Czy „zachodnie chrześcijaństwo” formalnie odejdzie od katolicyzmu ? Episkopaty, zwłaszcza w Afryce, odrzucają „Fiducia supplicans”.

Trzęsienie ziemi. Episkopaty odrzucają „Fiducia supplicans”. Takiej bitwy w Kościele jeszcze nie było

pch24/trzesienie-ziemi-episkopaty-odrzucaja-fiducia-supplicans

[to Całuśnik ze swoim przyjacielem MD]

Błogosławieństwa dla par homoseksualnych w Kościele wywołały gigantyczną burzę. Decyzję Stolicy Apostolskiej odrzuciła duża grupa Episkopatów, zwłaszcza w Afryce. Krytyczni są również biskupi w Polsce. Konsekwencje tego ostrego sporu mogą być dla jedności Kościoła katastrofalne. Co ciekawe, dokładnie to samo dzieje się u anglikanów. Tzw. „Kościół Anglii” wprowadził błogosławienie par LGBT… dwa dni przed kardynałem Fernándezem. Wywołało to rozłam i oddzielenie się anglikanów z Afryki. Akcja wygląda na skoordynowaną próbę „wypchnięcia” chrześcijan szanujących prawo Boże i utworzenia jakiejś dekadenckiej „zachodniej” wersji chrześcijaństwa, opartej o akceptację grzechu sodomii.

Anglikanie i Watykan wspólnie promują błogosławienie homozwiązków

W lutym 2023 roku Synod Generalny tzw. „Kościoła Anglii” podjął decyzję o wprowadzeniu błogosławieństw homoseksualnych. 17 grudnia decyzja o błogosławieniu związków homoseksualnych weszła u nich w życie. W oświadczeniu, które towarzyszyło implementacji tych błogosławieństw, zaznaczono, że fakt ich wprowadzenia w niczym nie zmienia wyjątkowości małżeństwa i nie chodzi tutaj o pełną akceptację związków jednopłciowych, ale o uznanie wszystkiego, co w takich trwałych i stabilnych związkach „dobre”.

Dwa dni później, 19 grudnia, Dykasteria Nauki Wiary kard. Victora Manuela Fernándeza, za aprobatą papieża Franciszka, wydała deklarację doktrynalną Fiducia supplicans. Jej treść jest bardzo podobna do decyzji anglikanów: podkreśla się wagę małżeństwa i proponuje aprobowanie tego, co „dobre” w związkach jednopłciowych; ale zarazem wprowadza „duszpasterskie” błogosławienie par homoseksualnych. Są też oczywiście pewne różnice: anglikanie będą błogosławić pary jednopłciowe także w kościołach, w Kościele katolickim ma to być bardziej ograniczone. Zasadniczo jednak dokumenty są do siebie bardzo podobne; zostały zresztą ogłoszone niemal w tym samym czasie, co wskazuje na to, że cała operacja była wcześniej uzgodniona. Biorąc pod uwagę zbieżności treściowe i czasowe oraz mając na uwadze fakt bliskich kontaktów Kurii Rzymskiej Franciszka z anglikanami z tzw. „Kościoła Anglii” przypadek jest tutaj skrajnie nieprawdopodobny.

Rodzi się oczywiste pytanie: czy obie strony uzgodniły zarówno treść swoich decyzji, jak i konsekwencje, które mogą one przynieść? Stawką jest bowiem głęboki podział wśród chrześcijan, w tym podział w samym Kościele katolickim.

Gdy anglikanie z tzw. „Kościoła Anglii” podjęli w lutym decyzję o planie wprowadzenia błogosławieństw homoseksualnych, zaprotestowali przeciwko temu wierzący z Afryki oraz innych regionów globalnego Południa. Po kilku tygodniach wewnętrznych debat podjęto trudną decyzję. Reprezentująca „ortodoksyjnych” anglikanów grupa Global South Fellowship of Anglican Churches (GSFA) ogłosiła, że odcina się od tzw. „Kościoła Anglii”. Trudno mówić w tym przypadku o schizmie, bo struktura anglikańskiej wspólnoty jest luźna, jednak GSFA wyraźnie oceniła decyzję Anglików za sprzeczną z Pismem Świętym i wolą Bożą, stąd podjęła decyzję o „wyraźnym odróżnieniu się od tych członków Wspólnoty [anglikańskiej], którzy odeszli od wiary historycznej”. De facto doszło zatem do podziału.

Czy w Kościele katolickim sytuacja wywołana Fiducia supplicans będzie podobna? W pewnym sensie niewątpliwie tak, bo deklaracja zaledwie w ciągu kilku dni od ogłoszenia wywołała szereg bardzo ostrych, jednoznacznych reakcji. Część Kościoła katolickiego po prostu ją odrzuca, uznawszy, że zawiera treści pośrednio albo bezpośrednio sprzeczne z objawioną wiarą. Symbolem oporu jest reakcja biskupów Astany w Kazachstanie. Arcybiskup Tomasz Peta i biskup Atanazy Schneider ocenili, że na skutek Fiducia supplicans Kościół katolicki „staje się – jeśli nie w teorii, to w praktyce – propagandystą globalistycznej i bezbożnej agendy gender” i surowo zakazali udzielania takich błogosławieństw oraz ich przyjmowania. Wkrótce podobną co do konkluzji deklarację wydali biskupi Malawi – kraju w Afryce zamieszkanego przez kilka milionów katolików. Stwierdzili, że w ich kraju Fiducia supplicans nie będzie obowiązywać.

Później deklaracje, które odrzucają zgodę na błogosławienie par homoseksualnych, a więc de facto stanowią odrzucenie dokumentu z Watykanu, wydało jeszcze więcej episkopatów. Trudno je wszystkie zliczyć, bo opór cały czas narasta i pojawiają się nowe dokumenty. Oprócz Kazachstanu i Malawi negatywnie wypowiedzieli się jeszcze biskupi Zambii, Kenii, Nigerii, Kamerunu, Ghany, Rwandy, Ukrainy – oraz Polski.

Reakcja Konferencji Episkopatu Polski

21 grudnia rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Leszek Gęsiak SJ wydał „Oświadczenie” w sprawie deklaracji Fiducia supplicans. Jak wyjaśnił, sporządził je „po konsultacji z członkami Rady Stałej Konferencji Episkopatu Polski”.

[–– dalej o mętnym i chwiejnym stanowisku „góry” w Polsce. Nudne. Wstyd mi było to czytać. MD]

Sprzeciw Afryki?

Co będzie dalej? Wygląda na to, że Kościół katolicki wchodzi w najtrudniejszy okres od początku pontyfikatu papieża Franciszka. Wkrótce przeciwko Fiducia supplicans może opowiedzieć się duża część Kościoła – a jeżeli patrzeć na to liczbowo, być może nawet jego większość. Reakcję na błogosławienie związków homoseksualnych zapowiedziało Sympozjum Konferencji Episkopatów Afryki i Madagaskaru. Szef tej organizacji, kard. Fridolin Ambongo, ogłosił plan przygotowania ogólnoafrykańskiej deklaracji, która wyjaśni zamieszanie. Pytanie, czy nie jest to operacja obliczona na „skanalizowanie” oporu Afryki. Kardynał Ambongo jest nominatem Franciszka, zasiada w elitarnej Radzie Kardynałów, która doradza papieżowi. Jest nieprawdopodobne, by działał bez porozumienia z kard. Fernándezem. Jest możliwe, że ideę opracowania wspólnej afrykańskiej deklaracji przedstawił po konsultacji z Kurią Rzymską w obliczu decyzji poszczególnych episkopatów Afryki. Chodziłoby zatem o to, żeby wydać teraz nowy dokument dla całej Afryki, który wprawdzie nie wprowadzi błogosławieństwa par LGBT, ale przedstawi sprawę tak, by „rozładować” napięcie. 

Oczywiście taka operacja nie musi się udać, bo sprzeciw w dużej części Afryki jest naprawdę ostry. Papież Franciszek i kard. Victor Manuel Fernández musieli wiedzieć, że Fiducia supplicans wywoła niesamowitą falę sprzeciwu i krytyki, zwłaszcza w Afryce. Papież Franciszek był na Czarnym Lądzie wcześniej w tym roku. Przed podróżą wypowiadał się na rzecz dekryminalizacji homoseksualizmu – afrykańscy biskupi oraz politycy z góry zapowiedzieli, że jeżeli papież przyjeżdża do Afryki z promocją LGBT, to może sobie darować. Franciszek zna zatem nastroje; widział ponadto, co stało się we wspólnocie anglikańskiej. Pomimo tego papież, który ex definitionie powinien być strażnikiem jedności, zdecydował się na wydanie tego dokumentu. 

Póki co Dykasteria Nauki Wiary próbuje nakłonić katolików na świecie do przyjęcia Fiducia supplicans argumentem „autorytetu papieskiego”. Kard. Victor Manuel Fernández opublikował 22 grudnia zdjęcie odręcznego podpisu papieża Franciszka z poparciem dla treści dokumentu. Problem w tym, że ci, którzy odrzucają deklarację o błogosławieniu homoseksualistów, nie mają wątpliwości co do poparcia Franciszka dla tego tekstu: sprawa jest dla każdego oczywista, bo już na początku października papież poparł błogosławienie par jednopłciowych w odpowiedzi na dubia pięciu kardynałów. A zatem granie argumentem autorytetu niewiele zmieni.

Katolicyzm czy „zachodnie chrześcijaństwo”?

Jak skończy się ta gigantyczna burza? Wygląda na to, że skoordynowana akcja Kościoła katolickiego i tzw. „Kościoła Anglii” może doprowadzić do efektu w postaci faktycznego (bo niekoniecznie formalnego) „nowego podziału” chrześcijaństwa. Liberalni katolicy i anglikanie na Zachodzie będą błogosławić związki homoseksualne, a tradycyjni katolicy i anglikanie w krajach globalnego Południa nie, uważając tych z Zachodu za odstępców. Sytuacja jest jednak bezprecedensowa, bo jeszcze nigdy w historii Kościoła nie doszło do tak jednoznacznego odrzucania przez dużą liczbę biskupów decyzji Stolicy Apostolskiej. Pewną analogią jest Humanae vitae z 1968 roku; jednak w tamtym czasie zdecydowanie mniejsza liczba Episkopatów zareagowała na dokument papieski krytycznie, z czego część zresztą gorąco polecała stosowanie papieskich zaleceń, sugerując jedynie, że być może dopuszczalna jest też inna droga. W przypadku Fiducia supplicans mamy do czynienia z jednoznacznym odrzuceniem dokumentu albo po prostu gruntownym zlekceważeniem jego treści.

Pytanie, gdzie w tym wszystkim znajdzie się Polska: kraj w strukturach Unii Europejskiej, z dużą grupą katolików sercem oddanych Rewolucji – ale zarazem z wieloma biskupami i przeważającymi masami wiernych, którzy odrzucają błogosławieństwo par homoseksualnych jako oczywistą niegodziwość. Wiele, sądzę, zależy od naszej zdecydowanej reakcji. Jeżeli będziemy bronić prawa Bożego i będziemy niezmiennie mówić promocji sodomii stanowcze „nie”, ocalimy katolicką wiarę. A o to przecież w ostateczności nam chodzi.

Paweł Chmielewski

Friday Funnies: The Grinch. Who is stealing Democracy. MEMy, też ponure…

Friday Funnies: The Grinch

Who is stealing Democracy

ROBERT W MALONE MD, MS DEC 22
 








This is so on target. Is there now one set of rules of one class of people and a different set of rules for others. 

This is not the American way. We profess to treat everyone equally. 

If one class of people is allowed to plagarize on dissertations and peer reviewed publications, it implies that they are unable to do the work without cheating. That they are unequal for the position based on their own qualifications. 

Just think about the implications of that… 


















93-letni Włoch, były szablista pobił rabusia Algierczyka grożącego pistoletem, poszukiwanego za zabójstwo.

93-letni Włoch, były szablista pobił rabusia z pistoletem, Algierczyka poszukiwanego za zabójstwo.

we-wloszech-93-latek-pobił-rabusia

93-letni legendarny włoski szablista i były trener reprezentacji kraju w szermierce Attilio Fini rozbroił i obezwładnił napastnika, który na ulicy w Mediolanie, mierząc do niego z pistoletu, zażądał pieniędzy albo zegarka.

– Facet nie wiedział, że podczas walk dałem wielu popalić – zażartował były mistrz olimpijski w piątkowym wywiadzie dla dziennika „Corriere della Sera. 

Attilio Fini ma na swoim koncie rekordową liczbę zwycięstw w szermierce, a teraz też pokonanie przestępcy. Jak opowiedział w rozmowie z gazetą, kiedy wieczorem wracał do domu w Mediolanie, zobaczył napastnika mierzącego do niego z broni. „Daj pieniądze albo zegarek” – zażądał sprawca ataku.

– Zadałem mu cios w twarz, potem uderzyłem w rękę, przez co wytrąciłem mu pistolet, a na koniec popchnąłem. Utknął między skuterami. Przybiegło dwóch chłopaków, którzy trzymali go do czasu przybycia policji – relacjonował były włoski szablista i trener.

Dodał, że napastnikiem okazał się Algierczyk, poszukiwany w swoim kraju za zabójstwo. Senior przyznał, że obezwładniając przestępcę wykorzystał technikę szermierki, w której trzeba błyskawicznie zaatakować rywala.

– Moja przeszłość mi pomogła. Kiedy stoi się na macie, potrzeba zdecydowania i refleksu – stwierdził Fini.

Rozbieram z uwagą podmiankę

Stanisław Michalkiewicz rozbieram-z-uwaga-podmianke

“Demokraci” spod ciemnej gwiazdy, czyli Volksdeutsche Partei, Trzecia Noga Szymona Hołowni i Lewizna w podskokach przywracają praworządność w naszym bantustanie metodą “na rympał” – jak mawiają gitowcy. Nawiązuję do kminy, bo nowy minister kultury, przesunięty na to stanowisko z bezpieki, czyli pan Bartłomiej Sienkiewicz, na podstawie pozorów legalności, których dostarczyła sejmowa uchwała, posłał do telewizji… No właśnie – tu  zdania są podzielone.

Na mieście krążą fałszywe pogłoski, że to przyjaciele pana ministra ze sfer zorganizowanej przestępczości, którym jednak zaprzeczają inne fałszywe pogłoski, że to są płomienni szermierze praworządności, przypadkowo ozdobieni złotymi łańcuchami z tombaku na byczych karczychach, w czarnych skórzanych marynarach – takich samych, w jakie ubrani byli bezpieczniacy, którzy w 2003 roku, podczas “rewolucji róż” w Gruzji jednymi drzwiami wyprowadzali prezydenta Edwarda Szewardnadze, podczas kiedy inni, w takich samych marynarach, drugimi drzwiami wprowadzali Michała Saakaszwiliego.

Skąd się tam wzięli – tajemnica to wielka, chociaż pewnego śladu dostarcza nam osoba Michała Saakaszwiliego. Ten awanturnik według wszelkiego prawdopodobieństwa, był amerykańskim agentem, zainstalowanym przez CIA w Gruzji, kiedy prezydent Bush przekonał się, że nie powinien przeciągać struny w konflikcie z grandziarzem Sorosem i obmyślił dla niego gruzińskie alimenty, w miejsce utraconych rosyjskich.

Tedy zaraz po rewolucji róż w Tbilisi wylądował czarterowy samolot z Londynu, którym pod fałszywym nazwiskiem przyleciał Borys Abramowicz Bieriezowski, żeby się zorientować, ile z tej całej Gruzji można wyciągnąć. Widocznie jednak lustracja nie wypadła zbyt dobrze, bo jeszcze tego samego roku na Ukrainie wybuchła rewolucja – tym razem “pomarańczowa”. Aaaa, Ukraina to co innego! Borys Abramowicz Bieriezowski chciał nawet przyjąć tamtejsze obywatelstwo, ale coś się stało, że nie przyjął, a potem wziął i umarł.

Przypominam tamte wydarzenia, bo mamy sytuację podobną. Po marcowym spotkaniu w Waszyngtonie, na którym prezydent Józio Biden pozwolił niemieckiemu kanclerzowi Scholzowi, by Niemcy urządzały Europę po swojemu, okazało się, że nie ma rady, że Polska musi w związku z tym znowu przejść pod kuratelę niemiecką. A skoro tak, to na politycznej scenie naszego bantustanu musi dokonać się podmianka.

No i się dokonała tym łatwiej, że Amerykanie już wcześniej zdecydowali się spuścić PiS z wodą, instalując w charakterze jasnego idola pana Szymona Hołownię, któremu patronuje z dyskretnego cienia pan Michał Kobosko. No i doszło do podmianki, przy czym Niemcy byli ostrożniejsi, niż poprzednio i na wszelki wypadek zadbali, by mniej wartościowy naród tubylczy postawić przed prawidłową alternatywą. Po jednej stronie stanął pan Mateusz Morawiecki, odnotowany dwoma pseudonimami operacyjnymi w STASI, a po drugiej – Donald Tusk, też odnotowany, tyle, że tylko jednym pseudonimem. Czegóż chcieć więcej?

Więc kiedy podmianka się dokonała, a pan prezydent zaprzysiągł gabinet Donalda Tuska z licznymi „feministrami”, w Warszawie wyznaczyli sobie rendez-vous przedstawiciel CIA i szef Mosadu, pod pretekstem złapania Kataru. Dlaczego uznali, że Katar najlepiej złapać w Warszawie? Tajemnica to wielka, ale może nie aż tak wielka, bo to mógł być tylko pretekst, a tak naprawdę rendez-vous miało na celu odpowiednie przygotowanie podmianki, żeby nie było tak, jak podczas “ciamajdanu” 16 grudnia 2016 roku.

Wtedy Amerykanie jeszcze nie pozwolili Niemcom na urządzanie Europy po swojemu, toteż w wigilię “ciamajdanu”, 15 grudnia, przyleciał do Warszawy prawa ręka Trumpa, Rudolf Giuliani, przeprowadził z Naczelnikiem Państwa Jarosławem Kaczyńskim rozmowę ostrzegawczą – bo w końcu CIA coś tam przecież musi wiedzieć – no i odleciał do Ameryki. W związku z tym “ciamajdan” spalił na panewce, co Naszą Złotą Panią z Berlina zniechęciło do walki o demokrację w Polsce i po gospodarskiej wizycie w Warszawie 7 lutego 2017 roku, kazała walczyć o praworządność – co obowiązuje do dnia dzisiejszego, a nawet się nasila.

Tym razem Niemcy lepiej przygotowali podmiankę, działając w porozuminiu i z CIA i z Mosadem, a w dodatku, w momencie, gdy walka o praworządność zaczęła wchodzić w decydującą fazę, to znaczy – gdy pan minister Sienkiewicz, przesunięty z bezpieki na kulturę, wysłał osiłków o byczych karkach, żeby do telewizyjnego vaginetu wprowadzili pana mecenasa Piotra Zemłę – wysłali do Warszawy Reichsleiterkę od praworządności, panią Verę Jurovą – żeby przypilnowała, by wszystko szlo zgodnie z planem.

To rewolucyjna praktyka, podczas gdy rewolucyjnej teorii dostarczył mój faworyt, kwiat światowej jurysprudencji, pan prof. Wojciech Sadurski. Pan profesor, z zagadkowych powodów jest bardziej szczery, niż inni krętacze, więc nie owijając w bawełnę oznajmił, że nie ma rady, tylko gwoli przywrócenia praworządności trzeba zacząć łamać konstytucję, to znaczy – trzeba łamanie konstytucji kontynuować, tyle, że ze słusznych pozycji, podczas gdy PiS łamał ją z pozycji głęboko niesłusznych. A jakie pozycje są słuszne?

To proste, jak budowa cepa; słuszne, a nawet jedynie słuszne są pozycje demokratyczne. Jak tylko ktoś zajmie demokratyczne pozycje, to nie tylko może łamać konstytucję, ale i lokować oponentów w dołach z wapnem – bo nie ma takich poświęceń, których nie można by dokonać w imię demokracji. Te doły z wapnem to na razie pieśń przyszłości, kiedy w ramach rewolucyjnej praktyki Generalnego Gubernatorstwa głos zabierze “towarzysz Mauzer”, a na razie, jeśli w ogóle poleje sie jakaś krew, to raczej tylko z nosa,

Pan prezydent Duda, którego uczestnicy bezpieczniackego rendez-vous w Warszawie chyba nawet nie poinformowali o swojej obecności w naszym bantustanie, skwapliwie korzysta z okazji, by siedzieć cicho i kiedy osiłkowie instalowali pana Zemłę w vaginecie, zwołał Radę Bezpieczeństwa Narodowego, żeby uradziła, jakby tu wygrać wojnę na Ukrainie.

Najwyraźniej pan prezydent nie ma większych zmartwień,  bo wprawdzie jest zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, nie jest do końca pewien, czy jakaś siła zbrojna posłuchałaby jego rozkazów, gdyby były one sprzeczne z uzgodnieniami poczynionymi między reprezentantem CIA i przedstawicielem Mosadu.

W tej sytuacji lepiej siedzieć cicho, kierując się  wskazówką Adama Mickiewicza, który napisał, że “kto tam, gdzie trzeba, zamilczy roztropnie, a wytrwa, choć pod młotem – celu swego dopnie”. A jakiego celu pragnie dopiąć pan prezydent? Oczywiście prestiżowej posady w NATO lub ONZ – czego bez protekcji Naszego Najważniejszego Sojusznika uzyskać niepodobna.

Upadek Francji i całej Europy jest katastrofalną rzeczywistością. Komentarz Eleison Księdza Biskupa Ryszarda Williamsona.

Komentarze Eleison


biskup williamson

Komentarze Eleison Jego Ekscelencji Księdza Biskupa Ryszarda Williamsona


Komentarz Eleison nr DCCCLVII (857)

16 grudnia 2023

UPADEK EUROPY –  I

Upadek Francji i całej Europy jest katastrofalną rzeczywistością. Nie nastąpił on jednak z dnia na dzień. Proces podkopywania trwał od dłuższego czasu, co najlepiej dostrzegali francuscy nacjonaliści, przepowiadając poważne konsekwencje dla społeczeństwa i cywilizacji, które są teraz oczywiste. Kilku wybitnych pisarzy i dobrych czasopism, takich jak Rivarol, od dawna biło na alarm, gdy kolejne mroczne wydarzenia następowały po sobie.

Po upadku francuskiego imperium kolonialnego i zdradzie francuskiej Algierii, rewolta studencka w Paryżu w 1968 roku pokazała, że Francuzi są generalnie gotowi zaakceptować odrzucenie zdrowego rozsądku, tradycji, zdrowej moralności i wszystkiego, co stanowiło o wielkości naszej cywilizacji. Potem przyszła legalizacja aborcji, socjalistyczny rząd w 1981 roku, antyrasizm, sterowana imigracja, przebudowa modelu rodziny, LGBT, transpłciowość, pedofilia, adrenochrom (prawdziwy horror), sprzedaż organów, ” zmiana klimatu „, chemtrails, itd. Jednak reakcja opinii publicznej była znikoma. Ludzie mogli być trochę wstrząśnięci przez chwilę lub dwie, ale szybko się uspokoili. Mówimy o „wzroście standardu życia”, jak gdyby nastąpiła rzeczywista poprawa życia, podczas gdy w rzeczywistości było to niewiele więcej niż kwestia techniczna – lepsze maszyny zapewniające dostęp do większej ilości dóbr materialnych. Rezultat jest taki, że potrzeba dwóch pensji w gospodarstwie domowym zamiast jednej oddziela matkę od domu, szczególnie jeśli nie przepada ona za macierzyństwem.

Przez wieki Francja oddziaływała na cały świat, na ogół w dobry sposób, a dziś sama pogrąża się w moralnym i ekonomicznym upadku, w takim kryzysie społecznym i intelektualnym, że nie jest już w stanie na nikogo wpływać. Co najgorsze, odrzuca, gardzi i lekceważy wszystko, co niegdyś osiągnęła. Jednak, co zaskakujące, ten „Zachód”, który nie jest już niczym więcej niż marionetką szatańskich mistrzów, którzy są oligarchią materialistycznych i gnostyckich globalistów, nadal zachowuje się tak, jakby miał powołanie do przewodzenia światu, podobnie jak talmudyczni Żydzi podają się za kapłanów rodzaju ludzkiego.

Od czasów covidowych, tego potwornego oszustwa mającego na celu przetestowanie, jak daleko posunąć się może manipulacja współczesnego człowieka, narody Europy Karola Wielkiego szybko oddają się w niewolę bankierom z Londynu i Nowego Jorku. Plan depopulacji stojący za covidem sięga co najmniej lat siedemdziesiątych XX wieku, kiedy to Jacques Attali, do dziś kluczowy doradca francuskiego rządu, powiedział w publicznym wywiadzie: „Bezużyteczni zjadacze nadają się do rzeźni”. Stąd też wzięły się te niebezpieczne i śmiercionośne „szczepienia”.

Jeśli chodzi o Francję, jest ona rozdzierana i wyprzedawana z korzyścią dla USA i prywatnych interesów. Jeśli chodzi o Europę, jest ona rozbita przez atak USA-NATO na Rosję, z nikczemnymi mass-mediami i ich komentatorami wypluwającymi kłamstwa przeciwko Rosji, podczas gdy przede wszystkim cała klasa polityczna milczy. Poprzez wojnę prowadzoną na Ukrainie, w której zginęło pół miliona ludzi, USA osiągnęły co najmniej jedno – potęga gospodarcza Europy i konkurencja Niemiec zostały złamane – niemieckie koncerny przenoszą się do Ameryki. Amerykanie wcale nie podejrzewają, że jak pokazuje historia, takie „podboje” są oznaką rychłego upadku imperium. Co więcej, Zachód związał swój los z państwem Izrael, które wielbi, ale reszta świata odrzuca taką arogancję i degenerację, i nie akceptuje tego, co Izrael robi Palestyńczykom.

Całkowity brak reakcji we wszystkich najwyższych instytucjach Francji na taką hańbę Francji Karola Wielkiego jest znakiem końca epoki. Stoją i patrzą, cisi i potulni, podczas gdy Francja stacza się na śmietnik historii. Niektórzy mają nadzieję, że ten proces jeszcze potrwa, inni nadal chodzą we śnie, upojeni własną propagandą. Ci u władzy starają się uciszyć wszelki sprzeciw, podczas gdy wojna światowa wisi nad ich głowami.

Naszym zadaniem na polu polityki jest czynienie wszystkiego, co może przynieść rezultaty, a przede wszystkim zachowanie dla przyszłości najlepszych owoców chwalebnej przeszłości Francji, tak jak w VI wieku, gdy imperium rzymskie zostało zniszczone przez barbarzyńców, a mnisi w klasztorach zachowali wspaniałe dziedzictwo starożytności. To dziedzictwo, które przetrwało, odegrało znaczną rolę w późniejszym tworzeniu przez 1500 lat europejskiej i chrześcijańskiej cywilizacji.

Kyrie eleison.

W sejmie: „Kwik świń odrywanych od koryta, a Tusk w Brukseli sprzedaje połacie Polski”.

„Kwik świń odrywanych od koryta, a Tusk w Brukseli sprzedaje połacie Polski”. Marszałek oburzona słowami Berkowicza [VIDEO]

22.12.2023 kwik-swin-odrywanych-od-koryta-a-tusk-w-brukseli-sprzedaje-polacie-polski

Konrad Berkowicz o TVP.
Konrad Berkowicz w Sejmie o TVP. / Fot. screen

Konrad Berkowicz z mównicy sejmowej zwrócił uwagę, że podczas gdy w Polsce „słychać kwik świń odrywanych od rządowego koryta”, nawiązał tym samym do awantury o media reżimowe, to w tym czasie Donald Tusk „w Brukseli właśnie sprzedaje kolejne połacie Polski”. Te słowa nie spodobały się prowadzącej obrady marszałek Monice Wielichowskiej.

– Całkiem miło słychać kwik świń odrywanych od rządowego koryta, ale już w oddali słyszę też pomlaskiwania tych nowych, co się do niego pchają. Co więcej, w Polsce mamy sytuację, gdzie dwa obozy walczą o to, kto będzie dzierżył narzędzie do rządowej propagandy, a tymczasem Donald Tusk w Brukseli właśnie sprzedaje kolejne połacie Polski – rozpoczął wystąpienie Berkowicz.

– Sprzedaje, bo właśnie zgodził się na trzy nowe, unijne podatki, a mógł jednoosobowo to zablokować, miał prawo weta. I sprzedaje, bo przyklasnął pakietowi migracyjnemu, który został właśnie przyjęty i który zobowiązuje nas do przyjęcia nielegalnych imigrantów, którzy wdarli się do innych państw, albo zapłacenie ogromnych pieniędzy – kontynuował poseł Konfederacji.

– I to jest kontynuacja waszej polityki, bo premier Morawiecki kłamał w czasie kampanii, że 6 października to zawetował. Nie mógł tego zrobić, bo to był nieformalny szczyt. Kłamaliście i teraz macie kontynuację – zakończył wystąpienie Berkowicz, choć szybko na mównicę wrócił.

Wrócił, bo pewne „uwagi” co do jego wystąpienia miała prowadząca obrady wicemarszałek Monika Wielichowska. – Następnym razem chciałabym pana prosić, aby pan miarkował słowa na tej sali. Myślę, że pana wyborczynie i wyborcy nie są zadowolone z używania takiego języka w Wysokiej Izbie – powiedziała.

Berkowicz nie pozostał obojętny. – Bardzo bym prosił nie cenzurować i nie wypowiadać się za moich wyborców, którzy państwa nie podpierają – odpowiedział.

Wielichowska stwierdziła, że to nie była cenzura całej wypowiedzi. – Ja cenzuruję słowa, które nie powinny być wypowiadane w tej izbie – kontynuowała.

Berkowicz poprosił o listę zakazanych słów. Wielichowska ich nie podała i poleciła odsłuchać Berkowiczowi własne wystąpienie.

OGROMNA burza śnieżna w Chinach. Rekordowe opady śniegu i ogólnokrajowe skutki. Globcio znów szaleje!

Historyczna burza śnieżna w Chinach. Rekordowe opady śniegu i ogólnokrajowe skutki

zmianynaziemi-burza-sniezna-w-chinach

[W oryginale – dla mających czas, a ciekawskich – piękne filmiki md]

Ostatnia historyczna burza śnieżna, która uderzyła w Półwysep Shandong w Chinach, była wyjątkowa z kilku powodów. Region doświadczył siedmiu dni opadów śniegu na dziesięć, co spowodowało rekordową głębokość śniegu. Yantai i Wendeng były szczególnie dotknięte, z głębokościami śniegu osiągającymi odpowiednio 52 cm i 55 cm . Zostało to oznaczone jako najbardziej znacząca burza śnieżna w historii zarejestrowana wzdłuż wybrzeża Chin.

Dodatkowo, Narodowe Centrum Meteorologiczne w Chinach odnowiło niebieskie ostrzeżenia, najniższy z czteropoziomowej skali, dla fal zimna na terenie całego kraju. Regiony takie jak prowincje Shanxi, Shaanxi i Henan spodziewały się burz śnieżnych, przy czym niektóre obszary już odnotowały ponad 10 centymetrów nowego pokrywy śnieżnej.

Ten ekstremalny epizod pogodowy przyniósł znaczny spadek temperatur w wielu regionach, w tym w północno-zachodnich i południowo-zachodnich Chinach oraz w częściach południowych Chin, z obniżkami temperatury w niektórych obszarach przekraczającymi 14 stopni Celsjusza.

Północno-wschodnie Chiny również zostały poważnie dotknięte. Szerokie obszary regionu doświadczyły intensywnych opadów śniegu, prowadząc do zamknięcia głównych autostrad, odwołania lotów i zamknięcia szkół. Miasto Harbin, stolica prowincji Heilongjiang, było jednym z najbardziej dotkniętych obszarów. Częściowa zawaliła się sala gimnastyczna w Heilongjiang, uwięziono w niej trzy osoby.

Narodowe Centrum Meteorologiczne przewidywało, że opady śniegu mogą pobić historyczne rekordy dla tego okresu, z ciągłymi silnymi burzami śnieżnymi w częściach Mongolii Wewnętrznej, Heilongjiangu, Jilin i Liaoning, a głębokość śniegu osiągającą w niektórych miejscach 20 centymetrów. W odpowiedzi na te ekstremalne warunki, chińskie władze meteorologiczne wydały pomarańczowy alert, drugi najwyższy w czteropoziomowej skali.

https://youtube.com/watch?v=1tSutNX69Ikhttps%3A

Po Malawi, Zambii i Nigerii, Konferencja Biskupów Ghany odrzuciła homoseksualną propagandę Franciszka [Bergaylio ??]

Afryka: Biedni powstają przeciwko Bergaylio

Po Malawi, Zambii i Nigerii, Konferencja Biskupów Ghany odrzuciła homoseksualną propagandę Franciszka wyrażoną w „Fiducia supplicans”.

Deklaracja została podpisana 21 grudnia przez 66-letniego biskupa Matthew Kwasi Gyamfi z Sunyani, przewodniczącego konferencji biskupów.

Biskup Kwasi zwraca uwagę na truizm, że Kościół nie ma prawa udzielać „błogosławieństwa”, jeśli miałoby to w jakiś sposób nadać moralną legitymizację związkom homoseksualnym lub pozamałżeńskim praktykom seksualnym.

Kluczowy akapit: „Błogosławieństwo, o którym Deklaracja mówi, że może być udzielone każdemu, odnosi się do modlitw, o które ludzie mogą prosić. Dla tych, którzy są w stanie grzechu, modlitwy mają prowadzić ich do nawrócenia. Dlatego modlitwy za osoby w związkach jednopłciowych nie mają na celu legitymizacji ich sposobu życia, ale poprowadzenie ich na ścieżkę nawrócenia”.

Wniosek jest taki, że „kapłani nie mogą błogosławić związków osób tej samej płci”. Wraz z „Fiducia supplicans”, dzieląca kadencja Franciszka osiągnęła nowy szczyt.

Tłumaczenie AI

Kupujmy książki Brauna. Już jest ZAKAZ.

Prośba Grzegorza Brauna o pomoc!

Autor: pokutujący łotr , 21 grudnia 2023

https://youtube.com/watch?v=MSqq2wm9WtQ%3Ffeature%3Doembed

Zakup książek u niezależnych (wciąż jeszcze istniejących) wydawców on line, w tym książek samego Brauna. https://3dom.pro/ksiazka-dla-brauna/ W mainstreamowym internecie jest już na nie ban.

Tagi:Grzegorz Braun, pomoc

Nadchodzi medialny Kulturkampf? Na razie propagandowa woda zamiast propagandowej zupy.

Nadchodzi medialny kulturkampf? #media #media publiczne #po #TVP #wiadomości

(Fot: Jacek Szydlowski / Forum)

Czy udzielałem właśnie wywiadu dla nowego TVP? Nie zaprzeczę. Czy TVP może być zainteresowane tematem osób LGBT+ i nie chodzi o szczucie? Nie zaprzeczę. Czy już idzie nowa jakość? Mam nadzieję. Taką informację w mediach społecznościowych dosłownie dzień po siłowym przejęciu Telewizji Polskiej przez nową koalicję rządzącą zamieścił Łukasz Kachnowicz – były ksiądz, znany jako pierwszy polski duchowny, który dokonał homoseksualnego coming outu, a dziś – gorliwy aktywista LGBT. Trudno o bardziej symboliczną ilustrację „czystej wody zamiast propagandowej zupy”, którą 20 grudnia obiecał widzom w najkrótszych „Wiadomościach” w historii polskiej telewizji dziennikarz Marek Czyż.

Funkcjonowanie Telewizji Polskiej za kadencji Prawa i Sprawiedliwości często spotykało się z krytyką, niekiedy nawet samych wyborców partii Jarosława Kaczyńskiego. Mimo to tryb i sposób „wymiany” pracujących w niej dziennikarzy wzbudził wątpliwości, nie tylko wśród autokrytycznych zwolenników PiS-u, ale również po stronie części obozu demokratyczno-liberalnego. Oto siły epatujące przez osiem ostatnich lat hasłem praworządności w zaledwie kilka godzin dokonały aktu widowiskowej autodemaskacji: „praworządność” okazała się zasłoną dla wyznawanego przez nią kultu prawa pięści, zaś deklaracja „dbałości o prawa mniejszości” pokazała, że chodzi wyłącznie o te mniejszości, z którymi akurat im politycznie po drodze. Najbardziej interesującym jest jednak fakt, że Donald Tusk uznawany za polityka przebiegłego i skutecznego, nie zadbał nawet o pozory respektowania wartości z jakich skrupulatnie wyszydełkował swój medialny wizerunek. Trudno znaleźć dla takiego postępowania inne wytłumaczenie aniżeli podporządkowanie sprawnej technologii władzy krótkowzrocznej logice zemsty. „Zrobimy to, bo już możemy” – zdaje się myśleć Tusk z Sienkiewiczem – „nie ma praworządności dla wrogów praworządności!”.

Irracjonalizm nowej władzy

Tusk, niepomny faktu, że funduje Prawu i Sprawiedliwości nowy opozycyjny mit założycielski, a sobie samemu odbiera wiarygodność postanowił zadziałać metodą, nie tyle już zapowiadanej „twardej ręki” co „żelaznej miotły”. Niewątpliwie jego atutem w tej sytuacji będzie propagandowe wsparcie Brukseli, które część wyborców może uznać za swego rodzaju glejt prawomyślności. Z drugiej jednak strony – osobom nawet pobieżnie obserwującym życie polityczne rzuci się w oczy, że wyobrażenie organów Unii Europejskiej jako arbitra wartości demokratycznych okazało się niezwykle złudne. Brutalną akcją przejęcia mediów publicznych zarówno one, jak i ich lokalna ekspozytura dobrowolnie pozbywają się iluzji moralnej wyższości nad „panoszącym się” w instytucjach publicznych PiS-em. Logika zemsty może jednak przemawiać tylko do najzacieklejszej części opinii publicznej; ta, która oczekiwała nowych standardów po raz kolejny zostanie w swym poczuciu partyjnie osierocona. Będą to oczywiste następstwa działań Tuska i Sienkiewicza – zignorowanie potrzeby zachowania nawet pozorów praworządności może świadczyć o tym, że nowa władza kieruje się głównie afektem, co nie rokuje podejmowania trafionych z punktu widzenia dobra państwa decyzji.

Skoro nową władzę cechuje irracjonalność (nawet z punktu widzenia jej własnego interesu) niebezpodstawnym staje się podejrzenie, że równie nieostrożnie będą realizować swoją wizję medialnej „misji publicznej”. Jak już pisaliśmy na łamach PCh24.pl, brak autorskiej wizji przyszłych rządów Tuska wypełniony został ideologią niemal jeden do jednego przekopiowaną z oficjalnej agendy unijnej – agendy, mającej na celu utrzymanie ludności państw członkowskich w stanie bezwzględnej subordynacji względem organów międzynarodowych. Czysta pragmatyka podpowiadałaby, że niekompatybilność tej agendy względem sposobu myślenia i wrażliwości moralnej dużej części społeczeństwa polskiego wymusza działanie powolne, zakamuflowane i cierpliwe. Jeżeli jednak, jak okazuje się – afekt wygrywa z pragmatyką, nie można wykluczyć, że czas antenowy państwowej telewizji będą wypełniać gadające głowy w rodzaju wspomnianego we wstępie tęczowego aktywisty. Nawet nie rezygnując z tezy o politycznej sprawności Tuska, warto pamiętać, że nie pokieruje on telewizją własnoręcznie – będzie musiał oddelegować do tego zadania wyspecjalizowanych wykonawców, a jeżeli znajdą się wśród nich upokorzeni ośmioletnią degradacją i żądni krwi dziennikarze, nie można wykluczyć, że czeka nas telewizja „pisowska” au rebours – propagująca wszelkie treści, będące prostym zaprzeczeniem poprzedniej linii programowej: genderyzm, homopolityka, aksamitny lub twardy antyklerykalizm etc.; na złość znienawidzonemu prof. Przemysławowi Czarnkowi telewizyjne Wiadomości będą zachęcać uczniów, pedagogów i rodziców do obchodzenia „tęczowych piątków”, na złość „trybunałowi Przyłębskiej” emitowane będą treści proaborcyjne. Po wydarzeniach dnia 20 grudnia scenariusz ten uległ znacznemu uprawdopodobnieniu.

Przygotowania do medialnego kulturkampfu

Z punktu widzenia wpływu telewizji na ludzkie postrzeganie świata, od nowego TVP spodziewać się możemy próby normalizacji patologicznych zjawisk (anty)kulturowych
w świadomości społecznej. Wynikłe z psychologicznych kompleksów „elity” zachłyśnięcie się progresywnymi ideami dominującymi na współczesnym Zachodzie (oraz jej naiwności względem tzw. „obywatelskich” ruchów wywrotowych) może paradoksalnie skutkować przekazem dla dotychczasowego wiernego widza TVP odtrącającym; używając popularnej metafory: żaba wyskoczy z wrzątku zamiast dać się rozgotować w wodzie o zdradliwie rosnącej temperaturze. Dlatego też internetowe i papierowe media dysydenckie powinny na taki (stosunkowo prawdopodobny) rozwój wypadków się przygotować. Przekaz nowej tęczowej Telewizji „Polskiej” powinien zostać wprost nazwany przekazem siły politycznej, aspirującej do roli kulturowego okupanta. By tak mogło się stać, niezbędny stanie się monitoring treści emitowanych przez publiczne media – monitoring czyniony nie tylko z pozycji narracji poprzedniej władzy, ale szerszych – uniewersalnych, historycznych i cywilizacyjnych.

Skromniejsze zasoby finansowe skoncentrowanych mediów pro-niepodległościowych i pro-katolickich mogą zostać zastąpione jedynie poprzez wzmożoną determinację i oryginalność przekazu. W tym celu zasadnym wydaje się podniesienie postulatu syntezy opowieści tzw. „prawicy senioralnej” (górującej doświadczeniem) i „prawicy junioralnej” (dysponującej lepszym zrozumieniem nieustannie zmieniających się kodów kulturowych). Odniesienia do stanu wojennego, działalności antykomunistycznej etc. nie wystarczą, gdyż dla młodszej części społeczeństwa stanowią one raczej suche hasła podręcznikowe. Równorzędną walkę nawiązać można jedynie kompleksowym zrozumieniem procesu zmian społecznych, wolą, polotem, atrakcyjną i kreatywną formułą. Paradoksalnie – sytuacja zepchnięcia do narożnika może się takiej dysydenckiej kreatywności pozytywnie przysłużyć, co niejednokrotnie w historii nasz naród już udowadniał, budząc swoją fantazję w sytacjach najbardziej doskwierającej opresji.

Kolejną wartą podniesienia kwestią są środki finansowe. W sytuacji, w której ok. 90 proc. mediów przejętych jest już przez siły: bądź to otwarcie antyniepodległościowe bądź posiadające do niepodległości stosunek problematyczny, warto zastanowić się nad hasłem „abonamentu niepodległościowego” – formy regularnego wsparcia jako wyrazu spełnienia swego rodzaju patriotycznego i katolickiego podszeptu sumienia, nie zaś konsumenckiego kaprysu. Z drugiej strony – obowiązkiem dostarczycieli finansowanych treści powinno być poczucie rzeczywistej misji i odpowiedzialności za wysoką jakość informacyjną, transparentność w spożytkowaniu tych środków, a także zaspakajanie potrzeby pozostawania w pewnej bliższej relacji z widzem, wychodzącej poza stosunki: nadawca -> odbiorca.           

Ostatnie palące i być może najtrudniejsze z zagadnień to niebezpieczeństwo wewnętrznego skłócenia obozu niepodległościowego, będącego efektem promieniowania różnic partyjnych
i frakcyjnych oraz pamięci o przykrych zaszłościach. W tym kontekście wspólnota interesu mediów dysydenckich w postaci obrony polskiej niepodległości i kultury przed brutalnym podporządkowaniem zagranicy i rewolucją obyczajową powinna być argumentem przesądzającym i regularnie przypominanym. Tworzenie sieci sojuszniczych mediów o tych wspólnych mianownikach i niepogłębianie aktualnie istniejących podziałów (lub przynajmniej chwilowe zawieszenie broni) z pewnością pozwoliłoby na lepszą koordynację oporu społecznego wobec agendy centralistyczno-rewolucyjnej. Współpraca lub przynajmniej czasowy nieformalny „pakt o nieagresji” z pewnością pozwoliłby w razie potrzeby jednoczyć na ulicach większe grupy protestacyjne, by władza o zapędach rewolucyjnych mogła odczuć na własnych plecach gorący oddech społecznego niezadowolenia przed postawieniem każdego kolejnego kroku w stronę zniszczenia naszego dziedzictwa. Zważając na fakt, że już teraz zapowiadane są próby unieważnienia wyroku Trybunału Konstytucyjnego dotyczącego zakazu aborcji eugenicznej solidarność, choćby w tak kluczowych sprawach jest oczywistym napomnieniem rozsądku. W obecnej sytuacji potrzebujemy zatem (parafrazując nomenklaturę Vaclava Bendy) „równoległego polis medialnego” mobilizującej i potęgującej społeczny opór.

Największa słabość hegemona

Wydarzenia 20 grudnia jednoznacznie pokazały nam, że nową władzę cechuje nieprzejednana pycha i pewność siebie. Warto zaznaczyć, że prócz brukania sumienia, grzech ten posiada jeszcze jeden, bardziej już psychologiczny aspekt – zakrzywia postrzeganie rzeczywistości i uniemożliwia racjonalne planowanie. Tutaj pojawia się jeszcze jedno „okienko szansy” – równoległe polis medialne obozu niepodległościowo-katolickiego (jeżeli tylko samo zgubnej pychy się ustrzeże!) zyska trzeźwiejszy obraz sytuacji społecznej, co pozwoli jej na sprawniejsze monitorowanie, sieciowanie, koordynację, mobilizację i tworzenie adekwatnego do wymogów chwili przekazu. Nowy i skrajnie lewicowo-liberalny hegemon informacyjny zaślepiony atawistyczną zemstą i pławiący się w nowych zdobyczach medialnych popełni zapewne mnóstwo błędów i głupstw. Jeżeli media niepodległościowo-kontrrewolucyjne zachowają trzeźwy osąd, zdolność do prawidłowej ewaluacji własnych sukcesów i porażek oraz otwartość na trafną autokorektę własnych działań, przewaga sił rewolucyjnych na polu informacyjnych wyraźnie stopnieje. 

Ludwik Pęzioł

Libertariański prezydent Argentyny i jego wolnościowa rewolucja. Milei reformuje w szaleńczym tempie

Libertariański prezydent Argentyny i jego wolnościowa rewolucja. Milei reformuje w szaleńczym tempie

22.12.2023 ncza/libertarianski-prezydent-argentyny

[Obserwujemy ogromną nagonkę na niego; A to – „tajny żyd”, a usługach Rockefellera, : Klaun Javier Milei itp. To ważne i charakterystyczne. Módlmy się o wolną Argentynę – warta tego. Mirosław Dakowski

Javier Milei
Javier Milei Fot. EPA/Juan Ignacio Roncoroni Dostawca: PAP/EPA

Javier Milei to pierwszy prezydent-zadeklarowany libertarianin w historii. Głowa państwa Argentyny w szaleńczym tempie wprowadza w swojej ojczyźnie reformy, o których marzą wolnościowcy na całym świecie.

Państwa nie da się naprawić z dnia na dzień. Po pierwszych wolnościowych reformach Mileiego ceny w Argentynie najpierw wzrosły. Gdy jednak deregulacje na rynku zaczęły działać, to zjawisko to zaczęło się odwracać i teraz np. spadają ceny wołowiny (o 25 proc. w zaledwie tydzień).

Argentyńczycy zdają się rozumieć, że zmiany wprowadzane przez wolnościowego prezydenta są potrzebne. Milei ma w tym momencie poparcie na poziomie 71,3 proc.

Tymczasem argentyński libertarianin się nie zatrzymuje. Argentyna pod jego rządami zmienia się każdego dnia. Milei wprowadza zmiany małe i duże – w tym takie, o których przeciwnicy idei wolnościowych w Europie mówili, że są niemożliwe do wprowadzenia.

[Obrazki i tłity – w oryginale md]

Wolnościowa rewolucja w Argentynie

Milei uwolnił Bitcoina i wprowadził rynkową konkurencję walut

Jedną ze zmian, które wprowadził Javier Milei w Argentynie jest „uwolnienie” kryptowaluty bitcoin. Pod rządami wolnościowca kryptowaluty stają się pełnoprawnym środkiem płatniczym.

Przy pomocy bitcoina będzie można rozliczyć dowolną umowę. To jednak nie wszystko. Argentyńczycy będą mogli rozliczać umowy w dolnej walucie (np. w dolarach).

Wolnościowiec dekryminalizuje także handel walutami na ulicach Argentyny. Aż chce się napisać, że „tak będzie w akapie”!

Gigantyczny pakiet deregulacyjny

Milei podpisał olbrzymi pakiet deregulacyjny. W sumie mowa o nakreśleniu ponad 300 środków deregulacji krajowej gospodarki – od eksportu, przez państwowe spółki, po prawo wynajmu nieruchomości.

Koniec z niepotrzebnymi ministerstwami

Libertariański prezydent walczy z biurokracją na poziomie państwowym i zaczął od usunięcia niepotrzebnych ministerstw.

Milei wprowadza w życie hasło „wszyscy won”, które Polacy dobrze znają, bo powtarza je także kociewski podróżnik – Wojciech Cejrowski.

Jakże to inne działanie niż to, które znamy z naszego podwórka, gdzie kolejny już rząd bije rekord, jeśli chodzi o ilość ministrów.

Milei sprowadza wolność na ziemi… i niebie

Libertariański prezydent Argentyny otworzył argentyńskie niebo. Po jego reformach nie obowiązuje już cena minimalna na loty, a zagraniczne firmy będą mogły oferować w Argentynie loty krajowe i międzynarodowe.

Zniesiony został także limit lotów na trasie i obostrzenia dotyczące tego, kto może je wykonywać. Jednym słowem – wolne niebo.

Koniec z socjalem!

Ok, na początek koniec z socjalem dla osób, które demonstrują przeciwko reformom, ale to zawsze jakiś początek.

Milei zapowiedział, że odbierze świadczenia socjalne tym, którzy w ramach protestów będą blokować ulice.

Reformy w stylu Korwin-Mikkego

Poza poważnymi reformami systemowymi Milei wprowadza też takie, które po prostu zwracają ludziom wolność.

Polskie media ochrzciły Mileiego mianem „argentyńskiego Korwina” i niektóre jego działania rzeczywiście przywodzą na myśl postulaty polskiego wolnościowca – ot, chociażby zniesienie wymogu posiadania aktualnego przeglądu technicznego pojazdu.

Rządzi tylko chwilę

To tylko wybrane działania nowego prezydenta, a przypomnijmy, że Milei władzę sprawuje od bardzo niedawna.

Przed nim jeszcze cała kadencja [oby !! MD] , podczas której Argentyna będzie się najpewniej zmieniać w modelowe państwo libertariańskie (co brzmi oczywiście trochę jak oksymoron, biorąc pod uwagę, że libertarianie, z Mieleim na czele, są przeciwnikami państwa).

Miejmy nadzieję, że Argentyna jest pierwszym państwem libertariańskiej rewolucji, a za jej przykładem pójdą następne!

Jestem profetą. Łukasz Warzecha.

Jestem profetą

https://www.salon24.pl/u/lukaszwarzecha/1347282,jestem-profeta

Łukasz Warzecha


Jeden z moich czytelników przypomniał mi, że już dobrych kilka lat temu napisałem tekst, w którym przewidywałem, jak potoczą się wydarzenia po przejęciu w Polsce władzy przez opozycję wobec PiS. Odnalazłem ten tekst. Oto on.

Tekst ukazał się w jednym z numerów „Do Rzeczy” z sierpnia 2017 r. (były to pierwsze miesiące mojej pracy w tygodniku). W niektórych sprawach nieco się oczywiście myliłem – akcję umieściłem przede wszystkim dopiero w 2027, a nie 2023 r., nie doceniając zdolności PiS do zrażania do siebie ludzi. Wielu bohaterów tekstu w polityce już nie ma, ale zastąpili ich inni o podobnym nastawieniu i zdolnościach.

W wielu sprawach zarysowałem wizję zaiste bliską stanowi obecnemu. 

Zresztą – proszę ocenić samemu. Poniżej tekst bez skrótów. 

***

Rok 2027

Politycy rządzącego od trzech kadencji PiS (w ostatniej z koalicjantem w postaci PSL) do ostatniej chwili robili dobrą minę do złej gry. Ale wyniki wyborów, ogłoszone w niedzielny jesienny wieczór 2027 roku nie pozostawiały wątpliwości: partia niemal już 80-letniego Jarosława Kaczyńskiego, wciąż pełniącego funkcję jej prezesa, poniosła klęskę, zdobywając zaledwie 11 procent głosów przy wysokiej, 58-procentowej frekwencji. To znacznie mniej niż osiągała w poprzednich wyborach.

Niektórzy niezależni komentatorzy od dawna przewidywali taki rozwój wypadków, wieszcząc zwycięstwo koalicji, złożonej z Nowej Platformy, niedawno utworzonej partii Lewą Marsz z Adrianem Zandbergiem na czele oraz odświeżonych Zielonych. I tak się faktycznie stało. Ostrzegali, że poza zwykłym zmęczeniem rządzącymi – w PiS trwały wciąż te same twarze, tyle że nieco postarzałe – da o sobie znać irytacja kolejnymi przyjmowanymi na chybcika rozwiązaniami, przedstawianymi jako służące wspieraniu narodowej dumy i „zwykłych Polaków”, a w istocie nieprzemyślanymi i mnożącymi problemy.

Na przykład w 2021 roku powołano Narodową Korporację Taksówkową – coś w rodzaju obowiązkowego zjednoczenia wszystkich korporacji taksówkarskich. Wprowadzone wtedy przepisy oznaczały całkowity koniec Ubera w Polsce oraz niedawno wprowadzonej przez polską firmę SelfDrive usługi wypożyczania na minuty półautonomicznych pojazdów. Zmiany wymusili taksówkarze, domagający się podniesienia biurokratycznych barier dostępu do zawodu, ścisłych limitów liczby taksówek w każdej miejscowości oraz centralnie ustalonego jednolitego cennika. Pod naciskiem związków zawodowych taksówkarzy ich zawód zyskał status funkcjonariusza publicznego.

„Polska może na tym tylko skorzystać” – grzmiał wtedy w Sejmie premier Joachim Brudziński. – „Taksówkarze wreszcie będą mieć zapewniony godziwy byt, a pasażerowie będą korzystać na tym, że rynek zostanie poddany rzetelnemu i uczciwemu państwowemu nadzorowi, bez dotychczasowego bezhołowia. A zagraniczne firmy, które żalą się, że nie będą mogły żerować na Polakach, niech idą gdzie indziej. Pasożytów nam nie potrzeba!”. Pierwszym dyrektorem NKT został Marek Suski. Ceny szybko poszybowały w górę, liczba taksówek się zmniejszyła.

Wprowadzona w 2017 roku ustawa „apteka dla aptekarza” już dawno sprawiła, że lekarstwa były dużo droższe niż kiedyś, a do najbliższej apteki trzeba było iść kilka kilometrów.

Ludziom dawały się we znaki Narodowy Monopol Mleczarski oraz Krajowy Monopol Używkowy. Wskutek działań ministra Konstantego Radziwiłła (wróżono mu krótką karierę, on tymczasem pozostał szefem resortu zdrowia nawet po wyborach 2019 roku) ta ostatnia instytucja, powołana w 2022 roku, otrzymała wyłączność na sprzedaż alkoholu i wyrobów tytoniowych w specjalnych sklepach, otwartych tylko cztery dni w tygodniu między 11 a 15. Dodatkowo wszystkie używki obłożono specjalną akcyzą w wysokości 20 procent. Brygady celne dzielnie walczyły z rosnącym przemytem. „Socjalizm bohatersko zwalcza problemy nieznane w żadnym innym systemie” – przypominał słynne słowa Kisiela Rafał Ziemkiewicz, publicysta „Do Rzeczy”. Odpowiadał mu w „Sieciach Jedynej Prawdy” Jacek Karnowski: „Dość podtruwania narodu polskiego! Mądra decyzja rządu, dbającego o zdrowie i dobrobyt zwykłych Polaków, oznacza także ogromne oszczędności w ochronie zdrowia. Wypada trzymać kciuki za sygnalizowany przez ministra Radziwiłła zamiar wprowadzenia całkowitego zakazu palenia, także w prywatnych mieszkaniach”.

W kampanii 2027 roku lewicowa koalicja obiecywała znaczące poluzowanie barier i zakazów, choć nie wspominała o likwidacji różnego rodzaju monopoli, nadrzędnych instytucji, czap organizacyjnych. Te miały pozostać – w końcu utworzono w nich kilkadziesiąt tysięcy nowych miejsc pracy dla urzędników.

Jako przyczynę zwrotu w lewo zamiast w prawo, ku konserwatywno-liberalnemu blokowi Wolność i Odpowiedzialność Pawła Kukiza i Stanisława Tyszki, analitycy wskazywali trudne do zniesienia natężenie hurrapatriotycznej narracji aparatu władzy. W 2020 roku powołano Ministerstwo Dumy Narodowej. Na jego czele stanął Antoni Macierewicz, łącząc tę funkcję z dalszym szefowaniem MON. W 2023 roku w „Do Rzeczy” ukazał się tekst prof. Stanisława Żerko, który porównywał natężenie hurrapatriotycznej poetyki z okresem rządów pułkowników w drugiej połowie lat 30. i konkludował: „Przebiliśmy już poziom stetryczenia patriotycznej narracji II RP, gdy eksponowanie portretów Marszałka w witrynach sklepowych było obowiązkowe, a dziatwa szkolna na ocenę uczyła się wesołych przyśpiewek o bohaterskim Rydzu-Śmigłym. Rozporządzenie ministra edukacji o obowiązkowych cotygodniowych apelach patriotycznych w szkołach sprawi, że młodzi ludzie się zbuntują. Nazwanie obficie sponsorowanego przez państwo pierwszego polskiego auta elektrycznego (kosztującego zresztą krocie, a przy tym wybitnie niepraktycznego) imieniem »Łupaszki« mogło przyjść na myśl tylko komuś kompletnie pozbawionemu instynktu samozachowawczego”. W wyborach roku 2027 na lewicę zagłosowała ogromna liczba Polaków w wieku 18-25 lat, od ponad 10 lat żyjąca w warunkach obowiązkowej, sankcjonowanej prawnie narracji patriotycznej.

„Ciekawe, ile ten tak zwany profesor wziął od Niemców za ten obrzydliwy tekst” – skomentował na łamach „Gazety Polskiej” Piotr Lisiewicz. I dodawał: „Fakt, że tak wielka część młodych ludzi oddała głos na antypolskie, lewackie partie, pokazuje jedynie, że Ministerstwo Dumy Narodowej powinno zostać powołane jeszcze w pierwszej kadencji PiS”.

Zatem – przyszło nowe. Liderem zwycięskiej koalicji był Zandberg i to on miał zostać premierem. Natychmiast po ogłoszeniu wyników wyborów z gratulacjami pospieszył prezydent Donald Tusk, który łatwo wygrał wybory w 2025 roku, startując przeciwko Joachimowi Brudzińskiemu. W drugiej turze kandydat PiS dostał jedynie 25 procent głosów. Tusk zwyciężył odwołując się w dużej mierze do postulatów radykalnej społecznej lewicy i już wówczas niektórzy ostrzegali PiS, że zmierza ku klęsce.

„Na zmianę kursu jest już chyba jednak za późno. Wkrótce wszystkie instrumenty, które tak pracowicie tworzyła partia Kaczyńskiego, układając państwo pod siebie (a dokładnie: pod rządzące ugrupowanie) zostaną wykorzystane przez kogo innego – prawdopodobnie radykalną lewicę. A wówczas rozlegnie się płacz i zgrzytanie zębów” – przestrzegał, kolejny już zresztą raz, w roku 2026 Łukasz Warzecha, publicysta „Do Rzeczy”. „Ten zdradziecki defetyzm, siany przez niektórych od lat, powinien się wreszcie spotkać ze stanowczą odpowiedzią. Pora, aby zawód dziennikarza obwarować uzyskaniem licencji i pozwolenia. W przeciwnym wypadku każdy będzie mógł sobie pisać, co będzie chciał!” – grzmiała w odpowiedzi Marzena Nykiel na portalu wPolityce.pl.

Zandberg błyskawicznie zabrał się do roboty. Jedną z pierwszych dziedzin, w których nastąpiły zmiany, były media. Tu zadanie było banalnie łatwe – PiS stworzyło mechanizmy, które pozwoliły nowemu rządowi zyskać całkowitą kontrolę nad mediami publicznymi w ciągu miesiąca. Wymienieni zostali wszyscy prezesi, dyrektorzy, kierownicy redakcji. Nowym prezesem TVP został Jacek Żakowski, prezesem Polskiego Radia – Eliza Michalik. Programy z dnia na dzień stracili wszyscy konserwatywni publicyści. Nawet najbardziej neutralni prowadzący zostali zesłani do archiwów czy redakcji dziecięcych.

„Dziennikarze mediów niezależnych chcieli spytać o to min. kultury, ale nie mogli, bo nie wyszedł do sali prasowej” – napisał na Twitterze Marek Kuchciński. Ale szybko skasował tłita, bo przypomniano mu, że to on sam jako marszałek Sejmu w drugiej kadencji rządów PiS w końcu doprowadził do radykalnego ograniczenia swobody dziennikarzy w Sejmie, relegując ich do salki prasowej. Specjalne przepustki, uprawniające do poruszania się po innych miejscach, dostali tylko dziennikarze mediów publicznych. Teraz je utrzymano, dziennikarze mediów publicznych byli nadal bezkrytyczni wobec władzy, tyle że byli to już inni dziennikarze i inna władza.

„Władza w skandaliczny sposób zawłaszcza media publiczne, wyrzucając ludzi jedynie za poglądy! To początek dyktatury!” – grzmiał Jarosław Kaczyński podczas grudniowej miesięcznicy 2027 roku. Miesięcznica odbywała się na Polach Mokotowskich, ponieważ tymczasem zdążono już zmienić ustawę o zgromadzeniach. Według nowej, zgromadzenia o charakterze religijnym nie mogły się odbywać w obrębie centrów miast. „Fakt, że musimy gromadzić się tutaj, pokazuje, z jakim reżimem mamy do czynienia!” – przemawiał Kaczyński do 150 zebranych osób. Następnego dnia w Polskim Radiu minister spraw wewnętrznych Michał Szczerba mówił: „Pan prezes zawsze powtarzał, że realizuje wolę Polaków, którzy wybrali PiS w demokratycznych wyborach, dając mu mandat do wprowadzania nawet wątpliwych rozwiązań. Sądzę, że powinien sobie te słowa przypomnieć. Teraz to my mamy ten mandat”.

Ustawa została przez PiS zaskarżona do TK, ale ten w starym składzie nie zdążył jej rozpatrzyć. Nowy Sejm zmienił ustawę o trybunale, uznając, że w związku z tym wszyscy jego dotychczasowi członkowie zostają odwołani, a na ich miejsce trzeba powołać nowych. Orzeczenie zapadło więc dopiero w połowie 2028 roku i potwierdziło konstytucyjność ustawy. „Nie możemy tu mówić o ograniczeniu niczyich praw, gdyż zakaz dotyczy jedynie centrów miast, które powinny pozostać neutralne kulturowo i wyznaniowo, także dlatego, że tam pojawiają się turyści z krajów o różnych wierzeniach i wrażliwościach. Chrześcijańskie uroczystości religijne mogłyby ich urazić” – mówił w ustnym uzasadnieniu wyroku nowy przewodniczący TK prof. Wojciech Sadurski.

Nieco dłużej zajęło nowemu rządowi opanowanie mediów wciąż nazywanych prywatnymi, choć faktycznie od dawna takie nie były. Wskutek uchwalonej w 2018 roku ustawy dekoncentracyjnej, część dawnych zagranicznych imperiów medialnych została sprzedana specjalnie powołanym spółkom, zależnym od dużych spółek skarbu państwa. Te ostatnie, aby kupić i utrzymać między innymi TVN24, musiały mocno się zadłużyć. W przypadku spółek energetycznych spowodowało to brak pieniędzy na modernizację infrastruktury krytycznej i coraz częstsze blackouty. Jednak jak stwierdził Jarosław Kaczyński w rozmowie z tygodnikiem „Sieci Jedynej Prawdy” w 2020 roku: „Wolne i niezależne od zagranicznych wpływów media wymagają pewnych wyrzeczeń. Nie możemy zachowywać się jak liczykrupy. Inwestycje w energetykę są, owszem, ważne, ale ważniejsze jest, aby zwykli Polacy mieli dostęp do obiektywnej, niezakłamanej informacji”.

Nowy lewicowy rząd zaczął szybko proces zmian w SSP. Po trzech miesiącach łańcuszek zmian sięgnął mediów od nich zależnych, w tym Polskiego Info24 (dawniej TVN24), Narodowego Koncernu Gazet Lokalnych i Polskiego Onetu (dawniej po prostu „Onetu”). Politycy PiS nie posiadali się z oburzenia, wzburzony był także elektorat tej partii. „To niebywałe! Dziennikarze będą teraz wykonywać polecenia skrajnie lewackiego rządu!” – napisał na Twitterze Jarosław Sellin. „A dotąd wykonywali czyje?” – odpowiedział mu Piotr Kraśko, nowy redaktor naczelny Polskiego Onetu. „O co panu chodzi? Przecież wszystkie te media pozostają polskie, jak zawsze chcieliście” – dodawał nowy minister kultury Robert Biedroń.

Przez moment, na początku 2028 roku, wśród sympatyków prawicy oraz PiS pojawiła się nadzieja na przełamanie faktycznego rządowego monopolu medialnego. Inwestycjami medialnymi w Polsce zainteresowały się bowiem dwa wielkie koncerny o konserwatywnej linii: należący do byłego prezydenta USA Donalda Trumpa oraz powstały stosunkowo niedawno niemiecki Bayerische Media Verlag. Ten pierwszy chciał uruchomić telewizję informacyjną uzupełnioną o stację radiową i kanały tematyczne, Niemcy zaś myśleli o portalu uzupełnionym o interaktywną gazetę (interaktywne gazety zastąpiły niemal całkowicie te papierowe).

Niemiecka oferta nie tylko nie budziła sprzeciwu polityków PiS – przeciwnie, oczekiwano jej z nadzieją. Tak się bowiem złożyło, że po wyborach do Bundestagu w 2025 roku niemiecka polityka przesunęła się wyraźnie na prawo, wbrew tradycji kanclerzem został polityk CSU, a nie CDU, zaś do koalicji weszła Alternative Für Deutschland. Niemcy ostatecznie mieli dość polityki multikulturalizmu i otwartości, nastąpiło coś w rodzaju politycznej rewolucji. Nowy niemiecki rząd zaczął deportacje nielegalnych imigrantów. Rząd Zandberga jeszcze w 2027 roku zaoferował przyjęcie części z nich.

Tymczasem niemieckie media, zwykle podchwytujące rządową linię, grzmiały o łamaniu demokracji w Polsce przez lewicową władzę, o zawłaszczaniu mediów, o ograniczaniu wolności religijnej.

„Niemieckie media widzą, co się szykuje w Polsce i ostrzegają!” – deklarował w publicznym radiu były premier Joachim Brudziński.

„Przecież zawsze pan twierdził, że niemieckie media są Polsce niechętne, realizują tylko niemiecki interes i nie należy zwracać uwagi na to, co mówią” – zauważył prowadzący rozmowę Kamil Dąbrowa, od niedawna znów dyrektor Programu 1 Polskiego Radia.

„Nieprawda, przeinacza pan moje słowa!” – oburzył się Brudziński i dodał: „Poza tym to było w innych okolicznościach”.

„Pozwoli pan, że zacytuję panu pańskie wypowiedzi na ten temat” – powiedział Dąbrowa. Po dwóch minutach cytatów Brudziński nie wytrzymał i wykrzyknął: „To jest oburzające, jak media publiczne traktują opozycję! Nie będę brał w tym udziału!” – po czym wyszedł ze studia. „Myślę, że pan premier Brudziński nie obrazi się w takim razie, jeżeli nie będziemy go już więcej zapraszać do naszego programu” – stwierdził ze stoickim spokojem Dąbrowa.

Wracając do sprawy zagranicznych inwestycji medialnych – okazało się, że nie mogą one dojść do skutku. Dlaczego – wyjaśniał w tygodniku „Do Rzeczy” Łukasz Warzecha:

„Wszystkie przepisy, które stanęły na drodze imperium medialnego Trumpa oraz BMV, zostały uchwalone w atmosferze tryumfu przez PiS w roku 2018, a następnie jeszcze zaostrzone podczas drugiej kadencji rządów tej partii w roku 2021. Warto przypomnieć, że weto złożył wówczas prezydent Andrzej Duda, ale zostało ono obalone w Sejmie, a sam Duda ostatecznie został uznany przez Jarosława Kaczyńskiego za polityka obcego ideowo. Duda, który podpisał pierwszą ustawę dekoncentracyjną, uzasadniając swoją decyzję o wecie wobec jej nowelizacji, mówił: »Polska ma już wystarczająco mocne przepisy dekoncentracyjne. Ich dalsze zaostrzenie może nie tylko stać w sprzeczności z prawem UE, ale też w przyszłości może sprawić, że pożądane, dobre zagraniczne inwestycje na naszym rynku medialnym natrafią na blokadę. Patrząc dalej, patrząc strategicznie, nie mogę podpisać przedłożonej mi ustawy«”.

PiS próbował zainteresować sytuacją na polskim rynku mediów Unię Europejską. Europoseł PiS Arkadiusz Mularczyk wygłosił w Parlamencie Europejskim dramatyczne przemówienie o tym, jak w Polsce tłamszona jest wolność słowa. Domagał się wszczęcia procedury kontroli praworządności. „Nasze polskie problemy rozwiązujemy w kraju. Donoszenie na własną ojczyznę jest specjalnością Targowicy!” – w ostrych słowach skomentował rzecznik prezydenta Tuska Paweł Graś.

Swoje żniwo zaczęła też szybko zbierać Ustawa o przeciwdziałaniu rozpowszechnianiu fałszywych informacji, zwana powszechnie ustawą o fake newsach. Uchwalono ją w 2018 roku przy powszechnym entuzjazmie sympatyków PiS, a początkowo dotyczyła jedynie okresu kampanii wyborczej. Zaostrzono ją w roku 2020 – odtąd obowiązywała bez ograniczeń. Regulacja oparta o procedurę administracyjną, nie sądową, była powszechnie krytykowana przez środowiska dziennikarskie, również sprzyjające PiS, i, co oczywiste, przez wszelkie z zasady krytyczne ówczesnemu rządowi zagraniczne gremia, jako tworząca faktyczną cenzurę, napędzająca efekt mrożący i groźna dla wolności słowa.

„Kompletnie niezrozumiała jest krytyka ustawy przez organizacje dziennikarskie, którym powinno przecież zależeć na tym, żeby media – i nie tylko one – nie rozpowszechniały kłamstw” – stwierdził podczas wizyty w studiu TVP w roku 2020 minister kultury Jarosław Sellin. – „Kto mówi i pisze prawdę, nie ma się przecież czego obawiać” – dodawał.

Początkowo po procedurę sięgano oszczędnie. Kilka portali zostało ukaranych za ewidentne kłamstwa w okresie kampanii 2019 i 2020 roku karami po kilkaset tysięcy złotych. Potem urzędnicy się rozpędzili: powołana przy Ministerstwie Kultury Rada Rzetelności, na której czele stanął Krzysztof Wyszkowski, rozpatrywała po kilkadziesiąt spraw miesięcznie. Osoby prywatne karano zwykle grzywnami w wysokości paru tysięcy złotych, media dostawały kary kilkudziesięcio- lub nawet kilkusettysięczne. Z czasem mniejsze redakcje zaczęły unikać pisania o polityce w ogóle – bały się ryzyka. Okazało się bowiem, że powołana przez ministra kultury rada za fałszywą wiadomość może uznać nawet dwukolumnowy artykuł, w którym pojawił się zwykły czeski błąd. Co ciekawe, takie błędy szczególnie często wychwytywano i zgłaszano Radzie Rzetelności w tekstach krytycznych wobec rządu. Próbowali to robić również jego przeciwnicy, ale w tych wypadkach rada oceniała, że chodzi o opinię, a nie kłamstwo, lub że mamy do czynienia ze zwyczajnym błędem, a nie celowym wypaczaniem prawdy.

Głośna była sprawa lokalnej gazety z Kalisza, która w roku 2022 – pisząc krytycznie o poczynaniach posłanki PiS Joanny Lichockiej – pomyliła dwie cyfry, podając na początku tekstu datę jej urodzenia. Lichocka zgłosiła sprawę radzie jako „fake news”, a ta ukarała wydawcę grzywną w wysokości 100 tys. złotych. Gazeta została zamknięta, nie była w stanie zapłacić. Wydawcę ścigał komornik. Przeciwko tej decyzji protestowali nawet dziennikarze mediów związanych z prawicą. Wówczas w Radiu Maryja tak skomentował ją Jarosław Kaczyński: „Wiem, że niektóre decyzje Rady Rzetelności mogą budzić wątpliwości. Ale rada została ustanowiona jako niezawisły, kadencyjny organ, jej członków powołuje większość sejmowa, co jest najlepszym sposobem realizowania zasad demokracji w praktyce. Powołuje ich spomiędzy szanowanych przedstawicieli świata kultury, nauki i mediów. To dobre, przejrzyste rozwiązanie, które pozwala nam walczyć z rozplenionym wcześniej na niespotykaną skalę kłamstwem, szerzonym przez media, pozostające pod władzą zagranicznych ośrodków”. W chwili, gdy Kaczyński mówił te słowa, takich mediów już prawie w Polsce nie było, ale prowadzący rozmowę ksiądz nie zwrócił na to swojemu rozmówcy uwagi.

Nowa władza szybko zaadaptowała Radę Rzetelności do swoich celów. W ustawie o radzie dokonano kosmetycznej zmiany (członkowie rady powoływali teraz jej przewodniczącego spośród trzech, a nie czterech kandydatów, wyłonionych w drodze wewnętrznego głosowania) i na tej podstawie zakończył kadencję wszystkich dotychczasowych członków rady.

„Skrócenie ustawą kadencji członków Rady Rzetelności to zamach na wolność słowa!” – grzmiał w sali prasowej sejmu poseł PiS Piotr Gliński.

„Wygrajcie wybory, to se uchwalicie, co będziecie chcieli!” – szyderczo odpowiedział mu stojący pod ścianą poseł Zielonych Stefan Niesiołowski. Niesiołowskiego wkrótce większość sejmowa wybrała do składu nowej rady, a następnie powierzyła mu funkcję przewodniczącego. Mogli w niej bowiem zasiadać także posłowie.

Rada w zmienionym składzie wkrótce zabrała się do pracy. Na pierwszy ogień poszła posłanka PiS Jolanta Szczypińska, swego czasu wielka orędowniczka powołania rady, a także jej członkini. Szczypińska na Twitterze oceniła sejmowe wystąpienie posła Nowej Platformy Arkadiusza Myrchy. Napisała między innymi: „Trudno o lepszy przykład pychy i arogancji”. Poseł Myrcha zgłosił sprawę do rady, wskazując, że jest to, jego zdaniem, typowy przykład fałszywej wiadomości. „Wbrew stwierdzeniu pani poseł, bardzo łatwo znaleźć przykłady większej pychy i arogancji” – i dołączył listę stosownych jego zdaniem 567 przykładów wypowiedzi polityków PiS z okresu rządów tej partii. Rada rozpatrzyła sprawę i uznała, że stwierdzenie, iż „trudno znaleźć lepszy przykład” jest w istocie bezsprzecznie niezgodne z faktami. Na posłankę nałożono grzywnę w wysokości 50 tys. złotych.

Podczas zamkniętego posiedzenia Rady Politycznej PiS w maju 2028 roku w Jachrance Joachim Brudziński wygłosił referat o „błędach i wypaczeniach”, który jednak przeciekł do mediów. Brudziński mówił między innymi: „Musimy sobie powiedzieć szczerze: uśpiły nas wyniki kolejnych wyborów. Tworząc różne rozwiązania prawne, zapomnieliśmy, że kiedyś mogą one zostać wykorzystane przeciwko nam i naszym wyborcom. Ukręciliśmy bicz na własne plecy”. Z relacji obecnych na spotkaniu wynikało, że Jarosław Kaczyński w trakcie wystąpienia Brudzińskiego uciął sobie drzemkę.

W 2028 r. Łukasz Warzecha opublikował książkę zatytułowaną „A nie mówiłem?”. Składała się ona w większości z jego felietonów, dłuższych tekstów i wypowiedzi z lat 2015-2027, w których ostrzegał, że tworzone przez PiS, przy niezmiennym entuzjazmie jego twardego elektoratu, przepisy i regulacje zostaną kiedyś wykorzystane przeciwko stronie konserwatywnej i samej partii Kaczyńskiego.

Książka słabo się sprzedawała. Zwolennicy PiS jej nie kupowali, bo uważali Warzechę za zdrajcę, a poza tym nikt nie lubi, gdy wypomina mu się jego głupotę. Zwolennicy nowej władzy uważali autora za pisowca i zaprzysięgłego prawaka, którego tekstów się nie czyta.

„Wrota Magadanu” i „Miasta braterskiej miłości”

Szanowni Państwo

Z przyjemnością informuję o wydaniu najnowszej książki mojego autorstwa

„Wrota Magadanu”

zawarłem w niej zbiór swoich felietonów z mijających miesięcy, jak również nie publikowane wcześniej teksty dotyczące tajemniczego zatonięcia promu „Estonia” z roku 1994

 i parę spostrzeżeń na temat dramatycznych wydarzeń w Strefie Gazy

przemilczanych w Polsce

Tytuł ten jest też dostępny w formie e-book. Zachęcam do zakupu.

przypominam także o trwającej do końca roku świątecznej promocji

Czytelnikom, którzy nadal nie mogą się otrząsnąć z niedawnych wydarzeń w Sejmie polecam

„Miasta braterskiej miłości”

pozdrawiam

Sławomir M. Kozak

Po co Tuskowi szopka z TVP? W tle pakt migracyjny z zasadą „przymusowej solidarności”. Do Polski mogą już być przymusowo relokowani nielegalni imigranci?

Po co Tuskowi szopka z TVP? W tle pakt migracyjny z zasadą „przymusowej solidarności”. Do Polski mogą być przymusowo relokowani nielegalni imigranci?

po-co-tuskowi-szopka-z-tvp-w-tle-pakt-migracyjny

Jest porozumienie unijne w sprawie tzw. paktu migracyjnego. Od teraz do Polski mogą być przymusowo relokowani nielegalni imigranci.

Po co Tuskowi szopka z TVP? Wszystko wskazuje, że nie chodzi o samą kontrolę mediów publicznych. Nowy, lewicowy rząd Polski nie sprzeciwi się bowiem porozumieniu w sprawie tzw. paktu migracyjnego.

„Z radością przyjmuję historyczne porozumienie w sprawie paktu o migracji i azylu. Gratulujemy Parlamentowi Europejskiemu i Radzie wyrażenia zgody na ten przełomowy wniosek dotyczący obecnego mandatu” – poinformowała w mediach społecznościowych Ursula von der Leyen, szefowa Komisji Europejskiej.

“Dzień dobry! Mam świetne wieści – mamy porozumienie w sprawie paktu migracyjnego, nad którym pracowaliśmy dwa ostatnie dni” – wskazała z kolei unijna komisarz do spraw wewnętrznych, Ylva Johansson.

Pakt migracyjny wprowadza zasadę „przymusowej solidarności”. W praktyce oznacza ona, że do Polski mogą być przymusowo relokowani nielegalni imigranci z krajów zachodnich. Gdyby Polska nie chciała ich przyjmować, musiałaby płacić po 2000 euro za każdą głowę. Jeśli pakt zostanie ostatecznie przyjęty, decyzja w sprawie przyjmowania nachodźców nie będzie już należeć do Warszawy, ale Komisji Europejskiej i Rady Unii Europejskiej.

NASZ KOMENTARZ: Wszystko wskazuje na to, że cyrk pod TVP, na który skierowano wszystkie kamery i mikrofony mediów głównego ścieku, ma przesłonić ten historyczny moment. Za chwilę, gdy nasz kraj zacznie być zalewany nachodźcami, padną hasła w stylu “nie podoba wam się polityka Unii? To co, chcecie ją opuścić i iść do Putina?”

====================

A temu też służy „wsadzanie do więzienia” ministrów, którzy walczyli przeciw mafii łapówkarskiej [m.inn. Beata Sawicka] w PO md

W tym wypadku chodzi też o zemstę – oraz wykazanie „motłochowi”, czyli nam – że sądy ZAWSZE są po swojej i mafiozów stronie. Mamy do tego przywyknąć – i nie podskakiwać.

Imigranci, historia i hipokryzja

Imigranci, historia i hipokryzja

Grzegorz Kucharczyk 3 września 2015 pch/imigranci-historia-i-hipokryzja

(Angela Merkel na tle obrazu Wojciecha Kossaka „Rugi Pruskie”)

Na naszych oczach spełnia się profetyczna wizja Jeana Raspaila z jego powieści „Obóz świętych”; książki, która w równej mierze poświęcona jest nadciągającej fali imigrantów, którzy na zawsze zmienią kulturowe oblicze naszego kontynentu, jak i postępującej niemocy (politycznej, ale również intelektualnej i duchowej) szeroko pojmowanych elit europejskich wobec tego zjawiska. Nie tylko elit świeckich.

Dzisiaj do tej niemocy dochodzi spora dawka hipokryzji. Słyszymy bowiem z ust prominentnych polityków niemieckich – ostatnio przy okazji rozmowy prezydenta RP Andrzeja Dudy w Berlinie – że Polska powinna zgodzić się na przyjęcie większej niż zadeklarowane dwa tysiące liczby osób szukających dla siebie lepszej przyszłości na Starym Kontynencie nie tylko w imię „europejskiej solidarności”, ale w imię pamięci o tym, „jak dobrze Polacy byli przyjmowani w czasach, gdy sami potrzebowali pomocy”.

Co prawda, gdy chodziło o budowę wraz z Rosją wymierzonej w żywotne interesy Polski rury gazowej na dnie Bałtyku, Niemcy mieli solidarność europejską w głębokim poważaniu. Nie na tym tylko polega przecież hipokryzja niemieckich utyskiwań na polską nieczułość wobec problemu fal imigrantów zalewających Europę. Hipokryzją tchnie również próba wywierania na nasz kraj nacisku poprzez granie na historycznych analogiach.

Warto w tym kontekście przypomnieć o przypadającej w tym roku sto trzydziestej rocznicy tzw. rugów pruskich. W 1885 roku rząd Ottona von Bismarcka opublikował rozporządzenia przewidujące wydalenie z obszaru Prus wszystkich Polaków, którzy nie byli poddanymi króla pruskiego. Chodziło o dziesiątki tysięcy osób, które od wielu lat mieszkały na obszarach zaboru pruskiego, a przybyły na te ziemie ojczyste z dwóch innych zaborów.

Krok ten władze pruskie motywowały troską o bezpieczeństwo państwa oraz zapewnieniem ochrony „niemieckiej kultury i niemieckiego bytu”. Do 1890 roku z całą brutalnością „państwa kultury” jak nazywano w rządowej propagandzie państwo Hohenzollernów, wydalono z granic Prus, przede wszystkim z ziem polskich, ponad trzydzieści tysięcy Polaków.

Brutalność „pruskich rugów” odbiła się głośnym echem w Europie. Sprzeciw budziła również wśród tej części niemieckich elit politycznych, które nie poświęciły resztek zmysłu moralnego na rzecz polityki „zdrowego egoizmu narodowego”. Pruski poseł w Petersburgu zanotował, że „gdy wielki kanclerz [Bismarck] pewnego dnia ustąpi, wiele ludzi będzie się wówczas wstydzić i wzajemnie zarzucać sobie nikczemność, z jaką płaszczyli się przed jego potężną wolą. Mnie dotyka najbardziej niemądre i niepotrzebnie okrutne rozporządzenie o wydaleniach”. W styczniu 1886 roku Reichstag – parlament ogólnoniemiecki wyłaniany w oparciu o inne prawo wyborcze niż parlament t pruski (Landtag) – przegłosował rezolucję potępiającą „pruskie rugi”.

Ostatecznie gdy z majątków junkierskich położonych na wschodzie Prus zaczęły dochodzić alarmistyczne wieści, że po „rugach” zapanował nagle deficyt taniej siły roboczej (czyt. polskich robotników rolnych także objętych polityką bezwzględnej ekspulsji), rząd pruski na początku lat dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku odstąpił od tego narzędzia antypolskiej polityki. Ale w użyciu był już inny instrument mający chronić „niemiecką kulturę i niemiecki byt” na wschodzie – powstała w 1886 roku pruska Komisja Osadnicza.

  Tak się dziwnie składa, że 130-lecie jej istnienia przypadnie w przyszłym roku, w roku, w którym znikną obowiązujące restrykcje dotyczące kupowania polskiej ziemi.

=============================

Kard. Gerhard Müller: Błogosławienie związków homoseksualnych to bluźnierstwo

Kard. Gerhard Müller: Błogosławienie związków homoseksualnych to bluźnierstwo

pch24/kard-gerhard-muller-blogoslawienie-zwiazkow-homoseksualnych-to-bluznierstwo

Błogosławienie związku homoseksualnego jest bluźnierstwem i świętokradztwem. Dokument Fiducia supplicans jest wewnętrznie sprzeczny i wprowadza nowy rodzaj błogosławieństwa tylko po to, by uzasadnić błogosławienie czegoś, co jest grzeszne. Katolicy nie mogą się na to zgodzić. Pisze o tym JE kardynał Gerhard Ludwig Müller.

Artykuł byłego prefekta Kongregacji Nauki Wiary został pierwotnie opublikowany na łamach portalu InfoVaticana.com. Portal PCh24.pl publikuje całość we własnym tłumaczeniu, za zgodą Autora.

***

Jedyne błogosławieństwo Matki Kościoła to Prawda, która nas wyzwoli.

Uwagi o Deklaracji Fiducia supplicans

Czy Fiducia supplicans to dokument zobowiązujący dla katolików?

Dykasteria Nauki Wiary publikując Deklarację Fiducia supplicans [dalej jako: FS] o duszpasterskim znaczeniu błogosławieństw poczyniła stwierdzenie, które nie ma precedensu w nauczaniu Kościoła katolickiego. Dokument stwierdza de facto, że kapłan może pobłogosławić (nie liturgicznie, ale prywatnie) parę, która żyje w pozamałżeńskim związku seksualnym, także w związku homoseksualnym. Wobec tego oświadczenia biskupi, księża i świeccy podnieśli wiele pytań. Zasługują one na jasną i jednoznaczną odpowiedź.

Czy to stwierdzenie nie przeczy w oczywisty sposób nauczaniu katolickiemu? Czy wierni są zobowiązani do przyjęcia tego nowego nauczania? Czy księża powinni wykonywać te nowe, dopiero co wynalezione błogosławieństwa? Czy biskup diecezjalny może ich zakazać, jeżeli miałyby mieć miejsce w jego diecezji? Żeby odpowiedzieć na te pytania, przyjrzymy się dokładnie temu, czego naucza dokument i na jakiej opiera się on argumentacji.

Brak podstaw dla konkluzji dokumentu

Dokument nie został ani przedyskutowany, ani zatwierdzony przez Zgromadzenie Generalne Kardynałów i Biskupów Dykasterii Nauki Wiary. Tekst przyznaje, że hipoteza (albo nauczanie?), którą proponuje, jest nowa i bazuje zasadniczo na duszpasterskim Magisterium papieża Franciszka. Zgodnie z wiarą katolicką, papież i biskupi mogą kłaść pewne określone akcenty pastoralne i kreatywnie odnosić prawdę Objawienia do nowych wyzwań każdej epoki, na przykład w obszarze społecznej doktryny albo w bioetyce, respektując zarazem fundamentalne zasady chrześcijańskiej antropologii. Takie innowacje nie mogą wykraczać poza to, co zostało im objawione raz na zawsze przez apostołów jako słowo Boże (Dei verbum 8). Tymczasem nie ma żadnych tekstów biblijnych ani tekstów Ojców i Doktorów Kościoła czy wcześniejszych dokumentów Magisterium, które wspierałyby konkluzje FS.

Co więcej, to, co widzimy, nie jest rozwojem doktrynalnym, ale skokiem. Można mówić o rozwoju doktrynalnym tylko wówczas, jeżeli nowe wyjaśnienie jest zawarte – przynajmniej implicite – w Objawieniu, a przede wszystkim jeżeli nie zaprzecza definicjom dogmatycznym. Rozwój doktrynalny, który wchodzi na głębszy poziom znaczenia doktryny, musi dokonywać się stopniowo, poprzez długi okres dojrzewania. Ostatnia nauczycielska wypowiedź na omawiany temat została ogłoszona przez Kongregację Nauki Wiary w Responsum opublikowanym w marcu 2021 roku, niespełna trzy lata temu. Kategorycznie odrzuciła możliwość błogosławienia takich związków. Dotyczy to zarówno publicznego, jak i prywatnego błogosławienia osób żyjących w grzesznych warunkach.

Jak FS usprawiedliwia zaproponowanie nowej doktryny bez zaprzeczenia wcześniejszemu dokumentowi z 2021 roku? Po pierwsze, FS przyznaje, że zarówno Responsum Kongregacji z 2021 roku jak i tradycyjne, ważne i obowiązujące nauczanie na temat błogosławieństw nie pozwala na błogosławienie w sytuacjach, które są sprzeczne z Bożym prawem, jak jest to w przypadku związków o charakterze seksualnym poza małżeństwem. Jest to jasne w przypadku sakramentów, ale także innych błogosławieństw, które FS nazywa „liturgicznymi”. Takie „liturgiczne” błogosławieństwa przynależą do tego, co Kościół nazwał „sakramentaliami”, jak zaświadcza o tym Rituale Romanum. W tych dwóch typach błogosławieństw musi istnieć zgoda pomiędzy błogosławieństwem a nauczaniem Kościoła (FS 9 – 11).

Stworzenie ad hoc nowych błogosławieństw

Po to, by zaakceptować błogosławieństwo w sytuacji, która jest sprzeczna z Ewangelią, Dykasteria Nauki Wiary proponuje oryginalne rozwiązanie: poszerzenie pojęcia błogosławieństwa (FS 7; FS 12). Usprawiedliwia się to w następujący sposób: „Trzeba w jasny sposób uniknąć ryzyka zredukowania znaczenia błogosławieństw do wyłącznie takiego punktu widzenia [scil. do „liturgicznych” błogosławieństw sakramentów i sakramentaliów], bo sprawiłoby to, że oczekiwalibyśmy wypełnienia tych samych warunków moralnych dla prostego błogosławieństwa, których wymaga się w przypadku przyjęcia sakramentu” (FS 12). Potrzebny jest zatem nowy koncept błogosławieństwa, który wykracza poza błogosławieństwa sakramentalne, żeby w ten sposób towarzyszyć duszpastersko drodze ludzi żyjących w grzechu.

W rzeczywistości takie rozszerzenie poza sakramenty występuje już w innych błogosławieństwach zatwierdzonych przez Rituale Romanum. Kościół nie wymaga tych samych warunków moralnych dla błogosławieństw jak dla przyjęcia sakramentów. Dzieje się tak, na przykład, w przypadku penitenta, który nie chce porzucić grzesznej sytuacji, ale pokornie prosi o osobiste błogosławieństwo, tak żeby Pan dał mu światło i siłę potrzebne do zrozumienia i pójścia za nauczaniem Ewangelii. Taki przypadek nie wymaga nowego rodzaju „duszpasterskiego” błogosławieństwa.

Dlaczego w takim razie konieczne jest rozszerzenie znaczenia „błogosławieństwa”, jeżeli błogosławieństwo w rozumieniu Rytuału Rzymskiego wychodzi już poza błogosławieństwo udzielane jako sakrament? Przyczyną jest fakt, że błogosławieństwa rozważane przez Rytuał Rzymski są możliwe tylko wobec „rzeczy, miejsc czy okoliczności, które nie są sprzeczne z prawem albo duchem Ewangelii” (FS 10, cytując Rytuał Rzymski). Dykasteria Nauki Wiary chce przezwyciężyć właśnie ten punkt, bo chce błogosławić pary w sytuacjach takich, jak relacje homoseksualne, które przeczą prawu i duchowi Ewangelii. Jest prawdą, że Kościół może dodać „nowe sakramentalia” do już istniejących (Sacrosanctum concilium 79), ale nie może zmienić ich znaczenia w taki sposób, żeby trywializować grzech, zwłaszcza w trudnych ideologicznie sytuacjach kulturowych, co może wprowadzać wiernych w błąd. Tymczasem to właśnie taka zmiana znaczenia dokonuje się w FS, który to dokument tworzy nową kategorię błogosławieństw wychodzących poza te związane czy to z sakramentem, czy to z błogosławieństwem tak, jak Kościół je rozumiał. FS mówi, że są to pozaliturgiczne błogosławieństwa, które przynależą do pobożności ludowej. Istniałyby zatem trzy rodzaje błogosławieństw:

A) Modlitwy połączone z sakramentami, gdzie wymaga się, żeby osoba była w stanie właściwym dla przyjęcia sakramentu albo gdzie prosi się, żeby osoba otrzymała siłę potrzebną do odwrócenia się od grzechu.

B) Błogosławieństwa, które zostały zawarte w Rytuale Rzymskim i tak, jak zawsze rozumiała je doktryna katolicka; można ich udzielać osobom, nawet jeżeli żyją w grzechu, ale nie „rzeczom, miejscom czy okolicznościom… które przeczą prawu lub duchowi Ewangelii” (FS 10, cytując Rytuał Rzymski). Dlatego można byłoby pobłogosławić kobietę, która miała aborcję, ale nie klinikę aborcyjną.

C) Nowe błogosławieństwa zaproponowane przez FS byłyby błogosławieństwami duszpasterskimi, pozaliturgicznymi i nierytualnymi. Stąd nie miałyby już ograniczeń „rytualnych” czy też związanych z błogosławieństwami „w typie B”. Mogłyby być udzielane nie tylko osobom żyjącym w grzechu, jak w „rytualnych” błogosławieństwach, ale również rzeczom, miejscom czy okolicznościom, które są sprzeczne z Ewangelią.

Takie błogosławieństwa „w typie C” są nowością. Nie mają charakteru liturgicznego, a raczej charakter związany „z pobożnością ludową”; w związku z tym nie narażałyby doktryny ewangelicznej i nie musiałyby być spójne ani z normami moralnymi, ani z doktryną Kościoła. Co można powiedzieć o tej nowej kategorii błogosławieństw?

Nauczanie Franciszka mówi coś innego niż Fiducia supplicans

Pierwsza obserwacja jest następująca: nie ma żadnej podstawy dla takiego nowego użycia ani w tekstach biblijnych cytowanych przez FS, ani we wcześniejszych dokumentach Magisterium. Również teksty papieża Franciszka nie tworzą podstawy dla takiego nowego rodzaju błogosławieństw. Zgodnie z Rytuałem Rzymskim, błogosławieństwa („w typie B”) mogą być udzielane przez księdza komuś, kto żyje w grzechu. Taki rodzaj „błogosławieństw może być stosowany do kogoś, kto przebywa w więzieniu albo do grupy przechodzącej jakąś terapię”, jak mówi Franciszek (cytowany w FS 27). Innowacyjne „duszpasterskie” błogosławieństwo („w typie C”), przeciwnie – idzie ponad to, co mówi Franciszek, bo można byłoby udzielić takiego błogosławieństwa rzeczywistości, która jest sprzeczna z Bożym prawem, takiej jak związek pozamałżeński. Tak naprawdę, zgodnie z kryteriami rządzącymi tym rodzajem błogosławieństw, można byłoby pobłogosławić nawet klinikę aborcyjną albo grupę mafijną.

Arbitralna władza nad znaczeniem słów

To prowadzi do drugiej obserwacji: wymyślanie nowych terminów, które są sprzeczne z tradycyjnym używaniem języka, jest ryzykowne. Taka procedura może doprowadzić do arbitralnego wykonywania władzy. W naszym przypadku jest faktem, że błogosławieństwo ma swoją własną obiektywną rzeczywistość i nie może zostać zredefiniowane wedle woli tak, żeby pasować do subiektywnej intencji sprzecznej z naturą błogosławieństwa. Przychodzą tu na myśl słynne słowa Humpty Dumpty’ego z „Alicji w Krainie Czarów”: „Kiedy używam jakiegoś słowa, to znaczy ono to, co chcę, żeby znaczyło, nic więcej ani nic mniej”. Alicja odpowiada: „Pytanie, czy możesz sprawić, żeby słowa znaczyły różne rzeczy?”. Humpty Dumpty stwierdza: „Pytanie, kto ma tu władzę; to wszystko”.

Prawdziwy cel stworzenia nowych błogosławieństw

Trzecia obserwacja odnosi się do samej koncepcji „błogosławieństw pozaliturgicznych”, które nie mają intencji czegokolwiek sankcjonować (FS 34), czyli do błogosławieństwa „duszpasterskiego” („w typie C”). W jaki sposób różnią się one od błogosławieństwa rozważanego przez Rytuał Rzymski („w typie B”)? Różnica nie polega na spontanicznej naturze tego błogosławieństwa, co jest już możliwe w błogosławieństwach „w typie B”, bo nie muszą one być regulowane ani zatwierdzane w Rytuale Rzymskim. Różnica nie dotyczy również pobożności ludowej, bo błogosławieństwa zgodne z Rytuałem Rzymskim są już dziś adaptowane do pobożności ludowej, co wiąże się z błogosławieniem przedmiotów, miejsc i ludzi. Wydaje się, że innowacyjne błogosławieństwo „duszpasterskie” zostało stworzone ad hoc żeby błogosławić sytuacje sprzeczne z prawem i duchem Ewangelii.

To nie jest żadne błogosławieństwo

To prowadzi nas do czwartej obserwacji związanej z celem takiego „duszpasterskiego” błogosławieństwa, które różni się od „rytualnego” błogosławieństwa z Rytuału Rzymskiego. Błogosławieństwo „duszpasterskie” może dotyczyć sytuacji, które są sprzeczne z Ewangelią. Trzeba zwrócić uwagę, że błogosławi się tutaj nie tylko grzeszne osoby, ale poprzez fakt błogosławienia pary, błogosławiony jest sam grzeszny związek. A jednak Bóg nie może udzielić swojej łaski związkowi, który jest w bezpośredniej opozycji wobec Niego i nie może być na Niego nakierowany. Akt seksualny poza małżeństwem nie może bardziej przybliżyć ludzi do Boga i stąd nie może być otwarty na Boże błogosławieństwo. Stąd jeżeli takie błogosławieństwo zostałoby udzielone, jedynym efektem byłoby wprowadzenie w błąd osób, które je otrzymały lub które były przy tym obecne. Takie osoby myślałyby, że Bóg błogosławi to, czego On błogosławić nie może. „Duszpasterskie” błogosławieństwo nie byłoby zatem ani duszpasterskim, ani błogosławieństwem. Jest prawdą, że kardynał Fernández w późniejszym komentarzu dla Infovaticana powiedział, że nie jest tu błogosławiony związek, ale para. Oznacza to jednak pozbawianie słów ich znaczenia, bo tym, co definiuje parę, jest właśnie to, że chodzi tutaj o związek.

Trudność z pobłogosławieniem związku albo pary jest szczególnie ewidentna w przypadku homoseksualizmu. W Biblii błogosławieństwo jest związane z porządkiem ustanowionym przez Boga; [porządkiem] który z woli Bożej jest dobry. Ten porządek bazuje na płciowej różnicy pomiędzy mężczyzną a kobietą, powołanych do bycia jednym ciałem. Błogosławienie rzeczywistości, która jest sprzeczna ze stworzeniem, nie tylko jest niemożliwe; jest bluźnierstwem. Znowu, to nie jest kwestia pobłogosławienia osób, które „żyją w związku niemożliwym w żaden sposób do porównania z małżeństwem” (FS 30), ale pobłogosławienia samego związku, który nie może być porównany z małżeństwem. To właśnie do tego celu został stworzony nowy rodzaj błogosławieństw (FS 7, 12).

W tekście pojawia się kilka argumentów, które próbują uzasadnić takie błogosławieństwa. Po pierwsze, możliwość zaistnienia okoliczności, które zmniejszają odpowiedzialność grzesznika. A jednak takie okoliczności odnoszą się do osoby, a nie do samego związku. Mówi się też, że prośba o błogosławieństwo umożliwia dobro w postaci rozpoznania przez te osoby ich aktualnej sytuacji, tak jakby poproszenie o błogosławieństwo stanowiło już otwarcie się na Boga i na nawrócenie. Może to być prawda w odniesieniu do osób, które proszą o błogosławieństwo dla siebie samych, ale nie w przypadku tych, którzy proszą o pobłogosławienie jako para. Ci drudzy prosząc o błogosławieństwo chcą pośrednio albo bezpośrednio usprawiedliwić swój związek w oczach Boga, nie przyznając, że to właśnie ten związek oddziela ich od Boga. Wreszcie twierdzi się, że w związku istnieją elementy pozytywne i że to one mogą zostać pobłogosławione. Jednak te elementy pozytywne (jak na przykład pomaganie sobie w chorobie) są drugorzędne względem samego związku – jego definitywną charakterystyką jest wspólnota aktów seksualnych. Takie elementy nie zmieniają natury związku, o którym mowa, który w żadnym wypadku nie może być nakierowany na Boga, jak stwierdziło to już Responsum Kongregacji Nauki Wiary z 2021 roku. Nawet w klinice aborcyjnej są pozytywne elementy, począwszy od anestezjologów uśmierzających ból fizyczny aż po lekarzy, którzy pragną chronić życie kobiety przechodzącej aborcję.

Kapłan zawsze działa w imieniu Chrystusa i Kościoła

Piąta obserwacja dotyczy wewnętrznej niespójności tych innowacyjnych błogosławieństw „duszpasterskich”. Czy jest możliwe udzielenie pozaliturgicznego błogosławieństwa, czyli błogosławieństwa, które oficjalnie nie reprezentowałby nauki Chrystusa ani Kościoła? Kluczem do odpowiedzi na to pytanie nie jest to, czy takie ryty są oficjalnie zaaprobowane, czy też raczej udzielane spontanicznie. Kwestia dotyczy czego innego: czy osoba, która udziela błogosławieństwa, jest księdzem, a zatem reprezentantem Chrystusa i Kościoła. FS stwierdza, że nie jest problemem, by ksiądz przyłączył się do modlitwy tych, którzy znajdują się w sytuacji sprzecznej z Ewangelią (FS 30). Jednak w takim błogosławieństwie ksiądz robi coś więcej niż po prostu przyłącza się do ich modlitwy – on raczej przywołuje udzielenie darów Bożych właśnie ich związkowi. Kiedy ksiądz działa jako ksiądz, czyni to w imieniu Chrystusa i Kościoła. Twierdzenie, że człowiek może oddzielić znaczenie tego błogosławieństwa od nauczania Kościoła jest postulowaniem dualizmu pomiędzy tym, czego Kościół naucza, a tym, co robi. Jednak, jak uczy II Sobór Watykański, Objawienie zostało nam dane w czynach i słowach, które są nierozdzielne (Dei Verbum 2), a przepowiadanie Kościoła nie może oddzielić czynów od słów. To właśnie zwykli ludzie, naprzeciw którym chce wyjść omawiany dokument, dzięki promowaniu pobożności ludowej są najbardziej podatni na oszukanie przez symboliczne czyny, które przeczą doktrynie, jako że będą intuicyjnie pojmować doktrynalną treść czynu.

Czy katolik może zaakceptować Fiducia supplicans?

Czy w świetle tego, co powiedziano, wierny katolik może przyjąć nauczanie FS? Biorąc pod uwagę jedność czynów i słów w wierze chrześcijańskiej, można zgodzić się, że błogosławienie takich związków jest dobre – nawet w sposób duszpasterski – tylko wtedy, jeżeli ktoś wierzy, że takie związki nie są obiektywnie sprzeczne z prawem Bożym. W związku z tym tak długo, jak długo papież Franciszek podtrzymuje nauczanie, zgodnie z którym związki homoseksualne są zawsze sprzeczne z prawem Bożym, pośrednio potwierdza on, że takich błogosławieństw nie wolno udzielać. Dlatego nauczanie FS jest wewnętrznie sprzeczne i wymaga dalszego wyjaśnienia. Kościół nie może czynić jednego, a nauczać czegoś innego, bo jak napisał św. Ignacy z Antiochii, Chrystus był Nauczycielem, „który przemówił i stało się”. Dlatego nikt nie może oddzielić Jego Ciała od Jego Słowa.

Czy ksiądz może pobłogosławić związek homoseksualny, a biskup na to przystać?

Inną kwestią jest, czy ksiądz może zgodzić się na to, by pobłogosławić takie związki, spośród których niektóre współistnieją z legalnym małżeństwem albo w których zmiana partnerów nie jest niczym nadzwyczajnym. Zgodnie z FS, mógłby tak zrobić za pomocą pozaliturgicznego, nieoficjalnego błogosławieństwa „duszpasterskiego”. Oznaczałoby to, że ksiądz udzieliłby takiego błogosławieństwa nie działając w imieniu Chrystusa i Kościoła. Oznaczałoby to, że nie działałby jako ksiądz. W istocie nie udzielałby takiego błogosławieństwa jako kapłan Chrystusa, ale jako ktoś, kto odrzucił Chrystusa. Kapłan, który błogosławi takie związki, przedstawia je jako drogę do Stwórcy. Popełnia zatem świętokradczy i bluźnierczy akt przeciwko planowi Stworzyciela i przeciwko Chrystusowi, który umarł za nas po to, by wypełnił się plan Stwórcy. To samo dotyczy biskupa diecezjalnego. Jako pasterz swojego Kościoła lokalnego, jest zobowiązany zapobiec takim bluźnierczym aktom, w przeciwnym razie stałby się ich wspólnikiem i zaprzeczyłby mandatowi danemu mu przez Chrystusa, aby utwierdzać swoich braci we wierze.

Księża powinni głosić miłość Bożą i dobroć wobec wszystkich ludzi, pomagając modlitwą oraz radą grzesznikom i tym, którzy są słabi, a mają trudności w nawróceniu. To zupełnie co innego niż udzielanie im wymyślonych i mylących znaków oraz słów, według których Bóg wcale tak bardzo nie przejmuje się grzechem. To ukrywanie prawdy, że grzech myśli, mowy i uczynku oddziela nas od Boga.

Nie ma błogosławieństwa dla grzechu

Nie ma błogosławieństwa – nie tylko publicznego, ale również prywatnego – dla grzeszników żyjących w warunkach obiektywnie sprzecznych ze świętą wolą Boga. Nie jest dowodem na zdrową hermeneutykę, że odważni obrońcy chrześcijańskiej doktryny są piętnowani jako rygoryści, bardziej zainteresowani legalistycznym wypełnianiem ich norm moralnych niż zbawieniem konkretnych osób. Jezus mówi do zwykłych ludzi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”. Apostoł wyjaśnia to w następujący sposób: „[…] przykazania Jego nie są ciężkie. Wszystko bowiem, co z Boga zrodzone, zwycięża świat; tym właśnie zwycięstwem, które zwyciężyło świat, jest nasza wiara. A kto zwycięża świat, jeśli nie ten, kto wierzy, że Jezus jest Synem Bożym?” (1 J 5, 3 – 5). W czasie, w którym fałszywa antropologia podważa Bożą instytucję małżeństwa pomiędzy mężczyzną a kobietą, z rodziną i dziećmi, Kościół powinien pamiętać o słowach swojego Pana i swojej Głowy: „Wchodźcie przez ciasną bramę! Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!” (Mt 7, 13 – 14).

Kard. Gerhard Ludwig Müller

Tłum. Pach

(śródtytuły pochodzą od Redakcji)

Milei, Argentyna: 300 środków uwalniających gospodarkę, przedsiębiorczość.

Argentyna: 300 środków uwalniających gospodarkę, przedsiębiorczość.

Milei podpisał dekret. Na ulicach protesty

nczas/milei-podpisal-dekret-protesty

Nowy prezydent Argentyny Javier Milei podpisał w środę dekret nakreślający ponad 300 środków deregulacji krajowej gospodarki – od eksportu, przez państwowe spółki, po prawo wynajmu nieruchomości. Na ulice Buenos Aires wyszły tymczasem tysiące osób sprzeciwiających się polityce zaciskania pasa.

– To zaledwie pierwszy krok (…) Celem jest przywrócenie wolności i autonomii jednostkom oraz rozpoczęcie demontażu olbrzymiej ilości przepisów, które utrudniały, spowalniały i zatrzymywały wzrost gospodarczy – powiedział znany z liberalnych poglądów gospodarczych prezydent, który sam siebie określał jako anarchokapitalista.

Wśród ponad 300 kroków zawartych w dekrecie z mocą ustawy są między innymi zmiany lub uchylenie przepisów dotyczących ceł, gastronomii, pracy, regulacji cen, ziemi, wynajmu nieruchomości, sektora turystycznego, satelitarnych usług internetowych, a także przygotowanie gruntu pod prywatyzację państwowych spółek.

By wprowadzić wszystkie te zmiany, w dekrecie ogłoszono „gospodarczy stan wyjątkowy” na okres dwóch lat, co pozwala prezydentowi na zmianę licznych ustaw przy pomocy dekretów – podkreśla dziennik „La Nacion”.

– Argentyńczycy, dziś jest historyczny dzień dla naszego kraju po dekadach niepowodzeń, zubożenia i anomalii. W związku z tym potrzeba zmiany kursu, która rozpoczyna się dzisiaj – powiedział Milei, obiecując przy tym, że Argentyna znów będzie „światową potęgą”.

Tymczasem, jak informują media, tysiące ludzi wyszły w środę na ulice Buenos Aires w zorganizowanym przez środowiska lewicowe pierwszym dużym marszu przeciwko polityce Mileia, który objął urząd 10 grudnia. – Nie pozwolimy, żeby zagłodzili naród – mówił podczas manifestacji cytowany przez dziennik „Clarin” przedstawiciel związku zawodowego ATE Daniel Catalano.

Przeciwko ogłoszonemu w środę dekretowi protestowano także w mieście La Plata, stolicy prowincji Buenos Aires – przekazał „La Nacion”.

W kampanii wyborczej Milei zapowiadał „ścięcie piłą łańcuchową” wydatków publicznych i walkę z ponad 150-procentową inflacją. Prezydent wprowadza w życie radykalny program zaciskania pasa, przyznając, że społeczeństwo boleśnie go odczuje w krótkim terminie, i zapewniając, że jest on konieczny, by uniknąć całkowitego krachu. W pierwszym tygodniu po zaprzysiężeniu pozwolił na spadek oficjalnego kursu peso względem dolara o ponad 50 proc., co wywołało nagłe wzrosty cen w sklepach i na stacjach benzynowych.

Osadnicze państwa kolonialne mają ostateczny okres „przydatności do spożycia”. Izrael nie jest wyjątkiem.

Śmierć Izraela

Osadnicze państwa kolonialne mają ostateczny okres przydatności do spożycia. Izrael nie jest wyjątkiem.

Chris Hedges Global Research, 19 grudnia 2023 https://www.globalresearch.ca/the-death-of-israel-chris-hedges/5843720

Izrael będzie wyglądał na triumfującego po zakończeniu swojej ludobójczej kampanii w Gazie i na Zachodnim Brzegu. Przy wsparciu Stanów Zjednoczonych, osiągnie swój obłąkany cel. Jego mordercze szaleństwa i ludobójcza przemoc doprowadzą do eksterminacji lub czystek etnicznych Palestyńczyków. Jego marzenie o państwie wyłącznie dla Żydów, ze wszystkimi Palestyńczykami pozbawionymi podstawowych praw, zostanie zrealizowane.

Będzie rozkoszować się przesiąkniętym krwią zwycięstwem. Będzie czcić swoich zbrodniarzy wojennych. Ludobójstwo Palestyńczyków zostanie wymazane ze świadomości publicznej i wrzucone do ogromnej czarnej dziury historycznej amnezji Izraela. Ci, którzy mają sumienie w Izraelu, zostaną uciszeni i prześladowani.

Ale zanim Izrael dokona zdziesiątkowania Gazy – Izrael mówi o miesiącach wojny – podpisze własny wyrok śmierci. Jego fasada przyzwoitości, rzekomy wychwalany szacunek dla praworządności i demokracji, jego mityczna historia o odważnej armii izraelskiej i cudownych narodzinach narodu żydowskiego, zostaną rozsypane w stosy popiołu.

Kapitał społeczny Izraela zostanie zniszczony. Zostanie ujawniony jako brzydki, represyjny, przepełniony nienawiścią reżim apartheidu, alienujący młodsze pokolenia amerykańskich Żydów. Jego patron, Stany Zjednoczone, gdy do władzy dojdą nowe pokolenia, będzie dystansować się od Izraela w taki sam sposób, w jaki dystansują się od Ukrainy.

Jego powszechne poparcie, już osłabione w USA, będzie pochodzić od schrystianizowanych faszystów w Ameryce, którzy postrzegają dominację Izraela na starożytnej ziemi biblijnej jako zwiastun Drugiego Przyjścia, a w ujarzmieniu Arabów przez to państwo będą stanowić pokrewny rasizm i białą supremację.

Palestyńska krew i cierpienie – 10 razy więcej dzieci zginęło w Gazie niż w ciągu dwóch lat wojny na Ukrainie – utorują drogę do zapomnienia Izraela. Dziesiątki, a może setki tysięcy duchów, dokonają zemsty. Izrael stanie się synonimem swoich ofiar, tak jak Turcy są synonimem Ormian, Niemcy – Namibijczyków, a później Żydów. Życie kulturalne, artystyczne, dziennikarskie i intelektualne Izraela zostanie wytępione. Izrael będzie narodem pogrążonym w stagnacji, w którym dyskurs publiczny zdominują fanatycy religijni, bigoci i żydowscy ekstremiści, którzy przejęli władzę. Znajdzie sojuszników wśród innych despotycznych reżimów. Odrażająca dominacja rasowa i religijna Izraela będzie jego cechą definiującą, dlatego też najbardziej wsteczni biali suprematyści w USA i Europie, w tym filosemici, tacy jak John Hagee, Paul Gosar i Marjorie Taylor Greene, żarliwie popierają Izrael. Osławiona „walka z antysemityzmem” jest słabo zamaskowanym świętowaniem Białej Mocy.

Despotyzmy mogą istnieć długo po przedawnieniu się daty ich ważności, ale zawsze się kończą. Nie trzeba być biblistą, żeby zobaczyć, że izraelska żądza rzek krwi jest sprzeczna z podstawowymi wartościami judaizmu. Cyniczne uzbrojenie w znamię Holokaustu, w tym piętnowanie Palestyńczyków jako nazistów, ma niewielką skuteczność, gdy przeprowadza się ludobójstwo transmitowane na żywo na 2,3 milionach ludzi uwięzionych w obozie koncentracyjnym.

Aby przetrwać, narody potrzebują czegoś więcej, niż tylko siły. Potrzebują mistycyzmu. Ta mistyka zapewnia cel, przyzwoitość, a nawet szlachetność, aby inspirować obywateli do poświęceń dla narodu. Mistyka daje nadzieję na przyszłość. Nadaje sens. Zapewnia tożsamość narodową.

Kiedy ideologie implodują, kiedy zostają zdemaskowane jako kłamstwa, załamuje się centralny fundament władzy państwowej. Relacjonowałem śmierć komunistycznych ideologii w 1989 roku podczas rewolucji w NRD, Czechosłowacji i Rumunii. Policja i wojsko zdecydowały, że nie ma już czego bronić. Upadek Izraela wywoła takie samo znużenie i apatię. Nie będzie w stanie werbować rdzennych współpracowników, takich jak Mahmoud Abbas i Autonomia Palestyńska – których większość Palestyńczyków potępia – aby wykonywali rozkazy kolonizatorów.

Historyk Ronald Robinson przytacza niemożność werbowania rdzennych sojuszników przez Imperium Brytyjskie jako moment, w którym współpraca zamieniła się w brak współpracy, co stanowi decydujący moment dla rozpoczęcia dekolonizacji. Robinson wyjaśnia, że gdy brak współpracy rodzimych elit przekształci się w aktywną opozycję, „szybki odwrót” Imperium będzie zapewniony.

Jedyne, co pozostało Izraelowi, to eskalacja przemocy, w tym tortur, co przyspiesza upadek. Ta masowa przemoc działa na krótką metę, tak jak miało to miejsce podczas wojny prowadzonej przez Francuzów w Algierii, Brudnej Wojny prowadzonej przez argentyńską dyktaturę wojskową i podczas brytyjskiego konfliktu w Irlandii Północnej. Ale na dłuższą metę to samobójstwo.

„Można powiedzieć, że bitwa o Algier została wygrana dzięki zastosowaniu tortur” – zauważył brytyjski historyk Alistair Horne – „ale wojna, wojna algierska, została przegrana”.

Ludobójstwo w Gazie zmieniło bojowników Hamasu w muzułmańskich bohaterów świata i Globalnego Południa. Izrael może zniszczyć przywództwo Hamasu. Jednak przeszłe – i obecne – zabójstwa dziesiątek przywódców palestyńskich niewiele przyczyniły się do stępienia oporu. Oblężenie i ludobójstwo w Gazie stworzyło nowe pokolenie głęboko traumatycznych i wściekłych młodych mężczyzn i kobiet, których rodziny zostały zabite, a społeczności unicestwione. Są gotowi zająć miejsce umęczonych przywódców. Izrael wysłał oddziały swojego przeciwnika w stratosferę.

Izrael był w stanie wojny ze sobą przed 7 października. Izraelczycy protestowali, aby uniemożliwić premierowi Benjaminowi Netanjahu zniesienie niezależności sądów. Jego religijni bigoci i fanatycy, będący obecnie u władzy, przygotowali zdecydowany atak na izraelski sekularyzm. Jedność Izraela od czasu ataków jest niepewna. Jest to jedność negatywna. Łączy ich nienawiść. I nawet ta nienawiść nie wystarczy, aby powstrzymać protestujących od potępienia decyzji rządu o opuszczeniu izraelskich zakładników w Gazie.

Nienawiść jest niebezpiecznym towarem politycznym. Gdy skończą z jednym wrogiem, ci, którzy podsycają nienawiść, wyruszają na poszukiwanie kolejnego. Palestyńskie „ludzkie zwierzęta”, kiedy zostaną wykorzenione lub ujarzmione, zostaną zastąpione przez żydowskich apostatów i zdrajców. Zdemonizowanej grupy nigdy nie można odkupić ani wyleczyć. Polityka nienawiści powoduje trwałą niestabilność, którą wykorzystują ci, którzy pragną zniszczenia społeczeństwa obywatelskiego.

Izrael był daleko na tej drodze, kiedy 7 października ogłosił szereg dyskryminujących praw wobec nie-Żydów, które przypominają rasistowskie ustawy norymberskie, które pozbawiły Żydów praw wyborczych w nazistowskich Niemczech. Ustawa o akceptacji społeczności zezwala wyłącznie osadom żydowskim na blokowanie osób ubiegających się o pobyt na podstawie „zgodności z podstawowymi poglądami społeczności”.

Wielu najlepiej wykształconych i młodych Izraelczyków opuściło kraj do takich miejsc jak Kanada, Australia i Wielka Brytania, a aż milion przeniosło się do Stanów Zjednoczonych. Nawet Niemcy doświadczyły napływu około 20 000 Izraelczyków w pierwszych dwóch dekadach tego stulecia. Od 7 października około 470 000 Izraelczyków opuściło kraj. W Izraelu obrońcy praw człowieka, intelektualiści i dziennikarze – izraelscy i palestyńscy – są atakowani jako zdrajcy w sponsorowanych przez rząd kampaniach oszczerstw, umieszczani pod nadzorem państwa i poddawani arbitralnym aresztowaniom. Izraelski system edukacyjny to machina indoktrynacyjna dla wojska.

Izraelski uczony Yeshayahu Leibowitz ostrzegł, że jeśli Izrael nie oddzieli synagogi od państwa i nie zakończy okupacji Palestyńczyków, doprowadzi to do powstania skorumpowanego rabinatu, który wypaczy judaizm w kult faszystowski. „Izrael” – powiedział – „nie zasługiwałby na istnienie i nie warto go chronić”.

Globalna mistyka Stanów Zjednoczonych, po dwóch dekadach katastrofalnych wojen na Bliskim Wschodzie i ataku na Kapitol 6 stycznia, jest tak samo skażona jak ich izraelski sojusznik. Administracja Bidena, pragnąc bezwarunkowo wspierać Izrael i udobruchać potężne izraelskie lobby, ominęła proces weryfikacji Kongresu z Departamentem Stanu w celu zatwierdzenia transferu 14 000 sztuk amunicji czołgowej do Izraela. Sekretarz stanu Antony Blinken argumentował, że „istnieje sytuacja nadzwyczajna, która wymaga natychmiastowej sprzedaży”. Jednocześnie cynicznie wezwał Izrael do zminimalizowania ofiar cywilnych.

Izrael nie ma zamiaru minimalizować ofiar cywilnych. Zabił już 18 800 Palestyńczyków, co stanowi 0,82 procent populacji Gazy – co odpowiada około 2,7 milionom Amerykanów. Kolejnych 51 000 zostało rannych.

Według ONZ połowa ludności Gazy głoduje. Wszystkie palestyńskie instytucje i usługi podtrzymujące życie — szpitale (tylko 11 z 36 szpitali w Gazie nadal „częściowo funkcjonuje”), stacje uzdatniania wody, sieci energetyczne, kanalizacyjne, budownictwo mieszkaniowe, szkoły, budynki rządowe, centra kulturalne, systemy telekomunikacyjne, meczety, kościoły, punkty dystrybucji żywności ONZ – zostały zniszczone. Izrael zamordował co najmniej 80 dziennikarzy palestyńskich wraz z dziesiątkami członków ich rodzin oraz ponad 130 pracowników organizacji humanitarnych ONZ wraz z członkami ich rodzin. Chodzi o ofiary cywilne. To nie jest wojna przeciwko Hamasowi. To wojna przeciwko Palestyńczykom. Celem jest zabicie lub usunięcie 2,3 miliona Palestyńczyków z Gazy.

Zastrzelenie trzech izraelskich zakładników, którzy najwyraźniej uciekli swoim porywaczom i podeszli do sił izraelskich bez koszul, machając białą flagą i wołając o pomoc po hebrajsku, jest nie tylko tragiczne, ale stanowi przebłysk izraelskich zasad zaangażowania w Gazie. Te zasady są takie: zabijaj wszystko, co się rusza.

Jak napisał w „Yedioth Ahronoth” emerytowany izraelski generał dywizji Giora Eiland, który wcześniej stał na czele izraelskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, „[Państwo Izrael] nie ma innego wyboru, jak tylko przekształcić Gazę w miejsce, w którym czasowo lub trwale nie da się żyć …Wywołanie poważnego kryzysu humanitarnego w Gazie jest niezbędnym środkiem do osiągnięcia celu”. „Gaza będzie miejscem, w którym nie może istnieć żaden człowiek” – napisał. Generał dywizji Ghassan Alian oświadczył, że w Gazie „nie będzie prądu ani wody, nastąpi jedynie zniszczenie. Chciałeś piekła; czeka cię piekło.

Osadnicze państwa kolonialne, które przetrwają, w tym Stany Zjednoczone, eksterminują poprzez choroby i przemoc prawie całą swoją rdzenną populację. Choroby zakaźne przywiezione przez kolonizatorów do obu Ameryk, takie jak ospa, zabiły szacunkowo 56 milionów rdzennej ludności w ciągu około 100 lat w Ameryce Południowej, Środkowej i Północnej. Do 1600 roku pozostała mniej niż jedna dziesiąta pierwotnej populacji. Izrael nie może zabijać na taką skalę, skoro pod okupacją żyje prawie 5,5 miliona Palestyńczyków, a kolejne 9 milionów w diasporze.

Prezydentura Bidena, która, jak na ironię, mogła podpisać swój własny polityczny akt zgonu, jest powiązana z ludobójstwem Izraela. Będzie próbowała zdystansować się retorycznie, ale jednocześnie przeznaczy miliardy dolarów na broń, której żąda Izrael – w tym 14,3 miliarda dolarów na dodatkową pomoc wojskową w celu zwiększenia rocznej pomocy wynoszącej 3,8 miliarda dolarów – aby „dokończyć robotę”. Jest pełnoprawnym partnerem izraelskiego projektu ludobójstwa.

Izrael jest państwem pariasem. Pokazano to publicznie 12 grudnia, kiedy 153 państwa członkowskie na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ głosowały za zawieszeniem broni, przy czym tylko 10 – w tym USA i Izrael – było przeciwnych, a 23 wstrzymało się od głosu. Izraelska kampania spalonej ziemi w Gazie oznacza, że nie będzie pokoju. Nie będzie rozwiązania dwupaństwowego. Apartheid i ludobójstwo zdefiniują Izrael. Zapowiada to długi, długi konflikt, którego państwo żydowskie nie może ostatecznie wygrać.

Argentyna: Prezydent ogłosił „gospodarczy stan wyjątkowy”. Lewacy i nieroby protestują, nie chcą zaciskać pasa.

Argentyna: Prezydent ogłosił „gospodarczy stan wyjątkowy”. Lewacy i nieroby protestują, nie chcą zaciskać pasa.

pch24l/argentyna-prezydent-oglosil-gospodarczy-stan-wyjatkowy

Nowy prezydent Argentyny Javier Milei ogłosił „gospodarczy stan wyjątkowy”. Przez dwa lata będzie mógł zmieniać ustawy przy pomocy dekretów. Przeciwnicy prezydenta wyszli na ulice – nie chcą polityki „zaciskania pasa”.

Podpisany dekret nakreśla ponad 300 środków deregulacji krajowej gospodarki. Dotyka on różnych dziedzin – od eksportu, przez państwowe spółki, po prawo wynajmu nieruchomości. Celem jest „przywrócenie wolności i autonomii jednostkom oraz rozpoczęcie demontażu olbrzymiej ilości przepisów, które utrudniały, spowalniały i zatrzymywały wzrost gospodarczy”.

W przyjętych zapisach znalazło się ponad 300 kroków, to m.in. zmiany lub uchylenie przepisów dotyczących ceł, gastronomii, pracy, regulacji cen, ziemi, wynajmu nieruchomości, sektora turystycznego, satelitarnych usług internetowych, a także przygotowanie gruntu pod prywatyzację państwowych spółek.

By ułatwić realizację zmian, w dekrecie ogłoszono „gospodarczy stan wyjątkowy” na okres dwóch lat. To pozwala prezydentowi na zmianę licznych ustaw przy pomocy dekretów.

Równocześnie na ulice Buenos Aires wyszły w proteście tysiące ludzi. To przeciwnicy prezydenta, zwołani przez środowiska lewicowe. Obawiają się oni, że nowa władza zagłodzi obywateli i nie podobają im się podjęte zmiany.

Warto przypomnieć, że w kampanii wyborczej Milei zapowiadał „ścięcie piłą łańcuchową” wydatków publicznych i walkę z ponad 150-procentową inflacją. Prezydent wprowadza w życie radykalny program zaciskania pasa, przyznając, że społeczeństwo boleśnie go odczuje w krótkim terminie, i zapewniając, że jest on konieczny, by uniknąć całkowitego krachu. W pierwszym tygodniu po zaprzysiężeniu pozwolił na spadek oficjalnego kursu peso względem dolara o ponad 50 proc., co wywołało nagłe wzrosty cen w sklepach i na stacjach benzynowych.

Źródło: PAP/ Oprac. MA