Na fali słusznego oburzenia narastającą falą banderyzmu na Ukrainie w Polsce nabrzmiewa coraz bardziej radykalna odpowiedź. Celują w niej ci, którzy jeszcze niedawno uniżenie płaszczyli się przed Kijowem, sami mianując się „sługami Ukrainy”.
Choćby były polityk Platformy Obywatelskiej, a do niedawna poseł Prawa i Sprawiedliwości – uosobienie karierowiczostwa i bezideowości polskiej polityki, Janusz Kowalski. Nawoływał on do deportacji wszystkich Ukraińców, którzy znaleźli się u nas w ostatnich latach, także tych, którzy faktycznie uciekli przed śmiercią.
Zastanówmy się co takie propozycje – cieszące się niezmiennie wysoką popularnością wśród Polaków, którzy dość już mają wyraźnie nadmiernej liczby często niezbyt wdzięcznych za schronienie gości – oznaczają z punktu widzenia realistycznie ujmowanego bezpieczeństwa państwa, a także etyki. Z tą drugą zadanie będzie wyraźnie prostsze. Jeśli uznajemy życie ludzkie za wartość samą w sobie, to nie powinniśmy wydawać ludzi na niemal pewną śmierć.
Jeżeli uznajemy pokój za zawsze lepszy od wojny i zniszczenia – powinniśmy udzielić schronienia potencjalnym ofiarom taktyki rzucania mięsa armatniego w bój przez Siły Zbrojne Ukrainy. Dylemat etyczny rozwiązać zatem można od ręki: zostawiamy Ukraińców, również tych w wieku poborowym, na naszym terytorium.
Sprawa przestaje być tak jasna i prosta, gdy przejdziemy na płaszczyznę geopolityki i bezpieczeństwa, czyli obszary, w których sentymenty moralne z definicji nie powinny odgrywać żadnej roli. Wysłanie na Ukrainę mężczyzn w wieku poborowym, którzy schronili się w Polsce i Europie przed okrutną wojną, wzmacnia doraźnie Siły Zbrojne Ukrainy, choć nie jest w stanie przeważyć szali zwycięstwa na rzecz Kijowa. Można jednak przypuszczać, że przedłuży konflikt zbrojny.
W naszym interesie ekonomicznym jest jak najszybszy powrót do relacji handlowych, w tym współpracy energetycznej z Rosją. Eliminujemy z tych rozważań głosy nieracjonalne i pozbawione logicznej argumentacji, mówiące o tym, że po upadku / kapitulacji Ukrainy my będziemy następnym krajem przeznaczonym do ataku przez Rosję. Wszystko wskazuje na to, że nie będziemy. Ryzyko zaatakowania nas punktowymi uderzeniami rakietowymi i dronowymi wzrastać będzie wraz kolejnymi próbami eskalacyjnymi podejmowanymi przez Kijów.
Im większe będzie bowiem natężenie i długotrwałość konfliktu, tym większe prawdopodobieństwo, że strona rosyjska podejmie decyzję o zaatakowaniu tyłów przeciwnika. A tymi tyłami, zapleczem logistycznym jesteśmy właśnie my i nie mamy zbyt wielkiego wpływu na rolę, którą pełnimy, przynajmniej dopóki jesteśmy kolonią anglosaską, państwem wchodzącym w skład agresywnego NATO i coraz bardziej wojowniczej Unii Europejskiej. Możemy zatem uznać, że w naszym, polskim interesie jest jak najszybsze zakończenie działań zbrojnych. Interesować nas powinno również to, by przyszła Ukraina nie miała potencjału podejmowania działań agresywnych, zaczepnych lub szerzących chaos na naszym, sąsiednim terytorium.
Idealna byłaby jej odbudowa i polityczne odrodzenie jako kraju neutralnego, rozbrojonego i rezygnującego z tożsamości neobanderowskiej. Jakimi środkami cel ten może zostać osiągnięty? To już nie nasze zmartwienie. Powinniśmy jedynie liczyć na to, że ścierające się na ukraińskich stepach mocarstwa dojdą w końcu do wniosku, że mają już dość. A także – że nie dojdą do wniosku, iż czas przestrzeń wojny rozszerzyć o ziemie polskie. A zatem – nasze bezpieczeństwo wymaga jak najszybszego zakończenia wojny, które możliwe jest przy brakach dodatkowych rezerw mobilizacyjnych Kijowa. Krótko mówiąc, z tego punktu widzenia powinniśmy zgodzić się na pozostawanie na naszym terytorium ukraińskich uchodźców przed śmiercią na froncie.
Nie wszystko jest jednak tak jednoznaczne. Jak doskonale wiemy, zbyt liczna mniejszość narodowa może być źródłem destabilizacji oraz zagrożeń wynikających z możliwości jej instrumentalnego wykorzystania przez obce podmioty. W tym wypadku mówić możemy z jednej strony o wzrastającej przestępczości, ale z drugiej również o ryzyku wykorzystania imigrantów ukraińskich przez tamtejsze służby specjalne do aktów terroru na naszym terytorium. Nietrudno przecież wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś jest szantażowany i straszony groźbami pod adresem członków jego rodziny na Ukrainie przez SBU, by zdecydował się na realizację poleceń typu podpalenia czy zamachy na Polaków znajdujących się na słynnej liście Myrotworiec.
Jakie jest zatem rozwiązanie? Nie ma żadnego dobrego. Model kompromisowy może polegać na przyznawaniu Ukraińcom w wieku poborowym specjalnego, czasowego azylu politycznego przy jednoczesnym nadzorowaniu ich przemieszczania się i funkcjonowania w Polsce. Nie byłoby to łatwe, ale warto rozważyć optymalny wariant.
Mateusz Piskorski Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2026)
John Mearsheimer – prawdopodobnie najbardziej znaczący obecnie amerykański myśliciel polityczny – udzielił 12 czerwca br. kolejnego ciekawego wywiadu Tuckerowi Carlsonowi. Ocenił w nim perspektywy rozwoju sytuacji w Europie Środkowo – Wschodniej i na Bliskim Wschodzie, ale także podzielił się refleksjami nad źródłami takiej a nie innej polityki Stanów Zjednoczonych.
W odniesieniu do konfliktu na Ukrainie raz jeszcze przypomniał ugodowy charakter polityki Władimira Putina wobec Zachodu przed wybuchem pełnoskalowej wojny w lutym 2022 r., a powolne postępy rosyjskie tłumaczył troską o minimalizację ofiar cywilnych.
Najważniejsza z polskiego punktu widzenia konkluzja tej części jego wypowiedzi dotyczyła prawdopodobnego rozwoju sytuacji. Za możliwe uznał wyczerpanie się rosyjskiej cierpliwości i atak odwetowy na któryś z krajów NATO wspomagający ukraińskie uderzenia rakietowe w głąb rosyjskiego terytorium. Przy czym w pierwszej kolejności miałby to być atak konwencjonalny, a w wypadku kontynuacji takich działań Zachodu także nuklearny.
Przytoczył w tym kontekście poglądy wpływowego rosyjskiego politologa Siergieja Karaganowa, z którym następnego dnia spotkał się na kanale YT Glenna Diesena. Powtórzył, że zarówno Ukraina jak Rosja postrzegają siebie nawzajem jako egzystencjalne zagrożenia i dlatego trudno przewidywać między nimi trwały pokój. Porównał pozycję Ukrainy do tego, jak USA postrzegały Kubę w czasie kryzysu 1962 r. To co jest możliwe to jedynie zamrożenie konfliktu, bo Rosja na pewno będzie dążyć do zajęcia 4 zaanektowanych obwodów, a być może także Odessy i Charkowa, podczas gdy Ukraińcy tego nie zaakceptują.
Co więcej, wskazał 5 innych punktów zapalnych na linii Rosja – Zachód w naszym regionie: Morze Bałtyckie, Obwód Kaliningradzki, Białoruś, Mołdawia i Morze Czarne. Szóstym obszarem potencjalnego konfliktu jest Arktyka. Pytany o motywy strony zachodniej stwierdził, że Donald Trump w czasie obu kadencji dążył do poprawy relacji z Moskwą. Jednak na przeszkodzie stanęły kiepskie umiejętności dyplomatyczne Amerykanina i siła głębokiego państwa. Z drugiej strony, zgodnie z tym co powiedział Karaganow, Rosja poprzez brak reakcji na przekraczanie przez Zachód kolejnych czerwonych linii stworzyła wrażenie, że nie ma ich w ogóle.
W tym momencie pojawiło się kluczowe pytanie o motywy sprawiające, że znaczna część elit amerykańskich dąży do zniszczenia Rosji. Amerykański politolog wskazał, że w dużej mierze wynika to z tego, że przodkowie wielu amerykańskich urzędników odpowiadających za politykę zagraniczną przybyli do Ameryki z Rosji, dotyczy to głównie amerykańskich Żydów, ale także członków innych narodów. W tym kontekście także w odniesieniu do amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie czy wobec Kuby obaj rozmówcy poruszyli problem podwójnej lojalności i stanowczo podkreślili konieczność wyrzeczenia się przez imigrantów o różnych etnosach reprezentowania interesów państwa i narodu innego niż amerykański, politolog opowiedział się zdecydowanie przeciw podwójnemu obywatelstwu. Wymienił w tym kontekście osobę Jeffreya Goldberga – obecnego naczelnego redaktora magazynu The Atlantic, który służbę wojskową odbywał jako strażnik w izraelskim obozie dla więźniów.
Warto przypomnieć, że regularną publicystką tego magazynu jest żona obecnego Ministra Spraw Zagranicznych III RP Anne Applebaum, a ich syn służy w amerykańskiej armii. Amerykanom trudno jest także zaakceptować fakt, że po okresie rządów Borysa Jelcyna Rosja przestała zachowywać się jak kraj podporządkowany amerykańskiemu hegemonowi.
W przypadku wojny z Iranem rola lobby izraelskiego w USA, któremu Mearsheimer wraz z Stephenem M. Waltem poświęcili osobną książkę (jest dostępna w wersji online w internecie) jest jeszcze większa. J. Mearsheimer uważa także, że bezwarunkowe poparcie USA dla Izraela sprawiło, że ten od 1967 r. uległ iluzji własnej militarnej wszechmocy i odszedł od zasady ostrożności oraz przezorności ulegając uczuciom pychy, zuchwałości i arogancji określanych greckim pojęciem hybris. Obaj rozmówcy wskazali również na radykalne obniżenie poziomu debaty publicznej i myśli politycznej głównego nurtu na Zachodzie w porównaniu do czasów zimnej wojny 50 lat temu, gdy J. Mearsheimer zaczynał swoją karierę po ukończeniu West Point i służbie w amerykańskich siłach powietrznych.
Rozmowa obfituje w wiele innych ciekawych szczegółów i fragmentów wykraczających poza standardowe ujęcie geopolityki, pokazując ją w szerokim kontekście cywilizacyjnym, historycznym i psychologicznym.
Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia” 2 lipca 2026michalkiewicz
Młodsi czytelnicy już nie pamiętają sklepów „za żółtymi firankami”, jakie bywały w Polsce w czasach stalinowskich, ale osoby starsze, jak np. ja – wiedzą, o co chodzi, Jak pisze Jerzy Orwell w „Folwarku zwierzęcym”, wprawdzie wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych – toteż partia i bezpieka zatroszczyły się o jaki-taki dobrobyt dla siebie – właśnie w postaci sklepów za żółtymi firankami. Osoby uprzywilejowane – bo tak sobie, z ulicy, nikt nie mógł tam wejść – mogły sobie tam kupować towary niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Nie było to zapewne jakieś oszałamiające luksusy – ale na na tle powojennej biedy i „planu sześcioletniego”, kiedy to rozbudowywany był przemysł zbrojeniowy, było to jednak coś.
Po 1956 roku sklepy za żółtymi firankami zostały zlikwidowane, ale w innej formie odżyły w latach 70-tych i 80-tych i do w dwóch postaciach. Pierwszą postać stanowiły „peweksy”, w których można było kupić niedostępne na zwykłym rynku towary za dewizy, a drugą – tak zwane „sklepy komercyjne”, jakie pojawiły się masowo w latach 80-tych, kiedy to prawie wszystko, a przede wszystkim – mięso – można było kupić tylko na „kartki”.
W porównaniu ze sklepami „za żółtymi firankami” był to pewien postęp, bo o ile za żółte firanki mogły wchodzić tylko osoby uprzywilejowane, to do peweksów i sklepów komercyjnych mógł wejść każdy, o ile miał dewizy, albo tak zwane” bony” dolarowe, albo gotówkę. Od biedy można by uznać, że były to elementy gospodarki rynkowej w socjalizmie, w którym gospodarka była centralnie planowana.
Temu centralnemu planowaniu towarzyszyła indoktrynacja, której ja też doświadczyłem w pierwszych klasach podstawówki. W tak zwanych „czytankach” do nauki języka polskiego była na przykład czytanka o różnicach między ZSRR i USA. Tych różnic było bodajże ponad 20, a na pierwszym miejscu była taka: „W ZSRR istnieje planowa gospodarka państwowa”, podczas gdy „W USA pracuje się bez planu”. Od tamtej pory minęło ponad 70 lat i co Państwo powiecie? Podczas dyskusji, w jakiej niedawno wziąłem udział, mój partner oraz jej organizator, pryncypialnie potępili zbrodniczy liberalizm, który – jak się okazało – sprzeczny jest nie tylko z socjalizmem, ale również – z religią katolicką. Wprawdzie nie słychać, by z powodu liberalizmu ludzie byli masowo mordowani, podczas gdy pod pretekstem socjalizmu – jak najbardziej – ale widocznie socjalizm jakoś z katolicyzmem się dogaduje, podczas gdy liberalizm – nie. Co prawda Jezus Chrystus mówił: „daj!”, podczas gdy socjaliści mówią: „bierz!” – ale co z tego, skoro nawet papież Franciszek w niepojętym przypływie szczerości powiedział kiedyś, że idee chrystusowe dzisiaj najlepiej wyrażają komuniści? Taka to ci devotio moderna.
Jaki był powód istnienia sklepów za żółtymi firankami? Ano taki, że gospodarka socjalistyczna to gospodarka niedoborów. Wprawdzie centralny planifikator wszystko drobiazgowo zaplanował, ale co z tego, skoro system nie chce działać? Składa się na to szereg zagadkowych przyczyn, wśród których na pierwsze miejsce wybijają się knowania wrogów ludu. Z wrogami ludu rozprawia się surowa ręka sprawiedliwości ludowej, ale niedoborom trzeba jakoś stawić czoła. Toteż na przykład ówczesna definicja koniaku głosiła, że jest to napój klasy robotniczej, spijany ustami jej przedstawicieli, mających dostęp do sklepów za żółtymi firankami.
Dzisiaj, za sprawą zbrodniczego liberalizmu, już nie odczuwa się tak boleśnie niedoboru mięsa, jak kiedyś, kiedy to poeta w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” wkładał w usta zirytowanego bohatera apel: „Więc albo dajta im to mięso, albo też im połamta kości!” – ale – jak to w socjalizmie – pojawiły się ostre niedobory na odcinku ochrony zdrowia. Wprawdzie pani, która w vaginecie obywatela Tuska Donalda „robi na odcinku zdrowia” uważa, że – jak powiadają Rosjanie – „wsie wsiem dawolny” – ale niedobory na tym odcinku dają się odczuć coraz bardziej dotkliwie – więc tam właśnie pojawiły się sklepy za żółtymi firankami.
W warszawskim Szpitalu Południowym wybuchła mianowicie straszliwa afera z panem doktorem Dawidem Kacprzykiem, który dla swoich partyjnych towarzyszy urządzić miał tam „saloniki VIP-ów” stanowiące odpowiednik sklepów za żółtymi firankami, jako że członkowie Volksdeutsche Partei mogli tam otrzymywać deficytowe usługi medyczne poza kolejnością. Zresztą nie tylko członkowie Volksdeutsche Partei – bo wróbelki ćwierkają od samego rana, że z podobnych sklepów za żółtymi firankami korzystają też towarzysze partyjni Naczelnika Państwa – o ile oczywiście mają szczęście być funkcjonariuszami, albo znajomymi funkcjonariuszy samorządów terytorialnych, które na usługach medycznych położyły łapę.
Warto tedy przypomnieć, że samorządy powiatowe i wojewódzkie pojawiły się u nas za sprawą wiekopomnej reformy charyzmatycznego premiera Buzka. Podobnie jak w przypadku trzech innych wiekopomnych reform, reforma samorządowa miała na celu wyłącznie zwiększenie liczby synekur w sektorze publicznym, by było gdzie ulokować zaplecze polityczne zwycięskiej koalicji AW”S: – UW – ponieważ poprzednia koalicja SLD-PSL „zawłaszczyła państwo” to znaczy – nie tylko pozajmowała wszystkie synekury, ale w dodatku obwarowała je takimi gwarancjami nietykalności, że nawet zmiana rządu nie miała znaczenia. Charakterystyczne było również to, że najpierw samorządy powiatowe i wojewódzkie powstały, a dopiero potem zaczęło się zastanawiać, jakież to kompetencje im przydzielić, żeby samorządowcy mogli sobie zarobić na bułeczkę i masełko. Nieomylny to znak, że jedynym celem reformy samorządowej była korupcja i partyjniczy nepotyzm.
Toteż kiedy dzisiaj, gdy mleko się rozlało, obywatel Tusk odgraża się, że będzie zło wypalał rozpalonym żelazem, a otoczenie Naczelnika Państwa nie posiada się z oburzenia na widok tego łajdactwa, wszyscy rozumiemy, że to tylko takie rutynowe zaklęcia na użytek wyznawców i to tych głupszych, co to myślą, że to wszystko naprawdę, podczas gdy cwaniacy wiedzą, że nic nie jest naprawdę, skoro nikt nie domaga się rozpędzenia na cztery wiatry samorządów powiatowych i wojewódzkich. Toteż wszyscy zachowują błogi spokój, bo wiadomo, że kiedy już w ramach święta demokracji wybory zostaną wygrane, to nastąpi urocza gra miłosna po orgazmie zwycięstwa, w postaci rozdzielania synekur.
Czyż nie dlatego tak kochamy demokrację, że stwarza nam ona tyle znakomitych okazji służenia dobru wspólnemu za żółtymi firankami – bo – powiedzmy sobie, towarzysze, otwarcie i szczerze – kogóż w dzisiejszych zepsutych zbrodniczym liberalizmem czasach wynagradzać, jeśli nie tych, co to poświęcają swój czas, a nawet życie dla dobra wspólnego, dla szczęścia ludu pracującego miast i wsi oraz osiedli robotniczych, uzdrowiskowych i rybackich.
W dniu 1 lipca 2026 r., w święto Najdroższej Krwi Pana Jezusa, w Seminarium św. Piusa X w Ecône w Szwajcarii, w obecności ks. Dawida Pagliaraniego, przełożonego generalnego Bractwa św. Piusa X, oraz w obecności licznego zgromadzenia księży, zakonników i wiernych, Jego Ekscelencja biskup Alfons de Galarreta, wspomagany przez Jego Ekscelencję biskupa Bernarda Fellaya, dokonał konsekracji biskupiej księży Paschalisa Schreibera, Michała Goldade’a, Michała Poinsineta de Sivry oraz Marka Hanappiera, którzy odtąd będą pełnić funkcję biskupów pomocniczych Bractwa św. Piusa X, bez jurysdykcji.
Bractwo szczerze ubolewa, że z powodu wyjątkowych okoliczności te konsekracje musiały zostać udzielone bez zgody Ojca Świętego; w szczególności wyraża ubolewanie, że przełożonemu generalnemu Bractwa nie dano możliwości osobistego spotkania z Jego Świątobliwością papieżem Leonem XIV, aby w duchu synowskim przedstawić mu poważne powody, które sprawiły, że ta ceremonia stała się konieczna.
Nie może to jednak przyćmić głębokiej radości, jaką budzą te konsekracje. Zapewniając środki niezbędne do zachowania świętego dziedzictwa Tradycji, dar czterech nowych biskupów prawdziwie stanowi wielką łaskę zarówno dla samego Bractwa, jak i dla całego Kościoła.
Bractwo św. Piusa X raduje się tym i wznosi do Boga żarliwą modlitwę dziękczynną, szczególną podziękę składając Najświętszej Maryi Pannie za to, że pozwoliła na to przekazanie pełni kapłaństwa, ku większej chwale Boga, na cześć Kościoła Świętego i dla zbawienia dusz.
Jak się zbliżało lato to się pojawiał zaraz tzw. sezon ogórkowy w mediach. Oznaczało to nadawanie lekkich i bzdurnych tematów, gdyż świat polityczny udawał się na urlop. Było to, uwaga! nawet w czasach komuny, która – jak nam się wydawało dziś starym, a wtedy naiwnym – i tak upolityczniała wszystko co się da. Teraz można tylko pomarzyć o latach tej błogości – świat się zmienia, nie patrząc na nasze plany urlopowe i dziś trudno o spokój w świadomości tzw. opinii publicznej. Mamy dwa wielkie wątki narracyjne, które jak imadło ściskają głowy publiczności, co bardziej wyrywnym i zaangażowanym spędzając sen z powiek, nawet na drożejących wczasach.
W szczękach imadła
Mamy więc dwie szczęki tego narracyjnego imadła – jedną na użytek wewnętrzny, a chodzi tu o aferę ze Szpitalem Południowym, oraz zewnętrzną coraz bardziej sferę, którą można operacyjnie nazwać wojną na ordery. Mają one dwie cechy wspólne – rozwojowość, gdyż wątki dopiero się rozpędzają oraz właściwość drugą – plemienność wojny polsko-polskiej. Ten ostatni wątek, wchodzenia każdego zdarzenia i inicjatywy w tory manichejskiego ładu, podziału na dobro i zło, który obowiązuje bezwzględnie i nieodwołalnie. Jest przymiotem narodowym naszym tak przemożnym, że może być, i jest, wykorzystywany nawet przez czynniki zewnętrzne, które znając tę naszą przypadłość mogą nami wysterowywać w dowolnym kierunku. Dziś chcę się zając jedną tylko szczęką – aferą orderową.
Wątek szpitalny jest mocny i rozwojowy, a więc trzeba poczekać aż dojrzeje, gdyż może się okazać tak wielowątkowy – od kwestii łapówkarstwa, upartyjnienia państwa, wyższości samo-mianowanych elit nad NFZ-towskim ludem, aż po realne wnioski na temat (dez)organizacji systemu służby zdrowia. Publiczności umyka tu zasadniczy wątek – przy takim podejściu aparatu państwa do rewelacji od insajdera z SOR-u w Szpitalu Południowym, cały system, łącznie ze specjalną ustawą, ochrony tzw. sygnalistów właśnie się pogrzebał. Po takiej jeździe po sygnaliście nikt nigdy i nigdzie w Polsce nie zgłosi do organów żadnej zauważonej nieprawidłowości. Bo ci przyślą prokuratora, który przed kamerami opowie jak zeznawałeś, odmówi ci prawa do prawnika, zaś media cię z linczują krzycząc: „masz dowody?!?”. Na koniec wyjdzie zaś premier i publicznie podważy wiarygodność sygnalisty i zrobi to szef rządu, który kiedyś, w kampanii wyborczej, powoływał się na „postać znaną”, patusa, którego rewelacje cytował publicznie bez zająknięcia. Nie, nie będziemy (dzisiaj) tu o tym mówić. Pomówimy za to o aferze orderowej.
New order
Nazywam ją orderową dla porządku, a właściwie – początku, bo od tego się zaczęło. Co prawda ordery to były tylko iskry, które okazało się padły na wielkie i gotowe zapasy prochu wzajemnych polsko-ukraińskich, jak widać w swej skali, skrywanych dotąd, delikatnie mówiąc, animozji pomiędzy naszymi narodami. Sam aspekt orderowy nie jest tu bez znaczenia. Zaczęło się od deklaracji odebrania orderu Orła Białego w wykonaniu prezydenta Nawrockiego wobec prezydenta Ukrainy Zełenskiego. W zamian posypało się odsyłanie z Ukrainy odznaczeń polskich do nadawców, dzięki temu tylko naród dowiedział się komóż to III RP była (ale za co, to się nie dowiemy) wdzięczna na różne sposoby. Było tego sporo, bo wielu orderów (jeszcze?) nie odesłało. Dużo się też dowiedzieliśmy o samym orderze, co skłoniło mnie w publicystyce pisanej w najbliższym tygodniku „Do Rzeczy”, do wysunięcia postulatu, aby order ten wygasić.
Najciekawsza była próba symetrycznego odwetu orderowego – nasi, ale tylko z jednego obozu, PiS-u znaczy się, zaczęli odsyłać z kolei ordery do Ukraińców – i znowu mogliśmy się dowiedzieć jak i jakich naszych obdarowywała (i za co) Ukraina. Też było tego sporo i widać, że wymiana barterowa order-za-order szła na całego. Najbardziej spektakularny był początek obiegu wewnętrznego orderowej hucpy kiedy (nie wiadomo dlaczego) w ramach protestu jakiś parlamentarzysta z PO zwrócił polskie odznaczenie polskiemu prezydentowi. Permutacja możliwości i wariantów wskazuje, że możemy się spodziewać, iż w ramach protestu jakiś Ukrainiec zwróci ukraińskie odznaczenie Zełenskiemu, ale niedoczekanie wasze. W życiu.
Ciekawostki wychodzą w ruchu prezydentów Ukrainy, którzy zwrócili swoje Orły Nawrockiemu w ramach protestu, a właściwie aktu solidarności z Zełenskim. Wskazuje to na jednak genetyczne poparcie ruchów banderowskich, idące na wskroś całej krótkiej historii nowożytnej Ukrainy. Są jak widać tam pewne wspólne wartości, ponad podziałami i ekipami i należy do nich kult banderowszczyzny, o czym z zaskoczeniem dowiedziała się i Polska, i świat i zdaje się, że sporo Ukraińców. Co ciekawe ordery odesłali prezydenci i Kuczma, i Juszczenko, i Poroszenko, ale nie odesłał ponoć prorosyjski Janukowycz.
Co ciekawe Janukowycz był jedynym prezydentem, który odwołał na Ukrainie kult Bandery, ustanowiony przez swego poprzednika. Tak to się dziwnie układają losy banderyzacji. Widać też, że order rozdawano na prawo i lewo i stosunek danego wodza Ukrainy do Rzezi Wołyńskiej nie miał u Polaków żadnego znaczenia. Dostawali wszyscy, ale tylko jeden nie przyznał się do kultu banderowskiego. Ale to był człowiek Putina, o czym wszyscy przecież wiemy…
Racje i narracje
Zostawmy te ordery, czekajmy na ruchy naszych obdarowanych – do gestu się poczuł i Lech Wałęsa, który ma przecież ukraińskie najwyższe odznaczenie (Jarosława Mądrego, drugiego stopnia), ale Lechu rzucił tylko ukraińską przypinką. Dziwi takie przywiązanie bądź co bądź do orderu imienia jego śmiertelnego lokalnego wroga. Z tym Wałęsą to w ogóle kłopot jest, bo – znowu – nie wyczuł ci on mądrości etapu, że wszelkie ruchy protestacyjne wobec Ukrainy są niemile widziane przez polityczne grono, które Lechu popiera, gdyż kwestia konfliktu Polska-Ukraina weszła na tory wojny polsko-polskiej. A nasze wałęsowskie dobro narodowe jest już dawno obsadzone w tej wojence jako zabytkowy parowóz uśmiechniętej światłości Tuskowej. Ale się Bolkowi wytłumaczy, zresztą sam do tego dojdzie, tyle, że ze zwyczajowym opóźnieniem.
Ale obiecałem pozostawienie tych orderów w spokoju, choć ręka świerzbi do szydery, bo to są kurioza. Najbardziej interesujące i płodne co do wniosków natury ogólnej i przewidywania przyszłych wypadków jest przyjrzenie się różnym narracjom i ich emitentom, po to by zobaczyć za nimi prawdziwe intencje graczy orderowych oraz ich wielopoziomowe i długotrwałe możliwe konsekwencje. Na początku uwagi natury ogólnej. Cała afera została stopniowo uplemienniona. Tak jest zawsze, gdyż plemienne grona wzmożone i towarzyszące im kompatybilne media nie znają innego aparatu poznawczego – wszystko jest albo dobre dla nas i kompletnie złe dla plemienia przeciwnego (opowiada się, że dla Polski), albo na odwrót. To automat czarno biały, działający od razu. Tu z Ukrainą po orderze okazało się, że trzeba trochę odczekać. PiS był od razu za, ale Tusk się wahał – tak zaskoczył go zbadany wysoki stopień poparcia Polaków wobec inicjatywy. Ale bez polaryzacji ani rusz – nie może sobie na stole polsko-polskiego konfliktu domowego leżeć jakiś temat niezorganizowany – wszystko musi być wessane przez tego jamochłona.
I ruszyła maszyna – najpierw powoli, jak żółw ociężale, a teraz biegu przyspiesza i gna coraz prędzej, by skończyć jak zwykle (tu już muszę zacytować):
A skądże to, jakże to, czemu tak gna? A co to to, co to to, kto to tak pcha, Że pędzi, że wali, że bucha buch, buch? To para gorąca wprawiła to w ruch, To para, co z kotła rurami do tłoków, A tłoki kołami ruszają z dwóch boków I gnają, i pchają, i pociąg się toczy, Bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy, I koła turkocą, i puka, i stuka to: Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!…
Wątki uśmiechnięte
Mamy więc już bez żenady aferę orderową postawioną na torach wojny polsko-polskiej, co dowodzi, że – szczególnie plemię uśmiechnięte – użyje, albo i zbezcześci wszelkie pozostałe jeszcze pewniki narodowe, jak choćby pamięć pomordowanych, byle by tylko dowalić stronie przeciwnej. Mało tego – do tego nurtu zaprzańskiego zaczynają docierać argumenty wyraźnie suflowane przez Ukrainę. Polacy już bez żenady bredzą o symetryzmie UPA-AK, zrównują akcje odwetowe na Ukraińcach za rzeź w wykonani AK z ludobójstwem zaplanowanym w niemieckich mundurach. Śpiewamy tu w Polsce już bez żadnego wstydu piosenki do melodii wygrywanej na ukraińskiej bandurze. Tuskowi wykazują, że rzeź rzezią, ale liczą się dobrosąsiedzkie interesy ponad pamięcią zbiorową, która zawsze jest dyskutowalna. Tu pojawiają się postulat:y historycy do historii, pisarze do piór, a pasta do butów.
Mądrale pokazują jakieś inne benefity naszej współpracy, co trochę trąci zawoalowaną groźbą, że przez krewkiego kibola w Dużym Pałacu możemy dużo stracić, bo się na nas Ukraina może obrazić. Wskazuje się – znowu fałszywie – na dodatni bilans pobytu u nas Ukraińców, ten mityczny pozytywny bilans wpłat pracujących Ukraińców do budżetu versus koszty świadczeń społecznych od Polski do Ukraińców. Nie chce mi się pochylać nawet nad tym bilansem, który ewidentnie zawyża daniny ukraińskie i zaniża nasz rzeczywisty koszt naszego goszczenia Ukraińców. Pomijając już sam fakt, że niezmierzone są do dziś koszty turystyki leczniczej i emerytalnej, które zrujnowały oba polskie systemy. Powtarzamy więc te kalki już jako zinternalizowane, to znaczy Polacy to suflujący myśląc, że sami do tego doszli, nie wiedząc, że jest to jeden z punktów przekazu narracji, które dostali nie tylko ukraińscy dyplomaci, ale i służby (tak zeznaje np. ekspert od tych spraw, redaktor Parafianowicz).
Kolejnym argumentem mrożącym pt. Ukraina nam teraz pokaże, jest to, że mamy dodatni (a jaki możemy mieć z krajem wojującym?) bilans handlu zagranicznego. No, eksportujemy na Ukrainę, ale to chyba naturalne, choć jak tak dalej pójdzie to Ukraina, nie tylko geopolitycznie, ale gospodarczo będzie nas omijać, ale komu wtedy sprzeda swoje zboże techniczne jako jadalne? Ważnym przykładem jest tu niedawna konferencja w Gdańsku, która wymaga osobnego omówienia.
Konferencja w Gdańsku
Postawmy sprawę na nogi: Konferencja miała dotyczyć odbudowy Ukrainy po wojnie. Ja widziałem i uczestniczyłem w wielu takich spotkaniach. One po pierwsze mają sens, jak pojawia się jakaś szansa na koniec konfliktu, bo inaczej rozmawia się o pszczołach – nikt przecież nie będzie inwestował pod bombami. Takie spotkania są mocno iluzoryczne. Po drugie – niejasna jest rola Ukrainy. Jakim podmiotem tu jest Kijów? Ma kasę i decyduje kto ją dostanie? Jeśli tak, to skąd ta kasa? Czyż nie stanowi ona części środków podarowanych (pożyczonych?) przez podmioty, które teraz wybierze się (przez Ukrainę?) na wykonawców? Byłaby to dziwna konstrukcja – konsorcjum przyszłych nie wiadomo czy wybranych konsorcjantów zrzuca się na darowiznę, która później ląduje w rękach obdarowanego i ten wybiera po uważaniu kto nią dostanie? Myślę, że jest inaczej, że kontrahenci przychodzą z własną kasą i oni dyktują warunki. Polska więc nie ma tu wiele do gadania.
To prawda, ale nie w opowieści – klęska polskiego udział w polskiej konferencji jest tłumaczona i zrzucana na Nawrockiego. Jego nieprzyjazny gest ma nas – uwaga! w sposób UZASADNIONY ze strony obrażonych Ukraińców – pozbawić szansy na dobre kontrakty. Te jednak długo przed konferencją w Gdańsku były już rozdane, może nie w formie umów, ale stworzonych ram finansowania i całej operacji wyłaniania beneficjentów. Nic więc Nawrocki tu nie zawalił, bo jest w tym względzie już dawno po makale, ale narracja będzie jednoznaczna – policzalne straty. Szefujący antypolskiemu Lwowi banderowski Sadowy, choć nie zaproszony, demonstracyjnie przybył do Gdańska i podpisał klika umów na kontrakty, demonstracyjnie pomijając w tych umowach firmy polskie. Zrobił to mer Lwowa, który okradł polską firmę, która zainwestowała na jego terenie, przyjechał do Polski (jak? Gdzie są służby?) i podpisał nowe kontrakty. Stają tu dwa zagadnienia – jaki naiwniak, mając na uwadze losy polskiej firmy, podpisał z tym szalbiercą jakikolwiek kontrakt? Po drugie – gdzie jest państwo polskie? Gdyby jakiś oczajdusza wykroił taki numer powiedzmy Amerykanom, to nie tylko nie wpuściliby go do siebie, ale aresztowali na granicy pod zarzutem okradzenia amerykańskiej firmy.
A co my mamy? Wychodzi minister Sikorski i mówi, że może to i dobrze, gdyż teraz wszyscy wiedzą, że trzeba uważać, zaś wiceminister MSZ odradza polskim firmom inwestowanie we Lwowie. A tymczasem cała pomoc dalej płynie z Polski na Ukrainę, jakby – Polacy, nic się nie stało. Ursula właśnie przywiozła do Gdańska informacje o pierwszej transzy z 90 mld euro, które Unia, łącznie z nami, de facto podarowała pod zastaw (uwaga!) przyszłych reparacji od Rosji, gdyż ta niechybnie i przegra tę wojnę, i zapłaci za szkodliwe. A więc znowu – Ukraińcy grają nam na nosie, my zaś pokornie płacimy za ten spektakl. Ale przecież robimy to dla kraju, który walczy za nas, gdyż inaczej ruskie onuce, tym razem z zewnątrz, zaleją nasz kraj. Ten argument jest też łyknięty przez Polaków – tu uwaga! od dawna i we wszystkich plemionach – z argumentacji ukraińskiej. Ale ona ma tylko sens do tłumaczenia Ukraińcom czemu siedzą w okopach, czemu mają się poświęcać, przymykać oko na kradzieże i łapówkarstwo, gdyż poświęcają się dla świata. A świat ma się wypłacać za takie poświęcenie, i takie postawienie sprawy powoduje, że właściwie to nie opłaca się tej wojny kończyć, skoro my (my? gdzie tam – lud!) się poświęcamy jako przedmurze, to trzeba becalen i to bez gadania o kosztach uzyskania wysiłku wojennego, którymi są obrywy ukraińskich oligarchów ze środków pomocowych. Tyle Polacy, zobaczmy na Ukraińców.
Dobra pozycja Ukrainy
Widać wyraźnie, że kiedy Nawrocki dał ponad trzy tygodnie Zełenskiemu na zastanowienie się wykazał się nasz prezydent naiwniactwem. Decyzja w sprawie imienia UPA dla jednostki była podjęta nieodwołalnie i podarowany przez Nawrockiego czas Zełenski wykorzystał jedynie dla przygotowania zmasowanej operacji medialnej, czekającej tylko na deklarację Nawrockiego, że order jednak odbierze. Dokładnie w tym dniu ruszyło wszystko – pojawiły się tysiące internetowych Ukraińców, zalewających polski internet z tymi wszystkimi spreparowanymi w wariantach wątkami: cała egzegeza historii naszych relacji, daty, nazwiska, miejscowości, argumenty, relacje – wszystko stało gotowe, powiązane w narracyjne paczki przepasane wstążkami farm trollowych. I Nawrocki tylko zamruczał i wszystko się wywaliło na Polskę. Nieprzygotowaną, bo głupią.
Jak już mówiłem, dla Ukrainy to wygodna pozycja – kłócić się i deprecjonować Polskę na gruncie historycznym. To pozwala na odwzajemnioną jak widać nadzieję, że co do reszty to będzie po staremu. Bodanow, którego wysłał do Polski na przeszpiegi Zełenski, bo zobaczył jak bardzo zdeterminowani są Polacy wrócił do Kijowa z dobrymi wieściami. Na tyle dobrymi, że ukraińskie media zapełniły się wieściami, że „udało się uniknąć najgorszego”. A co było najgorszego dla Kijowa? Ano to, że Polacy wyjdą ze strefy bojów o pamięć w sferę realnych interesów, ważnych dla Ukrainy. Zamkną Jasionkę, wywalą Starlinki, obniżą Ukrainie warunki eksportowe z poczekalni do Unii, z ale przede wszystkim będą się opierać członkostwu Ukrainy w samej Unii. A ponieważ – tu ponad podziałami – wszyscy włodarze Polski zadeklarowali kontynuację swej służalczej polityki realnej, Ukraińcy odetchnęli, w dodatku eskalując poziom sporu na obszarze pamięci, po to by skupić tam uwagę Polaków. Nie na groźnych dla siebie realnych posunięciach.
Mamy w ukraińskiej sferze publicznej już żałosne poziomy tromtadracji, które mogą już tylko absorbować wyjątkowo niskie stany wiedzy wzmożonych emocjonalnie, bo nie wiedzowo obywateli. Ukraińcy wytykają, że ten konflikt jest na rękę Putinowi, trzeba więc niesnasek unikać. Ale sami wypisują takie rzeczy, że Putin by tego nie wymyślił. A czemóż – pomyślicie – takich rewelacji nie prokuruje właśnie Putin? Ano jak dowódca jednostki dronowej ukraińskiej w filmiku grozi, żeby nie podskakiwać, bo ukraińskie drony poleca gdzie trzeba i pokażą Lachom gdzie pieprz rośnie, skoro Polsce grozi dowódca ichniego WOTu i władze w Kijowie nic z tym nie robią, to znaczy, że to nie Putin nadaje i Kijów to co najmniej toleruje. A teraz odwróćcie sytuację – polskie generał wychodzi przed kamerkę i mówi, że za Wołyń puści na Lwów parę salw z Kraba. Toż to by się rozległ taki pisk, mundurowy by się pożegnał z wojskiem w trybie ekspresowym i dyscyplinarnym, Kijów by zawył, Zachód tak samo.
Na Zachodzi bez zmian?
Właśnie – Zachód, co na to Zachód? Tu też mamy plemiennie – uśmiechnięci mówią, że to wstyd przed Zachodem, że błazenada, że wszyscy wspierają, a tu Polacy poduszczeni przez ustawkowego prezydenta tak dokazują, wskazując na swój zapyziały, ale i samobójczy nacjonalizm. Strona odwrotna uważa odwrotnie: tu się pokazuje – chyba w ramach rekompensaty porażki na wszystkich innych polach – że świat dzięki aferze dowiedział się wreszcie co to za gagatki ci Ukraińcy. Ale jak to w znanej piosence z Grudnia’70: świat się dowiedział – nic nie powiedział. Zaprawdę świat ma inne problemy na głowie, niż graniczne spory jakichś zapyziałych Słowian. Nie przeszkadza to jednak skorzystać z szansy i pouczać Polaków choćby na żenującym poziomie niemieckiej ambasady w Polsce. Jesteśmy Bantustanem, a więc tak nas traktują.
Do czego prowadzą te wielowątkowe narracje? Po pierwsze, że u nas wszystko jest przewidywalne, bo zawsze trafia do czarno-białego podziału wojny polsko-polskiej. I zagranica na to gra, a więc i Ukraina. Państwo upadłe, ale jednak potrafiące grać ostro i racjonalnie z punktu widzenia własnych interesów. Kijów wyraźnie oddziaływał na wybory Węgrów, czemu więc miałby się nie zabawić w rozgrywaniu Polski przy gotowcu w postaci plemiennego podziału Polaków, do czego można się odwoływać bez końca? Po drugie – jesteśmy do czegoś przygotowywani: może na koniec wojny, którego niebezpieczne dla siebie skutki właśnie zniwelował sobie Zełenski. Wykazał się twardością, co prawda w obszarze kontrowersyjnym, ale nie dla Ukraińców. Może więc zbliżamy się do końca wojny, skonstruowanego na tyle, że Zełenski ocali głowę, ale może i stanowisko. Bo po rozejmie wybory na Ukrainie muszą się odbyć. Afera ujawniła złogi niechęci między narodami, z tym, że eskalacja i jej tempo ujawniania ze strony Ukraińców zaskoczyła Polaków, co stanowi znowu źródło narracji odwetowych wobec nie tylko władz ukraińskich, ale i samych Ukraińców.
Stany zapalne
Jest zapalnie – teraz wystarczy jakaś bójka, wpierdziel Ukraińcowi w powiedzmy Wrocławiu, oni tam u siebie w odwecie Polakowi, albo na odwrót, bo tu nie ma znaczenia kto zaczął – tę fazę sporu mamy już za sobą. I pojedziemy. Prochy są gotowe – a czy iskrę skrzesi krewki Polak, nagrzany Ukrainiec czy wreszcie ruski prowokator, to będzie już bez znaczenia. Tak skończyła się przyjaźń znad granicy w lutym 2022 roku. Gdybyśmy wiedzieli, że przyjmowani przez nas uciekinierzy mają ze sobą niewyrażony wtedy taki bagaż resentymentów, to nie wiem jak by było z tą pomocą… Teraz te czasy wyglądają dla nas jak okres jakiejś naiwnej do spodu mgły moralno-mózgowej. Te akty solidarności są już na przyszłość nie do odtworzenia. Ale tak to już jest, kiedy do relacji pomiędzy obywatelami wmieszają się czynniki polityczne: jedne ze swoja naiwnością, drugie – z wyrachowaniem. Teraz już nie będą stały na granicy tłumy matek z dziećmi. Jak nastanie pokój to przyjadą tu w ramach łączenia rodzin chłopaki prosto z frontu z pomysłami na Lachów jak ich tu ustawić w płaceniu rachunków za ciemiężenie Ukraińców i wbicie noża na końcówce, która z powodów oczywistych, bez tego wyglądałaby bardziej optymistycznie.
Po aferze z pupilkiem Rafała Trzaskowskiego Dawidem Kacprzykiem, ze Szpitala Południowego w Warszawie wychodzi kolejny makabryczny skandal, który obnaża patologie w publicznej służbie zdrowia pod rządami uśmiechniętej Koalicji Obywatelskiej.
Koordynator szpitalnego prosektorium Artur Habowski wykorzystywał swoje stanowisko do prowadzenia prywatnego biznesu pogrzebowego. Naciskał rodziny zmarłych na korzystanie z usług powiązanego z nim zakładu, często w sposób bardzo drastyczny. Ten obrzydliwy proceder, przypominający najgorsze czasy afery łowców skór, trwał bezkarnie pod okiem władz miasta i dyrekcji placówki.
Prywatny biznes pogrzebowy w szpitalnych podziemiach
Jak ustalili dziennikarze Zero.pl Piotr Barejka, Patryk Słowik i Jakub Styczyński,
koordynator prosektorium w Szpitalu Południowym Artur Habowski, wykorzystywał zajmowane stanowisko do promowania prywatnego biznesu pogrzebowego. Jako prezes spółki Pros-med, w której połowę udziałów posiada Dominika Jaskuła – dawna współwłaścicielka zakładu pogrzebowego Sacrum na Ursynowie – systematycznie kierował rodziny zmarłych do tego właśnie zakładu.
Według relacji rodzin przytaczanych przez Zero.pl, Habowski opowiadał osobiste historie o śmierci własnej matki, zapewniał o najniższych cenach i pełnej obsłudze. Gdy rodziny decydowały się na inną firmę pogrzebową, nastawienie diametralnie się zmieniało – utrudniano odbiór ciał, zmuszano do czekania po kilka godzin, a w skrajnych przypadkach pokazywano zwłoki, by zastraszyć.
Jak donosi Onet, jeden z przedstawicieli zakładu pogrzebowego opisał tak sytuację, w której odebrał ciało z prosektorium:
„Otwieramy worek — siki. Normalnie nasikał na zwłoki, zapakował i nam przekazał. Jak mi moi pracownicy o tym powiedzieli, zadzwoniłem do niego, a on do mnie: «wy robicie usługi, to sobie umyjcie». To jest skur…”
Pracownicy szpitala potwierdzają, że takie traktowanie rodzin i firm pogrzebowych było standardem w prosektorium.
Okazuje się, że afera w Szpitalu Południowym jest tak gruba, że największym śmieciem w szpitalu nie był Kacprzyk, tylko Habowski. Przypominam, że Habowski, szef prosektorium, który handlował zwłokami dalej tam pracuje a Trzaskowski zarządzający szpitalem dalej nie zrezygnował.
Według ustaleń Onetu, autorstwa Szymona Piegzy i Magdaleny Rigamonti, w prosektorium dochodziło do pobierania nieoficjalnych opłat za czynności związane ze zwłokami. Nieoficjalny cennik obejmował sto złotych za zgodę na wydanie ciała, od pięciuset złotych za przygotowanie i kosmetykę oraz tysiąc złotych i więcej za balsamację. Za polecenie konkretnego zakładu doliczano nawet półtora tysiąca złotych.
Jak podają media, w ciągu zaledwie dwóch miesięcy w zeszłym roku przez prosektorium przeszło ponad osiemdziesiąt ciał przygotowanych w ten sposób. Pieniądze trafiały poza oficjalny obieg, a zakłady pogrzebowe doliczały te koszty do rachunków rodzin. Dodatkowo Habowski organizował komercyjne szkolenia z balsamacji oraz wynajmował pomieszczenia prosektorium na sesje filmowe – wszystko z wykorzystaniem zasobów szpitala.
W Szpitalu Południowym w ostatnich latach dochodziło do nielegalnego handlu ciałami zmarłych. Dotarliśmy m. in. do rodzin nieżyjących pacjentów, a także lekarzy, pracowników prosektoriów oraz przedstawicieli zakładów pogrzebowych, którzy ujawniają kulisy tego skandalicznego procederu. Oto jak wyglądało królestwo koordynatora prosektorium Artura Habowskiego. Tekst
Zbezczeszczenie zmarłych i reakcja organów ścigania
Najbardziej szokujące są drastyczne zdjęcia rozczłonkowanych, poparzonych i postrzelonych ciał publikowane przez Habowskiego na Instagramie pod profilem balsamista, niektóre z hashtagiem prosektorium – jak ujawnił portal Zero.pl. Habowski nie tylko pokazywał ciała rodzinom, które odmawiały współpracy, ale też udostępniał je w internecie.
Firma Balsamista_eu słynie z przerażających zdjęć, ale czy wiedzieliście, że współpracuje też z uczelnią medyczną? Pan Artur Habowski asystował studentom podczas zajęć z patomorfologii! Edukacja i praktyka w jednym.
Prokuratura Okręgowa w Warszawie prowadzi śledztwo w sprawie podrobienia kart zgonu dwudziestu osób z użyciem pieczęci Habowskiego podczas jego urlopu oraz w sprawie zainstalowania podsłuchów w gabinecie prosektorium. Śledczy porównują mechanizm działania do afery łowców skór. Prawnicy podkreślają, że działania Habowskiego naruszały zakaz prowadzenia działalności pogrzebowej w placówkach medycznych oraz godność zmarłych i ich rodzin.
Rozmowa z Aleksandrem Duginem w programie telewizji Sputnik „Eskalacja”.
Prowadzący: W zeszłym tygodniu odbyła się konferencja „Filozofia przyszłości: idee i znaczenia”. W liście powitalnym Prezydent kraju, Władimir Putin, zauważył między innymi – cytuję: „Coraz bardziej odczuwana jest potrzeba głębokiej i odpowiedzialnej analizy filozoficznej bieżących wydarzeń i współczesnych wyzwań”. Dlatego proponuję, abyśmy rozpoczęli naszą rozmowę od roli Europy w tych współczesnych wyzwaniach. Zauważyłeś wiele w zachowaniu Zachodu na tej konferencji, więc zadam pytanie: czy analiza filozoficzna w ogóle jest charakterystyczna dla tych, którzy dziś siedzą w Brukseli? Dlaczego obecni politycy świadomie wybierają drogę w otchłań, jeśli pozwolisz mi na taką ocenę?
Alexander Dugin: Rzecz w tym, że wszystko jest nieco bardziej skomplikowane, jeśli nie opiszemy ich po prostu jako idiotów działających spontanicznie, bez zrozumienia konsekwencji swoich działań. W rzeczywistości nie do końca rozumiemy metafizykę współczesnego Zachodu. Ale ona istnieje. Jest po prostu dla nas nieoczekiwana, ponieważ w ciągu ostatnich 30–40 lat zachodnia myśl filozoficzna w dużej mierze zerwała z tradycją Oświecenia, z humanizmem, z umieszczaniem człowieka w centrum – z tym wszystkim, czym się kiedyś chwaliła i co w pewnym stopniu dawało jej siłę w poprzedniej epoce.
Oczywiście można dyskutować, na ile było to szczere nawet wtedy. Podwójne standardy są bardzo charakterystyczne dla Zachodu: mówili o postępie, jednocześnie tworząc niewolnictwo, mówili o równości, kolonizując inne narody, mówili o sprawiedliwości, organizując ludobójstwo całych krajów i społeczeństw. Podwójne standardy to jedno.
Ale co ciekawe: w ciągu ostatnich 30–40 lat (i zostało to szczegółowo omówione na naszej konferencji w klastrze „Łomonosowa” na Uniwersytecie Moskiewskim w różnych sekcjach i z kilku perspektyw) współczesna zachodnia filozofia stała się otwarcie antyludzka. Jest otwarcie nihilistyczna, nie niesie ze sobą absolutnie żadnego uwodzicielskiego obrazu przyszłości i w zasadzie handluje grozą. To filozofia, która całkowicie i ostatecznie zerwała więzi z humanizmem, ze świętymi wartościami, z tradycją. Zanurzyła się w tym wyzwolonym, wolnym, płynącym-donikąd czysto technicznym czasie i całkowicie przeinterpretowała wszystkie pojęcia, którymi wcześniej operowała.
Dlatego tak ważne było na tej konferencji myślenie o czasie i przyszłości. Ponieważ to, z czym mamy do czynienia, nie jest usterką w programie – mamy do czynienia z pewną fundamentalną tendencją, ucieleśnioną na przykład w filozofii akceleracjonizmu – przyspieszenia czasu. Ale przyspieszenie ku czemu? Przyspieszenie dokąd? Gdy tylko zadamy te pytania, gdy tylko umieścimy je w kontekście intelektualnym i przeanalizujemy zachodnich autorów, ich teorie, ontologię zorientowaną na obiekt, ich idee na temat czasu, temporalności i historii – robi się naprawdę przerażająco.
W istocie wielu współczesnych zachodnich filozofów świadomie postrzega bliską perspektywę zniszczenia życia na Ziemi, mutacji, wybuchów nuklearnych i katastrof spowodowanych przez człowieka nie jako możliwość, której należy unikać, lecz jako pożądany wynik. Bardzo trudno to sobie wyobrazić, trudno uwierzyć, że takie teorie istnieją.
W naszej sekcji i innych były prezentacje, a nawet świadectwa samych angielskich filozofów. Richard Sakwa, brytyjski filozof, mówił o upadku postępu. Powiedział, że nikt na Zachodzie już nie wierzy w postęp. Miał nieco naiwny pomysł: „Odkryjmy postęp na nowo, wróćmy do niego”. Ale w rzeczywistości musimy zgłębić sam postęp: jaką ideologią było to, co się teraz skończyło? Został zbudowany na antychrystianizmie, na zaprzeczeniu Bogu, religii i wieczności.A dla nas teraz – zwłaszcza w obliczu filozofii wychodzącej z Waszyngtonu, Brukseli, Doliny Krzemowej i zachodnich ośrodków intelektualnych, które świadomie to promują i rozwijają – musimy podkreślać suwerenną myśl, suwerenną temporalność, naszą rosyjską historię i nasze rozumienie przyszłości. Przyszłości czasu.
Najprościej mówiąc, nasz czas i czas Zachodu płyną w różnych kierunkach. Zdecydowanie nie musimy iść tam, dokąd nas nie tylko zapraszają, ale aktywnie popychają. I właśnie dlatego, jak mi się wydaje, nasz Prezydent Władimir Władimirowicz Putin przesłał tak ważne przesłanie do kongresu filozofów, którzy zebrali się z różnych krajów. Chińczycy zresztą mówili o swoim własnym czasie i było to bardzo interesujące. Na powierzchni są skuteczni w teraźniejszości i bardzo nowocześni, a jednak mają zupełnie inne rozumienie czasu. A najlepsi przedstawiciele Chin – Zhang Weiwei, słynny profesor Jiang, który przewidział wszystko co możliwe: zwycięstwo Trumpa, wojnę w Iranie – brali udział. Ta niezwykle ważna grupa chińskich intelektualistów mówi: „My też mamy chiński czas, który płynie we własnym kierunku. Nie myślcie, że podporządkowujemy się Zachodowi – znamy jego prawdziwą wartość”.
Indyjscy profesorowie z Instytutu Jawaharlala Nehru – znakomici myśliciele, nawiasem mówiąc – mówią, że indyjski czas też nie płynie w tamtym kierunku. Autorzy muzułmańscy i afrykańscy badacze (profesor Nyamsi zauważył, że sam czas ma inne znaczenie w językach afrykańskich) podkreślają, że Zachód próbuje włączyć nas w swój czas, próbuje skolonizować naszą świadomość czasu i historii.I oczywiście w każdej sekcji omawiano kwestię naszego rosyjskiego czasu i rosyjskiej przyszłości: w jakim kierunku powinniśmy zmierzać. Jest całkowicie oczywiste, że nie w kierunku, w którym pcha nas Zachód. Była to jednomyślna opinia setek osób – w kongresie uczestniczyło ponad tysiąc. Musimy iść w innym kierunku: natychmiast przestawić zwrotnice, natychmiast wysiąść z tego pociągu, w przeciwnym razie katastrofy nie da się uniknąć. To był bardzo poważny kongres. Rzadko zdarza się, by dwa dni były wypełnione tak gęstymi dyskusjami, sporami i debatami.
Ale już teraz, jak wiadomo, liberałów i zachodników prawie nie ma – są rzadkimi okazami. Przytłaczająca większość rozumie, że trzeba coś zrobić, że musimy uzasadnić naszą własną filozoficzną suwerenność i filozoficzną niezależność. Musimy budować rosyjską historię, rosyjskie Oświecenie (jest zresztą dekret prezydencki o historycznym oświeceniu), musimy opierać się na wartościach tradycyjnych i szukać nie tylko taktyki, ale także strategii. Musimy określić tę drogę: dokąd zmierzamy, co my, Rosjanie, uważamy za cel, ku któremu zmierza nasza historia, która coraz wyraźniej odchodzi od Zachodu.
I bardzo ważne było, że mieliśmy przedstawicieli naszych wojskowych ze strefy specjalnej operacji wojskowej. Rosyjscy filozofowie również uczestniczą w SWO na linii frontu. To uderzające i byli z nami. Mówili o tym, jak setki tysięcy naszych żołnierzy postrzega i nadaje sens tej wojnie, którą toczymy z Zachodem. I to zrozumienie jest znacznie głębsze, niż się wydaje. Mamy tendencję do myślenia, że są bohaterami, którzy walczą czysto technicznie, wykonując rozkazy, ale okazuje się, że oni też myślą głęboko. Te setki tysięcy ludzi mogą być najbardziej przebudzonymi, najbardziej aktywnymi i najostrzej myślącymi przedstawicielami naszego narodu. Zarówno zwykli, jak i niezwykli – na froncie walczą dla nas zawodowi filozofowie, naukowcy, humaniści i fizycy. Walcząc, myślą i podzielili się swoimi myślami na kongresie. To było bezcenne, po prostu bezcenne.
To rzadki przypadek, gdy wydarzenie otrzymało ogromne wsparcie władz, ale być może najważniejsze jest to, że władze naprawdę tego potrzebują. Nie jest to potrzebne tylko filozofom czy specjalistom samym w sobie. Jest potrzebne Prezydentowi, jego administracji, rządowi (wystąpił wicepremier Czernyszew), Radzie Federacji (wystąpił zastępca przewodniczącego Rady Federacji).
W zasadzie władza państwowa zaczyna uświadamiać sobie to, co powinna była uświadomić sobie dawno temu. Dzięki Bogu nadszedł ten czas: bez głębokiej analizy filozoficznej procesów, z którymi mamy do czynienia – zarówno w złożonym świecie multipolarnym, jak i w naszym własnym kraju – po prostu niemożliwe jest posuwanie się naprzód.
Podczas gdy Arabowie w Zatoce Perskiej doszli do wniosku po wojnie z Iranem, że Izrael jest drapieżnikiem, a Stany Zjednoczone nie są [nie powinni być.. md] światowym policjantem, Amerykanie wciąż nie wiedzą, co myśleć o Benjaminie Netanjahu i jego koalicji. „Rewizjonistyczni syjoniści” próbują przeniknąć do Partii Republikańskiej i Demokratycznej kandydatów popierających Izrael, podczas gdy większość wyborców nie chce już popierać tego ludobójczego państwa. Co więcej, próbują podburzyć Arabów w Zatoce przeciwko Iranowi i wznowić izraelską operację w Libanie.
Sieć Voltaire | Paryż (Francja) 30 czerwca 2026 r.
Rodzice Rahma Emanuela i Benjamina Netanjahu byli już bliskimi przyjaciółmi.
Memorandum z Islamabadu [ 1 ] nie tylko ustanowiło pokój w Zatoce Perskiej. Stanowiło ono również, że Iran powinien otrzymać 300 miliardów dolarów – nie w formie „reparacji wojennych”, lecz na cele „inwestycyjne”. W ten sposób, choć nie zostało to wyraźnie stwierdzone, przypieczętowało zwycięstwo Republiki Islamskiej.
To zwycięstwo nie oznacza militarnej klęski Stanów Zjednoczonych, lecz polityczną klęskę określonej frakcji w USA. Przegranymi są tradycyjni zwolennicy Izraela, którzy odmawiają uznania masakr ludności cywilnej dokonanych przez tzw. „państwo żydowskie” w Palestynie i Libanie.
Klęska rewizjonistycznych syjonistów
Ślepota wspólników Izraela wynika z ich niezdolności do oceny państwa na podstawie jego czynów, a nie autoportretu. Mylą oni swoje marzenie o ojczyźnie, mającej być schronieniem dla ofiar europejskich pogromów, z rzeczywistością państwa rządzonego przez faszystów w historycznym sensie tego słowa.
To zamieszanie jest tym bardziej zaskakujące, że podczas palestyńskiej operacji „Potop Al-Aksa” słusznie rozróżniali cywilów od kombatantów. Niektórzy z nich nie kwestionowali niezbywalnego prawa Palestyńczyków do stawiania oporu izraelskiej okupacji, lecz potępiali masakry ludności cywilnej. Czyniąc to, zniesławiali pamięć Izz ad-Dina al-Kassama (1882–1935) – od którego nazwiska wzięły nazwę brygady Hamasu. Człowiek ten nie był bynajmniej bojownikiem ruchu oporu, ale przede wszystkim antysemitą, który szczycił się masakrowaniem żydowskiej ludności cywilnej.
Dziś „rewizjonistyczni syjoniści”, czyli zwolennicy Władimira Zeewa Żabotyńskiego, jednoczą się wokół Benjamina Milejkowskiego-Netanjahu, by obalić prezydenta Donalda Trumpa. Liczą na wszystkich tych, którzy żyją w zamieszaniu, które właśnie opisałem.
Chciałbym przypomnieć, że „rewizjonistyczni syjoniści”, zwolennicy Żabotyńskiego, zawsze byli w gwałtownej opozycji do „syjonistów” (w ogólnym sensie) Theodora Herzla. Obie grupy prowadziły ze sobą zaciętą wojnę, począwszy od sojuszu Żabotyńskiego z ukraińskimi „integralnymi nacjonalistami” w celu dokonania masakry sowieckich Żydów, poprzez poparcie Żabotyńskiego dla Duce Benito Mussoliniego [ 2 ] , aż po negocjacje z nazistami w sprawie przejęcia majątku węgierskich syjonistów. [ 3 ] Chociaż konflikt ten został zawieszony przez pierwszego premiera Izraela, Dawida Grün-Ben-Guriona, po założeniu ich wspólnego państwa pod warunkiem, że szczątki Żabotyńskiego nigdy nie zostaną pochowane w Izraelu, konflikt ten rozgorzał teraz na nowo wraz z „zamachem stanu”, który zmienił podstawowe prawa kraju i utorował drogę dyktaturze. W ciągu ostatnich trzech lat większość Izraelczyków głośno protestowała przeciwko tym „reformom”, popieranym przez zdecydowaną większość byłych urzędników armii i służb bezpieczeństwa.
Masakry, których byliśmy świadkami, nie wzięły się znikąd. Są one realizacją polityki prowadzonej już w latach dwudziestych XX wieku, jeszcze przed nazizmem – polityki potępionej na całym świecie po II wojnie światowej.
Następca Donalda Trumpa
Zwolennicy tej polityki w Stanach Zjednoczonych zgromadzili się wokół Fundacji Adelsona, nazwanej na cześć ukraińskiego właściciela kasyna z Las Vegas. Początkowo sfinansowali oni kandydaturę Marco Rubio w 2016 roku, a następnie Donalda Trumpa w 2023 roku. Dziś ponownie wspierają Marco Rubio po stronie Republikanów i Rahma Emanuela po stronie Demokratów [ 4 ] .
Ten drugi jest synem rewizjonistycznego syjonisty Benjamina Auerbacha, członka organizacji terrorystycznej Irgun, który uciekł z Izraela po zabójstwie specjalnego wysłannika ONZ, hrabiego Folke Bernadotte w 1948 roku.
W czasie prezydentury George’a H. Busha (41. prezydenta) Rahm Auerbach-Emanuel zgłosił się na ochotnika do Sił Obronnych Izraela (IDF) i wziął udział w wojnie w Zatoce Perskiej przeciwko Irakowi.
Rahm był jednym z doradców prezydenta Demokratów Billa Clintona.
Rahm był przedstawicielem stanu Illinois w rządzie republikańskiego prezydenta George’a W. Busha.
Za prezydentury Baracka Obamy został szefem sztabu, czyli sekretarzem generalnym Białego Domu. Podczas drugiej kadencji Obamy i pierwszej Donalda Trumpa pełnił funkcję burmistrza Chicago. W tej roli zamknął około pięćdziesięciu szkół publicznych w dzielnicach zamieszkiwanych przez Afroamerykanów i Latynosów – największe masowe zamknięcie szkół w historii USA – podniósł ceny biletów za transport publiczny i parkowanie oraz sprywatyzował Chicago Transit Authority. Co najważniejsze, próbował stłumić zabójstwo 17-letniego Laquana McDonalda przez policję w 2014 roku . [ 5 ] Następnie został mianowany ambasadorem w Tokio za rządów Joe Bidena. Tam nadzorował przekupywanie ustawodawców Liberalnej Partii Demokratycznej (LDP) przez Kościół Zjednoczeniowy (znany również jako „Sekta Księżyca”), który był kontrolowany przez CIA. Jego ciągła wojowniczość przyniosła mu przydomek „Rambo”; nie bał się używać wulgaryzmów, a nawet pięści. Rahm ma dwóch braci: dr. Ezéchiela Emanuela, który pełnił funkcję specjalnego doradcy ds. polityki zdrowotnej w administracji Obamy, oraz Alego Emanuela, założyciela i dyrektora agencji talentów Endeavor. Kiedy Izrael próbował przejąć kontrolę nad Twitterem/X, zaoferował swojemu przyjacielowi Elonowi Muskowi 100 milionów dolarów za zmianę wizerunku portalu społecznościowego, co doprowadziło do konfliktu między nimi.
W obliczu ostrej reakcji Demokratów na masakry dokonane przez Benjamina Netanjahu, „rewizjonistyczni syjoniści” trzymają w rezerwie mniej kontrowersyjnego kandydata: gubernatora Pensylwanii, Josha Shapiro.
Po stronie Republikanów ich kandydatem jest obecny sekretarz stanu, Marco Rubio. Już podczas kampanii w 2015 roku cieszył się poparciem zmarłego Sheldona Adelsona. Starszy właściciel kasyna, ukraińsko-izraelsko-amerykańskiego pochodzenia, postrzegał go jako kolejne dziecko imigrantów i wziął go sobie do serca.
Porozumienia Abrahama ratują
Jedną z konsekwencji Memorandum z Islamabadu jest to, że Zjednoczone Emiraty Arabskie po raz kolejny zmieniły swoje stanowisko. W przeszłości były bardzo zaangażowane w sprawę palestyńską, którą hojnie finansowały za pośrednictwem księcia Ahmeda, jednego z synów szejka al-Zayeda. Został on jednak zamordowany przez CIA w Maroku w 2010 roku. Był młodszym bratem obecnego władcy Abu Zabi i prezydenta siedmiu Zjednoczonych Emiratów Arabskich, szejka Mohammeda bin Zayeda. Jednak w 2020 roku ponownie zmienił zdanie. Zdecydował się na sojusz z Izraelem przeciwko Iranowi, któremu Emiraty zawdzięczały część swojego majątku (port w Dubaju posłużył do obejścia blokady Iranu przez USA). W ten sposób podpisały Porozumienia Abrahama wraz z Bahrajnem.
Jednakże, gdy Izrael i Stany Zjednoczone zaatakowały Iran, Emiraty nie mogły zrozumieć irańskiej reakcji w postaci bombardowania. Próbowały wszystkiego, aby uzyskać pozytywne głosowanie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ [ 6 ] , a następnie w Międzynarodowej Organizacji Morskiej [ 7 ] , zanim zrozumiały i przyznały, że w takiej samej sytuacji postąpiłyby dokładnie tak samo jak Iran [ 8 ] . Dlatego w zeszłym tygodniu Emiraty potajemnie zgodziły się usiąść do stołu negocjacyjnego ze swoimi byłymi irańskimi przyjaciółmi.
Podobnie Arabia Saudyjska, która wznowiła stosunki dyplomatyczne z Iranem w 2023 roku na prośbę Chin, zapewniła prezydenta Trumpa przed rozpoczęciem wojny, że nie widzi problemu w obaleniu Republiki Islamskiej przez Pentagon. Następnie Arabia Saudyjska zaprotestowała przeciwko irańskim działaniom odwetowym na jej terytorium. Dziś jednak wyciąga własne wnioski z konfliktu: Izrael jest gotów zrobić wszystko, by zbudować imperium, a Stany Zjednoczone nie chronią swoich wasali, lecz czynią ich celem ataku. Rijad przygotowuje zatem szczyt pojednawczy, w którym wezmą udział wszystkie państwa Zatoki Perskiej, w tym Iran.
W tym kontekście Marco Rubio udał się w dniach 23–25 czerwca do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kuwejtu i wreszcie do Bahrajnu, gdzie spotkał się ze wszystkimi członkami Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC). Podjął próbę reaktywacji Porozumień Abrahama [ 9 ] , tym bardziej że osoba odpowiedzialna za to dossier od momentu jego podpisania – żydowski zięć Donalda Trumpa, Jared Kushner – nie ukrywa już faktu, że uważa teraz Netanjahu za chorego psychicznie.
Jednak wysiłki Marco Rubio nie przyniosły rezultatu.
Kwestia Libanu
Dlatego też 27 czerwca sekretarz stanu, po powrocie do Waszyngtonu, zmusił ambasador Libanu, Nadę Hamadé Mouawad, do podpisania „umowy ramowej” ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem. Umowa ta rewiduje to, co zostało uzgodnione w Memorandum z Islamabadu wynegocjowanym przez Jareda Kushnera i J.D. Vance’a , które wzywa do „trwałego zakończenia wojny na wszystkich frontach, w tym w Libanie” (artykuł 1). Natomiast „umowa ramowa” przedstawiona przez Marco Rubio stanowi: „Rząd Izraela podkreśla, że jego działania wojskowe w Libanie są wyłącznie konsekwencją ataków, zagrożenia, jakie one stwarzają, oraz wrogich zamiarów niepaństwowych grup zbrojnych, w szczególności Hezbollahu” (artykuł 5) [ 10 ] .
Celem jest potwierdzenie izraelskiej retoryki, że państwo żydowskie nigdy nie próbowało aneksji Libanu, lecz jedynie zareagowało na działania grupy terrorystycznej; narracji, która ignoruje próbę Léona Bluma utworzenia państwa Izrael w Libanie (1936); wojnę arabsko-izraelską z 1948 r. (zakończoną zwycięstwem wojsk brytyjskich w Transjordanii); inwazję Izraela z 1982 r. oraz inwazję z 2006 r.
Te ramy zaprzeczają, że Hezbollah stanowi trzon libańskiego oporu wobec inwazji. Sugerują, że to opór jest przyczyną okupacji, a nie odwrotnie. Nikt nie może w to wątpić: podpisany tekst wciąż nie jest dostępny na stronie internetowej libańskiego prezydenta. Przewodniczący parlamentu Nabih Berry natychmiast ogłosił, że nie zostanie on ratyfikowany, a wielu czołowych polityków już go odrzuciło. Nie chodzi tu o sekciarstwo, ale o libańską tożsamość.
Po podpisaniu Memorandum z Islamabadu, Hezbollah rozmieścił duże plakaty wzdłuż całej autostrady biegnącej przez Liban. Na plakatach widniały portrety dwóch przywódców Chameneiego, Alego i Modżtaby, oraz napis „Dziękujemy Iranowi”. W sobotę usunięto te plakaty, aby zrobić miejsce dla plakatów Ministerstwa Turystyki. Jednak w niedzielę plakaty te zostały zastąpione innymi z flagą Libanu i hasłem „Najpierw Liban” (co oznaczało „bez oporu”). Kierowcy natychmiast zatrzymali się i spalili te plakaty.
NCZAS.INFO | Udział cudzoziemców z aktywnym numerem PESEL wg województw. Źródło: GUS
Główny Urząd Statystyczny opublikował eksperymentalne dane na temat liczby osób przebywających w Polsce na podstawie śladów życia w rejestrach administracyjnych. Według stanu na 31 grudnia 2025 roku w kraju przebywało około 38,8 miliona osób posiadających numer PESEL i wykazujących aktywność w co najmniej jednym dodatkowym rejestrze. Dane wskazują na wzrost populacji o blisko 40 tysięcy osób w porównaniu z rokiem poprzednim, w tym znaczący przyrost liczby cudzoziemców o niemal 215 tysięcy.
Liczba i rozmieszczenie ludności w miastach wojewódzkich
W miastach wojewódzkich, według siedzib wojewodów, przebywało łącznie ponad 8 milionów osób, co stanowi ponad 20 procent ogółu analizowanej populacji. W tej grupie znalazło się ponad 970 tysięcy cudzoziemców. Najwięcej osób przebywało w Warszawie, gdzie liczba przekroczyła 2 miliony, a następnie w Krakowie z prawie 900 tysiącami mieszkańców.
Najmniej osób odnotowano w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie mieszkało nieco ponad 130 tysięcy osób. Te dane podkreślają koncentrację ludności w największych ośrodkach miejskich Polski.
Charakterystyka cudzoziemców przebywających w Polsce
W 2025 roku w Polsce przebywało około 2,3 miliona osób nieposiadających polskiego obywatelstwa, co stanowi blisko 6 procent całej populacji. Aż 73 procent cudzoziemców to obywatele Ukrainy. Przypominamy, że są to tylko osoby posiadające polski numer PESEL – liczba obcokrajowców, łącznie z tymi, którym nie nadano tego numeru, jest z pewnością wyższa.
Udział cudzoziemców był najwyższy w województwie dolnośląskim, gdzie wyniósł 9,8 procent, oraz w mazowieckim z 9,3 procent. Najniższy odsetek odnotowano w województwach podkarpackim i świętokrzyskim, po 2 procent.
Największą liczbę obywateli Ukrainy zaobserwowano w województwie mazowieckim – 346,1 tysiąca osób – oraz w dolnośląskim – 237,3 tysiąca. Wyjątkiem było województwo podlaskie, gdzie więcej cudzoziemców pochodziło z innych krajów niż z Ukrainy.
Cudzoziemcy koncentrowali się przede wszystkim w dużych aglomeracjach miejskich i ich okolicach. W Warszawie ich udział wyniósł 14,5 procent, we Wrocławiu aż 19,5 procent, w Poznaniu 12,5 procent, a w Krakowie 11,3 procent. Najwyższe udziały, sięgające 26-30 procent, zanotowano w gminach takich jak Ustronie Morskie, Mikstat czy Jelcz-Laskowice.
Redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!” Tomasz Sommer skomentował kolejne doniesienia o gigantycznych zarobkach lekarzy z naszych pieniędzy. Skrytykował także postawę środowiska, którą porównał do „dziczy wpuszczonej do supermarketu bez ochrony”.
Sommer odniósł się do ogromnych zarobków lekarzy z naszych podatków, które wprowadzano rzekomo po to, by nie było, jak mówili lekarze, podatności na łapówki. W praktyce otrzymano efekt odwrotny od zamierzonego.
„Od lat piszę, że podwyższanie nierynkowych stawek, by nie było 'koniaczku i koperty’ zawsze prowadzi tylko do tego, że koperta będzie jeszcze grubsza, a koniaczek przynajmniej stuletni. Wyższe pensje dla urzędników czy lekarzy tylko zwiększają ich apetyty na łapówki, które też muszą być odpowiednio wyższe” – napisał na X Tomasz Sommer.
Odniósł się też do wpisu użytkownika krzy.bocz., który zamieścił listę pokazującą, że lekarze zarabiali nawet ponad 300 tysięcy złotych miesięcznie.
„Najbogatsi lekarze w szpitalach wojewódzkich (czyli tylko część) w mazowieckim w 2025 r zarabiali nawet ponad 310 tys. miesięcznie. Czyli prawie 4 MILIONY rocznie! W jednym miejscu! Przy nich Kacprzyk to drobny cwaniaczek” – podkreślił internauta.
„Prawda o zarobkach lekarzy powoli wychodzi na jaw. Krucjatę w tej sprawie rozpocząłem rok temu. Kropla wydrążyła skałę” – skomentował Sommer.
Sommer mocno odniósł się też do mentalności polskich lekarzy, którzy dobrze wiedzą, że doją polskiego podatnika najbardziej na świecie. Postawił bardzo krytyczną ocenę dla ogółu środowiska.
„Wstyd powiedzieć, ale polscy lekarze zachowują się jak jakaś dzicz wpuszczona do supermarketu bez ochrony: wynoszą wszystko, co da się im tylko złapać. Tu potrzebna jest terapia moralna, choć jej skuteczność jest wątpliwa, bo u tych ludzi wszelkie zahamowania po prostu zniknęły” – stwierdził.
Kolejne szokujące zarobki wychodzą na jaw. To nie jest sprawa tylko jednego Dawida Kacprzyka z KO z warszawskiego szpitala. To sprawa całego środowiska. Tu warto przytoczyć wpis Michała Łenczyńskiego. Wskazał, że w woj. wielkopolskim 26 lekarzy zarabiało od 1 do 2 mln rocznie.
„Połowa z nich pracuje w Kaliszu. 2 tygodnie temu słyszeliśmy że Dawid Kacprzyk to jednostkowy przypadek. TAK dla jawności płac. TAK dla jawności WYDATKÓW publicznych z naszych podatków” – podkreślił Łenczyński.
Nieopowiedziana dotąd historia afery Clintona, nagrań izraelskich służb specjalnych, szantażu w sprawie Jonathana Pollarda i niepokojący układ kompromitujących materiałów („kompromat”), który do dziś kształtuje amerykańską politykę zagraniczną.
Feliks Abt
W 2018 roku Monica Lewinsky nagle zniknęła ze sceny podczas ważnej międzynarodowej konferencji prasowej w Jerozolimie, zapytana o romans z Billem Clintonem. Dlaczego? Cóż, oto cała historia.
Atrakcyjna, 22-letnia stażystka wpada w oko prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Zbliżają się do siebie w Białym Domu. Świat się o tym dowiaduje. Amerykańskie programy telewizyjne późnym wieczorem rzucają się na tę historię. Przeciwnicy polityczni Clinton wykorzystują okazję, by wszcząć procedurę impeachmentu i tak dalej.
Ale dziś chcemy zagłębić się w historię Moniki Lewinsky, której być może jeszcze nie znacie. Konkretnie, pytanie brzmi: czy skandal Clinton -Lewinsky był jedynie obrzydliwą opowieścią o lekkomyślnym, żądnym władzy prezydencie i młodej stażystce, czy też kryło się za nią coś o wiele bardziej złowrogiego: ściśle skoordynowana międzynarodowa operacja szpiegostwa i szantażu, rozgrywająca się na oczach wszystkich?
W 1998 roku administracja Clintona była w rozkwicie. Zimna wojna dobiegła końca. Gospodarka rozkwitała. Indeks Dow Jones Industrial Average po raz pierwszy osiągnął poziom 10 000 punktów. To były dobre czasy.
Aż wszystko się zawaliło.
Wtedy prezydent Clinton zwrócił się do narodu amerykańskiego: „ Chcę coś powiedzieć narodowi amerykańskiemu. Chcę, żebyście mnie posłuchali. Powtórzę to jeszcze raz: nie utrzymywałem stosunków seksualnych z tą kobietą, panną Lewinsky. Nigdy nikomu nie kazałem kłamać. Ani razu. Nigdy. Te oskarżenia są fałszywe”.
W styczniu 1998 roku ujawniono, że 22-letnia była stażystka Białego Domu, Monica Lewinsky, utrzymywała potajemny związek seksualny z 49-letnim prezydentem Billem Clintonem. Lewinsky powiedziała, że włożyła szałwiowo-zielony kostium, który miała na sobie dzień wcześniej, kiedy zwrócił na nią uwagę. Pomyślała: „Może on mnie znowu zauważy”. I tak się stało. Nie wiadomo było wówczas, że romans Clintona i Lewinsky rozpoczął się wiele lat wcześniej.
Ale w grudniu 1998 roku, po tym jak Specjalny Prokurator Kenneth Starr przedstawił druzgocący raport wymieniający jedenaście odrębnych podstaw impeachmentu, Izba Reprezentantów oficjalnie wszczęła takie postępowanie przeciwko Clintonowi. Zarzucono mu krzywoprzysięstwo i utrudnianie wymiaru sprawiedliwości poprzez próbę zatuszowania sprawy pod przysięgą. W tamtym czasie większość mediów głównego nurtu – zwłaszcza prowadzących talk-show późnym wieczorem – obsesyjnie skupiała się na obrzydliwych szczegółach sprawy, odwracając uwagę amerykańskiej opinii publicznej polityczną operą mydlaną. „A potem widzisz nową fryzurę Moniki, zaczesaną do tyłu tym żelem do włosów. Przynajmniej ja myślę, że to był żel do włosów ” – zażartował jeden z telewizyjnych komików.
National Enquirer zaoferował nawet 500 000 dolarów za zdjęcie Moniki Lewinsky w tej niesławnej sukience, rzekomo poplamionej przez prezydenta Clintona. Oto ono.
Zdjęcie: Monica Lewinsky w kostiumie, który zyskał światową sławę.
To właśnie dziś nazwalibyśmy śmieciem. Ale za tym medialnym cyrkiem w kraju krył się prawdziwy, rozwijający się kryzys geopolityczny dla administracji Clintona.
Zaledwie miesiąc po tym, jak Bill Clinton w końcu przyznał się do winy przed wielką ławą przysięgłych, „ Washington Post” opublikował powściągliwy, ale alarmujący raport. Zacytowano w nim dyplomatów i pracowników wywiadu, którzy ostrzegali, że sprawa nie była jedynie skandalem wewnętrznym: seksualne eskapady Clinton mogły sparaliżować amerykańską politykę zagraniczną, szczególnie w odniesieniu do pokoju na Bliskim Wschodzie.
Na szczególną uwagę zasługuje twierdzenie artykułu, że zarówno Izraelczycy, jak i Palestyńczycy byli przekonani, że Lewinsky była agentką Mossadu, izraelskich służb specjalnych.
Prawdopodobnie zastanawiasz się: co wiemy na pewno o tym, co Izraelczycy tak naprawdę robili za zamkniętymi drzwiami? Pierwsze istotne odkrycie pochodzi od doświadczonego dziennikarza wywiadu Gordona Thomasa, zawarte w jego książce „ Gideon’s Spies ”, w której oparł się bezpośrednio na dobrze poinformowanych źródłach w Mossadzie.
„ To była operacja Mossadu , niczym pułapka” – napisał Thomas. Doniósł, że Mossad posiadał nagrania rozmów Clintona z Lewinsky. Na długo zanim Kenneth Starr usłyszał o Monice Lewinsky, izraelska agencja wywiadowcza dysponowała już taśmami zawierającymi 30 godzin intymnych rozmów prezydenta z jego młodą stażystką.
Innymi słowy, jeszcze zanim skandal ujrzał światło dzienne, Izrael rozważał, jak te informacje mogłyby zostać wykorzystane do manipulowania i szantażowania prezydenta. Thomas wyjaśnił, że Izrael zataił te nagrania w celu potencjalnego szantażu – i ochrony domniemanego szpiega Białego Domu o kryptonimie „Mega ”. Strategia niekoniecznie polegała na ujawnieniu nagrań i obaleniu prezydenta. Celem było szantażowanie go i wywieranie na niego wpływu – a mówiąc wprost, kontrolowanie go.
—————————————
W tym miejscu musimy przeanalizować metody Mossadu, wykorzystując siatkę Epsteina jako studium przypadku. Były oficer CIA, John Kiriakou, opisał Jeffreya Epsteina jako doskonały przykład „agenta dostępu ”. Według Kiriakou, rolą Epsteina było budowanie relacji z wpływowymi postaciami, takimi jak Bill Gates i książę Andrzej, w imieniu Mossadu – nie po to, by rekrutować ich jako szpiegów, lecz by uzyskać dostęp do ich sieci i zebrać potencjalnie kompromitujące materiały do szantażu.
Koncepcja ta opiera się na konkretnych metodach kontrwywiadowczych: agent dostępu wykorzystuje swoje bogactwo i powiązania do infiltracji elitarnych kręgów; zamiast tego wykorzystuje niereaktywne cele (wybitne postacie, które są zbyt znane i odmawiają formalnej rekrutacji); a kompromitujące materiały są gromadzone poprzez wystawną gościnność i kompromitujące sytuacje, takie jak gwałt na nieletnich dziewczętach, w celu wpływania na politykę lub monitorowania sytuacji. Kiriakou omówił tę dynamikę w wywiadach dla Piers Morgan Uncensored i Zeteo .
Benjamin Netanjahu był zagorzałym i prominentnym przeciwnikiem Porozumień z Oslo. Odkąd rozmowy pokojowe ujrzały światło dzienne w 1993 roku, Netanjahu – ówczesny przewodniczący ekstremistycznej syjonistycznej partii Likud – przewodził politycznemu oporowi wobec porozumień podpisanych przez premiera Icchaka Rabina i przywódcę OWP Jasera Arafata. Rabin został ostatecznie zamordowany przez zwolenników Wielkiego Izraela i przeciwników porozumienia pokojowego.
Zaledwie kilka tygodni przed zamachem, obecny minister bezpieczeństwa narodowego, Itamar Ben-Gwir, ukradł emblemat Cadillaca z samochodu Rabina i przechwalał się w telewizji na żywo: „ Mamy jego samochód i jego też dorwiemy”. Po zamachu Ben-Gwir – który później został prawnikiem – aktywnie zaangażował się w kampanie prawne, walcząc o poprawę warunków w więzieniach i uwolnienie zabójcy, Jigala Amira.
Po objęciu urzędu premiera Netanjahu miał silny motyw, by wykorzystać potencjalną agentkę Mossadu, Monikę Lewinsky, do sabotowania historycznego porozumienia pokojowego, wykorzystując materiały kompromitujące prezydenta Billa Clintona.
Pod koniec 1998 roku prezydent Clinton zaprosił premiera Netanjahu i Jasera Arafata do plantacji Wye w stanie Maryland na kluczowe rozmowy pokojowe. Jako premier miał możliwość zniweczenia porozumienia pokojowego z Palestyńczykami – a nawet zrobienia czegoś wręcz przeciwnego, czyli wydalenia ich i uciekania się do ludobójczych praktyk w celu realizacji swojego projektu Wielkiego Izraela – nie było potrzeby wykorzystywania kompromitujących materiałów przeciwko Clintonowi do podważania porozumienia pokojowego. Wykorzystał je do wymuszenia innych ustępstw.
Według dziennikarza śledczego Daniela Halpera w jego książce „Clinton, Inc.” , Netanjahu próbował wykorzystać nagrania intymnych rozmów prezydenta Billa Clintona ze stażystką Moniką Lewinsky jako szantaż, aby wymusić uwolnienie Jonathana Pollarda – byłego analityka wywiadu marynarki wojennej USA, uwięzionego za szpiegostwo na rzecz Izraela. Pollard, którego CIA uznała za winnego zdrady tajemnic uranu, a tym samym umożliwienia realizacji nielegalnego programu nuklearnego Izraela, odsiedział dożywocie. (Obecnie mieszka w Izraelu i popiera politykę ludobójstwa wobec Palestyńczyków .)
Według Halpera groźba Netanjahu skłoniła Clintona do działania. Halper wyjaśnił, że Clinton przedstawił żądanie dyrektorowi CIA George’owi Tenetowi, który zagroził rezygnacją w przypadku uwolnienia Pollarda. Clinton zatem ustąpił. Ostatecznie Pollard został zwolniony przez administrację Obamy w geście dobrej woli – co rodzi pytania o to, jakie materiały kompromitujące Obamę mogli posiadać. Chociaż nigdy nie znaleziono rozstrzygających dowodów na to, że Monica Lewinsky była agentką Mosadu – Mosad to oczywiście organizacja zawodowa, która chroni swoich informatorów – seria zbiegów okoliczności jest wymowna:
gdy w styczniu 1999 roku dobiegało końca postępowanie impeachmentu, Żydowska Agencja Telegraficzna opublikowała retrospektywę zatytułowaną „ Królowa Estera i modlitewnik: żydowski udział w aferze Monicagate ”. Zauważono, że Walter Kaye, prominentny żydowski dyrektor ubezpieczeniowy, główny darczyńca Demokratów i przyjaciel Billa Clintona (oraz matki Lewinsky), polecił Lewinsky na staż w Białym Domu w 1995 roku.
Po wybuchu skandalu Lewinsky zatrudniła swojego wieloletniego przyjaciela Williama Ginsburga, żydowskiego adwokata z Los Angeles specjalizującego się w błędach medycznych. Ginsburg zauważył, że ani on, ani jego klientka nie chcieli impeachmentu Clintona, ponieważ był on „bardzo pozytywnie nastawiony do Izraela i Żydów” oraz „ Monica i ja jesteśmy Żydami ”. Rozważał również możliwość, że Monica może wyemigrować do Izraela, gdy wszystko się skończy.
Niektórzy izraelscy Żydzi przypisywali tymczasowe zaprzestanie nacisków USA na Izrael podczas procesu pokojowego historii Purim. Żydowska Agencja Telegraficzna porównała Lewinsky do współczesnej królowej Estery. Podczas śledztwa Kenneth Starr ujawnił, że Lewinsky dała Clintonowi egzemplarz książki „ Oi, The Things They Say: A Book of Jewish Wit” (Oj, rzeczy, które mówią: Księga żydowskiego dowcipu ).
Kolejny niezwykły zbieg okoliczności miał miejsce 11 września 1998 r. — tego samego dnia, w którym Izba Reprezentantów zagłosowała za opublikowaniem w internecie wybuchowego i politycznie dewastującego Raportu Starra. Na kilka godzin przed upublicznieniem intymnych szczegółów afery Lewinsky, Clinton wygłosił swoje potężne, transmitowane w telewizji przemówienie „Zgrzeszyłem” do ponad 100 przywódców religijnych podczas dorocznego śniadania modlitewnego w Białym Domu . Zamiast posługiwać się swoją zwykłą polityczną lub prawną retoryką, Clinton zwrócił się bezpośrednio do teologii żydowskiej, cytując dosłownie „Bramy pokuty ”, oficjalny modlitewnik judaizmu reformowanego na Jom Kipur. Przeczytał fragment o ciężarze teszuwy (pokuty) i powiedział: „Teraz jest czas na pokutę. Jesteśmy obciążeni przeszłymi czynami, których nie możemy cofnąć… Nawróć nas, o Boże, a nawrócimy się”.
Zaledwie kilka dni przed głosowaniem całej Izby Reprezentantów nad jego impeachmentem, Clinton wykonał kolejny bardzo nietypowy zwrot o 180 stopni. Zamiast pozostać w Waszyngtonie, by uporać się ze swoją upadającą obroną prawną, wyruszył w szaloną, trzydniową podróż do Izraela i terytoriów palestyńskich pod pretekstem ratowania zawieszonego Porozumienia Wye River. Plan podróży był przesiąknięty archaiczną, niemal apokaliptyczną symboliką: odwiedził Gazę, by obserwować Palestyńczyków zmieniających swoją kartę, rozpalił choinkę z Jaserem Arafatem w Betlejem i wspiął się na Masadę – pustynną fortecę, gdzie żydowscy zeloci popełnili masowe samobójstwo zamiast poddać się imperium.
Obraz był surrealistyczny: telewizyjne widowisko w formacie podzielonego ekranu, z zagranicznymi dziennikarzami wykrzykującymi pytania o krzywoprzysięstwo i rezygnację, podczas gdy surowy premier Izraela Benjamin Netanjahu stał na sąsiednim podium, wygłaszając wykład dla prasy.
Dla badaczy badających narrację „kompromatu”, ta podróż w ostatniej chwili jest nierozerwalnie związana z ogromną presją, jaką Netanjahu wywierał zaledwie kilka tygodni wcześniej na szczycie nad rzeką Wye. Tam Netanjahu stanowczo domagał się uwolnienia Jonathana Pollarda – amerykańskiego Żyda, zdrajcy skazanego za szpiegostwo na rzecz Izraela. Clinton początkowo przystała na to żądanie, rzekomo w celu zapewnienia porozumienia pokojowego, ale wycofała ofertę po tym, jak dyrektor CIA George Tenet – jak wspomniano wcześniej – zagroził rezygnacją w proteście.
W kontekście – nagłego przyjęcia żydowskiej liturgii w Dniu Wielkiego Postu dokładnie w dniu, w którym ujawniono jego prywatne życie, a następnie fizycznie wyczerpującej, ostatniej chwili podróży, by sprostać izraelskim interesom geopolitycznym, podczas gdy jego własny dom płonął – cała ta sprawa wydaje się mniej autentyczna, duchowo uzdrawiająca czy refleksyjna. Bardziej przypomina zakodowany, geopolityczny rytuał upokorzenia.
Oczywiście, Clinton nie jest jedynym amerykańskim prezydentem ani politykiem, który doświadczył czegoś takiego. Nie sposób mówić o działalności izraelskiego Mossadu bez wspomnienia o Jeffreyu Epsteinie, który – w oparciu o bogactwo udokumentowanych dowodów – jest przez wielu uważany za twórcę globalnej sieci kompromatów w imieniu Izraela. Niedawno Pentagon ostrzegł, że Izrael szpieguje wysoko postawionych urzędników rządowych USA.
W ostatnich tygodniach Stany Zjednoczone prowadziły z Iranem bardzo delikatne dyplomatyczne rozmowy pokojowe. Jednak niektórzy postrzegają trwały pokój na Bliskim Wschodzie jako największe zagrożenie dla regionalnej dominacji Izraela. Izraelscy politycy zasygnalizowali gotowość do sabotowania każdego potencjalnego porozumienia – w razie potrzeby poprzez szantaż.
Według analizy przeprowadzonej przez New York Times na temat niedawnego ujawnienia ogromnej liczby dokumentów przez Departament Sprawiedliwości (około 3 milionów stron lub więcej – wiele z nich zostało w dużej mierze ocenzurowanych, a miliony utajniono), terminy odnoszące się do Trumpa (w tym odniesienia do Donalda Trumpa, Melanii Trump, Mar-a-Lago itp.) pojawiają się w ponad 5300 dokumentach i są łącznie cytowane ponad 38 000 razy.
Jeśli dojdzie do prawdziwego porozumienia z Iranem, Netanjahu będzie próbował je sabotować, prawdopodobnie ujawniając kompromitujące materiały na temat amerykańskich urzędników, w tym Trumpa.
Wybaczcie, że o tym wspominam, ale wydaje się, że nieprzypadkowo podczas negocjacji administracji Trumpa z Iranem, dwóch dziennikarzy „New York Timesa” – zarówno Żydów, jak i syjonistów, zwolenników Izraela – opublikowało książkę „Regime Change ”, która zawierała wysoce poufne, nieobrobione nagrania ze spotkań w Sali Sytuacyjnej Białego Domu. Sala Sytuacyjna to jedno z najbezpieczniejszych pomieszczeń na świecie. Skąd więc wzięły się te nagrania? Który kraj dysponuje takim zaawansowaniem technologicznym i historią, by dokonać czegoś takiego? Myślę, że znacie odpowiedź.
Ostatecznie pytanie, czy Monica Lewinsky była agentką na celowniku, biernym źródłem, czy po prostu szczęśliwym trafem zagranicznych agencji wywiadowczych, jest drugorzędne w stosunku do znacznie bardziej przerażającej rzeczywistości. Od dziesięcioleci kraj, który Amerykanie są przedstawiani jako ich najważniejszy sojusznik – i któremu co roku wysyłają miliardy dolarów w formie pomocy finansowej i innej – prowadzi agresywne, tajne operacje na amerykańskiej ziemi. Ten schemat nie ogranicza się do inwigilacji wewnętrznej. Amerykańscy dziennikarze i cywile byli zabijani przez Izrael w Strefie Gazy i innych miejscach na Bliskim Wschodzie.
Najbardziej znany jest atak izraelskich sił powietrznych i marynarki wojennej na USS Liberty podczas wojny sześciodniowej – statek badawczy operujący na wodach międzynarodowych u wybrzeży Półwyspu Synaj. W ataku zginęło 34 amerykańskich członków załogi, a 171 zostało rannych. Ocaleni potępili go jako operację pod fałszywą flagą, mającą na celu obarczenie Egiptu winą za atak na Amerykę i wciągnięcie USA w wojnę Izraela z Egiptem.
Nadrzędny cel jest jasny: skompromitować czołowych amerykańskich polityków, kontrolować amerykańską politykę zagraniczną zza kulis i zagwarantować, że trwały pokój na Bliskim Wschodzie nigdy nie zostanie osiągnięty na innych warunkach niż te określone przez „Wielki Izrael” – kosztem Palestyńczyków, państw arabskich i Iranu.
Państwowy Urząd Mediów (agencja cenzury): Dostosowanie wszystkich mediów prywatnych
W swoim nowym podcaście profesor Stefan Homburg skrupulatnie analizuje działania „państwowych organów medialnych”, utworzonych w 2020 roku, które oficjalnie deklarują „zaangażowanie na rzecz wolności słowa”, ale w rzeczywistości, kryjąc się za tym podejrzanym określeniem, aktywnie z nią walczą. Argumentuje, że są to państwowe organy cenzury, które próbują dostosować wszystkie media prywatne do systemu nadawania publicznego. Ilustruje ich metody aktualnymi przykładami, które pokazują kierunek, w jakim zmierzają sprawy w tym kraju. Jedno jest bowiem jasne: ci, którzy atakują podstawowe prawo do wolności słowa, chcą wyeliminować demokrację, a raczej to, co z niej pozostało. Poniżej prezentujemy transkrypcję tego skłaniającego do refleksji podcastu. (hl)
Koniec z wolnością słowa! – Ben Berndt jest cenzurowany!
Autorstwa prof. Stefana Homburga
Popularny podcaster Ben Berndt otrzymał list z pogróżkami od Krajowego Urzędu ds. Mediów Nadrenii Północnej-Westfalii. Domagają się od niego zmiany programu. W przeciwnym razie grozi mu kosztowne postępowanie administracyjne.
Czy to samo mogłoby się przydarzyć wam, panie i panowie? I co kryje się za tą cenzurą?
Otóż, w trakcie lockdownu w 2020 roku, niemieckie kraje związkowe zawarły nowy rodzaj traktatu medialnego. Obejmuje on ponad 100 stron i uzupełnia istniejący traktat o nadawaniu. Jego postanowienia obowiązują w całych Niemczech od 2020 roku, ponieważ wszystkie kraje związkowe podpisały traktat. Zgodnie z § 1, ma on zasadniczo zastosowanie do każdego, kto organizuje, oferuje, rozpowszechnia lub udostępnia media teleinformatyczne.
Choć nie jest to wyraźnie określone w umowie, władze stosują swoje zasady również do użytkowników prywatnych o dużym zasięgu. Ci, którzy publikują na Facebooku tylko okazjonalnie, podlegają cenzurze jedynie ze strony agencji informacyjnych, wymiaru sprawiedliwości i samej platformy, która działa jako tzw. pośrednik medialny.
Stajesz się celem ataków państwowego organu medialnego tylko wtedy, gdy masz większy zasięg, na przykład wielu obserwujących lub popularny kanał na YouTube. Było więc jasne, że Ben Berndt w końcu będzie nękany. W końcu jego pozbawione ideologii dyskusje przyciągają więcej uwagi niż większość programów w ARD i ZDF. Na przykład jego ostatnia rozmowa ze mną dotarła już do prawie miliona słuchaczy.
Nadawanie publiczne (ORP) formalnie podlega Międzystanowemu Traktatowi Medialnemu, ale nadrzędny charakter ma Międzystanowy Traktat o Nadawaniu. ORP cieszy się immunitetem przed fake newsami, ponieważ rzekomo podlega skutecznym kontrolom wewnętrznym – głównie ze strony polityków, którzy, oczywiście, czerpią korzyści z fałszywych wiadomości.
Przyjrzyjmy się konkretnemu przypadkowi. Urząd ds. Mediów Nadrenii Północnej-Westfalii to agencja podległa, której urzędnicy są mianowani i kontrolowani przez czarno-zielony rząd koalicyjny Nadrenii Północnej-Westfalii. Jak widać na zapowiedzi mojego programu, ci urzędnicy działają pod hasłem: „Zaangażowani w wolność słowa”.
To oczywiście nonsens i orwellowskie przekłamanie, bo do wolności słowa nie jest potrzebny żaden organ regulacyjny, potrzebna jest sama wolność.
Czego urzędnicy chcą od Bena Berndta? Co powiedział źle? Odpowiedź jest otrzeźwiająca: nie powiedział absolutnie nic złego. Zarzut jest raczej taki, że Ben Berndt nie interweniował, gdy gość powiedział coś, co rząd uważa za nieprawdziwe.
To oczywiście przekracza pewną granicę. Wyobraźmy sobie wywiad ze znanym klimatologiem, który odrzuca teorię antropogenicznej zmiany klimatu. Według państwowego organu nadzorującego media, Ben Berndt musiałby interweniować i zaprotestować w następujący sposób: „Chwileczkę, słyszałem w wiadomościach coś zupełnie innego. Antropogeniczna zmiana klimatu jest faktem i to właśnie dlatego płacimy miliardy dolarów w podatkach od emisji CO2, a Niemcy są deindustrializowane”.
Oczywiście zrujnowałoby to ideę serialu, która polega na słuchaniu gości zamiast mówienia do nich, i spowodowałoby, że kanał stałby się nieatrakcyjny.
Władze stanowe i ich komisja cenzury najwyraźniej chcą, aby rozmowy w kanałach prywatnych przebiegały według tego samego schematu, co talk-show i wywiady w ARD i ZDF: gdy tylko ktoś powie coś niezgodnego z linią rządu, jest przerywany lub upominany. A w każdym przypadku moderator natychmiast podaje politycznie poprawne wyjaśnienie.
Ludzie jednak nie chcą już oglądać tej kontrolowanej przez rząd farsy i coraz częściej wybierają niezależne oferty, w których liczy się obiektywizm, a nie oportunizm.
Stanowi to zagrożenie dla rządzących polityków. Obawiają się utraty kontroli nad narracją. Dlatego była przewodnicząca SPD Saskia Esken natychmiast wezwała do bojkotu kanału Bena Berndta, co oczywiście nie przyniosło skutku. Ten ruch również okazał się nieskuteczny.
W Dolnej Saksonii, kraju związkowym rządzonym przez koalicję czerwono-zieloną, od pewnego czasu toczy się podobna sprawa przeciwko dziennikarzowi z Brunszwiku, Alexandrowi Wallaschowi. Urząd ds. mediów żąda od niego usunięcia niektórych artykułów, przeprowadzenia nieproporcjonalnie dużej kontroli tysięcy starszych artykułów oraz uiszczenia czterocyfrowej opłaty administracyjnej. Sprawa sądowa jest w toku.*
Mając ćwierć miliona obserwujących na X i ponad 100 000 subskrybentów na YouTube, oczywiście znajduję się także na celowniku Krajowego Urzędu ds. Mediów Dolnej Saksonii i od dawna odłożyłem pieniądze na postępowanie prawne.
Do tej pory nie otrzymaliśmy żadnych skarg, a przyczyną może być:
Nie przeprowadzam wywiadów z gośćmi, którzy spontanicznie mówią coś, co urzędnicy mogą później poddać analizie.
Nie formułuję ich spontanicznie, ale do każdego spektaklu piszę scenariusz i
Cechą charakterystyczną mojego programu jest to, że wszystko udowadniam za pomocą linków internetowych.
To twardy orzech do zgryzienia. Jeśli zacytuję RKI (Instytut Roberta Kocha) ze zdaniem: „ Pożegnajmy narrację o odporności stadnej poprzez szczepienia”, to z pewnością będzie to sensacyjne i wysoce niebezpieczne dla wszystkich polityków, którzy wbrew swojemu rozsądkowi propagowali odporność stadną poprzez szczepienia. Ponieważ jednak cytat ten znajduje się w protokole RKI z 8 stycznia 2021 roku, osoby sprawujące władzę nie mogą jeszcze nic z tym zrobić.
Ben Berndt skontaktował się wczoraj (26 czerwca 2026 r.) z hamburskim prawnikiem Joachimem Steinhöfelem, aby wszcząć postępowanie prawne przeciwko temu nadużyciu władzy. Szczerze życzę im powodzenia, zwłaszcza że sprawa dotyczy czegoś znacznie większego: państwowej próby dostosowania wszystkich prywatnych mediów do standardów nadawania publicznego.
Trzynasty rozdział „Księgi Objawienia” zawiera uderzający opis mechanizmu, który ma dotknąć wszystkich ludzi, niezależnie od ich statusu społecznego, klasy czy wyznania, paraliżując ich zdolność do normalnego funkcjonowania i handlu. Współcześni badacze wskazują, że bezgotówkowe systemy transakcyjne, połączone z profilowaniem behawioralnym przez algorytmy Palantiru, stanowią techniczną realizację „znamienia Bestii”.
Świat stanął w obliczu bezprecedensowego zwrotu akcji, gdy niezależne grupy hakerskie dotarły do ściśle strzeżonych zapisów cyfrowych. Wyciek materiałów dokumentujących tajny dialog miliardera Petera Thiela z enigmatyczną organizacją End Times Society odsłonił strukturę, która zdaniem wielu badaczy stanowi kręgosłup „Nowego Porządku Świata” (NWO). To, co dotychczas traktowano jako zbiór odizolowanych „teorii spiskowych”, nagle zyskało materialny dowód pod postacią konkretnych planów globalnej transformacji cywilizacyjnej.
Przepowiednie o ukrytych elitach sterujących losami ludzkości przestają być domeną literackiej fikcji, stając się namacalną rzeczywistością, w której zakulisowe decyzje garstki potężnych ludzi zaczynają bezpośrednio kształtować globalną geopolitykę. W samym centrum tej cyfrowej sieci wpływów znajduje się Palantir – potężna platforma fuzji danych i wojskowej sztucznej inteligencji, której nazwa, zaczerpnięta z mitologii Tolkiena, oznacza „widzący kamień”.
W kontekście eschatologicznym technologia ta zaczyna przypominać biblijne proroctwa o wszechwidzącym oku, które monitoruje każdy krok człowieka na Ziemi. Narzędzie stworzone do integracji danych wywiadowczych, analizy zachowań masowych i zarządzania polem bitwy przestało być zwykłym oprogramowaniem korporacyjnym. Stało się ono autonomicznym systemem operacyjnym dla struktur globalnej władzy, który bez przerwy gromadzi, przetwarza i przekształca informacje w cyfrową broń wymierzoną w suwerenność jednostki.
Wokół tajnych spotkań Thiela narosła aura współczesnego „okultyzmu technologicznego”, w którym tradycyjne rytuały zostały zastąpione przez algorytmy i symulacje trzeciej wojny światowej. Analizy ujawnionych dokumentów sugerują, że End Times Society nie jest jedynie platformą wymiany myśli, lecz nowoczesnym klanem eschatologicznym, zrzeszającym technokratów zafascynowanych budowaniem kultów i inżynierią społeczną.
W tych hermetycznych pokojach wojennych, z dala od oczu opinii publicznej, ważą się losy traktatów nuklearnych, przepływów kapitałowych oraz strategicznych rezerw energetycznych planety. Tradycyjna polityka demokratyczna okazuje się w tej perspektywie jedynie teatrem cieni, maskującym realne centrum decyzyjne ukryte w krzemowych systemach. Zderzenie militarnego AI z apokaliptycznymi wizjami końca świata stanowi ostateczny etap przygotowań do nadejścia ery totalnej kontroli, określanej w literaturze proroczej jako „System Bestii”.
Prorocy i badacze Biblii od wieków ostrzegali przed systemem, który zjednoczy pod jednym przywództwem finanse, wojsko, technologię i politykę. Dzisiejsza fuzja algorytmów predykcyjnych z bazami danych systemów rządowych tworzy strukturę tak szczelną, że ucieczka poza jej ramy staje się matematycznie niemożliwa. Wszystko to dzieje się nie w wyniku nagłego kataklizmu, lecz poprzez systematyczne, pełzające wdrażanie systemów nadzoru pod pretekstem zapewnienia globalnego bezpieczeństwa.
Trzynasty rozdział „Księgi Objawienia” zawiera uderzający opis mechanizmu, który ma dotknąć wszystkich ludzi, niezależnie od ich statusu społecznego, klasy czy wyznania, paraliżując ich zdolność do normalnego funkcjonowania i handlu. Współcześni badacze wskazują, że bezgotówkowe systemy transakcyjne, połączone z profilowaniem behawioralnym przez algorytmy Palantiru, stanowią techniczną realizację „znamienia Bestii”.
Każda transakcja finansowa, każdy ruch w sieci i każda interakcja społeczna są analizowane pod kątem lojalności wobec systemu, co wprost prowadzi do urzeczywistnienia biblijnego scenariusza o absolutnym wykluczeniu osób niepodporządkowanych globalnej machinie. Rola sztucznej inteligencji w planowaniu konfliktów zbrojnych nabiera w tym kontekście wymiaru wręcz demonicznego, gdzie ludzkie życie zostaje sprowadzone do cyfrowych punktów w symulacjach pola walki.
Proroctwa o wielkiej wojnie ostatecznej, Armagedonie, w interpretacji End Times Society przestają być symbolem gniewu Bożego, a stają się z góry zaplanowanym przez AI procesem depopulacji i restartu cywilizacyjnego. Skomplikowane algorytmy decyzyjne, analizując zasoby energii jądrowej oraz potencjał militarny mocarstw, mogą w każdej chwili uruchomić sekwencję zdarzeń, która doprowadzi do globalnego konfliktu, realizując tym samym starożytne wizje o ogniu spadającym z nieba.
Ujawniony przez hakerów „Dialog” pokazuje również głęboką fascynację elit koncepcją transhumanizmu i poszukiwania technologicznej nieśmiertelności, co zbiega się z grzechem pychy i wieżami Babel opisywanymi w świętych księgach. Magnaci technologiczni, dysponując nieograniczonymi funduszami, próbują oszukać ludzką śmiertelność i stworzyć nową formę świadomości opartej na maszynach, co w kategoriach proroczych jest postrzegane jako ostateczna zniewaga wobec stwórcy.
W tym szalonym dążeniu do boskości, elity traktują resztę ludzkości jako biomasę i poligon doświadczalny dla swoich systemów kontroli, budując globalny kult oparty na strachu i technologicznej zależności. Wielu badaczy ukrytych struktur władzy zauważa, że mechanizm działania Palantiru opiera się na ciągłym generowaniu kryzysów, które następnie ta sama technologia ma rzekomo rozwiązywać.
Pandemie, kryzysy klimatyczne, załamania rynków finansowych czy lokalne wojny są precyzyjnie analizowane pod kątem ich wpływu na stabilność społeczną, co pozwala na stopniowe odbieranie wolności obywatelskich w zamian za iluzoryczny spokój. To klasyczna doktryna szoku, która w ujęciu apokaliptycznym stanowi przygotowanie gruntu pod nadejście jednego, globalnego przywódcy, mającego przynieść pokój i ocalenie dla pogrążonego w chaosie świata.
Szalone konsorcjum End Times Society, zdemaskowane przez hakerów, jawi się jako loża współczesnych architektów przeznaczenia, którzy bez żadnego mandatu społecznego decydują o kierunku ewolucji całego gatunku ludzkiego. Fakt, że tak potężne narzędzia nadzoru i fuzji danych znajdują się w rękach prywatnych korporacji powiązanych z agencjami wywiadowczymi, udowadnia istnienie głębokiego państwa (Deep State) na skalę globalną.
Każda demaskatorska informacja, która przedostaje się do opinii publicznej, jest natychmiast cenzurowana lub deprecjonowana jako niedorzeczna teoria spiskowa, co stanowi element mechanizmu obronnego tej potężnej, cyfrowej nadbudowy. Kurtyna została jednak zerwana i światło dzienne ujrzało to, co miało pozostać w wiecznym mroku tajnych serwerów i luksusowych rezydencji.
Stoimy obecnie na krawędzi wypełnienia się najmroczniejszych proroctw, gdzie technologia przestała służyć człowiekowi, a stała się narzędziem jego ostatecznego zniewolenia w ramach „Nowego Porządku Świata”. Świadomość istnienia tego mechanizmu i zrozumienie roli, jaką odgrywają w nim postacie takie jak Peter Thiel oraz platformy pokroju Palantiru, to pierwszy krok do oporu przeciwko cyfrowej apokalipsie, która na naszych oczach przestaje być przepowiednią, a staje się rzeczywistością.
Unia formalnie przyjęła zobowiązania, które Ursula von der Leyen złożyła rok temu Donaldowi Trumpowi. Przez rok trudno było unijnym instytucjom przełknąć ten akt poddaństwa. Trzeba więc było sięgnąć po energetyczny szantaż.
Prawie rok temu amerykański prezydent przyjął łaskawie Ursulę von der Leyen na swoim polu golfowym w Turnberry (Szkocja). Wizyta, mimo że w prywatnej rezydencji, miała charakter oficjalny. Unijna prezydent podpisała tam (Ameryka – Europa 15 : 0 | Myśl Polska) akt kapitulacji przed Wielkim Sojusznikiem, zawierając w imieniu Unii Europejskiej legendarny już „deal”.
Żeby podsumować go krótko – Unia wyzerowała cła importowe dla towarów z USA, godząc się przy tym na 15-procentowe cła amerykańskie wobec europejskiego eksportu (to podwyżka z wcześniejszych 4,8%). Zobowiązała się do końca 2028 roku kupić w Ameryce LNG, ropę naftową i technologie nuklearne za 750 miliardów dolarów. Suma bajońska, wymagająca wielokrotnego wzrostu importu energetycznego. Korporacje europejskie są też zobowiązane zainwestować 600 miliardów USD w USA. Na dodatek Europa uzależniła się od amerykańskich chipów, które ma kupić za 40 mld $. W ten sposób tutejsi konkurenci amerykańskiego Big Techu, o ile tacy w ogóle istnieją lub mieliby szansę się pojawić, mogą zwijać kramik – europejski rynek żelaza dla sztucznej inteligencji został oddany za ocean.
Unia guzdrała się strasznie z przyjęciem tej wiernopoddańczej umowy, przełykając upokorzenie prawie rok. Uzasadniała to groźbami Trumpa wobec Grenlandii i czym tam jeszcze… powodów można było znaleźć kilka dziennie. Amerykanie przycisnęli więc mocniej, zniecierpliwiony Donald Trump wyznaczył Europie termin – 4 lipca, do którego ma się w końcu wykokosić z decyzją. W marcu publicznie zabrał też głos Andrew Puzder, ambasador USA. W wywiadzie dla Financial Times stwierdził, że jeżeli układ z Turnberry nie zostanie bez zmian przyjęty przez Unię, „ze źródłami energii mogą stać się różne rzeczy… mogą zmienić się warunki i… jest mnóstwo innych chętnych.” Ambasador zagroził Unii w szczególnym momencie, niedługo po tym, jak USA i Izrael napadły na Iran i spowodowały, że dostawy ropy naftowej i LNG z tego regionu przestały płynąć.
Ten otwarty szantaż energetyczny zadziałał, Parlament Europejski, tak zawsze wojowniczo nastawiony, skulił po sobie uszy i w końcu wypluł z siebie zgodę na „deal”. W końcu maja został on oficjalnie ratyfikowany przez instytucje europejskie. Ustępstwa zostały jedynie otoczone bombastycznymi frazesami, które jednak nie zmieniły na jotę istoty tego niekorzystnego dal Europy układu.
Choć zatwierdzony przez Unię, został określony przez byłą komisarz ds. handlu Cecilię Malmström jako „upokarzający”. Osiem lat temu, gdy Donald Trump po raz pierwszy uderzył taryfami celnymi w Unię, skutecznie odpowiedziała ona cłami na import z USA. A dzisiaj Bruksela poddała się bez walki, a przecież nie zyskała nic w zamian za swoje zobowiązania i obniżenie ceł. Przyjęła umowy handlowe, które nie są zgodne ze światowymi zasadami handlu WTO ze strachu przed niezadowoleniem amerykańskiego prezydenta. I, jak mówi była komisarz, żeby „Trump zaangażował się po stronie Ukrainy” (ponoć Amerykanie zagrozili całkowitym wycofaniem się z tego konfliktu).
Nie tylko była unijna komisarz ds. handlu uważa to porozumienie za upokarzające. Europejska opinia publiczna była w tej sprawie wyjątkowo zgodna. Ponad połowa (52%) uznała ten „deal” za upokarzający (we Francji aż dwie trzecie), prawie 40 procent nie miało wyrobionego zdania, zaś tylko śladowy procent uznał go za powód do dumy. Oczywiście Polska jest tu wyjątkiem – tylko co czwarty (23%) Polak uznał to za upokorzenia, a ciut więcej (25%) za powód do uspokojenia, a nawet dumy. Do tego ponad trzy czwarte Europejczyków (77%) uważa, że warunki umowy faworyzują Amerykę. Ogromna większość obarcza też odpowiedzialnością Komisję Europejską i Ursulę von der Leyen. Ale co z tego wynika? Nic, demokrację w końcu mamy, nie?
Oczywiście prezydent Ursula von der Leyen przykrywa to wszystko frazesami, ogłaszając osiągnięcie przez Europę energetycznego „momentu niepodległości”. Tylko że to już nawet nie jest śmieszne… Ale komu jeszcze skleroza nie zżarła resztek szarych komórek, powinien pamiętać, że ta sama osoba ogłaszała „strategiczną autonomię” Unii czy „Green Deal” jako „lądowanie człowieka na Księżycu” w europejskim wydaniu.
Ale ten energetyczny szantaż to tylko signum temporis znacznie szerszego procesu. Przyjrzymy mu się.
Wgląd w umysły zachodnich konsumentów antyrosyjskiej propagandy
Autorstwa Larry’ego C. Johnsona
To będzie stosunkowo krótki artykuł. Chcę, abyście sami zobaczyli, jak inspirowana przez CIA ukraińska propaganda zakorzenia się w umysłach Amerykanów.
W zeszłym tygodniu otrzymałem dwie wiadomości, które dobitnie ilustrują, jak propaganda zyskuje przewagę.
Pierwsza wiadomość pochodziła od kobiety, która jest znajomą znajomej. Urodziła się w Rosji, ale mieszka na Karaibach i nie wróciła do Rosji od rozpoczęcia specjalnej operacji wojskowej w lutym 2022 roku.
Ona szczerze wierzy w to, co pisze:
Temat: Rosjanie walczą teraz na ulicach o benzynę – a Putin właśnie przyznał się do kryzysu, który przez miesiące zaprzeczał
Wszystko to jest prawdą i stoimy na skraju momentu krytycznego, który nie będzie przyjemny.
Nie ma benzyny. Bardzo duża część wszystkich rafinerii jest nieczynna i nie da się ich naprawić nawet w perspektywie średnioterminowej – nawet jeśli udałoby się zdobyć części zamienne.
Oznacza to: brak nawadniania pól, brak zbiorów, gdy rośliny dojrzeją. Brak żywności.
Fabryki stoją w dużej mierze, ponieważ nie ma benzyny, żeby dojechać do pracy, a transport publiczny kursuje sporadycznie. Nie ma części zamiennych, pracowników, internetu, a nawet w samej Rosji komunikacja jest słaba. Nie wspominając o wielomiesięcznych opóźnieniach w wypłatach wynagrodzeń spowodowanych pogarszającą się podażą pieniądza.
Rodziny masowo opuszczają swoje domy, albo przenosząc się na dacze (lub do krewnych), w desperackiej próbie samodzielnego uprawiania podstawowych produktów żywnościowych, albo uciekając – jeśli to możliwe – za granicę, aby zacząć nowe życie gdzie indziej.
Ukraińskie ataki dronów stają się coraz bardziej celne i niszczycielskie.
„Centrum Łączności Kosmicznej w Dubnej (często mylone z pobliskim Wspólnym Instytutem Badań Jądrowych w Dubnej) doznało znacznych uszkodzeń fizycznych i konstrukcyjnych w wyniku ukierunkowanych ukraińskich ataków dronów dalekiego zasięgu w nocy 22 czerwca 2026 roku. Zdjęcia satelitarne i raporty wywiadu wojskowego potwierdziły trafienia w „mózg” i główną infrastrukturę największego rosyjskiego naziemnego kompleksu satelitarnego”.
Choć ta dezorganizacja codziennego życia w Rosji może być dla Ukraińców mile widziana, może zmusić Kreml do desperackiego ataku nuklearnego lub z użyciem bomby piaskowej. Oczywiście, ktoś trzeci zostałby za to obwiniony.
Nie będę tracił czasu na obalanie ich twierdzeń punkt po punkcie.
Podzieliłem się jednak jej przesłaniem z czwórką Amerykanów, którzy obecnie mieszkają na stałe w Rosji, po prostu żeby zobaczyć ich reakcję.
I wiesz co?
Wszyscy mają dostęp do Internetu i mogą jeździć samochodami, kiedy tylko tego potrzebują.
O tak – jeszcze jedno: nie muszą czekać tygodniami na wypłatę.
Następną tyradę wygłosił zagorzały syjonista, który 26 lutego przewidział, że USA i Izrael pokonają Iran w ciągu trzech tygodni.
Co kilka tygodni wysyłam mu jego stare przepowiednie, aby przypomnieć mu o jego niekompetencji jako prognosty.
Wykazuje tę samą zdolność w następującej tyradzie:
Pomimo fałszywej propagandy, którą Larry sumiennie szerzy w interesie Rosjan, oraz jego antyamerykańskich i antyizraelskich komentarzy, Rosjanie obecnie wyraźnie przegrywają wojnę na Ukrainie, a ich gospodarka w dalszym ciągu zmaga się z poważnymi trudnościami.
Rosja nie kontroluje dziś większego terytorium niż miała cztery lata temu.
Na każdą stratę poniesioną przez Ukrainę przypada 2,2 straty poniesionej przez Rosję, a ostatnio wskaźnik ten uległ pogorszeniu.
Są to fakty, które każdy może zweryfikować – w przeciwieństwie do tego, co od dawna twierdzi Larry, a mianowicie, że proporcje są dokładnie odwrotne.
Rosja straciła tak wielu ludzi, że nie da się ich już zastąpić w stosunku jeden do jednego.
Nawet rosyjskie źródła potwierdzają, że całkowita liczba strat może przekroczyć 1,2 miliona, w tym co najmniej 350 tysięcy potwierdzonych zgonów na podstawie prawdziwych nekrologów i grobów.
Jakakolwiek by nie była dokładna liczba – jest ona przerażająca i niedopuszczalna.
W 2026 roku Ukraina odnotowała niewielki wzrost netto terytorium.
Rosja jest teraz w trakcie przegrywania wojny.
Gospodarka rosyjska nadal się pogarsza – pomimo sfałszowanych danych opublikowanych przez Rosję.
Brakuje pracowników, przez co nie można w pełni wykorzystać potencjału fabryk.
Koszty kapitału są tak wysokie, że dla wielu przedsiębiorstw inwestycje sektora prywatnego nie są już opłacalne.
Główna stopa procentowa wynosi 14,5 procent.
Liczba bankructw osób fizycznych wzrosła w tym roku o 31 procent, liczba bankructw małych firm wzrosła o 29 procent, a bankructwa przedsiębiorstw są tuszowane przez rząd.
Podobno cieszące się dużą popularnością restauracje są zamykane jeden po drugim z powodu braku klientów.
Inflacja nadal jest zbyt wysoka.
Zniszczenie rafinerii powoduje wzrost cen benzyny, a co za tym idzie także inflacji.
Moskwa i inne części Rosji są obecnie codziennie atakowane dronami i rakietami.
Zniszczeniu uległo 30 procent zdolności przerobowych rafinerii.
Benzyna jest racjonowana.
Krym jest niemal całkowicie odcięty od wszelkich linii zaopatrzeniowych.
Systemy obrony powietrznej musiały zostać przeniesione do Moskwy i innych lokalizacji, przez co linie frontu stały się mniej chronione.
Wojna okazała się totalną katastrofą dla Rosji, Putina i rosyjskiej gospodarki.
Taka jest rzeczywistość.
Mimo wszystkich antyizraelskich komentarzy i subtelnych antysemickich insynuacji, które szerzy Larry, Rosja przegrywa. Izrael kontroluje 70 procent Strefy Gazy, znacznie osłabił Hezbollah i sam nie poniósł żadnych poważniejszych strat.
W miarę jak Rosja będzie kontynuować rozpad Ukrainy, ludzie tacy jak ci dwaj, których wymieniłem powyżej, będą coraz bardziej zdesperowani.
Ich nadzieje i marzenia o pokonanej Rosji zostaną zniszczone.
I tak – będę odczuwać ogromną schadenfreude.
Pozostawiam Wam, drodzy Czytelnicy, wyjaśnienie, dlaczego te dwie osoby są tak dalekie od rzeczywistości.
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun podczas rozprawy sądowej. Foto: PAP
W czerwcu mieliśmy kolejne dwa terminy w procesie przeciw polskiemu posłowi do Euro-Kołchozu i przewodniczącemu Konfederacji Korony Polskiej Grzegorzowi Braunowi. Wszyscy oczekiwali, że w sądzie w końcu pojawi się „poszkodowana”, czyli słynna „koparka-agresorka” Magdalena Gudzińska-Adamczyk, która zaatakowała oskarżonego podczas słynnego „incydentu chanukowego” w Sejmie.
Czekaliśmy, czekaliśmy i się nie doczekaliśmy. Sędzia Marcin Brzostko już na początku rozprawy przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Praga Południe w dniu 19 czerwca tego roku ogłosił stronom i zgromadzonym dziennikarzom i publiczności, że pani Magdalena w sądzie warszawskim nie pojawi się. Nie będzie zeznawać ani na tym posiedzeniu, ani na żadnym innym. Taką decyzję sąd podjął już wcześniej, a zakomunikował właśnie na czerwcowym posiedzeniu. Dlaczego tak się stało?
O tym dowiedzieli się tylko oskarżony, pełnomocnicy stron oraz osoby zaufane, wskazane przez oskarżonego. Sędzia utajnił tę część posiedzenia, w którym odczytano uzasadnienie dla wyłączenia przesłuchania przed sądem nadesłane do sądu przez pełnomocnika pani Gudzińskiej-Adamczyk. Wiemy tylko tyle, że uzasadnieniem dla tej bardzo dziwnej i niespotykanej decyzji sądu były względy zdrowotne samej zainteresowanej.
Kwestię niedoszłych zeznań sławetnej lekarski skomentował sam Grzegorz Braun jeszcze przed rozpoczęciem rozprawy. „Pełnomocnik mojej fałszywej oskarżycielki – mówił przed budynkiem sądu – która wezwana była po raz kolejny na dzień dzisiejszy do złożenia zeznań, przysłał do sądu pismo, w którym stwierdza, że ta pani nie może stawić się w sądzie”.
Grzegorz Braun przy okazji nie szczędził uszczypliwych uwag pod adresem prokuratury, której zarzucił, że trzyma się „kanonicznej wersji »Gazety Wyborczej«”. „Prokurator najwyraźniej nie mógł, nie chciał, a może chciał i nawet sprawdził, ale zdecydował się na przyjęcie oficjalnej wykładni redakcji »Gazety Wyborczej«”.
Adwokat „poszkodowanej” miał argumentować w swoim piśmie, że fakt zeznawania w sądzie mógłby doprowadzić do wstrząsu psychicznego pani Magdaleny, która być może nie mogłaby znieść konfrontacji przed sądem i sama perspektywa stanięcia twarzą w twarz z Grzegorzem Braunem mogłaby wywołać u niej ogromny stres i rozstrój nerwowy.
Co tu dużo ukrywać: jest ogromnie dziwne i niespotykane, że sąd w osobie sędziego Brzostko podzielił te obawy i zgodził się na tak wyjątkowe potraktowanie świadka. Tym bardziej że już wcześniej rozważano, że świadek mogłaby zeznawać w trybie wideokonferencji, przebywając w oddzielnym pomieszczeniu, tak by nie musiałaby być narażona na przykre dla niej skutki bezpośredniego – jak można domniemywać – zetknięcia się na sali sądowej z posłem Grzegorzem Braunem.
Tak więc do konfrontacji zeznań nie doszło i już pewnie nie dojdzie. Szkoda. Taka konfrontacja i wzięcie sławetnej „koparki” w krzyżowy ogień pytań przez obrońców, jak i samego oskarżonego, byłaby przecież nie lada gratką. Zapis wideo ze sławetnego wydarzenia w korytarzu sejmowym w grudniu 2023 roku przecież jasno pokazywał, że stroną agresywną była raczej pani Magdalena, więc jej zeznania musiałyby być bardzo ciekawe. No ale zapewne właśnie tego najbardziej obawiała się warszawska lekarka, a przy okazji aktywna i prominentna – jak się okazało – działaczka warszawskiej żydowskiej gminy wyznaniowej.
„Pijak znowu ucieka”
Zamiast więc zeznań pani „koparki-agresorki” mieliśmy w sądzie przesłuchanie innej ciekawej postaci, a mianowicie byłego Ministra Zdrowia z czasów rządów Zjednoczonej Prawicy, czyli kolejnego lekarza – profesora Łukasza Szumowskiego. Znalazł się on w sadzie na okoliczność interwencji poselskiej posła Brauna, która miała miejsce w Narodowym Instytucie Kardiologii w warszawskim Aninie.
Szumowski po tym, jak złożył dymisję z funkcji ministra zdrowia, objął posadę dyrektora tej zasłużonej placówki. Interwencja poselska posła Brauna nastąpiła w wyniku informacji, jakie otrzymał on od pracowników Instytutu, że dyrektor Szumowski po prostu zwalnia pracowników, którzy w określonym czasie nie poddali się szczepieniom przeciw COVID-19.
Szumowski w trakcie przesłuchania potwierdził, że istotnie dochodziło do takich sytuacji. „W momencie, gdy nie byłem pewien, czy pracownicy poddali się szczepieniu, to wyciągałem konsekwencje. W kilkunastu przypadkach doszło do rozwiązania umowy o pracę…”. Obrońcy Grzegorza Brauna usiłowali uzyskać informację od świadka, czy ten był świadom występowania skutków ubocznych po szczepieniu przeciw Covid-19. „Takie skutki zawsze mogą występować – mówił Szumowski – ale korzyści jest więcej niż ryzyka”.
Najwięcej emocji wywołała jednak kwestia nadużywania alkoholu przez świadka. Ta bowiem kwestia była przyczyną, że relacje z interwencji posła w szpitalu obiegły wówczas cały polski internet. Jak mówił poseł Braun, w trakcie interwencji wyczuł woń alkoholu ze strony dyr. Szumowskiego. Kiedy zażądał przebadania się przez świadka alkomatem na obecność występowania alkoholu w wydychanym powietrzu, ten wyrwał się posłowi i opuścił gabinet dyrektora. „Łapać pijaka, pijak ucieka” – krzyczał za nim wówczas poseł Braun. Doszło wówczas nawet do fizycznego ataku na posła, któremu Szumowski bezceremonialnie przytrzasnął ramię drzwiami gabinetu. Przy okazji ucierpiał również asystent społeczny posła i przyszły poseł na Sejm RP Grzegorz Płaczek. Dyrektor Szumowski wytrącił mu bowiem z ręki telefon, którym pan Płaczek nagrywał przebieg całego zajścia.
Dlatego teraz poseł Braun zapytał w sądzie Łukasza Szumowskiego, czy tego dnia pił alkohol. „Czy świadek regularnie spożywa alkohol”? – pytał przewodniczący Konfederacji Korony Polskiej. Lukasz Szumowski unikał odpowiedzi na takie pytania: „To są pytania dotyczące mojego stanu zdrowia”. Sędzia je uchylał, twierdząc, że takie informacje nie mają wpływu na rozstrzygnięcie sądowe. Ostatecznie świadek Szumowski stwierdził, że nie nadużywa alkoholu, bo pełniąc tak odpowiedzialną funkcję nie mógłby sobie na to pozwolić. „Mam czerwoną skórę twarzy, ale to jest wynik alergii, a nie nadużywania alkoholu” – powiedział na koniec, co wywołało wesołość wśród publiczności. „Proszę o śmianie się w duchu, a nie na głos” – w swoim stylu komentował sędzia Brzostko.
„Zdążyłem, bo szybko biegam”
Drugim i ostatnim świadkiem, który był przesłuchiwany tego dnia, był mecenas Wojciech Nartowski. Tym razem chodziło „aferę choinkową”, czyli interwencję posła Brauna w budynku Sądu Okręgowego w Krakowie. Przypomnijmy, że Grzegorz Braun powiadomiony został o tym, że w holu budynku sądu członkowie stowarzyszeń sędziowskich „Iustitia” i „Temis” obstalowali specyficzną choinkę, na której wywieszone zostały „ozdoby” w postaci bombek, na których wymalowano takie hasła, jak „LGBT”, „Konstytucja” czy „prawa kobiet”. Poseł po prostu rzeczonego drapaka wpakował do najbliższego kosza na śmieci.
Okazało się w trakcie składania zeznań, że mecenas Nartowski był właśnie tym człowiekiem, który na wieść o czynie posła Brauna natychmiast udał się do gabinetu sędzi Stoces, która kierowała akcją dekorowania i ustawienia choinki. „Natychmiast pobiegłem do pokoju pani sędzi i powiedziałem jej, że poseł Braun zabrał naszą choinkę – mówił świadek Nartowski. – Co??? Sędzia była oburzona i razem pobiegliśmy na dziedziniec sądu, gdzie był już poseł Braun z naszą choinką”.
Ta wersja bardzo zdziwiła jednego z obrońców Grzegorza Brauna. Mecenas Raczkiewicz, powołując się doskonałą znajomość topografii budynku sądu, wyraził zdumienie, że świadek w tak krótkim czasie zdołał pokonać dystans z holu sądowego na parterze na trzecie piętro do gabinetu sędzi Stoces i z powrotem. „Zdążyłem, bo szybko biegam!” – odpowiedział wyraźnie dumny z siebie adwokat.
Ta sprawa obnażyła jak na dłoni szereg patologii związanych z funkcjonowaniem kasty prawniczej. Zadziwiającym zblatowaniem sędziów, prokuratorów i adwokatów skupionych w pół-formalnych stowarzyszeniach. Skrzykujących się wokół wątpliwych moralnie celów, jak zdobienie kontrowersyjnymi symbolami choinki i ustawianie jej w budynku sądu.
Na koniec Grzegorz Braun złożył zaskakujący wniosek o sprawdzenie, czy rzeczone drzewko posiadało… europejski certyfikat jakości. „No bo jak nie miało – mówił poseł Braun – to przecież jej umieszczenie w ogólnie dostępnej strefie w sądzie mogło stanowić zagrożenie dla zdrowia pracowników i interesantów w sądzie”.
W przerwie między zeznaniami sędzia Marcin Brzostko ogłosił swoje postanowienie co do niedopuszczenia do przewodu opinii biegłej powołanej przez prokuraturę pani Edyty Gawron. Wnioskowała o to obrona, gdyż bezstronność pani Gawron budziła wątpliwości, jako że ta jest członkiem żydowskiej loży B`nai–Birth. Sędzia jednak odrzucił ten wniosek.
Cztery poziomy powiązań i międzynarodowy próg prawny, którego nikt nie określa.
Artykuł opiniotwórczy autorstwa Michaela Hollistera .
13 lutego 2026 roku prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski stanął w hali fabrycznej w Gauting w Bawarii i przyjął drona. Nie był to jedynie symboliczny prezent. Dron LINZA był pierwszym ukraińskim dronem produkowanym masowo w całości na terenie Niemiec – wyprodukowanym przez niemiecko-ukraińską spółkę joint venture Quantum Frontline Industries, będącą efektem współpracy bawarskiego producenta Quantum Systems i ukraińskiej firmy Frontline Robotics. W październiku 2025 roku obie strony podpisały memorandum o porozumieniu w ramach Grupy Kontaktowej ds. Ukrainy, ogłosiły powstanie spółki joint venture w grudniu, a zaledwie dwa miesiące później ruszyła już pierwsza seria produkcyjna. Minister obrony Boris Pistorius, obecny na uroczystości przekazania, mówił o prędkości światła. Deklarowanym celem zakładu jest produkcja do 10 000 dronów rocznie i dostarczenie ich wszystkich ukraińskim siłom zbrojnym. Przekazanie nastąpiło w okresie poprzedzającym Monachijską Konferencję Bezpieczeństwa – celowo wybrane miejsce, które nadało temu posunięciu charakter zarówno przemysłowego, jak i politycznego. To, co zaczęło się jako deklaracja intencji w grudniu, w ciągu kilku tygodni stało się rzeczywistością: linia produkcyjna została osobiście skontrolowana przez głowę państwa obcego.
Sama LINZA nie jest bronią ofensywną dalekiego zasięgu. To sprawdzony w boju, wielofunkcyjny dron z 12-calową ramą, zdolny do przenoszenia do czterech kilogramów ładunku na odległość kilku kilometrów i pozostawania w powietrzu przez około godzinę – stworzony do walki w zwarciu, a nie do ataków na duże odległości. Istotne jest zatem nie samo urządzenie, ale jego lokalizacja. Tutaj, na niemieckim terenie przemysłowym, z taśmy montażowej zjeżdża sprzęt wojskowy, przeznaczony nie dla niemieckiej armii, a dla państwa aktywnie zaangażowanego w działania wojenne – przekazywany prezydentowi podczas publicznej ceremonii w obecności niemieckiego ministra obrony. Pistorius wyraźnie zaznaczył, że nie tylko Ukraina, ale i Niemcy skorzystają na tym modelu. To stwierdzenie uwypukla kwestię, która niemal całkowicie pomijana jest w debacie o niemieckim zbrojeniu.
Pytanie, które rzadko jest zadawane
Pytanie nie brzmi: Czy atak Rosji na Ukrainę jest uzasadniony? Ani czy Niemcy mają prawo wspierać Ukrainę.
Prawdziwe pytanie jest węższe i bardziej niewygodne. Czy Niemcy, ze względu na charakter i głębokość swoich uwikłań, wychodzą poza sferę międzynarodowej ochrony prawnej, którą nadal zapewnia im obowiązująca doktryna jako stronie nieagresywnej – w kierunku progu, którego dokładne położenie nie jest jasno określone przez samo prawo międzynarodowe? A jeśli tak, to dlaczego ten próg nie jest przedmiotem poważnej debaty w Bundestagu ani w szerszej przestrzeni publicznej?
To pytanie do Berlina, a nie do Moskwy. Nie oznacza to, że Rosja byłaby uzasadniona w ataku na niemieckie obiekty przemysłowe. Pytanie dotyczy tego, czy Republika Federalna jest świadoma własnego ruchu – i czy rozumie konsekwencje, które musiałaby uznać za możliwe, a nie tego, czy jest pewna. Droga do tego progu przebiega w czterech etapach: od partyjnictwa politycznego, przez pieniądze, broń i szkolenia, produkcję na ziemi niemieckiej, aż po przekształcanie przemysłu cywilnego. Każdy z tych etapów może wydawać się sam w sobie uzasadniony. Razem tworzą one obraz, którego poszczególne uzasadnienia nie są już w stanie oddać.
Etap pierwszy: Polityka
Pierwszy etap jest polityczny, najstarszy i najmniej kontrowersyjny. Niemcy poparły architekturę sankcji Unii Europejskiej wobec Rosji w ponad tuzinie pakietów, ograniczyły stosunki dyplomatyczne i retorycznie jednoznacznie opowiedziały się po stronie Kijowa. Język używany w tym kontekście uległ zmianie. Podczas gdy na początku tego tak zwanego punktu zwrotnego mówiono o ograniczonej pomocy, kanclerz Friedrich Merz w swojej deklaracji rządowej sformułował cel rozbudowy Bundeswehry w najsilniejszą armię konwencjonalną w Europie, uzasadniając to wielkością i siłą gospodarczą Niemiec, a także oczekiwaniami sojuszników.
Były przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych, Michael Roth, zwięźle podsumował logikę tego etapu: bezpieczeństwo i wolność Niemiec są obecnie bronione na Ukrainie i na wschodniej flance NATO. Na tym poziomie Niemcy wyraźnie pozostają w granicach tego, co państwa zawsze robiły w konfliktach z udziałem stron trzecich: zajmując stanowisko, wywierając presję i kultywując sojusze. Zajęcie stanowiska politycznego nie czyni państwa stroną konfliktu. Każdy, kto podejrzewałby tu próg, musiałby ogłosić połowę świata stroną konfliktu. Scena polityczna nie jest zatem transgresją – jest fundamentem, na którym zbudowane są kolejne trzy etapy, i subtelnie zmienia standard tego, co jest oczywistością. Ten zmieniony standard sam w sobie jest częścią analizy. Dostawa ciężkiego uzbrojenia, która była przedmiotem debaty przez tygodnie w 2022 roku, jest przypisem w 2026 roku; ogłoszenie o wspólnej produkcji uzbrojenia jest podawane jako wiadomość biznesowa. Nie dlatego, że zmieniło się prawo międzynarodowe, ale dlatego, że opinia publiczna nie nadąża za eskalacją konfliktu na swoim terenie.
Etap drugi: broń, pieniądze, szkolenie
Drugi etap ma charakter materialny. Od początku konfliktu Niemcy udzieliły Ukrainie około 39 miliardów euro pomocy cywilnej; wsparcie wojskowe wynosi około 55 miliardów euro. Tylko do 2026 roku rząd niemiecki przeznaczy na Ukrainę 11,5 miliarda euro, co – według własnych deklaracji – czyni ją największym wsparciem dla tego kraju. Minister obrony Ukrainy Mychajło Fiodorow oszacował wkład Niemiec na około jedną trzecią całkowitej pomocy międzynarodowej.
Liczy się nie tylko skala, ale i jakość. 11 maja 2026 roku Pistorius i Fiodorow podpisali w Kijowie porozumienie „Dzielne Niemcy”, wspólny program rozwoju technologii obronnych. Częścią ogłoszonego jednocześnie pakietu o wartości czterech miliardów euro jest inwestycja w wysokości 300 milionów euro w ukraińskie tzw. zdolności uderzeniowe głębokiego zasięgu – broń zdolną do rażenia celów położonych głęboko w Rosji – a także wspólna produkcja początkowych 5000 dronów średniego zasięgu wspomaganych sztuczną inteligencją. Uzupełnieniem jest kilkaset pocisków Patriot i 36 wyrzutni IRIS-T. Fiodorow nazwał te zdolności „sankcjami dalekiego zasięgu” Kijowa. Miał na myśli ataki na logistykę, rafinerie i zakłady zbrojeniowe daleko poza linią frontu – kategorię broni, za pomocą której ukraińskie siły zbrojne niedawno wyrządziły znaczne szkody rosyjskiej infrastrukturze naftowej. Kiedy państwo finansuje rozwój i zakup takich zdolności, nie wspiera już jedynie obrony przed atakiem, ale raczej zdolności do kontrofensywy na terytorium agresora. Warto zauważyć, gdzie produkowana jest część tego sprzętu: pociski przechwytujące Patriot GEM-T są produkowane między innymi w Schrobenhausen w Bawarii, tym samym miejscu, w którym produkowano pociski manewrujące Taurus. To przesuwa rolę Niemiec z dostawcy aktywów obronnych w finansistę i współproducenta zdolności, których wyraźnym celem jest atak na terytorium Rosji. Odejście od wsparcia czysto defensywnego jest niewątpliwe.
Etap trzeci: Produkcja na ziemi niemieckiej
Trzeci etap jest najbardziej istotny jakościowo i tutaj warto rozróżnić dwa procesy, które zacierają się w odbiorze społecznym. Pierwszym z nich jest opisana już produkcja LINZA przez Quantum Frontline Industries pod Monachium: krótki zasięg, duża produkcja, symboliczny charakter i ograniczony potencjał militarny. Oprócz LINZA, spółka joint venture planuje kolejne modele, w tym modele rozpoznawcze i model uzbrojony. Sama firma Quantum Systems, która dostarcza Ukrainie drony rozpoznawcze od 2022 roku, została wyceniona na trzy miliardy euro pod koniec 2025 roku po rundzie finansowania i ma własną spółkę zależną w sektorze obronnym, Stark Defence.
Drugie wydarzenie ma inną skalę. Podczas konsultacji rządowych w Berlinie, 14 kwietnia 2026 roku, Zełenski i Merz podpisali umowę z niemiecko-ukraińską spółką joint venture Auterion Airlogix. Ukraińska firma Airlogix dostarcza platformy, które zostały przetestowane w najbardziej intensywnych działaniach wojennych dronów naszych czasów, podczas gdy niemiecka firma programistyczna Auterion dostarcza system sterowania oparty na sztucznej inteligencji (AI) do autonomicznej nawigacji i odporności elektronicznej. W przyszłości w Niemczech mają być produkowane tysiące autonomicznych dronów rocznie – urządzeń, które będą działać nawet bez nawigacji satelitarnej, a zatem będą odporne na zakłócenia elektroniczne i będą mogły zostać natychmiast zintegrowane ze strukturami dowodzenia NATO. Jest to pierwsze niemieckie zamówienie seryjne na autonomiczne systemy tej klasy. W przeciwieństwie do dronów LINZA, drony te mają zasięg do około 1500 kilometrów i są zatem przeznaczone do ataków głęboko w Rosji. Początkowo systemy trafią wyłącznie na Ukrainę; w drugiej fazie, zgodnie z planem, niemieckie siły zbrojne mogłyby również otrzymać identyczne urządzenia. Umowa wyraźnie stanowi, że z linii produkcyjnej mogą korzystać również inni partnerzy NATO. W ten sposób dwustronny projekt pomocy staje się rdzeniem europejskiej struktury zbrojeniowej.
Tworzy to na terytorium Niemiec potencjał przemysłowy, który zaopatruje aktywnie walczące państwo w broń dalekiego zasięgu – broń, za pomocą której państwo to atakuje terytorium przeciwnika. Przy okazji tych samych konsultacji, monachijski producent Quantum Systems zawarł dwie kolejne umowy joint venture z firmami ukraińskimi, w tym jedną dotyczącą produkcji dronów przechwytujących z naziemnymi stacjami kontroli. Niemiecki przemysł dronów, który jeszcze kilka lat temu zajmował niszę rynkową, szybko stał się centrum europejskiej produkcji uzbrojenia dla Ukrainy.
Otwarcie sformułowane uzasadnienie przeniesienia jest godne uwagi. Według badań serwisu informacyjnego German Foreign Policy, jednym z głównych powodów przeniesienia produkcji do Niemiec jest wyraźnie to, że niemieckie lokalizacje są uważane za bezpieczne przed atakami ze strony Rosji – podczas gdy fabryki na Ukrainie nie są, z powodu wojny. To właśnie to założenie bezpieczeństwa sprawia, że etap trzeci stanowi faktyczny punkt krytyczny analizy. Zakłada on, że bariera ochronna wytrzyma. Czy wytrzyma, to pytanie, którego nikt głośno nie zadaje – i które zostanie omówione w drugiej części tej analizy.
Etap czwarty: ponowne wykorzystanie przemysłu cywilnego
Czwarty etap wykracza poza wąskie ramy sektora obronnego i wkracza w przemysłowe serce Niemiec. Kilka tradycyjnych zakładów motoryzacyjnych jest obecnie badanych lub adaptowanych do produkcji wojskowej – proces ten branża potocznie nazywa konwersją, czyli ponownym wykorzystaniem sektora przemysłowego. Precyzja ma tu kluczowe znaczenie, ponieważ sytuacja uległa zmianie w ostatnich tygodniach.
W Ludwigsfelde w Brandenburgii francusko-niemiecki producent pojazdów opancerzonych KNDS prowadzi z Mercedes-Benz negocjacje dotyczące lokalnej fabryki samochodów dostawczych, w której obecnie około 2000 pracowników produkuje Sprintera. Mercedes planuje przenieść tę produkcję do Jawora w Polsce do końca dekady; KNDS rozważa przejęcie dużej części zakładu lub początkowo dzierżawę części, inwestując około miliarda euro i docelowo produkując transporter opancerzony Boxer zamiast Sprintera. W fazie przejściowej produkcja wojskowa i cywilna mogłaby przebiegać równolegle. Ten krok jest wpisany w niezwykłą strukturę własnościową: w ramach planowanej oferty publicznej we Frankfurcie i Paryżu latem 2026 roku państwowy bank rozwoju KfW ma objąć 40% udziałów w KNDS, co równałoby się udziałowi państwa francuskiego. Prezes Mercedesa, Ola Källenius, podkreśla jednocześnie, że działalność obronna pozostanie drugorzędnym działem jego firmy – jest to sygnał powściągliwości, który jednak nie przyćmiewa kierunku rozwoju firmy.
W zakładzie VW w Osnabrück, gdzie produkcja kabrioletów zakończy się w 2027 roku i gdzie pracuje około 2300 pracowników, sytuacja się odwróciła. Rheinmetall odrzucił wcześniej ofertę przejęcia, a KNDS wycofał swoje zainteresowanie. Zamiast tego izraelski koncern zbrojeniowy Rafael podpisał w kwietniu 2026 roku list intencyjny: komponenty systemu obrony powietrznej mogłyby być w przyszłości produkowane w Osnabrück. Sam Volkswagen przedstawił już dwa projekty pojazdów wojskowych pod marką „DES Defence”, modułowo zaprojektowane do zadań medycznych, dronów i logistyki. Należy zauważyć, że w żadnym z tych przypadków Volkswagen ani Mercedes nie stają się fabrykami amunicji. Koncentrujemy się na pojazdach, komponentach i budynkach fabrycznych – na konwersji, a nie na przekształcaniu przedsiębiorstw cywilnych w producentów broni. Precedensem jest Görlitz w Saksonii, gdzie w 2025 roku KNDS przejął dawny zakład producenta pojazdów szynowych Alstom; Spośród około 700 pozostałych miejsc pracy, firma zapewniła sobie około 580.
Ten etap jest najbardziej rozproszony i zasługuje na największą ostrożność koncepcyjną. Wiele wciąż znajduje się w fazie badań, eksploracji i deklaracji intencji; wiele może jeszcze upaść, jak pokazują doświadczenia z Görlitz, gdzie między ogłoszeniem a wdrożeniem minęło wiele miesięcy. Pozostawanie w trybie łączącym nie jest tu figurą retoryczną, lecz zobowiązaniem. Trend jest jednak wyraźny: przemysł cywilny traci na znaczeniu, podczas gdy przemysł zbrojeniowy przejmuje wolne moce produkcyjne. Niemieckie Stowarzyszenie Przemysłu Motoryzacyjnego przewiduje utratę nawet 225 000 miejsc pracy do 2035 roku – czynnik ekonomiczny, który sprawia, że konwersja jest atrakcyjna, niezależnie od jakichkolwiek strategicznych zamierzeń. Szczególną ironią jest lokalizacja: w Osnabrück, mieście Pokoju Westfalii, które samo nazywa się „Miastem Pokoju”, produkcja wojskowa mogłaby zostać rozszerzona – sprzeczność, którą lokalne inicjatywy uwypuklają hasłem „Gotowi do wojny? Nie z nami!”. Cztery etapy różnią się zatem nie tylko stopniem, ale także jakością ich wiążącego charakteru. Politykę można zmienić, dostawy można wstrzymać. Linia produkcyjna, w którą zainwestowano miliard euro i od której zależą tysiące miejsc pracy, nabiera rozpędu, który w dużej mierze wymyka się kontroli politycznej.
Między neutralnością a wojowniczością
To przedstawia fakty. Kwestia prawa międzynarodowego, którą porusza, jest stara i nierozwiązana. Klasyczne prawo neutralności, skodyfikowane w konwencjach haskich, ustanowiło ścisły podział: każdy, kto dostarczał sprzęt wojenny stronie konfliktu, tracił neutralność i sam mógł stać się stroną. Jednakże prawo to pochodzi z czasów, gdy wojna była uważana za regularny instrument polityki międzypaństwowej. Karta Narodów Zjednoczonych zmieniła tę podstawę. Zakaz użycia siły w artykule 2 zasadniczo zabrania użycia siły przez państwa; artykuł 51 zezwala jedynie na obronę przed atakiem zbrojnym. Zasada ex iniuria ius non oritur – żadne prawo nie powstaje z niesprawiedliwości – działa na korzyść Republiki Federalnej Niemiec: atak Rosji nie usprawiedliwia odwetowego ataku Rosji na zwolenników Ukrainy.
Oficjalne stanowisko Niemiec jest na tej podstawie wewnętrznie spójne i zasługuje na uczciwe i pełne przedstawienie. Były federalny minister sprawiedliwości Marco Buschmann sformułował je jasno: Niemcy stałyby się stroną konfliktu tylko wtedy, gdyby aktywnie interweniowały – na przykład, gdyby umundurowani niemieccy żołnierze walczyli ramię w ramię z Ukraińcami. Samo dostarczenie broni państwu korzystającemu z przysługującego mu prawa do samoobrony nie czyni nikogo stroną konfliktu; podczas pytań do Bundestagu stwierdził to po prostu jako prawnie oczywiste. W późniejszym wywiadzie Buschmann poszedł o krok dalej i wyraźnie uwzględnił produkcję: Jego zdaniem dostawcy broni ani kraje, w których została wyprodukowana, w żadnym wypadku nie staliby się stroną konfliktu, nawet gdyby Ukraina użyła jej do ataków na cele w Rosji. Michael Roth potwierdził, że jest to pogląd prawny całego rządu federalnego; dostawy broni i szkolenie ukraińskich żołnierzy na terytorium Niemiec nie czyniły z Niemiec strony konfliktu. Każdy, kto twierdzi inaczej, powiedział Buschmann, w istocie opiera swoją argumentację na prawie międzynarodowym sprzed stu lat.
Stanowisko to jest szeroko reprezentowane w literaturze prawa międzynarodowego. Nie oznacza to jednak, że można je uznać za obiektywnie ustalalną, dominującą doktrynę. Taka klasyfikacja wymaga ujawnienia doboru, rozmieszczenia geograficznego, zależności instytucjonalnych i ram akademickich rozpatrywanych głosów. Niemniej jednak nie jest to jedynie konstrukcja uzasadniająca stworzona retrospektywnie przez jeden rząd, lecz poważna opinia prawna. Każdy, kto krytykuje podejście Niemiec, musi odnieść się do tego stanowiska i jego argumentów – w przeciwnym razie ryzykuje powieleniem właśnie tej jednostronności, którą zarzuca krytykowanemu dziennikarstwu.
Punkt krytyczny, który sam establishment identyfikuje
A jednak to stanowisko ma wadę, którą ujawnia nie Moskwa, lecz same niemieckie instytucje. Niemiecki Instytut Spraw Międzynarodowych i Bezpieczeństwa (SWP), wiodący niemiecki think tank zajmujący się polityką zagraniczną, ujawnił właśnie tę wadę w analizie eksperta prawa międzynarodowego Christiana Schallera. Rząd niemiecki, jak twierdzi, wspiera Ukrainę w korzystaniu z jej indywidualnego prawa do samoobrony, nie stając się tym samym stroną konfliktu. Jednak z perspektywy prawa międzynarodowego pojawia się pytanie, kiedy wsparcie w konflikcie zbrojnym staje się pośrednim użyciem siły. W takim przypadku należałoby powołać się na prawo do zbiorowej samoobrony – a trudno twierdzić, że nie jest się stroną konfliktu. Kluczowe stwierdzenie: ani zakaz użycia siły, ani międzynarodowe prawo humanitarne nie dają jasnej odpowiedzi, kiedy ten próg zostaje przekroczony. Schaller podsumował sytuację obrazem, który trudno uznać za bardziej trafny: „Przelot z widoczności” – również w odniesieniu do prawa międzynarodowego.
Ta dwuznaczność nie jest wymysłem zwolenników Kremla. Znajduje się ona również w opinii eksperckiej Służby Badawczej Bundestagu, do której Roth odniósł się w swojej odpowiedzi. Stwierdza ona w trybie łączącym, że tylko wtedy, gdy dostawom broni towarzyszy instruktaż i szkolenie w zakresie jej użytkowania, można wyjść poza bezpieczną strefę działań niemilitarnych. Ekspert prawa międzynarodowego z Bochum, Pierre Thielbörger, sformułował to podobnie ostrożnie: same dostawy broni nie stanowią aktu wojny, podczas gdy w przypadku usług doradczych sytuacja może być inna – decydującym czynnikiem pozostaje rozpatrzenie indywidualnego przypadku. Trzy źródła, wszystkie niemieckie, wszystkie uznane, wszystkie z tym samym wnioskiem: istnieje bezpieczna strefa, istnieje próg i nie ma ostrej granicy między nimi.
W tym tkwi sedno sprawy. Nikt z wymienionych nie twierdzi, że Niemcy przekroczyły próg. Wszyscy jednak przyznają, że próg istnieje, którego położenie jest nieokreślone – i o którym dyskurs narodowy milczy, podczas gdy cztery etapy narastają z miesiąca na miesiąc. Szkolenie, które raport Bundestagu określa jako potencjalny punkt zwrotny, jest już w toku; produkcja, którą Buschmann wyraźnie deklaruje jako nieszkodliwą, osiągnęła skalę, której autor raportu nie mógł przewidzieć w 2022 roku. Co więcej, należy wziąć pod uwagę aspekt czasowy: kluczowe raporty i wywiady, na których opierają się zapewnienia, pochodzą głównie z 2022 i 2023 roku – okresu, w którym Niemcy dostarczały broń, ale jeszcze jej nie produkowały, okresu, w którym nie mówiono o finansowaniu Deep Strike ani o masowej produkcji autonomicznych dronów szturmowych na terytorium Niemiec. Sytuację prawną bronią argumenty, których podstawa faktyczna dawno już została zastąpiona przez etapy trzeci i czwarty.
Logika władzy: Kto korzysta na milczeniu?
Pytanie cui bono – kto na tym korzysta – nie prowadzi tu do teorii spiskowej, lecz raczej do obserwacji struktury debaty. Wzajemne powiązania między etapami od drugiego do czwartego generują interesy, które sprawiają, że kwestionowanie tego progu jest niekomfortowe. Borykający się z trudnościami przemysł motoryzacyjny dąży do wykorzystania zakładów, których cywilna przyszłość dobiega końca; firmy zbrojeniowe, takie jak KNDS, Rheinmetall i Rafael, dążą do zapełnienia portfeli zamówień; rząd niemiecki dąży do suwerenności przemysłowej i widocznego wkładu w europejską obronność. Co więcej, gdy państwo staje się głównym udziałowcem producenta czołgów za pośrednictwem KfW, granica między regulatorem a zainteresowaną stroną zaciera się. Sama skala zjawiska wyjaśnia jego znaczenie. Ministerstwo Obrony planuje w nadchodzących latach zakupić sprzęt o wartości około 400 miliardów euro – rynek, którego samo oczekiwanie zmienia strategiczny kierunek całych korporacji na długo przed podpisaniem pierwszego zamówienia. Dla zmagającego się z trudnościami przemysłu motoryzacyjnego, który ryzykuje utratę setek tysięcy miejsc pracy do 2035 roku, uzbrojenie nie jest przede wszystkim decyzją polityczną, lecz biznesową. Właśnie dlatego tak trudno odwrócić tę zmianę: nie jest ona napędzana ideologią, lecz zamówieniami. W tej złożonej sytuacji mało który istotny aktor ma interes w otwartym kwestionowaniu, czy założenie o bezpieczeństwie niemieckiej przestrzeni chronionej jest prawdziwe.
W tym kontekście należy unikać powszechnego błędnego przekonania w krytycznym dziennikarstwie: fakt, że debata jest niewygodna i otoczona interesami partykularnymi, nie oznacza, że oficjalne stanowisko jest błędne. Pogląd dominujący obecnie w publikowanej i w przeważającej mierze pod wpływem Zachodu debacie na temat prawa międzynarodowego może być całkowicie słuszny, a Niemcy nigdy nie mogłyby stać się celem ataku. Logika władzy nie wyjaśnia, dlaczego oficjalne stanowisko jest błędne – wyjaśnia jedynie, dlaczego kwestia progu jest tak rzadko podnoszona. W tym kontekście godny uwagi jest klimat otaczający konwersję zbrojeniową. W Osnabrücku państwowa służba bezpieczeństwa badała inicjatywę antymilitarystyczną, która krytykowała ministra obrony; na spotkaniu firmowym załoga otrzymała polecenie, aby nie rozmawiać z aktywistami ani prasą. To obserwacja, a nie osąd – ale wpisuje się w obraz debaty, która jest bardziej zamknięta niż otwarta wewnętrznie, podczas gdy na zewnątrz każdy krok wydaje się bezalternatywny.
Anomalia historyczna
U podstaw wszystkiego leży fakt rzadko wspominany w codziennej polityce: Dla Niemiec II wojna światowa nigdy nie zakończyła się klasycznym traktatem pokojowym. Zamiast tego, w 1990 roku podpisano porozumienie „dwa plus cztery”, oficjalnie nazywane „Traktatem o ostatecznym uregulowaniu stosunków z Niemcami” – prawnie porozumienie, a nie traktat pokojowy w tradycyjnym znaczeniu. Podpisane 12 września 1990 roku w Moskwie przez dwa państwa niemieckie i cztery zwycięskie mocarstwa, a wchodzące w życie 15 marca 1991 roku, miało na celu ustanowienie ostatecznej suwerenności wewnętrznej i zewnętrznej zjednoczonych Niemiec, a jednocześnie związanie ich pewnymi warunkami.
Dwa z tych warunków mają dziś szczególne znaczenie i – wbrew sporadycznym uproszczeniom – znajdują się w osobnych artykułach. W artykule 2 rządy niemieckie potwierdzają swoją deklarację, że z terytorium Niemiec będzie emanował jedynie pokój; działania, które mogą zakłócić pokojowe współistnienie narodów i są podejmowane z takim zamiarem, w szczególności przygotowania do wojny agresywnej, są niezgodne z konstytucją i podlegają karze na mocy konstytucji zjednoczonych Niemiec. W artykule 3 Niemcy zrzekają się produkcji, posiadania i kontroli nad bronią atomową, biologiczną i chemiczną oraz zobowiązują się do redukcji swoich sił zbrojnych do 370 000 żołnierzy. Preambuła, podpisana przez Hansa-Dietricha Genschera i Lothara de Maizière w imieniu obu państw niemieckich oraz ministrów spraw zagranicznych czterech mocarstw, wpisuje oba te postanowienia w obietnicę trwałego europejskiego porządku pokojowego.
Konieczna jest tu najwyższa precyzja, aby uniknąć mylnego wrażenia. Niemcy same w sobie nie prowadzą wojny agresywnej. Wspierając Ukrainę, nie łamią litery Artykułu 2 – dostarczanie broni państwu broniącemu się nie jest wojną agresywną i żaden szanowany ekspert prawny nie twierdziłby inaczej. Powstaje jednak napięcie między duchem traktatu, którego celem był „tylko pokój” na terytorium niemieckim, a ziemią niemiecką, która obecnie produkuje broń do działań wojennych i której miejsca produkcji są uznawane za bezpieczne. To napięcie nie jest naruszeniem prawa. To anomalia, która zasługuje na nazwanie – i stanowi ona również pomost do tego, co następuje.
Porozumienie Dwa Plus Cztery to nie tylko niemieckie zobowiązanie. To fundament, na którym opiera się pewność, że Niemcy są i pozostaną bezpieczne. Co by się stało, gdyby któraś ze stron zakwestionowała ten fundament? Gdyby bufor ochronny, którego istnienie jest implicite zakładane w etapie trzecim, okazał się mniej bezpieczny, niż zakłada oficjalne stanowisko? Te pytania zostaną poruszone w części drugiej – nie jako przewidywanie, lecz jako rozważanie możliwości, w trybie łączącym i z przypisanymi pozycjami.
Zakończenie
Konkluzja tej pierwszej części jest otrzeźwiająca i można ją streścić w jednym zdaniu: Niemcy wycofują się z chronionej strefy w czterech etapach, której granice nie są nawet określone przez prawo międzynarodowe – i robią to, nawet nie próbując ich zdefiniować.
Oficjalne stanowisko może być słuszne; próg może pozostać odległy. Jednak społeczeństwo, które produkuje broń na wojnę i jednocześnie wierzy, że pozostanie nietknięte przez tę wojnę, powinno sobie zadać przynajmniej pytanie, na czym tak naprawdę opiera się to zaufanie.
Część 2 zgłębi to pytanie – nie po to, by rzucić groźbę, ale by naświetlić, jakie opcje ruch niemiecki mógłby zaoferować innym i jaką cenę płaci społeczeństwo, które woli nie słyszeć odpowiedzi. Niepokojący jest nie sam ruch, ale cisza otaczająca jego cel.
+++
Notatki i źródła
Michael Hollister służył sześć lat w niemieckich siłach zbrojnych (SFOR, KFOR) i posiada wiedzę na temat wewnętrznych mechanizmów strategii wojskowych. Po 14 latach pracy w dziedzinie bezpieczeństwa IT analizuje militaryzację Europy, politykę interwencjonizmu Zachodu oraz geopolityczne zmiany sił, korzystając ze źródeł pierwotnych. Jego praca koncentruje się na Azji, a zwłaszcza na Azji Południowo-Wschodniej, gdzie bada zależności strategiczne, strefy wpływów i architekturę bezpieczeństwa. Hollister łączy wiedzę operacyjną z bezkompromisową krytyką systemową – wykraczając poza ramy dziennikarstwa opiniotwórczego. Jego prace są publikowane dwujęzycznie na stronie www.michael-hollister.com oraz w krytycznych mediach w krajach niemiecko- i anglojęzycznych.