24 czerwca 1976 r. Sejm PRL-u zaakceptował podwyżki cen detalicznych na artykuły spożywcze, a już dzień później wybuchły masowe rozruchy. Czy dzisiaj wzrost cen może także doprowadzić do społecznego buntu?
Proponowany przez Sejm w gospodarce planowej średni wzrost cen wynosił od 30 do 100 proc., z czego mięsa o 69 proc., drobiu o 30 proc., masła i serów o 50 proc., cukru o 100 proc. a ryżu o 150 proc.
Obecny wzrost cen podstawowych produktów niebezpiecznie zbliża się do tamtych wartości. W czerwcu br. olej podrożał względem ceny sprzed roku o 57,9 proc., masło o 52,7 proc., wołowina 36 proc., drób 25%, mąka 47%, nabiału 24,1 proc.
Trzeba wziąć pod uwagę, że obecnie bardzo wzrosła także cena energii i benzyny, osiągając rekordowe stawki. To sprawia, że dla wielu osób jazda samochodem staje się luksusem, choć nie każdy może się bez niego obejść. Stopa życiowa jest oczywiście wielokrotnie większa niż w 1976 r., ale też oczekiwania ludzi są znacznie większe. Dla wielu fakt, że nie kupią sobie nowego komputera czy nie wyjadą na wakacje jest frustrujący.
Podobno, zasadniczą różnicą jest fakt, że w gospodarce planowej to rząd ustalał ceny i brał pełną odpowiedzialność za ich wzrost. Dzisiaj rządzący łatwo się usprawiedliwiają okolicznościami zewnętrznymi i mówią o „putininflacji”. W rzeczywistości jednak to covidowe zamykanie gospodarki, tarcze antykryzysowe, programy społeczne przyczyniły się walnie do obecnego stanu rzeczy. Wielu obywateli nie rozumie jednak tych związków i przykład właścicieli skupów węgla pokazuje, że rząd umiejętnie wykorzystuje spychologię. Kiedy właściciele skupów węgla nie chcieli przystąpić do programu sprzedaży węgla za 996,60 zł, który był dla nich zupełnie nieopłacalny, premier zrzucił winę na „chciwych” sprzedawców. Ci przyznawali, że wielu ludzi odchodziło od nich z pretensją. Jak widać, ta strategia działa.
Bezkarna manifestacja zboczeń i deprawacji. 25 czerwca ulicami Warszawy przeszła kolejna tzw. Parada Równości, która w tym roku połączyła się z ukraińską KyivPride.
Co znamienne, organizatorzy imprezy wykluczyli z tegorocznego marszu Rosjan zrzeszonych w antyputinowskiej organizacji „Za wolną Rosję”.
Pogoniono ich, mimo iż chcieli oni przynieść antywojenne biało-niebiesko-białe flagi. Cóż, klasyczny przykład dyskryminacji na tle narodowościowym. Rosyjski pedał jest gorszy od ukraińskiego pedała. Ot, zakłamanie na temat „równości” i „tolerancji” w praktyce.
Tymczasem postronni obserwatorzy przecierają oczy ze zdziwienia. I pytają. Jak to możliwe, że w państwie polskim rządzonym przez polityków powołujących się na konserwatywne i katolickie wartości, w biały dzień dochodzi aktu molestowania dzieci w przestrzeni publicznej i nikt nie ponosi za to odpowiedzialności?
Odpowiedź jest krótka. Obóz Zjednoczonej Prawicy w rzeczywistości sprzyja LGBT, lecz skrywa swoje prawdziwe oblicze, by nie stracić konserwatywnego elektoratu.
Wniosek ten jest oczywisty, ponieważ przez lata rządów PiS (i spółki) władza nie zrobiła nic realnego, by uchronić młode pokolenie przed najstraszniejszym z totalitaryzmów. Dlaczego? Wujek Sam z Ameryki kazał popierać środowiska LGBT, więc rządzący Polską namiestnicy grzecznie się temu podporządkowali, a przynajmniej nie przeszkadzają. Oczywiście coś tam niby ponarzekają, by przypodobać się swoim wyborcom. Dla przykładu: wysłali do studia TVP Info posła Janusza Kowalskiego z Solidarnej Polski, który w programie „Minęła Dwudziesta” miał za zadanie oficjalnie się oburzać na „tęczową paradę”.
Tymczasem parlamentarzysta utrzymywany z podatków ciężko pracujących Polaków, zamiast przestrzec społeczeństwo przed potężnym zagrożeniem, z udawanym zatroskaniem zakpił sobie z powagi sytuacji. Z jego pokrętnej analizy widzowie dowiedzieli się, że lewacka ideologia LGBT wchodzi do szkół, przedszkoli i umysłów dzieci za pośrednictwem… kolorowych kredek (sic!). «Kolorowe kredki. Wszystko po prostu w tych tęczowych barwach: kredki, tornistry» – grzmiał Kowalski na antenie telewizji publicznej.
Przykład Kowalskiego pokazuje, że przedstawiciele władzy „walczą” z największym zagrożeniem w historii ludzkości, sprowadzając potężny problem do farsy wywołującej śmiech na sali. Tymczasem gdyby faktycznie zależało im za uchronieniu polskiego społeczeństwa przed niszczycielską ideologią, zakazaliby publicznego demontowania perwersji.
Ktoś może powiedzieć: ale jak to, przecież mamy w Polsce wolność słowa i prawo do demonstrowania przekonań, dlatego rząd PiS im na to pozwala, choć się z nimi nie zgadza. Nic bardziej mylnego. Przecież reżim pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego słynie z tego, że środowiska których autentycznie nie toleruje, bezwzględnie knebluje i ucisza. Oto przykład: rządzący kazali największym operatorom w Polsce zablokować dostęp do portalu „Myśli Polskiej”; zablokowali też mojego niszowego bloga z przedrukami moich artykułów.
Tymczasem podobnych praktyk nie zastosowali wobec prawdziwego zagrożenia, a więc propagatorów ideologii, której celem jest zniszczenie człowieka.
Ani poseł Kowalski, ani nikt inny z obozu Zjednoczonej Prawicy nie ośmielił się publicznie wyjawić co faktycznie kryje zbrodnicza ideologia. Ideologia, która pod pretekstem szerzenia tolerancji wdarła się do polskich miast, szkół, przedszkoli, szeroko pojętej kultury.
Tak oto, ideolodzy bezkarnie mogli wmówić całej rzeszy młodych ludzi, że mają prawo być kim chcą. Pogubiłeś się jako człowiek? Zostań psem, poczujesz się lepiej. Opleć swoje genitalia skórzanymi rzemykami, klęknij na czworaka, niech jakiś stary roznegliżowany pedał założy tobie kaganiec i smycz, a następnie wyprowadzi na Paradę Równości zademonstrować waszą odmienność. A gdy tylko ktoś spróbuje to skrytykować (np. rodzice oburzeni faktem, że przypadkiem zobaczyło to ich dziecko, które takim widokiem doświadczyło molestowania seksualnego), to zaraz organizacje zwalczające ksenofobię wytoczą im proces za „mowę nienawiści”.
Jak to możliwe, że udało się doprowadzić całe społeczeństwa do takiego upadku? Posłużono się w tym celu sprawdzoną metodą, czyli modą. A zatem wmówiono ludziom, że coś jest fajne, podczas gdy w rzeczywistości prowadzi to do zagłady. Czy w imię tolerowania czyichś upodobań, ludzie świadomi potwornego zagrożenia mają prawo pozostać biernymi? Absolutnie nie! Reagowanie jest naszym moralnym obowiązkiem. Przecież chodzi tutaj o ratowanie ludzkiego życia, a więc stan wyższej konieczności.
Proszę sobie wyobrazić nastoletnią dziewczynę, która pod wpływem mody narzucanej przez rówieśników i kolorowe czasopisma postanowiła zacząć się odchudzać. Dostała na tym punkcie takiej obsesji, że wpędziła się w groźną chorobę – anoreksję. Charakterystyczne dla osób z anoreksją jest to, że wydaje im się, iż wciąż są grube i jeszcze muszą schudnąć.
Każdy świadomy człowiek wie, że nieleczona anoreksja prowadzi do śmierci. Każdy ukształtowany moralnie człowiek zareaguje, gdy zobaczy, że komuś grozi śmierć. A co proponuje ideologia gender? „Czujesz się źle w swojej skórze? To jest twój wybór!Jak nie chcesz jeść, to nie jedz. Najwyżej umrzesz, ale przynajmniej pozostaniesz sobą”. Brzmi nieprawdopodobnie, prawda? Tymczasem właśnie na tym polega ta zbrodnicza ideologia, która przedarła się do społeczeństwa pod płaszczykiem pseudo-tolerancji.
Wyobraźmy sobie chłopca, który na naszych oczach chce skoczyć z dachu wieżowca. Nie, nie chce się zabić. Po prostu jest zaburzony, pogubiony i być może olany przez rodziców. Durni koledzy z podwórka czy Internetu wkręcili go, że jest superbohaterem i ma nadprzyrodzoną moc, dzięki której może latać jak ptak. No i chłopak chce skoczyć z tego dachu, bo uwierzył, że jest tym, kim nie jest! Uwierzył, że ma skrzydła i może unosić się w powietrzu. Czy mamy prawo pozwolić skoczyć temu chłopakowi tylko dlatego, że czuje się on superbohaterem i uważa, że może latać? Nie! Powinniśmy spróbować go uratować i przekonać, że nie ma on skrzydeł, więc jak skoczy z dachu, to straci swoje życie.
Zdziwieni? Przecież ideologia LGBT+ to nie jest „tylko” tolerowanie faceta, który poczuł się kobietą i każe do siebie mówić „per pani” (czy na odwrót). Ideologia ta niszczy tożsamość człowieka w każdym jego wymiarze, a kwestia podważania płciowości, to dopiero początek pokrętnej drogi prowadzącej w przepaść.
Papież Benedykt XVI powiedział o ideologii gender, że «jeśli zwycięży, zrobi więcej krzywdy ludziom i narodom niż komunizm».
Ale jak to? Przecież komunizm zgładził miliony istnień ludzkich, więc wydawać by się mogło, że to niemożliwe, aby w dzisiejszych czasach – gdzie nawołuje się do „tolerancji” i „praw człowieka” – przebić tak wielką liczbę ofiar. A jednak, jest to jak najbardziej realne.
Moja mama przez blisko ćwierć wieku pracowała w szpitalu psychiatrycznym. Na początku lat dwutysięcznych przysłuchiwała się naukowej konferencji na temat problemów i wyzwań w psychiatrii. Naukowcy obserwujący tendencje, prognozowali, że w pierwszej połowie XXI wieku dojdzie do tego, że największa liczba zgonów na świecie będzie spowodowana depresją, która prowadzi do samobójstw.
Kilka lat mieszkałam na warszawskim Śródmieściu, gdzie każdego dnia mijam na ulicy „tęczowych” ludzi, którzy ulegli modzie na bycie LGBT. Przyglądam się im z bliska. Takiej pustki, samotności i beznadziei w oczach nigdy nie widziałam (nawet jeśli ich usta sztucznie się uśmiechały). Ktoś bardzo zły pozbawił tych ludzi tożsamości, ich jestestwa. Przyjdzie dzień, że oni tego nie wytrzymają.
Nie mam złudzeń i wiem, że „tęczowa rewolucja” się dokona i przejdzie także przez Polskę. Właściwie już przechodzi bez realnych przeszkód i oporu. A następnie, jak każda rewolucja pożre własne dzieci i przyniesie wiele ofiar.
Grzechem zaniechania i zbrodnią wobec przyszłych pokoleń byłoby bezczynnie przyglądanie się temu procesowi. Trzeba próbować ratować tych ludzi, nawet jeśli wydaje nam się, że jesteśmy na straconej pozycji. Jak to robić? Zacząć od uświadamiania.
Agnieszka Piwar
Fot. tzw. parada równości w Warszawie [zdjęcie na stronie źródłowej]
Bosak i Braun alarmują: To ślepa uliczka. Nie brnijmy ku katastrofie energetycznej! [VIDEO]
[Jestem energo-analitykiem. To nie mija. Przed trzema dekadami doradzałem [z wielu innymi fachowcami] co sensowniejszym posłom. Wtedy jeszcze tacy się znajdowali. Przed dwiema – doradzałem co sensowniejszym wodzom PiS. Wtedy jeszcze tacy się znajdowali. Mówiłem o energetyce i „zielonym ładzie” pełnym głosem w pałacu prezydenta A.Dudy. Takich głosów energetyków, przywódców górnictwa, było i jest dużo.
To, co mówią poniżej posłowie Konfederacji, jest rozumne. Czemu ci „rządzący” brużdżą? Mirosław Dakowski]
===================
Konfederacja obnaża sprzeczną i tragiczną w skutkach unijną politykę energetyczną, do której dostosowuje się Polska. – Dopominamy się o to, aby nie brnąć w tę ślepą uliczkę, nie pozwolić na dalsze zsuwanie się po równi pochyłej ku katastrofie energetycznej – apelował Grzegorz Braun.
Krzysztof Bosak przypomniał, że Prawo i Sprawiedliwość szczyciło się tym, że do Traktatu Lizbońskiego wpisano solidarność energetyczną. Jak to wygląda w praktyce, widzimy po dzisiejszym raczkującym kryzysie energetycznym.
Polityk Konfederacji wskazał, że europejskim liderem w polityce energetycznej są Niemcy. Dziś tamtejsi obywatele, a co za tym idzie po części także Polacy są ofiarami „obsesji pseudo–ekologicznej, która z ekologią nie ma nic wspólnego”.
Rząd PiS płaci za wygaszanie kopalń i ogłasza dopłaty do węgla
Niemiecki rząd przyznał ostatnio, że powrót do węgla jest nieunikniony, ale jednocześnie wymusza na państwach wspólnoty – także Polsce – realizację polityki klimatycznej, w tym odejście od węgla.
– Rząd PiS akceptuje to, dopłacając do wygaszania i likwidacji kopalń – podkreślił Bosak.
Przypomniał o najnowszym programie socjalnym rządu, czyli po 3 tys. zł dla każdego gospodarstwa domowego na sprowadzany w głównej mierze z zagranicy węgiel. Polskiego podatnika kosztować to ma 11,5 mld zł. Jednocześnie z budżetu przewidziano 28 mld zł na całkowite wygaszenie wydobywania węgla w Polsce.
Bosak długo referował, jak wygląda aktualna sytuacja energetyczna w Europie, będąca następstwem tzw. „zielonej polityki wdrażanej w imię klimatu”.
– Wszystko to brzmi jak jakaś komedia. A to najpoważniejsza dziedzina polityki energetycznej europejskiej – podsumował poseł Konfederacji, wyrażając (płonne?) nadzieję, że PiS wreszcie postawi się okoniem Unii Europejskiej.
Braun: W eurokołchozie nic się kupy nie trzyma
– W tym zielonym ładzie, solidarności energetycznej eurokołchozowej, nic się kupy nie trzyma – tak z kolei obecną sytuację ocenił poseł Grzegorz Braun.
– Upominamy się o to, aby (narzucana przez Niemcy i UE polityka) nie była bezkrytycznie akceptowana przez rząd warszawski. Aby rząd warszawski nie pozwalał na obciążanie Polaków, narodu polskiego, polskich rodzin kosztami tych konwulsji UE w dziedzinie energetycznej– dodał poseł Konfederacji.
– Dopominamy się o to, aby nie brnąć w tę ślepą uliczkę, nie pozwolić na dalsze zsuwanie się po równi pochyłej ku katastrofie energetycznej, a co za tym idzie – gospodarczej – podsumował Braun.
Cała konferencja, z wieloma szczegółami i przykładami sprzecznej polityki, poniżej.
[Czy również to powoduje żarcie Naimski- Sasin? md]
Nowy, kosztujący 6 miliardów złotych blok w Elektrowni Jaworzno, który z założenia ma być jednym z filarów bezpieczeństwa energetycznego kraju, raportuje ubytki mocy. Są ogromne problemy z dostępnością i jakością węgla.
Problemy notuje nie tylko Jaworzno, ale większość bloków energetycznych w kraju. Według relacji portalu energetyka24, nastąpiły już nieplanowane wyłączenia czterech bloków w Kozienicach, dwóch w Połańcu i jednego w Opolu.
Jaworzno. Ubytek mocy
Dziennikarze „Business Insider Polska” dotarli do wewnętrznej korespondencji między kierownictwem elektrowni w Jaworznie, a spółką Rafako, która blok zbudowała i wspiera jego działanie.
Pismo wysłano 15 lipca. Poinformowano w nim, że w tej chwili są kłopoty z dostawami odpowiedniego jakościowo węgla, który jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania bloków.
Właściwy węgiel miał dostarczać państwowy Tauron, ale tego nie robi. Dlaczego? Zgodnie z ujawnioną treścią pisma, spółka „nie wywiązuje się ze swoich obowiązków z różnych przyczyn, między innymi związanych z praktycznie całkowitym zatrzymaniem wydobycia w kopalni Sobieski (dostawy na poziomie ok. 5 tys. ton węgla na miesiąc), utrudnioną produkcją w innych kopalniach, wojną w Ukrainie i embargiem nałożonym na węgiel rosyjski”.
Przedstawiciel Rafako wskazuje, problemy z dostawą węgla zaczęły się w maju br. Do Jaworzna zaczął przyjeżdżać gorszej jakości węgiel, który „oddziałuje negatywnie na sam proces spalania i na urządzenia bloku”.
„Węgiel, który został podawany na zasobniki, zawierał szereg nieczystości stałych, które w ogóle nie powinny mieć miejsca, co powodowało szereg nieplanowych odstawień urządzeń i ich awarii, co wpływało na ograniczenia w możliwości pełnego wykorzystania potencjału bloku do wykonania prac zgodnie z założonym harmonogramem. Powyższe okoliczności zostały udokumentowane” – czytamy.
Autor korespondencji stwierdza, Tauron był świadomy tego, że dostarcza gorszej jakości węgiel do elektrowni.
Co więcej, w piśmie czytamy, że elektrownia najprawdopodobniej będzie musiała mierzyć się z problemem braku dostaw paliwa zimą.
Wszystko to spowodowało, że w środę, 20 lipca doszło do ubytku mocny na jednym z bloków Elektrowni Jaworzno. W adnotacji zapisano: „brak paliwa”.
=====================
mail:
Bogdanka chce wydobyć 9,5 mln ton węgla i część wyśle na Ukrainę
Premier Mateusz Morawiecki radzi „dogrzewać mieszkania” i przekonuje, że węgiel „trzeba ściągać z różnych kierunków”. Tymczasem w państwowej spółce węglowej właśnie zabezpieczono pół miliarda złotych. Na co? Na nagrody dla pracowników.
Tomasz Cudny, prezes JSW. W spółce przyznano ogromne premie dla pracowników (Agencja Gazeta)
Chodzi o Jastrzębską Spółkę Węglową. Na premie – zagwarantowane porozumieniem zarządu JSW ze związkami zawodowymi z 5 lipca – w budżecie spółki zarezerwowana została astronomiczna suma 480 mln zł – potwierdza nam JSW.
Suma robi wrażenie, podobnie jak kwoty, jakie trafią na konta pracowników. Jak czytamy w tekście porozumienia, do którego udało się dotrzeć redakcji o2.pl, pracodawca (reprezentowany przez trzech z pięciu członków zarządu, w tym prezesa Tomasza Cudnego) wypłaci nagrody jednorazowe „w związku ze znaczącym wzrostem cen towarów i usług konsumpcyjnych, powodującym istotny spadek płacy realnej”.
19 tys. zł dla górnika
Nagrody ci pracujący pod ziemią, zatrudnieni w Zakładzie Przeróbki Mechanicznej Węgla (ZPMW) oraz „wszyscy pozostali pracownicy spółki”. Według naszych informacji nagród nie otrzymali pracownicy SIG, czyli spółki Szkolenie i Górnictwo.
I tak górnik pracujący „w ścianie” otrzyma 19 tys. zł brutto. Pracownik ZPMW – 16 tys., a pozostali pracownicy – 13 tys. Nagrodę dostanie więc każdy: od górnika, przez ratownika i gońca, aż do osoby sprzątającej gabinet prezesa. Nagród nie otrzyma za to najwyższa kadra kierownicza – członkowie zarządu i rady nadzorczej.
JSW nie odpowiedziało nam na pytanie, czy o wysokości premii powiadomione zostało nadzorujące spółkę Ministerstwo Aktywów Państwowych i czy zaakceptowało ich wypłacenie.
Rzecznik MAP Karol Manys przekonuje, że choć resort sprawuje nad JSW nadzór właścicielski, to kwestie nagród i premii leżą w gestii władz spółki. Część środków została już wypłacona, ale nie wszystkie spółki otrzymały jeszcze środki ze spółki-matki.
Z moich informacji wynika, że w samym JSW nagrody zostaną wypłacone 22 lipca, a w pozostałych spółkach węglowych – pod koniec lipca, może na przełomie lipca i sierpnia. Wynegocjowaliśmy z zarządem po zapoznaniu się z wynikami finansowymi spółki. Mieliśmy bardzo dobrą koniunkturę na węgiel, teraz mamy dobrą – mówi o2.pl Paweł Kołodziej, przewodniczący Związku Zawodowego Górników JSW.
Według informacji o2, do Ministerstwa Aktywów Państwowych udał się na rozmowy osobiście prezes JSW Tomasz Cudny. MAP zaakceptował wypłaty nagród, jednak – jak mówi nasz informator – początkowo mieli je otrzymać tylko pracownicy dołowi. Na to bunt podnieśli wszyscy inni. W spółce zaczęto mówić nawet o strajku, więc prezes musiał wypłacić nagrody wszystkim.
Niech się martwią inni
Wszystko to w sytuacji, gdy pracownicy innych sektorów budżetowych o podobnych premiach mogą co najwyżej pomarzyć. A przecież „znaczący wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych, powodujący istotny spadek płacy realnej” odczuli tak samo nauczyciele, służba zdrowia czy policjanci i strażacy.
Kołodziej twierdzi, że spółce, w której pracuje, „państwo nigdy szczególnie nie pomogło”. A o nagrody dla innych grup zawodowych powinni martwić się politycy. Przekonuje również, że JSW jest firmą wnoszącą realny zysk do budżetu państwa.
Nie jesteśmy przedsiębiorstwem budżetowym, jesteśmy firmą produkcyjną i przynosimy do budżetu państwa zyski. Dziś dostajemy nagrody, na które zapracowaliśmy. A jak patrzą na to strażacy, policjanci czy nauczyciele, niech się martwi Skarb Państwa. W 2015 r. podpisaliśmy niekorzystne dla pracowników porozumienie, zrzekliśmy się zarobionych, wypracowanych pieniędzy, aby ratować spółkę. Dziś uważamy, że środki są i te nagrody się pracownikom spółki – jak mówił polityczny klasyk – po prostu należały. Pieniądze z środków pożyczonych spółce przez PFR oddajemy, musimy oddać pożyczkę do końca 2024 r. i się z tego wywiązujemy – mówi dalej związkowiec.
Fakt, że w pierwszym półroczu JSW zanotowało niezłe wyniki. Tomasz Siemieniec, szef zespołu komunikacji JSW, zapewnia, że spółka zrealizowała plan produkcyjny na pierwsze półrocze 2022.
Korzystna koniunktura – spółka, co istotne, produkuje węgiel koksujący, potrzebny przemysłowi ciężkiemu, nie opałowy – wywindowała ceny i firma generuje zyski.
Jest takie określenie, którego nie cierpię, również dlatego, że używa się go bez sensu i zrozumienia: „karma wraca”. Karma nie wraca, tylko po prostu cały czas istnieje i według dalekowschodnich wierzeń to proces analogiczny do chrześcijańskiego: „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Nie będę się jednak upierał przy ortodoksyjnych definicjach, jeśli ktoś ma ochotę powiedzieć, że do Naimskiego wróciła karma, to większość rozumie o co chodzi.
We wrześniu 2021 roku w „Telewizji Republika” miał pójść wcześniej nagrany wywiad Ewy Stankiewicz w Piotrem Naimskim, miał pójść, ale ostatecznie nie poszedł z powodu kilku dociekliwych pytań i uwag dziennikarki. Co więcej cała sytuacja zakończyła się wielkim skandalem szeroko komentowanym i krytykowanym, również przez zwolenników PiS.
O co konkretnie poszło? W skrócie wyglądało to tak, że Stankiewicz zapytała pełnomocnika zarządu o to, kto negocjował „Zielony Ład”. Wówczas Naimski zaczął tłumaczyć, że to decyzja rządu, w szczególności Ministerstwa Klimatu i Środowiska. Gdy Ewa Stankiewicz odważyła się wspomnieć, że w tym samym czasie szef resortu Michał Kurtyka kandydował na sekretarza OECD, Naimski wypalił: „Zerwę pani ten program”.
Minął niecały rok i wczoraj „zerwano”, ale Naimskiego i tak „karma wróciła”. Były już pełnomocnik rządu do spraw Strategicznej Infrastruktury Energetycznej został zdymisjonowany, o czym w dość osobliwy sposób poinformował na swoim koncie społecznościowym: „Powiedziano mi, że nie nadaję się do współpracy i wszystko blokuję”. W takich przypadkach prawdziwych powodów dymisji można się jedynie domyślać, ale patrząc na to, jak Naimski potraktował Stankiewicz, to powód dymisji wydaje się adekwatny. Bądźmy jednak rzeczowi, nie emocjonalni, co pozwali na znacznie głębszą analizę, która większych niespodzianek nie zawiera.
Naimski to jeden ze starych żołnierzy prawicy, a pierwszą poważną funkcję, szefa UOP, pełnił jeszcze za czasów rządu Jana Olszewskiego. Od zawsze kojarzony był z radykalnie prawym skrzydłem PiS i łączony z Macierewiczem. [Przypominam, że to „skrzydło”, dla szyderstwa nazwane „prawym”, to najpewniej „francuzy”. Kłamstwa wokół „Smoleńska” i trzy dziesięciolecia amatorszczyzny biochemika z wykształcenia – frankisty – Naimskiego w „energetyce” o tym świadczą. MD]
Przy takiej konfiguracji wydawałoby się, że to Morawiecki stoi za dymisją, jednak on zachowuje się niemal jak adwokat Naimskiego. W Internecie pojawił się komentarz Morawieckiego, który jest jedną wielką laudacją dla Naimskiego, za to inny znaczący polityk PiS zachowuje dyplomatyczne milczenie. Od dawna mówi się o wojnie Morawieckiego z Sasinem i to właśnie Sasin najbardziej się ucieszył z dymisji swojego partyjnego kolegi. Drugim zadowolonym może być Obajtek, bo Naimski torpedował i to otrawcie projekt połączenia Lotosu z Orlenem. Tak by to z grubsza wyglądało, ale przecież taka decyzja nie mogła być podjęta bez zgody Nowogardzkiej i „Pani Basi”. Kaczyński zna się z Naimskim od 40 lat, razem przeszli przez najtrudniejsze okresy i kryzysy, a jednak ta blisko półwieczna znajomość nie pomogła w utrzymaniu stanowiska.
O czym to świadczy? Wojna wewnętrzna w PiS i szerzej w „Zjednoczonej Prawicy” otwiera coraz to nowsze fronty i ten proces się nie wyciszy, tylko będzie się nasilał. Za chwilę trzeba będzie ustalić listę wyborczą z miejscami „biorącymi” i dopiero wtedy się zacznie na dobre.
Komentatorzy polityczni najczęściej skupiają się konflikcie Ziobry i Morawieckiego, ale Morawiecki wywołał całą serię konfliktów. Pomazaniec Kaczyńskiego jest kompletnie niestrawny dla grup skupionych wokół: byłego PC, Macierewicza, Beaty Szydło i Sasina. Jak dotąd Kaczyński w swoim fatalnym wyborze kadrowym, nie pierwszym zresztą, jest bardzo konsekwentny.
Nad Morawieckim Nowogrodzka rozpięła szeroki parasol ochronny i tylko przy nadzwyczajnych okolicznościach mogłoby dojść do dymisji premiera. Niemniej od czasu do czasu Kaczyński swoim zwyczajem każdemu przypomina, gdzie jest jego miejsce i dlatego dla równowagi został wzmocniony Sasin. Jak znam życie i prezesa, to za jakiś czas należy się spodziewać zagrania w drugą stronę, to znaczy, że poleci człowiek Sasina i zostanie zastąpiony człowiekiem Morawieckiego. Na takich gierkach będzie się opierać końcówka drugiej kadencji i nie wiem, czy to pozwoli choćby marzyć o trzeciej kadencji.
[to-to łyse – decyduje o ODPADACH JĄDROWYCH… W USA i pewnie dla Polski. md]
Amerykański transgender admirał Rachel Levine i zastępca asystenta sekretarza ds. energii jądrowej Sam Brinton w Ambasadzie Francji na przyjęciu z okazji Dnia Bastylii
«Asystent sekretarza ds. zdrowia Bidena, Rachel Levine: Musimy “uprawnić” dzieci tak, aby mogły poddawać się blokadzie dojrzewania i operacji zmiany płci».
=======================
Biden Assistant Secretary for Health Rachel Levine: We need to “empower” kids to go on puberty blockers and get sex reassignment surgery.
Biden Assistant Secretary for Health Rachel Levine: We need to “empower” kids to go on puberty blockers and get sex reassignment surgery. pic.twitter.com/CRPRaFYtzK
Sukces obrońców życia, rodziny i normalności! Częstochowa NIE jest tęczowa!
W minioną sobotę u stóp Jasnej Góry zaplanowano IV Częstochowski Marsz Równości. Homośrodowiska wymyśliły sobie, że 16 lipca – Święto Matki Bożej Szkaplerznej – to dobry termin, aby… promować zboczenia. Od razu widać było, że chcą prowokować.
Byliśmy na trasie przemarszu, aby pokazać prawdę o LGBT i przestrzec przed uleganiem homolobby.
Z radością śpieszę Panu donieść, że parada okazała się wielką klęską homoideologów!
Była nieliczna – uczestniczyło w niej niewiele ponad 100 osób. W ubiegłych latach liczba ta wynosiła kilkanaście razy więcej. Znać było, że homopropaganda ma się coraz gorzej tak, że mało komu chce się jeszcze przyjeżdżać na paradę.
Nie było widać żadnej energii – klapa frekwencyjna przełożyła się na smętne nastroje uczestników. Gdy patrzyłam na paradę, miałam wrażenie, że homoaktywiści idą, bo ktoś im kazał. Co za wspaniały widok, gdy zło traci werwę do działania!
Parada zignorowała własny symbol! Sześciokolorowa tęcza, która miała iść na przedzie marszu, pozostała na chodniku, gdy marsz dawno się oddalił. Następnie była niesiona przez dwójkę aktywistów, którym nikt nie chciał pomóc. Samotna tęcza błąkała się przez jakiś czas po ulicach Częstochowy, a my podążąliśmy za nią z banerami przestrzegającymi przed lobby LGBT. Proszę zobaczyć relację z tego wydarzenia:
Chciałabym też, aby zobaczył Pan jeszcze jedno nagranie z częstochowskiej parady LGBT. Uczestniczka sobotniego marszu wdała się w dyskusję m.in. na temat zmiany płci i ośmieszyła własne stanowisko! Twardo obstawała przy tym, że płeć jest kwestią osobistego nieskrępowanego wyboru. Za to zapytana, czy w taki sam sposób można sobie wybrać inne biologiczne cechy – np. wiek lub rasę – pogubiła się w argumentacji i uznała… że rozmowa robi się absurdalna! Nagranie pokazuje, jak bardzo trzeba być na bakier z logiką, aby genderowe szaleństwo przyjąć jako sposób myślenia o świecie. Proszę koniecznie zobaczyć!
Szanowny Panie!
Konsekwentne stanie na straży prawdy i dobra sprawia, że zło opuszcza głowę i ponosi porażkę. Gdyby nie opór zwykłych ludzi, chora ideologia już dawno tryumfowałaby w naszej Ojczyźnie. 200 tysięcy obywateli, którzy podpisali się pod obywatelską ustawą #STOPLGBT, jasno wyraziło swój sprzeciw wobec działań tego niebezpiecznego lobby. Tak jak zapowiadaliśmy, konsekwentnie organizujemy kontrmanifestacje do parad homoseksualistów, chronimy miejsca święte takie jak Jasna Góra, przypominamy o patologiach trwale łączących się z homoseksualnym stylem życia. Jesteśmy głosem ofiar sześciokolorowych ideologów.
Dwadzieścia trzy miejscowości mają zniknąć z mapy w związku z budową Centralnego Portu Komunikacyjnego. Wywłaszczani ludzie są przerażeni proponowanymi cenami. Ich zdaniem to zaledwie 30-40 procent wartości ich majątku. Pani Lidii urzędnicy proponują za dom… 152 tys. zł.
Dom pani Lidii Jarzyny z gminy Baranów w każdym z trzech opracowanych wariantów Centralnego Portu Komunikacyjnego przeznaczony jest do likwidacji. Aby uniknąć wywłaszczenia, pani Lidia zgłosiła się do programu dobrowolnych nabyć. Właśnie otrzymała operat szacunkowy nieruchomości, w której mieszka z synem i jego rodziną.
– No, ale operat wyszedł tak licho i kiepsko, że nie ma mowy, żeby za te pieniądze to sprzedać i kupić sobie coś w tym stylu. Jakby zaproponowali około dwóch milionów, żebym mogła sobie kupić to, co mi się podoba, w którym miejscu bym sobie dobrze się czuła. A oni zaproponowali 880 tys. zł za prawie 6 hektarów ziemi i za te budynki. Sam dom wyszedł 152 tys. zł. To jest wartość odtworzeniowa domu, w którym mam ponad 100 metrów użytkowych plus jeszcze garaż, który w operacie w ogóle jest nieujęty, że tam jest garaż, kotłownia, to w ogóle tego nie widać – opowiada Lidia Jarzyna.
– Operaty szacunkowe robią niezależni rzeczoznawcy, oni tę pracę wykonują pod odpowiedzialnością zawodową, cywilną, karną, biorą odpowiedzialność za te wyceny, które nam przedstawiają. Nie możemy za te nieruchomości przepłacać. Jesteśmy spółką Skarbu Państwa, to są pieniądze publiczne, my możemy zapłacić wartość rynkową tego gruntu – odpowiada Konrad Majszyk ze Spółki Centralny Port Komunikacyjny.
– To jest śmieszna kwota 150 tys. zł za dom… I działka pod domem 9,70 zł… Jak w okolicy teraz sobie żądają po 150-200 zł w naszej gminie – dodaje Lidia Jarzyna.
Pani Jarzyna mogła tylko obejrzeć operat szacunkowy jej majątku. Nie dostała oryginału ani kopi.
– Pani [urzędniczka md] tylko przekładała kartki i pozwoliła mi zrobić zdjęcie paru stronom. Wspomnieli, że można złożyć zażalenie na ten operat, tylko do kogo, od czego się odwołam, jak go nie mam? W których miejscach mam się odwołać, jak mam wyrywkowe strony? – pyta pani Lidia.
Cena ziemi pod wykup ma być uśredniona, a to oznacza, że najwięcej stracą właściciele dużych gospodarstw i żyznych ziem. Rolnicy nie godzą się z tym, stąd niezadowolenie i protesty. Zapowiadają, że nie oddadzą swych gospodarstw dobrowolnie.
– Przez dwa lata oni kupili 12 hektarów (CPK twierdzi, że zainteresowanych programem odkupu gospodarstw jest 400 osób, mających w sumie 900 ha z planowanych pod inwestycję 2800 ha – red.). Ludzie się interesują, chcą się dowiedzieć, ile za to dostaną i okazuje się, że ceny są śmieszne, to jest 30-40 procent wartości – mówi Paweł Pałuba, którego gospodarstwo ma zostać przeznaczone do likwidacji pod CPK.
– Wszystko na to wskazuje, że to będą przymusowe wysiedlenia. Jeżeli zostanę i będę przebywał nadal w budynkach, wojewoda zleci egzekutorowi wywalenia nas stąd. Przyjedzie policja, przyjedzie straż, karetka… Będą wywalać nas z naszych nieruchomości – mówi Kamil Szymańczak, kolejny wywłaszczany.
Rolnicy zwracają uwagę, że pod inwestycje idą najżyzniejsze tereny pod Warszawą, są one także strategiczną rezerwą do wyżywienia mieszkańców stołecznej aglomeracji.
– Tutaj najlepsze osiem tysięcy hektarów ma być zalane betonem, a te osiem tysięcy ma być na początku, potem się będzie rozrastało. Dojdą koleje, drogi, kolejne hektary, które zostaną zabetonowane. I przestaną rodzić. Jeden taki hektar u nas w okolicy potrafi dać 10 ton pszenicy, to można naprawdę wyżywić masę ludzi – podkreśla Paweł Pałuba.
– Znam ten argument, on jest bardzo chętnie i często używany przez przeciwników inwestycji. Jeśli zastąpimy je nowoczesną infrastrukturą, która w przyszłości się zwróci, to nie będzie miało wpływu na wyżywienie Warszawy czy Polski, to jest zbyt mały ułamek gruntów – argumentuje Konrad Majszyk ze Spółki Centralny Port Komunikacyjny.
– Skoro tak dobrze ma ta inwestycja zarabiać, ma być to najwyższa stopa zwrotu, jaka tylko może być, to skąd problem zapłacić kwoty za wywłaszczone ziemie czy za kupowane ziemie, dlaczego 99 procent właścicieli, pomimo tragicznej swojej sytuacji, nie sprzedaje ich? – pyta Kamil Szymańczak.
– Tak, ale to już kiedyś minister powiedział u nas na różnych spotkaniach, że jego żadne sentymenty nie obchodzą. Jak się ma dobrą pensję, swoją dobrą posadę, to się można nie kierować – dodaje Lidia Jarzyna.
Zdaję sobie sprawę, że publikowanie odezwy do Narodu, to średnio mądry pomysł na wakacyjne upały, ale trzeba być czujnym i nie dać się uśpić, w przenośni i dosłownie. Przez kilka miesięcy pisałem, zdanie po zdanie, jak się skończą „patriotyczne” eksperymenty PiS z węglem i paliwem, a przed nami jeszcze problemy z gazem, bo to co opowiada Morawiecki można w te same bajki włożyć. Gołym okiem widać też rozpaczliwe próby odpalenia szóstej, czy tam 46 fali, jednak i tutaj wszystko idzie jak po grudzie, po pierwsze są wakacje, po drugie ludzie reagują alergicznie, w najlepszym wypadku ziewają. Oczywiście nie liczę fanatyków, którzy zawsze mają swoją rubrykę w statystykach, ale wystarczy wyjść na ulicę albo do hipermarketu, żeby zobaczyć, że to są procenty, jak nie promile. Jesień idzie i nie ma na to rady, nie znaczy to jednak, że odpowiedzią na bezczelność i beznadziejność polityków, ma być jesienna depresja obywatela.
Dziś obejrzałem sobie filmik w Internecie z prawdziwymi pytaniami do ministra Niedzielskiego i jego rzecznika Andrusiewicza. Początkową odpowiedzią na pytania była znana wszystkim arogancja i schematyczność: „leć do włoskiej miejscowości”, ale ostateczna odpowiedź to czmychnięcie. Takich wycofanych zachowań rządu zobaczymy jeszcze sporo, ale jeśli nie będziemy ofensywni, wręcz przewrażliwieni, to zapędzą nas w kozi róg. Polityk uciekający od pytań i przede wszystkim obawiający się stanowczej reakcji „elektoratu”, to nasza wygrana i to o kilka długości. Kto ma końskie zdrowie i śledzi moje publiczne wypowiedzi, ten zauważy, że nie proponuje nic nowego i to jest właśnie cudowna recepta. Sprawdzało się przez dwa lata, to będzie się sprawdzać na wieki. Zwycięskiego składu i taktyki się nie zmienia, tym bardziej, że przeciwnik cały czas gra w to samo i tak samo, no może z tą różnicą, że coraz bardziej boi się opuścić własną połowę i jeszcze bardziej obawia się meczów wyjazdowych. Widać wyraźnie, że to już zupełnie inna sytuacja na boisku i dawny pressing kompletnie nie działa, dlatego kontrataki pięknie idą po skrzydłach i nawet środkiem boiska.
Na twarzy Niedzielskiego i Morawieckiego nie dostrzeżemy dawnej wyższości i pewności siebie. Czasy, w których każda absurdalna decyzja owocowała biciem braw na balkonie, minęły bezpowrotnie. Nikomu nie muszę tłumaczyć, że owacyjne przyjęcie ustaw i rozporządzeń przez obywateli, to spełnienie najskrytszego marzenia polityków. Taki dar spadł PiS-owi z nieba i to dwa razy, ale jak widać dwukrotnie popełnili ten sam błąd, polegający na zachłyśnięciu się komfortem i „misją ratowania kraju”. Mówiąc wprost nie potrafili powiedzieć sobie dość, gdy błogosławieństwo z każdym dniem stawało się przekleństwem.
Teraz bez głównego argumentu, czyli pokornego wysłuchiwania politycznego bełkotu, przez umęczony i przestraszony naród, rządzący są niemal bezbronni. Nigdy nie warto lekceważyć przeciwnika, niemniej jednak mamy do czynienia z kompletnie wypaloną i co więcej przestraszoną ekipą. Przegrali z homo sapiens, ale przegrali też z samymi sobą, jedyne co im pozostaje, to walka o przetrwanie, a to oznacza zamianę ról. Najmniejszy obywatelski sygnał płynący z Internetu i miejsc odwiedzanych przez polityków jest na wagę złota, bo to element wielkiej kumulacji.
Zawsze i wszędzie potrzebna jest jakość, którą da się nadrobić braki ilościowe, ale w tym przypadku ilość jest zdecydowanie mocniejszym argumentem. Im więcej Polaków będzie mówiło i pisało, co myśli o decyzjach i planach rządu, tym większe wrażenie będzie to na rządzących wywierało. Wbrew pozorom mamy o wiele bardziej komfortową sytuację, niż się wydaje, wprawdzie to rządzący politycy decydują o naszym losie, ale w trakcie kampanii wyborczej każda ich decyzja może pogrzebać szansę na utrzymanie władzy. Dlatego też będą z niepokojem śledzić wszelkie reakcje społeczne i zrobią wszystko, aby zrazić jak najmniej grup społecznych, ze szczególnym uwzględnieniem własnego elektoratu. Prawdę mówiąc, poza pokornym słuchaniem tego, co powie lud, nie widzę dla tej władzy żadnej innej strategii na przetrwanie!
– My, Polacy byliśmy i w dalszym ciągu jesteśmy narodem katolickim, a mimo to nie mamy w hymnie odwołania do Boga. W naszym godle nie ma krzyża, a konstytucja jest pozbawiona „Invocatio Dei” – mówi w rozmowie z PCh24.pl prof. dr. hab. Marek Kornat (Historyk, prof. PAN i UKSW).
Dlaczego w polskim hymnie nie ma ani jednego odwołania do Pana Boga?
„Mazurek Dąbrowskiego” wyrósł z dziedzictwa oświecenia, które charakteryzowało polski patriotyzm doby porozbiorowej. Wyróżniał się on zdystansowanym nastawieniem do dziedzictwa Polski katolickiej, czyli „córki Kościoła” i państwa szczycącego się ideą „Polonia Semper Fidelis”. Mówiąc wprost: ci, którzy podnieśli sztandar walki o niepodległość naszej ojczyzny bardziej ufali w ziemskie siły niż w pomoc z nieba. Ich zdaniem bardziej realne skutki dla Polski mogła przynieść pomoc Francji i dlatego odwoływali się w swej znacznej części do nauki jakobinów, a nie do nauki Jezusa Chrystusa.
Jaką rolę w tworzeniu hymnu odegrała masoneria?
Biorąc pod uwagę, że Józef Wybicki – autor polskiego hymnu – był wolnomularzem odpowiedź jest prosta: ogromną. Stworzył on bowiem tekst, który całkowicie abstrahuje od instancji wyższych niż ziemskie, co dla wielu polskich katolików jest problemem.
Może więc najwyższy czas zmienić hymn?
Niestety, ale w mojej ocenie dzisiaj nie możemy tego zrobić!
Dlaczego?
Z prostego powodu: to właśnie „Mazurek Dąbrowskiego” prowadził polskich żołnierzy na wszystkich frontach przez 220 lat. Z tymi słowami na ustach ginęli polscy patrioci. Nie możemy o tym zapomnieć i właśnie dlatego uważam, że nie możemy zmienić hymnu. To tak, jakbyśmy powiedzieli, że należy zmienić biało-czerwoną flagę na zielono-niebieską i zakomunikowali, że od teraz to są polskie barwy narodowe. Nie jestem w stanie sobie czegoś takiego wyobrazić.
Jak „Mazurek Dąbrowskiego” stał się hymnem Polski?
Stało się to na mocy rozporządzenia, jakie 26 lutego 1927 r. wydał ówczesny minister spraw wewnętrznych Felicjan Sławoj Składkowski. Podkreślam: wybór „Mazurka Dąbrowskiego” na hymn Polski nie odbył się na zasadzie głosowania w Sejmie. Nie było żadnej ustawy, ani żadnej debaty. To rozporządzeniem ministerialnym ustalono hymn Rzeczypospolitej.
Warto podkreślić również, że w latach dwudziestych do miana hymnu Polski kandydowały przynajmniej cztery pieśni: „Bogurodzica”, „Rota”, „Boże, coś Polskę” i właśnie „Mazurek Dąbrowskiego”.
Piłsudczycy nie mieli najmniejszych wątpliwości, że możliwa jest tylko i wyłącznie ta ostatnia opcja i stąd taka a nie inna decyzja.
Skąd ta decyzja? Dlaczego kwestia hymnu została rozstrzygnięta rozporządzeniem? Dlaczego nie „postawiono” np. na „Boże, coś Polskę”?
Jeśli chodzi o hymn „Boże, coś Polskę”, to powstał on w czasach, kiedy na mocy uchwał kongresu wiedeńskiego i jego aktu końcowego proklamowane zostało utworzenie Królestwa Polskiego pod berłem Aleksandra I. W rzeczywistości był to de facto reżim ustanawiający wieczystą, czyli nierozerwalną unię dynastyczną.
Kluczowa fraza pierwotnej wersji hymnu „Boże, coś Polskę” nie brzmiała wówczas „Ojczyznę wolną pobłogosław Panie”, tylko „Naszego Króla pobłogosław Panie”, czyli Polacy śpiewali, żeby pobłogosławić Aleksandra I.
Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć mało znaną w Polsce historię. Polscy patrioci na początku XIX wieku chcieli wznieść na cześć Aleksandra I łuk triumfalny w Warszawie. Car odpowiedział jednak, żeby nie budować dla niego żadnego pomnika, tylko nakazał wybudowanie kościoła katolickiego i nadanie mu imienia św. Aleksandra, i w ten sposób uczcić Chrystusa Pana, a nie jego – zwykłego człowieka. To bardzo piękna odpowiedź godna katolika, mimo że car po pierwsze był prawosławnym, a po drugie: doszedł do władzy poprzez spisek polegający na zabójstwie swojego ojca – Pawła I.
Wracając jednak do Pańskiego pytania. Pierwsze próby uregulowania sprawy polskiego hymnu miały miejsce w 1919 roku, kiedy rozpoczęły się debaty wokół Konstytucji II Rzeczypospolitej. Wtedy to postanowiono śladem innych krajów rozwiązać tę kwestię. Wcześniej problem ten nie mógł być rozstrzygany , bo nie mieliśmy niepodległości.
Poza tym, trzeba pamiętać, że dopiero po zakończeniu I Wojny Światowej kraje Europy zaczęły regulować ustawami sprawy związane z symbolami narodowymi: godło, flagę, hymn. Wtedy również na wzór Francji inne kraje zainicjowały urządzanie na swoim terytorium Grobów Nieznanego Żołnierza.
Niestety w II RP nigdy nie udało się przeprowadzić sejmowego głosowania w sprawie hymnu i innych symboli narodowych. Jestem przekonany, że gdyby w latach 1919-1922 doszło do głosowania, to najpewniej „Boże coś Polskę” wybrano by na hymn, choćby dlatego że to stronnictwa narodowo-demokratyczne i centrowo-prawicowe miały przewagę.
Dlaczego jednak nie doszło do takiego głosowania? Czy niechętny był mu Józef Piłsudski?
Nawet jeśli tak było i Piłsudski blokowałby rozstrzygnięcie w sprawie hymnu, to pamiętajmy, że izba poselska niejednokrotnie stanowczo występowała przeciwko niemu i jestem przekonany, że w tym wypadku stałoby się tak samo. Niestety prowadzone w tej kwestii działania polskich parlamentarzystów zakończyły się bez jakiejkolwiek konkluzji i zaraz po zamachu majowym, jak wspominałem, zwykłym rozporządzeniem minister spraw wewnętrznych ustalił, że to „Mazurek Dąbrowskiego” jest hymnem Polski i tak pozostało do dziś.
Trzeba również powiedzieć, że takie rozwiązanie – ustalenie hymnu na mocy rozporządzenia – stanowiło rozwiązanie problemów praktycznych. Podam przykład: proszę sobie wyobrazić sytuację, że do Polski przyjeżdża obcy mąż stanu i należy go powitać hymnem. Co wówczas ma zagrać orkiestra? Nie mogło być dowolności. Nie mogło być sytuacji, że jeden komendant orkiestry zarządza granie „Boże, coś Polskę”, a inny „Mazurka Dąbrowskiego”. W związku z tym, że decyzja Składkowskiego, mimo że kontrowersyjna, uregulowała ów problem.
A jak wyglądała sprawa polskiego godła? Czy ona została załatwiona w podobny sposób – rozporządzeniem?
W przypadku godła było nieco inaczej. I tu odpowiada za nią prezydent Ignacy Mościcki. Jego decyzja również z 1927 roku sprawiła, że zniknął z korony orła krzyż…
Na mocy dekretu prezydenta Mościckiego z 1927 roku z polskiego godła została usunięta zamknięta korona zwieńczona krzyżem – symbol suwerenności. Zastąpił ją otwarty diadem piastowski. Z kolei orzeł ze skrzydłami wzbijającymi się ku górze został zastąpiony orłem obecnym.
Gdy nowe godło zostało opublikowane mówiono, mam tu na myśli czynniki rządowe, że jest to nawiązanie do Zjazdu Gnieźnieńskiego, a otwarta korona symbolizuje diadem, który został włożony na głowę Bolesława Chrobrego przez Ottona III. Jak tłumaczyli piłsudczycy „nowa korona” miała przypominać czasy świetności i wielkości Polski, a nie okres klęsk i rozczarowań, jakim miały być czasy królów elekcyjnych noszących koronę zamkniętą z krzyżem.
Przypomnę jednak, że w rozumieniu heraldyki i treści ideowych sztuki jest zupełnie odwrotnie. Tylko korona zamknięta zwieńczona krzyżem jest wyrazicielką suwerenności państwa. Inne tłumaczenie jest raczej „pomieszaniem z poplątaniem”.
Czy można zatem postawić tezę, że obóz piłsudczyków w II RP, który to jest, bardzo często słusznie, oskarżany o współpracę z masonerią kierował się dziedzictwem myśli oświeceniowej?
Stosunki piłsudczyków z wolnomularstwem były co najmniej powikłane. Józef Piłsudski na pewno nie należał do żadnej z lóż masońskich [skąd ta pewność?? MD] , czego niestety nie można powiedzieć o innych osobach z jego obozu. Nie można jednak stawiać tezy, że piłsudczycy afirmowali masonerię. Wręcz przeciwnie! W 1938 roku, czyli 3 lata po śmierci marszałka prezydent Mościcki rozwiązał wszystkie działające w Polsce stowarzyszenia wolnomularskie i zabronił pod karą więzienia przynależności do nich. Niestety trwały one nadal jako „tajne” organizacje, o czym dzisiaj wiemy.
Był to swego rodzaju fenomen – Polska pozostała jednym z bardzo, ale to bardzo niewielu krajów na świecie, gdzie głowa państwa dekretem, czyli aktem równym ustawie, zniosła wolnomularstwo, a w każdym razie zabroniła jego jawnej działalności.
Wydaje mi się, że dużo ważniejsze niż masoneria było wówczas coś innego. Mam tu na myśli zjawisko licznych wśród piłsudczyków postaw indyferentyzmu religijnego. Tutaj doszukiwałbym się decyzji w sprawie wyboru „Mazurka Dąbrowskiego” na hymn Polski i usunięcia krzyża z naszego godła.
Jestem przekonany, że gdyby nie dekret prezydenta Mościckiego z 1927 o zmianie godła, to krzyż wieńczący koronę przetrwałoby na nim co najmniej do roku 1939 i to komuniści musieliby go stamtąd usunąć, w związku z czym dzisiaj automatycznie dużo łatwiej byłoby go przywrócić. Niestety tak się nie stało. Przy sposobności debaty konstytucyjnej może trzeba zdobyć się na nową debatę w sprawie przywrócenia korony z krzyżem – symbolem wiary i katolickiej tożsamości naszego narodu.
Czy nie jest to swego rodzaju groteska?
Raczej paradoks. My, Polacy byliśmy i w dalszym ciągu jesteśmy narodem katolickim, a mimo to nie mamy w hymnie odwołania do Boga. W naszym godle nie ma krzyża, a konstytucja jest pozbawiona „Invocatio Dei”. Preambuła naszej obecnej ustawy zasadniczej została bowiem stworzona przez bardzo postępowego katolika Stefana Wilkanowicza związanego ze środowiskiem „Tygodnika Powszechnego”, który podsunął Tadeuszowi Mazowieckiemu pomysł stworzenia Preambuły. Mówi ona wprost, że jedni Polacy czerpią wartości z dziedzictwa chrześcijaństwa, a inni nie i w związku z tym wszystko jest OK.
Tymczasem preambuła nie polega na tym, żeby stwierdzać takie banały. To, że ludzie niewierzący też mogą być uczciwi jest dla mnie czymś oczywistym. Nie o to chodzi, żeby o tym mówić i zapisywać to w ustawie zasadniczej.
Chodzi o to, że preambuła Konstytucji powinna wyrażać odwołanie ustawodawcy do nadprzyrodzonego porządku i do Tego, który jest Panem historii. Niemiecka ustawa zasadnicza, która jest autorstwa Konrada Adenauera i jego doradców mówi krótko i prosto: „My, Niemcy, mając świadomość swojej odpowiedzialności przed Bogiem i ludźmi… itd.”. Ustawa zasadnicza w Niemczech mówi w pierwszych słowach, że ci, którzy będą ją zachowywać i stosować, stwierdzają z całą mocą, że odwołują się do Boga. W polskiej Konstytucji tego nie ma.
Czy my – polscy katolicy – jesteśmy w stanie wygrać dzisiaj batalię o symbole narodowe?
Batalia w tej sprawie trwa od lat. Ciekawym jest jednak to, że dopiero od kilkunastu ostatnich lat obserwujemy przedstawianie jej jako jakiegoś bardzo poważnego i niezwykle groźnego konfliktu światopoglądowego. Siły, które od lat atakują opcję katolicką bardzo często wykorzystują w tej walce kłamstwa, szyderstwa i zwykłe donosy do zagranicznych kolegów. Zarzucają nam tworzenie państwa wyznaniowego. Musimy jednak bronić naszej tożsamości! Nie możemy dać się zakrzyczeć ani zastraszyć.
Nie możemy dopuścić do powtórki z grudnia 1989 roku, kiedy to w Polsce nowelizowano konstytucję. Przywrócono wówczas nazwę państwa „Rzeczpospolita Polska”, zniesiono PRL a także przegłosowano powrót „Orła w koronie” do polskiego godła. Wtedy to poseł Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego Marek Jurek stanął na mównicy sejmowej i złożył wniosek o przywrócenie do godła również krzyża. Został za to gwałtownie skontrowany przez Bronisława Geremka i jego kolegów, przez co jego wniosek ostatecznie upadł. Co gorsza z całego OKP, który liczył wówczas 161 posłów jedynie kilku zagłosowało za krzyżem…
Rok 1989. Rzekome obalenie komuny okazało się ostatecznym obaleniem Solidarności.
Młodszemu pokoleniu przypominam, że powstała w 1980 roku Solidarność była masowym ruchem antykomunistycznym zdelegalizowanym przez komunistycznego generała Jaruzelskiego na początku stanu wojennego.
Niestety, jej reaktywacja nigdy nie nastąpiła. Został natomiast zarejestrowany nowy związek pod tą samą nazwą kierowany już w pełni przez tajnych i jawnych współpracowników reżimu komunistycznego. Od tamtej pory nowa Solidarność pełniła już tylko rolę parawanu.
Zasadnicza zmiana kierunku politycznego nastąpiła w roku 1985 po spotkaniu Jaruzelskiego z przedstawicielami “Bestii” w USA. W roku 1988. agentura sowiecka w Polsce, będąca już wówczas w trakcie zmiany politycznej orientacji wydała zgodę na rejestrację fundacji Sorosa i przyśpieszyła przygotowania do operacji Okrągły Stół. W trakcie wylewnych, zakrapianych alkoholem rozmów pomiędzy komunistami a komunistami w asyście agentury różnej proweniencji i asyście użytecznych idiotów dokonał się spektakularny powrót do polityki odstawionej od koryta w 1968 roku, żydokomuny. Potem były wybory w wyniku których w kontraktowym Sejmie miało teoretycznie znaleźć się 35% Polaków. W praktyce, po latach, okazywali się nierzadko zakontraktowanymi kapusiami albo lojalnymi kolaborantami powiązanej z zagranicą lewicy.
Ilu posłów posiada w sejmie III RP polska mniejszość?
Niewielu. Większość w sposób jawny wyznaje antypolską rację stanu akceptując po kolei wszystkie rozłożone w czasie punkty planu prowadzącego do Wielkiego Resetu. Polski głupiec odczuwa już wyraźnie pierwsze skutki reżyserowanej katastrofy, lecz wciąż nie dostrzega prawdziwych przyczyn dokonując pozornego wyboru pomiędzy jedną a drugą targowicą. Obydwie płaszczą się codziennie przed pogańskim bałwanem NWO. Sytuacja przypomina demoniczną groteskę: jedna targowica wypełzając gorliwie przed szereg, zgadza się na wszystko, druga “opozycyjna” pokazując wyjście awaryjne, wskazuje na tego samego bałwana.
======================================
komentarz: CzarnaLimuzyna
Ostatnio jedna osoba zapytała mnie dlaczego wracam do przeszłości. Odpowiedziałem cytując klasyka: “zła historia jest matka złej polityki”. Zła historia tzn. historia zafałszowana, niezrozumiana, niedopowiedziana, sprzyja złym powtórkom.
Historia, która wiecznie się powtarza.
Naród, który akceptuje w polityce przestępców najgorszych- zdrajców oraz zwykłych przestępców pośród których są złodzieje i mordercy, taki naród zasługuje na swój marny los
Czy ludzie wolni podzielą los głupców i niewolników? Oto jest pytanie.
Agnieszka Piwar: W lipcu wspominamy rocznicę męczeńskiej śmierci Mikołaja II Romanowa. Jakie konsekwencje wynikły z zamordowania Cara Rosji?
Protosingel Hiob (Kadyło) – Tak, w nocy z 16 na 17 lipca mijają już 104 lata od tego strasznego wydarzenia, które zmieniło historię Rosji i historię całego świata. I chociaż jest to ono kluczowe dla zrozumienia tego, co się działo przez ostatnie 100 lat w Rosji, nadal nie doczekało się pełnego zgłębienia i zrozumienia, nie tylko na świecie, ale również w samej Rosji. Oczywiście wiele napisano o politycznej, czy historycznej stronie śmierci Św. Rodziny Carskiej, w zasadzie odtworzono okoliczności śmierci Śww. Męczenników. Bez żadnej wątpliwości znane są fakty, które rzucają światło na to straszne zabójstwo, znany jest skład osobowy oprawców, ich nazwiska, jak na przykład nazwisko dowodzącego egzekucją Jankiela Jurowskiego, Szai Gołoszczokina, który dowodził paleniem ciał Męczenników i Jakowa Swierdłowa, który w dość tajemniczych okolicznościach organizował całe morderstwo, znane są napisy, pozostawione przez oprawców na ścianach piwnicy i wyjaśniona została ich treść. To, i wszystkie inne okoliczności pozwalają zrozumieć, co się wtedy stało. Zrozumieć nie tylko na płaszczyźnie historycznej, czy politycznej – to nie jest bardzo trudne – ale na płaszczyźnie duchowej. Jak powiedziałem, jest to wydarzenie kluczowe w najnowszych dziejach historii Rosji i historii świata. Historii świata – gdyż został zamordowany ostatni władca chrześcijański, posiadający realną władzę w swoich rękach, którą sprawował z Bożej łaski, z cerkiewnym, Bożym namaszczeniem, nie zwykły prezydent czy konstytucyjny król, ale władca absolutny pobłogosławiony przez Boga i Jego mocą sprawujący swoje rządy. Historii zaś Rosji – gdyż do momentu morderstwa na Pomazanniku Bożym można mówić jeszcze o Rosji, już objętej paroksyzmem rewolucji, bolszewizującej się, ale Rosji; zaś pod morderstwie Św. Rodziny Carskiej można mówić już tylko o Sowiecji, rosyjskojęzycznej, ale bolszewickiej i bluźnierczej. Co prawda zewnętrzna forma, by tak rzec – ciało imperium ze stolicą w Moskwie niewiele się zmieniło, ale zmieniła się, i to całkowicie, jego treść społeczna i duchowa. Rosja cara Mikołaja (ze wszystkimi ludzkimi słabościami) była krajem chrześcijańskim prawosławnym, z cerkwią państwową, z oficjalnym państwowym kultem Świętej Trójcy, Najświętszej Bogurodzicy i Świętych, którym cześć oddawał cesarz – ojciec narodu wierzącego, zaś Sowiecja – stała się zbrodniczym, demonicznym imperium, które w pierwszym rzędzie wymordowało rosyjskie chrześcijańskie, prawosławne elity – tysiące biskupów, kapłanów i mnichów, zaś po wymordowaniu milionów Rosjan, Ukraińców i Białorusinów zaczęła mordować i terroryzować okoliczne narody, w tym również Polaków.
Dlatego tych dwóch organizmów – Rosji i Sowiecji, mimo iż zajmowały to samo terytorium nie wolno mieszać ze sobą. Z duchowego punktu widzenia to są dwa różne, całkowicie przeciwstawne porządki. Mieszanie ich, nagminnie dzisiaj praktykowane w Polsce (przez tych, chcą udowadniać, że „Rosja zawsze była zła”) i w dzisiejszej Rosji (przez tych, chcą udowadniać, że „Sowiety nie były złe, w głębi serca to była nasza stara Ruś”) – z duchowego punktu widzenia jest nieprawdą i fałszem. Te dwa porządki rozdziela całkowicie i zupełnie męczeństwo Cara Mikołaja II i jego Rodziny.
Bezpośrednią konsekwencją abdykacji i męczeństwa Cara Mikołaja były oceany krwi, które zalały ziemię rosyjską i okoliczne ziemie. Dla prostego narodu rosyjskiego, który, jak każdy prosty naród, nie myślał dogmatycznie, ale przeżywał rzeczywistość emocjonalnie, car był bezpośrednim reprezentantem, jakby wcieleniem (nie w sensie dogmatycznym, a symbolicznym) Boga na ziemi. Miłość do niego płynęła z ludowej miłości do Boga; zaufanie – z zaufania, które lud zawsze ma wobec Boga; wiara w jego potęgę – z wiary we wszechmoc Boga. Gdy zewnętrzne wobec Rosji moce duchowe i polityczne, posługując się naiwnością ludu i zepsuciem rosyjskich elit zdołały najpierw doprowadzić do abdykacji cara, a potem go zamordować – dla ludu był to szok. Prości ludzie nie byli w stanie dogłębnie zanalizować tego, co się stało, tym bardziej, że znajdowali się pod presją propagandy, w warunkach terroru i wojny domowej. Dlatego dla wielu prostych ludzi śmierć cara, śmierć męczeńska biskupów i kapłanów, których kochali, którym ufali i którym wierzyli – była jak śmierć Boga. Lub jak dowód na to, że Go nie ma. Od tego momentu zaczęły się realizować w Rosji słowa Dostojewskiego – „jeśli Boga nie ma, wszystko wolno”. Popłynęła krew i to w tak straszny sposób, że my w Polsce i w dzisiejszych czasach nie jesteśmy sobie w stanie tego wyobrazić. Pisze o tym na przykład w swoich wspomnieniach książę Żewachow, w czasach carskich wiceprokurator Świętego Synodu. Opisów zbrodni bolszewickich, na przykład w Kijowie – gdzie rozbijano głowy ofiar młotami, wyciągano mózgi i składowano je pod podłogą w siedzibie CzK, albo w Odessie, gdzie żywych ludzi powoli wkładano do rozpalonego pieca, począwszy od nóg, by mogli poczuć przed śmiercią zapach palonego swojego ciała – czy w wielu innych miejscach, gdzie z największą wymyślnością, bardzo powoli, nabijano mnichów na pal, czy żywcem wyciągano ludziom żyły patrząc im z sadystyczną radością w oczy – a jest to tylko niewielka część tych opisów – po prostu nie da się czytać. W swoim planowym i sadystycznym wyniszczaniu narodu rosyjskiego bolszewicy osiągnęli najbardziej przepaściste głębie demoniczności. I, jak pisze książę Żewachow, większość nazwisk komisarzy dowodzących terrorem, nie była rosyjska. Lenin, który przecież sam również miał nierosyjskie pochodzenie, powiedział: „niech zginie nawet 90% narodu rosyjskiego, byleby w momencie rewolucji światowej zostało przynajmniej 10%”.
Mikołaj II jest świętym Cerkwi Prawosławnej. Co było przesłanką do kanonizacji?
– Św. Męczennik Car Mikołaj i jego Rodzina byli kanonizowani dwu, a nawet trzykrotnie. Najpierw nieoficjalnie przez Cerkiew serbską w 1938 roku, za przyczyną wielkiego świętego naszych czasów, św. Mikołaja Serbskiego (Velimirovicia) potem zaś już na początku lat 80-tych zeszłego stulecia przez rosyjską Cerkiew Zagraniczną. Była to cerkiew, która powstała na emigracji, w Sremskich Karlovcach w Serbii, gdzie zebrali się biskupi, którzy uciekli przed bolszewickimi prześladowaniami za granicę. Była to cerkiew antymodernistyczna i pryncypialnie antykomunistyczna. Car Mikołaj został przez nią kanonizowany za swoją męczeńską śmierć za Chrystusa, na którą jako pomazannik Boży szedł świadomie i przyniósł jako ofiarę za swój wpadający w otchłań apostazji i bezbożnictwa naród. W dziennikach cara Mikołaja jest zapis: „jeśli konieczna jest ofiara za ratunek Rosji, ja będę tą ofiarą”.
Jeszcze raz car Mikołaj był kanonizowany przez Patriarchat Moskiewski w 2000 roku. Cerkiew Zagraniczna i Patriarchat Moskiewski nie znajdowały się wtedy w łączności kanonicznej, jako hierarchie reprezentujące zasadniczo dwie różne orientacje porewolucyjne – z jednej strony antykomunistyczno-antymodernistyczną (dzisiaj powiedzielibyśmy – antyglobalistyczną) i z drugiej modernistyczną, lojalistyczną wobec Sowiecji, tak zwaną sergiańską (od metropolity Sergiusza Stragorodskiego który w 1927 roku podjął otwartą i oficjalną współpracę z władzą bolszewicką).
Powtórna kanonizacja, to jest kanonizacja w Patriarchacie Moskiewskim, nie odbyła się bez głosów sprzeciwu, nawet ze strony biskupów. Niestety, Sowieci swoją propagandą tak dalece splugawili osobę Św. Męczennika w oczach ludzi sowieckich, że ulegali temu również niektórzy duchowni. Jednak cuda, które się działy w Rosji na skutek modlitw do Śww. Męczenników, mirotoczywe ikony i objawienia, były niepodważalne i nikt nie mógł się im skutecznie sprzeciwić. Ale Patriarchat Moskiewski nie kanonizował Św. Rodziny Carskiej jako męczenników, nie uznał ich śmierci za śmierć za Chrystusa, a jako „strastotierpców” (w polskim dość niezgrabnym tłumaczeniu jako „cierpiętników”), czyli kogoś, kto przez całe życie niósł pobożnie wszelkiego rodzaju cierpienia, ale nie zginął śmiercią męczeńską za Chrystusa. Mimo to lud jednak najczęściej nazywa świętych męczennikami, bo nie jest jasne, dlaczego synod Patriarchatu Moskiewskiego tak postanowił. Jednym z przypuszczeń, które się nasuwa jest to, że synod chciał po prostu przemilczeć temat rytualnego charakteru śmierci Carskiej Rodziny, o którym to charakterze wiadomo już od samego początku (dowody były odkryte przez śledczych z białej armii jeszcze w latach 1918-1919, byli oni na miejscu zdarzenia w około dwa tygodnie po samej tragedii).
Z jakimi największymi problemami borykał się Car Mikołaj II za swojego panowania?
– Historycy szeroko opisali polityczne aspekty rządów Cara Mikołaja. Ja zwróciłbym uwagę na jeden fakt, o którym pisze się mało, a w Polsce świadomość jego jest nikła. Chodzi o całkowite osamotnienie Św. Cara Męczennika i jego Rodziny. Odziedziczył on Rosję u szczytu potęgi, którą chciał zachować i umocnić. Wbrew temu, co dzisiaj najczęściej myślelibyśmy w Polsce, Rosja carska była bardzo swobodnym krajem, w którym cenzura działała słabo, a aparat represji był stosunkowo miękki. Na przykład w niektórych kręgach drukowano wówczas pocztówki, w których car Mikołaj przedstawiany był jako kogut ofiarny: był narysowany kogut ofiarny z głową cara w koronie, trzymany za nogi przez człowieka w chałacie i kapeluszu. Takie coś funkcjonowało wtedy w obiegu! W naszych „demokratycznych” czasach byłoby to nie do pomyślenia. A przecież i czysto rosyjskie elity już w latach 60-tych XIX wieku chwaliły się i szczyciły swoją nieznajomością Prawosławia, niechęcią do cerkwi, wyśmiewały cara, carycę, wiarę, chciały być zachodnie, francuskie, republikańskie i wolnomyślicielskie. Prosty zaś naród, w sytuacji niezwykle dynamicznego rozwoju gospodarczego i uprzemysłowienia Rosji pod rządami Cara Mikołaja, coraz bardziej był podatny na propagandę komunistyczną. Od ducha buntu nie byli wolni też nawet członkowie rodziny Romanowów, krewni cara. Niejeden z nich był związany z masonerią, jak na przykład wielki książę Mikołaj Mikołajewicz, który później uczestniczył w obaleniu cara. Masowo produkowano to, co dzisiaj nazywamy fake newsami, o carze, o carycy, o jej rzekomych romansach z Grigorijem Rasputinem, rzeczy ekstremalnie obraźliwe i nieprawdziwe. Ale to był początek XX wieku i prości ludzie święcie wierzyli w pisane słowo, może i bardziej, niż dzisiaj narody wierzą w telewizyjną propagandę, więc gdy otrzymywali pisanе komunistyczne, antycarskie paszkwile, nietrudno ich było zbuntować.
Car był więc człowiekiem otoczonym przez podburzany naród i ciągłą krytykę niezadowolonych z jego pobożności, prostoty, rodzinności i sumienności Romanowów. Jakim był człowiekiem z natury, widać wyraźnie w korespondencji między nim, a Carycą Aleksandrą, przed kilku laty ukazała się ona po polsku. Car i Caryca nie byli ludźmi rautów, salonów i dworskich intryg. Popierali monarchię, tradycję, wiarę, cerkiew, rodzinę. To budziło niezadowolenie zepsutej wolnomyślicielstwem Rodziny Romanowów. Car pisał w swoich dziennikach – „my chcemy wielkości Rosji, a oni chcą mocnych wrażeń”. Ten stan ducha narodu doprowadził do abdykacji Cara. W przejmujący sposób opisuje to księżna Natalia Urusowa w swoich wspomnieniach Macierzyński płacz Świętej Rusi: po abdykacji cara zapanował chaos, pijane żołdactwo tygodniami wchodziło na dzwonnice cerkiewne i biło w dzwony, kapłani uroczyście czytali akt abdykacji z ambon, ku powszechnej radości większości ludzi, hierarchia cerkiewna już na drugi dzień usunęła w całym kraju wszelkie wspomnienia liturgiczne o cesarzu z cerkiewnych nabożeństw, wszyscy „świętowali wolność”… A dosłownie chwilę potem, zaraz po tej radości, jak opisuje księżna, popłynęły łzy i krew dokładnie tych samych ludzi, którzy przecież złamali przysięgę składaną na wierność carowi. Nie zrozumieli, że nie buntują się przeciwko politykowi ubranemu w „śmieszne, starodawne ubrania”, a przeciwko Bożemu pomazannikowi, który nosił na sobie moc powstrzymywania sił demonicznych.
Niektórzy zarzucają carowi, że był zbyt łagodny. Oczywiście wedle ludzkiej logiki łatwo sądzić i to 100 lat po tamtych wydarzeniach. Car jednak doskonale zdawał sobie sprawę ze stanu rzeczy, z nastrojów społecznych i z nastrojów w elitach i w wyższym duchowieństwie, które w dużej mierze było przesiąknięte duchem modernizmu i republikanizmu. Wiedział bardzo dobrze, że zduszenie narastającego buntu byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby on sam przelał rzeki ludzkiej krwi. Rozumiał doskonale, że gdyby to uczynił, tak, czy inaczej oznaczałoby to koniec monarchii w Rosji, bo monarchia tym się różni od tyranii, że nie może ona stać na krwi, a tylko na dobrowolnym posłuszeństwie, wynikającym z wiary w Boga i w ustanowiony przez Boga porządek. Nie wybrał więc car drogi terroru, a usiłował utrzymać monarchię, umacniając cerkiew, tradycję, rodzinę, wiarę ludu i pokładając nadzieję w Bogu. Zrobił to z przekonaniem, że jeśli miałaby się przelać czyjaś krew, to raczej jego, niż narodu. I tak się stało.
Został zmuszony do abdykacji na progu zwycięstwa, tuż przed wielką i decydującą o losach I wojny światowej ofensywą, która bez wątpienia zakończyłaby się zwycięstwem Rosji, gdyż jej przewaga na wiosnę 1917 roku na froncie wschodnim była ogromna. Car został zdradzony przez najbliższych mu generałów (większość z nich zginęła potem z rąk bolszewików) i krewnych. W dniu abdykacji napisał w swoich dziennikach słynne słowa: „Dookoła zdrada, tchórzostwo i kłamstwo”. I został zamordowany wraz z całą rodziną również w samotności, opuszczony przez własny naród. Często podkreślał, że urodził się 19 maja, w dzień pamięci św. Sprawiedliwego Hioba – i rzeczywiście stał się Hiobem naszych czasów, człowiekiem, który miał wszystko i oddał wszystko, by przynajmniej mistycznie ratować własny naród, skoro się nie dało tego uczynić politycznie.
A mimo to w postbolszewickiej propagandzie, w dzisiejszej Rosji, często można usłyszeć o „Mikołaju Krwawym”. Ba, takie słowa można było usłyszeć z ust najwyższych przedstawicieli obecnej władzy rosyjskiej.
Spotykam się z opiniami, że za caratu był ucisk i straszne rozwarstwienie społeczne, co spowodowało, że lud chętnie dołączył do bolszewików i dał się podburzyć przeciwko Carowi. Pewien Rosjanin, z wykształcenia profesor historii, w prywatnej rozmowie wyznał mi kiedyś, że jest komunistą, bo dzięki temu systemowi jego dziadek – prosty człowiek z nizin – osiągnął niesamowity awans społeczny. Jak Ojciec skomentuje taką argumentację?
– Cóż, na pewno Rosja cara Mikołaja nie była krajem po ludzku doskonałym. Ale czy w ogóle można porównywać „ucisk” w czasach carskich i sadystyczno-satanistyczny terror bolszewicki? Historie zaś bywają różne. Ja znam na przykład takie – jak ludzie pochodzący z arystokracji w wyniku rewolucji tracili wszystko – pracę, majątek, szacunek społeczny, życie, a nawet nazwiska – gdyż musieli je zmieniać i kupować fałszywe dokumenty, by przeżyć, a dzieciom i wnukom nie wolno było odkryć prawdy, bo to oznaczało śmierć. W trakcie każdej zawieruchy historycznej są jednostki, które materialnie i społecznie zyskują i te, które tracą. I jest jasne, że ci, którzy zyskali w wyniku rewolucji, i ich potomkowie, będą jej wierni. To jest nam znane również w dzisiejszej Polsce. Jednak trzeba zapytać, jaka była cena tego, że Pani znajomy profesor, a raczej jego dziadek, wspiął się na wyżyny społeczne? Cena była taka, że bolszewicy stworzyli z narodu rosyjskiego naród sowiecki, gdyż ci Rosjanie, którzy się sprzeciwiali, zostali albo zamordowani, albo uciekli za granicę. A ci, co zostali, albo popierali zbrodnie bolszewików, albo nauczyli się milczeć, nie tylko przed przyjaciółmi, dziećmi, ale często i sami przed sobą. Bolszewicy zdołali więc całkowicie przeformatować naród. Tak, etnicznie pozostał on ten sam, ale nie duchowo. Radować się z awansu społecznego dziadka, gdy się chodzi szerokimi ulicami Moskwy, pod którymi leży gruz ze zburzonych świątyń, czy wysiada się na pięknej stacji metra, zdobionej mozaikami wydartymi ze ścian zrównanych z ziemią cerkwi, albo się jedzie na daczę (mówię obrazowo), która stoi na kościach tysięcy pomordowanych ludzi – może tylko człowiek, który „takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy”. W momencie wybuchu rewolucji w Rosji było ponad 150 milionów ludzi. Dzisiaj, według oficjalnych danych, jest również tyle (nieoficjalne mówi się o mniejszych cyfrach). Po 100 latach! Gdyby nie rewolucja i rządy bolszewików, bo przecież również oni dowodzili w bardzo określony sposób armią sowiecką w II wojnie światowej, dzisiaj, wedle szacunków demografów, w Rosji żyłoby 800-900 milionów ludzi. Dopiero te liczby uzmysławiają nam skalę katastrofy, która została tam przeprowadzona.
Jeśli ktoś po tym wszystkim mówi, że jest komunistą, bo jego dziadek społecznie awansował, i to ktoś, kto jest, jako profesor, człowiekiem elity – to tylko dowodzi, że „robota” bolszewicka przyniosła zamierzone skutki i mentalność takiego człowieka, chociaż jest profesorem, pozostała prostacka, dokładnie taka, jakiej chcieli komuniści, jak chciał Lejba Bronsztajn, czyli Lew Trocki, gdy mówił – rzucimy Rosjan na kolana i uczynimy z nich białych murzynów.
Wydaje się jednak, że we współczesnej Rosji nastąpiła pewna rehabilitacja zamordowanych Romanowów. Kilka lat temu wraz z Międzynarodowym Motocyklowym Rajdem Katyńskim dotarłam do uroczyska Ganina Jama, gdzie zbudowano Monaster Świętych Męczenników Carskich. Rosjanie wyraźnie się wtedy ucieszyli, że Polacy nawiedzili miejsce poświęcone Mikołajowi II i jego rodzinie. Czy Ojca zdaniem faktycznie nastąpiła rehabilitacja Carskiej Rodziny i pozostałych Ofiar komunizmu?
– To jest pytanie, na które trudno dać jednoznaczną i ostateczną odpowiedź, gdyż sięga ono głębi duszy rosyjskiej. Oczywiście, na poziomie oficjalnym, by tak rzec – sądowym, na poziomie cerkiewnym – przez formalną kanonizację – taka rehabilitacja w dużej mierze się dokonała. Ale już historycznie – dominuje w ocenie Cara Mikołaja bolszewicka narracja. Często robi się z niego człowieka słabego, nieudolnego, w przeciwieństwie do Stalina, którego się stawia a za wzór mocnego, prawdziwego władcy. Jest to kolejny dowód na skalę katastrofy, również duchowej, która dokonała się w Rosji. Świadczy o niej również nakręcony przed kilku laty bluźnierczy film „Matylda”, o rzekomym romansie następcy tronu Mikołaja Romanowa z polską nomen omen baleriną. Przeciwko temu filmowi były głośne protesty w Rosji, sprawa oparła się nawet najwyższe piętra współczesnej władzy rosyjskiej. I co? Film bez żadnych przeszkód był rozpowszechniany na terenie Federacji. Zmarły już protojerej Wiaczesław Czaplin, wieloletni rzecznik OWCS, w bardzo ostrych słowach wypowiadał się wtedy na ten temat, mówiąc, że Rosja zasłużyła na gniew Boży przez znieważenie cara, który przecież sam siebie i całą rodzinę przyniósł w ofierze za naród. Czy Rosja zasługuje na gniew – to oczywiście sprawa Boża. W zasadzie wszyscy, jako ludzie grzeszni, zasługujemy na gniew Boży. Jednak dzięki pokajaniu (a pokajanie, czyli po grecku metanoia, nie jest tylko emocjonalną skruchą serca, a realną przemianą życia) i dzięki wstawiennictwu świętych – ten gniew od nas się oddala, a wstępuje na jego miejsce Boże miłosierdzie. Mistycznie i duchowo ofiara świętego męczennika Cara Mikołaja jest dla Rosji niezwykle ważna – została przyniesiona przez prawdziwego, błogosławionego przez Boga ojca narodu, za swój naród; ona wyjednuje Boże miłosierdzie, daje duchowe światło tym, którzy się unurzali pokoleniami w komunizmie i jego efektach, w bezbożnictwie i apostazji; niektórzy to uczynili przez bezpośrednie zbrodnie, inni przez milczenie ze strachu lub rozsądku, inni przez to, że korzystają z owoców tych zbrodni i dlatego je akceptują, jak wspomniany przez Panią profesor. Te duchowe – bo o nich mówimy – skutki komunizmu można przezwyciężyć w Rosji – właśnie dzięki Śww. Męczennikom. Z tego punktu widzenia brak szacunku wobec ich ofiary jest po prostu szaleństwem, bo gniew Boży może być naprawdę straszny i myślę, że Rosjanie wiedzą o tym lepiej do wszystkich innych narodów.
Oczywiście są miejsca w Rosji, i nie jest ich mało, gdzie się czci świętych carskich męczenników. Jest Ganina Jama. Niestety, Ipatijewski Dom, gdzie dokonało się morderstwo, został zniesiony z powierzchni ziemi w latach 80-tych na rozkaz Borysa Jelcyna, który był wtedy w Swierdłowsku (tak się nazywał Jekaterynburg, od nazwiska organizatora kaźni Carski Męczenników, Jakowa Mojsiejewicza Swierdłowa), I sekretarzem partii. Są ludzie, którzy autentycznie modlą się i oddają cześć Carskiej Rodzinie. Odważę się jednak stwierdzić, że jest ich mniejszość i nie jest to mniejszość wpływowa. Gdyby było inaczej, film „Matylda” nie byłby rozpowszechniany na terenie RF. Niestety, mówię to z bólem, wygląda na to, że znacznie bliższa przeciętnym mieszkańcom postsowieckiej Rosji jest postać Stalina. Ileż to filmów o II wojnie światowej wypuszczono, w których Stalin pokazany jest, jako mądry, dzielnie znoszący ciężkie okoliczności władca, przy kominku palący fajkę i bohatersko przyjmujący tragiczne, ale konieczne decyzje, które ostatecznie „wszystkim wyszły na zdrowie”. A czy było tyle samo pozytywnych fabularnych filmów o carze? Tłumaczących jego wielki trud i ofiarę, budujących jego prawdziwy, święty wizerunek w „masach ludowych”?
Niestety, trudno nie odnieść wrażenia, że dotychczasowa polityka symboliczna w Rosji sprzyjała jakiejś przedziwnej syntezie tego, co komunistyczne, z tym, co carskie. Albo mówiąc inaczej – zachowaniu komunistycznego, czyli w istocie materialistyczno-modernistycznego światopoglądu z jakimś „prawosławnym face liftingiem”. Tę syntezę widzimy wszędzie – niby wszystko się dzieje pod flagą trójkolorową, dwugłowym orłem, ale jednocześnie na Kremlu są czerwone gwiazdy, na Placu Czerwonym Lenin leży „jak zawsze”, chodzi się po ulicach Marksistskiej, Leninskiej, Proletarskiej, Sowieckiej… A ile jest ulic św. Cara Mikołaja w Rosji? – ciekawie by było policzyć i porównać.
We współczesnej, postsowieckiej Rosji uważa się często, że Związek Sowiecki to historyczna Rosja. W tym sensie wielu dzisiejszych Rosjan nie różni się niczym od niektórych polskich i polskojęzycznych, apriorycznie (lub zadaniowo) antyrosyjskich „autorytetów”, które twierdzą dokładnie to samo. Otóż nie. W duchowym sensie Sowiecja to jest antyteza Rosji. Swego czasu, przed kilku laty, usiłował to wytłumaczyć w niedzielnym talk-show Sołowiowa Janusz Korwin-Mikke. Gdy poruszył temat konieczności oddzielenia tego, co rosyjskie od tego, co sowieckie, słusznie twierdząc, że Sowiecja była wrogiem Rosji, spotkał się z bardzo ostrą i negatywną reakcją w studiu. To pokazuje miejsce, w którym się dzisiaj znajdują postsowieckie elity w Rosji, których przedstawicielem jest Sołowiow i wielu jego gości. W tym zakresie przykładem dla Rosji powinna być Serbia, która przecież również, jak i Rosja, była komunistyczna, ale dziś jest jedynym chyba krajem na świecie, gdzie stoją pomniki Św. Cara Mikołaja, są jego ulice, we wszystkich cerkwiach są jego ikony i cały naród serbski ma wobec niego wielki szacunek i miłość. W rozumieniu osoby i dziejowej, ogólnoświatowej roli św. Cara i jego męczeństwa, Serbia znacznie wyprzedziła Rosję, zachowując wdzięczną pamięć o jego decyzji, by Rosja, mimo iż nieprzygotowana do wojny w 1914 roku, weszła w nią, by ratować Serbię.
Mikołaj II był także królem Polski, o czym prawdopodobnie nie ma pojęcia przeciętny Polak. Co więcej, za przypomnienie tego faktu mogę zebrać cięgi od moich Rodaków. Tymczasem jako monarchistka nie mam najmniejszego problemu by o tym rozmawiać, a nawet zadać pewne śmiałe pytanie. Czy postać Cara Męczennika mogłaby niejako połączyć zwaśnionych dziś Polaków i Rosjan? W końcu komuniści zabili nam wspólnego władcę, który był namaszczony przez Boga.
– Pytanie rzeczywiście jest śmiałe, a to, że car Rosji był królem Polski – to fakt historyczny. Z tym, że car Mikołaj II nie był koronowanym królem Polski, a jedynie nosił ten tytuł. Ostatnim koronowanym królem Polski był car Mikołaj I, zdetronizowany dnia 25 stycznia 1831, przez Sejm Królestwa Kongresowego. Gdy Sejm zdetronizował cara Mikołaja I jako Króla Polski, przewodniczący Senatu, książę Adam Czartoryski, wypowiedział znamienne słowa: „Zgubiliście Polskę”. Jak pamiętamy, entuzjazm detronizacji skończył się tragedią przegranej przez Polskę wojny z Rosją, a także represjami i likwidacją wcale nie takiej małej autonomii organizmu państwowego, jaką było Królestwo Polskie, połączone unią personalną z Cesarstwem Rosyjskim.
Takie są fakty. Oczywiście to, że św. Męczennik Car Mikołaj II był „Carem Wszechrusi i Królem Polski” raczej nie jest czymś, co Polacy wspominaliby chętnie. Mimo wszystko była to władza, która nastała w wyniku rozbiorów kraju. Poza tym polski ruch niepodległościowy, już od czasów Kościuszki miał charakter mniej lub bardziej „jakobiński”, republikański, a więc z zasady co najmniej niemonarchiczny, a często – antymonarchiczny. Józef Piłsudski był zamieszany w zamach na cara Aleksandra II. Adam Mickiewicz w „Wielkiej Improwizacji” wkłada w usta Konrada największe bluźnierstwo wobec Boga, które, jak pamiętamy, polega na tym, że Konrad nazywa Go nie „królem”, a „carem”… A jakże pisze tenże Mickiewicz w „Reducie Ordona” – „gdy poselstwo francuskie twoje stopy liże, Warszawa jedna twojej mocy się urąga, podnosi na cię rękę i koronę ściąga, koronę Bolesławów, Mieszków z twojej głowy, boś ją ukradł i skrwawił, synu Wasylowy” – literacko słowa niezwykle obrazowe i mocne. Tego wszyscy się uczyliśmy w szkole, przeżywając te słowa głęboko, gdyż to się wszystko dokonywało w młodym przecież wieku. W naszych natomiast czasach często słyszymy w piosence Pietrzaka, jak to „zrzucał uczeń portret cara”. Mówiąc krótko, stereotyp polski związany ze słowem „car” jest ekstremalnie negatywny i zadziwiająco mocny, żywy, do tego stopnia, że często np. Stalina określa się potocznie mianem „czerwonego cara”, co w zamierzeniu jest przecież pejoratywnym określeniem. Na pewno przyczyniły się do tego również czasy komunizmu, w których oczerniano wszystko, co carskie. Myślę, że ktoś, kto wyrósł w naszej, polskiej kulturze i wiedzę o Carze Mikołaju zaczerpnął tylko ze szkolnych podręczników historii, nie może zrozumieć Cara Mikołaja. Tylko ten, kto się tym szczerze zainteresuje, zacznie te sprawy zgłębiać, spróbuje dotrzeć do osnowy zjawisk, spojrzeć na wszystko szerzej, zrozumie, jakie ogromne znaczenie w historii świata, а i Polski, ma Męczeństwo Cara Mikołaja i jego Rodziny. Posługując się nieco złośliwie, znowu słowami Mickiewicza – to tylko powierzchowna i stereotypowa informacja o carze Mikołaju wydaje się „twarda i plugawa”, ale jej „wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi”. Jednak trudno oczekiwać, aby w Polsce udało się uczynić z Cara Mikołaja II, męczennika, jakiejś postaci, która wszystkim przemawiałaby pozytywnie do wyobraźni. Zwłaszcza w naszych trudnych czasach, w których bardzo wielu ludzi automatycznie i stereotypowo utożsamia ZSRS z Rosją carską.
Ale jednocześnie myślę, wracając do Pani pytania, że wcale nie ma potrzeby „godzić zwaśnionych” Polaków i Rosjan. Ja tego zwaśnienia nie widzę i nie widziałem przez ostatnie 30 lat. Z racji swojego powołania, a także osobiście jestem od lat blisko związany z Rosjanami mieszkającymi w Polsce i muszę powiedzieć, że ani razu Rosjanie ci na przestrzeni tych lat nie spotykali się z jakimiś aktami wrogości. Tak, w Polsce nie lubi się Putina, nie lubiliśmy nigdy komuny rosyjskojęzycznej, ale zawsze Polacy umieli odróżnić tych, którzy rządzą i system polityczny – od samego narodu rosyjskiego. Oczywiście dzisiejsza bardzo mocna polskojęzyczna propaganda przeciwko wszystkiemu, co rosyjskie, niezależnie, czy jest proputinowskie, czy nie, propaganda wojenna, która, jak myślę, często bardzo świadomie miesza sowieckie z rosyjskim, bardzo stara się zmienić ten stan rzeczy. To jednak zobaczymy w przyszłości. A to, jak było dotychczas – pokazuje jeden godzinny filmik na you tube, w którym młody Polak chodzi z mikrofonem po Krakowie i pyta przypadkowych ludzi co sądzą o Rosjanach. I proszę sobie wyobrazić, że padają tylko pozytywne odpowiedzi. Generalnie pokrywa się to z moim osobistym doświadczeniem.
Podczas nawiedzania Monastyru Świętych Męczenników Carskich dowiedziałam się, że ustawione w centralnej części klasztoru popiersie Mikołaja II to dar od obywateli Ukrainy. Czy dostrzega Ojciec szansę, aby w wyniku dokonania należytej rehabilitacji Cara Męczennika nastąpiło pojednanie rosyjsko-ukraińskie? I wreszcie, czy brak pełnej rehabilitacji mógł niejako doprowadzić do sytuacji, że za naszą wschodnią granicą prowadzą teraz bratobójczą wojnę niegdyś bliskie sobie narody?
– To jest pytanie o bardzo bardzo skomplikowaną i niejednoznaczną naturę stosunków rosyjsko-ukraińskich. Jest w nich sporo i subtelnych, i trudnych momentów. Mówienie o tym wymaga spokoju i wyważenia. Trudno o to w czasie dzisiejszym, wojennym, który żąda jednoznacznych, jednostronnych i ostrych odpowiedzi.
Oczywiście nie sądzę, by kwestia Cara Mikołaja miała jakikolwiek bezpośredni wpływ na wybuch konfliktu. Przyczyna, z punktu widzenia prawosławnego duchownego, jest znacznie szersza, niż tylko kwestia czci bądź jej braku dla jednego ze świętych. A jest ona taka, że po okresie sowietyzmu ani większość Rosjan, ani większość Ukraińców nie powróciła realnie do wiary przodków, to znaczy do Prawosławia. Gdyby Prawosławie było rzeczywiście żywe w Rosji i na Ukrainie, i to Prawosławie nie pojmowane tylko formalnie i obrzędowo, a rozumiane jako realne i prawdziwe życie w Tradycji Świętych Ojców i Apostołów, w duchu najkrócej i aksjomatycznie zdefiniowanym przez wielkiego serbskiego świętego, męczennika Księcia Lazara (który zginął w bitwie kosowskiej w 1389 roku) – i który powiedział, że „ziemskie królestwo jest na krótko, a niebieskie na wieki i na zawsze” – nie byłoby w ogóle mowy o konflikcie zbrojnym. Na pewno udałoby się znaleźć inne wyjście z sytuacji, niż wzajemne przelewanie krwi. Nie trzeba byłoby dzisiaj się spierać, o to, kto jest winny, czy „rosyjski agresor i imperialista”, czy „ukraiński majdan i faszyści”.
Niestety, do Prawosławia powróciła mniejszość tak jednych, jak i drugich. Te dwa narody, etnicznie były i są odrębne, ale od XVII wieku ich losy bardzo mocno się splątały, dzisiaj mnóstwo Ukraińców ma rosyjskie nazwiska, a czystych Rosjan ukraińskie… I to, co te dwa narody powiązało to właśnie był wiara prawosławna. Gdy ona została zniszczona, przyszła sowiecka urzędowa jedność, a gdy i ona upadła, okazało się, że ludzie ci nie potrafią się porozumieć. Z duchowego punktu widzenia – a on jest znacznie ważniejszy i bliższy prawdy, niż punkt widzenia duszewno-emocjonalny, czyli polityczny – przyczyną katastrofy i wzajemnego przelewania krwi jest niewiara, tak narodów, jak i ich wodzów.
W postsowieckiej sytuacji, gdy żywa była pamięć bolszewickich bestialstw, odradzała się, a raczej – wyłoniła się z podziemia trwająca i rozwijająca się od XIX wieku tożsamość narodowa ukraińska. Ten proces trwa obiektywnie i dynamicznie. I w dodatku rozwinął się w sposób najbardziej niekorzystny dla Rosji – to znaczy ma ostrze antyrosyjskie, a w warunkach obecnie trwającej wojny nastawione na eliminację wszystkiego, co rosyjskie, bez rozróżniania sowieckiego od rosyjskiego.
Dlatego Św. Męczennik Car Mikołaj – jako ruski car, mimo iż był przecież carem tak Wielkorusów, jak i Małorusów (dzisiaj mówimy – Ukraińców) nie jest w tej chwili żadną szansą dla, jak Pani powiedziała, pojednania. Patriarchat Moskiewski jest obecnie cerkwią rosyjską, a na Ukrainie – istnieje krwawiący podział cerkiewny. Obecnie jesteśmy świadkami przechodzenia parafii z Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej (związanej z Patriarchatem Moskiewskim) do Prawosławnej Cerkwi Ukrainy (narodowo-ukraińskiej), ma to nierzadko dramatyczny charakter. Można było na przykład zobaczyć w sieci, jak jedna z parafii, głosami zebranych wiernych postanowiła przejść w jurysdykcję PCU. Dotychczasowego, „moskiewskiego” kapłana poproszono o opuszczenie parafii, przyjechał nowy, z PCU, wszedł do cerkwi i triumfalnie ściągnął z ołtarza ikonę Św. Carskich Męczenników, których najwyraźniej szczególnie czcił dotychczasowy duszpasterz. Następnie pokazał z oburzeniem ludowi Bożemu jako „dowód zdrady” – „patrzcie, do kogo się tamten modlił, do ruskiego cara!!!”.
Taka wygląda rzeczywistość. Na Ukrainie trwa wciąż dramatyczny proces wzrostu świadomości narodowej, to się niektórym podoba, innym nie, ale to jest fakt. Ukraińcy walczą i tworzą swoją czystą narodowo, ukraińską cerkiew. W kontekście całego wieloletniego już konfliktu politycznego z Rosją, na płaszczyźnie narodowej i emocji związanych z obroną kraju, na pewno musiało dojść do zbliżenia PCU z Kościołem Greko-Katolickim. Zbliżenia ludzkiego – psychologicznego, ale też politycznego – społecznego, a może nawet i duchowego. W każdym razie na pewno sprzyja temu coraz bardziej oczywiste otwarcie na modernizm ze strony wielu przedstawicieli PCU. Tymczasem to właśnie Kościół Greko-Katolicki, jego środowisko, było pierwszym nośnikiem ukraińskiej świadomości narodowej, jeszcze w XIX wieku: i to ten kościół Austro-Węgry z politycznych względów zawsze próbowały uformować jak najbardziej antyrosyjsko (a przy okazji i antypolsko) – co wcale nie było trudne, zważywszy na to, że dogmatycznie i kanonicznie są to katolicy (a więc – nieprawosławni), a liturgiczny ich korzeń jest w zasadzie rusko-bizantyjski (czyli nie łaciński). To w Galicji najczęściej padają słowa, że „Rosję należy zniszczyć”, czy, sam słyszałem z ust jednej z galicyjskich posłanek do ukraińskiego parlamentu – „my żyjemy po to, by zniszczyć Moskwę. To jest nasza misja”. Jeśli takie myślenie dominuje również w PCU, a wydaje się, że w dużej mierze tak jest, to wniosek jest oczywisty – w panteonie ukraińskich wartości, czy świętych czczonych w PCU na pewno nie ma w tej chwili miejsca na św. Cara Męczennika, gdyż utożsamiany jest po prostu absolutnie stereotypowo i bezrefleksyjnie ze zbitką Putin-Stalin-Lenin, z agresją Rosji, z bombardowaniem. Tak po prostu jest. To jest tragiczny błąd, częściowo nieświadomy, często zamierzony. Ten błąd, utożsamiania bolszewii z Rosją przynosi dzisiaj w Polsce, Rosji i na Ukrainie propagandowe korzyści, ale bardzo utrudnia zrozumienie tego, co się naprawdę dzieje, o co chodzi i gdzie w tym wszystkim jest góra, a gdzie dół.
Świętego Cara Męczennika mogą zrozumieć ci, niezależnie od narodowości, dla których najważniejszą płaszczyzną dzisiejszego światowego konfliktu jest konflikt prawdy Bożej, chrześcijaństwa, prawosławia, z globalistyczną apostazją, przygotowującą nadejście antychrysta. Natomiast wielowarstwowy i łączący w sobie wątki duchowe, historyczne, polityczne i międzynarodowe konflikt na Ukrainie jest przeżywany przez naród ukraiński jako konflikt par excellence i wyłącznie państwowo-narodowy. Dlatego widzi on w Carze Mikołaju jeszcze jednego Moskala, który został kanonizowany tylko po to, by „wywyższyć rosyjski imperializm”. Oczywiście nie jest to prawdą, czego dowodzi chociażby wspominana już przez mnie wewnętrzna rosyjska i postsowiecka opozycja wobec kanonizacji Śww. Męczenników. Tu chodzi o coś znacznie głębszego i większego, niż polityczne losy jednego tylko państwa i narodu. Ale w obecnej sytuacji na Ukrainie na pewno tego nie są w stanie ani zrozumieć, ani przyjąć.
Zaś co do Rosji, pozostaje nadzieja, że dramatyczne wydarzenia, których jesteśmy świadkami, pomogą Rosjanom powrócić do pełni swojej duchowej i narodowej tożsamości i zrzucić z siebie pozostałości sowietyzmu. Tę drogę właśnie wskazuje męczeństwo Cara Mikołaja. Niektórzy publicyści i autorzy, również w Polsce, często chcą widzieć w Rosji ostatniego obrońcę wartości cywilizacji. Zapewne z ich perspektywy, ludzi, którzy dobrze znają Zachód z jego genderyzmem i głębią moralnego upadku, Rosja na jego tle rzeczywiście wygląda dobrze i daje jakąś nadzieję. Jednak obrona wartości jest sprawą świętą i bez Bożej pomocy niemożliwą. Gdyż wartości nie istnieją abstrakcyjnie, same w sobie, a są Chrystusowe. W obliczu totalnego i demonicznego na nie ataku, nie da się ich skutecznie bronić pod czerwonym sztandarem z sierpem, młotem i czerwoną gwiazdą, pod którymi to symbolami mordowano świętych i burzono cerkwie. Profesor Dugin, którego Państwo też często drukujecie (który, nota bene, w Polsce przez niektórych jest uważany przesadnie za „symbol Prawosławia”) wskazuje, że w dzisiejszej Rosji brakuje ideologii. Tą ideologią, to udowadnia trwająca wojna, nie może być postsowietyzm. Ale nie może nią być też żaden euroazjatyzm, jak proponuje Dugin, bo to są polityczne ideologie, odwołujące się do emocji i ludzkich pożądliwości (tego, co nazywamy po cerkiewno-słowiańsku strasti). Pustkę ideologiczną może w Rosji zapełnić tylko Chrystus, do którego drogą jest Święte Prawosławie. Nastał już ostateczny czas na powrót do niego.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Agnieszka Piwar
Ojciec Hiob
Notka biograficzna rozmówcy: Protosingel Hiob (Kadyło) – mnich i kapłan prawosławny, ur. w 1969 roku w Gliwicach. Absolwent Wydziału Prawa i Administracji oraz Wydziału Filozoficznego (Instytutu Socjologii) UJ, a następnie pracownik naukowy i doktorant tych wydziałów. Po przyjęciu Prawosławia w latach 90-tych – w 2002 otrzymał święcenia kapłańskie w PAKP. Od 2016 w jurysdykcji Eparchii Raszko-Prizreńskiej i Kosowsko-Metochijskiej (na wygnaniu) Serbskiej Cerkwi Prawosławnej.
[W obecnej, skrajnie krytycznej sytuacji Polski, nie możemy pozostawić planu, wizji, władzy, decyzji o Polsce różnym parweniuszom, intrygantom, kryminalistom czy innym agentom skupionymprzy korycie „na Wiejskiej”.
Stąd różne prezentowane tu koncepcje wyjścia z katastrofy. Przypominam po raz kolejny. Lipiec 2022 Mirosław Dakowski]
============================
Piotr Zychowicz, Pakt Piłsudski – Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium. Wyd. Rebis, 2015
Najjaśniejsza Rzeczpospolita, ojczyzna naszych pradziadów, zniknęła w XVIII wieku z mapy Europy z wielu powodów. Nie miejsce tu na to, żeby je szczegółowo opisywać. Książka ta i tak jest dość niewesoła. O jednej z przyczyn napisać jednak należy.
Błędem naszych przodków było zmarginalizowanie Rusi. Nieprzeistoczenie Rzeczypospolitej Obojga Narodów w Rzeczpospolitą Trojga Narodów.
Próbę taką co prawda podjęto, ale za późno. Mowa o zawartej w 1658 roku unii hadziackiej, która do dwóch dotychczasowych części Rzeczypospolitej dodawała trzecią. Niestety wskutek intryg Moskwy, części Polaków i katolickiego kleru ta wielka idea nie wypaliła. Wielkie Księstwo Ruskie nie powstało. Zamiast tego w ramach podpisanego w 1667 roku rozejmu andruszowskiego oddaliśmy Moskwie połowę Rusi.
Konsekwencje tego układu były opłakane. Dla Moskwy był to krok ku potędze, dla Polski – ku przepaści.
Układ andruszowski – pisał historyk Leszek Podhorodecki – przypieczętował ostatecznie klęskę Polski i stanowił punkt zwrotny w dziejach Ukrainy i Białorusi, które stopniowo poczęły dostawać się w orbitę wpływów rosyjskich, zaś ekspansja na wschód słabnącej Rzeczypospolitej została ostatecznie zahamowana.
Idea mocarstwowa wśród Polaków jednak nie umarła. Żyła przez cały wiek XVIII i okres zaborów…
Według podręcznikowych schematów Polacy po I wojnie światowej mieli tylko dwa pomysły na urządzenie swojej ojczyzny – inkorporacyjną Romana Dmowskiego i lansowaną przez Józefa Piłsudskiego koncepcję federacyjną.
=======================
Był jednak i trzeci, zapomniany dziś, projekt. Idea unii.
Przy koncepcji tej obstawali konserwatywni ziemianie polscy z Litwy i Rusi. Tak zwane żubry. A więc środowisko, z którym i ja się utożsamiam.
Zasady i nakazy Unii trwały mimo niewoli moskiewskiej – pisał hrabia Zdzisław Grocholski. – Gdy z końcem wojny światowej rozbiór Polski za historyczną zbrodnię uznany został i odzyskała niepodległość Ojczyzna nasza, logiczne byłoby i sprawiedliwe, by w granicach przedrozbiorowych państwowe życie rozpoczynała na nowo.
Wówczas sprawa współżycia Polski z Rusią znalazłaby niewątpliwie swoje załatwienie. Tym szybsze, że byłaby wewnętrzną sprawą Państwa Polskiego. Tym pomyślniejsze, że poza dwiema zainteresowanymi stronami nie byłoby szeregu stron obcych, chcących i mogących przy tej sposobności własne promować korzyści.
Jak konkretnie miałoby wyglądać takie państwo? Co należałoby zrobić, żeby ludzie wielu kultur, języków i religii mogli współżyć na terenie jednej ojczyzny? Oczywiście odwołać się do tradycji. Metod, które znakomicie sprawdziły się w przeszłości. Według konserwatystów gwarancją jedności odrodzonej Rzeczypospolitej składającej się z Korony, Wielkiego Księstwa i Rusi powinien być wspólny monarcha.
Wołając o króla – pisał Stanisław Cat-Mackiewicz – wołamy o ideę państwową, o wzmocnienie władzy, wzmocnienie siły państwa. Idea króla jest ideą wywyższenia władzy naczelnej ponad krąg interesów, ambicji, poglądów jednostek, kół, grup, stronnictw, partii. Takie wywyższenie daje państwu moc, potęgę. Daje interesowi państwa zwycięstwo. Polska musi żyć, a republika nas rozkłada.
Podobne poglądy wyrażał jeden z liderów środowiska żubrów litewskich, pochodzący z Kowieńszczyzny Aleksander Meysztowicz.
Geograficzne położenie Polski otoczonej wrogami – pisał – jej granice trudne do obronienia, kłótliwy charakter Polaków, etnograficzny stan państwa, wielkie zadania, które stoją przed Polską, wreszcie nędza, w której pogrążono Polskę niefortunnymi eksperymentami – doprowadzają do wniosku, że najlepszymi dla niej byłyby rządy monarchistyczne.
Silna władza ustala się łatwiej w monarchii niż w rzeczpospolitej. Dynastia jest poważnym czynnikiem cementującym państwa, a monarcha stoi poza sporami i waśniami i łatwiej od prezydenta może być rozjemcą w tych sporach. Monarchia usuwa niebezpieczeństwo ciągłych zmian u steru, zależnych od nastroju chwili i intryg. Wielkie zadania narodów ucieleśniają się w dynastiach.
Zwolennikami monarchii byli nie tylko ziemianie z Litwy i Rusi, ale również chłopi. Uważali bowiem, że lepiej dla państwa, gdy kieruje nim jeden silny gospodarz, a nie zmieniające się w kółko słabe demokratyczne rządy.
Król niechaj zje dwa czy trzy obiady, a nawet dziesięć – mówił pewien białoruski włościanin – my mu tego nie pożałujemy. Ale jak jest kilkuset posłów i każdy z nich je dziesięć obiadów, to nasza chłopska kieszeń tego nie wytrzymuje.
I jeszcze profesor Marian Zdziechowski:
Tylko powaga władzy monarszej wysoko ponad stronnictwa wzniesionej i złożonej w ręce człowieka rozumnego, a obcego nam pochodzeniem (bo przeciw swojemu spiskować poczniemy), może przywrócić w kłótliwym z natury, anarchicznym narodzie ład i spokój. Może mu dać czynnik równowagi, z którego wytrącają nas nienawiści partyjne, dochodzące w Polsce do nieznanego w innych krajach niepoczytalnego szału. Zwycięstwo haseł demokratycznych jest zwycięstwem tego, co w sferze przemysłu określamy mianem tandety.
Drugim obok osoby króla spoiwem Rzeczypospolitej miała być jedność elit ziemiańsko-inteligenckich, które na terenie wszystkich trzech części przedrozbiorowej Rzeczypospolitej na początku XX wieku nadal w większości mówiły po polsku. To one miały nadawać ton monarchicznej Rzeczypospolitej.
W moim obozie Polacy są przekonani, że jedynym ustrojem mogącym im zabezpieczyć porządek, ład wewnętrzny i rozwój sił kulturalnych jest ustrój monarchiczny – pisał hrabia Hipolit Korwin-Milewski. – Wbrew szablonowym, demagogicznym twierdzeniom wartość, produkcyjność i twórczość narodów nigdzie nie zależała i jeszcze nie zależy od gatunku jego plebsu. Zależy wyłącznie od jego warstwy czołowej, tak zwanej elity, stosunkowo nielicznej.
Bez jej kilkuset–wiekowej pracy i wysiłków ten plebs jeszcze by się składał z prawdziwego stada dwunożnych stworzeń okrytych zwierzęcymi skórami, żyjących pod szałasami z gałęzi, broniących swego życia od drapieżników za pomocą kamieni lub kołów drewnianych.
Otóż jeśli plebs kresowy różnił się swoją gwarą domową i po części obyczajami od polskiego, to warstwa czołowa i tu, i tam była do takiego stopnia zlana i zrównana, jak się tego jeszcze w ten czas nie zauważało między południowymi i północnymi Francuzami lub Niemcami.
Przedstawiciele obozu zachowawczego byli przekonani, że litewscy, białorusińscy i rusińscy włościanie pójdą za swoimi bojarami. Uważali, że destrukcyjne separatystyczne tendencje nacjonalistów ukraińskich i litewskich można jeszcze zahamować. Szowiniści stanowili bowiem w tych nacjach cienką warstwę, jedynie znikomy odsetek. Masy były zaś nadal w dużej mierze obojętne wobec haseł narodowościowych.
Olbrzymia część Białorusinów uważała się za „tutejszych”, a mieszkańcy Podola, Wołynia, Kijowszczyny, a nawet Galicji Wschodniej określali się jako Rusini, a nie Ukraińcy. Także litewscy włościanie mieszkający na Kowieńszczyźnie i Żmudzi nie rozumieli narzucanej im nacjonalistycznej ideologii.
Większości nie zależało na niepodległości swoich etnicznych republik, ale na osobistym bezpieczeństwie i dobrobycie. To zaś – odwołując się do wielowiekowego harmonijnego współżycia pod wspólnym niebem – mogła im zapewnić Rzeczpospolita. Konserwatyści uważali więc, że zamiast nierealnego endeckiego programu „asymilacji narodowej” należy forsować program „asymilacji państwowej”.
Ludzie potrzebują, przekonywał Piłsudskiego hrabia Korwin-Milewski, sprawnego i sprawiedliwego państwa. Jeżeli Rzeczpospolita im takie warunki stworzy, Litwini i Rusini będą jej wiernymi obywatelami. Będą służyć jej w czasie pokoju i przelewać za nią krew w trakcie wojny.
Ci ludzie są wielce praktyczni – mówił Korwin-Milewski na audiencji w Belwederze. – Doskonale rozumieją, co im jest potrzebne i korzystne. Tu właśnie Polska może im dać dobro, którego ani od Rosji carskiej, ani od niemieckich okupantów, jeszcze bardziej od bolszewików nie doznali czyli dobrą i praktyczną administrację.
Polityka, formy rządowe interesują tylko sfery inteligentne lub półinteligentne. Lecz administracja interesuje do żywego najskromniejszego pachołka na wsi. On potrzebuje dobrych dróg, szkół, szpitali, poczt, dobrych sądów, dobrej policji, instytucyj asekuracyjnych, kas oszczędnościowych.
Niech Polska tym ludnościom obcoplemiennym przyniesie to, co się nazywa dobrą administracją, to one się do niej prędko przywiążą i będą jej broniły tak, jak chłop i prostak niemiecki, którzy dali Wilhelmowi II wyssać prawie ostatnią kroplę ich krwi i potu nie dlatego, żeby im szło o wielkość domu Hohenzollernów lub o „Deutschland über alles”, ale dlatego, że niemiecka administracja im dostarczyła masy codziennie odczutych korzyści i wygód, bez których nie mogliby się już obejść.
Rzeczowa analiza realnych wpływów, jakie wśród Litwinów i Rusinów – o Białorusinach nawet nie warto wspominać – mieli nacjonaliści, dowodzi, że Korwin-Milewski miał dużo racji. Wpływy te były bowiem znikome.
Na początku XX wieku nacjonalizmy w tej części Europy dopiero bowiem raczkowały. Dla większości włościan była to ideologia niezrozumiała i obca. Dla ludzi, którzy przeżyli niemal całe życie w systemie monarchicznym, najbardziej logicznym i klarownym rozwiązaniem byłby powrót do takiego systemu. Tyle że imperium rosyjskie zastąpiłoby imperium polskie. Cara zastąpiłby król.
Przedstawiciele Narodowej Demokracji uważali, że Ukraińcy i Białorusini to nie narody, tylko „społeczności rolniczo-pastewne„. Przedstawiciele obozu zachowawczego nie ujęliby tego w tak chamski sposób, ale zgadzali się, że obie nacje znajdują się jeszcze we wczesnym stadium rozwoju. Wyciągali z tego jednak odwrotny wniosek niż endecy. Uważali, że skoro identyfikacja narodowa wśród ukraińskich i białoruskich mas jest taka słaba, to tym łatwiej będzie z nimi współżyć w jednym państwie, tym słabsze będą wśród nich tendencje separatystyczne.
Dmowski i jego zwolennicy pisali, że Białorusini i Ukraińcy nie są gotowi na samodzielne stworzenie własnych państwowości. Było w tym sporo racji. Ale to jeszcze nie powód, żeby oddawać oba te kraje bolszewikom. Należało je brać samemu.
Jeden z czytelników moich książek, pan Piotr Sitkowski, napisał, że „jedyna Ukraina, która nie jest naszym wrogiem, to Ukraina zarządzana przez Polskę”. No cóż, ja bym może nie postawił sprawy tak drastycznie. Niewątpliwie jednak coś w tym jest. Lepiej, żeby Kijów znajdował się w Rzeczypospolitej, niż miałby wpaść w ręce oszalałych z nienawiści do Polski galicyjskich nacjonalistów czy, nie daj Boże, znaleźć się w sowieckiej strefie wpływów.
Historia Europy Wschodniej ostatecznie potoczyła się w stronę dalszego rozwoju nacjonalizmów (choć na Białorusi, a nawet na Ukrainie, proces ten do dziś nie jest ukończony) i budowy państw narodowych. Pierwsze dziesięciolecia XX wieku były jednak okresem, w którym wciąż można było powstrzymać przynajmniej to drugie zjawisko. Powrócić do koncepcji wielonarodowej Rzeczpospolitej i zaszczepić masom ideologię unii.
Gdyby konserwatystom udało się zrealizować ten wielki plan, powstałoby Zjednoczone Królestwo Europy Wschodniej, taka nasza Wielka Brytania. Dzieje tego kraju potwierdzają, że współżycie kilku narodów pod berłem jednego monarchy – mimo napięć i konfliktów między Szkotami, Walijczykami i Anglikami – było możliwe nie tylko w wieku XX, ale jest możliwe również w wieku XXI.
Najpoważniejszą przeszkodą na drodze do spełnienia tej koncepcji nie okazali się nieliczni i słabi nacjonaliści ukraińscy czy litewscy.
Cios przyszedł z najmniej spodziewanej strony – od Polaków. To naród polski w przełomowych latach 1918-1921 nie życzył sobie takiego rozwiązania. Był to bowiem czas, w którym hasła demokracji i „samostanowienia narodów” znajdowały się w Europie w zenicie powodzenia i popularności. A Polacy nie byliby sobą, gdyby tej modzie nie ulegli.
Mimo obiecującego początku, jakim było powołanie Rady Regencyjnej, Rzeczpospolita odrodziła się jako republika parlamentarna. A powszechne wybory – jak to zwykle bywa – nie wyniosły do władzy ludzi najbardziej kompetentnych, lecz kombinatorów i demagogów.Socjalistów, ludowców i nacjonalistów.
Nieliczni konserwatyści znaleźli się za burtą. „Dla nas konserwatystów rola skończona – pisał gorzko jeden z czołowych polityków konserwatywnych, Władysław Leopold Jaworski. – Cały naród przejdzie pod komendę endeków”.
Koncepcja imperialna nie miała szans na realizację, mimo że konserwatyści z Litwy i Rusi robili wszystko, by ich ojczyzny w całości weszły w skład Rzeczypospolitej. Właśnie w tym celu już w 1917 roku powołali Komisję Litewską, która wkrótce została przemianowana na Komitet Obrony Kresów.
W listopadzie 1918 roku za pieniądze litewskich i ruskich ziemian sformowany został zalążek Armii Wielkiego Księstwa Litewskiego, który u boku Wojsk Koronnych miał wyrzucić bolszewików za Dźwinę i Dniepr. Mowa o Dywizji Litewsko-Białoruskiej, która została oddana pod komendę byłego carskiego generała Wacława Iwaszkiewicza.
Jej herbem był Orzeł Biały z litewską Pogonią na piersi. Do jej szeregów masowo zaciągnęli się młodzi Polacy z Wileńszczyzny, Kowieńszczyzny, Mińszczyzny, Mohylewszczyzny i innych części byłego Wielkiego Księstwa. W dużej mierze byli to młodzi ziemianie. Wierzyli, że – tak jak ich przodkowie w roku 1863 – walczą o całość.
Okazali się jednak błędnymi rycerzami. Naród polski trawiła już bowiem ciężka choroba.
Czy to Polacy ocalili komunizm? Czy była szansa na podbój Moskwy? W roku 1920 mogliśmy tego dokonać.
Wymagało to jednak podpisania przymierza z białymi rosyjskimi generałami, Antonem Denikiem i Piotrem Wranglerem. Niestety Józef Piłsudski odrzucił tę możliwość i podjął tajne rozmowy z Włodzimierzem Leninem. Uważał bowiem, że Rosja „czerwona” będzie dla Polski mniej groźna niż Rosja „biała”. Był to fatalny błąd.
W tym czasie Polacy zaprzepaścili szansę na odbudowę potężnej Rzeczypospolitej w przedrozbiorowych granicach i uratowali komunizm. Mimo, że wygraliśmy Bitwę Warszawską, cała wojna z bolszewikami skończyła się dla nas klęską.
Podpisując w 1921 roku haniebny Traktat Ryski rzuciliśmy na pastwę Sowietów połowę terytorium Rzeczypospolitej i półtora miliona Polaków. Ludzie ci padli ofiarą czerwonego Holokaustu. (…) Potężna armia inwazyjna marszałka Michaiła Tuchaczewskiego została rozniesiona w puch. Bolszewicy w popłochu uciekali na wschód. Drogę ich odwrotu znaczyły końskie i ludzkie trupy, porzucony sprzęt wojskowy i rozbite furmanki. Wiatr rozwiewał po polach banknoty z rozbitych kas pułkowych i propagandowe ulotki zapowiadające rychły podbój świata. Pierwsze lanie czerwoni dostali 15 sierpnia 1920 roku na przedpolach Warszawy. Cios ostateczny armia Rzeczypospolitej zadała im w wielkiej bitwie nad Niemnem. Wojska Józefa Piłsudskiego doścignęły uciekającego nieprzyjaciela i z marszu, z pełnym impetem uderzyły na sowieckie dywizje. Był 28 sierpnia 1920 roku. Cały front Armii Czerwonej poszedł ostatecznie w rozsypkę. Na Kremlu wybuchła panika.
Reżim bolszewicki został bowiem wzięty w nieubłaganie zaciskające się kleszcze. Z zachodu nacierali Polacy, a na froncie południowym pod biało-niebiesko-czerwonymi sztandarami do przodu szła biała armia rosyjskiego generała Piotra Wrangla zwanego Czarnym Baronem. W tej rozpaczliwej dla rewolucji sytuacji Włodzimierz Lenin wystąpił wobec Warszawy z ofertą zawarcia natychmiastowego zawieszenia broni (…)
============
[Czytaj Lewa wolna Józefa Mackiewicza. Ta anty-polska franca z Londynu już chyba nie blokuje wydawania ?? MD]
– Gdyby Piłsudski dobił czerwonych podczas wojny polsko-bolszewickiej, to Polska stałaby się potęgą, której niewielu mogłoby zagrozić. A sam bolszewizm byłby tylko krótkim, choć wyjątkowo krwawym, epizodem w historii świata. Niestety, Naczelnik zarzucił swoje plany stworzenia federacji Polski, Ukrainy, Białorusi i Litwy. W ten sposób los Polski został przypieczętowany. Bolszewicy zebrali siły i wykonali na nas wyrok 17 września 1939 roku – mówi w rozmowie z WP publicysta historyczny Piotr Zychowicz.
Robert Jurszo, Wirtualna Polska: Na przełomie lata i jesieni 1919 r. sytuacja bolszewików podczas wojny z Polską była opłakana. Z każdej strony otaczali ich przeciwnicy. Tereny, na których panowali, również były niestabilne, bo dochodziło na nich do lokalnych chłopskich rebelii. Można powiedzieć, że byli o krok od klęski. Ale Piłsudski wstrzymał natarcie…
Piotr Zychowicz:Był to moment, w którym Józef Piłsudski dzierżył w swoich rękach nie tylko losy Polski, ale również świata. Od jego decyzji zależało, kto zatriumfuje w Rosji. I kto będzie nią rządził po zakończeniu wojny domowej. Nie jest to moja odosobniona ocena. Wszyscy w tamtym czasie tak uważali: sam Piłsudski, przywódcy bolszewików, no i oczywiście biali, a wśród nich gen. Anton Denikin.
Rzeczywiście, sytuacja bolszewików była opłakana, a ich władza chwiała się. Wystarczy rzucić okiem na mapę. Na zachodzie rozciągał się długi polski front, na którym stało blisko pół miliona naszych żołnierzy. Od północy nacierał gen. Nikołaj Judenicz, który był już niemal na rogatkach Piotrogrodu. Pod Archangielskiem stała armia gen. Jewgienija Millera. Na Syberii mocno trzymało się wojsko adm. Aleksandra Kołczaka. A od południa na Moskwę nacierały – rozbijając po drodze kolejne dywizje Armii Czerwonej – oddziały wspomnianego gen. Denikina. Ten ostatni pisał do Piłsudskiego rozpaczliwe listy, w których zaklinał Naczelnika, by rzucił swoich żołnierzy do walki. Dzięki temu Polacy związaliby walką siły sowieckie, a Denikin uderzyłby prosto na Moskwę, co przypieczętowałoby bolszewicką klęskę.
Tymczasem Piłsudski nie tylko odrzucił apele białego generała, ale zawarł też tajny pakt z Leninem. Stało się to w miejscowości Mikaszewicze, która dziś znajduje się na Białorusi. Tam, w wagonie odstawionym na bocznicę kolejową, polscy i sowieccy wysłannicy uzgodnili, że Polacy wstrzymają ofensywę. Ale nie tylko. Piłsudski zapewnił też Lenina, że bolszewicy mogą bez obaw przenieść wszystkie siły z frontu zachodniego pod Moskwę, dzięki czemu możliwe stanie się powstrzymanie marszu Denikina. I tak też się stało. Władza sowiecka została uratowana rzutem na taśmę.
Ale dlaczego Marszałek zdecydował się na taki krok? Przecież zwycięstwo nad czerwoną Rosją było na wyciągnięcie ręki…
Są dwa powody. Pierwszy nazwałbym emocjonalno-ideologicznym. Trzeba pamiętać, że Piłsudski był człowiekiem, który przez całe swoje życie walczył z carską Rosją, i to jako członek ruchu socjalistycznego. Przez to siedział w więzieniach, zesłano go na Syberię, a tam – podczas buntu więźniów politycznych w Irkucku – rosyjski żołnierz wybił mu dwa zęby. Takich rzeczy się nie zapomina. Na samą myśl o tym, że miałby się sprzymierzyć z tymi koszmarnymi carskimi żandarmami i generałami w epoletach, Piłsudskim po prostu trzęsło. To była dla niego psychiczna bariera nie do przezwyciężenia.
Natomiast bolszewicy… No cóż, byli jacy byli, ale jednak w przeszłości stanowili jego współtowarzyszy walki z caratem.
A druga przyczyna?
Ta była już natury czysto politycznej. Piłsudski po prostu uznał, że woli, by Rosją po wojnie rządzili bolszewicy. Uznał, że Rosja czerwona będzie dla Polski dużo mniejszym zagrożeniem, aniżeli Rosja biała. Był przekonany, że bolszewizm doprowadzi do takiej anarchii, że wschodni sąsiad nie będzie dla Polski żadnym liczącym się przeciwnikiem. Nie wyobrażał sobie również, by w przyszłości było możliwe ponad głowami Polaków porozumienie między – jak mówił – ”londyńską giełdą”, czyli zachodnimi kapitalistami, a bolszewikami. Kalkulował w ten sposób, dlatego z pełną świadomością postawił na czerwonych. I to była katastrofalna pomyłka.
Piłsudski nie rozumiał, że bolszewicka Rosja dla Polski jest czymś tysiąc razy gorszym niż Rosja carska. Z tą ostatnią w ciągu kilkuset lat stoczyliśmy 20 wojen. Raz górą byli oni, raz my. Ale carat stanowił zagrożenie tylko dla naszej państwowości, natomiast bolszewizm był śmiertelną groźbą dla czegoś więcej – naszej duszy…
”Duszy”?
Bolszewizm to totalitaryzm. Wprowadził nowe – zupełnie nieznane epoce starych konserwatywnych monarchii – środki: masowe ludobójstwo, masowy terror, czy donosicielstwo, które prowadziły do rozpadu społecznego i moralnego gnicia każdego narodu. Proszę tylko przypomnieć sobie Katyń, operację polską NKWD z lat 30., czy przesiedlenia Polaków na wschód – na Syberię i do Kazachstanu. To wszystko, to była zupełnie nowa ”jakość”. Nieznana caratowi, który nie był reżimem o takiej zbrodniczej naturze.
Ale Piłsudski pomylił się również co do tego, że bolszewizm nigdy Polsce nie zagrozi. Stało się to po 20 latach, 17 września 1939 r., ale wtedy już nie mogliśmy liczyć na żaden ”cud nad Wisłą”. Niestety, Marszałek źle kalkulował też w sprawie tego, czy bolszewizm zdoła porozumieć się z państwami zachodnimi. Uważał, że to niemożliwe, a jednak w 1939 r. Hitler dogadał się w sprawie demontażu Polski ze Stalinem. A w 1944 i 1945 r. – w kwestii nowego kształtu Polski – doszli z nim do porozumienia Anglosasi. I nagle okazało się, że ”londyńska giełda” potrafi znaleźć wspólny język z bolszewickimi komisarzami, co Piłsudskiemu nie mieściło się w głowie.
Dlatego wydarzenia roku 1919 porównałbym do sytuacji, w której naszemu sąsiadowi płonie dom. Wtedy instynkt samozachowawczy podpowiada nam – nawet jeśli z tym sąsiadem stoczyliśmy 20 procesów o miedzę i go nie znosimy – by natychmiast łapać za wiadro z wodą i pędzić na ratunek. Z prostego powodu: ponieważ ten pożar łatwo może przeskoczyć na nasz dach. Ta metafora dobrze oddaje to, co stało się w 1919 i 1920 r. Z powodu różnych historycznych zaszłości i błędnych kalkulacji geopolitycznych nie pomogliśmy białej Rosji rozprawić się z Bolszewią. W efekcie Bolszewia połknęła nie tylko Rosję, ale z czasem również Polskę.
W takim razie puśćmy wodze wyobraźni: Piłsudski odprawia Sowietów z kwitkiem, buduje sojusz z Denikinem i rusza z białymi na bolszewików. Co dzieje się dalej?
Oczywiście snując taką historię alternatywną jesteśmy skazani na domysły. Ale, opierając się na analizie sytuacji i potencjałów wszystkich trzech stron konfliktu, to wydaje się, że polski marsz na Moskwę nie byłby konieczny. W zupełności by wystarczyło, gdybyśmy wykonali ograniczone uderzenie na Mozyrz i zamknęli w ”worku” całą 12 armię bolszewicką. W ten sposób udałoby się odciążyć lewe skrzydło Denikina, który miałby otwartą drogę na Moskwę i wkrótce ją zajął.
A może, gdyby Denikin zwyciężył, to chwilę później biali rzuciliby się na Polskę?
Tę obawę uważam za nieuzasadnioną, ponieważ Rosja po zwycięstwie sił antybolszewickich byłaby po prostu na to za słaba. Z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że ten kraj po I wojnie światowej, wojnie domowej, a w szczególności kilku latach rządów komunizmu wojennego był totalnie zdemolowany.
Poza tym, gdyby biali chcieli zabrać się za wojowanie w imię restytucji granic rosyjskich sprzed Wielkiej Wojny, to musieliby zaatakować nie tylko Polskę, ale również państwa bałtyckie, Rumunię czy Finlandię. To byłaby bardzo ciężka kampania, w której Rosjanie – moim zdaniem – zostaliby pobici.
To w takim razie co stałoby się z Rosją?
W bólach rodziłby się w niej nowy reżim. Nastąpiłaby zapewne próba powrotu do jakiejś formy przedrewolucyjnej Rosji. Ustrojem byłaby przypuszczalnie monarchia parlamentarna. Ale – przede wszystkim – nowa władza musiałaby poradzić sobie z mnóstwem problemów, które zrodziły wojny i bolszewicy.
Po pierwsze, dwa lata rządów komunistów były rzezią rosyjskich elit: biurokracji, burżuazji, szlachty i oficerów. Brakowałoby więc naturalnej podpory dla nowej władzy. Po drugie, rządy bolszewików rozbudziły wśród chłopstwa kolosalny ”głód” ziemi, więc trzeba by poradzić sobie z palącą kwestią rolną. A nie byłoby to wcale łatwe, ponieważ – jak przypuszczam – biała władza chciałaby dokonać restytucji ziemi i zwrócić ją jej pierwotnym właścicielom. To by wywołało żywiołowy opór chłopstwa. Po trzecie, trzeba by było jakoś uporać się z kompletną ”demolką” przemysłu i okiełznać rady robotnicze, które powstały w fabrykach. Wreszcie, wszystko to byłoby niełatwe do zrobienia również dlatego, że sam obóz białych był mocno politycznie podzielony. Dlatego – powtarzam to raz jeszcze – odrodzona biała Rosja przez wiele lat nie stanowiłaby żadnego zagrożenia dla Polski.
No dobrze, a potem? Czy nie byłoby to tylko zagrożenie odroczone w czasie?
Owszem, możemy sobie wyobrazić taki scenariusz, że Rosja porozumiewa się z Republiką Weimarską…
A nie z Adolfem Hitlerem?
Nie, w tej wersji wydarzeń, którą teraz opisuję, narodowego socjalizmu nie ma. Z prostego powodu: nazizm był niemiecką odpowiedzią na bolszewizm. Hitler to był bolszewik, tyle że narodowy, a nie internacjonalistyczny.
No ale załóżmy, że odbudowa kraju zajmuje Rosji 20 lat i 1 września 1939 r. – wspólnie z Republiką Weimarską – uderza na Polskę. I przyjmijmy nawet, że dochodzi do rzeczy dla nas najstraszniejszej: rozbioru Polski pomiędzy dwóch napastników. Nawet gdyby to się stało to sytuacja Polaków byłaby o stokroć lepsza, niż była w rzeczywistej, a nie alternatywnej, historii. Myślę, że żadnemu Polakowi nie trzeba tłumaczyć na czym polega różnica między carskim i kajzerowskim zaborem, a sowiecką i nazistowską okupacją. Oczywiście, zabór – jak to zabór – nie byłby niczym miłym. Ale nie byłoby Auschwitz, Katynia i całego totalitarnego ludobójstwa, którego ofiarą padł naród polski.
Gdyby więc Piłsudski w 1919 r. wyciągnął rękę do Denikina, Europa uniknęłaby dwóch potwornych totalitaryzmów, które – niczym maszynka do mięsa – przemieliły miliony ludzkich istnień. Gdyby Marszałek podjął wtedy inną decyzję, to bolszewizm byłby zaledwie chwilowym mgnieniem w historii ludzkości. Co prawda, wyjątkowo krwawym, ale jednak krótkotrwałym.
Wróćmy do rzeczywistej historii. Rok później losy wojny się odwracają. Do lata 1920 r. wojsko polskie znajduje się w defensywie. Pojawia się przerażająca perspektywa tego, że dopiero co powstała jak feniks z popiołów Polska stanie się sowiecką republiką. Na szczęście, tę ponurą wizję wymazują dwa zwycięstwa: bitwa warszawska oraz bitwa nad Niemnem. I znowu otwiera się droga na Moskwę… No cóż, skoro Piłsudski w 1919 r. nie chciał iść na Moskwę, to w 1920 r. Moskwa przyszła do niego. Gdyby Marszałek pobił bolszewików rok wcześniej, to nie byłby potrzebny żaden ”cud nad Wisłą”. Oczywiście, było to zwycięstwo wybitne i fenomenalne, jedno z najważniejszych w dziejach polskiego oręża. Gdyby wtedy bolszewicy wygrali, to konsekwencje dla Polski i połowy Europy byłyby straszliwe. Rok 1945 wydarzyłby się już w 1920. Dramat polega jednak na tym, że było to zwycięstwo niewykorzystane.
Co się stało?
Po tym, jak we wrześniu 1920 roku w trakcie bitwy niemeńskiej całkowicie rozbiliśmy armię sowieckiego marszałka Tuchaczewskiego, zaczął się szybki marsz na wschód. Polacy wchodzili w bolszewików jak w masło, a tempo marszu było zawrotne – 60 km dziennie! Polscy żołnierze roztrącali na boki masy bolszewickich maruderów, którzy – zrezygnowani – rzucali broń, siadali na bokach dróg, oddawali się do niewoli, albo uciekali do lasów. Trzeba bowiem pamiętać o tym, ze sowiecki atak na Polskę w 1920 r. był desperackim ”rzutem na taśmę”. Bolszewicy byli już bardzo wyczerpani i mieli już niewiele sił oraz zasobów. A do tego od południa, z Krymu nacierał na nich gen. Piotr Wrangel – biały dowódca, zwany ”Czarnym Baronem”.
W tej sytuacji przed polską armią otworzyły się niesamowite możliwości. Byliśmy silniejsi od czerwonych, bo mieliśmy już więcej żołnierzy – uskrzydlonych warszawskim i niemeńskim zwycięstwem – a do tego lepiej wyposażonych i uzbrojonych. Na północy udało się wyzwolić Mińsk, a na południu – po błyskawicznym rajdzie kawaleryjskim na Korosteń – Polacy stanęli u wrót Kijowa. Zajęcie tego miasta było kwestią zaledwie kilku dni. W ciągu najwyżej dwóch tygodni polskie wojsko mogło na całej długości osiągnąć linię graniczną sprzed 1772 r., czyli sprzed pierwszego rozbioru. Pojawiła się perspektywa bardzo sensownej współpracy militarnej z Wranglem. Ten – w odróżnieniu od Denikina – szedł na dalekie ustępstwa terytorialne wobec Polski. Jego dewiza brzmiała: ”Przeciwko bolszewikom choćby z diabłem”. Tym diabłem miała być oczywiście Polska (śmiech). Trzeźwo uważał, że najpierw trzeba uwolnić Rosję od komunistów, a potem martwić się o resztę.
I w chwili, w której historia dała nam drugą szansę – a rzadko kiedy jest tak łaskawa – doszło do rzeczy niebywałej. 12 października Polacy i bolszewicy podpisali zawieszenie broni. Nasza armia była jak rozpędzony koń, któremu nagle zostały ściągnięte cugle.
Ku zdumieniu bolszewików – i rozpaczy Polaków ze Wschodu – wojsko nasze stanęło w miejscu, po czym nastąpiły pertraktacje pokojowe, które zakończyły się podpisaniem w marcu 1921 r. w Rydze pokoju polsko-bolszewickiego. Na mocy jego postanowień dostaliśmy katastrofalne granice na wschodzie. A bolszewicy spokojnie dobili Wrangla. Nastąpiła agonia białej Rosji i ostateczny triumf Bolszewii…
Jaki był powód tej – przyznaję – mało zrozumiałej decyzji..?
Wrangel.
Piłsudski – tak jak i rok wcześniej – pozostał wierny swojej doktrynie, że lepsza jest Rosja czerwona niż biała. Bał się, że jeśli Polacy dobiją bolszewików, to tym samym utorują drogę do zwycięstwa Wranglowi. I że w ten sposób w Rosji zatriumfuje ”reakcja”. Ale wina leżała nie tylko po stronie Piłsudskiego. Warunki pokoju wynegocjowała grupa posłów sejmowych. Wśród nich czołową rolę odgrywał narodowiec Stanisław Grabski – ”Kain Grabski”, jak go potem określił jeden z polskich konserwatystów. Był on, w moim odczuciu, jednym z największych szkodników w naszej historii. Pozostawał owładnięty myślą o budowie Polski etnicznej, Polski dla Polaków, tylko dla katolików. Polski plemiennej – jako nowoczesnego państwa narodu polskiego. Dlatego nie chciał, by polska armia posunęła się zbyt daleko na wschód, bo – jak mu się wydawało – w ten sposób w granicach kraju znajdzie się zbyt dużo obywateli innych narodowości. A to przekreśli marzenie o etnicznej, narodowej Polsce i wymusi budowę jakiegoś tworu wielonarodowego. Rzeczpospolitej Trojga Narodów – złożonej z Korony, Rusi i Wielkiego Księstwa Litewskiego – albo federacji środkowo-europejskiej. Taka wizja była dla endeków koszmarem.
Według przychylnej Piłsudskiemu historiografii endecy, socjaliści i ludowcy na złość Marszałkowi powstrzymali dalsze natarcie, co uniemożliwiło Naczelnikowi realizację jego planów utworzenia federacji. Moim zdaniem to jest półprawda. Owszem, panowie ci chcieli utrącić plany Piłsudskiego, ale prawda jest też taka, że on sam już wtedy zrezygnował z koncepcji federacyjnej. Bo przecież w tym czasie był u szczytu swojego powodzenia, był Naczelnym Wodzem i Naczelnikiem Państwa. Gdyby chciał mógłby cała tę konferencję ryską wywrócić i iść dalej na Wschód. Ale tego nie zrobił. Tak jak endecy, nie chciał już dalszej wojny. I niestety – jak wynika z zapisków Leona Wasilewskiego – był z ”linii ryskiej”, czyli z czwartego rozbioru Polski, zadowolony.
”Czwartego rozbioru Polski”?
Tak należy nazwać pokój ryski, a raczej – jak określił go wybitny polski myśliciel konserwatywny Marian Zdziechowski – ’’hańbę ryską”. Na zagładę skazano kilkanaście milionów obywateli Rzeczpospolitej, w tym 1,5 mln samych Polaków. W momencie, w którym zawarto zawieszenie broni, zaczęła się bowiem antypolska, bolszewicka rzeź.
Straszne jest też to, że warunki zawieszenia broni określały linię demarkacyjną… na zachód od polskich pozycji. To znaczy, że nasi żołnierze musieli się cofnąć. Doprowadziło to do dramatycznych sytuacji, jak choćby we wspomnianym Mińsku, który polskie wojska wyzwoliły 15 października. Miejscowi Polacy witali tam polskich żołnierzy kwiatami i ze łzami w oczach. Byli w euforii, byli pewni, że ich miasto wejdzie w skład Polski, a nie strasznej Bolszewii. Niestety – ku ich przerażeniu następnego dnia – realizując postanowienia zawieszenia broni – Wojsko Polskie się z Mińska wycofało. Natychmiast wróciła do niego sowiecka czerezwyczajka i natychmiast zaczęły się aresztowania i masowe mordy Polaków. Miejscem, w którym bolszewicy zgładzili najwięcej Polaków w latach 20. i 30., były Kuropaty pod Mińskiem…
We wspomnieniach nielicznych, którzy przetrwali te masakry, wybrzmiewa wielka pretensja. Ludzie ci mówili, że mogliby zrozumieć, że ich pozostawiono na pastwę sowieckich siepaczy, gdyby Polska przegrała. Ale przecież II RP zwyciężyła wojnę polsko-bolszewicką. Później, za rządów Stalina, 200 tys. Polaków pozostawionych w Sowietach zostało wymordowanych, a dziesiątki tysięcy przymusowo przesiedlono na Syberię i do Kazachstanu. Starto też wszelkie ślady polskości na terenach, które dziś – zupełnie nietrafnie – nazywa się Dalszymi Kresami. Na przykład nad Berezyną, gdzie żyła wierna polskości szlachta zagrodowa, która podczas wojny z bolszewikami zorganizowała antysowiecką partyzantkę i wywiad. Ci wszyscy ludzie zostali przez polskich polityków zdradzeni.[Koniecznie przeczytaj, kup dla dzieci, Flowiana Czarnyszewicza „NADBEREZYŃCY”. MD]
W takim razie raz jeszcze wyruszmy ścieżką wyobraźni i udajmy, że nie było zawieszenia broni z października 1920 r. i pokoju ryskiego z marca 1921 r., a Piłsudski przełamał swe antycarskie uprzedzenia, porozumiał się z Wranglem i ruszył wraz z nim na Lenina.
Jak dalej rozwinęłaby się sytuacja?
Dokładnie tak samo, gdyby sprzymierzył się z Denikinem. Może z tą różnicą, że – jak już mówiłem – z Wranglem byłoby się łatwiej dogadać. Dodam tylko, że był on gotowy na to, by Ukrainę oderwać od Rosji. Żaden biały generał nie posunął się wcześniej dalej w ustępstwach.
Gdyby polska armia dotarła do granic Polski sprzed pierwszego rozbioru w jej rękach znalazłaby się cała Białoruś i Ukraina – przynajmniej do rzeki Dniepr. W takiej sytuacji Piłsudski mógłby zrealizować dwa warianty polityczne. Albo opcję ”retro”, czyli Rzeczpospolitą Trojga Narodów. Albo opcję „nowoczesną”, czyli potężną federację Polski, Ukrainy i Wielkiego Księstwa Litewskiego (składającego się z Litwy i Białorusi). Może do tego bloku dołączyłaby jeszcze Łotwa. Znając poglądy Piłsudskiego – Naczelnik wybrałby federację. Taki wielki twór polityczny na północy oparłby się o sojuszniczą Finlandię, a na południu o Rumunię. Kto by nie rządził na wschodzie – biali czy czerwoni – byłoby już wtedy kwestią drugorzędną. Rzeczpospolita w takiej konfiguracji stałaby się potęgą, której czerwona lub biała Rosja nie mogłaby zagrozić. Bez Ukrainy Rosja nie może być imperium. Zegar historii zostałby cofnięty do XVII wieku i to my wrócilibyśmy na należne nam miejsce hegemona Europy Środkowo-Wschodniej. I tak by zapewne pozostało do dzisiaj.
Mimo, że bolszewizm stanowił śmiertelne zagrożenie dla całej Europy i jej ładu moralnego, poszczególne państwa szły z nim na rozmaite kompromisy i układy. Sprzymierzały się z nim przeciwko swoim sąsiadom zamiast rzucić hasło wspólnej, europejskiej krucjaty przeciwko komunizmowi – mówi w wywiadzie dla PCh24.pl historyk i publicysta Piotr Zychowicz.
Czego nie doświadczylibyśmy jako Polacy, gdyby Józef Piłsudski poszedł na Moskwę, jak Pan sugeruje?
Operacji Polskiej NKWD w latach 1937 – 1938, Agresji 17 września, zbrodni katyńskiej, deportacji setek tysięcy Polaków na Sybir, a wreszcie PRL-u. Gdyby w 1919 lub 1920 Józef Piłsudski sprzymierzył się z „białymi” Rosjanami, poszedł na Moskwę i zniszczył bolszewizm, historia potoczyłaby się innymi torami. Komunizm byłby tylko krótkim, krwawym epizodem w dziejach ludzkości. Jak wyglądałoby sąsiedztwo Polski z białą Rosją w latach 20., 30., 40. czy 50 . – nie wiem. Na pewno jednak lepiej niż nasze „sąsiedztwo” ze Związkiem Sowieckim. Rosja była normalnym przeciwnikiem, który mógł co najwyżej odebrać nam taki czy inny kawałek terytorium. Związek Sowiecki był śmiertelnym wrogiem, który dybał na duszę narodu polskiego.
Czy Polska po odzyskaniu niepodległości mogła zostać monarchią? Dlaczego nie przyjęto takiej możliwości? Dlaczego w szkołach uczy się nas, że istniały tylko dwie koncepcje Polski – Piłsudskiego i Dmowskiego?
Byli ludzie, którzy opowiadali się za restauracją monarchii. Przypomnę, że pierwszym ośrodkiem władzy w Warszawie była monarchiczna, konserwatywna Rada Regencyjna. Niestety rok 1918 był zenitem idei demokratycznych. Polski obóz zachowawczy został odsunięty od decydowania o państwie, a zwyciężyły żywioły radykalne – socjaliści, ludowcy czy endecy. Polska niestety odrodziła się jako demokracja. Jako państwo słabe.
Czy opowiadałby się Pan za przywróceniem monarchii w tamtych warunkach? Dlaczego?
Oczywiście. Rzeczpospolita przed swoim upadkiem była bowiem wielonarodowym imperium. Kiedyś to my rozdawaliśmy karty w Europie Wschodniej. Po 1918 powinniśmy więc dążyć do odbudowy mocarstwa. Szansa na to była spora, bo zarówno Niemcy, jak i Rosjanie po I wojnie światowej znajdowali się na kolanach.
Do tego, żeby zjednoczyć wszystkie narody Rz-plitej w jednym państwie rozciągającym się od morza do morza, konieczne było jednak wprowadzenie monarchii. Osoba króla byłaby gwarantem spójności tego państwa, lojalności jego narodów wobec tronu. Niestety zwyciężyły demokracja i nacjonalizmy. W efekcie Rzeczpospolita została rozpruta wzdłuż szwów narodowościowych. „Wołając o króla – pisał Stanisław Cat-Mackiewicz – wołamy o ideę państwową, o wzmocnienie władzy, wzmocnienie siły państwa. Idea króla jest ideą wywyższenia władzy naczelnej ponad krąg interesów, ambicji, poglądów jednostek, kół, grup, stronnictw, partii. Takie wywyższenie daje państwu moc, potęgę. Daje interesowi państwa zwycięstwo. Polska musi żyć, a republika nas rozkłada.”
Z Pana książki wyłania się piękne antykomunistyczne przesłanie: kto raz zaczadził swój umysł lewicowymi poglądami, nawet socjal – demokratycznymi, ten zawsze będzie czuł miętę do komunistów. Skąd takie przeświadczenie?
Dowodów na to jest sporo. W 1920 roku lewicowy premier Wielkiej Brytanii Lloyd George czuł wyraźną słabość do bolszewików. Może byli dzicy i nieokrzesani, może zamordowali kilka milionów ludzi, ale przecież byli towarzyszami we wspólnej walce z przebrzydłą „reakcją”.
Józef Piłsudski mając do wyboru „białych” czy „czerwonych” również poparł tych drugich. Wolał żeby w Rosji szalał ludobójczy, bezbożny bolszewizm niż żeby zatriumfowali w niej konserwatywni, carscy generałowie. To się nie zmieniło w kolejnych latach. W dwudziestoleciu, podczas II wojny i podczas zimnej wojny, lewica zachodnio-europejska była zafascynowana sowieckim eksperymentem. Gdy bolszewicy mordowali księży, szlachtę i „burżujów” wszystko było okej. Pierwsi rozczarowani na Zachodzie pojawili się dopiero gdy w 1937 roku Stalin wziął się za wyrzynanie innych komunistów. A kolejni – w 1951 roku gdy zabrał się za Żydów.
„Pakt Piłsudski-Lenin” przedstawia wysoką wartość dla nauki o cywilizacji. Cytując licznych konserwatywnych myślicieli przypomina Pan bowiem, jak bardzo od standardów cywilizacji łacińskiej różnią się idee, plany i metody bolszewii. Czy niechęć Piłsudskiego do unicestwienia czerwonych ma do dziś wpływ na to, jak wygląda Europa, jej warstwa moralna i prawodawcza?
Bolszewizm był złem absolutnym.
„Jak w wiekach ubiegłych muzułmański półksiężyc – pisał Marian Zdziechowski – tak dziś czerwona gwiazda sowiecka godłem jest potęgi niosącej zagładę cywilizacji i kulturze świata chrześcijańskiego.I jak wówczas, tak też dziś narody i państwa Europy nie dorosły do zrozumienia naglącej konieczności solidarnej postawy i solidarnego działania przed obliczem groźnego niebezpieczeństwa. Zamiast tego krótkowzroczny egoizm, który albo obojętnie patrzy na nieszczęście sąsiada, w nadziei, że może coś na tym zarobić, albo nawet wchodzi w układy z wrogiem.
A plany i cele wroga tego w porównaniu z charakterem i celami najazdów tatarskich i tureckich sięgają nierównie dalej! Nic podobnego historia dotychczas nie zapisała. Chodzi o przeistoczenie świata w jeden wielki dom niewoli, w jakiś kołchoz, w którym człowiek stałby się automatem bez myśli i bez woli, albowiem myśleć i mieć wolę jest przywilejem tylko partii, przywilejem Czerezwyczajki.”
Przepraszam za długi cytat, ale zacny wileński profesor ujął sprawę znakomicie. Mimo, że bolszewizm stanowił śmiertelne zagrożenie dla całej Europy i jej ładu moralnego, poszczególne państwa szły z nim na rozmaite kompromisy i układy. Sprzymierzały się z nim przeciwko swoim sąsiadom zamiast rzucić hasło wspólnej, europejskiej krucjaty przeciwko komunizmowi. W efekcie bolszewicki jad sączył się do europejskiego krwioobiegu i nadal w nim krąży, mimo, że od upadku Związku Sowieckiego minęło już blisko ćwierć wieku. Ta trucizna nadal nas rozkłada.
Stawia Pan bardzo niepopularną tezę, że Polska mogłaby dogadać się z białą, carską Rosją, a już na pewno, że była ona mniej niechętna Polsce niż bolszewicy. Jak wytłumaczyć taki pogląd Polakom, w których krwi od dziesięcioleci płynie przecież niechęć do wszystkich rosyjskich carów?
Chyba jednak nie wszystkich. Car Aleksander I był w końcu dość sympatyczny, a zgładzony przez „czerwonych” car Mikołaj II wzbudza chyba w Polakach więcej współczucia niż niechęci. Rzeczywiście jednak polska tradycja romantyczna wychowuje Polaków w niechęci do Rosji. Żeby nie było wątpliwości – ja również uważam, że dzieje Rzeczpospolitej Obojga Narodów to dzieje rywalizacji z Rosją o prymat w Europie Wschodniej. Tyle, że Rosja była normalnym przeciwnikiem. Toczyliśmy z nią kilkanaście wojen, raz my, raz oni byliśmy górą. Raz my byliśmy w Moskwie, raz oni w Warszawie.
Wszystko to nie niosło jednak zagrożenia dla samego bytu narodu polskiego. Rosja była konserwatywnym, chrześcijańskim krajem, a po reformach Aleksandra II była wzorem praworządności.
Bolszewizm był zaś całkowitym zaprzeczeniem Rosji – był totalitarnym, ludobójczym molochem. Zabór rosyjski był dla Polaków rajem w porównaniu z okupacją komunistyczną.