lepsza, będzie brana w objęcia państwowego wsparcia i miłość ludu, co to mu się mówi, że „planeta płonie”. A tu się okazało, że wprowadzane są europejskie cła protekcjonistyczne na ekologiczne przecież towary chińskie, czyli jednak chodziło o czysty biznes. W dodatku zadziera się tu początkami wojny handlowej z Chinami, które są głównym światowym dostarczycielem metali ziem rzadkich, podstawowego budulca produktów Zielonego Ładu.
Trójkąt śmierci
Mamy więc trzy elementy składowe europejskiej słabości. Deindustrializację spowodowaną socjalnym kontekstem kontraktu społecznego, demilitaryzację kontynentu i samobójczy model podrażający koszty i tak upadającego przemysłu, jakim jest Zielony Ład. Wydaje się to trójkątem śmierci, ale można go przerobić na… szansę dla Europy. Gdy się maksymalnie spłaszczy trójkąt to robi się on linią prostą. A więc trzeba zacząć od spłaszczenia jednego z jego wierzchołków, by prosta stała się drogą ratunku, drogą wejścia na ścieżkę rozwoju. Wierzchołkiem do likwidacji jest tu Zielony Ład. On już do niczego nie prowadzi, jest jeszcze inercyjnie jakąś ideologią dla tych, co wciąż wysadzają pociągi, choć wojna się już kończy, bo zbankrutowała. Europa na tym nie zarobi, a jak pozostawi za sobą te wszystkie mrzonki, to wróci może do tradycyjnych źródeł energii, co może rozkręcić kontynentalny przemysł. Pozostaną więc dwa punkty tej linii: sytuacja militarna i model socjalny.
Europa generuje żałosne procenty w porównaniu z praktycznie wojennym tempem produkcji militarnej Rosji. Dodajmy – jest to Europa, której wkrótce, jak zapowiada Trump wyznaczy się rolę uzyskania większej samodzielności w obronie kontynentu. Europa musi jak najszybciej zapełnić tę lukę, zwłaszcza, że przyszły format zakończenia wojny na Ukrainie wcale nie musi zwieńczyć się jakąś stabilną wersją kontynentalnej architektury bezpieczeństwa. Może być to ruska pieredyszka, przerwa na odsapnięcie, kiedy obie strony zbierają siły do następnej rundy. Jak ten czas wykorzysta Europa? Bo na razie widać, że nie ma na to pomysłu. Wojna trwa ponad 1000 dni, a my tu nic nie zrobiliśmy. Znaczy się my, Polacy, się wypruliśmy, ale od Unii chociażby kasy na produkcję amunicji nie wzięliśmy, choć leżała na stole. Ale Europa, a właściwie Unia, kompletnie tu nic nie robi. Tacy Czesi muszą wysupływać jakieś moce produkcyjne, zaś uzbrojenia i amunicji trzeba już teraz, a co najmniej narobić tego tyle w przedziale 2-3 lat, by być gotowym do dogrywki tak bardzo, że to odstraszy Rosjan i ta… nie dojdzie do skutku.
I pomysł jest taki, żeby zindustrializować Europę produkcją wojskową. Ta da realną wytwórczą pracę ludziom, poprawi budżet państw, które będą inwestować w potrzebne dobra, a nie transfery socjalne. Byłby to taki sam ruch jaki wykonali Amerykanie po Wielkim Kryzysie, kiedy weszli w infrastrukturalne roboty publiczne. W naszym przypadku byłyby to inwestycje w infrastrukturę bezpieczeństwa. Równie, jeżeli nie bardziej opłacalne niż amerykańskie interwencyjne budowy mostów czy autostrad. Te amerykańskie były inwestycją w krwioobieg gospodarki, te europejskie byłyby inwestycją w pokojowy rozwój, dającą pracę i realne płace ludziom, oraz bezpieczeństwo ich państwom i domostwom.
Dwa warunki i trzeci, niemożliwy
Warunki takiego – ostatniego? – skoku Europy są dwa. Po pierwsze – dekonstrukcja kontraktów społecznych Europy. Po to by z Churchillowskiej obietnicy „krwi, potu i łez”, został tylko program kosztujący pot i łzy Europejczyków, właśnie po to, by nie płacić krwią. Trzeba będzie się więc wielu spocić, co może być na tyle przykrym doświadczeniem, że poleją się łzy. Ale nie krew. Ale do tego potrzebna jest zgoda suwerena; że mu się pogorszy, że trzeba się będzie obudzić z maligny, tego snu o byłej potędze, że będzie trwała wiecznie.
Drugim, nie mniej dyskusyjnym co do prawdopodobieństwa ziszczenia się elementem, są polityczne elity. Czy ktoś odważy się stanąć przed tłumem i powiedzieć, że są konieczne wyrzeczenia? Czy jednak będzie gra na czas, bo w demokracji rozpętanej przez jej medialno-liberalną postać ludowi trzeba obiecywać miłe rzeczy, nawet gdyby się ich nie dowoziło. A tu trzeba będzie obiecać rzeczy wyjątkowo przykre i dowieźć je. Coś mi się jednak wydaje, że prędzej lud pójdzie na wyrzeczenia, niż politycy narażą się – w imię jak najbardziej na serio branej racji stanu, jakim jest pokojowe przetrwanie – na zagrożenie odrzucenia. Do tego trzeba było by być mężem stanu, ale ci już wyginęli w ramach sublimacji plebiscytowej demokracji medialnej.
Wszyscy wiemy co się stanie, jeśli się Europa do roboty nie weźmie. Od tego, że wiemy jak to będzie zaczęliśmy te rozważania. Ale do tego by się tak nie stało trzeba – oprócz spłaszczenia opisywanego trójkąta, jeszcze jednego: czynnika sprawczego w skali kontynentu. Bowiem taka rewizja polityki musiałaby być udziałem całej Europy, nie zaś egoizmów państwowych, gdy się będzie kombinowało, że to niech inni zaczną. A takiej sprawczości kontynentalnej Europa dawno już nie ma. Europa (na razie) ma tylko Unię Europejską, która „blokuje” miejsce dla instytucjonalnej racji stanu Europy. Należy już być pewnym, że w tym brukselskim formacie będziemy miotani własnymi błędami i żywiołami światowymi, na okręcie bez żagla, ale za to ze sternikiem, który mocno trzyma w dłoniach ster, acz nie wie gdzie płynie.
Napisał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.