Myśl nr 1: Czytałem dzisiaj omówienie praktycznych skutków zmian w prawie karnym, które proponuje obecny rząd. Cenzura w Polsce wjeżdża w pełnej krasie. 3 lata za stwierdzenie, że istnieją tylko dwie płcie i że płeć ma charakter biologiczny. Oczywiście, popieramy wszystkie projekty ministra Bodnara, gdyż nie sposób walczyć o wolność w „wolnym świecie” z Putinem bez zastosowania ideologicznej cenzury. W końcu liberalizm jest taką samą ideologią zniewolenia ludzi jak każda inna ideologia. W skrajnych wypadkach walki o „wolność” liberalizm wymaga zastosowania totalitarnego prawa i trzymania ludzi w więzieniach za nieliberalne poglądy. Nikt nie twierdził, że zbudowanie „wolnego świata” nie wymaga drakońskich represji. I czego nie rozumiecie?
Myśl nr 2: Po komentarzach do pierwszego wpisu widzę, że nie rozumiecie istoty liberalizmu. Otóż, celem liberalizmu nigdy nie było danie ludziom wolności. To była ideologia wywrotowa przeciwko porządkowi absolutystyczno-katolickiemu, obiecująca wolność wszystkim, aby chcieli iść na barykady. I gdy nowa elita przejęła władzę i ją utrwaliła, to wygasza wolność, wprowadzając cenzurę (jak w propozycjach min. Bodnara), aby lud nie mógł krytykować swoich nowych panów. Żyjemy dziś w świecie, gdy elity liberalne bardzo gwałtowanie zwijają wszystkie podstawowe wolności obywatelskie, aby umocnić swoją władzę. Bankierzy i udziałowcy wielkich korporacji zajęli miejsce arystokracji, a agenda LGBT i klimatyzmu miejsce katolicyzmu. Powstaje nowy system elitarny z oficjalną ideologią, bronioną przez cenzurę i prokuraturę. Liberalizm nie istnieje! Był ideologią służącą przejęciu władzy przez nowe elity i dziś nie jest już im potrzebny!
Myśl nr 3: Tzw. konserwatywni liberałowie (korwiniści) zawsze uważali się za prawdziwych liberałów, obrońców wolności („wolnościowcy”) przeciwko liberalnym demokratom, takim jak dziś KO czy Trzecia Droga, których oskarżali o zamordyzm i socjalizm. W rzeczywistości tzw. wolnościowcy stanowią margines ruchu liberalnego (tak 3% do 53%), który jest ideologią zamordystyczną. Powoływanie się na Locke’a, Hayeka i innych nic nie da. Główny nurt liberalizmu powołuje się na Klausa Schwaba, Rawlsa, Tuska, Trudeau, Macrona i Hołownię. I to jest autentyczny liberalizm pierwszej połowy XXI wieku. Mówicie, że to obrzydliwa ideologia, antywolnościowa? Tak, bo taka jest dominująca aktualnie wersja liberalizmu. Liberalizm jest zamordyzmem!
Islam po arabsku oznacza „uległość”. Muzułmanin poddaje się Allahowi, jego słowu ( Quran ), swemu prawu ( szariat ), władzom politycznym, które go reprezentują ( Khilafat ) i swojej społeczności ( umma ). Można jednak żyć w społeczeństwie islamskim ( Dar-al-Islam ), nie będąc muzułmaninem, aczkolwiek jako obywatel drugiej kategorii ( dhimmi ). Dhimmi mają gwarancję bezpieczeństwa osobistego i mienia w zamian za płacenie daniny ( dżizja ) i uznanie rządów muzułmańskich. Co ważniejsze, mogą swobodnie praktykować swoją religię, pod warunkiem, że nie robią tego publicznie ani nie starają się nawracać muzułmanów, co jest przestępstwem zagrożonym karą śmierci.
Islam rozwija się szybko i jest obecnie drugą co do wielkości religią w Europie, podczas gdy chrześcijaństwo stale się kurczy z powodu spadającego wskaźnika urodzeń i apostazji. Muzułmanie w Europie żyją w zamkniętych społecznościach, głównie na przedmieściach, które de facto nie podlegają prawu danego kraju. W tych społecznościach obowiązuje prawo szariatu i w związku z tym rodziny płacą islamskie podatki. Jest to szczególnie widoczne we Francji, gdzie żandarmeria publikuje coroczny raport na temat Stref Urbaines Sensibles , co jest eufemizmem wskazującym obszary kontrolowane przez muzułmanów, do których nie może wejść nawet francuska policja.
Krok po kroku kraje europejskie stają się częścią Dar-al-Islam. Na przykład w Wielkiej Brytanii prawo szariatu zostało uznane obok brytyjskiego prawa zwyczajowego, wraz z utworzeniem sądów muzułmańskich z sędziami islamskimi ( qadis ). Innymi słowy, Wielka Brytania zrzekła się swojej suwerenności, pozwalając państwu w państwie na egzekwowanie własnych praw.
Inne kraje, jak to ma miejsce w przypadku Włoch, schodzą w stronę dhimmizmu, ponieważ nie akceptując islamude iure , poddają się mu de facto . Demonstrujeto jako zjawisko w Pioltello, miasteczku niedaleko Mediolanu, zaledwie 10 minut od miejsca, gdzie mieszkam,. Dyrektor szkoły publicznej im. Pakistańczyka Iqbal Masih ogłosił, że zamknie szkołę 10 kwietnia, aby uczcić zakończenie Ramadanu, racjonalizując swój edykt, zauważając, że 40% uczniów to muzułmanie, w związku z czym szkoła i tak byłaby praktycznie pusta. [To 60% – jest pustką? md]
Włoski Minister Edukacji Giuseppe Valditarra natychmiast zareagował, potwierdzając, że szkoły publiczne muszą przestrzegać włoskiego prawa, zamykać je tylko w dni ustawowo wolne od pracy i nie narzucać własnych świąt ze względów religijnych. Wicepremier Matteo Salvini, lider partii Lega Nord, potępił ten „niedopuszczalny wybór sprzeczny z wartościami, tożsamością i tradycjami naszego kraju”.1 Ich uzasadnione obawy podzielało wielu lokalnych mieszkańców i kilka stowarzyszeń katolickich, które ostrzegały przed niebezpieczeństwami wynikającymi z regulowania włoskiego systemu edukacji zgodnie z islamem.
Jednak inni poparli zamknięcie, co ilustruje, jak bardzo Włochy już uległy islamowi. Arcybiskup Mediolanu Mario Delpini, dobrze znany ze swojej otwartości wobec społeczności muzułmańskiej i zaciśniętej pięści wobec tradycyjnych wiernych katolików,2 ostrzegał przed „prowadzeniem krucjaty”. Krucjaty, oświadczył, że to „tylko komplikują sprawę”.
Zamknięcie poparł także dziennik biskupi „ Avvenire ”. „Przypadek szkoły Pioltello budzi absurdalne i emocjonalne reakcje. To prawdziwy wstyd, a przede wszystkim wyraźny przejaw nieadekwatności w obliczu wyzwania, jakim jest pluralizm kulturowy i religijny, który charakteryzuje nasze społeczeństwo, czy nam się to podoba, czy nie”.3
Prezydent Włoch Sergio Matarella wysłał list do wicedyrektor szkoły, Marii Rendani, w którym potwierdził, że „bardzo docenia pracę rady szkoły”, która jednogłośnie głosowała za decyzją o obchodzeniu Ramadanu.4
Incydent w Pioltello wskazuje na niepokojącą tendencję. Zaledwie kilka tygodni wcześniej diecezja Bergamo w północnych Włoszech wystosowała apel do katolików, prosząc ich o uczestnictwo w Ramadanie. W piśmie skierowanym do wszystkich księży Kuria Diecezjalna zaprosiła wiernych do udziału w uroczystościach Ramadanu, włączając się w modlitwy i posiłki iftar społeczności muzułmańskiej. List skandalicznie definiuje Ramadan jako „święty miesiąc”, tak jakby nasz Pan Jezus Chrystus nie był już Panem historii. Godne pochwały jest to, że kilka stowarzyszeń katolickich , w tym Pro Italia Christiana , rozpoczęło zbiórkę petycji, w których zwraca się do biskupa o ponowne rozpatrzenie sprawy i ogłasza: „Tak dla Wielkiego Postu, nie dla Ramadanu!”
Biskup Padwy, arcybiskup Claudio Cipolla, również opublikował „List do naszych muzułmańskich braci i sióstr” na początek Ramadanu, który określa jako „święty miesiąc”, zauważając: „Robię to z szacunkiem, myśląc zaangażowania, które będzie towarzyszyć tym ważnym dniom, praktykując post, modlitwę i czytanie Koranu. Będzie to okazja do wzmocnienia więzi wiary i ukierunkowania waszych wspólnot na poszukiwanie Boga i Jego woli”.5
Nie dając się prześcignąć, arcybiskup Bolonii, kardynał Matteo Zuppi, również pozdrowił muzułmanów: „Drodzy wierzący bracia i siostry w islamie, al-salam alaykum , pokój niech będzie z wami. Na początku miesiąca Ramadan pragnę przekazać wam moje pozdrowienia i wyrazy najserdeczniejszej przyjaźni, z jaką łączę cały Kościół boloński, któremu staram się służyć jako pasterz.6 Inni biskupi włoscy również witali wspólnoty muzułmańskie z okazji Ramadanu, gdyż staje się to standardową praktyką.
Podczas gdy muzułmanie są ciepło witani i rozpieszczani, katolicy są, niestety, coraz bardziej marginalizowani. Włoskie szkoły odwołują obchody Bożego Narodzenia, aby nie urazić wrażliwości muzułmańskiej. Zanika na przykład tradycja szopki bożonarodzeniowej, zanikają ołtarze poświęcone Matce Bożej w święto Niepokalanego Poczęcia oraz procesje różańcowe w maju, Jej miesiącu. Wiele szkół rezygnuje z świąt wielkanocnych, aby dostosować się do kalendarza muzułmańskiego. Mimo że obecność krucyfiksu w klasach jest obowiązkowa, wiele szkół go usuwa. Obrazy i posągi świętych, odwieczny widok we włoskich szkołach, również są usuwane, aby nie uraziły muzułmanów.
W grudniu ubiegłego roku partia Fratelli d’Italia przedstawiła w parlamencie projekt ustawy, który uzna Boże Narodzenie za oficjalne, a zatem obowiązkowe święto szkolne. Opisując potrzebę wprowadzenia tego ustawodawstwa, senator Lavinia Mennuni oświadczyła: „Od kilku lat jesteśmy świadkami niedopuszczalnych i żenujących decyzji niektórych szkół, które zakazują szopki lub modyfikują jej głęboką istotę, zmieniając obchody Bożego Narodzenia w nieprawdopodobne „ferie zimowe „aby nie urazić wyznawców innych religii”.7
Całkowicie zgadzając się z senatorem, ze smutkiem muszę zauważyć, że gdy konieczne jest uchwalenie prawa federalnego w celu obrony wielowiekowej tradycji religijnej i kulturowej, w istocie tej, która narodziła się we Włoszech wraz ze św. Franciszkiem z Asyżu, bitwa jest przegrana . De facto , jeśli nie de iure , Włochy są już krajem podbitym, który należy odzyskać.
Artykuł ten ukazał się po raz pierwszy w polskim dzienniku „ Nasz Dziennik”.
W tym badaniu badano skutki niepożądane zgłaszane po zastrzyku indywidualnym, podobne do objawów obserwowanych w przypadku ostrych następstw COVID (PASC) lub długiego przebiegu choroby Covid-19.
W badaniu skupiono się na tym, czy białko S1 dostarczane przez szczepionki przeciwko COVID-19 w celu wywołania odpowiedzi immunologicznej utrzymuje się w komórkach odpornościowych i przyczynia się do długotrwałych objawów. Porównano pięćdziesiąt osób, u których objawy wystąpiły w ciągu miesiąca po szczepieniu, z czterdziestoma pięcioma osobami z grupy kontrolnej, które nie zgłosiły takich objawów.
Wyniki sugerują związek pomiędzy utrzymującą się obecnością białka S1 w komórkach odpornościowych a rozwojem objawów podobnych do PASC u zaszczepionych osób. To podobieństwo między objawami wywołanymi szczepionką a PASC wskazuje na długoterminowy wpływ utrzymywania się białka i jego potencjalnej roli w powikłaniach po zastrzyku.
Budżet federalny rządu liberalnego na rok 2024 obejmuje kolejne 36 milionów dolarów w ciągu następnych dwóch lat podatkowych na program wsparcia osób cierpiących na urazy poszczepienne.
Chłopcy z „Okienka” zastanawiali się często, w grupach i podgrupach, dlaczego Chyży jest taki wredny i mściwy. Podobno ojciec go lał, w domu mówiło się po niemiecku, a dzieci w szkole malowały mu na tornistrze swastykę. To taka psychologia dla ubogich intelektualnie, psychologia rodem z pism dla kobiet, wykładanych w poczekalni stomatologa czy ginekologa. Chłopcy prezentowali – chcąc nie chcąc ten – właśnie poziom.
Jednak poważni naukowcy, socjologowie i psychologowie też często tłumaczą zagadki historii traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa historycznych postaci. Na przykład Boris Souvarine, a właściwie Borys Lifszyc, ukraiński Żyd czy żydowski Ukrainiec nota bene autentyczny komunista uważany za pierwszorzędnego krytyka komunizmu, w pierwszym rozdziale książki „Stalin, rys historyczny bolszewizmu” długo rozwodzi się nad dzieciństwem i młodością Soso. Miliony Żydów uniknęłyby- według tych historyków – swego losu gdyby Hitlera przyjęto na studia malarskie w Wiedniu., gdyż o swoje niepowodzenia oskarżał żydowskich wykładowców tej uczelni. 20 milionów ludzi nie zginęłoby gdyby ojciec Stalina nie był alkoholikiem i nie katowałby jego i jego matki. Stalin nie znienawidziłby również do tego stopnia religii gdyby w cerkiewnej szkole nie tłukł go okrutny wychowawca, Dmitrij Chachutaszwili. Stalin miał wady genetyczne, miał zrośnięte palce stóp co narażało go na drwiny kolegów. Goebbels miał stopę końsko szpotawą co z pewnością nie ułatwiało mu życia i kariery.
Takie dywagacje można snuć w nieskończoność bez większego sensu. Niewątpliwie jednak poczucie krzywd doznanych w dzieciństwie może zaowocować w życiu dorosłym brakiem empatii, całkowitym brakiem lojalności wobec kogokolwiek, oraz skłonnością do intryg i rozgrywek, czyli rozwinięciem się typowych cech psychopatycznych.
Ciekawsze jest jednak dlaczego otoczenie takich niemiłych, wręcz psychopatycznych typów pozwala im wspiąć się na wyżyny władzy, dlaczego rozpoznawszy ich cechy charakteru lekceważą je.
Paul Ludwig Hans Anton von Beneckendorff und von Hindenburg jak i cała arystokracja niemiecka lekceważyli po prostu Hitlera, uważali, że będzie łatwo nim powodować. Podobnie przywódcy strajku w stoczni – jak sami mówili – lekceważyli Bolka. „Takim głupkiem będzie łatwo sterować” – mówili. Szpetnie się przeliczyli. Podobnie przeliczyli się koledzy Chyżego, których traktował czysto instrumentalnie i za nic miał słynną, wielokrotnie opisywaną i wychwalaną „okienkową” solidarność.
C D N
Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”
Rozgrzane głowy władców i dowódców, płonąca Rzeczypospolita i jeszcze gorętsza wiara w sercu Andrzeja Boboli. Powiedzieć, że polskiemu jezuicie herbu Leliwa przyszło żyć w niespokojnych czasach, to nic nie powiedzieć. Podobnie z jego męczeńską śmiercią – stwierdzenie, że przed śmiercią wiele wycierpiał, nie mówi niczego o jego losach.
Aby przeczytać cały przypomniany tekst o św. Andrzeju Boboli, należy kliknąć w jego tytuł.
Św. Andrzej Bobola. 1591 – 16 maja 1657 Zasługi świętego Andrzeja Boboli można ująć w postaci trzech filarów na planie walki człowieka z nieprzyjaciółmi zbawienia – własną grzeszną naturą, światem i szatanem. Po pierwsze z zeznań jego przełożonych zakonnych dowiadujemy się, iż był on obdarzony cholerycznym i porywczym charakterem, tutaj więc pojawia się pierwsze pole walki Świętego – o ujarzmienie miłości własnej i swoich wad. Po drugie przez całe życie przykładał się on najgorliwiej do rozszerzenia wiary świętej na terenach ogarniętych schizmą, a jak wiadomo spór religijny między Kościołem katolickim a schizmą wschodnią dotyczył w znacznej mierze również politycznej przynależności do Moskwy bądź Rzeczypospolitej. Po trzecie polski Męczennik występuje jako szermierz wiary w zmaganiu z iście diabelskim prześladowaniem Chrystusowej religii, jakie miało miejsce w czasie rebelii kozackiej w połowie XVII stulecia.
Św. Andrzej Bobola – niezłomny obrońca Kościoła W 1657 r. nadszedł kres jego działalności apostolskiej na ziemi. W maju tegoż roku Pińsk został zajęty przez oddziały Kozaków pod dowództwem Jana Lichego. Andrzej Bobola przebywał wówczas na jednej ze swych apostolskich misji. Dowiadując się o grożącym mu niebezpieczeństwie wsiadł do wozu powożonego przez prawosławnego – Jana Domanowskiego. Liczył na dotarcie do leśnej kryjówki, którą przygotowali dla niego przyjaciele, jednakże w pobliżu folwarku Predyła, wóz napotkał Kozaków. Woźnica zbiegł, lecz sam jezuita nie skorzystał z szansy ucieczki i został pojmany.
Św. Andrzej Bobola – męczennik za wierność Rzymowi Kozacy po schwytaniu św. Andrzeja zdarli z niego kapłańskie szaty i bili go nahajkami. Był potem okrutnie męczony: wybito mu zęby, wyrywano paznokcie i zdarto skórę z górnej części ręki. Następnie okręcono go sznurem, który przywiązali do koni. I tak męczennika wleczono drogą do Janowa. Zmuszano go potem, by wyparł się katolickiej wiary, a gdy tego nie uczynił, zaprowadzono go do miejskiej rzeźni.
Męczeństwo świętego Andrzeja Boboli Ojciec Andrzej mógł łatwo uratować życie. Gdy znalazł się w rękach oprawców, po wielokroć dawano mu szansę ocalenia. Jednak on uznał proponowaną mu cenę za zbyt wysoką.
Andrzej Bobola: szkoła cierpienia Bóg uczy Polaków cierpienia. Od wielu pokoleń szkoli nas w tej trudnej sztuce. Nie powinniśmy się przeciw temu buntować, ani naszym zwątpieniem obrażać Bożej Mądrości. Albowiem posiadłszy umiejętność cierpienia doskonałego – będziemy niezwyciężeni.
Święty Andrzej Bobola potrafi się obronić Sposób w jaki Andrzej Bobola upomniał się o swoją cześć, powinien stanowić mocne ostrzeżenie dla wszystkich, którzy zechcą dokonywać politycznie poprawnych i wpisujących się w określoną „mądrość etapu” manipulacji postacią oraz życiorysem świętego.
Invictus Athletae Christi W dniu, w którym Kościół wspomina św. Andrzeja Bobolę, przypominamy encyklikę wydaną przez Ojca Świętego Piusa XII w 300-letnią rocznicę męczeńskiej śmierci polskiego jezuity.
Obdarty ze skóry na rzeźnickim stole Św. Andrzej Bobola to postać, której się odmawia istnienia w życiu publicznym. Jeśli przyjrzymy się popularnym publikacjom, takim jak książki Pawła Jasienicy, do których ciągle wracamy, to przekonamy się, że święty jest tam nieobecny. Książki wydawane przez środowiska katolickie nie grzeszą z kolei zbytnią świeżością spojrzenia, są to zazwyczaj hagiografie należne osobom tej klasy co św. Andrzej, jednak niewiele wyjaśniające. Skupiają się one głównie na straszliwym końcu życia świętego i zadanej mu w sposób okrutny śmierci, której okoliczności pozostają wciąż niejasne. Sprowadza się je do intrygującej afery kryminalnej.
Sposób w jaki Andrzej Bobola upomniał się o swoją cześć, powinien stanowić mocne ostrzeżenie dla wszystkich, którzy zechcą dokonywać politycznie poprawnych i wpisujących się w określoną „mądrość etapu” manipulacji postacią oraz życiorysem świętego.
Usłyszałem pukanie, a później poczułem mocne uderzenie w prawe ramie. Zobaczyłem nad sobą zwalistą postać w czarnej sutannie. Była druga w nocy. W pierwszej chwili pomyślałem, że to napad na plebanii – tak wspomina swoje pierwsze „spotkanie” z Andrzejem Bobolą ks. Stanisław Niźnik. Trudno się dziwić, że znany z porywczego charakteru święty w ten nietuzinkowy sposób postanowił przypomnieć o sobie pracującemu w Strachocinie księdzu proboszczowi. Czego można było się spodziewać po jezuicie, którego jeden z przełożonych uznał, ze względu na gwałtowność charakteru, za „za niezdatnego do nauczania w szkołach i piastowania urzędu przełożonego”?
Pojawienie się w Strachocinie to nie był pierwszy przypadek, gdy święty Andrzej „interweniował” w swojej sprawie. Dopominał się bowiem o należną mu cześć wielokrotnie i w sposób bardzo intensywny.
Odnajdźcie moje ciało!
Już 40 lat po swojej męczeńskiej śmierci, kiedy niemal zupełnie o nim zapomniano, święty ukazał się rektorowi kolegium jezuickiego w Pińsku. Kiedy 16 kwietnia 1702 roku ksiądz ks. Marcin Godebski modlił się o pomyślność dla przeżywającej trudności szkoły ukazał mu się nieznany jezuita, przedstawił jako Andrzej Bobola, i zapewnił, iż będzie miał klasztor w opiece pod warunkiem, że jego ciało zostanie odnalezione i otoczone odpowiednią czcią. Aby ułatwić spełnienie tego żądania zakonnik dwukrotnie wskazał miejsce swojego spoczynku. Po trzech godzinach pracy wykopano z ziemi trumny z łacińskim napisem: „Ojciec Andrzej Bobola Towarzystwa Jezusowego przez kozaków zabity”. Jak wielkie musiało być zaskoczenie kiedy po otwarciu trumny ujrzano zwłoki, zachowujące świeży wygląd, ze wszystkimi śladami tortur. A należy pamiętać, że męki jakim poddano Andrzeja Bobolę należały do szczególnie okrutnych. Dla schizmatyckich kozaków jezuita był bowiem wrogiem najgorszego sortu – jako znany „duszochwat” przywracający ruską ludność na łono Kościoła Świętego.
Bicie nahajami, kopanie i wielokilometrowy bieg z rękami przywiązanymi do pary koni stanowiły jedynie preludium do okrutnej kaźni, która miała czekać jezuitę. Jej najokrutniejsza część rozegrała się w miejskiej rzeźni w Janowie Poleskim. Żądni krwi oprawcy wcisnęli męczonemu duchownemu na głowę uplecioną z gałązek dębowych koronę. Policzkowanie szybko przerodziło się w zadawanie brutalnych, wybijających zęby uderzeń pięścią. Udręczone ciało wylądowało na stole, na którym przypalano je żywym ogniem. Na miejscu tonsury kozacy wycięli mu ciało do kości, zaś z pleców zdjęli skórę wykrajając na nich krwawy „ornat”. Rany posypali sieczką, a następnie odcięli męczonemu nos, uszy i wargi, a pod paznokcie wbili drzazgi. Nie mogąc już dłużej znieść niezłomnej postawy męczonego kapłana, który mimo straszliwego bólu nieustannie trwał przy świętej wierze, powtarzając „jestem księdzem katolickim kapłanem. W tej wierze się urodziłem i w niej też chcę umrzeć. Wiara moja jest prawdziwa i do zbawienia prowadzi. Wy powinniście żałować i pokutę czynić, bo bez tego w waszych błędach zbawienia nie dostąpicie. Przyjmując moją wiarę, poznacie prawdziwego Boga i wybawicie dusze swoje” okrutni oprawcy wyrwali Andrzejowi Boboli język wycinając w karku otwór. Ciało szarpane drgawkami powieszono głową w dół. Po dwóch godzinach dalszych tortur odcięto je, a dowódca oddziału około godziny trzeciej po południu, uderzeniem szabli zakończył te nieludzkie męczarnie dobijając zakonnika.
Odnalezione dzięki nadprzyrodzonej interwencji udręczone ciało, owinięto w nowe prześcieradło, okryto sutanną, czarnym ornatem i przełożono do nowej trumny, którą umieszczono na rusztowaniu w środku krypty. Wieść o cudzie szybko rozeszła się po Polesiu. Ludność chcąca oddać hołd Andrzejowi Boboli przypominała sobie opowieści snute przez ojców o heroizmie jezuickiego kapłana. Niezłomny kapłan potrafił także odwdzięczyć się współbraciom za spełnienie jego prośby. Szwedzi grabiący Rzeczpospolitą nie zniszczyli Pińska, a epidemia, która pochłonęła w tym czasie wiele tysięcy istnień ludzkich ominęła tę ziemię.
Zostanę w Królestwie Polskim za głównego patrona
Interwencja Andrzeja Boboli zakończona odnalezieniem jego ciała nie była ostatnia. Po stu latach trwania lokalnego kultu zamordowanego przez kozaków kapłana, jezuita ponownie przypomniał się Polakom.
W 1819 objawił się dominikaninowi Alojzemu Korzeniewskiemu. Zakonnik po dłuższych modlitwach zanoszonych w intencji odzyskania przez Polskę niepodległości ujrzał postać, która przedstawiła się jako Andrzej Bobola. Ojciec Korzeniewski otrzymał polecenie spojrzenia przez okno, wówczas jego oczom ukazała się – zamiast znajomego widoku wirydarza wileńskiego klasztoru – rozległa równina. Widok ten miał przedstawiać, jak powiedział Andrzej Bobola, ziemię pińską, gdzie dostąpił „chwały cierpień męczeństwa za wiarę Chrystusową”. Wkrótce widok uległ gwałtownej zmianie – równinę pokryło walczące zaciekle wojsko. „Gdy skończy się wojna, którą widzisz, wtedy, królestwo Polski zostanie przywrócone przez miłosierdzie Boże, a ja zostanę w nim uznany jako główny patron” – usłyszał o. Korzeniewski.
Zadanie uczynienia z Andrzeja Boboli patrona do najłatwiejszych nie należało, nie był on bowiem wówczas nawet beatyfikowany. Do zakończenia przedłużającego się m. in. z powodu kasaty Jezuitów i rozbiorów Polski procesu doszło dopiero 24 czerwca 1853 r.
Sprawa patronatu nad Polską powracała wielokrotnie podczas dramatycznych wydarzeń, których nie brakowało w historii naszej Ojczyzny. Pojawiła się m.in. po sierpniowym Cudzie nas Wisłą w 1920 roku. Ponownie zaistniała po kanonizacji, która miała miejsce w Rzymie 17 kwietnia 1938 roku.
O potrzebie uznania świętego za Patrona Polski przypomniano również po ogłoszeniu w 1957 r. przez papieża Piusa XII w „trzechsetną rocznicę chwalebnego męczeństwa św. Andrzeja Boboli” encykliki Invicti athletae Christi (Niezwyciężony Atleta Chrystusa). W papieskim dokumencie zawarto m. in. odezwę do narodu polskiego z wezwaniem do nieugiętego trwania przy religii i Kościele:
Niechże więc idąc za jego świetlanym przykładem nadal bronią ojczystej wiary przeciw wszystkim niebezpieczeństwom, niech usiłują obyczaje do norm chrześcijańskich dostosować, niech to sobie mają mocnym przekonaniem za największą chwałę swojej Ojczyzny, jeżeli przez nieugięte naśladowanie niezachwianej cnoty przodków to osiągną, żeby Polska zawsze wierna była dalej „przedmurzem chrześcijaństwa”. Zdaje się bowiem wskazywać „historia, […] jako świadek czasów, światło prawdy […] i nauczycielka życia”, że Bóg tę właśnie rolę narodowi polskiemu przeznaczył. Niechże więc mężnym i stałym sercem usiłują tę rolę wypełnić, unikając wrogich podstępów i zwalczając przy pomocy łaski Bożej wszystkie przeciwności i próby. Niech spoglądają na nagrodę, jaką Bóg obiecuje tym wszystkim, co nie szczędząc wysiłków z najwyższą wiernością i gorącą miłością żyją, działają i walczą dla zachowania i rozszerzenia na ziemi Bożego Królestwa pokoju.
Starania biskupów polskich przerwał jednak wybuch II wojny światowej. Ognik nadziei na szczęśliwe doprowadzenie sprawy do końca tlił się przez niemal cały okres komunistycznego zniewolenia jakiemu po 1945 roku uległa Polska. Trzeba było jednak czekać, aż do 2002 roku kiedy to święty Andrzej został drugorzędnym Patronem Polski (oznacza to m. in. iż w kościelnej liturgii nie przysługuje mu „uroczystość”, a „święto”).
Jestem Święty Andrzej Bobola. Zacznijcie mnie czcić w Strachocinie
Choć do kanonizacji pochodzącego z niedużej wsi koło Sanoka Andrzeja Boboli doszło w 1938 roku, to do lat osiemdziesiątych XX wieku w jego rodzinnej Strachocinie mało, lub z goła nikt nie upominał się o należyte upamiętnienie świętego. I znów święty Andrzej musiał wziąć sprawy w swoje ręce.
Przez lata kolejni lokatorzy starchocińskiej plebanii byli świadkami niepokojących zdarzeń. Wspominali o nich m. in. Wiesław Kielar, siostrzeniec ks. Władysława Barcikowskiego, proboszcza w Strachocinie w latach 1912-1942, oraz ks. Ryszard Mucha, proboszcz w latach 1970-1984. Ten ostatni szczególnie dotkliwie przeżył potkania z „nieznanym przybyszem zza światów”.
Jak relacjonował – obejmujący w niecodziennych okolicznościach probostwo – ks. Stanisław Niźnik „przyjmuje się, że to z powodu wydarzeń na plebanii, ks. Ryszard podupadł na zdrowiu. Pojawiająca się i znikająca postać nigdy nie czyniła krzywdy ks. Ryszardowi. Jedynie przypominała, że czegoś oczekuje. Problem sprowadzał się do odkrycia prawdy, o nieznanej postaci, której strój sugerował, że jest kapłanem. Długa czarna sukmana, ciemna broda i smukła sylwetka – oto charakterystyczne cechy pojawiającej się osoby. To wszystko wiemy z przekazów ks. Ryszarda. Ludzie nie bardzo wierzyli w to, co przeżywał proboszcz, a odwiedzający go koledzy, nie zawsze z uwagą słuchali jego opowiadań. Stan zdrowia kapłana ulegał pogorszeniu, aż przyszła poważna choroba i ks. Ryszard znalazł się w szpitalu”.
Także i księdzu Józefowi święty Andrzej nie zamierzał dać spokoju. Opisane na początku gwałtowne interwencje powtarzały się przez następne cztery lata. W nocy 16 na 17 maja 1987, zjawiająca się postać na jego pytanie duchownego: „kim jesteś? i czego chcesz?” – odpowiedziała: „Jestem Święty Andrzej Bobola. Zacznijcie mnie czcić w Strachocinie”. Kiedy ksiądz Niżnik podjął się realizacji tego wezwania nękające go wizje ustąpiły. Relikwie świętego Andrzeja Boboli trafiły do Strachociny 16 maja 1988 roku.
Opisana historia ukazuje trudną do zaakceptowania dla wielu prawdę, że Niebiosa ingerują w naszą rzeczywistość. „Upartość” świętego Andrzeja Boboli w dążeniu do objęcia jego osoby należytą czcią powinna być wyraźnym ostrzeżeniem dla wszystkich, którzy chcieliby – jak niestety stało się z wieloma wielkimi postaciami Kościoła, ze św. Franciszkiem na czele – zafałszować jego prawdziwą tożsamość. Można domniemywać, że jest to ostrzeżenie skuteczne. Andrzej Bobola wciąż pozostaje bowiem świętym bardzo niewygodnym. Trudno się dziwić – jego radykalizm i zapał w niesieniu wszystkim bez wyjątku Świętej Wiary Katolickiej kłócą się z tak silnie promowaną dziś dialogicznością i sztuką zawierania kompromisów.
A przecież Andrzej Bobola został bestialsko zamordowany właśnie dlatego, że na żadną ugodę iść nie chciał, a dialog uznawał za słuszny jedynie wtedy, gdy mógł w jego ramach bez skrępowania głosić prawdy Wiary. Dlaczego więc wciąż nie doczekał się spełnienia prośby i nie dołączył do grona głównych patronów naszej ojczyzny, ale nadal mówimy o nim jako o „drugorzędnym patronie”? Czy znów będzie się musiał o to upomnieć osobiście?
1 maja 2024 r. w sądzie w Beaumont w Teksasie odbędą się ustne argumenty pomiędzy przedstawicielami Pfizer i Departamentu Sprawiedliwości oraz zgłaszającą nieprawidłowości sygnalistką
Czemu to jest ważne?
Argument ustny w systemie sądowym Stanów Zjednoczonych to formalna, zorganizowan@IamBrookJacksona dyskusja między prawnikami obu stron sprawy, a sędzią rozstrzygającym sprawę. Celem argumentu ustnego nie jest przedstawienie nowych dowodów, ale wyjaśnienie punktów zawartych w złożonych pismach i przekonanie sędziów do własnych racji poprzez rozumowanie prawnicze i interpretację prawa. Argument ustny jest częścią procesu apelacyjnego; nie służy do ustalania faktów, ale do badania argumentów prawnych. Zwykle każda strona ma określony czas na przedstawienie swojej sprawy, często od 15 do 30 minut.
W USA argumenty ustne są kluczowe i często decydujące w sądach apelacyjnych i najwyższych, aktywnie angażując sędziów w zadawanie pytań.
Dlaczego sprawa Pfizer vs. Brook Jackson jest tak ważna? Bo może potencjalnie unieważnić immunitet chroniący firmę Pfizer przed pozwami ze strony osób poszkodowanych przez jej produkty. Brook Jackson jest reprezentowana przez dwóch najlepszych prawników w kraju: Roberta Barnesa @barnes_law i Warnera Mendenhalla @MendenhallFirm , którzy pracują pro-bono przeciwko prawnikom Pfizera wspieranym przez miliardową korporację.
Firmę Pfizera reprezentuje Carlton Wessel z DLA Piper, a DOJ reprezentuje Erin Colleran, która wcześniej była odpowiedzialna za nadzorowanie regulacji w FDA w czasie, gdy doszło do zgłoszonego przez Brook Jackson oszustwa w badaniu klinicznym Pfizera. Po trwającym przez ostatnie 3 lata sporze sądowym, Departament Sprawiedliwości dopiero teraz zdecydował się wkroczyć do akcji i próbuje doprowadzić do oddalenia sprawy. Czy postępowanie dowodowe wykaże, że FDA była winna ignorowania oszustw?
Ubiegły tydzień obfitował w reakcje na Dignitas Infinita , nowy dokument Dykasterii Nauki Wiary, na którego czele stoi oszałamiająco niekompetentny kardynał Fernández, którego wiedzy na temat całowania i innych intymności nie trzeba reklamować.
To dość przygnębiające, gdy dokument zaczyna się od zdumiewającego kłamstwa:
Każda osoba ludzka posiada NIESKOŃCZONĄ GODNOŚĆ, niezbywalnie zakorzenioną w samej jej istocie, która panuje w i poza każdą okolicznością, stanem lub sytuacją, jaką dana osoba może kiedykolwiek spotkać.
———————
Żadne stworzenie nie ma jednak nieskończonej godności. To zwykła bzdura. Tylko Bóg ma – lub raczej jest – nieskończoną godnością; a ci, którzy uczestniczą w Chrystusie, mają udział w sposób ostateczny w Jego godności Syna Bożego.
Ci, którzy buntują się przeciwko Bogu, tracą godność moralno-duchową, jaką On im dał, i chociaż zachowują swoją (znowu skończoną) godność metafizyczną jako zwierzęta rozumne, brakuje im godności, dla której zostali stworzeni. Można powiedzieć, że człowiek chrześcijański poprzez uczestnictwo posiada „quasi-nieskończoną” godność – coś, co wykracza poza wszystko inne w porządku materialnego stworzenia.
To, co jest „nieskończone ”, to to, co nie ma granic, definicji ani celu poza sobą (dlatego Bóg słusznie nazywany jest nieskończonym i tylko On).
Jednak godność człowieka jest ściśle związana z jego naturą i jego celem. Gdyby jego godność była nieskończona, nie potrzebowałby Boga ani odkupienia/zbawienia. Rzeczywiście byłby swoim własnym bogiem.
Tak wyglądała rozmowa z aktywistkami z Aborcyjnego Dream Teamu, które przyszły w czwartek pod Sejm. Staliśmy tam przez blisko 12 godzin i przypominaliśmy posłom o obowiązku obrony nienarodzonych dzieci.
Aborcjonistki nie wytrzymywały ciśnienia i próbowały doprowadzić do tego, żebyśmy odeszli spod Sejmu, wyłączyli nagłośnienie, złożyli plakaty, a najlepiej uciekli im z oczu.
Na Różańcu świętym będziemy się modlić wraz z Maryja Królową Polski o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.
BIAŁYSTOK – O godz. 13.30 wyruszymy sprzed Katedry (ul. Kościelna 2), przejdziemy Rynkiem Kościuszki, ul. Lipową do Bazyliki Mniejszej p. w. św. Rocha.
POZNAŃ – początek o godz. 12.30 Msza Święta za Ojczyznę w Sanktuarium Bożego Ciała przy ul. Krakowskiej. Po Mszy Świętej Pokutny Marsz Różańcowy poprowadzi Ojciec Jerzy Garda. Zakończenie u Ojców Franciszkanów w Sanktuarium Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej na Wzgórzu Przemysła.
Pewien posiadacz Tesli został ukarany przez producenta wyłączeniem na tydzień funkcji autopilota. Była to kara za to, że nie trzymał rąk na kierownicy. Sprawa pokazuje jakim zagrożeniem jest posiadanie samochodu, nad którym w każdej chwili ktoś może zdalnie przejąć kontrolę.
„Ludzie z Tesli wyłączyli mi za karę w moim własnym aucie autopilota na tydzień bo według nich nie trzymałem kierownicy. Choć trzymałem dwoma rękoma tylko delikatnie, bo po co ściskać i szarpać jak auto samo jedzie. System uznał, że nie trzymam rąk po raz któryś z rzędu (5 takich „wykroczeń”) i ktoś z Tesli wymyślił, że to będzie inkrementować, bez opcji skasowania, np. po 2 czy 3 dniach licznika. Wiec nigdy nie wiesz kiedy przyjdzie kara” – czytamy w relacji internauty.
„Było to we wtorek tydzień temu gdy jechałem 900km przez Francję, Szwajcarię, Austrię i Niemcy. Cała podróż mi zajęła 15h bo pracowałem zdalnie i stawałem na parkingach na spotkania. Byłem wykończony tego dnia i wtedy kiedy najbardziej potrzebowałem wsparcia przy jechaniu moje wlasne auto mi pokazalo f**ka. Sk***ysyny!” – czytamy dalej.
„Bazując na twoich danych jazdy, autopilot został chwilowo wyłączony” brzmi komunikat
„Poprzedni właściciel, który kupował Teslę w salonie zapłacił za pełnego autopilota (który żadnym autopilotem nie jest) 15 tys euro. Moje auto ma mi służyć i mnie wspierać a nie mnie karać i utrudniać życie. To tylko pokazuje smutną przyszłość motoryzacji, że będą nam zdalnie blokować V-max, uniemożliwiać uruchomienie, czy przejechanie wiecej niz np 100km, bo dlaczego nie? Albo nie otworzysz bagażnika, bo może granatnik będziesz chciał przewieźć. Dyktatury wszelkie będą zachwycone autami podpiętymi na stałe do internetu.” – kończy internauta.
I rzeczywiście, abstrahując od tego czy rzeczywiście trzymał ręce na kierownicy czy nie – bo na tym tle może powstać dyskusja – możliwość zdalnej ingerencji w samochód wygląda przerażająco. Tutaj wyłączono „tylko” autopilota za którego producent wziął bardzo dużo pieniędzy. Co jednak się stanie, gdy pomysły władz pójdą w stronę wyłączania samochodu za niezapłacone mandaty lub podatki?
Pozostanie nam powrót do starych, sprawdzonych samochodów – i taki Citroën 2CV okaże się być nie tylko sposobem na powolną podróż przez życie, ale też bardzo niezależną.
Samochód był zawsze symbolem wolności. Teraz, powoli, staje się synonimem zależności lub jak kto woli niewolnictwa.
Już za dwa tygodnie, od 1 maja, każdy szpital w Polsce ma obowiązkowo zatrudniać płatnego mordercę dzieci – ogłosiła kilka dni temu Minister Zdrowia Izabela Leszczyna.
Ma to być kat bez sumienia, który „na telefon” przyjedzie do szpitala, aby na żądanie zamordować dziecko w łonie matki. Jak powiedziała szefowa Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy: „z pewnością znajdą się chętni” do tej morderczej pracy, za którą zapłacą wszyscy Polacy z podatków. Co więcej, najemny rzeźnik dzieci ma znajdować się pod specjalną ochroną prawną Związku Zawodowego, która ma gwarantować mu swobodę zabijania każdego dziecka oraz obronę przed naciskami. To wszystko ma się dziać już teraz, jeszcze zanim aborcyjna koalicja przeforsuje aborcyjne projekty ustaw przez Sejm! Tylko zdecydowany opór społeczny może powstrzymać te zbrodnicze plany. Od tego, jak zareagują Polacy w swoich miastach, zależy życie milionów dzieci i przyszłość naszego narodu. Musimy walczyć i mobilizować się do działania!
1 maja br. ma wejść w życie rozporządzenie Ministra Zdrowia, które będzie nakładać na szpitale obowiązek zatrudnienia „lekarza” wyspecjalizowanego wyłącznie w dokonywaniu aborcji. Jak powiedziała Minister Zdrowia Izabela Leszczyna:
„Nie obchodzi mnie, jaki lekarz to zrobi. Dyrektor szpitala może zawrzeć umowę z lekarzem spoza szpitala, który na telefon przyjedzie i dokona terminacji ciąży.”
Innymi słowy – będzie to płatny zabójca na zlecenie. Zdaniem Grażyny Cebuli-Kubat, szefowej Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy (OZZL), jest to sposób na ominięcie prawnych problemów aborcjonistów związanych z klauzulą sumienia i ewentualnymi protestami lekarzy zmuszanych do wykonywania aborcji. Do czasu przepchnięcia pro-aborcyjnych ustaw przez Sejm aborcję będą po prostu wykonywać najemnicy bez sumienia, którzy nie będą się zasłaniać klauzulą. Zdaniem szefowej OZZL do tego zadania:
„z pewnością znajdą się chętni zarówno wśród medyków, którzy zdobyli doświadczenie w dawnych latach, jak też wśród młodych lekarzy, którzy chcą pomagać swoim pacjentkom”.
Docelowo, po zmianie prawa, do mordowania dzieci mają zostać zmuszeni wszyscy lekarze w Polsce. Minister Zdrowia powiedziała również, że szpitale mają obowiązek respektować zaświadczenia od psychiatrów dotyczące wskazań do zamordowania dziecka ze względu na „zdrowie psychiczne” jego matki. Izabela Leszczyna zagroziła, że za nieprzestrzeganie tej zasady szpitalowi będzie grozić utrata kontraktu z NFZ.
Zaświadczenie o tym, że ciąża zagraża bliżej niesprecyzowanemu „zdrowiu psychicznemu” pro-aborcyjni lekarze wystawiają każdej chętnej kobiecie, która się do nich zgłosi. W ten sposób de facto legalna jest obecnie w Polsce aborcja na życzenie do końca ciąży. Wystarczy zgłosić się do szpitala z odpowiednim dokumentem.
Proszę tę rzeczywistość zestawić z żądaniami Ministerstwa Zdrowia.
W każdym szpitalu w Polsce ma zostać zatrudniony płatny morderca bez sumienia, który ma „na telefon” stawiać się w placówce i zabijać dziecko, respektując przy tym zaświadczenia od pro-aborcyjnych psychiatrów. To legalna, opłacana przez NFZ, systemowa aborcja na żądanie do 9 miesiąca ciąży!
Chodzi o to, aby w ten sposób przygotować i „rozgrzać” maszynę śmierci, której zadaniem będzie masowa eksterminacja polskich dzieci.
W piątek 12 kwietnia Sejm większością głosów poparł szereg pro-aborcyjnych projektów, których celem jest upowszechnienie aborcji. Jak już informowaliśmy i analizowaliśmy, projekty ustaw opracowane przez rząd Donalda Tuska i lewicę zawierają identyczne założenia wobec Polaków, co hitlerowskie instrukcje dotyczące traktowania podludzi na terenach okupowanych – celem jest wymordowanie jak największej liczby poczętych dzieci i doprowadzenie do ostatecznej zagłady demograficznej narodu Polskiego.
Jednak dopóki projekty nie zostały ostatecznie przyjęte, rząd Tuska próbuje osiągnąć ten sam cel, tylko innymi środkami i metodami. Robi to za pomocą:
– uławiania aborcyjnych procedur (wymuszanie respektowania zaświadczeń od pro-aborcyjnych psychiatrów), – nakładania na szpitale obowiązku zatrudniania płatnych morderców, – roztaczania ochrony prawnej nad katami dzieci w łonach matek.
Szefowa Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy mówi otwarcie, że już teraz znajdą się chętni „lekarze” do abortowania polskich dzieci. Aborcjoniści mają więc już katów, ochronę prawną i de facto legalną aborcję na żądanie. Teraz potrzebują „pacjentek”.
Dlatego w mediach głównego nurtu oraz na platformach społecznościowych trwa bombardowanie Polaków propagandą, której celem jest oswojenie naszego społeczeństwa z aborcją i namówienie kolejnych kobiet do mordowania swoich dzieci. Szczególnie narażone są młode dziewczęta i nastolatki, do których kierowane są specjalne reklamy i treści w mediach społecznościowych, mające setki tysięcy wyświetleń.
Już dzisiaj Polki i Polacy z powodu anty-dziecięcej propagandy nie mają dzieci i nie chcą mieć dzieci. W 2023 roku urodziło się w Polsce najmniej dzieci w historii pomiarów dzietności.
Aktywiści aborcyjni i usłużni im politycy chcą teraz, aby każde z coraz mniej licznych dzieci poczętych w łonach matek było domyślnie przeznaczone do likwidacji. Aborcja ma stać się domyślną, standardową opcją sugerowaną w trakcie wizyty kobiety w ciąży u ginekologa. Pigułki poronne i aborcyjne mają być powszechnie dostępne do kupowania jak cukierki. Zamordowanie dziecka przez aborcje ma być traktowane jak prosty „zabieg”.
Nasze jutro zależy od tego, co my wszyscy zrobimy dzisiaj. Ochrona polskich dzieci i rodzin zależy od mobilizacji naszego społeczeństwa. Od tego, czy każdy z nas stanie do walki, czy będzie biernie patrzył z boku.
W ciągu ostatnich dwóch tygodni z inicjatywy naszej Fundacji odbył się w Warszawie Marsz w obronie dzieci. Po raz pierwszy zorganizowaliśmy, dzięki zaangażowaniu lokalnych wolontariuszy, publiczny różaniec w intencji powstrzymania aborcji w Krośnie. Duża akcja informacyjna połączona z modlitwą odbyła się również w Elblągu. W Rzeszowie zorganizowaliśmy uliczną kampanię informacyjną. W Olkuszu kolejną publiczną modlitwę w centrum rynku. Publiczne różańce i akcje informacyjne odbyły się także m.in. w Szczecinie, Koszalinie, Słupsku, Toruniu, Włocławku, Gdańsku, Gdyni, Sopocie, Łodzi, Krakowie, Olsztynie i Szczytnie.Mordercze plany aborcyjnej koalicji nie wejdą w życie, jeśli napotkają stanowczy opór społeczny. Potrzebne są przede wszystkim kolejne oddolne, lokalne działania. Ich celem jest wywieranie presji w swoim miejscu zamieszkania i docieranie do kolejnych osób z prawdą o aborcji, a także modlitwa o powstrzymanie mordowania dzieci w Polsce. Już wkrótce w każdym szpitalu ma zostać zatrudniony płatny morderca. To, czy będą oni mordować dzieci, zależy m.in. od tego, jak na upowszechnianie aborcji zareagują w swoim mieście lokalne społeczności, grupy, wspólnoty, organizacje, stowarzyszenia, diecezje, parafie, a także poszczególne osoby mające wpływ na innych (a każdy ma taki wpływ na swoje otoczenie!). Panie MirosĹ‚awie, musimy mobilizować się do walki! W tym celu istnieje nasza Fundacja Pro-Prawo do Życia. Nasi wolontariusze i koordynatorzy pomagają kolejnym osobom z całej Polski działać w swoim miejscu zamieszkania. Kolejne publiczne różańce, akcje informacyjne, kampanie billboardowe – dzięki temu w sposób niezależny docieramy do innych z prawdą o aborcji. W najbliższym czasie potrzebujemy na te działania ok. 20 000 zł. Już wkrótce przedstawimy także konkretne rozwiązania, z których przy naszej pomocy każda chętna osoba będzie mogła skorzystać. Możemy powstrzymać aborcję w Polsce. Aby tak się stało, musimy być konsekwentni i nieustępliwi w modlitwie oraz działaniu w obronie życia. Dlatego proszę Pana o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest dla Pana w obecnej sytuacji możliwa, żeby umożliwić nam przeprowadzenie działań w kolejnych regionach Polski, których celem jest mobilizacja naszego społeczeństwa do walki o życie. Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Zatrudnienie płatnego zabójcy, który „na telefon” przyjedzie zamordować dziecko – taki już wkrótce ma być obowiązek dla każdego szpitala. Musimy się temu stanowczo przeciwstawić!
Nasza Fundacja organizuje opór w całym kraju i mobilizuje kolejne osoby do działania. Proszę Pana o wsparcie naszej walki. Z wyrazami szacunku Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków stronazycia.pl
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 16 kwietnia 2024
Kiedy ten numer [NCz] ukaże się w sprzedaży, będzie już „po harapie”, to znaczy – po, wyborach do samorządu terytorialnego. W następstwie tego konkursu zostanie obsadzonych wiele synekur, spośród których część trzeba uznać za uzasadnioną, ale pozostałą część za całkowicie zbędną, bo synekury te obsadzane są wyłącznie ze względów politycznych i socjalnych – żeby stworzyć żerowisko dla zaplecza ugrupowań politycznych, które w przeciwny razie musiałyby żywić one same. W ten sposób część kosztów żerowiska przerzuca się na podatników, którzy cierpią podwójnie; po pierwsze dlatego, że muszą utrzymywać rzeszę swoich dobroczyńców, a po drugie – że ci dobroczyńcy, wśród których większość, to ludzie przyzwoici i uczciwi, którzy chcą swoim podopiecznym przychylić nieba – i to jest właśnie najgorsze. Gdyby nic nie robili, tylko brali pieniądze, to jakoś można by to znieść. Tymczasem – ponieważ są przyzwoici i uczciwi – to skoro już biorą pieniądze, pragną coś zrobić – i to właśnie jest najgorsze nie tylko ze względu na koszty, ale ze względu na udrękę, jakiej dostarczają obywatelom te dobrodziejstwa. Nie mówię tu o wariatach, pod władzę których dostała się np. Warszawa, ale o zwyczajnych, psychicznie zdrowych samorządowcach powiatowych i wojewódzkich.
Szczypta historii
Za pierwszej komuny samorządu terytorialnego nie było, a sprawami terytorialnymi zajmowały się „rady narodowe”, wykonujące – jak brzmiała wymyślona na tę okoliczność formuła – „uprawnienia płynące z własności państwowej”. Kiedy jednak Amerykanie do spółki z Sowietami uzgodnili warunki sławnej transformacji ustrojowej, które następnie przekazali generałowi Kiszczakowi do wykonania, jednym z jej elementów było reaktywowanie samorządów gminnych w gminach wiejskich i miejskich. Żeby te samorządy miały czym zarządzać, Sejm przyjął ustawę o „komunalizacji” części własności państwowej. W ten sposób samorządy w gminach wiejskich i miejskich stały się właścicielem część mienia dawniej państwowego. Miało to, nawiasem mówiąc, swoje konsekwencje. Otóż kiedy w latach 90-tych pojawiło się w Niemczech Powiernictwo Pruskie, które zaczęło wysuwać wobec Polski rozmaite pretensje, podjęliśmy inicjatywę, której celem było zablokowanie możliwości realizowania tych roszczeń. Chodziło m.in. o tzw. użytkowanie wieczyste – komunistyczną namiastkę prawa własności. Otóż na Ziemiach Zachodnich obywatele polscy byli wieczystymi użytkownikami posiadanych przez siebie nieruchomości, podczas gdy ich właścicielem, na podstawie ustawy o komunalizacji mienia, były samorządy gminne. – ale w księgach wieczystych figurowali dawni właściciele niemieccy. Z naszej, to znaczy – UPR i Partii Republikańskiej, a konkretnie – posła Jerzego Eysymonta inicjatywy, we wrześniu 1997 roku Sejm uchwalił ustawę o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego w prawo własności. Niestety została ona skutecznie zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego przez jeden z samorządów gminnych, który podniósł, że Sejm – owszem – może szarogęsić się w przypadku własności państwowej, ale nie w przypadku własności samorządowej.
Jedną z czterech wiekopomnych reform charyzmatycznego premiera Jerzego Buzka, który do spółki z Leszkiem Balcerowiczem objął ster rządów w roku 1997, była reforma samorządowa. Chodziło o to, że rząd SLD-PSL, władający naszym nieszczęśliwym krajem w latach 1993-1997, oskarżany był nie bez słuszności o „zawłaszczenie państwa”. Polegało oni na obsadzeniu przez członków zaplecza politycznego obydwu partii wszelkich możliwych synekur, wskutek czego po wyborach wygranych przez AW”S” i UW nie było żadnych synekur dla zaplecza politycznego tych partii. Nie było tedy innego wyjścia, jak wszczepić w zezwłok Rzeczypospolitej mnóstwo nowych synekur – i dlatego między innymi charyzmatyczny premier Buzek dodał dwa dodatkowe szczeble samorządu terytorialnego: samorządy powiatowe i wojewódzkie. Zaczęło się szukanie jakichś kompetencji, dla tych dwóch szczebli – no bo jużci – skoro już powstały, to trzeba było stworzyć dla nich przynajmniej jakieś pozory niezbędności. I tak już zostało aż do dnia dzisiejszego.
Co z tym fantem zrobić?
Nie ma żadnego powodu, by ten eksperyment rozpoczęty przez charyzmatycznego premiera Buzka kontynuować. Żeby jednak nie ograniczyć się tylko do likwidacji zbędnych elementów biurokratycznej struktury, spróbujmy uczynić z samorządów gminnych i miejskich instrument wymuszania na politykach dbałości o gospodarkę i interes obywateli. Na gruncie obecnych regulacji samorządy takiej roli odegrać nie mogą, między innymi dlatego, że ich uprawnienia fiskalne są zmarginalizowane przez rząd. To on jest głównym poborcą podatkowym i ciurka samorządom pieniądze odebrane podatnikom na tzw. zadania zlecone, wskutek czego samorządy są w większości pozadłużane, niekiedy poza granice bezpieczeństwa. Pomysł reformy polega na tym, by tę zależność odwrócić. Głównym poborcą podatkowym powinny być gminy wiejskie i miejskie, a samorządy powiatowe i wojewódzkie, jako istniejące wyłącznie ze względów socjalnych, należałoby zlikwidować.
Gmina ściągałaby ze swego terenu wszystkie podatki, a następnie musiałaby zapłacić z tego składkę na państwo, której wysokość ustalana byłaby każdego roku przez Sejm. Jeśli gmina zapłaciłaby składkę na państwo, to reszta pieniędzy pozostawałaby do jej dyspozycji. Jeśli nie byłaby w stanie tej składki zapłacić – jako niezdolna do samodzielnego istnienia musiałaby zostać rozparcelowana między gminy sąsiednie, a miejscowi dygnitarze straciliby posady. W ten sposób samorząd gminny zostałby zmuszony do służenia swoim podatnikom i konkurowania o nich z sąsiednimi gminami, bo miałby tylko tyle pieniędzy, ilu miałby podatników na swoim terenie. W ten sposób można by wymusić na samorządowcach nie tylko dbałość o własny interes, ale również – a może nawet przede wszystkim – o interes gospodarki, no i o interes obywateli.
Jak chronić samorząd przed rządem?
Ale władze centralne mogłyby bez trudu zniweczyć skutki tej reformy, na przykład ustanawiając składkę na państwo na tak wysokim poziomie, że wydrenowałyby z gmin wszelkie środki. Czy jest jakiś sposób, żeby temu zapobiec? W tym celu musielibyśmy nieznacznie zmienić system wyborów do Senatu. W tej chwili Senat nie wiadomo, po co właściwie istnieje – bo istnieje tylko siłą inercji po ustaleniach w Magdalence, że o ile w Sejmie komuna miała przewagę, to w Senacie już sobie tej przewagi nie zagwarantowała. Ale tamte ustalenia, przynajmniej w kwestii procentowego udziału w Sejmie, już dawno nie obowiązują, więc nie wiadomo właściwie dlaczego Senat jeszcze istnieje.
Tymczasem gdybyśmy nieznacznie zmienili sposób wyborów do Senatu, można byłoby dzięki temu uczynić z niego sprawny instrument ochrony autonomii finansowej i wszelkiej innej samorządów gminnych przed zakusami władz centralnych.
Obecnie czynne prawo wyborcze do Senatu mają obywatele posiadający czynne prawo wyborcze do Sejmu. Należałoby to czynne prawo wyborcze do Senatu ograniczyć do tzw. „obywateli kwalifikowanych”, a więc takich, którzy sami piastują funkcje publiczne z wyboru.
Takie ograniczenie obowiązuje np. we Francji i nikt jej z tego powodu nie oskarża o deficyt demokracji. Kto by w takiej sytuacji wybierał senatorów? Przede wszystkim członkowie samorządów gminnych. Senatorowie wybrani przez takich wyborców, to znaczy – instynkt samozachowawczy by im podpowiedział, że muszą dbać o interesy samorządów gminnych. W przeciwnym razie musieliby pożegnać się z nadziejami na ponowny wybór. A ponieważ Senat bierze udział w procesie legislacyjnym, to mógłby skutecznie opierać się wprowadzaniu przez Sejm składki na państwo na poziomie zaporowym, podobnie jak wszelkim innym próbom ustawowego ograniczania, czy likwidowania autonomii samorządu gminnego. A pilnowanie, by rząd nie był rozrzutny, leży w interesie obywateli i w interesie gospodarki.
Jak widzimy, taki sposób naprawy Rzeczypospolitej nie przekracza możliwości umysłu ludzkiego i jest możliwy do przeprowadzenia bez potrzeby robienia jakiejś chaotycznej rewolucji. Trudność, której nie na się usunąć, może się objawić w postaci oporu członków samorządów powiatowych i wojewódzkich przed likwidacją tych dwóch zbędnych szczebli, no i Umiłowanych Przywódców w Sejmie, który – po pierwsze – mogliby zwyczajnie nie zrozumieć o co tu chodzi, a jeśli nawet by zrozumieli, to nie chcieliby uszczuplić swoich przywilejów: „my tutaj rządzim my dzielim; bez nas by wszystko diabli wzięli” – pisał poeta w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”. Ciekawe, czyj interes zwycięży.
Chińczycy wysyłają do Europy tysiące samochodów elektrycznych, ale ponieważ nikt ich już nie chce, gromadzą się w ogromnych ilościach w portach.
Donosi o tym Financial Times:Europejskie porty są zatłoczone tysiącami nowych chińskich samochodów elektrycznych zaparkowanych na placach; niektóre są tam nawet od ponad roku.
Aborcyjna polityka Hitlera w okupowanej Polsce i sytuacja w II RP
Szczegóły Autor: Stanisław Bartnik Opublikowano: 15 marzec 2023
Minęło 80 lat od kiedy Adolf Hitler wprowadził na terenie okupowanej przez Niemców Polski „prawo” do nieograniczonego zabijania poczętych polskich dzieci. Stało się to 9 marca 1943 roku.
Po klęsce Polski we wrześniu 1939 roku, Urząd Polityki Rasowej NSDAP wydał dokument, w którym określał politykę nazistowskich Niemiec wobec Polaków:
„Wszystkie środki, które służą ograniczeniom rozrodczości, powinny być tolerowane albo popierane. Spędzenie płodu [czyli aborcja] musi być na pozostałym obszarze Polski niekaralne. Środki służące do spędzania płodu i środki zapobiegawcze mogą być w każdej formie publicznie oferowane, przy czym nie może to pociągać za sobą jakichkolwiek policyjnych konsekwencji.”
W 1942 r. Hitler odnośnie aborcji dla Polek wypowiedział się w następujący sposób:
„W obliczu dużych rodzin tubylczej ludności, jest dla nas bardzo korzystne, jeśli dziewczęta i kobiety mają możliwie najwięcej aborcji”.
W podobnym tonie wypowiadał się sekretarz Hitlera Martin Bormann: „płodność Słowian jest niepożądana. Niech używają prezerwatyw albo robią skrobanki [aborcje] – im więcej, tym lepiej.”
Doprowadziło to do wprowadzenia 9 marca 1943 roku na okupowanych przez Niemcy terenach II RP „prawa” do nieograniczonego zabijania poczętych polskich dzieci oraz do zniesienia karalności za aborcję.
Do 1932 roku aborcja była w Polsce formalnie zakazana i teoretycznie karana. Od 1932 roku wprowadzono dwa wyjątki od tej zasady i aborcję na dzieciach można było legalnie wykonywać w przypadku podejrzenia zagrożenia zdrowia matki lub gwałtu.
Niemal identycznie przepisy wyglądają w Polsce dzisiaj, w 2023 roku. Warto zauważyć, że aborcyjne prawo wprowadzone w 1932 roku było na tamte czasy jednym z najbardziej proaborcyjnych na świecie. Bardziej liberalny od Polski w kwestii aborcji był tylko Związek Radziecki.
W okresie międzywojennym aborcja była w Polsce szeroko rozpowszechniona. Wedle dostępnych szacunków, liczba zamordowanych dzieci w poszczególnych latach mogła wynosić ok.:
W 1922 roku – 256 tys. aborcji, W 1926 roku – 320 tys. aborcji, W 1932 roku – 404 tys. aborcji, W 1937 roku – 513 tys. aborcji, W 1938 roku – 498 tys. aborcji.
W tym kontekście wstrząsająca jest relacja Adama Jóźwika, więźnia niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz, w którym przebywał razem ze św. Maksymilianem Kolbe:
„Czułem się bardzo szczęśliwy, że los złączył mnie z ojcem Kolbe. Przebywaliśmy w jednym bloku 14A, gdzie w międzyczasie zamieszkałem (…) Ojciec Maksymilian w wolnych chwilach prowadził rozmowy z więźniami na różne ciekawe, naukowe tematy.
Pamiętam, jak pocieszaliśmy się kiedyś, że wojna niedługo się skończy, że Niemcy zostaną pokonani. On nie podzielał naszego optymizmu. Mówił, że wojna nie tak szybko się skończy, jak ludzie myślą. Wojny łatwo się zaczynają, ale niełatwo kończą, a w tej wojnie zginie nas Polaków około 6 milionów.
Po wojnie dowiedziałem się, że zginęło ponad 6 milionów. Pytaliśmy ojca Kolbe, na czym opiera takie przypuszczenia, wróżby?
Odpowiedział krótko: aż strach powtarzać, w okresie międzywojennym zginęło w Polsce około 6 milionów nienarodzonych dzieci.”
Według Fundacji Pro-Prawo do życia opozycja dąży do wprowadzenia prawa na wzór Hitlera, czyli nieograniczonej aborcji na życzenie.
Pokutny Marsz Różańcowy w każdą trzecią środę miesiąca. Zaczyna się Mszą Św. o 18.00 w intencji Ojczyzny w kościele Matki Bożej Bolesnej i św. Wojciecha. Marsz wiedzie wokół Uniwersytetu Opolskiego, dalej do Ratusza i na pl. Wolności, kończy się przy katedrze pod figurą bł. Księdza Popiełuszki. Często prowadzi Ojciec Ryszard (Jezuita). Pokutny Marsz Różańcowy w każdą trzecią środę miesiąca. Zaczyna się Mszą Św. o 18.00 w intencji Ojczyzny w kościele Matki Bożej Bolesnej i św. Wojciecha. Marsz wiedzie wokół Uniwersytetu Opolskiego, dalej do Ratusza i na pl. Wolności, kończy się przy katedrze pod figurą bł. Księdza Popiełuszki. Często prowadzi Ojciec Ryszard (Jezuita)
Straż Graniczna zatrzymała w Gdańsku 25-letnią “uchodźczynię” z Ukrainy, która trudniła się fałszowaniem polskich dokumentów urzędowych. W jej mieszkaniu zabezpieczono 2750 szt. “lewych” papierów. Gdyby wszystkie dokumenty trafiły do obrotu, polski skarb państwa straciłby nawet 14,5 miliona złotych.
Ukrainka fałszowała dokumenty przez kilak miesięcy, od stycznia 2024 roku. W miejscu jej zamieszkania na masową skalę podrabiano i przerabiano dokumenty, m.in. karty pobytu, polskie i zagraniczne dowody osobiste, prawa jazdy, paszporty i wizy. Według śledczych, pojedyncze dokumenty na czarnym rynku kosztowały nawet kilka tysięcy euro, w zależności od ich rodzaju oraz stopnia podrobienia. Komplet kosztował 11 tys. euro.
Strażnicy graniczni znaleźli sprzęt niezbędny do wytworzenia tego rodzaju dokumentów w postaci polskich pieczęci konsularnych, pieczęci urzędów wojewódzkich, egzaminatorów praw jazdy, lekarzy i policji. Były tam także gotowe pakiety z dokumentami przygotowane do wysyłki dla odbiorców zlokalizowanych na całym świecie. “Nie zabrakło również sprzętu w postaci laptopów, telefonów komórkowych, drukarek, gilotynek czy lampy do zdjęć” – informuje SG.
W trakcie przeszukania zatrzymano również śladowe ilości narkotyków, małą wagę oraz 23 tys. złotych w gotówce. Prowadzone czynności to konsekwencja zatrzymania obywatela Iraku, do którego doszło na początku lutego 2024 roku na gdańskim lotnisku. Mężczyzna usiłował wówczas przekroczyć granicę na podstawie sfałszowanych rumuńskich dokumentów: paszportu, dowodu osobistego i prawa jazdy.
Podejrzana o popełnienie przestępstwa Ukrainka została doprowadzona do Prokuratury Rejonowej Gdańsk Oliwa, gdzie usłyszała zarzuty podrabiania dokumentów. Grozi jej do pięciu lat pozbawienia wolności. Prokurator zastosował wobec niej środki zapobiegawcze w postaci dozoru policji oraz zakazu opuszczania kraju.
=========================================
mail:
<<Strażnicy graniczni znaleźli sprzęt niezbędny do wytworzenia tego rodzaju dokumentów w postaci polskich pieczęci konsularnych, pieczęci urzędów wojewódzkich, egzaminatorów praw jazdy, lekarzy i policji.>>
WHO wykorzystała pandemię jako fałszywy pretekst, aby wprowadzić szczepienia wszystkich narodów świata. Przygotowano plan mający na celu skrócenie czasu opracowywania szczepionek, co zwykle trwa ponad dziesięć lat, do mniej niż jednego roku. Operacja Warp Speed. Operację tę wykorzystano do ukrycia błędnych przekonań na temat szczepionek genetycznych. Pod pretekstem oszczędności czasu wybrano niezwykle niebezpieczną metodę.
−∗−
Japoński profesor wygłasza oszałamiające przesłanie, które każdy powinien usłyszeć
https://rumble.com/embed/v4m5g2o/?pub=4
TRANSKRYPCJA
Dziękuję bardzo za umożliwienie mi wygłoszenia mojego przesłania na temat łamania praw człowieka w czasie pandemii Covid-19. Nazywam się Masayasu Inoue i jestem emerytowanym profesorem Szkoły Medycznej Uniwersytetu w Osace. Moją specjalnością jest medycyna i patologia molekularna.
WHO wykorzystała pandemię jako fałszywy pretekst, aby wprowadzić szczepienia wszystkich narodów świata. Przygotowano plan mający na celu skrócenie czasu opracowywania szczepionek, co zwykle trwa ponad dziesięć lat, do mniej niż jednego roku. Operacja Warp Speed. Operację tę wykorzystano do ukrycia błędnych przekonań na temat szczepionek genetycznych. Pod pretekstem oszczędności czasu wybrano niezwykle niebezpieczną metodę.
Chodzi tu o domięśniowe wstrzykiwanie genów wirusowych w celu wytworzenia toksycznych białek kolczastych bezpośrednio w tkankach ludzkich w celu stymulacji układu odpornościowego. Ponieważ jest to metoda całkowicie nowa i błędnie przemyślana, która nigdy wcześniej w historii ludzkości nie była stosowana, dlatego większość lekarzy nie jest w stanie udzielić informacji dla zapewnienia prawidłowej świadomej zgody. Jednak w wyniku nieodpowiedzialnych kampanii rządowych i medialnych promujących te szczepionki, 80% Japończyków zostało zaszczepionych.
Niestety, jak dotąd podano siedem dawek. To najwięcej na świecie. Rezultatem było wywołanie strasznych powikłań spowodowanych preparatami, jakich nigdy w historii ludzkości nie widziano.
Uważam, że oszukańcze stosowanie eksperymentalnej terapii genowej u zdrowych ludzi, w szczególności u zdrowych dzieci, stanowi skrajne pogwałcenie praw człowieka. Jednakże Keizo Takemi, japoński minister zdrowia, pracy i opieki społecznej, upierał się, że nie ma poważnych obaw związanych ze szkodami spowodowanymi przez szczepionki genetyczne. I nie wyciągając wniosków z obecnej sytuacji poszkodowanych pacjentów, planują zbudować nowy system produkcji szczepionek w ramach przygotowań na kolejną pandemię. To niewiarygodna, szalona sytuacja.
Japoński rząd jako pierwszy na świecie zatwierdził nowy rodzaj szczepionki zwanej szczepionką samoreplikującą się i planuje rozpocząć jej dostarczanie jesienią i zimą. Ministerstwo Gospodarki, Handlu i Przemysłu przyznaje na ten projekt ogromną kwotę dotacji. W Japonii jedna po drugiej powstają fabryki produkujące nowe szczepionki. Odwiedziłem te fabryki bezpośrednio.
Co więcej, rząd Japonii zabiega obecnie o badania kliniczne na dużą skalę o wartości 900 milionów dolarów od firm farmaceutycznych, które podejmują wyzwanie opracowania szczepionek w celu przygotowania się na kolejną pandemię Choroby X przedstawioną podczas tegorocznej konferencji w Davos. Spekuluje się, że ruch japońskiego rządu jest częścią 100-dniowej misji CEPI Coalition for Epidemic Preparedness Innovation, której celem jest skrócenie do jednej trzeciej prędkości operacji Warp Speed. Mianowicie próbują skrócić cykl wprowadzenia szczepionek, opracowując preparat w ciągu stu dni. Jest to możliwe jedynie poprzez ignorowanie praw człowieka.
Poprawki do WHO, Międzynarodowych Przepisów Zdrowotnych (IHR) i tak zwanego Traktatu Pandemicznego, które mają zostać wkrótce przyjęte na tegorocznym 77. Światowym Zgromadzeniu Zdrowia, próbują nadać racjonalność i prawnie wiążącą moc takim nienaukowym i niebezpiecznym, szalonym planom.
Jeśli taka sytuacja będzie się utrzymywać, istnieje wysokie ryzyko, że szczepionki wyprodukowane w Japonii będą eksportowane pod płaszczykiem fałszywego zaufania. Gdyby Japonia dopuściła się [wytworzenia] tych szczepionek, pozostawiłoby to nieodwracalne szkody przyszłym pokoleniom. Dlatego działania japońskiego rządu MUSZĄ ZOSTAĆ POWSTRZYMANE poprzez współpracę międzynarodową.
Choć minęły już trzy lata, odkąd zacząłem wygłaszać wykłady mające na celu edukowanie Japończyków na temat zagrożeń związanych ze szczepionkami, nadal trudno jest przebić się przez bariery mediów głównego nurtu. Jeśli na YouTube powiemy prawdę o szczepionkach, zostanie to usunięte w ciągu jednego dnia. Rzeczywistość jest taka, że niemal codziennie mamy do czynienia z cenzurą i tłumieniem wypowiedzi.
Dlatego też pokładałem nadzieję w wydaniu książki z ostatnią wersją przemówienia i opublikowałem książkę pod tytułem „Wycofać się z WHO”. Trudno zatrzymać ten ruch, gdyż obecnie nie ma nadziei na polityczną zmianę sytuacji japońskiego rządu. Przesłanie, które chciałbym przekazać światu, jest takie, że gdy w przyszłości wystąpi Choroba X, nigdy nie należy ufać szczepionce opracowanej w krótkim czasie i wyprodukowanej w Japonii. Wszystko w celu ochrony praw człowieka w przypadkach wykraczających poza granice państwowe.
Wierzę, że dzielenie się prawdą z innymi krajami jest bardzo ważne i że jest to krok w stronę jedności i solidarności. Tylko poprzez proces wymiany informacji pomiędzy wszystkimi krajami świata możemy odnaleźć nadzieję pośród rozpaczy. Mam nadzieję, że moje oświadczenie pomoże wam wszystkim chronić swoje zdrowe życie i swoją rodzinę. Dziękuję bardzo za uwagę.
Narodowy Fundusz Zdrowia przekazał Najwyższej Izbie Kontroli pierwsze informacje o wykonaniu wniosków z kontroli dotyczącej tzw. dodatków covidowych. NFZ ustalił, że nienależnie przekazano środki finansowe na dodatki do wynagrodzeń pracowników ochrony zdrowia z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 w łącznej kwocie 35 mln zł.
Jak przekazała w poniedziałek NIK, w odpowiedzi na wystąpienie pokontrolne centrala NFZ poinformowała, iż podjęła pierwsze działania w sprawie realizacji wniosków NIK dotyczących nieprawidłowości przyznawania i wypłacania dodatków covidowych.
„W wyniku kontroli przeprowadzonych w oddziałach wojewódzkich NFZ ustalił, że nienależnie przekazano środki finansowe na dodatki do wynagrodzeń pracowników ochrony zdrowia z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 w łącznej kwocie 35 mln zł (wg stanu na 15 marca 2024 r.), z czego odzyskano 25 mln zł, a sprawy o odzyskanie kwoty niemal 10 mln zł skierowano na drogę postępowania sądowego” – poinformowano.
We wrześniu ubiegłego roku Najwyższa Izba Kontroli negatywnie oceniła realizację poleceń ministra zdrowia w sprawie dodatkowych świadczeń pieniężnych przyznawanych w związku z przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, czyli tzw. dodatków covidowych. W latach 2020-2021 wydano na nie blisko dziewięć mld zł.
W ocenie NIK minister zdrowia i prezes NFZ nieprawidłowo i nieskutecznie nadzorowali zarówno przygotowanie jak i realizację poleceń. Zaniechali również kontroli prawidłowości przyznawania i wypłacania dodatków covidowych oraz nie reagowali na nieprawidłową realizację umów w sprawie dodatków przez szpitale i stacje pogotowia ratunkowego.
W wyniku kontroli NIK ustaliła, że minister zdrowia dopuścił do wystąpienia istotnych wad systemu przyznawania dodatków covidowych, które spowodowały m.in. wypłatę dodatków osobom nieuprawnionym (np. w oddziałach „niecovidowych” za kontakt z pacjentem tylko podejrzanym o zakażenie wirusem SARS-CoV-2).
Stwierdzono, że przyznawano dodatki kilkukrotnie tej samej osobie za dany miesiąc ponad limit 15 tys. zł (nawet 41,5 tys. zł miesięcznie), w kwocie 15 tys. zł pomimo zaledwie kilkuminutowego czy jednorazowego wykonywania świadczeń zdrowotnych również wobec pacjentów tylko podejrzanych o zakażenie wirusem SARS-CoV-2 oraz nawet 31 osobom personelu medycznego przypadającym na jedno łóżko covidowe, czy też 23 osobom na pacjenta.
Według kontroli minister zdrowia dopuścił do wystąpienia istotnych wad systemu przyznawania dodatków covidowych, z których najważniejsze dotyczyły m.in. niejednoznacznego określenia warunku przyznania dodatków, nieprecyzyjnego określenia pojęcia szpitala III poziomu zabezpieczenia, a także nieprecyzyjnego określenia warunków i zasad przyznawania dodatków, co wymagało udzielania przez Ministerstwo Zdrowia licznych wyjaśnień, informacji i interpretacji (zawartych m.in. w 876 pismach).
Najwyższa Izba Kontroli wnioskowała m.in. o przeprowadzenie przez Narodowy Fundusz Zdrowia, w tym przez oddziały wojewódzkie, kontroli w prawidłowości realizacji przez podmioty lecznicze umów w sprawie dodatków covidowych.