Planowana burza kolejnych kryzysów

Planowana burza kolejnych kryzysów

9. maja 2026 Autor Marek Wójcik world-scam/planowana-burza-kolejnych-kryzysow

Kolejny kryzys będzie zapewne dotyczył plam na Marsie. Wiem, że powinno być na Słońcu, ale nasza najbliższa gwiazda jest symbolem i źródłem życia, natomiast Mars jest bogiem wojny, więc się lepiej nadaje do szerzenia paniki.

Hasło planeta płonie zmienia się na: Ziemi grozi kolejna epoka lodowcowa. Tym razem odwrotnie niż w kiedyś jedynie słusznej doktrynie socjalizmu nie jest ważny kierunek – liczy się strach. Powstaną nowe pokolenia fanatyków zagrożenia klimatu. Będą zapewne używać mrozoodpornego kleju do asfaltu.

Również kwestia inżynierii klimatycznej – chemtrails – powinna ulec korekcie. Powinna, ale korekty nie będzie, ponieważ nie o klimat tu idzie.

Inwazja emigrantów trwa niezależnie od rozwoju wojny na Bliskim wschodzie. To jest także zaplanowany i realizowany przez globalistów kryzys.

Hantavirus – nowa strategia strachu.

Chociaż większość ludzi dała się nabrać na zagrożenie koronawirusem, dzisiaj ta sama strategia ma niewielkie szanse na sukces. Znowu jakaś grupa turystów wpadła na jakimś okręcie w niewolę globalistów. Znowu wykorzystano przypadki grypy, która nieraz kończy się śmiercią, by stworzyć atmosferą zagrożenia pandemicznego i pozwolić terroryście na stanowisku herszta bandy zwanej WHO, na propagowanie następnej plandemii. Tym razem globaliści nie popełnili błędu humorystycznej nazwy jak małpia ospa i wymyślili całkiem nową, chociaż od co najmniej dekady znaną wersję wirusa hantawirus.

Ciągle jeszcze nie ma rzetelnego naukowego dowodu, że wirusy naprawdę istnieją i są przyczyną, a nie skutkiem chorób. Tak zwane izolacje wirusów są dokonywane bez badań kontrolnych, które zawsze były wymagane, by uznać te czynności za naukowo uzasadnione. Kogo to wzrusza? Ważne, że w prasie i w telewizji mówi się o wyizolowaniu hantawirusa. Do dzisiaj nikomu nie udało się uzyskać nagrody 1,5 miliona euro za przedstawienie autentycznej, czyli zgodnej z podstawowymi zasadami naukowymi izolacji koronawirusa.

Moderna poinformowała w piątek o nawiązaniu szeroko zakrojonej współpracy z Centrum Innowacji Szczepionkowych działającym przy Korea University College of Medicine w celu opracowania szczepionki przeciwko hantawirusom opartej na mRNA (kwasie rybonukleinowym). Źródło.

Pająki już zaczęły budować sieć do generowania korzyści kosztem zdrowia całej populacji. Nie mogą przecież zrezygnować z potencjalnych zysków opartych na plandemicznych kłamstwach globalnych sponsorów.

Nowa pandemia wydaje się nabierać tempa. Światowa Organizacja Zdrowia przyjęła postawę kryzysową, ponieważ bardzo troszczy się o nasze zdrowie, dbając o nasze bezpieczeństwo i ratując życie. Dyrektor generalny WHO terrorysta, Tedros Adhanom Ghebreyesus, ogłosił, że w nadchodzących tygodniach odnotujemy znacznie więcej przypadków hantawirusa.

Cytat z wczorajszego artykułu na TrendCompass: Idealna burza narastających kryzysów. Źródło.

Kolejni kandydaci do eliminacji w drodze realizacji polityki depopulacyjnej ustawią się w koleje po nowe szpryce. W ten naturalny sposób pozbywają się globaliści swoich wiernych wyznawców. Te 30 milionów kolejnych ofiar kampanii szczepionkowej niewiele zmieni w światowej populacji. Jedynie naturalny przyrost ludności ulegnie spowolnieniu. Jeśli jednak świat pozwoli na następne oszustwo wirusowe, skutki mogą znacznie przewyższyć tragedię plandemii sprzed sześciu lat.

Statek z chorymi na grypę zwaną hantawirusem wziął kurs na Europę. Najwyraźniej ten właśnie kontynent będzie największą ofiarą intryg globalistów.

W oczekiwaniu na bezobjawowe objawy choroby wywołanej przez WHO proponuję zaszczepić się przeciwko ogłupianiu. To jest jedyna naprawdę skuteczna szczepionka, która wywołuje salwy śmiechu na każdą wzmiankę o nowej plandemii. Śmiech to największy wróg strachu. Dlatego właśnie stosuje się w niektórych krajach drakońskie kary za nabijanie się z nowego oszustwa pseudowirusa z przedrostkiem hanta.

W NRD oglądanie zachodniej telewizji było zakazane. Dochodzę powoli do wniosku, że nie było to aż takie głupie. Inne czasy, inne kłamstwa.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

WRZASK NAD KUKUŁCZYM GNIAZDEM

WRZASK NAD KUKUŁCZYM GNIAZDEM

Sławomir M. Kozak oficyna-aurora/wrzask-nad-kukulczym-gniazdem

Za sprawą Sławomira Mentzena głośno się ostatnio zrobiło o jednym z generałów w Polsce, co wzbudziło skowyt tak zwanego systemu i mało przychylne komentarze wobec lidera Konfederacji. Szef Nowej Nadziei nie jest bohaterem mojego romansu, jak to się górnolotnie czasem mawia, jednak w pełni popieram jego wątpliwości dotyczące tej postaci, robiącej zawrotną karierę przy życzliwym wsparciu szefa tak zwanej komisji smoleńskiej, z którym moje drogi przecięły się nieszczęśliwie w przeszłości, o czym wspominam w najnowszej książce „Ostatni lot PLF 101”.

Szefowi Sztabu Generalnego Wojska Polskiego poświęciłem całych sześć zdań już w październiku roku 2024. Ostatnich zdań w felietonie, który pierwotnie ukazał się w Warszawskiej Gazecie, a później trafił do książki „Przewodnik po piekle”. Podejrzewam, że mało kto zrozumiał wówczas o kogo mi chodziło, a zatem przytoczę ten rozdział, zatytułowany „Paskudna ta kukułka” poniżej, zastanawiając się cały czas nad tym, dlaczego mój imiennik ocknął się dopiero teraz?

Kiedy w 2007 roku wystukiwałem na klawiaturze preludium swej pierwszej książki „Operacja Dwie Wieże”, nikt nie używał jeszcze sformułowania, które w ostatnich latach zrobiło niesamowitą karierę. To określenie „deep state”, które do obiegu literackiego w polityce wprowadził doktor Peter Dale Scott. Urodzony w Montrealu w roku 1929 poeta, pisarz i badacz, który jest również byłym dyplomatą i profesorem języka angielskiego na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Uczył go od roku 1980 do 1994, kiedy odszedł na emeryturę. I wątek polski. W latach 1959 – 1961 był dyplomatą w Paryżu. Tam poznał Czesława Miłosza. Ponownie spotkali się w 1961, kiedy doktor Scott rozpoczął pracę w Berkeley. Zaprzyjaźnili się,” Doktor Scott tłumaczył na język angielski utwory Miłosza. Spotykali się i gościli regularnie do roku 1967. Później, na skutek różnic w pojmowaniu świata, ich drogi się rozeszły. Doktor Scott tłumaczył także dzieła Zbigniewa Herberta. Peter Dale Scott jest absolwentem Uniwersytetu McGill w Montrealu, gdzie otrzymał tytuł doktora nauk politycznych. Doktor Scott jest działaczem antywojennym. Ma własną stronę internetową, na której dużo pisze o zamachach 11 września, wojnie w Iraku, Afganistanie, o Al Kaidzie, narkotykach i ropie naftowej. W roku 2002 otrzymał prestiżową nagrodę Lannan Award za swój zbiór poezji. Jest też autorem wielu artykułów i kilku książek.

Doktor Scott uznał, że siłą sprawczą amerykańskiej polityki, zarówno wewnętrznej, jak i zagranicznej, jest właśnie „deep state” – głębokie państwo, struktury nieobecne na co dzień w pierwszej linii, ale decydujące o kierunku, w jakim zmierzają Stany Zjednoczone. Nawiasem mówiąc, sformułowanie to zapożyczył od jednego z tureckich myślicieli. Ale, stosowane powszechnie w publikacjach stało się jego wyróżnikiem, praktycznym znakiem towarowym, z którego inni czerpią dziś przy każdej okazji. (…)

Kiedy pisałem swą drugą książkę, dotarłem do doktora Scotta, przedstawiłem założenia mojej pracy i poprosiłem go o zezwolenie na wykorzystanie w niej przynajmniej części jego tekstu. Wyraził zgodę błyskawicznie i dał mi carte blanche co, nie ukrywam, ogromnie mnie zaskoczyło, ale też zmotywowało do dalszego pisania. W ten sposób, w książce „Oko Cyklopa” znalazł się cały rozdział zbudowany właściwie przez niego. Wizja doktora Scott’a, to obraz przerażający, ale o wiele bardziej prawdziwy od naiwnego komiksu serwowanego nam przez wszystkie media świata od czasu, kiedy uderzono w Amerykę. Mamy w nim prawdę o narkotykach, ropie naftowej, przyczynach agresji na Irak, Afganistan, Kosowo i wszelkie przemiany odbywające się na naszych oczach w postaci różnokolorowych „rewolucji”. Dziś wiemy już, że dotyczy to nas wszystkich.

Przywołałem wówczas ten tekst doktora Scotta także z tego powodu, że zainteresowały mnie jego uwagi na temat wojskowych baz w Polsce i ich udziału w międzynarodowym handlu narkotykami. Po amerykańskich więzieniach na terenie naszego kraju, przyszedł czas na wielki szmugiel. To samo robili przez lata Sowieci, przerzucając przez swoje bazy na terytorium Polski wszystko, na czym dawało się zarobić. Pod koniec ich pobytu na ziemi polskiej, kradzione u nas i w całej Europie samochody, znikały całymi kolumnami za bramami poligonów, by nie niepokojone przez nikogo odlatywać mogły na pokładach sowieckich samolotów transportowych za Bug. Należy przypuszczać, że równolegle kursowały transporty z o wiele groźniejszym ładunkiem, do tego w obie strony. Nic więc dziwnego, że podobny przemyt odbywał się po tzw. „transformacji”. Nadal zachęcam do zakupu książki te osoby, które tej okazji dotąd nie miały.

W książce „Czarny Wrzesień” z kolei, wydanej rok po katastrofie smoleńskiej, kiedy pojawiały się nieśmiałe, ale coraz częstsze komentarze próbujące połączyć ją z wcześniejszym o dwa lata wypadkiem w Mirosławcu postawiłem sprawę dobitniej, przypominając, że od roku 2007 nasze wojska stacjonowały w Afganistanie. I dodawałem, że „na pewno smutne to, kiedy wyobrazimy sobie startujące i lądujące w Polsce samoloty typu CASA, w których trzewiach mogą się pysznić skrzynie pełne białej śmierci. Pewnie znajdują się w tych bazach nieliczni odważni, którym ten widok nie daje spokoju. Tacy, którzy inaczej pojmowali służbę Ojczyźnie i którym ta wiedza plami boleśnie honor żołnierza i polskiego munduru. Ale zło, póki co wygrywa. O tych niezłomnych, jeżeli istnieli lub istnieją,  być może nie dowiemy się nigdy”.

Oczywiście, były to tylko moje całkiem swobodne, nie poparte najmniejszymi nawet poszlakami dywagacje, niczym wstęp do sensacyjnej powieści, taka licentia prosaica. Jednak, ta codzienna proza życia pokazała, że tematu nikt nigdy nie odważył się podjąć.

Większość moich oponentów zarzucała mi uprawianie „teorii spiskowych”, oczywiście nigdy jawnie. Mam nadzieję, że część z nich dojrzała do stanięcia w prawdzie, naturalnie wobec samych siebie, bo nie oczekuję od nich posypywania głowy popiołem. Dziś, prawie wszystkie teorie spiskowe okazały się być spiskową praktyką, zwrotu „deep state” otwarcie używają publicyści, dziennikarze i politycy, od lewej strony sceny politycznej, do prawej. O ile w ogóle można tak to nadal nazywać, bo przecież ten podział jest już w zasadzie nieaktualny i można go ograniczyć do zwolenników porządku, przyzwoitości, pokoju oraz ich przeciwników. Coraz bardziej krystalizuje się on na wzór podziału z czasów tzw. „komuny”, kiedy byliśmy my, a po drugiej stronie byli oni. To chyba uczciwsze postawienie barykady. Z pewnością bardziej czytelne.

Mało kto wie jednak, że doktor Scott swoje widzenie „głębokiego państwa” rozdziela na dwie frakcje. Mianem „deep state” określa czynniki dbające o amerykańską rację stanu, ludzi w znacznej mierze dbających o interes Ameryki, w uproszczeniu można ich umiejscowić w budynku Departamentu Stanu. Grupą drugą, o wiele bardziej bezwzględną i agresywną jest „deep security”, którego rozgrywający okupują budynki Wall Street, CIA, Pentagonu i biurowce korporacji zbrojeniowych. Warto wziąć to pod uwagę, bo bez zrozumienia tego podziału, szafowanie sformułowaniem „głębokiego państwa” będzie nie tylko kontrskuteczne, co prowadzące na manowce każdą analizę, również dotyczącą naszego poletka.

Korzystając z okazji uzupełniam, bo już po ukazaniu się poprzedniego felietonu, w którym przyglądałem się z ornitologicznym zacięciem tubylczemu ptactwu, uaktywnił się na naszej scenie ptak wędrowny znany w Polsce pod nazwą gżegżółki. Narobiła ona hałasu, bo też zgodnie z opisem Wikipedii „usłyszeć ją można na całym niżowym obszarze Polski i w różnych typach krajobrazów”. To, tzw. pasożyt lęgowy. Wykazuje się wyjątkową pogardą wobec przyszłych pokoleń, bo też ma odwieczny zwyczaj podrzucania jaj do cudzych gniazd, swoich nie zakłada, ani nie wychowuje piskląt. Co istotne, taki podrzutek, zaraz po wykluciu, kiedy jeszcze jest ślepy, wyrzuca jaja lub już wyklute potomstwo gospodarza, które ginie na ziemi. Naprawdę, paskudny gatunek, nazywany też zazulą, a powszechnie u nas znany, jako kukułka.”

Sławomir M. Kozak

============================

mail:

Ojej.. Czy Kukuła to taka duża kukułka?

W CIENIU OBCYCH AMBASAD. Krzysztof Baliński

W CIENIU OBCYCH AMBASAD

Krzysztof Baliński

Izrael dokonuje na naszych oczach ludobójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Izrael to nowa Trzecia Rzesza i jego flaga powinna wyglądać dokładnie tak” – takie słowa z sejmowej mównicy wygłosił Konrad Berkowicz, po czym wyciągnął flagę Izraela z umieszczoną w środku swastyką. No i zaczęło się. Larum na cały świat podniósł ambasador Izraela, a zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa złożył do prokuratury Włodzimierz Czarzasty. Jakie prokurator krajowy zada posłowi męki, tego jeszcze nie wiemy, wiemy, że Dariusza Korneluk to Ukrainiec i wiemy, co Ukraińcy robili Polakom na Wołyniu.

W podobnym tonie komentowały media rządowe i antyrządowe, lewackie i konserwatywne, „Gazeta Polska” i „Gazeta Wyborcza” – tak, jakby wszystkie miały wspólną redakcję. Wszystkich przebiło MSZ izraelskiego reżimu, na czele którego stoi ścigany listem gończym Międzynarodowego Trybunału Karnego: „Taka osoba nie ma miejsca w parlamencie demokratycznej Polski. Oczekujemy, że polskie władze podejmą zdecydowane i szybkie działania”. Głos zabrała też ambasador Izraela: „Natychmiastowe działania podjęte przeciwko posłowi Berkowiczowi są ważne i uznane. Jednak walka z antysemityzmem jest sprawą każdego. Dlatego kompleksowy, krajowy plan walki z antysemityzmem jest potrzebą chwili”. Innymi słowy, faszyzm to przywara wszystkich Polaków i stąd potrzeba natychmiastowego wprowadzenia w życie rządowej „Krajowej Strategii przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania życia żydowskiego”, a o tym, kto może zasiadać w polskim Sejmie ma decydować ambasador państwa odpowiedzialnego za ludobójstwo.

W dalszej części wpisu zabrał się za innych Polaków: „Historia pokazała, do czego prowadzą rasizm i antysemityzm – Polska wie o tym aż za dobrze”. Tak, to prawda – Polska o tym wie, bo w Polsce byli faszyści, ale w Polsce przedwojennej i nie byli nimi Polacy, lecz… Żydzi. Faszystami byli zaczadzeni Mussolinim syjoniści rewizjoniści, którzy o swym wodzu Włodzimierzu Żabotyńskim mówili z podziwem „żydowski faszysta”, a którego pierwszy premier Izraela Ben Gurion nazywał „Włodzimierzem Hitlerem”. Członkowie założonej przez Żabotyńskiego 50-tysięcznej paramilitarnej, narodowo-radykalnej organizacji Bejtar pozdrawiali się salutem rzymskim i uważali, że antysemityzm Hitlera jest pożądany, bo skłania Żydów do emigracji do Palestyny. Nawiasem mówiąc członków Bejtaru szkolił Józef Piłsudzki, ten sam, który osadził w Berezie Kartuskiej walczących z żydowskimi faszystami (i żydowskimi komunistami) polskich narodowców.

W Izraelu nie tylko żywe są tradycje nazizmu, ale Izrael to prekursor nowoczesnego terroryzmu. Generał Władysław Anders w swych pamiętnikach zapisał: „W Palestynie zaczęły się tłumne dezercje żołnierzy żydowskiego pochodzenia. Ani jeden dezerter nie został przez nas aresztowany, ponieważ nie chciałem mieć pod dowództwem żołnierzy, którzy bić się nie chcą. Tym niemniej uprzedziłem Brytyjczyków, że mogą mieć z nimi kłopoty. I rzeczywiście – dezerterzy zasilili oddziały miejscowych żydowskich sabotażystów i terrorystów walczących nie tyle z Arabami, co z żołnierzami brytyjskimi”.

Jeden z dezerterów Mieczysław Biegun, który powinien był stanąć przed plutonem egzekucyjnym, został Menachemem Beginem i autentycznym terrorystą – dowodził organizacją, która wysadziła hotel „King David” w Jerozolimie, zabijając 91 osób, w tym 28 Brytyjczyków (czyli zamordował oficerów armii, której częścią był korpus Andersa). Biegun-Begin był mordercą bezwzględnym. Kierowane przez niego bojówki dokonały makabrycznej rzezi ludności arabskiej, głównie kobiet i dzieci w wiosce Deir el-Jasin. Żydowskie organizacje terrorystyczne kierowane przez dezerterów w bestialski sposób dokonywały czystek etnicznych. Ich strategia polegała na mordach, na ślepym i dzikim terrorze, na sianiu paniki. Nawiasem mówiąc Ben Gurion publicznie obarczył Begina odpowiedzialnością za tą i inne masakry i nazwał go „Menachemem Hitlerem”.

Przykładów na taki żydowski terroryzm mamy mnóstwo. Ponieważ niedawno obchodzili rocznicę tzw. powstania w getcie warszawskim, to przypomnijmy, że Izrael zrobił ze strefy Gazy ogrodzone drutem kolczastym więzienie dla dwóch milionów Palestyńczyków, przypominające warszawskie getto z czasów II wojny (z tą różnicą, że nie ma w nim żydowskiej policji), w którym wybuchło powstanie i które Izraelczycy likwidują – tak, jak Niemcy likwidowali getto warszawskie. Przed wojną spekulowano w Polsce, jak współżyliby Żydzi z innym narodem, gdyby mieli własne państwo. Dzisiaj nie musimy spekulować – już trzecie pokolenie Palestyńczyków doświadcza koszmaru tego współżycia, i skóra cierpnie na myśl, co będzie z nami, gdy Żydom uda się pomysł z Judeopolonią.

Trudno nie być „antysemitą”, gdy widzi się pełzające ludobójstwo w Gazie, które ma swoją nazwę – zbrodnia wojenna. Przy czy problemem nie jest Benjamin Netanjahu. Problemem są wszyscy Izraelczycy. Na jaw wyszedł skrzętnie dotychczas ukrywany sekret: większość Żydów w Izraelu to rasiści i faszyści czystej wody, bo 75 procent z nich twierdzi, że w Gazie nie ma niewinnych osób i trzeba głodzić i mordować palestyńskie dzieci, bo „to przyszli terroryści”.

„Rasiści ministrami”; „Faszyści tryumfują”; „Utworzyli rząd składający się z rasistów” – tak media w Izraelu pisały, gdy rządy objęła ekstremistyczna partia Netanjahu i koalicja trzech partyjek: rasistowskiej, fundamentalistycznej i ultranacjonalistycznej. Jeden z czołowych nowojorskich rabinów o ministrze resortu bezpieczeństwa powiedział: „Wódz Ku Klux Klanu prokuratorem generalnym”. Miał na myśli Itmara Ben-Gwira, który chce zaprowadzić w kraju etniczną segregację, deportację wszystkich Arabów oraz nawołuje do aktów terroru. Ministrem bezpieczeństwa narodowego został rasista Belzebub Smotrycz, który nie-Żydów nazywa „ludzkimi zwierzętami”. Z kolei Maja Golan, sprawująca w tym „rządzie jedności narodowej” funkcję ministra do spraw kobiet i równości chlapnęła: „Jestem osobiście dumna z holokaustu w Gazie i wiem, że za 80 lat będą opowiadać wnukom, co zrobili Żydzi”.

I tu refleksja: Czy nie powinniśmy zafundować temu faszystowskiemu państewku coś na kształt „arabskiej wiosny” (przy pomocy której szerzyli demokrację na Bliskim Wschodzie)? Czy Radek Applebaum nie powinien postulować w Parlamencie Europejskim wysłania do Izraela sił pokojowych, dla zaprowadzenia tam demokratycznych porządków? Czy nie mógłby zapytać, dlaczego rasista Izrael Katz, który oskarżył Polaków, że „wyssali antysemityzm z mlekiem matki”, ciągle zasiada w Knesecie? Czy nie mógłby zażądać usunięcia z Knesetu Ya’ira Lapida, który zaklinał: „Polskie obozy śmierci istniały i żadne prawo nigdy tego nie zmieni” oraz Naftaliego Bennett, który oskarżał: „Polacy współdziałali z nazistami przy Holokauście”?

Obelga „polski faszysta” to stara sprawdzona metoda antypolskich propagandystów i nie dziwi, że ucieka się do niej ambasador Izraela, „Wyborcza” oraz Czarzasty, bo wszyscy wywodzą się w prostej linii z żydokomunistycznych rodzin i wyssali to z mlekiem matki. W styczniu 2018 r. na łamach gazet całego świata widzieliśmy więcej swastyk, niż w hitlerowskich Niemczech. Z tym że to były swastyki w Polsce. Doszło do tego, gdy po emisji reportażu TVN o „polskich neonazistach wznoszących toast za Hitlera”, jak nakręcane małpki z pudełka wyskoczyli prezydent, premier i marszałek Sejmu, prześcigając się w pogróżkach wobec „propagujących w Polsce faszyzm”.

Mało tego – energicznie zabrali się za „antysemityzm Polaków”, którym jest krytyka Izraela. Jarosław Kaczyński ogłosił: „Dziś mamy nową wielką falę antysemityzmu, czasem zupełnie jawnego, czasem takiego cichego, dyskretnego koncentrującego się na atakach na państwo Izrael. Otóż pamiętajmy: Państwo Izrael jest można powiedzieć przyczółkiem naszej kultury w tamtym świecie, świecie z którym musimy współpracować i powinniśmy dążyć do tego, aby nasze sposoby myślenia i nasze ideały się zbliżały”. A co to oznacza? Ano, że częścią tej „kultury” jest mordowanie palestyńskich dzieci.

Nasi politycy, i to zarówno ci polscy jak i ci z Polski, mają wyrobiony tzw. odruch psa Pawłowa – na dźwięk słowa „antysemityzm” rzucają się do przepraszania Żydów i deklarują całkowitą eliminację „antysemityzmu Polaków”. Ale Żydów to nie cieszy. Dlaczego? Bo antysemityzm jest im potrzebny. Bo to nie przypadek, że różnymi metodami, świadomie, w sposób ostentacyjny wywołują antysemickie nastroje. Bo z polowanie na „antysemitów” zrobili sobie biznes i czerpią z niego ogromne zyski. I to im się z Berkowiczem udało. Ale to nie koniec, oni się dopiero rozkręcają.

Gdy w mediach na całym świecie opublikowano zdjęcie, na którym izraelski żołdak niszczy figurę ukrzyżowanego Chrystusa, oburzył się cały świat (w tym muzułmański Iran), ale nie Czarzasty i nie politycy w Polsce.  Tylko Radek Sikorski nieśmiało spiął się na X z izraelskim ministrem (bo taki był przekaz dnia z Brukseli). Na jego wpis zareagował Izraelczyk: „Sugestia, że zamiast pouczać innych o moralności, osobiście potępisz haniebny antysemicki incydent, jaki widzieliśmy w polskim parlamencie. Należy być ostrożnym w wygłaszaniu nieodpowiedzialnych wypowiedzi, które ostatecznie mogą prowadzić do niebezpiecznych konsekwencji”. Innymi słowy – zapiekły filosemita oskarżony został o… „antysemityzm”.

Słusznie oburzamy się na ingerencję ambasadora USA, chociaż to przedstawiciel mocarstwa, które gwarantuje Polsce bezpieczeństwo i może sobie na więcej pozwolić. Ale dlaczego na to pozwalamy, gdy robi to ambasador gównianego upadłego państwa, z nikłą tradycją państwowości, rządzonego przez komika osadzonego na prezydenckim stolcu przez oligarchę, który znajduje się na listach gończych FBI? Ambasador Ukrainy zamieścił na FB wpis: „28 kwietnia, w 79. rocznicę oddajemy hołd wszystkim ofiarom zbrodni przeciwko ludzkości, skierowanej na wynarodowienie Ukraińców w Polsce – akcji „Wisła”. W dalszej części wpisu napisał, że w wyniku tych działań „około 140 tysięcy Ukraińców zostało deportowanych z ojczystych południowo-wschodnich regionów Polski”. Czyli dwa w jednym: Oskarżył Polaków o ludobójstwo i zgłosił wobec Polski roszczenia terytorialne!

Ukraińscy dyplomaci stosują podobne do żydowskich metody: Żydzi wysyłają w świat kłamstwa o „polskich obozach”, a Ukraińcy o „polskich obozach koncentracyjnych dla Ukraińców”, i jako przykład podają funkcjonujący po wojnie obóz w Świętochłowicach. Tymczasem w łagrze tym przetrzymywano bandytów z UPA wyłapanych w trakcie operacji „Wisła”, łagier ten nie był polskim, lecz żydowskim obozem śmierci, gdzie z niezwykłym bestialstwem mordowani byli przede wszystkim Polacy, którego komendantem był Salomon Morel, szefem więziennictwa w Katowicach Szyja Wassersturm, prokuratorem Mietek Rosenkranz, a szefem MO w pobliskim Będzinie Jurek Furstenfeld.

Dlaczego w ogóle doszło do tego, że Wasyl Bodnar jest ambasadorem w Polsce? Skąd tyle pobłażliwości wobec osobnika, który głosi roszczenia terytorialne do 1/3 terytorium Polski? Dlaczego on i jego wszyscy poprzednicy to banderowcy? 2 maja z okazji rocznicy powołania SS Galizien ulicami Lwowa (w którym banderowcy od zawsze podśpiewują sobie „Pamiętaj Lasze, co do Wisły nasze”) przeszedł marsz, na którym pojawiły się swastyki, hitlerowskie mundury, nazistowskie insygnia, w tym emblematy jednostek Waffen SS. Marszu nie potępił ambasador Polski. Wody w usta nabrał Radek Sikorski. Milczał strachliwie Sejm, Senat i „Gazeta Wyborcza”.

Podsumujmy: Konrad Berkowicz nie powiedział nic nowego, bo za ludobójstwo w Gazie Międzynarodowy Trybunał Karny od dawna ściga premiera Izraela. Powiedział tylko głośno kilka słów prawdy o zbrodniach, o których od dawna donoszą media na świecie. Jego wystąpienie nie było propagowaniem faszyzmu, ale było wymierzone w faszyzm. Nie było poparciem dla faszyzmu, ale walką z faszyzmem.

Jaką Berkowicz popełnił zbrodnię? Jaka była jego wina? Przecież nie jest zbrodniarzem wojennym, w przeciwieństwie do Netanjahu, który przysłał do Warszawy Jakuba Finkelsteina. Przecież nie sprofanował publicznie krzyża i nie podpalił kościoła. Przecież nie jest wnukiem funkcjonariusza UB, który torturował i mordował Polaków. Nie rozkrada Polski. Nie zadłuża Polaków na miliardy euro. Nie bierze od ministry kultury grantów na badanie polskiego antysemityzmu i na nakręcenie antypolskiego filmu.

Potraktowanie Berkowicza jest ostrzeżeniem, czym posłowie na Sejm nie mogą się zajmować i testem, jak daleko można się posunąć w terroryzowaniu i dyscyplinowaniu Polaków. Czarzasty i jego sejmowa ferajna to, na przemian, słudzy narodu izraelskiego i narodu ukraińskiego, ale nie narodu polskiego. Posłów mają wybierać Polacy, a ci (niestety nieliczni) polscy posłowie powinni żądać wydalenia z Sejmu Barbarę Nowacką za jej słowa: „Polscy naziści zbudowali obozy, które były obozami pracy, a potem stały się obozami masowej zagłady”.

Na koniec kilka pytań: Co robić, żeby polscy posłowie byli oceniani przez Polaków, a nie przez izraelskiego ambasadora? Czy w przypadku marszałka Sejmu nie mszczą się zaniechania z dekomunizacją, ale nie z podsuwanym przez żydokomunę pytaniem, gdzie kto był – tylko, co robił, czy nie miał ojca, który sądził w sądach kapturowych lub dziadka, który strzelał Polakom w potylicę? Dlaczego przejmują się tym, co o nich mówią Żydzi a nie tym, co o nich mówią Polacy? Dlaczego tak potulnie rząd Tuska przyjął uchwałę ws. przeciwdziałania antysemityzmowi, która w sposób oczywisty ma na celu „dorżnięcie watahy” i zaciśnięcie pętli na szyi nie tylko Berkowicza, co wszystkich, którym nie podoba się Netanjahu? Dlaczego biorą w tym udział, przecież prędzej czy później też się za nich wezmą i też pokażą w telewizjach, prowadzonych w więziennych klapkach, na oczach gawiedzi, na posterunek prokuratury?

Krzysztof Baliński

Uzbrajanie uzurpatorów

Małgorzata Todd Uzbrajanie uzurpatorów 19/2026(773)


     Komu zależy na wojnie? Niewątpliwie producentom broni. Ale jak się nie ma możliwości produkcyjnych na dużą skalę, to wystarczy na malutką, albo udawanie, że coś się robi. Tuskowi najlepiej wychodzi nabijanie Niemcom kasy, żeby mogli wywołać kolejną wojnę, jak poczują się wystarczająco silni. Mają dobre tradycje. Czy zanosi się na nowy holokaust zainicjowany przez europejskiego filosemitę, głównego specjalistę od „nienormalnej polskości”?

     Następni uzurpatorzy, to producenci „pandemii”z WHO. Przekonali się, jak można ludzi wystraszyć, wciskając kit grabiąc miliardy i nigdy za to nie ponosić odpowiedzialności. Dla kogo jest Służba Zdrowia? Dla zdrowych, jak sama nazwa wskazuje, a konkretnie dla lobbystów farmaceutycznych, załatwiających swoje globalne interesy.

     Gdyby nie udało się nas powystrzelać, ani otruć „lekarstwami”, to pozostaje jeszcze żywność, która coraz bardziej ze zdrowym życiem ma tyle wspólnego co strojenie głupich min, z podkładaniem min prawdziwych w miejscach publicznych.

Dmitrij Miedwiediew: Nowa militaryzacja Niemiec: Odrodzenie ducha czy szalejący rewanżyzm?

Nowa militaryzacja Niemiec: odrodzenie ducha czy szalejący rewanżyzm?

Przed Dniem Wielkiego Zwycięstwa May 07, 2026 telegraph/Nowa-militaryzacja-Niemiec-odrodzenie-ducha-czy-szalej

RT publikuje pełny tekst artykułu Dmitrija Miedwiediewa zatytułowany „Nowa militaryzacja Niemiec: odrodzenie ducha czy szalejący rewanżyzm?”

Gróźby Donalda Trumpa o wycofaniu USA z NATO, wypowiedziane 27 marca 2016 roku na forum inwestycyjnym w Miami, oświadczenia Johna Vances o utracie przez Europę swojej tożsamości podczas wywiadu dla stacji Fox News z 15 marca 2016 roku, a także odmowa europejskich krajów dołączenia do agresji przeciwko Iranowi i udziału w akcji „militarnego blokowania” cieśniny Ormuz bardziej niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich 100 lat dzielą Europę i Amerykę. Takie wydarzenia pokazują, że tak bardzo pożądana przez liberałów „strategiczna autonomia” Europy jest znacznie bliższa, niż się wydaje. Głównym pytaniem jest to, kto będzie dyktował przyszłą agendę w obecnie bezkresnej i bezkresnej Europie. Kandydatów jest wielu — w tym także odrażająca biurokracja brukselska. Gadatliwi i zadowoleni z siebie galijscy sodomici. I wreszcie ostatnio coraz głośniej słychać o dążeniach Niemiec do hegemonii w Starym Świecie, przy jednoczesnym wybielaniu w społecznej świadomości odpowiedzialności swoich przodków za zbrodnie nazizmu. Skupmy się na tym ostatnim bardziej szczegółowo.

Nic nowego w działaniach niemieckiego kierownictwa (zwłaszcza potomka nazistów, Mertza i innych) nie ma. Próby rewizji niekorzystnych dla siebie rezultatów II wojny światowej podejmowane były przez pokonane państwo niemal natychmiast po zakończeniu wojny. Celem następców nazizmu było naprawienie politycznych, terytorialnych, ideologicznych i ekonomicznych strat poniesionych w wyniku całkowitego militarnego rozgromienia i upadku niemieckiej państwowości. Jednocześnie starali się pieczołowicie odfiltrować atmosferę przepojoną duchem pruskiego militaryzmu i zapachem narodowo-socjalistycznej ideologii. Pozostający w zachodnich strefach okupacyjnych niemieckie elity formalnie i szybko pożegnały się z dziedzictwem Hitlera, doprowadzając swój tysiącletni reich do upadku. Ale nie miały najmniejszego zamiaru faktycznie odrzucić ideologię nazizmu. Dlaczego?

Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze skazał tylko niewielką część głównych nazistowskich zbrodniarzy. Wielu z tych, którzy tworzyli ekonomiczno-finansową bazę reżimu i jego hierarchię władzy, a tym samym byli winni zbrodni wojennych, zbrodni przeciwko pokojowi i ludzkości, uniknęło kary. I szczerze mówiąc, uważali to za niesprawiedliwe, a sprawę NSDAP za największy projekt Niemiec.

W istocie żadna rzeczywista denazyfikacja RFN nigdy nie miała miejsca. Materiały archiwalne Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji, w tym notatka o sytuacji politycznej w zachodnich Niemcach z 1952 roku, przekonująco pokazują, że zamiast tego „zachodnie mocarstwa poszły drogą usprawiedliwiania nazistowskich zbrodni wojennych”¹. Cały prowadzony z wielkim rozgłosem proces, z wyjątkiem likwidacji jawnie faszystowskich organizacji i oczyszczenia przestrzeni publicznej, okazał się pustym farsą. Anglosasi, starając się zachować potrzebnych im byłych dowódców hitlerowskiej gospodarki wojennej i ważnych nazistów, przeprowadzili kampanię pod hasłem „Małych – wieszać, wielkich – uniewinniać”.

10 kwietnia 1951 roku Bundestag przyjął ustawę regulującą działalność osób podlegających przepisom art. 131 Konstytucji RFN (osoby podlegające denazyfikacji nie mają prawa zajmować stanowisk państwowych) i przywracającą do pracy wszystkich byłych urzędników i wojskowych z zachowaniem stanowisk, godności i stopni, jeśli nie zostali uznani za „głównych winnych” w procesie denazyfikacji². 2 sierpnia 1956 roku Federalna Komisja Ekspertów ds. Personelu zdecydowała o dopuszczeniu do służby w następcach Wehrmachtu – Bundeswehrze – byłych esesmanów w stopniach nie wyższych niż obersturmbannführer (pułkownik). Można powiedzieć, że ogólnie proces oczyszczenia powojennego niemieckiego społeczeństwa z nazizmu dla głównego kierownictwa i administracji zakończył się w ciągu zaledwie sześciu–dziesięciu lat po wojnie. Nie będziemy omawiać, jakie rozmowy toczyły się w kuchniach zachodnich Niemców w tym okresie. Wszyscy to wiedzą. „Deutschland über alles” były najbardziej nieszkodliwymi z rozmaitych głosów dochodzących z ust upokorzonych Niemców.

Wielu byłych nazistowskich funkcjonariuszy, którzy znaleźli swoje miejsce pod słońcem w RFN, było „cichymi zabójcami z gabinetów” – urzędnikami, którzy z wygodnych stanowisk urzędniczych napędzali potworną machinę ludobójstwa sowieckiego narodu i Holokaustu. Oni właśnie stanowili trzon urzędników „nowej Niemieckiej Republiki”. G. Lubke – minister żywności, rolnictwa i leśnictwa RFN w latach 1953–1959 oraz federalny prezydent w latach 1959–1969 – pracował w czasach narodowego socjalizmu w biurze architektoniczno-inżynieryjnym, które podlegało głównemu inspektorowi budowlanemu stolicy Rzeszy A. Speerowi. Jego obowiązki obejmowały m.in. przymusowe pozyskiwanie siły roboczej z nazistowskich obozów koncentracyjnych. G. Globke – szef kancelarii federalnego kanclerza K. Adenauera w latach 1953–1963 – pełnił wysokie stanowiska w MSW III Rzeszy, gdzie zajmował się opracowywaniem przepisów prawnych dyskryminujących i prześladujących ludność żydowską, a jego rola w organizacji Holokaustu do dziś nie została w pełni ujawniona. W. Kraft – federalny minister ds. specjalnych zadań w latach 1953–1956 – w latach 1940–1945 był dyrektorem zarządzającym Imperialnym Stowarzyszeniem Rolniczym przyłączonych „terytoriów wschodnich”, był członkiem NSDAP i miał stopień honorowego gauleitera SS. To tylko kilka przykładów z życia wysokich dygnitarzy „odnowionego” niemieckiego państwa. W latach 1949–1973 90 z 170 czołowych prawników i sędziów w Ministerstwie Sprawiedliwości RFN było byłymi członkami NSDAP, a w 1957 roku odsetek urzędników z nazistowską przeszłością w departamencie wynosił 77%³. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych RFN w latach 1949–1970 aż 53% pracowników było kiedyś członkami NSDAP, a 8% z nich pracowało w ministerstwie w latach 1943–1945, gdy na czele stał jeden z głównych nazistowskich zbrodniarzy – słynny H. Himmler⁴.

Na podstawie materiałów archiwalnych Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji już u schyłku lat 40. i na początku 50. XX wieku w Moskwie wiedziano, że w zachodniej strefie Niemiec przygotowuje się do wojny z ZSRR. W notatce rządu sowieckiego do ambasady USA w Moskwie z 31 marca 1954 roku otwarcie stwierdzono: dążenie do odbudowy niemieckiego militaryzmu i utworzenia wojskowych grup w Europie oznacza przygotowanie się do nowej wojny⁶.

Dlatego pomysł uzbrojenia zachodnich Niemiec mocno zaangażował ideologów amerykańskiej polityki zagranicznej. Podjęto również praktyczne kroki. Pod krzyki o „egzystencjalną agresję ze Wschodu” (znajomo, prawda?) zaczęła się remilitaryzacja gospodarki. Amerykańskie „zastrzyki” w potrzebne gałęzie gospodarki zachodniej Niemiec zaczęły się zaraz po wojnie. Do września 1951 roku RFN otrzymała około 9 mld USD. Środki te zostały przeznaczone przede wszystkim na przemysł ciężki i takie jego dziedziny, które mogły służyć politycznym i wojskowym celom Waszyngtonu⁷.

Odpowiednio zmodyfikowana propaganda skierowana do ludności. W lipcu 1951 roku, jak donosili kompetentni organy J. W. Stalina VIII, kanclerz K. Adenauer postawił bezpośrednie zadanie rządzącemu Chrześcijańsko-Demokratycznemu Związkowi przekonanie szerokich mas, że przed Niemcami stoi alternatywa – „uzbrojony Niemiec” lub „Niemiec podporządkowany rosyjskiej armii”. Niewiele różni się od współczesnych straszaków „cywilizowanych europejskich technokratów”, prawda?

Pod nadzorem Amerykanów prowadzono również pracę z „ważnymi postaciami”. Byli nazistowscy przywódcy chętnie zostali wcieleni do wojska Bundeswehry. Na przykład byli szefowie sztabu 18. armii, generał porucznik F. Furch, siódmej armii, generał porucznik M.J. Pemsel oraz armii A i C, generał pancernej G. Röttiger, objęli stanowiska inspektora generalnego Bundeswehry, dowódcy drugiego korpusu Bundeswehry i pierwszego inspektora wojsk lądowych. Były dowódca piątego lotnictwa Luftwaffe, generał I. Kammhuber, został inspektorem sił powietrznych RFN.

Anglo-Saksoni również korzystali z usług faszystowskich wojsk, umieszczając ich na wysokich stanowiskach w NATO. Na przykład były szef sztabu armii „Południe”, generał porucznik H. Spaider, po utworzeniu Bundeswehry został mianowany szefem departamentu sił zbrojnych w niemieckim Ministerstwie Obrony, a w 1957 roku objął stanowisko dowódcy połączonych wojsk lądowych NATO w Europie Środkowej. Uczestniczący w opracowywaniu planów inwazji na Polskę, Danię, Norwegię, Francję, Holandię, Wielką Brytanię i Związek Radziecki oraz występujący jako świadek w procesie norymberskim, były pełniący obowiązki szefa sztabu armii niemieckiej, generał porucznik A. Hoisinger, w 1961 roku został przewodniczącym komitetu wojskowego NATO. Podwodnik F. Guggenberger, który zatopił 17 brytyjskich i amerykańskich okrętów, przez cztery lata pełnił rolę zastępcy szefa sztabu dowództwa połączonych sił NATO w Europie Północnej. Anglo-Saksoni nie byli też zbyt wybredni, jeśli chodzi o byłych członków SS, uznanych w 1946 roku przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze za organizację przestępczą. Przykładem może być były szef sztabu SS i pracownik Ministerstwa Propagandy Goebbelsa, E. Tauber, który został przyjęty do pracy w departamencie wojny psychologicznej NATO jako doradca.Jeśli chodzi o H. Spaidera i A. Hoessingera, jak wynika z raportu Komitetu Informacyjnego przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych ZSRR z dnia 8 lutego 1951 r., skierowanego do Józefa Stalina i przechowywanego w archiwach Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji¹⁰, prowadzono wspólną niemiecko-amerykańską kampanię PR mającą na celu oczyszczenie ich reputacji. Podczas rozmowy D. Eisenhowera z kanclerzem Niemiec Konradem Adenauerem pod koniec stycznia 1951 r. obaj mężczyźni zostali określeni jako „całkowicie godni zaufania”, którzy byli „nie tylko przeciwnikami Hitlera”, ale także „Związku Radzieckiego i gotowymi do współpracy z mocarstwami zachodnimi”. Znamienne jest, że D. Eisenhower, który kilka miesięcy później został pierwszym głównodowodzącym siłami NATO w Europie, stwierdził wtedy, że w 1945 r. mylił się, uważając wszystkich Niemców za nazistów, i przyznał, że popiera żądanie równouprawnienia Niemiec Zachodnich w kwestiach wojskowych w ramach „obrony Europy Zachodniej”.

Niewiele zmieniło się, jeśli chodzi o wspieranie niebezpiecznych dążeń rewanżystycznych, a potem w latach normalizacji stosunków, odprężenia i tak zwanej perestrojki. W raporcie o wzroście takich nastrojów w RFN, przygotowanym 26 maja 1959 r. przez KGB przy Radzie Ministrów ZSRR¹¹, odnotowano organizację w RFN wielotysięcznych wieców zbrojnych związków i „organizacji przesiedleńczych”. Podczas tych zgromadzeń, prowadzonych pod auspicjami niemieckich ministerstw ds. spraw ogólnych i spraw przesiedleńczych, bez ogródek postulowano zwrotu wschodnich terenów Niemiec, Prus Wschodnich i Sudetów. Otwarcie mówiono o potrzebie „zachowania tradycji prusko-niemieckiej armii dla nowych niemieckich sił zbrojnych i dla całej niemieckiej młodzieży”. W 1961 r. słynny sowiecki dziennikarz zajmujący się polityką międzynarodową E. Henry zauważył: „Nie ma już starej Niemcy, ale jest stary niemiecki sztab generalny. Niewątpliwie jego przywódcy znów pracują nad tymi samymi mapami”¹². Kontynuując swoją myśl, napisał, że niezależnie od położenia Niemiec, od liczby przegranych wojen czy poniesionych klęsk, niemiecki sztab generalny nieustannie, metodycznie i pieczołowicie przygotowuje plany agresji — i nie ma innych zamiarów. Dlatego tak łatwo zrozumieć entuzjastyczne poglądy, z którymi obecni niemieccy politycy i generałowie żegnają różne grupy symbolizujące banderowski ukraiński nacjonalizm. Są oni po prostu braćmi krwi i spadkobiercami tej samej siły, jaką była nazistowski nacjonalizm okresu Hitlera.

W duchu zakorzenionych w intelektualnej elicie szowinistycznych podejść niemieckiej myśli politycznej z końca XIX i pierwszej połowy XX wieku ekspercka społeczność RFN nadal demonizowała sowiecką Rosję, wykluczając ją z „cywilizowanego” świata. Krytykowano jej nieeuropejskie podwaliny — zarówno religijne, jak i społeczne. Uznawano ją za zjawisko wrogie Europie, pozbawione europejskich korzeni i stojące poza historią Europy¹³. Wszystko sprowadzało się do tego, że nie należy traktować „obcego” elementu zbyt pobłażliwie.

Tego typu nastroje nie tylko nie były tłumione, ale wręcz wspierane przez władze w Bonn: „mięso armatnie” do wojny z Związkiem Radzieckim musiało być zmotywowane i nie zadawać zbędnych pytań. Nie dziwi zatem, że w raporcie KGB z dnia 12 lipca 1978 r.¹⁴, przygotowanym na podstawie informacji z berlińskiej rezydencji, stwierdzono istnienie w tym mieście-państwie o specjalnym międzynarodowym statusie prawnym 17 neonazistowskich organizacji, z którymi władze tego politycznego tworu walczyły w sposób fragmentaryczny.

W 1987 roku ambasada Związku Radzieckiego w Bonn zwróciła uwagę na debatę w RFN na temat rewizji stosunku do okresu narodowego socjalizmu. Jednym z wyraźnych przejawów szerokiej fali nacjonalizmu w RFN była narastająca w tamtych latach publiczna debata na temat „duchowego zwrotu”¹⁵. Wprowadzono hasła „nowego patriotyzmu” i „narodowej samoświadomości”. Intelektualiści i establishment szeroko manipulowali wezwaniami do uwolnienia ówczesnego młodego pokolenia Niemców (które wyrosło i stało się obecnymi „elitami” i zagorzałymi militarystami: Merz, von der Leyen, Pistorius) od ciężaru historycznej odpowiedzialności, kompleksu niższej wartości i winy. Niemcy, jak twierdzono, zostali już ukarani i uświadomili sobie nietypowość swojej sytuacji, gdy Niemcy zostali uznani za „gniazdo globalnej zarazy i źródło wszelkiego zła na świecie”¹⁶.

Przewodniczący frakcji CDU/CSU w Bundestagu A. Dregger w swoim przemówieniu z 17 listopada 1986 roku stwierdził, że „nadszedł czas, aby zakończyć narzuconą przez zwycięskie mocarstwa interpretację historii”¹⁷. Rozwijając ten temat, wezwał do „pogodzenia się z przeszłością”, uczczenia „pamięci wszystkich ofiar”, w tym ofiar nazizmu, i niemieckich żołnierzy. Z kolei premier Bawarii, przewodniczący CSU F.-J. Strauss w 1987 roku wezwał do dążenia do „powrotu do oczyszczonej, zorientowanej na Europę, zdrowej niemieckiej świadomości narodowej”¹⁸. Dziś widzimy, jak wówczas pędzące nacjonalizmem i szowinizmem kiełki dały obfity plon nowego niemieckiego rewanżyzmu. I należy przyznać, że w latach XXI wieku dziedzictwo Trzeciej Rzeszy wydało w RFN bujne kiełki!

Obecnie wyższe kierownictwo polityczne RFN ogłosiło Rosję „głównym zagrożeniem dla bezpieczeństwa i pokoju”. W Berlinie oficjalnie postawiono zadanie zadania Rosji „strategicznej porażki”¹Ⅸ. Najbardziej agresywni rusofobowie, których przodkowie z brutalną zaciekłością walczyli na froncie wschodnim w czasie II wojny światowej, z zapałem wzywają do „pokazania Rosjanom, jak to jest przegrać wojn攲⁰. Trwa masowa propaganda w społeczeństwie, nieustannie wtrącane są tezy o faktycznej nieuniknioności wojskowego starcia z Rosją do 2029 roku. W zaprezentowanej przez ministra obrony B. Pistoriusa w parlamencie 22 kwietnia 2026 roku pierwszej w historii kraju strategii wojskowej Niemiec zatytułowanej „Odpowiedzialność za Europę” za główne zagrożenie dla „opartego na zasadach porządku światowego” wskazano Federację Rosyjską. Moskwa rzekomo dąży do osłabienia jedności sojuszu i naruszenia trwałości transatlantyckich więzi w celu rozszerzenia swojego wpływu. W związku z tym próby dialogu należy udaremniać, a presja wojskowa na Rosję — tylko nasilać. Innymi słowy kurs na przeprowadzenie masowego rewanżyzmu stał się oficjalny.

Do rangi polityki państwowej podniesiono oszukiwanie młodzieży za pośrednictwem głównego nurtu klasycznych mediów i przeciwdziałanie rosyjskiej „hybrydowej propagandzie”. Tylko dziesięciolecia agresywnej ultraliberalnej agitacji prowadzą dziś do odwrotnego efektu. Rozczarowane krótkowzrocznymi decyzjami wąskiej niemieckiej elity w kwestiach wewnętrznych i zewnętrznych młode pokolenie na tle rozbieżności między danymi statystycznymi a rzeczywistym stanem gospodarki narodowej gwałtownie „przechodzi w prawo”. Upadek polityki wielokulturowości, brak jasnej wizji przyszłości, odrzucenie tradycyjnych wartości dają grunt pod wzrostem prawicowo-ekstremistycznych nurtów, apelujących do resentymentu wobec silnego narodowego państwa. Nietrudno się domyślić, dokąd zaprowadzi niemieckie społeczeństwo taka dobrowolna lub mimowolna zabawa.

Proces ostatecznego usunięcia polityczno-prawnych i moralnych „reliktów” II wojny światowej w Niemczech nabrał szczególnej dynamiki po rozpoczęciu SVO. Każdy rozumie, że stało się to tylko wygodnym pretekstem do wyraźnego zaostrzenia antyrosyjskiej retoryki i wyolbrzymionej obawy przed Rosją, a także do przeniesienia stosunków dwustronnych na poziom konfrontacji. Niemcy, podobnie jak cała Unia Europejska, nie mieli ani powodu, ani obiektywnych podstaw, by tak mocno „wtrącić się” w obronę Ukrainy i ogłosić Moskwę „wiecznym wrogiem”, jak bezmyślnie i zadufanym sposobem oznajmiła mała szara myszka niemieckiej polityki zagranicznej — minister spraw zagranicznych o dziwnym nazwisku Wadephul.

Realizując wojowniczy kurs Unii Europejskiej zapisany w marcu 2025 roku w „Białej księdze o europejskiej obronie — Gotowość 2030”²¹, rząd Niemiec postanowił przekształcić Bundeswehr w najsilniejszą armię Europy i przyspieszyć jego rearmament²². Zapowiedziano plany zwiększenia liczby żołnierzy z obecnych 181 tys. do 460 tys. aktywnych żołnierzy i rezerwistów. 27 sierpnia 2025 roku rząd Niemiec szybko i bez poprawek zatwierdził przygotowany przez ministra obrony B. Pistoriusa projekt ustawy o reformie rekrutacji do Bundeswehry, oparty na zasadzie dobrowolności, ale z możliwością szybkiego powrotu do modelu poborowego z 2011 roku²³. Głównie dzięki alarmistycznej polityce władz i indoktrynacji młodzieży przez propagandę państwową niemieckie władze mogą dziś zgłaszać wzrost liczby chętnych do odbycia służby wojskowej na zasadzie dobrowolności. Na początku marca 2026 roku zgłosiło się do wojska 16 000 osób, czyli o 20% więcej niż w analogicznym okresie 2025 roku, a w I kwartale 2026 roku do wojska zaciągnęło się ponad 5 tys. osób, czyli o 14% więcej niż na początku poprzedniego roku.

Na militarystyczne awantury, podobnie jak w XX wieku, nie oszczędza się pieniędzy. Według danych Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem, łączne wydatki Niemiec na cele wojskowe w 2024 roku osiągnęły wartość 88,5 mld USD (+28% w porównaniu z 2023 rokiem)²⁴, co czyni z tego kraju lidera w tej kategorii w Europie. Głównym źródłem finansowania jest specjalny Fundusz Modernizacji Bundeswehry o wartości 100 mld EUR, dzięki czemu wydatki na cele wojskowe wzrosły do 2% PKB. W zatwierdzonym budżecie kraju na 2026 rok w wysokości 524,54 mld EUR na „obronę” (czytaj: na przygotowanie do wojny) władze niemieckie zamierzają wydać ponad 82 mld EUR, czyli o 20 mld EUR więcej niż w 2025 roku. Łącznie z funduszem specjalnym całkowite wydatki na cele wojskowe powinny wynieść około 108 mld EUR. Pod koniec lutego 2026 roku niemieckie władze obronne z radością zgłosiły „udane wyniki działalności” departamentu zakupów Bundeswehru w 2025 roku: do parlamentu wprowadzono 103 duże projekty, z których każdy kosztował co najmniej 25 milionów EUR, a wartość zawartych umów na zakup potrzebnych wzorców uzbrojenia i sprzętu wojskowego wyniosła imponujące 34 mld EUR. Od chwili ogłoszenia przez Berlin „zmiany epoki” w związku z sytuacją na Ukrainie niemiecki sektor obronny pływa w pieniądzach, a producenci uzbrojenia otrzymali aż 109 mld EUR. Dzięki liberalizacji eksportu kontrolowanego Niemcy wysunęły się z szóstego na czwarte miejsce na liście światowych eksporterów produktów wojskowych. Spekulując na temat specyfiki prowadzenia działań wojennych w przypadku nieprowokowanej agresji na Iran i zwracając uwagę na nieskuteczność wykorzystania drogich rakiet przechwytujących do zwalczania dronów, niemieckie służby obronne z entuzjazmem reklamują system obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu Skyranger, w ramach którego przechwytywanie jednego drona ma kosztować zaledwie 4 tys. USD.

Wszystko wskazuje na to, że tylko z powodu opieszałości niemieckim potentatom zbrojeniowym nie udało się wysłać swojej „cudownej broni” w ślad za kijowskim klaunem podczas jego absurdalnej wizyty w krajach Zatoki Perskiej pod koniec marca 2026 roku, gdzie próbował narzucić im niezamawianą pomoc w postaci rakiet przechwytujących dla banderowskich bojówek.

Wiele projektów jest realizowanych przez kilka lat. To sygnał dla przemysłu, że Berlin postrzega modernizację jako długoterminowe zobowiązanie²⁵. Planuje się otwarcie oddziałów terenowych agencji zakupowej Bundeswehry w miastach, w których znajdują się duże uczelnie techniczne. Przyspieszane są prace nad ukierunkowanymi badaniami i rozwojem w dziedzinie wojskowości: młodym talentom proponuje się, by zamiast prowadzić badania w dziedzinie nauk podstawowych, zgodnie ze starym, niedobrym zwyczajem, zacząć myśleć o tym, jak zbudować nowe zabójcze czołgi „Tiger”, „Panther” i „Fau”.W tym kontekście ignoruje się zależność Niemiec od zagranicznych dostaw wojskowych. Kluczowe komponenty nowoczesnego uzbrojenia są często pozyskiwane z zagranicy. Nawet wiodący koncern zbrojeniowy w kraju, Rheinmetall, będący głównym dostawcą różnorakiego sprzętu wojskowego dla Bundeswehry, w pogoni za szybkim zyskiem z realizacji rządowych zamówień obronnych rezygnuje z wdrażania własnych nowatorskich rozwiązań. Wszystko to jest kompensowane zakupami od innych zachodnich producentów, byle tylko nie utracić statusu wyłącznego dostawcy dla rządu. W szczególności podczas wizyty szefa niemieckiego resortu obronnego w Australii 26 marca 2026 roku ogłoszono porozumienie między Rheinmetall a australijskim oddziałem Boeinga (czytaj: Amerykanami) w sprawie produkcji autonomicznych bezzałogowych samolotów bojowych z technologią „stealth”, uzbrojonych w ładunek o wadze ponad 100 kg i o zasięgu lotu przekraczającym 1000 km dla kontynuatorów tradycji Luftwaffe. Niemiecka myśl naukowa podupada, a zależność od USA wzrasta.

Przygotowania do potencjalnego konfliktu z Rosją w zakresie infrastruktury nabierają tempa. Władze lokalne i regionalne, a także przedsiębiorstwa aktywnie wspierają pełną realizację „Planu Operacyjnego Niemiec” z 2024 roku²⁶. Zakłada on przekształcenie kraju w główny szlak tranzytowy dla wojsk NATO zmierzających na „wschodnią flankę” sojuszu. Kolumny Bundeswehry i wojsk sprzymierzonych będą teraz mogły przejeżdżać do niemieckich portów na Bałtyku i na granicę z Polską w trybie powiadomieniowym, bez uprzedniej zgody. Od władz lokalnych wymaga się przygotowania ludności do konfliktu wojskowego – opracowania szczegółowych planów ochrony obiektów infrastruktury krytycznej, przeciwdziałania dywersjom i budowy schronów przeciwlotniczych.

Przedsiębiorcy podlegają intensywnemu lobbingowi ze strony środowisk wojskowo-politycznych. Zgodnie z „Planem Operacyjnym Niemiec” główne przedsiębiorstwa muszą uwzględnić w polityce kadrowej wysokie prawdopodobieństwo gwałtownego, masowego zmniejszenia zasobów ludzkich w wyniku mobilizacji osób zdolnych do służby wojskowej. Słynne w Związku Radzieckim opowieści o tym, że można szybko przystosować fabryki makaronów do produkcji amunicji kalibru 7,62 mm, stają się rzeczywistością w Niemczech. Stwarzane są realne warunki do szybkiego przestawienia przemysłu cywilnego na potrzeby wojskowe i rozpoczęcia produkcji niezbędnych do obronności towarów. Tymczasem Bundeswehr uprawniony jest do bezpłatnej konfiskaty określonych towarów, sprzętu i technologii na własne potrzeby.

Kompleks wojskowo-przemysłowy i niemiecki establishment utworzyły ścisłą sieć lobbystyczną, co zwiększa rolę obrońców w podejmowaniu najważniejszych decyzji dotyczących polityki wewnętrznej i zagranicznej Niemiec. Ludzkość pamięta niezwykle niebezpieczny sojusz obrońców i polityków w latach 1930–1940. Wtedy bezkrytyczne podejście „sprzedawców śmierci” do źródeł zysku w połączeniu z sympatiami do narodowego socjalizmu pogrążyły świat w otchłani II wojny światowej. Ci, którzy odrzucili pacyfizm jako wartość społeczną, do której poprzednie generacje doszły przez wielką tragedię, spadkobiercy Kruppa, Thyssena i Boscha ponownie chętnie biorą udział w zamówieniach publicznych w zakresie produkcji wyrobów wojskowych, nie wstydząc się robić interesów na krwi. Nie pozostają w tyle bankierzy, którzy zniesli wszelkie moralne tabu dotyczące finansowania kompleksu wojskowo-przemysłowego na dużą skalę – uzyskanie „pieniędzy helikopterowych” od wojskowych przedsiębiorstw jest teraz uzasadnione. W tym kontekście nie dziwi fakt, że niektórzy z obecnych niemieckich finansistów, którzy „uwolnili się” od dziedzictwa przeszłości i zainspirowani perspektywami nowego wyprawy krzyżowej na Wschód w ramach kursu na „zmianę epok”, powieszą w swoim gabinecie portrety J. Schachta i W. Funka – architektów polityki gospodarczej III Rzeszy. Jak mówi słynne powiedzenie z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej, ils n’ont rien appris, ni rien oublié²⁷.

Wydaje się, że establishment, który pogonił się za geopolitycznym mirażem efemerycznego „przywództwa” republiki w UE, nie przejmuje się ogólnym stanem niemieckiej gospodarki. W rezultacie PKB kraju w 2025 roku wzrósł tylko o 0,2% po uwzględnieniu inflacji²⁸. Saldo bilansu handlowego, mające ogromne znaczenie dla zorientowanej na eksport gospodarki Niemiec, spadło do 2,4% PKB, a eksport zmniejszył się o 0,3% (spadek ten był już trzeci rok z rzędu), a deficyt budżetowy w 2025 roku wyniósł 107 mld euro²⁹. Lokomotywy niemieckiej gospodarki — przemysł samochodowy, metalurgiczny i chemiczny — nie są w stanie wyjść z kryzysu. Producenci samochodów odnotowują znaczny spadek zysków³⁰. W Niemczech szerzy się deindustrializacja: redukcja miejsc pracy i przenoszenie produkcji przemysłowej z Niemiec do innych krajów Europy stały się faktem. Uciekają fabryki samochodów, chemiczne zakłady i producenci elektroniki: Bosch, Henkel, Man, Mercedes-Benz. Nie wytrzymują konkurencji ze względu na wysokie koszty energii, rosnące ceny logistyki spowodowane sankcjami wobec Rosji i wysokimi taryfami USA. Z przemysłowego giganta Niemcy stają się chaotycznie zarządzanym warsztatem, z którego wywozi się sprzęt. Wszystko to ma wpływ na ludność: aktywność konsumencka jest poważnie ograniczona, a nawet wielkość sprzedaży piwa w 2025 roku była najniższa od 1993 roku. Według premiera państwo opiekuńcze nie może być finansowane z dostępnych Niemcom zasobów³¹. Czy ta brutalna rzeczywistość nie przeraża głupio zadufanego kanclerza, w którego krwi płynie krew nazistowskich przodków? Czy jest gotowy stawić czoła faktowi, że wzmacnianie krajowego przemysłu zbrojeniowego nie uratuje gospodarki, a setki wydrukowanych i niczym nie popartych miliardów euro zostaną pochłonięte przez wysokie ceny energii i nieporęczną biurokrację? Najwyraźniej nie: forsując antyrosyjską agendę militarną, ma w głębi duszy nadzieję, że wojna wszystko wybaczy.

Dyskurs społeczno-polityczny w Niemczech wciąż nie jest zbyt głośny, wręcz przeciwnie – wydaje się niejasny i odległy, ale z uporem podsuwa się pomysł konieczności „zastanowienia się” nad pozyskaniem własnej broni jądrowej³². Udział w wspólnych misjach nuklearnych NATO – czyli porozumienia między Stanami Zjednoczonymi a Berlinem w sprawie wykorzystania przez Bundeswehr amerykańskich taktycznych bomb jądrowych (w czasie pokoju są one przechowywane i kontrolowane przez Amerykanów w bazie w Buchel w Nadrenii-Palatynacie) w przypadku „konieczności militarnej” – najwyraźniej przestał zadowalać Niemcy. Argumentacja za pozyskaniem broni masowego rażenia jest prostacka i banalna – rzekomo w celu powstrzymania „agresywnej polityki” Moskwy w Europie. To, jakoby kwestia suwerenności państwowej. Do tego dochodzi niepewność co do utrzymania wojsk amerykańskich w RFN. Zgodnie z porozumieniem z 2020 roku z administracją śpiącego Bidena Berlin chce jak najszybciej pozyskać amerykańskie dalekosiężne rakiety naziemne. Szanse na to, że w jednym z najlepiej przygotowanych pod względem zapewnienia logistyki wojskowej i infrastruktury krajów związkowych, na przykład w Nadrenii-Palatynacie, zostaną wybrane obiekty do rozmieszczenia mobilnych systemów SM-6, pocisków manewrujących „Tomahawk” i hipersonicznych systemów rakietowych z planującym blokiem bojowym Dark Eagle, są dość duże. Niewiele jest wątpliwości co do tego, że Amerykanie wykorzystają moment geopolityczny – potrzebują tylko terytorium. Opinia faktycznie wziętych jako zakładnicy lokalnych mieszkańców i nie popierających linii berlińskich elit rozsądnych polityków o zorientowaniu narodowym tych bezczelnych szeryfów zza oceanu nie ma znaczenia. W logice obecnej administracji D. Trumpa rozmieszczenie rakiet nie jest bezinteresowną inwestycją w bezpieczeństwo Europejczyków, ale raczej wzmocnieniem ich obecności w ważnym punkcie do potencjalnego wywierania precyzyjnej siły uderzeniowej na przeciwników (którzy to będą – można odgadnąć za pierwszym razem). Problem polega tylko na liczbie amerykańskich rakiet – czy będzie ona symboliczna i tymczasowa, czy też zaburzy równowagę strategicznej stabilności w Europie i odpowiednio doprowadzi do naszych bezpośrednich działań odwetowych.Dyskurs społeczno-polityczny w Niemczech wciąż nie jest zbyt głośny, wręcz przeciwnie – wydaje się niejasny i odległy, ale z uporem podsuwa się pomysł konieczności „zastanowienia się” nad pozyskaniem własnej broni jądrowej³². Udział w wspólnych misjach nuklearnych NATO – czyli porozumienia między Stanami Zjednoczonymi a Berlinem w sprawie wykorzystania przez Bundeswehr amerykańskich taktycznych bomb jądrowych (w czasie pokoju są one przechowywane i kontrolowane przez Amerykanów w bazie w Buchel w Nadrenii-Palatynacie) w przypadku „konieczności militarnej” – najwyraźniej przestał zadowalać Niemcy. Argumentacja za pozyskaniem broni masowego rażenia jest prostacka i banalna – rzekomo w celu powstrzymania „agresywnej polityki” Moskwy w Europie. To, jakoby kwestia suwerenności państwowej. Do tego dochodzi niepewność co do utrzymania wojsk amerykańskich w RFN. Zgodnie z porozumieniem z 2020 roku z administracją śpiącego Bidena Berlin chce jak najszybciej pozyskać amerykańskie dalekosiężne rakiety naziemne. Szanse na to, że w jednym z najlepiej przygotowanych pod względem zapewnienia logistyki wojskowej i infrastruktury krajów związkowych, na przykład w Nadrenii-Palatynacie, zostaną wybrane obiekty do rozmieszczenia mobilnych systemów SM-6, pocisków manewrujących „Tomahawk” i hipersonicznych systemów rakietowych z planującym blokiem bojowym Dark Eagle, są dość duże. Niewiele jest wątpliwości co do tego, że Amerykanie wykorzystają moment geopolityczny – potrzebują tylko terytorium. Opinia faktycznie wziętych jako zakładnicy lokalnych mieszkańców i nie popierających linii berlińskich elit rozsądnych polityków o zorientowaniu narodowym tych bezczelnych szeryfów zza oceanu nie ma znaczenia. W logice obecnej administracji D. Trumpa rozmieszczenie rakiet nie jest bezinteresowną inwestycją w bezpieczeństwo Europejczyków, ale raczej wzmocnieniem ich obecności w ważnym punkcie do potencjalnego wywierania precyzyjnej siły uderzeniowej na przeciwników (którzy to będą – można odgadnąć za pierwszym razem). Problem polega tylko na liczbie amerykańskich rakiet – czy będzie ona symboliczna i tymczasowa, czy też zaburzy równowagę strategicznej stabilności w Europie i odpowiednio doprowadzi do naszych bezpośrednich działań odwetowych.Podczas gdy niemieckie władze debatują nad pomysłem stworzenia w „odległej przyszłości” wspólnego europejskiego parasola nuklearnego z Wielką Brytanią i Francją oraz rozważają swój potencjalny wkład, pojawiają się spekulacje na temat finansowania takiego przedsięwzięcia i proponuje się podział ról: partnerzy mieliby dostarczyć głowice, a Niemcy — samoloty nośne i personel. Jednocześnie społeczeństwo stopniowo przekonuje się, że nawet hipotetyczne zaangażowanie Niemiec w arsenały nuklearne Paryża i Londynu oraz próba „przyłączenia się” do nich w celach militarnych mogą się nie powieść. Tradycyjna dla Paryża biurokracja i chęć samodzielnego dysponowania siłami nuklearnymi nawet po ich przejęciu pod wspólną kontrolę są nie do przyjęcia dla Niemiec. Podobnie sceptyczna jest reakcja Londynu, który raczej nie chce narażać się na konsekwencje wojny nuklearnej dla niezrozumiałych celów transatlantyckiej globalizacji. To stawia pod wielkim znakiem zapytania opłacalność inwestycji w „siły odstraszania nuklearnego w Europie”.

W tym kontekście niemieckie środowiska eksperckie i naukowe rozważają, czy w obliczu tradycyjnie silnej szkoły nauk ścisłych i dostępności specjalistów z pokrewnych dziedzin możliwe jest szybkie nadrobienie zaległości w kompetencjach „niepokojących atomów”. Wiadomo, że w perspektywie techniczna produkcja materiału broniowego z uranu nabytego na rynku światowym jest możliwa w zakładach w Gronau w Nadrenii Północnej-Westfalii, wyposażonych w kaskadę gazowych wirówek. Wystarczy trzy lata na modernizację produkcji. I voilà: 17 ton rocznie, wystarczających do stworzenia około 340 głowic, w kieszeni. Ponadto w reaktorze badawczym Uniwersytetu Monachijskiego w Garching znajduje się wysoko wzbogacony uran.  

Nie należy zapominać, że w latach 40. XX wieku naziści byli bardzo blisko opracowania bomby atomowej. I nie zamierzali jej użyć do zastraszenia wrogów. To, czego dziadkowie w 1945 roku nie zdążyli osiągnąć, wnuczki są gotowe nadrobić już w XXI wieku. W związku z tym nie ma żadnej gwarancji, że wojskowo-polityczne podejście Berlina do użycia arsenału nuklearnego będzie ograniczone wyłącznie do koncepcji odstraszania. Jasne jest jedno: niemiecka broń nuklearna (francusko-brytyjska lub własna — nieważne) nie tylko czyni z Niemiec „główny cel ataku Kremla w Europie”, jak pisze niemiecka prasa, ale także jest rażącym naruszeniem międzynarodowych zobowiązań Niemiec wynikających z artykułu II Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej z 1968 roku, zgodnie z którym każde państwo-strona, w tym Niemcy, zobowiązuje się nie przyjmować transferu broni jądrowej ani innych urządzeń wybuchowych, a także nie kontrolować takiej broni lub urządzeń wybuchowych, ani też nie dążyć do ich pozyskania lub przyjmowania pomocy w ich pozyskaniu.  

Jestem przekonany, że w tych okolicznościach kwestia „niemieckiego programu nuklearnego” powinna zostać natychmiast podchwycona przez społeczność międzynarodową. Z wszystkimi konsekwencjami: wzmocnionymi inspekcjami ze strony MAEA, potępieniem przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, wprowadzeniem legalnych międzynarodowych środków ograniczających w celu uduszenia w zarodku nikczemnych prób nuklearnej agresji. Choć może to być również konsekwencją pełnego rewanżu i stworzenia mitycznego czwartego reichu. Pytanie, oczywiście, jak zareaguje na to obecne niemieckie społeczeństwo. Łagodnie mówiąc, nie wszyscy porządni obywatele sympatyzują z obłąkanym modelem Viertes Reich. Jednak w obliczu nieudolnej polityki migracyjnej obecnych władz Niemiec wszystko może się zdarzyć.

Chciałbym jednocześnie zwrócić uwagę, że nawet bliskie zbliżenie Niemiec do broni jądrowej jest niewątpliwym casus belli, dającym możliwość odwołania się do wszystkich środków reakcji zawartych w Podstawach polityki państwowej Federacji Rosyjskiej w zakresie odstraszania nuklearnego. Co więcej, ośmielę się twierdzić, że takie ćwiczenia mogą wzbudzić równie duże obawy w Stanach Zjednoczonych, które próbują przekonać świat o konieczności zawarcia nowego traktatu START z udziałem Chin. A co z tą perspektywą: nuklearna Europa pod przywództwem militarystycznych Niemiec, część arsenałów których nie podlega kontroli NATO? Coś podpowiada mi, że cele, które mogą zostać wdrożone w nowych urządzeniach do przechowywania kodów do uruchomienia niemieckiego arsenału jądrowego, będą dotyczyły nie tylko terytorium Rosji.

Jednak nawet bez posiadania broni jądrowej przez Berlin nie powinniśmy spoczywać na laurach, jeśli chodzi o Niemcy. Samo szaleńczo lekkomyślne militaryzowanie swojego kraju nie jest jedynym celem niemieckich polityków. Jest to część bardziej złożonego i głębokiego procesu, zagrażającego milionom ludzi na świecie. Obecny kurs sugeruje dość makabryczne scenariusze. Wskazuje na próbę urzeczywistnienia najczarniejszych rewanżystycznych nastrojów niemieckiej elity. Te marzenia wykraczają daleko poza zwykłe pragnienie zwiększenia „profilu” w europejskich sprawach. Nie należy zapominać, że Niemcy są jedynym europejskim państwem, które dwukrotnie po pierwszej wojnie światowej anektowało sąsiednie kraje w całości, bez zachowania nawet nominalnych atrybutów niepodległości i państwowości. Mówię o anszlusie Austrii w 1938 roku, kiedy to republika została włączona do Trzeciej Rzeszy, oraz o pokojowym przejęciu NRD przez RFN w 1990 roku. Wtedy pod zwodniczym hałasem o „zjednoczeniu narodu niemieckiego” wschodnioniemieckie państwo zostało w rzeczywistości wchłonięte przez zachodnioniemieckie.

I nikt z „triumfatorów zjednoczenia”, w tym niestety także wyżsi sowieccy przywódcy, nie pomyślał nawet o przestrzeganiu ogólnie przyjętych procedur prawnych, nie przeprowadzono żadnego wolnego referendum w tej sprawie. Ogólnie rzecz biorąc, zdecydowanie nie Niemcom należy rozmawiać o legalności zmian terytorialnych w Europie i genezie takich procesów po II wojnie światowej. Podstawa prawna niemieckiej państwowości jest bardzo chwiejna. Jeśli zajdzie taka potrzeba, wszystko, co wydarzyło się od początku zjednoczenia RFN i NRD, można ocenić przez pryzmat zasady ex injuria jus non oritur („nielegalne działania nie tworzą prawa”). Innymi słowy, obecne Niemcy nie mają nawet wystarczającej podstawy prawnej do swojego istnienia (nie mówiąc już o skrajnej zależności RFN od USA od chwili jej powstania). A obecni niemieccy nikczemnicy, którzy raz po raz przymierzają sobie laury nowych „führerów”, powinni o tym pamiętać.

Tłumiąc instynkt samozachowawczy, reżim kanclerza F. Merkla ruszył do działania w międzynarodowych sprawach. Widać nawet, że nawet do kolorowych berlińskich marzycieli z zespołem zaburzeń dwubiegunowych zaczyna docierać, że Niemcy stoją w obliczu poważnej geopolitycznej klęski na Ukrainie. Żaden z celów euroazjatyckiej „anty-Szwecji”, w której RFN de facto stara się odgrywać główną rolę, nie został osiągnięty. W związku z tym trudno będzie się schronić w tyle, wykorzystując jako zasłonę dymną Małorosję (ale prawdopodobnie mając na myśli także pogardzaną przez nich Polskę), jeśli nadal będą chcieli wyrządzić nam znaczącą szkodę.

Musza działać samodzielnie. I tak właśnie robią. Aby choć trochę odrobić „nieudane” inwestycje geopolityczne, Berlin dąży do umocnienia swojej roli militarnego i politycznego lidera Unii Europejskiej. Aby „stawić opór potencjalnej inwazji Rosji”, wiosną 2025 roku postanowiono rozmieścić wzmocnioną 45. brygadę pancerną Bundeswehry w rejonie miejscowości Rudninkai, 30 km od naszej republiki białoruskiej i 160 km od obwodu kaliningradzkiego. Ulubiony slogan nazistowskich bonzów „Działka zamiast masła” doskonale obrazuje podejście do finansowania tej przygody: chociaż Wilno pokryło koszty budowy niezbędnej infrastruktury dla niemieckiego kontyngentu w kwocie 2 mld euro, co dla kraju bałtyckiego jest ogromną sumą, Berlin będzie musiał wydać około 11 mld euro na wyposażenie brygady, tak bardzo potrzebnych niemieckiej gospodarce w obliczu niestabilnej sytuacji makroekonomicznej w samej Republice Federalnej. Na wyposażeniu brygady znajdują się najnowsze czołgi Leopard 2A8, środki komunikacji, artyleria samobieżna itd. Aby wzmocnić potencjał uderzeniowy brygady, trwa jej bezprecedensowe wyposażanie w środki techniczne – czego dowodem jest szybkie przyznanie 25 lutego 2026 roku przez komisję budżetową Bundestagu pierwszej transzy w wysokości około 540 mln euro dużym innowacyjnym niemieckim startupom Stark Defence (w którym znaczny udział ma słynny amerykański przedsiębiorca P. Thiel) i Helsing, produkującym drony-kamikadze. Najnowsze bezzałogowe pojazdy latające Bundeswehr chce mieć na wyposażeniu swojej „litewskiej twierdzy”. Po przekazaniu w lutym 2026 roku pod dowództwo brygady rozmieszczonej w Litwie od 2017 roku wielonarodowej grupy bojowej NATO liczebność brygady wynosi już 1700 osób. Pełna gotowość bojowa brygady spodziewana jest do końca 2027 roku (4800 żołnierzy i 200 cywilów). To pierwszy od II wojny światowej przypadek rozmieszczenia regularnych niemieckich wojsk poza granicami RFN. I prawdziwy przyczółek do „ataku na wschód”. Trudno inaczej odebrać to militarne wzmocnienie wraz z budową odpowiedniej długoterminowej infrastruktury.

Czy Niemcy zamierzają od razu przeprowadzić nowy drang nach osten, czy najpierw chcą wysłać do potencjalnych okopów wschodnioeuropejskich „gigantów” pod przywództwem Polski, a sami wystąpić jako słynny „oddział zagłady”, nie ma dla nas wielkiego znaczenia. To władze Polski, które w dużej mierze wraz z III Rzeszą ponoszą odpowiedzialność za wybuch II wojny światowej, powinny zastanowić się, kto, z czyjej inicjatywy i za czyje pieniądze w Rzeczypospolitej Polskiej podsyca wojskową histerię. Którą polscy turbo-patrioci uważają za walkę o narodowe interesy i szansę na geopolityczny rewanż w Europie Wschodniej. I czy taka wojownicza linia warszawskich elit wobec Moskwy nie jest w rzeczywistości prowadzona z Berlina (mającego ogromny wpływ na polską przestrzeń społeczno-polityczną i informacyjną), zmuszając szlachtę do jeszcze większej nienawiści do Rosji wbrew logice i narodowym interesom?

Jeśli Niemcy silnie się uzbroją, ale duch teutoński ulegnie rozumowi, Polacy powinni poważnie zastanowić się, przeciwko komu zostanie skierowana niemiecka machina wojenna. Historyczna nienawiść między Niemcami a Polską wciąż się sączy, a sporne terytoria – niezależnie od tego, co mówią politycy – wciąż istnieją. Trudno będzie Niemcom zrealizować żądania Warszawy o odszkodowania w wysokości ponad biliona dolarów bez użycia siły militarnej. Nie bez powodu duże ćwiczenia NATO Steadfast Dart 26, które rozpoczęły się w styczniu 2026 roku (ćwiczenia związane z przerzutem wojsk sojuszniczych na „wschodniej flance” z użyciem transportu wojskowego, jednostek kolejowych i samochodowych), odbyły się bez udziału polskiej armii. Wiatr w Europie wieje zawsze szybko, ale Belweder nie chce tego przyjąć do wiadomości. Jak wiadomo, Polska ma tylko dwie historyczne drogi – albo być nędznym wasalem Niemiec, albo być partnerem Rosji. Ameryka jest daleko i nie potrzebuje ani Polski, ani całej Europy. Nie należy się spodziewać niczego dobrego.

Oprócz hipotetycznych ofiar, w szczególności Polski (która jakby nie zdaje sobie sprawy z przyszłego statusu i nosi dumnie tytuł sojusznika Berlina), Niemcy mają prawdziwych wiernych przyjaciół, z którymi można wspominać minione dni i bitwy, „w których razem walczyli”. Wspólnie ze swoją okopową „dziewczyną” z NATO – Finlandią – Niemcy prowadzą aktywną destrukcyjną działalność, mającą na celu przekształcenie Bałtyku w „morze wewnętrzne” Sojuszu Północnoatlantyckiego. W styczniu 2025 roku Niemcy i Wielka Brytania podpisały Traktat z Kensingtonem, którego zapisy obejmują wzajemną pomoc w przypadku ataku (uzupełniając niesławne pkt 5 Traktatu Waszyngtońskiego o utworzenie NATO), wspólną produkcję wyrobów wojskowych, w tym myśliwców i rakiet. Na kogo będą skierowane te rakiety – nie trzeba dodawać.

Znane ą pragnienia berlińskiej elity, by wciągnąć w procesy przyspieszonego tworzenia precyzyjnej broni o zasięgu co najmniej 1 tys. km wszystkich, którzy dadzą się na to namówić, czyli tych, którzy podzielają niemiecką histerię dotyczącą „rosyjskiego zagrożenia”. Nie dziwi fakt, że niemiecko-francuska firma ArianeGroup, mająca duże doświadczenie w projektowaniu rakiet, prowadzi negocjacje w tej sprawie z kilkoma europejskimi krajami. Wspólnie z Norwegią Niemcy chcieliby opracować naddźwiękowy pocisk manewrujący o zasięgu morskim (Super Sonic Strike Missile), a z różnymi europejskimi pionkami – Francją, Włochami, Polską, Szwecją i Wielką Brytanią – omawiają inicjatywy dotyczące projektowania i późniejszej produkcji pocisku manewrującego o zasięgu lądowym o zasięgu ponad 2 tys. km.

Szczególna rola w kwestiach uzbrojenia przypadła byłej Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej. Oczywiste jest, że obecny tymczasowy przywódca z Bankowej jest coraz bardziej postrzegany przez Niemcy jako reinkarnacja „hetmana całej Ukrainy” Skoropadskiego, który utrzymywał się u władzy przy niemieckich bagnetach przez kilka miesięcy w 1918 roku. Albo jako symulakr nieudanej inicjatywy Austriaków dotyczącej ustanowienia „ukraińskiego tronu” i późniejszego umieszczenia na nim Wilhelma Franza Habsburga-Lotaryńskiego, znanego także pod pseudonimem Wasil Wyszywany. Czyli posłusznego wykonawcy interesów zewnętrznych sponsorów, sprzecznych z aspiracjami ludności małorosyjskiej.

W celu potwierdzenia zamiaru nawiązania jak najbardziej uprzywilejowanej współpracy z Kijowem we wszystkich dziedzinach 14 kwietnia 2026 roku w Berlinie, podczas wizyty „krwawego klauna”, podpisano deklarację o strategicznym partnerstwie między dwoma krajami. Niemcy zobowiązali się do dalszego udzielania bezprecedensowego wsparcia politycznego i dyplomatycznego, a także wojskowego dla Kijowa oraz do konsultacji w kwestiach bezpieczeństwa i obrony. Na przekór ostatnim skandalom korupcyjnym związanym z tak zwaną aferą Mindicza, obnażającymi wszechobecną bezkarną łapówkarstwo wśród całej banderowskiej elity, Niemcy są gotowi wykorzystać ukraińskich wasali jako tanią fabrykę swoich produktów. Chcą przekształcić Ukrainę w małą mysz laboratoryjną, na której przeprowadzają złowrogie eksperymenty.

Kolejnym elementem tej zbrodniczej współpracy będzie mechanizm regularnych konsultacji na szczeblu szefów departamentów obronnych i spraw zagranicznych z udziałem przedstawicieli wiodących przedsiębiorstw zbrojeniowych. Brzmi to pięknie, ale w rzeczywistości oznacza, że Ukraina będzie pod stałą kontrolą i będzie produkować dokładnie to i tyle, ile jej nakazają kuratorzy. Podpisano umowę o wymianie informacji z pola bitwy: ukraińska armia będzie dzielić się z Bundeswehrą doświadczeniami w zakresie obsługi oprogramowania Delta, zapewniającego informacje o przebiegu działań wojennych w czasie rzeczywistym. Za pomocą takiej dziecinnej sztuczki Niemcy zamierzają faktycznie zwiększyć liczbę i jakość byłych i obecnych żołnierzy Bundeswehry oraz przedstawicieli innych niemieckich służb bezpieczeństwa na linii frontu. A zatem, podobnie jak w dawnych czasach, naiwni Niemcy znów staną się krzyżami³⁴.

Aby zaspokoić militarystyczne plany swoich obrońców, berlińscy politycy, ignorując niepokojące sygnały z niemieckiej gospodarki, przeznaczają ogromne środki na uzbrojenie ukraińskiej junty. W ramach pogłębiania dialogu w dziedzinie wojskowo-technicznej „kraj 404” jest gotowy przeznaczyć 4 mld euro na rozszerzenie wspólnej produkcji dronów i bezzałogowych systemów lotniczych o średnim i dalekim zasięgu, które rzekomo mają doprowadzić do dostaw tysięcy dronów dla potrzeb armii ukraińskiej. Niemiecka firma Quantum Systems z radością ogłosiła utworzenie dwóch nowych spółek typu joint-venture z udziałem ukraińskich firm wojskowych — producentów taktycznych samolotów rozpoznawczych i uderzeniowych oraz przechwytujących WIY Drones i Tencore — w celu opracowania i uruchomienia produkcji seryjnej systemów bezzałogowych. Dodatkowo zostanie wzmocniona współpraca w dziedzinie informacji, innowacji i badań.

Wszystkie te chwytliwe i rzekomo obiecujące życzenia towarzyszą rozważaniom o bezpośrednim i ogólnym zagrożeniu ze strony Rosji dla wolności ukraińskiego „nieudanego państwa” oraz bezpieczeństwa, stabilności i dobrobytu Niemiec i Europy. Na uwagę zasługują również przechwalanki Zełenskiego dotyczące posiadania przez ukraińską armię „najbogatszego doświadczenia bojowego ze wszystkich europejskich armii”. Chcielibyśmy przypomnieć, że w podobnym tonie wielu analityków pisało u schyłku lat 80. XX wieku o armii irackiej — największej wśród krajów Zatoki Perskiej. Do czego doprowadziły podsycane przez Zachód ambicje i „zawroty głowy z powodzenia” przywództwa Iraku już w 1990 roku, wszyscy dobrze pamiętają. Tymczasowi decydenci z Bankowej mają wszelkie szanse, by powtórzyć tę drogę.

Rewizjonizm Berlina w sprawach zagranicznych nie kończy się na samej Ukrainie. Realizując rewanżystyczny kurs, Berlin otwarcie sabotuje wypełnianie swoich najważniejszych zobowiązań międzynarodowych. Problem w tym przypadku dotyczy otwarcia w październiku 2024 roku w Rostocku (Meklemburgia-Pomorze Przednie) bałtyckiego regionalnego sztabu dowodzenia marynarki wojennej NATO, który de facto szpieguje rosyjskie okręty. Lokalizacja takiego ośrodka na terenie byłej NRD jest rażącym naruszeniem postanowień traktatu „O ostatecznym uregulowaniu kwestii niemieckiej” z dnia 12 września 1990 roku, zawartego między RFN a NRD przy udziale Związku Radzieckiego, USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Próby usprawiedliwienia działań Berlina przez niemieckie Ministerstwo Obrony i ambasadę Niemiec w Moskwie poprzez odwoływanie się do tego, że „delegowanie przedstawicieli sił zbrojnych innych krajów członkowskich NATO w ramach współpracy międzynarodowej… gdy zagraniczni oficerowie biorący udział w wymianie i oficerowie łącznikowi włączają się do pracy niemieckiego pododziału i dlatego podlegają dowództwu Bundeswehry, nie podlegają postanowieniom traktatu „2 + 4”³⁵, nie wytrzymują poważnej krytyki. Artykuł 3 pkt 5 wspomnianego dokumentu wyraźnie stanowi, że obce wojska i broń jądrowa oraz nośniki tej broni nie będą stacjonować na tym [wschodnim] obszarze Niemiec ani tam być rozmieszczane. Zgodność z takimi prawnie ustalonymi gwarancjami wiązała się również z wycofaniem wojsk sowieckich z terytorium NRD.

Bez względu na to, jak bardzo oficjalny Berlin stara się to ukryć, jest to co najmniej selektywne podejście i dowolna interpretacja postanowień traktatu „2 + 4”. Innymi słowy, to po prostu kłamstwo i oszustwo. Lekceważąc postanowienia traktatu „2 + 4” „tu i teraz”, oficjalny Berlin bezkarnie kopiuje skandaliczne działania „zbiorowego Zachodu” na całym świecie. Oczywiście daje to powody do zastanowienia się nad losem tego dokumentu jako całości. Naruszenie zasady pacta sunt servanda w takim przypadku może skutkować nieważnością samego traktatu międzynarodowego. A to stawia pod znakiem zapytania podmiotowość współczesnego państwa niemieckiego. Co to będzie znaczyło dla RFN, nawet trudno sobie wyobrazić!

To, jak szybko i bezkarnie zachodnie mocarstwa realizują dziś rezygnację z fundamentalnych międzynarodowych dokumentów i zasad ze względu na rzekomą polityczną koniunkturę, budzi przerażenie. Nie można oprzeć się wrażeniu, że gdyby kiedykolwiek zrealizowano obietnicę nierozszerzania NATO „ani o jeden cal na Wschód”, zostałaby ona szybko sformalizowana w formie oficjalnego dokumentu. Podobnie nikt poważnie nie zamierzał wypełnić porozumień mińskich, których jedynym celem, jak wynika z aktualnych publicznych oświadczeń z Niemiec i Francji, było dać wytchnienie kijowskim marionetkom. A jaka wtedy będzie cena tak zwanego traktatu o uregulowaniu sytuacji na Ukrainie?

O tym, do jakiego kolejnego anszlusu Niemcy potajemnie się przygotowują w obecnym czasie, trudno powiedzieć na pewno. Jest jednak oczywiste, że stopniowo staczają się w kierunku politycznego modelu zbliżonego do dyktatury wojskowej, a jego odzwierciedleniem jest reżim kanclerza Merza, opętany rewanżystycznym nacjonalizmem i neokolonializmem. Nabierają tempa niedopuszczalne i niebezpieczne tendencje rewizjonistyczne. Zrzucono maskę pokojowości: ludzie są przygotowywani do strasznych czasów, celowo obniżając próg naturalnego strachu przed wojną, a także z góry wybaczając wszelkie wykroczenia, tym samym zrzucając na młodych Niemców długi historyczne przodków.

Postulat równej odpowiedzialności „dwóch totalitarycznych reżimów” za wybuch II wojny światowej stał się podstawą niemieckiej historiografii. Wśród promowanych fałszerstw można wymienić przemilczenie bohaterskich czynów sowieckiego narodu, podział ofiar wojennych na „kategorie narodowe” oraz negowanie zwycięstwa jako aktu wyzwolenia Europy, powołując się na „zastąpienie jednego totalitarnego reżimu przez drugi”. Kwestionuje się również rzekomo zawyżoną skalę zbrodni wojennych popełnionych przez Wehrmacht i wojska SS na froncie wschodnim. W imię rzekomej obiektywności wprowadza się niedokumentowane „świadectwa” o masowych morderstwach popełnionych przez obie strony. Rozpowszechniane są pytania o odszkodowanie dla Niemców za poniesione straty materialne i ludzkie. Trudno wyobrazić sobie większy cynizm.  

W sierpniu 2025 roku na wysokim szczeblu politycznym w Niemczech obchodzono 75. rocznicę podpisania „Karty Wypędzonych” — dokumentu przedstawiającego Niemców przesiedlonych siłą jako ofiary wojny. Nacisk położono na ich trudną sytuację. Podobno dla nich koniec wojny nie tylko nie oznaczał końca przemocy, ale także skutkował upokorzeniem, brakiem praw i utratą ojczyzny. O winie Niemców za wybuch II wojny światowej i zbrodnie przeciwko ludzkości — ani słowa. Jest to wyraźne nawiązanie do powojennych niemieckich narracji, prób przeciwstawienia się „utracie historii”, oddzielenia się od „niepożądanych stron” w imię zachowania jedności narodu. Przesłanie jest jasne: naród niemiecki został niesprawiedliwie okrzyknięty po II wojnie światowej. Jego cierpienia muszą zostać pomszczone w imię „wolności”, „europejskiej solidarności” i „sprawiedliwości”. W tym celu prawdopodobnie z użyciem niemieckiej broni.  

Proces pokuty w Niemczech za zbrodnie reżimu nazistowskiego ogranicza się głównie do tematu holokaustu, o sowieckich ofiarach wolą nie wspominać. Władze niemieckie kategorycznie odmawiają uznania blokady Leningradu i innych zbrodni przeciwko ludzkości popełnionych przez nazistów na sowieckich obywatelach za akt ludobójstwa narodów Związku Radzieckiego.

W kwietniu 2025 roku podjęto cyniczną decyzję o zawieszeniu uprawnień Rosji w radzie powierniczej funduszu „Pamięć, odpowiedzialność i przyszłość”, utworzonego w celu wypłaty odszkodowań byłym robotnikom przymusowym, wywiezionym do Trzeciej Rzeszy. Jednocześnie na podstawie federalnej ustawy o zapewnieniu odszkodowań ofiarom wojny z 1950 roku oficjalny Berlin wypłaca świadczenia socjalne (5 milionów euro rocznie) byłym żołnierzom Trzeciej Rzeszy, formacjom SS oraz zagranicznym kolaborantom³⁶, w tym bezpośrednio zaangażowanym w blokadę Leningradu.

Zdrowe głosy w niemieckim społeczeństwie, których niestety wciąż jest niewiele, nie są w stanie ostudzić niebezpiecznych ataków wojskowej schizofrenii pomnożonej przez nową „etykę”. Autorytarno-rewanżystowski reżim Merkela mocno kontroluje cały system polityczny, nie dopuszczając do władzy sił konstruktywnych.

Niemiecki rząd swoimi lekkomyślnymi działaniami naraża na szwank bezpieczeństwo w Europie Środkowej i Wschodniej, a nawet całego kontynentu. Z powodu braku środków i możliwości samodzielnego przeprowadzenia zbrojnego scenariusza wydarzeń bez bezpośredniego wsparcia ze strony „wielkiego brata” zza oceanu, stawia on coraz wyższe stawki poprzez histerię i paranoję. Celem jest wciągnięcie w potencjalne starcia Europy i Rosji swojego sojusznika — Waszyngtonu. Niezależnie od tego, co ktoś mówi, Bundeswehr wciąż jest głęboko uzależniony od amerykańskiego wsparcia wojskowego. Podczas planowania operacji Niemcy są zmuszeni do korzystania z danych z amerykańskiego wywiadu satelitarnego i transportu strategicznego, a także do uzgadniania działań w ramach ogólnego dowództwa NATO. Na razie Niemcy nie są w stanie samodzielnie uczestniczyć w wojnie o dużej intensywności bez nadmiernego obciążenia ludności odpowiednimi kosztami, czyli bez kolejnej „totalnej wojny” o apokaliptyczne konsekwencje.

Dla naszej strony najważniejsze jest uniknięcie tragedii z 1941 roku. Posiadanie nie tylko sprawnych, ale także gotowych do działania sił zbrojnych na kierunku zachodnim. Świadomość, że dokładnie taka sieć przyczółków, jak dzisiaj, Niemcy przygotowywali wcześniej na głównych kierunkach operacyjnych przed 22 czerwca 1941 roku. Niesprawdzanie się w dobrej wierze Berlina i niewierzenie, że nigdy nie zaryzykuje wojny. Niesłuchanie, że niemiecki establishment będzie się uważał za ostatecznie związany kawałkiem papieru, nawet w przypadku zawarcia jakiegoś traktatu o nowych zasadach europejskiego bezpieczeństwa.

Jak wiadomo, chcą nam narzucić koncepcję „pokoju poprzez siłę”. Zatem możemy odpowiedzieć tylko „bezpieczeństwem Rosji poprzez instynktowny strach Europy”. Ani prośby, ani demonstracja dobrych intencji, ani dobra wola, ani jednostronne kroki na rzecz budowania zaufania nie powinny być naszymi narzędziami do zapobiegania wielkiej rzezi. Tylko uświadomienie Niemcom i wspierającej ich „jednej Europie” nieuchronności poniesienia przez nich niedopuszczalnych strat w przypadku realizacji planu „Barbarossa 2.0” może ich otrzeźwić.

Nasz wyraźny sygnał dla niemieckich elit: w przypadku realizacji najbardziej niebezpiecznego scenariusza istnieje duże prawdopodobieństwo co najmniej wzajemnie gwarantowanego zniszczenia, a w rzeczywistości zakończenia historii europejskiej cywilizacji przy naszym dalszym istnieniu. Niemiecki przemysł nie zostanie tylko poważnie uszkodzony. Zostanie całkowicie zniszczony. Podobnie jak upadnie niemiecka gospodarka, której nikt i nigdy nie odbuduje. Po prostu dlatego, że pozostający przy zdrowych zmysłach wykwalifikowani pracownicy uciekną — do Rosji, do USA, do Chin i krajów azjatyckich. Wydaje się, że tylko bezpośrednie wyartykułowanie tak poważnych konsekwencji może przywrócić zmysły zbłąkanym spadkobiercom nazistów i ich sojusznikom w Niemczech, chroniąc tym samym miliony żyć po obu stronach frontu.

Militarystyczne Niemcy nie są potrzebne pomarszczonej i nierozsądnej Europie, która chce zachować choćby odrobinę politycznej suwerenności w nowym wielobiegunowym świecie. Takie Niemcy nie są potrzebne również nam i są niebezpieczne oraz nieprzewidywalne. Dlatego Berlin ma tylko dwie drogi. Pierwsza to wojna i haniebny pogrzeb własnej suwerenności bez żadnej nadziei na kolejny „cud domu brandenburskiego”. Druga to wytrzeźwienie, a potem geopolityczne wyzdrowienie w oparciu o trudny, lecz ważny dialog. Oba scenariusze są dla nas akceptowalne. Słowo do Niemiec. Mam nadzieję, że nie będą to słowa: „Jeśli mam zginąć, to niech zginie także naród niemiecki, bo okazał się mnie niegodny”³7.

Iran atakuje trzy amerykańskie statki – USA bombardują Qeshm – Płomienie wojny rosną.

Larry Johnson: Iran atakuje trzy amerykańskie statki – USA bombardują Qeshm – Płomienie wojny…

W wywiadzie „Larry Johnson:

Iran strzela do 3 amerykańskich statków – USA bombardują Qeshm – PŁOMIENIE WOJNY ROZPALAJĄ SIĘ” były analityk CIA Larry Johnson przedstawia dramatyczny obraz sytuacji geopolitycznej na Bliskim Wschodzie. Wraz z moderatorem analizuje eskalację konfliktu między USA a Iranem, rolę państw Zatoki Perskiej, wpływ na gospodarkę światową oraz głębokie zmiany w globalnym porządku sił. Johnson argumentuje, że świat nie zmierza ku pokojowi, lecz ku przedłużającej się i potencjalnie zmieniającej system wojnie.

https://youtu.be/gFqQmy5DAuM [to ta rozmowa md]

Rozmowa rozpoczęła się od nowych doniesień CENTCOM-u, że dwa kolejne tankowce w Zatoce Omańskiej zostały „dezaktywowane” za rzekome naruszenie blokady Cieśniny Ormuz. Według moderatora, dwa supertankowce VLCC zostały już zaatakowane poprzedniego wieczoru przez amerykańskie niszczyciele – jeden w pobliżu Fudżajry w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a drugi w pobliżu Jask w Iranie. Johnson postrzega te incydenty nie jako odosobnione, lecz jako początek nowej fazy eskalacji.

W jego ocenie region nieuchronnie zmierza ku otwartej wojnie. Odrzuca doniesienia o rzekomych tajnych rozmowach pokojowych lub rychłych porozumieniach jako „bzdury”. Wojna, która według niego trwa od 28 lutego, trwa już 70. dzień – i nie zakończy się nawet 120. dnia.

Johnson argumentuje, że prawdziwy punkt zwrotny dopiero nadejdzie: Pełne konsekwencje ekonomiczne zakłóceń w przepływach surowców i energii z Zatoki Perskiej do tej pory tylko częściowo dotknęły gospodarkę światową. Ale skutki te wkrótce ujawnią się z pełną siłą. Mówi o „brzydkim” globalnym scenariuszu.

Szczególnie krytycznie odnosi się do strategii Waszyngtonu. Twierdzi, że Trumpowi brakuje prawdziwej strategii wojskowej. Stany Zjednoczone niszczą tankowce, co wywołuje reakcję Iranu, która z kolei prowadzi do dalszej eskalacji konfliktu w Waszyngtonie. Johnson posuwa się nawet do przewidywania, że ​​Iran może prędzej czy później zatopić amerykański niszczyciel – co może mieć potencjalnie wybuchowe konsekwencje dla całego regionu.

Były analityk CIA oskarża również Trumpa o życie w świecie fantazji. Krytykuje wypowiedzi prezydenta USA dotyczące II wojny światowej oraz jego kontakty z Rosją, Chinami i Iranem. Według Johnsona, równolegle z eskalacją napięć wobec Iranu, Stany Zjednoczone nasilają również presję na Chiny: zakazy eksportu technologii chipów, ostrzeżenia dotyczące chińskiej sztucznej inteligencji i prowokacje gospodarcze poważnie nadwyrężają relacje z Pekinem. Potencjalne spotkanie Trumpa z Xi Jinpingiem prawdopodobnie nie będzie zatem przebiegać w przyjaznej atmosferze.

Centralną częścią rozmowy jest rola państw Zatoki Perskiej. Johnson opisuje Zjednoczone Emiraty Arabskie jako państwo, które podjęło „bardzo złą decyzję”, sprzymierzając się z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi. Dubaj, a zwłaszcza port Fudżajra, byłby jednym z pierwszych celów irańskich ataków w przypadku kolejnej eskalacji. Johnson spodziewa się również ataków na bazę lotniczą Al-Dhafra.

Arabia Saudyjska i Kuwejt z kolei działały znacznie ostrożniej. Johnson potwierdził doniesienia, że ​​Arabia Saudyjska tymczasowo odmówiła USA dostępu do bazy lotniczej Prince Sultan w celu przeprowadzenia operacji przeciwko Iranowi. Kuwejt również ograniczył prawa przelotu. Dla Johnsona pokazuje to ograniczenia amerykańskiej projekcji siły. Państwa Zatoki Perskiej zdały sobie sprawę, że w poważnej sytuacji same staną się celem irańskich działań odwetowych.

Uważa rolę Kataru za szczególnie interesującą. Opisuje Katar jako kluczowy kraj w całym kryzysie. Kraj ten jest nie tylko głównym eksporterem LNG, ale także produkuje około 20 procent światowego zapotrzebowania na skroplony gaz ziemny. Ponadto posiada ogromne zasoby mocznika, siarki i helu – surowców niezbędnych dla rolnictwa, produkcji półprzewodników, rafinerii i przemysłu farmaceutycznego.

Johnson zwraca uwagę, że 32 procent światowych dostaw ropy naftowej pochodzi z Zatoki Perskiej – znacznie więcej, niż wielu wcześniej zakładało. Do tego dochodzą ogromne ilości globalnej produkcji siarki, a także znaczne ilości nawozów i helu. Hel jest szczególnie kluczowy dla przemysłu chipów. Johnson uważa za absurdalne, że te łańcuchy dostaw mogłyby zostać zakłócone, podczas gdy rynki finansowe nadal handlowały, jak gdyby nic się nie stało.

Otwarcie mówi o manipulacji rynkiem. Wielokrotnie polityczne zapowiedzi o rzekomo rychłych porozumieniach pokojowych prowadziły do ​​nagłych wahań cen ropy, na których osoby z wewnątrz czerpały ogromne zyski. Johnson szczegółowo wyjaśnia mechanizmy krótkich pozycji i sugeruje, że osoby dysponujące wcześniejszą wiedzą celowo obstawiały spadek cen ropy przed opublikowaniem oświadczeń politycznych.

Johnson opisuje następnie fundamentalną zmianę w globalnej dynamice sił. Iran jest wspierany przez Rosję, Chiny, a coraz częściej także przez Pakistan. Bez tego wsparcia Teheran miałby trudności z utrzymaniem konfliktu. Jednak z tym wsparciem sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Johnson przewiduje nawet, że gospodarka Iranu może osiągnąć lepsze wyniki w 2026 roku niż w 2025 roku.

Cieśnina Ormuz jest w dyskusji opisywana jako przyszłe centrum nowego regionalnego porządku bezpieczeństwa. Johnson zwraca uwagę, że zarówno Władimir Putin, jak i chiński minister spraw zagranicznych Wang Yi niedawno wprost użyli terminu „architektura bezpieczeństwa”. Zgodnie z tym poglądem Rosja, Chiny i Iran pracują nad nowym porządkiem bezpieczeństwa dla Zatoki Perskiej – być może wspólnie z Katarem, Arabią Saudyjską i Omanem.

Według Johnsona, Oman już odgrywa aktywną rolę. Iran i Oman uzgodniły system opłat za przepływ przez Cieśninę Ormuz. Johnson podkreśla, że ​​znaczna część cieśniny jest terytorialnie częścią Omanu i Iranu, a zatem państwa te mają prawo kontrolować dostęp.

Johnson spodziewa się również nowego poziomu eskalacji militarnej. Wskazuje na doniesienia o walkach powietrznych między irańskimi myśliwcami F-4 Phantom a amerykańskimi i/lub izraelskimi samolotami. Jednocześnie Iran gruntownie zmodernizował swoje systemy obrony powietrznej i przeprowadził kilka ćwiczeń z użyciem ostrej amunicji od czasu zawieszenia broni w kwietniu. Stany Zjednoczone mogą zatem przeceniać swoją zdolność do tłumienia irańskich systemów obrony powietrznej.

Johnson również postrzega Izrael w niepewnej sytuacji. Choć Izrael dysponuje znaczną siłą militarną, ani Hamas, ani Hezbollah nie zostały ostatecznie pokonane. Według Johnsona, Izraelowi brakuje naprawdę skutecznego systemu obrony przed irańskimi pociskami balistycznymi i hipersonicznymi. W przypadku kolejnej rundy wojny Izraelczycy znów „siedzieliby w piwnicach” – tym razem z jeszcze większymi zniszczeniami.

Co więcej, Johnson uważa ekspansjonistyczne fantazje izraelskich polityków, takich jak Bezalel Smotrich, za nierealne. Izrael nie ma ani wystarczającej liczby ludności, ani potencjału ekonomicznego, aby utrzymać długoterminową kontrolę militarną nad dużymi obszarami Bliskiego Wschodu. Według Johnsona, przywódcy polityczni działają coraz bardziej irracjonalnie.

Kolejnym kluczowym punktem jest globalny zwrot gospodarczy dotyczący Zachodu. Johnson porównuje obecną sytuację do powolnego upadku Imperium Brytyjskiego. Dominacja gospodarcza i finansowa Londynu w dużej mierze zanikła. Największe banki świata są teraz chińskie. Chiny dominują nie tylko w przemyśle, ale coraz bardziej również w systemie finansowym.

W tym kontekście Johnson mówi również o roli BRICS. Chiny, Rosja, Iran i Brazylia współpracują coraz ściślej. Nawet Indie, które okresowo utrzymywały bliższe relacje z Izraelem, w obliczu wojny coraz bardziej skłaniają się ku Iranowi i BRICS. Opinia publiczna w Indiach wyraźnie zwróciła się przeciwko Izraelowi.

Johnson przewiduje również poważne globalne perturbacje gospodarcze. Prawdopodobna jest globalna recesja, a nawet depresja. Spadek produkcji o dziesięć procent lub więcej może wywołać głód, niestabilność polityczną i poważne kryzysy społeczne. Jednocześnie Stany Zjednoczone będą coraz bardziej pozbawione możliwości uzupełniania własnych arsenałów rakietowych, ponieważ wymaga to dostaw pierwiastków ziem rzadkich z Chin – których Pekin nie jest już skłonny dostarczać.

Na zakończenie rozmowy Johnson kreśli obraz świata w stanie ciągłej transformacji. Stany Zjednoczone są nadmiernie rozciągnięte militarnie, osłabione gospodarczo i coraz bardziej odizolowane geopolitycznie.

Z drugiej strony, kraje takie jak Rosja, Chiny i Iran pracują nad alternatywnymi strukturami władzy i bezpieczeństwa. Dla Johnsona obecny konflikt oznacza zatem nie tylko wojnę regionalną, ale potencjalny początek nowego porządku globalnego.

W co zrobiła cię Unia? MEM-y V.

——————————————–

—————————————————————————————

—————————————

———————————————

—————————————————-

———————————————————————-

———————————————–

———————-

—————————————————————

Złoty a skromny. Palma z głowy bije. MEM-y IV.

————————————-

——————————————————————-

———————————————-

————————————————————

——————————————–

——————————————————————————-

——————————

Gest sztyletu. MEM-y III.

—————————————-

——————————————

———————————————————————-

———————————————–

————————————————————–

——————————————————————-

——————————————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Izraelscy żołnierze niosą pokój. MEM-y I.

————————————–

——————————————————–

—————————————-

—————————————–

———————————

—————————————

————————————————————–

Największe zagrożenie dla białych: Żydowska doktryna stojąca za nożownikami somalijskimi i zalewem imigrantów

Największe zagrożenie dla białych: Żydowska doktryna stojąca za nożownikami somalijskimi i zalewem imigrantów

9 Maggio 2026 Uczta Baltazara babylonianempire/najwieksze-zagrozenie-dla-bialych-zydowska-doktryna-stojaca-za-nozownikami-somalijskimi-i-zalewem-imigrantow

Życie nocne (night-life). Z tego właśnie znany był kiedyś Londyn. Dzisiaj Londyn znany jest z „życia nożowego” (knife-life). W październiku 2025 roku, biały mężczyzna o imieniu Wayne Broadhurst został śmiertelnie pchnięty nożem w Londynie przez afgańskiego muzułmanina. Jego zabójstwo zostało całkowicie zignorowane przez brytyjską elitę polityczną i nie wywołało żadnych pełnych niepokoju komentarzy w mediach głównego nurtu. W kwietniu 2026 r. dwóch Żydów zostało pchniętych nożem, ale nie zabitych, w Londynie przez osobę, która według doniesień była somalijskim muzułmaninem. Brytyjska elita polityczna natychmiast zareagowała oburzeniem, a media głównego nurtu są pełne pełnych niepokoju komentarzy na temat biednych, prześladowanych Żydów. Żydowska minister sprawiedliwości Sarah Sackman oświadczyła z powagą, że „atak na brytyjskich Żydów jest atakiem na samą Wielką Brytanię”.

FOTO: Hebrajczyk atakuje Biały Zachód: Żydzi nienawidzą chrześcijaństwa, ponieważ symbolizuje ono białą Europę (zdjęcie z „Guardiana”) [to błędne tłumaczenie FAKTÓW md]

W rzeczywistości atak na Żydów jest atakiem na zagorzałych wrogów Wielkiej Brytanii. A Sackman doskonale o tym wie. Jej bliski współpracownik, lord Hermer, brytyjski „antyfaszystowski” żydowski prokurator generalny, z entuzjazmem uczestniczył w wojnie prawnej przeciwko brytyjskim żołnierzom, która później została zdemaskowana jako oparta wyłącznie na kłamstwach. Hermer i Sackman nadal nadzorują wojnę prawną przeciwko żołnierzom sił specjalnych. Innymi słowy, nienawidzą Wielkiej Brytanii i zawsze dążyli do podważenia dobrobytu brytyjskich białych.

W ataku nożem na dwóch Żydów w Londynie tkwi ironia, która w mediach głównego nurtu pozostanie całkowicie niezauważona. Atak ten został wywołany przez samych Żydów, ponieważ to oni są bezpośrednio odpowiedzialni za zalewanie krajów zachodnich obcymi i niepodatnymi na asymilację grupami, takimi jak Somalijczycy, Afgańczycy i Pakistańczycy. Te trzy grupy są zarówno niebiałe, jak i muzułmańskie, więc czemu Żydom miałoby się to nie podobać?

FOTO: Białe stroje dla antybiałej elity prawniczej: Sarah Sackman, Shabana Mahmood i Richard Hermer (zdjęcie z Wikipedii)

Jako wrogowie Wielkiej Brytanii Żydzi sprowadzili niebiałych muzułmanów jako piechotę w żydowskiej wojnie przeciwko białemu Zachodowi. Innymi słowy, Żydzi sprowadzili muzułmanów, by zaszkodzić białej i historycznie chrześcijańskiej większości, której przodków obwiniają za tysiąclecia niezasłużonych prześladowań. I nie musicie wierzyć mi na słowo. Nie, uwierzcie samym Żydom. Oto żydowski „działacz pokojowy” Uri Avnery wyjaśniający, dlaczego Żydzi kochają imigrację muzułmańską:

Jak powszechnie wiadomo, pod panowaniem muzułmańskim Żydzi w Hiszpanii cieszyli się rozkwitem, jakiego nie zaznali nigdzie indziej aż do niemal naszych czasów. Poeci tacy jak Yehuda Halevy pisali po arabsku, podobnie jak wielki Majmonides. W muzułmańskiej Hiszpanii Żydzi byli ministrami, poetami, naukowcami. W muzułmańskim Toledo uczeni chrześcijańscy, żydowscy i muzułmańscy współpracowali ze sobą i tłumaczyli starożytne greckie teksty filozoficzne i naukowe. Był to rzeczywiście złoty wiek. Jak byłoby to możliwe, gdyby Prorok nakazał „szerzenie wiary mieczem”?

To, co stało się później, jest jeszcze bardziej wymowne. Kiedy katolicy odzyskali Hiszpanię z rąk muzułmanów, zaprowadzili rządy terroru religijnego. Żydzi i muzułmanie stanęli przed okrutnym wyborem: przyjąć chrześcijaństwo, zginąć w masakrze albo opuścić kraj. A dokąd uciekły setki tysięcy Żydów, którzy nie chcieli porzucić swojej wiary? Niemal wszystkich przyjęto z otwartymi ramionami w krajach muzułmańskich. Żydzi sefardyjscy („hiszpańscy”) osiedlili się w całym świecie muzułmańskim, od Maroka na zachodzie po Irak na wschodzie, od Bułgarii (wówczas części Imperium Osmańskiego) na północy po Sudan na południu. Nigdzie nie byli prześladowani. Nie znali tortur inkwizycji, płomieni autodafe, pogromów, strasznych masowych wypędzeń, które miały miejsce w niemal wszystkich krajach chrześcijańskich, aż po Holokaust. […]

Każdy uczciwy Żyd, który zna historię swojego ludu, nie może nie odczuwać głębokiej wdzięczności wobec islamu, który chronił Żydów przez pięćdziesiąt pokoleń, podczas gdy świat chrześcijański prześladował Żydów i wielokrotnie próbował „mieczem” zmusić ich do porzucenia swojej wiary. („Miecz Mahometa”, Scoop, 23 października 2006 r.)

Proislamskie i antychrześcijańskie poglądy Avnery’ego od wielu dziesięcioleci są wśród Żydów całkowicie powszechne:

  • Brytyjscy Żydzi i muzułmanie są naturalnymi sojusznikami, dr Richard Stone, „The Independent”, 15 sierpnia 2001 r.
  • Żydzi i muzułmanie są naturalnymi sojusznikami w walce z dyskryminacją religijną, Daisy Khan i rabin Burton Visotzky, „The Hill”, 24 sierpnia 2017 r.
  • Muzułmanie i Żydzi stoją w obliczu wspólnego zagrożenia ze strony zwolenników supremacji białej rasy. Musimy wspólnie z tym walczyć, Jonathan Freedland i Mehdi Hasan, The Guardian, 3 kwietnia 2019 r.
  • Czując się zagrożeni, amerykańscy muzułmanie i Żydzi łączą siły, Laurie Goodstein, The New York Times, 5 grudnia 2015 r.
  • Żydowskie kobiety „stoją ramię w ramię” z muzułmankami w obliczu islamofobicznych nadużyć, The Jewish Chronicle, 19 kwietnia 2018 r.
  • Były szef CST pomoże grupie muzułmańskiej w walce z islamofobią, The Jewish Chronicle, 10 kwietnia 2014 r.
  • Żydowskie i muzułmańskie kobiety zobowiązują się do współpracy w walce z nienawiścią, The Jewish Chronicle, 24 kwietnia 2018 r.
  • Żydzi i muzułmanie powinni zjednoczyć się w walce z rasizmem, The Jewish Chronicle, 28 marca 2018 r.
  • Prezes zarządu Marie van der Zyl zobowiązuje się być „oddanym sojusznikiem” muzułmanów podczas międzywyznaniowego iftaru, The Jewish Chronicle, 13 lipca 2018 r.
  • Nasza społeczność żydowska musi zrobić więcej, aby wspierać muzułmanów atakowanych przez islamofobów, The Jewish Chronicle, 8 sierpnia 2018 r.
  • Żydzi i muzułmanie zacieśniają sojusze w następstwie wyboru Trumpa, The Jewish Standard, 15 listopada 2016 r.
  • Ta młoda Żydówka i młoda muzułmanka uczą uczniów o rasizmie, „The Jewish Chronicle”, 7 lutego 2019 r.

Jednak kluczowa rola Żydów w migracji muzułmanów nie zostanie poruszona w pełnych niepokoju komentarzach na temat tego somalijskiego nożownika z Londynu. Obdarzając Żydów współczuciem i pochlebstwami, media głównego nurtu nie zapytają, dlaczego w Wielkiej Brytanii jest tak wielu Somalijczyków. Na to niezwykle interesujące pytanie istnieje bardzo prosta odpowiedź. W Wielkiej Brytanii jest tak wielu Somalijczyków dzięki mało znanej Barbarze Roche, intensywnie etnocentrycznej Żydówce, która pełniła funkcję ministra ds. imigracji pod rządami oddanego szabas-goja Tony’ego Blaira:

FOTO: Semicka zwolenniczka agresywnych Somalijczyków: ekspertka ds. migracji Barbara Roche przedstawia „brytyjską historię migracji” w 2011 roku

Najbardziej niewiarygodne rewelacje [dotyczące spisku Partii Pracy na rzecz otwarcia granic Wielkiej Brytanii] dotyczą Barbary Roche, mało znanej posłanki, która w latach 1999–2001 pełniła funkcję minister ds. imigracji. W tym okresie, za zgodą Blaira, po cichu wprowadziła politykę, która zmieniła oblicze Wielkiej Brytanii. […] Podobnie jak [Jack] Straw, Blair starał się nigdy publicznie nie wspominać o rosnącej liczbie imigrantów z Indii i Pakistanu, którzy mogli teraz wjeżdżać do Wielkiej Brytanii. Nie zastanawiał się też, jak zapewnić mieszkania, szkoły i opiekę zdrowotną dla dodatkowych 300 000 osób przybywających rocznie.

Żadne z nich nie zastanawiało się też, czy imigranci będą mieli jakikolwiek wpływ na życie brytyjskiej klasy robotniczej. (Dziewięć lat później raport Komitetu Doradczego ds. Migracji wykazał, że na każde 100 zatrudnionych tu pracowników urodzonych za granicą przypadało 23 brytyjskich pracowników, którzy stracili pracę).

Czy te machinacje mogłyby być jeszcze gorsze? Okazało się, że tak – wraz z mianowaniem Barbary Roche na stanowisko wiceminister ds. imigracji. Jedynym poleceniem, jakie Blair jej przekazał, było deportowanie osób ubiegających się o azyl pod fałszywym pretekstem. Jednak Roche nie zamierzała się do tego stosować. Podczas swojej pierwszej rozmowy z wysokim rangą urzędnikiem ds. imigracji wyraziła się szczerze: „Uważam, że osobom ubiegającym się o azyl powinno się pozwolić na pozostanie w kraju. Procedura wydalania trwa zbyt długo i budzi emocje”. Utrzymywała nawet, że samo słowo „fałszywy” wywołuje negatywne odczucia.

„Było jasne, że Roche chciała, aby do Wielkiej Brytanii przybywało więcej imigrantów” – wspomina Stephen Boys-Smith, nowy szef dyrekcji ds. imigracji. „Nie postrzegała swojej pracy jako kontroli wjazdu, ale patrząc na szerszy obraz „w sposób holistyczny”, chciała, abyśmy dostrzegli korzyści płynące z wielokulturowego społeczeństwa”. Jack Straw nigdy otwarcie nie sprzeciwiał się Roche – po prostu nie warto było ryzykować zrażenia Partii Pracy. Zabrała się więc do pracy nad przemówieniem, w którym nakreśliła zalety ograniczenia kontroli imigracji i przedstawiła osoby ubiegające się o azyl jako wykwalifikowaną siłę roboczą. Nie omówiła tego, co zamierzała powiedzieć, ze Strawem. […]

„Dobra robota, Barbaro” – powiedział Blair do Roche wkrótce [po przemówieniu]. Pomimo kontrowersyjnej treści jej przemówienie przeszło stosunkowo niezauważone. Migranci jednak szybko zrozumieli jego znaczenie i przekazali tę wiadomość swoim przyjaciołom i rodzinom na całym świecie. Partia Pracy wpuszczała więcej ludzi – mówili im – i – w przeciwieństwie do innych krajów europejskich – Wielka Brytania zapewni im zasiłki i mieszkania socjalne. […]

Jednym ze skutków działań Roche’a było pojawienie się setek kolejnych imigrantów, którzy obozowali w nędznych warunkach w Sangatte, na obrzeżach Calais, gdzie próbowali przemycić się do ciężarówek. Wieści o nowym liberalizmie – a w szczególności o świadczeniach socjalnych – zaczęły teraz przyciągać Somalijczyków, którzy wcześniej osiedlili się w innych krajach UE. Chociaż między Somalią a Wielką Brytanią nie istniały żadne historyczne ani kulturowe powiązania, przybyło ponad 200 000 osób. Ponieważ większość z nich nie miała wykształcenia i byłaby uzależniona od pomocy społecznej, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych mogło odmówić im wjazdu. Jednak przyznano im „wyjątkowe zezwolenie na pobyt”. (Cyniczny spisek oszusta Blaira mający na celu oszukanie Brytyjczyków i wpuszczenie 2 milionów imigrantów z naruszeniem przepisów, The Daily Mail, 26 lutego 2016 r.)

Mężczyzna aresztowany za pchnięcie nożem dwóch Żydów w Londynie to podobno 45-latek „urodzony w Somalii, który przybył do Wielkiej Brytanii »legalnie jako dziecko«”. Innymi słowy, jest on jednym z Somalijczyków sprowadzonych do Wielkiej Brytanii bez jakiegokolwiek demokratycznego mandatu ani zgody białej większości. Od momentu przybycia wzbogacił Wielką Brytanię w typowo somalijski sposób: ma „historię poważnej przemocy i problemów ze zdrowiem psychicznym”.

Dwie strony tego samego Cohena

Barbara Roche zalała Wielką Brytanię Somalijczykami o niskim IQ i wysokiej przestępczości, takimi jak on, ponieważ uważała, że będzie to dobre dla Żydów. Nie chciała pomóc Somalijczykom: chciała zaszkodzić białym. Krótko mówiąc, chciała zemścić się na białych. I znowu, nie musicie wierzyć mi na słowo. Nie, uwierzcie samej Roche. W 2001 roku powiedziała w wywiadzie dla Guardiana, że jej „rodzice byli częściowo hiszpańskimi, portugalskimi, polskimi i rosyjskimi [Żydami], a ona weszła do polityki – do dziś to podkreśla – aby zwalczać antysemityzm i ksenofobię w ogóle”. W jednym z przemówień w 2000 roku wyraźnie cieszyła się ze swojej zdolności do otwarcia granic Wielkiej Brytanii i wyrządzenia krzywdy białej większości. Była dumną potomkinią Żydów, którzy ponad sto lat temu zostali znieważeni przez ksenofobicznego białego Brytyjczyka. Zwróćcie uwagę, jak rozpoczyna tę część swojego przemówienia rażącym kłamstwem:

Wielka Brytania zawsze była krajem imigrantów. Przed początkiem XX wieku praktycznie nie istniały żadne kontrole imigracyjne. Ustawa o cudzoziemcach z 1905 roku była bezpośrednią reakcją na imigrację żydowską i trudno zaprzeczyć, że częściowo wynikała z antysemityzmu. Major [William] Evans-Gordon, poseł do parlamentu, przemawiając na poparcie tej ustawy, powiedział: „To najbiedniejsi i najmniej zdolni spośród tych ludzi się przemieszczają, a to właśnie resztki z tej grupy przybywają do tego kraju i są tu przyjmowani […] Szanowni posłowie z przeciwnej strony nie żyją w codziennym strachu, że zostaną wyrzuceni na ulicę, aby zrobić miejsce dla nieprzyjemnego Polaka [tj. polskiego Żyda]”.

Podejrzewam, że major Evans-Gordon przewróciłby się w grobie, gdyby wiedział, że ich potomkini nie tylko zostanie ministrem ds. imigracji, ale także stanie dziś przed Państwem, wygłaszając to przemówienie. („Migracja w Wielkiej Brytanii w globalnej gospodarce”, projekt przemówienia Barbary Roche, posłanki do parlamentu i minister ds. imigracji, Londyn, 11 września 2000 r.)

Żydowskie kłamstwo Roche’a, że Wielka Brytania jest „narodem migrantów”, nawiązywało do starszego żydowskiego kłamstwa, że Ameryka jest „narodem imigrantów”. Żydzi jednak nie wierzą we własne bajki: tych kłamstw nie rozpowszechnia się w Izraelu, którego szczelnie zamknięte granice i zdecydowanie judeo-centryczne prawo odzwierciedlają prawdziwe znaczenie słowa „naród”. Słowo to pochodzi od łacińskiego czasownika nasci, oznaczającego „urodzić się”, ponieważ naród jest związany więzami krwi, wspólnym pochodzeniem, religią, kulturą i językiem. W tym sensie Wielka Brytania, Ameryka, Francja, Australia i wiele innych krajów zachodnich przestały być prawdziwymi narodami, ponieważ zostały zalane przez obcych i niepodlegających asymilacji nie-białych przez swoje zdradzieckie, kontrolowane przez Żydów elity. Polityka izraelska kieruje się zasadą „Co jest najlepsze dla Żydów?”. Polityka zachodnia kieruje się zasadą „Co jest najgorsze dla białych?”. Ale te dwie zasady to w rzeczywistości dwie strony tego samego Cohena: Żydzi tacy jak Barbara Roche wierzą, że to, co jest najgorsze dla białych, jest jednocześnie tym, co jest najlepsze dla Żydów.

FOTO: 22 zabitych gojów kontra dwóch zabitych Żydów: ta powódź błota ma znaczenie tylko wtedy, gdy szkodzi Żydom

To wyjaśnia, dlaczego Żydzi sprowadzili na Zachód miliony muzułmanów i innych osób niebiałych wbrew woli białej większości. Jednocześnie Żydzi, sprowadzając tych „naturalnych sojuszników”, demonizowali białą opozycję jako rasistowską i ksenofobiczną, opracowując i narzucając surowe przepisy mające na celu stłumienie białego oporu oraz zastraszenie białych, by milczeli. Osoby niebiałe od dziesięcioleci mordują, gwałcą i wykorzystują białych, ale Żydzi postrzegali to jako zaletę, a nie wadę migracji osób niebiałych. Teraz, gdy ich „naturalni sojusznicy” również się od nich odwracają, Żydzi udają niewinne ofiary i domagają się większej władzy i przywilejów. Rozpowszechniają też śmieszne kłamstwa. Oto dumny z bycia homoseksualistą i intensywnie etnocentryczny Żyd Jonathan Sacerdoti przemawiający do łatwowiernych gojów w cuckservative ( en.wikipedia.org/wiki/Cuckservative) Spectator:

Żydzi uosabiają zachodnie wolności i wartości nie dlatego, że to dzięki nim możemy żyć w wolności, ale dlatego, że wiele z tych wartości jest w rzeczywistości naszymi wartościami, przyjętymi i zaadoptowanymi przez chrześcijaństwo oraz szeroko pojęte społeczeństwo świeckie. Właśnie dlatego ci wrogowie cywilizacji tak bardzo nas nienawidzą, a ich ataki na nas stanowią w rzeczywistości jedynie niewielką część ich szerszych ataków na cały Zachód. („Dlaczego Zachód nie może bronić Żydów?”, The Spectator, 15 grudnia 2025 r.)

FOTO: Jonathan Sacerdoti, dumny z bycia homoseksualistą i głęboko etnocentryczny Żyd

W rzeczywistości prawdziwymi „wartościami” Żydów są etnocentryzm i autorytaryzm. Dlatego właśnie Żydzi atakowali i podważali zachodnie „wolności”, takie jak wolność słowa, wolność badań i wolność zrzeszania się. Ogromnie ceniony – i mocno przereklamowany – żydowski filozof Baruch Spinoza zostałby zamordowany za bluźnierstwo przez swoich współwyznawców, gdyby nie udało mu się znaleźć schronienia wśród nie-Żydów w XVII-wiecznej Holandii. W XXI wieku Holandia jest taka sama jak reszta Zachodu: biali mają tam swobodę konsumowania najbardziej odrażających form pornografii, ale nie mają swobody badania i mówienia prawdy o różnicach rasowych. Realizm w kwestii rasy jest bowiem „mową nienawiści”. A kto wymyślił pojęcie „mowy nienawiści”? Na to bardzo interesujące pytanie ponad siedemdziesiąt lat temu odpowiedział dalekowzroczny ksiądz katolicki, ojciec Leonard Feeney:

CZY NALEŻY ZAKAZAĆ NIENAWIŚCI?

Większość Amerykanów, słysząc to pytanie, bez wahania odpowiedziałaby: „Tak, oczywiście, nienawiść powinna być zakazana!”. Ich chęć udzielenia odpowiedzi można wyjaśnić aż nazbyt łatwo. Przez ostatnie półtorej dekady byli bombardowani propagandą, która miała sprawić, że będą patrzeć na cały świat z ogłupiającą życzliwością. Techniki reklamowe, które zwykle zachęcają Amerykanów do wybredności w kwestii mydła i pasty do zębów, są teraz wykorzystywane, by przekonać ich, że w sprawach kultury i wyznania nie ma czegoś takiego jak produkt lepszy od innych. Za pomocą billboardów, plakatów w autobusach i metrze, gazet i czasopism, audycji radiowych i telewizyjnych przekonuje się Amerykanów, zarówno subtelnie, jak i bez ogródek, że „fanatyzm to faszyzm… Tylko braterstwo może ocalić nasz naród… Musimy być tolerancyjni wobec wszystkich!”.

Długofalowe skutki tej kampanii są widoczne już teraz. Tworzy ona „obywatela bez kręgosłupa”: człowieka pozbawionego wrażliwości kulturowej; niezdolnego do oburzenia; którego jedyna aktywność umysłowa jest jedynie przedłużeniem tego, co czyta w gazecie lub ogląda na ekranie telewizora; który z pustym i uśmiechniętym wyrazem twarzy patrzy na moralną katastrofę w swojej okolicy, polityczną katastrofę w swoim kraju i zbliżającą się światową katastrofę. Ma zrozumienie tylko dla wrogów swojego kraju. Żywi wyłącznie życzliwe uczucia wobec tych, którzy chcieliby zniszczyć jego dom i rodzinę. Szczerze współczuje każdemu, kto chciałby zniszczyć jego wiarę. Jest powszechnie tolerancyjny. Jest całkowicie pozbawiony uprzedzeń. Jeśli ma jakieś zasady, dobrze je ukrywa, aby nie wydawało się, że opowiadając się za nimi, sugeruje, iż zasady kontrastujące z nimi mogą być mniej wartościowe. Jest, na miarę swoich możliwości, dokładnie taki sam jak każdy inny obywatel, który, jak wierzy, stara się być dokładnie taki jak on: bezimienny, pozbawiony charakteru człowiek-plastelina. […]

Tak samo pewnie i stanowczo, jak Żydzi stali za masonerią, sekularyzmem czy komunizmem, tak samo stoją za kampanią „przeciw nienawiści”. Nie chodzi o to, że ruch ten stanowi urzeczywistnienie doktryny talmudycznej. Żydzi opowiadają się za tolerancją wyłącznie ze względu na jej destrukcyjną wartość – destrukcyjną, to znaczy dla Kościoła Katolickiego. Ze swojej strony wciąż podtrzymują swoje rasowe urazy i niechęci. Na przykład ich Talmud nadal naucza, że Chrystus był bezczelnym oszustem, i podaje nienadającą się do publikacji bluźnierczą relację o jego pochodzeniu i narodzinach. A jak powinno nas nauczyć właśnie minione Boże Narodzenie, Żydzi, pomimo całej swojej gadaniny o braterstwie, w najmniejszym stopniu nie porzucili swojego zdecydowanego programu, aby wszelkie przejawy uznania Bożego Narodzenia zniknęły z życia publicznego i społecznego narodu.

Sekretem sukcesu Żydów jest oczywiście to, że potrafią oni żywić taką prywatną nienawiść, jednocześnie propagując publiczną „miłość”, i nie są za to oskarżani o hipokryzję. Jak zawsze bowiem kierują oni wszystkim głównie zza kulis. Swoje przesłanie przekazują za pośrednictwem współpracujących z nimi nie-Żydów. A takich nie-Żydów jest obecnie prawdopodobnie więcej – zarówno tych chętnych, jak i tych, którzy dają się oszukać – niż kiedykolwiek wcześniej w historii. Dodatkowym szczęśliwym zbiegiem okoliczności jest to, że żydowscy dyrektorzy amerykańskiego przemysłu rozrywkowego mogą teraz zagwarantować, że jeden rzecznik Bractwa, znajdujący się w odpowiednim miejscu (np. za mikrofonem lub przed kamerą telewizyjną), jest w stanie wywrzeć wpływ na miliony Amerykanów.

A kampania Żydów odnosi sukcesy. Mamy wszelkie powody, by niepokoić się tym sukcesem. Amerykańscy katolicy, nawet ci, którzy nie angażują się aktywnie w dyskusję na temat tolerancji, są obecnie utrzymywani w ryzach przez wszechobecną groźbę oskarżenia o nienawiść, fanatyzm i nietolerancję. („Czy nienawiść powinna być zakazana?”, The Point, pod redakcją ks. Leonarda Feeneya, lipiec 1955 r.)

W 1955 roku, katolicki ksiądz Feeney myślał dokładnie tak samo jak katolik Michael E. Jones w 2026 roku. Ksiądz Feeney słusznie dostrzegł, że Żydzi nienawidzą Kościoła Katolickiego, ale nie zrozumiał, że nienawidzą go dlatego, że jest on biały, a nie dlatego, że jest chrześcijański. [To błąd. Nienawidzą – bo zaparli się swojego Mesjasza, a więć produkują nowego. md] Wielki pisarz katolicki Hilaire Belloc prawdopodobnie nie popełniłby tego samego błędu. Jak kiedyś powiedział: „Europa to Wiara, a Wiara to Europa”. Dlatego Belloc byłby całkowicie przeciwny imigracji muzułmanów i innych nie-białych do Europy. Nie byłby też wcale zaskoczony, widząc, jak Żydzi organizują taką imigrację, propagują ją i karzą białych za opór wobec niej.

Belloc nie byłby też zaskoczony, widząc, jak Żydzi cynicznie odgrywają rolę ofiar, gdy ich własna polityka obróciła się przeciwko nim. Ten somalijski nożownik z Londynu, który zaatakował Żydów, zostanie teraz wykorzystany przez Żydów do zwiększenia żydowskiej potęgi i podkreślenia statusu ofiar. Nie zabił nikogo, ale otrzyma znacznie więcej uwagi niż Mohammed Ismail, Somalijczyk, który zamordował trzech białych w Sheffield w 1960 roku, oraz niż Mohamed Noor Iidow (sic), Somalijczyk, który zgwałcił na śmierć białą kobietę w Londynie w 2021 roku.

FOTO: Podobnie jak w Ameryce, tak i w Australii: oto część Żydów, którzy działali na rzecz zniesienia polityki „Białej Australii”

Na całym Zachodzie niezliczeni biali ludzie padli ofiarą morderstw, gwałtów, pobić, rabunków i innych krzywd spowodowanych przez błotną powódź masowej migracji, nadzorowaną przez Żydów. Jednak, jak już wspomniano, krzywda wyrządzona białym ludziom jest cechą charakterystyczną tej powodzi, a nie jej błędem. A teraz, gdy ta powódź błota z opóźnieniem szkodzi jej twórcom, Żydzi odgrywają rolę ofiar i lamentują, że „Żydzi nigdzie nie czują się bezpiecznie”, że „Żydzi żyją w strachu w Wielkiej Brytanii XXI wieku”, że „Żydzi w Wielkiej Brytanii nie czują się już jak w domu”, że „Żydzi w Irlandii nigdy nie czuli się bardziej samotni”. Jednak żadnemu z tych lamentów nie towarzyszy szczerość ani samokrytyka. Żydzi nie wyróżniają się szczerością i samokrytyką. Zamiast tego wyróżniają się użalaniem się nad sobą. Oto ponownie Jonathan Sacerdoti:

Brytyjscy Żydzi po cichu przygotowują się do opuszczenia kraju

Wczoraj wieczorem siedziałem w synagodze, w której dorastałem, czekając na wywiad z pułkownikiem Richardem Kempem, emerytowanym wysokim rangą oficerem armii brytyjskiej, który przez prawie trzy dekady służył w Irlandii Północnej, na Bałkanach, na Bliskim Wschodzie i w Afganistanie. Nasza rozmowa miała zakończyć nabożeństwo symbolizujące przejście od izraelskiego Dnia Pamięci o poległych do Dnia Niepodległości. Brytyjski Żyd i brytyjski pułkownik w pomieszczeniu pełnym emocji, dumy i niemałej obawy, po tygodniu, w którym w Londynie doszło do wielu podpaleń miejsc związanych z Żydami. W powietrzu unosiło się nieprzyjemne poczucie upadku Rzymu. […]

Podczas kolacji, która odbyła się później i miała na celu świętowanie niepodległości Izraela, nastrój w sali nie był w prostym sensie uroczysty. Rozmowy były poważne, a nawet ciężkie. Ludzie mówili mi otwarcie o upadku, o Wielkiej Brytanii, o sytuacji Żydów tutaj. Co ciekawe, rozmawiali też o planach awaryjnych. Gdzie mogliby się udać. Kiedy mogliby wyjechać. Jaki próg spowodowałby podjęcie tej decyzji. Najbardziej niepokojąca była niekoniecznie treść tych rozmów, ale ich założenie. Mówili tak, jakby wyjazd nie był hipotetyczny, ale ostatecznie konieczny.

Mógłbym zbudować sobie życie w Izraelu. Widzę to na tyle wyraźnie, że wiem, iż byłoby to dobre życie. Wielu brytyjskich Żydów podziela to przekonanie: Izrael nie jest jedynie schronieniem ostatniej szansy, „polisą ubezpieczeniową” na wypadek katastrofy. W ciągu dziesięcioleci swojego istnienia stał się czymś znacznie bardziej znaczącym. To funkcjonujące, dynamiczne państwo z własną kulturą, mocnymi stronami i napięciami. To prawdziwa alternatywa życiowa, a nie tylko teoretyczna ucieczka przed niebezpieczeństwem. […] A jednak większość z nas wybrała Wielką Brytanię. Nie przez przypadek, ale świadomie. To jest droga, którą podążaliśmy, społeczeństwo, w które zainwestowaliśmy, miejsce, w którym ukształtowało się nasze życie. Wielka Brytania zaoferowała nam możliwości, stabilność i poczucie przynależności, z którego niełatwo zrezygnować. To nasz dom. Chcemy, aby był naszym schronieniem. („Żydzi w Wielkiej Brytanii po cichu przygotowują się do opuszczenia kraju”, The Spectator, 22 kwietnia 2026 r.)

Tak, ci Żydzi „świadomie” zdecydowali się zamieszkać w Wielkiej Brytanii. I świadomie postanowili zalać Wielką Brytanię muzułmanami oraz innymi „naturalnymi sojusznikami”. A także świadomie postanowili demonizować białych jako rasistów i ksenofobów za to, że opierają się tej fali zalewającej kraj. W końcu nie zapominajmy, że „przyjmujcie przybysza” to niezachwiana żydowska wartość! Ale ta powódź błota zaczęła teraz szkodzić również Żydom, więc „po cichu przygotowują się” do ucieczki do Izraela, gdzie ta niezachwiana żydowska wartość „Witajcie obcych” w tajemniczy sposób nie miała zastosowania przez tak wiele dziesięcioleci. W rzeczywistości istnieją tylko trzy niezachwiane wartości żydowskie. Dwie z nich wspomniałem powyżej: etnocentryzm i autorytaryzm. Oto trzecia: hipokryzja.

Na nieszczęście dla Żydów, hebrajska hipokryzja staje się coraz bardziej oczywista dla coraz większej liczby gojów.

INFO: theoccidentalobserver/whats-worst-for-whites-the-jewish-principle-that-explains-stabby-somalis-and-the-mud-flood (przekład: AI; wszystkie odnośniki w oryginale tekstu)

babylonianempire/imigracja-islamska-zydowska-miotla-na-chrzescijanstwo-w-europie

babylonianempire/gaza-i-muzulmanska-imigracja-do-europy

babylonianempire/krwawa-laznia-na-plazy-bondi-jak-zydzi-wykorzystuja-to-co-stworzyl-ich-wlasny-aktywizm

babylonianempire/od-wielu-lat-trwa-nieustanny-zydowski-demontaz-irlandii

Condividi:

Zadłużamy, okradamy, uciekamy

Zadłużamy, okradamy, uciekamy

8 maja 2026

W biały dzień, przy włączonych kamerach, dokonał się kolejny przekręt.

III RP jest bankrutem, który nie ma pieniędzy na system ochrony zdrowia i na obronność, a odpowiedzialni za ten stan rzeczy zaciągają kolejny dług, aby móc dalej podbierać z korytka.

Ana Bryłka pisze na X:

Komisja Europejska zbudowała instrument finansowy, który zapewnia jej kontrolę nad udzielaniem i wydatkowaniem pożyczki, przy czym wszystkie koszty tego instrumentu przerzucone są na Państwa Członkowskie. Realny punkt decyzyjny leży w Brukseli a nie w Warszawie – nie dość bowiem, że Polska musi dostać zgodę na swoje zakupy, musi je przeprowadzić na narzuconych warunkach (65% komponentów w całym łańcuchu dostaw z Europy, wspólne zamówienia) to jeszcze Komisja będzie kontrolowała dotychczasowe wydatkowanie środków przed przyznaniem kolejnej transzy. Nad tym wszystkim jeszcze wisi „pałka” mechanizmu warunkowości, czyli możliwości wstrzymywania środków przez Brukselę według nie do końca przewidywalnych kryteriów, o czym Polska przekonała się przy wspólnym długu z KPO. Oczywiście wstrzymanie rat i transz nie wstrzymuje spłaty długu. Podsumujmy: Rząd Tuska pożycza pieniądze na nieznany procent, które może wydać tylko za zgodą Komisji Europejskiej i na jej warunkach.

Rząd Polski nie zna dokładnego oprocentowania pożyczki w chwili podpisania umowy pożyczki ramowej. Koszt konkretnego uruchomienia środków stanie się znany najwcześniej na poziomie danej wypłaty, kiedy będzie znana dokumentacją tej wypłaty i przypisaniem jej do odpowiedniego koszyka kosztowego. Komisja Europejska nie ma tych pieniędzy i dopiero musi je na potrzeby konkretnej pożyczki zaciągać na rynku w formie emisji obligacji. Każda transza będzie na innych warunkach a poznamy je najszybciej po zatwierdzeniu konkretnego wniosku przez Komisję Europejską.

SAFE jest kolejnym wspólnym unijnym długiem, który państwa członkowskie mają spłacać przez 45 lat. To oznacza, że pożyczkę spłacać będą jeszcze nasze wnuki – SAFE to dług wielopokoleniowy. Zadłużanie się to obecnie standard w Unii Europejskiej – obecny projekt Wieloletnich Ram Finansowych na lata 2028-2034 (unijny budżet) około 8,5 proc swoich środków przeznacza na obsługę zadłużenia, a na potrzeby pozyskania tych środków intensywnie rozbudowuje dział nowych „dochodów własnych” (unijnych podatków).

Program został zbudowany w trybie omijającym standardową kontrolę parlamentarną na poziomie unijnym, stosując złą podstawę prawną w procesie legislacyjnym pominięto Parlament Europejski. W efekcie Parlament Europejski wniósł do TSUE sprawę C-560/25 przeciw Radzie, domagając się unieważnienia rozporządzenia ustanawiającego SAFE. Potencjalne konsekwencje tej skargi mogą być dewastujące dla budżetu UE, czyli przyszłych budżetów państw członkowskich.

Konieczność szybkiego wydawania pieniędzy (do 30 maja 2026 r. możliwe są umowy na samodzielne zakupy, potem już tylko wspólne zakupy) czyni z tego instrumentu raczej program zakupowy niż inwestycyjny. Pośpiech i chaos sprzyjają firmom, które już mają produkt i linie produkcyjne, natomiast utrudniają projekty wymagające organizowania nowego zaplecza przemysłowego. W tym sensie jest to instrument do zakupów uzbrojenia istniejącego, tzw. z półki, a tu pojawia się przemysł niemiecki i francuski.

Instrument SAFE wzmacnia strukturalną przewagę dojrzałych zachodnich producentów. Za przykład tej strukturalnej przewagi niech świadczy wycofanie się Polskiej Amunicji, bo formalno-techniczne wymogi i certyfikacja czyniły termin realizacji niewykonalnym. Z kolei w Rumunii część dostawców, w tym niemiecki Rheinmetall, miała podnosić ceny ofertowe nawet o 30% w warunkach presji czasu związanej z SAFE.

Czy będzie prezent z okazji Dnia Zwycięstwa?

Zelmer: Czy będzie prezent z okazji Dnia Zwycięstwa?

Czy 9 maja, w dniu Święta Zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami i nazizmem, radośnie panującymi w ówczesnym czasie, dojdzie do ataku rakietowego na Moskwę. Czy będzie to prezent? No właśnie. Ciekawe dla kogo?

Moskwa z takiego prezentu zapewne się ucieszy. Da jej to carte blanche do zakończenia tej farsy. Farsy, która z naszego i zachodniego punktu widzenia świadczy o słabości Rosji i wielkiej niemocy poradzenia sobie z armią ukraińską. Ale czy tak powinniśmy do tego podchodzić? Podchodzić z naszego zachodniego punktu widzenia, czy może, aby lepiej zrozumieć, należy wejść w czyjeś buty. Ja nazywam to odwróceniem mapy. Termin zaczerpnięty prawdopodobnie od podróżnika Wojciecha Cejrowskiego kilka lat temu. 

Co w związku z taką ewentualnością, takim scenariuszem? – Przewiduję, że wówczas zostaną zniszczone w Kijowie obiekty wojskowe, administracyjne i rządowe. Bunkry również będą spenetrowane w głąb, jak fabryka Jużmasz w listopadzie 2024 roku. Idąc dalej, wojsko wpadnie w panikę, linia frontu się załamie na dobre (zostało to powiedziane wprost przez rząd Federacji Rosyjskiej). I jak sądzę od blisko czterech lat, Federacja Rosyjska zajmie osiem obwodów i być może rejon Sumski, żeby z tej strony mieć święty spokój. Odetną Odessę i połączą się granicami z Mołdawią, gdzie żyje spora grupa rosyjskojęzyczna. Zostanie utworzona strefa buforowa.

Przy takim scenariuszu, pokuszę się o dalsze prognozowanie; UE oczywiście zaostrzy retorykę wojenną i zacznie wydawać każdy grosz na zbrojenia – ku naszej uciesze i gromkiemu aplauzowi, co dla ludzi rozsądnych będzie zupełnie niezrozumiałe. Uważam, że do tej pory powolna i precyzyjna wojna czy – jak to określa FR – operacja specjalna, jest taktycznym zagraniem na wykrwawienie UE. Taktycznym w mojej ocenie, ale nie strategicznym, precyzyjnym i konsekwentnym.

Pod jednym z poprzednich tekstów komentator, dziwił się wolnym postępom wojsk rosyjskich i brakiem zdecydowanej inicjatywy. Co ma być dowodem na słabość FR, brak zdecydowania, miękkie przywództwo Rosji w osobie prezydenta W. Putina. W przestrzeni medialnej pojawiają się zarzuty wobec prezydenta FR o braku zdecydowanych działań w 2014 roku, braku wsparcia dla prezydenta Janukowycza, braku wsparcia rejonów „separatystycznych” itp. I zapewne w każdej takiej krytycznej ocenie są ziarna prawdy. Obrazu dopełniają nasze zachodnie „cywilizowane media i platformy przekazu i kształtowania myśli ludzkiej. Wyłaniają się te obrazy, które są zamazane, niejasne i nieczytelne. Tylko ludzie głęboko siedzący w realiach i posiadający informacje – są w stanie połączyć te wszystkie obrazy w jedno „dzieło”. Kim oni są? Ja nie znam. Kilku światowej sławy komentatorów, kilku miejscowych – wot i wsio.

A my nie znamy strategicznych celów FR, znamy tylko te, które nam wmawiają nasi zachodni „znafcy” tematu i tylko te, które są uszyte dla nas i zgodne z panującą narracją antyrosyjską. Takie podejście jest dla nas niebezpieczne. I czy nie popełniamy błędu projekcji? Czy nie powinniśmy odwrócić mapy i na poziomie podstawowym spróbować zrozumieć położenie FR i nasze zachodnie położenie.

Dlaczego tak? – Jeżeli prawdą jest, że deficyt budżetowy FR jest na poziomie poniżej 20% PKB (Białorusi na poziomie 36%) – to należy przyjąć że kraje te nie są w ogóle zadłużone, samodzielne i niemal samowystarczalne. Dla porównania Włochy to 136%, Polska 60% (na razie), Francja 114% itd., w zależności od kreatywnej księgowości.

Już te wskaźniki powinny wzbudzić nasze wątpliwości co do informacji, jakie otrzymujemy przez 24 godziny na dobę z radia i telewizji. Rosja upada, Rosja na kolanach, Rosja za chwile zbankrutuje, Rosja to Rosja tamto …. Serio? – Takie otrzymujemy analizy od analityków, którzy biorą grube pieniądze za swoje profesjonalne opracowania?

No, ja tylko inżynierem jestem i dawno temu miałem całki, macierze i równania z 28 niewiadomymi. Pewnie i matematykę UE zmieniła w międzyczasie. Dalej, FR nie ogłosiła powszechnej mobilizacji, a rotacja żołnierzy tylko wzmacnia ich potencjał militarny w walce lądowej, ale i nie tylko o siłę żywą chodzi. W mojej ocenie należy włożyć w wielki cudzysłów informacje o ogromnych stratach FR, przewyższających 2-3 krotnie straty wojsk Ukraińskich – bo wiadomo co mówią nam analitycy, że atakując trzeba mieć 3-krotną przewagę liczebną. Gdyby tak było to bylibyśmy zalewani filmikami o niszczeniu wojsk rosyjskich każdego dnia. A tak nie jest – pojedyncze strzały dronami, fake informacje itp. Oczywiście informacje dotyczące strat są blokowane, oczywiście straty są – pytanie jakie? Ja tego nie wiem. Mogę jedynie wymyślać, że będzie 2 mln Ukraińców i 150 tysięcy Rosjan.

Dalej, bezrobocie na wschodzie nie jest duże, a możliwości zmobilizowania do pracy w fabrykach przemysłu obronnego są ogromne, i nie tylko Rosjan ale wszystkich wkoło. Zapominamy, że na wschodzie są fabryki, jest technologia (rakieta Sojuz-5), jest produkcja. Zapominamy, że przestawienie się Rosji na produkcję czegokolwiek w obecnym czasie zajmuje prawdopodobnie tygodnie. U nas na zachodzie 3 lata czekamy na decyzję środowiskową, aby móc rozpocząć proces projektu, potem rok lub dwa uzgodnień – paranoja, a przy projektowaniu dla wojska nawet Toi Toia trzeba mieć certyfikat bezpieczeństwa (wiem, o czym piszę).

I dalej; jeżeli weźmiemy pod uwagę zdolności militarne UE jako całości – to jest to mimo wszystko ogromna siła. Ale UE nie posiada odpowiedzi na systemy rakietowe i balistyczne FR. Prezydent Putin powiedział wyraźnie „jesteśmy na to gotowi, tylko jak skończymy, nie będzie z kim negocjować”. Oczywiście nasi „znafcy” przekazują nam gawiedzi, że Putin nam grozi. Nie znalazłem nigdy żadnej wypowiedzi z groźbami Putina – żadnej. Zawsze jest to odpowiedź w kontekście słów, zachowań i działań zachodu.

Dla mnie szaraka taka wypowiedź prezydenta FR jest absolutnie jasna i czytelna (pomijam, że bezprecedensowa), on mówi wprost „czy wy postradaliście zmysły, chłopcy w krótkich spodenkach i białych podkolanówkach z gilami do pasa?”. Czy nie popadliśmy w wishful thinking (myślenie życzeniowe – podpowiedziała mi AI) i brak weryfikacji na gruncie. Skutkiem są błędne decyzje strategiczne (pominę fakt, że nasi umiłowani przywódcy jedynie wykonują polecenia), na które my Naród pozwalamy. Pozwalamy na patokrację.

Podam tylko jeden przykład naszego zachodniego „myślenia”: Rosjanie nie potrafią samochodu zbudować, bo są za głupi i pijani. Serio? Fakt, nie potrafili nigdy zbudować samochodu osobowego. Ale te, które zbudowali w latach 70-tych i 80-tych nadal jeżdżą po całej Rosji, Bochanki, Uazy w każdym zakątku. Pragmatyzm – czyż nie? Ale to auta osobowe. Natomiast ciężarówki Maz-y, Krazy, Gazy, Urale, Kamazy są najlepszymi wołami roboczymi na świecie. Technologia rakietowa, balistyczna, jądrowa, hipersoniczna. Stare Wiatki, czy lodówki Mińsk z lat 80-tych jeszcze w wielu domach funkcjonują.

Podobnie myśleliśmy o Chinach jako o kraju napędzanym rikszami trójkołowymi, a teraz? Zatem, czy nasze analizy i decyzje strategiczne naszych przywódców są właściwe. Czy analizując odwracamy mapę? Pytania pozostawię otwarte.

W obecnej sytuacji uważam, że FR nie musi nawet rubla wydać na zbrojenie się przeciwko zachodowi, nawet rubla. Taniej będzie, jak zakręcą kurki z gazem i ropą na kilka miesięcy. I mamy Game Over, strajki, protesty i rewolucje na ulicach. My tu na zachodzie zupełnie przestaliśmy rozumieć, że wschód bez nas sobie poradzi, ba nawet bez VW, BMW czy innego Fiata – oni sobie poradzą.

Natomiast my bez zastrzyków z innych części świata już nie. U nas dobiegło końca życie na kredyt, teraz przychodzi czas na pracę i walkę o byt. Dokładnie taką, jaką nasi ojcowie i dziadowie prowadzili po 1945 roku odbudowując świat w którym żyjemy, dźwigając go z kompletnych ruin, przenosząc groby w godne miejsca, stawiając pomniki tym, którzy ginęli podczas wyzwalania nas z nazizmu. Właśnie 9 maja ludzie na wschodzie czczą pamięć poległych żołnierzy. Jest to dla nich największe święto, najświętsza świętość. Dodam, że my walczyliśmy na wszystkich frontach z nazizmem i faszyzmem – no ale to już dla przeciętnego Kowalskiego może być za wiele jak na jeden tekst.

Zastanawia mnie od wielu lat to, dlaczego inni moi rodacy nie widzą lub nie rozumieją tego, co się na świecie dzieje. Do niedawna wydawało mi się, że nie można być aż takimi głupcami. Można, ja też głupcem jestem. Każdy z nas widzi to samo zjawisko w tym samym czasie, ale różnie to interpretuje. Każdy się dziwi, jak ten drugi może nie zauważać. No i klops. Klops ten dopiero wychodzi, gdy już zmusili nas do trzymania karabinu, jak zmusili nas do wejścia do okopów, jak zmusili nas do wyrzeczeń wszelakich, jak zmusili nas do oddania całego majątku, jak zmusili nas do poświęcenia naszego zdrowia, jak zmusili nas do elektronicznego nadzoru itp.. I jak wówczas będziemy definiować tego „klopsa”? – Zupełnie jak na początku, każdy po swojemu.

Ale sądzę, że nie jest to nasza wina. Nas ludzi, społeczeństwa. Nie wszystkich. Zaobserwowałem pewną prawidłowość, w zasadzie potwierdziłem to na sobie i swojej rodzinie. Chodzi o demony. Tak o demony. Owładnęły nami demony. I spieszę wyjaśnić od początku. W kontekście tego, co napisałem wyżej, ma to dla mnie sens.

Od czasu kiedy nie posiadam telewizora (ok. 6 lat), zacząłem obserwować otoczenie, znajomych, przyjaciół innych członków rodziny. Kilka lat temu obejrzałem na YT jakiś program o technikach sterowania umysłami, o hipnozie o inżynierii społecznej itp. – demony w czystej postaci. Dało mi to do myślenia. Czy jest możliwym oddziaływanie na ludzkość na taką atomową skalę? Tu na blogu wszyscy znają odpowiedź – tak i to od dziesięcioleci. Pierwsze 6 miesięcy odstawienia było straszne, wszędzie szukaliśmy, aby włączyć telewizor, po ośmiu miesiącach powoli zaczęło być znośnie, po około 1,5 roku przestało mnie do telewizora i wszelkich mediów ciągnąć (no, poza blogiem i tekstami Szanownego Zygmunta czy Ikulalibala 🙂 )

Od tego czasu obserwowałem ludzi, rodzinę, kto, co i na jaki temat sądzą, pandemia pokazała, że nie daliśmy się wciągnąć w histerię. Jednak obserwuję i faktycznie ludzie inaczej postrzegają i mają różny punkt widzenia na obserwowane zjawisko – nawet w tak oczywistych sprawach jak to, że biologiczny mężczyzna nie może urodzić dziecka (skrajny przykład). Czytając na blogach komentarze czy notki, zawsze te zdroworozsądkowe piszą ludzie nie posiadający telewizora, prof. Wolniewicz nie posiadał chyba nigdy telewizora 🙂 Teza o hipnozie zatem, znajduje potwierdzenie w moich prywatnych obserwacjach i w Waszych również. Bo jak inaczej wyjaśnić nasze zachowania, a w zasadzie zupełny brak zachowania i reakcji na otaczającą nas kreowaną rzeczywistość. Stwierdzenie „das elektronische Konzentrationslager”, zaczyna być rzeczywistością nas otaczającą.

Stawiam pytanie, czy przypadkiem te hipnozy z niebieskiego ekranu nie są skierowane przede wszystkim do 60%-wej populacji, aby zachować kontrolę? Z czego 20% populacji niemal nie ulega hipnozie, ale tylko niewielki procent z nich ma świadomość polityczną, pozostałe 20% zalicza się do podatnych na hipnozę niemal od razu.

Bo nikt o zdrowych zmysłach nie zieje nienawiścią do drugiego człowieka, czy do państwa – ot tak sam z siebie. Ta cholerna hipnoza powoduje, że cała UE galopuje ku zagładzie. Zagładzie naszej, zwykłych ludzi chcących uczciwie pracować, żyć godnie i uśmiechać się do siebie. I w związku z tym, czy będziemy świadkami ataku na Moskwę 9 maja, co będzie równoznaczne ze zgwałceniem rosyjskiego najświętszego święta, czy będziemy świadkami zdarzeń będących skutkiem zbiorowej hipnozy społeczeństw?

Wywalmy telewizory na śmietnik. Poddajmy się detoksowi, wyostrzmy zmysły samozachowawcze, zacznijmy dokonywać dobrych wyborów, wybierajmy przedstawicieli z twardym kręgosłupem moralnym. Nie dajmy się wciągnąć do wojny.

Napisał: Zelmer

Trik Zełenskiego. Kilka dni zawieszenia broni na Ukrainie?

Thomas Röper anti-spiegel.ru/einige-tage-waffenruhe-in-der-ukraine

Trik Zełenskiego

Kilka dni zawieszenia broni na Ukrainie?

Rosja zaproponowała zawieszenie broni na Ukrainie na dni upamiętniające zwycięstwo nad nazistowskimi Niemcami. Ukraina wykorzystała to jako chwyt propagandowy, który może mieć poważne konsekwencje.

Anti-Spiegel  8 maj 2026 anti-spiegel.ru6/einige-tage-waffenruhe-in-der-ukraine/

Podczas ważnych świąt w wojnie na Ukrainie wielokrotnie podejmowano próby zawarcia kilkudniowego zawieszenia broni. Chociaż zawieszenia broni zostały zerwane, a obie strony wzajemnie się oskarżały, to przynajmniej próby zostały podjęte.

Rosja chciała teraz uzgodnić kolejne zawieszenie broni na 8 i 9 maja, w dniach upamiętniających zwycięstwo nad nazistowskimi Niemcami.

Aby zrozumieć, jak Ukraina wykorzystała to jako chwyt propagandowy, musimy spojrzeć na chronologię wydarzeń.

Oś czasu

W środę, 29 kwietnia, prezydenci Trump i Putin rozmawiali telefonicznie, a jednym z tematów była rosyjska propozycja zawarcia zawieszenia broni na Ukrainie w dniach 8 i 9 maja.

W poniedziałek, 4 maja, Zełenski oświadczył na szczycie UE-Armenia w Armenii, że zaatakuje paradę w Moskwie 9 maja, upamiętniającą zwycięstwo nad nazistowskimi Niemcami. Zapowiedział, że ukraińskie drony mogą pojawić się na paradzie na Placu Czerwonym, gdzie parada się odbywa.

Rosyjskie Ministerstwo Obrony natychmiast odpowiedziało oświadczeniem, w którym powtórzyło, że siły rosyjskie będą przestrzegać zawieszenia broni ogłoszonego przez prezydenta Rosji na 8 i 9 maja, wyrażając nadzieję, że strona ukraińska uczyni to samo. W oświadczeniu wspomniano jednak o groźbie Zełenskiego wobec obchodów w Rosji i parady na Placu Czerwonym, a rosyjskie Ministerstwo Obrony oświadczyło, że Rosja odpowie na wszelkie ataki na paradę zmasowanym atakiem rakietowym w centrum Kijowa.

Sprzeczność wypowiedzi Zełenskiego dodatkowo potwierdza fakt, że po groźbie ataku na paradę w Moskwie 9 maja, ogłosił on również jednostronne zawieszenie broni obowiązujące od 6 maja, tego samego dnia, czyli 4 maja.

Jak to możliwe, że Zełenski grozi atakiem na Moskwę 9 maja tego samego dnia, a zaraz potem ogłasza zawieszenie broni obowiązujące od 6 maja?

Oczywiście, wszystko to idealnie do siebie pasuje, bo to tylko kolejny trik Zełenskiego. A ponieważ może liczyć na bezwarunkowe poparcie zachodnich mediów dla jego propagandy i brudnych sztuczek, fortel ten działa propagandowo. Przynajmniej dla zachodniej publiczności, której media ignorują te sprzeczności.

Rosja uzgadniała swoją ideę zawieszenia broni na 8 i 9 maja ze Stanami Zjednoczonymi, które poparły tę ideę i z pewnością przekazały ją Kijowowi kanałami dyplomatycznymi. Zełenski natomiast nie uzgadniał swojej idei zawieszenia broni od 6 maja z nikim i nawet nie poinformował o niej strony rosyjskiej. W Rosji dowiedzieli się o tym z mediów. Wszystko to oznacza, że ​​zawieszenie broni nie było skoordynowane ani nawet uzgodnione i dlatego nie weszło w życie 6 maja.

Czysta” propaganda w niemieckich mediach

Ale niemieckie media o tym nie donoszą. Wręcz przeciwnie, Der Spiegel intensywnie rozpowszechnia informacje. 6 maja ukazał się tam artykuł zatytułowany „Przed paradą wojskową w Rosji – Ukraina donosi o ponad 100 rosyjskich atakach dronów pomimo zawieszenia broni”, a we wstępie stwierdzono:

„Przed obchodami zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami Kreml zaproponował zawieszenie broni – a następnie, jak pokazują doniesienia z Ukrainy, naruszył je dziesiątki razy. W wyniku tego zginęło wiele osób”.

W całym artykule Der Spiegel pomija fakt, że Rosja zaproponowała zawieszenie broni nie 6 maja, ale 8 i 9 maja. Propagandowy chwyt Zełenskiego okazał się zatem skuteczny, ponieważ zachodnie media wspierają go najlepiej, jak potrafią.

Zamiast dostarczyć czytelnikom wyczerpujących i kompletnych informacji, Der Spiegel obszernie cytował Ukrainę w swoim artykule. Według artykułu, ukraiński minister spraw zagranicznych stwierdził, że Putin „interesuje się tylko paradami wojskowymi, a nie ludzkim życiem”, a Zełenski stwierdził, że niedopuszczalne jest, aby Rosja tymczasowo wstrzymała ataki tylko na czas parady wojskowej po tym, jak wcześniej intensywnie bombardowała Ukrainę.

Der Spiegel szczegółowo relacjonuje te i inne oświadczenia z Kijowa, jednocześnie ukrywając przed czytelnikami wszystko, co pochodziło od Rosji. Der Spiegel pominął nawet faktyczną datę zawieszenia broni. W ten sposób stworzył czytelnikom całkowicie fałszywe wrażenie, że Rosja złamała zawieszenie broni, którego sama się domagała.

Jaki był sens tego wszystkiego?

W tym miejscu chciałbym przypomnieć o moim wczorajszym artykule, w którym donosiłem, że Zełenski jest najwyraźniej zainteresowany rosyjskim atakiem na Kijów, który, oczywiście, dostarczyłby Kijowowi i Europie obrazów, które mogłyby posłużyć jako „dowód” do oskarżenia Rosji o bestialskie zbrodnie wojenne.

Według moich informacji Zełenski zaplanował co najmniej jedną operację pod fałszywą flagą, mającą na celu uszkodzenie lub zniszczenie ambasady Kazachstanu i dziecięcej kliniki onkologicznej w Kijowie. Szczegóły można znaleźć tutaj anti-spiegel.ru/2026/kiew-will-moeglichen-russischen-angriff-fuer-false-flag-operation-gegen-kasachische-botschaft-in-kiew-nutzen/

Dzięki zawieszeniu broni, które rozpoczęło się 6 maja bez wcześniejszego porozumienia, Zełenski utorował europejskim mediom drogę do przygotowania odbiorców z kilkudniowym wyprzedzeniem na domniemane rosyjskie naruszenia zawieszenia broni. Jeśli rzeczywiście dojdzie do ukraińskich ataków na paradę w Moskwie i rosyjskiego ataku odwetowego na Kijów, niemieckie media odwrócą uwagę od ukraińskiego ataku i zamiast tego będą szeroko relacjonować zniszczenia w Kijowie.

Zawieszenie broni przez Zełenskiego, które weszło w życie 6 maja bez wcześniejszego porozumienia, utorowało drogę europejskim mediom do przygotowania odbiorców na domniemane naruszenia zawieszenia broni przez Rosję. Pytanie jednak brzmi, czy Zełenski rzeczywiście zaatakuje paradę w Moskwie, gdzie oprócz rosyjskich przywódców w loży VIP zasiądą dziesiątki szefów państw i rządów z całego świata. Fakt ten może zniechęcić Zełenskiego – a także popierających go Europejczyków – do podjęcia takiego kroku, ponieważ poważnie zaszkodziłoby to wizerunkowi nie tylko Ukrainy, ale i Europy.

W końcu media zagraniczne świata relacjonują wydarzenia bardziej kompleksowo niż media niemieckie, które prezentują jedynie jednostronne relacje.

Poglądy polityczne antykatolickiego dywersanta

Poglądy polityczne antykatolickiego dywersanta

Autor: CzarnaLimuzyna, 8 maja 2026

Rozmowa Bogdana Rymanowskiego z Grzegorzem Rysiem utrwaliła we mnie przekonanie, że mamy do czynienia z antykatolickim dywersantem, który utożsamił się z celem swojej misji.

Rozmowę można podzielić na dwie części: polityczną i religijną. Wątki z części politycznej, jak już zdążyłem się zorientować, są pomijane przez komentatorów, dlatego postanowiłem je krótko omówić.

W części religijnej Grzegorz Ryś powtórzył znaną już z wcześniejszych publikacji brednię o tym, że Żydzi są „narodem wybranym”, nie precyzując jacy Żydzi i przez kogo naprawdę wybrani w kontekście tego, co uczynili i wciąż czynią: „Kto nie oddaje czci Synowi, nie oddaje czci Ojcu, który Go posłał”(J 5,23).

Ryś skrupulatnie omijał szerokim łukiem naukę św. Pawła, a konkretnie te fragmenty w których Apostoł Narodów stwierdza, że dopóki Żydzi nie przyjmą Chrystusa pozostaną odrzuceni.

Część polityczna

W tej części, stanowiącej początkowy fragment rozmowy, zwracają uwagę nazwiska, które Grzegorz Ryś wymienił. Nie są to nazwiska, ujmując delikatnie, opcji reprezentującej polską rację stanu.

Zaczyna się od proukraińskiego Pawła Kowala, a potem pojawiają się, w kontekście wspominek ze spotkań, kolejne nazwiska.

W pierwszym roku, jak byłem arcybiskupem łódzkim, robiliśmy takie spotkania o Polsce u mnie w domu… To było bardzo piękne, bo ja bardzo chciałem, żeby zawsze byli mówcy, którzy są różni, na przykład Marek Jurek i Ryszard Bugaj. Albo na przykład pan premier Buzek, pan profesor Stanisław Krajewski, ten luteranin, a ten polski Żyd.

Mądrej głowie dość dwie słowie.

Oczywiście, Grzegorz Ryś dobrał do tego odpowiednią narrację:

Były zawsze dwa warunki, żeby kogoś zaprosić. Po pierwsze, że potrafi rozmawiać i słuchać drugiego. I po drugie, że jest jakoś w najlepszym tego słowa znaczeniu chory na Polskę.

Jak bardzo i w jaki sposób wymienieni byli „chorzy na Polskę” widać po owocach. W spotkaniach (na temat polskiego „antysemityzmu” ) brał także udział syn Ozjasza Szechtera, Adam Michnik, co samo w sobie było i wciąż pozostaje ostateczną kompromitacją Grzegorza Rysia.  Warto też dodać, że w wywiadzie lider antykościoła w Polsce przyznał, że utrzymuje prywatny kontakt z ambasadorem Izraela w Polsce.

Zamiast rozmowy z Rymanowskim proponuję komentarz Pawła Lisickiego dotyczący nagrody jaką otrzymał Grzegorz Ryś od swoich braci w bardzo intensywnej niewierze.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej niszczy europejskie wartości

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej niszczy europejskie wartości

Izabela Brodacka

TSUE wydając swoje wyroki, bardzo często odwołuje się do pojęcia „wartości europejskich”.

Co to są wartości jako takie? Aksjologia, nauka o teorii wartości mówi, że wartości to są istotne, najważniejsze normy i zasady cenione i realizowane przez pojedynczych ludzi i społeczeństwa. Czym są europejskie wartości ukształtowane historycznie, okrzepłe w tradycji naszego kontynentu i wyznawane oraz praktykowane w naszej części świata?

To przede wszystkim zasady Dekalogu, chrześcijańska miłość bliźniego, miłosierdzie, prawa jednostki, wolność, prymat prawa naturalnego nad stanowionym, humanitaryzm, prawo narodów do odrębności i samostanowienia i wiele innych. Na takich fundamentalnych zasadach budowali jedność Europy jej ojcowie założyciele, niemiecki działacz katolicki, lider Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU), kanclerz RFN, człowiek wielkiej, heroicznej wiary, ojciec księdza katolickiego, Konrad Adenauer. Gorliwy włoski katolik, wpływowy polityk, minister spraw zagranicznych i premier Włoch, Alcide De Gasperi. Był on twórcą włoskiej Chrześcijańskiej Demokracji. Zmarł w opinii świętości. Obecnie trwa jego proces beatyfikacyjny. Francuski dwukrotny premier, a wcześniej minister spraw zagranicznych i minister finansów Francji, Robert Schuman. Istotnym elementem światopoglądu i programu politycznego tych mężów stanu były prawa dzieci i troska o szczególną ochronę najmłodszych obywateli.

Podobnie jest w naszej polskiej tradycji. Heroiczna działalność i postawa lekarza i pedagoga, Janusza Korczaka, który podczas niemieckiej okupacji poszedł ze swoimi wychowankami do komór śmierci, jest przykładem bezgranicznego szacunku do dzieci, ich ochrony i opieki nad nimi. Innym naszym wybitnym pedagogiem zajmującym się dziećmi zaniedbanymi wychowawczo był Kazimierz Lisiecki, tak zwany Dziadek, a w okresie powojennym te idee realizowała i propagowała Maria Łopatkowa.

Na straży dziecięcego życia zawsze stał i stoi Kościół Katolicki. Wydaje się, że nie ma w Polsce środowiska, które propagowałoby demoralizację dzieci i dążyło do ich krzywdzenia. Czy aby na pewno? Katastrofa nadchodzi, ba już nadeszła z Unii Europejskiej. Funkcjonuje tam sąd, którego członków nie wybiera się demokratycznie. Wybierają ich rządy państw członkowskich Unii Europejskiej. Siłą faktów, to znaczy unijnych parytetów, w tym sądzie dominują Niemcy i Francuzi. Oni są najliczniejszymi narodami na naszym kontynencie. To gremium jest powołane do tego, żeby orzekać o wydarzeniach zaistniałych w krajach europejskich w kontekście ich zgodności z prawem europejskim, to znaczy z traktatami. A raczej było do tego powołane.

Obecnie TSUE decyduje o tym co jego zdaniem jest legalne, a co jest nielegalne w UE. Zupełnie ignoruje krajowe ustawodawstwa, także Konstytucje krajów członkowskich. Co gorsza ten samozwańczy super sąd europejski sam wyznacza standardy oceny zdarzeń i co jest bez precedensu w historii europejskiego prawodawstwa powołuje się sam na siebie, na wcześniejsze swoje wyroki.

Niedawno orzekł, że tak zwane „małżeństwa” jednopłciowe, gdziekolwiek byłyby zawierane, czy na Bali, na Wyspach Gili Gili, Hula Gula, Las Vegas, czy w Irlandii, muszą być zalegalizowane w kraju pochodzenia „małżonków”, poprzez wpisanie do właściwych ksiąg stanu cywilnego.

Rządowe instrukcje w tej sprawie w Polsce są jasne i jednoznaczne: Wpisywać. A co będzie jeśli następny rząd będzie stał na gruncie Konstytucji RP. Jej 18 rozdział jasno mówi: „Małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny”. Czy urzędnicy urzędów stanu cywilnego muszą ignorować ustalenia Konstytucji swego kraju? Czy stracą posady jeżeli odmówią wpisywania tych „małżeństw”?

Ostatnią rewelacją TSUE jest jej wyrok w sprawie ustawy, którą pięć lat temu przyjął rząd Węgier, jeszcze pod przewodnictwem premiera Orbana, w sprawie ochrony dzieci przed demoralizacją i deprawacją ideologii LGBT plus. TSUE to sąd bardzo zajęty, Węgrzy musieli czekać na rozstrzygnięcie aż pięć lat. Wyrok tego sądu nad sądami unieważnia węgierską ustawę chroniącą dzieci. Stwierdza, że nie wolno przedstawiać dzieciom krytycznych opinii na temat ideologii LGBT plus i nie wolno rodzicom zakazywać dzieciom zmiany płci. Mało tego kuriozum. W orzeczeniu TSUE czytamy, iż to „prześwietne” i „wszechwładne” gremium zakazuje powoływania się państwom członkowskim na własną tradycję i tożsamość narodową.

O zgrozo, oni tak naprawdę napisali. Czy to znaczy, że wszelka tożsamość narodowa jest zakazana i będzie zwalczana? Czy Francuzi będą zmuszeni do porzucenia wina, serów i bagietek? Czy Włosi muszą zrezygnować z makaronu, pizzy i espresso? Czy Niemcom zakażą jedzenia kapusty i picia piwa? A nam czego zakażą? Bigosu, kiełbasy i pierogów? Chyba nie należy tak gorzko żartować?

Wszelako pojęcie tożsamości narodowej jest bardzo ogólne i przez to bardzo pojemne. Można pod nie podciągnąć praktycznie wszystko, a z pewnością to na czym sędziom TSUE będzie zależeć, żeby wydać wyrok, zakazać, zakwestionować, zastraszyć. Podzielić i rządzić.

O co tu tak naprawdę chodzi? Obawiam się, że o wprowadzenie nowego totalitaryzmu. Nie przez wojenną przemoc. Nie. To nie udało się ani Hitlerowi, ani Stalinowi. Chodzi o wprowadzenie europejskiego totalitaryzmu poprzez arbitralne prawo. Wszystko na to wskazuje, że to ma być nowy komunizm. Wprowadzany systematycznie, powoli, ale konsekwentnie i skutecznie. Zgodnie z metaforą powolnego gotowania żaby. Obecnie nas Europejczyków w taki sposób „gotuje” TSUE. Zakazuje się nam podróżowania, skutecznego ogrzewania naszych domów i mieszkań, przemieszczania się w naszych miastach, korzystania z naszych samochodów, dostępu do lekarzy, czytania wartościowych książek i realizowania własnych aspiracji życiowych.

A celem jest europejskie totalitarne państwo z obywatelami, o których Niemiec, Klaus Schwab, prominentny przedstawiciel „narodu panów”, były szef Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, powiedział: „Nie będą mieli niczego i będą szczęśliwi”.

Porównanie propagandy

Porównanie propagandy

8. maja 2026 Autor artykułu Marek Wójcik world-scam/porownanie-propagandy

Pewnie też tak macie, kiedy ktoś proponuje czytanie wpisu Trumpa na jego Truthsocial.com, to zbiera się wam na wymioty. Ja tak mam. Ale skoro chcę porównać, co mówią dwie strony na ten sam temat, to trzeba przez to przejść. Dzisiaj tuż po północy prezydent USA tak napisał:

Trzy amerykańskie niszczyciele światowej klasy właśnie z powodzeniem przepłynęły przez Cieśninę Ormuz, znajdując się pod ostrzałem. Żaden z tych trzech niszczycieli nie odniósł uszkodzeń, natomiast irańscy napastnicy ponieśli ogromne straty.

Zostali oni całkowicie zniszczeni wraz z licznymi małymi łodziami, które służą im jako substytut ich całkowicie zdziesiątkowanej marynarki wojennej.
Łodzie te szybko i skutecznie zatonęły na dnie morza.

W kierunku naszych niszczycieli wystrzelono pociski, które zostały z łatwością zestrzelone. Podobnie drony, które pojawiły się w powietrzu, zostały spalone. Opadły one tak pięknie na powierzchnię oceanu, zupełnie jak motyle opadające do grobu!

Normalny kraj pozwoliłby tym niszczycielom przepłynąć, ale Iran nie jest normalnym krajem. Rządzą nim SZALEŃCY i gdyby mieli okazję użyć broni jądrowej, zrobiliby to bez wahania.

Ale nigdy nie będą mieli takiej okazji i, tak jak dzisiaj znów ich pokonaliśmy, w przyszłości pokonamy ich jeszcze mocniej i jeszcze brutalniej, jeśli nie podpiszą tej umowy, i to SZYBKO! Nasze trzy niszczyciele, wraz ze swoimi wspaniałymi załogami, dołączą teraz do naszej blokady morskiej, która jest prawdziwą „stalową ścianą”. Źródło.

Dobry wieczór jest godzina 20:00 i chcemy, żebyście uwierzyli w to, zaraz wam przekażemy…

Warto postawić pytanie: Dlaczego w takim razie „niszczyciele światowej klasy” nie dopilnują swobodnego przepływu okrętów przez Cieśninę Ormuz?

Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w irańskiej wersji opisu tego samego incydentu podanego na presstv.ir w artykule: Amerykańskie niszczyciele uciekają z Cieśniny Ormuz po zmasowanym ostrzale rakietowym i dronów ze strony Iranu: Marynarka Wojenna IRGC. Źródło.

Marynarka Wojenna Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) poinformowała, że jej siły zadały poważne szkody amerykańskim okrętom podczas szeroko zakrojonej wspólnej operacji przeprowadzonej w czwartek wieczorem, zmuszając trzy amerykańskie niszczyciele do ucieczki z Cieśniny Ormuz.

Można pokonać czterdziestu uczonych jednym faktem, ale nie da się pokonać jednego głupca czterdziestoma faktami.

Jak na każdej wojnie, obie strony konfliktu gloryfikują działania własnych wojsk i jednocześnie wykazują bezsprzeczną porażkę przeciwnika. Zwolennicy Trumpa zauważą wielki sukces US Navy i kolejne straty Irańczyków. Ci, którzy trzymają stronę Iranu, są przekonani, że to Iran dał łomot amerykańskim niszczycielom. Obie strony twierdzą, że to wróg szerzy propagandę, nie dostrzegając przy tym własnej. Naturalnie, że obie strony stosują propagandę.

Jest jednak w tym konflikcie tylko jedna strona, która konfabuluje i przedstawia własne życzenia jako fakty. Sami się domyślcie, która to może być?

Oscar Wilde

Propaganda to sposób przedstawiania własnych życzeń jako fakty. Zdarza się często, że sam propagator uwierzy we własne kłamstwa. Wtedy właśnie widzimy, jak nierealna jest wizja świata, widziana oczami narcystycznego polityka, któremu nie przeszkadza mieć w ciągu dnia kilka różnych zdań na ten sam temat. W jego polityce brakuje przemyślanych posunięć strategicznych. Widzimy jedynie próby wyjścia z impasu, do którego sam doprowadził, lub został zmuszony.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Jak Iran pokonał Izrael

Irański atak na Tel Awiw, 28 lutego 2026 r.

Jak Iran pokonał Izrael

Przez Kit Klarenberg

Sensacyjny reportaż hebrajskojęzycznego portalu Ynet ujawnił nie tylko żenującą katastrofę amerykańsko-izraelskiej wojny z Iranem, ale także trwające wysiłki syjonistycznego tworu zmierzające do obalenia Republiki Islamskiej poprzez tajne i jawne operacje wojskowe i wywiadowcze. Gwałtowne protesty zorganizowane przez Mosad, zabójstwo Najwyższego Przywódcy Alego Chameneiego i inwazja Kurdów miały doprowadzić do zmiany reżimu i „całkowitego zwycięstwa” nad Teheranem. Jednak, jak zauważa Ynet, „to, co zaczęło się jako dalekosiężny izraelski manewr, pełen wyobraźni i ostateczny w swoim rozwiązaniu, kończy się złamanym sercem”.

Śledztwo skrupulatnie bada, jak urojeniowy plan syjonistycznej organizacji zakorzenił się w umysłach izraelskiego wywiadu, wojska i przywódców politycznych, zanim administracja Trumpa w pełni przekonała się o spisku. Ynet ujawnia niezwykły i niebezpieczny poziom urojeń i imperialnej pychy na najwyższych szczeblach w Tel Awiwie i Waszyngtonie. Na przykład Benjamin Netanjahu szczerze – i niebezpiecznie – wierzył, że zbrodniczy atak Izraela na Liban we wrześniu 2024 roku i 12-dniowa wojna w czerwcu 2025 roku zdziesiątkowały Hezbollah i Iran.

Pogląd ten podzielał również Mosad, który od 2022 roku budował w Teheranie potężną, specjalnie zbudowaną szpiegowską armię antyrządową. Ten syjonistyczny twór był głęboko przekonany, że jego siły dysponują siłą wystarczającą do obalenia całej Republiki Islamskiej. „Promowanie masowych protestów” i zachęcanie do „zbrojnego oporu ze strony mniejszości” – zwłaszcza Kurdów w Iranie i poza nim – „równolegle” z zabójstwem Najwyższego Przywódcy Alego Chameneiego, były celowymi elementami trzytorowej strategii zamachu stanu. Netanjahu szczerze wierzył, że „całkowite zwycięstwo” nad oporem jest w zasięgu ręki na wszystkich teatrach działań wojennych w Azji Zachodniej.

Ynet donosi:

„Obalenie reżimu było kluczowym elementem ogólnego planu wojennego Izraela”.

Operacja miała pierwotnie rozpocząć się w czerwcu tego roku. Jednak w styczniu, gdy „dziesiątki tysięcy” wspieranych przez Mosad rebeliantów pojawiło się na ulicach Teheranu i innych irańskich miast, syjonistyczna organizacja uznała, że ​​warunki są wystarczająco „dojrzałe”, by podjąć zdecydowany krok. „Organizacja wpływów” Mossadu w Republice Islamskiej powstała w 2022 roku i osiągnęła „dojrzałość operacyjną dwa i pół roku temu” – co ciekawe, około 7 października. Ynet ponuro chwali się „wysiłkami i wyrafinowaniem” tajnej armii antyrządowych zamieszek, należącej do syjonistycznej organizacji w Teheranie.

„Izrael stworzył własną maszynę do trucizn. To poważny system uzbrojenia, który, gdy tylko osiągnie pełną sprawność, może mieć śmiertelne konsekwencje”.

Mosad przedstawił swój szalony plan zmiany reżimu bezpośrednio CIA; Centralne Dowództwo Pentagonu zostało o nim poinformowane przez szefa sztabu syjonistycznych sił okupacyjnych, Eyala Zamira, podczas wizyty, a Trump był osobiście lobbowany przez Netanjahu. Prezydent – ​​który po porwaniu Nicolása Maduro 3 stycznia był „przekonany, że możliwości podległego mu wojska nie mają granic” – i jego administracja byli niezwykle chłonni. Trump zasygnalizował swoją aprobatę dla spisku 13 stycznia, publicznie informując Irańczyków, że „pomoc jest w drodze”.

Natychmiast rozpoczęła się masowa rozbudowa sił zbrojnych USA w Azji Zachodniej, podczas gdy rzekomo trwały rozmowy pokojowe z Teheranem. Negocjacje były oczywiście fikcją, mającą na celu uśpienie czujności ruchu oporu, zanim rozpocznie się kolejna faza planowanego przez Izrael zamachu stanu. 28 lutego syjonistyczno-amerykańskie naloty na Teheran spadły na niego lawinowo. Izrael i Stany Zjednoczone były przekonane, że irańskie kierownictwo zostało wyeliminowane lub rozproszone, a system dowodzenia i kontroli Republiki Islamskiej został „poważnie osłabiony”. Ale potem zaczęła się katastrofa.

„Powstanie ludowe”

Chociaż Najwyższy Przywódca został zabity – w zamachu, który zachodnie media diabolicznie okrzyknęły „zabójstwem stulecia” – tymczasowo zmuszając irańskich przywódców do zejścia do podziemia, „uporządkowane przekazanie władzy zgodnie z wolą Chameneiego” zostało pomyślnie przeprowadzone. Irański system dowodzenia i kontroli nie został w rzeczywistości znacząco zakłócony i w ciągu kilku godzin przywrócony do pełnej sprawności. Nie doszło do żadnych dezercji. Niemniej jednak w Waszyngtonie i Tel Awiwie panowała „euforia”. Trump – który prywatnie „z zadowoleniem przyjął izraelski atak” – opublikował oświadczenie wideo, w którym wezwał naród irański do przejęcia władzy siłą i ostrzegł:

„Do członków Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, sił zbrojnych i całej policji: mówię wam dziś wieczorem: musicie złożyć broń, a otrzymacie pełną immunitet przed oskarżeniem – w przeciwnym razie musicie przygotować się na pewną śmierć”.

Netanjahu przyłączył się do wezwania do powstania. Problem polegał jednak na tym, że „tłum postanowił pozostać w domu”, nie tylko z powodu ludobójczych nalotów USA i Izraela. Celowy atak na szkołę podstawową zabił 156 chłopców i dziewcząt, co wywołało gwałtowne międzynarodowe potępienie, żałobę w całej Azji Zachodniej i dochodzenie ONZ. Zamiast tego Irańczycy masowo wyszli na ulice, aby opłakiwać Chameneiego i jednocześnie świętować mianowanie jego syna Modżtaby na Najwyższego Przywódcę. IRGC natychmiast przystąpiło do blokowania Cieśniny Ormuz.

Chociaż blokada była absolutnie nieuniknioną konsekwencją syjonistyczno-amerykańskiej agresji na Iran, którą analizy zachodnich wywiadów od dawna i jednogłośnie przewidywały, Ynet donosi, że Stany Zjednoczone „nie były przygotowane na ten krok i jego niszczycielskie konsekwencje gospodarcze”. Groźby Trumpa pod adresem Teheranu, by nie blokował cieśniny, zostały zignorowane. Zagadkę, dlaczego Waszyngton był tak nieprzygotowany, rozwiązują osobiste zapewnienia Netanjahu skierowane do Trumpa, że ​​Republika Islamska upadnie w ciągu zaledwie kilku dni. Co zdumiewające, nie było żadnego planu awaryjnego na późniejszą ewentualność.

Tymczasem kolejny element syjonistyczno-amerykańskiej operacji mającej na celu zmianę reżimu w Teheranie zawiódł. „Po 100 godzinach nalotów… miała rozpocząć się lądowa inwazja kurdyjskich milicji z Iraku”. Siły inwazyjne szkoliły się tam w poprzednich tygodniach, przygotowując się do „dotarcia do kurdyjskiego regionu Iranu” i połączenia się z lokalnymi bojownikami przed „masowym marszem” na Teheran. Tel Awiw czerpał inspirację z przykładu Damaszku, który w grudniu 2024 roku został zajęty w ciągu kilku dni przez siły HTS wspierane przez MI6.

Kurdyjscy bojownicy trenują w bazie niedaleko Irbilu w Iraku, luty 2026 r.

Ynet donosi jednak, że irański wywiad „dowiedział się o planowanej inwazji z wyprzedzeniem” i rzekomo poinformował o niej Turcję, co skłoniło Recepa Tayyipa Erdogana do osobistego nakłonienia Trumpa do jej odwołania. Niezależnie od tego, obiektywnie rzecz biorąc, cała propozycja była jawnym szaleństwem. Po tym, jak na początku marca pojawiły się doniesienia, że ​​CIA szkoli kurdyjskich bojowników „w celu wzniecenia powstania ludowego w Iranie”, nawet eksperci z syjonistycznych ośrodków analitycznych i aktywiści diaspory ostrzegali, że inwazja to przepis na totalną katastrofę, która zjednoczyłaby Irańczyków ze wszystkich środowisk w oporze.

Niezrażona inwazja Kurdów pozostała fundamentalnym elementem izraelskiej strategii zmiany reżimu przeciwko Teheranowi przez cały okres wojny. Kiedy 7 kwietnia, po 40 dniach niszczycielskich ataków irańskich, uzgodniono tymczasowe zawieszenie broni, izraelscy urzędnicy powiedzieli portalowi Ynet, że zastanawiają się, dlaczego inwazja nigdy nie doszła do skutku. Czy Stany Zjednoczone nie wierzyły w tę operację od samego początku? Czy Trump zmienił zdanie po tym, jak Erdoğan odebrał telefon? A może „cały ten pomysł był fantazją, bez szans na realizację?”.

„Niezamierzone konsekwencje”

Fakt, że organizacja syjonistyczna była tak przekonana o powodzeniu swojej ewidentnie błędnej, samobójczej misji, jest tym bardziej druzgocący w świetle treści raportu z lipca 2025 roku, opublikowanego przez wpływowy Instytut Studiów nad Bezpieczeństwem Narodowym w Tel Awiwie. W druzgocącej ocenie 12-dniowej wojny, think tank przyznał, że zmiana reżimu w Iranie była deklarowanym celem syjonistów od początku konfliktu, który zakończył się spektakularną porażką. INSS nadal opowiadał się za zniszczeniem Republiki Islamskiej, ale ostrzegał przed pewnymi strategiami.

Co godne uwagi, think tank ostrzegał przed stosowaniem tej samej taktyki zmiany reżimu, na którą powoływały się ZOF i Mossad podczas niedawnej wojny syjonistyczno -amerykańskiej z Iranem. Po pierwsze, INSS słusznie przewidział, że wszelkie izraelskie działania militarne – w tym bombardowanie ludności cywilnej – mające na celu wywołanie masowych protestów antyrządowych, będą skazane na porażkę. Wręcz przeciwnie, takie działania podczas 12-dniowej wojny wywołały falę nastrojów antyizraelskich wśród Irańczyków, którzy w odpowiedzi wykazali się niezwykłym stopniem jedności pod narodową flagą.

Determinacja narodu irańskiego do „obrony ojczyzny w krytycznym momencie przed wrogiem zewnętrznym” przetrwała nawet po zakończeniu wojny dwunastodniowej, tak że wszelkie ślady publicznego sprzeciwu w Republice Islamskiej „prawie całkowicie zniknęły” w następstwie konfliktu. INSS wydał również stanowcze ostrzeżenie przed wspieraniem „tendencji separatystycznych” w Iranie – takich jak kurdyjskie bojówki. Ze względu na „wzmożoną wrażliwość społeczną na wszelkie postrzegane zagraniczne próby promowania podziałów etnicznych” powstanie separatystyczne, nie mówiąc już o jawnej inwazji, zjednoczyłoby „dużą część” społeczeństwa irańskiego „przeciwko Izraelowi”.

Co więcej, szczególnie prorocza część raportu INSS zawierała surowe ostrzeżenie przed zamachem na Najwyższego Przywódcę Alego Chameneiego, stwierdzając, że „niekoniecznie doprowadzi to do zmiany reżimu” i nieuchronnie przyniesie odwrotny skutek. Zespół doradców trafnie przewidział, że Teheran „prawdopodobnie bez trudu znajdzie następcę, który okaże się bardziej radykalny lub bardziej kompetentny”. INSS przewidział również, że rząd irański zostanie wzmocniony, a nastroje antysyjonistyczne wzrosną zarówno w Iranie, jak i poza nim, skazując od samego początku na porażkę wszelkie późniejsze „próby destabilizacji reżimu poprzez protesty społeczne”.

Wszystkie te upokarzające wydarzenia rzeczywiście miały miejsce po 28 lutego. W innym miejscu INSS przewidywał, że motywowane militarnie działania reżimu izraelskiego mające na celu doprowadzenie do zmiany reżimu w Iranie mogą zmusić Republikę Islamską do uzyskania zdolności do budowy broni jądrowej – „jako swego rodzaju egzystencjalnej polisy ubezpieczeniowej”. Do tego jeszcze nie doszło, choć zachodni urzędnicy państwowi obawiają się obecnie, że może to nastąpić. Tymczasem, od czasu wejścia w życie zawieszenia broni, rozmowy między Waszyngtonem a Teheranem znajdują się w pozornie nie do pokonania impasie. Podczas gdy urzędnicy amerykańscy nadal nalegają na nałożenie surowych ograniczeń na irańskie badania jądrowe, Republika Islamska odmawia jakichkolwiek negocjacji w tej sprawie.

Co więcej, Teheran jasno dał do zrozumienia, że ​​nie rozluźni swojego uścisku na Cieśninie Ormuz, dopóki imperium nie zniesie blokady kraju i nie zakończy konfliktu. Podczas gdy Netanjahu wciąż marzy o demontażu Republiki Islamskiej, imperium nie dysponuje niezbędną siłą gospodarczą i militarną. Tymczasem przeciążony Tel Awiw wpadł w kolosalną pułapkę w Libanie, a ruch oporu czeka i bacznie się temu przygląda. Lekkomyślnie dążąc do ewidentnie nieosiągalnej „zmiany reżimu” w Iranie, twór syjonistyczny jedynie przyspieszył swoją ostateczną zagładę.

Źródło: Jak Iran pokonał Izrael