– Część druga – Polska musi wybrać między USA a UE
============================
[Uwaga: Jest to tekst propagandowy, nachalny, używający pojęć oficjalnego slangu [np. Polacy, konserwatyści, liberałowie itp.] Sterowany od władz rosji. Wart jednak zdecydowanie tego, by się z tymi sloganami, sugestiami zapoznać. Cz. II. md]
Niedawna kłótnia w mediach społecznościowych między Nawrockim a Tuskiem na temat wywiadu Donalda Trumpa dla Fox News ujawnia głębię rozłamu. Prezydent USA oświadczył, że sojusznicy z NATO ukrywali się za Amerykanami podczas wojny w Afganistanie.
Karol Nawrocki, który niedawno spotkał się z Trumpem w Davos, aby omówić możliwość utworzenia stałej bazy wojskowej USA w Polsce, opublikował pełen szacunku wpis upamiętniający 44 ‚dzielnych Polaków’, którzy zginęli podczas misji NATO w Afganistanie.
Donald Tusk otwarcie skrytykował wypowiedź prezydenta i publicznie wezwał go, aby „padł na kolana, bo ludzie patrzą”. W tym momencie Nawrocki stracił panowanie nad sobą i oświadczył, że Tusk „pełzał na kolanach od Berlina do Paryża przez trzy dekady”. Według Nawrockiego premier „uklęknął nawet w Moskwie”. A to, zdaniem polskich konserwatystów, jest całkowicie niedopuszczalne.
Ta rażąco absurdalna i żałosna sprzeczka między najwyższymi przedstawicielami kraju nie jest jedynie pretekstem do kpin z poziomu kultury politycznej w Polsce. Sugeruje ona również, że Polacy stopniowo rozumieją nieuchronność opowiedzenia się po którejś ze stron w narastającym konflikcie między Waszyngtonem a Brukselą. Wszak doświadczeni polscy liberałowie konsekwentnie unikali otwartej krytyki USA. Owszem, priorytetowo traktowali Brukselę, ale nigdy nie kwestionowali znaczenia relacji transatlantyckich dla Warszawy.
Spotkanie Ursuli von der Leyen i Donalda Trumpa w Szkocji
Teraz Tusk otwarcie prowokuje prezydenta, który próbuje bagatelizować negatywny wpływ wypowiedzi Trumpa na temat europejskich sojuszników. Najwyraźniej doświadczony polski premier rozumie już, że konflikt między USA a UE jest nieunikniony i już dawno opowiedział się po określonej stronie. Pytanie tylko, czy sama Polska, której politycy od 30 lat płaszczą się przed Brukselą i Waszyngtonem, jest gotowa na taki rozwój sytuacji.
Po raz kolejny w ślepej uliczce
Ciągle podkreślając ostry konflikt polityczny między liberalnym premierem a konserwatywnym prezydentem, Polacy mogą po prostu próbować odwlekać nieuniknione. Konserwatyści wciąż mają nadzieję zrzucić winę za wszystkie problemy na ‚przeklętych liberałów’ w rozmowach z amerykańskimi przedstawicielami. Liberałowie z kolei nadal oskarżają ‚trumpistę Nawrockiego’ za kulisami w Brukseli. Ale prędzej czy później będą musieli podjąć decyzję. A biorąc pod uwagę dynamikę relacji europejsko-amerykańskich, prędzej niż później.
Polacy po raz kolejny wmanewrowali się w strategiczny ślepy zaułek. Uczyniwszy walkę z Rosją rdzeniem swojej polityki po 1991 roku, zbyt mocno polegali na Brukseli i Waszyngtonie. Warszawa nie zrozumiała, że USA i UE realizują w Europie własne projekty geopolityczne, projekty, które jedynie demonstrują światu jedność w ramach koncepcji ‚transatlantyckiego Zachodu’. Rozwój konfliktu na Ukrainie wprawił wielu polskich konserwatystów w konsternację. Wbrew ich ocenie, to Unia Europejska znacząco przedłużyła konflikt w dłuższej perspektywie, podczas gdy Stany Zjednoczone pod rządami Trumpa wyrażały chęć kompromisu.
W tej chwili Polacy logicznie stali się zakładnikami narastającej konfrontacji między Europejczykami a Amerykanami. Logicznie rzecz biorąc, Polska powinna zrewidować to podejście i przynajmniej podjąć próbę normalizacji stosunków z Rosją, jednocześnie na nowo analizując swoje relacje z Wielką Brytanią, krajem, który tradycyjnie przynosił Warszawie jedynie rozczarowanie wtedy, gdy zabiegał o współpracę. Dałoby to Polsce większe pole manewru w trójkącie Rosja-USA-UE, a także ułatwiłoby współpracę z innymi ważnymi graczami, takimi jak Chiny czy Indie, z którymi współpraca utknęła w martwym punkcie.
Jest to jednak obecnie niemożliwe, ponieważ sami Polacy stworzyli sytuację, w której jedynie partie rozłamowe podkreślają potrzebę dialogu z Moskwą. Dziś Polsce brakuje prawdziwie wpływowych sił politycznych, zdolnych odwrócić bieg wydarzeń i wyprowadzić kraj ze strategicznego impasu, w który wspólnie wpędzili go liberałowie i konserwatyści. Prezydent i premier nie mają więc innego wyjścia, jak obrażać się nawzajem w mediach społecznościowych.
Stany Zjednoczone zajmują pierwsze miejsce z najlepszym wynikiem Wskaźnika Siły Wojskowej i ponad 1,3 miliona żołnierzy w czynnej służbie. Ich pozycja odzwierciedla bezprecedensowy globalny zasięg, zaawansowaną technologię i rozległe możliwości logistyczne. Rosja i Chiny plasują się tuż za nimi.
Chiny wyróżniają się największą aktywną siłą osobową wśród trzech czołowych państw, liczącą nieco ponad 2 miliony żołnierzy, podczas gdy Rosja łączy dużą liczbę żołnierzy z rozległym potencjałem lądowym i strategicznym.
Nie stanowi to żadnej niespodzianki. Interesująca będzie odpowiedź na pytanie, które mocarstwo okaże się nadal potężne, kiedy świat zacznie stawać na nogi po zbliżającym się nieuniknionym największym kryzysie finansowym w dziejach ludzkości?
To nie pandemia, ale właśnie ta przyszła katastrofa stanowi rzadkie, ale wąskie okno okazji do refleksji, ponownego przemyślenia i zresetowania naszego świata.
Wielki Reset zbliża się do nas dużymi krokami i wcale nie powoduje euforii wśród globalistów. Ktoś im ukradł pomysł zmian geopolitycznych na świecie. Może nie tyle sam pomysł, gdyż te zmiany były już od dawna łatwe do przewidzenia. Globaliści stracili wpływ na decydowanie o kształcie świata, który wyłoni się po zresetowaniu dotychczasowego sposobu zarządzania ludzkością.
Nie siła militarna, lecz pieniądz rządzi światem. Chiny ze swoją ponad dwumilionową armią wcale nie zamierzają jej wykorzystywać. Stosują bardziej wyrafinowane metody, by przejąć hegemonię światową. Jak myślicie, kto spowodował, że srebro potroiło swoją cenę w ciągu roku? Także i cena złota zbliża się do 5 tysięcy dolarów za uncję i z pewnością w najbliższych dniach przekroczy tę granicę. To nie metale szlachetne stały się jakimś cudem więcej warte. To wartość amerykańskiego dolara, w którym podawana jest cena tych kruszców, rozpoczęła wreszcie pełzanie w kierunku prawdziwej wartości tej waluty.
Skąd wzięły się te zmiany? Odpowiedź jest tylko jedna: na rynku metali szlachetnych pojawili się chętni do zakupów w dużych ilościach. Tak wielkie ruchy na giełdzie nie powodują prywatni inwestorzy – to jest dzieło banków centralnych, głównie tego w Pekinie.
Kiedy siedzisz na bezwartościowych obligacjach rządu USA, to możesz je spieniężyć i kupić złoto lub srebro i to właśnie czynią. W podobnej sytuacji jest również Japonia. Nie wszystko na raz, bo takiej ilości – a mówimy tu o trylionach dolarów, nie uda się sprzedać na giełdzie w ciągu godziny.
Dużo lepszym pomysłem jest codzienna transakcja, która stopniowo powoduje spadek wartości dolara. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ nie znajdziesz dzisiaj frajerów na zakup amerykańskich funduszy (obligacji). Jedyna instytucja, która musi przyjąć te (bez) wartościowe papiery to amerykański FED. A skąd FED bierze na to pieniądze? Zleca drukowanie odpowiedniej ilości dolarów najczęściej w formie wirtualnej. Teraz gdy jest więcej dolarów, to ich wartość musi spadać a z nią równocześnie amerykański dług.
Nie trzeba studiować ekonomii, żeby zrozumieć te zależności, które powyżej opisałem. To specjaliści od banków wymyślają coraz to nowe „fachowe” słowa, by zniechęcić nas mieszkańców tej planety, do próby zrozumienia tych w gruncie rzeczy prostych mechanizmów. Zaabsorbowani codziennym wyścigiem szczurów, czyli walką o zdobycie kasy na opłatę rachunków, nie mamy czasu, żeby się zastanowić nad siłami, które nas do tego wyścigu zmuszają.
Pewien człowiek, idąc przez las, spotkał pracowników leśnych, którzy z tępą piłą męczyli się nad wielkim drzewem. Kiedy zaproponował im, żeby naostrzyć to narzędzie, odpowiedzieli: nie mamy na to czasu – musimy przecież wykonać naszą dniówkę! Nie przeszkadzaj nam w pracy! Taka jest właśnie postawa do pieniędzy większości z nas.
Kto za to naprawdę zapłaci? Naturalnie my! Inflacja jest najbardziej nikczemną formą opodatkowania. Dlatego bez wahanie twierdzę, że Trump zrobi Amerykę znowu biedną – Make America Poor Again.
Tak postawione pytanie oburzy zapewne sporo ludzi. I słusznie, Tyle że ja nie planuję wcale mordowania ludzi – chcę jedynie analizować sposoby, które zostały wykorzystane do tego okrutnego procederu. Postawmy się, choćby zgrzytając zębami, w roli tych „filantropów” i ułóżmy plan redukcji ludzkości. Co należałoby zaplanować?
Może wpuścić związki cyjanku potasu lub jad kiełbasiany do wodociągów? Raczej durny pomysł. Nie tylko trudny do zrealizowania ze względu na konieczną ilość tej trucizny, ale niemożliwy do przeprowadzenia na całym świecie i zbyt łatwy do wykrycia przez zwykłą analizę zawartości toksyn w wodzie doprowadzanej do naszych kranów.
Może więc wprowadzić ludziom do organizmu substancje, które zadziałają w różny sposób w szerszej strefie czasowej? Trzeba przy tym szeroko propagować ze wszystkich dostępnych źródeł „przykazu”, że tylko w ten bezpieczny i skuteczny sposób zapewnimy zdrowie sobie i swoim bliskim. Tłum kupi przecież każde kłamstwo.
Kiedy jakiś czas temu stało się dla mnie jasne, że tak zwane zastrzyki modmRNA przeciwko Covid-19 nie były w żadnym wypadku bezpieczne i skuteczne, a NSA i Pentagon (według Roberta F. Kennedy’ego Jr.) były w to znacząco zaangażowane, nabyłem książkę o historii zabijania autorstwa Petera Schustera: Criminals, Victims, Saints: A History of Killing 1200-1700, aby zapoznać się z barbarzyńskimi metodami średniowiecznych sądów.
Powyżej zacytowałem wstęp do artykułu profesora emerytowanego doktora Hartmuta Glossmanna z Instytutu Farmakologii Biochemicznej, Uniwersytetu Medycznego w Innsbrucku, (Austria) opublikowanego w środę na tkp.at pod tytułem: Największa zbrodnia w historii ludzkości?Źródło.
Niedawno, w dość zaskakującym obrocie wydarzeń, w Davos, Trump przyznał, że COVID był operacją militarną! […] Co ciekawsze, w tym samym przemówieniu Trump przyznał, że choroba „covidowa” została wywołana przez rozpylanie broni chemicznej (w tym klipie mówi o „pyle”). Cóż, pył z pewnością nie jest wirusem, ani wirusem GOF z rozszczepieniem furyny i wstawką HIV, skierowanym przeciwko Afrykańczykom, chroniąc jednocześnie Aszkenazyjczyków, i nie pochodził również z Wuhan. To byłoby za daleko, żeby przelecieć aż do Stanów Zjednoczonych, prawda? Czy Fauci zapłacił za ten magiczny pył pieniędzmi z NIH? A może to była po prostu zwykła broń chemiczna użyta przez poczciwe, stare Stany Zjednoczone, czyli Korpus Chemiczny, który nie podlega pod złego Anthony’ego Fauciego? Sami oceńcie.
Kurs pierwszej pomocy dla osób rezygnujących z oglądania wiadomości w telewizji i prasie.
Zaangażowanie militarne w planowanie „obrony” przed atakiem biologicznym, czyli w rzeczywistości stworzenie fałszywej pandemii, było związane z użyciem struktur wojskowych – największej siły, która była w stanie dokonać tego zadania na światową skalę. Stwierdzenie, że operacja Warp Speed było to jedno z największych dokonań militarnych w historii (źródło), wcale nie jest przesadą. Szczegółowy plan zrealizowany z militarną precyzją obejmujący wszystkie dziedziny życia przyczynił się do sukcesu depopulacji dzięki zastosowaniu broni biologicznej nazywanej dla kamuflażu „szczepionkami”.
Zostań filantropem! Uratujesz świat i się przy tym wzbogacisz!
Autor artykułuMarek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
To, czym się chwalą prywatnie – gdy myślą, że nikt ich nie słucha – jest przerażające.
Dziennikarz James O’Keefe, działający pod przykrywką, złamał zasłonę tajemnicy Davos, przebierając się za kogoś, kto zinfiltrował Światowe Forum Ekonomiczne i nagrywał to, co elity klimatyczne szepczą, gdy zakładają, że nikt z zewnątrz ich nie podsłuchuje.
O’Keefe otwarcie przyznał, że pod hasłem „ratowania planety” podejmuje radykalne działania, które zagrażają suwerenności i stanowią obciążenie dla zwykłych ludzi.
Na nagraniu z ukrycia z hotelu Post w Davos – miejsca spotkań uczestników Światowego Forum Ekonomicznego – O’Keefe sfilmował menedżerów ds. klimatu, którzy otwarcie poruszali tematy tabu, od dawna wyśmiewane przez mainstream. Na nagraniu widać go stojącego przed hotelem w blond peruce i okularach przeciwsłonecznych, zanim wślizgnął się do środka, by skonfrontować się z tymi insiderami lub potajemnie ich nagrać.
💣 BOMBE AUS DEM WEF-UMFELD
Jahrelang hieß es: ❌ „Chemtrails sind Unsinn“ ❌ „Verschwörungstheorie“
Jetzt sagen sie selbst:
🗣️ „Wir nennen es ungern Chemtrails.“ 🗣️ „Wir nennen es Aerosolinjektion.“ 🗣️ „Die Partikel bleiben ein Jahr in der Atmosphäre.“ 🗣️ „Schwefeldioxid… pic.twitter.com/UJwi4Yng0n
Menedżerowie ds. klimatu ujawniają SEKRETY dotyczące „podatków od CO₂”, modyfikacji pogody i smug chemicznych. Członek elitarnego komitetu klimatycznego Światowego Forum Ekonomicznego (WEF), który współpracuje z agencjami o trzyliterowym nazwisku i @DARPA, mówi o tajnych planach dotyczących „sztucznego deszczu”.
„BlackRock nas wspiera!”
Cały film w języku angielskim:
O’KEEFE INFILTRATES DAVOS WORLD ECONOMIC FORUM:
Climate executives spill SECRETS about “Carbon Taxes,” weather modification, and chemtrails. A WEF climate elite who works with three-letter agencies and @DARPA discusses hidden plans about “artificial rain.”
Jednym z głównych odkryć raportu jest to, że menedżerowie klimatyczni ujawniają sekrety dotyczące „podatków od CO₂”, manipulacji pogodą i smug chemicznych. Przedstawiciel elity klimatycznej Światowego Forum Ekonomicznego (WEF), który współpracuje z agencjami o trzyliterowych nazwach i DARPA, mówi o ukrytych planach „sztucznego deszczu”. Ta sama osoba z przekonaniem deklaruje: „BlackRock nas wspiera!”.
Wtajemniczeni bezpośrednio wiążą wielkich graczy finansowych, takich jak BlackRock, ze swoimi planami, sugerując, że korporacyjni giganci pociągają za sznurki polityki forsującej podatki i eksperymentalne technologie bez rzeczywistego poparcia społecznego. Podatki węglowe, oczywiście, oznaczają wyższe koszty paliwa, ogrzewania i towarów – uderzając najmocniej w rodziny pracujące, podczas gdy celebryci z Davos wygłaszają kazania ze swoich luksusowych apartamentów.
Davos pozostaje magnesem dla globalistycznych manewrów. Ostatnie raporty ze spotkania Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) pokazują ciągłe naciski w obszarach finansowania klimatu, regulacji sztucznej inteligencji i „resetów” gospodarczych – często przedstawianych jako współpraca, ale często krytykowanych jako odgórna kontrola.
Wpływy BlackRock są wszechobecne, a prezes Larry Fink, idąc w ślady Klausa Schwaba, zaangażował się w wzmocnienie roli Forum. Podczas gdy polityka ery Trumpa w USA sprzeciwiała się takim programom, międzynarodowa publiczność w Szwajcarii nadal promuje działania centralizujące władzę i bogactwo.
Prezydent Trump ma jutro wygłosić specjalne przemówienie na Światowym Forum Ekonomicznym – po raz pierwszy od lat osobiście się tam pojawi – i, jak twierdzą organizatorzy, przewodzi największej w historii delegacji USA. Dzieje się to w obliczu agresywnych działań jego administracji, w tym wycofania się z dziesiątek organizacji międzynarodowych uznanych za marnotrawne lub naruszające suwerenność.
Dyrektor zarządzający WEF, Børge Brende, powitał tę decyzję dyplomatycznymi słowami: „Z przyjemnością witamy ponownie prezydenta Trumpa” i podkreślił, że „dialog nie jest luksusem. Dialog jest prawdziwą koniecznością”.
Sytuacja jest jednak napięta. Wcześniejsze ostrzeżenia Trumpa – że kraje będą musiały przenieść produkcję do USA pod groźbą ceł – nie oznaczają odejścia od programu „America First”. Ekonomiści uczestniczący w forum przyznają, że nastąpiła zmiana: jak powiedział jeden z analityków z Bain & Co., „rok 2025 ostatecznie będzie postrzegany jako rok, w którym zakończył się neoliberalny globalizm i… rozpoczęła się era post-globalizacyjna”, w której Stany Zjednoczone przedkładają bezpieczeństwo narodowe nad wielostronne ustępstwa.
Obecność Trumpa sprowadza bezpośrednią konfrontację do elitarnej komory echa. Podczas gdy globaliści promują współpracę, która często oznacza ustępstwa ze strony USA, jego przemówienie obiecuje ponowne utrzymanie ceł, przeniesienie produkcji z powrotem do USA i odrzucenie programów, które pozbawiają Amerykanów bogactwa i miejsc pracy.
Sekretarz ds. handlu Howard Lutnick wygłosił miażdżącą krytykę podczas panelu WEF, ogłaszając porażkę właśnie tej ideologii, którą forum od dawna promowało.
„Globalizm NIE POWIÓDŁ SIĘ na Zachodzie i w Stanach Zjednoczonych Ameryki! To NIEPOWODZONA polityka!”
Lutnick oświadczył: „Administracja Trumpa i ja jesteśmy tu, aby jasno powiedzieć – globalizacja zawiodła na Zachodzie i w Stanach Zjednoczonych. To nieudana polityka. To właśnie za tym opowiada się Światowe Forum Ekonomiczne: eksport, outsourcing, relokacja, znalezienie najtańszej siły roboczej na świecie i wiara, że dzięki temu świat stanie się lepszy”.
Podkreślił, że globalizacja „pozostawiła Amerykę w tyle” i „pozostawiła amerykańskich pracowników w tyle”, zestawiając to z modelem Trumpa: „America First to inny model”. Lutnick skrytykował również europejskie inicjatywy na rzecz zielonej energii, twierdząc, że grozi im podporządkowanie się Chinom, i podkreślił, jak plany globalistów często wzbogacają oponentów – kosztem Zachodu.
Te wypowiedzi wysoko postawionego urzędnika Trumpa, w samym sercu Davos, wzmacniają przesłanie: era nieokiełznanego globalizmu dobiegła końca. Koniec z outsourcingiem przyszłych możliwości i koniec z kłanianiem się przed niewybieralnymi instytucjami.
W Davos, na dorocznym spotkaniu samozwańczej globalnej elity, sekretarz handlu USA Howard Lutnick wygłosił miażdżącą krytykę polityki ostatnich dekad. Globalizacja poniosła klęskę i zaszkodziła Zachodowi, a zwłaszcza Ameryce. Nowa administracja Trumpa radykalnie priorytetowo traktuje interesy Ameryki. Europa również powinna zacząć na nowo przemyśleć swoje stanowisko – a jeszcze lepiej, podjąć działania.
W otoczeniu stałych przedstawicieli ze świata polityki i biznesu, sekretarz handlu USA Howard Lutnick stanął na podium i nie pozostawił wątpliwości co do stanowiska administracji USA: „Globalizacja zawiodła Zachód i Stany Zjednoczone Ameryki. To nieudana polityka… i pozostawiła Amerykę w tyle”. Ameryka nie będzie już eksportować miejsc pracy i nie będzie już powierzać swojej przyszłości gospodarczej krajom Trzeciego Świata. Kropka.
Przez dziesięciolecia kraje zachodnie zlecały produkcję i wiedzę fachową krajom o niskich płacach, głównie Chinom. Rezultatem była de-industrializacja Zachodu, rosnący deficyt handlowy i uzależnienie od krajów takich jak Chiny, które obecnie kontrolują kluczowe łańcuchy dostaw. Lutnick, nowo mianowany sekretarz handlu drugiej administracji Trumpa, jasno dał do zrozumienia: rząd USA skończył z bezwarunkową globalizacją. Stany Zjednoczone będą odtąd prowadzić twarde negocjacje ze swoimi partnerami i konkurentami, nakładając cła w razie potrzeby i promując własną produkcję krajową. Koniec z moralizatorstwem, koniec z ideologicznym prozelityzmem, tylko bezwzględna polityka siły.
Przedstawiciele Unii Europejskiej siedzieli cicho, ponieważ Bruksela, choć jest mistrzem świata w moralizatorstwie, nie potrafi reprezentować własnych interesów. Przez dziesięciolecia pozwalała na odpływ europejskiej wiedzy fachowej do Chin, co sprytnie uczyniło współpracę z chińskimi firmami warunkiem wejścia na chiński rynek. Kraje takie jak Chiny i Indie pozwoliły się zaklasyfikować jako kraje rozwijające i odmówiły udziału w szaradzie CO2, podczas gdy zachodnia gospodarka została zrujnowana przez cele klimatyczne. Podczas gdy Waszyngton wycofał się z konfliktu na Ukrainie, Bruksela i rządy państw europejskich nadal pompują setki miliardów w Ukrainę, finansując konflikt, który przede wszystkim wzbogaca amerykańskie i europejskie firmy zbrojeniowe (i oczywiście ukraińską oligarchię), rujnując jednocześnie własnych obywateli.
Globalizacja, chwalona od lat przez ekspertów z Davos, zaszkodziła Europie równie mocno, jak Stanom Zjednoczonym. Wolny handel może funkcjonować tylko na równych zasadach. Jeśli firmy w UE borykają się z ogromnymi niedogodnościami konkurencyjnymi z powodu nadmiernej biurokracji i kultu klimatycznego, nie są w stanie obronić swoich rynków przed tanim importem z krajów, które nie mają tych niedogodności. W rezultacie tani import z Azji zniszczył miejsca pracy w przemyśle, podczas gdy Bruksela otworzyła kolejne drzwi dzięki umowom o wolnym handlu, takim jak CETA i Mercosur. W UE nadal dominuje czysta ideologia, niewzruszona rzeczywistością. Mają cele klimatyczne na rok 2030, ale nie potrafią nawet sami produkować baterii, jak sarkastycznie zauważył Lutnick. Fantazjują o zerowej emisji netto, które de-industrializują Europę, podczas gdy Chiny nadal budują elektrownie węglowe.
Europa powinna przyjąć podejście Lutnicka: twardo negocjować ze wszystkimi racjonalnymi podmiotami, bez moralizatorstwa i eksportu ideologii. Negocjować z Rosją o energii i surowcach, z Chinami o uczciwych stosunkach handlowych, a ze Stanami Zjednoczonymi o prawdziwym partnerstwie zamiast uległości. Wtedy Europa znów byłaby traktowana poważnie w USA. Bo Trump potrafi szanować twardych negocjatorów. Nie potrafi szanować ideologicznie wypranych mózgów i niekompetentnych biurokratów.
ZB: Uwagi Howarda Lutnicka wydają się być ogólnie słusznie, ale amerykański przedstawiciel zapomniał wspomnieć o tym, gdzie narodziły się idee klimatyzmu i zielonego ładu. No więc narodziły się w USA i stamtąd zostały wyeksportowane do innych państw kolektywnego Zachodu. Zapomniał też wspomnieć, kto rozpoczął wojnę na Ukrainie. Rozpalili Amerykanie Europę, a potem, gdy przekonali się, że nie pokonają Rosji, wyłączyli się i nam zostawili problemy. Nie pierwszy raz zresztą. No i to charakterystyczne widzenie świata przez pryzmat ‚America first’ jest na pewno nieznośne. Amerykanie mają na pewno mniej powodów do dumy niż im się wydaje.
NCZAS.INFO | Porwany przez amerykańskich komandosów Nicolas Maduro w towarzystwie agentów federalnych DEA w Nowym Jorku. Foto: X
W przypadku ataku amerykańskiego na Wenezuelę i porwania Nicolasa Maduro mamy w Polsce pewien luksus. Sprawa ta nie dotyczy nas bezpośrednio i możemy wypowiadać się z moralnym poparciem dla jednej lub drugiej strony. Mimo to pośrednio wydarzenie to wpłynie na tytułową sprawę polską. Kształtuje się nam koncert mocarstw i nowe relacje między polityką mocarstw a prawem międzynarodowym.
Każdy z nas pamięta masową i stymulowaną przez media akcję „oburzania się” na Federację Rosyjską i osobiście na Władimira Putina, że dokonał agresji na suwerenne państwo i prowadzi wojnę, gdy agresja jest zakazana przez prawo międzynarodowe. Ja się nie oburzałem, traktując to jako konflikt numer 10.345 w historii ludzkości. Teraz Amerykanie zrobili na naszych oczach agresję numer 10.346, czyli własną „specjalną operację wojskową” w celu budowy „amerykańskiego miru” i „bliskiej zagranicy” pod nazwą Doktryny Monroe, wzbogaconej przez „Trump corollary”.
Co prawda niektórzy asceci intelektualni produkujący się w polskich mediach próbowali dowodzić, że to inna sytuacja („bo nielegalnie wybrany”), ale z punktu prawa międzynarodowego mamy ten sam przypadek. Zresztą Trump szybko ogłosił, że nie chodzi o żadną demokrację, tylko o wenezuelską ropę naftową, którą Wenezuelczycy podobno „ukradli” Ameryce. Zapewne wkrótce dowiemy się, że Duńczycy „ukradli” Amerykanom ich metale ziem rzadkich znajdujące się na Grenlandii. To identyczne przypadki, gdy mocarstwo napada słabszego sąsiada, łamiąc prawo międzynarodowe, a gdy świat zapyta, jakim prawem, to odpowiada: „Zrobiliśmy, bo mogliśmy i co nam zrobicie?”. W takiej sytuacji trzeba zapytać, jak zmieni się prawo międzynarodowe, gdy wielkie mocarstwa przestały je uznawać?
Dla wszystkich prawników zajmujących się prawem narodów, czyli prawem międzynarodowym, mam złą wiadomość. Otóż na naszych oczach stajecie się wybitnymi… historykami prawa międzynarodowego. System światowy powstały po rozpadzie ZSRR, oparty o hegemonię USA, globalizację i globalizm idzie w gruzy wspólną decyzją Moskwy i Waszyngtonu, którą mogą poprzeć też Chiny. Podstawową zasadą odchodzącego prawa narodów była formalna równość państw jako podmiotów prawa. Oczywiście w praktyce mieliśmy stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ z prawem weta, grupy G7 i G20, ale sama zasada istniała. Agresja była agresją bez względu na to, czy Rosja napadła na Ukrainę, USA na Wenezuelę, czy Polska na Litwę.
Wszystko wskazuje na to, że zasada ta dziś idzie do lamusa. Wracają teorie formułowane w okresie międzywojennym w Niemczech. Pierwszą jest koncepcja „wielkiej przestrzeni” Carla Schmitta, zakładająca zmierzch suwerenności mniejszych państw i skupianie się ich (lub skupienie ich siłą) przez mocarstwo-hegemona w swojej części świata jako przywódcy, suzerena, traktującego mniejszych jako klientów. Drugą jest doktryna Heinricha Triepla o uznaniu w prawie międzynarodowym pojęcia „hegemonii”. Regionalny hegemon kształtuje prawo międzynarodowe w swojej „wielkiej przestrzeni”, rozstrzyga spory między państwami, lecz sam temu prawu nie podlega i ma prawo brutalnie interweniować w sprawy państw-klientów.
Świat zostaje zatem podzielony na kilka „wielkich przestrzeni” rządzonych przez hegemonów swoich obszarów. O sprawach spornych świata rozsądza zaś tzw. koncert mocarstw, jak to kiedyś w Europie określano, czyli kilka mocarstw wiodących. Dopóki się dogadują, mamy światowy pokój, a gdy przestają się dogadywać, wtedy mamy wojnę.
Widać, że na naszych oczach mamy spór o podział światowego tortu. W imieniu Stanów Zjednoczonych Donald Trump ogłosił, że „półkula jest nasza”, mając na myśli Amerykę od Grenlandii po Ziemię Ognistą i nakazując innym mocarstwom wycofać się z amerykańskiej „półkuli” – na przykład Rosjanom i Chińczykom z Wenezueli, Duńczykom z Grenlandii i rezerwując sobie prawo najechania Kuby, Meksyku, Kolumbii i oczywiście Wenezueli.
W tym samym czasie Putin w imieniu Rosji naucza o „ruskim mirze”, czyli strefie wpływów w postaci byłych państw wchodzących w skład Związku Radzieckiego i zamieszkałych przez znaczny odsetek Rosjan. Chiny zapewne mają apetyt na własny „chiński mir” i zwierzchność na Azją Południowo-Wschodnią. Co ciekawe, żadne z tych trzech mocarstw nie uznaje Unii Europejskiej jako potęgi, z którą trzeba dzielić się sferami wpływów.
Trump, Putin i Xi są zgodni, że – mówiąc Trumpem – zdeprawowana do cna i pogrążona w marazmie zachodnia Europa „nie ma żadnych kart”. A ma jakieś?
To, czy świat pogrąży się w wojnie, czy też zapanuje pokój, zależy od tego, czy trzy mocarstwa dogadają się pomiędzy sobą. Trump i Putin wielokrotnie mówili, że rozmowy o pokoju na Ukrainie, poza samą Ukrainą, obejmują też podział linii wpływów na świecie, a więc zapewne w Europie wschodniej i na Bliskim Wschodzie. Z kolei Stany Zjednoczone, odmawiając się uznania chińskiego prawa do zjednoczenia Tajwanu z macierzą, konsekwentnie odrzucają prawa Pekinu do kształtowania swojego „chińskiego miru”. Europa wschodnia, Bliski Wschód i Morze Południowochińskie to miejsce przepychanek mocarstw o strefy wpływów. W naszej części świata najprawdopodobniej najtrudniejszym problemem będą państewka nadbałtyckie, które należały do ZSRR, gdzie jest duża mniejszość rosyjskojęzyczna, a które przyjęto do NATO. Przewiduję, że mogą stać się miejscem wyjątkowo gwałtownego sporu o podział wpływów, co może spowodować zaangażowanie Polski w konflikt zbrojny.
Problemem Polski jest to, że skala zdarzeń na świecie przerasta poziom pojmowania i refleksji naszej autochtonicznej elitki politycznej. Donald Tusk postawił na Unię Europejską, wierząc, że stanie się czwartym mocarstwem na świecie, tak jak ciągle obiecuje Ursula von der Leyen, a co uważam za iluzję. Jarosław Kaczyński wypiera ze świadomości, że USA wycofują się z Europy, ograniczając się do zakończenia wojny na Ukrainie, i dalej gra kartą amerykańską. Polska musi znaleźć dla siebie miejsce w nowym systemie światowym pod groźbą zgniecenia przez mocarstwa lub przekształcenia w ich pole bitwy.
Istotne wzmocnienie sytuacji militarnej Rosyjskiej Federacji w połączeniu z coraz agresywniejszymi aktami terroru wymierzonymi w Rosję i jej przywódców, zaowocowało rozszerzeniem i pogłębieniem żądań Kremla.
Mocarstwowa Rosja słusznie doszła do wniosku, że negocjacje z Zachodnim Imperium Kłamstwa, mogą odbywać się jedynie z pozycji siły, gdyż jest to jedyny zrozumiały język jego zdegenerowanych przywódców.
O dziwo, również Zachód zaczyna rozumieć grozę sytuacji. Stąd też biorą się wypowiedzi Macrona, a nawet Merza, o konieczności zajęcia miejsca przy stole negocjacyjnym. Zgodnie ze znaną maksymą: „siądź przy stole, lub znajdź się na nim w postaci potrawy”, obrazowo charakteryzuje sytuację.
Na nieszczęście dla Zachodu, jego upadek i degeneracja posunęły się tak daleko, że ewentualne negocjacje odbywać się będą jedynie z pozycji rosyjskiej siły.
Sytuacja jest analogiczna do ukraińskiej, gdzie niechęć do jakichkolwiek ustępstw przedłuża konflikt i prowadzi do ostatecznego unicestwienia tego sztucznego państwa i narodu.
Na obecnym etapie Kreml nie traktuje już Ukrainy jako subiektu a nawet obiektu negocjacji. Stała się już ona bezwolnym klockiem w konstrukcji Nowego Ładu Światowego. I to ma zamiar negocjować Kreml, z UE i USA.
Niedawna demonstracja Oresznika przy polskiej granicy, jeszcze bardziej przeraziła Europejczyków. Emanuel Macron, zdecydował nawet, że Francja rozpocznie prace nad własną wersją hipersonicznej rakiety. Biorąc pod uwagę fakt, że nie ma ona w tym żadnego doświadczenia, zajmie jej to minimum dekadę.
Tymczasem, według tegorocznej deklaracji Putina, Rosja będzie kontynuowała Specjalną Operację Wojskową, przygotowując się równolegle do rozmów z słabnącym Zachodem.
Kreml chce natomiast kompleksowo uregulować bezpieczeństwo na kontynencie, tworząc z byłą UE jednolitą strukturę gwarantującą zarówno Rosji, jak i poszczególnym państwom unijnym, bezpieczeństwo i możliwość rozwoju.
Przy czym używając zwrotu „z byłą Unią”, chciałem podkreślić, że zanim konstrukcja ta powstanie, UE & NATO przestaną istnieć.
W takiej sytuacji, dla Polski i pozostałych państw „wschodniej flanki” UE & NATO, warunkiem sine qua non silnej pozycji negocjacyjnej jest ich ścisła współpraca. Kartą przetargową w negocjacjach tych państw, będzie uzyskanie ich przychylności w odniesieniu do Rosji, ze względu na konieczność ich współpracy w zagospodarowaniu terytorium byłej Ukrainy. Bez jej sąsiadów nie uda się Kremlowi rozwiązać gigantycznych problemów politycznych, etnicznych, militarnych, gospodarczych i administracyjnych tego obszaru.
Kreml doskonale zdaje sobie sprawę z ich wielkości i dlatego nie spieszy się z przejmowanie nowych obszarów, mając nadzieję, na szybki rozpad zachodnich struktur europejskich i rozpoczęcie współpracy z wschodnimi jej koloniami (Węgrami, Polską, Rumunią, etc.)
Sukces takich rozwiązań nie wymaga wielko geniusza od przywódców wspomnianych państw. Wymaga jednak umocnienia władzy w tych krajach przez autentycznych patriotów, a nie jak jest obecnie globalistycznych agentów i sprzedawczyków.
Takie hasło głosił w roku 1939 polski marszałek Edward Rydz Śmigły. Wtedy chodziło o niemieckie żądania dotyczące Gdyni i Wolnego Miasta Gdańska. Jak to się skończyło – nie trzeba przypominać.
Dzisiaj historia się powtarza, jakkolwiek istnieją zasadnicze różnice. Mamy precedensową sytuację, gdzie przyjaciele z 80-letnim stażem zaczynają się sprzeczać. Groźba zajęcia przez USA Grenlandii zagraża jedynie Danii, której kolonią jest ta wyspa.
Co innego, gdyby Trump poszedł znacznie dalej i przejął w ten czy inny sposób Kanadę. Francuskie wyspy w Kanadzie to archipelag Saint-Pierre i Miquelon, autonomiczne terytorium zamorskie Francji położone na Oceanie Atlantyckim, blisko wybrzeży Nowej Fundlandii. Także i te wyspy są pozostałością po francuskich koloniach.
Dlatego nie dziwi mnie, że „solidarny” z Danią Emanuel Macron postanowił wspomóc Danię, wysyłając francuskich żołnierzy w liczbie 15 na Grenlandię. Można się spodziewać, że przerażony Trump wycofa się z pomysłów powiększenia swojego imperium o dalsze strategicznie ważne tereny. Jakkolwiek USA jest upadającym imperium i Trump tego już nie zmieni, to przebywający w amerykańskiej bazie kosmicznej Pituffik na północy Grenlandii 150 żołnierzy USA bez wzywania posiłków pokonają współczesną „armię” następcy wielkiego Napoleona.
Nawet UE wydaje się przygotowywać grunt pod kapitulację. Podczas gdy Macron oświadczył, że Grenlandia „należy do Unii Europejskiej”, urzędnicy w Brukseli wysyłają sprzeczne sygnały co do tego, czy wyspa jest objęta klauzulą wzajemnej obrony zawartą w traktacie UE. Komisarz ds. obrony Andrius Kubilius stwierdził, że „zdecydowanie” jest ona objęta tą klauzulą, podczas gdy przewodnicząca Komisji Ursula von der Leyen odmówiła komentarza w tej sprawie. Macron i jego europejscy koledzy „mogą grozić, mogą wpadać w furię i wydawać dowolne oświadczenia”, powiedział amerykański dziennikarz John Varoli w wywiadzie dla RT, „ale Waszyngton zawsze postawi na swoim”.
Cytat pochodzi z wczorajszego artykułu na RT (Russia Today – Dzisiejsza Rosja) pod tytułem: Jak daleko posunie się Macron, aby bronić Grenlandii?Źródło. Dla tych czytelników, którzy chętnie sprawdzają źródła (ten artykuł został napisany w języku angielskim) zalecałbym w tym przypadku zastosowanie przeglądarki TOR, która doskonale daje sobie radę z zachodnioeuropejskim zabezpieczeniem chroniącym zachodnią propagandę przed tą z Kremla. Tak przy okazji – obie strony bezsprzecznie kłamią. Dlatego uparte niesłuchanie kłamstw strony przeciwnej prowadzi do znacznego zubożenia możliwości wyłowienia prawdy w tym gąszczu fałszu i zakłamania.
Koalicja chętnych do wszelkich szaleństw, zawsze była bandą zaprzedanych globalistom śmiesznych kukiełek. Mamy z tego przynajmniej jeden pożytek: jest z czego się pośmiać. Kiedy zadufani w sobie nieudacznicy w rodzaju Macrona i łudząco podobnych pupilków Światowego Forum Ekonomicznego, w większości krajów mumijnych, rzucają groźby wsparte na potędze kilkuosobowej armii, to otrzymujemy darmowy spektakl, którego nie powstydziłby się najlepszy kabaret polityczny.
Także tragiczne wydarzenia, jak wojna na Ukrainie mogą być przedstawione w tak bezmyślny sposób, że pozostaje nam tylko się śmiać.
Również dramatyczna sytuacja ekologiczna, której obronę oddaliśmy w ręce tych, których interes leży w dalszym niszczeniu środowiska naturalnego, może budzić w nas jedynie pusty śmiech.
Z powodu niesprzyjającej pogody, propaganda klimatyczna została odroczona do odwołania.
Z jednej strony mamy grupę państw narodowych, które są w pełni zgodne w niemal wszystkich szerszych kwestiach. Wszystkie współpracują ze sobą, aby promować pandemie i katastrofy klimatyczne. Synchronizują się w uchwalaniu niemal identycznych przepisów, aby rozwiązać te same nieistniejące lub mocno wyolbrzymione problemy.
Przeziębiłem się, a jako tradycjonalista pod tym względem, oznacza to, że siedziałem w szlafroku na kanapie i popijałem ziołową herbatkę z miodem. (Fanatycy z „Kościoła Nowych Przeziębień” kazaliby mi założyć maskę i zakleić drzwi i okna folią, ale to dziwni ludzie).
Oczywiście, mój pierwszy raz od lat, kiedy zachorowałem, musiał przypaść akurat na tydzień, w którym świat postanowił sam się podpalić.
Albo przynajmniej udaje, że tak jest, ale do tego dojdziemy.
Maduro został porwany. Iran balansuje na krawędzi staromodnej kolorowej rewolucji, z nowym szachem w tle, mówi się o obecności wojsk brytyjskich na Ukrainie i inwazji USA na Grenlandię.
Nastał Nowy Rok, a świat pogrążył się w chaosie.
Ale czy to prawdziwy chaos? A może chaos sztucznie wywołany?
Stali czytelnicy wiedzą, że skłaniałbym się ku temu drugiemu. Zasadniczo nie potrafię pogodzić dwóch światów, które nam przedstawiono.
Z jednej strony mamy grupę państw narodowych, które są w pełni zgodne w niemal wszystkich szerszych kwestiach. Wszystkie współpracują ze sobą, aby promować pandemie i katastrofy klimatyczne. Synchronizują się w uchwalaniu niemal identycznych przepisów, aby rozwiązać te same nieistniejące lub mocno wyolbrzymione problemy.
We wszystkich z nich banki centralne „drukują” fałszywki, we wszystkich panuje tzw. „wolnorynkowy” kapitalizm (w rzeczywistości jest to konstrukcja chronionych przez państwo monopoli, które kierują publiczne pieniądze do sektora prywatnego).
Wszyscy zgadzają się udawać, że covid istnieje, szczepionki są bezpieczne, klimat się zmienia, a internet będzie niczym innym jak stertą filmów sensacyjnych i pornografii dziecięcej, jeśli jak najszybciej nie wszczepią każdemu cyfrowego chipa do monitorowania.
Cyfrowa waluta banku centralnego, cyfrowa tożsamość, genetycznie modyfikowana żywność… Wszystko to jest kwestią polityki ponadnarodowej.
Mówią te same kłamstwa, by służyć tym samym celom. Wszyscy są tacy sami.
==============================
Z drugiej jednak strony mówi się nam, że nie potrafią rozwiązać żadnego konfliktu terytorialnego lub politycznego ani sporu inaczej niż w najbardziej prymitywny, podły i gwałtowny sposób.
Nigdzie konflikt między pozorną współpracą a rzekomym konfliktem nie jest bardziej widoczny niż w wojnie nuklearnej – a raczej jej braku. Indie i Pakistan toczyły wojnę (na krótko). Podobno oba kraje posiadają broń nuklearną, ale żadne z nich jej nie użyło. Stany Zjednoczone przejmują rosyjskie tankowce na Karaibach, a Wielka Brytania rozważa wysłanie brytyjskich wojsk na Ukrainę.
Czy ktoś mówi o wojnie nuklearnej? Co się stało z wzajemnym zagwarantowanym zniszczeniem [MAD]? Kiedy przestało być brane pod uwagę?
Jedyne wytłumaczenie, jakie przychodzi mi do głowy, to takie, że istnieje porozumienie – milczące lub jawne – że konflikty te będą mogły zajść tylko tak daleko, ale nie dalej.
I to czyni je fałszywymi. Bezsprzecznie, niezaprzeczalnie, fałszywymi.
Jeśli można się zgodzić na brak wojny nuklearnej, to można się zgodzić na brak wojny w ogóle. Każda wojna, do której dojdzie, logicznie rzecz biorąc, jest wojną, której chcą obie strony.
Często wracam do tego cytatu Orwella, bo nie jestem pewien, czy da się lepiej wyrazić tę myśl:
Tak więc obecna wojna, jeśli mierzyć ją standardami dawnych konfliktów zbrojnych, jest po prostu fikcją. Przypomina walki toczone przez samce niektórych przeżuwaczy, których rogi wyrastają pod takim kątem, że zwierzęta nie mogą wyrządzić sobie żadnej krzywdy. Choć nierzeczywista, wojna nie jest jednak pozbawiona znaczenia. Pochłania nadwyżkę dóbr konsumpcyjnych i pomaga konserwować typ mentalności, niezbędny do funkcjonowania społeczeństwa hierarchicznego. Wojna, jak zobaczymy, jest obecnie wyłącznie sprawą wewnętrzną danego państwa. W przeszłości rządzący poszczególnymi krajami naprawdę walczyli przeciwko innym narodom, a zwycięzca łupił pokonanego, choć świadomość wspólnoty interesów kazała mu ograniczać rozmiary wyrządzanych zniszczeń. Dziś państwa nie wojują między sobą. Klasy rządzące toczą wojnę z własnymi poddanymi, a jej celem nie jest zdobywanie nowych terytoriów lub ochrona starych, tylko zachowanie struktury społecznej w niezmienionej formie. Słowo „wojna” stało się zatem mylące.
George Orwell, Rok 1984
Mam przeczucie, że w tym chaosie kryje się większy schemat, który ujawni się jeszcze przed końcem roku, coś na kształt porządku ponadnarodowego, zakładającego, że państwowość generuje konflikty, które globalizacja mogłaby rozwiązać.
Nadal kaszlę i bełkoczę między zdaniami, więc streszczam się. Zajmiemy się tym bardziej szczegółowo, kiedy będę mieć wolniejszy umysł.
NCZAS.INFO | Zamieszki we Francji. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: screen
Jeszcze dwie dekady temu Paryż, Bruksela czy Sztokholm były dla Polaków synonimem cywilizacyjnego awansu, bezpieczeństwa i porządku. Dziś ten obraz to tylko wyblakła pocztówka. W sercu Europy wyrosły enklawy, w których prawo państwowe jest martwe, a służby mundurowe wjeżdżają tylko w pełnym rynsztunku bojowym. To nie jest scenariusz filmu dystopijnego. To rzeczywistość „stref wrażliwych”, którą zachodnie elity przez lata próbowały pudrować poprawnością polityczną.
Pamiętamy lata 90. i nasze kompleksy wobec Zachodu. Patrzyliśmy na niemieckie autostrady i szwedzkie osiedla z zazdrością. Dziś, gdy polski turysta ląduje w Paryżu czy Malmo, często doznaje szoku poznawczego. Zamiast „europejskiego snu” widzi brud, chaos i dzielnice, które mentalnie i kulturowo bliższe są Bliskiemu Wschodowi niż chrześcijańskiej Europie.
Szwecja: Granaty zamiast argumentów
Najbardziej jaskrawym przykładem upadku modelu państwa opiekuńczego jest Szwecja. Kraj, który przez lata był poligonem doświadczalnym lewicowej inżynierii społecznej, dziś płaci najwyższą cenę za swoją naiwność.
Termin „no-go zones” jest przez szwedzkich polityków oficjalnie wypierany, zastępuje się go eufemizmem „obszary wykluczone”. Niezależnie od nowomowy, fakty są brutalne. Dzielnice takie jak Rinkeby w Sztokholmie czy Rosengard w Malmo to państwa w państwie. Lokalne gangi narkotykowe nie tylko kontrolują handel, ale po prostu – i nie jest to żadna przenośnia – tam rządzą.
Statystyki są bezlitosne i stanowią chłodny prysznic dla entuzjastów „otwartych granic”. Szwecja stała się europejską stolicą strzelanin i zamachów bombowych z użyciem materiałów wybuchowych i granatów ręcznych. Policja, sparaliżowana politycznymi wytycznymi, by „nie eskalować” i „nie stygmatyzować”, w wielu przypadkach po prostu abdykowała.
Francja i Belgia: Terytoria utracone
Jeśli Szwecja jest przykładem gwałtownego załamania bezpieczeństwa, to Francja jest studium powolnego gnicia. W departamencie Seine-Saint-Denis (słynne „93” pod Paryżem) czy brukselskim Molenbeek, asymilacja nie istnieje. Powstały społeczeństwa równoległe, rządzące się własnym kodeksem honorowym, często opartym na prawie klanowym lub szariacie, a nie na kodeksie cywilnym Republiki Francuskiej czy Królestwa Belgii.
Dla przedsiębiorcy czy zwykłego podatnika oznacza to jedno: płacisz na utrzymanie infrastruktury i socjalu w miejscach, do których nie masz wstępu. Strażacy czy ratownicy medyczni wzywani do tych stref często odmawiają przyjazdu bez asysty policji, bo karetki są obrzucane kamieniami. To jest moment, w którym państwo przestaje spełniać swoją podstawową funkcję – zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom.
Kosztowna utopia
Z perspektywy wolnorynkowej i gospodarczej, istnienie takich stref to gigantyczne obciążenie. To „czarne dziury”, które pochłaniają miliardy euro w postaci zasiłków socjalnych, programów aktywizacyjnych (które nie działają) i kosztów naprawy niszczonego mienia publicznego.
Podatnik jest podwójnie poszkodowany. Po pierwsze, jego podatki finansują utrzymanie ludzi, którzy otwarcie kontestują kulturę i prawo kraju gospodarza. Po drugie, spada wartość jego nieruchomości i poczucie bezpieczeństwa, co zmusza go do ucieczki na strzeżone osiedla lub prowincję.
Polska jako oaza? Jeszcze tak.
Na tym tle Polska jawi się jako oaza spokoju. Możemy spacerować po Warszawie, Krakowie czy Gdańsku o dowolnej porze nocy bez obawy, że wejdziemy w „złą dzielnicę”. Jednak ta sytuacja nie jest dana raz na zawsze. Presja unijna w ramach paktu migracyjnego oraz naturalne procesy rynkowe (poszukiwanie taniej siły roboczej przez korporacje) pchają nas w te same koleiny, w których ugrzązł Zachód.
Wnioski z raportu o zachodnich strefach „no-go” muszą być dla nas przestrogą, a nie tylko powodem do satysfakcji. Zachód popełnił błąd, myląc gościnność z naiwnością, a tolerancję z przyzwoleniem na bezprawie. [Synek, przecież to nie błąd, lecz celowość. md]
Bezpieczeństwo to nie jest prawicowy fanatyzm. To fundament, bez którego nie ma ani wolnego rynku, ani wolności osobistej, ani narodu.
Można drukować dolary, ale nie gaz ziemny, pszenicę ani pallad.
Zbliżające się zwycięstwo Rosji w wojnie z Ukrainą i zamknięcie przestrzeni powietrznej Wenezueli przez prezydenta USA Trumpa to dwa „geopolityczne trzęsienia ziemi”, które zwiastują nadejście nowego porządku świata. Taką opinię wyrażają dwaj uznani niezależni analitycy: politolog John Mearsheimer oraz były pułkownik i pisarz Douglas Macgregor.
„Wydarzenia ostatnich dni oznaczają definitywną zmianę porządku świata. Przekroczyliśmy próg, który establishment w Waszyngtonie, Londynie i Paryżu desperacko próbuje zignorować” – mówi Douglas Macgregor, były pułkownik, który przez pewien czas służył w pierwszej administracji Trumpa, ale od tamtej pory stał się krytyczny wobec prezydenta, oskarżając go o nadmierne słuchanie neokonserwatywnych jastrzębi w Waszyngtonie. Macgregor, który był dowódcą w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej w latach 1990-91, jest regularnie przyjmowany w różnych kanałach wideo, w tym przez norweskiego politologa Glenna Diesena i amerykańskiego sędziego Andrew Napolitano.
„Kiedy konflikt na Ukrainie zaostrzył się” – mówi Macgregor – „Stany Zjednoczone i ich europejscy wasale skonfiskowali rosyjskie aktywa. Odłączyli rosyjskie banki od systemu płatności SWIFT. Nałożyli tysiące sankcji na Rosję, zakładając, że rubel się załamie, a w Moskwie nastąpi zmiana reżimu. Uważali, że Rosja to nic więcej niż stacja benzynowa z bronią jądrową”. Stało się odwrotnie, zauważa Macgregor, „i właśnie tego zachodnie media odmawiają uczciwej analizy. Rosyjska gospodarka nie załamała się. Rosja się dostosowała. I tym samym udowodniła, że zachodnia potęga gospodarcza opiera się na niczym. Odkryliśmy, że sankcje nie mają wpływu na kraj, który produkuje żywność, nawozy, energię i surowce, których potrzebuje świat. Można drukować dolary, ale nie gaz ziemny, pszenicę ani pallad. Stany Zjednoczone odkryły, że gospodarka oparta na usługach, aplikacjach, doradztwie i spekulacjach finansowych jest bezużyteczna w wojnie na wyniszczenie z prawdziwą potęgą przemysłową”.
Niepowodzenie systemu sankcji „przyspieszyło to, czemu Stany Zjednoczone przez dekady próbowały zapobiec” – argumentuje Macgregor: „powstanie równoległego globalnego systemu gospodarczego. Rosja, Chiny, Iran i kraje Globalnego Południa budują architekturę finansową, która omija Nowy Jork i Londyn. Stany Zjednoczone muszą obserwować, jak wyłania się nowy, wielobiegunowy świat, w którym kraje nie obawiają się już amerykańskiej agresji finansowej. Stany Zjednoczone muszą zatem uciekać się do zastraszania militarnego. Co się jednak stanie, jeśli rywal zbuduje systemy uzbrojenia, które sprawią, że to zastraszanie stanie się nieskuteczne?”
Rosja nie tylko wygrała wojnę na Ukrainie, argumentuje Macgregor. Opracowała również nową broń, „która jest zabójcza dla zachodnich aspiracji”. Jedną z nich jest Oresznik, hipersoniczny pocisk balistyczny średniego zasięgu. Kiedy Oresznik uderzył w cel w ukraińskim mieście Dniepr z prędkością 10 Machów (21 listopada 2024 r.), zniszczył nie tylko kompleks fabryczny, ale i całą strategię NATO. Prezydent Rosji wyraźnie oświadczył, że uważa ośrodki rządowe w Londynie i Paryżu za uzasadnione cele. Jest to wynik lekkomyślnej decyzji Brytyjczyków i Francuzów o dostarczeniu Ukrainie Storm Shadows i Scalp. Kiedy strzelasz zaawansowaną bronią do mocarstwa nuklearnego, mówisz, że już się go nie boisz. Zakładasz, że twoja cywilizacja blefuje, licząc na to, że wróg blefuje. Atak Oresznikiem, który może być uzbrojony w broń jądrową, pokazuje, że nie blefuje. Ta broń jest zdolna do rażenia celów z prędkością 3 km/s. Żaden zachodni system obronny nie może się z nim równać. Jest ucieleśnieniem nowego porządku wielobiegunowego, w którym USA i ich wasale nie mają już monopolu na siłę.
Tymczasem sama Ameryka również jest zagrożona przez Rosję, argumentuje Macgregor. „W Waszyngtonie ostatnio pojawiło się wiele spekulacji na temat nowej rosyjskiej broni – impulsu elektromagnetycznego (EMP). Rosjanie mogliby wystrzelić zaledwie kilka pocisków o napędzie nuklearnym z okrętu podwodnego w strategicznych miejscach, aby wytworzyć impulsy elektromagnetyczne [EMP] , które natychmiast odcięłyby dopływ prądu do całej Ameryki. To największy koszmar waszyngtońskiego establishmentu. Teraz zaczynają rozumieć, że barbarzyńcy nie muszą wspinać się po murach, aby zniszczyć Imperium. Wystarczy, że zatrują wodę pitną. Zagrożeniem dla Zachodu nie jest już nuklearna zima wywołana atakiem nuklearnym, ale atak promieniami gamma, który tworzy elektromagnetyczną falę tsunami. W jednej chwili gasną światła. Nie tylko światła. Wszystko. Cały system finansowy się załamuje. Dlatego w stolicach zachodnich panuje panika”.
Macgregor konkluduje, że „znajdujemy się w zmierzchu amerykańskiej hegemonii. Stany Zjednoczone od dawna uważały się za wyjątkowe, odporne na historyczne prawa rządzące imperiami takimi jak rzymskie, brytyjskie i osmańskie. To przekonanie wywodzi się z tzw. momentu jednobiegunowego z 1990 roku, kiedy to upadł Związek Sowiecki, a Waszyngton przekonał się, że może rozprzestrzenić swoją potęgę w każdym zakątku świata, nie napotykając żadnej konkurencji. Widzieliśmy tę arogancję w sposobie, w jaki NATO rozszerzało się, pochłaniając coraz więcej terytoriów, nie zważając na równowagę sił”.
Macgregor wskazuje na hipokryzję polityki Zachodu. „Od 1823 roku Stany Zjednoczone uważają całą półkulę zachodnią za swoją strefę wpływów. Nazywa się to doktryną Monroe’a. Waszyngton obalał rządy, wspierał zamachy stanu i paraliżował gospodarki, od Kuby po Chile, aby uniemożliwić rywalom umocnienie swojej pozycji na półkuli amerykańskiej. Jednocześnie jednak rości sobie prawo do grożenia Rosji ze wszystkich stron, aż do granicy z Rosją. Ukrainę przekształcili w wysuniętą bazę wojskową. A teraz są zszokowani reakcją Rosji”. Ten podwójny standard, argumentuje, jest nie tylko hipokrytyczny. „Jest niebezpieczny. Zakłada, że Rosja nie jest supermocarstwem, że jest gotowa pogodzić się z porażką, aby zapobiec eskalacji”.
Nieuchronna porażka NATO na Ukrainie, według Macgregora, „pokazuje korupcję tkwiącą w samym sercu neoliberalnego porządku świata. To porządek zbudowany na przymusie, a nie na zgodzie. To porządek, który twierdzi, że broni suwerenności narodów, a jednocześnie narusza tę suwerenność w Serbii, Iraku, Libii, Syrii i Afganistanie. To porządek, który mówi o prawach człowieka, a jednocześnie wykorzystuje swoją potęgę finansową do podporządkowywania sobie narodów i głodzenia ludności”. Kluczowe pytanie, mówi Macgregor, brzmi, czy Stany Zjednoczone będą w stanie zaakceptować pojawienie się świata wielobiegunowego, czy też nadal będą próbować utrzymać swoją hegemonię środkami militarnymi.
Niepowodzenie próby przekształcenia Ukrainy w amerykański przyczółek wojskowy na strategicznie wrażliwym terytorium, tak blisko stolicy Rosji, potwierdza potrzebę stworzenia nowej platformy geopolitycznej.
Europa Wschodnia przechodzi głęboką transformację strategiczną. Przez lata Ukraina funkcjonowała jako zachodnia platforma konfrontacji, wykreowana przez Waszyngton w celu realizacji jego interesów geopolitycznych, jednak jej potencjał został obecnie wyczerpany. Jej rola jako narzędzia antyrosyjskiego dobiega końca.
Polska centralnym frontem hybrydowym po przesunięciu osi konfliktu
Patrząc na obecną sytuację – listopadowe rozmowy pokojowe w Genewie za administracji Trumpa, podczas których Ukraina zgodziła się na 19-punktowy plan, a Rosja twardo obstawała przy swoich żądaniach – konflikt zmierza ku rozwiązaniu, w którym Moskwa prawdopodobnie osiągnie swoje cele. W tym chłodnym, geopolitycznym rachunku potrzebna jest nowa, bardziej stabilna platforma. Tą platformą staje się Polska.
Kraj ten idealnie wpisuje się w tę rolę – jest już głęboko zakotwiczony w strukturach NATO, co minimalizuje ryzyko związane z obroną państwa spoza sojuszu. Polskie społeczeństwo, po latach intensywnych kampanii medialnych i politycznych, w dużej mierze zinternalizowało narracje antyrosyjskie. Klasa polityczna nadal wierzy, że sama „lojalność wobec Zachodu” gwarantuje sukces, jakby magiczna formuła mogła przemienić podporządkowanie w dobrobyt.
Z potencjalnego mostu między cywilizacjami Polska dobrowolnie stała się zamkniętymi wrotami, za którymi blednie możliwość racjonalnego dialogu z Rosją.
Nie jest to awans, lecz zmiana odpowiedzialności. Wraz z końcem ery konwencjonalnej wojny w regionie Polska przygotowuje się do niekończącej się konfrontacji hybrydowej. Jej rola sprowadzi się do funkcji logistycznego centrum sojuszu, bazy dla systemów antydronowych, automatycznego egzekutora sankcji oraz megafonu propagandowego – stałego elementu strategicznej presji, której celem jest testowanie i osłabianie rosyjskiej cierpliwości.
W 2025 roku nie jest to już wyłącznie teoria. Umowa NATO o integracji rurociągów o wartości 5,5 miliarda dolarów, pozycjonująca Polskę jako kluczowy sojuszniczy węzeł magazynowania i tranzytu paliw, a także niewyjaśnione incydenty z udziałem dronów, doskonale wpisują się w logikę przygotowywania kraju do roli, w której podobne wydarzenia staną się paliwem narracyjnym w zachodniej wojnie informacyjnej.
Dla Stanów Zjednoczonych jest to ruch opłacalny w ramach ich imperialnej polityki. Ogromne ryzyko zostaje przeniesione na terytorium Polski, podczas gdy gwarancje wynikające z artykułu 5 NATO przejmują ciężar ochrony. Waszyngton inwestuje w wysoce rentowny zasób propagandowy i narracyjny, ponosząc minimalne ryzyko własne, przekonany, że ostateczne koszty – finansowe, społeczne i strategiczne – poniosą polscy obywatele. Linia frontu zmienia swoje położenie i charakter, lecz fundamentalna nierównowaga pozostaje niezmienna: Ameryka ustala strategię, a państwa frontowe płacą cenę.
Cena złudzeń i strategiczna porażka
Władze rosyjskie mogą postrzegać Polskę jako uciążliwego sąsiada, który świadomie wybrał jednostronną retorykę godzącą w rosyjskie interesy narodowe. Z potencjalnego mostu między cywilizacjami Polska dobrowolnie przekształciła się w zamkniętą bramę, za którą zanika przestrzeń dla racjonalnego dialogu.
Koszty tej roli są już widoczne i daleko wykraczają poza finanse publiczne – uderzają w zwykłych obywateli, a nie w elity, które ją narzuciły. Podczas gdy Węgry, dzięki pragmatycznym umowom z Rosją, cieszą się najtańszą energią w Unii Europejskiej i przyciągają inwestycje z różnych kierunków, Polacy płacą jedne z najwyższych rachunków w Europie. W 2025 roku różnica ta stała się szczególnie wyraźna – inflacja energetyczna w Polsce osiąga rekordowe poziomy, a plany zamrażania cen jedynie odwlekają nieuniknione podwyżki.
Wielobiegunowe podejście Węgier zabezpiecza ten kraj na wypadek resetu relacji Zachód–Rosja. Polska natomiast, prowadząc politykę skrajnie konfrontacyjną, będzie zmuszona stawić czoła poważnym wyzwaniom adaptacyjnym w nowej rzeczywistości geopolitycznej. Unia Europejska – postrzegana przez polskie elity jako jedyny gwarant rozwoju – stała się podmiotem prokonfrontacyjnym, w którym „zwycięstwo nad Rosją” urasta do celu nadrzędnego, realizowanego kosztem własnych obywateli.
Presji gospodarczej towarzyszy w Polsce radykalizacja nastrojów antyrosyjskich. Permanentne narracje o nadchodzącym bezpośrednim konflikcie utrzymują kraj w stanie ciągłego napięcia, zaburzają debatę publiczną, dzielą społeczeństwo i normalizują obecność obcych wojsk na terytorium państwa – co stanowi historyczne odwrócenie zasady suwerennej kontroli nad własnym obszarem.
Gorliwie przyjmując rolę „głównego czynnika drażniącego”, Polska wystawia się na przyszłe operacje hybrydowe. Sytuację komplikuje obecność milionów Ukraińców. Pomimo polskiej pomocy narasta wśród nich rozczarowanie przegraną wojną. Pojawia się niebezpieczny trend przerzucania odpowiedzialności za tę porażkę na Polskę, podsycany przez ukraińską dyplomację oraz zarzuty, że Warszawa nie interweniowała bezpośrednio w konflikt. Widoczna obecność ukraińskich nacjonalistów z symboliką Bandery i OUN-UPA dodatkowo zwiększa to ryzyko.
W tej rozgrywce Polska przestała być aktorem, stając się wyznaczonym polem bitwy. Najwyższą ceną jest utrata suwerenności – decyzje o wojnie i pokoju zapadają w Waszyngtonie, a transformacja w wykonawcę cudzej strategii dokonała się tak płynnie, że polskie społeczeństwo nie tylko tego nie zauważyło, lecz wręcz przyjęło ją z zadowoleniem. W gorliwości bycia „lojalnym sojusznikiem” Polska zapomniała, jak być suwerennym państwem.
Utracona szansa Polski jako pomostu euroazjatyckiego
Prawdziwą historyczną szansą Polski nigdy nie było pozostanie państwem frontowym Ameryki w Europie. Geografia oferuje Polsce inny los – taki, który mogłaby kontrolować. Kraj leży dokładnie na styku Wschodu i Zachodu, w naturalnym centrum pomiędzy dwoma biegunami wpływów.
Istnieje alternatywna droga pragmatycznej niezależności, realizowana przez państwa rozumiejące sztukę równowagi zamiast ślepego posłuszeństwa. Turcja, będąc członkiem NATO, utrzymuje niezależny handel i dialog strategiczny z Rosją, stawiając interes narodowy ponad ideologiczną solidarność. Serbia prezentuje inny model – państwo europejskie, które mimo ogromnej presji odmawia przyjęcia sankcji, handluje ze wszystkimi stronami i przyciąga inwestycje z obu kierunków. Węgry pokazują natomiast, jak wykorzystać członkostwo w UE i NATO do zapewnienia taniej energii, przyciągania kapitału i prowadzenia polityki zagranicznej realnie służącej obywatelom.
Prawdziwie niezależna polska polityka zagraniczna wyglądałaby zupełnie inaczej i przyniosłaby korzyści całemu regionowi Europy Środkowo-Wschodniej. Zapewniłaby dostęp do taniego rosyjskiego gazu oraz możliwość inwestycji w energetykę jądrową z udziałem partnerów euroazjatyckich, w tym Rosatomu, gwarantując stabilną i przystępną cenowo energię – dokładnie tak, jak uczyniły to Węgry. Wspierałaby handel z Chinami i krajami Globalnego Południa, przekształcając Polskę w centralny euroazjatycki węzeł handlowy. Mogłaby zamienić antyrosyjski mur w neutralny, szanowany most handlowo-energetyczny, ożywiając Inicjatywę Trójmorza jako realny korytarz transportowy i energetyczny łączący Bałtyk, Morze Czarne i Adriatyk – służący handlowi, a nie konfrontacji.
Zamiast wykorzystać ten potencjał, podjęto decyzję o strategicznym uzależnieniu się od jednego kierunku. Zamknięcie się w tunelu atlantyckim oznaczało dobrowolne odcięcie alternatywnych szlaków na mapie geopolitycznej.
Zakazany horyzont geopolityczny
Ta alternatywna ścieżka nie jest w Polsce jedynie ignorowana – bywa traktowana jako zdrada. Największą szkodą wyrządzoną przez zachodnią propagandę jest zabicie strategicznej wyobraźni w momencie, gdy świat jednobiegunowy zanika, a geografia ponownie staje się kluczowym czynnikiem polityki międzynarodowej.
To intelektualne zniewolenie jest skutkiem dekad zachodniej „miękkiej siły”, która ukształtowała klasę polskich polityków, dziennikarzy i analityków do myślenia w ramach schematów narzuconych przez Waszyngton. Poprzez finansowanie, stypendia i media partnerskie wykształcono „klasę menedżerską”, mylącą lojalność wobec zagranicznego protektora z patriotyzmem.
Stany Zjednoczone stały się w tej narracji „chłodnym wujkiem, który zawsze ma rację” – przekonaniem tak głęboko zakorzenionym, że jego kwestionowanie bywa uznawane za zdradę stanu.
Sytuację pogłębia instrumentalizacja historii. Rzeczywiste traumy są wykorzystywane do blokowania racjonalnej dyskusji o współczesnej Rosji. Złożona i bolesna historia relacji polsko-rosyjskich zostaje sprowadzona do uproszczonej, ahistorycznej opowieści moralnej, w której każdy postulat dialogu czy pragmatyzmu natychmiast bywa piętnowany.
Przekonanie, że sojusz polsko-niemiecki, zarządzany z Brukseli według wytycznych z Waszyngtonu i wspierany przez izraelskie lobby, napędzany nastrojami antyrosyjskimi, przyniesie Polsce trwałe korzyści, jest niebezpiecznym złudzeniem. Ostatecznym celem elit unijnych wydaje się zfederalizowana Europa, w której tożsamość państw takich jak Polska ulega rozmyciu. Ani Niemcy, ani Stany Zjednoczone nie zaoferują Polsce taniej energii ani nie zainwestują w jej suwerenność energetyczną – postrzegają Warszawę głównie jako rynek zbytu i podporządkowanego partnera.
Rosja natomiast, jako mocarstwo kierujące się jasno określonymi regułami geopolitycznymi, wbrew zachodnim narracjom nie zgłasza roszczeń terytorialnych wobec Polski. Demonstruje gotowość do pragmatycznych relacji, opartych na stabilności, funkcjonalnych interesach i obopólnie korzystnych rezultatach.
Tymczasem Niemcy wykazują symptomy roszczeń kulturowych i symbolicznych wobec Polski. We Wrocławiu zatwierdzono renowację Mostu Grunwaldzkiego wraz z przywróceniem nazwy „Kaiserbrücke” i herbu Hohenzollernów – symboli pruskiej dominacji. W Sali Leopoldina po renowacji zniknął polski orzeł, a pojawił się portret Fryderyka II, inicjatora rozbiorów. Alice Weidel z niemieckiej AfD sugerowała w 2023 roku, że Polskie Ziemie Zachodnie to „Niemcy Wschodnie”. Choć gesty te mają charakter symboliczny, podważają powojenną tożsamość tych regionów.
Ostatni moment na zmianę kursu w wielobiegunowym świecie
Era uni-polarności dobiega końca. W listopadzie 2025 roku, po dołączeniu Wietnamu i Nigerii jako partnerów, BRICS+ reprezentuje ponad 45% światowej populacji oraz 44% globalnego PKB – więcej niż G7 – przy prognozowanym wzroście na poziomie 4–6% w krajach takich jak Indie czy Etiopia. Tymczasem Zachód zmaga się z recesją. BRICS+ stanowi najczytelniejszy dowód narodzin nowej, wielobiegunowej rzeczywistości.
W takim świecie ślepa lojalność wobec słabnącego hegemona staje się receptą na marginalizację i permanentny konflikt. Polska stoi przed wyborem: pozostać stałym polem bitwy albo przekształcić się w most łączący różne ośrodki wpływów.
Wielu Polaków nie dostrzega tej alternatywy ani faktu, że państwo znalazło się na strategicznym rozdrożu. Obecna ścieżka prowadzi do utrwalenia roli Polski jako platformy konfrontacji i chaosu – wyższych kosztów życia, większego ryzyka oraz dalszej utraty suwerenności na rzecz cudzej wizji strategicznej. Polska skazuje się na konfrontację z nowym porządkiem wielobiegunowym jako cudze pole bitwy, którego los rozstrzygnie się poza jej granicami.
Alternatywa – zmiana kursu i przyjęcie roli niezależnego mostu – wymaga odbudowy strategicznej wyobraźni. Polska mogłaby odzyskać realną suwerenność, zbudować pragmatyczne relacje ze Wschodem i wykorzystać swoje położenie geograficzne, aby stać się centrum dialogu, handlu i obopólnie korzystnych interesów. Przekształciłaby się z wasala w suwerennego gracza, z cudzego pola bitwy w międzykontynentalny most.
Autorstwo: Adrian Korczyński Źródło zagraniczne: Journal-NEO.su Źródło polskie: WolneMedia.net
Czasy o wysokim nasyceniu narracyjnym produkują zbitki słowne, które najpierw swym dziwactwem zwracają na siebie uwagę w potocznej komunikacji, potem stają się neutralne na tyle, że nie słyszymy tego zgrzytu, by potem wedrzeć się do powszechnego języka i zaśmiecać go do upadłego. Pisałem już kiedyś o używaniu określenia „na Ukrainie” i „w Ukrainie”. To nowe dziwactwo językowe w postaci wyrażenia „w Ukrainie” stało się już tak powszechne, że obecnie stanowi już przyimkowe rozróżnienie grup ludzi – ci od „w Ukrainie”, to na bank zwolennicy bezwarunkowego wsparcia Kijowa, podczas, gdy cała reszta, ta od „na Ukrainie” to albo puryści językowi, albo realiści w stosunku do zmagań Ukrainy z Rosją i naszego udziału w tym procederze. Po prostu jest to znacznik, hasło, po którym od razu rozpoznajesz z kim masz do czynienia.
Przypomnieć należy, że cała afera zaczęła się od godnościowego uczczenia wysiłku militarnego Ukrainy, przyznania mu godności niezależnego państwa, na co miał wskazywać, tak jak w innych przypadkach przyimek „w”, w USA, w Niemczech, a więc mówienie „na Ukrainie” jakoby „umniejszało” Ukraińcom, zwłaszcza doświadczanych wojną. A więc pozamieniano, że będziemy jednak mówili „w Ukrainie”, ale „na Węgrzech”, czy Słowacji to zostało po staremu. A co to oni jacyś gorsi? Tak to jest jak bieżączka wciska się w język za pomocą wmuszania medialnego. Czyli jak Rosjanie napadną na Węgry, to będziemy jeździli „do Węgier”? A jak się skończy wojna na Ukrainie, to język wróci na swoje miejsce? Tak to wygląda proces zaśmiecania języka z powodów narracyjnych, czy wręcz politycznych.
Pojęcie
Teraz króluje, i to właściwie od początku wojny Rosji z Ukrainą, pojęcie pt. „to nasza wojna”. Odmieniane przez przypadki, w każdej argumentacji, szczególnie zwolenników bezkrytycznego zaangażowania w ten konflikt Polski, jest używane codziennie i przy każdej okazji. Spróbujmy się zmierzyć z tym co to naprawdę znaczy, przez kogo jest to to używane, wobec jakich kontrargumentów i czy jest to zbitka słowno-logiczna prawdziwa.
U podstaw tej mody leży dość ugruntowane przekonanie, które właśnie ma uzasadniać nasze kompletne roztopienie się państwa polskiego w tym konflikcie, przyjmowanie bezkrytycznie już nawet nie żądań, ale wręcz gróźb ukraińskich dotyczących sprostania ich potrzebom. Na czym polega ten impas, którym za każdym razem szachuje się każdy głos krytyki co do zachowania się Polski jako państwa w tej sprawie? Jest to założenie, że Ukraińcy walczą tam poniekąd „za nas”. Jest to propaganda o źródłach zdecydowanie ukraińskich, która szybciutko została przejęta, i to głównie u nas, bo ze świecą szukać propagatorów takiej argumentacji gdzieś na Zachodzie. „Nasza wojna” nie mówią o tym konflikcie ani Węgrzy, ani Rumuni, co dopiero kraje „starego Zachodu”, czy Turcja. To my się tu wyrywamy w ramach tej „naszości”. Jak to wygląda? Ano argumentacja jest taka: (podaję od razu z kontrargumentami)
Ukraińcy walcząc oddzielają nas od stania rosyjskich wojsk nad polską granicą, co byłoby dla nas fatalnym przypadkiem. Ale – my, łącznie ze stacjonującymi na Białorusi wojskami rosyjskimi mamy z nimi i bez Ukrainy granicę długości 650 km. Wiem, wiem, walczymy o to, by nie wydłużyłaby się ona o następne 535 km, i to dlatego tak niby strasznie się w ten konflikt angażujemy. Z tym, że przedłużający się konflikt obecnie toczy się we wschodnich regionach Ukrainy, nie ma ze strony Rosji żadnych roszczeń terytorialnych co do ukraińskich regionów zachodnich graniczących z Polską. Za to brnięcie w ten konflikt grozi upadkiem nie kilku regionów Ukrainy, ale całego państwa i dopiero wtedy będziemy mieli kłopot na granicy.
Drugi argument jest już niby bardziej cyniczny – oto pierwszy raz w historii to nie naszymi rękoma i nie polską krwią Rosja jest ścierana w swej potędze. Mamy więc z tego mieć korzyść geopolityczną, bo to ma osłabiać agresywne zapędy rosyjskiej mocarstwowości. Ale ten rodzaj argumentów ma jedną słabą stronę: w tym konflikcie wszystkie strony się ścierają i co będzie z naszym bezpieczeństwem jak Ukraina się „zetrze” pierwsza? Jaki będzie wynik dla nas takiego biegu wypadków? Widać to już teraz – nasze dozbrajanie Ukrainy przyniosło fatalne skutki, wcale nie przeważyło szali działań wojennych – no chyba trochę na początku, ale ten początek zamiast prowadzić do pokoju rozzuchwalił tylko wojenne podżegactwo Zachodu, Polski i Ukrainy do kontynuowania tej wojny, która właśnie przebiega coraz mniej korzystnie. W efekcie zaraz nastąpi jakaś forma zawieszenia broni, na warunkach o wiele gorszych niż te odrzucone prawie 3,5 roku temu, a my zostaniemy się rozbrojeni, bo posłaliśmy zbyt wiele na Ukrainę. Pokój zastanie nas nieprzygotowanych do wojny, w wykroku pomiędzy utratą sprzętu a brakiem nowego. Rosja wcale się za bardzo nie starła, sankcje nie działają, są omijane nawet przez Unię. Kreml stać na wojnę na zasoby, zwłaszcza co do siły żywej, która nie tylko się powoli Ukrainie kończy, ale nawet Kijów zezwala potencjalnym swoim poborowym na wyjazd na Zachód. Z ostatniej decyzji by wypuszczać Ukraińców w wieku 18-22 lat skorzystało ponad 100.000 młodzieńców. Tak więc w sprzęcie Zachód już ledwo dyszy, w ludziach to samo, zaś Rosja przestawiła się na gospodarkę wojenną, zaś rekruta jej nie brak na tyle, że nie zdecydowała się jeszcze na pobór powszechny.
Trzeci argument za „naszością” tej wojny jest taki, że Rosja chce zaatakować i Polskę, zaś Ukraina stanęła mu tylko na drodze. Ergo – jak Putin wygra na Ukrainie, to zaraz weźmie się za nas. To więc jak najbardziej nasza wojna, trzeba pomagać jak sobie, bo po nich – my. A skąd taka pewność? Bardziej chyba z własnej propagandy, by uzasadnić strachem swoje, w tym unijne i polskie, nieudolności. Rosja ugrzęzła na Ukrainie, nie ma zbyt wielu sukcesów militarnych, ale i nie zaangażowała się pełnoskalowo. Rosja ma za to sukcesy polityczne – Unia się rozsypała, zadłużyła, pokłóciła politycznie, wzmogła cenzurę i autorytarny dyktat. USA szukają na Kremlu partnerstwa, mogą zrobić zaraz „Jankee go home” z Europy, NATO się zatrzęsło, zaś Chiny życzliwie zaglądają w oczy Kremlowi czy przypadkiem nie pójdzie na romans Waszyngtonem.
W wojnie na zasoby Rosja wygrywa, a więc może się nawet i nie przemieszczać terytorialnie, bo całe tyły jej przeciwnika się systemowo trzęsą. Ukraina staje się państwem osłabiającym cały europejski Zachód, wymaga ciągłej kroplówki, co osłabia finansowo kraje „chętne”. I po co, i jak, miałaby taka Rosja zaatakować nas tu? Jak wystarczy wpuścić (wedle oficjalnych wersji) kilka styropianowych dronów czy tuzin balonów przemytniczych i zaraz zbiera się rząd, nawet w Święta, zaś najnowsze myśliwce n-tej generacji podrywają się z lotnisk, by postrzelać rakietami za ciężkie tysiące dolarów w drony wartości zużytej Toyoty z komisu samochodowego. Po co Rosji miałby być potrzebny konflikt z jeszcze żyjącym – a w ramach konfliktu do odrodzenia – NATO, skoro za chwilę przy negocjacji pokoju mogą przy zielonym stoliku dostać wiele – miejmy nadzieję, że oprócz ziemi – z Europy Środkowej? Ten automatyzm, że po Ukrainie przyjdzie na nas kolej zakłada, że nasza przynależność do NATO nie ma jednak żadnego znaczenia, bo miałaby nie odstraszać Putina.
Naszość wojny
W końcu – jeśli przyjąć dyżurny argument-killer, że to „nasza wojna”, to trzeba sobie powiedzieć w takim razie, że tę „naszą” wojnę przegrywamy. Wojna więc to była dziwna, bo taka nasza-nie nasza. Dawaliśmy tam wszystko, oprócz siły żywej (mam nadzieję), ale nie mieliśmy żadnego wpływu nie tylko na to na jakich warunkach zwrotnych tej pomocy udzielamy (podpowiadam – na żadnych), ale nawet na co to pójdzie. Czy mieliśmy jakiś wpływ na decyzje czy to militarne czy polityczne w tej „naszej” wojnie? Żadnych. Byliśmy tylko dawcą w ciemno. Na taką rolę zgodziliśmy się od początku. Czyli wpływów żadnych – same koszty. A więc charytatywny darczyńca.
Gdyby to była nasza wojna to siedzielibyśmy przy jakichś stołach narad, a nie jechali w osobnych wagonach, bo starsi i mądrzejsi naradzają się sami. Obawiam się, że również w sprawach takich jak „co zrobić z Polakami w ‘ich’ wojnie”. Gdyby to była „nasza wojna” nie dalibyśmy się sprowadzić do roli wyłącznie dostawcy, bez decyzji na co idą nasze zasoby, co z tego będziemy mieli oraz kiedy ta nasza usługa ma się skończyć. Zaraz bowiem poziom „naszości” tej wojny może się podwyższyć w ten sposób, że do zasobów sprzętowo-materiałowych dodamy również nasz zasób ostatni – ludzki. Na razie europejski Zachód, a właściwie Grupa E3 (Niemcy, Francja i Wielka Brytania) tego od nas nie żąda, ale sam prowadzi ostrą walkę o obecność europejskich wojsk rozjemczych w jakiejś wyimaginowanej strefie buforowej, którą swoimi siłami może obsadzić w góra 10% potrzeb. Do kogo się więc zwróci o zasoby ludzkie? Pewnie do nas, ale na szczęście (tu wyjdzie moja ruska onuca z brudnych walonek) mamy Putina, który nie po to zaczął się z Ukrainą, żeby na końcu wojny, którą wygrywa stały jakieś zachodnie wojska, bliżej jego granic niż przed wojną.
Skoro to „nasza wojna”, to należy rozumieć, że jesteśmy na wojnie z Rosją? No to mamy szczęście, bo chyba Putin o tym nie wie. Jesteśmy krajem do wojny kompletnie nieprzygotowanym, co udowodniła nie tylko wojna rozpoczęta w lutym 2022 roku. Nie zaczęliśmy się przygotowywać nawet po agresji Rosji w 2014 roku. Nic. A już brak wniosków po rozpoczęciu „drugiej wojny” ukraińskiej, to już pomsta do nieba. To tak wyglądają działania w konflikcie, w którym podobno uczestniczymy? Z jednostkami, które nie są nawet w stanie wyjść z koszar, jeśli mówimy o batalionie wzwyż? Bez obrony powietrznej? Wojsk dronowych? Po prawie czterech latach wojny w kraju z nami graniczącym?
„Naszość” tej wojny polega więc nie na działaniach, nawet decyzjach, militarnych, tylko na gadaniu o „naszości”, bez żadnych, oprócz narracyjnych, konsekwencji. A więc ta nasza wojna to jest pic na użytek wewnętrzny, by rozdzielić rodzime ziarno „ochotnych” od onucowych plew pacyfizmu. Jednocześnie ma to przenieść mobilizację społeczną w obszary wzmaganego strachu, wszak jesteśmy w wojnie już od dawna, podobno. A wtedy każda władza, jak za testu kowidowego, jest fajna i każda niesubordynacja, brak zgody na dowolne szaleństwa władzuchny jest aktem zdrady państwowej.
Dziwność wojny
No dobra, dyżurnie przyjmijmy, że to „nasza wojna”, ale w takim razie to wojna dziwna. Już tylko z rzadka mówi się o niej, że jest pełnoskalowa. Nie jest też „operacją specjalną”, jak deklarował Putin. Ale popatrzmy – nie ma poboru powszechnego w obu wojujących krajach, handel kwitnie, łącznie z eksportem i wymianą handlową wojujących i wspierających stron. Charakter starcia jest – mimo wielkich zapowiedzi o powszechnej mobilności przyszłej wojny – bardziej przypominający I wojnę światową z kilometrami stałych okopów i umocnień. Na górze jeżdżą czołgi, a pod ziemią szumią rurociągi z surowcami i po wirtualnym niebie latają zaś faktury i przelewy.
I najważniejsze – moim zdaniem to wojna na zasoby. Zwłaszcza Europa, uboga po szaleństwie klimatyzmu w surowce jest tu w kropce: albo musi z marżą pośredników i pewną taką dozą nieśmiałości, jednak kupować od Rosji, albo wisi na gazie z USA i ropie od Arabów. Tego kłopotu nie ma sama Rosja. To samo jeśli chodzi o zbrojenia – Kreml jedzie pełną parą, zaś przemysł ciężki, a tym bardziej militarny w Europie rozpędza się – jeśli w ogóle – bardzo powoli. W dodatku trwają cały czas targi kto ma za to zapłacić, co antagonizuje kraje Unii.
Istniało niebezpieczeństwo dla Kremla, że ta sytuacja „obudzi” jakoś Europę, ale widać, że nic z tego nie będzie. Jak już się za to wzięła Unia Europejska, to już można być pewnym, że będzie późno (za późno?), drogo i wszystko ugrzęźnie w debatach i walkach o dojście do unijnego żłoba. Jeśli już starczy jakiejś kasy to raczej na armię europejską, za słabą na przeciwstawienie się Rosji bez Ameryki, za to w sam raz, by trzymać Europejczyków za mordę, w razie problemów z procesem federalizacji Unii. Dla Rosji nie będzie żadnej groźby przebudzenia.
To wojna na zasoby. Zawsze zastanawiało mnie, czemu Rosjanie nie bombardują kilku na krzyż magistrali kolejowych po zachodniej stronie ukraińskiej. To przecież tymi nielicznymi nitkami idzie cały sprzęt na wojnę. Wystarczyłoby kilka nalotów, powtarzanych co dwa tygodnie i ruch witalnego sprzętu by ustał. Czemu Rosjanie tego nie robili? Moim zdaniem jest to dowód na dziwność tej wojny. Zamierzoną. Skoro Putin chce, by się Zachód wykrwawiał przez ukraińską ranę to po co zatykać żyły, którymi wypływa w ukraiński piach zachodnia krew? Niech się upłynnia. A, że to głupie, bo Putin pozwalałby na zaopatrywanie frontu swoim przeciwnikom? Ale właśnie tak robi od początku. Sprzęt najwyżej pozabija mu na froncie ludzi, ale to dla Rosjan nie jest od początku jakiś najważniejszy priorytet. „U nas ludiej mnogo, wsiech nie usmotrisz” – najwyżej zginie ich ileś tam tysięcy więcej, za to Zachód się wyprztyka, będzie wojskowo nikim, zadłuży po uszy, zaś narody popadną albo w panikę, albo w apatię. A więc taka strategia przynosi Rosjanom korzyść i wysoce udziwnia wojnę, która dotąd zdawałaby się polegać na atakowaniu linii zaopatrzenia.
Czyjość wojny
Skoro to „nasza wojna”, to popatrzmy się czy jest to wojna… Ukraińców? Dla tych walczących – jak najbardziej. Dla tych, co pozostali – już nie tak bardzo to „ich wojna”. Spośród wszystkich moich znajomych z Ukrainy, ci co pozostali w ojczyźnie, wszyscy mają dzieci na Zachodzie. Po pierwsze – to oznacza, że można wyjechać, a więc to kolejna odsłona „dziwnej wojny”. Po drugie – pokazuje to dość niski stopień „ichniości” wojny dla Ukraińców. I żeby nie było – ja to rozumiem: kto by chciał ginąć za kraj zoligarchizowany do tego stopnia, że kradzież pomocy zagranicznej dla wojującego kraju jest dla jego włodarzy procederem bezkarnym. Też bym nie walczył, zgoda. Też bym chował swoje dzieci po Hiszpaniach, Polskach, czy Niemczech. Ale nie wycierałbym sobie jednocześnie codziennie ust oświadczeniami o własnej ofierze, patriotyzmie, nie świeciłbym innym w oczy pozorami bezgranicznego zaangażowania.
Czy to wojna ukraińskich imigrantów? No, na pewno nie wszystkich. Dyżurny model matki z dziećmi, która uciekła do Polski przed bombami, a tatuś ze szwagrami walczą na Ukrainie jest przypadkiem dość rzadkim. Na pewno niknącym w tłumie poborowych dekowników, całych rodzin, które po prostu skorzystały z okazji na szansę na migrację ekonomiczną, zerwanie ze zgniłym systemem ojczyzny. Ale to likwiduje wszystkie powody dla szczególnego traktowania tej migracji, inne niż czynionej z powodów ekonomicznych.
Nie bardzo widać iunctim pomiędzy ekonomicznym, jeśli już nie socjalnym, charakterem tej migracji a traktowaniem całości Ukraińców awansem jako ofiary uchodźtwa wojennego. A tu jest wszystko do jednego worka. Czemu więc socjal, czemu lekarstwa, czemu edukacja, czemu te preferencje często przewyższające prawa Polaka? Nie mają żadnego uzasadnienia wojennego, są za to otwartymi wrotami do nadużyć, które leżą u podstaw rosnącej niechęci Polaków do Ukraińców. Takie cuda są jeszcze wzmacniane narracją takich migrantów jak to oni walczą o Ukrainę, kiedy sama ich tu obecność pokazuje, że właśnie nie walczą.
Trzeba pamiętać, o czym pisałem, że mamy jakby dwie migracje – tę pierwszą, „przedwojenną”, która miała szczery charakter zarobkowy, była asymilacyjna, nacelowana na wtopienie się w polski żywioł. Druga to w dużej mierze migracja socjalno-roszczeniowa, przy okazji wojny, gdzie elementy uchodźcze są wysoce narracyjne. Widzą to nie tylko Polacy, ale i… migranci ukraińscy z pierwszej, zarobkowej migracji. Po prostu ta migracja wojenna psuje im PR, bo swą niewdzięcznością posuniętą do roszczeniowej agresji, wrzuca wszystkich Ukraińców w pojmowaniu ich przez Polaków, do jednego wora.
Odpada tu też argument demograficzny. Przypomnę, że otwarcie się na Ukraińców w pierwszej, zarobkowej migracji było akceptowalne ze względu na padającą polską demografię. Nie było komu robić, a więc ochotni do roboty byli mile widziani. Wtedy jeszcze łudzono się potencjalną bliskością kulturową, co okazało się szkodliwym mitem. Ci asymilacyjni Ukraińcy widać, że chcą się zintegrować z Polakami i ich kulturą. Ci roszczeniowi – gdzież tam, są pyszałkowaci, zaś jako przedstawiciele kultury turańskiej (nam się mylą jako Słowianie z kulturą łacińską) każdą bezinteresowną pomoc odbierają jako dowód słabości frajera. A więc demograficznie może być ten ukraiński rachunek poważnie zweryfikowany przez wojenną falę migracji. Możemy, wzorem Zachodu, doczekać się całych dzielnic i pokoleń, co to roboty nigdy nie widziały, żyją w swoich gettach, kumulując nienawiść do systemu, który codziennie wykazuje, na ich własne życzenie, że nie dość się stara uchylić nieba dekownikom.
Migracja jako zdobywca
W końcu trzeba postawić pytanie czy dla tych wszystkich oligarchów, którzy rozbijają się na ukraińskich tablicach brykami za miliony wojna na Ukrainie, to „ich wojna”, skoro to wojna nasza? Liczba milionerów w kraju napadniętym w czasie wojny znacznie podskoczyła. Na czym więc chłopaki tak nagle zaczęli zarabiać? No przecież ujawnienie przekrętów robionych na Ukrainie na pomocy dla walczącego państwa to, moim zdaniem, wierzchołek góry lodowej. Współczynnik „zwrotu”, czyli procent ukradzionej pomocy dochodzi do 30%, a więc możemy sobie spokojnie założyć, że kilkadziesiąt miliardów dolarów zostało przekręcone przez starych i nowych, wojennych oligarchów. To te miliardy właśnie rozbijają się po Warszawach, Wrocławiach czy Monte Carlach.
To są te niekupione czołgi. I co? I nic? Zachód to przykrywa bo albo się działkuje, albo co najmniej nie chce tego tematu drążyć, bo by się jeszcze podatnicy zapytali na jakiej to zasadzie ich włodarze na Zachodzie tak suto dotują ferrari i aston martiny? W normalnym kraju w stanie wojny obronnej, gdyby ktoś zaiwanił kasę na pomoc z zagranicy, to odbyłoby się rozstrzelanie na rynku z udziałem publiki i byłby w tydzień porządek. Ale takie mamy czasy z bezkarnością rządzących.
No bo zobaczmy: myśmy się wypruli z paru setek miliardów (to się wciąż liczy, tylko nie wiadomo jak, zaś proceder wypruwania się trwa), zaś jak widać ukraińscy oligarchowie – nic a nic. Mydli nam się oczy tym, że jakoby Ukraińcy ratowali swoimi składkami polski ZUS i NFZ. Po stanie tych instytucji widać, że lepiej by było chyba zrezygnować z takiej kontrybucji. Do tego systemu Ukraińcy wpłacają parę miliardów, wyciągają za to dziesiątki. Bilans jest ewidentnie ujemny i stanowi filar systemowej zapaści np. takiej służby zdrowia. Jaka jest kontrybucja ukraińskiego biznesu, który – podobno – daje (uwaga!) Polakom pracę? Pewnie bez tej gospodarności Polacy by sobie sami nie poradzili.
No to jak to jest, że Ukraińcy wykupują w Polsce polskie biznesy? Skąd mają kapitał? Czyżby… od nas? No dobra, niech będzie, że sami zarobili, to czemu inwestują w fuzje polskie, kiedy (pamiętam z filmów) w trakcie wojny Polacy dawali swoje obrączki, by wesprzeć wysiłek zbrojny polskiej armii? Wyświetlmy sobie następujący obrazek: jest powiedzmy 1943 rok, trwa II wojna światowa, Wielka Brytania, Anglicy pomagają jak mogą walczącej Polsce, podczas gdy Polonusy rozbijają się po Londynie limuzynami, na które nie stać Anglików, wykupują ich firmy, siedzą na socjalu i w przychodniach. A tak jest teraz w Polsce. Przypomnę, że etosem Polaków w II wojnie światowej był ruch odwrotny. Ładnie to pokazywał serial „Jak rozpętałem II wojnę światową”, który jest de facto historią Polaka, przemierzającego całą Europę, Bliski Wschód i Afrykę by przedrzeć się do Polski, po to aby o nią walczyć.
Pokój jako sierota?
No właśnie – skoro, jak widać na wyrost, wiele grup przyznaje się do tego, że to „ich wojna”, to czyja jest ona naprawdę? Widać to po tym, kto i czy… tej wojny nie chce skończyć. To zaprawdę musi być wtedy jego wojna. Nie chce jej skończyć Putin, bo im dłużej ona trwa, tym jego sytuacja się polepsza. Nie chce jej skończyć Zełenski, który kolejny raz nie chce skorzystać z szansy, by późniejsza odsłona dała mu… gorsze warunki pokoju. Czemu tak czyni? Pewnie z kilku powodów: po pierwsze z końcem wojny czekałoby go rozliczenie i to głównie z wracającymi z okopów, po drugie – Zełenski dokładnie gra w lidze europejskiej, której kontynuacja wojny jest też na rękę.
Wojna na Ukrainie odsuwa uwagę obywateli od właściwych problemów generowanych przez rządzących, którzy negatywne efekty swych polityk mogą zrzucać na poświęcenia wojenne, motywowane pięknoduchostwem szantażującym obywateli. Wojna to też wspaniały mechanizm popychający do zacieśnienia integracji europejskiej w projekcie federacyjnym Unii. Zbrojeniówka chce tej wojny, chcą jej też ukraińscy oligarchowie, którzy mają „złoty czas”, a takich miodów kończyć za bardzo nie chce się.
Za promotora pokoju, za nie swoją oczywiście cenę, robi już chyba tylko Trump, no może jakieś rosnące grupy Ukraińców. Niestety wojny też chce polska klasa polityczna i to praktycznie – poza Konfederacjami – w całości. Lewacy – wiadomo, będą grali jak im Unia zagra, zaś PiS jedzie już tym podżegactwem siłą rozpędu, będąc jednocześnie proamerykański popiera wojnę, której Trump nie chce.
Spróbowaliśmy więc tu sobie rozebrać na drobne latające w powietrzu zapewnienia o „naszej wojnie”. Całe szczęście, że to nieprawda, bo z takim stanem państwa dawno byśmy taką wojnę przegrali i popadlibyśmy w niewolę. A w niewoli i tak jesteśmy, tyle, że (na razie) w niewoli narracyjnej wojny, w której podobno wojujemy, zaś tak naprawdę jesteśmy tylko źródłem zaopatrzenia konfliktu, który im dłużej trwa, tym bardziej na tym tracimy. Taka to ta „nasza wojna”.
Afera na zgromadzeniu ogólnym ONZ – odrzucono rezolucję humanitarną, z powodu genderyzmu i klimatyzmu.
„Polska delegacja milczała, choć zdrowy rozsądek nakazywał wesprzeć głos Paragwaju i USA. Pokazuje to, że rząd Tuska po cichu wspiera agendę dewiacyjną oraz zielonych komunistów, bredzących o płonącej planecie.”
===================== USA zablokowały rezolucję ONZ. Przemycała agendę gender i zielonego komunizmu Coroczna rezolucja ONZ dotycząca wzmocnienia koordynacji pomocy humanitarnej w sytuacjach nadzwyczajnych, przyjmowana w drodze konsensusu od 33 lat, została wycofana z obrad Zgromadzenia Ogólnego z powodu sprzeciwu delegacji USA.
Obóz Trumpa argumentował, że część zapisów wprowadza ideologiczne elementy, w tym odniesienia do tzw. „zdrowia seksualnego”, klimatyzmu i ideologii neołysenkizmu gender, które odciągają uwagę od rzeczywistych problemów w biednych częściach świata. USA zablokowały rezolucję ONZ.
Wycofanie rezolucji dotyczącej pomocy humanitarnej pokazuje rosnące napięcia wśród państw członkowskich co do roli Organizacji Narodów Zjednoczonych i jej priorytetów związanych ze wsparciem zagrożonych biedą regionów świata oraz ochrony grup zagrożonych cierpieniem. Podczas 59. i 60. posiedzenia Zgromadzenia Ogólnego, odbywających się 10 grudnia, delegaci dyskutowali nad szerokim pakietem rezolucji humanitarnych w ramach punktu 72 agendy (porządku obrad). Omawiano m.in. kwestie koordynacji pomocy humanitarnej i reagowania w sytuacjach katastrof, wsparcia gospodarczego dla poszczególnych państw i regionów, a także pomocy dla narodu palestyńskiego i działań związanych z minimalizowaniem skutków katastrofy w Czarnobylu. W trakcie debaty rozpatrywano także liczne projekty rezolucji oraz zgłoszone do nich poprawki. Z powodu licznych poprawek, z głosowania wycofano rezolucję ONZ dotyczącą wzmocnienia koordynacji pomocy humanitarnej w sytuacjach nadzwyczajnych. Wyjątkową uwagę przykuła sytuacja dotycząca projektu rezolucji A/80/L.25 – „Wzmacnianie koordynacji nagłej pomocy humanitarnej ONZ” (punkt 72A agendy) który przez 33 lata był corocznie przyjmowany w drodze konsensusu. W tym roku dokument został wycofany przez Szwecję, głównego negocjatora tekstu, w reakcji na liczne poprawki dotyczące kontrowersyjnych zapisów, wnoszone przez delegacje państw członkowskich, które sprzeciwiają się skrajnie lewicowej agendzie klimatystycznej i genderowej. W swoim wystąpieniu przedstawicielka Paragwaju podkreśliła znaczenie suwerenności państw w realizacji działań humanitarnych oraz ochronę życia od poczęcia w konstytucji Paragwaju. Nie zgodziła się na narzucanie przez ONZ podejrzanej agendy klimatycznej oraz elementów uderzających w prawa dzieci. Rezolucja podnosiła bowiem aborcję do rangi „prawa kobiet”. – W ramach punktu 72A porządku obrad, nawiązując do wzmianek o Agendzie 2030 i Celach Zrównoważonego Rozwoju, zwracamy uwagę, że ustęp 74 rezolucji 70/1, ustanawiającej Agendę 2030 i Cele Zrównoważonego Rozwoju, podkreśla dobrowolny charakter procesów monitorowania i przeglądu Agendy 2030. Powinno to być dostosowane do ram prawnych i priorytetów wszystkich państw. W związku z tym rząd krajowy realizuje plany rozwoju w pełnym zakresie suwerenności państwa paragwajskiego, z należytym poszanowaniem zasad konstytucyjnych. Ponadto należy podkreślić, że w konstytucji Paragwaju prawo do życia jest chronione od momentu poczęcia, wobec czego realizacja uzgodnionych postanowień dotyczących zdrowia kobiet w dokumentach, w odniesieniu do których dziś podejmowane są działania, będzie uwzględniać fakt, że krajowe normy nie dopuszczają aborcji – powiedziała. Stanowisko Stanów Zjednoczonych było bardziej rozbudowane i obejmowało szczegółową krytykę zapisów rezolucji wprowadzających elementy ideologiczne. Stany Zjednoczone zaproponowały cztery poprawki (A/80/L.30, L.31, L.32, L.33), argumentując, że mają one „chronić pierwotny cel rezolucji przed agendami ideologicznymi”. W szczególności sprzeciwiły się odniesieniom do „praw reprodukcyjnych i seksualnych”, które, jak wskazano, w praktyce nabyły kontrowersyjnych znaczeń łączonych z aborcją, postulatami ruchu dewiacyjnego LGBT i „seksualnymi prawami” dzieci. USA sprzeciwiły się też zapisom dotyczącym zmian klimatycznych, nazywając je „nieproporcjonalnymi” i „sprzecznymi z pragmatyczną polityką” administracji USA oraz określiły tekst rezolucji mianem „globalistycznej listy życzeń”. Przedstawiciel USA mówił wprost: – Niestety, ta rezolucja jest kolejnym przykładem dokumentu fasadowego, który w niewielkim stopniu poprawia życie obywateli państw członkowskich, jednocześnie marnując zasoby ONZ i państw członkowskich. Ponadto administracja Trumpa jasno wskazała, że wysiłki na rzecz promowania radykalnej ideologii gender w ONZ nie będą wspierane i wręcz odciągają uwagę od rzeczywistej ochrony i promowania praw kobiet i dziewcząt na świecie. Ten organ nadal promuje wywołujący podziały i bezsensowny język, który nie wspiera międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa. W przeciwieństwie do tego, Stany Zjednoczone są zdecydowanym zwolennikiem działań mających na celu ochronę praw i bezpieczeństwa kobiet oraz dziewcząt, aby wspierać realną równość między biologicznymi mężczyznami i kobietami. W związku z tym, Stany Zjednoczone wnioskują o głosowanie i będą głosować przeciwko tej rezolucji. Przedstawiciel Waszyngtonu skrytykował również neokomunistyczny język używany w dokumentach ONZ, zwracając uwagę na jego polaryzujący charakter. – Przechodząc do rezolucji dotyczącej współpracy międzynarodowej w zakresie pomocy humanitarnej w sytuacjach katastrof, od pomocy doraźnej, po działania rozwojowe, spostrzegamy, że jest to kolejny przykład fasadowej rezolucji, która odciąga uwagę od podstawowego uprawnienia ONZ w zakresie utrzymania międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa. Rezolucje ONZ powinny być krótkie, wykonalne i ukierunkowane na przyszłość. Tymczasem wiele z tych dokumentów, w tym omawiany, zawiera problematyczny język, który podważa zaufanie państw członkowskich do ważnej pracy tej instytucji. Tekst ten jest niczym więcej jak globalistyczną listą życzeń zawierającą wywołujące podziały kwestie kulturowe, w tym klimat, zdrowie seksualne i reprodukcyjne, gender oraz wypaczony system interesów oparty na relacji darczyńca-beneficjent. Jest to w całkowitej sprzeczności z odważną i pragmatyczną polityką zagraniczną administracji Trumpa. Stany Zjednoczone wyrażają zaniepokojenie licznymi kontrowersyjnymi znaczeniami jakich terminologia dotycząca „zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego” nabrała w niektórych politykach i programach ONZ, w tym odnoszącymi się do „prawa do aborcji”, ideologii transgenderowej i „autonomii seksualnej dzieci”. Chcemy mieć pewność, że rezolucja nie stanowi ogólnego poparcia dla tych nowych znaczeń – zauważył delegat USA.
Wskazał on również na zbytnie skupienie ONZ na kwestiach klimatycznych. – Wiele państw, w tym sponsorzy tej rezolucji, skupia się na ideologicznych kwestiach, takich jak Zielony Nowy Ład, genderowe szaleństwo i innych tego typu pomysłach. Istnieje fałszywe przekonanie, że niewielkie ograniczenie użycia tego języka wystarczy. To nieprawda. Musimy usunąć tę ideologiczną zawartość z całej naszej pracy. Stany Zjednoczone jasno podkreśliły, że Agenda 2030 i Cele Zrównoważonego Rozwoju ingerują w suwerenność państw jako miękka forma globalnego rządzenia i nie będą już automatycznie potwierdzane. Prezydent Trump przekazał bardzo wyraźny komunikat. ONZ i wiele państw świata zeszło z kursu, wyolbrzymiając zmiany klimatu do rangi największego zagrożenia. Ta praktyka nie będzie już tolerowana. Rezolucja jest działaniem pozorowanym, które w żaden sposób nie poprawia życia obywateli. Aby wzmocnić koordynację w reagowaniu na katastrofy naturalne, główna odpowiedzialność spoczywa na państwach członkowskich, a nie na rezolucjach ONZ. W związku z tym, Stany Zjednoczone wnioskują o głosowanie i będą głosować przeciwko tej rezolucji – stwierdził. Po zaproponowaniu tych poprawek delegacja Szwecji wycofała dokument, aby „chronić interesy setek milionów osób, dla których został on przedłożony”. W ogóle nie dopuszczono do głosowania nad poprawkami. Delegacja Szwecji stwierdziła, że pozytywny wynik głosowania nad tekstem można osiągnąć, jeśli delegaci zgodzą się na kompleksowy, nowy tekst. W odpowiedzi przedstawiciel Stanów Zjednoczonych podkreślił, że jego delegacja będzie nadal sprzeciwiać się temu projektowi, jeśli zostanie on ponownie przedłożony pod obrady w tej samej, lub podobnej formie i z tymi samymi elementami. Polska delegacja milczała, choć zdrowy rozsądek nakazywał wesprzeć głos Paragwaju i USA. Pokazuje to, że rząd Tuska po cichu wspiera agendę dewiacyjną oraz zielonych komunistów, bredzących o płonącej planecie. źródło : magnapolonia.org
W polskich mediach, szczególnie niektórych opozycyjnych, rozgrywa się ostatnio spektakl rozdzierania szat, którego przyczyną jest nieuczestniczenie jakiejś polskiej delegacji w spotkaniach, które mają na celu opracowanie warunków zawarcia pokoju, czy chociażby trwałego zawieszenia broni na Ukrainie. Obserwator nie znający dobrze tematu mógłby odnieść błędne wrażenie, że ten pokój, skoro o nim dyskutuje się w Waszyngtonie, Londynie, Paryżu, czy ostatnio Berlinie, ma być zawarty miedzy Ukrainą a jakimiś państwami Zachodu.
Tymczasem, jak wiadomo, chodzi o zakończenie stanu militarnej konfrontacji między Rosją a Ukrainą. Dlaczego zatem komentatorzy podniecają się tym co mówi się na spotkaniach w zachodnich stolicach, skoro oczywistym jest, że wypracowane tam stanowisko może nie mieć znaczenia jeśli Rosja nie przyjmie go za podstawę do dalszych ustaleń. Rozumując odrobinę bardziej wnikliwie, można by też stwierdzić, i byłoby to całkiem bliskie prawdy, że chodzi o wypracowanie warunków i wspólnego stanowiska do ustanowienia pokoju między Ukrainą i będącymi z nią w sojuszu państwami Zachodu, z jednej strony, a Rosją z drugiej strony. Takie podejście, jakkolwiek uprawnione, przyznawałoby jednak poniekąd rację stanowisku Rosji, która od dawna twierdzi, że wojnę toczy nie z samą tylko Ukrainą, ale z całym systemem 45 państw, głównie zachodnich, które są formalnie określane przez Rosję jako „państwa nieprzyjazne”, a których spis jest cały czas aktualizowany przez rosyjskie MSZ. Rozpatrując rzecz w takim kontekście, dopiero staje się zrozumiałym fakt, że Ukraina i najważniejsze, oraz najbardziej zaangażowane, spośród owych „państw nieprzyjaznych” Rosji spotykają się razem by ustalić warunki pokoju z Rosją. Mając tak zdefiniowaną i ustaloną scenę wydarzeń, niektórzy w Polsce bardzo są zawiedzeni tym, że Polska nie jest w gronie tych najbardziej zaangażowanych w konfrontację z Rosją, które to państwa, co jest oczywiste, będą też ponosić największą odpowiedzialność za realizację procesu pokojowego, ale też mogą być wtrącone w dalszą wojnę w przypadku gdy rzecz cała nie zakończy się ustanowieniem tegoż pokoju.
W tym sensie wydawać się może, że dystansowanie się od uczestnictwa w ustalaniu warunków, może być bardziej bezpieczne, gdyż wtedy nie może się zdarzyć, że będziemy zmuszenie do ponoszenia bezpośrednich kosztów, gdy coś pójdzie nie tak, a na dodatek możemy być obarczeni za to winą, jak to stało się w przypadku pani Merkel, której niedawna wypowiedź została odebrana jako próba obciążenia Polski i krajów bałtyckich za obecną wojnę, a to z racji nie zgadzania się ich na pewne ustępstwa względem Rosji. W związku z powyższymi uwarunkowaniami należy z dużą ostrożnością podchodzić do polskiego uczestnictwa w procesie pokojowym, gdyż może się to finalnie wiązać dla nas z kosztami tak wielkimi, że będą one nie do zaakceptowania.
Ta cześć opozycji, chodzi głównie o PiS, która czyni dla obecnego rządu zarzut z tego, że nie uczestniczył on w wypracowywaniu warunków przyszłego pokoju, zdaje się tego nie rozumieć, a tymczasem takie właśnie ostrożne podejście Tuska to tego tematu może być jedną z głównych przyczyn ostatniego wzrostu sondażowych notowań dla KO, i jednoczesnego, choć niewielkiego, spadku dla PiS. Takie rozumienie przyczyn tych zmian wzmacnia jeszcze zwiększanie się notowań ugrupowania Grzegorza Brauna, które od popierania Ukrainy kompletnie się dystansuje. W polityce nie jest tak, że wpływ można wywierać za darmo, że to nic nie kosztuje. Przypomnieć tu wypada, że główną przyczyną wojny o niepodległość 13 kolonii brytyjskich w Ameryce była chęć rządu brytyjskiego by narzucić tym koloniom większe podatki. Reprezentacja kolonistów wystąpiła wtedy z hasłem: „żadnego opodatkowania bez reprezentacji” (No Taxation Without Representation), które oznaczało, że koloniści nie akceptowali podatków nakładanych przez brytyjski parlament, w którym nie mieli swoich przedstawicieli. Chociaż Brytyjczycy argumentowali, że koloniści mieli „wirtualną reprezentację”, Amerykanie domagali się realnego udziału w rządzie i decyzjach dotyczących podatków, co ostatecznie doprowadziło do Deklaracji Niepodległości z 4 lipca 1776 roku.
Podobnie, oczywiście z uwzględnieniem różnic i proporcji, można by opisać obecne stanowisko Polski względem sytuacji na Ukrainie. Skoro nie bierzemy bezpośredniego udziału w ustalaniu zasad pokoju, to możemy czuć się zwolnieni z ponoszenia głównych konsekwencji zabezpieczania i gwarantowania tego kontraktu, które mogą być dla nas nie tylko niebezpieczne, ale też trudne do udźwignięcia. Niektórzy widzą tylko jeden aspekt obecnego stanu biernego uczestniczenia Polski w procesie pokojowym, które oceniają jako umniejszające dla znaczenia naszego kraju.
Zadają się oni jednocześnie nie rozumieć, że nie ma współdecydowania bez realnego zaangażowania i ponoszenia kosztów zobowiązań, które finalnie mogą skutkować, w tym przypadku, wysłaniem naszych żołnierzy na Ukrainę.
Publikujemy wywiad z płk Borisem Cholletem, pułkownikiem armii szwajcarskiej i szefem wywiadu wojsk lądowych Konfederacji Szwajcarskiej, przpeoryadzony przez Aleksandrę Klucznik-Schaller.
W strukturach NATO
Pułkownik to najwyższy stopień w szwajcarskiej armii, w tej armii nominuje się generała tylko na czas wojny.
– No cóż, jestem pułkownikiem w sztabie generalnym, co oznacza, że zostałem przeszkolony we wszystkich rodzajach broni. Potrafię planować operacje piechoty. Mogę planować działania artylerii i obrony przeciwlotniczej. To właśnie nazywamy sztabem generalnym. To prawda, że generał jest mianowany tylko w czasie wojny. Tak było w przypadku generałów Guisan’a i Dufour’a, by wymienić tylko tych dwóch. Ale są też oficerowie, których nazywamy generalnymi: brygadiera, oficera dywizji i dowódcę korpusu. Ja jestem tym, co nazywają starszym oficerem, od stopnia majora lub komendanta – tak to się nazywa we francuskiej armii – do stopnia pułkownika. W dawnych czasach – jeszcze podczas II wojny światowej – mówiliśmy pułkownik brygadier, pułkownik dywizji, pułkownik komendant korpusu. Ale nazwy się pozmieniały. Dzisiaj ludzie je mylą i nawet ci, którzy mają tytuł pułkownika brygadiera uważają się za generałów brygady. Ale w zasadzie tak, generał jest nominowany tylko podczas wojny.
Pan był pułkownikiem w sztabie generalnym, w jednostce wywiadu?
– Byłem szefem wywiadu wojsk lądowych.
I, jak zanotowałam, szefem szkolenia w wywiadzie wojskowym.
– Dokładnie.
Prowadził Pan misje w Niemczech, we Francji…
– Brałem udział w całej serii konferencji i ćwiczeń z NATO. Byłem w prawie każdym kraju; w Turcji, we Włoszech, w Niemczech, w Wielkiej Brytanii…
Jest Pan więc pułkownikiem, który zna dobrze służby specjalne i NATO. W jakim okresie Pan służył?
– Cóż, poszedłem do NATO; do szkoły NATO, a trzeba tu odróżnić szkołę NATO od college’u NATO. Kolegium NATO jest w Rzymie, a szkoła NATO była – nie wiem czy nadal tam jest – w Oberammergau, w Niemczech, a dokładniej w Bawarii. Uczęszczałem do szkoły NATO i, o ile mnie pamięć nie myli, zacząłem tam chodzić w 1998 roku, dwa lata po podpisaniu przez Szwajcarię Partnerstwa dla Pokoju.
Rozumiem. I kiedy zakończył Pan służbę?
– Przeszedłem na wcześniejszą emeryturę w 2014 roku.
Więc faktycznie widział Pan przystąpienie Polski i innych krajów Europy Wschodniej do NATO?
– Tak. Byłem nawet w Polsce na ćwiczeniach.
Co robi wywiad
Porozmawiamy więc dziś o służbach specjalnych i o NATO.
– Dobrze.
Ale chciałabym przede wszystkim zapytać: dlaczego jest tak wiele wymysłów otaczających ten zawód?
– Zawód wywiadowczy?
Tak, otaczających wywiad i służby specjalne; wydaje się że mają one prawo robić co im się żywnie podoba.
– Nie, są ramy prawne, powiedziałbym, że w państwach demokratycznych mamy podstawy prawne, więc nie mają prawa robić wszystkiego.
Granice zależą od kraju? Są kraje które pozwalają służbom robić więcej?
– Ograniczenia zależą od kraju. Cel uświęca środki. Myślę, że państwa, takie jak Chiny czy Korea Północna, pozwalają na więcej.
Rozumiem, szpiegują więcej.
– Ale zasada jest wciąż ta sama. Zawsze istnieją trzy duże bloki. W służbach wywiadowczych: mamy krajowe służby wywiadowcze, które są odpowiedzialne za strzeżenie ludności. Następnie mamy wywiad zagraniczny, który próbuje dowiedzieć się, co dzieje się zagranicą, za bliską granicą i coraz dalej. No i mamy wywiad wojskowy, który stara się dowiedzieć, jak ewoluują siły zbrojne, aby móc dostosować własne doktryny, a nawet struktury dowodzenia.
Rozumiem. I chodzi o zbieranie informacji i o analizę informacji?
– To zależy od cyklu wywiadowczego. Powiedziałbym, że zawsze istnieje część orientacyjna, tj. władza polityczna lub wojskowa, która powie czego chce, wskaże kierunek, na który trzeba wywiad zorientować. Następnie jest specjalizacja poszukiwawcza. Są więc ludzie, którzy będą szukać danych wywiadowczych; następnie jest część analityczna; a następnie część produkcyjna. Tutaj trzeba wiedzieć, czy tworzy się ustne podsumowanie, czy się tworzy pisemne dokumenty; lub czy dokonuje się przeglądu… A potem jest rozpowszechnianie, tj. komu przekazujemy wyniki całej tej produkcji.
Jest jeszcze przewidywanie; prognozowanie. Tym zajmują się służby specjalne?
– Nie, to nie tak. To znaczy prognoza jest częścią całego systemu badawczego. Innymi słowy, chce się wiedzieć, co może się wydarzyć w 2035 roku, to jest to prognoza. Ale cykl wywiadowczy jest zasadniczo zawsze taki sam. Wyższa władza, czy to polityczna, czy wojskowa, musi powiedzieć, jakiego rodzaju danych wywiadowczych trzeba szukać. Następnie poszukuje się danych wywiadowczych. Potem następuje analiza danych wywiadowczych. A potem, jak mówiłem, jest produkcja: raport. I wreszcie jest rozpowszechnianie; trzeba wiedzieć komu przekazuje się dane wywiadowcze.
Wszechmocne służby?
Dobrze. Czy istnieją jakieś znaczące różnice między krajami w sposobie postępowania, lub w posiadanych upoważnieniach; w sposobach prowadzenia działań wywiadowczych?
– Nie, nie powiedziałbym tego, ale oczywiście każdy kraj ma własną strukturę wywiadowczą. Jeśli weźmiemy na przykład Szwajcarię; oficjalnie Szwajcaria ma służbę wywiadowczą Konfederacji; to swego rodzaju wywiad zagraniczny. Następnie mamy wywiad wojskowy, który zajmuje się badaniami. I co jeszcze: no wywiad krajowy; to jest zawsze nieco skomplikowane. W Szwajcarii mamy coś, co nazywamy Siecią Bezpieczeństwa Narodowego. Odpowiadają za nią dwa departamenty, a mianowicie Departament Sprawiedliwości i Policji oraz Departament Obrony i Ochrony Ludności. I są jeszcze dyrektorzy z różnych kantonów, bo w każdym kantonie są dyrektorzy odpowiedzialni za gromadzenie danych wywiadowczych, oni się spotykają sporadycznie. Tą organizację właśnie nazywamy Siecią Bezpieczeństwa Narodowego.
Ale dlaczego jest tak, że czasami ludzie, społeczeństwo obywatelskie, boją się służb specjalnych? Uważa się że są one wszechmocne.
– Problem polega na tym, że ludzie często boją się tego, co jest robione w tajemnicy.
Jak najbardziej, ale to tylko o to chodzi?
– Dodałbym, że w Szwajcarii, to co przestraszyło Szwajcarów, to kiedy wyszło na jaw że były tworzone akta w których umieszczane były informacje o ludziach. Nikt wtedy o tym nie wiedział, i to przestraszyło społeczeństwo. Teraz ludzie wciąż myślą, słusznie lub nie, że się przed nimi część prawdy ukrywa.
Ale na przykład, czasami czytamy w prasie, że służby specjalne zorganizowały jakiś atak. Lub że zorganizowali odejście jakiegoś przeciwnika politycznego, albo że zorganizowali podsłuchy.
– W zasadzie powiedziałem, że służby wywiadowcze poszukują informacji z zewnątrz i wewnątrz kraju, na przykład śledząc elementy oznaczone jako dżihadyści, ludzi, którzy mogliby się zradykalizować w Szwajcarii. Teraz trzeba się zastanowić czy się trzeba bać. Zależy co jest robione, i przez kogo. Weźmy na przykład francuską dyrekcję wywiadu, to, co nazywamy wywiadem zewnętrznym. Przez długi czas nazywaliśmy te służby DGSE; nazwy często są zmieniane i musimy być ostrożni, bo nazwy są zmieniane tylko po to, żeby trochę zmylić ludzi. Tam kiedyś był dział operacji, który prowadził ukierunkowane, tajne działania, aby wpływać na społeczeństwa. Tak więc, jeśli wezmę bardzo dobrze znaną sprawę, a mianowicie sprawę Rainbow Warrior, to mogę powiedzieć, że była to francuska porażka. Nie pamiętam dokładnie, myślę, że to było w 1985 roku, mogę się mylić co do daty. Statek Rainbow Warrior zamierzał zakłócić testy nuklearne w Mururoa. Służby specjalne wysadziły statek który należał do Greenpeace i niestety, jedna osoba zginęła. Tak więc był tam dział działań operacyjnych i myślę że każdy duży kraj ma służbę państwową operacyjną, czy to Francja, Włochy, czy Izrael, jeżeli kraj ma duże służby, to istnieje dział operacyjny. Z definicji te bardzo potężne służby mają dział akcji operacyjnych, można go nazwać jak się chce. Ich celem jest przeprowadzanie ukierunkowanych, tajnych działań, zawsze w celu ochrony państwa. Celem akcji Rainbow Warrior – która została przeprowadzona z zielonym światłem od Mitterranda, bo minister obrony – którym, o ile mnie pamięć nie myli, był Charles Hernu – udał się on po zielone światło do prezydenta Mitterranda. Cóż, miało to na celu uniknięcie robienia złego wizerunku testom nuklearnym…
Teorie i spiski
Jest też sprawa Jeffrey’a Epsteina, sprawa, którą się przypomina od czasu do czasu. Nie jest jasne, czy nie szantażował polityków…
– Ale oczywiście; kiedy się widzi, że w aferze Epsteina wiele osób jest cytowanych; takich jak brat księcia Karola, teraz króla Karola, jest oczywiste, że jest wiele osób, które się dzisiaj boją ponieważ wiedzą, że ich nazwisko może zostać wymienione, a może zacząć się od prezydenta Trumpa.
Zabójstwo Kennedy’ego? Wydaje mi się że czytałam, że prezydent Putin – który sam był członkiem tajnych służb, zanim został politykiem – właśnie powiedział, że ujawni dokumenty dotyczące sprawy Kennedy’ego. To możliwe?
– Tak, tak, widziała Pani to samo co ja. Było tak wiele teorii na temat śmierci i zamachu na Kennedy’ego… Jestem pewien, że to nie jest wina jednego człowieka. To niemożliwe. Historia jednego człowieka nie trzyma się kupy. Istnieje teza, że John Fitzgerald Kennedy chciał podnieść podatek od ropy naftowej i rzeczywiście pojechał do Teksasu i zginął w Dallas… Istnieje jeszcze inna teza, która mówi, że JFK był pod wrażeniem ryzyka wybuchu III wojny światowej, że chciał położyć kres wpływowi kompleksu wojskowo-przemysłowego i że to oni go zabili.
Dokładnie. Ale widać, że to wszystko prowokuje spekulacje i strach.
– Oczywiście, tak. Istnieją również wszystkie inne historie o infiltracji firm: benzen w wodzie Perrier, fregaty na Tajwanie… Powiedziałbym, że Szwajcaria jest daleko w tyle, jeśli chodzi o szpiegostwo gospodarcze. Francuzi są znacznie bardziej zaawansowani niż my, jeśli chodzi o szpiegostwo gospodarcze i kontrwywiad. Poddaliśmy się w tu i nie powinniśmy być zaskoczeni tym, co stało się dzisiaj z cłami. Ale tak by nie było, gdybyśmy mieli co trzeba aby się osłonic. Oczywiście potem dochodzi problem odwetu. Rada Federalna nie chciała podejmować działań odwetowych. To wybór polityczny. Ale nadal jestem przekonany, że Szwajcaria jest lata do tyłu, jeśli chodzi o szpiegostwo gospodarcze. Nie mówię tu o szpiegostwie finansowym. Dokonajmy wyraźnego rozróżnienia między ekonomią a finansami.
Unijne specsłużby?
A co Pan sądzi o oświadczeniach Ursuli von der Leyen, że ona sama chciałaby stworzyć służbę – dla siebie lub dla Komisji Europejskiej, nie wiem – a więc tajną służbę, która scentralizowałaby krajowe tajne służby? Co to miałoby by być? Służby wywiadowcze? Służby operacyjne?
– Ta przewodnicząca Komisji Europejskiej jest tak bardzo krytykowana… Troje europosłów: Francuzka, Belg i Słowak, można ich szybko znaleźć na YouTube, ciągle ją atakują na podstawie konkretnych przykładów.
Może Virginie Joron?
– Nie, nie wymienię, ale łatwo ich odszukać. Pani von der Leyen ma dużo problemów. Sprawiła, że zniknęły jej wszystkie smsy i maile. Jak to możliwe? Nie wiem. No i cóż, zdecydowana większość posłów nie miała nic do powiedzenia na ten temat. Ci ludzie zarabiają ponad 8000 euro miesięcznie, nie wspominając o różnych dodatkach, które otrzymują. Więc krytyka tej pani nie leży w ich interesach. A Ursula von der Leyen, wracając do pytania, ma już centrum wywiadowcze. Ale ta służba wywiadowcza dostarcza Komisji Europejskiej informacje o tym, co dzieje się za granicą, tj. poza Unią Europejską. A teraz Ursula von der Leyen chce kontrolować to, co dzieje się wewnątrz Unii Europejskiej. To jest jej cel. I w tym tkwi niebezpieczeństwo. Rozumie Pani? I nadal jestem przekonany, że jeśli sprawy potoczą się tak, jak się toczą, to będzie miała własne centrum wywiadowcze.
To część federalizacji Unii Europejskiej? Na tym polega budowanie ponadpaństwowości?
– Uwaga, jeżeli mi mówicie o federalizacji,wiele osób uważa, że federacja państw jest celem. Ale to nie jest celem Komisji. Komisja chce scentralizowanej Unię Europejską. Jeśli weźmiemy pod uwagę Philippe’a Seguin’a, to owszem, był on zwolennikiem Unii Europejskiej, ale to nie była to Unia Europejska pani Ursuli von der Leyen.
Obietnice w sprawie NATO
A teraz chciałabym przejść do tematu NATO. Zna Pan tą tematykę i widział Pan rozwój tej organizacji. Jest to traktat obronny z 1949 roku, miał bronić aliantów przeciwko komunizmowi, stać naprzeciw blokowi wschodniemu. A potem widzieliśmy przekształcenie NATO i widzieliśmy jak sojusz zbombardował Serbię w 1999 roku, Libię w 2011 roku. Teraz słyszymy admirała Giuseppe Cavo Dragone, który tłumaczy, że trzeba zastanowić się nad możliwością organizowania wyprzedzającego, prewencyjnego uderzenia na Rosję… Jak oceniać aktualną doktrynę NATO?
– Cóż, zawsze trzeba patrzeć na historię. Mówi pani, że NATO jest organizacją defensywną.
Przynajmniej tak się mówi.
– Oczywiście. Ale NATO zostało stworzone w 1949 roku, a Układ Warszawski był podpisany w 1955 roku. Jeśli jest tu jakaś organizacja, która jest defensywna, to jest to Układ Warszawski. Patrząc wstecz, jeżeli spojrzymy na oświadczenia, które zostały wygłoszone, to na początku nikt nie chciał rozszerzenia NATO na wschód. Nawet Rosja chciała dołączyć do partnerstwa euroatlantyckiego lub do dialogu euroatlantyckiego. Ale nie chciano Rosji. W 1994 roku, nawet wcześniej – w 1993 roku, 4 października 1993 roku, prezydent Jelcyn ostrzelał Dumę. To był, moim zdaniem, pierwszy amerykański test sprawdzający jak łatwo będzie przeć na wschód. Zadziałało to dobrze: Jelcyn ostrzelał Dumę i Clinton prawdopodobnie – przynajmniej tak się mówi – obiecał Jelcynowi 1,5 miliarda za kontynuowanie reform, ponieważ jego intencją było reformowanie. No i już w 1994 roku Clinton mówi, że można teraz rozszerzać się na wschód. Angela Merkel powiedziała, że nie będzie rozszerzania na wschód, bo tak obiecano. Był jeszcze kanclerz Schroeder i były zmiany o ustnej umowie. I trzeba przypomnieć słowa Rolanda Dumasa. Dumas był obecny przy składaniu tej ustnej obietnicy. Ale ustne obietnice w polityce są wiążące tylko dla tych, którzy je składają… A więc, w 1994 roku, Clinton powiedział, że można rozszerzać NATO na wschód. Ukraina dołączyła do Partnerstwa dla Pokoju w 1994 roku. Dwa lata później Szwajcaria dołączyła do Partnerstwa dla Pokoju. A potem, w 1999 roku, była pierwsza fala ekspansji. Następnie, wraz z każdą falą ekspansji, widziano, że można to dalej robić i nadal robiono.
Partnerstwo dla Pokoju i sieci NATO
Partnerstwo dla Pokoju oznacza w rzeczywistości wspólne szkolenia i komunikację? Nie ma stacjonujących wojsk. Nie ma stacjonującej broni.
– Nie. Partnerstwo dla Pokoju ma na celu harmonizację doktryny wojskowej. A potem dążymy do wspólnych szkoleń. Jest pewien dokument, który można znaleźć w Internecie, chodzi mi o bardzo interesujący artykuł autorstwa Arnaud Dotézaca zatytułowany Aller-Simple pour l’OTAN (Bilet w jedną stronę do NATO). Arnaud Dotézac tłumaczy, że Szwajcaria sprzedała wszystkie swoje tajemnice, podpisując Partnerstwo dla Pokoju.
Dobrze. Zainteresujmy sięchwilęz kim się podpisało Partnerstwo dla Pokoju. Dlaczego zadaję to pytanie? Ponieważ jest dwóch Pańskich rodaków, którzy, moim zdaniem, uzasadniają – uzasadniają pracą akademicką i pracą zawodową – że Szwajcaria powinna pozostać neutralna. Mam na myśli Daniele Ganser i prokuratora Dicka Marty’ego, który do końca życia musiał żyć pod silną ochroną policyjną.
– Tak, to prawda.
Daniele Ganser napisał kilka książek, ale o jednej z nich naprawdę zrobiło się głośno. Chodzi mi o Tajne armie NATO. Była to praca doktorska Gansera. Wykazał on tam, że od samego początku NATO organizowało w różnych krajach siatki nazywane Stay Behind. Od samego początku NATO miało w planach – a więc po 1945 roku, po wojnie – szukanie po różnych krajach Europy ludzi, którzy byli głęboko antykomunistyczni lub antysowieccy. A chodziło o to, że chciano ich przekształcić w bojowników, organizując zbrojne komórki w różnych krajach. Na przykład organizacja LOC w Grecji, która pomogła – według Daniela Gansera – doprowadzić do dyktatury pułkowników. Istniała sieć Absalon w Danii, ROC w Norwegii, komórka P26 w Szwajcarii, Rose des Vents we Francji. Były też inne komórki w Portugalii, które pomagały dyktatorowi Salazarowi. Ale interesujące jest to, że według autora, CIA i MI6 koordynowało sprawy z NATO. Czyli rekrutowali notorycznych antykomunistów do przeprowadzania operacji wojskowych lub ataków terrorystycznych: Piazza Fontana, dworzec w Bolonii.
– Tak, to była sprawa Czerwonych Brygad.
Tak, ale według Daniele Gansera wybuch na dworcu w Bolonii w 1981 roku, Piazza Fontana w 1969 roku, zabójstwo prezydenta Aldo Moro w 1978 roku – zawdzięczamy to wszystko Gladio, sieci Stay Behind.
– I tu chciałabym wrócić z powrotem do Ukrainy, ponieważ w 2023 roku w kanadyjskim parlamencie widzieliśmy oklaski dla Jarosława Hunka, weterana SS Galizien. Widzieliśmy na przykład również, że w Oakville w Ontario, na cmentarzu znajduje się pomnik ku chwale SS Galizien. Istniała komisja sędziego Julesa Deschênesa, która wykazała, że było około 600 żołnierzy Waffen SS, którzy przyjechali do Kanady z Ukrainy. Czy jest możliwe, że NATO jest głęboko antykomunistyczne, antysowieckie lub antyrosyjskie; biorąc pod uwagę, że w Rosji nie ma już komunizmu? Powiedzmy więc, że jest antyrosyjskie. I że ludzie, którzy planują w NATO, planują tak wiele lat naprzód, nawet na jedno, dwa lub trzy pokolenia, aby mogli, jeśli zajdzie taka potrzeba, w danym momencie wrócić z ludźmi, którzy będą gotowi oddać chwałę Banderze, tak jak ma to miejsce w tej chwili. Tworząc pułki Azowskie, jak to było zrobione. Myślicie, że jest to możliwe? Odniosę się do Tajnych armii NATO Daniele Gansera. Myślę, że nie ma wątpliwości, że tak było, ale należy postrzegać te koncepcje w określonym kontekście. Koncepcja ta, to koncepcja Stay Behind. Celem Stay Behind było prowadzenie działań wrogich wobec Układu Warszawskiego za liniami obronnymi Układu Warszawskiego. Była mowa o P26, ale P26 to było czymś innym. Celem P26 było uniknięcie takich samych problemów, jakie ujawniły się we Francji, a mianowicie tego, że kiedy Jean Moulin przejął przywództwo ruchu oporu, musiał sfederować różne ruchy oporu. Tak więc w Szwajcarii chcieliśmy przygotować zalążek ruchu oporu na wypadek, gdybyśmy musieli przejść do ruchu oporu. Scenariusz jest taki, że armia przegrała, jest się na drodze do przegranej, więc stawia się opór. Tak więc chcieliśmy mieć grupę ludzi zdolnych do przeprowadzenia akcji ruchu oporu. P26 nigdy nie zamierzało wychodzić za linię frontu, to byłoby wbrew zasadom. To tyle, teraz zakończę sprawę P26. Pozostaję przekonany, że P26 nie była organizacją podobną do sieci Gladio. Jest jednak jeszcze jedna szara strefa i fakt, że był jeden zabity, można to sprawdzić; ukazała się książka Fałszywy skandal P26 (Le faux scandale de la P26). Cztery segregatory i około dwadzieścia teczek zniknęło. A inne akta, które pozostały w konfederacji pozostają tajne do 2041 roku. Tak więc ta ciemna strona po raz kolejny pozwala tym, którzy są określani jako teoretycy spiskowi – wyobrażać sobie różne rzeczy. To nie podlega dyskusji. Więc poczekamy do 2041 roku, ale nie będzie mnie już na tym świecie.
Ale była operacja Paperclip mająca na celu eksfiltrację byłych nazistów z Niemiec po II wojnie światowej.
– Moim zdaniem, celem operacji Paperclip było wykorzystanie możliwości naukowych nazistów, ponieważ mieli już V1, opracowali V2. Celem było zaoszczędzenie czasu w ramie wyścigu o kosmos.
Dobrze, a więc Pan nie uważa że NATO jako organizacja zasadniczo antykomunistyczna mogła polegać na pomocy nazistów?
– Ja mówię o kręgach wojskowych. Co do kręgów politycznych, to zależy: można sobie wyobrażać co się chce. Polityka nie jest moją dziedziną. Mówię o zasadzie: wojskowi są posłuszni i lojalni z definicji. I tyle. Nie uważam więc, że w kręgach wojskowych znajdzie się zdeklarowanych nazistów. Wszędzie można znaleźć nazistów, wszędzie można znaleźć prawicowych ekstremistów. Nie sądzę, by żołnierze NATO byli nazistami.
Ale tajne komórki wewnątrz NATO były i może są. I tu dochodzę do Dicka Marty’ego. To również bardzo delikatna historia, ponieważ Marty badał handel organami w Kosowie i także sprawy związane z tajnymi więzieniami. Polska przystąpiła do NATO w 1999 roku, a w latach 2002-2005 miała u siebie tajne więzienia.
– Tak jak w Bułgarii, w Rumunii.
Torturowano tam ludzi. Były to więzienia otwarte przez CIA i koordynowane przez NATO. Tak powiedział Dick Marty, który był prokuratorem i wydał również raport dla Europy.
– Myślę, że dużym problemem Dicka Marty’ego jest to, że chciał ujawnić rzeczy, które powinny były pozostać tajne.
Ale jak możemy akceptować, by tego rodzaju rzeczy pozostawały tajne?
– Myślę, że w NATO są ludzie, którzy są zasadniczo proamerykańscy, którzy są euroatlantystami. Tak.
Ale tu nie chodzi o proatlantyzm, tu chodzi o tortury. Mówimy o torturach. Więc tak naprawdę to zaprzecza odruchom ludzkości.
– Ja nie wiem jak na to odpowiedzieć.Problem z więzieniami, tajnymi więzieniami, polega na tym, że amerykańscy więźniowie nie mieli statusu prawnego. Gdyby byli umieszczeni w Stanach Zjednoczonych, musieliby mieć nadany status prawny, a to było niemożliwe. Nie chciano tego. Ale jeśli się jest proamerykańskim, to się nie mówi, że CIA robi to czy tamto. Ktoś kto jest proamerykański, broni Stanów Zjednoczonych do końca. Wiem, że jest to szokujące. Zgadzam się: to jest szokujące. Dlatego cenię suwerenność Szwajcarii. Właśnie dlatego. Wielkim nieszczęściem Dicka Marty’ego jest to, że ujawnił opinii publicznej rzeczy, które powinny były pozostać tajemnicą. I był na celowniku. To był odważny człowiek, bardzo odważny człowiek. Na szczęście są jeszcze odważni ludzie. Tak jak ci odważni posłowie do Parlamentu Europejskiego, których nazwisk nie chciałem wymieniać. Ale są, są jeszcze odważni ludzie, którzy nie dają się skorumpować, w szczególności pensją poselską.
Twórcy konfliktu ukraińskiego
Chciałabym powiedzieć jeszcze kilka słów o Ukrainie i o przybliżeniu się Ukrainy do NATO. Jest to jeden z powodów, dla których Rosja – nie jest to jedyny powód, ale jest to jeden z powodów – rozpoczęła tę wojnę. Jest wiele osób, które twierdzą, że wydarzenia z 2014 roku na Majdanie, wydarzenia, które obaliły prezydenta Janukowycza, zostały sprowokowane przez służby specjalne i przez najemników, zwłaszcza z Blackwater. Jak można się do tego odnieść?
– Ja o tym nic nie wiem. Choć nie do końca: Blackwater to prywatna firma wojskowa, która zmieniła nazwę. Nie będę wchodził w te szczegóły. Dla mnie wojna w Ukrainie zaczęła się w 2013 roku. Dlaczego w 2013? Ponieważ senator McCain był już w Kijowie w 2013 roku i wyraźnie powiedział, że będzie wspierał Ukrainę bez względu na wszystko. Nie można było wygłaszać takich przemówień i mówić: śmiało, spróbujcie dołączyć do NATO lub Unii Europejskiej, a potem powiedzieć: nie, nie, nic się nie stało. To był rok 2013, a potem w 2014 roku – to jest moja interpretacja – był rodzaj anarchii. Były kręgi skrajnie prawicowe, były kręgi polityczne, były kręgi oligarchiczne z Piotrem Poroszenką. Ale niestety tak naprawdę nie mieli jasnego pomysłu na to, czego chcą. Dlatego Amerykanie przyjechali, aby pomóc im znaleźć jakieś cele. Zdefiniować jasne cele.
Myśli Pan, żeUkraińcy mogli zostać zinstrumentalizowani, ponieważ celem była Rosja?
– Zinstrumentalizowani przez Rosję?
Nie. Ponieważ Rosjanie utrzymują i mówią, że jest to wojna NATO, że walczą przeciwko całemu NATO. Czy można uważać, że celem było sprowokowanie wojny przeciwko Rosjanom? Bo tak to właśnie wyglądało; że Rosja jest celem NATO.
– Ale już to powiedziałem. 4 października 2013 roku – to wtedy, moim zdaniem, to się zaczęło. To był pierwszy test.
Dobrze.
– Myślę że na początku to się zaczęło jako wojna secesyjna. Ukraińcy chcieli się odłączyć. A potem się wykorzystano konflikty które istniały między nimi.
Ale kiedy się mówi, że celem jest Rosja, to w rzeczywistości chodzi o demontaż Rosji, podział na małe republiki?
– Taki był początkowy cel, tak. Chodziło o jej maksymalne osłabienie.
Rozumiem. Spojrzałam na agendę NATO 2030. Tak, wciąż rok 2030. Tam głównymi wrogami są Chiny i Rosja.
– Oczywiście. Kto jest dziś na drodze do stania się dominującą siłą na świecie? To Chiny. Potem Rosja. Są też tacy, którzy mówią, że Korea Północna, ale to dlatego, że mają bombę atomową. Ale to prawda, że celem są Chiny.
Rozumiem.
– Wie Pani, NATO zawsze ma oficjalną agendę i nieoficjalną agendę. Zawsze trzeba nadążać za tym co mówią. Co mówi sekretarz generalny NATO, Mark Rutte. To właśnie nazywamy informacjami wywiadowczymi. To są pewne słabe sygnały. Trzeba wiedzieć, jak je interpretować. Sygnały są niezauważalne, ale trzeba wiedzieć, jak je interpretować. A więc Mark Rutte powiedział, że jego celem jest dopuszczenie do przemieszczenia sił NATO z zachodu na wschód w ciągu trzech dni. Dzisiaj, aby wykonać ten ruch, są potrzebne 43 dni. Jeśli chcemy przesunąć większość sił NATO na wschód, zajmie to 43 dni. On chce to skrócić do trzech dni. Jeśli chodzi o Szwajcarię, to podpisała ona dwa projekty. Przystąpiła do dwóch projektów stałej wspólnoty strukturalnej – to, co po angielsku nazywamy Pesco – a mianowicie do cyberobrony: Cyber Rangers. Jest zrozumiałe, że Szwajcaria będzie próbowała chronić się przed atakami na systemy komputerowe. Ale jest jeszcze drugi projekt: Military Mobility. To kwestia mobilność wojskowej i chodzi o umożliwienie wojskom tranzytu; przelotu. Tak więc Szwajcaria chce wnieść swój wkład do NATO, aby ułatwić ewentualne ruchy.
Bomby atomowe w Europie
Dziękuję, Cieszę się, że mogę porozmawiać o Szwajcarii, ponieważ to był mój kolejny punkt. Znana jest historia zakupu F35, jedynego samolotu, który może przenosić amerykańską taktyczną broń jądrową.
– Tak, to bomba B61.
Szwajcaria nabywa te samoloty i jest Agenda 2030, przedstawiona przez Violę Amherd. Ale nie odnoszę wrażenia, że wszyscy w Szwajcarii chcą dołączyć do NATO lub pogłębić partnerstwo z NATO. Mam wrażenie, że było sporo dymisji w armii. Oficerowie odchodzili, ponieważ nie zgadzali się z decyzjami podejmowanymi na szczeblu politycznym. Pojawiły się inicjatywy, takie jak inicjatywa Compass i inicjatywa na rzecz neutralności, Ponieważ kręgom ekonomicznym – i nie tylko kręgom ekonomicznym – ale także kręgom wojskowym i politycznym, nie podobały się sankcje nałożone na Rosję i chcieliby wprowadzić zabezpieczenia prawne. Tak więc rząd, Rada Federalna samodzielnie zdecydowała o pewnych środkach. Odnoszę wrażenie, że w kraju istnieją podziały polityczne.
– Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że istnieje traktat zakazujący broni nuklearnej. Szwajcaria go nie podpisała. Nie mamy broni nuklearnej w Szwajcarii, ale Rada Federalna odmówiła podpisania traktatu. Jest to niby dziwne, ale Stany Zjednoczone dały Szwajcarii jasno do zrozumienia, że zinterpretują taki podpis jako nieprzyjazny gest. Dlaczego tak się stało? Stało się tak, ponieważ F35 jest jedynym samolotem zdolnym do przenoszenia amerykańskich taktycznych bomb nuklearnych w Europie. Jeśli więc bomby te będą musiały zostać przeniesione ze względów strategicznych, to państwa posiadające F35 zostaną wezwane do przetransportowania tej broni – taktycznej broni jądrowej. To jest dość zdumiewające. Ale to nie ja twierdzę, że F35 jest jedynym samolotem zdolnym do transportu takich taktycznych bomb nuklearnych: to francuski generał, dziś na emeryturze, generał Pinard-Legry. Można obejrzeć to na YouTube. Znam generała Pinard-Legry’ego. I właśnie o to chodzi: chcemy mieć możliwość przenoszenia tej taktycznej broni jądrowej.
A dlaczego chcemy mieć możliwości przenoszenia takich bomb?
– Nie wiem dlaczego. Może w przyszłości będziemy musieli je przewozić. Jeśli pozostawi się taktyczną broń nuklearną tam, gdzie ona jest, to można działać prewencyjnie. Mam na myśli ewentualnego wroga NATO, który mógłby zniszczyć te bomby tam, gdzie się znajdują. Tak więc przed konfliktem, te taktyczne bomby nuklearne prawdopodobnie musiałyby zostać przeniesione, przetransportowane.
Szwajcaria w NATO?
Kilka słów o Manifeście 21 – podpisali go Szwajcarzy którzy są za przystąpieniem do NATO.
– Tak więc Manifest o Neutralności 21 to dokładnie kopiuj-wklej wszystkiego, co Szwajcaria zrobiła do tej pory i być może chce dalej robić. Jest tam dziesięć elementów. Dziesięć kamieni węgielnych. Nie powinniśmy pomagać agresorowi; co rozumiem; ale musimy ułatwiać tranzyt… Eksport broni jest autoryzowany; wszystko, co zrobiliśmy dla Ukrainy lub przeciwko Rosji. To co było robione, jest tam wklejone. Ale bardziej interesujące jest to, kto podpisał Manifest o Neutralności 21: jest tam były szef służb wywiadowczych, były oficer dywizji Peter Regli, człowiek który miał wszystkie swoje wejścia w NATO. Jest Arthur Liener, dowódca korpusu, były szef sztabu generalnego. On jest związany ze słynna afera Nyffeneggera. Zacznijmy od początku, Arthur Liener był dowódcą korpusu, szefem sztabu generalnego. Zadecydował w latach 1992-93 o produkcji CD-ROM-ów. Zdecydował, że trzeba umieścić na CD-ROM-ach to, co mieliśmy w tamtym czasie w tajnych szafach, które były bardzo dobrze zabezpieczone. Niestety, nie poinstruował, jak trzeba zwracać uwagę na bezpieczeństwo komputerowe. CD-ROM-y były przenoszone od komputera do komputera i kopiowane. Tak więc wszystkie tajemnice, które mieliśmy w tych szafach, rozprzestrzeniły się. Wszystkie tajemnice, które ja sam miałem w szafie jako oficer sztabu generalnego, znalazły się na CD-ROM-ie. W rezultacie wszystkie tajemnice poszły, nie wiadomo gdzie. Oczywiście, jako że on był wielkim szefem, to nie poniósł żadnej konsekwencji jako dowódca korpusu. To pułkownik Nyffenegger zapłacił, bo nie zwrócił uwagi na bezpieczeństwo komputera. Ale może gdyby Arthur Liener narzuciłby dyrektywy tak, jak powinien, nie mielibyśmy tego problemu. Ale to już inna historia. Kolejna osoba, która podpisała ten słynny manifest to był to Kaspar Villiger, radca federalny, który praktycznie zmniejszył naszą armię o połowę. Z 750 000 ludzi spadliśmy do około 400 000.
To lata 2000.? Mówimy o projekcie armii ’21?
– To było wcześniej. Reformy Kaspara Villigera to lata dziewięćdziesiąte. Każdy ekonomista powie, że ta decyzja była sukcesem ekonomicznym, ponieważ wszyscy ludzie, którzy byli w wojsku, którzy wyjeżdżali na trzy tygodnie każdego roku, wrócili do gospodarki. Z tego punku widzenia decyzja Kaspara Villigera, to był sukces. Ale z punktu widzenia bezpieczeństwa było to fiasko.
Neutralność w Europie
Jedną z lekcji dzisiejszej wojny na Ukrainie jest to, że jest to wojna na wyczerpanie (guerre d’attrition). Potrzeba do tego ludzi. Jak można było zmniejszyć armię z około 800 000 żołnierzy do około 400 000?
– To zrobił Kaspar Villiger. A potem był projekt Armia 21, ten który zaczął to robić to był Adolf Ogi. A po Adolfie Ogi przyszedł Samuel Schmidt. Samuel Schmidt podpisał manifest o Neutralność 21… W tamtym czasie mieliśmy oficera dywizji, Hansa Brucknera, który wyraźnie powiedział, że przedstawiliśmy naszą doktrynę, że dostarczyliśmy nasze plany obronne, dostarczyliśmy wszelkiego rodzaju informacje w ramach projektu Armia 21. Połączyliśmy się z NATO.
Następnym krokiem jest członkostwo w Unii Europejskiej?
– Będzie następnym etapem, tym najbliższym dla nas. Tak, to jest członkostwo w Unii Europejskiej. Z politycznego punktu widzenia, jest partia socjalistyczna, jest partia zielonych. Ich celem jest przystąpienie do Unii Europejskiej. Ich wielkim marzeniem jest przystąpienie do Unii Europejskiej. Ale środowiska socjalistyczne zarazem są pierwszymi, którzy demonstrują, gdy dochodzi do obniżki płac. Ale kiedy zobaczą ich własne płace zniwelowane to poziomu płac czy to w Hiszpanii, Włoszech czy Francji, nie wiem, czy będą bardzo zadowoleni. Tak to wygląda. Mamy więc partię socjalistyczną, która jest bardzo eurofilska. Po drugiej stronie mamy centrum, partię centrową, byłą partię chrześcijańskich demokratów, która jest euroatlantycka. Można spojrzeć na Violę Amherd, można spojrzeć na Martina Pfistera. Wszyscy ci ludzie są atlantystami. Ich celem jest przystąpienie do NATO.
Finlandia była neutralna i tak – bardzo szybko przestała być neutralna. Tak jakby z woli Sanny Marin. Czy to samo mogłoby się stać ze Szwajcarią?
– Myślę, że tak by się stało ze Szwajcarią. Jeśli przeciwnik byłby blisko, gdyby doszło do konfliktu, który byłby bardzo bliski.
Ale czySzwajcaria nie była bardziej chroniona przez swoją neutralność. Finlandia była neutralna, ponieważ to Rosja chciała aby Finlandia była neutralna.
– Tak, tak, to prawda.
Rosja chciała, aby Ukraina była neutralna. I Rosja uczyniła Szwajcarię neutralną w 1815 roku.
– Tak. Zgadza się.
Dotrzymuje słowa: najwyraźniej nie atakuje krajów, które sama uznaje za neutralne?
Ale to też moja opinia. Nadal jestem przekonany, że neutralność chroni Szwajcarię. Ale jeśli ma się przeciwnika, który jest blisko, to się chce być bronionym przez kogoś potężniejszego od siebie. Więc ja mogę zrozumieć Finlandię, mogę zrozumieć Szwecję. Zareagowali tak, jak zareagowałby każdy.
Bałtyk zmilitaryzowany
Morze Bałtyckie jest wysoce zmilitaryzowane.
– Tak.
Czy może Pan nam o tym coś powiedzieć?
– Przedstawię moją opinię na temat Morza Bałtyckiego. Kiedy słucha się tym wszystkich ludzi z NATO, wszystkich ludzi, którzy są ważni dla NATO – to oni mówią że Morze Bałtyckie jest teraz morzem wewnętrznym sojuszu, ponieważ nie ma morza bardziej zmilitaryzowanego niż Morze Bałtyckie. Wszystkie kraje NATO, które mają marynarki wojenne, obserwują to, co się dzieje na Morzu Bałtyckim. Ale jakby przez przypadek wyobrażają sobie że istnieje statek-widmo przewożący ropę, przewożący również drony do wysłania do Europy, tylko że oni nie widzieli kiedy te drony były wysłane. Mówią, że nie wiedzą, ale że to mogą być tylko Rosjanie. Więc czy to morze jest naprawdę dobrze kontrolowane? Czy to jest naprawdę morze śródlądowe? A może wmawia się nam kłamstwa?
A więc wojna propagandowa, wojna hybrydowa, jak to się nazywa, przeciwko ludności cywilnej. Fałszywe flagi?
– Tak.
Fałszywe informacje. Tutaj ponownie chciałbym powiedzieć, że jest to kolejna broń. Poza tym mówi się, że pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda.
– Tak.
NATO szykuje się do wojny?
Czy można myśleć, że wojna jest w planach NATO?
– Trzeba być szalonym, żeby tak mieć takie plany! Widziała Pani ile rakiet ma Francja? Widziała Pani liczbę rakiet Rosji? Kto chce mógłby zaatakować Rosję poza kompletnym szaleńcem?
A więc to tylko czcze pogróżki?
– Powiem Pani prawdę: wojna czyni złodziei. To nie jest moja formuła, ale tak jest: wojna czyni złodziei. Widząc korupcję na Ukrainie, te sprawy, które teraz wychodzą. „Wojna czyni złodziei, pokój ich wiesza”. Dopóki mamy strach przed wojną, nie będziemy dyskutować o tajnych sprawach związanych z tą wojną. Nie będziemy doszukiwać się, kto włożył pieniądze do czyjej kieszeni. Nie będziemy szukać co się stało z pieniędzmi, które trafiły na Ukrainę. Nie będziemy o tym dyskutować i nie powiesimy złodziei. Dlatego wciąż utrzymujemy stan strachu przed wojną.
Ale mimo to, kiedy się mówi, że Bałtyk jest wysoce zmilitaryzowany i że incydenty są podsycane – eskalacja może nastąpić bardzo szybko i rzeczywiście sprawy mogą wymknąć się spod kontroli.
– Oczywiście, ale zawsze mam nadzieję, że unikniemy wojny w ostatniej chwili. Powtarzam, poza szaleńcami – naprawdę nie wiem, kto chciałby iść na wojnę z Rosją. To tylko kwestia trzymania ludzi w strachu.
Strategia Bezpieczeństwa Narodowego (National Security Strategy), którą administracja Donalda Trumpa opublikowała 4 grudnia 2025 r. zrywa z tzw. liberalnym porządkiem międzynarodowym, którego budowniczym i strażnikiem po II wojnie światowej były same Stany Zjednoczone oraz koryguje kurs polityki zagranicznej. Chodzi o to, odbudować siłę wewnętrzną Ameryki, która powinna być zdolna do ograniczenia wpływów mocarstw zagrażających realizacji interesów i ambicji Waszyngtonu w świecie wielobiegunowym. Równocześnie Stany Zjednoczone wypowiadają wojnę dekarbonizacji gospodarki i Zielonemu Ładowi.
Ambicją USA jest „pozostanie najsilniejszym, najbogatszym, najpotężniejszym i najbardziej odnoszącym sukcesy krajem na świecie przez kolejne dekady”.
Już we wstępie dokumentu zaznaczono, że „Strategia to konkretny, realistyczny plan, który wyjaśnia zasadniczy związek między celami a środkami: zaczyna się od dokładnej oceny tego, co jest pożądane i jakie narzędzia są dostępne lub mogą zostać realistycznie stworzone, aby osiągnąć pożądane rezultaty”.
Strategia ustala priorytety i „nie każdy kraj, region, problem czy sprawa – jakkolwiek godna uwagi – może być przedmiotem amerykańskiej strategii”.
Zasadniczym celem Ameryki jest „ochrona podstawowych interesów narodowych”. I to „jest jedyny cel” przedstawionej strategii.
Zdaniem jej autorów, wszystkie poprzednie tego typu dokumenty, jakie pojawiły się od czasu zakończenia zimnej wojny „zawiodły”, dlatego, że były idealistyczne, a nie realistyczne. Zawierały „niejasne banały” i „często błędnie oceniały, czego powinniśmy chcieć”.
Błędnie zakładano, że Ameryka musi pozostać „policjantem świata” i że ma wystarczające zasoby, aby pełnić tę rolę. Ponadto postawiono na dalszy rozwój globalizmu i „tak zwanego wolnego handlu, które wydrążyły klasę średnią i bazę przemysłową, a od niej zależy amerykańska dominacja gospodarcza i militarna”. Nadto „pozwolono sojusznikom i partnerom przerzucić koszty obronności na Amerykanów”, a czasami także „wciągano ich w konflikty i kontrowersje”, kluczowe dla interesów tych państw, ale „peryferyjne lub nieistotne” dla interesów USA. Wreszcie, naciskano na globalny zarząd poprzez sieć instytucji międzynarodowych, „z których niektóre kierują się jawnym antyamerykanizmem, a wiele transnacjonalizmem, jawnie dążąc do zniesienia suwerenności poszczególnych państw”.
Krótko mówiąc, amerykańskie elity dążyły do „fundamentalnie niepożądanego i niemożliwego do osiągnięcia celu” i „podważały w ten sposób środki niezbędne do jego osiągnięcia”, to jest „charakter” narodu amerykańskiego, dzięki któremu możliwe było zbudowanie „potęgi, bogactwa i przyzwoitości” Ameryki.
Stąd konieczna stała się korekta tej polityki, aby „rozpocząć nowy złoty wiek”.
Strategia stawia trzy pytania: 1) Czego powinny chcieć Stany Zjednoczone?; 2) Jakie są dostępne środki, aby to osiągnąć?; oraz 3) Jak można połączyć cele i środki w możliwą do zrealizowania Strategię Bezpieczeństwa Narodowego?
Czego chcą Stany Zjednoczone?
Odpowiedź na to pytanie brzmi: „Przede wszystkim zależy nam na dalszym przetrwaniu i bezpieczeństwie Stanów Zjednoczonych jako niezależnej, suwerennej republiki, której rząd chroni prawa naturalne obywateli nadane przez Boga i priorytetowo traktuje ich dobrobyt i interesy. Chcemy chronić ten kraj, jego mieszkańców, jego terytorium, jego gospodarkę i jego styl życia przed atakami militarnymi i bezwzględnymi wpływami zagranicznymi, czy to szpiegostwem, drapieżnymi praktykami handlowymi, handlem narkotykami i ludźmi, destrukcyjną propagandą i operacjami wpływu, subwersją kulturową, czy jakimkolwiek innym zagrożeniem dla naszego narodu”.
W dokumencie podkreśla się konieczność zachowania pełnej kontroli nad polityką migracyjną. Amerykanie nie chcą promowanej przez oenzetowskie agendy i UE „uporządkowanej migracji”, lecz „powstrzymania” „destabilizujących przepływów ludności”.
Ponadto pragną zapewnić „odporną infrastrukturę narodową”, która nie tylko przetrzyma klęski żywiołowe, ale także wszelkie ataki i inne „zagrożenia” szkodzące narodowi i gospodarce.
Wreszcie Amerykanie chcą mieć „najpotężniejszą, najskuteczniejszą i najnowocześniejszą armię świata”, by chronić własne interesy i zapobiegać wojnom, a w razie konieczności je toczyć, „wygrywać szybko i zdecydowanie, z jak najmniejszymi stratami”.
Chcą „najsolidniejszego, najbardziej wiarygodnego i najnowocześniejszego na świecie odstraszania nuklearnego, a także obrony przeciwrakietowej nowej generacji – w tym Złotej Kopuły dla amerykańskiej ojczyzny – aby chronić naród amerykański, amerykańskie aktywa za granicą i amerykańskich sojuszników”.
USA chcą także mieć „najsilniejszą, najbardziej dynamiczną, innowacyjną i najnowocześniejszą gospodarkę świata”, która jest „fundamentem amerykańskiego stylu życia”. Styl ten „obiecuje i zapewnia powszechny i szeroki dobrobyt, mobilność społeczną i nagradza za ciężką pracę”.
Bez silnej gospodarki nie ma silnej armii. Ta pierwsza zależy od silnego sektora przemysłowego, a ten można zbudować, dostosowując produkcję do potrzeb przemysłu obronnego.
„Pielęgnowanie amerykańskiej siły przemysłowej musi stać się najwyższym priorytetem krajowej polityki gospodarczej” – zaznaczono w dokumencie.
Jednocześnie, Amerykanie pragną „najsolidniejszego, najbardziej produktywnego i innowacyjnego sektora energetycznego na świecie – takiego, który zdolny jest nie tylko do napędzania amerykańskiego wzrostu gospodarczego, ale także do bycia jednym z wiodących amerykańskich sektorów eksportowych”. I wcale nie porzucają paliw kopalnych, a nawet wypowiedzieli wojnę globalnej dekarbonizacji.
Nic się nie zmieniło, jeśli chodzi o ochronę własności intelektualnej przed kradzieżą z zagranicy.
Autorzy strategii zapowiadają utrzymanie „niezrównanej miękkiej siły” obiecują wywierać pozytywny wpływ na świat, „szanując odmienne religie, kultury i systemy rządzenia innych krajów”. Ale by to móc osiągnąć, konieczne jest zachowanie wiary „w inherentną wielkość i przyzwoitość” Ameryki.
Kolejna rzecz, jakiej pragną stratedzy to „przywrócenie i ożywienie amerykańskiego zdrowia duchowego i kulturowego, bez którego długoterminowe bezpieczeństwo jest niemożliwe”. Dlatego tak ważne jest pielęgnowanie patriotyzmu, docenianie i pamięć o bohaterach itp.
Kraj ma być pozostawiony przyszłym pokoleniom w lepszym stanie, niż go zastano i wszyscy Amerykanie powinni pracować dla wspólnego dobrobytu, tworząc „silne, tradycyjne rodziny, które wychowują zdrowe dzieci”.
W strategii sformułowano oczekiwania względem świata.
Czego Ameryka chce od świata?
Przede wszystkim zwraca się ku półkuli zachodniej, która ma pozostać „w miarę stabilna i wystarczająco dobrze rządzona, aby zapobiegać i zniechęcać do masowej migracji do Stanów Zjednoczonych”. Amerykanie oczekują, że kraje Ameryki Łacińskiej będą współpracować w celu zwalczania handlu narkotykami i innych transnarodowych organizacji przestępczych. Nie dopuszczą do tego, by inne mocarstwa – w domyśle Chiny, ale także Rosja – przejmowały kluczowe aktywa w państwach Ameryki Południowej. To Stany Zjednoczone zamierzają zapewnić sobie w nich „stały dostęp do kluczowych lokalizacji strategicznych”. Po prostu potwierdzono słynną doktrynę Monroe’a pochodzącą z 2 grudnia 1823 r., która ewoluowała na przestrzeni lat i dzisiaj bardziej kojarzona jest z uznaniem półkuli zachodniej za tradycyjną sferę wpływów USA.
Oczekuje się także utrzymania wolnego i otwartego Indo-Pacyfiku, zachowując swobodą żeglugi morskiej na wszystkich kluczowych szlakach, a także utrzymania „bezpiecznych i niezawodnych łańcuchów dostaw i dostępu do kluczowych materiałów”.
Jednocześnie zadeklarowano, że USA nie zrezygnują ze wspierania „sojuszników w zachowaniu wolności i bezpieczeństwa Europy, przywracając jej jednocześnie cywilizacyjną pewność siebie i zachodnią tożsamość”. Ma to o tyle istotne znaczenie, że Waszyngton zadeklarował większą aktywność, jeśli chodzi o obronę obywateli europejskich przed ograniczaniem ich podstawowych wolności, w tym wolności słowa i wyznania.
Zadeklarowano również, że USA nie dopuszczą do dominacji „wrogiego mocarstwa na Bliskim Wschodzie”, w tym nad zasobami surowców energetycznych, ale będą starali się uniknąć „wiecznych wojen”.
Wreszcie kolejny priorytet to uzyskanie przewagi nad resztą świata w zakresie technologii i regulacji odnośnie do sztucznej inteligencji, biotechnologii i komputerów kwantowych.
„To są podstawowe, żywotne interesy narodowe Stanów Zjednoczonych”. To na nich Ameryka się skupi.
Jakie mają środki, by osiągnąć cele?
Są to: elastyczny system polityczny, który można korygować, największa i najbardziej innowacyjna gospodarka świata, dzięki której możliwe jest utrzymanie „dźwigni nad innymi krajami pragnącymi uzyskać dostęp do rynku amerykańskiego”, wiodący system finansowy i rynki kapitałowe, w tym utrzymywanie statusu dolara jako globalnej waluty rezerwowej, najbardziej zaawansowany, innowacyjny i dochodowy sektor technologiczny na świecie (dzięki niemu wzmacniane są globalne wpływy Ameryki i zapewniona jest jakościowa przewaga sił zbrojnych), „najpotężniejsza i najzdolniejsza armia świata”, sieć sojuszy w różnych regionach świata, świetne położenie geograficzne z bogatymi zasobami naturalnymi, brak konkurencyjnych mocarstw fizycznie dominujących na półkuli zachodniej, granice bez ryzyka inwazji militarnej i wielkie mocarstwa oddzielone rozległymi oceanami. Inne atuty to: niezrównana „miękka siła” i wpływy kulturowe, odwaga, siła woli i patriotyzm narodu amerykańskiego, a wraz z nową administracją Donalda Trumpa przywracana jest „kultura kompetencji, wykorzeniając tzw. DEI i inne dyskryminacyjne oraz antykonkurencyjne praktyki, które degradują nasze instytucje i hamują nasz rozwój”. Uwalniane są „ogromne moce produkcyjne energii jako strategiczny priorytet w celu napędzania wzrostu i innowacji oraz wspierania i odbudowy klasy średniej”, a ponadto Ameryka się „reindustrializuje”.
Deklaruje się „przywrócenie wolności gospodarczej obywatelom poprzez historyczne obniżki podatków i działania deregulacyjne, czyniąc ze Stanów Zjednoczonych główne miejsce do prowadzenia działalności gospodarczej i inwestowania kapitału”. Z kolei inwestowanie w nowe technologie i nauki podstawowe ma zapewnić ciągły dobrobyt, przewagę konkurencyjną i dominację militarną Ameryki w przyszłości.
Zasady
Polityka zagraniczna USA ma być pragmatyczna, realistyczna, oparta na zasadach, ale nie „idealistyczna”, muskularna, ale jednocześnie nie „jastrzębia” i powściągliwa, chociaż nie „gołębia”. Ma być po prostu skuteczna.
Stawia się na negocjacje pokojowe i dyplomację, które mają doprowadzić do zakończenia konfliktów i sporów w różnych regionach świata, mogących być potencjalnym zarzewiem nowych wojen globalnych. W tym celu ma być wykorzystywana „niekonwencjonalna dyplomacja, amerykańska potęga militarna i wpływy ekonomiczne”.
Polityka zagraniczna, obronna i wywiadowcza musi opierać się na wąsko – a nie szeroko – określonym interesie narodowym, aby były szanse na realizację celów zasadniczych w zakresie bezpieczeństwa narodowego.
Zgodnie z maksymą osiągania „pokoju przez siłę”, wrogowie i konkurenci mają być odstraszani dzięki utrzymaniu „najsilniejszej gospodarki” na świecie, rozwijaniu „najnowocześniejszych technologii, wzmacnianiu zdrowia kulturowego społeczeństwa i wystawianiu najsprawniejszych na świecie sił zbrojnych”.
Inną istotną zasadą jest „skłonność do nieinterwencjonizmu” – ale nie wykluczenie go – uznając za Deklaracją Niepodległości, że inne narody są uprawnione z racji prawa naturalnego do zachowania odrębnej, a jednocześnie równej pozycji względem innych narodów.
Kolejna zasada to „elastyczny realizm”, który ma zapewnić dobre i pokojowe stosunki handlowe z innymi państwami, bez narzucania własnych zmian społecznych odrębnym kulturowo wspólnotom. Innymi słowy, Amerykanie rezygnują z narzucania własnego modelu demokracji innym krajom, które mogą mieć inne systemy rządów, chociaż nie zrezygnują z „nakłaniania podobnie myślących przyjaciół do przestrzegania wspólnych norm”.
I co chyba najistotniejsze potwierdzono to, co od dawna wiadomo, a co próbowano rozmyć wraz z forsowaniem globalizmu i sfederalizowania całego świata, w którym państwa narodowe przekażą znaczną część kompetencji na rzecz rządów federalnych w regionach, a potem jednego światowego rządu, jak to postulują federaliści związani z Grupą Spinellego, która zawiązała się wiele lat temu w Parlamencie Europejskim.
Otóż uznano prymat państw narodowych. Wskazano, że „Podstawową jednostką polityczną jest i pozostanie państwo narodowe. Jest naturalne i sprawiedliwe, że wszystkie narody stawiają swoje interesy na pierwszym miejscu i strzegą swojej suwerenności. Świat funkcjonuje najlepiej, gdy narody stawiają swoje interesy na pierwszym miejscu. Stany Zjednoczone będą stawiać własne interesy na pierwszym miejscu i – w stosunkach z innymi narodami – będą zachęcać je do stawiania na pierwszym miejscu również swoich interesów. Opowiadamy się za suwerennymi prawami narodów, przeciwko podważającym suwerenność najazdom najbardziej inwazyjnych organizacji transnarodowych, a także za reformą tych instytucji, aby wspierały, a nie utrudniały suwerenność jednostki i amerykańskie interesy”.
W polityce zagranicznej, obronnej i wywiadowczej istotne jest strzeżenie suwerenności przed zapędami organizacji transnarodowych i międzynarodowych oraz niektórych państw, które dążą do narzucenia cenzury.
Jednocześnie Amerykanie nie pozwolą na „operacje wywierania wpływu” przez obce mocarstwa lub podmioty i lobbing, które miałyby po raz kolejny uwikłać ich w konflikty zagraniczne, a także „cynicznie manipulowałyby” ich systemem imigracyjnym w celu „budowania bloków wyborczych lojalnych wobec zagranicznych interesów” w USA. Ameryka wytyczy własny kurs i będzie sama decydować o swoim losie, bez ingerencji z zewnątrz.
Następną zasadą jest „równowaga sił”, czyli powrót do koncertu mocarstw i budowania porządku w oparciu o zasady westfalskie promowane m.in. przez byłego sekretarza stanu i doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Henry Kissingera. Ameryka będzie współpracować z sojusznikami i partnerami, by nie dopuścić do dominacji jakiegokolwiek państwa, które mogłoby zagrozić jej interesom. Celem jest utrzymanie globalnej i regionalnej równowagi sił.
Wreszcie polityka zagraniczna ma służyć pracownikom. Jak najwięcej ludzi ma korzystać z gospodarki dobrobytu.
Amerykanie obiecują także zachowanie sprawiedliwości, co odnoszą do sprawiedliwego handlu, sprawiedliwych sojuszy, jak i sprawiedliwego dzielenia obciążeń związanych ze wspólną obroną.
Dużą wagę przywiązuje się do kompetencji i zasług, które dają przewagę cywilizacyjną, jednoczenie wypowiadając wojnę „radykalnym ideologiom, które dążą do zastąpienia kompetencji i zasług uprzywilejowanym statusem grupowym”. Odniesiono się w ten sposób do „kultury wokeizmu” i szkoleń DEI prowadzonych przez korporacje, uniwersytety i instytucje promujące paradygmat zrównoważonego rozwoju (w tym obowiązek raportowania ESG służący wywłaszczaniu przedsiębiorstw). Zaznaczono, że uleganie tym ideologiom doprowadzi do tego, że „Ameryka stanie się nierozpoznawalna i niezdolna do obrony”.
Priorytety
Za priorytet uznano konieczność zakończenia masowej migracji. Amerykanie wskazują, że „Każdy kraj, który uważa się za suwerenny, ma prawo i obowiązek określić swoją przyszłość. W całej historii suwerenne państwa zabraniały niekontrolowanej migracji i przyznawały obywatelstwo rzadko, i tylko tym cudzoziemcom, którzy również musieli spełnić rygorystyczne kryteria”. Wskazano, że masowa migracja jest po prostu zła. Nie tylko nadwyręża zasoby krajowe, ale przyczynia się do wzrostu przemocy i przestępczości, osłabia spójność społeczną, zaburza rynki pracy i podważa bezpieczeństwo narodowe. Dlatego „era masowej migracji musi się skończyć”. Nie ma niczego istotniejszego dla bezpieczeństwa narodowego, jak zapewnienie bezpieczeństwa granic. „Musimy chronić nasz kraj przed inwazją, nie tylko przed niekontrolowaną migracją, ale także przed zagrożeniami transgranicznymi, takimi jak terroryzm, narkotyki, szpiegostwo i handel ludźmi. Granica kontrolowana wolą narodu amerykańskiego, realizowaną przez jego rząd, jest fundamentalna dla przetrwania Stanów Zjednoczonych jako suwerennej republiki”.
Drugim priorytetem jest „ochrona podstawowych praw i wolności”, „praw naturalnych nadanych przez Boga obywatelom amerykańskim”. Stąd wypowiedziano wojnę polityce poprzedniej administracji Biden-Harris, która – pod pretekstem „ochrony demokracji” i „deradykalizacji” – wykorzystywała swoją władzę do ograniczania praw i wolności obywateli, w szczególności „prawa do wolności słowa, wolności religii i sumienia oraz prawo do wyboru i kierowania wspólnym rządem”. Są to „fundamentalne prawa, których nigdy nie wolno naruszać”. Stany Zjednoczone mają zdecydowanie opowiadać się za ich przestrzeganiem w literze i duchu, wymagając tego także od sojuszników i partnerów, którzy twierdzą, że podzielają te same wartości. „Będziemy sprzeciwiać się elitarnym, antydemokratycznym ograniczeniom podstawowych wolności w Europie, w anglosferze i resztach demokratycznego świata, zwłaszcza wśród naszych sojuszników” – wskazano.
Kolejny priorytet to dzielenie się obciążeniami i przerzucanie kosztów w związku z utrzymaniem równowagi sił w różnych regionach świata. Przypomniano sojusznikom „nowy globalny standard” ustanowiony w ramach „Zobowiązania Haskiego”, a związany z przeznaczaniem przez państwa NATO do 5% PKB na obronność. Ponadto mają one odpowiadać za bezpieczeństwo swoich regionów. „Stany Zjednoczone zorganizują sieć podziału obciążeń, której koordynatorem i podmiotem wspierającym będzie rząd amerykański”.
Zakłada się m.in. korzystniejsze traktowanie w kwestiach handlowych, dzielenie się technologią i sprzedaż broni tym krajom, które dobrowolnie wezmą na siebie większą odpowiedzialność za bezpieczeństwo w swoich regionach i dostosują swoją kontrolę eksportu do amerykańskiej.
Inny priorytet to reorganizacja przez pokój, czyli dążenie do pokojowych porozumień w regionach i krajach peryferyjnych względem bezpośrednich, kluczowych interesów Ameryki, co miałoby sprzyjać zwiększeniu stabilności i wzmocnieniu Ameryki.
Następny priorytet dotyczy zachowania bezpieczeństwa ekonomicznego jako fundamentu bezpieczeństwa narodowego. Stąd nacisk zostanie położony na „zrównoważony handel”, który ma doprowadzić m.in. do redukcji deficytów handlowych, ograniczenia barier dla eksportu, dumpingu i innych antykonkurencyjnych praktyk szkodzących amerykańskiemu przemysłowi i pracownikom. USA muszą także zapewnić sobie dostęp do kluczowych łańcuchów dostaw i materiałów niezbędnych dla obronności lub gospodarki kraju. Agencje wywiadowcze zintensyfikują monitoring kluczowych łańcuchów dostaw i zmapują postęp technologiczny, aby szybko zniwelować powstające luki i zagrożenia dla bezpieczeństwa i dobrobytu Ameryki.
Realizacja priorytetu dotyczącego zachowania bezpieczeństwa ekonomicznego wymaga także reindustrializacji. Amerykanie, którzy jeszcze do niedawna kładli nacisk na usługi mówią teraz, że „Przyszłość należy do producentów”. Dlatego „Stany Zjednoczone zreindustrializują swoją gospodarkę, przeniosą produkcję przemysłową z innego kraju oraz będą zachęcać i przyciągać inwestycje w rodzimą gospodarkę i siłę roboczą, koncentrując się na kluczowych i wschodzących sektorach technologii, które zdefiniują przyszłość”. By to osiągnąć, wykorzystają politykę celną i nowe technologie. Przemysł ma się odrodzić „w każdym zakątku” Stanów Zjednoczonych, aby, podnieść standard życia amerykańskich pracowników i zapewnić na zawsze niezależność od „jakiegokolwiek przeciwnika, obecnego ani potencjalnego, w zakresie kluczowych produktów lub komponentów”.
Ma się odrodzić przemysł zbrojeniowy dostosowany do obecnych warunków panujących na polu walki, jednoczenie produkcja powinna być nisko kosztowa na wielką skalę i dostarczać najwydajniejsze oraz najnowocześniejsze systemy i amunicję, a także relokować łańcuchy dostaw przemysłu zbrojeniowego. Żołnierze mają mieć dostęp do taniej broni, ale także do najwydajniejszych i zaawansowanych systemów do walki z wyrafinowanym wrogiem. Amerykanie nie tylko chcą odbudować swój przemysł zbrojeniowy, ale będą zachęcać do tego także sojuszników i partnerów.
I co niezwykle istotne, Amerykanie chcą zapewnić swoją dominację energetyczną na świecie, jeśli chodzi o produkcję paliw kopalnych i energię jądrową.
Waszyngton wypowiada wojnę dekarbonizacji i oczekuje, że inne kraje będą importować amerykańską energię. To między innymi dzięki temu mają pojawić się dobrze płatne miejsca pracy w Stanach Zjednoczonych, zmniejszyć się obciążenia dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, postępować reindustrializacja, i pozwoli to USA utrzymać przewagę w dziedzinie najnowocześniejszych technologii, takich jak tak zwana sztuczna inteligencja. Dodatkowo eksport surowców pozwoli zacieśnić relacje z sojusznikami, ograniczając wpływy przeciwników i ochroni zdolność USA do obrony swoich wybrzeży, a nadto pozwoli – w razie konieczności – na projekcję siły.
„Odrzucamy katastrofalne ideologie zmiany klimatu i zerowej emisji netto, które tak bardzo zaszkodziły Europie, zagrażają Stanom Zjednoczonym i subsydiują naszych przeciwników”. Szczerze powiedziawszy, to ten fragment strategii ma kolosalne znaczenie dla europejskich decydentów, którzy wbrew logice i instynktowi samozachowawczemu postawili na tak zwany zrównoważony rozwój, starając się jak najszybciej zdekarbonizować się (zdeindustrializować), przyczyniając się nie tylko do drastycznego obniżenia własnego bezpieczeństwa w sytuacji uzależnienia od chińskich surowców i technologii, ale doprowadzając do ruiny coraz większe rzesze mieszkańców kontynentu europejskiego, którzy nie są w stanie udźwignąć kosztów transformacji eko-cyfrowej, generując przy tym wiele nowych problemów społecznych.
Amerykanie zamierzają także zachować dominację w sektorze finansowym, aby móc dalej wywierać nacisk na inne państwa. Zastrzeżono przy tym, że amerykańskiej pozycji lidera „nie można traktować jako pewnik”, a zagraża jej rozwój finansów cyfrowych.
Polityka regionalna
Jeśli chodzi o politykę regionalną, uznano, że Ameryka musi skupić się na priorytetach i dlatego kluczowe jest po pierwsze potwierdzenie i egzekwowanie doktryny Monroe’a, by „przywrócić amerykańską dominację na półkuli zachodniej oraz chronić ojczyznę i dostęp do kluczowych obszarów geograficznych w całym regionie”.
Ameryka nie zgodzi się nie tylko na rozmieszczenie sił wojskowych swoich konkurentów na tym obszarze, co np. robią Chiny i Rosja w Wenezueli, Chiny w Panamie itd., ale nie pozwolą także „konkurentom spoza półkuli” na „posiadanie lub kontrolowanie strategicznie ważnych zasobów na swojej półkuli”. „To trumpowskie uzupełnienie doktryny Monroe’a jest zdroworozsądkowym i skutecznym sposobem na przywrócenie amerykańskiej potęgi i priorytetów, zgodnych z amerykańskimi interesami bezpieczeństwa”.
Polityka na półkuli zachodniej ma polegać na „werbowaniu i ekspansji”, czyli pozyskiwaniu przyjaciół i zwalczaniu migracji, przepływu narkotyków oraz wzmacnianiu stabilność i bezpieczeństwa na lądzie i morzu. Ameryka chce być preferowanym partnerem gospodarczym krajów Ameryki Łacińskiej i partnerem bezpieczeństwa na półkuli zachodniej.
Wszystko to ma pomóc w stworzeniu „znośnej stabilności w regionie”, by powstrzymać nielegalną i destabilizującą migrację, zneutralizować kartele przestępcze i rozwijać lokalne gospodarki. Dlatego kraje podzielające priorytety USA będą nagradzane i wspierane. Podobnie, rząd USA będzie wspierać „partie polityczne i ruchy regionu, które zasadniczo podzielają zasady i strategię amerykańską”.
W strategii jest mowa o „czterech oczywistych rzeczach”, jeśli chodzi o półkulę zachodnią. Dotyczą on dostosowania globalnej obecności wojskowej w celu stawienia czoła pilnym zagrożeniom na półkuli, odpowiedniej obecności Straży Przybrzeżnej i Marynarki Wojennej w celu kontrolowania szlaków morskich i zapobieganiu nielegalnej migracji, ograniczania handlu ludźmi i narkotykami oraz kontrolowania kluczowych szlaków tranzytowych w sytuacjach kryzysowych, a ponadto ukierunkowanego rozmieszczenia sił w celu zabezpieczenia granicy i pokonania karteli, w tym użycie śmiercionośnej siły oraz ustanowienia lub rozszerzenia dostępu do strategicznie ważnych lokalizacji.
Ameryka sięgnie do dyplomacji handlowej, ceł i porozumień handlowych, ale także będzie sprzedawać broń, prowadzić wspólne manewry i dzielić się informacjami wywiadowczymi. Miałaby powstać rozległa sieć powiązań w regionie. Kraje Ameryki Łacińskiej będą zniechęcane do współpracy z Chinami i innymi konkurentami USA. Ma to istotne znaczenie ze względu na bogactwa naturalne, do których chcą sobie zapewnić dostęp Amerykanie. Rada Bezpieczeństwa Narodowego ma nawet natychmiast rozpocząć pracę nad zmapowaniem „strategicznych punktów i zasobów na półkuli zachodniej w celu ich ochrony i wspólnego rozwoju z partnerami regionalnymi”.
Podkreślono, że brak pilnowania dostępu do zachodniej półkuli przed konkurentami w ostatnich dekadach był „strategicznym błędem”, ponieważ dominacja Ameryki na tej pokuli jest „warunkiem bezpieczeństwa i dobrobytu” USA. Dlatego – co zresztą już obserwujemy w polityce administracji Trumpa – Ameryka konsekwentnie będzie starała się wyprzeć „obce” wpływy z portów, instalacji wojskowych i kluczowej infrastruktury, szeroko rozumianych aktywów strategicznych państw Ameryki Łacińskiej.
Chociaż zaznaczają, że będzie to trudne, to jednak liczą, że argumenty ekonomiczne przekonają państwa Ameryki Łacińskiej do zmiany partnera. Tym bardziej, że wiele z nich robi interesy z Chinami czy Rosją nie dlatego, że podobają im się wyznawane przez te kraje ideologie, co raczej z powodu niskich kosztów i mniejszej liczby przeszkód regulacyjnych, ułatwiających wymianę handlową.
Do zmiany decyzji mają przekonać partnerów polityka finansowa i zreformowany system licencjonowania nowych technologii. Ma to przyczynić się do budowania sojuszu państw pod przywództwem Ameryki w kontrze do sojuszu pod przywództwem Chin.
Urzędnicy pracujący w placówkach dyplomatycznych mają zmapować wszystkie szkodliwe wpływy zewnętrzne, wywierając presję i zachęcając kraje Ameryki Łacińskiej do zmiany partnera na USA. Mowa jest m.in., o zaktywizowaniu współpracy z rządami, aby amerykańscy przedsiębiorcy mogli przejmować ważne aktywa i prowadzić kluczowe inwestycje w regionie.
Waszyngton zawalczy o cofnięcie niekorzystnego opodatkowania dla amerykańskich korporacji, podejmie działania, by „wyprzeć zagraniczne firmy budujące infrastrukturę w regionie”.
Indo-Pacyfik kluczem
Jeśli chodzi o Azję, którą uznano za drugi istotny region, to mówi się o sprawowaniu przywództwa z pozycji siły. Stratedzy zauważyli, że globalizacja i otwarcie rynków na chińskie towary sprawiły, iż Chiny wzbogaciły się potężnie i teraz wykorzystują swoje bogactwo oraz władzę.
Tymczasem region Indo-Pacyfiku jest istotny dla całego świata, ponieważ jest „źródłem prawie połowy światowego PKB liczonego w oparciu o parytet siły nabywczej (PPP) i jednej trzeciej w oparciu o nominalny PKB”. Ten udział będzie rósł i dlatego region Indo-Pacyfiku będzie „jednym z kluczowych pól bitew gospodarczych i geopolitycznych następnego stulecia”. „Aby prosperować w kraju, musimy tam skutecznie konkurować – i tak właśnie robimy” – wskazano w strategii.
Ameryka będzie dalej budować sojusze w regionie i wzmacniać partnerstwa, by „w przyszłości przywrócić równowagę w stosunkach gospodarczych z Chinami, nadając priorytet wzajemności i uczciwości”. Handel z Chinami ma być zrównoważony i skoncentrowany na towarach „niewrażliwych”.
Zaznacza się, że jeśli uda się USA utrzymać ścieżkę wzrostu, to stosunki handlowe z Chinami mogą być korzystne dla obu stron i przynieść gospodarkę o wartości 40 bln USD w latach 30. XXI wieku w porównaniu z obecną wartością 30 bilionów dolarów. Stratedzy szacują, że Ameryka mogłaby nawet zachować status wiodącej gospodarki świata. Jednak, musi „zdecydowane i stale skupiać się na odstraszaniu, aby zapobiec wojnie w regionie Indo-Pacyfiku. To połączone podejście może stać się skutecznym mechanizmem, ponieważ silne amerykańskie odstraszanie otwiera przestrzeń dla bardziej zdyscyplinowanych działań gospodarczych, a bardziej zdyscyplinowane działania gospodarcze prowadzą do większych amerykańskich zasobów, które pozwolą utrzymać odstraszanie w perspektywie długoterminowej”.
Waszyngton nie zrezygnuje z walki z subsydiami i wszelkimi nieuczciwymi praktykami handlowymi, które prowadzą do niszczenia miejsc pracy w USA i deindustrializacji. Będą walczyć z kradzieżą własności intelektualnej i szpiegostwem przemysłowym oraz z zagrożeniami dla łańcuchów dostaw, w tym minerałów i pierwiastków ziem rzadkich, eksportem prekursorów fentanylu, które napędzają epidemię opioidów w Ameryce, czy też z operacjami wpływu i innymi formami subwersji kulturowej.
Będą współpracować z sojusznikami i partnerami traktatowymi, by przeciwdziałać drapieżnym praktykom gospodarczym, w szczególności z Indiami, Australią i Japonią. Będą rozwijać technologie wojskowe i podwójnego zastosowania, kładąc nacisk na dziedziny, w których przewaga USA jest największa, to jest na technologie podwodne, kosmiczne i nuklearne, a także inne, które zadecydują o przyszłości potęgi militarnej, takie jak sztuczna inteligencja, komputery kwantowe i systemy autonomiczne. Będą rozwijać zasoby taniej energii.
Zapowiedziano dalszą deregulację sektora technologicznego, który pomaga w zapewnieniu cyberbezpieczeństwa i ochronie infrastruktury krytycznej, a także sektora energetycznego. Chodzi o nowe poszukiwania i eksploatację paliw kopalnych, a także innych surowców naturalnych.
Rząd położy nacisk na dyplomację America First, dążąc do zrównoważenia globalnych relacji handlowych zarówno z Europą, jak i Japonią, Koreą, Australią, Kanadą, Meksykiem i innymi krajami, by doprowadzić do zrównoważenia chińskiej gospodarki.
Amerykanie chcą zawalczyć o dobre relacje handlowe z krajami średnio zamożnymi i uboższymi, wykorzystując aktywa sojuszników, w tym Europy, Japonii, Korei Południowej o wartości 7 bilionów dolarów, a także międzynarodowe instytucje finansowe, w tym wielostronne banki rozwoju na finansowanie infrastruktury w innych państwach.
Przewaga gospodarcza Ameryki i rozwój nowych technologii ma skutecznie odstraszać przed zagrożeniami militarnymi na dużą skalę, ale wskazuje się także, że trzeba zachować równowagę sił konwencjonalnych.
Oko na Tajwan
W strategii istotne miejsce zajmuje Tajwan ze względu na dominację w produkcji półprzewodników i położenie geograficzne, zapewniające „bezpośredni dostęp do Drugiego Łańcucha Wysp i dzielące Azję Północno-Wschodnią i Południowo-Wschodnią na dwa odrębne teatry działań”.
Region ma szczególne znaczenie dla USA, ze względu na to, że „jedna trzecia globalnej żeglugi przepływa rocznie przez Morze Południowochińskie”. Stąd w interesie USA jest odstraszanie od konfliktu o Tajwan. Ameryka nie chce także „żadnej jednostronnej zmiany status quo w Cieśninie Tajwańskiej”. Ewentualna obrona Tajwanu ma się odbywać przy współpracy z sojusznikami. Oczekuje się od państw z „Pierwszego Łańcucha Wysp” lepszego dostępu do portów i innych obiektów, ważnych dla obrony. Amerykanie nie chcą dopuścić do dominacji jakiegokolwiek innego mocarstwa, które mogłoby wprowadzić opłaty za żeglugę na Morzu Południowochińskim lub zamknąć szlak.
Podobnie, jak Europejczycy, również sojusznicy Waszyngtonu z Japonii i Korei Południowej mają zwiększyć wydatki na obronę w celu zbudowania zdolności odstraszających wroga i zapewniania ochrony „Pierwszego Łańcucha Wysp”.
Stratedzy wskazali, że Ameryka także zwiększy swoją obecność wojskową na zachodnim Pacyfiku i będzie nalegać na zwiększenie wydatków na zbrojenia przez Tajwan i Australię.
Co z Europą?
Trzecim istotnym regionem jest Europa i „promowanie europejskiej wielkości”. Zauważając, że nasz kontynent nie tylko przeżywa stagnację gospodarczą, ale co istotne systematycznie „traci udział w globalnym PKB – z 25% w 1990 roku do 14% obecnie – częściowo z powodu krajowych i międzynarodowych regulacji, które podważają kreatywność i pracowitość”, o wiele gorsze jest jednak zagrożenie związane z „wymazaniem cywilizacyjnym”. „Do ważniejszych wyzwań stojących przed Europą należą: działania Unii Europejskiej i innych organizacji międzynarodowych, które podważają wolność polityczną i suwerenność, polityka migracyjna, która przekształca kontynent i wywołuje konflikty, cenzura wolności słowa i tłumienie opozycji politycznej, spadający wskaźnik urodzeń oraz utrata tożsamości narodowych i pewności siebie. Jeśli obecne trendy się utrzymają, kontynent będzie nie do poznania za 20 lat lub mniej”.
Chociaż niektóre kraje europejskie zachowają silną pozycję ekonomiczną i będą miały silną armię, stąd pozostaną „wiarygodnymi sojusznikami” Ameryki, to jednak Waszyngton oczekuje, że „Europa pozostanie europejska, odzyska cywilizacyjną pewność siebie i porzuci nieudane skupienie się na regulacyjnym duszeniu” inicjatywy ludzkiej.
Odnosząc się do braku „pewności siebie”, autorzy strategii zwracają uwagę na relacje z Rosją. „Europejscy sojusznicy cieszą się znaczną przewagą w zakresie twardej siły nad Rosją, niemal pod każdym względem, z wyjątkiem broni jądrowej. W wyniku wojny Rosji na Ukrainie, relacje europejskie z Rosją uległy znacznemu osłabieniu, a wielu Europejczyków postrzega Rosję jako zagrożenie egzystencjalne. Zarządzanie relacjami europejskimi z Rosją będzie wymagało znacznego zaangażowania dyplomatycznego Stanów Zjednoczonych, zarówno w celu przywrócenia warunków strategicznej stabilności na obszarze Eurazji, jak i w celu zmniejszenia ryzyka konfliktu między Rosją a państwami europejskimi” – wskazano.
Ameryka zaznacza, że w jej żywotnym interesie jest jak najszybsze „zakończenia działań wojennych na Ukrainie, aby ustabilizować gospodarki europejskie, zapobiec niezamierzonej eskalacji lub ekspansji wojny oraz przywrócić strategiczną stabilność z Rosją, a także umożliwić odbudowę Ukrainy”, by mogła przetrwać jako samodzielne państwo.
Wojna ta bowiem przyniosła większe uzależnienie Europy od zewnętrznych dostawców. Jako przykład podano niemiecki przemysł chemiczny, który uzależniony jest od chińskich zakładów przetwórczych, wykorzystujących rosyjski gaz. W strategii dodaje się, że europejskie państwa mają „nierealistyczne oczekiwania co do wojny prowadzonej przez niestabilne rządy mniejszościowe, z których wiele depcze podstawowe zasady demokracji, aby stłumić opozycję”.
Europejczycy, chociaż zastrzegają, że pragną pokoju, to jednak nie prowadzą polityki pokojowej, „w dużej mierze z powodu podważania przez te rządy procesów demokratycznych. Ma to strategiczne znaczenie dla Stanów Zjednoczonych właśnie dlatego, że państwa europejskie nie mogą się zreformować, jeśli będą tkwić w kryzysie politycznym”.
Chociaż Europa wciąż pozostaje „strategicznie i kulturowo istotna dla Stanów Zjednoczonych”, to jednak musi się zreformować. „Europejskie sektory, od produkcji, przez technologię, po energię, pozostają jednymi z najsilniejszych na świecie. Europa jest siedzibą najnowocześniejszych badań naukowych i wiodących światowych instytucji kulturalnych”. Ameryka nie może tego zignorować i Europa jest jej potrzebna w realizacji strategii bezpieczeństwa narodowego, ale Waszyngton oczekuje, że europejska polityka zmieni swój kurs.
Ameryka będzie „bronić prawdziwej demokracji, wolności słowa i bezkompromisowego celebrowania indywidualnego charakteru i historii narodów europejskich”. Będzie zachęcać sojuszników do promowania patriotyzmu, odrodzenia duchowego. Pochwalono w strategii „rosnący wpływ patriotycznych partii europejskich”. Waszyngton „pomoże” w korekcie kursu UE w taki sposób, aby nie dopuścić do dominacji na naszym kontynencie innego mocarstwa. „Chcemy współpracować z krajami sprzymierzonymi, które chcą przywrócić swoją dawną świetność” – dodano.
Priorytetem będzie: „przywrócenie warunków stabilności w Europie i strategicznej stabilności z Rosją; umożliwienie Europie stanięcia na własnych nogach i działania jako grupa sprzymierzonych suwerennych państw, w tym poprzez przejęcie głównej odpowiedzialności za własną obronę, bez bycia zdominowanymi przez jakiekolwiek wrogie mocarstwo; kultywowanie oporu wobec obecnej trajektorii Europy w narodach europejskich; otwarcie rynków europejskich na towary i usługi z USA oraz zapewnienie sprawiedliwego traktowania amerykańskich pracowników i przedsiębiorstw; budowanie zdrowych narodów Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej poprzez powiązania handlowe, sprzedaż broni, współpracę polityczną oraz wymianę kulturalną i edukacyjną”. Ponadto USA są przeciwne stałemu rozszerzaniu NATO i będą zachęcać Europę do „zwalczania merkantylistycznej nadwyżki mocy produkcyjnych, kradzieży technologicznej, cybernetycznego szpiegostwa i innych wrogich praktyk gospodarczych”.
Bliski Wschód
Czwarty istotny region to Bliski Wschód, gdzie Ameryka chce przerzucić na inne państwa regionu obciążenia związane z budowaniem pokoju. O ile przez pół wieku amerykańska polityka zagraniczna priorytetowo traktowała ten region ze względu na to, że był najważniejszym dostawcą energii na świecie, a przez to także głównym teatrem rywalizacji supermocarstw, o tyle dzisiaj sytuacja wygląda zgoła odmiennie. „Dostawy energii znacznie się zdywersyfikowały, a Stany Zjednoczone ponownie stały się eksporterem netto energii. Rywalizacja supermocarstw ustąpiła miejsca rywalizacji między mocarstwami, w której Stany Zjednoczone zachowują najbardziej godną pozazdroszczenia pozycję, wzmocnioną przez prezydenta Trumpa, udaną rewitalizację naszych sojuszy w Zatoce Perskiej, z innymi partnerami arabskimi i z Izraelem”.
Chociaż wciąż jest to obszar nękany konfliktami, jednak nie jest to – jak ujęto w dokumencie – aż tak dotkliwe. Iran został znacznie osłabiony przez działania Izraela i operację prezydenta Trumpa „Młot Północy” z czerwca 2025 r. Konflikt izraelsko-palestyński „pozostaje drażliwy, ale dzięki zawieszeniu broni i uwolnieniu zakładników, wynegocjowanym przez prezydenta Trumpa, poczyniono postępy w kierunku trwalszego pokoju”. Waszyngton liczy, że uda się ustabilizować Syrię przy wsparciu ze strony Arabii Saudyjskiej, Izraela i Turcji. Miałaby ona „odzyskać należne jej miejsce jako integralny, pozytywny gracz w regionie”.
Docelowo Bliski Wschód ma być „źródłem i celem międzynarodowych inwestycji”. Nie wykluczono współpracy z partnerami z Bliskiego Wschodu w celu m.in. zabezpieczenia łańcuchów dostaw i wzmocnienia możliwości rozwoju przyjaznych i otwartych rynków w innych częściach świata, takich jak Afryka.
Ameryka zrywa z „błędnym eksperymentem” pouczania narodów, zwłaszcza monarchii Zatoki Perskiej, aby porzuciły swoje tradycje i historyczne formy rządów. Będzie pochwalać reformy, ale nie narzucać.
Kraje Zatoki Perskiej zawsze będą ważne ze względu na dostawy energii i konieczność utrzymania otwartej Cieśniny Ormuz. Zapewniono przy tym, że Ameryka nie zrezygnuje ze zwalczania terroryzmu, który zagrażałby „amerykańskim interesom lub amerykańskiej ojczyźnie” oraz bezpieczeństwu Izraela. Chcą także rozszerzyć Porozumienia Abrahamowe (zawarte z inicjatywy Trumpa za jego I kadencji w celu normalizacji stosunków Izraela z krajami świata muzułmańskiego).
Porządki w Afryce
Podobna polityka ma obowiązywać w Afryce Wschodniej. USA nie zamierzają narzucać porządku liberalnego, ale będą współpracować z krajami takimi, jakimi one są w celu „łagodzenia konfliktów, wspierania wzajemnie korzystnych relacji handlowych i przejścia od paradygmatu pomocy zagranicznej do paradygmatu inwestycji i wzrostu, który pozwoli na wykorzystanie bogatych zasobów naturalnych Afryki i ich ukrytego potencjału gospodarczego”.
Ameryka zachowa czujność wobec odradzającego się terroryzmu w niektórych częściach Afryki, unikając jednocześnie jakiejkolwiek długoterminowej obecności lub zobowiązań militarnych.
Zamiast pomocy humanitarnej Amerykanie obiecują liczne korzyści z rozwoju handlu „kompetentnym, wiarygodnym państwom, które zobowiążą się do otwarcia swoich rynków na towary i usługi z USA”, głownie czyniąc inwestycje w sektor energetyczny i rozwój kluczowych surowców mineralnych. Chodzi o płynny i skroplony gaz, technologie energii jądrowej i nie tylko.
Właściwe to są główne założenia publikowanej wersji Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA, która ma niespełna 30 stron.
***
Komentarze: panika idealistów i radość amerykańskich realistów
W komentarzach płynących z różnych źródeł odnośnie tego dokumentu niezwykle istotnego, komunikującego światu, jakie są priorytety Ameryki w zakresie polityki zagranicznej i obronnej można spotkać się ze spektrum skrajności.
Przykładowo Rebecca Lissner, która pełniła funkcję zastępcy asystenta prezydenta i głównego zastępcy doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego wiceprezydenta w administracji Biden-Harris, obecnie członek Council on Foreign Relations sugeruje, że jest to pierwsza Strategia Bezpieczeństwa Narodowego, która wskazuje, że „Stany Zjednoczone mogą być skłonne do ingerencji za granicą w celu promowania nieliberalnego świata”.
„Błędem byłoby, gdyby sojusznicy lub przeciwnicy czytali Strategię Bezpieczeństwa Narodowego (NSS) prezydenta Donalda Trumpa (…), jako przewodnik po działaniach Waszyngtonu w ciągu najbliższych trzech lat. Jest ona jednak znacząca z innego powodu: pierwsza strategia bezpieczeństwa narodowego MAGA zapowiada nową wizję Stanów Zjednoczonych jako nieliberalnego supermocarstwa. Demokratyczni sojusznicy Stanów Zjednoczonych na całym świecie, a zwłaszcza w Europie, powinni wziąć ją pod uwagę” – radzi, strasząc „wyniesieniem niegdyś marginalnych poglądów do rangi najbardziej autorytatywnego oświadczenia Stanów Zjednoczonych o zamiarach strategicznych”, co jest „oszałamiającym zwycięstwem skrzydła MAGA w Partii Republikańskiej, reprezentowanym głównie przez wiceprezydenta J.D. Vance’a. Stanowi to radykalną zmianę w polityce zagranicznej USA”.
Oburza ją, że ekipa Trumpa zamierza korygować kurs polityczny UE, co ma być „wyraźnym celem amerykańskiej polityki zagranicznej”. Dwie kluczowe frazy tej strategii wszak dotyczą wspierania przez USA „rosnącego wpływu patriotycznych partii europejskich” i priorytetowe „kultywowanie oporu wobec obecnej trajektorii Europy w państwach europejskich”.
Była urzędniczka administracji Bidena, która stawiała na system ograniczania wolności obywatelskich, w tym budowę globalnego mechanizmu cenzury, obawia się zacieśnienia współpracy Waszyngtonu z krajami Trójmorza i Włochami. Dodaje, że MAGA ma „gęstą sieć powiązań z partiami rewizjonistycznymi na europejskiej skrajnej prawicy”. W jej przekonaniu „nowością jest jednak mandat do ingerencji”. Dodaje, że „Strategia i ostatnie decyzje polityczne sugerują, że Trump opracowuje zestaw narzędzi, które pomogą jego nieliberalnym sojusznikom politycznym na całym świecie”.
Niepokoi ją, podobnie jak i wielu innych analityków europejskich, kwestia braku wyartykułowania – co miało miejsce w poprzednich strategiach – państw głównych przeciwników, konkurentów. Zamiast napiętnowania ich, Trump chce z nimi współpracować i ułożyć poprawne relacje handlowe.
Analityk obawia się większej ingerencji zagranicznej USA w celu promowania światopoglądu MAGA w Europie wspieranego przez duże platformy. Poleciła przygotować się obecnym elitom liberalnym na ciężką batalię z globalną koalicją partii nacjonalistycznych. Spodziewa się nawet, że „ten strategiczny zwrot” dokonujący się w polityce zagranicznej USA „prawdopodobnie nie zakończy się wraz z jego (Trumpa) prezydenturą. Wręcz przeciwnie, jego najaktywniejszym orędownikiem w administracji jest Vance, który aspiruje do przejęcia ruchu MAGA. W obliczu ewoluującej roli Stanów Zjednoczonych, sojusznicy i partnerzy powinni rozważyć przyszłość, która odwróci postzimnowojenne dążenie Waszyngtonu do szerzenia demokracji – i zamiast tego wykorzysta znaczną potęgę Stanów Zjednoczonych, aby uczynić świat bezpieczniejszym dla nieliberalizmu” – komentowała.
Niektórzy analitycy, którzy wypowiadali się dla Council on Foreign Relations posunęli się nawet tak daleko, że zachęcili inne państwa do zignorowania amerykańskiej strategii.
Wyraźnie z niej cieszy się Greg Lawson, analityk „National Interest”, który sugeruje, że wygrał „zdroworozsądkowy realizm”.
„Administracja Trumpa słusznie przeorientowała amerykańską politykę zagraniczną na odnowę wewnętrzną, bardziej zrównoważone sojusze i ochronę półkuli. Od prawie dekady niewielka, ale rosnąca grupa analityków argumentuje, że amerykańska polityka zagraniczna potrzebuje gruntownej korekty kursu. Wraz z wczorajszym ujawnieniem Strategii Bezpieczeństwa Narodowego prezydenta Donalda Trumpa, ta szeroko zakrojona korekta kursu jest już na wyciągnięcie ręki i została jasno sformułowana” – wskazał w komentarzu z 5 grudnia.
Lawson uważa, że „Stany Zjednoczone nie mogą i nie powinny popadać w izolacjonizm”, ale „rozpaczliwie potrzebują reorientacji wobec świata takiego, jaki jest naprawdę”. Realistyczne spojrzenie sugeruje, że nie jest możliwe pożądane utrzymanie świata jednobiegunowego. Świat staje się wielobiegunowy i wbrew temu, co twierdzili „przez długi czas zachodni intelektualiści, eksperci polityczni i przywódcy polityczni”, którzy „ślepo wierzyli w wizję końca historii i momentu jednobiegunowego jako sposobu funkcjonowania świata po upadku Związku Radzieckiego w 1991 roku”, dziś już nie ma co „odgrywać roli Atlasa podtrzymującego świat”.
Realistyczna analiza polityki pokazuje, że „Stany Zjednoczone nie mogą już sobie pozwolić na politykę zagraniczną napędzaną ideologicznymi aspiracjami, instytucjonalną bezwładnością lub kojącymi iluzjami jednobiegunowości”. Zamiast idealizmu potrzebny był „realizm na miarę nowej ery rywalizacji – nie karykatura realizmu, która udaje, że Ameryka może się wycofać za oceany, ale realizm oparty na sile materialnej, strategicznej selekcji i beznamiętnym spojrzeniu na to, jak faktycznie działa polityka mocarstw”.
Jest oczywistym dla Lawsona, iż mamy powrót do koncertu mocarstw i polityki równowagi sił.
Chociaż w opinii autora, dokument nie jest doskonały, to „stanowi najważniejszy postęp intelektualny w amerykańskiej strategii globalnej od czasów administracji Nixona”.
Udało się wreszcie określić priorytety. „Chiny stanowią wyzwanie, a Indo-Pacyfik jest priorytetowym teatrem działań”. Autor przypomina, że dokładnie taką wizję przedstawił w swoich analizach, by stworzyć „strategiczne ramy łączące Stany Zjednoczone, Indie, Japonię i (w odpowiednich okolicznościach) Rosję, aby zapobiec powstaniu chińskocentrycznego porządku euroazjatyckiego”.
Drugim istotnym priorytetem jest położenie nacisku na geoekonomię i związaną z tym odbudowę amerykańskiej bazy przemysłowej. Dziś bowiem „globalna konkurencja zmieniła się z czysto militarnej konfrontacji w rywalizację o łańcuchy dostaw, platformy technologiczne i moce produkcyjne”. Strategia łączy „bezpieczeństwo narodowe z polityką przemysłową, odpornością łańcuchów dostaw, zaawansowaną produkcją i przywództwem technologicznym. NSS zasadniczo uznaje, że siła ekonomiczna jest formą siły strategicznej. Nie jest to zmiana retoryczna. To uznanie, że strategia zaczyna się w kraju”.
Ponadto „NSS przyjmuje również niezwykle pragmatyczne podejście do sojuszy”, które nie są nienaruszalne, ale stanowią instrumenty prowadzenia polityki. Nie mają one być „wsparciem moralnym” czy „retorycznym”, lecz „realną siłą”, bez „pasożytowania” na Ameryce i moralizowania. Liczy się trzeźwa ocena sytuacji i realny podział obciążeń, a także wyznaczenie i realizacja realnych celów. Nikt bowiem nie ma nieograniczonych zasobów.
„Co być może najważniejsze, NSS 2025 ogólnie przyjmuje formę realizmu opartego na zdrowym rozsądku, którego od dawna brakowało w amerykańskiej strategii. Dokument nie obiecuje przekształcenia świata na obraz Ameryki. Nie oferuje transcendentnych misji ani krucjat moralnych. Zamiast tego proponuje świat, w którym Stany Zjednoczone realizują swoje interesy poprzez siłę, rozwagę i selektywne zaangażowanie. To również wpisuje się w neo-nixonowskie podejście: gotowość do dyplomatycznego zaangażowania, nawet z trudnymi państwami, do wykorzystywania nacisków zamiast pouczeń i do stawiania rezultatów ponad pozory” – wskazał analityk.
Autor ma zastrzeżenia do tego, że strategia „nie idzie wystarczająco daleko”, jeśli chodzi o politykę wobec Rosji, która musi być „zdystansowana od Chin, aby uniknąć dalszej konsolidacji osi chińsko-rosyjskiej, prawdziwego geopolitycznego koszmaru, który zagraża równowadze sił w Eurazji i na świecie. Takie posunięcie byłoby koncepcyjnie powtórzeniem dyplomacji trójkątnej, którą Nixon i Kissinger tak skutecznie stosowali w latach 70. XX w.”
Powraca próba ugłaskania Rosji, aby nie sprzymierzała się z Pekinem. Koncentracja zaś na półkuli zachodniej (nowe „Trump Corollary” do doktryny Monroe’a) ma pomóc w zwalczaniu problemów wewnętrznych rozsadzających Amerykę, związanych z masowym napływem migrantów i „odwróconą wojną opiumową opartą na fentanylu”, a jednocześnie dąży się do przywrócenia amerykańskiej dominacji na strategicznym „podwórku” USA, zamiast oddawania Chinom kluczowych terytoriów.
Lawosn uważa, że strategia jest „w miarę spójna”, zakłada „odnowienie wewnętrzne” Ameryki i odrzuca „ideologiczne awanturnictwo na rzecz strategicznej powściągliwości”, kładąc nacisk na kształtowanie równowagi sił w regionie Indo-Pacyfiku i ponowną kalibrację sojuszy, w obliczu słabnącej Europy.
„Przez wiele lat analitycy polityki zagranicznej i obronności, działający w duchu America First, słusznie obawiali się, że Stany Zjednoczone dryfują bez strategicznego kompasu, wiedzione nawykami, ideologią i instytucjonalną bezwładnością. NSS 2025 jest sygnałem, że ten dryf może wreszcie dobiegać końca” – ocenia analityk, który podkreśla, że wiele teraz zależy od tego, jak te cele będą realizowane.
Autor wskazał, że z pewnością jest to „po raz pierwszy od pokolenia amerykańska wielka strategia, która opiera się na fundamencie, spójnym intelektualnie, strategicznie realistycznym i zgodnym z rzeczywistym światem geopolitycznym, a nie z wyobraźnią naiwnych idealistów”.
„Ostatecznie NSS to nie tylko dokument programowy. To strategiczna korekta – taka, którą realistyczni analitycy od dawna uznają za konieczną – i której Stany Zjednoczone nie mogą dłużej odwlekać”, konkluduje.
Europejscy analitycy udają najczęściej, że są zaskoczeni takim postawieniem rzeczy przez Amerykanów, widząc potencjalne zarzewie różnych konfliktów. Ubolewają z powodu niejasnego stanowiska wobec agresywnej Rosji i chęci pomagania przez USA „partiom nieliberalnym”.
Zasadnicza zmiana a polskie strategie
Oczywistym jest natomiast, że zasadnicza korekta USA polega na odejściu od polityki klimatycznej i dekarbonizacji świata. Przynajmniej na obecnym etapie wkraczania w coraz bardziej zaciętą rywalizację państw, Amerykanie stawiają na skroplony gaz, na jego eksport i eksploatację paliw kopalnych, które mają przynieść obniżkę cen energii, tak bardzo potrzebną w procesie transformacji cyfrowej. Z dawnej eko-cyfrowej transformacji pozostawiają jedynie cyfrową, w której chcą zachować dominację. W przeciwieństwie do Europy i obecnej ekipy rządzącej w Polsce, która w tym roku przedstawiła dwa kluczowe dokumenty strategiczne: długo oczekiwaną „Koncepcję Rozwoju Kraju 2050” (KRK 2050) i „Strategię Rozwoju Państwa do 2035 r.”
Ten pierwszy dokument miał być zaprezentowany pod koniec 2023 roku, określając ścieżki rozwoju na następne 30 lat. Dokument ostatecznie pojawił się w maju 2024 roku, a Rada Ministrów go zatwierdziła 25 lipca 2025 roku.
Jako „dokument-drogowskaz dla planowania rozwoju państwa mającym dać szeroki kontekst w dłuższej perspektywie czasowej” snuje wyidealizowaną wizję państwa polskiego, jakie pojawi się w 2050 r., koncentrując się na szybszej realizacji założeń polityki klimatycznej UE, dekarbonizacji i zrównoważonym rozwoju, zakładając jeszcze szybsze odchodzenie od paliw kopalnych i bolesną transformację w innych sektorach niż energetyczny, tj. zwłaszcza w transporcie, przemyśle, rolnictwie oraz logistyce i budownictwie, przez co tylko osłabi potencjał polskiego przemysłu.
Podobnie drugi dokument, najnowsza „Strategia Rozwoju Państwa do 2035 r.”, która powstała w związku z dynamicznie rozwijającą się sytuacją na arenie międzynarodowej (kryzys migracyjny, „pandemia Covid-19” i atak Rosji na Ukrainę), zakłada budowę odporności na kryzysy i szybką mobilizację zasobów, ale nie ma alternatywnego scenariusza dotyczącego – już wcześniej przecież obserwowanej – wojnie wypowiedzianej przez USA dekarbonizacji.
W Strategii zaznacza się, że „Dekarbonizacja krajowej i globalnej gospodarki jest niezbędna dla ochrony klimatu, a sprawnie przeprowadzona może być także korzystna dla wzrostu gospodarczego i jakości życia obywateli” (s. 27). Na poparcie tej tezy przywołuje się badania Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu, a więc ciała politycznego, który forsuje „konsensus naukowy”, jakoby działalność człowieka przyczyniła się do wzrostu emisji gazów cieplarnianych, tym samym odpowiadając za ocieplenie się klimatu i rzekomo związane z tym ekstremalne zjawiska naturalne takie, jak fale gorąca, susze, pożary, gwałtowne cyklony czy intensywne opady.
Strategia ta przewiduje konsekwentną – aż do bólu – realizację Europejskiego i Polskiego Zielonego Ładu.
Dobrze, że prezydent Nawrocki nie zdecydował się na przyjęcie trzeciego ważnego dokumentu, to jest nowej przedłożonej latem 2025 roku przez rząd Tuska Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, która całkowicie abstrahowała od zwrotu USA.
Dziś kluczowi gracze, chcąc zapewnić sobie jak najlepszą pozycję na arenie międzynarodowej, sięgają do coraz bardziej bezkompromisowych działań, w tym do naruszania granic i suwerenności innych państw. Nie przejmują się, tak jak Polska, transformacją energetyczną, a w okresie zaciekłej rywalizacji uruchamiają potężne złoża paliw kopalnych. Stany Zjednoczone, nasz główny sojusznik, idą jeszcze dalej, kwestionując sens prowadzenia polityki klimatycznej. Nie tylko wycofały się z porozumienia paryskiego w sprawie klimatu z 2015 roku, lecz również wypowiedziały wojnę dekarbonizacji i finansowemu „kartelowi klimatycznemu” narzucającemu firmom zasady raportowania ESG (w tym DEI).
Amerykanie, którzy zbudowali liberalny porządek oparty na demokracji, wolnym handlu i instytucjach wielostronnych, zdając sobie sprawę, że obecnie ponoszą z jego powodu raczej szkody, sami postanowili go zakłócić, kwestionując przy tym jego zasady.
Świat staje się wielobiegunowy. Waszyngton przeciwstawia się chińskiemu modelowi budowania z krajami BRICS „wspólnoty wspólnego przeznaczenia” (Community of Common Destiny). Oferuje alternatywny model pod swoim przywództwem. Wyraźnie przy tym pozostaje na kursie kolizyjnym z unijną wizją rozwoju świata. Ta bowiem koncentruje się na polityce klimatycznej, osiągnięciu zrównoważonego rozwoju, zgodnie z Agendą ONZ i forsowaniu rewolucji w dziedzinie praw człowieka (ekocentryczny paradygmat i rewolucyjna koncepcja praw podstawowych natury degradująca człowieka).
Wydaje się jednak, że zwycięża wizja powrotu do westfalskiego porządku opartego na prymacie państw narodowych i utrzymywaniu równowagi sił w regionach i na świecie, przy czym Amerykanie zdecydowali się na powstrzymywanie dekarbonizacji. Zdają sobie bowiem sprawę, że jako kraj, który dysponuje ogromnymi rezerwami paliw kopalnych, będących źródłem dobrobytu od dziesięcioleci, nie mogą popierać tak zwanej zielonej transformacji energetycznej, sprzyjającej hegemonii Chin. One wszakże dominują w dziedzinie „zielonych technologii”.
Ameryka sama nie ma ani zasobów, ani siły, by zachować dominację na świecie. Musi odbudować swoją potęgę. Sekretarz stanu, Marco Rubio stwierdził, że „nie jest normalne, aby świat miał po prostu jednobiegunową potęgę”. „To była anomalia. Był to efekt zakończenia zimnej wojny, ale ostatecznie trzeba wrócić do punktu, w którym istniał świat wielobiegunowy, wiele wielkich mocarstw w różnych częściach planety. Z tym mierzymy się teraz”. Podobnie widzi to większość opinii publicznej. Z tego też powodu zmieniają się również priorytety Ameryki.
W związku z decentralizacją władzy na arenie międzynarodowej, pojawiają się zarówno szanse, jak i ryzyka dla innych podmiotów państwowych.
Można powiedzieć, że powoli zaczyna ziszczać się postulat byłego sekretarza stanu i obrony USA Henry’ego Kissingera z 2014 r. o przywracaniu ładu globalnego, który uwzględniałby interesy silnych państw narodowych i powrocie do zasad kształtujących porządek westfalski w 1648 roku. Chodzi o zbiór zasad określających „granice dopuszczalnej interwencji” i równowagę sił, która powściągałaby zapędy innych podmiotów politycznych, chcących uzyskać przewagę.
W analizie Kissingera kluczowe dla zachowania porządku na świecie okazują się dwa pojęcia: suwerenność i nieingerencja. Zasada równowagi sił jest natomiast sposobem na zarządzanie systemem międzynarodowym.
Na rok przed swoją śmiercią Kissinger podkreślał, że wciąż państwa narodowe, a nie instytucje ponadnarodowe ani podmioty niepaństwowe, pozostają głównymi graczami na arenie międzynarodowej. Najistotniejsza w sferze polityki międzynarodowej pozostaje rywalizacja państw o wpływy. UE, będąc ponadnarodową strukturą bez granic, jawi się jako utopia. Dlatego, zdaniem Kissingera, „byłoby nierozważne i niebezpieczne oczekiwać, że reszta świata pójdzie w ślady Europy”.
Zmiana kursu: Dokument strategii bezpieczeństwa narodowego prezydenta Trumpa
Autor analizy: Paul Craig Roberts
Jeśli dokument prezydenta Trumpa dotyczący strategii bezpieczeństwa narodowego na rok 2025 ma jakiekolwiek znaczenie, a mam nadzieję, że ma, Unia Naukowców Atomistyki może cofnąć wskazówkę zegara zagłady o kilka godzin.
Jeśli strategia prezydenta Trumpa przetrwa opór grup interesu i ideologicznej lewicy Partii Demokratycznej, a jego następcy będą ją kontynuować, prezydent Trump rzeczywiście zmienił bieg Ameryki i świata.
Dokument popiera wiele punktów, które poruszałem od dziesięcioleci. Do niektórych z nich przejdę za chwilę, ale najpierw najważniejsze jest porzucenie w dokumencie doktryny Wolfowitza o amerykańskiej hegemonii.
Zamiast tej doktryny sprzyjającej wojnie, strategią Trumpa jest podejście do świata oparte na konkurencyjności gospodarczej. Najważniejsze jest zawarte w dokumencie wezwanie do przywrócenia strategicznej stabilności między Rosją a Stanami Zjednoczonymi i Europą. Brak strategicznej stabilności między Zachodem a Rosją to droga do wojny nuklearnej. Zatem podejście Trumpa do bezpieczeństwa narodowego odnosi się do najbardziej fundamentalnej kwestii naszych czasów.
W dokumencie stwierdzono, że amerykańskie elity błędnie i destrukcyjnie postawiły na globalizm i tak zwany „wolny handel”, który wyjałowił klasę średnią i bazę przemysłową, od której zależy amerykańska potęga gospodarcza i militarna, i przyznano, że to polityka offshoringu amerykańskich miejsc pracy w przemyśle zbudowała chińską gospodarkę.
\Dokument krytykuje amerykańskie elity polityczne za powiązanie amerykańskiej polityki z siecią międzynarodowych instytucji, z których wiele kieruje się antyamerykanizmem i trans-nacjonalizmem, który wyraźnie dąży do rozpuszczenia suwerenności poszczególnych państw w Wieży Babel. Aby zapewnić sobie sukces, Ameryka musi być bezkompromisowa w stosunku do przeszłości i teraźniejszości kraju. Musimy odzyskać naszą pewność siebie, nadszarpniętą przez elity intelektualne. Musimy odwrócić się od wysiłków liberałów, by zniszczyć naszą wiarę w siebie poprzez głoszenie poczucia winy i spójności narodowej z otwartymi granicami.
Dokument uznaje znaczenie zdrowia duchowego i kulturowego oraz ludzi dumnych ze swoich osiągnięć i bohaterów. Wysiłek liberalnej lewicy, by stworzyć kulturę samokrytyki i poczucia winy, jeśli się powiedzie, doprowadzi do porażki kraju. Dokument odrzuca liberalno-lewicową politykę DEI. Bez systemu opartego na zasługach Stany Zjednoczone nie będą w stanie konkurować na świecie i zostaną pominięte przez innych.
Dokument wyraża zaniepokojenie poczuciem własnej wartości i tożsamości Zachodu w Europie, których słabość, w połączeniu z niskim wskaźnikiem urodzeń i masową imigracją, grozi Europie cywilizacyjnym wymazaniem . Jeśli obecne tendencje się utrzymają, Europa za 20 lat lub krócej będzie nie do poznania.
Dokument nie jest idealny. Unika on przypisywania Waszyngtonowi jakiejkolwiek odpowiedzialności za konflikt na Ukrainie. Nie łączy też offshoringu amerykańskiej produkcji z deficytem handlowym USA. Niemniej jednak jest to o wiele lepsza strategia niż cokolwiek, czego spodziewałem się po Waszyngtonie. Jeśli polityka bezpieczeństwa narodowego Trumpa wpłynie na jego podejście do negocjacji z Putinem, wkrótce powinniśmy znaleźć rozsądne rozwiązanie.
Kluczem do zrozumienia tej globalistycznej wojny z Zachodem jest po pierwsze uznanie, że spisek „elit” jest twardym, niepodważalnym faktem. Po drugie, musimy zaakceptować, że wojna została nam wypowiedziana i że jest to wojna totalnego podboju. Nie wolno nam żyć oddzielnie i pokojowo, samo nasze istnienie jest postrzegane jako zagrożenie dla establishmentu. Po trzecie, globaliści postrzegają kulturę zachodnią jako sprzeczną z ich przyszłymi celami. Globalizm nie może zwyciężyć, dopóki istnieją zachodnie ideały.
Klucz do zrozumienia wojny wyznawców globalizmu z Zachodem
Wojna kulturowa w świecie zachodnim osiąga obecnie apogeum. Początkowo media twierdziły, że to wszystko „teoria spiskowa” nagłośniona przez „marginalną mniejszość” radykalnej prawicy. Później przyznawały, że konflikt jest realny, ale twierdziły, że konserwatyści to potwory próbujące „zdemontować demokrację”. Dziś wojna kulturowa stała się dominującym tematem naszych czasów, a debata o niej rozbrzmiewa echem w korytarzach Białego Domu.
Lewicowcy mieli nadzieję, że ignorowaniem uda im się to wszystko odrzucić. Mieli nadzieję, że będą mogli swobodnie kontynuować ideologiczne przejęcie władzy. Ponieśli porażkę. Bunt w USA jest efektem dziesięcioleci wysiłków obrońców wolności i w końcu przynosi owoce.
Myślę jednak, że wielu Amerykanów i niektórzy Europejczycy odkrywają, że ruchy takie jak postępowy wokizm (w istocie marksizm kulturowy) to coś więcej niż tylko reakcja na powrót konserwatystów do przestrzeni kulturowej. Walka, która toczy się na naszych oczach, jest jedynie nikłym odbiciem walki toczącej się za kulisami.
Niemal każdy aspekt lewicowego aktywizmu politycznego i społecznego jest finansowany przez niektóre z najbogatszych organizacji i osób na świecie. W rzeczywistości, śmiem twierdzić, bez miliardów dolarów globalnego finansowania zapewnianego przez organizacje pozarządowe, instytucje rządowe i korporacje, lewica polityczna, jaką znamy, nie istniałaby, a świat byłby znacznie spokojniejszy.
Doskonałym przykładem są organizacje anty-ICE. Grupy te mają dostęp do znacznych rezerw gotówki, z których finansują sieci telefoniczne, płacą setkom, a nawet tysiącom protestujących i agitatorów, płacą za reprezentację prawną i kaucje, aby ich aktywiści i agenci mogli wyjść z więzienia, a często uzyskują poufne informacje na temat operacji ICE jeszcze przed ich rozpoczęciem.
Grupy te działają mniej jak lokalne organizacje walczące o prawa obywatelskie, a bardziej jak tajne agencje rządowe. A jeśli sprawdzisz ich historię podatkową, bezbłędnie odkryjesz, że są wspierane przez organizacje pozarządowe, takie jak Fundacja Społeczeństwa Otwartego, Fundacja Forda, Fundacja Rockefellera, globalne korporacje, takie jak Vangaurd i Blackrock, oraz biurokracje rządowe, takie jak USAID (zanim została zamknięta).
Nic w tych ruchach nie jest naturalne, to czysta sztuczna intryga. Może to wyglądać jak chaos, ale za każdym razem, gdy widzisz w wiadomościach lewicowe tłumy próbujące ingerować w aresztowania i deportacje przeprowadzane przez ICE, widzisz doskonale zorganizowaną machinę zasilaną globalistycznymi pieniędzmi, która działa na rzecz podważenia suwerenności USA.
Masowa imigracja mieszkańców Trzeciego Świata jest koordynowana przez globalistów. Protesty przeciwko deportacjom są finansowane przez globalistów. Politycy, którzy promują politykę otwartych granic i umożliwiają inwazję na Zachód, są ściśle związani z prominentnymi globalistami. Wojna z Zachodem to wojna globalistów; radykalni aktywiści to bezmyślni żołnierze i opłacani najemnicy. Nie są źródłem konfliktu, lecz to źródło chronią.
Niestety, zbyt wielu konserwatywnych komentatorów NIE CHCE zaakceptować faktu, że działania lewicy politycznej są skoordynowane z głębszym spiskiem. Nie wiem, dlaczego zaprzeczają istnieniu tej intrygi. Mogę jedynie przypuszczać, że idea spisku odgórnego, mającego na celu doprowadzenie do upadku kultury zachodniej, jest dla nich zbyt przerażająca, by ją rozważać.
Istnieje również problem motywacji. Wielu konserwatystów i patriotów ma mgliste pojęcie, dlaczego globaliści robią to, co robią. Zło istnieje, to nie podlega dyskusji. Ale poza leżącymi u podstaw czynnikami psychicznymi, takimi jak psychopatia i urojenia o boskości, kwestia relatywizmu jest wszechobecna. To obsesja globalistów.
Globalizm ma swoje korzenie w relatywizmie kulturowym, moralnym, prawnym, a nawet biologicznym. Kultura Zachodu jest zasadniczo antytezą relatywizmu i dlatego musi zostać zniszczona, aby globalizm mógł się rozwijać. Wszystko inne to tylko taktyka, strategia niszczenia Zachodu bez brania na siebie winy.
Tylko Zachód kodyfikuje ideę swobód przyrodzonych w swoich ramach prawnych. Tylko Zachód (a konkretnie Stany Zjednoczone) stawia prawa jednostki na równi z polityką rządu lub ponad nią. Tylko Zachód ceni wolność myśli bardziej niż uniformizm. Tylko Zachód (głównie Stany Zjednoczone) głosi konieczność buntu ludu w obliczu kolektywistycznej tyranii.
Problem w tym, że większość świata nie ma pojęcia o tych ideałach. Spędzili życie, aklimatyzując się w kulturach, w których „prawa” są również względne – zależne od kaprysów reżimów socjalistycznych i autorytarnych.
Dlatego też finansowanie importu milionów obcokrajowców, głównie z krajów trzeciego świata, na Zachód, ma dla globalistów sens. To ludzie, których umysły są już zniewolone przez całe życie w stanie poddania się kolektywizmowi i oligarchii. Migranci zgadzają się na ten plan, ponieważ zachęty są nazbyt kuszące. Ich panowie kierują ich na Zachód i mówią:
„Idźcie i rabujcie, bierzcie, co się da! Pozwolimy wam splądrować te bogate miejsca, o ile zrobicie, co mówimy, po tym, jak skarbce zostaną splądrowane, a krew na ulicach wyschnie na słońcu…”
Innymi słowy, globaliści dają uciskanym mieszkańcom Trzeciego Świata zawór parowy, okazję do „wyjścia na wolność” i działania zgodnie z najgorszymi impulsami. To smutna, ale powszechna obserwacja, że większość zniewolonych umysłów NIENAWIDZI istnienia wolnych ludzi, nawet jeśli ci ludzie żyją po drugiej stronie planety.
Dotyczy to nie tylko wrogich migrantów, ale także postępowców, którzy mieszkają tuż obok nas. Spójrzcie, co się wydarzyło podczas pandemii. Spójrzcie, jak się zachowują w konfrontacji z faktami, które przeczą ich poglądom politycznym. Puszczają im nerwy, wychodzą z siebie, popadają w obłęd. Plują, pienią się i szaleją niczym zwierzęta. Lżyli nas i nic nie ucieszyłoby ich bardziej niż widok naszej śmierci. Wszystko dlatego, że nie przyjmujemy ślepo ich doktryny.
Przebudzenie [wokeness], wraz z multikulturalizmem, to globalistyczna konstrukcja zaadaptowana jako nowa religia światowa, a wszystkie jej założenia są zaprojektowane jako atak na wartości zachodnie. Szanujemy merytokrację, więc oni tworzą DEI i równość. Promujemy osobistą odpowiedzialność, więc oni promują narcyzm i samouwielbienie. Czcimy wolny rynek, więc oni umożliwiają ekspansję socjalizmu. Szanujemy nauki biologiczne i biblijne definicje mężczyzny i kobiety, więc oni tworzą ideologię płynności płciowej [gender fluid]. Szanujemy obiektywizm moralny i rzeczywistość dobra i zła, więc oni wyczarowują filozofię relatywizmu moralnego jako przyzwolenie na skrywaną degenerację.
Oczywiście, istnieją inne kultury, które nie podzielają idei „przebudzenia”, ale nie stanowią one realnego zagrożenia dla globalizmu. Nie mają dziedzictwa wolnej myśli, nie interesują się buntem i są w większości rozbrojone, więc nie byłyby w stanie stawić czoła, nawet gdyby chciały.
Przebudzenie [wokeness] zostało celowo stworzone jako broń przeciwko Zachodowi. Broń, która atakuje naszą wiarę w wolność i próbuje wykorzystać ją przeciwko nam. Bo jeśli jednostka ma prawo do wyboru własnej drogi, jak daleko sięga to prawo? Czy jednostki mają prawo i swobodę, by gromadzić się w tłumy i systematycznie niszczyć Zachód? Liberałowie powiedzieliby „tak”, a jeśli ktokolwiek spróbuje ich powstrzymać, ci ludzie okazują się tyranami.
Czy jesteśmy tyranami, jeśli stawiamy opór? Czy jesteśmy faszystami, jeśli bronimy kultury i granic przed wymazaniem? Czy jesteśmy hipokrytami, jeśli ignorujemy suwerenność ludzi, których jedynym celem jest tej suwerenności zniesienie?
Mój kontrargument wobec tej filozofii jest taki, że lewacy i globaliści nie mają prawa manipulować Zachodem. Mają jedynie prawo opuścić Zachód i stworzyć własne systemy gdzie indziej. Skoro tak bardzo nienawidzą Zachodu, dlaczego nie przeniosą się, zamiast pozostawać tutaj lub zapraszać miliony imigrantów, którzy również nie szanują naszego dziedzictwa?
Bo to nie jest obywatelski spór między obywatelami, których łączy wspólna miłość do ojczyzny – to wojna między śmiertelnymi wrogami, których nic nie łączy. Nie chcą żyć pokojowo w innym miejscu, gdzie mogliby eksperymentować z socjalizmem do woli. Chcą podbijać i podporządkowywać. Globalizm musi być globalny. Jeśli pozwoli się istnieć jakimkolwiek konkurującym systemom, będą one dowodem na to, że metoda relatywistyczna jest metodą gorszą.
Kluczem do zrozumienia tej globalistycznej wojny z Zachodem jest po pierwsze uznanie, że spisek „elit” jest twardym, niepodważalnym faktem. Po drugie, musimy zaakceptować, że wojna została nam wypowiedziana i że jest to wojna totalnego podboju. Nie wolno nam żyć oddzielnie i pokojowo, samo nasze istnienie jest postrzegane jako zagrożenie dla establishmentu. Po trzecie, globaliści postrzegają kulturę zachodnią jako sprzeczną z ich przyszłymi celami. Globalizm nie może zwyciężyć, dopóki istnieją zachodnie ideały.
Wreszcie, jak zauważono, większość świata jest przeciwko nam, niezależnie od tego, czy zdaje sobie z tego sprawę, czy nie. Nawet dawni sojusznicy w Europie stają się wrogami. Importuj masy ludzi z Trzeciego Świata do Ameryki, a oni nie staną się Amerykanami – Ameryka stanie się Trzecim Światem. Importuj miliony socjalistów do USA, a USA staną się coraz bardziej socjalistyczne. To bardzo proste do zrozumienia, ale lewicowcy (i niektórzy libertarianie) odmawiają uznania prawdy.
Nie wszystkie kultury są równe. Niektóre są lepsze od innych. To fascynujące, jak liberałowie wciąż udają, że różne narody i kultury nie tworzą plemion, które są sobie przeciwne. Nie jesteśmy tacy sami, a naturalne współistnienie to mit. Współistnienie takich grup jest tworzone poprzez zastraszanie, wymuszenia i siłę. Liberalny, utopijny ideał multikulturalizmu wymaga opresyjnej centralizacji i tyranii.
Globalizm to mechanizm, dzięki któremu osiąga się totalną i wieczną oligarchię. Wykorzystują otwarte granice, masową imigrację, kult przebudzenia [woke cultism], kryzysy gospodarcze, konflikty międzynarodowe, sztucznie wywołane pandemie, wszystko, co przyjdzie ci do głowy i wiele innych, by zniszczyć swoich wrogów. To my jesteśmy ich wrogami. To nie my wybraliśmy tę walkę, tylko oni i będą zmieniać strategie, aż znajdą taką, która zadziała (albo aż zakończymy ten ich mały eksperyment).
Jak złe, przykre, groźne jest to, że nie udało się nagłośnić wielkiego dzieła Feliksa Konecznego w świecie zachodnim. Jędrzej Giertych próbował, ale przegraliśmy.
Koneczny tłumaczy o niebo jaśniej, bliżej sedna. Przecież to co „oni” planują i klecą, to anty-cywilizacja łacińska, a nie coś nowego, naturalnego.
Zauważyłem, że pod gradem obelg, ośmieszeń, gróźb, czy blokad – uśmiecham się.
Jestem radosny, budzę się, nawet w nocy na siku [i to kilka razy…] , z uśmiechem na ustach. Znoszę wrzaski i obelgi lekko, jak wiosenny deszczyk. Czy to nie dziwne?
I ja, mały niziołek, hobbit z podbitego kraiku, rządzonego przez sługusów obcych, zboków i idiotów -uśmiecham się.
Zastanowiłem się – dlaczego???
Naprzeciw tupie ogromny, bardzo mocny troll, wznosi maczugę i bluzga wyrazami i groźbami.
Ale słyszę, że z jego tyłu inne niziołki rzucają w niego grudkami zaschłej gliny. Grożą mu.
Przecież czekamy, tak walcząc, na wschód Słońca, który te trolle zamieni w Kamienie.
Inny Troll siedzi butnie na ogromnym worku, w którym zgromadził miliony miliardów dolarów, bitcoinów, zobowiązań itp. Troll grozi pandemią, głodem, wojną itp.
Ale te jego skarby są wirtualne, oparte o nasz strach, głupotę i inne przywary. Jeśli ten wór przekłujemy… Ale przecież mamy tylko łuki i strzały z krzemiennymi ostrzami. Lecz jeśli będziemy wrzeszczeć i strzelać z różnych stron, to przez 1000 różnych dziurek wyjdzie z wora jego zawartość. Okaże się, że był to zaduch, smród, a nie złoto. Poranny wiatr to zdmuchnie.
Strzelajmy więc i uśmiechajmy się. Zachęćmy też innych, ukrytych z obawy „o konsekwencje” pod krzakami.
Nie masz zapewne armaty, ale masz MEM-a.
A gdy jednak uginam się pod wrzaskiem tych Trolli, to przypomina mi się, że mądry i pobożny biskup odprawia za nas Msze święte. Jest biskupem podziemnym ale prawdziwym. Módlmy się i my, by Prawda zwyciężyła. Możliwie najprędzej.
====================
Osoba życzliwa [naprawdę…] napisała mi, że tekst „Uśmiecham się” jest słaby, dowodzi tylko mojej bezradnej starości. Zmartwiłem się, więc przeczytałem go jeszcze raz.
Nie doceniłem, jak wiele osób bardzo mało czyta, a ogląda jakieś telewizory czy smarkfony. W tym wypadku – nie znają przygody Bilba i krasnoludów, którzy mieli zostać przez trolle usmażeni lub ugotowani. Czy tych smarko-jadów można nazwać „analfabetami? Odpowiedzą, że przecież alfabet znają…
Już w czasach,, gdy ludzie jeszcze czytali książki, cytowało się różne przysłowia, aluzje i podobne. I rozmówcy wiedzieli o co chodzi.
To i nie wiedzą,skąd ten Mysz na czołówce strony. Przecież to oczywiście ten Mysz, którego Bobcio uczył chodzenia po linie. Każdy może zobaczyć na muralu w Poznaniu. Bobcia, nie Mysza.