„Kiedy rządzili biali, życie było lepsze”. RPA na krawędzi upadku

„Kiedy rządzili biali, życie było lepsze”. RPA na krawędzi upadku

kiedy-rzadzili-biali-zycie-bylo-lepsze-rpa

Republika Południowej Afryki to kraj korupcji, złego zarządzania i rozpaczy – pisze „Spiegel International”. Według niemieckiego dziennika koniec apartheidu przyniósł powiew nadziei na lepszą przyszłość, ale praktyka pokazała, że jest tylko gorzej.

Reportaż „Spiegla” rozpoczyna się od opisu budynku parlamentu w Kapsztadzie, który ogarnął pożar w 2022 roku. Pomimo upływu wielu miesięcy gruzy nadal nie zostały uprzątnięte, budynek jest na poły zrujnowany.

Kraj upada – i to monumentalnie – mówi cytowana przez Spiegla Siviwe Gwarube, parlamentarzystka z Sojuszu Demokratycznego. Według Gwarube kraj jest obecnie na skraju przepaści, za co odpowiada jeden czynnik: zarządzanie.W Republice Południowej Afryki zarządzanie się załamało– powiedziała. Stwierdzenia Gwarube można by potraktować jako typową przesadę polityków opozycji. Jednak obiektywne dane potwierdzają, że RPA jest w fatalnej kondycji. Zgodnie z informacjami Banku Światowego 6 na 10 młodych mieszkańców RPA nie ma pracy; ponad połowa mieszkańców kraju żyje w biedzie; rocznie dokonuje się 25 tysięcy morderstw. Z danych wynika, że leży również zarządzanie na poziomie lokalnym: w niektórych gminach przez kilka dni nie ma bieżącej wody, nie jeżdżą pociągi, w złym stanie jest infrastruktura, edukacja, opieka zdrowotna, administracja.

Republiką Południowej Afryki od końca apartheidu rządzi cały czas ta sama partia, Afrykański Kongres Narodowy (AKN). We wszystkich wyborach od 1994 roku aż po rok 2019 notowała wysokie poparcie gwarantujące jej większość absolutną. W wyborach w 2019 po raz pierwszy zagłosowało na nią poniżej 60 proc. wyborców. Według opozycji partia jest przeżarta korupcją i kompletnie niezainteresowana poprawą losu kraju. Wydaje się, że nie są to opinie bezzasadne. Jak podaje „Spiegel”, w tym roku międzynarodowa organizacja FATF, Grupa Specjalna ds. Przeciwdziałania Praniu Pieniędzy, umieściła RPA na szarej liście w towarzystwie takich państw, jak Sudan Południowy i Haiti.

Nie jest to fenomen zupełnie nowy. „Spiegel” cytuje Horsta Kleinschmidta, który działa w polityce RPA od dziesięcioleci. Walczył z apartheidem i dobrze poznał działaczy tego ruchu. Jak twierdzi, już w samych początkach walki widać było poszukiwanie własnej korzyści i zysku; nawet Nelson Mandela prosił go w 1990 roku o przekazanie 60 tys. dolarów z funduszu pomocowego ruchu na postępowanie w sprawie jego żony, która była oskarżona o porwanie i podejrzana o morderstwo. Później było już tylko gorzej, z czasem wąskie elity władzy de facto zawłaszczyły państwo, wykorzystując je do tego, by się bogacić. Według Kleinschmidta partia AKN cieszy się wysokim poparciem ze względu na swoją historię; cały czas ma swoistą premię za wyzwolenie od apartheidu.

Gigantycznym problemem jest przestępczość, która dotyka nie tylko indywidualnych obywateli, ale również infrastruktury. Przykładowo na potęgę kradnie się kable: w roku podatkowym 2021-2022 skradziono 1500 kilometrów (sic) kabli miedzianych; złodzieje potrafią na dworcach rozbijać chodniki kilofami, by dostać się do kabli – a policja w ogóle ich nie ściga. Dzięki temu kraj eksportuje więcej miedzi, niż produkują kopalnie: na sprzedaż trafia miedź skradziona nawet ze szpitali.

Skala przestępczości nie dziwi także dlatego, że ludzie mieszkają w fatalnych warunkach. Duża część centrum Johannesburga to po prostu slumsy; wybuchają tam pożary, które zabijają wiele osób – kilka dni przed wizytą dziennikarzy Spiegla w tym miejscu pożar zabił 70 osób. Nocami często nie ma tam w ogóle światła, bo są przerwy w dostawie prądu. Na wielką skalę działają gangi; w Kapsztadzie mają mieć ponad 100 tysięcy członków. Strzelaniny to codzienność; policja nie jest w stanie sobie z nimi poradzić i nikt nie ma nadziei, że gangi kiedykolwiek znikną.

W kraju upada też gospodarka. Spiegel opisuje największą fabrykę Volkswagena w Afryce. Zatrudnia 3500 osób. Problemy? Niedobory prądu, które wyłączają niekiedy całe dni z produkcji; fatalna infrastruktura, która nie pozwala transportować produktów. W efekcie skuteczność fabryk jest ograniczona.

Wprawdzie kraj i tak jest w o wiele lepszej sytuacji ekonomicznej niż większość Afryki, ale wielu jego mieszkańców jest kompletnie rozczarowanych rzeczywistością po zniesieniu apartheidu.

Kiedy rządzili biali, mieliśmy pracę i życie było lepsze – powiedział „Spieglowi” 60-letni murzzyn. Dobrze pamięta apartheid. Teraz musi jednak zarabiać na życie zbierając resztki złomu na zniszczonych dworcach.

Źródło: spiegel.de Pach

Pacyfizm i brak kary śmierci jako symptom odchodzenia od nauczania katolickiego

Pacyfizm i brak kary śmierci jako symptom odchodzenia od nauczania katolickiego

CzarnaLimuzyna ekspedyt-pacyfizm-i-brak-kary-smierci-jako-odchodzenie-od-nauczania-katolickiego/

Pacyfizm i brak kary śmierci jako symptom odchodzenia od nauczania katolickiegoLewica od samego początku pozostaje w konflikcie ze stanem rycerskim, jako tym, który bronił cywilizacji. Duchowieństwo i Rycerstwo było zawsze znienawidzone przez wrogów tradycji ze względu na zdolność do walki duchowej i zbrojnej. Dziś, w czasie pozornego pokoju, trwa nieustanne osłabianie ducha również zwykłych ludzi, aby uczynić ich całkowicie niezdolnymi do walki.

Efektem codziennej tresury w duchu pacyfizmu są poglądy dużej części zniewolonego mentalnie społeczeństwa przeciwstawiającego walkę zbrojną oraz karę śmierci nauczaniu katolickiemu. O rzekomym konflikcie pomiędzy karą śmierci a V przykazaniem „nie morduj” pisaliśmy nie raz, Tak samo jest z użyciem zbrojnego ramienia w obronie najwyższych wartości.

Przykazanie „nie zabijaj” – nie morduj dotyczy zamordowania istoty niewinnej również w formie tzw. aborcji.

Cytat pierwszy

Otóż słowo ratsach oznacza dosłownie mordować, zarzynać. Ono niesie w sobie element okrucieństwa, ono niesie w sobie pierwiastek przemocy. Są w języku hebrajskim trzy słowa, trzy czasowniki, które są odnoszone do rzeczywistości śmierci, umierania, zwłaszcza zadawania śmierci. Otóż najczęstszym czasownikiem w Piśmie Świętym jest słowo harab. Harab znaczy zabijać, ale zabijać np. w bitwie. Tam, gdzie jest wielu żołnierzy, gdzie jedni drugich zabijają, używa się zawsze czasownika harab. Jest jeszcze jeden czasownik hemit, znaczy uśmiercać. A więc gdy się kogoś na śmierć skazuje, gdy dochodzi do świadomie wymierzanej kary, to się mówi hemit. Natomiast ratsach jest w kontekście zarzynania, mordowania. Gdybyśmy chcieli przełożyć dokładnie to przykazanie na język polski, to musielibyśmy powiedzieć: „Nie morduj”, „Nie dopuszczaj się morderstwa”.

Ja cały czas mówię: przykazanie „Nie zabijaj”, ale mam w głowie to Lo tirtsach — Nie morduj, nie zarzynaj, czyli nie zadawaj śmierci z okrucieństwem.

Ks. prof. Waldemar Chrostowski

1. Dekalog na nowo odczytany

2. Piąte przykazanie: „Nie zabijaj”

Cytat drugi

Tora odróżnia „zabijanie”, od „morderstwa”. W Torze hebrajskie Lo tircach nie oznacza „nie zabijaj”, lecz „nie morduj”. Lo taharog oznaczałoby „nie zabijaj”!
Sprawa jest prosta i jednoznaczna: hebrajski czasownik użyty w wersetach Szemot 20, 13 i Dewarim 5, 17 oznacza, że zakaz dotyczy mordowania.
W języku hebrajskim „zabójstwo” to hariga, czasownik określający zabijanie to leharog, a zdecydowanie nie ten czasownik został zastosowany w Torze. Tora używa czasownika lircoach, który w formie zakazu przyjmuje formę Lo tircach („Nie morduj”), recach oznacza „morderstwo” a roceach – „mordercę”. Tam po prostu nie ma Lo taharog, czyli „Nie zabijaj”.

pacyfizm to wspólnik morderców, ponieważ z założenia przeciwstawia się działaniu, które jako jedyne może naprawdę skutecznie powstrzymać mordowanie. Działaniem tym jest zabicie mordercy.

Paweł Jędrzejewski / Przykazanie „nie zabijaj” nie istnieje!

Cytat trzeci

Nie rozumiemy pod pojęciem kary śmierci – “zabójstwa”.

Pierwszym, który zastosował obiektywnie, realnie karę śmierci jest Pan Bóg w Trójcy Świętej Jedyny. I to Drodzy Państwo podkreślmy – Pan Bóg, który jest odwieczną miłością.

Ks. prof. Tadeusz Guz / kara śmierci sprawiedliwa ?

 Kościół Walczący

Ramieniem uzbrojonym w bicz wypędzał Jezus Chrystus kupców ze świątyni. Najpotężniejszym orężem jest modlitwa, a w sprawiedliwych zmaganiach przeciw ciału i krwi – walka zbrojna.

Pacyfizm jest wynikiem błędnej antropologii, błędnej wizji świata zgodnie z którą już tutaj na ziemi możemy osiągnąć to, co jest obiecane wszystkim, którzy dostąpią łaski zbawienia tzn. życia bez cierpienia, życia bez walki, w tym walki duchowej.

„Przybyliśmy, zobaczyliśmy i Bóg zwyciężył.” – 340. rocznica Bitwy pod Wiedniem

W cyklu „Przegląd historyczny RDI” będziemy przypominać wybrane wydarzenia, które ukształtowały historię Polski. Popularyzacja wiedzy historycznej jest dla Reduty ważnym celem, który poprzez przekaz zgodny z prawdą historyczną, utrwala wiedzę, jak i również zapobiega zniekształceniu historii naszego kraju.
„Przybyliśmy, zobaczyliśmy i Bóg zwyciężył.” – 340. rocznica Bitwy pod Wiedniem
 12 września 2023 roku obchodzimy 340. rocznicę zwycięstwa Polaków w bitwie pod Wiedniem. „Venimus, vidimus et Deus vicit.” (Przybyliśmy, zobaczyliśmy, i Bóg zwyciężył) – to zdanie pochodzi z listu, który król Jan III Sobieski wysłał, w tym właśnie dniu, w 1683 roku do papieża Innocentego XI, informując go o triumfie nad armią osmańską. 
Oprócz pisma papież otrzymał także zdobytą chorągiew turecką, którą dawniej błędnie uważano za tzw. świętą chorągiew Proroka, najważniejszy symbol armii tureckiej. 
Zwycięstwo Polaków pod Wiedniem, było kluczowym wydarzeniem w historii Europy, gdyż zapobiegło inwazji tureckiej na kontynent. Pamiętajmy, że w bitwie pod Wiedniem dowodzeni przez króla Jana III Sobieskiego polscy husarze, w połączeniu z wojskami sprzymierzonymi, pokonali znacznie liczniejszą armię osmańską, wykazując się niezrównanymi umiejętnościami bojowymi i odwagą. Król Jan III Sobieski stał się bohaterem narodowym, a jego triumf przyniósł Polsce zarówno sławę, jak i również wzmocnił pozycję Rzeczypospolitej w Europie, która uznała Polskę za obrońcę wartości chrześcijańskich na kontynencie. 
Gwoli przypomnienia: Imperium Osmańskie przez wieki umacniało swoją potęgę poprzez podboje, głównie na obszarze Azji. Jednak w XVII wieku Turcy rozpoczęli ekspansję w kierunku europejskim, docierając do Bałkanów, Węgier, księstw rumuńskich, Krety i Siedmiogrodu. W 1672 roku zajęli także Podole, które wcześniej należało do Polski. W październiku tego samego roku, w Buczaczu, zawarto traktat pokojowy między Imperium Osmańskim a Rzecząpospolitą, który nie został jednak zatwierdzony przez polski sejm. Traktat ten przewidywał oddanie przez Polskę wschodnich ziem Imperium Osmańskiemu oraz płacenie Turcji rocznego haraczu w wysokości 22 tysięcy talarów. W 1673 roku sejm Rzeczypospolitej odrzucił ten pokój, który powszechnie nazwano „haniebnym pokojem w Buczaczu”, ponieważ sprawił, że Polska stała się w pewnym sensie państwem zależnym od Imperium Osmańskiego. 
11 listopada 1673 pod Chocimiem, pomiędzy armią Rzeczypospolitej Obojga Narodów – dowodzoną przez hetmana Jana III Sobieskiego a Imperium Osmańskim, rozegrała się zwycięska dla Polski bitwa, zakończona rozejmem. Należy pamiętać, że zwycięstwo pod Chocimiem zapewniło hetmanowi Janowi III Sobieskiemu polską koronę. Pomimo zwycięstwa zagrożenie ze strony Turcji nie zostało zażegnane. Król Jan III Sobieski, zdając sobie sprawę, że kolejne starcia zbrojne z Imperium Osmańskim są nieuniknione, podjął działania mające na celu pozyskanie sojuszników. Planował m.in. utworzenie koalicji z Francją i Szwecją oraz zwrócił się do Habsburgów i Rosji (zarówno car, jak i cesarz nie reagowali przychylnie na polskie starania). Dopiero w obliczu realnego zagrożenie ze strony tureckiej oraz niepowodzenia działań z Osmanami – Leopold I Habsburg (król Węgier od 1655, król Czech od 1656, arcyksiążę Austrii od 1657, a także król Niemiec i cesarz rzymski od 1658 roku) dążył do zawarcia przymierza z Polską.
Ostatecznie 1 kwietnia 1683 roku został zawarty sojusz, który zobowiązywał do wzajemnej pomocy w razie ataku tureckiego. Gwarantem dotrzymania postanowień przymierza stał się papież Innocenty XI. Warto nadmienić, że armia polska miała otrzymać wsparcie finansowe ze strony cesarza i papieża. W tym samym czasie Imperium Osmańskie podjęło intensywne działania wojenne przeciwko sojusznikom. Organizując potężną armię, na której czele stanął wielki wezyr Kara Mustafa, planowano atak, jednak do ostatniej chwili nie było pewności, czy uderzą na Polskę, czy na Austrię. W momencie gdy do armii tureckiej dołączyli Tatarzy wielki wezyr, chcąc zaskoczyć sojuszników (co w części się powiodło), wyznaczył kierunek natarcia, ruszając w głąb Austrii. Pod naporem wojsk osmańskich cesarz Leopold I zwrócił się o pomoc do sojuszników. Ekspansja turecka z potężną siłą zmierzała w kierunku stolicy cesarstwa – Wiednia, 14 lipca 1683 roku armia osmańska zbliżyła się do miasta, a 16 lipca 1683 roku otoczyła Wiedeń, wypierając, oddziały austriackie. Wiedeń był dobrze przygotowaną do obrony twierdzą, broniącą się za pomocą 11-tysięcznej załogi, 5-tysięcznej straży miejskiej oraz artylerii. Niestety, w ciągu dwóch miesięcy oblężenia, Turcy dzięki ciągłym atakom i działaniom podziemnym zdołali zdobyć pierwsze fortyfikacje miasta, co stanowiło poważne zagrożenie dla samej twierdzy, której obrońcy zostali w wyniku tych starć zdziesiątkowani. 
Polskie działania sojusznicze Polska, wypełniając zobowiązania sojusznika podjęła szereg działań, by ruszyć z odsieczą do Wiednia. Sejm Rzeczypospolitej przegłosował zgodę na działania wojenne poza granicami Polski oraz uchwalił nadzwyczajny podatek na utworzenie blisko 50 tysięcznej armii. Atak armii Imperium Osmańskiego spowodował, że król Jan III Sobieski zarządził mobilizację pod Krakowem, gdzie przybyło 27 tys. wojsk koronnych. Nie czekając na spóźniających się Litwinów, ruszył na pomoc Wiedniowi. 3 września 1683 roku, po przeprawie przez Śląsk, Morawy i Czechy, wojska polskie połączyły się nad Dunajem (40 km od Wiednia) z oddziałami austriackimi i niemieckimi. Wodzem naczelnym powstałej blisko 70 tysięcznej armii był Król Polski, który był zarówno twórcą planu uderzenia na pozycje tureckie, jak i również architektem zwycięstwa nad armią wielkiego wezyra Kara Mustafy. Bitwa pod Wiedniem Król Jan III Sobieski wydał rozkazy, by oddziały austriackie i niemieckie zaatakowały wojska tureckie wzdłuż prawego brzegu Dunaju, natomiast armia polska miała przedrzeć się do Wiednia okrężną drogą. 
Rano 12 września 1683 roku rozpoczęła się bitwa. Armia turecka pewna swojej przewagi militarnej, (jednakże słabo umocniona fortyfikacjami), została zmuszona do odpierania ataków sił austriacko-niemieckich wzdłuż Dunaju, co spowodowało, że polskie oddziały miały zapewnioną wolną przestrzeń od strony Lasu Wiedeńskiego (armia turecka nie posiadała tam znaczących sił, gdyż z tej strony nie spodziewała się ataku), skąd w godzinach popołudniowych został wyprowadzony atak. Na skraju Lasu Wiedeńskiego rozciągała się dolina rzeczki, opadająca łagodnie w kierunku Wiednia. Nieco bliżej znajdowało się wielkie obozowisko tureckie, a w winnicach okalających stoki ukrywały się oddziały janczarów. Król Jan III Sobieski postanowił oczyścić ten teren i wydał rozkaz generałowi Marcinowi Kazimierzowi Kątskiemu, aby wysunął do przodu piechotę i artylerię. Po kilku godzinach walki, polscy piechurzy wyparli wojska tureckie i otworzyli drogę dla kawalerii. 
Kolejny element strategii obranej przez Jana III Sobieskiego wiązał się z wysłaniem jednej chorągwi husarii (pod dowództwem porucznika Zbierzchowskiego) na rozpoznanie terenu. Manewr ten miał przynieść informację, czy na wskazanym obszarze występują rowy, wilcze doły czy rowy oblężnicze itp. Chorągiew polska przebiegła cwałem przez pozycje tureckie, wprowadzając chaos, a wycofując się pociągnęła za sobą większość tureckiej kawalerii, która dostała się pod ostrzał polskiej artylerii. Akcja polskiej jazdy potwierdziła dane wywiadowcze, że atak z tej strony jest możliwy, niestety w jej wyniku zostały poniesione duże straty osobowe. 
Około godziny 18:00 król Polski dał znak do przeprowadzenia głównego ataku. Do szarży na wojska tureckie ruszyła husaria dowodzona przez hetmanów Stanisława Jabłonowskiego oraz Mikołaja Sieniawskiego, a także pułki dowodzone bezpośrednio przez Jana III Sobieskiego. Armia osmańska nie wytrzymała siły polskiego natarcia, w pierwszej kolejności zostali rozbici Tatarzy, potem spahisi, następnie piechota janczarska, dotąd oblegająca Wiedeń. Pod napływem zdecydowanej przewagi polskich wojsk z pola bitwy uciekł wielki wezyr – Kara Mustafa wraz ze świtą. Polacy triumfowali!
Według historyków odsiecz wiedeńska trwała ok. 12 godzin, z czego 11 i pół godziny trwał ostrzał artyleryjski, którego celem było przygotowanie ataku polskiej husarii. Szarża armii Jana III Sobieskiego miała zakończyć się w ciągu pół godziny. 
W liście z pola bitwy Jan III Sobieski napisał do swej Marysieńki: „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały.” Triumf wiedeński dał początek serii sukcesów armii chrześcijańskich: zwycięstwa pod Parkanami z udziałem Sobieskiego w październiku 1683 roku, zdobycia Budy w 1686 roku i wygranej pod Zentą w 1697 roku. 26 stycznia 1699 roku Święta Liga podpisała w Karłowicach traktat pokojowy z Imperium Osmańskim. W wyniku, którego Turcja utraciła na rzecz Habsburgów Węgry z Siedmiogrodem, Peloponez i Dalmację na rzecz Wenecji. Podole powróciło do Rzeczypospolitej.

13.09.23 Wałbrzych – Czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę w ramach Wielkiej Nowenny przed uroczystością Matki Bożej Bolesnej, Patronki Wałbrzycha

13.09.23 Wałbrzych – Czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę w ramach Wielkiej Nowenny przed uroczystością Matki Bożej Bolesnej, Patronki Wałbrzycha

13/09/2023przez antyk2013

13. dnia każdego miesiąca

Króluj nam, Chryste!

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, wcielony Logos, który zstąpił z nieba, aby wziąć na siebie grzechy nasze i świata całego; i niech będzie pochwalona Jego Niepokalana Matka, Współ-Odkupicielka, która przez niewypowiedziane boleści w Sercu swoim pokonała oskarżyciela braci naszych, księcia tego świata!

Trwa Wielka Nowenna przed uroczystością Matki Bożej Bolesnej, Patronki Wałbrzycha, modlitewna sztafeta, do której zaproszono wszystkie parafie należące do 3 wałbrzyskich dekanatów oraz do kanoników Wałbrzyskiej Kapituły Kolegiackiej, różniąca się od tradycyjnego Jerycha różańcowego tym, że nie jest to czuwanie bezustanne, tylko od rana do wieczora. Jej oficjalny program ujęty został w ramy oktawy od święta Narodzenia Najświętszej Dziewicy (8 września) do wspomnienia Jej boleści (15 września), które w naszym mieście ma najwyższą rangę liturgiczną. (Można go znaleźć w gablotach przy wszystkich chyba wałbrzyskich kościołach, jak również na internetowej stronie Parafii kolegiackiej Św. Aniołów Stróżów: http://aniolowstrozow.walbrzych.pl/wp-content/uploads/2023/08/Nowenna_Jerycho_2023.jpg.)

Jutro, 13 września, będzie szczególny dzień tego modlitewnego szturmu: To nie tylko kolejny dzień fatimski, ale też comiesięczne czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę w Parafii kolegiackiej. Będzie ono trwało – jak zwykle – od godz. 15 do godz. 18, ale tym razem w sanktuarium Matki Bożej Bolesnej, natomiast tradycyjna Msza św. za Ojczyznę będzie sprawowana – jak zawsze – o godz. 18 w kolegiacie Św. Aniołów Stróżów. Preludium do naszego czuwania w sanktuarium Patronki Wałbrzycha będzie Nowenna do Matki Bożej Bolesnej o godz. 14, po której odmówimy Różaniec do 7 boleści Matki Bożej za nasze miasto, aby było prawdziwie Jej miastem i aby Krucjata Różańcowa za Ojczyznę stała się na nowo jego duchowym spoiwem.

MP

Niemcy: Zaszczepieni na kowid – objawy niczym chorzy na AIDS.

Niemcy: zaszczepieni niczym chorzy na AIDS

Rząd Niemiec stwierdził, że u alarmującej liczby osób zaszczepionych przeciwko koronawirusowi (COVID-19) rozwijają się „objawy podobne do AIDS”.

Niemcy opublikowali dane, które sugerują, że u w pełni zaszczepionych osób zaczął rozwijać się pełnoobjawowy zespół nabytego poszczepiennego niedoboru odporności (VAIDS).

Według publikacji około 76% Niemców jest w pełni zaszczepionych, a kolejne 1,58% jest zaszczepionych częściowo. W kraju zaszczepiono także 77% mieszkańców dawką przypominającą, co sugeruje bardzo wysoki odsetek szczepień potrójnych, a nawet poczwórnych.

Najnowsze dane pokazują, że osoby zaszczepione są bardziej narażone na zakażenie wirusem Covid-19, zwłaszcza odmianą omikronu. Według danych niemieckiego rządu jedynie 186 z 6788 zbadanych przypadków omikronu to osoby nieszczepione. To pokazuje, że zapadalność na omikrony u osób zaszczepionych wyniosła 57 na jeden procent populacji, podczas gdy częstość występowania przypadków omikronu u nieszczepionych wyniosła zaledwie 7,02 na procent populacji.

Oznacza to, że w Niemczech osoby zaszczepione były 8,12 razy bardziej narażone na zakażenie wariantem omikronu niż osoby nieszczepione.

„Szczepionki rzekomo pomagają rozwinąć odporność, imitując infekcję” – napisano w czasopiśmie Expose w artykule dotyczącym nadmiernej liczby zgonów i VAIDS w Niemczech. „Kiedy imitacja infekcji wywołanej szczepionką ustąpi, organizmowi pozostaje zapas komórek T „pamięci” i przeciwciał, które będą pamiętać, jak w przyszłości walczyć z tą chorobą. Kiedy więc władze twierdzą, że skuteczność szczepionek słabnie z biegiem czasu, tak naprawdę mają na myśli to, że z biegiem czasu działanie układu odpornościowego słabnie” – napisano w Expose.

Dane pokazują też, że w Niemczech liczba nadmiernych zgonów wzrosła o 276% w porównaniu z 2020 rokiem. Jeśli prawdopodobieństwo infekcji jest niewystarczające, dane opublikowane przez niemiecki rząd pokazały również, że w 2022 roku w kraju odnotowano ponad 102 000 zgonów, co stanowi wzrost o 276% w porównaniu z odnotowaną nadwyżką zgonów w 2020 roku, kiedy pandemia Covid-19 się zaczynała. W ten sposób liczba nadmiarowych zgonów poszybowała w górę po wprowadzeniu eksperymentalnych szczepionek.

Dane obejmują okres tylko do 49. tygodnia 2022 roku. W 2020 r. do 49. tygodnia zarejestrowano jedynie 27 292 zgonów. W 2021 roku, (pierwszym pełnym roku szczepień przeciwko Covid-19), liczba zgonów wzrosła prawie trzykrotnie do 77 049.

W swoim podsumowaniu „Expose” zauważył, że dane te, pochodzące od samego rządu Niemiec, powinny wystarczyć, aby niemiecka opinia publiczna zadała sobie pytanie, czy szczepionki przeciwko Covid-19 przyniosły zamierzony skutek w postaci ochrony społeczeństwa przed koronawirusem.

„Rząd i firmy farmaceutyczne będą oczywiście w dalszym ciągu wypierać się jakiejkolwiek odpowiedzialności i upierać się, że szczepionka jest bezpieczna” – napisano na stronie internetowej.

Wygląda na to, że szczepionki na Covid-19 nie są odpowiedzialne za wywołanie wśród społeczeństwa VAIDS i doprowadzenia do rekordowego wzrostu liczby zgonów w 2022 roku o 276%. Wobec tego, rząd niemiecki musi wyjaśnić społeczeństwu, co dokładnie spowodowało 100 000 dodatkowych śmierci Niemców w tym roku.

Niestety, jest mało prawdopodobne, by niemiecki rząd udzielił odpowiedzi na te pytania. W rzeczywistości wydaje się, że ujawnienie tych danych miało odwrotny skutek. Niemcy dołączyły do innych członków Unii Europejskiej, nakładających nowe ograniczenia związane z Covid-19. Chodzi m.in. o przywrócenie wymogów dotyczących testów dla podróżnych.

===============

Mail od doświadczonego lekarza:

jak wyznał, w r. 2022 premierowi Bibi Netanjahu,  prezes  koncernu Phizer – Alan Bourla – pytany czemu  wyszczepieni żydzi w Israelu     mają już dziesiątki  tysięcy pozytywnych testów na HIV (HIV positive test) –  bo panie Premierze  celem stabilizacji tej szczepionki użyliśmy dwóch białek z virusa HIV  i  dwóch z Herpes Varicella Zoster ( półpasiec)…    no i tę samą sytuację mają teraz Niemcy i pewnie inne państwa też..    gratuluję wyszczepionym dodatnich testów..  😊 komentarz i dopisek mój – dr WJC)

    pozdrawiam

    dr

Covidowe finansowe eldorado. Zmarnowanie nawet 16 miliardów zł. Miażdżący raport NIK. Zawiadomienie do prokuratury na Jacka Sasina.

Covidowe finansowe eldorado. Zmarnowanie nawet 16 miliardów zł. Miażdżący raport NIK. Zawiadomienie do prokuratury na Jacka Sasina.

covidowe-finansowe-eldorado-miazdzacy-raport

Zmarnowane miliardy złotych pod pretekstem walki z koronawirusem i bezprawne działania. Najwyższa Izba Kontroli złożyła dziewięć zawiadomień do prokuratury. W tym na Jacka Sasina.

Zmarnowanie nawet 16 miliardów złotych podczas covidowego szaleństwa – taki główny zarzut wobec PiS-u wysunął NIK.

Instytucja podczas konferencji prasowej zaprezentowała ustalenia z trzech kontroli: dotyczącej przygotowania i działań organów państwa w czasie ogłoszonej pandemii, funkcjonowania szpitali tymczasowych i wypłaty dodatków w związku ze zwalczaniem covida. NIK zaznacza, że to nie wszystkie kontrole, ale podczas wtorkowej konferencji skupiono się na tych obszarach.

Następstwem wprowadzenia tzw. specustawy covidowej był jeden wielki chaos, a podejmowane decyzje były niezgodne z prawem. Tym samym NIK wystąpiła do TK z wnioskiem o stwierdzenie niezgodności przepisów specustawy covidowej z Konstytucją.

Dalej NIK podważa sens wydawania miliardów złotych na walkę z wirusem, która nie przyniosła efektów.

Aż 9 mld zł przeznaczono na dodatki covidowe, a 7 mld zł na samą gotowość do udzielania świadczeń pacjentom ze zdiagnozowanym covidem. Dodatki z tytułu walki z covidem dostawali nawet hydraulicy, archiwiści, magazynierzy czy kapelani.

Kontrola wskazała też na bezsens stawiania tylu tymczasowych szpitali covidowych. Polska miała ich więcej niż cała Europa razem wzięta. NIK wskazuje, że szpitale tymczasowe były tworzone ad hoc, bez żadnej analizy, która wykazywałaby potrzebę ich budowy. W sumie powołano 33 takie placówki, z czego 32 ruszyły.

Na szpitale tymczasowe poszło niemal miliard złotych, a w większości stały one puste bądź przyjmowały garstkę pacjentów. Sowicie opłacany personel czekał w gotowości w placówkach, a w tym czasie pacjenci z innymi dolegliwościami nie doczekali pomocy.

Lekarz ze Szpitala Narodowego ujawnia całą prawdę. „Wystąpiłem w jakimś propagandowym kabarecie i jestem wściekły, bo mnie oszukano”

Z tego tytułu NIK zdecydowała o złożeniu dwóch zawiadomień do prokuratury dotyczących ministra aktywów państwowych Jacka Sasina. To dlatego, że umowę na utworzenie 10 szpitali podpisano z resortem Sasina. Inne zawiadomienia do prokuratury dotyczą m.in. wojewody dolnośląskiego czy dyrektora szpitala MSWiA w Katowicach (w tym ostatnim przypadku chodzi o nieprawidłowości przy umowach z firmą sprzątającą).

Wobec resortu Sasina pojawia się jeszcze inny zarzut. MAP zawarł umowę z PKO BP na prowadzenie szpitala tymczasowego i późniejszego punktu szczepień w tarnowskiej Hali Jaskółka. W styczniu 2021 r. MAP zawarł z PKO BP umowę zakładającą, że punkt szczepień w Hali Jaskółka przestanie działać w lipcu 2021 r. i w ciągu dwóch miesięcy nastąpi zwrot obiektu w ręce właściciela, czyli miasta. Nastąpił jednak miesięczny poślizg, a PKO BP, występując do MAP o zwrot kosztów, uwzględnił także październik 2021 r., a więc miesiąc, którego umowa już nie obejmowała. Co zrobił MAP? W marcu 2022 r. aneksował umowę z mocą wsteczną, w którym wydłużał termin zwrotu obiektu z 62 do 92 dni. W ten sposób usankcjonowano dokonany w grudniu 2021 r. przez MAP zwrot na rzecz PKO BP SA kosztów w kwocie 347,9 tys. zł, poniesionych za czynsz i opłaty eksploatacyjne.

NIK przypomniał też o stworzonym systemie, w którym lekarze covidowi za kilkadziesiąt minut pracy inkasowali nawet 15 tysięcy złotych. To wyniki kontroli sprzed kilkunastu miesięcy, o których pisaliśmy w artykułach

15 tys. zł dodatku covidowego za PÓŁ GODZINY pracy. Szokujące wnioski z kontroli NIK-u

oraz Gigantyczne covidowe złodziejstwo! Pieniądze podatników płynęły strumieniami. Niedzielski MUSI za to odpowiedzieć.

Mamy też zarzuty pod kątem niechęci dokumentacji działań władzy. „Podobnie jak Minister Zdrowia, także inne organy administracji (GIS, wojewodowie) nie dokumentowały w sposób rzetelny niektórych działań podejmowanych w celu zwalczania epidemii COVID-19, w efekcie czego nie jest możliwe zidentyfikowanie, jakie były podstawy do przyjmowania przez nie poszczególnych rozstrzygnięć co do środków i sposobów przeciwdziałania kryzysowi, w tym decyzji kluczowych dla całych dziedzin gospodarki i aktywności społecznej” – piszą kontrolerzy.

Do tego zakupy trefnych respiratorów i masek, kupienie o dziesiątki milionów za dużo covidowych szczepionek, które zalegają w magazynach. Jedno wielkie covidowe bagno. PiS tak jednak działał, bo mógł. Do spółki z tzw. totalną opozycją i mainsteramowymi mediami wytworzono atmosferę potężnego strachu i domagano się więcej obostrzeń, więcej szpitali, więcej szczepionek, więcej wszystkiego.

Cała konferencja do obejrzenia w oryginale. MD.

Pąsowy liść klonu. Opowieść o Halinie córce Piotra z Krępy. CZĘŚĆ IV.

Andrzej Juliusz Sarwa

Opowieść o Halinie córce Piotra z Krępy

legenda sandomierska

CZĘŚĆ IV

Pąsowy liść klonu

Mijały pory roku. Przeszła zima, przeszła wiosna i lato. Nadciągnęła jesień i przebarwiła liście w sadach, okolicznych zagajnikach i lasach. Pyszna purpura mieszała się z żółcią, złotem, brązem, rozmaitymi odcieniami czerwieni.

Dnie, chociaż krótkie, piękne były, bo słoneczne. Ranki wstawały lekko zamglone, ale mgła niknęła w jasnych promieniach i świat cały weselał. 

Blisko rok minął od owego dnia, w którym losy Jaśka i Haliny złączyły się w jeden los. Rok szczęśliwy, rok dobry, pachnący miodem i schnącym na pokosach sianem. Smakujący jak morele z sadu ojca Eliasza. Przyprawiający o zawrót głowy niczym stare węgierskie wino, które księżna kazała sprowadzać dla dworu ze swej południowej ojczyzny.

Ale nadszedł dzień, w którym Jasiek znowu musiał ruszyć w pole, aby bronić granicy na wschodzie. Halina została sama w Sandomierzu. 

Pani Kinga wyjechała do Sącza, książę do Krakowa. Na zamku zrobiło się cicho i smutno. Zresztą Halina rzadko tam zaglądała. Za to co dnia wychodziła na wzgórze górujące ponad gościńcem wiodącym ku Lublinowi i wpatrywała się w dal, mając nadzieję, iż ujrzy powracającego z wyprawy, wraz z rycerską drużyną, męża.

Gdy zapadał zmierzch, długo nie kładła się spać. Siedziała zapatrzona w ogień tańczący po grubych dębowych polanach ułożonych w kominku wymurowanym z polnych kamieni. 

Szkarłatny poblask kładł się chybotliwymi refleksami na bielonych wapnem ścianach izby. Halina, wsparłszy głowę na pięściach, wsłuchiwała się w odgłosy dobiegające z dworu. 

Najpierw był to gwar licznych głosów, później kroki spóźnionych przechodniów, wreszcie tylko poszczekiwanie psów i ciche skrzypienie okiennic kołysanych podmuchami chłodnego wiatru. 

Tak mijał dzień za dniem. Tak mijała noc za nocą. Tęsknota Haliny rosła, a o Jaśku wciąż nie było żadnej wieści. Namawiali ją krewni, by na czas jakiś opuściła Sandomierz, by udała się do któregoś z nich w gościnę. Księżna Kinga przez posłańca zapraszała ją do siebie, do Sącza. Ale Halina nie chciała. Pragnęła bowiem, aby Jasiek zastał ją po powrocie w domu.

* * *

Noc była ciemna. Chociaż na aksamitnym granacie nieba iskrzyły się roje gwiazd, to jednak księżyc nie był widoczny i swoim blaskiem srebrzystosinym nie oświetlał pogrążonej we śnie ziemi. 

W mieście panowała cisza, z rzadka tylko przerywana poszczekiwaniem psów lub odgłosem kroków ludzkich, które rozlegały się nieprzyzwoicie głośno, zwielokrotnione echem odbitym od murów domostw.

Naraz dał się słyszeć jeszcze jeden odgłos – skrzypienie nienaoliwionych zawias u drzwi. Trudno było odgadnąć, z którego to domu wybiera się ktoś na przechadzkę, czy może raczej wyszedł przymuszony koniecznością, o tak późnej porze, bowiem strona uliczki, z której dźwięk ów dobiegał, spowita była głębokim mrokiem. Lecz gdyby dobrze natężyć przywykły już do ciemności wzrok, można by dostrzec sylwetkę kobiety, dźwigającej na rękach jakiś pakunek i przemykającej chyłkiem jak najbliżej murów zabudowań. Zachowanie tej tajemniczej istoty pozwalało przypuszczać, iż za wszelką cenę stara się ukryć przed ludzkim wzrokiem. 

Po przejściu kilkudziesięciu kroków, najwyraźniej zmęczona dźwiganiem swego ciężkiego brzemienia, kobieta zatrzymała się i wsparła plecami o narożnik domu. Lecz nie odpoczywała długo. Po kilku chwilach ruszyła w dalszą drogę. Wszystko wskazywało na to, iż chce jak najszybciej opuścić miasto. I tak też się stało. 

Mimo iż coraz częściej przystawała, a przerwy w marszu były coraz dłuższe, uparcie szła przed siebie. Dopiero gdy sylwetka miasta odcinająca się głęboką czernią na tle granatowego nieba całkowicie zniknęła jej z oczu, usiadła obok przydrożnego drzewa i oparła się o chropawy pień. Tobół zaś złożyła na kolanach, przyciskając ramionami do piersi, niczym jakiś drogocenny skarb i odetchnęła głęboko z ogromnym uczuciem ulgi. 

I owo uczucie ulgi, jakiego doznała wędrowczyni, było zrozumiałe. Miasto bowiem, a właściwie miasteczko, które opuściła nocą, sprawiające wrażenie otulonego ciemną opończą snu, w istocie było martwe. Domy wzniesione na poły z sosnowych bierwion, a na poły z wapiennego kamienia, ziały martwymi otworami powyłamywanych okien, porozbijanych drzwi.

Tatarzy, którzy rankiem poprzedniego dnia przemknęli niczym burza gradowa przez wąskie uliczki mieściny, mordując jednych mieszkańców, innych biorąc w jasyr, tylko dlatego nie puścili domostw z dymem, bo nie chcieli tracić na to czasu. Spieszyli po bogatsze łupy do większych osiedli. 

Za głównym oddziałem ciągnęły jeszcze grupki maruderów złożone w mniejszości z Tatarów, w przeważającej mierze zaś z Rusinów i Jadźwingów, nie mniej jednak okrutnych i chciwych niż regularne wojsko. Oni to, przybywszy przed wieczorem do miasteczka, myszkowali po domach, łupiąc wszystko, co przedstawiało najmniejszą choćby wartość, a zostało przeoczone przez wojowników. 

Gdy zupełna ciemność spowiła ziemię, maruderzy pijani piwem i miodem znalezionym w piwniczkach i składach, pokładli się spać w opustoszałych domostwach, nie bacząc nawet na sąsiedztwo nieboszczyków. Czasem tylko na wąskich uliczkach rozlegały się kroki jakiegoś zapóźnionego grabieżcy.

Jeśli można mówić, iż dla kogoś los był łaskawy, to chyba nocna wędrowczyni winna się uważać za jego ulubienicę. Gdy bowiem członkowie głównego oddziału wpadali po kolei do domów, rabując, mordując, biorąc w pęta, ona wraz z synkiem, którego niosła teraz niczym tobół, owiniętego w spory płat materii, ocalała. Strach schwytał jej serce w swoje szpony i tak potężnie je ścisnął, iż zemdlała, padając na ciało dziecka. Tatarzy przeszli, biorąc ją za martwą, a gdy odzyskała zmysły, w miasteczku nie było już nikogo prócz psów i umarłych. 

Nie mniej szczęścia miała wieczorem, gdy maruderzy przeszukiwali sadyby. Drżała ze strachu schowana na ciasnym stryszku nad sienią domu, iż oto zbliża się już kres życia jej i dziecka. I tym razem udało się jej ocaleć.

Postanowiła wszakże nie ryzykować dłużej i skoro tylko zapadła noc, wymknęła się z miasteczka. 

Teraz siedziała na skraju gościńca, odpoczywając i zastanawiając się, co ma dalej uczynić, w którą udać się stronę w poszukiwaniu ratunku i pomocy. Oto z dnia na dzień ostała się sama na świecie. Sama z dzieckiem. Reszta rodziny zginęła od tatarskich mieczów. 

Kobieta, odpocząwszy nieco po długiej i wyczerpującej nocnej wędrówce, skierowała wzrok, w którym dało się zauważyć niepokój, w stronę skrytego za widnokręgiem miasteczka. Widać było, iż jest nieludzko zmęczona i że teraz najbardziej przydałby się jej odpoczynek w ciepłej i wygodnej pościeli. Poranny chłód, który mógł nieco zelżeć dopiero wówczas, gdy słońce wypłynie wysoko na firmament, również dawał się jej we znaki, bo drżała na całym ciele, otulając się dużą wełnianą chustą. 

Chłopczyk najwyraźniej także zmarzł, bo wstrząsały nim dreszcze. Otworzył rozespane oczy, wykrzywił buzię w podkówkę i zaczął płakać. 

– Cicho, mój malutki. Cicho – szeptała kobieta, przytulając dziecko mocniej do siebie.

Chłopiec, najwyraźniej już zupełnie rozbudzony, rozejrzał się ciekawie dokoła i zapytał: 

– Gdzie ja jestem, mamo? A czemu nie ma z nami tatki?

Na te słowa kobieta poczęła płakać i rzekła: 

– Nie masz już ojca, malutki. Nie masz go już, nie żyje. 

– Ale ja nie chcę, żeby on nie żył! Ja chcę do tatki!

Kobieta, widząc, że taka rozmowa do niczego nie prowadzi, podniosła się z ziemi, wzięła malca za rękę i ruszyła w dalszą drogę. Porzuciła wszakże ubity trakt i skierowawszy się ku zachodowi, weszła w leśny gąszcz, gdzie zwarte poszycie utrudniało marsz. Giętkie witki krzewów chwytały za ubranie, biły po twarzy, a pędy jeżyn oplątywały nogi. 

Przedzieranie się przez bezdroża, w dodatku z małym dzieckiem u boku, nie było rzeczą łatwą. Wkrótce na stopach wędrowczyni utworzyły się bolesne pęcherze, a na ramionach i twarzy liczne ranki i zadrapania.

Chłopczyk od czasu do czasu usiłował zatrzymać matkę, ale ta, nie przerywając marszu, bez słowa brała go na ręce i z uporem graniczącym z determinacją podążała ciągle naprzód i naprzód.

Za wszelką cenę chciała jak najdalej odejść od gościńca, obawiała się bowiem, że i tu mogliby wpaść w ręce tatarskich wojowników lub ciągnących za nimi maruderów. 

Na szczęście dzień był wyjątkowo piękny i ciepły jak na jesienną porę. Słońce przeświecało przez gałęzie drzew, przedzierało się pozłocistymi smugami przez rzadkie korony sosen i kładło jasnymi plamami na zrudziałym mchu i siwawym dywanie porostów.

W miarę, jak upływał czas, obydwojgu – dziecku i kobiecie, począł doskwierać głód. Zaspokoili go, posilając się czarnym chlebem, który ona rwała rękoma z wielkiego bochenka, jedynego prowiantu, jaki udało się jej znaleźć i zabrać na drogę. 

Pragnienie zaspokoili, pijąc wodę z płytkiego leśnego bajorka, pełnego zeschłych liści i patyków. 

Około południa dotarli do dość szerokiej przesieki, która prowadziła dokładnie na zachód, a więc zgodnie z kierunkiem ich marszu. Kobieta była już nazbyt zmęczona, aby nie skorzystać z owej wygodniejszej drogi. Zresztą myślała, że na odgłos końskich kopyt zawsze zdąży umknąć w leśny gąszcz.

Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy wyszedłszy spoza zakrętu, ujrzała przerażający widok. Oto na ziemi piętrzyły się tułuby końskie i ciała pobitych polskich rycerzy. 

Przezwyciężając w sobie lęk i odrazę, podeszła do pobojowiska, mając nadzieję, iż może któryś z leżących daje jeszcze oznaki życia. Nie dawał jednak żaden. Usiadła opodal i ukrywszy twarz w dłoniach, zapłakała cicho. Chłopczyk przykucnął obok niej i tuląc się do matczynych kolan, również cicho pochlipywał.

Ale oto naraz kobiecie zdało się, iż do jej uszu dobiegł jęk. Zamarła w oczekiwaniu i po pewnym czasie, tym razem całkiem wyraźnie zgoła usłyszała, jak jeden z leżących jęczy. Podeszła doń. Wyglądał na jakiegoś możnego pana. Ubrany był dostatnio, lecz odzież splamiona była krwią wypływającą z licznych ran.

Przyklęknąwszy obok, połą koszuli, którą oddarła jakiemuś spoczywającemu w pobliżu martwemu rycerzowi, jęła obcierać rany jęczącego. Ów otworzył z trudem oczy i wpatrując się w twarz pochylonej nad nim kobiety, wyrzekł urywanym szeptem:

– Ktoś… ty?… 

– Zwą mnie Bożena, panie. 

– Co tu… robisz?… 

– Uciekam z synkiem przed Tatarami, panie. 

– Niech cię Bóg… ma w swej… opiece… Ja… już nie… obronię… 

Osłabł od wysiłku, jaki włożył w wypowiedzenie tych kilku słów, i zamilkł, ciężko dysząc. 

Bożena pochylała się nad leżącym, pilnie nasłuchując, czy też nie powie czegoś jeszcze. Po jakimś czasie ranny ozwał się znowu: 

– Jestem Jan Pilawa… sandomierski wojewoda… To moi… rycerze… Wszyscy… pobici… Jezu! Wszyscy. Ogarnęli nas Tatarzy… nie daliśmy rady…

– Powiedzcie, panie, czy mogę wam jakoś pomóc? – pytała Bożena. 

– Już nie… Umieram… Ale wyświadcz mi przysługę… 

– Jeśli będę mogła. 

– Będziesz… jeśli uda ci się przeżyć. Idź do Sandomierza… do mojej żony, do Haliny… opowiedz jej, co nas tu spotkało… 

Znów umilkł. Odpoczywał, nabierając sił, by móc powiedzieć coś więcej. 

– A gdy już staniesz w Sandomierzu… gdy zobaczysz Halinę, mów jej, jak ciężko mi… było… umierać z dala od niej… Jak ciężko…

Wojewoda patrzył na rozpostarte ponad nim korony drzew, które płonęły szkarłatem, purpurą i złotem, mieniąc się pysznością barw w promieniach zachodzącego słońca. Śród buków, dębów i brzóz wystrzelał w niebo wysmukłym pniem, u którego stóp spoczywał na ściółce z liści Jan Pilawa, potężny klon.

Ranny uśmiechnął się sam do siebie uśmiechem pełnym smutku. Ujął w palce jeden jego liść, a potem powiedział: 

– Daj to Halinie… ode mnie… i powiedz, że bardzo ją kocham.

Były to ostatnie słowa, jakie wypowiedział. Odszedł ze świata z uśmiechem na ustach, niosąc na drugą stronę życia skryty pod powiekami obraz żony.

Bożena siedziała przy zwłokach wojewody i płakała, obracając bezmyślnie w palcach podany jej przez umierającego pąsowy liść klonu. 

– Mamo, zimno mi. 

Jej mały synek, jej Leszek, drżąc od chłodu, tulił się do matczynego ciała. Zmierzchało. Była najwyższa pora, aby poszukać w miarę bezpiecznego schronu na noc. Poczęła tedy bacznie rozglądać się za jakimś wykrotem, który wymoszczony liśćmi mógłby posłużyć im za legowisko. 

Nie musieli jednak spać pod gołym niebem, oto bowiem zupełnie niespodzianie wyrosła przed nimi licha chatynka smolarza. Przez poszycie strzechy sączył się dym, a w maleńkim okienku widać było blask płonącego we wnętrzu ogniska. Dolatujący do niej wraz z dymem smakowity zapach krupniku sprawił, że głód silniej niż do tej pory jął szarpać jelita. 

Podszedłszy do koślawych drzwi, załomotała w nie otwartymi dłońmi.

Przez czas jakowyś z wnętrza chatynki nie dobiegał żaden odgłos i dopiero gdy upłynął spory jego kęs, dało się słyszeć szuranie nóg i spoza koślawych drzwi doleciał starczy, męski głos: 

– A któż tam o tak późnej porze? 

– Otwórzcie, otwórzcie, proszę! Uciekam z dzieckiem przed tatarską nawałnicą! – zawołała Bożena.

Ale starzec nie był widać nazbyt skory do wpuszczenia nieznajomych po zmroku. Może nie dowierzał temu, co słyszał, wietrząc jakiś podstęp, a może taką już miał naturę, że nie lubił obcych. Dopiero gdy kobieta jęła ponownie uderzać dłońmi w deski drzwi, uchylił je odrobinę i ostrożnie wyjrzał na dwór przez powstałą szparę. 

Zlustrowawszy dokładnie stojących u progu i przekonawszy się naocznie, iż to rzeczywiście tylko kobieta z dzieckiem, otwarł drzwi na całą szerokość i gestem zaprosił wędrowców do środka.

Bożena, znalazłszy się wewnątrz, z ciekawością rozejrzała się dookoła. Była tam tylko jedna, niewielka izdebka, na której środku płonęło małe ognisko otoczone wianuszkiem krągłych, polnych kamieni.

Dym z ogniska częściowo unosił się do góry i przesączał przez słomiane poszycie dachu. Rozpełzał się też po całej izbie, szczypiąc w oczy i drapiąc w gardle. 

Okno, a właściwie liche okienko, stanowiła koślawa rama obciągnięta błonami ze świńskich pęcherzy, przez które za dnia wpadało pewnie nieco światła. 

Ściany izdebki i klepisko podłogi wylepione były dokładnie wygładzoną warstwą tłustej, czerwonawej gliny zmieszanej z plewami i sieczką. W jednym z kątów widać było obszerne legowisko, grubo wymoszczone suszonym leśnym mchem, a z wierzchu nakryte miękko wyprawioną baranią skórą, która pewnie zastępowała starcowi pierzynę. 

Bożena stała niezdecydowana wpodle drzwi. Staruch stał naprzeciw niej i przyglądał się bacznie, wwiercając w kobietę swoje małe, załzawione oczka, których powieki poczerwieniałe były i opuchnięte od dymu ustawicznie wypełniającego izbę.

Leszek począł szarpać matkę za rękę, domagając się wieczerzy. Gospodarz, słysząc to, kazał im siadać przy stole sporządzonym z rozpołowionych pni drzewnych, wspartych na krzyżakach z nieokorowanych sosnowych żerdzi. Obok stołu znajdowała się równie toporna ława. Na niej to teraz usiadła Bożena z synkiem. 

Staruch krzątał się koło ognia. Wpośród niego, na dość wysokim, płaskim kamieniu stał gliniany sagan, cały pokryty sadzą. Spod uchylonej pokrywki wydobywał się smakowity zapach tłustego krupniku.

Staruch wprawnymi rękoma, nie zważając na to, iż może się poparzyć, wyciągnął garnek z ognia i postawił go na skraju stołu. Później, nie wiedzieć skąd, wydobył głęboką michę ulepioną z czarnej glinki, o bokach zdobionych pięknym tłoczonym ornamentem. Nalał do niej, po same wręby, gęstego krupniku, a wyłowiwszy z gara spory kawał sarniego mięsa, położył je wprost na stole, obok naczynia z rzadką kaszą.

Bożena patrzyła na to najpierw z obrzydzeniem, ale głód dał się jej solidnie we znaki, toteż przełamawszy wstręt, sięgnęła po wystruganą z miękkiego lipowego drewna łyżkę, którą podawał gospodarz, i zanurzywszy ją w gęstej, dymiącej zupie, poczęła karmić Leszka. 

Gdy ów się nasycił, posiliła się sama. Zjadłszy krupnik, nie bacząc już na brud i niechlujstwo gospodarza, wzięła sarninę i z lubością zatopiła zęby w smakowitym mięsiwie. 

Staruch przez cały czas siedział naprzeciw niej i milczał. Skończywszy wieczerzę, postanowiła dowiedzieć się o nim czegoś, toteż zapytała: 

– Czy jesteście, ojcze, smolarzem? 

– A co, wyglądam na takiego? – odpowiedział pytaniem. 

– Zobaczyłam samotną chatynkę w lesie, pomyślałam, że pewnie smolarz w niej mieszka. 

– Smolarze zwykle mieszkają gromadnie, w osadach. 

– To cóż tu robicie? – zaciekawiła się Bożena. 

– A czy ja ciebie pytam, czemu z dzieckiem łazisz nocą po puszczy? 

– Przecie wam już mówiłam. Uciekliśmy przed Tatarami. A co do was, ojcze, to przecie dobrze wiedzieć, kto okazał nam życzliwość i serce. Ale skoro nie chcecie mi odpowiedzieć, cóż, wasza wola. 

Staruch przez czas jakiś milczał, aby wreszcie się odezwać: 

– Tak, wiem. Nie kłamiesz. Uciekacie przed Tatarami. Tu w pobliżu była bitwa. Narżnęli naszych rycerzy. Widziałem. Nikt z życiem nie uszedł. Trzeba będzie jutro ich pogrzebać. Nie godzi się, żeby leśny zwierz pozjadał trupy. 

Znów zamilkł, ale tym razem na krócej. Pochyliwszy głowę nisko nad stołem, ciągnął dalej: 

– Pytasz o mnie. Cóż, żadna to tajemnica. Skryłem się tutaj, w leśnej głuszy, bo życie między ludźmi mi zbrzydło. Nie lubili mnie, a ja ich. Są tacy na świecie, którym doskonale się wiedzie. Mają wszystko, o czymkolwiek zamarzą – kobiety, dostatki, dostojeństwa. A ja cóż, nieudaczny widać jestem. Ot co. Toteż gdym się przekonał, iż próżno wierzgam przeciw losowi, że moje życie musi być bolesne i smutne od początku aż po kres, postanowiłem ukryć się tutaj.

– I nie lękacie się samotnie przemieszkiwać w lesie?

– A niby czego? Mam tu wielu znajomych, więcej niż ich miałem – o ile w ogóle miałem – śród ludzi. Znają mnie jelenie, wilki, niedźwiedzie. Wiedzą, że po próżnicy na one nie zapoluję, a tylko wówczas, gdy będę musiał głód zaspokoić. Toteż żyjemy sobie obok, jedni drugim nie wadząc. Mnie wiele nie trzeba. W puszczy jadła dosyć. Mam mięso, miód, mam owoce, orzechy, grzybów w bród. A chleb i krupy dostaję w zamian za skóry od okolicznych wieśniaków.

– A cóż będzie, gdy starość i zgrzybiałość was zmogą tak, iż nie będziecie mogli sami zdobyć pożywienia? – pytała dalej Bożena. 

– To i cóż? Umrę, jak dziki zwierz umiera, gdy wzrok mu się zepsuje, pazury stępią, a kły wykruszą. Czym gorsza takowa śmierć od śmierci – jak to mówicie – godnej? Od śmierci w białej pościeli, na lnianym prześcieradle, w otoczeniu krewieństwa i przyjaciół? 

– Przecie chyba łatwiej umierać, wiedząc, iż są obok nas ci, którzy kochają, niż przekraczać granicę żywota w pustce i osamotnieniu?

– Może i masz rację. Ale ja nie mam nikogo i nigdy nikogo nie miałem. No, może kiedyś tam i miałem, ale mnie zdradzono… 

Urwał w pół zdania, jakby bał się, iż powie nazbyt wiele.

Bożena, widząc, że taka rozmowa sprawia staruszkowi przykrość, nie wypytywała go już więcej. Tymczasem Leszek, wsparłszy główkę na rękach spał, wpół leżąc na stole.

Gospodarz, popatrzywszy na niego, ozwał się tymi słowy: 

– Kładźcie się oboje na posłaniu. Może ono nie książęce, ale przecie miękkie, wygodne i ciepłe. A skóra lepiej ogrzeje niż puchowa pierzyna.

– A wy? Gdzie wy będziecie spali, ojcze? – zaniepokoiła się Bożena.

– At, nie trap się o to. Przez jedną noc mogę się lada jak przedrzemać. Zresztą winienem czuwać, bacząc czy Tatarzy nie pokażą się tu aby znowu. 

Bożena zajęta jedzeniem, a później rozmową ze starcem zapomniała o Tatarach, o tym, iż może im jeszcze grozić niebezpieczeństwo ze strony owych bezlitosnych wojowników. Teraz zaniepokoiła się. 

– A co będzie, jeśli wrócą? 

– Nie lękaj się, moje dziecko. I Tatarzy mi niestraszni. 

Wyrzekłszy te słowa, starzec zbliżył się do posłania, rozgrzebał mech i odsłonił nieco deski maskującej wejście do podziemnego loszku: 

– Jeśli zagrozi nam cokolwiek, możemy tędy uciec w głąb puszczy. Podziemny chodnik wiedzie na uroczysko śród bagien, gdzie nas nikt nie dopadnie, jeśli nie zna drogi pośród grzęzawiska. 

Bożena z podziwem spoglądała na starca. 

– Jakeście się, ojcze, przekopali przez mokradła? 

– Przez mokradła nie było potrzeby. Wylot chodnika znajduje się na ich granicy. Dalej idzie się po powierzchni ziemi, ale bezpieczną ścieżkę znam tylko ja. Jak widzisz, możesz spać spokojnie. Jesteście tu bezpieczni. A teraz kładźcie się, kładźcie. Dziecko widać, bardzo umęczone. Jutro czeka nas ciężka praca. 

– Jakaż to praca? – zdziwiła się kobieta. 

– Przecie chyba mi pomożesz pogrześć tych pobitych? We dwójkę i szybciej, i lżej, i… raźniej. 

– Pomogę. Pewnie, że pomogę. 

Wzięła Leszka na ręce i rozebrawszy go do snu, ułożyła na miękkuchnym mchu posłania. Później zaś sama legła obok i przykryła się po samą szyję ciepłą skórą. Zamknęła oczy. Sen przyszedł natychmiast. Zdało się jej, iż spada z ogromną prędkością w jakąś czarną czeluść bez dna, i poczuła lęk. Próbowała tedy rozewrzeć powieki, ale nie mogła. A potem straciła świadomość i zasnęła. Zmęczenie sprawiło, iż przez całą noc nie nawiedził jej żaden majak, żadne przywidzenie.

* * *

Bożena poczuła, że ktoś ją delikatnie szarpie za ramię. Chciała nadal spać i była zła, iż jej nie pozwalają. Myślała, że leży we własnym łóżku, we własnym domu i że to mąż mówi: 

– Wstawaj! No wstawaj przecie! Już dzień. Słońce dawno wzeszło! Czas brać się do roboty! 

Wszakże brzmienie tego głosu było jakieś inne, obce. Nie przypominało mężowskiego. Z wysiłkiem uniosła ociężałe powieki i popatrzyła na tego, który mówił. 

Ze zdziwieniem spostrzegła, iż znajduje się w obcym miejscu, a nad jej wezgłowiem pochyla się jakiś niechlujny staruch. Natychmiast opuścił ją sen. Usiadła gwałtownie na barłogu i przetarła pięściami oczy. Nareszcie przypomniała sobie wszystko, co ją spotkało w ciągu ostatnich dni i ostatniej nocy, i ogarnął ją niewymowny smutek. 

Staruch, widząc, iż się na dobre obudziła, odsunął się od posłania i usiadłszy przy stole, ciągnął: 

– Czas najwyższy się posilić, a potem pójdziemy pogrześć pobitych rycerzy. 

Bożena wstała i obmywszy się w pełnym wody kuble z brzozowej kory, stojącym wpodle drzwi, chciała budzić dziecko. 

– Niech jeszcze pośpi – powstrzymał ją staruch. – Wystarczy, gdy wstanie, kiedy my się już posilimy. 

Na drewnianym talerzu podsunął Bożenie kawał zimnej pieczeni zajęczej i spory ułomek czarnego chleba. 

Jedli w milczeniu, nie patrząc nawet na siebie. Skoro zaspokoili głód, a mięso i chleb zapili zimną wodą z pobliskiego źródełka, kobieta obudziła synka i ubrawszy go, nakarmiła. 

W izbie panował półmrok, toteż Bożena myślała, iż jest o wiele wcześniej, niż mówi starzec. Ale gdy ów rozwarł na oścież drzwi i przez ostrokątny otwór rozlał się po glinianej podłodze pozłocisty blask słoneczny, pojęła, że przespała całe przedpołudnie. 

Porwała się teraz co prędzej na nogi i ogarnąwszy nieco izbę, sprzątnąwszy ze stołu po śniadaniu, ozwała się: 

– Trzeba było mnie budzić wcześniej. Bardzo już późno. 

– Żal mi cię było, dziecko – powiedział starzec. – Tyle złego spotkało cię ostatnimi czasy i takaś przyszła umęczona, że chciałem, iżbyś dobrze wypoczęła.

Wyszedłszy z chatynki, wędrowali tą samą drogą, którą Bożena wczorajszego wieczora już szła. Rychło dotarli do przesieki, kędy leżały zwłoki pobitych. Stanęli nad nimi w milczeniu, a później starzec dał znak, aby zabrać się do roboty.

Wyszukali głęboki wykrot i tam wlekli za nogi ciała rycerzy, zrzucając je do zagłębienia. Na ostatku, na samym wierzchu ułożyli wojewodę i jęli na ową mogiłę nagarniać piach i ściółkę leśną, usypując w końcu nad poległymi spory kopczyk, znacząc go krzyżem sporządzonym z dwu uschłych i obłamanych gałązek chojaków.

Gdy uporali się z pracą, na dworze jęło zmierzchać, toteż czym prędzej powrócili do chatki staruszka i posiliwszy się naprędce przygotowaną wieczerzą, poszli spać.

* * *

Następnego ranka nie trzeba już było budzić Bożeny. Skoro bowiem tylko szarawy poblask rozpoczynającego się dnia przeniknął przez wpół ślepe okienko chatynki, natychmiast otworzyła oczy. 

Starzec czuwał. Rozgarniał siwy popiół ogniska, wydobywając do wierzchu żar, na którym ułożył przygarść chrustu, a na niej kilka polan z jakiegoś twardego drewna – dębu, grabu czy buka. 

Krzątając się wokół śniadania, pomrukiwał coś pod nosem, ni to modlitwę poranną, ni jakowąś przyśpiewkę. Na koniec zwrócił się do Bożeny i zapytał:

– I cóż masz zamiar teraz czynić, moje dziecko? 

– Pójdziemy dziś dalej. Długa droga przed nami. Nie mamy się gdzie podziać w tej okolicy. Dnie coraz krótsze i zima się zbliża wielkimi krokami. Samiśmy się ostali na świecie. Resztę naszych ubili Tatarzy. 

– To dokąd się udajecie? 

– Do Sandomierza. 

– Do Sandomierza? – zdziwił się gospodarz. – Taki szmat drogi! A macie tam kogo?

– Nikogo nie mamy. Ale ów wojewoda, któregośmy wczoraj pogrzebali, prosił, bym dała znać jego żonie o losie, jaki go tutaj wraz z rycerstwem spotkał.

– Liczysz tedy, że się nad tobą i twoim dzieckiem wojewodzina ulituje, że was przygarnie i zaopatrzy? 

– A tak, liczę na nią. 

– Obyś się tylko nie przeliczyła! Będzie mieć można pani swoje zmartwienia. Cóż ją ty obejdziesz? 

– Słyszałam, że pani to dobra, litościwa. Sama w dzieciństwie od Tatarów ucierpiała, którzy jej ojca i stryja ubili.

– A jakże się owa wojewodzina zowie? 

– Halina. A po mężu Pilawina. 

– At, nie pytam jak po mężu, ale z panieńska. Wiesz jak? 

– Wiem, ojcze. Krępianka się zowie. Córka Piotra z Krępy. 

– Ach! Znam tę historię! Masz rację, wiele w życiu przeszła, to i może nad tobą się użali. 

Podczas gdy tak ze sobą gawędzili, dały się słyszeć na dworze kroki jakowegoś człowieka. Trzasnęła gałązka złamana jego stopą, a później zaskrzypiały przeraźliwie otwierane przezeń drzwi chatynki.

Starzec porwał się z niepokojem na nogi. 

– Kto tam? – zawołał z przestrachem. 

– Nie lękajcie się! Swój idzie! Nic wam ode mnie nie grozi.

Do izby wsunął się mężczyzna dość młody jeszcze i jakoś dziwacznie przyodziany, dzierżąc w ręku lutnię. 

– Witajcie! – zawołał od progu. – Dajcie odpocząć podróżnemu! Noc spędziłem w lesie, toteż zziębnięty jestem do szpiku kości, a i głodny niczym wilk. 

Staruch wzruszył ramionami. 

– Skoroś wlazł nie proszony, to już zostań. 

Przybyły zbliżył się do ognia i z lubością chłonął jego ciepło. Z wdzięcznością ujął podany mu przez Bożenę drewniany talerz, na którym leżał kawał mięsiwa i cienka skibka chleba. Przysiadł na brzegu ławy, a wziąwszy talerz między kolana, jadł łapczywie.

Skoro już posilił się, obtarł usta wierzchem dłoni, rozejrzał bacznie dookoła, a potem rzeki: 

– Wybaczcie, nie mam czym zapłacić za strawę, ale jeśli was to nie urazi, to chociaż trochę się odwdzięczę za wasze dobre serca. Odwdzięczę się tak, jak potrafię, tak jak w mojej mocy. 

– To znaczy jak? – zapytała Bożena. 

– Pewnie się domyślacie, żem wędrownym śpiewakiem. Mogę wam tedy zaśpiewać najpiękniej, jak tylko umiem. 

Staruch znów wzruszył ramionami i burknął pod nosem: 

– Nikt od ciebie nie oczekiwał zapłaty. 

Ale Bożena zawołała: 

– Och tak! Zaśpiewajcie! 

– A jakąż sobie pieśń życzycie? Wesołą, czy smutną? Nabożną, czy miłosną? 

– Smutni mi. Smutno, bo spotkało mnie wiele nieszczęść. Zaśpiewaj tedy smutną pieśń. I niech będzie miłosna. 

– Wędrowiec odchrząknął i uderzywszy palcami w struny, począł śpiewać niskim, aksamitnym głosem:

Pszczoły zbierają z wrzosowego kwiatu nektar. 

Jedwabne pajęczyny plecie, 

I na wiatr rzuca srebrne babie lato. 

Jesień się złoci, czerwieni i niesie, 

Po drzew konarach, po lichych badylach. 

Łąka umiera i umiera słońce, 

Szczęście umknęło, jak umyka chwila, 

Miłość wystygła, bo wystygło serce. 

Czemu wciąż czekasz, że cię we świat porwę, 

W miłosnym szale, w ślepym zamroczeniu? 

Między gwiazdami leże ci wymoszczę, 

Będę całował w radosnym zdumieniu 

Pierwszego razu i pierwszej miłości? 

Niech cię porywa, kto już raz cię porwał, 

Niech cię hołubi, kto już przyhołubił, 

Niech się unosi, z kimś ty się uniosła, 

Niech się w miłosnym uniesieniu gubi…

Skończył śpiewać. Czas jakiś przebiegał jeszcze palcami po strunach, wydobywając dźwięki ciche i melodyjne. 

Staruch i Bożena siedzieli zasłuchani, a na ich twarzach malował się smutek. Kobieta westchnęła głęboko i rzekła: 

– Pięknie to zaśpiewałeś, wędrowcze, ale jest to bardzo smutna pieśń. Czuję, jak łzy mi napływają do oczu. Może więc lepiej nie śpiewaj już więcej. Powiedz nam raczej, jak cię zwą i dokąd się udajesz ze swoją lutnią? 

– Na imię mi Paweł, a idę na dwór książęcy do Sandomierza. Zmitrężyłem trzy dni, bo w okolicy hulali Tatarzy, przed którymi, diabelskimi synami, musiałem kryć się w lesie. Ale teraz, skoro powrócili na ruską stronę, mogę już bezpiecznie udać się w dalszą drogę. 

– A wiesz aby na pewno, że Tatarów tutaj nie ma? – spytała Bożena. 

– Wiem. Gdybym nie wiedział, nie ryzykowałbym dalszej podróży. 

– No, to teraz możecie wędrować już razem – ozwał się na to starzec. – I raźniej tak, i bezpieczniej.

– Jak to razem? – zaciekawił się śpiewak. 

– No, bo ona z małym także idzie do Sandomierza. 

– Więc nie mieszkasz w tej chałupinie? – zapytał zdziwiony Paweł. 

– Ano nie. Jestem gościem, tak samo, jak ty. 

– A po cóż idziesz do Sandomierza? Czyżby także na dwór księcia Bolka? 

– Nie. Niosę wiadomość dla pani wojewodziny sandomierskiej od jej męża.

– Wiadomość? A gdzieżeś wojewodę spotkała?

– Tu, opodal. Jak konał. Pogrzebaliśmy go wczoraj, wraz z kilkunastoma rycerzami z drużyny, w leśnym wykrocie. 

– Jezus, Maryja! – śpiewak złapał się za głowę. – To Pilawa nie żyje! A skoro nie żyje, znów Tatarzyn się rozpanoszy bezkarnie nad granicą. 

– Lepiej powiedz – spytała Bożena – czy zgodzisz się, byśmy dalej powędrowali wraz z tobą? 

– Cóż, niech będzie. Chociaż nie chcę ukrywać, iż samemu szybciej by mi się wędrowało. Taki dzieciak to wielka zawada. Ale niech już będzie. 

– Tedy jeśli mamy iść, to chodźmy. Podniosła się spoza stołu i wziąwszy dziecko za rękę, stanęła wyczekująco.

* * *

Wczesnym rankiem świat cały spowity był gęstym obłokiem mgły, powietrze przesycone wilgocią tak bardzo, iż gdy się wyszło na dwór, rychło włosy i ubranie wilgotniały mocno, jakby skropione deszczem.

Ale około południa ów gęsty tuman uszedł precz, czmychając przed pozłocistym blaskiem słonecznym, tylko gdzieniegdzie, nad samą Wisłą i we wnętrzach wąwozów, smużyły się jeszcze siwawe kłaki mgielne, strzępiastymi pasemkami pełznąc ku górze po zboczach.

Halina tego dnia, tak jak to zwykle czyniła – stanąwszy na szczycie wzniesienia, z którego widać było drogę wiodącą ku Zawichostowi i Lublinowi, wypatrywała na niej rycerskiego oddziału. 

Słońce przyświecało dość mocno i chociaż był już początek listopada, gdyby nie prawie nagie gałęzie drzew i krzewów, można by mniemać, iż to nie jesień, lecz pełnia lata. 

Powietrze było martwe, nieporuszane najlżejszym nawet podmuchem wietrzyku. Halina stała zapatrzona w dal, wystawiając twarz na pieszczotę ciepłych promieni słonecznych. 

Spoza zakrętu wąwozu wyłoniły się trzy postacie ludzkie – kobieta, mężczyzna i dziecko, które podążały ku miastu. Obserwowała je z ciekawością, w miarę jak przybliżali się do niej. Gdy przyszli całkiem blisko, tak blisko, iż mogła rozpoznać rysy ich twarzy, wędrowcy przystanęli i mężczyzna, ukłoniwszy się wpierw nisko, wręcz czołobitnie, zapytał:

– Szlachetna pani, a daleko jeszcze do sandomierskiego grodu? 

– Już całkiem blisko – odrzekła Halina. – Za tamtym wzgórzem, kędy budują miasto.

Przybysze, podziękowawszy, ruszyli w dalszą drogę, ale wojewodzina kierowana ciekawością, czegóż to oni mogą szukać w grodzie, zawołała: 

– Ej! Dobrzy ludzie! A po cóż idziecie do grodu? 

Tym razem odpowiedziała kobieta: 

– Niosę tam wieści. 

– A jakież to? – pytała dalej Halina. 

– Nie mogę wam, pani, powiedzieć. 

– To przynajmniej rzeknij, komu je niesiesz. 

W czasie tej rozmowy wędrowcy zbliżyli się znacznie, a nawet zdążyli wdrapać na szczyt wzgórza, więc wojewodzina podeszła do nich. 

– Komu je niesiesz? – ponowiła pytanie. 

– Cóż, to chyba mogę wam powiedzieć – odparła kobieta. – Samej wojewodzinie sandomierskiej. 

Pilawina nie wiedzieć czemu poczuła jakiś dziwny niepokój i nieprzyjemne mrowienie w krzyżu. 

– Ja jestem wojewodzina sandomierska. Mów przeto, co masz do powiedzenia.

Kobieta obrzuciła ją pełnym zdumienia wzrokiem, jakby nie dowierzając temu, co usłyszała, wszelako bogactwo ubioru uspokoiło ją całkowicie i w końcu rzekła: 

– Wybaczcie, pani. Nie jestem tutejsza, to was nie znam. Wiele dni wędrujemy z bardzo daleka, znad ruskiej granicy… 

– Mówże wreszcie co najważniejsze – zniecierpliwiła się Halina. 

– No, przecie mówię. Parę niedziel temu najechali nas Tatarzy. W mojej osadzie wybili wszystkich. Tylkom ja z dzieckiem cudem uratowała życie. Uciekłam stamtąd. Następnego dnia w leśnej przesiece znalazłam moc naszych rycerzy ubitych przez Tatarów. Jeden z nich dychał jeszcze. Był to sandomierski wojewoda, wasz, pani, małżonek…

– Jezus, Maryja!… – Halina chwyciła się za głowę. – Jezus, Maryja! I co z nim, co? 

– Wybaczcie, pani, że was zasmucę… Rychło skonał… 

Halina osunęła się na ziemię. Przez chwilę siedziała milcząca, a potem objąwszy kolana rękoma i zwiesiwszy na piersi głowę, jęła w głos szlochać.

Bożena przyklęknęła obok niej i objąwszy płaczącą ramieniem, mówiła:

– Nie trzeba. Nie płaczcie. No, nie płaczcie. Już mu to nie pomoże. 

Lecz Halina miast się uspokoić zaniosła się jeszcze większym szlochem: 

– Jednegom go tylko miała na świecie! Jednego! A teraz-em znów sama! Jezu! Jeśliś go zabrał, to i mnie weź do siebie! 

Bożena zdjęta żałością zawtórowała Halinie i długo obie siedziały tam w gęstej, pożółkłej trawie, wypłakując całą żałość, jaka wypełniała im serca.

Przeszło sporo czasu, zanim obie kobiety się uspokoiły na tyle, iż mogły znowu ze sobą porozmawiać.

Wówczas Bożena opowiedziała o ostatnich chwilach Pilawy najdokładniej, jak tylko potrafiła, starając się powtórzyć wiernie wszystko, co wojewoda wyrzekł przed śmiercią. 

– A na koniec pan wojewoda powiedział: „A gdy staniesz w Sandomierzu, gdy zobaczysz Halinę, mów jej, jak ciężko mi było umierać z dala od niej. Jak ciężko”. A potem jeszcze: „Daj to Halinie ode mnie i powiedz, że bardzo ją kocham” – i podał mi ów listek.

Halina wzięła z jej rąk pąsowy liść klonu, ostatnią rzecz, jakiej za życia dotykał jej Jasiek, i zapatrzywszy się weń pustym wzrokiem, siedziała jeszcze długo pośród traw, w tym samym miejscu, gdzie usłyszała z ust Jaśka pierwsze miłosne wyznanie. 

Bożena, Paweł i dziecko odeszli na bok, nie bardzo wiedząc, co mają ze sobą począć. Śpiewak co prawda mógł już pójść w swoją stronę, lecz nie chciał opuszczać tak nagle kobiety, z którą jakby nie było – zżył się w czasie wspólnej wędrówki. 

Bożena poczuła teraz lęk gniotący jej piersi. Lęk o przyszłość swoją i dziecka. Oto przywędrowała w te strony z tak daleka, niosąc ważną, choć smutną wieść. 

Idąc tutaj, liczyła na wdzięczność i opiekę ze strony wojewodziny, a oto teraz, gdy wypełniła już swoje zadanie, owa siedzi pogrążona w bólu, nie podziękowawszy jej nawet za trudy. 

Lecz niepotrzebnie się bała. Krótko trwało owo bolesne zadumanie. Wspomniała Halina słowa, które wiele lat temu rzekł do niej, do małej dziewczynki, ojciec: „Nie płacz. Pamiętaj, żeś rycerska córka”.

Otarła tedy łzy, podniosła się na nogi i spokojnym głosem rzekła do przybyszów: 

– Pójdźcie ze mną do grodu. Należy się wam posiłek i odpoczynek. Posiedzicie u mnie, zażyjecie wywczasu, nabierzecie sił, a potem zobaczę, co dalej z wami uczynić. To jedno jest pewne, że bez opieki was nie pozostawię. 

Usłyszawszy Bożena te słowa, przypadła do nóg wojewodziny i objąwszy je, mówiła ze szlochem ulgi:

– Nie wiem, jak mam wam dziękować. Dobra pani, dobra pani… Weźcie mnie do siebie. Będę wam służyła, dopokąd sił starczy! 

Halina uśmiechnęła się smutno: 

– Zobaczę, zobaczę. Ale nie trap się o przyszłość. Skorom przyrzekła, iż się wami zaopiekuję, to i słowa dotrzymam. 

– Mną nie musisz, pani – wtrącił się śpiewak. 

– A to czemu? – zdziwiła się Halina. 

– Bierzesz nas pewnikiem za małżeństwo, ale my dla siebie ludzie obcy. Ot, w drodze się spotkaliśmy i wędrowali razem, bo to i raźniej i bezpieczniej. Gdybyś jednak i mnie chciała pomóc, to… Nie śmiem mówić… 

– No śmiało. Proś przecie. Jeśli w mojej mocy, to ci nie odmówię – zachęcała Halina. 

– Jeślibyś zechciała pomóc mi dostać się na książęcy dwór… Miałbym kąt do końca życia… Dobrze znam swoje rzemiosło.. 

– Ach, tyle mogę przecie i liczę, iż mi książę nie odmówi, chociaż on się grajkami i śpiewakami nie otacza, ale raczej żyje jako mnich. Mniemam wszakże, że przez pamięć mojego męża nie odmówi. Ale chodźmy już wreszcie – dorzuciła na koniec. 

* * *

Halinę obudził plusk deszczu na dworze. Odziała się, jak mogła najszybciej, i czym prędzej wybiegła przed dom. Z zatroskaniem spoglądała na niebo zasnute sinoszarymi chmurami i na strugi dżdżu gęsto zlewające ziemię. 

Pogoda była obrzydliwa i najmniej sposobna do podróży, w którą akurat tego dnia Halina się wybierała. Nie bacząc jednak na deszcz i dojmujący chłód wdzierający się w głąb ciała, mrożący krew w żyłach i szpik w kościach, wróciwszy do domu, jęła ponaglać służbę, aby szykowała się do drogi. 

Rychło stanęły zaprzężone wozy i kilku pachołków przysiadło na nich. Halinie zasię miała towarzyszyć jedna tylko kobieta – Bożena, pełniąca ponadto rolę przewodniczki. 

Udawano się pod ruską granicę po zwłoki wojewody Pilawy i wraz z nim pochowanych rycerzy, aby ich przewieźć do Sandomierza i tutaj sprawić godny pochówek w poświęconej ziemi, z całym ceremoniałem należnym tym, którzy za swoją ziemię rodzinną i za swój lud krwi nie szczędzili, ni życia. 

Wozy przetoczyły się przez miasto dość szybko. Błoto pryskało spod drewnianych kół okrytych żelaznymi obręczami i spod końskich kopyt. 

Gdy wyjechano na lubelski trakt, musiano jednak zwolnić, bo żółtobrunatna maź rozmiękłego lessu lgnęła do kół, a miejscami było tak głębokie grzęzawisko, iż wozy zapadały się w nie, aż po osie i rosłe konie ledwo je wyciągały na twardszy grunt. 

Kto nie widział błota z żółtej lessowej glinki powstałego, ten nie widział błota w ogóle, bowiem owo, które się tworzy z każdej innej ziemi, można co najwyżej nazwać lichą namiastką tamtego. 

Kto inny może dałby za wygraną i poczekał, aż deszcz ustanie, wiatr owieje i osuszy drogi, albo utwardzą je przymrozki na tyle, iż staną się przejezdne i dopiero ruszał w tak długą podróż. Wszakże nie Halina. W jej naturze leżało działanie natychmiastowe, o ile tylko było ono konieczne, a trudy i znój jej nie przestraszały. 

Uparcie tedy kontynuowała podróż, coraz bardziej oddalając się od Sandomierza. Około południa deszcz ustał i chociaż niebo nadal zasnuwały gęste chmury, nieprzepuszczające ani słonecznego promyka, to jednak widoczność stała się znacznie lepsza. Miasto wszelako zakrył już horyzont, a wokół podróżujących rozciągały się pola, poprzeplatane caliznami nieornej ziemi, porosłej gęstą, pożółkłą trawą, w której sterczały uschłe badyle ziół. 

Gdzieniegdzie widać było zagajnik bądź niewielki lasek, którego drzewa wyciągały nagie, czarniawe palce gałęzi ku mrocznemu niebu, jakby w błagalnym geście, z prośbą o ożywczy blask słoneczny. 

Gościniec wił się z tyłu i z przodu, z trudem, lecz uparcie podążających przed siebie wozów, gubiąc się w zakrętach pomiędzy trawiastymi wzgórzami pięknej sandomierskiej ziemi… 

* * *

Wiele dni przeminęło, zanim wozy, które wyjechały po ciała pobitych rycerzy, wróciły do Sandomierza. 

Powrotna droga była o wiele lżejsza, jako że pogoda znacznie się poprawiła. Ustały deszcze, a przymrozki utwardziły grunt rozmiękłych gościńców. Jedynie w samo południe ziemia rozmazywała się na tyle, iż podróż stawała się uciążliwa. Lecz gdy tylko słońce kryło się poza horyzontem, a mrok wypełzał ze swoich schowów, ogarniając całą ziemię, błoto tężało, kałuże pokrywały się cienkimi tafelkami lodu, kruszącymi się z trzaskiem pod naporem kół i pod uderzeniami kopyt końskich. 

Chociaż wozy były cięższe, bo obładowane, powrotna droga trwała krócej, niż jazda w tamtą stronę. Toteż w obręb Sandomierza wjechano znacznie wcześniej, aniżeli początkowo liczono. Z tej też chyba przyczyny niewiele ludzi wyszło na spotkanie owego smutnego orszaku. A właściwie byli to sami przypadkowi przechodnie. Wiadomość jednak o przywiezieniu ciał rozeszła się po mieście i rychło wzdłuż ulicy, którą je wieziono, ustawiły się tłumy.

Halina zaraz po powrocie do Sandomierza rozesłała gońców, by powiadomili księcia i co ważniejszych dostojników kościelnych i świeckich o mającym się odbyć pogrzebie pobitych przez Tatarów rycerzy.

Chociaż pora – jako się rzekło wcześniej – nie była nazbyt sposobna do podróży, śpieszono, aby co rychlej mógł odbyć się ów smutny obrzęd, a to z lęku, iż ciała ulegną zbyt daleko posuniętemu rozkładowi. 

Z różnych stron księstwa, a i z rozmaitych stron Polski także, nazjeżdżało się wielu dostojnych mężów, spośród których Halina kilku znała. Byli tam między innymi kasztelanowie zawichojski i radomski, opaci cysterscy z Wąchocka i Koprzywnicy, opat benedyktynów ze Świętego Krzyża i biskup płocki. Nie zabrakło oczywiście, czego nie trudno się domyślić, dostojników z Krakowa i Sandomierza.

Na ostatku nadjechał książę Bolko z księżną Kingą, w asyście pana arcybiskupa gnieźnieńskiego, który podówczas przypadkiem bawił na zamku wawelskim, a dowiedziawszy się o nieszczęściu, zapragnął wziąć udział w ceremonii pogrzebowej. Prócz niego stawili się także panowie – wojewoda i biskup krakowscy. 

Gdy zebrali się już wszyscy, których oczekiwano, zaraz na drugi dzień przystąpiono do odprawiania smutnego obrzędu. Pogrzeb prowadziło trzech biskupów i wraz z nimi prepozyt sandomierski. 

Wszyscy przyodziani byli w czarne kapy bogato szyte srebrem i perłami, a głowy biskupów krom tego zdobiły białe infuły, również przyozdobione drogocennym haftem. 

Nabożeństwo odprawiano w kościele Świętego Jana, do którego ze względu na szczupłość pomieszczenia nie wnoszono owego mnóstwa trumien, lecz ustawiono je w rzędach przed wielkimi drzwiami. 

Halina klęczała podczas całego nabożeństwa sprawowanego za spokój dusz poległych rycerzy. Nie płakała, była spokojna. Piękny baryton arcybiskupa gnieźnieńskiego, śpiewającego Mszę, cudowny chorał dominikańskich zakonników, dymy kadzideł, migotliwy blask płomyków setek świec, wszystko to wprawiło Halinę w jakiś dziwny nastrój, tak iż nie wiedziała, czy owo, co widzi, jawą jest, czy może raczej snem, który rychło się prześni. Jak przez mgłę docierał do niej płacz innych wdów, matek i sierot po zabitych.

Dopiero gdy duchowieństwo wyszło z kościoła na dwór, otrzeźwiała nieco. Na cmentarzu przykościelnym widać było pokopane głębokie doły. Ciągnęły się one w dwu rzędach, gotowe przyjąć ciała bohaterów.

Jedna tylko mogiła wykopana była gdzie indziej, w pewnym oddaleniu od reszty, tuż pod okapem kościelnego dachu. W niej to miał znaleźć wieczne odpocznienie Jan Pilawa, wojewoda sandomierski, wielki pan, prawy rycerz i dobry człowiek. Halina sama owo miejsce wybrała, pragnąc, by woda spływająca z okapu świątyni mogła wsiąkać w głąb grobu i tym samym uświęcać spoczywające w nim prochy.

Stała teraz nad ową jamą patrząc, jak opuszczają w jej wnętrze prostą trumnę. Później dał się słyszeć głuchy łoskot, który czyniły bryły żółtej ziemi padające na wieko. Nabrała i ona przygarść tego rodzajnego lessu i opuściła go w głąb wykopu. 

Wiedziała, iż oto wszystko się skończyło, że ten rozdział jej żywota zamknął się już bezpowrotnie. Jednocześnie wszakże miała pewność, iż śmierć Pilawy i jego rycerskiej drużyny nie była próżna i bezsensowna, że musi przynieść plon, dobry plon. Że oni sami są niczym ziarno, które kiełkuje, wzrasta i rodzi kłosy liczące wiele nowych ziaren. 

Wiedziała, iż te dzieci, te wyrostki, stojące wokoło, nie będą kiedyś szczędzić własnego życia, jeśli zajdzie takowa potrzeba, bo obraz owej ceremonii pogrzebowej zapadnie im głęboko w serca. Wiedziała, iż te dziewczynki, te podlotki, nie powiedzą nigdy swoim synom – gdy już będą ich miały: „Wróg u granic, bieda w ojczyźnie – uchodźcie do cudzych krajów, ratujcie życie”, ale raczej ich pobłogosławią, wyprawiając na bój, jeśli trzeba im będzie go stoczyć. Pobłogosławią im, wiedząc, iż być może na śmierć ich sposobią. 

Żałobnicy rozeszli się powoli. Halina została sama. Uklękła u wezgłowia mogiły, nie bacząc, iż brudzi suknię i półszepcąc, półszlochając, mówiła: 

– Ach, Jaśku! Jaśku najmilszy! Czemuż nam nie było dane zażyć szczęścia wspólnych długich lat, tak jak bywa dane innym ludziom? Gdybyśmy chociaż mieli dzieci, lżej by mi było teraz. A tak – nic mi nie zostało, tylko ów pąsowy klonowy listek i wspomnienia dni, gdyśmy byli razem. 

Okna zamkowe jarzyły się światłem. Aż na cmentarz dolatywał odgłos pogrzebowej uczty, którą wyprawiano wbrew woli księżny Kingi, dowodzącej, iż to pogański obyczaj, a zatem Bogu niemiły i nieprzynoszący pożytku umarłym.

Halina ucałowała ziemię na mogile i podniósłszy się na nogi, skierowała się ku grodowi, aby wypełnić obowiązek do końca, aby wziąć udział w stypie. 

KSIĄŻKA JEST DOSTĘPNA W SPRZEDAŻY:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Opowiesc_o_Halinie_corce_Piotra_z_Krepy_Legenda_sandomierska.html

———–

Andrzej Sarwa

Niedziela – Białystok, Poznań, Zamość – Msze święte i Pokutne Marsze Różańcowe

17.09.23 – Białystok, Poznań, Zamość – Msze święte i Pokutne Marsze Różańcowe

12/09/2023przez antyk2013

Na Różańcu świętym będziemy się modlić wraz z Maryja Królową Polski o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.

BIAŁYSTOK – O godz. 13.30 wyruszymy sprzed Katedry (ul. Kościelna 2), przejdziemy Rynkiem Kościuszki, ul. Lipową do Bazyliki Mniejszej p. w. św. Rocha.

POZNAŃ – początek o godz. 12.30 Msza Święta za Ojczyznę w Sanktuarium Bożego Ciała przy ul. Krakowskiej. Po Mszy Świętej Pokutny Marsz Różańcowy poprowadzi Ojciec Jerzy Garda. Zakończenie u Ojców Franciszkanów w Sanktuarium Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej na Wzgórzu Przemysła.

ZAMOŚĆ –  o godz. 15.00 Koronka do Miłosierdzia Bożego, po modlitwie wyruszy spod kościoła św. Katarzyny Pokutny Marsz Różańcowy.

Msza Święta za Ojczyznę w Kościele Rektoralnym Świętej Katarzyny, ul. Kolegiacka 3 o godz. 17.00

Kościół św. Katarzyny, pl. Jaroszewicza Jana, Zamość - zdjęcia
Share

Kategorie Białystok, Msze św. za Ojczyznę, Pokutne Marsze Różańcowe, Poznań, Zamość Tagi Białystok, Krucjata Różańcowa za Ojczyznę, modlitwa za Ojczyznę, Msza Święta za Ojczyznę, Pokutny Marsz Różańcowy, Poznań, różaniec za Ojczyznę, Zamość

Sługa gotowy do bezgranicznych poświęceń

Sługa gotowy do bezgranicznych poświęceń

Stanisław Michalkiewicz   12 września 2023 michalkiewicz

Ludzie to straszni egoiści – użalał się pewien mizantrop. – Każdy myśli tylko o sobie. O mnie myślę tylko ja jeden na całym świecie!

Jakże kompatybilne jest to stwierdzenie z dwoma wydarzeniami, które łączy pewien wspólny mianownik! Oto „pani reżyserowa” Agnieszka Holland, w ramach „pedagogiki wstydu”, którą Żydowie w porozumieniu z Niemcami na tym etapie aplikują mniej wartościowemu narodowi polskiemu, nakręciła film „Zielona granica”, który podobno święci na świecie triumfy. Film opowiada o niewinnych nachodźcach, którzy najpierw przylatują samolotami do Mińska na Białorusi, albo do Rosji, a potem, prowadzeni są przez białoruskie służby pod polską granicę, żeby ją sobie przekraczały i w ten sposób dostawały sie na terytorium Unii Europejskiej, gdzie czeka na nich socjal i w ogóle – życie, jak w Madrycie. Nad tymi niewinnymi nachodźcami pastwią się polscy okrutnicy głównie ze Straży Granicznej, którzy również przepędzają przyszłych „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”, którzy pragną nachodźcom przychylić nieba, byle tylko zrobić na złość znienawidzonemu reżymowi Jarosława Kaczyńskiego. Jak donoszą niezależne media, film skłania wielu ludzi dobrej woli do potępiania polskiego faszystowskiego reżymu, co może być pomocne w przyszłości, kiedy Żydowie przystąpią do egzekwowania wobec Polski „roszczeń majątkowych” w ramach amerykańskiej ustawy 447. Ciekaw jestem, czy „pani reżyserowa” wprowadziła do swego filmu tak zwane „momenty” – jak to zrobił w „Malowanym ptaku” Jerzy Kosiński, przypisując polskim pejzanom takie wyrafinowanie w seksualnych zboczeniach, o których próżno by marzyli członkowie nowojorskiej awangardy obyczajowej – ale nie to jest najważniejsze, tylko przesłanie. A przesłanie brzmi następująco: ci nachodźcy, to współczesne wcielenie Żydów, dla których przedstawiciele narodów mniej wartościowych powinni się bezwarunkowo poświęcać. Dzięki temu – jak przewiduje „pani reżyserowa” – ci, którzy nachodźcom przychylają nieba, będą już za 20 lat uznani przez Sanhedryn za „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”, podczas gdy funkcjonariusze zbrodniczej Straży Granicznej w służbie mniej wartościowego państwa polskiego poniosą zasłużoną karę – być może nawet w postaci zagazowania w jakimś, chwilowo nieczynnym obozie, nadal dysponującym sprawną infrastrukturą.

Drugim wydarzeniem, z którym łączy z dziełem „pani reżyserowej” wspólny mianownik, jest zbliżająca się beatyfikacja rodziny państwa Ulmów. Została ona w czasie okupacji zamordowana przez Niemców za udzielenie schronienia w swoim obejściu bodajże ośmiorgu Żydom. Z tej okazji JE abp Stanisław Gądecki wygłosił zdumiewającą deklarację, że państwo Ulmowie „są przykładem dla każdej rodziny”. Oczywiście polskiej, to się rozumie samo przez się. Cóż zatem każda taka polska rodzina powinna zrobić, żeby zasłużyć na beatyfikację? Ano, to samo, co państwo Ulmowie; narazić nie tylko siebie, ale i własne dzieci na utratę życia, byle tylko spełnić oczekiwania Żydów szukających schronienia przed prześladowaniem, albo nawet śmiercią.

Najwyraźniej JE abp Stanisław Gądecki zgadza się z poglądem wygłoszonym w swoim czasie przez panią Barbarę Engelking, czyli Królową Anielską, zwaną mniej ceremonialnie „ciocią Ruchlą”, że dla głupiego goja, dajmy na to – Polaka, śmierć to sprawa „czysto biologiczna”, podczas gdy w przypadku Żyda to „tragedia, dramatyczne doświadczenie, metafizyka”. Nietrudno znaleźć źródło tego rozumowania. Jest nim żydowski Talmud, według którego „goje”, a już chrześcijanie w szczególności, to tylko rodzaj człekokształtnych zwierząt, podczas gdy prawdziwymi człowiekami – wszystko jedno – sowieckimi, czy nie – są tylko Żydowie.

W tej sytuacji jest rzeczą oczywistą, że na Żydach nie ciążą żadne obowiązki, na przykład choćby w postaci refleksji, czy gwoli ratowania własnego życia wolno im narażać na śmierć całą wielodzietną rodzinę? Najwyraźniej żaden z Żydów ukrywanych przez państwa Ulmów nie miał wątpliwości, że wyświadczenie im przez nich takiej przysługi jest ich obowiązkiem, natomiast oni mają prawo żądania od nich bezgranicznego poświęcenia.

Ciekawa rzecz, że z podobnym stanowiskiem spotykamy się w innym obrazie „pani reżyserowej”: „Europa, Europa”, w której główny bohater, żydowski chłopiec, gwoli przetrwania, najpierw jest komsomolcem, czy może pionierem i jako taki robi różne świństwa na rzecz Sowietów kosztem polskich przygodnych znajomych, bo oczywiście „musi”, a potem, kiedy front niemiecki przysuwa się do przodu, wstępuje do Hitlerjugend, gdzie też dokazuje, bo „musi”, ale ma tylko jeden problem – żeby żaden z kolegów nie odkrył, iż jest on obrzezany. Morał z tego taki, że gwoli własnego przetrwania można zrobić wszystko, dopuścić się każdego łajdactwa, zwłaszcza wobec przedstawicieli narodów mniej wartościowych.

Najwyraźniej tak też musi uważać JE abp Stanisław Gądecki, co tłumaczę zbyt długim i intensywnym kontaktem a Żydami, w ramach tak zwanego „dialogu z judaizmem”, którego jest w Polsce animatorem i krzewicielem. Z kim przestajesz, takim się stajesz, a w przypadku Jego Ekscelencji jest to szczególnie groteskowe, jako że jest on stuprocentowym gojem – jeśli w ogóle w takich sprawach można mieć pewność.

Ale poza aspektem, że tak powiem, metafizycznym sprawy beatyfikacji rodziny państwa Ulmów, jest jeszcze aspekt praktyczny, czysto polityczny – jeśli tego rodzaju polityce przypisywać czystość. Otóż Ekscelencja twierdzi, że beatyfikacja ta „działa na rzecz pogłębienia relacji katolicko-żydowskich, a także na rzecz umocnienia więzi Polaków z narodem żydowskim”. Mniejsza już o „relacje katolicko-żydowskie”, chociaż warto zauważyć, iż pogląd, jakoby bez „judaizmu” nie można było w ogóle zrozumieć chrześcijaństwa, wydaje się dziwaczny, jeśli w ogóle nie heretycki – ale w dzisiejszych czasach przyzwyczailiśmy się do jeszcze bardziej osobliwych opinii. To może trochę niedobrze, bo na widok tylu osobliwości ludzie przestają przywiązywać wagę do wypowiedzi eklezjastycznych dostojników, którzy są do tego stopnia mało spostrzegawczy, że nie zauważają, iż w ramach „dialogu” podcinają gałąź, na której sami siedzą.

Mam na myśli watykański dokument, że „w przeszłości” zdarzały się „niewłaściwe interpretacje Ewangelii” to znaczy – niekorzystne dla Żydów. Ponieważ interpretowanie Ewangelii jest najważniejszym zadaniem Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, to skoro „w przeszłości” zdarzały się interpretacje „niewłaściwe”, to któż może nam zaręczyć, że te obecne na pewno są już „właściwe”? Ale ważniejsza i groźniejsza wydaje mi się intencja by ta beatyfikacja działała na rzecz umocnienia więzi Polaków z narodem żydowskim. Nietrudno się domyślić, jaki w takim razie ta więź powinna mieć charakter. Nie ulega wątpliwości, że w świetle zacytowanych wypowiedzi JE abpa Stanisława Gądeckiego, Polacy powinni być sługami Żydów i to gotowymi do bezgranicznych poświęceń na ich rzecz. Jak wiadomo, Polska została już „sługą narodu ukraińskiego”, no a teraz słyszymy, że również żydowskiego. Czy to nie za dużo szczęścia na raz?

Stanisław Michalkiewicz

„Szczepionki” a autyzm. Katastrofa.

z internetu:

CDC nie może już twierdzić, że „szczepionki” nie powodują autyzmu, ponieważ:

W 1980 roku wskaźnik autyzmu wynosił 1 na 10 000 osób.

1986: Potem przemysł szczepionkowy stracił odpowiedzialność i nastąpił ogromny wzrost liczby niebezpiecznych szczepień dla dzieci

1990: Autyzm w 1 na 500

2018: 1 na 36 dzieci z autyzmem.

2021: Amerykańskie dzieci otrzymają 72 dawki szczepionki, a ponad 250 jest w „fazie rozwoju”.

Przy tym tempie wzrostu oczekuje się, że do 2030 r. 1 na 2 dzieci będzie miało autyzm.

Masowe rozdawnictwo POPiS-u i łamanie limitów zadłużenia.

Masowe rozdawnictwo POPiS-u i łamanie limitów zadłużenia. Czy wrócą jakiekolwiek hamulce?

masowe-rozdawnictwo-popis-u-i-lamanie

Konfederacja Wolność i Niepodległość wyraziła stanowczy sprzeciw wobec planów rządu PiS dotyczących zniesienia limitu zadłużania. Prawicowe ugrupowanie jest zaniepokojone kierunkiem, w jakim zmierza państwo polskie.

==========================

Michał Wawer, skarbnik Konfederacji i lider świętokrzyskiej listy partii, podkreślił, że od początku pandemii politycy PiS i Platformy Obywatelskiej zapomnieli o wszelkich ograniczeniach dotyczących zadłużania państwa.

Przez trzy lata byliśmy świadkami masowego rozdawnictwa świadczeń socjalnych i drukowania pieniędzy. To nieodpowiedzialne i krótkowzroczne. Nic nie wskazuje na to, by politykom POPiS-u miały wrócić jakiekolwiek hamulce, choćby minimalny zdrowy rozsądek w wydawaniu publicznych pieniędzy – mówił Wawer.

W odniesieniu do ostatnich słów pani Jadwigi Emilewicz, wiceministra w rządzie PiS, która wyraziła chęć zwiększenia limitu zadłużenia państwa, Wawer zauważył, że to poważna wypowiedź, biorąc pod uwagę jej pozycję w rządzie. Dodał, że takie propozycje wpisują się w długą historię działań rządu PiS, który w praktyce łamie konstytucyjne limity zadłużenia i tworzy pozabudżetowe fundusze.

W sprawie obchodzenia konstytucyjnych limitów zadłużania Wawer zauważył, że mamy do czynienia z „festiwalem tworzenia pozabudżetowych funduszy, które formalnie, wg krajowej metodologii, nie są wliczane do długu publicznego”.

Podczas konferencji podkreślono, że zarówno PiS, jak i Platforma Obywatelska tworzą koalicję partii, które dążą do zadłużenia Polski do granic bankructwa. Konfederacja uważa, że te partie nie przejmują się długoterminowymi konsekwencjami swoich działań i dążą jedynie do zaspokojenia swoich krótkoterminowych interesów.

Jakub Banaś, kandydat nr 2 na warszawskiej liście Konfederacji, podkreślił, że wszystkie partie opozycyjne i rządząca partia oferują obietnice wyborcze, które zagrażają zdrowemu rozsądkowi i gospodarce Polski. Zaznaczył, że te obietnice, które będą kosztować setki miliardów złotych, prowadzą do zwiększenia zadłużenia.

Banaś zwrócił uwagę na obecny poziom zadłużenia Polski, który wynosi ponad 1,5 biliona złotych, a to jest kwota, która stawia kraj w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Podkreślił, że politycy Konfederacji bronią zdrowego rozsądku, wolnego rynku i przedsiębiorczości, i są jedyną siłą polityczną, która może ochronić Polskę przed recesją i chaosem.

Konferencja zakończyła się apelem Konfederacji do wyborców, aby w nadchodzących wyborach odrzucili partie, które dążą do dalszego zadłużania kraju i zamiast tego poparli partię Konfederacji, która obiecuje przywrócenie odpowiedzialności finansowej i zdrowego rozsądku w zarządzaniu budżetem państwa.

Blackrock udziałowcem Orlenu

Blackrock udziałowcem Orlenu

Andrzej Kumor goniec

Orlen jest jednym z największych producentów ropy naftowej w Polsce i Europie. Spółka ta działa w branży paliwowej, petrochemicznej oraz energetycznej. Obecnie akcje spółki są notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) oraz London Stock Exchange (LSE).

Według danych z kwietnia 2021 roku, PKN Orlen ma ponad 109 tysięcy akcjonariuszy indywidualnych i instytucjonalnych. Najwięcej – aż około 30% – posiada Skarb Państwa.

Drugim co do wielkości udziałowcem jest fundusz inwestycyjny BlackRock Inc., który posiada blisko 5% wszystkich akcji spółki. Trzeci pod względem ilości posiadanych papierów wartościowych to Nordea Funds AB ze Szwecji, którego udziały wynoszą około trzech procent całej puli akcji PKN Orlen SA. Mimo że Skarb Państwa jest największym udziałowcem Orlenu, to jego wpływ na zarządzanie firmą nie jest aż tak duży. Władza wykonawcza nad spółką zależy od Rady Nadzorczej i Zarządu.

BlackRock nowojorska firma, która posiada biura w 30 krajach  stała się też czwartym co do wielkości pakietu akcji udziałowcem Pekao, drugiego największego banku w Polsce.

Według dorocznego raportu doradcy inwestycyjnego Willis Towers Watson, BlackRock – który zarządza aktywami o wartości 6,84 biliona dolarów – jest największą firmą inwestycyjną na świecie. Amerykańska firma dzierży ten tytuł nieprzerwanie od 2009 roku.

Połączone fundusze BlackRock są warte więcej niż gospodarka Japonii, trzecia co do wielkości na świecie.

Samo Pekao poinformowało, że zwiększenie zaangażowania przez BlackRock traktują jako pozytywną ocenę potencjału banku.

====================

mail:

=============================

mail:

No to siedzimy w gównie po uszy!!! 

Król Julian na prezydenta

Król Julian na prezydenta

Izabela Brodacka

W trakcie wyborów prezydenckich w 2005 roku byłam z ramienia PiS mężem zaufania w jednej z mokotowskich komisji wyborczych. Ku mojemu  zdumieniu na bardzo wielu kartach wyborczych widniał dopisek: „ król Julian na prezydenta”. Nie rozumiałam o co chodzi dowcipnisiom, szczególnie, że głosy z różnymi, nawet wulgarnymi dopiskami okazały się ważne, dopóki zgorszone moją ignorancją wnuki nie namówiły mnie do obejrzenia ich ulubionego serialu:  „Pingwiny z Madagaskaru”. 

Kilka dni temu z prawdziwą przyjemnością obejrzałam odcinek „Pingwinów” poświęcony pandemii, która wybuchła w ZOO. Objawem choroby było nieznośne swędzenie. Dla bezpieczeństwa ZOO król Julian, narcystyczny lemur, zarządził kwarantannę chorych w akwarium, do którego wepchnięto ich jak worki z kartoflami, jednego na drugim. Warto posłuchać wypowiedzi króla Juliana na temat jego odpowiedzialności za losy całego ZOO. Jakbym słyszała naszych propagandzistów od szczepionek, maseczek i zamykania ludzi w domach. Król Julian jest poza tym esencją – jeżeli można tak powiedzieć- przezydenckości.  Esencją polityka, którego jedyną rolą jest pilnowanie żyrandola, lecz który swoimi chaotycznymi i megalomańskimi posunięciami przynosi społeczności ZOO wiele szkody. Po wielu latach zrozumiałam wreszcie o co chodziło dowcipnisiom z 2005 roku i bardzo się wstydzę, że nie widziałam tego wcześniej.

Wzorcem władcy absolutnego,  zawsze  słuchanego przez swoich poddanych jest również król z którym spotyka się Mały Książe, bohater słynnej powieści dla dzieci od roku do stu lat, którą napisał Antoine de Saint-Exupéry. 

Król podczas rozmowy przekazuje Małemu Księciu filozofię swojej władzy.  Otóż jeżeli władca chce być dokładnie wysłuchiwany przez swoich poddanych musi im wydawać wyłącznie rozsądne rozkazy.

„Si j’ordonnais à un général de voler une fleur à l’autre à la façon d’un papillon, ou d’écrire une tragédie, ou de se changer en oiseau de mer, et si le général n’exécutait pas l’ordre reçu, qui, de lui ou de moi, serait dans son tort?” Co znaczy:

„Gdybym nakazał generałowi latać jak motylek z kwiatka na kwiatek, albo napisać tragedię, albo zmienić się w morskiego ptaka i jeżeli generał nie wykonałby otrzymanego rozkazu to kto popełniłby błąd, on czy ja?” 

Mały Książę dobrze zrozumiał króla. Poza tym poczuł się trochę znudzony jego wywodami więc powiedział:

Si votre majesté désirait être obéie ponctuellement, elle pourrait me donner un ordre raisonnable. Elle pourrait m’ordonner, par exemple, de partir avant une minute”. Co znaczy:

Jeżeli Wasza Wysokość pragnie być dokładnie wysłuchany może mi wydać jakiś rozsądny rozkaz. Może mi na przykład rozkazać abym odszedł stąd przed upływem minuty”.

Ne mogłam się oprzeć przed zacytowaniem tych tekstów w oryginale bo podczas szkolnego międzynarodowego obozu językowego w Giżycku odgrywałam właśnie rolę króla i swoją rolę pamiętam do dziś. Małego Księcia brawurowo odegrała koleżanka Basia Sokół. Na marginesie. W szkolnych przedstawieniach zawsze grałam króla, mędrca albo smoka. Nigdy nie zagrałam królewny, księżniczki a nawet choćby tylko nieszczęsnej topielicy czyli Ofelii – a tak o tym marzyłam. Taki już jest mój podły los.

Kiedy Mały Książę poprosił króla żeby rozkazał słońcu zajść ten odparł, że czeka na sprzyjające okoliczności. Na planetoidzie numer 325 oprócz króla mieszkał – o ile dobrze pamiętam – tylko stary szczur. Król zaproponował księciu aby jako minister sprawiedliwości regularnie skazywał tego szczura na śmierć a potem go ułaskawiał. A Małego Księcia opuszczającego planetoidę zgodnie z wydanym rozsądnym rozkazem król mianował swoim ambasadorem.

Revenons à nos moutons – wracając do naszych baranów czyli do naszego tematu.

Wydaje mi się, że filozofia władzy jaką prezentuje król z planety Małego Księcia jest dokładnie filozofią władzy naszego obecnego prezydenta. On też usiłuje zawsze być rozsądny i wydawać wyłącznie rozsądne rozkazy. Nie chce rozumieć, że nie da się wszystkich zadowolić i trzeba czasami zdecydowanie opowiedzieć  się po jednej ze stron. Nie da się służyć Ukrainie ( takie sformułowanie padło w oficjalnej rządowej narracji)  oraz  przyjaźnić z jej dość operetkowym prezydentem i wytłumaczyć potomkom ofiar rzezi wołyńskiej, dlaczego bezskutecznie się walczy o prawo do godnego pochówku ich krewnych. Jeżeli Ukraińcy chcą budować swą tożsamość narodową w oparciu o kult Bandery nie mamy prawa w tym uczestniczyć. Doszukiwanie się zasług Bandery oraz symetrii wzajemnych krzywd jest dla nas po prostu niedopuszczalne. To tak jakby trawestując znane powiedzenie zapalić Panu Bogu tylko ogarek a diabłu całą świecę. Nie można cieszyć się, że wilk jest syty jeżeli owca została pożarta.  

W innych działaniach prezydenta też widać zdumiewającą niekonsekwencję.  Bez sensu jest inicjować reformę systemu prawnego i natychmiast tę reformę blokować. Albo wnosić poprawki do już przegłosowanej  i skierowanej tylko do podpisania  ustawy. Pragnienie żeby zadowolić wszystkich to syndrom Zeliga, któremu w Chinach robią się skośne oczy.  Trzeba wreszcie zrozumieć, że tak jak niemożliwa jest synkretyczna religia, niemożliwe jest stworzenie synkretycznej wersji historii. Interesy ludzkie są sprzeczne, podobnie sprzeczne są interesy narodowe. Sprawa sądowa, z której obydwie strony wychodzą usatysfakcjonowane wyrokiem jest jedną ze szlachetnych utopii. Podobną utopią okazał się koniec historii, który głosił Francis Fukuyama. Natomiast niefrasobliwe pisanie historii pod cudze dyktando grozi, że staniemy się w oczach świata winnymi wszystkich jego nieszczęść i wszelkich zbrodni. Forsowanie podyktowanej doraźnymi względami politycznymi wersji historii grozi również utratą narodowej tożsamości . Szczególnie niebezpieczne jest gdy doraźnie przyjęty paradygmat polityczny jest traktowany jak dogmat, a sprzeciwiający się jego wyznawaniu traktowani jak schizmatycy. Tak został potraktowany ksiądz Isakowicz Zaleski upominający się o pamięć o wołyńskim ludobójstwie nazywanym dla rozmycia odpowiedzialności tragedią.

========================

mail:

Dla ignorantów:

„Doktor Mengele byłby dumny”. Ks. Bortkiewicz o współczesnym eutanazizmie.

„Doktor Mengele byłby dumny”.
Ks. Bortkiewicz o współczesnym eutanazizmie

doktor-mengele-bylby-dumny

#Belgia #eutanazizm #eutanazja #medycyna #mengele #Paweł Bortkiewicz #samobójstwo

(fot. GSZ/PCh24)

 Życie naznaczone cierpieniem, według „zachodnich” określeń – bezużytecznym, staje się nieopłacalne. Zamiast cierpiącym ludziom pomóc – lepiej ich wyeliminować. Tak w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Paweł Bortkiewicz komentuje uduszenie poduszką 36-latki, której nie udało się zabić „eutanazją”. 

PCh24.pl: W Belgii przeprowadzano tzw. eutanazję 36-letniej kobiety. Miała raka. Została ostatecznie uduszona przy pomocy poduszki. Kobiecie podano zbyt małą ilość środków mających legalnie i w majestacie państwa belgijskiego zakończyć jej życie… Powiem szczerze: nawet nie wiem, co powiedzieć… Lekarz i dwie pielęgniarki, którzy tego dokonali twierdzili, że „chcą jej pomóc”…

Ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr: Cała ta historia pokazuje ogromne zakłamanie tej rzeczywistości, która kryje się pod słowem eutanazja. Samo słowo eutanazja znane jest jako synonim „dobrej śmierci bez cierpienia”, „pomocy w umieraniu”, a czasem „zabójstwa z miłosierdzia”. Te wszystkie eufemizmy w gruncie rzeczy próbują zakryć rzeczywistość, która jest jednoznaczna: eutanazja to zabójstwo człowieka cierpiącego albo pomoc w samobójstwie. Każde z tych pojęć zawiera w sobie w rzeczywistości akt bezradności wobec tajemnicy ludzkiego cierpienia. Bezradności, która wyraża się ostatecznie w akcie agresji. W pewnym sensie dobrze, że ten tragiczny i wstrząsający wypadek został ujawniony światu, bo on pokazuje najdobitniej, że żadne słowa nie są w stanie zakryć rzeczywistości, która kryje się za eutanazją. To jest zabójstwo człowieka cierpiącego czasem wbrew jego woli. To jest okazanie pogardy dla wartości ludzkiego cierpienia. To jest po prostu akt agresji.

Eutanazja 36-letniej kobiety, o której rozmawiamy nie udała się, pacjentka przeżyła. Wiem jak tragicznie i mrocznie to brzmi…

Pacjent przeżył, ale lekarz i pielęgniarki uznali, że tak być nie może, więc dopełnili „zabieg” eutanazji poprzez prymitywne morderstwo, które w niczym nie ustępuje mordom, za które ludzie są skazywani na dożywocie czy w niektórych wypadkach na karę śmierci.

Lekarz i pielęgniarki prawdopodobnie będą mieli postawione zarzuty prokuratorskie za uduszenie kobiety poduszką. Gdyby zastrzyk zadziałał, to nie byłoby sprawy…

To pokazuje ogromny stan hipokryzji i zepsucia współczesnego świata, współczesnej kultury prawnej, kultury medycznej i etyki medycznej, która przestaje być etyką. To pokazuje ogromny cynizm i jakieś chore wyrachowanie, które opanowało sumienia, umysły i dusze wielu ludzi.

Zabójstwo dokonane w białych rękawiczkach jest „działaniem medycznym”, a zabójstwo w tej samej sprawie dokonane bez białych rękawiczek okazuje się być przestępstwem. Otóż nie! Jest to to samo zabójstwo, ten sam akt zabicia człowieka. Różni się tylko technika.

Jeżeli technika staje się kryterium oceny etycznej, to po prostu wpadamy w straszliwą pułapkę barbarzyństwa. Właśnie dlatego Kościół katolicki od zarania swojej nauki moralnej przypomina, że są czyny wewnętrznie złe, które nie mogą podlegać żadnemu usprawiedliwieniu. Niezależnie od okoliczności, niezależnie od sposobu dokonania tego czynu, zawsze pozostaje on złem. Takim czynem jest m. in. eutanazja.

Nie wszyscy są gotowi na cierpienie. Dlaczego jednak na Zachodzie tak wiele osób decyduje się na eutanazję, żeby tylko uniknąć cierpienia? Jak to się stało, że śmierć jest postrzegana jako jedyny ratunek przed cierpieniem?

Nie każdy jest gotowy na cierpienie – to oczywisty fakt, i dlatego jako społeczeństwo powinniśmy służyć pomocą przynosząc ulgę i wsparcie w cierpieniu na ile to jest możliwe przede wszystkim poprzez żywą obecność.

Proste pytanie, jakie często odnosimy do krajów, gdzie eutanazja jest legalna i coraz bardziej poszerza swoje zakresy: ile hospicjów, ile domów opieki paliatywnej znajduje się w tych krajach? To jest pytanie retoryczne, które otwiera się na zbiór pusty, ponieważ okazuje się, że takich form opieki w takich krajach praktycznie się nie praktykuje.

Myślę, że wiąże się to z dwiema kwestiami: z jednej strony rzeczywiście mamy do czynienia z brakiem zrozumienia wartości cierpienia, które jest wartością bardzo trudną i oczywiście nikt z nas sobie tego na ogół nie życzy. Musimy jednak pamiętać, że cierpienia nie unikniemy. Cierpienie jest wkomponowane w nasze życie. Jest tylko pytanie o stopień tego cierpienia i o sposób uczynienia z cierpienia minimalnej wartości, jeśli oczywiście jest to możliwe.

Z drugiej strony dyskusja, która toczy się w tej sprawie, pokazuje, że współczesny świat przelicza ludzkie życie w kategoriach jakości życia. To jest też element, na który koniecznie trzeba zwracać uwagę przy dyskusjach aborcyjnych i eutanazyjnych, bo po prostu wartość ludzkiego życia została zamieniona na jakość życia.

Życie, które jest naznaczone cierpieniem – na Zachodzie często dodają do słowa cierpienie określenie „bezużyteczne” – brakiem produktywności, a więc nieużytecznością jest według współczesnego świata odarte z jakości i takie życie jest po prostu nieopłacalne, dlatego zamiast towarzyszyć takiemu życiu to życie się eliminuje.

Dzisiaj można odnieść wrażanie, że wartością jest… samobójstwo. Raz, żeby nie cierpieć. Dwa, żeby nie obciążać służby zdrowia. Trzy, żeby chronić klimat. Można wymieniać i wymieniać. Współczesny świat nakręca nas, żebyśmy jak najszybciej umarli, jak tylko przestaniemy konsumować…

Tak. Przestajemy konsumować i z miejsca przestajemy być użyteczni.

Samobójstwo dodatkowo ma jeszcze w sobie bardzo nośny dzisiaj ładunek rzekomej decyzyjności, rzekomego samostanowienia. Tutaj też kryje się „atrakcyjność”, że wmawia się nam, że decydujemy sami o sobie, że to jest wręcz modelowo „wolna decyzja”, że „odchodzimy na własnych warunkach”. Nikt jednak nie podnosi, że „odchodzenie na własnych warunkach” dokonuje się w szczelinie naszych możliwości, która jest zawężona bardzo mocno przez cierpienia, brak zdolności wartościowania, brak zdolności myślenia. To jest po prostu sprowadzenie człowieka do istoty tak dogłębnie zniszczonej cierpieniem, że wręcz zdeterminowanej do samobójstwa.

To rzekome „odchodzenie na własnych warunkach” jest w gruncie rzeczy aktem ucieczki przed cierpieniem, przed bólem, przy braku ludzkiej pomocy. To jest śmierć straszliwie niegodna człowieka i straszliwie urągająca godności osoby ludzkiej.

Kto ma większy grzech: osoba, która decyduje się na eutanazję, ponieważ sama z różnych względów boi się popełnić samobójstwo, czy też osoba, która dokonuje „zabiegu” eutanazji?

Bardzo wahałbym się w dokonywaniu definitywnych pomiarów wagi tego grzechu. Myślę jednak, że osoba, która jest zdeterminowana bólem dokonuje swojej decyzji przy ograniczonej świadomości i ograniczonej wolności. Często jest ona tak mocno poddana presji bólu, samotności…

Tylko, że np. w krajach Beneluksu nie trzeba cierpieć, żeby zdecydować się na eutanazję. Niedawno ogłoszono tam, że przesłanką do eutanazji jest… autyzm.

Pozwoli Pan, że wrócę do próby zmierzenia wagi grzechu. Chcę powiedzieć tylko tyle, że osoba, która sama decyduje się na eutanazję bardzo często podejmuje tę próbę na pewno pod wpływem różnych czynników ograniczających jej świadomość i wolność. Nie mówię, że zwalnia ją to z odpowiedzialności, ale w jakiś sposób może tę odpowiedzialność pomniejszać. MOŻE, ale nie musi.

Z kolei ci, którzy decydują się na wykonanie „zabiegu” nie są niczym zdeterminowani. To są ludzie, którzy po prostu wykonują wyrok śmierci, który bardzo często wcześniej sami wydali i dlatego ich odpowiedzialność w moim przekonaniu jest zdecydowanie większa.

To, że powody eutanazji są coraz bardziej rozszerzane, to wstrząsający fakt. To jest sytuacja, która pokazuje, jak bardzo ludzkie życie przestaje być w cenie i jednocześnie jak bardzo na różne sposoby i różnymi metodami dąży się do depopulacji, do wyrugowania ze społeczeństwa ludzi nieproduktywnych i nieużytecznych, bo zarówno dziecko dotknięte autyzmem, jak i człowiek żyjący w stanie jakiejś demencji czy upośledzony – to są ludzie, którzy według współczesnych trendów absorbują koszty obsługi zdrowotnej, są nieproduktywne i nie konsumują, więc są nikomu niepotrzebni i powinny zniknąć.

To jest straszliwa eugenika, która szerzy się w naszej współczesności w sposób nie mniej, a nawet bardziej drastyczny niż w okresie swojego rozkwitu w czasie II Wojny Światowej.

Skąd ta determinacja u lekarzy i pielęgniarek do zabijania? Znane są przypadki, kiedy pacjent przed podaniem śmiertelnego zastrzyku prosi, aby tego nie robić, bo zmienił zdanie. Oni jednak wstrzykiwali mu truciznę, a potem tłumaczyli, że przed samym „zabiegiem” zawsze jest panika – teraz pacjent powie „nie”, a za tydzień wróci, więc po co odkładać to na później…

Dotykamy tutaj tematu jakiejś ogromnej dewastacji, erozji etyki lekarskiej i godności zawodu lekarza. Oczywiście nie rozciągam tego na wszystkich lekarzy i całą profesję, bo mówimy tutaj o konkretnych przypadkach.

Co jest tego powodem? Przede wszystkim źle uformowane sumienia, które poddają się presji kultury utylitarnej. Brak rzetelnej etyki w czasie studiów medycznych. Nie chcę tutaj posługiwać się nazwiskami, więc przywołam sytuację sprzed kilku lat z Akademii Medycznej w Warszawie, gdzie wykłady z etyki prowadzili czołowi polscy utylitaryści – zwolennicy eutanazji, aborcji i eugeniki.

Przyczyn jest jeszcze więcej, ale zawsze koncentrują się one w ludzkim sumieniu. Jeśli to sumienie nie jest dobrze uformowane, to zawsze znajdą się ludzie, którzy będą tłumaczyć, że wykonali orzeczenie, wykonali decyzję pacjenta i nie jest dla nich ważne, że pacjent może doświadczyć chwilowej ulgi i wycofać się z decyzji o śmierci.

Na koniec chciałem zapytać o biznes, jakim jest śmierć. W Danii działa krematorium, które zapewnia ogrzewanie lokalnym mieszkańcom. W Holandii krematoria chwalą się, ile to pieniędzy zarobiły na sprzedaży złotych zębów, platynowych bioder i innych metalowych części, które nie spłonęły w piecu razem z ludzkimi zwłokami.

Inny przykład: eutanazja to dobry sposób do promocji handlu organami. Cierpiąca osoba i tak umrze, więc nie można dopuścić, żeby organy się zmarnowały. Doktor Mengele byłby dumny…

Oczywiście, że byłby dumny. Kiedy przypominam sobie fakty, które Pan przywołał, to pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, to medycyna z Auschwitz. To jest dokładnie ten sam sposób myślenia niezależnie od różnic technologicznych. To jest sposób dokładnie ten sam sposób myślenia o utylizacji człowieka i jego zwłok.

To właśnie pokazuje jednoznacznie do jakiego poziomu dzisiaj schodzimy odrzucając prawdę o godności człowieka jako istoty stworzonej przez Boga, o powołaniu człowieka do życia wiecznego oraz o godności ludzkiego ciała.

Godność to chyba słowo dzisiaj zakazane…

Ono jest używane, ale w innym znaczeniu.

Godnością jest dzisiaj zezwolenie kobiecie na zabójstwo człowieka w swoim łonie. Godnością jest dzisiaj śmierć poprzez podanie śmiertelnego zastrzyku, ale nie jest nią uduszenie poduszką. Św. Maksymilian Maria Kolbe zmarł więc godnie, a tę godną śmierci zorganizowali mu Niemcy…

No właśnie. Słowu godność nadaje się wartość ustanowioną. To człowiek ma orzekać, co jest godnym życiem, a co nie. Który człowiek zasługuje na życie, a który nie. To jest zupełne odwrócenie porządku rzeczywistości. Niestety, ale w świecie odrzucającym prawdę o Panu Bogu – Stwórcy i Zbawcy takie pojęcia jak godność absolutnie nie trafiają do współczesnej mentalności…

Bóg zapłać za rozmowę.

Tomasz D. Kolanek

Anatema na uczestników zgromadzenia „drogi synodalnej” LGBTQ w Watykanie (4-29 października)

BKP: Anatema na uczestników zgromadzenia synodalnej LGBTQ drogi w Watykanie (4-29 października 2023)

wideo: https://vkpatriarhat.org/pl/?p=20690 https://salvacion.wistia.com/medias/pdllt45v2g

https://bcp-video.org/pl/anatema-na-uczestnikow/ https://rumble.com/v37c2wianatemanauczestnikw.html

https://cos.tv/videos/play/46521464051503104 https://ugetube.com/watch/UZIaWKdBhue3aYB

W dniu 4 października 2023 r. ma rozpocząć się ogólnoświatowe zgromadzenie tzw. synodalnej drogi. Do dziś jej prawdziwe intencje są ukryte. W rzeczywistości ma na celu duchowe i zewnętrzne samobójstwo Kościoła katolickiego w samej jego istocie. Zgromadzenia kontynentalne, które odbywały się od stycznia do marca 2023 roku, do tego kościelnego samobójstwa celowo przygotowały warunki. W styczniu Bergoglio powiedział światowym mediom, że biskupi muszą przejść proces konwersji, aby powitać LGBTQ osoby w Kościele.

Jest absolutnie jasne, że Synod ma na celu promowanie ideologii i nieczystych duchów LGBTQ. Jezus te demony wypędzał, ale bergogliańska sekta wita ich w Kościele. Jest to proces likwidacji Bożych przykazań i drogi zbawienia, a to jest podła zdrada Jezusa Chrystusa.

Podstawowym krokiem i podstawowym warunkiem na drodze zbawienia jest pokuta i wiara w Ewangelię (por. Mk 1,15). Nieważny papież jednak promuje inną drogę – drogę antypokuty i pseudo-wiary w antyewangelię (por. Ga 1:8-9). Wynikiem jest wieczne potępienie. Musimy uświadomić sobie, że chodzi o wieczne, tak, o wieczne potępienie! To jest prawdziwe oblicze synodalnej LGBTQ drogi.

Z prasy dowiadujemy się, że bp Bätzing chce propagować tzw. nowe idee, „jak założyć Kościół inaczej” (24.07.2023). Franciszek wyraża na to milczącą zgodę. Biskup Robert Barron z USA stwierdził: „Wiele osób z różnych powodów odseparowało się od Kościoła. Synod zajmie się kwestią, jak ponownie przywrócić tych ludzi do Kościoła.” Człowiek się od Kościoła i od Chrystusa odseparuje poprzez grzech i tylko poprzez pokutę może powrócić. Innej drogi powrotnej nie ma. Jednak ci, odseparowaniod Boga prałaci, sami odrzucają pokutę i nawet nikogo do niej nie prowadzą. Taki Kościół nikogo nie zbawi, a wręcz przeciwnie, legalizując i błogosławiąc grzech, zabija sumienie i ciągnie dusze do wiecznej zguby.

Na synodzie między innymi chodzi o kościelną legalizacjię absurdalnej psychopatycznej synodalnej drogi Niemiec i Belgii.

Na październikowe zgromadzenie ze Stanów Zjednoczonych wybrano następujących delegatów: kardynała Timothy’ego Dolana, biskupa Daniela Floresa, biskupa Kevina Rhoadesa i arcybiskupa Timothy’ego Broglio. Franciszek sam mianował na Synod (i z prawem głosu) zwolenników antyewangelia LGBTQ: jezuitę Martina oraz kardynałów Cupicha i McElroya. Barron obłudnie pociesza opozycyjną stronę, że tutaj rzekomo odbędzie się wielka dyskusja i głosowanie. Z góry ale wiadomo, że zaproszeni prałaci i świeccy  to w większości zwolennicy LGBTQ, więc symboliczna opozycja zostanie przekrzyczana i przegłosowana. Ten zbójnicki Synod następnie wyda jako nowe nauczanie Kościoła wiążące dokumenty, które zalegalizują niemoralność i herezje na wzór niemieckiej i belgijskiej drogi.

W istocie jest to zorganizowane oszustwo i manipulacja, uświęcona posłuszeństwem „Ojcu Świętemu”. Na koniec obłudnie ogłoszą: „Roma locuta, causa finita” (Rzym przemówił, sprawa zakończona).

Jest tu zasadnicze pytanie: czy Franciszek, który promuje antyewangelię LGBTQ i który poświęcił się demonom w Kanadzie, jest prawowitym papieżem? Jeśli ktoś twierdzi, że jest, to już nie obowiązuje Ewangelia Chrystusa i nie jest to już Kościół Chrystusowy, ale pseudo-kościół antychrysta.

O synodalnej drodze wypowiedział się były prefekt Kongregacji Nauki Wiary, kardynał Müller takto: „Droga synodalna jest dogmatycznie niekompetentna i kościelno-kanonicznie nielegalna”.

Na temat obecnej sytuacji zarówno na świecie, jak i w Kościele realistycznie wypowiedział się były nuncjusz w USA, Carlo Maria Viganò, mówiąc, że Głębokie Państwo i Głęboki Kościół, na którego czele stoi Bergoglio, są w jedności.

Dlaczego Jezus założył swój Kościół? Dla zbawienia dusz. W żadnym wypadku nie po to, aby fałszywi apostołowie (2 Kor 11:13) zmieniali Boże i Chrystusowe przykazania oraz ciągnęli ludzi do piekła. Obecnie doszło do największej zbrodni nadużycia najwyższej władzy Kościoła, zarówno papieskiej, jak i apostolskiej. Ci pseudoapostołowie wraz ze swoim fałszywym papieżem manipulują zwrotami religijnymi i wprowadzają fałszywe nauki, aby uczynić z katolików media nieczystych demonów.

Nowy model Bergogliowego antykościoła to bunt przeciwko Bogu. Jeśli biskupom Ameryki zależy na prawdziwej reewangelizacji i wierności Duchowi Chrystusowemu i nauczaniu, niech radykalnie odmówią udziału w październikowym zbójeckim synodzie. Czyniąc to, publicznie ujawnią, że katolicy USA nie uczestniczą w zaprogramowanym samobójstwie Kościoła katolickiego.

Dnia 4 lipca w amerykańskich kinach pojawił się wstrząsający film „Dźwięk wolności”. Przestępczy handel dziećmi jest haniebnym owocem legalizacji seksualnych Q-dewiacji. Październikowy Synod w Watykanie, witając osoby LGBTQ, legalizuje również przerażające zbrodnie przeciwko dzieciom!

Bergoglio już cztery lata temu w samolocie z Panamy gorliwie promował tzw. edukację seksualną, która jest systematyczną demoralizacją dzieci. Publicznie opowiadał się za „seksem bez rygoryzmu” dla dzieci. W Irlandii zachęcał rodziców, aby nie bronili swoim dzieciom w zmianie tzw. seksualnej orientacji. Całując stopy transseksualisty, de facto zatwierdził i przestępcze przeoperowanie płci. W Rzymie Bergoglio ostro potępił dwumilionową demonstrację przeciwko wykorzystywaniu dzieci przez homoseksualistów przy tzw. adopcji. W tym roku zadeklarował, że homoseksualizm, a tym samym pedofilia, nie mogą być penalizowane.

Biskupi USA, ale także inni biskupi, którzy mimo wszystko wezmą udział w październikowym zbrodniczym synodzie, sprowadzają na siebie Bożą anatemę – wykluczenie z Mistycznego Ciała Chrystusa i ekskomunikę latae sententiae. To wykluczenie, a zarazem Boże przekleństwo, już wielokrotnie ściągał na siebie nieważny papież Franciszek. Trzeba sobie ponownie uświadomić, że dzisiejszy Kościół nie ma papieża; jest stan sede vacante. Arcyheretyk, wyrzucony z Kościoła nie może być jego głową! Kto go słucha, sam sprowadza na siebie klątwę, anatemę. Jest to duchowa rzeczywistość, wynikająca z Pisma Świętego i Tradycji Kościoła.

+ Eliasz

Patriarcha Bizantyjskiego Katolickiego Patriarchatu

+ Metodiusz OSBMr + Tymoteusz OSBMr

biskupi-sekretarze

2.08.2023

Prawdziwy cel październikowego synodu w Watykanie

https://vkpatriarhat.org/en/?p=23390 /english/

http://vkpatriarhat.org/it/?p=9993 /italiano/

http://vkpatriarhat.org/fr/?p=16809 /français/

https://vkpatriarhat.org/es/?p=13302 /español/

https://vkpatriarhat.org/cz/?p=50446 /čeština/

https://vkpatriarhat.org/hu/anathema/ /magyar/

https://vkpatriarhat.org/ru/?p=30376 /русский/

https://vkpatriarhat.org/anatema-na-uchasnykiv/ /українська/

https://vkpatriarhat.org/pg/anatema-do-caminho-sinodal/ /português/

Zapisz się do naszego newsletterhttps://lb.benchmarkemail.com//listbuilder/signupnew?5hjt8JVutE5bZ8guod7%252Fpf5pwVnAjsSIi5iGuoPZdjDtO5iNRn8gS049TyW7spdJ

Franciszek w Mongolii zachwyca się ludobójcą chrześcijan Czyngis Chanem, szamanami, buddyzmem i ekologią jurt

Papież Franciszek w Mongolii zachwyca się ludobójcą chrześcijan, szamanami, buddyzmem i ekologią jurt

franciszek-w-mongolii-zachwyca-sie-ludobojca-chrzescijan-szamanami-i-ekologia-jurt

Franciszek ponownie wychwala imperializm. Tym razem „przywódca katolików” zrobił to w Mongolii. Ojciec Święty zachwycał się Czyngis Chanem – krwawym tyranem i ludobójcą chrześcijan.

Franciszek niejednokrotnie wprawiał katolików na całym świecie w konsternację swoimi czynami. Już nie raz wygłaszał tezy, które zdawały się [są !! md] sprzeczne z nauką chrześcijańską. W obliczu rosyjskiej napaści na Ukrainę wykazywał prorosyjskie sympatie, a podczas spotkań z Indianami brał udział w rytuałach, które można uznać za pogańskie i odprawiane ku czci bożków. Po papieskiej wizycie w Mongolii katolicy znów mogą czuć się zdezorientowani.

Papież znów o ekologii

Podczas wizyty w Mongolii papież Franciszek zachwycał się tradycyjnymi mongolskimi jurtami. Ojciec Święty stwierdził, że są one przykładem dla ludzi w reszcie świata, bo są ekologiczne, czyli „wszechstronne, wielofunkcyjne i mają zerowy wpływ na środowisko”.

Franciszek zauważył, że „jurty dzięki swojej zdolności adaptacji do skrajności klimatycznych, umożliwiają życie na bardzo zróżnicowanych terytoriach”.

W ogóle papież zaskakująco dużo miejsca w swoim przemówieniu poświęcił właśnie jurtom. Może jednak lepiej byłoby, gdyby przez całe przemówienie trzymał się właśnie tego tematu. Reszta tego, co powiedział, jest bowiem o wiele bardziej kontrowersyjna.

Franciszek zachwyca się szamanami i buddyzmem

W dalszej części przemówienia Ojciec Święty zachwycał się buddyzmem i mongolskimi szamanami. Zdaje się, że przywódca katolików przejawia jakiś rodzaj fascynacji religiami szamanistycznymi, bo to nie pierwszy raz, gdy wyraża tego rodzaju podziw.

W Mongolii Franciszek mówił, że „holistyczna wizja mongolskiej tradycji szamańskiej i szacunek dla każdej istoty żywej wywodzący się z filozofii buddyjskiej, stanowią ważny wkład w pilne zaangażowanie na rzecz ochrony planety Ziemi”.

Papież znów chwali imperializm i zachwyca się ludobójcą chrześcijan

Franciszek przypomniał Mongołom, że przybył do nich „w czasie ważnej dla was rocznicy, 860-lecia urodzin Czyngis-Chana”. Papież wyraził podziw dla przodków gospodarzy, że „ogarniali przez wieki ziemie tak odległe i zróżnicowane”. Zdaniem papieża imperium Czyngis Chana może być przykładem dla dzisiejszej cywilizacji, jak przywrócić pokój i harmonię na świecie naznaczonym przez konflikty.

Franciszek zupełnie pominął fakt, że Czyngis Chan rozszerzał swoje imperium poprzez prowadzenie krwawych podbojów i mordowanie autochtonicznych ludów – najczęściej chrześcijan. W 1240 roku Mongołowie zajęli Kijów, a następnie organizowali najazdy na Polskę, podczas których zginęło ok. 20 tys. mieszkańców ziem polskich, co, odnosząc do mniejszej liczebności ludzi niż obecnie, można uznać za ogromne i krwawe ludobójstwo.

To jednak nie pierwszy raz, gdy Ojciec Święty zachwyca się imperializmem. Nie tak dawno w rozmowie z rosyjską młodzieżą mówił młodym ludziom z Rosji, że są spadkobiercami wielkiej Rosji Piotra I i Katarzyny II i apelował, by nie rezygnowali ze swojego dziedzictwa.

[Dalej NCz cytuje jakiegoś lewaka z UWarsz., nie warto powtarzać lewych sloganów poganina. MD]

—————————–

Ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego bez czytania. Za coś takiego powinna być natychmiastowa dymisja.

Ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego bez czytania. Za coś takiego to w porządnym państwie powinna być natychmiastowa dymisja

Stanisław Michalkiewicz

w-porzadnym-panstwie-powinna-byc-natychmiastowa-dymisja

W serii pytań i odpowiedzi na swoim kanale na YouTube Stanisław Michalkiewicz wskazywał m.in. na podobieństwa między PiS-em a Koalicją Obywatelską.

Przypomniał wspólne głosowania partii Kaczyńskiego i Tuska w sprawach dla Polski niezwykle istotnych.

„Często w swoich wypowiedziach powtarza Pan, że PiS i KO, dawniej PO, w sprawach istotnych głosują jednomyślnie. Czy mógłby Pan podać kilka takich najistotniejszych głosowań? Czego dotyczyły?” – pytał jeden z internautów.

– Mógłbym, oczywiście. I to w sprawach naprawdę przesądzających o losie państwa na dziesięciolecia, jeśli nie na stulecie – wskazał Michalkiewicz.

Przypomniał, że w roku 2003 przed referendum akcesyjnym „i Prawo i Sprawiedliwość i Platforma Obywatelska, ręka w rękę, zgodnie agitowały (…), stręczyły Polakom Unię Europejską”.

Jako drugi przykład Michalkiewicz podał „głosowanie w Sejmie 1 kwietnia 2008 roku nad ustawą upoważniającą prezydenta Kaczyńskiego do ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego”. – I Platforma Obywatelska i PiS, co prawda część posłów (…) się zbuntowała i nie głosowała za tym, ale reszta głosowała. „Naczelnik państwa” głosował „za”, podobnie jak Platforma Obywatelska – wskazał.

Michalkiewicz zaznaczył też, że „ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego, nawiasem mówiąc 13 grudnia 2007 roku Donald Tusk, razem z «księciem małżonkiem», czyli ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim podpisali Traktat w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, jak się okazało bez czytania, do czego Donald Tusk się przyznał”.

– No to jak Donald Tusk go nie czytał, to „książę małżonek” tym bardziej go nie czytał. Za coś takiego to w porządnym państwie, na dobry początek, powinna być natychmiastowa dymisja, na szpicach butów powinien taki premier wylecieć – ocenił Michalkiewicz.

– No ale Polska jest państwem pozostałym, także przeszło to bez echa, w ogóle nikt nie zwrócił na to uwagi, mimo że Donald Tusk bez bicia się przyznał – wskazał.

Michalkiewicz zaznaczył, że „dopiero teraz się dowiadujemy jak ogromny kawał suwerenności ten traktat Polsce amputował”, ale „do końca tego nie wiemy”.

Prawdopodobnie nikt tego nie czytał, również ci posłowie, którzy głosowali za ustawą upoważniającą prezydenta Kaczyńskiego do ratyfikacji tego Traktatu i obawiam się, że prezydent Kaczyński też go nie czytał i podpisał, ratyfikował ten Traktat 10 października 2009 roku i teraz czkawką nam się to odbija – stwierdził Michalkiewicz.

– Całkiem niedawny przykład. Tu akurat Koalicja Obywatelska nie w całości współpracowała z „naczelnikiem państwa”, ale na przykład klub parlamentarny Lewicy jak najbardziej. Dzięki niemu właśnie „naczelnik państwa” przeforsował ratyfikację ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej wyliczał dalej Michalkiewicz.

– Ta ustawa przewidywała wyposażenie Komisji Europejskiej w dwa nowe uprawnienia, których ona przedtem nie miała. Uprawnienie do zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii i uprawnienie do nakładania bezpośrednich, unijnych podatków wyjaśnił.

Michalkiewicz podkreślił, że „tu nawet znaczna część PiS-u się zbuntowała”, więc „nie było innej rady, żeby tę ratyfikację przepchnąć, to «naczelnik państwa» odwołał się do swoich takich wrogów zaprzysięgłych, mianowicie klubu Lewicy i tymi głosami to przeforsował”.

– W sprawach rzeczywiście istotnych, które decydują o losie państwa, te formacje działają ręka w rękę – skwitował publicysta.

ŹRÓDŁO YouTube/Stanisław Michalkiewicz

Halina i Jasiek. Legenda sandomierska – Cz. III

Andrzej Juliusz Sarwa

Opowieść o Halinie córce Piotra z Krępy

legenda sandomierska – Cz. III

Halina i Jasiek

Wiosna tego roku przyszła wcześniej niż zwykle. Już pod koniec lutego nie uświadczyłbyś szczypty śniegu, nawet po jarach i rozpadlinach, gdzie słońce rzadko zagląda. Na gałęziach krzów i drzew nabrzmiewały pąki, opite sokami wyssanymi z ziemi-rodzicielki.

Z początkiem marca zaś, na tle czerni i szarzyzn, widniały całe plamy młodej zieleni. Okwitły leszczyny i olsze, a podbiały całymi łanami porastały miejsca niżej położone, o wilgotniejszej glebie, tak iż zdawało się, że to nie gąszcz kwiatów, ale kałuże żółtej farby, którą rozlał jakiś nieuważny malarz. 

Oto minęło już osiem lat od onej pamiętnej, a tragicznej dla Haliny zimy, podczas której Tatarzy pozbawili ją ojca, a i sama omal nie straciła życia. 

Pierwsze tygodnie i pierwsze miesiące, kiedy wróciła do Krępy po uciążliwej wędrówce, podczas której wraz z piastunką przymierały głodem, kąsane przez mróz, dla dwunastoletniej wówczas dziewczynki były straszne. 

Chociaż za dnia starała się zachowywać zupełnie spokojnie, maskując lęk i boleść, które nie opuszczały jej ani na chwilę, nocą, wtuliwszy głowę w poduszkę, płakała cichutko. Tęskniła za ojcem, który przecież odszedł z jej życia na zawsze, i tęskniła za rodzinnym Sandomierzem. 

Gdy Tatarzy, przeszedłszy przez kraj niczym huragan, wycofali się do swych pieleszy, poza ruską ziemią leżących, a ludzie odzyskali nieco spokoju, opłakali zmarłych i uprowadzonych oraz odżałowali już utracony dobytek, krewniacy – Nałęcze przypomnieli sobie o sierocie. 

Dziewczynka rodzinę miała liczną, zamożną i wpływową, więc nie musiała się lękać o swoją przyszłość. Jedna z ciotek zresztą rychło wzięła ją do siebie na wychowanie.

Ale gdy księżna Kinga dowiedziała się, iż córka Piotra Krępy żyje, nakazała, by sprowadziła się na dwór książęcy i odtąd sama miała nad nią pieczę. 

Mijały lata. Halina z dziecka przeistoczyła się w piękną pannę i nie jeden chłopak strzelał za nią oczyma, ale ona jakoś na żadnego nie zwracała uwagi. Zresztą księżna Kinga swoje dwórki żelazną trzymała ręką i nawet marzyć nie mogły o jakichś znajomościach, o których by ona sama nie zadecydowała. 

Życie płynęło Halinie monotonnie, chociaż nie w lenistwie, bo przez cały dzień miała jakieś zajęcie. Trochę przemieszkiwała w Krakowie, trochę w Sandomierzu, w zależności od tego, w której z owych dwu stolic akurat przebywał dwór. Ostatnio wszakże najczęściej w Sączu, stanowiącym własność księżny, która najchętniej nie ruszałaby się stamtąd wcale. 

Wyjazdy do Sandomierza sprawiały Halinie niewymowną radość. Oto każdy kamień, każdy krzak były jej tu bliskie. Chociaż czasem budziły się w dziewczynie smutne wspomnienia, to przecież jednak, wędrując malowniczymi lessowymi wąwozami, czy spacerując brzegiem Wisły, wracała oczyma wyobraźni do tych dni szczęśliwych, gdy trzymając ojca za rękę, dreptała obok niego po tych samych dróżkach. 

Księżna Kinga nie pozwalała swoim dwórkom włóczyć się po mieście, ale Halina rozmaite stosując wybiegi, wymykała się, ilekroć to tylko było możliwe.

Tym razem dwór zjechał do Sandomierza, by spędzić tu święta wielkanocne. Bito wieprze i cielęta, pieczono słodkie ciasta i kołacze. Woń kiełbas, czosnku, wędzonych mięs, zamorskich korzeni, piwa i miodu wypełniała ogromną zamkową kuchnię. Spodziewano się licznych i wysoko postawionych gości, bo oboje księstwo nigdy by dla siebie i swego tylko dworu nie kazali nagotować takiej obfitości jadła. Wstrzemięźliwi byli oboje nad miarę i jadali skromnie, co jak można się domyślać, wcale nie cieszyło dworzan. 

Poza tym – jak to przed świętami – panowała atmosfera ożywienia, podniecenia nawet. Dziewczęta z otoczenia księżny, na ogół zdyscyplinowane i ciche, teraz zmieniły się nie do poznania. Po wszystkich korytarzach niósł się ich śmiech, a co odważniejsze wpadały do kuchni, by porwać jakiś smakołyk, a później z piskiem uciec przed rozdrażnionym kucharzem, dwojącym się i trojącym wokół palenisk i saganów, co przypominało jakiś cudaczny taniec. 

Halina ryzykując, iż księżna może się na nią pogniewać, wymykała się teraz z zamku już co dnia i włóczyła poza miastem. Śnieg stopniał dość dawno, nie padały deszcze, a za to przyświecało słonko, więc ziemia obeschła dobrze i bez narażenia się na ubłocenie mogła odwiedzać swe ulubione zakątki: brzeg wiślany i głęboki, mroczny wąwóz przerzynający, aż do jego serca prawie, całe Wzgórze Świętopawelskie. 

Spacerując po okolicy, z przyjemnością spoglądała dookoła. Przyroda budziła się już na dobre z zimowego snu. Zioła wychylały się z ziemi. Coraz częściej można było – nie licząc podbiałów, stokrotek i przebiśniegów – zoczyć kwiat jaki, a trawa poczęła nabierać swej naturalnej zieleni. Tej zieleni, która zda się zachęcać, aby pożywszy się na niej na wznak, wsłuchując się w szmery i odgłosy stworzeń wiodących swoje ciche żywoty śród źdźbeł, wystawiwszy twarz ku promieniom słonecznym, śledzić białe obłoki niesione po firmamencie łagodnym podmuchem wietrzyku. 

Halina, znalazłszy się nad Wisłą, przysiadła na ogromnym dębowym pniu, poczerniałym od wody i starości, który wyrzucił tutaj nurt. Patrzyła w zamyśleniu na szarą taflę rzeki, która niebieszczała dopiero gdzieś hen, w oddali, odbijając niczym zwierciadło błękit wiosennego nieba. Pachniało mułem i wierzbowymi baziami.

Gdzieś blisko dał się słyszeć plusk. 

„Ryby się rzucają” – pomyślała dziewczyna. 

Przymknąwszy oczy i odrzuciwszy głowę do tyłu, oddała się rojeniom.

Oto znów była małą dziewczynką. Ojciec niósł ją na rękach, a ona śmiejąc się, chwytała go za włosy. Musiało to być wspomnienie z bardzo wczesnego dzieciństwa. 

Potem znów przypomniała sobie jakieś letnie popołudnie. Żar lejący się z nieba, brzęczenie pszczół zbierających słodki nektar z lipowego kwiecia. Słodkawy, cudowny jego zapach sycił powietrze. Ostrożnie, by nie płoszyć owadów, zrywała gałązkę po gałązce, a później wkładała je do przepaścistej wiklinowej kobiałki. Miał to być zapas na całą zimę, kiedy to z lipowego suszu parzy się woniejący słodkawo, o miodowym odcieniu, napój. W kubku pozłocistego płynu zaklęte było lato, i słońce, i kumkanie żab, i dzwonienie koników polnych, i spokój jeszcze jednego beztrosko przeżytego dnia… 

Wspominała swoje najszczęśliwsze lata. 

Naraz z owych rojeń wyrwał ją niski, spokojny, męski głos: 

– Nie boisz się, dziewczyno, siedzieć sama na tym odludziu? 

Wystraszona zerwała się na równe nogi i spojrzała w stronę, z której ów głos ją dobiegł. 

Na pochyłości łagodnego w tym miejscu, wiślanego brzegu stał młody mężczyzna. Stał z gołą głową i wiatr rozwiewał mu jasne, niczym żytnia słoma, włosy. 

Odziany był w bogaty kaftan z grubego niemieckiego sukna. Jedną ręką podparł się pod bok, w drugiej dzierżył giętką wiklinową witkę, którą od czasu do czasu uderzał się po bucie. 

Halina spłoniła się, jakby złapana na gorącym uczynku czynienia czegoś niedozwolonego, a później jąkając się z przejęcia, rzekła: 

– Nie… nie… lękam się. 

A po chwili odzyskawszy panowanie nad głosem, dorzuciła:

– Niby czego miałabym się lękać? Czyż nie jestem bezpieczna w Sandomierzu? Książę z dworem tu stoi, straży pełno, któż by się odważył napastować dwórkę księżny? 

– A choćby ja! – zawołał z przekorą w głosie nieznajomy. 

– Nie żartujcie, panie. Lepiej pozwólcie mi przejść. 

Halina skierowała się w stronę miasta. 

Ale mężczyzna zastąpił jej drogę. 

– Wpierw mi musisz rzec jak ci na imię, dziewczyno. Nie widziałem piękniejszej od ciebie. 

Ostatnie słowa wyrzekł z taką mocą w głosie i z takim przekonaniem, iż Halina zrozumiała, że wyrzekł je szczerze.

Zatrzymała się więc. Śmiało spojrzała mu w oczy, a potem powiedziała: 

– Na imię mi Halina, skoroś taki ciekawy. A jak tobie? 

– Jasiek.

– Tedy mnie przepuść, Jaśku, jeśli nie chcesz mieć do czynienia z pana wojewody sandomierskiego strażą. Sprawiedliwy to pan, jak słyszałam, i o krzywdę sieroty upomnieć się potrafi. Zawszeć to lepiej po wolności chodzić, tym bardziej że coraz piękniej na świecie, niż w zamkowym lochu gnić, albo i też katu głowę dać.

Słuchał Jasiek owej perory z niejakim zdziwieniem, zaskoczony tak wielką pewnością siebie i odwagą panny. Ale wysłuchawszy jej do końca, zaniósł się gromkim śmiechem, jakby istotnie coś zabawnego, a nie pogróżki usłyszał. 

A ona nie czekając, aż natręt przestanie się śmiać, pchnęła go z całej siły w piersi, tak iż zachwiał się z lekka, nie będąc przygotowany na cios. Halina, utorowawszy sobie w ten sposób drogę, ile sił w nogach pobiegła do zamku. 

Umykając, posłyszała jeszcze głos Jaśka: 

– A strzeż się, bo rychło cię dopadnę! Nie umkniesz mi, dziewczyno, nie umkniesz! 

Skoro Halina znalazła się już pośród grodowych obwałowań, uprzytomniła sobie, iż owa przygoda mogła się była skończyć zgoła inaczej. Chwalić Boga, nie był to widać żaden łotr, lecz jakowyś żartowniś tylko. Postanowiła wszelako, iż od tej pory nie będzie sama jedna włóczyć się po odludnych miejscach, niezbyt to bowiem bezpieczne. 

Chociaż była odważna, to jeszcze na wspomnienie owego zdarzenia czuła drżenie w łydkach i mrowienie w krzyżu. Wzięła się jednak w garść, przygładziła rozwiane w czasie ucieczki włosy i spokojnym krokiem podążyła do komnaty, w której zwykle księżna pani przebywała z dwórkami.

* * *

W komnacie owej panowało dziwne jakieś podniecenie. Księżny Kingi nie było, nie było też dwu czy trzech dziewcząt, które zabrała ze sobą dla towarzystwa. Pozostałe dwórki zaś rozprawiały o czymś tak zawzięcie, iż nie zauważyły wejścia Haliny. 

Dopiero gdy spytała – a pytanie powtarzać musiała kilkakroć, aby zostało wreszcie usłyszane – co też się dzieje, dziewczęta ją otoczyły i jęły podniesionymi głosami, z przejęciem wielkim, jedna przez drugą wołać: 

– Gdzieś była? 

– Księżna cię szukała! 

– Ma przyjechać dzisiaj nowy pan wojewoda sandomierski! 

– Z rycerską drużyną! 

– Może sobie jakiegoś rycerza upatrzę? – marzyła w głos jedna z dziewcząt. 

– A któryż cię zechce? – pokpiwała z niej druga. 

– A dlaczegoż by miał mnie nie zechcieć? Brakuje mi czego? – oburzyła się pierwsza. 

Inna znów wtrąciła się do rozmowy: 

– A mnie może i sam wojewoda wybierze? 

– Patrzcie, patrzcie! Cóż to się jej roi?! – kpiła jej przyjaciółka. 

– Dlaczego nie? Przecie to jeszcze kawaler! 

Halina machnęła ręką i poszła w kąt, gdzie wziąwszy płat jedwabnej tkaniny, poczęła haftować na nim rozpoczętą wcześniej kiść gron winnych. Chciała opowiedzieć dziewczętom o swojej przygodzie, ale uznała, że żadnej to nie zainteresuje, że teraz myślą tylko o jednym, aby jak najlepiej wyglądać i przypodobać się nowo przybyłym wraz z wojewodą rycerzom. 

Siedziała tedy w kącie zajęta swoją robotą, a harmider, miast maleć, narastał jeszcze. Aż oto ustał nagle jakby nożem ucięty. Otworzyły się bowiem drzwi i w progu stanęła księżna. 

– Moje panny – rzekła. – Przybył do zamku dzisiaj nowy pan wojewoda sandomierski i jeszcze kilku godnych mężów, o czym zresztą, jak widzę, już wiecie. Mój książęcy małżonek będzie z nimi wieczerzał. Przyodziejcie się tedy, jak możecie najpiękniej, aby mnie, książęciu i całemu dworowi wstydu nie przynieść. A teraz dość już owego harmidru, co go to pewnie aż na mieście słychać. Niechaj każda weźmie się za swoją robotę. Bierzcie przykład z Haliny. Spójrzcie, jak pilnie wyszywa!

Skończywszy tę przemowę, pani Kinga sama jęła haftować przepiękną tuwalnię dla kościoła Świętego Jana przeznaczoną. Jej zręczne palce malowały nicią pozłociste pszeniczne kłosy, podbarwiały je z lekka czerwienią, tak iż wyglądały, jak największy skarb tej ziemi – czerwonokłosa pszenica-sandomierka. 

Dalsze godziny upływały monotonnie. Jedyne urozmaicenie stanowił skromny południowy posiłek, który tym razem spożyły, nie opuszczając komnaty.

Gdy jednak na dworze jęło się z lekka zmierzchać, księżna powiedziała:

– Dość już na dzisiaj, moje panny. Niechaj teraz każda przyodzieje się w to, co ma najlepszego, najpiękniejszego, a potem razem ze mną uda się na wieczerzę. Pamiętajcie tylko o skromności – największym i najcenniejszym skarbie, jaki posiada dziewczyna. 

Usłyszawszy te słowa, dwórki z piskiem rozbiegły się do swoich izdebek. Halina tylko ociągała się z wyjściem, chcąc skończyć haft jednej jeszcze jagódki w winnej kiści. 

– Nie męcz już oczu, dziecko. Wystarczy na dziś – dobrotliwie ozwała się księżna. – Zawsześ smutna jakaś, zamyślona. Idź, przyodziej się godnie, jak na Krępiankę przystało. Zobaczymy nowe twarze, może usłyszymy ciekawe jakie opowieści. Rozerwiemy się nieco.

Odłożyła tedy Halina igłę i posłuszna poszła wykonać polecenie księżny Kingi. 

Ubierając się i czesząc swoje pyszne, pozłociste włosy, rozmyślała o dzisiejszej przygodzie, jaka ją spotkała na wiślanym brzegu. I o dziwo, im dłużej myślała, tym przyjaźniejsze uczucia zaczynała żywić względem owego młodzieńca. 

W końcu złapała się na tym, iż wabi jego obraz pod przymknięte powieki, a myśl kieruje ku jego osobie. 

„Przecie to nie żaden zbrodzień” – kotłowało jej w głowie. 

„Wyglądał raczej na syna jakowegoś możnego pana. Ubrany był dostatnio…” 

„Gdyby chciał mnie ukrzywdzić, cóż mu niby stało na przeszkodzie?” 

„Niewinnie posądziłam człeka o złe zamiary”. „Ach, jakiż on urodziwy, jaki urodziwy. Jeszcze żaden mi się taki nie wydawał”.

„Czy go spotkam kiedykolwiek?” 

Skończyła toaletę i dołączyła do dwórek, które całą gromadą udawały się do komnat księżny. Pani Kinga też już była wyszła na korytarz i na czele dziewcząt udała się do sali jadalnej.

Książę siedział u szczytu stołu. Na widok małżonki wstał z uszanowaniem i wskazał jej miejsce po swej prawej stronie. Idąc za jego przykładem, powstali również obecni tam rycerze i urzędnicy dworscy.

Dziewczęta rozlokowały się, każda na przeznaczonym jej miejscu i bacznie rozglądały się dookoła, wypatrując nowych twarzy. 

Halina dostąpiła nie lada zaszczytu, bo posadzono ją po lewej ręce księcia Bolka, Wstydliwym przez lud nazwanego, od którego dzieliło ją tylko jedno puste miejsce. Widno przeznaczone dla pana wojewody sandomierskiego, który miał być dzisiaj najważniejszym gościem, a podczas wieczerzy opowiedzieć o swych ostatnich zmaganiach z Tatarami w okolicach Lublina, jednego z najważniejszych grodów Sandomierskiej Ziemi. 

Ale mimo iż wieczerza już się miała rozpocząć i obcych twarzy rycerskich z drużyny pana sandomierskiego sporo już widać było między zebranymi, miejsce wojewody pozostawało puste. 

Książę począł się niecierpliwić. A wiadomym było powszechnie, iż nie znosi niepunktualności. Wszelako zniecierpliwienie jego okazało się przedwczesne, bo oto w drzwiach ukazała się męska postać, a na sali dał się słyszeć czyjś głos: 

– A oto i Jan Pilawa, pan wojewoda sandomierski!

Na co chudy podkanclerzy dodał po łacinie: 

– Comes Joannes palatinus sandomiriensis. 

Oczy zebranych obróciły się ku wejściu. Spojrzała w tę stronę i Halina, wiedziona ciekawością i w tejże samej chwili zamarła, zaskoczona widokiem, którego nie spodziewała się ujrzeć. Do sali wchodził jej nieznajomy znad Wisły!

Wspomniawszy wszystko, co doń mówiła, a szczególnie owo straszenie go wojewodzińską strażą, zawstydziła się tak bardzo, iż najchętniej zapadłaby się popod ziemię. Zgarbiła się tedy, jak najbardziej mogła, i pochyliła twarz nad stołem, nie podnosząc wzroku.

Tymczasem wojewoda podszedł do wskazanego mu przez księcia siedziska i oddawszy wprzód uszanowanie władcy i jego małżonce, rozparł się wygodnie i jął z zainteresowaniem rozglądać się śród obecnych.

Okazało się, iż miał pośród nich wielu znajomych i krewniaków, toteż kłaniał się na prawo i lewo, słał lub odwzajemniał uśmiechy. 

Halina drżała na myśl o tym, co będzie, gdy w końcu i na nią zwróci uwagę i, co nie daj Bóg, rozpozna.

Uczyniła tedy rzecz najgłupszą, jaką mogła uczynić. Wyjęła z rękawa chusteczkę, przytknęła ją do policzka, chcąc w ten sposób ukryć twarz. 

Księżna Kinga zauważyła to natychmiast i w głos zapytała: 

– Cóż ci się stało, Halino? Czyżby zęby jęły ci dokuczać? 

Na głos księżnej, a pewnie również na dźwięk wypowiedzianego przez nią imienia, spojrzał wojewoda na siedzącą obok dziewczynę i, jak można się było tego spodziewać, natychmiast ją rozpoznał.

Uśmiechnął się szeroko, bo zrozumiał, iż to nie ból zębów, miała ta chusteczka koić, ale nie dając nic poznać po sobie, ozwał się w te słowa: 

– Jakaż szkoda, że akurat teraz poczęłaś odczuwać cierpienie, kiedy stół zastawiony suto. A może mógłbym ci pomóc? Znam się nieco na zębach. Wraz przygotuję lekarstwo. 

Rzekłszy to, pochylił się do ucha Haliny i wyrzekł jeszcze ściszonym głosem: 

– A nie mówiłem, Halino, że mi nie uciekniesz? 

Dziewczyna zapłoniła się niczym polny mak i odpowiedziała szeptem:

– Nie wiedziałam, że to w zwyczaju wojewodów zachowywać się wobec niewiast po pogańsku. 

Księżna bacznie obserwowała oboje, bo zdało się jej, iż mają oni jakowąś wspólną tajemnicę. Ale nie chciała indagować ich o to przy całym dworze. W duchu jednak pomyślała, iż doskonalszej od Pilawy partii nie mogłaby dla Haliny wyszukać. A chciała ją przecie wydać za mąż jak najlepiej, bacząc na zasługi ojca i zobowiązania, jakie byli księstwo wobec tego rodu zaciągnęli.

Nie przypuszczała jednakże, iż młodzi mogą się mieć ku sobie, bo i skąd, jeśli nie znali się wcześniej. Niemniej coś kazało jej sądzić, iż jednak nie są sobie zupełnie obcy. Rozpaliło to ciekawość księżny, postanowiła zatem, iż zaraz po wieczerzy rozmówi się z obydwojgiem. 

Wieczerza, chociaż postna, była dość wyszukana. Kucharz przeszedł samego siebie i nagotował tak smakowitych i tak wymyślnych potraw z ryb i raków, jakich dostarczyła Wisła i książęce stawy, że nikt nie czuł się niesyt. 

Wesoło było i gwarno. Pilawa i jego rycerze rozprawiali o starciach na granicy księstwa z Rusią, pomiędzy nimi a tatarskimi zagonami. 

Cieszono się z przewag swojaków, winszowano zwycięstw. Książę, słuchając tego wszystkiego, radował się w duchu, że tak słusznego dokonał wyboru, czyniąc młodziutkiego Jaśka wojewodą. Chociaż, znający życie doradcy, ganili go za to, uważając, iż brak Pilawie doświadczenia w dowodzeniu rycerstwem, książę czuł, że nikogo odpowiedniejszego nie mógłby owym stanowiskiem zaszczycić. I oto okazało się, iż jego rachuby były trafne.

Gdy wszyscy się już posilili, a i powoli jęło brakować tematów do rozmów, księżna i książę podnieśli się zza stołu i oddzielnie udali się do swych komnat.

Księżna Kinga odchodząc, rzekła do Pilawy:

– A przyjdźże zaraz do mnie, wojewodo. Mam z tobą do pomówienia.

– Nie omieszkam, miłościwa pani. Dobrze się składa, iż chcesz ze mną mówić, bowiem i ja mam sprawę do ciebie. Ważną dla mnie niczym samo życie.

Rzekłszy to, rzucił ogniste spojrzenie na Halinę, a ta zaczerwieniła się po samo czoło. Księżna nie miała już żadnych wątpliwości. Nie mogła tylko jednego pojąć. Jakże można tak szybko obdarzyć uczuciem nieznajomą osobę. 

– A zatem czekam – dodała na odchodnym. – Halino, pójdź ze mną. 

* * *

Znalazłszy się w swej komnacie, księżna Kinga usiadła na dębowym, rzezanym w jakoweś zamorskie liście i owoce zydlu. Stał on w pobliżu wnęki okiennej. Drewniane ramy obciągnięte były cienką pergaminową skórką albo błonami ze świńskich pęcherzy, które prawie wcale nie przepuszczały światła, chociaż na dworze widno było prawie jak w dzień, bowiem księżyc stał w pełni.

Oliwny kaganek dawał lichy poblask. Od migotliwego płomienia kładły się na ścianach chybotliwe cienie, długie jakieś i zniekształcone. W kominie pogwizdywał wiatr. Po rozgwarze i radości sali biesiadnej tutaj panował dziwny smutek. 

Halina stała wpodle kominka, w którym tlił się żar, i czekała, co też ma jej do powiedzenia księżna. Ale Kinga milczała dłuższy czas. Miała opuszczoną głowę i wpatrywała się w swoje wychudłe dłonie, splecione na brzuchu. Rozmyślała widać nad czymś niewesołym. Może nad losem sierocym, a może nad tym, iż nie tak winna była ułożyć sobie życie, jak ułożyła. Później zaś westchnęła ciężko i podniósłszy głowę, spojrzała Halinie prosto w oczy: 

– Skąd się znacie z wojewodą?

Dziewczyna tak była zaskoczona owym niespodzianym pytaniem, którego przewidzieć w żaden sposób nie mogła, iż nie próbowała nawet żadnych wykrętów i z całą prostotą odrzekła: 

– Poznaliśmy się dzisiaj przypadkiem nad Wisłą. 

– Gdzie?! – nieomal krzyknęła księżna. – A cóżeś tam robiła bez mojej wiedzy i zgody? 

– Daruj, miłościwa pani. Daruj. Wiem, że źle uczyniłam, ale ilekroć dwór zjedzie do Sandomierza, nie mogę się oprzeć pokusie, aby odwiedzić wszystkie zakątki, kędyśmy ongiś z panem ojcem chadzali. Przeciem tu się rodziła. Kocham to miasto. Daruj, miłościwa pani. Więcej tak już nie uczynię. 

– Nie dam ci po temu okazji. Będę bardziej na ciebie baczyła. Wiesz, żem nie tylko twoją panią, ale i matką. I czuję się w sumieniu odpowiedzialna za ciebie.

Halina poczęła szlochać i upadłszy do nóg księżny, przepraszała ją z całego serca. 

– No już dobrze, dobrze. Wiem, że z lekkomyślności nie byłaś mi posłuszna, ale też cię rozumiem. Ach, jakże ja tęsknię nieraz za swoją rodzinną ziemią. Tęsknię tak, iżbym, gdyby nie wstyd, w głos płakała. Ale powiedz mi, córuchno, długoście nad tą Wisłą ze sobą rozmawiali? 

– Nie, miłościwa pani. Ledwie chwil kilka, bo jak mnie Jasiek – tu spłoniła się i poprawiła zaraz – wybaczcie, wojewoda, zaczepił, zarazem go pchnęła z całej mocy i uciekła do grodu. 

Rozbawiło księżnę to wyznanie i poczęła śmiać się w głos. 

– Swoją drogą nie brak ci odwagi – rzekła. – A gdybyż to był zbój jaki, na twoje życie dybiący?

– Ale – chwalić Boga – nie był. 

– I jakże ci się widzi ów wojewoda? Młodzik to jeszcze, ale już najwyższych zaszczytów dostąpił. 

Halina spłoniła się znowu, co nie uszło bacznym oczom księżny. 

– Cóż, miłościwa pani. Urodziwy jest, a jak się okazało z opowieści o bitwach z poganami, waleczny także.

– To i dobrze, że ci się widzi. To i dobrze. A teraz idź do swojej komnaty – dorzuciła. – Zostaw mnie samą, bo, jak wiesz, czekam tutaj na Pilawę.

Ledwo za Haliną zamknęły się drzwi, a jej kroki ścichły za zakrętem korytarza, załomotał ktoś ostro we framugę. 

– Wejdźcie, wojewodo, wejdźcie – ozwała się księżna. 

Dźwierza rozwarły się ze skrzypieniem nieoliwionych wrzeciądzy i do komnaty wszedł krokiem pewnym, chociaż na licu malowało mu się jakieś dziwne pomieszanie, Jasiek Pilawa. 

– Miłościwa pani… – tu skłonił się dwornie. 

– Darujcie sobie, wojewodo, te ceremonie. Nie lubię ich, jeśli mam być szczera. Usiądźcie lepiej na tamtym oto zydlu wpodle ognia, bo chociaż już prawie wiosna, to jednak noce ostre niczym w zimie. Chciałam z wami pomówić, ale jeśli i wy macie do mnie jakowyś interes, tedy najpierw was wysłucham.

Ale Pilawa jakoś nie kwapił się do rozmowy. Widać było, iż coś mu bardzo ciąży na sercu, a tu bądź nie śmie, bądź wstyd mu o tym czymś rozprawiać. Księżna widząc jego niezdecydowanie, ofuknęła go: 

– At, dzielny mąż! Taki co to woje wodzi, a zachowuje się niczym panna. Mówcież, panie Janie, co wam na sercu leży, bo widzę po minie, iż to coś okrutnie wam doskwiera. 

Wojewoda poczerwieniał mocniej, przejechał rozcapierzonymi palcami po gęstej czuprynie i widomie mocując się ze sobą, w końcu podniósł się z zydla, a potem runął przed Kingą na oba kolana i zawołał:

– Miłościwa pani, księżno moja! Ulituj się nade mną biednym! Daj mi twoją dwórkę, oną Halinę za żonę! Nie żyć mi bez niej! Nijak nie żyć! 

Uśmiechnęła się księżna, ale tak nieznacznie, żeby rycerz tego nie dostrzegł i udając oburzenie, zawołała: 

– Wstańcie natychmiast, panie. Za stateczniejszego męża was miałam. A wyście płochy, jak widzę. Poznał dziewczynę przed południem, nie wie, kto ona, a chciałby się żenić. Wstyd! 

– Ale, miłościwa pani! – zaprotestował Pilawa. – Skorom tylko ją ujrzał, od razu zrozumiałem, że albo ta, albo żadna. 

Zamilkł i na powrót usiadł na wskazanym mu pierwej przez księżnę miejscu. Pani Kinga czas jakiś nic nie mówiła, tylko bacznie przyglądała się młodzieńcowi. W końcu zaś ozwała się w te słowa: 

– Widzisz, wojewodo. Owa Halina to nie byle kto i z równego twemu, o ile nawet nie szlachetniejszego jeszcze rodu pochodzi. 

– A któż ona? – z zaciekawieniem spytał Jasiek. 

– Krępianka – odparła księżna. 

– Córka Piotra z Krępy, kasztelana sandomierskiego, który poległ był, broniąc miasta przed Tatarami? 

– Ta sama. 

– To tym goręcej jej pragnę! Szlachetną krew ze szlachetną krwią łączyć się godzi! 

– Cóż, wojewodo. Jeśli mam być szczera – powiedziała księżna – to i ja rada bym widziała wasz związek. Boję się tylko jednego, że to tylko chwilowe jakieś zadurzenie. Że minie parę niedziel, a zapomnisz o niej. Te wyznania, którem dzisiaj tutaj usłyszała, wydadzą ci się śmieszne, a serce przylgnie do innej dziewczyny. 

– Nigdy! – gwałtownie zaprzeczył Pilawa. 

– Cóż ty wiesz, młodziku, cóż wiesz? Nie takiem namiętności oglądała w swym życiu, które nie tylko w obojętność, ale i w nienawiść się przeradzały. 

– Miłościwa pani! – zawołał wojewoda i znów upadł przed księżną na kolana. – Miłościwa pani, miej litość nade mną, nie odmawiaj! 

– Ależ ja nie odmawiam! Wiem o tobie, żeś zacny i duszę masz szczerą. Wiem, żeś bogaty i że ród twój szlachetny. Ale na niepewne dziewki nie dam. Jej ojciec życie stracił dla ojczyzny. Jam jej teraz matką i opiekunką. Muszę dbać o przyszły los dziewczyny, aby był szczęśliwy! Myślę, iż najlepiej będzie – ciągnęła dalej księżna – jeśli poprosisz mnie o rękę Haliny po roku. Jeśli przez ten czas zyskasz jej przychylność, a sam nie odmienisz uczucia, sprawimy zrękowiny. I cóż ty na to? 

Wojewoda westchnął ciężko i rzekł: 

– Ano cóż? Niczego innego mi do wyboru nie dano. Uczynię, jak chcecie, pani. Ale uschnę bez niej. Tęsknota mnie zagryzie! 

– Nie plećcie byle czego, wojewodo. Przecie będziecie się widywać. Nie odeślę jej nigdzie, zostanie przy dworze, jak dotychczas było. A i wy przecież przy księciu musicie przebywać – powiedziała pani Kinga.

Po chwili milczenia dorzuciła: 

– A teraz zostawcie mnie już samą. Dobranoc. 

– Dobranoc – odrzekł wojewoda, lecz położywszy rękę na klamce, stał dalej niezdecydowany. 

– Czego jeszcze chcecie, panie? – zapytała księżna.

– Ja? Niczego. Ale przecież to wy, miłościwa księżno, wzywaliście mnie tutaj w jakiejś sprawie. 

– Cóż – roześmiała się księżna – chciałam cię wybadać, jakie masz wobec Haliny zamysły. Ślepa nie jestem i podczas wieczerzy dobrze widziałam, jakeś ją oczami jadł. No, ale idź już wreszcie. Późno się zrobiło bardzo. 

Pilawa pokłonił się nisko swej pani i wyszedł z komnaty. Jeszcze przez chwilę rozlegał się na korytarzu odgłos jego energicznych kroków, ale rychło zamilkł.

* * *

Na święta wielkanocne najechało się gości co niemiara. Możni panowie, tak świeccy, jako i duchowni wraz z orszakami. Wniosło to trochę ożywienia do monotonnie mijających dni na dworze Bolesława i Kingi. 

Dziewczęta z otoczenia księżnej znalazły nareszcie okazję, aby stroić się, w co miały najlepszego. Dla niektórych zaś z nich były to już ostatnie święta w Sandomierzu, bowiem za zgodą panujących powychodziły za mąż i porozjeżdżały się do mężowskich dworzyszcz. 

Święta minęły szybko. To tylko same przygotowania do nich trwały długo. Później znów powiało nudą z mrocznych korytarzy sandomierskiego zamczyska. 

Książę Bolesław i księżna Kinga nieradzi widzieli bowiem światowe rozrywki. Wiodąc na poły mniszy żywot, pragnęli aby spokoju i ciszy, tak potrzebnych do kontemplacji i modlitwy. 

Halina od owej pamiętnej rozmowy z księżną, podczas której opowiedziała o swym pierwszym spotkaniu z Pilawą na wiślanym brzegu, korzystać mogła z większej niż dotąd swobody. 

Pani Kinga rozumiejąc sentyment dziewczęcia, pozwalała jej odtąd na codzienne spacery po Sandomierzu i najbliższej okolicy. Pod warunkiem jednak, iż za każdym razem opowie dokładnie, dokąd idzie, i weźmie sobie jedną lub dwie przyjaciółki do towarzystwa.

Radość Haliny z owej swobody była ogromna. I nie trzeba dodawać, iż ilekroć tylko mogła, korzystała z przywileju. A i dziewczęta, które zabierała ze sobą, cieszyły się z tego, bo przecież zawsze to lepiej wędrować po Bożym świecie, tym bardziej iż wiosna uczyniła go tak pięknym, niż siedzieć w ciszy mrocznej i zatęchłej izby. 

Zaraz na pierwszy spacer, wziąwszy jeszcze dwie panny ze sobą, chciała pójść daleko od miasta, aż do Gór Pieprzowych, kędy ją gnała niewypowiedziana jakaś tęsknota. Ale dziwna to była tęsknota, bo przecież z górami onymi wiązało się najprzykrzejsze z dziecięcych wspomnień Haliny. 

Wszelako chciała odszukać to miejsce, gdzie razem z piastunką wyszły po wędrówce przez lochy na swobodę i gdzie kryła się krypta grobowa pięknej i nieszczęśliwej Judyty. 

Ślicznie było na dworze. Słonko przygrzewało mocno. Ptaki świergotały śród gałęzi okrytych delikatną pianą młodziutkich listków, a łagodny wietrzyk niósł w nozdrza zapach świeżo zaoranej ziemi, która rychło przyjąć miała w siebie ziarno, z którego wyrasta chleb.

Na łagodnym skłonie wzgórza zakonnik dominikański w białej sukni i czarnym płaszczu, który mu wiatr rozdymał, tak iż przypominało to jakby skrzydła ogromnego ptaka, oglądał z zaciekawieniem i uwagą młode drzewka rosnące w klasztornym sadzie.

Dziewczęta mijając go, pozdrowiły pięknie, a on pomachał do nich dłonią i zawołał: 

– A przyjdźcie tutaj do mnie, to wam coś pokażę! 

Skręciły posłuszne, a podszedłszy bliżej, jedna z nich zapytała: 

– Czegóż to chcesz od nas, ojcze? 

– Patrzcie, dziewczęta – szerokim gestem ręki objął sad. Widać było, iż owe drzewka, które oglądał, to cały jego świat, całe jego życie i ukochanie, że bez nich byłby bardzo nieszczęśliwy. Widać też było, że ich widok cieszy go tak bardzo, iż radością swoją chciałby się z kimś podzielić. 

– Patrzcie, dziewczęta. Powiadali, że się nie uda, a oto się udało! 

– Ale co, ojcze? Co takiego? 

– No jakże? Mówili mi, że nie urośnie na tej ziemi morela. Cudowne drzewo, które krzyżowcy z Armenii do Italii przywieźli, a które wydaje najwyborniejsze owoce spośród wszystkich, jakich kosztowałem w życiu. 

– A cóż to za owoce, ojcze? – zaciekawiła się Halina. 

– Zobaczysz, jak dojrzeją. Bo w tym roku będzie już pierwszy zbiór. Ale powiem ci też nieco o nich. 

– Mają one barwę złocistą, czasem czerwonawy rumieniec na skórce, smak słodki, z kwaskowym odcieniem, a zapach tak cudny, że go opisać nie sposób.

Pochylił się, nabrał garść żółtawej ziemi i przesiewając ją między palcami, ciągnął w zamyśleniu, jakby mówił sam do siebie: 

– Błogosławionaż to ziemia, sandomierska ziemia. I pszenicę urodzi, i żyto, i jęczmień, ale i plon gron winnych wyda, i orzechy włoskie wykarmi, i oną morelę… Moją morelę… Przyjdźcie, dziewczęta, tutaj w pełni lata, a i potem też, gdy jesień wybarwi późniejsze owoce. Dam wam skosztować i moreli, i winogron, i onych orzechów, które to święty Jacek z rodu Odrowążów z italskiej ziemi przywiózł. Wiedział ów mąż Boży, że najprędzej je sandomierska ziemia przyjmie, najprędzej wykarmi, że tu tylko plon wydać mogą stokrotny. I nie omylił się!

– Dzięki ci, ojcze, nie omieszkamy przyjść, skosztować takowych specjałów! – odparły dwórki. – Ale pora nam udać się w swoją stronę. Tedy bywajcie!

– Bywajcie – odrzekł i uśmiechnąwszy się przyjaźnie, powrócił do swego około drzew zajęcia. 

Dziewczęta skręciły na mocno wydeptany, bo też i często uczęszczany, szlak idący wzdłuż biegu Wisły, w dół jej leniwego nurtu. Nie bały się oddalać od grodu, toteż podążały gościńcem wiodącym ku odległemu o kęs drogi brodowi prowadzącemu na drugą stronę rzeki, naprzeciw którego leżała wieś Gorzyce, a dalej wił się trakt ku Przemyślowi wiodący i ku ruskim grodom. 

Minąwszy Rybitwy, gdzie na opłotkach widać było rozciągnięte rybackie sieci i inny sprzęt do chwytania wodnych stworzeń sposobny, poszły ku wsi Kamień. Między brzegiem wiślanym, a gościńcem, ziemia gęsto zakryta była krzewami jeżyn, których ostre i kolące witki stanowiły gąszcz trudny do przebycia. Prócz jeżyn rosły tam potężne drzewa wierzbowe, a gdzieniegdzie olszyna i czarny bez.

Halina, wróciwszy wspomnieniami ku tamtym strasznym dniom zimowym, kiedy dzicz tatarska wyła pod wałami grodu, kiedy wdarła się do jego wnętrza, a ona wraz z piastunką błądziła w ciemnościach podziemnych korytarzy, błagając boskiego zmiłowania, stała się smutna. 

Zapragnęła naraz podzielić się z przyjaciółkami tym wszystkim, co kamieniem, mimo upływu lat, ciągle leżało jej na sercu. Poczęła tedy opowiadać. O mordach, pożodze, o lęku i głodzie, i zimnie, o wilkach, które wyły na pobojowisku… 

Dziewczęta słuchały przejęte, bo chociaż opowieści takowe nie były dla nich czymś nowym, a dzieje Haliny znały dobrze, to jednak po raz pierwszy posłyszały wszystko, co ją bolało. 

Droga minęła im szybko. Nie wiedzieć kiedy, zasłuchane, stanęły u podnóża Gór Pieprzowych. Opadały one ku dopływowi Wisły – przez miejscowych Wisełką zwanemu – bądź łagodnymi stokami lessowymi, bądź osypiskami kruszącego się na tysiączne drobiny czekoladowej barwy łupku. 

Skoro znalazły się już na miejscu, ciekawość połączona ze zniecierpliwieniem gnała je, aby jak najprędzej dotrzeć do owego podziemnego lochu, w którym – jak mówiła Halina – Żydówka Judyta znalazła wieczny odpoczynek. 

Ale gdy podeszły do kępy krzewów tarniny, poza którą znajdować się miało owo małe okienko krypty, przystanęły, bojąc się iść dalej, bojąc się niemiłego widoku ludzkich kości. 

Wszakże próżny był ich lęk, bo skoro jednak przełamały obawy i weszły w gąszcz, rozczarowane zobaczyły niezbyt stary obryw ziemi, który pogrzebał w swym wnętrzu i loch, i wejście do niego, i tajemniczą mogiłę. To pewnie Wisła, gdy wezbrała wiosennymi roztopami, podmyła lessową ścianę, a ta osunąwszy się, zatarła wszelki ślad, jaki tutaj ongiś pozostawiła ręka człowiecza. 

Postały tedy dziewczęta jeszcze czas jakiś u podnóża góry, podumały nad opowieścią zasłyszaną z ust Haliny, obejrzały złoty pierścień – pamiątkę i zarazem ostatni ślad po nieszczęsnej Judycie – a potem wróciły do miasta.

* * *

Jasiek Pilawa nerwowo przechadzał się po dziedzińcu zamkowym, pełen niepokoju, że przegapi wyjście Haliny na codzienną przechadzkę. Od kilku dni już niepostrzeżenie wymykała się, tak że nawet nie mógł pokłonić się jej choćby z daleka.

Pamiętał, co ongiś rzekła mu księżna, że musi sobie zaskarbić przychylność dziewczyny i dopiero wówczas wolno mu będzie myśleć o ożenku z nią. Tymczasem dni płynęły jeden za drugim. W Sandomierzu bywał z rzadka, bowiem rycerskie obowiązki co rusz pędziły go w pole, walczyć z Tatarami, Litwinami, Jadźwingami czy Rusią, bezustannie nękającymi granice Sandomierskiej Ziemi.

Bał się, że rok minie, a on nie tylko nie zmówi sobie dziewczyny, ale jej nawet lepiej nie pozna. Toteż gdy teraz był w mieście, nie chciał stracić okazji porozmawiania z nią. 

W tym samym czasie, gdy Jasiek z niepokojem spoglądał dookoła, wypatrując Haliny, ona zerkała przez ledwo uchylone okno i obserwowała go. W jej spojrzeniu widać było czułość i tęsknotę, ale czy to nieśmiałość, czy może raczej panieński wstyd kazały jej unikać spotkań z wojewodą. 

Gdy ujrzała, iż Pilawa, opuściwszy ze smutkiem głowę, oddala się w stronę bramy wiodącej z grodu do miasta, odeszła od okna i przemknąwszy mrocznymi zamkowymi korytarzami, wybiegła na dwór. 

Tym razem jednak los nie był dla niej łaskawy (a może odwrotnie, może właśnie był łaskawszy niż zwykle?) i próba, by wymknąć się na przechadzkę i nie zostać przez Jaśka zauważoną, spełzła na niczym.

Nieomal zderzyli się w bramie, bo wojewoda właśnie nawrócił do grodu. 

– Ach, to wy, panie Janie?! – zawołała Halina, nie bardzo wiedząc, co ma rzec, i zaczerwieniła się przy tym po samo czoło. 

– Witaj, Halino – odparł Pilawa. – Mówże mi jak wtedy, nad Wisłą, po imieniu. 

Dziewczyna zawstydzona opuściła oczy i rzekła: 

– Niech będzie. Witaj, Jaśku. 

A po chwili dodała: 

– Ale ty się spieszysz i ja się spieszę. Pójdę już w swoją stronę. 

– Mnie nie spieszno – odezwał się młodzieniec. – A po prawdzie to na ciebie czekałem. 

– Na mnie? – zdziwiła się dziewczyna. – A po co?

– Cóż… widzisz… Bo to wszystko, com ci ongiś, tam nad Wisłą mówił, to szczera prawda. Ale przecie nie stójmy tu, w bramie. Wiem, że idziesz na przechadzkę. Jeśli pozwolisz, pójdę z tobą. 

– Ale czy to wypada? – zaniepokoiła się Halina, lecz dostrzegłszy niemą prośbę w oczach wojewody, dodała: 

– No dobrze, chodźmy. Tylko niezbyt daleko.

Szli powoli w stronę wzgórza leżącego naprzeciw zamku, w głębi za Wzgórzem Kolegiackim, wznoszącego się stromymi obrywami skarp zarosłych na łagodniejszych skłonach sztywną srebrzystozieloną trawą i gąszczem krzewów czarnego bzu, szakłaku, trzmieliny i dzikiej róży. Na caliznach gołego lessu zieleniały uczepione cienkimi, acz mocnymi korzeniami duże kępy dzikich wisienek stepowych.

Na płaskim szczycie wzniesienia wrzała praca. Murarze i cieśle budowali rzędy domów, wyznaczających rynki i nowe ulice tam, kędy do tej pory złociły się tylko pszeniczne łany lub srebrzyły zagony żyta. 

Wzgórza Świętojakubskie i Świętopawelskie, gdzie przed paru jeszcze laty wąskie, kręte uliczki pełne miejskiego gwaru, tętniły życiem i radością, teraz były puste, ciche, wymarłe. 

Przeszło osiem lat od owej przerażającej rzezi, jaką Tatarzy urządzili sandomierzanom, a pamięć o nieszczęściu ciągle jeszcze była żywa. Lęk przed ponownym doświadczeniem podobnego koszmaru, a i przed ciągłymi wspomnieniami minionego, sprawił, iż ludzie nie chcieli wracać tam, gdzie ongiś stały ich domostwa. 

Nazbyt wiele krwi i łez wsiąkło w ową ziemię. Woleli tedy wznosić nowe domy, na nowym miejscu, a świeżo przybyli osadnicy poszli w ich ślady i rychło stary Sandomierz wyludnił się do cna i poza kilkorgiem chałup lada jakich i trzema kościołami, nic nie świadczyło o tym, iż kiedykolwiek było tam miasto.

Jasiek z Haliną mijali poszczególne budowy, skąd dochodził zapach wilgotnej gliny, świeżo zlasowanego wapna i miła woń żywicy sącząca się z belek i desek, których stosy całe przygotowane były do zbijania pował, dachów i facjat.

– Ależ to pilnie pracują! Jeszcze kilka lat i stanie tu większe i piękniejsze miasto niż ono stare, które spalili Tatarzy – powiedział Pilawa. 

– Może i większe, może i piękniejsze, ale przecież ja zawsze czuć się będę u siebie tylko na Starym Sandomierzu – odrzekła Halina. 

– Wybacz – ozwał się Jasiek. – Wiem, ciebie to boli, jeszcze się rany na sercu nie całkiem zagoiły. 

– I nigdy się nie zabliźnią. Och! Jaśku, mnie się tamto wciąż śni po nocach. Budzę się z krzykiem, spocona i przerażona, mając pod powiekami obrazy owych zdarzeń.

Halina, jak przed nikim dotąd, otworzyła swe serce przed Jaśkiem. Przez tę bolesność wspomnień poczęła drżeć na całym ciele i łzy zaszkliły się jej w kącikach oczu. 

Pilawa odruchowo ujął ją za rękę, a wolną dłonią począł gładzić włosy dziewczyny. Nie broniła się przed pieszczotą. Stała milcząca i płakała. 

– Już dobrze, dobrze. Nie myśl o tym, co przeszło, przeminęło i nie wróci. Już nie musisz być sama na tym okrutnym świecie. Nie musisz. Rzeknij tylko jedno słowo, a w ogień dla ciebie skoczę, wpław przebędę morze. Boś ty dla mnie wszystkim – i dniem, i nocą, i snem, i jawą. Jedynym sensem wędrówki przez życie. 

Nie wiedzieć kiedy wyszli poza obręb nowo wznoszonego miasta i znaleźli się na krawędzi wąwozu, którego dnem prowadził gościniec ku Lublinowi. Zatrzymali się tedy, nie mogąc iść dalej. 

– Nie mów tak, Jaśku – odezwała się Halina. – Po co te wielkie słowa, których mógłbyś później żałować. 

– Ale przecie to wszystko prawda! Od owej pory, gdy cię zoczyłem siedzącą na zwalonym pniu na wiślanym brzegu, pomyślałem – śmiertelniczka to, czy rusałka-wodna boginka? I wraz serce żywiej zabiło mi w piersiach, bom zrozumiał, że albo ty, albo żadna inna, że bez ciebie mi nie żyć na tym świecie. 

– Proszę cię, Jaśku. Nie mów tak. Nie wypowiadaj słów, których mógłbyś potem żałować. Lepiej usiądźmy tutaj. Patrz, jak pięknie! 

Istotnie, pięknie tam było. W dole wąwóz opadał łagodnie do stóp wzgórza. Jego bokiem płynął wąski strumyczek kryształowo czystej wody, szemrząc cichutko. Strome ściany parowu odcinały się delikatną żółcią lessowej glinki od sinosrebrnych traw przetykanych liliowymi dzwonkami i sztywnymi łodygami żółto kwitnącego dziurawca. Gdzieniegdzie widniały rozłożyste kępy dzikich goździków o pąsowych główkach, krzaki liliowej driakwi lub żółciły się gąszcze złocieni. Karłowate wisienki stepowe czepiały się długimi korzeniami największych stromizn skarp. Na tle ciemnozielonych, błyszczących, skórzastych listków czerwieniały miniaturowe owocki.

Wokoło było słychać brzęczenie pszczół i trzmieli. Gdzieś kłóciły się wróble, a z oddali dobiegało pianie kogutów. 

Od soczystej murawy smużył się niepowtarzalny, cudny zapach lipcowego przedpołudnia, gdy słońce wypije już rosę, ale jeszcze nie nęka upałem. 

Jasiek i Halina usiedli na trawie, zapatrzeni w najdalszą dal nieba, po którym – mącąc nieco spokój czystego błękitu – sunęły wolno białe, kłębiaste obłoczki. 

Nie mówili nic, zasłuchani w szelest liści trącanych leciutkim podmuchem wietrzyku, w odgłosy życia dobiegające spośród gałęzi drzew, źdźbeł traw i kęp ziół rosnących wokoło.

Nie mówili nic, ale ich ręce, bezwiednie, zbliżały się do siebie, by wreszcie się spleść w uścisku znaczącym więcej niż słowa. 

Upłynął spory szmat czasu i słońce zbliżyło się już do zenitu, gdy wreszcie Jasiek przemógł sam siebie, swoje zażenowanie, lęk i zapytał: 

– Chcesz mnie za męża, Halino? 

A ona odpowiedziała: 

– Chcę, Jaśku. 

I były to ostatnie już słowa, jakie tego dnia wyrzekli do siebie. Od tej chwili byli już pewni, że nigdy, przenigdy się nie rozstaną, że od tej pory ich los spłynie w jedno łożysko, którym podąży ku kresowi żywota, dając im przez wszystkie wspólne lata tak wiele szczęścia, jak nikomu jeszcze nie dał. 

* * *

Pilawa zaraz następnego dnia, nie czekając, aż minie wyznaczony mu przez księżnę roczny okres wyczekiwania, poszedł – teraz już pewien swego – prosić księżnę Kingę o rękę Haliny. 

– Cóż, skoro ci ona przychylna, niech tak będzie, jak chcesz. Sprawimy zrękowiny, a na Boże Narodzenie ślub – odezwała się, wysłuchawszy wojewody księżna Kinga. 

– A wiecie, panie Janie? – dorzuciła po chwili. – To nawet dobrze, żeście się tak rychło uwinęli, bo przynajmniej nie będziecie się już lękać o przyszłość.

– Czemuż to? – zapytał zdziwiony Pilawa. 

– Bo za dwie niedziele jadę z dwórkami do mojego umiłowanego Sącza, gdzie byś, panie, raczej nie miał okazji do spotkań z Haliną. Nie mówiąc już o tym, iż nie byłoby ci po drodze w tamtą stronę – roześmiała się księżna. 

Pilawa zaniepokoił się, słysząc te słowa: 

– A kiedyż na nowo, miłościwa pani, zawitasz do Sandomierza albo do Krakowa? 

Księżna westchnęła głęboko: 

– Ach, gdybyż to tylko ode mnie zależało, to ani tu, ani tu bym się więcej nie zjawiła. Najlepiej mi w Sączu. Lecz cóż, nie zawsze władamy swym losem, nawet my, panujący. Pytasz, kiedy ściągnę do Sandomierza? Nie wcześniej jak na wasze weselisko. Zatem do tej pory musisz się zadowolić marzeniami. A teraz już idź.

Odprawiła go skinieniem ręki.

Wojewoda, schyliwszy się głęboko przed Kingą, wycofał się ku drzwiom, a potem wyszedł na korytarz. Słowa, które usłyszał na odchodne, zmartwiły go niezmiernie. Nie wiedział, jak doczeka grudniowych świąt, do których ponad pięć miesięcy zostało. Jak ich doczeka, tęskniąc za Haliną. 

Wyszedł z zamku i jął krążyć po wewnętrznym dziedzińcu, czekając dziewczyny, która jak co dnia miała wyjść mu na spotkanie. Pragnął co prędzej podzielić się z nią ową wieścią, ale i nacieszyć, póki jeszcze można, jej widokiem. 

* * *

Czas do Bożego Narodzenia minął o wiele szybciej, niż się to Pilawie wydawało owego lipcowego dnia, kiedy księżna powiedziała mu o wyjeździe do Sącza.

Sprawy publiczne i wojaczka wypełniały wojewodzie czas tak dokładnie, iż brakowało mu go na to, aby oddawać się smutkowi. Tęsknił, to prawda, i to bardzo tęsknił za Haliną, ale przecież jakoś owo wytrzymywał. Pracowicie spędzane dnie mijały mu nad wyraz szybko, nie zostawiając wiele czasu na rozpamiętywania, a zmęczenie sprawiało, iż nocami spał snem kamiennym, bez marzeń i majaków.

Gorzej było z Haliną. Jej godziny, dnie i tygodnie upływały wolno, bo wypełnione nudnymi, monotonnymi obowiązkami – tkaniem, haftowaniem, szyciem… Rzadkie przechadzki dostarczały niewiele radości. A poza tym do tęsknoty za Pilawą dołączyła się tęsknota za rodzinnym Sandomierzem. 

Toteż gdy wreszcie jesień przebarwiła liście na drzewach, krasząc je złotem, czerwienią, żółcią i rozmaitymi odcieniami brązu, gdy potem przymrozki jęły ścinać kałuże, a wreszcie śnieg ubielił cały świat, jej serce przepełniło się radością. Oto zbliżał się czas upragniony, czas wyjazdu z Sącza i czas ślubu z Jaśkiem. Z jej Jaśkiem, dzielnym, pięknym, mądrym, poza którym nie widziała świata. 

Księżna Kinga dotrzymała słowa i gdy wraz z dwórkami stanęła z początkiem grudnia w sandomierskim zamku, natychmiast nakazała czynić przygotowania do ślubu i do weselnej uczty. 

Bito wieprze, cielęta i owce. Woń kiełbas, wędzonego mięsiwa i ryb, czosnku i zamorskich korzeni przesyciła powietrze w całym wielkim gmachu. Księżna pragnęła, aby ślub Krępianki wypadł jak najokazalej i by w ten sposób spłacić choćby cząstkę długu, jaki księstwo zaciągnęło u jej ojca. O ile dług krwi można spłacić czymkolwiek. 

A poza tym Kinga rzeczywiście traktowała Halinę jak córkę rodzoną. Może dlatego, iż nie miała dzieci, a może dlatego, że przypominała trochę ją samą? Jedna i druga, księżna i dwórka, chowały się samotne na tym świecie, bez rodziców. Obie jednakowo spragnione były ciepła matczynych rąk i ojcowskiej czułości. 

Ta między nimi była tylko różnica, że Halinie zabrała rodziców śmierć, a księżna musiała ich zostawić dla dobra ojczyzny. Odesłano ją bowiem, jako ośmioletnią dziewczynkę, ze stolicy Węgier do Sandomierza – drugiej ze stolic Małopolski – przeznaczając na żonę dla innego dziecka – księcia Bolka. Owo małżeństwo miało dla Węgrów istotne znaczenie, ponieważ zyskiwali przez nie pewnych sojuszników do walki z Tatarami, którzy wciąż, niby chmura gradowa, wisieli nad granicami łacińskiej Europy. 

Nikt i nigdy nie pytał Kingi o zgodę, nikogo nie interesowało, iż tam, daleko, za masywnym łańcuchem gór, w cudzej ziemi, będzie płakać z żalu i tęsknoty. 

Gdy dowiedziała się o smutnym losie Haliny, zrozumiała, iż jest to bliska jej istota, bliska przez swoją niedolę. Tak samo samotna i pokrzywdzona przez życie. I od tamtej pory postanowiła, iż o ile to tylko będzie w jej mocy, zastąpi dziewczynie matkę. 

Dlatego teraz, skoro nadszedł czas ślubu Haliny, chciała, aby wypadł on jak najokazalej, aby godny był książęcej wychowanicy i jednego z najpierwszych w Polsce panów. Wszelkie przygotowania doń prowadzone tedy były z rozmachem. 

Gdy książę przybył z Krakowa w otoczeniu licznych dworzan i panów, właściwie wszystko było już gotowe. Księżna zadbała, aby stoły były pełne jadła i napitków rozmaitych, przez wiele dni. Gotowa też już była suknia Haliny. Wyglądała pysznie. Szyta z białej jedwabnej materii, zdobiona srebrnym haftem i aplikacjami z pereł, budzić mogła zazdrość nie tylko dwórek – przyjaciółek Haliny, ale i najbogatszych niewiast w kraju. Ba! Samych księżnych nawet!

Skoro nadszedł ten dzień, dzień długo wyczekiwany, rozdzwoniły się dzwony wszystkich kościołów w mieście. Barwny orszak weselników sunął z zamku ku kościołowi Świętego Jakuba, gdzie Halina przez pamięć przeora Sadoka i pomordowanych dominikanów pragnęła oddać swą rękę Jaśkowi. 

Po obu stronach ulicy stały nieprzebrane tłumy mieszczan, chłopstwa, które ściągnęło na tę uroczystość z okolicznych wsi, i czerni zamieszkującej liczne przedmieścia Sandomierza. 

Tu i ówdzie dały się słyszeć z tłumu okrzyki wznoszone na cześć młodych, a głównie Haliny, którą miejscowi kochali przez wzgląd na ojca i stryja, a i przez wzgląd na to, co sama wycierpiała także.

Gdy Jasiek i Halina weszli do świątyni, już ich tam oczekiwał, stojąc przed ołtarzem sam biskup krakowski. Ubrany był we wspaniałą kapę z białego adamaszku, szytą złotem i srebrną nicią w krzyże, winne grona i pszeniczne kłosy, a przyozdobioną suto półszlachetnymi kamieniami. W równie pięknie haftowanej infule na głowie, z pastorałem w ręku, złotym krzyżem napierśnym i wielkim pierścieniem z ogromnym rubinem na wskazującym palcu, wyglądał bardzo dostojnie. 

Skoro młodzi zbliżyli się do niego i przyklęknęli na stopniach ołtarza, oddał pastorał jednemu z asystujących mu diakonów i rozpoczął ceremoniał ślubny.

Halina i Jasiek, zapatrzeni w siebie, przysięgali miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz to, iż jedno drugiego nie opuści, aż ich śmierć rozłączy. Powtarzali w głos słowa roty za biskupem. A gdy ów, związał im dłonie stułą, poczuli się tak szczęśliwi, jak jeszcze nigdy dotąd. Halina zaś, prócz tego, poczuła się spokojna i ufna. Tak spokojna i tak ufna, jak wiele lat temu, kiedy zasypiała przytulona do ojcowskiej piersi, gdy w kominku płonął ogień, na ścianach chybotały roztańczone cienie, a za oknami szalała wichura, miotąc zimne strugi dżdżu. 

Ale oto uroczystość się skończyła, biskup odchodził od ołtarza, mnisi o gładko wygolonych tonsurach jęli śpiewać jakąś pieśń łacińską. Otworzyła Halina wpół przymknięte powieki i podtrzymywana przez Jaśka podniosła się z klęczek. Spojrzała mu w oczy i nie mogąc się opanować, przywarła doń całym ciałem.

– Teraz-eś mój, mój, na zawsze – wyszeptała. 

– Jako ty moja – odrzekł. – I nigdy się już nie rozstaniemy. Nigdy.

KSIĄŻKA JEST DOSTĘPNA W SPRZEDAŻY:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Opowiesc_o_Halinie_corce_Piotra_z_Krepy_Legenda_sandomierska.html

———–

Andrzej Sarwa

Franciszek i rewolucjoniści. Jego Watykan na ścieżce budowy lewicowego świata.

Franciszek i rewolucjoniści. Jego Watykan na ścieżce budowy lewicowego świata.

Agnieszka Stelmach franciszek-i-rewolucjonisci-na-sciezce-budowy-nowego-lewicowego-swiata

W sierpniu Watykan poinformował o uznaniu przez papieża Franciszka Panamerykańskiego Komitetu Sędziów ds. Praw Społecznych i Doktryny Franciszkańskiej jako prywatnego stowarzyszenia wiernych o charakterze międzynarodowym. Pod auspicjami tego gremium działać ma nowy „Instytut Badań Prawnych” Ojca Bartolomé de las Casas. Poświęci się on promocji praw społecznych i odwróceniu skutków kolonializmu.

W dokumencie wydanym przez Stolicę Apostolską zwraca się uwagę, że organizacja sędziowska Comité Panamericano de Juezas y Jueces por los Derechos Sociales y la Doctrina Franciscana (COPAJU) – Panamerykański Komitet Sędziów ds. Praw Społecznych i Doktryny Franciszkańskiej powstał w następstwie spotkania w 2018 roku na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Buenos Aires.

Formalnie COPAJU – jak podkreślił Franciszek – został zainicjowany w Watykanie, z jego polecenia w czerwcu 2019 roku, gdy ponad 120 sędziów z trzech Ameryk przybyło na konferencję organizowaną w siedzibie Papieskiej Akademii Nauk Społecznych.

Organizacja ma chronić i promować prawa społeczne, ze szczególnym naciskiem na zmarginalizowane grupy, które ucierpiały wskutek procesów kolonializmu i neokolonializmu.

Komitet ma oddziały w Argentynie, Chile, Kolumbii, Peru, Brazylii, Meksyku, Stanach Zjednoczonych i Paragwaju. Ambicją gremium jest jednak stworzenie sieci sędziów obejmującej także inne kontynenty.

Sędziowie zaangażowani na rzecz tak zwanego orzecznictwa ziemskiego, „praw zwierząt”, uroszczeń zwolenników aborcji, subkultury LGBT+, szeroko rozumianych praw gospodarczych, społecznych i kulturowych różnych mniejszości, w tym ludności tubylczej zorganizowali spotkania w Rzymie w 2019 i 2023 r., w Iguazú (Argentyna) w 2021 r., w Meksyku w 2022 r. i w Asunción (Paragwaj) w 2023 roku. Wydali szereg oświadczeń politycznych, między innymi w sprawie przewrotu na terenie Boliwii czy niepokojów w Chile.

Papież poinformował, że na prośbę założycieli wyraził zgodę, by Panamerykański Komitet Sędziów ds. Praw Społecznych i Doktryny Franciszkańskiej stał się prywatnym stowarzyszeniem wiernych o charakterze międzynarodowym zgodnie z kanonami 298-311 i 321-329 – erygowanym jako prywatna osoba prawna w porządku kanonicznym zgodnie z kan. 322, § 1.

Franciszek zatwierdził statut organizacji i powołał na pięcioletnią kadencję na przewodniczącego COPAJU dotychczasowego szefa, sędziego Roberto Andrésa Gallardo z Argentyny. Jego zastępcą jest Ana Algorta Latorre z Brazylii, a sekretarzem Gustavo Daniel Moreno, również z Argentyny. Inni członkowie to m.in. sędziowie: María Julia Figueredo Vivas z Republiki Kolumbii, Tamila Ipema z USA, Daniel Urrutia Laubreaux z Chile i Janet Tello Gilardi z Peru.

Jednocześnie zatwierdził utworzenie Instituto para lavestigación y promoción de los Derechos Sociales Fray Bartolomé de las Casas (Instytut Badań i Promocji Praw Socjalnych Fray Bartolomé de las Casas) w celach akademickich, dydaktycznych i formacyjnych dotyczących praw społecznych, migracji i kolonializmu. Instytut będzie wspierany finansowo, a także kierowany i administrowany przez sędziów COPAJU, pod auspicjami Papieskiej Akademii Nauk Społecznych.

Na czele stanęli profesorowie Raúl Eugenio Zaffaroni, Alberto Filippi i Marcelo Suárez Orozco, którzy tworzą Radę Założycielską Instytutu. Ich propozycje będą aprobowane przez Franciszka.

O wszystkich tych zmianach wprowadzonych 15 sierpnia 2023 r. Watykan poinformował kilka dni później.

Wkrótce po tym, jak się okazało, że w najwyższych władzach nowo powołanego instytutu zasiądzie Eugenio Zaffaroni (83 l.), były członek Sądu Najwyższego Argentyny w latach 2003-2014 oraz sędzia Międzyamerykańskiego Trybunału Praw Człowieka w latach 2016-2022, emerytowany wykładowca uniwersytetu w Buenos Aires, podniósł się alarm.

Zwracano uwagę, że sędzia w swoich orzeczeniach był orędownikiem aborcji i uroszczeń lobby mniejszości seksualnych. Ponadto uwikłał się w skandal związany z wykorzystywaniem sześciu spośród jego piętnastu mieszkań do procederu prostytucji z udziałem biednych kobiet z Salvadoru.

Pośród lewicujących prawników i aktywistów sędzia cieszy się wielkim prestiżem. Jest zapraszany na różne konferencje, wyraża opinie, doradza przywódcom, np. Evo Moralesowi. Jest doradcą w sprawach prawa międzynarodowego i był silnie związany z prezydentem Nestorem Kirchnerem oraz wiceprezydent Cristiną Fernandez, w imieniu której prosił o ułaskawienie i oczyszczenie z zarzutów.

Model realizmu marginalnego

Zaffaroni jest uważany za twórcę „modelu minimalizmu karnego” (książka En busca das penas perdidas), który ma prowadzić do abolicjonizmu, do „stworzenia przestrzeni dla wolności społecznej” oraz odbudowy spójności tkanki społecznej. Odwołuje się do: a) teorii marksistowskiej, wiążąc przestępczość i kryminalizację z kapitalistycznym systemem produkcyjnym; b) interakcjonizmu symbolicznego (teoria socjologiczna) i fenomenologii; c) Foucaultowskiej teorii władzy-wiedzy.

Stworzony przez niego model reformy systemu karnego – model realizmu marginalnego – kładzie nacisk na zjawisko kolonializmu i neokolonializmu, które przyczyniły się do powstania dominującego obecnie modelu społeczno-ekonomicznego wymagającego zmiany.

Dla Zaffaroniego, kolonializm to „przede wszystkim ruch XV-wieczny oparty na tradycjach teokratycznych, mający na celu podporządkowanie i poniżenie innych cywilizacji; z drugiej strony neokolonializm zaczyna się w XVIII wieku od innych dyskursów, racjonalistycznego, nowoczesnego, naukowego, pozytywistycznego, powiązanego z naukami biologicznymi, co w ostatecznej analizie nazwiemy eugeniką”. Neokolonializm wykorzystany podczas II wojny światowej, zwłaszcza przez nazistów został zracjonalizowany przez „pozytywistycznych rasistów”.

Więzienia postrzega jako rodzaj instytucji kolonialnej. „Walkę z terroryzmem” czy „satanizacją marksizmu” uważa za przejaw „dyskursu kolonialnego”, który sprzeciwia się egalitaryzmowi.

W wywiadzie udzielonym magazynowi „Lapso” wskazał, że „system sądownictwa karnego we współczesnych społeczeństwach stara się racjonalnie kanalizować zemstę”. „Z tego powodu” uważa, że „władza karna nigdy nie odegrała roli, jaką twierdzi, że odgrywa; zawsze służąc czemuś innemu”. Na początku pretekstem do karania był „szatan i dziewczyny, potem heretycy, następnie kiła, alkoholizm, narkotyki, a na końcu międzynarodowy terroryzm. To nigdy niczego nie rozwiązało; żaden z tych problemów nie został rozwiązany za pomocą systemu środków karnych” – wskazał.

Dodał, że „władza karna jest historycznym oszustwem, największym oszustwem w historii. Ale to fakt polityczny i istnieje”. Prominentny sędzia chce powstrzymać „falę zemsty”, propagując abolicjonizm karny. Zaffaroni postuluje delegitymizację „arbitralnego i brutalnego funkcjonowania systemu karnego” w regionie Ameryki Łacińskiej.

Nie lubi mediów. Uważa, że przyczyniają się do utrzymywania „kolonialnego dyskursu” i dlatego postuluje ich ścisłą kontrolę. Pisze o „neutralizacji brutalnego aparatu propagandowego systemu przestępczego” i o technicznej kontroli nad wiadomościami, by uniknąć publikacji fałszywych przekazów oraz materiałów, które będą podżegały do przemocy.

Postuluje również zajęcie się innymi „ideologicznymi fabrykami reprodukcji” i asymilacji kolonializmu oraz neokolonializmu, to jest uniwersytetami i środkami produkcji kapitału.

W ramach reformy systemu karnego proponuje uporanie się z „niesprawiedliwym” dyskursem organów wykonawczych władzy, to jest aparatu policji i służb, które mają być kształtowane przez pryzmat „moralizującego dyskursu zewnętrznego”, ideologii centralnej i importowanej z zewnątrz.

Wskazuje, że rolą sędziów jest ciągła obrona praw człowieka i zerwanie z manichejską wizją zła. Uważa, że trzeba ponownie przemyśleć kary, ich funkcje i stosowanie z wyraźnym wskazaniem na łagodzenie, a nawet odchodzenie od wymierzania sprawiedliwości w niektórych sytuacjach, gdy sprawca także dozna uszczerbku z powodu swoich czynów, aby dalej go nie stygmatyzować.

Profesor prawa jest zwolennikiem nie tylko legalizacji prostytucji, ale także marihuany. Wzywa do przemodelowania konstytucjonalizmu, zwłaszcza w krajach marginalizowanych, jak na przykład w Brazylii.

Propagator praw Pachamamy

Zaffaronii to także zwolennik rewolucji ekocentrycznej zmieniającej cały system prawny („ekologizacja praw człowieka”).

Jest autorem książki La Pachamama y el ser Humano. Recenzujący ją eko-teolog wyzwolenia Leonardo Boff, współtwórca oenzetowskiej Karty Ziemi wraz z Michaiłem Gorbaczowem i Stevenem Rockefellerem oraz Mauricem Strongiem, którą cytował papież Franciszek w swoje encyklice Laudato si’, zwracał uwagę, że porusza ona problematykę ekologii integralnej.

Eko-filozoficzna monografia poddaje krytyce „dominujący paradygmat, który zrodził się u ojców założycieli nowoczesności w XVI i XVII wieku, a który nagle wprowadził głęboki podział na człowieka i naturę. Umowa z naturą, obecna od niepamiętnych czasów w kulturze Zachodu i Wschodu, doznała śmiertelnego i zabójczego ciosu. Ziemia przestała być Magna Mater starożytności, Pachamamą narodów Andów… Gają współczesnych, czymś żywym i generatorem życia, a została przekształcona w rzecz bezwładną (res extensa Rene Descartesa): zbiór zasobów, którymi dysponują żarłoczni ludzie”.

Boff kontynuował, pisząc, że ludzie uznali się za „panów natury” i „zrobili co im się podobało z nią”. „Cała współczesna kultura została zbudowana na założeniu, że rzeczy dla człowieka – jako pana i właściciela wszystkiego – mają wartość tylko dlatego, że mogą mu służyć. Stąd Europejczycy realizowali program ujarzmiania przyrody, inwazji i podboju świata, kolonizacji całych narodów, ludobójstwa, ekobójstwa i niszczenia kultury przodków. Najpierw czynili to za pomocą krzyża i miecza, a obecnie robią to za pomocą broni zdolnej unicestwić gatunek ludzki” – czytamy w recenzji Boffa.

Wskazuje na potrzebę zapewnienia szerokich praw zwierzętom. „Tylko zastępując braterską wiedzę o dominus, możemy odzyskać ludzką godność i doświadczyć braterstwa oraz siostrzeństwa ze wszystkimi innymi istotami” – wskazuje sędzia, domagając się ekologizacji praw człowieka.

Wpływowy latynoski prawnik chce upowszechnienia ekologicznego konstytucjonalizmu, uznania „praw Natury” i „Matki Ziemi”. Wychwala prawa społeczne i potencjał tkwiący w andyjskiej wizji „dobrego życia oraz współistnienia (sumak kawsay) – harmonii istoty ludzkiej z naturą; i jak widać także w wizji Gaji – Ziemi pojmowanej jako żywy, samoregulujący się super-organizm, zawsze produkujący i reprodukujący życie. Pachamama i Gaja to dwie ścieżki, które spotykają się w szczęśliwym zbiegu centrum i peryferii mocy planetarnej”. Obie te wizje mają dawać nadzieję na „wspólny dom na Ziemi, w którym uwzględnione będą wszystkie istoty. Wyzwolą nas od apokaliptycznych zagrożeń końca naszej cywilizacji i życia”.

Zaffaroni wspiera także oenzetowski program rewolucji ekocentrycznej Harmony with Nature, chwaląc planetarną etykę ekologiczną, tak zwaną sprawiedliwość klimatyczną i prawa przyszłych pokoleń – koncepcję coraz bardziej rozbudowywaną i zyskującą na znaczeniu pośród globalistycznych elit, które chcą przejścia od antropocentrycznego kształtowania prawa do ekocentrycznego. Wymaga to uznania szeroko rozumianych „praw Natury” (orzecznictwo ziemskie), rozszerzenia „listy odbiorców praw człowieka” na wszystkie gatunki, z którymi człowiek dzieli planetę i respektowania tych praw, o ile nie naruszą „granic planetarnych” (koncepcja rozwinięta przez Stockholm Resilience Centre).

Zaffaroni walczy o „sprawiedliwość ekologiczną”, zgodnie z priorytetem zasad zrównoważonego rozwoju zapisanych w deklaracji z Rio z 1992 r.

Dąży do reinterpretacji na nowo współczesnego systemu prawnego, tworzenia prawa i podejmowania decyzji zgodnie z regułami „orzecznictwa ziemskiego” i upowszechnienia ziemskiego prawoznawstwa oraz modyfikacji systemu gospodarczego – obecnie sankcjonującego antropocentryczny kolonializm. Innymi słowy wypowiada wojnę kapitalizmowi.

Czego można spodziewać się po założonej nowego instytutu i COPJA?

Zgodnie ze statutem Panamerykańskiego Komitetu Sędziów na rzecz Praw Społecznych i Doktryny Franciszkańskiej, organizacja ma zbudować sieć sędziów, którzy zaangażują się politycznie, zmieniając prawa gospodarcze, społeczne, kulturowe i środowiskowe. Sprawią, że będą one wykonalne, chroniąc w szczególności osoby zmarginalizowane.

Sędziowie powinni zbudować sieć także na innych kontynentach, nie tylko w trzech Amerykach (Południowa, Północna i Środkowa), prowadzić badania i upowszechniać ich wyniki w tym zakresie, jednocześnie koordynować działania na poziomie regionalnym i międzynarodowym. Mają piętnować naruszenia praw gospodarczych, społecznych, kulturowych i środowiskowych, promować politykę ułatwiania dostępu do wymiaru sprawiedliwości dla osób znajdujących się w trudnej sytuacji. Jednocześnie, prawnicy mają się wzajemnie bronić w razie zagrożenia lub prześladowania wskutek zaangażowania politycznego w promocję i obronę praw środowiskowych itp. Mają także rozwijać doktrynę orzecznictwa w zakresie tych praw, szkolić młodych prawników, ustanawiać relacje instytucjonalne z państwami narodowymi, wpływać na proces stanowienia i egzekwowania prawa na szczeblu międzynarodowym, krajowym, prowincjonalnym, jak i stanowym, oraz lokalnym; służyć wiedzą ekspercką i wydawać deklaracje, manifesty, oświadczenia itp.

Statut przewiduje budowę szerokiego ruchu wraz z innymi NGO-sami na rzecz zmiany społecznej, odwrócenia procesów kolonializmu.

Po konferencji w Watykanie w 2019 r. poświęconej prawom społecznym i doktrynie franciszkańskiej, Papieska Akademia Nauk Społecznych opublikowała Deklarację Rzymską.

Papież Franciszek uznając oficjalnie COPJA i powołując nowy instytut badawczy oraz mianując Zaffaroniego i Andrésa Gallardo oczekuje od sędziów przede wszystkim walki z „logiką uległości i neokolonializmu”, z „lawfare”, czyli zjawiskiem dominacji politycznej i ujarzmiania gospodarczego.

Instytut Badań Prawnych Fray Bartolomé de las Casas i sędzia Gallardo

Instytut Badań Prawnych Fray Bartolomé de las Casas jest odpowiedzialny za prawa społeczne, migrację i walką z kolonializmem. Ma szkolić w zakresie transformacji eko-społecznej, kładąc szczególny nacisk na „odrzucone sektory społeczne, dotknięte różnymi procesami neokolonializmu” – jak zaznaczył Gallardo.

Sędzia z Buenos Aires, który zasłynął z tego, że zawstydza władze miasta i podziwia Che Guevarę, wskazał, iż nad projektem pracowano od kilku lat i ma to być „potrzebne narzędzie dla sędziów trzech Ameryk”, którzy będą czuwać nad realizacją praw społecznych i integralności planety.

Prawnik, absolwent UBA, były zastępca generalnego obrońcy miasta Buenos Aires i sędzia od 2000 r. popadł w konflikt z trzema byłymi szefami rządu, kwestionując legalność decyzji władz.

Określa siebie mianem lewicowca, wyznającego od 20 lat te same idee, chociaż nieco zaktualizowane. W jego biurze mają znajdować się zdjęcia Lenina, Che Guevary, Salvadora Allende, Alfredo Palacios, Hebe de Bonafin i… kilka krzyży.

Papież wysłał odręczny list do Gallardo, w którym podkreślił, że „nie ma demokracji z głodem, rozwoju z biedą i nie ma sprawiedliwości z nierównością”. Wskazywał, że potrzeba „silnego i zaangażowanego sądownictwa na rzecz ludzi i planety w zapobieganiu anomii, degradacji i ostracyzmowi”.

Gallardo, ojciec trzech dorosłych córek i trójki wnuków, podkreśla, że poglądów nie zmienił i jego celem jest „przyczynienie się do stworzenia bardziej sprawiedliwego modelu społeczeństwa”.

Równa płaca

W szczycie Sędziów na temat Praw Społecznych i Doktryny Franciszkańskiej w Casina Pío IV w dniach 3-4 czerwca 2019 r. sędzia Gross mówił, że „wspólnie można stworzyć najlepsze praktyki, aby zmniejszyć ubóstwo, położyć kres głodowi, zapewnić wszystkim opiekę zdrowotną, wysokiej jakości bezpłatną edukację, w tym edukację na poziomie uniwersyteckim”. Ostatecznie należy jednak „zapewnić równą płacę wszystkim pracownikom, którzy szanują równość rasy, kultury, seksualności i płci”.

Na szczycie poruszono kwestię konieczności stworzenia ustawodawstwa chroniącego prawa człowieka, a także określono, w jaki sposób zapewnić wsparcie dla sędziów znajdujących się w obliczu nacisków politycznych z powodu zaangażowania w sprawiedliwość społeczną.

Grupa zastanawiała się nie tylko nad „równą płacą dla wszystkich”, ale także nad sposobami wdrożenia „trzy t”: tierra, techo y trabajo, czyli ziemi, mieszkania i pracy jako środków sprawiedliwości społecznej. Zastanawiano się nad przezwyciężeniem ograniczeń budżetowych, nacisków politycznych, z którymi boryka się wielu sędziów oraz utworzeniem globalnego ruchu promującego prawa społeczne.

Sędzia Tamila Ipema, prezes Krajowego Stowarzyszenia Sędziów Kobiet zaangażowana w obronę praw migrantów i uchodźców, miała błagać o obronę sędziów z Kalifornii, którzy usankcjonowali swoimi decyzjami postępową agendę, a teraz spotykają się z atakami politycznymi.

Sędzia Jennifer Gross mówiła o potrzebie uregulowania kwestii czystej wody, uznania zmian klimatycznych i stworzenia przepisów prawnych mających na celu łagodzenie szkód w środowisku, a także wprowadzenia systemów radzenia sobie z katastrofalnymi klęskami żywiołowymi, jakie przyniosą zmiany klimatu.

Podczas wydarzenia przemawiał także papież Franciszek, wzywając do stworzenia zdrowego systemu polityczno-gospodarczego, który będzie gwarantował przestrzeganie praw społecznych.

Uczestnicy Panamerykańskiego Szczytu Sędziów ds. Praw Społecznych i Doktryny Franciszkańskiej zakończyli konferencję deklaracją wzywającą wszystkie kraje do osiągnięcia celów zrównoważonego rozwoju ONZ (Agenda 2030) i poszanowania sędziów, którzy o to zabiegają. Potępiono rosnącą niesprawiedliwość i przemoc na całym świecie, a także niepowodzenie światowego systemu gospodarczego w utrzymaniu stabilności środowiska.

Zaznaczono, że „dzięki odpowiednim systemom wsparcia sędziowie mogą ograniczyć działania, które są destrukcyjne i poniżające dla ludzkości i planety”.

Wezwano do bezwarunkowego egzekwowania praw gospodarczych, społecznych i kulturalnych oraz zmodyfikowania polityki budżetowej i podjęcia zdecydowanych działań, by osiągnąć cele Porozumienia klimatycznego z Paryża.

Nowa instytucja – zgodnie z życzeniem papieża – ma być orędownikiem i obrońcą praw społecznych, propagować transformację wymiaru sprawiedliwości.

Warto zauważyć, że członkiem COPJA jest np. sędzia Elena Liberatori specjalizującą się w prawie administracyjnym, absolwentka Uniwersytetu w Buenos Aires (UBA), która otrzymała nagrodę od Argentyńskiej Federacji Lesbijek, Gejów, Biseksualistów i Trans (FALGTB) za „swoje wsparcie, wkład i zaangażowane działania na rzecz bardziej sprawiedliwego i egalitarnego kraju”.

W 2015 r. jako pierwsza sędzia w kraju i jedna z pierwszych na świecie uznała osobowość zwierzęcia – sprawa „Sandra”. Liberatori jest jedną z osób, które podpisały się pod Deklaracją Rzymską wydaną w 2019 r. po konferencji w Papieskiej Akademii Nauk Społecznych. W 2020 r. otrzymała Dyplom Honorowy Senatu Narodu Argentyńskiego w uznaniu za eko-feministyczne zaangażowanie w obronę programu „harmonii z Naturą”, w ramach hołdu złożonego dziedzictwu Berty Cáceres. W tym samym roku otrzymała nagrodę Shining World Leadership Award for Justice przyznaną przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Najwyższej Mistrzyni Ching Hai (eko-aktywizm), a w 2021 roku została mianowana honorowym dyrektorem akademickim Instytutu Praw Zwierząt Stowarzyszenia Prawników San Martín. Od maja 2021 roku jest członkiem argentyńskiego oddziału Panamerykańskiego Komitetu Sędziów ds. Praw Społecznych i Doktryny Franciszkańskiej.

W marcu 2023 r. papież Franciszek potępił „doktrynę odkrycia” i przeprosił „za czyny niektórych wierzących chrześcijan, którzy w przeszłości bezpośrednio lub pośrednio przyczynili się do procesów dominacji politycznej i terytorialnej różnych narodów Ameryki i Afryki”. Ostrzegał przed współczesnym kolonializmem gospodarczym i ideologicznym. – Żadna władza – polityczna, gospodarcza, ideologiczna – nie jest uprawniona do jednostronnego określania tożsamości narodu lub grupy społecznej – mówił podczas międzykontynentalnych warsztatów na temat współczesnego neokolonializmu. Dodawał, że „ujarzmianie i grabież narodów przy użyciu siły lub penetracji kulturowej i politycznej jest zbrodnią”.

Nowa umowa społeczna

Działania watykańskie wpisują się w inicjatywy podejmowane przez szefa ONZ Antonio Guterresa i zwołany przez niego Szczyt Społeczny w 2025 r. Proponuje on gruntowną przebudowę gospodarki i systemu globalnego zarządzania (program reform przedstawił w Our Common Agenda), o czym będzie mowa podczas tegorocznego szczytu SDG 2023 (cele zrównoważonego rozwoju) w Nowym Jorku oraz Szczytu Przyszłości rok później. Ma pojawić się projekt nowej umowy społecznej: Pakt Przyszłości, kładący nacisk na prawa społeczne, przyszłych pokoleń i „prawa Natury”.