Niedawno wydawnictwo Te Deum opublikowało tłumaczoną przeze mnie książkę pod tytułem „Radość w cierpieniu, z Chrystusem w chińskich więzieniach”. Jej autorka, Chinka Rose Hu prześladowana przez komunistyczny reżim za wiarę katolicką opisuje swoje perypetie i swoją drogę duchową. Niezwykle ciekawy jest fakt, że reżimy tak odległe od siebie czasowo, kulturowo i topograficznie stosują dokładnie te same metody prześladowania niewinnych ludzi. Rose Hu pochodząca z zamożnej chińskiej rodziny uczęszczała do katolickiej szkoły. Gdy w Chinach władzę przejęli komuniści nie tylko zabraniali praktykowania katolickiej wiary lecz stworzyli alternatywne stowarzyszenia katolickie przypominające PAX i działalność księży patriotów w PRL. Podczas specjalnych seansów nienawiści zmuszali prześladowaną młodzież do składania publicznie samokrytyki. Co gorsza nakłaniali kolegów i przyjaciół oskarżonych o działalność antypaństwową do publicznego potępiania swoich kolegów, do formy samosądu. Rose Hu bardzo bolało, że na specjalnie zwołanym zebraniu jej przyjaciele wykrzykiwali: „Rose Hu jesteś podła, jesteś oszustką, nie chcemy mieć z tobą nic wspólnego”. Ta metoda prześladowania przeciwników politycznych czy klasowych nazywała się potocznie w czasach stalinowskich w Polsce „rozrabianiem kogoś”.
Moja ciotka po wojnie pracowała w „Czytelniku”. Przyjęto ją tylko dlatego, że przed wojną ukończyła dziennikarstwo, znała biegle kilka języków a przede wszystkim wspaniale operowała językiem polskim. Ktoś musiał przecież poprawiać potworne błędy językowe popełniane przez socrealistycznych pisarzy wynagradzanych wysokimi nakładami, nagrodami leninowskimi oraz przydziałem zrabowanych prawowitym właścicielom mieszkań i domów. Ciotka posługiwała się przy czytaniu rękopisów srebrnym lornion uratowanym cudem podczas ucieczki z Kresów. Nie robiła tego żeby się wywyższać lecz z biedy – nie było jej po prostu stać na okulary. Lornion ujawniało pochodzenie klasowe cioteczki, więc pewnego dnia mili koledzy, literaci i redaktorzy, zabrali się do jej „rozrabiania”. Zwołano zebranie, usiłowano- bezskutecznie zresztą – wymusić na niej samokrytykę, zamierzano wyrzucić ją z pracy. W jej obronie stanął, ku jej najwyższemu zdumieniu, Putrament. Nie z dobrego serca, bez złudzeń. Ktoś musiał przecież poprawiać jego koszmarne powieścidła – gnioty, pełne wulgaryzmów i rusycyzmów.
Samokrytyka czyli publiczna spowiedź przywędrowała do Polski wraz z instalatorami sowieckiej władzy. Spowiadał się Gomułka z prawicowego odchylenia i zaniedbań w kolektywizacji rolnictwa, spowiadali się literaci z zaniedbań w komunistycznej indoktrynacji społeczeństwa. Natomiast po 1956 roku spowiadali się ze swej fascynacji komunizmem. Ich niedościgłe wzory, sowieccy komuniści, potrafili składać samokrytykę nawet idąc na śmierć, a w trakcie procesów domagali się dla siebie surowego wyroku.
Publiczna spowiedź jako metoda terroryzowania społeczeństwa przetrwała jak widać do dziś bez zmian. Donald Tusk żąda aby samokrytykę składali sędziowie.
Podczas konferencji prasowej zorganizowanej przez polityków Zjednoczonej Prawicy przed siedzibą Ministerstwa Sprawiedliwości Patryk Jaki przypomniał rolę jaką odgrywała samokrytyka w czasach stalinizmu. Do składania samokrytyki zmuszano na przykład torturowanych żołnierzy Armii Krajowej.
Paradoksem jest – jak stwierdził Patryk Jaki – że sędziowie powołani przez Jaruzelskiego, czyli przez system sowiecki, odmawiają obecnie praw sędziowskich sędziom powołanym przez prezydenta wybranego w demokratycznych wyborach, czyli Andrzeja Dudę.
Relikty komunistycznych metod przetrwały w mentalności wielu ludzi nie mających pozornie nic wspólnego z komunistyczną ideologią. W wielu szkołach na przykład stosuje się metodę samooceny uczniów, a co gorsza nakłania klasę do oceniania swoich kolegów. Zwolennicy tych metod nie są zapewne świadomi, że nad ich szkołami unosi się duch Makarenki. Ten system oceniania prowokuje donosicielstwo i podlizywanie się nauczycielom oraz powoduje u uczniów konflikt lojalności.
Do samokrytyki zmuszają obywateli również urzędnicy urzędów skarbowych wymagający aby w przypadku pomyłek w zeznaniach albo nie dotrzymania terminu złożenia zeznań podatkowych wyrazić „ czynny żal”. Należy jednak rozumieć, że zupełnie czym innym jest zdawkowe wyrażenie „ czynnego żalu” przez oszusta podatkowego, a czym innym przez sędziego powołanego do decydowania o losach innych ludzi i do oceny ich postępowania.
W przypadku socrealistycznych artystów, którzy dobrze wiedzieli skąd wieje wiatr historii, a raczej na której półce stoją konfitury, ich usprawiedliwianie współpracy z komunistycznym zbrodniczym reżimem jakimiś metaforycznymi pigułkami Murti Binga nie jest przekonujące.
Albo byli durniami nie rozumiejącymi w czym uczestniczą więc nie nadają się na duchowych przywódców narodu, albo byli zwykłymi świniami. Tertium non datur. [Ależ – zwykle byli tym i tamtym… md]
Pragnienie aby czytelnicy śledzili ich dylematy i ich bolesne rozstawanie się z marksizmem można porównać do żądania syfilityka abyśmy śledzili z nabożeństwem kolejne stadia jego brzydkiej choroby – szankier miękki [to osobna choroba. md] , szankier twardy, paraliż postępowy. Otóż mogę współczuć syfilitykowi i wskazać mu lekarza ale nie chcę śledzić objawów jego choroby.
Twierdzenie, że wszyscy byli umoczeni, że wszyscy współpracowali z komunistycznym reżimem jest kłamstwem i bzdurą. Chirurg, który ratował życie ofiar wypadku współpracował z reżimem tylko o tyle, że był zatrudniony w państwowym szpitalu. Czy sabotując komunistyczne władze powinien uśmiercać pacjentów? Nauczyciel matematyki podobno kolaborował bo pensję płacił mu socjalistyczny pracodawca. Czy powinien w ramach sabotażu podawać uczniom fałszywe twierdzenia? Poza tym to nie prawda, że wszyscy donosili. Ci którzy tak twierdzą mają zapewne w pamięci własne doświadczenia rodzinne i środowiskowe.
I jeszcze jedno. Nie przeceniajmy czynnego żalu wyrażonego przez seryjnego mordercę na sali sądowej. Nie każda spowiedź kończy się rozgrzeszeniem.
Stanisław Michalkiewicz tygodnik „Goniec” (Toronto) • 29 września 2024 michalkiewicz
Wygląda na to, że Donald Tusk jest zadowolony z powodzi, to znaczy – nie tyle może z powodzi jako takiej, bo ujawniła ona rozmaite wstydliwe zakątki jego vaginetu, które teraz trzeba będzie zręcznie, a może nawet i ręcznie odkręcać – co z powodzi, jako tła, na którym Donald Tusk zaprezentował się jako energiczny przywódca narodu, który samym swoim pojawieniem się na miejscu katastrofy przywraca naruszony porządek i właściwą hierarchię. Z tego właśnie powodu naraził się nawet na krytykę i to ze strony pana red. Jacka Żakowskiego, który przez Judenrat „Gazety Wyborczej” uważany jest za tzw. „proroka mniejszego”. Pan red. Żakowski mianowicie porównał pana premiera Tuska do… Putina – bo Putin podobno tak samo, publicznie, przed kamerami, beszta ministrów, generałów i innych dygnitarzy, a ci – zwłaszcza generały – cicho siedzą i liczą, ile dni zostało im jeszcze do emerytury. W demokracji tak nie ma – dowodził pan red. Żakowski. W demokracji nikt nikogo publicznie nie ruga, tylko wszyscy, rada w radę, radzą, jakby tu wybrnąć z sytuacji i nikogo nie urazić.
Warto dodać, że te słowa padły w rządowej telewizji, budząc zrozumiały popłoch wśród tamtejszych funkcjonariuszy Propaganda Abteilung. Zrozumiały – bo po panu red. Żakowskim nikt się czegoś takiego nie spodziewał. W tej sytuacji pani redaktor wyraziła przypuszczenie, że może naszemu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu, taki właśnie energiczny przywódca się spodoba? Narodowi – jak narodowi – ale że takie emploi spodobało się Donaldu Tusku, to rzecz pewna. Neron też nie widział niczego złego w tym, że zorganizował sobie swój występ wokalny na tle płonącego Rzymu. Ale w obronie Donalda Tuska odezwał się czujny pan mecenas Roman Giertych, któremu nie mogło pomieścić się w głowie, jak można porównywać Donalda Tuska do „zbrodniarza wojennego”. Wprawdzie pan mecenas ma dużą głowę, ale gdyby miał jeszcze trochę większą, na przykład – taką jak prawdziwy koń – to może by mu się zmieściło, że porównywać można, a nawet trzeba wszystko ze wszystkim. W przeciwnym razie skąd byśmy wiedzieli, że pan premier Donald Tusk jest lepszy od zimnego ruskiego czekisty, zbrodniarza wojennnego, Putina? A jak porównamy, to od razu możemy spenertować prawdę.
Ale mniejsza z tym, bo muszę ze smutkiem donieść, że żadna z moich ulubionych teorii spiskowych, przedstawionych w poprzednim felietonie, się nie potwierdziła. Chodziło oczywiście o to, komu zostanie przypisana odpowiedzialność za powódź. Wydawało mi się, że najpoważniejszym kandydatem na winowajcę jest właśnie Putin, bo jest on przecież winien wszystkiemu, a skoro tak, to dlaczego nie powodzi? Widocznie jednak premier Tusk i jego doradcy uznali to za pójście na łatwiznę tym bardziej, że nawet gdyby Putin został uznany za winnego powodzi, to cóż by z tego wynikało? Nie wynikałoby z tego nic, a przecież chodzi o to, żeby z winowajcy wycisnąć korzyści polityczne. Z tego samego powodu upadła również kolejna teoria spiskowa, że powódź stanowiła pierwsze poważne ostrzeżenie ze strony Nieba, z powodu rozporządzenia wydanego przez panią Barbarę Nowacką w sprawie ograniczenia nauki religii w rządowych szkołach. Ale chyba powódź byłaby dla niej zastawką zbyt poważną, a poza tym – to nie ona zostałaby uderzona w czułe miejsce, tylko mnóstwo niewinnych obywateli – więc sam zacząłem nabierać wątpliwości do tej teorii. W dodatku tak zwane „życie” przyniosło potwierdzenie, że chyba moje przypuszczenia są trafne. Oto Krajowa Rada Sądownictwa, której pani Nowacka wprawdzie „nie uznaje” – niemniej jednak – zauważyła, że pani Nowacka, podobnie, jak pani Kotula wcale nie są ministrami rządu premiera Tuska. Chodzi o to, że składając ślubowanie, zniekształciły jego rotę mówiącą o „obejmowaniu urzędu ministra”, a nie jakiejś „ministry”, czy jeszcze gorzej – „feministry”. Zdaniem KRS powoduje to, iż ślubowanie jest nieważne, a zatem – obydwie panie nie są żadnymi „ministrami”. Jeśli zatem miało miejsce jakieś pierwsze poważne ostrzeżenie ze strony Nieba, to możliwe, że właśnie takie. Jeśli chodzi o trzecią teorię, to ona jakby się potwierdziła, ale oczywiście częściowo. Wskazywałem tam, że współczesne powodzie, a zwłaszcza ich rozmiary i niszczycielski charakter, są następstwem przeprowadzonych w latach 50-tych i 60-tych melioracji, która doprowadziła do zniszczenia naturalnej i sztucznej retencji. Potwierdziła się ona, ale tylko jakby i tylko częściowo, bo premier Tusk właśnie zapowiedział bezlitosną walkę z… bobrami. Okazało się bowiem, że podstępne bobry – jak to bobry – bobrują również, a może nawet zwłaszcza – w wałach przeciwpowodziowych. Co rząd usypie jakiś wał przeciwpowodziowy, to bobry zaraz go rozkopują, no a potem powódź taki wał bez trudu przerywa, zupełnie nie zwracając uwagi na zaklęcia, którymi sztaby kryzysowe próbują ją powstrzymać. Więc już wiemy, kto się przyczynił do powodzi i w którą stronę ma się kierować gniew zagniewanego ludu.
Ale to dopiero początek, bo właśnie odezwał się niezawodny pan Marian Banaś, prezes Najwyższej Izby Kontroli. Okazało się, że bobry oczywiście swoją drogą, ale że w dodatku inwestycje przeciwpowodziowe, które miały zostać ukończone jeszcze w roku 2023, a więc za rządów „dobrej zmiany”, z zagadkowych przyczyn ukończone nie zostały, a w tej sytuacji powódź miała ułatwione zadanie. Warto dodać, że ustalenia NIK mają charakter rozwojowy i dzięki kolejnym kontrolom, po nitce do kłębka dojdziemy do prawdziwego winowajcy, a nieubłagany palec zagniewanego ludu wskaże wtedy wprost na samego Jarosława Kaczyńskiego. „On źle poradził, powódź sprowadził, on czas rozziębił, on zasiew zgnębił” – pisał proroczo jeszcze w XVIII wieku pozbawiony wszelkich złudzeń ksiądz biskup Ignacy Krasicki. Co prawda chodziło mu o koguta, który został wytypowany na winowajcę klęski żywiołowej, ponieważ piał w niewłaściwych momentach – ale nie trzymajmy się niewolniczo literatury, tylko próbujmy na zadany temat kreatywnie improwizować. Skoro po nitce do kłębka pan prezes Banaś doprowadzi do Jarosława Kaczyńskiego, to czegóż chcieć więcej? Z taką oceną będzie musiała zgodzić się również Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen, która złożyła gospodarską wizytę na terenach objętych powodzią, samą obecnością swoją zatwierdzając działania premiera Donalda Tuska, a nawet obiecując rozmaite rekompensaty. To znaczy – nie tyle może będzie „musiała”, bo nie ma w Polsce nikogo takiego, kto by ją do czegokolwiek zmusił – co ulegając nieodpartemu impulsowi, po prostu zgodzi się z ustaleniami dokonanymi przez pana prezesa Mariana Banasia.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Wolność, równość, braterstwo – albo śmierć. Znany slogan francuskich rewolucjonistów może wkrótce zostać na trwałe zaimplementowany w Kościele katolickim – nie w sensie czysto deklaratywnego przyjęcia rewolucyjnych ideałów, ale w postaci konkretnych zmian strukturalnych.
2 października rozpocznie się w Rzymie finalna sesja Synodu o Synodalności. 26 października uczestnicy przyjmą końcowy dokument, a dzień później papież Franciszek zamknie całe przedsięwzięcie uroczystą Mszą świętą. W ten sposób dobiegnie końca pierwszy wielki etap „synodalnej odnowy” Kościoła, który rozpoczął się trzy lata temu. Pomimo upływu wielu miesięcy absolutna większość katolików nie ma pojęcia, co się w ogóle dzieje; więcej nawet, z przebiegu spraw i celowości synodu nie zdają sobie sprawy nawet księża i biskupi. Przyczyna jest prosta: Stolica Apostolska używa tak niejasnego języka, że człowiek, który nie śledzi na bieżąco zapisów kolejnych synodalnych dokumentów, a jeszcze bardziej, wypowiedzi różnych jawnych i zakulisowych protagonistów synodu, po prostu nie ma możliwości zorientować się w całej sprawie.
Postawię na początku agresywną tezę, którą postaram się w dalszej części udowodnić. Na podstawie mojej znajomości tematyki synodalnej sądzę, że w całej tej operacji chodzi o zakopanie przepaści dzielącej Kościół katolicki od współczesnego świata uformowanego przez Rewolucję i Oświecenie; w tym sensie celem organizatorów synodu jest przyjęcie przez Kościół za własny sloganu rewolucji francuskiej „Liberté, égalité, fraternité, ou la mort” i stosowna do niego, bardzo gruntowna re-konstrukcja katolicyzmu, to znaczy stworzenie go na nowo.
Czytelnik, być może, będzie w tym miejscu oburzony i zarzuci mi absurdalną, prawicową teorię spiskową. Proszę jednak, by nie był tak pochopny; spieszę z wyjaśnieniem, dlaczego tę, przyznaję, brutalną tezę uważam za trafną. Zacznę od dwóch interesujących cytatów z samego Ojca Świętego, głównego inicjatora Synodu o Synodalności.
Otwierając ten Synod w październiku 2021 roku papież Franciszek odwołał się do znanych słów kardynała Yvesa Congara, jednego z najważniejszych ekspertów teologicznych II Soboru Watykańskiego, zdecydowanego reformisty, zwolennika interpretacji wydarzenia Vaticanum II jako cezury w historii katolicyzmu. „Nie ma potrzeby tworzyć nowego Kościoła. Wystarczy stworzyć odmienny Kościół” – brzmiał dosłownie cytat przytoczony przez Ojca Świętego.
Jaki miałby być ten „odmienny Kościół”, Franciszek powiedział już kilka lat wcześniej, cytując głośną wypowiedź innego wielkiego europejskiego kardynała, Carlo Marii Martiniego, również reformisty, nieformalnego przywódcy grupy z Sankt Gallen, która zrzeszała wielu progresywnie nastawionych purpuratów ze Starego Kontynentu. „Kościół jest opóźniony o 200 lat. Dlaczego się nie otrząśniemy. Czy się boimy?” – powiedział na krótko przed śmiercią w 2012 Martini, cytowany przez Franciszka w roku 2019.
„Odmienny” Kościół ma być zatem Kościołem, który nadrobi dwuwiekową „zaległość”; mowa zatem o zmianach, jakie zaszły w świecie na przełomie XVIII i XIX wieku. Niewątpliwie chodzi tu właśnie o ideały społeczne, filozoficzne i eklezjalne, jakie przyniosły francuska rewolucja i Oświecenie.[No i – praktyki MD]
Sądzę, że drogą do osiągnięcia celu „odmiany” Kościoła prowadzącej do gruntownego „aggiornamento” ma być właśnie proces synodalny. W przemówieniu z 2015 roku papież Franciszek ogłosił, że „synodalność jest konstytutywnym wymiarem Kościoła”, co powtórzył w konstytucji apostolskiej „Episcopalis communio” z 2019 roku. Przy żadnej z tych okazji nie została zaprezentowana jakakolwiek definicja pojęcia „synodalność”. Co ciekawe, nie zmieniło się to aż do teraz; nawet opublikowany latem 2024 roku dokument „Instrumentum laboris”, czyli tekst mający być przedmiotem dyskusji na finalnej sesji synodalnej, nie prezentuje takiej definicji. Mamy zatem do czynienia z sytuacją, w której rzekomy „konstytutywny wymiar” Kościoła pozostaje nie tyle „zadaniem”, co raczej swobodną kreacją – pojęciem wciąż pustym, które dopiero trzeba wypełnić treścią. Biorąc pod uwagę papieskie deklaracje, zgodnie z którymi Kościół ma być „odmienny” i „zaktualizowany o 200 lat”, można sądzić, że „synodalność” – wielokrotnie określana jako droga, która nie będzie mieć końca – jest właśnie sposobem na uzyskanie tej „odmienności” i „aktualizacji”.
Wracam do sloganu rewolucji francuskiej. W czym w ramach procesu synodalnego przejawia się zamiar implementacji „wolności”, „równości” i „braterstwa” oraz wykluczenia tych, którzy nie chcą się z tym zgadzać („albo śmierć”)?
1. Wolność
Zgodnie z duchem naszej epoki, człowiek współczesny potrzebuje „wyzwolenia”. Papież Franciszek wielokrotnie sygnalizował, że w jego ocenie katolicy bywają „zniewoleni” doktryną Kościoła, a raczej – w jego ujęciu – „rygorystycznym” implementowaniem tej doktryny. Tuż przed otwarciem finalnej sesji Synodu o Synodalności odbędzie się w Bazylice św. Piotra specjalna ceremonia pokutna pod przewodnictwem papieża. W jej ramach uczestnicy sesji synodalnej będą przepraszać w imieniu całego Kościoła za różnego rodzaju grzechy osobiste i strukturalne. Jednym z nich – jak poucza oficjalna strona Synodu Biskupów – jest grzech „stosowania doktryny jak kamieni, którymi można obrzucać innych”. Nawiązuje to do wielu wypowiedzi papieskich o praktycznie tej samej treści, wygłaszanych przez niego zwłaszcza w kontekście tradycyjnej katolickiej etyki małżeńskiej i seksualnej. O „rygorystycznej” doktrynie papież mówił między innymi podczas dyskusji wokół kwestii dopuszczenia do Komunii św. rozwodników w powtórnych związkach.
Dlatego w adhortacji apostolskiej „Amoris laetitia” z 2016 roku wyraźnie zasugerował nowatorskie podejście, w myśl którego doktrynę należałoby stosować bardzo elastycznie, aż do uznania, że w pewnych sytuacjach obiektywnie grzeszny sposób życia może podobać się Bogu. „Sumienie może jednak uznać nie tylko to, że dana sytuacja nie odpowiada obiektywnie ogólnym postanowieniom Ewangelii. Może także szczerze i uczciwie uznać to, co w danej chwili jest odpowiedzią wielkoduszną, jaką można dać Bogu i odkryć z jakąś pewnością moralną, że jest to dar, jakiego wymaga sam Bóg pośród konkretnej złożoności ograniczeń, chociaż nie jest to jeszcze w pełni obiektywny ideał” – pisał w punkcie 303 tej adhortacji. Słowa te odnoszono zwykle do sytuacji rozwodników, którzy pomimo życia w powtórnym związku i utrzymywania relacji seksualnych mogliby w pewnej sytuacji (na gruncie własnej decyzji sumienia) przystępować do Komunii świętej. Można je jednak odnieść również do innych sytuacji, na przykład osób homoseksualnych.
W tym kierunku zmierza deklaracja „Fiducia supplicans” z grudnia 2023 roku, która pozwala na błogosławienie par jednopłciowych. Idea błogosławienia takich par zasadza się na przekonaniu, że osoby w związku homoseksualnym nie realizują wprawdzie ideału, ale „pośród konkretnej złożoności ograniczeń”, żyjąc w swoim związku, udzielają jedynej dla nich możliwej „wielkodusznej odpowiedzi”, która jest „darem, jakiego wymaga sam Bóg”. W ten sposób właśnie realizuje się rewolucyjna zasada „wolności” – w tym wypadku „wolności od” doktryny, którą w przeszłości miano by stosować rygorystycznie, a która teraz zostałaby sprowadzona do roli narratywnej sygnalizacji obiektywnego ideału, do którego trzeba dążyć, ale we własnym tempie, nie odrzucając od razu nawet obiektywnie grzesznego sposobu życia. Nie trudno zauważyć, że pozwala to na bliskie pojednanie z jednym z najważniejszym współcześnie prezentowanych celów „wyzwolenia”, jakim jest wyzwolenie seksualne od ograniczeń monogamii, heteroseksualności i tak dalej. Innymi słowy, poprzez „Amoris laetitia” i nowe rozumienie doktryny i sumienia, powstałby „odmienny” Kościół, który zasypał w kwestii etyki seksualnej dwuwiekową przepaść dzielącą go od świata. Proces synodalny jest pełen odniesień do tej problematyki; w wielu dokumentach synodalnych pojawiają się wzmianki o konieczności wypracowania „nowych dróg podejścia” do takich grup osób jak rozwodnicy, homoseksualiści czy nawet – w przypadku Afryki – osoby żyjące w związkach poligamicznych.
2. Równość
Problematyka egalitarna jest na Synodzie o Synodalności obecna w jeszcze większej mierze, niż libertyńska. Głównym obszarem synodalnego zmagania o równość jest kwestia kobiet, popychana naprzód zwłaszcza przez środowiska niemieckie (niem. Frauenfrage), ale obecna w dyskusjach niemal na całym świecie. Dokumenty synodalne z „kwestii kobiet” uczyniły jeden z najważniejszych tematów, a sam papież Franciszek podjął nawet decyzję, by poświęcić jej szereg spotkań elitarnej Rady Kardynałów. Dyskusja na ten temat ma trzy zasadnicze linie: dostęp kobiet do stanowisk kierowniczych w Kościele; dostęp do diakonatu; dostęp do sakramentu kapłaństwa. Nie ma wątpliwości, że rewolucyjnego celu pełnej równości płciowej nie osiągnie się inaczej, jak tylko obsadzając kobietę na urzędzie papieża; jakkolwiek wydaje się to skrajne, jest przecież naturalną konsekwencją postulatów dopuszczenia kobiet do sakramentu kapłaństwa. Z racji na zdecydowany sprzeciw konserwatywnej części Kościoła problem dostępu do kapłaństwa, choć wzmiankowany jako dalekosiężny cel, nie jest bezpośrednio dyskutowany. Inaczej diakonat oraz pozycje władzy. W drugim przypadku – piszę to na podstawie lektury niezliczonych wypowiedzi uczestników procesu synodalnego – istnieje już pełen konsensus; nie spotkałem żadnej wypowiedzi ważnego hierarchy Kościoła, który byłby przeciwny dopuszczaniu kobiet do pełnienia najwyższych nawet urzędów kościelnych niewymagających sakramentu święceń. Wszystko wskazuje na to, że Synod o Synodalności będzie silnym bodźcem do nakłaniania Kościołów lokalnych do zwiększania partycypacji kobiet w strukturach władzy. Problem diakonatu jest nierozstrzygnięty ze względu na bliskość sakramentowi kapłaństwa.
Drugim obszarem synodalnej walki o egalitarne oblicze Kościoła jest kapłaństwo. Dokumenty synodalne czynią z „klerykalizmu” jedną z największych przywar współczesnego katolicyzmu. Walka z klerykalizmem miałaby przebiegać poprzez dopuszczanie ludzi świeckich do kościelnych struktur władzy. Realizuje się to już dzisiaj, na przykład poprzez dopuszczanie świeckich do kierowania urzędami Kurii Rzymskiej. Dokumenty synodalne mówią również o przyszłej „synodalnej formacji” do kapłaństwa, która miałaby zasadzać się na rozwinięciu idei „powszechnego kapłaństwa ochrzczonych”. W praktyce mogłoby to oznaczać przekazywanie świeckim szerszych kompetencji w tria munera kapłana – docendi, sanctificandi, regendi, nauczania, uświęcania, rządzenia, na przykład poprzez dopuszczanie do głoszenia kazań (koncept z poparciem niemieckim), udzielania sakramentów (koncept z poparciem niemieckim i latynoamerykańskim) i zarządzania strukturą parafialną, diecezjalną czy nawet kontynentalną Kościoła (koncept z poparciem globalnym).
Trzecim obszarem osiągania „równości” jest rola i władza biskupa, w tym – biskupa Rzymu. Dokumenty synodalne wskazują, że biskupi w Kościele synodalnym powinni sprawować władzę bardziej synodalnie, to znaczy – biorąc pod uwagę opinię całej społeczności katolickiej, którą zarządzają. W „Instrumentum laboris” z lata tego roku wskazuje się, że biskup powinien mieć władzę samodzielnego decydowania, gdyby jednak podjął decyzję autorytarną, nie uwzględniając konsensusu, postąpiłby „niesynodalnie” i odciąłby się od wspólnoty. Jak łatwo się domyślić, biada temu biskupowi, który w Kościele konstytutywnie synodalnym byłby niesynodalny; do niego, sądzę, można zastosować rewolucyjne „albo śmierć”. Dotyczy to również biskupa Rzymu. W czerwcu Papieska Rada Jedności opublikowała dokument na temat posługi papieskiej, którą omawia w kluczu synodalnym, sugerując, że papież mógłby w wielu obszarach ograniczyć swoje sprawowanie władzy, celem docenienia kompetencji biskupów – zwłaszcza prawosławnych.
3. Braterstwo
Kościół synodalny ma być Kościołem inkluzywnym – dla wszystkich. Dokumenty synodalne od samego początku nie pozostawiają wątpliwości, że jednym z zasadniczych celów procesu synodalnego jest redefinicja tradycyjnej eklezjologii na rzecz nowej, która będzie wychodzić od koncepcji „Ludu Bożego” rozwijanej na II Soborze Watykańskim, ale w interpretacji rozszerzającej. Do synodalnego „Ludu Bożego” przyporządkowani zostają nie tylko praktykujący katolicy, ale także ci, którzy nie praktykują, a nawet nie wierzą (pionierem był Carlo Maria Martini organizujący w Mediolanie stałe forum dyskusji z ateistami); w czasie trwania procesu synodalnego we Włoszech ruszył też programowy dialog Kościoła katolickiego z wolnomularstwem, odbyło się już wiele spotkań z udziałem wpływowych biskupów, zwłaszcza szefa Papieskiej Akademii Teologicznego bp. Antonio Stagliano, a także byłego prefekta Rady ds. Tekstów Prawnych kard. Francesco Coccopalmerio.
Braterstwo oznacza również dialog z członkami innych wspólnot religijnych, przy czym dialog nie jest prowadzony w paradygmacie rozmowy o realizacji ewentualnych wspólnych celów przy zachowaniu własnej tożsamości i roszczenia do prawdy przez własną wspólnotę; chodzi o przyjęcie czysto modernistycznej tezy o religijności jako efekcie pierwotnej ludzkiej emocji, co prowadzi w konsekwencji do uznania wszystkich religii za równe sobie odrębne ścieżki prowadzące do immanentnie ograniczonego kontaktu z boskością. Franciszek dawał wielokrotnie wyraz tym tendencjom, od deklaracji z Abu Zabi, przez encyklikę „Fratelli tutti”, aż po deklarację indyferentyzmu religijnego z Singapuru, by ograniczyć się tylko do trzech najważniejszych przypadków.
Dodatkowym i ważnym elementem implementacji hasła o braterstwie jest „opcja preferencyjna na rzecz imigrantów”, która została na Synodzie o Synodalności wyrażona na przykład poprzez włączenie do katalogu nowych grzechów „grzechu przeciwko imigrantom”, za który przepraszać będą pokutnicy uczestniczący we wspomnianej wyżej ceremonii w Bazylice św. Piotra w przededniu otwarcia finalnej sesji synodalnej.
4. Albo śmierć
Jest oczywiste, że Kościół „odmieniony”, który dokona „aktualizacji” do Rewolucji i Oświecenia i który będzie „konstytutywnie synodalny” nie może tolerować w swoich szeregach ludzi, którzy nie są synodalni. Byłoby to wewnętrzną sprzecznością i groziłoby rozpadem tej nowej-starej wspólnoty eklezjalnej. Stąd zrozumiałe wymaganie, by wszyscy przyjmowali pryncypia synodalności. Na obecnym etapie szybkie tego wymuszenie jest niemożliwe, co pokazał na przykład opór względem „Fiducia supplicans” ze strony biskupów afrykańskich. Papież Franciszek i kard. Victor Manuel Fernández odpowiadając afrykańskim biskupom wyjaśnili jednak, że zostają oni zwolnieni z konieczności implementowania w swoich diecezjach błogosławienia par LGBT, ale wyłącznie ze względów kulturowych; innymi słowy, kiedy kultura afrykańska zostanie przekształcona i osiągnie ten sam stan moralny, który osiągnęła kultura zachodnia, zwolnienie zostanie cofnięte. Dotyczy to, jak można domniemywać na zasadzie analogii, także wszystkich innych synodalnych przemian. Jako że proces globalizacji w ostatnich dziesięcioleciach skutecznie przemienia kolejne społeczeństwa, narzucając wszystkim ten sam paradygmat rewolucyjno-oświeceniowy, można się spodziewać, że Kościół konstytutywnie synodalny przyjmie zasadę wspólnoty „wielu prędkości” – głosząc powszechną inkluzję jako obiektywny cel, który wszyscy muszą osiągnąć, jakkolwiek we własnym tempie.
Tak wygląda w mojej ocenie – w największym możliwym skrócie – rzeczywistość Synodu o Synodalności; można byłoby pisać jeszcze bardzo wiele na temat rozmaitych rozwiązań szczegółowych, takich na przykład, jak plan zacieśniania europejskiej integracji kościelnej poprzez powołania Europejskiego Zgromadzenia Kościelnego; albo jak promowanie nowatorskiej metody dyskusji w postaci „rozmowy w Duchu”, która zasadza się na wysłuchiwaniu bez żadnych komentarzy wielu sprzecznych opinii, by później, pod kierunkiem synodalnego eksperta, wypracować „konsensus” w duchu „jedności w różnorodności”; albo jak powołanie przez Franciszka 10 specjalnych Komisji Synodalnych, które już po zakończeniu synodu w Rzymie będą pracować nad implementacją różnych konkretnych kwestii w życie Kościoła; spodziewam się jednak, że wdając się w te rozważania nadwyrężyłbym cierpliwość Czytelnika. Zainteresowani znajdą zresztą wszystkie te kwestie w poprzednich tekstach publikowanych na łamach PCh24.pl.
Jedno jest pewne: 2 października rozpocznie się finalna faza budowy „odmiennego” Kościoła, a jego kształt w kwestiach zasadniczych opisali już zaczarowani filozofią oświeceniową myśliciele modernistyczni z przełomu XIX i XX wieku, ci sami, których refleksja teologiczna kształtuje dziś teorię i praktykę najważniejszych aktorów procesu nowego kościelnego „udzisiejszania”.
Paweł Chmielewski
=====================
mail;
Nihil novi sub sole:
L’homélie prononcée par Jean-Paul II au Bourget (le 3 juin 1980)
Après avoir retracé l’histoire chrétienne de la France, Jean-Paul Il affirme : ” Que n’ont pas fait les fils et les filles de votre nation pour la connaissance de l’homme, pour exprimer l’homme par la formulation de ses droits inaliénables ! On sait la place que l’idée de liberté, d’égalité et de fraternité tient dans votre culture, dans votre histoire. Au fond, ce sont là des idées chrétiennes. „
Grzegorz Płaczek. / foto: Biuro Prasowe Konfederacji
Czy to możliwe, że Ministerstwo Edukacji Narodowej pod obecnym kierownictwem niszczy polski system oświaty? O tym redaktor Jakub Zgierski rozmawia z Grzegorzem Płaczkiem, posłem Konfederacji ze Śląska.
Jakub Zgierski: – Ostatnio pojawia się coraz więcej informacji, iż polski system oświaty skręca w niebezpieczną stronę. Czy rzeczywiście pod rządami lewicowo-liberalnej koalicji doszło do aż tak ogromnej zapaści?
Grzegorz Płaczek: – Sprawa jest niezwykle ważna, dotyka bowiem dzieci i młodzieży. Ostatnie decyzje, takie jak: zmiana podstawy programowej, wprowadzenie „zakazu” prac domowych czy rozpoczęcie przygotowań do uruchomienia nowego przedmiotu „Edukacja zdrowotna”, który ma pojawić się w polskich szkołach od września 2025 r., budzą wiele wątpliwości. Wymienione zmiany niewątpliwie są kolejnym etapem kolejnych głębokich „reform edukacyjnych”, których początek sięga 1995 r. Celem obecnego rządu, a przede wszystkim Brukseli, jest wdrożenie Europejskiego Obszaru Edukacyjnego (EOE) na terenie naszego kraju.
–Wdrożenie Europejskiego Obszaru Edukacyjnego? A czym to dokładnie jest?
– To bardzo dobre pytanie, a niewielu dziennikarzy o to pyta. Zagadnienie jest skutecznie chowane w ministerialnych szufladach. EOE to nic innego jak unijna inicjatywa określona w 2020 r., a realizowana obecnie przez Komisję Europejską. Ważne jest, aby zrozumieć, że Bruksela obiecuje powstanie EOE już w 2025 r., a polski rząd zdążył ogłosić, że Polska do niego przystąpi.
Media powinny o tym krzyczeć i wskazywać na liczne zagrożenia, ponieważ wejście polskiego systemu oświaty do Europejskiego Obszaru Edukacyjnego będzie oznaczać niemal całkowitą utratę kontroli narodu nad tym, czego i w jaki sposób uczą się młodzi Polacy w przedszkolach i szkołach. Co gorsza – rodzice utracą kontrolę nad tym, jak i na jakich zasadach ich dzieci będą wychowywane. EOE ma być niemal komunistycznym „systemem dobrobytu”, gdzie Komisja Europejska będzie „opiekować się” wszystkimi ludźmi od momentu ich urodzenia aż do śmierci. To orwellowska rzeczywistość. Unia Europejska chce kontrolować całe nasze życie, ale żeby to się udało, młode pokolenie musi być odpowiednio wychowane i ukształtowane. Ogłupiałym i odpowiednio „kształtowanym” od najmłodszych lat społeczeństwem łatwiej się zarządza.
–Wymienił Pan ogólne zagrożenia wynikające z wdrożenia Europejskiego Obszaru Edukacyjnego. Mogę poprosić o więcej szczegółowych przykładów?
– Oczywiście! Widzę je na co dzień, pracując w sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży. Na wstępie zaznaczę, że Bruksela będzie pokazywać Europejski Obszar Edukacyjny jako system oferujący niemal same korzyści, takie jak: większa mobilność, poprawa jakości kształcenia czy zwiększenie współpracy międzynarodowej. Jednak Polska, podobnie jak inne kraje, musi zrozumieć, że wdrożenie EOE wiąże się z ogromnymi (niemal nieodwracalnymi) zmianami kulturowymi oraz potencjalnym zagrożeniem dla lokalnych tradycji edukacyjnych i suwerenności Polski. Ujednolicenie systemów edukacyjnych to przykładowo zagrożenie dla lokalnych tradycji. Unifikacja standardów edukacyjnych w całej Unii Europejskiej może prowadzić do zaniku specyficznych, narodowych elementów systemów edukacyjnych, które są związane z lokalną kulturą i historią. Wprowadzanie nowych programów nauczania to nic innego jak próba narzucenia systemu opartego na „bardziej zachodnich” modelach edukacyjnych, co powinno spotkać się z oporem w Polsce, szczególnie jeśli chodzi o kwestie tożsamości narodowej i kulturowej.
Wyzwania finansowe i koszty dostosowania to także przemilczany wątek, a wprowadzenie nowych standardów, programów i narzędzi edukacyjnych będzie wymagać znacznych nakładów finansowych, co może być wyzwaniem dla systemu edukacyjnego w Polsce. Modernizacja infrastruktury edukacyjnej i szkolenia nauczycieli mogą generować dodatkowe koszty. Ale to nie koniec przykładów. Kolejne zagrożenie dotyczy mobilność uczniów i nauczycieli. Bo czym innym jest tzw. brain drain (drenaż mózgów), czyli swobodna mobilność uczniów i nauczycieli, która może prowadzić do emigracji wykształconych pracowników z Polski do innych państw UE. Mając na uwadze różnice dot. wynagrodzeń za pracę, wdrożenie EOE może tylko pogłębić problem braku wysoko wykwalifikowanych pracowników w naszym kraju. Mogą pojawić się trudności w adaptacji, gdy uczniowie i nauczyciele napotkają problemy w dostosowaniu się do odmiennych systemów edukacyjnych w innych krajach UE, a to może wpływać na jakość nauki i pracy. Chociaż EOE dąży do wyrównania jakości edukacji w całej Europie, to różnice ekonomiczne i społeczne między krajami mogą utrudnić pełną realizację tego celu. Polska może napotkać trudności w nadążaniu za bardziej rozwiniętymi państwami pod względem jakości edukacji i infrastruktury.
I jeszcze dwie kwestie, o których w Polsce nie możemy zapomnieć.
Pierwsza z nich dotyczy potencjalnego wpływu ideologicznego i wprowadzenia liberalnych wartości przez Brukselę. Istnieje realna obawa, że promowanie przez UE mniej konserwatywnych wartości, takich jak otwartość na różnorodność kulturową i seksualną, może być postrzegane w Polsce jako sprzeczne z tradycjami czy wartościami naszego kraju. Może to prowadzić do napięć społecznych i politycznych. [Do ostrych protestów, mam nadzieję M.Dakowski]
Drugą i ostatnią już kwestią jest zależność od unijnych regulacji. W momencie wejścia Polski do Europejskiego Systemu Edukacyjnego możemy być pewni, że utracimy suwerenność w edukacji. To jasne, że Polska może obawiać się utraty kontroli nad własnym systemem edukacyjnym, jeśli decyzje dotyczące oświaty będą w coraz większym stopniu zależne od regulacji unijnych. To może być postrzegane (i powinno być) jako ograniczenie suwerenności kraju. Do tego dochodzą standardy edukacyjne, związane także z delikatnym obszarem seksualności młodych Polaków, opracowane przez Światową Organizację Zdrowia (WHO)…
–A, właśnie. Porozmawiajmy co nieco o Światowej Organizacji Zdrowia, która wbrew pozorom wcale nie jest jakimś bezstronnym gremium specjalistów od medycyny…
– Ci, którzy tylko pobieżnie znają historię WHO, żyją w przeświadczeniu, że jest to jakaś super międzynarodowa organizacja skupiająca samych ekspertów. Prawda jednak jest inna. To jedna z najbardziej skorumpowanych międzynarodowych organizacji zdrowotnych na świecie – zarządzana przez osobę, która jeszcze parę lat temu była częścią afrykańskiego reżimu. Aż nie chce mi się wierzyć, że Polacy pozwalają na to, aby to właśnie WHO (będąca całkowicie zależna od pieniędzy płynących od firm farmaceutycznych) tworzyła standardy edukacji seksualnej. Uważam, że rodzice nie powinni godzić się na takie rozwiązanie – jest groźne.
–Co dokładnie znajdziemy w tych standardach? Które elementy są szczególnie groźne dla polskich przedszkoli i szkół?
– Standardy edukacji seksualnej opracowane przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) i Europejskie Biuro WHO są zebrane w dokumencie „Standardy edukacji seksualnej w Europie” („Standards for Sexuality Education in Europe”). Wystarczy przeczytać. Formalnie celem tych wytycznych jest wspieranie zdrowia seksualnego, świadomego podejmowania decyzji oraz kształtowanie zdrowych postaw i wartości. Dokument skierowany jest głównie do państw członkowskich i edukatorów, którzy mogą dostosować te zalecenia do lokalnych warunków. WHO lobbuje za holistycznym podejściem, a edukacja seksualna według WHO nie powinna ograniczać się do biologii, tylko obejmować szeroki zakres tematów związanych z emocjonalnym, społecznym, fizycznym i psychologicznym aspektem seksualności. Ale przyjrzyjmy się szczegółom.
W standardach WHO zaleca się, aby wprowadzać temat masturbacji jako naturalnej części rozwoju seksualnego. WHO proponuje, aby w kontekście edukacji seksualnej dla dzieci w wieku 0-4 lat omawiać kwestie związane z odkrywaniem ciała, w tym masturbację, w sposób odpowiedni do wieku, akcentując przy tym znaczenie prywatności. WHO postuluje, aby edukacja seksualna obejmowała temat aborcji w kontekście zdrowia reprodukcyjnego i praw człowieka. Zagadnienie to jest omawiane jako jeden z aspektów zdrowia seksualnego, a celem jest dostarczenie informacji na temat praw i dostępnych usług. Oczywiście oficjalnie WHO zaprzecza, jakoby było to „promowanie aborcji” jako rozwiązania dla młodych dziewczyn. WHO w swoich wytycznych „promuje” równość i tolerancję wobec różnorodności seksualnej i tożsamości płciowej, w tym afirmację osób LGBT+. Ale to nie koniec – WHO uznaje, że tożsamość płciowa i seksualna mogą być płynne, a przez to zachęca do otwartości oraz akceptacji w tym zakresie. Wszystko brzmi baśniowo, ale jako poseł odczuwam, że z Brukseli do Polski właśnie nadchodzi pewna „nowa jakość nauczania”. Pytanie, jakiej Polski chcemy dla naszych dzieci i wnuków…
Wyznanie wiary w Jezusa Chrystusa i Jego Kościół jako jedyną drogę do Boga i do wiecznego zbawienia
Niezachwianie wierzymy i wyznajemy to, czego zwyczajne i powszechne Magisterium Kościoła nieprzerwanie i nieomylnie naucza od czasów Apostołów, a mianowicie,
Że wiara w Jezusa Chrystusa, Wcielonego Syna Bożego i jedynego Zbawiciela ludzkości, jest jedyną religią chcianą przez Boga.
Po ustanowieniu nowego i wiecznego Przymierza w Jezusie Chrystusie nikt nie może być zbawiony przez przestrzeganie nauk i praktyk religii niechrześcijańskich. Ponieważ „modlitwa, która jest skierowana do Boga, musi być związana z Chrystusem, Panem wszystkich ludzi, jedynym Pośrednikiem (1 Tm 2, 5; Hbr 8, 6; 9, 15; 12, 24), przez którego jedynie mamy dostęp do Boga” (Rz 5, 2; Ef 2, 18; 3, 12). (Ogólne Wprowadzenie do Liturgii Godzin, 6).
Głęboko wierzymy, że „nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4, 12), oprócz imienia naszego Pana Jezusa Chrystusa, który został ukrzyżowany, a którego Bóg wskrzesił z martwych (por. Dz 4, 10).
Wierzymy, że jest „sprzeczne z wiarą katolicką postrzeganie Kościoła jako jednej z dróg zbawienia, istniejącej obok innych, to znaczy równolegle do innych religii, które miałyby uzupełniać Kościół, a nawet mieć zasadniczo taką samą jak on wartość, zmierzając co prawda tak jak on ku eschatologicznemu Królestwu Bożemu.” (Kongregacja Nauki Wiary, Deklaracja Dominus Iesus, 21).
Ponadto potwierdzamy, że Boskie Objawienie, wiernie przekazywane przez odwieczne Magisterium Kościoła, zabrania twierdzenia,
Że wszystkie religie są ścieżkami do Boga,
Że różnorodność tożsamości religijnych jest darem Bożym i
Że różnorodność religii jest wyrazem mądrej woli Boga Stwórcy.
Dlatego też podtrzymujemy, że chrześcijanie nie są po prostu „towarzyszami podróży” wraz z wyznawcami fałszywych religii – których Bóg zakazuje.
Żarliwie błagamy o pomoc łaski Bożej dla wszystkich dzisiejszych duchownych, którzy swoimi słowami i czynami zaprzeczają objawionej przez Boga prawdzie o Jezusie Chrystusie i Jego Kościele jako jedynej drodze, dzięki której ludzie mogą oglądać Boga i osiągnąć wieczne zbawienie. Oby z pomocą łaski Bożej owi duchowni mogli publicznie wycofać się ze swoich poglądów, czego wymaga zarówno dobro ich własnych dusz, jak i dusz innych. Wszak „nieprzyjęcie Chrystusa jest największym niebezpieczeństwem dla świata!” (Św. Hilary z Poitiers, Komentarz do Ewangelii św. Mateusza, 18).
Niech przez modlitwy, łzy i ofiary wszystkich prawdziwych synów i córek Kościoła, a zwłaszcza „maluczkich” w Kościele, Pasterze Kościoła, a przede wszystkim Papież Franciszek, otrzymają łaskę naśladowania Apostołów, niezliczonych Męczenników, licznych Świętych Papieży Rzymskich i rzeszy Świętych, zwłaszcza św. Franciszka z Asyżu, który jako „człowiek, który był prawdziwie katolicki i apostolski osobiście podjął zadanie które nakazał również swoim uczniom – aby przed wszystkim innym zajmowali się nawracaniem pogan na wiarę i prawo Chrystusa”. (Papież Pius XI, Encyklika Rite Expiatis, 37)
Wierzymy, i z Bożą łaską jesteśmy gotowi oddać za to życie, w Boską prawdę ogłoszoną przez Jezusa Chrystusa, zawartą w słowach: „Ja jestem drogą i prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” (J 14, 6).
+ Athanasius Schneider, biskup pomocniczy archidiecezji Świętej Maryi w Astanie
wraz z uczestnikami Catholic Identity Conference 2024
Stanisław Michalkiewicz 28 września 2024 michalkiewicz
Jeszcze nasz mniej wartościowy naród tubylczy nie zdążył się przyzwyczaić do nowej odmiany demokracji, jaką z łaski Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen wprowadza u nas premier Donald Tusk wraz z bodnarowcami, a już „demokracja walcząca” – bo tak pan premier Tusk nazwał swój wynalazek – pokazała pazury. O tych pazurach za chwilę, bo warto sobie rozebrać z uwagą tę całą „demokrację walczącą” – co to mianowicie takiego.
„Znamy wszystkie parlamentarne grupy, ale – tej „Grupy Laokoona” – nie” – pisał Gałczyński w nieśmiertelnym cyklu „Pięć donosów”. Przeżyliśmy tedy demokrację sanacyjną, demokrację socjalistyczną, zarówno w odmianie stalinowskiej, jak i łagodniejszych, no a teraz mamy „demokrację walczącą”. Czym się ona charakteryzuje? Ano – zasadą, że cel uświęca środki. Pan premier Tusk dobrze chce, to znaczy – chce nam przychylić nieba, a konkretnie – „przywrócić praworządność”, w związku z tym przyznał sobie prawo prowadzenia działań bezprawnych, m.in. w postaci „uchylania” swoich kontrasygnat, gwoli przypodobania się „towarzychu”. Przypomnę, że za złożenie podpisu pod nominacją sędziego Wesołowskiego, pryncypialnie ofuknęła Donalda Tuska sama pani prof. Ewa Łętowska, uchodząca w „towarzychu” za „babunię polskiej demokracji”. My tu wychodzimy ze skóry, mimo artretyzmów kicamy z jakimiś giertychami, a ten kontrasygnuje Dudzie taki dokument! Na takie dictum „babuni”, Donald Tusk zrozumiał, że znalazł się na granicy utraty więzi z masami, a już Lenin przestrzegał, że dla partii, nawet jeśli nazywa się Volksdeutsche Partei, nie ma nic gorszego. Natychmiast tedy rewokował, podsuwając opinii publicznej przesiąknięty fałszem i krętactwami pozór uzasadnienia. Wszystko pierwotnie wskazywało na to, że ten pozór uzasadnienia został wykoncypowany przez bodnarowców otaczających pana „doktora habilitowanego” Adama Bodnara – ale nie. Wprawdzie pan Bodnar pierwszy dostarczył ten pozór uzasadnienia, ale widocznie sam rozumie, że te jego naukowe tytuły nie robią specjalnego wrażenia, więc w końcu głos zabrała „babunia”. „Babunia” locuta – causa finita – zwłaszcza, że „babunia” powtórzyła krętactwa pana Bodnara, co skłania do podejrzeń, że „koncepcja”: jest jej autorstwa, podobnie jak „czynny żal”, co to mają go okazywać sędziowie, zwłaszcza ci, co w oczach „towarzycha” się strefili.
Więc pozór uzasadnienia już mamy, a w tej sytuacji przystąpmy do rozbierania z uwagą – jak zalecał Wojski w „panu Tadeuszu” – samej „demokracji walczącej”. Co ci przypomina widok znajomy ten? Ależ naturalnie, jakże by inaczej; co ma przypominać, jak nie stary, poczciwy faszysmus? Jak wielokrotnie zwracałem mikrocefalom, co to używają faszysmusa jako epitetu uwagę, że faszyzm to nie epitet, tylko pojęcie pełne treści. Najtwardszym jądrem tych wszystkich treści jest przekonanie, że państwu wszystko wolno. Wyraził to najlepiej twórca faszyzmu, Benito Mussolini w formule: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu!” Wynika z niej, że poza państwem nie ma życia. Poza ”państwem” – a więc poza ramami wyznaczonymi przez biurokratyczno-polityczny gang, który właśnie „państwem” zawładnął.
Toteż bez zaskoczenia przeczytałem o obywatelu, którego właśnie pojmała policja, bo obywatel ten nie tylko krytykował pana premiera Donalda Tuska, ale nie podobali mu sie też „szabrownicy”, co to okradali mieszkania obywateli ewakuowanych, a w dodatku okazało się, że nie podobały mu się doniesienia rządowej telewizji na temat walki z powodzią i w ogóle – ze zbrodniczym klimatem. Co tu ukrywać; nazbierało się tego sporo, a jak policja przetrzyma tego obywatela Lądka Zdroju w areszcie wydobywczym, to może jeszcze coś dołoży? Ale jak nawet nic nie dołoży, to i to, co się nazbierało, wystarczy, by obywatel odtąd jęczał i szlochał. Jakże bowiem można krytykować premiera Tuska Donalda, skoro ten ubrał się w kurteczkę, przestał się golić, niczym prezydent Żełeński, a na posiedzeniach sztabów kryzysowych rozdaje pochwały i nagany? Skoro mianował Wielce Czcigodnego posła Kierwińskiego pełnomocnikiem rządu do odbudowy Dolnego Śląska? Posła Kierwińskiego jakby kto na sto koni wsadził; natychmiast zrezygnował z miejsca w luksusowym, brukselskim przytułku dla „byłych ludzi”, bo co to za luksusy, przy otwierających się perspektywach?
Wszystko to, to całe poświęcenie, te nieprzespane noce – ma się rozumieć – dla Polski – więc tylko patrzeć, jak jakiś zaangażowany poeta znowu napisze, jak to Donaldu Tusku, albo jeszcze lepiej – ministru Siemoniaku – objawił się Feliks Dzierżyński, któremu pan minister Siemoniak przez sen zawierzał swoje troski i zgryzoty? Jakże można krytykować szabrowników, skoro trzeba chwalić policję, że chroni opuszczony dobytek, a już zupełnym skandalem jest krytykowanie rządowej telewizji. Tam mobilizacja przecież trwa na całego; gdyby nie ona, to powódź rozwijałaby się byle jak, a tak, to owszem – rozwija się – ale w sposób uporządkowany, „według stołecznych życzeń”, nie pozostawiając ani szparki na dezinformacyjną dywersję ze strony znienawidzonego Putina i w ogóle – a tu jakiś jegomość z Lądka Zdroju szuka dziury w całym i pyskuje. Co niby miała z nim zrobić policja, skoro już wpłynęły stosowne informacje od „sygnalistów” o szerzącej się gangrenie? Pojmać, zakuć w kajdany, a potem postawić przed obliczem niezawisłego sądu, który już tam powinność swej służby zrozumie i sypnie piękny wyrok!
Tak właśnie funkcjonuje „demokracja walcząca” w działaniu, korzystając nie tylko ze stworzonych w ostatnich miesiącach narzędzi, ale w swej kreatywności wychodzi nawet poza te ramy. I słusznie – bo kiedy Donald Tusk własną piersią zasłania kraj przed bałwanami, kiedy policja stoi na nieubłaganym gruncie wzmożonej czujności, zaplute karły próbują sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów. Oto Krajowa Rada Sądownictwa, której Donald Tusk, ma się rozumieć – „nie uznaje” – wykryła, jakoby Wielce Czcigodna Katarzyna Kotula, podobnie jak Wielce Czcigodna Barbara Nowacka, wcale nie były ministrami!
Chodzi o to, że – ulegając prądom feminazistycznym – zniekształciły rotę ministerialnego ślubowania – że to niby nie obejmują funkcji „ministra” w rządzie Donalda Tuska – tylko „ministry”. Ponieważ ustawa o żadnych „ministrach”, a tym bardziej – feministrach – nic nie mówi, to znaczy, że ślubowanie nie zostało złożone prawidłowo, a tym samym – nie zostało złożone w ogóle! Ładny interes! Tedy nie ma rady; w ramach rozwoju „demokracji walczącej” trzeba będzie chyba zmienić wspomnianą rotę, wprowadzając nie tylko dymorfizm płciowy, ale również deklarację, że „kładę lachę na tę całą konstytucję, nie uznaję instytucji nie zatwierdzonych przez Reichsfuhrerin Urszulę von der Leyen, a w ogóle to będę we wszystkim słuchać Donalda Tuska oraz Adama Bodnara i jego bodnarowców, zgodnie ze wskazówkami Babuni Walczącej Demokracji.”
28 września 2024 r. | Nr 39/2024 (691) Rozmowy niekontrolowane Małgorzata Todd mtodd Szanowni Państwo! . Czym różniła się stara komuna od tej dzisiejszej? W stanie wojennym, komunikat nagrany w telefonie traktował każdego rozmówcę, jako potencjalnego przestępcę, któremu mogą zostać postawione zarzuty braku miłości, do jedynej słusznej władzy. Trzaskowski obiecał, że po ponownym dojściu do władzy, jego tęczowa „sekta” zadba, żeby nikt nie zadawał niewygodnych pytań i jak widać słowa dotrzymał. Na konferencje prasowe wpuszczani są tylko dziennikarze zadający wygodne pytania. Komuniści od początku próbowali wyhodować „nowego człowieka” i udało im się to, niestety. Są wśród nas. Kasta sędziowska kpi ze sprawiedliwości. Brak kompetencji stał się najważniejszym atutem przy obsadzie strategicznych stanowisk. Każda bzdura jest do przyjęcia dla „kochających inaczej”, czyli przy pomocy pięści. A jak to jest teraz z kontrolą rozmów? Gdzie by człowiek nie zadzwonił, słyszy komunikat, że rozmowa jest nagrywana. Dlaczego więc w tytule znalazły się jakieś „rozmowy niekontrolowane”? Dlatego, że każdy plecie, co mu ślina na język przyniesie. Niekontrolowany i bezsensowny potok bzdur jest warunkiem koniecznym, żeby zostać uznanym „ekspertem”, zapraszanym na fora przeróżne.
Święty Michał, Książę Niebiańskiego Zastępu walczył ze zbuntowanymi aniołami w niebiańskiej bitwie. Nadal prowadzi bitwę, aby uwolnić nas od szatana. Nasi aniołowie stróże polegają na nim.
Zwracam waszą uwagę na fakt, że święty Michał jest wodzem, który walczył z szatanem i strącił go do piekła. Jest przywódcą naszych osobistych aniołów stróżów. On sam jest aniołem stróżem Kościoła Świętego.
Można zapytać, jak godzi on w sobie tę dwoistość natury: misję do piekła tych, którzy powstali przeciwko naszemu Panu, z jednej strony, a z drugiej – ochrony, jaką daje Kościołowi i ludziom na tym padole łez. Widzimy, że te dwie misje są ze sobą powiązane. Bóg wyznaczył go jako swoją tarczę przeciwko diabłu. Bóg chce, aby był tarczą ludzi przeciwko diabłu, aby był tarczą Świętego Kościoła katolickiego przeciwko szatanowi. Ale On nie jest tylko tarczą: jest także mieczem. On nie tylko broni, ale także pokonuje i strąca do piekła.
Jest to zatem podwójna misja świętego Michała Archanioła. Dlatego w średniowieczu rycerze uważali go za pierwszego ze wszystkich rycerzy; niebiańskiego rycerza, doskonale lojalnego, idealnie silnego, czystego i zwycięskiego jak rycerz; rycerza, który pokładał całą swoją ufność w Bogu, a następnie, po Jej narodzinach, także w Matce Bożej.
Powinniśmy więc uważać godnego podziwu świętego Michała za naszego naturalnego sprzymierzeńca w walce; ponieważ ruch kontrrewolucyjny chce być niczym innym, jak grupą ludzi, którzy wykonują, na poziomie ludzkim, zadanie świętego Michała Archanioła; innymi słowy – bronić honoru Boga, chwały Matki Bożej, Kościoła katolickiego i cywilizacji chrześcijańskiej.
Ojciec Guéranger OSB pisał na temat kontemplacyjnej pobożności aniołów:
Kościół uważa świętego Michała za pośrednika swojej modlitwy liturgicznej. Stoi on pomiędzy człowieczeństwem a boskością. Dla własnej chwały Bóg, który w godny podziwu sposób ustanowił widzialne i niewidzialne hierarchie, obficie zatrudnia w swojej służbie te niebiańskie duchy, nieustannie kontemplujące cudowne oblicze Ojca, które lepiej niż ludzie wiedzą, jak kontemplować piękno Jego nieskończonych doskonałości.
W tym miejscu zwraca się uwagę, że święty Michał również składa ofiarę eucharystyczną Ojcu Przedwiecznemu. W ten sam sposób ukazał się trójce pastuszków w Fatimie – z kielichem w ręku.
Mi – cha – El: któż jak Bóg? Samo w sobie imię to wyraża w swej zwięzłości najdoskonalszą adorację, najpełniejsze uznanie boskiej transcendencji i najpokorniejsze wyznanie przez stworzenie własnej nicości; jest zatem wzorem pokory.
Ten, kto wykrzykuje, że nikt nie jest jak Bóg, wykrzykuje, że on sam jest niczym. To jest doskonała pokora. Forma pokory rycerza nie jest lepkim, słodkim i nielogicznym sentymentalizmem.
Tak też Kościół zaprasza duchy niebieskie do błogosławienia Pana i wyśpiewywania Jego chwały; do wychwalania i błogosławienia Go nieustannie. To kontemplacyjne powołanie aniołów jest wzorem naszego własnego, jak przypomina nam piękna prefacja do Sakramentarza Świętego Leona.
Jest rzeczą naprawdę stosowną oddawać łaski Tobie, który uczysz nas przez Apostoła, że nasze życie jest przeznaczone dla nieba; który dobroczynnie pragnie, abyśmy przenieśli się w duchu do miejsca, w którym służą Tobie ci, których czcimy, a zwłaszcza wznieśli się na te wyżyny w święto świętego Michała Archanioła.
Prefacja do Sakramentarza Świętego Leona
Jest to niezwykła cecha nabożeństwa do aniołów. Aniołowie są mieszkańcami Dworu Niebieskiego. I na niebiańskim dworze żyją w wiecznej, bo mogą widzieć Boga twarzą w twarz. Wszyscy wielcy mistycy opowiadają nam o swoich wizjach uczt, które odbywają się w niebie i są prawdziwym świętowaniem. Nie są to zwykłe obrazy czy chimery; to prawdziwe świętowanie, podczas którego Bóg kolejno objawia swoje wspaniałości, gdzie wychwala się Go nowymi triumfami, które absolutnie nigdy się nie kończą.
Istnieje niebiańskie szczęście, poczucie, że niebo jest ojczyzną naszej duszy i dokładnie tym porządkiem rzeczy, dla którego zostaliśmy stworzeni; tym, który w pełni odpowiada wszystkim naszym aspiracjom. Istnieje takie poczucie niebiańskiego szczęścia poprzez kontemplację Boga, który jest absolutną doskonałością wszystkich rzeczy, że niektóre z tych wizji mogą i muszą przenieść się na ziemię. I w epokach prawdziwej wiary część tego szczęścia przenika do naszego świata. Coś z tej pobożności jest odczuwane przez pobożne dusze i przekazywane dalej, aby stać się wspólnym skarbem całego Kościoła.
I to jest to, czego tak bardzo brakuje nam w dzisiejszych czasach: brak pojęcia o szczęściu niebieskim. Bez pojęcia o szczęściu niebieskim nie ma się apetytu na niebo; a ludzie tarzają się w czystym pragnieniu dóbr ziemskich. Ale gdyby byli w stanie zrozumieć choć przez chwilę, czym jest pocieszenie Ducha Świętego, czym jest łaska Ducha Świętego, jaki rodzaj szczęścia przynosi rozważanie niebiańskich dóbr; gdyby byli w stanie pojąć to choćby przez minutę, zaczęliby odrywać się od dóbr ziemi i rozumieć, że wszystko jest ulotne, że wszystko to jest niczym, że istnieją wartości, które są ponad tym wszystkim i sprawiają, że ziemia jest tylko garstką pyłu.
To jest dokładnie to, czego nam brakuje i co aniołowie mogą dla nas uzyskać. Oni, którzy są zalani tym szczęściem i od czasu do czasu przekazują je świętym. Istnieje pewien rodzaj mistycznego fenomenu, którego doświadczyła św. Teresa od Dzieciątka Jezus i opowiada o tym w „Dziejach duszy” – to jak cudowny, odległy koncert z nieziemskimi harmoniami. Jest to odrobina wiecznej pieśni aniołów, która w ten sposób dociera do uszu błogosławionych, właśnie po to, by dać im apetyt na rzeczy niebieskie.
Dlatego prośmy aniołów, by przekazali nam to pragnienie rzeczy niebiańskich, którym są przepełnieni. Prośmy Michała Archanioła, aby uczynił nas swoimi naśladowcami i doskonałymi rycerzami Matki Bożej na tej ziemi.
Podczas pobytu w Brukseli Franciszek zjadł w sobotę śniadanie z 10 wybranymi migrantami i bezdomnymi w kościele St Gilles. Wypili kawę i zjedli rogaliki.
Posiłek zorganizował franciszkanin o. Benjamin Kabongo. Parafia zazwyczaj oferuje darmowe śniadania dla ludzi ulicy i migrantów.
Po posiłku w kościele Franciszek udał się do innego kościoła, Bazyliki Najświętszego Serca w Koekelberg w Brukseli, na spotkanie z biskupami, księżmi i zakonnikami. Wzięło w nim udział około 2 600 osób.
Niedawno w Warszawie grupa obywateli protestowała przeciwko tak zwanemu “dekretowi Bieruta”, to znaczy – “dekretu o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy”, wydanego przez Krajową Radę Narodową 26 października 1945 roku, w szóstą rocznicę utworzenia przez Adolfa Hitlera Generalnego Gubernatorstwa. Nie bez kozery wspominam o tej rocznicy, bo o ile deczyzja Adolfa Hitlera o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa miała charakter rewolucyjny, to podobnie rewolucyjny charakter miał wspomniany dekret.
Na jego podstawie, wszystkie grunty na obszarze miasta stołecznego Warszawy, przechodziły na własność gminy. Warto dodać, że dekret nie dotyczył budynków. Te nadal mogły być własnością dotychczasowych właścicieli – ale grunty pod budynkami – już nie. Był to jeden z komunistycznych wynalazków w postaci “użytkowania wieczystego” – bo trzeba było stworzyć jakieś pozory legalności dla właściciela budynku, który od tej pory stał na cudzym gruncie. Właściciel budynku stawał się zatem “wieczystym użytkownikiem” miejskiego gruntu – a to “wieczyste użytkowanie” musiało być odnawiane co 99 lat.
Tak zostało do tej pory, bo kiedy drugi komunistyczny wynalazek w postaci “spółdzielni mieszkaniowych” w latach 50-tych a zwłaszcza 60-tych i późniejszych rozwinął się, wznosiły one budynki na gruntach miejskich, będąc “wieczystymi użytkownikami”. Ponieważ według komunistycznego zabobonu, “własność spółdzielcza” była uważana za “wyższą” formę własności niż własność prywatna, to spółdzielnie – chociaż korzystały m.in. z “wkładów własnych” wnoszonych przez “spółdzielców” – były właścicielami budynków i mieszkań.
Lokatorom zaś – i to tylko w przypadku tzw. mieszkań “własnościowych”, przypadało tzw. “spółdzielcze prawo do lokalu”. Był to kolejny komunistyczny wynalazek, mający stanowić namiastkę prawa własności. “Spółdzielcze prawo do lokalu” było bowiem – podobnie jak niektóre inne prawa na rzeczy cudzej – prawem zbywalnym, to znaczy – można było je sprzedać. I taki stan, z tymi wszystkimi komunistycznymi wynalazkami, przetrwał do dnia dzisiejszego i przetrwa jeszcze Bóg wie ile.
Bo nie tylko “dekret Bieruta” przetrwał sławną transformację ustrojową, ale 30 lat później, już w “wolnej Polsce” Sejm wydał ustawę, zgodnie z którą dekret Bieruta został zatwierdzony. Jeśli bowiem od decyzji administracyjnej o przejęciu mienia minęło 30 lat, to niemożliwe będzie już wszczęcie postępowania o jej podważenie i odzyskanie utraconej własności. Dotyczy to również przypadków, gdy decyzja ta została wydana “z rażącym naruszeniem prawa”, lub nawet w ogóle bez podstawy prawnej.
Jak wszystkie akty rewolucyjne, “dekret Bieruta” jest lakoniczny; liczy sobie wszystkiego 12 artykułów. Warto zwrócić uwagę, że jest on o 10 artykułów krótszy od dekretu o reformie rolnej z 1944 roku, no ale dekret o reformie rolnej dotyczył całego kraju, podczas gdy “dekret Bieruta” – tylko gruntów warszawskich. Ale już ustawa z 3 stycznia 1946 roku o przejęciu na własność państwa podstawowych gałęzi gospodarki narodowej liczy tylko 11 artykułów.
Ustawa ta wprowadzała wyjątki, np. w art. 3 ust 4, dopuszczała możliwość, że na własność państwa nie przechodzą przedsiębiorstwa skonfiskowane przez b. władze okupacyjne – to znaczy – władze Generalnego Gubernatorstwa, chyba, że przedtem były państwowe, albo gdy właściciel po 1 września 1939 roku wyzbył się tego przedsiębiorstwa pod wpływem groźby. Ciekaw jestem czy ta ustawa, podobnie jak poprzednio wymienione regulacje, będzie jakoś modyfikowana w przypadku przemianowania III Rzeczypospolitej na Generalne Gubernatorstwo, czy też pozostaną fundamentem systemu prawnego również w warunkach IV Rzeszy.
Warto bowiem podkreślić, że III Rzesza była państwem socjalistycznym i – jak to wynika z pamiętników Alberta Speera, który o tamtejszej gospodarce coś tam przecież musiał wiedzieć – socjalistyczne przemiany zachodziły tam mimo toczącej się wojny, a nawet – z wykorzystaniem jej, jako pretekstu. Na przykład prawo własności formalnie zostało zachowane, ale pod pretekstem wojny zostało wypłukane z wszelkiej treści, więc Sowieci nie mieli specjalnych problemów, by swoją strefę okupacyjną przekształcić we wzorowe państwo socjalistyczne – Niemiecką Republikę Demokratyczną.
To zresztą jest swoisty paradoks, że fundamentami systemu prawnego III Rzeczypospolitej są komunistyczne dekrety lub ustawy. To trochę tak, jakby podstawą systemu prawnego Republiki Federalnej Niemiec były np. ustawy norymberskie, albo jakieś inne, podobne. Dlatego też rację miał prof. Bogusław Wolniewicz mówiąc, że komunizm w Polsce wcale nie „upadł” tylko „mutuje”.
Jakże zresztą miałby upaść, skoro za sprawą Kukuńka i znanego z „postawy służebnej” Tadeusza Mazowieckiego, pierwszym prezydentem „wolnej Polski” został przywódca tych „upadłych” komunistów, generał Wojciech Jaruzelski, a po krótkim epizodzie z Kukuńkiem, którego prezydentura była kpiną z narodu polskiego ze strony generała Kiszczaka (nie chcecie Jaruzelskiego, to będziecie mieli Kukuńka), na całe dziesięć lat prezydenturę obsiadł urodzony w czepku pieszczoch komuny, Aleksander Kwaśniewski.
Więc nie tylko nie „upadł”, ale pozostawił tyle przetrwalników, że jego reaktywacja nie będzie stanowiła żadnego problemu – oczywiście już nie według strategii bolszewickiej, tylko według tej współczesnej, którą – tylko patrzeć – USA eksportują na cały świat.
W jakim kierunku ten nowy komunizm będzie mutował? Tego nie wiemy, ale w jakim by nie mutował, to cele rewolucji komunistycznej pozostają niezmienne. Pierwszym celem jest wyhodowanie człowieka sowieckiego. Takich człowieków sowieckich jest już u nas wyhodowanych aż nadto. A po czym rozpoznać człowieka sowieckiego; czym różni się on od normalnego człowieka? Po tym, że człowiek sowiecki wyrzekł się wolnej woli, czyli tego, w czym religia chrześcijańska upatruje podobieństwa Boskiego w człowieku.
Kiedy widzimy, jak w naszym życiu społecznym coraz bardziej dominują zachowania stadne, obecność człowieków sowieckich nie budzi najmniejszych wątpliwości. Ale z człowiekami sowieckimi jest pewien problem. Nie mogą oni żyć w normalnym świecie, gdzie trzeba dokonywać samodzielnych wyborów. Dlatego drugim celem rewolucji komunistycznej jest stworzenie człowiekom sowieckim sztucznego środowiska, w którym mogliby żyć. Tym środowiskiem jest państwo totalitarne – a czy będzie się ono nazywało PRL-em, czy Generalnym Gubernatorstwem – czy to takie istotne?
„Ostatnim politykiem, który osiągnął spore osobiste korzyści z kolaborowania z ukraińskimi oligarchami, jest Aleksander Kwaśniewski. Dostawał pieniądze od Wiktora Pinczuka, zięcia prezydenta Leonida Kuczmy, a także z koncernu Burisma. Inni wydaje się, że byli pożytecznymi idiotami lub kierowanymi agenturalnymi pieniędzmi pacynkami”, pisze na łamach tygodnika „Niedziela” Witold Gadowski.
Publicysta zwraca uwagę, że od wielu lat polski establishment polityczny, ale nie tylko, próbuje „zaprzyjaźnić się” z ukraińskim establishmentem i to pomimo faktu, że staje się on coraz bardziej banderowski, a co za tym idzie – wrogi Polsce i Polakom.
„Banderówką była Julia Tymoszenko, zaangażowana zresztą w rozliczne ciemne interesy gazowe. Banderowcami byli prezydenci Wiktor Juszczenko i Petro Poroszenko. Tu, nad Wisłą, usiłowano nas na nich znieczulić, mówiąc: no przecież oni nie mają żadnej innej tradycji narodowej, musimy się z tym pogodzić”.
W ocenie autora „Wieży komunistów” Polacy przez lata byli tresowani w ustępowaniu Ukrainie i Ukraińcom we wszystkim.
„Ukraińcy przesiedlali Polaków mieszkających na terenie ich kraju – no to propagandyści zakazywali mówić o tym w mediach. Wszelkie sprawy ukraińskie traktowano w Warszawie jak polską rację stanu. Każdy głos upominający się o polskie interesy atakowano jako przejaw wrogiego usposobienia wobec dziejowej misji Polski. Istna histeria rozpętała się po napaści Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku. Wtedy każdy głos realizmu zabezpieczający rację stanu naszego państwa traktowany był jako zdrada i prorosyjska agentura. Swoisty szantaż emocjonalny zamknął wtedy publiczną dyskusję nad tym, jaką politykę powinniśmy prowadzić wobec Ukrainy”, relacjonuje.
Gadowski podkreśla, że Ukraińcy skrupulatnie wykorzystali polską bezmyślność i garściami czerpali z niej, ile się da niczego nie kwitując i do niczego się nie zobowiązując.
„Nie było zatem żadnej strategii działania, żadnego zabezpieczenia się przed trawiącymi ukraińskie państwo patologiami i przed dziesiątkami tysięcy Ukraińców wyłudzających zasiłki z polskiego systemu ubezpieczeniowego. Pojawiły się nowe zagrożenia w postaci powstania w Polsce ukraińskiego podziemia politycznego, gospodarczego i bandyckiego. Teraz czeka nas kolejna fala obcych przybyszów, którzy tym razem trafią do nas prosto z frontu, gdy zakończą się wojenne działania. Czy się na to przygotujemy, czy mamy pomysły, jak sobie poradzić z nową falą ukraińskiego zagrożenia? Oczywiście, że nie”, podsumowuje Witold Gadowski.
Kiedyś, za kowida, z kilku powodów miałem takie cykliczne formy, które nazwałem kowidkami. Tematy zasadniczo pandemiczne były dość posępne, ja siedziałem w kwarantannie bezrobocia i ckniło mi się już za tematami nie tyle błahymi, co raczej pokazującymi przemianę świata jaki znaliśmy w formach mniej ponurych. Było tego sporo, to cały rozdział w moim pisanym (i wciąż gdzie niegdzie do kupienia) „Dzienniku zarazy”. To tam, lapidaria współczesności, czyli kawałki większych całości dawały asumpt do wywiedzenia z okruchów świata większych konstrukcji rzeczywistości, zazwyczaj ukrytych. Może to tylko te kawałki oprą się presji czasu i wbrew pozorom najmniej się zestarzeją, dobitniej niż poprzez „naukawe” tabelki pokazując ludzki, kulturowy i społeczny wymiar „nowej normalności”.
Teraz mamy to samo, można więc po kowidkach wprowadzić… powodzianki. Też kawałki zdarzeń około-powodziowych mogą wskazać w którym kierunku zmierza dziś świat, znaleźć jakąś wypadkową tej szarpaniny. Bo z każdego chaosu wyłania się w końcu jakiś kierunek, czasami uśredniony, czasami ukryty, bo wyznaczony, azymut zmiany. Tak samo i z powodziankami, fragmentami wymytych konstrukcji, odłamkami połamanych pni ideologii – pokazują one nam skąd przyszły, byleby się zatrzymać, popatrzeć i poanalizować. I nie dotyczy to tylko czasów powodziowych, w ich dosłownym znaczeniu.
Powódź trwa od dawna i zalewają nas fale, ale nie wody, tylko głupoty i kłamstwa. Tak – świat zgłupiał, wiedza staniała, od kiedy samo posiadanie, choćby i najgłupszych, poglądów usprawiedliwia ich wygłaszanie.
Tam, wygłaszanie – bez względu na rację, kłamstwo i manipulacje zrównuje się z wiedzą, nauką, a zwłaszcza z rozumem. Stąd ten potop. I wcale nie jest tak, że to proces gwałtowny, jakaś fala, którą można przetrzymać w zbiornikach retencyjnych zdrowego rozsądku. Nie, ta fala rośnie powoli, acz systematycznie, a właściwie rosła już od dawna, tak, że nie zauważyliśmy, że sięga już nam do szyi, do ust…
Prawdziwa powódź
Tak, potoki głupoty zalewają nam usta. Coraz mniej ludzi mówi co myśli. Najbardziej krzykliwi są sprzedawcy prymitywnych ideologii na bazarku chwilowych mód, trendów pozwalających nadać (choćby i chwilowego) sensu rozchwianym tożsamościom. Kiedy możesz być codziennie kimś innym, możesz być wszystkim, a więc i… nikim. Pływać w tych prądach błocka występujących z brzegów egzystencji, udawać, że to piękne chwile, choć dookoła piętrzą się brudne wody potoków kłamstw, półprawd i szaleństw. Spróbujemy dziś sobie nastawić taką sieć na te wylane wody i złapać co tam żywioł przyniesie.
Trzymając się dosłownej powodzi widać państwo z przemoczonej dykty. Zaprawdę rachunek III RP nie przynosi chwały klasie politycznej. Ta, zapatrzona w perspektywę czteroletniej swej kadencji na nachapanie się, ani myśli o projektach infrastruktury krytycznej, ani chce na to przeznaczać, w końcu publiczne, pieniądze. Te, wydane w zapobiegawczy sposób może i kiedyś uratują parę regionów, ale nie przyczynią się do realizacji podstawowego modelu biznesowego polskiej polityki – przekupywania elektoratu jego własnymi pieniędzmi. I tak jest teraz.
Kiedyś był za komuny taki żart: co się zbiera jak są żniwa latem? Odpowiedź brzmiała – plenum KC. I teraz mamy to samo. W Sejmie jeden obwinia drugiego, co daje pewność, że nic z tzw. odporności państwa nie będzie, za to jak jest powódź, to co się robi? Ustawę i tworzy nowe ministerstwo. Uwaga – ministerstwo od powodzi dowodzi… dalekowzroczności rządzących, bo ci wiedzą, że z takim podejściem powodzie będą się zdarzały coraz częściej i dlatego warto taki resort mieć pod ręką, bo będzie co robić. Przypomina to mądrość Rosji, posiadającej ministerstwo do sytuacji nadzwyczajnych. Tak, ruskie wiedzą, że sytuacje nadzwyczajne to u nich standard, pewniejszy niż… standard sytuacji normalnych i może warto się poduczyć od nich tam, skoro nas czeka, przez zaniechania własne, to samo?
Ale nie można wszystkiego zwalać na polityków. Ci to przecież zwierciadło duszy demokratycznej narodu naszego. No, bo ktoś toto wybiera, c’nie? Sami oni z kosmosu nie zlecieli. Ktoś to wynalazł i wypromował, bo przypadki samorodnych społeczników na poziomie polityków to widok rzadki. Nawet jak taki się gdzieś na kamieniu narodzi, to i tak musi przejść przez sito wodzowskiego systemu i ugiąć karku. Wielu też wyskakuje jak diabeł z pudełka, bo są depozytariuszami interesów nie naszych i ich nagłe wzrosty w górę to nie są przypadki. I w tym maglu siedzi suweren i wybiera „mniejsze zło”.
W dodatku elektorat zaciśniętych zębów coraz mniej je zaciska, uważając stan dwójpolowki, który sam prokuruje – za normalny. Sam go prokuruje, bo jak się takim uświadomi, że poza wojną polsko-polską jest cały kosmos politycznych wizji i możliwości, to pytają się – to gdzie oni są? Łapią za łeb i ściągają z powrotem do gara zero-jedynkowych swar. Nie rozumiejąc, że pytanie o alternatywę to pytanie do nich samych. Lepiej narzekać, wybierać między kaczorem a potworem niż wziąć się do roboty, założyć coś ciekawego, zdobyć sprawczość, choćby i w radzie osiedla. Ale nie – na tym lenistwie bazuje mizeria politycznych propozycji polskiej „klasy” politycznej. Klient jest mało wymagający, w krawacie ciągłego nieawanturowania się, a więc można mu opchnąć wszystko na bazarku, gdzie do wyboru są tylko niby-prawicowe gruszki i niby-liberalne jabłuszka. Wszystko zaś lewicowe, gdyż wedle przepowiedni ojców-założycieli każda demokracja kończy się (co najmniej) socjalizmem.
Bóbr to zawsze bóbr jest – nigdy nie zawiedzie
A więc cała powódź utonie w potokach gadulstwa, jakim było „sprawozdanie” z powodzi rządu uczynione przed ławami posłów. Obejdzie się ze wszystkim na poziomie PR-u i obrzucaniu się winą, a to charakterystyczne dla tego typu demokracji sondażowej, gdzie słupki poziomu wody są szybko zamieniane na słupki poparcia. I naród to kupił i kupi. Poparcie drgnie nieznacznie, gruszki potanieją o parę groszy, zaś w koalicji jabłek to premierowe pójdzie w górę, ale kosztem kolegów z rządu. I tak się skończy ten test na państwo, którym w pewnym sensie była powódź. Tak, państwo teoretyczne, służby w gotowości na kryzys zbijające z nudów bąki, tak bardzo, że jak przyjdą termina, na które mają być gotowe, ba – takie termina, które w ogóle uzasadniają ich tych służb istnienie, to jak nadejdą to okazuje się, że państwa nie ma, co najwyżej w przeddzień powodzi, w kilka dni po ostrzeżeniu o fali, bawią się, tak jak w Jeleniej Górze, zaraz potem zalanej, w (nomen omen) Dziki Zachód. Żeby tam Zachód! – wychodzi, że to celebra Dzikiego Wschodu, ale… bez bonusa posiadania ministerstwa do spraw nadzwyczajnych.
Na koniec wyszło, że winni wszystkiemu, oprócz PiS-u rzecz jasna, są… bobry. Czyli teraz gwiazdek będzie nie osiem, ale dziesięć, bo tyle wychodzi z hasła „jebać bobra”. (Przepraszam za seksualny podtekst, ale co się tam komu kojarzy, to nie moja wina). Ten nowy winny, bóbr znaczy się, to może być przyczynek do końca kruchej koalicji rządzącej. Nie dość, że zieloni mianowani przez Tuska, jako opiekuni klimatycznej histerii, obsiedli „powodziowe” resorty i są nawet przez szefa rządu z lekka podgryzani za powodziowe zaniedbania, to jeszcze teraz trzeba się będzie zająć bobrami. A jak się zająć? Co z nimi zrobić? Ja wiem, że lewica, co to ich uważa za gatunkowych uchodźców i zastanawia się nad tym, by je traktować jak migrantów, to by pewnie z nimi poprowadziła dialog pt.: „wiecie, Bóbr, sprawa jest, wicie-rozumicie… Donek się wściekł i odpuśćcie sobie te mierzeje, zaś wały to jednak specjalność polityki a nie bobrowatych”.
No, bo co – teraz już na poważnie – co z bobrami zrobić? Za okropnego, gnębiącego zwierzaki PiS-u (wide przecięta piłą przez ministra Szyszkę wiewiórka padła w pniu ściętego drzewa) populacja bobra wzrosła ponad dziesięciokrotnie i co teraz? Lewica, siedząca na klimatycznych stołkach ma się zwrócić do znienawidzonych myśliwych celem zorganizowania bobrów odstrzału? Będzie z tego kłopot.
Lewica się wykrzaczyła na powodzi z 1997 roku na słowach ówczesnego premiera, że „trzeba było się ubezpieczyć”. Tuskom zaszkodził sam on, lekceważąc prognozy a dołożyła jeszcze klimatyczna minister bredząc coś o pożyczkach dla powodzian. PR-owsko się z tego jakoś wykręcają, ale już dołożył minister od finansów, gwarantując dotację na kasy fiskalne dla powodzian. Ja to przeżyłem w 1997 roku, kiedy prowadziłem we Wrocławiu magazyn komputerowy CHIP. Byliśmy w sporze podatkowym z aparatem zdzierczym w stolicy Dolnego Śląska. Mieliśmy pecha, bo się osiedliliśmy gospodarczo na Starym Mieście, a okazało się, że wrocławska Izba Skarbowa, a zwłaszcza nasza dzielnica to podatkowy poligon eksperymentalny, gdzie lokalnie testowano na jakie sposoby można pognębić polskiego przedsiębiorcę, by wyniki takich eksperymentów móc implementować na poziomie ogólnopolskim. I w trakcie takiego wieloletniego eksperymentu pismo z decyzją, by się nie przeterminowało, przywieziono do nas w trakcie powodzi… łódką. Tak, ze skarbówki. Nas zalewało, ale młyny podatkowe (nawet zalane) mielą konsekwentnie.
Tak i teraz – ludzie dziś potracili dorobek całego życia, łącznie z tzw. warsztatami pracy, ale pierwsze co dostaną, to dopłaty do odtworzenia narzędzia do zbierania od nich danin. Aparat zdzierczy działa z całą bezwzględnością. Roboty nie będziesz miał, ale w zrujnowanym sklepie, na zalanej ladzie pierwsze co stanie, to kasa fiskalna. Za którą zapłaci państwo do… kieszeni producenta takiej kasy. Składki na siebie i pracownika zapłacisz, co najwyżej rozłożą ci to na raty. ZUS, to samo. I nie ma tak, żeby nowy rząd sięgnął jedną ręką do gotowych przecież mechanizmów tarczowych za czasów nieszczęsnego kowida. To, że te tarcze to była bzdura, bo po co było robić lockdowny, skoro epidemiologicznie nie miały one żadnego znaczenia, ale PiS-owcy wtedy, a zwłaszcza zaplątany w to wszystko nieszczęsny równie PFR zrobili dofinansowanie na nieporównywalną skalę i to w sposób interwencyjny. Żadnych spowiedzi, kontroli, weryfikacji – na oświadczenie. Pomoc głównie bezzwrotna i w kilku falach. A tu, dzisiaj i skala mniejsza i – jeżeli już – to płatności odroczą. Tak, płatności od nieistniejących interesów.
Powodziowa mowa nienawiści do labilnego LGBT
Mamy pierwsze powodziowe ofiary dezinformacji. Gościa co się skarżył na socjal mediach na niedowład władz chłopaki od Tuska przymknęli. Powód był jasny, jak woda z pękniętej tamy: jest zagrożenie, a ten tu wprowadza dezinformację. No, przecież ćwiczyliśmy to za kowida, kiedy takie typki jak nie przymierzając ja, swymi wpisami siały wątpliwość wśród ludu ciemnego, który się przez takich nie szczepił, umierał masowo, ku uciesze depopulacyjnego Putina.
Od tego czasu zrobiliśmy postępy, tak bowiem wygląda ta „nowa normalność”, że przed jej nastaniem to za takie kłamstwa niebu obrzydłe miałeś wytykanie palcem i stymulowany medialnie ostracyzm zaszczepionych. Dziś dostaniesz areszt, co pokazuje, że w ramach postępów w walce z „mową – tu powodziowej – nienawiści” doszlusowaliśmy do Europy, która szykuje wiele jeszcze w tym temacie.
No, Mumia Europejska przygotowuje, skoro jesteśmy już przy niej, elektroniczny portfel. To taki poszerzony eObywatel. Oczywiście dobrowolny, tak pewnie, jak kiedyś szczepionki. I zaraz się przypadkiem i nagle okaże, że bez niego nie wejdziesz, nie kupisz, nie polecisz. Też trenowane za kowida, teraz – jak i wszystko inne – rozwinięte na nowy poziom. Po prostu potestowaliśmy na ile w rozmiękczone paniką masło społeczne wejdzie rozpalony nóż obostrzeń (ale mi się grafomańska metafora przyplątała…) i wyszło, że można pociągnąć toto na różne obszary. A więc będzie taki portfelik. I wyszło, że Unia przy robieniu identyfikacji płci takiego posiadacza wykoncypowała płci siedem: dla nauki podaję jakie nas czekają, otóż pcie: męska, żeńska, nieznana, inna, między, zróżnicowana i otwarta. Proszę się tylko nie przejmować i nie wkuwać tego na blachę. Zaraz przecież stawią się niedoszacowane jednorożce-cis i trzeba będzie listę pci rozszerzać w nieskończoność.
Człek się gubi, gdyż jednocześnie taka np. Gruzja, poszła w inną stronę, ale oni tam walą ruską onucą, a więc, to jasne, że tam wszystko na odwrót niż postępowe hasła Unii naszej. W Gruzji oto ogłoszono, że nie będzie żadnych związków LGBT, żadnych adopcji z ich strony i żadnych tam zmian płci. Widać wyraźnie, że Gruzja tym samym odcięła sobie bezpowrotnie jakąkolwiek szansę na członkostwo w Unii, nie wiadomo tylko czy tak naprawdę o nie zabiega. Jest to też drogowskaz dla wszystkich aspirujących do członkostwa, zwłaszcza Ukraińców. Nie wiem, czy oni tam, jak my kiedyś, naiwnie myślą, że starają się o przyjęcie do grona cywilizowanego Zachodu. Jak w zamian otrzymają pigułę polit-poprawności, unurzaną w zielono-tęczowej brei, to mogą im się tam nagle priorytety pozmieniać. Myśmy kiedyś byli tak naiwni i teraz nie ma co płakać, że „nie do take Unie żeśmy wchodzily”. Z Ukrainą to myślę, że ta będzie przez Berlin trzymana w wiecznym przedpokoju, co dla nas wróży jak najgorzej. Będziemy bowiem mieli quasi-członka, z przywilejami, ale bez obowiązków. Bez regulacji unijnych szybko nas zaleją swymi produktami, zabijając nasze rolnictwo, transport i co tam jeszcze z rozmontowywanej Polski zostanie.
Koniec z atomem
Jeszcze resztką wątku zahaczymy o powódź. Klimatyczni rozlewacze wód umoszczeni w ministerstwach klimatycznych dają po zaworach. W biały dzień opadały maski. Pamiętacie państwo jak toto się zarzekało, że elektrownie atomowe w Polsce będą, się zrobi, ale nie tak jak pisiory, co na atomie podkraść (jak zwykle) chciały. Zrobimy porządnie, ale trzeba przeprowadzić ponowne analizy, jakieś raporty, studia wykonalności, no po prostu na świętego nigdy. Coś jak z CPK – zrobiła się awanturka, a więc PR-owsko się będzie mówiło, że i owszem, tak-tak, policzymy jeszcze raz, a tu już Austriacy lotnisko zaczynają, zaś Orban zbuduje swoje CPK z Chińczykami. I tak będzie z atomem. Ostatnio prowadziłem panel z rządowym ekspertem od atomu a chwilę po tym się dowiedziałem, że minister klimatu 19 września rozwiązał zespół ds. rozwoju energetyki jądrowej w Polsce. A więc mamy już po makale. Zostaną ulubieńcy kilmatystycznej religii – wiatraki, fotowoltaika, grzanie gnojem i takie tam. Już nie muszą udawać, przynajmniej idą na szczerość, co jest smutnym wyjątkiem w czasach hipokryzji.
Smutne równie wieści z Rafako. Ta niegdyś perełka polskiego rodzimego biznesu właśnie ogłosiła upadłość. Specjalizowała się w instalacjach energetycznych, na nieszczęście „poważnych”, czyli wielkoskalowych modułach energetycznych, a taka energetyka, w świetle biblii klimatyzmu, idzie na zatracenie, łącznie z prawie tysięczną załogą. Nie ma i nie będzie zamówień. Wiatraki – z Niemiec, fotowoltaika – z Chin. Nie załapiemy się. Ale ostatnio, jak wspomniałem, prowadziłem panel na kongresie budownictwa. Mówiliśmy o tym, czy polskie budownictwo zarobi na miliardach przeznaczonych na transformację energetyczną. Na panelu, i sali byli wszyscy: wykonawcy, dostawcy, dystrybutorzy, ale nie było żadnego przedstawiciela państwa. Czyli i inwestora, i regulatora zarazem. Wróży to „powtórkę z rozrywki”.
Zaszczepione bankructwo inwestycyjne
Pamiętacie państwo inne, oprócz klimatycznego, koło zamachowe gospodarki za „pierwszego Tuska”? Program budowy autostrad? Tak żeby zdążyć na Euro 2012? Też było kasy w opór, ale się zrobił taki dziwny układ, że przetargi na drogi wygrywały wielkie firmy zagraniczne, które zbudowały je za pomocą polskich podwykonawców, którym w większości… nie zapłaciły. A więc zagraniczni dali takie ceny – wiedząc, że pod-wykonawcom nie zapłacą –, że wygrali przetargi, kasę zwinęli, zaś polska branża drogowa, która miała urosnąć na tych inwestycjach – zbankrutowała.
Grozi nam teraz to samo, na zieloną transformację rząd wybierze zagranicznych wykonawców, bo ci będą mieli akurat „pożądane” technologie, ci wezmą polskich podwykonawców, podwykonawcy Ukraińców, marża popłynie na Zachód, nic nie zostanie w kraju, nawet płace pracowników. Upadek Rafako pokazuje jak to będzie szło – koniec z własną produkcją, wszystko (nawet i ich stare technologie) kupimy u „starszych i mądrzejszych”, nawet pieniądz dotacyjny przepłynie przez Polskę jak woda przez gęś i wróci na Zachód. Zainwestujemy w wymuszane przez Unię technologie energetyczne, zostanie u nas niestabilne barachło, pieniądze z funduszy, pożyczek i podatków oddamy z powrotem, nawet nie zarabiając u siebie na inicjującej inwestycji.
Jak już tu pisałem, powódź przykrywa medialnie wiele innych rzeczy, co to ich tak na żywca wprowadzać może byłby i strach, a tak – pod falami medialnego błocka – dzieje się wiele. To, że na świecie dużo się dzieje, to już dla nas nie ma znaczenia, bo kto się tam polską powodzią na świecie przejmuje? Ale u nas, jak za kowida, dzieją się rzeczy równoległe, ba – nawet przyspieszają pod medialną osłoną powodzi.
Zastanawia akcja obrony rodziców przed szemranymi szczepieniami dzieci w szkołach, głównie na HPV, czyli mające zapobiegać (w sposób medycznie wysoce wątpliwy) rakowi macicy. Mają szczepić głównie dzieci, i to płci obojga i zobaczymy jak to będzie. Czy będzie egzekwowane prawo rodzica do decydowania o terapii, jakim poddane jest jego dziecko, czy systemowo, albo gorzej – na pół-legalu niepytania się rodziców, sprawa przejdzie jak w kowidzie: na poziomie przymusowej dobrowolności? Czy rodzice to oleją, tak jak olewali bezsensowne i wręcz zbrodnicze szczepienie dzieciaków szczepionką mRNA? W sieci wiele instrukcji, opinii prawnych co do uprawnień rodziców w stosunku do szkół w tym względzie, ale wszystko może się odbyć na rympał: szczepną ci dziecko i dowiesz się post factum.
Tak wyglądają rozsypane odłamki nowej, tym razem powodziowej, normalności. Są jak kawałki rozbitej butelki na barykadzie. Kształtu butelki nie zobaczysz, ale odbijają światło słoneczne. Słońca nowego, które już zaczyna razić rezolutne oko ale i cieszyć oczy naiwne, otwarte na patrzenie prosto w słońce nowego. Tuż przed oślepieniem.
Firmy, które dotknęła powódź, muszą zapłacić podatek za zniszczone przez wodę towary. Fiskus nie ma dla nich najmniejszej litości.
Powodzianie muszą zapłacić podatki od straconych towarów. “Ubezpieczyciele wypłacają już odszkodowania poszkodowanym przez powódź. I co się okazuje? Że dla przedsiębiorcy jest to przychód z działalności gospodarczej, który trzeba opodatkować. Przykładowo, jeśli rozlicza się według skali i jest w drugim progu, zapłaci 32 proc. PIT” – napisała dzisiejsza “Rzeczpospolita”.
Cytowana przez gazetę Monika Dziedzic, radca prawny, doradca podatkowy, partner w MDDP, oceniła, że to “niemiła niespodzianka dla firm dotkniętych powodzią, teraz bowiem liczy się dla nich każdy grosz”. Do odszkodowań za zniszczone towary czy surowce nie pasuje żadne ze zwolnień, ani z ustaw o PIT/CIT, ani ze specjalnych przepisów przeciwpowodziowych. Dziennik zwrócił też uwagę, że jedyne, co przysługuje przedsiębiorcom, to zwolnienie dla odszkodowań za zniszczone środki trwałe, które jest jednak mocno ograniczone.
Tymczasem warszawski sejm przeprowadził w czwartek pierwsze czytanie rządowego projektu nowelizacji ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z usuwaniem skutków powodzi oraz poselskiego projektu ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych ze wsparciem finansowym dla poszkodowanych przez powódź w 2024 roku. Autorami projektu są posłowie PiS.
Jak poinformował minister rozwoju i technologii Krzysztof Paszyk, na wsparcie.. [ i bla-bla… md]
Jedyną drogą odbudowy jest chrześcijaństwo, innej nigdy nie będzie. Ludzie, którzy nie chcą, aby ich narody przestały istnieć, muszą przyjąć dwie idee jako jedyne sztandary, pod którymi mogą zwyciężyć – katolicyzm, dzięki któremu rozpoznają, co jest dobre, co złe, co prawdą, co fałszem, oraz nacjonalizm, który wskaże im, kto jest przyjacielem, kto wrogiem. Mówiąc o katolicyzmie, mówimy oczywiście o odwiecznej wierze i nauce, głoszonej przez Kościół przed Soborem Watykańskim II, nie o tym, co jest teraz. Początek odbudowy musi dokonać się w ludzkich umysłach, poprzez budowę świadomości o rzeczywistym stanie rzeczy.
−∗−
Religia panująca Unii Europejskiej – cz. II
Unia Europejska nie jest jeszcze co prawda formalnie państwem, ale bardzo chce nim być, i faktycznie wiele atrybutów państwowych już posiada. Niezależnie od tego, czy upragnionym państwem w końcu się stanie, czy też nie, ma już swoją religię panującą, i zdołała ją narzucić państwom członkowskim, także III RP.
Źródłosłów pochodzi z języka aramejskiego i oznacza bożka pieniędzy. Wspomina o tym demonie też św. Mateusz. Kult Mammona ściśle wynika z Religii Lustra, i tak samo ma dwa aspekty – jednostkowy i społeczny. Człowiek, kierujący się kultem Mammona robi coś tylko dla zysku, nic bezinteresownie, a tym bardziej ofiarnie. Ludzi takich łatwo kupuje się i sprzedaje. Powszechność tych zachowań wynika z jednego z głównych skutków Religii Lustra – powszechnej prostytucji. Należy to traktować sensu largo – jako sprzedawanie na wolnym rynku tego, co powinno się przekazać w darze osobie wybranej lub sprawie wyższej wagi.
Wyznawcy Mammona są towarem na rynku, a ich narody rozpadają się i znikają. Zanim do tego dojdzie, wyznawcy Mammona i Religii Lustra zarazem tworzą partie, które są politycznymi prostytutkami i robią wszystko, aby się lepiej sprzedać. Z taką sytuacją mamy do czynienia w całej niemal Unii Europejskiej, z Polską włącznie. W otoczeniu partii politycznych działają gnostycy, budujący Republikę Świata. Dążą oni do likwidacji narodów i państw narodowych, a mają bardzo dużo pieniędzy. Przekupują partie i polityków, by realizowali w swoich krajach politykę gnostyków. Mechanizm ten działa w większości państw Europy. Po staremu partie określają się jako prawicowe, centrowe i lewicowe. Są to jednak tylko nazwy, a właściwa typologia partii zależy od tego, czy musi ukrywać swoją prostytucję, czy może ją uprawiać jawnie. Większość partii ma dziś charakter prostytucyjny. Jeśli elektorat partii ma sympatie prawicowe, konserwatywne i narodowe, partia taka musi ukrywać fakt, że sprzedaje swój naród i państwo, i zawsze używa do tego bezczelnej propagandy. Partia prostytucyjna udaje wówczas, że nie uprawia prostytucji. Jeśli natomiast partia ma elektorat lewicowo – liberalny, wówczas nie musi ukrywać swej prostytucji, bo jej elektorat godzi się na to. Wówczas partia używa propagandy żeby zmienić nazwę prostytucji na jakiś powszechnie uznane pozytywne wartości, np. prawa człowieka lub ratowanie planety.
MOLOCH
Również jest konsekwencją Religii Lustra i odnosi się do sfery okołoseksualnej. Jest ona szczególnie doniosła, bowiem seks to nie tylko przyjemność, ale również dzietność, demografia, łącznik kobiety i mężczyzny, tworzący rodziny i jeden z czynników sterowania społecznego. Gdy zaburzana jest równowaga zachowań seksualnych, społeczeństwo zaczyna chorować, a w końcu upada, pokonane lub wchłonięte przez jakąś silniejszą grupę, która seks ma lepiej poukładany.
Moloch to bóstwo fenicko – kananejskie, przybierające kształt ludzkiej postaci z wyciągniętymi rękami i głową byka. Na rękach posągu demona urządzano palenisko, na którym składano w ofierze noworodki i małe dzieci, poprzez palenie ich ciał. Historycy i archeolodzy nie są do końca zgodni, czy dzieci palono żywcem, czy po śmierci. Ofiarę tą nazywano przejściem przez ogień. Tak samo, jak dwa poprzednie kulty, ten również ma dziś wymiar indywidualny i zbiorowy.
Wymiar indywidualny polega na używaniu przez ludzi swojej seksualności w celach kultowych. Dana została ludziom, tak, jak całej przyrodzie płodność, aby się rozmnażali, zapełniali ziemię i czynili ją sobie poddaną. W tym celu ród ludzki podzielony jest na kobiety i mężczyzn, których jest mniej więcej po równo. Mężczyzna i kobieta pożądają się nawzajem i czują do siebie pociąg, gdy więc wybiorą się z tłumu i poznają bliżej, dążą do obcowania płciowego, czyli stosunku seksualnego. W sposób naturalny mężczyzna zapładnia kobietę, która zachodzi w ciążę i rodzi nowego człowieka. W momencie poczęcia, czyli połączenia komórek rozrodczych kobiety i mężczyzny Bóg stwarza duszę człowieka i tchnie ją w kształtujące się ciało. Zdolność taką ma z zasady każda kobieta i każdy mężczyzna, mogą więc łączyć się ze sobą ludzie obcy, którzy po stosunku się rozchodzą. Tak robią zwierzęta.
Jednak człowiek został wyposażony w bogatą sferę uczuć, i między dwojgiem ludzi pojawia się miłość, która pcha ich ku sobie, tak, że zarazem pragną swojej seksualności i swojego towarzystwa. Chcą więc być ze sobą w dzień i w nocy, przyjmując wszystko, co ta relacja przynosi. Istnieje poza tym w kobietach silny instynkt macierzyński, tak, że pragnie ona mieć potomstwo, a zarazem kocha mężczyznę. Ten z kolei kocha kobietę, a jego męski instynkt pcha go do jej zapłodnienia. W związku kobiety i mężczyzny wspaniale łączą się ze sobą cechy biologiczne i metafizyczne, ciała i dusze, elementy ludzkie i boskie. Zrodzone potomstwo potrzebuje opieki, a potem wychowania. Prawidłowość tego procesu wymaga zgodnego współdziałania rodziców przez wiele lat. Poza więc pożądaniem i miłością do siebie łączy ich również miłość do wspólnego dziecka. Pozostają ze sobą w dzień i w nocy, nadal się pragnąc i powołując na świat kolejne dzieci. Najlepszą formułą współżycia płciowego, a zarazem społecznego dla każdego człowieka jest więc życie rodzinne, którego podstawą jest sakramentalne małżeństwo. Ono sprawia, że związek dwojga jest trwały, płodny i funkcjonalny. Korzyść z tego odnoszą wszyscy – małżonkowie, dzieci i całe społeczeństwo. Z prawidłowych związków wychodzą bowiem prawidłowo ukształtowani ludzie, przenoszący prawidłowe wzorce dalej w kolejne pokolenia. I tylko sami ludzie mogą to zepsuć, i Zachód zrobił wszystko, aby zniszczyć tą harmonię.
Trwałość takiego związku, jego płodność, wydolność wychowawcza i wydajność ekonomiczna wymaga uregulowania zachowań seksualnych. Mężczyźni i kobiety muszą przyjąć założenie, że pożądanym środowiskiem relacji seksualnych jest małżeństwo, a pierwszorzędnym celem seksu jest zapłodnienie, dopiero drugorzędnym zaspokojenie potrzeb. Seksowi towarzyszą bardzo silne emocje i przyjemności zmysłowe, tak więc ludzie wciąż o nim myślą i dążą do zaspokojenia swoich pożądań. Jeśli jednak używają seksu niezgodnie z jego pierwszorzędnym przeznaczeniem, nie powstają rodziny i nie rodzą się dzieci. Za pomocą seksu można osiągnąć wiele korzyści. Jeśli pojawia się coś, czego ludzie pragną, pojawiają się zaraz pokusy oraz prawa rynku.
Przedsiębiorcze jednostki mogą z łatwością wykorzystać z jednej strony pożądanie, a z drugiej atrakcyjność seksualną. Jest to dziś dużo łatwiejsze, z powodu masowej apostazji i odrzucenia blokad religijnych i moralnych. Połączenie kultu Mefistofela i Mammona daje dziś ludziom łatwość używania siebie do uzyskania osobistych korzyści. Do tego dochodzą silne przyjemności, czerpane z seksu. Korzyść i przyjemność, które są z natury dodatkiem do seksu i nagrodą za jego prawidłowe używanie stają się ważniejsze, niż sam seks, pomija się więc wszelkie inne konsekwencje relacji seksualnej. Wyznawcy lucyferycznych kultów używają dziś na masową skalę seksu na sposób masturbacyjno – prostytucyjny. Obejmuje to rozwiązłość, czyli nieregularne stosunki seksualne z różnorodnymi partnerami, antykoncepcję, szczególnie hormonalną lub stałą, aborcję, aberracje seksualne oraz kreatywne podejście do płci. Wszystkie te zachowania są dziś masowe lub masowo akceptowane. W ten sposób narody Zachodu zmieniają lub już zmieniły swój status, z chrześcijańskich na lucyferyczne.
Prywatne praktyki religijne mają swoje odpowiedniki w praktykach publicznych. Dziś kult bóstw lucyferycznych stał się na Zachodzie normą ustrojową, został bowiem uznany za prawa człowieka w ogólności, a prawa kobiet w szczególności. Lucyferyczne credo – „będziecie jak bogowie” zostało sprytnie ukryte pod hasłami globalnych praw człowieka, wolności jednostki, demokracji i wartości europejskich. Przykład idzie z góry na dół. Najpierw religia Lucyfera została przyjęta przez globalne organizacje ponadnarodowe, jak ONZ i jej agendy, potem przez organizacje kontynentalne, jak Unia Europejska, potem przez spętane i uzależnione rządy krajowe, jak państwa członkowskie UE, w tym III RP. Równocześnie rozpowszechnił się kult bóstw lucyferycznych oddolnie wśród narodów, a na końcu państwo uprawnieniami swoich parlamentów i działaniami rządów przyjęło kult Lucyfera do swojego porządku prawnego. Następnie rządy utrwalają nową konfesję na dwa sposoby. Sposób pierwszy, czynny, polega na przyjęciu rozwiązań prawnych, jak np. przepisy o aborcji, eutanazji, antykoncepcji, zmianie płci, przywilejach dla mniejszości. Polega też na realizacji polityk społecznych, narzucanych przez Mózg Świata. Najczęściej mają one posmak genderowo – równościowo – feministyczny. Przykładem choćby krajowe plany odbudowy po pandemii i wszystkie polityki Unii Europejskiej. Sposób drugi, bierny polega na akceptowaniu przez rządy, aby na terenie ich krajów swobodnie działały organizacje i agenci globalistów. Przykładem działalność mediów, fundacji, ekspertów, celebrytów, polityków. W ten sposób nawet ci ludzie, którzy sami z siebie nie byliby skłonni przyjąć religii Lucyfera są do tego zmuszani przez całe otoczenie kulturowe i szeroko pojęty system. Kulty lucyferyczne stają się powszechne, oficjalne i coraz częściej nakazane, i kurczy się przestrzeń, w której można się schronić. Nawet prywatny dom rodzinny nie jest już bezpieczny. Systemy bowiem wdzierają się coraz mocniej do rodzin, używając pretekstów ochrony praw kobiet, dzieci, a także systemu edukacji.
Przykładem lucyferycznej ochrony, a raczej zniewolenia kobiet są nowe przepisy o gwałcie, również nowe przepisy o przemocy domowej i Konwencja Stambulska. Globaliści sprzedają narrację, że kobiety są na każdym kroku zagrożone przez mężczyzn, nie tylko na ulicy i w miejscu pracy, ale przede wszystkim w domu, ze strony męża alias coraz częściej partnera. Molestowanie, gwałt, przemoc fizyczna, psychiczna i ekonomiczna, mobbing, dyskryminacja, szklany sufit, gaslighting i wiele innych określeń. Wciąż wymyślane są nowe.
Kobieta jest więc stale ofiarą, a mężczyzna stale agresorem, czekającym, aby zastosować przemoc seksualną. Dlatego kobieta dostała narzędzia ochrony, w każdej chwili może poinformować służby sama lub przez wyznaczonych specjalistów. Niekoniecznie ona sama musi to robić, coraz częściej wystarczy zgłoszenie osoby trzeciej. Dzielne służby, dysponujące przemocą fizyczną i prawną natychmiast ratują kobietę od zagrożenia i usuwają z jej otoczenia, a jeśli zechce, z jej życia niepożądanego mężczyznę, dawnego męża lub partnera. Również poza domem kobieta może w każdej chwili liczyć na ochronę służb, jeśli uzna, że jakiś patriarchalny samiec narusza jej prawa. Służby muszą też być gotowe na wypadek, gdyby kobieta nie byłaby w stanie wezwać pomocy, z powodu przeszkody fizycznej (on ją obezwładnia), psychicznej (ona nie jest w stanie uwolnić się od niego psychicznie), ekonomicznej (on ma pieniądze), lub innej (ona jest pod wpływem alkoholu lub narkotyków). Służby muszą też uwzględnić sytuacje, w których kobiety nie chcą donosić na mężów, partnerów, współpracowników lub przypadkowych przechodniów. Lucyferyczna narracja globalistów, której uległy już rządy głosi, że taka kobieta ma fałszywą świadomość (to pojęcie wzięte z Marksa), i trzeba ją ratować mimo jej woli. W tym celu kontrola systemu musi być absolutna, każda kobieta w każdej chwili powinna być monitorowana, czy nie dzieje się jej krzywda. System musi nad wszystkimi kobietami roztoczyć opiekę, a każdy kontakt z mężczyzną powinien być rejestrowany i uzyskać akceptację systemu. W tym kierunku idzie Zachód, i jest to wprost skutek przyjęcia lucyferyzmu.
Kwalifikowaną formą włamania systemu do rodzin jest edukacja seksualna i równościowa, narzucana rządom przez ONZ, WHO, UNESCO, UNICEF, UE i inne agendy. Jest to jeden z celów trwającej od lat 60-tych podmiany narodowych systemów edukacji na jednolity system globalny. W UE nazywa się to Europejski Obszar Edukacyjny i ma powstać w 2025 r. Polska ma do niego wejść rok później. Szkoła ma się zmienić na odwrót, to znaczy zamiast uczyć ma pilnować, aby ludzie nie umieli zbyt wiele. Tradycyjna szkoła chroniła dzieci przed zgorszeniem i zepsuciem, w tym seksualnym, nowa szkoła na odwrót, będzie systemowo dzieci gorszyła i psuła, szczególnie seksualnie. Na Zachodzie jest to już, w Polsce ma nastąpić w ciągu najbliższych lat. Pranie mózgu zacząć ma się już w przedszkolu i trwać przez całą edukację. Dzieci mają być oduczane swoich naturalnych odruchów i zachęcane do zachowań odwrotnych. Narzucany będzie pogląd, że płeć, naturalne zachowania i role płciowe, rodzinne, a także seksualność ludzka są konstruktami społecznymi i można je kształtować dowolnie. Prowokowane będą wszelkie zachowania niestandardowe, a gdy się pojawią, natychmiast będą utrwalane, wzmacniane i wskazywane jako norma. Dzieci poznają swoje prawa seksualne i reprodukcyjne. Wcześnie dowiedzą się, jak uprawiać bezpieczny seks, jak sprawiać sobie przyjemność, jak uprawiać masturbację, jak stosować antykoncepcję, jak skorzystać z aborcji, jak poprosić o wsparcie psychiczne, jak wezwać służby. Jakikolwiek sprzeciw, w tym niezgoda rodziców na manipulacje ich dziećmi przez szkołę będzie ścigany i traktowany jako przemoc domowa. W przypadku dziewczynek dojdzie jeszcze wzmożenie feministyczne. Rodzice będą mogli wychowywać dzieci tylko w zgodzie z systemem, w innym przypadku grozi odbieranie. W celu skutecznej kontroli lucyferycznej musi powstać system inwigilacji i kontroli rodzin, i system taki powstaje, co widać także w Polsce. Jest on tworzony po hasłami Edukacji Włączającej, Edukacji dla Wszystkich, ochrony małoletnich przed przemocą, wyrównywania szans edukacyjnych dziewcząt, wsparcia psychicznego, edukacji zdrowotnej. Nowy przedmiot szkolny o podobnej nazwie ma wejść jako obowiązkowy do polskich szkół już 2025 r. Patrząc na inne państwa zachodnie, gdzie takie rozwiązania już obowiązują, możemy spodziewać się, że pod tytułem pięknych haseł nastąpi systemowe molestowanie seksualne dzieci oraz przygotowanie do prostytucji, zarówno tej prywatnej, jak i zawodowej, zwanej sexworkingiem. Oznacza to systemowy gwałt na młodych pokoleniach i namawianie ich do prostytucji. Lucyferyczne państwa Zachodu występują w roli stręczycieli własnych dzieci.
Dzieje się to w tej chwili, na prawie całym Zachodzie, niegdyś chrześcijańskim, także w Polsce. Ludność albo o tym nie wie, bo wiedzieć nie chce, albo skupia się na szczegółach, nie widząc całości, albo akceptuje te procesy, ponieważ sama przyjęła lucyferyczną wiarę. Hierarchia Kościoła z jednej strony reaguje na pewne działania lucyferystów, z drugiej popiera je i sama się w nie włącza. Nawet jednak tam, gdzie reaguje, robi to za słabo. Większą rolę w stawianiu oporu prawom Lucyfera odgrywają świeccy wierni.
Można więc wyodrębnić kilka powszechnych praktyk lucyferycznych, stosowanych codziennie na Zachodzie. Praktyki są wykonywane lub akceptowane przez większość ludności, i należy je traktować jako praktyki religijne. Zawsze odnoszą się do natury człowieka i jej praw, są jednak ich nadużyciem. Praktyki te zwykle łączą w sobie więcej, niż jeden kultów lucyferycznych w różnych proporcjach, przy czym kult Mefistofela jako pierwotny występuje zawsze. Można więc wyróżnić następujące praktyki nadużycia: uczuć, seksualności, płodności, macierzyństwa, płciowości.
Nadużycie uczuć. Głównie chodzi tu o empatię i miłość, co prowadzi do fałszywego miłosierdzia. O empatii mówi się dziś wszędzie. Pierwotnie oznaczała chęć i zdolność zrozumienia uczuć innego człowieka. Dzisiejsze rozumienie empatii nakazuje afirmować jakiekolwiek uczucia, emocje i czyny innej osoby. Wyjątkiem są narodowcy i katolicy, ich empatia zwalcza. Miłość też została sfałszowana do szczętu. Dziś istnieje jedno tylko rozumienie miłości – miłość erotyczna, ale i ona została zamieniona z emocjami i popędami. Dziś więc miłością nazywa się chwilową emocyjkę i żądzę człowieka dobrostanu. Tymczasem właściwa miłość to pragnienie dobra drugiej osoby, dla samego jej dobra, bezinteresownie, ponieważ drugi człowiek ma nieśmiertelną duszę, czyli iskrę Bożą. Współcześnie natomiast sfałszowano to pojęcie tak, że człowiek, który ma emocje lub popęd uważa, że kocha i wszystko mu wolno. Tak sfałszowana miłość jest używana jako uzasadnienie wszelkich grzechów. W istocie człowiek dobrostanu nie kocha nikogo poza sobą, a raczej swoim obrazem w lustrze. Jeśli nawet pojawia się inna osoba, to wyznawca Religii Lustra traktuje ją jako pretekst do wylania własnych uczuć, w których ślepo się zakochuje. Taka miłość nie jest miłością do człowieka, tylko miłością do własnych stanów psychicznych. Ludzie dobrostanu, wyznawcy Religii Lustra robią więc najbardziej podłe i nikczemne rzeczy, kłamią, zdradzają, nadużywają zaufania, traktują przedmiotowo, wykorzystują emocjonalnie, materialnie i seksualnie, ale skoro robią to „z miłości”, uznają, że mogą, i są usprawiedliwieni. Poznał kochankę, odejdzie od żony, bo się zakochał. Nowe ciacho w pracy, więc ona zdradzi partnera, bo miała do tego prawo, poza tym niczego nie przysięgała. Nikt nie będzie im stał na drodze do ich szczęścia, nawet mąż, żona, dzieci, nie mówiąc już o partnerach na kocią łapę. I wszyscy ci pozostawieni na lodzie muszą to empatycznie zaakceptować, przecież nasza miłość się wypaliła, kocham teraz kogoś innego, nie ma już motyli w brzuchu, niczego już do ciebie nie czuję, nie mamy już wspólnych zainteresowań, nie będą z tobą siedzieć wbrew sobie. A jak nie – to sądy, policja, biegli, a dzieci, szarpane przez niewiernych rodziców – wyznawców Religii Lustra – do psychomagów na terapie. Nadużycie uczuć stanowi praktykę kultu Mefistofelesa i czasem Mammona. _
Nadużycie seksualności polega na swobodnym używaniu tego daru w celach innych, niż określa to nauka katolicka, a najlepiej ujmuje to Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 r., kan. 1013 §1. Cel główny małżeństwa to zrodzenie i wychowanie potomstwa, cel drugorzędny uśmierzenie pożądliwości, oraz wzajemna pomoc małżonków w sprawach życiowych. Zostało to ujęte jasno i klarownie. Ludzie odczuwają pożądliwość, mają prawo, a nawet obowiązek seksu, z czego wynika logiczna konsekwencja, że do przyjemności i orgazmu też mają prawo. Kościół tego nigdy nie zabraniał, przeciwnie, pochwalał. Są tylko dwa zastrzeżenia – w małżeństwie między stałym mężem i stałą żoną, nie z różnorodnymi zmiennymi partnerami.
Drugie zastrzeżenie, aby nie używać takich środków, które sprawiają, że z tego seksu nie będą mogły powstać dzieci. Coś, co stało się fundamentem cywilizacji, podstawą porządku społecznego, ośrodkiem osobistego szczęścia, uobecnieniem sensu życia, zabezpieczeniem praw kobiet i mężczyzn, oazą spokoju, źródłem życia, gwarantem transmisji wartości wyższych – to swoje bogactwo ludzie Zachodu pozwolili splugawić, opluć, wyżąć jak szmatę i odrzucić ze wstrętem i wzgardą. Zamiast żon i mężów wybrali tzw. partnerów i kochanków. Rządy i ludzie odrzucili małżeństwo na korzyść powszechnej prostytucji społecznej. Cóż za żałosny eufemizm – mój partner, moja dziewczyna. Dorośli ludzie, którzy powinny stanowić przykład dla swoich dzieci i innych ludzi, a zachowują się gorzej od barbarzyńskich ludów, które mają chociaż swoje prymitywne zasady, a ci postępowi dobrostanowcy robią to, na co mają akurat ochotę, bez żadnych zasad, poza przyjemnością i zyskiem. W seksualnych zmaganiach nie ma równości, mężczyźni mają popęd ustawiczny i prą do zbliżenia, istnieje więc rynek, generujący stały popyt. Z drugiej strony mamy kobiety, które inaczej realizują sferę popędową, dysponują jednak tym, czego potrzebują mężczyźni – kobiecą seksualnością. Dzisiejsze społeczeństwa Zachodu są więc rynkiem wzajemnych usług seksualnych, z malejącą ilością małżeństw i spadającą dzietnością. Kto ma przewagę ekonomiczną, ten decyduje, kto używa seksu dla przyjemności, kto dla zysku. Jeśli nazwiemy rzeczy po imieniu, to Zachód jest jednym wielkim domem publicznym, w którym kobiety, odkąd tylko osiągną dojrzałość płciową prostytuują się na masową skalę, a mężczyźni, których na to stać korzystają z ich usług. Nazywa się to miłością, ale w istocie jest zaspokajaniem potrzeb – ekonomicznych, towarzyskich i seksualnych, tyle że zapłata nie następuje bezpośrednio za godzinę, tylko poprzez wzajemną wymianę usług. Nie mówimy tutaj o rozwiniętym rynku prostytucji zawodowej, istniejącym równolegle, ale o zwyczajnym życiu przeciętnych dziewcząt i kobiet. Istnieje więc prostytucja zawodowa, zwana dziś sexworkingiem, i praktyka życiowa, zwana samorealizacją, która jest powszechną prostytucją społeczną. Nikt się temu nie dziwi, wszyscy niemal akceptują to i afirmują, matki, ojcowie, nauczycielki, celebryci, psychopedzi, politycy, nawet postępowi księża. A spróbuj to powiedzieć takiej postępowej kobiecie lub współczesnemu mężczyźnie, że to, co robią jest grzechem i prostytucją – następuje wrogość i koniec znajomości, a coraz częściej oskarżenia o mowę nienawiści. Nikt nie chce o tym mówić, bo powszechna prostytucja społeczna stała się prawem człowieka, a szczególnie prawem kobiet, na straży którego stoi lucyferyczne państwo. Nadużycie seksualności realizuje kult Mefistofelesa i Mammona. Na jego ołtarzu składają swoją seksualność rozwiąźli wyznawcy i wyznawczynie Religii Lustra. _
Nadużycie płodności. Ludzie dobrostanu pragną seksu dla przyjemności i wymiernej korzyści, realizując te potrzeby w formie powszechnej prostytucji społecznej lub zawodowej. Taka działalność zmaga się jednak z pewnym problemem – ponieważ seks ze swej natury służy do prokreacji, to przy alternatywnym używaniu zawsze istnieje ryzyko niechcianego poczęcia. Mężczyzna, chcący seksu, ale nie ojcostwa ryzykuje, że zapłodniona przezeń kobieta będzie miała jakieś roszczenia do niego. Może będzie chciała się związać, może będzie nalegała na małżeństwo, a na pewno na alimenty. Jeśli urodzi się dziecko, taki mężczyzna nie będzie mógł pozostać beztroski i swobodny, pojawią się obowiązki. Kobieta, uprawiająca seks prostytucyjny, gdy znajdzie się w ciąży nie może robić tego wszystkiego, co wcześniej, traci więc atrakcyjność na rynku wzajemnych usług, bo wtedy więcej potrzebuje, niż może dać. Obciążona małym dzieckiem, nie może się realizować i robić upragnionej kariery. Jeśli dodatkowo ojciec dziecka nie należy do majętnych lub uchyla się od obowiązków finansowych, jest jej trudno samej z dzieckiem. Na szczęście dla ludzi dobrostanu współczesna medycyna i technologia znalazły na to środki – antykoncepcję. Można używać środków mechanicznych, lecz najlepiej dla współczesnych kobiet – wyznawczyń Mefistofelesa łączyć to z chemiczną antykoncepcją hormonalną. Wtedy nic złego się nie wydarzy, można robić karierę, jeździć na wyjazdy służbowe, integracyjne i turystyczne, brać udział w imprezach, odwiedzać kluby z przyjaciółkami, i wszędzie, w każdym miejscu realizować swoje pasje – poznawać nowych ludzi. Żaden mąż, żadna rodzina, żadne dzieci na głowie – życie z pasją, czerpać garściami, oddychać pełną piersią, wreszcie mogę robić to, co chcę, nikt mi niczego nie zabrania ani nie nakazuje, żaden ksiądz nie będzie się do mnie wtrącał, żaden zazdrosny facet, jak mu się nie podoba, niech poszuka innej, ja żyję po swojemu. Każda taka samorealizująca się Królewna Świata dobrze zna starą dykteryjkę: „bawimy się, jak damy, a jak nie damy, to się nie bawimy”. Impreza życia trwa w najlepsze, hulaj dusza, żyje się raz. Mężczyźni nie chcą być w tyle, pokażą, że oni nie gorsi, od czego wazektomia.
I tak się bawią beztroscy ludzie Zachodu, nie pomni, kto będzie się nimi zajmował po pięćdziesiątce, kiedy młodych już nie będzie, bo i skąd, skoro kobiety wysterylizowały się dla zysku i przyjemności, a mężczyźni nie chcieli zostać ojcami. Emerytura nie starczy, miejsc w przytułkach i psychiatrykach zabraknie, ale będą ci ludzie mieli swój największy atut – najważniejsze prawo człowieka, prawo do przerwania nici swojego życia. Tak się sprzeciwią woli Bożej, tak hardo po raz ostatni powiedzą Bogu: „Nie”! Sami zdecydują, kiedy zejść z tego świata, a mówiąc prawdę, znajdą w tak głębokim dole nędzy i rozpaczy, że sami będą błagać o ten zastrzyk. Niedzietni ludzie dobrostanu wymrą bezpotomnie, jak dinozaury. Dokonają sami na sobie doboru darwinowskiego. Póki jednak są młodzi i młode, nie myślą o tym i używają siebie na sposób masturbacyjno – prostytucyjny.
Nadużycie seksualności hetero jest kultem Mefistofelesa i Mammona, również Molocha – wtedy, gdy użyta zostaje tzw. „pigułka po”. Istnieje też forma kwalifikowana tego nadużycia, obejmująca aberracje seksualne. Oznacza takie używanie seksualności, które ze swej natury nie może służyć prokreacji. Jest tu więc kult Mefistofelesa, często też Mammona, a miejsce Molocha zastępuje już bezpośrednio Lucyfer. Jego kult nie jest czymś istotowo różnym od kultu jego pomniejszych bóstw, stanowi raczej logiczne dopełnienie. Praktyki takie łamią prawo natury i ustanawiają nowe. Człowiek stawia siebie w roli boga. Współcześnie praktyki te stały się nie tylko dozwolone, ale ubóstwione. Standardowe praktyki seksualne są co prawda powszechne, ale powoli stają się nudne dla ludzi dobrostanu. Państwa uznały niestandardowe sposoby za uprzywilejowane, więc ich uprawianie daje konkretne korzyści. W ten sposób państwa wyznają publiczny kult Lucyfera na dwa sposoby – czcząc jego bóstwa oraz popierając praktyki, które stosowane powszechnie doprowadziłyby do wymarcia ludzkości. _
Nadużycie macierzyństwa. Stosunki seksualne prowadzą do zapłodnienia, ale można je wykluczyć za pomocą antykoncepcji. Jest ona powszechnie dostępna, a w szkołach dziewczęta uczą się, jak ją stosować. Jak widać, szkoła nie jest jednak najlepszym środowiskiem nauczania rzeczy praktycznych, lub uczennice nie uważały na lekcjach. Wciąż bowiem istnieje problem aborcji. Postępowcy i obrońcy praw kobiet domagają się pełnego dostępu dla każdej kobiety w każdym momencie ciąży, bez żadnych przesłanek, na wolne życzenie. Przy tak łatwo dostępnej antykoncepcji w ogóle nie powinno być problemu niechcianych ciąż. Musi tu tkwić jakiś problem głębszy. Większość postępowych kobiet domaga się prawa do aborcji na wszelki wypadek – jako ostateczny bezpiecznik. Liczą się więc z takimi sytuacjami, w których będzie seks bez antykoncepcji. Pomijając sytuację ciąży z gwałtu, która zdarza się rzadko, lub ciąży zagrażającej życiu kobiety, co też zdarza się rzadko, większość sytuacji potencjalnej aborcji dotyczy zwyczajnego współżycia, realizowanego jako układ wzajemnych usług.
Dla większości tradycyjnych religii aborcja stanowi problem, i światopoglądu postępowego nie da się pogodzić z religijnym. Inaczej rzecz się ma w religii lucyferycznej. Tu jest na odwrót – aborcja jest najbardziej pożądana, jako przeprowadzenie przez ogień ofiary dla Molocha. Współczesna histeria proaborcyjna, dominująca w świecie białego człowieka staje się całkowicie zrozumiała. Mamy do czynienia z żarliwą wiarą religijną w bóstwa lucyferyczne. Zachód po apostazji w pełni zaakceptował wszystkie religie poza katolicyzmem, nie dziwota więc, że ludzie domagają się składania ofiar dla swoich bóstw. Ofiarą są zarówno istoty przeprowadzane przez ogień, jak i łona, z których je wydarto. Lucyfer ma szczególne upodobanie do takich ofiar, bowiem nieochrzczony człowiek zasadniczo nie może zostać zbawiony, po śmierci pozostaje w limbusie na wieczność. Za to kobieta po złożeniu ofiary Molochowi odczuwa wyrzuty sumienia. Są one jednak tłumione i wypierane przez dezinformację pięcioelementową. Kobieta zostaje więc przekonana, że zrobiła dobrze, skorzystała ze swojego prawa człowieka, przyczyniła się dobru ludzkości i planety. Żyje sobie z tym dalej, jednak niewyspowiadany grzech uwiera, co ma wpływ na dalsze związki i kolejne macierzyństwo, i jest to raczej wpływ redukcyjny. Kobieta, wyznawczyni triady Lucyfera, utrzymywana w złudzeniach przez dezinformację ma duże szanse umrzeć w swoich grzechach, bez pokuty i przebaczenia. Co dalej, mówić nie trzeba. Jest to oczywiście grzech dla chrześcijaństwa, natomiast dla wyznawców lucyferyzmu, do których należy większość ludzi Zachodu jest to religijną i etyczną cnotą. Nadużycia macierzyństwa stanowi pełną realizację wszystkich trzech kultów lucyferycznych. _
Nadużycie płciowości. Postęp nauk, w tym medycyny jest niesamowity. Coś, co kilkadziesiąt lat temu było czystą fantazją, dziś stało się już normą, sankcjonowaną surowym prawem. Po Chwalebnej Rewolucji na brytyjskim tronie zasiadła dynastia hanowerska, królująca do dziś. Gdy na początku XVIII w. ostatecznie Parlament podporządkował sobie monarchię, ukuto takie powiedzenie: „Parlament brytyjski może wszystko, poza zamianą mężczyzny w kobietę”. Od tamtej pory nauki medyczne i społeczne dokonały wielkiego postępu, i barierę tą dało się pokonać. Dziś nie ma już żadnej przeszkody w kreatywnym podejściu do płci. Jest ich tak wiele, gdyż nauki humanistyczne i społeczne uznały płeć za konstrukt społeczny, płynny i zmienny dowolnie, a o płci danego człowieka decyduje jego samopoczucie. Te same nauki przekonują konsekwentnie, że dysforia płciowa to zjawisko powszechne i odwieczne, a jeśli kiedyś nie występowała, to tak się tylko zacofanym ludziom wydawało. Występowała zawsze, ale problem traktowano jako tabu, a ludziom, zmagającym się z dysforią nie oferowano wsparcia, tylko dyskryminację. Wszystkie różnorodne osoby siedziały więc w szafie i bały się wyjść. Nie było też wiedzy, technologii i procedur medycznych. Niedługo dowiemy się zapewne, że to Kościół blokował rozwój medycyny, inaczej można by było pomóc milionom ludzi znacznie wcześniej. Dziś każdy człowiek, jeśli tylko zechce, może stanąć przed lustrem i w całości poświęcić się Lucyferowi. To tak, jakby czcił wszystkie trzy bóstwa naraz. Można sobie skorygować płeć medycznie, i jest to nieodwracalne. To jedna z najwyższych form kultu i zawierzenia bóstwu. Prawo ludzi do kultu lucyferycznego jest gwarantowanym prawem człowieka w wielu krajach, i jednym z głównych postulatów ONZ i UE. Nareszcie człowiek może się uwolnić od swojej natury i powiedzieć Bogu: „non serviam”. Nareszcie każdy może być, kim zechce. Ludzkość nigdy wcześniej nie osiągnęła tego poziomu wolności. Oto dopełnienie obietnicy, złożonej niewieście w ogrodzie Eden: „będziecie jak bogowie”. Tak też ma się poczuć współczesny człowiek, stojący przed lustrem Mefistofelesa. A państwo ma mu to umożliwić, i dla zachęty zorganizować publiczny kult, aby każdy mógł wybrać wolność Lucyfera zamiast wolności dzieci Bożych. A żeby nie wodzić ludzi dobrostanu na pokuszenie, by przypadkiem nie wybrali tego drugiego, zakazuje się mówić o tym wyborze, ucząc od przedszkola o możliwości wyboru płci i tożsamości.
To najbardziej powszechne, chociaż nie jedyne praktyki religijne lucyferyzmu, czyli dominującej religii Zachodu. Nasuwa się pytanie, dlaczego ludzie wybierają tą wiarę, a odrzucają chrześcijaństwo. Odpowiedź jest oczywista: z powodu skłonności do grzechu, pozostałej po grzechu pierworodnym, oraz powszechnej apostazji. Ta z kolei jest możliwa dzięki postępowi technologicznemu, zaprzestaniu przez hierarchię Kościoła walki o dusze ludzkie, dezinformacji pięcioelementowej, przyjęciu lucyferyzmu przez organizacje ponadnarodowe i rządy. Zostało to wyjaśnione obszernie w części I. Osobisty wybór lucyferyzmu przez jednostki staje się w tej sytuacji czymś oczywistym i automatycznym. Nasuwa się kolejne pytanie, czy wybór tych ludzi jest skuteczny, skoro nie zdają sobie sprawy z jego konsekwencji. Na to należy odpowiedzieć twierdząco, gdyż jeśli tego nie wiedzą, to tylko dlatego, że nie chcą wiedzieć, a to z kolei dlatego, że im tak przyjemnie i wygodnie. Przynajmniej do czasu, sumienie w końcu zacznie uwierać każdego, ale większość jest zbyt pyszna, aby przyznać się do własnych błędów, i zbyt leniwa, aby zmienić swoje życie. Większość wyznawców Religii Lustra zetknęła się z nauką katolicką, a nawet jeśli nie, miała taką możliwość. Każdy ma poza tym własny rozum, a w nim sumienie, oraz wolę. Nic nie usprawiedliwia człowieka, który dobrowolnie zakopuje te talenty.
Zwykli ludzie czerpią z lucyferyzmu korzyści, dlatego weń wierzą i żyją według jego wskazań. Z tego też powodu nie buntują się przeciw lucyferycznym rządom w swoich państwach, w Unii Europejskiej i w ONZ. Podzielają tą samą wiarę, co zbrodnicze elity. Korzyści lucyferyzmu są oczywiście chwilową iluzją, ale bardzo sugestywną. Korzysta ona bowiem z najbardziej zwierzęcych mechanizmów popędowych, tkwiących w każdym człowieku, do czego ludzie nie chcą się przyznawać, nawet sami przed sobą. Żyją więc na sposób zwierzęcy, ale kupują iluzję, że jest to słuszne i szlachetne. Zwykli ludzie wierzą, że dzięki lucyferyzmowi będą mieli przyjemność, wygodne życie i dobre samopoczucie cały czas. Nie myślą o przyszłości, po odrzuceniu chrześcijaństwa wydaje im się, że ich „teraz” trwa wiecznie. Lucyferyczną propaganda zapewnia ich, że jest to prawo człowieka, i że lucyferyzm zapewni im to całkowicie za darmo, a oni sami nie będą musieli ponosić żadnych kosztów i wysiłków. Lucyferyczny sposób życia nazywa się dobrostanem i samorealizacją. Ludzie władzy wierzą bardzo podobnie, z tym, że mają oni większe ambicje i apetyty, więc lucyferyzm przekupuje ich łatwym zyskiem w postaci grantów i dotacji, co jest ukrytym rabunkiem narodów. Wszyscy ludzie władzy godzą się jednak brać kradzione bogactwa, wydarte narodom podstępem i gwałtem, stając się w ten sposób wspólnikami zbrodni. Bardzo trudno dotrzeć jest z tą wiedzą do jednych i drugich, ponieważ musieliby uznać swoje własne grzechy, zmienić sposób życia, ponieść trudy, zmierzyć się z przeciwnościami. Gdyby tak zrobili, skutkiem tych działań byłaby własna wolność. Większość z nich jednak nie chce niczego zmieniać, żyją więc w złudzeniu wolności, czyli w zniewoleniu. Prawdziwą formułą ich życia jest powszechna prostytucja społeczna oraz pasożytnictwo, finansowane za pomocą wyzysku, kradzieży i gwałtu. Ten stan rzeczy jednak się kończy i niebawem zabraknie finansowania. Burdel Zachodu ostatecznie zbankrutuje.
Pojawia się pytanie, co z tego mają gnostycy, członkowie Mózgu Świata? Nie wiemy tego bezpośrednio, lecz wywodzimy z logicznych przesłanek. Lucyferyzm ma dwa cele – doczesny, materialny, oraz wieczny, duchowy. Ten pierwszy realizują gnostycy, wykonując wolę swojego pana, w zamian otrzymując władzę, potęgę pieniądza i wpływy pośród ludzi. Ten drugi jest podzielony. Gnostycy chcą osiągnąć pozycje bogów, by panować nad światem materialnym i dostąpić nieśmiertelności. Ich pan natomiast dąży do tego, aby jak najwięcej dusz ludzkich nie dostąpiło zbawienia i trafiło do piekła. Wykorzystuje spryt i inteligencję gnostyków i pomaga im budować ziemską potęgę. Żyją więc w symbiozie, z góry skazanej na porażkę.
Ostatnie wreszcie zagadnienie, jak się oprzeć lucyferyzmowi, skoro jest tak powszechny i potężny. Wielu ludzi dobrej, acz słabej woli traci rezon i wiarę w możliwości obrony. Wielu też mówi o kontrrewolucji konserwatywnej. Ani jedno, ani drugie właściwe nie jest. Bronić należało 50 lat temu, ale wtedy nie miał kto, bo nikt nie wiedział, co się szykuje. Konserwatyzm w sytuacji powszechnego lucyferyzmu byłby jego podtrzymaniem. Nie czas na kontrrewolucję, nie da się powstrzymać tego, co już się dokonało. Największa rewolucja dzieje się bowiem nie w prawach, nie w salach parlamentów, nie na polu bitew, nie w laboratoriach ani w halach fabrycznych. Największa rewolucja dokonuje się zawsze w ludzkich umysłach, i właśnie niedawno się dokonała – rewolucja lucyferyczna. Jeszcze się nie zakończyła, wciąż trwa, ale właściwie zaczyna już się dopalać. Należy cierpliwie poczekać, aż ludzie odczują sami na sobie skutki swojej apostazji. Dopiero, gdy zaczną cierpieć, będą w stanie przyjąć zdrową naukę, a i to nie wszyscy. Mówimy jednak o większości. Poza nią pozostaje aktywna, twórcza mniejszość, która już teraz musi zacząć się jednoczyć.
Jedyną drogą odbudowy jest chrześcijaństwo, innej nigdy nie będzie. Ludzie, którzy nie chcą, aby ich narody przestały istnieć, muszą przyjąć dwie idee jako jedyne sztandary, pod którymi mogą zwyciężyć – katolicyzm, dzięki któremu rozpoznają, co jest dobre, co złe, co prawdą, co fałszem, oraz nacjonalizm, który wskaże im, kto jest przyjacielem, kto wrogiem. Mówiąc o katolicyzmie, mówimy oczywiście o odwiecznej wierze i nauce, głoszonej przez Kościół przed Soborem Watykańskim II, nie o tym, co jest teraz. Początek odbudowy musi dokonać się w ludzkich umysłach, poprzez budowę świadomości o rzeczywistym stanie rzeczy. Przyjdzie też moment działania, ale wszystko w swoim czasie i porządku. Dostarczamy Wam wiedzy, staramy się też obudzić wiarę, aby powstała wola.
Niniejszy, dwuczęściowy tekst o religii panującej Zachodu jest diagnozą. Poza tym tworzymy program pozytywny odnowionego narodu i państwa. Twierdza Kulturowa – to jego nazwa.
Unia Europejska nie jest jeszcze co prawda formalnie państwem, ale bardzo chce nim być, i faktycznie wiele atrybutów państwowych już posiada. Niezależnie od tego, czy upragnionym państwem w końcu się stanie, czy też nie, ma już swoją religię panującą, i zdołała ją narzucić państwom członkowskim, także III RP.
−∗−
Obraz tytułowy: Joaquin Espalter, Mefistofeles, 1872 LINK
Religia panująca Unii Europejskiej – cz. I
Unia Europejska nie jest jeszcze co prawda formalnie państwem, ale bardzo chce nim być, i faktycznie wiele atrybutów państwowych już posiada. Niezależnie od tego, czy upragnionym państwem w końcu się stanie, czy też nie, ma już swoją religię panującą, i zdołała ją narzucić państwom członkowskim, także III RP.
Oto część pierwsza z dwóch.
Kult ten ma charakter zarówno oficjalnego kultu państwowego, jak również wyznania obywateli, spełnia więc luterańską zasadę cuius regio, eius religio. Nie ma zasadniczej sprzeczności między religią państwową UE, a wiarą jej mieszkańców, dlatego wciąż istnieje ten twór i nikt się jeszcze nie kwapi, aby go obalić. Gdyby w Europie panowała inna religia, Europejczycy dawno już rozpędziliby UE na cztery wiatry, głównych winowajców karząc surowo, przykładnie i publicznie. Nie dzieje się tak, ponieważ Europejczycy w większości podzielają wiarę unijnych elit, z czego wynikają ich osobiste oczekiwania i aspiracje, póki co zbieżne z działaniami UE.
Większość czytelników obruszy się zaraz, broniąc ateizmu tych ludzi, powołując się na oficjalną świeckość współczesnych państw i laickość społeczeństw Zachodu. Pozory jednak mylą, zarówno Unia Europejska, jak też państwa członkowskie i ich obywatele są podmiotami głęboko religijnymi i wyznają bardzo określony, spójny i konsekwentny system wierzeń. Oficjalne zapewnienia o sekularyzacji są tu na nic, to zwyczajna obłuda, tak samo publiczna, jak prywatna. Jest więc owa konfesja rzeczywistą oficjalną i nieoficjalną religią Zachodu, maskowaną kłamstwem, że nie ma jej wcale. Nie jest to oczywiście religia chrześcijańska, ani judaistyczna, ani muzułmańska. Nie jest nią także buddyzm (nie przez wszystkich uważany za religię), ani taoizm, shintoizm, hinduizm i inne znane religie teistyczne i nieteistyczne.
Zachód wyznaje obecnie piekielną triadę Lucyfera, złożoną z kultu trzech bóstw: Mefistofela, Mamona i Molocha. Omówimy po kolei każde z nich.
MEFISTOFEL
Mefistofel, Mefistofeles, Mefistophil – upadły anioł, którego imię tłumaczy się, w zależności, czy przyjmiemy źródłosłów hebrajski czy grecki jako kłamca, niszczyciel dobra, duch ciemności. Nie musimy wybierać z tych znaczeń, każde pasuje i uzupełnia się wzajemnie. Kult demona Mefistofelesa jest rzeczywistą postacią głównej religii osobistej ludzi Zachodu – Religii Lustra. Jest ona tak powszechna, że stała się niezauważalna, jak słoń w pokoju, tymczasem jest podstawowym warunkiem pozostałych dwóch kultów piekielnej triady, i zarazem głównym źródłem obecnego upadku świata białego człowieka
Rzecz w tym, że większość ludzi Zachodu była kiedyś chrześcijanami, i pomimo, że formalnie nadal nimi są, faktycznie odrzucili wiarę swoich przodków i dokonali masowej apostazji. Poszczególne przypadki zdarzały się przez całą historię chrześcijaństwa, ale nigdy zjawisko to nie wystąpiło na skalę tak masową, jak teraz. Trudno jest określić dokładny moment apostazji, gdyż jej charakterystycznym rysem jest procesualność [?? formalne podejście?? md] i nieoznaczoność, to znaczy nie wymaga formalnego aktu, lecz dokonuje się per facta concludentia – przez faktyczny wybór sposobu myślenia i praktycznego życia. Większość ludzi Zachodu żyje dziś, jakby Boga nie było, Kościół nie interesuje ich wcale lub traktują go wrogo, i sami sobie tłumaczą, że nie mają żadnych potrzeb religijnych. Twierdzą, że wystarczą im uroki życia, materia, rozrywki, a sensu dostarczają im relacje międzyludzkie, przeżycia i własny dobrostan. Religia Lustra jest więc także religią dobrostanu.
Wybór kultu Mefistofelesa dokonuje się automatycznie, wówczas, gdy delikwent porzuca chrześcijaństwo i nie przyjmuje żadnej innej formalnej religii. Większość obecnych wyznawców Mefistofelesa przeszła na ten kult w ciągu ostatnich dwudziestu lat, na początku XXI w. Wcześniej trwały jeszcze wpływy chrześcijaństwa w ich osobistym życiu. Warunki środowiskowe, jakie umożliwiły triumf tej religii bardzo łatwo jest określić:
Warunki materialne, umożliwiające wytwarzanie, akumulację i przemieszczane wielkich ilości energomaterii, w takiej ilości, która znacznie przekracza potrzeby bytowe ludzkości. Innymi słowy, powszechny dobrobyt i akumulacja dóbr, połączona z poczuciem bezpieczeństwa. Zgodnie ze staropolskim przysłowiem „jak trwoga to do Boga, jak bida to do Żyda”. Skoro więc nie ma trwogi, to Bóg ludziom niepotrzebny, a skoro bankierzy dają kredyt z długim terminem spłaty, to hulaj dusza, piekła nie ma, po nas choćby potop. Ludzie więc przestali dostrzegać i Boga, i swoich wierzycieli. Człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego, więc ludzie Zachodu, gdy osiągnęli powszechny dobrobyt prędko zapomnieli, skąd on się wziął, że wymaga codziennej pracy i starań, że osiągany jest dzięki rozsądnemu życiu i roztropnym decyzjom, że nie da się takiego życia prowadzić na skalę społeczną bez programu sterowania, i że tym właśnie programem jest etyka, której źródłem jest religia, którą lekkomyślnie porzucili.
Zanim dobrobyt stał się powszechny i zanim narody zgromadziły zapasy dóbr, jakiekolwiek zaburzenie programu sterowania społecznego powodowały natychmiastowe konsekwencje, czyli chaos, brak bezpieczeństwa i głód. Teraz jednak istnieją zapasy, zgromadzone przez poprzednie pokolenia. Ludzie Zachodu uwierzyli, że dobrobyt, który otrzymali od swoich chrześcijańskich przodków jest ich prawem człowieka i istnieje sam z siebie. Skoro tak, przestali dokładać się do niego i skupili się na konsumpcji. Przejadają swój własny majątek, a nie widzą tego tylko dlatego, że żyją na kredyt, działa bowiem potężnie rozwinięta akcja pożyczkowa. Skoro jednak odrzucili religię przodków, odrzucili również ich mądrość i doświadczenie. Nie widzą więc Boga, ani tych bankierów, na których koszt żyją. W obecnych warunkach energo-materialnych te konsekwencje społeczne, które dawniej wystąpiłyby w ciągu jednego pokolenia, dają skutek, który da się obserwować w potocznej rzeczywistości dopiero po trzech pokoleniach. Tak duża odległość czasowa skutku od przyczyny powoduje jednak, że ci, których dotykają konsekwencje tego procesu nie potrafią ich połączyć. Dodatkowo występuje celowa dezinformacja, polegająca zarówno na ukrywaniu prawdy, o czym będzie w p.2, jak i celowym fałszu, co zostanie omówione w p.3. _
Zaprzestanie nauczania nauki katolickiej przez Kościół Katolicki po Soborze Watykańskim II i stopniowe przejście większości hierarchii na herezje modernizmu (w liczbie mnogiej – modernizm to nie jedna herezja, ale ściek wszystkich błędów, jak określił to zjawisko papież św. Pius X w encyklice Pascendi dominici gregis z 1907 r.), co jest główną przyczyną poważnego kryzysu Kościoła. Obecny pontyfikat Franciszka dąży do dopełnienia dzieła i podmiany Kościoła Katolickiego na kościół synodalny, który z katolicyzmem nic już nie będzie miał wspólnego. Proces ten nie był ani przypadkowy, ani samoistny. Został dokładnie zaplanowany krótko po Rewolucji Francuskiej i starannie przeprowadzony z zaangażowaniem wielkich środków i wielu agentów, wprowadzonych skrycie do wnętrza Kościoła. Wierni zostali pozbawienie prawdziwej i klarownej nauki, zamiast tego otrzymując kabalistyczną poezję, skrzętnie ukrywającą swoje znaczenie. Hierarchia Kościoła najpierw przestała głosić prawdę, której Kościół strzegł przez niemal 2000 lat, a potem zaczęła jawnie i oficjalnie głosić fałsz. Celowo rozróżniam hierarchię i Kościół, gdyż pomimo obiegowej opinii Kościół to Chrystus, hierarchia i wierni, tymczasem większość ludności myśląc: „Kościół” rozumie znaczenie: „hierarchia”. Ta świadomość powstała w efekcie działań samej hierarchii i wrogiej Kościołowi propagandy, a jej skutkiem jest rezygnacja przez wiernych z osobistej odpowiedzialności za Kościół i faktyczne z niego wystąpienie. Rezygnacja hierarchii Kościoła ze swojej misji ma też kluczowe znaczenie dla innych denominacji chrześcijańskich, nie mających łączności z Kościołem. Jego autorytet w kwestiach doktryny i moralności jest bowiem tak wielki, że promieniuje na inne wyznania, nie wyłączając agnostyków, ateistów, rządów państw i zarządów organizacji ponadnarodowych. Nie byłoby masowej apostazji i przyjęcia triady Lucyfera, gdyby hierarchia na to nie pozwoliła. _
Celowa dezinformacja pięcioelementowa. Ma dwa główne postulaty – pierwszy – sfałszować przyczyny, przebieg i skutki niektórych procesów, oraz drugi – ukryć istnienie procesów innych. Dzięki temu ich sprawcy mogą pozostać w ukryciu. Proces podmiany religii nie byłby bowiem możliwy bez działań hierarchii opisanej w p.2, a także bez dezinformacji pięcioelementowej. Zarówno jeden, jak i drugi proces ma tych samych twórców i moderatorów, którzy je zaplanowali i konsekwentnie prowadzą. Trudno wskazać ich z nazwisk, można jednak z łatwością ich opisać. To wąska, elitarna grupa zarządców globalnych przepływów kapitału, skupiona w kilkunastu do kilkudziesięciu rodach, w których pozycja jest dziedziczona. Ich działalność trwa nieprzerwanie od ponad 4000 lat, a cechą charakterystyczną jest używanie kabały i gnozy. Używam w stosunku do nich zamiennie pojęć „gnostycy”, GPT – Globalny Patriarchat Talmudyczny, globaliści. Jest też bardzo trafne określenie, wprowadzone do użytku w 1921 r. przez H.G.Wellsa, w książce The Salvaging of Civilisation – Mózg Świata. Ponieważ ten wybitny pisarz był rzecznikiem tej grupy, tak samo, jak dziś jest nim Yuval Harari, jest źródłem wiarygodnym i autentycznym. Celem tej grupy jest stworzenie Republiki Świata, którą Mózg Świata będzie zarządzał, a globalizm jest jej ideologią.
Dezinformacja pięcioelementowa składa się z następujących członów, występujących pierwotnie kolejno, obecnie jednocześnie: 1.pokusa do czynienia zła, przedstawiona jako oferta rynkowa; 2.przyzwolenie na zło; 3.przekonanie, że czynienie zła jest zaspokajaniem uzasadnionych potrzeb; 4.namawianie do zła; 5.usprawiedliwianie zła.
Pierwszy postulat główny dezinformacji pięcioelementowej realizuje się w tym, że ukrywa przed oszukanymi, iż zło, które popełniają będzie miało dla nich negatywne konsekwencje, zarówno w życiu osobistym, jak i społecznym. Drugi postulat główny spełnia się w tym, że oszukani nie wiedzą, że to, co wybierają jest złem. Jest tak, ponieważ odrzucili chrześcijaństwo, a wraz z nim system etyczny określający dobro i zło, oraz filozofię realistyczną, określającą prawdę i fałsz. Dzięki temu stają się łatwym celem gnostyków i ulegają dezinformacji pięcioelementowej. Prawdę mówiąc, łykają te kłamstwa jak pelikany i dają się oszukiwać jak naiwne dzieci. Sami siebie jednak uważają za wszechmądrych, chociaż są z pokolenia na pokolenie coraz głupsi. Tuby dezinformacji pięcioelementowej obecne są wszędzie – media, Internet, reklama, kultura masowa, literatura, kino, rozrywka, celebryci, światek naukowy, rządy, organizacje ponadnarodowe i pozarządowe, nie jest to katalog zamknięty. Szczególnym źródłem tej dezinformacji jest psychopeda – przemysł psychologiczno – pedagogiczny, całkowicie stworzony przez gnostyków, armia globalistów. Jej żołnierzami są specjaliści, zwani psychologami, co nie jest prawdą. Klasyczna psychologia jest wiedzą o tym, jak działa dusza człowieka, po to, by go lepiej zrozumieć. Psychopeda wypracowała wiedzę, jak przejąć kontrolę nad człowiekiem poprzez stępienie umysłu i spętanie woli, używając kabalistycznych sztuczek, stąd adekwatna nazwa to psychomagia i psychomagowie. Ludzie Zachodu po odrzuceniu chrześcijaństwa uzależnili się od psychomagów i ich terapii, co pogłębia ich przywiązanie do Religii Lustra.
Po przyjęciu Religii Lustra jej wyznawca staje przed taflą i przestaje dostrzegać cokolwiek innego. Traktuje sam siebie jako boga i cały świat zarazem. Następuje utożsamienie ja-świat-bóg. „Ja” staje się jedynym odniesieniem, wszystkie zjawiska odczytywane są przez pryzmat osobistych wrażeń, odczuć i interesów. Jednak samego siebie, owo boskie „Ja” wyznawca Religii Lustra może widzieć jedynie w lustrze, w którym jednak nie widzi samego siebie, ale odbicie swojej postaci. Wyznawca traktuje więc siebie samego jako świat i boga, ale jednocześnie może się obserwować jedynie na tafli. Dlatego odbicie, które widzi przed sobą postrzega jako siebie, świat i boga. Tymczasem lustro, przed którym stoi jest w rzeczywistości ekranem, za którym stoi jego własny Mefistofeles, oddelegowany, personalny diabeł – stróż. Demon widzi człowieka, człowiek demona przez taflę dostrzec nie może. Mefistofel przybiera postać człowieka przed lustrem i uczy się naśladować jego ruchy i miny. Dostraja się idealnie, i potrafi nie tylko wiernie naśladować ruchy człowieka w czasie rzeczywistym, ale również przewidywać najczęściej powtarzające się sekwencje. W pewnym momencie zaczyna wykonywać własne ruchy, zrazu niewiele różniące się od ruchów człowieka, z czasem coraz bardziej. Człowiek patrzy na odbicie, które traktuje jak boga, i zaczyna dostrzegać różnice między ruchami swymi a postaci w lustrze. Ponieważ obraz na tafli, który traktuje jako swoje odbicie stał się już dla niego bardziej realnym bogiem, niż on sam jest realny dla siebie, sytuacja się odwraca i to człowiek zaczyna naśladować ruchy postaci w lustrze.
Z czasem człowiek staje się niewolnikiem swojego własnego odbicia, które w rzeczywistości jest Mefistofelesem. Ta sytuacja ma doniosłe znaczenie dla życia wyznawcy Religii Lustra i całego społeczeństwa.
Konsekwencje osobiste Religii Lustra
Zniewolony człowiek robi wszystko, czego chce od niego diabeł, i nie podejmuje żadnej aktywności, aby się uwolnić, cały czas bowiem łudzi się, że to on sam się rusza i robi wszystko, co sam chce. Przyjmuje całą dezinformację pięcioelementową, ale traktuje ją jako swoje własne pragnienia, potrzeby, opinie, poglądy i wybory. Odrzuca prawdę o tej sytuacji, a gdy ktoś próbuje mu ją uświadomić, traktuje go jak wroga. Ulega pokusom, co prowadzi go do grzechów. W ten sposób niszczy relacje z otoczeniem, również z najbliższymi. Usprawiedliwia sam siebie z każdego grzechu, a jeśli spotykają go przykre konsekwencje, to albo wypiera ich świadomość, albo obarcza winą świat spoza lustra.
Przywiązanie do osobistego „Ja” prowadzi go do dbałości wyłącznie o własną korzyść i wygodę. Jego największym pragnieniem jest dobrostan, czyli stan psychofizycznego zadowolenia w danym momencie, tożsamy z hedonizmem. Nie zastanawia się, skąd ten stan się wziął, ani co będzie w przyszłości, ważne, że dobrze mu jest teraz. Z kolei orientacja wyłącznie na własną korzyść sprawia, że nie robi niczego bezinteresownie. Jego czas, zaangażowanie, uczucia wystawione zostają na sprzedaż. Człowiek dobrostanu sprzedaje się więc temu, od kogo uzyska największą korzyść. Sprzedaż obejmuje również to, co nie powinno być nigdy sprzedawane, ale ofiarowane w darze osobie wybranej, lub jakieś większej sprawie. Nie jest więc taki zdolny do poświęceń, wybiegających poza osobistą korzyść. Prowadzi to do przyjęcia postawy pasożytniczo – prostytucyjnej.
Jeśli taki człowiek ma potomstwo, traktuje tą relację jako osobistą samorealizację. Dziecko wtedy staje się przedłużeniem „Ja” i projekcją własnych wyobrażeń, sterowanych przez Mefistofelesa. Traktują wówczas swoje dziecko jako bożka, któremu bezkrytycznie oddają cześć, w ten sposób czcząc siebie samych. Wówczas wyznawca Religii Lustra staje się wyznawcą Religii Dziecka, która jest odgałęzieniem tej pierwszej. Ten system wierzeń ma również swoją własną, pajdocentryczną etykę wychowawczą, w której Dziecko jako bożek jest w centrum. Dziecko prowadzone jest w warunkach religijnego kultu, co przybiera postać chowu egotycznego. Jego efekt jest dwojaki – Królewna Świata i Piotruś Pan.
Stosunek wyznawcy Religii Lustra do dóbr wyższych – Kościoła i narodu jest negatywny. Kościół ze zrozumiałych względów, jako nośnik wrogiej religii. Naród odrzuca nieco dłuższą drogą. Człowiek Dobrostanu albo nie zakłada rodziny, albo się rozwodzi. Zwykle sam powoduje lub prowokuje swoje niepowodzenia rodzinne. Zawsze skutkuje to frustracjami, którymi obciąża ten byt społeczny, który z tą frustracją mu się kojarzy, czyli rodzinę jako instytucję społeczną. Dość szybko pojawia się osobiste zgorzknienie, a ponieważ cały świat postrzega przez pryzmat „Ja”, swoje własne negatywne doświadczenia przenosi na wszystko i wszystkich. Z czasem człowiek dobrostanu niszczy wszelkie relacje, które oparte są na normach etycznych. Naród, w szczególności polski jest wspólnotą, opartą właśnie na etyce. Wraz z porwaną rodziną wyznawca Religii Lustra odrzuca także naród. Pozostają mu tylko relacje, oparte na przymusie, który akceptuje, bo próba odrzucenia takich relacji ściągnęłaby na niego nieprzyjemności, których unika jako zakłócenia dobrostanu. Wyznawca Religii Lustra prędzej czy później odrzuci wiec rodzinę i naród, ale zaakceptuje państwo, które go zmusza.
Człowiek dobrostanu twierdzi, że najbardziej ceni swoją własną wolność. Jednocześnie cały czas ślepo poddaje się wszelkim ograniczeniom wolności, do których skłania go Mefistofeles, lub które wynikają z jego uzależnienia od dobrostanu. Dlatego poddaje się zaleceniom terapeutów, trenerów personalnych i dietetyków, dlatego ślepo słucha władzy i mediów, należących do dezinformacji pięcioelementowej. Nie zbuntuje się przeciwko tyranii, przeciwnie, będzie się jej poddawał, twierdząc jednocześnie, że to dla jego własnego dobra, zdrowia, bezpieczeństwa, spokoju i wolności. Niezależnie bowiem od wyznawanej religii istnieje mechanizm psychiczny, polegający na tym, że człowiek racjonalizuje swoje postępowanie. Jeśli więc coś robi, nawet wbrew sobie, nawet wiedząc, że jest to błędne lub niesłuszne, dorabia sobie uzasadnienie do swojego postępowania. Większości ludzi łatwiej przychodzi usprawiedliwić się samemu, wmówić sobie, że to, co robią jest słuszne lub że nie dało się inaczej, niż przyznać się do błędu. Dopóki ludzie wyznawali chrześcijaństwo, sumienie i nauka katolicka zmuszały ich do nawrócenia. Po apostazji wyznawca Religii Lustra nie musi przyznawać się do grzechu sam przed sobą, bo jako bóg sam decyduje, co jest grzechem, co cnotą. I zwykle wszystko, co ten człowiek robi, sam określa jako słuszne i prawdziwe. Dobitnie było to widoczne podczas pandemii, gdy większość ludzi dobrostanu zaakceptowała ograniczenia pandemiczne, wzięła szczepionki i dała się zamknąć w aresztach domowych.
Konsekwencje społeczne Religii Lustra
Jej wyznawcy nie są zdolni do stworzenia trwałych relacji międzyludzkich, w których łącznikiem jest etyka, ponieważ jej nie stosują wobec innych, za to domagają się stosowania jej wobec siebie. Nie są też w stanie zrozumieć sytuacji i punktu widzenia innych ludzi. Sprawami publicznymi interesują się tylko jako zewnętrzni krytycy. Nie angażują się w żadne działania wspólnotowe, chyba, że dla zysku. Próżno oczekiwać od nich empatii, wdzięczności, wierności i lojalności. Nie tworzą trwałych rodzin, co ma negatywny wpływa na dzietność i jest jedną z głównych przyczyn kryzysu demograficznego. Nie czują też związku z narodem, poza niechęcią. Ponieważ są zorientowani na osobistą korzyść i dobrostan, pozwalają, aby ich naród i państwo upadły, a sferę publiczną zajęły obce siły.
Dzieci, wychowane w chowie egotycznym w krótkim czasie stają się neurotykami i obciążają innych ludzi swoimi problemami psychicznymi, w większości urojonymi. Nie nadają się do współpracy i do rodziny. Boją się wyzwań, nie podejmują działań altruistycznych. Naród, złożony z takich ludzi rozpada się na atomy, traci dzietność i wszelką odporność na atak. Z czasem upada i zostaje zniszczony lub pochłonięty przez prężniejsze grupy.
Tak, jak zachowują się poszczególni wyznawcy, tak postępują też tworzone przez nich wspólnoty. Nie są one oparte na etyce, ale na korzyści własnej lub wspólnym wrogu. Istnieją tak długo, jak to, co ich łączy. Najczęstszymi przedsięwzięciami wyznawców Religii Lustra są firmy, nastawione na zyski i partie polityczne, nastawione na zysk, władzę i wpływy. Obecnie w Europie innych partii nie ma prawie wcale.