Jak pandemiczni Kozacy list do Pfizera pisali

Jak pandemiczni Kozacy list do Pfizera pisali

Jerzy Karwelis jak-pandemiczni-kozacy-list-do-pfizera-pisali

Walnął news na całego. Minister Niedzielski napisał list do Pfizera w sprawie szczepionek. Trwają spekulacje co do jego treści i rzeczywistego przeznaczenia. Myślę, że wiele Państwu wyjaśni najnowsze znalezisko jednoosobowej redakcji „Dziennika zarazy”, która sobie tylko znanymi ścieżkami, łącznie z poświęceniem polegającym na grzebaniu w koszach, dotarła do pierwszej wersji listu do Pfizera, jeszcze nie uładzonej nowomową PR-owską. Mógł to być tzw. draft ministra. Tekst na rybkę, by było wiadomo o co chodzi autorowi, by to potem najęci uładzili. Ale ważna jest nie tyle stylów co to, czego zabrakło w wersji oficjalnej. Popatrzmy więc na pierwowzór:

=======================

Drogi (upsss, przepraszam), szanowny Pfizerze.

W pierwszych słowach mego listu od razu przepraszam, że nie piszę via sms, jak to macie w zwyczaju. Ja wiem, że ważne rzeczy to się tak załatwia, ale mój list do Ciebie jest mniejszy rangą, a więc proszę tu o wyjątek. W dodatku list jest obszerny i nie zmieściłby się w jednym smsie, bo z powodów oszczędności, do których się walnie przyczyniłeś, ale o tym to będzie poniżej, obcięli nam konta komórkowe i nie ma tam opcji premium, czyli zamiany długich smsów w ememesy. Tak mi przynajmniej powiedział nasz tymczasowy szef Sanepidu, a on informatykiem jest. Nie gniewaj się, że ten list może przeczytać ktoś inny i że już chodził on w mediach zanim go dostałeś. Taką mamy tradycję i nie wiesz nawet jak to jest skuteczne, bo to np. listy otwarte intelektualistów obaliły komunę, to co dopiero z załatwieniem takiej sprawy jak ta poniżej.

Ja wiem, że podpisaliśmy umowę i nawet naciskaliśmy, by tych szczepionek było więcej i szybciej. Ja wiem, że tak stoi na papierze, ale chciałbym wysunąć kilka argumentów, że my tego nie odbierzemy, bo nie chcemy. Nawet nie możemy. U nas jest takie prawo zwyczajowe, że jak się mocno nie chce to można i u nas tak właśnie jest, co wyjaśnię poniżej. Umowa, umową, ale są okoliczności, nasz prawnik mówi, że fors madżor, czy jak to się pisze, siła wyższa, znaczy się.

Ja wiem, że te szczepionki były zamawiane właśnie na tę fors, ale wyszło, że za dużo i mamy fors madżor do kwadratu. Zazwyczaj takie okoliczności wiążą się z wojną, a więc melduję, że mamy taką na Wschodzie i okolicznością jest fakt przybycia do nas nieodgadnionej liczby milionów Ukraińców i dlatego proszę, byście się wycofali z dostaw.

Ja wiem, że złe języki mówią, że to nie ma nic do rzeczy. Ba – nawet niektóre onuce sugerują konsekwencje odwrotne, że to właśnie powinniśmy domówić jeszcze więcej ponad kontrakt, bo nawiedził nas naród kompletnie niezaszczepiony i do dziś toczą się niesponsorowane dysputy jak to się stało, że nie mieliśmy żadnej fali zakażeń po 24.02.2022. Obiecuję, że jak wyjaśnimy tę kwestię to domówimy, a skoro Ukraińcy to debiutanci kowidowi, to domówimy szczepionkę na Alfę, co to na bank wszędzie zalega i w ten kreatywny sposób pozbędziemy się obopólnego kłopotu. Choćby za ten pomysł warto odstąpić, c’nie?

Chciałem taż nadmienić, że zachowywałem się lojalnie, tak jak się umówiliśmy, a Ursula mówiła, że Tobie Pfizerze mówiła. Przecież domówiłem 500.000 dawek dla dzieci, choć zeszły promile – wywiązałem się. To samo z dawką piątą. Wiem, że Ursula już negocjuje ósmą, coś nam mówiła o czekających szóstej i siódmej. Na razie kombinujemy, że to działa i na kleszcze, nasi myślą na co jeszcze, są różne koncepcje, żeby na potencję, ale co się wyda jak będą (znowu) jakieś NOP-y… No, nie da się ukryć wszystkiego, bo jak ukryć np. taki priapizm, zwany u nas ze słowiańska suchostojem. Ale myślimy.

Umówmy się: Twoje działania nie pozostały bez należytej gratyfikacji za ryzyko, inwestycje i inne koszty nierozerwalnie związane z każdym projektem biznesowym. To oczywiste, że zysk jest najlepszą zachętą biznesową, jednak nawet w biznesie powinien mieć on swoje granice, przynajmniej tak uważa nasz premier – odsyłam do pogadanek o zysku z Norwegami. Taką mamy koncepcję. Trenowaliśmy ją od dawna i przyspieszyliśmy w kowidzie. Są granice dla zysku, a kto tego nie rozumie ląduje na lockdownie i wtedy nas błaga o tarcze.

Nie chcę straszyć, ale możemy się zmówić, my tu w Europie, i nic już od Ciebie nie kupimy, łącznie z lekami leczącymi NOP-y. I kto się będzie śmiał ostatni? Co powiedzą akcjonariusze? Zarobiliście – fakt, ale ile można? Towar, wiem – zamówiony, nie schodzi i co mamy zrobić? A propos – mieliście nam przysłać instrukcje jak się tego pozbyć, bo ta pierwsza, żeby wylać do rzeki okazała się pomyłką. Na szczęście zaczęliśmy od Odry, żeby w razie W padło trochę na Niemca, ale oni się kapli i ten numer już nie przejdzie.

Z drugiej strony piszę do Ciebie, ale ja nie winien. Przecież to Ursula zrobiła zakup grupowy, a myśmy tylko walczyli o naszą (okazało się, że ciężką) dolę. A właściwie to powinna ona ci wypowiedzieć. Gadałem z nią, ale podobno nie odbierasz od niej smsów. Bo ona tamtą komórkę z pierwszej fali szczepień to rozpirzyła, jak zapukali do niej siepacze i może nie odbierasz, bo nie znasz jej nowego numeru. Wbij się do mnie na priv, tam gdzie gadaliśmy o dawkach na omicrona, to Ci podam właściwy numer, byście się może dogadali.

Jak tego nie zrobisz, to będę opowiadał na prawo i lewo, że nie wykazałeś się zadowalającym poziomem elastyczności i nie złożyłeś jakiejkolwiek realistycznej propozycji, która odpowiadałaby całkowicie odmiennej sytuacji w Europie. I naskarżę, że zamiast wykazać się solidarnością, nadal chcesz zarabiać na środkach przeznaczanych przez państwa członkowskie UE na ochronę zdrowia publicznego, i tylko deklarujesz gotowość do dialogu. Mój PR-owiec nawet wymyślił taki bon mocik, co go będę rozpowiadał jak się nie dogadamy, że „Pfizer, którego wszyscy przez długi czas uważali za część rozwiązania kryzysu epidemicznego, teraz sam staje się częścią problemu”. Mocne, co?

To tyle co zrobimy, ale nie wiem czy zrobimy, tak sobie piszę i nie myśl sobie, że tak naprawdę to piszę nie do Ciebie, ale do wkurzonego elektoratu, że tyle kasy przepaliliśmy wspólnie. Znaczy my przepalilim, bo Tyś zarobił. U nas idą wybory, ja kandyduje z powodów bezpieczeństwa. I ja, i partia musimy to jakoś załatwić do wyborów, bo tu mamy miękkie podbrzusze. Pamiętaj, że nie można z nas zdzierać, bo my biedne jesteśmy – wykosztowaliśmy się na tarcze, potem przyszła putinflacja (gdzie sprytnie nasz PR w ministerstwie finansów ukrył inflację tarczową), no i poszły do góry ceny energii. Jak nam przyślesz te szczepionki to przyjdzie nam wyjść z przytupem i z kryzysu energetycznego, i z superaty szczepionek. Będziemy nimi po prostu palili w piecach. W związku z tym, gdybyś się jednak zdecydował, to prosimy o większe uenergetycznienie składu. Wiemy, że tam i tak jest sporo węgla, ale to za mało. Unii nic nie powiemy o węglowym śladzie szczepionek, bo nam dowalą mETS i trzeba będzie dopłacać. 

Tak, wznosząc nasze sanitarystyczne hasło „vaccine e discipline!” prosimy by nie było gorszących awantur w gronie w sumie przyjaciół. Dogadajmy się jakoś, są jak widzisz różne warianty, ale musisz zacząć odbierać od Ursuli, bo ta mówi, że nie odbierasz. Chyba, że nas zwodzi, szelma. A więc pamiętaj, że jak ona zbiegnie na szefową NATO to już nic nie załatwimy, chyba, że znowu postawicie na czele Komisji Europejskiej kogoś rozsądnego i przejdziecie na Telegram.

Czekamy na odpowiedź, żegnając się staropolskim: „nie bądź kiep – wszystkich szczep”.

Twój wierny kooperant – Adam (ten trzeci w drugim rzędzie z negocjacji).

„Czas rozliczeń jest coraz bliżej”. Dr Martyka o prawdziwym obliczu koronawirusowej polityki

„Czas rozliczeń jest coraz bliżej”. Dr Martyka o prawdziwym obliczu koronawirusowej polityki

czas-rozliczen-jest-coraz-blizej

2 miliony mniej hospitalizacji, 10 tys. mniej respiratoterapii i 1,5 miliona mniej zachorowań na grypę… To nie najnowsze dane dotyczące stanu zdrowia w Polsce po wyjściu z „pandemii”, ale z samego jej środka. O tym jak rzeczywiście wyglądał czas walki z koronawirusem i ile na nim stracił zawód lekarza opowiadał na antenie TV Trwam dr Zbigniew Martyka, specjalista chorób zakaźnych. I jak zaznaczył, „czas rozliczeń jest coraz bliżej”

Jak zauważył dr Martyka w mediach społecznościowych, po ponad 3 latach Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało odwołanie stanu quasi-wyjątkowego. „Wszyscy pamiętamy rok 2020, kiedy to Ministerstwo do spółki z ekspertami i mass-mediami zrobiły co tylko w ich mocy, aby wywołać panikę. Pamiętamy szokujące informacje o braku miejsca w szpitalach czy ludziach umierających z powodu niedostatecznej liczby respiratorów (które to należało natychmiast kupić, niezależnie od ceny)” – podkreślił.

Dr Martyka wskazał jak było naprawdę. Jak ocenił, cały oficjalny przekaz okazał się nieprawdziwy. „W 2020 roku zanotowaliśmy 2 MILIONY MNIEJ hospitalizacji, niż rok wcześniej. Było 10 TYSIĘCY MNIEJ respiratoterapii niż w roku 2019. Co ciekawe – wykryto 1,5 miliona mniej zachorowań na grypę – za to odnotowaliśmy 1,3 miliona pozytywnych testów na najsłynniejszego wirusa ostatnich lat” – wyliczył.

Jak zauważył, lekarze, którzy „od samego początku uspokajali i przekazywali prawdziwe informacje – wbrew wszechobecnej propagandzie – dzisiaj są ciągani przed sądy lekarskie. Samorząd branżowy nie potrafi honorowo przyznać się do błędu i do końca idzie w zaparte. Faktów nie da się jednak już ukryć i czas rozliczeń jest coraz bliżej” – napisał na Facebooku.

Dr Martyka jest jednym z tych lekarzy, którzy nie tylko apelowali, by do koronawirusa podchodzić zdroworozsądkowo, ale też sam – jako szef oddziału zakaźnego w szpitalu w Dąbrowie Tarnowskiej – dawał przykład swoją lekarską praktyką. Za to zachowanie Okręgowy Sąd Lekarski w Krakowie – nieprawomocnie – odebrał medykowi prawo do wykonywania zawodu na rok.

Dr Martyka był gościem „Rozmów niedokończonych” na antenach TV Trwam i Radia Maryja. Jak zwracał uwagę, zawód lekarza był zawodem wysokiego zaufania społecznego, ale zaczęło ono podupadać na skutek „pandemii” i polityki prowadzonej wokół niej. Zabrakło wówczas kontaktu z chorymi, wysłuchania ich, badań… Były teleporady i odsyłanie pacjentów z kwitkiem. – Pamiętamy teleporady, kiedy wielu chorych ludzi chciało się dostać do lekarza i byli odsyłani z kwitkiem. Kuriozalnym przypadkiem było to, kiedy długim kijem pukano w okno i stamtąd zrzucano skierowanie na badania – mówił dr Martyka.

W efekcie pacjenci trafiali do lekarza, kiedy ich choroba rozwijała się. Pytano ich wówczas dlaczego zgłaszają się tak późno. – Wielu z nich przypłaciło to życiem. Oni mogli być uratowani, gdyby od początku byli właściwie badani i leczeni. Nie można zgadywać przez telefon, co zrobić z pacjentem – podkreślił gość TV Trwam.

Źródło: Facebook, radiomaryja.pl

Dr Zbigniew Martyka: nie zmieniłbym niczego w swoich wypowiedziach. Lockdown był gorszy niż wirus! [NASZ WYWIAD]

Głęboko wierzę w to, że po swojej śmierci zostanę rozliczony nie tylko z tego, czy unikałem dopuszczania się zła, ale też z tego, jakie dobro wyświadczyłem drugiemu człowiekowi. Jeśli moja postawa pozwoliła choćby niektórym ludziom przestać się panicznie bać, to miało to sens – mówi dr n. med. Zbigniew Martyka, kierownik oddziału obserwacyjno-zakaźnego w Dąbrowie … Czytaj dalej Dr Zbigniew Martyka: nie zmieniłbym niczego w swoich wypowiedziach. Lockdown był gorszy niż wirus! [NASZ WYWIAD]

PCH24.pl

Ostatki funduszu covidowego. 150 miliardów zł. Gigantyczny dług zaciągnięty na „walkę” z pandemią – poza budżetem. My zapłacimy…

Ostatki funduszu covidowego. 150 miliardów zł. Gigantyczny dług zaciągnięty na „walkę” z pandemiąMy to zapłacimy…

covidowy-gigantyczny-dlug

Fundusz Przeciwdziałania COVID-19 niebawem przestanie istnieć. Przepalono mnóstwo pieniędzy, także na wydatki kompletnie niezwiązane z covidem. Zadłużenie? Ot, „zaledwie” 150 miliardów złotych.

Fundusz covidowy powołano na początku ogłoszonej pandemii koronawirusa. Oficjalnie miał na celu wsparcie sektorów gospodarki najbardziej dotkniętych rządowymi decyzjami podjętymi w imię „walki” z covidem.

Pieniądze z funduszu wydawano jednak nie tylko na „walkę” z covidem, ale także na inne bieżące potrzeby polityczne, jak chociażby dodatek węglowy, dopłaty do energii. Gros środków przeznaczono też na tzw. inwestycje jako „odpowiedź na międzynarodowy kryzys gospodarczy wywołany pandemią i zerwaniem łańcuchów dostaw”.

Minister zdrowia Niedzielski otwarcie przyznał niedawno, że w funduszu covidowym „są środki na różne cele wydatkowane”. W praktyce fundusz był wykorzystywany jako wygodny instrument finansowania różnych pomysłów rządu poza kontrolą parlamentu. To nic innego jak pogłębianie patologii finansów publicznych.

Ostatecznie fundusz przestanie istnieć, ale – jak podaje „Rz” – dopiero w 2024 roku. Do tego czasu rządzący wciąż będą mogli rozdawać pieniądze na prawo i lewo z pominięciem reguły wydatkowej.

PiS sam z siebie zapewne funduszu covidowego by nie zlikwidował. Wymaga tego jednak Unia Europejska, która reformuje ramy fiskalne państw członkowskich. I grozi, że w przeciwnym wypadku nie wypłaci pożyczki w ramach KPO. Zresztą, nieważne jakich argumentów użyłaby UE, Morawiecki i spółka finalnie i tak wszystkie unijne zachcianki spełniają. Znamienne, że jeszcze w lutym br. PiS zapowiadał, że fundusz zostanie utrzymany przez kilka lat, ale UE tupnęła nóżką i eldorado się skończy. W zamian za to jednak na horyzoncie kasa z KPO, czyli kolejne eldorado dla rządzących.

Aktualne zadłużenie funduszu covidowego sięga 150 miliardów złotych. Kto to spłaci? Dług przejmie Skarb Państwa, czyli po prostu za rozrzutność i przepalanie pieniędzy przez PiS, w tym przypadku poza budżetem, zapłacimy wszyscy.

Zostałem napadnięty. Sąd stwierdził, że wolno mnie bić !

Zostałem napadnięty. Sąd stwierdził, że wolno mnie bić !

Jan Bienias <pomagam@stopaborcji.pl>

Warszawski sąd umorzył postępowanie wobec mężczyzny, który napadł na mnie w trakcie jazdy furgonetką „Stop aborcji”. Gdy stałem na światłach, napastnik otworzył drzwi auta i rzucił się na mnie. Zaczął mnie szarpać i próbował wyrzucić mnie z szoferki na ulicę. Uderzył mnie przy tym drzwiami i uszkodził mój telefon. Sprawa była jasna, gdyż wszystko nagrało się na video.  

Sąd stwierdził jednak, że napad był czynem o „znikomej szkodliwości społecznej” i umorzył sprawę. Prowadząca sprawę sędzia stwierdziła, że fizyczna agresja wobec mnie była po prostu „wyrazem dezaprobaty” wobec działań naszej Fundacji! Napastnik wciąż jest więc bezkarny i pozostaje na wolności. Tymczasem wyrok skazujący zapadł… na mnie. Niemal równolegle inny sąd skazał mnie na miesiąc ograniczenia wolności za kierowanie furgonetką. A na grupach dyskusyjnych aktywiści aborcyjni i LGBT otwarcie wzywają do tego, żeby zabijać naszych wolontariuszy. Przez takie wyroki, zapewniające swobodę działania chuliganom i karzące ofiary zamiast katów, wkrótce może dojść do tragedii.

Mężczyzną, który na mnie napadł, jest 36-letni Piotr Sz., były pracownik niemieckiego koncernu Ringer Axel Springer Polska, czyli wydawcy takich mediów jak portal Onet.pl oraz Fakt i Newsweek. Sprawa trafiła do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa. Prowadząca sprawę sędzia Monika Louklinska umorzyła postępowanie wobec Piotra Sz. twierdząc, że zaatakowanie mnie było „czynem nieszkodliwym społecznie”. 
Wedle sędzi Louklinskiej:   Aborcja „jest tematem wzbudzającym wśród społeczeństwa silne skrajne emocje. Niezamierzony i niespodziewany atak oskarżonego na furgonetkę prowadzoną przez Jana Bieniasa, jak i na osobę Jana Bieniasa, odczytywać zatem należy jako wyraz dezaprobaty ze strony oskarżonego do działań podejmowanych przez Fundację Pro-Prawo do Życia, w tym przypadku w osobie Jana Bieniasa. W kontekście całokształtu tych okoliczności, motywacji oskarżonego nie sposób zatem uznać za szczególnie naganną”. Innymi słowy – bicie ludzi za to, że pokazują prawdę o aborcji, nie jest czymś nagannym. Zastanawiam się jak zareagowałaby pani sędzia, gdyby ktoś napadł ją w jej własnym samochodzie w drodze do pracy i próbował siłą wywlec ją z auta? Czy uznałaby to jako uzasadniony „wyraz dezaprobaty” wobec działań sądu? Śmiem wątpić…
Umorzenie sprawy wobec Piotra Sz. to w praktyce nic innego, jak zaproszenie do kolejnych napadów, ataków i aktów terroru. Wkrótce po napadzie dokonanym przez Piotra Sz. na grupach należących do zwolenników aborcji wybuchł entuzjazm. Szybko zaczęły się pojawiać komentarze pochwalające napad i podżegające do kolejnych aktów nienawiści: – „Bardzo dobrze, do was powinno się strzelać.”
– „A mógł zabić 
[mnie jako kierowcę]”.
– „Wspaniały człowiek! Tak właśnie powinno się załatwiać sprawy z Fundacją Pro-Prawo do życia.”
– „Szkoda, że nie spalili 
[furgonetki]. Aborcja to brutalne morderstwo. Ludzie, którzy aborcję wspierają, gotowi są napadać także tych, którzy już się urodzili, aby zagłuszyć prawdę i zastraszyć tych, którzy ją głoszą. Do takich napadów na mnie i moich kolegów dochodzi bez przerwy. Teraz, po umorzeniu sprawy Piotra Sz., aktów nienawiści może być jeszcze więcej. Zastanawiam się jak długo będziemy czekać na właściwą reakcję służb i wymiaru sprawiedliwości wobec narastającej przemocy oraz coraz częstszych aktów terroru, dokonywanych w biały dzień na oczach kamer? Od wielu miesięcy organy naszego państwa, odpowiedzialne za bezpieczeństwo i zdrowie swoich obywateli, całkowicie lekceważą działalność aktywistów i chuliganów powiązanych z lobby aborcyjnym i LGBT. Wielokrotnie informowaliśmy odpowiednie służby, w tym osobiście Komendanta Głównego Policji, o coraz częstszych napadach na nas, podpaleniach furgonetek, oraz licznych komentarzach, w których życzy się nam śmierci i wzywa do mordowania działaczy naszej Fundacji. Od kilku lat nic nie zostało zrobione w tej sprawie, a sąd umarza postępowanie wobec kolejnego człowieka, który na nas napadł.
To jednak jeszcze nie wszystko. Niemal równolegle, gdy sąd w Warszawie umorzył sprawę Piotra Sz., sąd rejonowy dla Wrocławia-Śródmieścia skazał mnie na 1 miesiąc ograniczenia wolności poprzez przymusowe prace społeczne. Za co zostałem skazany? Za jazdę furgonetką naszej Fundacji.   Skazujący mnie asesor sądowy Krzysztof Leszczyński uznał, że treści prezentowane na naszym pojeździe „wywołały zgorszenie” u lewicowego aktywisty, który doniósł na mnie do sądu. W ostatnim czasie zapadły na mnie jeszcze dwa inne, podobne wyroki za jazdę naszym autem i głoszenie prawdy, która wywołuje zgorszenie wśród zwolenników aborcji i LGBT. Zostałem w nich skazany na 30 000 zł i 10 000 zł grzywny. Teraz doszedł do tego jeszcze trzeci wyrok i ograniczenie wolności.   Wszystkie powyższe wyroki są nieprawomocne i będziemy się od nich odwoływać. Podejmiemy również kolejne kroki, aby pociągnąć do odpowiedzialności człowieka, który na mnie napadł. Przede wszystkim jednak nie zrezygnujemy z dalszego kształtowania świadomości Polaków i organizowania kolejnych akcji informacyjnych z użyciem furgonetek oraz innych narzędzi.   Nie możemy się ugiąć pod ciężarem sądowych oraz chuligańskich prześladowań. Każdego roku w Polsce dziesiątki tysięcy dzieci są mordowane za pomocą nielegalnych tabletek poronnych, na ogromną skalę reklamowanych w mediach i internecie. Setki tysięcy osób, zwłaszcza młodych, jest deprawowanych przez tzw. „edukatorów seksualnych” i aktywistów LGBT, którzy zachęcają do rozwiązłości i aborcji. Wśród polskich dzieci intensywnie promowana jest tzw. „tranzycja”, czyli okaleczanie się w celu „zmiany płci” pod wpływem tęczowej ideologii.   Żeby to wszystko powstrzymać, musi nastąpić w Polsce przebudzenie moralne. Aby było ono możliwe, konieczne jest kształtowanie sumień i świadomości naszego społeczeństwa oraz mobilizowanie Polaków do działania przeciwko aborcji i deprawacji. Zwycięstwo da się odnieść nawet pomimo niesprzyjających warunków.   W USA kolejne stany wprowadzają ograniczenia i zakazy aborcji, blokują organizację parad „dumy gejowskiej” oraz uniemożliwiają propagowanie ideologii LGBT w szkołach i miejscach publicznych. To wszystko na przekór hałaśliwej opozycji politycznej, ogromnym koncernom medialnym i skrajnie lewicowej polityce rządu federalnego USA, który promuje aborcję i deprawację dzieci.   Kilka dni temu gubernator Oklahomy Kevin Stitt podpisał ustawę, która zakazuje pomocnictwa w tzw. „tranzycji” dokonywanej na dzieciach. Podawanie dzieciom „blokerów hormonalnych” i innych tego typu preparatów, reklamowanych przez aktywistów LGBT, będzie przestępstwem. Wcześniej Kevin Stitt podpisał m.in. ustawę, wedle której w Oklahomie przestępstwem jest aborcja, za która grozi kara 10 lat więzienia i 100 000 dolarów grzywny.   Dlaczego takie rzeczy nie dzieją się w Polsce? Dlaczego kolejne tego typu ustawy nie są podpisywane w naszym kraju? Bo nie ma świadomości społecznej, a przez to woli politycznej, aby przeciwdziałać aborcji i deprawacji dzieci. Musimy tę świadomość kształtować wśród wszystkich Polaków, nie tylko zwykłych obywateli ale też sędziów, prokuratorów, policjantów, polityków, lekarzy, dziennikarzy i przedstawicieli innych zawodów.   Cenzura w mediach oraz bierność polityków i wymiaru sprawiedliwości motywują nas, aby wychodzić na ulice i organizować niezależne akcje informacyjne. W najbliższych dniach zamierzam wyruszyć w kolejną trasę naszą furgonetką, pokazując prawdę o zbrodni aborcji i konsekwencjach „edukacji seksualnej” dzieci. Moi koledzy i koleżanki planują już organizację następnych akcji ulicznych w wielu miastach Polski. Jedną z takich akcji zorganizowaliśmy ostatnio w Katowicach.
Pewien mężczyzna patrząc na nasz plakat przedstawiający skutki aborcji zaczął mówić, że „to nieprawda, dziecko w 11 tygodniu życia tak nie wygląda!”. Na prośbę wolontariusza sprawdził na swoim telefonie, jak wygląda człowiek na tym etapie swojego życia. Za chwilę bez słowa poszedł dalej. Z pewnością w jego umyśle zaszła poważna refleksja. Wiele osób przystawało i fotografowało nasze plakaty, niektórzy chcieli porozmawiać dłużej. Widać było duże zainteresowanie ze strony przechodniów. 
Zdecydowanie jest potrzeba, aby tego typu akcje odbywały się regularnie w całej Polsce. W najbliższym czasie potrzebujemy na ich organizację ok. 13 000 zł.   Dlatego proszę Pana o pomoc i przekazanie 35 zł, 70 zł, 140 zł, lub dowolnej innej kwoty, aby umożliwić przeprowadzenie kolejnych akcji informacyjnych na temat aborcji i ideologii LGBT, dzięki czemu dotrzemy do tysięcy nowych osób z prawdą o tych zjawiskach.   Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Zapadają kolejne wyroki sądów za publiczne mówienie prawdy o tym, czym jest aborcja i ideologia LGBT. W tym samym czasie napadanie na ludzi za mówienie prawdy uznane zostało za dopuszczalny „wyraz dezaprobaty”.   Wiemy z informacji publikowanych w internecie, że aktywiści radykalnej lewicy planują już kolejne ataki na naszych wolontariuszy. Szykują także kolejne donosy i pozwy sądowe przeciwko nam. Nie zamierzamy się jednak poddać. Tylko stałe, regularne i zakrojone na szeroką skalę działania, mogą przynieść efekty w postaci przebudzenia świadomości i sumień Polaków. Zwolennicy aborcji i deprawacji za wszelką cenę usiłują nam przeszkodzić w docieraniu do społeczeństwa. Dlatego proszę Pana o pomoc, która umożliwi nam głoszenie prawdy.
Serdecznie Pana pozdrawiam,
PS: Zachęcam do obejrzenia reportażu video na temat naszych akcji furgonetkowych. Pokazujemy w nim „od kuchni” jak wyglądają kampanie, za które jesteśmy prześladowani i skazywani w sądach. Warto także śledzić nasz profil na Facebooku, na którym regularnie prowadzę transmisję na żywo z jazd naszą furgonetką.
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków stronazycia.pl

Świecka ideologia jest analogonem piekła. Czy Kościół zatrzyma „agendę zrównoważonego rozwoju”?

Świecka ideologia jest analogonem piekła. Czy Kościół zatrzyma „agendę zrównoważonego rozwoju”?

analogon-piekla-czy-kosciol-zatrzyma

Zrównoważony rozwój, jak każda świecka ideologia, stara się wykorzystać Kościół katolicki do własnych celów. Próbuje tym samym odwrócić właściwy porządek rzeczy, zgodnie z którym to w Kościele musi spoczywać najwyższa suwerenność w dziedzinie dekretowania tego, co jest prawdą, a co fałszem. Świeccy ideologowie sobie przypisuję tę suwerenność, oczekując, że Kościół będzie realizował ich wizję.

Niestety, Stolica Apostolska nie staje im na przeszkodzie, wprost przeciwnie. Tymczasem u kresu tej drogi jest przekształcenie ludzkiej cywilizacji na podobieństwo piekła.

Agenda ŚDM ‘23
Niekiedy w mediach słyszymy o głośnych przypadkach, gdzie w pewnym ograniczonym zakresie poddawanie Kościoła wpływom globalistycznej władzy świeckiej rzeczywiście się udaje. Przykładem są Światowe Dni Młodzieży, które odbędą się w tym roku w portugalskiej Lizbonie. Obok Ewangelii jednym z fundamentów ŚDM jest tym razem Agenda 2030. Uczestnicy będą uczyć się wcielania w życie jej założeń. Jak, tego dokładnie nie wiadomo; jednak sam fakt, że wielkie katolickie spotkanie pomyślane jako czas, w którym młodzież powinna zbliżać się do Chrystusa, zostaje wykorzystane po to, by tę samą młodzież kierować na ścieżkę zrównoważonego rozwoju, jest nader wymowny:Organizatorzy ŚDM ze Stolicy Apostolskiej, we współpracy z lokalnymi portugalskimi władzami kościelnymi, pozwolili się instrumentalnie wykorzystać do promowania celów, które są nie tylko niekatolickie, ale które bywają też rażąco antykatolickie. Elementem Agendy 2030 jest to przecież między innymi różnorodność płciowa, inkluzja orientacji seksualnych czy wreszcie tak zwane zdrowie reprodukcyjne, czytaj: antykoncepcja i aborcja.

Fauci w Watykanie
Inny przykład tego rodzaju polityki władz kościelnych stanowi konferencja, jaka odbyła się w Watykanie w 2021 roku. Pod hasłem „Zjednoczeni dla zapobiegania” (ang. Unite to prevent) zebrali się kierownicy walki z Covid-19 z całego świata. Jednym z nich był Anthony Fauci, doradca ds. sanitaryzmu przy amerykańskim prezydencie. Fauci przekonywał, że skoro większość ludzi na świecie jest wierząca, istnieje ogromna potrzeba zaangażowania autorytetu osób duchownych dla promocji najskuteczniejszych metod walki z pandemią, to znaczy – szczepionek. Amerykański sanitarysta, zaangażowany w prowadzenie eksperymentów medycznych z wykorzystaniem tkanek pobranych od zabitych w aborcjach dzieci, wezwał wobec tego Watykan do zalecenia księżom promowania wakcynacji.

Rzeczywiście, taką „szczepionkową ewangelię” głosili w wielu krajach świata zarówno księża, jak i biskupi; działo się to również w Polsce, gdzie pod kościoły podstawiano szczepionkobusy. Nie byłoby w tym, być może, nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że promowane przez księży za namową Fauciego szczepionki były związane ze zbrodnią aborcji – i z moralnego punktu widzenia, tak jak tego nauczał zawsze Kościół, ich wykorzystanie było co najmniej wątpliwe lub zgoła niedopuszczalne. Duchowni promotorzy szczepień nie troszczyli się tymczasem nawet o to, by z dostępnej gamy szczepionek wybierać te, które mają z aborcją bardziej odległy związek: było im wszystko jedno. Ponownie Kościół dał się wprząc globalnym sanitarystom w realizację ich wizji budowy „światowego porządku zdrowia”, niezależnie od kwestii moralnych.

FBO Catholic Church
Z perspektywy promotorów agendy zrównoważonego rozwoju Kościół katolicki jest jedną z FBO – Faith Based Organization, „organizacji bazujących na wierze”. To zarazem FBO szczególna, ba, wręcz wyjątkowa, dająca niesamowite możliwości. Porównajmy „FBO Kościół katolicki” z innymi FBO. Prawosławnych jest niewielu i są rozdrobnieni; kontroluje ich częściowo Kreml. Protestanci nie mają żadnej konkretnej wspólnoty, dzielą się na dziesiątki tysięcy kościołów, stąd nie sposób ich opanować. Islam nie ma żadnego ośrodka centralnego: w każdym kraju kieruje się swoistymi zasadami, zależnie od dominującej szkoły prawnej i odczytania przez aktualnie wpływowych imamów. Co innego Kościół: 1,378 mld ludzi na całym świecie, a wszyscy wpatrzeni w jednego człowieka – papieża. Do tego gigantyczna infrastruktura, ogromne zasoby ludzkie… Jest o co walczyć.

Odwieczna groźba
Świeckie ideologie walczą o zdominowanie Mistycznego Ciała Chrystusa od zawsze. Żydzi współcześni Chrystusowi myśleli, że założy ziemskie królestwo; oczekiwali tego nawet Apostołowie, a niektórzy spierali się, jakie miejsce zajmą u boku takiego Jezusa-doczesnego władcy. Rzymscy imperatorzy próbowali narzucać Kościołowi swoją doktrynę. Jeden sprzyjał arianizmowi, drugi Nicei, trzeci był semi-arianistą – a niektórzy biskupi, nie potrafiąc oprzeć się naciskom, głosili, co im się każe. W średniowieczu zdominować Kościół próbowali królowie i cesarze, nawet jeżeli nie rościli sobie prawa do definiowania doktryny – choć gdyby tak głęboko pogubionym religijnie imperatorom jak Fryderyk Barbarossa udało się ugruntować swoją dominację nad papieżem, mogłoby dojść i do tego. Wreszcie po rewolucji Lutra religia została w wielu krajach skutecznie wzięta pod but władzy świeckiej.

Nie dziwi nas, że dzisiaj podejmowane są analogiczne próby: w pewnym sensie, to normalne. Gdyby problem ograniczał się do organizacji Światowych Dni Młodzieży w Lizbonie czy nawet sanitarystycznej konferencji w Watykanie, znajdowalibyśmy się wciąż na płaszczyźnie dobrze nam znanej walki o autonomię Kościoła wobec doczesnej tyranii. Niestety, od rozpoczęcia pontyfikatu przez papieża Jorge Mario Bergoglia jesteśmy w sytuacji o wiele poważniejszej niż to, z czym mieliśmy do czynienia wcześniej.

Za dużo ludzi
Jednym z głównych celów ideologii zrównoważonego rozwoju jest depopulacja. W 1968 roku po stare tezy Thomasa Malthusa, spodziewającego się rychłego przeludnienia ziemi, sięgnął amerykański biolog Paul Ehrlich, publikując głośną książkę „The Population Bomb”. Świat miał się wkrótce zawalić pod ciężarem ludzkości; nie dosłownie, oczywiście, ale nadmierne potrzeby konsumpcyjne w połączeniu z błyskawicznym zużywaniem zasobów miały w wizji Ehrlicha spowodować gwałtowne kataklizmy, wojny i głód. Neomaltuzjańskie tezy Ehrlicha przeszły od tego czasu znaczne przeobrażenia; dziś człowiek „zagraża światu” przede wszystkim z powodu emisji gazów cieplarnianych. Istota problemu jest jednak ta sama: jest nas za dużo. Stąd w agendzie zrównoważonego rozwoju wiele uwagi poświęca się sposobom ograniczenia przyrostu ludzi. Najprostszym rozwiązaniem jest promocja tak zwanych praw reprodukcyjnych: wszyscy powinni stosować antykoncepcję, a gdy ona zawiedzie, po prostu zabijać dzieci przed narodzeniem. Kościół katolicki sprzeciwiał się zawsze tym pomysłom. W 1968 roku św. Paweł VI wydał encyklikę Humanae vitae, w której potępił antykoncepcję. Św. Jan Paweł II podtrzymując to nauczanie, angażował się zarazem na rzecz ochrony godności życia ludzkiego, głosząc na ten temat wiele homilii i wydając liczne dokumenty. Co robi jednak papież Franciszek?

Watykan daje depopulatyzatorom „zielone światło”
Gdy w Stanach Zjednoczonych trwało starcie między proliferskim Donaldem Trumpem a proaborcyjnym Josephem Bidenem, Franciszek jednoznacznie poparł tego drugiego. Następnie, już po objęciu przez Bidena władzy, Watykan zablokował plan ówczesnego przewodniczącego Episkopatu USA abp. José Horacio Gómeza, który pragnął razem z innymi biskupami Ameryki wydać dokument potępiający proaborcyjną postawę nominalnie katolickiego Bidena. Wreszcie papież Franciszek pozwolił Bidenowi na przyjmowanie Komunii świętej, choć poprzedni papieże uznawali poparcie aborcji za okoliczność uniemożliwiającą przystępowanie do Sakramentu Ołtarza.

Co więcej Franciszek pozwolił na rozpoczęcie w Watykanie prac nakierowanych na rewizję Humanae vitae Pawła VI. Papieska Akademia Życia, którą kieruje abp Vincenzo Paglia, jesienią 2021 roku zorganizowała w Rzymie sympozjum, na którym wygłoszono szereg referatów zawierających próbę teologicznego uzasadnienia stosowania antykoncepcji. Latem 2022 roku wygłoszone referaty zostały zebrane w jednej publikacji i wydane przez Akademię drukiem. Jednocześnie na łamach wpływowego jezuickiego „La Civiltà Cattolica” ukazał się artykuł sugerujący, że papież Franciszek przygotowuje encyklikę pod tytułem Gaudium vitae, w której zrewiduje nauczanie swoich poprzedników. Sam papież pytany przez dziennikarzy o działania Akademii abp. Paglii powiedział, że teologowie od tego są, by zadawać pytanie, a nauka moralna musi iść naprzód; on, jak zapewnił, „podejmie decyzję”. Jaką, tego nie powiedział.

Biorąc to pod uwagę – a to przecież tylko drobne obrazki, ukazujące w pewnym skrócie ogólną politykę Franciszka względem problemu depopulacji – Stolica Apostolska stała się dziś funkcjonalnym sojusznikiem agendy zrównoważonego rozwoju w zakresie ograniczania przyrostu ludności. Nawet jeżeli Watykan jej wprost nie popiera, a papież czasem potępi aborcję jako „wynajęcie zabójcy”, to na płaszczyźnie konkretnych działań Watykan na pewno nie przeszkadza. Biden może rozwijać proaborcyjną machinę Planned Parenthood, a papież nie piśnie nawet słowem, ba, udzieli mu jeszcze Komunii świętej. Na tym jednak nie koniec, bo w grę wchodzi też powtórzenie wielkiego grzechu Izraela: bałwochwalstwa.

Religia w ręku globalistów
Religia jest z perspektywy globalistycznej poręcznym narzędziem, ale co do zasady – to strasznie uciążliwa rzecz. Religii jest wiele, a ich wyznawcy się kłócą. Byłoby lepiej, gdyby przestali się spierać. Jako że wykorzenianie religijności idzie rewolucjonistom dość opornie, przynajmniej w skali globalnej, próbują sięgnąć po alternatywę: zmienić treść „przekazu religijnego”.

W 1779 roku Gotthold Lessing opublikował poemat dramatyczny „Nathan der Weisse” (pol. Natan Mędrzec), w którym starał się wykazać brak istotnych różnic pomiędzy chrześcijaństwem, judaizmem oraz islamem. Lessing był masonem. W tamtych środowiskach widziano religię tak, jak wyraził to Immanuel Kant w swoich dziełkach krytykujących wiarę: jako mityczną narrację dla mas, która jest o tyle przydatna, że trzyma je w pewnych ryzach; sama w sobie nie jest jednak prawdziwa.

Kościół katolicki w XVIII, XIX i XX wieku wielokrotnie potępiał jako herezję indyferentyzm religijny: przekonanie, że różne religie są różnymi tradycyjnymi ścieżkami zasadniczo zmierzającymi do tego samego.

Z perspektywy agendy zrównoważonego rozwoju rozpowszechnienie indyferentyzmu to doskonały cel: wierzący przestaliby się między sobą spierać i szukać niedostępnej dla ludzkiego rozumu prawdy (agnostycyzm), godząc się na to, że ich religie to tylko zespół tradycyjnych przekonań i obrzędów, które należy traktować z pewnym przymrużeniem oka, jako mityczne narracje mówiące zasadniczo o wzajemnej ludzkiej współpracy i budowie lepszego jutra. Zniknęłaby wtedy przyczyna sporu, a religia mogłaby zostać użytecznie zinstrumentalizowana na cele doczesne.

Franciszek, ich sojusznik
Papież Franciszek jest doskonałym sojusznikiem globalistów w tym zakresie. W 2019 roku pozwolił na to, aby ulicami Rzymu obnosić figurkę pogańskim bogini Pachamamy, a nawet stawiać ją w kościołach. Za inkulturacją kultu bożków latynoamerykańskich kryje się właśnie indyferentystyczne przekonanie, że Indianie, czcząc swoich bogów, czcili tak naprawdę tego samego Boga, którego czcimy i my, jedynie pod innymi postaciami. Chrześcijanie wierzą w
Chrystusa, który mówi im o Wielkim Architekcie, Indianie w Pierzastego Węża Quetzalcoatla czy Pachamamę, ale to bez różnicy.

W tym samym 2019 roku Franciszek ogłosił Deklarację z Abu Zabi, gdzie wyraził tę ideę wprost: różnorodność religii jest „wyrazem mądrej woli Bożej”, ogłosił razem z wielkim imamem z uniwersytetu Al-Azhar w Egipcie. Skoro tak, to Bóg „stworzył” i Chrystusa, i Buddę, i Mahometa, i Quetzalcoatla, i Światowida… Jedne tradycje wyrażają tę samą prawdę czytelniej, inne mniej, ale chodzi o to samo.

W encyklice Fratelli tutti z 2020 roku Franciszek w ogóle zrezygnował z głoszenia Jezusa Chrystusa jako Zbawiciela. Odwołując się do powszechnej wiary ludzkości w „Boga” w sensie „Ojca wszystkich” – mógłby to być równie dobrze grecki Zeus, nazywany przez swoich wyznawców „ojcem bogów i ludzi” – potraktował Pana Jezusa jako nauczyciela powszechnego braterstwa, wolności, tolerancji i wyzwolenia z ucisku.

Wreszcie w 2023 roku Watykan otworzył w stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Abu Zabi, kompleks świątynny: kościół, meczet i synagoga stoją tam razem, połączone ogrodami, zewnętrznie wyglądające niemal identycznie, wypisz-wymaluj architektoniczna adaptacja „Nathana Mędrca” Lessinga.

Po co kłócić się o różne religie? Razem z Franciszkiem promotorzy zrównoważonego rozwoju mogą zakrzyknąć, że jest jeden Architekt Świata i rozpocząć indyferentystyczny kult Najwyższej Istoty.

Cywilizacja jako analogon
Ze zrównoważonym rozwojem musimy mierzyć się dziś dosłownie wszędzie. Próbuje się nam wciskać jego cele na każdym kroku. Nie będziemy jeździć samochodami, nie będziemy jeść mięsa, nie będziemy kupować nowych ubrań… Ostatecznie, nie będziemy mieć niczego – i będziemy „szczęśliwi”. Pozbawienie własności to jednak tylko początek, celem jest pozbawienie wolności – także wolności wiary w Boga.

Ludzie od zarania dziejów budują swoje społeczeństwa jako analogię. Wielkie cywilizacje Bliskiego Wschodu, Chin czy nawet Ameryki Środkowej, pisał Eric Voegelin, powstawały jako analogon kosmosu. Orientowano się na ruch gwiazd, fazy księżyca, dzień i noc; urządzenia społeczne próbowano wpisać w ten kosmiczny ład.

Dopiero Izrael przełamał ludzką zależność od kosmosu: narodowi wybranemu objawił się Bóg. Izraelici zaczęli więc budować swoje społeczeństwo jako analogon Bożego porządku. Wreszcie Bóg objawił się ostatecznie w Jezusie Chrystusie – i chrześcijaństwa cywilizacja powstawała jako analogon Królestwa Chrystusa.

Zrównoważony rozwój nie chce znać Chrystusa, to oczywiste. Nie chce znać również Boga. Więcej jednak, nie chce znać nawet porządku kosmicznego – porządku natury, czego wyrazem jest zarówno ideologia gender jak i transhumanizm.

Jedynym wyznacznikiem zrównoważonego rozwoju jest ludzka wola. To konsekwencja idei, którą przyniosła ze sobą rewolucja francuska: demokracja wyzwolona od Boga, porządek doczesny jako wyraz woli kolektywnej, volonté générale. Kto definiuje volonté générale? Ten, kto ma władzę. Robespierre, Napoleon, Stalin, światowa finansjera – w każdym razie, aktualny tyran.

Porządek społeczny, który jest budowany na tym fundamencie, musi mieć swoją analogię. Człowiek, oczywiście, uczestniczy poprzez swoją sprawczość w Boskim dziele tworzenia; twórczość jest istotą wolności, właściwą jej przestrzenią, zasadniczym miejscem spotykania człowieka i Boga, uczył Mikołaj Bierdiajew. Jednak tylko pod warunkiem, że twórczość chce być partycypacją: chce współ-uczestniczyć w stwarzaniu razem z Bogiem. Tworzyć przeciwko Bogu chciał szatan. To kreacja całkowicie autorska: diabelski hiper-indywidualizm wykluczający jakąkolwiek partycypację w dziele Boga.

Hierarchia kościelna musi z całych sił przeciwstawiać się projektowi zrównoważonego rozwoju, a naszym zadaniem jest ją w tym wspierać. Jeżeli zapomina o swoich zadaniach i z oportunizmu lub złej woli wspiera jego realizację – budzić ją, prosząc Boga o mądrość dla pasterzy.

Dlaczego? Dlatego, że „porządek”, jaki konsekwentnie budują promotorzy zrównoważonego rozwoju, jest w swoich ostatecznych konsekwencjach niczym innym, jak po prostu: analogonem królestwa szatana; prawdziwym piekłem na ziemi.

Nie gódźmy się na taką cywilizację. Naszą cywilizacją jest Cywilizacja Chrystusa, Króla Wszechświata.

Paweł Chmielewski

List do kardynałów Świętego Kościoła w związku z konklawe.

List otwarty do wszystkich kardynałów Świętego Kościoła Katolickiego w związku z konklawe.

(który jest również skierowany do wszystkich Patriarchów, Arcybiskupów i Biskupów, którzy mają ogromną współodpowiedzialność).

konklawe Prof. dr.fil. habil. Dr. h.c. Josef M. Seifert

30 kwietnia Święto Świętej Katarzyny ze Sieny

Eminencje, Czcigodni Kardynałowie, Arcybiskupi i Biskupi Kościoła Katolickiego,

Dwa i pół roku temu napisałem następujący list do kardynała, z którym od lat jestem w przyjacielskich stosunkach i który krótko przedtem, podobnie jak wielu innych biskupów i kardynałów, powiedział w wywiadzie, który również został opublikowany, że „krytyka papieża Franciszka jest wielkim złem, które należy wyplenić”. Kardynał, do którego się zwróciłem, odpowiedział na mój list niezwykle czule, ale według mojej wiedzy nie podjęto żadnych działań.

W związku ze śmiercią papieża Benedykta XVI i wiadomością, że papież Franciszek podpisał już list o rezygnacji z urzędu, który ma wejść w życie w przypadku znacznego pogorszenia się jego stanu zdrowia, a zatem w związku z konklawe, które może być wkrótce zwołane, uważam, że treść tego listu dotyczy wszystkich kardynałów, a także arcybiskupów i biskupów. Dlatego kieruję ten list, z którego usunąłem wszelkie znaki, do którego kardynała został pierwotnie napisany, jako list otwarty do wszystkich kardynałów, a w istocie do wszystkich, którzy w różnym stopniu ponoszą odpowiedzialność w Kościele.

Niech Duch Święty sprawi, aby wszystkie treści tego listu, które odpowiadają prawdzie i woli Bożej, były owocne dla dobra św. Kościoła i wielu dusz, i aby ani jedno słowo w nim zawarte nie zaszkodziło Kościołowi, Oblubienicy Chrystusa. Wybieram święto św. Katarzyny ze Sieny na jego publikację, ponieważ w wyjątkowy sposób łączyła ona najintymniejszą cześć dla papieża jako Wikariusza Chrystusa na ziemi z bezlitosną krytyką dwóch bardzo różnych papieży.

Przejdźmy teraz do tekstu listu, który każdy z Was może przeczytać jako skierowany osobiście do niego.

Eminencja, Wielebny Kardynał …

Muszę wyznać, że jestem zaniepokojony i zasmucony wypowiedzią, która rzekomo pochodzi od Ciebie na temat krytyki papieża Franciszka. Powiedziałeś w jednym z wywiadów, jeśli wierzyć mediom, że krytyka papieża jest „zdecydowanie negatywnym zjawiskiem, które powinno być jak najszybciej wykorzenione” i podkreślasz, że papież jest „papieżem i gwarantem wiary katolickiej”.

Jak można mówić, że krytyka papieża jest złem? Czy już apostoł Paweł nie krytykował mocno i publicznie pierwszego papieża Piotra? Czy św. Katarzyna ze Sieny nie krytykowała jeszcze ostrzej dwóch papieży?

Chyba nie rozumiesz, dlaczego wielu katolików może krytykować papieża Franciszka, mimo że jest on „papieżem”. I odwrotnie, nie rozumiem, jak – według wszelkich pozorów – wszyscy kardynałowie poza czterema kardynałami z Dubia milczą i nie zadają krytycznych pytań papieżowi. Jest bowiem wiele rzeczy, które papież Franciszek mówi i robi, które powinny wywoływać nie tylko krytyczne pytania, ale i pełną miłości krytykę. Przypomnijmy sobie Deklarację o Braterstwie Wszystkich Ludzi podpisaną przez papieża Franciszka wraz z Wielkim Imamem Ahmadem Mohammadem Al-Tayyebem, który stwierdza:

„Pluralizm i różnorodność religii, koloru, płci, pochodzenia etnicznego i języka są wolą Boga w Jego mądrości, dzięki której stworzył istoty ludzkie.” (Jeszcze bardziej irytująca jest wersja angielska: „Pluralizm i różnorodność religii, koloru, płci, rasy i języka są wolą Boga w Jego mądrości, przez którą stworzył istoty ludzkie”).

Czy nie byłoby herezją i strasznym zamieszaniem twierdzenie, że Bóg – tak jak zechciał różnicę dwóch płci – czyli swoją pozytywną wolą – tak samo bezpośrednio zechciał różnicę religii, a tym samym wszelkie bałwochwalstwo i herezję? Czyż Deklaracja Abu Dhabi nie jest o wiele gorsza od herezji, czy nawet apostazji?

Jak Bóg, ze swoją pozytywną wolą twórczą, mógł chcieć religii, które odrzucają boskość Jezusa, zaprzeczają Trójcy Przenajświętszej, odrzucają chrzest i wszystkie sakramenty oraz kapłaństwo? Albo jak mógł w ogóle chcieć politeizmu czy kultu bożka Baala lub Pachamamy? Czy nie jest to całkowicie sprzeczne z przesłaniem proroka Eliasza i wszystkich innych proroków oraz ze słowami Jezusa?

Czy wy wszyscy kardynałowie i biskupi nie powinniście wypowiedzieć swojego stanowczego „non possumus”, gdy Franciszek zażąda, aby ten „dokument” był podstawą formacji księży we wszystkich seminariach i wydziałach teologicznych?

Bóg nie mógł nigdy bezpośrednio i pozytywnie chcieć lub nawet zatwierdzić heretyckich wyznań chrześcijańskich, a nie tylko je dopuścić, ponieważ zaprzeczają one filarom wiary biblijnej i katolickiej, takim jak biblijna nauka, że nasze wieczne zbawienie nie jest dokonane przez samą łaskę Bożą, ale wymaga naszej wolnej współpracy i dobrych uczynków. Jak więc może on swoją bezpośrednią i pozytywną wolą chcieć religii, które odrzucają cały fundament wiary chrześcijańskiej i samego Chrystusa?

Prawdziwe samo w sobie jest stwierdzenie, „że papież jest papieżem i gwarantem wiary”, nie można go jednak zastosować do papieża, który podpisał Deklarację z Abu Dhabi i rozpowszechnił ją na całym świecie, a także powiedział i zrobił wiele innych rzeczy sprzecznych z konsekwentnym nauczaniem Kościoła.

Jego stwierdzenie, że „należy promować cywilne związki homoseksualistów” stoi w bezpośredniej sprzeczności z jasnymi wypowiedziami Magisterium Kościoła (por. rozważania na temat projektów prawnego uznania konkubinatu osób homoseksualnych z 3 czerwca 2003 r., opublikowane za pontyfikatu św. papieża Jana Pawła II), ale przede wszystkim z Pismem Świętym i całą tradycją Kościoła! Czy wy wszyscy kardynałowie nie powinniście, tak jak to wspaniale uczynił biskup Athanasius Schneider, dokonać prawdziwego aktu miłości wobec papieża i wyrazić to publicznie i tak jasno, jak on to uczynił, z całą należną jasnością?

Papież Franciszek – mówię to z krwawiącym sercem – nie jest „gwarantem wiary”, ale stale coraz bardziej niszczy podstawy wiary i moralności tym i wieloma innymi wypowiedziami i oświadczeniami. O ile wiem, w historii Kościoła nigdy nie było papieża, który wygłaszałby podobne potworności. Jak mam odpowiedzieć drogiemu i głęboko wierzącemu luterańskiemu przyjacielowi, o którego nawrócenie modlę się od lat, gdy pisze mi, że tą deklaracją z Abu Dhabi Kościół katolicki opuścił glebę chrześcijaństwa?

Czy nie jest jasne, że następny papież musi potępić jako apostazję to nauczanie z Abu Dhabi, które Franciszek rozsyła do wszystkich seminariów duchownych i wydziałów katolickich? Jak Kościół może usprawiedliwić anatemę papieża Honoriusza za nieskończenie mniejsze odstępstwo od wiary i potępienie go, jeśli nie potępi tak skandalicznych wypowiedzi? Czy wszyscy kardynałowie nie musieliby napisać do papieża jak jeden mąż i poprosić go o wycofanie tej apostatycznej deklaracji?

Czy wy, kardynałowie, nie musicie drżeć przed momentem, w którym Chrystus zapyta was, jak mogliście wypełnić uroczysty mandat misyjny Jezusa, jeśli nie protestowaliście przeciwko deklaracji z Abu Dhabi, która mówi o diametralnym przeciwieństwie do słów Jezusa?

„Wreszcie, gdy jedenastu siedziało u stołu, objawił się … I rzekł do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; ale kto nie uwierzy, będzie potępiony.” (Marka 16:14).

Jak mogliście wszyscy również milczeć w sprawie bardziej niż uzasadnionych dubiów kardynała Caffarry – który wciąż dzwonił do mnie w przeddzień swojej śmierci i któremu musiałem obiecać, że nadal będę bronił prawdy – oraz pozostałych trzech kardynałów po Amoris Laetitia, a nawet krytykować te dubia? Spośród kardynałów tylko czterech kardynałów z dubiami sformułowało grzeczne pytania dotyczące moralno-teologicznej herezji w Amoris Laetitia polegającej na negowaniu implicite czynów wewnętrznie złych. Wspaniałość dobra i istnienie zawsze i wszędzie (ut in omnibus) złych czynów zostało uznane za kamień węgielny całej etyki od czasów Sokratesa i było nauczane przez św. papieża Jana Pawła II jako mocny grunt etyki i nauczania moralnego Kościoła.

Czy wszyscy kardynałowie nie powinni byli zgodzić się z kardynałem Carlo Caffarrą i pozostałymi trzema kardynałami z Dubia i zażądać tego wyjaśnienia, pomagając w ten sposób papieżowi w głoszeniu prawdy? Czy wszyscy kardynałowie nie powinni byli stanąć jak jeden mąż i poprzeć fraterna correctio, którą kardynał Burke zapowiedział, ale nigdy nie zrealizował?

Tylko dlatego, że zapowiedź kardynała Burke’a, że 4 kardynałów będzie praktykować „correctio fraterna” na papieżu w przypadku milczenia papieża w tej centralnej kwestii moralnej, ale ta fraterna correctio nie została zrobiona teraz od lat ani ze strony kardynała Burke’a, ani ze strony innych kardynałów, kilku świeckich i księży skrytykowało to wypaczenie doktryny w różnych deklaracjach i, że tak powiem, wkroczyło w miejsce was kardynałów, aby bronić prawdy i depositum fidei, tak jak świeccy już to zrobili w obliczu herezji ariańskiej, wobec której papież Liberiusz i większość biskupów była miękka, wraz ze św. Atanazym i innymi nielicznymi jeszcze wiernymi kardynałami. Atanazego i innych nielicznych biskupów, którzy pozostali wierni.

Ale zamiast my miseri laici (my nieszczęśliwi świeccy), jak (wtedy jeszcze monsignor) Carlo Caffarra nazwał mnie w czułym, ciepłym humorze (z prawdziwym sednem), czyż nie spoczywa na was, kardynałach, którzy powinni być gotowi oddać swoją krew za prawdziwą wiarę, podniesienie głosu przeciwko herezjom, których krytycy papieża udowodnili, że papież Franciszek popełnił kilka z nich lub przynajmniej je zasugerował? Czy zamiast zakazu krytykowania wypowiedzi papieża nie ma raczej przykazania braterskiego lub synowskiego upominania?

A teraz podnosisz głos nie dla defensio fidei, ale po to, by uciszyć tych krytyków, w istocie chcąc „zlikwidować” wszelką krytykę?

Czy wszyscy kardynałowie nie musieliby protestować w wielu innych przypadkach, np. gdy papież arbitralnie wprowadza do Katechizmu Katolickiego błędną teologicznie zmianę, która jest sprzeczna z jasnymi słowami Boga zawartymi w Piśmie Świętym (już w Księdze Rodzaju) oraz wieloma doktrynalnymi wypowiedziami papieży na temat kary śmierci sformułowanymi w nieprzerwanej tradycji, a także faktami historycznymi, lub gdy – wbrew wielu mocnym słowom Jezusa i dogmatom Kościoła katolickiego – mówi o pustym piekle, a nawet, jak Świadkowie Jehowy, twierdzi, że dusze nieuleczalnych grzeszników nie idą do piekła, lecz są niszczone?

Drogi przyjacielu, ten scenariusz papieża, który zaprzecza istnieniu jedynego prawdziwego Kościoła i wierze in unam sanctam, catholicam et apostolicam Ecclesiam, jeśli nie wprost to na pewno implicite w Abu Dhabi, i zachowuje się jak pan i władca nad nauką Jezusa Chrystusa i Kościoła, oraz tak wielu milczących kardynałów, jest udręką dla wielu wierzących, takich jak ja, zagraża naszej wierze i wyrządza niezmierne szkody Kościołowi i duszom.

Proszę was jednak, abyście podnieśli głos w obronie nieskażonej prawdy, a także abyście poruszyli innych kardynałów, by mówili prawdę przy nadarzającej się okazji, nawet jeśli mogłoby to ujawnić straszliwy kryzys i schizmę w Kościele, pośród której się znajdujemy, i nawet jeśli niektórzy małoduszni mogliby błędnie widzieć [jakieś pozytywne odcienie md] w tym skandalu.

To nie jest kwestia kultury, wychowania papieża z Ameryki Łacińskiej. Nie jest to kwestia gustu, stylu czy temperamentu. Nie, to jest „tak” lub „nie” dla Chrystusa, który kazał nam głosić Ewangelię wszystkim.

Nie, to jest „tak” lub „nie” dla Chrystusa, który kazał nam głosić Ewangelię wszystkim ludziom i narodom; kto w Niego wierzy, będzie zbawiony, ale kto nie wierzy, będzie potępiony.

Czy papież może de facto uchylić ten mandat misyjny poprzez deklarację z Abu Dhabi?

Czy może mianować, a nawet osobiście honorować i nagradzać teologów moralnych, którzy zaprzeczają rdzeniu biblijnego i kościelnego nauczania moralnego oraz encyklik Humanae Vitae, Evangelium Vitae i Veritatis Splendor, do Papieskiej Akademii Życia? Jak możecie wy, kardynałowie (a zwłaszcza wy, którzy przez wiele lat pracowaliście pod kierownictwem św. Jana Pawła II i Benedykta XVI tak wiernie służyli Kościołowi) milczeć w sprawie tego i wielu innych „spustoszeń sanktuarium”, zamiast robić o wiele więcej niż krytyczni świeccy i teologowie, aby zrobić wszystko, co możliwe, aby głosić te liczne prawdy wiary, którym papież otwarcie lub milcząco zaprzecza słowami, a także czynami (jak np. obchody reformacji, postawienie pomnika Lutra w Watykanie, znaczek z okazji Reformacji, kult PachaMamy w Ogrodach Watykańskich i Bazylice św. Piotra itd.), i błagać go, aby znalazł pewną busolę swojej doktryny tylko w prawdzie Pisma Świętego i niezmiennych dogmatach Kościoła, i nie pozwolił sobie na zmianę nawet jednej joty z nich, nie mówiąc już o istocie wiary?

W głębokim smutku z powodu licznych ran Kościoła, Oblubienicy Chrystusa, oraz w miłości do Jezusa i do Kościoła założonego przez Niego na skale Piotrowej

W Chrystusie

Wasz Józef

P.S.: Z głębi duszy liczę na Twoją odpowiedź słowem i czynem, która byłaby aktem miłości do Jezusa, do Maryi, do Trójcy Przenajświętszej, do Kościoła, do duszy Papieża i do wielu innych dusz. Ze świętym Janem Pawłem wołam do was: corraggio! Walczcie odważnie i bez zastrzeżeń o prawdę, o Chrystusa i Kościół, i o dusze, także papieża Franciszka, i o jedność wszystkich chrześcijan, która jest możliwa tylko w prawdzie!

Głęboko zjednoczony z Wami w Chrystusie,

Józef

Prof. dr.fil. habil. Dr. h.c. Josef M. Seifert, obecnie wykłada filozofię na LMU, Uniwersytecie w Monachium.

USA: Dlaczego lewica nienawidzi i jest przerażona prawem naturalnym

USA: Dlaczego lewica nienawidzi i jest przerażona prawem naturalnym

by John Horvat II left-hates-and-is-terrified

Lewica doprowadza kraj do chaosu poprzez dziwaczne błędne interpretacje prawa. Nie opierając się już na precedensie, ani nawet na ścisłych definicjach Konstytucji, prawie wszystko może być prawnie uzasadnione – aborcja, wspomagane samobójstwo, całkowita swoboda seksualna, nowe „prawa transseksualistów”, tyrania zaimków [„on to nie ON, lecz ONA!!”] i inne praktyki. Prawo jest płynne i zmienne w zależności od tego, co odpowiada namiętnościom danej osoby.

Dlatego każdy, kto twierdzi, że istnieje wyższe niezmienne prawo, może spodziewać się sprzeciwu. Kiedy taka teoria prawna staje się powszechna, przeraża lewicę. Liberałowie dostrzegają, że ktoś nazywa ich „poglady” blefem. Boją się prawa, które ma solidne podstawy i definicje.

Ogromna popularność teorii prawa naturalnego

Rosnąca akceptacja teorii prawa naturalnego wśród sfrustrowanych Amerykanów wstrząsa dziedziną prawa. Lewicowe czasopismo Current Affairs wyraziło ostatnio swój niepokój w artykule zatytułowanym „The Resurgence of 'Natural Law’ Theories Should Scare Us All”. Autor K. Wilson zauważa, że „prawo naturalne zyskuje ogromną popularność wśród konserwatywnych jurystów i prawników”.

Prawo naturalne to teoria prawna, na której opierał się chrześcijański Zachód. Utrzymuje ona, że kodeks moralny jest wypisany na sercach ludzi, ważny dla wszystkich narodów i miejsc, stanowiąc podstawę moralnej pewności kierującej ludzkim działaniem. To prawo moralne w ludzkiej naturze dostarcza ogólnych wytycznych, na których opiera się całe prawo. Na przykład Dziesięć Przykazań jest często opisywane jako zwięzłe streszczenie prawa naturalnego.

Wypaczenie prawa pozytywnego

Nowoczesne prawo zerwało jednak związek z teorią prawa naturalnego w XIX wieku za sprawą szkoły prawniczej zwanej „pozytywizmem prawniczym”. Pozbawiła ona prawo jego moralnych podstaw i przekształciła je w „zbiór stworzonych przez człowieka zasad” rządzących społeczeństwem, reprezentujących suwerenną wolę ludzi poprzez instytucje przedstawicielskie. Prawa reprezentują konstrukcje społeczne dostosowane do okoliczności bez konkretnego wymiaru moralnego.

Tym samym wszystko (z wyjątkiem systemów zbliżonych do prawa naturalnego) jest dopuszczalne. Prawo „pozytywne” nie musi odpowiadać obiektywnej rzeczywistości, a jedynie dyspozycjom (i kaprysom) jego prawodawców. Co więcej, w miarę rozpadu społeczeństwa, prawo nie może już polegać na moralnym włóknie, które kiedyś podtrzymywało porządek w społeczeństwie. Degeneracyjny kurs prawa pozytywnego pozwala na coraz bardziej absurdalne interpretacje.

Konserwatywni prawnicy i juryści odwołują się do prawa naturalnego jako kotwicy bezpieczeństwa i prawdy w klimacie prawnym, w którym wszystko jest możliwe, a nic nie jest pewne.

Niedoskonałości oryginału

Przez pewien czas konserwatyści opierali się na oryginalizmie [ pierwotny zamiar], odczytując Konstytucję w świetle pierwotnych intencji jej twórców i późniejszych prawodawców. Jednak ta konserwatywna lektura Konstytucji okazała się zawodna i niewystarczająca do zapewnienia moralnej interpretacji prawa. Liberalni sędziowie i prawnicy ukryli się w wyimaginowanej „przestrzeni Konstytucji”, by promować swoje programy i stanowić prawo z ławy.

Obecnie prawnicy przyjmują prawo naturalne, ponieważ pozwala ono na ogromną swobodę w określaniu prawa w solidnych ramach moralnych.

Liberalny establishment prawniczy jest zaniepokojony tym rozwojem, ponieważ nie wierzy w wyższe prawo, które stanowi podstawę dla wszystkich innych. Liberałowie nienawidzą prawa naturalnego, ponieważ przywraca ono moralną wizję prawa i społeczeństwa. Hamuje ono ruch w kierunku coraz bardziej rozwiązłego społeczeństwa.

Przeinaczanie prawa naturalnego

Z tego powodu lewicowcy celowo przeinaczają koncepcję prawa naturalnego. Przedstawiają je jako totalitarny, teokratyczny zbiór sztywnych zasad zbudowanych na niesprawdzonych przesłankach. Twierdzą, że „narzuca ono raczej prawa boskie niż konstytucję”. K. Wilson błędnie wnioskuje, że jest to „uzasadnienie użycia państwa do egzekwowania moralnych przekonań teoretyka prawa naturalnego”.

A przecież nie ma nic bardziej odległego od prawdy. Kiedy Bóg stworzył ludzkość, osadził w duszy porządek moralny. Tomasza z Akwinu, Summa Theologiae, I-II, q. 94, a. 2) Nie jest to bynajmniej arbitralna teokratyczna platforma dla tyranii.

Prawo naturalne wyjaśnione

Prawo naturalne opiera się na nieodłącznej naturze rzeczy, które funkcjonują zgodnie ze swoimi celami. Krzesło, które nie pozwala usiąść, nie spełnia swojej funkcji. Szklanka, która nie trzyma płynu jest w sprzeczności z wewnętrzną logiką jej istnienia.

Tak samo jest z człowieczeństwem i społeczeństwem. Dzięki naturalnemu rozumowi można dostrzec, co jest dobre, a co złe dla funkcjonowania społeczeństwa. Na przykład do natury mowy należy mówienie prawdy. Kłamstwo jest nadużyciem mowy, a zatem jest złe i sprzeczne z dobrym porządkiem społecznym. Kradzież jest zawsze zła, ponieważ pozbawia drugiego człowieka tego, co mu się należy. To nie są subiektywne oceny, ale część działającego porządku rzeczy.

Dalekie od sztywnych reguł, prawo naturalne jest zbiorem wytycznych, które zarówno upoważniają, jak i ograniczają rząd w jego dążeniu do wspólnego dobra wspólnoty politycznej. Prawo naturalne zapobiega tyranii i nadużyciom, nie pozwalając prawu dryfować w stronę kaprysu i fantazji. Wspiera porządek, czyli stan rzeczy, w którym wszystko funkcjonuje zgodnie ze swoją naturą i celem.

Długa historia

Mając za przewodnika prawo naturalne, ludzcy prawodawcy mogą tworzyć sprawiedliwe prawa. Prawo naturalne służy jako kryterium, na którym opiera się całe prawo, a nie jako kaftan bezpieczeństwa dla totalitarnego reżimu. Daje ustawodawcom ogromną swobodę w dostosowywaniu prawa do okoliczności i wagi spraw, które mają być rozwiązane. Ułatwia utrzymanie porządku społecznego.

W prawie naturalnym nie ma nic nowego. W starożytności występuje ono zarówno w Grecji (Antygona Sofoklesa, wiersze 440-70), jak i w Rzymie (O Republice Cycerona, bk 3, nr 33, ).

Kościół jednak rozwinął ją, wzbogacił i usystematyzował, a w rozwoju zachodniej cywilizacji chrześcijańskiej została powszechnie przyjęta. Stanowi ono fundament wszelkiego prawa.

Amerykańska tradycja prawna ma korzenie w prawie naturalnym, o czym świadczą wypowiedzi znanego angielskiego jurysty Sir Williama Blackstone’a (1723-1780), który wywarł głęboki wpływ na kolonialne common law. Zakłada on istnienie „prawa natury”, które jest „wiążące na całej kuli ziemskiej, we wszystkich krajach i w każdym czasie: żadne ludzkie prawo nie ma żadnej ważności, jeśli jest z nim sprzeczne; a te z nich, które są ważne, czerpią całą swoją siłę i cały swój autorytet, pośrednio lub bezpośrednio, z prawa naturalnego”.

Oznacza to, że prawo naturalne nie jest nowym narzuceniem społeczeństwu, ale powrotem do źródła, z którego Ameryka może regenerować swoje prawo w klimacie pewności, porządku i logiki.

Nominalistyczne zaprzeczenie uniwersaliów i definicji

Istnieją głębsze powody, dla których liberałowie nienawidzą prawa naturalnego. Opozycja leży w definicjach dobra i zła, porządku i dobra wspólnego. Takie definicje wiążą rzeczy z rzeczywistością. Prawo naturalne uznaje niezmienną naturę rzeczy, którą można poznać i na którą można działać.

Zaprzeczając prawu naturalnemu, liberałowie mówią, że nie można poznać natury rzeczy, ludzi i społeczeństwa. Jest to rodzaj nominalizmu prawnego, który odrzuca uniwersalne pojęcia i opiera się jedynie na społecznych konstrukcjach czasu.

Tak więc prawni nominaliści nie mogą zaakceptować prawa naturalnego jako wypisanego na sercach ludzi, obowiązującego wszystkie ludy i miejsca. Postrzegają oni całe prawo jako produkt faktów, obserwacji i eksperymentów. Taka wizja sprawia, że prawo jest łatwo manipulowane przez namiętności i kaprysy, które mogą przerodzić się w tyranię i fantazję.

Odrzucenie definicji odzwierciedla odmowę powściągnięcia namiętności. Prof. Plinio Corrêa de Oliveira w swojej książce „Rewolucja i kontrrewolucja” definiuje istotę liberalizmu jako „prawo do myślenia, odczuwania i robienia wszystkiego, czego domagają się niepohamowane namiętności.”

Z tego powodu liberalny system polityczny jest coraz bardziej sprzeczny z prawem naturalnym. Odrzuca uniwersalne pojęcie prawa oparte na ludzkiej naturze i zastępuje je bardziej sztywną uniwersalną zasadą, która mówi, że nie wolno tłumić niepohamowanych namiętności.

Freudowska obsesja na punkcie wyzwolenia seksualnego

Wreszcie, liberałowie nienawidzą prawa naturalnego, ponieważ sprzeciwia się ono prymatowi indywidualistycznej przyjemności. Liberalna wrogość wobec ograniczeń jest szczególnie skierowana w stronę namiętności seksualnych. Zgodnie z prawem naturalnym, celem aktu seksualnego jest przede wszystkim prokreacja. Kiedy podejmowane są działania mające na celu udaremnienie tego aktu lub zniszczenie chroniącej go więzi małżeńskiej, jest to sprzeczne z prawem naturalnym.

Dlatego liberałowie byli przerażeni uchyleniem Roe v. Wade. Wyznają oni freudowski pogląd na naturę, który mówi, że nieokiełznane namiętności, zwłaszcza apetyty seksualne, muszą być zaspokojone i nie mogą być powstrzymane. Każde prawo lub działanie sprzeczne z tym niepohamowaniem jest „nienaturalne” i należy się mu przeciwstawić. Zaprzeczający prawu naturalnemu są przede wszystkim promotorami rewolucji seksualnej. Wolą cierpieć wszystkie katastrofalne konsekwencje niepohamowanych namiętności dla jednostek i społeczeństwa, niż zaakceptować fakt, że szczęście jest o wiele bardziej osiągalne poprzez dostosowanie się do natury, a nie uleganie jej ekscesom.

Tak więc otwarte drzwi do deprawacji i fantazji są wielkim powodem, dla którego prawo naturalne ma tak wielu przeciwników. To nie szlachetne pragnienie wspierania wspólnego dobra czy postępu wolności motywuje tych, którzy zaprzeczają prawu naturalnemu. Zamiast tego, jest to samolubna gratyfikacja, która nie akceptuje żadnych ograniczeń ani definicji i ostatecznie prowadzi do zniszczenia porządku w społeczeństwie i zniewolenia do nikczemności.

Jak prawo naturalne przeraża lewicę

prawo naturalne przyciąga uczonych prawników i jurystów, ponieważ dostrzegają oni destrukcyjną siłę moralnego rozkładu. Tylko uniwersalny pogląd na naturę ludzką może zapewnić wyjście z obecnego kryzysu. Wewnątrz ram prawnych naturalnego porządku społeczeństwo może spełniać swoją funkcję, a upadła ludzkość może uzyskać pewien stopień szczęścia.

Kiedy obecny system prawny opiera się na subiektywnych ocenach i kaprysach, jego prawo pozytywne staje się ekstrawagancją wszystkiego – poza prawem naturalnym. Jak na ironię, nie prowadzi to do większej różnorodności prawa, ale do jednego sztywnego i despotycznego systemu prawa, który wspiera coraz większe zniewolenie namiętnościami. Raz wprowadzony unieważnia wszystko i nie pozwala na powrót wolności do porządku.

Prawo naturalne przeraża lewicę, która założyła, że już dawno umarło. Lewicowcy nie mogą przyznać, że mogą istnieć tacy, którzy z zadowoleniem przyjmują uporządkowaną wolność i powściągliwość. Nie widzą, że po drugiej stronie wadliwego systemu prawnego pozytywistów czeka nihilizm, który doprowadzi do każdej formy pustki i rozpaczy.

Dopiero chrześcijaństwo wprowadziło dzielenie się wiedzą, wiadomościami, nauką i technologią. II. GENEZA MASONERII

II. GENEZA MASONERII

Ks. Michał Poradowski, PALIMPSEST,

Wyd. Agencja „ARMEL”, Stare Jatki 24

Istnieje związek między masonerią i cechami. Cechy, jako organizacje zawodowe, powstają w najdawniejszych cywilizacjach przed chrześcijańskich, a więc w okresie kiedy jeszcze wiedza, nauka i technika zawodowa były traktowane jako tajemnice, a więc sekrety dające Władzę.

Nie należy zapominać, że to dopiero chrześcijaństwo wprowadziło zwyczaj dzielenia się wiedzą, wiadomościami, nauką i technologią, a przed chrześcijaństwem traktowano wiedzę jako tajemnicę, a naukę jako wtajemniczenie. Pierwotnie, w czasach jeszcze prymitywnych cywilizacji, wiedza zawodowa była głównie tajemnicą rodzinną, czyli przechodziła z ojca na syna, zwłaszcza gdy syn oddawał się zawodowi ojca. Zresztą przetrwało to w wielu wypadkach aż do dziś (np. tajemnica farbowania włókien, aby nie traciły koloru przez pranie, lub będąc wystawione na słońce).

Ta wiedza związana z zawodami była przez nie troskliwie chowana, jako największy skarb człowieka, a udzielana jedynie członkom stowarzyszenia zawodowego. Jedną z najważniejszych nauk była matematyka jako podstawa architektury, czyli budownictwa, stąd też cechy czyli związki i stowarzyszenia zawodowe związane z architekturą i budownictwem, a także ze sztuką, utrzymywały w tajemnicy wiedzę matematyczną, a również geometrię, fizykę, chemię i wszystkie inne nauki niezbędnie dla architektury.

Murarze i architekci byli ludźmi najbardziej wykształconymi, a często jednocześnie przynależeli do kasty kapłańskiej jako budowniczowie świątyń wtajemniczanie w wiedzę, przekazywaną przez związki zawodowe, było stopniowe, czyli w miarę zajmowania wyższych stanowisk w hierarchii organizacji społecznej i zawodowej. Podział na mistrzów i czeladników, a więc nauczycieli i uczniów, był podstawą skomplikowanej hierarchii zawodowej, która w ciągu wieków rosła i różnicowała się, aby ci co byli obarczeni wyższym stopniem władzy i odpowiedzialności mogli także dysponować, większą wiedzą. Budownictwo materialne (świątynie, pałace, wieże obronne, fortyfikacje, drogi, mosty, akwedukty itd.) łączyło się także z „budownictwem” społecznym, kulturalnym, religijnym i politycznym. Awans w wiedzy i władzy był zależny od wtajemniczenia w naukę w doświadczenia i w historię. Jednak w wielu wypadkach, władza polityczna i społeczna zaczyna się wyzwalać i uniezależniać od związków zawodowych, a to głównie przez podbicia jednych społeczeństw przez drugie. Konkwistadorzy stają się warstwą górną społeczeństwa nie przez awans, lecz przez siłę zbrojną. Prawie wszystkie kraje są wielokrotnie zdobywane przez kolejne najazdy różnych plemion, a każdy najeźdźca narzuca swoje organizacje zawodowe mniej lub więcej o strukturze jawnej czy tajemniczej.

Przykładem, może być Anglia, która bardziej niż inne kraje europejskie (z wyjątkiem Hiszpanii), jest wielokrotnie zdobywana, a kolejni zdobywcy stają się warstwą górną.

Polska zaś jest wyjątkowo krajem europejskim, który przez prawie osiem wieków, bo od swego zarania aż do rozbiorów, nie był nigdy zdobyty i ujarzmiony przez zdobywców, a więc nie uległ żadnej konkwiście, choć był wielokrotnie najeżdżany.

To w tych cechach murarskich rodzi się masoneria, jako stowarzyszenie „filozoficzne”, oddane „wolnej myśli”, stąd też ich nazwa „wolnomularze” którzy zachowują symbole murarstwa, choć już nie oddają się architekturze jako takiej, lecz „budownictwu” społeczeństwa, jego kultury, polityki, ustroju itd.

Kasty kapłańskie starych pogańskich wierzeń szukają schronienia w cechach murarskich, przyjmując ich ubiory, zwyczaje, tradycje i symbole, ale oddając się na swych zebraniach zagadnieniom kulturalnym, „filozoficznym”, a przede wszystkim politycznym. W miarę jak chrześcijaństwo wychodzi z ukrycia i staje się religią panującą, pogańskie kasty kapłańskie szukają schronienia w związkach zawodowych, prawie wyłącznie murarskich, spiskując przeciwko swemu wrogowi, jakim jest Kościół Chrystusowy, który pozbawił ich władzy w społeczeństwie, w religii iw całym życiu społecznym.

Od czasów Konstantyna, który nie tylko uznał władzę kościelną, lecz oddał się na jej usługi, kasta poganizmu rzymskiego stopniowo chroni się w cechach, głównie murarskich i w nich wegetuje aż do czasów, kiedy prądy pogańskie odzywają w społeczeństwie chrześcijańskim, tak iż w początkach osiemnastego wieku mogą zaczynać w niektórych krajach działalność publiczną, ujawniając się jako „loże murarskie”, czyli jako „wolni murarze”. Wobec publiczności deklarują się oni jako „filozofowie”, a więc jako towarzystwo szukające doskonalenia osobistego, które, ich zdaniem można osiągnąć głównie przez wtajemniczenia w wiedzy tajemniczej, przekazywanej w sekrecie w ich stowarzyszeniach, jako tradycji okultystycznych, przekazanych z dawnych przed- chrześcijańskich religii babilońskich, egipskich, Dalekiego Wschodu, żydowskich, zwanych Kabałą i Gnozą. Charakteryzuje ich solidarność na skalę międzynarodową i wzajemna pomoc.

Charakteryzuje ją tajemniczość, a zwłaszcza tzw. „sekret”, który usiłują zbagatelizować w opinii publicznej, twierdząc, że „tym sekretem jest brak sekretu”, ale niektórzy wtajemniczeni przyznają, iż tym sekretem jest ich kult szatana i walka z chrześcijaństwem.

Faktem też jest, że do wszystkich lóż mają dostęp Żydzi, ale do lóż żydowskich nie mają dostępu „goje” (a więc nieobrzezani). Co więcej, istnieje opinia, że loże wyłącznie żydowskie, zwane „Synowie Przymierza”, czyli B’nai B’rith, kierują lożami gojów, a co najmniej są lożami najwyższej kategorii, a więc szczytem Masonerii.

Jak powstał anty-Kościół. Druidzi. Dzieło szatańskie. Personalizacja Zła. Cz.I.

PRAWDOPODOBNA GENEZA MASONERII.

Ks. Michał Poradowski, PALIMPSEST,

Wyd. Agencja „ARMEL”, Stare Jatki 24

Pierwotnie poganizm niemal wszechstronnie i wszechwładnie panował w duszy człowieka. Pogański światopogląd był jedynym, totalnym, monopolistycznym Jego formą organizacyjną była kasta kapłanów elita społeczna, warstwa rządząca w każdej cywilizacji, warstwa górna kierownicza, półjawna dla lepszego trzymania w swym ręku władzy. Wyłom w tym stanie rzeczy stanowi właściwie tylko mozaizm.

Istota jego polega na biegunowym przeciwstawieniu się poganizmowi jako światopoglądowi i jako instytucji Mozaizm jest wiarą w Boga Jedynego, Wszechmogącego jest Jego domeną wpływów w świecie człowieka. Podtrzymuje nadzieję Zbawienia, przyjścia Odkupiciela, oczekiwania Zbawcy, stąd też mozaizm jest wrogiem poganizmu i jego konkurentem w rządzie dusz .

Mozaizm, jako wiara w istnienie Jedynego Boga rozpościera się prawdopodobnie niemal tylko (w formie konkretnej i wykrystalizowanej) wśród ludu żydowskiego. Stąd zażarta, na śmierć i życie, walka judaizmu (poganizmu żydowskiego) z mozaizmem.

W jakiej mierze mozaizm był boski, w takiej też, można przypuszczać, judaizm był szatański.

Ale zasadniczy konflikt między poganizmem i wiarą w istnienie Boga Jedynego zaczyna się z chwilą narodzenia się Kościoła, a więc od momentu Wcielenia Słowa Bożego, Drugiej Osoby Trójcy Przenajświętszej, czyli Boga Jedynego, a Więc z narodzeniem się Chrystusa Pana i ustanowienia przez niego Kościoła Powszechnego (Katolickiego). Jezus z Nazaretu, jako Bóg- Człowiek, staje się głównym przeciwnikiem całego poganizmu, a przede wszystkim judaizmu. Judaizm pragnie zniszczyć swego konkurenta, którego powodzenie może złamać stan monopolu pogańskiego rządu dusz. Akt zamordowania Chrystusa Pana jest usiłowaniem zduszenia w zarodku rodzącego się Kościoła. Jest to akt Bogobójstwa, dokonany przez ludzi, ale niewątpliwie przy współdziałaniu szatana.

Chrześcijaństwo jednak rozwijało się błyskawicznie. Zamordowany Chrystus zmartwychwstał, a Jego Kościół poszedł na podbój świata i świat ten powoli zdobywa. W miarę jak chrześcijaństwo wychodziło z podziemi, poganizm wchodził w podziemia. Kasta pogańskich kapłanów- rządców państw, od dawna zorganizowana półjawnie, Ww nowej sytuacji staje się coraz bardziej tajną.

Kościół staje się jej jedynym istotnym wrogiem, stąd jej potworna nienawiść do Kościoła. Te tajne organizacje pogańskich kapłanów- polityków, elity poganizmu, coraz bardziej wykrystalizowują się, petryfikują się, stabilizują się, stając się jedną, hierarchiczną, karną, tajną organizacją walki z Kościołem.

Solidaryzm walki z chrześcijaństwem dawnych kast kapłanów – polityków, przeróżnych państw, krajów i ludów, rodzi masonerię, jako przeciw-Kościół, jako formę organizacyjną poganizmu. Jedną ze szczególnie aktywnych, bo najbardziej i najbezpośredniej zaangażowanych przez akt zbrodni Bogobójstwa, staje się grupa judaistyczna, będąc jednak tylko jedną z wielu, ale nie jedyną.

Szczególniejszą też rolę odgrywa grupa druidystyczna. Druidzi byli to kapłani celtyccy. Była to elita Galów; kapłani uczeni, politycy, zorganizowani półjawnie, hierarchicznie, ze stopniami wtajemniczenia i obrzędowością przesiąkniętą mistycyzmem i krwawymi ofiarami ludzkimi W okresie supremacji rzymskiej nad imperium celtyckim, warstwa ta stopniowo przechodzi na służbę Rzymu, stając się rzymską warstwą rządzącą, kierowniczą, elitarną. Część jej zaś, bardziej nastawiona negatywnie do Rzymu, zagnieździ się w Anglii. Druidzi w chrześcijaństwie widzą swego największego wroga. Rzym pogański zdołali w dużej mierze opanować, ale nie udaje się to im w stosunku do Rzymu chrześcijańskiego, stąd też z nim walczą, a w walce tej bardziej jeszcze się zrastają, hartują, stają się jeszcze bardziej zwartą, karną, tajną organizacją kapłanów-polityków. To z nich rodzi się pre-masoneria celtycka, zwana później „szkocką”.

Tak więc z nienawiści do Rzymu chrześcijańskiego rodzi się masoneria europejska. Wielu z tych ludzi zapewne, jako z dawna przyzwyczajonych do życia w konspiracji, wejdzie poufnie do Kościoła, pozornie się nawracając, a w gruncie rzeczy aby Kościół od wewnątrz opanować. Poradzą oni sobie wkrótce z warstwą dawnych pogańskich kapłanów -polityków rzymskich. Pogański kler rzymski też przecież był jednocześnie warstwą dostojników państwowych, ludźmi polityki i rządów. Nie wszyscy się szczerze nawrócili na wiarę chrześcijańską, wielu pozostało poganami z nienawiścią w sercu do tego Kościoła, który odebrał im władzę, znaczenie, dostojeństwo. Zejdą w podziemia, gdy chrześcijaństwo z tych podziemi wyjdzie. W walce z Kościołem i papiestwem, jako ze wspólnym wrogiem, podadzą sobie ręce z podobnymi organizacjami innych krajów. Podobnie będzie w krajach germańskich, które zrodzą masonerię staropruską. Masoneria więc, jako organizacja, jako przeciw-Kościół, wyrosła w różnych środowiskach i z różnych warstw kapłanów-polityków, nie będzie więc całkiem jednolitą organizacyjnie. Stąd też jej nieraz daleko i ce różnice organizacyjne i obrządkowe. Ale jest masoneria w tym sensie jednolitą, że wszystkie te organizacje tajne religijno-polityczne wyrosły z okazji walki ze wspólnym wrogiem: z Kościołem. To je łączy i scala, to je zrodziło, to stanowi ich istotę, cel i treść negatywną. Pozytywnie zaś są one ośrodkiem usiłującym rządzić światem niepodzielnie, na swój pogański sposób, wierząc w możliwość zbudowania na ziemi raju bez Boga, a nawet przeciw Bogu i w walce z Bogiem.

Niewątpliwie masoneria jest sataniczna. Tylko satanizm, głęboko ukryty pod pokrywką laicyzmu, może tłumaczyć jej żywotność, siłę, potęgę i bezmiar nienawiści do chrześcijaństwa i Kościoła. Bez satanizmu ani psychologicznie, ani socjologicznie nie da się w pełni wyjaśnić tej nienawiści do chrześcijaństwa, nawet, gdy się przyjmie za pewnik, że właśnie z tej walki z Kościołem masoneria, historycznie rzecz biorąc, zrodziła się.

Logika także wymaga, aby Kościół, jako dzieło Boga, miał za przeciwnika – dla należytej przeciwwagi – masonerię, jako dzieło szatańskie. Masoneria byłaby zbyt małym, śmiesznym i nieproporcjonalnym przeciwnikiem Kościoła, gdyby była tylko i wyłącznie ludzka. Temu, co stanowi Corpus Misticum Christi może się „godnie” przeciwstawić tylko to, co jest „corpus misticum satani”.

Dla człowieka wierzącego to jest jasne. Inne bowiem ujęcie, a więc negujące satanizm masonerii, byłoby niezrozumiałe i bezsensowne. Dzieje świata, jako walka poganizmu z chrześcijaństwem, masonerii z Kościołem, nie miałyby sensu ni powagi, gdyby Kościołowi, jako Ciału Mistycznemu Chrystusa Pana nie przeciwstawiała się masoneria jako personalizacja Zła.

Kto to neguje, na próżno się wysila, aby zrozumieć sens dziejów świata i głębię częstych potworności, na które patrzy. Nie ma też żadnych podstaw do tego, aby wątpić w ciągłość organizacyjną masonerii Jeśli masoneria zrodziła się w dzisiejszej swej postaci w walce z powstającym chrześcijaństwem, z Kościołem, to mogła tak samo organizacyjnie skrzepnąć, jak się to stało z Kościołem. Dziwnym byłoby, gdyby miało być inaczej. Co więcej, należy raczej przypuszczać, że przyjęła formy organizacyjne jeszcze ściślejsze i praktyczniejsze od kościelnych, jako iż warunki rozwoju socjologicznego miała inne, bardziej sprzyjające wytworzeniu form Masoneria zrodziła się w walce z chrześcijaństwem i Kościołem i jej działalność sprowadza się głównie do tej walki, stąd też zawsze popiera wszelkie prądy i ruchy które mogą przyczyniać się do osłabienia lub niszczenia wiary chrześcijańskiej i obyczajów chrześcijańskich. oświecenie, porywając serce, ożywiając wiarę, udzielając łaski; a pośrednio działa przez instytucję Kościoła.

I szatan, małpujący Boga, chcąc mieć „rząd dusz” też działa dwojako: bezpośrednio budząc w sercu wątpliwości, złe żądze, niewiarę, rozpacz, grzech – a pośrednio poprzez oddane mu organizacje, jak masoneria. Polityk to człowiek, który usiłuje wpływać na istniejącą rzeczywistość, kształtować ją na swój sposób, musi więc on brać pod uwagę działanie wszystkich sił i prądów występujących w świecie; musi przeto także brać pod uwagę istnienie i działanie masonerii

IGNACY DOMEYKO – to jedna z najpiękniejszych postaci Wielkiej Emigracji.

IGNACY DOMEYKO – to jedna z najpiękniejszych postaci Wielkiej Emigracji.

Ks. Michał Poradowski, PALIMPSEST,

Wyd. Agencja „ARMEL”, Stare Jatki 24

(Artykuł autora w tygodniku londyńskim ŻYCIE, z 6 lipca 1952 roku).

IGNACY DOMEYKO – ur. 1802 w Niedźwiadce Wielkiej, zm. 1889 w Santiago w Chile). Pseudonim Żegota; pierwowzór Żegoty z III części Dziadów Adama Mickiewicza,

Im dokładniej badamy w archiwach ten okres dziejów Polski, tym głębszego nabieramy przekonania o słuszności wyroku historii, która pokolenie tułaczy popowstaniowych nazwała Wielka Emigracją. Była to bowiem bez wątpienia emigracja ludzi naprawdę wielkich, a jednym z najwspanialszych jej przedstawicieli to zapoznana postać Ignacego Domeyki. Toteż nie dla snobizmu historycznych wspominek, ani też tylko z poczucia obowiązku, jako jeden z następców Domeyki w jego tułaczej wędrówce po dalekim Chile, pragnę przypomnieć ten wielki żywot, ale dlatego, abyśmy my w naszej przymusowej wędrówce i pracy poza Ojczyzną mieli stale przed oczyma ten wspaniały, przepiękny wzór emigranta polskiego.

Bo Domeyko- jak cała Wielka Emigracja- podobnie jak i my, nie dla zarobku, ani nie dla żądzy zaspokojenia przygód opuścił ojczystą ziemię. Wyszedł z kraju- jak każdy z nas- z konieczności dla ratowania życia własnego i swych bliskich, a przede wszystkim dla walki i pracy o wolność Ojczymy, o jej lepszą; doskonalszą przyszłość.

Ignacy Domeyko i dlatego jeszcze zasługuje na przypomnienie, ze jest wzorowym Polakiem, wzorowym emigrantem, łączy on w sobie bowiem wszystkie najkonieczniejsze i najpiękniejsze cechy dobrego Polaka: jest pilnym studentem, jest świetnym, bohaterskim żołnierzem.

W młodości swej był Domeyko wzorem studenta. Urodzony na Wileńszczyźnie, w Niedźwiadkach, 31 lipca 1802 r., po ukończonej szkole ojców pijarów w Szczucinie, mając zaledwie lat piętnaście, wstępuje Ignacy Domeyko na Uniwersytet Wileński. SĄ to czasy wspaniałego rozkwitu tej czcigodnej wyższej uczelni polskiej na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej, stojącej na straży czystości kultury europejskiej. Jest Domeyko uczniem słynnych braci Śniadeckich i Joachima Lelewela, a koleguje z Adamem Mickiewiczem, z Tomaszem Zanem i Odyńcem.

W późniejszym swym życiu, już jako rektor Uniwersytetu Chilijskiego, słynął Domeyko z głębokiego wykształcenia klasycznego i ze znakomitej znajomości łaciny. Wystawia to piękne świadectwo nie tylko pilności Ignacego jako studenta, lecz świadczy także o niebywale wysokim poziomie szkolnictwa polskiego owych czasów; wszak Domeyko tyle tylko miał możność nauczyć się łaciny i zaznajomić się z kulturą grecko- rzymską, ile ich nauczono w szkole pijarskiej w Szczucienie, jako iż na Uniwersytecie Wileńskim studiował tylko nauki przyrodnicze i matematyczne.

Były to jednak inne czasy, niż dzisiejsze; na uniwersytetach- przynajmniej polskich- dbano nie tylko o danie dobrego wykształcenia fachowego, ale także i o pełny, wszechstronny rozwój osobowości wychowanka. Rozumiała to także i sama młodzież, która, prócz przedmiotów ściśle na danym wydziale obowiązujących, studiowała wszystko co mogło poszerzyć jej horyzonty i pogłębić wiedzę. Stąd też i Ignacy Domeyko, aczkolwiek studiuje nauki przyrodniczo- matematyczne, jest też i uczniem Lelewela, którego wykładów z historii powszechnej słucha, pozostawiając nam do dziś znakomicie prowadzone notatki z tych Domeyko ma głębokie poczucie obowiązków społecznych i patriotycznych. Stąd też jest i jednym z najbardziej czynnych studentów w organizacjach akademickich, a przede wszystkim w Filaretach, Filomatach i w Promienistych. A gdy po latach przerwy w nauce, spowodowanej aresztowaniami i’ zsyłką na Sybir najbliższych przyjaciół, ukrywaniem się w majątkach dalszej rodziny, a później udziałem w powstaniu listopadowym i tułaczka popowstaniową, w roku 1832 powróci Domeyko do przerwanej nauki, zapisując się do paryskiej szkoły górniczej i studiując geologię i mineralogię, zasłynie ponownie jako wzorowy student.

Był też Domeyko wzorowym żołnierzem. Na pierwszą wieść o wybuchu powstania listopadowego, porzucił zaciszne, rodzinne strony, wyszedł z lasu i pospieszył, by połączyć się z powstańcami. Został adiutantem generała Chłapowskiego, któremu wiernie towarzyszył we wszystkich bojach i z którym też po upadku powstania opuścił kraj i udał się na tułaczkę.

Był Domeyko i wzorem uczonego i wychowawcy. Jako prawdziwy humanista, ze znakomitą znajomością własnej specjalności łączył wszechstronność zainteresowań naukowych. Był przede wszystkim geologiem i mineralogiem, ale znał się też świetnie na kartografii, chemii, fizyce i matematyce, będąc jednocześnie sławnym etnologiem, antropologiem i geografem.

Ukończył dwie wyższe uczelnie: Uniwersytet Wileński i paryską Szkołę Górniczą Jako już słynny, znakomity uczony, został zaproszony przez rząd chilijsld dla ’ objęcia wykładów z chemii i lizyki w Szkole Górniczej Coquimbo. Wkrótce jednak został sprowadzony do stolicy Chile, do Santiago, dla zorganizowania Uniwersytetu Państwowego. Przez 37 lat kierował Domeyko tą nową wyższą uczelnią najpierw jako sekretarz rektora; a póżniej jako rektor, którą zorganizował na wzór Uniwersytetu Wileńskiego.

Nie ograniczał się jednak Domeyko tylko do pracy uniwersyteckiej, lecz zajął się- zaproszony przez rząd chilijski- reorganizacją całości szkolnictwa chilijskiego. I oto ideały wychowawcze i zasady organizacyjne pierwszego na świecie ministerstwa oświaty i wychowania, czyli Polskiej Komisji Edukacyjnej, które na skutek rozbiorów i rządów nad Polską obcych mocarstw nie mogły być w Polsce w pełni wprowadzone w życie, zostają urzeczywistnione przez Domeykę w szkolnictwie chilijskim.

Tu leży klucz tej wielkiej zagadki socjologicznej: dlaczego Chile, kraj najbardziej od Europy odizolowany, tak bardzo wyróżnia się poziomem swej kultury wśród wszystkich krajów Ameryki Południowej, a przede wszystkim tak bliski jest europejskiemu humanizmowi. To dzięki Domeyce, a raczej dzięki Polskiej Komisji Edukacyjnej, której ideały wprowadził Domeyko do szkolnictwa chilijskiego, Chile uzyskało tak głębokie podstawy pod rozwój europejskiej cywilizacji (którą zapewne Feliks Koneczny bez wahania nazwałby „cywilizacją łacińską” w Ameryce Południowej).

Dzięki Domeyce ideał chrześcijańskiego humanizmu – silnie oparty o kulturę grecką i o prawo rzymskie, a jednocześnie przepojony na wskroś etyką chrześcijańska; stał się rdzeniem wychowania chilijskiego. A było to- jak na owe czasy- dzieło niełatwe. Bo pamiętać trzeba, że wówczas młode republiki amerykańskie, po zerwaniu zależności od Hiszpanii, znalazły się pod silnymi wpływami francuskiego laicyzmu i były organizowane przez fanatycznie wrogie chrześcijaństwu loże masońskie. Domeyko swym taktem, a przede wszystkim dzięki nadzwyczajnemu autorytetowi, potrafił, unikając skrajności, pozyskać ówczesne chilijskie władze państwowe i całe społeczeństwo dla ideałów i zasad, w których kiedyś był sam wychowany w Polsce iw których pozostał wiemy przez całe swe długie życie. Symbolizował je – jak Wiadomo- ów słynny „ideał człowieka doskonałego” tak dosadnie określony przez mistrza Domeyki, wileńskiego profesora Jędrzeja Śniadeckiego: ”Ten tylko doskonałym nazywać się może, kto w czystym i i pięknym ciele niepokalanie ma serce, kto ma zdolności społeczeństwu, w którym żyje, przydatne”.

Żywą treścią wypełnili ten ideał wychowawczy sami studenci wileńskiej wszechnicy we wspomnianych już organizacjach Filaretów, Filomatów i Promienistych. I warto dziś o tym powiedzieć, że Chile ma nie tylko uniwersytet zorganizowany i przez 37 lat kierowany przez Polaka, ale także i całe szkolnictwo oparte o polskie wzory i ideały.

Wielka była sława Domeyki jako uczonego. Dziesiątki towarzystw naukowych całego świata, z Polska Akademia Umiejętności na czele, uważają sobie za zaszczyt ofiarować mu członkostwo; szereg uniwersytetów nadaje mu doktoraty honorowe; wiedeński uczony unieśmiertelnia nazwisko Domeyki, nazywając odkryty przez siebie minerał 'domeykitem’ ; wdzięczni chilijczycy nadają nazwę „Domeyko” miasteczku na północy Chile, a w innych miastach chrzczą jego imieniem liczne ulice.

Warto też wspomnieć, że Domeyko ogłosił drukiem ponad 400 studiów i rozpraw z mineralogii, z fizyki, chemii, kartografii, pedagogiki, nadto szereg rozpraw- memoriałów w sprawie reformy szkolnictwa w Chile; dwukrotnie opisał swe życie (pierwszy tekst pamiętników został mu skradziony); zostawił szereg prac z etnografii i z antropologii, zwłaszcza dotyczących Araukanii (południowe (Thilo), wybitne prace z kmtogi’alii (w tym cenna mapę geologiczną Polski, z uzasadnieniem ciekawej tezy, że Polska jest całością geograficzną, stąd też Domeyko słusznie może być uznany za twórcę geopolityki polskiej) i wreszcie studium filozoficzno – religijne o życiu mistycznym świętej Teresy z Avila (które, niestety, także zostało skradzione, w czasie powrotnej podróży do Polski).

Był też Domeyko wzorem działacza społecznego. Żywy udział w pracy społecznej brał już w czasie swych studiów na Uniwersytecie Wileńskim, jako czynny członek organizacji akademickich. Zasłynął z pracy społecznej wśród emigracji polskiej popowstaniowej w Dreźnie. W archiwum Biblioteki Polskiej w Paryżu przechowuje się ciekawy i dość bogaty materiał, świadczący o bardzo żywej i ofiarnej pracy społecznej Domeyki w czasie jego pobytu w Paryżu w latach 1832- 1837. Przez te pięć lat Domeyko- poza studiami, których nigdy nie zaniedbywał – poświęcał się pracy oświatowej i dobroczynnej wśród Polonii francuskiej, zarówno jako członek Polskiego Towarzystwa Historyczno- Literackiego, jak też i Towarzystwa Pomocy Polakom. Praca charytatywna wśród emigracji polskiej we Francji stanowi niewątpliwie jedną z najpiękniejszych kart życia Domeyki.

Do pracy tej garnął się zawsze, o czym świadczy stały kontakt korespondencyjny, jaki utrzymywał mimo tak wielkiego oddalenia, jak również iwspaniały dar w postaci kompletu zbiorów mineralogicznych, którym wzbogacił jedną z polskich uczelni w Paryżu. Był Domeyko i wzorem polityka. Aczkolwiek zawsze, a zwłaszcza na emigracji stronił od tzw. swarów partyjnych; nigdy Domeyko nie był obojętny na sprawy publiczne, nigdy nie zasklepiał się W życiu wyłącznie prywatnym. Miał wyjątkowo głębokie poczucie obowiązków obywatelskich Od najmłodszych lat interesował się życiem narodu, z którego losami związał Własne życie i któremu służył jak najwierniej i jak najprzykładniej aż do śmierci.

Po Bogu, Ojczyznę miłował nade wszystko i największą tragedią jego życia było, że przyszło mu żyć i pracować i walczyć poza krajem i nawet umrzeć nie było mu danym na ojczystej ziemi. Polityce polskiej dał nową, na wskroś nowoczesną orientację, fundując ją na danych geograficznych i tworząc w ten sposób polską geopolitykę, na sto lat przed nauką niemiecką, konkretyzując twierdzenie, że dane geograficzne i geologiczne w mocnym stopniu determinują politykę narodu.

Zachowana przebogata korespondencja z najwybitniejszymi postaciami Wielkiej Emigracji, a także i późnej emigracji po powstaniu styczniowym, zawiera wiele cennych myśli politycznych i świadczy o wysokich zdolnościach politycznych Domeyki i o jego wpływie na ówczesną politykę polską.

Nade wszystko zaś jest Domeyko wzorem człowieka z charakterem. To piękna, przepiękna postać: zawsze prawdomówny i szczery, zawsze otwarty i męski, zawsze odważny, bez cienia bojaźni; zawsze twardy, zdecydowany, nieustępliwy w zasadach, nieznoszący oportunizmu i karierowiczostwa; zawsze sumienny, dokładny, rzetelny; zawsze pełen idealizmu, nadziei, wiary, optymizmu; zawsze nadzwyczaj pracowity. Wybitny umysł, ale i gorące, wielkie, kochające serce. Słusznie go nazywają Chilijczycy „sabio Domeyko”, czyli mądrym Jak mało kto za jego czasów, miał Domeyko głębokie zrozumienie prądów współczesnych, znakomitą orientację, jakąś dziwną umiejętność patrzenia w przyszłość i przewidywania wydarzeń. A z mądrością łączył serce, miłość bliźnich, współczucie, sentyment i głęboką religijność. Nie był oschły jak Staszic, aczkolwiek w swej pracowitości naukowej i organizatorskiej szkolnictwa w niejednym Staszica przypominał. Był człowiekiem wszechstronnie uzdolnionym i dbającym o wszechstronność rozwoju swej osobowości.

Może właśnie przez tę wszechstronność najbardziej się wyróżnia: uzdolniony muzyk, poeta i malarz, a jednocześnie tak wybitny naukowiec, polityk i organizator. A ileż uroku ma jego życie rodzinne! Wiele też światła na piękno jego charakteru rzuca na przykład fakt odbycia pielgrzymki do Ziemi Świętej, albo też noszenie zawsze na piersi woreczka z ziemią polską, albo wizyta u Ojca Świętego, lub też głęboki i szczery kult dla Matki Bożej Najświętszej Dziewicy Maryi (bardziej, rzecz dziwna, dla Matki Boskiej Częstochowskiej, niż Ostrobramskiej).

Jest więc Domeyko dla nas wzorem emigranta. Trudno byłoby nam naśladować np. Mickiewicza, nie mając jego talentów, ale każdy nas emigrantów może w pełni naśladować Domeykę, bo każdy z nas może, jak on, starać się być człowiekiem charakteru, pracowitym, pod każdym względem wzorowym, pilnym, rzetelnym, nade wszystko sprawie polskiej oddanym Ojczyźnie, stale myślącym dla niej pracującym, o jej wolność i wielkość walczącym; każdy z nas może być- toutes proportions gardees— nowoczesnym Domeyką. Bo Domeyko nigdy nie był człowiekiem na emigracji zagubionym, wykolejonym, .zdezorientowanym, który tylko chciałby z założonymi rękami „przeczekać”. On natychmiast brał się do pracy w środowisku, w którym się znalazł, pragnąc jak najwięcej dać z siebie, a gdy nie mógł pracować wprost dla Polski, pracował dla społeczeństwa, w którym żył i to z taką samą gorliwością, jakby to było społeczeństwo polskie, bo zawsze – w myśl ideału człowieka doskonałego według Śniadeckiego- chciał być człowiekiem, społeczeństwu, w którym żyje, przydatnym. Gdybyż każdy z nas żył na wzór Domeyki, jakże błogosławiona dla Polski i dla świata byłaby nasza przymusowa tułaczka emigracyjna.

„Dramat 3-go Maja. Cztery przestrogi z XVIII-go wieku”. Adam Doboszyński.

„Dramat 3-go Maja w świetle najnowszych badań. Cztery przestrogi z XVIII-go wieku”

Adam Doboszyński: O Konstytucji 3 Maja

Dramat 3-go Maja w świetle najnowszych badań. Cztery przestrogi z XVIII-go wieku”

– odczyt Adama Doboszyńskiego, wygłoszony 24 maja 1939 roku w sali Stowarzyszenia Techników w Warszawie staraniem redakcji tygodnika literacko-społecznego „Prosto z Mostu”.

Projekt włoskiego przybłędy”

Rok temu, w więzieniu lwowskim, wpadła mi w ręce książka wypożyczona jednemu z moich współwięźniów z biblioteki więziennej, napisana przez Józefa Bielińskiego w r. 1905 pod tytułem: „Żywot ks. Adama Czartoryskiego”.

Przypadkowo wziąłem tę książkę do ręki i zwróciłem uwagę na pewien niezmiernie charakterystyczny ustęp. Autor książki wspomina o memoriale, który ma się znajdować w archiwum Czartoryskich w Krakowie, memoriale podyktowanym w Paryżu w r. 1788 młodemu ks. Czartoryskiemu przez ks. Piattolego, włoskiego przybłędę, wówczas wychowawcę młodego Lubomirskiego, a następnie sekretarza Króla Stanisława Augusta i jedną z najwybitniejszych osobistości Polski w okresie Sejmu 4-letniego. Ks. Piattoli podyktował młodemu Czartoryskiemu schemat poczynań konspiracyjnych, które miały na celu przeprowadzenie w Polsce reform. Na czele tej konspiracji miał stać Quatuorvirat – czterech mężów, związanych przysięgą i tajemnicą. Mieli to być ludzie bardzo wpływowi, dobrzy patrioci, bogaci, światli.

Do pomocy tym Quatuorvirom miano wybrać 8 członków, również wpływowych i możnych. Ta dwunastka stanowiłaby Kongres patriotyczny, który miał przeprowadzić zmianę ustroju w Polsce. Pierwszym zadaniem tego Kongresu byłoby skonfederowanie wszystkich województw, zawładnięcie wojskiem przy eliminowaniu zupełnym ówczesnego rządu, następnie przeprowadzenie wyborów do sejmu skonfederowanego. Sejm ten powinien był postanowić stworzenie stutysięcznej armii, wyznaczyć dwóch regimentarzów, jednego dla Korony, drugiego dla Litwy i wreszcie ustanowić Komitet Nadzwyczajny, który by kierował sprawami publicznymi na prawach dyktatorskich. Zamierzano poza tym utworzyć komisję, która zażąda od obywateli państwa przedstawienia sobie planów, projektów, myśli dotyczących przyszłej reformy. Z tych referatów miał się wyłonić projekt przyszłej konstytucji, która miała być uchwalona przez Sejm. Poza tym mieli Quatuorviri w tajemnicy przed królem i rządem rozesłać swoich zaufanych mężów do wszystkich państw Europy w charakterze nieoficjalnych ambasadorów Polski. Na tych ambasadorów kwalifikowaliby się ludzie wyższych sfer, światli, towarzyscy i odpowiednio pod względem dyplomatycznym przygotowani. Wreszcie Komitet ten miał zawrzeć odpowiednie traktaty i ustalić politykę zagraniczną.

Masońskie kariery

Przeczytawszy o tym projekcie Piattolego puściłem wodze wyobraźni i starałem się odtworzyć dzieje tego tak brzemiennego w następstwa czterolecia, 1788 do 1792. Wyobrażałem sobie postać Piattolego, który stał się z czasem sekretarzem królewskim, a wówczas był wychowawcą młodego Lubomirskiego. Że Piattoli w ogóle dostał się do Polski i na to stanowisko dowodzi tylko, iż musiał należeć do masonerii. Znamy z dzieła K. M. Morawskiego analogiczną karierę Lucchesiniego, również włoskiego przybłędy, który się dostał do masonerii, został powołany do Berlina, wkradł się w łaski Fryderyka i został posłem pruskim w Warszawie. Kariera Piattolego szła podobnie: dostał się do Warszawy, dostał się na dwór polski i jako preceptor jednego z młodych Lubomirskich wyjechał do Paryża. W Paryżu nastąpiło zapewne wtajemniczenie go do wyższych stopni masońskich.

I wówczas Piattoli w tej stolicy ówczesnego świata, w której przygotowywała się rewolucja, podyktował młodemu Czartoryskiemu plan opanowania Polski, przeprowadzenia analogicznej imprezy, jaką masoneria zamierzała wykonać we Francji. Bo uprzytomnijmy sobie, kiedy to było. Jest to rok 1788. O dwa lata wcześniej we Frankfurcie odbył się zjazd zakonu masońskiego Illuminatów, na którym to zjeździe, jak to dzisiejsi historycy stwierdzają, zapadła uchwała zniesienia we Francji monarchii i jakoby zapadł również wyrok śmierci na Ludwika XVI.

Nie będzie zapewne dalekie od prawdy przypuszczenie, iż równocześnie z postanowieniem wywołania we Francji rewolucji musiano postanowić wywołanie analogicznej rewolucji i w Polsce. Świadczy o tym zupełna synchronizacja rewolucji francuskiej i bezkrwawej rewolucji, jaką był Sejm Czteroletni. W roku 1788 – a więc w dwa lata po frankfurckiej decyzji wywołania rewolucji – czynione są we Francji przygotowania do zwołania Stanów Generalnych, a w rok później zostały zwołane te Stany, poprzedzone zarządzeniem przedłożenia przez wszystkie gminy tzw. „cahiers de doleances”, zażaleń i wniosków poprawy. Rzecz ciekawa, iż Piattoli w swoim memoriale proponuje również zażądanie od obywateli Rzpltej przedstawienia Komisji projektów dotyczących przyszłej reformy. Widzimy daleko idącą analogię. Jest rzeczą zupełnie jasną nie tylko dziś, ale musiało być jasne i wówczas, iż żądanie od każdej gminy w kraju przedstawienia projektów naprawy konstytucji jest rzeczą całkowicie utopijną i może mieć jedynie na celu wywołania nastrojów rewolucyjnych.

Quatuorvirat

Zastanawiałem się, kto mógł należeć do tego Quatuorviratu, kierującego losami Polski i skojarzyłem sobie w głowie projekt Piattolego z jednym ze sprawozdań, które w czasie Sejmu Czteroletniego wysłał do króla pruskiego jego wysłannik w Warszawie Lucchesini. Otóż Lucchesini pisze, że ówczesna Polska, jej polityka, a w szczególności działalność Sejmu Czteroletniego zależy od ściśle zakonspirowanej czwórki ludzi, do których należą Potoccy Ignacy i Stanisław, marszałek Stanisław Małachowski, i reprezentant Małopolski, będącej pod zaborem austriackim, Ignacy Morski. Tych czterech ludzi było tak zakonspirowanych, iż o tej czwórce kierującej nie wiedział król polski…, ale wie o nich ambasador króla pruskiego Lucchesini. Lucchesini zawiadamia swego monarchę, jakie będą posunięcia tych zakonspirowanych Quatuorvirów, daje im rady i wskazówki i nawet w liście skierowanym do króla pruskiego zapowiada, jakie będą przyszłe posunięcia tych zakonspirowanych władców Polski. Szczegół ten zaczerpnąłem z książki Jędrzeja Giertycha, który wziął go z Kalinki piszącego przed pięćdziesięciu laty. Giertych wyciąga wniosek, iż ludzie ci obdarzali Lucchesiniego swoim zaufaniem dlatego, iż był to ambasador sprzymierzeńca Polski. Mam wrażenie, iż podstawy zaufania rządzących Polską Quatuorvirów do Lucchesiniego nie tworzył fakt, iż Lucchesini był ambasadorem Prus, tylko, że Lucchesini był wysokiego wtajemniczenia masonem. Tak czy owak możemy stwierdzić fakt już dzisiaj niewątpliwy, ustalony historycznie, iż Polską z czasów Sejmu Czteroletniego kierowało, może mówię za silnie, w każdym razie w tej Polsce decydującą rolę odgrywało dwóch przybłędów, nie mających z Polską nic wspólnego: jednym z tych ludzi był Lucchesini, drugim był Piattoli. Doszło do tego, iż projekt Konstytucji 3-go Maja spisano po francusku, gdyż Piattoli językiem polskim nie władał i potem dopiero przetłumaczono ten projekt na język polski.

Czy obalać mit?

Tyle jako wstęp do tych rzeczy, które chciałbym Państwu dziś wieczorem powiedzieć. Przyznaję się, iż przemyśliwując te dziwne okoliczności Sejmu Czteroletniego i Konstytucji 3-go Maja popadłem w poważną rozterkę. Zastanawiałem się nad tym, czy w ogóle posuwać się po tej drodze, czy interesować się kulisami tych zdarzeń, czy też raczej stanąć na stanowisku, na jakim Polska stoi od lat stu, na stanowisku nie tykania mitu 3-go Maja.

Przecież na tym micie chowało się w Polsce szereg pokoleń, ten mit za czasów rozbiorów zagrzewał ludzi do wysiłków, ten mit rozgrzewał zesłańców wędrujących na Sybir – i wielu, wielu jest ludzi w Polsce, dla których ten mit stanowi rzecz bardzo szacowną i drogą. Mówię tutaj oczywiście o ludziach dobrej woli. Poza tym jest wielu ludzi, dla których ten mit stanowi broń, którą z pełną świadomością i cynizmem operują. Że ten mit działa, to widzimy co roku w dniu 3-go maja. Zastanawiając się nad rolą Lucchesiniego i Piattolego, zastanawiałem się nad tym, czy należy ten mit obalać, czy należy iść dalej po drodze, którą szło w Polsce wielu badaczy: i Kalinka przed 50 laty, i K. M. Morawski, po części prof. Skałkowski i wielu innych.

Zastanawiałem się, czy my mamy dziś po odzyskaniu niepodległości burzyć ten mit, czy powinniśmy go zachować. Warunkiem zachowania tego mitu jest zaprzestanie wszelkich dalszych badań na ten temat i zaprzestanie popularyzowania rewelacyjnych wyników tych badań. I tu uprzytomniłem sobie dwa rodzaje zarzutów, które wysuwają przeciwnicy burzenia mitu 3-go Maja. Jeden zarzut klasyczny, znany wszystkim, o którym wie każda służąca i każdy dorożkarz, tj. zarzut szargania świętości: święto 3-go Maja, to święto narodowe. Nie wolno tego tykać. Zarzut ten łączy się w bardzo ciekawy sposób z tak żywą w ostatnich czasach dyskusją na temat bronzowienia i odbronzawiania wielkich ludzi i wielkich zdarzeń. Bywają mity pewnych faktów historycznych i bywają mity ludzi, i tak jak bronzowić i odbronzawiać można ludzi, tak również można ubronzawiać i odbronzawiać pewne fakty historyczne. Weźmy na przykład mit Unii lubelskiej, mit również działający potężnie na umysły i wyobraźnię. Nie trudno byłoby przypuszczam ten mit w takiej czy innej formie odbronzować i wiem, iż w tym kierunku przedsiębrane są próby. Można by zbadać, jak to było w Lublinie, można by spróbować ten fakt historyczny umniejszyć, odbrązowić, ośmieszyć.

Czytałem niedawno książkę, która wprowadza za kulisy wyprawy wiedeńskiej. Ale jeżeli chodzi o kwestię ubronzowania pewnych faktów historycznych, to zdaje mi się, że sprawa 3-go Maja stanowi tutaj wypadek zupełnie klasyczny. Naród stoi dziś wobec dylematu, czy dalej bronzować akt 3-go Maja, czy puścić snop światła i starać się wykryć prawdę, prawdę historyczną, tyczącą się Sejmu Czteroletniego, w szczególności aktu 3-go Maja. Jest jeszcze druga strona tego medalu. Chodzi o rzecz bardzo dziś modną w psychologii i to zarówno indywidualnej, jak i zbiorowej: o kwestię kompleksu niższości. Pytanie wygląda tak: czy należy w narodzie, który cierpi chronicznie od lat 200 na kompleks niższości, ten kompleks niższości pogłębiać przez dewaluowanie pewnych zdarzeń, które przywykliśmy uważać za zdarzenia wielkiej miary w życiu narodu? Czy nie jest niezręczna taktycznie chęć, by ten wspaniały zryw patriotyczny, tę wspaniałą reformę, którą zwykliśmy wielbić, nagle detronizować? Czy nie dojdzie wówczas naród do tego wniosku, iż skoro nawet tak wzniosły fakt okazuje się w rezultacie faktem ujemnym, i skoro największe nasze zrywy, że tak powiem, państwowotwórcze zostały w ciągu ostatnich dwustu lat inicjowane i wyreżyserowane przez ręce obce, ręce przynajmniej obojętne, jeżeli nie wrogie – czy uświadomienie sobie przez naród takiego faktu nie pogłębi w nim tej rozterki duchowej, w której naród polski od dwustu lat się znajduje? Czy w chwili, kiedy prężymy się do skoku, w chwili skupienia wszystkich sił psychicznych, moralnych i intelektualnych, tego rodzaju podważanie pewnych wszczepianych w umysły Polaków pojęć nie jest rzeczą po prostu karygodną? Wiem, iż wychodząc z tej sali będziecie się Państwo w rozmowach swoich nad tym zastanawiali, czy jest rzeczą dobrą czy złą, że ten temat dziś poruszam? Jestem przekonany, że zdania na ten temat będą rozbieżne. Jednak chcę stwierdzić, że zdaję sobie sprawę z tego, iż te próby odbronzawiania aktu 3-go Maja mogą tylko wówczas być usprawiedliwione, jeśli potrafi się wykazać, że ten mit w życiu narodu stał się szkodliwy. I to jest celem dzisiejszego odczytu.

Szkodliwy mit

Jestem najgłębiej przekonany, iż mit 3-go Maja, mit tego „masowego zrywu, którym naród polski zadokumentował jakoby przed światem swoją wolę do samoistnego bytu i swą umiejętność stworzenia nowych form życia państwowego”, stał się dziś szkodliwy. Uważam, iż w miejsce tego mitu powinna przyjść prawda. Dlaczego? Przyznam się, iż już dość dawno, może od lat dwudziestu, nie rozumiem w pełni ludzi, którzy mówią, że to jest takie niesłychanie krzepiące dla naszej świadomości narodowej poczucie, iż na dwa lata przed upadkiem zdobyliśmy się na tak wspaniały zryw. Przyznam się, że to rozumowanie nie trafia mi do przekonania. Gdybym wiedział, że Polska upadła w chwili największej depresji, największego wyczerpania sił twórczych, gdybym mał przekonanie, że Polska upadła dlatego, bo wszyscy wielcy ludzie w narodzie byli zgnici, bo Polska nie miała ani ludzi ofiarnych, ani dobrej woli, to wówczas można by powiedzieć, że była to rzecz nieunikniona: Polska musiała upaść.

Ale ta myśl, iż znalazło się wielu ludzi światłych, ofiarnych, że znalazła się elita, grono wybrane, które zdobyło się na to, by naród wprowadzić na drogę świetlanego rozwoju i że naród zdobył się nawet na rzecz wiekopomną, którą zaimponował całemu światu, a w półtora roku później Polska upadła i to upadła w sposób haniebny, nie bójmy się tego wyrazu – kampania Poniatowskiego i Kościuszki, którzy mieli bronić Konstytucji 3-go Maja, miała przebieg niesłychanie żałosny; król i Kołłątaj w haniebny sposób zgłaszają swój akces do Targowicy – ta myśl o niechlubnym końcu niepodległego bytu Polski jest potworna.

Odpowiada się na to: zrehabilitowało nas powstanie Kościuszki. Powstaniem Kościuszki Polska jakoby zadokumentowała, iż broni nie tylko swojej niepodległości, ale i idei wyrażonych w Konstytucji 3-go Maja. Czy to twierdzenie jest aby słuszne? Dla mnie cały problem naszych powstań łączy się psychologicznie ściśle z problemem Konstytucji 3-go Maja. Wielbię i podziwiam twórców, inicjatorów i wykonawców naszych powstań, uczestników powstania Kościuszki, uczestników Legionów, uczestników powstania w r. 1830, uczestników powstania w r. 1863, uchylam czoła również przed krwią ofiarnie przelaną w r. 1905, nie kwestionuję faktu, że z najtragiczniejszych nawet klęsk naród wyciągał duże korzyści moralne, krzepiące go do dalszej walki, ale te wszystkie zdarzenia historyczne pogłębiają we mnie jeszcze ten kompleks niższości. Ja mówię sobie: jeżeli tylokrotnie najlepsi członkowie naszego narodu, najbardziej ofiarni, najbardziej bohaterscy zdobywali się na walkę o niepodległość – tyle razy z takim poświęceniem, z taką ofiarą, i jeżeli zawsze ta rzecz paliła na panewce, jeżeli nasze powstania nie dały nam niepodległości, mimo iż niekiedy byliśmy od tej niepodległości bardzo niedaleko, to mam wrażenie, że bronzowanie tych wszystkich mitów jest niecelowe. I jest celowe i pożądane oświetlenie, dlaczego wysiłki najlepszych synów narodu polskiego na przestrzeni 150 lat prowadziły z reguły do przegranej. Uważam, że jeżeli się da to oświetlenie, i jeżeli w mózgi ogółu Polaków wrazi się myśl, iż był jakiś powód konkretny, wyraźny, dla którego wysiłki najlepszych synów narodu przez 150 lat nie doprowadziły do zwycięstwa, uważam, że jeżeli się myśl taka w umysłach ogółu Polaków wryje, to wówczas nasz kompleks niższości nie tylko się nie pogłębi, ale przeciwnie zniknie: poczujemy się na siłach do stawiania czoła niebezpieczeństwom, gdy będziemy wiedzieli, czego unikać, by zamiast tryumfu wszelkie nasze wysiłki nie kończyły się tragicznie.

Problem bronzowienia

Mówi się o szarganiu świętości, o symbolach, mówi się o autorytetach. Pamiętamy wszyscy niedawną dyskusję na temat bronzowienia Mickiewicza, na temat odbronzawiania Sobieskiego – opinia publiczna doszła wówczas mniej więcej do takiego wniosku: Każdy wielki człowiek ma swoje małe strony, ma swoje śmieszności, miał w życiu chwile, których się wstydzi, ma swoje zakamarki, do których nierad zagląda. Problem wygląda w ten sposób: czy te ujemne momenty, w życiu wielkiego człowieka nieuniknione, czy te ujemne strony równoważą jego zasługi, które w opinii polskiej zostały ubronzowane? Innymi słowy, czy zasługi Mickiewicza, o których wie każdy dwunastoletni czy czternastoletni Polak, czy te zasługi nikną w porównaniu z pewnymi ujemnymi cechami charakteru czy epizodami życia?

Weźmy postać Sobieskiego. Sobieski w umyśle ogółu Polaków jest postacią rycerską, symbolizującą rolę Polski jako przedmurza chrześcijaństwa, Sobieski to jest wielki wódz, to jest nieustraszony rycerz, to jest wielki katolik. I pamiętamy wszyscy niedawno wydaną książkę, oświetlającą życie zakulisowe, oświetlającą od tyłu życie Sobieskiego. Książka ta napsuła bardzo dużo krwi. I znowu wyłania się pytanie: czy pewne ciekawostki z życia Sobieskiego, które mogą rzucić na niego światło nieprzychylne, podrywają kontury postaci Sobieskiego, jakie się wyryły w mózgach i przede wszystkim w sercu każdego Polaka? Mam wrażenie, że nie podrywają. Tak samo, jeżeli chodzi o rewelacje o Mickiewiczu mam wrażenie, że nie podrywają bynajmniej zasadniczego obrazu tego najgenialniejszego moim zdaniem człowieka, którego wydały dzieje Polski.

Problem bronzowienia czy odbronzowiania łączy się więc ściśle z problemem narastania pewnych świętości, pewnych autorytetów w życiu narodu. I może ustalimy tutaj pewne zasady: możemy powiedzieć, że jeżeli pewne mity osnuły się dokoła wielkich postaci i zdarzeń historycznych, jeżeli jakiś mit mający wielkie walory jest w ogólnych zarysach prawdziwy, wówczas mamy prawo żądać, by zbyt natarczywie nie szukano dziur na całym, by zbyt natarczywie nie zaglądano za kulisy ludzi i wypadków. Ale bywają wypadki, kiedy mity są w swym ogólnym zrębie nieprawdziwe, jak to jest z mitem 3-go Maja. Uważam, że skoro badania historyczne doprowadzają do wniosku, iż dany mit w ogólnym swoim zarysie jest nieprawdziwy, to nie jest celowe i nie jest wskazane ten mit bronzowić, przeciwnie – należy dążyć do prawdy.

Przez lat 150 z Sejmu Czteroletniego i z Konstytucji 3-go Maja tworzono pewien symbol. Cel był podwójny. Jeden był cel, który przyświecał ludziom dobrej woli, aby naród w swej walce o niepodległość miał siłę motoryczną, która by zagrzewała serca i wyobraźnię.

Drugi był cel jeszcze wyraźniejszy, cel masoński. Sejm Czteroletni i Konstytucja 3-go Maja, to typowe osiągnięcia masonerii, to nie tylko tryumf masonerii jako takiej, ale tryumf ducha masońskiego i metod masońskich w życiu polskim. Jest rzeczą jasną, iż masoneria, która rządzi Polską od lat dwustu, była zainteresowana w tym, by ten mit podsycać – i jest nadal zainteresowana. I ostrzegam Państwa przed wszelkimi próbami, czynionymi już od lat wielu, podważenia, podrywania i ośmieszenia wszelkich usiłowań, dążących do rzucenia światła na kulisy 3-go Maja. Powtarzam jeszcze raz: jest w Polsce dużo ludzi, którzy w dobrej wierze starają się ten mit galwanizować i utrzymywać. Ale mit ten stał się zupełnie wyraźnie określoną bronią i jednym z narzędzi masonerii dla utrzymania jej wpływów w Polsce. W tym sensie mit ten jest narzędziem bieżącej polityki i narzędzie to musi być z rąk masonerii wytrącone. (Oklaski).

Reformy Czartoryskich czy 3-ci Maj?

Antyrosyjski sojusz Rzeczypospolitej z Prusami, wspieranymi przez Wielką Brytanię (29.03.1790) był samobójczym błędem Polaków. Spośród Polaków najbardziej wpływowym działaczem był w epoce Sejmu Czteroletniego ks. Kołłątaj. Obok Kołłątaja znamy wiele nazwisk myślicieli, publicystów, działaczy politycznych i społecznych, widzimy imponującą plejadę ludzi dążących do naprawy Rzeczypospolitej. I utarło się u nas mniemanie, że Konstytucja 3-go Maja, że cały dorobek Sejmu Czteroletniego, to był przewrót, to był przełom w duchowym życiu Polski. Uczono nas, że po dwustu latach nierządu dopiero w latach 1788/92 skierowano wreszcie nawę Rzeczypospolitej na tory odrodzenia i odrzucono to wszystko, co w Polsce było zgniłym i rozszarpano wreszcie te węzły ustrojowe, które przeszkadzały narodowi w duchowym renesansie. W moim przekonaniu mniemanie to jest błędne. Nasze oficjalne dziejopisarstwo waha się z zajęciem stanowiska na ten temat. Mógłbym się jednak powołać na profesora Uniwersytetu Poznańskiego, Skałkowskiego, który rzucił tę myśl – myśl, którą podchwytuję, i która moim zdaniem powinna się stać w Polsce własnością szerokiego ogółu, myśl, że okres, w którym Polska weszła na drogę przełomowych reform, to był okres wcześniejszy o ćwierć wieku od Konstytucji 3-go Maja, okres reform Czartoryskich w latach 1764-1768. Ponieważ rzecz tę uważam za niezmiernie ważną, więc pozwolę sobie trochę szerzej na ten temat tutaj pomówić.

Choroba saska

Musimy sięgnąć do czasów saskich, do czasów najgłębszego upadku. Polska jest wówczas ciężko chora. Trawi ją od stu lat gorączka złotej wolności, choruje na demokratyzm, zanik władzy i autorytetu, choruje na nieodłączny od liberalnej demokracji pacyfizm, który zabija w narodzie cechy rycerskie i naród towarzyszów pancernych przemienia w naród hreczkosiejów. Choruje Polska na materializm – ciężkie niedomaganie, prowadzące do rozhartowania charakterów i do zaniku cnót obywatelskich. Prawda, że w tych ciężkich czasach zacieśniają się więzy, łączące polskość z katolicyzmem. Ale nie jest to już, niestety, katolicyzm Oleśnickich i Hozjuszów, a tym bardziej nie jest to surowy i zdobywczy katolicyzm średniowiecza, wiara gorąca jak płomień, w której ogniu przetapiają się przywary osobiste i niesprawiedliwości społeczne. Katolicyzm XVIII wieku jest chory. I to jest jednym z„Projekt włoskiego przybłędy”

Rok temu, w więzieniu lwowskim, wpadła mi w ręce książka wypożyczona jednemu z moich współwięźniów z biblioteki więziennej, napisana przez Józefa Bielińskiego w r. 1905 pod tytułem: „Żywot ks. Adama Czartoryskiego”.

Przypadkowo wziąłem tę książkę do ręki i zwróciłem uwagę na pewien niezmiernie charakterystyczny ustęp. Autor książki wspomina o memoriale, który ma się znajdować w archiwum Czartoryskich w Krakowie, memoriale podyktowanym w Paryżu w r. 1788 młodemu ks. Czartoryskiemu przez ks. Piattolego, włoskiego przybłędę, wówczas wychowawcę młodego Lubomirskiego, a następnie sekretarza Króla Stanisława Augusta i jedną z najwybitniejszych osobistości Polski w okresie Sejmu 4-letniego. Ks. Piattoli podyktował młodemu Czartoryskiemu schemat poczynań konspiracyjnych, które miały na celu przeprowadzenie w Polsce reform. Na czele tej konspiracji miał stać Quatuorvirat – czterech mężów, związanych przysięgą i tajemnicą. Mieli to być ludzie bardzo wpływowi, dobrzy patrioci, bogaci, światli. Do pomocy tym Quatuorvirom miano wybrać 8 członków, również wpływowych i możnych. Ta dwunastka stanowiłaby Kongres patriotyczny, który miał przeprowadzić zmianę ustroju w Polsce. Pierwszym zadaniem tego Kongresu byłoby skonfederowanie wszystkich województw, zawładnięcie wojskiem przy eliminowaniu zupełnym ówczesnego rządu, następnie przeprowadzenie wyborów do sejmu skonfederowanego. Sejm ten powinien był postanowić stworzenie stutysięcznej armii, wyznaczyć dwóch regimentarzów, jednego dla Korony, drugiego dla Litwy i wreszcie ustanowić Komitet Nadzwyczajny, który by kierował sprawami publicznymi na prawach dyktatorskich. Zamierzano poza tym utworzyć komisję, która zażąda od obywateli państwa przedstawienia sobie planów, projektów, myśli dotyczących przyszłej reformy. Z tych referatów miał się wyłonić projekt przyszłej konstytucji, która miała być uchwalona przez Sejm. Poza tym mieli Quatuorviri w tajemnicy przed królem i rządem rozesłać swoich zaufanych mężów do wszystkich państw Europy w charakterze nieoficjalnych ambasadorów Polski. Na tych ambasadorów kwalifikowaliby się ludzie wyższych sfer, światli, towarzyscy i odpowiednio pod względem dyplomatycznym przygotowani. Wreszcie Komitet ten miał zawrzeć odpowiednie traktaty i ustalić politykę zagraniczną.

Z ducha i potrzeb narodu

Ale epoka saska nie jest tylko epoką upadku i marazmu. Zawsze tak bywa, że gdy naród osiągnie dno upadku, wówczas widzimy już narastające siły, które mają, o ile naród nie jest przeznaczony na zagładę, wyprowadzić go z powrotem na drogę wielkości. W upadku saskim budzi się w narodzie polskim świadomość klęski i potrzeba odrodzenia. Dwu braci Czartoryskich, Michał i August, organizują stronnictwo zwane „familią”, stronnictwo, które niewątpliwie wypływa z ducha narodu polskiego, stronnictwo, które nie szukało inspiracji z zewnątrz, które co prawda szukało nieraz pomocy na zewnątrz kraju, które pod koniec swojej działalności sprzymierzyło się nawet z Rosją, ale które było wyrazem ducha i potrzeb narodu. Obok Czartoryskich wysuwają się na czoło w tym stronnictwie kanclerz Zamoyski i ks. Konarski. Idee ich krążą po kraju, zastępy ich zwolenników są zwarte i liczne. I wreszcie przychodzi chwila pomyślna, w której Czartoryscy mogą przystąpić do wykonania swoich reform. August III umiera, Stanisław August Poniatowski, siostrzeniec Czartoryskich, zostaje królem. I wówczas to na sejmie r. 1764 Czartoryscy przystępują do reform zdaniem moim głębszych, dalej sięgających niż reformy, których dokonał Sejm Czteroletni. Przede wszystkim do reform przemyślanych, do reform dojrzałych. Reformy Czartoryskich są dojrzałe, przeprowadzane ręką mistrzowską. Nie będę się tutaj wdawał w szczegółową historię. Muszę stwierdzić, iż w najważniejszych dla życia polskiego sprawach, a więc w sprawie mieszczańskiej, w sprawie żydowskiej i w sprawie ustroju – Czartoryscy rzucili podwaliny pod odrodzenie Polski. Weźmy kwestię Żydów, tak chętnie przemilczaną przez naszych historyków. Czartoryscy przeprowadzili w r. 1764 na sejmie rozwiązanie sejmu żydowskiego, tzw. sejmu czterech prowincji, który od lat 150 rządził żydostwem w Polsce. Trzeba pamiętać, iż w latach minionych większość sejmów polskich zerwano za poduszczeniem Żydów. Czartoryscy położyli kres rozwojowi żydowskiej potęgi: rozwiązali sejm żydowski, skasowali automatyczną nobilitację chrzczonych Żydów, nałożyli na Żydów pogłówne. Wreszcie w r. 1763 wyszedł dekret, który mógł był rozwiązać problem żydowski: wydano nakaz zawierania przez Żydów paktu z każdym miastem polskim, przy czym jeżeli miasto paktu nie zawrze, to Żydom nie wolno działać i mieszkać w danym mieście. Jak widzimy, problem żydowski wszedł w reformach Czartoryskich na drogę radykalnego załatwienia. To samo, jeśli chodzi o sprawę mieszczan. Nie będę się wdawał w szczegóły. Muszę stwierdzić tylko, że renesans miast polskich datuje się już od reform lat 1764-68. Sejm Czteroletni przychodzi do gotowego, zastaje miasta zregenerowane, a jednak dopuszcza przedstawicieli miast do Sejmu tylko z głosem doradczym. Można powiedzieć, iż Sejm Czteroletni na punkcie mieszczan, ich prerogatyw okazał się o wiele mniej śmiałym i odważnym niż książęta Czartoryscy, pomimo, iż za czasów Sejmu Czteroletniego przewodnicy mieszczaństwa polskiego zorganizowali się w masonerii i dzięki temu mogli liczyć na większe uwzględnienie swoich dezyderatów. Jeżeli chodzi o kwestię chłopów, to w r. 1767 uchwalił sejm karę śmierci na szlachcica, zabijającego chłopa. Jest to bodaj od czasów Kazimierza  Wielkiego pierwsza ustawa na korzyść chłopa w Polsce, ustawa, która bierze chłopa pod opiekę prawa, która daje mu prawa ludzkie.

Należy stwierdzić, iż Sejm Czteroletni, w szczególności Konstytucja 3-go Maja nie zrobiły dla chłopa nic. Wreszcie kwestia ustroju. Liberum veto jak rak toczyło Polskę do stu lat. Należy stwierdzić rzecz bezwarunkową i w naszej historii dziwnie mało podkreślaną, iż właśnie Czartoryskim zawdzięcza Polska faktyczne zniesienie liberum veto. Na sejmie elekcyjnym w r. 1764 Czartoryscy przeforsowali, iż wszystkie następne sejmy będą nadal odbywały się pod węzłem konferencji. Ustrój polski wymagał, jak wiadomo, do uchwał sejmowych jednomyślności, ale przewidywał instytucję konfederacji. Gdy naród polski był w niebezpieczeństwie, kiedy groziła mu katastrofa, wówczas zawiązywał konfederację, a w tej konfederacji obowiązywała zwykła większość głosów. Z reguły stawało się to z chwilą śmierci króla. Sejmy tzw. konwokacyjne, a następnie elekcyjne odbywały się od czasów Zygmunta Augusta pod węzłem konfederacji, tzn. decydowała większość głosów. Czartoryscy przeprowadzili swą reformę ustroju w sposób klasyczny, usuwając zło, a pozostając w ramach tradycyjnego ustroju Rzpltej. Zwalczyli liberum veto w ten sposób, że na przyszłość wszystkie sejmy miały się odbywać pod węzłem konfederacji, tym samym na przyszłość wszystkie sejmy miały rozstrzygać większością głosów.

Najgłębsza tragedia naszych dziejów

Gdyby ta reforma się była utrzymała, wówczas konstytucja polska, ustrój Polski, byłby w 95 % raz na zawsze uzdrowiony. Niestety, wróg czuwał. Katarzyna zorientowała się poniewczasie do czego dążą Czartoryscy i zażądała wycofania głównych reform, a w szczególności zażądała rozwiązania konfederacji. I tutaj następuje tragedia, jedna z najgłębszych tragedii naszych dziejów, tragedia, do której opisania nie wziął się do tej pory żaden pisarz, nie znalazł się dramaturg, który by ją wniósł na deski teatralne. Tragedia, z której płynie dla nas bardzo głęboka nauka. Tragedia tym większa, iż król Stanisław August, człowiek słabego charakteru, wiotki jak trzcina, człowiek, o którym historycy wydają jak najbardziej ujemny sąd, jednak zdecydował się na otwarty konflikt z Katarzyną i wydał odpowiednie rozkazy wojsku. Niestety, Czartoryscy ustąpili i przyjęli gwarancję Katarzyny. Obaj Czartoryscy, starcy liczący już wówczas grubo powyżej 60 lat, ludzie krwi jagiellońskiej, fortun ogromnych, przyzwyczajeni od lat kilkudziesięciu do rzucania swego głosu na szalę wszystkich wydarzeń w Polsce, ludzie, za którymi szła większość patriotów polskich, ludzie, którzy dla przeprowadzenia w Polsce reform nie wahali się posłużyć Rosją wbrew własnym interesom Rosji, wielcy politycy, którzy własnymi rękoma położyli zrąb swoich reform, którzy wprowadzili Polskę na drogę wiodącą do odrodzenia – natknąwszy się na sprzeciw Katarzyny załamali się i ustąpili.

Pierwsza przestroga

Są to rzeczy zbyt mało znane i dlatego uważałem za mój obowiązek szeroko Państwu tu o nich opowiedzieć, gdyż płynie z nich pierwsza przestroga, jaką musimy wynieść z tych bolesnych czasów, przestroga jakże aktualna dla dzisiejszej epoki. Okazuje się, iż nie wystarczy jasny pogląd na potrzeby kraju, bo tego Czartoryskim nie brakowało. Nie wystarczą dobre chęci, nie wystarczy zapał i patriotyzm – potrzeba hartu. Ludzie, stojący na czele narodu, muszą być twardzi i nieustępliwi, bohaterscy i ofiarni, nie zdemoralizowani posługiwaniem się zagranicznymi ideami i zagranicznym oparciem. Kierownicy narodu muszą mieć charaktery hartowne! Tylko wówczas naród może być pewny dobrej przyszłości, jeżeli ma to przekonanie, iż ludzie kierujący nim są hartowni jak stal! (Oklaski).

Ostatni zryw

Na gwarancję Rosji, która najbardziej ślepym z Polaków otworzyła wreszcie oczy, na dokonaną już faktycznie utratę niepodległości, odpowiedział naród konfederacją barską. Zapamiętajmy to sobie dobrze: Bar, to ostatni niezależny zryw narodu aż po nowożytny, obecny ruch narodowy. Ostatni.

Podkreślam jeszcze raz to, o czym mówiłem na początku mego odczytu, iż uchylam jak każdy Polak czoło przed bohaterstwem i ofiarnością ludzi, którzy do bojów o niepodległość Polski w tylu heroicznych zrywach powstawali, ale stwierdzam, iż ostatnim zrywem podyktowanym duchem czysto polskim, nie skażonym obcymi ideami, a w szczególności ideami masońskimi, iż ostatnim czysto narodowym zrywem aż po czasy nowoczesnego ruchu narodowego, to był Bar.

Wszystko, co się dziać będzie z Polską między epoką księdza Marka Karmelity, a czasami Romana Dmowskiego, to poczynania wyrosłe z ideologii obcej duchowi polskiemu, po części i z inspiracji obcej, choćby te poczynania były jak najbardziej ofiarne i bohaterskie. Polska była heroiczna, ale inspiracja, ale sposób myślenia, ale duch był obcy. Bar, to po nasze czasy ostatni samodzielny poryw ducha narodowego, poryw tak trudny do rozgryzienia dla masońskich historiografów, bo irracjonalny, nie usiłujący  realizować jakiegoś programu, ale samozachowawczy, poczęty z najgłębszego ducha duszy polskiej, chcącej bronić swej swoistości, swej najgłębszej  narodowej więzi psychicznej i swej wiary przed brutalnym dotykiem łap azjatyckiego najeźdźcy. I może dlatego, że walka ta szła nie o materialną stronę życia, ale o jego treść najgłębszą, zrozumieli do gruntu u nas epokę barską jak dotąd tylko poeci. Nie mogę czytać bez wzruszenia pieśni konfederatów, przypominających raczej hymny religijne, niż piosenki bojowe. Iluż poetów natchnęła promienna postać księdza Marka! Czasy te tak silny rzucają urok, że nie znam dziś nawet historyka, który by potrafił ustosunkować się do nich z beznamiętnym obiektywizmem. Jeśli kiedy, to niewątpliwie wówczas mogła Polska nagłym zrywem nawrócić na drogę, wiodącą do naprawy i zachowania niepodległości bytu. Nie 3-go Maja, bo wówczas Polska nie była już sobą, duch narodu był skażony.

Nie 3-go Maja, nie w czasie Sejmu Czteroletniego, lecz w czasie Baru mieliśmy ostatnią szansę ratunku. Czytając te dzieje, widzi się to, czuje przez skórę. Przecież ówczesna Polska to jeszcze po obu stronach barykady ludzie myślący naprawdę narodowymi kategoriami: z jednej strony obóz Czartoryskich, którzy wzięli na swe barki ciężki trud wyprowadzenia z błota ugrzęźniętego wozu Rzeczypospolitej, z drugiej strony Pułascy, Krasiński, ludzie dążący, choć może chwilami po omacku, do tego samego celu. Niech się te dwa zwaśnione obozy ze sobą pogodzą, niech dojdzie rzeczywiście do zjednoczenia narodu na platformie wspólnej walki z Rosją, a zwycięstwo wydaje się niewątpliwe. Kilkakrotnie w ciągu tych długich czterech lat bojów konfederackich zjednoczenie to wydaje się tak bliskie, że tylko rękę wyciągnąć: zjednoczenie wydaje się być kwestią miesięcy czy tygodni.

Ręka masońska

Niestety, wówczas jak i dziś, wróg czuwa. Na podstawie najnowszych badań nie wolno nam wątpić, że to masońskie intrygi, konszachty i zabiegi udaremniły zgodę między konfederatami, a obozem króla i Czartoryskich. Badania Kazimierza Mariana Morawskiego wykazały, iż dwukrotnie w czteroletnich dziejach konfederacji barskiej zdawało się już dochodzić do zjednoczenia narodu, do zjednoczenia króla i Czartoryskich z Barem. W trzecim roku istnienia konfederacji przyjeżdża z Paryża płk. Dumouriez, delegowany przez rząd francuski na politycznego doradcę i wodza konfederacji. Płk. Dumouriez dostaje oficjalne polecenie doprowadzenia do zgody między królem a konfederacją. Przyjeżdża do Polski, i nagle z jego wpływu Generalność konfederacji ogłasza detronizację króla. Grom z jasnego nieba, niszczący w zarodku wszelkie możliwości porozumienia. Przez półtora wieku fakt ten był niezrozumiały.

Obecnie Kazimierz Marian Morawski wyjaśnił, że poza oficjalnym ministerstwem spraw zagranicznych działał w Paryżu jeszcze tzw. „sekret królewski” Ludwika XV, instytucja obsadzona przez masonów. Ten „sekret królewski” wydał Dumouriez’owi polecenie doprowadzenia do detronizacji Stanisława Augusta, a tym samym do śmiertelnego skłócenia narodu polskiego. Widzimy więc tutaj rękę masonerii, łapiemy ją in flagranti, widzimy jak niechętnie patrzała na wszystko, co zmierzało do zjednoczenia. A chęć do  zjednoczenia się u Polaków była tak silna, że w rok później i konfederaci mimo dawniejszej urazy wydają się dochodzić ponownie do zgody i porozumienia. I tu znów pada grom: tajemnicze i nieudane porwanie króla  Stanisława Augusta przez konfederatów.

Kazimierz Marian Morawski twierdzi, że i tu działała inicjatywa masońska. Ten drugi epizod nie jest może tak dalece wyświetlony jak pierwszy z „sekretem królewskim”, mamy jednak uzasadnione wątpliwości, czy i tutaj nie była w grze ręka masońska. Przypatrzmy się czteroletnim dziejom konfederacji barskiej, które każdy z Państwa studiował w szkole. Przypominamy sobie, że przedstawiają się one chaotycznie, jakoś dziwnie bezplanowo. Dla mnie dzieje konfederacji barskiej stanowią analogię do dziejów powstania 1830-31 r. Nie znam bardziej tragicznej i niepokojącej lekcji, jak dzieje powstania w 1830-31 r. To samo jest z konfederacją barską: jakiś chaos, jakaś tragiczna bezplanowość. Ludzie energiczni skądinąd i zdecydowani nagle zamieniają się w kunktatorów.

Co chwila przestaje się rozumieć, o co chodzi, przestaje się rozumieć te wszystkie zwłoki, nie rozumie się dlaczego ludzie mądrzy robią rzeczy głupie, dlaczego ludzie porządni robią rzeczy podłe. Słyszałem niedawno zdanie – wydaje mi się – słuszne: jeżeli się widzi, że ktoś mądry robi rzeczy rażąco głupie, ktoś porządny robi jakieś świństwo, to wtedy można na pewno przypuszczać, iż tym kimś kieruje loża czy konspiracja. Pamiętając o tej zasadzie, zrozumiemy dzieje konfederacji barskiej i dzieje powstania 1831 r. Te rzeczy, których się uczymy w szkole, to jest jakby zewnętrzna fasada. Jeśli chodzi o konfederację barską, to niewątpliwie był to zryw powstały z najgłębszych pokładów ducha narodu. Cóż, kiedy wśród bohaterskich i szlachetnych ludzi zaczęła działać szeroko intryga masońska. Wielu masonów znajduje teren działania w konfederacji barskiej: obok licznych Polaków, spotykamy tam jubilera Poncet, Francuza, następnie Heykinga, Niemca, inicjatora loży „Cnotliwy Wędrowiec” w Preszowie, wywierającej decydujący wpływ na Generalność konfederacji. Niewątpliwie zdarzają się tarcia i między ludźmi ofiarnymi i ideowymi, ale masońska intryga działając konsekwentnie przez 4 lata toczących się bojów spaczyła przebieg i ducha konfederacji.

Druga przestroga

Stąd wynika dla nas przestroga druga, zasadnicza, niesłychanie aktualna. Naród polski wciśnięty pomiędzy dwu potężnych sąsiadów dążył do zjednoczenia, dążył widomymi wysiłkami swoich najlepszych synów, ale nic z tego nie wyszło, bo nie umiano się ustrzec tych ciemnych rąk, które zrywały nić zjednoczenia z chwilą, gdy zaczynała się nawiązywać. Więc przestroga druga, niesłychanie aktualna nauka z dziejów XVIII stulecia: jeżeli chcemy, by naród polski w obliczu niebezpieczeństwa się zjednoczył, patrzmy bacznie, komu powierzamy dzieło tego zjednoczenia. (Oklaski).

150 lat rządów masonerii

Po Barze nastąpił pierwszy rozbiór, ale gorzej jeszcze niż rozbiór, bo katastrofa ducha narodu. Od r. 1772 aż po dojrzenie nowoczesnego ruchu narodowego w ostatnich latach, przypomina naród polski ciało bez ducha. Upadek konfederacji barskiej to koniec na wiek cały idei narodowej, idei samodzielnej drogi polskiego narodu. Naród wpada w stan zupełnej prostracji [załamania, zwątpienia], w stan wyjałowienia psychiki narodu z elementów rodzimych. W powstałą po wywiezieniu na Sybir konfederatów i po usunięciu się Czartoryskich próżnię wciśnie się teraz duch masoński. Droga dla niego wolna. On to opanuje niepodzielnie serca i umysły Polaków. Najlepsi synowie Polski stają się teraz masonami. Nie da się tego zaprzeczyć, jest to faktem stwierdzonym, iż przez 150 lat od pierwszego rozbioru wszyscy najlepsi synowie narodu polskiego byli masonami. I masoni próbują ten argument obrócić na swoją korzyść.

Argument ten jednak nie jest na korzyść masonerii, bo możemy stwierdzić, iż te czasy, kiedy najlepsi synowie narodu polskiego wyznawali ideały masońskie, były najtragiczniejszą epoką w tysiącletnich dziejach Polski. To jest fakt. Jeżeli chcemy, aby naród polski rozwinął skrzydła do lotu, by wzbił się na drogi wiodące ku wielkości, to musimy zerwać z tym, co kaziło duszę narodu przez 150 lat, musimy w miejsce idei masońskiej wziąć ideę narodową. (Oklaski). Po Barze staje się rzecz tragiczna: nie tylko starsi, dojrzali mężowie tracą ducha narodowego, ale dzieje się rzecz szczególnie groźna dla przyszłości narodu: jego młode pokolenia zaczynają chować się w duchu obcym, a nawet wrogim wszystkiemu, co długie wieki zwykły uważać za istotę polskości. Weźmy Komisję Edukacji Narodowej. Pozwolę sobie zatrzymać się przez chwilę nad tą instytucją. Głoszono nam, ze dopiero od tej chwili, kiedy zaczęliśmy czerpać wzory od encyklopedystów masońskich, kiedy duchem Woltera i Rousseau zaczęliśmy przepajać wychowanie młodzieży, zaczął się renesans Rzpltej. Niestety widzimy, iż renesans ten był tragiczny. Dlatego pozwolę sobie zacytować sąd Mickiewicza o Komisji Edukacji Narodowej, wypowiedziany w Wykładach o literaturze słowiańskiej: „Ale cała ta popiętrowana budowa oświaty (Komisja Edukacyjna) czyli instrukcji publicznej, nie miała podstawy w żadnej prawdzie moralnej, w żadnym dogmacie ogólnym. Nasprowadzano z zagranicy dzieł, które miały służyć za elementarne. Książki te, pisane przez filozofów encyklopedystów, znajdowały się w dziwnej sprzeczności z wychowaniem religijnym, zostawionym jeszcze w rękach duchowieństwa.

Logika, umiejętności ścisłe i wszystko, czego uczono w szkołach, było już wykładane podług widoków materializmu. Podrzędne zbiory historii, wyciągane z dzieł cudzoziemskich republikanów, wpajały maksymy, tchnące nienawiścią przeciw monarchiii, a obok tego starano się wystawiać uczniom dziedziczną władzę królestwa jako jedyny środek zbawienia Rzeczypospolitej”. Dziwna to była nauka. Z jednej strony starano się najmłodsze pokolenie polskie przerabiać w szkole na republikanów, z drugiej strony mówiono, iż tylko dziedziczna monarchia może uczynić Polskę silną; z jednej strony kazano młodzieży być gorliwymi katolikami, z drugiej strony przepajano ją duchem racjonalizmu. Czytając monografię Collegium Nobilium widzimy, iż księża pijarzy w pocie czoła tłumaczą wszystkie tragedie Woltera i każą je odgrywać wychowankom. Patrząc na to oczyma dzisiejszego człowieka ma się wrażenie jakiejś aberacji. Nic dziwnego, że oba pokolenia wychowane w takiej szkole (to jest pokolenie Sejmu 4-letniego i pokolenie powstania 1830 r.) to ludzie zupełnie zdezorientowani, pozbawieni busoli intelektualnej i moralnej, ludzie, którzy własnymi rękami wbrew swym najlepszym chęciom grzebali własną Ojczyznę.

Trzecia przestroga

Tutaj nasuwa się znów przestroga płynąca z tych czasów, przestroga, by wychowywać młodzież, która ma w przyszłości ująć w swe ręce los narodu z dala od wpływów obcego ducha. Przypomnijmy sobie dzieje wychowania w Polsce w ciągu ostatnich lat dziesięciu. Jeżeli Komisja Edukacji Narodowej łączyła się z nazwiskami takimi, jak ks. Kołłątaja, ks. Piramowicza, jak Czackiego, Ignacego Potockiego i innych, to reforma wychowania ostatnich lat dziesięciu łączy się z nazwiskami ks. Żongołłowicza i braci Jędrzejewiczów. Uważam, iż przestrogi płynące z głębi naszych dziejów są niezwykle aktualne. Uważam, iż rozpamiętywanie żałosnej historii pokolenia, które wyszło ze szkół Komisji Edukacji Narodowej powinno nas nakłonić do walki o to, by wychowanie w dzisiejszej Polsce przepojone było ideami i duchem narodowym. (Oklaski).

W dyspozycji masońskiej

Dochodzimy z powrotem do Konstytucji 3-go Maja. Konstytucję tę stworzyło – jak wiemy – pokolenie wychowane w duchu masońskim, ludzie ujęci w karby konspiracji masońskiej, kierowani przez masońskich przybłędów, którzy robią przymierze z królem pruskim nie tyle w przeświadczeniu, iż król pruski jest rzeczywiście przyjacielem Polski, ale dlatego, iż król pruski był masonem i że obowiązuje ich solidarność masońska. Fryderyk II, zwany Wielkim, był jak wiemy, jednym z najwyższych członków zakonu Illuminatów; masoni całego świata byli do jego dyspozycji. Nic dziwnego, że masoni polscy byli również do jego dyspozycji.

Próbowano operować argumentem, że po stronie zwolenników Rosji znaleźli się również masoni. Zjawisko to normalne. Masoneria dąży zawsze do rozszczepienia swoich sił, do rzucenia swoich ludzi na obie strony barykady. Jest jednak faktem dowiedzionym, że w chwili, kiedy rozstrzygnęły się losy narodu polskiego, to co było w narodzie polskim najlepszego sprzymierzyło się z królem pruskim. To Polskę musiało prostą drogą doprowadzić do katastrofy. Na szczęście nie ma tutaj analogii z dzisiejszymi czasami, gdyż Polska na 5 minut przed dwunastą zawróciła z drogi, na której doszłaby ponownie do katastrofy rozbioru. Konstytucja 3-go Maja uczy nas jeszcze czegoś innego. W jaki sposób doszło do uchwalenia tej konstytucji? Rzeczy te są ogólnie znane. Wszyscy już wiemy o tym, że Konstytucja 3-go Maja została uchwalona przez zaskoczenie. Konspiracja była ścisła, reżyseria była staranna. Obrano datę 3-go maja jako leżącą tuż po świętach Wielkiej Nocy i korzystając z tego, iż większość posłów była poza Warszawą, ucieknięto się do oszustwa, fabrykując z pełną świadomością ich nieprawdziwości depesze zagraniczne, mające wpływać na wahających się posłów i nakłonić niezdecydowanych do uchwalenia reform.

Zaniedbano przeprowadzić głębszej agitacji w kraju, w szczególności zlekceważono wolę bardzo wyraźną narodu, wyrażoną w sejmikach, tam gdzie chodziło o kwestię dziedziczenia tronu. Bezpośrednio przed Konstytucją 3-go Maja zwrócono się do sejmików z propozycją przyjęcia tronu dziedzicznego i wyboru następcy po Stanisławie Auguście za jego życia. Sejmiki odrzuciły dziedziczność tronu, lecz zgodziły się na wybór vivente rege jego następcy. Był to niesłychany wyłom w polskiej tradycji konstytucyjnej, równie może wielkiej wagi, jak swego czasu rozciągnięcie konfederacji na wszystkie sejmy. Sejm Czteroletni, zamiast na tym poprzestać, uchwalił wbrew wyraźnej woli narodu tron dziedziczny. Gdy się patrzy dziś na te posunięcia, na uchwałę o dziedziczności tronu wbrew woli sejmików i wbrew woli dynastii saskiej, na uchwałę o 100.000 wojsku, co do której było jasną rzeczą dla wszystkich polityków, iż w ówczesnych warunkach polskich zrealizować się nie da, gdy widzi się jak podstępnymi metodami narzucono narodowi te reformy, dochodzi się do wniosku, że przywódcy Sejmu Czteroletniego albo działali niesłychanie lekkomyślnie, albo popychały nimi jakieś ręce, które ryzykując te wszystkie karkołomne posunięcia dążyły nie do naprawy Rzeczypospolitej, ale do jej ponownego rozbioru, do tej ostatecznej zguby.

To, że ludzie mądrzy robili źle, że ludzie stateczni robili lekkomyślnie, bo przecież reżyseria Sejmu Czteroletniego, będąca w rękach ludzi mądrych, była niesłychanie lekkomyślna, budzi podejrzenie, iż działały tutaj siły, którym zależało na zgubie Rzeczypospolitej. I rzeczywiście zguba ta nadeszła rychlej niż się spodziewano. Polska zginęła. Ginąc zostawiła nam nauki, przestrogi.

Dziedzictwo historii

Jeżeli mówimy dziś otwarcie o tym, jak te rzeczy działy się na Sejmie Czteroletnim, jak powstała Konstytucja 3-go Maja, to mówimy o tym dlatego, by wykorzystać te nauki, aby nie popaść z powrotem w dawne błędy. Jest to rzecz bolesna, jest to rozdrapywanie ran, które wolelibyśmy widzieć zabliźnione, ale jest to zabieg konieczny. Roman Dmowski w słynnym ustępie, zaczynającym się od słów: „Jestem Polakiem”, wyjętym z książki pod tytułem: „Myśli nowoczesnego Polaka” – pisał: „Jestem Polakiem – to znaczy, że należę do narodu polskiego na całym jego obszarze i przez cały czas jego istnienia…, to znaczy, że czuję swą ścisłą łączność z całą Polską: z dzisiejszą…, z przeszłą – z tą, która przed tysiącleciem dźwignęła się dopiero…, i z tą, która w połowie przebytej drogi dziejowej rozpościerała się szeroko…, i z tą, która później staczała się ku upadkowi, grzęzła w cywilizacyjnym zastoju, gotując sobie rozkład sił narodowych i zagładę państwa… Wszystko, co polskie, jest moje: niczego się wyrzec nie mogę. Wolno mi być dumnym z tego, co w Polsce jest wielkie, ale muszę przyjąć i upokorzenie, które spada na naród za to, co jest w nim marne”.

Jesteśmy dziedzicami i spadkobiercami nie tylko Grunwaldów, nie tylko Kircholmów, Kłuszynów, Chocimów, Wiedniów, ale jesteśmy również spadkobiercami ponurych chwil upadku, chwil poniżenia. Nie możemy się od nich oddzielić. Jesteśmy ich spadkobiercami, ale jesteśmy spadkobiercami nie tylko hańby, ale i nauki, która płynie z tych czasów.

Czwarta przestroga

Nauka, która płynie z Sejmu Czteroletniego jest następująca: Naród nie może być oddany pod zależność ani obcych podszeptów, ani rozkazów, ani nie może być uzależniony od obcego ducha. Naród musi wytyczyć swoją własną drogę i tylko po niej może dążyć do wielkości. Ta nauka, choć może bolesna, jest nauką krzepiącą. Trzeba z tych przeżyć narodu polskiego umieć wyciągnąć należyte wnioski i odnieść z tego korzyści wielkie, korzyści szczególnie aktualne w dzisiejszej epoce. Stoimy bowiem w przededniu wielkich wypadków, w obliczu zawieruchy dziejowej, na początku wielkiego dramatu dziejowego, właśnie zaczynającego się rozgrywać, dramatu, o którym wiadomo, jak się zaczyna, ale nie wiadomo, jak się skończy. Naród polski przypomina w tej chwili okręt miotany burzą wśród mroków, okręt, który chcąc utrzymać właściwy kurs, musi mieć pewnych sterników i niezawodną busolę. Busolą tą, która nas przeprowadzi przez burze i zawieruchy dziejowe, może być tylko idea narodowa. (Oklaski). Armia i idea narodowa Jeżeli ludzie, którzy starali się uratować Polskę w epoce Sejmu Czteroletniego, doprowadzili ją do zguby i upadku, to dlatego, że nie potrafili zrealizować dwóch podstawowych rzeczy w życiu narodu: nie potrafili zorganizować armii i nie potrafili wytworzyć idei narodowej. My jesteśmy dziś w tym szczęśliwym położeniu, że mamy obie te rzeczy, których brak było naszym przodkom. Mamy silną armię i mamy ideę narodową. (Oklaski). I dlatego w chwili, gdy zaczyna się dramat dziejowy, naród polski mając armię i mając ideę narodową może być przekonany, że ten dramat nie zakończy się dla niego tragicznie, jak się zakończył tragicznie dramat 3-go Maja, ale dramat, który zaczynamy przeżywać, zakończy się finałem zwycięskim! (Burzliwe oklaski).”

„Prosto z Mostu” nr 31(252)/1939, z dn. 30.07.1939 r.

Droga rewolucjo !! Fit for 55, czyli rewolucja za 10 tysięcy miliardów euro. Konieczne jest „przebudzenie” Europejczyków.

Droga rewolucjo! Fit for 55, czyli rewolucja za nawet 10 tysięcy miliardów euro. Konieczne jest „przebudzenie” Europejczyków.

Zbigniew Kuźmiuk

fit-for-55-czyli-rewolucja-za-10-bilionow


Pod koniec kwietnia, najpierw Parlament Europejski, a później Rada Unii Europejskiej, przegłosowały kluczowe cztery akty prawne rozszerzające system EU ETS (handlu pozwoleniami na emisję CO2) na dwie kolejne dziedziny gospodarki – mianowicie TRANSPORT I BUDOWNICTWO, a także zdecydowanie większe niż do tej pory OBCIĄŻENIE KOSZTAMI POZWOLEŃ NA EMISJĘ TRANSPORTU LOTNICZEGO I MORSKIEGO.

Droga rewolucja..

Rozwiązania te oprócz tego, że rozszerzają stosowanie systemu ETS na kolejne dziedziny gospodarki, to także, poprzez zdejmowanie z rynku coraz większej ilości tzw. darmowych uprawnień do emisji CO2, będą windowały w górę cenę tych pozwoleń na europejskich giełdach.

W pakiecie głosowanych aktów prawnych znalazły się także Społeczny Fundusz Klimatyczny, który głównie ma wspierać gospodarstwa domowe w realizacji wymogów polityki klimatycznej, a także tzw. podatek od śladu węglowego (CBAM), mający na celu obciążanie importu do UE niektórych towarów energochłonnych z krajów trzecich, w których nie ma tego rodzaju opłat klimatycznych.

Polska na forum Rady sprzeciwiała się ich przyjęciu ale w żadnej sprawie nie udało się zebrać tzw. mniejszości blokującej, czyli przynajmniej 5 państw członkowskich zamieszkałych przez przynajmniej 35 proc. ludności UE.

Wygląda więc na to, że przysłowiowa „klamka już zapadła” i czeka nas swoista rewolucja w zasadzie w każdej dziedzinie życia, której koszty ostatecznie będą musieli ponieść europejscy przedsiębiorcy i gospodarstwa domowe.

Co kryją przyjęte akty prawne?

Wprawdzie jest jeszcze jakaś nadzieja, że po nadchodzących wyborach do PE w 2024 roku, a także wyborach parlamentarnych w kilku krajach członkowskich (między innymi tej jesieni w Hiszpanii), na tyle zmieni się struktura instytucji unijnych (zarówno PE, Komisji jak i Rady), że będzie można tę rewolucję zastopować, ale do tego konieczne jest „przebudzenie” Europejczyków.

Wspomniana rewolucja ma dotyczyć w zasadzie wszystkich dziedzin naszego życia i zostanie wymuszona od góry, poprzez nałożenie tak wysokich dodatkowych obciążeń finansowych związanych z emisją CO2, że wymusi to ogromny proces inwestycyjny, który nie bardzo wiadomo, jak będzie można sfinansować.

Między innymi w związku z zakazem rejestracji samochodów z silnikiem spalinowym od 2035 roku, czeka nas wymiana ponad 250 mln samochodów na elektryczne, bądź przyszłościowe paliwa syntetyczne (część z nich zarejestrowanych wcześniej będzie jeszcze jeździć po 2035 roku, ale można się domyślać, że zakazami wjazdu, ich eliminacja będzie następowała bardzo szybko).

Do tego musi zostać wybudowana wręcz gigantyczna infrastruktura do ładowania tych samochodów, nie tylko ta przydrożna, ale także ta w wielkich skupiskach ludzkich, czyli blokowiskach miejskich.

Czeka nas także likwidacja w całej Europie ponad 200 elektrowni węglowych i zastąpienie ich innymi stabilnymi źródłami wytwarzania energii elektrycznej (w Polsce będzie to energetyka atomowa), przebudowa technologiczna ok. 500 hut stali, a także „ekologizacja” ok 180 milionów (!!!) budynków mieszkalnych.

A to tylko niektóre elementy tej rewolucji, tak naprawdę czeka nas przebudowa każdej dziedziny życia, przy czym często te zamierzenia opierają się na nadziei, że w ciągu najbliższych kilku lat, zostanie uczyniony taki postęp techniczny i technologiczny, że będą one w ogóle możliwe.

„Rewolucjoniści klimatyczni” twierdzą, że UE i państwa członkowskie będą w stanie to wszystko sfinansować, choć skala tych zmian jest tak gigantyczna, że szacunki kosztów są bardzo rozbieżne i sięgają 5, a może nawet 10 bilionów euro.

Można przyjąć, że UE będzie dysponowała w najbliższym 10-leciu na finansowanie tej rewolucji kwotą ponad 1 biliona euro (300 mld z unijnego wieloletniego budżetu ok. 600 mld euro z Funduszu Odbudowy, reszta ma pochodzić, ze zreformowanego ETS – w tym objęcia nim budynków i transportu), co oznacza, że pozostała część ciężarów finansowych, będzie musiała zostać sfinansowana przez państwa członkowskie, a więc przedsiębiorców i gospodarstwa domowe.

Czy jest to w ogóle możliwe, a szczególnie w krajach członkowskich ciągle goniących najzamożniejsze kraje Europy Zachodniej? Śmiem wątpić.

Rząd warszawski dał dupy Firtaszowi… i UE…!! Uchyla zakaz przywozu produktów rolnych z Ukrainy.

Rząd warszawski dał dupy Firtszowi… i UE…

Rząd uchyla zakaz przywozu produktów rolnych z Ukrainy. ROZPORZĄDZENIE

oprac. Andrzej Mężyński rozporzadzenie- uchyla-zakaz-przywozu

W Dzienniku Ustaw opublikowano we wtorek rozporządzenie uchylające rozporządzenie ws. zakazu przywozu z Ukrainy produktów rolnych. Przepisy krajowe zostaną zastąpione unijnymi środkami zapobiegawczymi dot. przywozu z Ukrainy pszenicy, kukurydzy, rzepaku i słonecznika m.in. do Polski.

Chodzi o rozporządzenie Ministra Rozwoju i Technologii z dnia 2 maja 2023 r. uchylające rozporządzenie w sprawie zakazu przywozu z Ukrainy produktów rolnych. Rozporządzenie wchodzi w życie z dniem ogłoszenia – podano w Dzienniku Ustaw.

Bruksela wprowadza środki zapobiegawcze

Wcześniej we wtorek Komisja Europejska poinformowała o przyjęciu tymczasowych środków zapobiegawczych dotyczących przywozu z Ukrainy pszenicy, kukurydzy, rzepaku i słonecznika. Regulacje te zakazują w okresie od 2 maja do 5 czerwca br. (z możliwością przedłużenia) swobodnego obrotu nasionami wymienionych roślin pochodzącymi z Ukrainy w pięciu państw członkowskich UE: Bułgarii, Polsce i Rumunii oraz na Węgrzech i Słowacji. Produkty te nadal mogą znajdować się w tranzycie przez te pięć państw członkowskich w ramach wspólnej celnej procedury tranzytowej lub trafiać do kraju lub terytorium poza UE. Pochodzące z Ukrainy pszenica, kukurydza, rzepak i słonecznik mogą również być dopuszczane do swobodnego obrotu we wszystkich państwach członkowskich UE innych niż Bułgaria, Polska, Rumunia, Słowacja i Węgry.

Jak podała KE, ogłoszone we wtorek restrykcje mają na celu złagodzenie wąskich gardeł logistycznych dotyczących pszenicy, kukurydzy, rzepaku i słonecznika w Bułgarii, Polsce, Rumunii i na Słowacji oraz na Węgrzech. Komisja zaznaczyła, że jednocześnie Bułgaria, Węgry, Polska i Słowacja zobowiązały się do zniesienia jednostronnych środków dotyczących tych i wszelkich innych produktów pochodzących z Ukrainy.

„Ogólny pakiet wsparcia”

„Środki te stanowią część ogólnego pakietu wsparcia proponowanego przez Komisję i zostaną uzupełnione wsparciem finansowym dla rolników w pięciu państwach członkowskich oraz dalszymi środkami ułatwiającymi tranzyt zboża wywożonego z Ukrainy przez korytarze solidarności do innych państw członkowskich i krajów trzecich” – dodała KE.

Komisja podkreśliła ponadto, że „jest gotowa” do ponownego wprowadzenia środków zapobiegawczych po wygaśnięciu obecnego rozporządzenia w sprawie zniesienia ceł na towary z Ukrainy w dniu 5 czerwca 2023 r., o ile wyjątkowa sytuacja będzie się utrzymywać.

Czego dotyczyło polskie rozporządzenie?

Uchylone we wtorek rozporządzenie Ministra Rozwoju i Technologii z dnia 21 kwietnia 2023 r. w sprawie zakazu przywozu z Ukrainy produktów rolnych zakładało zakaz przywożenia z Ukrainy do Polski do 30 czerwca br. następujących produktów rolnych: zboża, cukru, suszu paszowego, nasion, chmielu, lnu i konopi, owoców i warzyw, produktów z przetworzonych owoców i warzyw, wina, wołowiny i cielęciny, mleka i przetworów mlecznych, wieprzowiny, baraniny i koziny, jaj, mięsa drobiowego, alkoholu etylowego pochodzenia rolniczego, produktów pszczelich oraz pozostałych produktów.

Możliwy był natomiast przewóz towarów z Ukrainy przez Polskę na podstawie przepisów unijnych o tranzycie zewnętrznym albo na podstawie konwencji o wspólnej procedurze tranzytowej, pod warunkiem że tranzyt przez Polskę zakończy się w portach morskich w Gdańsku, Gdyni, Świnoujściu, Szczecinie lub Kołobrzegu (od 28 kwietnia br.), bądź też poza terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.

Kampania z Putinem w tle

Kampania z Putinem w tle

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  •  30 kwietnia 2023 tekst

Afera z ukraińskim zbożem skończyła się tak samo nagle, jak wybuchła. Rząd „dobrej zmiany” ogłosił, że „do lipca” zboże z Polski wyjedzie. Co prawda nie wiadomo jeszcze – dokąd – bo, jak pamiętamy, miało wyjechać i wcześniej, jako że wjechało tylko tranzytem.

A w ogóle okazało się, że to wszystko przez Putina, bo nakradł się na Ukrainie zboża, no a potem swoim zwyczajem zasypywał zbożowe magazyny w Polsce – ale nie pierwszorządnym zbożem z Ukrainy, które przerabiał na białe, chrupiące bułeczki, tylko ruskim Scheissem, co to nie nadaje się nawet na paszę. Takie głuche wieści krążą wśród wyznawców Jarosława Kaczyńskiego, który zarówno w tej sprawie, jak i we wszystkich innych, w których maczał palce, jest czysty, jak łza, jakby się wykąpał w hyzopie. Jak wiadomo z Pisma Świętego, wystarczy kogoś tylko pokropić hyzopem, a już staje się bielszy od śniegu, a cóż dopiero, gdy się wykąpie? Po takim zabiegu wykąpany staje się podobny do czystego typa nordyckiego, który – jak wiadomo – jest czysty i bez mydła.

Dzięki temu, że afera z ukraińskim zbożem zakończyła się wesołym oberkiem, możemy spokojnie czekać na zapowiadaną ofensywę niezwyciężonej ukraińskiej armii, która, jak wsiądzie żołdakom Putina na karki, to się nie zatrzyma, aż w Moskwie, a kto wie, czy nie dalej – na przykład – we Władywostoku? Takie rewelacje na temat ukraińskich planów wyciekły ostatnio z Ameryki. Wyobrażam sobie, w jaką panikę musiało to wpędzić zimnego ruskiego czekistę Putina. Jeszcze nie wiemy dokładnie, co w tej sytuacji postanowi, ale jestem pewien, że wkrótce ukraiński wywiad poda nam do wierzenia zbawienną prawdę, że wycofa się na z góry upatrzone pozycje na Nowej Ziemi, podczas gdy europejska część Rosji przekształci się w strefę zdemilitaryzowaną. Z jakiegoś zagadkowego powodu wiele sobie po tym obiecuje były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Aleksander Kwaśniewski, w swoim czasie kolegujący z Hunterem Bidenem, synem Pana Naszego z Waszyngtonu, na służbie u ukraińskiego oligarchy Mykoły Złoczowskiego. Teraz na Ukrainie trwa wojna, ale tylko patrzeć, jak zakończy się ostatecznym zwycięstwem, po którym Polska zleje się z Ukrainą i będzie ją odbudowywała, zgodnie z umową z 2 grudnia 2016 roku, na podstawie której polski rząd zobowiązał się do nieodpłatnego udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa. Ileż tu będzie można się nakraść – tego oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie ogarnia, toteż nic dziwnego, że wszyscy miłujący pokój Europejczycy nie mogą się już ostatecznego zwycięstwa doczekać.

Tymczasem jednak w naszym bantustanie rozkręca się kampania wyborcza, w ramach której Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński próbuje usidlić złowrogiego Donalda Tuska. W tym celu Sejm przyjął ustawę o nadzwyczajnej komisji, która będzie badała ruskie wpływy w polskiej polityce i jak tylko zdemaskuje Tuska, bo zrobi mu szlaban na funkcje publiczne na całe 10 lat. W tej komisji, obok zasłużonych parlamentarzystów mają zasiadać też sprawdzeni, pierwszorzędni fachowcy spoza Sejmu – ale niestety nie wiadomo, czy pan prezydent Duda pójdzie na ten kozacki numer i ustawę podpisze. Może ją przed podpisaniem skierować do Trybunału Konstytucyjnego, który, jak wiadomo, jest sparaliżowany z powodu odmowy uznania przez część sędziów pani Julii Przyłębskiej na stanowisku prezesa, w związku z czym każda sprawa, która tam trafi, jakby zapadła się w czarną dziurę. Tedy na wszelki wypadek Naczelnik zaktywizował się na odcinku smoleńskim, z czego skorzystał Wielce Czcigodny Antoni Macierewicz, po 13 latach od katastrofy kierując do prokuratury zawiadomienie o „możliwości popełnienia przestępstwa zamordowania prezydenta Lecha Kaczyńskiego i pozostałych 95 osób”. Z ustaleń sławnej podkomisji wynika, że w Smoleńsku był zamach, polegający na wybuchu bomby, a może nawet dwóch bomb, które prawdopodobnie umieścił w samolocie Putin. W tej sytuacji prokuraturze pozostawałoby tylko ustalić rolę Donalda Tuska w tym zamachu – czy na przykład podsadzał Putina, kiedy ten wkładał bombę do lecącego samolotu, czy przyłożył rękę w jakiś inny sposób – ale te informacje prokuratura przy pomocy pierwszorzędnych fachowców potrafi wydobyć z Donalda Tuska w areszcie wydobywczym. Niestety prokuratura to jedna sprawa, a niezawisłe sądy, to sprawa druga. Jak wiadomo, znaczna część niezawisłych sędziów sympatyzuje z Volksdeutsche Partei, więc trudno powiedzieć, czy w tej sytuacji uda się wpakować złowrogiego Tuska do aresztu wydobywczego. W tej sytuacji narodził się projekt ustawy o zaostrzeniu odpowiedzialności nie tylko za bycie ruskim agentem lub onucą, ale również – za uleganie ruskiej dezinformacji. Jak wiadomo ruskiej dezinformacji ulegać nam nie wolno. Jeśli już – to jakiejś innej – chociaż i to wiąże się z ryzykiem. zecz w tym, że wspomniany projekt stoi na nieubłaganym stanowisku, że ruskim agentem można zostać również „bez swojej wiedzy i zgody” – a w tej sytuacji przez Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego otwierają się przepastne możliwości. Ponieważ taki agent sam nie wie, że jest ruskim agentem, to koronnym dowodem w sprawie siłą rzeczy musi być przyznanie się delikwenta w momencie, kiedy przesłuchujący śledczy uświadomi mu całą ohydę jego czynu; „Wiecie, rozumiecie, z wami jest brzydka sprawa!”. W ten sposób wracamy do starej, sprawdzonej teorii dowodów, według której confessio est regina probationum, co się wykłada, że przyznanie jest królową dowodów. Jeśli tedy projekt ten wszedłby w życie, to nie ulega wątpliwości, że pierwszorzędni fachowcy nie tylko złowrogiego Donalda Tuska, ale i każdego innego obywatela mogliby przekonać, żeby przyznał się do czego akurat tam będzie trzeba. W ten sposób przekonujemy się po raz kolejny, ile racji mają militaryści twierdzący, że trzeba korzystać z wojny, bo pokój będzie straszny. Nie ulega bowiem wątpliwości, że przy pomocy takich narzędzi uda się przywrócić upragnioną jedność moralno-polityczną narodu, a każdego kto usiłowałby sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów, postraszy się Putinem, który jest dobry na wszystko – nawet na ładną, niewinną panienkę.

Kiedy tak rząd „dobrej zmiany” próbuje przywrócić jedność moralno-polityczną narodu, przeżyliśmy dwie rocznice. Pierwsza – to 80 rocznica powstania w getcie warszawskim. Z tej okazji pani Barbara Engelking powtórzyła oskarżenia, jakie już na początku lat 90-tych pojawiły się w żydowskich organizacjach przemysłu holokaustu, że Polacy podczas okupacji nie pomogli Żydom. Wprawdzie to oskarżenie można by odwrócić, że Żydzi nie kiwnęli nawet palcem, by ocalić od śmierci 3,5 miliona Polaków, ale po stronie polskiej nikt tego nie robi, zdając sobie sprawę z jego absurdalności, podczas gdy strona żydowska się nie krępuje i realizuje w podskokach skoordynowane polityki historyczne: żydowską i niemiecką. Wielce Czcigodny poseł Dominik Tarczyński oskarżył nawet panią Engelking do prokuratury, ale nie wydaje mi się, by znalazł się w Polsce sąd, który odważyłby się zrobić krzywdę pani Barbarze Engelking, więc myślę, że może ona rozwijać swoją działalność całkowicie bezpiecznie. Niezależnie do tego Wielce Czcigodna Anna Maria Żukowska, z pierwszorzędnymi korzeniami, właśnie zaszmalcowała pana premiera Morawieckiego, że jako Żyd przypisał wszystkie zasługi tubylczym nacjonalistom, a nie – dajmy na to – Gwardii Ludowej. Druga rocznica, to rocznica uchwalenia ustawy o obronie Ojczyzny, na podstawie której nasza niezwyciężona armia ma zostać powiększona do 300 tysięcy. Z tej okazji Naczelnik Państwa powiedział, że musimy być przygotowani „na każdą ewentualność”. I słuszna jego racja, bo przecież nie wiemy, co każe nam zrobić Nasz Najważniejszy Sojusznik tym bardziej, że za „wzmacnianie wschodniej flanki NATO” rząd „dobrej zmiany” bez mrugnięcia okiem płaci i nawet się nie targuje. Bo i on wie i my wiemy, że w przeciwnym razie zaraz byśmy musieli wszyscy zakochać się w panu Szymonie Hołowni, jako jasnym idolu, a tak, to po staremu kochamy się w Naczelniku, premierze Morawieckim i wicepremierze Błaszczaku.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

„Kto za nimi stoi?!!” Ujawniamy źródło finansowania Ordo Iuris

Szanowny Panie,
nieprzychylne nam media regularnie publikują artykuły z tego typu tytułami. W atmosferze dziennikarskiego śledztwa i ujawniania rzekomych tajemnic piszą niestworzone historie o naszym finansowaniu. Raz upatrują go w brazylijskich tajnych stowarzyszeniach, kiedy indziej u kalifornijskich producentów wina, niemieckich książąt lub rosyjskich oligarchów.Ale prawda jest dużo prostsza – finansują nas wyłącznie polskie rodziny. Ujawniamy to i chwalimy się tym od dawna. Piszemy o tym wprost w sprawozdaniach finansowych publikowanych od samego początku na naszej stronie internetowej.Raz jeszcze dziękując wszystkim naszym Darczyńcom i Przyjaciołom, Prezes Instytutu Ordo Iuris mec. Jerzy Kwaśniewski nagrał specjalny film, w którym szczegółowo odpowiada o modelu finansowania Ordo Iuris. Rzeczowo, poważnie, a czasem z przymrużeniem oka komentując doniesienia lewicowych mediów, które nie mogą znieść naszego wspólnego sukcesu.
Serdecznie zachęcam Pana do zapoznania się z tym materiałem.

http://isok.ordoiuris.pl/mailing/request/stats?url
https://www.youtube.com/watch/&s=112628860&a=31&t=MDBEZkE5M2U4L1p0UQ%3D%3D&n1=v&w1=Ifb9CdTx0nk

Jednocześnie polecam Pana uwadze wiadomość, która trafiła na Pana skrzynkę w ubiegłym tygodniu. Mec. Kwaśniewski dziękuje w niej za to, że to właśnie dzięki takim ludziom jak Pan możemy z uśmiechem i pewnym politowaniem czytać kolejne sensacyjne artykuły o tajemniczych źródłach naszego finansowania.Jak bardzo uwiera naszych przeciwników prawda, że Instytut Ordo Iuris jest finansowany przez tysiące polskich rodzin, których hojność pozwala nam konsekwentnie i skutecznie bronić życia, rodziny i wolności w kraju i poza jego granicami. Nie mogąc pogodzić się z tym sieją dezinformację, mając nadzieję na zablokowanie naszych działań. Pomimo ich wysiłków, Społeczność Ordo Iuris systematycznie rośnie co napawa nas nadzieją i wiarą, że razem obronimy naszą cywilizację.Z wyrazami szacunkuMonika Leszczyńska - Wiceprezes ds. Członkowskich Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo IurisP.S. Serdecznie zachęcam Pana do przekazania dalej powyższego nagrania – zwłaszcza tym z Pana bliskich i znajomych, którzy jeszcze nie poznali Ordo Iuris.   

===========================
Temat: Dziękuję!
Data: środa, 26 kwietnia 2023 r., godz. 23:29
Nadawca: Jerzy Kwaśniewski Ordo Iuris
Szanowny Panie,
dziś chciałbym napisać Panu tylko jedno słowo – dziękuję!
Dziękuję nie tylko w imieniu całego zespołu Ordo Iuris, ale także (a może nawet – przede wszystkim!) w imieniu wszystkich rodzin, które uratowaliśmy przed rozłączeniem oraz w imieniu obronionych ofiar aktów nietolerancji i nienawiści wymierzonych w chrześcijan, którym udzieliliśmy pomocy.Gdy regularnie opisuję Panu stojące przed nami wyzwania i zagrożenia oraz sukcesy odnoszone w obronie życia, rodziny, wolności, narodowej i religijnej tożsamości – zawsze mocno podkreślam, że przez ostatnie 10 lat udało nam się zmienić tak wiele wyłącznie dzięki budowie trwałych relacji i wsparciu otrzymywanemu od naszych Przyjaciół i Darczyńców. Bez nich nie byłoby Ordo Iuris, a otaczający nas świat wyglądałby inaczej.
Tylko w ciągu ostatnich kilku miesięcy pisaliśmy między innymi o ostatecznym zwycięstwie w sprawie szykanowanej za wierność prawdzie prof. Ewy Budzyńskiej, przywróceniu do pracy Janusza Komendy zwolnionego za cytowanie Pisma Świętego w IKEA czy ostatnim przełomowym sukcesie w precedensowym procesie pierwszej aborcjonistki, skazanej za rozprowadzanie nielegalnych pigułek aborcyjnych.
Żadnego z tych i wielu innych zwycięstw by nie byłoby, gdyby nie wsparcie ludzi takich jak Pan, bo bez naszych Przyjaciół, których hojność pozwala nam pokrywać koszty odnoszonych sukcesów – nie byłoby Instytutu Ordo Iuris. Przed nami poważne wyzwania. Z niepokojem obserwujemy narastające zagrożenia ze strony lobbystów dominujących w strukturach międzynarodowych organizacji jak ONZ, WHO czy UE. Często jesteśmy na tych forach jedynym głosem obrońców życia, tradycyjnie pojmowanej wolności czy małżeństwa. Nie ustają też nasze prace nad obroną chrześcijan, ochroną wolności słowa przed rodzącymi się nurtami nowej cenzury, badaniem skutecznej polityki rodzinnej.
Jak zwykle, liczne tematy podejmujemy jako pierwsi, inspirując zmiany w polityce państwa, orzecznictwie i ustawodawstwie.Chciałbym skorzystać z tej okazji, by przekazać na Pana ręce wszystkie wyrazy wdzięczności jakie otrzymujemy nie tylko podczas spotkań w Polsce, ale także podczas rozmów z Polakami poza granicami kraju. Dosłownie wczoraj jeden z przedstawicieli Polonii kanadyjskiej, nagrywając zaproszenie na spotkanie z Ordo Iuris w Toronto, mówił o nas w takich słowach:
Ordo Iuris to fundacja niesamowicie zasłużona dla obrony wolności, dla obrony rodziny, dla obrony życia. I to nie tylko w Polsce, ale również na arenie międzynarodowej – na forum ONZ, na forum Unii Europejskiej. I dlatego jest to fundacja niesamowicie potrzebna i pokazująca w jaki sposób można jeszcze w dzisiejszym świecie skutecznie działać – na ile można sypać piasek w szprychy tej neomarksistowskiej rewolucji.Przekazuje Panu te słowa, żeby podkreślić, że są to wyrazy uznania i szacunku nie tylko dla prawników Ordo Iuris. 
To także słowa skierowane do Pana, bo nasze sukcesy to także Pana sukcesy. Dlatego będę Panu bardzo wdzięczny za kontynuowanie wsparcia dla naszej działalności, która z każdym kolejnym miesiącem staje się coraz bardziej potrzebna oraz za zachęcenie swoich bliskich i znajomych do zainteresowania się tym, co robimy.Jeśli grono Przyjaciół Instytutu Ordo Iuris będzie systematycznie wzrastać, będziemy mieć coraz większy wpływ na otaczającą nas rzeczywistość, na procesy dziejowe nie tylko w Polsce ale i za granicą, co staje się coraz ważniejsze, bo tworzone tam prawo ma coraz większy wpływ na nasze życie.
Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk
Z wyrazami szacunkuAdw. Jerzy Kwaśniewski - Prezes Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo IurisInstytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris jest fundacją i prowadzi działalność tylko dzięki hojności swoich Darczyńców.

BKP: Kontynentalna Droga synodalna przeciwko Chrystusowej drodze zbawienia

BKP: Kontynentalna Droga synodalna przeciwko Chrystusowej drodze zbawienia

Część 1: Uzasadnienie

wideo: http://vkpatriarhat.org/pl/?p=20386 https://meeting.wistia.com/medias/umh59y2eki

https://bcp-video.org/pl/przeciwko/ https://rumble.com/v2c2ag8-przeciwko-1.html

https://cos.tv/videos/play/42885011617648640 https://ugetube.com/watch/OvAkFXl1OjzVvcD

W Pradze w dniach 5-12 lutego 2023 r. odbyło się tzw. Kontynentalne Zgromadzenie Drogi synodalnej. Wielu uczestników, jak sami przyznali, nawet nie wiedzą, czym jest Droga synodalna. Mimo to śpiewają jej ody i mówią o niej w superlatywach i z wielkim entuzjazmem. Do kontynentalnego zgromadzenia w Pradze w pełni odnosi się słowo Pańskie wypowiedziane przez proroka Izajasza: Przykazanie za przykazaniem, przykazanie za przykazaniem, przepis za przepisem, przepis za przepisem, trochę tu, trochę tam (Iz 28:10). A prorok Izajasz wyjaśnia to jeszcze bardziej szczegółowo: Również i ci chodzą chwiejnie na skutek wina, zataczają się pod wpływem sycery kapłan i prorok … Wszystkie stoły są pełne zwymiotowanych brudów; nie ma miejsca czystego… Podaje się przykazanie za przykazaniem, przykazanie za przykazaniem, przepis za przepisem, przepis za przepisem, trochę tu, trochę tam.Dlatego posłuchajcie słowa Pańskiego, samochwalcy, panujący nad tym ludemMówicie: «Zawarliśmy przymierze ze śmiercią, i z szeolem zrobiliśmy układ. Gdy się rozleje powódź wrogów, nas nie dosięgnie, bo z kłamstwa uczyniliśmy sobie schronisko i skryliśmy się pod fałszem» (zobacz Iz 28:7-15).

Gdyby to pozostało tylko teorią: przykazanie za przykazaniem, przepis za przepisem, moglibyśmy machnąć ręką, ale te przykazania i przepisy skrywają zaszyfrowany proces przejścia Kościoła do antykościoła New Age – do synagogi szatana. Tam prawa Boże zostaną już całkowicie zastąpione przez niemoralne zbrodnie LGBTQ, za które Bóg karze zarówno doczesnym, jak i wiecznym ogniem (Judy 7, 2Pt 2,6). Bergogliowa synodalna droga jest zakończeniem realizacji aggiornamento z duchem tego świata, zapoczątkowanego przez II Watykański Sobór.

Na przestrzeni dziejów, aż do II Soboru Watykańskiego, Kościół zachowywał ortodoksję, która chroniła go przed herezjami. Jednocześnie posiadał ortopraktykę, związaną z przestrzeganiem Bożych praw i przykazań. Ortodoksja i ortopraktyka opierały się na Piśmie Świętym i Tradycji, zarówno apostolskiej, jak i na Tradycji Ojców Kościoła, męczenników i świętych. Sobór (1962-65) spowodował przełom. Przyjął herezję modernizmu, a po Soborze ta herezja zapanowała we wszystkich szkołach teologicznych. Ortopraktyka została przez to stopniowo sparaliżowana. Proces samozniszczenia osiąga teraz punkt kulminacyjny w Bergogliowej Drodze synodalnej.

Co trzeba zrobić, aby Kościół mógł powrócić na bezpieczną drogę zbawienia, drogę naśladowania Chrystusa? Trzeba odnowić ortodoksję. Więc najpierw trzeba nazwać herezję modernizmu w duchu historyczno-krytycznej metody herezją. Również II Watykański Sobór należy nazwać tym, czym był, tj. heretyckim. Także pseudo-papież Bergoglio powinien być nazywany tym, czym jest – kościelnym oszustem i heretykiem.

Jak ćwiczyć ortopraktykę? Przede wszystkim musimy być świadomi negatywnych wpływów teraźniejszości, które przeszkadzają w zbawczej drodze naśladowania Chrystusa. Jest to silny wpływ ducha świata na Kościół i na poszczególnych wierzących. Ten duch sprzeciwia się Duchowi Bożemu, Duchowi Prawdy. Dziś duch świata promuje wszelkie formy niemoralności LGBTQ poprzez ideologię gender. Chrześcijaninem manipuluje duch świata, przede wszystkim za pośrednictwem portali społecznościowych na smartfonach, którym poświęca kilka godzin dziennie. Jeśli dzisiaj idzie tą szeroką drogą ku zagładzie, nie ma już nawet zbawiennego strachu, bo Droga synodalna mu wszystko zatwierdzi i uświęci. Bóg mówi przez proroka także i dzisiaj: „Usiłują zaradzić katastrofie mojegonarodu, mówiąc beztrosko Pokój, pokój , a tymczasem nie ma pokoju. Okryci są hańbą, ponieważ postępowali obrzydliwie. Co więcej, zupełnie się nie wstydzą, dlatego upadną wśród tych, co mają upaść, runą, gdy ich nawiedzę – wyrocznia Pana (Jr 6:14-15).

I dalej przez proroka woła: Biada tym, którzy na postronkach dla wołu ciągną nieprawości i na powrozach uprzęży swe grzechy! Biada tym, którzy zło nazywają dobrem, a dobro złem, którzy zamieniają ciemności na światło, a światło na ciemności, którzy przemieniają gorycz na słodycz, a słodycz na gorycz! …Odrzucili Prawo Pana Zastępów i wzgardzili tym, co mówił Święty Izraela (Iz 5:18-24).

Synod o synodalności w ogóle nie rozwiązuje najważniejszej kwestii  zbawienia duszy. Dlatego dzisiaj każdy chrześcijanin staje przed życiowym wyborem – albo droga synodalna, która prowadzi do zatracenia duszy w piekle, albo Droga, którą jest Chrystus. Ona wiąże się z modlitwą, pokutą i przestrzeganiem Bożych przykazani. Każdy musi dziś podjąć decyzję. Jeśli chce ocalić swoją duszę, musi zrobić radykalny krok, a jest nim nawrócenie i pokuta. Musi oddzielić się od fałszywej Bergogliańskiej Drogi synodalnej i od fałszywego papieża. Jednocześnie jest to niezbędny krok do przywrócenia prawowiernego nauczania – ortodoksji. Następnie musi wejść na Chrystusową drogę naśladowania – to jest ortopraktyka.

Należy podziękować świętemu papieżowi Piusowi X za potępienie herezji modernizmu i dążenie do odrodzenia wszystkich wierzących w Chrystusie. Odnowę ortopraktyki określił już na początku ubiegłego stulecia. Wiązało się to z czcią dla Boskiego Serca Pańskiego, z pierwszymi piątkami, z modlitwą różańcową, z czcią dla Chrystusa Króla. Pamiętajmy o męczennikach z Meksyku, którzy umierali, mówiąc: „Viva Christo Rei!” – „Niech żyje Chrystus Król!”

I dziś jest możliwe odnowienie ortopraktyki, ale będzie to wymagało jeszcze bardziej radykalnych kroków niż w przeszłości, zwłaszcza w życiu modlitewnym każdego wierzącego.

W drugiej części jest krótko podsumowana sprawdzona ortopraktyka dla dzisiejszych warunków.

BKP: Kontynentalna Droga synodalna przeciwko Chrystusowej drodze zbawienia

Część 2: Program szczegółowy

wideo: https://meeting.wistia.com/medias/n2rnviswde https://rumble.com/v2c360w-przeciwko-2.html

https://cos.tv/videos/play/42904097894469632 https://ugetube.com/watch/gCk3zzRtXuTFYr4

Co powinna zawierać ortopraktyka, abyś i Ty w dzisiejszym świecie zachował żywą wiarę?

1) Przestrzegaj porządku codziennej Godziny Świętej. Jest to czas na modlitwę od 20:00 do 21:00h.

2) Weź godzinę modlitewnej straży i w ten sposób zaangażuj się w nieustanną modlitwę. Nie czekaj, aż inni się zorganizują, zacznij się modlić o godzinie, która Ci odpowiada

3) Przestrzegaj siedmiu przystanków na modlitwę w ciągu dnia: po przebudzeniu, o 9:00, 12:00, 15:00, 18:00, o 21:00 i przed pójściem spać (por. Ps 119:164)

Poprzez te trzy praktyki oddajesz Bogu dziesięcinę z pory dnia – 2,5 godziny.

4) Sobota fatimska – można też powiedzieć biblijny nowiu. Byłoby dobrze, gdyby mężczyźni we wspólnocie spędzali jeden dzień w miesiącu, najlepiej całą pierwszą sobotę, jako dzień pokuty i modlitwy. Tutaj też jest miejsce na Słowo Boże i świadectwa z modlitwy i z życia. Podobnie niech i gorliwe kobiety jedną sobotę w miesiącu spędzają razem na modlitwie i świadectwach. Tu uzyskują siłę do dźwigania krzyży w życiu.

5) Świętowanie niedzieli

Zaczyna się już w sobotę wieczorem. Rodzina modli się razem w domu. Od 20:00 do 21:00 jest Godzina święta, po której śpiewana jest pieśń wielkanocna i tym rozpoczyna się świętowanie niedzieli. W pierwszej godzinie zgodnie z zaleceniami zawartymi w broszurze doświadczają konkretnych prawd związanych ze zmartwychwstaniem Chrystusa.

Rano, od godziny 5 do 7, kontynuowana jest modlitwa rodzinna, zgodnie z zaleceniami zawartymi w broszurze. Chodzi o doświadczenie konkretnych prawd Ewangelii związanych z niedzielnym porankiem Zmartwychwstania.

Potem jest śniadanie, odpoczynek, a od 8:00 lub 8:30 do 9:00 lub 9:30 następuje godzinna modlitwa do Ducha Świętego według wskazówek.

Następnie rodzina uczestniczy we Mszy św.

Jeśli nie ma możliwości pójścia na prawowierną Liturgię, można przeżyć duchowo Liturgię według broszury lub obejrzeć transmisję online z prawowiernej Liturgii, odprawianej przez księdza lub biskupa, który nie pozwolił wciągnąć siebie w tzw. Drogę synodalną, promującą legalizację LGBTQ niemoralności.

Jeśli rodzina ogląda Liturgię online w domu, dobrze byłoby po niej pomodlić się modlitwę wiary zgodnie z Mk 11:23.

Po południu rodziny spotykają się około 15:00, kobiety są razem we wspólnocie. Jeśli gromadzą się młode rodziny, należy zadbać o to, aby ktoś zaopiekował się dziećmi i przygotował dla nich przydatny program.

Mężczyźni zbierają się we wspólnocie osobno. Prawowierny katolicki Kościół musi liczyć się z przejściem do katakumb, więc wystarczy, aby zgromadziło się od 3 do 5 rodzin, proporcjonalnie do dostępnej im przestrzeni.

Druga opcja jest taka, że zbiera się kilka rodzin i obecny jest też prawowierny ksiądz. W takim przypadku praktyczne jest zabranie ze sobą jedzenia i pozostanie zaraz po Liturgii na wspólną modlitwę i braterską wspólnotę. Następnie mogą zakończyć niedzielny program około godziny 15:00.

Tradycja przedsoborowego Kościoła była taka, że ze wsi, w której nie było kościoła, wierni gromadzili się w centrum wsi. Po Mszy św. nie wracali od razu do domu, ale zostali do popołudnia. Zabrali ze sobą prosty posiłek i po Mszy św. mieli przekąskę. Wolny czas, 2-3 godziny, wykorzystywali na rozmowy przed kościołem lub na prywatną modlitwę w kościele. Po południu ksiądz studiował z nimi np. katechizm, a potem była adoracja z błogosławieństwem. Po zakończeniu błogosławieństwa dopiero wracali do domu.

Dziś we wspólnocie braterskiej jest miejsce na rozwiązywanie problemów związanych z wychowaniem, relacjami rodzinnymi, materialnymi i zawodowymi sprawami oraz wzajemnej zachęty. Nie należy również zapominać o poszukiwaniach i myśleniu o tym, jak wprowadzić słowo Boże w swoje życie. Istotą drogi naśladowania Chrystusa jest nie tylko praktyka zewnętrznego samozaparcia, ale przede wszystkim wewnętrzne wyrzeczenie się własnego ego. A to jest stopniowy proces. Święci nazywają to drogą oczyszczenia. Następnie mówi również o drodze oświecenia i drodze połączenia. Tutaj rolę odgrywają nie tylko nasze starania, ale także łaska Boża.

A właśnie Bożą łaskę do naśladowania Chrystusa otrzymujemy najwięcej przez modlitwę. W żadnym ale wypadku nie można mieszać wewnętrznej modlitwy z pogańskimi praktykami jogi lub zen buddyzmu! Wewnętrznemu oczyszczeniu i uzdrowieniu duszy z różnych złych nawyków czy uzależnień pomaga także wspólnota, w której można otwarcie rozmawiać na ten temat i gdzie jeden drugiemu może pomóc. Z jednej strony może trafnie wskazać błędy, których druga osoba nie jest świadoma, a z drugiej strony może z wyczuciem przekazać doświadczenie z walki w tym obszarze. Człowiekowi trudno jest przyjąć pouczenie lub upomnienie, i albo popada w smutek, albo zamyka się w urażeności. W procesie oczyszczania duszy wytykanie błędów to bardzo delikatna sprawa, ale prawdziwa psychiczna higiena.

Duchowy proces prowadzący do odrodzenia nie jest możliwy, jeśli członkowie wspólnoty nie przestrzegają porządku modlitwy. Osobista modlitwa wzmacnia więź z Jezusem. Tam człowiek oddaje Mu swoje grzechy i najskrytsze boleści, a także uczy się odczuwać ból Jezusa. Uświadamia sobie swoją niewdzięczność, obojętność, samowolę, obraźliwość… W zjednoczeniu z Chrystusem ukrzyżowanym przychodzi światło poznania głębokich Bożych tajemnic, które wiążą się z chrztem świętym i ze świętą Liturgią. Z takiej modlitwy wypływa moc łaski dla zbawienia dusz.

Wieczorem w domu rodzina zakończy świętowanie niedzieli Godziną świętą od 20:00 do 21:00. Doświadczają prawdy o ukazaniu się Chrystusa apostołom bez Tomasza, a następnie z Tomaszem (patrz broszura).

W pogłębieniu relacji ze Zbawicielem bardzo pomaga modlić się w czwartek wieczorem i w piątek wieczorem w Godzinie świętej prawdy związane z cierpieniem i śmiercią Chrystusa. (Zawarte są w broszurze „Droga Krzyżowa” i „Siedem słów z Krzyża”).

Zaleca się także, zwłaszcza początkującym, a także innym na zachętę, czytanie nie tylko Ewangelii, ale także czytanie żywej Ewangelii, czyli życiorysów męczenników i świętych. Ci zachęcają i motywują do naśladowania zgodnie z zasadą: „Mogli inni, mogli inne, czemu nie ty (Augustynie)?

Jeśli człowiek przeżyje nawrócenie i w pełni otworzy się na działanie Ducha Świętego, musi jednocześnie zerwać z fałszywą duchowością pogańskich pseudoreligii i ich praktyk z różnymi formami zabobonów, magią, spirytyzmem i wróżbiarstwem. Dziś wszystko to jest częścią pseudokultury, która jest narzucana już dzieciom. Dopiero po takim kroku nawrócenia można wejść na drogę naśladowania Chrystusa. Aby jednak w dzisiejszych czasach wytrwać, nie zgasić ogień Ducha, nie stracić wiary i nie popaść w niewolę grzechu i ducha świata, potrzebuje się właśnie tego konkretnego programu duchowego, czyli jasnej drogi naśladowania Chrystusa. Ta wypróbowana droga nie jest podobna do tej synodalnej, o której prorok mówi, że jest tylko przykazanie za przykazaniem, przepis za przepisem. Droga Chrystusowa prowadzi bezpiecznie do zbawienia.

Na drodze Chrystusa chrześcijanin często przypomina sobie cztery rzeczywistości, a mianowicie śmierć, Boży sąd, wieczność i Boże miłosierdzie, związane z pokutą. Ta duchowość koncentruje się na Chrystusie ukrzyżowanym i zmartwychwstałym! Jest to droga Chrystocentryczna. Zanim chrześcijanin wejdzie na tę drogę, bardzo wskazane jest, aby przeszedł przynajmniej czterodniowe rekolekcje, podczas których może uświadomić sobie najbardziej podstawowe prawdy dotyczące swojego zbawienia w Jezusie Chrystusie. Trzeba przyjąć Jezusa Chrystusa jako osobistego Zbawiciela i Pana, złożyć w Jego ręce swoją przeszłość, przyszłość i żywą teraźniejszość.

Podczas tych rekolekcji powinien także z wiarą pod krzyżem przeżyć testament Chrystusa i przyjąć Matkę Jezusa jako swoją. Konieczne jest również otwarcie się na Ducha Świętego i wyrzeczenie się wszelkich form okultyzmu. W kwestii pierwszego przykazania po takich ćwiczeniach duchowych każdy wierzący musi mieć jasność, a także musi mieć jasność w kwestii współczesnych herezji, które niszczą żywą więź z Chrystusem.

Każdy, kto przeżyje czterodniowe rekolekcje, powinien odejść z tym, że dołączy do wspólnoty i wejdzie na duchową drogę, na której przyjmie porządek modlitwy, czyli Chrystusową drogę zbawienia.

Godzina święta, modlitewne straże, siedem przystanków w ciągu dnia, sobota fatimska lub nowiu i świętowanie niedzieli  to czas ofiarowany Bogu i duszy. To jest ofiara żywa i święta, to jest nasza duchowa służba Bogu. Z drugiej strony tak zwana Droga synodalna prowadzi poprzez przyjęcie ducha świata i duchów, kryjących się za LGBTQ, do potępienia. Tę fałszywą drogę chrześcijanin musi radykalnie odrzucić.

BKP – głos wołającego na pustyni

12. 02. 2023

Kontynentalna Droga synodalna przeciwko Chrystusowej drodze zbawienia

https://vkpatriarhat.org/en/?p=22822 /english/

https://vkpatriarhat.org/it/?p=9633 /italiano/

https://vkpatriarhat.org/fr/?p=16258 /français/

https://vkpatriarhat.org/pg/versus/ /português/

https://vkpatriarhat.org/es/?p=12882 /español/

https://vkpatriarhat.org/cz/?p=49789 /čeština/

http://vkpatriarhat.org/hu/kontra/ /magyar/

https://vkpatriarhat.org/proty/ /українська/

Zapisz się do naszego newsletter https://lb.benchmarkemail.com//listbuilder/signupnew?5hjt8JVutE5bZ8guod7%252Fpf5pwVnAjsSIi5iGuoPZdjDtO5iNRn8gS049TyW7spdJ

============================

mail:

Na wszystkich frontach

Na wszystkich frontach

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  2 maja 2023 Na wszystkich frontach

Franciszek ks. de La Rochefoucauld twierdził, że tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego. Wszystko się zgadza, a prawdziwość tego spostrzeżenia możemy sprawdzić, przyglądając się dokazywaniu rządu „dobrej zmiany”. Wydaje się, że do niego również, podobnie zeresztą, jak do wszystkich, czy prawie wszystkich poprzednich, ma zastosowanie spostrzeżenie Jana Kochanowskiego, że „Polak przed szkodą i po szkodzie głupi”. Nawiasem mówiąc, za posłużenie się tym cytatem Mistrza z Czarnolasu, w 1968 roku niezawisły sąd skazał Antoniego Zambrowskiego za „obrazę narodu polskiego” – no ale wtedy był inny etap, w którym obowiązywały inne mądrości, niż, dajmy na to, teraz, kiedy każdy może się – delikatnie mówiąc – spoufalać z samym panem prezydentem, jak to w swoim czasie uczynił literat, pan Żulczyk. Niezawisły sąd uniewinnił go z zarzutu nazwania pana prezydenta „debilem”, traktując to jako „satyryczny felieton o niskiej szkodliwości społecznej”. Na miejscu pana Żulczyka odwoływałbym się od tak lekceważącej recenzji swojej twórczości, ale – kto wie? – może on sam też w głębi duszy podziela taką ocenę, więc nie apelował, chociaż miał znakomity pretekst do zmiany kwalifikacji; nie „znieważenie pana prezydenta”, tylko ujawnienie tajemnicy państwowej. Myślę zresztą, że niezawisły sąd uniewinniłby go z każdego zarzutu, zważywszy, iż pan Jakub Żulczyk, mimo młodego wieku, jest już nie tylko pisarzem, ale i autorytetem moralnym.

Wróćmy jednak do rządu „dobrej zmiany” i jego dokazywań. Jak wiadomo, od samego początku, to znaczy – od momentu, kiedy Polska ponownie przeszła pod kuratelę amerykańską, w związku z czym, w roku 2015 trzeba było dokonać podmianki na stanowisku lidera sceny politycznej naszego bantustanu, usuwając stamtąd Volksdeutsche Partei, rząd „dobrej zmiany” prowadzi wojnę z Rosją, a zwłaszcza – z Putinem. Z tego zacietrzewienia 2 grudnia 2016 roku zawarł nawet z ówczesnym rządem Ukrainy umowę, na podstawie której zobowiązał się do bezpłatnego udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa, wskutek czego Polska została „sługą narodu ukraińskiego”, co przenikliwie odkrył i zakomunikował nam rzecznik MSZ w Warszawie, pan Łukasz Jasina. Sługa, jak wiadomo, wysługuje się swemu panu na wszelkie możliwe sposoby, to znaczy – na sposoby, jakie tylko pan wymyśli – więc kiedy pan wymyślił, że gwoli udelektowania tamtejszych oligarchów, którzy należą do takiego narodu, do jakiego akurat trzeba, wtryni Polsce Scheiss, dla zmylenia przeciwnika nazwany „zbożem technicznym”, to Polska ten Scheiss kupi i oczywiście – zapłaci. Toteż wszystkie służby: celna, ABW, CBA i inne, zostały przez kogoś ogłuszone i oślepione, dzięki czemu udało się wtrynić podobno aż 6 milionów ton Scheissu – aż tu nagle zbuntowali się rolnicy. Tym by się może nikt specjalnie nie przejął, a najlepszym tego dowodem jest oskarżenie przez lubelską prokuraturę pana Kołodziejczaka, że ośmielił się protestować przeciwko sprowadzaniu Scheissu do Polski jeszcze w grudniu ub. roku. Teraz jednak okazało się, że wskutek rolniczego buntu notowania PiS na wsi spadły z ponad 50 do dwudziestu kilku procent, w związku z tym Naczelnik Państwa nakazał tubylczemu rządu, by zamknął granicę przed importem rolnym z Ukrainy. Słowem – nakazał, by rząd zrobił to, czego w grudniu ubiegłego roku domagał się pan Kołodziejczak. Jestem jednak pewien, że niezawisły sąd przed który pan Kołodziejczak zostanie zawleczony, przysoli mu piękny wyrok co najmniej z dwóch powodów: po pierwsze w grudniu ub. roku Polska była najposłuszniejszym sługą narodu ukraińskiego, więc na tym etapie każdy protest stanowił karygodną myślozbrodnię, a po drugie – pan Kolodziejczak jest dużym chłopczykiem i powinien wiedzieć, że „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie” – a cóż dopiero, gdy decyzję podejmuje sam Naczelnik Państwa?

Zwróćmy jednak uwagę nie na wewnętrzne, a na międzynarodowe aspekty tej sytuacji. Wprawdzie od 2015 roku rząd „dobrej zmiany” jest w stanie wojny z Putinem, ale teraz, za sprawą Naczelnika, zrobił coś, co nie może Putina nie udelektować. Żadna ruska onuca nie zrobiłaby mu lepszego wielkanocnego prezentu tym bardziej, że w ślady Polski pośpieszyły inne bantustany: Węgry, Słowacja i Bułgaria, a kto wie, czy również nie Rumunia – bo wszystkie one musiały w swoim czasie zostać zmłotowane przez Naszego Najważniejszego Sojusznika, który podobno niektórych oligarchów ma w specjalnym poważaniu jeszcze z dawnych czasów. Na tę blokadę zawrzał gniewem nie tylko rząd ukraiński, który – kto wie, czy w tej sytuacji nie skieruje planowanej od dawna ofensywy przeciwko Polsce? – ale również – Komisja Europejska, która poczuła się znieważona zlekceważeniem przez Polskę jej wyłącznych kompetencji w sprawach handlu międzynarodowego. Wprawdzie Wielce Czcigodny Jacek Saryusz-Wolski twierdzi, że rzeczniczka Komisji na niczym się nie zna i wystarczyłoby, żeby zadzwoniła tu i tam i od razu skapowała, jak jest – ale nie mam pewności, czy powinniśmy traktować wypowiedzi Wielce Czcigodnego jako miarodajne – bo to przecież nie on będzie decydował o ewentualnych karach dla Polski za tę zniewagę, tylko właśnie Komisja. Ale to mimo wszystko drobiazg w sytuacji, gdy rozporządzenie rządu „dobrej zmiany” pokazuje, że Polska zmieniła front o 180 stopni; niby tu walczy z Putinem, a przecież robi mu na rękę! Żeby tedy uniknąć takiego wrażenia, Naczelnik Państwa zaktywizował się na odcinku smoleńskim. Z tej okazji natychmiast skorzystał Antoni Macierewicz, po 13 latach kierując do niezależnej prokuratury nie tylko zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w postaci zabójstwa prezydenta Lecha Kaczyńskiego i pozostałych osób, ale i 1500 stron niezbitych dowodów z dokumentów, dotychczas opinii publicznej nieznanych. Jestem pewien, że lektura tych 1500 stron i ocena tych dowodów zajmie prokuraturze co najmniej 6 miesięcy, no a potem odbędą się wybory i wyjaśni się, czy energiczne śledztwo powinno być kontynuowane, czy nie. W ten sposób Polska prowadzi wojnę na wszystkich możliwych frontach; z Putinem, z Ukrainą, która już noże ostrzy tajemnie, z Komisją Europejską, która nie tylko nie zatrzymała licznika kar, co to zdążył nabić już ponad pół mld euro, więc pewnie teraz dodatkowo go podkręci, żeby nabijał jeszcze więcej, no i wreszcie – z Niemcami. Bowiem z inicjatywy wiceministra spraw zagranicznych, pana Arkadiusza Mularczyka, rząd „dobrej zmiany” właśnie podjął uchwałę o konieczności uregulowania w stosunkach polsko-niemieckich sprawy reparacji wojennych z tytułu II wojny światowej. Słowem – wojujemy na wszystkich frontach, jak podczas II wojny.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

O literaturze i polityce – przewrotnie, czyli szczerze.

O literaturze i polityce – Tomasz Gabiś https://www.bibula.com/?p=140250

Upodobania mają stale zdumiewającą zdolność do maskowania się jako światopoglądy. (Hermann Hesse)

W jednym ze swoich esejów niemiecki filozof i historyk sztuki Stephan Gross wyjaśnia, po co jego zdaniem, politykowi potrzebna jest (lub powinna być potrzebna) lektura poezji. Po to mianowicie, by mógł zetknąć się z czymś „apolitycznym” i niezmiennym, by znaleźć się na obszarze spokojnego dojrzewania „ja”, co może stanowić przeciwwagę dla jego ciągłej, gorączkowej aktywności publicznej i medialnej.

Dlatego politycy zamiast  dziennikarskich komentarzy i polemik powinni czytać literaturę piękną, co wyjdzie im na zdrowie (emocjonalne). Ciągle aktualny pozostaje postulat, który wysunął przed laty Josif Brodski – postulował on „publiczne egzaminowanie przywódców politycznych in spe ze znajomości wielkiej literatury” (zob. Stanisław Barańczak Poprzez, „Zeszyty Literackie” 1997 nr 1). Barańczak poparł skromną propozycję rosyjskiego poety; i ja również gorąco jej przyklaskuję, apelując do dziennikarzy śledczych, żeby wytropili, jaką literaturę czytają obecni prezesi i czołowi działacze polskich partii politycznych, posłowie, senatorowie, ministrowie jak też panie i panowie kandydujący na te stanowiska.

*   *   *

Trudno niekiedy rozstrzygnąć, jak lektura określonej książki wpłynie na polityka: wzmocni go duchowo, czy odwrotnie – osłabi? Czy po przeczytaniu Premiera Georges`a Simenona (przeł. Hanna Olędzka, Warszawa 1967), premiera nie ogarnie paraliżująca wolę melancholia? Czy mogąca pojawić się w trakcie lektury przejmująca świadomość kruchości, przemijalności i kresu nie tylko politycznej kariery i władzy, ale i życia samego, nie podkopie jego wiary w siebie, a tym samym zdolności do politycznego czynu? Doradziłbym mu raczej sięgnięcie po powieści kryminalne Simenona.

*   *   *

Dla polityka literatura może być „ucieczką” od, dość jednak otępiającej, harówki na demokratycznej niwie publicznej, lecz również skarbnicą interesujących politycznych pomysłów, propozycji, obserwacji, spostrzeżeń i rad. Rzecz jasna, skarby te przydadzą się także a może nawet bardziej, zwyczajnemu, szaremu człowiekowi. Weźmy na przykład dramatyczne wydarzenia związane z ogłoszeniem w 2020 r. stanu pandemii. Kto sięgnie po Nagi lunch Williama Burroughsa, , zdziwi się, jak dużo pisarz wie na temat dróg rozprzestrzenienia się epidemii ludzkiej pryszczycy i jej zwalczania:

„Bakterie wylęgłe w boliwijskim wychodku rozprzestrzeniły się przez futro szynszyli, które odliczono od podatku dochodowego w Kansas City”.

„Przypominam sobie rozmowę z pewnym Amerykaninem, który pracował w Meksyku w Komitecie do Walki z Pryszczycą.. Sześćset dolarów miesięcznie plus zwrot kosztów:

  • ­Jak długo będzie jeszcze trwać epidemia? – spytałem.
  • Dopóki uda się ją podtrzymać…Tak … Może później wybuchnie w Południowej Afryce? – dodał w rozmarzeniu”.

(William S. Burroughs,  Nagi lunch, przeł. Edward Arden, Kraków 2012, s.183 i 193)

 *   *   *

Na niezbyt przyjemne skutki, tak mocno dziś propagowanego, wegetarianizmu, zwraca uwagę narrator Stu lat samotności, gdzie występuje niejaki Melquiades: „Tam zjadał posiłki, które Visitación przynosiła mu dwa razy dziennie, ale w ostatnich czasach stracił apetyt i żywił się tylko jarzynami. Wkrótce przybrał ten mizerny, słabowity wygląd właściwy wegetarianom. Jego skóra pokryła się meszkiem podobnym do tego, który prosperował na staroświeckiej, nigdy nie zdejmowanej kamizelce, a oddech stał się smrodliwy jak u śpiącego zwierzęcia”. (Gabriel Garcia Marquez, Sto lat samotności, przeł. Grażyna Grudzińska i Kalina Wojciechowska, Warszawa 1996, s.82)

Na inny negatywny efekt upowszechnienia się wegeterianizmu zwraca uwagę główny bohater powieści Michela Tourniera Król Olch: „Lubię jeść mięso, bo kocham zwierzęta. Wydaje mi się nawet, że mógłbym udusić własnymi rękami i zjeść z serdecznym apetytem zwierzę wyhodowane przeze mnie i dzielące moje życie. Zjadłbym je nawet ze smakiem bardziej wyrafinowanym, głębszym niż jakieś mięso anonimowe, bezosobowe. Oto, co starałem się na próżno wytłumaczyć tej idiotce, pannie Toupie, która jest wegetarianką z powodu odrazy do rzeźni. Jak ona może nie rozumieć tego, że gdyby wszyscy tak postępowali, to większość zwierząt domowych znikłaby z naszego krajobrazu, co by było niezwykle smutne? Znikłyby tak jak znika koń w miarę, jak samochód wyzwala go z niewoli”.

(Michel Tournier, Król Olch, przeł. Leon Bielas, Katowice1990, s.55)

Warto wiedzieć, że wegeterianizmu nie lubił Eugéne Ionesco. W swoim dzienniku zanotował: „Z pewnością nie pojadę drugi raz do tego sanatorium. Kult wegetarianizmu to rodzaj religii pośledniego gatunku, fałszywa asceza, niska i na prostacki sposób obłudna moralność”. (Eugéne Ionesco, Tagebuch. Journal en miettes, München 1971, s.130)

*   *   *

Przeciwnikom łowienia zwierząt, np. ryb polecam fragment Szklanych pszczół Ernsta Jüngera, w którym rotmistrz Richard uzasadnia – bez odwoływania się do etycznych czy pseudoetycznych argumentów – swoją decyzję o rezygnacji z wędkowania:

„Moją namiętnością było łowienie ryb; obrzydło mi ono, kiedy usłyszałem, że można z potoków i stawów wyłowić wszystko do ostatniego ciernika za pomocą prądu elektrycznego. Nagi fakt, zwykła pogłoska wystarczyły; od tamtego czasu nie wziąłem już wędki do ręki. Zimny cień padł na bystrza z pstrągami i na starorzecza, w których śnią omszałe karpie i sumy, i odarł je z ich czaru”. (Ernst Jünger Szklane pszczoły, przeł. Lech Czyżewski, Kraków 2017, s.130).

Z powieści Jüngera przepisuję do sztambucha politykom popularnym: – „Nic nie zmienia się bardziej niezawodnie niż to, co aktualne, zwłaszcza gdy jest na ustach wszystkich”, politykom potężnym – „Nie jesteśmy w stanie wyrwać się z naszych ograniczeń, z naszego najgłębszego wnętrza. Dlatego również się nie zmieniamy. Oczywiście przeobrażamy się, ale jedynie w obrębie naszych ograniczeń, w wytyczonym kręgu”. Zwykłym obywatelom , dręczonym przez polityków (jak też zaprzyjaźnionych z nimi dziennikarzy wszelkich mediów), przemówieniami, oświadczeniami, „narracjami” i „dyskursami” zalecam postępowanie wedle rady rotmistrza Richarda, usłyszanej przezeń w wiedeńskiej kawiarni i uznanej za bardzo rozsądną: „Nie okazywać nawet braku zainteresowania”.

*   *   *

W czasach wszechogarniającej komputeryzacji, digitalizacji i cyfryzacji powinniśmy poważnie potraktować opinię przyjaciółki Herkulesa Poirot, autorki powieści kryminalnych Ariadny Oliver: „Mylić się jest rzeczą ludzką, ale błąd ludzki jest niczym w porównaniu z tym, co potrafi komputer, jeśli już odważy się spróbować” (przeł. Agata Christie, Wigilia Wszystkich Świętych, przeł. Krzysztof Masłowski, Wrocław 2006, s.48).

*   *   *

Inny rys naszej epoki uchwycił Friedrich Dürrenmatt w opowiadaniu Zlecenie albo o obserwacji obserwatora obserwatorów: „Każdy czuje się obserwowany przez każdego i obserwuje każdego, dzisiejszy człowiek jest człowiekiem obserwowanym, państwo obserwuje go coraz bardziej wyrafinowanymi metodami […] dla państwa człowiek, a dla człowieka państwo staje się coraz bardziej podejrzane”.  O ile jednak na  obserwację ze strony organów państwa obywatel nie ma wpływu, będąc wyłącznie jej biernym, obserwowanym z góry przedmiotem,  o tyle w systemie stworzonym na przykład przez „cyberpanów” (termin Andrzeja Zybertowicza), mamy po do czynienia z procesem  po części oddolnym,  znajdującym oparcie w psychologicznych potrzebach szerokich mas: „człowiek może też pragnąć być obserwowany, bo nie obserwowany wydałby się sobie niegodny uwagi, a niegodny uwagi nie dość poważany, a nie dość poważany nieważny, a nieważny pozbawiony sensu. […] Wpadłby w beznadziejną depresję, i tak wszyscy inni wpadliby w depresję, dlatego wszyscy obserwują się nawzajem, fotografują i filmują się nawzajem ze strachu przed bezsensownością własnej egzystencji”. (Friedrich Dürrenmatt, Zlecenie albo o obserwacji obserwatora obserwatorów, przeł. Iwona Kotelnicka, Warszawa 1993, s.12–14)

*   *   *

Są pisarze nie kryjący się ze swoją antydemokratyczną postawą np. wspomniany William Burroughs wyzłośliwiał się nad najlepszym ustrojem, jaki zna historia ludzkości: „Demokracja to nowotwór złośliwy, dający przerzuty w postaci urzędów. Urząd zapuszcza korzenie, złośliwieje niczym Agencja do Walki z Narkotykami, rozrasta się i rozrasta, tworząc coraz więcej własnych kopii, aż wreszcie dławi organizm macierzysty. Urzędy nie mogą istnieć bez organizmu macierzystego, gdyż są formami pasożytniczymi. […] Biurokracja to odmiana raka, odwrót od naturalnego kierunku ewolucji w stronę nieograniczonych możliwości, indywidualizmu i spontaniczności: zostają one zniszczone przez pasożytniczego wirusa”. (Nagi lunch, s.111)

W pewnym kraju leżącym na wyspie, będącej bazą wojskową obcego mocarstwa, „skrupulatnie przestrzega się reguł demokracji. Istnieje dwuizbowy parlament, nieustannie debatujący na temat wywozu śmieci i inspekcji wychodków, jedynych spraw, nad którymi ma jurysdykcję. Przez krótki okres w połowie dziewiętnastego wieku parlament sprawował kontrolę nad Ministerstwem Hodowli Pawianów (MPH), jednakże przywilej ten cofnięto ze względu na ciągłą absencję senatorów”. Pokazuje to jak istotne jest, aby parlamentarzyści karnie stawiali się na posiedzenia parlamentu. Mogą nawet spać, byle w poselskich czy senatorskich (stąd „sennat”) ławach.

Burroughs wskazuje też na szlachetne w intencjach działania ustawodawców, którzy pragnąc rozwiązać „problem”, tworzą prawdziwy problem: „Problem narkomanii w swojej obecnej formie powstał w Stanach Zjednoczonych wraz z uchwaleniem w tysiąc dziewięćset czternastym roku ustawy antynarkotykowej Harrisona”. Znajdziemy też u Burroughsa, w sumie dość łagodną, krytykę pracy policji, mianowicie „gliniarz” nazwiskiem Hauser, „wali człowieka w mordę – po prostu, żeby przełamać lody”.

*   *   *

Jeśli nie demokracja, to co? Czy jest alternatywa? Ciekawą koncepcję ustrojową przedstawił Fritz von Herzmanovsky-Orlando w Maskaradzie geniuszy. W opisanym przez niego Królestwie Tarokanii, „konstytucja była wzorowa. Opierała się na surowych, nieubłaganych zasadach gry w taroka”. Rządziło czterech królów, których wybierano rokrocznie:

„Ograniczenie czasowe do wymienianego okresu opierało się na następującej obserwacji: w talii taroka króle po całorocznym używaniu są tak zabrudzone, że wprost nie do poznania. Od biedy można je oczyścić benzyną, królów z krwi i kości natomiast nie można. Jak więc odbywał się wybór owych ojców narodu w nieco sztywnych przebraniach? Monarchami czyniono czterech mężczyzn, czterech takich, którzy byli najbardziej podobni do królów z tak zwanej normatywnej talii taroka strzeżonej w stolicy Gradisce. Owa normatywna talia odpowiadała obiektowi podobnemu do »wzorca metra«, który przechowywany jest w Paryżu, metropolii wszelkiego koguciego ważniactwa”.

Zaprojektowany przez Herzmanovsky`ego-Orlando system „odciął drogę wszelkim szwindlom, wszelkiemu łapownictwu i wszelkim intrygom, i tymże trybem do najwyższej godności dochodzili mężowie różnych stanów bez względu na wykształcenie, bogactwo, uczoność, pochodzenie, a nawet niemogący się wykazać nieposzlakowaną opinią”. Tarokowa monarchia? Bardzo pięknie, jestem za , ale co z tego, skoro i tak „najpotężniejszym człowiekiem w państwie był niejaki Skiz, nazwany tak od występującej wśród owych kart nieco komicznej, arlekińskiej figury”. Jako kanclerz, który „władał królestwem mocą władzy dyktatorskiej, niemal w rytmie godzinnym sypał jak z rękawa nowym prawem, a co tydzień przeprowadzał jakąś przełomową zmianę”.

(Fritz von Herzmanovsky-Orlando, Maskarada geniuszy, przeł. Ryszard Wojnakowski, Warszawa 2019, s.12-14)

Co godzina nowe ustawy i zarządzenia? Co tydzień przełomowa zmiana? Toż nawet najprężniej działające rządy, parlamenty i inne demokratyczne fabryki papieru – mimo usilnych starań – do takiej wydajności nigdy raczej nie dojdą. Gdyby przyszło mi żyć w Królestwie Tarokanii, to z racji anarchistycznych sympatii zwalczałbym system Skiza, zaś z racji sympatii monarchistycznych – popierał władzę królów. Ależ musiałbym się politycznie nalawirować!

*   *   *

Idee polityczne są w najlepszym wypadku częścią literatury, a nie odwrotnie. (Josif Brodski)

*   *   *

W Godzinie prawdziwych odczuć Petera Handke referent prasowy austriackiej ambasady w Paryżu Gregor Keuschnig uczestniczy w konferencji prasowej poświęconej programowi nowego rządu. Na pytanie jednego z dziennikarzy, czy pewien projekt zawarty w tym programie nie jest absurdalny, prezydent republiki odpowiedział: „Nie mogę sobie pozwolić na uważanie tego co robię, za absurdalne” ( Handke, Godzina prawdziwych odczuć. Leworęczna kobieta, przeł.Sławomir Błaut, Warszawa 1980, s.65). Taką celną replikę powinien mieć na podorędziu każdy współczesny polityk.

*   *   *

W Kronikach Królewskich Fernão Lopes opowiada o królu Janie (João) I, założycielu nowej dynastii Avis. Po objęciu władzy rozdawał on różne bogactwa i dobra ludziom, którzy go o nie prosili . Któregoś dnia jego stronnik Alvaro Pais, dawny kanclerz króla Ferdynanda, człowiek wielce doświadczony w sprawach rządzenia państwem , rozmawiając z nim powiedział:

„– Panie, przyjmijcie radę, a będzie wam bardzo pomocna, by prowadzić dalej wasze sprawy.

– Co to za rada? – powiedział Mistrz. – Jeśli będzie dobra, bardzo się będę cieszyć.

– Panie – powiedział Alvaro Pais – uczyńcie w taki sposób: dawajcie to, co nie jest wasze, przyrzekajcie to, czego nie macie, i przebaczajcie temu, co wam nie zawinił; to będzie wam wielce pomocne w tych sprawach, w jakich musicie postanawiać. Mistrz powiedział, że rada wydaje mu się bardzo dobra, i tak robił”. (Fernão Lopes, Kroniki Królewskie, wybór, przekład i słowo wstępne Janina Z. Klave, Warszawa 1983, s.189).

W słowie wstępnym Janina Z. Klave pisze, że zapoczątkowana przez króla Jana I nowa dynastia panowała do 1580 roku [czyli 200 lat –TG], a „okres jej panowania jest najświetniejszym okresem historii Portugalii, która stworzyła wówczas – jako pierwsza w historii – imperium zamorskie rozciągające się na trzy kontynenty”. Rady pomocnej król posłuchał i tym sposobem sobie samemu, swojemu rodowi a w końcu i krajowi dobrze się przysłużył.

*   *   *

W Ptolemejczyku Gottfrieda Benna jedna z postaci wypowiada swoje maksymy życiowe, które powinien wziąć sobie do serca nie tylko każdy polityk, ale także każdy z nas:

1.Rozpoznaj swoje położenie.

2.Licz się ze swoimi słabościami, opieraj się na posiadanych zasobach, a nie na hasłach.

3.Udoskonalaj nie swoją osobowość, ale swoje poszczególne dzieła.

(Gottfried Benn Ptolemejczyk. Nowela berlińska, 1947, przeł. Jerzy Kałążny, [w:] tenże, Po nihilizmie, Poznań 1998, s.253)

Przy okazji kamyczek do ogródka tłumacza. W pomieszczonym w tomie Po nihilizmie tekście Odpowiedź literackim emigrantom Benn przekonuje, że to, czego nie wywalczyła dla robotników partia socjalistyczna, „dała im nowa forma narodowego socjalizmu” (s.66). Tymczasem w oryginale stoi „jak byk” neue nationale Form des Sozialismus, czyli nie „nowa forma narodowego socjalizmu” , ale „nowa narodowa forma socjalizmu”. Jerzy Kałążny jest bardzo dobrym tłumaczem, ale w tym przypadku zainterweniowało – zapewne podświadomie – ideologiczne uprzedzenie.

*   *   *

Młodemu politykowi rozpoczynającemu dopiero karierę rekomenduję zdanie z krótkiej prozy Piotra Szewca: „Pospiesz się: przed tobą złamane przysięgi, nie dotrzymane obietnice, zdrady, kłamstwa”. (Piotr Szewc, 1968, „Zeszyty Literackie” 1997 nr 1)

*   *   *

W powieści Z zamku do zamku Louisa-Ferdinanda Céline`a, bohater-narrator , alter ego autora, prosi prezydenta, żeby – w uznaniu pewnych zasług – mianował go gubernatorem wysp Saint-Pierre i Miquelon:

„Obiecane!… Zgoda! Ma pan to obiecane! Zanotuje pan, prawda, Bichelonne?

– Oczywiście, panie Prezydencie!

Najważniejsze jednak: zostałem mianowany Gubernatorem… I jestem nim do dziś!”

Scena ta rozgrywa się w liczącym kilka tysięcy mieszkańców miasteczku Sigmaringen w południowych Niemczech, które od września 1944 do 22 kwietnia 1945 roku było prowizoryczną stolicą „okupowanej Francji” („okupowanej” przez komunistów, gaullistów i Amerykanów) i siedzibą rządu emigracyjnego, na którego czele stał prezydent Fernand de Brinon.

Nauka płynie z tego taka, że w każdej sytuacji, nawet tuż przed „końcem świata”, gdy w najlepsze trwa Götterdämmerung, warto starać się o rządową posadę.

Céline opisuje także działalność, jaką w Sigmaringen prowadził Simon Pierre Sabiani z Parti Populaire Français Jacques`a Doriota. Wszystko dokoła się wali, polityczna apokalipsa nadciąga, a Sabiani „siedział na zapleczu, w takiej małej kanciapie…przyjmował wnioski o wstąpienie do Partii, wydawał legitymacje, stawiał pieczątki…Miał wszystkie potrzebne pełnomocnictwa”. Oto partyjny funkcjonariusz, który mógłby służyć za wzór dla partyjnych funkcjonariuszy wszystkich państw i wszystkich epok. Przy czym Sabiani, trzeba mu to przyznać, „nie mamił nikogo”: każdemu, kto się do niego zgłaszał, aby zapisać się do Partii, musiał się w oczy rzucać plakat, na którym widniało hasło „Kto jest członkiem naszej Partii, niechaj pamięta, że winien jest Partii wszystko, a Partia nie jest mu winna nic”! I to powinno być (a może już jest?) hasło wszystkich partii na świecie.

(Louis-Ferdinand Céline, Z zamku do zamku, przeł. Oskar Hademann, Izabelin 1998)

*   *   *

W Polsce już od lat toczą się długie i żarliwe debaty na temat funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, nie od rzeczy więc będzie opisać krótko , jak wymiar sprawiedliwości działał w innym – powieściowym – kraju:

„Biuro prezesa sądu okręgowego mieści się w ogromnym gmachu z czerwonej cegły. Rozstrzyga się tam sprawy cywilne, przeciągając postępowanie tak długo, dopóki strony nie umrą lub nie wycofają pozwu. Źródło owych opóźnień to gigantyczne archiwa, w których panuje kompletny bałagan: akta może odnaleźć jedynie prezes sądu i sztab jego pomocników, a poszukiwania trwają często całe lata. W istocie rzeczy prezes ciągle szuka akt procesu o odszkodowanie, który zakończył się ugodą w tysiąc dziewięćset dziesiątym roku. Duża część gmachu popadła w ruinę, a w pozostałych często dochodzi do katastrof budowlanych. […] Kiedy mieszkaniec Interzone zostaje pozwany do sądu, jego adwokaci czynią starania, by sprawę przekazano pod jurysdykcję prezesa. Powód traci wówczas wszelkie szanse na zwycięstwo, toteż na wokandę wchodzą jedynie sprawy wytaczane przez dziwaków i paranoików, którym zależy na rozgłosie. Rzadko udaje im się go zyskać, gdyż reporterzy pojawiają się w sądzie wyłącznie w sezonie ogórkowym. (Burroughs, Nagi lunch, s.139)

*   *   *

Nie problemy codziennego działania sądów, ale teologiczno-filozoficzne fundamenty prawa zajmują Wernera Bergengruena. W jego powieści Władca i sąd walczący o sprawiedliwość dla swojego ojca młody Diomede zwraca się do władcy: „Ale ja uczyłem się i wierzyłem w to, że najmocniejsze jest panowanie, które nie odmawia sprawiedliwości nawet straganiarce. […] Tak więc powiedzenie: fiat justitia, pereat mundus, pozostaje w mocy. »Niech świat się zawali, ale sprawiedliwości musi się stać zadość!«”.

Władca tak mu odpowiada:

Wiem o tym, ­że to powiedzenie wkłada się nieraz w usta wielkich monarchów z minionych czasów, nadużywając jego znaczenia; tak jak gdyby musiało się wypełniać literę prawa nawet wtedy, gdyby przez to żywe twory, dla których prawo stworzono i powołano ­– a do tych żywych tworów zaliczam także państwo ­– ba, gdyby nawet cały świat miał się rozpaść w kawałki. Wiem także, że to jest jedno ze zwykłych pojęć młodzieży, lubiącej rzeczy bezwarunkowe. Ale słyszałem też, że znaczenie tych słów jest inne. Tak mianowicie, jak sprawiedliwość Boża jest nieodwołalna i objawiałaby się także podczas upadku całego świata, tak samo musi sędzia zajmujący się sporem prawnym prowadzić go dalej i wydać wyrok według swej najlepszej wiedzy, nawet gdyby zaczął się koniec świata ze wszystkimi przepowiedzianymi okropnościami. Z takiego pojmowania tego powiedzenia czerpie wymiar sprawiedliwości swą godność i ono jest podstawą pracy organów sądowych.

(Werner Bergengruen, Władca i sąd, przeł. Eustachy Świeżawski, Warszawa 1960, s.188n.)

*   *   *

Inkubatory przeobraziły kury, czyniąc z nich nauczycielki zamiast matek.

Chrapanie jest piłą snu.

Meteory są zębami, które wypadają gwiazdom.

Niekiedy nóż do przecinania książek nie chce się posuwać, bo trafił na węzeł powieści.

Tramwaj wykorzystuje zakręty, żeby skarżyć się na dyrekcję.

Kobieta zmienia pogląd, kiedy sięga ręką do włosów i wpina szpilkę w innym miejscu.

Miała tak dobre serce, że zrobiła szalik termometrowi na balkonie.

Kiedy bokser trenuje skacząc przez skakankę, dziewczynki są przerażone, bo skakanka nie zasługuje na tak straszny użytek.

Przy wejściu do banku czuje się nagły deszcz zimna wywołany przez zamrożone tam kapitały.

(Ramón Gómez de la Serna, przeł. Janusz Strasburger)

*   *   *

Akcja opowiadania Friedricha Dürrenmatta Zimowa wojna w Tybecie rozgrywa się po wybuchu trzeciej, tym razem atomowej, wojny światowej. Jeszcze przed jej wybuchem rząd Szwajcarii, władze administracyjne i obydwie izby parlamentu schroniły się w wielkich bunkrach pod masywem Blümlisalpu:

Uratowanie chronionej przed wszelkim atakiem legislatywy i egzekutywy wydawało się przecież głównym warunkiem obrony kraju. Stołeczny gmach parlamentu razem z tajnymi urządzeniami pod spodem i instalacją radiową został wiernie odtworzony pod Blümlisalpem. Nawet widok był ten sam, zadbali o to dekoratorzy z Teatru Miejskiego, stosując powiększone fotografie i reflektory. Wokół budynku parlamentu wbudowano w Blümlisalp mieszkania, kina, kaplicę, bary, kręgielnie, szpital i siłownię. Dookoła utworzono trzy „pierścienie”: pierścień zaopatrzeniowy z żywnością i piwnicami na wino (głównie Waadtländer).[…] Rząd i parlament obradowały nieustannie. Władze pracowały na wysokich obrotach”.

Szwajcaria została zniszczona, błąkają się po niej tylko jakieś niedobitki w krajobrazie niczym z Mad Maxa, ale jeśli przypadkiem któremuś z nich uda się znaleźć funkcjonujący radioodbiornik, może wysłuchać przemówienia ministra wygłoszonego z bunkra do (prawie nieistniejącego) narodu :

Rząd, parlament, administracja, razem cztery tysiące ludzi, kobiety i mężczyźni, choć głównie mężczyźni, do tego tysiąc stenotypistek, wszyscy przeżyli pod Blümlisalpem, nikt nie uległ napromieniowaniu. Żywności wystarczy im jeszcze na dwa, trzy pokolenia, elektrownia atomowa nadal pracuje, dostarczając im światła i powietrza. Tym samym wszystkie wątpliwości przeciwników energii atomowej zostały chyba raz na zawsze rozwiane. Rząd, parlament i administracja w dalszym ciągu zdolne są kierować krajem i służyć narodowi, jakkolwiek niemożliwe jest opuszczenie Blümlisalpu, gdyż wróg tak był perfidny, że zrzucił bombę na Blümlisalp. Nie skarżą się jednak, bo obowiązkiem władzy i administracji jest poświęcenie dla narodu i oni tak właśnie się poświęcają.

(Friedrich Dürrenmatt, Zimowa wojna w Tybecie [w:] tenże, Zaćmienie księżyca, przeł. Kosma Złotowski, Kraków 1997, (s.170 i 186)

*   *   *

W czasach sporów o znaczenie i ocenę ruchu LGTB , warto zapoznać się z pozytywną – by tak rzec pacyfistyczną – interpretacją tego zjawiska , której dokonuje Ignacy J.Reilly, główny bohater powieści Johna Kennedy`ego Toole`a Sprzysiężenie osłów:

Ilu przywódców wojskowych na świecie to być może stuknięci starzy pederaści, odgrywający jakąś wyimaginowaną rolę? Prawdę mówiąc, mogłoby to być korzystne dla świata. Oznaczałoby to koniec wszystkich wojen. Mógłby to być klucz do trwałego pokoju. […] Opętani żądzą władzy przywódcy świata na pewno by się zdziwili, gdyby  okazało się, że ich przywódcy wojskowi oraz oddziały wojskowe to jedynie maskarada armii pederastów nader chętnych do spotkania maskarady pederastów innych narodów celem urządzania tańców, balów i nauki zagranicznych kroków tanecznych.

(John Kennedy Toole, Sprzysiężenie osłów, przeł. Barabara Plebanek i Dorota Głowacka, Wrocław 1993, s.273)

*   *   *

W osnutej wokół genezy powstania Protokołów Mędrców Syjonu powieści Umberto Eco Cmentarz w Pradze (przeł. Krzysztof Żaboklicki, Warszawa 2011)

Clemént Fabre de Lagrange z Wydziału Politycznego Generalnej Dyrekcji Bezpieczeństwa Publicznego tłumaczy głównemu bohaterowi Simone Simoniniemu: „Niech pan wie, że kontrolować sektę wywrotową można tylko w jeden sposób: stając na jej czele lub przynajmniej mając na swojej liście płac głównych przywódców. Nie wykrywa się machinacji wrogów państwa jedynie dzięki pomocy bożej Opatrzności. Jak ktoś się wyraził, zapewne nie bez przesady, na dziesięciu członków tajnego stowarzyszenia trzech to nasi szpicle… proszę mi wybaczyć ten termin, ale pospólstwo tak ich nazywa… sześciu to pełni wiary głupcy, a jeden to człowiek niebezpieczny”. (s.198).

Można więc domniemywać, że wśród reprezentujących 12 plemion Izraela dwunastu czołowych Żydów („Mędrców Syjonu”) zebranych nocą na cmentarzu w Pradze (Eco, str.230n oraz 237n), z pewnością czterech było agentami i informatorami różnych tajnych służb, siedmiu pełnymi wiary głupcami, a jeden naprawdę niebezpiecznym człowiekiem. Na agentów i informatorów tajnych służb można typować rabina Gada z Krakowa, rabina Rubena z Paryża, rabina Isaschera z Berlina, rabin Judę z Amsterdamu. Na pełnych wiary głupców wyglądają rabin Beniamin z Toledo, rabin Lewi z Wormacji, rabin Manasze z Pesztu, rabin Symeon z Rzymu, rabin Sebulon z Lizbony, rabin Dan z Konstantynopola, rabin Naftali z Pragi. Jedyny – by odwołać się do klasyfikacji Cleménta Fabre de Lagrange – niebezpieczny osobnik to rabin Aser z Londynu. Aczkolwiek znając zasięg działania i sprawność ówczesnych brytyjskich służb , trudno doprawdy nie przypuścić, żeby i jego nie otoczyły dyskretną kontrolą. Trzeba nam wiedzieć, że istnieje grupa „spiskologów”, którzy stoją na stanowisku, iż „spisek żydowski” , podobnie zresztą jak „spisek masoński” to nic innego jak tylko maska brytyjskiego imperializmu. O tym jak skuteczne były brytyjskie tajne służby, opowiada znana powieść Gilberta K. Chestertona O człowieku, który był Czwartkiem opisująca, jak wiadomo, walkę policji brytyjskiej z anarchistami. Na końcu okazuje się, że wszyscy członkowie Centralnej Rady Anarchistów są agentami policji a tajemniczy Niedziela jest jednocześnie głównym anarchistą,  który ich zwerbował do pracy agenturalnej. W latach siedemdziesiątych XX w. pewna brytyjska gazeta zwróciła się do aktualnych i byłych pracowników wywiadu z pytaniem, jaka powieść najlepiej oddaje ducha ich profesji. Większość pytanych wskazała właśnie na powieść Chestertona.

W powieści Stanisława Lema Pamiętnik znaleziony w wannie prowadzący agenturanturę, znawca problematyki zdradziectwa profesor Barran (jego kolega profesor Deluge kieruje katedrą obojga infiltracji – „agenturystyki i prowokatoryki”) tłumaczy głównemu bohaterowi, że „nasz wywiad” (Gmach) cały składa się z ich agentów, a cały „ich wywiad” (Antygmach) – z naszych; wszyscy są popodstawiani – tamci udają tylko naszych, a nasi – tamtych; „Gmach powymieniał się z Antygmachem i teraz, zdradzając, zdradza się tylko zdradę”.

Profesor Barran w bardzo przejrzysty sposób objaśnia funkcjonowanie wywiadów:

 –Tak, to, co widać, można udać. Kto udaje, że jest prawym gmachowcem, ten, znaczy, tak: był nasz – potem go zwerbowali, zagenturowali, podkupili go tamci, a później nasi go cap! – i z powrotem pozyskać go zdołali. Ale wobec tamtych – ażeby nie zdradzić się – on nadal musi udawać, że tutaj udaje gmachowca. No, a potem to tamci znowu górą i jednak go skaptują, jeszcze raz – wtedy wobec nas udaje, że wobec tamtych udaje, że wobec nas udaje, uważasz?! I to właśnie jest tryplet!!! (…). Zważ, że przy podstawianiu, przekupieniu, zagenturowaniu – sprawą naczelną jest tajność absolutna, ażeby wtyczki umieszczonej nie zdradzić, nie wsypać, tak więc o każdym poszczególnym agencie stamtąd, który pracuje tu, wie – tam – jeden tylko pracownik; to samo na odwrót; więc wobec podwładnych i przełożonych, konkretnego nie wiedząc o nich nic, musi się każdy wykazywać na swoim etacie, polecenia spełniać i wydawać, i wykazy robić, i wrogie knowania tropić, szczuć, ścigać oraz wypalać; a tak działają oni wspólnie dla dobra Gmachu… a choć przy tym wykradają, kopiują, odpisują i fotografują, co mogą, to całkiem nic nie szkodzi, bo to, wysłane tam, w Antygmachu do rąk naszych przecież ludzi trafia…

–I na odwrót? – wyszeptałem, porażony tą gigantyczną wizją.

–I na odwrót, niestety, tak jest. Bystry z ciebie kompan!

–No, jakżeż, a te… strzelaniny, bitwy? Te… zdemaskowania? — pytałem, wpatrzony w czarne, świetliste źrenice długiej, krzywej twarzy, posępne teraz, choć lewy kąt ust drgał czymś tajonym. Nie zważałem na to.

–A, wsypy bywają. Demaskacje? Cóż, trzeba się wykazywać, są normatywy, plany, mówiłem ci o trypletach, nie pamiętasz? Wszak działalność Gmachu dalej się toczy, także i werbunek agentów, także agenturowanie, zaprzestać go niepodobna, więc wpadunek zdarza się, gdy udający udawanie jest o jedno posunięcie ponadzwerbowany – na przykład dublet demaskuje trypleta albo kwadrupleta – trudności, niestety, rosną, bo już się poszóstni trafiają, pono nawet siódmacy, z co gorliwszych…

(Stanisław Lem, Pamiętnik znaleziony w wannie, Kraków 1983, s.195n.)

Nieco inaczej, ale podobnie wygląda to w powieści Italo Calvino, Jeśli zimową nocą podróżny,

Wchodzi Gertruda-lngrid-Corinna, także i ona w mundurze, kładzie przed oficerem teczkę z dokumentami do podpisania. Ty tymczasem zostajesz poddany rutynowej procedurze, przechodzisz od biurka do biurka, jeden z funkcjonariuszy bierze w depozyt twoje dokumenty, drugi twoje pieniądze, trzeci ubranie, za które dostajesz więzienny kombinezon.

– Co to znowu za pułapka? – udaje ci się zapytać Ingrid-Gertrudę-Alfonsinę, która zbliża się w chwili, kiedy dyżurni odwracają się do ciebie plecami.

–Wśród rewolucjonistów znajdują się agenci kontrrewolucjonistów, to oni wciągnęli nas w zasadzkę policji. Ale na szczęście w policji jest wielu agentów rewolucjonistów, a ci udawali, że rozpoznają we mnie funkcjonariuszkę tego komanda. Jeśli zaś chodzi o ciebie, wyślą cię do fałszywego więzienia, to znaczy do prawdziwego państwowego więzienia, nad którym jednakże nadzór sprawujemy my, a nie oni.

Na myśl nieodparcie przychodzi ci Marana. Któż inny mógłby wymyślić podobną machinację?

–Zdaje mi się, że rozpoznaję styl waszego szefa – mówisz do Alfonsiny.

–To nieważne, kto jest szefem. Mógłby to być fałszywy szef, który udaje, że pracuje dla rewolucji, jego celem zaś byłoby popieranie kontrrewolucji, albo też taki, który udaje, że pracuje dla kontrrewolucji w przekonaniu, iż w ten sposób otworzy drogę rewolucji.

–A ty z kim współpracujesz?

–Mój przypadek jest inny. Ja jestem prawdziwą agentką rewolucji, która przeniknęła do obozu fałszywych rewolucjonistów. Aby mnie nie odkryto, muszę udawać kontrrewolucjonistkę, która przeniknęła w szeregi prawdziwych rewolucjonistów. 1 naprawdę nią jestem: wykonuję polecenia policji, ale nie tej prawdziwej, bo podlegam agentom rewolucji, którzy przeniknęli w szeregi agentów kontrrewolucji.

–Jeśli dobrze zrozumiałem, tu wszyscy są agentami zarówno policji, jak i rewolucji. Ale w jaki sposób udaje się wam nawzajem rozpoznawać?

–W przypadku każdej nowej osoby trzeba sprawdzić, kim są agenci, którzy pozwolili jej przeniknąć w szeregi agentów. A jeszcze przedtem trzeba się dowiedzieć, kto wprowadził tych agentów.

–I walczycie tak do ostatniej kropli krwi wiedząc, że żadne z was nie jest tym, za kogo się podaje?

–A co to ma do rzeczy? Każdy musi odgrywać swoją rolę aż do końca.

(Italo Calvino, Jeśli zimową nocą podróżny, przeł. Anna Wasilewska, Warszawa 1989, s.214n.)

*   *   *

Największa ambicja spektakularności zintegrowanej: z tajnych agentów zrobić rewolucjonistów, a z rewolucjonistów – tajnych agentów. (Guy Debord)

*   *   *

Bohaterami wielu teorii spiskowych są członkowie  „zakonu” Iluminatów,  od początku  zresztą  obserwowanego  przez bawarską tajną policję. Do literatury wprowadzili Iluminatów Robert Shea i Robert Anton Wilson w słynnej trylogii Iluminatus! Czyniąc to niekiedy w nazbyt może dosadny sposób:

„Znajdujemy się przed bungalowem w Los Angeles; Simon stuka, Joe nerwowo rozgląda się. Drzwi otwierają się.

– Więc to ty jesteś tym nowym rekrutem – mówi wesoło starszy pan. – Wejdź i opowiedz mi, jak taki dupowaty mądrala jak ty może nam pomóc rozpierdolić tych jebanych pedałów Iluminatów? – W oczach niskiego, starszawego jegomościa czai się kpiący, stalowy błysk. Nic dziwnego, to właśnie on jest Johnem Dillingerem, który aktualnie funkcjonuje pod nazwiskiem Frank Sullivan i jest prezydentem wytwórni Radosny Fallus, królem przemysłu rockowego”. (Robert Shea, Robert Anton Wilson, Lewiatan, przeł. Teresa Tyszowiecka-Tarkowska, Poznań 1995, s.7)

Po ukazaniu się trylogii zwolennik forteanizmu William Grimstad poinformował Wilsona, że antyiluminackie grupy z Florydy rozpowszechniają teorię spiskową, jakoby Iluminatus! był  diaboliczną próbą wywołania zamieszania wśród sił antyiluminackich  a on i Shea są w rzeczywistości wysoko postawionymi Iluminatami. (zob.Wilson, Cosmic Trigger. Final Secret of the Illuminati, Phoenix Arizona, 1993, s.168 )

*   *   *

W kraju niepokój. Lud tańczy i pije. Mędrki po kątach w dysputy się bawią, a zbir cierpliwie czeka na swą chwilę. Kiedy już wszyscy przytomność potracą od wódki, głupstwa, dyskusji i krzyku, kiedy się wszystkim miara rzeczy wymknie, gdzie zło, gdzie dobro, gdy już nikt nie pojmie, po czyjej stronie stanąć, komu wierzyć, kto jest złodziejem, kto złodzieja goni; gdy już sam siebie zrozumieć nie zdoła nikt, a podejrzeń chmura spowije wszystkich jednaką gęstością, gdy wszystko hańbą zostanie pokryte – jak kiedy szronem w poranek jesienny bieli się ogród, a kolory wszystkie – liście, łodygi – stają się szkliwem białym, zimnym, kruchym, zbir do akcji wkroczy jako wskrzesiciel; na własność weźmie kraj na wpół zabity.

(Andrzej Kijowski, Grenadier-król, Warszawa 1972, s.53)

*   *   *

Członkowie i członkinie rządów, rad nadzorczych wielkich koncernów, zarządów banków globalnych i centralnych, partyjnych komitetów na szczeblu krajowym i kontynentalnym  zbierają się na posiedzeniach i naradach, zimą w dobrze opalanych, latem w klimatyzowanych pomieszczeniach . Ale niech uważają, bo czasy są trudne i skończyć się może tak, jak to przedstawił Peter Handke w Powitaniu rady nadzorczej.

Początek: „Szanowni panowie, bardzo tu zimno. Nie wiem, w jaki sposób mógłbym ten stan rzeczy wytłumaczyć. Przed godziną próbowałem dzwonić z miasta, by upewnić się, czy wszystko zostało przygotowane do posiedzenia. Nikt jednak nie podnosił słuchawki. Wobec tego czym prędzej przyjechałem tutaj i usiłowałem znaleźć portiera. Nie było go ani w portierni, ani w piwnicy przy piecu, ani na korytarzu”.

Streszczenie środka: W pomieszczeniach nie napalono, wichura, wyleciały szyby w oknach, uszczelniliśmy je plastikowymi workami, żeby nie nawiało do środka śniegu, niezupełnie się udało, proszę skupić uwagę na wynikach kontroli bilansu, siedzą panowie przy stole w paltach, prowadzenie spraw przez zarząd pozostaje bez zarzutu, witam serdecznie, na górze coś trzeszczy, przysuńmy się bliżej do siebie, żebyśmy się mogli zrozumieć, wszyscy panowie otrzymacie należny im udział za bieżący rok gospodarczy, istnieją możliwości powiększenia kapitału drogą wypuszczenia nowych akcji, witam wszystkich obecnych, panów jedzących zmarznięte jabłka też, wynik bilansu jest korzystny, to nie towarzystwo, ale dom trzęsie się w posadach, nie ma powodów do obaw, słychać trzaski w belkowaniu, śnieg padał bez przerwy, sklepienie trzeszczy pod jego ciężarem, proszę usilnie o pozostanie na miejscach, aby tupot nóg nie spowodował zawalenia dachu, dziękuję panom za przybycie i serdecznie wszystkich witam, to tylko trzaski w belkowaniu.

Końcówka:  Witam panów, powiedziałem, że wszyscy powinni siedzieć spokojnie na swoich miejscach, ponieważ budynek grozi zawaleniem. Powiedziałem, iż powiedziałem, że wszyscy mają pozostać na miejscach. Powiedziałem, że powiedziałem, iż powiedziałem, że proszę pozostać na miejscach! Witam panów! Powiedziałem, że panów witam. Witam wszystkich panów, przychodzących w trosce o swoje dywidendy! Witam wszystkich ginących! Witam panów. Witam panów…

(Peter Handke Powitanie rady nadzorczej, przeł. Barbara L. Surowska, Kraków 2020)

*   *   *

„Zapominano przy tym, że wszelkim hipertrofiom grozi próżnia i dlatego przeradzają się często w swoje przeciwieństwo, tak więc hipertroficzny humanitaryzm przerodzić się miał w równie puste, ale nie mniej hipertroficzne przeciwieństwo”. Tę, jakże trafną obserwację, znalezioną w opowiadaniu Cztery mowy profesora Zachariasa Hermanna Brocha ( Broch, Niewinni. Powieść w jedenastu opowiadaniach, przeł. Wanda Jedlicka, Warszawa 1961, s.224), bardziej obrazowo wyraził Ernst Jünger: „Po wegeterianach przychodzą kanibale”.

*   *   *

O korupcji powiedziano i napisano już chyba wszystko, zmieniają się jedynie scenografie oraz osoby korumpujące i korumpowane. Pojawiły się nawet opinie, że najskuteczniejszą metodą zwalczenia inflacji byłoby jej zalegalizowanie. Do tych propozycji nawiązał w jednym ze swoich utworów Ephraim Kishon. W skrócie wygląda to tak:

Urzędnik nazwiskiem Ziegler przychodzi do dyrektora wydziału w Kancelarii Rządu z prośbą o podwyżkę.

Dyrektor: Ziegler, jest tabela płac wypracowana w negocjacjach pomiędzy władzami a Związkiem Zawodowym Publicznego Wymuszania i Grożenia Strajkiem, ponadto, wyobraża pan sobie, Ziegler, co by było, gdyby wszyscy, a jest ich 260, urzędnicy naszego wydziału przyszli do mnie i zażądali podwyżki?

Ziegler: Chociaż 50 szekli netto.

Dyrektor: Nie wchodzi w rachubę.

Ziegler: 50 brutto.

Dyrektor: Nie ma mowy

Ziegler: To znaczy, że znowu będę musiał brać łapówki.

Dyrektor: Na to wygląda.

Ziegler: Miałem nadzieję, że chociaż przez rok nie będę musiał brać, w zeszłym roku wziąłem w sumie 60 000 szekli.

Dyrektor nie bardzo wierzy, że aż tyle, ale Ziegler pokazuje mu notes z zapisami, ile i od kogo wziął. To był dobry rok, ponieważ trwała reorganizacja naszych kolei. Styczeń był słabym miesiącem, w związku z zezwoleniami eksportowymi wpłynęło w łapówkach tylko 8000 szekli. W październiku przy kupnie dwóch starych używanych lokomotyw łapówka od sprzedającego wyniosła 15 600 szekli.

Dyrektor: Już wówczas się dziwiłem, po co ministerstwu aż dwie stare używane lokomotywy, przecież jedna zupełnie by wystarczyła.

Ziegler: W grudniu Robitschek w związku z zamówieniami rządowymi „dał w łapę” 33 000 szekli w gotówce.

Dyrektor: Przeliczył pan,  Ziegler.

Ziegler: Nie miałem jeszcze czasu.

Dyrektor: No Ziegler, nie rozumiem, taki skrupulatny urzędnik jak pan.

Ziegler: Jakoś mi się robi nieprzyjemnie, kiedy biorę łapówkę.

Dyrektor: Dlaczegóż to?

Ziegler: Czort wie, może jestem jakiś zboczony, chciałbym żyć z własnej pensji, wtedy nie musiałbym brać łapówek.

Ziegler nadal chce się targować o podwyżkę, ale dyrektor jest nieugięty i poucza go, że to nie bazar, ale Kancelaria Rządu. Wzywa sekretarkę i prosi, aby przyniosła dossier o dochodach dodatkowych za dwa ostatnie lata.

Dyrektor: Jak wysoka była cała suma na koniec zeszłego roku?

Sekretarka: Z uwzględnieniem defraudacji ogólny bilans w rubryce łapówki pośrednie, wynosi 240 000 szekli, z tym że 20 000 jest z przeniesienia z poprzedniego roku.

Dyrektor: Niech będzie ćwierć miliona, gdybym wszystkim pracownikom wydziału podniósł pensje o 40 szekli netto, czyli 80 szekli brutto , to razem z dodatkami emerytalnymi, składkami na ubezpieczenie zdrowotne dałoby 100 szekli, w sumie wyszłoby ponad 300 000 szekli rocznie, skąd ja je panu, Ziegler, wezmę, skąd. Nasz kraj jest biedny, nie posiada surowców naturalnych , walczymy o naszą gospodarczą niezależność. Z drugiej strony, wszystkie defraudacje kosztują nas razem nie więcej niż ćwierć miliona, czyli 50 000 szekli mniej niż 300 000 rocznych łapówek. Chce pan, Ziegler, kasę państwową obrabować z tych 50 000 szekli?

Ziegler: Broń mnie Panie Boże!

Dyrektor: No to niech Pan da spokój z tą podwyżką pensji.

Ziegler: Tak jest. Ma pan rację panie dyrektorze.

Dyrektor: Cieszę się, że wrócił panu rozsądek, Ziegler, podwyżka może będzie za kilka lat, kiedy uda się skonsolidować finanse państwa, może…

(Ephraim Kishon, Ein Apfel ist an allem schuld; Mein Kamm. Zwei Romane in einem Band, München 1999, s.269-274)

*   *   *

Szperając w zakamarkach domowej biblioteczki natknąłem się na tom Poezji K.I.Gałczyńskiego (wybór Natalii Gałczyńskiej, wstęp Artura Międzyrzeckiego, Warszawa 1965). Zaintrygował mnie fakt, że było to wydanie szkolne, zalecone przez ówczesne Ministerstwo Oświaty jako „lektura szkolna uzupełniająca dla klasy XI”. Zaintrygował, gdyż w tomie znalazł się, znany chyba każdemu, wiersz Zima z wypisów szkolnych, którego „wywrotowy” charakter jest oczywisty; najwidoczniej ministerstwo to przeoczyło, albo też uznało, że umieszczenie pod wierszem daty jego powstania –1936 , skutecznie ograniczy jego interpretację do czasów, kiedy wojewodami, starostami i ministrami byli przedstawiciele innej, nie pezetpeerowskiej władzy.

U Gałczyńskiego śnieżkiem prószy z niebiosów dobry pan wojewoda, na szybach malują kwiaty starosta ze starościną, referenci, podkierownicy, nadasystenci, „nocą nie spali, hurra! wołali, sople poprzyklejali”. A w stolicy siedzi sobie pan minister , kiedy naciśnie guziczek, sanki zaczną dzwonić i gwiazdki zalśnią nad miastem i nad wsią. Gdyby dzisiaj panie i panowie ze światowych organizacji, europejskich komisji i innych lokalnych, kontynentalnych i globalnych instytucji, nie naciskali na swoje guziczki to, drogie dzieci, kwiaty by nie rosły, drzewa by się nie zieleniły, słonko by nie świeciło. Więc im, drogie dzieci, za ich dobroć, za wszystko, co dla was zrobili, pięknie podziękujcie.

*   *   *

W listopadzie 2022 r. zmarł poeta, powieściopisarz, dramaturg i eseista Hans-Magnus Enzensberger. W 2011 roku nakładem wydawnictwa Suhrkamp ukazała się, wspominana już przeze mnie na tych łamach, jego książeczka Sanftes Monster Brüssel oder Die Entmündigung Europas (Bruksela – łagodny potwór, albo ubezwłasnowolnienie Europy). Bardzo by się jej polski przekład dzisiaj przydał, bo wzbogaciłby paletę krytycznych opinii na temat obecnej Unii Europejskiej i jej postępującej degeneracji. Nieufność wobec utopijnych planów i „emancypacyjnych” projektów, w realizacji których przeszkadzają zwykli ludzie pogrążeni w codziennej krzątaninie, poeta – przez kilka dziesięcioleci sztandarowy intelektualista niemieckiej lewicy ­– wyraził w napisanym  50 lat temu wierszu Trudności z reedukacją:

Po prostu są doskonałe

te wszystkie wielkie plany:

Złoty Wiek

Królestwo Boże na ziemi

obumieranie państwa.

Na wskroś przekonujące.

Gdyby tylko nie było ludzi!

Zawsze i wszędzie przeszkadzają ludzie.

Wszystko stawiają na głowie.

Kiedy chodzi o wyzwolenie ludzkości

lecą do fryzjera.

Zamiast z zachwytem podreptać za pierwszą strażą

mówią : Teraz dobrze by było pójść na piwo.

Zamiast o słuszną sprawę

walczą z żylakami i odrą.

W decydującej chwili

szukają skrzynki pocztowej lub łóżka.

Tuż przed nadejściem millenium

wygotowują pieluchy.

Wszystko rozbija się właśnie o ludzi.

Nie można z nimi budować żadnego państwa.

Worek pcheł to nic w porównaniu z nimi.

Drobnomieszczańskie wahania!

Idioci konsumpcji!

Przeżytki przeszłości!

Nie można ich jednak wszystkich wybić!

Nie można ich całymi dniami przekonywać!

O tak, gdyby nie było ludzi,

wtedy sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej.

Tak, gdyby nie ludzie,

wtedy poszłoby to raz-dwa.

Tak, gdyby nie było ludzi,

 to wtedy!

 (Wtedy ja też nie chciałbym tu więcej przeszkadzać).

(Hans Magnus Enzensberger, Trudności z reedukacją, w: tenże, Spotkania innego rodzaju. Wiersze, Kraków 2019, przeł. Ryszard Krynicki, s.19n.)

Zgadzając się całkowicie z diagnozą Enzensbergera, dodałbym tylko, że oprócz oporu wobec różnego rodzaju współczesnych reedukatorów,  planujących dla nas lepszy świat , oporu polegającego po prostu na biernym, upartym trwaniu przy normalnym rytmie życia, potrzebny jest jeszcze opór bardziej świadomy i aktywny –  intelektualny, ideowy, kulturalny i polityczny.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Arcana”  nr 168 (6/2022)

Za: Tomasz Gabiś blog (04.30.23) | http://www.tomaszgabis.pl/2023/04/30/o-literaturze-i-polityce/

Wesprzyj naszą działalność [BIBUŁY md]

UE jest dziś dryfującym okrętem. Upadek Unii Europejskiej – transmisja live.

Prof. Grzegorz Górski: UE jest dziś dryfującym okrętem. Upadek Unii Europejskiej transmisja live.

Uwzględnianie UEj jako istotnego gracza w globalnej grze najbliższych lat, nie ma żadnych podstaw.

UE-jest-dzis-dryfujacym-okretem

Zdaniem prof. Grzegorza Górskiego Unia Europejska trwa dziś w głębokim kryzysie instytucjonalnym, ekonomicznym i ideowym, co sprawia, że już w perspektywie najbliższych kilku lat czeka nas czeka nas demontaż Unii w jej obecnym kształcie.

Były sędzia Trybunału Stanu uważa, że bliski upadek UE takiej, jaką znamy jest nieodzowny.

 „Europa napędzana francuskimi frustracjami i niemieckimi kompleksami, bezmyślnie leci jak ćma w ogień, a paradoksalnie – im ma bliżej do niego, tym bardziej dodaje gazu – diagnozuje prof. Górski.

W opinii Grzegorza Górskiego to w Maastricht i w Amsterdamie „owa wspaniała konstrukcja podporządkowana została realizacji egoistycznych interesów niemieckich, rozpoczął się zjazd po równi pochyłej, który z każdym rokiem przyspiesza”.

Jak zauważa prof. Górski konstrukcję dzisiejszej Unii Europejskiej podtrzymują już głównie „napędzane obsesją osiągnięcia statusu imperium Niemcy”, podczas, gdy, jak przekonuje były doradca premiera J. K. Bieleckiego w przypadku obecnej UE mamy do czynienia z „dryfującym okrętem”.

Prof. Grzegorz Górski zwraca uwagę, że Unia zmaga się z potężnym kryzysem, zarówno w wymiarze instytucjonalnym i ekonomicznym, jak i z kryzysem w aspekcie ideowym.

„Najpóźniej w 2027 roku rozpocznie się proces demontażu Unii w jej obecnym kształcie”.

 Jaki „nowy porządek” wykluwa się na naszych oczach?

wykluwa…

Upadek Unii Europejskiej transmisja live.

W rozważaniach na temat rozgrywki globalnej w nadchodzących latach, niekiedy pojawia się jako ważny czynnik Unia Europejska. Dodać jednak należy, że pojawia się właściwie wyłącznie w rozważaniach europejskich. Ci, którzy patrzą na Europę z dystansu, widzą już wyraźnie, że nie jest to czynnik, który może odegrać istotną rolę w trwającej rozgrywce. Gdyby Europejczycy byli zdolni do jakiejkolwiek autorefleksji i porzucenia swojej pychy, mądre odczytanie tego co o nich dzisiaj piszą nawet życzliwi eksperci, mogłoby dać asumpt do powstrzymania nieuchronnego upadku. Ale Europa napędzana francuskimi frustracjami i niemieckimi kompleksami, bezmyślnie leci jak ćma w ogień, a paradoksalnie – im ma bliżej do niego, tym bardziej dodaje gazu.

Hipotetycznie, w statystykach – choć te są coraz gorsze – wszystko wygląda jeszcze nie najgorzej. Niestety, tworzy to złudne poczucie trwania. Dzisiejsza Unia w całości przejęła litewskie „jakoś to będzie”, które kilka stuleci temu unicestwiło Rzeczpospolitą. Dzisiejsi liderzy Unii brną w „jakośtobędziźmie”, ale mając już świadomość tego, ku czemu to wszystko zmierza, koncentrują się „wyciąganiu z tego projektu tego co się tylko da” dla siebie. Afery, które wybuchają wokół brukselskiego centrum raz po raz, są tylko wierzchołkiem góry lodowej – o tym co się dzieję pod wodą, lepiej nawet nie myśleć.

Piszę te refleksje ze smutkiem, bowiem do początku lat 90-tych Wspólnoty Europejskie były bodaj najlepszym projektem europejskim od czasu wyłonienia się w XII – XIII wieku europejskiej Christianitas. Ówcześnie, czerpiąc siły z owej Christianitas Europa osiągnęła niekwestionowane światowe przywództwo przynajmniej do połowy XX wieku. Podobnie projekt Schumana i De Gasperiego pozwolił Europie wrócić do gry u schyłku XX wieku.

Kiedy jednak w Maastricht i w Amsterdamie owa wspaniała konstrukcja podporządkowana została realizacji egoistycznych interesów niemieckich, rozpoczął się zjazd po równi pochyłej, który z każdym rokiem przyspiesza.

Dlaczego ów projekt znalazł się w takim impasie?

Odpowiedź wbrew pozorom jest bardzo prosta – skończyła się kasa.
Sukces Wspólnot Europejskich polegał na tym, iż dzięki stworzeniu porównywalnego z USA rynku wewnętrznego i zniesieniu barier celnych, a także dzięki wprowadzeniu wolnego przepływu obywateli, Wspólnoty uzyskały zwłaszcza w latach 70-tych i 80-tych olbrzymią dynamikę rozwoju. To pozwoliło stworzyć nieznaną w dziejach przestrzeń dobrobytu. Nawet koszty związane finansowaniem rozwoju południowych Włoch nie były dla EWG ciężarem, bowiem rekompensowane były per saldo większymi korzyściami. Dzięki temu spektakularnemu wzrostowi do Wspólnot włączono słabe kraje południowe (Hiszpania, Grecja i Portugalia). I choć wiązało się to z kosztami, to jednak 50 mln. nowych konsumentów również rekompensowało koszty. Już jednak u schyłku lat 80-tych zaczęto dostrzegać, że ilość korzyści może się redukować, więc wymyślono kolejne rozwiązanie.

Było nim włączenie bogatych krajów europejskich – Austrii, Szwecji i Finlandii – co miało pomóc w zbilansowaniu biznesu. Dlatego zaakceptowano niemiecką koncepcję rozszerzenia Unii na Europę Środkową, licząc na kolejne korzyści. 
Oczywiście szybko okazało się, że to już przestaje być biznesem, ale Niemcy jako protektor „Mitteleuropy” mogły dzięki temu nie tylko zdominować Unię. Mogły jednocześnie przerzucić koszty swojego protektoratu na innych. Już w pierwszych latach obecności nowych krajów w Unii widać było, że biznes przestaje się spinać.

Ale napędzane obsesją osiągnięcia statusu imperium Niemcy, podtrzymywały tę konstrukcję. Nowym narzędziem owego „imperialnego snu” Niemiec stało się Euro, skrojone wyłącznie na potrzeby utrzymania niemieckiej dominacji na kontynencie. Kiedy tego planu nie chcieli żyrować Brytyjczycy, „żelazna kanclerz” rękami Tuska zrobiła wszystko, by ich z Unii wypchnąć.
I pewno biznes jakoś by się kręcił, bo siła Niemiec przytłaczała kontestatorów (vide unicestwienie Grecji), gdyby nie nastąpił wielki krach finansowy w latach 2008 – 2010. Ta klęska finansowa miała wiele konsekwencji. Wpędziła strefę Euro w niekończący się kryzys strukturalny, którego efektem jest trwająca permanentnie stagnacja gospodarcza „starej Europy”. Dopiero w ostatnim roku przed-pandemicznym, Niemcy i inne kraje „starej Europy” osiągnęły poziom PKB sprzed kryzysu finansowego. Pandemiczny szok spowodował kolejny regres, który w przypadku takich krajów jak Włochy, Hiszpania czy Francja, ma już charakter chroniczny.
To wszystko złożyło się na potężny kryzys atrakcyjności Unii, która już nic nie daje, a narzucając sobie coraz to nowe, w większości dyktowane ideologicznymi obsesjami cele, coraz bardziej kręci się wokół „własnego ogona”. 
Kryzys migracyjny trwający od 2016 roku, a następnie kolejne fale pandemii ujawniły, że UE nie jest w stanie podejmować szybkich decyzji, a tworzone przez nią mechanizmy i rozwiązania są mocno spóźnione. Najlepszym przykładem pozostaje tzw. Recovery Fund, który miał stanowić odpowiedź na pierwszą fale pandemii. Jego karykaturalny kształt ujawnia się na naszych oczach równie silnie, jak brak jakichkolwiek realnych efektów wynikających ze stosowania tego mechanizmu. Ta konstatacja jest już niemal powszechnie dominująca w krajach Unii.
Skoro Unia nie ma pieniędzy, a powiększenie jej budżetu o 0,04% zajmuje lata negocjacji to oznacza, iż straciła ona całkowicie nie tylko zdolność przyciągania, ale nawet utrzymania zbudowanego stanu rzeczy. 
W rzeczywistości trwa dziś walka tylko o to, by jak najmniej wkładać i jak najwięcej wyciągać. Żadnej wizji, żadnej perspektywy, poza maniakalnym dążeniem, do rewolucyjnego przekształcenia kontynentu i zamieszkujących go narodów, w jakiś nowy, utopijny progresywny amalgamat.

Instytucjonalny paraliż
Z tej perspektywy widać wyraźniej, z jak bardzo dryfującym okrętem mamy do czynienia. Są przynajmniej trzy wymiary dzisiejszej Unii, które trwając od 15 – 20 lat utrzymują ją w permanentnym kryzysie. Przyjrzyjmy się im po kolei.

W pierwszym rzędzie Unia trwa w paraliżu instytucjonalnym, bowiem stworzona konstrukcja okazuje całkowitą niezdolność do reagowania na rzeczywiste problemy. I to reagowania w czasie, który pozwala zachować realny wpływ na pojawiające się wyzwania i sytuacje. Podjęta próba rozwiązania tego problemu przy pomocy poza traktatowej federalizacji Unii, stanowi jedynie ledwo zakamuflowane, kolejne zresztą podejście do usankcjonowania niemieckiej dominacji w tej strukturze. Próba ta nie przyniesie żadnych rezultatów, a jedyną jej konsekwencją będzie wzrost tendencji odśrodkowych. W każdym razie napięcia wokół tego zagadnienia, czynić będą Unię w najbliższych latach strukturą całkowicie niefunkcjonalną.
Po drugie obecnie obserwujemy pogłębienie kryzysu finansowego i ekonomicznej stagnacji w strefie Euro.

Wywołana nieodpowiedzialną polityką klimatyczną i energetyczną inflacja, uderzyła w podstawy systemu stworzonego na ruchomych piaskach przez Europejski Bank Centralny. Przyjęcie „Fit for 55” ostatecznie ugodzi w pozycje europejskiego przemysłu i szerzej europejską konkurencyjność na rynkach globalnych i tym bardzie przyczyni się do zapaści gospodarki europejskiej w nieodległej perspektywie.
Po trzecie wreszcie, oczywisty jest uwiąd ideowy Unii.

Unia nie jest już atrakcyjna nie tylko dlatego, że „dysponuje zasobami finansowymi”, które mają istotne znaczenie dla kogokolwiek. Unia nie reprezentuje dziś także żadnej atrakcyjnej idei i perspektywy, która dawałaby państwo europejskim poczucie wspólnoty.

Karykaturalne „standardy europejskie” wykoncypowane przez neotrockistowskie „pokolenie’68” nie tylko nie łączą, ale wręcz stymulują proces dekompozycji Unii.
Na te i inne problemy, unijna „elita” ciągle odpowiada tym samym sloganem – potrzeba więcej Unii w Unii, uzupełnianym czasem opowieściami o „różnych prędkościach”.

Konkludując – znacząca część racjonalnych analityków europejskich przyjmuje, iż datą kluczową dla Unii będzie rok 2027.

Do tego roku obowiązuje od 2022 roku perspektywa, ustalająca ramy finansowe Unii. 
Ustalenie kolejnej perspektywy (2028 – 2034) z dzisiejszego punktu widzenia jawi się jako niemożliwe. Zderzenie potrzeb krajów członkowskich i możliwości finansowych Unii w kontekście opisanych problemów skłania do przyjmowania założenia, że właśnie najpóźniej w 2027 roku rozpocznie się proces demontażu Unii w jej obecnym kształcie. W każdym razie, wskazane wyżej uwarunkowania powodują, że uwzględnianie Unii Europejskiej jako istotnego gracza w globalnej grze najbliższych lat, nie ma żadnych podstaw.

================================

mail:

Znów za dużo prądu w Polsce. [A ci durnie „u steru”od 30 lat ignorują budowę magazynów energii.]

Znów za dużo prądu w Polsce. [A ci durnie „u steru”od 30 lat ignorują magazyny energii.]

Operator sieci musiał podjąć „specjalne działania”.

Bartłomiej Sawicki znow-za-duzo-pradu

Polska elektroenergetyka, głównie za sprawą OZE, ponownie produkowała więcej prądu niż mogliśmy go zużyć w ciągu dnia. Doszło znów do zmniejszenia pracy farm fotowoltaicznych i wiatrowych.

Jak informują Polskie Sieci Elektroenergetyczne, 30 kwietnia 2023 r. w godzinach od 11 do około 16 w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym wystąpiła nadwyżka energii elektrycznej ponad zapotrzebowanie. Jej przyczyną jest wysoki potencjał produkcji energii elektrycznej ze źródeł OZE, przekraczający zapotrzebowanie o około 2,3 GW. W szczytowym okresie dnia, farmy wiatrowe i farmy fotowoltaiczne o godz. 14:00 pracowały z mocą ponad 10,8 GW, zaś krajowe zapotrzebowanie na energię wynosiło wówczas 14,9 GW. W efekcie ceny energii na rynku bilansującym (uzupełniającym braki w zapotrzebowaniu na prąd uczestników rynku) spadły do ledwie 22 zł za MWh.

Operator wydał więc polecenie zaniżenia produkcji źródeł OZE, albowiem elektrownie węglowe nie są w stanie obniżyć jeszcze bardziej produkcji energii, a nasi sąsiedzi nie są w stanie przyjść więcej naszych nadwyżek energii. W ramach międzyoperatorskiej wymiany międzysystemowej w niedzielę 30 kwietnia sąsiedzi przyjęli łącznie 11,7 GWh energii.

W odróżnieniu od 23 kwietnia br., kiedy PSE poleciło redukcję produkcji energii z OZE, nie ogłoszono jednak zagrożenia bezpieczeństwa dostaw. Wówczas zagrożenie dotyczyło również linii niskiego napięcia, a teraz tylko średniego. Niewykluczone, że właściciele instalacji, które musiały skorygować prace swoich urządzeń, dostaną z tego tytułu rekompensaty.

Czytaj więcej

Stan zagrożenia dostaw prądu. Za dużo energii ze słońca

Mamy za dużo prądu ze słońca w sieci energetycznej, względem naszych weekendowych potrzeb na prąd. Efekt? Pierwszy raz w historii ogólnokrajowy operator sieci przesyłowej ogłosił zagrożenie bezpieczeństwa dostaw energii elektrycznej. Aby zaradzić problemowi, PSE sięgnęły po redukcję prądu w przydomowych instalacji fotowoltaicznych.

Przypomnijmy, że moc osiągalna źródeł fotowoltaicznych (PV) według stanu na 1.04.2023 r. to ok. 13 GW, zaś moc osiągalna źródeł farm wiatrowych (FW) to ok. 9,5 GW.