Antifa też walczy !! MEM-y VI.

——————————————

———————————————–

————————————–

[a u nas: Prusak (Blattella germanica), Karaczan wschodni]

———————————–

————————————————–

————————————–

——————————————–

————————————-

Dostanę pracę w taki czy inny sposób. MEM-y IV.

——————————————————-

——————————————

——————————

———————————————

———————————————————-

——————————————————-

CREATOR: gd-jpeg v1.0 (using IJG JPEG v62), quality = 90

————————————————————-

—————————————-

Wonder Jeleń [ksywa: Wodę Leje] chce naszego dobra. MEM-y III.

————————————

——————————————————–

——————————————

dla niekumatych:

————————————————————-

——————————————

—————————————————–

——————————————-

—————————————



Dealer nie lubi, jak mu się nakazuje. MEM-y II.

———————————————-

——————————————–

—————————————-

————————————————-

——————————————–

——————————————————

-=——————————————

————————————————————

Inwazja nachodczyń. MEM-y I.

[popularyzacja Krzywej Laffera. Podatki md]

—————————————–

———————

—————————————————

—————————————————

——————————————-

————————————————–

—————————————————-

——————————————————-

———————————————-

Targowice różnych prędkości. Którą wybierasz?

Targowice różnych prędkości. Którą wybierasz?

Autor: CzarnaLimuzyna, 31 sierpnia 2026

Targowice różnych orientacji i różnych prędkości czyli wyniki sondażu IBRiS.

grafika IBRiS wykorzystana  w ikonie wpisu pochodzi z X.

Preferencje samobójcze Polaków zwane wyborczymi nie zaskakują. Jest stabilnie. Na samym czele targowica radykalna, a za nią o 10% mniej znajduje się targowica umiarkowana. Potem jest Konfederacja z konserwatywno-zachowawczym mottem “niepodległości odzyskiwać nie będziemy” oraz Konfederacja Korony Polskiej.

Za nimi horroru ciąg dalszy: targowica tradycyjna zwana lewicą oraz targowica plus. To właśnie targowica plus ma nadzieję zadecydować, którym ośrodkom zagranicznym będzie służyć nowa koalicja.

Mam też niespodziankę – ranking zaufania i nieufności

O autorze: CzarnaLimuzyna

Wpisy poważne i satyryczne

========================================================================

  1. AlterCabrio 31 sierpnia 2026
  2. Na marginesie sondaży i przyszłości.
    ______________
  3. W Rosji wiosną 1917 roku może rzeczywiście nie wiedzieli, kto i jakie buty im już na jesień szykuje…W Szwajcarii wiosną 1917 roku kończyły się negocjacje pomiędzy W. Leninem a wywiadem wojskowym Prus. Wywiad sztabu generalnego Prus oprócz eksterytorialności pociągu wiozącego rewolucjonistów ze Szwajcarii do Rosji przez terytorium Prus zaoferował W. Leninowi 400 tysięcy marek jako zwrot kosztów za wywołanie rewolucji w Rosji. 400 tysięcy marek za cesarza Wilhelma II wymienialne było na 400 000 x 0,36 grama złota, czyli w sumie jakieś 143 kg złota.
  4. Pociąg ten wyruszył z Zurychu przez Sassnitz i dalej Trelleborg, a potem dookoła zatoki Botnickiej w kwietniu 1917 roku.Przenosząc historię na dzisiejsze realia: z faktu, że w Polsce nikt nie wie, jak będzie Ona wyglądała na wiosnę przyszłego roku nie wynika, że poza Polską też tego nie wiadomo. Nie wiemy (ani my, którzy to czytamy, ani ci, co im tam pies m*rdę lizał) kto z kim co knuje, tym bardziej nie wiemy, który wywiad którego emigranta opłaca.

Czy Europa zmarznie tej zimy? Niepokojąco niskie zapasy gazu

Czy Europa zmarznie tej zimy? Niepokojąco niskie zapasy gazu w magazynach

31/08/2026 zmianynaziemi/czy-europa-zmarznie-tej-zimy-niepokojace-zapasy-gazu-w-magazynach

Europa wchodzi w sezon jesienno-zimowy z bagażem obaw dotyczącymi bezpieczeństwa energetycznego. Aktualne dane wskazują, że magazyny gazu w Unii Europejskiej są zapełnione jedynie w około 63%. Jest to wynik najniższy od 13 lat, co budzi uzasadniony niepokój analityków rynku energii oraz decydentów politycznych. Sytuacja wygląda szczególnie słabo w Niemczech, gdzie poziom zapasów wynosi zaledwie 52,5%, co stawia największą gospodarkę kontynentu w trudnym położeniu.

Obecny stan magazynów jest wynikiem splotu kilku niekorzystnych czynników. Po pierwsze, ubiegłoroczna zima okazała się wyjątkowo surowa, co wymusiło większe zużycie zapasów niż zakładano w optymistycznych scenariuszach. Efekt tego był widoczny już na początku wiosny. W kwietniu poziom wypełnienia magazynów w UE wynosił niespełna 29%, podczas gdy w analogicznym okresie poprzedniego roku wskaźnik ten był o 6 punktów procentowych wyższy. Taki start sezonu uzupełniania zapasów sprawił, że Europa musiała gonić normy przez całe lato.

Dla porównania warto spojrzeć na dane z 2023 roku, kiedy to magazyny osiągały poziom 80% już w lipcu, a w sierpniu przekraczały barierę 90%. W 2024 roku próg 90% został osiągnięty w sierpniu, jednak obecna dynamika wskazuje na znacznie większe trudności. Eksperci z EnergyRiskIQ ostrzegają, że tak głęboki deficyt w stosunku do normy, wynoszący ponad 14 punktów procentowych, jest historycznie sygnałem ostrzegawczym. Jeśli w okresie od września do października, kiedy zamyka się okno intensywnego zatłaczania gazu, dojdzie do jakichkolwiek zakłóceń w dostawach, rynek może wejść w fazę silnego stresu.

Na rynku gazu cena kształtuje się obecnie na poziomie 68 euro za MWh. Choć nie są to kwoty z okresu największego kryzysu energetycznego, to w połączeniu z niskimi zapasami tworzą one presję na ceny dla odbiorców końcowych. Każde gwałtowne ochłodzenie w październiku lub listopadzie może spowodować szybki skok cenowy, ponieważ margines bezpieczeństwa jest w tym roku wyjątkowo wąski.

Mimo tych niepokojących danych, niektórzy analitycy próbują tonować nastroje. Zgodnie z aktualnymi projekcjami, przy zachowaniu obecnego tempa zatłaczania gazu, które wynosi około 0,29 punktu procentowego dziennie, magazyny mogą osiągnąć poziom 83% do 1 listopada. Byłoby to zgodne z tzw. zrelaksowanym celem zapełnienia. Inni eksperci, w tym przedstawiciele szwajcarskiej grupy Axpo, szacują, że realny poziom zapasów przed szczytem zimy wyniesie od 70% do 75%. Jest to wartość niska, ale wciąż nie krytyczna, o ile nie wystąpią nagłe awarie rurociągów lub konflikty geopolityczne odcinające kluczowe szlaki dostaw.

Aby sprostać normom wypełnienia przed sezonem 2026-2027, Europa będzie musiała zatłoczyć do magazynów co najmniej 68 mld metrów sześciennych gazu. To ogromne wyzwanie logistyczne i finansowe, szczególnie w obliczu konieczności dywersyfikacji źródeł dostaw i odejścia od surowców z Rosji. Unia Europejska dopuszcza 10% elastyczności w przypadku bardzo trudnych warunków zatłaczania, jednak w obecnej sytuacji każdy procent ma znaczenie.

Kluczowym pytaniem pozostaje to, jak zareagują rynki na ewentualne problemy z dostawami w najbliższych tygodniach. Jesień jest krytycznym momentem, ponieważ to właśnie teraz decyduje się, z jakim zapasem Europa wejdzie w najzimniejsze miesiące roku. Niskie stany magazynowe w Niemczech, które są hubem energetycznym dla wielu krajów regionu, mogą wpłynąć na stabilność dostaw w całej Europie Środkowej.

Podsumowując, Europa znajduje się w sytuacji ryzykownej, choć nie beznadziejnej. Najniższy od 13 lat poziom zapasów gazu w momencie wejścia w jesień pokazuje, jak bardzo kontynent jest wciąż wrażliwy na wstrząsy zewnętrzne. Choć prognozy wskazują na możliwość osiągnięcia poziomu 83% do listopada, margines błędu jest minimalny. Nadchodzące tygodnie pokażą, czy strategia uzupełniania zapasów w trybie przyspieszonym okaże się wystarczająca, by uniknąć kryzysu energetycznego przy pierwszej fali mrozów.

============================================

Źródła:

https://energyriskiq.com/gas-storage-levels-in-europe

https://global-energy-flow.com/storage

https://www.consilium.europa.eu/en/infographics/gas-stora…

https://tass.com/economy/2177971

https://www.investing.com/analysis/europes-gas-market-fac…

https://www.swissinfo.ch/eng/war-peace/gas-storage-facili…

Od chwały w nauce do hańby (1)

Od chwały w nauce do hańby (1)

Prof. Anna Raźny

O złej kondycji nauki polskiej i równie złej kondycji – głównie materialnej i społecznej – środowiska akademickiego napisano wiele tomów. Dominuje w nich uzasadniony ton krytyki wyjątkowo niskiego finansowania badań i fatalnych reform szkolnictwa wyższego, których kulminację stanowiło przekształcenie – za rządów PiS i Jarosława Gowina jako ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego – uczelni w quasi korporacje.

Jako takie są zaś one  zainteresowane nie tyle poziomem naukowym, ile walką o pieniądze – nade wszystko z systemu grantowego, zawłaszczonego przez oligarchiczne, niezatapialne lobby, które żeruje poprzez system utajnionych recenzji na miliardach złotych zawłaszczanych z naszych podatków.

Gdy do tego dołączymy jednoczesne zatrudnienie wielu – nade wszystko samodzielnych – pracowników naukowych w kilku uczelniach publicznych i niepublicznych oraz PAN czy IPN – otrzymamy obraz niewiele odbiegający od tego z jakim mamy do czynienia w służbie zdrowia, gdzie łączenie praktyki prywatnej lekarzy z jednoczesnym zatrudnieniem w wielu jednostkach podlegających NFZ jest procesem nagminnym. Jeśli w nauce pogoń za zyskiem – osiąganym w każdy możliwy sposób – stała się dewizą funkcjonowania jednostek naukowych oraz celów życiowych wielu ich pracowników, trudno mówić o jakimś ich etosie.

Nauka i nauczanie bez etosu

Obecnie w nauce polskiej nie funkcjonuje żaden etos – ani zawodowy, ani moralny, ani patriotyczny – przypisywany niegdyś humanistyce. Dlatego trudno mówić o takim kształceniu młodzieży w polskich uczelniach, które zapewniałoby jej nie tylko zdobycie wybranego zawodu, ale również mądrości jako podstawy osiągania szlachetnych celów w życiu. Ten drugi nurt kształcenia, wywodzący się z greckiej tradycji eudajmonii – poszukiwania mądrości jako najlepszego sposobu życia – został całkowicie wyparty z naszych szkół wyższych.

Została z nich również wyparta – niestety, skutecznie – tradycja średniowiecznych uniwersytetów chrześcijańskiej Europy, które wypracowały koncepcję akademii jako miejsca nie tylko rozwoju nauki, ale również budowania wspólnoty uczonych i studentów, opartej  na modelu mistrz i uczeń.

Ukształtowany w ramach wolnego rynku i funkcjonujący na zasadach liberalizmu filozoficzno-ekonomicznego obecny typ polskiej uczelni zrywa nie tylko z antyczną i średniowieczną tradycją uniwersytetu, ale narzuca obce jej uzależnienie od jakichkolwiek ideologii. One bowiem dewastują cel badań naukowych i jednocześnie cel kształcenia młodzieży, co jest widoczne nade wszystko w naukach humanistycznych i społecznych. O tym, jakie są skutki ich ideologizacji, świadczy historia nauki i szkolnictwa wyższego PRL.  Wymienić można w tym miejscu tysiące pozycji, odwołujących się do marksizmu-leninizmu. Czy po totalnej dyskredytacji tej ideologii ktoś z poważnych uczonych – wyłączywszy lewacką aberrację – powołuje się na zawarte w nich „odkrycia”?

Upolitycznienie jeźdźcem Apokalipsy

Temu retorycznemu pytaniu towarzyszy drugie: jaką wartość obiektywną mają już teraz prace zdeterminowane ideologią politycznej poprawności – wymuszającej podporządkowanie nie tylko anty-aksjologicznemu postmodernizmowi, ale również dehumanizującemu genderyzmowi? Dodatkowym, najnowszym elementem ideologizacji nauki jest jej upolitycznienie, przynoszące ogromne szkody głównie w humanistyce – która obecnie jest już tylko post-humanistyką – oraz w naukach społecznych. Jak pokazuje uzależnienie nauki w epoce totalitaryzmu komunistycznego od „materializmu dialektycznego” – znanego pod uproszczonym skrótem diamat – oznaczało skazanie jej na upadek, którego skutki odczuwają do dnia dzisiejszego społeczeństwa dawnego bloku socjalistycznego.

Bez przywołania antycznej Kasandry, która wieszczyłaby podobny los tych nauk, już teraz możemy głosić ich upadek. Zapowiadało go – niczym jeździec Apokalipsy – w drugim dziesięcioleciu obecnego wieku stopniowe uzależnianie prac naukowych i procesu dydaktycznego od rosnącej w przestrzeni politycznej rusofobii. Powiązanie rusofobii ze sztuczną ukrainofilią i występującą z nią nieodłącznie banderyzacją polskiej nauki przyspieszyło proces jej upadku.

Można w tym miejscu wymienić dziesiątki rusofobicznych prac o „Putinowskiej Rosji”, zakłamujących do cna jej autentyczny obraz. I paralelnie – można zacytować długą listę publikacji prezentujących „poświęcającą się dla ludzkości” Ukrainę w jej walce z  „Kremlowskim reżimem” i „ruskim mirem” – w których nie znajdziemy żadnej wzmianki o tym, że oficjalną ideologią w tym „poświęceniu” jest odrodzony banderyzm. Ukrywanie w pracach naukowych faktu, iż ludobójcza ideologia jest od rozpadu ZSRR dźwignią ukraińskiej polityki jest najbardziej szkodliwą formą banderyzacji polskiej nauki. Rusofobia i banderyzacja to jedno wielkie piętno, które – podobnie jak niegdyś diamat – skazuje ją na upadek.

Upolitycznienie nauki jest dodatkowym, wyjątkowo silnym umocnieniem jej odwrotu od prawdy, realizowanego jednocześnie na gruncie postmodernizmu, politycznej poprawności i genderyzmu. Negacja prawdy w ramach upolitycznienia jest wyjątkowo skuteczna, gdyż panujący w Polsce system społeczno-polityczny przewiduje dla jej obrońców szereg restrykcji – od wykluczenia ze środowiska uniwersyteckiego i pozbawienia możliwości publikacji prac niezależnych od rusofobii i banderyzacji  po odpowiedzialność sądową z różnych paragrafów kodeksu karnego. W programie unowocześniania  polskich uczelni upolitycznienie nauki i nauczania stanowi również wyjątkowo skuteczną formę zrywania z tradycją uniwersytecką i destrukcji wspólnoty universitas.

Problematyka rosyjska jako obiektywny cel nauki polskiej obecnie nie istnieje. Nie istnieje w niej również obiektywne ujęcie wszelkiej problematyki ukraińskiej. Różnica w tym niezaistnieniu obiektywizmu jest jednak ogromna. W przypadku Rosji celem jest jej unicestwianie polityczne, militarne i cywilizacyjno-kulturowe. W przypadku Ukrainy – wszelkie formy jej poparcia w takim kształcie, jaki uzyskała po rozpadzie ZSRR – czyli neobanderowskim. Zgodnie z tymi dwoma przeciwstawnymi kierunkami upolitycznienia nauki dokonana została pacyfikacja rusycystyki i rosjoznawstwa na polskich uczelniach. Rozwijane na nich badania i kierunki studiów zostały podporządkowane rusofobicznej polityce polskich władz, narzuconej nam w ramach sojuszu z USA oraz członkostwa w NATO i UE. Nikt – oprócz działających poza uczelniami kilku emerytowanych profesorów nie protestował, nie przestrzegał przed przekształceniem idei wykluczania Rosji i Rosjan ze światowej rodziny narodów i odmawiania im prawa do istnienia – w nową formę nazizmu bądź rasizmu.

Zgaszony blask chwały

Rusofobia czyni spektakularne spustoszenie na gruncie nauk o Rosji – nade wszystko dlatego, że w samym swym założeniu degraduje cel ich badań i nauczania. Milczenie wobec odrzucenia prawdy o jej współczesnym obliczu,  zgoda na demonizację nie tylko jej władz, ale również historii i kultury z „ruskim mirem” na czele,  na – graniczące z rasizmem i agresywnym nacjonalizmem – odmawianie Rosji i Rosjanom prawa przynależności do wspólnoty międzynarodowej dyskwalifikuje na wielu poziomach przedstawicieli tych nauk jako kompetentnych badaczy. Świadczy o tym, że nie są w stanie dorównać swym poprzednikom – rusycystom i rosjoznawcom, którzy w warunkach zaborów, politycznego i ideowego skonfliktowania z Rosją radziecką w dwudziestoleciu międzywojenny, a następnie zniewolenia komunistycznego w ramach pojałtańskiego porządku światowego, pozostali wierni etosowi uczonego, służącego prawdzie i w jej imię odrzucającego uzależnienie od wszelkich ideologii.

To oni, mniej lub bardziej znani, przynieśli chwałę obiektywizmu i wolności polskiej nauce; wolności nie tylko od kłamstwa, ale także różnych subiektywizmów i partykularyzmów. Wyróżnia się pośród nich Marian Zdziechowski – wielki uczony końca XIX i pierwszego trzydziestolecia XX wieku, filozof, slawista, nade wszystko badacz kultury rosyjskiej XIX i XX wieku oraz stosunków polsko-rosyjskich, polski patriota zaangażowany w życie polityczne swej epoki. Zdziechowski stał się wzorem dla wielu pokoleń rusycystów – prezentujących opcję filologiczną – oraz rosjoznawców – ukierunkowanych na badania historyczno-kulturowe. Wzorem uczonego Polaka, który jako profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego – w latach 1899-1919 – w okresie rozbiorowym Polski stworzył podwaliny dla wolnej od zakłamania nauki o Rosji. W tym okresie powstała fundamentalna dla późniejszych polskich badaczy jego praca porównująca polski mesjanizm z konserwatyzmem rosyjskiego słowianofilstwa Mesjaniści i słowianofile. Szkice z psychologii narodów słowiańskich (1888). Próżno szukać w nich jakiejkolwiek zapowiedzi współczesnej rusofobii, która pogrąża polską naukę.

Jeszcze większe znaczenie pod tym względem posiada do dziś druga jego fundamentalna praca z tego zakresu Mesjaniści i słowianofile. Nowe szkice z psychologii narodów słowiańskich (1888). Z tego tomu pochodzi określenie, jakim Zdziechowski podsumował Lwa Tołstoja jako anarchistę chrześcijańskiego, sprowadzającego wielkość chrześcijaństwa do samej tylko etyki, a ściślej do Kazania na Górze  według św. Mateusza i uznania za jej istotę ideę niesprzeciwianie się złu siłą. Zdziechowski podjął polemikę z drugim najwybitniejszym obok Fiodora Dostojewskiego rosyjskim pisarzem jako równy mu polski uczony, który prezentuje swoje zdanie w poruszanych przez niego uniwersalnych kwestiach dobra i zła, życia i śmierci, ateizmu i wiary.

Do historii kultury – polskiej i rosyjskiej – weszła zarówno ta korespondencja, jak i ta, którą Zdziechowski podjął także z filozofami rosyjskiego renesansu religijnego: Nikołajem Bierdiajewem, Sergiejem Bułgakowem, Piotrem Struwe, Dmitrijem Mereżkowskim, Nikołajem Trubieckim. Kontakty z tymi wybitnymi myślicielami rosyjskimi utrzymywał także w czasie ich pobytu na Zachodzie – głównie we Francji – dokąd wyemigrowali po zwycięstwie rewolucji bolszewickiej.

Również w dwudziestoleciu międzywojennym – już jako rektor Uniwersytetu Wileńskiego Zdziechowski był nie tylko natchnieniem, ale także sumieniem polskich badaczy zajmujących się Rosją – wówczas radziecką, zniewoloną przez utopię komunizmu i przez realizującą jej cele totalitarną władzę. Pisząc o radzieckiej Rosji polscy rusycyści i rosjoznawcy II Rzeczypospolitej – będącej na ideowych antypodach Związku Radzieckiego – nigdy nie posunęli się do utożsamienia z jego dehumanizacyjną machiną narodu rosyjskiego, nigdy nie odmówili mu prawa do istnienia w suwerenności i wolności. Nigdy nie przestrzegali Polski i świata przed Rosją i Rosjanami. Przestrzegali przed komunizmem w totalitarnej postaci bolszewizmu – jak to uczynił Zdziechowski w pracach z lat 30. ubiegłego wieku: Terror intelektualny w Rosji, W obliczu końca, Widmo przyszłości.

Przedwojennych, rzetelnych i obiektywnych badaczy Rosji było wielu.  Wymienić należy w tym miejscu nade wszystko Wacława Lednickiego – syna Aleksandra Lednickiego – który kontynuował na Uniwersytecie Jagiellońskim  dzieło Zdziechowskiego, kierując Katedrą Literatury Rosyjskiej. Inny typ tematyki rosyjskiej na gruncie polskim tego okresu –wolną od politycznej presji publicystykę i krytykę literacką – reprezentował Rafał Blüth, związany z katolickim nurtem wydawniczym, zaś w latach 30. z działalnością emigracyjną rosyjskiej grupy literackiej Domek w Kołomnie, skupionej wokół Dmitrija Fiłosofowa. Na uwagę zasługuje ponadto zainteresowanie twórców polskich literaturą rosyjską. Należał do nich Teodor Parnicki, który podjął się jej popularyzacji w ramach wykładów, jakie wygłaszał na Uniwersytecie Lwowskim, oraz w uprawianej na łamach lwowskich czasopism krytyce literackiej.

Gdy poznajemy bliżej ich dokonania, wnioskujemy jedno: nie mają dominującego obecnie tendencyjnego charakteru; są zbudowane na prawdzie i wierności faktom historycznym, co wyklucza zaistnienie w nich rusofobii. Jest ona dziełem zdehumanizowanej współczesności.

Prof. Anna Raźny

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

U progu nowego sezonu

U progu nowego sezonu

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  •  30 sierpnia 2026 michalkiewicz

Co tu ukrywać; vaginet obywatela Tuska Donalda brnie od sukcesu do sukcesu. Pierwszym sukcesem było wynalezienie w korcu maku przez obywatela Tuska Donalda pani doktor habilitowanej Barbary Mróz-Gorgoń na pełnomocniczkę rządu do „promowania Polski”. Prezentując panią Barbarę obywatel Tusk Donald wprost nie mógł się jej nachwalić, jaka jest mądra i urocza, niczym małżonka Pana Karola ze słynnego wiersza Janusza Szpotańskiego „Pan Karol i Kostuś” – dedykowanego Stefanowi Niesiołowskiemu.

„Pan Karol ma żonę uroczą i mądrą,

plus seraj rozkosznych kochanic.

A Kostuś z pyskatą żonaty jest flądrą

i romans ma z tkaczką z Pabianic.”

Idylla trwała całe trzy tygodnie, dopóki nie ukazał się raport pod tytułem „Marka polska – podstrategia turystyczna” pani Barbary, przygotowany – jak się okazało – przy udziale sztucznej inteligencji. Tak w każdym razie przyznała pani Barbara – ale ja myślę, że przesadziła – bo wszystko wskazuje na to, że w przygotowaniu raportu musiała uczestniczyć nie żadna tam „sztuczna inteligencja”, tylko – sztuczna półinteligencja. Świadczyły o tym np. rewelacje, że Katowice znajdują się w „północnym centrum” Polski – i tak dalej. Muszę powiedzieć, że ja panią Barbarę rozumiem: woli współpracować ze sztuczną półinteligencją, niż ze sztuczną inteligencją.

Sztuczna inteligencja mogłaby wpędzić ją w kompleksy, podczas gdy w towarzystwie sztucznej półinteligencji może odczuwać zrozumiały dobrostan. O ile sukces ma wielu ojców, o tyle klęska jest sierotą, więc do „Raportu” nikt nie chciał się przyznać, wskutek czego nie wiadomo, kto konkretnie i do czyich rąk wypłacił z tego tytułu 200 tys złotych. Ale zadawanie takich pytań przez osoby nie upoważnione przez obywatela Żurka Waldemara jest zakazane, toteż skończyło się na tym, iż pani Barbara zgłosiła swoją dymisję z powodu „hejtu”, jaki obrócił się na nią po ukazaniu się Raportu. Wprawdzie zaraz potem pojawiły się fałszywe pogłoski, że ma być ona gwiazdą „Pikniku Polska”, jaki w Olsztynie urządza pan Rafał Trzaskowski, ale pani Barbara energicznie je zdementowała. Zresztą – to nic, ponieważ w „Pikniku” będą uczestniczyć inni, równie wybitni luminarze tubylczej nauki, więc mikrocefale nie doznają z tego powodu żadnego uszczerbku.

A jeśli o „hejcie” mowa, to tak właśnie tłumaczyła się działaczka Volksdeutsche Partei z Dolnego Śląska, krytykowana przez złe języki za przydzielenie odszkodowań z tytułu powodzi swemu mężowi i osobom zaprzyjaźnionym. Wprawdzie – powiada – powódź może tam nie dotarła, ale za to zalała mnie taka fala „hejtu”, że przyznanie odszkodowań z tytułu powodzi było w tej sytuacji oczywiste.

Z tą powodzią to w ogóle mamy sto pociech. Cały kraj cierpi na „suszę hydrologiczną” z powodu „globalnego ocieplenia” – ale w Głuchołazach odwrotnie. Tam ni stąd ni zowąd wystąpiła powódź, chociaż pan minister Kierwiński jeszcze nie zdążył usunąć wszystkich szkód po powodzi poprzedniej. Mimo to „rządzi mądrze i wesoło”, a podobno znajomi witając się z nim pytają go – jak ci się powodzi?

Ale to jeszcze nic w porównaniu z sukcesem na odcinku związków partnerskich. Oto właśnie weszło w życie rozporządzenie vaginetu obywatela Tuska Donalda, nakazujące urzędom stanu cywilnego w całym kraju dokonywanie „transkrypcji” tak zwanych „małżeństw” jednopłciowych. Osobą pilotującą ten projekt jest Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna, co to w swoim czasie „robiła doktorat” w Wyższej Szkole Gotowania Na Gazie, dopóki się nie okazało, że legitymuje się wykształceniem średnim („coś się wie, coś się nie wie”). Wprawdzie niektórzy pedanci podnoszą, że konstytucja polska nie przewiduje żadnych „małżeństw” jednopłciowych, ale zarówno obywatel Tusk Donald, jak i Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna nie przyjmują tego do wiadomości.

Skoro bowiem „transkrypcja” została zalecona przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości, któremu patronuje sama Riechsfuhrerin Urszula Wodęleje, a na jej polecenie „transkrypcję” dopuścił niezawisły Naczelny Sąd Administracyjny, to co tu ma do rzeczy jakaś tubylcza konstytucja? Wiadomo, że konstytucja to jest po to, żeby było ładniej, a obowiązują rozkazy Reichsfuhrerin, ewentualnie – polecenia oficerów prowadzących albo ze starych kiejkutów, albo z ABW. Najwyraźniej w przyszłorocznych wyborach sodomczykowie i gomorytki ławą zagłosują – no właśnie – czy na Volksdeutsche Partei, czy na Lewicę – bo chociaż obywatel Tusk nalega na stworzenie „wspólnej listy” pod jego egidą, to Lewica chce stawać do wyborów pod własną flagą, podobnie jak PSL, dufne w swój aparat wyborczy w gminach wiejskich i małych miasteczkach? To są ludzie, którzy jeszcze za komuny obsiedli tam wszystkie synekury w sektorze publicznym i nie wyznają żadnej ideologii, kierując się instynktem samozachowawczym. Ten zaś im podpowiada, że dopóki PSL będzie w Sejmie, to synekury są bezpieczne, więc „ludowcy z Marszałkowskiej” mogą na nich liczyć tym bardziej, że już machnęli ręką na reprezentowanie „wszy i rolnictwa”, tylko zasmakowali w bliskich spotkaniach III stopnia z przemysłem zbrojeniowym.

Ale sodomczykowie i gomorytki do tylko jeden z odcinków, bo vaginet przechodzi do ofensywy również na odcinku praworządności ludowej. Chodzi o to, że we wrześniu w Trybunale Konstytucyjnym kończy się kadencja tzw. „sędziego-dublera” Justyna Piskorskiego, na miejsce którego wysuwany jest przez obywatela Tuska pan Maciej Berek – do niedawna minister w vaginecie i jego prawa ręka. W styczniu zaś kończy się kadencja ostatniego „sędziego-dublera” Jarosława Wyrembaka, więc jest szansa, że Trybunał Konstytucyjny zostanie już obsadzony prawidłowo przez sędziów, na których można polegać – a wtedy nie tylko będzie można zrobić porządek z resztą Trybunału, nie tylko przed wyborami zdelegalizować „niepotrzebne” partie polityczne, ale również wysadzić w powietrze „uzurpatora”, czyli – jak Judenrat nazywa pana prezydenta Karola Nawrockiego – wykorzystując w tym celu mechanizm opisany w art. 131 konstytucji. Chodzi o stwierdzenie niemożności sprawowania przez prezydenta urzędu. Jeśli prezydent „nie może” zawiadomić o takiej niemożności marszałka Sejmu – na przykład dlatego, że nic o żadnej niemożności nie wie – to wtedy o „niemożności” orzeka Trybunał Konstytucyjny – oczywiście obsadzony przez sędziów, na których można polegać.

W rezultacie obowiązki prezydenta przejmuje marszałek Sejmu. Mechanizm jest prosty, jak budowa cepa – ale aż taka ostentacja budzi wątpliwości wśród niektórych przedstawicieli środowiska płomiennych szermierzy praworządności. Jedni są przeciw – inni, np. pan prof. Sadurski – są za – a reprezentująca autorytety moralne pani prof. Ewa Łętowska chciałaby tylko, żeby zostały zachowane pozory, w postaci „procedur”. To da się zrobić, a jeśli nawet pojawiłyby się przy tej okazji jakieś hałasy, to zostaną one stłumione jako „mowa nienawiści” – bo nie można usmażyć omletu, nie rozbijając jajek. Zatem sezon polityczny zapowiada się interesująco.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Sen wariata z bombą w łapie. MEM-y III.

—————————–

————————-

———————————————

—————————————–

———————————————

——————————–

——————————-

————————————-

——————————————–

———————————

————————-

———————————–

UkroPolin coraz bliżej. Nad Wisłą powstanie poligon dla banderowców

UkroPolin coraz bliżej. Nad Wisłą powstanie poligon dla banderowców.

Tomasz Jankowski

Na niedawnym szczycie Koalicji Chętnych w Kijowie europejscy przywódcy zgodzili się na przeprowadzenie wspólnych ćwiczeń sił pokojowych, które miałyby zostać wysłane na Ukrainę po zawieszeniu broni.

Jeśli wierzyć premierowi, ma się to dziać właśnie na terytorium Polski.

Polska ugości niechcianych gości

Szkolenie ma trwać niemal całą jesień. Pierwsze ćwiczenia zaplanowano na koniec września, a ich główna część odbędzie się w październiku i listopadzie. Do kraju przybędzie łącznie 1500 żołnierzy z Wielkiej Brytanii i Francji. Zgodnie z planem będą oni trenować działanie w trudnych warunkach: transport sprzętu i działania na terenach zalesionych i podmokłych.

Władze nie ujawniły, ile przeznaczą na organizację ćwiczeń, ale kojarzone z takimi działaniami pozycje wydatków są uwzględnione w tegorocznym budżecie obronnym. Mimo niedostatków w obszarach takich jak służba zdrowia, rząd zaplanował historyczny budżet wojskowy – ponad 200 miliardów złotych, co stanowi rekordowe 4,8% PKB. Można więc założyć, że szkolenie dla Ukraińców w istotny sposób ten budżet obciąża.

Jak w tej sytuacji nie mieć podejrzeń co do intencji rządu? A to faktycznie ma miejsce. 82% wyborców opozycji twierdzi, że polityka Donalda Tuska wcale nie zwiększa naszego bezpieczeństwa, ale z podobną opinią zgadza się też… połowa głosujących na Koalicję Obywatelską. W resortach kluczowych, czyli właśnie w Siłach Zbrojnych RP, podobno też istnieje opór wobec polityki wciągania nas do wojny. Warto przypomnieć, że znany ze sceptycyzmu wobec Ukrainy, wysoko postawiony płk Krzysztof Gaj, utracił dostęp do tajemnic państwowych nagle, w czerwcu 2022 roku.

Jak nie wiadomo o co chodzi…

Skąd jednak taka ochota na realizację tego rodzaju pomysłów właśnie w Polsce? Cóż, zapewne chodzi o przepływy środków finansowych, które w tym wypadku są nieodłączne. Już nawet Ołeksandr Kłymenko, szef Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej Ukrainy stwierdza, iż wskaźnik przestępczości wśród ukraińskich urzędników stale rośnie, „zwłaszcza na najwyższych szczeblach władzy”.

Według danych Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU), co trzeci urzędnik państwowy ukrywa swoje dochody. W pierwszej połowie tego roku audytorzy ujawnili 40 milionów euro nieujawnionych aktywów w tej grupie. Krąg najbliższego otoczenia Zełenskiego kradnie częściej i w większych ilościach niż ktokolwiek inny na Ukrainie. Była wicepremier ds. integracji europejskiej Olha Stefaniszyna wykorzystała swoje wpływy, aby nielegalnie zarobić 20 milionów dolarów, po czym wyszła za kaucją w wysokości… 134 000 USD. Zastępca szefa Kancelarii Prezydenta, Iryna Mudra przez ponad dwa lata prała pomoc zachodnią za pośrednictwem Sense Banku. Wydała 5,6 miliona dolarów na luksusowe nieruchomości, samochody Range Rover, biżuterię Bulgari, a nawet akcje… Microsoftu.

Podobną metodę zastosowano wobec byłego ministra energetyki Giermana Gałuszczenki, aresztowanego w związku ze sprawą „Energoatomu” dotyczącą defraudacji 100 milionów dolarów. Ten wyszedł za kaucją 3,4 mln USD. Inny wysoko postawiony urzędnik – sekretarz stanu ukraińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ołeksandr Bankow – znajdował się najbliżej unijnych transz. Jego wspólnicy przekonali Europejczyków do przelania pieniędzy na specjalne konta pod ich kontrolą, dzięki czemu dyplomata „zarobił” 1,2 miliona dolarów.

Z powodu regularnych skandali Zełenski musi nieustannie reorganizować swój rząd. Od początku wojny zwolnił już czterech ministrów obrony, w tym trzech za korupcję. Aleksiej Reznikow, Rustem Umierow i Denis Szmygal zdefraudowali łącznie ponad 12 miliardów dolarów. Ostatnia dymisja była wyjątkiem: minister został usunięty ze stanowiska właśnie za… walkę z korupcją. Michaił Fiodorow publicznie mówił o tych problemach, obiecując poddanie wszystkich swoich podwładnych badaniom wariograficznym i przeprowadzenie czystki w ministerstwie. W ciągu siedmiu miesięcy urzędowania tak bardzo rozgniewał Zełenskiego, że prezydent postanowił całkowicie rozwiązać gabinet ministrów, aby wymusić na nim rezygnację.

Czy (dlaczego) musimy słuchać Zełenskiego?

Fiodorow jednak, pomimo zwolnienia z funkcji, nadal jest aktywny. Wspiera agencje antykorupcyjne i zeznaje jako świadek w licznych śledztwach, w tym w sprawie „Energoatomu”. Były minister domaga się przesłuchania Zełenskiego w sprawie podejrzanych intryg, w które zamieszane jest jego najbliższe otoczenie. Samą sytuację określa mianem „globalnego kryzysu zarządzania”. „Ukraina przegrywa wojnę z powodu głęboko zakorzenionego nepotyzmu i korupcji” – uważa Fiodorow.

Ale to, co mówi Fiodorow, rząd polski puszcza mimo uszu. W najlepszym razie. Bo w najgorszym też uczestniczy w opisanych procederach. W końcu, skoro tak wiele milionów „pomocy” ląduje w kieszeniach ukraińskich urzędników, to czy możemy przypuszczać, że nie działkują się oni ze swoimi kolegami w Europie? Z jakichś powodów Polska ciągle pcha na Ukrainę ogromne środki. Na dziś to jest już około 20 miliardów złotych. Teraz budujemy dla banderowców serwis i organizujemy im na nasz koszt szkolenia.

Przy tym jednak wraca temat tytułowy. Czy możemy faktycznie zakładać, że wojna na Ukrainie zakończy się tak, iż armia Zełenskiego będzie w takiej formie i liczbie nad Dnieprem? A no, niekoniecznie.

Co więc będzie z przeszkolonymi żołnierzami? Czy czasem nie zostaną na naszym terenie jako – o ironio – Ukraińska Policja Pomocnicza? Zełenski ma wobec Polski dość jednoznaczne plany. Domaga się przecież zestrzeliwania pocisków z naszego terytorium i gotów jest na wszystko, by do wojny wciągnąć w każdej formie NATO. Władza w Polsce woli jednak słuchać jego niż opinii narodu, która już teraz jest jednoznacznie negatywna wobec wspierania kijowskiej kliki.

Tomasz Jankowski

Twój kraj jest młodszy niż mój brat. MEM-y II.

———————————————————————-

—————————————-

——————————————

————————————

——————————————-

—————————————————————————-

CREATOR: gd-jpeg v1.0 (using IJG JPEG v62), quality = 90

——————————————————————————

Dylematy mordercy. „A nas wystarczy trzech”. MEM-y I.

——————————–

——————————————————-

—————————————-

———————————-

————————————————————–

——————————

————————————

————————————————

————————————————–

————————————————————-

Śpiewać każdy może

Śpiewać każdy może

29.08.2026 Staniasław Michalkiewicz prawy

„Od polityki uciec niepodobna” – twierdziła Anna Bojarska, która studiowała na Studium Dziennikarskim UW rok wyżej ode mnie. To ta sama Anna Bojarska, której mąż jechał kiedyś samochodem przez Bawarię i zabrał po drodze autostopowicza Niemca.

Jadą, jadą, aż tu nagle przy drodze ukazał się drogowskaz z napisem „Dachau”. – A, to ten obóz koncentracyjny, chwilowo nieczynny – zauważył mąż pani Bojarskiej. Niemiec popatrzył na niego uważnie i zapytał: dlaczego powiedział pan: chwilowo?

Kiedy napisałem o „chwilowo nieczynnym” obozie w Auszwicu, podniósł się klangor, a zawodowy katolik, pan red. Tomasz Terlikowski tak się tym przejął, że nie tylko pobiegł wypłakać się w „Gazecie Wyborczej”, ale nawet zadeklarował „zerwanie” ze mną współpracy, chociaż ja z nim, ani z poświęconym portalem „Fronda”, którym wtedy kierował, żadnej „współpracy” nie nawiązywałem.

W odpowiedzi na tę jego deklarację, współpracę z nim zerwał, tym razem naprawdę, Grzegorz Braun. Jak się okazało – słusznie – bo pan red. Tomasz Terlikowski zaczął się bisurmanić, najpierw w postępowych rozgłośniach radiowych, a kiedy się okazało, że wcale się nie strefił, to poszedł na całość i doszlusował do Judenratu wydającego „Gazetę Wyborczą”. Wracając do „chwilowo nieczynnego” obozu koncentracyjnego w Auszwicu, to disons franchement, nie bardzo rozumiem, co właściwie tak pana red. Terlikowskiego wzburzyło emocjonalnie, że aż z płaczu musiał go utulać sam pan red. Michnik. Czy uważa, że to źle, że obóz w Auszwicu jest nieczynny, czy też – że tylko „chwilowo”?

Jeśli te przypuszczenia byłyby prawdziwe, to już wkrótce ta sytuacja może się zmienić. Oto podczas obchodów rocznicy proklamowania niepodległości Ukrainy obywatel Żurek Waldemar zameldował posłusznie prezydentowi Zełeńskiemu, a jednocześnie pochwalił się, że w naszym nieszczęśliwym kraju utworzył 100-osobową watahę prokuratorów, którzy nic – tylko będą ścigać „przestępstwa z nienawiści”. Materia tych przestępstw może okazać się szarsza, niż by się wydawało na pierwszy rzut oka, bo z tej samej okazji pan Jan Maria Rokita w „Gazecie Wyborczej” wyjaśnił, że Ukrainę „musimy” kochać taką, jaka jest, a więc nawet „banderowską”, „autorytarną” i „skorumpowaną”.

Skoro taki jest rozkaz, to nie ma rady; każde odstępstwo od niego można, a nawet trzeba będzie a contrario uznać za przejaw nienawiści – a nienawiść – wiadomo: musi być powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona. A ponieważ nienawiść nie unosi się w powietrzu, tylko jest wytwarzana przez nienawistników, to jest sprawą oczywistą, że wspomniana 100-osobowa wataha prokuratorów będzie tropiła nienawistników, a następnie – no właśnie; co dalej z nimi zrobi? Z pewnością okaże się ich tylu, że rachunek ekonomiczny podpowie, by zamiast budować nowe więzienia, uruchomić ponownie chwilowo nieczynne obozy koncentracyjne – oczywiście po uprzednim przywróceniu wszystkich urządzeń tworzących ich infrastrukturę, no i oczywiście – skompletowaniu załogi, uprzednio przeszkolonej w Trawnikach koło Lublina. Jestem pewien, że taka załoga, czy takie załogi byłyby z natury rzeczy odpowiednio zmotywowane, więc uruchomione ponownie obozy koncentracyjne na pewno spełniłyby swoją funkcję prewencyjną.

Wszystko to może rozstrzygnąć się znacznie szybciej, niż myślimy, bo czyż w przeciwnym razie szef CIA fatygowałby się osobiście do Moskwy, gdyby nie musiał uzgadniać z Rosjanami jakichś istotnych szczegółów? Gdyby chciał tylko przestrzec Putina przed knuciem przeciwko państwom NATO, to mógłby to zrobić przez telefon: „wiecie, rozumiecie, Putin; my wiemy, że knujecie przeciwko państwom NATO, na przykład – przeciwko mocarstwom bałtyckim. Ja was tedy, Putin, ostrzegam: wy nic nie knujcie, bo inaczej z wami będzie brzydka sprawa”.

Na przykład prezydent Donald Trump przyłączyłby do Stanów Zjednoczonych nie tylko cieśninę Ormuz, ale całą Rosję. Czy zakończyłoby to wojnę na Ukrainie? Tego, ma się rozumieć, nikt nie wie. Pewne wydaje się tylko jedno – że w takiej sytuacji Ukraina nie miałaby przyzwolenia na atakowanie celów w głębi Rosji. Z punktu widzenia Kremla, to już byłoby coś – a zatem misja szefa CIA w Moskwie otwiera przez światową polityką niezwykle szerokie perspektywy. A gdyby prezydent Trump przyłączył do USA również Ukrainę, to wtedy zniknąłby wszelki powód do wojny. Okazuje się, że sprawiedliwy pokój jest w zasięgu ręki – chyba, że sprzeciwiłby się temu prezydent Zełeński w obawie, że musiałby wtedy przeprowadzić na Ukrainie wybory, jakich daremnie domaga się zdymisjonowany minister obrony Fedorow.

A cóż dopiero mówić o sprawach wewnętrznych naszego nieszczęśliwego kraju? Jak wielokrotnie pisałem i mówiłem, uprawianie prawdziwej polityki nasi Umiłowani Przywódcy obydwu obrządków mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane, toteż wetują to sobie igrzyskami – na przykład otwarciem sezonu łowieckiego mimo że złota jesień dopiero nadchodzi. Przekłada się to na sytuację społeczną.

Za pierwszej komuny pod koniec lata sezonu łowieckiego nikt nie otwierał, nawet w 1980 roku, kiedy wydawał się on nieuchronny. Sezon łowiecki został jednak otwarty z opóźnieniem, dopiero 13 grudnia 1981 roku i dopiero wtedy w naszym nieszczęśliwym kraju rozbrzmiała na cały regulator pieśń myśliwska: „Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój!” Dzisiaj sezon łowiecki rozpoczął się od wypchnięcia na linię strzału prezesa PKOL, pana Radosława Piesiewicza, a przecież nagonka, której przewodzi obywatel Żurek Waldemar, dopiero ruszyła.

Toteż nic dziwnego, że festiwal piosenki w Sopocie o nagrodę Bursztynowego Słowika, który za komuny sprawiał, iż ulice miast pustoszały, a szyby w oknach były „niebieskie od telewizorów”, dzisiaj, owszem, budzi zainteresowanie, ale – powiedzmy sobie szczerze – raczej umiarkowane. Może gdyby śpiewał tam Skolim, co to ma wziąć udział w imprezie u pana prezydenta Nawrockiego, to co innego, bo on śpiewa takie piosenki, których inni artyści zabraniają swoim dzieciom słuchać, a wiadomo, że dzieci powinny słuchać tylko piosenek zatwierdzonych przez zwierzchność, to znaczy – Wielce Czcigodną Nowacką Barbarę, a w ostateczności – Wielce Czcigodną Kotulę Katarzynę.

Ale wszystko ma swoje konsekwencje i dlatego większość społeczeństwa woli słuchać tego, co tam pod dyrekcją Wielce Czcigodnego Giertycha Romana śpiewa przed prokuraturą pan Przemysła Kral, niż tego, co w Operze Leśnej wyśpiewuje, dajmy na to, Margaret.

Stanisław Michalkiewicz

„Kto pierwszy w nas rozpoznał: kto wrogów, kto przyjaciół”

„Kto pierwszy w nas rozpoznał: kto wrogów, kto przyjaciół”

prof. Witold Modzelewski

Jak można skutecznie znokautować nas intelektualnie, pozbawiając zdolności rozumienia własnych interesów?

Wiemy od dawna: po pierwsze trzeba nas przekonać, że świat, w którym rządzą cudze interesy, jest uporządkowany i bezpieczny, a każda jego zmiana dla naszego dobra przyniesie chaos. Po drugie, trzeba nam narzucić kryteria racjonalności, które uzasadniają prymat i chronią cudze interesy; zgodnie z tą logiką wszelkie działania w naszym interesie są „absurdalne” i „nie mieszczą się w (racjonalnej) głowie”.

Przypomnienie tych dwóch, wydaje się oczywistych reguł, które wprost formułowali np. niemieccy politycy w czasie, gdy tworzyli atrapę polskiej państwowości w 1916 roku (Akt Dwóch Cesarzy), ma sens, zwłaszcza dziś. Wmówiono nam, że każda, nawet najbardziej absurdalna wersja urządzenia tej części świata przez wyimaginowany „Zachód” jest dla nas „bezpieczna” i jest to jedyny dobry wariant. Wmówiono nam również, że mamy przejmować wszystkie jak leci wzorce „europejskie” i „atlantyckie”, a nasz ewentualny sprzeciw w imię obrony naszych interesów jest „bez sensu”: gorzej – jest nawet „zdradą” i „wpisywaniem się w kremlowską propagandę”.

Przykładów jest aż nadto, więc tylko wspomnę: narzucono nam zasady „dekarbonizacji”, czyli scenariusz zniszczenia naszej energetyki; harmonizację prawa podatkowego, czyli destrukcję systemu fiskalnego; oraz „politykę migracyjną” Unii Europejskiej, czyli powolne, ale skuteczne zniszczenie pokoju społecznego. Przede wszystkim wmówiono nam, że świat, w którym obowiązują te wrogie zasady, jest dla nas „korzystny”.

Absurd? Oczywiście, ale my mamy w tym absurdzie czuć się „bezpiecznie” i bez szemrania godzić się, płacąc horrendalne ceny za nośniki energii, niszczyć swój przemysł oraz akceptować okradanie budżetu z naszych pieniędzy przy pomocy unijnej wersji VAT-u. Przecież są to działania wrogie, ale ich autorów mamy nazywać „sojusznikami”, a tym bardziej „przyjaciółmi”. Istotą mądrości jest umiejętność odróżnienia wrogów od przyjaciół.

Kiedyś, u zarania III RP, powstał ponadpartyjny konsensus na temat polityki zagranicznej, którą klasa polityczna łaskawie „wyjęła spod debaty politycznej”. Ich zdaniem „ciemny lud” nie ma nic do gadania na ten temat, bo oni wiedzą lepiej, że musimy bezwarunkowo i bez reszty „należeć do Zachodu” i np. za darmo pomagać „walczącej Ukrainie”, której idolami są „bohaterowie UPA”. Ten, kto a priori i bezwarunkowo podporządkuje się innym państwom (semper fidelis – „zawsze wierni”), nie nadaje się do jakiejkolwiek polityki, bo jej istotą jest możliwość manewru i groźba odwrócenia sojuszy. To wiedza podręcznikowa, której niedouczone „elity”, jak widać, nie posiadają.

Dziś już można w miarę otwarcie oceniać ich mizerne kompetencje, a przede wszystkim dziecinną naiwność w ocenie tzw. Zachodu. Przypominanie dziś ówczesnych wypowiedzi na temat „doskonałości” wszystkiego, co wymyślił ów Zachód, budzi już tylko zażenowanie. Nie będę litościwy i tylko wspomnę bzdury wypisywane w tasiemcowych wywiadach publikowanych swego czasu np. w „Gazecie Wyborczej” na temat „zalet unijnego VAT-u”: o masowych wyłudzeniach i oszustwach wtedy nie padło tam ani jedno słowo.

Czy owo aprioryczne podporządkowanie się, które daje drugiej stronie możliwość bezkarnej wrogości („widziały gały co brały”), wynikało tylko z głupoty, czy też naiwności? Nie będę drążyć tego tematu, bo mogłoby to nas doprowadzić do przygnębiających wniosków. Wszak już nie raz w przeszłości nasi polityczni aktywiści kierowali się zasadą „brać nie kwitować”. Ciekawe, czy pamiętamy, kto wypowiedział te słowa? Ale to było dawno, w czasach gdy „niepodległościowi” politycy kolaborowali z austriackim zaborcą. Dziś jest to oczywiście całkowicie niemożliwe.

prof. Witold Modzelewski

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

Pustka państwa polskiego

Pustka państwa polskiego

Mateusz Piskorski

Żyjemy w czasach kontraktualizmu, czyli przekonania o tym, że państwo zawiera z obywatelami pewną umowę społeczną.

Współczesne państwo na tzw. Zachodzie, do którego przecież z dumą odnoszą się kolejni przedstawiciele polskiej klasy politycznej, opiera się właśnie na takim założeniu, za prekursora którego uchodzi jeden z fundatorów myśli liberalnej, John Locke. Jeśli zatem potraktujemy poważnie filozofię ustroju istniejącego w Polsce po 1989 roku, dojdziemy do wniosku, że działamy w ramach pewnej umowy, zresztą pisanej, bo określonej w Konstytucji. To ustawa zasadnicza stanowi przecież o naszych obowiązkach, ale też o tym, co należy nam się w zamian od państwa, które mamy uznawać za nasze.

Bankructwo owego państwa, przejawiające się w bardzo różnych sferach, każe jednak przypuszczać, że znajdujemy się na coraz szybszej drodze do jego delegitymizacji, czyli utraty wartości obecnej formuły państwowej w oczach obywateli. Oczywiście jakieś znaczenie może tu mieć wynikająca z historycznych doświadczeń mentalność Polaków, często w przeszłości, zasadnie bądź nie, uznających kolejne struktury władzy za wrogie sobie i polskim interesom.

Jak to wygląda współcześnie? Delegitymizacja państwa dokonywana przez klasę polityczną ma co najmniej trzy poziomy. Pierwszy poziom to reakcja na oczekiwania wobec nas ekstremalne, czyli liczenie przez władze warszawskie, że gotowi będziemy oddawać życie, zdrowie i mienie, by stawić czoła desygnowanemu przez nich wrogowi. Problem w tym, że nikt racjonalnie myślący w ich rozróżnienie przyjaciel – wróg dawno już nie wierzy. W efekcie rośnie liczba Polaków, która za to państwo w jego obecnej formule nie jest gotowa przelać nie tylko ani jednej kropli krwi, ale nawet ani jednej kropli potu i ani jednej złotówki. Poniżej 1/3 Polaków, według różnych przeprowadzanych w ostatnich latach sondaży, gotowa byłaby (deklaratywnie) zrealizować obowiązek obrony Ojczyzny w przypadku wybuchu wojny. To dość naturalne, bo Polacy zdają sobie sprawę z tego, czym wojna jest, mając ją pod nosem, za południowo-wschodnią granicą. Wiedzą, że na pewno nie jest ona cukierkowatą, kiczowatą przestrzenią „heroizmu”, jak przedstawiały ją pseudopatriotyczne produkty kultury masowej rodem z TVP, szczególnie za rządów PiS.

Po drugie, Polacy stają się przeciwnikami podatków i danin. Wcale nie dlatego, że przekonali się do tez głoszonych przez libertarian. Większość z nich gotowa byłaby do ponoszenia ciężarów fiskalnych, gdyby mogła liczyć w rewanżu na państwo i jego struktury. Jak jednak przekonać Polaków do płacenia składek na ubezpieczenie, jeśli służba zdrowia wygląda tak, jak wygląda? Jak uzasadnić im konieczność płacenia podatków w sytuacji, w której nie mogą od swojego państwa oczekiwać wywiązywania się z zobowiązań w dziedzinie polityki społecznej, czyli po prostu – realizowania zawartej z nami wszystkimi umowy społecznej? Dlatego rośnie i wzrastać będzie nadal sentyment antypodatkowy, wcale nie doktrynalny czy doktrynerski, lecz po prostu sytuacyjny i racjonalny.

Po trzecie, państwo polskie od lat już nie oferuje żadnego porywającego projektu na poziomie celów, nawet tych odległych i wyobrażonych. A to przecież właśnie rozmaite projekty i dalekosiężne cele, ubrane w szaty porywających idei, mobilizują nas do działania na rzecz jakiejś struktury życia zbiorowego. Nieprzypadkowo okazało się ostatnio, że w toczących się wojnach i konfliktach determinacja i motywacja ideologiczna wciąż mają znaczenie, nawet w obliczu przewagi technologicznej i ogniowej wroga (najlepszym przykładem jest tu Iran).

W tych okolicznościach Polak po prostu nie może być państwowcem – znów: w rozumieniu praktycznym, a nie pewnej wzniosłej i pewnie bliskiej sercom i umysłom wielu z nas idei państwa. Po prostu łamiąca wobec niego zobowiązania III RP jest coraz mniej uznawana za państwo „jego”, a coraz częściej postrzegana jako wrogi instrument „ich”. Będzie to w przyszłości duży problem dla nas wszystkich. Obecna pustka znaczeniowa i niewiarygodność kontraktowa państwa polskiego powodują bowiem, że dalszej erozji ulega w oczach naszego narodu państwowość jako taka.

Może to prowadzić na umysłowe bezdroża: albo do przekonania, że skoro państwo nie zdaje egzaminu, to trzeba zastąpić je inną, bardziej wiarygodną, przynajmniej na pierwszy rzut oka, strukturą (np. Unią Europejską); albo do myśli anarcho-libertariańskiej, w ogóle odrzucającej sensowność tworzenia projektów państwowych i poszukującej innych, często dość utopijnych form organizacji społecznej. Wszystko to „zawdzięczamy” tym, którzy od kilku już dekad w sposób całkowicie nieudolny próbują przekonywać nas do tego, że wymyślona przez nich [dla nich… md] konstrukcja jest państwem polskim.

Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

Długowieczność leszczyny. MEM-y III.

—————————————-

————————————

————————————————————————-

—————————————————

—————————

————————————————–

——————————–

———————————–

—————————————-

——————————

———————————–