Autobus z napisem „koniec”

Autobus z napisem „koniec”

autobus ses

19 lipca, wpis nr 141 Jerzy Karwelis

Do tego artykułu miałem wiele linków z internetu, ilustrujących moje tezy. Kiedy dziś sięgnąłem do nich to okazało się, że… nie istnieją. A więc ogłaszam wielki wjazd sprawy ukraińskiej do algorytmów cenzurujących media społecznościowe. Rzecz jasna, bo jak by inaczej, na zgłoszenie samych polskich władz, a może nie tylko polskich…

Zazwyczaj nie poddaję się chwilowym módkom medialnym. Odczekuję trochę, by zobaczyć czy to dłuższa opowieść, ale i tak czekam dalej, by zrozumieć po pierwsze o co tak naprawdę chodzi i jeśli chodzi o coś poważniejszego niż odwracanie uwagi od rzeczy istotnych kolejną przykrywką, to zastanawiam się dopiero o co tak naprawdę chodzi? Ale dzisiaj zrobię wyjątek – wrócę do afery z awanturą w autobusie w Bielsku-Białej. Ukazał się filmik, kręcony przez poszkodowane ukraińskie dziewczyny, z którego wynika, że jakiś raptus zelżył je słownie, co dziewuszki nagrały.

Po tej publikacji mieliśmy do czynienia z falą oburzenia, nie tylko na agresora, ale na wzrastającą falę szowinizmu antyukraińskiego, co dało asumpt do pociągnięcia sprawy – zelżone dziewuszki, to ofiary Brauna (to jasne), Bosaka (to już mniej jasne) i… Czarnka (co już jest sporym zaskoczeniem). Wylały się wiadra zatroskania nad stanem polskiej duszy, pojawiły się kuriozalne zarzuty o rasizm. Nawet w tej sprawie odezwali się najważniejsi politycy, łącznie z ukraińskimi. Powtórzę jeszcze raz – to wszystko z powodu jednej awantury w autobusie. Nasze stosunki między narodami stanęły na granicy. Przystanku autobusowego.

Taka w sumie głupota, a właściwie reakcja na nią pokazuje głębsze pokłady przyczynowo-skutkowe, ale daje też szansę na przewidzenie przyszłości. Tak, taki bzdet daje nam aż tyle możliwości. Trzeba tylko metodą księdza Bozowskiego oddzielić przypadki od znaków. A tu mamy poważny znak. Po pierwsze – samo nagłośnienie akcji. Od zdarzenia, do wypłynięcia całej sprawy upłynął cały weekend. Aferę miała nagłośnić znana z proroctw pożarowych aktywistka ukraińska z polskim obywatelstwem, niejaka Natalia Panczenko. Nagranie miał też ujawnić pan Strelnikow, aktywista ukraiński (co to znaczy właściwie – aktywista ukraiński, aktywista w czym? Skoro siedzi w Polsce, to nie chyba aktywista pomocy Ukrainie, gdyż w tym wypadku siedziałby w okopach), który stwierdził, że to film jego córki, zaś z kolei jego starsza córka, która obejrzała film stwierdziła, że sama z koleżankami była obiektem podobnych jak w bielskim autobusie ataków. W rezultacie sprawa się zaczęła zagęszczać frekwencyjnie. Okazało się, że w duszach polskich czai się (i czaił do zawsze – zawsze? nawet od lutego 2022 na granicach?) skrywany szowinizm w stosunku do Ukraińców, to genetycznie przeniesione przez wieki poczucie wyższości panów Lachów wobec siczowej czerni.

Reakcja

Sama sprawa pokazuje, że jak coś ma zaistnieć publicznie, to musi być nagrane. Bez filmiku – nie ma sprawy. Same opowieści, nawet teksty nie przemawiają do niegramotnej części widowni. Obraz mówi wszystko. Ale cały obraz. Zaraz pojawiły się głosy strony przeciwnej – jak w Polsce się coś dzieje to zaraz objawia się „strona przeciwna” – że filmik powinien być puszczony w całości, by zobaczyć co takiego sprowokowało faceta do takiej reakcji. No bo fakt – z filmu wynika, że dziewczynki spokojnie przechodziły właśnie z tragarzami i nagle zaczepił je facet z wyzwiskami. Ot tak, po prostu. Ważne jest więc cóż to takiego mogło spowodować taką (nad?)reakcję. Filmików to wskazujących nie widziałem, ale widziałem opisy, że dziewuszki zachowywały się głośno i wyzywająco, grały na full muzykę ze smartfonów i zakładały nogi w butach na siedzenia. Na zwróconą im uwagę przez mężczyznę miały go opluć i zacząć nagrywać filmik.

Wyszło ostatnio, że tak naprawdę słowny agresor tak naprawdę to opieprzał matkę tych dziewczynek, która nie reagowała na uwagi, żeby jej dzieci zdjęły nogi z siedzeń, a więc cały kontekst (szowinistyczna agresja na biedne dziewczynki) ma inny wymiar, zaś opieprzana pani okazała się żoną wspomnianego aktywisty, teraz już wiadomo aktywisty od czego.

Tu mała dygresja. Mój znajomy popadł kiedyś w toksyczny małżeński związek. Żona od dawna chciała go wystawić na przemocowca, by rozwieść się z sutym orzeczeniem o winie. Oczywiście robiła to w pełnej konspirze, facet – jak to wielu w naszych czasach – się nie orientował, że intryga trwa od dawna. Otóż okazało się, że jego żona zaczęła coraz częściej prowokować awantury, łącznie z atakami fizycznymi na małżonka. Ten prowokowany reagował różnie, z tym, że żona nagrywała takie przypadki, ale dopiero od momentu samej reakcji, nie jej czynu, który prowokował odwet. W czasie rozprawy w sądzie – a po to to było robione – pokazywała filmiki, gdzie agresor nie wiadomo dlaczego ją atakuje, wyzywa i awanturuje się. Na szczęście sąd nie dał temu wiary właśnie na zasadzie wątpienia, że tak po prostu, bez powodu facet wychodził z nerw.

Nie twierdzę, że to w autobusie było ustawką. Tego nie wiem, ale widzę, że wielu patrzy w tę stronę. Twierdzę natomiast, że cała ta histeryczna reakcja ustawką już była. Rozdęcie tej sprawy do granic możliwości, reakcje mediów i władz na taką w sumie głupotę wskazują na specjalne grzanie tej sprawy. Piszę „głupotę”, bo dzień przed wypadkami w autobusie w Bytowie trzech Ukraińców pobiło na śmierć Polaka i jakoś w mediach nic się nie działo. Związek Ukraińców nie wezwał (swoich) do opamiętania się, zaś ambasador ukraiński odezwał się, ale dopiero dzień po zajęciu swego twardego i zatroskanego stanowiska w sprawie słownej zbrodni w bielskim autobusie. Mamy więc do czynienia z selektywną narracją, a to już są procesy z gruntu sterowane.

To dość długi proces. Ja go pamiętam jeszcze z czasów kowidowo minionych, kiedy doszło do pewnego wypadku. Facet wjechał samochodem w przystanek i nauszkadzał ludzi, łącznie ze zgonem. Nic nie zwróciłoby mojej uwagi, gdyby nie to, że w prasowym opisie tego zdarzenia kierowcę określono inicjałem A. Zazwyczaj podaje się pełne imię i pierwszą literę nazwiska, by zanonimizować sprawcę. A tu podano inicjał imienia. Wpadłem na to, że nie po to żeby zanonimizować sprawcę, ale… jego pochodzenie. I sprawdziłem – okazało się, że gościu ma na imię Andrij i już samo imię wskazuje na ukraińskie pochodzenie sprawcy. A tak nie można, bo wzbudzi się jeszcze niechęć do naszych gości spod bomb. Żeby sadystycznie podrążyć sprawę zadzwoniłem na policję, tam po ganianiu się pomiędzy tymi co wiedzą (policja) ale nie powiedzą, a rzecznikiem (który nie wie i o tym mówi) doszedłem, że decyzja o zatarciu imienia jest decyzją prokuratury. Zgodziłem się z rzecznikiem, że już samo to świadczy o tym, że bronimy publiczność przed wiedzą o pochodzeniu sprawcy.

Anonimowi sprawcy politycznej poprawności

W tym wypadku mamy dwa warianty rozwinięcia zagadnienia. Po pierwsze – jak piszą, że coś nabroił Polak, to oznacza żebyśmy rasistowsko nie spekulowali, nasza wina, ale i droga dedukcji – jak nie piszą, że to Polak, to na bank Ukrainiec. Jest tez drugi sposób – nic. Nic, nawet imienia, żadnych liter, żadnych wspominek o pochodzeniu. Po prostu kręcimy się w kosmosie bezimiennych kosmopolitów, anonimowych tylko po to, byśmy nie wyciągali z tych swoich brudnych dusz ukrytych złogów szowinizmu.

Cała sprawa odzwierciedla trendy zachodnie, polegające na ukrywaniu pochodzenia sprawców, by uchronić publiczność przed pokusami ksenofobicznymi, że to jednak nie był dobry pomysł z tą migracją. Skończyło się to systemowymi problemami z NIEŚCIGANIEM gangów gwałcicieli, oskarżaniem ofiar o rasizm czy sekowaniem wszelkich medialnych sygnałów w tej sprawie, aż do aresztowania prywatnych ludzi za prywatne wpisy. My weszliśmy w te same koleiny, tyle, że u nas byli to Ukraińcy, z tym, że na razie chodzi o utarczki słowne, nie zaś o procedery kryminalne, choć przykład przemilczania sprawy typu morderstwo w Bytowie, i wielu innych przypadków, wskazuje że podążamy tą samą drogą. Tyle, że kolor skóry świętych krów jest tutaj inny. Reszta jest taka sama, z tym, że my jesteśmy dopiero w fazie wstępującej, mamy więc szansę na przykładach krajów bardziej „rozwiniętych” w tej kwestii zobaczyć co nas czeka. Pytanie tylko czy będziemy w stanie na to prewencyjnie zareagować i czy mamy na to społeczne czy polityczne narzędzia?

Bezkarność rozzuchwala

Ważny jest tu jeszcze jeden aspekt. Tak jak na Zachodzie, jak i u nas będziemy świadkami realizacji zasady, że bezkarność rozzuchwala. Tam rozzuchwaliła do tego stopnia, że nożownik, który zasztyletował w Wielkiej Brytanii nieszczęsnego Novaka, swobodnie rozmawiał sobie z policjantami, że biały go rasistowsko zaczepił. Na takie wieści policjanci zareagowali jak pies Pawłowa na światełko lampy – włączyły się procedury preferencji ścigania zgłoszonej ksenofobii i zakuto umierającego białasa w kajdanki.

Mamy więc do czynienia z wzajemnym przeciekaniem poczucia bezkarności sprawców do procedur publicznych. Postawy te warunkują się wzajemnie – bezkarność wzrasta przy braku ścigania, brak ścigania włącza się automatycznie przy kontekście ksenofobicznym, zawieszając ogólną logikę interwencji i kontekst przyczynowo-skutkowy definiujący kto jest ofiarą, a kto sprawcą.

Tak będzie i u nas. Kiedy Ukraińcy zobaczą, że Polacy się samobiczują i można wszystko, zaś policjant walnie prędzej Polaka niż upomni Ukraińca, to sprawa jest prosta jak droga do kasy w IKEA. Ukraińcy zhardzieją, wiedząc, że teraz aparat publicznych urzędników i funkcjonariuszy stoi murem za nimi. I nie, nie będą (na początku?) mordować i gwałcić bezkarnie jak na Zachodzie, ale zacznie się proces, którego koniec będzie zależał wyłącznie od… nich. Bo to oni, nie porządek prawny, jak widać zawieszony, będzie wyznaczał tu granice. W niesławnym autobusie w Bielsku-Białej okazało się, że działa monitoring i widać co się nagrało. To znaczy zarządcy linią autobusową wiedzą co się stało, a my z tego wiemy tylko to, co nam powiedzieli. A co nam powiedzieli? Ano, że „zachowanie dziewczynek nie odbiegało od standardowych zachowań młodzieży” w zbiorkomie. Ale standard to nie znaczy, że to dobrze, tylko, że często. Standardem może być i wydalanie się w autobusie, i zaczepianie innych pasażerów, darcie ryja i inne harce do tej pory uważane za chuligaństwo. Może to być i granie głośnej muzyki, i wykładanie nóg z butami na siedzenia, tak jak ponoć to miało miejsce w autobusie bielskim.

Co to znaczy? Ano sporo.

Po pierwsze – widać, że takie zachowania – i uwaga! i o wiele gorsze – będą tolerowane i będą przeciekały do standardu. W dodatku mamy tu dwa warianty: jak na to zareagują służby, a jak mogą – i czy w ogóle będą mogli po casusie bielskim – zareagować obywatele? Służby będą się mroziły z interwencją tym przykładem, albo – tak jak w Bielsku-Białej – postawią zarzuty każdemu interweniującemu Polakowi. (Gościa z autobusu wzięli w kajdany i na bęben, z zarzutem do lat trzech, w ten sam dzień, a – przypomnę – niesławnych bohater afery w Szpitalu Południowym swobodnie sobie hasa nieprzesłuchany już ze drugi miesiąc i podobno leczy). Polacy zaś sami są właśnie uczeni braku reakcji na dowolne ekscesy naszych gości, bo jeden z drugim narozrabia, nagra potem reakcję jakiegoś Polaka, a ten się znajdzie w podobnych kłopotach co nasz nieszczęśnik z Bielska-Białej. Jesteśmy więc trenowani do pewnych zachowań i dlatego przykład bielski to nie incydent, tylko znak.

Polowanie na ksenofobów

Ostatnio widziałem filmiki z rodzącego się procederu. Ukraińcy, wzorem cwanej żony mego kolegi, prowokują Polaków, potem jak ci zaczną reagować, to włączają telefon i nagrywają. Puszczają to w sieci. Tak, by pokazać niewdzięczność Polaków wobec walczącej Ukrainy. Mamy już podobno oficjalne, po pochodzące z ambasady ukraińskiej instrukcje. Oczywiście w celach bezpieczeństwa.

A propos – żaden z nagrywaczy nie walczy z Rosją, bo siedzi sobie w bezpiecznej Polsce i strzępi sobie język o bohaterstwie jego narodu. Są to więc pretensje dekowników i dezerterów, nad którymi powinien się kiedyś zastanowić naród ukraiński jak wróci z okopów, nie my – Polacy.

Pal ich licho, ale u nagrywaczy pojawił się jeden kuriozalny szczegół. Na nagraniach Ukraińcy wyzywają Polaków od rasistów, jakoby to ich zachowanie było wyrazem rasistowskich i wyższościowych ciągot Polaków. Kuriozalność tego zarzutu to pokraczny import zachodnich trendów: zarzuty o rasizm (i to systemowy) to wynalazek amerykański, gdzie murzyni, przedstawiciele innej rasy niż biali, zarzucali suprematyzm białym. Miały te zarzuty, mimo ich absurdalności, jednak jakieś uzasadnienie rasowe.

Ale jak my, Polacy, mielibyśmy być rasistami wobec Ukraińców? To absurd – nie moglibyśmy być wobec nich rasistami, nawet gdybyśmy bardzo chcieli. Z jednej prostej przyczyny – my, bracia Ukraińcy – jesteśmy Słowianie, jesteśmy tą samą rasą. To, że różni nas wiele, bo należymy do różnych cywilizacji kulturowych – my do łacińskiej, wy do turańskiej, jeśli w ogóle – to nie znaczy, że nie mamy pochodzenia ze wspólnej puli genetycznej. Tak że zarzut rasizmu jest tu nietrafiony, acz będzie pewnie używany na zasadzie importowania mód zachodnich, co wskazuje na niespontaniczne jednak źródła takich aktywności, jak zaczepianie Polaków, by ujawnić ciemne zakamarki polskiej duszy, gdzie czają się wielkościowe uroszczenia. A raczej to wszystko świadczy bardziej o kompleksach ukraińskich, ale każdy ma własne piekiełko.

Najgorsze, że to się będzie rozwijać. Z prostej przyczyny – grzanie animozji pomiędzy Polakami i Ukraińcami ma zbyt wielu popleczników, jest na rękę zarówno Rosji, jak i Ukrainie. Rosji, bo wiadomo –  rozbicie poparcia Polaków dla Ukraińców, to dla Rosji duża sprawa. Ale to też dobre dla Ukrainy. Nie po to Zełenski przecież zaczął cały ten proces, by nie miał on swojego celu, jak i scenariusza rozwojowego, który nam dozuje prezydent Ukrainy. Oni tam mieli to rozpisane na całe odcinki, serial wciąż trwa, kiedy my jesteśmy biernymi widzami tego spektaklu i tylko łapiemy – lub nie – spadające talerze ze stołu naszego odreagowywania. Oddawanie medali Polakom, zorganizowana fala antypolskiego hejtu, te wszystkie Panetony, obraźliwe i agresywne deklaracje władców Ukrainy – to wszystko jest planem. To, że właśnie realizacja tego planu jest na rękę Rosji każe powtórzyć tezę redaktora Parafianowicza, że największą ruską onucą jest sam Zełenski.

Ukraińscy zakładnicy Zełenskiego

To pokazuje skalę cynizmu władcy Ukrainy. Pal licho, że wobec nas, Polaków i całego Zachodu, który nota bene też gra w tę grę. Te zachowania Zełenskiego, jak widać, postawiły ze dwa miliony Ukraińców wobec sprowokowanej przez niego fali niechęci Polaków do gości z Ukrainy. A tu przecież wielu z nich chciało sobie spokojnie ułożyć życie, może i z pożytkiem dla Polski. Teraz wylądowali w jednym worze z banderowcami i żyje im się trochę bardziej, że tak powiem, bardziej niekomfortowo. My zaś, a szczególne nasi władcy, wciąż deklarujemy Ukraińcom, że powadzimy się o historię, ale nie o pomoc Ukrainie. Tu będziemy – w fenomenie porozumienia ponad śmiertelnymi podziałami – stali przy Ukrainie. Przecież spory historyczne sporami, ale nasz interes jest w tym, by wspierać ukraiński wysiłek, który odsuwa widmo czołgów na polskiej granicy, tak jakby one nie stały w obwodzie królewieckim czy na Białorusi. Znowu będziemy w jednym zdaniu straszyć Putinem, by w drugiej jego części przekonywać, że Rosja jest na ostatnich nogach. Jest to dla Ukraińców miła pieśń straceńcza w naszym wykonaniu. Będzie bowiem można zrobić z Polakami co się chce, do dopiero wstawić nogi na siedzenie w autobusie czy bezkarnie opluć Lacha za to, że się krzywo spojrzał.

Kwestia autobusowa jest też na rękę Tuskom. Widać to po histerycznych reakcjach, detektowaniu polskiego rasizmu i zwróceniu się do publiki, że to Braun z Bosakiem, a ostatnio z Czarnkiem zaatakowali niewinne dziewczynki. Dziś słownie, jutro fizycznie. Przecież agresor wykrzykiwał wobec dziewczynek właściwie hasła polityczne tych zaprzańców. Widać jak na dłoni, że Tusk nie przegapi żadnej okazji do dzielenia Polaków, a właściwie wtłoczenia każdego, nawet jak to autobusowe, zdarzenia w manichejskie tryby dwójpolówki wojny polsko-polskiej. Cały aparat oburzenia stoi gotowy na stand by, można więc do niego wrzucić każdy impuls, każdy wątek, zwłaszcza jak popchnie się je w czeluści tej machiny jakimś pieniążkiem. Mamy nawoływania wprost do zabrania się fizycznie za agresora, łącznie z zesłaniem go na, ukraiński oczywiście, front. Wylewają się pięknoduchowe deklaracje i zasromania za ciemnogród, odżywa na kolejnej wysypce alergiczna reakcja na manię wyższości wobec „tego narodu” w „ten kraju”. Po drugiej stronie zostali już tylko obywatele szury, czyli szurnięci, których jak zwykle jest większość, ale dla systemu, który skutecznie alienuje się od wpływu suwerena jest to dotkliwość jak widać systemowo pomijalna.      

Autobus to znak, tyle, że wielu go nie dostrzega, zaś jeszcze więcej ludzi nie wie jak na to zareagować. Nie ma bowiem żadnych narzędzi, gdyż system właśnie trwale odizolował obywateli od wpływu na jego kształt. Po prostu zakonserwował się na stałe, domknięty wieczkiem okrągłego stołu dokręconym, radosnymi „niekonfrontacyjnymi wyborami” 4 czerwca roku pamiętnego. Sam system mutował, ale w tych właśnie granicach, ot tak, jak zmienia się nieznacznie organ złożony w słoju z formaliną.

Na Zachód marsz!

Politycznie to też pójdzie jak na Zachodzie. A tam ludzie się martwią o bezpieczeństwo swoich i najbliższych, które stanęło pod imigracyjnym znakiem zapytania. Ale z drugiej strony głosują na tych, którzy takie niebezpieczeństwo sprowadzają na ich głowy i domy. To pokazuje jak skuteczna jest mieszanina propagandy i przymusu, który ściga ofiary. Oczywiście na końcu – tak jak obecnie na Zachodzie – dochodzi do pewnego opamiętania, ale jest zwykle za późno. Po prostu diabelskie połączenie demografii i demokracji robi swoje. Kiedyś problemy migracyjny to były jakieś kulturowe egzotyczne oboczności. Dziś to wszystko przenika do instytucji, władz, jako prawa (byłej) mniejszości. A więc mimo przebudzenia koniec tego procesu wcale nie musi być optymistyczny. My mamy ten handicup, że jesteśmy o fazę do tyłu, możemy więc wyciągnąć wnioski co do skutków przyszłych błędów, które popełnili już inni. Tylko czy będzie komu je sformułować. Ba, sformułować –  wdrożyć!

Biedny Czarnek, który w telewizji zagroził wstrzymaniem pomocy Ukrainie, czyli jedynym realnym dla niej czynnikiem nacisku, został natychmiast wezwany na pisowski dywanik. Czyli już widzimy jak będzie wyglądała sprawa ukraińska, jak PiS będzie u władzy. Widać też, że jego ostatnie nawrócenie na ukro-realizm jest tylko na pokaz, bo ograniczy się do sfery symbolicznej, co jest na rękę Ukrainie. W nowej Polsce, jeśli taka przyjdzie, przy starym układzie plemiennym, będziemy znowu politycznie skazani przez nasze pseudoelity na rolę „sługi Ukrainy”. I będą o tym wiedziały dziewuszki w każdym autobusie, będzie wiedział każdy ukraiński byczek w wieku poborowym. I wierzcie mi, nie będzie się obcyndalał z kindersztubą, gdyż jako się rzekło – pochodzimy z różnych kręgów kulturowych. Dojdzie więc do konfliktu cywilizacji w pokracznej sytuacji, gdy państwo będzie sekowało własnych obywateli, jeśli ci staną w obronie wartości stanowiących fundamenty naszej wspólnoty.

Tak to jest, jak za sprawy między narodami wezmą się samozwańczy władcy. Jedni naiwni, drudzy wyrywni. Autobus z Bielska-Białej właśnie odjechał. Na przystanku został tylko lud polski, zagubiony całkowicie, patrzący tylko jak ulicami mijają go jego przedstawiciele w limuzynach politycznej poprawności, o której wiemy z doświadczeń zachodnich czym się kończy. Powtarzam – to nie przypadki, to znaki. Tylko kto je odczyta, a kto się nimi przejmie? Od tego kiedyś byli władcy na poziomie mężów stanu – jak wytrawni tropiciele wykrywali wcześniej zagrożenia, potem wiedzieli jak ich uniknąć i jak to przeprowadzić.

Dziś mamy mężyków stanu, których może kiwać jak chce byle komik, który kiedyś wygrywał zabawne melodie. Na fortepianie.

Penisem.                                     

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Polityczna sitwa III RP wybrała swojego wroga numer jeden. Jest groźny.

Polityczna sitwa III RP wybrała swojego wroga numer jeden. Jest groźny

Autor: CzarnaLimuzyna , 23 lipca 2026

AIX

Targowica umiarkowana (PiS) wraz z pączkującym „gangiem Pinokia” oraz targowica radykalna (KO) ogłosiły wroga numer jeden. Wybór był prosty. W przedbiegach odpadli wszyscy zdrajcy stanu. Do grupy kandydatów nie załapali się również „zbrodniarze zza biurka” obciążeni tysiącami ofiar wprowadzonego przez siebie lockdownu.

W wyborze pomogły instrukcje otrzymane ze strony naszych wypróbowanych nieprzyjaciół. W skład kapituły rekomendującej kandydaturę wchodzili „najstarsi bracia w nienawiści”, a potem zgodnie ze starszeństwem: Niemcy, Ukraińcy oraz ambasada państwa, które od 1989 roku aż do dziś obdarza obfitym sojuszniczym wsparciem kolonialny status III RP. Głos Unii antyeuropejskiej, która emanuje wartościami Talmudu, również wskazywał na jedną osobę.

Na wybranym polityku nie zostawiono suchej nitki. Mówienie o niepodległości Polski w sytuacji, gdy unijną racją stanu jest likwidacja tego anachronizmu na rzecz większej integracji – jest na rękę Putinowi. Niepodległość? To rosyjska prowokacja! – posypały się intelektualnie wyrafinowane argumenty ze strony KO.

PiS z kolei był bardziej powściągliwy, co wpisywało się w politykę całkowitej utraty niepodległości w sposób stopniowy i z patriotyczną godnością. Ten rodzaj destrukcji był wyrazem starego konsensusu, który wypracowali w kontekście ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego bracia Lech i Jarosław Kaczyński wraz z Donaldem Tuskiem.

Z wyborem “wroga numer jeden” nie zgodził się Witold Gadowski wskazując na kogoś innego, a mianowicie na lidera środowiska, o którym Stanisław Michalkiewicz mawia „Volksdeutsche Partei“.

Panie Kaczyński, bez Grzegorza Brauna nie będzie żadnego rządu anty-tuskowego. Albo to Pan zrozumie, albo niech Pan nie udaje patrioty polskiego.

To prawda. Najbardziej antytuskowy jest Braun. Jest też antypisowski, a co gorsze najbardziej propolski – rzecz nie do przełknięcia dla pozostających w antyprawicowym sojuszu nieformalnej koalicji – nieformalnej, lecz działającej w praktyce politycznej, koalicji KOPiS.

Niemcom mają oddać Podziemne Magazyny Ropy i Paliw??

od Hubert Bednarz 

„To co się teraz dzieje wokół kopalni Solino w Inowrocławiu, to jest po prostu jakiś koszmar o którym większość ludzi nie ma bladego pojęcia. Przecież te kopalnie to nie są zwykłe dziury w ziemi, z których sypie się sól na stół. Pod ziemią w Inowrocławiu i Górze koło Janikowa znajdują się Podziemne Magazyny Ropy i Paliw. To są gigantyczne jaskinie, kilkaset metrów pod naszymi stopami. Sól ma to do siebie, że nie przepuszcza żadnych płynów ani gazów, więc państwo polskie trzyma tam strategiczne rezerwy ropy, benzyny i diesla dla całego kraju.

Gdyby doszło do wojny, kryzysu geopolitycznego lub odcięcia dostaw z zagranicy, to właśnie stamtąd rurociągami tłoczona jest ropa do rafinerii w Płocku i Gdańsku.
I teraz zobaczcie, kto tu nagle wchodzi z butami. Niemiecki koncern K+S, … tak! dokładnie ten sam, który za chwilę ma budować w Janikowie spalarnię odpadów niebezpiecznych.

Górnicy i związki zawodowe z Solino ryczą już z bezsilności i protestują pod bramami bo wielki biznes za naszymi plecami kombinuje, jak oddać kontrolę nad tą solą i rurociągami w ręce niemieckiego kapitału. Oczywiście nikt w Orlenie nie jest głupi i nie podpisze papieru, że sprzedają magazyny ropy Niemcom, bo za to idzie się siedzieć.

Gra toczy się sprytniej, czyli przez restrukturyzację i dzielenie firmy. Solino robi dwie rzeczy, pilnuje ropy i wydobywa solankę. A plan jest taki, żeby tę część solną i rurociągi odciąć od Orlenu i wpuścić tam jako zarządcę koncern K+S.
I tu dochodzimy do sedna sprawy, którego wielu mieszkańców nie rozumie, a górnicy doskonale znają. Te magazyny ropy nie mogą działać bez solanki i rurociągów. Aby wypompować ropę spod ziemi trzeba wpompować tam pod ogromnym ciśnieniem nasyconą solankę, która wypchnie paliwo do góry. I teraz najważniejsze. Jeśli infrastruktura solna i rurociągowa Solino zostanie uzależniona od prywatnego, zagranicznego kapitału, to państwo polskie będzie miało ropę pod ziemią, ale technologia do jej wypompowania będzie należała do obcego prywatnego kapitału. I tutaj powstaje bardzo ważne pytanie, czy Polska zachowa wtedy pełną niezależność operacyjną nad strategicznymi zapasami ropy w sytuacji kryzysowej.
Wygląda na to, że jeden wielki układ chce kontrolować naszą sól, rurociągi i strategiczne magazyny paliw pod Inowrocławiem, a w Janikowie chcą nam przejąć ogrzewanie domów i palić pod oknami przemysłową chemię i toksyczne odpady. Prawda jest taka, że nasze miasto zostało wessane w międzynarodową grę o miliardy, gdzie zdrowie mieszkańców Janikowa i bezpieczeństwo Polski są na samym szarym końcu.
Niestety, przeżywamy dziś największy dramat. Sprzedajemy dosłownie wszystko, co mamy, a ludzie zamiast patrzeć na ten gigantyczny problem, wolą patrzeć na barwy partyjne. Obrzucamy się w komentarzach błotem i wyzywamy, bo pod bramę Solino przyjechał ten czy tamten polityk. (…)

I na koniec jeszcze ciekawostka. Po spaleniu chemii w Janikowie zostaną tony toksycznych pyłów z filtrów. Gdzieś trzeba je podziać. A wiecie, z czego słynie w Europie niemiecki koncern K+S? Z zarabiania miliardów na chowaniu najbardziej niebezpiecznych odpadów przemysłowych pod ziemię, w starych kopalniach soli. Jeśli położą łapę na Solino i naszej infrastrukturze solnej, będą mieli idealny, zamknięty biznes. Dalej uważacie, że wszystko jest okej?”

od Hubert Bednarz 

Bab al-Mandab nie jest zamknięty. Jest załadowany. [Nabity, gotów do strzału].

Pepe Escobar uncutnews-ch/exklusiv-iran-pakistan-was-an-der-diplomatischen-front-wirklich-geschieht

Bab al-Mandab nie jest zamknięty. Jest załadowany. [Nabity].

Na początku tego tygodnia irański minister spraw wewnętrznych Eskandar Momeni przybył do Islamabadu z wysoko postawioną delegacją. Do wtorku spotkał się już z premierem Shehbazem Sharifem, marszałkiem polowym Asimem Munirem i swoim pakistańskim odpowiednikiem Mohsinem Naqvim.

To było coś więcej niż rutynowa wizyta graniczna lub bezpieczeństwa między dwoma sąsiednimi państwami. Co najważniejsze, obecny był szef Narodowej Irańskiej Kompanii Naftowej (NIOC). Oznaczało to, że energia – a zwłaszcza potencjalna budowa gazociągu Iran-Pakistan (IP) – sankcje i handel transgraniczny były głównymi tematami dyskusji.

A teraz do sedna sprawy: Momeni przywiózł specjalne orędzie od irańskich przywódców dotyczące wojny. Strona pakistańska publicznie podkreśliła, że ​​irańska delegacja przybyła z „dobrymi wiadomościami”.

Pytanie brzmi, w jaki sposób przekazano tę „dobrą nowinę”.

Zanim Momeni wylądował w Islamabadzie, pakistańskie władze cywilne i wojskowe otrzymały informację, że osobiście przekaże list od przywódcy Mojtaby Chameneiego.

Po przybyciu Momeni wyjaśnił jednak Pakistańczykom, że nie ma przy sobie prawdziwego listu. Zamiast tego, przekazywał wiadomość od Modżtaby do pakistańskich władz, co spotkało się z pełnym poparciem prezydenta Pezeshkiana i ministra spraw zagranicznych Araghchiego.

Ambasada poruszyła wiele kluczowych kwestii dotyczących stosunków między Iranem a Pakistanem, a także wysiłków mediacyjnych Pakistanu w relacjach Teheranu z administracją Trumpa.

Według ambasady Iran byłby gotowy zaakceptować dziesięciodniową przerwę w obecnej eskalacji. Warunkiem jest jednak, aby Trump natychmiast rozpoczął wdrażanie wszystkich (podkreślenie w oryginale) punktów 14-punktowego Memorandum of Understanding (MoU) w momencie, gdy Iran zgodzi się na tę dziesięciodniową przerwę.

W tłumaczeniu oznacza to: brak nowych negocjacji. To również odpowiada stanowisku Chin. Jedynym decydującym czynnikiem jest powrót do pierwotnego porozumienia i pełne wdrożenie jego zobowiązań.

Zgodnie z oczekiwaniami, Trump odrzucił wiadomość. Pakistan poinformował wówczas Iran o odmowie Trumpa skorzystania z jedynej pozostałej opcji. Według mediatorów, stało się to po tym, jak narcystyczny megaloman Asim Munir nękał go codziennie telefonicznie, niemal błagając, by pozwolił mu na właśnie tę drogę ucieczki.

Czy było jakieś przesłanie? I jak zostało przekazane?

A teraz przejdźmy do czynników komplikujących sytuację. Wysoko postawione źródła w Teheranie podkreślają trzy kwestie:

  • Przywódca Mojtaba Chamenei nie wysłał żadnej wiadomości do Pakistanu i nie kontaktuje się z nikim w tym kraju, w tym z Asimem Munirem.
  • Gdyby rzeczywiście przekazał wiadomość, nie zrobiłby tego za pośrednictwem ministra. Zazwyczaj robi się to za pośrednictwem prezydenta (Pezeshkiana), przewodniczącego parlamentu (Ghalibafa) lub sekretarza Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego (Zolghadra), jak to miało miejsce wcześniej w Chinach i Rosji.
  • Informacje o dziesięciodniowej przerwie, po której nastąpią kolejne 60–90 dni, są fałszywe i nierealne. Iran nie prowadzi negocjacji w tej sprawie i nie będzie tego robił w przyszłości.

Oczywiste jest, że w Teheranie istnieje kilka konkurujących ze sobą ośrodków władzy. Różnice w podejściu lub w kwestii tego, co powinno zostać upublicznione, mogą zatem pojawić się w każdej chwili. Faktem jest jednak również, że Pakistan nie miałby absolutnie żadnego interesu w fabrykowaniu takich informacji – wiedząc, że Iran natychmiast by je zdementował.

Rozważmy zatem fakty. Prezydent Pezeshkian wielokrotnie publicznie oświadczał, że Modżtaba jest najwyższą władzą w Iranie, że ważne decyzje zapadają pod jego przywództwem i że władze zamierzają położyć kres obecnemu niebezpiecznemu stanowi „ani wojny, ani pokoju”.

Dlatego wydaje się prawdopodobne, że wiadomość rzeczywiście pochodziła z najwyższych szczebli władzy w Iranie i została zatwierdzona przez Modżtabę – ale miała pozostać w tle. Odrzucenie jej przez Trumpa czyni ten scenariusz jeszcze bardziej prawdopodobnym.

Po raz kolejny, choć Iran zyskuje na czasie, jego przywódcy zdają sobie jednocześnie sprawę, że czas Trumpa się kończy. W Teheranie panuje konsensus co do tego, że kraj ten jest w stanie nadal przeciwstawiać się ogromnej presji gospodarczej i militarnej, nawet jeśli kontrola nad Cieśniną Ormuz dodatkowo zwiększa koszty wojny.

Teraz do głosu doszedł kolejny czynnik: morska blokada Jemenu na Morzu Czerwonym przez Arabię ​​Saudyjską.

Kalkulacje Teheranu są oczywiste. Wraz z trwającą eskalacją, presja polityczna i gospodarcza rozprzestrzenia się niczym pożar w Azji Zachodniej, na międzynarodowych szlakach żeglugowych i na światowych rynkach energii.

Irański przekaz do Trumpa, przekazany pośrednio za pośrednictwem Pakistanu, pozostaje zatem niezmienny: W pełni wdrożymy pierwotne 14-punktowe porozumienie bez renegocjacji – lub przygotujmy się na przedłużającą się wojnę i ciągłe zakłócenia w dostawach energii i transporcie morskim, mające katastrofalne skutki.

To, jak dokładnie ta wiadomość została przekazana Trumpowi przez Islamabad, nie jest ostatecznie kluczowe. Prawdziwa pomysłowość polega na tym, że rozmowy handlowe, dotyczące rurociągów i granic posłużyły jako dyplomatyczna przykrywka dla spełnienia warunków Teheranu dotyczących zakończenia wojny.

Kluczowa kwestia pozostaje ta sama: dla Teheranu – tak jak dla Pekinu – memorandum o porozumieniu jest ostatecznym porozumieniem. Sfinalizowanym porozumieniem. Waszyngton musi je wdrożyć. Nie będzie kolejnej rundy negocjacji.

Konsekwencje całkowitej strategicznej przewagi Iranu

Kryzys między Arabią Saudyjską a Jemenem pozostaje nierozwiązany. Pakistańscy mediatorzy podkreślają, że Islamabad wezwał Rijad do zachowania powściągliwości, ponieważ Pakistan nie chce być w tej chwili zmuszany do działania w roli strony konfliktu, a nie mediatora.

Sana’a nie czeka na żadne „instrukcje” dotyczące dalszej eskalacji sytuacji na cieśninie Bab al-Mandab. To typowe twierdzenia zachodnich agencji informacyjnych. Ansarallah reaguje raczej na saudyjską blokadę Jemenu, która trwa od ponad jedenastu lat. Zasada brzmi: „Oblężenie przeciwko oblężeniu”. Blokada ta jest skierowana wyłącznie przeciwko Arabii Saudyjskiej. Przeprawa Bab al-Mandab zostanie całkowicie zamknięta dla wszystkich statków tylko wtedy, gdy USA zaatakują irańską sieć energetyczną i infrastrukturę energetyczną.

Bab al-Mandab nie jest zatem zamknięty. Jest obciążony.

Szersza rzeczywistość strategiczna jest niezaprzeczalna: Iran ma teraz pełną kontrolę nad dwoma najpoważniejszymi wąskimi gardłami energetycznymi na świecie.

Jednocześnie Iran systematycznie zmusza „imperium piractwa” do stania się głuchym, niemym i ślepym w całej Zatoce Perskiej, niszcząc baterie Patriot, instalacje radarowe, stacje paliw i inną infrastrukturę wojskową w Kuwejcie, Bahrajnie, Jordanii, Katarze i Omanie.

Kuwejt aktywnie zabiega obecnie o zawarcie umowy obronnej z Pakistanem, wzorowanej na istniejącej umowie z Arabią Saudyjską. Mogłaby ona obejmować pakistańskie wojska, samoloty, drony i systemy obrony powietrznej w zamian za energię i, oczywiście, znaczne środki finansowe. Arabia Saudyjska wyraźnie wspiera Kuwejt w tym przedsięwzięciu.

Co więcej, trwają poważne rozmowy między Turcją, Pakistanem i Arabią Saudyjską na temat szerszego sojuszu obronnego. Jednak przekonanie Teheranu, że nie jest to kolejny sojusz wymierzony w Iran, prawdopodobnie okaże się zadaniem syzyfowym.

Należy jednak zauważyć, że znaczna liczba państw Zatoki Perskiej zaczyna uwalniać się od wyłącznej zależności bezpieczeństwa od „imperium piractwa” i poszukuje gwarancji bezpieczeństwa poza Stanami Zjednoczonymi.

Pakistan jest teraz w stanie sam zdecydować, jak daleko chce się posunąć – nie narażając przy tym na szwank starannie budowanych dobrych relacji z sąsiadem Iranem, relacji w dużej mierze promowanych przez Chiny.

Źródło: Ekskluzywne: Iran – Pakistan, co naprawdę dzieje się na froncie dyplomatycznym

Jak język wpływa na debatę klimatyczną

Opinia Uwe Froschauera . apolut/klimaluge-und-klimadiktatur-teil-1-vom-denken-zum-glauben

Jak język wpływa na debatę klimatyczną

——————————–

Opinie publiczne rzadko powstają przypadkowo. Są kształtowane i kierowane przez język, obrazy, emocje, uwagę i komunikację.

————————————-

Wygodne kłamstwo jest dla wielu ludzi łatwiejsze do zniesienia niż niewygodna prawda. Prawda wymaga refleksji, wątpliwości, badań, a być może nawet porzucenia ukochanych przekonań. Gotowa narracja jest bardziej strawna. Dzieli świat na dobrych i złych, sprawców i zbawicieli, tych, którzy wiedzą, i tych, którzy zaprzeczają prawdzie.

Dlatego nie zaczynam tej serii artykułów o kłamstwach klimatycznych i dyktaturze klimatycznej od krzywych temperatur, wartości CO₂ ani modeli klimatycznych. Zaczynam od języka. Zanim ludzie będą skłonni zaakceptować środki polityczne, muszą najpierw nauczyć się postrzegać świat w kategoriach im przypisanych, w kategoriach akceptowalnych dla polityków.

George Orwell napisał w swojej powieści Rok 1984 o celu tzw. nowomowy (1):

„Cały cel Nowomowy polega na zawężeniu zakresu myśli”.

Orwell opisuje język, którego słownictwo nie jest poszerzane, lecz celowo zawężane. Niektóre myśli stają się ostatecznie niewyrażalne z powodu braku niezbędnych terminów. Powieść opowiada o państwie totalitarnym. Opisany przez niego mechanizm – że kto zawęża język, zawęża również zakres dopuszczalnej myśli – jest szeroko wykorzystywany przez elity władzy i majątku oraz ich politycznych, medialnych i akademickich popleczników.

Ten mechanizm jest również widoczny w debacie klimatycznej.

Każdy, kto wyraża wątpliwości co do poszczególnych prognoz klimatycznych, działań politycznych lub modeli obliczeniowych, często nie jest już nazywany krytykiem ani sceptykiem. Nazywa się go „negacjonistą klimatycznym”. To zasadniczo kończy dyskusję. Negacjonista nie analizuje, nie kwestionuje ani nie argumentuje. Odrzuca rzekomą, oczywistą prawdę. Termin „negacjonista klimatyczny” w „pozorowanej debacie” potencjalnie zastępuje brakujące argumenty oparte na dowodach, które mogłyby obalić twierdzenia „negacjonisty”.

Podczas pandemii COVID-19 to nieuczciwe i faszystowskie podejście do radzenia sobie z odmiennymi opiniami było na porządku dziennym wśród polityków i mediów. Osoby o odmiennych poglądach określano mianem negacjonistów COVID-19, zwolenników teorii spiskowych i tym podobnych.

Obywatele kwestionujący skuteczność niemieckiej polityki klimatycznej są nazywani „grzesznikami klimatycznymi”. Z kolei ci, którzy popierają wyższe podatki, zakazy lub interwencje rządu, mogą czuć się „obrońcami klimatu”, a nawet „zbawcami klimatu”. Jedna strona jest moralnie poniżana, druga moralnie wywyższana. Jeszcze zanim dane liczbowe zostaną podane, role zostają przypisane.

Termin „kryzys klimatyczny” w żadnym wypadku nie jest neutralny. Kryzys nie wymaga długiej dyskusji. Wymaga szybkiego działania. W sytuacji kryzysowej ograniczenia, podatki i zakazy wydają się łatwiejsze do uzasadnienia niż w normalnej praktyce politycznej. Każdy, kto się z tym nie zgadza, nie wydaje się już krytycznym obywatelem, ale raczej kimś, kto utrudnia rzekomo niezbędne działania ratunkowe.

Słowo „bez alternatywy” funkcjonuje podobnie. Tam, gdzie środek jest bez alternatywy, nie ma potrzeby omawiania alternatyw. Co na tym świecie jest bez alternatywy? Bzdura, pani Merkel! Bzdura, panie Merz! Niezależnie od tego, czy chodzi o ceny CO₂, przepisy dotyczące ogrzewania, zakazy silników spalinowych, handel emisjami, czy wielomiliardowe programy transformacyjne: gdy tylko decyzja polityczna zostaje przedstawiona jako jedyna możliwa odpowiedź na egzystencjalne zagrożenie, przestrzeń demokratyczna się kurczy.

I właśnie to zamierza imperium kłamstw – elity władzy i majątku oraz ich polityczne, medialne i akademickie prostytutki. To, jaki demon z kolei kieruje tymi elitami władzy i majątku, to zupełnie inna kwestia i nie jest to przedmiotem tej dyskusji.

W tym momencie politycznie motywowane narzędzia koncepcyjne są wykorzystywane do przekształcania wiary w coś innego. Konsensus naukowy nie jest już rozumiany jako obecny stan wiedzy naukowej, który musi pozostać fundamentalnie weryfikowalny i korygowalny. Staje się on swego rodzaju dogmatem. Każdy, kto go kwestionuje, jest uważany za „antynaukowego”. Każdy, kto wskazuje na niepewność, rzekomo szerzy „dezinformację”. Każdy, kto pyta o konflikty interesów, założenia modelowe lub konsekwencje ekonomiczne, jest poddawany presji, by się usprawiedliwić.

Już w 1946 roku Orwell napisał, że język polityczny może służyć do tego, by kłamstwa wydawały się prawdziwe i by zwykłe twierdzenia nabrały pozorów pewności. Nie miał na myśli debaty klimatycznej. Jego ideę można jednak odnieść do każdego konfliktu politycznego, w którym język nie służy już do wyjaśniania, lecz do zaciemniania. Wraz z językiem narodziło się kłamstwo.

Warto zatem zwrócić szczególną uwagę na terminologię stosowaną w debacie klimatycznej.

Co tak naprawdę oznacza „neutralność klimatyczna”?

Czy państwo, firma lub lot mogą być naprawdę neutralne dla klimatu, czy też są to tylko częściowo obliczone kompensacje?

Co oznacza „energia odnawialna”, skoro turbiny wiatrowe, panele słoneczne, sieci energetyczne, obiekty magazynowe i surowce nie powstają bez skończonego zużycia materiałów?

Co oznacza „ochrona klimatu”, jeśli w tym samym czasie rozwija się uzbrojenie, toczą się wojny, a zniszczona infrastruktura jest następnie odbudowywana?

A co oznacza „konsensus naukowy”, jeśli wiedza naukowa, ze swej natury, nie jest ostatecznie przyjmowana decyzją większości, jeśli niezbędny w demokracji pluralizm opinii nie jest już dozwolony?

========================================

W tej serii artykułów nie twierdzę, że znam ostateczną prawdę. Nikt jej nie zna. Ja jej szukam. Dla mnie oznacza to zadawanie niewygodnych pytań i nieużywanie terminów tylko dlatego, że powtarzają się codziennie.

Ostrzeżenie Orwella nie zaczyna się od jawnej cenzury. Zaczyna się tam, gdzie ludzie już ograniczają swoje myśli, ponieważ wiedzą, które pytania są społecznie akceptowalne, a które nie. To właśnie tutaj wchodzi w grę „spirala milczenia” opisana przez Elisabeth Noelle-Neumann – cicha autocenzura, którą omówię w następnym rozdziale.

Policja myśli z 1984 roku musiała przeniknąć do ludzkich umysłów. Jednak skuteczniejsza forma kontroli zaczyna się tam, gdzie ludzie sami dbają o to, by żadne podejrzane myśli nie pojawiały się w ich umysłach.

Ci, którzy nie chcą być uznani za osoby negujące zmiany klimatyczne, milczą.

Ci, którzy nie chcą narażać swojej pozycji zawodowej, dostosowują się.

Ci, którzy chcą należeć do społeczeństwa, powtarzają przyjęte zasady.

I w pewnym momencie pytanie o poprawność stwierdzenia przestaje być aktualne. Sprawdza się jedynie, czy mieści się ono w dopuszczalnym zakresie opinii.

Potem wiara zastąpiła myślenie.

Dlaczego strach jest potężniejszy niż argumenty

Dlaczego miliony ludzi ulegają wpływowi tych samych przekazów? Dlaczego niektóre obrazy wywołują ogromną reakcję społeczną, podczas gdy chłodne, twarde statystyki cieszą się niewielkim zainteresowaniem? Z tymi pytaniami zmagał się francuski lekarz i psycholog społeczny Gustave Le Bon ponad sto lat temu. Jego spostrzeżenia dotyczące zachowań tłumu pozostają fundamentalne dla badań nad psychologią mas.

Le Bon napisał (2):

„Masy myślą obrazami, a obrazy przywoływane wywołują kolejne obrazy, bez żadnego logicznego związku.”

W innym miejscu opisuje:

„Nie fakty, lecz sposób ich przedstawienia wywiera wpływ na wyobraźnię mas”.

Te słowa zawierają klucz do zrozumienia dzisiejszej debaty klimatycznej. Mam wrażenie, że prawie nikt nie formułuje swojej opinii na temat zmian klimatu w oparciu o oryginalne badania naukowe. Większość ludzi opiera się na obrazach, nagłówkach i emocjonalnych przekazach. To nie krytyka, a cecha ludzka. Nikt nie jest w stanie czytać setek publikacji naukowych każdego dnia. Dlatego większość ludzi polega na tym, co mówią im media, politycy czy tak zwani eksperci.

Dlatego to nie diagramy ani serie pomiarów zapadają nam w pamięć, ale obrazy: płonące lasy, topniejące lodowce, wyschnięte koryta rzek, zalane drogi czy cierpiące niedźwiedzie polarne. Takie obrazy działają natychmiast. Wywołują uczucie niepokoju, strachu lub winy. Z drugiej strony, klasyfikacje statystyczne lub wątpliwości naukowe często wydają się abstrakcyjne i docierają tylko do wąskiego grona odbiorców.

Le Bon zrozumiał to ponad 130 lat temu. Już pod koniec XIX wieku opisywał, jak tłumy reagują mniej na logiczne argumenty niż na mocne obrazy, proste przekazy i powtarzane narracje. Im częściej powtarzane jest stwierdzenie, tym bardziej wydaje się znajome – a znajomość łatwo pomylić z prawdą.

Dlatego w debacie klimatycznej należy nie tylko pytać, które obrazy są pokazywane, ale także, które obrazy są pokazywane rzadko.

Dlaczego widzimy płonące lasy przez wiele tygodni, a rzadziej pojawiają się doniesienia o regionach, gdzie lasy się odnawiają?

Dlaczego pojedyncze ekstremalne zjawiska pogodowe są często od razu interpretowane jako dowód zmiany klimatu, podczas gdy porównania historyczne lub naturalne wahania klimatyczne rzadko cieszą się w debacie publicznej uwagą?

Dlaczego dramatyczny nagłówek przyciąga większą uwagę niż niuansowana analiza naukowa?

To nie są pytania retoryczne. To pytania, na które każdy czytelnik powinien odpowiedzieć sam.

Le Bon wskazuje na inny mechanizm: masy poszukują prostych wyjaśnień. Złożoność jest wyczerpująca. Dlatego proste narracje zazwyczaj łatwiej przeważają nad niuansowanymi analizami. To pragnienie prostoty jest również wielokrotnie widoczne w debacie klimatycznej: tu CO₂ jako główna przyczyna, tam redukcja CO₂ jako główne rozwiązanie. To, czy złożone procesy klimatyczne można rzeczywiście wyjaśnić i rozwiązać w tak prosty sposób, to jedno z pytań, które zgłębię w kolejnych rozdziałach.

Prace Le Bona nie udzielają odpowiedzi na pytanie o klimat. Oferują jednak klucz do zrozumienia, dlaczego pewne komunikaty mogą mieć tak silny wpływ. Każdy, kto chce zrozumieć, jak kształtuje się opinia publiczna, powinien zatem czytać nie tylko klimatologów, ale także psychologów i socjologów. Zanim ludzie zaakceptują działania polityczne, muszą najpierw zostać przekonani o istnieniu określonej rzeczywistości. Psychologia zajmuje się tym procesem – od wyobrażenia do silnego przekonania – a socjologia mechanizmami zachodzącymi między ludźmi.

Prowadzi to do kolejnego pytania: Co się dzieje, gdy naturalna ludzka skłonność do adaptacji staje się presją społeczną, by się do niej dostosować? To właśnie tutaj niemiecki psychoanalityk Hans-Joachim Maaz wprowadza koncepcję normopatii. Termin ten został ukuty na początku lat 70. XX wieku, ale Maaz podjął go, rozwinął i zastosował do przemian społecznych, jak mało kto.

Kiedy adaptacja staje się chorobą

Dlaczego tak wiele osób milczy, mimo wątpliwości? Dlaczego zadają pytania tylko w zaciszu domowym, a rzadko publicznie? Dlaczego akceptują opinie, których nigdy sami nie zweryfikowali?

Niemiecki psychoanalityk Hans-Joachim Maaz od lat zmaga się z tymi zagadnieniami. Opiera swoją pracę na koncepcji normopatii, którą uczynił centralnym elementem swojej analizy społecznej.

Maaz opisuje normopatię jako przesadną adaptację do problemów społecznych. Ludzie przyjmują zachowania i przekonania nie dlatego, że po dokładnym namyśle uznają je za słuszne, ale dlatego, że chcą przynależeć. Adaptacja staje się normą – i według Maaz to właśnie w tym tkwi prawdziwe zagrożenie.

Maaz stwierdza (3):

„Normopatia odnosi się do przystosowania się większości ludzi w społeczeństwie do niedostosowawczego rozwoju, do patogennego zachowania psychospołecznego, którego zaburzenie nie jest już rozpoznawane i akceptowane, ponieważ większość myśli i działa w ten sposób”.

Myśl ta dała mi szczególny powód do przemyśleń, zwłaszcza w czasie pandemii koronawirusa.

Nie dlatego, że uważam, że każda opinia większości jest błędna – choć historia uczy nas, że większość zazwyczaj się myli. Byłoby to jednak równie nieprecyzyjne, jak twierdzenie, że każda opinia większości musi być słuszna. Kluczowa jest inna kwestia:

Ile osób faktycznie wyrabia sobie własne opinie?

W debacie klimatycznej często obserwuję następujący mechanizm. Wiele osób nie mówi: „Intensywnie studiowałem modele klimatyczne, serie pomiarowe czy historię Ziemi i dlatego doszedłem do tego przekonania”.

Raczej mówią:

„Nauka jest jednomyślna”. Co
, nawiasem mówiąc, absolutnie nie jest prawdą.

„To samo mówią wszyscy eksperci”.
Przy takich stwierdzeniach najlepiej śledzić przepływ pieniędzy, na wszelki wypadek.

„Wszyscy już to wiedzą”.
Kim właściwie są ci „wszyscy”? Ja? Ty?

Tu właśnie zaczyna się dla mnie prawdziwy problem. Te stwierdzenia nie są autentycznie przekonujące – dlatego trzeba zakwestionować ich pochodzenie. Czy wynikają z osobistego zaangażowania w temat, czy ze społecznego konformizmu?

Maaz opisuje ludzi jako istoty społeczne. Każdy pragnie przynależności. Nikt nie lubi być wykluczany, wyśmiewany ani traktowany jak outsider. Ta potrzeba jest głęboko ludzka. Jednocześnie sprawia, że ​​jesteśmy podatni na presję konformizmu. Im większa presja społeczna, tym większa pokusa, by podążać za opinią większości – nawet gdy skrywa się wewnętrzne wątpliwości.

Ten mechanizm jest również widoczny w debacie klimatycznej. Każdy, kto dziś zadaje fundamentalne pytania – na przykład o trafność modeli klimatycznych, skuteczność poszczególnych działań czy ekonomiczne konsekwencje polityki klimatycznej – musi liczyć się z etykietką „negacjonisty klimatycznego”, „antynaukowca” lub „niesolidarnego”. W dalszych rozdziałach odniosę się do faktu, że te etykietki są w większości przypadków nieuzasadnione. Nie jest też aż tak istotne, czy dana opinia jest słuszna, czy niesłuszna; liczy się efekt zniesławienia, dyskredytacji i etykietowania: wiele osób unika krytycznych pytań z obawy przed konsekwencjami społecznymi.

Dla Maaz jest to cecha rozwoju normopatycznego. Prawdziwym problemem nie jest jawny przymus, lecz raczej wewnętrzny przymus konformizmu.

Zwróciłem szczególną uwagę na inną myśl Hansa-Joachima Maaza. Wskazuje on, że kryzysy społeczne często prowadzą do tego, że te same instytucje lub aktorzy polityczni, którzy definiują zagrożenie lub znajdują się w centrum uwagi opinii publicznej, jednocześnie prezentują się jako ci, którzy posiadają jedyne słuszne rozwiązanie. Nie oznacza to automatycznie, że kryzysy są celowo kreowane lub inscenizowane – choć niewątpliwie tak było w przypadku koronawirusa. Ujawnia to jednak mechanizm władzy politycznej: ktokolwiek definiuje kryzys – nawet jeśli nie istnieje – i być może nawet brał udział w jego planowaniu, często zyskuje znaczący wpływ na kształtowanie rozwiązania. Zbawiciel!

Dlatego proponowane rozwiązania nigdy nie powinny być przyjmowane bez analizy. Moim zdaniem pandemia COVID-19 nauczyła wielu ludzi krytycznej analizy działań rządowych, narracji medialnych i uzasadnień politycznych. Kiedy ktoś zaczyna myśleć samodzielnie, nie zadowala się już tak łatwo prostymi wyjaśnieniami lub rzekomo nieuniknionymi rozwiązaniami. Filozofka polityczna Hannah Arendt uważała niezależne myślenie za najważniejszy warunek ludzkiego osądu. Dla niej prawdziwe niebezpieczeństwo tkwi nie w myśleniu, ale w braku myślenia. Jej słynne stwierdzenie: „Nie ma niebezpiecznych myśli; samo myślenie jest niebezpieczne” wyraża właśnie tę kwestię. Ci, którzy zaczynają myśleć samodzielnie, kwestionują pewniki, analizują uzasadnienia i nie zadowalają się już prostymi odpowiedziami. W tym tkwi wyzwalająca moc myśli.

Dlatego uważam za niebezpieczne, gdy osoby sprawujące władzę celowo degradują sceptycyzm do rangi stygmatu. Sceptycyzm jest ważny i dobry! To nie sam sceptycyzm jest niebezpieczny dla demokracji, ale ci u władzy, którzy w ten sposób postępują. Demokracja nie rozwija się dzięki konformizmowi. Demokracja rozwija się dzięki obywatelom zadającym pytania – zwłaszcza gdy prawie wszyscy wierzą, że znają tę samą odpowiedź.

„Gdzie wszyscy myślą tak samo, tam niewiele się myśli.” (Karl Valentin)

Być może krytyczne myślenie jest dziś mniej kwestią inteligencji, a bardziej odwagi. Bo myślenie wbrew większości nigdy nie było komfortowe.

Kiedy strach ogranicza twoją wizję

Dlaczego społeczeństwom tak trudno jest nawet pozwolić na zadawanie krytycznych pytań w czasach kryzysu? Dlaczego często pojawia się wrażenie, że istnieje tylko jeden słuszny punkt widzenia i tylko jedno akceptowalne rozwiązanie?

Na te pytania odpowiada belgijski psycholog Mattias Desmet. Stworzył on swoją teorię formowania się mas , opierając się na obserwacji, że w pewnych warunkach społecznych ludzie są skłonni zaakceptować proste wyjaśnienia i dalekosiężne środki (4).

Desmet opisuje cztery czynniki, które szczególnie sprzyjają masowemu formowaniu się: powszechna izolacja społeczna, poczucie bezsensu, narastający niepokój oraz ogólne niezadowolenie, którego nie da się przypisać żadnemu konkretnemu czynnikowi. Według niego, gdy te czynniki występują łącznie, wiele osób chętniej jednoczy się wokół wspólnej narracji i podąża za centralnym rozwiązaniem.

Uważam jego podejście za niezwykle wnikliwe. Przenosi on uwagę z pytania, czy dany środek polityczny jest słuszny, czy niesłuszny, na znacznie bardziej fundamentalne pytanie: dlaczego tak wiele osób nagle przyjmuje ten sam punkt widzenia w czasach kryzysu? Dlaczego złożone problemy często sprowadzają się do kilku, pozornie jednoznacznych wyjaśnień? Debata klimatyczna stanowi tego dobitny przykład.

Przez lata klimat był zdominowany przez terminy, które niosą ze sobą poczucie nieustannego zagrożenia: kryzys klimatyczny, punkty krytyczne, fale upałów, susza zdarzająca się raz na sto lat, wymieranie gatunków, a nawet zbliżający się koniec naszej planety. Tam, gdzie pojawia się strach, zrozumiałe jest, że rośnie pragnienie bezpieczeństwa – a wraz z nim gotowość do akceptowania dalekosiężnych środków politycznych – nawet jeśli wiążą się one z ograniczeniami wolności osobistej i dobrostanu. W końcu walczymy ze wspólnym wrogiem, prawda? Czy to złowrogi wirus i jego minimalizatorzy, złowrogi Putin i jego apologeci, czy też „sztuczna” zmiana klimatu i jej negacjoniści. Ramię w ramię, bracia i siostry, to tworzy solidarność! To takie proste! Wcale nie!

Desmet zwraca uwagę, że strach może zmieniać ludzkie perspektywy. Ci, którzy czują się zagrożeni, szukają orientacji. Złożone problemy często wydają się wtedy mniej atrakcyjne niż proste wyjaśnienia. Jednocześnie rośnie gotowość do akceptowania środków, które w normalnych okolicznościach prawdopodobnie byłyby omawiane znacznie bardziej krytycznie, a być może w ogóle nie zostałyby wdrożone.

Społeczeństwo demokratyczne powinno zadbać o to, by strach nigdy nie stał się trwałym narzędziem politycznym. Politycy tacy jak Karl Lauterbach, Boris Pistorius, Roderich Kiesewetter i im podobni, którzy celowo szerzą strach, powinni zostać powstrzymani. Strach może mobilizować w krótkiej perspektywie. Jest jednak kiepskim doradcą, jeśli chodzi o podejmowanie długoterminowych decyzji o dalekosiężnych konsekwencjach dla wolności, dobrobytu i spójności społecznej.

Praca Desmeta nie odpowiada na pytanie, jak będzie się rozwijał klimat. Wyjaśnia jednak, dlaczego komunikacja kryzysowa może być tak skuteczna. Każdy, kto chce zrozumieć, dlaczego miliony ludzi w krótkim czasie przyjmują te same terminy i popierają te same żądania polityczne, nie może uniknąć spostrzeżeń z psychologii.

To prowadzi nas do kolejnego kluczowego pytania: jak właściwie powstają w naszych umysłach obrazy, które kształtują nasz światopogląd? Amerykański publicysta Walter Lippmann zbadał ten mechanizm już ponad sto lat temu.

Obrazy w naszych umysłach

Jak właściwie kształtuje się nasze postrzeganie rzeczywistości?

Amerykański publicysta i politolog Walter Lippmann postawił to pytanie już w 1922 roku w swojej pracy „Opinia publiczna” . Jego odpowiedź jest równie prosta, co głęboka: większość ludzi reaguje nie na samą rzeczywistość, lecz na obraz rzeczywistości, który ukształtował się w ich umysłach. Ten obraz rzeczywistości, który na nich „oddziałuje”, staje się ich „rzeczywistością”.

Lippmann napisał (5):

„Nasza reakcja nie jest w pierwszej kolejności reakcją na świat, lecz na obraz, jaki o nim stworzyliśmy”.

Ta idea jest ponadczasowa. Nikt nie jest w stanie ogarnąć całej rzeczywistości. Nikt nie jest w stanie przeczytać wszystkich badań naukowych, przeanalizować wszystkich danych pomiarowych ani zweryfikować samodzielnie każdego wydarzenia politycznego. Dlatego jesteśmy nieuchronnie zależni od innych, którzy objaśniają nam świat. Media, naukowcy, politycy, eksperci i sieci społecznościowe codziennie dostarczają nam mnóstwa informacji, z których stopniowo wyłania się obraz naszej rzeczywistości.

Samo w sobie nie jest to ani dobre, ani złe. Staje się problematyczne dopiero wtedy, gdy mylimy ten zapośredniczony obraz z samą rzeczywistością. Uważam to za jedno z kluczowych pytań w dzisiejszej debacie klimatycznej. Większość ludzi nie zna zmian klimatu z własnego doświadczenia. Znają je z wiadomości telewizyjnych, artykułów prasowych, filmów dokumentalnych, portali internetowych i mediów społecznościowych. Wizerunek klimatu, jaki sobie kreują, powstaje zatem głównie na podstawie informacji, które inni wybrali, skategoryzowali i zaprezentowali.

Nieuchronnie pojawiają się dalsze pytania:

Które wydarzenia pojawiają się wielokrotnie, a które prawie nigdy?

Które badania naukowe trafiają do głównych wiadomości, a które pozostają w dużej mierze niezauważone?

Którzy eksperci regularnie mają możliwość zabrania głosu, a którzy rzadko kiedy?

Te pytania podważają pogląd niektórych, że publiczne reprezentacje automatycznie odzwierciedlają całą rzeczywistość.
Więcej na ten temat w następnej sekcji.

Lippmann zauważył, że między rzeczywistością a naszym postrzeganiem zawsze istnieje filtr. Filtr ten tworzą nasze doświadczenia, oczekiwania, a także informacje, które otrzymujemy codziennie. Im bardziej jednostronny staje się ten filtr, tym bardziej jednostronny staje się nieuchronnie nasz obraz rzeczywistości.

Dlatego uważam za niebezpieczne i nieodpowiedzialne, gdy pewne stanowiska w debacie klimatycznej są przedwcześnie uznawane za niedopuszczalne lub naukowo obalane. Nauka rozwija się dzięki porównywaniu różnych hipotez. Sprzeciw jest istotą nauki. Ci, którzy ograniczają się do jednego wyjaśnienia, ryzykują utratę z oczu różnicy między rzeczywistością a jej reprezentacją.

Lippmann nie chciał zniechęcać opinii publicznej. Wręcz przeciwnie. Jego dzieło jest zaproszeniem do bardziej wnikliwego osądu. Przypomina, że ​​często istnieje znacząca różnica między tym, co się faktycznie dzieje, a tym, co o tym postrzegamy.

Być może najważniejszym zadaniem świadomego obywatela nie jest przyswajanie jak największej ilości informacji. Raczej ciągłe zadawanie sobie pytania, czy obraz, który noszę w głowie, rzeczywiście odzwierciedla całą rzeczywistość – czy tylko jej fragment. W moim przypadku również zawsze jest to drugie.

Ale kto i według jakich kryteriów decyduje, które informacje są podkreślane, które tematy powtarzane, a które pytania spychane na dalszy plan? Psycholog i kognitywista Rainer Mausfeld badał tę formę zarządzania uwagą.

Władza nad naszą percepcją

Kto właściwie decyduje, co uważamy za ważne, albo co powinniśmy uważać za ważne? I dlaczego niektóre tematy przez tygodnie dominują w nagłówkach gazet, a inne prawie nie cieszą się zainteresowaniem opinii publicznej?

Na te pytania odpowiada psycholog percepcji Rainer Mausfeld. W swojej pracy dowodzi, że we współczesnych demokracjach coraz rzadziej sprawuje się władzę poprzez jawną cenzurę. Znacznie skuteczniejsze jest kierowanie uwagi ludzi: które tematy są podkreślane? Które informacje są powtarzane? Które powiązania są uwydatniane – a które pozostają w dużej mierze niewidoczne?

Mausfeld jasno daje do zrozumienia, że ​​nasze postrzeganie rzeczywistości kształtowane jest nie tylko przez dostępne fakty, ale także przez ich selekcję, ważenie i klasyfikację. Te same informacje mogą prowadzić do zupełnie różnych wniosków w zależności od kontekstu.

Rainer Mausfeld opisuje mechanizm, który wykracza daleko poza pojedyncze kwestie polityczne. Ten, kto kieruje uwagą opinii publicznej, wpływa również na postrzeganie rzeczywistości społecznej. Nie dlatego, że fakty są sfabrykowane, ale dlatego, że niemożliwe jest, aby wszystkie fakty były w centrum uwagi jednocześnie.

Ten mechanizm jest wyraźnie widoczny w debacie klimatycznej. Niemal każdego dnia pojawiają się doniesienia o falach upałów, suszach, pożarach lasów, topnieniu lodowców czy ekstremalnych zjawiskach pogodowych. Takie zjawiska z pewnością zasługują na uwagę. Kluczowe pytanie brzmi jednak, czy jednocześnie należycie uwzględniane są informacje przeciwne, a nawet pozytywne, które mogłyby uzupełnić lub zróżnicować ogólny obraz.

Na przykład pojawia się pytanie, jak często zgłaszane są naturalne wahania klimatu, historyczne okresy ocieplenia i ochłodzenia, niepewności modeli klimatycznych czy rozbieżne oceny naukowe. Nie dlatego, że te aspekty podważałyby istnienie zmian klimatycznych, ale dlatego, że mogą przyczynić się do lepszego zrozumienia.

Mausfeld przypomina nam, że społeczeństwo demokratyczne rozwija się nie tylko dzięki swobodzie rozpowszechniania informacji, ale także dzięki swobodzie postrzegania i porównywania różnych perspektyw. Tylko poprzez porównywanie różnych punktów widzenia można formułować niezależne osądy.

Jego idea bezpośrednio łączy się z teorią Waltera Lippmanna. Skoro nasz światopogląd wyrasta z obrazów, które nosimy w umyśle, to dobór tych obrazów w istotny sposób determinuje naszą ocenę rzeczywistości. Myślenie krytyczne nie zaczyna się zatem od odpowiedzi, lecz od pytania, czy w ogóle dostrzegamy cały obraz i z jakich źródeł go czerpiemy i konstruujemy.

Jak można nie tylko wpływać na opinię publiczną, ale także celowo wspierać cele polityczne i gospodarcze? To pytanie już około sto lat temu podjął Edward Bernays, człowiek uważany za twórcę nowoczesnego public relations.

Można zorganizować proces zatwierdzania.

Jak można przekonać całe społeczeństwa do określonej idei? Jak powstaje konsensus społeczny? I dlaczego ludzie czasami przyjmują przekonania, których mogliby nigdy nie wykształcić bez ukierunkowanego wpływu?

Z tymi pytaniami zmagał się amerykański pionier PR Edward Bernays. Bratanek słynnego psychoanalityka Zygmunta Freuda połączył wiedzę o ludzkiej podświadomości z możliwościami współczesnej komunikacji masowej. Podczas gdy Freud badał, jakie ukryte motywy wpływają na ludzkie zachowania, Bernays pytał, jak tę wiedzę można strategicznie wykorzystać do kształtowania opinii publicznej.

Jego najsłynniejsze dzieło nosi obecnie negatywnie konotowany tytuł „Propaganda” (7). Tytuł ten wydaje się dziś dziwny. Jednak w latach dwudziestych XX wieku termin ten nie miał jeszcze jednoznacznie negatywnego znaczenia, jakie nabrał po doświadczeniach z reżimami totalitarnymi XX wieku.

Bernays argumentował, że społeczeństwa demokratyczne nie są spajane wyłącznie argumentami, ale że zgoda społeczna musi być aktywnie organizowana. Jego słynne sformułowanie o „świadomej i inteligentnej manipulacji zorganizowanymi nawykami i opiniami mas” pozostaje jednym z najczęściej dyskutowanych stwierdzeń w badaniach nad komunikacją.

Odkrycia Bernaysa jasno pokazują, że przekonania polityczne nie są wyłącznie wynikiem swobodnego, niezależnego kształtowania opinii. Mogą być również wynikiem profesjonalnych strategii komunikacyjnych, które odwołują się do emocji, kreują obrazy i wielokrotnie eksponują pewne interpretacje.

Sam Bernays później donosił, że Joseph Goebbels studiował jego pisma i przejął z nich metody propagandowe. To, czy i w jakim stopniu tak się stało, jest przedmiotem różnych relacji historycznych. Nie ulega jednak wątpliwości, że psychologiczne spostrzeżenia dotyczące wpływania na opinię publiczną mogą być wykorzystywane zarówno w legalnym PR, jak i w manipulacyjnej propagandzie. Nie metoda ani technika determinują jej ocenę moralną, lecz cel, któremu służy. Noża można użyć do posmarowania chleba masłem lub do zabicia kogoś.

Dlatego warto bliżej przyjrzeć się dzisiejszej debacie klimatycznej. Każdy, kto powtarza te same obrazy, te same hasła i te same przekazy przez miesiące i lata, nieuchronnie kształtuje percepcję społeczną. Topniejące lodowce, płonące lasy, zalane ulice czy wyschnięte krajobrazy to prawdziwe i uderzające obrazy. Kluczowe pytanie brzmi jednak: czy oddają one pełny obraz złożonej rzeczywistości, czy też pokazują tylko jej niewielki wycinek?

Bernays prawdopodobnie powiedziałby, że skuteczna komunikacja nie polega na przedstawianiu jak największej liczby faktów. Kluczowe jest to, które komunikaty wywołują emocje i na stałe zapadają w pamięć ludzi.

Dlatego w demokracji nie wystarczy samo przyswajanie informacji. Równie ważne jest pytanie, kto je wybiera, jak są prezentowane i jaki cel jest realizowany w ich rozpowszechnianiu. Myślenie krytyczne nie oznacza odrzucania każdego przekazu. Oznacza ono raczej kwestionowanie mechanizmów jego powstawania.

Wniosek

Według Orwella, Le Bona, Maaza, Arendt, Desmet, Lippmanna, Mausfelda i Bernaysa, wyłania się z tego wspólny mianownik: Opinie publiczne rzadko powstają przypadkowo. Są kształtowane i kierowane przez język, obrazy, emocje, uwagę i komunikację.

Wiedza o ludziach nie jest odporna na nadużycia, jak pokazuje historia. Z drugiej strony, osoby rozumiejące te mechanizmy będą inaczej postrzegać debaty polityczne – w tym te dotyczące zmian klimatycznych.

+++

Źródła i notatki

(1) Orwell, George (1949): 1984 . Londyn: Secker & Warburg

(2) Le Bon, Gustave (1895): Psychologia mas (francuska psychologia fauli )

(3) Maaz, Hans-Joachim (2017): Fałszywe życie – przyczyny i skutki naszego normopatycznego społeczeństwa . Monachium: CH Beck. Teza przewodnia książki głosi, że nadmierna presja konformizmu może prowadzić do powstania „normopatycznego” społeczeństwa.

(4) Desmet, Mattias (2022): Psychologia totalitaryzmu . White River Junction (VT): Chelsea Green Publishing

(5) Lippmann, Walter (1922): Opinia publiczna . Nowy Jork: Harcourt, Brace and Company

(6) Mausfeld, Rainer (2018): Dlaczego owce milczą? Jak elitarna demokracja i neoliberalizm niszczą nasze społeczeństwo i nasze źródła utrzymania . Frankfurt nad Menem: Westend Verlag

(7) Bernays, Edward L. (1928): Propaganda . Nowy Jork: Horace Liveright

+++

Dziękujemy autorowi za udzielenie nam pozwolenia na publikację tego artykułu.

+++

Zdjęcie: Demonstracja przeciwko kryzysowi klimatycznemu.
Źródło zdjęcia: rongreenbergphotography / shutterstock


Trump NIE jest prezydentem niechętnym wojnie

Trump NIE jest prezydentem niechętnym wojnie

Jedną z najgłupszych popularnych narracji, jakie można dziś spotkać, jest idea, że ​​syjoniści przekonali niechętnego Trumpa do rozpoczęcia wojny z Iranem po tym, jak został ponownie wybrany, tak jakby go gonili i pytali: „Czy chciałbyś zbombardować Iran?”, jak facet z Green Eggs and Ham, który krzyczał: „Nie w…

Caitlin Johnstone 21 lipca 2026 r. caitlinjohnstone-au/trump-is-not-a-reluctant-war-president

Najnowsza wojna Ameryki nieustannie pustoszy Bliski Wschód. Siły USA bombardują Iran dziesiątą noc z rzędu w serii wymian ognia, w wyniku których, jak podaje „The New York Times”, liczba rannych wśród żołnierzy amerykańskich przekroczyła liczbę przyznaną przez Pentagon.

Prezydent Trump mówi , że „za każdym razem, gdy Iran zabije amerykańskiego żołnierza, zapłaci za to zabójstwo wielokrotnie”, jednocześnie gwarantując, że trwający atak doprowadzi do jeszcze większych irańskich odwetów, które oczywiście mogą łatwo doprowadzić do śmierci kolejnych żołnierzy amerykańskich.

W obliczu eskalacji działań wojennych siły jemeńskie ogłosiły blokadę morską Arabii Saudyjskiej, ponieważ zawieszenie broni, które oba państwa utrzymywały od 2022 roku, chyli się ku upadkowi. Trump odziedziczył zawieszenie broni w straszliwej wojnie między Jemenem a Arabią Saudyjską i najwyraźniej spuszcza je w toalecie, tak jak odziedziczył porozumienie z Iranem i podpalił je, żeby móc rozpocząć wojnę. To obrzydliwy, okrutny świnia wojenna.

Jedną z najgłupszych popularnych narracji, jakie dziś widzimy, jest ta, że ​​syjoniści przekonali niechętnego Trumpa do rozpoczęcia wojny z Iranem po jego reelekcji, jakby gonili go, pytając: „Chcesz zbombardować Iran?”, jak facet z Green Eggs and Ham, który krzyczał: „Nie w pudełku! Nie z lisem!”, aż w końcu się poddał.

Teraz jest już zupełnie jasne, że ta wojna była zaplanowana dawno temu. Nie w 2026 roku, nie w 2025, nie w 2024 roku, a nawet nie za rządów Bidena. Została zaplanowana, zanim Trump został wybrany na prezydenta. Jego kampania opierała się na zerwaniu porozumienia nuklearnego z Iranem i dokładnie to zrobił, gdy po raz pierwszy objął urząd.

Zaraz po zniesieniu JCPOA w 2018 r. administracja Trumpa zaczęła drastycznie zwiększać akty agresji wobec Iranu, rozprawiając się z nimi za pomocą sankcji głodowych w ramach kampanii „maksymalnej presji”, której wyraźnym celem była zmiana reżimu , a następnie eskalując działania do bezpośredniego zabójstwa najwyższego rangą irańskiego urzędnika wojskowego.

Nie było powodu, żeby to robić, jeśli celem był pokój. Nie było powodu, żeby to robić, jeśli celem było uniemożliwienie Iranowi uzyskania broni jądrowej. Porozumienie z Iranem działało . Iran był w pełni posłuszny. Celem była eskalacja.

[filmiki w oryginale md]

Trump otwarcie przyznał , że dał Adelsonom wszystko, czego chcieli, w zamian za ogromne darowizny na kampanię , które pozwoliły mu zasiąść w Białym Domu. W 2013 roku Sheldon Adelson trafił na pierwsze strony gazet , twierdząc, że Stany Zjednoczone powinny zrzucić bombę atomową na irańską pustynię, a następnie powiedzieć: „Widzicie? Następna jest w samym środku Teheranu”, aby nastraszyć Irańczyków i skłonić ich do uległości.

Wszystko, co obserwowaliśmy w drugiej kadencji Trumpa, wyraźnie pokazuje, że jedynym powodem, dla którego otrzymał on niezbędne oligarchiczne i instytucjonalne wsparcie, by zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych, było to, że zapewnił wystarczającej liczbie wpływowych ludzi, że zrobi to, czego nie odważył się żaden inny prezydent: rozpocznie wojnę z Iranem.

Wszystko, co widzieliśmy w 2026 roku, to zalążki spełnienia się tych wczesnych zapewnień. Wszyscy ci zamordowani uczniowie. Wszyscy zabici i ranni żołnierze amerykańscy. Zbombardowana infrastruktura cywilna. Zaciemnione niebo. Blokady. Strach. Konflikt gospodarczy. To wszystko zostało zaplanowane lata temu, przy pełnym współudziale psychopatycznego potwora, który pragnął zostać prezydentem.

Prowadził kampanię na rzecz zakończenia wojen i cały czas kłamał. Nie dał się naciskać ani namawiać, był aktywnym i chętnym uczestnikiem.

Prawicowi antyinterwencjoniści często próbują przedstawiać sytuację jako dowód na to, że Trump dał się nabrać Izraelczykom, ponieważ pozwala im to uzasadnić swoje poparcie dla Trumpa przekonaniem, że głosowali na kogoś, kto w danym momencie miał dobre intencje.

Ale Trump nigdy nie miał dobrych intencji. Zawsze planował rozpocząć wojnę z Iranem w drugiej kadencji, kiedy już nie będzie musiał martwić się o reelekcję. Zawsze był podstępną wojenną dziwką, równie złą, jak każda inna, jaką widzieliśmy w Białym Domu.

Tylko źli ludzie mogą przejść przez liczne mechanizmy kontroli dostępu do urzędu prezydenta. Aby pomóc w zarządzaniu morderczym imperium napędzanym ludzką krwią, trzeba być psychopatą. Nie wpuszczą cię, dopóki nie upewnią się, że jesteś wystarczająco psychopatyczny, by podołać zadaniu.

Trump dał im te zapewnienia. To jedyny powód, dla którego siedzi tam, gdzie teraz siedzi.

To Trump zabił żołnierzy USA w Jordanii

Trump zabił żołnierzy USA w Jordanii

Zostali zabici przez oligarchów i zarządców imperiów, których decyzje sprowadziły na nich śmierć w kolejnej wojnie na Bliskim Wschodzie opartej na kłamstwach i którzy nigdy nie będą z tego powodu tracić z oczu snu.

Caitlin Johnstone 19 lipca 2026 r. caitlinjohnstone/trump-killed-those-us-troops-in-jordan

W szalonej wojnie agresywnej Trumpa przeciwko Iranowi zginęło więcej żołnierzy USA , więc oczywiście jesteśmy świadkami bzdur opowiadanych przez amerykańskich podżegaczy wojennych o bohaterskiej ofierze, jaką ponieśli ci żołnierze, mających na celu usprawiedliwienie dalszej eskalacji konfliktu.

„Powodzenia, bohaterowie. Ich poświęcenie tylko wzmacnia naszą determinację” – napisał na Twitterze sekretarz wojny Pete Hegseth w odpowiedzi na wiadomość o śmierci dwóch żołnierzy amerykańskich i zaginięciu jednego żołnierza w wyniku irańskich ataków odwetowych na bazę USA w Jordanii.

Ale oni nie byli „bohaterami” i nie ponieśli żadnej „ofiary”.

Bohater to ktoś, kto ryzykuje niebezpieczeństwo, podejmując szlachetne działania dla dobra innych. Ofiara to poświęcenie życia dla wyższej sprawy. 

To nie było ani jedno, ani drugie. Ci żołnierze zginęli w odpowiedzi na amerykańskie naloty na infrastrukturę cywilną w głupiej, nikczemnej wojnie agresywnej, prowadzonej przez syjonistycznego prezydenta, by zadowolić swojego miliardera izraelskiego mega-darczyńcę.

Ataki USA zniszczyły zakład odsalania wody , odcinając niezbędne dostawy wody dla tysięcy irańskich cywilów.

Nie zginęli broniąc Stanów Zjednoczonych. Nie zginęli, chroniąc naród amerykański. Nie zginęli za wolność, za demokrację ani za żadne inne fałszywe powody, za które imperialni spin-doktorzy będą ich podawać. Zginęli za Izrael, za kompleks militarno-przemysłowy i za amerykańskie imperialne plany globalnej dominacji. I za nic innego.

Powiedziałam to w sieci, a ktoś próbował mi powiedzieć: „Zginęli za swój kraj i mam cię w dupie za to, że na nich zsikałaś się”.

Powiedziałem mu, że nie, nie ginęli za swój kraj. Irańczycy giną za swój kraj.

Amerykanie giną za Izrael, za pieniądze i za kontrolę geostrategiczną. Ani jedno życie Amerykanina w Stanach Zjednoczonych nie jest chronione przez działania amerykańskich żołnierzy na Bliskim Wschodzie. Oni nie bronią swojej ojczyzny, atakują ludzi, którzy bronią swojej.

To nie jest godne pochwały, to raczej wywołuje gniew i oburzenie. 

Wśród Amerykanów panuje dziwaczne, sekciarskie przekonanie, że trzeba udawać, że każdy amerykański żołnierz poległy w akcji zginął, dokonując bohaterskiego czynu, który przyniósł korzyść narodowi amerykańskiemu, nawet jeśli każda rozsądnie inteligentna osoba wie, że to obiektywnie nieprawda.

Odrzucam to z całego serca. To jedynie ułatwia armii USA rekrutację kolejnych żołnierzy i kreowanie zgody na kolejne zdeprawowane wojny agresywne.

Żołnierze zabici w Jordanii nie zginęli, czyniąc coś szlachetnego. Zginęli śmiercią pozbawioną sensu i godności za niemoralną i niegodną sprawę.

Ci żołnierze nie zostali zabici przez Iran. Zostali zabici przez Donalda Trumpa. Zostali zabici przez oligarchów i zarządców imperiów, których decyzje sprowadziły na nich śmierć w kolejnej wojnie na Bliskim Wschodzie opartej na kłamstwach i którzy nigdy nie będą mieli z tego powodu zmrużenia oka.

Każdy, kto myśli o wstąpieniu do armii USA, powinien powstrzymać się od tego kroku, a każdy, kto już służy w armii USA, powinien zrobić wszystko, co w jego mocy, żeby się stamtąd wydostać. Bo nie ma nic gorszego niż zabijanie i umieranie za bogatych drani, którzy mają cię gdzieś.

Dotacje, czyli defraudacje. Korupcja wpisana w DNA pieniędzy publicznych

Dotacje, czyli defraudacje. Korupcja wpisana w DNA pieniędzy publicznych

23.07.2026 Autor:Tomasz Cukiernik nczas/dotacje-czyli-defraudacje-korupcja-wpisana-w-dna-pieniedzy-publicznych

Pieniądze euro karta
NCZAS.INFO

Z rozdawnictwem unijnych funduszy nierozerwalnie związany jest problem przestępstw finansowych. Choć informacje na ten temat dość łatwo znaleźć i jest ich bardzo dużo, to szczególnie aktualna, patologicznie prounijna koalicja rządowa wolałaby, żeby takie przykłady zostały zamiecione pod dywan.

W 2025 roku Komisja Europejska wykorzystała unijne fundusze, które miały być przeznaczone na „walkę ze zmianą klimatu”, do finansowania lewicowych organizacji pozarządowych. Europosłanka Ewa Zajączkowska-Hernik nagłośniła skandal na FB: „Celem tych działań była obrona Zielonego Ładu i uciszanie europejskich sił prawicowych w ramach tajnej operacji wpływu. […] Były komisarz UE ds. klimatu, antypolski Frans Timmermans, zorganizował tajne umowy z takimi organizacjami, które miały zawierać szczegółowe plany lobbingowe, co oznacza, że Komisja Europejska nie tylko zapewniła finansowanie, ale także dawała strategiczne wskazówki, kogo i jak atakować, by bronić swoich klimatycznych wariactw!”. Pieniądze pochodziły z programu LIFE, którego całkowity budżet od 2014 roku wyniósł 9 mld euro.

Eurodeputowana zauważyła, że „Komisja pod presją dowodów przyznała się do winy, ale oczywiście nie ma mowy, by ktokolwiek został pociągnięty za to do odpowiedzialności! Właśnie tak zepsute do cna i skorumpowane jest to środowisko. O działaniach lobbingowych lewackich organizacji klimatycznych mówię od lat, teraz wszystko wychodzi na światło dzienne i finansowane było za cichym przyzwoleniem unijnych pseudoelit. Zielony Ład to jedna wielka paramafijna operacja ogłupiania ludzi, prania ogromnych pieniędzy i dewastowania gospodarek unijnych państw. Każdy element tego dziadostwa trzeba NATYCHMIAST wycofać, wyrzucić do śmieci i wrócić do normalności!”.

Wyłudzenia z NCBR

Na naszym podwórku wylęgarnią afer z udziałem unijnych funduszy jest Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Co kilka dni na stronach CBA, prokuratur czy NIK mamy kolejną odsłonę z tym związaną. W 2023 roku ujawniono, że w konkursie Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego „Szybka ścieżka – Innowacje cyfrowe” NCBR przyznało ogromne dotacje firmom, które w rzeczywistości nie prowadziły realnej działalności badawczo-rozwojowej.

Jedna z firm, założona dziesięć dni przed terminem przez 26-latka, otrzymała 55 mln złotych. Inna spółka, powiązana politycznie – 123 mln złotych. W innym przypadku prace wykonywane w związku z grantami miały pozorny charakter i nie korespondowały z planowanym zakresem prac oraz dochodziło do znacznego zawyżenia ich wartości. Kontrole poselskie i NIK wykazały rażące nieprawidłowości w co najmniej siedemnastu projektach na setki milionów złotych. Tworzono fikcyjne spółki – „słupy”, fałszowano faktury i dokumenty, wyłudzano unijne dotacje.

W styczniu 2026 roku Prokuratura Regionalna w Warszawie skierowała pierwszy akt oskarżenia przeciwko 33 osobom, które oskarżone są o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, oszustwa, pranie pieniędzy. Wyłudzono ok. 5 mln złotych, a usiłowano wyłudzić kolejne 43 mln złotych. Zatrzymania dotyczyły także byłych pracowników NCBR i prezesów powiązanych spółek. Straty dla budżetu państwa i UE szacowane są na setki milionów złotych (część dotacji trzeba będzie zwrócić Brukseli). Postępowanie jest kontynuowane.

W maju i czerwcu 2026 roku na polecenie Prokuratury Europejskiej funkcjonariusze CBA zatrzymali czternaście osób, wśród których znalazły się osoby odpowiedzialne za zarządzanie projektem objętym dofinansowaniem, a także osoba nadzorująca działalność NCBR. Zatrzymanym przedstawiono zarzuty, m.in. przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków, usiłowania oszustwa w odniesieniu do mienia o znacznej wartości oraz powoływania się na wpływy. Sprawa dotyczy puli środków publicznych w niebagatelnej wysokości ponad 811 mln złotych.

Z kolei o najnowszej odsłonie afery z lipca 2026 roku informuje Prokuratura Regionalna w Gdańsku. Otóż NCBR zostało doprowadzone do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości przekraczającej 7,5 mln złotych poprzez niezasadne udzielenie dofinansowania ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014–2020. Projekt badawczo-rozwojowy objęty śledztwem dotyczył opracowania technologii lokalizacji, wydobycia i unieszkodliwienia zatopionej w Morzu Bałtyckim amunicji chemicznej. Z ustaleń wynika, że podejrzani przedłożyli w NCBR nierzetelne dokumenty dotyczące rzeczowego i finansowego postępu realizacji projektu, obejmujące m.in. fikcyjne koszty zakupu specjalistycznych urządzeń, mobilnej komory technologicznej oraz systemu neutralizacji bojowych środków trujących.

Unijne dotacje rozwojowe i działalność NCBR nie tylko generują zachowania korupcyjne, ale absolutnie nie prowadzą do osiągnięcia założonych celów. W 2025 roku Polska zajęła dopiero 23 miejsce w Europejskim Rankingu Innowacyjności, pokonując jedynie Słowację, Łotwę, Bułgarię i Rumunię. Z raportu NIK z 2025 roku wynika, że NCBR i jego cztery spółki w niewielkim stopniu osiągnęły zaplanowane efekty działalności, mimo wydania w ciągu dziesięciu lat niemal 47 mld. złotych na wspieranie projektów mających zwiększyć innowacyjność, a tym samym konkurencyjność polskiej gospodarki. Do końca 2023 roku w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój Centrum rozdysponowało blisko 23 mld złotych. Liczba wdrożeń i komercjalizacji wyników prac badawczo-rozwojowych została osiągnięta na poziomie 10–40 proc. planu w zależności od projektu, a przychody z komercjalizacji ich wyników wyniosły zaledwie 1–17 proc.

W latach 2022–2024 powołana przez NCBR spółka IDEAS sporządziła około 130 prac naukowych, ale nie doprowadziła do komercjalizacji jakichkolwiek wyników badań i prac. Założono, że przychody z komercjalizacji miały stanowić zaledwie… 0,7 proc. nakładów na spółkę zaplanowanych w wysokości 428 mln złotych. Powołana przez NCBR spółka AKCES oprócz pilotażu nie przeprowadziła żadnego programu wsparcia dla startupów, wskutek czego koszty przekazania przez nią grantów w łącznej kwocie 1,7 mln złotych wyniosły… 16 mln złotych. Otrzymane środki wykorzystano głównie na bieżącą działalność spółki. Przez cały 2022 rok spółka AKCES otrzymywane z NCBR w sumie 2 mln złotych przeznaczała wyłącznie na swoje utrzymanie, nie osiągając żadnych zaplanowanych celów. Z kolei łączna wartość inwestycji dokonanych do końca 2024 roku przez inną spółkę powołaną przez NCBR – NIF – stanowiła tylko 16 proc. pierwotnych planów, z zakładanych 471 mln złotych.

Afer na pęczki

Afery związane z unijnymi dotacjami można wymieniać w nieskończoność. Przeprowadzona w 2025 roku kontrola NIK w dwóch uczelniach lubelskich wykazała istotne nieprawidłowości we wdrożeniu systemów informatycznych i zarządzaniu systemem bezpieczeństwa informacji. Kontrola w Uniwersytecie Medycznym w Lublinie wykazała, że Zintegrowany System Informatyczny do zarządzania uczelnią, za który zapłacono łącznie 15,9 mln złotych, w tym 12,1 mln złotych dofinansowania z funduszy unijnych, nie został uruchomiony do zakończenia czynności kontrolnych w październiku 2025 roku. Z kolei w Politechnice Lubelskiej przyjęta odbiorem końcowym aplikacja mobilna, której celem było zwiększenie dostępności kampusu uczelni dla osób z niepełnosprawnościami i za którą zapłacono 571,9 tys. złotych z dotacji unijnych, nie spełniała części wymagań określonych w opisie przedmiotu zamówienia.

W serwisie CBA co chwilę pojawiają się kolejne informacje o śledztwach związanych z korupcją czy wyłudzeniem unijnych srebrników. Jedna z większych afer wydarzyła się na Górnym Śląsku. Od grudnia 2025 roku funkcjonariusze CBA zatrzymali kilkanaście osób podejrzanych o udział w procederze korupcyjnym oraz zmowie przetargowej związanej z modernizacją infrastruktury Tramwajów Śląskich. Inwestycja jest finansowana przez UE kwotą 1,9 mld złotych. Z ustaleń śledztwa prowadzonego pod nadzorem Prokuratury Europejskiej wynika, że w spółce funkcjonował układ korupcyjny. Dochodziło do przekazywania poufnych informacji faworyzowanej firmie z branży inżynierii budowlanej, aby mogła uzyskać kontrakt. Z ustaleń śledztwa wynika, że korzyści majątkowe były wypłacane również w zamian za zatwierdzenie zawyżonych kosztów lub rozliczenie fikcyjnych prac. Śledczy oszacowali, że łączna wartość przyjmowanych korzyści przez osoby uczestniczące w procederze wynosi prawie 2,7 mln złotych.

CBA wraz z Prokuraturą Europejską prowadzą też śledztwo w sprawie nieuczciwej sprzedaży żywności przeznaczonej dla uchodźców i osób potrzebujących, a pochodzącej z funduszy europejskich. Grupa religijna objęta śledztwem otrzymała 2,5 tys. ton żywności o wartości ponad 15,8 mln złotych. Dostawy realizował Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa w ramach unijnego programu współfinansowanego w 90 proc. z Europejskiego Funduszu Społecznego Plus. Z oznakowania produktów żywnościowych jednoznacznie wynikało, że nie są przeznaczone do sprzedaży. Organizacja otrzymała również unijne dotacje na pokrycie kosztów administracyjnych, transportowych oraz magazynowania. Wartość przekazanych na ten cel środków wyliczono na ponad 2,2 mln złotych.

Z kolei w kwietniu 2026 roku funkcjonariusze CBA zabezpieczyli dokumentację dotyczącą sztandarowego Priorytetowego Programu Czyste Powietrze z okresu od 1 czerwca 2021 roku. Czynności na polecenie Prokuratury Europejskiej prowadzono m.in. w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Ministerstwie Klimatu i Środowiska, Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej, Narodowym Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz 16 funduszach wojewódzkich. Chodzi o niedopełnienie obowiązków przez urzędników w związku z opracowaniem i wdrożeniem kolejnych etapów programu. Nieprawidłowości miały umożliwić nieuczciwym wykonawcom nielegalne pozyskanie środków finansowych, a także doprowadzić do wyrządzenia szkody tysiącom beneficjentów programu.

Dla odmiany miesiąc później funkcjonariusze CBA zatrzymali dziewięć osób w związku ze śledztwem w sprawie podejrzenia wyłudzenia dofinansowania na tworzenie nowych miejsc w żłobkach w Trójmieście w ramach programu „Aktywny Maluch 2022–2029” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego.

Czego nie wykrył OLAF?

Raport Europejskiego Trybunału Obrachunkowego wskazuje na poważne problemy z przejrzystością wydatkowania pieniędzy z tzw. Funduszu Odbudowy, a zdaniem Marcina Możdżonka, przedsiębiorcy i polityka Nowej Nadziei, Komisja Europejska dopuściła finansowanie uniemożliwiające rzetelny audyt, co jest „jawnym przyzwoleniem na marnotrawstwo pieniędzy podatników w skali niespotykanej w historii kontynentu”. Komentuje, że w ten sposób „pieniądze europejskich obywateli zwyczajnie zostały rozkradzione. Od początku ostrzegałem, że mechanizm KPO, oparty na wspólnym długu i nietransparentnych procedurach, stanie się polem do gigantycznych nadużyć. Dziś potwierdzają to unijni audytorzy, wskazując na rażący brak kontroli nad tym, do kogo realnie trafiły miliardy euro”.

Swoje dochodzenia w sprawie defraudacji unijnych dotacji prowadzi też Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF). W jego corocznych raportach możemy wyczytać informacje o przykładowych defraudacjach funduszy unijnych w całej Unii Europejskiej, a nawet poza nią. Na przykład w 2025 roku urząd zamknął dochodzenie w sprawie nieprawidłowości w realizacji kilku umów finansowanych z tzw. Funduszu Odbudowy, mających na celu podłączenie szeregu budynków w Szwecji do szybkiej sieci szerokopasmowej. Dochodzenie wykazało, że niektóre budynki były zaliczane do ogólnego celu projektu, mimo że już wcześniej były podłączone do sieci. Straty mogły wynieść 46,4 mln euro. Z kolei w Norwegii OLAF zbadał dwie firmy, które otrzymały dofinansowanie na kilka projektów badawczych w dziedzinie gospodarki o obiegu zamkniętym w ramach programu „Horyzont Europa”. Urząd stwierdził, że obie firmy nie posiadały zdolności finansowej i operacyjnej do realizacji projektów, pomimo ubiegania się o ponad 2,9 mln euro dofinansowania z funduszy unijnych. W rezultacie OLAF zalecił m.in. odzyskanie pełnej kwoty otrzymanego finansowania, wynoszącej ponad 2,2 mln euro.

Z kolei w Hiszpanii OLAF wykrył, że jeden z przetargów na szkolenie w ramach Funduszu Odbudowy został ustawiony pod konkretną firmę. Po dochodzeniu zalecił odzyskanie kwoty 266 tys. euro. Natomiast na Węgrzech OLAF ujawnił grupę firm, które współpracowały ze sobą w ramach licznych projektów w celu nielegalnego pozyskiwania środków z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, których celem było dostarczanie ciężkiego sprzętu firmom na obszarach wiejskich. W rzeczywistości fundusze nie były przekazywane dostawcom, lecz pośrednikom pobierającym wysokie opłaty bez dodawania jakiejkolwiek wartości. Śledztwo ujawniło przypadki manipulacji procesami zamówień publicznych, w tym sfałszowane dokumenty przetargowe, zawyżone ceny maszyn, podwójne finansowanie oraz innowacyjne techniki potencjalnie wskazujące na pranie pieniędzy. Firmy miały zwrócić prawie 1,5 mln euro.

W związku z nieprawidłowościami dotyczącymi unijnych funduszy w latach 2016–2025 łącznie OLAF zalecił odzyskanie nienależnie wydanych 8,3 mld euro oraz zabezpieczenie kolejnych 873 mln euro. Może w relacji do łącznej sumy unijnych dotacji w tym okresie to niewiele, ale ilu nieprawidłowości, oszustw i wyłudzeń w całej Unii Europejskiej OLAF i inne instytucje do tego powołane nie wykryły?

Korupcja i defraudacje są wpisane w DNA wszelkich pieniędzy publicznych, a w szczególności dotacji unijnych, tak oderwanych od realnej gospodarki, że traktowane są jak darmowa manna z nieba. A przecież są to ciężko zarobione pieniądze wielu uczciwych przedsiębiorców i ich pracowników, zabrane im pod przymusem w formie podatków i różnorakich opłat, których sama Unia Europejska szczególnie w ostatnich latach wprowadza w ilościach hurtowych głównie pod pretekstem walki ze zmianami klimatu. A KPO to w 100 proc. kredyt zaciągnięty przez UE w ramach NextGenerationEU, który w całości musi zostać spłacony przez podatników krajów członkowskich. Czyli unijne dotacje sami sobie finansujemy i to po części na kredyt, a kolejne uśmiechnięte i dobrozmianowe rządy opowiadają ludziom bajki, że to pieniądze Brukseli.

Czy kiedyś powiemy IM „przebaczamy” a może nawet „prosimy o przebaczenie”?

Czy kiedyś powiemy IM „przebaczamy”

a może nawet „prosimy o przebaczenie”?

O kogo tu idzie? Przecież nie o Rosjan, bo dopóki nami rządzi zgodny tu duopol w Polsce obowiązuje nakaz nienawiści, pogardy i strachu. Żadnych odstępstw od „zasadniczego kierunku”: musisz na każdym kroku manifestować strach przed Rosją spełniając tę najważniejszą powinność prawdziwego, ukształtowanego przez III RP obywatela.

Tu jakiekolwiek zaniechanie jest „zdradą”. Nie idzie również o większość Ukraińców, czyli obywateli naszego sąsiada ze wschodu, bo od większości z nich nie doznaliśmy jakichkolwiek krzywd. Ich państwo, którego granice wyznaczył już dawno rozwiązany Związek Radziecki, obejmuje również nacje, z którymi nie mamy złej przeszłości, a ich stosunek do Polski i Polaków był i jest neutralny ze wskazaniem w stronę przychylnego; dajmy przykład Zakarpatczyków, którzy od wieków żyli w sąsiedztwie z Rumunami, Węgrami i Cyganami a nawet osadnikami niemieckojęzycznymi, i nie przychodziło im do głowy „oczyszczać” siekierami swojej ziemi z tzw. obcoplemieńców.

Myślę tu o politykach wywodzących się z byłych ziem II RP, czyli dawnych województw Wołynia i Galicji Wschodniej. Czyli dla większości tzw. Zachidników, dla których Bandera jest bohaterem narodowym a UPA i UON (i ich „bohaterowie”) to część rzeczywistego panteonu narodowego. Gdyby przynajmniej milczeli na temat popełnionych przez ich przodków zbrodni, czekali zapomnienia („czas leczy rany”, jeśli tego chcemy i nie będziemy rozpamiętywać) kierując się zasadą ciszej nad tą trumną (trumnami), bo przecież „mamy się czego wstydzić”.

W ten sposób chciano przemilczeć złą przeszłość w okresie radzieckim czekając na amnezję w imię lepszej przyszłości. Po 1991 r., w niepodległej już Ukrainie, w istotnej części zaprzepaszczono wspólnotę zapomnienia, chętnie budowano kult autorów masowego ludobójstwa, którzy mają na sumieniu wymordowanie pod okupacją niemiecką 1941-1944 setki tysięcy (ilu dokładnie? do dziś nie wiadomo) obywateli II RP: najpierw Żydów i Cyganów a później Lachów a nawet nielicznych osadników czeskich. Mordy były masowe, niewyobrażalne w swym okrucieństwie nawet jak na wzorce niemieckie i – co najgorsze – „spontaniczne”, z masowym udziałem tzw. zwykłych ludzi. Tu nie ma miejsca na relatywizowanie i symetryzm.

Nie zapomnimy i raczej nie wybaczymy, chyba że władza tego państwa jednoznacznie i bez reszty potępiłaby bezpośrednich morderców, ich przywódców oraz usunęłaby z przestrzeni publicznej ich imiona i podobizny, Czy powinna odbyć się współczesna NORYMBERGA nad sprawcami ludobójstwa? Czy powinno się udowodnić IM winę w formalnym procesie karnym? A dlaczego nie? Powinna powstać lista ofiar, nie tylko rzezi wołyńskiej ale również galicyjskiej. Ich imiona i nazwiska powinny być uwiecznione w publicznym miejscu u nas i na Ukrainie. Ekshumacja i pochówek ich kości jest czymś oczywistym.

W centrum Warszawy powinien powstać pomnik ofiar ludobójstwa, obejmujący m.in. zaktualizowaną listę ofiar. To przecież byli MĘCZENNICY POLSKOŚCI.

Prof. Witold Modzelewski

Myśl Polska, nr 29-30 (19-26.07.2026)

NAGRANIE: Pracownica z Brochowa przełamuje milczenie w/s Gizeli

NAGRANIE: Pracownica z Brochowa przełamuje milczenie w/s Gizeli

Od:

Kaja Godek – Fundacja Życie i Rodzina


Jeśli wiadomość nie wyświetla się poprawnie, należy skorzystać z linku – wersja przeglądarkowa

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Dyrektor szpitala na wrocławskim Brochowie Magdalena Puziewicz-Karpiak wypowiedziała się dla „Gazety Wyborczej” na temat zatrudnienia Gizeli Jagielskiej. Twierdzi, że to nieprawda, że personel nie chce pracować z niesławną ginekolog. Zaprzecza też, jakoby miała w planach zdusić bunt na pokładzie szpitala.

Tymczasem Fundacja Życie i Rodzina dotarła do pracowników szpitala i pozyskała wypowiedź z pierwszej ręki. Zaniepokojona pracownica placówki mówi nam, że w szpitalu ludzie są przerażeni, bo doskonale wiedzą, co ich czeka podczas współpracy ze znaną aborterką.

Proszę posłuchać tego nagrania.

Robicie dobre rzeczy – wspieram.

Wspieram

Dyrektor szpitala po prostu nie mówi prawdy. Ale pracownicy „Brochowa” nie są sami. We wtorek pod szpitalem zebrało się przeszło 200 osób – na Publicznym Różańcu o zatrzymanie aborcji i donośnym proteście przeciw tworzeniu w tej placówce największego abortorium w Polsce.

Były wystąpienia, modlitwa i masowe podpisywanie petycji o odebranie Gizeli Jagielskiej prawa wykonywania zawodu lekarza. Ginekolog, która zabija poczęte dzieci zastrzykiem dosercowym i uważa, że życie zaczyna się po porodzie – powinna zająć się inną pracą zamiast kreować się na medyka. To elementarna sprawiedliwość wobec pacjentów, którzy są już na tym świecie, choć jeszcze w łonach swoich matek.

We wtorek we Wrocławiu byłam poruszona tym, jak wiele osób wstawia się za nienarodzonymi dziećmi. Szczególne wrażenie zrobił na mnie widok młodych rodzin z maluchami w wózkach oraz matek w ciąży. Jedna z nich – Pani Paulina, pacjentka tego szpitala – podzieliła się swoim doświadczeniem związanym z poszukiwaniem miejsca, aby w dobrych warunkach urodzić swoje dzieciątko.

Kiedyś chciała w Oleśnicy, ale tam praktykowała aborcję Gizela. Teraz planowała na Brochowie, ale i tu prawdopodobnie niedługo spotka aborterkę. Proszę zobaczyć, co mówiła – w takiej sytuacji są obecnie ciężarne mamy we Wrocławiu:

Szanowny Panie,

Nie zostawiamy tej sprawy. Kolejny Publiczny Różaniec pod szpitalem im Falkiewicza we Wrocławiu w niedzielę 16 sierpnia o 17:00. Już teraz zapraszam Pana – jeśli tylko może Pan wtedy być na miejscu.

Fundacja Życie i Rodzina zajmuje się sprawą kompleksowo. Oprócz modlitwy, pokazywania prawdy o aborcji, edukacji i petycji – podejmujemy także działania prawne. Jeszcze w tym tygodniu na ręce dyrekcji szpitala trafią liczne wnioski o informację publiczną w sprawie planowanego przetargu na stanowisko, które ma zająć Gizela Jagielska oraz w innych sprawach, które mogą mieć związek z przekształcaniem szpitalnej porodówki w abortorium.

Te działania generują obecnie koszty – logistyczne, prawne i inne. Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o wsparcie naszej pracy w chwili, gdy musimy stawiać czoła na froncie, na którym sytuacja wszystkich zaskoczyła.

Aby sensownie zaplanować działania na najbliższy czas muszę w tej chwili zebrać co najmniej 10 000 złotych, czyli znaleźć 100 osób, które wpłacą po 100 złotych lub więcej.

Czy może Pan być jedną z tych osób? Bardzo o to proszę.

Dane do wpłat:

Fundacja Życie i Rodzina

Numer konta:

47 1160 2202 0000 0004 7838 2230

Kod SWIFT dla przelewów transgranicznych: BIGBPLPW

Blik/płatności kartami/szybkie przelewy online:

www.RatujZycie.pl/wesprzyj

tytułem: GIZELA

Z góry dziękuję Panu za pomoc finansową – jest ona bardzo potrzebna, bo w środku wakacji znaleźliśmy się w zupełnie nowej sytuacji.

Czekam na Pańską pomoc i… DZIAŁAMY.

Z wyrazami szacunku,

Kaja Godek
Kaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Likwidacja porodówek, zamiana tych, które jeszcze istnieją, w miejsca kaźni – to polityka obecnej władzy.

Proszę o wsparcie, abyśmy mogli bronić dzieci na Brochowie przed bezduszną aborterką.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

MEM-y wojenne

——————————————

————————————–

———————————–

—————————————————-

——————————————————————

——————————


===============================================

Pro domo sua:

—————————-

————————————————–

Fikcyjna nauka za realne pieniądze

Fikcyjna nauka za realne pieniądze

22. lipca 2026 Marek Wojcik world-scam/fikcyjna-nauka-za-realne-pieniadze

Pewnie słyszałeś już, jak ktoś kończył kłótnię słowami: „Z najnowszych badań wynika, że…”. Jakby to rozstrzygało sprawę. Tak nie jest. Niektóre z najostrzejszych ostrzeżeń dotyczących publikowanych badań medycznych nie pochodziły od osób z zewnątrz ani od dziwaków. Pochodziły one od redaktorów czołowych czasopism na świecie — ludzi, którzy stworzyli ten system i doskonale wiedzą, gdzie są w nim luki.

Ten cytat pochodzi z opisu filmu na YouTube:

Naukowcy, którzy nie ufają nauce.
W filmie udostępniono polską ścieżkę dźwiękową.

Również naukowcy muszą spłacać kredyty. Moralność? Czy moralność może pokryć te raty? Z pewnością nie może i dlatego mamy korupcję. Jak długo są chętni do finansowania fałszu, tak długo dyspozycyjni „uczeni” będą spełniać ich najbardziej niedorzeczne życzenia.

Kiedy ci sami ludzie na szczycie instytucji strzegących dostępu – ci, którzy decydują, co uznaje się za „uznaną naukę”, zanim lekarze, organy regulacyjne i dziennikarze się na niej opierają – publicznie kwestionują swój własny system, nie jest to jedynie przypis.

To prawdziwy przekaz, który gubi się w krótkim, viralowym klipie: nie to, że „wszystko jest kłamstwem”, ale to, że te same instytucje, uważane zbiorowo za ostatecznych arbitrów w walce z dezinformacją w medycynie, publicznie przyznają, że nie są już w stanie rzetelnie wypełniać swojej funkcji nadzorczej.

Cytat z niedzielnego artykułu na tkp.at: Kupiona nauka: „Gdziekolwiek szukaliśmy korupcji, tam ją znaleźliśmy”. Emily Kaplan. Źródło.

Żyjemy w trudnych czasach – w czasach upadku wszelkich autorytetów. Ludzie, którzy nie potrzebują żadnego dowodu, by uwierzyć w kłamstwo, wymagają nieskończonej ilości dowodów, by zaakceptować prawdę.

Sceptycyzm – to zdrowe podejście, szczególnie gdy wokół dominuje obłuda. W czasach jedynie słusznej choroby angażowano sportowców, artystów i pisarzy, by reklamowali „środki zaradcze”, które nie potrzebowałyby żadnej kampanii reklamowej, gdyby rzeczywiście spełniały te reklamowane fałszywe obietnice.

Co jest ponad nauką?- Nauka wyższa.- A ponad nauką wyższą?- Chłopski rozum. Dzieci ufają rodzicom. Rodzice ufają lekarzom. Lekarze ufają swojemu wykształceniu. A ich edukacja należy do Rockefellerów.

„Szkoła przygotowuje dzieci do życia w świecie, który nie istnieje”.
Albert Camus.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Przepych baroku, blask renesansu vs kamień średniowiecza

Zawsze Wierni nr 6/2025 (241)

Tercjarka dominikańska

Przepych baroku, blask renesansu vs kamień średniowiecza

Przepych baroku, blask renesansu vs kamień średniowiecza

W naszych czasach, gdy sztuki piękne1 przechodzą tak ogromny kryzys, to aby przywrócić im ich uwznioślającą rolę, należałoby – zgodnie z hasłem św. Piusa X Instaurare omnia in Christo – odnowić je w Chrystusie. Wracać powoli (albo szybciej, gdyż na co czekać?) do Niego jako do Boskiego źródła sztuki panującej w epoce, która wydała wielką liczbę świętych, czyli we wczesnym średniowieczu. Ponieważ nie wszystko, co się później świeciło, jest czystym złotem.

Zwykle nie zastanawiamy się nad elementami rzeczywistości otaczającymi nas, rzec można, od zawsze. Były tu od dawna, zanim się urodziliśmy, zanim urodzili się nawet nasi pradziadowie. Zamki, pałace, dwory, kościoły… Skupmy się na tych ostatnich, a w szczególności na dziełach sztuki, które je wypełniają.

Zapewne po przeczytaniu ostatniego zdania Czytelnikowi stanął przed oczami jakiś bogato zdobiony kościół – pełen obrazów, rzeźb, witraży, złoceń i pięknych lamp. Być może wielu katolików, zachwycając się dawniejszymi dziełami, przygląda się im z wielkim zainteresowaniem, chce je dogłębnie poznawać, zapamiętywać szczegół po szczególe, a będąc przejazdem w nowym dla siebie kościele, utrwala je pamiątkowo na zdjęciach. Ja również kierowałam się podobnymi ideami. Ale gloryfikowany był tylko warsztat artysty, nic więcej.

Jednak tu nie o kształty i gusty chodzi, ale o kwestię pewnych zasad. Zastanówmy się nad niewywołującą „achów i ochów” prostotą sztuki preromańskiej i romańskiej. Ich schematyczność w zupełności wystarcza każdej duszy szukającej Boga w kontemplacji2. Można ją porównać z prostym jedzeniem, a jakiś renesansowy obraz czy późnogotycki ołtarz z coraz wykwintniejszym daniem. Gdy jest tego za dużo – tego wykwintnego, sytego stołu – do czego to prowadzi? Uwaga z łatwością odwraca się od Boga, a zapatrywania stają się coraz bardziej przyziemne, skierowane na… geniusz człowieka. I tak, oczywiście, możemy tłumaczyć, że ten oto talent artysta otrzymał od Stwórcy, a także że trzeba Bogu wszystko jak najpiękniejsze oddawać. Tylko że to pierwsze z trudem nakierowuje i utrzymuje ludzką myśl przy Bogu, a to drugie, cóż, nie Pana Boga, ale nas bardziej interesuje, a ostatecznie, jeśli za bardzo się na tym pięknie skupimy, ta myśl, która miała bez rozproszeń trwać kontemplacyjnie przy Zbawicielu, odleci w dowolnej chwili, gdy zapatrzymy się np. na rozfalowanie barokowych ołtarzy.

Jedno trzeba zaznaczyć i wyważyć: współczesna słaba kondycja katolickiego ducha może bardzo potrzebować tych „artystycznych wspomagaczy”, pomimo że niejednokrotnie stanowią podłoże dla humanistycznych, horyzontalnych zapatrywań. Z jednej strony kierują myśli ku rzeczywistości nadprzyrodzonej, bo już nawet najogólniejszy rzut oka na wystrój świątyni sprawia, że wiemy, iż jesteśmy zanurzeni w sferze sacrum, że stoimy w przedsieniach nieba, ale z drugiej łatwo od tej rzeczywistości mogą odrywać, jeśli pozwolimy naszej uwadze skupić się na ich szczegółach.

Kościół jest nieomylny. Jeśli dopuścił któreś z kierunków artystycznych do swoich ziemskich wnętrz, to znaczy, że stały za tym jakieś poważne racje. Hipotetycznie wobec powyższego można się zastanowić – jako że Bóg nikomu pragnącemu nie skąpi swej łaski, ale także ujmuje jej, gdy człowiek po wielokroć wybiera miłość własną – czy to aby nie ten stygnący duch chrześcijan spowodował, że Pan Bóg wobec słabnącej gorliwości dozwolił pojawiać się coraz mocniej działającym na zmysły dziełom, aby równocześnie za ich pomocą przypominać o swoim istnieniu, o pięknej i przebogatej rzeczywistości nadprzyrodzonej, o wieczności. Z wieku na wiek katolicy coraz mniej byli zdolni (czy może raczej mniej chętni) do kontemplowania tych prawd, obraz nadprzyrodzoności w ich intelekcie stopniowo się zacierał na rzecz obrazów tego świata i samych ludzi – wokół czego w renesansie krążyły myśli ludzkie, dobitnie odzwierciedla tematyka malarstwa tamtego okresu3

Tak jak w głębokim średniowieczu cała sztuka i literatura opiewały rzeczywistość Boską, tak w późniejszych stuleciach zainteresowania twórców sztuki wmieszały do niej motywy świeckie, aż ostatecznie – co obserwujemy dziś – Stwórcę Wszechświata wyrugowano z ludzkiej myśli, tematyka biblijna jest gdzieś na szarym końcu, a dzieła i „dzieła” ukazują wszystko inne, tylko nie historię zbawienia. Warto przy okazji zauważyć, że z jednej strony (nomen omen) pyszne wytwory baroku odzwierciedlają klimat tamtej epoki4, a równocześnie z drugiej wykorzystywał je Bóg do bardziej dosadnego, fizycznego już zwrócenia uwagi na sprawy niebieskie. Barok jest „głośny” w swym wyrazie, ale jest to też wyraźne nawoływanie Boga skierowane do gubiącego się coraz bardziej człowieka. I to nie tylko katolika. Trzeba pamiętać, że sztuka barokowa użyta w kościołach stanowiła kontrast w stosunku do pustych, białych ścian w zborach protestanckich, a więc była to także akcja kontrreformacyjna.

Mówi się czasem, że piękny wystrój kościoła budzi w człowieku miłość do Pana Boga. Czy to możliwe, żeby piękno wytworów ludzkiej kultury miało być fundamentem teologicznej cnoty miłości? Może to być wprawdzie jakaś pierwsza fascynacja – na początek dobre i to – ale zmysłowy wzrok świadomego katolika musi stopniowo ustępować miejsca oku intelektu, widzącemu rzeczy w głębszej i rozleglejszej perspektywie, obserwującemu nadprzyrodzony sens otaczającej rzeczywistości.

W renesansie zaczęło się podpisywanie przez autorów ich dzieł, czego pobożne średniowiecze unikało, a w baroku nagle nawet ich oświetlenie stało się bardzo ważne. Gdyby trend stopniowego przez wieki czynienia piękna coraz bardziej finezyjnym sam z siebie był owocny, to ludzkość nie doszłaby do tego upadku, którego doświadczamy dziś – ale jako żywo widać, że sztuka wizualna nie przełożyła się na wzrost liczby kontemplatyków. Jest jasne dlaczego: przecież nie od zmysłowego oglądania, ale od intelektualnego poznania5 zależą zachwyt nad Bogiem i miłość do Niego.

(Osobiste spostrzeżenie, proszę je sprawdzić na sobie). Gdy oglądam obrazy i rzeźby w kościele, to je kontempluję, przyglądam się im bardzo szczegółowo, ale zapewniam, że nie kontempluję wtedy Boga. Skupiam się na zdolnościach artysty, podziwiam, jak kiedyś potrafiono hojnie oddawać swoje zdolności na służbę Najwyższemu6. Aby móc wreszcie skoncentrować myśli na Bogu, muszę zamknąć oczy. Wnętrza preromańskie i romańskie ze swoim skromniejszym zdobnictwem nie przeszkadzały w modlitewnym skupieniu.

Na pewno doceniam renesansowe i barokowe wspaniałości oraz rozumiem, że są one dziś potrzebne coraz mniej uduchowionemu człowiekowi. Bogactwo i nagromadzenie przywodzą na myśl wspaniałość nieba: to kapiące złoto, wytworne ramy, mnogość przedstawionych świętych – tak, to odblask stwórczej mocy Boga przebijający w zdolnościach manualnych artysty. Ale gdy się okazało, że już nawet to artystyczne „niebo na ziemi”, doczesne przedstawienie niebiańskiego blasku chwały nie pomaga, by ludzie zwrócili się do Stwórcy, a odwrócili od potrzeb barokowego świata zmysłów, to już Pan Bóg „dał sobie spokój” i na tym apogeum twórczości poprzestał, nie kontynuując rozwoju sztuk, ale raczej je dewoluując. Rokoko przypomina zakończenie jakiejś wybujałej przy końcu symfonii, po czym następuje nagłe urwanie. Tylko echo jeszcze niesie refrenem ostatnią nutę (klasycyzm), ale i ona w końcu przestaje być słyszalna. Nie ma już żadnej muzyki.

Barok można podziwiać za cierpliwość w tworzeniu entej kościelnej ozdoby. Najważniejsze było natworzyć ich całe mnóstwo, poutykać je w każdym wolnym miejscu… Ale uwaga, aby w podziwie nad tym pięknem zamiast skupić się na Bogu kolekcjonersko nie zacząć się rozglądać: „Co my tu jeszcze mamy? Ile sztuk aniołów widnieje w tym ołtarzu? Czy już wszystko zobaczyłem?”. Zauważmy mimochodem, jak w wielkim kontraście do sztuki średniowiecznej w baroku nie ma zahamowań przed ukazywaniem nagich kupidynków7.

Średniowieczne malarstwo natomiast jest bardziej schematyczne, pozostawiające wiele przestrzeni na czystą myśl o Bogu, która za Jego łaską jest prowadzona właściwymi ścieżkami, na pogłębioną medytację intelektualną, na rozumową analizę użytej symboliki – w przeciwieństwie do bardziej wysublimowanej sztuki późniejszej, w której zaczynają grać rolę efektowne zabiegi artystyczne i wywołane uczucia, a umysł skłania się raczej do analizy kształtów i barw, występuje zaskoczenie malarstwem iluzorycznym, mogą nawet pojawić się pytania typu: „Ile to wszystko mogło kosztować?”. W oczywisty sposób stanowi to przeszkodę w skupieniu; od medytacji, stającej się siłą rzeczy powierzchowną, odciągają nas wrażenia estetyczne.

Postawmy poważne pytanie: Czy kiedykolwiek duch chrześcijański podniesie się jeszcze na wybitny poziom wczesnego średniowiecza? – tego zapatrzonego w Stworzyciela nieba i ziemi oraz niepotrzebującego artystycznych przypominajek, że w świątyni klęczymy w Jego jak najbardziej rzeczywistej obecności.

Aby tak się stało, trzeba najpierw się zachwycić średniowieczem, odkłamać wszystko, czym do tej pory zostaliśmy na jego temat od szkolnych lat zindoktrynowani, i w rezultacie powrócić do stylu okołoromańskiego, aby wyciszyć zmysły, a myślom pomóc obrać możliwie najbardziej wertykalny kierunek. Notabene wczesnośredniowieczne świątynie przypominały oddzieloną od świata grubym murem, rozbudowaną celę. To budowle o surowym, ascetycznym, obronnym wyglądzie – jest w tym ukryta głęboka symbolika.

Jako laik może i na sztuce się nie znam, a moje refleksje są zupełnie błędne. A może jednak… przyjmuję właśnie rolę dziecka mówiącego w swej szczerości, że król jest nagi, podczas gdy wieki tłumów zachwycających się sztuką różnych stylów nie zwróciły uwagi na to, że te najbardziej dziś cenione – z punktu widzenia eschatologicznego są cokolwiek zdradliwe, mając potencjał odwodzić myśli od tego, co najistotniejsze. Niedobrze by świadczyło, gdyby badacze i krytycy sztuki, zdając sobie sprawę z problemu, przemilczeli go.

Dziwi mnie to, że skoro we wczesnym średniowieczu tak wielu się uświęcało, to jednak – zgodnie z powiedzeniem „Lepsze jest wrogiem dobrego” – zamiast utrzymać ten dobry kurs czy też pozostać w tej oazie, katolicy poszli gdzie indziej. Jaki z tego wniosek? Gdy osiąga się zadowalające rezultaty, to tak trzymać i raczej nic nie zmieniać. Lecz trzeba pamiętać, że utrzymanie takiego stanu łączy się z wielkoskalową, zorganizowaną czujnością, rodzajem „zbiorowego sumienia”. Tę sytuację można porównać do przeciwdziałania działającemu bezustannie zjawisku entropii lub ostrożności wobec lwa krążącego i wypatrującego, kogo by pożreć. O ustalony porządek trzeba byłoby bardzo dbać, trzymając najpierw siebie, a potem jego w ryzach.

Choć nie mamy dostępu do pradawnych świątyń preromańskich i romańskich, postarajmy się pracować nad nieustannym skupieniem myśli na Bogu. A kto wie… być może w rezultacie dobry Ojciec natchnie architektów i artystów, aby wrócili do tego najpomocniejszego ze stylów w dążeniu do osiągnięcia zjednoczenia z Bogiem.

Przypisy

  1. Czy są to wciąż sztuki piękne? Piękno w klasycznym ujęciu nieodłącznie wiąże się z prawdą i dobrem. Rzecz naprawdę piękna jest taka, ponieważ jest dobra i zarazem prawdziwa. Z kolei antropologiczna prawda głosi, że człowiek jest całkowicie zależny od Stwórcy. Zatem jeśli ludzka twórczość koncentruje się na człowieku i świecie, to odwraca oko jego intelektu od Boga. A więc taka, niegłosząca podstawowej prawdy, sztuka nie jest piękna, a tego przymiotnika można w stosunku do niej używać tylko w potocznym znaczeniu: czegoś, co sprawia przyjemność zmysłowi wzroku.
  2. Nawet w późniejszych wiekach kościoły zakonów kontemplacyjnych pozostawały surowe – rzecz w tym, że dla wyrobionych duchowo ludzi nie trzeba aż tylu dzieł sztuki w świątyni. Ale generalnie sztuka romańska, patrząc statystycznie, nie była aż tak bogata w zdobienia i detale jak te późniejsze. Owszem – malowidła ścienne istniały; dziś ich już prawie nie możemy zobaczyć z racji nietrwałej techniki, dzięki której powstawały – przyp. red.
  3. To kontemplacja nadaje wszystkiemu sens. Odejście od niej powoduje, że chrześcijańska sztuka w ogóle umiera – przyp. red.
  4. Trudno uwierzyć, by gorliwość i pobożność w czasach baroku były tak powszechne wśród artystów i na takim poziomie jak w średniowieczu. Wystarczy przewertować ciekawą książkę Krystyny Bockenheim Przy polskim stole, w której autorka opisuje wzrost kultu zmysłu smaku. A dodatkowo: Z. Kuchowicz, Obyczaje staropolskie XVII i XVIII wieku, Wyd. Łódzkie 1975, s. 11–80.
  5. A fundamentem tego jest codzienna lektura duchowa i doktrynalna.
  6. Lecz mam jednocześnie wrażenie, że ta hojność była zanieczyszczona chęcią popisania się posiadanymi talentami.
  7. Nie mówiąc już o tym, jaki „piękny, misterny” bezwstyd tworzy się w tym samym czasie poza murami kościołów w sztuce świeckiej.

Zapierający dech w piersiach upadek klimatycznego oszustwa

Zaskakujący upadek oszustwa klimatycznego – udokumentowany

Autorstwa Jamesa Corbetta

Dla wszystkich, którzy uważnie śledzili wydarzenia, zapierający dech w piersiach upadek klimatycznego oszustwa w zeszłym roku był imponującym widowiskiem.

Najpierw była klapa COP.

Następnie Stany Zjednoczone wycofały się z Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC).

Judith Curry zamknęła wtedy swojego bloga i oświadczyła: „Czas ogłosić zwycięstwo nad głupotą klimatyczną i iść naprzód”.

Następnie The Guardian opublikował artykuł, w którym ubolewano, że mniej niż 5% brytyjskich mediów wykorzystało ostatnią falę upałów w Europie jako pretekst do szerzenia propagandy „zerowej emisji netto”.

A teraz nawet „New York Times” wywiesza białą flagę w opowieści o klimatycznym Armagedonie… no cóż, w pewnym sensie.

Co więc, u licha, tu się dzieje? Jak to się stało, że przeszliśmy ze świata, w którym apokalipsa klimatyczna była przedstawiana jako egzystencjalne zagrożenie dla życia na Ziemi i ogłaszana codziennie w wiadomościach, do świata, w którym zmiana klimatu w ogóle nie pojawia się już na radarach?

Dowiedzmy się.

Nierozstrzygnięte kwestie naukowe: koniec RCP 8.5

Każdy, kto badał oszustwo klimatyczne, zna długą listę naukowych oszustw, błędów merytorycznych i manipulacji, na których opiera się rzekomo „niepodważalna nauka” o katastrofalnym antropogenicznym globalnym ociepleniu.

Wiedzą na przykład, że zapisy temperatur były systematycznie manipulowane, aby przedstawić przeszłość jako stale chłodniejszą, a teraźniejszość jako cieplejszą, tworząc w ten sposób fałszywe wrażenie szybkiego wzrostu temperatur.

Znasz też różne sztuczki statystyczne, stosowane po to, by łatwowierna opinia publiczna uwierzyła w fałszywą narrację o zbliżającej się katastrofie klimatycznej.

A wiecie, że afera „Climategate” ujawniła wiele szczegółów na temat rzeczywistych metod pracy naukowców zajmujących się klimatem i pokazała, do jakiego stopnia są oni skłonni kłamać, oszukiwać i zniesławiać, aby ukryć sprzeczne dowody w zapisach naukowych – pomimo wysiłków osób ujawniających aferę „Climategate”, aby ukryć ten skandal.

I zdasz sobie sprawę, że „średnia globalna temperatura” to nie faktycznie zmierzona temperatura, ale obliczona liczba skompilowana z różnych zbiorów danych o wątpliwej jakości.

Jednak o czym być może nie wiecie, jeśli nie śledzicie uważnie najnowszych wydarzeń związanych z oszustwem klimatycznym, to fakt, że IPCC oficjalnie porzuciło RCP 8.5.

Dla tych, którzy znają się na tych sprawach, nie trzeba nic więcej dodawać. Jednak większość ludzi nie będzie miała pojęcia, co to wszystko znaczy. Pozwólcie, że wyjaśnię.

IPCC to oczywiście Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu, organ ONZ, którego misją jest „dostarczanie rządom wszystkich szczebli informacji naukowych, aby pomóc im w opracowywaniu polityki klimatycznej”. Co sześć lub siedem lat publikuje „raport oceniający” podsumowujący kluczowe ustalenia opublikowanej literatury naukowej z zakresu klimatologii. Raporty te są oczywiście traktowane bardzo poważnie przez media głównego nurtu i wykorzystywane przez polityków do uzasadniania wszelkiego rodzaju drakońskich środków „zerowej emisji netto” i tyranii „Zielonego Nowego Ładu”.

Słuchacze „The Corbett Report” wiedzą, że IPCC to oszustwo, że jego raporty oceniające to po prostu puste słowa i że cały proces IPCC był manipulowany od samego początku.

Wiedzą na przykład, że jego „Podsumowanie dla decydentów” – dokument o charakterze wyraźnie politycznym, służący uzasadnieniu różnych działań w zakresie polityki klimatycznej – jest dokumentem negocjowanym, a nie oceną naukową. W rzeczywistości raport naukowy jest przepisywany dopiero po wynegocjowaniu „Podsumowania dla decydentów”, aby zapewnić zgodność ustaleń naukowych z decyzjami dyplomatów.

Jednym z filarów propagandy pesymizmu klimatycznego IPCC są scenariusze RCP (Reprezentatywne Ścieżki Stężeń) – seria modeli prognozujących, jak stężenie gazów cieplarnianych w atmosferze może wzrosnąć w ciągu następnego stulecia.

Te „ścieżki” przedstawiają różne scenariusze w zależności od tego, w jakim stopniu kraje ograniczą emisje gazów cieplarnianych i wdrożą środki mające na celu wprowadzenie odnawialnych i tzw. „zielonej” energii. Obejmują one od RCP 1.9 – ścieżki, która „ma na celu ograniczenie ocieplenia do poziomu znacznie poniżej 1,5°C, co jest celem Porozumienia Paryskiego” – do RCP 8.5 – ścieżki, która przewiduje „niemal monotonny wzrost emisji do 2100 roku”. RCP 8.5 jest często używany jako „scenariusz najgorszego przypadku” i ma zilustrować, co się stanie, jeśli ludzkość będzie podążać obecną ścieżką – tj. jeśli produkcja gazów cieplarnianych będzie nadal przekraczać 1,5°C. tzn. co się stanie, jeśli nie zaczniemy poświęcać całej cywilizacji rozgniewanym bogom pogody.

Następnie wartości te wykorzystuje się do przewidywania przyszłych globalnych temperatur powierzchni Ziemi.

Innymi słowy, RCP 8.5 to model, na który zawsze powołują się straszyciele, gdy chcą przedstawić przyszłą mapę temperatur w ognistej czerwieni.

Oczywiście, sam proces generowania prognoz temperatury na podstawie tych modeli jest swego rodzaju sztuczką. Opiera się on na wartości zwanej „równowagową wrażliwością klimatu” (ECS), która szacuje długoterminową reakcję ocieplenia na podwojenie stężenia CO₂ w atmosferze.
Jednak nawet IPCC przyznaje, że ECS jest całkowicie arbitralne: „Najlepszego oszacowania równowagowej wrażliwości klimatu nie można obecnie podać, ponieważ nie ma konsensusu co do wartości w różnych ocenianych łańcuchach dowodów i badań”. A zatem: śmieci na wejściu (ECS), śmieci na wyjściu (prognozy temperatury).[shit in – shit out md]

Abstrahując jednak od tego, w jaki sposób modele te przekładają się na szacunki przyszłych temperatur: same modele są wysoce wątpliwe!

„Najgorszy scenariusz” modelu RCP-8.5 jest dyskutowany od lat, a krytycy wskazują, że ten nierealistyczny, fantastyczny scenariusz zawiera całkowicie nieprawdopodobne założenia. Przewiduje on nawet, że ludzkość spali pięć razy więcej węgla w ciągu najbliższego stulecia niż wynosi obecnie znany stan zasobów na całej planecie.

No cóż, krytycy paniki związanej z RCP-8.5 mieli rację!

W kwietniu Geoscientific Model Development opublikował artykuł „The Scenario Model Intercomparison Project for CMIP7 (ScenarioMIP-CMIP7)” na temat prób modelowych przyczyniających się do rozwoju Coupled Model Intercomparison Project (CMIP). Ten wspólny projekt od ponad trzech dekad opracowuje porównania modeli klimatycznych, a jego prace stanowią podstawę prognoz klimatycznych IPCC. Ta nowa publikacja dotyczy prac nad CMIP7, najnowszej fazy tego trwającego projektu, i stwierdza – co kluczowe – że RCP 8.5 stał się „nieprawdopodobny” ze względu na zmiany w polityce klimatycznej i ostatnie trendy emisji.

Teraz pojawiła się o wiele bardziej szczegółowa analiza tej publikacji i jej implikacji (CERES-Science udostępnia ją tutaj), ale w skrócie: RCP 8.5 – model, który był cytowany w tysiącach badań klimatycznych jako najbardziej realistyczna prognoza tego, co stanie się z klimatem Ziemi, jeśli nie połkniemy szalonej pigułki „zerowej emisji netto” – nie będzie już uwzględniany w kolejnym raporcie oceniającym IPCC.

Znaczenia tego wydarzenia nie można przecenić. IPCC i jego siejący strach sojusznicy nie będą już mogli posługiwać się swoim modelem „business-as-usual” do „przewidywania” całkowicie niewiarygodnych scenariuszy katastrofy klimatycznej i wprowadzania w błąd opinii publicznej, by akceptowała coraz bardziej drakońskie, hamujące rozwój cywilizacji środki w imię uniknięcia całkowicie wyimaginowanej katastrofy.

Oczywiście, propagandziści kultu klimatycznego interweniowali, aby ograniczyć szkody w tej sprawie.

Przykładowo „New York Times” chciałby, abyś uwierzył, że „globalne ocieplenie nadal stanowi zagrożenie”, ale jednocześnie przyznaje, że „decyzja o odrzuceniu najgorszego scenariusza rodzi pytania, czy niektóre ryzyka nie zostały przeszacowane”.

A w programie Vox Bryan Walsh niemal na moment uświadamia sobie, że przyznaje: „Nie zawsze wiedziałem – i nie zawsze to przekazywałem – że scenariusz kryjący się za najbardziej apokaliptycznymi, przyciągającymi uwagę odkryciami był w dużej mierze próbą wyobrażenia sobie, jak źle może się potoczyć sytuacja, a nie faktyczną prognozą”. Pomijając jednak całkowitą ignorancję w swojej dziedzinie, Walsh chętnie zapewnia czytelników, że „nawet jeśli udało nam się zapobiec katastrofie, wciąż mamy wiele do zrobienia, aby zapewnić bezpieczniejszą przyszłość”. (Źródło: Trust Me, Dude!)

Ale tu właśnie tkwi sedno sprawy – sedno, które Walsh niemal pojął w chwili olśnienia: nigdy nie chodziło o naukę. Nawet dziennikarze klimatyczni, których jedynym zadaniem było wyjaśnianie tej wiedzy opinii publicznej, tak naprawdę nie znali podstaw naukowych, o których pisali. A gdyby zapytać tysiąc aktywistów klimatycznych, mielibyście szczęście, gdybyście znaleźli choć jednego, który potrafiłby wyjaśnić, czym jest ECS lub co oznacza RCP 8.5.

Nie, nie chodzi tu o naukę. Chodzi o opowiadanie historii.

A najbardziej znacząca zmiana zachodzi na poziomie narracji.

Punkt zwrotny ducha czasu

Era przesadnego alarmizmu klimatycznego rozpoczęła się na dobre w Dniu Ziemi w 1990 roku, w 20. rocznicę sponsorowanego przez ONZ święta „Dnia Ziemi”, ustanowionego w 1970 roku. Pierwotnie zaproponowany w 1969 roku jako „dzień czci Ziemi i idei pokoju”, w 1990 roku Dzień Ziemi stał się pretekstem dla gwiazd Hollywood, takich jak Robin Williams, Christopher Lloyd, Bill Cosby, Candace Bergen i Kermit Żaba, do prowadzenia godzinnych programów propagandowych w telewizji, w których wygłaszali neofeudalnym chłopom wykłady na temat tego, jak ogrzewanie domów i dojazdy do pracy zanieczyszczają Ziemię i rozgniewały bogów pogody.

Ta kampania propagandowa była częścią przygotowań do Szczytu Ziemi Maurice’a Stronga w 1992 roku, który, jak wiedzą reporterzy Corbetta, dał początek Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu (UNFCCC) i całej polityce klimatycznej ONZ. UNFCCC stała się swego rodzaju „samo-oblizującym się rożkiem lodów” dla zwolenników klimatu, zapewniając im miejsce spotkań, gdzie mogli roztrząsać najnowsze katastroficzne oświadczenia IPCC i wydawać coraz bardziej złowieszcze ostrzeżenia przed całkowitym wyginięciem planety – chyba że politycy przekażą całą władzę ONZ i przyjmą program „zera netto” (a może „zera absolutnego”?).

Innymi słowy, wszyscy poniżej 50. roku życia spędzili całe swoje świadome życie w cieniu tej kampanii propagandowej. Słyszą te katastroficzne przepowiednie od tak dawna, że ​​trudno im sobie wyobrazić, że jakaś rozpieszczona gwiazda Hollywood czy oderwany od rzeczywistości polityk nie skarci ich za korzystanie z klimatyzacji albo nie zastraszy za lot komercyjny na rodzinne wakacje.

Ale na wypadek, gdybyście nie zauważyli: społeczeństwo stopniowo przestało słuchać nieustannego bełkotu alarmistów ostrzegających przed „kryzysem klimatycznym”. Zamiast tego, w końcu zaczęło kwestionować rzekomo „niepodważalną naukę”, która próbuje przekonać społeczeństwo, że zwierzęta domowe i dzieci szkodzą planecie.

Pierwszy sygnał odrzucenia histerii klimatycznej pojawił się po inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku, kiedy koniec dwudziestoletniego planu Niemiec dotyczącego wycofywania energii jądrowej zbiegł się z poważnymi zakłóceniami w dostawach LNG z Rosji, wywołując kryzys energetyczny. Ludzie w całej Europie i na całym świecie byli świadkami trudnej sytuacji Niemiec i dostrzegli realne konsekwencje ich polityki „zielonej energii”: ubóstwo energetyczne.

Od tego momentu samozwańczy orędownicy celów zerowej emisji netto musieli stawić czoła trudnej walce z coraz bardziej sceptycznym nastawieniem opinii publicznej. W ubiegłym roku doszło do zaskakującego upadku „Net-Zero Banking Alliance” w obliczu ogromnego sprzeciwu społecznego, strategicznego wycofania się BlackRock z inwestycji ESG oraz początku upadku UNFCCC i IPCC.

A teraz, jak wspomniałem we wstępie do dzisiejszego artykułu wstępnego, nawet najbardziej zagorzali obrońcy klimatycznego oszustwa w mediach głównego nurtu – „The New York Times” i „The Guardian” – martwią się o koniec swojego oszustwa związanego z histerią klimatyczną.

W artykule „Demokraci kiedyś przysięgali, że powstrzymają ropę i gaz. Teraz nie są już tacy pewni”, media establishmentu w „New York Timesie” donoszą, że nawet główny nurt polityków Demokratów w USA unika obecnie polityki ery Clintona/Obamy/Bidena, która miała na celu powstrzymanie nowych projektów wiertniczych i rurociągowych dla przemysłu naftowego i gazowego.

W północno-wschodnich Stanach Zjednoczonych gubernatorzy z ramienia Partii Demokratycznej zaczęli rozważać rozbudowę gazociągów – coś, co kiedyś było nie do pomyślenia w stanach o największej świadomości klimatycznej. Nawet obrońcy klimatu w Kongresie zmienili swoją taktykę, o czym przedstawiciele Kongresu stwierdzili w ostatnich wywiadach. I choć współinicjatorzy Zielonego Nowego Ładu z 2019 roku, senator Ed Markey z Massachusetts i kongresmenka Alexandria Ocasio-Cortez z Nowego Jorku, wciąż zaciekle krytykują przemysł paliw kopalnych, rzadko teraz podkreślają swój niegdyś wpływowy plan mobilizacji amerykańskich przedsiębiorstw w walce ze zmianami klimatu.

W artykule „Większość brytyjskich relacji medialnych na temat czerwcowej fali upałów nie wspomina o kryzysie klimatycznym” coraz bardziej oderwane od rzeczywistości „instytuty prasowe” w „The Guardian” ubolewają, że ich własne próby zmiany dyskursu wokół „kryzysu klimatycznego” przyniosły odwrotny skutek. Pomimo cytowania własnego rzecznika, chwalącego „przełomowe” wysiłki dziennikarskie „The Guardian” – w tym „aktualizację naszego przewodnika stylistycznego, aby uwzględnić terminy takie jak »kryzys klimatyczny« i »globalne ocieplenie«” – skarżą się, że „większość brytyjskich relacji medialnych na temat rekordowej fali upałów w czerwcu nie wspomniała o kryzysie klimatycznym”.

Szaleństwo ery „szaleństwa globalnego ocieplenia” było najwyraźniej widoczne podczas niedawnej fali upałów w Europie, gdy francuscy politycy próbowali zrzucić winę za wzrost temperatur na amerykańskie klimatyzatory… zanim jeszcze obywatele Francji zaczęli masowo instalować klimatyzatory, aby uciec przed upałem.

Ludzie mają dość słuchania, jak bogaci politycy wmawiają im, że muszą żyć w przedindustrialnej nędzy, aby udobruchać rozgniewanych bogów pogody. Nawet jeśli nie wiedzą absolutnie nic o RCP 8.5 ani o pseudonaukowych podstawach, na których zbudowano to klimatyczne oszustwo, przeciętny obywatel jest na tyle mądry, by wiedzieć, że „uznana nauka” wcale nie jest nauką, a „eksperci”, którzy z przekonaniem głoszą, że samochody, zwierzęta domowe i klimatyzatory są przyczyną śmierci cieplnej planety, to ci sami „eksperci”, którzy mówili nam, że ludzkość zostanie zdziesiątkowana, jeśli nie będziemy nosić masek, zachowywać dwumetrowego dystansu i podwijać rękawów, by poddać się eksperymentalnym procedurom genetycznym.

Teraz, gdy czar rzucony na społeczeństwo przez szamanów klimatycznych w końcu został przełamany, pojawia się pytanie: Czy nadszedł czas, by pójść drogą Judith Curry? Czy powinniśmy wszyscy zamknąć nasze blogi o klimacie, ogłosić zwycięstwo i iść naprzód? A może z tej niezwykłej zmiany kulturowej, która zachodzi wokół nas, możemy wyciągnąć głębszą lekcję?

Nasze opinie mają znaczenie

Przede wszystkim, do wszystkich, którzy chcą się ze mną nie zgodzić, mówiąc: „No cóż, właściwie…” i mówić mi, jak naiwny jestem, wierząc, że oszustwo klimatyczne naprawdę się skończyło: proszę, nie traktujcie mnie protekcjonalnie. Prowadzę „The Corbett Report” od prawie dwudziestu lat i doskonale wiem, jak działa psychologiczna manipulacja.

Oczywiście Mark Carney i jego wspólnicy wykorzystają każdą okazję – taką jak obecne pożary lasów w Kanadzie – aby zastraszyć społeczeństwo, aby ponownie uwierzyło w apokalipsę i zaakceptowało coraz bardziej restrykcyjne cele klimatyczne w imię uspokojenia boga ognia.

Naturalnie ONZ będzie starać się uzyskać podstawę prawną do ścigania państw, które nie osiągną swoich celów klimatycznych.

Oczywiście, niektórzy przedstawiciele klasy oligarchów (na przykład Bill Gates) nie podsycają histerii klimatycznej dlatego, że nagle uświadomili sobie błędność swoich działań, ale dlatego, że chcą dostarczyć swoim monstrualnym centrom danych AI jeszcze więcej energii.

Oczywiście zwolennicy Zielonego Nowego Ładu po prostu zaczną wszystko od nowa i przeformułują swój plan zakończenia cywilizacji przemysłowej w świetle najnowszej narracji politycznej – a mianowicie problemu centrów danych AI.

Nie, oczywiście, że działania na rzecz klimatu jeszcze się nie zakończyły.

Ale równie naiwne byłoby wierzyć, że ta zmiana w opinii publicznej nie będzie miała żadnych konsekwencji. Potężni, którzy w ogóle nie powinni istnieć, nie wydali miliardów dolarów i nie poświęcili niezliczonych godzin na skrupulatną indoktrynację opinii publicznej na temat „Człowieka-Misia-Świni”, ponieważ ich opinia nie ma znaczenia. Nie zbudowali całej międzynarodowej, wielomiliardowej, zależnej od klimatu zielonej gospodarki i powiązanych z nią instytucji akademickich, mediów i organizacji pozarządowych, ponieważ planowali po prostu porzucić całą narrację klimatyczną w 2026 roku.

Nie, zbudowali je, ponieważ potrzebują publicznej akceptacji dla tych neofeudalnych metod „zjedz robaki” i „nie posiadaj niczego i bądź szczęśliwy”, aby miały jakiekolwiek szanse na sukces. Ludzie nie będą siedzieć cicho i umierać w swoich coraz bardziej wyczerpanych energetycznie chatach, jeśli nie zostaną nakarmieni narracją o tym, dlaczego umieranie jest nie tylko moralnie cnotliwe dla planety, ale wręcz niezbędne dla samego życia.

A jak właśnie udowadniają Francuzi: gdy tylko opinia publiczna przestanie wierzyć w tę narrację, po prostu przestanie udawać, że jest „sygnalizatorem cnoty” i zacznie montować klimatyzatory, żeby móc żyć w minimalnym komforcie – a politycy mogą iść do diabła.

Cóż, nie, oczywiście, że oszustwo klimatyczne jeszcze nie umarło i nie zostało pogrzebane. Ale w ostatnich latach poniosło ono poważną porażkę. A ponieważ od prawie dwóch dekad intensywnie pracuję nad edukacją społeczeństwa na temat tego oszustwa, z pewnością wybaczycie mi, że poświęcam chwilę na docenienie tego pozytywnego rozwoju sytuacji i przyczynienie się do jego dalszego rozpowszechniania.

Teraz musimy włożyć tyle samo wysiłku, ile włożyliśmy w ujawnienie oszustwa klimatycznego, aby ujawnić wszystkie inne fałszywe narracje wykorzystywane do manipulowania opinią publiczną.

Ludzkość zaczyna zdawać sobie sprawę z oszustw, które ją zniewalają. Pomóżmy jej to zrobić!

Źródło: Oszałamiający upadek oszustwa klimatycznego, udokumentowany

Izraelska armia “będzie odbudowywała ruiny, a także relacje” w Wenezueli…

Izraelskie siły zbrojne

“będą odbudowywały ruiny,

a także relacje”

w Wenezueli…

Date: 22 luglio 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/izraelskie-sily-zbrojne-beda-odbudowywaly-ruiny-a-takze-relacje-w-wenezueli

FOTO: Na zdjęciu opublikowanym 10 lipca 2026 r., Delcy Rodríguez pełniąca obowiązki prezydenta Wenezueli spotyka się w Wenezueli z oficerami Dowództwa Frontu Wewnętrznego Sił Obronnych Izraela (Siły Obronne Izraela)

Izrael twierdzi, że delegacja, która pomagała w akcjach ratunkowych i odbudowie, opracowała krajowy plan odbudowy, który został zatwierdzony przez pełniącą obowiązki prezydenta Wenezueli.

Premier Beniamin Netanjahu pochwalił izraelską delegację za udzielenie pomocy po potężnym trzęsieniu ziemi w Wenezueli, stwierdzając, że nie tylko pomaga ona krajowi w odbudowie po niszczycielskich trzęsieniach ziemi, które nawiedziły ten kraj w zeszłym miesiącu, ale także „odbudowuje stosunki” z Caracas, prawie dwie dekady po zerwaniu przez to państwo więzi z Izraelem.

„Odbudowujecie ruiny, a także relacje. Pokazujecie narodowi Wenezueli, a także rządowi Wenezueli, prawdziwe oblicze Państwa Izrael” – powiedział Netanjahu w wiadomości wideo do szefa delegacji i szefa sztabu Dowództwa Frontu Wewnętrznego, Elada Edriego, oraz ambasadora Izraela w Meksyku, Yoeda Magena, który przewodzi cywilnemu komponentowi delegacji.

Przez ostatnie 10 dni, delegacja, działając na prośbę rządu Wenezueli, działała w kilku rejonach dotkniętych trzęsieniami ziemi, oceniając i klasyfikując uszkodzone budynki oraz pomagając w odbudowie po trzęsieniach ziemi, w których według najnowszych szacunków zginęło co najmniej 3889 osób. Prawie 17 000 osób zostało rannych w wyniku trzęsień ziemi o magnitudzie 7,2 i 7,5, które miały miejsce 24 czerwca, a prawie 18 000 osób straciło domy.

Po rozmowach z ministrem infrastruktury Wenezueli, zespół izraelski przygotował narodowy plan odbudowy, który, jak podaje Izrael, został zatwierdzony przez pełniącą obowiązki prezydenta Wenezueli, Delcy Rodriguez.

„To, co teraz robicie, to przybycie do kraju, który zerwał stosunki prawie 20 lat temu. Udowadniacie, jak korzystne są więzi z Izraelem” – powiedział Netanjahu.

FOTO: Eksperci inżynierii z Dowództwa Frontu Wewnętrznego Sił Obronnych Izraela (IDF) na zdjęciu opublikowanym 7 lipca 2026 r. w Wenezueli. (Siły Obronne Izraela)

Wenezuela zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem w związku z wojną w Strefie Gazy w latach 2008–2009. Pod rządami ówczesnego przywódcy Hugo Cháveza Wenezuela była jednym z najgłośniejszych krytyków Izraela podczas wojny w Strefie Gazy, która wybuchła po terrorystycznej inwazji Hamasu 7 października 2023 r.

Jednak Izrael wyraził nadzieję na poprawę stosunków z Caracas, odkąd Stany Zjednoczone w styczniu pojmały ówczesnego prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro i poparły przejęcie władzy przez Rodrigueza.

„Jesteśmy bardzo dumni, że możemy reprezentować tu kraj… Działamy tu dzień i noc, wspólnie z lokalnymi władzami i Ministerstwem Infrastruktury rządu Wenezueli. Nawiązaliśmy również kontakt ze społecznością żydowską – powiedział Edri w nagraniu wideo, dodając, że „zarówno przedstawiciele władz, jak i naród wenezuelski przyjęli delegację bardzo życzliwie”.

INFO: timesofisrael/israeli-aid-team-for-rebuilding-relations-with-venezuela-after-17-years-of-severed-ties

Płacimy 20 tys. zł za malowanie gęby i fryzjerkę dla Kidawy-Błońskiej.

Płacimy 20 tys. zł za kosmetyczkę

i fryzjerkę dla Kidawy-Błońskiej.

Skandaliczna umowa

Kancelarii Senatu

22.07.2026 nczas/placimy-20-tys-zl-za-kosmetyczke-i-fryzjerke-dla-kidawy-blonskiej

Kancelaria Senatu zawarła umowę na ponad 20 tys. zł, za co marszałek Małgorzata Kidawa-Błońska ma być przygotowana do wystąpień publicznych i medialnych. Prościej mówiąc, rząd zabiera nam pieniądze na kosmetyczkę i fryzjerkę dla Kidawy-Błońskiej.

„Trzymajcie mnie. Okazuje się, że płacimy za fryzury i makijaż Małgorzaty Kidawy-Błońskiej” – napisał na X chrzanik.

Jak podkreślił, Kancelaria Senatu „zawarła umowę z makijażystką i fryzjerką na kwotę ponad 20 tysięcy złotych”. Zadaniem makijażystki za tę kwotę jest „przygotowanie Marszałka Senatu do wystąpień publicznych i medialnych”.

„Żeby Marszałek Senatu nie mogła sobie sama za fryzury płacić i sama się malować i obciążała podatnika to już przerasta ludzkie pojęcie” – podsumował.

Kwota dotyczy obsługi przez 215 dni. Daje to prawie 100 zł dziennie zabieranych nam pieniędzy na makijaż i fryzjera dla marszałek Kidawy-Błońskiej.

Polskie prawo nie precyzuje w żaden sposób, ile rząd z zagrabionych nam pieniędzy może wydać na wizerunek polityków. Kancelaria Senatu ma jedynie obowiązek zapewnić marszałkowi odpowiednie warunki do wykonywania mandatu. Co to oznacza – tu panuje dowolna interpretacja.

W efekcie, rządzący dodatkowo na nasz koszt zapewniają sobie kosmetyczki i fryzjerów, podczas gdy w legalny sposób okradani przez nich Polacy muszą finansować sobie takie usługi samodzielnie ze swoich wypłat, które są przecież wielokrotnie niższe, niż osób z rządu.

UE martwa. NATO martwe. Europa martwa. Mysz martwa. Martwe jak kamień.

.

UE martwa. NATO martwe. Europa martwa. Mysz martwa.

19 lipca 2026 r. Autorstwa Hansa-Jürgena Geese

anderweltonline/eu-tot-nato-tot-europa-tot-mause-tot

Jeśli chcesz zrozumieć historię ostatnich 81 lat, musisz zacząć badania od początku. Logicznie rzecz biorąc. Ale niewielu ludzi to robi. Od jakiego wydarzenia? Od śmierci prezydenta USA Franklina D. Roosevelta.

Prezydent USA Franklin D. Roosevelt zmarł 12 kwietnia 1945 roku, 26 dni przed zakończeniem II wojny światowej w Europie. Miał 63 lata. Według doniesień zmarł w wyniku krwotoku mózgowego.

Biorąc pod uwagę logikę późniejszych wydarzeń, należy założyć, że prezydent Franklin D. Roosevelt został zamordowany. Dlaczego?

Roosevelt pragnął stworzyć świat współpracy i pokoju po wojnie. Dotyczyło to również jego relacji ze Związkiem Radzieckim, któremu hojnie obiecał pomoc w odbudowie. Jednak nigdy do tego nie doszło.

12 kwietnia 1945 roku Harry S. Truman został prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki. Truman, były pracownik banku, który później prowadził własną firmę odzieżową, zanim zasiadł w Senacie, miał bardzo nikłe pojęcie o polityce światowej.

Po zakończeniu wojny Truman podjął trzy druzgocące decyzje, które do dziś wpływają na bieg historii świata:

Po pierwsze, opowiedział się za polityką konfrontacji z komunizmem. Wybuch zimnej wojny datuje się na lata 1947/48.

Po drugie, 26 lipca 1947 roku Truman założył CIA. Lata później przyznał, że był to największy błąd w jego życiu. Powiedział, że jest „głęboko zaniepokojony” faktem, że CIA stała się organem operacyjnym i politycznym, niezależnym od rządu. CIA wkrótce zaczęła ustanawiać i usuwać rządy w Europie i innych częściach świata.

Po trzecie: Niemcy chcieli zachować neutralność po zakończeniu II wojny światowej. Truman odmówił Niemcom prawa do samostanowienia.

Truman odrzucił porozumienie ze Związkiem Radzieckim, częściowo dlatego, że Związek Radziecki proponował neutralne, zjednoczone i rozbrojone Niemcy. USA jednak chciały, aby bogate Niemcy były państwem wasalnym.

Początek ery niekończących się wojen

Truman wysłał wojska amerykańskie do Korei w 1950 roku bez formalnej zgody Kongresu wymaganej przez Konstytucję. Zezwolił nawet na przekroczenie 38. równoleżnika. Decyzja ta sprowokowała masowe zaangażowanie Chin w konflikt. Kto sprowokował tę wojnę? CIA.

Mówiąc wprost: od 26 lipca 1947 roku, czyli od powstania CIA, polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych Ameryki jest kontrolowana i ustalana przez CIA. Nie przez Trumana. Ani przez Trumpa.

Prezydent Eisenhower ujawnił tę prawdę w swoim telewizyjnym przemówieniu pożegnalnym wygłoszonym 17 stycznia 1961 r.

Kiedy prezydent Kennedy doszedł do podobnych wniosków, powiedział, że chce „rozbić agencję wywiadowczą na tysiąc kawałków i rozproszyć ją po całym świecie”. CIA go wtedy zamordowała. Dyrektor CIA Allen W. Dulles, zwolniony przez Kennedy’ego, był członkiem Komisji Warrena, która badała zabójstwo Kennedy’ego. Świat poznał teraz potęgę CIA.

Na przestrzeni lat CIA zbudowała ogólnoświatową sieć, nawiązała współpracę z innymi agencjami wywiadowczymi i pozyskała miliardy dolarów z nielegalnej działalności, takiej jak handel narkotykami, handel bronią i niewolnictwo, aby móc realizować własne plany niezależnie od Kongresu.

W 1976 roku Kongres USA po raz pierwszy i jedyny wszczął śledztwo w sprawie CIA (Komisja Kościelna). CIA została przyłapana na prowadzeniu działalności szpiegowskiej. To było w 1976 roku. Nikt w Kongresie USA nie odważyłby się dziś przeprowadzić śledztwa w sprawie CIA.

Wszyscy prezydenci USA od czasów Johna F. Kennedy’ego byli dla CIA jedynie pożytecznymi idiotami. Donald J. Trump nie jest wyjątkiem. Zwłaszcza Donald J. Trump. Cieszy się przywilejem bogacenia się do woli, pod nadzorem CIA.

Ważne: Jeśli pracujesz dla CIA, jesteś „nieśmiertelny”. W przeciwnym razie gra z CIA nie miałaby sensu, ponieważ wszyscy prezydenci i inni gracze naturalnie chcą czerpać korzyści z tej relacji. Dotyczy to również na przykład Wołodymyra Zełenskiego.

Tak, wszyscy sojusznicy CIA są nietykalni. Zapytajcie Macrona, Merza czy Merkel. Poparcie społeczne jest zupełnie nieistotne. Demokracja to nic więcej niż ładna fasada. Trzeba powiedzieć, że wszyscy obywatele tych demokracji to nic więcej niż pożyteczni idioci.

UE

Ironią historii UE jest z pewnością to, że UE i poprzedzające ją organizacje powstały po to, by zapobiec kolejnej wojnie w Europie. A teraz UE jest wręcz opętana chęcią prowadzenia wojny w Europie. Widzicie, UE zawsze miała ograniczony związek z gospodarką.

Świadczy o tym chociażby fakt, że gdy nowe państwo zostaje przyjęte do UE, niemal zawsze musi ono pewnego dnia stać się członkiem NATO.

Głównym celem UE nie jest zatem dobrobyt ekonomiczny jej obywateli, lecz ich kontrola. Po prostu łatwiej jest kontrolować UE niż wszystkie poszczególne kraje. To byłoby ogromne przedsięwzięcie. Teraz, po wielu, wielu latach, udało im się zainstalować intelektualnych i moralnych idiotów na stanowiskach szefów rządów w każdym kraju UE. To naprawdę godne podziwu osiągnięcie. Nie ma ani jednego kraju, w którym nie ma dysydenta. Wszyscy są nieskazitelnymi agentami CIA.

Gdyby Niemcy stały się neutralne w 1945 roku i nigdy nie przystąpiły do ​​UE, dziś byłby to praktycznie raj na ziemi. Oczywiście, nie można było na to pozwolić. Najprawdopodobniej doprowadziłoby to do bliskiej współpracy ze Związkiem Radzieckim, z korzyścią dla obu krajów. Przerażająca perspektywa w Waszyngtonie i Londynie.

W przeciwieństwie do tego, Republika Federalna Niemiec jest obecnie płatnikiem Europy. Bogactwo Republiki Federalnej jest dziś systematycznie eksploatowane dla dobra innych. Niewiele z niego pozostanie. Celem jest coś w rodzaju przytułku dla ubogich.

Zniesienie marki niemieckiej było ogromnym błędem. Co u licha opętało Kohla? Co za szaleństwo! Zasada numer jeden dla suwerennego państwa: Nigdy nie rezygnuj ze swojej suwerenności. Nigdy. Jednak Republika Federalna Niemiec nie może dziś zrzec się swojej suwerenności. Bo jej w ogóle nie posiada.

NATO

Posłuchajcie przemówień polityków na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa (13-15 lutego 2026 r.) i na niedawnym szczycie NATO w Ankarze (7-8 lipca 2026 r.). Ci politycy są kompletnie niezrównoważeni. Zależy im tylko na wojnie. I chodzi o zmarnowanie setek miliardów euro na planowaną wojnę z Rosją. Ostatecznie będzie to równowartość bilionów euro – pieniędzy, które są rozpaczliwie potrzebne na inwestycje w infrastrukturę, edukację, opiekę zdrowotną i inne obszary w Europie. Ci politycy są opętani ideą pokonania Rosji. Zdrowy rozsądek już im nie pomaga.

Jeśli kiedykolwiek chciałeś wiedzieć, jak wybuchła I lub II wojna światowa, to właśnie jesteś świadkiem projekcji tamtych czasów na teraźniejszość.

NATO powinno zostać rozwiązane. Tak jak Unia Europejska powinna zostać rozwiązana. Obie organizacje to narzędzia diabła. Trzeba to powiedzieć wprost. Nic dobrego z tych organizacji nigdy nie wyjdzie. Spójrzcie na Ursulę von der Leyen. Skorumpowana na wskroś. Albo na Sekretarza Generalnego NATO, Marka Rutte, który nazywa Donalda Trumpa „tatusiem”. Takie żałosne postacie rządzą Europą. Powtórzę: jak coś dobrego może z tego wyniknąć?

Musisz zdać sobie sprawę, że pieniądze rządzą światem, logicznie, bezpośrednio lub pośrednio, i że wszystkie te organizacje ostatecznie stanowią modele biznesowe zaprojektowane w celu kierowania jeszcze większej ilości pieniędzy, bezpośrednio lub pośrednio, do określonych kanałów.

Deprawacja, korupcja i bezwzględność klasy politycznej są dla nas, obywateli, trudne do zauważenia i zrozumienia. Popełnienie takich zbrodni wymaga psychopatycznych skłonności. Każdego dnia setki ludzi giną w wojnie na Ukrainie. Każdego dnia setki ludzi giną w wojnach na Bliskim Wschodzie. Politycy mogliby temu położyć kres. Ale tego nie robią. Są niewolnikami mrocznego planu. UE i NATO to nic więcej niż organizacje przestępcze.

Europa

Mieszkałem i pracowałem w wielu krajach. To złudzenie zakładać, że Niemiec i Francuz myślą i działają na tej samej fali. Wystarczy zapytać niemieckiego dyrygenta, czy interpretuje muzykę tak samo, jak jego włoscy koledzy. Różne kultury tworzą różnych ludzi. Taka jest po prostu ludzka natura. Ale to właśnie ta różnorodność stanowi o bogactwie Europy. To coś bardzo pozytywnego.

Bardzo niewielu będzie ludzi, którzy określą siebie przede wszystkim jako Europejczyków. Nigdy nie spotkałem nikogo, kto by tak twierdził.

Tak jak różnorodność w Europie czyni Europę bogatą, tak różnorodność narodu niemieckiego czyni Niemcy bogatymi. Sas nie jest Bawarczykiem.

Jeśli Europa zostanie zalana obcokrajowcami, ta przewaga kulturowa zostanie zatarta. I o to właśnie chodzi w tym napływie milionów ludzi z obcych kultur, których nigdy nie uda się zintegrować.

Wystarczy spojrzeć na wskaźniki urodzeń Niemców i imigrantów, aby obliczyć, ile czasu upłynie, zanim Niemcy staną się mniejszością we własnym kraju. To już jest przewidywalne. To nieodwracalne. To wojna przeciwko Niemcom.

„Niemcy same się likwidują”, „Europa sama się likwiduje” to nic więcej niż wnioski, nic więcej niż rezultaty stosowania zdrowego rozsądku. Kto by się z tym dzisiaj nie zgodził?

Europa jako instytucja była i jest martwo urodzonym dzieckiem.

Po tym, jak Ameryka przejęła dominację nad światem po II wojnie światowej, naturalnie musiała pozbyć się swoich najbliższych wrogów. Oprócz Związku Radzieckiego, była to Europa Zachodnia, a zwłaszcza Niemcy.

Plan Marshalla był niczym więcej niż programem stymulacji gospodarczej dla amerykańskiej gospodarki. Po tym, jak Amerykanie zbombardowali Niemcy na kawałki, zupełnie bezsensownie, po tym, jak zabili setki tysięcy cywilów, zupełnie bezsensownie, i odnieśli przy tym ogromne korzyści, hojnie zaoferowali odbudowę tego wszystkiego. Tylko po to, by ponownie zarobić na wojnie.

Czego ci niemieccy czciciele Amerykanów nie zrozumieli i nie chcą zrozumieć, to: w Ameryce czczony jest dolar. Pieniądze.

Niemcy jednak zawsze żyli w innej kulturze, w której oprócz pieniędzy istnieją o wiele ważniejsze wartości, przede wszystkim dobro wspólne, które w Ameryce utożsamiane jest z socjalizmem, a nawet komunizmem.

Amerykanizacja Europy oznacza koniec Europy. Oznacza to przede wszystkim całkowite jej ogłupienie, co jest praktycznie warunkiem koniecznym do osiągnięcia pożądanej amerykanizacji, a następnie jej upadku.

Uwaga: Edukacja była najwyższym dobrem dla Niemców. Edukacja była najwyższym dobrem dla Europejczyków. Amerykanie nigdy nie byli w stanie z nią konkurować. Jakie więc było rozwiązanie dla Amerykanów? Ogłupienie Europejczyków. Dyplomy ukończenia szkoły średniej dla wszystkich.

Europa jest kolonią Amerykanów

Można by uznać takie stwierdzenie za przesadę. Ale Amerykanie traktują nas jak swoich poddanych. Wystarczy posłuchać Trumpa albo jego kumpli. Nie traktują nas poważnie. I nawet otwarcie to mówią.

Można negocjować lub żyć razem tylko wtedy, gdy negocjuje się na równych warunkach i jest się postrzeganym jako równoprawny partner. Dotyczy to małżeństwa. Dotyczy to współistnienia narodów.

Wyjściem jest radykalne zerwanie z Ameryką. Europa musi odnaleźć siebie na nowo. Odesłać Amerykanów do domu. Wszystkich. Najlepiej jeszcze dziś. I pozwolić Trumpowi być szczęśliwym w swoim Waszyngtonie. Ignorować go.

Potem porozmawiaj z Rosjanami i znajdź rozwiązanie konfliktu na Ukrainie. Bez Amerykanów. Bo dla Amerykanów czym jest wojna? Modelem biznesowym. Zawsze nią była i prawdopodobnie zawsze będzie. W ciągu 250 lat historii mieli tylko 19 lat bez konfliktu zbrojnego! 19 lat w ciągu 250 lat!

Niemcy dla Niemców. I Europa dla Europejczyków. Niech z pokoju i dobrobytu wyłonią się nowe Niemcy i nowa Europa. My, Europejczycy, my, Niemcy, musimy mieć nadzieję na odrodzenie przynajmniej części Europy na przyszłość. Europa dawnych czasów, Europa dzisiejsza, nigdy już nie zaistnieje. Miejmy nadzieję, że kultura europejska, a tym samym kultura niemiecka, przetrwa jedynie w odizolowanych enklawach.

Osiągnięcie tego skromnego celu będzie możliwe tylko we współpracy z Rosją. Bez UE, bez NATO, bez tych idiotów wśród polityków. Zawód polityka musi zostać raz na zawsze zniesiony. To się nie udało. Są kontrolowani przez innych. Ludzie muszą nauczyć się rządzić sami. 

———–

Jak i dlaczego Zimna Wojna została stworzona? I kto ją wywołał? Zamów pakiet 1 na ten temat bezpośrednio u wydawcy tutaj . W tych trzech tomach dowiesz się rzeczy, które na zawsze zmienią twoje rozumienie historii. Ten pakiet, dostępny w specjalnej cenie, można kupić wyłącznie bezpośrednio u wydawcy. 

============================================================

Czy podobał Ci się ten artykuł? Czyż nie imponuje Ci, jak Hans-Jürgen Geese, z drugiego końca świata, tak trafnie analizuje sytuację w Niemczech? Gorąco polecamy lekturę książki tego samego autora. Zatytułowanej „ Wyprzedaż nowozelandzkiego marzenia ” Geese nawiązuje do związku między Nową Zelandią a Niemcami. Jego wnikliwe analizy ujawniają, jak obywatele na całym świecie są uciskani i wykorzystywani, a nawet zniewalani, przez tych samych aktorów, stosujących te same metody. Nie daj się zwieść. To, co Geese tak wyraźnie ujawnia w Nowej Zelandii, dzieje się również w Niemczech. Tylko niełatwo to dostrzec. „ Wyprzedaż nowozelandzkiego marzenia” jest dostępna w księgarniach lub można ją zamówić bezpośrednio u wydawcy tutaj. 

Tutaj możesz przeczytać recenzję tego dzieła: 
anderweltonline.com/kultur/kultur-2020/ausverkauf-vom-traum-neuseeland-wie-ein-bluehendes-land-verramscht-wurde

Plantacje patogenów

Plantacje patogenów

21. lipca 2026

Marek Wojcik world-scam/plantacje-patogenow

16 lat temu na Uniwersytecie w Północnej Karolinie armia USA starała się poznać historię genetyczną koronawirusów mogących wywołać pandemię na wiele lat przed pojawieniem się COVID-19.

Tak twierdzi i udowadnia Jon Fleetwood w swoim artykule na jonfleetwood.substack.com: W ramach operacji „PROPHECY” agencji DARPA w 2010 r. sfinansowano sieć UNC Ralpha Barica, która miała na celu stworzenie genetycznego planu przyszłych koronawirusów pandemicznych. Źródło.

Jon Fleetwood to autor publikacji śledczych i niezależny analityk specjalizujący się w analizie na poziomie dokumentów złożonych materiałów naukowych, regulacyjnych i politycznych, ze szczególnym uwzględnieniem identyfikacji słabych punktów dowodowych, wewnętrznych sprzeczności oraz potencjalnych konsekwencji.

To, jak zachowywałeś się podczas pandemii Covid, pokazuje dokładnie, kim jesteś.
Przekonaj mnie, że się mylę.

Z przedstawionych w artykule dokumentów wynika, że militarne projekty stworzenia wirusowej broni biologicznej opierają się na nigdy nieudowodnionym w badaniach założeniu, że to, co nazywamy wirusami, powoduje takie choroby jak grypa, odra, ospa wietrzna, przeziębienie, różyczka i świnka, są wywoływane przez wirusy. Dlatego właśnie na szczęście nigdy nie udało się wytworzyć zabójczej fiolki, która uwolniona spowodowałaby pandemię zaplanowanej choroby!

Udało się natomiast stworzyć panikę fałszywej pandemii. Tu trzeba uznać, że zatrudnieni przez globalistów psycholodzy stanęli na wysokości zadania.

Zadałem sztucznej inteligencji pytanie: Czy infekcje wirusowe zostały kiedykolwiek naukowo udowodnione? W odpowiedzi przeczytałem argumenty na temat samego istnienia wirusów, czemu nikt nie zaprzecza:

Tak, infekcje wirusowe zostały w pełni udowodnione naukowo. Dowodzą tego wieloletnie badania, takie jak izolacja patogenów, obrazy z mikroskopów elektronowych oraz analiza kodu genetycznego DNA i RNA.

Dowody na istnienie wirusów:

  • Izolacja i Hodowla: Naukowcy potrafią wyizolować wirusy z chorych tkanek i hodować je w laboratoriach;
  • Mikroskopia Elektronowa: Cząstki wirusów są widoczne pod silnymi mikroskopami;
  • Badania Genetyczne: Znamy dokładny kod DNA lub RNA wielu wirusów.

Czym są wirusy, napisałem już w pierwszym artykule tego blogu z 30 marca 2020 r. Na co brakuje dowodów, to twierdzenie, że wirusy są przyczyną, a nie skutkiem, przypisywanym im chorób.

To bajka o wirusowym patogenie przekazywana jest studentom nauk medycznych na całym świecie, propagowana przez media i powtarzana z goebelsowskim uporem jako jedyna na świecie „prawda”.

Twoja dawka przypominająca przeciwko COVID-owi nigdy nie była szczepionką.
Była to celowo stworzona broń biologiczna.
Naukowcy celowo wbudowali 8 pełnych łańcuchów wirusa HIV w zastrzyki z mRNA.
Sekwencje te zostały zaprojektowane tak, aby atakować i paraliżować zdolność twojego organizmu do wytwarzania białych krwinek.

Twój układ odpornościowy jest sabotowany od wewnątrz.
Komórki T zniknęły. Komórki B zostały zniszczone. Nie ma już żadnej ochrony przed infekcjami, rakiem ani niczym innym.
Źródło.

„Twoja szczepionka przeciwko koronawirusowi zawierała 8 szczepów wirusa HIV, które hamują produkcję białych krwinek”. Źródło.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Terror wysiedleń. Palestyna jak Zamojszczyzna

Terror wysiedleń. Palestyna jak Zamojszczyzna

magnapolonia/terror-wysiedlen-palestyna-jak-zamojszczyzna

W cieniu wojny Rosji z Ukrainą i USA z Iranem, izraelskie władze wydały kolejne nakazy eksmisji i rozbiórki palestyńskich domów w Kafr Aqab, na północ od nielegalnie okupowanej Wschodniej Jerozolimy. Decyzje obejmują 22 budynki mieszkalne, w których żyją dziesiątki rodzin. Oficjalnym uzasadnieniem są naruszenia przepisów budowlanych, jednak organizacje praw człowieka od lat wskazują, że system wydawania pozwoleń dla Palestyńczyków jest skonstruowany w sposób dyskryminacyjny, czyniąc legalną budowę praktycznie niemożliwą.

Żydonazistowski terror wysiedleń w Kafr Aqab wpisuje się w wieloletni proces rozbiórek palestyńskich domów, rozbudowy izraelskich osiedli oraz stopniowego ograniczania obecności palestyńskiej we Wschodniej Jerozolimie i na Zachodnim Brzegu. Organizacje takie jak Human Rights Watch, Amnesty International czy izraelski B’Tselem oceniają, że przymusowe wysiedlenia ludności cywilnej na okupowanych terytoriach mogą naruszać międzynarodowe prawo humanitarne, a część z nich określa te działania jako element polityki przymusowego transferu ludności.

Dla wielu Palestyńczyków nie jest to już seria pojedynczych decyzji administracyjnych, lecz systematyczna polityka mająca na celu zmianę struktury demograficznej nielegalnie okupowanych terenów. Kolejne nakazy rozbiórek, konfiskaty gruntów, rozwój osiedli oraz akty przemocy ze strony części osadników tworzą atmosferę permanentnej niepewności i strachu. Równocześnie izraelski rząd kontynuuje program intensywnej rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu, co spotyka się z krytyką znacznej części społeczności międzynarodowej.

Coraz częściej pojawiają się opinie, że działania części środowisk skrajnie nacjonalistycznych oraz niektórych przedstawicieli władz Izraela tworzą klimat przyzwolenia na przemoc wobec Palestyńczyków. W ostatnich miesiącach organizacje międzynarodowe wielokrotnie alarmowały o wzroście przemocy osadniczej, zastraszaniu mieszkańców oraz wymuszaniu opuszczania przez nich swoich domów. Nie oznacza to, że można przypisywać odpowiedzialność całemu społeczeństwu żydowskiemu – odpowiedzialność dotyczy konkretnych sprawców i prowadzonych polityk państwowych.

Historia Europy zna podobne mechanizmy wypierania ludności cywilnej. W Polsce jednym z najbardziej dramatycznych przykładów były niemieckie wysiedlenia na Zamojszczyźnie w latach 1942–1943. Wówczas okupacyjne władze III Rzeszy usuwały polskich mieszkańców z ich domów, przejmowały gospodarstwa i osadzały na ich miejscu niemieckich kolonistów. Tysiące rodzin zostało rozdzielonych, a dzieci wywożono do obozów lub Niemiec, gdzie poddawano germanizacji.

Porównanie współczesnej sytuacji Palestyńczyków do Zamojszczyzny nie jest przypadkowe. Analogii można doszukiwać się w samym mechanizmie działania władz: wykorzystaniu przewagi militarnej i administracyjnej do stopniowego wypierania rdzennej ludności cywilnej z terenów uznawanych za strategiczne oraz zastępowaniu jej inną, „lepszą” populacją.

Przymusowe wysiedlenia ludności cywilnej, niszczenie domów oraz trwałe pozbawianie ludzi możliwości zamieszkiwania na własnej ziemi pozostają jednymi z najbardziej obrzydliwych działań we współczesnych konfliktach zbrojnych. Ich konsekwencje wykraczają daleko poza zburzone budynki – oznaczają utratę dorobku życia, rozpad lokalnych społeczności i pogłębianie spirali wzajemnej wrogości.

Każda kolejna decyzja żydo-nazistów o rozbiórce domu w Kafr Aqab czy innych miejscowościach okupowanego Zachodniego Brzegu staje się nie tylko problemem lokalnych rodzin, ale także kolejnym elementem konfliktu, który od dziesięcioleci pozostaje nierozwiązany i którego ofiarami w największym stopniu pozostaje ludność cywilna.