Monte Cassino: Nieudolność czy zbrodnia

Monte Cassino: nieudolność czy zbrodnia

[Przypominam kolejny raz. Na powyższą wątpliwość odpowiadam: Tak, był to akt wrogości masonów w armii i administracji amerykańskiej wobec Kościoła. Była to zbrodnia. Z mojego Archiwum. MD]
——————————————————————-

Krzysztof Warecki 2014-5-17 pch24

Atak na Monte Cassino nie musiał przynieść aż tak wielu strat w ludziach ani zniszczenia bezcennego opactwa benedyktynów. Dziś wiemy, że ta cywilizacyjna zbrodnia miała przysłonić niekompetencję części alianckich dowódców. Czy był to także akt wrogości wobec Kościoła i chrześcijaństwa?

Wzniesione w VI stuleciu opactwo przez wieki pełniło rolę jednego z głównych zachodnich ośrodków christianitas. Z powodu słynnego na cały chrześcijański świat wielkiego skryptorium, biblioteki i wielu wybitnych uczonych tu pracujących (m.in. Piotr Diakon), nazywano je „Atenami Średniowiecza”. Mnisi z Monte Cassino i tysięcy innych klasztorów benedyktyńskich w znacznej mierze ocalili dla potomnych dorobek antyku. Przed II wojną światową tamtejsze archiwa, oprócz wielkiej liczby dokumentów dotyczących historii opactwa, zawierały ok. 1 400 pisanych ręcznie bezcennych kodeksów, głównie patrystycznych i historycznych. W takim stanie opactwo dotrwało do II wojny światowej.

  W latach 1943-44 Monte Cassino znalazło się w obszarze bezpośrednich działań wojennych. Nie trzeba było być wojskowym strategiem aby, oceniając wyjątkowe położenie klasztoru, zrozumieć, że jest on bezpośrednio narażony na zniszczenie, a wraz z nim wszystkie przechowywane tam skarby kultury i dzieła sztuki. Na sztabowych mapach obu walczących stron był to punkt o olbrzymim znaczeniu strategicznym. Ze szczytu góry można było skutecznie kontrolować całą położoną u podnóża masywu równinę, którą prowadziła droga do Rzymu.

[Nie. Nie można „skuteczniekontrolować równiny, pasa o szerokości 30-40 km dzielącego Monte Cassino od morza.Można sobie głośno postrzelać – ale skuteczność – bardzo mała. MD]

 Obie walczące strony były w pełni świadome, że zniszczenie najstarszego na kontynencie europejskim klasztoru, mającego wyjątkowe zasługi dla ukształtowania się cywilizacji zachodniej, sprowadziłoby na sprawców tego czynu piętno barbarzyńców. Szczególnie pragnęli tego uniknąć Niemcy, którym w obliczu spodziewanej już klęski zależało na poprawie swojej reputacji w oczach opinii publicznej państw antyhitlerowskiej koalicji. Chcieli też tego uniknąć co światlejsi i nie darzący nienawiścią chrześcijaństwa przedstawiciele dowództwa sił alianckich, tym bardziej, że w szeregach ich wojsk służyło wielu katolików.

 Na ratunek skarbom kultury

 Ponieważ przed bitwą opactwo znajdowało się na terenach kontrolowanych przez Niemców, w głównej mierze to na nich spoczywała odpowiedzialność za losy klasztoru. Wiedząc o tym, wielu Niemców dostrzegało wyjątkową szansę, aby choć w części zmyć z siebie odium barbarzyńców, którzy potrafią jedynie mordować i dokonywać rabunków. Pojawił się więc pomysł akcji ratowania skarbów z Monte Cassino, autorstwa kapitana Maximiliana Beckera, służącego jako lekarz w elitarnej naziemnej Dywizji Luftwaffe „Herman Goering”.

 Zdawał on sprawę ze złej sławy, jaką cieszyła się ta formacja zbrojna i uważał, że ratując skarby kassyńskiego opactwa żołnierze Dywizji zmażą chociaż część win za popełnione w czasie działań wojennych zbrodnie. Tego argumentu używał w rozmowach z oficerami, których pomoc była niezbędna do zorganizowania akcji. Miał już w tym pewne doświadczenie, ponieważ kilka tygodni wcześniej z powodzeniem kierował akcją ewakuacji ze strefy walk bezcennych zbiorów Muzeum Archeologicznego i Galerii Narodowej w Neapolu, które zostały zdeponowane właśnie w opactwie na Monte Cassino.

Pomimo ogromu trudności (brak ciężarówek, skrzyń, niechęć ufnych w ocalenie klasztoru mnichów, zagrożenie dla konwojów ze strony alianckiego lotnictwa) akcja została przeprowadzona nadzwyczaj sprawnie. Rozpoczęto ją 17 października, a zakończono w pierwszych dniach listopada 1943 roku. Archiwa i dobra kultury z Monte Cassino oraz dzieła sztuki z Neapolu zostały zdeponowane w magazynach armii niemieckiej w Villa Colle-Ferreto koło Spoleto, ok. 110 km na północ od Rzymu.

 Próby grabieży

 Zgodnie z wcześniejszymi obawami kapitana Beckera zanim skarby z Monte Cassino i Neapolu trafiły pod opiekę Stolicy Apostolskiej i włoskich muzealników doszło do prób, na szczęście nielicznych, ich plądrowania. Niektórzy oficerowie Dywizji „Hermann Goering” chcieli „sprezentować” pewną ilość skarbów swemu patronowi, marszałkowi Rzeszy Hermannowi Goeringowi. Jednak uczciwsi inicjatorzy ratowania kassyńskich skarbów doskonale zdawali sobie sprawę, że taki „prezent” całkowicie skompromitowałby akcję i zniweczył jej propagandowy cel.

Aby przeciwdziałać grabieży nagłośniono akcję ratowania zabytków w mediach niemieckich i państw neutralnych. Na zorganizowanej 25 listopada 1943 r. w Palazzo del Quirinale w Rzymie konferencji prasowej przedstawiciel niemieckiego Urzędu Ochrony Dzieł Sztuki na Ziemiach Okupowanych baron Bernard von Tieschowitz poinformował, że skarby z Monte Cassino są tylko czasowo zdeponowane przez Niemców i szybko zostaną przekazane do Watykanu. W ten sposób osiągnął on podwójny cel – poinformował opinię publiczną w państwach antyhitlerowskiej koalicji o prowadzonej przez niemiecką armię akcji ratowania włoskich dzieł sztuki oraz przyczynił się do reorientacji działań niemieckiej propagandy, która zaczęła nagłaśniać „zasługi” Niemców w ratowaniu włoskich dzieł sztuki.

 Zabiegi te w dużym stopniu zakończyły się powodzeniem. 8 grudnia 1943 r. wszystkie ewakuowane z Monte Cassino rękopisy i dzieła sztuki (387 skrzyń) zostały przekazane Stolicy Apostolskiej.

 Gorzej miała się sprawa z eksponatami z Muzeum Archeologicznego i Galerii Narodowej z Neapolu. 4 stycznia 1944 r. odbyła się uroczystość przekazania władzom włoskim 600 skrzyń wypełnionych różnego rodzaju dobrami kultury, wśród których były 172 skrzynie z precjozami neapolitańskimi. Jednak po sprawdzeniu dokumentów okazało się, że brakuje 15 skrzyń. Jak się później okazało jeszcze w drugiej połowie grudnia 1943 r. dotarły one do Berlina jako urodzinowy prezent od Dywizji „Hermann Goering” dla jej patrona. Z nieustalonych jednak do dzisiaj powodów marszałek Rzeszy nie przyjął prezentu od „swojej” Dywizji. Pod koniec wojny wszystkie skrzynie z eksponatami podarowanymi Goeringowi Amerykanie znaleźli w austriackiej kopalni soli Alt-Aussee.

 Ocalić klasztor

 Dzisiaj wiemy, że bitwa o Monte Cassino z wojskowego punktu widzenia była całkowicie zbędna. Z perspektywy aliantów doszło do niej na drugorzędnym teatrze działań i w minimalnym stopniu wpłynęła na końcowy wynik wojennych zmagań. Inaczej sprawa miała się gdy popatrzymy oczyma Niemców, dla których w przypadku alianckiej ofensywy grzbiet Monte Cassino stanowił doskonałą rubież obrony. O tym, że kassyńskie opactwo ostatecznie znalazło się w centrum wojennych zmagań w zasadzie zdecydował dogmatyczny upór brytyjskiego premiera Winstona Churchilla i niekompetencja najwyższego alianckiego dowództwa. W konsekwencji na początku października 1943 r. Monte Cassino znalazło się na pierwszej linii walk.

 Pomimo doskonałego umiejscowienia, Niemcy, którzy zdawali sobie sprawę z wyjątkowego znaczenia opactwa dla zachodniej cywilizacji, postanowili nie obsadzać klasztoru wojskiem, ani nawet nie zamieniać go w punkt obserwacyjny, do czego świetnie się przecież nadawał. Jesienią 1943 r. głównodowodzący wojskami niemieckimi we Włoszech, feldmarszałek Albert Kesselring zapewnił ówczesnego opata Gregorio Diamare, że klasztor nie zostanie wykorzystany do celów wojskowych.

 Świadomi wyjątkowego znaczenia opactwa byli również alianci. Na wniosek Amerykańskiej Komisji ds. Ochrony i Ocalenia Pomników Historii i Sztuki oraz włoskich władz muzealnych, głównodowodzący siłami alianckimi w południowych Włoszech gen. Harold Alexander wystosował 5 listopada 1943 r. informację do podległych mu dowódców o konieczności zachowania papieskiej posiadłości Castel Gandolfo i opactwa na Monte Cassino.

 Niewiele w tej sprawie mógł zdziałać papież Pius XII, którego los w tym czasie zależał całkowicie od Niemców. W tej sytuacji Ojciec Święty mógł jedynie apelować do Niemców aby nie obsadzali klasztoru wojskiem, zaś do aliantów aby go nie niszczyli. 25 października stosowną notę otrzymał amerykański charge d’affaires przy Stolicy Apostolskiej, Harold Tittmann, zaś dla pewności drogą radiową przesłano kopię pisma delegatowi apostolskiemu w Waszyngtonie, który przekazał ją do Departamentu Stanu. Podobne adresy wystosowano do Brytyjczyków i Niemców.

 Nie rezygnując z obrony w tym miejscu (z wojskowego punktu widzenia byłoby to szaleństwem), niemieccy dowódcy, zrobili wiele, aby nie doszło do zagłady wiekowego klasztoru. Tuż po odjeździe ostatniej ciężarówki (4 listopada 1943) ppłk Schlegel na prośbę zakonników zostawił dokument, w którym informował, że klasztor jest pod opieką wojska. Wkrótce Niemcy przysłali do klasztoru kilku żandarmów, którzy mieli chronić budynki opactwa przed szabrownikami i nikogo doń nie wpuszczać. Było to bardzo ważne, ponieważ jeśliby alianci dostrzegli na terenie opactwa jakichś ludzi, mogliby wyciągnąć błędny wniosek, że zostało ono obsadzone przez niemieckich żołnierzy.

 Jednak Niemcy nie mieli złudzeń co do tego, że opactwo może być uratowane. Przy braku jakichkolwiek sygnałów ze strony aliantów, że uszanują ustanowioną przez hitlerowców w promieniu 300 metrów eksterytorialność klasztoru, Niemcy obawiali się wycofać z bezpośredniej bliskości zabudowań. W jednej z notatek do Kesselringa Vietinghoff wyrażał przekonanie, że alianci w decydującym momencie nie będą się starać o jakieś porozumienie, lecz bez skrupułów zajmą opactwo.

 Mimo to, 11 grudnia 1943 r. Kesselring podjął decyzję o nieobsadzaniu opactwa przez wojska niemieckie. 29 grudnia ambasador Niemiec przy Stolicy Apostolskiej baron Ernst von Weizsaecker wydał oświadczenie, w którym stwierdzał, że opactwo nie zostało zajęte przez niemieckie wojska. Zwrócił on też uwagę, że zagrożenie dla opactwa stanowią przebywający tam cywile (na początku lutego 1944 ich liczba wzrosła do ok. 800 osób), którzy mogą być wzięci przez alianckich zwiadowców za niemieckich żołnierzy. Jego obawy były całkowicie uzasadnione.

 Oświadczenie Weizsaeckera mogło stanowić moment zwrotny w walce o ocalenie opactwa. Niestety, 8 stycznia 1944 r. Stolica Apostolska przesłała aliantom tylko najmniej istotny fragment oświadczenia niemieckiego ambasadora, mówiący ogólnikowo, że „niemieckie władze wojskowe, robią wszystko, co jest możliwe, by uchronić opactwo na Monte Cassino przed wojennymi zniszczeniami”. W ten sposób została zaprzepaszczona, jak się wydaje, jedyna w tej batalii realna szansa na uratowanie opactwa.

 Zbrodnicza nieudolność dowódcy

 Bezpośredni wpływ na podjęcie przez aliantów decyzji o zniszczeniu zabudowań opactwa na Monte Cassino miała przyjęta przez nich błędna strategia frontalnego ataku na umocnione pozycje niemieckie. Spowodowała ona, że wojska alianckie atakując doskonale ufortyfikowane pozycje niemieckie ponosiły olbrzymie straty. Względy ambicjonalne zdecydowały, że alianckie dowództwo trzymało się kurczowo strategii atakowania niemieckich umocnień od frontu.

 Szczególnie wielkie „zasługi” w utwierdzaniu w tym najwyższego alianckiego dowództwa miał dowódca Korpusu Nowozelandzkiego gen. Bernard Freyberg. Wprawdzie, w opinii swoich podwładnych i współpracowników był on człowiekiem o ograniczonym intelekcie, jednak miał ogromne wpływy w najwyższym alianckim dowództwie. Powierzenie mu funkcji, która przerastała jego zdolności, stworzyło dla kassyńskiego opactwa śmiertelne zagrożenie.

 Niestety, w najwyższym alianckim dowództwie nie mieli takich wpływów znacznie wybitniejsi oficerowie: dowódca Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego gen. Alphonse Juin oraz podwładny Freyberga, zwierzchnik Dywizji Hinduskiej, gen. Francis Tuker. Obaj zgodnie twierdzili, że na tym terenie należało zrezygnować z czołowych ataków, a zamiast tego dokonać manewrów oskrzydlających, dzięki czemu alianckie wojska wyszłyby na tyły Niemców odcinając im linie zaopatrzenia. Podjęcie takich działań zaproponował Juin w styczniu 1944 r. dowódcy 5 Armii, generałowi Wayne’owi Clarkowi, a 4 lutego gen. Tuker Freybergowi. Niestety, obaj zwierzchnicy całkowicie zignorowali racjonalne argumenty swoich podwładnych.

[Wielu historyków, w tym Messori, wykazuje, że w dowództwie amerykańskim i sprzymierzonym przewagę mieli masoni, też najwyższych stopni. MD]

 Przyznać trzeba, że zarówno Clark jak i Fryberg działali pod silną presją najwyższego dowództwa, które nie zdając sobie sprawy ze skali trudności, żądało od podwładnych szybkich rezultatów. Ufając ogromnej przewadze ogniowej, liczebnej i materiałowej, sztabowcy, zmyleni mirażem zaledwie 5 kilometrów terenu do zdobycia, nie chcieli słyszeć o manewrach oskrzydlających. W swoim zaślepieniu nie zdawali sobie sprawy, że w tamtych warunkach olbrzymia przewaga aliantów po prostu nic nie znaczy. Za to wierzyli, że jeszcze tylko jedno natarcie i sprawa będzie załatwiona.

 W wyniku zaślepienia i niekompetencji alianckich dowódców atakujący ponosili więc olbrzymie i niepotrzebne straty. Taka sytuacja spowodowała zaniepokojenie opinii publicznej w państwach antyhitlerowskiej koalicji. Kierując się mniemaniami i plotkami, które powstały w oparciu o równie ciekawe, co nieścisłe relacje korespondentów wojennych, szybko uznano, że głównym sprawcą niepowodzeń aliantów nie jest zbrodnicza ignorancja dowódców, lecz mury benedyktyńskiego opactwa. Co ciekawe, złudzeniom tym ulegali także walczący o Monte Cassino alianccy zwiadowcy, którzy obecnych w opactwie uchodźców brali za niemieckich żołnierzy. Widząc niezwykłą skuteczność obrony klasztoru nabrano przekonania, że Niemcy urządzili tam punkt obserwacyjny, z którego kierowano ogniem artylerii. Dowodem na to miały być dobrze widoczne – jak przypuszczano – anteny radiostacji (w rzeczywistości była to nieczynna wówczas stacja meteorologiczna). Pod wpływem tych doniesień w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii rozpętano bezprecedensową nagonkę medialną na polityków i generałów sprzeciwiających się zbombardowaniu klasztoru.

 Gdy wbrew radom podwładnych Freyberg postanowił zaatakować Monte Cassino frontalnym atakiem, następca Tukera na stanowisku, gen. Harry Dimoline wieczorem 11 lutego jako pierwszy poprosił o zbombardowanie opactwa. Uznał on, że skoro nie jest w stanie zmienić obłędnej decyzji Freyberga, to jedyną racjonalną rzeczą w tej sytuacji jest dokonanie bombardowania pozycji nieprzyjaciela, po którym nastąpiłby natychmiastowy nocny atak piechoty.

 Bombardowaniu sprzeciwili się dowodzący w rejonie walk i znający miejscowe realia generałowie Geoffrey Keyes i Charles Ryder. Wcześniej Keyes odbył nad opactwem wiele lotów i osobiście się przekonał, że nie ma tam Niemców. Ze względu na powagę miejsca także alianccy zwiadowcy próbowali to sprawdzić. Oficer wywiadu 5 Armii, płk Edwin Howard, analizując fotografie lotnicze stwierdził kategorycznie, że Niemcy nie wykorzystują opactwa do celów obronnych i, że nie ma żadnego powodu, by je bombardować. Podobnie jak Keyes ostrzegał, że stworzyłoby to Niemcom lepsze pozycje obronne. O domniemanych punktach obserwacyjnych najczęściej informowano nie dlatego, że one tam były, lecz dlatego, iż klasztor doskonale nadawał się do ich rozmieszczenia. Dla żądnych odwetu dowódców alianckich, to wystarczyło aby domniemania wziąć za pewniki.

 Mimo sprzecznych informacji wywiadowczych i małych szans na powodzenie planu Fryberga, ulegając presji polityków i anglo-amerykańskiej opinii publicznej gen. Aleksander wydał rozkaz o zbombardowaniu klasztoru. Wielkiego wsparcia dla bezsensownej prośby Fryberga udzielił szef sztabu Alexandra, gen. John Harding.

 Spektakl ludzkiej głupoty

 Ustalony przez Fryberga plan ofensywy został zniweczony już na samym początku. Termin ataku na klasztorne wzgórze ustalono na noc z 15 na 16 lutego. Tymczasem sztab stanowiącej część nowozelandzkiego korpusu dywizji hinduskiej poinformował gen. Freyberga, że natarcie nie może odbyć się wcześniej niż dobę później. W tej sytuacji zbombardowanie opactwa musiałoby nastąpić 16 lutego wieczorem. Dwa dni wcześniej Freyberg otrzymał z dowództwa 5 Armii wiadomość, że jedyny możliwy termin nalotu to ranek 15 lutego. Przyśpieszenie nalotu oznaczało, że Dywizja Hinduska nie tylko nie zdążyłaby przygotować się do natarcia, ale nieprzygotowana musiałaby nacierać za dnia, co skazywało natarcie na pewną klęskę. Chociaż przyspieszenie nalotu niweczyło sens całej akcji, Freyberg ani nie usiłował przełożyć bombardowania, co byłoby w tej sytuacji logiczne, ani tym bardziej nie odwołał go.

15 lutego 239 amerykańskich bombowców, w tym 144 „latających fortec” (ciężkie bombowce B 17) prowadzonych przez mjra Bradforda E. Evansa i mjra Franka B. Chappella w trakcie trzygodzinnego bombardowania zamieniło wspaniały przybytek nauki, kultury i wiary w jedno wielkie rumowisko.

Chociaż Amerykanie przypuszczali, że tak monstrualnego bombardowania nikt nie mógł przeżyć, zważywszy na dużą liczbę obecnych w opactwie uciekinierów liczba ofiar nie była aż tak wielka. Ocaleli wszyscy mnisi, z których żaden nie został nawet ranny. Nie wiadomo, ilu zginęło przebywających w klasztorze uchodźców, których liczbę szacuje się na 1-2 tys. Na podstawie przeprowadzonych po wojnie badań przypuszcza się, że śmierć poniosło kilkuset cywilów, głównie kobiet i dzieci.

Ani wtedy, ani po wojnie nie znaleziono żadnych dowodów, na to, że w wyniku ówczesnego bombardowania zginął choćby jeden Niemiec. Po bombardowaniu opat Diamare złożył pisemne oświadczenie, że w chwili bombardowania w klasztorze nie było żadnego.

 W trakcie bombardowania tysiące alianckich żołnierzy wiwatowało z radości, będąc święcie przekonanymi, że ich samoloty likwidują niemiecki punkt oporu. Po zbombardowaniu klasztoru przez pierwszą grupę samolotów do sztabu 5 Armii zaczęły napływać meldunki o uciekających „Niemcach”. Dowodem na potwierdzenie ich obecności w klasztorze miał być przechwycony przez nasłuch radiowy tekst: Ist Abt noch im Kloster? Ja, co przetłumaczono: „Czy dowództwo batalionu jest wciąż w klasztorze? Tak”. Szybko jednak okazało się, że tłumaczenie to było błędne. Wprawdzie „Abt” jest wojskowym skrótem oznaczającym dowództwo batalionu, jednak słowo to po niemiecku znaczy także „opat”. Właśnie w tym znaczeniu pojawiło się to słowo w niemieckim meldunku, o czym świadczy dalsza część wiadomości: Sind Moenche darinnen? (Czy są tam mnisi?).

 Fałszywe przekonanie, że Niemcy przystosowali klasztor do celów wojskowych sprawiło, że ta barbarzyńska akcja spotkała się z powszechnym poparciem w USA i Wielkiej Brytanii. Zgoła odmiennie zareagowała Stolica Apostolska, Chociaż Watykan wiedział, że zbombardowano nieobsadzone przez Niemców opactwo, jednak powstrzymano się od publicznego potępienia aliantów za zniszczenie opactwa. Możliwe, że u podstaw tej decyzji leżała obawa, iż znani z braku poszanowania dla zabytków alianci (podczas lądowania na Sycylii alianci dokonali wielkiego spustoszenia wśród tamtejszych zabytków, w tym i kościołów) mogliby nawet zbombardować obsadzony przez Niemców Rzym. Nie była to obawa bezpodstawna. Alianci niszczyli każdy obiekt, w którym podejrzewali obecność Niemców. Tę zasadę zastosowano podczas alianckiego nalotu na letnią rezydencję papieża w Castel Gandolfo, gdzie zginęło jedynie 17 zakonnic.

 Przedwczesna radość

 Radość alianckich żołnierzy była przedwczesna. Nie zdawali oni sobie sprawy, że już wkrótce tysiące z nich będzie musiało oddać życie w walce o ruiny opactwa. Za sprawą aliantów, to miejsce modlitwy i nauki w lutym 1944 r. stało się kluczową pozycją niemieckiego systemu umocnień w ramach tzw. linii Gustawa, zamykającej aliantom najkrótszą drogę do Rzymu.

Najtrafniej scharakteryzował zbrodniczość alianckiego bombardowania włoski pisarz i publicysta katolicki, Vittorio Messori: Kiedy skończyło się bombardowanie i niczego już nie można było ocalić, Wehrmacht zajął górę i ufortyfikował się w rumowisku. Barbarzyńska strategia Amerykanów okazała się cenna dla Niemców, ponieważ ruiny stały się tak doskonałym miejscem obrony, że można było w nich przez całe miesiące odpierać najbardziej zaciekłe ataki. Trzydzieści tysięcy poległych aliantów, wśród nich wielu Polaków, spoczywa na tamtejszym cmentarzu z powodu amerykańskiej decyzji zburzenia klasztoru. Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia („Czarne karty Kościoła”, Katowice 2001).

Już pierwsze dni po zburzeniu klasztoru całkowicie skompromitowały tych, którzy twierdzili, że jego zburzenie przyspieszy ofensywę i przyczyni się do zmniejszenia strat. Stało się dokładnie odwrotnie. W czasie próby zajęcia ruin (zostały obsadzone przez niemieckich spadochroniarzy 20 lutego) w nocy z 17 na 18 lutego Dywizja Hinduska poniosła ogromne straty nawet nie zbliżając się do nich. Ogółem w przeprowadzonych tej nocy atakach dywizja straciła 530 żołnierzy, podczas gdy we wcześniejszych dwóch odpowiednio 64 i 130. Tego samego dnia pomimo braku punktu kierowania ogniem w opactwie, co wmawiali alianci, Niemcy odparli atak 200 Nowozelandczyków, zabijając lub raniąc 130 z nich.

 Od lutego do maja Niemcy z powodzeniem odpierali ataki oddziałów alianckich. W maju 1944 r. do walki wszedł dowodzony przez generała Władysława Andersa 2 Korpus Polski, walczący w składzie brytyjskiej 8 Armii. Pierwsze natarcie Korpusu (11-12 V) zostało przez Niemców odparte. Związało ono jednak duże siły nieprzyjaciela i ułatwiło przełamanie niemieckiej obrony przez aliantów. Podczas drugiego natarcia (17-19 V) 2 Korpus zajął wzgórze z ruinami opactwa, a następnie przełamał drugi pas obrony niemieckiej, zwany linią Hitlera. W walce poległo 923 polskich żołnierzy, ok. 3 tys. zostało rannych, zaś 345 uznano za zaginionych. Klasztor nie został zdobyty frontalnym atakiem. Niemcy wycofali się z ruin w nocy z 17 na 18 maja. Polscy żołnierze zajęli rumowisko, w którym znajdowała się grupka ciężko rannych niemieckich żołnierzy.

 Niemcy wycofali się ponieważ alianci nie mogąc zdobyć ich punktów oporu frontalnym atakiem zdecydowali się wreszcie je obejść. W maju alianci zrobili więc to, co na początku roku proponowali generałowie Keyes, Juin i Tuker, tylko, że w ciągu tych pięciu miesięcy w beznadziejnych walkach niepotrzebnie zniszczono wspaniałą budowlę, zaś w walkach o jej ruiny niepotrzebnie straciło życie kilkadziesiąt tysięcy alianckich i niemieckich żołnierzy.

 Antykatolicka nienawiść

 Obecnie nie jest tajemnicą, że alianci podejmując decyzję o zbombardowaniu opactwa, doskonale wiedzieli, że nie było ono zajęte przez niemieckich żołnierzy. Przyznał to ówczesny brytyjski premier Winston Churchill w swojej wielotomowej pracy Druga Wojna Światowa (1952). Jego zdaniem, Niemcy w każdej chwili mogli wykorzystać zabudowania klasztorne do obrony, zaś zniszczenie opactwa miało im to bezpowrotnie uniemożliwić. Jednak podane przez niego uzasadnienie zburzenia opactwa jest sprzeczne z argumentacją głównego inicjatora zbombardowania klasztoru gen. Freyberga.

 Messori nie znajduje innego wytłumaczenia dla tego czynu, jak antykatolicka nienawiść: Amerykanie wiedzieli, że na górze i w klasztorze nie było niemieckiego wojska. Wiadomo także, że zadecydowali o zniszczeniu klasztoru nie z powodów wojskowych, lecz dla samego zniszczenia, co można wytłumaczyć jedynie pragnieniem usunięcia z oblicza ziemi jednego z bardziej znaczących symboli tzw. »katolickiego papizmu«. Barbarzyńska operacja miała cele inne od tych, które publicznie ogłoszono w godzinie bombardowania.

 Prawdziwość tych słów wydaje się potwierdzać rozpętana w USA i Wielkiej Brytanii medialna kampania, w której zajadle atakowano dowódców sprzeciwiających się bombardowaniu opactwa. W nagonce tej roiło się od kłamstw i silnych antykatolickich akcentów. Wielu wrogów Kościoła katolickiego nie ukrywało swojej radości ze zbombardowaniu klasztoru: Nie przypominam sobie, żeby coś, co widziałem lub zrobiłem, tak mnie uszczęśliwiło jak widok tego zburzonego na wzgórzu opactwa… Z radością patrzyłem na ten symboliczny rozpad Kościoła i skostniałej tradycji napisał w swoim dzienniku tuż po bombardowaniu kpt. Sidney Waugh, przed wojną znany jako wybitny rzeźbiarz.

 Po wojnie USA i Wielka Brytania uparcie trzymały się tezy, że zniszczenie opactwa na Monte Cassino było uzasadnione. Dopiero w końcu lat 60. XX stulecia w wydawanych w USA publikacjach zatryumfowała prawda. W oficjalnej historii armii amerykańskiej z 1969 r. stwierdzono, że opactwo nie było zajęte przez wojska niemieckie.

Wielka Brytania do dnia dzisiejszego nie zmieniła swego stanowiska o „niekwestionowanych dowodach” na wykorzystywanie opactwa przez Niemców. Żadnej pokory wobec prawdy nie wykazuje Nowa Zelandia, która zawzięcie broni gen. Freyberga. Paradoksalnie, dla niemieckich żołnierzy bitwa na Monte Cassino stanowiła jedną z nielicznych jasnych kart w generalnie haniebnej historii całej II wojny światowej.

 Krzysztof Warecki

===================

Nienawiść masońskich dowódców USA i „sprzymierzonych”  do Kościoła katolickiego jest udokumentowana. Świadczy o niej również podwójna zbrodnia detonacji bomb jądrowych nad Hirosima i Nagasaki – miastami przecież cywilnymi. Nagasaki to ośrodek katolicyzmu w Japonii.

———————————————

Leo Szilard, jeden ze współautorów sławnego listu, podpisanego również przez Einsteina i zaadresowanego do Prezydenta Roosevelta – listu znanego jako początek Projektu „Manhattan”, napisał w 1960 roku, niedługo przed swoją śmiercią, że: „jeżeliby Niemcy rzucili na miasta bomby atomowe, to Amerykanie określili by takie bombardowanie, jako ‘zbrodnię wojenną’ oraz skazaliby w Norymberdze na śmierć przez powieszenie na szubienicy Niemców winnych tej zbrodni”.

Zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki w sierpniu 1945 roku, gdzie „ground zero” czyli „wskazanym celem” była jedyna w Japonii katedra katolicka, było większą zbrodnią wojenną niż zbrodnie generałów japońskich, za które byli oni skazani na śmierć i uśmierceni w Tokio i w Manili .

Inny cytat: Nagasaki: Klasztor zbudowany został wówczas za miastem, za górą, ale jak się później okazało dzięki temu ocalał, gdy Amerykanie rzucili bombę atomową na Nagasaki. Poleciały tylko szyby!

Chińskie prawa człowieka

Chińskie prawa człowieka

7.06.2026 Adam Wielomski nczas/chinskie-prawa-czlowieka

NCZAS.INFO | Prof. Adam Wielomski. Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: youtube/ Prof. Adam Wielomski. Naukowo o polityce
NCZAS.INFO | Prof. Adam Wielomski. Źródło: youtube/ Prof. Adam Wielomski. Naukowo o polityce

W dniu 21 maja 2026 roku, wraz z moją Żoną Magdaleną Ziętek-Wielomską uczestniczyliśmy w europejsko-chińskiej międzynarodowej konferencji „Przyszłość praw człowieka w zmieniającym się porządku świata”. Konferencja robiła wrażenie swoim rozmachem. Około setki uczestników, w tym dwóch byłych premierów (Grecji i Rumunii), wielu wykładowców, polityków, urzędników rządowych i przedstawicieli organizacji społecznych.

Jednak to, co było najważniejsze, to możliwość zapoznania się z chińskim rozumieniem praw człowieka.

W Polsce panuje fundamentalizm prawo-człowieczy, polegający na ślepym i fanatycznym traktowaniu praw człowieka jako ideologii, którą są smagane „rządy niedemokratyczne”. Stąd też w przypadku Chin pisze się ciągle o dysydentach, prześladowanych grupach etnicznych, braku wolności słowa, demokracji etc. Stąd też moje pewne zdziwienie, że Chińczycy zorganizowali konferencję na taki temat nie tylko w Europie, lecz w samym Paryżu – w nieformalnej stolicy praw człowieka.

Wcześniej wiedziałem, że główna linia chińskiej krytyki praw człowieka dotyczy ich nadmiernie indywidualistycznego aspektu, pominięcia obowiązków jednostki wobec wspólnoty etc. W literaturze politologicznej od czasu do czasu wspomina się o tej krytyce, ale rzadko. Szczególnie w Polsce. Ku mojemu zaskoczeniu do Paryża przyleciała chyba z połowa kadry chińskiego Instytutu Praw Człowieka Uniwersytetu Południowo-zachodniego Nauk Politycznych i Prawa, przedstawiając własną i oryginalną ich koncepcję.

Uczestnikom wręczano anglo- lub francuskojęzyczny wybór tekstów Xi Jinpinga „Szacunek i ochrona praw człowieka” (Pekin 2026). W antologii tej czytamy: „Chciałbym tutaj sprecyzować, że rozwój praw człowieka w Chinach nie jest i nie będzie oparty na kryteriach dyktowanych przez Zachód. Jakie by nie było stadium naszego rozwoju, prawa człowieka w Chinach muszą rozwijać się zgodnie z rzeczywistością narodową i wymogami ludu chińskiego. Chcemy osiągnąć cele i poziom, które sami sobie założyliśmy. Nie mamy potrzeby podążać za Zachodem i być przez Zachód sądzeni. Musimy z całą mocą odpowiedzieć na słowa i czyny państw zachodnich dające Chinom i to w sposób upokarzający lekcje w materii praw człowieka” (wersja francuska, s. 21). Jak zatem rozumieją prawa człowieka Chińczycy?

Są dwa zasadnicze prawa człowieka. Pierwszym jest naturalne prawo każdej wspólnoty narodowej do posiadania suwerennego państwa. Jak tłumaczył jeden z chińskich profesorów: co z tego, że masz prawo do własności i wolności słowa, jeśli mieszkasz w państwie, które kierowane jest przez zagraniczne mocarstwa, które dyktują ci prawa dotyczące tejże własności i określają kierunek polityczny państwa? Ten, kto nie definiuje własnych praw, ten nie jest człowiekiem wolnym. Innymi słowy, to podstawowe prawo człowieka w tradycji zachodniej określane jest jako zbiorowe prawo narodów do samostanowienia.

Można je nawet ująć szerzej: jest to nie tylko prawo każdego narodu do posiadania własnego państwa, lecz także do jego suwerenności, w którą nie ma prawa ingerować żadne mocarstwo zewnętrzne. Ważne, aby naród podejmował sam decyzję o ustroju i osobach nim rządzących. Mówiąc „sam”, nie mam na myśli koniecznie drogi wyborczej. Jeśli w jakimś narodzie dojdzie do rewolucji lub zamachu stanu, w wyniku którego ukonstytuuje się taki lub inny rząd, to jest on suwerennym reprezentantem danego narodu, o ile tylko tego rządu nie ustanowiło i nie wspiera siłą zewnętrzne mocarstwo czy sąsiednie państwo. To jest najważniejsze prawo człowieka: do samostanowienia i suwerenności politycznej. Podkreślając tak bardzo to prawo, Chińczycy zrzucają z siebie pył tzw. stulecia upokorzeń, czyli XIX wieku, gdy zachodnie mocarstwa robiły w tym kraju, co chciały, potem to samo czynili Japończycy, a do niedawna próbowali czynić Amerykanie – dopóki na naszych oczach nie utracili hegemonii nad światem.

Drugie prawo człowieka to uprawnienie do rozwoju. Każde państwo ma prawo do rozwoju ekonomicznego, którego celem jest wyjście z biedy i ukonstytuowanie swoich obywateli jako dominującej liczebnie klasy średniej. Chińczycy nie definiują sposobu, w jaki ma się to stać (socjalistyczny, liberalny, libertariański), gdyż swoboda wybrania tej drogi wynika z prawa pierwszego. Jak tłumaczyli chińscy uczestnicy imprezy, co ci po wolnościach liberalnych, gdy nie masz co włożyć do garnka? Chińczycy uważają, że jakieś 400 milionów ich rodaków skorzystało już w pełni z tego prawa, stając się klasą średnią, a pozostały miliard wyszedł już wprawdzie z nędzy, ale jeszcze nie stał się klasą średnią.

Dlatego też Pekin samo-definiuje się nadal jako „państwo rozwijające się”, choć jego gospodarka jest pierwszą (wskaźnik PPP) lub drugą (wskaźnik PKB) na świecie. Tutaj także widać chińskie rozliczenia z wielowiekową biedą tego państwa, z której Chiny wyszły dopiero całkiem niedawno. Z prawa do rozwoju wynikają jeszcze prawa poszczególne: do przemieszania się za pracą, z czego wynika rozwój środków komunikacji; prawo do zdrowia, aby zwiększyć długość i komfort życia; prawo do edukacji etc.

Chińscy uczestnicy konferencji o tym nie mówili, ale z antologii Xi Jinpinga wynika, że własność także jest prawem człowieka, gdyż zapewnia rozwój ekonomiczny. Nie jest prawem człowieka samym z siebie – jak u Johna Locke’a – lecz dlatego że za jego pomocą realizowane jest ludzkie prawo do rozwoju.

Wszyscy, którzy mnie znają i czytają, wiedzą, że zawsze byłem sceptykiem co do praw człowieka, widząc w nich ideologię burzycielskich rewolucji – od rewolucji francuskiej po rewolucję LGBT. Ale ta chińska koncepcja jest mi całkiem bliska. W istocie sprowadza się ona do nauki o ludzkim prawie do posiadania własnego suwerennego państwa, w które nie ma prawa wtrącać się ani ambasador Repnin, ani ambasador Rose, ani Ursula von der Leyen. Państwo to ma zarazem stworzyć system ekonomiczny, dający ogółowi obywateli rozwój i poprawę dobrobytu. Można zatem spytać: czego właściwie można więcej chcieć? Prawdziwe konserwatywne państwo.

Boliwia staje się kolejnym żerowiskiem Izraela… [lit…]

Boliwia staje się kolejnym żerowiskiem Izraela…

Date: 6 giugno 2026Author: Uczta Baltazara

babylonianempire/boliwia-staje-sie-kolejnym-zerowiskiem-izraela

Od Evo Moralesa do Rodrigo Paza: dramatyczny zwrot Boliwii w stronę Izraela

[Boliwia posiada największe zidentyfikowane złoża litu na świecie md]

=========================================

Izrael znajduje kolejny południowoamerykański kraj, na którym będzie mógł żerować.

Boliwia przeżywa najgłębszy kryzys polityczny i gospodarczy od czterdziestu lat, a reakcje Waszyngtonu i Jerozolimy są uderzająco podobne. Od początku maja 2026 r. kraj ogarnęła ogromna fala protestów z udziałem społeczności rdzennych, górników, związków chłopskich, pracowników transportu, nauczycieli i zwolenników byłego lewicowego prezydenta Evo Moralesa. Dziesiątki blokad dróg sparaliżowały autostrady, odcinając dostawy żywności, paliwa i leków do miast. Protestujący domagają się dymisji prezydenta Rodrigo Paza, prawicowego polityka, który objął urząd 8 listopada 2025 r., kończąc prawie 20 lat rządów lewicowego Ruchu na rzecz Socjalizmu (MAS).

Główne przyczyny protestów to braki paliwa, roczna inflacja przekraczająca 20% w momencie objęcia urzędu przez Paza, cięcia oszczędnościowe (w tym likwidacja państwowych dotacji do paliw na mocy dekretu 5503, który praktycznie podwoił koszty paliwa dla konsumentów) oraz ustawa o klasyfikacji gruntów (nr 1720), postrzegana jako zagrażająca prawom rdzennej ludności do ziemi, ponieważ umożliwiała zajmowanie gruntów rolnych jako zabezpieczenia kredytów. Choć rząd uchylił ustawę 1720 13 maja, protesty nadal się rozprzestrzeniają, a żądania rozszerzyły się o podwyżki płac, reformę prawa pracy i dymisję Paza.

Rząd Paza doszedł do władzy pod hasłem ponownego zorientowania Boliwii na współpracę ze Stanami Zjednoczonymi i zachodnimi instytucjami finansowymi. W ciągu kilku tygodni od objęcia urzędu Paz spotkał się z sekretarzem stanu Marco Rubio i podpisał umowę przywracającą pełne stosunki dyplomatyczne Boliwii z Izraelem, które zostały zerwane w 2023 r. za poprzedniego rządu MAS w proteście przeciwko wojnie w Gazie. Zapewnił też pożyczkę w wysokości 3,1 miliarda dolarów z banku rozwoju Ameryki Łacińskiej, zaprosił DEA (Drug Enforcement Administration) z powrotem do Boliwii i dołączył do koalicji bezpieczeństwa Trumpa „Tarcza Ameryk” (Shield of the Americas) wraz z Argentyną, Salwadorem i kilkunastoma innymi prawicowymi rządami.

Kiedy w połowie maja wybuchły protesty, zarówno Stany Zjednoczone, jak i Izrael wydały oświadczenia, których uderzające podobieństwo zauważył dziennikarz Max Blumenthal. Blumenthal, redaktor The Grayzone, napisał na Twitterze: „USA i Izrael wydały uderzająco podobne oświadczenia w sprawie Boliwii. To tak, jakby były jednym, skonsolidowanym reżimem zmobilizowanym w obronie globalnej oligarchii i przeciwko rdzennemu oporowi.”

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Izraela opublikowało 17 maja: „Państwo Izrael wyraża swoje wsparcie i solidarność z rządem i narodem Boliwii, a także z prezydentem @Rodrigo_PazP, który został wybrany w sposób legalny i demokratyczny. Z niepokojem obserwujemy sytuację humanitarną spowodowaną zamieszkami i blokadami dróg, które doprowadziły do niedoborów żywności i podstawowych artykułów dla ludności. Izrael wspiera wysiłki rządu Boliwii na rzecz promowania dialogu i zachowania stabilności demokratycznej w kraju.”

Dwa dni później Biuro ds. Zachodniej Półkuli Departamentu Stanu napisało na Twitterze: „W Boliwii zamieszki i blokady stworzyły kryzys humanitarny, powodując niedobory leków, żywności i paliwa. Potępiamy wszelkie działania mające na celu zdestabilizowanie demokratycznie wybranego rządu @Rodrigo_PazP i wspieramy go w wysiłkach na rzecz przywrócenia porządku dla pokoju, bezpieczeństwa i stabilności narodu boliwijskiego.”

Zastępca sekretarza stanu USA Christopher Landau nazwał protesty „zamachem stanu” i stwierdził: „Nie miejcie co do tego wątpliwości. To jest zamach stanu finansowany przez ten niegodziwy sojusz między polityką a przestępczością zorganizowaną w całym regionie”. Sekretarz stanu Rubio oświadczył, że „Stany Zjednoczone stanowczo wspierają prawowity konstytucyjny rząd Boliwii. Nie pozwolimy przestępcom i handlarzom narkotyków obalać demokratycznie wybranych przywódców na naszej półkuli”.

Skoordynowany przekaz odzwierciedla głębszą historię relacji Boliwii z Izraelem, które na przestrzeni ośmiu dekad ulegały dramatycznym zmianom.

Relacje Boliwii z Izraelem rozpoczęły się od wsparcia. 29 listopada 1947 r. Boliwia zagłosowała za Rezolucją Zgromadzenia Ogólnego ONZ nr 181 (Planem Podziału Palestyny), który utorował drogę do ogłoszenia niepodległości Izraela. Boliwia formalnie uznała suwerenność Izraela w 1949 r., a oba kraje nawiązały stosunki dyplomatyczne w 1950 r. To wsparcie nie było przypadkowe. Boliwia była schronieniem dla tysięcy żydowskich uchodźców uciekających z Europy w latach 30. i 40. XX wieku.

Niemiecko-żydowski właściciel kopalni Maurice Hochschild wykorzystał swoje stosunki z prezydentem Boliwii Germánem Buschem do ułatwienia wydawania wiz żydowskim uchodźcom z Niemiec i Austrii oraz założył Towarzystwo Ochrony Imigrantów Izraelskich (SOPRO), aby wspierać integrację uchodźców. Według Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, do końca 1942 r. w Boliwii osiedliło się około 7000 żydowskich imigrantów. Społeczność żydowska założyła Circulo Israelita de Bolivia w La Paz, które stało się najwyżej położoną synagogą na świecie – na prawie 12 000 stóp nad poziomem morza.

Przez pierwsze pięć dekad formalnych stosunków Boliwia i Izrael utrzymywały stabilne i oparte na współpracy relacje. Izraelska agencja współpracy rozwojowej MASHAV, założona w 1958 r., rozszerzyła swoje transfery technologii rolniczych, wiedzę z zakresu gospodarki wodnej i programy budowania potencjału na kraje Ameryki Łacińskiej i Afryki. Zniesienie obowiązku wizowego w 1972 r. pozwoliło obywatelom Izraela na podróżowanie do Boliwii bez wizy. Każdego roku około 20 000 izraelskich weteranów po odbyciu obowiązkowej służby wojskowej udawało się do Ameryki Południowej, aby odpocząć, a Boliwia – z jej malowniczymi andyjskimi krajobrazami, solniskiem Salar de Uyuni, basenem Amazonki i dżunglą Yungas – stała się jednym z najpopularniejszych kierunków.

Wszystko zmieniło się wraz z wyborem Evo Moralesa w 2006 r. Morales, pierwszy rdzenny prezydent Boliwii, zbudował swoją politykę zagraniczną wokół zaciekłej antyimperialistycznej agendy, która traktowała politykę zagraniczną USA i izraelskie działania wojskowe jako dwa przejawy tego samego żydowskiego supremacjonistycznego systemu dominacji obejmującego większość globu. Szybko zorientował Boliwię na blok ALBA (który obejmował Kubę, Nikaraguę, Ekwador i Wenezuelę), z Iranem jako partnerem zewnętrznym.

Pierwsze bezpośrednie zerwanie nastąpiło 14 stycznia 2009 r., podczas izraelskiej operacji „Płynny Ołów”. Morales ogłosił zerwanie stosunków dyplomatycznych, nazywając traktowanie Palestyńczyków przez Izrael „ludobójstwem”. Zażądał postawienia premiera Ehuda Olmerta przed wymiarem sprawiedliwości i odebrania Pokojowej Nagrody Nobla prezydentowi Izraela Szimonowi Peresowi.

Stosunki pogorszyły się jeszcze bardziej podczas wojny w Gazie w 2014 r. Morales ogłosił Izrael „państwem terrorystycznym” i zapowiedział anulowanie umowy o zniesieniu wiz z 1972 roku. „Ogłaszamy [Izrael] państwem terrorystycznym” – oświadczył Morales podczas rozmowy z grupą nauczycieli w mieście Cochabamba. Wcześniej w tym miesiącu złożył wniosek do Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka o ściganie Izraela za zbrodnie przeciwko ludzkości.

Lata rządów Moralesa wniosły również istotny element tajnych działań do procesu oddalania się Boliwii od Izraela. W miarę jak Boliwia zbliżała się do Iranu, kraj stał się tym, co amerykańscy urzędnicy wywiadu opisali jako „węzeł drugorzędny” dla operacji irańskiego wywiadu w regionie. Kontrowersyjna reelekcja Moralesa w październiku 2019 r. wywołała masowe protesty, a on podał się do dymisji pod presją wojska 10 listopada 2019 r., po tym jak dowódca boliwijskiej armii publicznie wezwał go do ustąpienia.

Tymczasowy rząd Jeanine Áñez, która objęła prezydenturę 12 listopada, natychmiast rozpoczął odwracanie polityki zagranicznej z czasów Moralesa. W ciągu kilku dni minister spraw zagranicznych Karen Longaric ogłosiła wydalenie wenezuelskiego personelu dyplomatycznego i wystąpienie Boliwii z bloku ALBA, a rząd dołączył do Grupy Lima. Boliwia zerwała stosunki z Kubą 24 stycznia 2020 r., stając się jedynym krajem na półkuli zachodniej bez stosunków dyplomatycznych z Hawaną. 27 listopada 2019 r., zaledwie dwa tygodnie po rezygnacji Moralesa, minister spraw zagranicznych Boliwii Karen Longaric ogłosiła przywrócenie stosunków dyplomatycznych z Izraelem.

Wybory w Boliwii w październiku 2020 r. przywróciły Ruch na rzecz Socjalizmu do władzy pod przewodnictwem Luisa Arce. Najbardziej prowokacyjnym wydarzeniem okresu rządów Arce było podpisanie w lipcu 2023 r. przez ministra obrony Boliwii Edmundo Novillo w Teheranie memorandum o porozumieniu w sprawie bezpieczeństwa i obrony z irańskim ministrem obrony Mohammadem Rezą Asztianim. Umowa zawierała postanowienia dotyczące rozmieszczenia irańskich dronów wojskowych w Boliwii pod pretekstem ochrony granic i zwalczania handlu narkotykami.

Po ataku Hamasu na Izrael 7 października 2023 r. i późniejszej izraelskiej kampanii wojskowej w Gazie, rząd Arce szybko zareagował. 31 października 2023 r. Boliwia jako pierwszy kraj w Ameryce Łacińskiej zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem z powodu najnowszej wojny w Gazie. Wiceminister spraw zagranicznych Freddy Mamani ogłosił decyzję „w imię potępienia i odrzucenia agresywnej i nieproporcjonalnej izraelskiej ofensywy wojskowej w Strefie Gazy”. Rzecznik izraelskiego MSZ Lior Haiat nazwał ten krok „kapitulacją przed terroryzmem i reżimem ajatollahów w Iranie”.

W październiku 2024 roku Boliwia złożyła w Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości oświadczenie o przystąpieniu do sprawy, przyłączając się do pozwu Republiki Południowej Afryki, w którym zarzuca się Izraelowi popełnienie ludobójstwa w Strefie Gazy.

Wybory prezydenckie w Boliwii w październiku 2025 r. przyniosły przełomowy wynik. Rodrigo Paz zwyciężył, zdobywając ponad 54 procent głosów; po raz pierwszy od 20 lat żaden kandydat MAS nie zdobył prezydentury. Paz, syn byłego prezydenta Boliwii i absolwent amerykańskich uczelni, prowadził kampanię pod hasłem „Kapitalizm dla wszystkich”. Izraelski minister spraw zagranicznych Gideon Sa’ar w dniach po jego wyborze sygnalizował chęć naprawy stosunków dwustronnych z Pazem.

10 grudnia 2025 r. Sa’ar i boliwijski minister spraw zagranicznych Fernando Aramayo podpisali w Waszyngtonie wspólną deklarację przywracającą pełne stosunki dyplomatyczne. Boliwijskie MSZ oświadczyło, że „Boliwia i Izrael w pełni przywracają swoje stosunki dyplomatyczne i otwierają nowy etap strategicznej współpracy”. Premier Benjamin Netanjahu osobiście rozmawiał telefonicznie z Pazem 10 grudnia 2025 r. Obaj „zgodzili się co do potrzeby promowania współpracy w różnych dziedzinach, ze szczególnym uwzględnieniem bezpieczeństwa, oraz przywrócenia ożywionej turystyki wielu izraelskich podróżnych” do Boliwii – podały izraelskie władze. Netanjahu osobiście zaprosił Paza do odwiedzenia Izraela.

Najważniejszym strategicznym interesem Izraela w Boliwii jest jej lit. Boliwia posiada największe na świecie udokumentowane rezerwy litu – szacunkowo 23 miliony ton metrycznych, co stanowi około 20% światowych rezerw. Za rządów Moralesa i Arce Boliwia zawierała umowy dotyczące litu głównie z Chinami i Rosją. Pojednanie Boliwii z Izraelem umieszcza ją w orbicie Porozumień Izaaka (Isaac Accords), ramy wzorowanej na Porozumieniach Abrahama i promowanej przez prezydenta Argentyny Javiera Milei. Fundacja Genesis Prize Foundation okrzyknęła wybór Paza jako „nową szansę na przyjaźń i bliższe więzi z Izraelem”. Niezwykle silne wyrażenie solidarności z rządem Paza podczas protestów w maju 2026 r. reprezentuje poziom publicznego poparcia rzadko udzielanego zagranicznej głowie państwa.

W miarę jak Boliwia zostaje wciągnięta w sieć „porozumień Isaaca”, schemat staje się oczywisty. Ingerencja Izraela w politykę Boliwii to przemyślany manewr mający na celu zapewnienie sobie dostępu do litu oraz złamanie oporu rdzennej ludności wobec bezpardonowych metod wydobycia surowców. Kiedy przestaniemy postrzegać Izrael jako zwykłe państwo i zaczniemy uznawać go za imperium, sytuacja stanie się bardziej przejrzysta.

Jest to ponadnarodowa struktura władzy, która realizuje interesy elity wyznającej supremację żydowską kosztem wszystkich narodów, które staną jej na drodze. Boliwia to po prostu najnowszy front w ekspansji tego pasożytniczego przedsięwzięcia.

INFO: josealnino/from-evo-morales-to-rodrigo-paz-bolivias

WARTO PRZYPOMNIEĆ:archive.org/web

ram.neon24.pl/evo-morales-i-biale-zloto-boliwii

http://web.archive.org/web

ram.neon24.pl/andinia-plan-czyli-zydowski-apetyt-na-patagonie

Klasztor św. Benedykta na Monte Cassino a cele strategiczne Amerykanów

Mirosław Dakowski    [z Archiwum, odpowiedź na dość głupawy tekst w (…) ]
29.09.2010.
Klasztor św. Benedykta na Monte Cassino a cele strategiczne Amerykanów

Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia.
A może był to niejasny i nie do powstrzymania wymóg, konieczność wynikająca z owego połączenia radykalnego protestantyzmu i masońskiego oświecenia, którym od początku charakteryzowała się ame­rykańska klasa kierownicza?(Messori)    
         Dopiero osobiste spojrzenie na Opactwo na górze Monte Cassino pozwala mi na zadanie sobie pytania: Po co, w jakim celu dowództwo amerykańskie, czy aliantów, w 1944 roku zniszczyło serce katolicyzmu, klasztor, który założył św. Benedykt w roku 529?
            Fakty:
1)      był zakaz gen. Eisenhowera atakowania i niszczenia zabytków. Postąpiono wbrew niemu.
2)      Klasztor na początku 1944 r. nie był obsadzony przez wojska niemieckie. Dopiero po barbarzyńskim zburzeniu przez naloty alianckie oraz artylerię 15 lutego 1944 r., Niemcy zajęli ruiny.
3)      Klasztor i góra Monte Cassino nie miała strategicznego znaczenia jako bastion broniący drogi z Południa na Rzym: Między Monte Cassino a morzem Tyrreńskim mogły bez przeszkód przejść idąc koło siebie nie tylko dywizje, ale armie.
4)      Za zdobycie ruin SERCA KATOLIZYZMU Polacy (katolicy) zapłacili śmiercią ok. tysiąca żołnierzy…
5)      Teraz jest tam piękna dla oka ATRAPA Opactwa, zbudowana od nowa przez (formalnie) rząd włoski (oddano mnichom w 1964 roku, jeszcze w r. 2010 część fresków nie jest namalowana od nowa), a w rzeczywistości sfinansowana przez Anglików i Amerykanów (wyrzuty sumienia? – toć „oni” chyba nie mają sumienia w naszym sensie tego słowa?… ).   Poniżej umieszczam tekst Vittorio Messori, który może nie zna dobrze „wkładu Polaków” w bitwę, ale… nie da się go zakwalifikować jako „polski ciemnogród”. MONTE CASSINO Vittorio Messori, „Czarne karty Kościoła”, Księgarnia św. Jacka, Katowice, 1998, str. 250 i nast.
            W czasie wakacyjnych podróży nie brakuje okazji do owocnych refleksji. Na przykład ci, którzy udają się na plaże, zbliżając się do Rzymu od południa, winni pomyśleć nieco o tym, dlaczego opactwo na Monte Cassino, niczym historyczny fałsz, nawet jeśli jest tylko całkowitą rekonstrukcją, góruje jeszcze na tym wzniesieniu.
            W ciągu następujących po wojnie światowej dziesięcioleci zaczęto przyjmować niezwykłą postawę, która wcześniej miała miejsce jedynie w manicheizmie: dobro istnieje tylko po jednej stronie, po stronie demokracji anglosaskiej, zawsze i wszędzie wprowadzającej cywilizację; zło przyszło z drugiej strony, z faszystowskich Niemiec, siedliska barbarzyństwa i zła.  [….]  
           Wróćmy do Monte Cassino, gdyż od niego zaczęli­śmy naszą refleksję. Na wstępie zaznaczmy, że nienawiść antykatolicka (nie ma innego wytłumaczenia) doprowadziła do złamania schematu o „cywilizacji anglo-amerykańskiej przeciwko niemieckiemu barbarzyństwu”.
            Na tym sławnym wzgórzu, położonym na południe od Rzymu, właśnie faszyści okazali się „przyjaciółmi ludzi i kul­tury„. W tym bowiem rejonie Niemcy – między Włochami i aliantami – w pośpiechu utworzyli „Linię Gustawa„. Monte Cassino, pojedyncze, skaliste wzgórze, wznoszące się nad równiną, było idealnym miejscem na bazę, ale marszałek polny, Albert Kesselring, bawarski katolik, pochodzący ze starej, przed-nazistowskiej kasty wojskowej, która łączyła wojskowy dryl ze szczególnym pojęciem honoru, nie chciał się zdecydować na ufortyfikowanie tego miejsca, ponieważ byłoby to równoznaczne z wystawieniem go na zniszczenie.             Niemcy (mimo wszystko potomkowie jednego z najbar­dziej oświeconych krajów świata i katoliccy przynajmniej w jednej trzeciej swej ludności) dobrze wiedzieli, co oznacza dla powszechnej cywilizacji miejsce, w którym razem ze św. Scholastyką spoczywają szczątki Benedykta z Nursji, nie bez przyczyny głównego patrona Europy.
            Tutaj powstała Reguła, która w czasie załamywania się kla­sycznej kultury w wielkim stopniu przyczyniła się do zacho­wania tego, co było najlepsze w starożytnym świecie i do zainaugurowania nowego. Tutaj, w wielkich skryptoriach (skryptorium – pomieszczenie w średniowiecznych klasztorach lub kate­drach, w którym kopiowano księgi rękopiśmienne [przyp. red.].), zakonnicy przepisywali nieśmiertelne dzieła, dzięki czemu nie uległy one zniszczeniu i zapomnieniu. Tu­taj biło serce prawego rycerstwa, które od Szkocji po Sycylię przez ponad tysiąc lat poświęcało się wiecznemu zbawieniu człowieka oraz polepszaniu jego życia na ziemi.
            Tak więc wbrew wszelkiej taktyce i strategii, Kesselring wyłączył Monte Cassino z linii obronnej, pozwalając we wnę­trzu klasztornych murów znaleźć schronienie wielkiej liczbie uciekinierów, rannych, chorych oraz starców i kobiet przy­garniętych przez zakonników.
            Dziś znany jest fakt, że alianci, przede wszystkim Amery­kanie, wiedzieli, że na górze i w klasztorze nie było niemiec­kiego wojska. Wiadomo także, że zadecydowali o zniszczeniu klasztoru nie z powodów wojskowych, lecz dla samego znisz­czenia, co można wytłumaczyć jedynie pragnieniem usunię­cia z oblicza ziemi jednego z bardziej znaczących symboli tzw. „katolickiego papizmu„. Barbarzyńska operacja miała cele inne od tych, które publicznie ogłoszono w godzinie bombardowania.
            W ten sposób zaoferowano Niemcom okazję, przynajm­niej w tym przypadku, zrehabilitowania się jako „przyjaciół” cywilizacji. Mimo dramatycznych trudności z transportem, Wehrmacht znalazł potrzebne ciężarówki, aby przewieźć do Watykanu przynajmniej część artystycznych i kultural­nych skarbów z klasztoru, poczynając od niezwykłego archi­wum, w którym znajduje się pierwszy dokument napisany w języku włoskim.             Kiedy z klasztoru wywieziono już wspomniane osoby i rzeczy, 15 lutego 1944 roku, punktualnie o zapowiedzianej godzinie, pod niebem Monte Cassino ukazała się chmura amerykańskich samolotów, które rozpoczęły „precyzyjne” bombardowanie, zaś z równiny odezwały się alianckie działa ciężkiego kalibru. Bombardowanie i ostrzeliwanie trwało trzy dni, dopóki nie było pewności, że z klasztoru pozostały jedy­nie ruiny (później okazało się, że zniszczono wszystko oprócz krypty z relikwiami św. Benedykta i św. Scholastyki).
Z całe­go wydarzenia zrobiono „spektakl”, filmując go przy pomocy zawodowych kamerzystów. Kiedy skończyło się bombardowanie i niczego już nie można było ocalić, Wehrmacht zajął górę i ufortyfikował się w rumowisku. Barbarzyńska strategia Amerykanów okazała się cenna dla Niemców, ponieważ ruiny stały się tak dosko­nałym miejscem obrony, że można było w nich przez całe miesiące odpierać najbardziej zaciekłe ataki. Trzydzieści tysięcy poległych aliantów, wśród nich wielu Polaków, spo­czywa na tamtejszym cmentarzu z powodu amerykańskiej decyzji zburzenia klasztoru.
            Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia.
A może był to niejasny i nie do powstrzymania wymóg, konieczność wynikająca z owego połączenia radykalnego protestantyzmu i masońskiego oświecenia, którym od początku charakteryzowała się ame­rykańska klasa kierownicza? Być może ten płomień gniewu pomoże lepiej zrozumieć wielką klasztorną awanturę, uka­zując jej historyczną ważność, nawet za cenę rozpętania tak wielkiej destrukcyjnej furii.             Gdyby znalazł się ktoś, kto wątpi w nasze podejrzenia co do poza-militarnych celów zbombardowania szacownego klaszto­ru, uważając nas za ogarniętych wyolbrzymioną manią prześla­dowczą, niech przeczyta, co na ten temat ma do powiedzenia między innymi Giorgio Spini. Można mu ufać, skoro nawet on, będąc waldensem i obrońcą protestanckiej dominacji, pisze o „wzrastającej w Stanach Zjednoczonych fali ruchów antykatolickich, niejednokrotnie połączonej z brutalnymi manifestacjami”. Wspomniany historyk dodaje: „Nawet pomijając już przykłady nietolerancji i histerii, bez wątpienia istnieje w historii północnoamerykańskiej stan alarmowy, spowodowany liczną migracją katolicką, która mo­głaby stanowić zagrożenie dla głównych instytucji amerykań­skich„.

Nowe zmienne komplikują negocjacje USA i Iranu

Nowe zmienne komplikujące negocjacje USA i Iranu

7 czerwca 2026 r Larry C. Johnson sonar21/new-variables-complicating-us-and-iran-negotiations

Chciałbym zwrócić Państwa uwagę na dwa doniesienia, które mogą skomplikować, jeśli nie zniweczyć, nadzieje prezydenta Trumpa na osiągnięcie porozumienia pokojowego z Iranem.

Pakistan, jak informowaliśmy w zeszłym tygodniu z Pepe Escobarem, nadal odgrywa kluczową rolę w próbach wypracowania rozwiązania akceptowalnego dla Iranu i Stanów Zjednoczonych. Irańskie media państwowe poinformowały , że pakistański minister spraw wewnętrznych Mohsin Naqvi przybył w sobotę do Teheranu na rozmowy z irańskimi urzędnikami, w tym z ministrem spraw zagranicznych Abbasem Araqchi. Naqvi powiedział, że ma przy sobie „specjalny list” od dowódcy armii i premiera Iranu do prezydenta Chameneiego, podała ISNA.

Uwolnienie zamrożonych irańskich aktywów pozostaje kluczowym żądaniem Iranu. W zeszły czwartek CNN przeprowadziła wywiad z Mohsenem Rezaei , byłym dowódcą Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i obecnym doradcą wojskowym Najwyższego Przywódcy ajatollaha Modżtaby Chameneiego. Rezaei powiedział CNN, że każde porozumienie pokojowe między USA a Iranem zależy od uwolnienia przez Waszyngton 24 miliardów dolarów zamrożonych irańskich aktywów, ostrzegając, że Stany Zjednoczone „wejdą w ciemny korytarz”, jeśli wznowią walki. Rezaei określił kwotę 24 miliardów dolarów jako „test” wiarygodności USA: „Jeśli prezydent Donald Trump chce porozumienia z Iranem, ta kwota jest testem. To test, który Stany Zjednoczone muszą zdać, aby otworzyć drogę do porozumienia”.

Wygląda na to, że sekretarz skarbu USA Scott Bessent nie otrzymał notatki o zawarciu porozumienia z Iranem. Bessent podobno polecił zespołowi oszacowanie kosztów szkód wyrządzonych sojusznikom Zatoki Perskiej przez Iran, z zamiarem wykorzystania tych zasobów do sfinansowania napraw zniszczonej infrastruktury Arabów z Zatoki Perskiej. Iran z pewnością odmówi przyjęcia tego warunku.

Jestem pewien, że niektórzy zwolennicy Trumpa uznają to za wynik jego stylu negocjacji, ale w chwili, gdy rozmowy rzekomo utknęły w martwym punkcie (tak powiedział Mohsen Rezaei w wywiadzie dla CNN), po co zajmować stanowisko, które rozgniewa Iran?

Z drugiej strony są grzechy Izraela. Nie wiem, czy Biały Dom Trumpa odegrał rolę w podsycaniu „ New York Timesa” historią o wzmożonym szpiegowaniu administracji Trumpa przez Izrael w celu wywarcia presji na Izrael, czy też był to nieautoryzowany przeciek, który zaskoczył Trumpa i Pete’a Hegsetha.

Pamiętajmy, że Hegseth jest po Donaldzie Trumpie najwyższym cywilnym autorytetem w zakresie DIA. Chociaż „New York Times” traktuje to jako dramatyczne odkrycie, dla mnie nie jest to nowość.

Mam dwa słowa, które podsumowują problem: Jonathan Pollard. Oto, co „New York Times” ma do powiedzenia:

Ostatnie raporty wywiadu USA wzbudziły obawy dotyczące podsłuchiwania przez izraelskie agencje szpiegowskie amerykańskich negocjatorów pracujących nad porozumieniem pokojowym z Iranem. Pojawiły się też obawy o ogólne zagrożenie kontrwywiadowcze ze strony Izraela.

W doniesieniach pojawiły się obawy, że Izrael nasilił działania mające na celu podsłuchiwanie wysokich rangą amerykańskich urzędników, w tym Steve’a Witkoffa, głównego negocjatora prezydenta Trumpa, Elbridge’a A. Colby’ego, najwyższego urzędnika politycznego Pentagonu, i jednego z jego głównych zastępców, Michaela P. DiMino IV.

Inny raport, sporządzony przez Agencję Wywiadu Obronnego i inne agencje wywiadu wojskowego, skupiający się na wcześniejszych wydarzeniach sprzed kilku lat, stwierdza, że ​​poziom zagrożenia kontrwywiadowczego ze strony Izraela wzrósł w ostatnich tygodniach do najwyższego poziomu, z wysokiego do krytycznego. Raport, w którego powstanie zaangażowała się Agencja Kontrwywiadu i Bezpieczeństwa Obrony, przedstawia różne działania Izraela mające na celu szpiegowanie amerykańskiego personelu wojskowego i urzędników państwowych.

Myślę, że to kontynuacja raportu Axios z początku zeszłego tygodnia, w którym Donald Trump przeklinał Bibiego Netanjahu. Doświadczeni oficerowie wywiadu nie są tym zaskoczeni – cholera, Izrael robi to od lat – ale sposób przedstawienia tej historii z pewnością przedstawia Izrael w bardzo negatywnym świetle i przyczyni się do narastania nastrojów antyizraelskich w Stanach Zjednoczonych. Być może Trump poważnie myśli o zakończeniu wojny z Iranem.

Izrael dodatkowo nadszarpnął swoją i tak już nadszarpniętą reputację, atakując pojazd wojskowy libańskiej armii poruszający się drogą między Kfar Tebnit a Khardali w rejonie Nabatijja w południowym Libanie, zabijając generała brygady, kapitana i żołnierza. Siły Obronne Izraela przyznały się do ataku na pojazd i próbowały usprawiedliwić atak, twierdząc, że pojazd „podejrzanie poruszał się” w kierunku sił izraelskich w pobliżu wioski Kfar Tebnit.

Libańskie Siły Zbrojne, co nie dziwi, były oburzone. Wydały następujące oświadczenie:

Ciągła, celowa i powtarzająca się izraelska agresja na Liban, jego mieszkańców i armię jedynie wzmacnia naszą determinację, wiarę i determinację.

Ten ostatni akt izraelskiego morderstwa nastąpił zaledwie kilka dni po odnowieniu porozumienia o zawieszeniu broni między Izraelem a Libanem, wynegocjowanego przez Stany Zjednoczone. Nie trwało ono długo. Izrael nie zaprzestał bombardowań w południowym Libanie od czasu ogłoszenia zawieszenia broni 16 kwietnia.

Wzmacnia to pozycję Iranu w odniesieniu do jego żądania, że ​​nie będzie porozumienia ze Stanami Zjednoczonymi, dopóki Izrael nie wycofa się z Libanu i nie zaprzestanie zabijania. Wspaniały cel, ale mało prawdopodobne, aby został zrealizowany.

Oto mój drugi wpis z cyklu „Counter Currents” w tym tygodniu… Eksperymentuję z nowym, krótszym formatem. Dajcie znać, czy Wam się podoba, czy wolicie dłuższe wywiady/komentarze:

Konflikt irańsko-amerykański wchodzi w drugą rundę? Wyjaśnia analityk CIA

Powrót z powtórką występu z Sulaimanem Ahmedem:

PENTAGON UJAWNIA IZRAEL ZA SZPIEGOWANIE TRUMPA I URZĘDNIKÓW USA, IRAN ATAKUJE ZATOKĘ Z BYŁYM CIA LARRYM JOHNSONEM

Pentagon klasyfikuje Izrael jako państwo o ​​największym ryzyku szpiegostwa

Pentagon uznaje Izrael za jedno z państw o ​​największym ryzyku szpiegostwa: Macgregor uważa, że ​​potęga USA w Zatoce Perskiej chyli się ku upadkowi.

Rozmowa z pułkownikiem Douglasem Macgregorem maluje obraz amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie, rozdartej między zagrożeniami, utratą kontroli i presją ze strony Izraela. Główna teza Macgregora: Tak zwane zawieszenie broni z Iranem wcale nie jest zawieszeniem broni – a Stany Zjednoczone nie posiadają już strategicznej przewagi w Zatoce Perskiej, którą Waszyngton przez dekady uważał za oczywistość.

Macgregor od początku jasno daje do zrozumienia, że ​​nie uważa tej sytuacji za prawdziwą deeskalację. Jeśli strzelanina będzie trwała, jeśli Iran będzie nadal atakował cele w Zatoce Perskiej, a Waszyngton jednocześnie będzie próbował zapewnić sobie obecność wojskową przez Cieśninę Ormuz, to nie będzie to zawieszenie broni, lecz wojna o zmiennej intensywności. Jego trzeźwa ocena: Stany Zjednoczone nie chcą otwartej wojny na dużą skalę – ale Iran najwyraźniej jest gotowy do jej prowadzenia, jeśli zostanie do tego zmuszony.

Sedno problemu leży w Cieśninie Ormuz. Iran skutecznie kontroluje to wąskie gardło, a tym samym jeden z najbardziej wrażliwych punktów globalnej gospodarki. Waszyngton może nadal szczycić się lotniskowcami, niszczycielami i bazami, ale te symbole imperialnej potęgi utraciły swoją siłę odstraszającą w dobie precyzyjnych pocisków rakietowych, dronów, czujników i systemów nadzoru. Stary mit o amerykańskiej nietykalności rozpada się, gdy Iran, dysponując stosunkowo ograniczonymi zasobami, militarnie ogranicza supermocarstwo.

Analiza państw Zatoki Perskiej przeprowadzona przez Macgregora jest szczególnie kontrowersyjna. Kuwejt, Bahrajn i Emiraty Arabskie są wyjątkowo narażone, ponieważ dopuszczają obecność Amerykanów, a w niektórych przypadkach Izraela, na swoim terytorium. Z irańskiej perspektywy granica między armią USA, amerykańskimi agencjami wywiadowczymi a izraelską projekcją siły jest niewyraźna. Ci, którzy udostępniają swoją infrastrukturę Waszyngtonowi i Tel Awiwowi, sami stają się celem ataków.

Macgregor stawia zatem niewygodne pytanie: czy Stany Zjednoczone nadal mogą chronić swoich sojuszników w Zatoce Perskiej? Jego odpowiedź brzmi: nie. Monarchie Zatoki Perskiej nie mogą stale liczyć na Waszyngton w kwestii ratowania ich. Dyplomacja z Iranem nie jest dla nich opcją moralną, lecz kwestią przetrwania. Ci, którzy sprzymierzają się z wrogiem swojego najpotężniejszego sąsiada, popełniają ten sam błąd, co państwa polegające na odległych protektorach – i ostatecznie zostają same.

Drugim ważnym tematem dyskusji jest Izrael. Według ostatnich doniesień, Pentagon podniósł poziom ryzyka kontrwywiadowczego Izraela do najwyższego poziomu, „krytycznego”. Urzędnicy amerykańscy oskarżają Izrael o szczególnie agresywne gromadzenie informacji o wewnętrznych dyskusjach administracji Trumpa na temat Iranu i Libanu. Izrael i Biały Dom odrzuciły te oskarżenia. ( timesofisrael.com )

Dla Macgregora raport ten nie jest anomalią, lecz symptomem. Podkreśla on, że między USA a Izraelem nie istnieje formalny traktat sojuszniczy. Relacje te są skonstruowane politycznie, zabezpieczone finansowo i umocnione poprzez sieci wpływów w Kongresie. Fakt, że państwo oficjalnie uważane za najbliższego partnera jest obecnie traktowane jako najwyższe ryzyko kontrwywiadowcze, dowodzi wewnętrznej sprzeczności tej relacji.

Macgregor idzie jeszcze dalej: Izrael od lat cieszy się wyjątkowym dostępem do amerykańskich struktur – nie ze względu na wspólne interesy, ale z powodu korupcji politycznej, nacisków lobbingowych i strategicznej naiwności.

Jego zdaniem Stany Zjednoczone osiągnęły punkt, w którym muszą zadać sobie pytanie, czy nadal realizują własne interesy, czy też prowadzą wojny zagraniczne, których cenę ostatecznie płaci naród amerykański.

Jego konkluzja jest ponura: Największe zagrożenie dla USA nie leży w Iranie, Rosji czy Chinach, ale w ich wnętrzu – w zadłużeniu państwowym, podziałach politycznych, upadku przemysłu, utracie kontroli nad granicami i polityce zagranicznej służącej interesom innych państw. Wojna w Zatoce Perskiej to jedynie widoczny symptom głębszego rozkładu.

Przesłanie Macgregora jest w gruncie rzeczy takie: świat zrozumiał, że Ameryka nie jest już w stanie chronić, kontrolować ani egzekwować wszystkiego. Iran obnażył tę słabość. Izrael ją wykorzystuje. A Waszyngton wciąż odmawia wyciągnięcia niezbędnych wniosków.

Rosyjska sztuka operacyjna. Idź powoli, by dojść szybko.

Rosyjska sztuka operacyjna
Idź powoli, by dojść szybko

Julian Macfarlane julianmacfarlane/russias-operational-art


6 czerwca 2026

Kalkulacja konfliktu: Jak doktryna wojskowa Rosji zmienia współczesne wojny
Oreshnik, doktryna, sztuka wojny i jak Zachód się mylił…

Mike Mihajlovic 13 lutego 2026

Wstęp
Wielokrotnie pytano mnie, dlaczego moim zdaniem Rosja nie odpowiada na działania Zachodu na Ukrainie pełną siłą – nie atakuje zachodnich fabryk, składów broni i innej infrastruktury wspierającej ukraińskich nazistów. Istnieją dobre powody. Jednak większość zachodnich obserwatorów tego nie rozumie, niezależnie od tego, ile razy wyjaśniam. Na szczęście są osoby, które robią to lepiej – nie tylko pokazując, dlaczego Rosjanie postępują tak, jak postępują, ale także dlaczego większość Zachodu tego nie pojmuje.

Niniejszy artykuł próbuje podsumować, gdzie Zachód błędnie ocenił rozwój wydarzeń, jak nowa broń wpłynęła na pole walki oraz zaoferować bardziej zrównoważone zrozumienie pozycji Rosji. Opiera się na poprzednich artykułach i jednej z najbardziej wnikliwych analiz rosyjskiej sztuki wojny.Sztuka wojenna jest złożona i wymaga znacznie głębszych studiów, niż jakikolwiek pojedynczy artykuł może dostarczyć. Żadna krótka analiza nie jest w stanie objąć wszystkich jej wymiarów. Może jednak pomóc zwykłemu czytelnikowi lepiej zrozumieć to, co kryje się pod powierzchnią – i wyjść poza narracje głównego nurtu mediów oraz sensacyjność, która często dominuje w zachodnich przekazach.

„Kalkulacja”W 2022 roku zapoznałem się z Black Mountain Analysis, która analizowała strategiczne opcje Rosji w jej ówczesnej nowej Specjalnej Operacji Wojskowej (SMO) i pozwoliła mi dokładnie przewidzieć, jak Rosja pokona największą i najlepiej wyposażoną armię NATO przy użyciu minimalistycznych sił i ochotniczych milicji, zmuszając Ukrainę do przyjęcia porozumienia z Stambułu – dopóki nie interweniowali Brytyjczycy, a za nimi masowe wsparcie NATO.

Inni, tacy jak Larry Johnson i zespół Sonar 21, również uważali, że Rosjanie wygrają – ale na podstawie przewagi technologicznej, mitu, który powinien zostać szybko obalony po pierwszych tygodniach walk z rosyjskimi stratami w czołgach i samolotach. Rosja wygrała dzięki kreatywnej strategii i adaptacyjności – jej wypad na Kijów był czystym geniuszem, zmuszając Ukraińców do związania sił w obronie miasta.

W zimne listopadowe rano 2024 roku pocisk przemknął przez ukraińskie niebo z prędkością prawie dwunastu machów. Lecąc z rejonu Astrachania w Rosji – ponad tysiąc kilometrów stąd – uderzył w kompleks przemysłowy Pivdenmash w Dnieprze z taką siłą, że głowica nie potrzebowała konwencjonalnych materiałów wybuchowych do zniszczenia celu. Zamiast tego sama fizyka stała się bronią: energia kinetyczna zamieniła się w fale uderzeniowe sejsmiczne, które rozeszły się przez skałę macierzystą, niszcząc podziemne warsztaty zaprojektowane tak, by wytrzymać atak nuklearny. Prezydent Władimir Putin później potwierdził, że był to bojowy debiut nowego systemu o nazwie „Oriesznik” – broni, której istnienie spekulowano zaledwie kilka dni wcześniej.

Putin wyjaśnił później, że ten atak oraz dwa kolejne, które nastąpiły niedawno, były swego rodzaju „testami w warunkach rzeczywistych”, biorąc pod uwagę szczególne cechy tej broni.
„Uderzyliśmy tam, gdzie było nam wygodnie, by zobaczyć wyniki” – powiedział Putin, dodając, że rosyjskie drony później wleciały do „hangaru”, by obserwować rozrzut i efekty uderzenia.

„Jest dla nas ważne, by w przyszłości podejmować decyzje o pełnoskalowym użyciu Oriesznika przeciwko wyznaczonym celom, w tym w obszarach miejskich”.

Jednak poza technologiczną nowością kryło się coś znacznie ważniejszego: demonstracja tego, jak Rosja postrzega samą wojnę – podejście fundamentalnie różne od zachodniego myślenia wojskowego, które konsekwentnie dezorientuje analityków od lutego 2022 roku.To nie tylko zdezorientowało „analityków” na Zachodzie – przynajmniej nie większość z nich, o ile niektórzy z nas nie są tym zaskoczeni. Rosyjska koncepcja „wojny” zdezorientowała zachodnie media, akademię, rząd i opinię publiczną, której pojęcie wojny jest w dużej mierze przedłużeniem propagandy z D-Day.

Zachodnia wojna jest zdefiniowana przez Hollywood. Rosyjska wojna jest zdefiniowana przez egzystencjalny kryzys II wojny światowej, w której zginęło 27 milionów Rosjan.Aby zrozumieć tę rozbieżność, musimy najpierw obalić trwały mit: koncepcję „wojny hybrydowej” jako rosyjskiej doktryny. Ten termin nigdy nie istniał w rosyjskiej teorii wojskowej. Powstał z zachodniego błędnego odczytania eseju generała Walerija Gierasimowa z 2013 roku, później wzmocniony przez analityków, którzy wyobrażali sobie, że Rosja prowadzi jakąś nowatorską formę konfliktu łączącą cyberataki, dezinformację i siły konwencjonalne.

Do 2018 roku nawet Mark Galeotti, prominentny badacz, który spopularyzował „doktrynę Gierasimowa”, publicznie wycofał się z tego konceptu na łamach Foreign Policy, przyznając, że „stworzył chimerę”. „Wojna hybrydowa” to nieprecyzyjne określenie. To, co ono oznacza, jest w rzeczywistości zachodnią strategią, opracowaną przez USA po Wietnamie, w której różne formy subwersji łączą się z działaniami wojskowymi różnego rodzaju – od zwykłego terroryzmu, przez bombardowania i uderzenia rakietowe, po czołgi, artylerię i siły lądowe. Rosjanie jednak nie postrzegają tego jako „miks”, lecz jako asymetrię i adaptacyjność.

Rosja nie stosuje wojny hybrydowej jako strategii; konflikty stają się „hybrydowe”, gdy przeciwnicy prowadzą jednocześnie różne generacje wojny. Na Ukrainie widzimy dokładnie to: Rosja prowadzi trzecio-generacyjną wojnę manewrową przeciwko ukraińskim siłom próbującym prowadzić piąto-generacyjne operacje skoncentrowane na informacji. Tarcia nie wynikają z doktrynalnej innowacji – wynikają z asymetrii.

„Wojna manewrowa” jest zwykle źle rozumiana. Na przykład Scott Ritter często o niej mówi, odwołując się do podręczników USMC. Jednak koncepcja ta została bardzo wyraźnie zdefiniowana przez pilota myśliwskiego Johna Boyda jako dynamiczny asymetryczny konflikt – pętla OODA, w której jedna strona może zacząć z niekorzystnej pozycji (jak Rosja w 2022 roku) i zamienić ją w przewagę, adaptując taktykę do nowej sytuacji.Boyd był mocno zainspirowany holistycznymi koncepcjami konfliktu Clausewitza i Sun Tzu.Oczywiście armia USA nigdy nie zrozumiała, o czym on mówił.

Prawdziwą podstawą rosyjskiej myśli wojskowej jest to, co Rosjanie nazywają „operatiwnoje iskusstwo” (sztuka operacyjna) – koncepcja w dużej mierze nieobecna w zachodnim słowniku strategicznym.Podczas gdy NATO rozpoznaje strategię (cele polityczne) i taktykę (zastosowanie broni), poziom operacyjny traktuje jedynie jako administracyjne sekwencjonowanie. Należy to zapamiętać. Na Zachodzie cele polityczne są pierwotną strategią i generują taktykę, w tym przymus za pomocą siły – użycie różnego rodzaju broni – jawnej lub tajnej.

Rosyjska doktryna może wydawać się podobna – „wojna jest kontynuacją polityki innymi środkami” – ale matematyka jest inna.Rosyjska doktryna wynosi sztukę operacyjną do odrębnej dyscypliny: koordynacji sił w czasie i przestrzeni w celu przekształcenia działań taktycznych w rezultaty strategiczne poprzez efekty multiplikatywne, a nie addytywne. Tam gdzie zachodni planiści często zakładają, że zwycięstwa kumulują się liniowo (batalion zajmuje wieś, brygada zajmuje dystrykt), rosyjska sztuka operacyjna szuka synergicznych kaskad: wojna elektroniczna oślepia systemy celownicze, umożliwiając artylerii zakłócenie logistyki, co izoluje piechotę, czyniąc ją podatną na manewr – wszystko w skompresowanym czasie, który uniemożliwia przeciwnikowi odzyskanie sił.

„Synergiczna kaskada”?

Na Zachodzie 2+2=4. W Rosji może równać się 10. Na razie dobrze, ale rosyjska sztuka operacyjna jest bardziej skomplikowana. Zachód robi arytmetykę; Rosja robi rachunek różniczkowy. Ta różnica wyjaśnia powtarzające się zachodnie błędne oceny. Gdy rosyjskie siły posuwały się w kierunku Kijowa w lutym 2022 roku z pozornie niewystarczającą liczbą żołnierzy, zachodni analitycy ogłosili strategiczną porażkę. Gdy pisałem w 2022 roku, zauważyłem, jak prawie wszyscy uznali oblężenie Kijowa za porażkę, podczas gdy – jak ciągle powtarzam – było to strategiczne sukcesem.

To samo dotyczyło innych „porażek” Rosji, takich jak wycofanie sił z północy, by wzmocnić południe w obliczu ukraińskiej „ofensywy” mającej otworzyć drogę na Krym. Podobnie wycofanie z Chersonia.Doktryna pokazuje inną rzeczywistość: Kijów był „operacją kształtującą” – celowym działaniem mającym związać najsprawniejsze brygady Ukrainy z dala od decydującego teatru w Donbasie. Sowieckie regulaminy polowe z czasów zimnej wojny wyraźnie definiowały takie operacje jako działania, które „tworzą warunki sukcesu w decydującej operacji poprzez wpływ na rozmieszczenie przeciwnika”. Gdy Rosja wycofała się z obwodu kijowskiego w kwietniu 2022, zachodnie media przedstawiły to jako porażkę. Rosyjska doktryna widziała udane zakończenie: operacja kształtująca spełniła swój cel, umożliwiając koncentrację sił do kampanii w Donbasie.

Podobnie uderzenia Rosji na ukraińską sieć energetyczną w latach 2022–2023 nie były przypadkowym terrorystycznym bombardowaniem, lecz systematycznym kształtowaniem – zmuszaniem Ukrainy do rozproszenia systemów obrony powietrznej w celu ochrony infrastruktury cywilnej, co rozcieńczyło osłonę celów wojskowych. Późniejsze wyciekłe amerykańskie oceny wywiadowcze potwierdziły ten efekt: zdolność Ukrainy do przechwytywania pocisków manewrujących spadła o czterdzieści procent podczas zimowych blackoutów.

Kluczowym elementem tego podejścia jest rosyjska koncepcja „sootnoszenije sił” (korelacja sił) – holistyczna ocena, która integruje wymiary wojskowe, ekonomiczne, polityczne i międzynarodowe.To jest rdzeń rosyjskiej sztuki operacyjnej. Zachodnia analiza „równowagi sił” zazwyczaj liczy czołgi i żołnierzy. Rosyjska korelacja sił bada zdolność konwersji przemysłu obok zapasów artylerii, tolerancję społeczeństwa na straty obok morale żołnierzy, dźwignię dyplomatyczną obok liczby myśliwców. Równowaga sił to prosta heurystyka. Korelacja jest algorytmiczna, lateralna i warunkowa.Ta rama wyjaśnia ograniczone cele terytorialne Rosji: Moskwa oceniła korzystną korelację sił we wschodniej Ukrainie (powiązania etniczne, teren nadający się do obrony, bliskość logistyczna), ale niekorzystne warunki na zachód od Dniepru (wroga ludność, wydłużone linie zaopatrzenia, nasycenie wywiadem NATO). Pełna okupacja nie została odrzucona wyłącznie z powodu braku zdolności wojskowych – naruszałaby zasadę ekonomii sił w sztuce operacyjnej: nigdy nie angażuj zasobów tam, gdzie zwroty polityczne maleją nieproporcjonalnie.

Ten punkt jest ważny. Rosja ma zdolności wojskowe do pełnej okupacji – ale jakim kosztem? Lepiej pozwolić banderowcom alienować własną ludność, co robią bardzo skutecznie, poprzez skandale korupcyjne i zwłaszcza przymusową mobilizację. Coraz więcej Ukraińców mówi po rosyjsku i korzysta z rosyjskich mediów. Następuje subtelna zmiana postaw. „Wywiad” NATO zaprasza rosyjskie uderzenia nieudanymi próbami przechwycenia, powodującymi liczne ofiary cywilne. Zachodnia Ukraina zamieniła się w kraj cmentarzy. Tymczasem rosyjski naród staje się coraz zamożniejszy, podczas gdy gospodarki zachodnie są na krawędzi upadku.

Ta holistyczna kalkulacja przewidziała także zachodnie sankcje nie jako karę, lecz jako katalizator. Zachód wywierał presję na Rosję na długo przed 2014 rokiem. Rosjanie wiedzieli, czego się spodziewać. Jak Putin zauważył niedawno, dochody z ropy i gazu są teraz około dwa razy mniej ważne dla rosyjskiej gospodarki niż w 2022 roku. Teraz jest to ogromna różnorodność towarów i produktów. Od 2014 roku Rosja traktowała presję ekonomiczną jako okazję do przyspieszenia substytucji importu, rozwoju alternatywnych łańcuchów dostaw przez Chiny i Azję Centralną oraz przekształcenia fabryk cywilnych w produkcję wojskową.

Rezultat? W 2024 roku Rosja produkowała pociski artyleryjskie w tempie piętnastokrotnie wyższym niż przed wojną, wytwarzała dwadzieścia tysięcy dronów miesięcznie i montowała czołgi w tempie przekraczającym produkcję Zachodu, pomimo sankcji mających sparaliżować jej przemysł zbrojeniowy. Tam gdzie zachodni planiści zakładali szybkie zwycięstwo lub upadek, Moskwa przygotowała się na lata wyniszczającej wojny – jej analiza korelacji sił uwzględniała dynamikę czasową, którą zachodnie planowanie często ignoruje: adaptację gospodarek, zmęczenie społeczeństw, pękanie sojuszy.

Zachód sygnalizował swoje zamiary dawno temu, jeszcze przed 2010 rokiem, więc Rosja zaczęła się przygotowywać. Rosja zoperacjonalizowała tę doktrynę poprzez zintegrowane systemy ogniowe, które zachodni analitycy często mylą.Rozpoznawczo-Ogniskowy Kompleks (ROK) działa na poziomie taktycznym, łącząc sensory ze strzelcami w ciągu minut: drony Orłan-10 wykrywają cele, artyleria lub amunicja krążąca Lancet je zwalcza – wszystko w cyklu trzech do siedmiu minut, który kompresuje pętlę decyzyjną.

To koncepcja pętli OODA Johna Boyda w działaniu dla sił lądowych. Podczas incydentów granicznych w 2024 roku ukraińskie jednostki znalazły się pod ostrzałem w ciągu dziewięćdziesięciu sekund od wykrycia przez drona – tempo przekraczające standard NATO wynoszący piętnaście–dwadzieścia minut. Pętla OODA działa dzięki szybkim reakcjom sytuacyjnym. Obserwuj. Zorientuj się. Zdecyduj. Działaj. Dwadzieścia minut w walce to wieczność.

Rozpoznawczo-Uderzeniowy Kompleks (RUK) działa na poziomie operacyjnym, koordynując uderzenia dalekiego zasięgu pociskami Iskander, środkami lotniczymi i możliwościami wojny elektronicznej. Warstwowe zdolności jeszcze to udoskonalają. Listopadowe uderzenie Oriesznikiem pokazało ewolucję RUK: naddźwiękowy pocisk dostarczający wielokrotne niezależnie naprowadzane penetratory, które ominęły obronę powietrzną i zniszczyły podziemne obiekty, podczas gdy Rosja udzieliła Waszyngtonowi trzydziestominutowego ostrzeżenia przez kanały deeskalacji nuklearnej – co było celowym sygnałem łączącym efekt kinetyczny z przekazem politycznym.

Ostrzeżenie było znaczące. Było też komunikatem: „Nie macie obrony”.Ta integracja działania wojskowego i procesu politycznego odzwierciedla klauzewickie spojrzenie Rosji na wojnę jako kontynuację polityki innymi środkami – nie jako odizolowaną domenę. Tam gdzie mocarstwa zachodnie często prowadzą wojny oderwane od osiągalnych rezultatów politycznych (Afganistan, Irak, Libia), rosyjska doktryna wymaga stałego wyrównania między działaniami na polu walki a celami dyplomatycznymi.

Kluczową koncepcją jest tu „osiągalne rezultaty”. Zachód nie miał konkretnych, realistycznych i wykonalnych celów w atakach na Afganistan, Irak i Libię, ponieważ wymagałoby to politycznego konsensusu co do długoterminowych celów w społeczeństwie, które ledwo potrafi myśleć poza kolejnym cyklem informacyjnym. Może powinniśmy powiedzieć, że Zachód jest po prostu reaktywny i reakcyjny – jak zły, pijany gość w barze szukający awantury. To wyjaśnia powtarzające się rosyjskie propozycje negocjacji w lutym, marcu i sierpniu 2022 roku – okazje, które stolice zachodnie odrzuciły, wierząc, że sukcesy na polu walki poprawią pozycję Ukrainy.

Rosyjska sztuka operacyjna postrzega negocjacje nie jako punkt końcowy, lecz jako fazy kampanii – okazje do utrwalenia zysków, resetu oceny korelacji sił i przegrupowania wojsk. Każda odrzucona oferta pozwalała Rosji udoskonalić swoją pozycję wojskową, jednocześnie przedstawiając Ukrainę jako nieustępliwą wobec globalnej widowni. To punkt, który argumentowałem już wcześniej, ale w jasnych i prostych kategoriach używanych przez BMA jest o wiele bardziej zrozumiały.Rozdźwięk nie wynikał z rosyjskiej nieustępliwości, lecz z zachodniej odmowy angażowania się dyplomatycznie przy jednoczesnym żądaniu zwycięstw na polu walki – paradoksu strategicznego, który Rosja wykorzystała dzięki czasowemu wymiarowi sztuki operacyjnej.

Samo uderzenie Oriesznikiem ucieleśniało tę doktrynę w formie fizycznej.

Atak na Pivdenmash – sowiecką fabrykę pocisków, która niegdyś produkowała połowę rosyjskiego lądowego arsenału nuklearnego – miał wielowarstwowe znaczenie. Poza wyeliminowaniem ukraińskiej zdolności do wznowienia produkcji ICBM (deklarowanej ambicji Ukrainy) atak zademonstrował nową zdolność przeciwko utwardzonym podziemnym celom bez użycia broni nuklearnej.

Analiza nagrań z uderzenia ujawniła głowice poruszające się z prędkością Mach 11,8 (około czterech kilometrów na sekundę), uderzające z takim impetem, że penetrowały głęboko pod ziemię, zanim uwolniły energię równoważną setkom kilogramów TNT wyłącznie poprzez uderzenie kinetyczne. Nie powstał krater powierzchniowy; zamiast tego fale sejsmiczne rozchodziły się przez skałę macierzystą, niszcząc wzmocnione betonowe warsztaty w tym, co naukowcy od broni nazywają „eksplozją kamuflażową” (camouflet explosion) – podziemną detonacją niepozostawiającą śladu na powierzchni.

Oczywiście zachodnia propaganda zaprzecza tej „eksplozji kamuflażowej”. Ale fakty są dość jasne – a warsztaty zniknęły. Ta zdolność ma ogromne znaczenie, ponieważ współczesna wojna coraz częściej toczy się pod ziemią. Od bunkrów dowodzenia po składy amunicji – kluczowa infrastruktura chowa się pod powierzchnią, by przetrwać konwencjonalne ataki. Tradycyjne penetratory bunkrów wymagają precyzyjnego celowania i znacznych ładunków wybuchowych.

Kinetyczne penetratory działające z prędkościami naddźwiękowymi omijają te ograniczenia: sam impet generuje niszczycielskie fale uderzeniowe, które rozchodzą się przez glebę i skałę, niszcząc struktury w „strefie pęknięć” niezależnie od dokładnego miejsca trafienia.Jak wyjaśnia profesor Bałaganski w swoim autorytatywnym tekście na temat efektów broni, przy takich uderzeniach cząstki gleby oscylują wzdłużnie i poprzecznie, generując fale Rayleigha – zakłócenia sejsmiczne, które wstrząsają podziemnymi obiektami jak trzęsienie ziemi. Dodanie wilgoci w glebie wystawionej na hipertermiczne tarcie hipersoniczne dramatycznie wzmacnia efekt. Dwa lub trzy takie uderzenia mogłyby zneutralizować nawet najgłębsze centra dowodzenia, czyniąc tradycyjne pojęcie „bezpiecznych bunkrów” przestarzałym.

Krytycznie ważne jest, że na te bronie obecnie nie ma skutecznych przeciwdziałań. Zachodnie systemy obrony rakietowej, takie jak THAAD i PAC-3, opierają się na „hit-to-kill” – interceptorach, które muszą fizycznie zderzyć się z zagrożeniem. Jednak pojazdy wtórne Oriesznika wykonują hipersoniczne manewry wymijające przy prędkościach powyżej Mach 10, tworząc niemożliwe warunki przechwycenia. Fizyka jest bezlitosna: interceptor lecący z Mach 5 nie jest w stanie manewrować wystarczająco, by śledzić cel zmieniający trajektorię przy Mach 11.

Do tego Rosja prawdopodobnie połączyłaby takie uderzenia z atakami nasycającymi – tuzin przynętowych dronów i pocisków manewrujących przeciążających baterie obrony powietrznej przed przybyciem penetratorów hipersonicznych. Przy zaledwie siedmiu bateriach THAAD rozmieszczonych na całym świecie (żadnej na Ukrainie) i systemach PAC-3 fundamentalnie niedopasowanych do zagrożeń hipersonicznych, luka obronna pozostaje znaczna.

Jednak najbardziej istotnym aspektem uderzenia Oriesznikiem nie był aspekt techniczny: był to strategiczny przekaz skalibrowany z chirurgiczną precyzją. Rosja udzieliła wcześniejszego ostrzeżenia, by uniknąć ofiar cywilnych (uderzenie nastąpiło, gdy w obiekcie było niewiele osób) i zapobiec niepożądanej eskalacji ze Stanami Zjednoczonymi. Jednocześnie wysłała jednoznaczny komunikat do europejskich stolic: kluczowa infrastruktura wspierająca Ukrainę, taka jak zakłady produkujące Storm Shadow w Wielkiej Brytanii, linie montażowe SCALP we Francji, huby logistyczne NATO w całej Europie Wschodniej – teraz znajdują się w zasięgu broni, której nie da się przechwycić.

Dwa pociski mogłyby uczynić takie obiekty nieoperacyjnymi na czas nieokreślony. To nie była buńczuczność, lecz ocena korelacji sił: uznanie, że zachodnia wola polityczna, a nie ukraińskie zdolności na polu walki, jest decydującą zmienną konfliktu.

To był kolejny powód, by dać wcześniejsze ostrzeżenie i ograniczyć ofiary cywilne. Gdyby Rosja atakowała fabryki i obiekty w Europie, prawdopodobnie zrobiłaby to samo – unikając zabijania zwykłych ludzi i alienowania niezadowolonej opinii publicznej.

To podejście odzwierciedla szerszą różnicę filozoficzną w tym, jak przeciwnicy postrzegają konflikt. Rosjanie widzą wojnę jako proces ciągły – wydarzenia połączone jak klatki filmu, gdzie kontekst historyczny informuje o działaniach teraźniejszych i przyszłym rozwiązaniu. Zachodni analitycy często traktują konflikty jako pojedyncze fotografie, skupiając się na momencie X bez badania, jak kryzys powstał. Stąd zachodnie media datują początek wojny na Ukrainie na 24 lutego 2022 roku, odrzucając osiem lat naruszeń porozumień mińskich, zmian w prawie językowym pozbawiających praw rosyjskojęzycznych oraz dekret Zełenskiego z marca 2021 roku nakazujący rekonkwistę Donbasu.

Mówiąc prosto: zachodnie media nie mają pamięci. Nie pamiętają przeszłości taką, jaka była; przepisują historię na potrzeby dnia dzisiejszego. Rosjanie widzą las; zachodni analitycy skupiają się na drzewach.

Jak zauważył jeden rosyjski oficer podczas odpraw: „Wy stosujecie test kaczki: jeśli wygląda jak kaczka, pływa jak kaczka – to kaczka. My pytamy, dlaczego kaczka istnieje, skąd się wzięła i jaki ekosystem ją utrzymuje”. Amerykanie stosują test kaczki, a potem strzelają do kaczki.

Ten wymiar czasowy wyjaśnia rosyjską cierpliwość, podczas gdy mocarstwa zachodnie szybko się frustrowały. Od 1991 roku interwencje NATO często oddzielały działanie wojskowe od procesu politycznego, zakładając, że zwycięstwo na polu walki samoistnie wygeneruje stabilne rządy. Rosja utrzymuje stałe wyrównanie między działaniami wojskowymi a celami politycznymi. Gdy operacje kształtujące spełniają swój cel, siły się wycofują. Gdy ocena korelacji sił zmienia się na korzystną, rozpoczynają się ofensywy. Gdy pojawiają się okazje dyplomatyczne, otwierają się negocjacje. Ta płynna przemiana między wojną a polityką wydaje się zachodnim obserwatorom niespójna, ale odzwierciedla doktrynalną spójność: działanie wojskowe służy polityce; nie jest celem samym w sobie.

Gdy ludzie pytają, dlaczego Putin ciągle utrzymuje otwarte opcje polityczne, w tym negocjacje – to jest właśnie powód. Implikacje wykraczają poza Ukrainę. W miarę jak konkurencja wielkich mocarstw się nasila, zrozumienie doktryny przeciwnika staje się egzystencjalne – nie po to, by ją podziwiać, lecz by dokonać dokładnej oceny. Błędne odczytanie operacji kształtujących jako porażek, ograniczonych celów jako słabości czy wycofania jako klęski tworzy niebezpieczne luki wywiadowcze. Nadmierna wiara w technologię przesłania systemowe podatności: wyrzutnia HIMARS za 10 milionów dolarów niewiele znaczy, jeśli operatorzy nie mogą się komunikować z powodu wojny elektronicznej, nie mogą być zaopatrywani z powodu przerwania linii kolejowych i nie mogą utrzymać morale pod ciągłym nękaniem dronami.

Sztuka operacyjna atakuje systemy, a nie tylko komponenty – lekcja mająca zastosowanie w każdym konflikcie równorzędnych przeciwników. Żadna z tych rzeczy nie oznacza, że rosyjska doktryna jest bezbłędna. Sztywne struktury dowodzenia mogą hamować inicjatywę taktyczną. Korupcja obniża efektywność logistyki. Ograniczenia demograficzne ograniczają trwałość siły ludzkiej. Sztywne struktury dowodzenia i korupcja zwykle idą w parze. Zauważysz jednak, że Putin wstrząsa rosyjskim wojskiem na wszystkich szczeblach, oczyszczając je z niekompetentnych i skorumpowanych. Rosja jako społeczeństwo jest dziełem w toku – i dotyczy to również jej armii.

Jednak lekceważenie rosyjskiej myśli wojskowej jako prymitywnej gwarantuje strategiczne zaskoczenie. Pruski generał Carl von Clausewitz zauważył, że „wojna jest królestwem niepewności; trzy czwarte czynników, na których opiera się działanie wojenne, spowite jest mgłą większej lub mniejszej niepewności”. Doktryna dostarcza kompasu do nawigacji w tej mgle – nie dla wroga, lecz dla nas samych.

Zakończenie

Uderzenie Oriesznikiem na Pivdenmash oraz drugie uderzenie na lwowskie zakłady obsługi i remontu samolotów ostatecznie zademonstrowały zdolności wykraczające poza lot hipersoniczny. Ujawniły przeciwnika prowadzącego inny rodzaj wojny – taki, w którym efekty kinetyczne służą przekazowi politycznemu, podziemne obiekty stają się podatne na samą fizykę, a korelacja sił determinuje strategię bardziej niż liczebność wojsk. Zachodni analitycy, którzy nadal interpretują rosyjskie działania przez pryzmat własnej doktryny, będą nadal błędnie odczytywać intencje, błędnie kalkulować zdolności i nie rozumieć dynamiki eskalacji. Zamknięcie tej luki wymaga doktrynalnej alfabetyzacji: studiowania regulaminów polowych, analizowania wzorców kampanii poza nagłówkami oraz uznania, że przeciwnicy myślą inaczej nie dlatego, że są irracjonalni, lecz dlatego, że opracowali spójne ramy do nawigacji w złożoności wojny.

Przestroga Sun Tzu pozostaje ponadczasowa: „Znaj wroga i znaj siebie; w stu bitwach nigdy nie będziesz w niebezpieczeństwie”. W erze konkurencji wielkich mocarstw ta mądrość nie jest akademicka – jest egzystencjalna.

„Mądrość nie jest akademicka, lecz egzystencjalna”. Jakże prawdziwe. W tym sensie rosyjska „sztuka operacyjna” jest naprawdę sposobem postrzegania świata, który nie jest specyficznie rosyjski, lecz ludzki. Sun Tzu był Chińczykiem. Clausewitz Prusakiem. Boyd Amerykaninem. A dziś Irańczycy mają własną wersję tej sztuki, której Zachód oczywiście zupełnie nie rozumie.

Zrozumienie rosyjskiej sztuki operacyjnej nie czyni Zachodu słabszym; czyni to ignorancja. Celem nie jest adoptowanie rosyjskich metod, lecz antycypowanie ich – rozpoznawanie operacji kształtujących zanim osiągną kulminację, dostrzeganie zmian korelacji sił zanim staną się decydujące oraz dostosowywanie własnej strategii do rzeczywistości, a nie do życzeniowego myślenia.

Sztuka wojny nie polega na gloryfikowaniu przemocy; polega na jej minimalizowaniu poprzez lepsze zrozumienie. W tym dążeniu doktrynalna jasność pozostaje naszą najbardziej niedocenianą bronią.W rzeczywistości Zachód miałby się lepiej, adoptując rosyjską logikę, ponieważ inaczej nie jest w stanie „antycypować” czegokolwiek – nie tylko w konfliktach geopolitycznych, ale także w radzeniu sobie z kwestiami społecznymi, politycznymi i ekonomicznymi.

Zalety rosyjskich koncepcji są liczne:

a.) Szeroki obraz
b.) Adaptacyjność
c.) Analiza i zrozumienie systemowe
d.) Innowacyjność.


Izrael mógłby rozwiązać swój problem wizerunkowy, po prostu przestając być zły

Caitlin Johnstone

caitlinjohnstone-com-au/israel-could-solve-its-pr-problem-by-simply-ceasing-to-be-evil

Izrael mógłby rozwiązać swój problem wizerunkowy, po prostu przestając być zły

Izraelski magazyn +972 donosi, że izraelska armia rozpoczęła program szkoleniowy mający na celu „wpływanie na świadomość społeczną” na całym świecie.

Caitlin Johnstone

6 czerwca 2026 r.

Izraelski magazyn +972 donosi , że izraelska armia uruchomiła program szkoleniowy mający na celu „wpływanie na świadomość społeczną” na całym świecie. W ramach kursów setki agentów rocznie mają zostać przeszkolone w strategiach „aktywnego zakłócania lub manipulowania przekonaniami, postawami i zachowaniami docelowych odbiorców”.

Powołując się na przeciek przetargu Ministerstwa Obrony, +972 informuje, że wykładowcy w ramach programu muszą posiadać „doktorat i/lub tytuł profesora w dziedzinie wpływu, świadomości, bezpieczeństwa i terroryzmu, komunikacji masowej [lub] komunikacji cyfrowej i sieciowej”, a także „co najmniej czteroletnie doświadczenie zawodowe w dziedzinie wpływu [lub] wywiadu wpływu w różnych organizacjach bezpieczeństwa”.

„Niektóre kursy – w tym te dotyczące operacji wpływu, wywiadu wpływu i aktywizmu internetowego – będą prowadzone w języku angielskim dla „partnerów zagranicznych”, których tożsamość nie została określona” – informuje +972. „Dla tych uczestników Ministerstwo Obrony opracowało specjalny program nauczania, który obejmuje naukę „podejścia amerykańskiego”, czyli perspektywy i norm kulturowych USA, oraz prowadzenie kampanii wpływu na arenie międzynarodowej”.

To odkrycie nastąpiło w momencie, gdy Izrael pięciokrotnie zwiększył swój roczny budżet propagandowy do trzech czwartych miliarda dolarów. W związku z tym, w przyszłości możecie spodziewać się jeszcze większej ilości pro-izraelskiej kontroli wizerunku, podczas gdy będziecie zajmować się swoimi pieprzonymi sprawami, próbując żyć swoim życiem.

[filmik]

To niezły wyczyn, jak syjoniści po prostu przyjmują za pewnik, że jedynym sposobem na poprawę publicznego postrzegania Izraela jest nasilenie działań mających na celu manipulowanie ludzkimi myślami na jego temat. Nigdy nie zwracają uwagi na możliwość, że Izrael zyskałby znacznie większe poparcie społeczne, gdyby przestał, kurwa, mordować niewinnych cywilów, torturować ludzi i gwałcić jeńców za pomocą tresowanych psów gwałcicieli . Izrael nie może się mylić; mylne mogą być tylko nasze myśli na jego temat.

Podczas wtorkowego spotkania Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego Maya Ackerman z Uniwersytetu Santa Clara argumentowała , że ​​sztuczna inteligencja generatywna stwarza ekscytującą nową okazję do narzucenia społeczeństwu pro-izraelskich narracji, ponieważ firmy zajmujące się sztuczną inteligencją można bezpośrednio lobbować za promowaniem pro-izraelskich narracji, gdyż ich liderzy mogą kontrolować, jakie informacje widzą ludzie.

Oto zapis jej wypowiedzi:

„Naprawdę fajne w sztucznej inteligencji jest to, że choć może stać się ona świetnym sojusznikiem dla naszych wrogów, jeśli zareagujemy wcześnie, to może być to dokładnie ta szansa, której potrzebujemy po tym, jak przegapiliśmy okazję z mediami społecznościowymi. Sztuczna inteligencja staje się obecnie dominującym źródłem informacji – głównym źródłem informacji. Ludzie ufają sztucznej inteligencji bardziej niż czemukolwiek innemu. Ufają sztucznej inteligencji bardziej niż mediom społecznościowym. Zwracają się do chatbotów, takich jak ChatGPT i Gemini, zamiast korzystać z Google. A młodzi ludzie korzystają z tych botów zamiast Google w bardzo, bardzo, bardzo dużej liczbie. Staje się to więc głównym źródłem informacji. 

„I kiedy to mówię, nadal widzę, że Żydzi są zniechęceni, mówią: »Och, ale Wikipedia jest już tak antysemicka, a media społecznościowe są tak antysemickie – po co się tym przejmować? Sztuczna inteligencja po prostu uczy się z tych wszystkich danych«. Więc, wiecie, nieważne, niewiele możemy zrobić. 

„Ale to nieprawda, ponieważ w ciągu ostatnich dwóch lat firmy zajmujące się sztuczną inteligencją dążyły do ​​dostosowania się do tych standardów. Zamiast więc, aby algorytmy rzetelnie odzwierciedlały to, co znajduje się w danych, odkrywamy, że te chatboty i modele przekształcające tekst w obraz coraz częściej pokazują nam dokładnie to, co firmy chcą, żebyśmy zobaczyli.

„No dobrze, więc to staje się celowe. Oznacza to, że zamiast próbować kontrolować cały świat i jakoś zarządzać tym, co dzieje się w tej wielkiej masie zwanej Wikipedią i mediami społecznościowymi, możemy zwrócić się bezpośrednio do firm z jasnymi rozwiązaniami technicznymi i rzeczniczymi. Po raz pierwszy istnieje sposób na naprawę świata cyfrowego”.

A zatem, żeby było jasne, Ackerman argumentuje, że chatboty oparte na sztucznej inteligencji są użyteczne, ponieważ zamiast „rzetelnie reprezentować to, co jest zawarte w danych”, mówią to, co każą im ich właściciele. Oznacza to, że właściciele firm zajmujących się sztuczną inteligencją mogą być po prostu naciskani, aby chatboty wypowiadały się proizraelsko. Twierdzi, że daje to „Żydom” (jej słowa, nie moje) możliwość „korygowania cyfrowego świata” (jej słowa, nie moje) w sposób bardziej efektywny niż „próby kontrolowania całego świata” (jej słowa, nie moje).

To po prostu surrealistyczne, jak ludzie tacy jak ja zawsze starają się tak bardzo, aby dokonać wyraźnych rozróżnień i uniknąć posądzenia o antysemityzm w naszej krytyce Izraela, a potem żydowscy syjoniści idą na te wydarzenia i mówią: „Tak, my, Żydzi, musimy aktywnie manipulować zachodnimi instytucjami, aby oszukiwać wszystkich i kontrolować społeczeństwo”.

Niedawno na konferencji Jerusalem Post prezes Światowego Kongresu Żydów Ron Lauder argumentował , że żydowscy miliarderzy powinni wykorzystywać swój majątek „do atakowania naszych wrogów” i zalecił izraelskim agencjom wywiadowczym Mossad i Szin Bet śledzenie i „kontratakowanie” krytyków Izraela w Internecie w ramach „walki” z nastrojami antyizraelskimi.

[filmik]

W przemówieniu wygłoszonym na konferencji prasowej z okazji premiery książki w Jerozolimie w zeszłym miesiącu brytyjska felietonistka i prezenterka Melanie Phillips argumentowała , że ​​„społeczność żydowska” powinna stosować „wojnę psychologiczną” i „operacje psychologiczne”, aby promować interesy Izraela.

„W tym kraju jest mnóstwo ludzi, którzy… są ekspertami w tak zwanych operacjach psychologicznych. Należy ich wykorzystać. Można by z nich skorzystać. To rezerwuary talentów i umiejętności, które można wykorzystać i ujarzmić, aby naprawdę coś zmienić” – powiedział Phillips.

Gdybym chciał, żeby ludzie przestali nienawidzić mojego ulubionego kraju za popełnianie zbrodni wojennych i ludobójstwa, po prostu namawiałbym ten kraj, żeby zaprzestał popełniania zbrodni wojennych i ludobójstwa.

Nie próbowałbym rozwiązać problemu za pomocą operacji psychologicznych i wojny informacyjnej.

Nie próbowałbym rozwiązać problemu poprzez lobbowanie w rządach, aby zakazały krytyki mojego ulubionego kraju.

Nie próbowałbym rozwiązać problemu twierdząc, że każdy, kto krytykuje mój ulubiony kraj jest nazistą.

Nie próbowałbym rozwiązać problemu drastycznym zwiększeniem budżetu propagandowego mojego ulubionego kraju.

Nie próbowałbym rozwiązać problemu, zalewając Internet płatnymi trollami, którzy bronią mojego ulubionego kraju.

—————————–

Nie próbowałbym rozwiązać problemu poprzez wykupywanie agencji informacyjnych i platform mediów społecznościowych, aby zmusić je do rozpowszechniania informacji korzystnych dla mojego ulubionego kraju.

Mam wrażenie, że robienie takich rzeczy tylko jeszcze bardziej znienawidziłoby mój ulubiony kraj. Myślę, że ludzie mieliby dość kibiców mojego ulubionego kraju, którzy nieustannie próbują manipulować ich umysłami i atakować ich prawo do wolności słowa.

Zrobiłbym to tylko wtedy, gdybym chciał, żeby ludzie nienawidzili mojego ulubionego kraju. Na przykład, gdyby mój ulubiony kraj opierał się na założeniu, że wszyscy już nienawidzą jego mieszkańców, a jedynym sposobem na zapewnienie sobie bezpieczeństwa jest ciągłe trwanie w stanie wojny i masowej manipulacji. Wtedy chyba sensowne byłoby robienie tego, co właśnie opisałem.

Ale jeśli się nad tym zastanowić, gdyby mój ulubiony kraj powstał w oparciu o nieustanne wojny i manipulacje oraz założenie, że musi być zawsze pogardzany na całym świecie, to w pewnym momencie, podejrzewam, zacząłbym się zastanawiać, dlaczego mój ulubiony kraj w ogóle jest moim ulubionym krajem. I zacząłbym się zastanawiać, czy aby na pewno nie popełniono błędu w samym jego powstaniu.

Biostatystyczne rozliczenie ze szczepionką Pfizera

Biostatystyczne rozliczenie ze szczepionką Pfizera

5. czerwca 2026 Autor artykułu Marek Wójcik world-scam/biostatystyczne-rozliczenie-ze-szczepionka-pfizera

Francuska dziennikarka śledcza Christine Cotton, zajmująca się biostatyką farmaceutyczną, po walce z władzami zachorowała tak poważnie, że popełniła samobójstwo. Od momentu złożenia skargi na służby zdrowia cierpiała na potworny ból – i teraz odebrała sobie życie. W kwietniu br. skończyła 56 lat.

Jest 2 czerwca 2026 roku. Kiedy będziecie czytać te słowa, mnie już nie będzie na tym świecie.

Dla tych, którzy mnie nie znają: nazywam się Christine Cotton i jestem tym, kogo nazywa się sygnalistą. Przez 25 lat pracowałam w branży farmaceutycznej, zajmując się zarządzaniem i analizą danych klinicznych. Jako biostatystka od grudnia 2020 roku zagłębiałam się w dokumentację szczepionki przeciwko COVID firmy Pfizer. Napisałam wiele dokumentów i wysłałam wiele wiadomości, aby podzielić się prawdziwymi wynikami.

Moje wnioski są katastrofalne: oprócz tego, że wyniki są nieważne z powodu błędów, a nawet ewidentnych oszustw. Szczepionka firmy Pfizer, którą otrzymała ludność – którą być może otrzymaliście – nie jest tą samą szczepionką, co ta z badań klinicznych, o której wszyscy politycy, dziennikarze i lekarze występujący w telewizji mówili, że ma 95% skuteczności.

Podano wam produkt, dla którego nie było absolutnie żadnych wyników, ani dotyczących skuteczności, ani tolerancji. Ta wiadomość nie ma na celu wywołania sensacji w sieciach społecznościowych, ale poinformowanie was o jednej z największych manipulacji, jakich ludzkość kiedykolwiek doświadczyła.

Wszystkie dowody znajdziecie w najnowszej wersji mojej pracy, którą zapraszam do pobrania i przeczytania. christinecotton.com.

Tragiczny los Christine Cotton miał być przestrogą dla innych odważnych ludzi, którzy postanowili publikować prawdę o oszustwach mafii farmaceutycznej sterowanej przez kompleks militarno-przemysłowy. Na zasadzie: ukarać jednego, a reszta będzie milczeć. Ta zasada już nie zadziała – zbyt wiele osób zaangażowało się w obnażanie oszustw zorganizowanego ludobójstwa światowego.

Hołd dla Christine Cotton.
Można włączyć polskie napisy.

Jej historię i odkrycia opisał wczoraj Dr Peter F. Mayer na tkp.at w artykule: Dziedzictwo Christine Cotton: biostatystyczne rozliczenie ze szczepionką Pfizera. Źródło.

Kiedy Christine Cotton zaczęła zgłębiać dane z badań klinicznych szczepionki Pfizera w grudniu 2020 roku, była nieznaną biostatystyczką z Francji. Cztery i pół roku później, 2 czerwca 2026 roku, odebrała sobie życie – złamana niewyjaśnionym bólem i systemem medycznym, który nie mógł lub nie chciał jej pomóc. Pomiędzy nimi znajduje się jedna z najbardziej dogłębnych i bezkompromisowych analiz, jakie kiedykolwiek przedstawiła osoba z wewnątrz, dotycząca zatwierdzonej szczepionki.

Nie wszystkich da się zastraszyć. Nie wszystkich można przekupić. Są na świecie ludzie, dla których celem życiowym jest rozpowszechnianie prawdy o nikczemnych planach realizowanych w zbrodniczych celach. Każdy z nas ma możliwość, żeby przeciwdziałać panoszącemu się coraz bezczelniej złu. Wystarczy być uczciwym przede wszystkim wobec samego siebie i nie wmawiać sobie, że taki jest już ten świat, i cóż ja mogę biedny żuczek? Wystarczy przełamać strach, który każdy z nas odczuwa.

Nie każdy potrafi i ma możliwość publikować prawdę. Każdy może jednak choćby w osobistej dyskusji przedstawić to, o czym dowiedział się z pozasystemowych mediów także, kiedy jest to opinia odmienna od powszechnie panującej masowej narracji. W ten właśnie sposób nawet na bardzo małą skalę możesz pokazać sobie, że nie jesteś tchórzem potakującym fałszywej, antyludzkiej propagandzie.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

UE w trybie samozniszczenia

UE w trybie samozniszczenia

6. czerwca 2026 Autor artykułu Marek Wójcik world-scam/ue-w-trybie-samozniszczenia

Autor i bloger Egon W. Kreutzer, urodzony w 1949 roku, od ponad 20 lat intensywnie zajmuje się zagadnieniami polityki gospodarczej oraz rozwojem demokracji w Niemczech.

Najwyraźniej nie wystarczyło zerwanie korzystnych dla UE politycznych i gospodarczych więzi z Rosją. Najwyraźniej nie wystarczyło utopić setek miliardów euro z pieniędzy podatników w wojnie Ukrainy z Rosją. Nie wystarczyło również zawarcie całkowicie niekorzystnej umowy celnej ze Stanami Zjednoczonymi – teraz, za wszelką cenę, UE zamierza zniszczyć również swoje relacje z Chinami.

Tak uważa Egon W. Kreutzer w opublikowanym w czwartek artykule na egon-w-kreutzer.de: UE w trybie samozniszczenia. Źródło.

24.03.2020 – Szwajcaria. Źródło.

[Ale Szwajcaria nie należy do Unii Europejskiej… MD]

—————————-

Komisja Europejska realizuje zamierzenia globalistów. Jeśli rozumiemy te uzależnienia, wtedy na pozór bezmyślna polityka globalistycznych marionetek zasiadających w tej komisji stanie się, co prawda nie akceptowalna, ale przynajmniej wiemy, dlaczego oni popierają wojnę na Ukrainie, zwalczają tożsamość narodową państw członkowskich unii, doprowadzają gospodarkę do stanu katastrofalnego. Wystarczy przypomnieć rolę Ursuli von der Leyen w procesie, zaopatrzenia Europy w eliksir szczęścia – broni biologicznej stosowanej podczas zmyślonej dla celów wojennych pandemii kowida.

Kaja Kallas:
„Putin chce rozmawiać z UE? W takim razie będzie musiał rozmawiać ze mną”.
Źródło.

To przecież Ursula von der Leyen zainicjowała w Davos kampanię przeciwko „dezinformacji” jako największego zagrożenia dla wprowadzenia globalnych rządów.

Wojna gospodarcza UE z Chinami to kolejny krok w kierunku ogałacania półek sklepowych na europejskim kontynencie. Będziemy z pewnością „szczęśliwi”, kiedy, aby zakupić podstawowe produkty, pozostanie nam stać w długich kolejkach. Polska przerabiała już to w latach 80. ubiegłego wieku. Albo jeszcze gorzej: nie ma kolejek, bo półki sklepowe są puste.

Strategia pustych półek jest metodą kontroli. Kiedy jesteś zajęty zdobywaniem pożywienia dla rodziny, nie masz już czasu na działalność antyrządową. Demonstracje uliczne? Wystarczy „rzucić”, na przykład papier toaletowy, na półki w sklepie na trasie demonstracji. Zgadnijcie, kto wygra? Demonstracja, czy kolejka po papier? Dzisiaj brzmi to bardzo abstrakcyjnie, ale ja takie sytuacje przeżywałem w roku 1982 we Wrocławiu.

Komisja Europejska, tak jak rządy unijnych i nie tylko krajów, realizuje politykę sponsorów karier polityków. To ci sponsorzy planują wszelkie pandemie, wojny, medycynę utrwalającą choroby, przemysł spożywczy zatruwający własne produkty, „ochrona” środowiska poprzez jego dewastację, katastrofy naturalne w dogodnym momencie (HAARP). Wszystko to jest podporządkowane jednemu celowi: panowanie nad światem. Mamy do czynienia ze skrupulatnie przygotowanym planem. Jego realizacja przebiega z trudnościami, jednak globaliści nie mają innego wyjścia niż brnąć dalej w wybranym kierunku.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Kolejne ukraińskie drony atakują kraj NATO. Po co?

Kolejne ukraińskie drony atakują kraj NATO

6.06.2026 wolnemedia.net/kolejne-ukrainskie-drony-atakuja-kraj-nato

Neobanderowska Ukraina dokonuje kolejnego ataku dronowego na europejski kraj Sojuszu Północnoatlantyckiego. Tym razem była to Rumunia a wiele wskazuje na to, że atak dronami na rumuńskie osiedla mieszkaniowe, tuż po tym jak niewybrany dyktator Zełenski nazwał jedną z jednostek ukraińskich sił zbrojnych imieniem ludobójców i nazistowskich kolaborantów, także mógł być dziełem reżimu z Kijowa.

Opisałem go w tekście pt. „Spadnij dronie na Rumunię i przykryj kompromitację UPA-iny”.

Od kilku tygodni na kraje tzw. wschodniej flanki NATO notorycznie spadają ukraińskie drony. Nie powinno to nikogo dziwić bo w Białym Domu mają oni swoich gorliwych sojuszników, którzy rozpoczęli zbrojenie neobanderowców po tym jak administracja Obamy tego wyraźnie odmawiała. Mając protekcję radykalnie antyrosyjskiej administracji Trumpa, Kijów może sobie dzisiaj pozwolić na dużo więcej niż za rządów Obamy czy Bidena.

Znakomitym przykładem tego jest oskarżany o terroryzm Kyryło Budanow, agent CIA, były szef ukraińskiego wywiadu wojskowego, który z inspiracji Waszyngtonu zasiał terror na kilku kontynentach. Mordując ludzi nawet bez wyraźnego pozwolenia swoich panów z Langley. Bardzo dobrze opisał to „New York Times” w 2024 roku.

To zresztą najprawdopodobniej wizyta Budanowa w Polsce była powodem ukraińskiego ataku na rumuński port w Konstancy (nazwanego przez media głównego nurtu działaniem Rosji za pomocą walki radioelektronicznej), przypomnijmy, wobec wojny na Ukrainie ważny punkt na Nowym Jedwabnym Szlaku, który tworzą Chińczycy, który wspierają Rosjanie a który chcą zniszczyć Anglosasi, zwłaszcza Amerykanie.

Sprawa jednak nie jest taka zero-jedynkowa a relacje medialne sugerować mogą, że atak na Rumunię mógł być dogadany z Bukaresztem. Wszak nikomu ani niczemu nic się nie stało a eksplozja była w pełni kontrolowana przez stronę rumuńską. Ale jest to tylko hipoteza nie poparta twardymi dowodami. Fakt jest jednak taki, iż drony tego typu, który wybuchł pod Konstancą, są specjalne przeznaczone do niszczenia doków portowych oraz terminali naftowych. W Konstancy są doki portowe oraz terminal naftowy.

Jednakowoż należy brać także pod uwagę rozwiązania dużo prostsze. Wszak nie wiemy jaki jest poziom zdolności myślowych reżimu kijowskiego i czy to aby na pewno oni wymyślają kolejne bombardowania krajów środka Europy. Więc może po prostu zaatakowano rumuński port tylko po to, aby po wykryciu drona, które musiało nastąpić, zwalić winę na Rosję, która zagraża zachodowi poprzez przekierowywanie statków latających czy też podwodnych na kraje sojuszu?

Można oczywiście i w tym przypadku założyć, że Rumunia mogła w tym z neobanderowcami współpracować, jednak ranni w ataku na rumuńskie zabudowania obywatele tego kraju, w ataku sprzed kilku dni, temu przeczą. Oczywiście w okresie zimnej wojny reżimy zachodnie poświęcały swoich obywateli dla „dobra wyższego”. Trudno jednak sobie wyobrazić, aby Rumunia poświęciła blok i jego mieszkańców dla skompromitowania Rosji w trakcie kiedy tej kompromitacji potrzebowała Ukraina w związku z nagłośnieniem przez naród polski neonazistowskiego charakteru ukraińskiego państwa.

Wiele więc wskazuje na to, że Ukraina podjęła się działań bez wiedzy krajów wschodniej flanki a celem było albo zastraszenie Polski – będziemy strzelać w NATO-wskie porty i nic nam nie zrobicie bo mamy protekcję Wielkiego Brata, albo po prosty chciała po ataku i jego pacyfikacji przez Rumunię zwalić winę na rosyjskie systemy zakłócające aby uzasadnić w oczach Polaków i rządu warszawskiego konieczność akceptacji jednostki im. Bohaterów UPA jako mniejszego zła wobec rosyjskiego zagrożenia.

Najbardziej sensowny cel ataku ukraińskiego na rumuński port, jeżeli był celowy, wydaje się więc oczywisty: zastraszyć Polskę w trakcie wizyty Budanowa w Warszawie aby ta przyjęła do wiadomości ukraińskie warunki (czyli anglosaskie warunki bo Ukrainą nie rządzą Ukraińcy) [na, ale przecież i nie anglicy.. md] i je bez żadnego sprzeciwu zaakceptowała. Reżim z Kijowa ma pełne poparcie Stanów Zjednoczonych, więc może sobie do woli strzelać dronami w kraje NATO, co wyraźnie czyni od kiedy Trump wprowadził się do Białego Domu. Przed 2025 rokiem spadające ukraińskie drony i rakiety na kraje wschodniej flanki NATO były sporadyczne.

Od kiedy w Białym Domu zagościł nienawidzący Europejczyków reżim Trumpa-Vance’a-Netanjahu, skala ataków dronami na kraje Europy Środkowej i ich upadków jest iście zatrważająca. Ostatnimi tygodniami wszystkie kraje bałtyckie otrzymały banderowskie drony na swoim terytorium, w tym drony z ładunkami wybuchowymi. W roku 2025 wielokrotnie, jak Izrael lub Stany Zjednoczone kompromitowały się w oczach całego świata, na Polskę spadał dron albo cała seria dronów, najprawdopodobniej dronów rosyjskich (lub też po prostu ukraińskich) przekierowanych przez ukraińskie systemy walki elektronicznej, zapewne po to aby przykryć owe kompromitacje w mediach, spychając je z czołówek.

W roku 2026 roku już nikt nie bawi się nawet w pozory. Ukraińskie drony po prostu spadają sobie na kraje wschodniej flanki NATO.

Przypomnijmy, że oskarżany o terroryzm Budanow został przeszkolony i pozyskany do współpracy przez amerykański wywiad około 2016 roku. Został przeszkolony przez CIA a jego tajna służba – HUR – zaczęła organizować zamachy na tzw. cele rosyjskie na całym świecie. Kiedy jednak wywiad ukraiński zaczął mordować ludzi bez wyraźnego zielonego światła od służb amerykańskich, zgodnie z tezami NYT z lutego 2024 roku, mieli oni otrzymać reprymendę od Amerykanów. Było to w czasach Obamy jako prezydenta i Bidena jako wiceprezydenta.

W czasach Obamy wyraźnie ograniczono pole do działania ukraińskich tajnych służb. Kiedy do władzy doszli Republikanie, w 2017 roku, reżim kijowski kontynuował zabijanie ludzi, łamiąc reguły gry ustalone z CIA. Za co spotykały go ustne reprymendy i nic więcej. Administracja Trumpa akceptowała terror szerzony przez wywiad ukraiński.

W miarę pogłębiania się współpracy po 2016 r. Ukraińcy stali się niecierpliwi wobec tego, co uważali za nadmierną ostrożność Waszyngtonu, i zaczęli organizować zabójstwa i inne operacje z użyciem siły, co stanowiło naruszenie warunków, na które, zdaniem Białego Domu, zgodzili się Ukraińcy. Wściekli urzędnicy w Waszyngtonie grozili odcięciem wsparcia, ale nigdy tego nie zrobili” – napisał 25 lutego 2024 roku „New York Times”.

Kiedy do władzy doszła administracja Trumpa, rozszerzono także programy współpracy wywiadu amerykańskiego z Ukraińcami, zwiększając wyraźnie liczbę tajnych baz CIA na Ukrainie, ostrzem wymierzonych w Rosję. Co zapewne było jednym z powodów, dla których Rosja w 2022 roku dokonała agresji. Stany Zjednoczone nigdy nie pozwoliłyby na chińskie tajne bazy wywiadowcze pod Ciudad Juarez, wymierzone ostrzem w Amerykę.

„Trump obsadził kluczowe stanowiska zwolennikami twardej linii wobec Rosji, m.in. Mike’a Pompeo na stanowisku dyrektora CIA i Johna Boltona na stanowisku doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. Odwiedzili oni Kijów, aby podkreślić swoje pełne poparcie dla tajnego partnerstwa, które rozszerzyło się o bardziej specjalistyczne programy szkoleniowe i budowę dodatkowych tajnych baz” – pisał „New York Times” nieco ponad dwa lata temu. W okresie rządów Trumpa liczba oficerów ukraińskiego wywiadu wzrosła 10-krotnie w porównaniu z okresem Obamy-Bidena. Z 80 do 800. Wszystkie prorosyjskie tezy głoszone przez Trumpa były kłamstwami, które miały przykryć zaostrzenie przez reżim amerykański tajnej wojny w Rosją rękoma ukraińskiego mięsa armatniego.

Reżim Obamy i Bidena, który stworzył Budanowa, był więc dla niego bardziej restrykcyjny. Kiedy doszło do zmiany władzy, Republikanie wyraźnie zapalili zielone światło dla większego podpalania świata. Przypomnijmy, że w 2019 roku neobanderowcy byli obecni m.in. podczas kolorowej rewolucji w Hongkongu, podczas której zabijano chińskich policjantów, którzy przypomnijmy, nie noszą przy sobie broni palnej. W trakcie całej kolorowej rewolucji, trwającej wiele miesięcy, podczas której zabijano chińskich policjantów, ci wystrzelili tylko 19 sztuk ostrej amunicji. Policjanci w Stanach Zjednoczonych wystrzeliwują tyle sztuk amunicji w jedną osobę, która idzie w ich kierunku z ostrym narzędziem, np. nożem, w kilka sekund.

Tak, współczesne Chiny być może jeżeli chodzi o wolności i swobody politycznie są krajem autorytarnym jednak swobody obywatelskie i bezpieczeństwo obywateli w kontakcie z władzą jest tam zapewne dużo większe, niż w takich krajach jak Stany Zjednoczone.

Budanow przybył 5 czerwca 2026 roku do Warszawy m.in. aby przedyskutować kwestię nadania imienia banderowskiej jednostce wojskowej „Bohaterów UPA” – ludobójców polskiego narodu, przejętych po 1945 roku od Niemców przez reżimy anglosaskie – Wielką Brytanię oraz Stany Zjednoczone. Przypomnijmy, że w trakcie trwania ludobójstwa na Polakach w drugiej połowie lat 1940. dochodziło do kontaktów upowców z ambasadą Stanów Zjednoczonych w Warszawie.

OUN-B brała wsparcie materialne skąd się dało, zachowując jednocześnie intensywną nieufność wobec Amerykanów. Od stycznia dochodziło do kontaktów OUN-B z ambasadą USA w Warszawie. Szef wywiadu OUN-B spotkał się z szefem amerykańskiej stacji w celu wysłania materiałów propagandowych za granicę” – pisał w swojej pracy o brytyjskim wywiadzie MI6 historyk Stephen Dorill.

Aczkolwiek trzeba przyznać, że to Brytyjczycy a nie Amerykanie byli bardziej skorzy do współpracy z banderowcami.

Wkrótce wdrożono operację „Rollback” oraz operację „Integral” – amerykańskie i brytyjskie operacje tzw. wycofywania komunizmu z Europy Wschodniej, inspirowane przez dyplomatę George’a Kennana, który później nazwał je katastrofalnymi. Narzędziami wywiadu wykorzystywanymi w tych operacjach byli ukraińscy nacjonaliści. W istocie była to klasyczna dywersja na terenie ZSRR oraz przygotowywanie sabotażu i terroru na wypadek wybuchu III wojny światowej. Po śmierci Stalina działania te ostatecznie porzucono. Bandera został najprawdopodobniej wystawiony przez Anglosasów KGB a banderowcy na terenie zachodniej Ukrainy zostali wyłapani przez MGB (sowiecki kontrwywiad) oraz skazani na kolonie karne i obozy. Wielu z nich przewerbowano aby posłużyć się nimi do ujawnienia tych, którzy wciąż się ukrywali. Operacje demaskowania banderowców zrzucanych na zachodnią Ukrainę przez Anglosasów były możliwe dzięki informacjom od Piątki z Cambridge, siatki szpiegów sowieckich służb w brytyjskim MI6.

Tradycja anglosaskiego wsparcia dla banderowców sięga więc nie 2014 czy 2016 roku lecz roku 1945. Już w zasadzie w 1944 roku upowcy szykowali się do oddania na usługi tzw. zachodnich aliantów, wobec nieuchronnego upadku Niemiec. A jeżeli zagłębimy się w historię to pierwsze kroki ku temu podejmowano już nawet w 1943 roku, pod sam jego koniec. A pamiętać przecież trzeba o kontaktach i współpracy w penetracji ZSRR pomiędzy ukraińskimi nacjonalistami od Stepana Bandery a wywiadem brytyjskim jeszcze przed drugą wojną światową w latach 1930., które kultywowano intensywnie aż do początku operacji Barbarossa, po czym je zmniejszono by w połowie lat 1940. do nich wrócić.

Budanow jest emanacją anglosasko-neobanderowskiej kooperacji. Nic więc dziwnego, że w czasie kiedy ten przyjeżdża do Polski aby wymusić na dwóch obozach władzy: pisowsko-prezydenckim oraz liberalno-rządowym, uznanie i akceptację przez Polskę nadania nazwy dla jednostki ukraińskiej Bohaterów UPA, dochodzi do ataku na Rumunię ukraińskimi dronami, sygnalizując Warszawie albo że Rosja jest dużym zagrożeniem i należy przymknąć oko na banderyzm na dzikich polach albo że żaden ukraiński dron spadający na jakikolwiek kraj nie zmieni nic w wojnie na Wschodzie. A więc, że Ukraińcy są nietykalni i mogą zniszczyć dowolny cel w kraju NATO czy też mogą sobie nazywać jednostki wojskowe nawet imieniem Adolfa Hitlera. A i tak żandarm zza oceanu ich utrzymujący na wszystko przymknie oko.

Sponsorzy Kijowa z Waszyngtonu właśnie zadeklarowali kolejne miliardy wsparcia dla Ukrainy. Cóż za wspaniałomyślna nagroda za ukraińskie drony od miesięcy spadające na kraje wschodniej flanki NATO. Należy oczywiście zaznaczyć, że najpierw przegłosowano w Izbie Reprezentantów 1 mld pomocy i 8 mld kredytu dla Ukrainy a dopiero później doszło do piątkowego ataku na Rumunię. Zobaczymy czy w Senacie wsparcie zostanie utrzymane.

Bez względu na wsparcie finansowe, Ukraina wciąż otrzymuje kluczowe wsparcie wywiadowcze oraz technologiczne ze Stanów Zjednoczonych.

Autorstwo: Terminator 2019
Zdjęcie: Ministry of Defence of Ukraine (CC BY 4.0)
Źródło: WolneMedia.net

Źródłografia

Kto płaci za orkiestrę wybiera muzykę

Kto płaci za orkiestrę wybiera muzykę

Izabela BRODACKA

Od lat kolejne rządy bezskutecznie usiłują rozwiązać problem abonamentu telewizyjnego i radiowego. Większość obywateli uważa tę daninę za nienależną i niesprawiedliwą. Dlaczego mamy płacić na telewizję w likwidacji jeżeli nie oglądamy żadnych emitowanych przez nią programów? Ani „pytania na śniadanie”, ani „ M jak miłości” ani innych idiotyzmów, za które ich twórcy i wykonawcy inkasują ogromne sumy.

Zauważmy, że różni starzy aktorzy i byli celebryci są za opluwanie ludzi kojarzonych z prawicą wynagradzani niewielkimi rolami w licznych produkcjach,. W różnych filmach i telenowelach pojawia się na przykład w niewielkich rolach mało pociągający staruszek, który kiedyś – trudno w to wręcz uwierzyć- był idolem i przedmiotem westchnień nastolatek oraz naiwnie i niesłusznie utożsamiany z granymi postaciami, uważany był za patriotę.

W opluwaniu i obszczekiwaniu osobistości z prawej strony sceny politycznej biorą gorliwie udział nie tylko różni prymitywni kabotyni nagradzani własnymi, od wielu lat zanudzającymi widzów programami oraz intratnymi udziałami w reklamach. Również wiekowe – jak to mówią – przechodzone skandalistki typu Gretkowskiej. Bierze również niestety udział osoba nobliwa czyli prawdziwa noblistka Olga Tokarczuk Musi się jej to bardziej opłacać niż sama nagroda Nobla. Nie kompromitowałaby się chyba tak bardzo za darmo.

A przecież istnieje doskonały sposób rozwiązania tego problemu w zgodzie ze starożytną zasadą: „de gustibus non disputandum est” co się tłumaczy w niepopularnym ostatnio języku: „На вкус и цвет товарища нет”. Jakby język odpowiadał za ludzkie czyny. Gdyby myśleć tymi kategoriami należałoby po doświadczeniach II Wojny Światowej raz na zawsze zakazać używania języka niemieckiego.

Wracając do abonamentu. Wystarczyłoby zakodować dostęp do różnych programów tak, żeby oglądający jakiś program płacił za dostęp do tego programu. W dobie powszechnej cyfryzacji jest to nie tylko możliwe lecz wręcz łatwe. Doskonale funkcjonuje na przykład e-recepta, możliwość wprowadzania której budziła przecież wiele obaw.

Wtedy wyszłoby na jaw co ludzie oglądają i za co są gotowi płacić. Być może zadziałałyby wówczas tak wychwalane przez ideologów liberalizmu mechanizmy rynkowe zmuszające stacje do starań o jakość emitowanych programów. Obecny projekt powiązania opłaty ,za telewizor z rachunkami za prąd sprowadza tę opłatę do roli kolejnej zwykłej daniny drenującej kieszenie obywateli. Do daniny porównywalnej ze słynnym podatkiem kominowym czyli podymnym funkcjonującym w czasie zaborów. Nie ma chyba nikogo tak naiwnego, aby wierzyć, że ciemny polski chłop wolał wędzić się w kurnej chacie zamiast zbudować zwykły komin odprowadzający dym z pieca. Był jednak bezradny wobec przemocy fiskalnej.

Jeszcze bliższy podymnego jest dyskutowany obecnie projekt wprowadzenia podatków od ogrodzeń. Zauważmy, że zarówno podymne, jak ewentualny podatek od płotu, jak dyskutowany podatek katastralny są to podatki antycywilizacyjne. Są karą za gospodarność. Nieruchomość zadbana, utrzymywana w porządku, ulepszana będzie miała większą wartość katastralną niż zaniedbana ruina, więc będzie obciążona większym podatkiem. Ogródek oddzielony płotem, uprawiany będzie karany podatkiem a premiowane będzie zadeptane, dostępne dla wszystkich klepisko. Poza tym podymne miało rolę stygmatyzującą. Mieszkaniec kurnej chaty ciągnął za sobą zapach tak go naznaczający jakby miał na czole wybitą pieczęć – „ biedak i brudas”.

Podymne, podatek od płotu, danina na cudze honoraria nie związane z faktycznie oglądanymi programami to klasyczne działania zaborcy wobec obywateli łupionego i celowo niszczonego kraju.

Komuna wróciła i to w sensie dosłownym. Udręczenie związane z życiem w sowieckiej strefie wpływów brało się miedzy innymi z ogromnej liczby absurdalnych przepisów które działały jak przysłowiowy kij na psa. Były uruchamiane gdy władze chciały kogoś prześladować. Na przykład powierzchnia domku jednorodzinnego nie mogła przekraczać 110 metrów kwadratowych. Było to pozornie racjonalne. W Warszawie brakowało mieszkań. Ludzie gnieździli się w piwnicach zwanych suterenami i w ruinach. Wydawało się niesprawiedliwe żeby zwykła rodzina dysponowała powierzchnią mieszkalną wynoszącą na przykład 150 metrów kwadratowych.

Ale to ograniczenie tylko z pozoru było racjonalne. Jeżeli ktoś posiadał działkę budowlaną, zgromadził materiały i uruchomił na budowę środki finansowe często uzyskane od rodziny z zagranicy bez sensu było marnowanie tych środków na zbyt małą powierzchnię. Na ulicy Szarotki w Warszawie powstał w ten sposób Owalny Gabinet jak nie przymierzając w Białym Domu. Architekt pomylił się po prostu w obliczeniach i zorientowawszy się że powierzchnia domu przekracza ustawowe 110 metrów kwadratowych kazał – ku zdumieniu i żywej radości przechodniów zburzyć ściany świeżo powstałego salonu i je zaokrąglić. Willa ta była żywym dowodem, że sprawiedliwość w rozumieniu komunistów oznaczała równanie w dół, sprawiedliwe dzielenie nędzy.

Oczywiście restrykcje te nie dotyczyły mieszkań skradzionych prawowitym właścicielom przez różnych członków i zastępców członka KC PZPR. Oni nie musieli się ograniczać. Transformacja ustrojowa została tak zaprojektowana aby w tak zwanej wolnej Polsce różni zastępcy członka i ich progenitura nic nie stracili ze zdobytych w nagrodę za instalowanie w Polsce stalinizmu przywilejów. Po skompromitowaniu jawnych złodziejstw takich jak rzekoma prywatyzacja czyli kradzież nieruchomości oraz złodziejstw uprawianych poprzez specjalnie powołane w tym celu instytucje takie jak FOZZ przyszedł czas na łagodniejsze formy pierwotnej akumulacji kapitału.

Zauważmy, że za każdą trudną do zrozumienia karierą zwykłego wyjca, kiepskiego aktora czy nachalnie reklamowanego grafomana jest ukryta w tle partyjna przynależność rodziców, agentura, czy zwykłe donosicielstwo. Likwidacja abonamentu na rzecz faktycznie oglądanych programów byłaby dla tej stalinowskiej grupy interesu prawdziwą klęską.

Koniec Pax Judaica czy początek III wojny światowej?

Koniec Pax Judaica czy początek III wojny światowej?

Autorstwo: Eric Striker
Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz

6.06.2026 wolnemedia/koniec-pax-judaica-czy-poczatek-iii-wojny-swiatowej

Pozorne zakończenie wojny z Iranem, nazwane upokarzającą porażką dla wkrótce w pełni zintegrowanych armii USA i Izraela, to coś więcej niż kolejna nieudana bliskowschodnia przygoda Waszyngtonu (szósta w ciągu 25 lat). Tym razem osoby z wewnątrz reżimu ostrzegają, że wreszcie nastał koniec Pax Judaica – porządku świata ustanowionego przez zwycięstwo aliantów w 1945 roku i wzmocnionego upadkiem Związku Radzieckiego w 1989 roku.

Po jednej stronie globalnego konfliktu, który decyduje o losie świata, znajduje się konsensus waszyngtoński, reprezentowany przez państwa klienckie G7, a także Izrael i Ukrainę. Maskuje się on jako normatywny liberalizm, jednocześnie przyznając suwerenną władzę sieci żydowskich miliarderów-suprematystów i ich popleczników. Przykładem tego jest zakaz wjazdu wydany przez brytyjski rząd Partii Pracy dla ideologicznego towarzysza drogi, Hasana Pikera, za krytykę Izraela, czy też postawa arcykapłanów praw człowieka w administracji Bidena, którzy byli wspólnikami ludobójstwa w Strefie Gazy.

Po drugiej stronie znajdują się rewizjonistyczne mocarstwa CRINK – Chiny, Rosja, Iran i Korea Północna – które głoszą prymat państwa nad pieniądzem i otwarcie sprawują władzę. Jako mocarstwa cywilizacyjne, narody CRINK popierają pluralistyczny porządek świata rządzony przez realpolitik, w przeciwieństwie do liberalnych demokracji, które uznają wszystkie państwa spoza swoich instytucji (NATO, MFW itp.) za nieuprawnione, a tym samym za sprawiedliwe cele przemocy gospodarczej i militarnej. Z tego powodu trzon CRINK często znajduje tymczasowych sojuszników wśród licznych średnich i małych mocarstw, takich jak Turcja, które wolałyby realizować własne interesy narodowe ponad interesy Waszyngtonu. To wielobiegunowość w działaniu.

Bezpośrednia wojna między tymi dwoma konkurującymi formami geopolityki jest faktem dokonanym. W ciągu ostatnich kilku lat obserwowaliśmy, jak ten konflikt przybierał formy kinetyczne (Rosja–Ukraina, USA–Izrael a Iran), a także formy konfliktów gospodarczych, takich jak wojna handlowa z Chinami.

Większość neutralnych obserwatorów dojdzie do wniosku, że wojna na Ukrainie (zwłaszcza fiasko sankcji gospodarczych wobec Rosji) i wojna handlowa USA z Chinami stanowią strategiczne porażki Pax Judaica. Choć to rozczarowujące, władcy Zachodu wierzą, że sobie z tym poradzą.

Niedopuszczalna jest jednak sytuacja, jaką Donald Trump zastał w Iranie. Demonstracja siły Irańczyków w Cieśninie Ormuz, wraz ze zniszczeniem amerykańskich baz wojskowych na całym Bliskim Wschodzie, postawiła okręt-matkę – Izrael – w jednym z najgorszych stanów bezpieczeństwa w historii. Ponad dekada targów z Arabami z Zatoki Perskiej, mających na celu przekupienie ich i skłonienie do podpisania Porozumień Abrahama, jest teraz zagrożona, ponieważ Iran wyłania się z wojny jako potęga geopolityczna. Jeśli ujawnione szczegóły wynegocjowanego przez Iran porozumienia okażą się prawdziwe, a Donald Trump je podpisze, Iran stanie się nowym władcą Azji Zachodniej.

Trzeba oddać sprawiedliwość tym, którym się należy. Siła woli i odrodzona jedność narodu irańskiego, będące efektem amerykańskich i izraelskich okrucieństw, a także zdolność do improwizacji i adaptacji w fatalnych warunkach, zapewniły im zwycięstwo. Jednak CRINK jest również ważnym elementem tej historii, ponieważ Chiny i Rosja dostarczyły kluczowe dane wywiadowcze, broń i technologię satelitarną. Iran wykorzystał je, aby obnażyć siły amerykańskie i izraelskie jako papierowe tygrysy oraz zadać druzgocące ciosy w państwach Zatoki Perskiej, by ukarać tamtejszych kolaborantów.

Ta relacja wydaje się teraz zmieniać równowagę wojny Izraela w Libanie. Przystępując do wojny, Izrael miał wszelkie powody, by wierzyć, że może ostatecznie wyeliminować Hezbollah raz na zawsze. Te nadzieje zostały rozwiane w ciągu ostatnich trzech miesięcy wraz z pełną integracją Hezbollahu ze strukturą dowodzenia i kontroli IRGC. Co najważniejsze, Hezbollah w tajemniczy sposób uzyskał najnowszą rosyjską technologię FPV i dronów światłowodowych — albo bezpośrednio z Rosji, albo za pośrednictwem irańskiego pośrednika — i zadaje ogromne straty bezbronnym na to, nacierającym wojskom izraelskim oraz ich pojazdom. Redukuje to działania Izraelczyków do chaotycznych nalotów na przypadkowych cywilów w Bejrucie, prowadzonych z frustracji. Inicjatywa strategiczna została odzyskana przez Hezbollah, a teraz ta szyicka grupa ustala warunki zawieszenia broni, odmawiając IDF pozwolenia na skonsolidowanie choćby cala libańskiej ziemi.

Nie można lekceważyć roli Rosji i Chin, a także bardziej neutralnych mocarstw peryferyjnych, takich jak Pakistan i Turcja, jako graczy z tła, podważających wysiłki USA i Izraela. Plan administracji Trumpa, mający na celu zablokowanie Cieśniny Ormuz i oblężenie Iranu, został udaremniony przez Rosję i Turcję, które otworzyły dla niego korytarze lądowe i morskie. Umożliwiło to Iranowi pozyskiwanie broni i zasobów przez Morze Kaspijskie i szlaki lądowe w Azji Środkowej. Trump posunął się nawet do gróźb wobec Omanu – neutralnej „Szwajcarii” regionu – za gotowość do podjęcia rozmów z Iranem na temat przyszłego zarządzania Cieśniną Ormuz.

Jak przewidywali żydowscy neokonserwatyści, wejście Rosji na Ukrainę, a teraz potencjalne zwycięstwo Iranu, ośmielają kolejne państwa (w tym sojuszników z NATO, takich jak Turcja) do realizacji własnych interesów, niezależnie od poglądów izraelskiej kliki stojącej za Trumpem. Początkowy plan Mossadu i CIA, mający na celu obalenie irańskiego reżimu poprzez zbrojne powstanie Kurdów, został rzekomo udaremniony w ostatniej chwili przez Turcję, która wystąpiła przeciwko Ameryce i obiecała odpowiedzieć na wszelkie próby militaryzacji Kurdów.

Na froncie nuklearnym Rosja aktywnie wspiera i pogłębia dostęp Iranu do potencjału nuklearnego, podpisując umowę na budowę ośmiu nowych elektrowni. [dupku, elektrownie nie mają wiele wspolnego z BOMBĄ. Teraz bomby się kupuje.. md]

Moskwa czerpie również znaczne korzyści z blokady Cieśniny Ormuz, notując wzrost dochodów z ropy naftowej o 40% – częściowo dzięki temu, że wrogowie, tacy jak Wielka Brytania, są zmuszeni kupować rosyjski olej napędowy i paliwo lotnicze z marżą, aby uniknąć kryzysu. Chiny, które mają własną umowę dwustronną z Iranem, mogą korzystać z Cieśniny Ormuz do woli, co niweczy wszelkie zachęty do realizacji jedynego planu awaryjnego Ameryki, polegającego na błaganiu Chin o jej ponowne otwarcie.

Rosnące mocarstwa rewizjonistyczne sparaliżowały w ten sposób podżegaczy wojennych w Waszyngtonie i Izraelu, opracowując sposoby na obejście sankcji, dorównanie ich możliwościom wywiadowczym i, co najważniejsze, prowadzenie wojny przy ograniczonym budżecie. Być może najbardziej alarmującym wnioskiem z tej wojny dla Waszyngtonu jest zdolność nowej broni (często zbudowanej z części dostępnych w Internecie) do niszczenia zapasów niezwykle drogiej, trudnej do zastąpienia amunicji i platform dostarczanych przez skorumpowaną, nastawioną na zysk bazę przemysłu zbrojeniowego Ameryki.

Najnowsza innowacja Iranu, polegająca na zadaniu ciosów atakującym syjonistycznym, liberalnym plutokracjom w ich własnych krajach poprzez strategiczne uniemożliwienie dostępu do kluczowych węzłów handlowych, daje temu niegdyś osaczonemu państwu nową formę dominacji eskalacyjnej. W kwestii Iranu USA nie mają innego wyboru, jak zrobić to, co Trump robi ze swoimi wieloma upadłymi firmami: ogłosić bankructwo i wrócić do deski kreślarskiej.

Rozsądną odpowiedzią Stanów Zjednoczonych na realia tej sytuacji jest zarządzanie swoim upadkiem i przygotowanie się na świat wzajemnie korzystnych partnerstw dwustronnych, zamiast utrzymywania wasali gromadzonych dla wygody Wall Street. Problem w tym, że nie jest to możliwe, ponieważ Stany Zjednoczone – wraz z innymi liberalnymi plutokracjami „pierwszego świata” – utraciły wiele ze swojej historycznej zdolności do budowania i innowacji. Baza przemysłowa, która wygrała II wojnę światową, oraz kierowany przez państwo kompleks badawczo-rozwojowy, który wygrał zimną wojnę, zostały zastąpione piramidami finansowymi centrów danych i skupem akcji własnych. Nieżydowski neokonserwatywny intelektualista Christopher Caldwell przedstawia Wielką Brytanię w pozytywnym świetle za konsensualne ograniczenie zakresu swojego imperializmu, mające na celu uniknięcie nadmiernej ekspansji, zauważając jednocześnie, że Ameryka robi coś przeciwnego. Gdyby Ameryka była zarządzana dla dobra Amerykanów, mogłaby zabrać połowę swoich zasobów do domu i wycofać się, by rządzić półkulą zachodnią.

Jednak wszystkie ostatnie działania Waszyngtonu wskazują, że w Departamencie Stanu zakorzeniły się urojenia o próbie przecięcia węzła gordyjskiego, a niesyjonistyczne głosy rozsądku, takie jak Joe Kent, Tulsi Gabbard i inni, zostały wyparte z dyskusji lub ich rola została zminimalizowana.

Trzy nowe wydarzenia wskazują na gotowość Waszyngtonu do wciągnięcia świata w wojnę.

Pierwszym z nich jest niedawna decyzja o udzieleniu Ukrainie dodatkowej pomocy w wysokości 9 miliardów dolarów, którą Trump z pewnością podpisze, pomimo bezpodstawnej intrygi prasy związanej z Russiagate. Dzięki temu Kijów będzie mógł zatrudnić więcej najemników i zdobyć broń, co pozwoli mu kontynuować wojnę w nieskończoność. Decyzja ta uzupełnia uchwalony w kwietniu zastrzyk gotówki w wysokości 105 miliardów dolarów, jaki Unia Europejska i NATO przeznaczyły na załamaną ukraińską gospodarkę i siły zbrojne.

Drugim wydarzeniem jest trwająca od roku kampania Waszyngtonu, której celem jest zmuszenie Europy do przejścia na gospodarkę wojenną, aby móc doprowadzić do konfliktu z Rosją, gdy nadejdzie odpowiedni moment. Planiści wojskowi NATO przygotowują się do starcia z Rosją do 2030 roku. Według ujawnionych planów rządzona przez Amerykanów Europa przeprowadzi pobór wśród młodych mężczyzn i przerzuci prawie milion żołnierzy na granice z Rosją. Generałowie NATO rozpoczęli spotkania z producentami filmowymi w Hollywood, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji, aby produkować filmy propagandowe i programy telewizyjne. Mają one na celu zaostrzenie apetytu zdenerwowanej opinii publicznej Europy Zachodniej na rozlew krwi poprzez sztucznie wykreowany szowinizm. Podobne wydarzenia mają miejsce na głównych terytoriach Pacyfiku kontrolowanych przez Waszyngton – w Japonii i Korei Południowej – które remilitaryzują się w zawrotnym tempie, przygotowując się na potencjalną wojnę z Chinami.

Trzecim wydarzeniem, które prawdopodobnie zostanie wykorzystane przeciwko Rosji i Iranowi, jest podjęta przez Amerykę próba przekształcenia Armenii w „drugą Ukrainę”. W lutym ubiegłego roku JD Vance sfinalizował inwestycję o wartości 9 miliardów dolarów w armeńską energetykę jądrową. Podpisał również kontrakt na dostawę amerykańskiej broni do tego kraju. Co najważniejsze, Stany Zjednoczone oferują Armenii – bliskiemu sojusznikowi Rosji od XIX wieku – członkostwo w Unii Europejskiej w zamian za zerwanie wszelkich więzi z Moskwą. Podobnie jak w przypadku Ukrainy, perspektywa przyjęcia przez Unię Europejską kolejnego kraju na utrzymanie jest odległa, a jednak Bruksela i Waszyngton wciąż cynicznie kuszą nią Ormian. Poprzez rozwiniętą sieć zagranicznych organizacji pozarządowych, których wewnętrzne funkcjonowanie finansowe i operacyjne jest w Armenii traktowane jak strzeżona tajemnica państwowa, młodzież tego kraju jest przeprogramowywana w kierunku antyrosyjskim i proamerykańskim.

Kreml już przewiduje kolejny kryzys na wzór ukraiński na swoim kaukaskim skrzydle. Władimir Putin zagroził nałożeniem sankcji na Armenię, jeśli będzie ona kontynuować proamerykańską i pronatowską ścieżkę. Premier Armenii Nikol Paszynian, którym kieruje zastępca dyrektora CIA David Cohen, ma zaplanowane w Waszyngtonie działania wspierające jego reelekcję za dwa dni. Wybory te nie wzbudziły większego zainteresowania, ale mogą odegrać kluczową rolę w wywołaniu kolejnego poważnego konfliktu światowego. Ponadto amerykańska obecność w Armenii mogłaby otworzyć nowe możliwości destabilizacji Iranu – kolejnego długoletniego sojusznika narodu ormiańskiego.

Biorąc wszystko pod uwagę, jest jasne, że amerykańskie imperium nie pójdzie drogą Wielkiej Brytanii ani Związku Radzieckiego i nie odejdzie po cichu.

Bez drastycznego zwrotu w historii świata Europa zmierza ku kolejnej wojnie eksterminacyjnej, która może rozlać się również na Azję. Zdesperowani i szaleni agenci w Waszyngtonie zdają się opracowywać plany z wyłączeniem broni jądrowej. Więźniowie nie tyle zarządzają azylem, ile dowodzą głównymi armiami europejskimi i azjatyckimi, i są zdeterminowani, by z nihilistycznej złośliwości uderzyć nimi w Rosję i Chiny, gdy tylko sami znikną ze światowej sceny.

Autorstwo: Eric Striker
Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz
Źródło zagraniczne: Littoria.substack.com
Źródło polskie: WolneMedia.net

Źródłografia

1. https://www.aa.com.tr/en/americas/us-house-rejects-bid-to-remove-us-israel-military-integration-from-defense-bill/3957096

2. https://www.theatlantic.com/international/2026/05/iran-war-trump-losing/687094/

3. https://www.yahoo.com/news/politics/articles/analysis-finds-damage-u-bases-094949922.html

4. https://mei.edu/policymemo/russias-wartime-support-for-iran/

5. https://www.mintpressnews.com/hezbollahs-cheap-fpv-drones-are-making-israels-high-tech-military-obsolete/290927/

6. https://www.axios.com/2026/06/03/israel-lebanon-ceasefire-hezbollah-us

7. https://www.rferl.org/a/iran-pakistan-turkey-russia-caspian-china/33751260.html

8. https://www.i24news.tv/en/news/israel/defense/artc-mossad-and-cia-covert-operation-armed-kurdish-militias-to-topple-iranian-regime-report

9. https://www.reuters.com/business/energy/russias-oil-gas-revenue-seen-up-39-yy-may-thanks-iran-war-2026-05-20/

10. https://www.theguardian.com/world/2026/may/20/ukraine-war-briefing-britain-to-buy-diesel-and-jet-fuel-made-from-russian-crude-oil

11. https://www.nytimes.com/2026/05/06/world/asia/china-iran-us-trump-hormuz.html

12. https://www.aljazeera.com/features/2026/5/23/missiles-to-munitions-does-the-us-risk-running-out-of-key-weapons

13. https://www.ai-supremacy.com/p/the-ai-bubble-grows-ponzi-scheme-symptoms-to-meet-compute-demands

14. https://www.nytimes.com/2026/05/03/opinion/iran-us-empire.html

15. https://apnews.com/article/ukraine-congress-aid-trump-discharge-petition-c01c9e068b63d195d26e3134ed586a71

16. https://www.reuters.com/world/europe/eu-formally-approves-ukraine-loan-20th-sanctions-package-against-russia-2026-04-23/

17. https://www.semafor.com/article/11/27/2025/europe-quietly-prepares-for-a-war-with-russia

18. https://www.politico.eu/article/eu-ukraine-russia-ready-for-war-2030/

19. https://united24media.com/latest-news/germany-drafts-secret-1200-page-war-plan-to-rush-800000-nato-troops-east-13815

20. https://www.theguardian.com/world/2026/may/03/nato-meets-tv-and-film-makers-causing-concerns-it-seeks-propaganda

21. https://archive.is/UO0YV

22. https://news.cgtn.com/news/2026-04-23/Japan-s-accelerated-remilitarization-is-a-fact-and-a-reality-1MzB5RdSWVa/p.html

23. https://www.wsws.org/en/articles/2025/12/03/oyew-d03.html

24. https://www.fdd.org/analysis/2026/02/13/vance-visit-to-armenia-and-azerbaijan-signals-u-s-push-into-region-dominated-by-russia/

25. https://www.lowyinstitute.org/the-interpreter/armenia-the-next-ukraine

26. https://alphanews.am/en/this-visit-shows-support-for-pashinyan-expert-on-cia-deputy-directors-visit-to-armenia/

27. https://www.reuters.com/world/armenias-election-test-pashinyans-peace-drive-after-war-defeat-2026-06-04/

Pod rządami ignorancji

Pod rządami ignorancji

Prof. Stanisław Bieleń myslpolska/pod-rzadami-ignorancji

Porządki międzynarodowe zawsze mają przed sobą wiele niewiadomych. Nie bez powodu scenę międzynarodową uznaje się za najbardziej tajemniczą w życiu społecznym i trudno poznawalną.

Największym jednak źródłem niepewności i ryzyka nie jest sama natura tej sfery rzeczywistości, lecz ignorancja towarzysząca jej poznaniu. Dotyka ona szerokich kręgów politycznych, medialnego komentariatu, a nawet – o zgrozo – środowiska uniwersyteckiego Wielu obserwatorów stosunków międzynarodowych ulega rozmaitym presjom i koniunkturom. Zamiast poszukiwać prawdy, zajmują się oni w sposób świadomy tworzeniem fałszywych diagnoz, tendencyjnych rekomendacji i bałamutnych wizji. W odpowiedzi na zapotrzebowanie polityczne odrzucają niewygodną wiedzę, stosują rozmaite niejednoznaczności, eufemizmy, omijają tematy tabu. W rezultacie zanika rozróżnienie między wiedzą a ignorancją, prawdą a fałszem.

Najwięcej szkód wywołuje komentowanie bieżących zdarzeń międzynarodowych przez niekompetentnych, a ściślej mało rozgarniętych polityków. Samo zasiadanie w parlamencie nie czyni z wszystkich posłów i senatorów  wybitnych i wszechstronnych znawców czegokolwiek. Wieje grozą, gdy w rozmaitych przekazach medialnych popisują się samozwańcze pseudo-autorytety, które nie mają żadnego merytorycznego przygotowania,  ale mają tupet i niczym nieuzasadnione przeświadczenie o swojej amatorskiej mądrości. Nie rozumieją norm porządkujących rzeczywistość międzynarodową, ani nie kontrolują dysonansów między światem powinności i realnego bytu. Pretendują ponadto do krytycznych ocen i moralizatorskich pouczeń wobec innych – zwłaszcza Rosji i  Białorusi – co wynika z megalomanii i chełpliwości.

Całkowite oderwanie od realiów widać wyraźnie na przykładzie zawirowań wokół wiarygodności zobowiązań sojuszniczych NATO i Ameryki, wokół ukraińskich kampanii dezinformacyjnych, za które obwinia się wyłącznie Rosję, wokół zachodniej historycznej amnezji i licznych manipulacji medialnych, na przykład wokół Izraela. Promocja ignorancji  ułatwia zakłamywanie rozmaitych zjawisk i procesów.

Wystarczy przywołać polityczny, medialny i akademicki dyskurs o prawach człowieka, które funkcjonują w sferze ideologicznej i propagandowej, ale są całkiem oderwane od realiów. Tym postawom towarzyszy ślepota wobec imperialistycznych praktyk w przeszłości i obecnie, wybiórcze podejście do systemów opresyjnych, przemilczanie jaskrawych form dyskryminacji i wyzysku.

Anatomia manipulacji

Innym przykładem zakłamania jest wmawianie obywatelom, że Polska jest suwerenna i niepodległa jak nigdy dotąd, podczas gdy we współczesnym porządku międzynarodowym żadne państwo nie sprawuje prawdziwie najwyższego, niepodzielnego władztwa, jakiego wymagają definicje prawne i politologiczne. Nieprawdą jest także równość suwerenna państw, jak sugeruje Karta Narodów Zjednoczonych. Suwerenność państw istnieje więc jedynie dzięki ignorancji co do jej empirycznej rzeczywistości. Obrońcy pełnej suwerenności i niepodległości sami sobie zaprzeczają, gdyż w tym samym czasie respektują przemożną rolę sieci i rynków, klękają przed potęgą wielkich korporacji, a także uczestniczą w sposób pośredni lub bezpośredni w rozmaitych interwencjach w sprawy wewnętrzne innych państw.

Nadawanie sensu zjawiskom i procesom oznacza w wielu przypadkach ucieczkę od wiedzy i informacji. Dzieje się tak z dwu różnych powodów. Albo dana sfera rzeczywistości jest nierozpoznawalna z natury (ignorancja ontologiczna), albo poznawczo niedostępna (ignorancja epistemologiczna). Zasadniczy problem w nauce o stosunkach międzynarodowych polega na tym, że badacze z powodów obiektywnych (np. brak dostępu do danych) nie są w stanie wniknąć w „naturę rzeczy”, albo też świadomie lub mimowolnie podtrzymują niewiedzę, sięgając do mitów, uproszczeń, niedopowiedzeń i przemilczeń.

Najczęściej taka aktywność ma charakter celowy, zaprawiony stronniczością i wyrachowaniem. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że gdyby naprawdę zaczęto likwidować obszary ignorancji, choćby na temat charakteru reżimu politycznego na Ukrainie (korupcja, kradzież majątku narodowego, depopulacja, zamordyzm, haniebny kult zbrodniarzy), to mogłaby runąć cała konstrukcja fałszywej narracji, uzasadniającej ogromną pomoc udzielaną przez Zachód soldatesce ukraińskiej w Kijowie.

To  nieprawda, że każdy naród ma wyłączne prawo do kultywowania pamięci swoich bohaterów, nawet gdy byli zbrodniarzami. Wspólnota Zachodu wypracowała po II wojnie światowej wiele reguł, zinternalizowanych w różnych państwach i regionach świata, aby nigdy więcej nie dawać przyzwolenia ideologiom i reżimom, pochwalającym ludobójstwo. Choć ciągle nie udaje się zapobiec recydywie katastrof humanitarnych, to jednak dzisiejszy trzon Zachodu (państwa NATO i Unii Europejskiej) ciągle wyznaje – przynajmniej deklaratywnie – te wartości. Z tego względu ma rację prezydent Polski, że Ukraina nie ma szans na wejście do wspólnot zachodnich ze swoim  panteonem zbrodniarzy i kultem barbarzyństwa.

We współczesnych studiach międzynarodowych, wykorzystujących dorobek konstruktywizmu społecznego dowodzi się, że porządek międzynarodowy (a właściwie jego wyobrażenie) oparty jest na fabrykowaniu fałszywej wiedzy lub odwracaniu uwagi od faktycznych patologii i ukrywaniu niewygodnych faktów. Osławiony porządek liberalny, do którego z gorliwością neofity dołączały rządy państw pokomunistycznych, oparty był zawsze na subordynacji słabszych wobec silniejszych oraz na akceptacji ukrytych i jawnych form wyzysku. Robiono jednak wszystko po każdej ze stron, aby wizerunek zglobalizowanego kapitalizmu przedstawiać w jak najkorzystniejszym świetle. Mamiono ludzi postępem cywilizacyjnym, zatajając nowe formy zależności i podporządkowania.

W przedstawianiu struktury systemu międzynarodowego świadomie i celowo zacierano asymetrię władzy, a w rzeczywistości stosowanie dyskryminacji i podwójnych standardów wobec „późno-przychodzących”. W okresie ustrojowej transformacji ignorancja pozwalała na ucieczkę od nazywania źródeł społecznego zła (zawłaszczania majątku narodowego, ubóstwa, dehumanizacji, eksploatacji) i od wskazywania winnych tego stanu rzeczy. Spełniała zatem funkcję ochronną w procesie przemian. Z jednej strony celowe działania nowych elit kompradorskich, a z drugiej obojętność i naiwność gremiów społecznych powodowały, że procesy stowarzyszania się, a następnie integracji w ramach liberalnego porządku przebiegały w praktyce bez większego sprzeciwu. Opornych marginalizowano, a w skrajnych wypadkach eliminowano (w Polsce przypadek Andrzeja Leppera). Dopiero teraz  następuje powolne przebudzenie, ale straty są nie do naprawienia.

Ignorancja i jej skutki

Niewiedza łagodzi negatywne skutki dysonansu poznawczego na tle hipokryzji i sprzeczności między deklaracjami władz a realiami społeczno-gospodarczymi. Niewątpliwie sprzyja promowaniu interesów różnych uprzywilejowanych i wpływowych aktorów. Upowszechnienie wiedzy o faktycznych mechanizmach sprawowania władzy i procesach zewnętrznego sterowania mogłoby spowodować wzrost niepewności i sprzeciwu, a w rezultacie chaosu. Rządzący robią więc bardzo dużo, zwłaszcza za pomocą usłużnych mediów, aby niewygodną wiedzę o patologiach społecznych poddawać kontroli i reglamentacji. Stąd strategie urzędowego przemilczania i zinstytucjonalizowanej amnezji.

Wspólnikiem „produkcji ignorancji” jest współczesne dziennikarstwo, które odwraca uwagę od spraw naprawdę ważnych czy istotnych, zwalcza „niewygodną wiedzę” i jej eksponentów, upowszechnia „nowomowę”, odwracając znaczenia terminów i dezawuując racjonalną argumentację. Media masowe tworzą na skalę przemysłową „szum informacyjny”, rozpowszechniając bałamutne informacje i „alternatywne” fakty.

Szczególny przypadek z polskiego podwórka dotyczy podważania zaufania opinii publicznej do realizmu politycznego. Trwa bezmyślne etykietowanie jego zwolenników, oparte na mechanizmie naznaczenia, dyskredytacji i stygmatyzacji. Silne reminiscencje historyczne i panująca rusofobia kierują ten nurt myślenia, którego nazwę pisze się celowo w cudzysłowie, albo ze skrótem „tzw.”, w stronę zdradzieckiej formacji prorosyjskiej („targowicy”). W ten sposób zawęża się jego przydatność analityczną i wartość wyjaśniającą w odniesieniu do  gry wielkich potęg na przestrzeni dziejów. Tymczasem jest to jedna z najstarszych konceptualizacji stosunków międzynarodowych, której źródła sięgają antycznego histora Tukidydesa i jego „Historii wojny peloponeskiej”. Teoretyczny dorobek realizmu politycznego jest niezaprzeczalny.

Polscy politycy i publicyści najczęściej nie znają schedy XX-wiecznych realistów anglosaskich, począwszy od Edwarda H. Carra, Hansa Morgenthaua czy Kennetha Waltza. Wydają  natomiast jednoznacznie negatywne  opinie o myśleniu realistycznym, będąc faktycznie ignorantami w tej dziedzinie. Polski świat akademicki także unika sięgania po konstrukcje teoretyczne i założenia metodologiczne realizmu politycznego, aby nie stać się obiektem prymitywnej krytyki ze strony ignorantów. Chwalebnym wyjątkiem jest publikacja profesora W. Juliana Korab-Karpowicza pt. „Realizm polityczny. Ewolucyjna teoria stosunków międzynarodowych” (SCHOLAR, 2026). Sprowokowanie dyskusji wokół niej mogłoby zapobiec  utonięciu dzieła w „produkcji ignorancji”.

Porządek międzynarodowy w sferach koncepcyjnej i realizacyjnej funkcjonuje zawsze dzięki temu, że dominujące mocarstwa, poddając uniwersalizacji swoje partykularne interesy, dążą do utrzymania systemu międzynarodowego we względnej równowadze. Ich hipokryzja i cynizm polegają na tym, że wykorzystują dla egoistycznych celów całe wspólnoty państw, podporządkowując je sobie w imię bezpieczeństwa, dobra wspólnego, pokoju czy ochrony praw człowieka. Liberalne demokracje nie różnią się pod tym względem od reżimów niedemokratycznych.

Wiara w kapryśnego hegemona

W polskiej wyobraźni politycznej na temat stosunków międzynarodowych istnieje ciągła tęsknota za ustanowionym raz na zawsze porządkiem międzynarodowym, który zapewniałby trwałe zakotwiczenie państwa w bezpiecznych i niezawodnych sojuszach. Takie myślenie ma charakter ahistoryczny i jest niestety produktem ignorancji. Każdy bowiem porządek społeczny, w tym międzynarodowy, jako zamknięty zespół wartości, norm i instytucji, które zapewniają stabilność i przewidywalność, istnieje jedynie w teorii. W praktyce mamy do czynienia ze stale zmieniającym się środowiskiem, w którym dynamika układów sił geopolitycznych determinuje mobilizację strategiczną, skierowaną na maksymalne zaspokojenie egoistycznych interesów.

Zwłaszcza państwa o rangach niemocarstwowych nigdy nie są pewne osiągniętego etapu konsolidacji porządku, do którego należą. Po latach względnego spokoju i stabilności zazwyczaj dochodzi do kumulacji sytuacji kryzysowych, które podważają skuteczność przywództwa i obniżają funkcjonalność sojuszy. Aby zaradzić negatywnym zjawiskom, przekierowuje się uwagę uczestników na zagrożenia zewnętrzne, a powszechna militaryzacja staje się zjawiskiem pierwszoplanowym. I znowu daje o sobie znać ignorancja, której efektem są potężne, często nietrafione wydatki na zbrojenia i przywiązanie do „bezalternatywnych” strategii rywalizacyjnych.  W przypadku Polski jedynie przywrócenie normalności w stosunkach z Rosją może ograniczyć negatywne skutki irracjonalności w zachowaniach  decydentów.

Oddawanie swojego losu i bezpieczeństwa w ręce kapryśnego hegemona świadczy nie tylko o braku mądrego wnioskowania z historii. Jest także dowodem samooszukiwania się i głębokiego upodlenia. Wyścig polskich notabli o łaskawość zaoceanicznego protektora w sprawie stacjonowania amerykańskich legionów jest objawem „zbiorowego infantylizmu”. Nie trzeba przecież specjalnego dowodu na to, że uzależniając się całkowicie od obcej „polisy ubezpieczeniowej”, polscy politycy pchają Polskę we wspieranie wszelkich awantur inicjowanych przez USA.

Poza polityką zbrojeń ignorancja połączona z brakiem wyobraźni rządzi także bezpieczeństwem energetycznym i żywnościowym, migracjami i zarządzaniem granicami. Doprawdy trudno pojąć logikę barykadowania Polski od strony Rosji i Białorusi, gdy tymczasem granica z Ukrainą, będącą w stanie wojny, jest miejscem wielu przemilczanych nadużyć, a państwo jest otwarte na imigrację jak nigdy przedtem. Brakuje ponadto debaty na poziomie politycznym i eksperckim na temat szkodliwych skutków jednostronnych uzależnień, a dogmatyzacja lojalności sojuszniczej „na dobre i złe” wobec Ukrainy uodparnia „reżim ignorancji” na zmiany i przewartościowania dotychczasowej strategii.

Ignorancja stoi na przeszkodzie właściwemu rozpoznaniu natury liberalnego porządku międzynarodowego. W istocie opiera się on na wspólnocie interesów dawnych potęg kolonialnych i brutalnych imperiów, których praktyki wobec podbijanych ludów miały charakter haniebny. To tam zrodził się rasizm i wszelkie możliwe formy opresji. Polska, która w swoim dziedzictwie historycznym powołuje się na własne wartości  tolerancji, humanitaryzmu i solidarności, zamiast dystansować się od  nikczemności idei i instytucji wymyślonych na Zachodzie, przyjmuje je bezkrytycznie, co jest niewątpliwie skutkiem głębokiej ignorancji. Nie wiadomo, czy rządzący zdają sobie sprawę z tego, że biorą na siebie odium za czyny nigdy niepopełnione przez Polaków.

Pułapka narracji historycznej

Będąc przez wiele dekad pryncypialnym uczestnikiem rozliczania zbrodni reżimów totalitarnych – nazizmu i stalinizmu – Polska afirmuje zachodnią narrację zwycięstwa w II wojnie światowej. Skutkuje to przyzwoleniem na włączenie do uznanej pamięci historycznej ukraińskich zbrodniarzy wojennych, winnych czystek etnicznych na Polakach Wołynia i Galicji Wschodniej.  Wizja porządku międzynarodowego opartego na heroizacji zbrodniarzy ma zawsze charakter jątrzący i konfliktogenny. Prędzej czy później doprowadzi do kolejnej katastrofy w stosunkach między zwaśnionymi stronami. Szkoda, że polskie elity polityczne III RP, ogłupiane przez lata rusofobiczną propagandą, doprowadziły do zhańbienia pamięci o ofiarach banderowskiego ludobójstwa poprzez obojętność wobec oficjalnego na Ukrainie kultu zbrodniarzy, ale na domiar złego, brną dalej we wspieranie skorumpowanego reżimu kijowskiego, nieliczącego się z wrażliwością Polaków.

W związku z ludobójstwem Izraela w Gazie oraz odkryciem ogromnej korupcji w ukraińskich kręgach władzy, niemal na całym Zachodzie przyjęto tworzenie „prawdy alternatywnej”. Odwracanie uwagi i lekceważenie niewygodnej wiedzy bazuje na podkreślaniu „prawa Izraela do obrony”, a w przypadku Ukrainy wyolbrzymianiu jej roli w obronie wartości „wolnego świata”, których sama Ukraina nigdy nie przestrzegała i nie przestrzega.  Każdy krytyk Izraela jest napiętnowany jako „antysemita”, a oskarżający Ukrainę z automatu nabywa miano „agenta Putina”. To tylko dwie ilustracje tego, jak liberalny porządek wykorzystuje umyślną ignorancję dla zaciemniania prawdy o przestępczej działalności rządów i armii.

Gdy dzięki prezydentowi Donaldowi Trumpowi zrezygnowano z idealizacji liberalnego porządku, okazało się, że nie obowiązują w nim żadne „wartości ani zasady”, którymi „czarowano” przez lata swoich i obcych. Nie oznacza to jednak, że populizm Trumpa nie sięga do podobnych praktyk ignorancji, które rażą swoją nachalnością i brakiem skrupułów. Przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii wytwarzania wiedzy (przy zastosowaniu sztucznej inteligencji) dochodzi do algorytmicznego dobierania treści i zacierania w oczywisty sposób granic między prawdą a kłamstwem. W połączeniu z porażającą niekompetencją funkcjonariuszy publicznych prowadzi to do demontażu demokratycznych podstaw ustrojowych – rządów prawa i kontroli władz.

Kłamstwa i tupet

W oficjalnej propagandzie sięga się do jawnych zmyśleń i przeinaczeń, co obrazują wypowiedzi najwyższych funkcjonariuszy z prezydentem USA na czele, na przykład w odniesieniu do Iranu. Odwoływanie się w wielu sprawach do spiskowych tropów służy ignorantom do unikania dowodów empirycznych. Język debaty publicznej nie sięga do wyszukanych retorycznych popisów, ale celem wywołania emocjonalnych odruchów w społeczeństwie – do pospolitych obelg, inwektyw i zniesławień.

Na szczęście, są jeszcze przyzwoici ludzie, którzy ujawniają szkodliwe manipulacje i nadużycia władz. Dzięki wysiłkowi intelektualnemu i cywilnej odwadze amerykańskich dziennikarzy doszło na przykład do ujawnienia, że wojnę z Irakiem w 2003 roku oparto na sfabrykowanych dowodach i fałszywych zarzutach przeciw Saddamowi Husajnowi posiadania broni masowej zagłady. Warto przypomnieć najsłynniejszego sygnalistę i demaskatora w historii, Edwarda Snowdena, który w 2013 roku obnażył na łamach prasy bezprawne praktyki inwigilacji i prześladowań obywateli USA. W związku z kryzysem migracyjnym  w Europie wielu uczciwych ludzi ujawniło głęboki rozdźwięk między retoryką humanitarną rządów państw unijnych a utrzymywaniem brutalnych reżimów granicznych.

Konkludując, można pokusić się o twierdzenie, że współczesny porządek międzynarodowy, będący mieszaniną dezynwoltury i chaosu, jest rezultatem świadomie konstruowanej ignorancji, systematycznej produkcji niewiedzy. Wielkim potęgom ciągle udaje się pod szyldami moralnej wyższości i cywilizacyjnego posłannictwa  maskować sprzeczności między głoszonymi postulatami a faktycznymi, często haniebnymi i szkodliwymi zachowaniami.

Prof. Stanisław Bieleń

Myśl Polska, nr 23-24 (7-14.06.2026)

Czy Grupa Wyszehradzka ma wciąż potencjał?

Czy Grupa Wyszehradzka ma wciąż potencjał?

Mateusz Piskorski myslpolska/piskorski-czy-grupa-wyszehradzka-ma-wciaz-potencjal

Format współpracy środkowoeuropejskiej przeżywał wzloty i upadki. Ostatnio, w związku z wewnętrznymi animozjami politycznymi, był praktycznie martwy, a co najmniej uśpiony. 

Wiele wskazuje jednak na to, że – wbrew licznym pesymistycznym prognozom – współpraca środkowoeuropejska wciąż zachowuje potencjał, i to na kilku płaszczyznach. 

Ukraina – wspólny problem?

Stanowisko poszczególnych krajów z wyszehradzkiej czwórki (Polska, Słowacja, Węgry, Czechy) w sprawie najbardziej przepełnionej aktualną treścią, czyli wobec konfliktu na Ukrainie, nie było i nadal nie jest jednolite. Warszawa na przestrzeni ostatnich lat w sposób ewidentny blokowała rozwój współpracy w naszym regionie. „Musimy się przyznać do tego, że polskie rządy w latach 2022-2024 były tymi, które psuły relacje wewnątrz Grupy Wyszehradzkiej. To właśnie Polska sprawiała wrażenie, że nie chce współpracować z Węgrami, czy również w pewnym sensie ze Słowacją” – mówi nam poseł Roman Fritz (Konfederacja Korony Polskiej) z sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. Mamy jednak pewne obiektywne, wspólne interesy, które łączą Warszawę, Bratysławę, Budapeszt i Pragę. Tym obiektywnym interesem jest w pierwszej kolejności powstrzymanie dalszej eskalacji, również przestrzennej, toczącej się wojny. Nieuchronnie to właśnie nasze cztery kraje (trzy spośród nich mają z Ukrainą bezpośrednią granicę) narażone są najbardziej na skutki i ryzyka dalszego trwania konfliktu. To również my (w przeważającej mierze Polska) przyczyniamy się do trwania owego niekorzystnego i ryzykownego dla nas konfliktu poprzez sprowadzenie naszego terytorium do roli tranzytowej dla przerzutów broni do Kijowa. Ewentualne odcięcie dostaw przez nasze terytorium, uzupełnione jeszcze o stosowne porozumienie w tej sprawie z Rumunią, właściwie w ciągu kilku miesięcy przyniosłoby kres krwawemu konfliktowi zbrojnemu u naszych granic. 

Po zakończeniu wojny staniemy jednak znów przed obliczem wspólnego zagrożenia dla całego naszego regionu Europy. Tym zagrożeniem będzie geograficzne sąsiedztwo z rozsadnikiem przestępczości (handlu bronią, przemytu ludzi i substancji zakazanych), któremu będziemy musieli stawić wspólnie czoła, nie doprowadzając jednocześnie do zamknięcia wolnego ruchu granicznego między naszymi krajami. 

Tradycja ochrony mniejszości

Europa Środkowa to tradycyjnie obszar przenikania się kultur. Jednocześnie to przestrzeń, na której ośrodkom zewnętrznym bardzo łatwo rozniecić konflikty etniczne i narodowościowe, prowadzące do podziałów i hamujące nie tylko integrację, ale wszelką współpracę w regionie. Problem liczącej około 100 tysięcy populacji węgierskiej na ukraińskim Zakarpaciu nie jest zatem sprawą do rozwiązania wyłącznie dla Budapesztu. Jest raczej wspólnym wyzwaniem, choć społeczności pozostałych narodów środkowoeuropejskich na Ukrainie są mniejsze (wspólnota polska uległa praktycznemu zanikowi wskutek prowadzonej najpierw przez Związek Radziecki, a później przez Kijów polityki). Nie zmienia to faktu, że wykazanie przez kraje naszej części Europy solidarności z Węgrami leży w interesie każdego z państw Grupy Wyszehradzkiej z osobna. 

A z realizacją zawartych ostatnio przez Budapeszt i Kijów ustaleń w sprawie ochrony praw mniejszości mogą być poważne problemy. „Kijów nie będzie w stanie nad tym panować. Straszliwy konflikt zbrojny na terenie Ukrainy i de facto postępująca dekompozycja tego kraju pozwalają jednoznacznie stwierdzić, że trzeba poczekać na pokój i na okrzepnięcie jakiejś przyszłej administracji” – obawia się Roman Fritz .

Nieakceptowalne odwołania historyczne

Problem z mniejszościami wzmacnia ostatnio kwestia polityki historycznej Kijowa. Kolejne odwołania do tożsamości nacjonalistycznej, a właściwie etnocentrycznej, zarówno w duchu Stiepana Bandery, jak i innych nurtów ukraińskiego nacjonalizmu, tworzą grunt pod konfrontację ze wszystkimi sąsiadami, również tymi środkowoeuropejskimi. Warto pamiętać, że ofiarami ludobójstwa dokonanego przez UPA padali nie tylko Polacy, ale również inne grupy mniejszościowe, przede wszystkim Czesi. Wybór tożsamości politycznej przez Kijów niejako w naturalny sposób stawia go w opozycji wobec całej Grupy Wyszehradzkiej. 

Słabość centralnego aparatu władzy na ogarniętej wojną Ukrainie sprawiać będzie jednak, że wiele zależeć będzie od czynnika samorządowego różnych szczebli. „W tej chwili dużo będzie zależało od samorządów na Ukrainie, w tym wypadku samorządów miast znajdujących się na terenie Zakarpacia, czyli Użhorodu i tak dalej. Jak tam będą postrzegane wzajemne relacje i kto tam będzie zarządzał? Mamy oczywiście w Polsce doświadczenia nieciekawe, jeżeli chodzi o samorządy ukraińskie, chociażby takie miasta jak Stanisławów, czyli obecnie Iwano-Frankiwsk, jak gdyby nigdy nic kultywują pamięć o pseudobohaterach przez nadawanie honorowego obywatelstwa miasta ludobójcom – Banderze i Szuchewyczowi” – mówi nam Roman Fritz.

Korzyści z dialogu

Trzy spośród czterech państw Grupy Wyszehradzkiej (Słowacja, Czechy, Węgry) w mniejszym lub większym stopniu spoglądają pragmatycznie na relacje z Rosją, przede wszystkim na ich wymiar gospodarczy. Węgry i Słowacja w dalszym ciągu importują rosyjskie surowce energetyczne, a ich władze otwarcie deklarują, że nie zamierzają z nich rezygnować, dopóki jest to opłacalne ekonomicznie. Polska i Czechy obiektywnie mogłyby zyskać na wznowieniu współpracy z Rosją, obniżając ceny paliw. Wizja traktowania Europy Środkowej jako hubu służącemu importowi i dystrybucji węglowodorów zza oceanu okazała się zbyt optymistyczna. Po prostu cena surowca amerykańskiego jest zbyt wysoka, by można było oprzeć na nim rozwój środkowoeuropejskich gospodarek. „Działania Magyara służą głównie kreacji lepszego wizerunku. Natomiast oczywiście twarde osie geopolityki pozostają bez zmian. Kraje leżą tam gdzie leżą, wyspy leżą tam gdzie leżą, rzeki płyną, tak jak płynęły i szlaki handlowe również. Mogę tylko uzupełnić, że wcale nie jest tak, że Węgry są skazane na najściślejszą współpracę z Niemcami, czy z Unią Europejską” – zauważa Roman Fritz. Wielowektorowość polityki węgierskiej to jednak nie tylko pragmatyczne podejście do stosunków z Rosją. To również współdziałanie z innymi liczącymi się graczami globalnymi, często wbrew naciskom tzw. Zachodu. W tej kwestii rząd Pétera Magyara zapewne niewiele zmieni. „Węgry mają znakomite relacje przede wszystkim z Chinami. Inwestycje chińskie na Węgrzech są naprawdę bardzo imponujące, stąd należy traktować ten kraj jako przyczółek chińskiej ekspansji na Unię Europejską” – ocenia poseł Konfederacji Korony Polskiej. Dodaje też, że w Budapeszcie spory nacisk kładzie się także na kierunek południowy polityki zagranicznej – współpracę z Rumunią czy Chorwacją. 

Wspólny front w Europie?

W interesie wszystkich krajów Grupy Wyszehradzkiej leży wypracowanie wspólnego stanowiska wobec Brukseli, i to w co najmniej dwóch sprawach. Pierwsza to polityka Zielonego Ładu narzucana przez Brukselę, obok innych, nieracjonalnych ekonomicznie agend unijnych. Wyszehradzka czwórka mogłaby z powodzeniem koordynować swoje działania wobec Brukseli, od czasu do czasu pozyskując również wsparcie innych krajów członkowskich, przede wszystkim Rumunii i Bułgarii. Nowy rząd węgierski ma też jednak inne priorytetowe kierunki polityki zagranicznej. „Péter Magyar zapowiada ściślejszą współpracę z państwami niemieckojęzycznymi. To przeniesienie środka ciężkości; zacieśnia relacje i z Austrią i z Niemcami i wręcz zaprasza Niemcy do bycia czymś w rodzaju piątego koła tego wozu, który nazywamy Grupą Wyszehradzką. Świadczą o tym jego intensywne wyjazdy zagraniczne zapoczątkowane w Warszawie, ale potem przecież były Austria, Niemcy i Bruksela” – zauważa Roman Fritz. 

Czy rzeczywiście są szanse na realną reaktywację formatu wyszehradzkiego? Poseł Fritz zauważa rolę innych, nie do końca zależnych od nas czynników: „Ja bym na to w ogóle spojrzał szerzej. To nie zależy nawet od Budapesztu czy od Warszawy, od Pragi i Bratysławy. To zależy od samej kondycji Unii Europejskiej, jej centrali i oczywiście głównego rozgrywającego, czyli Niemiec. Jeżeli sprawy już poszły za daleko i Unia Europejska ugina się pod własnym ciężarem, pod ciężarem przeregulowania gospodarki, tego neokomunizmu, który przejawia się we wspieraniu ruchów antytradycyjnych, tak to nazwijmy delikatnie – to siłą rzeczy następują jakieś tam pęknięcia. Do tej pory Grupa Wyszehradzka była jak gdyby taką małą jamą w tym wielkim konglomeracie unijnym, która pokazywała, że jest możliwa współpraca krajów mających bardzo zbliżony do siebie zarówno poziom gospodarczy, jak i wspólne, podobne pamięci historyczne, bo wszystkie te cztery kraje przecież pamiętały doskonale komunizm, satelickie zarządzanie przez Związek Sowiecki. Na tym tle doszło do naturalnej współpracy. Grupa Wyszehradzka jest rozgrywana jednak przez innych już od wielu lat i te pęknięcia są duże”.

Poseł Konfederacji Korony Polskiej jest sceptykiem co do rozszerzenia formatu współdziałania w naszym regionie. Dostrzega jednak obszary potencjalnej aktywności: „Pewnie pozwolą nam współpracować w Grupie Wyszehradzkiej na zasadzie wizerunkowej, drobnej współpracy przygranicznej, czy projektu Via Carpatia. Natomiast to nie będzie skutkowało niczym poważniejszym” – prognozuje.

Czy zatem wspólnota interesów ustąpi przed wpływami zewnętrznymi? Czas pokaże, jednak nasz region wciąż ma szansę, której może do końca nie zmarnować. 

Mateusz Piskorski

Kto zyskuje przewagę w naszej „zimnej wojnie” z Rosją?

Kto zyskuje przewagę w naszej „zimnej wojnie” z Rosją?

prof. Witold Modzelewski myslpolska/kto-zyskuje-przewage-w-naszej-zimnej-wojnie-z-rosja

Istotą tej „wojny” jest jak dotąd strach: klasa polityczna uwierzyła, że grozi nam nieuchronnie „agresja rosyjska”, przez co zmusza się nas do nadzwyczajnych wydatków na zbrojenia na koszt obecnych i przyszłych pokoleń.

Jest rzeczą oczywistą, że robimy to również (głównie?) poprzez redukcję wydatków na cele cywilne: nie tylko o charakterze rozwojowym, ale również bieżącym – nawet  na wydatki ochrony zdrowia (w NFZ zabrakło ponad 20 mld zł, zamykane są oddziały w szpitalach, a być może i całe szpitale); budżet nie dołoży tych pieniędzy, bo realizujemy wyśrubowany program zbrojeniowy. W podobny sposób reagują niektóre inne państwa NATO, ale nie wszystkie. Rosja podtrzymuje skrzętnie ten strach (głównie poprzez tzw. wrogą narrację). A może dajemy się okpić? Bo przecież dzięki tym wydatkom głównie finansujemy nierentowne fabryki przemysłu zbrojeniowego, zwłaszcza w USA, bo to mocarstwo jako eksporter (poza kilkoma surowcami) nie ma już nic więcej do zaoferowania. To jest system naczyń połączonych: nasze pieniądze, wydawane głównie za granicą, podtrzymują byt w sumie pasożytniczych branż, czyli ktoś się bogaci (nasze „przywództwo”), a my biedniejemy.

Kto więc obiektywnie zyskuje w naszej „zimnej wojnie” z Rosją: my, czy nasz „odwieczny wróg” (tu posługuje się językiem obowiązującym po to, aby nie spotkać się z zarzutem „siania dezinformacji”)? Poprawność nakazuje wskazywać nas jako „zwycięzców” (przynajmniej jak dotąd), bo, po pierwsze, mamy coraz więcej sprzętu wojskowego i możemy się trochę mniej bać „rosyjskiej agresji”; po drugie, możemy dalej słownie pomiatać „ruskimi”, a zwłaszcza do woli nazywać „zbrodniarzem” prezydenta Rosji; i, po trzecie, dalej kupować dużo droższą ropę oraz gaz ziemny od innych państw na złość Rosji. To wielkie przewagi a nawet zwycięstwa – może jeszcze nie na miarę „cudu nas Wisłą” i Odsieczy Wiedeńskiej, ale jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa.

Rosja w tym czasie również wydaje krociowe sumy na wojsko (nawet dużo większe), wciąż nam „zagraża” i „niedługo zaatakuje jedno z państw NATO” (tak informują nasi oficjele). Ni mniej, ni więcej – oznacza to, że nie uzyskujemy jakiegokolwiek efektu odstraszenia. Rosja nie tylko nie chce kapitulować, nie prosi o pokój, nie deklaruje wypłaty odszkodowania „walczącej Ukrainie” (jej oligarchom?) oraz nie zapowiada „wydania Putina w ręce międzynarodowej sprawiedliwości”, a przede wszystkim nie chcę wycofać się ze wszystkich okupowanych ziem ukraińskich, łącznie z Krymem. Takie są przecież cele naszej polityki zagranicznej.

Jeśli wydatki publiczne w wysokości 5% na obronność są zbyt małe, aby Rosja po dobroci zrealizowała nasze żądania, to mamy dwa wyjścia: albo jeszcze wyżej podnieść kwoty tych wydatków, zwiększając nasz dług, lub wprowadzić nadzwyczajny podatek wojenny na kwotę kolejnych 5% PKB; albo – wyegzekwować nasze żądania siłą, bo jak wiemy (inaczej nam myśleć nie wolno) Rosja jest „słoniem na glinianych nogach” i tylko patrzeć jak zegnie kolana. Mamy więc do wyboru: dalej wykrwawiać się ekonomicznie, albo zarówno ekonomicznie, jak i być może bezpośrednio.

Można więc zadać retoryczne pytania: gdzie się znaleźliśmy po ponad 10 latach polityki proukraińskiej i czy to jest sukces czy porażka? Czy ktoś w ogóle bierze pod uwagę, że oczekiwane zwycięstwo Ukrainy będzie dla nas największym zagrożeniem; będzie to przecież regionalne mocarstwo, o dużo silniejszej od naszej armii, które nie będzie „wdzięczne” za naszą bezinteresowną pomoc, lecz wejdzie (już weszło?) w sojusz z RFN. Jest to wysoce prawdopodobne.

Może więc czas na zmiany po to, aby oddalić złe scenariusze.

prof. Witold Modzelewski

Myśl Polska, nr 23-24 (7-14.06.2026)

Pranie: Nie mieszaj czarnego z białym, bo… MEM-y I.

——————————–

——————————

—————————————————-

———————–

———————————————————

————————————————

———————————

——————————————–

———————————————

Panów artystów plebs całować ma po rękach

Panów artystów plebs całować ma po rękach

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 6 czerwca 2026 michalkiewicz

Kiedyś studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego zapytali księdza profesora Stefana Pawlickiego, jak to się stało, że w epoce Renesansu nastąpiła taka eksplozja twórczego ducha ludzkiego. Ksiądz profesor powiedział, że różni naukowcy wskazują na różne tego przyczyny, ale on chciałby zwrócić uwagę na jeszcze jedną. Otóż w epoce Renesansu było – powiada – bardzo wielu hojnych mecenasów, którzy za udane arcydzieła bardzo, dobrze płacili – a to szalenie pobudzało ducha twórczego w artystach.

Przypomniała mi się ta historia, kiedy Sejm uchwalił ustawę o finansowaniu przez rząd, czyli – przez Bogu ducha winnych podatników – składek emerytalnych artystów. Okazuje się bowiem, że nie wszystkich artystów stać na samodzielne opłacanie takich składek, więc nie ma rady – ktoś musi zapłacić je za nich. No a kto ma to zrobić, jak nie Bogu ducha winni podatnicy? Wzbudziło to bardzo gwałtowną dyskusję, a której wzięli udział nie tylko politycy, jak np. Wielce Czcigodny Sławomir Mentzen, który artystów niezdolnych do samodzielnego zapłacenia składki emerytalnej nazwał „nierobami” – ale również artyści, między innymi pani Joanna Szczepkowska, która w miarę upływu czasu sprawia wrażenie coraz bardziej zgorzkniałej.

W tej dyskusji zarysowały się dwa stanowiska. Pierwsze – że nie ma żadnego powodu, by zmuszać Bogu ducha winnych podatników do składania się na składkę emerytalną dla współobywatela, który nie potrafi na siebie zarobić. Drugie – że jeśli nawet nie ma powodów, by kogokolwiek zmuszać do składania się na taką składkę, to w przypadku artystów trzeba zrobić wyjątek. A dlaczego? A dlatego, że stanowią oni sól ziemi czarnej, tworzą kulturę, bez której nasz mniej wartościowy naród tubylczy zniknąłby, ja sól w ukropie.

Stefan Kisielewski zauważył kiedyś, że socjalizm bohatersko walczy z problemami, nie znanymi w innym ustroju. Musi walczyć z problemami, które sam tworzy – a walka ta nie ma końca. Zacznijmy od ubezpieczeń społecznych. Są one powszechne i przymusowe. A dlaczego? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, wyobraźmy sobie, że żadnego przymusu nie ma, że wszystko odbywa się na zasadach umownych. Jaką ofertę przedstawiłaby obywatelowi ubezpieczalnia? Ponieważ – obywatelu – zacząłeś uzyskiwać dochody, powinieneś połowę dochodu przekazywać nam. – No dobrze – odparły obywatel – ale co ja z tego będę miał? Uczciwa odpowiedź ubezpieczalni brzmiałaby następująco: kiedyś coś ci damy. Kiedyś – bo Sejm zawsze może zmienić wiek emerytalny – w w ostatnich latach zrobił to dwukrotnie – oraz coś – bo Sejm może zmienić sposób naliczania emerytury. Jestem pewien, że po takiej odpowiedzi nikt przy zdrowych zmysłach takiej umowy by nie podpisał. Dlatego ubezpieczenia społeczne są przymusowe, zbliżając się do opisanego w kodeksie karnym przestępstwa zmuszania kogoś do niekorzystnego rozporządzania mieniem. Dopóki jednak większość obywateli uważa ubezpieczenia społeczne za dobrodziejstwo i wielką zdobycz socjalną, dopóty będzie w ten i na różne inne sposoby orzynana. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!

Drugim problemem są artyści. Kto jest artystą? Wikipedia powiada, że każdy, kto tworzy dzieła sztuki. Ale podczas dyskusji w programie „Punkt widzenia Jankowskiego” dowiedziałem się, że artystą nie jest „każdy”, a tylko osoba, która ma dyplom ukończenia odpowiedniej szkoły. Gdyby, dajmy na to, w Kolegium Tumanum istniał Wydział Artystyczny, to jego absolwenci mieliby status artystów. Status artysty zatem nie zależy od tego, czy tworzy jakieś dzieła sztuki, czy nie, tylko czy ma wspomniany dyplom. Jeśli go ma, to jest artystą i koniec, kropka. Tak przedstawił sprawę pan reprezentujący związek zawodowy artystów, więc myślę, że wiedział, co mówi.

To bardzo ciekawe podejście, bardzo podobne do sytuacji w dawnych Chinach, gdzie istniała kasta mandarynów. Aby zostać mandarynem i korzystać z przysługujących im przywilejów, trzeba było przejść bardzo wiele egzaminów – podobnie jak to się dzieje w szkołach artystycznych. Taki mandaryn, który zadał sobie tyle trudu, by przebrnąć przez te wszystkie egzaminy, uważał, że przywileje z tego tytułu mu się należą, jak psu buda. Podobnie myślą też współcześni artyści i właśnie z tego powodu podawanie tych przywilejów w wątpliwość, budzi w nich taki sprzeciw i oburzenie.

Pozostaje jednak kultura, bez której nasz mniej wartościowy naród tubylczy zniknąłby jak sól w ukropie. Taką poważną zastawkę dają w charakterze uzasadnienia nałożenia na wszystkich obywatelu obowiązku składania się na składkę emerytalną dla artysty, który sam nie jest w stanie tego zrobić. No dobrze – ale dlaczego właściwie nie jest w stanie tego zrobić? Jak informował studentów UJ ks. prof. Stefan Pawlicki, eksplozja twórczego ducha ludzkiego w epoce Renesansu nastąpiła dlatego, że ówcześni liczni i hojni mecenasi, bardzo dobrze za dzieła sztuki płacili – ale za UDANE. A contrario wynika z tego, że za nieudane nie płacili.

Podążając tym tropem dochodzimy do wniosku, że w przypadku niektórych artystów przyczyną niemożności samodzielnego opłacenia przez nich składki emerytalnej jest brak zainteresowania ich produkcjami. Bo tak naprawdę jedynym kryterium oceny, czy coś jest dziełem sztuki, czy nie, jest okoliczność, czy podoba się ono komuś innemu. Owszem, są kryteria zbliżone do obiektywizmu. Na ich trop naprowadza nas język. W języku polskim jest słowo „ładny”. Oznacza ono, że w przedmiocie, który oceniamy, dopatrujemy się „ładu”, czyli – jak to nazywali starożytni Grecy – harmonii.

Jeśli tej harmonii nie ma, to w muzyce mamy kakofonię, w malarstwie – pacykarstwo, w rzeźbie – kamieniarstwo – i tak dalej. Sęk w tym, że tej oceny dokonuje odbiorca dzieła – i jeśli nie dopatrzy się tam ładu, to żadne perswazje nie pomogą. Dlatego artyści, zwłaszcza ci, którzy nie są do końca pewni swoich umiejętności, woleliby, żeby nie oceniali ich klienci, tylko urzędnicze komisje – i właśnie w tym kierunku zmierza wspomniana ustawa. Komisje bowiem kierują się innymi kryteriami, o czym świadczy definicja wielbłąda – że jest to koń zaprojektowany przez komisję.

Ciekawe, że projekt tej ustawy otrzymał nazwę „Lex Kapela” – ku czci pana Jasia Kapeli, który otrzymał rządową subwencję na stworzenie wierszy sławiących aborcję. Ja wprawdzie za artystę się nie uważam, ale myślę, że też potrafiłbym taki poemat napisać.

Początek mógłby być taki:


Już nie mogę się doczekać na subwencji porcję

Aby dzięki wsparciu Muzy wychwalać aborcję.

Wprawdzie mnie już osobiście ona nie zagraża

Lecz panienkom lekkomyślnym niestety się zdarza… –

i tak dalej.

Wspomniana ustawa, podobnie jak większość innych, stanowi fragment biegunki legislacyjnej, na którą najwyraźniej cierpi Sejm. Na szczęście pan prezydent Nawrocki próbuje tę biegunkę powstrzymywać.

Stanisław Michalkiewicz

Nowe ataki USA na Iran: Larry Johnson spodziewa się poważnego odwetu

Nowe ataki USA na Iran:

Dlaczego Larry Johnson

spodziewa się

poważnego odwetu

Między negocjacjami, wojną dronów i nocnymi atakami istnieje zagrożenie, że wojna po raz kolejny wymknie się spod kontroli.

Podczas gdy oficjalne rozmowy nadal koncentrują się na negocjacjach, zawieszeniu broni i kanałach dyplomatycznych, rozmowa z byłym analitykiem CIA Larrym Johnsonem przedstawia zupełnie inny obraz: w Zatoce Omańskiej, w Cieśninie Ormuz i wzdłuż wybrzeża Iranu wydaje się, że nakręca się nowa spirala eskalacji.

Według nagrania wideo, podczas rozmowy odnotowano eksplozje w pobliżu irańskich instalacji morskich. Jednocześnie Centralne Dowództwo USA poinformowało o zestrzeleniu kilku irańskich dronów szturmowych. Źródła irańskie z kolei mówiły o strzałach ostrzegawczych oddanych w kierunku amerykańskich okrętów wojennych.

Agencja Reuters poinformowała również, że Iran twierdził, iż wystrzelił rakiety ostrzegawcze i drony w kierunku amerykańskich okrętów wojennych w Zatoce Omańskiej. Stany Zjednoczone zaprzeczyły kluczowym aspektom tej relacji. Agencja AP poinformowała również, że wojsko amerykańskie zestrzeliło irańskie drony w pobliżu Cieśniny Ormuz, a następnie zaatakowało irańskie systemy obrony wybrzeża.

Główna teza Johnsona: USA testują czerwone linie Iranu

Larry Johnson interpretuje te wydarzenia nie jako odosobnione incydenty, lecz jako element niebezpiecznej gry. Jego zdaniem Waszyngton najwyraźniej próbuje ustalić, jak daleko może się posunąć, nie wywołując szeroko zakrojonej reakcji Iranu.

Wskazuje na obecność amerykańskich tankowców KC-135. Takie samoloty zazwyczaj wskazują, że myśliwce są tankowane w powietrzu – co oznacza, że ​​trwają lub są przygotowywane operacje wojskowe. Dla Johnsona to znak ostrzegawczy: start tankowców rzadko oznacza deeskalację konfliktu.

Jednocześnie dostrzega sprzeczność między publiczną retoryką Trumpa a jego działaniami militarnymi. Z jednej strony Trump nagle zaczyna mówić o Iranie z większym szacunkiem i unika agresywnego języka. Z drugiej strony, dochodzi do niemal nocnych ataków, incydentów z udziałem dronów i ataków na cele irańskie. Dla Johnsona świadczy to przede wszystkim o jednym: polityka amerykańska wydaje się chaotyczna, sprzeczna i niekontrolowana.

Strzały ostrzegawcze oddane w Zatoce Omańskiej

Centralnym punktem rozmowy jest rzekomy irański atak na amerykańskie okręty wojenne. Irańscy urzędnicy twierdzili, że użyli rakiet i dronów jako ostrzeżenia. Johnson uważa to za prawdopodobne w zasadzie – ale nie jako próbę faktycznego zatopienia amerykańskich okrętów.

Jego rozumowanie: Gdyby Iran rzeczywiście planował atak, prawdopodobnie postąpiłby inaczej. Postrzega to raczej jako sygnał: Stany Zjednoczone powinny powstrzymać się od pewnych działań w kierunku Cieśniny Ormuz lub irańskich interesów terytorialnych.

To jest geopolitycznie wybuchowe. Cieśnina Ormuz pozostaje jedną z najbardziej wrażliwych arterii energetycznych świata. Każdy incydent militarny w tym miejscu mógłby natychmiast zakłócić ceny ropy, ubezpieczenia, transport morski i stabilność regionu.

Nowe ataki USA – i kwestia odwetu

Podczas rozmowy przedstawiono nowe doniesienia o amerykańskich atakach na irańskie cele morskie. Johnson spodziewa się w takim przypadku irańskiej reakcji – prawdopodobnie silniejszej niż poprzednie kontrataki.

Szczególnie istotne jest pytanie, skąd przeprowadzono ataki. Gdyby samoloty lub drony były wystrzeliwane z baz w państwach Zatoki Perskiej, Iran mógłby rozważyć udział tych państw w operacji. Johnson wymienia możliwe miejsca rozpoczęcia ataku, takie jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Katar czy Arabia Saudyjska.

To zmienia konflikt z bezpośredniego konfliktu USA-Iran w regionalną reakcję łańcuchową. I to właśnie jest zagrożenie: każdy atak prowokuje reakcję, każda reakcja tworzy nowe uzasadnienie dla kolejnego ataku.

Trump między dyplomacją a eskalacją

Johnson uważa, że ​​Trump wpadł w pułapkę, którą sam zastawił. Publicznie najwyraźniej chce pokazać, że zmusza Iran do zawarcia umowy. Jednocześnie nie może sprawiać wrażenia Obamy w polityce wewnętrznej, zwłaszcza w kwestiach takich jak zamrożenie irańskich aktywów.

Film podkreśla, że ​​uwolnienie zamrożonych funduszy może być kluczem do osiągnięcia porozumienia. Jednak Trump tak mocno sprzeciwił się retorycznie polityce Obamy wobec Iranu, że każdy krok w tym kierunku będzie dla niego politycznie trudny.

Rezultat: Dyplomacja jest publicznie przedstawiana jako siła, podczas gdy w tle trwa eskalacja działań militarnych.

Izrael, Liban i drugi front

Kolejnym tematem rozmowy jest rola Izraela i ryzyko eskalacji konfliktu w Libanie. Johnson i jego rozmówca omawiają fakt, że Iran najwyraźniej określił Bejrut jako „czerwoną linię”. Izraelski atak na stolicę Libanu mógłby zostać zinterpretowany przez Teheran jako atak na sam Iran.

To byłaby dramatyczna eskalacja. Johnson porównuje tę logikę do klasycznych gwarancji sojuszniczych: ktokolwiek atakuje konkretnego sojusznika, musi liczyć się z odpowiedzią.

Jednocześnie rozmowa jasno pokazuje, że sam Liban jest niezwykle podatny na ataki. Nowa izraelska ofensywa mogłaby nie tylko uderzyć w Hezbollah, ale także ponownie otworzyć stare wewnętrzne linie podziałów w Libanie. Johnson rozważa nawet możliwość odrodzenia się libańskiej wojny domowej.

Kompleks USA-Izrael: broń, służby wywiadowcze i kontrola

Dyskusja staje się szczególnie krytyczna, gdy mowa o nowych propozycjach legislacyjnych USA i współpracy wojskowej z Izraelem. Johnson wyjaśnia, że ​​niektóre struktury mogłyby najwyraźniej doprowadzić do ściślejszej integracji zamówień publicznych, technologii i finansowania między USA a Izraelem.

Jego krytyka: Jeśli takie programy znikną z budżetu Pentagonu i zostaną utajnione, nadzór parlamentarny stanie się trudniejszy. To, co wcześniej było bardziej transparentne w zakresie sprzedaży broni za granicę, może w przyszłości zostać jeszcze bardziej zakorzenione w tajnych strukturach obronnych.

To wpisuje się w szerszy schemat: Izrael nie tylko otrzymuje broń, ale także zwiększa dostęp do technologii, informacji i politycznych przystani. Johnson ujmuje to drastycznie: To pokazuje, „do kogo należy ten kraj”. To stwierdzenie jest jego oceną polityczną, a nie udowodnionym faktem – ale ujawnia istotę jego analizy.

Wojna informacyjna jako nowy front

Film omawia również izraelskie programy operacji psychologicznych, kampanii wpływu i manipulacji cyfrowej. Wspomina również o szkoleniach z zakresu propagandy, analizy grup docelowych, deepfake’ów, aktywizmu internetowego oraz metodach obchodzenia ograniczeń platform.

To jasno pokazuje: wojna toczy się nie tylko za pomocą pocisków, dronów i sankcji. Toczy się również poprzez percepcję, platformy, media i narracje.

Ten wymiar jest szczególnie istotny w wojnie izraelsko-irańskiej. Każda ze stron stara się przedstawić swoje działania jako reakcję, a działania przeciwnika jako prowokację. Ten, kto zyskuje przewagę w interpretacji wydarzeń, zyskuje wpływy polityczne.

Ukraina i Rosja: druga globalna oś eskalacji

Pod koniec rozmowa schodzi na Ukrainę. Johnson interpretuje ostatnie wypowiedzi Putina jako przejaw zdecydowanej determinacji. Szczególnie rosyjskie wyrażenie „Pracujcie, bracia” jest interpretowane jako wyrażenie o zabarwieniu historycznym – sygnał, że Rosja się nie cofnie.

Johnson dostrzega tu również logikę eskalacji: ataki dronów na cele rosyjskie, potencjalne operacje z regionu Morza Bałtyckiego, nowa pomoc USA dla Ukrainy i sankcje wobec Rosji – wszystko to dzieje się równolegle z rozmowami o projektach gospodarczych między Rosją a USA. Jego diagnoza również w tym przypadku brzmi: prawa ręka amerykańskiej polityki nie wie, co robi lewica.

Wniosek: Waszyngton bawi się kilkoma pożarami naraz.

Główne przesłanie tej rozmowy jest ponure: Stany Zjednoczone jednocześnie przewodzą lub wspierają kilka linii eskalacji – przeciwko Iranowi, poprzez Izrael w Libanie, przeciwko Rosji poprzez Ukrainę i na morzu wokół Cieśniny Ormuz.

Analiza Larry’ego Johnsona sprowadza się do jednego: nie ma żadnej dostrzegalnej, spójnej strategii. Są groźby, odwroty, nowe ataki, negocjacje, sankcje, dostawy broni i publiczne ustępstwa – wszystko naraz.

Właśnie w tym tkwi niebezpieczeństwo.

Państwo, które celowo eskaluje konflikt, może być nadal przewidywalne w pewnych okolicznościach. Jednak państwo, którego władze, wojsko, frakcje polityczne i zagraniczni sojusznicy jednocześnie działają w różnych kierunkach, staje się nieprzewidywalne.

Na Bliskim Wschodzie nieprzewidywalność może bardzo szybko stać się śmiertelnie niebezpieczna.

Ostatnie doniesienia o atakach dronów, strzałach ostrzegawczych w Zatoce Omańskiej i nowych atakach USA pokazują, że wojna się nie skończyła. Jest ona jedynie w nowej fazie – mniej widocznej niż poważna inwazja, ale potencjalnie jeszcze bardziej niebezpiecznej.

Ponieważ każdy nocny atak, każdy przechwycony dron i każdy pocisk w Zatoce Perskiej może być iskrą, która zamieni niewielką potyczkę w wojnę regionalną.