Novus Ordo czci boginię śmierci „Santa Muerte”. W kościele w Bergamo …

Novus Ordo czci boginię śmierci. W Bergamo…

gloria-„Santa Muerte”

W Kościele Sant’Andrea w Bergamo (Włochy) wzniesiono azteckie ołtarzyki ku czci „Matki Bożej Śmierci” lub, jak kto woli, „Santa Muerte” – meksykańskiej bogini, wywodzącej się od Mictecacihuatl, azteckiego demona śmierci.

Pewne kręgi homoseksualne uznają Santa Muerte za swoją patronkę. W trakcie ceromoni pseudo-homo-zaślubin w Meksyku często prosi się o jej wstawiennictwo.

Portal MessaInLatino.it opublikował zdjęcia z pokracznej instalacji w parafii Sant’Andrea, na której czele stoi jego Eminencja Fabio Zucchelli (od 2013 roku).

Okazją do wyniesienia pogańskich bożków na ołtarze jest wydarzenie z 4 listopada, będące częścią meksykańskiego festiwalu „Śmierć jako Żywa Kultura”, który w tym roku przybrał nazwę „Wszystkie Wrota Mictlán”.

#newsDxpiywdcvd

Trafna diagnoza Ambasadora Izraela Yacov Livne o patriotach w Polsce: „Walczą z trzema «złami»: USA, UE i Izraelem”

Trafna diagnoza Ambasadora Izraela Yacov Livne o patriotach w Polsce: „Walczą z trzema «złami»: USA, UE i Izraelem”

twitter.com/YacovLivne

„«Stop usraelizacji (sic!) polskiej racji stanu» – wzywają ci «patrioci» w Święto Niepodległości w Warszawie. Walczą z trzema «złami»: USA, UE i Izraelem… Brak słów” – Yacov Livne.

Amb. Yacov Livne

@YacovLivne

„Stop Usraelization (sic!) of the Polish raison d’Etat” – call these „patriots”, on Polish Independence Day in Warsaw. They fight against 3 „evils”: the US, the EU, and Israel… No words.

Przetłumacz wpis

Zdjęcie

Zdjęcie

AJC Central Europe i 7 innych użytkowników

12,8 tys. Wyświetlenia

===========================

Buldogi pod dywanem

Buldogi pod dywanem

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)  •  12 listopada 2023 michalkiewicz

Pan prezydent Andrzej Duda przemówił. 6 listopada wygłosił do naszego mniej wartościowego narodu tubylczego orędzie, w którym przekazał trzy informacje. Po pierwsze, że jest dumny z wysokiej frekwencji na wyborach, która jego zdaniem świadczy o dobrej kondycji naszej demokracji, a poza tym – że na marszałka-seniora, który otworzy pierwsze posiedzenie Sejmu po wyborach wybrał pana Marka Sawickiego z PSL, zaś misję tworzenia rządu powierzył panu Mateuszowi Morawieckiemu. Wybór pana Sawickiego na marszałka-seniora jest trochę zagadkowy, bo ma on zaledwie 65 lat, podczas gdy najstarszym posłem, w dodatku też z PSL, jest pan Tadeusz Samborski, liczący sobie lat 78. A w ogóle to posłów starszych od pana Sawickiego jest w Sejmie cały Legion, zatem jedno jest pewne; to nie wiek pana Sawickiego zdecydował o powierzeniu mu tej funkcji przez pana prezydenta, tylko coś innego. Co?

Pewne światło na tę sprawę rzuca Judenrat „Gazety Wyborczej” ironizując na temat pomysłu pana Sawickiego, by już po wykokoszeniu się Sejmu przedstawić konstruktywne votum nieufności dla rządu zaproponowanego przez pana Morawieckiego. Konstruktywne votum nieufności polega na tym, że ta frakcja, która złożyła wniosek o votum nieufności dla rządu, musi jednocześnie uzyskać votum zaufania dla rządu proponowanego przez nią samą. Zaniepokojenie Judenratu bierze się tedy z niedostatku zaufania zarówno dla pana Marka Sawickiego, jak i PSL, a może nawet całej Trzeciej Nogi, od której wszystko zależny, to znaczy – nadzieje Donalda Tuska i jego Volksdeutsche Partei na objęcie rządów w naszym bantustanie – czego Judenrat „Gazety Wyborczej” też nie może się już doczekać, żeby wreszcie przeprowadzić rozdział Kościoła od państwa, które ma być poddane starszym i mądrzejszym.

Ciekawe, że nikt nie bierze w ogóle pod uwagę jeszcze jednej możliwości, a mianowicie, że Sąd Najwyższy orzeknie, iż wybory były nieważne. A może tak orzec, bo wpłynęło tam grubo ponad tysiąc protestów wyborczych w sprawie wyborów do Sejmu i Senatu, a drugie tyle – w sprawie referendum – ale o te mniejsza – a do końca ubiegłego tygodnia SN nie rozpoznał jeszcze ani jednego, jakby na coś czekał. I znowu – jako że z obfitości serca usta mówią – musimy zwrócić uwagę na reakcję Judenratu, który niepokoi się działaniami pana prezydenta Dudy, który właśnie zaproponował zmianę regulaminu SN polegającą na tym, by nie 2/3, a tylko połowa składu SN mogła przeforsować uchwałę pełnego składu SN lub uchwałę połączonych izb. Ta zmiana regulaminu – jak podają media związane z Judenratem – miała być po to, by można było uchylić uchwałę SN z 2020 r. o nielegalności „nowej” KRS i rekomendowanych przez nią tzw. „neo-sędziów”. Judenrat bowiem uznaje tylko tych sędziów, którzy albo samego jeszcze znali Stalina, albo przynajmniej – generała Kiszczaka, a w ostateczności – generał Marka Dukaczewskiego. Jak który nie znał nikogo z tych osób, orzekać w Sądzie Najwyższym, podobnie jak w żadnym innym – nie powinien. Taki jest rozkaz. Toteż kiedy ta zmiana regulaminu miała zostać poddana pod obrady Kolegium SN, które jednak się nie odbyło, bo… zabrakło quorum. „Starzy” sędziowie, co to samego jeszcze znali… – i tak dalej – odmówili udziału w posiedzeniu Kolegium pod pretekstem, że zostało ono zwołane w trybie nagłym. Słowem – jak mawiali starożytni Rzymianie, na których obecni Żymianie najwyraźniej się wzorują – cunctando rem restituere, to znaczy – ratować sytuację odwlekaniem. Ciekaw jestem, co na to stare kiejkuty; jeśli na tym etapie akurat służą niemieckiej BND, to z pewnością za pośrednictwem oficerów prowadzących spowodują, iż Sąd Najwyższy zostanie sparaliżowany, podobnie jak wcześniej – Trybunał Konstytucyjny. Okazuje się, że taktyka zastosowana wobec Polski przez Prusy w wieku XVIII, znakomicie sprawdza się również w wieku XXI, między innymi dlatego, że – wbrew nadziejom naiwnego pana prof. Adama Strzembosza – środowisko sędziowskie nie tylko się nie „oczyściło” z agentury, ale nawet dodatkowo sfajdało nie tylko z WSI, ale i w ramach prowadzonej przez ABW operacji „Temida”, której celem był werbunek „nowej” agentury w tym środowisku.

Jak widzimy, trwa walka buldogów pod dywanem, a stawką są nie tylko rządy w naszym bantustanie, ale również – czy przebudowa Unii Europejskiej w IV Rzeszę będzie trwała długo, czy krócej. Niemcy chciałyby, by to przepoczwarzanie trwało jak najkrócej to znaczy – najpóźniej do wyborów prezydenckich w USA, a w ostateczności – do stycznia 2025 roku, kiedy to nowy amerykański prezydent obejmie władzę. Rzecz w tym, że prezydent Józio Biden w marcu pozwolił kanclerzowi Scholzowi, by Niemcy urządzały Europę po swojemu, ale jeśli w listopadzie 2024 roku prezydentem zostanie kto inny, ot na przykład – pani Nikki Haley, z hinduskimi korzeniami, to lepiej będzie, kiedy fakty dokonane zostaną dokonane wcześniej. W tym celu na pozycji lidera sceny politycznej w naszym bantustanie powinna zostać dokonana podmianka, by proces przepoczwarzania przebiegał bez zakłóceń. Te zakłócenia by go nie zahamowały, bo wiadomo, że w tych sprawach Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński zawsze szedł ręka w rękę ze znienawidzonym Donaldem Tuskiem, ale gwoli uwodzenia swoich wyznawców uprawiałby tromtandracką, patriotyczną retorykę na którą teraz nie ma ani czasu ani zapotrzebowania. Co innego demonstracje. 11 listopada w Warszawie mają się odbyć chyba aż trzy „Marsze Niepodległości” nie mówiąc o nabożeństwie w tej intencji – ale to zrozumiałe w sytuacji, gdy Niemcy resztki niepodległości właśnie chcą zlikwidować, ale Marsze im w tym nie przeszkadzają. Już w XVIII wieku ruski ambasador Stackelberg raportował Katarzynie, że wolność polska manifestuje się w sferze imaginacji, przyzwyczajając naród do kultu działań pozornych. I tak już zostało – o czym się właśnie przekonujemy.

Tymczasem kiedy bezcenny Izrael deklaruje iż bezterminowo „przejmuje odpowiedzialność” za Strefę Gazy – co w pokojowej nowomowie oznacza starą, poczciwą aneksję – a stojące na nieubłaganym gruncie zasady samostanowienia narodów, miłujące pokój państwa ze Stanami Zjednoczonymi na czele, stoją na świecy, pilnując, żeby nikt mu w ostatecznym rozwiązaniu kwestii palestyńskiej nie przeszkadzał, amerykańskie media puszczają bąki, że ukraiński prezydent Zełeński „do końca roku” musi zacząć dogadywać się z Putinem. Jak już wielokrotnie pisałem, również Partia Demokratyczna w USA, mając świadomość, że ukraińska awantura może zdominować kampanię wyborczą, zawczasu przygotowała sobie preteksty, by Ukraińców zmłotować, m.in. w postaci ultimatum, by prezydent Zełeński w ciągu 18 miesięcy poddał Ukrainę kuracji przeczyszczającej z korupcji – bo jak nie, to koniec wspierania. Tymczasem taka kuracja przeczyszczająca jest znacznie trudniejsza od oczyszczenia stajni Augiasza i nawet zakochana w prezydencie Zełeńskim pani Urszula von der Layen wprawdzie go komplementuje, ale ostrożnie – że na tej drodze „robi postępy”. Może i robi – ale czy zdąży? Tego nikt nie wie łącznie z nim samym. Toteż prezydent Zełeński energicznie dementuje doniesienia amerykańskich mediów, twierdząc że „nikt” nie wywiera na niego nacisków, by rozpoczął kapitulacyjne negocjacje z Putinem – ale co ma mówić?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Toporem rozrąbano głowę, Arcybiskup oddał ducha. Męczeństwo świętego Jozafata Kuncewicza

Ostrze rozrąbało głowę, arcybiskup oddał ducha. Męczeństwo świętego Jozafata Kuncewicza

https://pch24.pl/ostrze-rozrabalo-glowe-arcybiskup-oddal-ducha-meczenstwo-swietego-jozafata-kuncewicza/


Miał pięć lat, kiedy zobaczył znak. Podczas wizyty w cerkwi matka objaśniała mu Ofiarę Ukrzyżowania. A on nagle ujrzał, jak od krucyfiksu odrywa się płomienna iskra. Wnętrze świątyni tonęło w półmroku, wierni kornie chylili głowy, czując na sobie spojrzenia Chrystusa i świętych spływające z ikon. A świecąca iskierka, widoczna tylko dla małego chłopca, wirowała w powietrzu, nieuchronnie zbliżając się do malca. W końcu dopadła go, wbiła mu się wprost w serce. Poczuł ból – tak ostry, że zapamiętał go na całe życie. Boleść ustąpiła po chwili, ale ogień miał w nim pozostać już na zawsze.

Droga

Urodził się w 1580 roku we Włodzimierzu Wołyńskim, w rusińskiej rodzinie Kunczyców. Na chrzcie otrzymał imię Iwan (Jan). Rodzice byli pobożnymi wyznawcami prawosławia i to im zawdzięczał zanurzenie się w pięknie liturgii wschodniej. Ojciec pragnął wykierować go na kupca, ale dorastający Iwan czuł, że jest stworzony do rzeczy wyższych. Płonął w nim ogień, rozniecony przed laty przez iskierkę z cerkiewnego krucyfiksu.

Gdy terminował w Wilnie, zachwycił go katolicyzm. A był to czas wielkich burz. Zawarta w 1596 roku Unia Brzeska dawała szansę czcicielom obrządku bizantyjskiego na powrót do jedności ze Stolicą Apostolską. Wrzały emocje i umysły. Zwolennicy Unii i prawosławia ścierali się w zażartych sporach. Trzeba było opowiedzieć się po jednej ze stron.

Młody Iwan dokonał wyboru. W roku 1604 przywdział habit bazylianina w unickim kościele Świętej Trójcy w Wilnie. Otrzymał zakonne imię Jozafat. Szczęście odnalazł w klasztornej celi, w modlitwie i nieraz drastycznych umartwieniach. Oprócz postów praktykował samobiczowanie, nosił włosienicę i łańcuch z kolcami, ofiarując swe cierpienia za nawrócenie schizmatyków. Porywający kaznodzieja i przenikliwy spowiednik, chętnie wspierał pensjonariuszy szpitali, przytułków i więzień.

Po kilku latach studiów teologicznych otrzymał święcenia kapłańskie, w wieku 38 lat mianowano go biskupem pomocniczym diecezji połockiej, a następnie jej ordynariuszem. Wzbraniał się gwałtownie przed tymi zaszczytami, uznając się za ich niegodnego. Jednakże jako arcypasterz diecezji spisał się znakomicie, przyczyniając się do wzmocnienia unickich parafii. Dbał o rozwój duchowy i moralny parafian, pilnował dyscypliny kleru, uporządkował sprawy finansowe, zwalczał wszelkiego rodzaju nadużycia. Dzięki niemu ogromna liczba prawosławnych przystąpiła do Unii, stąd przylgnął doń przydomek „duszochwata” (łowcy dusz).

Próba sił

Tymczasem narastał konflikt z przeciwnikami Unii (dyzunitami). W 1619 roku po ziemiach wschodnich Rzeczypospolitej wojażował Teofan III – prawosławny patriarcha Jerozolimy. Nie oglądając się na zgodę króla, wyświęcił w kijowskiej Ławrze Peczerskiej szereg biskupów, odtwarzając hierarchię prawosławną uprzednio zlikwidowaną przez Unię Brzeską. Prawosławnym arcybiskupem połockim został Melecjusz Smotrycki, który niemal natychmiast rozpoczął ostrą walkę z unitą Jozafatem.

Do publicznych polemik i oskarżeń włączyli się anonimowi autorzy oszczerczych pamfletów. Jozafatowi zarzucano niestworzone rzeczy – pogromy ludności prawosławnej, nawrócenia pod przymusem, a nawet wykopywanie z ziemi zwłok dyzunitów i rzucanie ich psom na pożarcie. Tymczasem prawda była inna. Relacje naocznych świadków, tak katolików, jak prawosławnych, mówią o nadzwyczajnej dobroci i łagodności Jozafata. Archidiakon Doroteusz zaświadczał: „Wiedział dobrze Jozafat, że ze schizmatykami nic się nie zyskuje przez gwałt. We wszystkich przeto z nimi stosunkach używał słów anielską tchnących słodyczą. Przemowy jego pełne były apostolskiego namaszczenia i gorliwości, pełne ojcowskiej dobroci”. Sam hierarcha w liście do kanclerza litewskiego Lwa Sapiehy stwierdzał: „Do Unii, żebym kiedy kogo gwałtem przymuszał, to się nigdy nie pokaże”.

A zamęt narastał. W niektórych miastach prawosławni zyskali poparcie lokalnych władz. W Witebsku rada miejska poparła Smotryckiego, doszło do wypędzeń unitów i odbierania im cerkwi. Wbrew temu „duszochwat” nadal odnosił imponujące sukcesy misyjne. Nawet zatwardziali innowiercy okazywali mu wielki szacunek. Tym bardziej był niebezpieczny dla dyzunickich fanatyków. Doszło do pierwszych zamachów na jego życie, jeszcze nieskutecznych. Zacietrzewieni wrogowie Unii Brzeskiej postanowili więc wywołać masowy tumult.

Ludzie i psy

12 listopada 1623 roku podburzony tłum wtargnął do wnętrza pałacu arcybiskupiego w Witebsku. Rozległ się ryk: „Bij, zabij papistę, łacinnika!”.

Motłoch dopadł najpierw kilkoro służby, srodze pastwiąc się nad ofiarami. Wtedy na spotkanie nieproszonych gości pospieszył sam arcybiskup Jozafat. Uczynił nad przybyszami znak krzyża, po czym przemówił. Świadkowie zapamiętali jego słowa: „– Dziatki, dlaczego bijecie czeladkę moją? Nie zabijajcie ich. Jeśli macie coś przeciwko mnie, owóż jestem!”.

Od hierarchy biły takie majestat i powaga, że napastnicy zamarli. Wydawało się, że żaden nie podniesie ręki na arcypasterza. Nagle z bocznych drzwi komnaty wyłoniło się dwóch mężczyzn. Szli w stronę hierarchy spiesznym krokiem; zapamiętano ich niesamowite oczy, przypominające wzrok obłąkanych. Jeden ugodził Jozafata pałką, zwalając go z nóg. Drugi dzierżył topór – ten wziął szeroki zamach i ciął leżącego. 

Bestia poczuła krew. Znów rozległ się wrzask gawiedzi. Motłoch wywlókł zwłoki na podwórko, pastwiąc się nad nimi strasznie. Trupa rozstrzeliwano z samopałów, kopano, opluwano. Postawiono go na nogi i szydzono: „Czyż dzisiaj nie niedziela? Trzeba ci mówić kazanie, arcybiskupie!”.

Wtedy pojawił się pies. Kroniki nie odnotowały, czy zwierz był własnością pałacu arcybiskupiego, czy też przybiegł z miasta zwabiony hałasem. Jego przeraźliwe ujadanie na moment zagłuszyło wrzask tłuszczy. Pies wpadł między opryszków, kłapiąc szczękami, aż odskoczyli przestraszeni. Przez dobrą chwilę zwierzę warowało przy zwłokach męczennika, broniąc do nich dostępu. Wodziło po zebranych wściekłymi ślepiami, obnażając kły i warcząc głucho, niepogodzone ze złem i nie szukające z nim pojednania – stworzenie najbardziej ludzkie ze wszystkich obecnych…

Ale człowiecza bestia nie dała sobie wydrzeć żeru. Opryszkowie rzucili się tłumnie; znów poszły w ruch pałki i siekiery. Psisko broniło się zaciekle, padało pod ciosami, by znów poderwać się do walki, aż wreszcie legło nieruchomo. Oprawcy poćwiartowali je, potem ułożyli zmasakrowane szczątki na trupie arcybiskupa, by pohańbić męczennika, mieszając jego krew z psią posoką. Następnie powleczono ciało Jozafata ulicami miasta, nad rzekę, by ostatecznie zatopić je w nurtach Dźwiny.

Każda męczeńska śmierć kryje w sobie jakieś podobieństwo do Ofiary z Golgoty. Kaźń Jozafata była względem Niej bliźniaczą poprzez samotność w godzinie śmierci. Dość jeszcze wtedy liczni łacinnicy i unici Witebska, niczym niegdyś przerażeni Apostołowie, zaszyli się w swoich domach; żaden nie pospieszył z pomocą ani ze słowem protestu.

Krwawiąca rana

W końcu w mieście nastała martwa cisza. Ulice wyludniły się. Ostatni gapie przemykali chyłkiem do domów, ze spuszczonymi głowami, nie patrząc sobie w oczy. Gdy zapadły ciemności, rozbudziły się uśpione sumienia.

Wielu sprawców osaczyła rozpacz. Wiedzieli przecież, że zamordowali świętego męża, powszechnie szanowanego nawet przez innowierców. W nocy powiesił się na belce pod stropem własnego domu uczestnik zajazdu, co pierwszy zadał cios arcybiskupowi. Ciszę rozdarł skowyt kobiety, która podczas napadu sprofanowała zwłoki, ze śmiechem wyrywając brodę zabitemu hierarsze. Teraz szła ulicami po omacku, krzycząc rozpaczliwie, że Bóg za karę odebrał jej wzrok… Ludzi ogarnęła zgroza.

Nad ranem naród rzucił się tłumnie nad rzekę. Przeszukiwano przybrzeżne zarośla, na wodę spuszczono łodzie wyposażone w bosaki i sieci. Szóstego dnia wyłowiono zwłoki. Ku zdumieniu zebranych ciało nie okazywało oznak rozkładu. Jedynie z rany na czole wciąż ciekła strużka krwi.

„Tymczasem miasto Połock zażądało zwrotu ciała swego arcybiskupa. […] Kiedy miano wynosić trumnę, cała prawie ludność Witebska zebrała się przed cerkwią, a krzycząc i płacząc wyznawała swoją zbrodnię. […] Lud się cisnął, aby się dotknąć trumny. Jęk i płacz był ogólny; katolicy wysławiali świętego, schyzmatycy przeklinali sprawców zabójstwa, inni znowu polecali się w głos jego modlitwom, sami zabójcy wyznawali z płaczem swą zbrodnię. Żydzi wołali, że to cud, iż ciało tak długo się zachowało, protestanci wyszli ze swoim pastorem i ten chciał nieść trumnę, mówiąc: »Nieszczęśliwi! Zabili niewinnego!«” – pisał ojciec Alfons Guépin.

Potem było jeszcze większe zadziwienie. Trumnę przewieziono do połockiej katedry, gdzie przez czternaście miesięcy była wystawiona na katafalku. Co jakiś czas otwierano ją i wówczas oczom wiernych ukazywało się ciało nietknięte rozkładem, ciągle krwawiące z rany na czole. Arcybiskup został pochowany w Białej Radziwiłłowskiej, po latach jego ciało znalazło się w Wiedniu, by ostatecznie spocząć w Bazylice Świętego Piotra w Rzymie. Zwłoki wciąż nie poddawały się prawom natury, co pozostaje zagadką dla naukowców.

Śmierć „duszochwata” nie wyznaczyła końca jego działalności, przeciwnie, zapoczątkowała jego największe sukcesy. Raz po raz zgłaszano przypadki nawróceń na katolicyzm oraz uzdrowień dokonywanych za wstawiennictwem męczennika. Nawrócili się wszyscy (z wyjątkiem jednego) zabójcy hierarchy. Bodaj najgłośniejsza była konwersja niegdysiejszego zaciętego wroga Jozafata, prawosławnego arcybiskupa Smotryckiego. Głęboko wstrząśnięty wieścią o dokonanym mordzie, udał się w pielgrzymkę na Wschód, do Konstantynopola i Ziemi Świętej. Po powrocie złożył katolickie wyznanie wiary, odwołał swe błędne nauki i potępił oszczerczą kampanię nienawiści prowadzoną niegdyś przeciw męczennikowi.

W 1642 roku papież Urban VIII zaliczył Jozafata do grona błogosławionych. W roku 1867 papież Pius IX ogłosił go świętym Kościoła.

Włókna duszy albo sprawa smaku

„Prawda, że dobry jest pokój publiczny, ale ten, który zostawił nam Chrystus, nie zaś ów pokój, o którym powiedział: »Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz« (Mt 10, 34). Co za społeczność może być światłości z ciemnościami? Jaka zgoda między Chrystusem a Belialem? Między katolikami a synami schizmy i herezji? Między kościołami katolickimi a bluźnierstwami schizmatyków? Co za pokój będzie, gdy obrazą Bożą poczyniony?” – pisał św. Jozafat Kuncewicz.

Trudno uciec przed pytaniem, jak zachowałby się witebski męczennik, gdyby Bóg postawił go w innym czasie i miejscu? Zapewne najłatwiej go sobie wyobrazić w tłumie unitów z XIX-wiecznego Pratulina czy Drelowa, nieulękle patrzących w wyloty karabinowych luf. Lub może w ziemskim obrazie piekła – Gułagu, w którym łacinnicy, unici i prawosławni cierpieli razem katusze z rąk czerwonych oprawców. Albo też w niezliczonych miejscach kaźni w Afryce i Azji, gdzie katolicy i wierni Kościołów Wschodnich umierają pospołu pod nożem islamisty.

Jak jednak nasz święty czułby się w dzisiejszym Kościele starej Europy? Co rzekłby, gdyby znalazł się wśród hierarchów, dla których najistotniejsze jest wygłaszanie modnych kocopałów o potrzebie ochrony równowagi ekologicznej planety? Albo pośród „katolików otwartych” zatroskanych jedynie o dobre samopoczucie dzieciobójczyń i sodomitów? Bądź wśród małych judaszów parafialnych, piszących donosy o srogich księżowskich przewinach – niegdyś „głoszeniu kazań antypaństwowych”, zaś niedawno „łamaniu przepisów antysanitarnych”?

Czy arcybiskup Jozafat milczałby widząc, jak ordynariusz Innsbrucka zachwyca się zdjęciem świńskiego serca w prezerwatywie, zawieszonym w szpitalnej kaplicy? Czy nie zawrzałby świętym gniewem na pomysł błogosławienia par pederastów – bluźnierczej parodii sakramentu małżeństwa? A jak skomentowałby wieść o swoistym sojuszu Ołtarza z Partią, kiedy to świecki dygnitarz otrzymał kościelną „dyspensę” od wierności małżeńskiej?

Chyba najboleśniejszą kwestią dla naszego świętego byłaby dzisiejsza kondycja jego ukochanego Kościoła unickiego, we współczesnej Polsce zawłaszczonego przez Ukraińską Cerkiew Greckokatolicką. Już nawet nie wspominając o rezuńskich nożach święconych w bluźnierczych obrzędach podczas Wielkiej Rzezi Wołyńsko-Małopolskiej, nie sposób wyobrazić sobie Jozafata stojącego obok arcybiskupa Światosława Szewczuka, gdy ten majaczył o „niewinnych chłopcach” z UPA, którzy „uczą nas kochać i szanować się nawzajem”…

Święty Jozafat walczył z prawosławiem, zarazem miłując jego wyznawców. Przecie prawosławnymi byli jego rodzice, przecież to w cerkwi doświadczył obecności Boga.

Czy poparłby dzisiejsze działania żydowskiego prezydenta Ukrainy, zajmującego siłą prawosławne świątynie z oskarżenia o „szpiegostwo, dywersję, przechowywanie wrogiej literatury i dolarów” (zarzuty jakby wyjęte wprost z dawnych podręczników stalinowskich śledczych)? Czy zachwyciłyby go pomysły kijowskich włodarzy utworzenia schizmatyckiego „kościoła narodowego” (co także musi wywoływać określone skojarzenia u osób pamiętających komunę)?

Po czyjej stronie stanąłby święty, widząc ową prawosławną niewiastę, wyszydzaną w Kijowie przez tłum mentalnych rezunów, kiedy – samotna wśród zacietrzewionej hałastry – modliła się na klęczkach przed Ławrą Peczerską, właśnie szturmowaną przez bezpiekę Zełeńskiego? Wierzę, że wielki męczennik Unii upadłby na kolana przy tej kobiecie, i trwałby razem z nią w modlitwie – oboje otoczeni przez wrogi motłoch, pośród ciszy piłatowego milczenia chrześcijańskich wspólnot i mediów całego świata.

Pan Bóg pisze prosto po liniach krzywych.

Andrzej Solak

Z życia zboczeńców: Peter Singer – profesor Princeton University i potomek wiedeńskich Żydów – promuje zoofilię

Peter Singer – profesor Princeton University i potomek wiedeńskich Żydów – promuje zoofilię

Date: 11 novembre 202 Author: Uczta Baltazara babylonianempire

W tweecie, profesor Princeton University i działacz na rzecz praw zwierząt nazwał stosunki seksualne ze zwierzętami “stymulującymi” i zasugerował, że do akronimu LGBTQIA+ należałoby dodać literę Z.

To, co jeszcze kilka lat temu było uważane za aberrację seksualną, dewiację, przestępstwo, przemoc… obecnie znajduje wpływowych rzeczników, także wśród naukowców.

[Ależ- to wszystko JEST zboczeniem, wołająπcym o pomstę do Nieba. Tylko sataniści to promują. Mirosław Dakowski].

Peter Singer https://en.wikipedia.org/wiki/Peter_Singer jest profesorem bioetyki w Uniwersyteckim Centrum Wartości Ludzkich na Uniwersytecie Princeton i autorem licznych książek, w tym “Why Vegan? Eating Ethically” i “Animal Liberation Now”. Singer skomentował na Twitterze artykuł zatytułowany “Zoofilia jest moralnie dopuszczalna”, nazywając go “inspirującym” oraz “rzucającym wyzwanie jednemu z najsilniejszych tabu społecznych”.

«Kolejnym pobudzającym do myślenia artykułem jest “Zoofilia jest moralnie dopuszczalna” autorstwa Firy Bensto (pseudonim), który właśnie ukazał się w bieżącym numerze czasopisma @JConIdeas.

Ten artykuł rzuca wyzwanie jednemu z najsilniejszych społecznych tabu i argumentuje za moralną dopuszczalnością niektórych form kontaktów seksualnych między ludźmi i zwierzętami. Artykuł ten oferuje „kontrowersyjną perspektywę”, która wzywa do poważnej i otwartej dyskusji na temat etyki zwierząt i etyki seksualnej».

Artykuł, o którym mowa twierdzi, że zoofilia jest “moralnie dopuszczalna” i że nie ma “nic złego” w seksie ze zwierzętami. Został napisany pod pseudonimem Fira Bensto w Journal of Controversial Ideas i opublikowany w październiku.

“Seks ze zwierzętami jest potężnym społecznym tabu, które naraża tych, którzy go praktykują, na najwyższe oburzenie i napiętnowanie” – czytamy w artykule. “Zoofilia jest jedną z niewielu orientacji seksualnych (wraz z, na przykład, nekrofilią lub pedofilią), które pozostają zabronione i zostały pominięte przez ruch wyzwolenia seksualnego w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat. Twierdzę, że to błąd. W rzeczywistości nie ma nic złego w uprawianiu seksu ze zwierzętami: nie jest on ze swej natury problematyczną praktyką seksualną”. https://journalofcontroversialideas.org/article/3/2/255

INFO: https://newsacademy.it/storia-e-cultura/2023/11/11/il-professore-di-princeton-la-zoofilia-e-moralmente-ammissibile-nel-circo-delle-definizioni-per-le-identita-sessuali-lgbtqia-qualcuno-vorrebbe-aggiungere-una-z/

Rekordowa liczba zakażeń wirusem HIV w Polsce. Coraz więcej przypadków kiły i rzeżączki. Czemu??

Rekordowa liczba zakażeń wirusem HIV w Polsce. Coraz więcej przypadków kiły i rzeżączki.

Paula Nowak 10 listopada 2023, zdrowie.dziennik

Rekordowy wzrost zakażeń wirusem HIV w Polsce. Co jest przyczyną?

W Polsce odnotowano rekordowy wzrost zakażeń wirusem HIV. Jak informuje Zakład Epidemiologii Chorób Zakaźnych i Nadzoru NIZP PZH, w Polsce do końca października 2023 roku stwierdzono więcej przypadków zakażenia wirusem HIV niż łącznie w całym 2022 roku.

Jak informuje Zakład Epidemiologii Chorób Zakaźnych i Nadzoru PZH w okresie od 1 stycznia 2023 do 31 października 2023 roku wykryto w Polsce 2509 nowych zakażeń HIV.

Dla porównania, do końca października 2022 roku w Polsce stwierdzono – w analogicznym okresie od stycznia do października 2022 roku – 1923 przypadków zakażeń wirusem HIV. Jest to o 600 mniej niż obecnie. W rezultacie, Polska może stać się krajem o rosnącym współczynniku chorobowości (tzw. prewalencji) związanym z wirusem HIV.

Rośnie liczba przypadków kiły i rzeżączki

Zwiększyła się także – w stosunku rok do roku – zapadalność na inne choroby przenoszone głównie drogą płciową. Zakład Epidemiologii Chorób Zakaźnych i Nadzoru NIZP PZH odnotował dwukrotny wzrost liczby wykrytych przypadków kiły (1552 w stosunku do 757 takich przypadków od stycznia do końca października ub.r.) i prawie trzykrotny wzrost liczby wykrytych przypadków rzeżączki (1177 w stosunku do 405 takich przypadków od stycznia do końca października ub.r.).

W Polsce wciąż umierają pacjenci na AIDS, a liczba nosicieli HIV stale rośnie

Wrasta także liczba zakażonych wirusem zapalenia wątroby typu C – 2734 takie przypadki względem 1919 przypadków stwierdzonych od stycznia do końca października ub.r.

Dlaczego rośnie liczba zakażeń chorobami wenerycznymi?

W opinii specjalistów Zakładu Epidemiologii Chorób Zakaźnych i Nadzoru NIZP PZH do systematycznego wzrostu liczby zakażeń chorobami wenerycznymi mogą przyczyniać się takie czynniki jak niska świadomość społeczna dotycząca zakaźności chorobami wenerycznymi (w tym braki w edukacji), stosunkowo rzadkie wykonywanie testów na HIV i innych badań w polskim społeczeństwie oraz słaba dostępność badań w kierunku kiły, rzeżączki i innych badań wenerologicznych na poziomie miast powiatowych.

======================

MD: A o pielęgnowaniu pornografii, o namolnej propagandzie zboczeń, promocji pedałów, czy zmian „partnerów”, nawet o milczeniu biskupów i księży – nie piszecie…

11 listopada. Jakie święto – taka niepodległość?

Jerzy Wolak: 11 listopada. Jakie święto – taka niepodległość?

https://pch24.pl/jerzy-wolak-11-listopada-jakie-swieto-taka-niepodleglosc/

Niepodległość jest rzeczą wielką i wspaniałą. Należy się nią cieszyć i celebrować ją. Ale mądrze. Niestety świętowanie przez Polaków rocznicy odzyskania niepodległości w dniu 11 listopada jest pozbawione głębszego sensu i wszelkiej historycznej podstawy.

Narodowe Święto Niepodległości Rzeczypospolitej wisi w próżni – nie wyznacza go data proklamacji żadnego oficjalnego dokumentu czy też orędzia. Nie wyznacza go data żadnego przełomowego wydarzenia. Bo też w istocie 11 listopada nic się nie wydarzyło – jak historia Polski długa i bogata.

No chyba, że wspaniałe zwycięstwo odniesione przez wojska polskie pod wodzą hetmana wielkiego koronnego Jana Sobieskiego nad Turkami pod Chocimiem. Ale to było w roku 1673 – sto lat przed pierwszym rozbiorem Rzeczypospolitej, więc choć okazja zacna, za nic nie pasuje do kontekstu.

Podobnie nie pasuje doń Dzień Świętego Marcina, czyli przypadające w Kościele katolickim na 11 listopada wspomnienie niezwykle na ziemiach polskich popularnego Marcina z Tours.

Wszakże znacznie bliżej Tours leży Las Compiègne, pośrodku którego w specjalnym wagonie kolejowym właśnie 11 listopada 1918 roku podpisano rozejm kończący czteroletnie zmagania Wielkiej Wojny. A to już znacznie bardziej pasuje do kontekstu. Ale nie polskiego. Dla Zachodu, owszem, jedenasty dzień listopada stanowi pamiątkę ze wszech miar ważną, w dziejach Polski jednak marginalną.

Cóż się bowiem wydarzyło 11 listopada 1918 roku w Polsce? Rada Regencyjna w Warszawie przekazała przybyłemu dzień wcześniej z Berlina Józefowi Piłsudskiemu zwierzchnictwo i naczelne dowództwo nad Wojskiem Polskim. Czy to jednak słuszny powód, aby dzień ów czcić jako pamiątkę odzyskania niepodległości? Żadną miarą! Machina naszej niepodległości pracowała już bowiem od ponad miesiąca. Józef Piłsudski przyszedł na gotowe. 10 listopada 1918 roku przyjechał niemieckim pociągiem do Polski już niepodległej.

Prawdziwa data i prawdziwy sprawca

Kiedy zatem powinniśmy świętować odzyskanie niepodległości po wieku rozbiorów? Siódmego dnia października. Tego dnia bowiem została publicznie ogłoszona deklaracja niepodległości Rzeczypospolitej. Proklamowała ją najwyższa legalna polska władza – Rada Regencyjna Królestwa Polskiego – 7 października 1918 roku.

W odezwie do narodu polskiego wydanej tegoż dnia przez Radę Regencyjną czytamy:

„Polacy! Obecnie już losy nasze w znacznej mierze w naszych spoczywają rękach. Okażmy się godnymi tych potężnych nadziei, które z górą przez wiek żywili wśród ucisku i niedoli ojcowie nasi. Niech zamilknie wszystko, co nas wzajemnie dzielić może, a niech zabrzmi jeden wielki głos: Polska zjednoczona niepodległa!”

Niestety, w świadomości współczesnych Polaków, karmionych maksymalnie uproszczoną legendą, Rada Regencyjna Królestwa Polskiego – czynnik kluczowy w procesie odzyskiwania niepodległości przez Polaków po stu dwudziestu trzech latach rozbiorów – praktycznie nie istnieje. Niesłuszne to i niesprawiedliwe. Była ona bowiem pierwszym organem władzy odrodzonej Rzeczypospolitej.

Niektórzy to jednak kwestionują, by – co niezmiernie ciekawe – niemal na tym samym oddechu pochwalać oddanie przez nią władzy w ręce Józefa Piłsudskiego. I w najmniejszym nawet stopniu nie poczuwają się do niekonsekwencji. Bo skoro Rada miałaby być nielegalna, to władza przekazana brygadierowi nie była warta funta kłaków…

Inni deprecjonują Radę Regencyjną jako instytucję powstałą z nadania zaborcy i okupanta. To równie niegodziwe. Czyż bowiem wszyscy patrioci polscy owego czasu nie wiązali nadziei z jedną bądź drugą stroną „wojny powszechnej za wolność ludów”? Czy Roman Dmowski i Komitet Narodowy Polski nie postawili w tej rozgrywce na Rosję, a Józef Piłsudski i Związek Walki Czynnej – na Austro-Węgry i Niemcy? A że w odpowiednim momencie uwolnili się od zaborczej kurateli, by prowadzić samodzielną politykę? To samo przecież uczyniła Rada Regencyjna. I to z rewolucyjną wręcz jak na konserwatystów szybkością.

Kiedy 5 października 1918 roku kanclerz Cesarstwa Niemieckiego Maksymilian Badeński zwrócił się do prezydenta Stanów Zjednoczonych Thomasa Woodrowa Wilsona z ofertą rokowań pokojowych na podstawie czternasto-punktowego amerykańskiego orędzia ogłoszonego w styczniu tego samego roku, trzeźwi polscy dyplomaci natychmiast dostrzegli w tym nieomylny sygnał, iż Rzesza wojnę nieodwołalnie przegrała. A skoro jeszcze Niemcy się godzą, ba sami proponują, by negocjować zakończenie konfliktu na podstawie dokumentu, którego trzynasty paragraf wyraźnie oznajmia, iż „powinno zostać utworzone niepodległe państwo polskie”, to nie ma na co czekać, tylko ogłosić niepodległość państwa polskiego.

I to właśnie uczynili – całkowicie ignorując status quo, czyli fakt urzędowania w Warszawie niemieckiego generalnego gubernatora Hansa Hartwiga von Beselera oraz zajmowania większości terytorium Królestwa Polskiego przez żołnierzy w pikielhaubach oraz sprzymierzonych z nimi c.k. dezerterów. W oparciu o postulat amerykańskiego prezydenta, iż „powinno zostać utworzone niepodległe państwo polskie na terytoriach zamieszkanych przez ludność bezsprzecznie polską, z wolnym dostępem do morza, a niepodległość polityczna i gospodarcza oraz integralność terytoriów tego państwa powinna być zagwarantowana przez konwencję międzynarodową”, obwieścili Polsce i światu, że „wielka godzina, na którą cały naród polski czekał z upragnieniem, już wybija. Zbliża się pokój, a wraz z nim ziszczenie nigdy nieprzedawnionych dążeń narodu polskiego do zupełnej niepodległości. W tej godzinie wola narodu polskiego jest jasna, stanowcza i jednomyślna”.

Stało się to zaledwie dwa dni po nocie niemieckiego kanclerza – 7 października 1918 roku, i ten właśnie dzień powinien pozostać na wieczną rzeczy pamiątkę Narodowym Dniem Niepodległości.

Sprytne przejęcie narodowych dziejów

Ale nim nie jest. Dlaczego? Za sprawą wiernych akolitów Józefa Piłsudskiego uzurpujących sobie monopol na historię Polski. W ich narracji wszystko, do czego nie przyłożył ręki Brygadier-Marszałek-Wódz, nie miało dla naszych narodowych dziejów żadnego znaczenia – jakby zupełnie nie zaistniało. Więc po co o tym wspominać, po co to pamiętać?

Stąd data odzyskania niepodległości – 11 listopada – dzień, w którym Rada Regencyjna mianowała Komendanta głównodowodzącym Wojska Polskiego, od czego – w ich optyce – rozpoczęło się dzieło odbudowy polskiej państwowości. Józef Piłsudski przybył, zobaczył, zwyciężył – uniósł ręce nad Polską zupełnie jak Mojżesz podczas starcia Izraelitów z Amalekitami pod Refidim i dalsze wypadki dziejowe potoczyły się zgodnie z jego politycznym geniuszem.

A że akurat tego samego dnia podpisano rozejm na froncie zachodnim, co przyjęło się uznawać za datę zakończenia pierwszej wojny światowej, to tym lepiej, bo można było wątpliwej wagi wydarzenie lokalne podeprzeć faktem o niepodważalnym znaczeniu globalnym, i na takim pomyślnym splocie budować legendę.

A Polacy – naród na wskroś romantyczny – legendy nad wyraz lubią i przedkładają je ponad rzeczywistość. Niespecjalnie do nich przemawia konstatacja Józefa Mackiewicza, że „tylko prawda jest ciekawa”. Polacy preferują raczej dobrze wysmażoną propagandę, zwłaszcza obficie podlaną sosem poezji – menu w sam raz na wieczornice, apele, akademie. To w istotnej części efekt romantyczno-lewoskrętnej edukacji całych pokoleń Polaków – czy można się więc dziwić ich naturalnej, wręcz instynktownej skłonności ku lewicowym narracjom, schematom i stereotypom?

Stateczni, roztropni realiści

Tymczasem – co warto sobie uzmysłowić i zapamiętać – niepodległość Polski proklamowali konserwatyści.

To także bywa dziś cierniem w oku wielu historyków. A jednak właśnie fakt, iż Radę tworzyli polityczni realiści o światopoglądzie zachowawczo-monarchistycznym, przesądzał o jej powadze, stateczności, rzetelności i ostatecznie – skuteczności. Rada Regencyjna stanowiła prawdziwy przekrój elity społeczno-polityczno-duchowej ówczesnej Rzeczypospolitej.

Oto książę Zdzisław Lubomirski – filantrop i promotor edukacji, prezydent Warszawy i działacz samorządowy; oto Józef Ostrowski – ziemianin i prawnik, prezes konserwatywnego Stronnictwa Polityki Realnej; oto wreszcie Aleksander Kakowski – arcybiskup metropolita warszawski, czyli prymas Królestwa Polskiego. Zwłaszcza obecność tego ostatniego w Radzie Regencyjnej, powołanej wszak – jak sama nazwa wskazuje – w celu sprawowania władzy w imieniu monarchy pod jego nieobecność, wpisuje się w odwieczną tradycję ustrojową Rzeczypospolitej, zgodnie z którą w czasie bezkrólewia funkcje monarsze sprawował prymas Polski.

Jako ludzie poważni, stateczni i cnotliwi, regenci nie ograniczyli się do pustego frazesu, lecz od razu zaczęli przekuwać deklarację w czyn. Już zresztą wcześniej – przez niemal równy rok działalności – Rada Regencyjna krok po kroku poszerzała przestrzeń suwerenności, kładąc trwałe podwaliny porządku polityczno-społecznego odrodzonego państwa polskiego. Zorganizowała i rozbudowała administrację państwową, utworzyła zalążek polskiej dyplomacji, rozwijała polskie szkolnictwo i sądownictwo oraz – last but not least – zbudowała polskie siły zbrojne. Ówcześni Polacy ze wszystkich zaborów (z wyjątkiem, jak zwykle, lewaków) postrzegali Radę jako prawowitą władzę Polski, której powrót na mapy świata już od wiosny 1918 roku wręcz „czuło się w kościach”. Dowodzi tego choćby decyzja sztabu I Korpusu Polskiego w Rosji o uznaniu zwierzchnictwa Rady Regencyjnej.

Ówczesnym Polakom ani przez myśl nie przeszło kwestionować uprawnienia regentów do ogłoszenia niepodległości. Na manifest Rady zareagowali zachwytem przechodzącym w upojenie.

„Wczoraj od południa Warszawa zmieniła oblicze” – czytamy w „Kurierze Porannym” z 8 października – „zmieniła je nagle, jak za uderzeniem pioruna. Bo, zaiste, uderzył piorun! (…) Piorun błogosławiony! (…) Chwila uroczysta, godzina wielkiego cudu: zrasta się w jedno ciało rozcięty po trzykroć narodowy organizm. (…) Zwracają nam dzieje to, co nam odjęły”.

„Czy to prawda? Czy to być może?” – zanotowała w dzienniku tego samego dnia znana lwowska nauczycielka, uczestniczka powstania styczniowego, Zofia Romanowiczówna. – „Mówią mi, że powiedziano przed godziną, że Polska ogłoszona wolną i niepodległą, cała, od morza do morza! Ach! Nie mam słów na to, co się dzieje w mojej duszy”.

„Żyjemy w baśni, w najprzecudniejszej baśni” – entuzjazmowała się Maria Dąbrowska. – „Zdaje mi się, że nie jesteśmy dość wielcy, aby czuć się dostatecznie szczęśliwi. Nie jesteśmy dość dobrzy, aby być godni”.

A 14 października „Przegląd Poranny” doniósł, że „zgromadzeni w liczbie około dwóch tysięcy w Alei Jerozolimskiej oficerowie i żołnierze korpusu Dowbora-Muśnickiego przemaszerowali plutonami z orkiestrą na czele przez Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście do Zamku Królewskiego”.

Dwa dni wcześniej Rada Regencyjna przejęła od Niemców władzę zwierzchnią nad wojskiem i ustanowiła dlań polską rotę przysięgi; tydzień później przyjmie dymisję niemieckiego wodza naczelnego polskiej siły zbrojnej, by po kolejnym tygodniu mianować szefem sztabu generalnego Wojska Polskiego generała Tadeusza Rozwadowskiego.

Nie dość jednak na tym. Deklaracja niepodległości zainicjowała nie tylko ruchy administracyjno-gabinetowe, ale też popchnęła do działania zwolenników akcji bezpośredniej. 31 października w Krakowie rozpoczęło się rozbrajanie żołnierzy armii zaborczych. „Było około 11.30, gdy odwach objęli pierwsi żołnierze wolnej Polski. (…) Entuzjazm był nie do opisania” – wspominał kapitan Antoni Stawarz.

Sprawa polska nabrała ogromnego przyspieszenia.

Gwałtowny skręt w lewo

W takiej to sytuacji 10 listopada przybył do Warszawy specjalnym pociągiem z Berlina, czyli w iście niemieckim stylu wypróbowanym na Leninie, Józef Piłsudski.

I dalsze wypadki potoczyły się w zupełnie niewytłumaczalny sposób. Rada Regencyjna bowiem z miejsca postanowiła się rozwiązać, by – jak zapisano w dekrecie z 11 listopada – „wobec grożącego niebezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego dla ujednostajnienia wszystkich zarządzeń wojskowych i utrzymania porządku w kraju” przekazać władzę wojskową i naczelne dowództwo wojsk polskich brygadierowi Józefowi Piłsudskiemu. Dlaczego to uczynili?

Czyżby faktycznie – jak głoszą podręczniki do historii – przestraszyli się ulicy? Listopad 1918 roku przyniósł bowiem ogromną aktywizację lewicy. Polonia Restituta od samego urodzenia (można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że w ostatnim stadium prenatalnym) wybrała kurs na lewo. Czy zresztą można się temu dziwić? Przez cały miniony wiek „duch demokratyzmu równającym pługiem orał społeczną glebę” – jak to z poetyckim polotem określiła Eliza Orzeszkowa. Wobec załamania dotychczasowego porządku jak grzyby po deszczu wyrastały na prowincji pół-bolszewickie gremia roszczące sobie prawo do sprawowania władzy na polskiej ziemi: Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej Daszyńskiego, Republika Tarnobrzeska, Polska Komisja Likwidacyjna Witosa. Rzut oka na ich programy do dziś jeży włosy na głowie…

A jednak to nie do końca z obawy wyniknęło przekazanie władzy przez Radę Regencyjną Józefowi Piłsudskiemu. Ani też z bezradności – wbrew temu, co wywnioskował z rozmowy z księciem Zdzisławem Lubomirskim w roku 1919 Hipolit Korwin-Milewski, mianowicie, iż „jeśli ten niepozbawiony energii mąż stanu w chwili runięcia potęgi niemieckiej znalazł się zupełnie bezbronnym wobec agitacji ulicznej, zakusów PPS, machinacji Daszyńskiego w Krakowie i Lublinie, to dlatego, że nie skorzystał w ostatnich miesiącach z osłabienia łapy niemieckiej, żeby sobie zorganizować zawczasu, czy to przez porozumienie z Dowbór-Muśnickim, czy przez urządzenie w Warszawie i w głównych miastach z elementów umiarkowanych rodzaju milicji, swoją własną siłę zbrojną”.

W pułapce przesądów

Szkopuł wydaje się tkwić gdzie indziej. Oto bowiem z jednej strony regenci za wszelką cenę pragnęli zapobiec wewnętrznemu konfliktowi w łonie młodego państwa, z drugiej jednak, polskie ziemiaństwo i arystokracja przez cały XIX wiek spędzony na walce i konspiracji, w rewolucyjnym ferworze i duchu „postępu”, mocno poczerwieniały. U początku XX stulecia naturalne elity społeczne Rzeczypospolitej podświadomie wierzyły w słuszność demokratyzacji świata – stąd chociażby zawarty w samej deklaracji niepodległości z 7 października dezyderat wypracowania porządku polityczno-prawnego opartego „na szerokich zasadach demokratycznych”.

Kłopotu mógł za to nastręczać transfer kompetencji – i tu, jak się wydaje, starzy konserwatyści wpadli w pułapkę przesądów światopoglądowych własnej sfery. Demokratyzacja, owszem, jak najbardziej, ale przecież nie w wykonaniu post-pańszczyźnianych chłopów czy łyczków z endecji. Z ulgą więc, ba, z przyjemnością powitali przedstawiciela starej, dobrej, szlacheckiej rodziny o irredentystycznych tradycjach, aby zgodnie z zaleceniem markiza Juana Donoso Cortésa (znanego w Polsce, bo tłumaczonego na łamach rodzimej prasy konserwatywnej) w obliczu dyktatury sztyletu zgodzić się na dyktaturę szabli.

No bo czym innym wytłumaczyć skwapliwość, z jaką złożyli losy zmartwychwstałej ojczyzny w rękach socjalisty-eksterrorysty? De facto, acz chyba nieświadomie, traktując go jak króla. Problem w tym, że Józef Piłsudski wcale nie chciał być królem. Ani nawet zachowywać się jak król. On wolał być carem…

Obchodzenie świąt bez treści, celebrowanie „pustych” rocznic, fetowanie okazji bez pokrycia wskazuje, że zainteresowanym nimi nie chodzi o upamiętnienie konkretnego wydarzenia – co ma naród wiązać z jego przeszłością i dawać mu naukę na przyszłość – tylko o samo świętowanie, czyli zwykłą, pospolitą fiestę. To zaś wzbudza przerażające podejrzenie, że treść niepodległości i prawda na jej temat jest Polakom w zasadzie obojętna, byle tylko istniała okazja do świętowania. Zaprawdę, koszmarna to hipoteza, choć sensownie wyjaśnia, dlaczego ta nasza niepodległość jest taka marna i powierzchowna…

7 października 1918 roku Rada Regencyjna Królestwa Polskiego ogłosiła niepodległość. Nie 11 listopada.

7 października 1918 roku Rada Regencyjna Królestwa Polskiego ogłosiła niepodległość. To nie 11 listopada. Prawdziwa data odzyskania niepodległości jest inna. „Jesteście państwo okłamywani od początku”

nie-11-listopada-prawdziwa-data-odzyskania-niepodleglosci

Dziś 11 października obchodzone jest w Polsce Narodowe Święto Niepodległości. Jednak prawdziwa rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę przypada w innym dniu. Z tej okazji przypominamy, co o wydarzeniach sprzed 105-ciu lat mówili publicyści „Najwyższego Czas-u!” Stanisław Michalkiewicz oraz Janusz Korwin-Mikke.

To właśnie 7 października 1918 roku Rada Regencyjna przejęła zwierzchność nad wojskiem polskim i rozpoczęła proces przejmowania władzy i formowania państwa polskiego.

Stanisław Michalkiewicz podkreślał, że „11 listopada właściwie nic takiego się nie stało, żadna niepodległość nie została wówczas proklamowana″. – Niepodległość Polski po 123 latach niewoli została proklamowana 7 października przez Radę Regencyjną na wieść o tym, że Niemcy próbują utworzyć niepodległą Ukrainę, do której chcieliby inkorporować Lwów – mówił publicysta.

– Rada Regencyjna uznała, że to zagraża żywotnym interesom państwa Polskiego i w związku z tym 7 października 1918 roku proklamowała niepodległość Polski.

11 listopada Rada Regencyjna przekazała Piłsudskiemu władzę. Czyli co dokładnie? Przekazała mu zorganizowane wcześniej państwo – wyjaśnił Michalkiewicz.

– Dopiero 16 listopada 1918 roku Piłsudski notyfikował powstanie państwa Polskiego opartego na podstawach demokratycznych. (…) Z tego wynika, że proces odzyskiwania przez Polskę niepodległości był rozciągnięty w czasie – dodawał.

Janusz Korwin-Mikke podkreślił, iż „jesteście państwo okłamywani od początku, 11 listopada nie jest żadną rocznicą odzyskania niepodległości″. – 11 listopada nastąpiło jedynie przekazanie władzy przez Radę Regencyjną towarzyszowi Ziukowi z partii socjalistycznej, czyli Piłsudskiemu – mówił polityk.

– 7 października Rada Regencyjna zadekretowała oderwanie się od mocarstw centralnych i tę rocznicę świętujemy, a nie rocznicę przekazania władzy socjaliście (…), niestety takie były wówczas nastroje społeczne, że Rada Regencyjna uznała, że lepiej przekazać władzę Piłsudskiemu, niż żeby miał być rząd lubelski złożony z komunistów – przypominał Korwin-Mikke.

– 11 listopada jako data odzyskania niepodległości został ogłoszony dopiero w 1937 roku i tylko dwa razy był obchodzony przed wojną. Rząd londyński zakazał obchodzenia tego (…) Chodzi o zamanifestowanie, że 7 października nastąpiło odzyskanie niepodległości, a 11 listopada władzę przejęli socjaliści, którzy potem gnębili Polskę podatkami i doprowadzili do klęski. 11 listopada to jest rocznica klęski – wyjaśnił.

=============================

W odezwie do narodu polskiego wydanej tegoż dnia przez Radę Regencyjną czytamy:

„Polacy! Obecnie już losy nasze w znacznej mierze w naszych spoczywają rękach. Okażmy się godnymi tych potężnych nadziei, które z górą przez wiek żywili wśród ucisku i niedoli ojcowie nasi. Niech zamilknie wszystko, co nas wzajemnie dzielić może, a niech zabrzmi jeden wielki głos: Polska zjednoczona niepodległa!”

=============================

Mail:

A rząd PPS w Lublinie został powołany 7 listopada. Daszyński i spóła od początku byli bardzo zdeterminowani. Gotowi do konfrontacji zbrojnej. Tej udało im się jednak uniknąć gdyż oddziały wierne Radzie Regencyjnej nie chciały prowadzić bratobójczych walk.

„Polexit. Nie dla eurokołchozu” „Stop ukrainizacji Polski”, „Stop Usraelizacji polskiej racji stanu”.

Marsz Niepodległości. Braun: „W paru sprawach trzeba się ogarnąć” [VIDEO]

11.11.2023 Autor:MM marsz-niepodleglosci-braun

Grzegorz Braun. Ewa Zajączkowska-Hernik. Marsz Niepodległości 2023. Rondo Dmowskiego. Warszawa. Konfederacja
Grzegorz Braun i Ewa Zajączkowska-Hernik. / Foto: screen YouTube/Konfederacja

Podczas tegorocznego Marszu Niepodległości z politykami Konfederacji rozmawiała Ewa Zajączkowska-Hernik. Wśród nich znalazł się Grzegorz Braun.

Oficjalnie Marsz Niepodległości rozpoczął się o godz. 14-tej. Na początku odmawiano różaniec. Manifestacja z ronda Dmowskiego wyruszyła niespełna godzinę później. Tegoroczny przemarsz idzie pod hasłem „Jeszcze Polska nie zginęła”.

– „Jeszcze Polska nie zginęła” – to jest teza, śmiała teza, zważywszy na trudne okoliczności. No a my wyciągamy polityczne wnioski. Jeśli chcemy, żeby rzeczywiście nie zginęła, no to w paru sprawach trzeba się ogarnąć i dlatego Korona – Konfederacja Korony Polskiej – maszeruje tutaj dzisiaj z kilkoma banerami, które dają nasz przekaz – zaznaczył Grzegorz Braun.

– Widzę tutaj jeszcze ruszający właśnie z Ronda Dmowskiego nasz baner „Polexit. Nie dla eurokołchozu”, widzę tam dalej baner „Stop ukrainizacji Polski”, a za chwilę rozwinie się w poprzek ulicy baner z napisem „Stop Usraelizacji polskiej racji stanu”. To nie nasze wojny. Nie chcemy, by Polacy byli żyrantami ludobójstwa, które w tej chwili dokonuje się w państwie położonym w Palestynie. Nie chcemy, żeby Polacy byli obywatelami drugiej albo i trzeciej kategorii we własnym kraju – wskazywał poseł.

– Doniesienia z granicy, Protest kierowców. I po której stronie staje Policja Rzeczpospolitej Polskiej? Staje po stronie interesów ukraińskich. Tak być nie może. To jest piękna impreza, ale przed nami bardzo wiele wyzwań, bardzo wiele zadań do wykonania, które, myślę, podejmujemy z początkiem tej X już kadencji Sejmu, a II z udziałem Konfederacji – dodał.

– Co takiego się dzieje w Unii Europejskiej, że my musimy tej niepodległości bronić? – pytała Zajączkowska-Hernik.

– Myślę, że trzeba na to patrzeć szerzej. To jest szereg problemów, które dają się sprowadzić do kwestii wyprzedaży suwerenności – i na rzecz eurokołchozu, Unii Europejskiej, Rady Komisarzy Ludowych z Brukseli, i na rzecz obcych imperiów – podkreślił Braun.

– Usraelizacja polskiej racji stanu, czyli wyrzeczenie się własnych interesów, realizacja interesów imperium aktualnie przede wszystkim amerykańskiego. I to są powody, dla których Polacy tracą. Polacy ponoszą koszta amerykańskiej polityki na Ukrainie, a za chwilę będziemy ponosić koszta amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie. Jeżeli ruszy stamtąd fala uchodźców, migracji znowu staniemy wobec wielkiego wyzwania, co przy aktualnym rozbrojeniu Wojska Polskiego na rzecz Ukrainy, co przy aktualnym braku asertywności władzy warszawskiej może skończyć się katastrofą – wskazał parlamentarzysta.

– I tylko Konfederacja – i Korona w Konfederacji – wypowiada się w tych sprawach jasno: Polexit, Stop ukrainizacji, Stop banderyzacji, stop realizacji interesów imperializmu – jaki by to nie był imperializm, potępienie ludobójstwa, niezależnie od tego, jaki jest kraj pochodzenia i narodowość ludobójców – wskazał Braun.

Ewa Zajączkowska-Hernik

Wstydliwe zakątki koordynacji

Wstydliwe zakątki koordynacji

Stanisław Michalkiewicz 11 listopada 2023 tekst

Kto by pomyślał, że dotychczasowa koordynacja, która dotyczyła tylko polityki historycznej żydowskiej z niemiecką rozwinie się aż tak bardzo? Dotychczasowa koordynacja polityk historycznych, jak pamiętamy, doznała mocnego impulsu po deklaracji niemieckiego kanclerza Schroedera, że okres niemieckiej pokuty dobiegł końca.

W przełożeniu na język ludzki oznaczało to, że Niemcy, które wypłaciły rozmaitym organizacjom żydowskim i Izraelowi co najmniej 100 mld marek, nie licząc dostaw okrętów podwodnych i innych broni, już nie będą przyjmowały żadnych suplik od holokaustników, ani – tym bardziej – od ich samozwańczych pełnomocników. Stwarzało to zarówno dla żydowskich organizacji przemysłu holokaustu, jak i dla bezcennego Izraela zupełnie nową sytuację. Dotychczas bowiem żydowska polityka historyczna, nakierowana była na dojenie Niemiec, ale teraz musiała znaleźć sobie jakiegoś nowego jelenia, którego organizacje przemysłu holokaustu mogłyby szlamować. Padło na Polskę, co było o tyle oczywiste, że większość Żydów europejskich została przez Niemców przetransportowana na „wschód”, czyli na teren obecnego polskiego terytorium państwowego i tu zholokaustowana. Toteż żydowskie organizacje wiadomego przemysłu, ku cichej satysfakcji Niemiec, których polityka historyczna nakierowana jest na stopniowe zdejmowanie odpowiedzialności za II wojnę światową, zaczęły pokrzykiwać na winowajcę zastępczego i za pośrednictwem rozmaitych swoich agend, swoich „Kulturträgerów” w rodzaju pani reżyserowej, co to serce ma czułe, niczym chronometr, no i Judenratów gazet wyborczych we wszystkich krajach, zaczęły aplikować mniej wartościowemu narodowi tubylczemu w Polsce „pedagogikę wstydu”. Celem tej operacji jest wzbudzenie w Polakach bliżej nieokreślonego poczucia winy wobec Żydów, żeby nie ośmielili się im sprzeciwiać w sytuacji, gdy przystąpią do ich szlamowania.

Innym stałym elementem żydowskiej polityki historycznej jest pilnowanie żydowskiego monopolu na martyrologię. O czujności judejskich strażników tego monopolu świadczy incydent z ukraińskim prezydentem Zełeńskim, który przecież legitymuje się pierwszorzędnymi korzeniami. Kiedy chlapnął, że na Ukrainie dokonuje się holokaust mniej wartościowego narodu tubylczego, zaraz został przywołany do porządku przez władze bezcennego Izraela i pouczony, że „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”. Chodzi nie tylko o forsę, chociaż o forsę, ma się rozumieć, przede wszystkim, zgodnie z zasadą, że „ z wszystkiego można szmal wydostać”, a już specjalnie – z nieboszczyków, którzy mają tę zaletę, że nic nie powiedzą, więc można spokojnie włożyć im w usta wszystko, czego dusza zapragnie – ale również o sprawę, że tak powiem, metafizyczną. Konkretnie o to, by dotychczasowy kult Złotego Cielca nieco zreformować.

Reforma ta przybiera na naszych oczach postać „religii holokaustu”. Już nie odwołujemy się wyłącznie do starożytnych sag, jak to Morze Czerwone się rozstąpiło – i tak dalej – chociaż w dialogu z judaizmem również i one mają swoje zalety – tylko do wydarzenia, w które nie trzeba wcale „wierzyć”, tylko o nim pamiętać. Nie wystarcza jednak, by pamiętali o nim wyłącznie Żydzi, ale przede wszystkim – głupi goje, to znaczy – żeby uważali je – zgodnie z rozkazem – za wydarzenie bez precedensu w historii Wszechświata. W tym celu nie tylko trzeba czujnie strzec monopolu ma martyrologię, ale i edukować głupich gojów w bezprecedensowym charakterze holokaustu. Znakomitym przykładem takiego ekscesu edukacyjnego, który można porównać do rewelacyjnych odkryć Trofima Łysenki, jest wynalazek pani Barbary Engelking, że śmierć głupiego goja to rzecz w gruncie rzeczy niewarta splunięcia, podczas gdy w przypadku Żyda – ooo – od razu poruszone są Moce Niebieskie.

Wróćmy jednak do koordynacji, która obecnie najwyraźniej wchodzi w swoje apogeum. Kiedy tylko za sprawą ataku Hamasu na bezcenny Izrael, cały miłujący pokój świat w podskokach uznał jego prawo „do obrony”, premier Beniamin Netanjahu z podejrzanego o geszefty, jednym susem awansował do rangi Umiłowanego Przywódcy i szefa rządu jedności narodowej, ale w dodatku postanowił wykorzystać sprzyjający moment dziejowy do przeprowadzenia ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej.

Wprawdzie amerykański prezydent Józio Biden zaczyna się trochę dystansować od wcześniejszego, bezwarunkowego poparcia, ale szef izraelskiego rządu najwyraźniej się tym nie przejmuje, mając przecież świadomość, że ten amerykański twardziel jest szczelnie obstawiony przez Żydów. Sekretarz stanu – Żyd. Sekretarz skarbu – Żyd, to znaczy – Żydówka – i tak dalej – nie mówiąc już o wszystkich goldmanach-sachsach z Wall Street oraz magnatach hollywoodzkich, prasowych i telewizyjnych, którzy na sygnał znajomej trąbki każdego twardziela mogą albo rozsmarować na podłodze, albo wykreować na mesjasza. Demokracja ma swoje prawa, toteż premier Netanjahu rozumie, że Józio Biden musi trochę podlizać się tamtejszym suwerenom – ale wiadomo przecież, że w swoich wątpliwościach nie posunie się dalej poza żądanie, by bomby miały prawidłowy kaliber. Gdyby dopuścił sobie do głowy jeszcze coś więcej, to „dałaby świekra ruletkę mu!”

Toteż kiedy tylko wokół Gazy zamknął się pierścień okrążenia, wystąpił w projektem, by deportować stamtąd 2,2 mln Palestyńczyków. Tak się akurat składa, że Rosja jest skonfliktowana z Ameryką, więc najprostsze rozwiązanie, by te dwa miliony deportować w chłodne miejsca na Syberię, na razie nie wchodzi w rachubę. Kiedy jednak w ramach kampanii wyborczej, prezydentowi Józiowi Bidenowi starsi i mądrzejsi każą zakończyć ukraińską awanturę, to niemożliwe może stać się możliwe. Ale o tym nie trzeba głośno mówić, więc na razie premier Netanjahu przebąkuje coś o Egipcie i innych ciepłych krajach.

Tymczasem kiedy tylko padły z jego ust skrzydlate słowa o milionowych deportacjach, zaraz niemiecki kanclerz Scholz przeforsował w Reichstagu ustawę norymberską w sprawie przyspieszonych procedur deportowania tak zwanych migrantów, czyli amagtorów niemieckiego socjalu, co to na poprzednim etapie witani byli chlebem, solą i kwiatuszkami. Ciekawe, gdzie Niemcy będą ich deportowały? Naturalnym kierunkiem, zresztą już wcześniej przetrenowanych przez wybitnego przywódcę socjalistycznego Adolfa Hitlera, jest oczywiście „wschód”, czyli – znowu nasz nieszczęśliwy kraj – który po podmiance na pozycji lidera naszej politycznej sceny może zacząć specjalizować się w całkiem nowej dziedzinie.

Policja chciała mnie traktować jak pedofila czy terrorystę, tylko dlatego, że byłam „najnowszą” ofiarą notorycznie procesującego się „trans-płciowego” mężczyzny.

Sylwia Mleczko, CitizenGO” <petycje@citizengo.org>

Oto wiadomość Caroline:
Ten e-mail będzie dość długi – piszę, aby poinformować o pewnych ważnych aktualizacjach dotyczących postępowania prawnego, które przeszłam w ostatnich miesiącach.
Chciałam jednak zacząć od podziękowań i wyrazić moją wdzięczność za Państwa niezwykłe wsparcie w tym ostatnim trudnym roku. Byłoby mi bardzo ciężko bez Państwa słów otuchy, modlitw oraz oczywiście hojnych darowizn.Jak zapewne Państwo pamiętacie, mój ostatni koszmar zaczął się 13 miesięcy temu, w październiku 2022 roku.
Gotowałam kolację dla mojej rodziny, kiedy do mojego domu przyszli dwaj policjanci, wtargnęli bez nakazu i skonfiskowali moje oraz urządzenia elektroniczne mojej rodziny, w tym iPad należący do mojego 10-letniego syna z autyzmem. Wszystko to pod pretekstem złośliwej komunikacji i nękania, po czym zabrali mnie i spędziłam resztę wieczoru w celi policyjnej.


Mój koszmar nie skończył się wtedy – sześć miesięcy później, czterech policjantów przyszło do mojego domu, aby aresztować mnie po raz drugi (tym razem byłam pod prysznicem), ponieważ nie przyszłam na spotkanie, które miało się zacząć trzydzieści minut wcześniej. Poinformowałam już policję, że nie będę mogła przyjść, ponieważ muszę odwieźć moją córkę na spotkanie grupy wsparcia dla dzieci z autyzmem i poprosiłam o przełożenie spotkania, ale na próżno.

Wróciłam do domu, wskoczyłam pod prysznic i nagle, stuk, stuk, stuk, pod moimi drzwiami byli policjanci, szarpiąc moje drzwi, aby wejść, podczas gdy ja byłam dosłownie tylko w ręczniku. Na szczęście dali mi 10 minut, abym mogła się ubrać, zanim zabrali mnie do więzienia po raz drugi.
Policja domagała się rejestracji każdego urządzenia elektronicznego w moim domu i instalacji oprogramowania monitorującego, a ja musiałabym uzyskać pozwolenie przed wysłaniem jakiejkolwiek wiadomości elektronicznej.
Nie mogłabym wysyłać SMS-ów do mojego męża, rodziców czy dorastających dzieci bez wcześniejszej wyraźnej zgody. Co więcej, policja chciała, abym podała hasła do moich kont e-mail i społecznościowych oraz dali sobie prawo do wejścia do mojego domu bez żadnego ostrzeżenia między godziną 8:00 a 20:00, aby monitorować, czy przestrzegam zakazu.
To oznaczało, że policja mogłaby wejść do mojego domu w dowolnym momencie, który wybrałaby za stosowny i mogła domagać się zobaczenia moich urządzeń elektronicznych, a jeśli bym się nie dostosowała, albo gdyby podejrzewali, że komunikowałam się bez pozwolenia, natychmiast zostałabym aresztowana i wrzucona do więzienia.
Jak mogą sobie Państwo wyobrazić, było to przerażające.
Chcieli mnie traktować jak pedofila czy terrorystę, tylko dlatego, że byłam „najnowszą” ofiarą notorycznie procesującego się transpłciowego mężczyzny.

Chcę jeszcze raz podziękować za wsparcie, gdyż dzięki Państwa hojności, CitizenGO mogła zapłacić za niektórych ekspertów prawników, którzy byli w stanie rozwikłać i obalić złośliwe i sfabrykowane oskarżenia.
Po pierwsze, wniosek o zakaz prześladowania został wycofany.Następnie, kilka tygodni temu, otrzymałam powiadomienie, że Policja z Surrey przekazała moją sprawę do Crown Prosecution Service *, które stwierdziło, że nie będę stawiana przed sądem, ponieważ nie ma dowodów na poparcie zarzutów przeciwko mnie. (* to główna agencja publiczna odpowiedzialna za prowadzenie postępowań karnych w Anglii i Walii)To oczywiście wspaniałe wiadomości i nie ma słów, które mogłyby wyrazić moją ulgę.To zdecydowanie by się nie stało, gdyby CitizenGO nie było w stanie zapewnić mi najlepszej obrony prawnej.Jednak to nie koniec.Prowadzę swój trzeci cywilny proces sądowy w ciągu czterech lat, wytoczony przez tego samego człowieka za rzekome „niewłaściwe użycie prywatnych informacji” za obronę przed jego wielokrotnymi próbami odsunięcia mnie od mediów.Sprawa prawdopodobnie zostanie rozpatrzona w 2024 roku.Planuję również podjąć działania prawne przeciwko Policji z Surrey.Policja z Surrey ma prawny obowiązek zwrócić moje koszty. Nie chodzi tylko o to, że ich wniosek nie powiódł się; ich własny zespół prawniczy doradził im, że nigdy nie powinien być on przedstawiony i zostanie odrzucony przez sąd.W dniu rozprawy, prawnicy Policji z Surrey spojrzeli na moją obronę i zrozumieli, że wniosek nie może być dalej prowadzony. Ich zaniedbanie i brak właściwego śledztwa sprawiły, że musiałam płacić prawnikom za niepotrzebną obronę. Policja z Surrey ma prawny obowiązek zwrócić moje koszty.Planuję również dochodzić od Policji z Surrey odszkodowania za niesłuszne aresztowanie oraz szkody i cierpienia, które spowodowali całej mojej rodzinie. Zostałam aresztowana na oczach moich dzieci; dwoje z nich ma autyzm.Moja córka w wyniku konfiskaty jej iPada zaczęła chować swoje cenne rzeczy pod łóżkiem lub w szafie, na wypadek, gdyby policja wróciła, aby zabrać jej więcej rzeczy. Mój młody syn również potrzebował pocieszenia i wsparcia ze strony swoich nauczycieli, widząc, jak zabierają mnie policjanci. Wszystkie moje dzieci żyją w strachu przed kolejnym pukaniem do drzwi i są straumatyzowane przez policjantów.Wszystko to miało miejsce dlatego, że nazwałam kogoś na internecie inaczej niż zgodnie z płcią, z którą ta osoba transpłciowa się identyfikowała…Ta cała nagonka na mnie miała miejsce, ponieważ Policja z Surrey została zindoktrynowana ideologią LGBT i od samego początku była do mnie uprzedzona. Przyjęto stronnicze podejście i ich śledztwo polegało na uwierzeniu drugiej stronie, ze względu na jej transpłciowy status. Nie wzięto pod uwagę mojej strony w tej historii. Policja była gotowa podeptać moje prawa zapisane w artykułach 8, 9 i 10 Praw Człowieka, ponieważ twierdzili, że jestem zagrożeniem.Gdy dowody zostały niezależnie zbadane, zarówno w przypadku porzuconego przez nich zakazu prześladowania, jak i potencjalnego przestępstwa „złośliwej komunikacji”, było absolutnie jasne, że nie popełniłam żadnego przestępstwa.
To jest niewiarygodna ulga po stresie z ostatniego roku, dowiedzieć się, że nie będę stawiana przed sądem, a Państwo odegrali w tym ogromną rolę, czy to poprzez hojne darowizny, czy słowa otuchy i wsparcia.Z wdzięcznością,Caroline Farrow i cały zespół CitizenGO
PS Mój drogi kolega Eduard Pröls z Niemiec teraz przechodzi przez identyczne doświadczenie. Wiedząc, że nie mogą nas zwolnić z pracy, lobby LGBT rzuca się na nas, bo wiedzą, jak skuteczni jesteśmy i chcą nas zastraszyć i zmusić do milczenia.
Jeśli chciałbyś złożyć jednorazową darowiznę, aby pomóc nam chronić naszych działaczy, proszę kliknij tutaj.
Serdecznie dziękuję za Państwa niezłomne wsparcie dla Caroline i CitizenGO
Sylwia Mleczko z całym zespołem CitizenGO–

CitizenGO to społeczność aktywnych obywateli, która stara się, aby ludzkie życie, rodzina i wolność były darzone szacunkiem na całym świecie. Członkowie CitizenGO zamieszkują wszystkie kraje świata. Nasz zespół pracuje w 16 państwach na 5 kontynentach i działa w 12 językach.

Więcej o CitizenGO dowiedzą się Państwo tutaj.

Mogą nas Państwo także śledzić na Facebooku i Twitterze.

Ukrainiec przesadził i został deportowany. Pierwszy taki przypadek.

Ukrainiec przesadził i został deportowany. Pierwszy taki przypadek w kraju

magnapolonia-ukrainiec-przesadzil

Policjanci z Wronek pracowali nad sprawą ukraińskiego dezertera, który dopuścił się licznych przestępstw i wykroczeń. Mężczyzna swoim zachowaniem stwarzał zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego. Dzięki współpracy służb, został deportowany.

Ukrainiec przesadził i został odesłany do swojego kraju. Z naszych informacji wynika, że to pierwszy taki przypadek w kraju.

W dniu 30 października policjanci otrzymali liczne zgłoszenia o pijanym dezerterze z Ukrainy, który miał zakrwawione ręce. Szedł ulicą Poznańską we Wronkach, zachowywał się wulgarnie i agresywnie oraz kopał w różne przedmioty.

Interweniujący policjanci ujęli go. Okazało się, iż był to 20-latek zamieszkujący na co dzień we Wronkach. Z dalszych policyjnych ustaleń w sprawie wynikało, iż przyczyną okaleczenia jego rąk było wybicie szyby w wynajmowanym przez niego mieszkaniu. Właściciel lokalu złożył zawiadomienie o przestępstwie. Okazało się też, że oprócz szyby, wcześniej mężczyzna uszkodził też rolety zewnętrzne.

Mężczyzna był znany miejscowym policjantom z wcześniejszych interwencji. Wielokrotnie był zatrzymywany w związku z popełnionymi przestępstwami dotyczącymi niszczenia mienia czy kradzieży o charakterze chuligańskim. Za nic miał polskie prawo.

Wobec 20-letniego dezertera policjanci podejmowali też interwencje w związku z popełnionymi wykroczeniami dotyczącymi jazdy samochodem w stanie po użyciu alkoholu, spożywania alkoholu w miejscach niedozwolonych, zakłóceniami spokoju i porządku publicznego oraz kradzieże sklepowe.

Z uwagi na notorycznie nieprzestrzeganie polskiego prawa, liczne interwencje wobec 20-latka, a także informacje, które policjanci otrzymywali od zaniepokojonych mieszkańców, a także lokalnej prasy, wronieccy funkcjonariusze rozpoczęli procedurę weryfikującą, czy wobec mężczyzny można sporządzić wniosek o zobowiązanie cudzoziemca do powrotu do swojego kraju.

Dzielnicowi wykonali wywiad środowiskowy, z którego wynikało, że mężczyzna nie miał dobrej opinii wśród lokalnej społeczności. Policjanci przeanalizowali też wszystkie prowadzone wobec niego postępowania.Funkcjonariusze stwierdzili, że zachowanie mężczyzny stwarzało realne zagrożenia bezpieczeństwa i porządku publicznego.

W końcu dezerter został zatrzymany, a Komendant Powiatowy Policji w Szamotułach skierował do Komendanta Straży Granicznej wniosek o wydanie decyzji o zobowiązaniu cudzoziemca do powrotu. Straż Graniczna przejęła obcokrajowca i po podjęciu decyzji, mężczyzna pod eskortą został przekazany służbom ze swojego kraju. Wobec mężczyzny orzeczony został zakaz ponownego wjazdu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i innych państw obszaru Schengen przez okres 5 lat.

NASZ KOMENTARZ: Miejmy nadzieję, że to nie odosobniony przypadek, ale raczej początek wydaleń dzikusów, który przyjechali do naszego kraju. Nie ma zgody na utrzymywanie przez Polaków ludzi, którzy nie szanują prawa i porządku.

«Kiedy ujrzycie noc rozświetloną nieznanym światłem…». Hitler to widział. I zdecydował…

«Kiedy ujrzycie noc rozświetloną nieznanym światłem…»

Date: 10 novembre 2023Author: Uczta Baltazara babylonianempire-noc-rozswietlona

FOTO: Zorza polarna w Porto Garibaldi (prowincja Ferrara, Włochy)

25 stycznia 1938 roku, wieczorne niebo w całej Europie było wyjątkowo rozświetlone: pojawiła się wielka zorza polarna –  niezwykłe wydarzenie na południowych szerokościach geograficznych Europy; we Włoszech była widoczna w szczególności w regionie Piemont, ale również w Neapolu. Włoska prasa rozpisywała się o tymże zjawisku przez kilka dni.

Właśnie wieczorem 25 stycznia Hitler przyjął barona Wernera Fritscha, generała i głównodowodzącego Reichwehry, który był bardzo krytyczny wobec przystąpienia do wojny, zwalniając go z urzędu w ministerstwie wojny z powodu skandalu. Było to wydarzenie poprzedzające wojnę. (A. Spinosa, Hitler, Mondadori, Milano, 1991, p. 240-241)

Należy również pamiętać, że także wieczorem 23 sierpnia 1939 roku, w niektórych regionach Niemiec odnotowano owo bardzo rzadkie zjawisko świetlne i to właśnie tej nocy doszło do zawarcia paktu von Ribbentrop-Mołotow. Wtedy to “zrodziła się” II wojna światowa.

Potwierdza to nazistowski hierarcha – Albert Speer w swoich «Wspomnieniach o Trzeciej Rzeszy»: “Tamtej nocy przebywaliśmy z Hitlerem na tarasie Berghofu, aby podziwiać rzadkie zjawisko niebieskie: przez około godzinę, intensywna zorza polarna rozświetlała czerwonym światłem legendarny Untersberg znajdujący się przed nami, podczas gdy sklepienie nieba było paletą wszystkich kolorów tęczy […]. Spektakl ten wywołał w naszych umysłach głęboki niepokój. Nagle, zwracając się do jednego ze swoich doradców wojskowych, Hitler powiedział: “To przywodzi na myśl dużo krwi. Tym razem nie obejdzie się bez użycia siły”.  Inny nazistowski hierarcha obecny na miejscu – Nicolaus von Below, wspomina, że był przestraszony owym światłem i powiedział Hitlerowi, że być może była to zapowiedź nadciągającej krwawej wojny. “Jeśli tak musi być, to niech to będzie tak szybko, jak to możliwe” – odpowiedział Hitler”. (citato in T.W. Ryback, La biblioteca di Hitler, Mondadori, Milano, 2008, p. 148-149)

INFO: https://www.uccronline.it/2012/04/16/fatima-il-grande-segno-nel-cielo-prima-della-guerra-fu-una-vera-profezia/

11 listopada to dzień wielkiego militarnego zwycięstwa Rzeczpospolitej. 350 lat temu srogo pobiliśmy Turków pod Chocimiem.

11 listopada to także dzień wielkiego militarnego zwycięstwa Rzeczpospolitej. 350 lat temu srogo pobiliśmy Turków.

11.11.2023 11-listopada-to-dzien-wielkiego-militarnego-zwyciestwa-rzeczpospolitej-350-lat-temu-srogo-pobilismy-turkow

Andrzej Stech, 'Bitwa pod Chocimiem', olej na płótnie z 1697 r. Foto: wikimedia
Andrzej Stech, ’Bitwa pod Chocimiem’, olej na płótnie z 1697 r. Foto: wikimedia

350 lat temu, 11 listopada 1673 r., wojska Rzeczypospolitej odniosły przygniatające zwycięstwo pod strategicznie położoną twierdzą chocimską. „Myśl pracowała ściśle, wola panowała nad nerwami” – pisał o dowódcy wojsk sprzymierzonych hetmanie Janie Sobieskim Paweł Jasienica.

Na ostatnich stronach „Pana Wołodyjowskiego” Henryk Sienkiewicz przypomina o bitwie pod Chocimiem, którą ukazuje jako swoisty rewanż za utratę kluczowej twierdzy południa Rzeczypospolitej. „W rok przeszło po upadku Kamieńca, gdy uciszyły się jako tako niezgody stronnictw, wystąpiła nareszcie Rzeczpospolita w obronie swych granic wschodnich. I wystąpiła zaczepnie. Wielki hetman Sobieski poszedł w trzydzieści jeden tysięcy jazdy i piechoty w sułtańskie ziemie, pod Chocim, by uderzyć na potężniejsze nierównie zastępy Husseina-baszy stojącego pod tymże zamkiem” – pisał autor Trylogii.

W jego powieści zwycięstwo pod Chocimiem wynikało ze zjednoczenia całego społeczeństwa wokół wspólnej idei i poświęcenia dla wspólnego dobra. Sienkiewicz podkreślał szczególną wagę autorytetu hetmana wielkiego koronnego Jana Sobieskiego, który potrafił mobilizować szlachecką opinię publiczną i dążyć do zażegnania sporów.

Latem 1672 r. wykorzystując wewnętrzną słabość Rzeczypospolitej, Turcy zajęli należące do Polski Podole z potężną twierdzą w Kamieńcu Podolskim, a hetman kozacki Piotr Doroszenko uznał zwierzchnictwo Turcji nad Ukrainą. Pogrążona w wewnętrznych konfliktach Rzeczpospolita została zmuszona do zawarcia skrajnie niekorzystnego pokoju w Buczaczu, Polska nie tylko utraciła Podole, lecz zobowiązała się także do płacenia Turcji 22 tysięcy talarów rocznego haraczu, co formalnie czyniło z niej lennika. Było oczywiste, że poniżający pokój zostanie niebawem odrzucony, a działania wojenne wznowione.

Pierwszym krokiem w kierunku wznowienia wojny z Turcją było zażegnanie sporu pomiędzy królem Michałem Korybutem Wiśniowieckim a stronnictwem malkontentów, do którego należał Sobieski. Zawarte wczesną wiosną 1673 r. porozumienie świadczyło o wielkich talentach politycznych hetmana wielkiego koronnego i jego rosnącym autorytecie. Wobec słabości politycznej króla Sobieski przedstawił obszerny memoriał dotyczący polityki zagranicznej i obronnej. Postulował stworzenie szerokiej koalicji antytureckiej oraz szybkie powołanie niezbyt licznej, ale dobrze przygotowanej, armii zdolnej do działań przeciwko Turkom.

„Wojsko małe nie może wojować tylko modo defensivo [w sposób obronny – przyp. PAP]” – argumentował. Argumenty Sobieskiego przekonały szlachtę. Udało się wystawić armię liczącą ok. 45 tys. żołnierzy. Co równie istotne, morale powstającej armii było bardzo wysokie. „Ten hetman koronny umiał prowadzić do sławy i młodych i starych wojowników, nie zrażając się opieszałością, bezładem i niesfornością narodową. Umiał jednoczyć i skupiać rozprzężone popędy i wytwarzać z nich siłę czynu zbiorowego przez szczęśliwe łączenie energii żołnierskiej z bezinteresownością, delikatnością i wyrozumiałością wolnego obywatela Rzeczypospolitej” – pisał klasyk polskiej historiografii Tadeusz Korzon w monumentalnym dziele „Dola i niedola Jana Sobieskiego”.

„Talent wojskowy Jana Sobieskiego osiągnął swój szczyt. Myśl pracowała ściśle, wola panowała nad nerwami” – podsumowywał Paweł Jasienica w „Calamitatis Regnum”. Tej wielkiej zmiany, jaką było zebranie przez Sobieskiego potężnej i dobrze zorganizowanej armii, nie dostrzegali Turcy. Latem 1673 r. postrzegali Polskę jako słabego wasala rządzonego przez zupełnie pozbawionego talentów króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Władysław Konopczyński pisał, że „wszyscy się wtedy dali porwać Sobieskiemu”. We wrześniu hetman i „porwane” przez niego wojska ruszyły w stronę granicy z Turcją.

Turcy podzielili swoją armię na dwa wielkie korpusy operujące w odległości 160 km od siebie. Ich połączenie byłoby śmiertelnym niebezpieczeństwem dla Polski. Pod murami twierdzy chocimskiej na granicy z Rzecząpospolitą stanęły wojska Husseina Paszy. Pod Jassami na rozkazy oczekiwał Kapłan Pasza. 6 listopada Sobieski odbył naradę wojenną. Zdecydował, że Polacy i Litwini pomaszerują na Jassy. Szybko jednak doniesiono, że Turcy nie zamierzają dołączyć do 30 tys. żołnierzy stojących pod Chocimiem. Oznaczało to, że wojska polsko-litewsko-mołdawsko-wołoskie posiadają znaczącą przewagę liczebną. Mimo to część dowódców polskich opowiadała się przeciwko szybkiemu rozstrzygnięciu starcia. Sobieski argumentował, że jego opóźnienie doprowadzi do spadku morale.

9 listopada armia chrześcijańska dotarła pod Chocim. Turcy znaleźli się między nieprzyjaciółmi a Dniestrem. Ich sytuację pogarszała fatalna pogoda. Wojska tureckie nie były przygotowane do wczesnej zimy. 10 listopada padał deszcz ze śniegiem. Na obóz zmarzniętych Turków o poranku wyruszyły z trzech stron siły Sobieskiego. Wojska tureckie zamknęły się w obozie i nie doszło do większych starć. W zamieszaniu na polską stronę postanowiły przejść siły wołoskie liczące ok. 500 żołnierzy. Sobieski obawiał się zdrady i podstępu, więc w rozstrzygających godzinach starcia nakazał siłom wołoskim nie przystępować do bitwy.

Noc z 10 na 11 listopada wojska spędziły, stojąc w polu. Wśród artylerzystów, mimo zimna, całą noc spędził Sobieski. O poranku Turcy nie spodziewali się szybkiego ataku. Zakładali, że 11 listopada nie przyniesie rozstrzygnięcia. O ósmej przemówiła artyleria Rzeczypospolitej, a następnie do szturmu ruszyła niemal całość sił dowodzonych przez Sobieskiego. Wraz z nimi na pozycje tureckie biegł Sobieski. „Sam z gołą szablą pieszo przed swoją partią idąc, krzyczał, aby dla miłości Bożej, dla wiary i kościołów — dla Ojczyzny miłej, w Bogu mając nadzieję odważnie następowali” – pisał jeden z uczestników bitwy.

Żołnierze powstrzymali hetmana tuż przed wbiegnięciem na tureckie szańce. W ciągu 15 minut wały obozu zostały zdobyte. Piechurzy przystąpili do zasypywania fosy. Pracę tę wykonywali pod ogniem tureckiej artylerii i strzelców. Gdy przeciwko piechocie ruszyła turecka jazda, droga dla odsieczy polskiej husarii była gotowa. Wpadnięcie polskich husarzy do tureckiego obozu rozstrzygało bitwę. Uciekający Turcy spadali z wysokich skał nad Dniestrem. Wielu zginęło też w nurtach Dniestru po zawaleniu się mostu. Z pola bitwy umknął turecki dowódca, ale śmierć dosięgnęła go na rozkaz sułtana w Stambule

Zwycięstwo chocimskie sprawiało, że Sobieski trafił na karty dziejów wojskowości. Słynny pruski teoretyk wojskowości Carl von Clausewitz po 150 latach oceniał je jako „jedną z najpiękniejszych operacji przeprowadzonych po wewnętrznych liniach przeciwnika”. Pod wrażeniem była także opinia publiczna ówczesnej Europy. W jednej z francuskich relacji z pola bitwy pisano, że triumf „zawdzięcza się całkowicie Bogu, dobremu wodzowi i nadzwyczajnym walorom żołnierzy”.

W czasie, gdy na polach Chocimia rozpoczynała się wielka bitwa, we Lwowie zmarł król Michał Korybut Wiśniowiecki. Triumf nad armią turecką otwierał więc Sobieskiemu drogę do tronu Rzeczypospolitej na który został wybrany w maju następnego roku. Niestety zwycięstwa nie udało się wykorzystać do umocnienia pozycji RP nad Dniestrem. Po stronie Turcji opowiedziała się Rosja, która niebezpiecznie dla Rzeczypospolitej wzmocniła swój potencjał nad Dnieprem. Bitwa chocimska zmyła jednak Polski i Litwy hańbę pokoju w Buczaczu. Okazała się też ostatnim wielkim triumfem wojsk wspólnego państwa, osiągniętym bez znaczącego udziału sojuszników, tak jak stało się pod Wiedniem dekadę później.

W młodym pokoleniu zapanowała obsesja na punkcie źle rozumianego bezpieczeństwa.

Sejfityzm, czyli jak zostało zepsute młode pokolenie

https://www.panstwo.net/6217-sejfityzm-czyli-jak-zostalo-zepsute-mlode-pokolenie


Amerykańscy intelektualiści – dziennikarz Greg Lukianoff i psychiatra Jonathan Haidt – alarmują, że w młodym pokoleniu zapanowała obsesja na punkcie źle rozumianego bezpieczeństwa. Warto przyjrzeć się ich spojrzeniu, zwłaszcza że oni sami prezentują lewicowe poglądy i sami przyłożyli rękę do ukształtowania młodego pokolenia w ten sposób.

Polskiego czytelnika zazwyczaj nie trzeba przekonywać, że „bezstresowe wychowanie” skrzywia charakter, że obecne młode pokolenie jest zbyt delikatne i zbyt rozhisteryzowane. Podczas tzw. strajku kobiet oglądaliśmy sceny egzaltowanych nastolatek przerażonych zagrożeniem własnego życia z powodu zakazu aborcji czy odebrania im telefonu komórkowego, wtedy też rozpowszechniło się potoczne nazywanie lewicowych dziewcząt „Julkami”, które farbują włosy na fioletowo i faszerują ciało kolczykami. Konserwatywni Polacy z niepokojem odnotowują też wpływ gadżetów internetowych na młodzież, zafascynowanie lewicowymi pomysłami i uleganie modnym ideologiom. Można więc w tym smutku znaleźć małe pocieszenie, że te wszystkie intuicje potwierdziło dwóch wyżej wymienionych wybitnych ekspertów, których książka „Rozpieszczony umysł” właśnie ukazała się w języku polskim. 

Wezwanie do odwrotu

Autorzy twierdzą, że pokolenie urodzone po 1995 roku jest głęboko zanurzone w sejfityzmie (od angielskiego: save, bezpieczny), którego przedstawiciele stają się delikatnymi, rozdygotanymi osobowościami, łatwo wpadającymi w histerię. Haidt i Lukianoff przytaczają w tym wiele danych, statystyk i modeli wychowania, które się po prostu nie sprawdziły. Choć obaj popierają amerykańskich demokratów, w książce przyznają na przykład, że uniwersytety stały się zbyt lewicowe i że należy wycofać się z niektórych lewicowych postulatów, zwłaszcza tych genderowych czy rasowych.

Naukowcy zastosowali tu metaforę odporności organizmu na mikroby czy alergeny. Człowiek żyjący w sterylnym otoczeniu staje się bardziej wrażliwy na różne produkty czy choroby, jest na nie bardziej podatny. Podobnie młode pokolenie żyje dzisiaj z dala od krytyki, konfrontacji, debat, sporów i gdy napotyka w życiu – a zwłaszcza na uczelni – odmienne zdanie, czuje się urażone i wpada w różne depresyjne czy histeryczne stany. Lukianoff i Haidt stwierdzają dalej, że uczelnie ulegają tej atmosferze i zamiast kształtować studentów w duchu pracy nad sobą i dochodzenia do prawdy, wolą usuwać nieprzyjemne wykłady, stanowczych profesorów i obniżać wymagania. W książce czytamy, że taka sytuacja ma miejsce od 2013 roku, czyli gdy na studia poszły pierwsze roczniki urodzone po 1995 roku, a więc takie, które spędziły dzieciństwo z urządzeniami cyfrowymi, z internetem, gdzie łatwiej uniknąć treści, z którymi się nie zgadzamy, i pozostać w swojej „bańce informacyjnej”. Przyczyn rozdelikacenia „pokolenia Z” jest jednak więcej.

Pokolenie panikarzy

„Nauczono ich wyolbrzymiać zagrożenia, stosować myślenie dychotomiczne (inaczej binarne), ufać pierwszym reakcjom kierowanym przez emocje i wzmacniać je, a także ulegać zniekształceniom poznawczym” – piszą psychiatrzy. Analizują też szczegółowo, jak do tego doszło, wskazując m.in., że rozszerzono pojęcie bezpieczeństwa. Pierwotnie dotyczyło ono ochrony przed krzywdą fizyczną – zranieniem, upadkiem, pobiciem itp. „Jednak w XXI wieku na niektórych kampusach uniwersyteckich znaczenie słowa »bezpieczeństwo« uległo procesowi znanemu jako »concept creep« (stopniowe rozszerzenie znaczenia terminu określającego daną krzywdę) i objęło również »bezpieczeństwo emocjonalne«“. Doszło do tego, że rektorzy i dziekani zaczęli w ten sposób „troszczyć się” o swoich podopiecznych, że usuwali z programów zajęć treści, które mogły burzyć ich wyobrażenia o świecie. Odpadło wiele klasycznych lektur, bo Murzyni byli tam przedstawieni jako niewolnicy albo kobiety jako gospodynie domowe, podobnie było z kwestią definicji płci, wreszcie wielu wykładowców tak bulwersowało studentów, że ci zaczęli organizować protesty, by albo usunąć ich z uczelni albo – jeśli chodziło o naukowców z zewnątrz – nie dopuścić ich do wizyty i wygłoszenia wykładu. „Rozumowanie jest takie, że jeśli zaproszony mówca wywołuje u studentów zdenerwowanie lub złość, to jest to wystarczający powód, by odmówić mu wstępu na teren kampusu, ponieważ stanowi on »zagrożenie« dla studentów”. Oto sejfityzm w pigułce. Na uniwersytet przyjeżdża gej opowiedzieć, że homoseksualizm nie jest wrodzony? Ależ to uraża homoseksualnych studentów. Profesor biologii chce opowiedzieć o dwóch płciach? Studenci zagłuszają jej wykład. Bywało, że profesorowie tracili pracę albo wykłady, bo zacytowali niewłaściwą bajkę. W Bergen Community College „Profesor wydziału sztuki został wysłany na przymusowy bezpłatny urlop i obowiązkową psychoterapię za umieszczenie posta w mediach społecznościowych. Chodziło o zdjęcie jego córki ubranej w koszulkę przedstawiającą smoka i napis: Wezmę, co moje, ogniem i krwią. Zdaniem uczelni brzmiało to jak »groźba«“. Słowa okazały się cytatem z filmu „Gry o tron”, ale profesora to nie uratowało. Bo sejfityzm polega nie na badaniu intencji danej osoby, lecz skutku, jaki jego słowa wywołują – a rozdelikacone pokolenie może czuć się zagrożone nawet zdjęciem dziecka w koszulce ze smokiem.

Zabrać wolność, dać pseudobezpieczeństwo

W ten sposób edukacja w USA w ogóle skręciła w jakieś odmęty szaleństwa, bo pojawił się konkretny problem z wolnością słowa. Na uczelniach istniały „strefy wolnego słowa”, gdzie zawsze była większa swoboda wypowiedzi. Dosłownie chodziło o miejsce, gdzie tematyka rozmów mogła być bardziej radykalna, kto nie chciał się z tym stykać, ten nie musiał tam chodzić. Jednak w ostatnich latach ofiary sejfityzmu zaczęły wymuszać na władzach uniwersyteckich zamykanie tych stref w imię „bezpieczeństwa” emocjonalnego. „[…] na McNeese State University w stanie Luizjana, grupy studenckie mogły korzystać ze strefy tylko raz na semestr. Inne zostały zniesione przez wyroki sądowe, na przykład strefa na University of Cincinnati, której powierzchnia stanowiła zaledwie 0,1% kampusu uniwersyteckiego, a chęć skorzystania z niej musiała zostać zgłoszona z wyprzedzeniem dziesięciu dni roboczych”.

Szaleństwo bezpieczeństwa emocjonalnego wzmacniają kolejne pseudonaukowe teorie. Derald Wing Suer, profesor Teacher College, spopularyzował pojęcie „mikroagresji”, na której punkcie obsesję przejęli lewicowi aktywiści. Suer tak definiował owe pojęcie: „przelotne, występujące na porządku dziennym, werbalne, zachowawcze lub środowiskowe, zarówno celowe, jak i niecelowe, wrogie, obraźliwe zniewagi na tle rasowym, wymierzone w osoby rasy innej niż biała”. Słowem: Murzyni, Indianie, Eskimosi, Arabowie i wszyscy inni mogą się poczuć urażeni kolorem skóry aktora w filmie, krzywym spojrzeniem, przysłowiem („czarno to widzę”) i wszystkim innym. 

Fanatyzm

Sami autorzy – a przypomnijmy, że są lewicowi – histerie studentów wokół ludzi, którzy wygłaszają poglądy inne niż ich samych, porównują do hunwejbinów, czyli partyjnej młodzieżówki w Chinach Mao Zedonga, która to młodzieżówka atakowała członków partii czy profesorów, w ideologicznym szale bijąc wrogów komunistycznego przywódcy. 

Haidt i Lukianoff wzywają więc do odwrotu, co dla polskiego czytelnika powinno być dobrą wiadomością. Lewicowe wychowanie przyniosło katastrofalne skutki, a badacze wskazują filary tych błędów, jakich dokonano na młodym pokoleniu. Naukowcy wskazują na szereg „czynników wyjaśniających” rozwój sejfityzmu, do których należą m.in paranoidalne rodzicielstwo, upadek nieskrępowanej zabawy, spirala polaryzacji i biurokracja sejfityzmu.

Paranoidalne rodzicielstwo wiąże się z usuwaniem wszelkiego, choćby najmniejszego ryzyka w życiu dziecka. Słowem: nadopiekunczość rodziców niszczy psychikę dziecka. Upadek nieskrępowanej zabawy to ograniczenie tradycyjnych zabaw z elementami ryzyka – walki na miecze, strzelania z dziecięcych łuków, zabawy w lesie. To wszystko współczesnym wychowawcom może wydawać się niebezpieczne, więc aktywność rozrywek często przenosi się do internetu, pogłębiając na przykład uzależenienie od dopaminy czy innych bodźców dostarczanych przez media społecznościowe. Spirala polaryzacji oznacza, że zbyt silne grupy społeczne (a autorzy sami przyznają, że chodzi tu o lewicowe środowisko młodego pokolenia) zbyt łatwo nabierają agresji wobec obcych. 

Lewica jest zbyt silna

Zdaniem psychiatrów, od dekady na emeryturę odchodzi pokolenie naukowców urodzonych po 1945 roku, gdzie rozkład lewicowych i prawicowych badaczy był mniej więcej równomierny, a zastępują ich kadry bardziej postępowe. Młodzież nie ma styczności z konserwatystami, dostaje głównie jeden punkt widzenia i to właśnie lewica okazuje się bardziej agresywna w odwoływaniu prelekcji, które są niezgodne z jej światopoglądem. 

„Wielu studentów kończy uczelnie z błędnym pojęciem o konserwatystach i ze znajomością polityki reprezentowanej tylko przez połowę Stanów Zjednoczonych. Trzy dni po bardzo zaskakującym zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich, redaktorzy najważniejszej studenckiej gazety Uniwersytetu Harvarda wskazali dokładnie na ten problem” – czytamy w „Rozpieszczonym umyśle”. Brak swobody dyskusji, wymiana pokoleniowa profesorów i cały sejfityzm wyobcowały świat akademicki ze świata rzeczywistego. To antagonizuje społeczeństwo, które po zakończeniu zimnej wojny nie ma już wspólnego wroga (komunistów), wobec którego miałoby się jednoczyć, więc zaczyna szukać wroga wewnątrz.

Zepsute pokolenie

Na to nakłada się koniunkturalizm uczelni, które traktując swoich studentów jak klientów, legalizują różne skrajne zachowania i wspierają sejfityzm – na przykład poprzez blokowanie wcześniej opisanych stref wolnego słowa czy zwalnianie naukowców, którzy wykazują „mikroagresję”.

Konsekwencje są bardzo konkretne – m.in rekordowe zachorowania na depresję, przy czym o ile młodzi mężczyźni zapadają dziś na nią dwa–trzy razy częściej, o tyle młode kobiety nawet siedmiokrotnie częściej. 

Obraz młodego amerykańskiego pokolenia, jaki zarysowują autorzy „Rozpieszczonego umysłu”, jest dramatyczny. Młodzi są nauczeni, że mają ufać swoim emocjom, że to, co czują, jest najważniejsze i wyznacza standardy rzeczywistości.

Właśnie w ten sposób człowiek nabawia się chorób psychicznych – czy schizofrenikowi powiemy, że słusznie boi się latających psów? Czy człowiekowi z nerwicami przyznamy rację, że musi drugą godzinę myć ręce, bo tak „czuje”? A właściwie tak często postępuje się wobec generacji urodzonej po 1995 roku, gdy czuje się ona zagrożona, czuje się inną płcią, rasą czy klasą społeczną. Ludzi po prostu wprawia się w paranoje.

Wyznanie autorów

Lukianof i Haidt nie są zwykłymi badaczami. Ten pierwszy zajmował się wolnością słowa zarówno w swoich pracach teoretycznych, jak i aktywizmie społecznym. Ten drugi jest jednym z najbardziej odkrywczych i uznanych psychiatrów na świecie, autorem takich prac jak „Szczęście” czy „Prawy umysł”, gdzie opisał założenia moralne, które ludzi skłaniają do popierania lewicy lub prawicy. Choć obaj panowie sami siebie sytuują w centrum politycznego sporu, to jednak przyznają się do głosowania na demokratów (a więc na lewicę), a w ich tekstach pobrzmiewa nieco politowania dla poglądów konserwatywnych. Będąc w publicystycznym i naukowym mainstreamie, podzielając wiele poglądów w reformowaniu edukacji i szkolnictwa wyższego, jakie prowadziła administracja Clintona czy Obamy, teraz alarmują o owocach tej polityki niczym radykalni prawicowcy. 

Autorzy nadal pozostają na lewo od centrum – z uznaniem cytują i uzasadniają tezy Herberta Marcusego, intelektualnego ojca rewolucji 1968 roku, i jego wezwania do dyskryminowania prawicy, choć twierdzą, że interpretacja Marcusego zaszła za daleko. Właściwie to można powiedzieć, że czytamy w ich rekomendacjach czysto konserwatywne porady, bez porzucania lewicowych szat. 

Autorzy rekomendują zatem, by przy wychowywaniu dzieci stosować więcej dyscypliny, uczyć je (stopniowo) ryzyka, ograniczać dostęp do mediów cyfrowych, organizować sport i interakcje międzyludzkie i po prostu nie pozwalać na wszystko. Coś jak polska rodzina katolicka, tylko nazwane współczesnym językiem.

Jak wyleczyć odleżyny i inne trudno gojące się rany? Propolis, czyli kit pszczeli.

Jak wyleczyć odleżyny i inne trudno gojące się rany? Propolis, czyli kit pszczeli.
10 listopada 2023, Elementarz zdrowia, część 10 anthony-elementarz-zdrowia
Zmorą i plagą polskich szpitali i utrapieniem obłożnie chorych pacjentów są rany – odleżyny. Rany tego typu bardzo trudno się goją (jeśli nie wiemy jak je leczyć) i w skrajnych wypadkach prowadzą do śmierci, zaś zawsze do ogromnego cierpienia chorych.

Oczywiście najlepiej byłoby do powstania odleżyn nie dopuścić, obracając osobę chorą co cztery godziny, na drugi bok. [Nigdy na stronę z odleżynami, frajerze ! md]

Jednak tej prostej zasady w szpitalach nie stosują, ze zwykłego lenistwa medyków!

Do leczenia trudno gojących się ran (w tym odleżyn) Natura dała nam rewelacyjnie skuteczny środek: propolis, czyli kit pszczeli. Kit pszczeli jest wytwarzany przez pszczoły z żywic drzew liściastych i iglastych i służy pszczołom jako podstawowy budulec do wszelkich uszczelnień w ulu, oraz do dezynfekcji ścian ula.



Aby użyć propolisu do leczenia ran musimy rozpuścić go w wazelinie kosmetycznej. W ten sposób uzyskamy maść propolisową: rewelacyjne lekarstwo na wszelkie trudno gojące się rany.
Gotową maść propolisową kupimy w aptece, niestety zawiera ona tylko 7% propolisu, więc jej skuteczność jest problematyczna.
Dobra maść propolisowa musi zawierać 40-50% propolisu, wówczas jej skuteczność jest rewelacyjna.
Kilka gospodarstw pasiecznych w Polsce wytwarza metodą chałupniczą maść propolisową deklarując zawartość propolisu w granicach 40%, jednak nie możemy tego zweryfikować, ani też nie wiemy w jakich warunkach taka produkcja się odbywa.
Na szczęście taką maść możemy wykonać samodzielnie poświęcając na to pół godziny pracy i maksymalnie 50 zł.


Potrzebne będą nam: wazelina kosmetyczne bez zapachowa (kupimy ją w drogerii) oraz kit pszczeli, najlepiej zakupiony u jakiegoś zaufanego pszczelarza. Odważamy wazelinę i kit pszczeli w równych proporcjach wagowych.

W dużym rondlu podgrzewamy wodę, gdy zaczyna ona parować wstawiamy do dużego rondla mały rondelek wypełniony wazeliną.… czekamy aż wazelina się rozpuści i stanie się płynna. Wówczas powoli wsypujemy kit pszczeli cały czas mieszając. Gdy rozpuścimy w wazelinie całą porcję kitu pszczelego, maść jest gotowa. Musimy jeszcze przetrzeć maść kilka razy przez gęste sito, aby pozbyć się grudek.

 I tak oto otrzymaliśmy genialną miksturę leczącą wszelkie trudno gojące się rany, w tym odleżymy!
————————————–
Z pomocą maści propolisowej wykonanej samodzielnie, w ciągu 7 dni wyleczyłem dwie odleżyny których nabawił się mój brat podczas „leczenia” szpitalnego . Jedna odleżyna była zlokalizowana na kości ogonowej, druga na pięcie. Po tygodniu obie rany pięknie się wygoiły. (najtrudniej goją się odleżyny na piętach).

W każdym domu powinny „czekać w pogotowiu” trzy mikstury, wszystkie o rewelacyjnym działaniu:

– Opisana wyżej maść propolisowa, nalewka tybetańska ( nalewka spirytusowa na czosnku z dodatkiem propolisu, miodu spadziowego i soku z cytryny – czyni organizm człowieka odpornym na wiele chorób), oraz nalewka spirytusowa na niedojrzałych owocach orzecha włoskiego. W ciągu kilkunastu sekund leczy ona wszelkie niedyspozycje żołądkowe. 

O leczniczych nalewkach napiszę osobny artykuł, więc teraz tylko temat sygnalizuję.
Anthony Ivanowitz 10.11.2023r. www.pospoliteruszenie.org

Zima demograficzna zamieniła się w epokę lodowcową

w ostatnim czasie media regularnie przywołują dramatyczne dane dotyczące dzietności w Polsce. W zeszłym roku liczba urodzonych dzieci spadła do poziomu 300 000, co stanowiło wynik najniższy od zakończenia II wojny światowej. Nie oglądając się na rząd i polityczny kryzys, w Ordo Iuris od lat prowadzimy strategiczne prace badawcze i proponujemy konkretne rozwiązania w zakresie polityki rodzinnej.
Demograficzna zapaść dotyka całej Europy i wedle prognoz doprowadzi do spadku ludności poszczególnych państw nawet o 30% na przestrzeni dwóch pokoleń. Podczas otwarcia naszej przełomowej konferencji o kulturowej polityce rodzinnej, mec. Jerzy Kwaśniewski porównał groźbę wyludnienia do czasów średniowiecznej epidemii Czarnej Śmierci, z której nasza cywilizacja podnosiła się dwa wieki.
Coraz więcej ludzi i światowych przywódców dostrzega konieczność uznania demograficznego kryzysu za pierwszorzędne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Prezydent Węgier – Katalin Novák – wskazała w jednym z wystąpień, że w „wielu krajach zima demograficzna zamieniła się w epokę lodowcową”. W podobnym tonie wypowiedziała się premier Włoch Georgia Meloni. Potrzebę promowania rodzicielstwa dostrzegają w swoim stylu także Amerykanie, którzy organizują konkurs piękności zamężnych kobiet Mrs. American Pageant. W tym roku zwyciężyła w nim matka siedmiorga dzieci – 33-letnia Hannah Neeleman.
Globalny charakter problemu nie może być jednak dla nas pocieszeniem. Tym bardziej, że jego skala w Polsce należy do największych na świecie.Co gorsza, rządy w Polsce obejmą wkrótce ludzie, dla których rozwiązaniem na kryzys demograficzny – skutkujący ruiną polskiego systemu emerytalnego – jest masowa migracja z obcych kulturowo państw Afryki i Azji. Gdy apele do młodych Polaków o odrzucenie własnego egoizmu i otwarcie się na życie rodzinne formułował minister edukacji, prof. Przemysław Czarnek lub przedstawiciele polskiego Episkopatu – liderzy dotychczasowej opozycji brutalnie ich krytykowali i wyśmiewali.
Niemal od początku istnienia Instytutu Ordo Iuris, nasi eksperci zajmują się poszukiwaniem odpowiedzi na pytania o przyczyny i rozwiązania problemu kryzysu dzietności. Do naszego raportu „Jakiej polityki rodzinnej potrzebuje Polska” wprost odwoływał się rząd w czasie wprowadzania najważniejszych instrumentów polityki rodzinnej w 2016 roku. Później część naszych pomysłów została uwzględniona w rządowej Strategii Demograficznej 2040, a część była realizowana pośrednio w takich programach jak chociażby Rodzinny Kapitał Opiekuńczy.
Od samego początku zwracamy jednak uwagę na to, że priorytetem skutecznej polityki prorodzinnej i prodemograficznej nie mogą być tylko programy nastawione na finansowe wsparcie rodzin z dziećmi. Gdyby przyczyna niskiej dzietności leżała głownie w przeszkodach zewnętrznych, takich jak zła sytuacja finansowa i niepewność sytuacji zawodowej, wówczas poprawa sytuacji ekonomicznej przekładałaby się na boom narodzin. Rzecz w tym, że ogólny poziom życia Polaków poprawia się, a dzietność – jak spadała, tak spada. Nie jest też lepiej w zamożniejszych krajach Europy.Chcąc podkreślić wagę polityki kulturowej, która afirmuje rodzicielstwo, 30 września zorganizowaliśmy w Warszawie międzynarodową konferencję naukową na ten temat.Wybitni, światowi naukowcy oraz przedstawiciele think-tanków z Polski, Węgier, Wielkiej Brytanii i USA prezentowali swe badania oraz dyskutowali na temat kulturowego tła kryzysu demograficznego w świecie zachodnim.
Wnioski są jednoznaczne: dobra polityka prorodzinna musi być promocją małżeństwa i rodzicielstwa. Kluczem do jej sukcesu jest nieustanne przekonywanie, że małżeństwo i rodzina pozytywnie wpływają na całe życie człowieka. Obecnie pracujemy nad publikacją pokonferencyjną. Pokażemy w niej główne kulturowe przeszkody w wyjściu z demograficznej zapaści i wskażemy sprawdzone metody promocji rodziny i rodzicielstwa.W ten sposób wzmacniamy opór wobec całego nurtu zniechęcania Polaków do posiadania dzieci, którego promotorami były przez lata tak publiczne jak i prywatne media. W połowie września czytelnicy portalu Gazety Wyborczej mogli przeczytać artykuł, w którym pisano o „tysiącu powodów, żeby nie mieć dzieci”. Portal Wysokie Obcasy pod koniec sierpnia twierdził, że „bezdzietni z wyboru nie czują pustki” a także kreował obraz macierzyństwa jako „przekleństwa”. 
Niewiele w tyle pozostawały media publiczne, które często epatowały w swoich filmach i serialach rozwodami i promocją konsumpcyjnego stylu życia. Odpowiedzią na tę propagandę egoizmu musi być nasza aktywność – konkretne twarde argumenty i skuteczne metody odnowy kultury rodzinnej i dzietności.
Poszukując odpowiedzi na pytanie o skuteczne remedium na postępujący kryzys dzietności, analizujemy także politykę prorodzinną państw, które radzą sobie lepiej od nas. Obecnie eksperci Ordo Iuris analizują politykę prorodzinną Węgier. Przyglądamy się przy tym nie tylko zastosowanym nad Dunajem instrumentom polityki ekonomicznej, ale również kulturowej. Efektem naszych prac będzie raport, który opublikujemy jeszcze w tym roku.
Jako odpowiedzialny ośrodek strategiczny, nie możemy pozwolić, by zmiana rządu i ofensywa radykalnej lewicy zatopiła nas w działaniach reaktywnych i obronnych. Część naszych sił wciąż musimy – nawet bardziej zdecydowanie niż w przeszłości – poświęcać na strategiczny namysł i przygotowywanie odpowiedzi na największe zagrożenia dla naszej Ojczyzny. Przemyślana polityka demograficzna, uwzględniająca kulturowe czynniki wpływające na dzietność, może ocalić nas przed tragicznym w skutkach wyludnieniem i jest merytoryczną odpowiedzią na postulaty głosicieli „nieuchronnej” masowej imigracji.
Wiem, że ze wsparciem Pana i całej społeczności naszych Przyjaciół i Darczyńców, szeroko zakrojone plany badawcze i promocyjne będą mogły zakończyć się skutecznym przygotowaniem narzędzi kulturowej polityki rodzinnej. To tym bardziej ważne w czasie, gdy – przynajmniej na pewien czas – rządowe instytucje staną się otwartymi propagatorami antykultury, masowej migracji i cywilizacji śmierci.Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk[u mnie jakoś „nie wchodzi”, jest jednak w ORYGINALE. MD]
Czy Polskę czeka demograficzna katastrofa?Demografowie od lat alarmują, że niska dzietność Polaków stanowi ogromne zagrożenie dla przyszłości naszego narodu. Obecnie polski wskaźnik dzietności wynosi zaledwie 1,26, czyli głęboko poniżej poziomu progu 2,1 wymaganego do osiągnięcia zastępowalności pokoleń.Opublikowana w bieżącym roku przez Główny Urząd Statystyczny Prognoza ludności Polski na lata 2023-2060 przedstawia długoterminowe scenariusze demograficzne dla Polski. Według najgorszego z nich liczba Polaków może zmniejszyć się w 2060 roku nawet do 26,7 mln. Według najrealniejszego – zdaniem autorów prognozy – wariantu Polskę w 2060 roku ma zamieszkiwać niecałe 31 mln ludzi. Z kolei wariant najbardziej optymistyczny zakłada, że liczba Polaków zmniejszy się do 34,8 mln.
Wszystkie z tych scenariuszy łączy nie tylko drastyczny spadek populacji Polski, ale także zachwianie jej struktury demograficznej, polegające na procentowym wzroście udziału seniorów w ogólnej populacji Polski, co niekorzystnie odbije się na naszym systemie emerytalnym. Obecnie na jedną osobę w wieku post-produkcyjnym przypadają w Polsce blisko 3 osoby w wieku produkcyjnym, które mogą pracować na emerytury swoich rodziców i dziadków. Każda z prognoz GUS przewiduje, że do 2060 roku na jedną osobę w wieku postprodukcyjnym będzie przypadać tylko 1,5 osoby w wieku produkcyjnym.W rezultacie na przestrzeni kolejnych dziesięcioleci przemiany demograficzne będą stanowiły główną barierę rozwojową Polski. Jeżeli dzietność utrzyma się na obecnym poziomie, Polskę czeka zjawisko wtórnego regresu demograficznego, czyli pogłębienia się negatywnych procesów w kolejnych pokoleniach ze względu na ich niższy potencjał demograficzny.
Czy polska polityka prorodzinna państwa jest skuteczna?Świadomi zagrożeń związanych z wyludnianiem Polski, eksperci Ordo Iuris od lat poddają wnikliwej analizie polską politykę prorodzinną.Już w 2015 roku opublikowaliśmy obszerny – prawie 200-stronicowy – raport „Jakiej polityki rodzinnej potrzebuje Polska?”, który przygotowaliśmy we współpracy z Związkiem Dużych Rodzin „Trzy plus” i zaprezentowaliśmy w Kancelarii Prezydenta RP. Raport zawierał szczegółową analizę doświadczeń siedmiu państw, którym udało się skutecznie zwiększyć współczynnik dzietności, analizę polityk prorodzinnych wprowadzanych w Polsce i na poziomie unijnym w przeciągu ostatnich 25 lat oraz szereg rekomendacji, z których częściowo korzystał później rząd.Proponowaliśmy między innymi wprowadzenie tzw. bonu wychowawczego, którego idea jest w dużej mierze zbieżna z wprowadzonym przez rząd projektem Rodzinnego Kapitału Opiekuńczego. Oprócz tego proponowaliśmy także wprowadzenie skutecznego programu mieszkaniowego dla młodych oraz preferencji podatkowych dla rodzin. Rząd wprost odwoływał się potem do naszego raportu przy wprowadzaniu niektórych z proponowanych przez nas rekomendacji.Trzy lata później opublikowaliśmy kompleksowy raport poświęcony opiece nad dziećmi do 3. roku życia. Zwróciliśmy w nim uwagę na liczne mankamenty polskiego modelu, który jest mało efektywny i nie wychodzi naprzeciw zgłaszanym przez rodziców potrzebom, co negatywnie przekłada się na dzietność Polaków. Przytaczając liczne badania naukowe i doświadczenia innych państw, zarekomendowaliśmy wówczas, aby – zgodnie z oczekiwaniami rodziców – państwo wspierało nie tylko opiekę nad dziećmi w żłobkach, ale również opiekę domową podejmowaną przez rodziców, dziadków lub nianie. Postulowaliśmy także wydłużenie okresu płatnych urlopów rodzicielskich i powiązanie ich długości z liczbą posiadanego potomstwa.
Poddaliśmy analizie rządowy program „Pierwsze Mieszkanie”, którego pomysłodawcy przedstawiali go jako pomoc dla młodych rodzin, które wskutek problemów z zakupem własnego mieszkania odkładają na później decyzję o posiadaniu dzieci. Wskazaliśmy, że – wbrew zapowiedziom rządzących – ów program nie będzie miał wpływu na demografię Polski. Jest to efektem powielenia błędów poprzedniej podobnej inicjatywy mieszkaniowej – „Mieszkania dla młodych”, z którego skorzystali w większości single i bezdzietne związki. Co więcej, program „Pierwsze Mieszkanie” może wręcz zniechęcać do zawierania małżeństw, ponieważ wyklucza on małżeństwa, w których co najmniej jeden małżonek posiada już mieszkanie. Jednocześnie pary żyjące w nieformalnym związku mogą ominąć ów zapis albo skorzystać z programu dwukrotnie, ukrywając swoją relację. W analizie zwróciliśmy uwagę na to, że obecny kształt programu może doprowadzić do wzrostu cen mieszkań, na czym skorzystają deweloperzy i banki, a nie młodzi Polacy.
Dziś widać już, że nasze obawy w tym zakresie niestety się potwierdziły… Aby program był bardziej prorodzinny, postulowaliśmy jego ograniczenie do rodzin z dziećmi lub rodzin spodziewających się dzieci oraz powiązanie wysokości wsparcia z liczbą posiadanych dzieci.Ocenie poddaliśmy program 500+, który od nowego roku ma zostać podniesiony, co znacząco zwiększy jego koszt. W poświęconym mu komentarzu prawniczym wskazaliśmy, że choć w pierwszym okresie jego funkcjonowania w Polsce nastąpił istotny wzrost liczby urodzeń, to jednak od 2017 roku obserwujemy ich wyraźny spadek. Dlatego program powinien zostać przemyślany na nowo, zreformowany i wkomponowany w całokształt polityki prorodzinnej.
Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk [w oryg.]
Prorodzinna kultura ma kluczowe znaczenie dla demografii!Widzimy zatem, że skierowane do młodych programy społeczne, choć mają pewien wpływ na dzietność Polaków, ułatwiając podjęcie decyzji o założeniu rodziny, to nie są w tym zakresie decydujące. Dane demograficzne jasno wskazują, że najwięcej Polaków – ponad 700 000 rocznie – rodziło się w latach pięćdziesiątych oraz w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych.W dobie szalejącego stalinowskiego terroru i powojennej biedy oraz w czasie stanu wojennego, warunki ekonomiczne w Polsce były zdecydowanie gorsze od obecnych, a mimo to nasi dziadkowie i rodzice mieli więcej dzieci niż my. Pierwszoplanowe znaczenie dla poziomu dzietności mają więc nie tyle czynniki ekonomiczne, co kulturowe. 
Kilkadziesiąt lat temu, pomimo komunistycznej propagandy, w Polsce istniała silna i oddolna kultura przyjazna posiadaniu dzieci. Przez ostatnie lata podkopały ją kulturowe trendy zniechęcające do rodzicielstwa – w tym skrajny indywidualizm i koncentracja na własnej wygodzie.
Pokazujemy kulturowe zagrożenia dla polskiej demografii.
Chcąc dać im odpór oraz postawić pierwszy krok na drodze do odbudowania silnej, prorodzinnej kultury w Polsce, zorganizowaliśmy pod koniec września międzynarodową konferencję naukową „Kulturowe aspekty polityki prorodzinnej – dodatek czy podstawa skutecznej recepty na kryzys demograficzny”.W trakcie wydarzenia profesor Bracy Bersnak z amerykańskiego Christendom College zwrócił uwagę na związek pomiędzy skłonnością do przedkładania kariery zawodowej ponad rodzinę z obniżeniem dzietności. Przytoczył wyniki amerykańskich badań, które dowodzą, że ludzie ceniący karierę zawodową wyżej od rodziny mają średnio o 0,6 dziecka mniej od tych, którzy wyżej cenią rodzinę. Profesor zauważył, że współczesna kultura masowa prezentuje rodzinę i małżeństwo jako zagrożenie dla ludzkiej wolności rozumianej w duchu skrajnego indywidualizmu. Jednocześnie podkreślił, że aby dać odpór tej antyrodzinnej narracji, powinniśmy podkreślać korzyści wynikające z życia rodzinnego. Powołując się na liczne badania, wskazał, że małżeństwo sprawia, że małżonkowie oceniają swoje życie jako bardziej szczęśliwe. Starając się dać przykład dzieciom, rzadziej niż inne osoby podejmują ryzykowne zachowania i rzadziej łamią prawo. Są też bardziej produktywni.
Belinda Brown z University College London wykazała negatywny wpływ na dzietność radykalnego feminizmu, który za swojego wroga i źródło opresji wobec kobiet uznaje rodzinę jako taką. Podkreśliła, że lansowany przez radykalne feministki fałszywy obraz mężczyzny zatruwa relacje damsko-męskie i tym samym niszczy małżeństwa. Wskazała, że przeforsowane przez radykałów w Wielkiej Brytanii osłabienie prawnej pozycji małżeństwa przyczyniło się spadku liczby zawieranych małżeństw i zmniejszenia dzietności.Ja w swoim wystąpieniu zidentyfikowałem niektóre czynniki kulturowe, które uderzając w rodzicielstwo, nie pozostają bez wpływu na dzietność Polaków. Są nimi postrzeganie pracy jako źródłu wartości i sensu życia (workism), deprecjonowanie pracy jaką wykonuje matka zajmując się domem i wychowaniem dzieci, jako nie przynoszącej żadnych wymiernych korzyści finansowych, rewolucja seksualna, przeakcentowanie indywidualizmu i autonomii, rozbicie norm związanych z macierzyństwem, ojcostwem, rodzicielstwem i zdewastowanie samego rozumienia tych pojęć. Wreszcie kampanie wprost wymierzone w zniechęcenie do rodzicielstwa.
Z kolei profesor Mark Regnerus z University of Texas mówił o wpływie antykoncepcji i pornografii na powstawanie i trwałość związków. Wskazywał, że o ile dla naszych dziadków, stosunek seksualny był jednoznacznie wpisany w kontekst małżeństwa, związany z płodnością i odpowiedzialnością za poczęte życie, to współcześnie ów związek został rozerwany. W rezultacie długotrwałe budowanie relacji małżeńskich jest trudniejsze niż prowadzenie życia wypełnionego pogonią za kolejnymi seksualnymi podbojami.Inny z prelegentów – Joseph Backholm z zajmującego się kulturą, małżeństwem i rodziną w USA think-tanku Family Research Council – podjął temat relacji sekularyzmu i dzietności, a dyrektor zajmującego się badaniami demograficznymi Instytutu Pokolenia Michał Kot przybliżył badania dotyczące wzrostu poczucia samotności wśród młodych Polaków. Wskazał, że poczucie samotności młodego pokolenia wiąże się z rozwojem nowych technologii komunikacyjnych, które przenoszą życie młodych ludzi do wirtualnej rzeczywistości.Prezes Instytutu Wiedzy o Rodzinie i Społeczeństwie, prof. Michał Michalski w swoim wystąpieniu opowiedział o korzyściach dla rodziny i społeczeństwa wynikających z obecności ojca w wychowaniu dzieci. Przytoczył wyniki badań świadczących o tym, że dzieci, które mają lepszy kontakt z ojcami, mają wyższe poczucie własnej wartości, osiągają lepsze wyniki w nauce oraz lepiej radzą sobie ze stresem.
Obecnie pracujemy nad publikacją pokonferencyjną, w której zbierzemy głosy wszystkich ekspertów, tworząc w ten sposób katalog zagrożeń dla kultury afirmacji rodzicielstwa oraz wskazując rekomendowane sposoby reakcji.
Jak Węgrzy radzą sobie z kryzysem demograficznym?Podczas wrześniowej konferencji poruszyliśmy także temat węgierskiej polityki prodemograficznej. Pomiędzy rokiem 2011 a rokiem 2022 wskaźnik dzietności wzrósł tam z poziomu 1,23 do poziomu 1,52. Z kolei liczba zawieranych rocznie małżeństw uległa w tym okresie podwojeniu. Politykę tamtejszego rządu przybliżył Árpád Mészáros – wiceprezes Instytutu na rzecz Demografii i Rodzin im. Marii Kopp.Jego zdaniem, przesłanie wynikające z węgierskiego relatywnego sukcesu sprowadza się do tego, że posiadanie rodziny i dzieci nie może być przywilejem i nie jest jedynie sprawą prywatną, ale najbardziej publiczną spośród spraw osobistych, o którą należy walczyć w celu zachowania Europy oraz europejskich wartości i kultury.Węgierskiej polityce prorodzinnej poświęcimy osobny raport, nad którym pracują obecnie nasi eksperci. Zwrócimy w nim uwagę na fakt, iż Węgry z problemami demograficznymi zmagają się dużo dłużej od Polski. Już od początku lat sześćdziesiątych XX wieku Węgrzy mają problem z osiągnięciem współczynnika prostej zastępowalności pokoleń. Omówimy zastosowane przez nich instrumenty demograficzne, które przyczyniły się do podniesienia wskaźnika dzietności.
Razem zbudujemy w Polsce kulturę posiadania dzieci
Jeśli w przeciągu nadchodzących kilku lat Polacy nie podejmą stanowczych działań i nie zbudują w Polsce kultury afirmującej posiadanie dzieci, w której rodziny wielodzietne nie będą wyjątkiem od normy, ale normą, to liczba Polaków ulegnie drastycznemu spadkowi. Będzie to oznaczało nie tylko odczuwane przez wszystkich pogorszenie sytuacji ekonomicznej, ale także osłabienie pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Jako mniej licznemu narodowi będzie nam dużo trudniej bronić się przed presją międzynarodowego lobby aborcyjnego czy antyrodzinnego.Wciąż jednak nie jest za późno. Nadal możemy skutecznie przeciwstawić się skrajnym ideologom burzącym realistyczne rozumienie ludzkiej płciowości i deformującym małżeństwo i rodzinę do postaci luźnego konglomeratu czasem zamieszkujących wspólnie jednostek. Musimy jednak działać szybko, zdecydowanie i kompleksowo. I tak właśnie działają eksperci Instytutu Ordo Iuris. Realizacja każdego naszego projektu wiąże się jednak z koniecznością zgromadzenia niezbędnych środków.Monitorowanie prac legislacyjnych parlamentu i samorządów oznacza dla naszych analityków wiele godzin pracy. Miesięczny koszt tej aktywności to wydatek rzędu 8 000 zł.Dodatkowo opracowanie analizy każdego z proponowanych przez posłów lub radnych projektu to w zależności od rozległości zmian i stopnia skomplikowania zagadnienia koszt od 8 000 do nawet 20 000 zł. Jak pokazuje doświadczenie, nasze merytoryczne argumenty często wpływały na końcowy kształt aktów prawnych.
Wydanie publikacji pokonferencyjnej, w której całościowo omówimy skuteczne instrumenty promocji kultury posiadania dzieci, oraz jej szeroka promocja wymaga zgromadzenia 25 000 zł. Chcemy, aby nasza publikacja była impulsem, który przekona Polaków o konieczności aktywnego kształtowania całej przestrzeni kultury prorodzinnej.
Dlatego bardzo Pana proszę o wsparcie Instytutu kwotą 80 zł, 130 zł, 200 zł lub dowolną inną, dzięki czemu będziemy mogli z pełnym zaangażowaniem podejmować działania na rzecz budowania w Polsce prorodzinnej kultury.Z wyrazami szacunkuRafał Dorosiński - Członek Zarządu Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo IurisP.S. Straszliwe skutki polityczne, ekonomiczne i społeczne nadchodzącej katastrofy demograficznej będą bardzo szerokie, dotykając każdego z nas. Dlatego tak ważne jest, aby skutecznie działać wtedy, gdy możemy jeszcze odwrócić niekorzystny trend demograficzny. Wierzę, że z Pana pomocą stworzymy w naszej Ojczyźnie prawdziwą kulturę afirmacji rodzicielstwa.Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris jest fundacją i prowadzi działalność tylko dzięki hojności swoich Darczyńców.
 Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iurisul. Zielna 39, 00-108 Warszawa+48 793 569 815
www.ordoiuris.pl

Małe reaktory atomowe w Polsce jak grzyby po deszczu!! Amerykanie się wycofują. Za drogie. Ale projekt trwa mać! Wizja „małego atomu”….

Małe reaktory atomowe w Polsce jak grzyby po deszczu. Amerykanie się wycofują. Za drogi. Ale projekt trwa mać! Wizja „małego atomu”….

Małe reaktory pod dużym znakiem zapytania.

JAF businessinsider-Amerykanie się wycofują

Małe reaktory atomowe miały powstawać w Polsce jak grzyby po deszczu pod koniec bieżącej dekady i tylko niektórzy eksperci nieśmiało wspominali, że ta technologia jeszcze nigdzie nie działa. Okazało się, że technologia technologią, ale cały projekt wywrócić mogą potencjalne koszty. Kontrahent KGHM nie wybuduje przez to swoich pierwszych reaktorów w stanie Utah.

  • Projekt budowy małych reaktorów atomowych w Polsce może być zagrożony
  • Kontrahent KGHM z NuScale Power nie wybuduje swoich pierwszych reaktorów w stanie Utah
  • Ryzykowny wzrost kosztów może przekreślić realizację projektu w Polsce

NuScale Power poinformowała w środę, że osiągnęła porozumienie z grupą energetyczną w Utah w sprawie zakończenia projektu małego reaktora modułowego. Akcje NuScale spadają o aż 34 proc.

„Pomimo znacznych wysiłków obu stron na rzecz rozwoju CFPP, wydaje się mało prawdopodobne, by projekt miał wystarczającą liczbę subskrypcji, aby kontynuować wdrażanie. Dlatego UAMPS i NuScale wspólnie ustaliły, że zakończenie projektu jest najrozważniejszą decyzją dla obu stron” — podała spółka w komunikacie.

— Nasza praca z CFPP w ciągu ostatnich dziesięciu lat doprowadziła technologię NuScale do etapu komercyjnego wdrożenia; osiągnięcie tego kamienia milowego jest ogromnym sukcesem, który będziemy nadal rozwijać we współpracy z przyszłymi klientami — powiedział prezes i dyrektor generalny NuScale, John Hopkins. — NuScale będzie kontynuować, wraz z innymi naszymi klientami krajowymi i międzynarodowymi, wprowadzanie na rynek naszej amerykańskiej technologii SMR i rozwój amerykańskiej bazy produkcyjnej energetyki nuklearnej, tworząc miejsca pracy w całych Stanach Zjednoczonych. Dziękujemy firmie UAMPS za współpracę, która umożliwiła ten postęp” — dodał.

Kontrakt z KGHM

Warto w tym miejscu przypomnieć, że NuScale Power razem z KGHM miał postawić pierwszy mały reaktor atomowy (SMR) w Polsce, a ruszyć miał on w 2029 lub 2030 r. KGHM podpisując umowę w 2022 r. zainteresowany był większym reaktorem o mocy 77 MW niż ten, który miał być jako pierwszy postawiony w USA (50 MW). A konkretnie miała to być konfiguracja sześciomodułowa o łącznej mocy 462 MW z umiejscowieniem w Legnickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Wydano już nawet zgodę środowiskową. Może się okazać, że te plany trzeba będzie „zawiesić na kołku”.

W styczniu firma NuScale podała, że ​​docelowa cena energii z elektrowni wyniesie 89 dol za megawatogodzinę, co stanowi wzrost o 53 proc. w porównaniu z poprzednimi szacunkami wynoszącymi 58 dol. To budzi obawy co do gotowości klientów do zapłaty — pisze Reuters.

89 dol. to 369 zł, a cena energii na TGE to obecnie 434 zł za MWh, przy czym były dni, jak 4-6 listopada, kiedy cena była poniżej 300 zł za MWh, a 15 października nawet poniżej 100 zł. W tej sytuacji rentowność inwestowania w podobny projekt staje pod znakiem zapytania.

„Niefortunna wiadomość”

Rzecznik Departamentu Energii po publikacji potencjalnej ceny wyprodukowanej przez SMR-y energii stwierdził, że to niefortunna wiadomość, ale dodał: „Wierzymy, że dotychczasowe prace nad CFPP będą cenne dla przyszłych projektów związanych z energią jądrową”.

„Chociaż nie ma gwarancji powodzenia każdego projektu, DOE nadal dokłada wszelkich starań, aby wdrożyć te technologie w celu zwalczania kryzysu klimatycznego i zwiększenia dostępu do czystej energii” – powiedział rzecznik.

Jak przypomina Reuters, w 2020 r. Departament Energii zatwierdził finansowanie elektrowni o wartości 1,35 mld dol. w ciągu 10 lat, znanej jako Projekt Energii Bezemisyjnej, z zastrzeżeniem środków Kongresu. Od 2014 r. NuScale otrzymało od działu około 600 mln dol. na wsparcie projektowania, licencjonowania i lokalizacji projektu.

NuScale planowało opracować projekt obejmujący sześć reaktorów o mocy 462 MW we współpracy z Utah Associated Municipal Power Systems (UAMPS) i uruchomić go w 2030 r. Kilka miast wycofało się jednak z projektu ze względu na wzrost kosztów.

Projekt trwa

John Hopkins, prezes i dyrektor generalny NuScale, powiedział w komunikacie, że firma będzie kontynuować, wraz z innymi klientami krajowymi i międzynarodowymi, wprowadzanie na rynek technologii amerykańskich małych reaktorów modułowych (SMR) i zwiększanie amerykańskiej bazy produkcyjnej w dziedzinie energetyki jądrowej.

NuScale ma nadzieję zbudować SMR oprócz Polski jeszcze w: Rumunii, Kazachstanie i na Ukrainie. Oczekiwano, że elektrownia NuScale w Utah będzie pierwszą elektrownią SMR, która uzyska licencję na budowę amerykańskiej Komisji Regulacji Jądrowej (NRC). Jednak NuScale stwierdziło, że wydaje się mało prawdopodobne, aby projekt miał wystarczającą liczbę subskrypcji, by kontynuować wdrażanie.

W drugim kwartale br. spółka miała 5,8 mln dol. przychodu i 29,7 mln dol. straty netto. Dysponowała 215 mln dol. w gotówce i nie była obciążona długami. W trakcie roku firma przewiduje, że środki pieniężne skurczą się o 102-142 mln dol. Oznacza to, że bez zasilenia zewnętrznego, jeśli nie pojawią się przychody, pieniędzy starczy na dwa lata działania, może mniej.

Istniejące amerykańskie elektrownie jądrowe, które są dużo większe niż SMR, zapewniają prawie połowę praktycznie bezemisyjnej energii wytwarzanej w USA. SMR miały pasować do zastępowania zamykanych elektrowni węglowych i lokalizacji w odległych miejscach.

Zwolennicy nowej technologii twierdzą, że projekt jest bezpieczniejszy niż dzisiejsze reaktory — pisze Reuters. Jak dotąd jedynie projekt SMR firmy NuScale został zatwierdzony przez NRC. Publiczne pieniądze amerykańskie na rzecz NuScale zostały przyznane w ramach pozakonkurencyjnego narzędzia finansowania, które wprowadzono przed przyjęciem ustaw energetycznych i klimatycznych za rządów Joe Bidena.

=============================

Wizja „małego atomu” w Polsce się oddala? Jest dementi KGHM

JAF wizja-malego-atomu

Amerykanie wstrzymali właśnie swój pierwszy projekt SMR w Utah. Akcje NuScale spadły na nowojorskiej giełdzie o 34 proc.

===========================

Ledwo pojawiła się informacja, że amerykański NuScale wycofał się z budowy w stanie Utah pierwszych, małych reaktorów atomowych, a przyszła nowa mocna wiadomość. Według nieoficjalnych informacji pozyskanych przez „Rzeczpospolitą” Amerykanie wypowiedzieli umowę KGHM. KGHM po kilku godzinach to zdementował. Wizja polskiej energii z atomu jeszcze w tej dekadzie jest bardzo niepewna.

Amerykańska firma NuScale wypowiedziała umowę o rozwoju małych reaktorów jądrowych polskiemu gigantowi miedziowemu KGHM – dowiedziała się „Rzeczpospolita”. Kilka godzin później w serwisie X (dawniej Twitter) KGHM zamieścił komunikat z dementi.

Amerykanie wstrzymali właśnie swój pierwszy projekt SMR w Utah. Akcje NuScale spadły na nowojorskiej giełdzie o 34 proc. Ich też zapytaliśmy o losy z kontraktu z KGHM.

Problemem z kontynuacją projektu w USA okazały się koszty produkcji energii w SMR. W styczniu firma NuScale podała, że ​​docelowa cena energii z elektrowni wyniesie 89 dol. za megawatogodzinę, co stanowi wzrost o 53 proc. w porównaniu z poprzednimi szacunkami wynoszącymi 58 dol. To budzi obawy co do gotowości klientów do zapłaty za budowę elektrowni — pisze Reuters.