W jednym z chińskich portali ukazał się tekst autorstwa Liu Sensena, który na Zachodzie funkcjonuje głównie jako sensacyjny cytat. W rzeczywistości jest to znacznie ciekawszy dokument: chłodna analiza procesu przejmowania realnej kontroli nad rosyjskim Dalekim Wschodem bez użycia siły militarnej. Liu opisuje coś, co w chińskiej myśli strategicznej uchodzi za oczywistość — że w XXI wieku imperia przejmuje się nie czołgami, lecz infrastrukturą, kapitałem, technologią i walutą.
Rosyjski Daleki Wschód, obszar niemal siedmiu milionów kilometrów kwadratowych, słabo zaludniony i chronicznie niedoinwestowany, jawi się w tej optyce jako naturalne zaplecze gospodarcze Chin. Chińskie inwestycje w porty, drogi, mosty i lokalne przedsiębiorstwa, ekspansja juana oraz włączenie regionu w chińskie łańcuchy dostaw powodują, że formalna przynależność państwowa traci znaczenie. Gospodarka zaczyna funkcjonować w obcym ekosystemie — a to on wyznacza realną władzę.
Ten opis bezpośrednio uzupełnia tezę, którą wcześniej postawiłem w tekście „Rosja dąży do rozpadu”. Rosja nie rozpada się dlatego, że ktoś ją rozbija z zewnątrz, lecz dlatego, że nie jest w stanie utrzymać spójności własnego imperium, gdy centrum zostaje przeciążone wojną, sankcjami i słabnącą demografią. Wojna na Ukrainie nie cementuje Rosji — ona ją zużywa. A zużyte imperia nie upadają z hukiem, lecz są stopniowo przejmowane przez bardziej efektywnych graczy.
Stąd kluczowy wniosek: trwająca wojna oznacza faktyczną wasalizację Rosji wobec Chin. Każdy miesiąc konfliktu pogłębia zależność Moskwy od chińskiego rynku, technologii, kredytu i politycznego parasola. Partnerstwo strategiczne staje się eufemizmem dla relacji, w której Rosja sprzedaje surowce po dyskontowych cenach, a w zamian traci autonomię decyzyjną. Daleki Wschód nie jest pierwszym obszarem tej cichej kolonizacji Chin — to samo widzimy w Afryce czy w Panamie.
W tym kontekście zrozumiałe staje się stanowisko Donalda Trumpa. Jego dążenie do szybkiego zakończenia wojny na Ukrainie nie wynika z sentymentu do Rosji ani z izolacjonizmu, lecz z chłodnej kalkulacji geopolitycznej. Długotrwały konflikt wzmacnia Chiny, bo zamienia Rosję w surowcowy i terytorialny dodatek do chińskiego systemu gospodarczego. Wojna działa jak akcelerator tej ekspansji. Pokój — nawet nieidealny — mógłby ją spowolnić.
Tu ujawnia się zasadnicza różnica interesów między Stanami Zjednoczonymi a Europą, w tym Polską. Dla Europy rozpad Rosji jest korzystny, nawet jeśli oznacza wzmocnienie Chin. Rosja jest zagrożeniem militarnym, rewizjonistycznym i destrukcyjnym. Chiny natomiast nigdy nie prowadziły wojen napastniczych w Europie i nie mają ku temu ani interesu, ani tradycji. Ich narzędziem jest kolonializm ekonomiczny — a to nie jest zagrożenie egzystencjalne, lecz forma zdrowej i twórczej konkurencji. Chiny budują, Rosja niszczy.
Kolonializm ekonomiczny można regulować, równoważyć i kontrować. Wojnę tylko przetrwać przy życiu tracąc cały majątek. Chiny inwestują, budują i handlują. Jeśli robią to skuteczniej niż inni, nie czyni ich to agresorem, lecz konkurentem. Dla Europy, cywilizacji prawa, kontraktu i rynku, taki typ ekspansji jest znacznie mniej destrukcyjny niż rosyjska logika czołgu, rakiety i mafijnych stref wpływów.
Z europejskiego punktu widzenia wniosek jest brutalnie prosty: rozpad Rosji jest procesem pożądanym, a chińska kolonizacja ekonomiczna jej peryferii jest kosztem, który da się ponieść. Imperium rosyjskie stanowi zagrożenie przez samo swoje istnienie. Chińska ekspansja gospodarcza jest jedynie wyzwaniem konkurencyjnym. A nawet jeśli jest zagrożeniem militarnym, to przenosi taki konflikt na Pacyfik. Wreszcie Europa może stać się peryferiami krwawych konfliktów, a nie ich zarzewiem!
Z tej układanki wynika jeszcze jeden wniosek, najbardziej niewygodny politycznie, ale zarazem najbardziej racjonalny z punktu widzenia Warszawy. W interesie Polski leży maksymalne wydłużenie rosyjskiego wykrwawiania się na Ukrainie, nawet jeśli oznacza to działania nie w pełni zbieżne z krótkoterminową kalkulacją USA.
Dla Ameryki wojna na Ukrainie jest jednym z wielu teatrów globalnej rywalizacji. Dla Polski — sprawą egzystencjalną. Każdy miesiąc, w którym Rosja traci ludzi, sprzęt i zdolność projekcji siły, to miesiąc realnego wzrostu naszego bezpieczeństwa. Każda dywizja zużyta pod Bachmutem to dywizja, która nigdy nie stanie nad Bugiem.
Z polskiej perspektywy wojna na Ukrainie pełni funkcję, której nie da się kupić za żadne pieniądze: rozładowuje rosyjski potencjał militarny poza naszym terytorium. Rosja nie przestaje być zagrożeniem wtedy, gdy podpisuje traktaty, lecz wtedy, gdy traci zdolność prowadzenia wojny. A tę zdolność traci dziś powoli, systemowo i nieodwracalnie.
Dlatego polskie wsparcie militarne dla Ukrainy nie jest romantycznym gestem ani ideologiczną deklaracją. Jest zimną, realistyczną polityką bezpieczeństwa. Nawet jeśli Waszyngton uzna kiedyś, że dalsze przeciąganie konfliktu wzmacnia Chiny bardziej, niż osłabia Rosję, Polska nie ma luksusu takiego bilansu. Dla nas liczy się jedno: by Rosja nigdy nie odzyskała zdolności ofensywnych.
Im dłużej Rosja krwawi, tym bardziej staje się peryferyjnym zapleczem Chin, a tym mniej jest w stanie prowadzić samodzielną, agresywną politykę wobec Europy Środkowej. Wasal, nawet nuklearny, jest groźny głównie w retoryce. Imperium odbudowane po szybkim pokoju byłoby groźne realnie.
Nie mamy wpływu na globalną grę mocarstw. Mamy wpływ na to, gdzie Rosja przegrywa swoje wojny. I lepiej, by przegrywała je jak najdłużej — poza terytorium Polski.
Zaniepokojona chińską mocarstwowością Ameryka może odetchnąć z ulgą? Nieco, biorąc pod uwagę nowe fascynacje chińskiej młodzieży. Z rozwojem siły i ekspansywnych dążeń na arenie międzynarodowej mają one niewiele wspólnego. Podczas, gdy CHRL trawi potężny kryzys demograficzny, coraz modniejsza staje się organizacja „psich wesel”.
Wystawne „psie wesela” – ze specjalnymi strojami, gośćmi, prezentami, pamiątkowymi zdjęciami, a nawet przejażdżką limuzyną – stają się coraz popularniejsze w Chinach, zwłaszcza wśród młodszego pokolenia – przekazał w piątek kanał Asia News Network.
– Nawet obcy oferowali nam błogosławieństwo dla „związku” – powiedziała gazecie „China Daily” Sun Yongning, właścicielka rocznej pudlicy wabiącej się „Alice”, dla której ostatnio zorganizowała wesele. „Panem młodym” był równie rasowy „Max”.
Psy poznały się przypadkiem. W ślad za tym nastąpiła zażyłość właścicieli. Dla psów zorganizowano „wesele”, łącznie z tortem i przejażdżką powozikiem po parku.
Jak podkreśliło medium, dziwaczne wydarzenia są przejawem rozwoju nowej gałęzi przemysłu rozrywkowego: uroczystości dla zwierząt, które mają również wzbogacać emocje właścicieli. – Chcieliśmy, żeby ich świat był kolorowy i pełen doświadczeń – komentowała Sun, mówiąc o posiadanych zwierzętach.
Przed niespełna czterema laty w Szanghaju powstała platforma Patago, promująca rolę zwierząt domowych nie tylko jako towarzyszy ludzi, ale też ich „partnerów”, dzielących z nimi wspólny styl życia – przekazał dziennik. Jej założyciel, Tang Yuanlei, proponuje opiekunom zwierząt takie wydarzenia, jak pokazy mody, sesje zdjęciowe oraz zajęcia na świeżym powietrzu – w tym biegi przełajowe.
Wartość chińskiego rynku produktów i usług dla zwierząt była w ubiegłym roku wyceniana na około 41 mld dolarów. Rynek ten wykazuje tendencję wzrostową – ponad 40 proc. właścicieli zwierząt to osoby poniżej 35. roku życia, a jedną czwartą stanowią osoby urodzone po roku 2000. W kraju działa blisko 5 mln firm dotyczących opieki nad domowymi pupilami, z czego blisko 2 mln zarejestrowano w ciągu ostatnich dwóch lat.
Bai Yu, który ostatnio zorganizował pseudo-wesele dla jednego z psów, przyznał w rozmowie z gazetą, że zwierzęta, co prawda nie rozumieją wesel, ale „rozumieją radość”.
Zdaniem międzynarodowej firmy finansowej Goldman Sachs, do 2030 r. liczba zwierząt domowych w miastach w Chinach przekroczy 70 mln, podczas gdy kurcząca się populacja dzieci poniżej czwartego roku życia nie będzie sięgać nawet 40 mln. Chiny znajdują się bowiem w potężnym kryzysie demograficznym.
Komisja Europejska planuje wprowadzenie zakazu stosowania technologii Huawei i ZTE w sieciach komórkowych
Komisja Europejska planuje obowiązkowe wycofywanie chińskiej technologii sieciowej od producentów takich jak Huawei i ZTE z sieci komórkowych i infrastruktury krytycznej. Dziś, (20 stycznia 2026 roku-przyp. tłum.) , przedstawiono znowelizowaną ustawę o cyberbezpieczeństwie, która zobowiązuje państwa członkowskie do stopniowego usuwania komponentów wysokiego ryzyka w celu zminimalizowania ryzyka szpiegostwa i sabotażu.
Poprzednie zalecenia krajowe były niewystarczające; nowe przepisy będą zharmonizowane i oparte na ryzyku, w tym terminy dla każdego sektora i koszty. Dotyczy to sieci komórkowych i elektrowni słonecznych. Kraje takie jak Niemcy i Hiszpania mogą się temu sprzeciwić, ponieważ dostawcy usług telekomunikacyjnych obawiają się wysokich kosztów konwersji.
Huawei, ZTE i Chiny nie skomentowały jeszcze sprawy. Środki te odzwierciedlają presję USA na zakazanie chińskiej technologii na obszarach wrażliwych. Niemcy mają już krajowe zalecenia dla sieci 5G.
Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.
China’s Organ Harvesting Industry and the True Nature of America’s Biggest Adversary
Author: JAN JEKIELEK
Introduction
The existence and normalization of forced organ harvesting from living donors is a hard thing for anyone raised on Judeo-Christian ethics to confront, let alone those trained in the medical bioethics developed since the Nuremberg trials. In this book, author and Epoch Times Washington Bureau Chief Jan Jekielek, famous for the “American Thought Leader” interview series, slowly and carefully walks the reader down a path paved with specific examples, making it impossible to look away and avoid the truth of the crimes against humanity that have been normalized by the Central Communist Party of China (CCP).
But that is really just the prelude, a point of entry to the central journey that forms the backbone of this book. By examining this specific set of crimes, the creeping complicity of the western transplant community and the academic and pharmaceutical industry that has enabled them, Jekielek reveals the intentional weaponization of corrupt practices by the CCP as one key component of its policy of unrestricted warfare against the United States, the ultimate consequences of utilitarian ethics applied to public health, and the hidden hand of the CCP in advancing globalist policies by the World Health Organization.
The work starts out by focusing on the horrors of organ harvesting, but the real reason this is a must-read is the moral, logical, and political clarity of its critique of the naïve, corrupt bargain lying at the heart of Kissinger’s China doctrine.
“Killed to Order”, set for publication by Skyhorse and currently available for pre-order on Amazon, exposes the Chinese Communist Party’s (CCP) forced organ harvesting industry. The book draws on survivor testimonies, evidence, and analysis to argue that the CCP systematically murders prisoners of conscience—primarily Falun Gong practitioners, but also Uyghurs, Tibetans, and Christians—for organs on demand, serving both as persecution and a profit-driven tool for elite longevity.
Structured in two parts, the book first details the history, mechanisms, and evidence of this “new form of evil” under communism, including how the CCP instrumentalizes society and makes complicity widespread. The second part explores global implications, such as unrestricted warfare, transnational corruption, and why the U.S. must confront China as its greatest adversary.
The prologue illustrates the issue through a fictionalized story of a Western patient unwittingly benefiting from a “China option” transplant, later realizing its horrific source. Initial reviews include praise from human rights experts, historians, and China analysts, emphasizing the book’s role in highlighting ongoing atrocities and calling for action.
The book opens with Jekielek’s personal journey into the issue, sparked by a 2006 rumor of a secret concentration camp in Sujiatun, China, where Falun Gong practitioners were allegedly held for organ extraction. He interviews “Annie,” the ex-wife of a neurosurgeon involved in the operations, who describes an underground facility holding thousands for live harvesting. Corneas, kidneys, livers, and skin are removed from living victims, with bodies incinerated to erase evidence. A veteran military doctor corroborates this, revealing 36 similar camps across China, treating detainees as “economic assets.” The prologue sets the tone: this is an industrial-scale “kill-to-order” system enabled by the CCP’s persecution of Falun Gong since 1999, when Jiang Zemin labeled it an “evil cult” and vowed its elimination. Jekielek highlights the psychological barrier to believing such horrors, drawing parallels to Holocaust denial, and introduces the “China option” as a euphemism for sourcing organs from prisoners of conscience.
The prologue to Killed to Order frames the horror of forced organ harvesting from the living by placing the reader into the lived reality of the thousands of Western patients facing the grim reality of modern organ matching lotteries. With empathy, the author walks us through the logic of medical tourism-based transplantation, and then introduces readers to the horror of the epiphany that the seemingly miraculous abilities of Chinese transplantation centers to acquire recipient-matched organs depend on maintaining a population of captive living human beings to be organ harvested on demand. It then reveals an even darker underlying reality; having developed this capability and infrastructure, China’s ruling party is now exploiting prisoner organs to advance the lifespan of aged oligarchs. The author’s overall assessment is both starkly blunt and deeply humanitarian, and sets up the body of the work:
There are still many unanswered questions about China’s forced organ harvesting industry. Questions with grave implications for the future of medicine, the future of morality, and the future of the free world. But thanks to the tireless work of investigators, reporters, and unbelievably courageous Chinese whistleblowers, we know far more than we did two decades ago. We know for certain that Falun Gong, Uyghurs, and other groups are still being targeted. We know that the Chinese Communist Party will stop at nothing to ensure its own survival. And we know that Western elites and Western media are being steadily co-opted—made complicit in the CCP’s crimes against humanity.
At the end of the day, that is what this is: a crime against humanity, and we must not allow ourselves to forget the human element.
The body of the text is divided into two sections: Part I: A New Form of Evil, and Part II: The Global Implications of China’s Forced Organ Harvesting Industry.
Part I: A New Form of Evil
Part I of “Killed to Order,” titled “A New Form of Evil,” exposes the Chinese Communist Party’s (CCP) systematic forced organ harvesting as an industrialized form of genocide rooted in totalitarian control. Beginning with whistleblower accounts like “Annie’s” revelations of secret camps where Falun Gong practitioners are held for live organ extraction, it traces the CCP’s long history of mass killings under Mao and beyond, illustrating how the regime instrumentalizes healthcare, law enforcement, and society to dehumanize and exploit targeted groups such as Falun Gong adherents, Uyghurs, Tibetans, and Christians. Through survivor testimonies, like Cheng Pei Ming’s harrowing escape after partial organ removals, and a timeline of mounting evidence from reports like Kilgour-Matas and the China Tribunal, the section analyzes why communist systems—especially the CCP’s “regionally administered totalitarianism”—foster such horrors by prioritizing Party supremacy, incentivizing complicity, and viewing human lives as resources for profit and elite longevity.
Chapter 1: A Rumor Is So Extreme It’s Hard to Believe This chapter delves into the initial investigations following the Sujiatun allegations. Jekielek recounts early reports from The Epoch Times, including Annie’s testimony about her husband’s role in removing corneas from living Falun Gong practitioners. The facility reportedly held up to 6,000 detainees at its peak, with medical teams conducting compatibility tests and providing minimal sustenance to keep organs viable. Bodies were incinerated on-site. A second whistleblower, a military doctor from Shenyang, describes a network of camps where executions are botched to allow live extractions, and families receive fake ashes. The chapter explores the psychological denial of such atrocities, comparing it to initial skepticism about the Holocaust, and introduces key investigators like David Kilgour and David Matas, who later confirm the rumors through their 2006 report.
Chapter 2: A Long History of Killing Jekielek traces the CCP’s history of mass killing, from Mao’s Great Leap Forward (1958-1962), which caused 45 million deaths through famine and executions, to the Cultural Revolution (1966-1976), where ideological purges killed millions. The chapter argues that forced organ harvesting is a continuation of this pattern, evolving from political campaigns to industrialized murder for profit. It highlights how the Party’s utilitarian ethic—where individual lives are subordinate to collective goals—enabled such systems, with early organ extractions from executed prisoners dating back to the 1980s.
Chapter 3: The CCP Instrumentalizes Everything Here, the focus is on the CCP’s total control over society, where every institution serves Party ends. The chapter discusses the “610 Office,” created in 1999 to eradicate Falun Gong, coordinating arrests, torture, and organ harvesting. It explains how the regime instrumentalizes healthcare, turning hospitals into extensions of state repression. Blood tests and medical exams in detention centers are not for health but for organ matching, creating a “living organ bank.” The system profits hospitals, doctors, and officials, with transplants generating billions.
Chapter 4: What Targeting Falun Gong Reveals about the Nature of the CCP Falun Gong, a spiritual practice blending qigong exercises with moral teachings of truthfulness, compassion, and forbearance, grew to 100 million practitioners by 1999, alarming the CCP. Jiang Zemin saw it as a threat to Party supremacy, labeling it an “evil cult” and launching a genocide. The chapter reveals how the persecution provided a “supply” for organ harvesting: practitioners’ healthy lifestyles (no smoking, drinking) made them ideal donors. It details torture methods to force renunciation, and how refusals led to organ extraction. Experts like Ethan Gutmann estimate 65,000-100,000 deaths annually.
Chapter 5: The Evidence and the Road to Get There This is the evidentiary core, chronicling two decades of proof. It opens with Cheng Pei Ming’s story, the first known survivor: arrested for practicing Falun Gong, he was tortured, blood-tested, and operated on without consent in 2004 and 2006, losing part of his liver and lung. He escaped and confirmed the removals in the US in 2020. The chapter lists a timeline of evidence: 1984 regulations allowing prisoner organ use; 1994 Uyghur extractions; 2005 short wait times for hearts; 2006 Sujiatun revelations and Kilgour-Matas report; 2009 “Bloody Harvest” book estimating 40,000+ transplants; 2012 “State Organs” essays; 2014 “The Slaughter” by Ethan Gutmann (65,000 deaths); 2016 update projecting 60,000-100,000 annual transplants; 2017 Korean hidden camera exposé; 2018 COHRC report on hidden volumes; 2020 China Tribunal judgment of crimes against humanity; 2021 UN experts alarmed; 2022 GRC advisory; 2024 DAFOH report; 2025 Robertson thesis on “extractive repression”; and more. It emphasizes falsified data, short waits, and whistleblowers.
Chapter 6: Why Communist Systems—and the CCP in Particular—Enable Forced Organ Harvesting Communist systems, especially the CCP’s “regionally administered totalitarianism” (RADT), incentivize atrocities through top-down directives and local competition. The chapter draws on experts like Chenggang Xu (RADT model), Harrison Koehli (pathocracy and “ponerization,” where psychopaths rise), and John Lenczowski (operational communism over belief). The CCP dehumanizes groups like Falun Gong, enabling mass incarceration, database building, and kill-to-order harvesting. It discusses how the system expanded to infants via surrogacy and state seizures, and how Western media shifted post-2001 Jiang Zemin interview to echo “cult” rhetoric.
Chapter 7: Make Everyone Complicit—Including Your Adversaries The CCP’s “rob, replicate, replace” model exploits Western greed, capturing elites through economic entanglement. The chapter critiques the Kissinger Doctrine for enabling China’s rise, detailing how US financial elites listed state-owned enterprises with minimal oversight, leading to $7-12 trillion in transfers. It argues the CCP wages “people’s war” via fentanyl, elite co-option, and moral compromise, making adversaries complicit in its crimes.
Part II: The Global Implications of China’s Forced Organ Harvesting Industry
Part II of “Killed to Order,” titled “The Global Implications of China’s Forced Organ Harvesting Industry,” examines how the Chinese Communist Party’s (CCP) organ harvesting atrocities reveal its broader strategy for global dominance, viewing the United States as a zero-sum adversary in an era of “unrestricted warfare” that weaponizes economics, psychology, law, and technology through tactics like the “Three Warfares” and the United Front Work Department as a “magic weapon” for co-opting elites, suppressing dissent transnationally, and corrupting institutions such as the WHO. It critiques America’s “fatal attraction” to the CCP through misguided policies like the Kissinger Doctrine, which enabled economic entanglement and moral compromise, while exploring opportunities for internal change in China via movements like Tui Dang and urging legislative actions, such as U.S. bans on organ tourism and international tribunals, to combat these evils and prevent the erosion of Western values.
Chapter 8: Zero Sum—How the CCP Perceives America The CCP views the US as its primary adversary in a zero-sum world, pursuing dominance via “Unrestricted Warfare” and “Gross National Power.” Drawing on Pillsbury’s “The Hundred-Year Marathon,” it details covert strategies to weaken America through trade, technology theft, and ideological subversion.
Chapter 9: Unrestricted Warfare (and The Three Warfares) “Unrestricted Warfare” doctrine weaponizes everything—cyber, economic, legal, psychological. The “Three Warfares” (public opinion, psychological, legal) are detailed, with examples like TikTok as psychological warfare and WTO manipulation as legal warfare. Military-civil fusion ensures civilian tech serves military ends, e.g., Wuhan lab research.
Chapter 10: The Magic Weapon The United Front Work Department (UFWD) co-opts elites, diaspora, and institutions. It details “Chinese police stations,” transnational repression against Falun Gong media like The Epoch Times and Shen Yun, and smear tactics against survivors like Cheng Pei Ming.
Chapter 11: Transnational Cooperation, Corruption, and Coercion The CCP influences global bodies like the WHO, exploiting shared technocratic views. It details Huang Jiefu’s partnerships with TTS and Vatican endorsement, enabling abuses. Western complicity in transplants normalizes CCP ethics.
Chapter 12: Fatal Attraction: How the US Perceives the CCP The US misperceived the CCP as reformable, financing its rise via Kissinger Doctrine. Theories like Smith’s “Thirty Tyrants” argue elites were captured. Decoupling trade from human rights empowered the regime, leading to dependencies in rare earths, medicine, and more.
Chapter 13: Opportunity for People in China? Change from within is hard due to totalitarianism. The Tui Dang movement—over 455 million renunciations—offers quiet dissent. China’s middle class erodes amid property collapse and inequality, weakening the regime’s “prosperity for compliance” pact.
Chapter 14: Legislating Against Evil Six US states ban reimbursing China transplants; federal bills like Falun Gong Protection Act and Stop Forced Organ Harvesting Act advance. Institutional reforms (e.g., HHS penalties) and legal theories (e.g., prosecuting organ tourism) offer paths forward. Grassroots action is key.
Epilogue: It’s Not Too Late
Jekielek distinguishes the CCP from Chinese people and culture, arguing the Party’s crimes are anti-China. He warns CCP ethics erode Western morals via medically assisted death and loosened donor rules. The epilogue calls for recovering moral clarity to counter communism’s advance, emphasizing it’s not too late to act.
In Summary
In Killed to Order: China’s Organ Harvesting Industry and the True Nature of America’s Biggest Adversary, Jan Jekielek delivers a searing, meticulously documented indictment of one of the most horrifying crimes of our era: the Chinese Communist Party’s systematic, state-sponsored forced organ harvesting from prisoners of conscience, primarily Falun Gong practitioners, but extending to Uyghurs, Tibetans, Christians, and others.
Through survivor testimonies like that of Cheng Pei Ming—the first confirmed survivor of partial live organ removal—whistleblower accounts, a comprehensive timeline of evidence spanning two decades (from the 2006 Sujiatun revelations to the 2020 China Tribunal judgment and beyond), and incisive analysis of CCP ideology and global strategy, Jekielek transforms what many once dismissed as an “unbelievable rumor” into an undeniable reality.
What elevates this book beyond mere exposé is its bold framing: forced organ harvesting is not an isolated atrocity but the ultimate lens through which to understand the CCP’s true nature—its dehumanizing utilitarianism, total instrumentalization of society, and zero-sum worldview that treats human lives as disposable commodities for elite profit, longevity, and power. In Part I, Jekielek unflinchingly traces the historical precedents of communist mass killing and explains why such systems enable industrialized murder on demand. Part II expands the scope masterfully, revealing how the regime’s “unrestricted warfare,” United Front co-option, and transnational corruption have entangled the West, making adversaries complicit while eroding moral clarity.
Compelling, urgent, and unflinching, Killed to Order stands as a vital wake-up call, blending rigorous journalism with moral urgency. It challenges readers—especially in the free world—to confront uncomfortable truths, reject normalization of the CCP, and support legislative and ethical countermeasures before these horrors further metastasize.
In an age of moral relativism and geopolitical complacency, Jekielek’s work is essential reading: a beacon of truth that reminds us it is not too late to act, but the window is closing. Highly recommended for anyone concerned with human rights, global security, and the defense of fundamental human dignity.
Stan na styczeń 2026: Najbardziej prawdopodobna i najczęściej cytowana wartość to obecnie około 1,0–1,05 dziecka na kobietę.Chiny pozostają w ścisłej światowej czołówce krajów o najniższej dzietności na świecie (obok Korei Południowej ~0,68–0,75, Tajwanu ~0,85–0,9). [Polska: 1,1. Potrzeba co najmniej 2,2 – 2,3… md]
===============================================
Kolos na glinianych nogach? Chińska populacja kurczy się czwarty rok z rzędu
Populacja drugiego najludniejszego kraju świata zmniejszyła się w 2025 roku o 3,39 mln osób i spadła do poziomu 1,405 mld — podało w poniedziałek Narodowe Biuro Statystyczne. To czwarty z rzędu rok, kiedy więcej Chińczyków umiera niż się rodzi.
Urzędowe statystyki pokazują, że w zeszłym roku w Chinach na świat przyszło 7,92 mln dzieci, podczas gdy liczba zgonów wniosła 11,31 mln, najwięcej od 1968 roku.
Kraj boryka się również z gwałtownym starzeniem się społeczeństwa. Osoby powyżej 60. roku życia stanowią już 23 proc. ogółu mieszkańców. Prognozy mówią, że do 2035 roku ta grupa wiekowa powiększy się do 400 mln, co stanowi poważne wyzwanie dla chińskiego systemu emerytalnego i kurczących się zasobów siły roboczej.
Władze Chin bezskutecznie próbują zatrzymać kryzys, odchodząc od restrykcyjnej polityki jednego dziecka, która obowiązywała od 1979 do 2016 roku. W 2021 roku zezwolono małżeństwom na posiadanie trojga potomstwa, jednak nie przyniosło to oczekiwanego wzrostu dzietności. Eksperci wskazują, że główną barierą pozostaje ogromne obciążenie finansowe, z jakim wiąże się wychowanie dzieci w miastach.
Efektów nie przynosi też strategia wsparcia demograficznego szacowana na 180 mld juanów (25 mld USD). Obejmuje ona m.in. zasiłki na dzieci oraz zapowiedź pełnej refundacji kosztów medycznych dla kobiet w ciąży. Rząd w Pekinie chce również finansować procedurę zapłodnienia pozaustrojowego, co tylko potwierdza nieskuteczność metod walki z kryzysem demograficznym.
Choć liczba małżeństw spadła drastycznie w 2024 roku, ułatwienia w ich rejestracji przyniosły pod koniec 2025 roku pierwsze sygnały odbicia. Mimo to wskaźnik dzietności w Chinach pozostaje jednym z najniższych na świecie i wynosi zaledwie jedno urodzenie na kobietę.
Z danych ONZ wynika, że w 2023 r. Indie przejęły od Chin miano najludniejszego kraju świata. Rok wcześniej populacja Chin kontynentalnych odnotowała pierwszy spadek od ponad sześciu dekad.
Gdy w europejskich gabinetach politycznych świętowano domniemany sukces umowy UE–Mercosur, z rynków Ameryki Południowej zaczęły napływać dane, które studzą entuzjazm. Okazuje się, że narracja o zalewie Brazylii czy Argentyny niemieckimi samochodami rozmija się z realiami globalnej konkurencji. I to w sposób brutalny.
Jak zauważa Włodzimierz Gójski, „cała ta misternie dziergana opowieść pochodząca od polityków niemieckich i szefostwa ich przemysłu samochodowego bierze w łeb”. Powód jest prosty: Chiny. To właśnie tam powstaje dziś ok. 80 proc. światowej produkcji samochodów elektrycznych oraz zdecydowana większość baterii trakcyjnych. Co więcej, ogromna część tej produkcji trafia już teraz na rynki państw Mercosur – zarówno w wersji elektrycznej, jak i spalinowej.
Różnice cenowe są miażdżące. Europejski samochód o porównywalnym standardzie kosztuje na rynku Ameryki Południowej równowartość ok. 300 tys. zł, podczas gdy chiński odpowiednik – 75–80 tys. zł. „Jakie szanse skutecznej sprzedaży ma produkt trzykrotnie droższy – nie trzeba przekonywać” . Efekt „fetyszu marki” dotyczyć może co najwyżej wąskiej grupy zamożnych koneserów.
To jednak nie koniec konsekwencji. Rykoszetem ma to uderzyć także w kraje UE, w tym w Polskę. W zamian za iluzoryczne korzyści przemysłu motoryzacyjnego Europa otwiera się na import taniej żywności z Mercosuru, co będzie obniżać popyt na produkty własnych rolników. „Efekt Zabłockiego i jego zarobku na mydle ukazał się i tu w całej okazałości” – ocenia Gójski.
W jego analizie kluczowy jest jeszcze jeden wniosek: źródło europejskiej drożyzny. „Trzykrotna różnica cen nie wzięła się z powietrza” – pisze, wskazując na gąszcz norm, zielonych podatków, ceł i regulacji, które – zdaniem krytyków – uczyniły produkty UE niekonkurencyjnymi globalnie. To pierwszy akt dramatu, który może objąć całe branże europejskiej gospodarki.
Mercosur, zamiast geopolitycznego triumfu, coraz wyraźniej wygląda więc na test realnej siły europejskiego przemysłu. Test, który – w starciu z Chinami – Niemcy i Unia Europejska mogą przegrać szybciej, niż zdążą opróżnić lampki szampana wznoszone z okazji podpisywania umowy.
Kiedy dyplomaci zaczęli skarżyć się na bóle głowy, zawroty i zaburzenia neurologiczne, nikt nie mówił jeszcze o ataku. Dopiero z czasem okazało się, że Kanton może być jednym z pierwszych miejsc, gdzie przetestowano broń przyszłości — niewidzialną, nieśmiercionośną i trudną do przypisania.
W Chinach wszystko zaczęło się od dźwięku. Nie eksplozji, nie strzału, lecz czegoś znacznie bardziej nieuchwytnego: pulsującego brzęczenia, które budziło w środku nocy i nie dawało się zlokalizować. Dźwięku, który nie należał ani do miasta, ani do snu, a mimo to wdzierał się w ciało z precyzją narzędzia.
Rok 2017. Kanton – jedno z najgłośniejszych, najbardziej zaludnionych miast świata, a zarazem miejsce, gdzie amerykańska obecność dyplomatyczna miała swój największy przyczółek w Chinach. To tam, w mieszkaniach i biurach konsulatu USA, zaczęły pojawiać się pierwsze objawy tego, co później nazwano syndromem hawańskim. Bóle głowy przychodzące nagle i bez ostrzeżenia. Zawroty, nudności, szumy w uszach, zaburzenia widzenia i słuchu. Wrażenie, jakby coś niewidzialnego naruszało granice układu nerwowego.
Jedna z pierwszych relacji należała do Catherine Werner, pracowniczki konsulatu. Obudziła się w nocy, przekonana, że ktoś uruchomił urządzenie emitujące rytmiczny, metaliczny dźwięk. Chwilę później pojawił się ból – intensywny, dezorientujący, niepodobny do zwykłej migreny. Podobne doświadczenia zgłosił starszy oficer CIA. Historie zaczęły się powtarzać, zmieniały się jedynie mieszkania i nazwiska.
Wiosną 2018 roku incydenty przestały być pojedynczymi anomaliami. Oficjalnie zgłoszono przypadki nagłych dolegliwości neurologicznych w samym konsulacie: głośny, natarczywy hałas, ból ucha, a potem objawy przypominające uraz mózgu. W kolejnych miesiącach liczba poszkodowanych rosła – kilkadziesiąt osób, w tym dyplomaci, oficerowie wywiadu i członkowie ich rodzin. Część z nich ewakuowano do Stanów Zjednoczonych. Badania obrazowe mózgu u niektórych wykazały zmiany, które lekarze porównywali do skutków wstrząsu lub urazu traumatycznego, mimo że nie doszło do żadnego fizycznego uderzenia.
W języku dyplomacji pojawiło się nowe pojęcie: anomalne incydenty zdrowotne. Nazwa ostrożna, techniczna, jakby miała uchronić rzeczywistość przed zbyt śmiałą interpretacją. W kuluarach mówiono jednak wprost o ataku — o użyciu skierowanej energii, być może mikrofalowej, być może radiowej. Broni, która nie zabija, lecz uszkadza; nie pozostawia śladów na murach, ale zostawia je w układzie nerwowym.
Chiny zaprzeczyły wszystkiemu. Oficjalne stanowisko było chłodne i niezmienne: brak dowodów, brak incydentów, amerykańska histeria. Konsulat jednak ograniczył działalność, a personel wyjeżdżał z Kantonu z poczuciem, że wydarzyło się coś, czego nikt nie chce nazwać po imieniu. Sprawa zamarła — przynajmniej na powierzchni.
Wróciła kilka lat później. Śledztwa dziennikarskie opublikowane w 2024 roku zaczęły łączyć kropki, które wcześniej wydawały się zbyt odległe. Geolokalizacja, dane z podróży, obecność rosyjskich agentów jednostki GRU 29155 w Kantonie w czasie incydentów.
Ta sama jednostka, która pojawiała się przy eksplozjach składów amunicji, przy próbach otrucia, przy operacjach destabilizacyjnych w Europie. Sugestia była ostrożna, lecz niepokojąca: Chiny mogły być jednym z pierwszych laboratoriów nowego rodzaju przemocy — przemocy testowej, nieśmiercionośnej, ale głęboko ingerującej w ludzką biologię.
Raport Narodowej Akademii Nauk USA z 2020 roku wskazał energię mikrofalową jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie. Późniejsze oceny wywiadowcze próbowały tonować te wnioski, uznając atak obcego państwa za mało prawdopodobny. Spór przeniósł się z poziomu faktów na poziom interpretacji: broń czy psychosomatyka, atak czy zbiorowa sugestia, technologia czy środowisko.
Dziś, gdy pojawiają się informacje o urządzeniach zdolnych odtwarzać podobne objawy — z komponentami pochodzenia rosyjskiego — pytania wracają z nową siłą. Choć po 2018 roku nie odnotowano w Chinach kolejnych oficjalnych przypadków, cisza nie jest równoznaczna z zamknięciem sprawy. Raczej z jej zawieszeniem.
Syndrom hawański w Kantonie pozostaje jednym z najbardziej niepokojących epizodów współczesnej historii wywiadu. Nie dlatego, że wszystko o nim wiemy, lecz właśnie dlatego, że wciąż wiemy tak niewiele. To opowieść o świecie, w którym granica między wojną a pokojem przebiega wewnątrz ludzkiego ciała — i o dźwięku, który nigdy nie powinien istnieć, a mimo to zostaje w pamięci tych, którzy go usłyszeli.
Dlaczego Pekin, ze wszystkimi swoimi ogromnymi inwestycjami w Wenezueli, nie robi nic, aby powstrzymać tam Amerykanów? Jest to obecnie szeroko dyskutowany temat wśród wenezuelskich zwolenników.
Większość ludzi tłumaczy to pozornie wiarygodną odpowiedzią: Chiny nie chcą ryzykować wojny nuklearnej z USA. Inni twierdzą, że Chiny po prostu boją się konfrontacji z USA, którą Pekin przegra. W istocie wielu czuje się usprawiedliwionych zachowaniem Pekinu w kryzysie wenezuelskim, wierząc, że Chiny są papierowym tygrysem, a lśniąca broń, którą chińskie wojsko prezentuje na międzynarodowych wystawach, jest w rzeczywistości bezsilna wobec broni amerykańskiej.
Obie odpowiedzi na pytanie, dlaczego Chiny ‚nie robią nic’, to nonsens, który ostatecznie schlebia amerykańskim fantazjom o potędze. Chiny powstrzymują się od konfrontacji militarnej z USA w Wenezueli, ponieważ w wojnie po drugiej stronie globu – na historycznym podwórku Ameryki – nie miałyby szans na zwycięstwo z czysto logistycznych powodów. Nawet gdyby tak nie było, taka operacja po drugiej stronie globu nie ma strategicznego sensu dla Pekinu. Pekin nie ma na Karaibach grup uderzeniowych lotniskowców, baz logistycznych ani kontrolowanych sojuszy regionalnych.
Chińskie siły zbrojne są rozmieszczone w Azji Wschodniej: bronią jej wybrzeży, wyzwalają Tajwan, zabezpieczają szlaki morskie i dominują nad przyległymi obszarami morskimi. To nie tchórzostwo. To geografia. Tak jak Amerykanie zdali sobie teraz sprawę, że nie mają szans na zwycięstwo z równie silnym przeciwnikiem, jakim jest Rosja, na swoim własnym podwórku, na Ukrainie.
Co więcej, potęga Chin opiera się na innym systemie wartości niż neokolonialny kolektywny Zachód, a zwłaszcza imperialna Ameryka, która najwyraźniej nie może istnieć bez niekończących się wojen. Z kolei potęga Chin nie opiera się na interwencjach wojskowych za granicą ani zmianach reżimów w innych krajach w celu eksploatacji.
Siła i wpływy Chin…
… opierają się na budowie portów, pożyczkach infrastrukturalnych i obopólnie lukratywnych kontraktach energetycznych. Pod tym względem Wenezuela była dobrym partnerem dla Chin – dostawcą ropy naftowej poza kontrolą USA, głosem sprzeciwiającym się sankcjom USA – ale Wenezuela wciąż nie przedstawia dla Chin wystarczającej wartości, by uzasadnić narażanie na szwank jej globalnego handlu, łańcuchów dostaw czy kluczowych interesów.
Chiny jednak jednoznacznie potępiają powrót USA do bezwzględnych zachowań kolonialnych, gdzie potężni imperialiści biorą, co im się podoba. Zamiast angażować się w kosztowny konflikt zbrojny z USA, Chiny ponoszą gorzką odpowiedzialność za Wenezuelę, restrukturyzują swoje zadłużenie i szukają nowych dostawców ropy. Nie angażują się w kosztowny konflikt zbrojny z USA, którego Pekin nie może wygra. Chiny nie palą szachownicy tylko po to, by uratować jedną figurę.
Jeśli kiedykolwiek dojdzie do konfliktu zbrojnego między Chinami a USA, stanie się to na polu bitwy wybranym przez Pekin, gdzie USA nie mają żadnych szans. Zatem początkowe pytanie – a mianowicie, dlaczego Chiny – i dotyczy to również Rosji – nie interweniowały przeciwko amerykańskim szantażom i porywaczom w Wenezueli – jest całkowicie błędne. Prawidłowe pytanie brzmiałoby, dlaczego wenezuelskie wojsko nie walczyło, dlaczego nad Caracas nie zestrzelono ani jednego amerykańskiego śmigłowca, mimo że wenezuelska obrona powietrzna dysponuje wysoce skutecznymi rosyjskimi systemami, takimi jak S-300.
Powolne śmigłowce są również łatwym łupem dla rosyjskich ręcznych, odpalanych z ramienia pocisków przeciwlotniczych Strieła. Dlaczego nie odpalono ani jednej Streli? To nieuchronnie prowadzi do wniosku, że Rosja i Chiny nie będą w stanie chronić swoich partnerów dostarczaną przez siebie bronią, jeśli wenezuelskie wojsko nie będzie walczyć z USA.
W związku z tym narastają dowody na korupcję na najwyższych szczeblach rządu Maduro, na to, że Maduro został sprzedany Amerykanom, a kilku czołowych wenezuelskich wojskowych i urzędników państwowych z dnia na dzień w Caracas wzbogaciło się na dolarowych milionach, a willa w Miami była tylko bonusem.
Kolejne pytanie, praktycznie nieobecne w debacie publicznej, przynajmniej na Zachodzie, brzmi: dlaczego USA atakują Wenezuelę właśnie teraz i w tak niewiarygodny sposób, stawiając Grenlandii i Danii skandaliczne żądania, a jednocześnie grożąc zamachem politycznym i religijnym przywódcom Iranu, w tym ajatollahowi Chamenei?
Czy te lekkomyślne polityczne awantury Waszyngtonu świadczą o pewnym siebie i opanowanym supermocarstwie? Czy to dowód wielkiej mądrości politycznej, że niszczymy suwerenność i międzynarodowe normy prawne, których Waszyngton tak niedawno przysiągł przestrzegać? Czy to znak przywództwa i solidarności w ramach NATO, gdy Waszyngton grozi sojuszniczemu wasalowi w sprawie nieruchomości w Arktyce?
To raczej ostatnie tchnienia hegemona, coraz bardziej osaczonego przez własne niepowodzenia, a jednocześnie obwiniającego innych za problemy, które sam sobie wyrządził; którego dominacja dolara na rynkach walutowych chyli się ku upadkowi, którego dawna kontrola nad coraz bardziej zdywersyfikowanymi globalnymi rynkami energii legła w gruzach, a którego miękka siła na globalnym Południu wyparowała. Zamiast tego kraje Południa szukają bezpieczeństwa i po cichu dystansują się od nieprzewidywalnego tyrana na arenie międzynarodowej. Chiny nie muszą oddawać ani jednego strzału, aby nadal zyskiwać na znaczeniu – po prostu budują kolejne alternatywy dla podupadającego hegemona i jego wasali z UE.
Waszyngton desperacko eskaluje więc swoje działania tam, gdzie wierzy, że wciąż może to zrobić: na własnej półkuli, w strategicznych wąskich gardłach i wobec symbolicznie opornych państw, takich jak Wenezuela i Iran. To nie siła! To panika. Umierające imperia zawsze uciekają się do przemocy. Przekształcają swoją walutę, sądy i politykę fiskalną w broń i próbują zrekompensować utratę miękkiej siły za pomocą wojskowych sił specjalnych, aby odzyskać utracone wpływy polityczne i gospodarcze.
Stany Zjednoczone nie są już hegemonem, za jakiego wciąż uważa je wielu członków waszyngtońskiego establishmentu. Gospodarka USA jest coraz bardziej wydrążona, wewnętrzna legitymacja amerykańskiego przywództwa kruszy się od lat, a nieustanna amerykańska machina wojenna przekształca chaos w kraju i za granicą w maszynkę do zarabiania pieniędzy dla tych na samym szczycie, kosztem ludności. Nie należy jednak zapominać, że Stany Zjednoczone nadal mogą wywierać miażdżącą siłę, ale tylko w regionach takich jak półkula zachodnia i część Arktyki.
Chiny, z drugiej strony, pomimo wszystkich sprzeczności, nadal utrzymują stabilność systemową, zapewniają swojej ludności stale rosnący dobrobyt i rozwijają globalne relacje gospodarcze i handlowe. Jednocześnie legitymacja przywódców politycznych w Pekinie i wśród ludzi pozostaje niepodważalna, a wszystko to bez ciągłych zagranicznych awantur i wojen, bez których system amerykański najwyraźniej nie może już istnieć. Chiny budują zamiast bombardować. Czekają zamiast marnować zasoby. To właśnie ta cierpliwość tak naprawdę przeraża jastrzębi w Waszyngtonie. To prawdziwa siła Chin, której Waszyngton nie jest w stanie odtworzyć.
Chiny są regionalną potęgą militarną o globalnym zasięgu gospodarczym. Wzrosły dzięki fabrykom, a nie placówkom wojskowym. Oferują pożyczki rozwojowe, a nie pociski manewrujące. Ich siła ma charakter strukturalny: industrializacja przede wszystkim, dyplomacja infrastrukturalna, długoterminowe kontrakty i asymetryczne retorsje w innych miejscach. Absorbują straty dziś, aby zapewnić sobie przyszłość. Chiny nie muszą zdobywać Wenezueli, Grenlandii ani Iranu na polu bitwy. Muszą po prostu nadal podważać jednobiegunowy ‚porządek’ USA – jeden port, jedna pożyczka, jeden alternatywny system płatności za drugim.
To nie jest symetryczna rywalizacja mocarstw. Ta wielobiegunowość oznacza nierówne, asymetryczne centra władzy o różnych horyzontach czasowych i zróżnicowanym poziomie tolerancji ryzyka. O historii nie zadecydują efektowne operacje specjalne, takie jak ta w Wenezueli, ale to, który system utrzyma się bez załamania. Stany Zjednoczone nie zdają tego testu. Chiny już go zdały.
„O historii nie zadecydują efektowne operacje specjalne, takie jak ta w Wenezueli, ale to, który system utrzyma się bez załamania. Stany Zjednoczone nie zdają tego testu. Chiny już go zdały”. – I będzie to omówione w jednej lub dwóch następnych wpisach.
Podatek od sprzedaży środków antykoncepcyjnych w Chinach od 1 stycznia wzrośnie o 13 %. w ramach rządowej polityki zwiększania dzietności – poinformowała w czwartek BBC. Populacja Chin zmniejsza się już trzeci rok z rzędu, a rząd w Pekinie poszukuje kolejnych rozwiązań chcąc zachęcić młodych ludzi do małżeństwa i zakładania rodzin.
Podatek obejmuje prezerwatywy, pigułki oraz inne środki antykoncepcyjne.
W nowych przepisach podatkowych zniesiono wiele ulg wprowadzonych w 1994 r., kiedy w Chinach nadal obowiązywała jednego dziecka. Jednocześnie zniesiono podatek VAT na usługi związane z zawieraniem ślubów oraz opieką nad osobami starszymi.
Zmiana polityki demograficznej ma związek ze starzeniem się ludności kraju. Władze starają się teraz zachęcić mieszkańców do zawierania małżeństw i posiadania dzieci.
Według oficjalnych danych w 2024 r. ludność Chin zmniejszyła się trzeci rok z rzędu. Na świat przyszło 9,54 mln dzieci, czyli około o połowę mniej niż 10 lat temu, gdy władze zaczęły rozluźniać politykę jednego dziecka.
Jak podkreśliła BBC, zmiany podatkowe mogą nie wystarczyć do zachęcenia mieszkańców, by posiadali więcej dzieci, gdyż spadek liczby porodów jest szerszym trendem kulturowym, wyraźnym także np. w Korei Południowej i Japonii.
Chiny są jednym z krajów na świecie, w których wychowanie dziecka wiąże się z największymi kosztami – wynika z raportu Instytutu Badań Demograficznych YuWa w Pekinie za 2024 r. Koszty te są wyższe ze względu na wysokie opłaty za szkoły i trudności wielu kobiet w łączeniu pracy zawodowej z opieką nad dziećmi.
Większość komentarzy amerykańskiej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego jest zdecydowanie tendencyjna, co więcej oderwana od analizy samego tekstu i bardziej ujawniająca uprzedzenia autora, niż zawartość tego dokumentu. A jest to niezwykle ważny tekst dla zrozumienia tego, co się dzisiaj dzieje na naszym globie, więc warto poświęcić mu więcej uwagi.
Jak już pisałem, szczególnie ci, którzy przedstawiają obecne lewacko-liberalne elity Europy starają się ten dokument obśmiać nie unikając jawnych manipulacji i przemilczeń. Powód jest prosty: Amerykanie poddają całą klasę polityczną UE totalnej krytyce oskarżając ją o brak koncepcji i jeszcze większą niemoc w realizacji jakiejkolwiek strategii. Według nich to nie USA, ale UE zdradza europejskie wartości i prowadzi do deeuropeizacji naszego kontynentu. Ameryka chce podtrzymywać swoich sojuszników, ale wtedy gdy ją coś z nimi łączy. Ultraliberalna światopoglądowo lub muzułmańska Europa nie jest dla obecnej ekipy w Białym Domu partnerem do wspólnego działania. Dla tych krytyków Strategia jest świadectwem amerykańskiego egoizmu i zdrady wspólnych z Europą wartości (np. wolność, sprawiedliwość, demokracja)
Kluczowym krajem w amerykańskiej wizji geopolityki nie jest Rosja, lecz Chiny. I to musimy sobie dobrze przyswoić, wręcz wyryć na nosie. Jak sobie wyobrażam Putina czytającego amerykańską Strategię Bezpieczeństwa Narodowego? Bo to przecież jest list Trumpa między innymi do niego. Myślę, że Władymir Władymirowicz czytał go z wzrastającym rozdrażnieniem. I bynajmniej nie dla tego, że jest tam coś, co przeciwstawia się jego planom, bo może tam sobie znaleźć rzeczy, które uzna za miłe. Rozdrażnienie z zupełnie innego powodu.
Putin to człowiek wychowany w ZSRR i do tego z mentalnością kagebisty. Jego obsesją są Stany Zjednoczone: nienawidzi ich, pogardza, boi się i zazdrości. Kiedy Stanami rządziły takie mięczaki jak Obama czy Biden to uśmiech nie znikał z jego twarzy – jego kompleksy wobec USA były przysypane poczuciem wzrastającej potęgi. Trump rozwala to uczucie samozadowolenia i Ameryka znowu staje się tym przebiegłym potworem, który doprowadził do upadku ZSRR – według Putina największej tragedii XX wieku. Lecz nie to złości Putina czytającego amerykańską Strategię. Kompleksy budzą się na nowo kiedy widzi, że Amerykanie lekceważą jego Imperium, uważając je co najwyżej za regionalne mocarstwo („papierowy tygrys” Trumpa), a nie równego sobie przeciwnika. Armia Putina skompromitowała się na Ukrainie i nie potrzeba tak wiele, aby się nawet sypnęła. Nie sypie się dzięki słabości Europy i braku chęci do mieszania się ze strony Trumpa. Nic nie boli mocniej takiego samca alfa jak Putin, niż lekceważenie ze strony drugiego samca alfa. Dla Trumpa wiele ważniejsze w globalnej grze są rosnące ekonomicznie Indie, niż szamocąca się Rosja.
Także nam Polakom i Europejczykom trzeba się pogodzić z tym, że Europa i jej konflikt z Rosją w skali globalnej nie są sprawą zasadniczą dla USA. Czy zakończy się tak, czy inaczej Ameryce to nie robi większej różnicy, bo Ameryka myśli tylko o jednym: o Chinach. Udział UE w globalnej ekonomice świata spada od lat, a udział Chin wraz z azjatyckimi tygrysami niezmiennie rośnie. Ekonomikę Rosja można postawić gdzieś koło Włoch, a od USA jest przynajmniej 10 razy słabsza. W ciągu jednego roku Putin stracił takiego sojusznika jak Syria, po łapach dostał Iran, a Wenezuela ledwie dyszy. Globalne mocarstwo Federacja Rosyjska rozsypało się jak domek z kart. Putin dobry jest w różnych grach i gierkach, ale fakt jest taki, że za przeproszeniem „wyżej sra niż dupę ma”.
Trump chce zakończyć wojnę na Ukrainie, ponieważ z każdym dniem jej trwania Rosja staje się coraz bardziej surowcowym wasalem Pekinu. Chińczyk korzysta na najprostszej zasadzie każdej gry: gdzie dwóch się bija, tam trzeci korzysta. Jakakolwiek pomoc USA dla Ukrainy to amerykańskie pieniądze wyrzucone w błoto, a dokładniej do chińskiego budżetu. Ruble, które miliardami idą do rosyjskiego wojska, które ugrzęzło w Donbasie, to radość dla Chińczyka. Chińczycy sprzedają komponenty dla dronów tak rosyjskich, jak ukraińskich. Rosja musi sprzedawać Chinom coraz tańszy gaz i ropę zarazem uzależniając się od tego klienta. Czyż to nie musi radować Chińczyka? Nie jest w interesie Ameryki, aby Rosja wpadała w coraz mocniejsze uściski Pekinu i dlatego wojnę trzeba szybko kończyć, a Rosję ciągnąć w swoją stronę. Taki jest punkt widzenia Ameryki, która patrzy na wojnę w Donbasie w kontekście konfliktu ze swoim największym adwersarzem, czyli Chinami.
Największą wadą Strategii Trumpa jest jej racjonalność. Tak, właśnie racjonalność. Z jednej strony to jej zasadnicza zaleta, a z drugiej jej racjonalność powoduje, że ta geopolityczna diagnoza jest jednostronna. W polityce międzynarodowej liczy się nie tylko chłodna kalkulacja, ekonomika, wszechstronna analiza informacji, lecz liczy się także ludzki czynnik. Jeśli posłuchać to, co Putin mówi np. o Ameryce i zdegradowanej moralnie Europie, które od upadku ZSRR myślą tylko o tym jak zniszczyć wspaniałą Rosję, to nietrudno zrobić wywód, że inspiracją jego działania nie są wyłącznie racjonalne analizy typu: bez Ukrainy Imperium nie jest ekonomicznie stabilne, ale przede wszystkim osobiste maniakalne fantazje, kompleksy i agresja. Oto jedna z ostatnich wypowiedzi Putina, osobista, nie czytana z kartki:
„Europejskie „podświnie”: Tam nie ma żadnej cywilizacji, tam jest tylko pełna degradacja. Po rozpadzie ZSRR nam wydawało się, że staniemy się szybko członkami tak nazywanej „rodziny cywilizowanych europejskich narodów”. Dzisiaj okazuje się, że tam nie ma żadnej cywilizacji, tam tylko całkowita degeneracja. Poprzednia amerykańska władza świadomie doprowadziła do konfliktu zbrojnego na Ukrainie. Myślę, że to jest jasne dlaczego? Wszyscy byli pewni, że za krótki czas oni Rosję zniszczą. A europejskie „podświnie” od razu przyłączyły się do tej akcji mając nadzieję, że będą się mogli najeść na upadku naszego kraju, zwrócić sobie to, co było utracono w przeszłości i zemścić się. Teraz wszystkim stało się jasne, że wszystkie te próby i destruktywne plany w stosunku do Rosji całkowicie zawiodły. Całkowicie!”
Wielokrotnie widziałem granicę chińsko-radziecką. Jeszcze dzisiaj jest to pas ziemi kilkudziesięciu kilometrów szerokości, całkowicie bezludny i niezamieszkały. Spotkamy tam po stronie radzieckiej bunkry i umocnienia, wiele rzędów zasieków. Co ciekawe nie budowano tam też żadnych dróg. Wszystko to wskazuje, że strategia radzieckiego sztabu generalnego wobec komunistycznych Chin była wybitnie obronna, czyli była całkowitym przeciwieństwem strategii wobec Europy Zachodniej. Dlaczego? Wszystko zaczęło się w latach 50-tych, kiedy narastał konflikt ideologiczny między Chinami i Sowietami. W 1969 roku przerodził się on w lokalny konflikt graniczny sprowokowany przez pretensje terytorialne Chińczyków. Rosjanie jak mogli unikali starć z Chinami, które później zostały nazwane konfliktem ussuryjskim, nie dotyczył on tylko walk na dalekim Wschodzie, ale także chińskich ataków na granicę w Kazachstanie. Konflikt zażegnano, ale to Rosjanie musieli ustąpić przekazując sporną wyspę na rzece Ussuri. Co ciekawsze w 2004 Putin po cichutku oddał jeszcze Chińczykom 340 km kwadratowych świętej rosyjskiej ziemi na Amurze! Czy mogą sobie czytelnicy wyobrazić coś takiego na granicy rosyjsko-ukraińskiej lub w okręgu kaliningradzkim?
O co w tym wszystkim chodzi? Chiny w ciągu 40 ostatnich lat wyrosły na mocarstwo, które chce konkurować z Stanami Zjednoczonymi. [Ale to zrobili milionerzy z Zachodu, głównie z USA md]
W pierwszym lepszym chińskim powiatowym mieście jest więcej drapaczy chmur niż w Moskwie – takie jest porównanie ekonomik obu państw. Czym jest Rosja wobec Chin? Niczym. A właściwie łakomym kąskiem.
Syberia to ogromne obszary niezamieszkanej ziemi uprawnej, przebogate złoża wszelkich minerałów i … 4250 km granicy z Chinami. Na Syberii żyje … 25 milionów ludzi, a w Chinach tuż za granicą 1500 milionów. Gęstość zaludnienia po obu stronach granicy na Amurze jest jak 1:100 i wiadomo na czyją korzyść. Od lat Chińczycy arendują ziemię kołchozów na Amurem i pracują tam od wiosny od jesieni. Pracują tam, gdzie nie ma komu pracować, bo Rosjan jest coraz mniej, a ci którzy jeszcze żyją we wsiach na Dalekim Wschodzie piją wódkę kupioną za pieniądze z dzierżawy ziemi Chińczykom.
Rosja wygrała z Niemcami w II Wojnie Światowej swoimi nieograniczonymi zasobami ludzkimi. Po pierwszym dniu Bitwy na łuku kurskim panami pola bitwy byli Niemcy. Naprawili uszkodzone czołgi i następnego dnia znowu odparli atak nowych czołgów radzieckich, trzeciego dnia sytuacja się powtórzyła i choć Niemcy wydawali się mieć przewagę, to Rosjanie ostatecznie bitwę wygrali, ponieważ znowu mogli wprowadzić do walki nowe oddziały. [Synku, toć to była broń, amunicja i transport- amerykańskie. md]
Straty rosyjskie na froncie wschodnim były wielokrotnie większe niż niemieckie, ale wygrywali tym, że mieli większe odwody. Niemcy nie mieli możliwości uzupełnić swoje wyczerpane oddziały. Podobną sytuację widzimy teraz na Ukrainie: Rosjan jest wielokrotnie więcej, ich straty są katastrofalnie większe od ukraińskich, a jednak wolno posuwają się do przodu. Natomiast w konflikcie ussuryjskim było dokładnie na odwrót: Chińczycy tracili wiele więcej żołnierzy, ale następnego dnia mieli nowych żołnierzy do walki. Rosja ciągle stosuje na zachodzie taktykę: ludzie za ziemię. I to jest właśnie przyczyna, że radzieccy, a teraz rosyjscy generałowie tak boja się Chińczyków. Dla Mao utrata 10 milionów byłoby rozwiązaniem problemu uciążliwych nadwyżek demograficznych, dla ZSRR 1 mln. zabitych byłby tragedią nie do odrobienia. Na froncie zachodnim Rosjanie mogą wygrywać przy taktyce „mięsa armatniego”, na wschodnim także dzisiaj nie byłoby na to szans.
Można powiedzieć, że Chiny są biologicznym zagrożeniem dla Rosji, tymczasem Putin twierdzi, że takim zagrożeniem jest Europa „podświni”. Prawda, że to irracjonalne? Putin powinien szukać sojuszu z Europą i Ameryką, aby równoważyć chińską dominację i na to liczy Trump. Tymczasem Putin oddaje Chińczykom świętą ruską ziemię, przymila się do Pana Xi i zachowuje jak jego wasal. Dlaczego? Bo polityka jest irracjonalna. Putin ma obsesje na punkcie Europy, USA, Niemiec, Polski. Ta obsesja nim kieruje i współgra ona z narodowymi kompleksami Rosjan. Putin przemilcza chińskie zagrożenie, a może to robić, ponieważ chińskie ekspansjonizm był zawsze inny niż zachodni, w tym rosyjski. Chiński ekspansjonizm jest polityczno-ekonomiczny, a nie militarny. Chiny podporządkowują sobie państwo za państwem, kontynent za kontynentem poprzez swoje tanie towary i żywy pieniądz za surowce. Putin kieruje anachronicznym Imperium, które jak w epoce lodowcowej opiera się na sile fizycznej. Chiny budują swoją potęgę na wiedzy, technologiach, biznesie i pracowitości. Kiedy na początku lat 90tych uczyłem się na Tajwanie, to ciągłe słyszałem od Chińczyków, że oni lubią trzy rzeczy: pracowanie, kupowanie i jedzenie. Dlatego też chiński imperializm jest ukryty, nie potrzebuje nowych terytoriów tak jak Rosja, która ciągle musi coś pożerać, aby przeżyć.
Chińczycy są niezwykle merkantylni i biznesowi: wszystko sprowadza się do kasy. Jak mieszkałem w Kirgistanie to godzinami, po kilkanaście razy stałem w urzędzie paszportowym, aby przedłużyć wizę. A tu przychodzi Chińczyk, daje paszport (100 baksów w środku) i na moich oczach za kilka minut ma nową wizę. Tak kupili już pół Afryki.
Chińczycy dobrze wiedzą, że stopniowo skolonizują Syberię, bo taka jest demografia, taka jest ekonomia. Dziś na zimę większość z nich pracujących w rolnictwie w okolicach Chabarowska wraca do domu, ale wielu innych cały rok zaludnia chińskie bazary w rosyjskich miastach. Jutro zaludnią wsie, fabryki, porty. Chińskie towary nieustannie opanowują rosyjski rynek mimo prób rosyjskich władz aby to ograniczyć. I pewnego dnia kiedy w mieście lub wsi będzie 90 % Chińczyków, to oni po prostu pokojowo przejmą najpierw Daleki Wschód, a potem całą Syberię. I to Putina nie martwi, bo o tym nie chce myśleć, kiedy krok za krokiem uzależnia swój „dumny” naród od skośnookich. Putin, który rządzi Imperium, które opiera się na sile militarnej, nie chce brać pod uwagę zagrożenie ekspansją ekonomiczną i demograficzną. Jeśli nas nie atakują chińskie czołgi to nie ma problemu – w ten sposób uspokaja rosyjskich patriotów. Chińczykom zaś nie przeszkadza, że na Kremlu będzie wisieć rosyjska flaga, ważne, że łopotać będzie na chińskim wietrze.
To jest właśnie błąd amerykańskiej strategii, ponieważ Trump uważa, że problemy można załatwić przy pomocy szukania wspólnego interesu. Marzy, że Rosja zrobi z nim deal, dlatego że Rosji to się opłaca, a nie opłaca się rola surowcowego wasala Państwa Środka. Ale tu niestety wchodzą czynniki duchowe, ideowe, osobiste. Ideologia Putina jest prosta i nieskomplikowana: narodowy szowinizm, imperializm i „zdrowy, moralny sposób życia” (w odróżnieniu od europejskich „podświni”). W ideologii Putina jest jednak jeszcze jeden element, o którym rzadziej się mówi: euroazjatyzm. Putin wspomina o nim np. w kontekście Szanghajskiej Organizacji Współpracy (Rosja, Chiny, Azja Centralna, Indie, Iran) – ma to być przeciwwaga dla UE i NATO. Euroazjatyzm odwołuje się do idei „zdrowej siły” cywilizacji kontynentalnej przeciwstawianej „pasożytniczej” cywilizacji atlantyckiej. Mają ją tworzyć narody Azji Centralnej (głównie koczownicze) i wschodni Słowianie.
Dosyć to wszystko enigmatyczne, ale jeśli spojrzymy na historię to sprawa staje się jaśniejsza. Hunowie, Turcy, Mongołowie – kolejne hordy wojowniczych plemion koczowników ruszały na zachód pchając przed sobą inne plemiona, co powodowało np. w starożytności Wielką Wędrówkę Ludów. W 1223 Mongołowie podbili Ruś Kijowską i doszli aż do Legnicy budząc przerażenie w całej Europie – to właśnie konkretny przejaw euroazjatyzmu. Tatarzy nie okupowali Rusi, tylko korzystali z usług jednego z ruskich książąt, który dla nich kontrolował inne księstwa, a przede wszystkim zbierał daniny. W tym czasie Aleksander Newski za pomoc w tłumieniu powstania księcia Tweru przeciwko Złotej Ordzie otrzymał od wielkiego chana tytuł wielkiego księcia Włodzimierskiego oraz prawo poboru daniny. Wyśmienity przykład współpracy między koczownikami Azji Centralnej i wschodnimi Słowianami. Z księstwa Włodzimierskiego wyłoniło się Księstwo Moskiewskie, które wykorzystując „przyjaźń” Tatarów i ich sposoby działania stopniowo podporządkowało sobie inne księstwa ruskie. Z czasem powstało z tego Imperium Rosyjskie dziedzicząc po Mongołach nieustanne parcie na Zachód. Można więc mieć wrażenie, że sojusz Rosji z Chinami (zastępującymi poprzednich koczowników-azjatów), gdzie Rosja „zarządzała” by Europą jako zapleczem intelektualnym jest nowym modelem euroazjatyzmu.
Wiarę w racjonalizm widać też w strategii USA wobec Chin. Kluczowa na dzisiaj jest sprawa Tajwanu, pytanie jednak brzmi: Czy Tajwan jest ważny dla Xi wyłącznie z przyczyn strategicznych, jako wyspa strzegąca Morze Południowochińskiego – najważniejszego obecnie akwenu świata? Gdyby tak było można by zrobić z Chińczykami jakiś deal, ale niestety Chińczyk ma kuku na punkcie tej wyspy z innych, mniej racjonalnych powodów. Chiny są niezwykle wrażliwe na wszelkie wpływy obcych państw na swoim terytorium, a Tajwan uznają za swoją ziemię. Państwo Środka, to środek świata i nikt nie może na nim postawić swojej nogi i z tego powodu Tajwan zawsze będzie ujmą na honorze Chińczyków. Drugi powód jest taki, że istnienie innego modelu funkcjonowania Chin niż model postkomunistyczny jest nieustannym zagrożeniem dla kapitalistycznej despotii nacjonal-komunizmu ChRL. Tajwan jest wiecznym zagrożeniem ideowym, podważa zasadność istnienia władzy, która rządzi Chinami od 1949. Amerykanie w swoim racjonalizmie biorą pod uwagę wyłącznie interesy ekonomiczne, a dla Chin ekonomia, polityka są ważne, ale w przypadku Tajwanu jeszcze więcej poczucie swojej godności.
A co to znaczy dla nas? Amerykanie nie traktują Rosji ani jako szczególny problem, ani szczególnego wroga. Ponieważ rozumują w kategoriach biznesu, więc trudno im pojąć irracjonalną drapieżność rosyjskiego Imperium. Oczywiście mogą zmienić zdanie, jeśli zobaczą rosyjskie czołgi w Wilnie, tylko czy wtedy nie będzie za późno? Tym bardziej musimy liczyć na siebie i na lokalne sojusze, z których najważniejszy jest z Ukrainą. USA biorą na siebie zmaganie z chińską despotię, której możliwości ekonomiczne są gigantyczne i ciągle rośnie potencjał militarny. Pax China – mocarstwo, które zniewala człowieka przy użyciu najnowocześniejszych technologii, jest zagrożeniem dla całego globu. Osłabiona Europa nie ma sił, a nawet chęci, aby się Chinom przeciwstawić, pozostaje więc tylko Ameryka. Pamiętajmy jednak, że zwycięstwo Chin może też oznaczać zwycięstwo Rosji: będziemy wtedy wasalem wasala i na nas poniżona Rosja będzie wyładowywać swoją frustrację.
Wygląda na to, że jankesi nie mają jeszcze jasnej wizji jak uspokoić azjatyckiego smoka i macają po omacku chcą ograniczyć na początek chińskie wpływy na swoim kontynencie, budować sojusze na Pacyfiku, przeprowadzić reindustrializację swojego kraju, ograniczyć chiński handel zagraniczny, transfer technologii itp. Przynajmniej dają Chińczykom jasny sygnał, że Ameryka się budzi i gotowa jest walczyć o swoją globalną pozycję. Dzisiaj tylko Ameryka jest w stanie przeciwstawić się totalitarnym Chinom, co dla wolnej i demokratycznej Europy ma kolosalne znaczenie, szczególnie patrząc na nowy euroazjatyzm łączący Rosję z Chinami. Niestety trzeba być realistą i pamiętać wiele lekcji historii, kiedy tyranie zawsze lepiej się dogadywały ze sobą niż z krajami demokratycznymi. To jedna z przyczyn, że mimo zagrożenia, które Chiny niosą Rosji, Putinowi jest bardziej po drodze z Panem XI niż z Donaldem. Tak więc na naszych oczach toczy się Wielka Gra i to o wiele większą niż w XIX wieku w Azji Centralnej między Rosją a Imperium Brytyjskim.
Światowa rywalizacja o dominację w sztucznej inteligencji coraz wyraźniej zmienia się w brutalny wyścig o dostęp do energii elektrycznej. Podczas gdy globalne supermocarstwa prześcigają się w budowie kolosalnych centrów danych potrzebnych do trenowania modeli AI, prawdziwym polem bitwy staje się infrastruktura energetyczna. I w tym starciu Europa zajmuje pozycję tragicznie przegraną.
Skala problemu przerasta wyobraźnię. Międzynarodowa Agencja Energetyczna szacuje, że zużycie prądu przez centra danych na świecie podwoi się do 2030 roku, osiągając 945 terawatogodzin rocznie – tyle samo, ile zużywa obecnie cała Japonia. Tylko w USA centra danych odpowiadać będą za prawie połowę wzrostu zapotrzebowania na energię w najbliższych pięciu latach. Do końca dekady przetwarzanie danych w Ameryce pochłonie więcej prądu niż wszystkie energochłonne gałęzie przemysłu razem wzięte.
Chiny budują przewagę nie dzięki lepszym algorytmom, lecz dzięki czystej sile infrastrukturalnej. W 2024 roku Państwo Środka uruchomiło 429 gigawatów nowych mocy wytwórczych – ponad 15 razy więcej niż Stany Zjednoczone w tym samym okresie. Eksperci AI wracający z Chin mówią otwarcie: kwestia dostępu do energii jest tam „rozwiązanym problemem”.
Podczas gdy w Kalifornii czy Teksasie władze regularnie ostrzegają przed przeciążeniem sieci, chińskie centra danych mają nieograniczony dostęp do prądu. W razie potrzeby kraj może nawet uruchomić nieaktywne elektrownie węglowe, by zapełnić lukę – nie jest to idealne rozwiązanie, ale jest wykonalne.
Administracja Trumpa dostrzegła zagrożenie i odpowiedziała AI Action Plan – pakietem działań mających przyspieszyć budowę infrastruktury. Uproszczenie procedur środowiskowych, udostępnienie gruntów federalnych i wsparcie finansowe dla projektów przekraczających 100 megawatów to próba nadgonienia. Problem w tym, że przez ostatnie 20 lat zapotrzebowanie na prąd w USA praktycznie nie rosło – system jest po prostu nieprzygotowany. W Północnej Wirginii, sercu amerykańskiej infrastruktury cyfrowej, podłączenie nowego centrum danych do sieci zajmuje ponad 3 lata. Prawie 2 terawaty czystej energii czeka w kolejkach przyłączeniowych – to półtora raza więcej niż obecna moc całej amerykańskiej sieci.
Europa natomiast nie ma nawet złudzeń wygranej. Ceny energii elektrycznej w Unii są 2-2,5 razy wyższe niż w USA, a gaz hurtowy kosztuje pięciokrotnie więcej. W 2024 roku gospodarka UE urosła zaledwie o 0,7-0,8 procent – w tym samym czasie Chiny odnotowały wzrost rzędu 4,5 procent, a Ameryka 2,2 procent. Produkcja stali w Europie spadła do najniższego poziomu od 1960 roku. Firmy energochłonne przenoszą fabryki za ocean lub do Azji, bo w Europie po prostu nie stać ich na rachunki za prąd.
W wyścigu o AI Unia nie jest nawet widoczna w lusterku wstecznym. Podczas gdy USA wyprodukowały 40 dużych modeli AI w 2025 roku, a Chiny 15, Europa stworzyła zaledwie 3. Siedemdziesiąt procent usług cyfrowych w UE działa na infrastrukturze amerykańskich gigantów. Udział Europy w światowych centrach danych skurczył się z 25 procent w 2015 roku do zaledwie 15 procent dzisiaj. W kluczowych ośrodkach – Frankfurcie, Londynie, Amsterdamie, Paryżu i Dublinie – na podłączenie do sieci czeka się 7-10 lat. Koszty przeciążenia europejskich sieci energetycznych w 2024 roku wyniosły 4,3 miliarda euro.
Raport Accenture pokazuje, że 56 procent dużych firm europejskich nie widzi realnych korzyści z inwestycji w AI. Średni europejski pracownik wytwarza dziś tylko 76 procent tego, co jego amerykański odpowiednik – 30 lat temu ta produktywność była równa. Mario Draghi w swoim raporcie o konkurencyjności UE ostrzega wprost: wewnętrzne bariery regulacyjne w Europie odpowiadają 45-procentowej taryfie na towary przemysłowe i 110-procentowej opłacie na usługi.
Zielony Ład, który miał być wizytówką Europy, stał się kamieniem młyńskim u szyi kontynentu. Dyrektywa o efektywności energetycznej wymusza szczegółowe raportowanie wskaźników zrównoważonego rozwoju. Wszystkie centra danych mają osiągnąć neutralność klimatyczną do 2030 roku. AI Act nakłada kolejne warstwy biurokracji. Podczas gdy Chiny i USA pompują setki miliardów dolarów w infrastrukturę bez oglądania się na limity fiskalne, budżet UE wynosi zaledwie 1 procent PKB. Instrument Odbudowy i Odporności wygasa w 2026 roku – kończy się europejski zastrzyk finansowy.
Paradoks jest bolesny: Europa chce być liderem w technologii, jednocześnie celowo uniemożliwiając sobie to poprzez najdroższą energię na świecie i najbardziej restrykcyjne regulacje. Kontynent, który dał światu rewolucję przemysłową, dziś patrzy bezradnie, jak giganci z innych kontynentów budują fundamenty pod kolejną rewolucję technologiczną. Nie na laboratoryjnych stołach, lecz w elektrowniach i na liniach wysokiego napięcia rozstrzygnie się, kto zdominuje gospodarkę przyszłości. I wszystko wskazuje na to, że Europa zostanie daleko z tyłu.
[Najstarsi górale pamiętają „Księży Patriotów” pod przewodnictwem księży Czuj i Huet. Często prowadzącym ich zebrania plątał się język.. A ja pamiętam z sowieckiego Uzbekistanu „Związek Patriotów Polskich ” Wandy Wasilewskiej. M. inn. ci Żydzi przejęli magazyny rządu Sikorskiego pomocy Polakom – a wobec mojej Matki, która protestowała -ogłosili bojkot. Tow. Katz natychmiast zakazał katolickich uroczystości. To był Namangan w Dolinie Fergańskiej. md]
Leon XIV przyjmuje chińskiego biskupa, który właśnie zamknął kościół
5 grudnia Watykan ogłosił konsekrację biskupią księdza Francesco Li Jianlina na nowego biskupa prefektury Xinxiang w Henan w Chinach.
Liturgia odbyła się w kościele Weihui, a celebrował ją biskup Li Shan z Pekinu. Stoi on na czele kontrolowanego przez państwo Chińskiego Patriotycznego Stowarzyszenia Katolickiego.
Li Jianlin jest drugim biskupem wybranym podczas papieskiego bezkrólewia po śmierci papieża Franciszka.
Nominacja została formalnie zatwierdzona przez papieża Leona XIV 11 sierpnia. Wiąże się to z przyjęciem „rezygnacji” podziemnego biskupa Giuseppe Zhang Weizhu z Xinxiang.
Lojalny katolicki biskup wymazany z pamięci
Oficjalny chiński raport nie wspomina o papieskiej aprobacie i pomija wszelkie odniesienia do biskupa Zhang Weizhu. Mianowany [wyświęcony md] przez Papieża w 1991 roku, nigdy nie został uznany przez Pekin. Przez dziesięciolecia zmagał się z aresztowaniami, ograniczeniami i represjami, ponieważ odmówił przystąpienia do Stowarzyszenia Patriotycznego.
Jeden znaczący epizod miał miejsce w 2021 roku, kiedy policja zlikwidowała tajne seminarium, które prowadził. Policja zaatakowała seminarium i zamknęła je. Kilku księży i seminarzystów zostało aresztowanych, niektórzy byli przetrzymywani przez tygodnie lub miesiące. Sam biskup Zhang został zatrzymany i poddany różnym represjom.
Nowy biskup zamknął kościół
Z kolei Li Jianlin od dawna jest głęboko zaangażowany w państwowe zarządzanie religią, pełniąc funkcję wicedyrektora i sekretarza generalnego Komitetu Spraw Katolickich Henan. Był uważany przez władze państwowe za wiarygodną postać.
W 2018 roku Li był współ-sygnatariuszem skandalicznej dyrektywy prowincjonalnej zakazującej wszystkim nieletnim poniżej 18 roku życia wstępu do kościołów – jednego z najbardziej wyraźnych ograniczeń wolności religijnej w Chinach.
AsiaNews.it donosi, że zaledwie kilka dni przed wyświęceniem Li, kościół w Xuchang został siłą zamknięty i zapieczętowany ciężką kłódką po tym, jak władze odkryły, że dzieci weszły do kościoła i grały na instrumentach muzycznych.
Oficjalne zawiadomienie nakazało zawieszenie wszystkich działań w celu „naprawy”.
Nakaz zamknięcia został podpisany nie przez policję, ale bezpośrednio przez Stowarzyszenie Patriotyczne i Komitet do Spraw Kościelnych, kierowany przez samego Li
MD:
Nie możemy się dowiedzieć, ile milionów Wiernych liczy Kościół podziemny w Chinach.
Gdyby ktoś z czytelników miał dostęp do danych wiarygodnych…
Jak to wygląda w Chinach, w obu Koreach, w Wietnamie i okolicach.
Dziesięć lat po zakończeniu polityki posiadania „jednego dziecka”, komunistyczne Chiny nie mogą powrócić do wzrostu demograficznego. Trzeci rok z rzędu liczba ludności tego komunistycznego kraju spada, liczba zgonów przewyższa liczbę urodzeń.
Społeczeństwo się starzeje, a na ulicach Pekinu, Kantonu i Szanghaju pojawia się coraz więcej ludzi o siwych włosach, niż dziecięcych wózków. Populacja Chin szacowana jest obecnie na 1,408 miliarda. Jednak wskaźnik urodzeń spada od trzech lat.
Po 1979 roku w Chinach małżeństwa nie mogły mieć więcej niż jednego dziecka. Władze komunistyczne uznały rosnącą populację za zagrożenie dla stabilności kraju i chciały kontrolować tempo wzrostu populacji. Skutki tez „inżynierii demograficznej” dzisiaj odbijają się w Pekinie czkawką. Polityka jednego dziecka obowiązywała przez ponad trzy dekady i została zmieniona dopiero w 2015 roku (na posiadanie dwójki dzieci i w 2021 roku (limit na parę został podniesiony do trójki).
Chińczycy przyzwyczaili się jednak do „jedynaków”, a rosnący dobrobyt i chęć korzystania z konsumpcji też zrobiły swoje. Dodatkowo ze spadkiem liczby urodzeń we wcześniejszych latach, piramida wieku uległa odwróceniu. Przybyło osób starszych, a ubyło par w wieku rozrodczym. Według danych Banku Światowego, współczynnik dzietności – czyli średnia liczba dzieci urodzonych przez Chinki w ciągu życia – wynosił 1 dziecko na kobietę w 2023 roku.
Dochodzi do tego nierównowaga płci, będąca bezpośrednim skutkiem polityki jednego dziecka. Rodziny wolały chłopców, niż dziewczynki i znając płeć nienarodzonych dzieci uciekały się do aborcji. Według chińskiej agencji informacyjnej ECNS, najnowszy spis powszechny z 2024 roku wykazał, że na 100 kobiet przypada w Chinach około 104,34 mężczyzn.
Paradoksalnie, ograniczenia w liczbie dzieci, miały eliminować problemy ekonomiczne, a obecnie starzenie się społeczeństwa stanowi właśnie ekonomiczne obciążenie dla państwa. Eksperci twierdzą, że z ekonomicznego, społecznego i politycznego punktu widzenia i w perspektywie nadchodzących lat, demografia pozostaje najważniejszym wyzwaniem dla tego kraju.
Dużych zmian nie będzie, bo posiadanie dziecka jest drogie i sytuacja w Chinach przypomina coraz bardziej procesy społeczne w Japonii czy Korei Południowej. Pary mają mniej dzieci, bo rosną koszty utrzymania, a kobiety też coraz częściej zajmują ważne pozycje na rynku pracy. Programy publiczne też nie wystarczają, by złagodzić dodatkowe wydatki.
Według raportu YuWa Demographic Research Institute z 2024 roku; średni koszt wychowania dziecka w Chinach do 18. roku życia wynosi 538 000 juanów, czyli około 65 000 euro. Kwota ta stanowi ponad sześciokrotność rocznego chińskiego PKB per capita.
Także chiński system emerytalny zmusza rodziny do oszczędzania na potrzeby starszych rodziców i na własne emerytury. Młodsze pokolenia często muszą utrzymywać zarówno rodziców, jak i dzieci, co stanowi finansowe wzywanie. Rząd ostatnio wdrożył szereg środków pro-natalnych. M.in. roczną premię 3600 juanów, czyli około 430 euro, na każde dziecko poniżej trzeciego roku życia, a nawet podarunki w postaci telefonów.[żeby te dzieci robili przez telefon. md] Pewne zachęty stosują odrębnie poszczególne prowincje. Jednak wyraźnie takie działania nie przynoszą rezultatów.
Niedziela, weekend. Dzień wolny od pracy. Wielu Polaków więc włącza sobie internet i buszuje, czytając, co tam nowego się na świecie wydarzyło. Jedni skręcają na prawo, jakieś Niezalezne.pl czy inne Republiki (wiem, że PiS nie ma wiele wspólnego z prawicą), inni skręcają w lewo. Jakieś „Wyborcze”, „Newsweeki” i inne OKO.pressy. A jeszcze inni celują w środek, jakieś typowe portale z newsami o wszystkim: „Onet”, „Interia” czy też „Wirtualna Polska”. I tak trafiają na „Interię”.
A na „Interii”, w to niedzielne południe, taka oto strona główna:
Niby nic nadzwyczajnego. Ale jednak coś nadzwyczajnego. Artykuł pod tytułem „Brytyjczycy siedzą w kieszeni u Chińczyków. Ujawniono porażające dane”.
Jak to, Brytyjczycy zostali kupieni przez Chińczyków? Brytyjscy politycy i arystokraci zadłużają się w chińskim bankach, a nie u Rothschildów? Brytyjscy politycy z czołówki władzy mają chińskie Esterki u boku? No nie może być. Chińczycy opanowali Wielką Brytanię! Zupełnie jak Niemcy w 1940 (no prawie, Polacy przeszkodzili)! Trza iść im na ratunek! Szable w dłoń, lance w dłoń, chińskich komunistów goń goń goń!
Jeżeli myślicie państwo, że żartuję, oświadczam, że sprawa jest naprawdę poważna. Wedle polskich polityków Wielka Brytania, kraj, który notorycznie robił nam samobójcze powstania i pakował nas w wojny na dwa fronty, jest naszym przyjacielem tudzież sojusznikiem. A jeżeli ktoś okupuje sojusznika, to przecież trzeba mu przyjść z odsieczą. A jeżeli nie, to co najmniej trzeba nienawidzić Chińczyków. Bo przecież kupili naszego sojusznika. A jak kupili to i go niszczą. Bo przecież spójrzcie państwo, moi drodzy rodacy, na Wielką Brytanię. Zobaczcie ile Keir Starmer, brytyjski premier z chińską żoną Cing Ciong Jew, nasprowadzał imigrantów, aby Pekin mógł opanować i zniszczyć Brytanię. Zobaczcie, jak dużo tego multikulturalizmu kontrolujący Londyn Chińczycy tam narobili.
Po tym ironicznym wstępie przejdźmy do konkretów.
Według tegoż artykułu „Interii” Chińczycy w drugim z najważniejszych centrów finansowych świata (stolica Wielkiej Brytanii nim jest) posiadają aktywa o wartości, uwaga, 190 mld funtów. Zrozumcie proszę tę kwotę – 190 mld funtów. Arabia Saudyjska, która nijak nie kontroluje ani nie rządzi Stanami Zjednoczonymi, posiada tam aktywa o wartości około 800 mld dolarów. Tak, Stany Zjednoczone mają większą gospodarkę. Nikt jednak nie mówi, że USA siedzą w kieszeni u Saudyjczyków. Administracja Bidena pokazała zresztą, że Saudyjczycy nie będą panoszyć się, jak im się to żywnie podoba. Republikanie, fakt, są dużo bardziej satrapii ze stolicą w Rijadzie przychylni.
Nie znajdziecie więc państwo artykułu o tym, że Amerykanie siedzą w kieszeni u Saudów. Bo nie siedzą. Tak jak Brytyjczycy nie siedzą w kieszeni u Chińczyków. Oba te kraje anglosaskie siedzą wszak w kieszeni kogoś innego. Żydów.
Nie będę pisał tutaj historii przejmowania kontroli nad USA przez żydostwo. Działo się to szczególnie intensywnie w latach 1950. i 1960. W 1956 roku amerykańska marynarka wojenna chciała strzelać do Izraelczyków, aby powstrzymać ich agresję na Egipt. W 1967 roku to Izraelczycy strzelali do Amerykanów, do USS Liberty, a Amerykanie ten akt terroru zatuszowali. I pozwolili Syjonistom na broń atomową.
Zajmę się wszak Wielką Brytanią. To, że obecny prezydent USA, „obrońca chrześcijaństwa”, jest dumny z tego, że jego córka przeszła na judaizm i ożeniła się z mężczyzną, którego ojciec kręcił ze swoim szwagrem i podstawioną prostytutką filmy pornograficzne, aby mieć na niego element nacisku, za co poszedł do więzienia, wszyscy zapewne wiemy. Skupmy się na Wielkiej Brytanii, istocie tego artykułu.
„Declassified UK” to brytyjska witryna, którą można mniej więcej porównać do mojej działalności. Pisze o tym, o czym inni nie piszą. Nie, żebym się jakoś tam do nich porównywał w sensie zasięgów oraz intensywności pracy, ale podobieństwo z pewnością jakieś jest i to niemałe.
W roku ubiegłym, przy okazji zmiany władzy w Wielkiej Brytanii, strona ta bardzo mocno zainteresowała się tym, w czyjej kieszeni siedzą brytyjscy politycy. Nie doszli rzecz jasna do wniosków, że siedzą w kieszeni Chińczyków. Bądźmy poważni. „Declassified UK” to poważna witryna, a nie jakieś dzieci z piaskownicy.
Po prześledzeniu funduszy jakie otrzymali brytyjscy politycy, którzy do 2024 roku zasiadali w tamtejszym parlamencie, wyszło, że 180 z 650 z nich przyjęło wsparcie finansowe od chińs…. yyy… przepraszam, już się pogubiłem. Przyjęło fundusze od żydostwa oczywiście. I ich lobby. Nie będziemy wymieniać nazwisk wszystkich, szkoda na to czasu. Wspomnijmy jedynie, że chodzi o kwotę łączną ponad 1 miliona funtów. 130 z tych polityków to członkowie Partii Konserwatywnej, 41 pochodzi z Partii Pracy, trzej to Liberalni Demokraci. Pozostałe 6 to reprezentanci mniej istotnych sił.
W czyjej więc kieszeni siedzą brytyjscy politycy? Cóż, przecież my w Polsce, my świadomi Polacy, dobrze wiemy kto rządzi krajami anglosaskimi. I że nie są to ani Chińczycy, ani Rosjanie ani też Marsjanie.
Teraz zajmijmy się żoną obecnego brytyjskiego premiera Keira Starmera oraz jego rządami. Skoro Chińczycy kontrolują poprzez swoje aktywa Wielką Brytanię, to i powinni także najważniejszym politykom dostawiać chińskie Esterki. Czy więc żona brytyjskiego premiera rzeczywiście ma chińskie imię i nazwisko i pochodzi z pradawnego chińskiego rodu znad Rzeki Żółtej? No, niezupełnie.
Skoro wiemy, że jedna trzecia posłów Partii Konserwatywnej Wielkiej Brytanii siedzi w kieszeni u Żydów, 80% posłów z tej partii należy do grupy parlamentarnej Konserwatywni Przyjaciele Izraela, a żydowskie lobby opłaciło 187 podróży posłów tzw. brytyjskiej prawicy do Izraela, w tym w trakcie ludobójstwa w Strefie Gazy, przyjrzyjmy się jak to wygląda na lewicy. Bo przecież może wyglądać inaczej, nieprawdaż?
Istotnie wygląda nieco inaczej. „Tylko” 41 z 205 posłów z Partii Pracy siedziało w 2024 roku w kieszeni u Żydów. Za to gabinet premiera Keira Starmera to już prawdziwy Izrael.
Keir Starmer, mąż żydówki Wiktorii Aleksander (a nie żadnej Chinki, Rosjanki czy Marsjanki), obstawił swój gabinet ludźmi, którzy bardzo lubią żydowskie fundusze. Jak podaje Declassified UK ponad połowa jego gabinetu, przyjmowała pieniądze od lobby. Proizraelskie lobby sfinansowało 13 z 25 członków gabinetu lewicowego premiera Starmera. I tak, fundusze od lobby przyjęła jego zastępczyni, jego kanclerz, jego minister spraw zagranicznych oraz szef MSW. Sekretarz ds. handlu w gabinecie Starmera, nadzorujący eksport broni do Izraela, także otrzymał fundusze od żydowskiego lobby.
Łącznie członkowie rządu Starmera otrzymali od lobby proizraelskiego ponad 300 000 funtów.
Podsumujmy więc: lobby proizraelskie sfinansowało 1/3 parlamentarzystów Partii Konserwatywnej, niemal 1/4 posłów Partii Pracy, ponad połowę gabinetu premiera Starmera a jego żona jest żydówką. On zresztą sam ma pochodzenie żydowskie, a jego dzieci wychowywane są w żydowskiej tradycji.
Którzy Brytyjczycy, „Interio”, siedzą więc w kieszeni u tych Chińczyków?
Tak wygląda byłe brytyjskie terytorium kontrolowane przez Chińczyków. To Hongkong oczywiście. Zdjęcie pochodzi z roku 2014.
A tak wygląda brytyjskie terytorium niekontrolowane przez Chiny. To Londyn. Zdjęcie z 2017 roku.
Widzimy różnicę?
A jak ktoś jej nie rozumie, to wyjaśniam. Około 60% wieżowców w Hongkongu powstało po 1997 roku, po tym, jak terytorium to zostało przekazane przez Brytyjczyków Chinom. Po 2000 roku tempo rozwoju miasta jeszcze bardziej przyspieszyło. Po 2010 roku jeszcze bardziej. Zarówno Hong Kong jak i Londyn to ważne międzynarodowe centra finansowe. W Hongkongu w 2024 roku PKB na osobę według parytetu siły nabywczej (najbardziej wiarygodny wskaźnik porównania rzeczywistego standardu życia w różnych państwach), wyniosło 82 tys. dolarów. W Londynie ten sam wskaźnik w 2024 roku wyniósł 61 tys. dolarów. W Wielkiej Brytanii 60 tys. dolarów.
Autorstwo i zrzuty ekranów: Terminator 2019 Zdjęcia: Dronepicr (CC BY 3.0), Estial (CC BY-SA 4.0) Źródło: WolneMedia.net
Podczas wrześniowej wizyty prezydenta Putina w Chinach zapadła polityczna decyzja i liderzy trzech zainteresowanych państw – Rosji, Chin i Mongolii – publicznie o tym zakomunikowali.
Postanowiono zbudować rurociąg gazowy, łączący te państwa. To przełom w negocjowanym od wielu lat projekcie „Siła Syberii 2”. Strona handlowa jest jeszcze niedopracowana, obowiązuje jako „prawnie zobowiązujące memorandum”, ale budowa rurociągu już postępuje.
Dzisiaj z Rosji do Chin płynie już więcej gazu ziemnego niż do Europy. Rurociągiem Siła Syberii 1, długości ponad trzech tysięcy kilometrów, do północno-wschodnich Chin dociera 38 mld metrów sześciennych gazu. Jednak wkrótce ta szybko rozwijająca się fabryka świata (a więc i pożerająca coraz więcej energii) może przejąć całkowicie te wolumeny, z których zrezygnowała Europa.
Bruksela, pomimo zdecydowanego oporu wielu państw, skutecznie odcięła bowiem Stary Kontynent od zasobów energetycznych Wielkiej Ziemi. W tym roku dostawy rosyjskiego gazu do Europy utrzymują się jedynie dzięki Tureckiemu Potokowi. Ale Bruksela dalej czyści rynek z rosyjskiego gazu, gdyż Ursula von der Leyen obiecała to Donaldowi Trumpowi podczas audiencji (https://myslpolska.info/2025/08/15/ameryka-europa-15-0/), udzielonej jej na prywatnym polu golfowym amerykańskiego potentata.
Niewiele już tego zostało – w tym roku udział rosyjskiego gazu spadł poniżej 10% całości importu i będzie to tylko 25 mld m3. W ubiegłym roku import wyniósł 52 mld, i jeszcze wtedy było to więcej niż dostawy rosyjskie do Państwa Środka. Jednakże w szale de-rusyfikacji Unia skazuje swoją gospodarkę na drogie surowce energetyczne, jednocześnie oddając bogate syberyjskie złoża swemu największemu konkurentowi – Chinom.
W czasie wrześniowej wizyty podjęto jednak nie tylko decyzję o budowie rurociągu przez Mongolię. Uzgodniono także zwiększenie dostaw o 6 mld m3 gazu rocznie działającym już gazociągiem. Wcześniej, na trzy tygodnie przed wybuchem wojny ukraińskiej, Rosja i Chiny zawarły kontrakt na dostawy kolejnych 10 mld m3 gazu rocznie z Sachalina. To tak zwana „Siła Syberii 3”. Ten kontrakt został dzisiaj także zwiększony do 12 mld m3. Podsumowując, zakontraktowano wzrost eksportu o 18 mld m3, czyli łącznie (być może już w przyszłym roku) będzie to 56 mld m3. A jeśli dojdzie do tego 50 mld m3 ruszającej z bloków startowych „Siły Syberii 2”, rosyjskie dostawy lądem do Chin od 2030 roku przekroczą 100 miliardów. To już 2/3 niedawnych dostaw do Europy.
Dla Rosji przełomowym efektem nowego rurociągu będzie również fakt, że do Chin dotrze gaz ze złóż Półwyspu Jamał, które do tej pory były zarezerwowane dla Europy. Przeogromne tamtejsze zasoby były przeznaczone wyłącznie na zachodni kierunek. Teraz już powstaje infrastruktura, która odprowadzi je na południe – do rozwijających się (i potrzebujących energii) regionów Syberii i dalej do Mongolii i Chin.
Syberyjski gaz zaczyna zasilać rynek, który rośnie jak na drożdżach, gdy europejski kurczy się. Od 2008 roku zużycie gazu w EU zmniejszyło się o 23%, czyli prawie 100 miliardów m3 (to 5-krotność polskiego zużycia). W tym samym czasie Chiny 5-krotnie zwiększyły swoje gazowe potrzeby, zużywając o 350 mld m3 gazu więcej niż 15 lat wcześniej. To więcej niż dzisiaj zużywa całą Unia!!!
A przecież przynoszące wzrost zużycia gazu z Rosji europejskie relacje budowały się ponad pół wieku. Z Chinami można mówić jedynie o dziesięcioleciu, gdyż pierwszy kontrakt podpisano w 2014 roku, a gaz płynie od końca 2019 roku. Idzie więc Chińczykom znacznie szybciej niż nam wcześniej. A rosnące napięcia geopolityczne będą tylko zwiększać atrakcyjność dostaw lądowymi rurociągami.
Rzeczywiście, Chińczycy płacą taniej za gaz niż Europa a Rosja straciła najdrożej płacący za gaz rynek na świecie. Ale naprawdę trzeba być pozbawionym świadomości własnych interesów, żeby wytykać to Rosji, zamiast pomyśleć, że coś tu, u nas, powtarzam – u nas, coś tu nie gra. Skoro z powodów czysto geopolitycznych Europa znacznie drożej płaci za ten surowiec, to chyba coś tu nie gra.
Jeśli rezygnujesz z największych złóż i najtańszych dostaw surowców energetycznych, tracisz własny przemysł, skazując go na wysokie ceny energii, i niszczysz konkurencyjność własnej gospodarki… Przy tym oddajesz te surowce największemu konkurentowi, który wycina cię z rynków całego świata…
To chyba jednak gdzieś popełniłaś błąd, Brukselo… A może tak jak kiedyś wszystkie szaleństwa usprawiedliwiała walka ze zmianami klimatu, tak teraz niedyskutowalnym argumentem jest walka z Rosją?
Jednym z najważniejszych wyzwań współczesnej geopolityki i geoekonomii jest konieczność dostrzeżenia ich humanistycznego wymiaru.
Postępująca od lat 80-tych XX wieku finasjalizacja relacji stosunków międzyludzkich nieuchronnie doprowadziły do postawienia fundamentalnych pytań: jak daleko można się posunąć, komercjalizując ludzkie życie? Jak wiele z człowieczeństwa można wystawić na sprzedaż, by dana osoba pozostała dalej człowiekiem?
Czy istniejemy poza siecią?
Zagadnienia, które jeszcze niedawno należały raczej do sfery science-fiction – dziś muszą być poważnie rozpatrywane przez odpowiedzialnych kierowników polityki. W szczególności dotyczy to narodów nie poddających się łatwo dominującym trendom cywilizacyjnym i przywiązanych do własnych wartości. Musimy zrozumieć, że postępująca cyfryzacja naszego funkcjonowania jako podmiotów rynkowych: podatników, pracowników, pracodawców – stopniowo skupia naszą uwagę właśnie na objawach naszej aktywności istniejących wyłącznie cyfrowo, w internecie. W realiach obecnego stadium kapitalizmu coraz trudniej jest nam udowodnić, że zwyczajnie istniejemy, jeśli nie przedstawimy w tym zakresie dowodów naszej aktywności w sieci, w systemie bankowym, a najlepiej osobnego cyfrowego ID, w ramach którego dane te są gromadzone i podlegają dalszej komercjalizacji i obrotowi handlowemu.
Faktycznie w ramach obecnego etapu kapitalizmu istniejemy jako modele, monitorowane, finansjalizowane i komercjalizowane przez algorytmy, górnolotnie nazywane obecnie AI. Umówmy się, gdyby ktokolwiek z uczestników niniejszej konferencji zniknął bez śladu – platformy sprzedażowe oraz społecznościowe, na których jest zalogowany byłyby bez większego trudu zdolne do wykreowania profilu klienckiego kontynuującego zwyczaje, zakupy i dane wyszukiwania zaginionego. Jest to absolutny klucz do zrozumienia na jakim etapie kapitalizmu znajdujemy się obecnie. W rzeczywistości nie są już potrzebni na masową skalę wytwórcy, w każdym razie na pewno nie w Europie, ale także – paradoksalnie – w coraz mniejszym zakresie potrzebni są konsumenci.
Nie będzie jak dawniej
Podobno generałowie zawsze przygotowują swoje kraje do wojen, które już zostały przegrane. Podobnie rzecz się ma z ekonomistami; są gotowi tylko na historyczne kryzysy. Choć skutki globalizacji i mechanizmów dla uproszczenia nazywanych niegdyś liberalizmem-reaganizmem-thatcheryzmem są oczywiste już od kilku dekad – głównonurtowa ekonomia skupia się na łataniu dziur dochodowych rosnącą spiralą zadłużenia, zaś politycy coraz wyraźniej przychylają się do poglądu, że kolejna wojna światowa wydaje się zupełnie akceptowalną alternatywną dla nieuchronnej katastrofy.
W tych okolicznościach podstawowym problemem Rosji jest, że jej rządzący chcieliby, żeby było jak poprzednio, a Chin, że wolałyby, żeby nic się nie zmieniło w stosunku do stanu obecnego.
Obie to postawy, niestety, grzeszą anachronizmem. Patrząc z perspektywy Zachodniej Europy, gdzie mieszkam, można sobie wprawdzie wyobrazić dwa scenariusze:
W ramach pierwszego gwarantem obecnego modelu kapitalizmu byłby dostęp do tanich surowców energetycznych, dostarczanych przez Rosję, ale oznaczałoby to zakończenie absurdalnej co do samej zasady wojny na Ukrainie,
W ramach drugiego modelu – nie sprzecznego z pierwszym – dla tzw. transformacji energetycznej i stopniowego wzmocnienia sektora tzw. energii ze źródeł odnawialnych absolutnie niezbędna jest kooperacja z Chinami, produkującymi niezbędne komponenty dla zaawansowanych instalacji off i on-shore oraz mobilności elektrycznej. Nie mówiąc już o tym, że to wciąż Chiny i kontrolowane przez Pekin szlaki komunikacyjne gwarantują trwanie konsumpcyjnego modelu kapitalizmu, zaopatrywanego przez fabryki Azji Południowo-Wschodniej.
A jednak scenariusze te, pomimo oczywistych wielostronnych korzyści i gwarancji stabilności – nie są realizowane.
Oni już nie potrzebują ludzi
Nasi panowie zachowują się tak, jakby w jakimś szaleńczym odruchu nie potrzebowali ani rosyjskiej energii, ani chińskich REE i azjatyckiej produkcji. Sytuacja wygląda, jakby Zachód po prostu już więcej nie potrzebował zwykłych ludzi, jakoś tam pracujących, coś tam konsumujących, po prostu do tej pory funkcjonujących codziennie jako może wstydliwy, ale niezbędny element systemu.
Co zatem, jeśli staliśmy się zbędni? Jeśli już nie musimy ani pracować na większe zyski naszych panów, ani kupować, by zapewniać stabilność obrotu finansowego? Jeśli wartość pieniądza tak dalece oderwała się od pracy, że nikt już nie zauważa tego związku, bo ważniejsze jest oprocentowanie obrotu kapitałowego? Czy jesteśmy pewni, że chodzi tylko o przyznanie nam dodatkowego czasu na aktywność sportową lub artystyczną? A może po prostu staliśmy się już zbędnym kosztem?
Paradoks polega na tym, że codziennie społeczeństwa Zachodu są karmione newsami o tym jak wielkim zagrożeniem dla ich stylu życia są Rosja i Chiny. Tymczasem to właśnie Moskwa i Pekin robią najwięcej, by uratować choćby resztki konsumpcyjnego kapitalizmu, gwarantującego przy okazji pewną stabilność stosunków międzynarodowych. Moim zdaniem zresztą dwa najbardziej obiecujące mocarstwa świata popełniają w ten sposób błąd, ponieważ tego co było nie da się uratować.
Inny system światowy
Rosja i Chiny stoją dziś przed gigantycznym wyzwaniem, które być może przekracza horyzont elit politycznych tych krajów. Jakakolwiek forma stabilizacji, normalizacji, rzekomego powrotu do wcześniejszych relacji, suflowana przez obecną administrację Stanów Zjednoczonych – byłaby katastrofą i kapitulacją. Czy jednak w Moskwie i (zwłaszcza) w Pekinie znajdą się siły zdolne do stworzenia alternatywnego systemu, innego niż liberalny (co ważne dla Rosji), ale zachowującego elementy globalne (co jest kluczowe dla Chin)?
Alternatywa nie sprowadza się wyłącznie do wojny światowej i zniszczenia ludzkości jaką znamy (przy zachowaniu życia, majątku i poziomu życia górnego 1%). Odrzucenie związanej z Moskwą i Pekinem wizji stworzenia systemu, który korzystałby łącznie ze wzorców zarówno wolnej wymiany handlowej (jak w Chinach) i wspólnotowości (jak historycznie w Rosji) oznaczałoby katastrofę i oddanie pola czemuś, co z braku lepszych nazw nazywa się transhumanizmem, gdy ja wolę nazwę antyhumanizm. Człowiek, który nie jest ani producentem, ani konsumentem, po prostu przestanie być potrzebny jako byt – wszak wystarczy, by aktywny był tylko jego awatar, wykonujący podstawowe i wymagane funkcje rynkowe!
Rosja i Chiny mogą zatem nie chcieć się widzieć w roli cywilizacyjnej, wręcz gatunkowej. Zarówno w Moskwie, jak i Pekinie bardzo silne są tendencje, by „po prostu robić interesy”, co jednak dowodzi raczej naiwności niż realizmu. Niestety, ale już nie będzie „jak dawniej”.
Ostatnim pytaniem zostaje zatem czy po wszystkich stronach są jeszcze ludzie zdolni zawrzeć wielostronnie korzystne umowy oparte na rachunku ekonomicznym, biorąc pod uwagę szanse na przetrwanie człowieczeństwa w formie jaką znamy – czy też to wszystko uczyni algorytm uznający ludzkość za nieistotny punkt w kosztorysie.
Konrad Rękas
Wystąpienie na konferencji Cooperation between Europe and Russia in the New Geopolitical Context: Reconciliation or Continued Confrontation? zorganizowanej przez Rosyjską Akademię Nauk we współpracy z serbskim Centrum Studiów Geostrategicznych w Moskwie, 17 października 2025 r.
NCZAS.INFO | Popularność Grzegorza Brauna wywołuje coraz większy popłoch wśród reprezentantów narzuconego nam systemu. / Foto: PAP
Burza wokół chińskiego statku, płynącego z pomocą rosyjskich lodołamaczy, który ma zawinąć do portu w Gdańsku. Do sprawy odnieśli się m.in. Stanisław Żaryn, Rafał Otoka-Frąckiewicz oraz Grzegorz Braun.
„Statek Istanbul Bridge to kolejny już statek handlowy płynący z Chin do Europy szlakiem północnym. Fakt, że Chiny utrzymują a nawet intensyfikują tę drogę morską, a portem docelowym był Gdańsk, generuje poważne zagrożenia dla Polski. Jesteśmy wciągani w niebezpieczną współpracę” – ocenił na portalu X Stanisław Żaryn.
„Fakt, że polski port był portem docelowym świadczyć może o tym, że Chiny będą chciały mocniej wciągać Polskę we współpracę, co oznaczało będzie wzmocnienie pozycji chińskiej w Polsce. A to wiąże się ze strategicznymi zagrożeniami dla RP” – grzmiał.
„Polska została wciągnięta w de facto wspólną operację chińsko-rosyjską, bowiem trasa północna jest nie do przejścia bez pomocy rosyjskich okrętów i lodołamaczy. Otwarcie się na współpracę będzie generowało wobec powyższego problemy. Nie bez znaczenia jest fakt, że w ostatnich tygodniach w Polsce szereg wizyt odbył szef MSZ Chin” – wyliczał.
Do słów byłego rzecznika służb specjalnych odniósł się Rafał Otoka-Frąckiewicz, parafrazując jego wypowiedź. „Zrobimy wszystko co w naszej mocy, żeby towary z Chin transportowane przez Szlak Północny nie trafiały do Gdańska. Hamburg powinien być ich ostatnim portem tak, żeby ani grosz z wrażej chińskiej gospodarki nie trafił nad Wisłę” – ironizował publicysta.
„Należy także pamiętać, że 150 statków które skorzystało z tej trasy w tym roku to nic przy samym Kanale Sueskim, który mimo licznych blokad i zagrożeń odnotował spadek frachtu o 70%, a i tak przepuścił ponad 20 tysięcy statków” – dodał.
„Kanał Sueski należy więc zbombardować by zadać ostateczny cios Chinom” – napisał.
„Otwartym pozostaje pytanie co zrobić z Przylądkiem Dobrej Nadziei. Tutaj swoją ufność pokładam w globalnym ociepleniu i odparowaniu tamtejszej wody morskiej – @StZaryn, były rzecznik polskich służb specjalnych” – zakończył Otoka-Frąckiewicz.
Zrobimy wszystko co w naszej mocy, żeby towary z Chin transportowane przez Szlak Północny nie trafiały do Gdańska. Hamburg powinien być ich ostatnim portem tak, żeby ani grosz z wrażej chińskiej gospodarki nie trafił nad Wisłę. Należy także pamiętać, że 150 statków które skorzystało z tej trasy w tym roku to nic przy samym Kanale Sueskim, który mimo licznych blokad i zagrożeń odnotował spadek frachtu o 70%, a i tak przepuścił ponad 20 tysięcy statków. Kanał Sueski należy więc zbombardować by zadać ostateczny cios Chinom. Otwartym pozostaje pytanie co zrobić z Przylądkiem Dobrej Nadziei. Tutaj swoją ufność pokładam w globalnym ociepleniu i odparowaniu tamtejszej wody morskiej –
@StZaryn, były rzecznik polskich służb specjalnych.
Stanisław Żaryn @StZaryn 20 paź
Statek Istanbul Bridge to kolejny już statek handlowy płynący z Chin do Europy szlakiem północnym. Fakt, że Chiny utrzymują a nawet intensyfikują tę drogę morską, a portem docelowym był Gdańsk, generuje poważne zagrożenia dla Polski. Jesteśmy wciągani w niebezpieczną współpracę.
============================
149,1 tys. wyświetleń
===========================
Do kwestii chińskiego transportu odniósł się też polski poseł do PE Grzegorz Braun. – Ma potwierdzenie w praktyce trafna diagnoza Romana Dmowskiego sprzed stu lat, że nie brak u nas takich, co bardziej Rosji nienawidzą niż Polskę kochają. Zwrócę Państwu uwagę na to, że kiedy rozmawiamy, to północną drogą, wzdłuż super-kontynentu eurazjatyckiego płynie do Europy kolejny transport z Chin, to akurat turecki statek, rosyjskie lodołamacze – mówił na antenie wPolsce 24 Braun.
– Co to oznacza? To oznacza, że przebiegunowaniu ulega mapa handlu światowego i w Polsce mamy pożytecznych idiotów i może cynicznych lokai, którzy chcieliby udaremnić czerpanie przez Polskę zysków właśnie z tego faktu – dodał.
– Jeżeli Gdańsk miałby stać się portem docelowym tej północnej drogi, no to byłby to czysty zysk dla Polski. Ale są tacy, dla których to jest zmartwieniem, bo są anglosaskimi, żydowskimi, ukraińskimi lokajami i lojalnymi eurokołchoźnikami, którzy wykonują politykę Niemiec, która wolałaby, żeby te statki zawijały do portu, dajmy na to, w Hamburgu, a nie w Gdańsku – stwierdził.
Już jutro do Gdańska zawinie chiński kontenerowiec Istanbul Bridge, który dokonał czegoś, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe. Statek, przewożący ponad 4000 kontenerów, jako pierwszy zrealizował regularne połączenie handlowe z Chin do Europy przez lodowate wody Arktyki, rewolucjonizując tym samym globalny handel morski. Ta przełomowa podróż, która rozpoczęła się 23 września w chińskim porcie Ningbo-Zhoushan, stanowi realizację ambitnej wizji Pekinu, zwanej “Polarnym Jedwabnym Szlakiem”.
Istanbul Bridge wypłynął w pionierską podróż Północną Drogą Morską, trasą biegnącą wzdłuż arktycznego wybrzeża Rosji, która stała się dostępna dla żeglugi dzięki postępującym zmianom klimatycznym i topnieniu lodowców. Zamiast płynąć tradycyjną trasą przez Kanał Sueski, statek skierował się na północ, przecinając Cieśninę Beringa, a następnie pokonując wody Oceanu Arktycznego w rekordowym czasie.
Pierwotnie zakładano, że cała podróż z Ningbo do pierwszego europejskiego portu w Felixstowe (Wielka Brytania) zajmie 18 dni, jednak z powodu sztormu u wybrzeży Norwegii podróż wydłużyła się o dwa dni. Mimo tego opóźnienia, 20-dniowa podróż do Wielkiej Brytanii, a teraz 25-dniowa do Polski, wciąż stanowi imponujące osiągnięcie w porównaniu z tradycyjnymi trasami. Typowy czas transportu kontenerów z Chin do Europy przez Kanał Sueski wynosi 40-50 dni, a w przypadku trasy wokół Przylądka Dobrej Nadziei jest jeszcze dłuższy.
“Ten ekspresowy korytarz arktyczny to przełomowe rozwiązanie dla światowej logistyki,” podkreśla Li Xiaobin, dyrektor operacyjny Sea Legend, chińskiego operatora statku. “Znacząco poprawia terminowość dostaw, redukuje koszty i zwiększa prędkość łańcuchów dostaw, jednocześnie zmniejszając emisję dwutlenku węgla o około 50% w porównaniu z dłuższymi trasami.”
Istanbul Bridge, statek typu Panamax o pojemności do 4843 standardowych kontenerów (TEU), pokonał Północną Drogę Morską w zaledwie 5 dni, płynąc ze średnią prędkością 17 węzłów. Co istotne, dzięki letniemu okresowi nawigacyjnemu, kiedy lód morski jest minimalny, jednostka mogła poruszać się samodzielnie, bez eskorty lodołamaczy. Po wizycie w brytyjskim Felixstowe statek wpłynął do Rotterdamu i Hamburga, by jutro zawinąć do Gdańska, kończąc swoją historyczną podróż.
Dla Chin nowa trasa ma ogromne znaczenie strategiczne. Pozwala na dywersyfikację szlaków transportowych i zmniejszenie zależności od potencjalnie problematycznych punktów, takich jak Cieśnina Malakka czy niestabilny region Morza Czerwonego, gdzie od 2023 roku statki handlowe są atakowane przez jemeńskich rebeliantów Huti. Jednocześnie daje Pekinowi mocniejszą pozycję w handlu z Unią Europejską, trzecią największą gospodarką świata, w czasie napiętych stosunków handlowych ze Stanami Zjednoczonymi.
Jednak ta arktyczna rewolucja budzi również poważne obawy ekologów. Organizacja Clean Arctic Alliance ostrzega, że potencjalne korzyści z redukcji emisji CO2 mogą zostać zniweczone przez inne zagrożenia środowiskowe. “Arktyka jest już pod ogromną presją, ocieplając się czterokrotnie szybciej niż średnia globalna,” alarmuje dr Sian Prior, główna doradczyni organizacji. Eksperci wskazują na ryzyko wycieków paliwa, emisje czarnego węgla (sadzy), hałas zakłócający życie morskiej fauny oraz zwiększone ryzyko kolizji ze statkami. Ponadto region ten nie posiada odpowiedniej infrastruktury ratunkowej, co w przypadku awarii może prowadzić do katastrofy ekologicznej. [To bełkot, jak zwykle w tych sferach dezinformacji. md]
Mimo tych kontrowersji, sukces Istanbul Bridge może oznaczać początek nowej ery w globalnym handlu. Choć obecnie Północna Droga Morska pozostaje niszową trasą – w 2024 roku odnotowano na niej około 100 przepraw wobec 13 000 przez Kanał Sueski – chińscy armatorzy systematycznie rozwijają swoją aktywność w Arktyce. Wiele zachodnich firm żeglugowych, jak MSC czy Maersk, deklaruje jednak, że nie będzie korzystać z tej trasy ze względu na obawy środowiskowe.
Chiny stoją przed bezprecedensowym wyzwaniem demograficznym, które mogłoby zagrozić ich pozycji światowej potęgi przemysłowej. Jednak w obliczu kurczącego się społeczeństwa, potężna armia robotów wkracza do akcji, zapewniając dalsze funkcjonowanie fabryk i utrzymując status “fabryki świata”.
Według najnowszych danych Międzynarodowej Federacji Robotyki (IFR), Chiny zainstalowały rekordową liczbę 295 000 nowych robotów przemysłowych w 2024 roku – więcej niż wszystkie pozostałe kraje razem wzięte. Ta imponująca liczba stanowi ponad połowę globalnych instalacji i przenosi łączną liczbę aktywnych robotów w chińskich fabrykach do bezprecedensowego poziomu 2,03 miliona jednostek.
Masowa robotyzacja nie jest przypadkowym trendem technologicznym, ale strategiczną odpowiedzią na poważny problem demograficzny. Od 2022 roku liczba ludności Chin systematycznie maleje – w ubiegłym roku zmniejszyła się o 1,39 miliona osób. Jeszcze bardziej niepokojące są długoterminowe prognozy ONZ, które przewidują, że do 2050 roku populacja Chin spadnie do 1,26 miliarda, przy czym aż 40% mieszkańców przekroczy 60. rok życia, a zaledwie 10% będzie miało poniżej 15 lat.
Ta demograficzna przepaść bezpośrednio wpływa na rynek pracy. Chińska populacja w wieku produkcyjnym (16-59 lat) skurczyła się z 896,4 miliona w 2019 roku do 875,6 miliona w 2022 roku, podczas gdy liczba osób powyżej 65 roku życia wzrosła ze 176 milionów do 209,78 milionów w tym samym okresie. Trend ten prawdopodobnie będzie się pogłębiał – eksperci przewidują, że do 2100 roku zaledwie 36% Chińczyków będzie w wieku produkcyjnym, w porównaniu do obecnych 59%.
W odpowiedzi na te wyzwania, chińskie fabryki przechodzą gwałtowną transformację. W zakładach, które kiedyś tętniły ludzką aktywnością, dziś słychać precyzyjny, mechaniczny rytm maszyn. Branże tradycyjnie opierające się na intensywnej pracy ludzkiej, takie jak przemysł tekstylny czy elektroniczny, masowo wdrażają zautomatyzowane rozwiązania. Przykładem jest firma Midea, która w ciągu sześciu lat zainwestowała 4 miliardy juanów (622 miliony dolarów) w transformację technologiczną, zwiększając wydajność o 62% i zmniejszając liczbę pracowników o 50 000.
Co istotne, Chiny nie tylko instalują więcej robotów niż jakikolwiek inny kraj, ale także zwiększają udział rodzimych producentów na własnym rynku. W 2024 roku chińscy producenci robotów po raz pierwszy wyprzedzili zagranicznych dostawców, osiągając 57% udziału w rynku krajowym, w porównaniu do średnio 28% w poprzedniej dekadzie. To znaczące przesunięcie w kierunku samowystarczalności technologicznej ma głębokie implikacje geopolityczne, szczególnie w kontekście rywalizacji z USA.
Wpływ tej robotycznej rewolucji na chińskie społeczeństwo jest wielowymiarowy. Z jednej strony, pozwala ona utrzymać konkurencyjność przemysłową mimo malejącej siły roboczej. Z drugiej strony, powoduje fundamentalną restrukturyzację rynku pracy, eliminując miejsca pracy dla pracowników nisko-kwalifikowanych, a jednocześnie tworząc popyt na specjalistów z umiejętnościami technicznymi. Badania wskazują, że około 77% chińskich miejsc pracy jest podatnych na automatyzację, a robotyzacja wywiera znaczący negatywny wpływ na zatrudnienie i płace, szczególnie wśród pracowników o niskich kwalifikacjach, mężczyzn i osób w średnim lub starszym wieku.
Mimo tych wyzwań, Chiny postrzegają robotyzację jako strategiczną konieczność. Rząd aktywnie wspiera tę transformację poprzez inicjatywy takie jak “Robot+ Application Action Plan”, dążąc do podwojenia gęstości robotów w kraju do 2025 roku. Dla Pekinu automatyzacja to nie tylko sposób na utrzymanie pozycji “fabryki świata”, ale także szansa na przejście z produkcji pracochłonnej o niskiej wartości do wytwarzania produktów zaawansowanych technologicznie.
Historyczne cywilizacje upadały, gdy brakowało im zasobów lub ludzi. Chiny, stojąc w obliczu bezprecedensowego spadku demograficznego, budują nowy rodzaj armii – ze stali i algorytmów – aby zabezpieczyć swoją pozycję ekonomiczną. Ten masowy eksperyment zastępowania ludzkiej siły roboczej maszynami nie tylko zdecyduje o przyszłości chińskiej gospodarki, ale stanie się lekcją dla innych starzejących się społeczeństw, w tym dla krajów zachodnich, które w najbliższych dekadach staną przed podobnymi wyzwaniami demograficznymi.
Pomimo obowiązującego do 2018 roku chińsko-watykańskiego porozumienia na temat nominacji biskupich, władze Chińskiej Republiki Ludowej zapowiedziały na 15 października święcenia biskupie ks. Josepha Wu Jianlina. Choć nie ma nominacji papieskiej, ma on zostać biskupem pomocniczym w Szanghaju.
Od czasu zawarcia porozumienia przed siedmiu laty doszło do nominacji mniej niż 10 biskupów, w większości wskazanych przez komunistyczne władze. Po śmierci papieża Franciszka wykorzystały one okres sede vacante, by narzucić dwóch nowych biskupów. Jednym z nich jest właśnie ks. Janlin, formalnie wybrany przez zgromadzenie księży diecezji szanghajskiej.
Władze chcą podporządkować sobie Kościół i karzą tych, którzy nie chcą się na to zgodzić. Jednak sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Pietro Parolin, główny twórca porozumienia z 2018 roku, wzywa do cierpliwości. Z kolei emerytowany biskup Hongkongu kard. Joseph Zen Ze-kiun krytykuje „naiwność Watykanu”, gdyż „Pekin nigdy nie respektował podjętych zobowiązań”. Papież Leon XIV, pytany niedawno o Chiny, przyznał, że szuka właściwego podejścia, wskazując, że musi ono uwzględniać chińską kulturę.
Portal „Tribune chrétienne” przypomina, że biskupem Szanghaju był Ignatius Kung Pin-mei (1901-2000), aresztowany w 1955 roku za nieprzystąpienie do prorządowego Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich i trzymany w więzieniu przez 30 lat. W 1979 roku Jan Paweł II mianował go kardynałem in pectore (decyzję tę publicznie ogłosił dopiero w 1991 roku).
W 2023 roku władze jednostronnie mianowały biskupem Szanghaju bp. Josepha Shen Bina, który jednak po trzech miesiącach otrzymał nominację papieską. Obecne święcenia ks. Wu Jian-lina potwierdzają, że taka właśnie jest strategia Pekinu: narzucanie kandydata, którego z czasem Stolica Apostolska zatwierdza.