Zwracamy się do Pana wspólnie z bardzo ważną prośbą. Rozpoczęliśmy właśnie zbiórkę podpisów pod projektem ustawy, dzięki której wreszcie dojdzie do realnego ograniczenia dostępu polskich dzieci do pornografii. Dziś – według badań Państwowego Instytutu Badawczego NASK – średnia wieku, w którym dzieci pierwszy raz stykają się z pornografią wynosi… niespełna 11 lat! Aż 73% dzieci deklaruje, że znalezienie pornografii nie sprawia im żadnych trudności, a co trzeci nastolatek przyznaje, że po raz pierwszy zetknął się z treściami pornograficznymi przypadkowo! W efekcie, 21% dzieci w wieku 12-14 lat ogląda pornografię codziennie, a kolejne 25% co najmniej raz w tygodniu. Nic dziwnego, że co czwarty nastolatek wyraża obawę uzależnienia się od pornografii. Według danych z 2024 roku – największa strona pornograficzna na świecie każdego miesiąca odwiedzana jest 5 miliardów 450 milionów razy. A to tylko jedna strona! Te dane są jeszcze bardziej przerażające, gdy spojrzymy na to, co konkretnie oglądają dziś w internecie nasze dzieci. Bo pornografia to już dawno nie są erotyczne zdjęcia półnagich kobiet. Współczesna pornografia to dehumanizujące sceny seksualnej przemocy, poniżania czy orgii, promocja kazirodztwa i zdrady. Według najbardziej ostrożnych szacunków, 1 na 3 filmy pornograficzne pokazują przemoc seksualną lub agresję. Pornografia „głównego nurtu” normalizuje zachowania takie jak plucie na partnerkę, duszenie, policzkowanie, kneblowanie, ciągnięcie za włosy. W 97 proc. przypadków przemoc skierowana jest wobec kobiet.To właśnie mogą oglądać nasze dzieci! A psychologowie coraz częściej przytaczają historie siedmiolatków i ośmiolatków uzależnionych od brutalnej, wulgarnej pornografii… Czas powiedzieć STOP!Wypowiedzieliśmy wojnę deprawacji dzieci. Idąc za wzorem krajów, które przystąpiły do skutecznego ograniczenia dostępu do pornografii, przygotowaliśmy ustawę i dzisiaj prosimy Pana o pomoc w przeprowadzeniu obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej. Kilka dni temu oficjalnie rozpoczęliśmy zbiórkę podpisów pod projektem ustawy, która wreszcie wymusi na dostawcach treści pornograficznych realne weryfikowanie wieku użytkowników. Jeżeli właściciel strony nie wdroży skutecznych mechanizmów weryfikacji wieku, jego strona zostanie zablokowana. Tak jak ma to miejsce ze stronami bukmacherów.Na początku września złożyliśmy w Sejmie wniosek o rejestrację komitetu, którą Marszałek Sejmu zatwierdził w ubiegłym tygodniu. Teraz mamy tylko 3 miesiące na zgromadzenie 100 000 podpisów. Jest to sprawa niezwykłej wagi, dlatego BARDZO potrzebujemy Pana zaangażowania i wsparcia!Zarówno w zbieraniu podpisów, jak i zgromadzeniu środków na promocję inicjatywy.Aby pomóc w zbiórce podpisów, prosimy o kliknięcie w poniższy link, który przekieruje Pana na stronę internetową „Stop narkotykowi pornografii”, za pośrednictwem której można pobrać karty do zbierania podpisów. POMÓŻ W ZBIÓRCE PODPISÓW O tym, że nieograniczony dostęp do internetowej pornografii jest tragiczną w skutkach patologią, mówimy od lat. Problem dostrzegało także wiele organizacji społecznych, polityków i dziennikarzy. Kończyło się jednak na załamywaniu rąk w poczuciu bezsilności. My jednak konsekwentnie zwracaliśmy uwagę na skuteczne rozwiązania, które dziś są już wprowadzane w kolejnych państwach świata. Aktualnie już w 19 stanach USA obowiązują ustawy dotyczące weryfikacji wieku na stronach pornograficznych, a w 2025 r. wejdą one w życie w co najmniej trzech kolejnych stanach. Tam, gdzie wprowadzono ograniczenia, nawet o 80% spadła „konsumpcja pornografii”.W Wielkiej Brytanii i we Francji trwają prace nad aktami wykonawczymi, bo ustawy zakazujące dostępu dzieci i młodzieży do pornografii już przyjęto. Tak, lewicowe rządy w zachodnich krajach dostrzegają plagę i skutki pornografii. Tym bardziej musimy tym zająć się także w Polsce.Projekt, pod którym zbieramy podpisy, czerpie to, co najlepsze z powyższych rozwiązań. Jest pierwszą od lat tak rzeczową propozycją ograniczenia tego, co – jak jeszcze niedawno słyszeliśmy zewsząd – zdawało się być „nie do ruszenia”. Mało tego, jest to projekt, który może znaleźć szerokie poparcie społeczne. Bo, jak pokazują statystyki, wprowadzenie stosownych regulacji popiera dziś przytłaczająca większość społeczeństwa.Wchodząca w skład komitetu inicjatywy Fundacja Mamy i Taty przeprowadziła w ubiegłym roku badania na reprezentatywnej, ogólnopolskiej grupie respondentów, które wykazały, że ograniczenie dostępu do pornografii osobom nieletnim w Polsce popiera aż 88% Polaków. Co więcej, jak tylko ogłosiliśmy, że prowadzimy prace nad takim projektem, to o konieczności wprowadzenia ograniczeń w dostępie do pornografii w internecie wypowiedzieli się minister i wiceminister cyfryzacji.Jednak zebranie 100 000 podpisów to ogromne wyzwanie logistyczne, organizacyjne i finansowe. Nie będzie to możliwe bez pomocy ludzi takich jak Pan. Członkowie licznych organizacji – wspólnot, ruchów, stowarzyszeń, fundacji – już rozpoczęli zbiórkę w wielu miejscowościach w całym kraju, ale ważne jest zaangażowanie każdego, kto rozumie, jak niszcząca dla młodych ludzi jest pornografia. Nie pozwólmy, by, mimo tak szerokiego poparcia, okazało się na końcu, że zabrakło kilku podpisów…Prosimy także o Pana osobisty udział w zbiórce podpisów. To zaangażowanie będzie miało ogromne, ogólnopolskie znaczenie.Zbiórkę można prowadzić wśród członków rodziny, znajomych i przyjaciół, braci i sióstr ze wspólnoty, w pracy, w parafii czy nawet w najbardziej uczęszczanych punktach Pana miejscowości. Nasze doświadczenie dotychczasowej zbiórki pokazuje, że wiele osób chętnie popiera ten projekt! Na stronie StopNarkotykowiPornografii.plznajdują się także cenne materiały promocyjne naszej inicjatywy – w tym świetna i pełna faktów ulotka. Będziemy Panu bardzo wdzięczni za bezpośrednie zaangażowanie w zbiórkę podpisów, ale zwracamy się również z serdeczną prośbą o wsparcie finansowe naszej kampanii. Tak wielka akcja prowadzona na skalę ogólnokrajową łączy się z kolosalnymi kosztami – od wydruku tysięcy kart do składania podpisów, poprzez koszty promocji w internecie, skończywszy na kosztach paliwa, którego cena cały czas rośnie. Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przyciskPana zaangażowanie pomoże nie tylko nam, ale przede wszystkim polskim nastolatkom i przyszłym pokoleniom Polaków.Powiedzmy STOP narkotykowi pornografii! Z wyrazami szacunku P.S. Kampania „Stop narkotykowi pornografii” to kolejny owoc tegorocznego połączenia i wspólnej pracy ekspertów Instytutu Ordo Iuris i Centrum Życia i Rodziny.Ustawę przygotowaliśmy w gronie prawników i analityków Ordo Iuris, a Centrum Życia i Rodziny odpowiada za koordynacje społeczną kampanii. To dzięki tej synergii i współpracy, do naszej akcji przyłączyło się już ponad 20 organizacji społecznych z całego kraju oraz wiele lokalnych wspólnot i sympatyków Ordo Iuris i Centrum Życia i Rodziny. O wsparciu inicjatywy rozmawialiśmy już z polskimi biskupami – w tym z przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski. Wierzymy, że dzięki szerokiej koalicji, uda nam się zebrać wymagane podpisy i doprowadzić do ograniczenia dostępu do pornografii dla nieletnich w Polsce. Liczymy także na Pana szeroko rozumiane wsparcie, za które będziemy Panu bardzo wdzięczni. Działalność Instytutu Ordo Iuris możliwa jest szczególnie dzięki hojności Darczyńców, którzy rozumieją, że nasze zaangażowanie wymaga regularnego wsparcia.Ustaw stałe zlecenie i dołącz do naszej misji. Dołączam do Kręgu Przyjaciół Ordo Iuris
[To już nawet oficjalne, odpowiedzialne za sytuację instytucje, „biją na alarm”.. md]
Polski system ochrony zdrowia mierzy się z narastającym problemem braków kadrowych. Jego skutki odczuwają też coraz bardziej przeciążeni i przepracowani lekarze, pielęgniarki, położne i pozostały personel medyczny.
50 proc. menedżerów i dyrektorów placówek medycznych wskazuje na coraz częstsze w tych grupach wypalenie zawodowe, przewlekły stres i brak work–life balance, a 33 proc. deklaruje, że z tego powodu personel medyczny coraz częściej decyduje się na odejście z zawodu – wynika z nowego raportu Philips „Future Health Index 2024”. Oprócz kształcenia nowych kadr rozwiązaniem może być także szersze wykorzystanie technologii.
– Problemy kadrowe uznaje się za jedno z największych wyzwań polskiego systemu ochrony zdrowia – mówi agencji Newseria Biznes dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektorka Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego. – Nie jest on łatwy do rozwiązania w krótkiej perspektywie czasu, ponieważ kształcenie kadr medycznych trwa wiele lat i nawet działania podejmowane tu i teraz – jak choćby zwiększenie limitu miejsc na kierunkach lekarskich – zaowocują poprawą sytuacji dopiero za kilka, a nawet kilkanaście lat, jeśli mówimy o specjalistach.
Według ostatniego raportu OECD („Health at a Glance 2023”) w Polsce na każdy 1 tys. mieszkańców przypada 5,7 praktykujących pielęgniarek (przy średniej dla krajów OECD wynoszącej 9,2) oraz 3,4 praktykującego lekarza (przy średniej dla krajów OECD wynoszącej 3,7). Co istotne, dystans do pozostałych państw OECD się zwiększa, a statystyki pokazują, że polski system ochrony zdrowia w dużej mierze podtrzymują lekarze w wieku emerytalnym.
Według danych Naczelnej Izby Lekarskiej wśród aktywnych zawodowo lekarzy jest obecnie 77 proc. mężczyzn po 65. roku życia (wobec 60 proc. w 2012 roku) oraz 66 proc. kobiet po 60. roku życia (wobec 46 proc. w 2012 roku). Z kolei największe niedobory kadrowe widać zwłaszcza wśród specjalistów w wieku 40–50 lat, w tym kluczowych dla funkcjonowania systemu ochrony zdrowia – internistów, pediatrów, chirurgów ogólnych i ginekologów-położników (PAN, „Polskie Zdrowie 2.0”).
Problem z narastającym deficytem kadr medycznych potwierdza też m.in. raport „World Index of Healthcare Innovation 2023”, opracowany przez Foundation for Research on Equal Opportunity, w którym Polska znalazła się na ostatnim, 32. miejscu (spadając z 31. w 2021 roku i 30. w 2020 roku). Autorzy rankingu zwrócili uwagę m.in. na fakt, że Polska ma najniższą spośród przeanalizowanych państw liczbę lekarzy i pielęgniarek podstawowej opieki zdrowotnej.
– Obecna sytuacja kadrowa, choć może wiąże się już z lepszymi warunkami płacowymi, nadal stwarza ogromne wyzwania w zakresie środowiska i komfortu pracy. Wypalenie zawodowe jest zjawiskiem bardzo powszechnie występującym wśród kadr medycznych. Wielu lekarzy i pielęgniarek w okresie aktywności zawodowej jest zagrożonych poważnymi problemami zdrowotnymi, a to też osłabia potencjał, którego system tak bardzo potrzebuje – podkreśla dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.
Najnowsza edycja cyklicznego raportu Philips „Future Health Index 2024” pokazuje, że w Polsce pracownicy służby zdrowia są przeciążeni i przepracowani. W efekcie aż 50 proc. liderów tego sektora (m.in. menedżerowie oraz dyrektorzy szpitali i placówek medycznych) wskazuje na coraz częstsze w tej grupie wypalenie zawodowe, przewlekły stres i brak work-life balance, przekładające się na obniżone morale i spadek zaangażowania. Co więcej, 33 proc. personelu medycznego zadeklarowało, że z tego powodu coraz częściej decyduje się na odejście z zawodu.
– Praca w tym środowisku jest niestety bardzo stresogenna. Większość profesjonalistów medycznych pracuje nie tylko pod bardzo dużą presją czasu, ale i ogromnej odpowiedzialności. To potęguje również moc obowiązków biurokratycznych, które w wielu innych systemach europejskich są przeniesione na nowe technologie bądź personel pomocniczy, np. asystentów czy sekretarki medyczne – mówi dyrektorka Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego.
Konsekwencje niedoborów kadrowych odczuwają nie tylko lekarze czy pielęgniarki, ale i pacjenci. W badaniach przeprowadzonych na potrzeby raportu „Future Health Index 2024” aż 74 proc. polskich liderów ochrony zdrowia wskazywało, że personel medyczny ma przez to mniej czasu na pracę z pacjentem. To dużo wyższy odsetek niż europejska średnia wynosząca 58 proc.
– Ludzie żyją coraz dłużej i niestety chorują, dlatego potrzebujemy coraz więcej personelu medycznego – lekarzy i pielęgniarek – żeby móc tych pacjentów diagnozować i leczyć, żeby zaadresować wszystkie ich potrzeby medyczne. Natomiast obecny niedobór personelu powoduje, że pacjenci dłużej czekają w kolejkach, są później diagnozowani i leczeni – mówi dr Tomasz Zieliński, wiceprezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie. – Lekarz, który jest przepracowany, zmęczony i musi pracować szybko, jest mniej efektywny, przez co może też popełniać więcej błędów.
Jak wskazuje, szansą na złagodzenie braków kadrowych w polskim systemie ochrony zdrowia jest szkolenie nowego i podnoszenie kwalifikacji obecnego personelu.
– Kształcenie dodatkowych osób w zawodach medycznych ma ograniczenia, bo nie wszystkich się da wykształcić na lekarzy, pielęgniarki czy położne. Dlatego szukamy rozwiązań w postaci zawodów dodatkowych, czyli np. asystentów lub sekretarek medycznych, dzięki którym ten wysoko wykwalifikowany personel medyczny jest wykorzystywany w zakresie swoich unikalnych kompetencji, bo u nas w Polsce lekarze często poświęcają więcej czasu na biurokrację niż na samą aktywność medyczną – podkreśla dr Tomasz Zieliński.
– Drugą ścieżką jest wykorzystanie technologii, które przyspieszają pracę, ułatwiają przyjmowanie i obsługę pacjentów. Dzisiaj to są przede wszystkim narzędzia informatyczne, które m.in. ułatwiają gromadzenie i wyszukiwanie danych, ale przyszłościowo chcemy też wykorzystać możliwości algorytmów sztucznej inteligencji.
Jak wynika z raportu Philipsa, w Polsce niemal wszyscy liderzy sektora ochrony zdrowia (94 proc.) są przekonani, że wykorzystanie technologii – m.in. w celu automatyzacji prostych, rutynowych czynności i odciążenia personelu medycznego od codziennych zadań administracyjnych – ma i będzie mieć kluczowe znaczenie dla rozwiązania problemu niedoborów kadrowych w opiece zdrowotnej. Jeszcze większy odsetek (99 proc.) wskazuje też na korzyści płynące z wdrożenia rozwiązań, które umożliwiają zdalną, wirtualną opiekę i komunikację z pacjentem.
– Sztuczna inteligencja, automatyzacja procesów, wirtualizacja procesów medycznych i zdalne systemy opieki nad pacjentami – wszystkie te rozwiązania są już w tej chwili wykorzystywane do tego, żeby złagodzić niedobory kadr medycznych – wskazuje Michał Kępowicz, członek zarządu Philips Polska.
– Wirtualna opieka umożliwia zdalną obserwację pacjenta, np. monitoring osób starszych i możliwość dwustronnej komunikacji pomiędzy lekarzem a pacjentem. Systemy RPA, robotic automatization process, pomagają usprawnić obsługę procesów diagnostycznych i administracyjnych w szpitalach. Natomiast sztuczna inteligencja już teraz m.in. podpowiada lekarzom, jaka diagnoza byłaby najbardziej prawidłowa.
Z raportu „Future Health Index 2024” wynika, że liderzy ochrony zdrowia w Polsce coraz śmielej wdrażają technologiczne nowinki, a w nadchodzących trzech latach duży odsetek spośród nich zamierza automatyzować kolejne procesy w swoich placówkach.
Pewnym problemem pozostaje jednak podejście personelu – według badań Philipsa 75 proc. liderów ochrony zdrowia twierdzi, że pracownicy są sceptycznie nastawieni do automatyzacji w tym sektorze. Ponadto 66 proc. z nich deklaruje też brak czasu na podnoszenie kwalifikacji personelu i wdrażanie nowych technologii.
– Polscy profesjonaliści medyczni lubią nowinki i są nimi zainteresowani nawet bardziej niż reszta świata. Natomiast z drugiej strony widzą też potrzebę zastanowienia się, jak te nowinki wykorzystywać w sposób etyczny i efektywny, żeby one miały jak największą skuteczność. Przykładowo, żeby algorytmy działały poprawnie, to muszą się opierać na dużych zbiorach danych zawierających rzetelne informacje. Dlatego 91 proc. młodych liderów ochrony zdrowia, badanych na potrzeby raportu, wskazuje, że musimy te narzędzia wykorzystywać, ale jednocześnie trzeba to robić w sposób odpowiedzialny i etyczny – mówi Michał Kępowicz.
Na Ukrainie gwałtownie rośnie liczba dezercji. Prokuratura Generalna tego kraju, od początku roku wszczęła aż 51 tysięcy postępowań karnych dotyczących ucieczek z jednostek. To dwa razy więcej niż w całym ubiegłym roku. Wygląda na to, że żołnierze mają już dość wojny. Sprawę opisał “The Times”.
Gigantyczna fala dezercji z ukraińskiej armii. Według ekspertów wojskowych, gwałtowny wzrost przypadków samowolnych oddaleń się z oddziałów, związany jest z brakiem zapowiadanej demobilizacji. To jednak nie jedyna przyczyna. Żołnierze są zmęczeni wojną, źli na władze oraz przygnębieni narastającą, rosyjską przewagą i brakiem własnych sukcesów na froncie.
Ukraińcy, którzy zdecydowali się na służbę wojskową w pierwszych dniach rosyjskiej inwazji są wyczerpani fizycznie i psychicznie. To powoduje, że ucieczka z pola walki staje się bardzo atrakcyjną opcją. Problem dezercji, zdaniem ekspertów z “The Times” powiązany jest też z kwestią demobilizacji i wewnętrznych przepisów w ukraińskiej armii. W kwietniu br. władze negocjowały nowe przepisy dotyczące rekrutów i zwiększenia potencjału osobowego Sił Zbrojnych Ukrainy. Wówczas, po interwencji nowego Naczelnego Dowódcy Ołeksandra Syrskiego, zdecydowano się usunąć zapis ograniczający służbę wojskową do trzech lat.
“Działania demobilizacyjne doprowadzą do spadku zdolności bojowych jednostek, zakłócenia działań ofensywnych i defensywnych oraz zakłócenia rotacji jednostek” – napisano wówczas w komunikacie dowództwa. Wprawdzie zastosowane rozwiązanie przedłużyło “resurs” doborowych jednostek, jednak wielu żołnierzy doszło do przekonania, że mają służyć aż do swojej śmierci lub końca wojny. To nie jest zbyt komfortowa sytuacja, zwłaszcza, że mają oni świadomość istnienia tysięcy dekowników, którzy za łapówki uciekli do Polski i innych krajów zachodniej Europy, gdzie balują i rozbijają się drogimi samochodami.
Co ciekawe, sytuacji nie poprawia przymusowa mobilizacja rekrutów. Sekretarz Komitetu Rady Najwyższej ds. Bezpieczeństwa Narodowego, Obrony i Wywiadu Roman Kostenko, zwrócił uwagę, że nowi rekruci są w zdecydowanej większości zmuszani do służby. Nie przedstawiają zatem zakładanej wartości bojowej.
– Mamy problemy z mobilizacją. Ostatnio się to jeszcze pogorszyło. Mam pytanie: jak możemy ustalić jasne warunki służby, jeśli nie mamy nikogo, kto mógłby nas zastąpić? Chodzi tu przede wszystkim o mobilizację i motywację ludzi – stwierdził.
“The Times” opisał przypadek jednego z dezerterów, który wydaje się symptomatyczny dla całych sił zbrojnych Ukrainy. Oto po wielu miesiącach spędzonych w wioskach wokół Bachmutu, niejaki Serhij Hnezdilow otrzymał tygodniowy urlop w celu udania się na badania lekarskie. Opuszczając swój oddział rozpoznawczy w 56. Brygadzie, przebył 120 kilometrów do miasta Pawłograd. Zamiast jednak iść do szpitala, skierował się na dworzec kolejowy i stamtąd udał się do Kijowa. Na ten drugi etap podróży nie miał już pozwolenia. Kiedy więc wysiadł na peronie w Kijowie, był dezerterem.
Za czyn, którego się dopuścił, grozi mu kara więzienia. Jak sam jednak twierdzi, w więzieniu otrzyma posiłki o stałych porach. Co więcej – przeżyje.
Fakt, że różne ideologie zła w swoistych cyklach demolują nam świat, walcząc również ze sobą, jest dostrzegany przez ludzi rozumnych. Jednak najciekawiej wygląda to w szczegółach.
Ideologie (ideolodzy) walczą ze sobą, ale także zawierają sojusze, aby realizować wspólne cele. Skąd biorą się rozbieżności i podobieństwa?
Spór ideologów w ramach cywilizacji żydowskiej
Pogląd mówiący o tym, że główne ideologie dojrzewały i konkurowały ze sobą w ramach cywilizacji żydowskiej wyraził m.in. Adam Wielomski dwa lata temu w rozmowie „Nowego Ładu”:
Spór Ludwika von Misesa i Karola Marksa jest wewnętrznym sporem w ramach tego, co Koneczny określał mianem cywilizacji żydowskiej. W pewnym sensie można rzeczywiście tak do tego podejść, bo to jest spór na temat modelu emancypacji z getta i z tradycyjnej kultury żydowskiej. To jest spór o model asymilacji.
Dziś jest to również spór o model dominacji Żydów nad światem “nie ludzi”.
Żydzi nie mający nigdy dobrej opinii byli nielubiani i nie akceptowani, a samo wyjście z getta i towarzyszące temu próby asymilacji w nowym środowisku, często kończyły się niepowodzeniem. Nic więc dziwnego, że niektórzy z nich, będąc zawieszeni pomiędzy dwoma światami, mieli ochotę zmienić „swój nowy świat”, przystosowując go do siebie na miarę swoich oczekiwań, a jak nieraz okazywało się potem, na miarę swoich chorobliwych obsesji.
Wszystkie wymyślone utopie oparte o ideologie marksizmu, neomarksizmu (szkoła frankfurcka) neoliberalizmu, postmodernizmu powstały z istotnym – dominującym lub znacznym udziałem Żydów i osób pochodzenia żydowskiego. Wszystkie te ideologie mające na swoich szyldach slogany o nowym lepszym porządku, o nowym wspaniałym świecie, okazały się receptą na piekło na ziemi.
Metody z których korzystają Żydzi i nie tylko oni są znane teoretykom dywersji ideologicznej. Uderzenie w religię, edukację i życie społeczne poprzez zastąpienie tradycyjnego systemu wartości, norm kulturowych, moralnych – „wartościami demokracji liberalnej” powoduje stan anomii, ogłupienia, a tym samym wzrost tolerancji dla zła i związanej z tym bezbronności danego społeczeństwa i narodu.
To nie są nasze idee!
„Metoda życia zbiorowego” jakim jest według Feliksa Konecznego cywilizacja łacińska jest sprzeczna w samej istocie z cywilizacją żydowską, a także z każdym wytworem żydowskich ideologii podrzucanych gojom. Nasza cywilizacja może przyjąć Żydów tylko i wyłącznie w jednym przypadku. W momencie akceptacji przez nich naszych zasad i wyrzeczenie się diabelskich inspiracji. W każdym innym przypadku, tak jak do tej pory, będą elementem obcym i destrukcyjnym.
Jest to podstawowa wiedza historyczna, zgromadzona w bolesnych doświadczeniach każdego pokolenia w ciągu minionych 2 tys. lat.
– Niemal codziennie alarmowani jesteśmy dramatycznymi doniesieniami o tym, że następuje finansowa zapaść systemu ochrony zdrowia. Problem nie jest nowy, on narastał od lat, ale decyzjami obecnego szefostwa resortu to zjawisko zapaści finansowej systemu przyspieszyło. Z tego co wiemy Narodowy Fundusz Zdrowia w niektórych miejscach nie płaci szpitalom już za wykonane zabiegi, które mieściły się w zaplanowanych wydatkach. Szpitale ograniczają zatem przyjęcia pacjentów, ograniczają wykonywanie nawet tych już zaplanowanych zabiegów – mówi w najnowszym odcinku programu „W Pośpiechu” na antenie PCh24 TV Jan Pospieszalski.
Publicysta zwraca uwagę, że w gąszczu informacji o braku w NFZ „zupełnie bez rozgłosu” opublikowano wytyczne dotyczące tzw. terapii daremnej. – Czy ta terapia daremna oznacza to samo, co uporczywa terapia? To jest pierwsza sprawa. Jaki będzie to mogło mieć związek z dramatyczną sytuacją finansową systemu ochrony zdrowia w Polsce? – pyta.
Gospodarz programu „W Pośpiechu” przypomina, że Jan Paweł II w encyklice „Evangelium Vitae” rozgranicza wyraźnie postawę proeutanazyjną od tego co nazywamy uporczywą terapią. „Rezygnacja ze środków nadzwyczajnych i przesadnych nie jest równoznaczna z samobójstwem lub eutanazją, wyraża raczej akceptację ludzkiej kondycji w obliczu śmierci”, pisał papież.
– Jan Paweł II podkreślał godność człowieka i podkreślał godność chorego w sytuacji właśnie tej terminalnej, tej granicznej. Przypominam to, ponieważ w skład grupy roboczej, która opracowywała wytyczne dotyczące terapii daremnej wchodzą również przedstawiciele polskiego Kościoła, przedstawiciele Komisji Bioetycznej przy Episkopacie Polskim. I ta grupa robocza opierała się na definicji z 2008 roku terapii uporczywej. W związku z tym tutaj już następuje to ciągłe mieszanie tych pojęć – mówi dalej publicysta, po czym cytuje co o terapii daremnej pisze wspomniana grupa robocza.
„Terapia daremna to stosowanie procedur medycznych w celu podtrzymania funkcji życiowych nieuleczalnie chorego, które przedłużają (6:55) jego umieranie wiążąc się z nadmiernym cierpieniem lub naruszaniem godności pacjenta”, czytamy w dokumencie.
– Zacytowana przeze mnie definicja jako żywo jest definicją terapii uporczywej – podkreśla Pospieszalski i dodaje, że o zamieszanie terminologiczne zapytał jednego z lekarzy. – On mi powiedział:, Janek, czepiasz się. To chodzi o to, żeby dostosować to nazewnictwo do terminów, do pojęć używanych w krajach zachodniej Europy”. Dopiero to mnie przestraszyło, ponieważ wiem, co dzieje się w niektórych krajach zachodnich, szczególnie w Belgii, gdzie proeutanazyjnie nastawiona jest cała służba zdrowia – zaznacza.
Następnie Pospieszalski wraca do „podstawowego pytania”: czy zmiana używanego dotychczas terminu jest nieprzypadkowa i nowe wytyczne mają rozszerzyć zakres przypadków, w których możliwe jest lub nawet zalecane jest niewdrożenie lub niezwiększenie intensywności stosowanej terapii, a może odstąpienie od działań podtrzymujących funkcje życiowe? Jego zdaniem odpowiedź na to pytanie znajduje się w samych wytycznych w punkcie opisującym jak ma wyglądać w praktyce ich realizacja.
– Autorzy sami zwracają uwagę, że potrzebna jest, UWAGA, selektywna i efektywna przesiewowa ocena pacjentów w kierunku opieki paliatywnej w momencie przyjmowania ich do szpitala. W nowych wytycznych istnieją wskazówki, na kogo w takiej sytuacji należy zwrócić szczególną uwagę. I uwaga, są to osoby, u których spodziewany czas przeżycia wynosi poniżej 12 miesięcy. Jak to można w momencie przyjmowania człowieka do szpitala ocenić, że u niego czas przeżycia jest poniżej 12 miesięcy? Przecież to jest jakiś absurd! – grzmi publicysta.
– Druga sprawa. Występuje zaawansowana niewydolność serca, aktywna rozsiana choroba nowotworowa, przewlekła choroba płuc w okresie domowej tlenoterapii, zaawansowane otępienie oraz inne choroby przewlekłe, o krótkim przewidywaniem czasie przeżycia. Kolejna grupa osób, na którą należy zwrócić uwagę to osoby, które były hospitalizowane więcej niż raz z powodu zaostrzenia zaawansowanej choroby przewlekłej w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Czyli co? Wtedy można nie przyjąć ich, odstąpić? Tutaj naprawdę zaczyna sprawa wyglądać bardzo nieciekawie – alarmuje.
Poza tym w ocenie Pospieszalskiego należy zwrócić uwagę na osoby, które wymagają stałej opieki innych osób. – Przecież jest wiele osób niepełnosprawnych, które wymagają stałej opieki innych osób. Czyli co? Odstępujemy od leczenia? Uznajemy, że każdy następny poświęcony wydatek czy leczenie tym pacjentom to jest terapia daremna? Coś tu się nie zgadza – dodaje.
Żeby tego było mało, to równolegle z ogłoszeniem nowych wytycznych został zmieniony kodeks etyki lekarskiej. – I tutaj oczywiście wprowadzono nowe wymagane przez postęp technologii zmiany – zaznacza publicysta. Jakie to zmiany? Jest np. cały akapit na temat wykorzystywania sztucznej inteligencji przy diagnostyce i na tym przede wszystkim skupiały się media. W ocenie Pospieszalskiego dużo ważniejsza są inne zmiany.
Chodzi m. in. o artykuł 33 nowego, zmienionego kodeksu, punkt 3: „Lekarzowi nie wolno stosować terapii daremnej. Decyzja o uznaniu terapii jako daremnej należy do zespołu leczącego i powinna w miarę możliwości uwzględniać wolę pacjenta”.
Podsumowując Pospieszalski zwraca uwagę na trzy kwestie.
„Po pierwsze, żaden z tych ludzi, którzy dzisiaj tak troszczą się i tak etycznie patrzą, jak te wytyczne przygotować, nie oprotestował tego, co zrobiła ministra Leszczyna, minister Bodnar i premier Tusk w sprawie wytycznych dotyczących aborcji, gdzie tylko świstek od psychiatry może uprawniać kobietę do tego, żeby dokonała aborcji zdrowego dziecka, będąc w pełnym zdrowiu fizycznym.
Druga sprawa: w przypadku wszystkich nadużyć covidowych widzieliśmy, jak nieetycznie postępują lekarze. Jeżeli dzisiaj taki lekarz czyta w tym punkcie 33 kodeksu etyki lekarskiej, że nie wolno mu stosować terapii daremnej, a za terapię daremną można uważać podjęcie hospitalizacji osoby drugi raz w ciągu danego roku, albo wymienia się tam ciągle nieprecyzyjne terminy, choroba terminalna, choroba przewlekła, to te wytyczne, zamiast wprowadzać pewien porządek, wprowadzają, moim zdaniem, zamęt.
I trzecia rzecz: Patrząc na zapaść systemu ochrony zdrowia, zapaść finansową i patrząc na to, że w ósmą dekadę życia wchodzi pokolenie boomu powojennego… Wówczas nas rodziło się 800 tysięcy ludzi. Dla porównania w 2024 roku, jeśli tak dalej pójdzie, urodzi się w Polsce 256 tysięcy ludzi. (…) Otóż jeśli nasze pokolenia bardzo liczne wchodzą dzisiaj w ósmą dekadę swojego życia, przekraczają siedemdziesiątkę i tak dalej, będą wymagały coraz częściej hospitalizacji, będą wymagały coraz częściej opieki systemu ochrony zdrowia. W związku z tym być może te wytyczne wychodzą naprzeciw po to, żeby ratować i tak już katastrofalny stan budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia”.
CIA a chrześcijaństwo. Dragana Trifković, dyrektor Centrum Studiów Geopolitycznych w Belgradzie w rozmowie z Konradem Rękasem dla kanału „Wbrew Cenzurze”.
Konrad Rękas: Dragano, oboje interesujemy się geopolitycznymi aspektami obecnej sytuacji na świecie dostrzegając, jak w badaniach naukowych i debacie publicznej pomija się pewien kluczowy czynnik. O ile bowiem powszechnie uznaje się rolę geopolityki, opisuje ekonomiczne przyczyny wojen i zmagań politycznych, o tyle równie często zapominamy o czymś o wiele większym, o wiele głębszym niż polityka czy nawet meta-polityka. Zapomnieliśmy o ideologicznym i religijnym kontekście wielu konfliktów. Tymczasem śledząc intensywny wzrost neoliberalnej agendy antychrześcijańskiej w ciągu ostatnich czterech dekad moglibyśmy narysować ciągłą linię między wydarzeniami w byłej Jugosławii, kolejnymi akcjami i agresjami skierowanymi przeciw narodowi serbskie a eskalacją, do której doszło na Ukrainie. Sukcesywnie rośnie liczba frontów globalnej ideologicznej wojny antychrześcijańskiej, zwłaszcza antyprawosławnej.
Badałaś dogłębnie sytuację prawosławnych w Kosowie, zaatakowanych przez albańskich terrorystów i NATO. Czy dostrzegasz podobieństwa między tamtą akcję wymierzoną w prawosławie na Bałkanach a antychrześcijańską praktyką kijowskiego reżimu?
Dragana Trifković: Tak, na pewno. To dobry sposób na rozpoczęcie naszej rozmowy. Jest aż zbyt wiele podobieństw, zaczynając od wojny w Jugosławii, która zaczęła się przecież jeszcze przed agresją NATO w1999 roku. Do wojny tej doszło, gdy globalne struktury przestały potrzebować strefy buforowej, którą Jugosławia stanowiła w czasach zimnej wojny. Przestała być potrzebna, więc została zniszczona. Wybuchł konflikt, będący przygotowaniem do kolejnych, na całym świecie, w tym w Rosji i na Bliskim Wschodzie. Dlaczego tak uważam? Ponieważ właśnie w trakcie wojny w Jugosławii Samuel Huntington opublikował swoją słynną książkę o konflikcie cywilizacji, sprowadzającą się do programowania starć trans-wyznaniowych i trans-etnicznych. Jugosławia była więc tylko poletkiem doświadczalnym, stanowiąc mikrokosmos religii i narodów: katolików w Chorwacji, muzułmanów w Bośni, muzułmanów w Kosowie, muzułmanów albańskich i prawosławnych Serbów. To był świetny trening dla globalistów, którzy potem powtórzyli swoją strategię na Bliskim Wschodzie, a teraz między Ukrainą a Rosją.
Jednak nowożytna agresja przeciw prawosławiu jest jeszcze starsza. Jej początki mogliśmy zaobserwować już podczas II wojny światowej i zwłaszcza w okresie Zimnej Wojny, kiedy siły Zachodu starały się zmieć i ukształtować umysłowość społeczeństw pod rządami komunizmu. Do tego celu amerykańskie służby specjalne wykorzystywały także swój coraz większy wpływ na Patriarchat Konstantynopolitański. Przejęcie nad nim kontroli przez CIA zostało potwierdzone w opublikowanych dokumentach. Jedno z centrów prawosławia jest ręcznie sterowane przez anglosaskie tajne służby. Centów historycznych, dodajmy, ale już nie współczesnych, w związku z korupcją, w wyniku destrukcyjnej działalności prowadzonej przez Patriarchat przeciw Cerkwiom na Bałkanach, na Kaukazie, w Azji Środkowej, w państwach bałtyckich i oczywiście na wszystkich byłych terytoriach Związku Radzieckiego, w tym zwłaszcza na Ukrainie. Nakłada się to na wspomniany przez Ciebie konflikt między Wschodem a Zachodem. Mamy linię frontu, mamy konflikt militarny, ale to, co słabiej widoczne, to wojna psychologiczna, wojna religijna i duchowa, a dopiero w efekcie wojna medialna i ekonomiczna. To bardzo ważne, by dostrzegać właśnie ten wymiar globalnego konfliktu, dlatego dziękuję za ten wywiad.
Tak jak z Serbskiego Kościoła Prawosławnego po 1989 roku próbowano oderwać jego kosowską część, tworząc nową Cerkiew, podobnie na terytoriach byłego Związku Radzieckiego powtarzają się próby podziału prawosławia, którym towarzyszą działania na rzecz stworzenia nie tylko nowych państw, ale i nowych narodów. To właśnie dla nich tworzy się kościoły zastępcze, kontrolowane przez nowe, prozachodnie struktury państwowe. Tak postąpiono na Ukrainie, ale wcześniej także w Czarnogórze, Macedonii (obecnie Północnej), dziś także w Kosowie, Bośni i Chorwacji.
Wróćmy więc do początków, do okresu po drugiej wojnie światowej, gdy pierwszy szef CIA, stworzył doktrynę walki ze Wschodem. Nazywał się Alan Dulles i w jego koncepcji ważne miejsce zajmowała walka z Kościołem prawosławnym, postrzeganym jako przeszkoda dla globalizacji, przede wszystkim ze względu na siłę ducha wiernych. Już wtedy był to także ważny element walki z Rosją. Ta strategia nabiera obecnie coraz większego znaczenia wraz z przenoszeniem się centrum światowego prawosławia właśnie do Rosji, która znajduje się dziś na pierwszej linii wojny z NATO na Ukrainie, broniąc tym samym także tradycyjnych wartości duchowych przed satanizmem. To właśnie satanizm jest bowiem ideologicznym motywem struktur globalistycznych. Widać to było wyraźnie choćby podczas ostatnich igrzysk olimpijskich.
W tym kontekście wspomnieliśmy Dullesa, przypomnijmy więc innego amerykańskiego stratega, Zbigniewa Brzezińskiego, który wprost deklarował, że tak jak po upadku Związku Radzieckiego zniszczony został komunizm, tak teraz nadszedł czas, aby zniszczyć prawosławie. Oni nawet nie ukrywają, że walczą z prawosławiem, jako główną przeszkodą dla globalizacji. Wierni prawosławni nie mieszczą się w budowanym nowym wspaniałym świecie.
Jan Paweł II – święty agent Waszyngtonu?
KR: Wspomniałaś o negatywnej roli Patriarchatu Konstantynopolitańskiego – sądzę, że po niesławnym tomosie legalizującym na Ukrainie sektę Poroszenki nie ma już żadnych wątpliwości co do wpływu CIA na politykę Konstantynopola. To bardzo ważna obserwacja także z punktu widzenia chrześcijan z Zachodu, w tym zwłaszcza Polaków. Podobną operację przejęcia struktur kościelnych przeprowadzono bowiem wobec katolicyzmu, lokującym w nim silną agenturę CIA i innych zachodnich służb wywiadowczych. W efekcie np. podczas wojny w Jugosławii wielu katolików, zamiast połączyć siły z prawosławnymi przeciw liberalizmowi, satanizmowi, przeciw całej tej antycywilizacji śmierci – dało się użyć do rozbicia Jugosławii i wzięło udział w walce przeciw narodowi serbskiemu. Bardzo negatywną rolę odegrał w tej kwestii Watykan i personalnie Jan Paweł II, wciąż zwłaszcza w Polsce cieszący się ogromnym kultem i szacunkiem.
DT: To, niestety, prawda. Oznacza to także, że CIA kontroluje zarówno Kościół katolicki, jak i Patriarchat Konstantynopolitański, wykorzystując obie te struktury do własnych celów. Patriarchat Konstantynopolitański utracił już atrybuty religijne, stając się po prostu przybudówką Centralnej Agencji Wywiadowczej. Służby używają zatem struktur kościelnych, duchowieństwa, tworzą własne proxi-kościoły, w ścisłym powiązaniu z kontrolowanymi przez siebie strukturami politycznymi. Tak jest na Ukrainie, gdzie wspomniany Petro Poroszenko zainicjował powstanie proxi-Kościoła prawosławnego, co zostało wzmocnione w ostatnich tygodniach, gdy Rada Najwyższa praktycznie zdelegalizowała kanoniczny Ukraiński Kościół Prawosławny. Widać więc dokładnie jak koordynowane są działania polityczne i religijne między strukturami państwowymi na Ukrainie a Patriarchatem Konstantynopolitańskim.
I tu również dostrzec można udział Kościoła katolickiego, który uświadomiłam sobie podczas ostatniej konferencji o obronie prawosławia, którą organizowaliśmy w Bułgarii. Nasi przyjaciele z Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego opowiedzieli tam o planach zjednoczenia fałszywego proxi-Kościoła Prawosławnego Ukrainy z tamtejszym Kościołem grekokatolickim., podległym Watykanowi. Miałoby to nastąpić już w 2025 roku, tysiąc siedemset lat od pierwszego soboru nicejskiego, soboru powszechnego z czasów przed schizmą i podziałem chrześcijaństwa. Okazją do takiego fałszywego zjednoczenia miałyby być uroczystości Wielkanocy, w przyszłym roku obchodzone tego samego dnia przez katolików i prawosławnych. Doszłoby więc do fałszywego pojednania, z udziałem i błogosławieństwem Patriarchatu Konstantynopolitańskiego. W rzeczywistości jednak byłoby to działanie szatańskie, skoordynowane z globalizmem, kolejna manipulacja, trenowana na poligonie ukraińskim.
W procesach tych znacząca jest rola Watykanu. Współczesny Kościół rzymski i sam papież Franciszek są zaangażowani we wspieranie agendy LGBT i globalizmu pomimo ich jawnie antychrześcijańskiego charakteru. Decydują jednak wpływy polityczne, w tym także rola służb specjalnych.
Kosowa i Ukraina – ta sama wojna
KR: To rzeczywiście szczególnie trudny moment dla prawosławia, nie tylko zresztą na Ukrainie. Tam jednak sytuacja stała się krytyczna po przyjęciu ustawy 8371, faktycznie umożliwiającej delegalizację kanonicznego Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego i pozwalającej reżimowi w Kijowie na zakazanie jakiejkolwiek formy działalności religijnej na Ukrainie, która jest uważana za sprzeczną z polityką państwa. To sytuacja prawna bez precedensu, jednak w pełni akceptowana przez popierającą bezkrytycznie Kijów część społeczności międzynarodowej. Musimy też jednak zrozumieć, że rozmawiamy o zjawiskach znacznie starszych niż choćby rosyjska operacja na Ukrainie. Wracając do historycznych analogii, pamiętam ze swojego pobytu w Serbii jeszcze w latach 90-tych, że terror antyserbski w Kosowie zaczął się właśnie od ataków na prawosławne świątynie. UÇK podpalało cerkwie, niszcząc historyczne ślady serbskości Kosowa i Metochii i zadając bolesne rany światowemu dziedzictwu kulturowemu. Jednocześnie zaś był to już początek wojny, atakowano bowiem sanktuaria, które od stuleci uważane były za bezpieczne schronienia dla miejscowej ludności serbskiej. Podobnie to wygląda dziś, gdy nazistowskie bojówki na polecenie władz w Kijowie atakują prawosławne cerkwie Ukrainy.
DT: Tak, na Ukrainie mamy do czynienia z terrorystycznym atakiem na Kościół. Jestem w stałym kontakcie z wiernymi, księżmi i biskupami Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego. Z pierwszej ręki znam między innymi przeżycia metropolity Longina (nb. z pochodzenia Rumuna) brutalnie pobitego przez nazistów. Rzeczywiście przypomina to sytuację w Kosowie, gdzie zaczęło się od terroru ze strony UÇK, organizacji terrorystycznej nazywającej się Armią Wyzwolenia Kosowa, który następnie został usankcjonowany polityką samozwańczego państwa kosowskich Albańczyków. Podobnie na Ukrainie policja i organy bezpieczeństwa czynnie wspierają ataki na kanoniczny Kościół wprost pomagając ekstremistom z Prawego Sektora w zawłaszczaniu świątyń, przepędzaniu księży, biciu wiernych. Skoro byłeś w Kosowie tuż przed bombardowaniami NATO doskonale rozumiesz o czym mówię, to jest ten sam klimat przyzwolenia na terroryzm, jaki objawiała albańska administracja w Kosowie. Tam zresztą albańskie ataki na Serbów miały miejsce już wcześniej, także w czasach Tito. Globaliści to wykorzystali doskonale rozumiejąc, że Serbowie nie są zainteresowani udziałem w ich planach. Zbyt silny jest serbski duch, taką siłę dają nam nasza historia i tradycja. A przecież przeszłość ma zostać wymazana, zafałszowana, tak, jak robi się m.in. na Bliskim Wschodzie.
Dlatego właśnie na naszej sofijskiej konferencji uwypukliłam podobieństwa w sytuacji prawosławia w Kosowie i na Ukrainie. Warto podkreślić, że w Kosowie wciąż znajdują się siły międzynarodowe, UNPROFOR ze strony ONZ, a także KFOR, czyli struktura NATO. Po bombardowaniu Serbii podpisywaliśmy porozumienia z Zachodem, najpierw w Kumanowie, a następnie na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ, na bazie rezolucji 1244, w myśl której to właśnie Narody Zjednoczone i NATO przyjęły na siebie odpowiedzialność za pokój na terytorium Kosowa i Metochii, w tym zobowiązały się do ochrony kościołów i całej ludności serbskiej na tych terenach. I w niczym nie przeszkodziło Albańczykom w organizacji pogromów, takich jak w 2004 roku, kiedy to albańscy terroryści spalili ponad 150 zabytkowych cerkwi, pochodzących z okresu między XIII a XVII wiekiem i przy całkowitej bierności zachodnich, zwłaszcza niemieckich żołnierzy. Znam przykład z kosowskiego klasztoru świętego Archanioła, przed którym stał niemiecki czołg. Terroryści przyszli do Niemców z pytaniem czy mogą się przesunąć, bo zamierzają spalić monastyr, a niemieccy żołnierze bez próby protestu po prostu odjechali!
Międzynarodowe struktury, w tym ONZ i NATO nie służą więc utrzymywaniu pokoju, ale przeciwnie, czynnie prowokują i uczestniczą w konfliktach mających na celu umocnienie agendy globalizmu. Od II wojny światowej używają w tym celu zarówno przemocy, jak i korupcji i niestety obie te metody są skuteczne, choć nie tracę nadziei, że z Bożą pomocą uda nam się wreszcie stawić im skuteczny opór.
Na razie toczy się wojna, ta sama na Ukrainie i w Kosowie, płoną kościoły, cierpią wierni i prześladowani są duchowni. Walka toczy się też o pamięć i tożsamość. Wiele serbskich, prawosławnych kościołów i monastyrów w Kosowie, jak np. Liewka. zostało nazwanych… odwiecznie albańskimi i / lub katolickimi. Świątynie, ziemie należące do Serbskiego Kościoła Prawosławnego kosowskie władze przekazują nowym, politycznie uległym tworom, jak albański Kościół katolicki. Nasi duchowni są deportowani, usuwani z Kosowa znowu, z pełnym poparciem struktur międzynarodowych, których przedstawiciele nie mogą się nachwalić jaką to udaną młodą demokracją jest samozwańcza republika. Tymczasem w dzisiejszym Kosowie nie ma mowy o demokracji, to ten sam terroryzm, tylko udający struktury państwowe.
Globaliści, islamiści, banderowcy…
KR: Skądinąd to mniej znany aspekt formowania tożsamości albańskiej na początku XX wieku, gdy poza islamem bardzo mocno wykorzystywano komponent katolicki, inspirowany wówczas tak Watykanu, zwłaszcza poprzez niektóre zakony, w tym szczególnie franciszkanów, jak i przez Wiedeń. Paradoksalnie jednak wizja albańskiej tożsamości katolickiej, opartej w pewnym momencie na figurach Skanderberga (zresztą etnicznie Serba), Jana Pawła II czy Matki Teresy z Kalkuty (nb. Włoszki.?? md] ) współgra w istocie z neoliberalną agendą globalistyczną, nie służy więc rekatolicyzacji Albanii, ale jej podporządkowaniu interesom anglosaskiego imperializmu.
Chciałbym jednak wrócić do jeszcze jednego wątku, poruszonego na sofijskiej konferencji, podczas niej wysłuchaliśmy ważnych świadectw głosów prawosławnych hierarchów, metropolity Zaporoża Łukasza, umieszczonego przez kijowski reżim w areszcie domowym oraz arcybiskupa Teodozjusza Hanny, reprezentującego Jerozolimski Kościół Prawosławny, cierpiący wraz ze swoimi palestyńskimi wiernymi w związku z syjonistyczną agresją i ludobójstwem dokonywanym w Strefie Gazy. Te dwa głosy dobitnie podkreślają hipokryzję tak zwanej zachodniej opinii publicznej, która z jednej strony wiele mówi o wolności na Ukrainie i obowiązku jej obrony, o walce z terroryzmem w Palestynie, a jednocześnie całkowicie ignoruje, że i Kijów, i Tel Awiw odbierają ludziom wolność wyznania i praktyk religijnych. Syjonistyczna agresja przeciw Palestyńczykom nie ogranicza się przecież do Hamasu, działalności terrorystycznej czy w ogóle zbrojnego oporu, ale dotyka ogółu społeczności, której znaczna część wyznaje przecież chrześcijaństwo, przede wszystkim w obrządku wschodnim. Mamy więc do czynienia z czystką etniczną, z ludobójstwem motywowanym rasizmem. To nie żadna wojna z prawdziwym czy urojonym islamizmem, ale wojna także z chrześcijaństwem. Spod propagandy praw człowieka, akcji antyterrorystycznych, walki o wolność zawsze w końcu wyziera chęć zniszczenia chrześcijaństwa.
DT: Ludobójstwo, którego syjoniści dopuszczają się na narodzie palestyńskim przypomina pod tym względem poprzednie akcje przeciw chrześcijanom w Syrii i Iraku. Tak, ich sprawcy też mieli wiele do powiedzenia o wolności i prawach człowieka, by jednocześnie wykorzystywać terrorystów do mordowania ludności cywilnej, prześladowania religii i niszczenia tradycji. Wszyscy pamiętamy, jak w Syrii to Hezbollah bronił chrześcijan atakowanych przez Państwo Islamskie, czyli organizację o podobnej genezie i charakterze, jak np. Armia Wyzwolenia Kosowa. To często nawet te same struktury, badałam m.in. kwestię powiązań między ekstremistami z Kosowa a Al-Kaidą w tamtym czasie, kiedy to Kosowo odwiedził m.in. Bin Laden. Państwo Islamskie jest zaś tylko kolejną odsłoną tej samej prowokacji, w której uczestniczą również reżim syjonistyczny, Stany Zjednoczone i ich tajne służby oraz kontrolowane przez nie struktury państwowe i polityczne. To prawdziwe oblicze globalnego Zachodu. A z drugiej strony mamy ludność cywilną, mamy historię, mamy tradycję, mamy atakowane kościoły, które niszczą jednocześnie opowiadając o wolności i prawach człowieka.
To całkowita hipokryzja, którą widać dziś zupełnie wyraźnie. Wcześniej łatwiej było ukrywać prawdę, zbywać ją opowieściami o teoriach spiskowych. W rzeczywistości jednak to już nie są nawet teorie. To praktyka, to codzienność wojny z historią, tradycją i religią. Bo bez nich, gdy ludzie je tracą – można ich łatwiej kontrolować. A że łatwiej jest kontrolować miliard niż siedem miliardów, więc dąży się też do depopulacji. Dziś to już chyba coraz bardziej jasne dla wszystkich. Dlatego właśnie, z naszymi doświadczeniami, jeszcze z lat 90-tych mogliśmy tak szybko rozpoznać co jest szykowane dla Ukrainy, co tam się naprawdę dzieje i jakie scenariusze są realizowane.
KR: Sądzę, że to kluczowy wniosek z naszej dyskusji i naszych obserwacji. Śledząc poszczególne nici sieci globalizmu rozpoznajemy liczne powiązania, jak choćby między kaukaską częścią Państwa Islamskiego a banderowskim neonazizmem na Ukrainie. Kiedy z kolei przenosimy wzrok na Albanię widzimy tam obozy szkoleniowe terrorystów, dawnych Mudżahedinów Ludowych, wykorzystywanych następnie w Syrii i Iraku. Aktywność terrorystyczna, polityczna i propagandowa na całym świecie łączy się i zawsze wszystkie tropy łączą się z ośrodkami decyzyjnymi Anglosasów i syjonistów, zaś chrześcijaństwo, w szczególności prawosławie znajduje się na liście celów do zniszczenia. I choć nie tracimy wiary w ostateczne zwycięstwo, w tym w powrót Kosowa do Serbii i w pokonanie nazizmu na Ukrainie, to równocześnie nie możemy ignorować rozlewaniem się kolejnych zagrożeń na cały już niemal świat.
W Polsce, do które przesiedliło się co najmniej 3 i pół miliona Ukraińców obserwujemy rozpychanie się struktur prox-Kościoła stworzonego przez Poroszenkę, a obecnie podtrzymywanego przez Zełeńskiego. Sekta ta domaga się przywilejów kosztem Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, funkcjonuje niezależnie, dokonując w istocie kolonizacji religijnej, a więc i ideologicznej, i politycznej. Tylko od nas zależy czy sprostamy wyzwaniu i przeciwstawimy się temu kolejnemu zagrożeniu dla wiary i tradycji.
DT: Atakują nas fałszywy kościół i fałszywa wiara. Musimy się przeciwstawiać i obronić, bo przecież gdy Bóg jest nami któż mógłby nam sprostać? Mówimy tylko prawdę i tylko Prawdzie dajemy świadectwo, musimy zatem zwyciężyć, nie chodzi bowiem tylko o jedną religię czy naród, sprawa jest wspólna dla wszystkich ludzi, którzy do Prawdy dążą, w Europie, w Azji, na Bliskim Wschodzie, w Afryce, obu Amerykach, nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie przecież też nie brak ludzi uczciwych, którzy dostrzegają jakie zło jest czynione na świecie. Musimy pozostawać w kontakcie, rozmawiać, pracować razem i razem przeciwstawić się temu złu.
KR: I o to właśnie chodzi. Mocno wierzymy, że prawda nas chroni, że prawda nas wyzwoli i że prawda i tylko prawda nas uratuje.
W większości sklepów w mojej dzielnicy stoi miseczka z wodą a na szybie widnieje napis „pet friendly”. Wiele sklepów i kawiarni z podobnymi napisami zaprasza również psy do środka. To bardzo miłe i wygodne dla właścicieli zwierzaków lecz nie koniecznie dla innych gości. Pies w sklepie z pieczywem jest zupełnie nie na miejscu i trzeba zrozumieć, że inni klienci mają prawo się go brzydzić.
Wracając do napisów. Przede wszystkim im nie ufam. Podobnie jak nie ufam licznym fundacjom i stowarzyszeniom zajmującym się ochroną zwierząt, choć zwierzątka bardzo lubię, miewałam po kilka zwierząt na raz, najczęściej były to psy i koty bezdomne, zabrane z ulicy, często leczone sporym kosztem. Rzecz w tym, że moim własnym kosztem. Za pieniądze wydane na leczenie tych zwierząt mogłabym sobie kupić niejednego psa rasowego lecz nigdy nie przyszło mi to do głowy choć znam się dość dobrze na rasach psów.
Te napisy nie budzą mego zaufania bo to tylko moda. Być może szlachetna moda lecz – jak każda moda intelektualna- niezbyt mądra i pełna hipokryzji. Do fundacji i stowarzyszeń ochrony zwierząt nie mam zaufania gdyż znam przypadki zbierania przez nie funduszy na ratowanie zwierzęcia dawno padłego lub uśpionego. Narwani aktywiści tych organizacji potrafią odbierać właścicielowi konia za rzepy w ogonie czy splątaną grzywę. Narwani aktywiści chcą również koniecznie doprowadzić do zastąpienia koni przewożących turystów do Morskiego Oka meleksami, co dla tych pracujących koni oznacza śmierć w rzeźni.
Moja sąsiadka była świadkiem następującego wydarzenia. Samochód potrącił na parkingu szczeniaka owczarka niemieckiego. Jego pan spokojnie zdjął mu obróżkę i oddalił się godnym krokiem. Sąsiadka podniosła połamanego pieska, wyleczyła i był jej towarzyszem przez długie lata. Zachowanie właściciela psa było moim zdaniem obrzydliwe, a sąsiadki szlachetne. I tyle. Zdania pozostałych sąsiadów były podzielone. Byli wśród nich przekonani, że świat można poprawić donosami więc koniecznie chcieli doprowadzić do skazującego eleganckiego pana wyroku sądowego. Obecnie nazywa się takiego naprawiacza świata przez donosy – sygnalistą. Kiedyś nazywało się go kapusiem. W języku młodzieżowym podobno ( nie wiem dlaczego ) mówi się na takiego sygnalistę „ szśdziesiona”.
Ja natomiast najchętniej wyjaśniłabym ręcznie właścicielowi szczeniaka niestosowność jego postępowania, a sąsiadkę uhonorowałabym podaniem jej nazwiska, lecz nie mogę tego zrobić ze względu na RODO. Kolejny przejaw laksacji legislacyjnej Unii Europejskiej to zarządzenie chroniące dane osobowe obywateli UE, które zostało opublikowane w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej 4 maja 2016 roku, a weszło w życie 25 maja 2018 roku.
W wyniku ślepego stosowania się do podobnych idiotyzmów w mojej kamienicy zdjęto listę lokatorów. Sanitariusze pogotowia regularnie walą w nocy w moje okno ( mieszkam na parterze) żeby dowiedzieć się gdzie mieszka pani Nowacka czy Kowalska, która zasłabła, wezwała pogotowie ale nie zdążyła podać numeru lokalu. Jeszcze trafniej ilustruje idiotyzm i szkodliwość tego zarządzenia popularny w środowisku medyków dowcip. Przestrzegająca RODO pielęgniarka wywołuje pacjentów mówiąc: „Pierwszy wchodzi pan z kiłą a następny z rzeżączką”.
Trzeba zrozumieć, że nie da się wszystkiego uregulować prawnie a mnożenie przepisów i zarządzeń, często sprzecznych wewnętrznie, nie przynosi nic dobrego. Wręcz przeciwnie, paraliżuje ludzi, czyni ich biernymi i bezwolnymi, a co gorsza pozbawionymi ludzkich odruchów. Ze względu na odpowiedzialność za szkody poniesione przez pasażerów w niezawinionym nawet przez kierowcę wypadku zanika na przykład obyczaj podwożenia przypadkowych przechodniów do sklepu czy kościoła i całkowicie zanikł autostop, jako sposób podróżowania młodzieży.
Ludzie boją się udostępnić nieodpłatnie zbędne im chwilowo mieszkanie rodzinie czy znajomym gdyż, albo będą musieli płacić podatek od wynajmu choć nie wynajmują, albo darmowy lokator zapłaci podatek od nienależnego zysku jakim jest darmowe lokum. Dlatego właściciele mieszkań wolą aby stały puste, a ceny wynajmu szybują. Sytuację pogarsza fakt tak zwanej ochrony posesoryjnej dzikich lokatorów czyli takich, którym zakończył się okres umowy, którzy nie płacą za ogrzewanie i media i dewastują cudze mieszkanie. Każdy z nich zgłasza w sądzie jakąś dolegliwość, sprawy o eksmisję ciągną się latami i dlatego wynajmowanie mieszkania stało się bardzo ryzykowne. W rezultacie całe bloki i kamienice stoją puste. Ochrona lokatorów specjalnej troski czyli chorych oraz obarczonych dziećmi obraca się przeciwko nim samym. Nikt rozsądny nie wynajmie im lokalu albo wynajmie za bardzo wysoką opłatą. Gdyby właściciele mieszkań mogli swobodnie dysponować swoją własnością to znaczy gdyby mogli łatwo usunąć z własnego mieszkania niepożądanego lokatora zadziałałby rynek i ceny wynajmu nieuchronnie spadłyby.
Zwolennicy wejścia Polski do Unii Europejskiej liczyli na poszerzenie obszaru swojej wolności. Okazało się, że zaczęły ich obowiązywać setki dodatkowych przepisów ograniczających ich swobody. Aby zdobyć mieszkanie młodzi ludzie muszą brać kredyty i stają się niewolnikami swego zadłużenia. Dyrektywa mieszkaniowa UE zmuszająca właścicieli domów do kosztownej ich termomodernizacji to założenie dożywotnio kolejnym milionom ludzi kredytowego chomąta. Natomiast starych ludzi, którym nikt nie da kredytu albo nie będą w stanie go spłacać pani minister klimatu ma zamiar przenosić do kontenerów lub domów opieki. Pod pretekstem walki z globalnym ociepleniem zakazuje się ubogim ludziom palenia węglem i drewnem i nakazuje przejście na niezwykle drogie ogrzewanie elektryczne. Miasta mają zostać zamknięte dla starych samochodów co uniemożliwi niezamożnym ludziom dojazd do lekarza czy na zakupy. Jak ktoś powiedział- jedyne naprawdę dostępne w UE wolności to wolność kopulowania w dowolnej konfiguracji i wolność skrobania.
A ja chciałabym zobaczyć na każdej instytucji państwowej tabliczkę z napisem:people-friendly
Is Russia’s Declining Birth Rate a Global Warning Sign?
Russia is weak and growing weaker every day. This evaluation is not directly related to the usual measures of national strength—wealth, military resources or occupied land—nor is it merely wishful thinking. Academics have a name for Russia’s core issue: demographics.
Recipe for Disaster
Demographics is the study of population and its change over time. Populations rise and fall for many reasons. Some classic explanations include religious beliefs, morality, health issues, economic opportunities, immigration and political conditions. However, two significant aspects are relatively new—effective contraception and legal abortion.
All of the classic and the more recent factors apply to the demographic disaster in Russia. The Russian Orthodox Church subordinates religious doctrine to political expediency. Russia’s public health is a disaster, as seen in the fact that male life expectancy declined to 57.4 years in 1994. (It is 67.5 today, far below that in the U.S—79.25.) The economy has been a shambles ever since the Bolshevik Revolution. During the decades of Communist rule, anyone who could arrange an exit visa left. Even today, the country is enough of a land of opportunity to attract mass immigration to make up for the low birth rate.
Moreover, the U.S.S.R. pioneered so-called “sexual liberation.” One of the first things that Lenin and Stalin did was to force women to work outside their homes. To smooth this revolutionary change, they promoted divorce and abortion. In the century since, these conditions have become universally accepted. Today, they are never even discussed.
Certainly, all other industrialized nations—the U.S. included—suffer under some of the same circumstances. However, only in Russia have all these conditions been so prevalent over such a long period.
Too Old to Fight?
Russia’s situation is desperate. Until it invaded Ukraine, some argued that Russia’s demographic issues undercut its capacity to fight a modern war. That idea has a name: “geriatric peace theory.” Despite its odd-sounding title, no one should dismiss it casually. The premise is that a nation with a rapidly aging population cannot mount a successful war.
Robert Farley, a visiting professor at the U.S. Army War College, explains, “Geriatric Peace Theory depends less on the actual availability of young men than on the socioeconomic structures that emerge in “old” societies, in particular the need for young workers to support the social safety net and health care systems that aging citizens require. This leaves fewer young people available to fill the needs of military organizations.”
“The safest argument, the one that leaves us best prepared for the future, is that population aging and depopulation are not an automatic recipe for peace. What Russia, China, Japan, and many other aging countries have shown is that when the threat level or motivation is sufficiently high, even states at the end of the demographic transition will marshal the resources to fight.”
Two Weak Opponents
How did these factors play out in real life? When Russia first invaded Ukraine in February 2022, most analysts predicted a swift Russian victory. When that did not happen, most credited a combination of Russian incompetence and unexpected Ukrainian resistance. However, no one should disregard demographic factors.
Indeed, Ukraine shares many of its adversary’s maladies. As a part of the former U.S.S.R., most of Russia’s Communist-created social, legal, and economic ills affected Ukraine as well. So, two fundamentally weak countries are fighting against each other. Both can carry on because they have strong allies.
Lots of ink has been spilled recording Vladimir Putin’s reactions to Russia’s low birth rate, which one of his spokesmen labeled “catastrophic.” Even though the Russian leader turned on his propaganda machine to promote larger families and backed up those efforts with economic incentives, the dire situation has not improved. According to the Russian government’s statistical agency, Rosstat, “From January to June of 2024, 599,600 children were born in Russia—16,000 less than the same period in 2023.”
A World Wide Issue
However, these conditions are not limited to formerly Soviet-dominated countries. Nor are they confined to Eastern Europe and Asia. Russia’s fertility rate, 1.41, is identical with Austria’s. Germany’s 1.46 isn’t much higher. Spain (1.16), Italy (1.24), Poland (1.29) and Greece (1.32) lag behind the Russians. Only France (1.79), Romania (1.71) and Turkey (1.63) exceed Russia to any significant extent. The U.S. rate is virtually identical to that of the French.1 Canada’s 1.33 barely surpasses Greece’s birth rate.
None of these nations meets the standard for natural population replacement, which the World Economic Forum places at 2.1.
Russia is tasting the bitter fruits of generations of anti-family policies. While the nations of North America and Western Europe are better off, the long-term forecast is still grim.
The cure is easy to understand but requires Solomon’s wisdom to implement. The population shrinks because people have lost the motivation and morality to have children. Only a moral and religious regeneration can renew what the last three or four generations squandered.
(With U.S. debt now at $35.3 trillion, the cost of the interest bill alone on all that borrowing is about $3 billion a day. A quick calculation: the USA is paying out over a trillion in interest this year. This is our money folks.)
Na czele resortu obrony powinien stać człowiek wykazujący się szczególną odwagą. Niestety Władysław Kosiniak-Kamysz – zwany ironicznie „tygryskiem” – po raz kolejny udowodnił, że nie nadaje się na stanowisko ministra obrony narodowej, gdyż jest tchórzem, za którego wstydzą się zapewne żołnierze Wojska Polskiego
Na początek definicja. Według Słownika Języka Polskiego PWN odwaga to «śmiała, świadoma postawa wobec niebezpieczeństwa».
Niebezpieczeństwa doświadczyli właśnie polscy żołnierze stacjonujący w Libanie, których ostrzelała zbrodnicza armia Izraela. Tymczasem nasz „Tygrysek” na platformie X (dawniej Twitter) skomentował sprawę następująco:
«Dziś w Libanie doszło do ataków na miejscowość Naqoura, w której stacjonuje dowództwo misji ONZ. W wyniku ataków nie ucierpiał żaden z polskich żołnierzy stacjonujących w Libanie. W bazie stacjonowania PKW UNIFIL oraz na posterunkach, na których pełnią służbę nasi żołnierze, nie odnotowano niepokojących incydentów.»
Z lawiną komentarzy ruszyli użytkownicy X, którzy wytknęli szefowi MON pominięcie kluczowej informacji: kto zaatakował.
Adam Czarnecki: «Panie Premierze! Podpowiadam, że za atakami stoi, uwaga, uwaga, proszę się przygotować, Izrael. Oznaczę @IsraelinPoland oraz @YacovLivne, co by Pan nie musiał :)»
Katarzyna Maria: «To Izrael zaatakował nasze wojska! Miej odwagę to powiedzieć zanim Polska zostanie sprzedana tak, jak Ukraina!»
Rafał Mosiołek: «Czemu nie napisałeś, że ataku dokonał Izrael?»
Zachariasz: «Władek nie bój się trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Ataku dokonało zbrodnicze i terrorystyczne państwo Izrael, które to od roku popełnia ludobójstwo, mordując kobiety i dzieci w strefie Gazy i Libanie.»
Żona Gajowego: «Żydzi atakują wojska ONZ a ty łachu piszesz o incydencie? Łajzo…»
FIOLA: «Samo z siebie doszło? Co doszło? Ataki same się zaatakowały? Kto zaatakował? Co to za dezinformacja?»
Generał prof dr Jacek Śmigowski: «Jprdl Putina chcecie wgnieść w ziemię a brakuje odwagi by napisać, że zaatakował Izrael.»
Serwis X dość szybko zareagował, podłączając pod wpisem ministra adnotację: Czytelnicy dodali informacje kontekstowe, które mogą być przydatne dla innych. Ataku dokonały wojska izraelskie.
Jako że komentujący wyżywali się na profilu samego „tygryska”, nie brakowało też humorystyczno-uszczypliwych uwag.
Marcin Stein: «Jak się kosiniak boi to niech kamysz powie że to Żymianie.»
xBond: «Ma Pan zaszczyt piastować tak wysokie stanowisko w RP, a musi Pana poprawiać serwis X.»
Paweł Machitko: «Atak UFO najwyraźniej.»
ZMOK.PL: «Panie kamysz. Ale kto zaatakował? Podpowiem, że na: ż Śmiało. Wróg zdemaskowany i określony, to wróg o połowę mniej groźny.»
Ewelina S.W.: «Czy tam ukrywał się Hamas? Czy były korytarze pod budynkami misji?»
GeorgeWaw: «Czy nasi żołnierze ukrywają w podziemiach hezbollah? Lepiej to wcześniej wyjaśnić żydom zanim ktoś z naszych zginie.»
Zygrfyd Czaban: «“Marsjanie w Libanie”. Pan sobie z nas jaja robisz.»
Właściciel profilu Kogut Tomasz przygotował nawet sondę:
Kto zaatakował? 1) Gargamel z Klakierem; 2) Sithowie; 3) Książę Ightorn i ogry; 4) Harkonnenowie.
Byłoby to wszystko całkiem śmieszne, gdyby nie było tragiczne. Postawa szefa resortu obrony do złudzenia przypomina zachowanie prezydenta Andrzeja Dudy, Zwierzchnika Sił Zbrojnych, kiedy pół roku temu armia izraelska z premedytacją zaatakowała konwój z pomocą humanitarną.
Wśród ofiar tamtego ataku był polski wolontariusz Damian Soból. Tymczasem prezydent Polski komentując wydarzenie na X, również nie miał odwagi napisać, że agresji dokonała armia Izraela. Bestialski atak określił jedynie jako „tragedię”. Skandaliczny wpis Andrzeja Dudy wyglądał następująco.
«Z głębokim bólem przyjąłem informację o śmierci w Strefie Gazy wolontariuszy z organizacji World Central Kitchen, w tym polskiego obywatela. Jestem myślami z ich najbliższymi. Ci odważni ludzie swoją służbą i poświęceniem dla bliźnich zmieniali świat na lepsze. Tragedia ta nigdy nie powinna się wydarzyć i musi zostać wyjaśniona.»
Kiedy ci tchórze wysługujący się syjonistom zostaną wreszcie rozliczeni? Polacy – w tym żołnierze Wojska Polskiego – chyba nie mają już najmniejszych wątpliwości, że rządząca nami klika nie realizuje interesów narodu polskiego. Jeśli naród stanowczo na to nie zareaguje, to nie zasługuje na własne państwo. Komentarze na X – nawet te najbardziej celne – to za mało.
Japońska organizacja Nihon Hidankyo, domagająca się likwidacji broni jądrowej, laureatem Pokojowej Nagrody Nobla.
A przedtem jakaś pańcia, Han Kang, dostała „mobla” „za intensywną prozę poetycką, która mierzy się z historycznymi traumami i obnaża kruchość ludzkiego życia”
[bo przecież musiała być kobitka, postępowa i kolorowa md]
Moim zdaniem idzie na zwarcie. Z tą Unią. Ja się od dawna zastanawiałem czemu oni tak tę żabę szybko gotują i to na kilka grzałek? Może wiedzą coś, czego my nie wiemy, czy przypadkiem nie okazało się – moim zdaniem – za kowida, że z nami można więcej niż nam się wydaje? Może wielu z nas myśli, że jak przyjdzie co do czego, to się lud postawi, a jednak taka decyzja to jest decyzja indywidualna. Ja wiem, większość się łudzi, że jak by co, to się przyłączy – przeżyłem to na zadymach w stanie wojennym. Ale ktoś musi zacząć pierwszy.
Kiedy armia przestaje uciekać?
Z reakcjami tłumnymi to jest pewna dziwna sprawa, która zawiera się w rozwiązaniu dylematu pt. „dlaczego wojsko rejteruje?”, albo w naszym wypadku „jak to się dzieje, że wojsko przestaje uciekać?” Zostańmy przy tym drugim przykładzie. Powiedzmy, że wojsko, tak jak teraz ogłupiałe społeczeństwo, zaczyna uciekać w panice. Pierwszy, który się zatrzyma, stanie i będzie do tego nawoływał – zostanie zmieciony. Jakoś tak się dzieje, że czy to wiele prób, czy większa liczba ludzi, czy jakiś ważniak z autorytetem wytwarzają masę krytyczną i spanikowany tłumek się zatrzymuje, większość widzi „trynd” i się przyłącza, bo widzi, że w masie, że można, że chociażby w tłumie to nikt nie pociągnie serią indywidualnej odpowiedzialności. I nagle wszyscy stają, ba – ruszają z powrotem, atakując tych, przed którymi jeszcze chwilę temu tchórzyli.
Widzę wiele analogii do czasów dzisiejszych, ale głównie w opowieści o tej sytuacji. Bo społecznie prawda jest taka, że większość wcale nie uważa, że ucieka, że ją ktoś goni, że trzeba by się zatrzymać, bo zaraz nas zagonią, okrążą i wybiją. Ta świadomość jest dziś – jeszcze – uważana za przewrażliwienie i histerię. Ma być cechą świrów, co to wszędzie widzą zagrożenie, pełni manii prześladowczej psują piękne horyzonty nowej normalności, marudzą, jak Kasandra, zatruwają miły nastrój. Tak, bo żabie gotowanej jest miło, a okazuje się, że tak jej wygarbowano skórę medialnie, iż jej tolerancja dochodzi do poziomu zadowolenia z prawie-wrzątku, w którym się już gotuje. A więc nie ma co liczyć, że ktoś zatrzyma tę tyralierę paniki, gdyż popędzany tłum uważa to za przebieżkę i to wcale nie jego gonią, tylko on lata za przeniewiercami we własnych szeregach. Ale dość tej analogii – wróćmy do rzeczy, czyli do Unii.
Czterech jeźdźców Unii
To już jest brnięcie w jakieś szaleństwo. Coraz więcej wskazuje na apokaliptyczny tercet. Przypomnę o Czterech Jeźdźcach Apokalipsy. Wielu mówi, że przećwiczyliśmy pierwszego jeźdźca, czyli zarazę, na co można się zgodzić zaglądając pamięcią w czasy pandemiczne. Ćwiczymy obecnie rozpędzającego się jeźdźca pt. „Wojna”. Pozostały jeszcze dwa, czyli Głód i Śmierć. Tak, jakby nam je ktoś ustawił w narastającej kolejności, z wiadomym jeźdźcem na końcu. A więc czeka nas głód? W czasach nadwyżki w produkcji żywności? Co za wymysł?! Tak? No to pospekulujmy.
Zacznijmy od przemysłu, bo ten, jako część technologiczna, jest w pewnej części odpowiedzialny za rozwój rolnictwa, co to nas wyżywi, a może i nie. Globalistyczne trendy doprowadziły do deindustrializacji naszego kontynentu. Zanurkowały tu też i Stany, bo na chorobę globalizmu zachorował cały Zachód i ma podobne objawy. Sprawa nabrzmiewała podskórnie od wielu lat, ale goście, co to chcieli zatrzymać tę ucieczkę produkcji do Chin, byli zmiatani, jak rzeczone przypadki wojenne, wdeptywało ich w ziemię stado może nie spanikowanych, ale pożytecznych idiotów, co to wierzyli, że układ marżowy Zachód i zawijający w sreberka produkcję Wschód będzie trwał wiecznie. Jakby się ktoś interesował to było właśnie na odwrót – ta dominacja Zachodu nad Wschodem to tylko krótka przerwa w historycznie przeważającej dominacji Wschodu. Ale zakochaliśmy się w tej bajce i nadchodzi pora przykrego przebudzenia.
W wyniku działań zachodnich globalistów, rozwoju technologii i transportu okazało się, że można gros produkcji przenieść do zasuwających za miskę ryżu Chin, by Zachód mógł odebrać rentę dominacji swego układu, kontraktu zawartego ze swymi społeczeństwami. Wy tu chłopaki konsumujcie, jak praca to w zasadzie w mało męczących usługach, marża światowa będzie realizowana u nas, będziecie na ryneczkach popijać kawkę i na lato latać w tropiki. Emerytury forever, żadnych stresów – panowie świata. Przewagą miał być nasz kapitał, choć jego znaczenie – po powolnej detronizacji dolara – zaczęło się znacznie zmniejszać. Technologie osmotycznie wypłynęły na Wschód, który raz to kradł, a raz zainwestował w edukację swych przyszłych inżynierów.
Co wziął w zamian Zachód? Ano, jeśli chodzi o uczelnie to zaserwował uniwersytety gotowania na tęczowym gazie. Podczas, gdy Chińczycy i Hindusi zasuwali na politechnikach, wkuwając matmę i fizykę, u nas – pewnie z nudów, ale i z powodu lewackiego marszu przez instytucje – królowały nauki coraz bardziej miękkie. Pal tam licho nauki humanistyczne, ale przejście na nauki genderowe, poprawnościowe, feministyczne, czy ogólnie tęczowe pokazały kompletną nierówność w priorytetach Zachodu i Wschodu.
Wschód i Zachód
I Wschód zobaczył, że można. Że można, robiąc dla Zachodu, jednocześnie się poduczyć jak to robić samemu, a – bogacąc się powoli jako montownia świata – wyrobić na tyle zasobne zalążki swojej klasy średniej, by zawrócić konsumpcję na rynek wewnętrzny. W dodatku trzymając Zachód cały czas w szachu. Kowid bowiem pokazał, ale głównie Wschodowi, bo Zachód tu się wydaje ślepy, że bez Chin czy Indii to Zachód leży na obu łopatkach. Bez produkcji ze Wschodu nie jest w stanie u siebie zapewnić podstaw bezpieczeństwa, nawet w pandemii wisiał na włosku chińskich dostaw substancji do produkcji leków. I dalej wisi, bo o przeniesieniu strategicznej produkcji do Europy tylko się mówi, choć i nawet to – coraz mniej. Lekcja z kowida nie została odrobiona, a jak nawet ktoś coś bąknął, to i tak wielkie koncerny, pozbawione własnej bazy produkcyjnej, i tak wolą wrócić do Chin, niż samemu odbudowywać własna bazę produkcyjną.
Z Europy zniknęła bowiem nie tylko klasa średnia, ale i klasa, że tak powiem – robotnicza. Brakuje umiejętności, bo niby skąd miałyby się wziąć? Z tęczowych uniwersytetów? Szkolnictwo zawodowe praktycznie nie istnieje, zaś szkoły średnie produkują masowych aspirantów do wyższych uczelni gotowania na gazie. Praca na Zachodzie staje się sposobem na nienachalną redystrybucję dochodu w celach socjalnych. Europejczyk się rozleniwił, gdyż doprowadził go do tego stanu socjal i wysoko opłacane zawody o ujemnym znaczeniu praktycznym. Odwrotnie na Wschodzie – tam się nie bawią w żadne zieloności i tęczowości – owszem, moim zdaniem (głównie poprzez Rosję) są oni tam zainteresowani podsycaniem tych samobójczych trendów na Zachodzie. Żaba ma sama sobie podkręcać termostat w akwarium upadku. Ostatnio pojmany i zwrócony Rosjanom ich szpieg, a właściwie agent wpływu wskazywał swymi działaniami jak jest zadaniowany wywiad i jakie tematy są ważne dla Wschodu, które Zachód ma kupić: aborcja, zieloność, tęczowość, pacyfizm, oraz – szczególnie w Polsce – eskalacja wojny polsko-polskiej. Tak nas rozwalą, a właściwie – tak sami siebie rozwalimy.
Dwie funkcje ekologii
Tyle produkcja. Osobna rzecz, o której chcę to trochę dłużej, to kwestia ekologii. To połączenie dwóch dezintegracji: jedna nakierowana na wspomnianą produkcję. Ta jest duszona na Zachodzie nie tylko z powodów marżowych, ale ta historia jest opowiadana „na miękko”. Kwestii realizacji marży kapitalistów lud by nie zrozumiał, ale że to robimy dla planety, dla przyszłych pokoleń, to już jest przekaz, może nie zrozumiały, ale do wciśnięcia dla maluczkich. To, że się to kupy nie trzyma to nie ma żadnego znaczenia. Wracając do naszej analogii – w tej sprawie wojsko ucieka, główni panikarze krzyczą na trwogę, że trzeba się wycofać z okopów industrializacji. Zaś panika jest tak wielka, że każdy kto się spróbuje zatrzymać, a zwłaszcza przekonać resztę do zaprzestania tej szaleńczej gonitwy w przepaść, będzie zmieciony. Jak nie przez tłum, to przez oficerów wyposażonych w nagan „mowy nienawiści”, do którego – obok kłamstwa oświęcimskiego, zobaczycie – doszlusuje niedługo kłamstwo klimatyczne. To dla niego nakładamy na europejską produkcję własne i bezsensowne obostrzenia, które czynią z naszego kontynentu pustynię przemysłową, co się od razu przekłada na pustynię technologiczną. Skansenujemy się.
Ekologia ma też i drugie oblicze – wspomnianego jeźdźca trzeciego Apokalipsy – Głodu. Unia wykańcza rolnictwo i naiwny jest każdy, kto myśli, że to z powodów klimatycznych. To tylko, moim zdaniem, pretekst do likwidacji rolnictwa jako klasy społecznej. Ma ono dla globalizmu same wady: zazwyczaj rataje są konserwatywni, dość niezależni, choć polityka uzależnienia ich od dopłat procentuje na rzecz unijnego globalizmu. Mają też wadę największą: chłopi są depozytariuszami wartość zabójczej dla globalizmu – rozproszonej własności prywatnej i to mocno osadzonej, bo w ziemi. Nie są to żadne akcje, obligacje, depozyty, bo te można wykończyć w parę dni i za pomocą klawisza „enter”, a z ziemią to jest kłopot.
A więc zglobalizowana Unia widzi w rolnictwie wroga numer jeden, zaś cała kwestia ekologiczna to tylko taktyczna pała, w dodatku służąca do napuszczania miastowych na chłopów, czego byliśmy świadkami w narracji dekonstruującej ostatnie społeczne efekty strajku rolników. Miastowi wytykali rolnikom traktory za miliony, pożyczki na dobrych warunkach, dopłaty za niesianie i że „rolnik śpi, a żyto mu rośnie”, co pokazywało nie tylko brak zrozumienia dla nowoczesnej produkcji żywności, ale też mentalną ocenę rolnictwa jako siedliska ciemnogrodu rodem z „Konopielki”. Ale czego się tu spodziewać po ludziach z miasta, którzy uważają, że jedzenie bierze się z Biedronki, tak jak dzieci uważają, że prąd się bierze ze ściany?
Unia nie taka cwana
Myślałem, że Unia jest cwana. Że za pomocą unijnego „pasażera na gapę”, czyli lekko stowarzyszonej z Unią Ukrainy wykończy do cna europejskie rolnictwo i zrobi to w hipokryzji pomagania walczącemu krajowi, choć benefity finansowe zbiorą oligarchowie i międzynarodowe korporacje, zaś korzyści polityczne – tylko Bruksela. Że Ukraina, nieobarczona ograniczeniami, takimi jak ich zachodni koledzy zmiażdży cenami swych konkurentów, z Polską na czele. I że do tego dojdzie jeszcze Mercosur.
Trzeba tu trochę wyjaśnić o co chodzi. Unia pomyślała sobie, by jednak znaleźć wąską ścieżkę pomiędzy ideologiczno-biznesowym wycięciem rolnictwa a groźbą spotkania Jeźdźca Trzeciego, czyli Głodu. Nawet – słuchajcie, słuchajcie! – lewica rozumie, że idolo to ideolo, ale jak w rezultacie zazieleniania (i teraz zaniebieszczania, bo będziemy niedługo liczyć ślad wodny, obok węglowego) zaburczy w europejskich brzuszkach, to mogą urzędnicy zielonego ładu zawisnąć „zamiast liści”.
I tu pojawił się pomysł Mercosur (Mercado Comun del Sur, czyli Wspólny Rynek Południa). Chodzi o to, by Unia znalazła sobie globalną farmę do produkcji żywności. W Ameryce Południowej. Wiadomo, tam jest po taniości, prawa pracownicze niżej iż w Chinach, a więc będzie korzystnie. Niech oni tam sobie smrodzą, jak w przemyśle dla nas Chińczycy; co daleko od oczu to daleko od, zielonego, serca. Niby mamy jedną planetę, ale jak to nie u nas, to można się okryć z w płaszcz zielonej hipokryzji. Ameryka Południowa się ucieszy, bo dostanie wielkie pole do eksportu, ceny będą zaś na tyle niskie, że dorżnie się ostatniego europejskiego rataja. Lud zaś, głównie miastowy, z głodu nie zdechnie, pola się zugoruje, by otrzymać malownicze widoki i rozlewiska, gdzie zakróluje natura.
Trzeba tylko zrobić tam u nich „jeden rynek”, ale nie konsumpcji, tylko produkcji, widzieć kontynent jako jednego producenta, który będzie spełniał jednolite normy. Tak jak Chiny stały się halą produkcyjną świata, tak jego PGR-em ma się stać Ameryka Południowa. W dodatku – ku zadowoleniu tej ostatniej. Pomysł wydawałby się znakomity, oczywiście z punktu widzenia Brukseli, ale mamy dwa kłopoty.
Pierwszy to taki, że jeżeli wzorem przemysłowych Chin, produkcja żywności przeniesie się do Ameryki Południowej, to uzależnimy się od tego w równym stopniu, co od przemysłu Wschodu. Po prostu utracimy zdolności produkcji żywności w stopniu strategicznie samodzielnym. A z żywnością to nie jest tak, że można na nią poczekać, jak na chińskie chipy czy API z parę tygodni. Przecież jak zabraknie nam zboża, to go sobie nie wyhodujemy w tydzień. Trzeba będzie gdzieś kupić. I wkrótce, przy przenoszeniu produkcji żywności do Mercosuru i równoległą utratą własnych zdolności tym razem, po chińskich, znajdziemy się w rękach południowoamerykańskich. A więc sami się pchamy w lejek.
Ślad drzewny
Drugi kłopot polega na nadgorliwości, co to – jak mówią – gorsza jest od faszyzmu. Oto już Unia witała się z południowoamerykańską gąską, aż tu nagle spod płaszczyka wspólnych interesów wychynęło kopytko diabełka ideologicznego. Unia bowiem psuje cały układ: forsowane jest prawo w zakresie zalesiania. Wyjaśnię poprzez analogię. Mamy już wprowadzony tzw. CBAM, czyli de facto podatek od importowanego śladu węglowego. Chodzi o to, by w ramach zielonego szaleństwa nie tylko produkty europejskie miały przestrzegać zasad walki ze śladem węglowym. Chodzi również o import. Tłumaczenie jest dwojakie: po pierwsze ekologiczne, pt. mamy przecież jedną planetę i jest wszystko jedno GDZIE ten ślad jest wydalany, bo nie ma planety B. A więc nie ma mowy o przenoszeniu w świat „brudnych” technologii i sprowadzaniu do Europy produktów naznaczonych węglową śmiercią.
Z drugiej strony mamy do czynienia z argumentacją ekonomiczną. Musimy wprowadzić cło wyrównawcze, bo nasi europejscy producenci są obciążeni kosztami zieloności, zaś tańsze, choć brudne, produkty wytworzone w krajach nie obciążonych takimi kosztami mogą cenowo wykosić na europejskim rynku firmy zielone. Stąd ten podatek. Ale clou zasadza się na jednym – Europa pozbawiła się bazy produkcyjnej, a więc jedyne dostępne produkty, czyli te z brudnego Wschodu, będą dalej jedyne, tylko, że droższe. O podatek, z którego przychody pójdą na… szczerzenie idei zieloności.
Tak samo ma być ze „śladem drzewnym”. Wiadomo od dawna, choć to w wielu przypadkach mit, ale zostawmy to, że w Ameryce Południowej areały pod rolnictwo pozyskuje się z wycinania drzewostanu. A to przecież, zwłaszcza puszcza amazońska, płuca całego świata, choć to kompletna bzdura. Ale nieważne. Teraz wszyscy eksporterzy do Unii będą musieli wykazać ile drzew padło przez ich produkcję, bawiąc się w beznadziejną grę w wyliczanie „śladu drzewnego” na każdy kilogram wołowiny i naliczaniu od tego karnych opłat. Na środowisko, rzecz jasna.
A więc cały pogrzeb na nic. Ten ruch bowiem podniesie sztucznie koszty, w związku z tym i ceny na produkty, które miały konkurować cenowo i wszystko wróci na swoje, poprane, miejsce. Żywność, która miała być tańsza, przez klimatyczne mrzonki podrożeje i sprytny plan bierze w łeb. Południowi Amerykanie się załamali, rząd berliński podobno protestuje, ale nie będzie to pierwszy przykład kiedy niemieccy urzędnicy z Berlina skapitulują przed niemieckimi urzędnikami z Brukseli. Tak było chociażby w przypadku niemieckiego przemysłu samochodowego, gdy jedni namówili drugich, by tradycyjny przemysł samochodowy dał się namówić na elektryczny eksperyment, w którym wygrali…. Chińczycy.
Kto zatrzyma uciekająca armię?
I mamy taką walką bytu z materią. Już chłopaki się tam domówili na interes z jednej strony i ideolo z drugiej, aż tu pośpiech zepsuł wszystko. I tak jest zawsze z postępakami. Niby robią tam interesy, ale jak przyjdzie do szaleństwa ideologii to następuje niepowstrzymywalna zaćma. Lewa ręka sięga drapieżnie po termostat i podkręca potencjometr grzania na całego. Żaba puszcza bańki pary już nosem i zaraz dojdzie do przesilenia. Ale, kończąc naszą analogię, kto zatrzyma się pierwszy w tej panicznej ucieczce armii? W sumie to bez znaczenia, to tylko kronikarska ciekawość. Bo ktoś się zatrzyma na pewno, prędzej czy później. Trudno, żeby wszyscy rzucili się w przepaść. Szkoda będzie tylko tych nawoływaczy daremnych, stratowanych, bo zatrzymali się za wcześnie. Ale to mniejsza szkoda, niż cała armia w ucieczce, przed samą sobą, zaganiana naganami politruków.
A jak znam historię, to ci z naganami szli pierwsi przed pluton egzekucyjny nowego rozdania. Zaś ich mocodawcy zazwyczaj unikali kary, co nadaje optymizmowi przyszłości pewną gorzką nutę wynikającą nie z determinizmu, ale doświadczenia. Doświadczenia, które mówi, że im większe przewiny, tym bliżej do bezkarności.
Jako świeccy katolicy zatroskani o stan wiary wśród młodych Polaków, apelujemy o wykorzystanie obecnej dyskusji na temat nauczania religii w szkołach do podjęcia wspólnej refleksji dotyczącej sposobu i poziomu nauczania religii.
Nie przyłączamy się rzecz jasna do antykatolickiej nagonki obecnego rządu i nie popieramy ograniczania lekcji religii przez Ministra Edukacji Narodowej. Sądzimy jednak, że tak jak przykład każdego męczeństwa może skutkować nawróceniem grzeszników, tak z każdego antychrześcijańskiego wydarzenia może wypłynąć jakieś dobro – w tym przypadku owym dobrem mogłaby stać się wspólna refleksja katolików na temat tego, jak w rzeczywistości przygotowywane są do dojrzałości chrześcijańskiej nasze dzieci. Potrzebna jest bowiem niezwłoczna i gruntowna reforma katechezy dzieci i młodzieży.
Katechizacja młodego pokolenia Polaków to niezwykle ważne zadanie. Jako rodzice staraliśmy się i staramy się nadal przekazać dzieciom najważniejsze zasady wiary, ale oczywistym pozostaje dla nas, że nie da się wychować nowych pokoleń katolików bez udziału przedstawicieli Kościoła hierarchicznego. Cele katechezy dzieci, a więc poznanie Boga i nauki Kościoła Chrystusowego, formacja moralna, przygotowanie do sakramentów, wprowadzenie do życia liturgicznego, ale także kształtowanie wspólnoty i rozwijanie życia modlitewnego, nie zostaną zrealizowane należycie bez bożych kapłanów i profesjonalnych, pobożnych katechetów.
Dlatego gorąco apelujemy do Księży Biskupów o podjęcie, wraz z nami – świeckimi – wspólnej, pogłębionej i ustrukturalizowanej refleksji nad systemem katechizowania dzieci i młodzieży. O dokonanie wspólnego przeglądu sposobów nauczania, rewizji programów nauczania, przemyślenia rzeczywistych celów katechezy i kierunków koniecznej reformy. Świat bowiem zmienia się w niespotykanym w dziejach tempie, a Chrystus i Jego Nauka pozostają takie same – należy jednak przedstawiać Go uczniom w sposób przystępny, atrakcyjny, kompetentny ani joty nie tracąc z tego, czego od pokoleń uczyli się katolicy. Służymy swoją radą jako doświadczeni rodzice, ale także jako obserwatorzy życia kościelnego, społecznego, kulturalnego i politycznego.
Czcigodni Księża Biskupi!
We wrześniu skierowaliście do nas list pasterski w związku z kolejnym Tygodniem Wychowania. Słusznie podkreślaliście w nim prawo rodziców chrześcijańskich do wychowania dzieci w oparciu o wartości ewangeliczne. Jak mamy to jednak robić, jeżeli nierzadko lekcje religii przypominają raczej religioznawstwo i sugerują dzieciom, że mają swobodny wybór „swojej drogi do Boga”? A Chrystus przedstawiany jest bardziej jako hippis niż Pan Wszechrzeczy?
W tym samym liście zwróciliście się do nas z przypomnieniem, że „lekcje religii, choć nigdy nie zastąpią roli, jaką rodzicie mają do odegrania w życiu dziecka, są jednak dla rodziców wielkim wsparciem i ułatwieniem w wychowaniu do wiary. Katecheta – ksiądz, siostra zakonna czy osoba świecka – zasieje w sercu dziecka ziarno, które być może nie od razu wyda plon. Może się zdarzyć, że dojrzały już człowiek, po różnych doświadczeniach życiowych przypomni sobie słowa usłyszane na lekcjach religii w szkole i powie: Mam jeszcze szansę. Tak jak w przypowieści o synu marnotrawnym, nawet jeśli zdarzy się komuś pobłądzić, będzie miał gdzie wrócić”. To rzeczywiście piękne słowa i jedna z wielkich wartości katechezy dzieci i młodzieży! Aby jednak mieć do Kogo powrócić, każdy z młodych ludzi musi poznać prawdziwego Chrystusa, a nie jego przesłodzonego, nieprawdziwego sobowtóra, którego w wielu przypadkach zdaje się chcieć im przedstawić katecheta, nawet jeśli wynika to z dobrej woli.
Czcigodni Księża Biskupi!
Podkreślacie, że „towarzysząc wychowankom, a także formując samego siebie, trzeba uwzględnić wszystkie sfery wychowawcze. Pominięcie jakiejkolwiek z nich prowadzi do zaburzenia harmonijnego rozwoju człowieka. Należy pamiętać, że oprócz sfery psychicznej, intelektualnej i fizycznej proces wychowania powinien objąć także sferę duchową”. To budujące, że pamiętamy o tej niezwykle ważnej sferze, która – wraz z pozostałymi wymienionymi – składa się na całokształt istoty, jaką jest człowiek. To przypomnienie wydaje się tym bardziej istotne, że wszystkie owe sfery składają się również na to, jakich wyborów moralnych młody człowiek będzie dokonywał w swoim życiu, zarówno na etapie nauki i katechezy, jak i w dorosłości.
Dzisiejszy świat pozostaje wrogi Kościołowi i chrześcijańskiej moralności w niezliczonej liczbie kwestii. Młodzi ludzie lubią jasny i klarowny język, rozumieją, gdy tłumaczy im się dlaczego coś jest dobre a dlaczego coś innego jest złe. Warto, by katecheci wyposażeni byli w pogłębioną wiedzę na temat przerażających współczesnych zagrożeń i aby potrafili przestrzegać przed nimi posiadając kompetencje komunikacyjne umożliwiające dotarcie do młodych serc i dusz. Niestety, z doświadczenia wiemy, że jest to niezwykle rzadka umiejętność. Wiemy też, że młody człowiek, ze swej natury skłonny do buntu i uległy wobec pokus oferowanych przez świat, potrafi brutalnie wykorzystać słabość katechety w tej dziedzinie. Skutkuje to pozbawieniem nauczyciela autorytetu oraz, nierzadko, uniemożliwia skuteczną katechezę pozostałych uczestników.
Dlatego też gorąco apelujemy do Księży Biskupów o pilną refleksję na temat sposobu nauczania religii oraz o wzięcie pod uwagę głosu licznych środowisk świeckich, zarówno tych skupiających rodziców jak i bliskich Kościołowi profesjonalnych analityków życia społecznego i zachodzących w nim zmian.
Wierzymy, że w ramach promowanej przez papieża Franciszka kultury spotkania, oraz w duchu synodalności i towarzyszenia, zechcecie wysłuchać naszego głosu i zwołać szerokie, poważne spotkanie, być może w formie kongresu lub konferencji, umożliwiające refleksję nad dotychczasowymi standardami oraz rozpoczynające prace nad reformą zasad katechizowania dzieci i młodzieży. Pragniemy pomóc w organizacji takiego wydarzenia.
Każdego dnia dzieci wypisują się z lekcji religii. Nastolatki dokonują oficjalnych aktów apostazji. Młodzież lawinowo odchodzi od nauczania moralnego Kościoła, zwyczajnie go nie rozumiejąc. Statystki są w tej kwestii porażające i wiemy, że Księża Biskupi zdają sobie z tego sprawę.
Nie ma więc czasu do stracenia. Wykorzystajmy ogólnokrajową dyskusję na temat liczby lekcji religii w szkołach do rozpoczęcia znacznie poważniejszej debaty wśród katolików. W cytowanym już liście na Tydzień Wychowania zaprosiliście „wszystkich Rodziców, Nauczycieli i Wychowawców, Katechetów i Duszpasterzy do współpracy w wychowaniu dzieci i młodzieży” i wyraziliście nadzieję, że ów Tydzień Wychowania „przeżywany w tym roku pod hasłem Wychowujmy razem będzie stanowił inspirację do połączenia wysiłków w tym dziele”.
Czcigodni Księża Biskupi!
Wychowujmy więc razem! Połączmy wysiłki! Przejdźmy od słów do czynów.
Szkoda każdej duszy, którą utracimy jeśli będziemy zwlekać.
=============================================
Sławomir Olejniczak, Prezes Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi Sławomir Skiba, Prezes Stowarzyszenia Polonia Christiana Arkadiusz Stelmach, Dyrektor Instytutu Studiów Doktrynalnych Piotr Doerre, członek zarządu Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi Przemysław Kołtun, członek zarządu Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi
Bogusław Bajor, redaktor naczelny „Przymierza z Maryją” Adam Kowalik, redaktor naczelny „Przymierza z Maryją dla przyjaciół” Łukasz Karpiel, zastępca redaktora naczelnego PCh24.pl Krystian Kratiuk, redaktor naczelny PCh24.pl Paweł Chmielewski, publicysta Paweł Lisicki, redaktor naczelny „Do Rzeczy” Grzegorz Górny, publicysta Jan Pospieszalski, publicysta Paweł Milcarek, redaktor naczelny „Christianitas” Tomasz Rowiński, publicysta Piotr Semka, publicysta Cezary Krysztopa, publicysta Łukasz Warzecha, publicysta Witold Gadowski, publicysta Bartosz Kopczyński, Prezes Towarzystwa Wiedzy Społecznej Hanna Dobrowolska, Koordynator Ruchu Ochrony Szkoły Jerzy Kwaśniewski, Prezes Instytutu Ordo Iuris Agata Rabsztyn, Wiceprezes Podkarpackiego Stowarzyszenia Wolni Jasło Józef Orzeł, Prezes Fundacji Klubu Ronina Marcin Perłowski, Dyrektor Centrum Życia i Rodziny Dr Dorota Jarczewska – Prezes, Grażyna Bakunowicz – Członek Zarządu Instytutu Myśli Pro Life Beata Popławska Walusiak, Kobiecy Różaniec Katarzyna Marek, Grupa Wolni Orzesze Natalia Tarczyńska, Prezes Fundacji Cegiełka dla Wolności Słowa Dr Maria Szonert-Binienda, Lidia Sokołowska-Cybart – Światowe Stowarzyszenie „Republika Polonia” Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi Stowarzyszenie „Polonia Christiana” Instytut Studiów Doktrynalnych Społeczny Komitet Polska Szkoła Fundacja „Życiu Tak” im. Niepokalanego Poczęcia NMP, Rzeszów Fundacja Pomocy Młodzieży im. Jana Pawła II „Wzrastanie”, Przeworsk Stowarzyszenie Rodzin Katolickich Diecezji Rzeszowskiej Stowarzyszenie Dolina Strugu Stowarzyszenie Miłość i Odpowiedzialność, Rzeszów Stowarzyszenie Rodzin Wielodzietnych, Rzeszów Stowarzyszenie Przyjaciół Kultury Klasycznej im. Jacka Woronieckiego, Sonina Rzeszowskie Porozumienie na rzecz Trzeźwości, Rzeszów Stowarzyszenie Contra in Vitro, Rzeszów.
Kto i dlaczego przerwał koronkową operację Służby Kontrwywiadu Wojskowego rozpracowującą wpływy obcych służb specjalnych przy dostarczaniu paliw i surowców na polski rynek? Akcja została przerwana, gdy tropy zaczęły prowadzić do wpływowych polityków, a oficer odpowiedzialny za sprawę trafił na wiele miesięcy do aresztu.
10 lat więzienia – taka kara grozi Adamowi Bogumiłowi (wyraził zgodę na podawanie nazwiska) – człowiekowi, który „pod przykryciem” rozpracowywał dla Służby Kontrwywiadu Wojskowego patologie na rynku paliw. Prokuratura postawiła mu łącznie 15 zarzutów dotyczących działania w zorganizowanej grupie przestępczej, prania pieniędzy i powoływania się na wpływy w instytucjach państwowych w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Oskarżenie oparto na stenogramach rozmów nagrywanych z ukrycia.
Według katowickiej prokuratury są one koronnym dowodem przestępstw. Według obrony dowodzą perfekcyjnie prowadzonej gry operacyjnej, która dawała kontrwywiadowi, a więc polskiemu państwu, dokładną wiedzę o gigantycznych nieprawidłowościach związanych z zakupami paliw, a wiedzy tej nie można było zdobyć w inny sposób. Sąd stoi przed trudnym wyborem: czy uwierzyć dokumentom prokuratury, czy aktom służb specjalnych.
Za kratkami
Adam Bogumił został zatrzymany w środę 7 października 2020 w swoim domu w Warszawie. W akcji jego zatrzymania brało udział kilkudziesięciu funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Centralnego Biura Antykorupcyjnego. To ogromne środki, zupełnie nieproporcjonalne do sytuacji (tak ogromnej ilości funkcjonariuszy nie angażowano nawet do zatrzymania szefów mafii pruszkowskiej), tym bardziej że zatrzymywany sam był oficerem służb realizującym bardzo ważną dla państwa misję. Osadzony w areszcie na długie miesiące (Bogumił wyszedł dopiero w ostatni czwartek sierpnia 2024) pozbawiony był kontaktu z najbliższymi. Prokuratura składała zaś wnioski o przedłużanie aresztu, choć przesłanki formalne były wątpliwe. W tym czasie ktoś podał mu trującą tabletkę, co omal nie zakończyło się zgonem (uratowała go interwencja współwięźnia). Z kolei śledczy szukali nagrań rozmów, które wykonywał, dokumentując patologie na rynku paliw. „Wszystko to wyglądało jak próba zamknięcia ust mojemu klientowi” – mówi Paweł Halabowski – adwokat Adama Bogumiła.
Pod przykryciem
W 2016 roku Adam Bogumił jako oficer „pod przykryciem” został oddelegowany do operacji rozpracowania biznesu paliwowego. Konkretnie chodziło o prześwietlenie osób dostarczających do polskich koncernów ropę i produkty ropopochodne. Wszystko dlatego, że w tym sektorze gospodarki (wartym dziesiątki miliardów) występowały osoby różnych narodowości, które polskie kontrwywiady podejrzewały o współpracę ze służbami specjalnymi obcych państw. Chodziło o rosyjską SWR i izraelski Mossad. A w 2016 roku – dwa lata po operacji w Donbasie i rok po aneksji Krymu – państwa zachodu chciały ograniczyć wpływy rosyjskich służb specjalnych. Bogumił miał zająć się sprawą, bo był jednym z najbardziej doświadczonych przykrywkowców w Polsce. Stworzono mu tzw. „dokumenty legalizacyjne”, czyli nową tożsamość na nowe nazwisko. Swoje raporty podpisywał pseudonimem operacyjnym „Dzieciak”. Okazało się, że operacja specjalna, planowana na kilka miesięcy, trwała kilka lat, a jej efekty zaskoczyły nawet doświadczonych oficerów służb specjalnych.
Paliwa, pieniądze i politycy
Bogumił – już pod nowym nazwiskiem – błyskawicznie przeniknął w świat przedsiębiorców reprezentujących firmy handlujące ropą. Udawał biznesmena zatrudnionego w poważnej, zagranicznej spółce, zainteresowanego dostarczaniem paliwa do PKN Orlen. Okazało się jednak, że wokół głównych polskich spółek energetycznych utworzyło się klika biznesmenów korzystających z protekcji najważniejszych polityków. Liczyli oni na to, że polityczne koneksje pomogą uzyskać intratne kontrakty.
„K. (tu nazwisko warszawskiego biznesmena – przyp. L. Sz.) rozpoczął rozmowy w Orlen dzięki protekcji S. (tu nazwisko wpływowego polityka PiS). S. zadzwonił do Adama Buraka (b. wiceprezes PKN Orlen – przyp. L. Sz.) i poinformował, iż K. jest człowiekiem godnym zaufania z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa, sprawdzonym przez służby i rząd”. Taka rekomendacja, jak się okazało, wystarczyła, aby rozpocząć rozmowy z PKN Orlen. Okazało się jednak, że biznesmen K. nie jest w stanie dostarczyć towaru w ilościach oczekiwanych przez PKN Orlen. Zaczął więc szukać współpracowników i tak nawiązał kontakt z Bogumiłem udającym przedstawiciela poważnej firmy. W trakcie rozmowy padła szokująca informacja: „K. twierdzi, że rekomendujący go polityk uczciwie powiedział, że ceną za zawarcie kontraktu będzie konieczność odprowadzenia prowizji dla rządzącej partii. Ma się to odbyć poprzez dwie spółki, z których pierwsza wystawiłaby fakturę za usługi doradcze i przelała pieniądze do drugiej, zarejestrowanej już na Cyprze”.
Działający „pod przykryciem” Bogumił odbył dziesiątki podobnych rozmów z innymi przedsiębiorcami. Wszyscy wskazywali na ten sam mechanizm: warunkiem dopuszczenia do kontraktu z polskim gigantem naftowym jest odprowadzenie części pieniędzy na partię, poprzez łańcuch spółek. Lojalność przedsiębiorcy miała gwarantować ciągłość dostaw. Gdyby nie odprowadził prowizji od pierwszej faktury, kontrakt natychmiast zostałby wypowiedziany.
Biznesmen K. nie wiedział, że nie jest jedyną osobą, która usiłuje zdobyć lukratywny kontrakt dzięki nieformalnym porozumieniom z politykami. Do koncernu zgłosił się również H. Jak się okazało, drzwi otworzyła mu znajomość z jednym z ówczesnych ministrów. Z kolei ofertę na dostarczanie ropy złożył B. – właściciel firmy oferującej surowce z Azerbejdżanu. Powoływał się na znajomość z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim i właścicielem Radia Maryja – ojcem Tadeuszem Rydzykiem, redemptorystą (jego rozgłośnia wspierała rządzącą partię).
O wszystkich tych przypadkach Adam Bogumił informował szczegółowo w swoich raportach. Problem w tym, że raporty trafiały do Służby Kontrwywiadu Wojskowego, która podlegała szefowi MON Antoniemu Macierewiczowi. Ten zaś był członkiem rządu Beaty Szydło, wskazanej na premiera przez Jarosława Kaczyńskiego. – „Trudny charakter mojej pracy polegał na tym, że informowałem o niebezpiecznych działaniach osób korzystających z protekcji polityków, którzy nadzorowali służbę specjalną, dla której działałem” – wspomina Bogumił. Jak sam twierdzi, najważniejsze fragmenty jego raportów dotyczyły prowizji płaconych przez kontrahentów koncernu na konta spółek wskazywanych przez polityków. Te fragmenty raportów przekazano Najwyższej Izbie Kontroli. Trafiły na biurko jej szefa – Mariana Banasia – wówczas już skonfliktowanego z rządem PiS. Banaś zarządził kontrolę w PKN Orlen. Jednak pracownicy koncernu nie wpuścili kontrolerów NIK (wybuchła o to awantura polityczna). Ci zawiadomili prokuraturę.
Ściśle jawne
Dokumenty związane z próbami zawarcia kontraktów z głównymi państwowymi spółkami, w tym korespondencje biznesmenów z politykami, odnaleźliśmy w Sądzie Okręgowym w Warszawie, w aktach sprawy, w której oskarżonym jest Adam Bogumił (sygnatura XVIII K 192/22). Wynika z nich, że biznesmeni doskonale zdawali sobie sprawę, że kluczem do zawarcia kontraktu z polskim gigantem naftowym jest nieformalne poparcie w obozie władzy i w tajnych służbach. To dlatego każda ze spółek zatrudniała byłych oficerów służb. Jednym z ciekawszych dokumentów jest raport na temat pracowników PKN Orlen związanych ze służbami specjalnymi (zabezpieczony przez prokuraturę w trakcie przeszukania). Raport został zamówiony przez jednego z biznesmenów walczących o kontrakty. Pokazuje nazwiska pracowników koncernu, którzy pracują „pod przykryciem”, choć w rzeczywistości są funkcjonariuszami służb specjalnych. Informacje z tego raportu potwierdziliśmy w kilku niezależnych źródłach, w tym u byłych członków sejmowej Komisji do Spraw Służb Specjalnych. Na ile wiarygodna może być tajna służba, jeśli biznesmen może zamówić sobie raport identyfikujący jej „przykrywkowców” pracujących w strategicznej spółce?
Wojna służb
Możliwość zawarcia kontraktu na dostawy do PKN Orlen to perspektywa gigantycznych pieniędzy. A tam, gdzie walka toczy się o wielkie zyski, tam nie ma sentymentów. Przedsiębiorcy walczący o lukratywne kontrakty zaczęli wykorzystywać swoje wpływy i znajomości w świecie służb i polityki do eliminowania konkurencji. Formą tego było nasyłanie na biznesowego rywala kontroli skarbowych. Uciążliwa kontrola może sparaliżować ubieganie się o kontrakt ze spółką Skarbu Państwa. Bogumił, występujący ciągle pod fikcyjnym nazwiskiem, miał już wtedy opinię człowieka, który wiele może załatwić. Dlatego przedsiębiorcy, gnębieni przez fiskusa, zaczęli zgłaszać się do niego z prośbą o nieformalna pomoc i „załatwienie” sprawy.
„Wyszła na jaw kolejna patologia: wykorzystywanie administracji państwowej do prześladowania firm związanych z politycznymi rywalami” – mówi przykrywkowiec. – „Aby to rozpracować, potrzebowałem poznać szczegóły”. Aby uzyskać dokładne informacje, Bogumił twierdził, że za pieniądze ma możliwość załatwienia pozytywnej decyzji skarbowej. Dzięki temu poznał detale procederu kontroli skarbowych „na życzenie”.
I tu właśnie zaczyna się rozbieżność między prokuraturą a obroną. Prokuratura twierdzi, że działania Bogumiła były „płatną protekcją”, a agent chciał zarobić na wpływach. Obrona twierdzi, że był to element gry operacyjnej, której celem było poznanie wszystkich szczegółów patologicznego procederu. Prokuratura ma nagrania rozmów Bogumiła, obrona – jego raporty dla kontrwywiadu z ważnymi wiadomościami. Pogodzić strony będzie musiał warszawski sąd.
Korzystając z domniemania niewinności stawiam tezę, że generał Kukuła jest upośledzony – porażony ślepotą i głuchotą. Przypadłość dość powszechna, często spotykana wśród politruków i żołdaków III RP. Gdyby było inaczej pan generał już dawno wypowiedziałby wojnę wrogom Polski i użyłby podległych sobie oddziałów. Chodzi o wrogów zewnętrznych i wewnętrznych, którzy ogołocili nas już prawie do szczętu z całej suwerenności, rozpoczynając kolejny etap gospodarczej i demograficznej anihilacji Polski.
Czy ktoś słyszał coś na ten temat? Czy generał Kukuła ma zamiar bronić resztek polskiej niepodległości? Ja, nic podobnego nie słyszałem. Słyszałem jedynie zapowiedź przystąpienia do wojny z Rosją.
Tymczasem Unia Anty-Europejska – totalitarny eurokołchoz nie przewiduje po kolejnym traktacie istnienia państwa polskiego. Co na to generał Kukuła i reszta polskich oficerów, podoficerów, szeregowych? Wypadałoby ruszyć mózgownicą, przynajmniej raz na jakiś czas.
(…) jesteśmy tym pokoleniem, które stanie z bronią w ręku w obronie naszego państwa
Naprawdę? „Z bronią w ręku”?
W Polsce wciąż obowiązuje zakaz posiadania broni wydany na terenach Polski przez Hitlera i Stalina, zakaz lekko zmodyfikowany, który w praktyce pozbawia Polaków możliwości samoobrony. To pierwszy podstawowy poziom samoobrony, drugim bardziej wyrafinowanym poziomem jest modernizacja polskiej armii o której tylko się mówi. Nie mamy samolotów, czołgów, ochrony przeciwlotniczej, amunicji… nie ma jednostek amerykańskich na szpicy, a zamiast tego, ze strony USA…
…mamy zapowiedź prelekcji badającej związek inkluzywności dewiacji z siłą gównokracji. Mają być też, jak czytamy, spotkania z przedstawicielami organizacji społeczeństwa zepsutego działającego na rzecz nienormalności.
Wracając do tematu ślepoty i głuchoty… rzecz, jak się zdaje, dotyczy również przełożonego generała Kukuły, Kosiniaka-Kamysza, który po ostrzelaniu polskich żołnierzy w Libanie przez jednostkę izraelską nie był w stanie wydusić z siebie kto, jak i dlaczego dopuścił się tego aktu agresji. W sukurs przyszli internauci.
Tymczasowe Siły ONZ w Libanie (UNIFIL) poinformowały za pośrednictwem swojego konta w serwisie X, że dzisiaj rano dwóch żołnierzy sił pokojowych zostało rannych,. Było to skutkiem ostrzału wieży obserwacyjnej w siedzibie UNIFIL w Naqoura, dokonanego przez izraelski czołg Merkawa./ Defence24/
W 2025 roku przypada tysięczna rocznica koronacji pierwszego króla Polski – Bolesława Chrobrego. Uzyskanie zgody papieża na koronację, które potwierdzało uznanie suwerenności Polski w chrześcijańskiej Europie, było zwieńczeniem wieloletnich starań polskiego władcy. Milenium Korony Polskiej zbiegło się w czasie z niespotykanym od dziesięcioleci zagrożeniem dla suwerenności naszej Ojczyzny – formowaną przez eurokratów reformą UE, która prowadzi do powstania Państwa Europa na gruzach państw narodowych. Instytut Ordo Iuris od roku przewodzi w budowie europejskiego frontu sprzeciwu wobec proponowanych zmian w traktatach UE. Wydaliśmy raport „Po co nam suwerenność?”, w którym udowadniamy, że planowana reforma UE doprowadzi do oddania Brukseli kompetencji w 10 kluczowych dla suwerenności obszarach. Raport został już przetłumaczony na język angielski i chorwacki, a obecnie tłumaczymy go także na węgierski i francuski. Przygotowaliśmy serię infografik i materiałów informacyjnych. Dotarliśmy do najważniejszych ośrodków analitycznych Europy i USA, do polityków partii suwerennościowych oraz liderów opinii i dziennikarzy, a nawet do ludzi ze sztabu Donalda Trumpa. W ten sposób, z wiedzą o zagrożeniu dla suwerenności państw UE dotarliśmy do milionów Polaków i Europejczyków.Skuteczna obrona tak kluczowych wartości jak życie, rodzina, wiara, i wolność, które leżą w centrum misji Ordo Iuris będzie możliwa tylko wtedy, gdy Polska pozostanie państwem suwerennym. Dlatego motywem przewodnim kalendarza Ordo Iuris na rok 2025, który co roku trafia do naszych Przyjaciół i Darczyńców, uczyniliśmy właśnie suwerenność. Pokazujemy w nim, czym ona jest i jak przejawiała się na przestrzeni dziejów Polski.Projekt kalendarza nie został zlecony żadnemu zewnętrznemu podmiotowi. Od początku do końca pracował nad nim Zespół Ordo Iuris. Osobiście nadzorowałam ten proces, uczestnicząc w kolejnych „burzach mózgów”, które wyłoniły ostateczny motyw oraz kształt kalendarza. W ten sposób wyłoniliśmy 12 obrazów, ukazujących 12 historycznych momentów chwały polskiej suwerenności.Selekcjonując obrazy do kalendarza, staraliśmy się oddać cztery perspektywy suwerenności: ideową, w której suwerenność to wolność do realizacji dobra wspólnego; duchową, przypominającą, że realizacji dobra wspólnego konieczna jest wspólna, narodowa i chrześcijańska tożsamość; perspektywę celowości prawa, w której Rzeczpospolita ma zapewnić realizację zasady sprawiedliwości oraz perspektywę niezbędnych dla suwerenności symboli i znaków. W kalendarzu umieściliśmy między innymi obraz, ukazujący bitwę pod Kłuszynem, w której hetman Stanisław Żółkiewski rozgromił kilkukrotnie liczniejsze wojska rosyjskie, wspierane przez kilka tysięcy szwedzkich najemników. Polskie zwycięstwo doprowadziło do złożenia przez cara Iwana Szujskiego hołdu królowi Polski Zygmuntowi III Wazie, co ukazuje obraz Jana Matejki. Tegoroczny kalendarz Ordo Iuris przypomina także o związku polskiej suwerenności z chrześcijańską tożsamością naszego Narodu poprzez obraz Ludwika Patka „Scena historyczna z Mieszkiem i Dobrawą”, na którym dziewiętnastowieczny artysta przedstawił symboliczny moment dołączenia Polski do cywilizacji chrześcijańskiej. Duchowy wymiar polskiej suwerenności podkreśla z kolei obraz „Jagiełło i Jadwiga jako założyciele Uniwersytetu Jagiellońskiego” pędzla anonimowego artysty oraz dzieło Jana Matejki przedstawiające odwiedziny kanclerza i hetmana Jana Zamoyskiego u najwybitniejszego literata doby przedrozbiorowej – Jana Kochanowskiego. W kalendarzu na 2025 rok nie mogło zabraknąć dzieła, ukazującego koronację Bolesława Chrobrego. Obok niego znajdują się tam także obrazy, przedstawiające majestatyczny wjazd polskiego dyplomaty Jerzego Ossolińskiego do Rzymu w roku 1633, Unię Lubelską z 1569 roku, wydanie jednego z pierwszych na ziemiach polskich pisemnych regulacji prawnych przez Kazimierza Wielkiego czy obłożenie klątwą króla Bolesława Śmiałego przez biskupa Stanisława ze Szczepanowa. Serdecznie zachęcam Pana do zamówienia wyjątkowego kalendarza Ordo Iuris na 2025 rok. Można to zrobić, klikając w poniższy link i wypełniając specjalny formularz. Zamówienia zbieramy do 25 października.
Żywię głęboką nadzieję, że nasz kalendarz będzie się Panu podobał i ozdobi ścianę Pana domu lub miejsca pracy.Opracowanie pojedynczego kalendarza to koszt 25 zł. Składają się na niego przygotowanie szaty graficznej, złożenie publikacji, jej druk oraz koszt wysyłki. Będziemy Panu ogromnie wdzięczni za wsparcie udzielone Instytutowi Ordo Iuris przy tej okazji. Każda pozyskana w ten sposób złotówka zostanie wykorzystana do realizacji tak drogiej naszym Darczyńcom, Przyjaciołom i całemu naszemu Zespołowi misji Ordo Iuris.Z wyrazami szacunku Działalność Instytutu Ordo Iuris możliwa jest szczególnie dzięki hojności Darczyńców, którzy rozumieją, że nasze zaangażowanie wymaga regularnego wsparcia.Ustaw stałe zlecenie i dołącz do naszej misji. Dołączam do Kręgu Przyjaciół Ordo Iuris
Zapraszamy w piątek do różańcowego szturmu modlitewnego za Kościół, naszą Ojczyznę i nasze rodziny – Msza Święta za Ojczyznę godz.17-tej parafii p.w. św. Stanisława Biskupa i Męczennika (Głównego Patrona Polski).
Tylko modląc się na Różańcu Świętym i poprzez POKUTĘ możemy wybłagać tryumf Niepokalanego Serca Maryi Panny w Kościele, w Polsce, w naszych rodzinach i na całym świecie.
„Ustawa »kochanka+« coraz bliżej” – napisał mec. Jacek Wilk w swoich mediach społecznościowych. Prawicowy prawnik wyjaśnił, skąd taka nazwa dla nadchodzących zmian prawnych.
Jacek Wilk ma na myśli prawo, które miałoby wprowadzać parytety płciowe na stanowiskach pracy. „W zarządzie lub radzie nadzorczej nie będzie mogło być ani za mało kobiet, ani mężczyzn. Rząd rozpoczął właśnie prace nad przepisami wprowadzającymi parytet płci w największych spółkach giełdowych. Jest to implementacja unijnej dyrektywy w tej sprawie” – informuje portal Prawo.pl.
„Ucieszą się z niej oczywiście faceci-menedżerowie, bo jeśli to kretyńskie prawo zmusi ich do wywalania z pracy innych facetów i zatrudniania w ich miejsce kobiet – to sięgną rzecz jasna przede wszystkim po te (to wszak logiczne), które są pod ręką i się słuchają – czyli żony, matki i kochanki właśnie (po kochanki – z wiadomych względów – najchętniej), a że taka kochanka będzie teraz utrzymywana na koszt firmy, a nie tego faceta (pensja za członkostwo w organach), to tylko się cieszyć” – komentuje mecenas.
Wilk przewiduje także konflikty po wprowadzeniu nowego prawa:
„Oczywiście mogą się na tym tle pojawić spory między facetami-menedżerami o to, czyja kochanka ma być teraz na pensji czlonka rady nadzorczej, albo zarządu, ale zawsze się można tu jakoś dogadać – np. wprowadzając instytucję kochanki (płatnej) rotacyjnej” – pisze.
Mecenas zadaje też pytanie, „czy kochanki będą z tej ustawy zadowolone”. „Niektóre pewnie tak – bo będą się mogły chwalić koleżankom, że zostały członkami organów firm. Ale – nie oszukujmy się – większość by wolała raczej chodzić dalej do kosmetyczki, a nie przesiadywać godzinami na nudnych posiedzeniach rad nadzorczych czy innych zarządów; mogą się więc z tego powodu pojawić po ich stronie dąsy, kaprysy i pretensje kierowane (słusznie!) do sponsorów, ale ci i z tym problemem zapewne nauczą się rychło skutecznie walczyć – okresowe bonusy lub służbowy samochód z kierowcą dla znudzonej członkini na pewno skutecznie zaleczą nudę i frustrację wywołaną koniecznoścìą siedzenia przez taką damę na posiedzeniach” – stwierdza.
„Generalnie poziom zarządzania firm oczywiście spadnie przez to dramatycznie – a przez to konkurencyjność firm europejskich będzie dołować jeszcze bardziej względem świata – ale kto by się tym przejmował, skoro można będzie mieć – całkowicie legalnie – kochanicę na koszt firmy” – dodaje.
„Pamiętajmy też, że – w razie naprawdę palącej konieczności – zawsze można będzie sięgnąć po ostateczne działanie ratunkowe dla tonącej firmy: któryś z menedżerów-chłopów (ustalony np. w drodze losowania) zacznie się nagle utożsamiać jako baba i sprawa załatwiona. Oczywiście uciecha z płatnej kochanki wtedy odpadnie (choć wszak i tutaj nie można wykluczyć sytuacji specjalnych – np. relacji homo między takimiż chłopami udającymi baby), ale w końcu czego się nie robi, gdy trzeba ratować tonącą firmę” – pisze na koniec prawnik.
Grzegorz Braun oraz Mark Brzeziński. / foto: screen YouTube (kolaż)
Europoseł Konfederacji Grzegorz Braun skomentował wpis ambasadora USA Marka Brzezińskiego, który z kolei odnosił się do wizyty specjalnej wysłanniczki zboków w Polsce. „Kompletny upadek i degrengolada imperium” – napisał Braun.
Amerykańska ambasada w Polsce poinformowała o wizycie w naszym kraju Jessici Stern, czyli „Specjalnej Wysłanniczki USA ds. promowania praw człowieka osób LGBTQI+”. Jak przekazano doszło do spotkania Stern z „przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego LGBTQI+”.
„Wśród omawianych tematów znalazła się perspektywa USA i zobowiązanie do zapewnienia, że każdy człowiek traktowany jest z równym szacunkiem i godnością, kluczowe wyzwania stojące przed społecznością LGBTQI+ w Polsce oraz rola społeczeństwa obywatelskiego w tym obszarze” – poinformowano.
W jakim celu wysłanniczka USA rozmawiała o „wyzwaniach” dla ruchu LGBTUSA w Polsce? Zapewne nie przyleciała po to, aby uciąć sobie miłą pogawędkę. Można więc domniemywać, że Stany Zjednoczone będą starały się przeforsować w naszym kraju tęczową agendę. Podobny wniosek można wysnuć z wpisu, jaki zamieścił amerykański ambasador Brzeziński.
„Prawa osób LGBTQI+ to prawa człowieka. Nasz rząd ma obowiązek ich bronić, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na całym świecie, i będziemy nadal walczyć o równe prawa dla wszystkich, we współpracy z lokalnymi aktywistami i społecznościami” – napisał Brzeziński.
Jak dodał, „prawa człowieka są niepodzielne”. „Kiedy jedna grupa ludzi jest celem ataków, wszystkie grupy narażone na zagrożenia stają się mniej bezpieczne. Z kolei kiedy prawa jednej grupy są chronione, społeczeństwa jako całość stają się prawdziwie wolne, lepiej prosperujące i bardziej bezpieczne” – podkreślił Brzeziński.
Jakich to praw LGBTUSA nie mają w Polsce, które mają inni obywatele Brzeziński jednak nie wskazał. Trudno też odgadnąć w jaki sposób owa społeczność miałaby być „celem ataków”. Do bajań amerykańskiego ambasadora odniósł się w mocnych słowach europoseł Braun.
„Zaiste: nie ma transatlantyzmu bez transgenderyzmu; najwyraźniej nie ma wasalizacji bez sodomizacji” – napisał polityk. „Propaganda dewiacji jako „demokratycznego standardu” jest odrażająca i żałosna; kompletny upadek i degrengolada imperium” – dodał. Zdaniem Brauna amerykański ambasador Brzeziński powinien zostać w Polsce persona non grata.