Zasada władzy. Emanuel Małyński.

Zasada władzy

15 października 2024 salontradycjipolskiej.pl/zasada-wladzy

Rewolucja 1830 roku we Francji obaliła prawowitego króla rządzącego „z łaski Bożej”, władcę którego sam Bóg powinien był wezwać do siebie, a jeśli nie, to jego prawowitego następcę. Taki następca był już wyznaczony, a jednak wybrano kogoś innego.Ten nowy następca ucieleśniał mentalność „dobrego środka”, burżuazyjną i przeciętną mentalność par excellence. Opowiadał się jednoznacznie za tradycją monarchiczną i rewolucyjną.Ten człowiek został wybrany, ponieważ ludzie go lubili: był królem Francuzów, a nie królem Francji; nie dziedzicznym „posiadaczem” Francji, ale raczej pierwszym jej urzędnikiem państwowym kraju. Jak wszyscy urzędnicy służby cywilnej, mógł zostać odwołany.

Również na poziomie oficjalnym określano go nie jako władcę „z Bożej łaski”, ale „z łaski narodu”; była to nowa formuła, która wyraźnie odnosiła się nie do monarchii, ale do republiki udającej monarchię. W ten sposób królestwo zostało pozbawione zasady, która stanowiła jego rację bytu.Rozróżnienie między tymi dwoma formułami nie jest zwykłym niuansem, ponieważ istnieje przepaść między światami, które te formuły ucieleśniają: światem logiki i światem nielogiczności. Logicznie rzecz biorąc, to, co na górze, nie może być wprost podporządkowane temu, co jest na dole, nie przestając jednocześnie być na górze. Twierdzenie, że Lud nie jest sumą jednostek, z których się składa, ale raczej quasi-metafizyczną całością ponad wszystko, jest niczym innym jak sofistyką – lub, dosadnie rzecz ujmując, kiepskim żartem. Twierdzenie to jest niezwykle niebezpieczne, pomimo pozornego umiarkowania, obliczonego na to, by nie przestraszyć klasy średniej. Nie powinniśmy zapominać, że nawet socjaliści i bolszewicy w większości mówią to samo: pracownicy fabryk w krajach uprzemysłowionych, takich jak Wielka Brytania, oraz robotnicy i rolnicy w krajach wiejskich, takich jak Rosja, stanowią większość ludzi; a zatem, zgodnie z demokratyczną cnotą liczb, tworzą oni Lud przez duże L.Gdy przyjmiemy tezę, że władza wywodzi się z woli ludu, nie ma już potrzeby teoretycznego przechodzenia do bolszewizmu: istnieje jedynie logiczny i postępowy rozwój doktryny. Rzeczywista przepaść istnieje tylko między ideą panowania „z Bożej łaski” a ideą rządzenia „z woli narodu”; tutaj zaczyna się równia pochyła. Świadczy o tym cała historia XIX wieku.Pomijając Szwajcarię, Francja była pierwszym krajem na kontynencie, który po raz drugi przekroczył tę przepaść, miało to miejsce w 1830 roku. Była to powtórka Rewolucji została jednak przeprowadzona tak dyskretnie, że nikt nie przewidział jej skutków i nikt nie podejrzewał, że Francja w zasadzie przestała być monarchią.Wraz z przywróceniem trójkolorowej flagi w miejsce fleurs-de-lys (jest to stylizowana lilia, często używana we francuskiej heraldyce, była ściśle utożsamiana z monarchią francuską), Francja powróciła do tradycji rewolucyjnej i napoleońskiej. Zwróciła się ku promowaniu demokracji i narodowego samostanowienia, przyjmując w ten sposób na nowo rewolucyjny testament, którego wykonawcą był, jak twierdził na Wyspie Świętej Heleny, sam Napoleon.

Właśnie po to, by walczyć przeciwko tym zasadom, założono Święte Przymierze.Jest tylko jedno międzynarodowe prawo: prawo Boskie, zasady władzy pochodzącej z góry. Na mocy tej zasady nie tylko król, ale także każdy ojciec i prawowity zwierzchnik reprezentuje Boga, dopóki przestrzega Jego przykazań. Podobnie jest tylko jedna międzynarodowa lewica: lewica woli ludu, zasada władzy oddolnej – władzy pochodzącej od tych, którzy powinni być posłuszni.

Ale jeśli ci na dole nie będą posłuszni, porządek nie może panować, nawet w skromnym sklepie, nawet w najskromniejszej rodzinie, a tym bardziej w państwie. Bo jak można zarówno rozkazywać z zasady, i jak być posłusznym w praktyce? Weźmy bolszewickie „sowiety”: teoretycznie pułkownicy i oficerowie mają dowodzić tylko z woli tych, którzy muszą być im posłuszni, tj. delegatów żołnierzy zebranych w radzie czyli w „sowietach”. Tak się dzieje, gdy zasada „woli narodu” jest logicznie stosowana na wszystkich poziomach, zamiast być nielogicznie ograniczana do jednego z nich. Jest to zasada przeciwna zasadzie „boskiego prawa”, na mocy której pułkownicy będą wydawać rozkazy w imieniu króla, który z kolei będzie rządził w imieniu Boga.Najważniejsza różnica między tymi dwiema zasadami leży w punkcie o najwyższym znaczeniu: fakcie, że rządy na mocy boskiego prawa nie są ani arbitralne, ani absolutne, ponieważ są kierowane i ograniczane przez prawa moralności chrześcijańskiej.Nie mogło też być inaczej. Wszystko, czego potrzebujemy, to trochę logiki, aby zrozumieć, że „widzialny namiestnik Boga” – niezależnie od tego, czy jest królem, ojcem czy przywódcą – nie może działać wbrew dokładnym instrukcjom udzielnym przez jego niewidzialnego wodza, Boga lub Chrystusa, bez podważania własnego autorytetu.Tak zwana wola narodu – czyli wola większości: wola ludu, ignorancka, niespójna i niejasna – nie odpowiada przez nikim. Pozostaje prawowita, legalna i najważniejsza, niezależnie od tego, co robi, niezależnie do tego, jakie uciski narzuca, i bez względu na to, jakie zbrodnie, bluźnierstwa, dziwactwa obrzydliwości popełnia. Ta wola nie zastępuje króla, ale Tego, który sprawia, że wszyscy królowie rządzą – Boga.Ludzie nie zdają sobie sprawy, że ta droga zostaje otwarta przez prawo, gdy tylko zasada woli narodu zastąpi zasadę boskiego prawa.Wszystkie europejskie narody znajdują się teraz na tej drodze. To jest powód, dla którego tak niechętnie walczą z bolszewizmem, który jest na dalszym odcinku tej drogi. W ostatecznym rozrachunku bowiem, bolszewizm wywodzi się z tej samej ideologicznej zasady: rzekomej woli mas rolników i robotników – rzekomej w tym sensie, ponieważ masy w rzeczywistości nie dogrywają żadnej roli w określaniu woli ludu. Leon de Poncins, Emanuel Małyński – Tajemna wojna;

Wydawnictwo 3DOM, Częstochowa 2023 

Niemcy: Brak 500 ważnych leków, też.. soli fizjologicznej.

Lewicki: Kryzys ochrony zdrowia w Niemczech. Polska idzie w tym samym kierunku konserwatyzm/kryzys-ochrony-zdrowia-w-niemczech

Niedawno w mediach niemieckich natrafiłem na tekst o sytuacji w tamtejszej służbie zdrowia zarządzanej przez ministra Karla Lauterbacha z SPD.
Okazuje się, że system ochrony zdrowia, pod zarządem socjalistycznego ministra, przeżywa widoczny kryzys objawiający się tym, że nie tylko brakuje około 500 ważnych leków, przez co prawie co druga recepta nie może być zrealizowana bez poszukiwania zamienników, ale niedobory obejmują nawet sól fizjologiczną co już jest absolutnym skandalem, gdyż jest to produkt łatwy do wytwarzania, a jednocześnie niezbędny i jego brak faktycznie uniemożliwia nie tylko przeprowadzanie operacji, ale też wielu prostych zabiegów, faktycznie paraliżując działanie służby zdrowia.

Te niedobory, które pojawiły się już wiele miesięcy temu, obecny minister nie jest w stanie załagodzić, zaś kryzys przybiera charakter stanu chronicznego.
Poszukiwanie, gdziekolwiek się da, brakujących leków doprowadziło do tego, że specyfiki dla leczenia chorób wenerycznych, które to choroby  także ostatnio znowu pojawiły się w Niemczech, sprowadzono aż z Kamerunu i wprowadzono do obiegu pomimo tego, że miały one dołączone ulotki tylko w języku francuskim.
Pikanterii dodaje tu fakt, że Kamerun był kiedyś niemiecką kolonią, która przeszła, po pierwszej wojnie światowej, pod zarząd francuski, i stąd dziś niemiecki użytkownik musi się trudzić próbą zrozumienia francuskiego tekstu, choć i tak pewnie wystarczającym powodem irytacji jest dla niego to, że jego własny kraj nie jest w stanie wyprodukować leków do leczenia kiły i syfilisu, a musi je ściągać z Afryki, gdzie według pokutujących przekonań, to właśnie Niemcy wysyłają wielką pomoc medyczną.
Cóż, wszystko się zmienia i okazuje się, że Niemcy, ongiś światowa potęga w przemyśle farmaceutycznym, musi dziś poszukiwać leków w Kamerunie.

Dlaczego Niemcy doszły do takiego stanu? Według autora tekstu, doktora Lothara Krimmela, który przez wiele lat pełnił ważne funkcje w instytucjach związanych z ochroną zdrowia w Niemczech, powodem jest socjalizm i przy okazji przypomina powiedzenie byłego przewodniczącego CSU Franza Josefa Straussa: „Co się stanie, jeśli na Saharze zostanie wprowadzony socjalizm? Dziesięć lat nic się nie będzie działo, a potem skończy się piasek”.
Okazuje się, że był to wcale inteligentny człowiek i niewielu wie, że to właśnie on był autorem tego dość powszechnie znanego w kręgach wolnościowych powiedzenia o działaniu socjalistycznych metod w gospodarce.
Ten alarmujący stan niemieckiej ochrony zdrowia potwierdza też prof. Ulrike Holzgrabe, która zwraca uwagę na uzależnienie od importu antybiotyków z Chin. Gdyby nagle Chiny wstrzymały dostawy to efekt tego mógłby być porównywalny z użyciem broni jądrowej.

Nie piszę o tym wszystkim aby się napawać marną sytuacją w ochronie zdrowia u naszych zachodnich sąsiadów.
Niestety, sytuacja u nas wcale nie jest lepsza i nie stało się tak, jak zapowiadała przed wyborami obecna minister zdrowia, że wszystkie „problemy znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki”, gdy tylko jej formacja obejmie władzę.
Problemy, taka ich złośliwa natura, nie tylko nie znikły, ale narastają, mnożą się w błyskawicznym tempie i atakują całymi batalionami. Wiceminister zdrowia oświadczył niedawno w Sejmie, że w NFZ skończyły się pieniądze na świadczenia medyczne realizowane ponad limit. W drugim półroczu 2022 r. i w 2023 r., czyli za poprzedniego rządu, NFZ płacił za wykonane ponad limit świadczenia z Funduszu Zapasowego. Obecnie tego funduszu już nie ma co powoduje, że trzeba będzie likwidować szpitalne oddziały, ograniczać przyjęcia i wykonywane zabiegi, odsyłać pacjentów i odmawiać im leczenia, a kolejki do specjalisty znowu się wydłużą.
To zresztą już się dzieje: według informacji PAP tylko szpital w Lubaczowie o połowę zmniejszył liczbę wszczepianych endoprotez.
A to dopiero początek problemów, gdyż luka finansowa w NFZ ma się, z roku na rok, powiększać i, według „Rzeczpospolitej”, w 2025 r. ma zabraknąć 27,5 mld zł, a w 2026 aż 42 mld zł

Także i w naszych szpitalach, podobnie jak w Niemczech, pojawiły się braki soli fizjologicznej. Według informacji pochodzących od Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych coraz więcej szpitali zgłasza problemy z dostępnością soli fizjologicznej, której ma brakować w hurtowniach.
Ciekawe, czy te braki w hurtowniach mają związek z sytuacją w Niemczech? Jest to możliwe, gdyż jednym z głównych producentów soli fizjologicznej był niemiecki koncern B.Braun, który ma także swoje zakłady w Polsce.

Stanisław Lewicki

Dwa wizjonerskie obrazki Marka Kraussa o Unii Europejskiej.

Dwa wizjonerskie obrazki Marka Kraussa o Unii Europejskiej.
Namalowane ponad[ 20 lat temu], z kolekcji mojej żony.

Jego galeria: artinhouse.pl/artysta/marek-krauss


” Jadą zgodnie do Unii Europejskiej „. Ta dominująca budowla? – „to taki zmodyfikowany komin „.

=================================

Dojenie krowy w Unii Europejskiej.

Coraz dłuższa lista szpitali ograniczających świadczenia. Cięcia w ortopedii, programach lekowych, psychiatrii.

Coraz dłuższa lista szpitali ograniczających świadczenia. Cięcia w ortopedii, programach lekowych, psychiatrii

Autorzy: PAP; oprac. JW • Źródło: PAP 7 października 2024

rynekzdrowia/Coraz-dluzsza-lista-szpitali-ograniczajacych-swiadczenia-Ciecia-w-ortopedii-programach-lekowych-psychiatrii

Szpital Miejski im. Jana Pawła II w Rzeszowie przyjęcia pacjentów na planowe świadczenia ograniczył o ok. 10 proc. Szpital w Lubaczowie dwukrotnie zmniejszył liczbę wszczepianych endoprotez; włączanie pacjentów do programów lekowych ograniczył szpital w Koninie; wydłużył się czas oczekiwania na wizytę u psychiatry w Szamotułach – wylicza Polska Agencja Prasowa. Powodem – pisze PAP – są rozliczenia z NFZ.

  • Szpital w Lubaczowie ograniczył o ok. 50-60 proc. wszczepienia endoprotez, nie wykluczył wprowadzenia także ograniczeń w rehabilitacji. Szpital Miejski im. Jana Pawła II w Rzeszowie ograniczył przyjęcia pacjentów na planowe świadczenia o ok. 10 proc.
  • Szpital w Szamotułach istotnie przekroczył już limitowaną liczbę świadczeń udzielanych w Poradni Zdrowia Psychicznego i ograniczył liczbę przyjmowanych pacjentów. Uległ wydłużeniu czas oczekiwania na wizyty u lekarza psychiatry i psychologów
  • W szpitalu w Rawie Mazowieckiej ograniczenia dotyczą chorób płuc, leczenia ran przewlekłych, świadczeń w ośrodku środowiskowej opieki psychologicznej i psychoterapeutycznej dla dzieci i młodzieży, leczenia uzależnień oraz chirurgii jednego dnia: urologii i ortopedii
  • Wojewódzki Szpital Zespolony w Koninie ze względu na nadwykonania ogranicza włączanie nowych pacjentów do programów lekowych
  • W szpitalu powiatowym w Busku Zdroju ograniczono wykonywanie zabiegów ortopedycznych. Także Szpital Pomnik Chrztu Polski w Gnieźnie ograniczył realizację świadczeń limitowanych do wcześniej określonego przez NFZ planu w zakresie ortopedii
  • 7 października szpital w Żywcu poinformował, że zawiesza izbę przyjęć i kilka oddziałów oraz przychodni
  • Ministra zdrowia przyznała, że w NFZ brakuje 3 mld zł, by zapłacić szpitalom za nadwykonania w kolejnym kwartale

Szpitale ograniczają świadczenia. „Ryzyko, że Fundusz nie zapłaci za te nadwykonania”

NFZ zalega z płatnościami za nadwykonania w limitowanych zabiegach wszczepienia endoprotez stawu biodrowego, kolanowego oraz w zabiegach rehabilitacyjnych w szpitalu w Lubaczowie (woj. podkarpackie). Dyrektor SP ZOZ Lubaczów Piotr Cencora powiedział PAP, że w związku z tym szpital ograniczył o ok. 50-60 proc. wszczepienia endoprotez. Nie wykluczył wprowadzenia także ograniczeń w rehabilitacji. – Za pierwsze pół roku było to ok. półtora mln zł, teraz skala jest podobna – poinformował Cencora.

Ocenił, że istnieje ryzyko, że Fundusz nie zapłaci za te nadwykonania, bo nie ma pieniędzy.

Z podobnymi problemami mierzy się Szpital Miejski im. Jana Pawła II w Rzeszowie (woj. podkarpackie). Jak poinformował PAP dyrektor SP ZOZ nr 1 w Rzeszowie (do którego należy szpital) Grzegorz Materna, przyjęcia pacjentów na planowe świadczenia ograniczono o ok 10 proc. Ograniczone zostały także przyjęcia na planowe zabiegi endoprotezo-plastyki stawu biodrowego i kolanowego.

Szpital w Szamotułach (woj. wielkopolskie) istotnie przekroczył już limitowaną liczbę świadczeń udzielanych w Poradni Zdrowia Psychicznego i ograniczył liczbę przyjmowanych pacjentów. – Znaczna część wizyt planowych, pilnych oraz wizyt będących kontynuacją już podjętego leczenia, które miały odbyć się w IV kwartale została przesunięta na rok 2025 – powiedziała specjalistka ds. komunikacji Karolina Szeloch z samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Szamotułach.

– Tym samym uległ wydłużeniu czas oczekiwania na wizyty u lekarza psychiatry i psychologów. Podobna sytuacja ma miejsce w opiece koordynowanej w POZ. W tym zakresie również musieliśmy przesunąć część zaplanowanych badań i wizyt pacjentów na przyszły rok oraz ograniczyć przyjmowanie nowych pacjentów do opieki koordynowanej. W pozostałych zakresach limitowanych szpital realizuje plan rzeczowo-finansowy – dodała.

Chorzy na stwardnienie rozsiane (SM) lub rdzeniowy zanik mięśni nie dostaną w tym roku leczenia. Wyczerpały się kontrakty z NFZ.

Ekspertka: chorzy z SMA i SM nie dostaną w tym roku leczenia. Wyczerpały się kontrakty z NFZ

Źródło: PAP • Opublikowano: 14 października 2024 rynekzdrowia/Neurologia

Nowi pacjenci, u których zdiagnozowano np. stwardnienie rozsiane (SM) lub rdzeniowy zanik mięśni (SMA), nie dostaną w tym roku leczenia, bo wyczerpały się kontrakty z NFZ – podkreśliła prof. Iwona Kurkowska-Jastrzębska z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.

  • Pacjenci ze schorzeniami neurologicznymi, zdiagnozowani w ostatnim kwartale 2024 r., nie otrzymają leczenia – alarmuje
  • Ośrodki neurologiczne wykorzystały już kontrakty na programy lekowe, a NFZ odmówił zapłaty za nadplanowe świadczenia
  • Prof. Kurkowska-Jastrzębska podkreśla, że w ośrodkach neurologicznych brakuje środków na leczenie pacjentów, a sytuacja może prowadzić do poważnych opóźnień w leczeniu kluczowych schorzeń, takich jak stwardnienie rozsiane (SM) i rdzeniowy zanik mięśni (SMA)
  • Dodaje, że NFZ zalega z płatnościami, co dotyczy m.in. terapii genowej dla dzieci z SMA oraz innych kosztownych terapii neurologicznych

Pacjenci zdiagnozowani w ostatnim kwartale tego roku nie otrzymają leczenia

Prof. Kurkowską-Jastrzębską, kierownika II Kliniki Neurologicznej Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, cytuje Polskie Towarzystwo Neurologiczne (PTN).

– Niestety, pacjenci zdiagnozowani w ostatnim kwartale tego roku nie otrzymają leczenia, ponieważ ośrodki neurologiczne zrealizowały już kontrakty na programy lekowe, a NFZ zapowiedział, że nie zapłaci za leczenie pacjentów nadplanowych. To oznacza, że do końca roku nie mamy możliwości kwalifikowania do programów lekowych nowo zdiagnozowanych pacjentów. To samo dotyczy pacjentów pediatrycznych, którzy skończyli 18 lat i powinni przejść z leczenia w ośrodkach neurologii dziecięcej do ośrodków dla dorosłych – podkreśla.

W neurologii obecnie funkcjonuje 17 programów lekowych, dotyczących leczenia m.in. stwardnienia rozsianego (SM), rdzeniowego zaniku mięśni (SMA), choroby Parkinsona, dystonii ogniskowych i spastyczności poudarowej za pomocą toksyny botulinowej, choroby Pompego, choroby Fabry’ego czy migreny – podało PTN. – W przewlekłych chorobach neurologicznych leczenie powinno być włączane jak najszybciej po diagnozie – zaznaczono.

Profesor tłumaczy, że aktualnie NFZ zalega szpitalowi z płatnościami za świadczenia w programie leczenia SM na sumę około miliona złotych. Podkreśliła, że klinika stara się pacjentom znaleźć inny ośrodek, jednak sytuacja w kraju wygląda podobnie: w dużych ośrodkach w kraju pokończył się kontrakty, a w mniejszych niekiedy nie ma personelu do obsługi programów lekowych.

– Liczymy na to, że decydenci zrozumieją, jak dramatyczna jest to sytuacja, zarówno dla pacjentów, jak i dla nas lekarzy, i Narodowy Fundusz Zdrowia zmieni swoją decyzję. Inaczej chorzy zdiagnozowani w ostatnim kwartale roku zostaną na kilka – być może kluczowych dla nich – miesięcy bez leczenia. Jako środowisko neurologów nie chcemy do tego dopuścić – mówi ekspertka.

Opóźnienia w płatnościach a brak terapii genowej? „Nie wyobrażam sobie”

– Nie wyobrażam sobie, że z powodu opóźnienia w płatnościach dziecko z SMA nie otrzyma terapii genowej, bo minie czas na jej podanie. Zresztą to samo dotyczy leczenia dorosłych pacjentów z SMA np. terapią doustną – oni też nie mogą czekać na rozpoczęcie leczenia, bo choroba postępuje. W stwardnieniu rozsianym nie wiem, czy nie będę zmuszona do tego, żeby proponować pacjentom, żeby kupili sobie leki do końca roku i czekali na włączenie do programu lekowego w nowym roku – zaznacza prof. Kurkowska-Jastrzębska.

Kurkowska-Jastrzębska dodaje, że kontrakty z NFZ nie zakładają zwiększenia liczby pacjentów, choćby o 5-10 proc., chociaż liczba pacjentów np. chorych na stwardnienie rozsiane (SM) co roku rośnie. Zaznaczyła, że w ośrodku już teraz w programach lekowych jest więcej pacjentów niż przewiduje kontrakt.

Większość leków stosowanych w programach lekowych w neurologii, jak enzymatyczne terapie zastępcze w chorobach Pompego i Fabry’ego czy terapie modyfikujące przebieg SMA, to terapie, na które pacjentów zwykle nie stać. Najdroższym lekiem (ok. 9 mln zł) dostępnym w Polsce w ramach programu lekowego jest Zolgensma dla dzieci do szóstego miesiąca życia (podawana jako jednorazowy wlew dożylny), u których stwierdzono rdzeniowy zanik mięśni (SMA). Terapie w przewlekłych chorobach neurologicznie są stosowane dożywotnio, a dzięki nowoczesnym terapiom np. pacjenci z SM mogą być w pełni sprawni, pracować i wychowywać dzieci.

W ubiegłym tygodniu wiceminister zdrowia Marek Kos poinformował, że w planie finansowym NFZ na 2024 r. nie ma wystarczającej ilości środków, by zapłacić za wszystkie wykonane usługi zdrowotne. Wyjaśniał, że latach 2022 r. i 2023 r. NFZ płacił szpitalom za świadczenia wykonywane ponad limit z Funduszu Zapasowego, który w 2024 r. wyczerpał się.

Rząd planuje 49 Centrów Integracji Cudzoziemców (CIC). Umieścić tam, gdzie była największa akceptacja !

Rząd planuje centra dla cudzoziemców. Ziemkiewicz wskazał, gdzie je ulokować. „To nie żadna zemsta a logika”

15.10.2024 rzad-planuje-centra-dla-cudzoziemcow

Na wniosek rządu warszawskiego w Polsce powstać ma aż 49 nowych Centrów Integracji Cudzoziemców (CIC). Publicysta Rafał Ziemkiewicz zaproponował, gdzie najlepiej ulokować takie ośrodki.

Premier Donald Tusk zapowiedział, że we wtorek na posiedzeniu rządu przedstawi strategię migracyjną Polski, której jednym z elementów ma być czasowe terytorialne zawieszenie prawa do azylu. „Odzyskać kontrolę. Zapewnić bezpieczeństwo. Kompleksowa i odpowiedzialna strategia migracyjna Polski na lata 2025-2030” – tak nazywa się strategia, nad którą ma pracować rząd.

Tusk oświadczył też, że rząd nie będzie respektować i wdrażać europejskich pomysłów godzących w bezpieczeństwo Polski takich jak unijny pakt migracyjny.

Z drugiej jednak strony resort rodziny w gabinecie Tuska szykuje 49 Centrów Integracji Cudzoziemców. – W 2021 roku wiceminister Szwed z PiS podpisał umowy na pierwsze centra integracji cudzoziemców. Zawnioskowano wtedy o pieniądze z Unii Europejskiej. UE te pieniądze przyznała – tłumaczył szef MSWiA Tomasz Siemoniak w rozmowie z Radiem ZET. Jak twierdził, centra te mają służyć tym imigrantom, którzy już do Polski trafili.

Na zlecenie MSWiA Komitet Badań nad Migracjami PAN przygotował badanie dotyczące migracji i polityki migracyjnej wśród podmiotów zajmujących się polityką migracyjną. Na podstawie badania powstał raport „Polityka migracyjna Polski w opiniach aktorów instytucjonalnych”, w oparciu o który miała zostać przygotowana strategia migracyjna.

Z dokumentu wynika, że badani przedstawiciele zarówno instytucji rządowych, pozarządowych, organizacji pracodawców, związków zawodowych, czy uczelni wyższych, jako wiodącą wartość przyświecającą tworzeniu polityki migracyjnej wskazywali bezpieczeństwo. Jednak kolejnymi wartościami wybranymi przez ponad połowę respondentów były prawa człowieka i humanitaryzm, dobrobyt i rozwój gospodarczy oraz spójność społeczna.

Pomysł na to, gdzie rozlokować Centra Integracji Cudzoziemców, przedstawił na portalu X Rafał Ziemkiewicz. Jeden z internautów przypomniał bowiem instrukcję „Gazety Wyborczej” przed ostatnim referendum. „«Odmawiam przyjęcia karty do głosowania». Przypominamy, co zrobić, gdy nie chcemy brać udziału w #referendum” – czytamy. Jedno z pytań dotyczyło wówczas zapory na granicy polsko-białoruskiej.

„Centra integracji imigrantów, by uniknąć problemów, trzeba budować tam, gdzie lokalna społeczność jest najbardziej życzliwa i otwarta. Czyli tam gdzie było najwięcej odmów przyjęcia kart referendalnych. To nie żadna zemsta a logika, oczywista oczywistość” – skwitował Ziemkiewicz.

Centra integracji imigrantów, by uniknąć problemów, trzeba budować tam, gdzie lokalna społeczność jest najbardziej życzliwa i otwarta. Czyli tam gdzie było najwięcej odmów przyjęcia kart referendalnych. To nie żadna zemsta a logika, oczywista oczywistość. Daj RT jeśli podzielasz https://t.co/ltnuC98MBl

— Rafał A. Ziemkiewicz (@R_A_Ziemkiewicz) October 14, 2024

Źródło:PAP/NCzas/X

Justyna Socha została skazana na rok ograniczenia wolności. „Skazano mnie z inicjatywy izb lekarskich”

Justyna Socha została skazana na rok ograniczenia wolności. „Skazano mnie z inicjatywy izb lekarskich”

14.10.2024 justyna-socha-zostala-skazana-na-rok-ograniczenia-wolnosci

Justyna Socha, szczepionki, antyszczepionkowcy, szury
Justyna Socha Fot. PAP/Piotr Nowak

Justyna Socha 10 października została skazana przez poznański sąd na karę jednego roku ograniczenia wolności w postaci wykonywania nieodpłatnych prac społecznych w wymiarze 30 godzin miesięcznie za zniesławienie anestezjologa, Michała Szuszkiewicza. Oprócz tego sąd zobowiązał ją do zapłaty 20 tys. zł tytułem nawiązki.

„Skazano mnie dzisiaj na rok ograniczenia wolności z inicjatywy izb lekarskich” – napisała liderka ruchu antyszczepionkowców w swoich mediach społecznościowych, a następnie powtórzyła słowo w słowo to samo w komentarzu do wpisu.

https://www.facebook.com/plugins/post.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2Fjustsocha%2Fposts%2Fpfbid0h1PiNvhJHFrkGAcqBzMPeGwQhdGTQvRZWXnfESe5baC8pjRuwRZcgFt5ukYogX81l&show_text=true&width=500

Zwolennicy Justyny Sochy zareagowali na tę wiadomość, m.in. cytując Biblię, a dokładnie fragmenty, które mówią o prześladowaniach z powodu głoszenia prawdy.

Zdecydowana większość komentujących ucieszyła się z wyroku, choć niektórzy utyskiwali na to, że jest on zbyt niski, a inni stwierdzili, że Socha powinna być sądzona za coś innego, a mianowicie za głoszenie „antynaukowych bzdur”. Działaczka do wpisu dołączyła link do zbiórki, co też nie uszło uwadze komentujących i zostało przez nich… wyśmiane.

===========================

mail:

Globaliści zdejmują maski, a to zły znak…

Globaliści zdejmują maski, a to zły znak…

Autor: AlterCabrio , 13 października 2024

Dlatego następne wydarzenie prawdopodobnie będzie znacznie gorsze pod względem skali i następstw, a globaliści już próbują naprawić swój poprzedni błąd niedoceniania dziennikarstwa obywatelskiego. Będą próbowali nas uciszyć, jeśli tylko będą mogli, i otwarcie przyznają się do tego na ostatnich konferencjach i w mainstreamowych artykułach. Maska znów opada, a to sugeruje mi, że wydarzy się coś bardzo złego.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Globaliści zdejmują maski, a to zły znak…

Pamiętacie, kiedy ostatni raz globaliści zdjęli maskę? Nie było to tak dawno temu, ale niektórzy ludzie mogli już zapomnieć, jak zachodni świat niemal stracił wszelką wolność jednostki pod pozorem przesadnie rozdmuchanego stanu zagrożenia zdrowia. Kiedy globaliści są szczerzy co do tego, czego naprawdę chcą, zwykle zbiega się to z zaplanowaną katastrofą.

W ciągu dwóch lat od porażki narracji pandemii covid argumentowałem, że organizacje globalistyczne próbują się przegrupować w ramach nowego planu. Dowody sugerują, że ci ludzie przeżyli szokujące objawienie po próbie wprowadzenia wiecznej tyranii medycznej. Zrozumieli, że nie mają tak dużej kontroli nad przepływem informacji i dyskursem publicznym, jak pierwotnie zakładali.

Nawet przy pełnej cenzurze wykorzystującej algorytmy do zakopywania sprzecznych danych, nawet przy pełnej sile rządu współpracującego z mediami społecznościowymi w celu uciszenia sprzeciwu, nawet przy groźbie wykluczenia ekonomicznego dla każdego, kto odmawia przyjęcia serii zastrzyków mRNA, nadal doznawali porażki. Prawda o minimalnym współczynniku śmiertelności zakażeń (IFR) covid-19 nadal się rozprzestrzeniała, wraz z danymi dowodzącymi bezużyteczności nakazów i lockdownów. Nic z tym nie mogli zrobić.

Ich złotym środkiem do całkowitej kontroli miało być forsowanie koncepcji paszportu szczepionkowego. Alternatywne media zmiażdżyły tę agendę jak zaraźliwego karalucha. Gdyby paszport odniósł sukces, nie prowadzilibyśmy teraz tej rozmowy. Każdy bałby się unieważnienia paszportu. Każdy bałby się utraty dostępu do gospodarki za powiedzenie czegoś niewłaściwego. Każdy bałby się, że zostanie siłą osadzony w obozie covidowym (co faktycznie było realnym planem). Albo… bylibyśmy w środku krwawej wojny domowej.

Wydarzenia 2020 roku miały zapoczątkować ostateczny zamach stanu przeciwko ludzkości. Globaliści wielokrotnie przyznawali się do swoich planów. Klaus Schwab i Światowe Forum Ekonomiczne z dumą ogłosili covid katalizatorem „Wielkiego Resetu” i „Czwartej Rewolucji Przemysłowej”. Twierdzili, że lockdowny były dopiero początkiem i że radykalne ograniczenie naszych swobód zostanie rozszerzone również na zmiany klimatyczne.

Myśleli, że wygrali bez oddania jednego strzału, ale to nie jest takie proste. Znacznie więcej ludzi jest świadomych ich motywów i pobudek, niż im się wydawało, a tylko w samej Ameryce ponad 50 milionów z nich jest uzbrojonych. Lockdowny już minęły, prawie nikt nie przyjął dawek przypominających szczepionki, znacznie mniej osób przyjęło szczepionkę, niż twierdzi CDC, a paszporty szczepionkowe zostały odrzucone. To zwycięstwo było możliwe dzięki wysiłkom alternatywnych platform medialnych omijających cenzurę Big Tech. Tak po prostu.

Dlatego następne wydarzenie prawdopodobnie będzie znacznie gorsze pod względem skali i następstw, a globaliści już próbują naprawić swój poprzedni błąd niedoceniania dziennikarstwa obywatelskiego. Będą próbowali nas uciszyć, jeśli tylko będą mogli, i otwarcie przyznają się do tego na ostatnich konferencjach i w mainstreamowych artykułach. Maska znów opada, a to sugeruje mi, że wydarzy się coś bardzo złego.

Jak zauważyłem w 2023r. w moim artykule ‘From Covid To Climate Change: Vehicles For Global Authoritarianism’ [„Od covid-19 do zmian klimatycznych: wehikuły globalnego autorytaryzmu”], globaliści wydają się przenosić swoje co bardziej despotyczne wysiłki z pandemii na dyskurs klimatyczny. Jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, co obecnie kombinują, musisz obserwować konferencje klimatyczne.

Pod koniec września odbyło się wiele szczytów klimatycznych, w tym jeden zorganizowany przez WEF w Nowym Jorku, zwany Sustainable Development Impact Meeting. Został on zorganizowany przez WEF wspólnie ze Zgromadzeniem Ogólnym ONZ. Nic dziwnego, że dyskusje często odchodziły od klimatu w stronę „zagrożeń dla demokracji”, a także gorzkich skarg na „rozprzestrzenianie się dezinformacji”.

John Kerry, były kandydat Demokratów na prezydenta, były Car Klimatu za Joe Bidena i wieloletni uczestnik WEF, powiedział to wreszcie na głos w trakcie szczytu. Stwierdził, że Pierwsza Poprawka [1st Amendment] była „przeszkodą” dla właściwego zarządzania i uniemożliwiała elitom kontrolowanie publicznego konsensusu.https://www.youtube.com/embed/lRwP4Krvreo?si=xb4OAu3i8v4V2VFr

Jego stwierdzenia są dość bezczelne.

Przede wszystkim, konsensus jest wysoce przereklamowany i często szkodliwy. Podstawą nauki jest to, że zawsze jest przedmiotem debaty zgodnie z dowodami. Kiedy wymusisz „konsensus”, porzucasz wszelką należytą staranność w ramach metody naukowej.

Stało się to oczywiste podczas covidu, kiedy „konsensus” został ujawniony jako całkowicie sfabrykowany, a większość twierdzeń wysuwanych przez rządy i marionetkowych „ekspertów medycznych” okazywała się fałszywa. Pamiętaj, że to byli ci sami ludzie, którzy próbowali zakazać TOBIE chodzenia do parków i uprawiania sportów wodnych nad morzem w imię „spłaszczania krzywej”.

Innymi słowy, jak bardzo trzeba być upośledzonym, żeby uwierzyć, że aktywność na świeżym powietrzu doprowadzi do transmisji wirusa? To nie jest nauka, to histeria promowana przez ludzi, którzy twierdzą, że reprezentują naukę. To samo dotyczy nakazów noszenia maseczek, dystansu społecznego, lockdownów itp. Żaden z wprowadzonych przez nich środków nie był uzasadniony.

Jeśli mówimy o koncepcji zmian klimatycznych spowodowanych przez człowieka, twierdzenie o konsensusie w nauce jest kłamstwem. Dane sugerują, że po prostu nie ma czegoś takiego jak zmiany klimatyczne spowodowane przez człowieka. Nie ma dowodów na związek przyczynowo-skutkowy między emisjami dwutlenku węgla a globalnym ociepleniem. Nie ma dowodów na to, że globalne ocieplenie powoduje ekstremalne zjawiska pogodowe. Nie ma dowodów na to, że nasz obecny cykl ocieplenia jest znaczący lub wyjątkowy w porównaniu z jakimkolwiek innym cyklem ocieplenia w historii.

W rzeczywistości, niedawno, przez przypadek, Washington Post potwierdził słuszność poglądów alternatywnych mediów na temat zmian klimatycznych, gdy spróbował sporządzić mapę historii temperatur Ziemi na przestrzeni 450 milionów lat, tylko po to, by odkryć to, o czym ja mówię od dawna – obecne temperatury są znacznie niższe niż przez większość historii Ziemi.

Ale ważniejszą kwestią jest twierdzenie Johna Kerry’ego, że rządzenie wymaga kontroli informacji publicznej. Podstawowym rozdźwiękiem u Kerry’ego jest jego pogląd, że zadaniem elit i rządu jest moderowanie informacji dla dobra ogółu. Nikt nie dał im pozwolenia na to. Rząd nie istnieje po to, aby tworzyć konsensus.

Naród ma władzę, John. Jako polityk jesteś tylko urzędnikiem państwowym, niczym więcej. Twoje opinie na temat wolności słowa nie mają znaczenia.

Niektóre z najbardziej rażących dezinformacji są często ujawniane opinii publicznej przez rząd i ich zatwierdzone źródła medialne w imię „ratowania demokracji”. Kłamią nieustannie. John Kerry jest po prostu wściekły, ponieważ teraz społeczeństwo ma środki, aby ujawnić informacje o nim i jego poplecznikach. Jeśli „demokracja” wymaga cenzury, aby przetrwać, to nie warto jej ratować.

Na koniec, hipokrytycznie, Kerry sugeruje, że demokracja jest „zbyt powolna” we wdrażaniu zmian w społeczeństwie, które uważa za konieczne do stworzenia konsensusu i „jedności”. Jeśli Pierwsza Poprawka jest „czarną dziurą” w skuteczniejszej kontroli informacji i zarządzaniu, to on i jego oślizgli pobratymcy muszą powziąć zamiar by ją usunąć. Innymi słowy, uważa, że ​​tyrania działałaby lepiej, ponieważ jest o wiele szybsza niż próby manipulowania społeczeństwem za pomocą propagandy.

Nie mówi tego wprost, ale to właśnie sugeruje.

Oprócz niektórych przemówień Klausa Schwaba w szczytowym momencie pandemii, wypowiedzi Kerry’ego mogą być najbardziej otwartą deklaracją globalistycznych autorytarnych zamiarów, jaką kiedykolwiek słyszałem. On zdejmuje maskę i to mnie niepokoi.

Jego argumenty wpisują się w szereg artykułów opublikowanych w ciągu ostatnich kilku miesięcy na platformach mediów establishmentu. The New Yorker właśnie zamieścił artykuł, w którym pyta ‘Is It Time To Torch The Constitution?’ [„Czy nadszedł czas, aby spalić konstytucję?”]. The New York Times opublikował rozprawę naukową zatytułowaną ‘The Constitution Is Sacred. Is It Also Dangerous?’ [„Konstytucja jest święta. Czy jest również niebezpieczna?”]. Napisali również artykuł podkreślający potencjalne pozytywy despotycznych rządów w krajach takich jak Brazylia, które grożą zamknięciem publicznego dostępu do X Elona Muska (dawniej Twitter), aby zmusić serwis do cenzurowania kont obywateli. Ci ludzie są na ścieżce wojennej, aby przekonać opinię publiczną, że wolność słowa jest zagrożeniem.

Kiedy elity polityczne i ich poplecznicy zaczynają atakować wolność słowa, zwykle robią to w ramach przygotowań do poważnego kryzysu, który mają nadzieję wykorzystać jako narzędzie do wyeliminowania wolności publicznych. Wolność słowa jest najważniejszą wolnością, ponieważ pozwala ludziom poprzez debatę rozróżnić jaka jest prawda i co z nią zrobić.

Globaliści uważali, że posiadają blokadę informacji podczas covidu i się pomylili. Nie popełnią tego samego błędu ponownie. Bez względu na to, jaki będzie następny kryzys, z pewnością będą starali się uciszyć alternatywne media i wszelkie zbuntowane platformy mediów społecznościowych, zanim ruszą naprzód.

_______________

Globalists Are Taking The Mask Off And That’s A Bad Sign…, Brandon Smith, October 10, 2024

Sunday Strip: Challenge Accepted

Sunday Strip: Challenge Accepted

New (SNL) proof that the election is over!

Robert W Malone MD, MS Oct 13, 2024




True story (from the New York Post:

Former CBS News staffers are demanding an independent investigation into “60 Minutes” over the brewing Kamala Harris interview scandal — even as the network digs in its heels and refuses to release the full, unedited transcript, The Post has learned.

The long-running news show has come under fire after allegedly cleaning up the Democratic presidential candidate’s answer to a question from “60 Minutes” correspondent Bill Whitaker about Israel that aired during a special episode on Monday.

Her reply was starkly different from the “word salad” the vice president served up in a clip to promote the interview shown by “Face the Nation” the day before.

The controversy has prompted media insiders and critics — including Republican presidential nominee Donald Trump — to question the ethical standards at the Tiffany Network.

“I think there should be an outside investigation,” one former CBS News journalist told The Post on Thursday. “Obviously, there’s a problem here. If they care about journalistic integrity, they would conduct an investigation or release the full transcript.”






I watched this video with trepidation. Howver, it has 6.4 million views in a week – so, I thought, “maybe something is here?”

Yep! A Saturday Night Live skit that is actually hilarious!

https://www.youtube-nocookie.com/embed/7E_WeuKkJ2s?rel=0&autoplay=0&showinfo=0&enablejsapi=0

…When SNL goes after Harris, Biden and Walz all in one fell swoop – you know the election is over.


















Remy knocks it out of the park again!

https://www.youtube-nocookie.com/embed/Sbhra_AQqGI?rel=0&autoplay=0&showinfo=0&enablejsapi=0








Główny kontroler Unii: w 2028 roku Wspólnota zbankrutuje. Dług UE w 2 lata podwoił się i za 3 lata Bruksela [my!!] nie będzie go w stanie spłacać

Główny kontroler Unii: w 2028 roku Wspólnota zbankrutuje. Dług UE w 2 lata podwoił się i za 3 lata Bruksela nie będzie go w stanie spłacać

Dariusz Matuszak https://wpolityce.pl/polityka/709756-glowny-kontroler-unii-w-2028-roku-wspolnota-zbankrutuje


Teza o możliwym/prawdopodobnym, niemal nieuchronnym bankructwie Unii do 2028 roku nie pochodzi od mających coraz częściej rację wyznawców teorii spiskowych, ale z ust samego Tony’ego Murphy, szefa Europejskiego Trybunału Obrachunkowego (ETO). To najważniejsza instytucja od kontrolowania budżetu Unii i jej funduszy. Sprawdza jak się zbiera i wydaje nasze wspólnotowe pieniądze, a teraz ostrzega przed katastrofą finansową.

10 października Irlandczyk przedstawił Komitetowi Kontroli Budżetowej Parlamentu Europejskiego sprawozdanie z wykonania budżetu Unii i działania jej funduszy za 2023 rok.Tutaj relacja https://multimedia.europarl.europa.eu/en/webstreaming/cont-committee-meeting_20241010-0830-COMMITTEE-CONT . Sprawa przeszła w mediach bez większego echa i została opisana w poetyce unijnego urzędniczego języka.

Tymczasem wieści są iście przerażające. I tak:

Niezrealizowane zobowiązania płatnicze Unii sięgnęły rekordowej kwoty 543 miliardów euro

Dług Unii w ciągu 2 lat praktycznie podwoił się i wynosi 458 miliardów euro. Jeszcze w 2021 roku było to „tylko” 236 miliardów.

• Podczas gdy dopuszczalny poziom błędów, nieprawidłowości w realizacji budżetu wynosi 2% to w 2023 był niemal trzykrotnie wyższy – 5,6%

• 10,7 miliarda euro podatków zostało wydanych w sposób niezgodny z prawem i  przepisami

• Wykryto co najmniej 20 oszustw, czy prób oszustwa, o czym powiadomiono odpowiednie organa Unii

• Aż 43,5 miliarda euro z tzw. Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności (RRF) zostało wydanych mimo niespełnienia warunków przez odbiorców tych pieniędzy. To część pakietu tzw. Funduszu Next Generation (NGEU), owo słynne ale już coraz bardziej przeklęte KPO. W 2023 dokonano 23 płatności z tego RRF z czego aż 1/3 niezgodnie z uzgodnionymi warunkami.

Największym kamieniem u szyi unijnych podatników stał się właśnie NGEU, czyli owo nieszczęsne KPO, które zadłużyło Unię na 270 mld euro, a które wedle szefa Trybunału spłacać będą następne pokolenia Europejczyków.

Unijni kontrolerzy z ETO twierdzą, że nie ma pewności, czy to, co Unia chce teraz ściągnąć od Europejczyków wystarczy na pokrycie tego długu. — napisali audytorzy w sprawozdaniu.

Koszty obsługi długu mogą wzrosnąć o 17 do 27 miliardów euro ponad to co przewidywano.

Szef Europejskiego Trybunału Obrachunkowego Tony Murphy ostrzegł więc, że do końca 2028 roku, czyli w ciągu 3 lat Komisja Europejska, czyli Unia może stać się niewypłacalna. Inaczej mówiąc stanie się realnym bankrutem.

By uświadomić sobie skalę problemu wystarczy porównać budżet Unii z 2024 roku – 189,4 miliarda euro z zadłużeniem na koniec 2023 – 458 miliardów. Na razie nie wiadomo o ile jeszcze ten dług wzrósł w tym roku, ale trzeba przypomnieć, że podwoił się w ciągu 2 lat. Lekko licząc obecne zadłużenie może sięgać 600 miliardów.

Gdy ocenia się zadłużenie państw, to jego poziom porównuje się z PKB. Problem w tym, że Unia jako instytucja/organizacja nie ma żadnego PKB. Ona niczego nie produkuje, nie wytwarza, nie sprzedaje żadnych komercyjnych usług, które się kupuje. To po prostu urząd do mielenia pieniędzy europejskich podatników.

Dlatego nie wiadomo do czego odnieść zadłużenie samej Unii jako takiej. Na pewno nie do całego PKB wszystkich państw. Te przecież mają swe własne ogromne, przekraczające roczne PKB długi – jak choćby Francja, Hiszpania, Włochy, Portugalia, Grecja.

Szef unijnych kontrolerów Murphy mówiąc o kłopotach finansowych Unii stwierdził, że sposobem na ich rozwiązanie nie jest rzucanie państwom członkowskim palet pieniędzy. Przy okazji pokłócił się z Komisją Europejską, bo ta stwierdziła, że ma inne szacunki dotyczące błędów i nieprawidłowości w budżecie. Ponadto Komisja inaczej niż Trybunał interpretuje pewne fakty. Zaś jeśli chodzi o RRF, czyli to całe KPO, to Komisja jest niewinna, tylko winne są poszczególne państwa.

Drodzy Rodacy. Szykuje się wielkie łupienie i skubanie. Będą z nas zdzierać pieniądze, a tych co się należą nie wypłacać. Temu także ma służyć propozycja, by w przyszłej perspektywie budżetowej uzależnić wypłaty funduszy od spełnienia rożnych wymyślonych przez jaśnie państwo z Brukseli warunków – np. dotyczących równości płci, promowania ideologii LGBT coś tam, zielonego ładu etc.

Pod byle pretekstem – nieprzeprowadzenia reform jakich sobie eurokraci życzą pieniądze nie będą wypłacane. Znamy to z czasów beznadziejnej walki PiS o środki z KPO.

Powstaną też nowe fundusze, na które zrzucać się będą państwa członkowskie. Minister Sikorski już z entuzjazmem zapowiedział zwiększenie Europejskiego Funduszu Obronnego. To oznacza większą składkę do Unii. Podobnie pieniądze będą szukane w nowych podatkach, przy czym część z nich chce nakładać bezpośrednio Bruksela, choć jest to sprzeczne z Traktatami.

Obecne problemy budżetowe Polski są zapowiedzią nadciągających lat biedy. Być może rząd Tuska zdaje sobie sprawę z tego, że Unia zmierza ku katastrofie gospodarczej i stąd wstrzymanie, czy też porzucenie wielkich inwestycji z obawy, że zabraknie na nie pieniędzy, bo nie dość że dochody państwa się będą kurczyć, to trzeba się będzie zrzucać na podtrzymywanie rzężenia samej Unii.

Tak jak w 2011 roku kiedy Donald Tusk zaoferował 8,4 mld euro z pożyczki NBP na ratowanie Grecji. Od tamtego czasu Hellada ma się tylko gorzej, podobnie jak Francja, Hiszpania, Włochy, Portugalia, a za chwilę Niemcy, które też biednieć zaczynają.

Żadne pompatyczne zaklęcia o wspaniałości Unii, o sprostaniu nowym wyzwaniom nie zmienią faktu, że Europa zmierza ku kolejnemu już kryzysowi gospodarczemu, a sama Unia ku katastrofie finansowej.

Minęło 20 lat odkąd do niej wstąpiliśmy. Z tego ledwie trzy – 2004 – 2007 były w samej Unii latami spokoju – bez kryzysów, gospodarczych, finałowych, społecznych, które właściwie już przestają być – jak to kryzys chwilowym odstępstwem od normy, a właśnie trwałą normą się stają. Np. właśnie wchodzimy w 10 rok kryzysów związanych z imigracją.

Jeśli Polska będzie czynić to co czyni Zachód Europy, to zacznie jak on biednieć i za 15 lat będziemy wspominać 2024 jako rok naszego największego dobrobytu.

O naturalnej roli kobiet w czasie wojen, oraz o lesbijkach na stanowiskach Generałów

O naturalnej roli kobiet w czasie wojen, oraz o lesbijkach na stanowiskach Generałów.

Mirosław Dakowski.

Od początku znanych nam cywilizacji zawsze były wojny i krwawe konflikty. We wszystkich jednak cywilizacjach, tak tych naturalnych jak i później wysoko rozwiniętych, rolą mężczyzny było wojowanie, zabijanie wroga no i oczywiście przede wszystkim obrona swoich, w tym szczególnie kobiet i dzieci. U przewrotnych ale i obdarzonych humorem starożytnych hellenów stworzono legendę o plemieniu amazonek, które tak nie lubiły mężczyzn, że żyły samotnie, a żeby wojować to obcinały sobie prawą pierś dla lepszego strzelanie z łuku. Tymczasem piersi kobiet są tak zbudowane, by przyciągać zainteresować sobą i swoją właścicielką młodych ludzi, z których to ona w znacznym stopniu wybierze sobie męża i ojca swoich dzici. Potem jej piękne piersi służą do karmienia, aby dzieci były zdrowe, silne i radosne. Pomysł, by piersi obcinać, a mężczyzn dopuszczać tylko do zapłodnienia, wydawał się i słusznie starożytnym grekom wysoce zabawny. Chyba pod koniec XVI wieku, któryś z hiszpańskich zdobywców Ameryki Południowej spływając w dół Amazonką, usłyszał, że gdzieś przy lewym dopływie Amazonki jest podobne plemię. Najprawdopodobniej jednak była to opowieść zapożyczona od starożytnych Greków.

Od zawsze więc, a więc i w czasach Greków potem Rzymian, czy plemion Wielkiego Stepu, a już z całą pewnością plemion powstającej Cywilizacji Łacińskiej czy Europejskiej, nigdy i nigdzie nie używano kobiet do walki zbrojnej. Bo było to nie tylko jakby tabu, ale czynność niewydajna i szkodliwa. Przecież zawsze zadaniem mężczyzny jest obrona rodziny, swego kraju, a zadaniem kobiety jest rodzenie, karmienie, wychowywanie dzieci na ludzi śmiałych, zdrowych i odważnych.

Ideologia neo-sodomy – czy neo-gomory podniosła łeb dopiero w ostatnich dziesiątkach lat. No może trochę wcześniej, bo od potomków Marksa i od Inessy Kołłontaj, a ta ostatnia to były lata 20-te XX wieku. Natomiast masowe zachęcanie i przyjmowanie kobiet do wojska, rozpoczęte chyba pół wieku temu w USA, rozpleniło się na cały tak zwany „postępowy” świat. Widzimy jednak, jak te obce dla ludzi narzucone z zewnątrz wzory są jednocześnie i straszne i śmieszne.

I dlatego możliwe jest coś tak strasznego i zabawnego, jak uczynienie jakiejś kobitki, jak się okazuje trochę później, też lesbijki, kapitanem okrętu wojennego, w tym wypadku w Nowej Zelandii. Nowa Zelandia traci pierwszy wielki okręt wojenny od II WS. Kapitanka/admirałka uratowana, uhonorowana !!

Czytaliśmy z rozbawieniem, jak tak kapitanessa [no bo jak ten stwór nazwać??] zatopiła swój okręt. Ale absurd polega na tym, że roztkliwiano się, że wszystkich marynarzy udało się uratować. Natomiast nie znalazłem analiz, który podawały, jakie komendy tej cipy spowodowały wpieprzenie się nowoczesnego okrętu wojennego na skały. Jeśli ktoś z państwa, czytelników znajdzie analizę przyczyn tej śmiesznej katastrofy, to proszę mnie zawiadomić

Przecież państwa rozsądne powinny zapełniać dowództwa wroga takimi generałami, wtedy zwycięstwo mają zapewnione. A państwa „rządzone” przez kurwy, szczególnie zboczone – na czyje życzenie giną ?

A?

Awans Marka Rutte, byłego premiera Holandii, na stanowisko sekretarza generalnego NATO.

Nowe wyzwanie dla Teflonowego Marka babylonianempire/nowe-wyzwanie-dla-teflonowego-marka

Data: 12 ottobre 2024 Author: Uczta Baltazara 1 Commento

Hans Vogel naświetla awans Marka Rutte, byłego premiera Holandii, na stanowisko nowego sekretarza generalnego NATO, jego ignorowanie opinii publicznej i zaangażowanie w śmiercionośną agendę NATO, w tym wsparcie dla ukraińskich ataków na Rosję, przy jednoczesnym kwestionowaniu prawdziwych wartości wyznawanych przez złowrogi sojusz.

Zaledwie kilka dni temu, 1 października, Mark Rutte został zaprzysiężony na nowego sekretarza generalnego NATO. Jest on czwartym Holendrem na tym stanowisku, po Dirku Stikkerze (1961-1964), Josephie Lunsie (1971-1984) i Jaapie de Hoop Schefferze (2004-2009) https://english.pravda.ru/opinion/106986-jaap_de_hoop_scheffer/.

Kim więc jest Mark Rutte? – Po pierwsze, jest najdłużej urzędującym premierem Holandii w 209-letniej historii Królestwa, z ponad czternastoletnim stażem. W roku 2006, w wyniku swoistego wewnątrzpartyjnego zamachu stanu, został katapultowany na stanowisko przewodniczącego VVD, partii liberalnej (właściwie konserwatywnej). Wcześniej, w latach 1988-1991, był liderem młodzieżówki tej partii, w której zyskał rozgłos, opowiadając się za legalizacją zarówno seksu z 12-latkami, jak i komercyjnego surogacyjnego macierzyństwa https://robscholtemuseum.nl/jovd-mark-rutte-jovd-voorzitter-over-commerciele-draag-moederschap-en-legaliseren-van-sex-met-12-jarigen-oud-landelijk-voorzitter-mark-rutte-op-bezoek-bij-de-jovd-2016/.

Bez wątpienia głównym powodem długowieczności Rutte jako premiera jest jego imponująca odporność na wszelkie formy krytyki. Wydawać by się mogło, że wszelkiego rodzaju krytyka, złość, oburzenie i wściekłość jego przeciwników spływa po nim jak woda po kaczce. To właśnie ta cecha przyniosła mu przydomek „Teflon Mark”. Jeśli przeciwnik naciska go, aby przypomniał sobie coś, co zrobił lub powiedział, ma zwyczaj odpowiadać: „W tej konkretnej kwestii nie mam aktywnej pamięci”. To sformułowanie zasługuje na to, by zapisać je obok definicji kłamstwa Margaret Thatcher jako „oszczędnym posługiwaniu się prawdą”.

Zaskakująco mało wiadomo o młodości Rutte i jego pochodzeniu rodzinnym. Jego rodzina ma częściowo indonezyjskie korzenie (z okresu, gdy Indonezja była holenderską kolonią, aż do 1945 roku). Istnieją również przesłanki, że Rutte częściowo jest Żydem. Co więcej, jego dziadek ze strony matki miał pewne niejasne relacje z holenderską rodziną królewską https://niburu.co/binnenland/13809-bizarre-achtergronden-en-geheimzinnige-van-mark-rutte-video.

Mający 57 lat nowy szef NATO nie jest żonaty i nie ma rodziny, ale nie brakuje plotek o jego związkach uczuciowych i preferencjach seksualnych. Więcej szczegółów jest znanych nawet na temat tajemniczej holenderskiej rodziny królewskiej. Mamy tylko nazwiska niektórych jego bliskich przyjaciół, z których jednym jest Jort Kelder https://en.wikipedia.org/wiki/Jort_Kelder, konserwatywny holenderski dziennikarz i osobowość telewizyjna. W Rosji Rutte nazywany jest Gomosec, co jest grą słów: Gensec, skrót od Sekretarz Generalny, pochodzi z czasów sowieckich, podczas gdy gomosec to rosyjskie określenie na „geja”, którym według wielu jest Rutte https://vk.com/wall-157500775_406480.

Oczywiście ci, którzy mianowali Rutte’a muszą znać wszystkie szczegóły jego życia prywatnego, podczas gdy wydaje się, że prawie miliard mieszkańców trzydziestu dwóch państw członkowskich NATO na zawsze pozostanie w niewiedzy na temat fascynującej i intrygującej osobowości Rutte’go. Biorąc pod uwagę zasłonę tajemnicy wokół Rutte, można przypuszczać, że większość nie będzie się tym przejmować. Czy nie wydaje wam się jednak dziwne, że cały ten miliard mieszkańców Natostanu – którzy nadal będą płacić wszystkie rachunki NATO, w tym 300 000 euro pensji Teflonowego Marka – nie ma pojęcia, kto tak naprawdę wydaje rozkazy zabijania w ich imieniu?

Tylko jedna osoba, były doradca prawny Rutte’go, Karim Aachboun, próbował uniemożliwić mu objęcie stanowiska Genseca https://www.ninefornews.nl/rutte-belemmert-rechtszaak-van-karim-aachboun-bij-hof-van-beroep-en-zet-de-macht-van-3-rechters-opzij/. Oskarżając go o bycie odpowiedzialnym za zniknięcie tysięcy dzieci podczas „skandalu z zasiłkami na opiekę nad dziećmi” https://en.wikipedia.org/wiki/Dutch_childcare_benefits_scandal, oskarżyciel musiał zobaczyć jak belgijski sędzia ostatecznie wstrzymuje pozew, dając Rutte chwilową ulgę.

Mając tylko tak pobieżne informacje o Rutte, co my wiemy o NATO? – Czym właściwie jest NATO?

Jest to przede wszystkim organizacja stworzona w roku 1949 przez Stany Zjednoczone, według słów jej pierwszego Genseca Lorda Ismay’a https://en.wikipedia.org/wiki/Hastings_Ismay,_1st_Baron_Ismay po to „aby utrzymać Amerykanów w środku, Rosjan na zewnątrz, a Niemców na dole”. Pozornie był to sojusz obronny przed sowieckim (rosyjskim) atakiem na Europę Zachodnią, który – jak wmawiano opinii publicznej – mógł nastąpić w każdej chwili, ale nigdy się nie zmaterializował. NATO nie zostało jednak rozwiązane, gdy w 1991 roku Związek Radziecki rozpadł się. Z perspektywy czasu okazało się, że Sowieci nigdy nie zamierzali zaatakować Europy Zachodniej, a całe to przegrzane zimnowojenne straszenie było czystym nonsensem. Jednak stare, sprawdzone uzasadnienie istnienia NATO zostało odkurzone i ponownie przedstawione opinii publicznej: źli Rosjanie mogą dokonać inwazji w każdej chwili i musimy być przygotowani na taką ewentualność.

NATO pozostało niezmienione, a nawet znacznie się rozszerzyło, ostatecznie podwajając liczbę swoich członków. Gdy żelazna kurtyna została odsunięta, Związek Radziecki rozpadł się, a Rosja z trudem przystosowywała się do radykalnie zmienionych okoliczności, NATO mogło wreszcie zaangażować się w jakieś działania wojskowe. Rany, ale było chętnych! – W roku 1995 (po uzyskaniu poparcia Rady Bezpieczeństwa ONZ) interweniowało w jugosłowiańskiej wojnie domowej, zapewniając formalną niepodległość Bośni i Hercegowiny jako protektoratu NATO i USA.

W roku 1999, NATO całkowicie zerwało swoją maskę, występując samodzielnie przeciwko Serbii, pokazując swoją prawdziwą krwiożerczą naturę podczas masakr ludności cywilnej i hurtowego niszczenia serbskiej infrastruktury. Nie trzeba dodawać, że wszystko to odbywało się poprzez bombardowania z powietrza.

W roku 2001 NATO wskoczyło na wyższy poziom, odgrywając rolę w kierowanym przez USA neokolonialnym przedsięwzięciu w Afganistanie, entuzjastycznie masakrując tysiące cywilów (2001-2014). W międzyczasie NATO zniszczyło Libię, zabijając co najmniej 60 000 cywilów.

Od czasu zamachu stanu na Ukrainie pod przywództwem USA w roku 2014, NATO jest również ściśle zaangażowane w przygotowywanie tego nieszczęsnego kraju do złożenia w ofierze na ołtarzu anglosaskiej rusofobii.

Czym więc jest NATO? – Odpowiedź brzmi: międzynarodową organizacją terrorystyczną, specjalizującą się w masowym zabijaniu cywilów i niszczeniu infrastruktury krytycznej, ale niezdolną do stawienia czoła równorzędnemu przeciwnikowi, takiemu jak rosyjskie siły zbrojne. Faktycznie, zabijanie i wystawianie innych na śmierć jest tym, co NATO robi najlepiej.

Uwzględniając Ukraińców zabitych od czasu rozpoczęcia przez Rosję Specjalnej Operacji Wojskowej w roku 2022 (około miliona), plus tysiące Jugosłowian, Afgańczyków i Libijczyków, a także 16 000 cywilów zabitych przez Ukraińców pod rozkazami NATO w Doniecku i Ługańsku w latach 2014-2022, liczba ta wynosi około 1,25 miliona. Całkiem imponujące!

Z NATO głęboko zaangażowanym w Ukrainie, gdzie poniosło szereg bolesnych i raczej zawstydzających strat osobowych z powodu rosyjskich precyzyjnych bombardowań, Gensec Rutte ma przed sobą nie lada zadanie. Jak dotąd wydaje się, że sprostał zadaniu, emitując odpowiednie wojownicze dźwięki. W rzeczywistości zaczął to robić jeszcze zanim został Gensekiem i kiedy był jeszcze premierem Holandii, prawdopodobnie jako rodzaj aplikacji na to stanowisko. Powiedział, że wojna Ukrainy z Rosją „jest również naszą wojną”. Ponieważ nigdy nie zadał sobie trudu sprawdzenia tego w parlamencie, uwaga ta była wyłącznie jego własną.

Najwyraźniej Rutte był i nadal jest przekonany, że Ukraina broni „naszych wartości”, co leży w interesie „naszej demokracji”. Używając zaimka dzierżawczego „nasza”, Rutte prawdopodobnie wskazał jedynie na małą klikę polityków i elit, a nie na ogół społeczeństwa, jak wydaje się myśleć większość ludzi. Pod tym względem Rutte może mieć rację!

Jakie mogą być wartości Ukrainy? – Sądząc po działaniach jej przywódców („rządu”), wartości te zdecydowanie nie są tymi, które oficjalnie wyznają USA, Rada Europy, UE, a nawet NATO. W rzeczywistości, wartości wyznawane przez dzisiejszych ukraińskich przywódców nie wydają się zbytnio różnić od tych wyznawanych przez ich poprzedników, którzy kolaborowali z Niemcami podczas II wojny światowej. Sądząc po historii NATO, owe ukraińskie “wartości” są zbieżne z „wartościami”, których NATO broni, a raczej które szerzy.

W najbardziej neutralnym ujęciu wartości te są raczej destrukcyjne i śmiercionośne: polegają na zabijaniu ludzi (strzelaniu, bombardowaniu, głodzeniu, dźganiu, torturowaniu) i niszczeniu ich środowiska życia.

Oczywiście Teflonowy Mark pokazał już swoje pełne zaangażowanie w “wartości” NATO: w dniu swojej inauguracji oświadczył, że Ukraina może swobodnie używać broni, którą otrzymuje od państw NATO, do uderzania w cele w głębi Rosji. Innymi słowy, Rutte dał zielone światło dla masowego zabijania rosyjskich cywilów. Idąc jeszcze dalej w kierunku przepaści, Rutte po raz kolejny zadeklarował, że Ukraina powinna jak najszybciej przystąpić do NATO. Deklaracją tą Rutte po raz kolejny pokazał swoją całkowitą pogardę dla holenderskiej opinii publicznej. W roku 2016, w ogólnokrajowym referendum, zdecydowana większość Holendrów odrzuciła jakiekolwiek zacieśnianie więzi z Ukrainą za pośrednictwem UE (którą należy uznać za niewojskowy departament NATO). Innymi słowy, Rutte nie szanuje „naszych” wartości, a jedynie „swoje” lub „ich”!

W ciągu najbliższych kilku lat NATO będzie pielęgnować owe “wzniosłe wartości” pod kierownictwem Teflonowego Marka. Należy pamiętać, że zdobył on doświadczenie w tej dziedzinie, zarządzając masowym zabijaniem swoich współobywateli za pomocą śmiertelnych zastrzyków podczas Wielkiego Widowiska Covid. Wydaje się, że nikt nie jest w stanie wydawać rozkazów masowych mordów i wysyłać naiwnych żołnierzy NATO i Ukrainy na pewną śmierć lepiej niż Teflonowy Mark Rutte.

INFO: https://www.arktosjournal.com/p/a-new-challenge-for-teflon-mark

Kiedyś byłam „błyskawicą” – wspierałam ruchy aborcyjne oraz LGBT.

Kiedyś byłam „błyskawicą” – wspierałam ruchy aborcyjne oraz LGBT. Rozmowa z byłą feministką Kiedys-bylam-blyskawica

„W tamtym momencie odrzuciłam wszystkie dotychczasowe autorytety, które wyniosłam z domu i przyjęłam tę internetową „sieczkę”. Stałam się skrajnym antyklerykałem, taką wojującą ateistką-feministką (…) Wmówiłam sobie, jak wiele moich koleżanek, że jestem biseksualna, bo to było w modzie.(…) Stwierdziłyśmy też, że skoro żaden kolega nam się nie podoba, to pewnie jesteśmy lesbijkami. Brzydziłyśmy się myślą o fizycznej bliskości z chłopakami, szukałyśmy czułości i wyrozumiałości u kobiet. (…) Dawniej bazowałam na subiektywnych streszczeniach rzeczywistości, przedstawianej przez lewicowych radykałów od aborcji i LGBT. To nie ma nic wspólnego z prawdą.”

======================

Laura Lipińska: Opowiedz coś o sobie. Kim jesteś, czym się zajmujesz, czemu wolisz pozostać anonimowa? Czemu się do nas zgłosiłaś?

„Joanna”: Mam prawie 30 lat, pochodzę z południowo-zachodniej Polski, kiedyś byłam „błyskawicą” – wspierałam ruchy aborcyjne, czyli „end life” oraz LGBT. Chwilami potrafiłam nawet określać samą siebie jako biseksualistkę, a zawsze feministkę. Teraz pracuję z dziećmi. Chcę pozostać anonimowa z racji posiadania własnej rodziny i z powodu mojego zawodu, bo na moim stanowisku poglądy pro-life i antylgbt są dziś bardzo niemodne, według wielu seksistowskie i homo- oraz transfobiczne. W placówkach, z którymi jestem i byłam związana, organizowane są na przykład tzw. tęczowe piątki, a pedagodzy często są niedelikatnie proszeni o posługiwania się nowym imieniem i zmienionymi przez dziecko zaimkami niezgodnymi z ich płcią. Konserwatywne poglądy nie są tu mile widziane. Ja w pracy z dziećmi nie poruszam tematów moich własnych poglądów, uważam, że rolą pedagoga czy wychowawcy jest nie tylko nauczać, ale przede wszystkim kształtować wrażliwość, twórcze myślenie, moralność, empatię i silny charakter dzieci. Placówki publiczne nie są od tego, żeby karmić uczniów wątpliwymi ideologiami, bardzo często nie popieranymi przez ich rodziców. Sprzeciwiam się temu, ale nie chcę stracić pracy, stąd moja prośba o anonimowość. Udzielając tego wywiadu, chciałabym podzielić się moim doświadczeniem psychicznego, emocjonalnego i duchowego uzdrowienia z lewicowej propagandy.

LL: Poruszyłaś bardzo ciekawy wątek, dotyczący zaimków. Mogłabyś go pogłębić? Jak wygląda to w waszej szkole? Czy nauczyciele są zmuszani do stosowania wobec dzieci wymyślonych zaimków?

„J”: Nauczyciele nie mają zbyt wiele do powiedzenia. Zazwyczaj temat zaczyna dyrekcja, ale też czasem wychodzi to od szkolnego pedagoga albo psychologa, do którego dziecko przychodzi np. z jakimś orzeczeniem i poparciem rodziców, żeby zwracać się do niego nowym imieniem, zazwyczaj przeciwnej płci albo zaimkami typu „oni”, „one”. Powiedzmy, że nauczyciele są przekonywani do tego, żeby w ten sposób się do dziecka zwracać, a jeśli się tego nie zrobi, to bardzo często ma się na karku rodziców lub dyrekcję. Boimy się nawet reperkusji ze strony kuratorium. Niestety bardzo mało się o tym mówi w mediach publicznych, czasami wybucha jakiś skandal, że ktoś nazwał dziecko jego prawdziwym imieniem zamiast tym nowym. Nauczyciele albo się boją, albo sami są progresywni i stwierdzają, że wszystko jest w porządku.

Tak to właśnie wygląda w szkołach, w których pracowałam. Transseksualna propaganda (bo inaczej tego nie nazwę) rozprzestrzenia się coraz bardziej. Sama zresztą polecałaś książkę na ten temat – „Nieodwracalna krzywda”. W Polsce sytuacja nie wygląda jeszcze może tak drastycznie, ale to nadciąga. Wielka fala krzywd i samookaleczeń, złamanych żyć, bo tylko to niesie ta ideologia. Obserwuję młodych ludzi w mediach, bo jest to też moją rolą, chcę widzieć, czym młodzież żyje, co jest dla nich ważne, co kreuje ich myślenie. I to, co widzę, jest zatrważające.

LL: Fundacja wypuściła jakiś czas temu opinię prawną dotyczącą zmuszania nauczycieli do używania zaimków niezgodnych z prawdziwą płcią. W świetle polskiego prawa jest to nielegalne. Można znaleźć ją na naszej stronie. Wracając do głównego tematu – jak wyglądało twoje dzieciństwo? W jakim domu się wychowałaś?

„J”: Wychowałam się w bardzo, bardzo bliskiej, kochającej, katolickiej rodzinie. Mój ojciec był religijny, nigdy nie wstydził się swojej wiary, jego autorytetem był św. Jan Paweł II. Był empatyczny, a równocześnie wymagający. Mama przed poznaniem go nie była aż tak wierząca, ale po ślubie się to zmieniło i wraz z rodzeństwem byłam wychowywana w wierze. Śpiewałam w scholi i solo na Mszach dla dzieci, jeździliśmy z rodziną na wycieczki do sanktuariów, prenumerowałam katolickie czasopisma dla dzieci. Codziennie rozmawiałam z Bogiem i pamiętam, że gorąco, bardzo gorąco wierzyłam w Maryję jako moją drugą mamę. Moja mama mi to nawet bardzo często powtarzała: „Maryja to twoja druga mama, zwracaj się do niej zawsze, kiedy potrzebujesz”.

Wszystko się zmieniło po śmierci mojego ojca. Zmarł, kiedy byłam młodziutką nastolatką i żałoba po nim zbiegła się z moim okresem dojrzewania. Pamiętam, że podczas pierwszej po pogrzebie ojca spowiedzi mój ulubiony ksiądz wyjaśnił mi sens śmierci ojca, ale w tak szorstki i nietaktowny sposób, że zraziłam się do tego człowieka. Jako nastolatka z burzą hormonalną patrzyłam na wszystko zerojedynkowo: jeden z autorytetów mnie zawiódł, więc go porzucam, skreślam z mojego życia i szukam innego. Podobne myślenie występuje u dziewcząt z rodzin rozbitych, przechodzących kryzys, obecnie jest ich coraz więcej. W tamtym czasie straciłam jeden po drugim dwa autorytety: ojca i ulubionego duchownego.

Byłam wtedy w gimnazjum i mniej więcej w tym okresie moja koleżanka z ławki podesłała mi przetłumaczone na polski filmiki, w których ludzie szydzili z chrześcijaństwa, katolickich obrzędów i wiary. Oglądałyśmy to na przerwach i czułyśmy dreszczyk emocji związany z czymś trochę zakazanym, łamiącym konwenanse, przeciwnym temu, w czym nas wychowano. Zwyczajny nastoletni bunt. Na nastolatki to działa jak narkotyk. Pokazałam jeden z tych filmików mojej mamie, myślałam, że bardzo się zdenerwuje i że spróbuje wytłumaczyć, dlaczego to, co oglądam, może mieć na mnie zły wpływ. Potrzebowałam takiej konfrontacji z kimś dorosłym, kto powie: „Słuchaj, to nie jest dobre dla ciebie, to niszczy twoja korzenie”. Moja mama tego nie zrobiła, wróciła szybko do własnych spraw i żałoby po ojcu. Zostałam sama z tymi swoimi przemyśleniami, w buntowniczym środowisku, pełnym antykościelnych, lewicowych haseł. Na „Naszej klasie” i „ask.fm” krążyło dużo takich treści: obrazki, posty, muzyka.

Trafiłam w pewnym momencie na stronę fanów jakiegoś awangardowego zespołu. Udzielali się tam równie wkręceni młodzi ludzie: 15 lat, niektórzy trochę starsi. Większość z nich określała siebie jako homo- lub biseksualnych. Dużo pisali na temat braku tolerancji dla ludzi ich pokroju w Polsce i o rzekomej instytucjonalnej homofobii. Prawą stronę nastolatkowie tacy jak ja uznawali za największe zło tego świata, bez wchodzenia w szczegóły, bez weryfikowania tej opinii, czy ona w ogóle ma jakiekolwiek odbicie w rzeczywistości. 90% osób na tych forach to były młode dziewczyny, bardzo samotne, bez przyjaciół w życiu realnym, dziewczyny po jakiejś traumie, z rozbitych rodzin, bardzo podatne na manipulacje. Byłyśmy zdesperowane, szukałyśmy akceptacji, miłości, chętnego rozmówcy. W tamtym momencie odrzuciłam wszystkie dotychczasowe autorytety, które wyniosłam z domu i przyjęłam tę internetową „sieczkę”. Stałam się skrajnym antyklerykałem, taką wojującą ateistką-feministką, ale tylko w sferze internetowej, nie miałam odwagi jeszcze wyjść z tym do ludzi.

Wmówiłam sobie, jak wiele moich koleżanek, że jestem biseksualna, bo to było w modzie. Uznawałyśmy same siebie za bardzo nieatrakcyjne i myślałyśmy, że żaden chłopiec nigdy się nami nie zainteresuje. Uznałyśmy chłopaków za brutalnych, głupich i niedojrzałych. Myślałyśmy, że nikt nas nie rozumie, że nie warto wierzyć nikomu, kto nie podziela naszych poglądów, musimy być zamknięte we własnym świecie. Stwierdziłyśmy też, że skoro żaden kolega nam się nie podoba, to pewnie jesteśmy lesbijkami. Brzydziłyśmy się myślą o fizycznej bliskości z chłopakami, szukałyśmy czułości i wyrozumiałości u kobiet.

Pamiętam moje pierwsze zauroczenie poznaną przez internet koleżanką, nazwijmy ją Darią. Ona też była „feministką”. Miałyśmy po 15 lat. Zaprosiła mnie do zarejestrowania się na stronie, która wtedy nazywała się „innastrona.pl”, a teraz jest to „queer.pl”. Tam nawiązywałyśmy kontakty z ludźmi identyfikującymi się z ideologią LGBT. To był taki Facebook dla gejów, lesbijek i trans. Wielu użytkowników strony to były zmanipulowane dzieciaki, ale łatwo można było znaleźć też dorosłych facetów i kobiety, nie było ograniczeń wiekowych. Dorośli zaczepiali dzieci, prosili o zdjęcia, zapraszali na randki. Część z nich należała do grup sadomasochistycznych. Dzięki Bogu byłam zbyt nieśmiała, żeby kiedykolwiek dać się namówić na spotkanie z kimś stamtąd.

Daria bardzo nalegała, byśmy były w związku, a ja się zgodziłam. Zaczęłam mówić znajomym w realu, że mam dziewczynę. Wiele koleżanek mnie wtedy podziwiało, bo w końcu było to coś nowego, słabo znanego, niszowego. Dzisiaj podobnie jest z transseksualizmem – żeby się wyróżnić, trzeba się określić jako osoba niebinarna. Wtedy wystarczyło być gejem lub lesbijką. Moda na transseksualizm jest jeszcze gorsza, bo prowadzi do poważnych samookaleczeń. Podświadomie zawsze czułam, że żyję kłamstwie. Nigdy nie podobały mi się kobiety, po prostu potrzebowałam bliskiej przyjaciółki. Daria była idealną kandydatką.

Czytałyśmy razem o feminizmie i otwarcie nienawidziłyśmy mężczyzn. Ojciec Darii był narkomanem, który opuścił rodzinę i ona również była pozbawiona zupełnie męskiego wzorca. Żyłyśmy w przekonaniu, że współczesne dziewczyny, jeśli chcą w życiu coś znaczyć, to muszą wyrwać się z „sideł patriarchatu”, ta narracja cały czas trwa, widzimy to wszędzie. Brzydziłyśmy się kobiecością, a tak naprawdę zupełnie jej nie znałyśmy, miałyśmy w głowie propagandowe stereotypy „Barbie” i „kury domowej”. Wizja ciąży była dla nas czymś nienaturalnym, paskudnym wręcz, czymś, co może zagrozić naszym karierom i ciekawej przyszłości. Dziecko było dla nas skaraniem Boskim. Taka była narracja osób, z którymi stykałyśmy się w internecie i w realnym życiu. Przyjęłyśmy to jako własną opinię.

Pławiłyśmy się w tej naszej zakazanej miłości, a równocześnie utwierdzałyśmy się w depresyjnych nastrojach. Fantazjowałyśmy nawet o wspólnym samobójstwie. To jest rzeczywistość także współczesnych nastolatków, wchodzących w ruch LGBT. Z niecierpliwością czekałyśmy z Darią na pierwsze wspólne spotkanie, które miało nastąpić na paradzie LGBT. Nie było ich jeszcze wtedy zbyt dużo w Polsce i na szczęście nigdy do spotkania nie doszło. Zresztą kontakt z obiema tymi koleżankami z czasów szkolnych się zatarł. Obserwuję je dziś w mediach, są wciąż aktywne w środowisku gejowskim i ateistycznym.

W liceum karmiłam się treściami lewicowymi z internetu. Czytałam feministyczne manifesty, wierzyłam, że kobiety muszą walczyć o aborcję, że dziecko w brzuchu matki to tylko zlepek komórek, że patriarchat nas uciska, a społeczność LGBT nie ma żadnych praw. Znowu w żaden sposób nie weryfikowałam tych poglądów, nawet nie próbowałam samodzielnie myśleć.

LL: Co było potem?

„J”: Potem poszłam na studia humanistyczne. Już na pierwszym roku wyczuwało się atmosferę pewnej inkluzywności: my wszystkich kochamy, jesteśmy jedną wielką rodziną, trochę jak sekta. Jedna z dziewczyn z roku powiedziała mi nagle w drugim albo trzecim dniu naszej znajomości, że jest lesbijką. Od razu pomyślałam: „Dziewczyno, czemu mi się zwierzasz ze swoich własnych problemów, ja nie chcę o tym wiedzieć drugiego dnia znajomości”. Ale taki panował tam klimat. Dużo osób nosiło ubrania i gadżety właśnie z tęczowymi flagami, zapraszali na marsze czy pikiety propagujące „LGBT pride”. Z dystansu patrząc, zastanawiam się, z czego oni są dumni? Co to jest ta „gay pride”? Gdy ja mówię, że jestem dumna z bycia matką, to mam na myśli, że jestem dumna z bycia matką mojej córeczki, którą staram się wychowywać i która dla mnie jest największym cudem. Gdy mówię, że jestem dumna z siebie, to mam na myśli to, że mam dobre wykształcenie, że sprawdzam się w mojej pracy, że mam jakieś osiągnięcia. A co to za duma z homoseksualizmu, z problemu? Według mnie tu nie ma w ogóle racji bytu słowo „duma”, chyba że tłumaczone z angielskiego na „pycha”, ale oni nigdy nie przyznają, że są pyszni. Mój kierunek oferował też tak zwane „gender studies”. W gablotach wisiały zaproszenia na spotkania i wykłady dotyczące praw kobiet do aborcji, artykuły o płci kulturowej, o potrzebach obalenia patriarchatu etc. Takich treści było pełno.

Gdy kończyłam studia, wybuchł tzw. strajk kobiet. Włączały się w to nie tylko studentki, ale też niestety wykładowcy. Chodzili z nami na strajki, usprawiedliwiali nieobecności, dodawali na Facebooku nakładki z błyskawicami. Ludzie, którzy powinni być autorytetami, wzorami dla studentów, włączali się w wulgarny hejt i walkę o zabijanie dzieci. Ja też miałam te nakładki i udostępniałam różne rzeczy, do dziś jest mi okropnie wstyd, pomimo że pousuwałam te rzeczy z moich sociali. To była walka o prawa kobiet przy jednoczesnym agresywnym atakowaniu kobiet o innych poglądach. Pamiętam dzielenie się obraźliwymi memami, chociażby o Kai Godek. Masz wybór, dopóki jest to wybór akceptowany przez środowiska lewicowe.

Nasiliła się też wtedy kontra do krytyki LGBT. Włącza się w to używanie złych zaimków, tzw. misgendering. Dla niektórych to teraz największa zbrodnia, forma wręcz prześladowania, powód do załamania psychicznego. Rozumiesz to? Nazwanie Kasi Kasią jest prześladowaniem jej, bo ona stwierdziła, że jest Tomkiem. Absurd. Ludzie byli całkowicie wykluczani ze swoich grup za coś takiego. Pamiętam, że najlepsze na roku studentki, dziewczyny naprawdę zdolne, wykazujące się wybitną kulturą słowa, porwane psychologią tłumu, podczas tych czarnych protestów bez oporu szły i skandowały wulgarne teksty albo zamieszczały tego typu treści w internecie. Osoby, po których bym się tego kompletnie nie spodziewała i dotyczyło to też wykładowczyń. Ludzie o innych poglądach byli po prostu brutalnie wyszydzani. To wszystko było tak zupełnie bezrefleksyjne. Przecież na tych marszach domagaliśmy się prawa do zabijania. Pojawiło się hasło „I wish I could abort my goverment”, czyli była świadomość, że „abort” to usunięcie człowieka, zabicie go! Nikt z tego tłumu nie łączył faktów. Nikt nie potrafił tak naprawdę powiedzieć, kiedy zaczyna się człowiek, ale byliśmy absolutnie pewni, że w brzuchu matki, to jeszcze nie. Skąd ta pewność? Z rzucanych w internecie opinii.

LL: Co było punktem zwrotnym w Twoim życiu? Co wpłynęło na zmianę?

„J”: Najprościej mówiąc, skończyłam studia, wyszłam z tego środowiska i założyłam rodzinę. Mój narzeczony miał tu największy wpływ. To była miłość od pierwszego wejrzenia, nie miało dla mnie znaczenia, że on nie podziela moich lewicowych poglądów. To była nowość, bo kiedyś nie wyobrażałam sobie związku z kimś takim, „właściwe” poglądy to była podstawa. On pokazał mi, że można żyć inaczej, że można żyć prościej. Przede wszystkim, że nie trzeba cały czas walczyć i że wiara to taka normalna, naturalna rzecz. Kolejną ważną rzeczą była ciąża i urodzenie dziecka. Odkryłam, na czym tak naprawdę polega ten stan błogosławiony i dlaczego tak właśnie określa się ciążę. Zaczęłam cieszyć się i cenić w końcu własną, niepowtarzalną kobiecość. Wywaliłam z głowy te durne feministyczne frazesy. Kobieta nie potrzebuje żadnej progresywnej liberalnej ideologii, żeby nią dyktowała. W ciąży w końcu zaczęłam myśleć i słuchać opinii tej drugiej strony. Okazały się być sensowne. Dawniej bazowałam na subiektywnych streszczeniach rzeczywistości, przedstawianej przez lewicowych radykałów od aborcji i LGBT. To nie ma nic wspólnego z prawdą. Podjęłam poważną refleksję na tematy dotyczące aborcji, znalazłam wiele świetnych organizacji pro-life, które działają na różne sposoby i robią dobre rzeczy. Wróciłam do korzeni, do wiary, do Kościoła, do modlitwy na różańcu, do tego wszystkiego, co daje poczucie bezpieczeństwa. Po raz pierwszy od lat jestem szczęśliwa i spełniona pod każdym względem.

Kulminacyjnym momentem w moim życiu była rozmowa z kilkoma moimi przyjaciółkami. Byłam wtedy w piątym miesiącu ciąży, trudno mi było znaleźć pracę. I wszystkie te moje koleżanki stwierdziły, że aby móc lepiej zarabiać i realizować się jako kobieta, powinnam dokonać aborcji. To był moment zwrotny, nagle coś zaczęło dotyczyć bezpośrednio mnie i mojego dziecka. One zaproponowały mi zabicie mojego dziecka, mojej córeczki! Jakby grom przeszedł przez moją głowę… To były długoletnie znajomości, ale w tym momencie je po prostu zakończyłam. Urwałam kontakt i nie żałuję.

LL: Jak oceniasz środowiska proaborcyjne?

„J”: Są to grupy głównie kobiet o bardzo niskim zadowoleniu z życia i kobiet bardzo pesymistycznych, nastawionych anty: anti-life, antynatalistycznie. Kobiet, które bardzo łatwo skreślają ludzi, nauczyły się tego w wieku nastoletnim i nie wyrosły z tego. Często gardzą mężczyznami z powodu braku ojcowskiego autorytetu. Nie zawsze głoszą ostre hasła, ale będąc w tym środowisku czuje się, że można się przyczepić dosłownie do wszystkiego w zachowaniu mężczyzn. Dziś doszło do takiego poziomu absurdu, że spojrzenie według nich jest już molestowaniem, a miłe gesty ze strony mężczyzn (choćby otwarcie drzwi) to napaść. Te kobiety są jakby uzależnione od tego wojowniczego nastawienia. Będąc feministką, cały czas szarpiesz się z rzeczywistością, na każdym kroku znajdujesz coś, co trzeba poprawić i próbujesz to robić w sposób agresywny i absolutnie bezkompromisowy. Jeśli ktoś ma inne poglądy, to to jest obraza majestatu, seksizm, homofobia i transfobia. Dla nich walka właściwie nigdy się nie kończy, codziennie budzą się z wojowniczym nastawieniem wobec wszystkich o odmiennych poglądach, przekonane, że wszyscy knują przeciwko nim i one muszą walczyć, walczyć, walczyć. To jest wysysająca życiowe siły wściekłość na świat. Gdy należałam do tych grup, zawsze byłam spięta, nie mogłam odetchnąć pełną piersią. Podświadomie czułam, że robię to wbrew sobie i wbrew kobiecej naturze, która jest delikatniejsza i spokojniejsza. I nie domaga się zabijania. Walcząc o prawa kobiet, zapomniałam o prawach człowieka.

LL: Na koniec – co chciałabyś przekazać młodym dziewczynom, żeby ustrzec je przed tym, co przeszłaś?

„J”: Nastoletni bunt jest zrozumiały, ale warto zastanowić się, do czego może doprowadzić odwrócenie się od wartości, które przekazała nam rodzina. Czy nie jest to rezygnacja z tego, co do tej pory dawało mi szczęście? Czy naprawdę nie znajdę w rodzinie wsparcia, które otrzymywałam do tej pory? Czy warto rzucić to wszystko po jednej złej radzie od kogoś? Czy wystąpienie przeciwko rodzinnym wartościom daje ci dreszczyk emocji? Zastanów się, dlaczego. Co cię w tym pociąga, poza poklaskiem kolegów? Czy niesie ci to poza tym jakiekolwiek korzyści? Feminizm to tak naprawdę zacięta, nienawistna walka. Jesteś na to gotowa? Jeśli czujesz się samotna i niezrozumiana, pomyśl czy nie warto zgłosić się do specjalisty lub po prostu porozmawiać z kimś zaufanym. Spróbuj poszukać pomocy, jeśli potrzebujesz i pamiętaj, że grupa znajomych to nie są specjaliści od zdrowia psychicznego. Nie żyłaś do tej pory w żadnej sekcie, tylko w rodzinie, we wspólnocie, której zależy na twoim dobrobycie, na szczęściu, na miłości. A jeśli już odeszłaś, to zawsze możesz wrócić do korzeni. Prawdziwi przyjaciele cię w tym wesprą.

Rozmawiała Laura Lipińska

Racje i aberracje. Dranie z durniami

Racje i aberracje 

Małgorzata Todd, mtodd

        Szanowni Państwo!
         Darujmy sobie, dialogi na epitety drani z durniami, bo zdają się one nie mieć końca. Ta szczególna symbioza przybiera na sile. Jedni i drudzy mają swoje motywacje bardziej, lub mniej uświadomione. Stają się jednak coraz większym zagrożeniem dla standardowej  normalności. Jeśli nawet robione są na pokaz, dla przykrycia prawdziwych afer, to nie umniejsza ich szkodliwości.
           Koalicji 13 grudnia udało się już bardzo wiele popsuć w naszym państwie. Niemcy, którzy wyznaczyli Tuska do totalnej demolki demokracji, coś na tym skorzystają. Pewnie mogliby osiągnąć więcej, gdyby nie postawili również u siebie na własnych durni i drani.
          Dyskusja na epitety niczego nie załatwi, ma jednak doprowadzić do wojny domowej. Na razie, to taki wabik dla naiwnych kibiców jednej ze stron nawalanki. W imię tolerancji, racje są tyle warte, co aberracje.
      

Z pozdrowieniami

Małgorzata Todd

Czy będzie wojna? Czy Kukuła stanie – z bronią w ręku??

Czy będzie wojna?

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    13 października 2024

Co robi profos? Drzemka poobiednia spadła na świetnej armii środowisko” – pisał w natchnieniu jednoroczny ochotnik Marek, jeden z bohaterów „Przygód dobrego wojaka Szwejka”.

I kiedy wydawało się, że nic nie jest w stanie zakłócić poobiedniej drzemki, jaka spadła na środowisko naszej niezwyciężonej armii, nagle z nirwany wyrwały ją słowa pana generała Wiesława Kukuły, szefa Sztabu Generalnego. Przemawiając na inauguracji roku akademickiego w Akademii Wojskowej we Wrocławiu, pan generał Kukuła powiedział m. in., że obecne pokolenie Polaków stanie z bronią w ręku w obronie Polski. Mamy zatem dwie możliwości; albo pan generał wie już coś, czego my jeszcze nie wiemy, albo nic nie wie, a tylko tak mu się powiedziało. I jedna i druga możliwość wydaje się prawdopodobna, z tym oczywiście, że nikt nie stanąłby w obronie Polski, ponieważ Nasi Sojusznicy Polskę to dobrze jak by wykorzystali, żeby – wkręcając ją w maszynkę do mięsa – nadal „osłabiać Rosję”, kiedy zabraknie już ostatniego Ukraińca.

To jest jasne jak słońce i proste, jak budowa cepa. Pisałem bowiem, że amerykańscy twardziele w końcu skapowali, że prowadzenie wojen per procura, to znaczy – za pośrednictwem frajerów – jest znacznie tańsze, niż wojowanie bezpośrednie. Oto na „operację pokojową” i „misję stabilizacyjną” w Iraku i Afganistanie USA wydawały ok. 300 mln dolarów dziennie, podczas kiedy amerykańskie wydatki na wojnę na Ukrainie wynoszą średnio ok. 55 mln dolarów dziennie, a poza tym amerykańscy żołnierze nie giną, a pociski nie urywają im rąk ani nóg, więc czegóż chcieć więcej?

Dlatego Nasi Sojusznicy chętnie wkręciliby Polskę w maszynkę do mięsa, zwłaszcza w taki sposób, żeby nie rodziło to żadnych zobowiązań ani dla Ameryki, ani dla NATO. Ale możliwe jest również i to, że pan generał Kukuła zwyczajnie „dodał dramatyzmu” swemu przemówieniu, żeby wyrwać kadetów z nirwany. „Kadeci siedzą, dłubią w nosie, ziewają, z dzikiej nudy puchną, czują się prawie, jak w areszcie i myślą sobie: kiedyż wreszcie przestanie bździć to stare próchno?” – jak przedstawiał atmosferę w Saint-Cyr podczas wykładu księżnej de Guise o androgynie w nieśmiertelnym poemacie Bania w Paryżu” Janusz Szpotański. Czy udało mu się w ten sposób wyrwać wrocławskich kadetów z nirwany – tego nie wiemy – natomiast okazało się, że deklaracja pana generała Kukuły poderwała na równe nogi korpus oficerski, a zwłaszcza – generalicję. I trudno się dziwić, bo kogóż by nie zaniepokoiła perspektywa stanięcia z bronią w ręku w dodatku – w obronie Polski? Wiadomo, że generałowie są w pierwszym szeregu bojowników walki o pokój, bo taka batalia gwarantuje spokojne doczekanie emerytury, kiedy to rozpoczyna się prawdziwe życie. Toteż w przestrzeni publicznej aż się zaroiło od zaniepokojonych komentarzy. Pan Leszek Miller wyraził nawet pogląd, że pan generał Kukuła powinien niezwłocznie się zdymisjonować, a wtóruje mu Wielce Czcigodny poseł Michał Kobosko, co to – zanim został impresariem Szymona Hołowni – uczestniczył we wpływowym waszyngtońskim think-tanku, Radzie Atlantyckiej. Zasiadają tam ważni generałowie z Pentagonu, wysocy rangą bezpieczniacy z CIA i FBI, Goldmany-Sachsy z Wall Street – a między nimi – pan Kobosko. Komentując wypowiedź pana generała Kukuły zauważył, że „nie płacimy mu za to, by straszył społeczeństwo”. No dobrze – za straszenie nie – a w takim razie – za co mu płacimy? Czy przypadkiem nie za to, jak wszystkim innym generałom – żeby utrzymywali społeczeństwo w przekonaniu, że jest bezpiecznie – że „nikt nam nie zrobi nic, bo z nami jest marszałek Śmigły Rydz”? To by należało wyjaśnić zwłaszcza teraz, kiedy nasza niezwyciężona armia z bronią u nogi przygląda się, jak bodnarowcy na polecenie Berlina, demolują Lachom państwo.

Jednym z przykładów tej demolki jest zatwardziałość pana Dariusza Korneluka, w którym pan Adam Bodnar upodobał sobie, jako w Prokuratorze Krajowym. Tymczasem Izba Karna Sądu Najwyższego w składzie trzech sędziów, których Judenrat „Gazety Wyborczej” nazywa „neosędziami” orzekła, że Prokuratorem Krajowym jest cały czas pan Dariusz Barski. Słowem – Dariusz przeciwko Dariuszowi – bo pan Bodnar, podobnie jak bodnarowcy, „nie uznaje” coraz to nowych instytucji naszego tubylczego bantustanu, a zgodnie z socjalistycznym podziałem pracy, rewolucyjnej teorii dostarcza mu „babunia walczącej demokracji”, czyli pani prof. Ewa Łętowska. W tej sytuacji pan Marcin Romanowski, któremu Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy cofnęło immunitet, by rzucić go na pożarcie rozdokazywanym politycznie niezawisłym sądom, zachował się powściągliwie i 7 października nie stawił się na przesłuchanie w prokuraturze pod pretekstem służbowego wyjazdu na Węgry. Czy z uwagi na wrogość vaginetu Donalda Tuska wobec Wiktora Orbana, pan Romanowski może czuć się na Węgrzech względnie bezpiecznie – to się okaże, podobnie jak w przypadku pana Janusza Palikota. Jak wiadomo, biłgorajski filozof, został zatrzymany przez CBA i postawiony przed obliczem prokuratora, który już sam nie wiedział, ile zarzutów mu postawić. Ale jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy – powiada przysłowie – toteż pan prokurator w gorliwości swojej podobno ujawnił tajemnicę adwokacką – co nieubłaganym palcem wytknął mu właśnie wynajęty przez biłgorajskiego filozofa pan mecenas Jacek Dubois. Widać wyraźnie, że zarówno obrońcy pana Romanowskiego, jak i obrońcy biłgorajskiego filozofa, najpoważniejsze argumenty, w postaci wątpliwości, czy prokuratorzy oraz niezawiśli sędziowie aby na pewno są legalni, rezerwują sobie na później. W tej sytuacji prawdopodobieństwo, że zarówno prokuratorzy bodnarowscy, jak i prokuratorzy antybodnarowscy, wezmą się za łby, podobnie jak niezawiśli sędziowie, którzy w dodatku zaczną okładać się łańcuchami. Czym się ta curiomachia zakończy, to znaczy – która prokuratorska wataha i która wataha sędziowska zostanie na placu boju? Jeśli będą to bodnarowcy, to pan Romanowski nie będzie miał innego wyjścia, jak poprosić o azyl na Węgrzech – bo w Norwegii nic by pewnie nie wskórał. Co innego biłgorajski filozof. Ten miałby szansę właśnie w Norwegii, gdzie mógłby dołączyć do innego płomiennego szermierza praworządności w naszym bantustanie, czyli pana Rafała Gawła. W odróżnieniu od pana Romanowskiego skazany był on tylko za zwyczajne oszustwo i dostał azyl, a w tej sytuacji kto wie – może i biłgorajski filozof znalazłby tam przytulisko?

Tymczasem bezcenny Izrael „broni się” już na siedmiu frontach, co pokazuje, że Beniamin Netanjahu chyba naprawdę chce zrealizować obietnicę Stwórcy Wszechświata, który pewnemu mezopotamskiemu koczownikowi miał obiecać dla jego potomstwa władzę nad obszarem „od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat”. Gdyby mu się to, przy mocy USA udało, to oczywiście o żadnym kryminale już nie byłoby mowy. Przeciwnie – jakiś cadyk, za odpowiednim wynagrodzeniem, mógłby obwołać go mesjaszem i w ten sposób świat wreszcie zyskałby prawowitego władcę.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Jawnie nas rabują: Dopłaty obejmą m.in. ciężarówki zeroemisyjne…

10 miliardów z Funduszu modernizacyjnego

Dopłaty obejmą m.in. ciężarówki zeroemisyjne magazyny energii i budowę infrastruktury energetycznej

Ze wsparcia skorzystają m.in. firmy transportowe przy okazji wymiany ciężarowych flot

  • elektromobilni.pl/doplaty

  • Programy pomocowe przygotowane przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW) o łącznym budżecie 10 mld zł uzyskały akceptację Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI). 2 mld zł zostanie przeznaczone na budowę lub rozbudowę sieci elektroenergetycznych na potrzeby ogólnodostępnych stacji ładowania dużych mocy. Na zakup lub leasing zeroemisyjnych pojazdów ciężarowych określono budżet wsparcia na 2 mld zł. Na budowę magazynów energii przeznaczono dofinanasowanie w kwocie 4 mld zł.

Miliardy na inwestycje

Magazyny energii elektrycznej i związana z nimi infrastruktura dla poprawy stabilności polskiej sieci elektroenergetycznej – budżet ponad 4 mld zł. Z kolei na budowę bądź rozbudowę sieci elektroenergetycznych na potrzeby ogólnodostępnych stacji ładowania dużych mocy określono budżet w wysokości 2 mld zł. Wsparcie na zakupu lub leasing pojazdów zeroemisyjnych kategorii N2 i N3 wyniesie również 2 mld zł. Energia dla wsi – tu zwiększono budżet o 2 mld zł.

To największa transza środków, jaką zatwierdził nam dotychczas Europejski Bank Inwestycyjny. Fundusze, które otrzymujemy ze sprzedaży praw do emisji dwutlenku węgla, przeznaczamy na zieloną transformację w Polsce, w kierunku gospodarki niskoemisyjnej. Nowe programy przeszły konsultacje, działamy w sposób transparentny i wsłuchujemy się w głosy naszych interesariuszy.  Naszą misją jest wydawanie tych środków w sposób efektywny, by przyniosły jak największy efekt ekonomiczny i ekologiczny, z korzyścią dla całego społeczeństwa – powiedziała prezeska NFOŚiGW Dorota Zawadzka-Stępniak.

Od prawej: prezes zarządu NFOŚiGW Dorota Zawadzka-Stępniak, minister klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska

4 mld zł na magazyny energii

Celem programu Magazyny energii elektrycznej i związana z nimi infrastruktura dla poprawy stabilności polskiej sieci elektroenergetycznej jest poprawa stabilności pracy Krajowej Sieci Energetycznej (KSE) oraz bezpieczeństwa energetycznego kraju. Pomoc kierowana jest do przedsiębiorców, w rozumieniu ustawy z dnia 6 marca 2018 r. Prawo przedsiębiorców, z wyłączeniem podmiotów sektora finansowego.

Z programu przedsiębiorcy będą mogli otrzymać dofinansowanie do budowy magazynów energii elektrycznej o mocy nie mniejszej niż 2 MW oraz pojemności nie mniejszej niż 4 MWh, przyłączonych do sieci dystrybucyjnej i przesyłowej na wszystkich poziomach napięcia. Dofinansowanie przewidziano w formie dotacyjnej od 45 proc. do 65 proc. całkowitych kosztów inwestycji – w zależności od wielkości podmiotu ubiegającego się o wsparcie. Pożyczki mogą wynieść do 100 proc. kosztów kwalifikowanych. 

Polska zgłosiła do notyfikacji Komisji Europejskiej program, za pomocą którego zamierza wspierać nowo powstające magazyny energii elektrycznej.  Komisja 3 października zatwierdziła ten program. Warunki pomocy zostaną zawarte w dwóch rozporządzeniach Ministra Klimatu i Środowiska dotyczących odpowiednio środków pochodzących z Funduszu Modernizacyjnego i Krajowego Planu Odbudowy (projekty są w trakcie prac legislacyjnych). Rozporządzenia te będą stanowiły krajową podstawę prawną udzielenia pomocy publicznej i uruchomienia przez NFOŚiGW programu priorytetowego oraz naboru wniosków o dofinansowanie.

Operatorzy skorzystają z 2 mld zł dotacji

Program Budowa/rozbudowa sieci elektroenergetycznych na potrzeby ogólnodostępnych stacji ładowania dużych mocy będzie wspierał rozwój infrastruktury elektroenergetycznej na potrzeby budowy ogólnodostępnych stacji ładownia dużych mocy. Stacje muszą być zlokalizowane wzdłuż sieci bazowej TEN-T, przy centrach logistycznych, bazach eksploatacyjnych, terminalach intermodalnych, MOP na sieci bazowej rozszerzonej lub kompleksowej TEN-T. Celem programu jest zmniejszenie liczby pojazdów emitujących CO2, a tym samym poprawa jakości powietrza. Dofinansowanie zaprojektowano w formie dotacyjnej w wysokości do 100 proc. kosztów kwalifikowanych. Beneficjentami będą mogli być Operatorzy systemu dystrybucyjnego (OSD) elektroenergetycznego.

2 mld zł na zeroemisyjne ciężarówki

Celem programu Wsparcie zakupu lub leasingu pojazdów zeroemisyjnych kategorii N2 i N3 jest uniknięcie emisji zanieczyszczeń powietrza, poprzez dofinansowanie inwestycji polegających na obniżeniu zużycia paliw emisyjnych w transporcie. W ramach tej inicjatywy wspierany będzie zakupu lub leasing ciężarowych pojazdów zeroemisyjnych.

Beneficjentami programu będą mogli być przedsiębiorcy – w rozumieniu ustawy z dnia 6 marca 2018 r. Prawo przedsiębiorców. Wysokość dotacji uzależniona będzie od rodzaju podmiotu ubiegającego się o dofinansowanie, kategorii pojazdu oraz wysokości dopuszczalnej pomocy publicznej.  Przewidziano dofinansowanie do 400 tys. zł dla pojazdów zeroemisyjnych kategorii N2 (o masie całkowitej od 3,5 t do 12 t) oraz maksymalnie do 750 tys. zł dla pojazdów kategorii N3 (o masie całkowitej powyżej 12 t). Dotacja może wynieść nie więcej niż 30-60 proc. kosztów kwalifikowanych w obu kategoriach. 

OZE i magazyny energii na wsi z dodatkowymi miliardami

Energia dla Wsi to kontynuacja istniejącego już programu, z planowanym zwiększeniem budżetu do 3 mld zł, w tym 1 mld zł dla zwrotnych form dofinansowania oraz 2 miliardy zł dla dotacji. Beneficjentem programu mogą być, jak dotychczas, rolnicy oraz spółdzielnie energetyczne (także powstające) lub jej członkowie. Dofinansowanie jest przyznawane na instalacje OZE wraz z magazynami energii zlokalizowanymi na terenie gmin wiejskich i wiejsko-miejskich. Intensywność pomocy uzależniona jest m.in. od rodzaju podmiotu ubiegającego się o wsparcie, rodzaju instalacji OZE i jej mocy.

Wygaszanie Polski, czyli czy Kasandra miała rację?

12.10. Wygaszanie Polski, czyli czy Kasandra miała rację?

By Jerzy Karwelis on 12 października, 2024, wpis nr 1304

Właściwie to nie bardzo wiadomo jacy są ci Polacy. Wielu wskazuje, że żyjemy w czasach przedrozbiorowych, bo te chyba charakteryzowały się tym samym co dzisiejsze – większość wcale nie uważała, że coś się kroi. W szkole męczono mnie na temat rozbiorów na różne sposoby. Ja wiem, z pozycji wtedy  Polski Ludowej trzeba było wciskać nowe rewelacje o polskiej historii, które były miksem prawd i kłamstw mających wytłumaczyć stan ówczesny. Że za komuny musimy być częścią większej całości, bo sami ze sobą nie możemy sobie, jak widać, poradzić. Mieliśmy w historii czasy wielkości, ale te skończyły się fatalnie i nie ma co myśleć o takiej przeszłości, bo ta nas zawodzi. Jest tylko krótkim przystankiem, aberracją dziejów w naszym mentalnym skazaniu na małość, z bolesnym przebudzeniem z takich snów. I za PRL-u wskazywano nam na wiele błędów dziejowych, popełnionych przez Polaków, które nas do rozbiorowych upadków doprowadziły.
Peerelowskie winy rozbiorowe
Wiadomo – ta „historia wstydu” miała wtedy swoje ideologiczne uzasadnienie, ale oddzielmy to od pomieszanej z tym prawdy. PRL utrzymywało kilka tez: że byliśmy źle uplasowani geopolitycznie i pokłóceni ze wszystkimi sąsiadami, zwłaszcza z Rosją. A za PRL to radziecka emanacja Rosji i przyjaźń z nią miały nam pokazywać, że polska rusofobia to nasze przekleństwo. Trzeba patrzeć na Wschód, bo tam nasza, pansłowiańska, przyszłość. Był to więc argument taktyczny. Drugim, podobnym, ale lżejszego kalibru, było twierdzenie, że to wina naszych zapyziałych stosunków społecznych. Wiadomo, lewacy mieli pretensje, że socjalizmu nie było nie tylko w wieku XVIII, ale i w starożytności. To było śmieszne, ale dzwoniono dobrze, tyle, że nie w tym kościele. Z naszymi stosunkami społeczno-politycznymi to było głównie tak, że z powodu utrzymania się starej struktury społecznej, opartej na konserwowaniu rolnictwa w wykonaniu ziemiaństwa nie wykształciły się ani przemysł, ani klasa średnia. Zachód zaczął odjeżdżać nam na całego, co jeszcze pogłębiło zacofanie rozbiorowe. Najlepszym tego przykładem jest fragment z filmu „Szwadron” (12:35), kiedy rosyjscy żołdacy poskramiający powstanie styczniowe dworują sobie, że w Londynie otwarto pierwszą linię metra, czyli według nich „koncept dla kretów”. Ten rozziew był już w okresie przedrozbiorowym i tony książek napisano, i cysterny krwi wylano, by w przyszłość szedł ze szlachtą polski lud. Niewiele z tego wyszło.
Okazało się, że tak naprawdę to przegraliśmy przez… innowacyjność w demokracji. Tak, winą nie było to, że uprawialiśmy nie tylko przodujące formy ustrojowe, ale głównie to, że ćwiczone one były w otoczeniu państw autokratycznych – nasza jak najbardziej rozwinięta i naiwnie rozumiana demokracja musiała przegrać. Po prostu w środku Europy rodził się ładny i niespotykany źrebaczek, ale otoczony był przez wilki, i losy jego bezbronności były przesądzone. I teraz te wilki, co to nas pożarły, przebrały się za źrebaczki i uczą nasze państwowe pozostałości jak to źrebaczkami być. Uważają nas za niedoróbki, rachityczne i niedorozwinięte jednostki aspirujące do dojrzałej państwowości, choć to ich dwie wojny poobgryzały nam nasze kosteczki. Okazało się wtedy, ale to nie znaczy, że wiemy to i dziś, że w tej części Europy Polska musi być silnym państwem, jeśli ma istnieć jako projekt i byt instytucjonalny.Oczywiście ciągnie się za nami ta ponura sława, że nie dorośliśmy swym metalem do tych rozwiązań, nie rozróżniając między wolnością a samowolą, interesem zbiorowości a własnym. Na taką wadę wskazywała komuna w swych naukach rozbiorowych – mieliśmy się ukorzyć przed własnymi wadami narodowymi, oddając stery nad naszą rozpasaną wizją wolności w ręce przywódców obdarzonych – darowanym z Moskwy – rządem wszystkiego, ale nie dusz. Jak sobie nie radziliśmy jako naród, to trzeba nam było znaleźć impuls zewnętrzny, który nas uratuje przed samym sobą. Jest coś w tym, że my, jedni z pierwszych zachodnich uprawiaczy wolności, miotaliśmy się w tej puszce dziejów, króla lekceważyliśmy – co to za estyma, wszak z elekcji mógł nim zostać każdy, nawet potopowy „Piekłasiewicz” z Psiej Wólki (2:30), byleby ze szlachty. Na armię skąpiliśmy, bo każdy magnat miał swoje zagony. I stworzyliśmy układ, gdzie króla można było sobie kupić (z zagranicy), zaś potężna Polska stała się krajem upadłym, do najechania. Nie jesteśmy bez win i nie wszystko da się zarzucić na geopolitykę i na nasze prymusostwo we wdrażaniu europejskiej demokracji.Jedną z taktycznych, ale bardzo ważnych wad była wspominana często przed redaktora Michalkiewicza zadziwiająca pobłażliwość w stosunku do zdrajców i agentów. To jest jakiś rys szczególny, bo trwający nawet do dzisiaj. W innych krajach to był powróz i stryczek, u nas cackano się z pulardą. Do końca. A bezkarność daje jeden przykład – do kontynuacji na rozszerzającą się skalę. U nas były całe zastępy jawnych jurgieltników, na żołdzie państw obcych. I oni mieszali w polskim garze. A skoroś zdrajca nieukarany, to i pamięć po tobie zaniknie, bo któż by tam gromadził polskie rachunki krzywd i przekazywał je z pokolenia na pokolenie? Tak, pamięć – to też nasza słaba strona. Nie uczymy się na błędach, nawet swoich własnych, osobistych. Co dopiero jako społeczność, naród. A to skazuje nas na ciągłe powtarzanie tej samej lekcji historii, tylko w nieznacznie różnych wariantach geopolitycznych. I właśnie powtarzamy taką lekcję, tylko, że nikt jej nie słucha, zapatrzony w ekrany smartfonów „nowej normalności”.
Podobieństwo momentów?
A więc już wyeksploatowaliśmy na rzecz tego dyskursu kwestię analogii czasów dzisiejszych do czasów przedrozbiorowych i pora przyjrzeć się czy jest to porównanie naciągane, czy tylko nieznacznie różniący się wariant tamtej sytuacji. A więc wróćmy do tamtych tez. Geopolitycznie siedzimy w tym samym miejscu, tyle, że jesteśmy mniejsi i „może nas nie zauważą?”. Popatrzmy na tych, co nas mają nie widzieć, czyli sąsiadów naszych. Jak z nimi stoimy? Słabiutko. Popatrzmy się tak dookoła. Czesi, jak zwykle – my ich lekceważymy, a oni nas. My ich za niezgulstwo i schlebianie Niemcom, oni nas za zadarty nos wyższości i nieobliczalne awanturnictwo. Słowacy – raczej słabo, od kiedy poróżniły nas efekty naszych ostatnich wyborów, kiedy Słowacja ma kurs ostro antyunijny. Ukraina to osobna katastrofa, bo my się czujemy niedowdzięczeni, zaś Ukraińcy zrobili sobie z nas zdrajcę zastępczego, głównego przyszłego winowajcę opuszczenia Ukrainy przez Zachód. Białoruś – to samo, nasza wschodnia racja stanu przeciągania Łukaszenki na stronę Zachodu za pomocą polskiego pasażu spłonęła na ołtarzu zachodniej polityki antagonizowania Wschodu, nawet kosztem naszej tam Polonii. No, zostały nam Niemcy i Rosja, bo Skandynawów, choć graniczymy przez Bałtyk, odpuściliśmy sobie, poddani stałemu impulsowi Zachodu, byśmy byli stacją benzynową na drogach wschód-zachód, a nie samodzielnym podmiotem montującym kontynentalne korzyści dla układu północ-południe, czym jest w zasadzie plan Międzymorza.A więc Rosja – moim zdaniem nasz stosunek do niej jest wypadkową naszych zagranicznych patronów politycznych. Jak jesteśmy w orbicie USA, to nasz stosunek do Rosji jest wypadkową aktualnej polityki Waszyngtonu. Teraz jesteśmy mocno przeciw, bo taka jest jazda z Bidenem. Jak jesteśmy w orbicie Berlina – to samo. Za Tuska pierwszego, jak energetyczny deal stulecia robiły Niemcy z Rosją, to Tusk był rzeczywiście „Putina człowiekiem w Warszawie”. Teraz, gdy z powodu wojny na Ukrainie wszystko się pozamieniało, to ci sami ludzie i w Berlinie, i w Warszawie, którzy zabiegali o przychylność włodarza Kremla, teraz prześcigają się w tropieniu onucyzmu, szczególnie wśród tych, którzy… ostrzegali ich jeszcze 3 lata temu przed układaniem się z Kremlem. I taki jest nasz stosunek do Rosji – jak nam każe pryncypał.Znowu stosunek do Niemiec jest wypadkową tego kto rządzi. Jeżeli to jest delegatura Berlina, jak teraz, to jest prosty kurs na to, co teraz mamy – słuchamy się jak świnia grzmotu, likwidujemy nasze ostatnie ścieżki rozwojowe – po drodze do przyszłego dealu z Rosją (a powrót do niego jest niechybny, jak Owsiak w piekle) nie może być żadnych przeszkód. Ma być swobodny, wolny przejazd, co najwyżej jakieś stacje obsługi, żadnych marzeń panowie. Nie może być, że tu poważne kraje się umawiają, konie kują, a jakaś biało-czerwona żaba nogę podstawia. Sprawa jest jasna. Inna sprawa jest jak mamy u nas rządzące przedstawicielstwo amerykańskie. Wtedy element niemiecki jest odstawiany na bok, mamy się komu poskarżyć, możemy patrzeć za ocean i się stawiać. No, chyba, że mamy jak teraz. Bo przedtem mógł PiS się stawiać (i tak to robił w stopniu minimalnym) Berlinowi, bo Trump się z Niemcami nie lubił, uważając ich (i słusznie) za pasażera na gapę, który swe środki zamiast na obronę (tę zostawił łaskawie w rękach USA) przeznaczał na swój socjal i międzynarodową ekspansję. W dodatku poprzez wzmacnianie gospodarcze Rosji swoimi dealami osłabiając pozycję Stanów.Ale teraz się zmieniło. Doszło do dealu Waszyngron-Berlin w wykonaniu Bidena, który mianował na swego europejskiego junior-partnera Niemcy. Wtedy zaszło słońce nad Polską, choć naród się nieźle bawił, nawet w pandemię. Nie widząc tego, że jak się nasi naprzemienni, a właściwie równoważący czy znoszący swymi wpływami dwaj partnerzy wpływu dogadają, to nie będzie już żadnej alternatywy. Nie będzie w co grać, nie będzie nadziei. PiS się jeszcze opierał w tym układzie, ale coraz słabiej. Nie miał szans, Unię już sobie prawie całkowicie odpuścił, a jak przyszły Tuski, to już się układ domknął.Nie ma dobrego wyjścia, bo stan dotychczasowy jest dla nas zabójczy, chyba, że wygra Trump. A i wtedy nie wiadomo jak będzie, wielu więc woli znane zło, niż nieznane zagrożenie. Bo Trump chce tę wojnę na Ukrainie skończyć, ale nikt nie wie, za jaką cenę. A my możemy być w tym koszyku i nikt nie wie na co się wtedy strony umówią. Wpływy Rosji w Europie wzrosną, co dla nas jest wiadomością fatalną, bo niewiele można powiedzieć o naszej racji stanu, ale na pewno do jej podstaw należy, żeby Rosja nie zasiadała przy stole spraw europejskich, a zwłaszcza przy takim stole, gdzie nas nie ma, za to decydują się nasze losy. A taka nam się Europa kroi. Zresztą – inna teraz też nie istnieje.
Wygaszanie Polski – objawy
Dlaczego uważam, że żyjemy w układzie zamkniętym? Bo, moim zdaniem, jesteśmy świadkami wygaszania Polski. No właśnie – czy świadkami, czy tylko widzami, którzy niewiele z tego rozumieją? I tu wróciliśmy wielkim kołem do początku naszych rozważań. Czyli – a jesteśmy w podobnej sytuacji granicznej dla naszego kraju – czy jest i jeśli jest, to jaka, percepcja narodowa tego stanu? Czy jak za Sasa popuszczamy sobie pasa (dodajmy – za pożyczone), licząc, że znowu będziemy mieli fart, a właściwie jakąś prolongatę cudownej cezury w naszych dziejach powolnego wzrostu i szybkich upadków, gdzie po upadku przeżywamy wielopokoleniową lekcję, że może jednak lepiej rządzić się samemu? Właśnie, czy tacy jak ja, to są – jak za kowida – jakieś przewrażliwione wyjce, tworzące co najwyżej jakieś lokalne grupy Laokona, wieszczki zagłady, podczas, kiedy dookoła kwili życie „rumiane, jak rzeźnia o poranku”? Co myślą wyborcy „uśmiechniętej Polski”? Bo przecież nie mogą nie widzieć wygaszania naszego kraju w kierunku rzeczonej stacji benzynowej, co najwyżej montowni Zachodu, dzieła pokracznego decouplingu, małymi Chinami, gdzie – teraz Polak – będzie zawijał zachodnie dobra w sreberka.
Nie można nie widzieć tego mówienia o rządzeniu, zamiast rządzenia, kierowania się nie obowiązkami instytucji państwowych, ale PR-em skierowanym do swego elektoratu, zwijania inwestycji, łykania, ba – forsowania rozwiązań klimatycznych, uchodźczych, obyczajowych czyniących z naszego kraju gospodarczą pustkę wypełnioną zagranicznymi korporacjami zblatowanymi z lokalnymi „dopuszczaczami” do rynku. Widać to na każdym kroku i trzeba być ślepym, by tego nie zauważać. Ślepym, albo może zaślepionym? Tak, może w tym jest część odpowiedzi. Chodzi o takich, którzy bardziej nienawidzą PiS, niż kochają swoją ojczyznę. I tak wielu z nich nigdy jej nie kochało, bez względu na to kto rządził. Chce, by ten nieudany eksperyment (z dokładnie takich samych powodów jak w przedrozbiorowej narracji PRL-u) rozpuścił się w czymś większym. Kiedyś w panslawizmie pod przywództwem Rosji, później w rodzinie radzieckiej – dziś w europejskim tyglu idących na cywilizacyjną zagładę. Ci to nie będą widzieli takiego wygaszania kraju, a nawet jak to zauważą, to temu przytakną. Po co te wszystkie trudy, trzeba tylko doczepić się (choćby z ostatnim) wagonikiem do pociągu postępu, nie grymasić, bo z tego – jak widać – same tylko zgryzoty. Ci będą powtarzać, że jako naród to jesteśmy wstydem Europy, zaś tylko nasze elity, do których się rzecz jasna apologeci ojkofobii zaliczają, godne są obcowania z unijnym kosmosem kosmopolityzmu. Tak – ci nic nie widzą, a jak zobaczą, to przytakną.Ale ilu tam ich jest, takich? Uwaga! – coraz więcej. Mamy bowiem dwie drogi: przebudzenia z jednej i zsucziwanija z drugiej. Jedna mówi, że zawiedzeni się odwracają od zdrajców wiarygodności, choćby dopiero przy następnej urnie. Druga szkoła mówi, że w miarę grzęźnięcia w okropieństwa – stają się oni wspólnikami. Wystarczy tylko nie zareagować. Jak w mafii, żeby wejść musisz zabić i stajesz się taki jak my – spółką współwinnych. Jak by co, to przecież to wszystko nasza robota. A milczenie (krzywo) uśmiechniętych jest takim wspólnictwem, z którego się trudno wycofać. Coraz trudniej, im bardziej to przyspiesza w strony niespodziewane.
Mimikra wygaszania, czyli dym
Mamy do czynienia z mimikrą wygaszania Polski. To, że inwestycje, że CPK zrobią u siebie Niemcy, Węgrzy czy Austriacy to trudno. Poszło. Ale najgorszy jest demontaż państwa. Jesteśmy na granicy państwa upadłego. Kolejne instytucje są likwidowane, a to przecież sól demokracji. W dodatku te filary stoją na jednym ważnym, acz chybotliwie polskim fundamencie – zaufaniu społecznym. Zaufaniu, które jest teraz potężnie testowane. A Polakom tylko tego trzeba – zakwestionowania sensu i powagi instytucji republiki, które demonstracyjnie wykazuje obecna ekipa. Dla odrodzenia się demona polskiego warcholstwa, machnięcia ręką na państwowość, potakiwania, że u nas tak zawsze, żeby wreszcie przyszedł ktoś i zrobił porządek. No to przyjdzie. Jak na zawołanie.Wielu mówi, że opadliśmy na dno, ale codziennie odzywa się pukanie od spodu. W sądzie to nie wiesz, czy twój wyrok „w mieniu Rzeczpospolitej…” ostanie się, bo się okaże, że jeden sędzia z województwa odległego o setki kilometrów go nie uznaje, bo mu się twój skład orzekający nie spodobał. Którego prokuratora mamy się bać, którego ma się słuchać policja? Którą fabrykę teraz zamkną, bo „liberalny” rząd podwyższył płace minimalną, jeszcze wyżej niż „socjalistyczny” PiS? Jakie będą rachunki za prąd, co dowalą małym przedsiębiorcom, jaki zboczeniec zaraz poprowadzi inkluzywne lekcje w szkole naszego dzieciaka i ile miesięcy trzeba będzie czekać, by przyjął cię lekarz ze skierowaniem na cito? W takim kraju żyjemy i trzeba przyznać, że jest to kierunek upadłościowy.To my, tu u siebie. Ale najgorsze, że na świat to jeszcze chojrakujemy. Skaczemy jak wesz na grzebieniu. Potrząsamy nieistniejącą szabelką, sadzimy się po przedpokojach światowych spraw, hałłakujemy, że jakby co, to my tu zaraz, panie, Putina wdepczem, czołgiem – na Moskwę, silni, zwarci, gotowi.
Raczej ugotowani, jak żaba w europejskim bajorze podgrzewanym grzałką chichotu końca historii.I tak, jak sprzed zaborów – mamy pokraczną strukturę społeczną. Samo-mianowaną szlachtę zwaną elitą. Z zagwożdżonymi ścieżkami awansu, chyba, że poprzez kooptację. A więc awans nie wiąże się u nas z rozwojem, zasługami – jest właśnie feudalny: przyjmiemy cię, jak będziesz konserwował nasz układ. A więc mamy Polskę w pookrągłostołowej formalinie, w słoju zamkniętych nadziei, z wykrzywioną twarzą, jak ofiary zakonserwowanej przez Hanibala Lectera w „Milczeniu owiec”.
Wiem, w innych krajach jest podobnie – po kowidzie już tylko naiwni mogą wierzyć w sprawczość demosu. Chyba, że przyznają, iż sami sobie zgotowali kwarantanny, lockdowny i sanitaryzm szczepienny – wtedy tak, proszę bardzo. A Zachód to jeszcze czegoś się tam boi, choćby i resztek nieogłupiałego suwerena. Ale Zachód uczy się – od nas. Że można zarządzać krajem w drodze do realizacji globalistycznego ideolo poprzez napuszczanie na siebie grup społecznych, poprzez antagonizowanie ich sztucznymi i wmuszanymi gównoburzami. Wykopując nieprzekraczalne przepaści, bez jakichkolwiek mostów komunikacji. „Dziel i rządź”, „Polak mądry po szkodzie” (a gdzie tam!), „Gdzie dwóch Polaków, to trzy opinie”. I w końcu: „Polak Polakowi… batem!”Co jest na końcu tej ścieżki wygaszania państwa? Na pewno sąsiednie mocarstwa nie chcą mieć tu dziury, z chaosem w środku Europy. Będzie jakaś forma, coraz bardziej komisarycznego, zarządu krajem. Taki kapitalizm kompradorski, kiedy depozytariuszami interesów kolonialnych mocarstw są ich lokalni namiestnicy, otoczeni wąską elitą służąca już tylko do eksploatacji lokalsów.
Niektórzy wróżą rozpad, ale – moim zdaniem rozbiorów nie będzie, gdyż w dzisiejszych czasach międzynarodowe kłótnie o postaw polskiego sukna mogą nie być w pełni kontrolowalne. Michalkiewicz wieszczy Generalną Gubernię 2.0, na co ma papiery. To by nawet pasowało – taka peryferia interesów niemieckich, z ograniczoną, już wtedy bez białych rękawiczek, suwerennością. Z ludem pracującym z mordą w kubeł (niech będzie, że w kuble – ryżu).
Teraz ta wizja wydaje się nieprawdopodobna, ale tylko dlatego, że wydaje się – fałszywie – odległa. Ale jak już nadejdzie, to ci wszyscy, co się do tego przyczynili będą utyskiwać na innych. Inaczej musieliby wyjść siebie, stanąć ze sobą twarzą w twarz i… strzelić się we własny pysk. I dzieciom się będzie tłumaczyło jak to się walczyło ze złem na Marszach Wolności czy Błyskawic (tu wymiennie), ale się nie udało. A dziadek tak się starał. A wszystko to przez ten nasz warcholski mental. I znowu będziemy mieli wymienność pokoleń – jedni będą tracić niepodległość w poczuciu, że „projekt Polska” (znowu) się nie udał, a ich dzieci, kiedy już odkryją, że „ojczyzna to więcej niż chleb” będą jak ich dziadowie konspirować jak to odwojować. I znowu, jak ich dziadowie, kiedy zwyciężą, w ogromnej radości swej nie dopilnują tego powrotu do końca. I znowu, w ostatniej chwili przejmą cały interes nie ci, co walczyli o zwycięstwo, ale „szarzy, nie-zwykli” ludzie, depozytariusze Polski, kraju, w którym „jest jak jest”. Zmęczeni bojownicy po odtrąbieniu zwycięstwa wrócą do swych opuszczonych w boju rodzin, zostawiając sprawy publiczne tym cierpliwym z poczekalni dziejów, robiących interesy, nawet kosztem swego kraju.
Zapiski z końców świata 
 Ostatnio czytałem zapiski z końca świata, jaki dla ówczesnych światłych był koniec, wydawałoby się wiecznego, porządku cesarstwa rzymskiego. Też widzieli wszystko, znali przyczyny, byli… niesłuchani przez resztę, która sama nawet nie wiedziała, że pogania konie pędzące z rzymskim wozem w przepaść. I to jest dopiero determinizm dziejów – nic nie można z tym zrobić. To tak, jak by się ruszyło jakieś koło dziejów, którego nie zatrzymasz. Jakbyś patrzył na to przez nieprzeniknioną szybę. Jakby to się wszystko MUSIAŁO ziścić. Bez szans na reakcję, na ratunek. Ale jak czytałem te zapiski upadku, to zrozumiałem wątpliwą celowość takich działań. Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. A dziś, w czasach globalizmu, cała planeta jest naszym krajem.

A więc nikt cię nie wysłucha, będziesz jak Cogito u Herberta: gdy „oni wygrają, pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę, a kornik napisze twój uładzony życiorys”. I wzorem tych moich poprzedników „zapisków z końca świata” widzę, że warto jest robić rzeczy godne nie dla uzyskania efektu, nawet nie do szuflady, tylko dlatego, że tak trzeba.
Napisał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Symboliczne kary za przekręty na zbożu technicznym. Grzywny od 4 do 6 tys. zł. Jawnie rządzą wspólnicy rabusiów.

Symboliczne kary za przekręty na zbożu technicznym. Grzywny od 4 do 6 tys. zł

12 październik 2024 cenyrolnicze/symboliczne-kary-za-przekrety-na-zbozu-technicznym

zboże z Ukrainy, import zboża, zboże techniczne

Dwie osoby zostały skazane przez sądy w związku z  nieprawidłowościami w handlu tzw. zbożem technicznym sprowadzanym z Ukrainy w latach 2022/23.  Prokuratura Regionalna w Rzeszowie przedstawiła zarzuty w sumie 19 podejrzanym. Kary narzucone nieuczciwym podmiotom są symboliczne w porównaniu choćby do przypadku rolnika z woj. łódzkiego, który musi wypłacić ponad 100 tys. zł za legalnie prowadzoną działalność.

– Prokuratura Regionalna w Rzeszowie prowadzi śledztwo w sprawie doprowadzenia w okresie od 2022 r. do 2023 r. do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości podmiotów nabywających zboże, za pomocą wprowadzenia w błąd osób działających w ich imieniu, co do kraju pochodzenia zboża oraz wprowadzenia w błąd w okresie od 2022 r. do 2023 r. w krótkich odstępach czasu, w wykonaniu tego samego zamiaru organów uprawnionych do kontroli celnej, poprzez posłużenie się nierzetelną dokumentacją w tym, fakturami VAT, co do rodzaju sprowadzanego towaru, podlegającego reglamentacji pozataryfowej – czytamy w komunikacie Prokuratury Regionalnej w Rzeszowie.

Aktualnie zakresem postępowania przygotowawczego w tej sprawie objętych jest 70 wątków dotyczących podmiotów, które importowały produkty rolno – spożywcze takie jak pszenica, rzepak, kukurydza, soja i inne przeznaczone na cele techniczne z Ukrainy. Poszczególne wątki śledztwa w przeważającej części dotyczą przestępstw skarbowych polegających na wprowadzeniu w błąd przedstawicieli organów uprawnionych do kontroli celnej co do tego, że deklarowany towar sprowadzony z Ukrainy, w tym pszenica, rzepak i inne jest przeznaczony na cele techniczne, podczas gdy faktycznie towar był przeznaczony do obrotu na rynku rolno – spożywczym.

Do chwili obecnej w toku śledztwa 19 osobom przedstawiono zarzuty popełnienia przestępstw karnych i karno – skarbowych. Wobec 4 podejrzanych prokuratorzy zastosowali środki zapobiegawcze w postaci zakazu opuszczenia kraju, dozoru policji i poręczenia majątkowego. Ponadto również wobec 4 podejrzanych prokuratorzy wydali postanowienia o zabezpieczeniu majątkowym zabezpieczając mienie na poczet przyszłych kar, w tym grzywny oraz ściągnięcia równowartości przepadku przedmiotów

W toku postępowania przygotowawczego wykonano szereg czynności procesowych zmierzających do wszechstronnego wyjaśnienia okoliczności sprawy. Do chwili obecnej w sprawie zapadły dwa wyroki skazujące: Sąd Rejonowy w Janowie Lubelskim uznał oskarżonego winnym popełnienia zarzucanych mu czynów z art. 270 § 1 k.k. oraz z art. 87 § 2 i 3 k.k.s.  i wymierzył mu karę grzywny w łącznym wymiarze 6.000 zł oraz obciążył kosztami postępowania. Natomiast Sąd Rejonowy Lublin Wschód w Lublinie Wydział Karny z siedzibą w Świdniku również uznał oskarżonego winnym popełnienia zarzucanego mu przestępstwa skarbowego z art. 87 § 2 i 3 k.k.s.  i wymierzył mu karę grzywny wymiarze 4.000 zł i ponadto obciążył kosztami postępowania.

Aktualnie w śledztwie sukcesywnie przez organy procesowe, w tym prokuratorów, funkcjonariuszy Krajowej Administracji Skarbowej oraz policji wykonywane są czynności dowodowe mające na celu wyjaśnienie  wszystkich  wątków  objętych zakresem postępowania. Jak zapowiada Prokuratura, z uwagi na zaplanowane czynności a także dobro śledztwa, kolejne informacje na ten temat zostaną udzielone we właściwym czasie.

Źródło: Prokuratur Regionalna w Rzeszowie